/ Language: Polski / Genre:thriller

Dom szkieletów

Graham Masterton

Kiedy John udaje się do swojej nowej pracy w agencji nieruchomości pana Vane'a w Streatham, nawet nie przypuszcza, co go czeka. Jedyny klient, jaki odwiedza tego dnia biuro, znika bez śladu wraz z wypożyczonym kluczem do posiadłości. John i jego przyjaciółka Lucy próbują wyjaśnić tę zagadkę. Wkrótce okazuje się, iż w równie tajemniczy sposób zniknęli kiedyś nabywcy innych spośród blisko trzydziestu nieruchomości znajdujących się na tajnej liście pana Vane'a, a miejscowy dziennikarz, który interesował się sprawą został zamordowany. Tymczasem w jednym z okolicznych budynków w trakcie rozbiórki robotnicy odnajdują zamurowane szkielety kilkudziesięciu osób. Niektóre z kości wyglądają na zupełnie świeże… John i Lucy nie zdają sobie sprawy z niezwykłych mocy czających się w ścianach domów należących do Vane'a ani z tego, że im również zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo…

Graham Masterton

Dom szkieletów

House of Bones

Przełożył Karol Ford

Rozdział 1

Pędzili nie oznakowaną omegą przez południowe przedmieścia Londynu, wyprzedzając, zajeżdżając autobusy i ciężarówki, wymanewrowując każdy pojazd, którego kierowca choć na ułamek sekundy się zawahał.

Prowadzący samochód inspektor detektyw Carter raz za razem rzucał niecierpliwie:

– Dawaj, kochany! Pospiesz się, kolego! Na Boga, masz zielone światło… ruszaj się!

Siedzący obok sierżant detektyw Bynoe pochłonięty był kończeniem pizzy z peperoni.

– Co w końcu powiedzieli? – spytał, oblizując palce.

– Że znaleźli szkielety. Mnóstwo szkieletów.

Sierżant detektyw Bynoe pokręcił głową.

– Myślę, że przesadzają. Szkielety! Założę się, że były przeznaczone do użytku jakiejś uczelni medycznej albo coś w tym stylu.

Zjechali z głównej ulicy w pełen zieleni kwartał wielkich ceglanych domów z epoki edwardiańskiej.

Przed laty okolica musiała być bardzo bogata i ekskluzywna, z czasem jednak domy podzielono na mieszkania i teraz duża część budynków wyglądała na porzucone i podupadłe. Brakowało dachówek, wiele bram powyrywano z zawiasów, a porośnięte nie pielęgnowaną roślinnością frontowe trawniki były zasłane papierkami po lodach.

Carter skierował się ku południowemu skrajowi kwartału, gdzie stały dwie żółte ciężarówki do wywozu śmieci. Płot ze sklejki otaczał resztki niegdyś imponującej rodzinnej rezydencji. Stało tam siedmiu albo ośmiu robotników w kaskach, paląc i pogadując.

– Znajdę tu pana Garretta? – spytał Carter, pokazując legitymację.

– Jest tam. To ten facet w białej koszuli.

– Pan Garrett? – spytał Carter, podchodząc do potężnego, szerokiego w barach mężczyzny w białej koszuli z krótkimi rękawami i w krawacie klubu krykietowego. – Inspektor detektyw Carter, Wydział Kryminalny Streatham. Pokaże mi pan, co znaleźliście?

– Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem – oświadczył Garrett. – Czasem znajdujemy szkielety, głównie ptasie i kocie. Raz, kiedy burzyliśmy dom w Clapham, znaleźliśmy trzy dziecięce… mieszkająca tam kobieta po każdym kolejnym porodzie wsadzała niemowlaka do komina. Ale czegoś takiego jak to jeszcze nigdy nie widziałem.

Weszli we trójkę przez drzwi w otaczającym rozbierany dom płocie i ruszyli w kierunku ruin. Przy każdym kroku pod ich nogami chrzęściły kawałki cegieł i okruchy szkła. Zburzono już dwa górne piętra budynku, ale mury parteru pozostały praktycznie nietknięte – wyjęto jedynie drzwi i okna i poustawiano je starannie jedno obok drugiego pod płotem.

Przez dom dało się bez trudu dostrzec ogród za domem, w którym stała dziecięca huśtawka – milcząca pamiątka po kimś, kto tu kiedyś mieszkał.

Weszli do holu wejściowego. Zdążono już wyrwać część posadzki, musieli więc ostrożnie balansować na pełnych gwoździ legarach. Garrett zaprowadził policjantów do szerokiego otworu (jeszcze niedawno musiały się tu znajdować podwójne drzwi), przez który weszli do wielkiego, mocno zakurzonego salonu.

W ścianie na wprost wejścia mieścił się ogromny metalowy kominek. Zburzono kawał ściany obok niego, tworząc ziejącą dziurę, otoczoną brązową tapetą w kwiaty.

– Normalnie rozwalilibyśmy to wszystko żelazną kulą – wyjaśnił Garrett. – Ale tutaj kazałem ludziom wymontować kominek. Takie jak ten są w dzisiejszych czasach warte parę groszy. Wystarczy zdrapać czarną farbę, a spod spodu wyjdzie oryginalny Arts i Crafts.

Carter podszedł do dziury i zajrzał do środka, było tam jednak zbyt ciemno, by cokolwiek dostrzec. Od razu uderzył go jednak zapach. Poza typowym dla rozbiórki duszącym zapachem pękających cegieł i kraszonego betonu w powietrzu unosił się dziwny aromat, przypominający zapach, jaki wydobywał się z torebek z mieszaniną ziół i kwiatów, które jego babcia zwykła wkładać do szaf z ubraniami. Zapach ten na chwilę coś przywołał w jego pamięci i choć Carter nie był w stanie dokładnie określić co, odniósł wrażenie kontaktu z czymś bardzo starym i zapomnianym.

– Proszę – powiedział Garrett i podał inspektorowi lampę na długim przewodzie z zabezpieczoną metalowym koszykiem żarówką.

Carter podniósł lampę wysoko w górę i znów zajrzał w dziurę. Bynoe podszedł, stanął tuż za jego plecami i mruknął:

– Niech mnie cholera, szefie…

Między po części wybitą ścianą salonu a zewnętrzną ścianą budynku znajdowała się spora jama o powierzchni przynajmniej czterech metrów kwadratowych – pełna ludzkich kości. Wystarczył jeden rzut okiem, by stwierdzić, że muszą tu leżeć setki klatek piersiowych, łopatek, miednic, kości udowych i czaszek. Niektóre były brązowawe i wyraźnie stare, inne tak świeże i białe, że aż jarzyły się w świetle. Kiedy Carter opuścił lampę, któraś z czaszek rzuciła na ceglany mur wielki zniekształcony cień, poruszający się niczym żywa istota.

Carter widział już wiele zwłok – ludzi zabitych w wypadkach samochodowych, porzniętych nożem, trupy oblepione zastygłą krwią, wisielców na drzewach – ale w tej ogromnej stercie kości było coś, co napełniało go strachem, jakiego nie czuł nigdy w życiu. Ten widok przypominał dawne pole bitwy.

– Jak sądzicie, sierżancie, ilu tu jest ludzi? – spytał Bynoe’a.

– Nie wiem, szefie. Trudno powiedzieć, póki ich nie wyciągniemy, a sądówka nie połączy do kupy głów, korpusów i nóg. Dwudziestu. Może trzydziestu. Może więcej.

Carter jeszcze raz zajrzał w dziurę.

– Było tu jakieś wejście inspekcyjne? – Popatrzył w górę. – Ukryta klapa w suficie?

– Nie – odparł Garrett. – Komora była dokładnie zamurowana.

– Były świeże cegły?

– No jak? Sam pan widzi. Zaprawa jest tak stara, że w niektórych miejscach przydałoby się ją uzupełnić. A tapeta pochodzi chyba z czasów wojny.

– Cóż… – westchnął Carter. – Wygląda na to, że musimy wykonać pełen program. Sprowadzić jednostkę wypadkową, techników od zabezpieczania śladów, fotografów. Chyba zadzwonię do Barnetta i powiem mu, że natknęliśmy się na Armageddon.

Pracowali do późnej nocy, rozbierając ścianę cegła po cegle w świetle silnych lamp łukowych. Carter siedział na stołku, który znalazł w kuchni, i pił gorącą jak piekło, ale pozbawioną smaku kawę. Bynoe poszedł ustalić, kto mieszkał w domu, zanim został wykupiony przez radę miejską, i skompletować listę właścicieli od dnia, kiedy go zbudowano.

Sześciu funkcjonariuszy ostrożnie wynosiło kości z ponurej krypty i opatrywało je karteczkami, by patolodzy mogli odtworzyć układ, w jakim zostały znalezione przez robotników Garretta.

Doktor George Bott, ubrany w ochronny biały kombinezon i zielone kalosze, wyszedł z „komory szkieletów” z czaszką w rękach.

– Popatrz na to – zwrócił się do Cartera. – Musi mieć siedemdziesiąt albo i osiemdziesiąt lat. Plomby są późnowiktoriańskie, są tam jednak także czaszki, które nie mogą mieć więcej niż pięć albo sześć miesięcy. Jak się tam znalazły?

– Wygląda na to, że mamy Wielką Tajemnicę Zamurowanego Pokoju z Norbury – stwierdził Carter, kończąc kawę. – Prawdopodobnie będzie się o niej mówić jeszcze wtedy, kiedy my obaj znajdziemy się na cmentarzu. – Wstał i popatrzył na zegarek. – Wrócę rano i zobaczę, jak ci idzie. Dopóki nie skończysz, niewielki tu ze mnie pożytek.

Właśnie zamierzał odejść, kiedy w ich kierunku ruszył komisarz Green. Trzymał w rękach cegłę.

– Szefie, chyba powinien pan rzucić na to okiem – powiedział, podchodząc, i położył przyniesiony okaz na stołku.

Była to standardowa cegła, ale z obu jej stron wystawała ludzka kość, najprawdopodobniej piszczelowa. Tkwiła w cegle niczym bełt kuszy w kawałku drewna.

Doktor Bott podniósł znalezisko i dokładnie je obejrzał.

– To niemożliwe. Nie da się przebić cegły ludzką kością. Kość jest zbyt krucha, a cegła zbyt twarda.

– Może włożono kość przed wypaleniem?

– To też niemożliwe. W piecu kość by się spopieliła.

– Mamy jeszcze jedną podobną – powiedział pracujący przy stercie kości komisarz Wright.

Po chwili przyniósł cegłę, z której wystawały cztery palce, wyglądające jak ostatnie, rozpaczliwe błaganie o ratunek. Zaraz potem kolejny policjant znalazł trzy połączone ze sobą cegły, w których tkwiła czaszka.

– Co to oznacza, George? – spytał Carter doktora Botta. – Wszędzie pełno śladów i dowodów zbrodni, ale żadnego z nich nie rozumiem. Kim byli ci ludzie i dlaczego zamurowano ich w ścianie?

Rozdział 2

Poranek zrobił się nieprzyjemnie gorący, a John był dziesięć minut spóźniony. Kiedy szedł szybko Streatham High Road, z naprzeciwka nadjechało na rolkach jego trzech kumpli ze szkoły – Micky, Tez i Nasheem. Mieli na głowach czapki baseballowe, byli ubrani w T-shirty i szorty i popijali z butelek alkoholizowaną lemoniadę.

Micky objechał go mocno zdziwiony.

– Co się z tobą dzieje, człowieku? Wskoczyłeś w garnitur. Wyglądasz, jakbyś szedł na pogrzeb swojej babci.

– Rany, a co zrobiłeś z włosami? – dodał Nasheem. – I co jest z twoimi kolczykami? Gdzie masz kolczyki?

– Wiem, co mu się stało – stwierdził Tez. – Skończył osiemnaście lat i jest dorosły. Wydaje mu się, że ma się ubierać jak jego ojciec.

– Przepraszam, chłopaki, ale jestem spóźniony – powiedział John. – Wyleją mnie już pierwszego dnia.

– Wyleją? – afektowanie powtórzył Tez. – Chcesz powiedzieć, że znalazłeś robotę? Musiałeś oszaleć, człowieku. Po co szukałeś pracy, mogąc spędzić wakacje wałęsając się z kumplami? Nie mówisz poważnie, to niemożliwe…

– Nie stać mnie na wałęsanie się, zwłaszcza kiedy mam pracę. Skończyłem szkołę i muszę zacząć robić karierę.

– Karierę?! – spytał sarkastycznie Micky. – Jako kto? Chcesz zostać dyrektorem banku? Zawsze mówiłeś, że będziesz największym piosenkarzem rockowym, jaki chodził po tej ziemi.

– Tak też i będzie, jeśli uda mi się założyć zespół. Wysłałem w parę miejsc kasetę demo i sam wiesz, że nikt się nie zainteresował, prawda? Potrzebuję naprawdę dobrego zespołu i muszę więcej ćwiczyć.

– Co zamierzasz robić do tego czasu? – spytał Tez. – Pracować dla Inland Revenue?

– Muszę iść – oświadczył John. – Kazali mi być o dziewiątej. Punkt dziewiąta.

– Naprawdę? – szydził Micky, krążąc wokół Johna na rolkach. – Kto ci kazał?

– Ci, dla których mam pracować.

– Czyżby? A któż to taki? Centrala Partii Konserwatywnej?

John pchnął Micky’ego.

– Czego się czepiacie? Co załatwiliście dla siebie? Nic! Spędzicie lato na włóczeniu się po okolicy i co dalej?! Zasiłek? To marnotrawstwo czasu! Nawet jeśli nie zostanę piosenkarzem rockowym, na pewno trochę zarobię i zdobędę nieco doświadczenia.

– No, no – rzucił wyzywająco Tez. – Jeśli taki jesteś dumny z tej swojej kariery, powiedz, co to za firma.

John zawahał się, po chwili jednak powiedział:

– Będę pracował dla Blighta, Simpsona i Vane’a.

– Hej! A cóż ci panowie robią?

– Mają agencję handlu nieruchomościami. Najlepszą w Streatham.

Tez zamarł z otwartymi ze zdumienia ustami.

– Agencja handlu… nieruchomościami. Chyba żartujesz! Będziesz pracował w agencji handlu nieruchomościami? Cóż to za kariera, facet? Ale mi robota! To jeszcze gorsze, niż zostać dyrektorem banku!

John przeczesał palcami włosy i ruszył. Micky, Tez i Nasheem pojechali za nim, kpiąc z niego i przycinając mu, ale nie odzywał się do nich. Nie zamierzał zostać agentem handlu nieruchomościami. Chciał zostać najlepszym piosenkarzem rockowym w historii, który gra na gitarze i śpiewa własne piosenki, zapełniając Wembley, Rose Bowl i Madison Square Garden. Jak te tłumy by ryczały… ale tuż przed Bożym Narodzeniem matka dostała wylewu, który częściowo sparaliżował lewą stronę ciała, młodsza siostra Ruth była jeszcze w liceum, a ojciec ciągle brał dodatkowe godziny na taksówce, by utrzymać rodzinę.

Marzył o tym, że taśma demo przyniesie kontrakt za milion funtów, jednak w odpowiedzi dostał tylko parę listów w rodzaju: „Ciekawe, ale przykro nam…” – a był wystarczająco dorosły, by zrozumieć, co chciano przez to powiedzieć. Był dobry, ale niewystarczająco. Uznał więc, że zanim doszlifuje umiejętności, musi zacząć zarabiać.

Po jakimś czasie przyjaciele znudzili się dręczeniem go i odjechali. Odwrócił się i patrzył, jak przemykają przez tłum, pokrzykując bojowo i wyrzucając w górę ręce niczym zwycięscy bokserzy. Poczuł ukłucie zazdrości.

Wkrótce dotarł do biura firmy Blight, Simpson & Vane. Znajdujący się przy samej Streatham High Road budynek firmy wyglądał od frontu dość staromodnie. W dużym oknie wisiała oprawiona w dębowe ramy tablica ogłoszeniowa ze zdjęciami oferowanych nieruchomości. Strumień jadących ulicą samochodów robił taki hałas, że John ledwie mógł myśleć. „Bardzo interesująca rezydencja dla rodziny z pięcioma sypialniami i widokiem na łąki”. „Ładne dwupoziomowe mieszkanie z dwoma sypialniami”. „Mieszkanie z wyjściem na ogród i możliwością korzystania z garażu”. Ceny nieruchomości były tak astronomiczne, że nie umiał sobie wyobrazić, by kiedykolwiek kogoś takiego jak on było na coś podobnego stać.

Spostrzegł w lustrze swoje odbicie i ledwie siebie rozpoznał. W zeszłym tygodniu miał na głowie dziką plątaninę loków – teraz jego włosy były schludnie obcięte, a uszy widoczne. W zeszłym tygodniu w jego uszach tkwiły rozmaite kółka i fantazyjnie zakończone kawałki drucików – dziś pozostały po nich jedynie dziurki. Założył nowy garnitur od Burtona, zawiązał krawat od Burtona i wyglądał jak każdy początkujący urzędnik w Wielkiej Brytanii: był prawie przystojny, niemal dorosły, miał brązowe oczy, mocno zarysowany, gładko wygolony podbródek i tylko jeden syfek obok nosa.

Stał przed oknem i grał w wyobraźni Susan’s House, obserwując, jak jego palce poruszają się po wyimaginowanym gryfie, wydymając wargi i poruszając ustami. Uwaga, Eelsi! Przesuń się, Beck! Nadchodzi John French – największy gitarzysta rockowy w historii wszechświata!

Kiedy niemal dochodził do finału, otworzył oczy i dostrzegł obserwującego go znad dębowej ramy człowieka o wąskiej, wykrzywionej dezaprobatą twarzy. Natychmiast przestał grać na nie istniejącej gitarze i zaczął udawać, że się przeciąga. Drzwi prowadzące do budynku otworzyły się i wyszedł z nich chudy mężczyzna o nosie podobnym do ptasiego dziobu – ten sam, który prowadził z nim rozmowę kwalifikacyjną.

– Spóźniłeś się – zaskrzeczał. – Już myślałem, że w ogóle się nie pokażesz.

– Jasne, wiem… Przepraszam. Autobus się spóźnił.

– W przyszłości będziesz musiał lepiej organizować sobie dojazd. Poza tym w tej firmie nie mówimy „jasne”, lecz „tak jest”, do tego z wytwornym „s”.

– No tak, jasne. To znaczy… tak jesst, oczywiście, tak jesst.

– Nie sądzisz, że lepiej by było, gdybyś wszedł do środka i zaczął pracować?

– Tak jesst, chyba tak będzie lepiej. Tak jesst.

– Nie musisz na mnie syczeć, do cholery!

– Przepraszam.

Mężczyzna zaprowadził Johna do głównego biura. Wnętrze pomalowano na groszkowo, a pod każdą z dłuższych ścian ustawiono po pięć biurek, w dodatku tak, że stały skosem do ściany. Jarzeniowe światło powodowało, że każdy z pracowników wyglądał, jakby nie spał całą noc. Ścianę w głębi podpierały szeregi metalowych szaf na akta, w przerwie między nimi wisiał wielki plan południowego Londynu.

– Prawdopodobnie pamiętasz, że nazywam się David Cleat, ale w biurze masz się do mnie zwracać „panie Cleat”. Jestem zastępcą dyrektora firmy.

Pan Cleat podszedł do pierwszego biurka, przy którym siedział rudy chłopak w jaskrawozielonej koszuli, zajadający jabłko i zaczytany w „Racing Post”. Jego oczy były zielone jak butelkowe szkło, a nos miał upstrzony piegami.

– To jest Liam O’Brien. Liam, chciałbym, żebyś poznał Johna.

– Cześć, witamy we wspaniałym świecie handlu nieruchomościami – odparł Liam, mocno ściskając Johnowi dłoń. – Teraz także i ty będziesz mógł bez kiwnięcia palcem zarobić pół procenta czyichś ciężko zarobionych pieniędzy.

– Liam ma nieco pozbawione szacunku podejście do tego, co robimy – stwierdził pan Cleat, lekko wydymając wargi. – Ale udaje mu się sprzedawać sporo domów. Umie zamącić ludziom w głowie. Ma irlandzki dar wymowy.

– Ależ panie Cleat… – zaprotestował Liam. – Czy sprzedaż nieruchomości to nie jedno wielkie mącenie ludziom w głowach? Nazywać dom „częściowo wolno stojącym”, kiedy styka się jedną ścianą z innym…

Pan Cleat pchnął lekko Johna do następnego biurka, przy którym siedział młody Murzyn, studiujący cennik. Przed nim stała pleksiglasowa podstawka z wizytówką, identyfikująca go jako Courtneya Tullocha. Był tak elegancko ubrany, że aż wydawał się nieprawdziwy. Miał na sobie granatowy blezer będący kreacją któregoś ze sławnych projektantów mody i czerwony jedwabny krawat, a włosy tak przystrzyżone, że szczyt czaszki tworzył poziomą powierzchnię. Podniósł głowę i obdarzył Johna szerokim, ale pozbawionym emocji uśmiechem.

– Nie zwracaj uwagi na Liama – powiedział, wyciągając rękę. – Jeśli będziesz się starał, zrobisz w tej agencji majątek. Chcesz mieć BMW? Z felgami alu? Ze sprzętem Kenwooda? Jeśli tak, ta robota ci to załatwi.

– Myślmy nie tylko o zarobku, ale także o jakości usług i rzetelności – wtrącił pan Cleat i pociągnął nosem.

– Ale nie zapominając o odkładaniu na porządny samochód – oświadczył z uśmiechem Courtney.

Pan Cleat zaprowadził Johna do ostatniego zajętego biurka, gdzie przed komputerem siedziała brunetka w żółtej marynarce z lnu, opisująca „atrakcyjny dwupiętrowy apartament z łatwym dostępem do sklepów”.

– Lucy Mears – przedstawił ją pan Cleat. – Lucy, chciałbym, żebyś przywitała się z naszym nowym pracownikiem.

– Cześć! – powiedziała Lucy, rzucając na Johna krótkie spojrzenie. – Mam nadzieję, że dobrze robisz kawę. Piję czarną, z jedną tabletką słodziku.

– Doskonale – stwierdził pan Cleat. – Zostawię cię teraz w kompetentnych rękach Courtneya. Te drzwi z lewej prowadzą do kuchni, gdzie można robić kawę i herbatę, a także do ustronnego miejsca. Personel raz na tydzień składa się na napoje i na… hmm… bibułkę.

John patrzył na swojego nowego szefa, nic nie rozumiejąc. Pan Cleat poczerwieniał i wysunął górne zęby niczym Królik Bunny.

– Chodzi o sralny papier – wyjaśnił Liam, nie unosząc wzroku znad „Racing Post”.

– Dziękuję, Liam – wycedził pan Cleat tonem żrącym jak kwas azotowy, po czym dodał: – Drzwi po prawej prowadzą do biura pana Vane’a. Jest w tej chwili po części w stanie spoczynku, ale czasami zjawia się, aby dokonać transakcji z paroma wybranymi klientami. Chciałbym, byś przyjął do wiadomości, że oczekuje wysokiej jakości wystroju.

John znów nic nie rozumiał. I tym razem sprawę wyjaśnił Liam.

– Chodzi o to, że pan Vane nie chce, by jadać w biurze rybę z frytkami i olewać kłopotliwych klientów.

Pan Cleat nie skomentował tego, ale obdarzył Liama spojrzeniem, które zabiłoby żółwia. Popatrzył na zegarek i stwierdził:

– No, muszę już iść. Mam spotkanie z klientami w sprawie posiadłości Wavertree i nie mogę się spóźnić. John, zapamiętaj sobie, że w tym interesie najważniejsza jest punktualność. Nigdy nie wolno kazać klientom czekać. Zrozumiałeś?

– Jasne. To znaczy tak jesst.

Kiedy pan Cleat wyszedł, wszyscy natychmiast się rozluźnili, może z wyjątkiem Courtneya, który właśnie rozmawiał przez telefon z potencjalnym klientem o domu z widokiem na Tooting Bec.

– Wiem, że pańskim zdaniem cena jest zbyt wysoka, ale proszę pomyśleć o widoku – mówił. – Trawa, drzewa, kort tenisowy. Wyglądając przez okno z kuchni można sądzić, że jest się na dużej posiadłości ziemskiej.

– Nie wiem, jak on może tak łgać w żywe oczy… – mruknął Liam z uśmiechem. – Widzieliście Tooting Bec w weekend i przewalające się tam tłumy? Wyglądają jak kłębowisko robaków.

Skończywszy rozmowę, Courtney podszedł do Johna.

– Nie będziesz miał dziś wiele roboty – oświadczył. – Spadnie na ciebie jedynie robienie herbaty, odpowiadanie na telefony i zaniesienie korespondencji na pocztę. Wezmę cię też z sobą do paru domów, które ludzie zamierzają kupić. Może raz czy dwa zostaniesz tu sam, więc jeśli ktoś przyjdzie i zapyta o dom albo mieszkanie, musisz iść do szaf z dokumentami, znaleźć odpowiednią teczkę, skopiować materiały i dać je klientowi. – Otworzył jedną z szaf i wyjął błyszczącą teczkę, do której przypięto kolorową fotografię dużego domu z sześcioma sypialniami. – Jeśli ktoś powie, że chce coś zobaczyć, zapisz nazwisko i numer telefonu i powiedz, że oddzwonimy, by umówić się na spotkanie w pasującym mu terminie. To wszystko, co masz robić.

– Zawsze jeździ się z klientem, jeśli chce coś obejrzeć?

– Zazwyczaj tak, chyba że jesteśmy bardzo zajęci albo właściciel woli sam oprowadzić potencjalnego kupca – odparł Courtney. – Niekiedy, gdy dom jest pusty, pożyczamy ludziom klucz, by mogli się sami rozejrzeć. – Otworzył znajdującą się w szafie szufladę. – Klucze są tutaj. Kody alarmów też.

– Dzięki.

– Powinieneś wiedzieć o jeszcze jednej rzeczy… – zaczął Courtney, ale w tym momencie zadzwonił telefon, więc podszedł do biurka, by go odebrać.

John, nie bardzo wiedząc, co robić, poszedł za nim, Courtney zasłonił jednak mikrofon dłonią i powiedział:

– To chwilę potrwa. Usiądź przy ostatnim biurku i zacznij przeglądać listę ofert, żebyś wiedział, co mamy.

John usiadł i spróbował się uśmiechnąć do Lucy, ale ona patrzyła na niego tak, jakby był Niewidzialnym Stażystą.

Rozdział 3

Pierwszy dzień pracy Johna był mieszanką nudy i dezorientacji, przyprawianą od czasu do czasu zażenowaniem. Ponad godzinę spędził na kserowaniu planów bloku z apartamentami do wynajęcia w Gypsy Hill, a potem zrobił wszystkim napoje: herbatę z trzema kostkami cukru dla Courtneya, kawę z mlekiem dla Liama i czarną dla Lucy.

– A gdzie herbatniki? – zapytała, gdy przyniósł jej kawę, i kazała mu iść do Sainsbury’ego po paczkę ciastek w czekoladzie.

Pod sklepem z płytami „Our Price” zobaczył dwóch chłopaków, których znał – stali, paląc papierosy, śmiejąc się i zagadując przechodzące dziewczyny. Poczuł się jak zamknięty w pułapce szczur, co jeszcze bardziej pogorszyło mu nastrój. Wrócił do biura najdłuższą możliwą drogą – wzdłuż Pendennis Road i przez Gracefield Gardens. Było tak gorąco, że musiał poluzować krawat. Kiedy otworzył pudełko, okazało się, że czekolada spłynęła z ciastek.

– Gdzieś ty je kupił? – zapytała Lucy. – W Zimbabwe?

Tuż przed lunchem Courtney zabrał go swoim granatowym BMW na spotkanie z małżeństwem, które chciało obejrzeć nieduży domek z dwoma sypialniami w Streatham Park. Johnowi jazda bardzo się podobała, zwłaszcza że samochód miał fantastyczny sprzęt grający. Courtney podkręcił głośność do ogłuszającego poziomu i John miał wrażenie, że z każdym akordem karoseria auta coraz bardziej się wybrzusza.

Dom był ciasny i wyziębiony – najwyraźniej od dłuższego czasu nikt w nim nie mieszkał. Na dywanie w salonie była wielka brązowa plama, na tylnej stronie drzwi spiżarni ktoś przybił plakat z Barrym Manilowem i flamastrem domalował mu okrągłe okulary. Małżonkowie mieli po pięćdziesiąt parę lat i nie byli zdecydowani. On miał na sobie brązową nylonową koszulę z krótkimi rękawami, ona sukienkę przypominającą perkalowy pokrowiec na krzesło. Nie odzywając się, zaglądali z ponurymi minami do każdego pomieszczenia. Dopiero na końcu mąż spytał:

– Jaka jest tu ziemia? Kwaśna czy zasadowa?

– Gliniasta – odparł Courtney.

– To niedobrze. Chcę hodować azalie.

– Czasem ma się ochotę zrobić im krzywdę – stwierdził w drodze powrotnej Courtney. – Po prostu zrobić im kuku.

Roześmiał się, John też się roześmiał. Zaczął powoli dochodzić do wniosku, że może w końcu polubi tę pracę. Na lunch Courtney zaprosił go do MacDonalda na cheeseburgera i frytki, ale John odmówił.

– Nie martw się, stary, ja stawiam – powiedział Courtney. – Wiem, jak to jest, kiedy zaczyna się pracę.

– Nie o to chodzi, mam pieniądze. Po prostu nie jestem głodny.

– Jak chcesz.

– Jeśli i tak zostajesz, to pójdę na zakupy – oświadczyła Lucy, kiedy wrócili do biura.

Zamknęli za sobą drzwi i zostawili go samego. W rzeczywistości umierał z głodu, miał jednak pieniądze tylko na autobus do domu i nie zamierzał się do tego przyznawać. Tata co prawda wciskał mu pieniądze na lunch, ale John nie chciał ich wziąć.

Pan Cleat wyznaczył mu biurko przy samym wejściu do hali biurowej, więc gdyby ktokolwiek wszedł, John musiałby wstać, by go przywitać. Na jego biurku leżała mająca chronić blat płachta tektury, na której stał komputer, którego nie umiał obsługiwać, i pojemnik na długopisy z firmowym nadrukiem.

Posprawdzał szuflady, ale poza kilkoma zabłąkanymi spinaczami i malowniczą widokówką z Rhyl, na której napisano: „Drodzy Wszyscy! Odkąd przyjechałem, leje. Pozdrawiam, Bill” – były puste.

Czas pełzł jak żółw. John przerzucił lokalną „Property Gazette”, potem podszedł do okna i zaczął wyglądać znad dębowej ramy. Nad Streatham High Road unosiły się kłęby kurzu, ale ulica była pełna światła. Chodnikami pomykało mnóstwo dziewczyn w krótkich spódniczkach. John zrobił sobie filiżankę kawy i zjadł trzy czekoladowe ciastka, zlepione jak przekładana kanapka. Właśnie się zastanawiał, czy zaryzykować zjedzenie czwartego ciastka, kiedy zadzwonił dzwonek przy drzwiach wejściowych i do biura wkroczył wysoki mężczyzna w kremowym blezerze. Miał szeroką, opaloną twarz, krzaczaste brwi i okulary w grubych rogowych oprawkach. Rzucił na biurko Johna brązową skórzaną aktówkę i niemal krzyknął:

– Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć! – Głos miał tak donośny, że gdyby lekko się wysilił, słychać by go było z odległości pięciu kilometrów.

– Oj! – jęknął John.

Mężczyzna przyjrzał mu się dokładnie, a potem, starannie wymawiając zgłoski, jakby rozmawiał z debilem, dodał:

– Chcę obejrzeć ten dom.

– Oj!

– Dzwoniłem w zeszłym tygodniu. Rozmawiałem z Davidem.

– Rozumiem, z panem Cleatem. Nie ma go w tej chwili. Nikogo nie ma.

– Pan jest.

– Tak, ale to mój pierwszy dzień pracy.

