/ / Language: Polski / Genre:detective

Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret

Håkan Nesser

14-letni Eryk podkochuje się w nauczycielce, rysuje komiksy o czarnych charakterach i ostatnich sprawiedliwych, no i marzy o zaznajomieniu się ze "świerszczykami" ojca, 6-palczastego Edmunda. Właśnie kończy się rok szkolny, nadarza się niespodziewana okazja. Eryk ma spędzić wakacje nad jeziorem Genezaret w towarzystwie Henry'ego, swojego starszego brata, oraz Edmunda. Będą zajadać się parówkami, watą cukrową i goframi, nudzić, wiosłować, wyruszać na tajemnicze nocne wyprawy, wchodzić "za friko" na festyny, podglądać życie dorosłych oraz marzyć o pewnej nastolatce, która pracuje w sklepie, i rzecz jasna o nauczycielce, która na nieszczęście okazuje się dziewczyną reprezentacyjnego szczypiornisty, Bennego Armaty, słynącego z atomowego uderzenia…

Håkan Nesser

Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret

powieść kryminalna

Kim Novak badade aldrig i Genesarets sjö

Przekład: Bratumiła Pawłowska i Marcin Aszyk

Pamięci Gunnara

Rozdział 1

Będzie o Potworności – to, o czym chcę teraz opowiedzieć. To przecież tamto brzemienne w skutki zdarzenie sprawiło, że lato tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku pamiętam lepiej niż wszystkie inne lata z czasów mojego dorastania. Rzuca ono ponury cień na tyle innych spraw. Na mnie i na Edmunda. Na moich biednych rodziców i brata, na cały ten czas; położone na równinie miasto, z jego ludźmi i zdarzeniami, których nigdy bym nie wyłowił ze studni zapomnienia, gdyby nie to, co się wydarzyło. Potworność.

Od czego powinienem zacząć? Co mogłoby być idealnym punktem wyjścia? Zmagałem się z tym pytaniem; istnieje tak wiele możliwych wariantów. Zmęczyło mnie w końcu myślenie o tych wszystkich niepowiązanych ze sobą nitkach, różnych początkach tamtego lata, więc postanowiłem po prostu zacząć od wspomnienia rozmowy odbytej w kuchni mojego domu przy ulicy Sportowej.

Tylko ojciec i ja, ciepły majowy wieczór tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku. Jak powiedziałem, tak zrobiłem.

***

– To będzie ciężkie lato – powiedział ojciec. – Powinniśmy się na to nastawić.

Wylał przypalony sos do zlewu i kaszlnął. Obserwowałem jego nieznacznie pochylone plecy i rozmyślałem. Ojciec nieczęsto wieszczył złe proroctwa, więc przeczuwałem, że to coś poważnego.

– Chyba już nie dam rady – powiedziałem, przesuwając na talerzu niedogotowane ziemniaki w stronę porcji mięsa, aby wyglądało, że zjadłem przynajmniej połowę.

Podszedł do stołu kuchennego i przez kilka sekund obserwował resztki obiadu. Jego twarz przybrała nieco smutny wyraz; zrozumiałem, że mnie przejrzał, zabrał jednak talerz i bez komentarza zeskrobał jego zawartość do wiadra pod zlewem.

– Jak się rzekło, ciężkie lato – powtórzył, wciąż tak samo się pochylając.

– Jest jak jest – odpowiedziałem.

Właśnie te słowa były jedną z jego recept na wszystkie życiowe trudności, a ja przyjąłem je za swoje, aby zobaczył, że chcę być dla niego wsparciem. Pokazać, że tkwimy w tym razem i że jednak czegoś się przez te lata nauczyłem.

– Święta prawda – powiedział – człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.

– Jak się rzekło – przytaknąłem ojcu.

***

Ponieważ był to całkiem ładny majowy wieczór, postanowiłem wpaść do Benny’ego. Benny był jak zwykle w toalecie, więc najpierw posiedziałem chwilę w kuchni z jego przygnębioną matką.

– Jak się miewa twoja mama? – zapytała.

– To będzie ciężkie lato – powiedziałem.

Pokiwała głową. Wyciągnęła chusteczkę z kieszeni fartucha. Matka Benny’ego wiosną i latem cierpiała z powodu alergii.

Miała katar sienny, jak to się mówi. Kiedy się głębiej nad tym zastanowię, wydaje mi się, że miała go przez cały rok.

– Mój ojciec tak powiedział – dodałem.

– Ach, tak. Przyjdzie pora, przyjdzie rada.

W tym czasie zacząłem się już uczyć, że w taki właśnie sposób mówią dorośli. I to nie tylko mój ojciec; tak właśnie należało robić, jeśli chciało się pokazać, że nie ma się już mleka pod nosem.

Od kiedy moja mama poważnie zachorowała i znalazła się w szpitalu, zacząłem rejestrować najważniejsze zwroty, abym mógł je potem wykorzystywać według potrzeb.

Jest jak jest.

Wieczne utrapienia.

Mogło być gorzej.

Tak niewiele wiemy.

Albo czemu nie: „Głowa do góry, a nogi w dół” – tak jak to sto razy dziennie powtarzał zezowaty Karlesson z kiosku.

Albo: „Przyjdzie czas, przyjdzie rada” – tak jak pani Barkman.

Benny właśnie nazywał się Barkman. Benny Jesaias Conny Barkman. Byli tacy, którzy uważali, że był to dziwny zestaw imion, lecz on sam nigdy nie narzekał.

– Ukochane dziecko ma wiele imion – mawiała jego mama i szczerzyła się tak, że było widać jej dziąsła w kolorze pasztetu z wątróbki.

– Zamknij gębę – mawiał wtedy Benny.

Chociaż więc stałem jedną nogą w świecie dorosłych, nie mogłem przestać zastanawiać się, dlaczego ludzie po prostu nie milczą, gdy wiadomo, że nie mają nic do powiedzenia. Tak jak pani Barkman.

Jak Karlesson z kiosku, który czasami, gdy miał wielu klientów, mówił na wdechu, co, prawdę mówiąc, brzmiało paskudnie.

– Jak ona się ma? – spytała pani Barkman, wycierając z nos chusteczką.

– Ciągłe utrapienia – odrzekłem i wzruszyłem ramionami. – Chyba nie za dobrze.

Pani Barkman położyła ręce na kolanach. Wydawało mi się, że miała mokre oczy, ale to pewnie z powodu kataru siennego.

Była dużą kobietą, zawsze ubraną w kwieciste sukienki. Mój ojciec uważał, że była trochę niedorozwinięta.

Nie miałem pojęcia, co to oznaczało, i niewiele mnie to obchodziło. To z Bennym chciałem gadać, a nie z jego załzawioną mamuśką.

– Dużo sra – powiedziałem, głównie po to, żeby zagrać dorosłego i podtrzymać rozmowę.

– Ma nerwowy żołądek – odparła. – Po ojcu.

Nerwowy żołądek? To najgłupsza rzecz, jaką tego dnia usłyszałem.

Przecież żołądek nie może być nerwowy. Domyśliłem się, że powiedziała tak, bo była niedorozwinięta, więc nie należało się tym przejmować.

– Czy twoja matka nadal jest w szpitalu?

Skinąłem głową. Uznałem, że rozmowa z nią nie ma sensu.

– Odwiedzasz ją?

Znowu pokiwałem potakująco głową. Oczywiście, że tak. Co ta Barkman sobie właściwie myśli? Ostatnio byłem u mamy tydzień temu, ale jest, jak jest, pomyślałem. Ojciec jeździł do szpitala codziennie i to było najważniejsze. Nawet ktoś taki, jak matka Benny’ego, powinien to zrozumieć.

– No tak – powiedziała – każdy nosi swój krzyż.

Westchnęła i wydmuchała nos. Z toalety dobiegł dźwięk spuszczanej wody i wyszedł Benny.

– Hej, Erik – zaśmiał się – wysrałem się jak koń. Pójdziemy się cholernie dobrze zabawić?

– Benny – wyszeptała słabym głosem jego matka – nie przeklinaj.

– A tak, cholera – powiedział Benny.

Nikt nie przeklinał tyle co Benny. W każdym razie nie na naszej ulicy. Nie w naszej szkole. Przypuszczalnie w całym mieście.

Gdy byliśmy w trzeciej albo czwartej klasie, do szkoły przyszła złośliwa nauczycielka z wystającą dolną szczęką. Aż z Göteborga. Mówiono, że miała żyłkę pedagogiczną. Uczyła głównie religii.

Gdy przez parę dni nasłuchała się siarczystych przemówień Benny’ego, postanowiła pozbyć się problemu. Dyrektor Stigmans i wychowawca Wermelins otrzymali polecenie, by dwie lekcje w tygodniu poświęcać na ćwiczenie z Bennym kultury języka. Zaczęli, o ile dobrze pamiętam, we wrześniu, kontynuowali przez całe pierwsze półrocze, a w okolicach świąt Bożego Narodzenia Benny zaczął się tak strasznie jąkać, że nikt nie potrafił zrozumieć, co mówił.

Wiosną nauczycielka dostała wypowiedzenie, Benny znów zaczął przeklinać i do wakacji był już zupełnie taki jak dawniej.

Tego majowego wieczoru, gdy mój ojciec powiedział, że to będzie ciężkie lato, rozsiedliśmy się w betonowej rurze, Benny i ja. W każdym razie na początku.

Było jak zawsze. Betonowa rura stała się punktem wyjścia dalszej części wieczoru.

Rura zalegała w wyschniętym rowie pięćdziesiąt metrów w głąb lasu i Bóg jeden wie, jak się tam znalazła.

Miała średnicę wielkości mniej więcej półtora metra, leżała na uboczu i służyła za dobrą kryjówkę, gdy chciało się posiedzieć w spokoju. Albo mieć ochronę przed deszczem. Albo tylko trochę pomarzyć i zapalić w ukryciu johny silvery, do zwędzenia których z kiosku Karlessona zmuszało się dzieciaki, a w razie potrzeby kupowało samemu na sztuki.

Tamtego wieczoru mieliśmy kilka w puszce zakopanej pod korzeniem obok rury. Benny ją wykopał. Paliliśmy jak zwykle z nabożeństwem. Potem dyskutowaliśmy na temat tego, co brzmi lepiej. Fajka czy szlug. I jak należy trzymać papierosa. Kciukiem i palcem wskazującym czy kciukiem i dużym palcem. Także i tym razem nie doszliśmy do konkretnych wniosków w żadnej z tych kwestii.

Potem Benny zapytał o moją matkę.

– Twoja stara… do diabła, czy ona…?

Kiwnąłem głową.

– Tak mi się zdaje – odparłem – ojciec tak mówi. To samo lekarze.

Benny szukał odpowiednich słów.

– Cholerny pech – wyrzucił z siebie w końcu.

Wzruszyłem ramionami. Benny miał ciotkę, która umarła, więc wiedział, o czym mówił. Ja sam nie wiedziałem, jak to jest.

Śmierć?

Kiedy o niej myślałem – a myślałem często w trakcie tej chłodnej i beznadziejnej wiosny – najczęściej dochodziłem do wniosku, że jest to najdziwniejszy wyraz ze wszystkich.

Śmierć?

Coś niepojętego. Najgorsze było to, że mój ojciec wiedział o śmierci równie niewiele. Widać to po nim było wtedy, kiedy jedyny raz zapytałem, co to właściwie znaczy być martwym.

– Hmm, tak – pomrukiwał i dalej wpatrywał się w ekran włączonego telewizora, nastawionego tak, by nie było słychać dźwięku. – Tego się nie wie. Czas pokaże.

– Ciężkie lato – powtórzył Benny zamyślony. – Do diabła, Erik, musisz do mnie napisać. Będę siedzieć tam, w Malmberget, aż do końca wakacji, ale jeśli potrzebujesz dobrych rad, to wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć.

Wtedy w betonowej rurze zapanowała cisza, jakby w tym momencie anioł przeleciał. Wyraźnie można było to wyczuć i wiem, że Benny doznał tego samego, bo odchrząknął i uroczystym głosem powtórzył propozycję.

– Cholera jasna, Erik. Pisz, jak sobie radzisz.

Podzieliliśmy się ostatnim zmiętym papierosem.

Wydaje mi się, że potem napisałem do Benny’ego list; prawdopodobnie któregoś dnia w czerwcu, wtedy, kiedy już było bardzo źle, choć nie mam pewności. W każdym razie nigdy nie dał mi żadnej rady.

Słabo radził sobie z papierem i długopisem, ten Benny Barkman. Bardzo słabo.

***

Na początku lat sześćdziesiątych mój ojciec był pracownikiem więzienia. To ciężka praca, zwłaszcza dla osoby o jego wrażliwości, ale nigdy o tym nie mówił.

Zresztą w ogóle niechętnie mówił o sprawach, które były dla niego niemiłe.

Nie ma się co martwić na zapas. Tak czy owak.

Do miasta na równinie przywędrował w latach trzydziestych, w samym środku kryzysu gospodarczego; poznał moją matkę, która zaszła z nim w ciążę mniej więcej wtedy, gdy świat zwariował i sam sobie poderżnął gardło po raz drugi w tym stuleciu. Mój brat Henry przyszedł na świat pierwszego czerwca tysiąc dziewięćset czterdziestego roku. Ojciec przyjechał na oddział położniczy prosto z wojska. Przywiózł dopiero co zerwane konwalie i czterdzieści puszek pasztetu z wojskowych zapasów.

Jeśli oczywiście wierzyć wersji, którą zawsze się u nas opowiadało.

Nigdy nie wrócił na północ. Przez resztę wojny jakoś udawało mu się wymigiwać od dalszej służby, po tym jak na świat przyszedł jego pierworodny. Zdaje się, że zasłaniał się bólami pleców. W zamian dostał pracę w jednej z wielu w mieście fabryk, produkującej buty zimowe dla wojska, tak więc w pewnym sensie dokładał swoją cegiełkę do ostatecznego zwycięstwa. Jakiś rok po zakończeniu wojny cała rodzina przeniosła się do mieszkania przy ulicy Sportowej.

Jeśli chodzi o mnie, urodziłem się osiem lat i osiem dni po moim bracie i dorastałem w poczuciu, że między mną a nim była zdecydowanie większa różnica wieku niż między nim a naszymi rodzicami. Dopiero teraz, na początku lat sześćdziesiątych, zacząłem pojmować, że to wrażenie było mylne; może sprawił to rak mojej matki, który uświadomił mi, jak było w rzeczywistości.

Bo byli już raczej starzy, moja matka i ojciec. Tego lata, kiedy matka miała odejść na zawsze, oboje mieli po pięćdziesiąt siedem lat. Razem sto czternaście, suma przyprawiająca o zawrót głowy. W czerwcu Henry skończył dwadzieścia dwa lata. A może dwadzieścia trzy. Sam miałem czternaście. Tak to wszystko wtedy wyglądało.

Ojciec pracował w więzieniu. Półtora roku wcześniej, zanim się tam zatrudnił, otwarto cele wszystkich najbardziej niebezpiecznych przestępców w kraju.

Albo raczej zamknięto cele, tyle że już bez nich.

Ojciec był „klawiszem” – słowo, o którym w mieście nie słyszano do momentu, gdy powstało „Wielkie Szare”.

Sam o sobie mówił „strażnik”. Inni o nim „klawisz”. Klawisz w „Wielkim Szarym”.

Wcześniej był cholewkarzem w przeróżnych fabrykach. Określenie „cholewkarz” zaczęło zanikać mniej więcej wtedy, gdy zamknięto ostatnie fabryki, za to zaczęli pojawiać się „klawisze”. Tak wygląda świat, ja też zacząłem się tego uczyć. Część rzeczy gdzieś znika, a na ich miejsce pojawiają się nowe. Zdarzenia czy wszystkie możliwe wypadki? I ludzie.

Tylko w głowie wszystko pozostaje. Choć czasem wydaje się, jakby i stamtąd wiele już poznikało.

Fabryka, której nie zamknięto w tamtych latach, nazywała się Sylt & Saft, pracowała w niej moja matka. Przynajmniej do czasu, kiedy zachorowała. To, że ojciec pracował w fabryce obuwia, a matka w przetwórni, miało swoje zalety. Człowiek miał zawsze skórzane buty, a na dole w spiżarce był najczęściej spory zapas soku jabłkowego.

Ale tamtego lata te czasy były już w zasadzie za nami. Posiadanie ojca klawisza nie miało właściwie żadnych zalet.

***

Co się zaś tyczy mojego brata Henry’ego, to zamysł był taki, by poszedł na studia, dzięki czemu wspiąłby się o jeden bądź dwa szczeble po drabinie społecznej, lecz nie wszystko poszło zgodnie z planem. Rozpoczął szkołę średnią w mieście powiatowym. Była uznawana za prestiżową, chodzili do niej jedynie chłopcy i mieściła się w tysiącletnim pałacu otoczonym murem. Dotąd wszystko szło dobrze. Henry uczył się pilnie i codziennie dojeżdżał pociągiem do szkoły.

Jednak uciekł stamtąd po mniej więcej dwóch semestrach. Było to jesienią tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego siódmego i minął ponad rok, nim z workiem marynarskim i kiścią bananów na plecach znów zapukał do drzwi domu rodzinnego przy ulicy Sportowej. Przemierzył cały świat, wyjaśnił, a najczęściej bywał w Hamburgu i Rotterdamie, a na ramieniu miał wytatuowaną różę. Wtedy wszyscy zrozumieli, że nie miał większej ochoty wspinać się po drabinie społecznej, przynajmniej nie w taki sposób, jaki dla niego przewidziano. Moja matka płakała, kiedy Henry wrócił, lecz czy z radości, czy ze zmartwienia z powodu tatuażu, który jej się nie spodobał, tego nie wiem. Po odpoczynku trwającym parę miesięcy Henry znów wyruszył w drogę. Do tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku Henry był na siedmiu morzach, aż wrócił do domu, tego samego dnia, w którym Dan Waern stracił brązowy medal na tysiąc pięćset metrów na olimpiadzie w Rzymie, i powiedział, że ma już dość morza. Zaczął za to pracować jako wolny strzelec w gazecie regionalnej „Kurren” i wszedł w stały związek z niejaką Emmy Kaskel, która pracowała w sklepie Bildberga z odzieżą męską i była posiadaczką najpiękniejszego biustu w całym mieście.

Przypuszczalnie na całym świecie.

Mniej więcej w tym samym czasie Henry kupił sobie mieszkanie w mieście powiatowym odległym o dwadzieścia kilometrów od tego, gdzie „Kurren” miało swoją główną siedzibę. Örebro. Jego kawalerka była wielkości mniej więcej dwóch stołów do ping-ponga; nie było w niej ani toalety, ani bieżącej wody, lecz mimo to Emmy Kaskel od czasu do czasu uwalniała z ubrań swoje ładne piersi i coś jeszcze, tam, w tej norze.

Przynajmniej ja i Benny snuliśmy takie domysły.

Mimo to Emmy nie wprowadziła się do niego. Była o dwa lata młodsza od Henry’ego i w dalszym ciągu mieszkała z rodzicami, którzy byli misjonarzami i u Bildberga dostawali rabat.

Na dobrą sprawę polowa naszego miasta śpiewała w chórze należącym do wolnego Kościoła, więc nie było powodów do niepokoju, twierdził Henry, mój brat.

– Ach, to ty? – rzekł ojciec, kiedy wszedłem do domu w ten ciepły majowy wieczór.

– Tak – powiedziałem. – To tylko ja.

Widać było, że coś go trapiło, więc usiadłem w kuchni przy stole z sokiem jabłkowym i kilkoma sucharkami. Zacząłem wertować stary numer „Det Bästa”, którego około pięciu kilo otrzymywaliśmy w prezencie gwiazdkowym od stryja Willego, który był dwunasty na liście najlepszych szachistów w Szwecji i miał bar mleczny w Saffle.

– Nie jest lekko – rzekł ojciec.

– Jest jak jest – odpowiedziałem.

– Mógłbyś zamieszkać latem w Genezaret.

– Fajnie – powiedziałem.

– Nie będzie ci tam źle. Rozmawiałem z Henrym. On i Emmy też będą tam mieszkać i zaopiekują się tobą.

– Dam sobie radę – odparłem.

– Wiem – przytaknął ojciec. – Możliwe, że pojedzie także Edmund.

– Edmund? – zdziwiłem się.

– Dlaczego by nie? – odrzekł ojciec i podrapał się z zakłopotaniem po szyi. – Będziesz miał towarzystwo w swoim wieku.

– Taa – mruknąłem. – Nie ma się co martwić na zapas.

Rozdział 2

Budynek szkolny miał trzy piętra. Prostokątny jak pudełko na buty, pokryty żółtobiałym kamieniem, który z biegiem lat stał się brązowy.

Wzdłuż dłuższego boku budynku rozciągało się żwirowe boisko, gdzie na przerwach można było grać w piłkę nożną – po drugiej stronie budynku było również żwirowe boisko, które nadawałoby się do rozgrywania meczów, ale się tego nie robiło.

Po tej drugiej stronie zbierali się antyfutboliści; czyli dziewczyny, które tłoczyły się w hałaśliwych gromadach, wymieniały różnymi przedmiotami i plotkowały. Nie wiem zresztą, czy faktycznie się czymś wymieniały i czym w ogóle się zajmowały, bo zawsze trzymałem się od nich w bezpiecznej odległości. Zaliczałem się do tego tuzina chłopców, którzy nie grali w futbol i nie brudzili się podczas każdej przerwy. Do antyfutbolistów.

W głębi duszy byłem wrogiem sportu i nie pojmowałem, w jaki sposób ci wszyscy piłkarze mieścili się na boisku w czasie każdej przerwy; musiało być ich co najmniej pięćdziesięciu. Ale być może naprawdę grała tylko elitarna dwudziestka, podczas gdy inni stali wokół, krzyczeli i brudzili się, jak tylko mogli. Nie wiem. Nigdy tam nie stałem i nie patrzyłem. Jak już powiedziałem, sprzyjałem antyfutbolistom, czyli trzymałem z dziewczynami, choć nie był to szczególny powód do dumy. Próbowałem wyobrazić sobie, że w życiu istnieją inne wartości. I bynajmniej nie byłem w tym osamotniony. Tak samo myślał: Benny. I Snukke. Balthazar Lindblom i Veikko, i Dupa-Enok, i kilku innych. I Edmund.

Gdy zacząłem o nim myśleć – po tym, jak mój ojciec zaproponował, byśmy spędzili razem lato – doszedłem do wniosku, że tak naprawdę nic o nim nie wiem.

To znaczy poza tym, co oczywiste. Że jego ojciec czytał świerszczyki i że Edmund urodził się z sześcioma palcami u każdej ze stóp.

Poza tym był niezapisaną kartą, zdałem sobie z tego sprawę. Całkiem rosły i dość silny – i w okularach, w których zawsze brakowało albo szkła, albo części oprawki.

Chodziliśmy do tej samej klasy jedynie przez ostatni rok, krążyły plotki na temat jego modelu miniaturowej kolejki i piekielnie dużej kolekcji zachodnich gazet, ale nie wiedziałem, ile było prawdy w tych opowieściach.

Jego ojciec był gliniarzem, było to łączące nas ogniwo. W minionym roku pracował z moim ojcem i tak zaczęło się mówić o wspólnym lecie.

I o tym, abyśmy spędzili je razem.

W zasadzie z nikim się bliżej nie trzymałem, może oprócz Benny’ego, który wyjeżdżał na całe lato. W gruncie rzeczy nie miałem żadnych zobowiązań – nie tak jak Benny, który był uwiązany na całe wakacje. Jeżdżąc rowerem po okolicy, postanowiłem wybadać teren.

– Hej, Edmund – zagaiłem.

– Cześć – odpowiedział.

Staliśmy na parkingu rowerowym, pod dachem pokrytym blachą falistą.

– Mój ojciec wspomniał o naszych wspólnych wakacjach – odezwałem się.

– Tak, słyszałem – odparł Edmund.

– Aha – powiedziałem.

– No tak – rzekł Edmund.

Potem zadzwonił dzwonek i przez kilka dni nic więcej nie zostało powiedziane w tej sprawie.

Ale uznałem, że był to całkiem obiecujący wstęp.

Genezaret to nie było jezioro, ale dom położony nad jeziorem, które nazywało się Möckeln. Zresztą wciąż się tak nazywa.

Dwadzieścia pięć kilometrów od miasta. Ponad dwie godziny jazdy rowerem w jedną stronę. Ponad półtorej godziny z powrotem.

Różnicę w czasie powodowało wzgórze Kleva, wykańczający mięśnie potwór, znajdujący się mniej więcej w połowie drogi, wysoki na tysiąc trzysta metrów.

Wokół Möckeln – całkiem dużego i niemal okrągłego jeziora o brązowej wodzie – znajdowało się kilka zabudowań, ale głównie otaczały go plaże na skraju lasu. Genezaret stał na porośniętym sosnami cyplu, samotny i opustoszały. Należał do rodziny mojej matki. Waląca się dwupiętrowa drewniana chałupa bez żadnych wygód. Każdej zimy lód niszczył pomost, a w łódce nie było silnika, który odczepiony leżał w szopie, właściwie od kiedy pamiętam.

Moja umierająca matka nie była jedyną właścicielką domu. Współwłaścicielką była siostra matki, ciotka Rigmor, do której należała połowa spadku, ale ciotka jako niepoczytalna nie mogła rościć sobie żadnych praw do majątku.

Przyczyną smutnego stanu ciotki był traumatyczny wypadek z początku wojny. Wpisał się w historię naszej rodziny w taki sam oczywisty sposób, jak grzech pierworodny w historię rodziny biblijnej. Ciotka zderzyła się z łosiem, a tym, co rzucało silny i nieco mitologiczny blask na całe zdarzenie, był fakt, że stało się to podczas jazdy na rowerze. Jechała oczywiście ciocia Rigmor, nie łoś. Razem z przyjaciółką spędzała wakacje, zwiedzając Smolandię. Gdy zjeżdżała z jakiegoś wzniesienia, najpierw trafiła prosto na okazałego dwunastaka PP, a następnie do znanego w całym kraju domu wariatów Dingle położonego na zachodnim wybrzeżu. Na całe życie, jak się wydawało. Widziałem ją tylko przez chwilę i uznałem, że ani trochę nie jest podobna do mamy. W zasadzie przypominała fokę. Tylko że zamiast wąsów miała okulary. Myślałem, że tak się wygląda, gdy siedzi się w Dingle.

Nie wiadomo na pewno, czy mój ojciec i matka próbowaliby sprzedać Genezaret, gdyby nie ten fatalny wypadek z ciotką, ale tak mi się wydaje.

Wiedziałem, że nie czuli się tam dobrze. Być może dlatego, że było tam niewygodnie. A może dlatego, że moja mama nigdy nie nauczyła się pływać. Jezioro w niektórych miejscach było głębokie. W każdym razie nie w pobliżu naszego cypla.

Niezależnie od tego, jak było naprawdę, trudno mi było wyobrazić sobie, jak będzie wyglądać lato, gdy rozmyślałem o wakacjach w majowe dni. Z Henrym i Emmy. Nie potrafiłem myśleć o Emmy, nie widząc przed sobą jej piersi.

Pod bluzką, ale jednak. Gdy tylko wyobraziłem sobie jej biust, natychmiast mi stawał.

Tak to już było.

A myśl o tym, co mój brat mógłby robić z Emmy Kaskel, była trudna do zniesienia. Genezaret nie był dużym domem. Do tego jeszcze Edmund. Nie wiedziałem po prostu, jak będzie. Ale co tam, pomyślałem. Przyjdzie pora, przyjdzie rada.

***

To był piątek, gdy Ewa Kaludis rozpoczęła pracę w szkole Stava. Mieliśmy właśnie dwie łączone lekcje z obróbki drewna, a ja ostatecznie schrzaniłem stojak na gazety, nad którym pracowałem przez ostatnie siedem miesięcy. Drewniany Gustav nie był tym zachwycony, ale za bardzo się tym nie przejąłem. Nie lubiłem prac ręcznych – ani szycia, ani obróbki w drewnie; nigdy nie wychodziło mi to tak, jak bym chciał i zawsze zabierało cholernie dużo czasu. Jak zwykle wystawałem bezczynnie pod dachem parkingu rowerowego razem z Bennym i Dupą-Enokiem i czekałem, aż skończy się przerwa. Wtedy na ulicy pojawiła się ona.

Chcę zaznaczyć, że zobaczyłem ją pierwszy, ale zarówno Benny, jak i Dupa-Enok są również pewni tego, że to oni ujrzeli ją pierwsi. W zasadzie nie odgrywa to żadnej roli, chodzi przecież przede wszystkim o to, że się pojawiła.

W każdym razie na pewno najpierw przeszła obok boiska, bo na kilka sekund strona należąca do dziewczyn wypełniła się ludźmi, którzy tylko stali i się gapili. Brudni piłkarze w dużych zgrajach.

– Ja pierdolę – powiedział Benny i otworzył szeroko usta, jakby siedział na fotelu u dentysty Slaktarssona i czekał na borowanie.

– Taak – odpowiedział Dupa-Enok.

– Przecież to jest Kim Novak.

Nic nie powiedziałem. Głównie dlatego, że nie lubiłem gadać bez potrzeby, ale też dlatego, że odebrało mi mowę. Babka, która zajechała warczącym skuterem prosto na szkolne boisko, naprawdę wyglądała jak Kim Novak. Burza jasnych włosów, szykownie przewiązanych czerwoną chustką. Ciemne eleganckie okulary i usta tak duże i słodkie, że ugięły się pode mną kolana.

Czarne, wąskie spodnie rybaczki, cienki czarny sweterek, który opinał piersi, i powiewająca na wietrze, rozpięta koszula w czerwono-czarne paski.

– Ale bomba! – westchnął Balthazar Lindblom.

– To puch – powiedział Dupa-Enok.

– Ja pierniczę, Kim Novak wparowuje na puchu na nasze boisko. A niech mnie…

Potem Dupa-Enok stracił przytomność. Miał jakąś łagodną odmianę epilepsji i czasami mdlał.

Byłoby raczej dziwne, gdyby to wszystko wytrzymał – pomyślałem.

Kim Novak wyłączyła pucha. Przez chwilę stała nad siodełkiem na szeroko rozstawionych nogach, ze stopami w żwirze, przyglądając się z uśmiechem stu ośmiu postaciom, które jak sparaliżowane stały na szkolnym boisku.

Następnie zsiadła ze skutera, zgrabnie umieściła go na stojaku, wyjęła z bagażnika płaską aktówkę, przemaszerowała przez ten gabinet figur woskowych i weszła do szkoły.

Gdy znikła w środku, odwróciłem głowę i odkryłem, że obok mnie stał Edmund. Niemal ramię w ramię, tyle że on był trochę wyższy.

– Coś takiego – powiedział grubym niewyraźnym głosem. – To się nazywa dojrzała kobieta.

Pokiwałem głową. Pomyślałem o świerszczykach jego ojca i uznałem, że Edmund wie, co mówi.

W ciągu dwóch godzin wszystko się wyjaśniło. Ludzie po drugiej stronie budynku szkoły już od dawna wiedzieli, że Berra Albertsson przeprowadzi się do miasta, my chyba też, przynajmniej kiedy się nad tym zastanowiliśmy. Berra był legendą piłki ręcznej, brał udział w ponad stu pięćdziesięciu meczach w reprezentacji kraju i mówiło się, że strzelał bramki z taką siłą, że bramkarze ginęli, jeśli trafił ich w głowę. Po dwunastu sezonach w rozgrywkach ligowych i reprezentacji kraju miał teraz zwolnić trochę tempo, obejmując funkcję trenera drużyny szczypiornistów w naszym mieście. Miał ją doprowadzić do pierwszej ligi.

Rozumiał to nawet ktoś taki jak Veikko, a o wszystkim można było przeczytać kilka tygodni wcześniej w „Kurren”.

Armata Berra miał się wprowadzić do jednego z nowo wybudowanych domów w Angermanlandii i pierwszego lipca objąć posadę wicedyrektora parku.

W gazecie nie napisano o tym, że był zaręczony z Kim Novak, która naprawdę nazywała się Ewa Kaludis.

A także o tym, że będzie ona zastępować w szkole beznadziejną Eleonorę Sintring, która na początku miesiąca złamała kość udową podczas skoku przez skrzynię na gimnastyce dla gospodyń domowych.

Już następnego dnia kilku futbolistów krążyło z listą, na którą można się było wpisać, jeśli było się gotowym złamać Sintring drugą nogę, jak tylko wróci do szkoły.

Chodziło o to, by chętni ciągnęli losy, gdy sprawa stanie się aktualna. Gdy ja i Benny się wpisywaliśmy, lista była długa.

W tamtą sobotę natknąłem się w bibliotece na Edmunda.

– Często tu przychodzisz? – zapytałem.

– Czasami – powiedział Edmund. – W zasadzie to całkiem często. Trochę czytam.

To mogło się zgadzać. Dla mnie osiągnięciem było przeczytanie jednej książki w miesiącu, nic więc dziwnego, że się tu wcześniej nie spotkaliśmy.

Edmund był nowy w mieście.

– Co najchętniej czytasz? – zapytałem.

– Kryminały – odpowiedział bez wahania. – Stagge i Quentin, i Carter Dickson.

Pokiwałem głową. Nigdy o nich nie słyszałem.

– Ale też Juliusza Verne’a – dodał po chwili.

– Juliusz Verne to cholernie dobra książka – powiedziałem.

– Cholernie dobra – powiedział Edmund.

Przez chwilę staliśmy i gapiliśmy się przed siebie.

– Co będzie z latem? – zapytał potem.

– Jak to co będzie? – zdziwiłem się.

– Z tym miejscem – odparł Edmund – z waszym domem.

Nie załapałem dokładnie, o co mu chodziło ani też do czego zmierzał.

– Jak to? – zapytałem.

Zdjął okulary i zaczął poprawiać taśmę klejącą, która je trzymała w całości.

Tym razem najwyraźniej połamał je tuż u nasady nosa.

– Niech to szlag – powiedział.

Nie odezwałem się. Upłynęło pół minuty.

– Mogę przyjechać czy nie? – rzekł w końcu.

– Czy możesz przyjechać? – wyjąkałem. – Co masz na myśli? Westchnął.

– Cholera, ty tu decydujesz – powiedział.

Wtedy zrozumiałem. Myślałem, że spalę się ze wstydu. Dostałem gęsiej skórki.

– Jasne – powiedziałem. Edmund włożył okulary.

– Jesteś pewien?

– Oczywiście – odparłem. Gęsia skórka znikła. Nastąpiła chwila ciszy.

– Ekstra – podsumował tak samo niskim i niewyraźnym głosem, jak na boisku.

– Yyyy… lubisz Märklina czy Fleischmanna?

Rozdział 3

Henry, mój brat, był wysokim dryblasem, wszyscy tak mówili. Był też prawdopodobnie przystojny, tak przynajmniej twierdziły kobiety. Ja sam w tym czasie nie potrafiłem trafnie ocenić wyglądu mężczyzn, ale widziałem przecież, że przypominał trochę Ricky’ego Nelsona i wydawało mi się, że był to całkiem dobry wzór.

Albo raczej Ricka, bo właśnie na takie imię przerzucił się w tamtym roku.

Palił też lucky striki i zawsze wysuwał je z kieszeni białej nylonowej koszuli gestem, który oznaczał mniej więcej tyle, że ciężko harował, a teraz nadeszła pora, żeby zakopcić.

Na rok przed śmiercią matki kupił swój pierwszy samochód, był to w ogóle pierwszy samochód w rodzinie.

Czarna bańka VW, którą jeździł na swoje reporterskie wyprawy po okolicy. Sprawił sobie też aparat fotograficzny, więc mógł robić zdjęcia swoich wypadków i ich ofiar.

Odnosiłem wrażenie, że całkiem nieźle potrafił związać koniec z końcem dzięki pracy freelancera.

Tak mówił nasz ojciec.

– Całkiem nieźle potrafi związać koniec z końcem, ten Henry.

Właściwie nie wiedziałem dokładnie, co oznaczało określenie „freelancer”. Oficjalnie Henry pisał przecież dla „Kurren”, ale samo słowo było jakby powiązane z czymś innym. Lucky strike. Beat. Freelance. Bańkę VW ochrzcił imieniem Killer.

– Ej, Erik – powiedział w tamto niedzielne przedpołudnie.

– Tak, Henry.

Właśnie zaparkował Killera przy ulicy Sportowej.

Siedzieliśmy w kuchni, Henry zapalił papierosa i siorbał letnią kawę, którą pozostawił ojciec, zanim pojechał autobusem do szpitala.

– Tego lata będziemy mieszkać razem. Ojciec tak powiedział.

Zaciągnął się.

– Tak będzie dla ciebie najlepiej.

Pokiwałem potakująco głową i spojrzałem przez okno. Słońce mocno świeciło. W taki dzień można by się było wykąpać w jeziorze Möckeln.

– Ciężka sprawa, to z mamą – stwierdził Henry.

– Tak – odpowiedziałem.

Oparł łokcie na stole i spojrzał na słońce.

– Ładna pogoda.

Skinąłem głową.

– Można by się przejechać i sprawdzić, jak to wygląda. Genezaret, znaczy się.

– Jasne – odrzekłem.

– Masz ochotę?

– Nie mam żadnych planów – odpowiedziałem.

***

Tego dnia Henry i ja posprzątaliśmy trochę w Genezaret. Uporządkowaliśmy dom przed latem. Wywlekliśmy na trawę wszystkie materace, poduszki i koce, aby słońce wyciągnęło z nich zimową wilgoć. Otworzyliśmy okna na oścież i zamietliśmy podłogę. Nie było z tym dużo roboty.

Na parterze znajdowały się dwa pokoje i mała kuchnia z lodówką i kuchenką. Na pierwsze piętro wchodziło się schodami od strony szczytowej ściany budynku.

Dwa pokoje przechodnie. Spadzisty dach i straszny upał, gdy tylko wpadało tam trochę słońca.

Wykąpaliśmy się. Znaleźliśmy pomost tam, gdzie był zawsze; w sitowiu po południowej stronie cypla. Henry powiedział, że w tym roku przerobi go na most pontonowy. Przytaknąłem i stwierdziłem, że to cholernie dobry pomysł. Tylko że przydałyby się lepsze deski, powiedział Henry.

Przez chwilę leżeliśmy na materacach, opalaliśmy się i trochę gadaliśmy. Albo paliliśmy. Henry poczęstował mnie dwoma papierosami i zagroził, że mnie zabije, jeśli powiem o tym ojcu. Ja oczywiście nie miałem takiego zamiaru. Wyjechaliśmy do domu wczesnym popołudniem, gdy było najcieplej.

Wieczorem Henry musiał iść na mecz piłki nożnej. Wzięliśmy ze sobą obie butle gazowe, aby je napełnić przed latem.

To była w sumie, fajna niedziela i pomyślałem, że może lato też będzie znośne. Ciężkie, ale do wytrzymania.

***

Tak naprawdę bardziej niż Edmund Fleischmann interesowały mnie czasopisma jego ojca, ale nie dałem tego po sobie poznać. Pokój Edmunda był wielkości mniej więcej ośmiu metrów kwadratowych, a makieta z kolejką zajmowała sześć metrów. Całość była dość praktycznie rozwiązana. Spał na materacu pod płytą, gdzie miał także lampę, półkę na książki i kilka szuflad z ubraniami. Nie widziałem żadnych zachodnich gazet.

– Przebudujemy? – zapytał Edmund.

– Okej – odpowiedziałem.

W dwie godziny przebudowaliśmy cały krajobraz, przejechaliśmy kolejką dookoła, doprowadziliśmy do kilku zderzeń, aż nam się to znudziło.

– Właściwie to najfajniej się buduje – stwierdził Edmund.

– To prawda – przytaknąłem.

– Wszystko dostałem od kuzyna – powiedział Edmund. – Ożenił się i żonka nie pozwoliła mu tego zatrzymać.

– O kurde… – westchnąłem. – Tak bywa.

– Trzeba uważać, gdy się wybiera babę – oznajmił Edmund. – Idziemy do kuchni wciągnąć pommaca? [1]

Wyżłopaliśmy pommaca w kuchni Edmunda, a ja wciąż zastanawiałem się nad świerszczykami i nad tym, że miał dwanaście palców zamiast dziesięciu, ale nie było jakoś okazji, by podjąć któryś z tych tematów.

Zamiast tego pojechaliśmy na rowerach do domu w kierunku ulicy Sportowej i napiliśmy się soku jabłkowego.

Zabrałem Edmunda do lasu i pokazałem betonową rurę. Cholernie mu się spodobała, w każdym razie tak powiedział. Potem przypomniał sobie, że miał być w domu na obiedzie już pół godziny temu, i rozstaliśmy się.

***

Pokój nauczycielski znajdował się na trzecim piętrze. Przylegał do niego duży taras, jedyny w budynku. Gdy zbliżały się wakacje, nauczyciele często tam siadywali pod pstrokatymi parasolami, pili kawę i palili.

Podczas krótkich wizyt Ewy Kaludis w szkole życie towarzyskie na tarasie zmieniało się. Stało się raczej i paliło zamiast siedzieć, i przewieszało przez barierkę, trochę obojętnie obserwowało szkolne boisko.

Ona była tego powodem i nic dziwnego, że ogiery ustawiały się wokół niej, kopciły i szczerzyły zęby.

Nauczyciel do spraw zaopatrzenia szkoły w pomoce naukowe Stensjöö. Koń Håkansson. Okularnik.

– Patrz na Okularnika, ja pierniczę! – krzyknął Benny. – Wsadza jej od tyłu!

– Gadanie – rzekł Balthazar Lindblom. – Nie odważy się jej tknąć. Tylko się gapią. Jeśli ją zaczepią, przyjdzie Armata Berra i ich zatłucze.

– Murowane – potwierdził Veikko. – Wystarczy, że kopnie kogoś piłką prosto w twarz. Facet z piekła rodem.

W tamte ciepłe dni pod koniec maja po stronie boiska, gdzie zbierały się dziewczyny, było wyjątkowo tłoczno. Piłkarze zaczęli się najwyraźniej interesować bardziej szlachetnymi sprawami, a na parkingu rowerowym zrobiło się po prostu ciasno. Ewa Kaludis uczyła tylko w naszej i jeszcze jednej klasie, więc mogliśmy się nią nacieszyć nie tylko wtedy, gdy akurat nadarzała się okazja, aby ją zobaczyć.

Na przykład w czasie przerw, gdy stała na tarasie. Kim Novak. Ewa Kaludis. Babka Armaty Berry.

Ja zaliczałem się do grupy szczęśliwców.

Angielski i geografię mieliśmy z beznadziejną Sintring, zanim wywróciła się na skrzyni. Koń Håkansson zastępował ją przez kilka tygodni, a teraz nawiedziła nas Ewa Kaludis. Na trzy tygodnie przed wakacjami.

Nawiedziła.

Właściwie wcale nie uczyła. Nie było takiej potrzeby. Harowaliśmy jak woły. Zawsze gdy wchodziła, w klasie panowała nabożna cisza. Uśmiechała się, a oczy jej lśniły. Przez klasę przechodziło lekkie drżenie. Potem siadała na katedrze, zakładała nogę na nogę i kazała nam kontynuować pracę od tej czy od tamtej strony.

Natychmiast rozpoczynaliśmy pracę. Ewa Kaludis siedziała na katedrze, bił od niej blask. Albo przechadzała się po klasie, przeciskając biodra między ławkami.

Jeśli podniosło się rękę, ona prawie zawsze stawała z tyłu po skosie, wyginała się do przodu i opierała piersiami o ramię ucznia. Albo jedną piersią.

O pomoc prosili prawie wyłącznie chłopcy, a powietrze w klasie było ciężkie od perfum i młodej tłumionej zmysłowości.

Właściwie nie wiedziałem, czy dziewczyny lubią Ewę Kaludis, bo prawie nigdy nie wymieniałem z nimi żadnych opinii, ale wydawało mi się, że czerpały jakieś korzyści z jej obecności. Na swój kobiecy sposób. Ale może się myliłem. Może były zazdrosne jak diabli.

Raz, gdy podniosłem rękę i poczułem jej pierś przy moim ramieniu i jednym policzku, myślałem, że zemdleję. Pociemniało mi przed oczami i pomyślałem, że równie dobrze mógłbym w tej chwili umrzeć. Chyba to zauważyła, bo położyła mi dłoń na ramieniu i zapytała, co mi jest. To oczywiście nie poprawiło sytuacji, ale przygryzłem język i powoli doszedłem do siebie.

– Źle się czuję – wypaliłem. – Wydaje mi się, że dostanę okres…

Nie wiem, dlaczego właśnie to powiedziałem, ale Ewa Kaludis tylko się zaśmiała, a Benny, który siedział obok mnie i jako jedyny usłyszał moją genialną odpowiedź, stwierdził na przerwie: „Niech mnie diabli, nigdy w życiu czegoś podobnego nie słyszałem”.

– Erik, do diaska, teraz twoje akcje dobrze stoją, to jasne jak cholera.

Nie byłem pewien, czy miał rację, cieszyłem się w każdym razie, że się nie wkurzyła.

***

– Poczekamy chwilę – powiedział ojciec. – Nie skończyli jeszcze obchodu.

Przytaknąłem. Ścisnąłem reklamówkę, tak że winogrona jeszcze bardziej się zgniotły.

– Nie zgnieć winogron – powiedział ojciec.

– Dobrze – odrzekłem.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy na zielonych ławkach. Pielęgniarki gnały w tę i we w tę, uśmiechając się do nas przyjaźnie.

– Obchód zawsze trochę trwa – stwierdził ojciec. – Dużo się wtedy dzieje.

– Wiem – odparłem.

– Zdążysz się jeszcze uczesać. Tam na rogu jest toaleta.

Poszedłem się uczesać nowym metalowym grzebieniem. Wyłamałem w nim pięć zębów od strony węższego końca, żeby móc otworzyć zamek w toalecie na dworcu kolejowym, ale nie podziałało. To nie miało znaczenia. Ważne było, że brakowało zębów. Jeśli się przebywało tam, gdzie dziewczyny, w dodatku bez metalowego grzebienia, nie było się wartym więcej niż przebita dętka rowerowa. Co najwyżej. Tak to już było.