– No to co? Chcę tylko rzucić okiem na tę nieruchomość. Od wieków szukam domu na Mountjoy Avenue. Tamtejsze domy trafiają na rynek najwyraźniej tylko wtedy, gdy ktoś umrze.

– Przykro mi, ale nikogo w tej chwili nie ma.

– Mogę chyba pożyczyć klucz? Zwrócę go za trzy kwadranse.

– Nie wiem, czy…

– Słuchaj, chłopcze. Korzystałem z usług tej agencji, kiedy ty jeszcze sikałeś w pieluchy. Gram z Davidem w golfa. Dom jest pusty, nie ma w nim nic do ukradzenia. Poza tym raczej nie wyglądam na włóczęgę, co? A może wyglądam?

– Nie. Oczywiście, że nie.

John podszedł do szuflady i zaczął przeglądać klucze. Były ułożone w porządku alfabetycznym i starannie oznakowane, nie było jednak wśród nich klucza opatrzonego tabliczką „Mountjoy Avenue 66”.

– Przykro mi. Nie ma klucza. Gdyby mógł pan przyjść później…

– Nie mogę przyjść później. Mam o drugiej ważne spotkanie. Musicie gdzieś mieć ten klucz. David powiedział, że to jedna z waszych specjalnych nieruchomości i zajmuje się nią pan Vane.

John wzruszył ramionami.

– Przykro mi. Jeśli nie ma tu klucza…

– Jeśli to jego nieruchomość, to może pan Vane ma go w swoim gabinecie?

– Może – odparł niechętnie John. – Zobaczę.

Otworzył drzwi do gabinetu pana Vane’a i wszedł do środka. Żaluzje były zasłonięte, więc w środku panował mrok. Pod ścianami stały szeregi starych mahoniowych szaf na akta, pod jedną z nich królowało olbrzymie, zasłane dokumentami i książkami mahoniowe biurko. Między szafami wisiał portret ładnej kobiety w karmazynowej sukience z lat dwudziestych.

– Pospiesz się, chłopcze, nie mam całego dnia do dyspozycji! – zawołał gość.

John otworzył środkową szufladę biurka. Było tu pełno chaotycznie powpychanych okularów, piór, gumowych opasek, kopert i starych fotografii. W lewej szufladzie leżały paczki starych listów, powiązanych różową tasiemką. W prawej znalazł klucze – dziewięć sztuk. Przy każdym wisiała plakietka z dokładnym opisem. Po chwili miał w ręku ten od Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć.

– Znalazłeś? – zapytał gość.

John zawahał się. Chyba nic się nie stanie, jeśli ktoś rzuci okiem na którąś z nieruchomości pana Vane’a… Jeśli temu facetowi dom się spodoba, może złoży ofertę kupna i pan Vane będzie zadowolony, nawet jeśli wszystko odbędzie się pod jego nieobecność.

Zamknął szufladę i wrócił do biura.

– Dobra robota – mruknął mężczyzna na widok klucza i wyciągnął rękę. Na palcu serdecznym miał grubą obrączkę, zrobioną z przeplatających się pasemek złota i platyny.

John zacisnął palce na kluczu.

– Chyba powinienem zapisać pańskie nazwisko. Wie pan, to mój pierwszy dzień i nie chcę popaść w kłopoty.

– Rogers – niecierpliwie rzucił mężczyzna. John zapisał nazwisko w notesie z firmowym nadrukiem.

– A pański adres?

– David wie, gdzie mieszkam! Był u mnie na kolacji!

John dalej trzymał długopis nad papierem.

– No dobra. Welham Road sto trzy.

Kiedy John powoli zapisywał adres, mężczyzna wiercił się i podrygiwał. Gdy dostał klucz, natychmiast wymaszerował, niemal zderzając się w drzwiach z wracającym Courtneyem.

– A to kto? – spytał Courtney.

John uniósł notes.

– Pan Rogers. Chciał popatrzeć na dom, więc pożyczyłem mu klucz. Mam nadzieję, że nie zrobiłem nic złego. Zapisałem jego adres.

– To świetnie. Jeśli kupi nieruchomość, dostaniesz premię. Przy tym tempie będziesz miał BMW jeszcze przed świętami.

– Dziękuję – odparł John, bardzo z siebie zadowolony. – Chcesz filiżankę kawy? Właśnie zamierzałem zaparzyć.

– Chętnie. Mógłbyś dziś po południu poselekcjonować akta. – Courtney wskazał na leżącą na biurku stertę. – Nieruchomości znajdujące się w ofercie ponad trzy miesiące odkładaj, żebyśmy mogli je przejrzeć i zastanowić się, czy zareklamować je ponownie w prasie branżowej i czy nie poradzić właścicielom, by obniżyli cenę.

– Oczywiście, zajmę się tym.

W tym momencie wrócili Liam i Lucy. Liam opowiadał właśnie jakąś absurdalną historię o Tarzanie, który z powodu braku pracy w dżungli występuje o zasiłek dla bezrobotnych.

– Jak tam, John? – spytał Liam. – Sprzedałeś coś, gdy nas nie było?

– Możliwe – odparł za Johna Courtney. – Był ktoś i pytał o dom.

– To wspaniale. Mam nadzieję, że chodzi o Cedars. Już trzy lata próbujemy wepchnąć komuś tę stertę próchna.

– Nie. Chodziło o Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć.

Liama zatkało, patrzył na Johna z otwartymi ustami. Courtney zakrył twarz dłońmi. Lucy wykrzyknęła:

– Nie wierzę!

– O co chodzi? – spytał John. – Chyba nie zrobiłem nic złego? Facet twierdził, że zna pana Cleata. Powiedział, że grywa z nim w golfa, zaprasza go na kolację itepe. – Czuł, że czerwienieje i zaczyna mu łomotać serce.

– Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć to nieruchomość pana Vane’a – odparła Lucy. – Znajduje się na jego specjalnej liście. Nikomu nie wolno jej sprzedawać.

– Skąd miałeś klucz? – spytał Liam.

– Zajrzałem do biurka pana Vane’a.

– Zajrzał do jego biurrrka… – wycedził przez zęby Courtney. – On naprawdę robi się niebezpieczny.

– Przecież nie wiedziałem… – jęknął John. Był bliski łez. Musiał raz za razem przełykać, by pozbyć się ucisku w gardle.

– Nie powiedziałeś mu? – spytała Courtneya Lucy. – Jezu, Courtney, powinieneś był mu powiedzieć! Courtney popatrzył na swego rolexa.

– Dawno temu ten facet wyszedł? Może zdążę go złapać, zanim dojedzie na miejsce?

– Jakieś dziesięć minut temu.

Jakie mogło mieć znaczenie, że dał panu Rogersowi klucz? – zastanawiał się John. Przecież nie próbował mu sprzedać nieruchomości ani nic w tym stylu. I tak nie wiedział, jak to się robi.

Liam objął go i powiedział uspokajająco:

– Nie przejmuj się, John. To nie była twoja wina. Nie mogłeś wiedzieć. Wydawało ci się, że robisz, co należy.

John tylko skinął głową – nie miał odwagi się odezwać.

– Teraz możemy jedynie czekać, aż pan Rogers odniesie klucz, i mieć nadzieję, że nie złoży oferty kupna – dodała Lucy.

Jeszcze rozmawiali o Mountjoy Avenue 66, kiedy wrócił pan Cleat. Poza aktówką miał papierową torbę na zakupy od Tesco z butelką lambrusco, czekoladową ekierką i zamrożonym daniem obiadowym na jedną osobę.

– Co się dzieje? – spytał, widząc ich miny. – To nie wieczór samotnych matek, a agencja handlu nieruchomościami, w której wre praca!

Liam nie zdejmował ręki z ramienia Johna. Johnowi sprawiała przyjemność jego opiekuńczość, ale wolałby, by zabrał rękę. Czuł się głupio, jak potrzebujący niańki małolat.

– John trochę nabroił – poinformował pana Cleata Liam. – W przerwie przyszedł jakiś facet i wyłudził od niego klucze do Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć.

Pan Cleat odstawił torby i wbił w Johna wzrok.

– Słucham…?

– Nazywał się Rogers. Powiedział, że pana zna.

– Rzeczywiście mnie zna. I dałeś mu klucz do Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć?

– To nie była wina Johna – wtrącił się Courtney. – Zapomniałem mu powiedzieć o specjalnej liście pana Vane’a.

Pan Cleat najpierw otworzył usta, a potem je zamknął, jakby miał kłopoty z oddychaniem. Podszedł do swojego biurka, zaraz jednak wrócił do Johna.

– I co teraz? – spytał w przestrzeń. – Co my teraz zrobimy?

– Mam jego nazwisko i adres – wyjaśnił John. – Poza tym obiecał natychmiast odnieść klucz.

Pan Cleat zdawał się tego nie słyszeć.

– Może telefon na Mountjoy nie jest jeszcze wyłączony. Może powinniśmy spróbować go złapać?

– Jeśli pan chce, mógłbym tam podjechać – zaoferował się Courtney.

– Nie! Sam pojadę – odparł pan Cleat. – Wolę nie myśleć, co powie pan Vane. W tym tygodniu miał kolejny atak astmy i nie jest w najlepszym humorze.

– Naprawdę mi przykro – próbował usprawiedliwiać się John. – Nie wiedziałem.

Pan Cleat podał mu swoją torbę z Tesco.

– Włóż to do zamrażarki. Gdyby ktokolwiek mnie szukał, nie ma mnie i mam wyłączony telefon.

Powiedziawszy to, wypadł na zewnątrz. John widział, jak biegnie na parking po drugiej stronie High Road, lawirując między autobusami i ciężarówkami.

– Nic z tego nie rozumiem – stwierdził. – To przecież tylko dom. Co za różnica, kto go sprzeda?

– Ja też tego nie rozumiem – powiedziała Lucy. – Ale jeśli istnieje cokolwiek, czego można się nauczyć pracując dla Blighta, Simpsona i Vane’a, to właśnie maksymy: „Rób, co ci każą, i nie zadawaj głupich pytań”.

– No tak. Przepraszam. Chcesz filiżankę kawy?

– Jasne – odparła Lucy i po raz pierwszy tego dnia uśmiechnęła się do niego.

Pan Cleat wrócił mniej więcej po godzinie. Poszedł natychmiast do gabinetu pana Vane’a i wrzucił klucz od domu przy Mountjoy Avenue 66 do szuflady jego biurka. Sprawiał wrażenie mocno podenerwowanego. Wyglądał jak ktoś, kto przed chwilą był świadkiem wypadku samochodowego.

Kiedy wyszedł z gabinetu pana Vane’a, podszedł prosto do Johna.

– Nigdy, pod żadnym pozorem, nie wydajemy nikomu kluczy do nieruchomości pana Vane’a, rozumiesz? Nigdy! Jestem gotów przyjąć do wiadomości fakt, że to twój pierwszy dzień i Courtney nie ostrzegł cię o istnieniu listy specjalnej, jeśli jednak w przyszłości ktokolwiek będzie pytał o którąś z naszych nieruchomości, zawsze najpierw masz sprawdzać w aktach. Jeśli coś znajduje się na specjalnej liście pana Vane’a, masz zapisać nazwisko i dane zainteresowanego i zostawić na biurku pana Vane’a notatkę. Na tym twoja rola się kończy.

John skinął głową.

– Teraz wiem. Jeszcze raz przepraszam. Gdybym wiedział wcześniej, nic takiego bym nie zrobił.

– No tak, oczywiście. Miejmy nadzieję, że pan Vane będzie tak samo wyrozumiały jak ja.

Resztę popołudnia John spędził, przyklejając zdjęcia domów do specjalnych kart i odpowiadając na telefony. Raz za razem spoglądał na pana Cleata i zastanawiał się, dlaczego kierownik biura popadł w taką panikę w związku z domem przy Mountjoy Avenue 66. Dlaczego pan Vane obstawał przy specjalnym zestawie nieruchomości, zastrzeżonych do sprzedaży tylko przez niego? Przecież powinien się cieszyć, gdyby któryś z jego ludzi coś sprzedał.

Pod koniec dnia jeszcze o tym myślał, kiedy pan Cleat nagle zatrzasnął teczkę, nad którą siedział, i oznajmił:

– No, to by było na tyle. Już wpół do szóstej. Chyba mieliśmy wszyscy dość jak na jeden dzień.

Rozdział 4

Przyjechał do domu o szóstej, kiedy ojciec smażył na grillu kotlety wieprzowe na kolację. Matka, ubrana w szlafrok, siedziała przy stole w kuchni nad filiżanką herbaty. Po wylewie posiwiała i wyglądała znacznie starzej niż powinna. Na szczęście mogła mówić, używać prawej ręki i kręcić się po domu.

John widział, że ojciec też się postarzał, choć może wynikało to stąd, że ostatnio szybko dojrzewał i po raz pierwszy zwrócił uwagę na jego wygląd. Był teraz osiem, może nawet dziesięć centymetrów wyższy od ojca, dzięki czemu widział z góry jego zaczynającą się łysinę o średnicy pięćdziesięciopensówki.

– No i jak ma się nasz agent handlu nieruchomościami? – spytał na powitanie ojciec.

John pochylił się nad matką i pocałował ją. Podniosła rękę, dotknęła jego policzka i uśmiechnęła się jedną stroną ust.

– Kiedy wróci Ruth? – spytał John.

– Oj, późno – odparł ojciec. – Znów umówiła się z Peterem Millsem. Sama zrobi sobie kolację.

Obrócił kotlety i zaczął gotować brokuły.

– Jak minął dzień? Podobało ci się tam?

– Hm… nie było źle. Nie musiałem zbyt dużo robić. Trochę grzebałem w aktach, i tyle.

– Nie sprzedałeś żadnego domu za milion?

John pomyślał o panu Rogersie i kluczu, którego nie powinien był dawać. Pokręcił głową.

– Myślisz, że ci się spodoba? – spytał ojciec.

– Jeszcze nie wiem. Ale chyba tak.

– W tym właśnie problem z tobą. Dryfujesz przez życie nie wiedząc, czego chcesz. Nie masz ambicji, nie masz celu. Twoja siostra jest taka sama. Zanim skończy dwadzieścia jeden lat, będzie już pewnie żoną jakiegoś głupiego i beznadziejnego Petera Millsa, z trójką bachorów w trzypokojowym komunalnym mieszkaniu w East Croydon.

– Daj spokój, Reg – wtrąciła matka chrypliwym głosem, wydobywającym się z jednej połowy ust. – To dopiero jego pierwszy dzień.

Usiedli w kuchni i zabrali się do kolacji. Ojciec musiał matce wszystko kroić na kawałeczki jak dziecku, żeby mogła jeść łyżeczką. Po kolacji John pozmywał i poodkładał talerze do szafek. Rodzice siedzieli na kanapie i oglądali Coronation Street.

– Wyjdę na chwilę – powiedział, wycierając ręce.

– Tylko nie wracaj za późno – odparł ojciec. – Pamiętaj, że jutro idziesz do pracy.

Jak mógłby o tym zapomnieć? Stał przed lustrem i czesał się. Właśnie przeżył najgorszy dzień w życiu, a jutro prawdopodobnie będzie jeszcze gorzej. Otworzył szafę. Po wewnętrznej stronie drzwi przypiął zdjęcia nagich dziewczyn z czasopism, gwiazd rocka i dużą fotografię drużyny Crystal Pałace. Wyjął czarną bluzę od Yvesa St Laurenta, którą ojciec kupił za dwanaście funtów od znajomego taksówkarza. Prawdopodobnie była to podróba, ale i tak bardzo ją lubił. Wklepał w policzki trochę wody po goleniu i wyszedł tylnymi drzwiami.

W dole ulicy, przy sklepach, spotkał paru kumpli. Wygłupiali się przy sklepie na rogu, palili papierosy i zaczepiali dziewczyny. Dołączył do nich i na następne dwie godziny zapomniał o firmie Blight, Simpson i Vane, panu Rogersie i Mountjoy Avenue 66.

Następnego dnia zrobił sobie przed wyjściem kilka kanapek i zadbał o to, by zjawić się w pracy za pięć dziewiąta. Pan Cleat już był w biurze i przerzucał stertę umów.

– Dzień dobry – przywitał chłodno Johna, jakby przyjście pięć minut za wcześnie było takim samym grzechem jak spóźnienie.

– Dzień dobry, panie Cleat. Kolejny gorący, co?

– Gorący co?

– No, wie pan… dzień.

Pan Cleat prychnął.

– Zrób mi, z łaski swojej, filiżankę herbaty. I poproszę odrobinę więcej cukru niż wczoraj. Nie jestem cukrzykiem.

John poszedł włączyć czajnik i kiedy czekał, aż woda się zagotuje, zjawił się Liam. John wyraźnie usłyszał, jak mówi:

– Dzień dobry, panie Cleat. Kolejny gorący, co? Pan Cleat nie odpowiedział. Liam chwilę zaczekał, po czym stwierdził:

– Jak pan uważa.

Poranek okazał się niespodziewanie pracowity. Najpierw przyszły trzy małżeństwa, aby obejrzeć dokumenty dotyczące starej szkoły w Tooting Bec, potem jakiś grymaśny mężczyzna kazał sobie podać szczegóły dotyczące wszystkich budynków wokół Valley Road, które dałoby się przerobić na kawalerki. John musiał iść dwa razy do fotografa po wywołane zdjęcia nowych nieruchomości i do delikatesów po serek, kanapkę z ogórkiem i butelkę wody mineralnej dla Lucy.

W biurze było akurat mnóstwo ludzi, kiedy drzwi wejściowe otwarły się nagle. Wszyscy zwrócili głowy w ich kierunku. Stanął w nich, niezbyt wyraźnie widoczny z powodu wpadającego z zewnątrz światła, wysoki, chudy jak szkielet mężczyzna w panamie na głowie i szarym dwurzędowym garniturze, z wetkniętą w kieszonkę na piersi chusteczką z czarnego jedwabiu. Kiedy w końcu wszedł do środka, zdjął kapelusz, ukazując stalowoszare, sczesane gładko do tyłu włosy. Wyglądał na pięćdziesiąt pięć lat, miał szczupłą twarz o ostrych rysach i zapadnięte, niemal bezbarwne oczy, co nadawało mu wygląd jastrzębia.

Pan Cleat wstał natychmiast, tak samo Liam i Lucy (Courtneya nie było, oglądał dom przy Streatham Common). Przybysz przeszedł przez biuro i skrzeczącym, zaflegmionym głosem powiedział:

– Dzień dobry.

Potem poszedł prosto do drzwi z napisem R. VANE i zniknął za nimi.

– Nie spodziewałem się go dziś – mruknął Liam. – We wtorki zwykle grywa w golfa. A przynajmniej tak twierdzi. Jakoś nie mogę go sobie wyobrazić w kraciastych spodniach do golfa.

Pan Cleat był wyraźnie podniecony. Podszedł do drzwi gabinetu pana Vane’a, zaraz jednak wrócił do swego biurka. W końcu zebrał się na odwagę, podszedł znowu i zapukał. Po chwili drzwi się uchyliły i pan Vane kiwnął palcem, zapraszając pana Cleata do środka.

– Na pewno będą rozmawiać o domu przy Mountjoy Avenue – stwierdził Liam. – Ale nie martw się, mimo że Cleat to dziwak, dba o swoich pracowników.

Po kilku minutach drzwi gabinetu znów się otwarły i pan Cleat wyszedł.

– John, pan Vane prosi cię na słówko.

John ze strachem popatrzył na Liama, który uśmiechnął się i podniósł zachęcająco kciuk, ciągle jednak musiał przełykać, a wnętrza dłoni mrowiły, jakby wędrowało tamtędy stado mrówek. Zapukał do drzwi i wszedł do gabinetu.

Tak jak przedtem, panowała tu niemal kompletna ciemność. Pan Vane siedział za biurkiem, prawie niewidoczny za górą broszur, książek i dokumentów.

– Doszło do mnie, że popełniłeś wczoraj poważny błąd – zaczął.

– Przykro mi, sir. To był mój pierwszy dzień. Nie wiedziałem… – wymamrotał John.

– Cóż, właściwie to nie był twój błąd. Pan Cleat powinien był ci uświadomić, że pod żadnym pozorem nie wolno ci zajmować się moimi nieruchomościami, a tym bardziej grzebać w moim biurku. Tym bardziej grzebać w moim biurku! – powtórzył, jakby był to jakiś straszliwy, niewyobrażalny grzech. – Cóż… ponieważ jesteś nowy, a pan Cleat twierdzi, iż zapowiadasz się obiecująco, tym razem mogę zapomnieć o całej sprawie.

– Bardzo dziękuję, sir.

– Zapamiętaj sobie jednak, że masz się trzymać z dala od nieruchomości z mojej listy specjalnej. Tylko ja się nimi zajmuję i nikt więcej. Jeszcze jeden błąd i każę ci odejść.

– Tak jest, sir.

Pan Vane wstał i odsunął fotel. Obszedł biurko, trzymając dłonie na biodrach, podszedł do Johna i wbił wzrok w jego oczy. Był tak blisko, że John widział każdą zmarszczkę wokół jego ust i żółte zęby.

Nie odwracając wzroku, pan Vane położył Johnowi dłoń na ramieniu.

– To wspaniałe być młodym, prawda?

– Hm… to zależy.

– Też byłem kiedyś młody. Wydaje mi się, jakby było to bardzo dawno temu. Nie wolno ci roztrwonić młodości… kiedy minie, więcej nie wróci.

– Tak jest… – mruknął John. Marzył o tym, by stary zdjął rękę z jego ramienia.

– Dam ci dwie rady – powiedział pan Vane. – Pierwsza brzmi: „Nie wsadzaj nosa, gdzie nie proszą”, druga: „Nigdy nie składaj obietnic, których możesz żałować”.

John energicznie pokiwał głową.

– Rozumiesz?

– Tak jest, oczywiście.

– No to wracaj do pracy.

John wyszedł z gabinetu pana Vane’a i wrócił do swojego biurka. Lucy szturchnęła go długopisem.

– Jesteś blady jak płótno. Wszystko w porządku?

– Jasne, pewnie. Nic mi nie jest.

– Kupię ci coś na lunch. Wiem, że wczoraj nic nie jadłeś.

– Nie trzeba, przyniosłem dziś kanapki – odparł i poklepał stojącą na biurku torbę.

Zanim zdążył ją powstrzymać, Lucy otworzyła torbę, zajrzała do środka i rozłożyła jedną z kanapek, by sprawdzić, co jest w środku.

– Dżem malinowy? – spytała marszcząc nos. – Nie możesz pracować cały dzień na dżemie malinowym. Kupię ci w „Lighthouse” rybę z frytkami.

Policzki Johna zrobiły się jaskrawoczerwone. Rozejrzał się bezradnie i zauważył machającego do niego Liama, który mówił bezgłośnie: „Nie wygłupiaj się” – odwrócił się więc do Lucy i powiedział:

– Jasne, dzięki. Znakomity pomysł.

Ryba z frytkami okazała się najlepszą rybą z frytkarni, jaką jadł w życiu, a Lucy okazała się zupełnie inną osobą, niż wydawała się wczoraj. Była zabawna i niesamowicie sarkastyczna wobec wszystkiego, co działo się w firmie Blight, Simpson i Vane i choć poprzedniego dnia John nie uznał jej za szczególnie ładną, teraz ujrzał ją w całkiem innym świetle. Miała szeroko rozstawione błękitne oczy, pełne usta i figlarny uśmiech.

– Wczoraj zdawało mi się, że mnie nie lubisz – powiedział, kiedy skończył jeść.

Lucy wyjęła z torebki lusterko i zaczęła się przeglądać.

– Nie powinnam twoim zdaniem skorygować sobie nosa? Mam zasadę, by pierwszego dnia nikogo nie polubić. Człowiek może okazać się kompletnym palantem i wychodzi się wtedy na głupka. Nie należy się przyjaźnić z palantami.

– Uważasz mnie za palanta?

– Czasem masz przegięcia, ale wyrośniesz z nich. Musisz zdobyć się na trochę więcej zaufania do samego siebie.

Kiedy wracali do biura, John stwierdził:

– Ten pan Vane jest naprawdę dziwny. Dziś rano nieźle mnie nastraszył.

– Na jego temat krążą najróżniejsze plotki. Liam uważa, że jest wampirem, a Courtney dostaje potów, kiedy znajdzie się z nim w jednym pomieszczeniu. Byłby szczęśliwy jak diabli, gdyby Vane dziś nie przyszedł.

– A co ty o nim sądzisz?

– Moim zdaniem ma jakąś okropną, straszliwą tajemnicę. Jest tak potworna, że pragnie ją przed wszystkimi ukryć. W każdym z domów ze swojej specjalnej listy schował po kawałku tej tajemnicy i dlatego nie chce, by ktokolwiek inny miał z nimi do czynienia.

– Co to za tajemnica?

– Skąd mam wiedzieć? Gdybym wiedziała, nie byłaby to już tajemnica, prawda?

Wieczorem, kiedy matka poszła spać, a Ruth zamknęła się w swoim pokoju, by słuchać płyt, John siedział z ojcem w salonie i oglądał razem z nim telewizję. Obaj byli zmęczeni i niewiele się odzywali, ale nie było to konieczne.

Po wiadomościach ojciec wstał i przeciągnął się.

– Chyba czas na mnie. Zaczynam jutro o szóstej.

Właśnie zamierzał wyłączyć telewizor, w którym szło streszczenie lokalnych wiadomości, kiedy na ekranie mignęła jakaś twarz.

– Tato, nie! Chcę to obejrzeć! – zawołał John.

– Co?

Spiker właśnie czytał: „…i zaginął. Policja twierdzi, że wczoraj po południu wybierał się na ważne spotkanie w interesach, wyznaczone na drugą, ale się nie zjawił. Jego samochód znaleziono w bocznej uliczce niedaleko stacji Streatham Common, razem z aktówką i innymi dokumentami. Jak na razie nie wiadomo, dokąd pan Rogers mógł się udać”.

– To pan Rogers! – wykrzyknął z podnieceniem John. – Tato, to pan Rogers!

– A któż to taki? Właściciel sklepu ze zwierzętami?

– Nie, to tylko zbieżność nazwisk. Ten człowiek przyszedł wczoraj do biura i poprosił mnie o klucze do domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć. To przez niego miałem kłopoty.

– Nie mówiłeś, że miałeś kłopoty. Od razu pierwszego dnia?

– Nie, posłuchaj! Pan Rogers chciał klucz do domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć, więc mu go dałem, a potem okazało się, że nie powinienem. Na szczęście pan Cleat pojechał na Mountjoy i zabrał mu go. A teraz pan Rogers zaginął…

– Cóż, to chyba nie twoja wina.

– Nie, oczywiście że nie, ale zaginął! Mógł zostać porwany, no nie? Może nawet nie żyje!

Ojciec popatrzył na niego zdziwionym wzrokiem.

– Jeśli tak twierdzisz…

Rozdział 5

Następnego dnia, zaraz po przyjeździe Lucy, John niecierpliwymi gestami nakłonił ją do wejścia do kuchni. Miała na sobie czarną bluzkę z krótkimi rękawami, krótką białą lnianą spódnicę i upięła wysoko włosy.

– Widziałaś wieczorem wiadomości? – spytał.

– Nie, byłam w klubie.

– Mówili o panu Rogersie. To ten człowiek, któremu dałem klucz do Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć. Zaginął.

– O czym ty mówisz?

– Dałem mu klucz, tak? A potem pan Cleat za nim pojechał i przywiózł klucz. Pan Rogers miał się zjawić o drugiej na jakimś ważnym spotkaniu, ale nie przyszedł. Znaleziono jego samochód niedaleko stacji Streatham Common, z aktówką w środku i tak dalej. Słuchałem rano wiadomości i mówili, że jeszcze się nie odnalazł.

– No i co?

– To, że pan Cleat był prawdopodobnie jedną z ostatnich osób, która go widziała.

Lucy zmarszczyła czoło.

– To możliwe. Ale po co pan Cleat miałby kogoś porywać?

– Nie wiem, ale sama powiedziałaś, że pan Vane ma jakąś okropną, straszliwą tajemnicę i każdy z domów z jego listy kryje jej część. A jeśli pan Rogers odkrył pod Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć część tej tajemnicy i pan Cleat dostał polecenie uciszenia go?

– Oglądasz za dużo telewizji – mruknęła Lucy. – Co powiesz na zrobienie mi filiżanki kawy? Od tego tu przecież jesteś, nie?

– Jeśli pana Rogersa nie ma w domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć, to gdzie jest?

– Co? – Lucy zmarszczyła nos. – Uważasz, że ciągle tam jest?

– To możliwe, nie sądzisz? No wiesz, związany albo martwy.

– Słucham…? Chyba nie sądzisz, że Cleaty byłby w stanie kogoś zabić! Kiedy do jego gabinetu wleci osa, wyrzuca ją owiniętą w chusteczkę!

– Ale jeśli ta tajemnica jest naprawdę tak okropna…

– Wygłupiałam się. Pan Vane jest prawdopodobnie tak samo normalny jak ty i ja.

– A jeśli miałaś rację? Jeśli to prawda i pan Rogers odkrył tę tajemnicę?

– John, za bardzo puszczasz wodze fantazji.

– Cóż, możliwe, ale jest też faktem, że dałem klucz panu Rogersowi, a pan Cleat pojechał mu go odebrać. Musiał go złapać przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć, bo przecież nie wiedział, dokąd ten facet zamierza się później udać. A potem pan Rogers nie pojawił się na popołudniowym spotkaniu, które miał o drugiej, i więcej go nie widziano.

– A co z samochodem? Nie stał na Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć.

– Oczywiście, że nie. Pan Cleat zostawił go kawałek dalej, po czym wrócił do niego na piechotę.

– Daj spokój, John. To dziecinada.

– Wcale nie. Uważam, że powinniśmy pojechać na Mountjoy Avenue i rozejrzeć się tam.

– Nie mogę. Jestem o jedenastej umówiona z klientem.

– Więc mamy mnóstwo czasu. Dopiero wpół do dziesiątej.

Lucy wahała się, wiedziała jednak, że John nie żartuje. Nie spał przez większą część nocy, zastanawiając się nad panem Rogersem i panem Cleatem i coraz bardziej dochodził do przekonania, że pan Cleat musi mieć coś wspólnego ze zniknięciem pana Rogersa. Wynikało to jednoznacznie z jego zdenerwowania, kiedy dowiedział się o wydaniu klucza, i jego ponurej miny po powrocie z Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć. Podejrzane było też jego zachowanie, gdy krążył przed gabinetem pana Vane’a – nerwowe i służalcze.

Lucy podjęła decyzję i podeszła do pana Cleata.

– Mogę wziąć Johna do Rookery? – zapytała.

Pan Cleat podniósł głowę.

– Z jakiegoś konkretnego powodu?

– Uważam, że powinien zobaczyć, jak szacujemy budynki z apartamentami do wynajęcia. Jak wyglądają opłaty dzierżawne, koszta prądu, gazu i innych usług.

– Oczywiście, to świetny pomysł. Nie mam nic przeciwko temu.

– Dziękuję, panie Cleat – powiedział John z szerokim uśmiechem. Wystarczył jeden rzut oka na pana Cleata, by domyślić się, że ich szef nie wie, czy ma być zadowolony, czy podejrzliwy.

– Moim zdaniem to kompletne szaleństwo – oświadczyła Lucy, kiedy jechali Streatham Avenue jej jaskrawoczerwonym mini metro. – Jeśli spóźnię się na spotkanie, zamorduję cię.

Na łąkach było pełno ludzi. Jeździli na rowerach i rolkach, spacerowali z psami i puszczali latawce.

– Zastanów się nad tym – powiedział John. – Nikt inny poza nami nie mógł wiedzieć, że pan Rogers jedzie na Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć. Inaczej policja już by u nas była.

– Nie wiem… W dalszym ciągu uważam, że to jakaś paranoja.