– Pewnie niedługo będziemy mogli wejść do mamy – powiedział ojciec, gdy wróciłem.

– Wiem – odpowiedziałem. – Ale nie ma pośpiechu.

– Masz rację – rzekł ojciec.

***

Próbowała mnie przytulić, ale zamiast tego ja pogładziłem mamę.

Ojciec usiadł po jej prawej, a ja po jej lewej stronie.

– Kupiliśmy trochę winogron – powiedział ojciec.

– Jak miło – odrzekła mama.

Położyłem reklamówkę na żółtym szpitalnym kocu.

– Jak ci idzie w szkole? – zapytała mama.

– Dobrze – odpowiedziałem.

– Zwolniłeś się dzisiaj z lekcji?

– Tak.

Zajrzała do torby i z powrotem ją zwinęła.

– A jak w domu?

– Bez problemów – odparłem. – Tata czasem przypali sos, ale każdego dnia idzie mu coraz lepiej.

Mama, zamykając oczy, uśmiechnęła się, tak jakby kosztowało ją to wiele wysiłku. Spojrzałem na nią. Była szaroniebieska na twarzy, a jej włosy wyglądały jak zwiędła trawa.

– Bez problemów – powtórzyłem. – Czy jest tu toaleta?

– Oczywiście – powiedziała zmęczonym głosem. – W korytarzu.

Przytaknąłem i wyszedłem. Usiadłem na sedesie i przez dwadzieścia pięć minut usiłowałem się wysrać. Potem wróciłem do rodziców.

Mama i tata siedzieli blisko siebie i szeptali. Gdy wszedłem, zamilkli. Usiadłem na krześle po lewej stronie łóżka.

– Wkrótce jedziecie do Genezaret? – zapytała mama.

– Tak – powiedziałem. – Henry i ja byliśmy tam już i trochę posprzątaliśmy.

– Dobrze, że Henry i Emmy troszczą się o ciebie.

– Tak – przytaknąłem.

– Henry’emu całkiem dobrze idzie – rzekł ojciec.

Na chwilę zrobiło się cicho.

– Miło, że mnie odwiedziłeś – powiedziała mama.

– E tam – odpowiedziałem.

– Chyba będziemy już szli – przerwał ojciec. – Zdążymy na autobus piętnaście po.

– No, idźcie – odparła mama. – Krzywda mi się tu samej nie stanie.

– Przyjdę jutro po pracy – odparł tata.

– Krzywda mi się nie stanie – powtórzyła mama. Wstałem i pogłaskałem ją po ramionach, potem wyszliśmy.

***

Wyjąłem opowieści o Pułkowniku Darkinie i przeliczyłem je. Wszystko się zgadzało. Sześć czarnych zeszytów w ceratowych okładkach, po czterdzieści osiem stron każdy. Pięć zeszytów było zapisanych; szósty prawie skończony. Włożyłem zakończone przygody z powrotem do plastikowej siatki i zamknąłem je głęboko w szufladzie, gdzie trzymałem bieliznę. Nie była to idealna kryjówka; wiele razy myślałem o tym, aby zorganizować coś lepszego, zakopać siatkę gdzieś w lesie. Głęboko ukryta w ziemi tam byłaby bezpieczna od kradzieży.

Nic jakoś z tego nie wyszło. Ale teraz, gdy matka leżała w szpitalu, szuflada na bieliznę była znacznie pewniejsza. Ojciec nie grzebał w moich rzeczach. W ogóle rzadko kiedy wchodził do mojego pokoju.

Rozpocząłem „Pułkownika Darkina” jakieś dwa lata wcześniej. Pierwszy zeszyt dostałem w prezencie urodzinowym od Lindy Britt, tłustej kuzynki z długimi jak u królika zębami. Uważała, że powinienem zacząć pisać pamiętnik. Bo ona to robiła i było to bardzo rozwijające.

W zeszycie nie było linii, co uznałem za dość dziwne, skoro chciała, abym w nim pisał. Wziąłem więc linijkę i podzieliłem strony na pola jak w komiksie – czterdzieści osiem kartek po cztery okienka na stronie i już wkrótce pisałem „Pułkownika Darkina i złotą ligę”. Była to przygodowa historia, której akcja rozgrywała się pomiędzy Londynem, Askersundem i Dzikim Zachodem i zawierała wszystko, czego można było wymagać – zapętloną podwójną grę, opisy aktów niewzruszonej uczciwości i celne dialogi.

– Ma pan dokładnie sekundę na odpowiedź, inżynierze Frega, mój czas jest cenny.

– Niezłe ciało, panno Carlson. Chyba nie chce go pani stracić?

– Na miłość boską, Nessie, zapomniałeś zamieszać rum w herbacie!

Sam Pułkownik Darkin był psem gończym, który wycofał się do swojego bunkra w górach, ale wyruszał do akcji, gdy wymagała tego sytuacja na świecie. Jego towarzyszką była blondyna o dużym biuście i wielkiej władzy nad męskim rodzajem.

Nazwałem ją Vera Lane i zakochałem się w niej od pierwszego zapisanego okienka. W tej chwili siedziała zamknięta pod kluczem na strychu szalonego naukowca o nazwisku Finckelberg. Właśnie z warkotem wyruszył swoim ferrari do miasta, by zakupić benzynę w celu podpalenia domu z Verą w środku.

Darkin znajdował się sto kilometrów od tego miejsca na motocyklu BSA-300 LT z diamentowymi szprychami. Byłem zmuszony posłać po niego w odpowiednim momencie, zanim płomienie zaczęłyby ślizgać się po pięknym ciele Very Lane; śpieszyłem się z przywołaniem Darkina także dlatego, że kończył mi się zeszyt i kiepsko szło rysowanie ognia.

Nie byłem szczególnie dobry w rysowaniu komiksów, sam zdawałem sobie z tego sprawę. Ale miałem pewne zobowiązania w stosunku do postaci, które stworzyłem. Gdybym ich nie opisywał i nie rysował, leżałyby w szufladzie na bieliznę jak zapomniane marionetki.

Czasem było ciężko. Ale przeważnie – zwłaszcza gdy się naprawdę wciągnąłem w pracę – była to najbardziej sensowna rzecz, jaką zajmowałem się w trakcie mojego dorastania. Tylko w tych chwilach udawało mi się zapomnieć o całym gównie tego świata.

Nigdy nikomu tego nie pokazałem. Nigdy nikomu nie opowiedziałem o Pułkowniku Darkinie.

Takie to było zajęcie.

Otworzyłem sok jabłkowy. Pociągnąłem dwa łyki i rozmyślałem.

– Do diabła! – napisałem w dymku Darkina. – Powinienem był się domyślić, w czym rzecz.

Rozdział 4

Henry, mój brat, pisał do „Kurren” o wszystkim.

O spotkaniach członków rady gminnej, wyścigach, podejrzeniach o podpalenie. O dwugłowych cielętach i o rodzeństwie, które rozdzielone przeciwnościami losu spotkało się ponownie po pięćdziesięciu siedmiu latach. To, czego nie wyłowił w redakcji albo w terenie, znajdował w innych gazetach – szwedzkich i zagranicznych. Co najmniej godzinę dziennie spędzał w bibliotece miejskiej w Örebro na przeglądaniu gazet w poszukiwaniu nowinek i sensacyjek ze świata, aby znaleźć pomysły i puenty do swoich artykułów.

Wszystko, co napisał i co ukazało się drukiem, wycinał i wklejał do dużych albumów. Tamtego lata, gdy umierała nasza matka, miał już tych albumów z pół tuzina, czasem, gdy odwiedzałem go w jego kanciapie przy ulicy Hrabiego, pozwalał mi je pooglądać. Lubiłem tam siedzieć, skulony na jego zapadniętym łóżku z żelazną siatką na krótszych bokach; siedzieć i patrzeć na tytuły. Rzadko czytałem tekst, ale tytuły do mnie przemawiały; nie wiedziałem wtedy, że prawie zawsze to ktoś inny niż Henry wymyślał te „przyciągacze wzroku”:

Sprytna maciora przejechała na gapę dwadzieścia mil

Bimber dobry na ciśnienie

Niemieccy ministrowie z krótką wizytą w Arboga

Gdy przeczytałem tak dobry tytuł, zamykałem na chwilę oczy i próbowałem sobie wyobrazić ukrytą za nim skomplikowaną rzeczywistość.

Czasem mi się to udawało, a czasem nie.

***

– Jest taka sprawa – rzekł mój brat Henry pewnego dnia.

Do końca semestru było mniej niż tydzień. Spojrzałem na niego znad wycinka o strażaku z Bäld, który złamał obie nogi w Broby.

– No? – powiedziałem.

Henry spojrzał na swojego papierosa i zgasił go w doniczce z mokrym piaskiem, która stała na biurku obok maszyny do pisania Facit Privaten.

– W sprawie lata.

Teraz się wycofa, pomyślałem. Cholera jasna!

– Co jest? – zapytałem.

– Właściwie to jest kilka spraw – odpowiedział i jeszcze bardziej niż zwykłe wyglądał jak Ricky Nelson. Albo raczej Rick. Zamknąłem album z wycinkami.

– Będę miał wolne w „Kurren”.

– Hmm?

– Przez całe lato.

– Przez całe lato?

– Tak. Mam zamiar napisać książkę.

Powiedział to tak, jakby chodziło o pójście do Karlessona i kupienie żerdzi na krążki hokejowe.

– Książkę? – zdziwiłem się.

– Tak jest. Kiedyś trzeba to zrobić.

– Aha.

– Niektórzy ludzie muszą. Ja jestem takim człowiekiem.

Skinąłem głową. Byłem pewien, że tak właśnie było. Właściwie nie wiedziałem, co powiedzieć.

– O czym będzie ta książka?

Nie odpowiedział od razu. Położył nogi na biurku, pociągnął łyk ze stojącej na podłodze butelki z Rio Club i wyłowił lucky strike’a. O życiu – odparł. – The real thing. Egzystencjalna.

– Aha – powiedziałem.

Zapalił papierosa i przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Henry zaciągnął się kilka razy głęboko, jednocześnie przewieszając ramiona za oparcie krzesła. Wpatrywał się w sufit, gdzie dym się rozrzedzał i zamieniał w nicość.

– Dobrze – powiedziałem w końcu. – To ekstra, że piszesz książkę, na pewno będzie świetna.

Henry’ego chyba niezbyt obchodziło moje zdanie na ten temat.

– O jakich jeszcze sprawach chciałeś porozmawiać? – zapytałem.

– Nie rozumiem? – zdziwił się.

– Powiedziałeś, że masz kilka spraw. Książka to chyba jedna sprawa?

– Jesteś diabelnie dobry w rachunkach, braciszku – rzekł Henry. – Autentyczna, cholerna maszyna licząca.

– W każdym razie zliczę do dwóch – odpowiedziałem.

Henry zaśmiał się. Miał krótki, ostry śmiech. Podobało mi się to brzmienie i sam próbowałem sobie taki zafundować, ale niezbyt mi się to udawało. Zdałem sobie sprawę, że śmiechu nie da się wyuczyć.

– No, chodzi mi o Emmy – powiedział Henry i wydmuchnął kółko z dymu, które przeleciało przez pokój jak jakiś gruby sputnik.

– Trafiony – powiedziałem, kiedy sputnik uderzył w ścianę i rozbił się. – Jak to o Emmy?

– Nie przyjedzie – odparł Henry.

– Co? – zdziwiłem się.

– Do Genezaret.

– Dlaczego nie?

– Rzuciłem ją – odrzekł Henry.

Nie byłem pewien, co to oznaczało. No bo chyba nie to, że zatłukł ją na śmierć i wrzucił do jakiegoś kanału z nogami wmurowanymi w cement. Vera Lane była bliska takiego końca w Darkinie III, ale trudno mi było sobie wyobrazić, że Henry zrobiłby coś takiego.

– O rany – powiedziałem w miarę neutralnie.

– A więc będziemy tylko ty, ja i twój kumpel. Jak on się nazywa?

– Edmund – odparłem.

– Edmund? – spytał Henry. – Paskudne imię.

– Jest okej – powiedziałem.

– Tak, tak – potwierdził Henry. – Nie można sądzić ludzi po imionach. Spotykałem się kiedyś z babką, która nazywała się Frida. W Amsterdamie. Nie była taka zła.

Przytaknąłem i przez chwilę siedziałem, rozmyślając o wszystkich babkach z dziwnymi imionami, z którymi się spotykałem.

I o wszystkich babkach, które rzuciłem.

– Ojca i matkę trzymajmy od tego z daleka – powiedział Henry.

– Co masz na myśli?

– Że Emmy z nami nie pojedzie. Będą się martwić, że nie poradzimy sobie z jedzeniem i tak dalej – odparł mój brat. – Ale przecież damy radę, trzech superfacetów.

– Murowane! – wykrzyknąłem. – No problem. Jestem Tarzanem omletów.

W tym momencie Henry zaśmiał się swoim chropowatym śmiechem. To było miłe. Pomyślałem, że gdy mój brat się śmieje, to tak, jakby ktoś drapał mnie po plecach.

***

Któregoś dnia pod koniec tygodnia pojechaliśmy na wycieczkę szkolną do zoo w Brumberga. Cały czas byłem z Edmundem, Bennym i Dupą-Enokiem i chociaż oberwało nam się od drużyny dziewczyn w konkursie pytań i przegraliśmy jednym zasranym punktem, tracąc w ten sposób kubełek lodów, mieliśmy całkiem udane popołudnie.

Dupa-Enok obchodził właśnie urodziny i zgarnął całe pięć dych od swojego wuja, więc mieliśmy dużo forsy. Dupa-Enok nie miał węża w kieszeni; wcisnął w siebie pięćdziesiąt cztery cukierki Dixi i w drodze powrotnej musiał siedzieć na jednym z miejsc dla tych, którym groziło, że zwymiotują.

Sam zjadłem trzydzieści sześć Reval i czułem się naprawdę świetnie.

W nocy po wycieczce miałem sen. Znowu byłem w zoo, cała klasa stała naprzeciwko dużego zielonego akwarium z delfinami, płaszczkami i fokami. Chyba nawet z rekinami. Byliśmy bardzo cicho, bo stała tam Ewa Kaludis i coś opowiadała. Za jej plecami w zielonej wodzie prześlizgiwały się w swojej niekończącej się podróży duże wrzecionowate ciała.

Nagle usłyszałem, jak Benny przeklina. Pokazywał coś swoim brudnym palcem i od razu zobaczyłem, co odkrył.

Tam, w akwarium, pływała moja mama.

Wśród płaszczek i fok. Moja mama.

Cholernie dziwne uczucie. Miała na sobie znoszony fartuch w wyblakłe róże, który wkładała do sprzątania, była spuchnięta i miała wytrzeszczone jak ryba oczy. Podbiegłem do szyby, gestykulowałem i pokazywałem jej, żeby przepłynęła na drugą stronę, ale ona tylko unosiła się w wodzie i gapiła się na nas smutnymi oczami. Próby przesunięcia jej nie miały sensu, więc zamiast tego odwróciłem się. Przycisnąłem się do szyby i próbowałem ją ukryć. Ewa Kaludis zamilkła i spojrzała na mnie zaskoczona. Wyglądało to prawie tak, jakby była rozczarowana. Chciałem się rozpłakać, posikać i zapaść pod ziemię.

Gdy się obudziłem za piętnaście piąta rano, byłem zlany potem. Pomyślałem, że musi to mieć coś wspólnego z cukierkami Reval. Poszedłem do toalety, ale na próżno.

Siedząc tam, zastanawiałem się nad swoim snem. Doszedłem do wniosku, że był dziwny. W zoo w Brumberga nie było akwarium, a Ewy Kaludis nie było z nami na wycieczce.

Tego ranka już nie zasnąłem.

Zanim weszliśmy do mieszkania, Edmund powiedział:

– Wiesz, jaka jest największa różnica na świecie?

– Między wszechświatem a mózgiem? Åsy Lenner? – zapytałem.

– Niee – odpowiedział Edmund. – Największa różnica na świecie jest między moją matką a moim ojcem. To tak, żebyś wiedział.

Nie mylił się, zrozumiałem to podczas obiadu, na który mnie zaprosili. Chyba w ramach podziękowania z góry za pozwolenie na pobyt Edmunda w Genezaret przez całe lato.

Albin Wester, ojciec Edmunda, był niski i silnej budowy, miał zwieszone wzdłuż ciała ręce i chwiejny chód. Wyglądał mniej więcej tak jak samiec goryla. Jakby przemęczony. Chociaż byłem antyfutbolistą, pomyślałem w tym momencie o trenerze piłki nożnej, który próbuje opracować w połowie gry nową taktykę, gdy drużyna przegrywa 6:0. Jakby był wesoły, a jednocześnie czuł się jak zbity pies. Gdy jedliśmy, prawie cały czas mówił, zwłaszcza gdy miał w ustach jedzenie.

Pani Wester była sztywna, jakby połknęła kij.

Podczas obiadu nie wydała z siebie żadnego dźwięku, ale od czasu do czasu próbowała się uśmiechnąć. Wyglądało to tak, jakby miała pęknąć i za każdym razem czkała i mrugała.

– Może dokładkę, chłopcy – powiedział Albin Wester. – Nigdy nie wiadomo, kiedy znowu dostanie się coś do jedzenia. Skrzynia z kiełbasami Signe jest znana w całej północnej Europie.

Edmund i ja zjedliśmy naprawdę duże porcje, bo były to niezwykle smaczne kiełbaski. Pomyślałem o zadaniu na zajęcia z gospodarstwa domowego i powiedziałem Edmundowi, aby poprosił swoją mamę o przepis.

Wiedziałem, że coś takiego zaliczało się do wyżyn uprzejmości, a pani Wester aż dostała czkawki.

– Skrzynia z kiełbasami a la Signe – powiedział Albin Wester. – Pokarm bogów.

Uśmiechnął się, upuszczając kilka kawałków kiełbasy na kolano.

– Jest alkoholiczką – wyjaśnił potem Edmund. – Musi napinać wszystkie mięśnie, żeby poradzić sobie z takim posiłkiem.

Pomyślałem, że to dziwne, i powiedziałem to. Edmund wzruszył ramionami.

– Ech – odparł. – To wcale nie jest dziwne. Ma trzy siostry. Wszystkie są takie same. Mają to po dziadku, pił na umór, ale ciało kobiety tego nie wytrzymuje.

– Taak? – zdziwiłem się.

– Nie powinno się wlewać bimbru w babę. A prochu dodawać do tytoniu. Z tego są tylko kłopoty.

Na chwilę się zamyśliłem.

– To zabrzmiało jak cytat z gazety „Salasso” – powiedziałem. – Czytasz dużo zachodnich gazet?

– Czasem – rzekł Edmund. – Ale teraz wolę książki.

– Ja mieszam – powiedziałem dyplomatycznie. – Od jak dawna jest taka? Nie można jej jakoś podleczyć?

Byłem trochę obeznamy w działaniach ubocznych alkoholu. Kuzyn mojego ojca, Holger, był ulepiony z tej samej gliny, a w czwartej klasie przez jeden semestr mieliśmy nauczyciela, którego nazywali Bimbrowy Jezus. Chlał z butelki schowanej w szufladzie katedry i wylali go po tym, jak zasnął w klasie i się zsikał.

Tak się w każdym razie mówiło.

Edmund potrząsnął głową.

– Sekret zostanie więc w rodzinie – powiedział. – To nie jest oficjalskie.

– Aha – odpowiedziałem. – Tylko, że mówi się chyba oficjalne.

– Mam w dupie, jak to się mówi – odparł Edmund. – W każdym razie to ze względu na nią tak często się przeprowadzamy. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Wtedy zrobiło mi się żal Edmunda Westera.

I jego ojca.

Może też trochę było mi żal pani Wester.

***

Tego wieczora poszliśmy do kina zobaczyć film z Jerrym Lewisem. Zaprosili nas Westerowie.

– Cholera – stwierdził Edmund w drodze do domu. – Wszyscy powinni być tacy jak Jerry Lewis. Wtedy świat byłby piękny.

– Gdyby wszyscy byli tacy jak Jerry Lewis – odparłem – świat zniknąłby kilka tysięcy lat temu.

Edmund przez chwilę myślał o tym, co powiedziałem.

– Niegłupi jesteś – rzekł potem. – Potrzeba też typów w stylu Perry’ego Masona, masz zupełną rację.

– No i Paula Drake’a i Delii – dodałem.

– Paul Drake jest cholernie dobry – powiedział Edmund. – Kiedy wchodzi do sali sądowej w środku przesłuchania i mruga jednym okiem do Perry’ego. Cholera jasna, co za facet!

– Zawsze ma na sobie białą marynarkę i czarne portki – zauważyłem. – Albo odwrotnie.

– Zawsze – odpowiedział Edmund.

– Della się w nim kocha – oznajmiłem.

– Objection! Della kocha się w Perrym.

– A gówno! – wykrzyknąłem. – Kocha się w Paulu Drake’u.

– Okej – zgodził się Edmund. – Kocha się w obu. Nie ma w tym nic dziwnego.

– To dlatego, że nigdy nie potrafi wybrać jednego z nich – powiedziałem. – Objection sustained!

Przez chwilę szliśmy i wypowiadaliśmy znajome kwestie.

– Objection overruled!

– Objection sustained!

– Your cross-examination.

– No further questions, your Honour.

– Not guilty!

Przy kiosku Karlessona nasze drogi się rozchodziły. Edmund mieszkał dalej, przy ulicy Torfowej, a ja w pobliżu parku sportu.

Karlesson właśnie zamknął kiosk; zielone okienka były zasunięte, a automaty z gumami do żucia przywiązane grubym żelaznym łańcuchem i kłódką do stojaka na rowery.

– Wiesz, że do automatu z gumami można użyć połamanych patyczków do kiełbasek? – zapytałem Edmunda.

– Co? – zdziwił się. – Jak to?

Wyjaśniłem mu. Odłamywało się po prostu centymetr płaskiego drewnianego patyczka. Równie dobrze można było użyć łyżeczek do lodów, ale trudniej było je zdobyć. Potem wciskało się mały kawałek drewna w otwór na dwudziestopięcioorówki i przekręcało. No problem. Klik, klik, klik. Szczęk i chrzęst. Działało za każdym razem.

– Aha? – zdziwił się Edmund. – Blefujesz?

Pogrzebaliśmy trochę w wiszącym na ścianie śmietniku i w końcu znaleźliśmy zafajdaną łyżeczkę do lodów. Odmierzyłem i odłamałem kawałek, podważając paznokciem. Odczekałem chwilę, aż przeszła gromada rozchichotanych dziewczyn, i wykonałem sztuczkę.

Cztery gumy i pierścionek.

Każdy wziął po dwie gumy, a Edmund zabrał pierścionek dla swojej matki alkoholiczki.

– Cholernie sprytnie – pochwalił Edmund. – Powinniśmy tu przyjechać którejś nocy latem i opróżnić całą tę puszkę.

Pokiwałem głową. To był plan, który sam już od dawna obmyślałem.

– Wystarczy tylko zdobyć łyżki – powiedziałem. – Ale zawsze jest ich trochę w kioskach z lodami na rynku.

– Którejś nocy to zrobimy – rzekł Edmund.

–  Sustained – odparłem. – Którejś nocy latem.

Potem powiedzieliśmy sobie „cześć” i rozeszliśmy się.

Wiedziałem, że mój brat Henry jest niezwykłym człowiekiem, ale aż do tamtego wieczoru nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo niezwykłym. Musiało to być w ostatnim tygodniu szkoły.

– Berra Armata to dupek – powiedział.

To ja zacząłem o nim mówić. Albo raczej o Ewie Kaludis i przy tej okazji wspomniałem coś o tym, że jest z Armatą Berrą.

– Mówię ci, to prawdziwy gnojek.

To było po prostu stwierdzenie; byłem tak zaskoczony, że nie wiedziałem, co powiedzieć, a potem zaczęliśmy rozmawiać o czymś innym. Potem Henry pojechał Killerem na spotkanie do Kościoła zielonoświątkowego.

Gdy odjechał, długo myślałem o tym, co powiedział. Zastanawiałem się, jak u licha mógł powiedzieć coś takiego, i wtedy przypomniałem sobie, że Henry robił z Berrą Albertssonem wywiad do „Kurren”, gdy ten na początku maja przeprowadził się do naszego miasta.

Armata Berra gnojkiem?

Napisałem to na kawałku papieru, który wsunąłem do „Pułkownika Darkina i złotych sztabek”. Było to tak dziwne oświadczenie, że chciałem je w jakiś sposób przechować.

Potem w ciągu lata miałem powody, by się nad tym głębiej zastanowić. Poważne powody. Ale teraz tego nie mogłem wiedzieć, a kawałek papieru musiał w jakiś tajemniczy sposób zniknąć, bo nigdy nie udało mi się go znaleźć.

Rozdział 5

Tamtego lata mieliśmy ostatnie prawdziwe zakończenie roku szkolnego.

Część z nas miała kontynuować naukę w ósmej klasie, ale mniej więcej polowa przechodziła od nowego roku do gminnej szkoły średniej. Dotyczyło to tych, którzy nie przeszli już po szóstej klasie. Był to oczywiście punkt przełomowy między innymi dlatego, że już nigdy więcej miałem nie siedzieć w jednej sali z Veikko i Sluggo, i Gunborgiem. I Balthazarem Lindblomem.

Nie było to w sumie nic szczególnego. Ale niektórych osób mi brakowało. Na przykład Benny’ego i Marie-Louise; z Bennym i tak mogłem się spotykać, w betonowej rurze i w innych miejscach, ale o Marie-Louise, jej rozkosznych ciemnych puklach i ciemnych oczach miałem już nigdy więcej nie rozmyślać. W każdym razie, nie siedząc blisko niej.

I tak wszystko to wydawało się trochę nie do ogarnięcia, jakkolwiek nigdy nie udało mi się znaleźć szczególnie blisko Marie-Louise. No i pewnie są śliczne babki w nowej szkole, myślałem z optymizmem. Tracisz jedną, a już czeka tysiąc innych. C’est la vie!

Jednak to, jak miałbym żyć bez Ewy Kaludis, było pytaniem, które szybko i mało zabawnie zaczęło przypominać przepaść. W pewnym sensie jej pierś pozostawała na moim ramieniu od tamtej chwili, gdy miałem dostać okres. W dniu zakończenia roku Ewa weszła do klasy akurat wtedy, gdy Okularnik otwierał kupiony przez dziewczyny prezent: duży, oprawiony obraz, przedstawiający łosia, stojącego na skraju lasu i wyglądającego na przygnębionego. Było powszechnie wiadomo, że Okularnik każdej jesieni spędzał tydzień na polowaniu na łosie. Teraz stał w katedrze, gapił się na obraz i próbował uśmiechać się na tyle, na ile potrafił.

– Chciałam tylko podziękować za ten wspólnie spędzony czas – powiedziała Ewa Kaludis. – Miło mi się was uczyło. Życzę udanych wakacji.

Była to najbardziej błyskotliwa rzecz, jaką słyszałem w całym moim czternastoletnim życiu, i wszystkie inne błyskotliwe wypowiedzi, które kiedykolwiek słyszałem, znajdowały się o lata świetlne za nią. Zakołysała biodrami, opuściła klasę, a moje serce ścisnęła zimna jak lód dłoń.

Cholera jasna, pomyślałem. Zostawi mnie w taki sposób?

Ta chwila była porażająca. Siedziałem w ławce i nagle zrozumiałem, jak to jest stracić coś, co jest niezastąpione. Jakie jest te pięć sekund, zanim skoczy się pod pociąg.

Przez klasę nie przejechał jednak żaden pociąg, i całe szczęście.

– Co z tobą? – zapytał Benny, gdy wyszliśmy na zalane słońcem boisko. – Wyglądasz, cholera, jakbyś się uchlał ponczem. Jak Henry Cooper w dwunastej rundzie.

– E… tam – powiedziałem. – Coś z żołądkiem. Kiedy jedziesz?

– Za dwie godziny – odparł Benny. – Będę na miejscu jutro po południu. Do Malberget jest cholernie daleko. Mam nadzieję, że ułoży się jakoś z twoją mamą.

– Na pewno – potwierdziłem.

– Idę do Blindberga kupić koszulę a la Bonanza – rzekł Benny. – I taki zajebisty czerwony krawat, muszę zaimponować kuzynostwu. Trzym się. Widzimy się jesienią.

– Trzym się – odpowiedziałem. – Pozdrów cholernych Laplandczyków i laplandzkie komary.

– Zrobię to na mur beton – odpowiedział Benny. – Pisz, gdyby lato było ciężkie.

Henry, mój brat, już wyjechał i zaczął urządzać się w Genezaret. Ojciec sądził, że mieszka tam też Emmy Kaskel, ale ja oczywiście wiedziałem, jak było naprawdę. Plan był taki, że ja i Edmund przejedziemy te dwadzieścia pięć kilometrów na rowerach i dołączymy do Henry’ego. Mógł nas oczywiście podrzucić, ale chcieliśmy przyjechać na rowerach, wiadomo. W lasach wokół jeziora Möckeln było wiele ciekawych miejsc i bez naszych dwóch kółek Edmund i ja czulibyśmy się jak bez ręki.

W sobotę wieczorem znowu pojechałem z ojcem do szpitala; ja w ubraniu z zakończenia roku, tata w marynarce, koszuli i krawacie. Nigdy nie nosił krawata, gdy był klawiszem albo kiedy był w domu, ale jak tylko wybierał się do szpitala, przebierał się. Mimo że jechał tam autobusem właściwie każdego dnia. Zastanawiałem się, od czego to zależało, ale nigdy nie zdecydowałem się go zapytać. Tamtego dnia też tego nie zrobiłem.

Mama leżała w tym samym łóżku, w tym samym pokoju i wyglądała raczej bez zmian. Tylko włosy były świeżo umyte i pomyślałem, że wyglądały ładniej, prawie jak aureola.

Znowu mieliśmy ze sobą siatkę winogron i tabliczkę czekolady, ale gdy zamierzaliśmy już odejść, mama wetknęła mi do ręki czekoladę.

– Zabierz to, Erik – powiedziała – powinieneś się lepiej odżywiać.

Nie chciałem czekolady, ale ją przyjąłem.

– Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić w Genezaret – dodała.

– Na pewno – odpowiedziałem. – Trzymaj się.

– Pozdrów Henry’ego i Emmy – powiedziała.

– Pozdrowię – odparłem.

W autobusie podczas powrotu do domu ojciec mówił różne rzeczy o tym, co nam wolno robić, a czego nie w Genezaret. O czym powinniśmy pomyśleć i o czym absolutnie nie wolno nam zapominać. O butlach gazowych i tak dalej. Trzymał w dłoni kartkę, którą starał się ukryć. Domyśliłem się, że napisała ją mama, kiedy wyszedłem do toalety. Ton głosu ojca wskazywał, że niezbyt obchodziła go sprawa Genezaret. Liczył na Henry’ego i Emmy. Z obowiązku i współczucia dla mamy palnął mi tylko kilka kazań. Było mi go naprawdę żal.

Myślę, że mimo wszystko mi ufał.

– Może kiedyś do was zajrzę – powiedział. – A i wy przecież od czasu do czasu będziecie się pokazywać w mieście.

Pokiwałem potakująco głową. Wiedziałem, że były to tylko słowa. Takie rzeczy mówiło się, żeby coś powiedzieć.

– Tyle że jeszcze trzy tygodnie pracuję. A w weekendy chcę jeździć do niej.

Zabrzmiało to dla mnie dziwnie, że powiedział „do niej”, zamiast – jak zazwyczaj – „Ellen” albo „twojej matki”.

– Nie martw się – odparłem – poradzimy sobie.

Wyjąłem czekoladę Taragonę. Miała ją zjeść mama, ale oddała ją oddała mnie.

– Chcesz? – spytałem, częstując ojca.

Potrząsnął głową.

– Ty zjedz. Ja nie mam ochoty.

Włożyłem ją z powrotem do wewnętrznej kieszeni kurtki. Siedzieliśmy w ciszy, przejeżdżając przez Mosäs i obok torfowiska, gdzie Henry pracował przez kilka lat w ciągu letnich miesięcy, zanim wypłynął na morze; próbowałem przywołać w pamięci twarz Ewy Kaludis, ale niezbyt mi się to udawało.

– Moglibyście posmarować łódkę dziegciem – powiedział ojciec, gdy przy rynku skręciliśmy w stronę miasta. – Jeśli będziecie mieć czas. Nie uszkodźcie jej.

– Dobrze – odpowiedziałem.

– Pomost też można by posmarować.

– Tym też się zajmiemy.

– Jeżeli będziecie mieć czas – powtórzył ojciec i schował kartkę, którą dostał od matki – zrobicie tyle, ile dacie radę.

– Trudno wyrokować o przyszłości.

– Trzeba stać mocno nogami na ziemi – orzekł ojciec.

Gdy wysiedliśmy z autobusu na ulicy Torfowej, wetknąłem Taragonę do wiszącego na słupie przy przystanku kosza na śmieci. Żałowałem tego przez całą drogę do domu wzdłuż ulicy Idrottsgatan, ale po nią nie wróciłem.

„A man’s gotta do what a man’s gotta do” [2] – pomyślałem.

***

Gdy w niedzielę Edmund i ja wyruszyliśmy z miasta, na zmianę świeciło słońce i chmurzyło się. Wiał lekki wiatr. Kiedy jechaliśmy przez górę Hallsberg, zaczęło padać, więc weszliśmy do cukierni Lampas za stacją i wypiliśmy po pommacu, i zjedliśmy po drożdżówce. Edmund wrzucił monetę do szafy grającej. Pijąc pommac i gapiąc się na deszcz, słuchaliśmy trzy razy z rzędu „Cotton Fields”.

– W szafie nie ma innych wartych grania piosenek – powiedział Edmund, a ja bez żadnych wątpliwości ufałem jego słowom.

„Cotton Fields” to była zresztą diabelnie dobra piosenka.

Ostrzegłem Edmunda przed górą Kleva, ale to tylko zachęciło go do wyczynów w ten pierwszy dzień wakacji.

– Przejadę przez całą górę za jednym zamachem – oświadczył. – Stawiam pięćdziesiąt öre.

– Dostaniesz całą koronę – powiedziałem, bo wiedziałem, co było stawką. – Nie da się przejechać przez całą Kleva bez roweru wyścigowego.

Mieliśmy z Edmundem używane rowery bez żadnych bajerów, oprócz bagażnika i dzwonka. Żadnych dodatków. Żadnych przerzutek. Żadnych ręcznych hamulców. Edmund miał przynajmniej Crescenta. Mój jasnozielony rower marki Ferm nie był powodem do dumy.

– Chcę spróbować – głośno zadeklarował Edmund, gdy zbliżyliśmy się na tyle, że było widać wzniesienie. – No further questions.

Dotarł prawie do połowy wzgórza. Potem musieliśmy na kwadrans usiąść na poboczu, żeby nogi Edmunda odpoczęły. Gdy do niego podszedłem, był blady, a w kącikach ust miał pęcherzyki zaschniętej śliny. Leżał na plecach w rowie, drżały mu nogi, a rower leżał obok niego.

– Pieprzona góra – wyjęczał. – W Sveg, gdzie mieszkaliśmy, była taka jedna góra-zabójca, ale ta, niech mnie szlag, jest jeszcze gorsza. Zwymiotowałem tam, nie siadaj w tym miejscu.

Wskazał palcem, a ja położyłem się w bezpiecznej odległości. Splotłem ręce pod głową i mrużąc oczy, patrzyłem na niebo i chmury, które raz się zbierały, a raz przerzedzały. Edmund nadal ciężko dyszał i trudno mu było cokolwiek powiedzieć, więc leżeliśmy tak przez kilka minut i wyłącznie trwaliśmy.

Istnieliśmy na poboczu w połowie drogi na wzgórze Kleva. W niedzielę, w czerwcu tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku.

Pomyślałem, że gdyby zamiast Edmunda był obok mnie Benny, nie dałoby się leżeć tak po prostu, spokojnie. Na pewno byśmy palili i przeklinali. Tymczasem z Edmundem mogłem pomilczeć i wcale nie miałem wrażenia, że jest w tym coś dziwnego.

Ani teraz, ani potem – gdy nie był już bliski omdlenia.

Można było gadać albo nie, było to takie proste. Przez chwilę nad tym rozmyślałem, ale nie doszedłem, od czego to zależało; czy działo się tak dlatego, że jego matka była alkoholiczką, czy że jego rodzina tak długo mieszkała w Norlandii. Było mi to obojętne. Uważałem, że ta „cisza” Edmunda była bardzo dobrą cechą, ale postanowiłem powiedzieć mu to, kiedy go lepiej poznam.

Za kilka dni albo jakoś tak.

W supermarkecie u Laxmanów w Åsbro położonym kilka kilometrów od Genezaret Henry kupił za bezcen ponad szesnaście puszek klopsików Ulla-Bella w brązowym sosie i już pierwszego wieczora opróżniliśmy dwie.

Razem z ugotowanymi ziemniakami i żurawiną, które Henry przywiózł z miasta. Do tego mleko i sok jabłkowy.

Smakowało przyzwoicie. Potem Edmund i ja zajęliśmy się zmywaniem, a Henry siedział na jednym z krzeseł na zewnątrz, z kawą i papierosami. Na kolanach miał zeszyt, w którym od czasu do czasu coś notował i sam sobie potakiwał.

Później wieczorem siedział przy biurku w swoim pokoju i stukał na maszynie Facit. Zrozumiałem, że właśnie rodzi się książka. Ta o życiu. The real thing.

Zrozumiałem również, że tak to właśnie będzie.

Klopsiki Ulla-Bella z ziemniakami i żurawiną.

Henry i powieść egzystencjalna.

Edmund i ja zmywający naczynia.

– Psiakrew, ależ nam dobrze – powiedział Edmund, gdy już prawie wszystko pozmywaliśmy. W jego głosie słychać było irytację, a ja go rozumiałem.

– Mogło być gorzej – odparłem.

***

Henry oczywiście trochę więcej myślał o sprawach organizacyjnych.

To, że mieszkał w sypialni na parterze, a Edmund i ja na piętrze, było oczywiste. Nie musieliśmy o tym dyskutować.

Rozporządzaliśmy kuchnią i dużym pokojem, tak jak wszyscy troje chcieliśmy.

– Z małymi wyjątkami – oświadczył Henry.

– Jakimi? – zapytałem.

– Na przykład, gdybym zaprosił tu któregoś wieczora jakąś dziewczynę. Wtedy trzymajcie się z dala od parteru.

– Zgoda – powiedziałem.

– Gentleman’s agreement – dodał Edmund.

– Gotujemy na zmiany. Oczywiście tylko obiad, a nie przekąski. Tak samo ze zmywaniem. Okej?

– Okej – odpowiedzieliśmy.

– Zakupy robimy u Laxmanów. Będę je woził Killerem, ale jak chcecie, możecie jeździć na rowerach albo pływać łódką.

Pokiwaliśmy głowami. No problem.

– Wychodek – powiedział potem Henry.

– Wychodek – powiedzieliśmy i westchnęliśmy.

– Im mniej sramy, tym lepiej – oświadczył Henry. – I nie wolno się do niego odlewać, to jest zakazane. Jeśli będziemy o niego dbać, można go będzie opróżniać raz na dwa tygodnie. Wiesz, jak to jest, Edmund… odkopywanie dołu i tak dalej… Mamy ciekawsze rzeczy do roboty. Okej?

Znowu poważnie pokiwaliśmy głowami.

– To wszystko – zakończył Henry. – Nie ma sensu niepotrzebnie komplikować sobie życia. Powinno być nam tak jak motylowi w letni dzień.

Całkiem niezłe, pomyślałem o ostatnim zdaniu, które wypowiedział. Zamyśliłem się na chwilę.

W życiu powinno być tak jak motylowi w letni dzień.

Do Potworności został dokładnie miesiąc.

***

– Twoje palce u nóg – zagaiłem, gdy tego pierwszego wieczoru leżeliśmy już w łóżkach. – Jak to właściwie z nimi jest?

Nasze łóżka były ustawione w jedyny możliwy sposób. Równolegle do każdej ze ścian, pod którą stały, tak blisko skośnego dachu, że nie można było usiąść. Między nimi było przejście szerokości mniej więcej metra i komoda z naszymi ubraniami, a na niej cholernie dużo komiksów i książek. Henry przywiózł pięć pudełek po butach pełnych gazet i jedną siatkę książek należących do Edmunda.

– Moje palce u nóg? – zapytał Edmund.

– Dużo się o nich mówi – odpowiedziałem.

– Tak? – zachichotał Edmund. – Już prawie nic nie widać.

Wystawił lewą stopę i poruszał palcami.

– Ile widzisz?

– Naliczyłem pięć – powiedziałem. – Jakie brzydkie.

– Zgadza się – odparł Edmund. – Kiedy miałem sześć, wyglądało to jeszcze gorzej, więc jeden usunęli.

– Kto?

– No, lekarze – powiedział Edmund. – Przy palcu wskazującym, czy jak on się nazywa, widać małą bliznę. Tam był ten dodatkowy palec.

Ukląkłem na podłodze i oglądałem brudną lewą stopę Edmunda. Było tak, jak mówił. Tuż przy dużym palcu było widać małe zadrapanie, cienkie jak narysowana ołówkiem kreska, długa najwyżej na centymetr.

Pokiwałem głową i z powrotem wczołgałem się do łóżka.

– Dziękuję – powiedziałem. – Chciałem tylko sprawdzić.

– W porządku – odparł Edmund i wsadził stopę pod kołdrę. – Pokazać ci drugą?

– Nie trzeba – powiedziałem. – Bolało cię?

– Kiedy?

– Gdy je usuwali?

– Nie wiem – oznajmił Edmund. – Spałem. Byłem pod narkozą. Ale potem trochę bolało. Miałem tylko sześć lat.

Pokiwałem głową. Potem zacząłem się zastanawiać, jak to się stało, że ktoś się dowiedział, że Edmund ma dwanaście palców, jeśli jedenasty i dwunasty usunięto dawno temu. Mieszkał przecież w mieście dopiero od roku.

Była na to tylko jedna odpowiedź. Musiał sam o tym opowiedzieć.

Najpierw pomyślałem, że to było dziwne, ale im dłużej leżałem i o tym myślałem, tym mniej miałem co do tego pewności.

Gdybym miał dwanaście palców u nóg, może też bym się zdecydował o tym opowiedzieć. A może i nie.

Nie znalazłem konkretnej odpowiedzi i byłem tym trochę poirytowany, sam nie wiem dlaczego.

***

Podobnie jak we wszystkie nadchodzące noce, i w tę pierwszą zasypialiśmy przy dźwięku maszyny do pisania Henry’ego i muzyki wydobywającej się z jego magnetofonu.

Elvis. The Shadows.

Buddy Holly, Little Richard, The Drifters.

A także słabego skrobania gałęzi drzew o okno, gdy przez las przechodził wiatr od jeziora.

To było przyjemne.

Nawet miłe, ale wtedy brałem pod uwagę tylko to, co naprawdę chciałem brać pod uwagę. To, co było bliskie i dostępne, gdy zasypiało się wieczorem i budziło rano.

Rozdział 6

Przez pierwsze dni badaliśmy teren.

Na wodzie i lądzie. Jezioro Möckeln miało cztery kilometry wzdłuż i wszerz, można to było odmierzyć na mapie. Gdy się wiosłowało, informacje dotyczące odległości nie miały większego znaczenia. Trochę czasu to po prostu zajmowało, nieważne, dokąd się płynęło; liczyło się to, żeby oszczędzać siły, aby nagle nie stanąć na środku z bezwładnymi rękami. Latem nigdzie nie trzeba się było śpieszyć; czas znajdował się w morzu tysiąc razy większym niż Möckeln, wystarczyło czerpać z niego wedle życzenia.

Drogą przez jezioro można się było dostać w trzy miejsca. Niemal na środku znajdowała się Wyspa Sosen, mała jałowa wysepka, duża na kilkaset metrów kwadratowych, gdzie lubiły srać mewy. Właściwie na wyspie nie było nic oprócz ptasich gówien, kamieni i dziesięciu sękatych sosen, które stały w kółku na środku i dały temu miejscu nazwę. To znaczy, nazwę na mapie. Edmund i ja posługiwaliśmy się nazwą Wyspa Gówien albo – co lepiej brzmiało – Wyspa Mewich Gówien. Przy normalnym wietrze wystarczyła jedna zmiana wioślarska, by się tam dostać – przez zmianę wioślarską rozumieliśmy mniej więcej to, że dystans był zbyt krótki, by się zmieniać przy wiosłach.

Tyle samo czasu trzeba było, by się dostać do Wieprzowej Skałki, małego kąpieliska na północnym brzegu jeziora z kawiarnią i dwudziestometrową piaszczystą plażą. Z Genezaret jechało się tam żwirową drogą przez las, a rowerem było znacznie szybciej niż łódką.

Trzecim celem podróży łodzią był sklep Laxmanow w Åsbro. Trzeba było liczyć się z podróżą trwającą połowę popołudnia, zwłaszcza jeśli miało się zrobić zakupy, a oczywiście trzeba było. Jeśli się miało szczęście, za ladą stała Britt. Ona też nazywała się Laxman, była naszą rówieśnicą znaną z lekkomyślności. Nie wiedziałem dokładnie, co to oznaczało ani jak się objawiało, ale miała błyszczące oczy i duże usta, a Edmund twierdził, że zawsze mu stawał, gdy tylko o niej pomyślał.

Nie podobało mi się, gdy Edmund opowiadał o swoich uczuciach w tak mało wyrafinowany sposób. Nawet jeśli sam bym się chętnie przyznał, że też dostaję erekcji z tego czy tamtego powodu, to jednak były to prywatne sprawy. Nie powinno się o tym rozpowiadać głośno na prawo i lewo, i powoli docierało to do Edmunda. Potrafił zrozumieć niuanse, delikatne kwestie ten Edmund.