Wreszcie skręcili w Mountjoy Avenue. Była to długa, obsadzona drzewami ulica z ogromnymi ceglanymi budynkami w stylu edwardiańskim po obu stronach. Większość z nich stała za wysokimi murami albo żywopłotami z krzewów wawrzynu. Kilka przerobiono na prywatne domy pogodnej starości, w jednym (o czym świadczyła wielka, błyszcząca mosiężna tablica przy drzwiach) znajdował się gabinet lekarski, ale większość ciągle jeszcze była w rękach zasiedziałych tu od dawna rodzin. Lucy pojechała w głąb ulicy i zatrzymała się przy numerze 60.

– Sześćdziesiąt sześć jest dalej – powiedział John.

– Wiem, ale prawdziwi detektywi nie stają tuż pod domem podejrzanego, no nie?

Wysiedli i ostrożnie podeszli do numeru 66. Otaczający posiadłość mur był na szczycie naszpikowany kutymi stalowymi kolcami, a wejścia na teren broniła potężna brama z czarnego kutego żelaza – ale jej zawiasy dawno temu zardzewiały i brama się nie domykała. Przez nią było widać wijący się zakolami, pokryty grubym żwirem podjazd i zapuszczony ogród pełen chwastów i zdziczałych krzewów. Do frontowego wejścia prowadziło pięć schodków, a drzwi pilnowały dwa kamienne lwy, z których jeden miał na łbie zgniłozieloną czapkę z wyschniętego mchu.

Sam dom był ogromny, pełen wieżyczek, balkonów i opadających pod różnymi kątami daszków. Z boku budynku stało rusztowanie, nie kręcił się tam jednak ani jeden robotnik. Wszystkie okna były ciemne i ślepe. Umieszczony na pokrytym łupkiem dachu wiatrowskaz był skierowany na północny wschód – wskazując, w jakim kierunku wieją w tej okolicy najmocniejsze wiatry.

John i Lucy weszli na podjazd. Każdemu ich krokowi towarzyszył głośny chrzęst żwiru. W połowie drogi do frontowych drzwi zatrzymali się. Choć nie więcej jak sto metrów od domu biegła ruchliwa ulica, a na końcu Mountjoy Avenue znajdował się plac zabaw dla dzieci, na posiadłości panowała cisza.

– Masz klucze? – spytał John.

Lucy podniosła rękę, pokazując mu pęczek kluczy zwisający z kółka, które założyła na palec.

– Miejmy nadzieję, że pan Cleat nie zauważył ich zniknięcia – mruknęła.

– Na pewno nie zauważy. Nie będzie przecież grzebał w biurku pana Vane’a.

Podeszli do schodków i weszli na nie ostrożnie. Drzwi pomalowano czarną farbą, która już dawno zaczęła się łuszczyć. Pośrodku nich wisiała wielka kołatka z brązu w kształcie otwartej zwierzęcej paszczy.

– Zapraszające – stwierdziła Lucy.

John zajrzał przez ozdobioną kwasorytem szybkę w drzwiach, ale zobaczył tylko zamazane, oblane krwistoczerwoną poświatą kontury.

– Wchodzimy? – spytała Lucy. – Pamiętaj, że nie mam zbyt wiele czasu.

John skinął głową.

– No to bierzmy się do roboty – oświadczyła. Wsunęła klucz w zamek, przekręciła go i pchnęła otwarte drzwi. Nie zaskrzypiały, jak to bywa w filmach grozy. Otworzyły się bezgłośnie, co było znacznie bardziej przerażające.

Weszli do wielkiego holu – wysokiego, ciemnego, wyłożonego na podłodze terakotą, a na ścianach ciemną dębową boazerią. Z lewej strony znajdowała się wielka rzeźbiona garderoba z wieszakami na ubrania, lustrami i stojakiem do parasoli. Schody na piętro znajdowały się na prawo od wejścia. Były szerokie i jak wszystko tutaj – również dębowe. Dolną belkę podporową balustrady schodów wieńczyła rzeźba z brązu, przedstawiająca kobietę z zawiązanymi oczami, unoszącą zapaloną pochodnię.

– Może się rozdzielmy – zaproponował John. – Ty weź piętro, a ja obejrzę parter.

– Mowy nie ma. Tu jest zbyt upiornie.

– Jak chcesz. Ale w takim razie musimy się pospieszyć.

Weszli do salonu. Był ogromny – trzy szerokie okna wychodziły na ulicę, a dwa na ogród. Pod jedną ze ścian znajdował się wielki jak jaskinia kominek, z sufitu zwieszał się pokryty plątaniną pajęczyn kandelabr. Na środku leżał pomięty, poprzecierany dywan, z mebli pozostał jedynie rozpadający się szezlong i mały stolik karciany.

Kiedy szli przez salon, ich kroki odbijały się głośnym echem od ścian. Podeszli do podwójnych drzwi i kiedy je otworzyli, zobaczyli, że prowadzą do jadalni. Pod ścianą naprzeciwko stał kredens, nad którym wisiało lustro. Zbliżyli się do niego i spojrzeli na swoje odbicia.

– Nie wyglądam na tak przestraszoną, jak jestem – stwierdziła Lucy.

Właśnie zamierzali iść dalej, kiedy John dostrzegł w lustrze mignięcie jakiegoś cienia. Odwrócił się, czując, jak ze strachu stają mu dęba włosy na głowie.

– Co się stało? – spytała Lucy. – John, co się stało?!

– Zdawało mi się, że kogoś widziałem.

– Nie wygłupiaj się!

– Nie wygłupiam się. Przysięgam, że kiedy popatrzyłem w lustro, zobaczyłem przechodzącego przez salon człowieka.

Rozdział 6

Przebiegł szybko przez salon i wpadł do holu. Rozejrzał się w prawo, w lewo, potem popatrzył w górę schodów. Lucy podążała za nim.

– Chyba lepiej stąd idźmy – powiedziała. – Jeśli ktoś tu jest, nie wiadomo, jakie ma zamiary. Może to być włóczęga, dziki lokator albo ktoś w tym stylu. Może okazać się groźny.

– Nie rozumiem tylko, dlaczego nic nie było słychać. Poruszał się zupełnie bezszelestnie.

– Uważam, że to głupi pomysł dalej tu się kręcić. Czas, żebyśmy sobie poszli.

John zignorował jej słowa. Waliło mu serce i był zarazem podniecony, jak i przestraszony. Podszedł do schodów i zawołał:

– Hej, słyszy mnie pan? Jest tu kto? Szukamy pana Rogersa!

Jego głos rozszedł się echem po całym domu, odbijał się od jednego pustego pokoju do następnego, jednak nikt nie odpowiedział. John odwrócił się do Lucy.

– Spróbujmy na górze. Jeśli go związali, to pewnie tam.

– Musimy tam iść?

– A co, jeśli jest na górze, związany albo ranny, a my pójdziemy sobie, bo strach nas obleciał?

Zaczął wchodzić na schody. Lucy niechętnie ruszyła za nim. Kiedy dotarli na piętro, skąd można było patrzeć na dół jak z galerii, obejrzeli się za siebie. Podłoga holu wyglądała jak szachownica.

– Sprawdzę sypialnie po tej stronie – zaproponował John, wskazując ręką kierunek – a ty sprawdź po drugiej.

– Co mam robić, jeśli coś znajdę? Wrzask wystarczy?

John nic na to nie odpowiedział i zajął się zachodnią stroną korytarza. Pierwsze pomieszczenie okazało się wielkim, przewiewnym magazynem, pełnym żółciejących prześcieradeł i poszew na poduszki. Następnym pomieszczeniem była łazienka z gigantyczną zieloną wanną. Kran musiał cieknąć przez lata, bo dno wanny pokrywał ciemny, rdzawy naciek, co wyglądało, jakby kogoś tu zamordowano.

Pchnął drzwi mocniej i wszedł do środka. Za drzwiami znajdowała się kabina prysznicowa o drzwiach z mrożonego szkła, nie było więc widać zbyt dobrze wnętrza, jednak w środku najwyraźniej coś leżało. John zajrzał do umywalki i w wiszącym nad nią przebarwionym lustrze zobaczył swoje odbicie. Miał wytrzeszczone oczy i był nienaturalnie blady.

Ostrożnie podszedł do kabiny prysznicowej, próbując dostrzec, co w niej leży. Owo nieokreślone coś było czerwonobrązowe, jakby złożone wpół, i miało rozmiary dużego dziecka. Za swoimi plecami John słyszał monotonne kapanie. PLIK-PLAK-PLIK-PLAK.

Nie wiedział, czy otwierać drzwi kabiny, czy nie. Niezależnie od tego, co znajdowało się w środku, na pewno nie był to pan Rogers – chyba że był to tylko kawałek pana Rogersa. Serce waliło Johnowi jak oszalałe i wyschło mu w ustach.

Może powinien poszukać Lucy? Ale co by sobie pomyślała, gdyby się przyznał, że boi się sam otworzyć drzwi kabiny?

Wyciągnął rękę i złapał za klamkę. Próbował otworzyć kabinę powoli, po cichu, jednak drzwi nagle rozwarły się z trzaskiem. John wziął trzy głębokie oddechy, otworzył je szeroko i zajrzał do środka.

W brodziku leżał pokryty szarawą pleśnią, mokry zrolowany dywanik.

John z ulgi niemal wybuchnął śmiechem, ale kiedy się cofał, dostrzegł coś w lustrze nad umywalką. Był to szybko się poruszający, podobny do mignięcia cień – jakby przedtem ktoś za nim stał i teraz błyskawicznie wybiegł z łazienki.

John wrócił na korytarz i rozejrzał się, nikogo jednak nie dostrzegł.

– Lucy! Wszystko w porządku? – zawołał, ale nie otrzymał odpowiedzi.

Podszedł do następnych drzwi i otworzył je. Pomieszczenie było mroczne i pachniało kulkami na mole. John stał w bezruchu, trzymając dłoń na klamce. Nie zamierzał wchodzić do środka.

– Halo?! Panie Rogers! Jest tu ktoś?

Nikt mu nie odpowiedział, ale jeśli pan Rogers był związany i zakneblowany albo martwy, nie było w tym nic dziwnego. John otworzył szerzej drzwi i znów zawołał:

– Halo?! Panie Rogers!

Dalej nie było odpowiedzi. Ostrożnie wszedł do środka i rozejrzał się. Był w sypialni – najprawdopodobniej nie tej największej, ale wystarczająco dużej, by pomieściła dwa pojedyncze łóżka. Żółtawe perkalowe zasłony dokładnie zaciągnięto i pomieszczenie oświetlał jedynie wąski pasek światła.

Pod ścianą stała ogromna, oklejona orzechowym fornirem garderoba. Fornir tak przycięto, że słoje tworzyły kontury przypominające wilcze pyski, z „oczami” w miejscach ciemniejszych plamek. Róże na zasłonach wyglądały jak poskręcane karły. Między łóżkami wisiał wielki, pokryty kręgami wyschniętej wilgoci miedzioryt, ukazujący sunący ku zrujnowanemu opactwu łańcuszek mnichów o twarzach zasłoniętych wielkimi kapturami.

John właśnie zamierzał wyjść, kiedy zauważył, że jedno z łóżek jest całkiem płaskie i leży na nim jedynie poduszka i koc, podczas gdy drugi koc jest uniesiony, jakby ktoś pod nim spał.

Pomyślał, że ktoś na pewno położył tam wałek albo jakieś ubrania, wiedział jednak, że musi to sprawdzić. Szukanie pana Rogersa nie miało sensu, jeśli nie przeszuka wszystkich podejrzanych miejsc.

Stanął obok łóżka i zajrzał pod koc. Wybrzuszenie nie poruszało się, więc nie mógł to być śpiący człowiek. Pochylił się i wstrzymał oddech, by sprawdzić, czy nie dosłyszy spod koca jakichś oznak życia, ale nie dobiegał stamtąd żaden odgłos. Ciszę mąciły jedynie dolatujące z daleka odgłosy ulicy i trzask zamykanych przez Lucy drzwi w głębi budynku.

Złapał za skraj koca i ostrożnie pociągnął. Na rynnie za oknem wylądował ptak, co go przestraszyło i puścił koc. Zaraz jednak znów go złapał i zaczął powoli ściągać. Po chwili jego oczom ukazał się owinięty w lniane prześcieradła podłużny kształt.

Modlił się, by nie było to ciało. Nieważne, co to, ale niech to nie będzie ciało.

Zabrał się do odwijania prześcieradeł. Owinięta nimi podłużna, nierównomierna bryła była bardzo ciężka – zbyt ciężka jak na ciało. Johnowi mimo to zdawało się, że czuje pod palcami barki i ramiona, a kiedy w końcu odwinął ostatnie prześcieradło, ujrzał coś, co sprawiło, że poczuł się tak, jakby po jego plecach pełzały lodowate pijawki.

Zobaczył ludzką twarz. Całkowicie białą. Otwarte oczy wpatrywały się w niego. Była to twarz człowieka mogącego mieć trzydzieści parę lat – dość przystojna, ale bardzo szczupła i raczej nietypowej urody. Jej skóra błyszczała nienaturalnie, a całość promieniowała spokojem tak niezwykłym, że aż przerażającym. Jeszcze nigdy nic w życiu tak bardzo nie przestraszyło Johna.

Próbował zawołać Lucy, ale gardło odmówiło mu posłuszeństwa.

Leżący mężczyzna wpatrywał się w niego w milczeniu. Żył? Nie żył? John nie chciał go dotykać, ale nie chciał go też zostawić. Co by było, gdyby ten facet nagle wyskoczył z łóżka i zaczął go gonić?

Zaczął ostrożnie: „Czy pan…” – ale jeszcze nim skończył zdanie, uświadomił sobie, że mężczyzna nie jest ani żywy, ani martwy. Miał przed sobą rzeźbę – niesamowicie naturalistyczną rzeźbę o twarzy z polerowanej kości słoniowej.

Włożył rękę pod prześcieradła i dotknął piersi rzeźby. Również dalsze elementy były twarde; kiedy popukał w nie kostkami, rozległ się dźwięk, jaki wydaje drewno. Johnowi ulżyło, choć rzeźba była tak realistyczna, że wciąż go mocno niepokoiła.

Do pokoju weszła Lucy.

– Sprawdziłam wszystkie sypialnie. Nie znalazłam nic poza starymi meblami.

– Popatrz na to – powiedział John.

Lucy wbiła wzrok w rzeźbę.

– Czy on…

– Nie bój się, to tylko rzeźba, ale kiedy zdejmowałem prześcieradła, o mało nie umarłem ze strachu.

– To bardzo dziwne, nie uważasz? – Lucy dotknęła palcem czoła wyrzeźbionej postaci. – Po co robić taką piękną rzeźbę i kłaść ją do łóżka?

– Nie wiem. Cały ten dom jest dziwny. Ciągle mi się wydaje, że coś widzę.

Lucy zakryła twarz rzeźby prześcieradłem, a John przykrył ją kocem.

– Rozejrzyjmy się po innych pokojach. Niedługo musimy wracać do biura.

Poszli do głównej sypialni, która miała własną łazienkę i balkon, wychodzący na ogród z tyłu domu. Zabrano z niej łóżka, choć ślady na brązowym dywanie – upstrzonym dziwacznymi, przypominającymi mapę Grecji plamami – wskazywały miejsca, gdzie kiedyś stały. Ogród za domem był zarośnięty i zapuszczony tak samo jak ten od frontu. Na szczycie pokrytej warstwą liści fontanny stał kamienny anioł z częściowo odłamanym lewym skrzydłem. W głębi zapadała się altana, opleciona wyschniętymi pędami glicynii.

– Niezwykłe, co? – mruknęła Lucy. – Budynek jest kompletnie opuszczony, a mimo to mam wrażenie, że ktoś tu mieszka. Czuję się, jakbym wchodziła bezprawnie do czyjegoś domu.

Sprawdzili jeszcze dwie mniejsze sypialnie, obie zawilgocone i ponure. W jednej bladozielona tapeta odpadała od ścian, a na suficie rozrastała się grubą warstwą szara pleśń. W drugiej nad łóżkiem wisiała reprodukcja obrazu przedstawiającego Jezusa, ale wilgoć i słońce spowodowały, że kolory wyblakły niemal do bieli.

Pod oknem znajdował się niewielki regalik. Na górnej półce stało kilka porcelanowych baletnic, każda z odłamaną głową, na niższej leżało parę starych egzemplarzy „Reader’s Digest” i coś, co kiedyś było Biblią, ale teraz było tylko jej szczątkiem z powyrywanymi i poszarpanymi stronami.

Łóżko przykryto starą różową narzutą i John miał wrażenie, że widzi odciśnięty na niej ludzki kontur, jakby jeszcze parę minut temu ktoś tam leżał. Położył dłoń na wgłębieniu i stwierdził, że jest zimne. Podobnie jak Lucy, cały czas miał wrażenie, że nie są sami.

– Chodźmy – powiedziała Lucy. – Nikogo tu nie ma. Oczywiście nie licząc twojego wyrzeźbionego drewnianego przyjaciela.

– Nie byliśmy jeszcze na strychu. No i w piwnicy.

– Nie sądzę, bym miała ochotę tam iść. Chodź, John, bo spóźnię się na spotkanie.

Kiedy szli korytarzem do schodów, Johnowi wydało się, że słyszy dziwny dźwięk, jakby coś wleczono po podłodze. Stanął i błyskawicznie się odwrócił.

– Co się dzieje? – spytała Lucy.

– Nie wiem… miałem wrażenie, jakbym coś słyszał…

Lucy zmarszczyła czoło i popatrzyła w głąb korytarza.

– Nikogo tu nie ma. To musiało być walenie twojego serca.

Ruszyli dalej, ale już po pierwszym kroku John znów usłyszał jakiś hałas. Tym razem był bliższy i przypominał cichy tupot stóp kogoś, kto chce ich zaskoczyć, zanim zdążą się odwrócić. Ponownie stanął, stanęła także Lucy.

– Teraz ja też słyszałam… – szepnęła blada jak papier.

John nasłuchiwał przez chwilę. Choć na korytarzu panowała cisza, cały czas miał wrażenie, że ktoś tu jest, bardzo blisko, i czeka tylko, aż się odwrócą.

Wziął Lucy za rękę i zrobił najpierw jeden, a potem drugi ostrożny krok w kierunku, z którego właśnie przyszli. Zatrzymał się i znów zaczął nasłuchiwać.

Był przekonany, że tuż obok niego ktoś stoi, cicho i spokojnie oddychając, niczego jednak nie widział, nie poruszył się żaden cień.

Przy kolejnym kroku poczuł, że stanął na czymś twardym. Spojrzał w dół i stwierdził, że stoi na pierścionku. Schylił się, podniósł go i uniósł do góry, by Lucy mogła go obejrzeć. Była to męska obrączka, zrobiona z przeplatających się pasemek złota i platyny.

– To obrączka pana Rogersa… – wykrztusił.

– Jesteś pewien?

– W stu procentach. Zauważyłem ją, kiedy dawałem mu klucz.

– W takim razie musiał tu być.

John skinął głową i rozejrzał się. Atmosfera, już i tak groźna, jeszcze bardziej się zagęściła – jakby zaraz miał uderzyć piorun. Wziął Lucy za rękę i ruszyli ku schodom. Był pewien, że ktoś idzie tuż za nimi. Niemal czekał, aż poczuje na karku jego oddech.

– Co jest? – spytała Lucy, wyraźnie przestraszona.

– Nie wiem. Nie wiem, co to jest.

– Duch. Założę się, że to duch.

– Nie ma duchów – odparł John.

Sięgnął za siebie i poczuł pod palcami kolumnę balustrady schodów.

– Biegnijmy – powiedział. – Raz… dwa… trzy!

Odwrócili się i ruszyli biegiem w dół schodów, przeskakując po dwa i trzy stopnie. Słychać było, że coś ich goni i tak samo szybko zeskakuje ze schodów. Lucy krzyknęła i omal nie straciła równowagi, udało jej się jednak złapać poręczy.

Pobiegli przez hol, nie oglądając się za siebie. John szybkim ruchem otworzył drzwi i wypadli na zewnątrz, zbiegli po kamiennych schodkach i pognali żwirowym podjazdem. Wielkie drzwi zatrzasnęły się za nimi z ogłuszającym łoskotem.

Rozdział 7

Wskoczyli do samochodu Lucy. Złapała kluczyki, ale tak drżały jej ręce, że upuściła je na podłogę. Na szczęście John szybko je znalazł i mogła zapalić silnik.

– Masz rację… – wydyszał. – Ten dom jest nawiedzony. Nie wierzę w duchy, ale one tam są!

– Jedźmy – mruknęła Lucy i skręciła tak gwałtownie w główną ulicę, że o mało nie przewróciła starszego mężczyzny na rowerze.

– Wariaci! – wrzasnął za nimi.

Jechali najszybciej jak się dało w gęstym przedpołudniowym strumieniu samochodów w kierunku Streatham High Road.

– Musimy zanieść tę obrączkę na policję – powiedział John.

– Jasne. Ale co powiesz, kiedy spytają, gdzie ją znalazłeś?

– Jak to? Prawdę.

– A co twoim zdaniem zrobi pan Vane, kiedy dowie się, że ukradliśmy klucz i węszyliśmy w jednym z jego cennych domów? Wywali nas. Nie wiem jak ty, ale ja potrzebuję tej pracy.

– To co mamy robić? Przecież pan Rogers ciągle może być gdzieś w tym domu, prawda? Może jeszcze żyje. A jeśli umrze z głodu dlatego, że baliśmy się iść na policję?

– Można im przekazać informację anonimowo. Wiesz, tak, jak to robią w Crirnewatch.

John podniósł do oczu obrączkę pana Rogersa i zaczął ją oglądać.

– To się chyba da zrobić… Moglibyśmy też dowiedzieć się więcej na temat domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć. Pan Vane musi mieć jakąś teczkę na ten temat.

– Chyba nie zamierzasz znów grzebać w jego rzeczach? Wpakujesz się w poważne kłopoty.

John nie odpowiedział. Rozmyślał o tym, co ścigało ich w korytarzu, i o rzeźbie w łóżku. Nie mógł zapomnieć tej bladej twarzy z kości słoniowej i nieruchomych oczu. Ciekaw był, czy rzeźba przedstawiała kogoś żyjącego, czy też rzeźbiarz stworzył najbardziej przerażającą twarz, jaką mógł sobie wyobrazić.

W czasie przerwy obiadowej John poszedł do automatu na rogu Fernwood Avenue i wykręcił 999. Kiedy odebrano telefon, pod budką stanęła starsza kobieta w sukience w kwiaty, która przez cały czas trwania rozmowy wbijała w niego wzrok.

– Pogotowie policyjne. Z kim mam pana połączyć?

– Chciałbym porozmawiać z kimś o panu Rogersie, który zaginął w Streatham.

Zapadła chwila ciszy. Starsza kobieta świdrowała go wzrokiem tak uporczywie, że musiał się odwrócić.

– Wydział kryminalny policji Streatham, sierżant detektyw Bynoe przy aparacie.

– Hm… dzień dobry. Chodzi o tego zaginionego, o którym mówiono wczoraj w telewizji. O pana Rogersa. Wczoraj w porze obiadu widziałem, jak wchodzi do domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć, nie widziałem jednak, by stamtąd wychodził.

– Kim pan jest?

– Anonimowym informatorem.

– Może zechciałby pan zrezygnować ze swojej anonimowości i powiedział mi, jak się nazywa i kim jest? W tej sprawie może być nagroda.

– To nieważne. Chcę tylko przekazać informację, nic więcej.

– Czy pan Rogers był sam, kiedy go pan widział?

– Nie umiem powiedzieć.

– Jak to nie umie pan powiedzieć? Był sam czy z kimś?

– Hm… właściwie to nie widziałem na własne oczy, jak wchodził do budynku.

– Skąd więc pan wie, że tam wchodził?

– Po prostu wiem.

– Chciałbym się dowiedzieć, skąd.

– Zgubił obrączkę. Albo ktoś mu ją ściągnął.

– Gdzie ją zgubił?

– W domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć. Stąd wiem, że tam był.

– Czyli był pan w tym domu po nim, tak?

– Nie mogę tego powiedzieć.

– Niech pan posłucha, panie Anonimowy Informatorze, chyba powinniśmy sobie porozmawiać. Może zostanie pan tam, gdzie jest, a ja przyślę po pana samochód.

– Nie wie pan przecież, gdzie jestem.

– Wiem, wiem. W budce telefonicznej na rogu Fernwood Avenue. Jest już w drodze do pana jeden z naszych ludzi.

John puścił słuchawkę, wypadł z budki i ruszył biegiem przez ulicę. Starsza pani zawołała za nim:

– Dzisiejsze dzieciaki! Chuligani, i tyle! Chuligani jeden w drugiego!

Kiedy John dotarł do biura, był tak zdyszany, jakby przebiegł maraton. Courtney czekał na niego z niecierpliwością.

– Gdzie byłeś? Mam za pięć minut spotkanie z klientem.

– Przepraszam.

– Będziesz dopiero przepraszał, jak ten klient się wycofa. Zrób kopie planów, które zostawiłem, dobrze? Chciałbym je mieć zaraz po powrocie.

John został w biurze sam. Skopiował dokumenty dla Courtneya, a potem zrobił sobie filiżankę kawy i wrócił za biurko z czterema czekoladowymi ciastkami, które wszystkie naraz wetknął sobie w usta. Zaczął pić kawę, siorbiąc głośno (była bardzo gorąca, a nie było nikogo, kto by to słyszał), nie mógł jednak odwrócić wzroku od drzwi gabinetu pana Vane’a. Pan Vane musiał mieć dokumentację domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć i musiał wiedzieć o rzeźbie. Może wiedział także, że dom jest nawiedzony, i właśnie dlatego nikomu nie pozwalał się nim zajmować? Może wszystkie domy na jego „liście specjalnej” były nawiedzone?

Podszedł do drzwi gabinetu pana Vane’a i położył rękę na gałce. Nie, lepiej nie wchodzić. Ktoś może go przyłapać, a pan Vane nie będzie drugi raz tak wyrozumiały. Dziś rano już wystarczająco zaryzykowali, biorąc klucz – gdyby pan Cleat wyszedł z toalety dwie sekundy wcześniej, wpadłby na Lucy, wyślizgującą się z gabinetu pana Vane’a po odłożeniu klucza na miejsce.

Usiadł i dokończył kawę, a potem strzepnął okruchy ze stołu. Znów popatrzył na drzwi gabinetu pana Vane’a. Nagryzmolił na kartce karykaturę pana Cleata, dorysowując mu wielki nos. Ponownie popatrzył na drzwi gabinetu pana Vane’a.

Po chwili uświadomił sobie, że już jest w gabinecie, otwiera szafę na akta i grzebie w zalatujących kwaśnym odorkiem starych dokumentach.

W pierwszej od góry szufladzie leżały stare broszury z lat dwudziestych. W jednej z nich oferowano nowy dom w Tooting za 236 funtów szterlingów – w 1924 roku. John otworzył drugą szufladę – była wypełniona gazetami. Niektóre były tak stare, że aż zbrązowiały.

W dolnej szufladzie, pod napoczętą butelką ginu i słoikiem kleju, leżała gruba czarna teczka. John wyjął ją, położył na biurku pana Vane’a i otworzył. W środku znajdowały się dokumenty dotyczące kilkunastu domów. Niektóre musiały mieć wiele lat, ale dwa lub trzy były nowiusieńkie, co potwierdzały przyklejone na pierwszej stronie błyszczące kolorowe fotografie.

Był też wśród nich dom przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć. „Obszerna rezydencja o szczególnym charakterze, idealna dla większej rodziny. Cena do uzgodnienia”. Nie wspominano oczywiście o rzeźbach z twarzami z kości słoniowej ani o duchach, dyszących ludziom w twarz i goniących ich po schodach. Była za to (ręcznie napisana) lista dotychczasowych właścicieli z datami. Ostatni raz dom był zamieszkany cztery miesiące temu przez pana i panią Bennett. Przed nimi mieszkali tu państwo Dadarchanji, a jeszcze wcześniej państwo Geoffreys.

John od razu zwrócił uwagę na fakt, że żaden z dotychczasowych właścicieli nie pozostał w domu dłużej niż rok, a niektórzy wyprowadzali się już po dwóch lub trzech miesiącach. Uznał, że to niezbyt zaskakujące, jeśli doświadczali takich samych upiornych doznań jak on i Lucy.

Zapisał sobie adresy wszystkich domów, których dokumentacja znajdowała się w teczce. Było w niej kilka lokalnych adresów: Greyhound Road 113, Laverdale Square 7, Ullswater Road 14, posiadłość Larches przy Blackwood Avenue – ale John z zaskoczeniem stwierdził, że większość posiadłości jest położona dość daleko. Madeira Terrace 93 w Brighton, Carstairs House przy Pennine Road w Preston. Były nawet domy w Walii i Szkocji.

Nagle usłyszał jakiś odgłos zza drzwi. Szybko wsunął dokumenty do teczki i włożył ją do szuflady. Właśnie szedł w kierunku drzwi, kiedy zaczęły się otwierać. W ostatniej chwili schował się za nie i przycisnął do ściany. Do gabinetu wszedł pan Cleat, rzucił na biurko pana Vane’a teczkę z aktami i wyszedł. John poczekał, aż usłyszał, że pan Cleat wchodzi do kuchni, po czym wyślizgnął się na zewnątrz i cicho zamknął za sobą drzwi. Pan Cleat wyszedł z kuchenki.

– Gdzie byłeś? Jeśli dobrze pamiętam, zabroniłem ci wychodzić z biura bez meldowania się.

– Byłem tu cały czas.

– Gdzie?

– Tutaj.

Pan Cleat prychnął z irytacją.

– Chcę, żebyś coś dla mnie załatwił. Weźmiesz te dokumenty – pokazał teczkę, którą miał w ręku – i zawieziesz je do biura notarialnego Hawthorn i Black. To w Norbury, więc będziesz musiał pojechać autobusem.

John był szczęśliwy, że może się wyrwać z biura. Było wietrzne, choć gorące popołudnie i niebo nad domami pokrywały chmury podobne do psów, zamków albo tłustych leżących wielkoludów. Zanim wsiadł do autobusu, kupił sobie loda czekoladowego. Potem wszedł na górny pokład i usiadł z samego przodu.

Oddanie paczki nie zajęło mu wiele czasu, wracał więc na piechotę, oglądając wystawy. Chwilę dłużej zatrzymał się przed „Norbury Aquatics”, by poobserwować tropikalne ryby.

Kiedy przecinał niewielką przecznicę, jego uwagę zwrócił tłumek zgromadzony przed rozbieranym budynkiem. Stały przed nim trzy policyjne furgonetki, dwie ciężarówki firmy rozbiórkowej i kilka innych samochodów – a wśród nich długi biały karawan policji metropolitalnej z napisem: JEDNOSTKA WYPADKOWA.

John zerknął na zegarek. Miał jeszcze mnóstwo czasu, skręcił więc i dołączył do zbiegowiska. Nie widział zbyt wiele, ale kiedy spytał stojącego obok mężczyznę, co się dzieje, ten jedynie wzruszył ramionami i mruknął:

– Nie mam pojęcia.

John podszedł do rozciągniętej przez policjantów taśmy i spróbował popatrzeć nad płotem, jednak był zbyt wysoki. Wspiął się na niski ceglany murek okalający dom obok, skąd widział na wpół rozebrany budynek i kręcących się w ruinach kilkunastu policjantów w bluzach mundurowych z krótkimi rękawami.

– Hej ty, czego tu szukasz? – zawołał jeden z policjantów ruszając w kierunku Johna.

– Niczego. Chcę tylko popatrzeć.

– Nie ma tu nic do oglądania, więc spadaj.

– Co się stało?

– Nie oglądasz wiadomości?

– Czasami. Co się stało?

– Burzyli dom i znaleźli szkielety. Ponad pięćdziesiąt, przynajmniej jak na razie.

John przyglądał się jeszcze przez jakiś czas, na wypadek gdyby policjanci mieli wynieść na zewnątrz kolejny szkielet, ale po kilku minutach zaczął się nudzić. Kupił „Evening Standard” i wrócił autobusem do biura.