Tak czy owak, godziny spędzone na wiosłowaniu, aby dostać się do sklepu Laxmanow po prowiant, nie były zmarnowane, obaj tak uważaliśmy. Prześlizgiwało się obok domków letniskowych i pomostów, dyskretnie wypatrywało dziewczyn, i płynęło się dalej, do Ciemnej Rzeczki. Wspaniała rzeczka, sitowie rosło tu tak wysokie i gęste, że w niektórych miejscach po środku znajdowała się tylko na metr szeroka rynna. Niezaprzeczalną zaletą był fakt, że do tych ciasnych, połyskujących zielenią pasaży nie dopływały łodzie motorowe – i istniało oczywiste podobieństwo między naszymi przejażdżkami a penetrowaniem błotnistej dżungli Amazonki, co do tego byliśmy z Edmundem zgodni.

Nie minęło wiele czasu, gdy ustaliliśmy z Henrym, że tylko my będziemy zajmować się zaopatrywaniem w żywność, i jak długo trwało lato – zanim stało się to, co się stało – pokonywaliśmy trasę przez Ciemną Rzeczkę co drugi lub co trzeci dzień, Edmund i ja.

Oczywiście zmienialiśmy się przy wiosłach, ten, który był chwilowo bezczynny, półleżał na dziobie na brzuchu, robił zwiad, patrząc wzdłuż plaży i na błotniste dno, ze wszystkimi zmysłami w gotowości, aby nie przeoczyć pierwszych oznak zbliżającego się krokodyla.

Albo węża wodnego. Albo Indian.

***

Albo rozmyślaliśmy o Britt Laxman.

– „Dom nad rzeką Lingking” – powiedział Edmund jednego z tych pierwszych dni. – Czytałeś?

– Nie – odparłem. – Nie wydaje mi się.

– Piekielnie dobra książka. Przypomina mi to tutaj. To bombowe lato, Erik. Cholera jasna, mam nadzieję, że się nigdy nie skończy.

– Oczywiście, że nie – zaprzeczyłem. – Rzuć się karmelkiem.

– Ej, kapitanie – zapytał Edmund. – Myślisz, że panienka Laxman byłaby zainteresowana małą wycieczką łódką któregoś dnia?

– Biały człowiek gada od rzeczy – stwierdziłem. – Laxman jest cholernie religijna. Na mur beton jest przywiązana do lady.

– Hmm – mruknął Edmund. – Następnym razem weźmiemy broń palną i metalową piłę. Widać po niej, że jest chętna na wszystko, czego potrzebuje młody mężczyzna.

– Przyjdzie pora, przyjdzie rada – przypomniałem. Był to znak, że chciałem zmienić temat, więc Edmund nie ciągnął dalej tego wątku. Jak już mówiłem, był uważny i czujny. Niezwykle czujny. Ten Edmund.

***

Pomiędzy Genezaret i obszarem domków letniskowych Sjölycke znajdowały się dwa tak zwane prawdziwe domy.

Pierwszy, ten, który był najbliżej nas, był czerwoną ruderą, stojącą nieopodal brzegu jeziora, porośniętego sitowiem, i otoczoną olchami, krzewami malin i pokrzywami.

I nieokiełznanym lasem liściastym. Mój ojciec mówił o nim z tajemniczym uśmiechem, którego znaczenia nigdy nie rozumiałem.

Gdy już ktoś tam mieszkał, był to jakiś członek lub członkowie rodziny Lundinów, ale dom często stał pusty, ponieważ męska część rodu Lundinów siedziała za to czy tamto, a damska składała się z dziwek, tancerek nocnych klubów albo burdelmam i wolała miejską atmosferę.

Najsłynniejszym Lundinem był pewien Evert, który już w młodości ugodził nożem policjanta, omal go nie zabijając, a następnie napadł na bank, a także wzniecił pożar oraz wielokrotnie był sprawcą pobicia i maltretowania. Jak dalece udało mi się to wybadać, najbardziej lubił napastować młode kobiety, ale jeśli takich nie było pod ręką, mocował się ze staruszkami albo dziećmi. Mówiło się, że był analfabetą i nigdy nie nauczył się odróżniać prawej strony od lewej, mimo wielu ćwiczeń. Ale o rodzinie Lundinów mówiło się wiele różnych rzeczy.

Można powiedzieć, że dzieliliśmy z Lundinami miejsce parkingowe, bo zarówno do ich domu, jak i do Genezaret dawało się dojechać. Za parking dla samochodów, rowerów i skuterów służyła mała polana przy drodze. Potem ostatnie sto metrów trzeba było przejść na piechotę wyboistą ścieżką. W przypadku Lundinów było to sto pięćdziesiąt metrów. W przeciwnym kierunku, oczywiście. Istniała duża różnica między ścieżką prowadzącą do Genezaret a ścieżką do domu Lundinów.

„Jak między wąską a szeroką drogą w Biblii” – wyjaśniła mi kiedyś mama.

Tyle że ścieżka Lundinów była wyboista i wąska, więc porównanie nie było zbyt trafne.

Drugi, tak zwany, dom był starą parcelą wojskową, leżącą na zakręcie drogi żwirowej, dobry kawałek od jeziora. Tutaj mieszkali Levisowie, para starych Żydów, którzy przeżyli Treblinkę i nie zadawali się z innymi ludźmi. Raz w tygodniu robili zakupy u Laxmana, przyjeżdżali do wsi na tandemie z przyczepą, którą załadowywali do pełna artykułami pierwszej potrzeby na cały tydzień.

W tamtym czasie nie wiedziałem dokładnie, co oznaczało przeżyć Treblinkę, nie więcej niż to, że było to coś tak okropnego, że się o tym nie mówiło.

Ani moja mama i tata, ani inni. Odnosiło się wrażenie, że lepiej było umrzeć w Treblince, niż ją przeżyć. Gdy przejeżdżałem rowerem obok spokojnej parceli ukrytej w lesie, myślałem, że tak właśnie wygląda świat. Tak źle, że niektórych rzeczy nie ma co próbować zrozumieć. Trzeba je zostawić w spokoju i pozwolić słowom, w które się je ubiera, działać jak plaster z niewidoczności i ciszy.

Świat, to, co w nim dobre, i to, co złe, był nieskończenie większy, niż mogliśmy powiedzieć, rozumiałem to dobrze, i fakt ten sprawiał, że byłem dziwnie spokojny i przestraszony jednocześnie.

Nie wiem, dlaczego.

***

– Co właściwie dolega twojej mamie? – zapytał Edmund pewnego popołudnia, kiedy pojechaliśmy do Wieprzowej Skałki na lody. Siedzieliśmy przy szarym stole z pnia drzewa na piaszczystej plaży, na której prawie nie było ludzi, ponieważ dzień był pochmurny.

Obgryzłem całą czekoladę wokół wafelka, zanim mu odpowiedziałem:

– Rak.

– Aha – powiedział Edmund w taki sposób, jakby zrozumiał. Ale chyba jednak nie. Rak był jednym z tych słów. Jak Treblinka, śmierć. Pieprzenie się.

Nie chciałem mówić o tych sprawach. A miłość…? Zastanawiałem się. Czy to słowo też do nich należy?

I kiedy tak siedzieliśmy sobie w ciszy, lizaliśmy lody i spoglądaliśmy na wyryte na stole rysunki i teksty – wszystkie te serca i wszystkie „kutas”, „cipa”, „Bengt 22.7.1958”, ja układałem całą wyliczankę: RAK – TREBLINKA – MIŁOŚĆ – PIEPRZENIE SIĘ – ŚMIERĆ.

Zrozumiałem, że wszystko to istniało na świecie. Istniało, istniało, istniało – przez całe tamto lato – właśnie te pięć słów od czasu do czasu pojawiało się w mojej głowie jak pozbawiona znaczenia wyliczanka. Nie, może nie jak pozbawiona znaczenia, bardziej jak jakaś ochrona przed czymś, co rozumiałem, ale czego nie chciałem rozumieć, tak mi się wydaje.

Coś niemal nieprzyzwoitego, czego cały świat – nie tylko ja – wstydził się. Słowa jak plaster.

Zwłaszcza gdy przejeżdżaliśmy rowerem obok posesji Levisów.

RAK – TREBLINKA – MIŁOŚĆ – PIEPRZENIE SIĘ – - ŚMIERĆ.

Potrzebowałem ich, tych słów. Czasami zastanawiałem się, czy były to oznaki tego, że wariuję.

***

– Twój brat, Henry – któregoś dnia zapytał Edmund. – Co on właściwie pisze?

– Książkę – odpowiedziałem.

– Książkę? – zdziwił się. – Jak „Grasujący Rex Milligan”? Znajdowała się wśród książek, które miał ze sobą. Przeczytaliśmy ją już parę razy i zgadzałem się z nim, że była absolutnie bombowa. „Grasujący Rex Milligan” Anthony’ego Buckeridge’a.

– Nie – zaprzeczyłem. – Wydaje mi się, że to coś innego. Coś poważnego.

Edmund zmarszczył czoło i zdjął okulary. Były nowe i jeszcze całe, chociaż minął już tydzień wakacji.

– Nie ma nic złego w byciu poważnym – orzekł. – Lepiej by mi się żyło, gdyby ludzie byli trochę bardziej poważni.

Nigdy nie słyszałem nikogo w naszym wieku, kto mówiłby coś podobnego, nawet żadna z często zgłaszających się do odpowiedzi dziewczyn w klasie, ale kiedy się tak nad tym zastanowiłem, w sumie się ucieszyłem.

– Mnie też – powiedziałem. Jednocześnie było to trochę niepokojące.

– To nie powinno zajść jednak za daleko, to znaczy, powaga – rzekł Edmund po chwili. – Wtedy się w tym grzęźnie.

– Jak w bagnie – dodałem.

Potem już o tym nie rozmawialiśmy.

***

W czasie pierwszego tygodnia naszego pobytu w Genezaret pogoda była zmienna, ale na ogół było ładnie. Tego dnia, gdy wiosłowaliśmy na Wyspę Mewich Gówien i układaliśmy dwuwyrazowe zdania, było gorąco jak w piekle, więc wskakiwaliśmy do wody z łódki i z brzegu wyspy.

– Nieznośny upał – powiedział Edmund.

– To prawda – przytaknąłem.

– Chcesz powiosłować? – zapytał Edmund.

– Tak, dziękuję.

– Wykąpię się – rzucił Edmund.

– Ja później – dodałem.

Reguły były proste. Każda wypowiedź musiała składać się z dwóch słów; ni mniej, ni więcej. Co drugie zdanie było moje, co drugie Edmunda. Jeśli któryś chciał zmusić drugiego do ciszy, po prostu milczał.

– Woda chłodzi – oznajmiłem.

– Przynajmniej stopy – zgodził się ze mną Edmund. Usiedliśmy w skalnej szczelinie, gdzie kamienie za naszymi plecami miały najlepsze nachylenie. Nogi zanurzone w wodzie. W zasięgu ręki worek z jedzeniem. Radio tranzystorowe włączone. Dion, o ile dobrze pamiętam. I Lill-Babs i jej Klas-Göran.

– Całe nogi – poprawiłem.

– Chłodzi nogi – potwierdził Edmund.

– Dokładnie tak – odparłem.

– Chcesz kanapkę? – zapytał Edmund.

– Jeszcze nie.

– Chcesz pić?

– Tak, proszę.

– Zdrowie, bracie.

– Na zdrowie.

– Los sprzyja!

– Na pewno.

– Jedno słowo!

– Dwa słowa!

– Na… pewno?

– Tak, oczywiście.

– Nie na pewno?

Nadeszła moja kolej i aby zaznaczyć, że męczyło mnie to dzielenie włosa na czworo, milczałem. Po chwili Edmund zaczął znacząco pokasływać i chciałem powiedzieć: „Bądź cicho!”, ale powstrzymałem się. Zamiast tego siedziałem i mrużyłem oczy do słońca, kontrolując panującą między nami ciszę.

Tak jakbym miał władzę nad czymś, nad czym nie można mieć władzy. Nad słowami. Językiem.

Dziwnie się czułem. Tak bywa, gdy za dużo myśli się o jednej rzeczy.

***

– Twój ojciec? – zacząłem, nie otwierając oczu.

– Mój ojciec? – zapytał Edmund.

– Ma gazety? – dokończyłem pytanie.

– Nie rozumiem – powiedział Edmund.

– Specjalne gazety – wyjaśniłem.

Edmund westchnął.

– Specjalne gazety – powtórzył zmęczonym głosem.

Zastanowiłem się.

– Przepraszam cię – wyszeptałem.

Edmund wyciągnął jedną stopę w stronę nieba i rozstawił palce, tak że blizna była bardzo wyraźnie widoczna.

– Nie musisz – odpowiedział.

– Jestem głodny – poinformowałem.

– Ja też – odrzekł Edmund.

***

Henry obudził nas w sobotni poranek.

– Jadę do miasta – oświadczył. – Na obiad jest kiełbasa i purée. Wrócę późno. Musicie sami sobie radzić.

– Co będziesz robił? – zapytałem.

Henry wzruszył ramionami i zapalił papierosa.

– Muszę załatwić parę rzeczy. A tak poza tym…

– Tak?

– Wybieracie się dziś wieczorem do parku rozrywki Lacka?

– Może – odpowiedziałem. – A co?

Henry zaciągnął się kilka razy i wyglądało, jakby się nad czymś zastanawiał.

– Potrzebujemy znaku – stwierdził.

– Znaku? – zdziwił się Edmund.

Edmund rzadko kiedy wtrącał się w moje rozmowy z Henrym i mój brat przypatrywał mu się z udawanym zaskoczeniem.

– Jeśli będzie u mnie panienka – wyjaśnił.

– Aha – powiedziałem.

– W ten sposób – dodał Edmund.

– Słuchajcie uważnie – zaczął Henry po tym, jak dwa razy się zaciągnął. – Jeśli na maszcie flagowym będzie wisiał krawat, od razu pędzicie do łóżek, o ile przyjdziecie później niż ja. Okej?

Edmund i ja spojrzeliśmy po sobie.

– No objection – rzeki Edmund. – Krawat na maszcie flagowym.

– No to w porządku – powiedział Henry i zniknął.

W pokoju nadal unosiła się smuga dymu. Leżeliśmy przez chwilę, czekając, aż się rozrzedzi. Słyszeliśmy, jak Henry zatrzaskuje drzwi na dole i jak oddala się ścieżką.

– Twój brat mnie nie lubi – odezwał się po kilku minutach Edmund.

Zastanawiałem się, co odpowiedzieć.

– Oczywiście, że lubi – odparłem w końcu. – Dlaczego miałby cię nie lubić?

– Nic nie szkodzi – stwierdził Edmund. – Nie musisz udawać.

RAK – TREBLINKA – MIŁOŚĆ – PIEPRZENIE SIĘ – ŚMIERĆ – pomyślałem. Dlaczego miałbym udawać?

– Nie rozumiem, o co ci chodzi – powiedziałem i poszedłem do kibelka.

Rozdział 7

W tę pierwszą sobotę spędziliśmy przed południem godzinę na pomostach w Sjölycke, ale byli tam głównie dorośli i małe dzieci, które hałasowały i sikały do wody, więc około dwunastej powiosłowaliśmy do Wyspy Gówien.

Zwędziłem sześć lucky strike’ów z jednej z wielu pootwieranych paczek Henry’ego i teraz leżeliśmy otoczeni przez ptasie gówna, piliśmy sok jabłkowy i paliliśmy, słuchając audycji Szwedzkiego Radia i letniej listy przebojów. Dzień był tak samo ciepły jak poprzednie i Edmundowi zaczęła już schodzić skóra z pleców. Przez chwilę graliśmy w dwuwyrazowe zdania, ale szybko się tym zmęczyliśmy i niewiele mówiliśmy.

Jak już wspomniałem, Edmund nie miał problemu z ciszą. Leżeliśmy, kopciliśmy wspólnie papierosa za papierosem i podawaliśmy sobie flaszki z sokiem jabłkowym. Przyszło mi do głowy, że moglibyśmy być starą parą, która całe życie spędziła razem i nie miała potrzeby prowadzić rozmowy-zapchajdziury.

Większej potrzeby w każdym razie.

Ogólnie rzecz biorąc, było to całkiem miłe uczucie.

***

– Myślisz czasem o swoim życiu? – spytał nagle Edmund, gdy przez kilka minut leżeliśmy w ciszy i słuchaliśmy „Young World”. Mrużyliśmy oczy w słońcu, a woda masowała nasze łydki. „Young World” był bez wątpienia bombową piosenką, niemal tej klasy co „Cotton Fields”, tak myślał zarówno Edmund, jak i ja.

– O moim życiu? – zdziwiłem się. – Co masz na myśli?

– Noo, jakie jest i takie tam – odpowiedział Edmund. – Gdy na przykład porównujesz się z innymi.

– Nie – zaprzeczyłem. – Nie myślę o tym.

– Czy mogłoby być w jakiś sposób inne? – kontynuował Edmund.

Odczekałem chwilę, po czym powiedziałem:

– Ma się tylko jedno życie. To, które się ma. Nie rozumiem, po co wyobrażać sobie inne.

Edmund wypił trochę soku jabłkowego i zaczął drapać się po nosie, co robił zawsze, gdy zdjął okulary.

– Jakby to było, gdyby się miało innych rodziców czy coś takiego.

Nie odpowiedziałem.

– W jakim właściwie stanie jest twoja mama?

– Rak – powiedziałem po chwili. – Jest jak jest.

– Czy ona umrze? – dociekał Edmund.

– Nie wiadomo – odparłem.

– My i nasze matki – podsumował Edmund i roześmiał się.

– Co masz na myśli? – zapytałem.

– Są trochę do siebie podobne – rzekł Edmund. – Twoja ma raka, a moja alkohol.

– To nie to samo – stwierdziłem. – To dwie cholernie różne rzeczy.

Zirytowałem się i Edmund to zrozumiał, bo kontynuował zmienionym głosem.

– Tego lata jest na odwyku, moja matka.

Tylko z grubsza wiedziałem, co to oznaczało.

– Na odwyku?

– W Vissingsbergu – powiedział Edmund. – Przez całe lato. Ma się nauczyć żyć bez alkoholu, próbowała już kilka razy. Dlatego tak się ucieszyli, że będę mógł tu z tobą być. Nie wiedziałeś?

– Nie – zdziwiłem się. – Ale nie rozumiem, jakie to ma znaczenie. Jeśli mamy gadać, to pogadajmy o czymś innym.

– Okej – zgodził się Edmund.

Wiedziałem, że chciał jeszcze porozmawiać o swojej matce alkoholiczce, ale ja nie miałem ochoty na taką rozmowę. Zamiast gadać, leżeliśmy i słuchaliśmy letniej listy przebojów. Wypaliliśmy ostatniego papierosa, a potem powiosłowaliśmy z powrotem do Genezaret, by zjeść kiełbasę z purée i przygotować się na wieczór.

***

Obliczyliśmy, że jeśli najemy się w domu w Genezaret, nie będziemy musieli wydawać pieniędzy na kiełbaski w parku Lacka. W rezultacie pochłonęliśmy piętnaście parówek; Edmund osiem, ja siedem. Sześć porcji purée w proszku. Zrobiło mi się po tym niedobrze, ale Edmund twierdził, że jest w doskonałej formie. Wskoczyliśmy na chwilę z łódki do wody – pomost pontonowy nie był jeszcze gotowy, a dno od strony brzegu było muliste – na włosy nałożyliśmy trochę brylantyny, włożyliśmy czyste nylonowe koszule i udaliśmy się na rowerach w drogę przez las.

Odległość z Genezaret do parku Lacka wynosiła nie więcej niż pół mili żwirową drogą, ale kilka razy zabłądziliśmy i dojazd zajął nam godzinę.

Wieczór na początku lata był jak wieczory na początku lata w tamtym czasie. Pełen obietnic i zapachów. Bez, jaśmin i bimber w równych proporcjach. Przynajmniej wokół parku Lacka. Byliśmy zgodni co do tego, że nie warto wydawać trzech koron na bilet wejściowy, i zaparkowaliśmy rowery w głębi lasu. Spięliśmy je też łańcuchem, pomyśleliśmy, że byłoby cholernie źle, gdyby jakiś pijaczyna zwinął nam rowery i musielibyśmy iść do domu na piechotę. Nigdy nic nie wiadomo.

Przed wejściem natknęliśmy się na Lassego Krzywą Gębę, którego rodzice mieli domek w Sjölycke. Krzywa Gęba był trochę starszy od nas, kilka lat wcześniej opuścił szkolę Stava. Ksywa wzięła się od jego zdeformowanej głowy. Dolnej połowy jego twarzy jakby nie było i gdy mówił, wyglądało to tak, jakby sam sobie szeptał do ucha. Nie znałem go zbyt dobrze. Nikt go zresztą nie znal; na ogół trzymał się na uboczu, może to przez ten jego wygląd albo coś innego.

– Raffe Wariat ma wartę – oznajmił, i wyglądał na zmartwionego i jeszcze bardziej zdeformowanego.

– A niech to diabli! – powiedziałem.

To, że Raffe Wariat miał wartę, oznaczało, że mogą być problemy z wejściem za darmo. Wprawdzie zawsze bez trudu można było sforsować stary spróchniały płot otaczający miejsce imprezy – zwłaszcza za cuchnącymi, tak zwanymi szaletami publicznymi w najbardziej zalesionym rogu – ale Raffe Wariat był znany ze zdolności wyłapywania wzrokiem tych, którzy nie zapłacili za wejście. Ponieważ przypuszczalnie był to jedyny talent, który posiadał, lubił robić z niego użytek. Zwłaszcza kiedy trafił na jakiegoś wątłego nieletniego, który nie był w stanie okazać ważnego biletu wstępu. Potrafił wówczas być groźny i nieustępliwy. I surowy. To pewnie dlatego tak często powierzano mu wartę, wątpię, czy brał za to pieniądze. Wystarczyło, że dostawał mundur. Tak czy owak, dyskutowanie z Raffe Wariatem było bezcelowe, na przykład utrzymywanie, że kupiło się bilet, ale się go zgubiło, było tak samo daremne jak kłótnia z policją, jeśli jechało się rowerem bez zapalonego światełka.

– Macie zamiar zapłacić? – zastanawiał się Lasse Krzywa Gęba.

Edmund i ja przetrząsnęliśmy kieszenie i podliczyliśmy finanse.

– Nie wiem – powiedziałem. – Dużo jest ludzi?

– Od cholery – odparł Lasse Krzywa Gęba. – Kurczę, ja w każdym razie spróbuję. I tak nie mam pieniędzy.

Edmund i ja zdecydowaliśmy się pójść na kompromis. Ja miałem zapłacić, a Edmund pójść z Krzywą Gębą za szalet. Raffe Wariat nie orientował się, kim jest Edmund, który się tu niedawno sprowadził, ale mnie znał dobrze. Mniej niż miesiąc temu wyrzucił mnie i Benny’ego z ogrodzenia Światowej Sławy Tivoli Tajkona Filipsona w Hammarbergu.

Nasze wyliczenia okazały się trafne. Pół godziny później Raffe Wariat wyrósł przed nami trzema, gdy snuliśmy się przy stoisku z wiatrówkami. Edmund odsunął się dyskretnie na bok, ja z powstrzymywanym triumfem pokazałem swój żółty bilet, a Lasse Krzywa Gęba wyleciał z wielkim hukiem.

– Ty pieprzony gnojku, idź do wariatkowa! – krzyknął, gdy tylko znalazł się w bezpiecznej odległości.

Raffe Wariat tylko uśmiechnął się pod nosem i władował sobie pod wargę więcej tytoniu.

Przewrócił swoimi żółtymi oczami, poprawił mundur, a następnie skierował się w stronę mrowia ludzi w poszukiwaniu nowych ofiar.

Obowiązek przede wszystkim.

***

W parku Lacka byłem wcześniej dwa razy, zeszłego lata. Właściwie nie mieliśmy tam nic szczególnego do roboty, Edmund i ja. Tańce, obmacywanie się i chlanie były skierowane przede wszystkim do starszej niż nasza grupy wiekowej.

Ale było też coś dla nas. To i owo do zjedzenia. Mogło dać wyobrażenie o tym, co życie zaoferuje nam za parę lat. Oczywiście oprócz tańca i obmacywania się. Na przykład namiot, gdzie grano w pokera, dokąd udaliśmy się, gdy znikł Lasse Krzywa Gęba. W tym zadymionym lokalu tłoczyło się kilkadziesiąt młodych talentów, wyzywających na pojedynek profesjonalistę Harry’ego Diamonda i jego żonę Vicky Diamond, szczególnie godną zobaczenia parę. Mieli na sumieniu tak wiele grzechów, że aż człowieka podrywało, gdy się tylko zbliżył do namiotu.

Gra była rodzajem pokera szturmowego; Harry grał jednocześnie przeciwko trzem lub czterem graczom, a Vicky zajmowała się rozdaniami. Rozdawała, jakby urodziła się z talią w dłoni, i trudno było zobaczyć, czy ciągnęła kartę z dołu, czy z góry. Gdy sytuacja była krytyczna, nachylała się mocno do przodu, tak że jej obfity, lśniący biust prawie wystrzeliwał spod sukienki, i wtedy nikt nie potrafił zatrzymać wzroku na tym, co robiła z kartami. Wszyscy gracze wiedzieli o tym triku, ale to nie pomagało. Człowiek gapił się na cycki i był oszukiwany, tak to wyglądało.

Tamtego wieczoru widzieliśmy, jak Podwójny Anton, starszy brat Balthazara Lindbloma, krócej niż w kwadrans przegrał pięćdziesiąt koron i jak gruby handlarz jajami z Jeleniego Młyna opuścił namiot, obiecując, że jeszcze tu wróci i odetnie Harry’emu kutasa, a Vicky cycki.

Po namiocie pokerowym poszliśmy do automatów do gry.

Pod zapadniętym brezentowym dachem stało tylko osiem „jednorękich bandytów”, ale każdy z nas dość szybko pozbył się dwóch koron i gdy w nieco ponurym nastroju wychodziliśmy z tego przybytku, naszym oczom ukazała się Ewa Kaludis.

Stała zupełnie sama między namiotem z automatami a parkietem do tańca i paliła papierosa. Miała na sobie białą sukienkę, jej torebka też była biała i natychmiast zrozumiałem, dlaczego stała tak sama pośrodku morza ludzi.

Była po prostu zbyt ładna. Jak bogini albo jakaś Kim Novak. Nie można podlecieć zbyt blisko słońca, wiedzieli to wszyscy, którzy mogli ją zobaczyć w tamten letni wieczór. W parku zaczęło się robić ciemno, zwłaszcza tam, gdzie nie świeciły latarnie, a Ewa Kaludis stała w takim właśnie ciemniejszym miejscu. Ale to nie miało żadnego wpływu.

Zamarliśmy w bezruchu, Edmund i ja.

– He – jęknął Edmund.

Ja nic nie powiedziałem. Mocno zacisnąłem powieki, zdobyłem się na odwagę i podszedłem do niej. Zabrało mi to kilka długich jak wieczność sekund i gdy byłem już obok niej, czułem się o wiele starszy.

– Hej, Ewa – powiedziałem śmielej niż pułkownik Darkin i Jurij Gagarin razem wzięci.

Rozpromieniła się.

– Witaj – rzekła wesoło. – Jak miło. Wy tutaj?

Niestety, to ciepłe przyjęcie odebrało mi mowę, ale Edmund stojący tylko dwa kroki za mną przyszedł z odsieczą.

– Pewnie – odpowiedział. – Czy panienka stoi tu zupełnie sama i opuszczona?

Poczułem silne ukłucie zazdrości, że to nie ja wpadłem na taką odpowiedź. Męska protekcjonalność i jednocześnie lekko żartobliwie bezczelny ton.

Zaśmiała się i zaciągnęła papierosem.

– Czekam na narzeczonego – powiedziała.

– A gdzie on jest? – spytał Edmund.

Nie odpowiedziała. Wzruszyła tylko lekko ramionami i w tej samej chwili z ciemności wyłonił się Berra Albertsson razem z Atle Erikssonem, innym piłkarzem. Obejmowali się, śmiali z czegoś głośno i nienaturalnie. Było widać, że właśnie byli za namiotem odlać się i wypić jednego. Berra puścił Atle i objął ramieniem Ewę Kaludis. Potem wbił wzrok w nas.

– A to co za prosiaki? – zapytał.

Atle Eriksson zaśmiał się tak, że z pyska wyleciała mu chmura kropli wódki.

– To Erik i Edmund – powiedziała Ewa Kaludis. – Poznałam ich w szkole Stava. Mili chłopcy.

– No pewnie – odparł Armata Berra i przycisnął ją mocno do siebie. – Ale teraz, u diabła, zatańczymy. Trzymajcie się, frajerzy!

– Do widzenia – powiedzieliśmy jednocześnie. I tak znikli. Staliśmy przez chwilę i patrzyliśmy za nimi.

– Co za zarozumiały dupek – odezwał się Edmund. – Nie rozumiem, co ona w nim widzi.

– Ja też nie – powiedziałem. – Trudno zrozumieć sposób myślenia kobiet.

– Ma się ochotę przywalić mu w gębę – kontynuował Edmund.

– Właśnie – zgodziłem się.

***

Przez kilka godzin włóczyliśmy się po parku Lacka. Doszliśmy do wniosku, że najwyraźniej Britt Laxman miała w taki wieczór co innego do roboty, i wydawaliśmy nasze marne pieniądze tak powoli, jak się tylko dało. Na watę cukrową. Na kółko z czekolady. Na piekielnie drogiego gofra z bitą śmietaną i polewą malinową.

Gdy już mieliśmy wracać do Genezaret, zauważyliśmy, że nie tylko my tego wieczoru mieliśmy ochotę stłuc Armatę Berrę po gębie. Ogólnie mało było w okolicy bijatyk, ale teraz nadeszła na to pora, czuć było mord w powietrzu. Edmund i ja byliśmy za sceną i właśnie skończyliśmy ostatniego lucky strike’a, którego wykradłem Henry’emu, kiedy trafiliśmy na całą zgraję.

Dwie zgraje, dokładniej mówiąc. Z jednej strony Armata Berra, Atle Eriksson i kilku chwiejących się piłkarzy. Po drugiej stronie krzepki, napakowany typ, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Miał wzdłuż i wszerz tatuaże, i ogólnie robił wrażenie zagrażającego życiu innych. I jego zgraja: mniej więcej pół tuzina typów tego samego sortu.

– Zatłukę cię, przeklęta małpo! – wybełkotał mięśniak i próbował wyrwać się swoim sekundantom.

– Uspokój się, Mulle – uciszał go jeden z nich. – Pewnie, że musisz sprawić temu murzyńskiemu fiutowi manto, ale najpierw musimy się schować… przed policją, wiesz…

Mulle spasował. Nie zrozumiałem tego z Murzynem, co prawda Armata Berra miał czarne, krótko przystrzyżone włosy, ale Murzynem to on na pewno nie był.

Berra nic nie odpowiedział. Był spokojny, ale zacięty i gdy wszyscy schronili się za namiotem, podał swoją marynarkę w paski jednemu z piłkarzy, dokładnie podwinął rękawy koszuli, ustawił się do bójki i czekał. Miał lekko ugięte kolana i się chwiał, jakby kołysał, z boku na bok, z zaciśniętymi pięściami. Zdałem sobie sprawę, że wstrzymuję oddech, a Edmund mocno się do mnie przycisnął i zgrzytał zębami z podekscytowania. Pomijając obie zgraje, Edmund i ja byliśmy jedynymi obserwatorami. Miejsce pojedynku było starannie wybrane; co do tego nie było wątpliwości. Zamknąłem na chwilę oczy i wziąłem głęboki oddech. Poczułem zapach lata i wódki. Zastanawiałem się, gdzie w tamtej chwili była Ewa Kaludis. Od strony parkietu dochodziły dźwięki „Twilight Time”, zrobiło się późno.

W końcu kompani Mullego puścili go. Głośno wykrzyknął: „Aaaaargh!”, i ze spuszczoną głową ruszył na Armatę. Mimo napięcia przeszło mi przez głowę, że jest to marna taktyka. Wszystko, co musiał zrobić Berra, to wypaść w bok – jak to się mówi w języku boksu – wykorzystać prędkość przeciwnika i przyłożyć mu.

I tak właśnie zrobił, ale to nie wystarczyło. Czerwonogęby Mulle padł od pierwszego uderzenia pięścią jak walnięty pałką wół, ale potem Berra podniósł go za kołnierzyk koszuli i wymierzył trzy-cztery strzały w gębę, zanim go obrócił i z całą siłą walnął jego twarzą dwa razy o glebę.

Czułem, jak mi się przewraca w żołądku za każdym razem, gdy Mulle dostawał cięgi, i gdy było już po wszystkim, zauważyłem, że wokół walczących zrobiło się zupełnie cicho. Zarówno zgraja Mullego, jak i piłkarze stali niewzruszeni i tylko się gapili, i kiedy Berra wyprostował plecy i dał znak, że chce z powrotem swoją marynarkę, Atle Eriksson podał mu ją bez słowa. Następnie Berra odwrócił się plecami do Mullego i odszedł.

Nastrój był niemal uroczysty. Jak po pogrzebie albo coś takiego. Edmund i ja też się wymknęliśmy. Czułem się z jakiegoś powodu zawstydzony, Edmund także, bo żaden z nas nic nie powiedział do czasu, aż zostawiliśmy za sobą park i zaczęliśmy odczepiać rowery.

– Co za brutalność – powiedział wreszcie Edmund i wydawało mi się, że głos mu drżał.

– Nieczysta gra – stwierdziłem. – Cholernie nieczysta gra. Nie kopie się leżącego.

Potem popedałowaliśmy z powrotem przez las, a ja znowu zacząłem się zastanawiać, gdzie podczas bijatyki przebywała Ewa Kaludis i czy w ten właśnie sposób można zdobyć taką kobietę jak ona.

Jak Berra Albertsson.

Pamiętam, że cicho płakałem, gdy tak jechaliśmy w tę ciepłą letnią noc.

Tak, to był środek nocy, tylne koło roweru Edmunda rytmicznie zgrzytało, a ja cicho płakałem, sam nie wiedząc, dlaczego.

Rozdział 8

W niedzielę odwiedził nas mój ojciec. Była to krótka wizyta, bo podwoził go Ivar Bäck, który miał tylko pomóc mieszkańcom Sjölycke przy instalowaniu anteny telewizyjnej.

W każdym razie przez godzinę siedzieliśmy na trawie, jedliśmy przywiezione przez ojca wodniste truskawki i rozmawialiśmy. Niezbyt dużo. Moja matka czuła się stosunkowo dobrze. Czekała na kolejną serię badań, która miała potrwać kilka tygodni. Może miesiąc.

Potem będzie można coś więcej powiedzieć.

Przyjdzie pora, przyjdzie rada.

Henry zaproponował, że wieczorem zawiezie ojca Killerem do miasta, ale on tylko potrząsnął głową.

– Pojadę z Bäckiem – zdecydował. – Tak będzie najspokojniej.

Edmund zapytał, co ojciec chciał przez to powiedzieć. Dlaczego najspokojniej jest jechać z Bäckiem?

Wzruszyłem ramionami.

– Uważa, że Henry prowadzi jak wariat – odrzekłem. – Boi się z nim jeździć.

Kiedy ojciec odjechał, pomyślałem, że nie zapytał o Emmy Kaskel. Przez chwilę się nad tym zastanawiałem. Może Henry w końcu mu powiedział.

***

– Chłopie – powiedział Edmund, gdy skończył czytać „Pułkownika Darkina i sztaby złota”. – To jest bombowe. Będziesz milionerem.

Tuż przed naszym wyjazdem do Genezaret skończyłem „Pułkownika Darkina i sztaby złota” i wziąłem komiks ze sobą. W razie gdyby padał deszcz i gdyby naszła mnie ochota na pisanie.

Ochota mnie naszła, ale oczywiście komiksu nie dało się ukryć przed Edmundem. Przeżywałem katusze, ale w końcu zostawiłem zeszyt trochę przypadkowo włożony między inne książki i nie trwało długo, a Edmund go zwietrzył. A zaraz potem przeczytał.

– Raczej kiepski – powiedziałem. – Nie musisz udawać.

– Kiepski! – wykrzyknął Edmund. – Niech mnie szlag, to najlepsze, co widziałem, odkąd babcia przytrzasnęła sobie cycki maglem.

Było to norlandzkie przysłowie i wyrażało najwyższe uznanie i podziw. Nagle zrobiło mi się tak miło, że nie potrafiłem tego ukryć.

– Eee – skwitowałem. – Bujaj się, maminsynku.

Fakt, że ogarnął mnie nastrój na rysowanie, na pewno miał coś wspólnego z sobotnim wieczorem w parku Lacka. Miałem potrzebę rysowania i opowiadania o takiej kobiecie jak Ewa Kaludis, to jakby we mnie krzyczało. Być może chciałem też przedstawić kilka porządnych bijatyk – w nieco lepszym stylu niż to, co zaszło między Armatą Berrą a czerwonogębym Mulle. Próbowaliśmy trochę dyskutować o tym, jak Mulle musiał czuć się następnego dnia, ale na samą myśl, jak mogła wyglądać jego twarz, Edmund i ja dostawaliśmy dreszczy.

Nie mówiąc o tym, jak musiał go boleć łeb.

W każdym razie w niedzielny wieczór kilkakrotnie przelotnie padało i kiedy Edmund leżał na swoim łóżku i próbował pisać list do mamy w Vissingsbergu, ja leżałem na moim i rysowałem pierwsze okienka „Pułkownika Darkina i zagadkowej spadkobierczyni”.

To był całkiem przyjemny wieczór, nie wiem, dlaczego pomyślałem o tym jeszcze, kiedy trwał.

W miarę upływu lata mój brat Henry był coraz bardziej zajęty swoją powieścią egzystencjalną. Było to niemal tajemnicze. Najczęściej spał do późna, potem wstawał, kąpał się w jeziorze i siadał przed maszyną do pisania z kawą i papierosem. Najchętniej na trawie przy chybotliwym stole ogrodowym, jeśli pogoda na to pozwalała. A na ogół tak było. Gdy zbliżała się pora przygotowywania posiłków, prawie zawsze się wymigiwał. Dawał Edmundowi albo mnie piątala albo dychę, byśmy się wszystkim zajęli. Zakupami, gotowaniem i zmywaniem.

Nie protestowaliśmy. Z pieniędzmi było krucho, nie mieliśmy oczywiście wygórowanych potrzeb, ale miło było móc przynajmniej od czasu do czasu kupić loda u Laxmanow albo dalej, w Wieprzowej Skałce. Czy też kilka papierosów luzem, nie można było przecież przez cały czas podkradać ich Henry’emu, nawet jeśli nie zwracał na to uwagi.

Po posiłkach Henry znikał gdzieś swoim Killerem i co najmniej co drugi wieczór wracał do domu, kiedy już kładliśmy się z Edmundem spać. Czasami budziłem się i słyszałem go w środku nocy. Nieregularny stukot maszyny Faciten i magnetofonu grającego Eddiego Cochrane’a i The Drifters. Elvisa Presleya. Muss ich denn… Nagrał to w kilku miejscach na taśmie. Gdy cichła muzyka, zaczynały śpiewać ptaki w zaroślach pod oknem. Czasami pytałem Henry’ego o to, jak mu idzie z pisaniem książki, ale nigdy nie miał ochoty o tym rozmawiać. „Do przodu” – odpowiadał zazwyczaj i zaciągał się papierosem.

– Do przodu.

W jakiś dziwny sposób byłem ciekaw tego, o czym pisał, ale nigdy nie zostawiał na wierzchu żadnych papierów, a ja nie chciałem pytać. Pewnego wieczoru, gdy wyjechał Killerem, zobaczyłem papier tkwiący w maszynie na biurku. Było to tylko kilka wersów; usiadłem na krześle i ostrożnie przekręciłem wałek, by można było coś zobaczyć.

Przeczytałem tekst pięć albo sześć razy. Być może dlatego, że uważałem go za dobry, ale też dlatego, że wydawał się taki zaskakujący. Zaskakujący i trochę obrzydliwy.

Zachodzi go od tyłu nagle i od razu na właściwą odległość. Jeden krok w żwirze, nie więcej niż jeden, dłoń mocno ściska rękojeść, krótki śmiercionośny wymach. Dźwięk, który się rodzi, gdy stal miażdży czaszkę, jest głuchy. Inwersja dźwięku, który słychać, bo jest bardziej cichy niż cisza, a kiedy ciężkie ciało zespala się z ziemią, letnia noc jest gęsta i odpowiada zagadkowym uśmiechem; wszystko się wypełnia i

W tym miejscu skończył. Zakręciłem z powrotem wałek maszyny i poczułem się nagle jak złodziej nocą. Jak mawiała matka Benny’ego.

RAK – TREBLINKA – MIŁOŚĆ – PIEPRZENIE SIĘ – ŚMIERĆ – pomyślałem. O czym jest ta książka, którą piszesz, Henry, mój bracie?

***

Przez kilka dni planowaliśmy nocny najazd na kiosk Karlessona, a w czwartek wieczorem, dzień przed nocą świętojańską, w końcu zdecydowaliśmy się wprowadzić słowa w czyn. Henry najwyraźniej postanowił spędzić ten wieczór w domu, a my oznajmiliśmy, że koło północy musimy coś załatwić i tuż po dziewiątej udaliśmy się w drogę. Henry’ego niewiele to chyba obchodziło.

– Jeśli wpadniecie na jakiś diabelski pomysł, uważajcie, żeby was nie złapali – powiedział tylko, nie podnosząc wzroku znad maszyny do pisania.

Mieliśmy ze sobą cztery butelki soku jabłkowego i jedną bagietkę. I nieco ponad dziesięć koron, aby kupić sobie przysmak na rynku u Törnera, zanim ten zamknie o jedenastej.

Na początku trzymaliśmy się planu, wieczór był nieco wietrzny, wiał głównie wiatr znad równiny i około jedenastej udało nam się dotrzeć na rynek w K-a. Deszcz wisiał w powietrzu i na ulicach było mało ludzi. Kiedy już zjedliśmy kiełbaski od Törnera i wypiliśmy po soku jabłkowym, Törner zatrajkotał swoją przyczepą z grillem i odjechał, a my zaczęliśmy szukać łyżeczek. Gdy rynek opustoszał, kontynuowaliśmy poszukiwania w śmietnikach przed kioskiem, przed stacją i w okolicy, wokół innych budek z kiełbaskami: u Hermana przed blokami mieszkalnymi.

O dwunastej uznaliśmy, że mamy wystarczającą ich liczbę. Pięćdziesiąt trzy sztuki. Licząc, że na każde ciągnięcie przypadały trzy gumy w kulce i jeden plastikowy gadżet, w sumie wychodziło sto pięćdziesiąt dziewięć kulek i pięćdziesiąt trzy gadżety.

Więcej nie bylibyśmy w stanie wyzuć i pewnie też więcej nie było w automacie Karlessona.

Pełni wiary przeszliśmy pozostałe dwieście metrów na północ wzdłuż ulicy Torfowej. Nie spotkaliśmy ani jednego człowieka. Nawet kota. Zaczął siąpić deszcz. Cieszyliśmy się, że bez przeszkód będziemy pracować pod osłoną nocy, co do tego nie było wątpliwości. Czułem, jak wszystko we mnie buzuje z podniecenia, a Edmund zaczął nerwowo chichotać. Zatrzymaliśmy się przed śpiącym kioskiem.

Na pustym automacie wisiały dwie zapisane odręcznie kartki. Na jednej widniało: „Popsuty”, a na drugiej: „Nie czynny”. Karlesson nigdy nie był dobry w ortografii.

Przez trzy sekundy gapiłem się na automaty. To, co zobaczyłem, podziałało na mnie jak płachta na byka. Nie należę do osób, które tracą głowę przy pierwszej okazji, ale byłem tak okropnie zdenerwowany, że straciłem panowanie nad sobą.

– Cholerny pierdolony Pizdek-Karlesson! – wykrzyknąłem i z całej siły zacząłem kopać żelazny słup, na którym wisiał szklany automat.

Miałem na sobie cienkie tenisówki, więc ból złamanego palca u nogi był tak silny, że prawie zemdlałem.

– Uspokój się – powiedział Edmund. – Zbudzisz całe miasto, ty pieprzony wyjcu.

Jęknąłem i osunąłem się, napierając plecami na ścianę kiosku.

– Niech to szlag, chyba złamałem palec – wyjęczałem. – Dlaczego u diabła pieprzony aparat musi być zepsuty właśnie dzisiaj? Przez trzy lata się nie psuł.

– Boli? – zapytał Edmund.

– Jak diabli – wysyczałem przez zaciśnięte zęby.

W zasadzie pierwszy palący ból zaczynał mijać. Zdjąłem but i próbowałem trochę poruszać palcami. Szło opornie.

– Palec boży – zawyrokował Edmund, patrząc na to, jak się miotam.

– Co?! – wykrzyknąłem.

– To z automatem – powiedział Edmund. – Że jest popsuty. To musi znaczyć, że było nam przeznaczone obrabować go dziś w nocy. Chyba tak miało być. Palec boży, tak się mówi.

Było mi trochę trudno interesować się czyimś palcem, gdy bolał mnie mój, ale przypuszczałem, że Edmund do czegoś zmierzał.

– Czy w mieście nie ma innego automatu? – dopytywał się.

Zastanawiałem się.

– Nie na zewnątrz. Chyba są w domu handlowym Svea.

– Hmm – mruknął Edmund. – To co robimy?

Spróbowałem włożyć z powrotem tenisówkę. Nie dało się, więc wcisnąłem ją do plecaka i otworzyłem sok jabłkowy. Edmund ukucnął obok mnie i wypiliśmy po łyku.

Wtedy nadjechał wóz policyjny.

Czarno-biały amazon zatrzymał się tuż przed nami, a policjant, który go prowadził, opuścił szybę.

– Dlaczego tam siedzicie?

Oniemiałem, jeszcze bardziej niż wtedy, gdy stałem przed Ewą Kaludis w parku Lacka. Byłem bardziej niemy niż zdechły śledź. Edmund wstał.

– Mój kolega zranił się w stopę – odpowiedział. – Jesteśmy w drodze do domu.

– Czy to coś poważnego? – zapytał policjant.

– Niee, poradzimy sobie – podziękował Edmund.

– Jeśli trzeba, możemy was podwieźć.

– Wielkie dzięki – powiedział Edmund. – Może innym razem. Ja też wstałem, by pokazać, że nie ma się czego obawiać.

–  All right – skwitował policjant. – Wynoście się do domu, już późno.

I odjechali. Staliśmy i patrzyliśmy za czerwonymi tylnymi światłami. Gdy znikli, Edmund powiedział:

– Niezbadane są wyroki boskie. Jest jakiś automat w Hallsbergu?

***

Automat z gumami do żucia przy kiosku na dworcu w Hallsbergu opróżniliśmy ze stu pięćdziesięciu sześciu kulek, czterdziestu pięciu pierścionków i dwudziestu innych bezcennych plastikowych przedmiotów. Poszło jak po maśle; zegar na budynku dworca pokazywał pięć po drugiej, gdy skończyliśmy, a mój palec u nogi w ogóle mnie już nie bolał. Był zesztywniały, spuchnięty i bez czucia, ale nie obchodziło mnie to, skoro mieliśmy gumy do żucia na cały tydzień.

Tej nocy Edmund nie zaatakował na rowerze wzgórza Kleva. Zamiast tego szliśmy pod górę, co z powodu mojego złamanego palca zajęło całkiem sporo czasu. Zdecydowanie łatwiej było podjeżdżać rowerem, niż iść na piechotę, zrozumiałem to w czasie najbliższych dni.

Podczas pokonywania ostatniego odcinka, w Åsbro i w lesie, spadł ulewny deszcz. Byliśmy porządnie zmęczeni, gdy pozbyliśmy się rowerów na parkingu. Oprócz Killera i kilku popsutych rowerów stał tam skuter. Czerwony puch; gdybym nie padał ze zmęczenia, może bym go rozpoznał.

Doszliśmy do domu, deszcz przestał padać. Zaczęło świtać. Na maszcie flagowym wisiał jeden z krawatów Henry’ego.

Rozdział 9

Po południu w dzień przed nocą świętojańską na kilka godzin wpadli nasi ojcowie: Edmunda i mój. Pan Wester był w świetnym humorze; oprócz śledzi i młodych ziemniaków przywiózł pęk niebiesko-żółtych papierowych flag i akordeon. Pogoda była całkiem znośna, siedzieliśmy wokół stojącego na trawie stołu, gadaliśmy, a on intonował piosenki. „Avestaforsens brus”, „Afton vid Möljaren” i kilka innych, których nie znałem. A także własną kompozycję, którą zatytułował „Dla Signe”.

Gdy ją śpiewał, miał łzy w oczach i pomyślałem o tym, jacy bylibyśmy bez kobiet. „Parą po deszczu” – jak mawiał Karlesson wtedy, gdy chciało się coś, czego nie miał na składzie.

Pięciu facetów siedzących i świętujących dzień świętego Jana najlepiej jak potrafią, a ja pokusiłem się o mały skok w czasie. Niekiedy to robiłem. Jak to będzie za dziesięć lat? Czy mój ojciec i ojciec Edmunda będą tacy sami? Czy Henry się ustatkuje i założy rodzinę? A Edmund? Trudno było to sobie wyobrazić. Edmund z żoną i dziećmi! Czterech małych Edmundów z popsutymi okularami na nosach i sześcioma palcami u każdej nogi.

A ja?

– To melancholia – powiedział tata Edmunda i odstawił akordeon. – Z życiem jest jak z latem. Ledwo się zacznie, a już jest jesień. Melancholijnie.

Ale zaraz głośno się zaśmiał i dołożył sobie ziemniaków ze śledziami.

– Święta prawda – powiedział mój ojciec.

Henry westchnął i zapalił lucky strike’a.

Nasi ojcowie odjechali około piątej. Od kolegi z pracy pożyczyli samochód tylko na popołudnie i musieli być wieczorem na służbie. Tata Edmunda zaproponował, żeby zebrali dziewięć rodzajów kwiatów [3], ale mój ojciec nie wydawał się zachwycony tym pomysłem.

– I tak wiemy, o jakich kobietach marzymy – powiedział, uśmiechając się od niechcenia. Potem pomachali nam na pożegnanie i udali się w stronę parkingu.

Postanowiliśmy z Edmundem, że sprawdzimy, co się dzieje w okolicy Wieprzowej Skałki, gdzie zazwyczaj świętowało się noc świętojańską, stawiało drzewko majowe [4], tańczyło i takie tam. Jak twierdził Edmund, niech to szlag, jeśli Britt Laxman nie pojawi się w takim miejscu, i gdy tylko skończyliśmy zmywanie, wsiedliśmy do łódki i powiosłowaliśmy. Gdy wypłynęliśmy na jezioro, Edmund zapytał:

– Budziłeś się zeszłej nocy?

– Czy się budziłem? – odpowiedziałem. – Co masz na myśli?

– No, czy coś słyszałeś?

– Jak to, słyszałem?

Edmund dalej wiosłował.

– Twojego brata, oczywiście. I tę babkę, kimkolwiek ona była. Byli głośno tak jakby.

– Aha – powiedziałem i starałem się zachować obojętny ton głosu. – Nie, spałem jak kamień.

Widać było, że Edmund ma co do tego wątpliwości i przez chwilę milczeliśmy.

– Zamienimy się? – zapytałem, gdy byliśmy mniej więcej w połowie drogi.

– Nie, nie – powiedział Edmund. – Musisz oszczędzać palec.

– Do diabła, przecież nie wiosłuję palcem – powiedziałem.

Ale Edmund nie puścił wioseł i podczas gdy coraz wyraźniej było słychać muzykę z Wieprzowej Skałki, ja na wpół leżałem na ławce na rufie, ciągnąc jedną ręką po wodzie, i próbowałem nie myśleć o tym, co straciłem w nocy.

Albo raczej rano. Położyliśmy się po trzeciej, a wtedy jeszcze z pokoju Henry’ego nie dochodziły żadne odgłosy.

Nie mogłem pozbierać myśli. Fakt, że mój brat spał z dziewczyną tuż pod naszą podłogą, był tak samo podniecający, jak wstydliwy. Tak jakby Edmund natrafił na mroczny rodzinny sekret czy coś takiego. Tak, jakbym był zmuszony wstydzić się tego, co wyrabia Henry. Takie myślenie było oczywiście kompletną bzdurą, sam dobrze to wiedziałem. Bo przecież tego wszystkiego można było tylko pozazdrościć – umiejętności zdobycia dziewczyny i zabrania jej, gdzie się chce. Właściwie wszystko się wokół tego kręciło. Życie i w ogóle.

Wsunąłem całą rękę do wody. Ze wszystkich sił starałem się myśleć o czymś innym, ale chyba za słabo. Niewzruszony Edmund wiosłował dalej i najwyraźniej wcale nie próbował myśleć o czymś innym. Wręcz przeciwnie.

– To bombowe lato, Erik – powiedział, gdy zaczęliśmy wpływać w pas sitowia. – Pod każdym względem. Najlepsze, jakie przeżyłem.

Wtedy nagle poczułem, jak bardzo lubię Edmunda. Do Potworności zostały jeszcze trzy tygodnie, moja mama umierała na raka, złamałem palec, ale to lato było bombowe.

Ogólnie rzecz biorąc. Jak na razie.

***

Ani Edmund, ani ja nie sądziliśmy, że wieczór na Wieprzowej Skałce był bombowy. Co prawda Britt Laxman była pierwszą osobą, którą ujrzeliśmy po wyciągnięciu łódki z wody, ale towarzyszył jej rudy typ w okularach przeciwsłonecznych i czarnych skórzanych butach z czubami, który w dodatku był bardzo młody. Kilku pijanych facetów w dresach siedziało i piło kawę z bimbrem. Trzyosobowa orkiestra akurat miała przerwę, gdy przyszliśmy, i powinna była ją mieć przez cały czas. Akordeon, gitara i kontrabas, który trzymał się kupy dzięki gumowym sznurkom. Cztery pary udawały, że tańczą. W drewniakach lub bez, do lub bez muzyki, a kilka grup ludzi w naszym wieku snuło się głośno i próbowało wyglądać jak pan albo pani Kennedy. Zagraliśmy jedną partię golfa i próbowaliśmy nawiązać rozmowę z dwiema rozchichotanymi Jacqueline ze Skanii, ale one szybko wróciły do rodzinnych przyczep, które stały na polu namiotowym.

Kemping nie był szczególnie duży, ale i tak było sporo miejsca między czterema przyczepami, oklapniętymi namiotami i połową tuzina krów, które albo zabłądziły, albo specjalnie zostały tam odkomenderowane jako kosiarki przez rolnika Grundberga, który miał na głowie kąpielisko Wieprzowa Skałka.

W każdym razie w kawiarni był całkiem nowy automat do gry we flippera. Nazywał się „Rocket 2000”; robiliśmy, co mogliśmy, aby się do niego dostać, ale grupka młodzieży, która przyjechała na skuterach z Askersundu, miała chyba morze jednokoronówek i wlewała je do automatu. W końcu postanowiliśmy odłożyć grę na później, a gdy wkrótce odkryliśmy, że Britt Laxman i rudzielec pieką kiełbaskę na jednym kiju nad ogniskiem na plaży, ostatecznie zrezygnowaliśmy i zaczęliśmy wiosłować w stronę Genezaret.

Człowiek nie powinien się przy czymś upierać, jeśli sprawy są przeciwko niemu, była to zasada, której nauczyłem się od mojego ojca, a Edmund był dokładnie tego samego zdania.

– Idź spać, gdy ma się wydarzyć coś złego, ty bękarcie samicy komara, która była dziwką – tak mówili do siebie mężczyźni w ciemnych lasach Helsinglandu, twierdził Edmund, a ja nie miałem powodu, by mu nie wierzyć.

Gdy wypłynęliśmy na jezioro, Edmund zdradził mi swój sekret. Zaczęło się od pytania.

– Dostałeś kiedyś lanie? Chodzi mi o takie prawdziwe, porządne lanie.

Zastanowiłem się i odpowiedziałem, że nie. Co najwyżej policzek albo ugryzienie przez konia, albo przypadkowe uderzenie w klatkę piersiową. Kilka smagnięć podniszczonym kijem hokejowym Benny’ego, gdy popsułem go, nieumyślnie na nim siadając.

– A ja tak – powiedział niemal uroczyście Edmund. – Gdy byłem mały. Od mojego ojca. Cholernie wielkie lanie.

– Od twojego ojca? O czym ty gadasz? Dlaczego twój ojciec miałby…?

– Nie od niego – przerwał mi Edmund. – Od tego drugiego, mojego prawdziwego ojca. Albin jest moim ojczymem, ożenił się z moją matką, gdy zniknął ten prawdziwy. O rany, ale on nas bił… i matkę, i mnie. Raz tak pobił matkę, że straciła słuch.

– Ale dlaczego? – powiedziałem, bo nie wiedziałem, co mam powiedzieć.

Edmund wzruszył ramionami.

– Taki już był. – Zamyślił się na chwilę. – Tego się nie zapomina. Jak to jest i w ogóle. Jak… jak się człowiek cholernie boi, gdy tak leży i czeka. Oczekiwanie jest chyba jeszcze gorsze niż samo lanie.

– Rozumiem – powiedziałem. – To dlatego twoja matka jest alkoholiczką?

– Nie sądzę – odrzekł Edmund i wsadził okulary do wody, aby je wypłukać. – Sam pił na umór, więc ją tego nauczył… chociaż, jak mówiłem, miała zadatki. Dziadek chlał tyle, ile cały pluton.

– Gdzie on teraz jest, twój prawdziwy ojciec?

– Nie mam pojęcia – odpowiedział Edmund. – Zniknął, gdy miałem pięć i pół roku, matka nie chce o nim rozmawiać. Wkrótce potem na horyzoncie pojawił się Albin.

Skinąłem głową.

– Szlag by trafił ludzi, którzy się biją – powiedział Edmund i założył ociekające wodą okulary. – Takich, którzy atakują słabszych. Nie cierpię tego.

– Niech ich szlag trafi – powtórzyłem. – Nie można się godzić na takie gówno.

***

Gdy wróciliśmy, Henry’ego nie było i resztę wieczoru spędziliśmy na graniu w kulki i żuciu gumy. Wymyśliliśmy też wariant, w którym graliśmy gumami do żucia w kulkach, a ten, który przeskoczył przez kulki przeciwnika, mógł je żuć, ale tak naprawdę nie obowiązywały ścisłe reguły. W końcu wcześnie się położyliśmy – poprzedniej nocy kiepsko spaliśmy, zwłaszcza Edmund.

Zanim zasnąłem, dorysowałem w komiksie kilka okienek, a Edmund jeszcze raz napisał list do swojej mamy w Vissningsbergu. Nie był zadowolony z poprzednich wersji i teraz podjął kolejną próbę, w bardziej męskim i humorystycznym stylu. Gdy skończył, wyrwał kartkę z zeszytu i podał mi ją.

– Co o tym myślisz? – zapytał, gryząc długopis.

Przeczytałem:

Dzieńdoberek, mamuśka!

Jest wesoło, jest miło. Mam nadzieję, że jesteś trzeźwa i rześka jak poranek. Do zobaczenia jesienią. Twój i tylko twój Edmund

– Cholernie dobre – powiedziałem. – Oprawi to w ramki i powiesi sobie nad łóżkiem.

– Też tak myślę – potwierdził Edmund.

Tej nocy nie dobiegał żaden hałas petard i rakiet od Lundinów. Najwyraźniej mieli jakieś rodzinne święto; od dwóch tygodni nie słyszeliśmy choćby szelestu z tamtej strony, ale to było dla nich typowe, że dawali o sobie znać właśnie w taki sposób. W noc świętojańską i w ogóle.

Tak czy owak, szybko znowu zasnąłem i przyśnił mi się dziwny sen o tym, że Henry wkręcił się krawatem w maszynę do pisania. Szaleńczo stukał klawiszami, aby się uwolnić, ale z każdym nowym wierszem coraz bardziej się dusił. W końcu – gdy już dotykał nosem wałka – krzyknął po pomoc. Czy raczej syknął, bo ledwo mógł oddychać. Podszedłem do niego i odciąłem krawat, a on w podziękowaniu wymierzył mi policzek i powiedział, że był to cholernie drogi krawat i że zniszczyłem mu cały rozdział.

Sen wydawał mi się dziwny już w momencie, gdy go śniłem, a kiedy się obudziłem, nadal byłem zły na Henry’ego. Uważałem, że zachował się paskudnie, chociaż uratowałem mu życie. Pal licho, czy to był sen, czy jawa; to nie było fair.

Gdy wstałem, siedział już przed domem, pisał i palił. Tylko w spodenkach i bez śladu krawata; pomyślałem, że musiał to być taki sen, który się wykoleił i nic a nic nie znaczył, niezależnie od tego, jakkolwiek by się na niego spojrzało. Wyszedłem do Henry’ego.

– Dobrze ci idzie? – zapytałem. – Z książką, znaczy się.

Przechylił się do tyłu. Zmrużył oczy do słońca, które właśnie przebiło się przez chmurę.

– Jak po szynach – powiedział. – Idzie jak po szynach, braciszku.

Zaśmiał się swoim krótkim, gwałtownym śmiechem i dalej stukał na maszynie. Zawahałem się przez chwilę.

– Masz nową dziewczynę? – zapytałem.

Dopisał jeszcze jedno brzdękniecie na maszynie, zanim odpowiedział.

– Będzie się działo – rzekł i wyglądał na zamyślonego. – Taak, tak to jest. Dużo się będzie działo.

Przez chwile się zastanawiałem, a następnie zapytałem, co to znaczy.

– To oznacza wszystko – odparł Henry, mój brat, i znowu się zaśmiał. – Wszystko.

Rozdział 10

Ostatni tydzień lipca był tak gorący, że w wychodku aż się gotowało.

Przynajmniej takie się miało wrażenie, jeśli zapomniało się go porządnie przykryć torfową podściółką, dlatego dobrze było się powstrzymać od srania aż do wieczora.

Wzrosła potrzeba częstego chłodzenia się w jeziorze – podobnie jak potrzeba przygotowania pomostu pontonowego. Zbyt dużo czasu zajmowało wypływanie łódką na głębszą wodę za każdym razem, gdy chciało się zanurzyć, a żadnemu z nas – ani mnie, ani Edmundowi, ani Henry’emu – nie chciało się bawić w balansowanie po lepkim dnie, gdzie ni z tego, ni z owego można było ugrzęznąć po kolana w błocie.

A zatem pomost. Naprawdę nadszedł już czas, by się tym zająć. Przetransportowaliśmy już od Laxmanow sześć pustych beczek, a Henry sporządził rysunek. Młotek, sznur, gwoździe i piła leżały przy wychodku. Brakowało przede wszystkim drewna.

Desek.

– Lundinowie… – powiedział Henry, gdy wzeszło słońce, zapowiadając nowy, gorętszy niż usta Marilyn Monroe, dzień. – Możecie zwędzić trochę desek ze sterty Lundinów.

– My? – zdziwiłem się.

– Wy – potwierdził Henry. – Mam trochę pracy. Przecież chcecie mieć pomost?

– Pewnie – powiedziałem.

– No dobra – zdecydował Henry. Założył stary słomiany kapelusz, który kupił na pchlim targu w Bejrucie, i usiadł w cieniu przy maszynie. – Dwie dychy, jeśli będzie gotowy przed wieczorem! – krzyknął, siadając. – Dwóch takich bystrych spryciarzy jak wy nie powinno mieć z tym żadnych problemów.

– I kto tu bredzi o problemach? – stwierdził Edmund. – Głupie gadanie.

Powiedział to jednak tak cicho, żeby Henry na pewno nic nie usłyszał.

***

Skład drewna należący do Lundinów znajdował się przy ścieżce prowadzącej do ich domu, w odległości nie większej niż dziesięć metrów od parkingu przy drodze. Był to dość duży stos, ukryty pod starym zapleśniałym brezentem, i leżał tam, odkąd pamiętam. Przypuszczalnie któryś z Lundinów dawno temu ukradł to wszystko z jakiejś budowy i nie był w stanie przywlec dalej niż tu, gdzie nie było tego przynajmniej widać od strony drogi – i przypuszczalnie żaden z nich nie przejąłby się, gdyby ze stosu znikło trochę desek.

Zwłaszcza jeśliby tego nie zauważyli.

Najbezpieczniej było przystąpić do ataku w nocy. Z drugiej strony z Lundinami nigdy nic nie było do końca wiadomo. Mieli jakby swój własny rytm dobowy i wcale nie było pewne, że uderzali w kimono wtedy, gdy robili to inni. Widać było też, że właśnie przyjechali. Kilku z nich w każdym razie; ostatnio słychać było stamtąd jakieś krzyki i śmiechy. Przekleństwa, dźwięk tłuczonego szkła i wszystko to naraz.

Lepiej było nie czekać z tym do nocy także z tego powodu, że przed oczami mieliśmy dwadzieścia koron za ukończenie pomostu przed wieczorem, więc pozostawało nam tylko polecić się opiece boskiej i zabrać się do roboty. Bez ociągania się, no objections, co do tego nie mieliśmy wątpliwości, ani Edmund, ani ja.

Operacja się w sumie udała. W ciągu kilku godzin wywlekliśmy deski przez grząskie i niedostępne piekło końskich much i komarów, między Lundinami a Genezaret. Klęliśmy, gdy wchodziły nam drzazgi, klęliśmy, gdy gryzły nas owady, klęliśmy i brnęliśmy w błocie. Na całym ciele mieliśmy zadraśnięcia i bąble, wariowaliśmy z gorąca, ale zrobiliśmy to. We made it. O wpół do pierwszej ułożyliśmy sporą górę desek, którą Henry – oglądając się do tyłu, uchylając kapelusz, mrużąc oczy i zapalając lucky strike’a – ocenił jako wystarczającą.

– Dobrze – powiedział. – Potrzebujecie pomocy przy budowie? Ale oczywiście wynagrodzenie będzie niższe.

– Pomocy?! – oburzyliśmy się. – A gówno!

***

Piłując, wbijając gwoździe i mocując liny, rozmawialiśmy o prawdziwym ojcu Edmunda. I o tym, dlaczego tak bił. Bo to było dziwne, przynajmniej dla mnie.

– Był chory – powiedział Edmund. – Miał rzadką chorobę mózgu. Gdy pił, musiał się bić.

–  Sustained – skwitowałem. – Dlaczego więc pił?

– To była inna część choroby – twierdził Edmund. – Potrzebował po prostu alkoholu. Inaczej wariował. Tak właśnie było…

Zastanawiałem się nad tym przez chwilę.

– Albo wariował, albo bił? – zapytałem.

– Właśnie tak – odparł Edmund. – Niektórzy ludzie tak mają. Szkoda, że trafiło właśnie na mojego ojca.

– Cholernie szkoda – podsumowałem. – W ogóle nie powinien był być ojcem.

Edmund przytaknął.

– Tyle że nie był taki na początku. Zanim się urodziłem. Ta choroba jakby się skradała… potem już było, jak było.

– Hmm – powiedziałem. – Czy to dziedziczne?

– Nie wiem.

Minęło kilka sekund.

– Ale i tak go nienawidzę! – krzyknął po chwili Edmund, a w jego głosie słuchać było wściekłość. – To cholerne tchórzostwo rzucać się na tych, którzy nie mogą się bronić. I pas… dlaczego musiał mnie bić właśnie pasem, możesz mi to wyjaśnić?

Nie potrafiłem.

– Bić leżącego…

Przerwał. Przed oczami miałem znowu purpurową, nieprzytomną twarz Mullego i to, jak Armata Berra podnosił jego głowę i walił nią o ziemię.

– Mmm – powiedziałem. – To jest dno. Masz zamiar go odszukać, gdy będziesz starszy? Twojego prawdziwego ojca. Wyśledzić go i postawić pod ścianą czy coś takiego?

– Yes sir – zgodził się Edmund. – Możesz być pewien, że tak. Mam tylko nadzieję, że będzie jeszcze wtedy żył. Zaplanowałem to w szczegółach. Najpierw go odnajdę, nie powiem mu, kim jestem, będę dla niego miły, cholernie miły, zaproszę go na kawę i ciasto… i alkohol… a potem, gdy będzie się tego najmniej spodziewał, powiem mu, kim jestem i przywalę mu tak, że poleci na podłogę. A potem…

W tym momencie Edmund uderzył się w palec i zaczął kląć i wrzeszczeć coś bardzo niestosownego. Nie dowiedziałem się, w jaki sposób chce się zemścić się na swoim ojcu. Zastanawiałem się, czy ja zrobiłbym to samo, gdybym był na jego miejscu… czybym myślał i czuł w taki sam sposób, ale nie doszedłem do żadnych konkretnych wniosków.

Stwierdziłem tylko, że jest to rzecz, o której w ogóle nie mam ochoty myśleć. Jeszcze jedna. RAK – TREBLINKA – MIŁOŚĆ – PIEPRZENIE SIĘ – ŚMIERĆ.

I ojciec Edmunda.

Wsadziłem go między „pieprzenie się” a „śmierć”.

Tymczasowo.

***

Chociaż było gorąco, całkiem przyjemnie się piłowało, wbijało gwoździe i budowało. Zwłaszcza wbijało gwoździe. Gdy waliło się w gwóźdź, nie musiało się myśleć o tym, o czym nie chciało się myśleć. Wystarczyło się skoncentrować na tym, co się robiło. Buch! Wystarczyło tylko walić. Wprowadzać gwóźdź w drewno. Buch! Prosto w tego czorta. Buch! Buch! Buch! I jeszcze to dodatkowe buchnięcie, gdy był już w środku. Gdy już nie mógł wejść głębiej.

Buch! Aby pokazać, że teraz tam tkwisz, pieprzony gwoździu i o to przez cały czas chodziło. Nawet jeśli przez cały czas próbowałeś być twardy i przekręcałeś się to na prawo, to na lewo. Ty nadęty gwoździu! Buch! Teraz to ja decyduję. Cholera jasna! Pomyślałem o Drewnianym Gustavie ze szkoły i że jest pieprzona różnica między pracami ręcznymi a pracami ręcznymi.

Słońce wciąż było wysoko, gdy skończyliśmy. Henry przyszedł i przeprowadził inspekcję ośmiometrowej konstrukcji, sprawdził, czy beczki były dostatecznie mocno przymocowane, i oświadczył, że pójdzie usmażyć naleśniki, a nam polecił ustawić pomost.

– Okej?

–  Sure – powiedział Edmund i zaczęliśmy taszczyć nasze dzieło w stronę jeziora. Zgodnie z rysunkiem Henry’ego za pomocą czterech lin zacumowaliśmy pomost o dwie mocne brzozy i zakotwiczyliśmy poluzowanymi cumami w głębi lądu i przy brzegu. Nie zaszkodzi trochę przestrzeni, wyjaśnił Henry, ale nie za dużo. Potem staliśmy i gapiliśmy się przez chwilę na to cudo, a następnie powoli i dostojnie przespacerowaliśmy się po deskach. Było nieco chybotliwie, a tu i ówdzie wchodziło się do wody, przynajmniej jeśli szło się we dwójkę, ale najwyraźniej się udało. Niech to diabli, zbudowaliśmy pomost.

Pomost pontonowy i dwie dychy. Spojrzeliśmy po sobie.

– Bombowe lato – powiedział Edmund drżącym głosem. – Hej ho, jak mawiają w Angermanlandzie.

Przy końcu pomostu woda miała prawie dwa metry głębokości i zanim Henry zawołał nas na naleśniki, zdążyliśmy zanurkować trzydzieści osiem razy. Jedliśmy, jakbyśmy nigdy wcześniej nie widzieli jedzenia, a potem zanurkowaliśmy jeszcze trzydzieści osiem razy. Wyglądało na to, że tego dnia słońce nigdy nie zajdzie, więc gdy Henry wykonał swoje pierwsze nurkowanie i wypłacił obiecane dwie dychy, położyliśmy się na pomoście, czytaliśmy i graliśmy w karty. To ostatnie było trochę ryzykowne, trzeba było trzymać tyłek we właściwym wózku – jak określił to w norlandzki sposób Edmund – inaczej można było pomoczyć karty.

Ale co tam. Najważniejsze, że mogliśmy leżeć na deskach, które sami zwędziliśmy Lundinom i sami pozbijaliśmy do kupy. I że mogliśmy przemieszczać się po beczkach, które sami przetransportowaliśmy aż od Laxmanow i przymocowaliśmy według wszystkich reguł sztuki. Właśnie to się liczyło w ten upalny dzień, który nie chciał się skończyć. Że mogliśmy leżeć na swoim własnym pomoście.

– Król pik – powiedział Edmund. – Jedzie skuter.

Nasłuchiwałem. Tak, charakterystyczny ostry dźwięk skutera było słychać od strony lasu. O ile się nie myliłem, mniej więcej na wysokości posesji Levisów.

– Tak – odrzekłem. – Pas. Chyba puch.

Podczas gdy rozgrywaliśmy kolejne partyjki, skuter był coraz bliżej. Gdy usłyszeliśmy, jak zatrzymał się na parkingu, straciliśmy resztki koncentracji. Jeżeli cokolwiek było do stracenia.

– Eee – mruknął Edmund. – Męczy mnie ta gra. Olejmy to.

– Jestem za – powiedziałem i pozbierałem karty. Usiadłem na pomoście z nogami w wodzie i spojrzałem na skraj lasu. Henry wyszedł przed dom, zauważyłem, że miał na sobie dżinsy i białą nylonową koszulę.

– Nie wiem, czy miałem jakieś przeczucie – Edmund oświadczył potem, że on w każdym razie miał – ale ponad minutę po tym, jak skuter zatrzymał się przy drodze, przed Genezaret pojawiła się Ewa Kaludis. Miała na sobie białą spódnicę i czerwoną koszulę; gdy zobaczyła Henry’ego, zaśmiała się, a ze swojej zawieszonej na ramieniu torebki wyjęła butelkę wina – następnie wtuliła się w jego białą koszulę.

W tej samej chwili Edmund zaczął mieć czkawkę, która utrzymywała się potem przez kilka godzin.

– Niech to diabli, hiik – powiedział, czkając. – Twój brat i Ewa Kaludis. To ich wtedy, hiik, słyszałem… niech to diabli.

Wstałem. Zachwiałem się i omal nie wpadłem do wody, ale udało mi się utrzymać równowagę. Zszedłem na ląd. Henry i Ewa Kaludis powoli odwrócili się w moją stronę. Edmund znowu czknął. Nagle poczułem, że nie jestem w stanie się poruszyć. Że nagle straciłem czucie w nogach i że będę stał na tym skrawku trawy przez resztę mojego życia. W ociekających, wyblakłych kąpielówkach, no, pewnie powoli by wyschły… przełknąłem ślinę, zamknąłem oczy i policzyłem do dziesięciu, a wtedy Henry powiedział:

– No i co, Erik, bracie. Będzie się działo, jak mówiłem. Trochę się dzieje.

– Dzień dobry, Erik – odezwała się Ewa Kaludis. – Witaj, Edmund.

– Dzień dobry, hiik – odpowiedział zza moich pleców Edmund. Brzmiał jak żaba z brzegu jeziora. Otworzyłem oczy i odzyskałem władzę w nogach i języku.

– Witam, panienko Kaludis – powiedziałem. – Właśnie szedłem do kibelka. Do zobaczenia.

***

Siedziałem tam przez chwilę. Pięćdziesiąt razy przeczytałem tę samą stronę. „Z pastwiska naszego pana” w starym numerze pisma „Bästa”. Nie wiem, gdzie się więcej działo – w pełnej do trzech czwartych beczce wychodka pode mną czy między przepalonymi zwojami w moim łbie – ale siedziałem tam i siedziałem, aż minęło sporo czasu. W końcu gdy Edmund zapukał do drzwi, pytając, czy przypadkiem nie zapadłem na trombozę – rzadką chorobę ze środkowego Medelpadu [5] – podciągnąłem kąpielówki i poddałem się. Otworzyłem drzwi i wróciłem do świata.

– Hiik – powiedział Edmund i próbował uśmiechać się jak Paul Drake. – Co o tym myślisz? Berra Albertson i powiązanie między jednym a drugim.

– Nie wiem – odrzekłem.

– Ale masz brata, niech to szlag – powiedział Edmund, ale wyraźnie się słyszało, że był bardziej zaniepokojony, niż chciał to pokazać.

– Ma źle w głowie – stwierdziłem.

– Hiik – odezwał się Edmund.

RAK – TREBLINKA… – zacząłem się zastanawiać, ale zapomniałem, gdzie umieściłem ojca Edmunda.

– Najlepiej będzie się wykąpać – zaproponowałem.

– To lecimy – zgodził się Edmund.

Kąpaliśmy się, aż słońce zupełnie zaszło, a komary na brzegu zaczęły głośno bzyczeć. Ewa Kaludis i Henry byli na pomoście, by go wypróbować, a Ewa pochwaliła, że to solidna konstrukcja.

Solidna konstrukcja. Leżałem w wodzie na plecach i poczerwieniałem na całym ciele. Pomyślałem nagle, jak to będzie w nocy.

– Właśnie tak – powiedział Edmund i wypluł wodę jak jakaś głupia foka. – Zbudowany na wieczność, hiik. Ni mniej, ni więcej.

Ewa Kaludis roześmiała się.

– Zabawny z ciebie chłopak, Edmund – stwierdziła.

Potem wzięła Henry’ego pod ramię i zaczęli iść w stronę domu.

Henry, mój brat, i Ewa Kaludis. Nie wykąpała się, chociaż dzień był taki upalny. Może nie miała ze sobą kostiumu kąpielowego.

Ale pomost wypróbowała. Solidna robota.

Rozdział 11

Zanim moja matka zachorowała na raka, mówiła czasem dziwne rzeczy. Dokładnie w czasie tygodni poprzedzających odbieranie wyników; być może przeczuwała nieszczęście i chciała przekazać nam trochę mądrości. Powiedzieć kilka rzeczy, zanim będzie za późno.

Tak, prawdopodobnie tak właśnie było.

– Jesteś gołębiem, Erik – potrafiła powiedzieć i spojrzeć na mnie swoimi łagodnymi, wodnistymi oczami. – Henry jest jastrzębiem, on zawsze sobie poradzi. Ale o ciebie musimy się obawiać, ty musisz uważać.

Właśnie te słowa przypomniały mi się, gdy dla Edmunda i dla mnie stawało się jasne, że Henry ma romans z Ewą Kaludis. Że są razem. Zastanawiałem się nad tym o gołębiu i jastrzębiu i że Henry miał szczęście być drapieżnym ptakiem, biorąc pod uwagę Berrę Albertssona. Bo kiedy ten się dowie, co łączy jego Ewę i mojego brata, tak… wtedy na pewno może się to i owo wydarzyć.

Tak w każdym razie oceniłem sytuację, ale zrozumiałem też, jakim beznadziejnym amatorem byłem, jeśli chodzi o labirynty miłości.

A Edmund na pewno nie był ani trochę lepszy. Ani trochę.

Miłość jest jak pociąg, powiedziała kiedyś matka Benny’ego. Przychodzi i odchodzi. Zamyśliłem się nad tym. Coś w tym może było, ale trzeba pamiętać, że matka Benny’ego też nie była profesjonalistką w dziedzinie miłości.

Tak naprawdę jednak nie zastanawiałem się nad tym zbyt długo, trudno było znaleźć na to słowa i myśleć o tym. Mój brat i Ewa Kaludis. Kim Novak na czerwonym puchu. Jej piersi na moim ramieniu w klasie. Berra Albertsson i Mulle o nabrzmiałej pijackiej twarzy w parku Lacka.

Tego było za wiele, po prostu.

Tak czy owak, tej nocy słyszeliśmy niewiele. W każdym razie nic, co by wskazywało na to, że leżą i to robią. Na dole grał cicho magnetofon, a Ewa od czasu do czasu się śmiała. Jakby trochę zalotnie. Zachrypnięty rechot Henry’ego kilka razy przebijał się przez deski podłogowe, ale nic poza tym. Może tylko siedzieli i rozmawiali, co ja tam wiem. Może tak się czasem robiło, pomyślałem. Kiedy nie było nastroju.

Ale i tak leżeliśmy w ciemności, nie śpiąc, Edmund i ja. Leżeliśmy całkiem cicho, każdy w swoim łóżku i udawaliśmy, że śpimy, aż usłyszeliśmy Ewę i Henry’ego, jak się żegnają przed domem. Upłynęła minuta i usłyszeliśmy dźwięk uruchamianego pucha dobiegający z parkingu. Edmund głęboko westchnął i obrócił się do ściany. Spojrzałem na fluorescencyjną tarczę mojego zegarka. Wskazywał wpół do trzeciej; zaczęło już prawdopodobnie świtać, ale jak zwykle mieliśmy opuszczone rolety.

RAK – TREBLINKA – MIŁOŚĆ – PIEPRZENIE SIĘ – ŚMIERĆ – pomyślałem ze zmęczeniem.

I ojciec Edmunda. I Henry, i Ewa Kaludis.

Nie, to było, jak powiedziałem, trochę za ciężkie. Nie opłacało się nad tym zastanawiać.

Nic, czym delikatny gołąb powinien zaprzątać sobie głowę.

***

– To trochę delikatna sprawa, zakładam, że to rozumiecie. Delikatna.

Henry poważnie spojrzał na nas znad stołu. Najpierw na mnie, potem na Edmunda. My też spojrzeliśmy na niego poważnie, przełykając każdy swoją grudę rozgotowanego makaronu. O wiele łatwiej wyglądać poważnie i w sposób wzbudzający zaufanie, jeśli nie ma się ust pełnych makaronu. Zwłaszcza jeśli w czasie przyrządzania dodało się przypadkiem za dużo mąki, a tak zrobił tym razem Edmund.

– Jasne – powiedziałem.

– Dyskrecja to sprawa honorowa – rzekł Edmund.

Nie miałem pojęcia, co to oznaczało, ale on zawsze rzucał takimi dziwnymi wyrażeniami, ten Edmund.

Dyskrecja to sprawa honorowa.

Coś się popsuło w Danii.

Nie mówiąc o norlandzkich powiedzonkach.

– Dobrze – odezwał się Henry. – Ufam wam. Ale pamiętajcie, że nawet jeśli myślicie, że dużo wiecie, to i tak mało rozumiecie. – Nie tylko was to dotyczy, mnie także – dodał po chwili. – To dotyczy wszystkich.

Pomachał sobie przed oczami widelcem, jakby chciał zapisać w pustce to, co powiedział.

– Wszyscy czulibyśmy się o wiele lepiej, my, ludzie, gdybyśmy przestali budować te przeklęte zależności, jak tylko nadarzy się okazja. Zamiast tego powinniśmy nauczyć się żyć w upływającej teraźniejszości.

Umilkł i zapalił lucky strike’a. Siedział, wyglądał na zamyślonego i wydmuchiwał dym ponad stołem. Rzadko kiedy Henry wydobywał z siebie kilka zdań z rzędu, przynajmniej nie do nas, i miało się wrażenie, że zmęczył go ten wysiłek.

– Upływająca teraźniejszość – powiedział Edmund. – Dokładnie tak to sobie zawsze wyobrażałem.

– Jak idzie książka? – zapytałem ni stąd, ni zowąd.

– Co? – spytał Henry, gapiąc się na Edmunda.

– Książka – powiedziałem. – Twoja książka.

Henry zdjął wzrok z Edmunda i zaciągnął się.

– Świetnie – odparł i wyciągnął ręce nad głową. – Ale wolno ci ją będzie przeczytać dopiero, gdy skończysz dwadzieścia lat, pamiętaj.

– Dlaczego?

– Dlatego, że to taka książka – powiedział Henry, mój brat.

Jastrząb chroni gołębia, pomyślałem, a przed oczami pojawiła mi się tamta połowa strony. Ta, którą przeczytałem przed mniej więcej ośmioma, dziesięcioma dniami; o ciele, które upadło na żwir, gęstym letnim wieczorze i tak dalej. Nagle zawstydziłem się; tak, jakbym bez ostrzeżenia został przyłapany na czymś zakazanym i zabronionym dla dzieci, nie wiem dlaczego. Mruknąłem coś niewyraźnie w odpowiedzi, chociaż wcale nie musiałem, i pośpiesznie zacząłem wciągać makaron.

– Jutro mam zamiar odwiedzić matkę – oświadczył Henry, gasząc papierosa. – Chcesz się przyłączyć?

Dalej przeżuwałem.

– Nie, dziękuję – powiedziałem. – Nie sądzę. Może jakoś za tydzień.

– Jak chcesz – rzekł Henry.

– Pozdrów ją ode mnie – powiedziałem.

– Pewnie – odparł Henry.

***

Dusza znajduje się tuż za krtanią – to inna rzecz, jaką powiedziała moja mama, zanim trafiła do szpitala. – Jeśli tam się sprawdza, zawsze wie się, co jest właściwe, a co nie. Pamiętaj o tym, Eriku.

Dzień po dniu E (E jak Ewa Kaludis) powiosłowaliśmy przez rzeczkę po prowiant do Laxmanow. Zapytałem Edmunda, jaki ma pogląd na umiejscowienie duszy w ciele. I o tym, co właściwe i co niewłaściwe.

Nie wyglądało na to, żeby Edmund kiedykolwiek rozmyślał o tych okolicach, bo pominął jedno uderzenie wiosłem i wpłynęliśmy prosto w sitowie. Nie było o to trudno, rzeczka każdego dnia stawała się jakby coraz węższa; właściciele domków skrzykiwali się i wycinali sitowie raz w roku latem, ale w tym roku jeszcze tego nie zrobili.

– Dobrze to ujęła, to z tym, co właściwe i niewłaściwe, twoja matka – rzekł Edmund, gdy znów złapaliśmy kurs. – Wiadomo, że się czuje, gdy robi się coś szalonego. Gdy jest się dla kogoś wrednym czy coś takiego…

– Albo gdy opróżnia się automat z gumami do żucia? – spytałem.

Edmund zastanawiał się przez chwilę.

– Opróżnianie automatu z gumami do żucia nie jest całkowicie niewłaściwe – odparł. – Guma do żucia jest dla młodzieży trucizną, bardzo wyraźnie to czuję.

– Ale musi to być choć trochę niewłaściwe? – próbowałem jeszcze. – Kradzież desek i takie tam.

– Trochę parszywe zachowanie – powiedział Edmund. – Ale to małe gówno, jeśli się to porówna… no, jeśli się porówna.

Nagle zrobił się trochę ponury i zrozumiałem, co miał na myśli i z czym porównywał. Przez chwilę żaden z nas nic nie mówił, potem Edmund położył wiosła na skraju łódki i przestał wiosłować.

– Ale cholera wie, gdzie się znajduje. Myślę, że się przemieszcza, dusza. Gdy jem, jest w brzuchu. Gdy czytam, jest w głowie. Gdy myślę o Britt Laxman…

– Wystarczy – przerwałem. – Rozumiem. Masz nomadyczną duszę, a to pewnie dlatego, że tak często się w swoim życiu przeprowadzałeś.

– Może – powiedział Edmund i znów złapał wiosła. – Zmieńmy temat. Czy opowiadałeś swojemu bratu o bijatyce w parku Lacka?

– Nie – odparłem. – Dlaczego pytasz?

– Bo moja cygańska dusza czuje, że to byłoby właściwe. Przez kilka sekund milczałem.

– Henry sobie poradzi – powiedziałem po chwili. – Dwa razy z rzędu był na morzu.

– No tak – zgodził się Edmund. – Tak sobie tylko pomyślałem. Cholera, ale gorąco.

–  „Long hot summer” - powiedziałem.

– To diabelnie dobra piosenka – rzekł Edmund. – Nie zaszkodzi jednak, jeśli będziemy trochę bardziej wyczuleni, ty i ja. Na Henry’ego i Ewę, i to, co robią. Nie sądzisz?

– Biały człowiek mówi jedno, a robi drugie.

Była to jedna z lepszych ripost, jakie znałem. Można ją było stosować we wszystkich sytuacjach z wyjątkiem rozmowy z Indianinem. Edmund nie miał nic do dodania.

–  No further questions – zakończył, wiosłując dalej między szuwarami.

***

Parę nocy później wyrwało mnie ze snu głośne sapanie Edmunda. Zobaczyłem, że siedzi na łóżku.

– Co z tobą? – spytałem.

– Musiał ją przywieźć samochodem – odparł Edmund. – Killerem. Nie słyszałem odgłosu skutera.

– Co ty bredzisz?

– Posłuchaj dobrze – rzekł Edmund.

Teraz i do mnie dochodziły dźwięki.

Dwa różne.

Jeden to było łóżko Henry’ego, które skrzypiało i trzeszczało. Rytmicznie i miarowo. Drugi zaś należał do Ewy Kaludis, która wydawała z siebie jęki. Nie wiem nawet, jak to nazwać, gdyż jeszcze nie zdarzyło mi się usłyszeć choćby podobnego dźwięku wydawanego przez kobietę.

– Ojojoj – szepnął Edmund. – Bzykają się tak, że cały dom drży w posadach. Niech ja skonam.

Zdenerwowało mnie to jego niedojrzałe gadanie.

– Zamknij się – syknąłem. – O takich rzeczach nie mówi się w ten sposób.

Edmund zamilkł. Tylko dźwięk dobiegający z łóżka Henry’ego rytmicznie i uparcie rozchodził się wśród nocy. Po całym domu.

– Przepraszam – powiedział Edmund. – Masz oczywiście rację. Mimo wszystko pójdę tam i sprawdzę, co się dzieje.

– Sprawdzę? – zdziwiłem się.

– Tak, sprawdzę – odparł Edmund. – Możemy ich podglądać ze schodów. Przecież tam na dole nie ma zasłon. Człowiek by się nauczył tego i owego. Zamiast się wymądrzać, chodź lepiej ze mną.

Po raz pierwszy w swoim czternastoletnim życiu miałem erekcję tak silną, że aż sprawiała ból.

***

Edmund sądził zapewne, że każdy z nas usiądzie na swoim stopniu schodów i będzie stamtąd podglądał. Jednak nic z tego. Chybotliwe schody pnące się po szczytowej ścianie budynku prowadziły do naszego pokoju na piętrze, ale częściowo przechodziły też nad oknem w pokoju Henry’ego. By móc coś zobaczyć, musieliśmy przycupnąć w kwietniku, w tym zaniedbanym, dziko rosnącym kwietniku przy drodze, z piwonią, rezedą oraz wszelkiego rodzaju zielskiem. Ostrożnie jak Indianie zakradliśmy się tam, by jeszcze bardziej ostrożnie wystawić głowy ponad parapet.

I wtedy zobaczyliśmy.

Było jak w filmie, choć w tamtych czasach nie było jeszcze takich filmów, wtedy na początku lat sześćdziesiątych. Mimo to miałem niejasne przeczucie, że za jakieś dwadzieścia albo trzydzieści lat i na nie przyjdzie pora. A może za sto lat, zresztą, co za różnica, kiedyś na pewno pojawią się takie szpule z taśmą filmową, z tej prostej przyczyny, że ludzie ich potrzebują.

Moje przemyślenia były niejasne. Cała reszta już nie była tak mglista.

Ewa Kaludis siedziała okrakiem na moim bracie. Była goła, a jej piersi unosiły się rytmicznie w górę i w dół, kiedy się tak podnosiła i opuszczała na ciele brata. Widzieliśmy ich pod kątem, przód nieco z ukosa – to znaczy jej przód, czyli to, co najważniejsze. W pustych butelkach tkwiły płonące świece, płomienie zaś nieustannie wykonywały taniec, rzucając cień na jej ciało i ruchy.