Artykuł o „Domu szkieletów w Norbury” był na piątej stronie. John mgliście przypominał sobie, że słyszał coś o tym w radio, jednak nie zwrócił wtedy na to uwagi. Kiedy przeczytał drugi akapit, poczuł, jak po karku pełznie mu lodowaty dreszcz.

W domu w Norbury na południu Londynu, gdzie w poniedziałek podczas rozbiórki robotnicy odkryli zamurowaną kryptę pełną ludzkich kości, skompletowano jak na razie pięćdziesiąt szkieletów. Dom przy Laverdale Square 7 został przymusowo wykupiony przez radę miejską w celu poszerzenia przebiegającej niedaleko drogi. Ostatni właściciele, państwo Lister, opuścili dom, nie zostawiając nowego adresu i policja bardzo chciałaby z nimi porozmawiać. Sąsiadka z domu obok, pani Annę Finch, powiedziała naszemu reporterowi, że wielu mieszkańców pobliskich domów uważało, iż Laverdale Square 7 ma „złą atmosferę” i czasem słyszała w nocy dochodzące stamtąd jęki i krzyki. Słyszała także „przypominające grzmoty” kroki, jakby biegano po schodach. „Ucieszyłam się, kiedy się dowiedziałam, że dom ma zostać zburzony – powiedziała pani Finch. – A teraz odkryto szkielety. To okropne”.

John opuścił gazetę. Brakowało mu tchu. Laverdale Square 7. To przecież jeden z domów z listy pana Vane’a! I też miał „złą atmosferę” – jak Mountjoy Avenue 66. Dokładnie czuł wiszący tam w powietrzu strach, słyszał dziwne hałasy. Niezbyt prawdopodobne, by aż dwa domy z listy pana Vane’a PRZYPADKIEM kryły w sobie coś groźnego! Nie było wątpliwości – powinien wejść do innych domów z „listy specjalnej” i sprawdzić, czy też kryją w sobie grozę.

Rozdział 8

Kiedy wysiadał z autobusu, zobaczył pod Blightem, Simpsonem i Vane’em dwa radiowozy. Pierwszą jego myślą było: „O, nie! Pewnie odkryli, że to ja byłem anonimowym informatorem!”. Nie wiedział, czy iść do biura i nadrabiać miną, czy wrócić do autobusu i wiać do domu.

– Zdecyduj się – skarcił go konduktor. – Musimy wrócić do bazy przed końcem sierpnia.

John wziął głęboki wdech, wyskoczył z autobusu i poszedł do biura. W środku dwóch detektywów w cywilu rozmawiało z panami Vane’em i Cleatem. Pan Cleat spojrzał na Johna karcąco, jakby chciał powiedzieć: „Gdzie się tak długo wałęsałeś?” – nie odezwał się jednak.

– Zgadza się, mamy tę posiadłość w naszych księgach, ale właścicieli już nie ma wśród nas – mówił właśnie pan Vane.

– Zmarli? – spytał inspektor Carter.

– Boże, skądże znowu! Wyjechali na Torremolinos. Pani Anderson ma okropny reumatyzm i potrzebuje słońca.

– Czy domyśla się pan, dlaczego ktoś miałby sugerować, że pan Rogers wciąż jest w budynku?

– Nie. Podejrzewam, że to jakiś żart.

– Jeśli tak, to niezbyt dowcipny, nie sądzi pan?

– Też tak uważam. Może to próbujący narobić mi kłopotów konkurent.

– Dlaczego ktoś miałby tak postępować?

Pan Vane wyszczerzył żółte zęby.

– Inspektorze, handel nieruchomościami wcale nie jest tak nudny, jak mogłoby się wydawać. W tej branży jest mnóstwo podgryzania. Agencje kradną sobie klientów sprzed nosa, próbują przebić konkurencję, zmniejszając prowizję i tak dalej.

– Brzmi to dość przerażająco – stwierdził Carter.

– I tak czasami bywa.

Carter otworzył notes.

– Zreasumujmy więc – zwrócił się do pana Cleata. – Pan Rogers przyszedł do państwa, pożyczył klucz do domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć i poszedł go obejrzeć. Kiedy wrócił pan do biura i odkrył, co się stało, pojechał pan za nim, by go zatrzymać. Tak było?

– Zgadza się. Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć nie jest jeszcze gotowe do oględzin. Wyrządziłbym krzywdę właścicielom, pozwalając oglądać dom w obecnym stanie.

– Ale pan Rogers nie zdążył wejść na teren posiadłości?

– Nie.

John czuł w kieszeni obrączkę pana Rogersa. Miał ochotę wyjąć ją i powiedzieć, że to kłamstwo, ale Lucy musiała się tego domyślić, bo pokręciła głową i ułożyła usta w bezgłośne „Nie”.

– Kto rozmawiał z panem Rogersem, kiedy przyszedł po klucz? – spytał inspektor Carter.

– Nasz nowy pracownik, John. Był pierwszy dzień w pracy. Nie powinien dać klucza, ale pan Rogers był bardzo natarczywy.

– Narobiłeś sobie kłopotów, co, John? – mruknął inspektor.

– Pan Vane okazał się bardzo wyrozumiały – wyjaśnił pan Cleat, zanim John zdążył cokolwiek powiedzieć.

– W jakim nastroju był pan Rogers? – pytał dalej inspektor. – Był podniecony? Przestraszony?

– Zachowywał się całkiem normalnie – odparł John. – Spieszył się, ale nie wyglądał na zaniepokojonego ani nic w tym stylu.

– Czyli nie wyglądał na człowieka, który zamierza coś sobie zrobić? Na przykład utopić się albo rzucić pod pociąg.

John pokręcił głową.

– No dobrze – powiedział inspektor Carter i schował notes do kieszeni. – Dziękuję za współpracę, panie Vane. Chyba ma pan rację. Ktokolwiek do nas dzwonił, chciał pewnie jedynie narobić panu kłopotów.

Pan Vane znów się uśmiechnął.

– Niech mi pan uwierzy, inspektorze, gdybym się dowiedział, kto to był, własnoręcznie skręciłbym kark – oświadczył.

O czwartej panowie Cleat i Vane wyszli razem. Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, John wyjął z kieszeni obrączkę.

– Co to? – spytał Liam. – Chyba nie chcesz poprosić mnie o rękę?

– To obrączka pana Rogersa. Znaleźliśmy ją w domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć. A to oznacza, że pan Cleat kłamał.

Liam podszedł i uważnie przyjrzał się obrączce.

– Jesteś pewien? Dlaczego nie powiedziałeś o tym policji?

– Żeby wylecieć z roboty? – wtrąciła Lucy.

– Lucy ma rację – zgodził się Courtney. – Cleaty i gliny trzymają ze sobą tak… – Skrzyżował palce. – Nasz szef jest masonem, rotarianinem i członkiem komitetu samopomocy sąsiedzkiej. Jeśli powiedział, że Rogers nie wszedł do budynku, a ty powiesz, że wszedł, to jak sądzisz: komu policja uwierzy?

– Potrzebujemy więcej dowodów – stwierdził Liam.

– Cóż, moim zdaniem z tymi domami z listy specjalnej pana Vane’a jest coś dziwnego – powiedział John. – Słyszeliście o domu, w którym znaleziono szkielety? To też był dom pana Vane’a.

– Ten dom w Norbury? Nie wiedziałem.

– Laverdale Square siedem – wyjaśnił Courtney. – Rada miejska kupiła go, by poszerzyć drogę. Pamiętacie? Pan Vane był z tego powodu przez kilka tygodni strasznie wściekły.

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że to on zabił tych wszystkich ludzi? – zapytała Lucy. – Może i jest trochę niesamowity, ale nie wygląda na masowego mordercę.

– Według mnie wygląda jak modelowy masowy morderca – stwierdził Liam.

– Byłem w jego gabinecie i spisałem adresy domów z listy specjalnej – powiedział John. – Moim zdaniem powinniśmy obejrzeć kilka z nich.

– Daj spokój – mruknął Courtney. – Gdyby pan Vane miał cokolwiek do ukrycia, schowałby listę i klucze do sejfu.

– Może nie wpadł na pomysł, że ktokolwiek może go podejrzewać – zauważyła Lucy. – W końcu te szkielety były pochowane w ścianach, nie? Gdyby nie zburzono domu, nikt by się o nich nie dowiedział.

– Bardziej prawdopodobne, że pan Vane również o niczym nie wiedział – stwierdził Courtney. – Być może pan Rogers wszedł do domu, zgubił obrączkę, wyszedł i zniknął całkiem gdzie indziej.

– Jeśli tak było, to dlaczego Cleaty kłamał policji?

– Nie wiem i nieszczególnie mnie to interesuje – odparł Courtney. – Zapędzacie się w dzikie spekulacje.

– A ja i tak zamierzam obejrzeć kilka domów pana Vane’a – oznajmił John. – Jeden jest w Brighton, przy Madeira Terrace dziewięćdziesiąt trzy. Pojadę tam w sobotę.

– No to mamy kolejny zbieg okoliczności – powiedział Liam. – Zamierzam jechać w sobotę po południu do Brighton na wyścigi konne. Możemy wybrać się razem.

– Byłoby świetnie!

– Nie daj się tylko namówić Liamowi do postawienia na jakiegoś konia – ostrzegł Johna Courtney. – Zbankrutujesz, zanim cokolwiek zarobisz.

Wyruszyli w sobotę rano golfem GTI Liama. Świeciło słońce i było na tyle ciepło, że mogli złożyć dach. John pożyczył od siostry okulary przeciwsłoneczne, niestety były za małe i szczypały go w nos. Miał wrażenie, że wygląda niechlujnie. Chciałby mieć – jak Liam – zamiast spranych szarych dżinsów i bezkształtnej bordowej kurtki czarną koszulkę polo i modne spodnie khaki. Kiedy jednak minęli South Downs i przejechali przez Devil’s Dyke, wokół rozpostarły się pola i farmy środkowego Sussex, a przed nimi zamigotał kanał La Manche, nastrój szybko mu się poprawił.

Wkrótce minęli Palace Pier i Marinę Paradę. John czuł się jak na wakacjach.

– Powinniśmy wziąć ze sobą wiaderka i łopatki – powiedział wesoło Liam.

Madeira Terrace była ciemną, stromą ulicą na granicy z Hove, niewidoczną od morza. Po obu jej stronach stały czteropiętrowe ceglane budynki o wąskich fasadach, ale za to z tarasami. Choć przed każdym z nich był niewielki ogródek, tylko kilka pielęgnowano. Większość była zagracona zepsutymi rowerami, powgniatanymi pojemnikami na śmieci i stertami starych gazet. Liam zaparkował przed stojącym na oponach bez powietrza campingobusie i zaciągnął ręczny hamulec.

– Oto i on. Numer dziewięćdziesiąt trzy. Wygląda na pusty.

Okna budynku były ciemne i pokryte warstwą kurzu. Niebieska farba na frontowych drzwiach łuszczyła się. Na schodku stało kilka pustych butelek po mleku, a ze skrzynki pocztowej wysypywały się reklamówki.

John i Liam wysiedli i podeszli do frontowych drzwi. John wcisnął dzwonek, który zabrzęczał w oddali jak miotająca się w słoiku mucha. Zaczekali i znów zadzwonili, ale nie było żadnej reakcji.

– Wygląda na to, że będziemy musieli spróbować inaczej – stwierdził Liam.

– Nie rozumiem. Przecież nie możemy się włamać…

– Oczywiście, że możemy. Dom jest pusty, a my jesteśmy agentami właściciela. Inspekcja to nic nielegalnego.

– Nie wiem… – mruknął z niezdecydowaniem John, rozglądając się w jedną, a potem w drugą stronę ulicy. Szła nią jedynie starsza kobieta, z trudem ciągnąca za sobą kraciasty wózek na zakupy.

Liam poszedł do samochodu i wrócił z czarną aktówką.

– Wytrychy – wyjaśnił. – Skończyłem kiedyś kurs ślusarski, bo miałem iść w ślady ojca, ale po paru robotach dla agentów handlu nieruchomościami dotarło do mnie, że zarabiają dziesięć razy tyle. – Przez chwilę manipulował przy zamkach i nagle drzwi się otworzyły. Pchnął stertę leżących za nimi papierzysk i wszedł do środka. – Trochę tu wilgotno – stwierdził. – Przydałoby się przewietrzyć tę chałupę.

John czekał w progu. Dom wyraźnie mu się nie podobał. Ze środka zalatywało nie tylko wilgocią, ale także zgnilizną – zmurszałym drewnem, kurzem i czymś innym… tak nieprzyjemnym jak zatkana rura wodociągowa czy gnijące wodorosty, może jeszcze zdechła ryba.

– Nie wiem, Liam… – powiedział niepewnie.

– W końcu to był twój pomysł – oświadczył Liam. – Ale zgadzam się z tobą… odkąd pracuję dla pana Vane’a, mam wrażenie, że robi coś dziwnego. Teraz możemy się dowiedzieć, co to takiego.

John jeszcze przez chwilę się wahał, w końcu jednak wszedł do środka. Dom był w rozpaczliwym stanie. Tapety łuszczyły się jak martwa skóra, sufit był upstrzony plamami i poprzecinany smugami pleśni. Wyniesiono wszystkie meble i dywany i kiedy szli wąskim korytarzem w kierunku znajdującej się z tyłu domu kuchni, ich kroki odbijały się bezbarwnym echem od gołych ścian.

Okno kuchni wyglądało na niewielki, ciemnawy ogródek, zarośnięty chwastami. Liam otworzył drzwi spiżarni, ale nie było w niej nic poza antyczną paczką płatków owsianych i śladami mysich odchodów. John odkręcił kran nad zlewozmywakiem z nierdzewnej stali, jednak okazało się, że odłączono wodę.

– To czego szukamy? – spytał Liam, kiedy wracali do salonu. Na ścianach, w miejscach, gdzie kiedyś wisiały obrazy, widać było wyraźne prostokąty. – Pan Vane coś kombinuje z tymi domami, tylko co?

– Nie wiem, ale przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć było podobnie – odparł John. – Panowała tam taka sama atmosfera grozy.

– W większości pustych domów panuje atmosfera grozy. Nie mury tworzą dom, a mieszkający w nich ludzie. Budynki jako takie są martwe.

Rozejrzeli się po niewielkiej jadalni. Na podłodze leżał samotny widelec, jakby ktoś rzucił go wiele lat temu i pożałował wysiłku, by się schylić i go podnieść.

Wspięli się na strome, gołe schody.

– Pewnie nigdy byś na to nie wpadł, ale to porządna nieruchomość – powiedział Liam. – Wystarczy naprawić dach, pomalować ściany i można dostać za to niezłą sumę.

– Nie wziąłbym jej, nawet gdybyś mi dopłacił – mruknął John. Zaczynał żałować, że tu przyjechali.

Zajrzeli do łazienki i wszystkich sypialni. Pomieszczenia stały puste, nagie ściany były upstrzone plamami i dziurami po gwoździach. W jednym z najmniejszych pokoi na boku pieca wisiało wycięte i jakiegoś czasopisma zdjęcie przedstawiające niedźwiedzia.

– No cóż – powiedział Liam. – To by chyba było wszystko. Na moje oko niczego podejrzanego tu nie ma.

Właśnie zamierzali wracać na dół, kiedy Johnowi wydało się, że usłyszał w którymś z pokoi odgłos kroków.

– Stój! – zawołał do Liama. – Słyszałeś?

– Co miałem słyszeć?

Zatrzymali się na chwilę, by posłuchać. Usłyszeli stąpnięcie, potem jeszcze jedno. Nie było wątpliwości – ktoś chodził po gołym parkiecie.

– Zaczekaj tu – powiedział Liam i zaczął się skradać na palcach wzdłuż poręczy schodów. Podszedł do drzwi pierwszej sypialni z brzegu i pchnął je lekko. John nie widział wnętrza sypialni, jedynie okno i rosnący na zewnątrz orzech. Liam wszedł do środka i drzwi zamknęły się za nim.

John czekał przez dłuższą chwilę, po czym zawołał:

– Liam! Co się dzieje? – Nie było odpowiedzi. – Liam? Daj spokój, nie wygłupiaj się. Wychodź! – W dalszym ciągu nie było odpowiedzi. John podszedł do drzwi i pchnął je. – Liam?!

W pokoju niczego nie zauważył, ale kiedy zajrzał za drzwi, zobaczył coś dziwnego. Nie od razu pojął, co widzi, jednak po kilku sekundach poczuł, że jego żołądek kurczy się do wielkości piłeczki tenisowej.

– Liam…?

Liam klęczał na podłodze, ale lewa połowa jego głowy zniknęła w ścianie i widać było jedynie jego prawe oko, prawe nozdrze i prawą połowę ust, otwartych w krzyku przerażenia i bólu. Lewej ręki nie było, nie było też części klatki piersiowej. Zniknęło również lewe kolano, choć stopa pozostała wolna – drgała jednak spazmatycznie, jak kopyto postrzelonego jelenia.

John stał i wpatrywał się w Liama z przerażeniem. Po chwili podbiegł do niego, ukląkł obok i zawołał:

– Liam! Co się dzieje? Jak ci pomóc?

Liam wyciągnął drżące palce ku dłoni Johna.

– Pomóż mi… – wychrypiał. – Pomóż mi, John, na miłość boską… Coś wciąga mnie do środka.

John złapał go za rękę, ale Liama wciągało w kwiecistą tapetę z tak wielką siłą, że nie dał rady. Oparł stopę o deskę przypodłogową, by móc mocniej ciągnąć, i przez sekundę sądził, że udało mu się powstrzymać wsysanie Liama w ścianę.

– Wyciągnij mnie stąd, John… – błagał Liam. – Musisz mnie stąd wyciągnąć…

Ale jego głowa zapadała się coraz głębiej i wkrótce usta Liama zniknęły w ścianie. John widział już tylko prawe oko kolegi, zielone jak szkło, wpatrujące się w niego z przerażeniem. Potem i ono zniknęło.

– Liam! – zawył John. – Liam! Pociągnął za czarną koszulkę, jednak oderwał tylko kołnierzyk. Szarpał i ciągnął, ale wkrótce w ścianie zniknęła klatka piersiowa, bark i nogi Liama. W końcu John mógł trzymać znikające ciało jedynie za rękę, zagłębioną w ścianie po nadgarstek. Jeszcze przez jakiś czas dłoń wystawała ze ściany, a palce rozcapierzały się, jakby Liam prosił o ratunek, potem i ona zniknęła. Pozostała naga ściana.

John wstał. Był przerażony i tak dygotał, że musiał się oprzeć o ścianę, by utrzymać równowagę. Poczuł pod dłonią ruch – jakby coś próbowało wypełznąć spod tapety.

Pobiegł w dół schodami. W połowie potknął się i gdyby nie chwycił się poręczy, poleciałby w dół. Wybiegł na ulicę, zaraz jednak stanął, kręcąc się w przerażeniu wokół własnej osi i oddychając spazmatycznie. Co robić? Co robić? W zasięgu wzroku nie było nikogo – jakby mieszkańcy doskonale wiedzieli, co się stało, i woleli trzymać się z daleka.

Ruszył w górę ulicy, ale po chwili zawrócił i zbiegł z powrotem. Stanął przed drzwiami numeru 93, był jednak zbyt przerażony, by wejść do środka. Co powinien robić? Zadzwonić na policję? Ale kto mu uwierzy, że Liam zniknął w ścianie? Policja najprawdopodobniej uzna, że zamordował kolegę.

Nie przychodził mu do głowy nikt, do kogo mógłby zadzwonić. Nie powinni się włamywać do tego domu, więc nie miał co oczekiwać pomocy od pana Cleata. Pozostawało jedynie jak najszybciej zniknąć z Brighton i wracać do domu.

Mógłby wrócić golfem Liama, ale Liam – bez względu na to, gdzie teraz się znajdował – miał przy sobie kluczyki, a John nie wiedział, jak spiąć auto na krótko. Chodził więc tam i z powrotem przed domem. Jedno wiedział na pewno: nie chciał ponownie wchodzić do tego budynku. To, co porwało Liama, mogło tak samo wciągnąć i jego.

Ruszył pod górę, ku stacji kolejowej. Kiedy znalazł się na szczycie Madeira Terrace, zaczął biec i przestał dopiero wtedy, gdy zobaczył budynek stacji.

Rozdział 9

Zadzwonił do Lucy.

– Liam zniknął – powiedział.

– Jak to „zniknął”?

– Stało się coś okropnego. Muszę się z tobą natychmiast zobaczyć.

– Nie mogę teraz. Jestem o ósmej umówiona z moim chłopakiem.

– Lucy, muszę się z tobą spotkać! Muszę!

– Daj spokój, John. To nie dzień powszedni, kiedy nie mam nic ciekawego do roboty. Dziś jest sobotni wieczór!

– Lucy, nie rozumiesz? Liam nie żyje. Przynajmniej tak mi się wydaje.

– Co? Jak to nie żyje? Chyba sobie żartujesz.

– Weszliśmy do tego domu w Brighton i coś wciągnęło go w ścianę.

– Boże drogi, John! Przez chwilę naprawdę się przestraszyłam. Posłuchaj teraz: spieszę się, Paul zaraz przyjdzie, a idziemy do „Volts”.

– Lucy, ja nie żartuję. Liam został wessany w ścianę i nie żyje.

Zapadła długa cisza. John przez jakiś czas słyszał jedynie grającą w pokoju Lucy muzykę, ale w końcu dziewczyna znów się odezwała.

– To nie jakieś jaja? – zapytała. – Znam Liama.

– Mówię szczerą prawdę – odparł John. – Nie wiem, co się stało, ale to prawda.

– Przyjedź do mnie jak najszybciej. Gdzie jesteś?

– Na stacji Streatham Common.

– W takim razie ja po ciebie przyjadę.

Kiedy Lucy zjawiła się pod stacją, miała na sobie krótką ciemnoczerwoną sukienkę i duże okrągłe kolczyki w uszach. Pachniała mocno piżmowymi perfumami.

– Przepraszam cię, ale nie wpadł mi do głowy nikt inny, do kogo mógłbym zadzwonić – powiedział John, wsiadając do samochodu.

Spojrzała na niego uważnie. Był blady i miał podpuchnięte oczy.

– Jesteś pewien, że Liam nie żyje?

– Jestem o tym przekonany. Nie może być inaczej. Wszystko odbyło się na moich oczach. To samo musiało się przydarzyć panu Rogersowi i ludziom znalezionym przy Laverdale Square. Domy pana Vane’a wciągają ludzi w ściany.

Kiedy musieli się zatrzymać na Greyhound Lane, Lucy odwróciła głowę do Johna.

– Na pewno to nie żart? Nie robicie mnie z Liamem w konia? Bo jeśli tak, nigdy ci tego nie wybaczę.

John zaczął płakać. Wstydził się tego, ale wstrząs, jaki przeżył, był ponad jego siły. Po policzkach spływały mu łzy, a gardło miał tak zaciśnięte, że ledwie oddychał. Lucy wyciągnęła rękę i ujęła jego dłoń.

– Wierzę ci. Nie martw się, wierzę ci. Zawiozła go do domu. Matka siedziała w salonie w szlafroku, ojciec karmił ją łyżeczką zapiekanką. Po ekranie telewizora biegał Bruce Willis, ale rodzice nie oglądali filmu zbyt uważnie.

– Tato, mamo… to moja koleżanka z pracy, Lucy.

– Cześć, Lucy – powiedział ojciec. – Jeśli masz ochotę, zostało jeszcze trochę zapiekanki.

– Nie, dziękuję – odparła.

– John, wyglądasz mizernie – wymamrotała połową ust matka. – Może byś coś zjadł?

– Nie, mamo, naprawdę dziękuję. Zaprowadził Lucy do swego pokoju. Kiedy szli na górę, usłyszał, jak ojciec mówi:

– Miło widzieć, że John przyprowadza do domu dziewczynę.

Boże, gdybyś tylko wiedział, dlaczego… – pomyślał ponuro John. Weszli do pokoju i John usiadł na łóżku.

– Co się stało twojej mamie? – spytała Lucy, oglądając plakaty z drużynami piłkarskimi.

– Miała wylew. Teraz tata musi wszystko robić. No i ja, bo siostry nigdy nie ma.

– To brzmi, jakby było dość ciężkie – powiedziała ze współczuciem Lucy. John wzruszył ramionami. – Co robimy w sprawie Liama?

– Nie wiem. Myślałem o tym, by zadzwonić na policję, ale co będzie, jak mi nie uwierzą? Znaczy się nie uwierzą, że to nie ja zrobiłem.

– Dlaczego mieliby nie uwierzyć?

– Ponieważ byłem ostatnią osobą, która widziała go żywego. Zniknął, ale nie ma ciała, więc będą musieli uznać, że coś z nim zrobiłem.

– Uspokój się. Powiedz dokładnie, co się stało. John przycisnął dłoń do tapety.

– Po prostu został wciągnięty w ścianę. Nie mogłem w to uwierzyć. Ciągle jeszcze nie mogę.

Lucy zastanawiała się przez chwilę.

– Jeśli naprawdę się martwisz, że policja uzna cię za winnego – powiedziała w końcu – potrzebujesz dowodu, że jesteś niewinny, prawda? Uważam, że powinniśmy tam pojechać. Do Brighton. Zburzyć ścianę i sprawdzić, czy są za nią kości Liama.

– Kości Liama?!

– Posłuchaj, John… Jeśli dom w Brighton jest taki sam jak ten w Norbury, wyjaśniałoby to pochodzenie szkieletów, prawda?

– Nie rozumiem.

– Powiedzieli w wiadomościach, że szkielety były zamurowane, tak? Tyle że ściana była stara, a niektóre szkielety całkiem nowe.

– Czyli że może wcale nie zostały zamurowane, a wciągnięte przez ścianę… jak Liam…

– Właśnie. Może pojedźmy tam jutro i rzućmy okiem?

John pokręcił głową.

– Nie wrócę tam. Nie ma mowy.

– Rozumiem cię, ale czy mamy inne wyjście?

– Nie widziałaś twarzy Liama. To było okropne! Lucy usiadła obok Johna i wzięła go za rękę.

– Jeśli nic nie zrobimy, panu Vane’owi wszystko może ujść na sucho. Wystarczy, że powie, że o niczym nie wie, i co mu zrobią? Jeśli jednak udowodnimy, że wszystkie jego domy są takie same i wiedział…

John w końcu skinął głową. Lucy udało się nieco go uspokoić, nie mógł jednak zapomnieć zielonego oka Liama wpatrującego się w niego z desperacją, dopóki nie zniknęło w ścianie. Wiedział, że będzie ten widok pamiętać do końca życia.

Pojechali do Brighton pociągiem, bo Lucy nie chciało się jechać taki szmat drogi samochodem. Kiedy dojechali do Haywards Heath, zaczęło padać, a gdy wysiedli na dworcu w Brighton, lało jak z cebra. Wzięli na Madeira Tewace taksówkę i poprosili kierowcę, żeby stanął za golfem Liama.

– Co za nora – jęknęła Lucy, patrząc na budynek. – Wejdźmy do środka, zanim całkiem przemokniemy.

Po chwili byli na ganku. John spróbował otworzyć drzwi.

– Zamknięte – stwierdził. – Liam otworzył je wytrychem.

Co prawda miał w torbie wzięty z domu młotek, ale wolał nie wybijać szyby.

– Spróbujmy starej sztuczki z kartą kredytową – zaproponowała Lucy.

– Nie mam karty kredytowej.

Lucy wyjęła swoją Barclaycard i spróbowała wsunąć ją w szparę między drzwiami a framugą, by cofnąć zapadkę, ale nie mogła wepchnąć plastiku wystarczająco głęboko. John wyszedł na deszcz i zajrzał przez okno do salonu. Spróbował po kolei wszystkich okien i wydało mu się, że jedno jest niedokładnie zamknięte.

– Zobacz, zapadka nie jest zablokowana. Gdybym znalazł coś do podważenia…

W wysokiej trawie leżał zardzewiały zawias od bramy. John wziął go i wsunął pod dolną część przesuwanej ramy w połowie okna, by dźwignia ją uniosła. Ramę zamalowano wieloma warstwami farby, w końcu jednak udało mu się unieść okno jakiś centymetr ponad parapet. Jeszcze jedno pchnięcie i było otwarte.

– Nikogo nie widać w pobliżu? – spytała Lucy. John pokręcił głową.

– Powinieneś być włamywaczem, a nie agentem handlu nieruchomościami.

John nie odpowiedział. Tak bardzo przerażała go perspektywa ponownego wejścia do budynku, że wyschło mu w ustach. Przez chwilę się wahał, w końcu podciągnął jednak ciało na rękach i wślizgnął się do zalatującego stęchlizną salonu. Poszedł do frontowych drzwi, by wpuścić Lucy.

Pociągnęła nosem i stwierdziła:

– Nie dziwię się, że nie miałeś ochoty tu wracać.

– Uważaj na ściany – ostrzegł John. Zaprowadził Lucy schodami na półpiętro. Przez okna widzieli idący od morza deszcz i ciemne chmury, pędzące nad dachami Brighton niczym sfora szalonych psów.

– To ten pokój – powiedział John, drżąc jak galareta.

– Czy Liam coś mówił, zanim go wciągnęło?

– Nic. Ani słowa.

Lucy pchnęła drzwi i zajrzała do środka. Było mroczno, a walący w okna deszcz sprawiał, że atmosfera wydawała się jeszcze bardziej ponura i groźna.

– Tam – powiedział John i wskazał na miejsce, gdzie zniknął Liam.

Lucy podeszła do ściany i zaczęła ją oglądać z bliska.

– Nic nie widać, prawda? – mruknął John. Kiedy wyciągnęła rękę, by dotknąć tapety, krzyknął: – Nie dotykaj!

– Nie bój się. Spróbujmy rozbić kawałek. John wyjął z torby młotek i podszedł do ściany.

Tynk musiał podejść pod spodem powietrzem, bo już pierwsze uderzenie wybiło duży, okrągły otwór. Walnął jeszcze kilka razy, aż oderwał od ściany wielki kawał tynku, który spadł na podłogę, rozpryskując się na kawałki.

Walił z pięć minut, dopóki nie ukazała się goła cegła. Robił tyle hałasu, że od czasu do czasu przerywał, by sprawdzić, czy nie zaalarmował sąsiadów. Madeira Terrace była jednak mokra i cicha jak odludny cmentarz, a jeśli nawet ktoś usłyszał łomot, najwyraźniej się nim nie przejął.

– Nic się nie dzieje – powiedział w końcu. – Zaczynam mieć wrażenie, jakbym to wszystko sam wymyślił.

– Samochód Liama w dalszym ciągu stoi na ulicy, a jest jego radością i dumą – stwierdziła Lucy. – Dlatego wiem, że nie wymyśliłeś tej historii.

– Może ściana całkiem go wessała i nic za nią nie ma?

– Szkielety znalezione w domu w Norbury były za ścianą. Spróbuj wyjąć parę cegieł.

John walił jeszcze przez kilka minut i w końcu udało mu się obluzować jedną cegłę. Kiedy wyciągnął pierwszą, wyjęcie pięciu następnych nie było już zbyt trudne. Zajrzał w otwór. Za murem było kompletnie ciemno i czuć było leciutki podmuch powietrza.

– Widzisz coś? John pokręcił głową.

– Włożę rękę i pomacam – powiedziała Lucy.

– Nie możesz! Co będzie, jeśli i ciebie zacznie wciągać?

– Wyciągniesz mnie.

– Liama nie byłem w stanie wyciągnąć. Ściana była zbyt silna.

Lucy uklękła obok Johna i zajrzała w otwór.

– Jest za ciemno. Trzeba było wziąć ze sobą latarkę. Daj na chwilę młotek.

Ostrożnie włożyła młotek w dziurę i zaczęła poruszać nim na boki. Niemal natychmiast rozległ się suchy trzask.

– W coś uderzyłam. Coś tam jest!

– Bądź ostrożna. Pod żadnym pozorem nie wkładaj do środka ręki!

– Nie martw się. Złapię to młotkiem. Znowu zaczęła ostrożnie macać młotkiem, aż wydało jej się, że zahaczyła to, w co trafiła. Powoli wyciągnęła młotek. Kiedy zobaczyli, co złapała, John szepnął ze zgrozą:

– O, nie…

Na młotku wisiała ludzka czaszka, główka narzędzia wbiła się w oczodół. Na czaszce nie było resztek włosów ani skóry i błyszczała jak wypolerowana.

Lucy wyciągnęła ją na zewnątrz. Ręce tak jej drżały, że upuściła czaszkę na podłogę. Odtoczyła się kawałek jak piłka, przez chwilę kiwała się na boki i zamarła w bezruchu.

– To Liam – stwierdził John. – To musi być Liam…

– Boże, to straszne!

– Chodźmy stąd, i to szybko. – John widział w życiu wiele czaszek, w muzeach i na lekcjach biologii, ale jeszcze nigdy nie widział czaszki kogoś, kogo znał. – Idźmy stąd, nie potrzeba nam więcej dowodów.

Lucy wróciła jednak do ściany i zajrzała w otwór.

– Jest tam więcej kości. Masa kości… teraz je widzę.

– Nieważne – odparł John, nie mogąc oderwać oczu od czaszki. – Zwiewajmy stąd jak najszybciej i zawiadommy policję.

– Dobrze – zgodziła się bez wahania Lucy. Wstała i rozejrzała się. – Pomyśl tylko, jeśli jest tu tak samo jak w domu w Norbury, w każdej ścianie mogą być dziesiątki szkieletów. Cały budynek może być ich pełen.

John wziął Lucy za rękę i zmusił ją do wyjścia z pokoju. Chciał jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Zanim zatrzasnął drzwi, rzucił okiem przez ramię. Miał dziwne wrażenie, że ujrzy na szczycie schodów ścigającą ich czaszkę Liama. Oczywiście nic takiego się nie zdarzyło.

Kiedy doszli do furtki, z sąsiedniego domu wyszedł starszy mężczyzna w berecie.

– Nie zamierzacie chyba kupić tego domu? – spytał. Kiedy mówił, przyklejony do jego dolnej wargi papieros własnej roboty podskakiwał.

– Nie, tylko go oglądaliśmy.

– Cóż, mimo to dam wam radę. Ten dom powinien pozostać pusty.

– Naprawdę? – spytała Lucy. – Dlaczego?

– Bo jest nieszczęśliwy. Widziałem wprowadzające się tu i szybko wyprowadzające się stąd rodziny. Siedem lub osiem, i za każdym razem było tak samo. Ludzie zjawiali się weseli, ale zanim człowiek się obejrzał, zaczynali skakać sobie do oczu. Biegali po schodach w górę i w dół i wyli jak opętani. Potem się pakowali i wynosili się.

– Dziękujemy za radę.

– Lepiej jej posłuchajcie. Na pewno nie chcielibyście skończyć jak dotychczasowi mieszkańcy. Boże, ale biegali po schodach… Kiedy się tego słuchało, można było pomyśleć, że mieszka tam pięćdziesiąt osób, a nie pięć.

– To przerażające – powiedziała Lucy, kiedy szli szybko ulicą. – Muszę się przyznać, że z początku wcale ci nie uwierzyłam.

John zatrzymał się. Deszcz niemal ustał i zza chmur wyjrzało blade jak duch słońce.

– Moim zdaniem powinniśmy zadzwonić na policję. Im szybciej, tym lepiej.

– Wyglądasz okropnie.

– Bo też okropnie się czuję. Przecież to nie była jakaś iluzjonistyczna sztuczka, to wydarzyło się naprawdę. Naprawdę wciągnęło Liama w ścianę.

– Znajdźmy jakąś kawiarnię. Napijemy się herbaty albo czegoś innego i będziesz mógł zadzwonić na policję.

– Powinienem był uratować Liama. Robiłem, co mogłem, ale nie byłem w stanie…

– Przestań się oskarżać. – Lucy wzięła Johna pod rękę i poszli w kierunku Queens Road na tak sztywnych nogach, jakby przed chwilą uratowali się z katastrofy lotniczej.

Znaleźli niewielką kawiarnię naprzeciwko dworca kolejowego. Okna miała zaparowane, w środku siedziało mnóstwo ludzi – głównie kierowców autobusów i taksówkarzy. John poszedł po herbatę, a Lucy usiadła przy stoliku niedaleko telefonu.

– Osiemdziesiąt pensów, kochany – powiedziała stojąca za ladą kobieta.

John sięgnął do kieszeni spodni po portfel i stwierdził, że zniknął. Przeszukał kieszenie kurtki, ale nic to nie dało. Odwrócił się zrozpaczony do Lucy.

– Mój portfel… – jęknął. – Musiałem go zgubić w tym domu. Miałem w nim wszystko. Pieniądze, dokumenty.

– Bierzesz tę herbatę czy nie? – spytała kobieta za ladą.

Lucy podeszła, żeby zapłacić.

– Musimy tam wrócić – stwierdziła z ponurą miną.

W dziesięć minut byli z powrotem na Madeira Terrace. Całą drogę odbyli w całkowitym milczeniu. Kiedy stanęli przez budynkiem, popatrzyli po sobie bez słowa. John otworzył furtkę i wszedł do ogródka.

– Spróbuję załatwić to jak najszybciej. Gdyby coś poszło nie tak, zacznę krzyczeć.

– Tylko trzymaj się z daleka od ścian – poprosiła Lucy.

John tak samo jak przedtem otworzył okno do salonu i nieporadnie wdrapał się do środka. W powietrzu unosił się ten sam zapaszek zgnilizny i również teraz John nie mógł się pozbyć okropnego wrażenia, że coś na niego czyha. Popatrzył na Lucy i machnął do niej. Z łomoczącym sercem ruszył w kierunku holu.

Kiedy tam doszedł, popatrzył w górę schodów, sprawdzając, czy czaszka naprawdę próbowała ich ścigać, ale oczywiście nie zobaczył jej. Rozejrzał się – w holu portfela nie było. Musiał go zgubić w sypialni na górze, kiedy wybijał dziurę w ścianie.

Wchodził na górę najciszej jak umiał. Piąty stopień wydał z siebie niemal ludzki jęk. John zamarł i wstrzymując oddech, nasłuchiwał przez prawie dziesięć sekund. Gdy się upewnił, że poza skrzeczącymi za oknem mewami jest cicho, ruszył ostrożnie dalej i wkrótce dotarł na piętro.

Po wejściu do sypialni od razu ujrzał portfel – tuż przy ścianie. Ale czaszka zniknęła.

Zniknęła także dziura w ścianie. Nie została jednak zamurowana, ściana po prostu wróciła do poprzedniego stanu – wyblakła tapeta znajdowała się na poprzednim miejscu i nie było na niej śladu rozerwania. Wyglądało to tak, jakby ściana się zregenerowała…

Nagle na strychu coś skrzypnęło. John capnął portfel, wypadł z pokoju, zbiegł pędem po schodach i wyprysnął na dwór tak szybko, że obił sobie ramię o ościeżynę frontowych drzwi.

– Chodź… – wydyszał, szarpiąc Lucy za rękaw. Zaczął biec w górę ulicy i dziewczyna ruszyła za nim.

– John, zatrzymaj się! – zaprotestowała po chwili. – Co się stało? Nie dogonię cię!

John zwolnił do szybkiego marszu.

– Zniknęła! Poszedłem do sypialni i zniknęła!

– Co zniknęło? O czym ty mówisz?

– Czaszka zniknęła. Czaszka Liama. A ściana wygląda, jakbyśmy nie wybijali w niej nigdy dziury.

Lucy musiała podbiec kilka kroków, by go dogonić.

– Czaszka nie mogła zniknąć. Może ktoś ją zabrał, ale kto miałby to zrobić?

– Nie wiem. W każdym razie bardzo mi się to nie podoba.

– Wróćmy do kawiarni i zawiadommy policję.

– Co im powiemy? Nie mamy żadnego dowodu, więc wezmą nas za wariatów. A może naprawdę zwariowaliśmy? Może mieliśmy halucynacje?

– John, wiesz tak samo jak i ja, że weszliśmy do domu, wybiliśmy dziurę w ścianie i znaleźliśmy czaszkę Liama.

– Nie wiem. Naprawdę nic już nie wiem. Muszę się nad tym zastanowić.

– Jak chcesz. Wróćmy do domu i zastanówmy się, ale nie możemy tego tak zostawić. Nie możemy udawać, że nic się nie stało.

Byli już blisko stacji, kiedy John odniósł przedziwne wrażenie, że są śledzeni. Zatrzymał się i odwrócił, ale Queens Road szło tylu ludzi, w tym wielu z parasolami, że nie mógł potwierdzić swojego przeczucia. Zdawało mu się tylko, że zobaczył mężczyznę w ciemnym płaszczu, który schował się do wnęki z drzwiami sklepowymi, jakby nie chciał zostać dostrzeżony.

– Co jest? – spytała Lucy.

– Nie wiem. Chyba nic.

Ruszyli dalej, ale kiedy po kilkudziesięciu metrach John szybko się odwrócił, znów zobaczył tego samego człowieka w ciemnym płaszczu. Mężczyzna schował się jednak niemal natychmiast za parasolem i kiedy John próbował wyłuskać go z tłumu, okazało się to niemożliwe.

Choć widział tę twarz jedynie przez ułamek sekundy, nie miał wątpliwości. Była blada jak kość słoniowa i straszliwie spokojna. Śledzący ich mężczyzna miał twarz rzeźby, którą John znalazł na łóżku w domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć.

Rozdział 10

– To niemożliwe – stwierdziła Lucy, kiedy pociąg pędził przez Surrey w kierunku przedmieść Londynu. – Wydawało ci się.

– Nie. To była ta sama twarz. Przysięgam.

Lucy pokręciła głową i znów zaczęła wyglądać przez okno. Oboje byli bardzo zmęczeni i spięci. Zdawali sobie sprawę z tego, że nie uda im się długo ukrywać zniknięcia Liama. Jego współmieszkańcy już musieli się zastanawiać, gdzie się podział, a w poniedziałek rano pan Cleat zażąda wyjaśnień. Dochodził do tego samochód, w dalszym ciągu stojący przy Madeira Terrace 93.

– Musimy zajrzeć do pozostałych domów pana Vane’a – oświadczyła Lucy. – Potrzebujemy mapy, na której zaznaczone będą wszystkie nieruchomości z listy specjalnej.

– Zdążymy obejrzeć jedynie dwa, góra trzy domy.

– Jeśli uda nam się znaleźć dowody, to wystarczy. Następnym razem weźmiemy je ze sobą.

– Jak myślisz, o co w tym wszystkim chodzi? Te krzyki, bieganina i wciąganie ludzi w ściany…

– Czytałam mnóstwo powieści grozy, ale na nic podobnego się nie natknęłam. Nieważne, co Liam mówił o panu Vane, na pewno nie mamy tu do czynienia z wampirami. Może to poltergeist? Pamiętasz film, w którym wciągnęło dziewczynkę do telewizora? Podobno poltergeisty robią mnóstwo hałasu i rzucają rzeczami.

– A co z mężczyzną wyglądającym jak rzeźba?

– John, on tylko wyglądał jak tamta rzeźba, ona nie mogła ożyć. Zobaczyłeś mężczyznę o bardzo bladej twarzy, twój umysł podsunął ci obraz rzeźby i PSTRYK – uznałeś, że to ona.

John wzruszył ramionami. Dokładnie wiedział, co zobaczył, był jednak zbyt zmęczony, by się spierać.

Następnego dnia rano Lucy przekazała panu Cleatowi, że Liam dzwonił do niej podczas weekendu i powiedział, że nie przyjdzie do pracy, bo złapał paskudną letnią grypę.

– Chyba nie chciał narażać interesów firmy kichaniem na klientów – mruknął John.

Pan Cleat ściągnął brwi i spojrzał na niego z dezaprobatą.

Przed lunchem John wyszedł z Courtneyem, by pokazać młodemu małżeństwu niewielkie mieszkanko tuż przy linii kolejowej Londyn – Brighton. Kiedy wrócili, Lucy czekała w gotowości, nie mógł jednak od razu wyjść, bo Courtney chciał filiżankę kawy, a pan Cleat – by zszył stertę planów domów.

– Co powinniśmy twoim zdaniem obejrzeć najpierw? – spytał John Lucy, kiedy na chwilę znaleźli się sami w kuchni.

– Najbliżej jest Abingdon Gardens sto dwanaście, w Tooting. Gdyby Cleaty sobie poszedł, wzięlibyśmy klucz…

W tym momencie do kuchenki wszedł pan Cleat.

– John, muszę wyjść na pół godziny. Jeśli ktoś mnie będzie szukał, niech się skontaktuje przez mój telefon komórkowy.

– Oczywiście, panie Cleat.

Lucy ruszyła za szefem do wyjścia, by się upewnić, że sobie poszedł. Po chwili weszli do gabinetu pana Vane’a.

– Co robicie? – spytał Courtney. – Gdyby Cleaty was przyłapał, dostałby ataku.

– Zamierzamy zajrzeć do innych domów pana Vane’a – odparła Lucy. Podeszła do biurka i pociągnęła za uchwyt szuflady, podczas gdy John pilnował drzwi. – Zamknięta – stwierdziła rozczarowana.

– Może pan Cleat się domyślił, co zamierzamy.

– Tak nie wolno – zaprotestował Courtney. – Kiedy nie ma szefa, jestem najstarszym pracownikiem. Nie mogę wam pozwolić dobierać się do biurka pana Vane’a.

– John, daj mi nóż – powiedziała Lucy, jakby tego nie słyszała. – Może uda się wyłamać zamek.

– Nic z tego – upierał się Courtney. – Nawet jeśli pan Vane ma jakieś mroczne tajemnice, nie wolno wam włamywać się do jego biurka. Nie pozwolę na to.

John popatrzył na Lucy. Miał ogromną ochotę powiedzieć Courtneyowi, co się stało z Liamem, zdawał sobie jednak sprawę, że jeszcze na to nie czas.

– Trudno – mruknęła Lucy. – Nie chcesz pomóc, to nie. Mimo to obejrzymy domy.

– Nie wiem, co spodziewacie się tam znaleźć.

– Więcej kości, dalsze szkielety. Więcej dowodów, że pan Vane doskonale wie, co się stanie, kiedy ktoś wprowadzi się do domu z jego listy.

– Nie wierzę w to. Jak mogłoby mu ujść na sucho zabicie tylu ludzi? Nie próbujcie mi wmawiać, że nikt ich nie szukał.

– Szukano ich, jeśli jednak ktoś ginie bez śladu nie wiadomo gdzie, to co na to poradzisz? Nic.

– Mówicie o dziesiątkach ludzi… mężczyznach, kobietach i dzieciach! Popatrzcie na pana Vane’a: jest chudy jak patyk. Nie miałby dość siły, by zadeptać mrówkę.

– Do zabijania nie potrzeba siły fizycznej – wtrącił John. – Potrzeba jedynie sposobu.

– Na przykład jakiego?

Na przykład domu, który wciąga ludzi w ściany, pomyślał John.

– Jeszcze dokładnie nie wiemy – odparła Lucy. – Staramy się dowiedzieć.

– Cóż… bo ja wiem… – zawahał się Courtney. – Niech wam będzie. Jedźcie rzucić okiem na ten dom, skoro macie ochotę. Jeśli Cleaty wróci, powiem, że poszliście na spotkanie z klientem.

– Wierzysz nam?

– Sam nie wiem, ale ponieważ zawsze podejrzewałem, że z panem Vane’em i jego listą specjalną coś jest nie tak, chętnie się dowiem, o co chodzi. Nawet jeśli nie morduje ludzi.

Abingdon Gardens okazała się cichą boczną uliczką, leżącą niedaleko Mitcham Road. Choć okolicę opanowały firmy sprzedające tanie opony i tureccy knajpiarze, a chodniki pełne były stoisk z gazetami, sama Abingdon Gardens zachowała podmiejską elegancję. Dominowały tu duże, ceglane budynki, osłonięte od ulicy krzewami wawrzynu. Niemal wszystkie nosiły romantyczne nazwy w stylu „Wietrzne jezioro”, „Ivanhoe” albo „Wawrzyn”.

Numer 112 znajdował się prawie na samym końcu ulicy i był znacznie bardziej zaniedbany niż inne budynki. Umieszczono przy nim tablicę z napisem NA SPRZEDAŻ, dopisując ręcznie na dole: PROSZĘ KONTAKTOWAĆ SIĘ OSOBIŚCIE Z PANEM VANE’EM. Wawrzynowych krzewów dawno nie strzyżono, a spomiędzy czerwonych i białych kostek, którymi wyłożono ścieżkę, wyrastały chwasty.

– Może powinniśmy jednak dać sobie spokój – powiedział John. Kiedy zbliżył się do domu, poczuł ten sam paraliżujący strach, jakiego doświadczył w poprzednim budynku. Nawet w jasny, letni dzień dom emanował paskudną aurę – jeszcze bardziej nieprzyjemną niż posesja przy Madeira Terrace 93. Lucy wzięła głęboki oddech. John czuł, że dziewczyna boi się nie mniej od niego, ale dla dodania odwagi uścisnęła mu szybko dłoń.

– Chodź – powiedziała. – Musimy to załatwić. Jeśli my tego nie zrobimy, nikt tego nie zrobi.

John wysiadł z samochodu, zaczekał, aż Lucy do niego dołączy, i ruszył przez zdziczałą trawę na teren posesji. Po chwili zaglądał już przez okno garażu. W środku było bardzo ciemno, ale rozpoznał kontur okrytego plandeką dużego samochodu.

– Dziwne… Kto wyprowadzając się zostawia samochód?

– A jeśli się nie wyprowadzili?

– Chcesz powiedzieć, że…

– Może ciągle jeszcze są w środku?

– Masz na myśli ściany? Jak Liam i ludzie w Norbury? – zapytał John.

Odszedł kilka kroków od budynku i spojrzał w górę.

– Może naprawdę powinniśmy dać sobie spokój… – powtórzył, doskonale jednak wiedział, że nie mogą się wycofać.

Zajrzeli przez okna do salonu.

– Wygląda na pusty – oświadczyła Lucy.

– Prędzej czy później będziemy musieli powiedzieć komuś o Liamie.

– Wiem, ale jeszcze na to za wcześnie. Nie możemy tego zrobić, dopóki nie będziemy w stanie udowodnić, co się z nim stało. Wejście tu to jedyny sposób na znalezienie dowodów.

Przeszli przez wysoką trawę i krzewy jeżyn do ogrodu za domem. W jego najbardziej oddalonej od budynku części znajdowało się zarośnięte zielskiem poletko truskawek i kort tenisowy ze zwisającą smętnie siatką. Kamienny kupidyn przewrócił się na bok, ślimak zostawił mu na policzku pasmo srebrzystego śluzu. Wzdłuż prawie całej tylnej ściany domu biegła oszklona weranda i przez brudne szyby można było dostrzec w środku dwa lub trzy lekko nadżarte zębem czasu wiklinowe fotele oraz rząd doniczek z poczerniałymi, wyschniętymi kaktusami.

John próbował otworzyć drzwi, ale były zamknięte. Cofnął się do ogrodu i przyjrzał oknom na pierwszym piętrze.

– Może spróbuję wejść na dach werandy i otworzyć świetlik – powiedział.

– To zbyt niebezpieczne. Jeśli spadniesz i wlecisz przez dach do środka, możesz się zabić.

– To jak mamy wejść?

Ciągle jeszcze się zastanawiali, kiedy Johnowi wydało się, że dostrzegł ruch firanki na piętrze. Potem – przez ułamek sekundy – miał wrażenie, że patrzy na nich mężczyzna o bladej twarzy.

– Ktoś jest w środku! – zawołał, wskazując na górę. – Widziałem! Na sto procent ktoś tu jest! Chodź!

Pobiegli przez zarośla wokół domu. Kiedy dotarli do ogródka od frontu, okazało się, że Lucy zadrapała ramię i krwawi.

– Widziałem twarz… – wy dyszał John. – Strasznie bladą…

– Może to dziki lokator, jakiś włóczęga albo ktoś w tym stylu?

– Nie wiem. Widziałem go za krótko. Lucy przycisnęła chusteczkę do zadrapania.

– I co teraz?

– Dajmy sobie spokój. Wracajmy do biura.

– John, co ty… Jeśli to tylko dziki lokator…

– A jeśli nie?

– Któż inny mógłby to być?

– Nie wiem – odparł John, jednak cały czas miał przed oczami promieniującą niesamowitym spokojem twarz z kości słoniowej i mężczyznę w ciemnym garniturze, który szedł za nimi do stacji w Brighton.

Lucy wyjęła kluczyki i wróciła do samochodu.

– To głupota – stwierdziła. – Dotarliśmy aż tutaj, a poza tym jesteśmy chyba coś winni Liamowi.

– Nie mam ochoty wchodzić do środka.

– Ja też nie, ale możemy chociaż zadzwonić. Może pan Bladolicy zejdzie i nam otworzy?

John nie odpowiedział. Lucy mówiła rozsądnie, czuł jednak taką niechęć do tego domu, że nie był pewien, czy zdoła dojść do frontowych drzwi.

– Chodź! – ponagliła go Lucy i podeszli do ganku.

John nie odwracał wzroku od okien na piętrze, ale cały czas pozostawały puste – niczym oczy kogoś, kto zapomniał, po co je ma.

Kiedy znaleźli się przy drzwiach frontowych, nacisnął guzik i w głębi domu rozległo się dzwonienie. Chwilę zaczekali, a potem John nacisnął drugi i trzeci raz. Nie było żadnej reakcji. Żadnego znaku życia.

– Może to nie była twarz? – spytała Lucy.

– Jestem pewien, że widziałem twarz.

– Wróćmy na tył domu i sprawdźmy jeszcze raz. Nie sądzę, żeby ktoś był w tym domu.

Wrócili do ogrodu i John pokazał, w którym oknie widział twarz.

– Pojawiła się tutaj. Mignęła na sekundę. Lucy wpatrzyła się w szybę.

– Faktycznie… coś tam jest, ale to chyba tylko odbicie światła. Musi tam być lustro albo coś błyszczącego. I ma owalny kształt. Mogłeś to wziąć za twarz.

– Jestem pewien, że firanka też się poruszyła.

– Daj spokój… oboje jesteśmy trochę zdenerwowani, i to wszystko.

John osłonił dłonią oczy i znów popatrzył w górę. Lucy mogła mieć rację, zwłaszcza że naprawdę nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek tu mieszkał.

– W zamku od wewnątrz jest klucz – powiedziała Lucy, wskazując na oszklone drzwi werandy. – Chyba będziemy musieli wybić szybkę.

– To wtargnięcie.

– Nie. To inspekcja agenta handlu nieruchomościami mająca na celu zbadanie posesji. Kiedy przejeżdżaliśmy obok jednej z naszych nieruchomości, wydało się nam, że dostrzegliśmy w środku intruza, ganialiśmy się, by sprawdzić, czy dom nie jest zamieszkiwany przez dzikich lokatorów.

John przypomniał sobie, że Liam miał podobną wymówkę, gdy wchodzili do domu przy Madeira Terrace 93. Aż się wzdrygnął – poczuł się, jakby powtarzali pierwsze linijki sztuki, która zawsze kończy się w ten sam przerażający sposób.

Lucy wyciągnęła z brzegu patio cegłę i podała ją Johnowi. Pod spodem pełzały po niej stonogi i John musiał kilka razy stuknąć nią o ziemię, by je zrzucić.

A jeśli po wybiciu szybki Bladolicy zacznie nas ścigać? – przemknęło mu przez głowę. Jeśli po wejściu do domu zamknie nas w środku? A jeśli…

– Pospiesz się! – syknęła Lucy.

John ostrożnie podszedł do drzwi werandy. Miała sześć szybek, nie będzie więc musiał narobić zbyt wielkich szkód. Szybka rozprysnęła się z przeraźliwie głośnym trzaskiem, który z pewnością słychać było w promieniu pięciu kilometrów, a szkło posypało się na podłogę.

Zamarli, czekając czy ktoś się nie zjawi, ale odgłosy przedmieścia nie zmieniły się nawet na jotę – dzieci nadal wrzeszczały na placu zabaw, kosiarki kosiły trawę, w oddali turkotał pociąg. John włożył rękę do środka, przekręcił klucz i drzwi werandy otworzyły się z lekkim skrzypieniem.

Przeszli przez werandę i John spróbował otworzyć drzwi do salonu.

– Też są zamknięte – stwierdził.

Lucy bez słowa znów podała mu cegłę i tym razem wybił szybę w drzwiach bez wahania.

W salonie stały trzy ogromne, przykryte pokrowcami fotele. Znajdował się tu też wyłożony brązowymi kafelkami kominek z elektryczną imitacją ognia, wysoka stojąca mahoniowa lampa z plastikowym abażurem i regał na czasopisma, pełen pożółkłych egzemplarzy „Radio Times”.

Poduszki na jednym z foteli musiały być spiętrzone, bo wyglądało to, jakby pod pokrowcem siedziała skulona, nieruchoma postać. John podszedł bliżej, uważnie obserwując fotel – czy nie widać poruszania się materiału w rytm ludzkiego oddechu.

Poszedł do jadalni, a Lucy sprawdzała kuchnię. Na środku jadalni królował masywny stół pamiętający najprawdopodobniej lata trzydzieste, pod ścianą stała ogromna, oklejona fornirem z klonu komoda, nad którą wisiało zakurzone ośmiokątne lustro. Na parapecie ktoś postawił – wyblakłą teraz – kompozycję z suchych kwiatów i paproci.

– Masz coś? – zawołał John do Lucy.

– W kuchni nic nie ma, w spiżarni jest trochę puszek groszku z marchewką i bochenek chleba, który przemienił się w kamień.

John otworzył szufladę w górnej części komody i jego oczom ukazały się zmatowiałe srebrne sztućce, przypominające ławicę srebrnych rybek. Bez względu na to, kto tu mieszkał, wyprowadził się, zostawiając niemal wszystko. Wyglądało to tak, jakby lokatorzy wyszli na chwilę i nie wrócili.

Gdy John zamykał szufladę, odniósł wrażenie, że dostrzegł w lustrze odbicie stojącej w korytarzu za jego plecami ciemnej, ale wyraźnie bladolicej postaci. Nie odważył się odwrócić, wyciągnął jedynie drżącą rękę i starł kurz z lustra, by móc lepiej widzieć zjawę.

Kiedy przetarł szkło, postać zniknęła, a do jadalni weszła jakby nigdy nic Lucy.

– Co się stało?

– Znów widziałem rzeźbę.

– Gdzie? – spytała, rozglądając się nerwowo. – Niczego nie widzę.

John minął Lucy i wyszedł na korytarz. Popatrzył na prawo i lewo, potem w górę schodów. Przez wiszące w oknach zasłonki koloru mocnej herbaty przesączało się słabe światło.

– Widziałem ją. Naprawdę. Przysięgam.

– John, ta rzeźba była zrobiona z masywnego drewna i ważyła chyba tonę. Nikt nie mógłby jej ot tak sobie przenosić.

– W tym problem. Nikt jej nie nosił. Ta rzeźba żyje.

– Żyje?!

– Stała tuż za mną. Przysięgam.

– John, dosyć tego! Za bardzo się w to wszystko wciągasz. – Choć miało to zabrzmieć pewnie, John czuł, że Lucy boi się nie mniej od niego.

– Przysięgam ci, że ją widziałem. Stała dokładnie tutaj – wskazał palcem na miejsce w korytarzu tuż za drzwiami.

– Może masz rację. Może naprawdę powinniśmy stąd iść…

– Zaczekaj! – rzucił John, któremu nagle coś przyszło do głowy. Wrócił do salonu i rozejrzał się. Fotele w dalszym ciągu były poprzykrywane, ten z wybrzuszeniem pod pokrowcem wyglądał niby tak samo, ale gdzie indziej mogłaby schować się rzeźba?

Podszedł do fotela. Serce waliło mu jak opętane.

– Uważasz, że jest tutaj? – spytała Lucy. John nic nie odpowiedział, ale pochylił się i złapał za skraj pokrowca. Podciągnął odrobinę, po czym szarpnął zdecydowanym ruchem. Lucy pisnęła z przerażeniem, a John odskoczył do tyłu, wpadając na poręcz kanapy.

Na siedzisku fotela leżały dwie poduchy, zwinięty dywanik i lampa stołowa. Lucy z ulgą przycisnęła dłoń do serca.

– Rozejrzyjmy się szybko na górze i zwiewajmy stąd – zaproponowała.

Instynkt podpowiadał Johnowi, by uciekać bez wchodzenia na piętro, poszedł jednak bez sprzeciwu za Lucy. Kiedy wchodzili po schodach, ich uwagę przykuło siedem niewielkich rysunków, ukazujących puste wrzosowiska i zalewane deszczem góry.

Było w nich coś przygnębiającego. John zauważył, że na każdym znajduje się albo grupa ludzi ubranych w kurty podobne do mnisich habitów, albo wysoka ciemna postać z rogami.

– Można te rysunki znienawidzić – stwierdziła Lucy.

Choć schody ani razu nie skrzypnęły, John zatrzymał się w połowie ich wysokości i zaczął nasłuchiwać.

– Słyszałaś?

– Tylko lecący w oddali samolot.

– Nie, to przypominało wleczony po podłodze koc, na którym leży coś ciężkiego.

Lucy również zaczęła się wsłuchiwać. Oczy miała rozszerzone strachem.

– Nnie… nic nie słyszę…

John jeszcze przez chwilę słuchał, a potem ruszył dalej w górę. Na piętrze znowu stanęli i rozejrzeli się. Drzwi wszystkich sypialni były pozamykane, powietrze wypełniała typowa dla pozamykanych w lecie domów martwa, gorąca stęchlizna.

John otworzył pierwsze drzwi po prawej. Uchyliły się lekko i bezgłośnie, niemal jakby ktoś pociągnął je od środka. Ponieważ zasłony były zaciągnięte, w pokoju panował mrok. Zobaczyli wyklejone tapetą w różowe kwiaty ściany, nogi łóżka przykrytego brązową, grubo tkaną narzutą i proste drewniane krzesło.

– Nic tu nie ma – powiedział John i właśnie zamierzał zamknąć drzwi, kiedy Lucy wyciągnęła palec i szepnęła:

– Patrz…

– Co? Nic nie widzę.

– Przy stoliku pod ścianą. Na dole…

John zmrużył oczy, by lepiej widzieć w półmroku, i dostrzegł to, co wskazywała Lucy. Z początku miał wrażenie, że to jedynie kolejny kwiat na tapecie, kiedy jednak wzrok mu się wyostrzył, dotarło do niego, na co patrzy.

Mieli przed sobą zagłębioną do połowy w ścianie ludzką czaszkę, której oczodoły wypełniała tapeta, czaszkę o szeroko rozwartych ustach – jakby starały się coś wykrzyczeć.

Rozdział 11

John pchnął mocniej drzwi i wszedł do pokoju. Pochylił się w pełnej szacunku odległości przed czaszką i uważnie jej się przyglądał.

– Nie jest duża. Musiała należeć do kobiety albo dziecka.

– Pokój wygląda na dziecięcą sypialnię – stwierdziła Lucy. – Małej dziewczynki. Sądzisz, że to może ona…

– Mamy wreszcie dowód. Założę się, że wszystkie nieruchomości pana Vane’a są takie same. Wciągają w ściany ludzi, którzy się do nich sprowadzają.

– Ale przecież przy czymś takim w ścianie nikt nowy się nie sprowadzi.

– Nie ma obaw – odparł ponurym tonem John. – Podejrzewam, że pan Vane przed oprowadzeniem każdego nowego chętnego sprawdza wszystkie swoje domy. Ciekawi mnie tylko, dlaczego ta czaszka tak wystaje?

– Biedna dziewczynka… mam nadzieję, że nie cierpiała.

Lucy uklękła tuż przy czaszce i przyjrzała jej się dokładnie.

– Popatrz! – powiedziała nagle. – Zobacz, co ma na szyi.