Na jej nagą twarz, ramiona i piersi. Na jej krągły, blady brzuch, który raz się rozciągał, raz zwijał, i na jej czarne łono, choć tylko częściowo, bo niekiedy zakrywane było jej udem albo rękami Henry’ego. Na jakieś pięć minut wstrzymaliśmy oddech, obaj, ja i Edmund. Tam wewnątrz słabo rozświetlonego pokoju Ewa Kaludis uprawiała miłość z moim bratem, w spokoju i świadomie, przynajmniej tak to wyglądało. Tylko przez ułamki sekund udawało nam się objąć wzrokiem całe jej krocze i to, że on rzeczywiście w nią wszedł, więcej nam już nie było trzeba. To było tak cholernie piękne. Do diabła, tak cholernie piękne, że uzmysłowiłem sobie, iż już nigdy więcej w moim marnym życiu nie będzie mi dane doświadczyć czegoś równie niezwykłego. Już nigdy więcej. Mimo że mój cherlawy czternastoletni klejnot naprężył się tak, że o mały włos, a przełamałby się jak kość. Zacząłem płakać. W ciszy pozwoliłem spływać łzom po policzkach tak, jak podczas tamtej letniej nocy, kiedy wracaliśmy rowerami z parku Lacka. Tylko tyle. Stałem w tych chwastach, gapiąc się i płacząc. Płakałem i gapiłem się. W pewnym momencie zauważyłem, że Edmund robi sobie dobrze. Zaczął głośno sapać, a jego prawa ręka, jak tłok w maszynie, pracowała w okolicach rozporka piżamy.

Wziąłem głęboki oddech i też zabrałem się do walenia konia. Gdy już było po wszystkim, zwialiśmy. W ciszy szliśmy przez zroszoną trawę do jeziora. Przeszliśmy po rozhuśtanym pontonowym pomoście, by za chwilę zanurzyć się wodzie tak cicho, jak tylko potrafiliśmy, tak aby nikt tam na górze nie usłyszał. W portkach od piżamy i całej reszcie.

Tafla jeziora była jak lustro, a woda ciepła i miękka, obróciwszy się na plecy, popłynąłem hen, daleko przed siebie. Potem zastygłem w bezruchu, przez dobrą chwilę woda sama mnie niosła. Edmund także wypłynął daleko, lecz nie zbliżył się do mnie. Wyraźnie obaj potrzebowaliśmy odosobnienia. Dwóch samotnych czternastolatków w środku nocy w nagrzanym lipcowym skwarem jeziorze.

Edmund i ja.

Wciąż byliśmy prawiczkami, jednak pewien krok naprzód na pewno został wykonany. Nawet całkiem spory. Pomyślałem, że wreszcie otworzyłem tę furtkę i zobaczyłem, co za nią jest. Tak długo na to czekałem. Na to, co było jak obcy ląd.

I że to było piękne.

Piękne jak diabli. Po tym wszystkim trzeba było zanurzyć się w jeziorze.

Koniecznie.

Rozdział 12

Mimo że tej nocy nie spaliśmy zbyt długo, to już wczesnym rankiem byliśmy na nogach. Gdy zeszliśmy na dół, nie było ani Henry’ego, ani Ewy. Domyślaliśmy się, że musiał ją odwieźć bardzo wcześnie rano. Oczywiście nie mogła być długo poza domem, gdy spotykała się moim bratem.

Tak przypuszczaliśmy. Do takich wniosków dochodziły nasze czternastoletnie głowy. Jakoś nie byliśmy zbyt rozmowni tamtego ranka. Edmund przez pięć minut mieszał płatki w mleku, zanim zaczął je jeść. Jak zwykle zresztą. Smarował serem swoje kanapki, jak to on, z przesadnym wręcz pietyzmem. Jakby to była ważna rzecz, jakiś naukowy eksperyment rozstrzygający o przyszłości całej ludzkości. Jedna grudka masła wyjdzie na zewnątrz albo jeden centymetr kwadratowy chleba nie zostanie posmarowany, a cały wszechświat rozleci się w drobny mak.

Pamiętam, jak zastanawiałem się, czy to, że inaczej jemy, coś znaczy. Mnie wystarczały niecałe cztery minuty na to, by spałaszować wszystkie kanapki i wyżłopać całe mleko z czekoladą. Dla Edmunda śniadanie stanowiło rodzaj rytuału, zachowywał się jak ksiądz udzielający komunii. Nie to, żebym aż tak dużo wiedział na ten temat, na własne oczy tylko raz widziałem coś takiego, wtedy, kiedy wiele lat temu Henry szedł do bierzmowania, i muszę przyznać, że czegoś bardziej nudnego i monotonnego nie zdarzyło mi się jeszcze doświadczyć. Kto wie, czy to, że zupełnie inaczej jedliśmy śniadanie, jednak o czymś nie świadczyło. Może wskazywało na to, że mieliśmy po prostu różne charaktery i gdyby któryś z nas zamiast mężczyzną był kobietą, to raczej nie moglibyśmy jako mąż i żona zamieszkać pod jednym dachem. Totalny absurd.

Już na samą myśl o tym nie mogłem się powstrzymać, by się nie uśmiechnąć. Oczywiście były to tylko czysto teoretyczne rozważania. Chodziły mi tego ranka po głowie, kiedy czekałem, aż Edmund skończy swoją porcję. Bezpodstawne i niedorzeczne spekulacje. W życiu nie pobiorę się z Edmundem, niezależnie od tego, ile by było we mnie z baby. Podejrzewam, że te myśli pojawiły się tylko dlatego, że byłem zbyt zmęczony, by je od siebie odgonić. W tamtych czasach rodziły mi się w głowie przeróżne myśli. Potrafiłem zrobić z nimi porządek, gdy byłem wypoczęty i wyspany, lecz gdy tylko miałem zbyt mało snu, wszystkie one wypływały na powierzchnię. RAK – TREBLINKA – MIŁOŚĆ…

Tego dnia pogoda była przednia. Do południa zatopieni w lekturze leżeliśmy na pomoście, potem popłynęliśmy łódką. Powiosłowaliśmy aż do Wieprzowej Skałki, tam wypróbowaliśmy nowe flippery. Żadnej darmowej próby, w ogóle automat ten mocno bił po kieszeni. Kiedy już mieliśmy dość, poszliśmy na lody, potem popłynęliśmy na Wyspę Mewich Gówien. Wzięliśmy ze sobą parę soków jabłkowych, kilka książek oraz „Pułkownika Darkina”. W czasie gdy Edmund leżał i po raz piąty czy szósty odbywał „Podróż do wnętrza Ziemi”, ja skupiałem wzrok na niezwykle ambitnych dymkach komiksu. Jednak cały czas tańczył mi przed oczami ten nocny obraz podskakujących piersi Ewy Kaludis, lecz ilekroć starałem się odnieść go do rzeczywistości, ponosiłem klęskę.

Nawet nie zbliżyłem się do celu. Wreszcie postanowiłem wyrzucić z „Pułkownika Darkina” wszystkie te nachalne sceny erotyczne. Teraz i na wieki. Nie pasowały one ani do mnie, ani do niego. Kiedy już byliśmy po trzynastej kąpieli i gdy ostatni sok jabłkowy został napoczęty, Edmund włożył okulary przeciwsłoneczne i powiedział:

– Mam przeczucie.

Zastanawiałem się chwilę. Poważne słowa wypłynęły z jego ust, ale i wyglądał nadzwyczaj poważnie.

– Mówisz? – powiedziałem.

– Mówię – odparł Edmund.

– Jakie znowu przeczucie?

Edmund zawahał się przez chwilę.

– To, że niedługo wszystko trafi szlag.

Wziąłem łyk.

– Co ma szlag trafić? – spytałem.

Edmund tylko westchnął i odparł, że sam dobrze nie wie. Odczekałem chwilę, potem spytałem, czy nie ma przypadkiem na myśli tej całej sytuacji z moim bratem i Ewą Kaludis. I Berrą Albertssonem.

Edmund kiwnął twierdząco głową.

– Tak mi się wydaje – powiedział. – Coś musi się wydarzyć. Cała ta historia nie może trwać w nieskończoność. Jakby teraz… jakby teraz była cisza przed burzą. Nie masz takiego wrażenia?

Nie odpowiedziałem. Od razu przypomniałem sobie to, co mi ojciec powiedział tamtego majowego wieczoru w kuchni na ulicy Sportowej.

Potem jeszcze raz przywołałem w pamięci Ewę Kaludis. I nieprzytomnego Mullego. Biologicznego ojca Edmunda. Oraz zszarzałe dłonie mojej matki wyciągnięte na szpitalnym pledzie. Beznadziejny to był widok, tak jak beznadziejna jest kasza gryczana z jagodami.

– Zobaczymy – powiedziałem na koniec. – Czas pokaże.

***

Minęło kilka dni. Skwar nie ustępował. Pływaliśmy, leżeliśmy na pomoście i czytaliśmy, wybieraliśmy się łodzią to do Laxmanów, to do Wieprzowej Skałki. Można było odnieść wrażenie, że wszystko było po staremu. Henry siadywał w cieniu i pisał, paląc te swoje lucky strike’y, my zaś przygotowywaliśmy posiłki, dostając coś niecoś w zamian. Piątala albo dychę. Wieczorami Henry wybywał gdzieś Killerem i wracał bardzo późno w nocy. O Ewie Kaludis nie wspomniał ani razu, ale i my o nią nie pytaliśmy. Milczeliśmy czy też przywdzialiśmy maski, tak jak to robią dżentelmeni. Jak Arsene Lupin albo Scarlet Pimpernel.

Albo Pułkownik Darkin.

Jeśli nie można być kimś innym, to niechby, do diabła, chociaż dżentelmenem można było zostać.

Było to jedno z tych powiedzeń, które Edmund wyniósł z Angermanlandii. Tu akurat całkowicie się z nim zgadzałem.

W Genezaret pojawiła się po raz kolejny czwartego lipca. Tę datę pamiętam doskonale, bo wcześniej sporo rozmawialiśmy z Edmundem o Jerzym Waszyngtonie i amerykańskiej wojnie o niepodległość. I o Kennedym i jego Jackie. Na zegarze było trochę po dwudziestej drugiej. Zdążyliśmy już wypić mleko czekoladowe i zjeść suchary z masłem, co zresztą zwykle robiliśmy przed pójściem do łóżka. Henry dalej siedział na zewnątrz i pisał; mimo późnej pory było jeszcze całkiem jasno. Cały czas palił, co odstraszało komary.

Wydaje mi się, że wszyscy trzej usłyszeliśmy odgłos skutera. Akurat siedzieliśmy z Edmundem w kuchni. Spojrzeliśmy się na siebie, wtedy też ucichła maszyna do pisania.

Po niecałej minucie była już na parkingu. Zmniejszyła obroty silnika, by po chwili zupełnie go wyłączyć.

– Hrrm – chrząknął Edmund. – Chyba muszę wyjść się odlać.

– Skoro musisz – powiedziałem.

Na początku w ogóle jej nie poznałem. Przez kilka sekund nie docierało do mnie, że kobieta, która ukazała się zza krzaków bzu, by rzucić się w ramiona mojego brata, rzeczywiście była Ewą Kaludis.

Ewa Kaludis/Kim Novak na swoim czerwonym puchu. Ewa Kaludis z tymi błyszczącymi oczami i dorodnymi falującymi piersiami. W tych czarnych rybaczkach i z czerwoną opaską na włosach, no i w tej rozpiętej, tańczącej na wietrze koszuli a la Gloria Swanson.

Ale to była ona. Dzisiaj też miała na sobie tę koszulę oraz rybaczki. Jeśli nie te same, to przynajmniej podobne. Za to nie miała na włosach czerwonej opaski. Oczy też już nie błyszczały, trudno było również dostrzec uśmiech na jej twarzy. Tylko jedno oko wyglądało przyzwoicie. Pod drugim miała niezłą śliwę. Usta też nie te same. Górna warga była jakby bardziej spłaszczona i sięgała teraz koniuszka nosa.

Dolna z kolei była mocno spuchnięta, a przez jej środek przebiegała gruba ciemna rysa. Na jednym z policzków miała bliznę. Była zmartwiona i nie dało się nie zauważyć, że musiało się wydarzyć coś niedobrego. Że ktoś musiał ją nieźle załatwić. Że ktoś skierował swoje pięści na twarz Ewy Kaludis. Że ktoś… że ktoś…

Zdaje się, że pociemniało mi przed oczami, kiedy pojąłem, co się stało. Przymknąłem oczy. Usłyszałem, jak stojący obok mnie Edmund przeklina pod nosem. Gdy znów spojrzałem przed siebie, ujrzałem Ewę Kaludis wtuloną w ramiona mojego brata. Objął ją nimi mocno, gładził po karku… słychać było jej płacz.

Henry stał z lekko opuszczoną głową i szeptał jej coś do ucha, z kolei Ewa unosiła i opuszczała ramiona w takt swojego szlochania.

Przez jakiś moment nic szczególnego się nie działo poza tym, że Edmund wyrzucił z siebie kolejne niecenzuralne słowa. Później Henry pomógł Ewie usadowić się przy stole, tym samym, przy którym parę minut wcześniej pisał swój tekst. Potem odwrócił się w naszą stronę.

– Słuchać mnie uważnie – rzekł stanowczo, przerzucając wzrok to na mnie, to na Edmunda. – Nie wiem, o co wam chodzi, lecz czy możecie nas teraz, do cholery, zostawić w spokoju. Nie wiem… idźcie sobie poleżeć, powiosłować czy co tam chcecie, tak się składa, że teraz chcemy być tylko we dwoje. Chyba się jasno wyrażam?

Skinąłem głową, że już odchodzę. Edmund zrobił to samo.

– W porządku – powiedział Henry. – A więc już was tu nie ma.

Spojrzałem na Edmunda. Zaraz poszliśmy się odlać. A potem położyć.

Następnego ranka wyszło na jaw, że została u nas na noc.

Większą część nocy spędziliśmy z Edmundem na omawianiu zaistniałej sytuacji, więc przespaliśmy całe przedpołudnie. Kiedy chwiejnym krokiem schodziłem ze schodów, by odwiedzić kibel, nim będzie za późno, dostrzegłem Ewę okupującą jeden z tych leżaków pod jesionem. Siedziała w starym szlafroku Henry’ego. Wyglądało, jakby trzęsła się z zimna, a kiedy za chwilę podniosła rękę, siląc się na niepewne powitanie, coś chwyciło mnie za gardło, że aż musiałem przełknąć ślinę.

– Cześć – powiedziałem. – Tylko zrobię poranną toaletę. Za chwilę będę z powrotem.

Na jej twarzy pojawił się ciężki grymas. Może próbowała zdobyć się na uśmiech?

Załatwiłem się, wykąpałem i po chwili byłem już z powrotem. Edmund nadal się wylegiwał. Henry też był poza zasięgiem wzroku. Wziąłem drugi leżak i rozłożyłem się na nim tuż obok Ewy. Naprzeciwko, lekko z ukosa, jednak dość blisko.

– Bardzo boli? – spytałem.

Ostrożnie potrząsnęła głową.

– Aż tak bardzo to nie.

Przełknąłem ślinę. Starałem się nie uciekać wzrokiem od tego przykrego widoku.

– Do wesela się zagoi – odrzekłem. – Za kilka dni znów będziesz najpiękniejszą dziewczyną pod słońcem.

Po raz kolejny próbowała zdobyć się na uśmiech. Także i tym razem z marnym skutkiem. Wyraźnie sprawiało jej to ból, bo wzdrygnęła się, a jej ręka szybko powędrowała w kierunku ust.

– Wyglądam okropnie – powiedziała. – Wolałabym, abyś na mnie nie patrzył.

Odwróciłem głowę, skupiając wzrok na pniu drzewa. Był szary, nierówny i nieszczególnie atrakcyjny.

– A gdzie Henry? – spytałem.

– Pojechał do miasta po plastry. Niedługo wróci.

– Aha.

Przez chwilę nikt nic nie mówił.

– Do cholery jasnej – postanowiłem przerwać ciszę. – Jak ktoś mógł cię tak urządzić?

Nie odpowiedziała. Tylko jeszcze bardziej wyciągnęła się na leżaku, odchrząkując przy tym parokrotnie. Wtedy przeszło mi przez myśl, że może czuła krew w gardle. Ofiary przemocy, w niektórych książkach, które czytałem, zwykły odczuwać coś takiego.

– Może przynieść ci coś? – spytałem. – Na przykład do picia albo, no nie wiem, cokolwiek…

Mrugnęła kilka razy zdrowym okiem.

– Nie, dziękuję – odparła. – Erik, to bardzo miło z twojej strony.

– E… tam – powiedziałem.

Jeszcze raz odchrząknęła i otarła szlafrokiem czoło.

– Można się do tego przyzwyczaić – powiedziała. – Zapewniam.

– Naprawdę? – zdziwiłem się.

– Mną się nie przejmuj. Bywało gorzej.

– Gorzej? – nie chciało mi się wierzyć.

– Kiedy byłam w twoim wieku – ciągnęła dalej. – I młodsza. Pochodzę z innego kraju, być może go kojarzysz. Tylko ja z siostrą, rodzice tam zostali. Cała ta przeprawa przez morze odbyła się łodzią tylko ciut większą niż ta wasza… naprawdę nie wiem, dlaczego ci to wszystko mówię.

– Ja też nie – przyznałem.

– Może dlatego, że Henry opowiadał o waszej matce – odezwała się po krótkiej chwili. – Wiem, Erik, że nie jest ci łatwo. Nie wiedziałam o tym wcześniej, ale teraz już wiem.

Skinąłem głową, analizując korę pniaka. Jej wzór wciąż był ten sam.

– Chyba nie chcesz o tym rozmawiać, prawda?

Nie odpowiedziałem. Przez chwilę przypatrywała mi się zdrowym okiem. Następnie pochyliła się do przodu i poklepała dłonią trawę.

– Proszę, chodź tu na chwilę.

Zawahałem się, ale ostatecznie zrobiłem tak, jak chciała. Wygramoliłem się z leżaka i usiadłem na ziemi pomiędzy jej kolanami. Ostrożnie oparłem szyję o kraniec leżaka. Po obu stronach głowy czułem jej uda.

– Teraz przymknij oczy – powiedziała.

Posłuchałem. Objęła dłońmi moje barki i zaczęła je w sposób delikatny i rytmiczny masować.

Rytmiczny i delikatny. Jednocześnie był to masaż silny, taki, który rozgrzewa każdy mięsień. I znów przez moment zawirowało mi w głowie i pomyślałem, że to lato wciąż dostarcza mi nowych przeżyć i doświadczeń i że chyba musiało minąć ze sto lat od egzaminów w szkole Stava.

– Za bardzo się spinasz. Spróbuj się trochę rozluźnić.

Rozluźniłem się do tego stopnia, że moje ciało zaczęło przypominać wosk, po którym zręcznie przejeżdżała dłońmi. Oczywiście miałem wzwód, ale kontrolowałem go na tyle, by się tego nie domyśliła, patrząc na moje przewiewne kąpielówki. Potem rozkoszowałem się już tylko tą sytuacją. Tym, że siedziałem pomiędzy jej nogami, czując dotyk jej rąk. Poczułem, że znów zbiera mi się na płacz, lecz tym razem nie popłynęła żadna łza. Tylko coś pięknego, delikatnie wibrującego przetoczyło się tuż przed moimi oczyma i w tym momencie uświadomiłem sobie, jak to jest być Henrym.

Henrym – moim bratem.

***

Wkrótce wstał Edmund, a później wrócił Henry z apteki, ale nie miało to znaczenia. Gdy zdjęła ręce z moich pleców i zaczęła mi nimi czochrać włosy, poczułem, jakby połączyło nas braterstwo dusz. Albo jakbyśmy zawiązali jakiś tajemny sojusz. Nie rozmawialiśmy za wiele, w zasadzie prawie w ogóle. Tylko siedzieliśmy tak razem w trawie, mimo to było jakoś zupełnie inaczej, jakby pewnie powiedział Edmund.

Jakoś tak cholernie inaczej. Myślałem o tym raz czy dwa razy w okresie przed Potwornością i za każdym razem było tak, jakby wypełniało mnie silne i ciepłe uczucie. Ciepłe i silne, tak jak jej ręce na moich napiętych barkach.

Tak, jakby się brało ciepłą, przyjemną kąpiel po chłodnym zimowym dniu.

Tyle, że od środka.

Rozdział 13

Ewa i Henry wyjechali wieczorem. Wydaje mi się, że on pojechał puchem, a ona Killerem, przecież łatwiej jest prowadzić samochód niż skuter, mając tylko jedno zdatne oko. W każdym razie, gdy o dziesiątej wróciliśmy z Edmundem z wypadu rowerowego, parking był już pusty. Mijały kolejne dni. Pogoda była raczej w kratkę, raz słońce, raz deszcz. Cały czas jednak było ciepło. Chcieliśmy wziąć się do łowienia ryb, lecz doszły nas słuchy, że jezioro Möckeln raczej w nie nie obfitowało, a ani Edmunda, ani mnie nie bawiło samo siedzenie na brzegu i gapienie się na spławik.

Jeszcze mniejszym entuzjazmem napawała nas myśl, by wyciągnąć z wody biedną płotkę czy okonia i wbić w nią nóż. Albo uderzać w jej głowę tak długo, aż wyzionie ducha. Czy uskuteczniać jakieś inne krwawe zabiegi.

Na szczęście problem nas nie dotyczył, gdyż nie złowiliśmy ani jednej ryby.

Za to Edmund złapał anginę. Wprawdzie według niego niegroźną, w końcu już kilka razy przechodził tę chorobę, jednak miał wysoką gorączkę i zrobił się niezwykle ospały. Myślał tylko o tym, by się położyć i zasnąć. Ewentualnie trochę poczytać.

– Czytanie, spanie i picie – powiedział. – Z nich trzech utkam sobie zdrowie.

– Czy to przypadkiem nie przysłowie lapońskie?

– Nie – odparł Edmund. – Mój ojciec tak mawiał.

– Ten prawdziwy?

– Też pudło – powiedział. – Tamten… nigdy w życiu. Jedyne, co potrafił robić, to gadać głupoty.

Przez te ostatnie dni jakoś trudniej niż zwykle rozmawiało mi się z Henrym. Kiedy nie wyjeżdżał swoim Killerem, by pozałatwiać jakieś sprawy, przechadzał się dookoła posesji, mrucząc coś pod nosem i paląc.

Odnosiło się też wrażenie, że opuścił się w pisaniu. Siedział nieruchomo i wpatrywał się w Faciten, tak jakby chciał, aby ta powieść sama się napisała. Czasem tylko było słychać, jak klął i darł kolejne kartki. Wydawał się zdenerwowany i bardzo przygnębiony.

Ponieważ zarówno Edmund, jak i mój brat byli bardzo zajęci sobą, Edmund z powodu anginy, Henry zaś z zupełnie innego powodu, to i ja starałem się chodzić własnymi ścieżkami. Narysowałem ponad dziesięć stron „Pułkownika Darkina”, z których nawet byłem zadowolony. Odkąd postanowiłem nałożyć cenzurę na wszystkie półnagie ciała kobiet, łatwiej mi było ciągnąć całą tę historię. Widocznie tak musi być, pomyślałem nieco zrezygnowany. I w książkach, i w życiu.

Przez te ostatnie dni posiłki były nieszczególnie urozmaicone. Edmund nie miał apetytu, no a Henry… temu można było postawić pod nosem talerz mchu i też by go zjadł. Zupełnie go nie obchodziło, co jadł. I właśnie dlatego jedliśmy głównie ziemniaki z masłem. Przy każdym posiłku wystawialiśmy też na stół dwie puszki ze śledziami, lecz żaden z nas nawet nie zadał sobie trudu, by odkryć wieko którejś z nich i powąchać zawartość.

Sprawy wyglądały tak, jak wyglądały, a ziemniaków mieliśmy w bród.

***

Właśnie skończyłem „Dziesięciu Murzynków” i odwróciłem się do ściany, by zasnąć, gdy usłyszałem ich przechadzających się po trawie. Henry’ego i Ewę. Spojrzałem na fluorescencyjną tarczę mojego zegarka. Było wpół do pierwszej. W drugim łóżku Edmund oddychał głęboko przez usta. Trochę wiało, więc od czasu do czasu słychać było, jak gałęzie ocierają się o okno. Pomyślałem, jak mi dobrze i bezpiecznie pod tą ciepłą kołdrą. Jak dobrze być daleko od tej niebezpiecznej rzeczywistości, która jest za oknem.

Dopóki byłem w łóżku. Tam za oknem było zupełnie inaczej. Wręcz odwrotnie.

Gdybym tylko postawił stopę na zimnej podłodze, od razu wystawiłbym się na duże ryzyko i związany z tym koszmar.

Wprawdzie byli tam inni: Henry’owie, Ewy i Edmundowie. Ale też podbite oczy, spuchnięte wargi i zaciśnięte pięści – bezlitosne i twarde jak kamień.

Decyzje, które trzeba podjąć i sprawy, z którymi trzeba się zmierzyć niezależnie od tego, czy się tego chce, czy nie. Koszmary, które się zjawiały, Treblinki, guzy rakowe, które się rozprzestrzeniały.

Tam w świecie. Gdyby tylko zejść z łóżka. Przewróciłem się na drugi bok i jeszcze szczelniej nakryłem się kołdrą. Dochodziły do mnie strzępki rozmowy, którą prowadzili przyciszonym głosem Ewa i Henry.

Tym razem nie było żadnej muzyki. Żadnego rytmicznego skrzypienia łóżka i zmysłowego pojękiwania. Zrozumiałem, że to nie taki wieczór. To był wieczór innego rodzaju.

Zastanawiałem się, o czym rozmawiali. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie przystawić szklanki do ściany, jak to robią detektywi w niektórych filmach. O ile to w ogóle działa. A jeśli tak, to czy jest równie skuteczne w przypadku podłogi.

Przy łóżku Edmunda stała do połowy pusta szklanka. Obfite picie płynów było elementem jego walki z anginą, więc gdybym rzeczywiście chciał się dowiedzieć, o czym tak rozprawiała tam na dole ta dwójka, nie musiałbym się jakoś szczególnie wysilać. Wystarczyło podejść do okna i wylać sok jabłkowy. Potem przystawić szklankę do podłogi, a do niej ucho. Dziecinnie proste.

Jednak nie zrobiłem tego. Może byłem zbyt zmęczony. A może wydawało mi się, że nie byłoby to po dżentelmeńsku.

Żeby, do cholery, być przynajmniej dżentelmenem.

Nie była to najgłupsza dewiza życiowa. W końcu nie tylko ja, ale i Edmund zdecydował się jej przestrzegać. Można by oczywiście dyskutować, jak dalece dżentelmeńskie było stanie w zaroślach i podpatrywanie Henry’ego i Ewy. To z kolei nasuwa wniosek, że nawet dżentelmeni mają swoje gorsze dni. Ale i na słońcu są plamy.

Tak sobie rozmyślałem, leżąc wygodnie w łóżku. Odgłosy z zewnątrz docierały do mnie w postaci słabo słyszalnego szeptu i kiedy po chwili zasnąłem, automatycznie odrzuciłem szorstki głos Henry’ego. Słyszałem tylko głos Ewy skierowany do… mnie. Siedziała obok mnie na łóżku, albo raczej ze mną, znów masowała mi plecy. I nie tylko plecy. Nie miałbym nic przeciwko temu, by móc nigdy się nie obudzić z tego snu.

***

Rano znalazłem w kuchni na stole kartkę.

Muszę pozałatwiać parę spraw. Wrócę w nocy, pewnie grubo po dwunastej. W spiżarce znajdziecie pulpety mięsne i brzoskwinie. Henry.

Nieczęsto się zdarzało, żeby mój brat zostawiał wiadomość dotyczącą swoich planów. Wnioskowałem, że te miały związek z Ewą Kaludis. Wprawdzie Henry na ogół przebywał poza Genezaret więcej niż sześć, może osiem godzin, a tu proszę, cały dzień i prawie cała noc. Aż dziw, że zdobył się na napisanie czegoś takiego. To nie było w stylu mojego brata, nie w jego stylu.

Sprawdziłem, czy w spiżarce rzeczywiście były te konserwy. Zgadzało się, stały na półce. Jedna puszka Mor Elnas z pulpetami z mięsa łosia w sosie śmietanowym. Jedna z połówkami brzoskwiń w gęstym syropie. Nie najgorzej, pomyślałem, mimo że nie bardzo rozumiałem to z syropem. Zakładając, że Edmundowi dalej nie będzie dopisywał apetyt, mogłem – jeśli nie na co innego – liczyć przynajmniej na przyzwoity posiłek tego dnia. Szkoda tylko, że nie ma odrobiny bitej śmietany do brzoskwiń, pomyślałem. Jednak lekką przesadą byłoby pedałować czy wiosłować po nią do Laxmanow. Zresztą to wszystko, co mogłoby zaprzątać głowę teraz, kiedy pojawiły się czarne chmury.

Cały ten dzień był jakiś niemrawy. Przynajmniej na początku. Edmund mówił, że czuje się coraz lepiej, choć do pełni sił jeszcze trochę mu brakowało. By całkiem wyzdrowieć, potrzebował kolejnej doby, może dwóch, przynajmniej tak twierdził.

A zatem spanie, czytanie i picie. Absolutnie żadnych wycieczek. Czy to do Laxmanow, czy gdzie indziej. Nie brał tego pod uwagę, bo nawet nie chciało mu się wstać z łóżka. Flak, jak to mówią w Västerbotten. Postawiłem na stole dwie butelki z sokiem jabłkowym, życzyłem mu szybkiego powrotu do zdrowia i wyszedłem, sadowiąc się na jednym z leżaków z „Darkinem” i nową powieścią Agaty Christie w ręku. Poprzednia była całkiem niezła. Ta nosiła tytuł „Zabójstwo Rogera Ackroyda”. Edmund powiedział, że jest rewelacyjna.

***

Tak mniej więcej spędziłem ostatni dzień przed Potwornością.

Na leżaku z „Pułkownikiem Darkinem” i Agatą Christie. Edmund wychodził parę razy, lecz kiedy świeciło słońce, było mu za gorąco, kiedy zaś zaszło, było mu za zimno. Narzekał też, że nie szło mu czytanie książek. Zapominał, co czytał przed zaśnięciem, i po przebudzeniu musiał do tego wracać. Zasugerowałem, by jeszcze raz przeczytał „Podróż do wnętrza Ziemi”, z tą książką na pewno nie miałby problemów, nawet jeśli czytałby ją wspak. Odparł, że nie ma nastroju na Verne’a. Już prędzej na Quentina, no tak, ale kto czyta po raz drugi ten sam kryminał?

Z wyjątkiem niektórych, oczywiście.

Po południu przyrządziłem pulpety z mięsa łosia. Zjadłem dziewięć sztuk, Edmund jedną. Brzoskwiniami podzieliliśmy się już bardziej sprawiedliwie, cztery do dwóch. I przy tych proporcjach nie miałem prawa narzekać. Mimo że musiałem wszystko przygotować i jeszcze potem pozmywać.

Kiedy się z tym uporałem, miała miejsce pierwsza wizyta tego popołudnia. Zjawiła się Gladys Lundin, kaszląc i pochrząkując, przeszła przez podwórze i zapytała, czy nie mamy przypadkiem w nadmiarze wódki.

Zwykli ludzie, tacy jak matka Benny’ego czy pani Lundmark, mieszkająca dwa piętra wyżej na Sportowej, mieli czasem w zwyczaju prosić o szklankę cukru albo mąki do naleśników lub placka z rabarbarem, jednak akurat Lundinowie do zwykłych ludzi nie należeli. Daleko im było do tego. Gladys, z tego co wiem, była matką i ostoją dla całego rodu. Pewne było, że miała ponad siedemdziesiąt lat, a jeszcze bardziej pewne, że ważyła ponad sto kilo. Gdy szła, podpierała się dwiema solidnymi laskami z drewna dębowego, od zawsze też widywano ją z papierosem w ustach. To wszystko nie przeszkadzało jej, by przyjść i żebrać o wódkę.

Wyjaśniłem jej, że jeśli chodzi o ten trunek, to nasze piwnice są chwilowo puste. Wówczas poprosiła o kilogram ziemniaków.

Tych nie mogłem jej odmówić, gdyż mieliśmy ich naprawdę w bród. Jedynym problemem było to, jak je przeniesie, zważywszy na laski i papierosa. W końcu przewiesiłem jej worek przez szyję. Poczłapała z powrotem, nie siląc się na jakiekolwiek podziękowanie. A ja zastanawiałem się przez chwilę, czy po przyjściu do domu nie wykorzysta tych ziemniaków do zrobienia wódki. Miałem raczej mgliste pojęcie o procesie robienia wódki, ale pomyślałem sobie, że jeśli kobieta wykaże dużo samozaparcia, to przy dobrych wiatrach jeszcze dzisiaj wieczorem będzie się mogła cieszyć szklaneczką.

Tamtego dnia i później wydawało mi się dziwne, że przybycie Gladys Lundin zbiegło się z odwiedzinami następnego gościa. Mimo że ciągle o tym myślałem, nie byłem w stanie znaleźć logicznego powiązania między tymi wizytami.

Nie minęło dwadzieścia minut po tym, jak odprawiłem Gladys, gdy do mych uszu doszedł kolejny kaszel. Zdecydowanie bardziej intensywny i złowrogi.

Obróciłem się i stanąłem twarzą w twarz z Bertilem Albertssonem. Armatą Berrą. Szczypiornistą, który rzucał do bramki tak mocno, że bramkarze padali jak muchy powaleni siłą rażenia. Człowiekiem, który, zanim w parku Lacka wypowiedział purpurowemu na twarzy Mullemu walkę na śmierć i życie, nonszalanckim gestem podał Atle Erikssonowi swoją marynarkę w paski.

Człowiekiem, którego narzeczona nazywała się Ewa Kaludis.

„Pułkownik Darkin” wyleciał mi z rąk, ale nie odważyłem się go podnieść. Próbowałem przełknąć ślinę, jednak z marnym skutkiem. Pomyślałem, że może zaraziłem się od Edmunda. Armata Berra stał w rozkroku trzy metry ode mnie mniej więcej w ten sam sposób, co w parku Lacka. Miał na sobie białą koszulę z krótkimi rękawami, tak że widać było wszystkie mięśnie i ścięgna na jego brązowych, owłosionych ramionach. Miał też nieodgadniony wyraz twarzy. Uniósł znacząco brew i spojrzał na mnie, jakbym był jakąś żabą w kałuży, którą przed chwilą rozdeptał.

– Hej – zawołałem niepewnie.

Nie odpowiedział. Jego brew nadal znajdowała się tuż pod grzywką, za to widać było, jak mu lata szczęka. Bez przerwy. Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Starałem się na niego nie patrzeć. Nie pomogło.

Wreszcie, nie poruszając ustami, zapytał:

– A gdzie twój brat?

– Kto taki? – odpowiedziałem pytaniem.

Nie wiem, skąd mi przyszła do głowy taka głupia odpowiedź, możliwe, że chciałem zyskać na czasie potrzebnym do tego, by zemdleć lub by jacyś łaskawi bogowie zdążyli przybyć z odsieczą. Tutaj do Genezaret, i przenieśli mnie na zawsze na jakąś bezludną wyspę na Pacyfiku.

Nie pojawili się żadni bogowie, zemdleć też nie zemdlałem.

– Twój brat – powtórzył Armata Albertsson. – Henry. Muszę z nim pogadać.

– Ach tak – powiedziałem.

– A co, masz więcej braci? – spytał Armata.

– Nie, tylko jednego.

– W takim razie, gdzie on jest?

– Nie ma go tu – odparłem.

– A kiedy wróci?

– Nie mam pojęcia. Późno.

– Późno?

– W nocy. O dwunastej albo jeszcze później. Zostawił kartkę.

– W nocy?

– Tak.

– Hm… – Brew wróciła na swoje miejsce. Odkaszlnął dwa razy i splunął na trawę. Ślina wylądowała dwa centymetry od mojej lewej stopy. Pół centymetra od „Pułkownika Darkina”.

– Pozdrów go ode mnie – powiedział. – Przekaż mu, że wrócę tu o pierwszej w nocy.

– A jeśli nie zdąży do tego czasu wrócić? – przeciągałem strunę. – Kto wie, czy nie przyjdzie jeszcze później.

– No to poczekam na niego.

Odszedł. Stałem w miejscu i śledziłem go wzrokiem. Kiedy znikł za krzakami bzu, spuściłem wzrok na ziemię, gdzie wciąż połyskiwała jego ślina.

Chyba nigdy stąd nie zniknie. Ta pojebana ślina będzie tu tkwić na trawie w Genezaret i za sto lat. Cóż, takie realia.

– Z kim rozmawiałeś? – Z okna wychyliła się głowa Edmunda. – Jakieś głosy wyrwały mnie z drzemki. Kto tu był?

***

Edmund stał się blady jak trup, gdy mu powiedziałem o mojej rozmowie z Armatą Albertssonem. Dziesięć razy zdejmował i wkładał okulary, zgrzytał zębami, a przede wszystkim wyglądał na bardzo przestraszonego. Pomimo gorączki był spięty i skoncentrowany, ale i zrozpaczony, w pewnym sensie. Pomyślałem, że tak mniej więcej musiał wyglądać, kiedy czekał, aż jego prawdziwy ojciec przyjdzie i złoi mu pasem skórę. Prawie się nie odzywał, gdy ja starałem się wiernie oddać dialog między mną i Armatą.

Czasem tylko zaciskał pięści. Potem je na powrót otwierał, próbując jednocześnie przełknąć ślinę. Ale to było wszystko, na co go było stać. Nie miał żadnego pomysłu na to, co powinniśmy w tej sytuacji zrobić.

Najmniejszego.

– Burza – rzekł wreszcie. – Stało się tak, jak mówiłem. Czekaliśmy na burzę, no to ją mamy.

– Jebana mać – wymamrotałem, gdyż nie wiedziałem, co mam powiedzieć, a jednocześnie czułem, że muszę sobie przekląć, by nie stracić rezonu. – Gówniana sprawa!

– Właśnie – przytaknął Edmund.

***

O ósmej zaczęło kropić. Postanowiłem dotrzymać Edmundowi towarzystwa i już po dziewiątej byłem w łóżku. To była prawdziwa burza z błyskawicami i grzmotami, i to w tak bliskiej, siejącej niepokój odległości. Odnosiło się wrażenie, jakby miała się nigdy nie skończyć.

– Są burze, które nie przechodzą – powiedział Edmund. – Pamiętam, że w Ångetrakten takie były. Grzmiało, błyskało i diabeł wie co jeszcze, przez dwanaście godzin bez przerwy. Wtedy rzeczywiście człowiek czuje się mały i bezbronny.

– Jak twoja forma? – spytałem, by już nie rozmawiać o burzy. Ta była wystarczająco straszna i bez naszych komentarzy.

– Chyba lepiej – odparł Edmund po kilku udanych próbach przełknięcia śliny. – Od jutra znów jestem na chodzie.

Po dziesięciu minutach spał jak zabity. Zgasiłem światło. Leżałem, słuchając, jak krople deszczu uderzają o dach. Słyszałem też grzmoty. Te zwiastowały co rusz pojawiające się na niebie błyskawice. Odstęp czasowy między błyskiem a hukiem wynosił piętnaście do trzydziestu sekund. Może Edmund miał rację.

I że ta burza wisiała i krążyła wokół nas?

A człowiek czuł się wobec niej maleńki.

Musiałem zasnąć, bo tuż po dwunastej coś wyrwało mnie ze snu. Już nie padało, za to wiało przeraźliwie. Słyszałem, jak Henry na dole włącza magnetofon. Mógłbym przysiąc, że z kimś rozmawiał.

Łóżko Edmunda było puste.

Rozdział 14

Ciało znalazł Lasse Krzywa Gęba i to on przez dwa kolejne dni pojawiał się na pierwszej stronie „Kurrena”. Jego rodzice mieli mały domek letniskowy w Sjölycke i właśnie tam Krzywa Gęba spędzał większą część lata. Jego odwiecznym marzeniem było zostać zawodowym kolarzem. Takim jak Harry Snell. Albo Ove Adamsson [6]. Z racji swojego wyglądu nie mógł zostać ani amantem filmowym, ani muzykiem, lecz nic nie stało na przeszkodzie, by został niedoścignionym mistrzem w jeździe na rowerze. Od kilku sezonów był w miejskiej reprezentacji juniorów i można było się spodziewać, że za rok lub dwa zrobi krok naprzód i przejdzie do seniorów. Nadzieja olimpijska, jak się zwykło mawiać w żargonie sportowym. Krzywa Gęba dysponował odpowiednimi warunkami, w to nie wątpił nikt, kto choć trochę siedział w temacie. Nikt nie myślał inaczej.

Ambicja nakazywała Krzywej Gębie wykorzystać te letnie dni na trening. Wcześnie rano, bo o siódmej, codziennie wyciągał z szopy swoją kolarzówkę i robił szosą pięćdziesiąt, sześćdziesiąt kilometrów.

Albo nawet osiemdziesiąt, albo dziewięćdziesiąt, jeśli był w dobrej formie, tak jak choćby dzisiaj. Zazwyczaj stronił od tych wyboistych, żwirowych tras leśnych, obawiając się wywrotki czy przedziurawienia opony.

Ale nie tego ranka. Prawdopodobnie szukał urozmaicenia, bo i takie odcinki zdarzały się na zawodach w tamtych czasach. We wczesnych latach sześćdziesiątych. Jadąc przez las, kierował się na wschód w stronę posesji Levisów. Podróż okazała się wyjątkowo krótka. Krótka i potwornie wstrząsająca, jak to później Lasse Krzywa Gęba określił na łamach „Kurrena”.

Po zaledwie kilku kilometrach pedałowania dojeżdża do krętej drogi obok naszego i Lundinów parkingu. Ile sił w nogach. Mocno pochylony nad kierownicą. Zauważa, że stoją tam dwa pojazdy. Czarny volkswagen i czerwone volvo PV 1800.

Właśnie ten drugi samochód powoduje, że z całej siły naciska na hamulec, tak iż tylko cud sprawia, że nie przelatuje nad kierownicą.

Lewe przednie drzwi są otwarte, a pod nimi leży twarzą do ziemi ciało. Mężczyzna w czarnych, wąskich butach, jasnych spodniach z elany i białej koszuli z krótkimi rękawami. To widzi Krzywa Gęba, kiedy zawraca rower i dostaje się z powrotem na niewielkie wzniesienie. Na siedzeniu kierowcy pasiasta marynarka. Co prawda mężczyzna leży na brzuchu, lecz jakby skulony, ramiona dziwnie wysunięte do przodu. Krzywa Gęba powtarza w kółko reporterom i fotografom, że właśnie po tych ramionach zrozumiał.

Zrozumiał, że coś było nie tak. Żywy człowiek nie leżałby w ten sposób. Widać to od razu, o ile ma się rozum i oczy na swoim miejscu, a te ponoć Krzywa Gęba miał tamtego ranka.

Jest dopiero kwadrans po szóstej. Czujnie i ostrożnie prowadzi swoją kolarzówkę w to przerażające miejsce.

Dopiero teraz widzi wszystko dokładnie.

Widzi ogromną dziurę w głowie mężczyzny. Wszędzie mnóstwo krwi. We włosach, na koszuli, dookoła na trawie.

Nie wie, kto to jest, gdyż naturalnie nie ma odwagi chwycić ciała i go obrócić. Zresztą tego nawet nie wolno robić. To policja jest od tego, by obracać martwe ciała, a nie Lasse Krzywa Gęba.

Nie, to nie Krzywa Gęba identyfikuje ciało leżące na parkingu, czynimy to my. Henry, Edmund i ja, bo właśnie do nas podbiega, krzycząc wniebogłosy.

To właśnie my biegniemy z nim z powrotem ścieżką w górę i to my otaczamy półkolem Bertila Berrę Armatę Albertssona, nie będąc w stanie wydusić z siebie jakiegokolwiek słowa.

Żaden z nas. Cała nasza trójka wie, że na ziemi leży Berra Armata, ale nikt nie zdobywa się na najmniejszy komentarz. Totalna cisza.

Lasse Krzywa Gęba też milczy. Przez pół minuty czterech ludzi stoi i wpatruje się w piątego, który człowiekiem już nie jest, i jest to najdłuższe pół minuty w naszym życiu.

Potem patrzę na zegarek i widzę, że jest za pięć wpół do siódmej. Jest poranek dziesiątego lipca. A więc Potworność stała się faktem.

Kiedy Lasse Krzywa Gęba zostawił nas, by zadzwonić od Lundinów na policję, pozostała jedna rzecz, którą musiałem sprawdzić, mimo że głowę miałem pustą jak wydmuszka. Udało mi się złapać kontakt wzrokowy z Henrym. Ustami formułował wyraz: „Ewa”, rzucając spojrzenie w kierunku Genezaret. Nie wiem dlaczego, ale czułem, że nie powinienem mieszać w to Edmunda. To wszystko musiało zostać między mną a moim bratem. To, co się działo.

Wydawało mi się, że Henry zrozumiał to moje niewypowiedziane na głos pytanie, ale nie odpowiedział na nie. Skinął tylko lekko głową i zapalił lucky strike’a.

Westchnąłem i oparłem się o Edmunda. Ten stał i dygotał z zimna. A tak poza tym to jego przepowiednia sprawdziła się.

W nocy dopadła mnie angina.

Rozdział 15

Pierwszy wóz policyjny nadjechał, gdy byliśmy jeszcze na parkingu. Staliśmy w towarzystwie Krzywej Gęby, Gladys Lundin oraz młodszej od niej o jakieś trzydzieści lat kobiety, która niemal była jej wierną kopią. Tylko trochę drobniejszą i bardziej bladą. Nie miała lasek, za to odpalała papierosa od papierosa, a jej piersi prawie zasłaniały pępek.

– Bywa i tak – brzmiał pierwszy komentarz Gladys. – Całe szczęście, że moich chłopów nie ma w domu, inaczej wpadliby tu gliniarze i ich zgarnęli.