Kiedy John się zbliżył, dostrzegł owinięty wokół miejsca, gdzie kiedyś była szyja, cienki srebrny łańcuszek z małym, też srebrnym krzyżykiem. Ściana wciągnęła dziewczynkę tylko do łańcuszka.

Usłyszeli ciche skrzypnięcie, a potem odgłos przypominający ostrożne zatrzaśnięcie drzwi.

– Lepiej już idźmy – oświadczyła Lucy. – Musimy się zastanowić, co robić dalej.

– Zadzwonić na policję, i to jak najszybciej. Tym razem jednak musimy zaczekać na ich przyjazd. Nie możemy pozwolić na zniszczenie dowodów.

Wyszli z sypialni, Lucy zamknęła drzwi na klucz i wrzuciła go Johnowi do kieszeni. Doszli do schodów i zamierzali zacząć schodzić, kiedy John znów usłyszał dźwięk, jakby coś wleczono po podłodze. Stanął i ujął Lucy za ramię.

– Słyszysz? Teraz musiałaś usłyszeć.

– Bo ja wiem… to brzmiało jak…

Nagle zamarła z otwartymi ustami. Zza rogu wyszła wysoka, ciemna postać o bladej jak kość słoniowa twarzy. Choć w dalszym ciągu emanowała przerażającym spokojem, nie była to już martwa, drewniana rzeźba, którą John znalazł na łóżku. Sunęła w ich kierunku płynnie i z gracją, raczej płynąc niż idąc. Jej powieki ani razu nie zamrugały, a twarz była naprawdę ładna i bardzo poważna. Ruchowi postaci towarzyszył cichy dźwięk, przypominający przesuwanie obciążonego koca: powodował go ciągnący się po podłodze skraj szaty.

Na długą, bardzo długą sekundę ciało Johna zapomniało, jak porusza się rękami i nogami, kiedy jednak Lucy wydała z siebie przerażone, zduszone skomlenie – pognali ile sił w nogach w dół schodów. Zza ich pleców dobiegały miękkie plaśnięcia stóp, w takich odstępach, jakby rzeźba przeskakiwała cztery albo nawet pięć stopni naraz.

– Otwieraj drzwi! Otwieraj drzwi! – zapiszczała Lucy, kiedy John mocował się z nietypowym zamkiem. W końcu udało mu się go otworzyć, na drzwi był jednak założony łańcuch i żeby go zdjąć, musiał je ponownie zamknąć. Zanim zdążył przeprowadzić całą operację, rzeźba złapała go od tyłu i rzuciła nim o drzwi. John – kompletnie zaskoczony – padł bez tchu na podłogę.

Lucy udało się otworzyć drzwi, ale rzeźba pchnęła je i zatrzasnęła z hukiem. Lucy wrzasnęła i skoczyła w bok, rzeźbie udało się jednak złapać ją za nadgarstek i przytrzymać. Oczy zjawy patrzyły z przerażającą obojętnością. Kaszlącemu jak gruźlik i ciągle walczącemu o oddech Johnowi jakoś udało się wstać i sięgnąć po tkwiącą w stojaku na parasole ciężką laskę. Ujął ją w obie dłonie jak pałkę i z całej siły uderzył rzeźbę w bok głowy. Laska pękła na pół, ale rzeźba puściła nadgarstek Lucy i odwróciła się do Johna.

– Uciekaj! – krzyknął i Lucy zrobiła, co kazał. Kilkoma susami przebiegła przez salon i wpadła na oszkloną werandę. John próbował robić uniki i obejść rzeźbę, ale była zbyt szybka jak na jego możliwości. Ani razu nie zamrugała i zdawała się przewidywać każdy ruch swej ofiary.

Przysuwała się coraz bliżej, unosząc jedną rękę, jakby chciała złapać Johna za gardło. Cofając się w kierunku rogu pokoju, John potknął się o stojak na parasole i upadł.

– John! – krzyknęła piskliwie Luty i zanim zdążył się zorientować, o co jej chodzi, z werandy niczym armatnia kula nadleciała duża doniczka z zasuszonym kaktusem, trafiając rzeźbę w tył głowy i rozpryskując się na drobne kawałki. Rzeźba odwróciła głowę do tyłu, co dało Johnowi czas na od toczenie się po podłodze na bok. Poderwał się i pobiegł za Lucy, jakby gonił go tłum szatanów.

Pognali oboje przez krzewy w kierunku furtki. Kolce jeżyn wbijały się w rękawy koszuli Johna, jakby próbowały go złapać. Na szczęście udało się im wybiec na ulicę, wskoczyć do samochodu i ruszyć. Zanim bladolica postać wychynęła zza węgła domu i zatrzymała się, przejechali prawie sto metrów.

– A… nie… mó… wiłem… – wydyszał John. Miał na lewej kości policzkowej duży, ciemnoczerwony ślad po uderzeniu. – Mówiłem… że… jest w środku…

– Chyba nie spodziewałeś się, że ci uwierzę. Rzeźby nie ożywają.

– Ale ta ożyła. I w dodatku czekała na nas. Zarówno w Brighton, jak i tutaj.

– To niemożliwe. Nikt poza nami nie wiedział, że się tu wybieramy.

– Nie sądzę, żeby to był przypadek.

– – Cała ta sprawa śmiertelnie mnie przeraża. – Lucy była tak zdenerwowana, że z trudem utrzymywała samochód prosto. Kiedy dojechali do skrzyżowania z Mitcham Road, zmieniła bieg ze straszliwym chrzęstem.

– Może pan Vane się domyślił, co zamierzamy – mruknął John.

– Nie wiem, w jaki sposób miałby to zrobić. Mógł się tego dowiedzieć jedynie od Courtneya, ale on na pewno nic mu nie powiedział.

– Cóż… wiem, że brzmi to idiotycznie, ale jeśli rzeźba mogła ożyć, mogła także powiedzieć o wszystkim panu Vane’owi.

– Co takiego?!

– Znaleźliśmy tę rzeźbę w domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć, prawda? Wyglądała na drewnianą, ale może mimo to widziała nas i słyszała?

– Jeśli pan Vane wiedział, co planujemy, dlaczego nas nie ostrzegł albo nie wywalił z roboty?

– Tyle się dowiedzieliśmy, że być może chciał się nas pozbyć bardziej skutecznie. No wiesz… – John nie dokończył, zamiast tego przeciągnął sobie palcem po grdyce.

– Gdyby to miała być prawda, najwyższy czas zawiadomić policję.

– Tak sądzisz? Przestałem być już czegokolwiek pewny. Jeśli pan Vane wie, co robimy, zadba o usunięcie wszelkich dowodów, a co twoim zdaniem pomyślą o nas policjanci, kiedy powiemy, że prześladuje nas drewniana rzeźba? Oczywiście, wierzymy wam, ale wiemy, że jesteście świrusy.

– No to co mamy robić? Nie możemy wrócić do pracy.

– Oczywiście, że możemy. Przecież Vane nie zamorduje nas w biały dzień. A jeśli zakaże nam zbliżania się do domów z jego listy, przyzna w ten sposób, że wie o naszych poczynaniach. – John jeszcze raz spojrzał w głąb Abingdon Gardens. – Nie, wcale nie musimy się bać powrotu do biura. Musimy jedynie dobrze się rozglądać i strzec rzeźby. Ale ciągle nie mogę pojąć, jak ona mogła ożyć i jak udało jej się przewidzieć, że tu będziemy. To takie przerażające, że nawet nie mam ochoty się nad tym zastanawiać.

Kiedy wrócili do biura, okazało się, że pan Cleat jest w dziwacznym nastroju. Na ich widok wydał z siebie głośne ni to westchnienie, ni to jęknięcie i gestem przywołał oboje do swego biurka.

– Stało się coś złego? – spytała Lucy.

– Nie do końca, choć pan Vane… wyraził niepokój na temat przedłużania się czasu przebywania niektórych z was poza biurem bez odbicia tego we wzroście sprzedaży.

– Nie da się zmusić nikogo do zakupu nieruchomości.

– Oczywiście, pan Vane chciałby jednak mieć gwarancję, że naprawdę koncentrujecie się na pracy.

John popatrzył na Lucy. Jeśli nie było to ukryte ostrzeżenie, by trzymali się z dala od domów z listy specjalnej, to co?

Musieli zostać do późna, by dokończyć dokonywanej raz w tygodniu zmiany ofert wywieszanych na tablicy w oknie. Kiedy się z tym uporali, Lucy spytała Johna, czy nie miałby ochoty wpaść do znajdującego się po drugiej stronie ulicy pubu „Pod Piórami”, gdzie już czekał Courtney. Gdy przechodzili przez ulicę, wzięła go za rękę, a on mocniej ujął jej dłoń, by bezpiecznie przeprowadzić ją między samochodami. Wiedział, że nie znosi mężczyzn o wilgotnych lub miękkich dłoniach, bo mówiła mu, że podanie ręki panu Cleatowi kojarzy jej się z macaniem rybiego filetu.

Courtney siedział przy barze i rozmawiał z dwoma pracownikami konkurencyjnych agencji – mężczyzną z krótko przyciętymi wąsami, który mówił, jakby przez cały czas miał zaciśnięte zęby, i bez przerwy palącą kobietą w agresywnie czerwonej sukience, wokół której unosiła się chmura tak intensywnego zapachu, jakby wylała na siebie flakon perfum.

Courtney przeprosił ich, po czym zaprowadził Lucy i Johna do stolika w rogu. Było dość wcześnie, pub nie pękał w szwach jak w godzinach wieczornych i wokół nikt nie siedział, mogli więc swobodnie rozmawiać.

– No i co się działo w Abingdon Gardens? – odezwał się Courtney. – Tam się tak urządziłeś? – spytał, wskazując siniaki na twarzy Johna.

John potwierdził skinieniem głowy.

– Wiem, że to, co powiemy, zabrzmi, jakbyśmy sfiksowali, ale przysięgam, że to prawda. – Opowiedział o wydarzeniach na Mountjoy Avenue i Abingdon Gardens. Courtney zaczął się śmiać, kiedy John mówił o rzeźbie, jednak Lucy dotknęła jego dłoni i popatrzyła mu w oczy, przekazując mu bezgłośnie: „To wszystko działo się naprawdę”.

– Cóż, dość trudno uwierzyć w wasze opowiadanie – stwierdził na koniec Courtney. – Nic dziwnego, że nie zawiadomiliście policji.

– Ale to wszystko prawda – zapewniła go Lucy. – Przysięgam na moje życie, że wszystko to wydarzyło się dokładnie tak, jak mówił John.

– Nie boicie się o swoje bezpieczeństwo? Jeśli pan Vane kazał tej rzeźbie was ścigać…

– Nie mamy żadnego dowodu, że pan Vane ją za nami posłał. Jak na razie pojawiała się tylko wtedy, gdy zamierzaliśmy wejść do któregoś z domów z listy specjalnej. Może ona jest czymś w rodzaju strażnika budynków? Psem wartowniczym… istotą, która ma za zadanie trzymanie z dala niepożądanych gości – zasugerował John.

– Daj spokój – żachnął się Courtney. – To musiałby być ktoś modnie ubrany.

Lucy pokręciła głową.

– Nie żartowałbyś tak sobie, gdybyś widział tego stwora.

– Przepraszam. Ale skąd wiedział, gdzie was szukać? I jak przenosi się z jednego domu do drugiego? A może tych istot jest więcej?

Lucy wzruszyła ramionami.

– Nie mam pojęcia i wcale nie jestem pewna, czy chcę się tego dowiedzieć. Niestety chyba nie mamy innego wyjścia.

– Jak to? – Courtney pokręcił głową. – Możecie przecież omijać te domy. Policja prowadzi śledztwo w sprawie starych kości z domu w Norbury i pewnie sama odkryje ich związek z panem Vane’em.

– Tu chodzi nie tylko o stare kości – oświadczyła Lucy. – John, powiedz mu!

Wbijając wzrok w stół i nerwowo obracając w palcach podstawkę pod kufel, John opowiedział o Liamie. Kiedy skończył, był bliski łez.

– Muszę się nad tym zastanowić – stwierdził Courtney. – To dość wstrząsające.

– Nie mam zielonego pojęcia, co robić – mruknął John.

– Trzeba było mi wcześniej o wszystkim opowiedzieć – odparł Courtney. – Gdybyśmy poszli na policję całą trójką, musieliby nam uwierzyć. A przynajmniej musieliby się całej tej sprawie bliżej przyjrzeć.

– A jeśli nic nie znajdą?

– Uspokój się, John. To nie sprawa dla amatorów. Prześpijmy się z tym do jutra, porozmawiamy rano w biurze i ustalimy, co powiedzieć wydziałowi kryminalnemu.

– Dobrze – zgodził się John i uścisnął dłoń Lucy. Tak jak poprzednio, nie był to uścisk ani wilgotny, ani sflaczały.

Kiedy wychodzili z pubu, było ciemno.

– Chodź, John, podwiozę cię – zaproponowała Lucy. – Powrót autobusem zajmie ci wieki. – Gdy ruszyli na południe zatłoczonymi w wieczornym szczycie ulicami, zapytała: – Jesteś zadowolony, że powiedzieliśmy o wszystkim Courtneyowi?

– Tak, ale w dalszym ciągu się obawiam, że panu Vane’owi się upiecze. Tyle osób zaginęło przez lata… wessanych w ściany… a on chodzi sobie wolno.

Skręcili w ulicę, przy której mieszkał. Stary morris ojca Johna stał pod latarnią niedaleko domu.

– Zatrzymaj się za nim – poprosił John i zaczął odpinać pas. Zamierzał właśnie wysiąść, ale Lucy dotknęła jego dłoni.

– Zaczekaj chwilę – powiedziała i zgasiła silnik. – Ktoś stoi przed domem.

John podniósł wzrok i zmarszczył ze zdziwienia czoło. Dopiero kiedy Lucy zwróciła jego uwagę, dostrzegł stojącą w cieniu ligustrowego żywopłotu wysoką, mroczną postać.

– Nikogo się nie spodziewam… – zaczął, kiedy jednak postać zrobiła krok w ich kierunku, natychmiast pojął, kogo mają przed sobą. Albo raczej „co”.

– Ruszaj! – wrzasnął John, zatrzaskując drzwi. – Ruszaj! To rzeźba! Czeka na nas!

Lucy przekręciła kluczyk, starter zajęczał i po chwili silnik zaskoczył. Wrzuciła wsteczny i ruszyli do tyłu, ale rzeźba była już bardzo blisko.

– Szybciej! – krzyknął John i metro popędziło dziką, wężową linią, czemu towarzyszyło przeraźliwe wycie skrzyni biegów.

Lucy spróbowała odwrócić samochód o sto osiemdziesiąt stopni, by nie jechać tyłem, jednak zakończyło się to zderzeniem ze stojącą przy krawężniku furgonetką. Uderzenie było na tyle mocne, że John poleciał jak pocisk do przodu, a jego głowa uderzyła o przednią szybę. Lucy nerwowo wrzuciła jedynkę, ale kiedy wcisnęła gaz, opony zabuksowały, w powietrzu rozszedł się przenikliwy smród spalonej gumy, jednak samochód stał w miejscu jak przymurowany. John odwrócił się do tyłu.

– Zderzak się zaklinował!

Rzeźba wciąż biegła do nich, unosząc w górę jedną rękę i była coraz bliżej.

John otworzył drzwi i skoczył na tył samochodu. Końcówka tylnego zderzaka metro wsunęła się pod przedni błotnik furgonetki, więc kopnął dwa razy, ale nic to nie dało. Podniósł głowę – rzeźba była prawie przy nich.

– Kiedy powiem „teraz!”, wciśnij pedał do dechy! – zawołał.

Rzeźba wskoczyła na samochód i wyciągnęła zza pazuchy kurty długą, zakończoną gałką laskę. Zamachnęła się i jednym uderzeniem rozbiła reflektor. Następny cios spadł na przednią szybę, a był tak potężny, że ją roztrzaskał, obsypując Lucy okruchami szkła. John rozpostarł dłonie na dachu, podskoczył i krzyknął:

– Teraz!

Lucy wcisnęła gaz i puściła sprzęgło niemal w tym samym momencie, gdy John wylądował na tylnym zderzaku. Metro ruszyło do przodu z przyklejonym jak cyrkowiec z tyłu Johnem. Rzeźba, która spadła z maski, zaatakowała z furią po raz ostatni, trafiając Johna w ramię tak mocno, że o mało nie spadł na ulicę. Po kilkudziesięciu metrach Lucy zahamowała i John błyskawicznie wskoczył do środka.

– I co teraz? – wydyszał, kiedy ruszyli z piskiem opon.

– Możemy pojechać do mojego wuja Robina. Pan Vane nie wie, gdzie on mieszka. Muszę tylko wpaść do domu po zmianę ubrania.

John odwrócił się do tyłu, rzeźby jednak nie było widać.

– Skąd ona się dowiedziała, gdzie mieszkam? I jak się tu dostała?

– Nie wiem, ale pomyśl: pan Vane wie, gdzie mieszkasz, prawda? Moim zdaniem dowodzi to, że wie o rzeźbie, a jeśli wie o rzeźbie, najprawdopodobniej wie także o szkieletach.

– Mam nadzieję, że ten stwór nie zrobi nic moim rodzicom.

– Zadzwonimy do nich ode mnie z domu.

– Dobrze – odparł John. Kiedy jechali przez Streatham, zaczęło mu boleśnie pulsować ramię. Dopiero teraz poczuł, jak mocno został uderzony.

Dojechali do szeregu sklepików, znajdujących się naprzeciwko Tooting Graveney Common, i zaparkowali pod warzywniakiem.

– Mieszkam na pierwszym piętrze – powiedziała Lucy. – Chodź, to zajmie chwilę, będziesz mógł w tym czasie zadzwonić. Ale musimy się spieszyć, bo pan Vane wie, gdzie mieszkam.

Otworzyła drzwi wejściowe, zebrała leżącą za drzwiami pocztę i zapaliła światło na korytarzu. John zobaczył absurdalnie strome schody, prowadzące jednym ciągiem na pierwsze piętro. Kiedy Lucy weszła na nie, ruszył za nią, masując sobie ramię.

Byli w połowie schodów, gdy światło nagle zgasło i otoczyły ich kompletne ciemności.

– Głupi wyłącznik – mruknęła Lucy. – Dasz radę iść po ciemku?

– Tak… chyba tak.

Ruszyli dalej, trzymając się poręczy.

– Gospodyni jest tak skąpa, że daje ludziom tylko parę sekund na dojście do mieszkania. Szczęście, że dotychczas nikt się nie zabił, spadając ze schodów.

Wreszcie Lucy dotarła na górę.

– Gdzieś tu jest przycisk… – powiedziała, macając po ścianie. – Gdzieś obok tego obrazka…

Kiedy zapaliło się światło, John ujrzał wąski korytarz, z którego sufitu zwisała pojedyncza słaba żarówka. Światło nie wystarczało do oświetlenia drzwi w głębi korytarza, było jednak na tyle jasne, by ukazać mrożącą krew w żyłach bladą twarz czekającej w cieniu postaci.

Rozdział 12

John chwycił Lucy za rękaw i bez słowa zaczęli zbiegać. Schody okazały się jednak zbyt strome jak na możliwości Lucy i w połowie straciła rytm. Wpadła na Johna i sturlali się z ostatnich kilku stopni, lądując splątani na dole.

– Wstawaj! – wrzasnął John, próbując postawić Lucy na nogi.

Popatrzył w górę schodów – rzeźba płynęła ku nim, jakby unosiła się kilka centymetrów nad stopniami. Opierała dłoń o poręcz i John pomyślał, że nigdy nie zapomni niesamowitego dźwięku, jaki powstawał, kiedy ta dłoń sunęła po drewnie.

Udało mu się podnieść Lucy, natychmiast jednak krzyknęła i opadła z powrotem na podłogę.

– Moja kostka! Skręciłam sobie kostkę!

– Złap się mnie! – odkrzyknął John i zarzucił sobie jej lewą rękę wokół ramion.

Zataczając się, ruszyli do drzwi. Niemal w tym samym momencie rzeźba dotarła na dół schodów.

Lucy otworzyła drzwi i pokuśtykali na zewnątrz, w kierunku samochodu.

– Nie będę mogła prowadzić! Za bardzo boli mnie kostka!

– Daj mi kluczyki! – krzyknął John. Otworzył samochód i posadził Lucy na fotelu pasażera, a potem pobiegł na drugą stronę samochodu i wskoczył za kierownicę. Rzeźba jednak zdążyła już ich dogonić i kiedy zapalał silnik, tak głośno załomotała pięściami o dach, że Lucy pisnęła i zakryła dłońmi uszy.

Odjechali od krawężnika zygzakiem, a kiedy John wrzucił dwójkę, rozległ się dźwięk, jakby przepiłowywano skrzynię biegów na pół.

– Masz prawo jazdy? – spytała Lucy.

– Jeszcze nie. Zdam egzamin, jak wezmę kilka lekcji.

– Co? Nie byłeś na kursie? John wrzucił gładko trójkę.

– Nie martw się. Umiem jeździć, tata nauczył mnie na wakacjach.

Wiatr gwizdał, wpadając przez rozbitą przednią szybę, a dach był tak wgnieciony od uderzeń rzeźby, że niemal dotykali go głowami. Maska wyglądała jak indiański blaszany bęben i działał tylko jeden reflektor.

– No to wspaniale… – jęknęła Lucy. – Ale w końcu kilka zadrapań więcej to już naprawdę bez różnicy…

John popatrzył we wsteczne lusterko.

– Chyba ją zgubiliśmy.

– Jeśli wiedziała, gdzie mieszkam, musiał ją przysłać pan Vane.

– Zastanawiam się, w jaki sposób przenosi się tak szybko z miejsca na miejsce. Oczywiście zakładając, że jest tylko jedna – powiedział John. – Poza tym drzwi od twojego domu były zamknięte, jak więc udało jej się wejść do środka?

Każda próba Lucy, by ułożyć wygodniej stopę, kończyła się jękiem bólu.

– Nie wiem, John, ale wygląda na to, że ona nie spocznie, póki nas nie dorwie.

Kiedy dotarli do Streatham High Road, John zatrzymał samochód.

– Gdzie jedziemy?

– Do wuja Robina. Mieszka przy Mitcham Common.

– Co to za wuj?

– Starszy brat ojca. Znacznie starszy. Był jedynym dzieckiem z pierwszego małżeństwa dziadka.

Kierowca stojącego za nimi samochodu niecierpliwie zatrąbił.

– Jedź! – rzuciła Lucy. – Skręć w lewo i kieruj się na Mitcham. Popilotuję cię.

Prowadzenie samochodu okazało się trudniejsze, niż John sądził. Jak inni potrafili być tak rozluźnieni, jeśli musieli równocześnie pilnować, by ich pojazd trzymał się właściwej strony ulicy, zmieniać biegi, dawać znaki i rozglądać się, dokąd jadą? Kiedy skręcił w Greyhound Lane, podjechał do krawężnika, niemal uderzając w słupek. Zaciskał zęby, próbując się skoncentrować, w oczy kłuł go słony pot.

– Mam nadzieję, że to coś nas nie goni… – powiedziała Lucy.

Ku wielkiej uldze Johna wreszcie dotarli do stojącego na końcu stromej uliczki niewielkiego domku, zwróconego frontem w stronę porośniętych zielskiem wrzosowisk Mitcham Common. Pomógł Lucy wysiąść z samochodu i ruszyli ścieżką. Teren przed domkiem był wybetonowany i zastawiony figurkami gipsowych krasnali i królików, poustawianych tak, jakby prowadziły konwersację.

Lucy wcisnęła guzik przy drzwiach i w środku rozległy się pierwsze dźwięki „Białych klifów Dover”. Drzwi otworzył niewysoki mężczyzna w okularach, o łysej głowie otoczonej wianuszkiem rzadkich siwych włosów. Miał wyłupiaste niebieskie oczy i nos, który wyglądał jak kupiony w sklepie „Śmieszne rzeczy”.

– Niech mnie, jeśli to nie Lucy! – zawołał. – Co ty tu robisz?

– Niespodzianka! – odparła Lucy, próbując zabrzmieć wesoło.

– Dlaczego nie zadzwoniłaś, że chcesz przyjechać? Kupiłbym trochę ciasta u Battenberga.

– Wujku, nie jadam ciasta od Battenberga od szóstego roku życia.

W końcu jakoś udało im się wejść do holu. Dom był naprawdę nieduży i pachniało w nim tytoniem fajkowym oraz mięsem zapiekanym w cieście.

– Co zrobiłaś z kostką, młoda damo? – zapytał wuj.

– Miałam mały wypadek samochodowy. To jest John, mój kolega z pracy. Był tak uprzejmy i mnie przywiózł.

– Usiądź i połóż nogę na pufie. Czy nic więcej ci się nie stało? Nie uraziłaś sobie szyi? – spytał wujek, po czym pomógł Lucy wygodnie się usadowić. – Co powiesz na filiżankę herbaty? Po niemiłych przejściach nie ma nic lepszego od herbaty. A ty, John?

– Nie, dziękuję – odparł John.

Rozejrzał się po salonie. Obramowanie kominka było zastawione częściowo rozebranymi zegarkami, rodzinnymi fotografiami i wszelkiego rodzaju rupieciami. Na ścianie wisiało siedem oprawionych w ramki dyplomów, informujących, że wuj Robin jest doktorem antropologii, laureatem nagrody historycznej imienia Blackwella i wielu innych nagród.

– Może chcesz zadzwonić do rodziców i powiedzieć im, gdzie jesteś? – spytał Lucy wuj.

– Nie, wujku. Wolę ich nie martwić.

– Na pewno by chcieli, żebyś spędziła trochę czasu w domu. Przez kilka dni i tak nie będziesz mogła chodzić.

– Tak naprawdę to chciałam spytać, czy moglibyśmy z Johnem zostać parę dni u ciebie.

Wuj Robin popatrzył ze zmarszczonym czołem najpierw na Lucy, a potem na Johna.

– Dlaczego mielibyście tu mieszkać? To znaczy, serdecznie zapraszam, ale czy nie narobiliście sobie jakichś kłopotów?

– Prawdę mówiąc, tak – wtrącił się John. – Mamy pewne problemy w pracy, ktoś nas szuka i nie chcielibyśmy, żeby ktokolwiek się dowiedział, gdzie jesteśmy.

Wuj Robin wziął głęboki wdech.

– I jeśli się nie mylę, nie chcecie także, żebym się dowiedział, co to za problemy?

– To bardzo skomplikowana sprawa – odparła Lucy. – Związana z handlem nieruchomościami.

– Brzmi to, jakbyście się dowiedzieli czegoś, czego nie powinniście się dowiedzieć.

– Hm… tttak. Można to tak określić.

– Choć nie znam szczegółów, uważam, że najlepiej będzie, jeśli udacie się na policję. W okolicy kręci się paru nieprzyjemnych drabów.

– Jeszcze nie możemy – wyjaśnił John. – Nie mamy dość dowodów. Kiedy je zdobędziemy…

– Czy poza miejscem do zamieszkania potrzebujecie innej pomocy?

– Nie, dziękujemy. Jak na razie niczego innego nam nie trzeba.

– I naprawdę nie chcecie mi zdradzić, co to za „problemy”?

– Jeśli nie miałby pan nic przeciwko temu… i nie uważa pan, że to niegrzeczne…

– W porządku – powiedział wuj Robin, unosząc ręce, jakby się poddawał. – Jeśli naprawdę nie możecie, nie mam do was żalu.

Zaczął nalewać herbatę, a John poszedł zadzwonić do ojca.

– Nie, wszystko w porządku, tato – mówił do słuchawki. – Zanocuję u kolegi. Zobaczymy się jutro.

– Mogłeś zadzwonić, zanim wsadziłem kurczaka do piecyka. Z tobą zawsze jest tak samo… nigdy się nie zastanowisz – odparł ojciec.

– Tak, tato, przepraszam.

– Matka pyta, skąd weźmiesz czyste majtki.

John leżał w maleńkim pokoiku pod samym dachem. Pościel była zimna, a ponieważ w oknach nie zawieszono zasłon, księżyc świecił prosto na deskę do prasowania i krzesło, na którym siedziała wielka brudna lalka, której emaliowana twarz została z jednej strony zaatakowana przez coś, co z daleka wyglądało jak trąd.

Słyszał, jak Lucy kuśtyka do łazienki i wraca do swojego pokoju. Prawdopodobnie poszła wziąć kolejny paracetamol, żeby przytłumić ból w kostce. Słyszał, jak wuj Robin wchodzi po skrzypiących schodach i po chwili spuszcza wodę w toalecie. Potem dom ucichł, ale John nadal leżał, nie mogąc zasnąć, żałując, że wmieszał się w sprawy pana Vane’a i mając takie poczucie winy z powodu tego, co przytrafiło się Liamowi, że aż bolał go żołądek.

Następnego dnia zadzwonili do biura do Courtneya i opowiedzieli, co się stało.

– Mam tego dość. Idę na policję – stwierdził na koniec rozmowy ich starszy kolega.

– Courtney… jeszcze nie teraz – poprosił John. – Nie uwierzą w to.

– Daj spokój, człowieku. Ile jeszcze potrzebujecie dowodów?

– Potrzebujemy dowodu na to, że pan Vane wiedział, co jego domy zrobią z mieszkańcami, zanim wystawił je na sprzedaż, i mimo to je sprzedawał. Gdyby tak było, można by sądzić, że „karmi” swoje domy… rozumiesz, co mam na myśli?

– A co z tą postacią przypominającą rzeźbę, która was ścigała? Co będzie, jeśli was złapie i pozabija?

– Przypuszczamy, że to pan Vane ją za nami wysyła – odparł John. – Albo on, albo Cleaty, ale wątpię, by Cleaty miał z tym cokolwiek wspólnego. Jeśli nie zdobędziemy wystarczającej ilości dowodów, by można było aresztować pana Vane’a, rzeźba ciągle będzie nas ścigać.

Zapadła długa cisza.

– Niech wam będzie – odezwał się w końcu Courtney. – Nie będę jeszcze zawiadamiał policji. Czy można wam jakoś w czymś pomóc?

Słuchawkę przejęła Lucy.

– Tak, ale nie wiem, czy ci się uda. Spróbuj otworzyć biurko pana Vane’a i porób odciski kluczy. W ten sposób będziemy mogli przeszukać także jego inne domy… jeśli będzie trzeba, może nawet wszystkie. Potrzebujemy jednego przekonującego dowodu.

– Trudna sprawa… – odparł Courtney. – A jeśli mnie złapią? Nie chcę wyjść na tchórza, ale nie chcę też, by rzeźba i mnie zaczęła ścigać.

– Więc uwierzyłeś nam?

– Chyba nie mam wyboru. Albo oboje oszaleliście, albo mówicie prawdę.

– Czy Cleaty coś mówił w związku z tym, że nie zjawiliśmy się w pracy?

– Powiedziałem mu, że oboje złapaliście tę samą grypę co Liam. Chyba nie uwierzył, ale niezbyt się waszą nieobecnością przejął. W ogóle zachowuje się bardzo dziwnie. Wychodzi na wiele godzin i wraca w ponurym nastroju. Wygląda, jakby coś go trapiło.

– A pan Vane?

– Nie pokazał się wcale w biurze.

– Dzięki, Courtney. Zadzwonimy później. I spróbuj dostać się do tych kluczy.

John spędził poranek na studiowaniu mapy Wysp Brytyjskich, którą rozłożył na stole w jadalni wuja Robina i przykrył arkuszem kalki kreślarskiej. Używając sporządzonej przez siebie kopii „listy specjalnej” pana Vane’a, zaznaczył położenie wszystkich nieruchomości – razem dwadzieścia siedem domów. Potem zaczął się wpatrywać w narysowane przez siebie krzyżyki i zastanawiać.

– Może nie ma w tym żadnej logiki – mruknął po jakimś czasie, popijając herbatę. – Może niektóre domy są nawiedzone, a inne nie?

Do jadalni wszedł wuj Robin – ssąc wciąż gasnącą fajkę. Pochylił się nad mapą i bez słowa długo ją oglądał.

– Co przedstawiają te krzyżyki? – spytał w końcu.

– Domy. Próbuję odkryć łączący je związek, ale problem polega na tym, że najwyraźniej nic ich nie łączy. Niektóre są stare, inne nowe, a wszystkie są chaotycznie porozrzucane po całych Wyspach.

Wuj Robin przeciągnął palcem przez kilka krzyżyków na północnym zachodzie, aż dotarł do Derbyshire.

– Nie powiedziałbym, że są chaotycznie porozrzucane – oświadczył.

– Co pan ma na myśli? – spytał John. Wstał i stanął za wujem.

– Popatrz… Jeśli połączy się dom w Salisbury z domem w Bromsgrove pod Birmingham, a potem z domem w Congleton, to co powstanie?

John nic nie rozumiał, ale wuj Robin wziął gazetę i użył jej skraju jako linijki.

– No jasne… linia prosta – mruknął John.

– Właśnie. Już samo to jest dość niezwykłe. W dodatku nie jest to byle jaka prosta linia, prawda? Popatrz, dokąd prowadzi… – Czubkiem zażółconego od nikotyny palca wuj przedłużył linię łączącą domy pana Vane’a.

– Przechodzi przez Stonehenge… – stwierdził John.

– Załapałeś. Nie tylko przez Stonehenge… patrz… także przez fort z epoki żelaza w Old Sarum, starą katedrę w Salisbury, obóz z epoki żelaza przy Clearbury Ring i wzgórze z epoki żelaza przy Frankenbury Camp. Wszystkie domy stoją w jednej linii z mającymi po trzy tysiące lat pomnikami historii.

Do pokoju przy kuśtykała Lucy i również wbiła wzrok w mapę.

– I co? – spytała.

– Istnieje tylko jedno wyjaśnienie – oświadczył wuj. – Ta linia to Old Sarum Ley.

– Co to takiego? – zdziwił się John.

– Jedna z głównych brytyjskich linii ley.

John popatrzył na Lucy, ale ona tylko wzruszyła ramionami.

– Linie ley to idealnie proste podziemne linie, łączące różne starożytne miejsca – zaczął wyjaśniać wuj. – Są proste nie tylko praktycznie, ale i geometrycznie. Z punktu widzenia nauki akademickiej stanowią tajemnicę, bo postawienie jakichkolwiek budowli na takich liniach wymaga znajomości wyższej geometrii i wiedzy astronomicznej, jakiej ówcześni ludzie nie posiadali. Mówimy o dziesiątym wieku przed Chrystusem, a nawet wcześniej. – Znowu spojrzał na mapę. – Podaj mi ekierkę – poprosił Johna i zaczął rysować na kalce krzyżujące się linie. – Proszę – powiedział po dłuższej chwili. – Nie wiem, w co się wpakowaliście, ale tu macie odpowiedź.

– Na co, wujku?

– Posłuchajcie… Każdy z tych domów leży na jednej z wielu starożytnych linii ley. Nie wiem, jakie macie kłopoty, i obiecałem o nic nie pytać, ale jestem przekonany, że te domy nie zostały zbudowane w tych miejscach przez przypadek.

– Jest pan pewien?

– Oczywiście, młodzieńcze, ponieważ napisałem na ten temat książkę. „Nauka druidów”, Awen Press, rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty drugi. Jeśli chcesz na nią rzucić okiem, to mam gdzieś egzemplarz…

– Co to za linie ley, o których mówisz? – spytała Lucy.

– Uważa się, że mają niezwykłą magiczną moc, a biegną pod ziemią, w skorupie ziemskiej. To jakby prymitywny Internet, bo linie ley mogą przenosić wiadomości i ostrzeżenia. Niektórzy badacze sądzą, że mogą nawet przenosić przedmioty materialne: kamienie, sztylety, amulety… Legenda mówi, że głazy, z których zbudowano Stonehenge, transportowano wzdłuż linii ley.

– Ale przecież niektóre z nich ważyły po kilkaset ton!

– Zgadza się. Reprezentujący tę teorię badacze właśnie ten fakt przedstawiają jako dowód mocy linii ley. Uważa się, że istnieją od stworzenia Ziemi, ale jako pierwsi odkryli je około jedenastego wieku przed naszą erą druidzi.

– No jasne… druidzi. Mówiono nam o nich w szkole. Czcili jemiołę, prawda?

– Druidzi byli w starożytnej Brytanii kastą kapłanów, ale masz rację: czcili jemiołę oraz wszystko, co pochodzi od dębu. Uważali, że dęby umieją mówić, mają bowiem duszę.

Lucy popatrzyła na Johna, a jej rozszerzone oczy jednoznacznie świadczyły o tym, że właśnie pomyślała o rzeźbie.

Wuj Robin dostrzegł jej minę, ale ją błędnie zinterpretował.

– Masz prawo mieć wątpliwości, jednak powinnaś wiedzieć, że kiedy Juliusz Cezar najechał na Brytanię i zetknął się z druidami, był pełen podziwu dla ich wiedzy o Ziemi i gwiazdach, a także „o istocie rzeczy, o mocy i przywilejach nieśmiertelnych bogów”, jak sam to ujął. Druidzi praktykowali medycynę oraz magię i uważali, że po śmierci ciał ich dusze będą żyć wiecznie. Zabijali ludzi, by czerpać energię psychiczną umierających, i wierzyli, że po ich własnej fizycznej śmierci, kiedy ciała zgniją, ich dusze będą dalej żyć w drzewach i w ziemi i nadal będą mogły wykorzystywać ludzi, wciągając ich do zaświatów.

– To przerażające… – mruknęła Lucy.

– Z pewnością. Druidzi wierzyli także w to, że jeśli człowiek będzie pozostawał w bliskim kontakcie z Awenem, Boskim Imieniem i Okiem Światła, czyli słońcem świecącym przez specjalnie ustawione kamienie – jak na przykład w Stonehenge – może dokonać wszystkiego.

John siedział i wpatrywał się w mapę.

– Ale nawet jeśli wszystkie te domy zostały rzeczywiście zbudowane na liniach ley, co to oznacza? I czego dowodzi? – zapytał.

– Nie potrafię ci na to odpowiedzieć, bo nie znam całego pytania.

– Pytanie brzmi: dlaczego pańskim zdaniem te domy zbudowano na liniach ley?

Wuj Robin zaczął po raz kolejny – oczywiście znów bez efektu – zapalać fajkę.

– Jedną sprawę możemy uznać z góry za pewną: nie zbudowano ich z myślą o korzyści przyszłych mieszkańców. Mieszkanie na linii ley to tak, jak mieszkanie w Ameryce na uskoku San Andreas, tyle że znacznie bardziej przerażające. Trzęsienie ziemi to tylko zjawisko fizyczne: można dostać w głowę spadającym kawałkiem muru, można stracić dom, ale trzęsienie ziemi nie próbuje zabrać człowiekowi duszy.

– Słucham…? Co pan powiedział? Duszy?!

– Chyba powiedziałem już zbyt wiele – stwierdził wuj Robin.

– Niech pan nie przerywa – poprosił John.

– Dobrze, ale pod warunkiem, że obiecacie zachować otwarte umysły. W odróżnieniu od wielu innych ludzi wierzę w moc linii ley, trudno się jednak dziwić ogólnemu sceptycyzmowi, gdyż wiele związanych z nimi opowieści to tylko legendy, fantazje przekazywane z pokolenia na pokolenie przez setki lat. Druidzi powoli wymierali, ale kazali grzebać swe ciała wzdłuż linii ley, by po śmierci ciał ich dusze mogły podróżować.

– Dlaczego mieliby chcieć podróżować? – spytała Lucy.

– Ponieważ uważają, że choć poumierali dwa tysiące lat temu, w dalszym ciągu są wszechwładni i ten kraj do nich należy. Wciąż przenoszą się wzdłuż linii ley niczym pająki po nitkach sieci, krążą z północy na południe i ze wschodu na zachód. I Bóg z tym, kto młody i łatwy do zranienia, a przypadkiem stanął na linii ley, kiedy wzdłuż niej, pod ziemią, przesuwa się druid. Na pewno słyszeliście, jak matki ostrzegają dzieci, by nie stawały na pęknięciach w asfalcie, bo wyskoczy stamtąd niedźwiedź i je porwie. Ale nie niedźwiedzia powinno się bać dziecko, a druidów. Wierzcie mi… oni nadal istnieją.

– Czyli przebywają pod ziemią? – spytała Lucy.

Wuj Robin pokręcił głową.

– Nie dosłownie. Ponieważ nie są materialni, istnieją we wszystkim co stałe: w ścianach, sufitach, drzwiach, krzesłach, szafach. Gdybym odkrył, że mieszkam niedaleko linii ley, natychmiast wyrzuciłbym szafę. Może się w niej zagnieździć jedenastu druidów z białymi ofiarnymi bykami, złotymi sierpami i tak dalej.

– W dalszym ciągu nie rozumiem, jakie zadanie mają spełniać te domy – powiedział John.

– Nie mam co do tego stuprocentowej pewności, ale podejrzewam, że poruszanie się wzdłuż linii ley to trochę jak pływanie akwalungiem. Od czasu do czasu trzeba wypłynąć na powierzchnię, rozprostować nogi i uzupełnić zapasy. Podejrzewam, że te domy zbudowano, aby duchy druidów mogły w nich odpocząć i odzyskać siły.

– I nakarmić się? – spytała Lucy drżącym głosem.

– Oczywiście.

Skręcona kostka Lucy nagle odmówiła jej posłuszeństwa i dziewczyna musiała usiąść. John ukląkł obok i wziął ją za rękę. Wuj Robin pochylił się nad nimi z bardzo poważnym wyrazem twarzy.

– Co odkryliście? Chyba powinniście mi to wreszcie powiedzieć.

Rozdział 13

Powiedzieli mu wszystko – o panu Rogersie, o Liamie i prawie wszystko o rzeźbie. Słuchał, nie przerywając, a kiedy skończyli, nie odzywał się przez kilka minut, intensywnie rozmyślając.

– To właściwie nie do wiary, ale nie mam najmniejszej wątpliwości, że natrafiliście na największą istniejącą sieć magii przedchrześcijańskiej, o jakiej kiedykolwiek słyszano.

– Chce pan powiedzieć, że ujawniano już podobne zjawiska?

– O ile wiem, przynajmniej dwa razy. Znacie ten klasztor we Francji – Mont Saint Michel – zbudowany na skałach pośrodku jeziora? Było to miejsce kultu druidycznego sprzed czasów rzymskich. Obecny klasztor zbudowano mniej więcej w tysiąc sto dwudziestym roku, ale jego część została w tysiąc dwieście drugim spalona. Kiedy w tysiąc dwieście jedenastym roku zaczęto odbudowywać zniszczone fragmenty, odkryto zamurowane w fundamentach szkielety przynajmniej dwudziestu mnichów i pielgrzymów. Niektóre szkielety częściowo przenikały mur – tak jak czaszka dziewczynki, którą znaleźliście w Tooting. Istniało tylko jedno wyjaśnienie: choć minęło ponad tysiąc lat, głęboko w granitowych skałach pod klasztorem w dalszym ciągu przebywają duchy druidów, które wciągają ludzi w ściany. Zabijały ich, by móc przeżyć. Ponieważ nie mogły widzieć słońca, musiały spożywać mięso ludzi, którzy niedawno chodzili po powierzchni ziemi i spoglądali w Oko Awena. Niektóre kości były całkowicie zamknięte w skale albo cegle, jednak większość szkieletów nie została całkowicie wciągnięta, bo za życia byli to duchowni z krucyfiksami na szyjach… a duchy druidów nie mają władzy nad symbolami ukrzyżowanego Chrystusa. Drugi przypadek miał miejsce w Walii, na początku dziewiętnastego wieku. W zamku Caerphilly odkryto szkielety trzech młodych ludzi, także częściowo wystające z kamienia. To jednak… – wuj pomachał mapą – bije wszystko na głowę.

– Co powinniśmy twoim zdaniem zrobić? – spytała Lucy. – Nasz przyjaciel Courtney chce zawiadomić policję, ale nie jesteśmy co do tego przekonani. Nie uwierzą nam.

– Hm… cóż, chyba nie uwierzą. Może będziecie mieli szczęście i znajdzie się jakiś detektyw, który wysłucha waszej historii, może nawet uda mu się przekonać swojego przełożonego, jeśli jednak dojdzie do oskarżenia pana Vane’a, zajmie się tym Koronna Służba Prokuratorska, a nie wyobrażam sobie, by akurat tam znalazł się ktoś, kto zaryzykuje karierę oskarżając kogokolwiek o ofiarowywanie ludzi prastarym duchom. A wy możecie to sobie wyobrazić?

– Ale jeśli to jedyne możliwe wyjaśnienie… – zaczął John.

Wuj Robin pokręcił głową.

– Badam druidów i ich tradycje od trzydziestu lat i wiem, co umieli, bardzo dawno temu przestałem jednak namawiać ludzi, by w to uwierzyli. Mało kto potrafi pogodzić się z tym, że istnieje magia, przeciętny człowiek nie chce myśleć o tym, że tuż pod jego stopami istnieje inny świat. Kiedy wyszła moja książka, „Sunday Times” określił ją jako „hokus-pokus”. Od tego czasu nie napisałem ani jednego słowa i nauczyłem się trzymać język za zębami. I do dzisiaj tak robię.

– Musimy jednak powstrzymać jakoś pana Vane’a.

– Nie bardzo wiem, jak to zrobić. Muszę przeprowadzić trochę badań… możecie mi pomóc. Dowiedzcie się, kim pan Vane właściwie jest, skąd pochodzi, jakieś fakty z jego życiorysu. Możemy zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, zebrać informacje, które wystarczą do połączenia pana Vane’a ze znalezionymi szkieletami i oskarżenia go o współudział w morderstwach. Nie jestem pewien, czy to w ogóle możliwe, ale można spróbować. Po drugie, możemy spróbować przerwać połączenia między domami, by duchy druidów nie mogły więcej z nich korzystać. Ale także i tu raczej nie widzę szans powodzenia, ponieważ te linie są bardzo silne. Po trzecie, możemy wymyślić jakiś sposób unieszkodliwienia pana Vane’a…

– Jak to „unieszkodliwienia”? Co pan ma na myśli?

– Wyłączenia go raz na zawsze z handlu nieruchomościami.

– Proponuje pan go zabić?

– Oczywiście, że nie. Jestem antropologiem, nie komandosem, uważam jednak, że za to, co robił, czyli sprzedawanie nieruchomości młodym rodzinom, by oddać je duchom druidów niczym ofiarne owce, nie należy mu się zbyt wiele sympatii.

– Zobaczę, co mi się uda dowiedzieć na jego temat – powiedziała Lucy. – Mam koleżankę w bibliotece, doskonale zorientowaną w lokalnej historii, drzewach genealogicznych i innych tego typu sprawach.

– A ja się skontaktuję z kilkoma specjalistami od linii ley – oświadczył wuj. – Niedawno był na ten temat program w telewizji. Spróbuję się dowiedzieć, kto go zrobił.

– Wobec tego ja zajrzę jeszcze do kilku domów pana Vane’a – zaofiarował się John.

– A co z rzeźbą? – zapytała Lucy.

– Nie martw się, będę uważał.

– Sprawa tej rzeźby jest bardzo ciekawa – powiedział wuj Robin. – Nigdy nie słyszałem, żeby druidzi posługiwali się żywymi rzeźbami. Muszę się dowiedzieć, czym ona jest i czy można powstrzymać jej działania. Pozbycie się pana Vane’a niewiele da, jeśli rzeźba będzie was ganiać do końca życia.

Johnowi przypomniał się fragment „Pieśni o Starym Żeglarzu”, mówiący o podróżnym na odludnej drodze, który „Raz obróciwszy się, już tylko przed siebie zwraca oczy, bo wie, że przeraźliwy diabeł tuż za nim stale kroczy”. Ciągle jeszcze wzdrygał się na wspomnienie tego, co wyprawiała żywa rzeźba, bał się znów się na nią natknąć i bał się wejścia do któregokolwiek z domów pana Vane’a, teraz jednak zaczynał rozumieć, co się dzieje, i to dawało mu nadzieję, że poradzi sobie z własnym strachem.

Dopił herbatę i pocałował Lucy w policzek. Wuj Robin klepnął go w plecy.

– Trzymaj oczy otwarte, młody człowieku. Nie chcemy, by stało ci się coś złego.

Wrócił na Streatham High Road autobusem. Nim zebrał się na odwagę, by wejść do biura Blighta, Simpsona i Vane’a, musiał kilka minut pospacerować przez budynkiem, w końcu jednak otworzył drzwi i wmaszerował do środka. Pan Cleat, który stał przy szafie z aktami, obdarzył go wyrażającym zaskoczenie gadzim spojrzeniem.

– Bardzo szybko wróciłeś do zdrowia… – stwierdził.

John pociągnął nosem.

– To tylko przeziębienie – odparł. – Pomyślałem, że przyjdę i podzielę się nim z pozostałymi.

– Nie ma dziś żadnych „pozostałych”. Liam w dalszym ciągu choruje, Lucy ma to samo przeziębienie co ty, a Courtney poszedł rozmawiać z klientami. Może byłbyś tak uprzejmy i zrobił herbatę?

– Bardzo proszę.

– Dla pana Vane’a bez cukru.

John popatrzył w kierunku drzwi gabinetu pana Vane’a i poczuł, jak po plecach przebiega mu lodowaty dreszcz.

– Jest pan Vane?

– Coś w tym złego? Miał rano paru klientów, a jutro ma następnych.

– Klientów…? Chce pan powiedzieć, że będzie im pokazywał któryś ze swoich domów?

– Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć.

– Ale przecież sam pan mówił, że ta nieruchomość nie nadaje do oglądania.

– Była ekipa sprzątająca – wyjaśnił pan Cleat swoim najbardziej protekcjonalnym tonem.

Cóż, trudno, pomyślał John. Nie mogę dłużej udawać.

Sięgnął do kieszeni, wyjął obrączkę pana Rogersa i podstawił ją panu Cleatowi pod nos.

– Co to ma być? – zapytał pan Cleat, próbując skupić na niej wzrok.

– Obrączka pana Rogersa. Może pan odgadnie, gdzie została znaleziona?

Pan Cleat raz po raz otwierał i zamykał usta.

– Nie wszedłeś chyba do domu…

John skinął głową.

– Znalazłem ją tam na korytarzu na pierwszym piętrze. Była ze mną Lucy. Jest świadkiem.

– Nie powiedziałeś o tym policji, kiedy tu była.

– Nie, – ponieważ uznałem, że nie uwierzą mi, jeśli pan będzie mówił co innego. No i ponieważ potrzebowaliśmy więcej czasu na dowiedzenie się, czym tak naprawdę jest lista specjalna pana Vane’a,

– Nie ma tu nic do dowiadywania się – powiedział pan Cleat. – To spis nieruchomości, i tyle.

– Ale to nie są zwykłe nieruchomości, prawda?

– Posłuchaj, John… Wszystko, czego teraz potrzebujesz, to szybko pracować, rzetelnie wykonywać, co do ciebie należy, dbać o odpowiednie maniery i nie martwić się o nie swoje sprawy.

– Wie pan przecież, że nie mogę, wiedząc co się stało z panem Rogersem.

– Cóż, jeśli mam być szczery, to nie sądzę, byś wiedział, co tak naprawdę stało się z panem Rogersem, więc jeśli mogę prosić, oddaj mi tę obrączkę, by można ją było zwrócić wdowie, i myślę, że będziemy mogli o wszystkim zapomnieć.

– Wdowie?! Przecież on tylko zaginął. Nikt nie powiedział, że nie żyje.

– Przejęzyczyłem się. Tak czy owak, poproszę o obrączkę.

– Panie Cleat… – zaczął John, a serce tak mu przy tym waliło, że Cleaty musiał to słyszeć – doskonale pan wie, co się stało z panem Rogersem, i ja też to wiem: to samo, co z ludźmi przy Laverdale Square.

Pan Cleat nerwowo przeczesał palcami włosy i popatrzył na drzwi gabinetu pana Vane’a.

– Nie możemy o tym teraz rozmawiać. Daj mi obrączkę.

John pokręcił głową.

– Zostali wciągnięci w ściany, prawda? Tak właśnie poznikali.

Pan Cleat był tak zdenerwowany, że John przestał się go bać, kiedy przysunął twarz do jego twarzy i zaczął mówić pospiesznym, chrapliwym szeptem:

– To nie moja wina, John. Próbowałem złapać pana Rogersa na czas, ale utknąłem w korku. Kto wie, może nic by mu się nie stało, czasem te domy zostawiają ludzi w spokoju tygodniami i miesiącami, ale kiedy dotarłem na miejsce, nie było go. Nie mogłem nic zrobić.

– Więc przez cały czas pan wiedział, co robią domy pana Vane’a?

Pan Cleat skrzywił się.

– Robiłem, co mogłem, by uratować pana Rogersa. Zawinił korek na ulicy.

– Wiedział pan przez cały czas, co te domy robią z ludźmi, i nic to pana nie obchodziło? Nie próbował pan powstrzymać pana Vane’a? W domu przy Laverdale Square znaleziono ponad pięćdziesiąt szkieletów! Były wśród nich kobiety i dzieci!

– Wiem, John, ale na Boga… z tego, co czytałem, większość z tych szkieletów pochodzi sprzed moich czasów. Były tam wiktoriańskie, edwardiańskie i trochę z lat dwudziestych ostatniego stulecia. Nie możesz winić mnie za coś, co się stało na długo przed moim pojawieniem się na świecie.

– Nie sądziłem, że pan o wszystkim wiedział, panie Cleat. Przynajmniej taką miałem nadzieję.

– Przez długi czas nic nie wiedziałem. By dowiedzieć się prawdy, potrzebowałem trzy albo cztery lata. W końcu dlaczego miałbym cokolwiek podejrzewać? Po sprzedaniu komuś domu raczej się więcej go nie ogląda, prawda? Skąd więc miałoby się wiedzieć, że ktoś taki zniknął? Poza tym nie było niczego, co mogłoby wzbudzić moje podejrzenia. Nieruchomości pana Vane’a nie zmieniały właścicieli zbyt szybko, niektóre nie wracały na rynek przez pięć albo i dziesięć lat i nigdy nie przyszło mi do głowy, że stoją puste. Skąd miałem wiedzieć, że właściciele znikali po dwóch albo trzech miesiącach od wprowadzenia się? Czasem następowało to po kilku dniach, niekiedy nawet chyba po kilku godzinach.

– Ale choć odkrył pan prawdę, pracował dalej dla pana Vane’a…

– A co miałem robić? Sam wiesz, że bardzo trudno kogokolwiek przekonać, jak wygląda prawda. Raz, dawno temu, zadzwoniłem na policję po zniknięciu siedmioosobowej rodziny. Przeszukano posiadłość, ale ponieważ wtedy jeszcze nie wiedziałem, gdzie ludzie się podziewają, nie zasugerowałem zburzenia ścian. Wszystko stało się nagle jasne dopiero po zburzeniu domu przy Laverdale Square. Muszę przyznać, że był to dla mnie spory wstrząs.

– I nawet teraz nie zamierza pan zmienić pracy ani niczego ujawnić?

Nozdrza pana Cleata zadrgały.

– To nie takie proste. W minionych latach łączyły mnie z panem Vane’em różne interesy i nawet gdybym złożył wymówienie, nie przyjąłby go. – Przerwał na chwilę, po czym dodał: – Jest jeszcze coś. Pięć albo sześć lat temu pewien dziennikarz próbował przeprowadzić śledztwo w sprawie domów pana Vane’a, i wkrótce potem znaleziono jego ciało przy stacji Streatham Common, na nasypie kolejowym. Policja stwierdziła, że był tak zmasakrowany, jakby spadła na niego ciężarówka drewna.

Rzeźba, pomyślał natychmiast John. Oto, co się dzieje, jeśli zaczyna się wtykać nos w sprawy pana Vane’a. Wysyła rzeźbę, by zajęła się delikwentem.

Nieoczekiwanie z gabinetu wyszedł pan Vane. Miał na sobie czarny garnitur z dwurzędową marynarką i wyglądał jeszcze bardziej szkieletowato niż zazwyczaj. Zlustrował Johna od stóp do głów.

– No, no… – mruknął. – Słyszałem, że jesteś przykuty do łóżka.

– Czuję się już znacznie lepiej.

Pan Vane podszedł do szafy z aktami i wyciągnął jedną z szuflad.

– Rozumiem, że byłeś bardzo chory. Nie chciałbym, żebyś się przepracowywał.

– Pracowałem trochę w domu – odparł John.

Pan Vane podszedł do niego i uśmiechnął się.

– Powinieneś może być bardziej wybiórczy w doborze domów, którymi się zajmujesz – powiedział. Mimo uśmiechu promieniował zimnem jak otwarta lodówka. – Chyba już czas, bym dał ci nieco indywidualnych lekcji, John… Pracuję w tym interesie od bardzo wielu lat i może poszedłbyś jutro ze mną, kiedy będę pokazywał klientom dom przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć?

– Eee… jutro jestem chyba zajęty. Pan Cleat chce, żebym uporządkował akta.

– Akta mogą zaczekać. Potrzebujesz nieco doświadczenia w bezpośrednim kontakcie z klientem, i to w sprzedawanym domu. Musisz zobaczyć, jak zawodowiec sprzedaje nieruchomość.

– Courtney sporo mi już pokazał.

– Courtney jest dobry, to fakt, ale moim zdaniem jest nieco zbyt… natarczywy. Przy sprzedaży należy trzymać się w cieniu i pozwolić, by klienci sami wszystko załatwili. By sami sprzedali sobie dom. W ten sposób zawsze uzyskuje się wyższą cenę.

John nie wiedział, co odpowiedzieć. Serce waliło mu jak oszalałe.

– To znakomita propozycja – wtrącił się pan Cleat. – Pan Vane jest jednym z najlepszych w branży.

Pan Vane powoli obrócił głową – niemal jak Megan w „Egzorcyście” – i obrzucił swojego podwładnego długim, lodowatym spojrzeniem.

– To nie propozycja, Davidzie. To polecenie. – Odwrócił ponownie głowę, popatrzył na Johna i dodał: – Jestem umówiony z klientami przed terenem nieruchomości jutro o szesnastej trzydzieści. Bądź punktualny, wypoleruj buty i nie odzywaj się, póki cię o to nie poproszę.

– Tak jest, panie Vane. Dziękuję, panie Vane.

Pan Vane obdarzył Johna jeszcze szerszym i bardziej żółtym uśmiechem.

– Nie dziękuj, mój drogi. Nie ma za co.

W tym momencie John spojrzał nad ramieniem pana Vane’a i zobaczył, że ktoś stoi w drzwiach wejściowych i energicznie do niego macha. Był to Courtney – trzymał w dłoni pęk kluczy i John nagle zrozumiał, co się stało. Kiedy pan Vane poszedł z klientami na Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć, Courtney musiał „pożyczyć” klucze od domów z listy specjalnej i wziąć je do punktu dorabiania, by zrobić duplikaty. Niestety pan Vane wrócił, zanim udało mu się je odłożyć na miejsce, i lada chwila mógł wejść do gabinetu, otworzyć szufladę i odkryć kradzież.

Pan Vane popatrzył na zegarek. Nadgarstek miał okropnie chudy, a skóra na nim była tak wysuszona, że jego ręka przypominała indyczą łapę.

– Chyba już sobie pójdę – stwierdził. Sięgnął do kieszeni i wyjął klucze do domu przy Mountjoy Avenue 66. Zastanawiał się przez chwilę, po czym powiedział: – Mogę je tak samo dobrze wziąć ze sobą. Nie będę musiał jutro specjalnie po nie tu przyjeżdżać. A ty przywieź teczkę z dokumentami domu. – Znów uśmiechnął się do Johna. – Wpół do czwartej, zapamiętałeś? Co do sekundy.

Rozdział 14

Kiedy pan Vane wyszedł, Courtney wślizgnął się do pokoju, usiadł za swoim biurkiem i ciężko westchnął.

– No, no! Mało brakowało.

– Co mało brakowało? – spytał pan Cleat.

John wyciągnął rękę po klucze, ale Courtney zmarszczył czoło i szepnął:

– Co ty robisz?

– Daj spokój – odparł John. – Cleaty jest teraz po naszej stronie.

– Jesteś pewien? – zapytał z niedowierzaniem Courtney.

John jednak nie cofał ręki i Courtney z wahaniem dał mu dwa duże pęki kluczy – oryginały i duplikaty. John uniósł je tak, by pan Cleat mógł je zobaczyć.

– Teraz możemy wejść do każdego domu z listy specjalnej pana Vane’a. Możemy w każdym szukać dowodów, a jeśli je znajdziemy, możemy zawiadomić policję.

Pan Cleat podszedł do nich i John podał mu oryginały kluczy. Biorąc je do ręki, ich szef wyglądał jeszcze mizerniej niż zwykle.

– Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę z tego, iż podpisaliście w ten sposób swoje wymówienia? Jeśli pan Vane będzie musiał zlikwidować agencję, wszyscy wylądujemy na bruku.

– Martwi się pan o pracę? Liam stracił więcej.

– O czym ty mówisz? Leży chory.

– Nie, szefie – odparł John i opowiedział, co się stało w domu przy Madeira Terrace 93.

Pan Cleat powoli usiadł, a jego oczy wypełniły się łzami.

– Ci ludzie… którzy kupowali domy od pana Vane’a… i znikali… nie znałem ich nazwisk, ale to… Liam…

– Czy nieznajomość nazwisk cokolwiek zmienia? – spytał Courtney.

– Chyba nie powinna… – odparł pan Cleat, otarł oczy i głośno wydmuchał nos. – Chyba jednak zbyt się bałem…

– Wszyscy się boją – stwierdził Courtney. – Różnica między odwagą a tchórzostwem polega tylko na tym, czy umie się spojrzeć strachowi w oczy.

Pan Cleat pociągnął nosem i odwrócił się, ale John nie pozwolił mu odejść.

– Lepiej niech pan posłucha. Sądzę, że wiemy, co się tu dzieje.

– Chcesz powiedzieć, że istnieje jakieś logiczne wyjaśnienie tych wydarzeń?

– Wyjaśnienie istnieje, owszem, choć może niekoniecznie logiczne. Musimy jeszcze wiele rzeczy sprawdzić.

– Mam nadzieję, że wiesz, z czym chcesz się zmierzyć.

– Nie do końca, ale chyba jestem w trakcie dowiadywania się tego – odparł John.

Po południu zadzwonił od wuja Robina do ojca i poinformował go, że także i tę noc spędzi poza domem.

– Stało się coś, synu? Masz jakieś kłopoty?

– Nic mi nie jest, tato. Po prostu mam nowych przyjaciół.

– Ale jutro wrócisz? Mama tęskni za tobą.

– Powiedz jej, że ja też za nią tęsknię.

Do pokoju weszła Lucy.

– Wszystko w porządku? – spytała. John skinął głową.

– Jasne. Nic mi nie jest, dobrze się czuję. Nie rozumiem tylko jeszcze, co się dzisiaj tak naprawdę stało. Postawiłem się Cleaty’emu i rozleciał się jak paczka mokrych papierowych chusteczek.

– Cleaty jest w porządku… tylko po prostu się boi.

– A ty się nie boisz? Jeśli ta rzeźba nas znajdzie…

Zanim John zdążył skończyć, w zamku zachrzęścił klucz i po chwili do salonu wszedł wuj Robin. Miał pod pachą dwie wielkie księgi i plik papierów.

– Chyba odniosłem sukces – powiedział i uniósł w górę kciuk.

Po kolacji usiedli przy stole w kuchni, wuj Robin otworzył jedną z ksiąg i rozłożył przyniesione dokumenty.

– Pojechałem do jednego gościa w Croydon – autora programu dokumentalnego o druidach. Nie powiedziałem mu, o co dokładnie chodzi, okazało się jednak, że wie o wielu zniknięciach ludzi w Anglii i Walii w ostatnich stu latach. Całe rodziny znikały bez śladu… zawsze w domach stojących na liniach ley. Zjawisko jest znane, ale jak na razie wszyscy próbują tłumaczyć te zniknięcia przyczynami naturalnymi.