Poza tym nie było więcej komentarzy. Berra Armata cały czas leżał w tym gruzie, nikt nie przejawiał chęci, by mu się uważniej przyjrzeć. Staliśmy w luźnym półkolu, plecami do Potworności. Wtedy wyłonił się biało-czarny amazon z trzema umundurowanymi policjantami i jednym w cywilu. Spisali nasze nazwiska i poszliśmy do domu, by czekać tam na dalszy rozwój wypadków.

– Psiamać! – przeklął Edmund, kiedy weszliśmy do naszego pokoju. – Tylko tyle mogę powiedzieć. Psiamać!

Poczułem, że robi mi się niedobrze. Przez moment zastanawiałem się, czy nie pójść do lasu i nie włożyć sobie palca do gardła, jednak stopniowo mdłości zaczęły się cofać.

Przymknąłem oczy w nadziei, że uda mi się przespać godzinę lub dwie, ale chyba oszukiwałem samego siebie. Słyszałem, jak piętro niżej Henry zasiadł do Facitena. Dziwne, że akurat teraz zaczął to robić. Jednak po paru minutach stukanie nagle ucichło.

– Erik – zaczął Edmund.

– Tak?

– Nie gadajmy już o tym. Już nie wyrabiam.

– All right – odparłem. – Może rzeczywiście lepiej dać sobie luz.

– On nie żyje – ciągnął wątek Edmund. – Kumasz, że tego gada nie ma już wśród nas?

– Tak – odpowiedziałem. – Armata nie żyje.

***

Oficer śledczy zjawił się o dziewiątej. Nazywał się Lindström. Miał na sobie biały garnitur i muchę i gdyby nie to, że nosił czarne, zaczesane do tyłu włosy, można byłoby go wziąć za Ture Sventona.

Przywitał się z nami po kolei. Ściskając każdą kolejną dłoń, przedstawiał się jako oficer śledczy Verner Lindström, i tak trzy razy.

Zajeżdżało od niego trochę wodą kolońską. Mówił bardzo powoli, jakby analizował każde wymawiane słowo. Tak jakby faktycznie starał się odrzucić wszystkie niepotrzebne wyrazy, nim powiedział to, co chciał powiedzieć. Wydaje mi się, że wzbudzał tym zaufanie i dawał do zrozumienia, że on nie z tych, co żartują.

Zaczął oczywiście od Henry’ego. Zamknęli się w kuchni, a my w tym czasie łaziliśmy wokół domu. Widzieliśmy, jak siedzieli przy nakrytym kraciastą ceratą stole. Wyglądali prawie jak szachiści.

Nie bardzo wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić, więc przeszliśmy się na parking sprawdzić, co się tam dzieje.

A tam stały już cztery kolejne samochody. Była też wstęga i żółto-czarne tablice sygnalizujące, że bada się tu miejsce zbrodni i zakazuje wchodzenia osobom nieupoważnionym. Edmund starał się wyjaśnić tęgiemu policjantowi, że to my znaleźliśmy ciało – my, jeśli się pominie Krzywą Gębę – ale nic to nie dało. To nie było miejsce dla nas. Zdążyłem tylko zauważyć, że ciała Armaty już tam nie było, a w miejscu, w którym leżał, pojawił się wykonany białą grubą kredą obrys. Zauważyłem także kilku mężczyzn w zielonych kombinezonach penetrujących wnętrze oraz obszar dookoła czerwonego volva. Mieli cienkie rękawiczki, pincety i lupy. Już samo to było tak nierzeczywiste, że musiałem uszczypnąć się w ramię, by się upewnić, czy przypadkiem nie jest to sen. Edmund chyba to zauważył, bo kiwnął posępnie głową.

– To ci nie pomoże – powiedział. – Jeśli myślisz, że to sen, to się grubo mylisz.

Jeszcze kilka osób łaziło dookoła ogrodzenia, w każdym razie tłumów nie było. Widziałem Krzywą Gębę z ojcem, tych starych Levisów oraz kilka osób z Sjölycke. Było jeszcze kilku reporterów i fotograf.

Ale jak już wspomniałem, tłumów nie było. Pomyślałem, że świat się jeszcze nie dowiedział o tym, że legenda piłki ręcznej Armata Albertsson nie żyje. Tak jakby nic się nie wydarzyło. Nagle zimny prysznic. Wokół Killera Henry’ego też była rozciągnięta taśma policyjna i rozstawione tablice; przez moje ciało przeszedł taki dreszcz, że zacząłem się trząść.

Już wiedziałem, że to na pewno nie był sen.

Kiedy wróciliśmy do Genezaret, Henry był już po przesłuchaniu. Teraz na nas przyszła kolej, by usiąść w kuchni ze śledczym Lindströmem.

Zanim się tam udaliśmy, przypomniałem sobie, jak jeszcze niecałe dwadzieścia cztery godziny temu rozmawiałem z Armatą przed domem.

– Tylko coś sprawdzę – powiedziałem do Edmunda i opuściłem go na kilka sekund.

Było tak, jak myślałem. Po ślinie Armaty nie było już śladu.

***

– Jak wiecie, miał tu miejsce poważny wypadek – rozpoczął śledczy. – Dla mnie najważniejsze jest to, byście mówili prawdę, wtedy złożę wszystko w jedną całość. Żadnego spekulowania. Żadnych kłamstw. Zrozumiano?

Pokiwaliśmy głowami na znak, że go rozumiemy.

– Podajcie mi wasze nazwiska.

Podaliśmy, każdy swoje.

– Tylko latem tu mieszkacie?

– Tak – odpowiedziałem.

– Razem z Henrym Wassmanem, czyli twoim bratem?

– Tak.

– O której poszliście wczoraj spać?

Edmund powiedział, że w łóżku był już o wpół do dziewiątej, bo miał anginę. Ja z kolei powiedziałem, że poszedłem spać jakieś pół godziny później.

Śledczy Lindström nie miał przy sobie dyktafonu, ale wszystko, co mówiliśmy, skrzętnie odnotowywał. Niebieskim piórem w leżącym przed nim na stole zeszycie. Ów zeszyt oplótł ramieniem, tak że nie widać było, co pisze. Rzucało się w oczy, że nie pierwszy raz kogoś przesłuchuje, a ja czułem, że mam wobec niego coraz większy respekt.

– A o której mniej więcej zasnęliście?

– Od razu – wyjaśnił Edmund.

Zawahałem się.

– Myślę, że gdzieś koło dziesiątej.

– A może któryś z was obudził się w środku nocy?

Czoło Edmunda momentalnie się zmarszczyło. Pozwoliłem mu się najpierw wypowiedzieć.

– Raz wyszedłem za potrzebą – powiedział.

– O której godzinie?

– Nie mam pojęcia – odparł Edmund. – Na pewno było jeszcze ciemno.

– I nie było nic, co mogłoby wzbudzić twój niepokój?

– Nic – odpowiedział Edmund.

– A padało?

– Nie – odparł po chwili namysłu. – Nie padało.

Śledczy Lindström zanotował.

– A ty? – zwrócił się teraz do mnie. – Ty się nie zbudziłeś?

– Nie – odparłem. – O ile pamiętam, to nie.

– Nawet raz?

– Nawet raz.

– Czy twój brat był wczoraj wieczorem w domu?

– Nie wiem. W każdym razie nie było go, zanim zasnąłem.

Jeszcze raz zwrócił się do Edmunda.

– Jak myślisz, czy Henry był domu, kiedy wyszedłeś za potrzebą.

– Nie mam pojęcia.

– Nie patrzyłeś, czy pali się światło?

– Chyba było zgaszone. Niech śledczy zapyta Henry’ego, kiedy wrócił do domu.

Lindström nic nie powiedział, tylko przerzucił wzrok na mnie.

– I nic innego, o czym według ciebie powinniśmy wiedzieć? – Nic.

Zanotował coś w zeszycie.

– Opowiedzcie, co wydarzyło się dzisiaj rano.

Na przemian z Edmundem opowiadaliśmy o tym, jak obudził nas dobiegający z podwórka krzyk Krzywej Gęby. O tym, jak razem z Henrym popędziliśmy na parking, by zobaczyć, co tam się stało. O tym, jak staliśmy tam, podczas gdy Krzywa Gęba starał się dodzwonić od Lundinów na policję.

– Wiedzieliście, kto tam leży? – spytał Lindström.

Spojrzeliśmy się na siebie z Edmundem.

– Tak – odparłem. – Berra Armata Albertsson.

Lindström pokiwał głową.

– Już wtedy, gdy go zobaczyliście?

– Tak.

– No dobrze, lecz skąd wiedzieliście, czyje to ciało?

– No bo nieraz go widzieliśmy – powiedział Edmund.

– Tak, a gdzie?

– To tu, to tam – odrzekł Edmund. – Choćby w parku Lacka.

– Był też w gazecie – dodałem. – W „Kurrenie”.

Lindström poprawił muchę i zanotował. Oparł się o krzesło i zastanawiał kilka sekund.

– Nie był tu nigdy u was?

– Armata Albertsson? – upewnił się Edmund. – Nie, nigdy go u nas nie było.

– Nigdy – potwierdziłem. – Przynajmniej wtedy, kiedy ja tu byłem.

– Jak ci się wydaje, twój brat mógł się z nim znać?

– Nie sądzę – powiedziałem. – Na pewno się nie znali.

– Nie kręcił się tu wcześniej po okolicy? Może był w Sjölycke czy w ogóle w okolicach Möckeln.

Obaj się zawahaliśmy.

– Nie – powiedział Edmund

– Nie – potwierdziłem.

Lindström wyciągnął z kieszeni fiolkę bronzolu, leku od bólu gardła, i wyjął z niej dwie tabletki. Przez kilka sekund ważył je w dłoni, zanim wrzucił jednym wytrenowanym ruchem do ust.

– Jesteście pewni, że nigdy nie widzieliście tu Bertila Albertssona?

– Pewni to mało powiedziane – oznajmił Edmund.

– Tylko tam, w parku Lacka – powiedziałem.

– Żadnych podejrzanych dźwięków tej nocy?

Pokręciliśmy przecząco głowami. Śledczy Lindström ssał w zamyśleniu tabletki bronzolu.

– Skoro tak mówicie – powiedział.

Po chwili przesłuchanie dobiegło końca.

***

Nasi ojcowie przyjechali dwunastką do Åsbro, potem wsiedli do żółtej taksówki Laxmana.

– Nie możecie tu zostać – zakomunikował mój ojciec.

– Pod żadnym pozorem – dodał ojciec Edmunda.

– Nie denerwujcie się – uspokajał ich Henry.

Ojciec Edmunda wyjął chustkę do nosa wielkości namiotu i otarł nią twarz i szyję.

– Nie denerwujcie się?! – wrzasnął. – Do stu tysięcy diabłów, jak mamy się nie denerwować?! Przecież sto metrów dalej doszło do zabójstwa! Dobrze się czujesz?

Spojrzał na Henry’ego wybałuszonymi oczami.

– Czy nic mu nie dolega? – zwrócił się do mojego ojca, jako że Henry milczał.

– Musicie pojechać do miasta – powtórzył ojciec. – Nie ma innego wyjścia. To niesłychane, coś podobnego nigdy się tu nie wydarzyło.

Henry zapalił lucky strike’a i wstał od stołu.

– Róbcie, co chcecie z chłopakami – oświadczył. – Ja w każdym razie zostaję.

– Pewnie chcecie do domu, chłopcy? – spytał trochę łagodniejszym tonem ojciec Edmunda. – Jestem pewien, że chcecie jak najszybciej wrócić do miasta, mam rację?

Popatrzyłem na Edmunda. On na mnie.

– Nigdy w życiu – powiedział Edmund.

– Niesamowite – powtórzył mój ojciec. – Brak mi słów.

– A morderca na wolności – rzucił pan Wester.

***

Zostali na noc, a następnego dnia zabrali nas do miasta. Obiecali nam jednak, że nazajutrz będziemy mogli wrócić do Genezaret, o ile znów nie dojdzie do jakiejś zbrodni w okolicach Möckeln. Edmund pojechał do siebie, a my z ojcem pojechaliśmy do mamy do szpitala. Spędziliśmy tam godzinę. Miała umyte i ułożone włosy, poza tym chyba była w takim stanie jak ostatnio. A może tylko jeszcze bardziej blada. Przez cały ten czas rozmawialiśmy o zabójstwie Armaty Albertssona. Gazety poświęcały temu zdarzeniu całe szpalty. Choć tak naprawdę tylko rodzice o tym rozmawiali. Ja prawie się nie odzywałem, tylko czasem dałem głową znak, że się z nimi zgadzam. Nie przyszły jeszcze wyniki ostatnich badań lekarskich, więc nie było specjalnie o czym rozmawiać. Tak się przedstawiały sprawy.

Zanim opuściliśmy szpital, matka chwyciła mnie za rękę i przez chwilę trzymała ją w swoich dłoniach. Patrzyła na mnie z głęboką powagą w oczach i wiedziałem już, że znów będzie chciała przekazać mi jakąś mądrość życiową.

Ale tego nie zrobiła.

– Uważaj na siebie, mój synku – powiedziała za to. – Uważaj na siebie, na Edmunda też.

Do domu pojechaliśmy ósemką. Tę noc spędziłem na Sportowej. Następnego dnia, czyli w sobotę, przyjechał Henry i zabrał mnie i Edmunda z powrotem do Genezaret.

Rozdział 16

Mimo że byliśmy w centrum wydarzeń, to dopiero z „Kurrena” i „Gazety Regionalnej” dowiedzieliśmy się o postępach policji w sprawie morderstwa. Komendant Eimestrand już pierwszego dnia dał do zrozumienia, że lada dzień odnajdą sprawcę, więc nie trzeba wzywać służb kryminalnych ze stolicy. Twierdził, że ma absolutne zaufanie do śledczego Lindströma i jego sposobów działania, niemniej był otwarty na wszystkie wskazówki napływające ze środowiska detektywistycznego. Ważne było oczywiście, aby wszyscy pomagali w rozwiązaniu tego krwawego dramatu, który wstrząsnął całą okolicą oraz szwedzkim światem sportowym.

Drużyna narodowa dostała cios w splot słoneczny, jak się wyraził w „Gazecie Regionalnej” ktoś piszący pod pseudonimem „Bejman”.

W sobotę policja nie potrafiła wskazać sprawcy. Mówiło się, że sprawdza różne tropy i że za wcześnie na to, by mogła skierować podejrzenia na konkretną osobę.

Może było to dzieło jakiegoś szaleńca? A może to jeszcze ktoś inny się za tym krył?

Z informacji zamieszczonych w gazetach wynikało, że Bertil Armata Albertsson spotkał swego zabójcę gdzieś między dwunastą a drugą w nocy ze środy na czwartek. Prawdopodobnie został zaatakowany w chwili, gdy wysiadał z samochodu, który właśnie zaparkował na tym niewielkim parkingu, gdzie go później znaleziono – przy wąskiej i kamienistej drodze leśnej łączącej teren domków rekreacyjnych Sjölycke z kąpieliskiem Wieprzowa Skałka nad jeziorem Möckeln. Jaką sprawę chciał załatwić w tym miejscu i o tej porze Albertsson, pozostawało głęboką tajemnicą. Przesłuchania ludzi, którzy znali ofiarę, na przykład jego narzeczonej Ewy Kaludis, nie ujawniły niczego, co mogłoby rzucić światło na to, co się wydarzyło.

Jeśli chodzi o sam akt morderstwa, to zabójca posłużył się tak zwanym tępym narzędziem, najprawdopodobniej jakimś większym młotkiem. Wystarczył jeden cios. W głowę Albertssona, w górną jej część. Młotek przeszedł przez kość ciemieniową aż do mózgu. Śmierć nastąpiła natychmiast.

– Prosto w twarz – powiedział Edmund i odłożył „Kurrena”. – Idziemy do wody?

Niemal od samego początku zawarliśmy z Edmundem pewne porozumienie. Cichy układ, że nie będziemy gadać o morderstwie. W każdym razie nie więcej, niż wymagała sytuacja. Oczywiście obaj o tym rozmyślaliśmy, całe to wydarzenie przysłoniło nam inne sprawy. Potworność opanowała każdy obszar naszej podświadomości. Jednak ciągłe rozmawianie o tym byłoby po prostu ponad nasze siły.

Zdecydowanie. Było to na tyle oczywiste, że nie trzeba było tego głośno mówić.

Jedna z tych rzeczy, które się same ustaliły. Taki cichy układ niewymagający słów.

Myśląc o nim, stwierdzałem, że był on tak samo naturalny jak i dziwny. Mimo że przebywaliśmy ze sobą zaledwie kilka miesięcy, odnosiliśmy wrażenie, jakbyśmy znali się całe życie. Jakbyśmy co najmniej byli bliźniakami, bo i tak zdarzyło mi się kiedyś pomyśleć.

Choć jeśli chodzi o Ewę Kaludis, to było trochę inaczej. Ją musieliśmy czasem umieścić w porządku dnia, co akurat wydawało się oczywiste.

– Zastanawiam się… – zaczął Edmund. – Zastanawiam się, jak wytłumaczyła się policji z tego podbitego oka?

– Niezbyt dobrze się teraz czuje – powiedziałem.

– Musi się czuć samotna – odrzekł Edmund. – Bez Henry’ego i w ogóle. Bo chyba nie sądzisz, że się spotykają?

– Nic nie myślę na ten temat – odpowiedziałem.

Jednak myśl, by ją odwiedzić, już wtedy zaczynała kiełkować w mojej głowie. W Edmunda pewnie też.

***

Śledczy Lindström zjawił się po raz kolejny w niedzielę. Był u nas góra godzinę, jednak zdążył porozmawiać z całą naszą trójką. Po kolei. Tym razem ja i Edmund zostaliśmy rozdzieleni.

– Chodzi mi tylko o parę szczegółów – oznajmił, gdy nadeszła moja kolej.

– Szczegółów? – zdziwiłem się.

– Szczegółów – powtórzył Lindström. – Może nie są one aż tak istotne, jednak to dzięki nim dochodzi się do sedna.

– Życie pokaże – powiedziałem.

Na chwilę zmarszczył czoło. Przełożył kartkę w zeszycie i parokrotnie postukał długopisem.

– Czy macie tu dużo narzędzi?

– Narzędzi?

– Piły, siekiery, młotki i takie inne.

– Bo ja wiem – powiedziałem. – Coś by się znalazło.

– Szczególnie interesują mnie większe młotki, kilofy.

– Aha…

– Macie tu takie rzeczy?

Zacząłem się zastanawiać.

– Jeden młotek jest na pewno w szufladzie z narzędziami – powiedziałem. – Ale ten jest akurat mały.

– Czy to ten?

Wyciągnął młotek, który chował pod stołem. Rozpoznałem go błyskawicznie.

– Tak.

– Jesteś pewien?

Przyjrzałem mu się uważniej.

– Tak, to ten. Używaliśmy go, kiedy budowaliśmy pomost, poznaję go.

– Twoje szczęście – powiedział Lindström. – To, co mówisz, zgadza się z tym, co powiedział twój kolega.

Nie odpowiedziałem.

– Nie macie jakiegoś większego?

– Owszem – odpowiedziałem. – Z tego, co pamiętam, to mamy w szopie taki kilof.

– Naprawdę? – Lindström wyglądał na zaskoczonego. – Może pójdziemy go zobaczyć?

Zaprowadziłem go do rozwalającej się szopy stojącej obok wychodka. Zdjąłem skobel i spojrzałem na stos gratów.

– Nie wiem, gdzie dokładnie leży.

Przeszukiwałem całe pomieszczenie.

– Nie możesz go znaleźć? – dopytywał się Lindström.

Wyjął fiolkę z bronzolem i kiwał się z pięt na palce.

– Na to wygląda.

– Zresztą to nie ma znaczenia. Pewnie wcale go tu nie ma. Twój brat też go tu szukał i nie znalazł. Nie przychodzi ci do głowy, gdzie ewentualnie mógłby jeszcze być?

Wyszedłem z szopy i otrzepałem się z kurzu.

– Nie – odpowiedziałem. – Naprawdę nie.

– Może pamiętasz, kiedy go ostatni raz widziałeś?

Wzruszyłem ramionami.

– Niezbyt. Możliwe, że jakieś parę tygodni temu.

– Nie używaliście go, kiedy budowaliście pomost?

– Nie.

Wróciliśmy do kuchni.

– Druga rzecz – powiedział Lindström po tym, jak skończył coś notować. – Druga rzecz ma związek z niejaką Ewą Kaludis.

– Tak?

– Znasz ją?

– Była u nas w szkole na zastępstwie – powiedziałem. – W maju i czerwcu. Ale tylko na kilku przedmiotach, kiedy prowadząca je nauczycielka złamała nogę.

Lindström pokiwał głową.

– Dobrą była nauczycielką?

– Raczej tak. Na pewno tak.

– Wiesz, że spotykała się z Bertilem Albertssonem?

– Tak.

– Widziałeś ją może tego lata?

– Nie – odpowiedziałem. – Moment… tak. Raz w parku Lacka.

– W parku Lacka?

– Tak.

– Tylko tam?

– Tak.

– Może jeszcze gdzieś?

– Nie.

– Jesteś pewien?

Po chwili namysłu odpowiedziałem:

– Przynajmniej na tyle, na ile jestem sobie teraz w stanie przypomnieć.

Lindström milczał przez kilka sekund, nic nie zapisywał.

– Zdaje się, że jeszcze raz będę musiał tu zawitać – powiedział. – Jeżeli znajdziesz ten kilof, wolałbym, abyś dał mi o tym znać.

– Na pewno to zrobię – obiecałem.

Uścisnęliśmy sobie ręce, potem poszedł.

***

Kiedyś w czwartej klasie Balthazar Lindblom zsikał się w majtki. Stało się to na lekcji religii u Brytwy, na którego wołaliśmy „Brzytwa”, bo był wyjątkowo ostry. I nieprzekupny. Nie warto było podskakiwać czy postępować inaczej, niż sobie życzył.

Sam incydent zdarzył się w chwili, gdy do końca lekcji zostało niewiele ponad dziesięć minut, a ponieważ wszyscy siedzieliśmy cicho nad książkami, natychmiast usłyszeliśmy, że pod ławką Balthazara coś leje się strumieniem.

Brzytwa też.

– Co to ma być? – wrzasnął. – Co ty wyprawiasz, ośle jeden.

Balthazar, nim odpowiedział, zdążył się już cały zmoczyć. Kałuża na podłodze przerodziła się w całkiem spore bajoro, aż my, siedzący najbliżej, musieliśmy unieść nogi do góry.

– Przecież profesor sam powiedział – bronił się Balthazar.

– Że co? – pienił się Brzytwa. – Jak mam to rozumieć?

– Profesor powiedział, że za potrzebą można pójść dopiero w czasie przerwy. Więc po co miałem prosić teraz o pozwolenie na wyjście?

Tylko raz zdarzyło się, że Brzytwa zakończył lekcję dziesięć minut przed dzwonkiem na przerwę.

A Balthazar Lindblom to jedyna osoba, jaką znam, której udało się zostać w pewnym sensie bohaterem, choćby na krótko, tylko dlatego, że się posikał.

Z czasem nie samo zdarzenie, ale komentarz Brzytwy wrył mi się w pamięć. To, co powiedział, zanim pozwolił nam wybiec na boisko.

– I słusznie. Postąpiłeś jak najbardziej właściwie, chłopcze.

Przypomniałem sobie Brzytwę, kiedy śledczy Lindström już wyjechał z Genezaret w tamto niedzielne popołudnie. Nie to, żeby ci dwaj byli aż tak do siebie podobni, czy to w zachowaniu, czy w wyglądzie, a jednak mieli jedną cechę wspólną. Coś nieprzekupnego, pomyślałem. Coś, czego nie było sensu zmieniać albo się temu przeciwstawiać.

Nie wiedziałem tylko, czy to dobrze, czy źle.

***

Szczerze mówiąc, po raz pierwszy tego lata Britt Laxman zwróciła na nas uwagę. Na Edmunda i na mnie. Tamtego poniedziałkowego przedpołudnia, kiedy weszliśmy do sklepu w Åsbro, uruchamiając drzwiami wiszący nad nimi dzwonek.

Właściwie pierwszy i ostatni raz.

– Ach, witam, witam! – zawołała, pokazując wszystkie szesnaście przednich zębów i przestając nagle zupełnie przejmować się siwą starszą panią stojącą przy ladzie, która nie mogła się na nic zdecydować. – Co u was? Jak leci?

Przynajmniej znała już nasze imiona. Spojrzałem na Edmunda. Rozejrzałem się po sklepie. Tłok jak nigdy wcześniej. Dotarło do mnie, że Britt Laxman nie była jedyną osobą, która wiedziała, kim jesteśmy. Zrozumiałem też, że niektórzy nie byli tam tylko po to, by coś kupić. To, że nagle zrobiło się cicho i wszystkim przyrosły języki do podniebienia, miało jakiś związek z naszym przybyciem, było to jasne jak słońce. Z jednej strony schlebiało, z drugiej było wrogie. Myślę, że Edmund też tak to odczuł.

Trzy sekundy, nie więcej, ale wystarczyło. Popatrzeliśmy na siebie i zrozumieliśmy. Po chwili stary major Casselmiolke odchrząknął i wrócił do dyskusji z Moppe Nilssonem przy stoisku z wędlinami.

– Ślad! – zagrzmiał tym swoim silnym wojskowym głosem. – Musi być chyba jakiś trop! Jakieś ślady, do licha! Teraz czekają na analizy! Weź pod uwagę, że nastąpił duży postęp w nauce!

– A mnie się tam inaczej wydaje – odparł leniwie Moppe, grzebiąc w serdelkach palcami, które także wyglądały jak serdelki. – Niech ten zbrodniarz Bogu dziękuje za deszcz.

– Deszcz? – zdziwił się Casselmiolke. – Bogu?

Tak jakby słyszał te słowa pierwszy raz w życiu.

– Deszcz, który spadł między czwartą a piątą rano – wyjaśnił Moppe. – Mówi się, że spłukał wszystkie ślady. Pisali o tym w sobotę w „Aftonbladet”.

– „Aftonbladet”? – zdziwił się Casselmiolke. – Nie miałem jej w rękach! Ma pani może jeszcze jeden egzemplarz?

– Niestety! – zawołała przez cały sklep Britt Laxman. – To, co miałam, zostało wykupione w pół godziny!

Potem odwróciła się do nas, znów się szczerząc i wybałuszając oczy.

– Czego sobie życzycie? – spytała. – Jak leci?

Sprawunki z listy wymienialiśmy najszybciej, jak potrafiliśmy. Gdy skończyliśmy, nie dała nam jednak szybko odejść od kasy.

– Jak myślicie? – szepnęła tak, aby większość nie słyszała. – Kto to zrobił?

Edmund spojrzał na mnie.

– Jakiś szaleniec – odparł po chwili. – Jakiś pomyleniec, który uciekł z wariatkowa. Czy to nie jasne jak słońce?

***

Później również trzymaliśmy się tej wersji. Wersji z szaleńcem. Kiedy ludzie pytali nas o zdanie, a zdarzyło się to raz czy dwa, Bóg raczy wiedzieć – w końcu widzieliśmy ciało, mieszkaliśmy tak blisko, musieliśmy w nocy coś słyszeć i tak dalej – wówczas zawsze powoływaliśmy się na teorię związaną z szaleńcem. Że ten, kto zabił Armatę Albertssona, musiał być chory psychicznie. Bez dwóch zdań. Nic innego nie wchodziło w rachubę.

Także teraz, kiedy staliśmy już na schodach u Laxmanow, wiedzieliśmy – bez żadnego uzgadniania – że to będzie nasza odpowiedź na wszystkie pytania.

Szaleniec.

No bo któż by inny?

Rozdział 17

Nocami znów śniła mi się Ewa Kaludis. Czasem z sińcami pod oczami, czasem bez. Miałem wrażenie, że Edmundowi też się śniła, a kiedy go o to spytałem, przyznał się bez owijania w bawełnę.

– Oczywiście – powiedział. – Jakby zadomowiła się na stałe. Britt Laxman odsunąłem na boczny tor.

– Britt Laxman? – zdziwiłem się. – Chcesz powiedzieć, że ona też ci się śniła?

– Bo ja wiem – powiedział Edmund. – Właściwie to mi się nie śniła, tylko ją sobie wyobrażałem.

Zaczęliśmy się zastanawiać, jak to możliwe, że dwie osoby mają taki sam sen. Jakbyśmy obaj z Edmundem leżeli w swoich łóżkach i patrzyli na to samo zdjęcie Ewy Kaludis. Jakbyśmy obaj siedzieli w kinie i gapili się na ten sami film.

Nie było nic, co by temu przeczyło. Temu, że nastąpiła reglamentacja w fabryce snów i że po prostu nie było już snów, które śniłyby się tylko jednej osobie.

Edmund nie zgadzał się ze mną.

– Aż tak chytra to ona nie może być, ta fabryka snów – twierdził. – To tylko w naszym pokręconym świecie człowiek musi czasem skąpić. Czy już nawet snów nie można mieć tylko dla siebie?

Własny sen dla każdego?

Miałem nadzieję, że Edmund ma rację. Brzmiało to sprawiedliwie i demokratycznie, tak jak to zwykł mówić Okularnik na wiedzy o społeczeństwie. Nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, jak to się miało do koszmarów sennych.

Od czasu morderstwa Henry częściej niż dawniej przebywał w Genezaret, lecz nie można powiedzieć, że stał się bardziej rozmowny. Pisać też mu się nie chciało. Przeważnie leżał w łóżku i czytał to, co już napisał, tak mi się przynajmniej wydawało. Czasem wybierał się Killerem na krótsze przejażdżki, czasem brał łódź i wypuszczał się nią na jezioro. Ale rzadko był poza domem dłużej niż godzinę. W każdym razie we wtorek rano zakomunikował, że musi pojechać do Örebro i że długo go nie będzie. Wyjechał tuż po dwunastej. Z kolei my z Edmundem postanowiliśmy dać fiipperom z Wieprzowej Skałki jeszcze jedną szansę. Właśnie dobijaliśmy do brzegu, gdy zza budynków wyłonił się mężczyzna.

Wyglądał na trzydzieści parę, choć włosy miał dość przerzedzone. Miał na sobie nylonową koszulę i okulary przeciwsłoneczne, machał do nas rękoma, byśmy się domyślili, że chce z nami rozmawiać.

Popatrzyliśmy na siebie i wyszliśmy na ląd.

– Lundberg – przedstawił się, kiedy do niego podeszliśmy. – Rogga Lundberg. Szukam Henry’ego Wassmana.

Powiedziałem, jak się nazywam, i poinformowałem, że Henry’ego nie ma w domu. I że bardzo długo go nie będzie.

– Aha – odparł Rogga Lundberg. – Jesteś jego młodszym bratem, zgadza się?

Nie podobał mi się. Od pierwszej chwili czułem, że Rogga Lundberg to nieprzyjaciel i że lepiej pozbyć się go jak najprędzej. Może to te okulary przeciwsłoneczne demaskowały jego zły charakter. Mimo że dzień był zamglony, nie kwapił się, by je zdjąć.

Bez wahania potwierdziłem, że jestem bratem Henry’ego.

– Siądźmy i pogadajmy – powiedział Rogga Lundberg. – Znam Henry’ego, fajnie poznać jego brata. Jak się nazywa twój kolega?

– Edmund – Edmund sam się przedstawił.

Niechętnie usadowiliśmy się wokół drewnianego stołu. Rogga zapalił papierosa.

– Pracowałem trochę z Henrym – rzekł po chwili. – W „Kurrenie”. Też jako freelancer.

Słowo „freelancer” straciło nagle część swojego blasku.

– Miały tu miejsce pewne wydarzenia. – Wskazał znacząco na las i parking. Edmund i ja nie daliśmy nic po sobie poznać. – Nie codziennie dochodzi do morderstwa w naszej okolicy. Pewnie się domyślacie, że piszę o tym. Jednemu płacz, drugiemu wesele. Pewnie czytujecie „Kurrena”?

– Nic nam nie wiadomo na ten temat – powiedziałem.

– Traf chciał, że mieszkamy nieopodal – wtrącił Edmund.

– Naprawdę? – powiedział Rogga Lundberg, a przez jego twarz przemknął uśmiech. – A mnie się wydaje, że Henry coś tam mimo wszystko wie.

– Co przez to rozumiesz? – spytałem.

Nie odpowiedział od razu. Założył ręce za głowę i z powrotem oparł się o krzesło, jakby się chciał opalać w tych swoich przeklętych okularach przeciwsłonecznych. Mimo zachmurzonego nieba. Zaciągnął się dwa razy, nie wypuszczając dymu.

– A kiedy wróci?

– Późno – odpowiedziałem i nagle przypomniałem sobie rozmowę z Armatą Albertssonem sprzed niemal tygodnia. Ta mi ją bardzo przypominała. Była tak nieprzyjemna, że aż mi ciarki przeszły po plecach.

– Możliwe, że nie zjawi się przed nocą.

– Brat często prowadzi takie nocne życie?

Nie odpowiedziałem. Edmund zdjął okulary przeciwsłoneczne i zaczął drapać się po nosie. Wiedziałem, że była to oznaka nerwowości.

– Słuchajcie, co wam teraz powiem – powiedział o wiele poważniejszym tonem Rogga Lundberg. – Warto, byście wiedzieli, w jaki sposób rozumuje policja. A przynajmniej żeby to Henry wiedział. Dlatego chciałem z nim pogadać.

– Doprawdy? – powiedziałem.

Wyrzucił za siebie niedopałek.

– Nie ma w tym nic niezwykłego – powiedział. – Takie rezolutne głowy jak wasze nie powinny mieć problemu z utrafieniem w sedno. Przynajmniej jeśli skojarzycie pewne fakty.

Nie odpowiedzieliśmy.

– Armata Albertsson został znaleziony wyżej, na parkingu. Nie było tak? W ubiegłym tygodniu w nocy ze środy na czwartek?

Przytaknąłem niechętnie.

– Ktoś uderzył go w momencie, gdy chciał wyjść z samochodu. A zatem pierwszym wnioskiem wysuniętym przez policję będzie to, że zamierzał tam zaparkować. Czy możecie mi wyjaśnić, po co?

– Nie musicie odpowiadać – ciągnął dalej Rogga Lundberg, gdy ani Edmund, ani ja nie przejawialiśmy chęci, by coś powiedzieć. – To oczywiste. Musi być jakiś konkretny powód, żeby chcieć tam zaparkować. Albo przyjechał do Ludinów, albo do was… Albo – albo, innej możliwości nie widzę. Uważacie inaczej?

– Może się tam zatrzymał, bo chciał się załatwić – powiedział Edmund.

– A tam akurat stał jakiś szaleniec – dodałem.

Lundberga te uwagi nie przekonały.

– Mogę was zapewnić, że policja od razu przyjęła hipotezę, że Armata zajechał do was albo do Lundinów… – kiwnął nieco nonszalancko głową w stronę zabudowań Lundinów. – I że znalazł się ktoś, kto stanął mu na przeszkodzie w dotarciu do nich. Albo do was. A kto to był… Hmmm?

Znak zapytania, który nastąpił po „hmmm”, słychać było wyjątkowo wyraźnie, jednak nie kwapiliśmy się z odpowiedzią. Ani ja, ani Edmund.

– Policja oczywiście zajęła się najpierw Lundinami, wiadomo, do świętych nie należą. Ale niestety niczego nie wykryli. Nie znaleźli niczego, co by świadczyło, że tamci mogą być w to wszystko zamieszani.

– A skąd ty m… m… możesz to wiedzieć? – spytał Edmund. – T… t… ty jakieś bzdury wygadujesz.

Po raz pierwszy słyszałem Edmunda jąkającego się. Rogga Lundberg o mało nie wyszedł z siebie, ale zaraz się opanował. Potem wydał z siebie jakiś pogardliwy dźwięk i wyjął kolejnego papierosa.

– Właśnie o tym muszę porozmawiać z Henrym – powiedział. – Szkoda, że nie ma go w domu. Niedobrze dla niego, że nie możemy teraz pogadać.

RAK – TREBLINKA – MIŁOŚĆ – PIEPRZENIE SIĘ – ŚMIERĆ – po raz pierwszy od dłuższego czasu przeszło mi przez myśl.

– Będę rad, gdy go ode mnie pozdrowicie. Powiedzcie mu, że tu byłem, i przekażcie, co wam mówiłem. Możecie mu też powiedzieć, że coś niecoś wiem na temat jego romansów z kobietami. A szczególnie z jedną. Na pewno się domyśli.

Podniósł się i zapalił papierosa. Stał niewzruszony i spoglądał na nas przez chwilę spod tych ciemnych okularów. Potem wzruszył ramionami i poszedł.

Siedzieliśmy jakąś dłuższą chwilę, starając się o nim zapomnieć. Ale nie bardzo nam to wychodziło.

***

Prawdopodobnie tamta rozmowa z Roggą Lundbergiem sprawiła, że postanowiliśmy już w środę rozwiązać problem Ewy Kaludis.

Kiedy wstaliśmy, Henry jeszcze spał. Nie słychać było w nocy, kiedy wrócił. Zanim wyszliśmy, zdążyłem zostawić informację w kuchni na stole, że był tu ktoś, kto go szukał.

Więcej wolałem nie pisać. Pomyślałem, że rozsądniej będzie, jak mu wszystko opowiemy po powrocie.

Tego dnia było ciepło, ale wietrznie. Wyruszyliśmy rowerami wczesnym rankiem, ale mniej więcej między Sjölycke a Åsbro Edmund złapał gumę. Byliśmy zmuszeni pójść do ludzi i spędzić godzinę na podwórku Laxmanów z wiadrem wody, łatkami i klejem kauczukowym. Britt Laxman nie było akurat w domu. Jakoś nie rozpaczaliśmy z tego powodu. Wreszcie nastała chwila, kiedy dętka znów nie przepuszczała powietrza.

To, że jechaliśmy pod wiatr, spowodowało, że do miasta dojechaliśmy dopiero około drugiej. Od Laxmanow zadzwoniliśmy do mojego ojca – nawiasem mówiąc, nie był jeszcze w szpitalu, choć mijał drugi tydzień jego trzytygodniowego urlopu – oznajmiając, że zajdziemy do niego na Sportową.

Kiedy przyszliśmy, właśnie zaczynał przyrządzać mielone z cebulą.

Jak zwykle męczył się w kuchni, jednak to, co przyrządził, zjedliśmy z dużym apetytem, co go zresztą bardzo ucieszyło.

– Dobra, chłopaki. Wkładajcie w siebie tyle, byście pękli z przejedzenia, nigdy nie wiadomo, kiedy się zje następnym razem.

– Święte słowa – powiedział Edmund.

– Czy tam się już trochę uspokoiło? – zapytał ojciec.

Pokiwaliśmy twierdząco głowami. Pomyślałem sobie, że gdybyśmy choć trochę wspomnieli o Henrym i Ewie Kaludis albo o Lundbergu, to z mety zamknąłby nas na klucz, a o powrocie do Genezaret moglibyśmy zapomnieć. Było mi trochę głupio, że nie podzieliliśmy się z nim tymi wszystkimi informacjami, miałem jednak nadzieję, że już niedługo będzie go można we wszystko wtajemniczyć.

Tylko nie bardzo wiedziałem jak.

– Dobrze, że chociaż macie siebie nawzajem, chłopaki – powiedział ojciec.

– Nieszczęście dzielone na pół to tylko połowa nieszczęścia – oświadczył Edmund.

Na deser dostaliśmy mus z rabarbaru. Ojciec spytał się, czy nie poszedłbym z nim do matki. Wyjaśniłem mu, że czeka nas jeszcze parę spraw do załatwienia.

Jakoś go to przekonało. Z domu wyszliśmy wszyscy razem.

Ojciec wsiadł do autobusu jadącego do Örebro, a my pojechaliśmy do narzeczonej zamordowanej gwiazdy piłki ręcznej.

Choć najpierw biliśmy się z myślami przez dwie godziny.

Pierwszą spędziliśmy w betonowej rurze, wypalając cztery ritze, które kupiliśmy w kiosku na stacji w Hallsbergu.

Drugą przesiedzieliśmy na ławce w parku obok remizy strażackiej pięćdziesiąt metrów od żółtej ceglanej willi stojącej przy ulicy Hamberga.

Na początku nie bardzo wiedzieliśmy, o czym mamy z Ewą Kaludis rozmawiać. Im bliżej było do chwili, w której mieliśmy stanąć z nią twarzą w twarz, tym coraz bardziej miękły nam kolana. Mimo że przed sobą nie chcieliśmy się do tego przyznawać, zauważyłem, że Edmund był co najmniej równie zdenerwowany jak ja.

Bo przecież Ewa Kaludis mogła mieć z tym coś wspólnego. Wiedziała o pewnych sprawach, o których istnieniu lepiej byłoby nam, jej czternastoletnim adoratorom, nie wiedzieć.

Z drugiej strony mogło być tak, że potrzebowała naszej pomocy. Dlatego zdecydowaliśmy, że będzie to dżentelmeńska odsiecz. Gdy się uważnie przyjrzeć, nie było nic, co by świadczyło, że po zabójstwie kontaktowała się z moim bratem – do takich przynajmniej wniosków obaj doszliśmy, roztrząsając całą tę sprawę na wszystkie możliwe sposoby.

Jednak obaj nie doszliśmy do wniosków ostatecznych.

Z trzeciej strony, i to dodawało nam nieco odwagi, istniało duże prawdopodobieństwo, że mogło jej w ogóle nie być w domu. Wtedy, zachowując godność, mogliśmy udać się z powrotem do Genezaret, nie wykonawszy zadania.

W każdym razie, kiedy zegar na wieży kościoła Emanuela wybił wpół do szóstej, Edmund wziął głęboki wdech.

– Tylko nie to, do diabła! – powiedział. – Idziemy zadzwonić do drzwi.

Tak też zrobiliśmy.

Rozdział 18

– Erik, Edmund! – zawołała Ewa Kaludis. – Jak dobrze, że jesteście. To było… a zresztą, sama nie wiem.

Nie docierało jeszcze do nas, że byliśmy w domu Ewy Kaludis. W tej wypasionej na błysk ceglanej willi, w której mieszkała. Ona i Armata Berra, no tak, Armata Berra już tam nie mieszkał, mimo to czuło się wyraźnie jego obecność. Na niektórych ścianach wisiały oprawione dyplomy, a na ogromnym regale w pokoju dziennym wystawiona była większość pucharów i proporców, dowód, że był wybitnym sportowcem. Najważniejsza rzecz znajdowała się nad telewizorem. Bardzo duże zdjęcie, na którym Armata Albertsson ściska dłoń Ingemarowi Johanssonowi. Obaj w krawatach, pozują do zdjęcia z uśmiechem zdradzającym obycie towarzyskie. Widać wyraźnie, że nie są to tylko kumple podający sobie grabę. Zrobiło mi się niedobrze od tego widoku, szumiało mi w głowie.

A poza tym już na pierwszy rzut oka było widać, że Ewę bardzo ucieszyła nasza wizyta. Tak jakby na nią czekała. Gdy już obejrzeliśmy wszystkie puchary, zaprowadziła nas na tył domu, gdzie na powietrzu rozstawiony był stół i cztery krzesła. Zaproponowała, byśmy usiedli, i spytała, czy nie mamy ochoty na sok i kawałek ciasta.

Przystaliśmy na tę propozycję, więc z powrotem weszła do środka.

– Ale chałupa! – skomentował Edmund.

– Hm – mruknąłem.

– Widziałeś Ingo?

Skinąłem głową. Siedzieliśmy w ciszy, wciskając się w nagrzane słońcem oparcia z pachnącego, ciemnego drewna, i staraliśmy się dopasować do otoczenia. Nie było to wcale takie proste. U nikogo z mojej klasy, u kogo byłem z wizytą, nie było tak jak tutaj. Na pewno. Więc czuliśmy z Edmundem coraz większy ścisk w żołądkach w oczekiwaniu na jej przyjście i czuliśmy się tacy mali. Ostrożnie zajrzałem przez okno balkonowe. To, co było w środku, wyglądało osobliwie. Duża przestrzeń podłogi bez mebli. Zupełnie bez sensu. Szklany stolik. Drzewko w glinianej donicy. Dziwny obraz przedstawiający czerwone i białe trójkąty i koła. Naprawdę, wszystko jakieś cholernie osobliwe.

I nowe. Jakby tydzień temu zostało przywiezione z fabryki mebli. Spojrzałem na Edmunda i przyszło mi do głowy, że chyba myśli podobnie. Tu wszystko było jakieś inne. Tak jakby Armata i Ewa Kaludis należeli do innego sortu ludzi i poczułem, że zaczynam tracić rezon.

Tak jakby granica dzieląca mnie od Ewy nagle znów była nie do przejścia, pomyślałem sobie.

Tak jakby kiedyś była do przejścia.

Nie bardzo wiedziałem, o co mi chodzi, myśli przylatywały i odlatywały. Chciałem coś powiedzieć, ale ugryzłem się w język i zrozumiałem, że siedzenie tutaj i koncentrowanie się na takich głupich myślach jest egocentryczne i żałosne. Zwłaszcza w obecnej sytuacji.

Wróciła Ewa, niosąc tacę z dzbanem, szklankami oraz talerzykiem z ciastem czekoladowym.

– Jak dobrze, że przyszliście – powtórzyła raz jeszcze i usiadła naprzeciwko nas. – Tak bardzo się martwiłam… nie wiedziałam, co… powinnam zrobić.

Wciąż miała na twarzy ślady pięści. Wokół oka najwięcej było koloru żółtego, ale też trochę niebieskiego. Dolna warga wciąż wyglądała na spuchniętą, no i widać było szramę.

– Chcieliśmy… – zaczął Edmund. – Chcieliśmy tylko… wpaść na moment, skoro już jesteśmy w mieście.

– I sprawdzić, co tam u ciebie – dodałem.

Ewa wlała nam żółtego soku.

– To jest… zupełnie tego nie rozumiem – powiedziała.

Zastanawiałem się, czego nie rozumiała, ale się nie odezwałem.

– Chcemy złożyć wyrazy współczucia – powiedział Edmund.

Ewa spojrzała na Edmunda zaskoczona, jakby nie bardzo rozumiała, co miał na myśli.

– Współczucia? – powtórzyła za Edmundem. – Tak, oczywiście.

Wyciągnąłem rękę po kawałek ciasta. Zastanawiałem się, czy sama je upiekła. A jeśli tak, to czy zrobiła je przed czy po morderstwie. Było całkiem świeże, lecz możliwe, że mieli zamrażarkę, więc tak naprawdę nie wiadomo.

– Widziałaś się może ostatnio z Henrym? – spytałem.

Pokręciła przecząco głową.

– Nie od… nie po tym jak…

– Ach tak? – powiedział Edmund. – Może to i dobrze.

Ewa westchnęła głęboko i po raz pierwszy dotarło do mnie, jak bardzo była zdenerwowana. Kiedy się jej uważniej przyjrzałem, zauważyłem, że oprócz tych żółtych i niebieskich plam na twarzy miała też mocno przekrwione oczy. Pomyślałem, że musiała dużo płakać. I to prawdopodobnie niedawno.

– Czy Henry wie? – spytała. – Czy Henry wie, że tu jesteście?

– Skądże – odpowiedzieliśmy z Edmundem jednocześnie.

– Hm – mruknęła pod nosem Ewa Kaludis, a mnie było ciężko rozstrzygnąć, czy to dobrze, czy źle, że to nie Henry nas tu przysłał.

Może liczyła, że mieliśmy jakąś wiadomość od niego, a może i nie. Przez dłuższą chwilę jedliśmy ciasto i piliśmy sok.

– Nie układało się między nami – powiedziała nagle. – Między mną a Armatą. Pewnie to wam nie daje spokoju.

– Może trochę – rzekł Edmund.

Nie odezwałem się. Za to zasznurowałem sobie but.

– Pewnie i tak nie udałoby się nam uratować tego związku, ale przecież nie musiało się to kończyć w ten sposób. Bardzo mi szkoda Henry’ego, to wszystko moja wina. Gdybym tylko wiedziała… nigdy nie przypuszczałam, nawet w najczarniejszych myślach…

– Człowiek tak niewiele wie – powiedziałem.

– Jeden Bóg wie, co kogo czeka – dodał Edmund.

– Nie mogę tego pojąć, że nie zauważyłam, jaki Bertil był naprawdę, zanim było za późno – ciągnęła dalej Ewa. – Że od razu nie uświadomiłam sobie, że to był błąd. Że zanim poznałam twojego brata, nie pomyślałam, w jakim tkwię bagnie. Boże jedyny, gdyby tak można było odwrócić bieg wydarzeń. – Przestała przez chwilę mówić, zamiast tego dotykała palcami swojej spuchniętej wargi. – A mimo to kochałam go kiedyś. Gdyby tylko można było ten jeden jedyny raz cofnąć wskazówki zegara.

Docierało do mnie, że teraz bardziej rozmawia ze sobą niż z nami. Jej słowa nie były przeznaczone dla uszu czternastoletnich chłopaków, dało się to zauważyć, i kiedy właśnie o tym pomyślałem, poczułem, że trochę żal mi było tego Armaty Albertssona. Że stał między tym dwojgiem.

Abstrahując od tego, że już nie żył.

Bo co to za przyjemność, najpierw być kochanym przez taką kobietę jak Ewa Kaludis, by potem budząc się któregoś ranka, odkryć, że już tak nie jest.

Mimo że ta myśl zaprzątała mi głowę tylko przez sekundę, to jednak uświadomiłem sobie, że była jedną z niewielu istotnych myśli, które ostatnio mi się nasunęły.

Jedną z tych, które nie dają spokoju.

Czy lepiej być kochanym, a potem odrzuconym, czy lepiej w ogóle nie narażać się na takie sytuacje?

Sytuacja patowa, tak to się, o ile pamiętam, nazywa.

– Zupełnie nie wiem, co robić – powiedziała Ewa Kaludis. – Przepraszam, że tak rozmawiam z wami, nie jestem do końca sobą.

– Rozumiemy – odparł Edmund. – Czasem tak jest, że człowiek tkwi po uszy w bagnie i nie wie, jak z niego wyjść.

Ewa nic nie powiedziała. Odchrząknąłem, zbierając się na odwagę, by o coś zapytać.

– Byłaś tam wtedy?

Wzięła głęboki wdech i popatrzyła na mnie.

– W Genezaret – sprecyzowałem.

Zdążyła jeszcze spojrzeć na Edmunda, nim odpowiedziała.

– Tak – odparła. – Byłam tam.

– Policja o tym wie? – spytałem.

Odchyliła się nieco na krześle i splotła dłonie na kolanie.

– Nie – powiedziała. – Policja nie wie, że ja i Henry…

– Dobrze – odezwał się Edmund.

– Tak mi się przynajmniej wydaje – dodała Ewa. – Ale wy musicie go ode mnie pozdrowić, zrobicie to, prawda? Pozdrowicie Henry’ego?

– Oczywiście, że tak – zapewniłem. – Ale co mamy mu powiedzieć?

Przez chwilę się zastanawiała.

– Powiedzcie mu – odrzekła. – Powiedzcie mu, że wszystko będzie dobrze, żeby się o mnie nie martwił.

Według mnie te słowa nijak się miały do tego, w jakim była stanie, mimo to zakodowałem je w pamięci.

Słowo po słowie. Wiadomość od niej dla Henry’ego, mojego brata.

Wszystko będzie dobrze. Masz się nie martwić o Ewę Kaludis.

***

Zanim poszliśmy, przytuliła nas. Jej barki i ramiona były gorące od słońca. Zdobyłem się na odwagę i też mocno ją objąłem. Głęboko wciągnąłem zapach jej skóry, a w mojej głowie pojawił się obłok z Ewy Kaludis. To było absolutnie fantastyczne uczucie. Obłok krążył w mojej głowie i wypełniał mnie tak, że przez kilka godzin i Potworność, i RAK – TREBLINKA, i wszystkie pozostałe przykre sprawy trzymały się z dala ode mnie.

Nim zdążyliśmy minąć posesję Lundinów, obłok znikł i od razu poczułem zimną pustkę w żołądku.

Jakby pięść z lodu.

Więc może, pomyślałem sobie, może lepiej przestać wciągać Ewę Kaludis.

Może lepiej jest siedzieć całe życie na kiblu, na nic się nie narażając. Zrozumiałem też, że teoria Edmunda o duszy, która przemieszcza się po ciele, nie była taka głupia. Łatwo ją było znaleźć, wystarczyło tylko być na nią wyczulonym i mocniej wyostrzyć zmysły.

Właśnie teraz, na tej wyboistej i popękanej żwirowej drodze między Åsbro a Sjölycke, usadowiła się w moim sercu.

Pomyślałem, że zazwyczaj pojawiała się po prostu tam, gdzie akurat najbardziej boli. Nie wiadomo, dlaczego.

***

Gdy wróciliśmy do Genezaret, Henry’ego jeszcze nie było. W zasadzie to dobrze, pomyślałem. Wiedziałem, że muszę z nim poważnie porozmawiać o tym, co powiedział Rogga Lundberg, i o naszej wizycie u Ewy, ale w tej chwili – tkwiąc w martwej pustce, jaką pozostawił po sobie obłok jej zapachu – straciłem wiarę, że jestem w stanie temu podołać.

Edmund też nie był szczególnie ożywiony. Zjedliśmy parę nędznych parówek z chlebem, bez musztardy, bo właśnie się skończyła, poskakaliśmy trochę z pomostu i poszliśmy do łóżek.

– Co za bezsens – oświadczył Edmund, kiedy zgasiliśmy światło. – Pomyśleć, że w samym środku lata wszystko tak się mogło schrzanić.

– Prześpijmy się z tym – powiedziałem.

Rozdział 19

– Płyniemy łodzią – powiedział mój brat. Tak też zrobiliśmy.

Henry wiosłował, ja tylko siedziałem. Tego dnia również świeciło słońce i wiał silny wiatr; obraliśmy kurs częściowo pod fale na Wyspę Mewich Gówien. Henry od czasu do czasu przestawał uderzać wiosłami i wtedy zdałem sobie sprawę, że właściwie jestem dużo lepszym wioślarzem od niego. Wiosłując, uparcie palił papierosa, co oczywiście też było sporym utrudnieniem. Gdy byliśmy już kilkaset metrów od wyspy, wyjął z wody wiosła i zdjął podkoszulek.

– Musimy porozmawiać – powiedział.

– Wiem – odpowiedziałem. – To na pewno.

– Nie wiedziałem, że to wszystko się tak potoczy.

– Ani ja.

Zapalił dwie sztuki lucky strike’ów i podał mi jedną.

– Jak już powiedziałem, nie miałem pojęcia.

Pokiwałem głową na znak, że go rozumiem.

– Co chciał Rogga Lundberg?

Opowiedziałem o mojej rozmowie z Roggą Lundbergiem, a kiedy tak mówiłem, Henry przejeżdżał ręką po swojej szczecinie, przybierając coraz bardziej ponurą minę.

Kiedy skończyłem mówić, siedział cicho przez pół minuty i wpatrywał się w Wieprzową Skałkę, w której stronę nas powoli znosiło.

– Myślisz, że chciał mnie przestraszyć? – spytał.

Zastanawiałem się.

– Tak – powiedziałem. – Tak właśnie myślę. Wydaje mi się, że chce cię jakoś wykorzystać.

– Dobra robota – powiedział Henry. – Dobra robota, brat. Umiesz rozszyfrowywać ludzi. Nieźle, jak na twój wiek, większość ludzi nigdy się tego nie nauczy. Rogga Lundberg to gnojek. Zawsze nim był.

– Jak Berra Albertsson?

Henry się zaśmiał.

– Nie do końca. W innym sensie. Istnieje wiele odmian gnojka, chodzi o to, by wiedzieć, z jakim ma się do czynienia.

Pokiwałem potakująco głową. Henry znów siedział cicho. Wychyliłem się z łódki i złapałem ręką falę. Opłukałem sobie twarz. Henry spojrzał na mnie i zrobił to samo. Niby nic takiego, a jednak czułem się dużo bardziej równorzędnym partnerem dla niego niż kiedykolwiek. Odchrząknąłem i spojrzałem w dal. Wiedziałem, że się czerwienię.

Henry stukał palcami w kolana.

– Czy chcesz mi coś jeszcze powiedzieć? – zapytał.

– Wczoraj byliśmy u Ewy.

Przez moment wydawał się tym zaskoczony.

– Naprawdę?

– Mieliśmy ci powiedzieć.

Uniósł pytająco brew.

– Mieliśmy ci powiedzieć, że wszystko będzie dobrze i żebyś się nią nie przejmował.

Henry pokiwał głową i zatopił się na moment w myślach. Potem odchrząknął i splunął do wody.

– W porządku – powiedział. – To miłe, że ją odwiedziliście.

Zastanawiałem się, czy nie powiedzieć, że sprawiała wrażenie zdenerwowanej, lecz postanowiłem, że nie wspomnę o tym, jeśli sam nie zapyta. Po co jeszcze dolewać oliwy do ognia, pomyślałem. Nie ma co martwić się na zapas.

– Tak, to rozstrzyga sprawę – powiedział Henry po kolejnej chwili milczenia.

– Co masz na myśli? – spytałem.

– Rogga Lundberg – odpowiedział Henry. – Jeśli Rogga Lundberg wie, że coś mnie łączyło z Ewą, to pewnie niedługo zainteresuje się tym policja.

– Właśnie to chciałem ci zasugerować – powiedziałem, bo rzeczywiście miałem taki zamiar.

– Z jakiej racji mój los ma być w rękach takich typów. Pamiętaj o tym, brat. Jeśli trzeba wyjawić prawdę, należy to zrobić. Nie ma drogi na skróty, trzeba to uczynić. Wiesz, gdzie byłem wczoraj?

Pokiwałem przecząco głową.

– Nie.

– Na policji. – Znów wydał z siebie ten krótki, ale głośny śmiech. – Całe popołudnie siedziałem na komisariacie w Örebro w towarzystwie śledczego Lindströma i dwóch innych komisarzy. Nie byli do końca zgodni, czy mnie tam zostawić, czy wypuścić, w końcu Lindström zadecydował, że mogę pójść. Ale mam zakaz opuszczania miejsca pobytu.

– A co to takiego?

Henry wzruszył ramionami.

– Nie mogę stąd nigdzie wyjeżdżać, muszę być w pobliżu… tak, jednak dobrze, że powiedziałem im o Ewie.

Zastanawiałem się.

– Zanim dowiedzą się o tym z innego źródła – powiedziałem.

– Właśnie – przytaknął Henry i jeszcze raz obmył twarz wodą.

– Zanim ten czy inny gnój poczuje się katem. Zastanawiam się, czy ta świnia była u Ewy.

– Nic nie mówił – powiedziałem.

– No to chyba nie – odparł Henry. – Miejmy nadzieję, że nie zdążył tego zrobić.

Ponownie chwycił za wiosła. Usłyszeliśmy nad sobą rechot mew. Henry zaczął im wygrażać, potem spojrzał na mnie poważnym wzrokiem i zaczął wiosłować.

– Nie chciałem o tym rozmawiać – powiedział. – I wiem, że ty też nie. Ale zostaliśmy do tego zmuszeni. Myślisz, że teraz obaj wiemy, na czym stoimy?

– Myślę, że tak – odrzekłem.

Nim odjechał, dał mnie i Edmundowi siedemdziesiąt koron na zakupy. W związku z całą tą sytuacją spiżarka była opróżniona do ostatka, pozostało mi więc zaopatrzyć nas w zapas żywności. Zresztą nie było pewności, czy policja ponownie pozwoli Henry’emu wrócić do Genezaret – o ile jeszcze wczoraj można było się zastanawiać, to na pewno nie teraz, kiedy przyznał się, że kolaborował z narzeczoną ofiary.

To jak w odcinku o Perrym Masonie, tu byliśmy z Edmundem jednomyślni, po tym, jak mu opowiedziałem o swojej rozmowie z Henrym.

Pomijając fakt, że brakowało samego Perry’go.

Tego dnia wzięliśmy rowery. Nakupowaliśmy u Laxmanow tyle, że nawet jedno öre nie zostało nam w kieszeni. W drodze powrotnej Edmund opowiedział mi trochę o swoim prawdziwym ojcu.

O tym, że płakał.

– Płakał? – zdziwiłem się. – Jak to płakał?

– Kiedy bił – wyjaśnił Edmund. – Albo później. Kiedy już było po wszystkim. W każdym razie zdarzyło się to nie raz.

– A dlaczego płakał?

– Nie wiem – powiedział Edmund. – Do tej pory tego nie rozumiem. Siadał na łóżku i skamlał, że sprawiało mu to większy ból niż mnie, i że zrozumiem to dopiero, gdy będę starszy.

– A co niby miałeś zrozumieć?

Edmund wzruszył ramionami, tak że niemal stracił panowanie nad rowerem. Zajął się opanowywaniem sytuacji. Gdy już to zrobił, powiedział:

– Cholera, nie wiem, dlaczego wyżywał się na mnie. Może był jakiś powód, że to robił, a ja byłem za mały, by to zrozumieć… to, że bił mnie, w pewnym sensie, wbrew własnej woli. Tak jakby coś go przymuszało, a on nie mógł się temu przeciwstawić…

Przez chwilę pedałowaliśmy w ciszy.

– Strasznie to do cholery dziwne – powiedziałem. – Najpierw bić, by potem skomleć, że się to zrobiło.

– On był chory – rzekł Edmund. – Nie da się tego inaczej wytłumaczyć. Chory na umyśle, po którym łaziły larwy, stopniowo go wyjadając.

– O, kurde! – powiedziałem. – Nie wierzę.

Choć w głębi – w jakimś jeszcze nierozwiniętym zwoju mojej czternastoletniej kory mózgowej – wierzyłem, że tacy ludzie naprawdę istnieją. Którzy płaczą ze względu na to, co zrobili, i nad tymi, którym to zrobili.

Niezbyt zachęcające. Kłóciło się to z tym, o czym mówił Henry.

Jeśli trzeba wyjawić prawdę, należy to zrobić.

Nie, nie miałem żadnej ochoty, by zaprzątać sobie głowę kimś takim jak ojciec Edmunda. Jak już powiedziałem, zadecydowałem o tym dawno temu. RAK – TREBLINKA – MIŁOŚĆ – PIEPRZENIE SIĘ – ŚMIERĆ.

No further questions.

Rozdział 20

Mój brat Henry został osadzony w areszcie z podejrzeniem o zabicie Bertila Armaty Albertssona w czwartek siedemnastego lipca. Pisały o tym piątkowe gazety.

Również w piątek raz jeszcze odwiedził mnie i Edmunda komisarz śledczy Verner Lindström. Przyjechał już o dziesiątej rano, mając ze sobą egzemplarz „Gazety Regionalnej”. Najpierw dał się nam zapoznać z tym, co napisali, potem znów zaczął nas przesłuchiwać.

Nie pisali Henry, tylko na przemian aresztowany albo podejrzany. Nawet słowem nie wspomnieli, że sam się zgłosił na policję.

Ani też o tym, co nasunęło podejrzenia. Napisali tylko, że podejrzany miał coś wspólnego z ofiarą. Aresztowanie to rezultat pieczołowitego i uwieńczonego sukcesem śledztwa, choć do tej pory młody człowiek się nie przyznał, oświadczył śledczy Lindström w trakcie konferencji prasowej w czwartek wieczorem.

I to było wszystko.

– Uzyskaliśmy parę nieprawdziwych informacji odnośnie do całego zdarzenia – powiedział Lindström, kiedy już skończyliśmy czytać. – Między innymi od was dwóch. Tym razem chcę poznać całą prawdę, moi panowie. Całą.

Jego głos brzmiał o wiele bardziej szorstko niż przedtem. Przypominał papier ścierny czy coś takiego. Edmund złożył gazetę i położył ją z powrotem na stole.

–  And nothing but the truth – powiedział.

– Możesz sobie na moment odejść – powiedział Lindström. – Bądź jednak w pobliżu. A tak na przyszłość, mów w swoim ojczystym języku.

Edmund lekko poczerwieniał i zostawił nas samych w kuchni.

Lindström wyciągnął fiolkę z bronzolem, ale jej nie otworzył. Położył ją tylko przed sobą na stole, tocząc do przodu i do tyłu palcami prawej ręki: wskazującym i serdecznym. Najwyraźniej tym razem nie potrzebował zeszytu, nie wiedziałem, jak mam to rozumieć.

Nie wiedziałem też, jak mam interpretować tę ciszę, którą jakby wydmuchiwał ze swoich włochatych nozdrzy, przypatrując mi się z mniejszej niż metr odległości. Był jak zimna lampa kwarcowa, patrzyłem to na fiolkę z bronzolem, to na swoje ręce na kolanach.

– Ty i twój brat – zaczął wreszcie.

– Tak?

– Jakie są stosunki między wami?

– Dobre – odparłem.

– Jest dużo starszy od ciebie.

Nie potraktowałem tego jako pytanie i nic nie powiedziałem.

– O ile starszy?

– O jakieś osiem lat.

– Możesz przysiąc, że dobrze go znasz?

– Oczywiście – powiedziałem.

– Że wiesz, co robi i tak dalej?

– Tak.

– A czym się zajmuje?

– Jest dziennikarzem. Pracuje jako freelancer. Choć wziął sobie wolne na lato, żeby napisać książkę.

– Książkę?

– Dokładnie.

– A co to za książka?

– Powieść – wyjaśniłem. – O życiu.

– Życiu?

– Tak, o życiu.

Lindström postukał fiolką w stół, ale jej nie otwierał.

– A jak u niego z dziewczynami?

Wzruszyłem ramionami bez jakiejś większej ekscytacji.

– Podejrzewam, że chyba dobrze.

– Kim jest Emmy Kaskel?

– Emmy? To jego była narzeczona.

– Czyli już nie są razem?

– Nie.

– A z kim teraz chodzi?

Spojrzałem na jego muchę w niebieskie kropki. Zastanawiałem się, czy dostał ją od żony pod choinkę. Zastanawiałem się, czy w ogóle ma żonę.

– Wydaje mi się, że z nikim.

– Czyżby?

Nie odpowiedziałem.

– W takim razie, jakie miejsce zajmuje w tym wszystkim Ewa Kaludis?

– Była u nas na zastępstwie w letnim semestrze – powiedziałem.

– Wiem, że była u was na zastępstwie – rzekł Lindström. – To już wiem. Teraz chcę się dowiedzieć, jaka była relacja między nią a Henrym.

– Wydaje mi się, że się znali – powiedziałem.

– Ach tak – odparł Lindström. – Wydaje ci się, że się znali. Jak to się stało, że nie powiedziałeś mi o tym ostatnim razem?

– Bo pan nie pytał – odpowiedziałem.

Zrobił chwilę przerwy, jeszcze raz wydychając ciszę. Przyglądał się palcom swojej lewej ręki, jakby sprawdzał, czy przypadkiem nie ma brudu pod paznokciami.

– Mówiłeś, że ile masz lat?

– Nic takiego nie mówiłem.

– No to powiedz teraz.

– Czternaście.

– Czternaście lat? Tylko czternaście lat i już uważasz, że musisz chronić brata, który ma dwadzieścia dwa?

– Wcale nie próbuję go chronić. Nie wiem, o co panu chodzi.

Lindström trochę się skrzywił.

– Dobrze wiesz, o co mi chodzi – powiedział. – Cały czas wiedziałeś, że Henry miał romans z Ewą Kaludis, i wydaje ci się, że jak nabierzesz wody w usta, to mu tym jakoś pomożesz.

– To nie tak – powiedziałem.

Lindström w ogóle nie słuchał. Teraz rozkręcił się na dobre i zaczął brać mnie w krzyżowy ogień pytań.

– Wydaje ci się, że tym milczeniem pomagasz Henry’emu – ciągnął. – Totalny błąd w myśleniu, kompletnie się pogubiłeś, tak jak i twój kompan. Henry powiedział nam wszystko, więc tylko mu to szkodzi, że jego młodszy brat próbuje nas wyprowadzić w pole.

– Mówiłem, że się znają.

Otworzył fiolkę i połknął dwie pastylki.

– Ile razy tu była?

Ponownie wzruszyłem ramionami.

– Kilka razy. Może ze trzy.

– O jakiej porze dnia?

– Nie pamiętam. Chyba były to wieczory.

– Noce?

– Możliwe.

– Teraz, w czerwcu?

Zastanawiałem się przez chwilę.

– Zdaje się, że tak.

Odchylił się do tyłu i spojrzał przez okno. Wyglądał na dość zmęczonego, przeszło mi nagle przez myśl. Pomyślałem, że może ostatnio nie spał za dobrze. W końcu miał niezły nawał pracy. Przez chwilę ssał tabletki, wreszcie podjął dalej:

– A zatem Ewa Kaludis na początku czerwca spędziła w tym domu dwie lub więcej nocy razem z twoim bratem. W tym punkcie się zgadzamy?

Przytaknąłem niepewnie.

– Wiedziałeś, że Ewa Kaludis była narzeczoną Bertila Albertssona?

– Tak.

– Nie wydaje ci się zatem dziwne, że spała tu z twoim bratem zamiast być ze swoim narzeczonym?

– Aż tak się nad tym nie zastanawiałem.

Sprawdził stan paznokci drugiej ręki.

– Dziewiętnasty czerwca – rzekł po chwili. – Opowiedz mi o dziewiętnastym czerwca.

– A jaki to był dzień? – spytałem.

– Środa, zeszły tydzień. Dzień poprzedzający noc, w trakcie której Bertil Albertsson został zamordowany.

Długo się zastanawiałem.

– Nie za bardzo pamiętam – powiedziałem. – Wydaje mi się, że nie różnił się szczególnie od innych.

– Za to dobrze go pamiętałeś, gdy ostatnim razem rozmawialiśmy.

– Naprawdę?

Uderzenie pięścią w stół było jak strzał z pistoletu. Wzdrygnąłem się i o mało nie spadłem z krzesła. W ostatniej sekundzie przytrzymałem się stołu, odzyskując równowagę.

– Dosyć tych bzdur – powiedział Lindström, jeszcze bardziej szorstkim głosem. – Wiadomo nam, że tamtego wieczoru Ewa Kaludis była u Henry’ego i że ty też o tym wiesz. Jeśli chcesz choć trochę pomóc swojemu bratu, musisz opowiedzieć, co się stało. Wszystko to, co dusisz w sobie. Tylko w ten sposób możesz mu pomóc.

Odczekałem chwilę, nim odpowiedziałem. Odliczyłem w kolejności od dziesięciu do zera, starając się nie patrzeć na Lindströma.

– Macie błędne informacje – powiedziałem w końcu. – Nie mam pojęcia, czy Ewa Kaludis była tu tamtego wieczoru. Obaj z Edmundem zasnęliśmy wcześnie, a ja nie obudziłem się ani razu tamtej nocy.

Śledczy Lindström włożył fiolkę bronzolu z powrotem do kieszeni. Zapiął wszystkie trzy guziki w marynarce i oparł się rękoma o blat stołu. Napotkałem jego wzrok. Trwało to przez pięć sekund. Stałem się starszy o dziesięć lat.

– Idź i przyprowadź tu swojego kumpla – powiedział. Kiedy przeszedłem po trawie dwa kroki, zmienił zdanie.

– Stój! – zawołał. – Sam pójdę po niego.

– Jak sobie śledczy życzy – odpowiedziałem i skierowałem się w stronę jeziora.

***

Edmund był najwyraźniej przybity, kiedy pół godziny później przyszedł i położył się obok mnie na pomoście.

– Pojechał już? – spytałem.

Edmund pokiwał głową, że tak.

– To jakiś koszmar – powiedział. – Oni chcą na dobre przyskrzynić twojego brata.

– Poradzi sobie – zapewniłem.

– Tak myślisz? – spytał Edmund.

– Henry zawsze spada jak kot na cztery łapy.

– Obyś miał rację – powiedział Edmund.

Przez chwilę leżeliśmy w milczeniu. Rano trochę się chmurzyło, lecz teraz przez chmury zaczęło przedzierać się słońce i robiło się coraz cieplej. Pomost kołysał się lekko w tę i z powrotem z pluskiem fal.

Zastanawiałem się, o co wypytywał Edmunda śledczy Lindström i co Edmund mu powiedział, ale nie miałem ochoty teraz o tym rozmawiać.

– Wybierzemy się na Wyspę Mewich Gówien? – zapytałem. – Skorzystamy z okazji?

Edmund usiadł i zaczął moczyć stopy w wodzie.

– Czemu nie? – odparł. – To jest myśl. Pewnie zaraz po nas przyjadą i stąd zabiorą, racja?

– Racja – odparłem. – Nim się obejrzymy.

Edmund westchnął i odlał się do jeziora.

– Ostatnia podróż łódką – powiedział. – To wszystko jest zbyt dołujące. To było cholernie bombowe lato.

– O tak – przytaknąłem. – To prawda.

***

Nasi ojcowie już na nas czekali, kiedy wiosłując, zbliżaliśmy się do brzegu. Stali tam ponad godzinę. Na trawie, spakowane i gotowe do drogi, leżały nasze rzeczy.

– Zabieramy was do miasta – powiedział ojciec. – Już zbyt wiele się wydarzyło.

Albin Wester nic nie powiedział. Wyglądał, jakby stracił cały majątek. Przebraliśmy się z Edmundem i dziesięć minut później opuściliśmy Genezaret. Tym razem ojciec pożyczył starego citroena od Bergamnów mieszkających dwa domy dalej na Sportowej. Samochód był zniszczony i zardzewiały i mimo że do miasta było tylko dwadzieścia pięć kilometrów, to stawaliśmy dwa razy, bo w chłodnicy zagotowała się woda.

– Szkoda, że nie wzięliśmy rowerów – powiedział Edmund.

– Później się je weźmie – odrzekł z wyraźną irytacją w głosie ojciec Edmunda. – Chyba dociera do was, że teraz mamy ważniejsze sprawy na głowie.

– Francuskie samochody nie są przystosowane do temperatur szwedzkiego lata – powiedział mój ojciec i oparzył się, dotykając osłony chłodnicy.

Rozdział 21

Dziwne były te tygodnie po aresztowaniu Henry’ego. Miało się wrażenie, jakby wydarzyło się, co tylko mogło się wydarzyć, i cały świat wywrócił się do góry nogami, a jednocześnie wszystko było dość bezbarwne.

Prawie codziennie jeździliśmy z ojcem Killerem do Örebro. Najpierw odwiedzaliśmy Henry’ego w areszcie, a potem matkę w szpitalu. Fakt, że ojciec prowadził teraz Killera, było najlepszym dowodem tego, że dotychczasowa równowaga została zachwiana. Ojciec nie był człowiekiem, do którego by cokolwiek szczególnie pasowało, a już na pewno nie, by siedzieć za kierownicą czarnego volkswagena. Kierowcą był raczej kiepskim, lecz tu, w Killerze, to już była po prostu katastrofa. Pamiętam, jak wtedy nieraz myślałem, że się roztrzaskamy. Że niewiele brakowało, by za chwilę zdarzył się wypadek. Jakby tego jeszcze brakowało.

A jednak za każdym razem uchodziliśmy cało. W drodze do Örebro przed południem i z powrotem wieczorem. W bladożółtej celi Henry’ego nie mieliśmy sobie wiele do powiedzenia, ja, ojciec i brat. Było tam łóżko przymocowane do ściany, mały stół, dwa krzesła oraz lampa. Henry zwykle leżał na łóżku, a my z ojcem siedzieliśmy na krzesłach. Ojciec miał zawsze „Kurrena” i paczkę lucky strike’ów, a Henry dziurę w skarpecie w okolicach dużego palca prawej nogi. Z czasem zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle zmienia skarpety, ale wolałem o to nie pytać.

– Wstyd, by tak traktować uczciwych ludzi – zwykł mawiać ojciec.

Albo:

– Jutro o tej porze będziesz już na wolności.

Henry rzadko kiedy zdobywał się na jakiś komentarz. Najczęściej, ledwo zdążyliśmy wyjść, od razu zabierał się do „Kurrena”, no i palił łapczywie, jakby od kilku dni nie miał papierosa w ustach.

Po odwiedzinach w areszcie udawaliśmy się do kawiarni. Do „Trzech Róż” albo „Młodej Pomony” na ulicy Rudebecksa. Ojciec brał kawę i bułkę z cynamonem, ja zamawiałem pommac z faworkami albo pommac z lukrowanym ciastkiem.

– Wziąłem trochę dodatkowego urlopu – mówił za każdym razem ojciec, gryząc bułkę. – Do czasu, aż wszystko się wyjaśni.

– To było ciężkie lato – zwykłem odpowiadać.

W szpitalu było jak zawsze, z dwoma małymi wyjątkami.

Stan zdrowia mamy bardzo się pogorszył. Ojciec siedział przy jej łóżku i płakał.

Kiedy już czułem, że też mi się zbiera na płacz, szedłem do toalety. To była naprawdę przyjemna toaleta, duża i przestronna. Ściany wyłożone były niewielkimi, nie do końca kwadratowymi kafelkami. Kiedy tak siedziałem ze spodniami i majtkami opuszczonymi do kostek, grałem sobie w myśli w kółko i krzyżyk. Bez rysowania krzyżyków i kółek, tylko kodując je w głowie. Potwornie trudna rzecz, tym bardziej że kafelki nie były do końca kwadratowe i nigdy nie udało mi się pokonać samego siebie.

– Sprawuj się dobrze, Eriku – mawiała matka, zanim wyszliśmy.

– Ma się rozumieć – obiecywałem.

– Nie wolno tracić odwagi – powiedziała kiedyś. – Ciężko ją w sobie odnaleźć, kiedy się ją raz utraci.

Przytaknęliśmy z ojcem.

Bo to była święta prawda.

Chyba była środa, kiedy ktoś kryjący się pod pseudonimem „R.L.” po raz pierwszy napisał w „Kurrenie” o zabójstwie Armaty Albertssona.

Nie wymienił imienia Henry’ego, za to napisał o Genezaret i Ewie Kaludis, a także o tym, że domniemany zabójca, który przebywa teraz w areszcie w Örebro, był kiedyś reporterem w pewnej gazecie. Pisał też, że motyw tej potwornej zbrodni nie był zbyt oryginalny, typowy przykład zazdrości o kobietę.

I niewątpliwie to tylko kwestia czasu, nim śledczy Lindström swymi wypróbowanymi sposobami sprawi, że aresztowany się złamie i przyzna do winy.

Przyzna się, że popełnił tę haniebną zbrodnię.

Czytając artykuł Lundberga, Henry co rusz wybuchał śmiechem i oboje z ojcem pomyśleliśmy, że może rzeczywiście coś było z nim nie tak.

Że może ta presja, którą na nim wywierano, powodowała, że zaczął się załamywać. I że niedługo się załamie, tak jak to przewidywał Rogga Lundberg.

– Jaka presja? – obruszył się Henry, kiedy ojciec z zatroskaną miną zapytał go o jego sytuację. – Mam brać do siebie wszystko, co ten skarlały kretyn pisze? Za kogo wy mnie, do cholery, macie? Myślałem, że jesteśmy rodziną.

Nie wiedziałem, co kryje się pod pojęciem „skarlały kretyn”, ale czułem pewną ulgę, słysząc, jak Henry wypowiada się w ten sposób.

Ojciec prawdopodobnie też, bo tego dnia w ogóle nie płakał w szpitalu, w drodze powrotnej zaś powiedział:

– Ten chłopak, Erik. Ten chłopak nie da się tak łatwo sprowadzić do parteru.

Po czym zaczął wyprzedzać, po raz pierwszy od pięciu dni.

Jeszcze tylko jeden raz spotkaliśmy się z Edmundem tego lata. Wieczorem w niedzielę, kiedy to ojciec Krzywej Gęby zajechał swym fordem do centrum. W samochodzie były nasze rowery; spytałem Edmunda, czy nie wpadnie na chwilę na Sportową. Odpowiedział, że nie, bo musi się jeszcze spakować. Ojciec zorganizował mu wyjazd do kuzynów do Mory. Miał tam zostać do końca wakacji.

Edmund raz opowiadał mi o tych kuzynach, gdy płynęliśmy do Laxmanow, i pamiętam ich jako dwóch sikających do łóżka głuchoniemych pędraków z wystającymi szczękami. A teraz nagle dojrzeli.

Edmund powiedział, że na północy na pewno będzie fajnie.

– Mają króliki i takie różne.

– Króliki? – powiedziałem.

– I takie różne – powtórzył Edmund, nie mogąc ustać spokojnie.

Powiedzieliśmy „cześć”, życząc sobie powodzenia.

***

Mniej więcej w tydzień po tym, jak Henry trafił do aresztu, pojechaliśmy z ojcem do Genezaret po resztę rzeczy. Ciuchy, żarcie itp. Cały czas lało jak z cebra, więc nie zostaliśmy dłużej, niż to było konieczne. Kiedy ojciec zajrzał do szopy z narzędziami, zorientował się, że nie ma kilofa. Zawołał mnie i spytał, czy nie braliśmy go do czegoś.

– Z tego, co pamiętam, to nie – powiedziałem. – Choć może… gdy budowaliśmy pomost.

– Przejdź się kawałek, może go gdzieś znajdziesz – polecił ojciec.

Moje poszukiwania przebiegały w strugach deszczu. W końcu oznajmiłem, że nigdzie go nie ma i że nie wiem, gdzie mógł się zapodziać. Ojciec spojrzał dziwnie, ale nic nie powiedział. Stał nieruchomo i patrzył, jakby mnie pierwszy raz w życiu widział.

Rebus, właśnie to słowo przyszło mi do głowy, kiedy w tamten deszczowy dzień staliśmy w kuchni w Genezaret. Byłem dla mojego ojca rebusem, który przez całe moje życie starał się rozwiązać, a teraz był szczególnie blisko. Idąc dalej tym tropem, pomyślałem, że może jest tak, że właściwie wszyscy ludzie są dla siebie nawzajem rebusami, a niektórzy nawet dla samych siebie.

Zaraz potem byliśmy gotowi do drogi. Pozamykaliśmy wszystko i z torbami oraz siatkami ruszyliśmy truchtem ścieżką do góry. Załadowaliśmy je do Killera i odjechaliśmy. Gdzieś w połowie drogi do Hallsbergu ojciec zapytał:

– Jak nie chcesz, to nie mów. Naprawdę jak nie chcesz, to nie mów… ale myślisz, że to on?

Zamyśliłem się. Potem powiedziałem:

– Chyba nie sądzisz, że twój rodzony syn jest mordercą?

***

Wśród rzeczy, które zabraliśmy z Genezaret, była maszyna do pisania i stos zapisanych kartek. Policzyłem je wieczorem, wyszło osiemdziesiąt pięć stron. Sporo skreśleń i nabazgranych piórem dopisków. Pomyślałem, że to wcale nie dziwne, iż Okularnik i inni ze szkoły Stava narzekali na te moje hieroglify, skoro mój, bądź co bądź, o osiem lat starszy brat bazgrał jak kura pazurem. Praktycznie nie dało się odczytać ani jednego wyrazu.

Nagle przypomniała mi się ta strona, która była w maszynie do pisania, ta, którą przeczytałem i zarejestrowałem w pamięci kilka tygodni wcześniej. Ta o ciele, żwirowej drodze i letniej nocy. Przejrzałem całą stertę trzy razy, bez rezultatu. Próbowałem sobie odtworzyć, co dokładnie było tam napisane, lecz tyle się wydarzyło przez ten ostatni czas, że nijak nie mogłem sobie przypomnieć.

Pamiętałem jedynie, że to był ładny fragment. Ładny, zaskakujący i nieco przerażający.

Dzień później zanieśliśmy Facitena i maszynopis Henry’emu, bo nas o to prosił. Także nowe opakowanie papieru do maszyny do pisania. Było po nim wyraźnie widać, że tylko czekał, aż sobie pójdziemy, by móc zasiąść do pisania.

Pomyślałem, że to dobry znak, że z powrotem nabrał ochoty do stukania.

Że mimo wszystko istnieje jeszcze jakaś nadzieja.

***

Parę dni później wieczorem natknąłem się na Ewę Kaludis. Poszedłem do Tornersów, by kupić coś gotowego, bo ojciec nie miał już siły pichcić. Mógłbym przysiąc, że stała i czekała na mnie. Było to przy sklepie Rower & Sport Nilssonów u zbiegu ulic Torfowej i Dworskiej, i z tego, co mi wiadomo, nie miała powodu, by tam stać. Przynajmniej wytłumaczalnego powodu.

– Cześć, Erik! – zawołała.

– Cześć – odpowiedziałem, przystając.

Znów miała na sobie koszulę a la Gloria Swanson i czarne rybaczki. I opaskę na włosach. Z jej twarzy zeszły już prawie wszystkie sińce i uderzyło mnie, jak piękną była kobietą.

Piękną do bólu, dodam.

– Dokąd idziesz? – spytała.

– Do domu – odpowiedziałem.

– Spieszy ci się, czy możemy chwilę porozmawiać? Idę w tę stronę.

– Oczywiście – odparłem – mam czas.

Szliśmy wzdłuż ulicy Torfowej. Mimo że miałem dopiero czternaście lat, byliśmy tego samego wzrostu. Pomyślałem sobie, że jeśli ktoś z daleka będzie nas oglądał, pomyśli, że jesteśmy parą, która idzie sobie ulicą. Młody mężczyzna i jego dziewczyna. Od tych myśli zakręciło mi się w głowie. Od tego, że szła tak blisko mnie.

I od tego, że przeszliśmy dość długi odcinek, a ona nic nie powiedziała. Aż do starej, łatanej eternitem willi Snukkesów.

– Boję się – powiedziała.

– Czego? – spytałem.

– Odwiedzić Henry’ego w areszcie.

– Dlaczego? – spytałem. – Nie jest tam tak źle, bywam tam codziennie.

– Nie o to chodzi. Zastanawiam się tylko, jak by do tego podeszła policja.

– Ach tak – powiedziałem – nie wiem, jak oni rozumują.

– Ani ja – odparła Lwa. – Nie chcę, by mieli jakieś mylne wyobrażenie.

Zastanawiałem się, co to za mylne wyobrażenie, którego dotąd nie mieli.

Choć nigdy się jej nie spytałem, co miała na myśli.

– Czy mógłbyś oddać mu ten list? – zapytała, kiedy doszliśmy do kiosku Karlessona.

Wziąłem od niej zaklejoną kopertę, na której nie było ani imienia, ani adresu. Wyróżniało ją jedynie to, że była bladoniebieska.

Potem już za dużo nie mówiliśmy, jednak zanim zdążyliśmy się rozstać, zebrałem się na odwagę. Sporą odwagę, którą nie wiem, skąd w sobie znalazłem.

Odwróciłem się do niej. Stałem teraz twarzą w twarz z Ewą Kaludis, dzieliły nas centymetry. Wyciągnąłem obie ręce do przodu i położyłem jej na ramionach.

– Ewa – powiedziałem. – Olewam, że mam dopiero czternaście lat. Jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie, zakochałem się w tobie.

Głośno oddychała.

– Musiałem ci to powiedzieć – ciągnąłem dalej – tylko tyle, dziękuję.

Pocałowałem ją i odszedłem.

O Ewie Kaludis śniłem przez resztę tego lata. W tych snach kochała się z Henrym, lecz często okazywało się, że to nie Henry, lecz ja leżałem z nią w łóżku. Zwykle byłem w dwóch miejscach jednocześnie, za oknem i pod Ewą. Pod i w niej. Czasem po przebudzeniu nie byłem w stanie sobie przypomnieć, czy mi się śniła, czy nie. Chcąc się upewnić, badałem prześcieradło. Czy nie widniały na nim jakieś nowe plamy. Z reguły były.

Oczywiście w ciągu dnia też niełatwo było wyrzucić ją z pamięci, szczególnie często fantazjowałem o niej w szpitalnej toalecie. Była to dobra odskocznia od gry w kółko i krzyżyk. Czasem już w Killerze, w drodze do Örebro.

Teraz odwiedzę Henry’ego w areszcie. Potem udam się do szpitala, do umierającej matki. Tam będę myślał o Ewie Kaludis i walił konia.

Było mi wstyd, że takie rzeczy rodziły mi się w głowie.

***

Dwudziestego siódmego sierpnia doszło do buntu w powiatowej szkole realnej. Tego samego dnia postanowiono, że mój brat nadal pozostanie w areszcie. Znalazłem się w klasie I:3 B, mój wychowawca nazywał się Gunvald i seplenił. Trzydziestu dwóch nowych kolegów i dwunastu nowych nauczycieli. Cała masa nowych zajęć, takich jak fizyka, chemia, niemiecki czy poranne modlitwy, spowodowała, że zacząłem trochę inaczej patrzeć na życie.

W piątek, kiedy od mniej więcej miesiąca byłem uczniem tej szkoły, niespodziewanie zjawił się Henry. Czekał na mnie po lekcjach przed szkolną bramą. Szedłem w towarzystwie kilku kolegów z klasy, których słabo jeszcze znałem. Nagle wokół mnie zapanowała cisza.

Wszyscy oczywiście wiedzieli, kim był Henry, i teraz w okamgnieniu przypomnieli sobie, że byłem bratem mordercy.

Podszedłem do niego. Okulary przeciwsłoneczne, rozpięta biała nylonowa koszula i lucky strike wystający z kącika ust. Wyglądał jak Ricky Nelson. Czy raczej Rick.

– Cześć, Henry! – zawołałem.

– Cześć, brat – odpowiedział, uśmiechając się swoim skrzywionym uśmiechem. – Jak leci?

– Klawo – odparłem. – Wypuścili cię?

– Tak jest – rzekł. – Już po wszystkim.

Objął mnie ramieniem. Przeszliśmy przez ulicę i wsiedliśmy do Killera. Ci nowi koledzy wciąż stali w bramie, sprawiając wrażenie, jakby właśnie spadli z nieba i nie bardzo wiedzieli, w którą stronę się udać.

Henry przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszyliśmy, zostawiając za sobą chmurę dymu. Pomyślałem o tym, co mi powiedział na początku czerwca.

Życie powinno być jak motyl w letni dzień.

***

Jesień była jak pomost do czegoś nowego. Nigdy nie zapuściłem korzeni w powiatowej szkole realnej. Edmund także chodził do tej szkoły, ale do innej klasy. Nie trzymaliśmy się razem. Właściwie to przestałem się z kimkolwiek trzymać. I z tymi, z którymi się wcześniej znałem, i z tymi nowo poznanymi. Co prawda bywało, że siadywaliśmy z Bennym w betonowej rurze, by pogadać, ale to już nie było to samo. Bardzo się od siebie oddaliliśmy.

Poza tym starannie odrabiałem lekcje i w ogóle świeciłem przykładem, tak mi się wydaje. Dostałem piątkę z plusem z pierwszej klasówki z niemieckiego i czwórkę ze sprawdzianu z matmy. Skończyłem „Pułkownika Darkina i tajemniczą spadkobierczynię”. Nic szczególnego się nie działo. Czytałem książki, głównie angielskie i amerykańskie kryminały. Słuchałem Radia Luxemburg. Śniłem o Ewie Kaludis, choć jej nie spotykałem.

Od czasu do czasu pisano w „Kurrenie” o zabójstwie Armaty Albertssona i wysiłkach policji, by schwytać zabójcę. Pewnej soboty przeprowadzono dokładną analizę zdarzeń, opierając się na mapie z zaznaczonym krzyżykiem miejscem, gdzie znaleziono ciało. Jednak nie natrafiono na żadne nowe ślady ani nie padł na nikogo cień podejrzenia. Policja nadal pracowała nad tą sprawą, a śledczy Lindström, wypowiadając się na łamach gazety, nadal utrzymywał optymistyczny ton. Twierdził, że prędzej czy później morderca znajdzie się za kratkami.

Nie wiem, czy czytelnicy „Kurrena” jeszcze mu wierzyli. Ja sam zacząłem w to wątpić.

Na początku listopada Henry przeniósł się do Göteborga, a trzeciego grudnia zmarła moja matka. Przez ostatnie dziesięć dni ojciec stale czuwał przy jej łóżku, ja już nie dawałem rady.

Pogrzeb odbył się tydzień później w kościele w K-a. Pierwszy raz w życiu miałem na sobie garnitur. Około dwudziestu osób towarzyszyło mamie w jej ostatniej drodze. Henry, ja i ojciec siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, za nami krewni, znajomi z pracy, rodzice Benny’ego oraz pan Wester.

Przez całą noc płakałem, więc na kościół nie została mi ani jedna łza.

Rozdział 22

W lutym następnego roku ojciec znalazł pracę w AB Slotts i na Wielkanoc przeprowadzaliśmy się do Uppsali. Piętnastego skończyłem piętnaście lat i opuściłem rodzinne strony, by osiedlić się mieście, które kojarzyło mi się z nauką i keczupem. Zacząłem chodzić do szkoły katedralnej razem z dziećmi docentów i lekarzy, zapuściłem włosy, miałem pryszcze, no i kupiłem sobie gramofon.

Przez pierwszy rok mieszkaliśmy w ciasnej klitce obok dworca Wschodniego, potem przenieśliśmy się na ulicę Słoneczną na nowo wybudowane osiedle „Wzgórze Erika”. Trzy pokoje z kuchnią oraz widok z balkonu na skały i las; ojciec jakby trochę odżył, praca w fabryce keczupu do lekkich nie należała, jednak na pewno była spokojniejsza niż w więzieniu. Nawiązał nowe znajomości, raz w tygodniu grał w brydża i powoli budował swe szczęście z wdową ze „Wzgórza Sali”. Ja z kolei zakochałem się w ciemnowłosej dziewczynie mieszkającej naprzeciwko, a latem tuż po swoich szesnastych urodzinach w namiocie rozbitym w dolinie Häga przestałem być prawiczkiem. Pamiętam, że słuchaliśmy wtedy „House of the Rising Sun” dobiegającego z radia tranzystorowego, które ze sobą zabrała. Nie wiem, czy i ona wtedy straciła dziewictwo, w każdym razie tak twierdziła.

Henry dalej mieszkał w Göteborgu. Dostał stały etat w dzienniku „Göteborgs-Posten”, a dwa lata i dwa miesiące po zabójstwie Armaty Albertssona zadebiutował powieścią „Zakrzepła miłość”, opublikowaną przez wydawnictwo Norsteds Förlag. Książka zebrała dobre recenzje w dziennikach „Svenskan” i „Dagens Nyheter”. Była też chwalona w jego własnej gazecie, ale nigdy nie napisał kolejnej. „Zakrzepłą miłość” przeczytałem w grudniu, podczas przerwy świątecznej i raz jeszcze kilka lat później, mimo to nie utkwiła mi jakoś szczególnie w pamięci. Kiedy w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku zmarł ojciec, między szpargałami, które po sobie zostawił, znalazłem jego własny egzemplarz książki z dedykacją. Porozcinana była do samego końca, ale między stroną osiemnastą i dziewiętnastą tkwił jako zakładka rachunek ze sklepu.

Moja poturbowana przez łosia ciotka zmarła w domu wariatów w Dingle kilka tygodni przed moim pójściem na studia. Udało się nam sprzedać Genezaret po całkiem przyzwoitej cenie, więc kiedy jesienią zacząłem studiować teorię filozofii, przeniosłem się do własnej kawalerki na ulicę Geiera. To z kolei spowodowało, że już prawie zapomniałem, że kiedyś byłem prawiczkiem. Nawet jeśli nie byłem podobny do Ricky’ego Nelsona, tak jak mój brat, to jednak całkiem nieźle sobie radziłem z płcią przeciwną; dziewczyny przychodziły i odchodziły, aż w końcu została ta jedna.

Nazywała się Ellinor. Już na początku lat osiemdziesiątych mieliśmy trójkę dzieci. Również ulica Geiera stała się wspomnieniem. Kupiliśmy dom w Norby, gdzie mieszkała klasa średnia i rósł bukszpan; pracowałem w liceum jako nauczyciel historii i filozofii, a Ellinor, poza siedzeniem w domu i zajmowaniem się dziećmi, zatrudniona była jako asystentka w laboratorium w firmie farmaceutycznej „Pharmacia” w miejscowości Boländerna.

Któregoś maja w połowie lat osiemdziesiątych gazeta „Expressen” zamieściła dwustronicowy artykuł o niewyjaśnionych zabójstwach w Szwecji, ze szczególnym uwzględnieniem spraw, które za rok lub dwa miały ulec przedawnieniu.

Jedną z nich było zabójstwo Armaty Albertssona. Siedzieliśmy z Ellinor w ogrodzie, bez prawie już zakwitł, a ja po raz pierwszy opowiedziałem jej o wydarzeniach, jakie miały miejsce w Genezaret na początku lat sześćdziesiątych. Kiedy zacząłem mówić, zauważyłem, że ta historia bardzo ją zainteresowała, więc starałem się wydobyć z mroków niepamięci jak najwięcej. Oczywiście pomijając niektóre szczegóły. Mimo że żyliśmy w otwartym związku bez zahamowań, niezręcznie było mi wspominać o tym, jak to onanizowaliśmy się z Edmundem, obserwując przez okno Henry’ego i Ewę Kaludis w akcie miłosnym. Na przykład.

Kiedy skończyłem opowiadać, moja żona spytała:

– A Edmund? Co się stało z Edmundem?

Wzruszyłem ramionami.

– Nie wiem. Kompletnie nie mam pojęcia.

Żona spojrzała na mnie nieco zmieszanym wzrokiem, zmarszczyła czoło, co zwykło oznaczać, że nie pojmuje tych męskich niedorzeczności. Po raz kolejny.

– Mój Boże – powiedziała. – Mam rozumieć, że ot tak po prostu zerwałeś z nim kontakt?

– Matka zmarła – tłumaczyłem się. – Wyprowadziliśmy się stamtąd.

Ellinor wzięła gazetę do ręki i jeszcze raz przeczytała opis tamtego zdarzenia. Potem ułożyła się wygodniej w leżaku i przez chwilę się zastanawiała.

– Odnajdziemy go – powiedziała w końcu. – Odnajdziemy go i zaprosimy na obiad.

– Do cholery, tylko nie to.

***

Edmunda Westera udało się odnaleźć łatwiej, niż można się było spodziewać. Nie musiałem nawet zbytnio się starać, gdyż w pierwszych dniach czerwca, tuż przed zakończeniem roku szkolnego, Ellinor zakomunikowała, że go odnalazła i że zaprosiła na raki w sierpniu.

– Działasz za moimi plecami – powiedziałem. – Chyba nie zaprzeczysz.

– Oczywiście, mój ty orle – odpowiedziała. – Głupich chłopów trzeba czasem zajść od tyłu.

– Gdzie mieszka? – spytałem. – Jak go odnalazłaś?

– Bez problemu – wyjaśniła. – Jest księdzem. Proboszczem w Ange.

Uśmiechnąłem się. Znowu Norlandia, pomyślałem.

– Przez telefon wydawał się miły i szczerze rozradowany. Oświadczył, że już najwyższy czas, byście się spotkali. Powiedział, że będzie o czym rozmawiać.

– Doprawdy? – wyraziłem swoje powątpiewanie. – Na twoim miejscu nie robiłbym sobie dużych nadziei.

– Tak czy owak, będzie tu w sierpniu – powiedziała Ellinor. – Ciekawie będzie go spotkać. Nie poznałam jeszcze nikogo, kto pamięta cię z dzieciństwa.

– Poznałaś mojego ojca – zauważyłem. – No i Henry’ego.

Palcem wskazującym zaprzeczyła.

– Oni się nie liczą – powiedziała. – Twój ojciec nie żyje. A twojego brata widziałam trzy razy w życiu.

Miała rację. Ojciec nie żył już od dziesięciu lat, a kontakt z Henrym urwał się zupełnie, po tym jak wyemigrował do Urugwaju pod koniec lat siedemdziesiątych. Ostatnia kartka świąteczna przyszła od niego w Wielki Czwartek cztery lata temu.

Pierwszy tydzień tegorocznego lata upłynął mi na powracaniu myślami do dzieciństwa. Pewnej ciepłej i przepełnionej zapachami nocy pierwszy raz od dwudziestu lat śniłem o Ewie Kaludis. Ciekawe, że nie był to sen erotyczny, za to pojawiały się obrazy i nastroje z tamtego dnia, kiedy z pobitą twarzą siedziała na leżaku, masując moje plecy.

W każdym razie czułem się dość dziwnie, kiedy się obudziłem. W pewnym sensie trochę żałowałem, lecz przecież człowiek nie wybiera, co mu się będzie śniło.

Upłynął kolejny tydzień. Pomyślałem, że skoro Edmund jest teraz proboszczem, to na pewno musiał tu w Uppsali studiować. A ponieważ odkąd tu osiadłem, nie opuszczałem tego uczelnianego miasta na dłużej, oznaczałoby to, że jako dorośli też byliśmy z Edmundem obok siebie. Przynajmniej przez kilka lat. Ten fakt nie dawał mi spokoju. Dlaczego nie wpadliśmy na siebie w mieście albo na uczelni, a jeśli do tego doszło, to czemu się nie rozpoznaliśmy? Powiedziałem o tym Ellinor, a ona na to, że inaczej się wygląda, mając czternaście lat, a inaczej dwadzieścia i że to raczej reguła, a nie wyjątek, że bez słowa przechodziliśmy obok siebie.

Kiedy Edmund wreszcie się zjawił, zrozumiałem, że miała rację.

Ten podobny do olbrzyma mężczyzna z długą brodą, który stał na schodach, kiedy otworzyłem drzwi wejściowe, z czternastoletnim Edmundem miał mniej więcej tyle wspólnego, co wróbel z żyrafą. Przeanalizowałem potem sprawę i doszedłem do wniosku, że jeśli przyrastał na wadze proporcjonalnie, to musiało mu przybywać średnio pięć kilogramów rocznie od czasu, kiedy go ostatni raz widziałem w powiatowej szkole realnej w K-a. Koloratkę zakrywała nie tyle broda, ile podwójny podbródek. Podniszczony sztruksowy garnitur, który miał na sobie, posiadał – oceniając na oko – pewien zapas na najbliższe trzy, cztery lata nabierania wagi w tym tempie.

– Erik Wassman? – powiedział, trzymając z tyłu bukiet kwiatów dla mojej żony.

– Edmund – odpowiedziałem. – Bardzo się nie zmieniłeś.

Wieczór był przyjemniejszy, niż się spodziewałem. Nasze profesje wyrobiły w nas umiejętność rozmawiania zarówno na beztroskie, jak i poważne tematy, raki zaś, dzięki zdolnościom kulinarnym mojej żony, były naprawdę wyśmienite. Dzieciaki zachowywały się jak na nie całkiem przyzwoicie i bez strojenia fochów poszły do łóżka. Piliśmy piwo, wino, ale też drinki i koniak, a początkowe rozczarowanie Ellinor, spowodowane naszym brakiem chęci rozmawiania o tamtym lecie w Genezaret, stopniowo słabło.

Nie to, żebyśmy nie wspominali o Armacie Albertssonie i zabójstwie, lecz obaj z Edmundem szybko zmienialiśmy temat, gdy tylko zaczynała go drążyć. Pamiętam, jak kontrolowaliśmy całą tę sytuację, i zauważyłem, jak łatwo z niektórymi pokonać przepaść czasu. Bardzo długiego czasu.

Gdyby Ellinor nie podjęła tematu dotyczącego obowiązku milczenia i potrzebie posiadania wyrzutów sumienia przez księży, wieczór można by uznać za stuprocentowo udany. Niestety, zanim zauważyłem, że Edmunda to pytanie zakłopotało, wszystko zaszło za daleko.

Przesadziliśmy też z kawą i koniakiem, więc niedziwne, że przez chwilę zgubiłem wątek rozmowy.

– Nigdy nie mogłam tego zrozumieć – powiedziała Ellinor. – Jak to jest, że księża mogą milczeć w sprawach, które zwykli ludzie muszą ujawniać? Bo jak będą trzymać je w sobie, to spotka ich kara.

– Wbrew pozorom to nie takie proste – odparł Edmund.

– Już prostsze być nie może – rzekła Ellinor. – Co u licha może usprawiedliwiać zbrodniarza?

– Oprócz prawa jest coś jeszcze – powiedział Edmund. – I oprócz sędziego.

– Czy nasze prawodawstwo nie opiera się na etyce chrześcijańskiej? – Ellinor nie dawała za wygraną. – Czy cały zachodni świat nie opiera się na wartościach chrześcijańskich? A może to wszystko nadaje się już tylko do wyrzucenia?

Edmund milczał, głaszcząc się po brodzie, wyraźnie spochmurniał. Chciałem zmienić temat, ale nie zdążyłem.

– Są przypadki – zaczął – w których człowiek potrzebuje zrzucić ciężar z serca. Nie nakaże się wszystkim milczeć, muszą być jednak tacy, których ten nakaz obejmie. Bo musi istnieć jakaś droga. Słuchacz, który cię wysłucha, gdy tego mocno potrzebujesz. Ktoś, kto przyjmie twoje słowa i opieczętuje.

– Nie bardzo rozumiem – powiedziała Ellinor.

– To są trudne kwestie – powtórzył Edmund. – Bywały chwile, kiedy sam miałem wątpliwości.

Niedługo potem pożegnał nas. Nie obyło się bez zapewnień, że będziemy utrzymywać kontakt, lecz było dla nas wszystkich jasne, że to czysta kurtuazja.

Kiedy poszedł, jeszcze chwilę siedzieliśmy z Ellinor w fotelach.

– To ma związek z morderstwem w Genezaret – oświadczyła nagle, wlewając mi odrobinę koniaku.

– Co masz konkretnie na myśli? – zapytałem. – Już nie chcę koniaku.

– Wyrzuty sumienia, oczywiście. Jego niechęć wobec postawionego pytania. To ma jakiś związek z zabójstwem Armaty Albertssona sprzed dwudziestu lat.

– Dwudziestu trzech – sprostowałem.

– To, że jest księdzem, nie ma z tym nic wspólnego.

– Ile wypiłaś? – spytałem. – Pewnie doświadczył czegoś takiego. Ktoś wyspowiadał mu się z popełnionej zbrodni, a on czuje wewnętrzną blokadę, by pójść z tym na policję. Każdy ksiądz przeżywa podobne rozterki. To nie było specjalnie miłe z twojej strony, że podjęłaś ten temat.

Ellinor wzięła łyk koniaku i długo się zastanawiała.

– All right – odezwała się. – Może i nie było to miłe, lecz i tak uważam, że mam rację.

– Lubiłem go w tamtym czasie – powiedziałem.

Przez kolejny tydzień myślałem o tym, co każde z nas powiedziało tamtego wieczoru. W końcu nie wytrzymałem i zadzwoniłem do Edmunda do Ånge i zapytałem wprost.

– Ty wiesz, co wydarzyło się tamtej nocy, prawda?

– Nie wiem, o co ci chodzi – odparł Edmund zirytowany.

– O to, na przykład, że wyszedłeś się wtedy załatwić. Nie zapytałem o to, zgadza się?

Nastała cisza. Zatrzeszczało w słuchawce i przez krótką chwilę pomyślałem, że to wytężone myślenie Edmunda mogło spowodować zakłócenia na linii.

– Nie widzę powodu, bym miał się przed tobą spowiadać – rzekł na zakończenie. – Równie dobrze ja mogę ci postawić to pytanie. Czy wiesz, kto zamordował Armatę Albertssona?

– Skąd mam to wiedzieć? – tym razem to ja się zirytowałem. – Przecież spałem i ty dobrze o tym wiesz.

Każdy z nas zamilkł po swojej stronie słuchawki, by po chwili ją odłożyć.

***

Może sprowokowałem to myślami, ale niezbity fakt, że jeszcze tej samej jesieni natknąłem się na Ewę Kaludis. W związku z targami podręczników w Göteborgu przez dwie noce mieszkałem w hotelu. O ile Edmunda ciężko było rozpoznać po kilku dekadach, o tyle z Ewą Kaludis nie było pod tym względem żadnego problemu. Żadnego.

Stała w recepcji, kiedy przyszedłem się zameldować. Odniosłem wrażenie, jakby jej osoby upływ czasu w ogóle nie dotyczył. Ta sama piękna sylwetka. Te same wystające kości policzkowe. Te same migdałowe oczy. Włosy, dawniej blond, były teraz rude, taki niuans, który jeszcze dodawał jej wdzięku, kolor, który przypuszczalnie był jej naturalnym. Mimo że zbliżała się do pięćdziesiątki, była pięknością wprawiającą w osłupienie, przynajmniej mnie się tak zdawało.

– Mój Boże! – wyrwało mi się z ust. – Ewa Kaludis.

– O, już jesteś – powiedziała. – Widziałam twoje imię.

Po ślubie nigdy nie zdradziłem Ellinor, a tu nie minęło pół minuty, a wiedziałem, że to się może zdarzyć. Nie tylko dlatego, że sam tego chciałem, ale też – może nawet bardziej – że zauważyłem, że Ewa też tego pragnęła. Zawołała do siebie młodą blondynkę, mówiąc, by ta ją zastąpiła. Można się było domyślić, że zajmowała kierownicze stanowisko.

Następnie otworzyła drzwiczki i poszła ze mną.

– Pokażę ci twój pokój – powiedziała. – Miło cię widzieć po tylu latach.

Pojechaliśmy windą do góry.

– Pamiętasz, co mi powiedziałeś pod koniec tamtego lata? – spytała, kiedy weszliśmy do pokoju. Pokiwałem twierdząco głową.

– I to, co zrobiłeś?

Jeszcze raz pokiwałem głową.

– Czy jest jeszcze w tobie ten czternastolatek?

– W każdym calu – odpowiedziałem.

***

Właśnie miała okres, poza tym była trochę zajęta, dlatego w ten pierwszy wieczór tylko rozmawialiśmy.

– Chcę podziękować za to, co zrobiliście tamtego lata – powiedziała Ewa. – Tobie i Edmundowi. Jak się zachowaliście po tym wszystkim i w ogóle, jakoś nie miałam do tej pory okazji, by to zrobić.

– Byłem w tobie zakochany – odrzekłem. – Wydaje mi się, że Edmund też.

Uśmiechnęła się.

– To Henry był we mnie zakochany. A ja w nim.

Spytałem, jak się później ułożyło między nią a moim bratem. Czy udało im się z czasem scalić ten związek, czy wszystko się rozmyło po tej Potworności.

– Spotkaliśmy się w końcu – powiedziała po chwili. – Tu w Göteborgu. Przeszło rok po tym wszystkim, wcześniej żadne z nas nie miało odwagi. Potem byliśmy jakiś czas ze sobą, nie wspominał nigdy o tym?

Potrząsnąłem przecząco głową.

– Prawie nie mam kontaktu z Henrym. On się przeprowadził i my się przeprowadziliśmy.

– Ale nic z tego nie wyszło – ciągnęła dalej. – Nie wiem, może to tamto zdarzenie rzuciło cień na nasz związek. Ta Potworność, jak ty to nazywasz.

Pokiwałem głową na znak, że ją rozumiem. Gdy się temu bliżej przyjrzeć, to rzeczywiście byłoby dziwne, gdyby się między nimi ułożyło.

Nie myślałem tymi kategoriami, mając czternaście lat i siedząc naprzeciwko śledczego Lindströma, lecz teraz wydawało mi się to logiczne. Nie tylko to, że Henry i Ewa nie stworzyli czegoś trwałego, ale i to, że był w tym jakiś sens.

Jakaś sprawiedliwość.

– Masz męża? – spytałem.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

– Miałam. Z tego związku mam czternastoletnią córkę, dlatego ciężko mi wykroić czas dziś wieczorem.

– Pamiętam dotyk twoich rąk na swoich barkach – powiedziałem. – Chciałbym się z tobą kochać jutro w nocy. Spróbuj przynajmniej.

Zaśmiała się.

– Jutro mam czas – powiedziała. – Postaram się, a jak nie, to myślę, że wystarczy, jeśli położymy się razem spać.

***

Wspólne spanie absolutnie nie wystarczyło. W nocy z szesnastego na siedemnastego października uprawiałem miłość z Ewą Kaludis po ponad dwudziestoletnim oczekiwaniu. Pierwszy raz kochałem się z nią. Było to najpoważniejsze wydarzenie w moim życiu, myślę, że w Ewy także. Przez następnych kilka lat spotykaliśmy się regularnie – odstęp czasowy między tymi spotkaniami ulegał skróceniu – a w miesiąc po rozwodzie z Ellinor przeniosłem się do Göteborga. Udało mi się dostać niezłą pracę w liceum w Mölndal, a na początku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku wreszcie zamieszkaliśmy pod wspólnym dachem. Ja, Ewa Kaludis i jej córka Karla.

– Czuję się jak w domu – szepnąłem Ewie pierwszej nocy.

– Witaj w domu – odrzekła.

Nie minęło wiele czasu, kiedy opowiedziałem jej, jak to tamtej nocy staliśmy z Edmundem pod oknem, patrząc, jak się kocha z Henrym.

W końcu byłem wtedy niedojrzałym czternastolatkiem. Miałem nadzieję, że to zrozumie.

Kiedy skończyłem mówić, dłonią zakryła mi usta, jednocześnie starając się na mnie nie patrzeć. Zaniepokoiłem się najpierw, lecz po chwili zauważyłem, że się śmieje.

– Co z tobą? – spytałem.

Zrobiła poważną minę. Oderwała rękę i wzięła głęboki wdech.

– Widziałam was – powiedziała. – Nie chciałam o tym mówić, ale powiem. Wiedziałam, że tam byliście.

– O Boże – jęknąłem. – To niemożliwe.

– Wszystko jest możliwe – powiedziała Ewa Kaludis i znów się zaśmiała.

Rozdział 23

Verner Lindström nie odmłodniał przez te lata.

– Za dwa miesiące sprawa ulegnie przedawnieniu – wyjaśnił, poprawiając muchę. – Ale nie dlatego chciałem się z tobą spotkać. Piszę wspomnienia. Wiosną odszedłem na emeryturę i musiałem się czymś zająć.

Siedzieliśmy w restauracji w hotelu Linneusz na ulicy Linneusza. Z tego, co się zorientowałem, Lindström przyjechał pociągiem do Göteborga specjalnie po to, by ze mną porozmawiać; widać rola emeryta wyraźnie mu nie służyła.

Tak to już jest, pomyślałem. Niektórzy nigdy nie będą umieli cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem, inni są jakby do tego stworzeni. Po jedzeniu Lindström wyjął fiolkę z bronzolem i włożył do ust dwie tabletki. Nie przypominam sobie, bym w ciągu ostatnich dziesięciu, może piętnastu, lat widział takie pastylki. Może Lindström wykupił cały ich zapas?

– Prawda jest taka, że miałem w swojej karierze zbyt dużo niewyjaśnionych spraw. A zabójstwo tylko jedno. Bertila Albertssona.

– Czasem tak bywa – powiedziałem. – W każdym razie zrobił pan wszystko, co było w pana mocy.

Ssał tabletki i kiwał powoli głową, to w jedną, to w drugą stronę, jak stary zmęczony ogar.

– Tylko rezultat – powiedział. – Cały ten wysiłek poszedł na marne, skoro i tak liczy się tylko rezultat. Człowiek, który zamordował tego przeklętego szczypiornistę na tym przeklętym parkingu dwadzieścia pięć lat temu, za dwa miesiące będzie już zupełnie bezkarny.

– Ten człowiek? – zdziwiłem się. – Wydawało mi się, że ustaliliście, że to był mój brat. I że tylko brakowało wam dowodu, by go na stałe wsadzić za kratki.

Verner Lindström westchnął.

– Jego lub ją – powiedział. – Bo i taki wariant zakładaliśmy. Trzeba ci bowiem wiedzieć, że również w przypadku jej osoby nie szczędziliśmy środków. Tamtej jesieni przesłuchiwaliśmy ją dzień i noc, wyparła się wszystkiego. Pozostaje zastanowić się, jak ułożyła sobie życie.

– Nie mam pojęcia – powiedziałem, wzruszając ramionami. – Pewnie wyjechała za granicę, to by do niej pasowało.

Lindström zmierzył mnie wzrokiem, potem ciągnął dalej:

– Najbardziej zależy mi na tym, byś sprzedał mi parę dodatkowych informacji. Teraz, kiedy już nie musisz chronić brata.

– Zostały jeszcze dwa miesiące – zwróciłem uwagę. – Jeszcze można go wsadzić do więzienia.

Uśmiechnął się szeroko i potrząsnął parokrotnie fiolką bronzolu, prawdopodobnie po to, by sprawdzić, czy coś tam jeszcze jest.

– Daję ci swoje słowo – powiedział i włożył fiolkę z powrotem do kieszonki koszuli. – Chyba nie sądzisz, że te biedne ręce emeryta wydobędą na powierzchnię to, co przez tyle lat się pod nią skrywało.

Zwrócił swe dłonie w kierunku sufitu i spojrzał na nie, a potem na mnie z najbardziej niewinnym wyrazem twarzy na świecie.

– Cokolwiek – powiedział. – Interesuje mnie wszystko. Nie potępiam tego, że z kumplem zatailiście to czy tamto. W końcu mieliście wtedy po czternaście lat, a to wiek, w którym człowiek nie do końca wie, jak postąpić.

Przerwał na moment i schował ręce pod stół, tak jakby psuły mu całą koncepcję.

– Hm, możliwe, że jeszcze ktoś inny był tamtej nocy w Genezaret.

– Jeszcze ktoś? – spytałem. – Masz na myśli Ewę Kaludis?

Znów westchnął.

– Nie ją. Wiadomo, już nigdy się nie dowiemy, czy była tam wtedy. Ona zaprzeczyła. On też zaprzeczył. Już chyba nie może być nic bardziej zawiłego. Nigdy nie udało nam się udowodnić, że była u niego. Jednak istnieją poszlaki, które każą nam sądzić, że jeszcze ktoś był wtedy u Henry’ego.

Zastanawiałem się przez kilka sekund. Przede wszystkim nad słowem „poszlaki”.

– Kto to mógł być?

– Tego właśnie chciałbym się dowiedzieć od ciebie – powiedział Lindström.

– Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedziałem. – Proponuję skontaktować się z Edmundem, w końcu to on obudził się tamtej nocy.

Lindström wziął chusteczkę i wytarł nos.

– Już z nim rozmawiałem – wyjaśnił lekko zniecierpliwiony. – Dwa razy.

– I nic?

– Hmm – chrząknął Lindström. – Najgorzej przesłuchuje się księży, na szczęście nieczęsto się zdarza, by byli w coś zamieszani… księża i alfonsi, nie wiem, których bardziej nie znoszę.

– Ach tak – powiedziałem.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Lindström wziął ze sobą tamten zeszyt, który teraz leżał obok talerza. Zerkał do niego, składając chustkę. Jednak ani go to szczególnie nie uszczęśliwiło, ani oświeciło.

Pomału atmosfera zaczęła gęstnieć.

– Są rzeczy, które są wspólne dla wszystkich niewyjaśnionych zbrodni – odezwał się wreszcie, zamykając zeszyt.

– Naprawdę? – powiedziałem. – Jakie to rzeczy?

– Przede wszystkim łatwość – odrzekł Lindström. – Tak jak na przykład w przypadku Bertila Albertssona. Jedyne co musiał uczynić morderca, to zrobić dwa kroki wprzód i uderzyć młotem. Albo kilofem czy innym narzędziem. Jedno uderzenie i już po wszystkim. Wystarczyło zakopać narzędzie zbrodni i zapomnieć o całej historii… no, może jeszcze życzyć sobie, by nad ranem spadł deszcz, co zresztą się stało.

Zamilkł. Nadział na widelec kilka ziaren groszku i przyglądał im się przez chwilę, tak jakby nagle olśniło go, że zabójca Berry Albertssona siedzi ukryty w którymś z nich. Człowiek, który przez całe swoje życie badał sprawy kryminalne, musi mieć nieco skrzywioną psychikę, pomyślałem. Znów minęło kolejne pół minuty.

– Skąd morderca mógł wiedzieć, że Albertsson się tam zjawi? – spytałem. – Zawsze mnie to dziwiło.

– Istnieje jeszcze inny wariant – powiedział Lindström. – Niezależnie od tego, kto zabił, niejasny jest motyw zbrodni.

– O ile nie był to Henry?

– Albo Ewa Kaludis – dodał Lindström.

Zastanawiałem się przez chwilę.

– Co mogło być przyczyną, że ktoś obcy zjawił się tamtej nocy w Genezaret? – zapytałem.

Lindström zawahał się przez moment.

– Tylko świadek mógłby wiedzieć.

– A kto miałby być tym świadkiem?

– O tym nie mogę mówić – powiedział Lindström i nieco przepraszająco wzruszył ramionami. – Niestety.

Przez kilka sekund patrzyłem się na niego w osłupieniu.

– A kwestie techniczne? – spytałem. – Ślady, narzędzie zbrodni i tak dalej. Jak pod tym względem sprawa się przedstawia?

– Kiepsko – powiedział Lindström. – Zarówno jeśli chodzi o ślady, jak i o narzędzie zbrodni. Nawet nie dało się ustalić, który z samochodów został wcześniej zaparkowany, Berry czy twojego brata. Chociaż wszystko przemawiało za tym, że to Henry był wcześniej.

– A narzędzie zbrodni?

– Nigdy go nie znaleźliśmy – oświadczył Lindström. – Takie są niestety realia. Dopóki ten ktoś się nie ujawni, to zabójca Bertila Albertssona nadal będzie na wolności. A dobrze byłoby móc napisać we wspomnieniach, że sprawa została jednak rozwiązana. Że mimo wszystko wiem, kto to zrobił. Dlatego właśnie tu jestem. Hmm.

Znów zrobił małą przerwę. Wziął ostatni łyk wina, wytarł usta. Zebrał w sobie wszystkie siły, by po raz ostatni zaatakować.

– Czyli mam rozumieć, że nie powiesz mi nic, co by rzuciło choć małe światło na całą tę historię? Coś, co wtedy skrywałeś, czy coś, co nasunęło ci się dopiero po jakimś czasie.

– Niestety – powiedziałem. – Rozmyślałem o tym dwadzieścia pięć lat, lecz niestety wiem równie niewiele, co wtedy. Czysty przypadek, zjawił się szaleniec, który zabił, nadal podtrzymuję tę tezę. Czy chociaż zadaliście sobie trud, by ją sprawdzić?

Lindström nie odpowiedział.

– Wiadomo, że gdybym się czegoś dowiedział, to poszedłbym z tym na policję – dodałem.

Wyglądało, jakby Lindström się poddał, ja zaś nie miałem już tyle respektu dla jego osoby, co wtedy na początku lat sześćdziesiątych. Zrozumiałem też, że mając czternaście lat, jest się za młodym na to, by wyrabiać sobie pogląd o ludziach, choć akurat to, według mojego brata, nieźle mi wtedy wychodziło.

– Bardzo mi przykro – powiedziałem – żałuję, lecz wygląda na to, że pańska wyprawa do Göteborga nie zostanie zwieńczona sukcesem.

– Nie do końca. Po pierwsze, jedzenie było przednie, a po drugie, mam w swoim programie jeszcze jedno spotkanie.

– Naprawdę? – zdziwiłem się. – Z kim?

Wyrównał w kieszeni fiolkę bronzolu i spojrzał przez okno.

***

Nigdy się nie dowiedziałem, czy Verner Lindström rzeczywiście z kimś się jeszcze spotkał w trakcie tamtej wizyty w Göteborgu, ale dwa miesiące później sprawa morderstwa Bertila Albertssona uległa przedawnieniu. To było we wrześniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku i krótko po tym zdaliśmy sobie z Ewą sprawę, że tego wieczoru jedliśmy homara i piliśmy szampana.

Tak jakbyśmy znali datę i uważali, że warto ją uczcić.

Prawdziwy powód był oczywiście inny. Po prostu Karla pojechała do swego ojca do Eslöv, więc mieliśmy całe mieszkanie przy ulicy Palmsteda tylko dla siebie.

Rozdział 24

Lata mijały i wszystko stopniowo zaczęło odchodzić w zapomnienie. Nie doczekaliśmy się z Ewą Kaludis potomstwa, zresztą było na to za późno. Kiedy się ponownie spotkaliśmy, miała czterdzieści siedem lat i oboje uznaliśmy, że ryzyko było zbyt duże. Jej córka Karla mieszkała u nas mniej więcej do tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku, potem wyjechała na studia do Paryża. Tam poznała kruczoczarnego Francuza i już została. Z własnymi dziećmi zacząłem mieć kontakt, po tym jak Ellinor przeszła pierwsza złość. Mój najstarszy syn Frans mieszkał nawet u nas. Przez kilka jesiennych miesięcy, kiedy był na pierwszym semestrze w Wyższej Szkole Dziennikarskiej.

Mimo że cykl menstruacyjny skończył się Ewie kilka miesięcy po tym, jak skończyła pięćdziesiątkę, nie wpłynęło to jakoś drastycznie na nasze pożycie małżeńskie.

Z tego, co się zdążyłem zorientować na podstawie dyskretnych rozmów ze znajomymi, wiedliśmy wyjątkowo bujne życie seksualne. Nikt jakoś nie wpadł na to, że między nami jest dziesięć lat różnicy; nawet mnie czasem trudno było to pojąć teraz, gdy czasem o tym pomyślę. Tak widocznie jest, że z niektórymi ludźmi czas obchodzi się bardzo łagodnie, a innych narusza ze zdwojoną siłą.

Ostatni akord tej historii związanej z Genezaret czy Potwornością, jak to kiedyś określiłem, nastąpił wiosną i latem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku. Od Ellinor, mojej byłej żony, dowiedziałem się na początku maja, że proboszcz Wester z Ånge miał zawał serca i leży w szpitalu w Östersund. Liczył się z tym, że może niedługo umrzeć, a ponieważ po odwiedzinach u nas dwanaście lat temu zachował numer do Ellinor, powiedział jej przez telefon, że zależy mu na rozmowie ze mną.

Nie zdziwiło mnie to, że Edmund przeszedł zawał; przypomniałem sobie jego olbrzymie cielsko i postanowiłem udać się do Östersundu przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Ta pojawiła się kilka dni później, wraz ze świętem Wniebowstąpienia Pańskiego i czterema wolnymi dniami. Stojąc przed wyborem pomiędzy samolotem, pociągiem a samochodem, ostatecznie zdecydowałem się na ten ostatni. Wyruszyłem w czwartek rano, by po upływie pół doby siedzieć na stalowym stołku u boku Edmunda.

Ten bynajmniej nie zgubił wagi od naszego ostatniego spotkania. Leżał jak lord pod żółtym kocem, przypominał morsa wylegującego się na plaży; miał wiele rurek przymocowanych do ramion i nóg zaopatrujących jego wielkie cielsko w pożywienie. Jego twarz była jak spleśniała siwofioletowa śliwka i naprawdę ciężko było wyrokować, czy przeżyje.

Tak czy owak, widząc mnie, poczuł ulgę.

***

– A twój prawdziwy ojciec? – spytałem. – Co z nim? Udało ci się do niego dotrzeć?

Edmund zaśmiał się głośno, lecz był to śmiech nieco wymuszony.

– Tak, odnalazłem go – powiedział. – Przykutego do łóżka w pewnym mieszkaniu niedaleko Lycksele. Nie poznał mnie, chyba zapomniał, że ma syna. Alkoholizm i nieleczona cukrzyca zrobiły swoje, zmarł parę miesięcy później.

Pokiwałem głową. Nie zdziwiło mnie to, że Edmund nie miał ochoty o tym rozmawiać. Ani ochoty, ani siły. Trzeba było sobie coś jeszcze wyjaśnić, bo potem mogło być za późno.

Rozmawialiśmy może pół godziny, na więcej nie pozwalały mu siły. Kiedy skończyliśmy, wyglądał na bardzo wyciszonego. Tak wyglądają tylko zmarli albo ciężko chorzy ludzie.

Jedną z ostatnich rzeczy, którą zdążył powiedzieć, było:

– To było mimo wszystko bombowe lato, Erik. Mimo Potworności, to było bombowe lato. Nigdy go nie zapomnę.

– Ani ja – zapewniłem i poklepałem go między rurkami. – Do końca swoich dni.

– Do końca swoich dni – powtórzył Edmund z wiarą w głosie.

Potem zasnął. Postałem chwilę, przyglądając mu się, i nagle stało się dla mnie jasne, że już nie leżał w łóżku szpitalnym, tylko unosił się na tafli jeziora Genezaret tamtej ciepłej nocy po miłosnej scenie, którą ujrzał przez okno.

Miałem nadzieję, że już tam pozostanie.

Zostawiłem go, mając poczucie spełnienia. Wymeldowałem się z hotelu Zäta i udałem się z powrotem na południe. I właśnie wtedy, kiedy przejeżdżałem przez lasy Dalarny i Värmlandii, postanowiłem sobie, że spiszę całą tę historię. Spiszę i uporządkuję. Jeśli jest tak, jak gdzieś wyczytałem, że każdy nosi w sobie jakąś opowieść, to moją jest na pewno zabójstwo Berry Albertssona.

Zresztą nie tylko moją.

Na początku lata, tydzień przed nocą świętojańską, wyruszyłem w podróż badawczą do miejsca, w którym spędziłem dzieciństwo.

Ewa długo się zastanawiała, czy jechać ze mną, czy nie. Ostatecznie została w domu, bo Karla napisała, że zamierza przyjechać ze swoim Francuzem.

Nie postawiłem stopy w tym położonym w dolinie mieście od czasu, kiedy się stamtąd wyprowadziliśmy na początku lat sześćdziesiątych i kiedy któregoś pięknego i pachnącego jaśminem letniego wieczoru przejechałem samochodem przez ulicę Kamienną. Było tak, jakbym się nagle przeniósł w czasie. Wiele się zmieniło, ale jeszcze więcej pozostało bez zmian. Domy przy Sportowej miały odnowione fasady, lecz kolory pozostały te same. W oknie naszej kuchni, tym od ulicy, stały, tak jak dawniej, dwie doniczki z pelargoniami. Zaparkowałem samochód i poszedłem do niewielkiego lasku. W rowie zobaczyłem… betonową rurę. Leżała nienaruszona przez trzydzieści pięć lat. Musiałem się lekko schylić, by się do niej dostać, jednak ogólnie obyło się bez większych problemów. Zapaliłem papierosa, lucky strike’a, którego kupiłem w kiosku na dworcu w Hallsbergu. Tak sobie siedziałem i paliłem, a łzy same cisnęły mi się do oczu.

„Czym jest życie?” – stawiałem sobie pytanie. – „Czym, do cholery, jest życie?”.

Myślałem o Bennym i jego matce, o Dupie-Enoku, o Balthazarze Lindblomie i o Edmundzie.

O mojej matce i ojcu.

O Henrym.

O tym dniu sprzed tysiąca lat, kiedy to Ewa Kaludis zajechała na boisko szkoły Stava swym czerwonym puchem. Kim Novak.

O słowach mojego ojca: „To będzie ciężkie lato, synu”. O nędznie wyglądających włosach matki i jej umierającym spojrzeniu w szpitalu. Czym jest życie?

O kafelkach w toalecie. O tych małych bliznach na stopach Edmunda, które były niezbitym dowodem na to, że kiedyś miał dwanaście palców.

O Ewie Kaludis. Jej ciepłych, zręcznych dłoniach na moich ramionach i jej nagim ciele.

Jedyne, co mi pozostało.

Jedyne, co udało mi się zatrzymać przy sobie, pomyślałem, to piękne ciało Ewy.

Mogło być gorzej.

***

Wyjeżdżając z miasta, pojechałem na południe ulicą Torfową. Kiosk Karlessona wciąż tam stał, za to nie było już automatu z gumą do żucia. Natomiast obok była przybudówka – kiosk z parówkami; wszystko nazywało się „Grill u Gullana”. Nie miałem ochoty się zatrzymywać.

Wzgórze Kleva było nachylone pod tym samym kątem, nawet jeśli teraz z perspektywy kierowcy kąt ten wydawał się nieco mniejszy.

Wciąż byłem w stanie wskazać miejsce, gdzie Edmund leżał i wymiotował po swoim brawurowym ataku na wzgórze. Droga do Åsbro była taka sama do zakrętu. Co prawda pojawiła się nowa stacja benzynowa, lecz poza tym wszystko wyglądało tak, jak to miałem zakodowane w pamięci. Zatrzymałem się przed sklepem Laxmanów, wszedłem do środka i kupiłem wodę Ramlösa oraz gazetę. Potężna kobieta stojąca przy kasie na pewno przekroczyła pięćdziesiątkę, pod pachami miała plamy potu. Nie było nic, co przeczyłoby tezie, że nazywała się Britt Laxman.

Wzdłuż ulicy przecinającej Sjölycke wybudowano ciąg nowych domków letniskowych, lecz kiedy ponownie wszedłem do lasu, znów przypomniałem sobie każdą ścieżkę i zakręt wzdłuż wijącej się żwirowej wstęgi. Dom Levisów wyglądał, jakby tam nikt nie mieszkał, ale już przedtem sprawiał takie wrażenie. Przejeżdżając obok niego, przypomniałem sobie tamtą wyliczankę. RAK – TREBLINKA – MIŁOŚĆ – PIEPRZENIE SIĘ – ŚMIERĆ. Pomyślałem o ojcu Edmunda, tym prawdziwym, co siadał na krawędzi łóżka i użalał się nad sobą i swoim maltretowanym synem. Te myśli zaczęły się spiętrzać i nim spostrzegłem, znalazłem się na parkingu.

Wydawał mi się o wiele mniejszy. Jego krawędzie porastało zielsko, ale może tak miało być, choć powiedziałbym raczej, że nie było to zaplanowane. Wysiadłem z samochodu i patrzyłem na dwie ścieżki, ta na lewo prowadząca do Lundinów cała była zarośnięta, ta po prawej stronie prowadząca do Genezaret była wydeptana i wyglądała, jakby ktoś z niej korzystał. Po chwili wahania poszedłem nią w kierunku jeziora. Genezaret również znajdowało się na swoim miejscu. Ta sama pochylona rozwalająca się chałupa, ale odmalowana i z nowym dachem. Mała altanka na trawie i białe meble ogrodowe zamiast naszych starych brązowych. Także grill na zewnątrz i antena satelitarna. Lata sześćdziesiąte kontra lata dziewięćdziesiąte, pomyślałem. Czterdzieści dziewięć zamiast czternaście. Drzwi i okno do kuchni były otwarte. Zrozumiałem, że ktoś musi być w środku. Nie miałem jednak ochoty wyjaśniać, po co przyjechałem, więc zatrzymałem się u wylotu ścieżki. Spojrzałem na wszystko przez okulary o szkłach trzydziestopięcioletniej grubości; szopa i wychodek wciąż stały – a przede wszystkim – most pontonowy. Aż mnie zatkało ze wzruszenia, po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Potem się odwróciłem i poszedłem w stronę parkingu. Wróciłem do samochodu i wyjąłem szpadel z bagażnika. Przeszedłem przez jezdnię i odliczyłem odległość między drzewami. Bez problemu znalazłem tę niewielką, przykrytą mchem nieckę. Wbiłem szpadel i wydobyłem parę grud ziemi. Na trzonek trafiłem za trzecim razem. Wsunąłem pod niego szpadel i po chwili stałem, trzymając w ręce kilof. Wydawał mi się nieco lżejszy niż wtedy, jednocześnie mniej nadgryziony zębem czasu niż cokolwiek, co tego dnia zobaczyłem. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałem.

Delikatnie oczyściłem trzonek i młotek. Gdy już cała ziemia została usunięta, nic nie wskazywało, że przez cały ten czas nie leżał w szopie z innymi narzędziami. Albo że, powiedzmy, nie został wyprodukowany kilka lat temu.

Nic oprócz brązowo-czarnej przyschniętej mazi po jednej stronie młota. To niesamowite, jak niektóre rzeczy potrafią przetrwać. Przetrwać i przylgnąć.

Z powrotem zagarnąłem ziemię, całość przykryłem mchem. Włożyłem kilof do czarnego plastikowego worka. Położyłem go w samochodzie na podłodze, pod siedzenie pasażera, i odjechałem.

Dwie godziny później patrzyłem, jak worek tonie w czarnym i mulistym bajorze leśnym niedaleko Skara.

Słońce zaczęło zachodzić, komary bzyczały wokół mojej głowy, mimo to stałem jeszcze przez dłuższą chwilę, próbując zobaczyć otwór, który kilof przebił w tafli wody.

Gdy nie mogłem już nic dostrzec, wzruszyłem ramionami i ruszyłem w drogę powrotną do Göteborga.

***

Parę dni później leżeliśmy nago po tym, jak się kochaliśmy, Ewa i ja. Okno było szeroko otwarte. Była to jedna z tych letnich nocy, które w Szwecji zdarzają się trzy, cztery razy do roku, z ogrodu sąsiadów słychać było muzykę.

– Ta książka, którą piszesz… – powiedziała Ewa, gładząc mnie delikatnie po brzuchu. – Jak ci właściwie idzie?

– A, jakoś – odpowiedziałem. – Do przodu.

Leżała przez chwilę, nic nie mówiąc.

– Zawsze mnie nurtowała jedna sprawa.

– Tak? – powiedziałem. – Jaka?

– Właściwie to który z was zabił Berrę? Ty czy Edmund? To musiał być przecież któryś z was.

Obróciłem się na bok i przywarłem twarzą do jej piersi.

– Masz rację – odparłem. – To musiał być jeden z nas.

Potem powiedziałem kto.

– Co? – powiedziała Ewa. – Nie słyszę, co mówisz. Nie mów tak prosto w moje ciało.

Głęboko wciągnąłem nozdrzami jej zapach i w tej samej chwili w mojej głowie pojawił się obłok.

To niesamowite, jak niektóre obłoki potrafią przetrwać.

Håkan Nesser

***