– Nikt nie dodał dwóch do dwóch? – zdziwiła się Lucy.

– Wielu takich było. Są dziesiątki książek i artykułów o liniach ley, w których przedstawiany jest ich związek z tajemniczymi zniknięciami ludzi, ale żadnej z tych publikacji nie potraktowano poważnie. Tak jak opowieści o porwaniach przez UFO.

– Ale ten człowiek z Croydon wierzy w to wszystko?

– Czy wierzy? To jego pasja. Twierdzi, że choć druidzi rozproszyli się i powymierali, ich dusze nie umarły i trwają na liniach ley, wywierając znaczący wpływ na rolnicze tereny Wielkiej Brytanii. Uważa, że wciąż panują nad magicznymi „autostradami”, łączącymi ze sobą święte miejsca, mają wpływ na pogodę, płodność ziemi i przeznaczenie. Dawnymi czasy w Anglii i Walii chowano ludzi wzdłuż linii ley, aby oddać ich egzystującym pod ziemią duchom druidów. Podobno rytuały pogrzebowe powstały właśnie dlatego, że dla uniknięcia zabijania żywych ludzi chciano dusze druidów „karmić” zmarłymi.

– Czy ten gość wymyślił, jak powstrzymać duchy druidów? – spytał John. – Może trzeba przeprowadzić jakieś egzorcyzmy albo coś w tym rodzaju?

– Jeśli linie ley to jakby drogi szybkiego ruchu, może da się zmienić ich przebieg, zrobić coś na kształt objazdu czy jakoś je zagrodzić… – dodała Lucy.

Wuj Robin pokręcił głową.

– To tak, jakby chcieć zatrzymać pływy morskie albo próbować odroczyć nadejście nocy. Linie ley to potężne siły natury, strumienie czystej, odwiecznej energii. Jest jednak pewna nadzieja… w klasztorze Saint Michel mnichom udało się pozbyć mieszkających w skałach pod klasztorem duchów druidów, choć raczej przez przypadek. Kiedy dla wzmocnienia fundamentów w miejscach, gdzie chciano odbudować zniszczone fragmenty klasztoru, zaczęto wbijać w skały stalowe trzpienie, w nocy nadeszła wielka burza. Przypadek sprawił, że piorun uderzył w jeden z trzpieni, co spowodowało przeniesienie w głąb skały potężnego ładunku elektrycznego. Nie wiadomo dokładnie, czy prąd zniszczył duchy, czyje tylko przegonił, ale od tego momentu w klasztorze nigdy więcej nie miały miejsca tajemnicze zniknięcia, nie pojawiały się w nim dziwne odgłosy i tak dalej. Rzymianie musieli znać wpływ uderzeń pioruna na linie ley. Popatrzcie… mam tu sprawozdanie Svetoniusa Paulinusa z sześćdziesiątego pierwszego roku naszej ery, sporządzone zaraz po dokonanej przez niego masakrze ostatnich druidów w Anglesey. „Nawet po śmierci druidzi zagrażali naszym osiedlom, wciągając do ziemi mężczyzn i kobiety, by czynić z nich ofiary. Przy użyciu tortur dowiedzieliśmy się od ostatnich żyjących druidów, że można ich dusze usuwać z podziemnych ścieżek, po których się poruszają, mocą niesioną przez błyskawicę”. Rzymianie robili to, wbijając w ziemię w miejscu przebiegu linii ley oszczepy i czekając, aż trafi w nie piorun.

– To już coś – oświadczył John. – Założę się, że można znaleźć jakiś sposób na skierowanie pioruna do któregoś z domów pana Vane’a.

– Prawdopodobnie tak, ale wcale nie wiadomo, czy to pewna metoda.

– No to co? Spróbować zawsze warto.

– Dowiedziałem się także co nieco o rzeźbie – powiedział wuj Robin. – Duch druida może wyrosnąć z ziemi, dostać się do korzeni dębu, a potem opanować pień i gałęzie. Dzięki temu może widzieć światło słoneczne, niezbędne mu do odnawiania siły fizycznej i magicznej mocy. Co prawda dąb nie jest w stanie się poruszać, ale w tysiąc czterysta pięćdziesiątym roku, po jakimś ważnym objawieniu, Zakon Druidów zatrudnił szesnastu rzemieślników, by wykonali rzeźbę. Podobno przedstawiała ona Aedda Mawra, człowieka, który założył zakon tysiąc lat przez Chrystusem. Rzeźbę wykonano z dębu, a twarz z kości słoniowej. To przypomina waszą rzeźbę, prawda?

– Zrobili tylko jedną? – spytała Lucy. – Widzieliśmy ją w różnych miejscach.

– Księgi wspominają o tylko jednej, wiadomo jednak, że dzięki niej duchy druidów mogą wychodzić z ziemi i udawać się wszędzie, dokąd zechcą. Mogą wnikać w dębową rzeźbę jak w żywy dąb, ale w odróżnieniu od drzewa rzeźba nie jest zakorzeniona w ziemi. Może się poruszać. Może was gonić. Więcej: może przemieszczać się wzdłuż linii ley jak głazy ze Stonehenge. Dzięki temu mogła się pojawić pod twoim domem, John, i niemal natychmiast przenieść się do domu Lucy. Pokonała odległość pół południowego Londynu najłatwiejszą drogą, po linii ley. Dlatego też nie potrzebowała klucza… weszła do budynku przez ziemię. – Wuj Robin przerwał, po czym dodał: – Jesteście w pewien sposób wybrańcami, ścigał was bowiem Aedd Mawr, najpotężniejszy ze wszystkich druidów, najbardziej mściwy. Może porozrywać człowieka na kawałki.

– Przyjemne wyróżnienie – stwierdził John. – Jak go powstrzymać?

– Pytałem o to specjalistów, ale żaden nie wiedział. Muszę przyznać, że sam też nie mam pojęcia. Może można porąbać rzeźbę toporem, może da się ją zatrzymać zaklęciem. Niestety nie istnieją żadne zapisy świadczące o tym, że ktokolwiek kiedyś z nią walczył, a jeśli tak nawet było, to nie przeżył i nie mógł o tym opowiedzieć. Przykro mi. Naprawdę.

– To nie pańska wina. I tak zdobył pan mnóstwo informacji.

– Ja niestety nie – wmieszała się w rozmowę Lucy. – Poszłam do biblioteki w Streatham, jednak udało mi się znaleźć tylko kilka drobiazgów… Każdy wydaje się znać pana Vane’a, ale nikt zbyt dużo o nim nie wie. Jest wciąż zapraszany na wystawy kwiatów… przynajmniej tak piszą lokalne gazety. Jest członkiem Klubu Rotariańskiego, ale nie chadza na zebrania. Sprawdziłam spisy wyborców. Jego pełne nazwisko brzmi Raven Vigo Vane i mieszka w Streatham, przy Saint Helier Street sześć. Jest w tym domu jedyną osobą uprawnioną do głosowania, ale nie musi to oznaczać, że mieszka sam. Rozmawiałam z moją przyjaciółką Glorią, dziennikarką z miejscowej gazety. Zamierza spróbować dowiedzieć się czegoś więcej. Podobno mają u siebie w redakcji akta sięgające sto lat wstecz.

– To świetnie – stwierdził wuj Robin. – Mam jednak nadzieję, że nie zajmie to zbyt wiele czasu. Nie zapominaj, że John ma się jutro o wpół do piątej spotkać z panem Vane’em i chyba bardzo by mu pomogło, gdyby wiedział, z czym tak naprawdę ma do czynienia.

– Chyba nie powinieneś iść na to spotkanie – powiedziała Lucy. – To oczywiste, że pan Vane już wie, co robimy. Będzie chciał cię usunąć, sprawić, byś zniknął jak Liam i wszyscy inni.

– Różnica jest jednak taka, że ja jestem na to przygotowany – odparł John.

– A on jest przygotowany na spotkanie z tobą.

– Wiem, ale inaczej się nie da. Musimy w jakiś sposób zmusić go do przyznania się do tego, co robi, i jeśli nie pójdę, koniec z marzeniami, by go powstrzymać. Wezmę komórkę, w odpowiednim momencie połączę się z tobą i będziecie mogli nagrać wszystko, co powie, zanim się zorientuje.

– Brzmi to nieźle – uznał wuj Robin. – Poza tym możemy być z Lucy gdzieś w pobliżu. Na wypadek, gdyby coś miało pójść nie tak, jak należy. Jako ekipa wspierająca.

Skończyli rozmawiać dobrze po pierwszej w nocy. Pili gorącą czekoladę, wuj Robin otworzył butelkę czerwonego wina. Dyskutowali o rzeźbie, ale mimo obolałego ramienia John wciąż nie mógł w to wszystko uwierzyć.

– Wygląda jak człowiek i porusza się jak człowiek, ale jej twarz jest przerażająca.

Widział rzeźbę i widział, jak ściana wciąga Liama, mimo to coś nie pozwalało mu uwierzyć, że walczą z liczącymi sobie trzy tysiące lat druidycznymi duchami.

Jak to możliwe, by przeżyły tyle czasu pod ziemią? Jak mogły wytrzymać nieskończone lata w ścianach, skałach i kamieniach nagrobkowych? Już samo rozmyślanie na ten temat wywoływało u niego klaustrofobiczny lęk. Te druidyczne duchy musiały być wszędzie, najprawdopodobniej nie istniało w całej Anglii ani jedno pole, przy przechodzeniu przez które nie przecinało się linii ley. Gdziekolwiek się szło, pod stopami roiło się od wygłodniałych duchów.

– Te domy są kluczem do wszystkiego – stwierdził wuj Robin. – Są druidycznymi świątyniami. Niszcząc religię druidów, Rzymianie dopilnowali zburzenia ich świątyń i kazali rozrzucić poświęcone kamienie, z których je zbudowano.

– Nie możemy zburzyć wszystkich domów pana Vane’a. Jest ich dwadzieścia siedem.

– Wiem, ale gdybyśmy mogli się czegoś więcej o nich dowiedzieć… Na przykład, czym się różnią od innych, normalnych domów albo dlaczego w ich ścianach mogą przebywać duchy druidów. – Wuj Robin zrobił krótką przerwę, po czym dodał: – Chyba wybiorę się jutro do mojego znajomego budowlańca. Od trzydziestu lat stawia domy w Streatham. Może on coś wymyśli.

– Jedyne, co wiem na pewno, jeśli chodzi o te domy – powiedziała Lucy – to to, że przerażają mnie śmiertelnie.

Rozdział 15

John śnił, że zgubił się w ciemnym dębowym lesie, kiedy dotarło do niego głośne pukanie. Początkowo sądził, że jest ono elementem snu, usłyszał jednak, jak otwierają się drzwi sypialni wuja Robina, a kiedy otworzył oczy, ujrzał światło na schodach.

Pukanie powtarzało się – głośne BANG! BANG! BANG! – od którego trząsł się cały dom.

– Spokojnie, powoli, nie ma się czym denerwować – mówił wuj Robin, schodząc po schodach.

BANG! BANG! BANG!

John usiadł na łóżku i nagle ogarnęło go przerażenie. Kto tak głośno łomotałby o drugiej w nocy do drzwi wuja Robina, gdyby nie miał do przekazania naprawdę złych wieści albo nie potrzebował czegoś tak nagle, że nie mógł zaczekać do rana?

Odrzucił kołdrę i wstał. Podniósł dżinsy, które rzucił na lalkę z trędowatą twarzą, by nie wpatrywała się w niego w ciemności. Kończąc zapinać spodnie, otworzył drzwi na korytarz i wyjrzał na dół.

BANG! BANG! BANG!

Łomot był tak głośny, że drżała szyba w oknie nad schodami.

– Boże drogi, przecież idę! – zawołał wuj Robin i zdjął łańcuch zabezpieczający drzwi.

– Panie Robinie! – krzyknął John. – Niech pan najpierw spyta, kto to!

Wuj popatrzył na Johna.

– No tak, pewnie masz rację. Kto tam? – zapytał.

BANG! BANG! BANG!

– Pytam, kto tam i czego chce? Nie można o tej porze zjawiać się i walić ludziom w…

Zamek nagle puścił i drzwi wpadły do środka, rzucając wuja Robina na ścianę. W czarnym obramowaniu framugi stała dębowa rzeźba, a jej nieruchome oczy spojrzały na Johna.

Wuj Robin wstał chwiejnie, obejmując rękami głowę. Wpatrywał się w rzeźbę i choć po jego minie wyraźnie było widać, że wie, co ma przed sobą, nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa.

Rzeźba weszła do holu. Była tak wysoka, że kaptur jej mnisiej kurty dotknął abażura lampy, która zaczęła kiwać się w przód i w tył, raz jasno oświetlając twarz z kości słoniowej, raz kryjąc ją w głębokim cieniu. Położyła obleczoną w rękawiczkę dłoń na poręczy schodów i postawiła stopę na pierwszym stopniu. Była gibka jak żywy człowiek, ale bardzo ciężka, co spowodowało, że schody skrzypnęły.

John przez pięć sekund stał jak sparaliżowany. Nie mógł się ruszać, nie był w stanie oddychać. Mógł jedynie obserwować rzeźbę, powoli wspinającą się do niego po schodach. Poziom jego przerażenia podnosił się jak słupek rtęci w termometrze. Nagle przekroczył punkt krytyczny i John eksplodował. Skoczył w głąb korytarza, podbiegł do drzwi Lucy, otworzył je i wrzasnął:

– Lucy! Rzeźba! Znalazła nas!

Zatrzasnął drzwi za sobą i zamknął je na klucz. Słyszał, że rzeźba dotarła do szczytu schodów i rusza w kierunku sypialni. Lucy siedziała na łóżku, przerażona kręciła głową i mrugała.

– Wstawaj! Musimy uciekać! Szybko!

Lucy wstała na drżących nogach – miała na sobie jedynie koszulę nocną w paski.

– Moje ubranie… – zaczęła, jednak w tym samym momencie rozległ się przeraźliwy łomot do drzwi. Ze ściany po obu stronach ościeżyny posypał się tynk, a boazeria zaczęła pękać.

– Zostaw ubranie! Ten stwór chce nas zabić! – krzyknął John.

Podbiegł do okna i otworzył je. Za oknem był wąski spadzisty dach werandy. John wygramolił się na zewnątrz. Daszek był tak stromy, że noga ześlizgnęła mu się do rynny i zdołał się utrzymać jedynie dzięki temu, że złapał się za odgromnik.

– Chodź! – zawołał do Lucy.

Wahała się, kiedy jednak rozległ się kolejny łomot do drzwi, natychmiast znalazła się przy nim.

– Spadnę! – krzyknęła z rozpaczą.

– Złap mnie za rękę i ześlizgnij się jak najniżej – powiedział John.

Zsunął się z dachu i przed dwie, może trzy sekundy trzymał się biegnącej wzdłuż skraju dachu rynny, a potem puścił chwyt. Wylądował w środku grupy krasnali, rozrzucając je na wszystkie strony. Lucy także po chwili była na dole – zwiesiła się z rynny jak najniżej, żeby John mógł złapać ją za nogi i pomóc zeskoczyć.

Wuj Robin w dalszym ciągu stał bez ruchu w holu i wyglądał na kompletnie oszołomionego.

– Uciekajcie! – krzyknął zduszonym głosem. Złapał kluczyki Lucy, wiszące na haczyku przy lustrze, i rzucił je bratanicy. – Szybciej!

– A ty?

Z okna pokoju Lucy doleciał odgłos, jakby wyłamywano drzwi, i po chwili usłyszeli ciężkie stąpnięcia. Rzeźba wystawiła głowę przez okno i popatrzyła na nich.

– Nic mi nie będzie – powiedział wuj Robin. – Ona szuka ciebie, nie mnie.

W tym momencie rzeźba zniknęła z okna i zaraz potem usłyszeli, jak idzie korytarzem na górze.

– Uciekajcie! – ponaglił ich wuj Robin. – Zadzwoń rano, kiedy tylko będziesz mogła – powiedział do Lucy. – Załatwimy tego pana Vane’a… nawet gdyby miała to być ostatnia rzecz w moim życiu!

Kostka Lucy w dalszym ciągu ją bolała, ale mogła już prowadzić samochód. Ruszyli na południe przez Mitcham Common. Brak jednego światła powodował, że drzewa i krzewy na poboczu wyglądały jak wycięte z kartonu.

John odwrócił się.

– Rzeźba pewnie właśnie wybiega z furtki, prawdopodobnie chce sprawdzić, w jakim kierunku się udajemy.

– A dokąd się udajemy? Nie mogę obudzić nikogo znajomego, nie o tej porze.

– Nie szkodzi. Noc jest ciepła, możemy zaparkować na łąkach i przespać się w samochodzie.

– Mam nadzieję, że nie chrapiesz – mruknęła Lucy.

Nie chrapał, i nawet wcale nie zasnął. Lucy spała na tylnym siedzeniu, a on skulił się na przednim, ale choć oczy piekły go ze zmęczenia, nie potrafił zasnąć. Za każdym razem, kiedy zadrgał jakiś krzew lub wiatr poruszył gałęziami drzewa, wydawało mu się, że goni ich rzeźba, zdecydowana zatłuc swoje ofiary.

W końcu księżyc zaszedł, a niebo pojaśniało. Z przeciwka nadjechał mężczyzna na rowerze i zaczął im się tak uważnie przyglądać, że o mało nie spadł ze swego pojazdu.

Wrócili do domu wuja Robina mniej więcej o wpół do siódmej. Poza zniszczeniami, jakie rzeźba pozostawiła wcześniej, nie było śladu jej obecności. Wujowi Robinowi udało się jako tako wstawić frontowe drzwi. Był najwyraźniej wstrząśnięty, ale pełen determinacji.

Kiedy weszli, siedział w kuchni przy filiżance herbaty.

– Hitler nie wygnał mnie z domu, więc nie zrobi tego także jakaś druidyczna rzeźba – oznajmił.

Lucy poszła wziąć prysznic, a John ruszył do Streatham. O dziewiątej słońce świeciło jaskrawo, w powietrzu unosiły się kłęby kurzu i było bardzo gorąco. Kiedy dotarł do biura, pan Cleat siedział przy biurku nad stertą dokumentacji nieruchomości z długopisem w dłoni, ale ani nie czytał, ani nie pisał. Wpatrywał się w pełznącą po ścianie pszczołę.

– Dzień dobry, panie Cleat. Kolejny gorący, co?

Pan Cleat kiwnął głową.

– Ma pan ochotę na filiżankę kawy?

– Co? Nie, dziękuję.

– Wszystko w porządku, panie Cleat?

Pan Cleat odłożył długopis i westchnął.

– Nie bardzo, i chyba rozumiesz, dlaczego.

– To nie była pańska wina, panie Cleat.

– Naprawdę? Wszyscy ci ludzie… musiały ich być setki. I biedny Liam… Nie wiem, co powiedzieć jego rodzicom. W nocy nie zmrużyłem oka.

Nie tylko pan, pomyślał John, ale odparł:

– Nie warto się tym zamartwiać. Martwienie się nikogo nie ożywi, ważne jest tylko to, by powstrzymać pana Vane’a przed dalszym działaniem.

– Nie wiem, jak zamierzasz to zrobić.

– Musimy zdobyć dowód, że wiedział, co te domy robią ludziom, i właśnie dlatego je sprzedawał. Wtedy będziemy mogli iść na policję. Będzie pan przeciwko niemu zeznawał, prawda?

Pan Cleat popatrzył niepewnie na Johna.

– Nie wiem… kiedyś zrobiłem coś, o czym pan Vane wie. Jeśli wystąpię przeciwko niemu… mogę mieć kłopoty…

– Co pan takiego zrobił?

– Nie chciałbym opowiadać ze szczegółami, powiem tylko, że kiedyś jedną z naszych klientek była starsza pani. Tydzień przed śmiercią zmieniła testament i zostawiła mi dużo pieniędzy w spadku.

– Co w tym złego?

– Okoliczności zmiany testamentu można określić jako niezwykłe.

– Słucham? Sfałszował go pan?!

Pan Cleat wessał policzki.

– To dość bezpośrednie określenie tego faktu, ale cóż… pisałem go w jej imieniu. Zamierzała przekazać pieniądze Sanktuarium Osłów i sądziłem, że bardziej zasługuję na dobroczynność niż schorowane osły. – Przerwał na chwilę. – Problem polega na tym, że dzień przed śmiercią miała chwilę przejaśnienia umysłu. Zadzwoniła do mnie do biura, by mi przypomnieć, że wszystkie pieniądze muszą koniecznie trafić do osłów, i choć zdawało jej się, że rozmawia ze mną, rozmawiała z panem Vane’em, bo mnie nie było akurat w biurze. Nie powiedział nikomu, co zrobiłem, ale nigdy nie pomija okazji, by mi przypomnieć, że o tym wie.

– To szantaż!

– Może i tak, ale trudno to udowodnić. Pan Vane ani razu nie próbował uzyskać ode mnie pieniędzy ani nie groził mi wprost. Ale oczekuje całkowitej lojalności i dyskrecji. – Po kolejnej przerwie pan Cleat dodał: – W każdym razie jeśli istnieje coś, co mogę zrobić, by pomóc wam w zamknięciu raz na zawsze „listy specjalnej”, to… możecie na mnie liczyć.

– Dziękuję, panie Cleat.

– Nie bądźmy formalistami, John. Zamierzam od tej chwili grać w uczciwe karty. Mów mi David.

Lucy przyszła tuż po wpół do jedenastej. Pan Cleat i Courtney wyszli w tym czasie spotkać się z klientami, więc Lucy i John zostali sami.

– Chyba coś znalazłam – powiedziała Lucy, pokazując dużą szarą kopertę. – Wuj Robin zadzwonił do swojego kolegi budowlańca, który miał książkę o południowym Londynie w czasach wiktoriańskich. – Wyjęła książkę z koperty i otworzyła w miejscu założonym kawałkiem podartej kartki. – Sprawdziliśmy Laverdale Square, Abingdon Gardens i Mountjoy Avenue. Co prawda nie ma zdjęć Laverdale Square, ale popatrz na to…

Wskazała na brązową sepiową fotografię, przedstawiającą kilku mężczyzn w cylindrach i czarnych frakach, stojących przed nowo zbudowanym budynkiem. Droga przed nim nie była utwardzona, przy chodniku stał powóz konny.

– Wiesz, gdzie to jest? Przeczytaj podpis.

„Mountjoy Avenue, południowy zachód – dyrektorzy Messrs Voice Bros pod jedną z ich wysokiej klasy podmiejskich posiadłości. Lipiec 1897”.

– To numer sześćdziesiąt sześć – stwierdził John. – Ale bez krzewów trudno go rozpoznać.

– Niestety mężczyźni poruszyli się i nie widać wyraźnie twarzy, jednak w skorowidzu jest więcej wpisów pod: „Voice Bros”. – Lucy otworzyła książkę na kolejnej zakładce i przeczytała: – „W latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku Messrs Voice Bros osiągnęli znakomitą reputację dzięki budowie podmiejskich rezydencji o wyjątkowej jakości i wartości. Byli bardzo wybredni w doborze miejsc budowy, a do wykańczania otworów okiennych i wnętrz używali kamienia z Wiltshire i Somerset. Za swe domy zdobyli liczne nagrody, w tym także Puchar Dobsona ufundowany przez Instytut Architektury Kwalifikowanej. Na niniejszym zdjęciu widzimy przekazanie go panu Charlesowi Voice’owi w Royal Albert Hall”.

Pod tekstem znajdowała się kolejna fotografia z mężczyznami w cylindrach i frakach, ale tym razem twarze były wyraźnie widoczne. Puchar przekazywał korpulentny mężczyzna z wielkimi bakami, a przyjmował go wysoki chudzielec o ponurej minie, ze sczesanymi do tyłu włosami.

– To niemożliwe… – powiedział John, przyglądając się uważniej zdjęciu. – Ta fotografia została zrobiona ponad sto lat temu…

– Być może to jego dziadek, ale nazywał się Voice, więc i on nazywałby się Voice, a nie Vane.

– Nie masz nic przeciwko temu, bym zrobił z tego ksero? – spytał John.

– Oczywiście, że nie.

John ustawił kserokopiarkę na dziesięciokrotne powiększenie i w kilka sekund z maszyny wysunęło się wielkie powiększenie twarzy Charlesa Voice’a odbierającego Puchar Dobsona. Teraz już nie było żadnych wątpliwości: zdjęcie przedstawiało Ravena Vane’a. Nie był to jego krewny ani sobowtór. Człowiek na fotografii miał nawet po lewej stronie podbródka pieprzyk – tak jak pan Vane.

– To on – oświadczył John. – I wygląda tak samo jak dziś.

– Przyjaciel wuja Robina mówi, że pamięta firmę Voice Bros. Budowali wysokiej jakości domy do lat sześćdziesiątych naszego wieku, ale ponieważ nie chcieli stosować nowoczesnych metod i elementów prefabrykowanych, stali się zbyt drodzy i wypadli z rynku.

Wrócił Courtney z lunchem – dwoma wegetariańskimi kanapkami i dużą butelką coca – coli.

– Wszystko gra? – spytał. – Wyglądacie, jakbyście ujrzeli ducha.

– Może to i prawda – odparł John i pokazał mu kserokopię. – Kto to twoim zdaniem jest?

– Pan Vane, to oczywiste. Dlaczego pytasz?

– Zdjęcie zrobiono w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym ósmym roku.

– Co takiego…?

– Patrz: wrzesień tysiąc osiemset dziewięćdziesiąt osiem.

Courtney zmarszczył czoło i uważnie przyjrzał się fotografii. Lucy pokazała mu książkę. Oglądał ją bardzo długo i w końcu odezwał się:

– Nie może być wątpliwości, prawda? To on. Niesamowite.

– Zastanówmy się nad tym – powiedział John. – Jeśli to naprawdę on, to znaczy, że w ciągu minionego stulecia wcale się nie zestarzał. Jak duchy druidów. Żyją od trzech tysięcy lat, nie starzejąc się.

A jeśli pan Vane im pomagał, budując ofiarne świątynie i karmiąc je ofiarami z ludzi…

– …to może być jego nagroda – dokończył Courtney. – Druidzi obiecali mu wieczne życie, takie samo jak ich…

Popatrzyli po sobie, przerażeni niezwykłością tego, co być może odkryli, równocześnie zdając sobie sprawę, że mogą się mylić. Znacznie bardziej prawdopodobne było przecież, że pan Vane to sobowtór Voice’a.

Kiedy jednak ponownie obejrzeli zdjęcie, nie mieli już wątpliwości. Ten sam wyraz twarzy, to samo spojrzenie. Dwaj ludzie mogą wyglądać identycznie, ale nie ma dwóch ludzi, którzy tak samo oglądają świat, a na pewno nikt nie patrzył na niego tak samo, jak pan Vane.

– I co teraz? – spytał Courtney.

– Grzebiemy dalej. Szukałam w bibliotece jego życiorysu pod „Vane”, teraz poszukam pod „Voice”.

– Mamy klucze – powiedział Courtney. – Może powinienem obejrzeć pozostałe domy pana Vane’a?

– Nie teraz – odparł John. – W tej chwili to zbyt niebezpieczne.

– Ale nie chciałbym siedzieć bezczynnie. Nie mogę nie zareagować na śmierć Liama.

– Możesz coś zrobić… pożycz mi na popołudnie swoją komórkę. Spróbujemy nakłonić pana Vane’a do przyznania się i nagrać to, co powie.

Courtney odpiął telefon od paska.

– Proszę i życzę szczęścia. Nie ufajcie mu nic a nic. Nie mogę z wami iść, bo jestem umówiony z klientami na oględziny domów, ale jeśli będziecie mnie potrzebować, łapcie mnie przez pager. Obiecuję, że rzucę wszystko i natychmiast się zjawię.

Rozdział 16

Lucy podrzuciła Johna do końca Mountjoy Avenue. Wuj Robin siedział z tyłu. Popołudnie było upalne, a niebo miało kolor spatynowanego brązu. Z oddali dolatywał basowy pomruk grzmotów.

– Wygląda na to, że szykuje się burza – mruknął wuj.

John wysiadł.

– Bądź ostrożny – przypomniała Lucy.

Choć daleko mu było do pewności siebie, podniósł kciuk do góry.

– Jeśli nas zawołasz, natychmiast się zjawimy – dodał wuj Robin.

Po przejściu kilkudziesięciu metrów John wystukał na telefonie Courtneya numer Lucy. Jej telefon zabrzęczał i przyjęła rozmowę.

– Słyszysz mnie?

– Znakomicie. Głośno i wyraźnie.

– To świetnie. Miej magnetofon w pogotowiu – powiedział John.

Ruszył w kierunku numeru 66. Kiedy doszedł na miejsce, koszula lepiła mu się do pleców, a majtki miał mokre jak kąpielówki.

Pan Vane już czekał. Jego czarny rover stał na podjeździe, przyciemnione szyby były dokładnie zamknięte. Kiedy John podchodził, jedna z szyb opuściła się bezgłośnie i z okna wysunęła się podobna do nagiej czaszki głowa pan Vane’a.

– Spóźniłeś się. – Musiał włączyć klimatyzację na poziom „Arktyka”, bo z samochodu wypłynęła fala tak lodowatego powietrza, że John aż się wzdrygnął.

– Przepraszam, to wina autobusu.

– Powinieneś mieć procent od kaprysów środków transportu miejskiego.

– Pewnie tak. To znaczy, tak jesst. – John nie mógł oderwać oczu od pana Vane’a. W naturze był jeszcze podobniejszy do Charlesa Voice’a i nie było najmniejszej wątpliwości, że to jedna i ta sama osoba.

Pan Vane popatrzył na zegarek.

– Mamy jeszcze pięć minut. Miałbyś ochotę zajrzeć do środka?

– Jeśli pan chce…

– Ważne jest, co ty chcesz.

Pan Vane zamknął okno i wysiadł z samochodu. Położył Johnowi dłoń na ramieniu i poprowadził go w kierunku frontowych drzwi. Oba kamienne lwy stały spokojnie przy schodach.

– Ta posiadłość została zbudowana w tysiąc dziewięćset ósmym roku. Jak byś ją opisał klientowi?

– Jako starą norę – odparł John.

– Niedobrze, John. Kiedy prowadzisz sprzedaż, tak nie można. Ponieważ dom zbudowano za krótkiego panowania króla Edwarda Siódmego, należy o nim mówić „edwardiański”. – Włożył klucz do zamka. – W naszym biznesie każda podupadła nieruchomość nazywa się „dojrzała do pełnej wyobraźni odnowy”, a o każdej brzydkiej albo niezbyt funkcjonalnej mówimy, że „ma charakter”. Kiedyś był to wspaniały dom. Zbudowano go z najlepszych materiałów, zgodnie z normami, których dzisiejsi rzemieślnicy już nie stosują. Popatrz na drzwi. Potrzebują trochę farby, ale są wykonane z najlepszego honduraskiego mahoniu.

– Robota braci Voice, tak?

Znaleźli się w holu wyłożonym białymi i czarnymi kafelkami.

– Co wiesz o firmie Voice Bros? – spytał pan Vane.

– Działała w tutejszej okolicy i zbudowała wiele… nagrodzonych domów.

– Proszę, proszę. Znakomicie odrobiłeś pracę domową.

Rozległ się kolejny grzmot, tym razem znacznie bliżej. Kiedy chmury zasłoniły słońce, w domu zrobiło się ciemniej. Nagle zaczęło wiać i podmuch przegonił po czarno – białej podłodze suche liście z zeszłej jesieni.

Pan Vane otworzył drzwi salonu, podszedł do wielkiego okna i wyjrzał na ogród.

– Mógłbyś mieć przed sobą wielką przyszłość, wiesz?

John podszedł i stanął tuż obok, ale się nie odzywał.

– Mógłbyś prowadzić wspaniałe życie… zobaczyć mnóstwo niezwykłych rzeczy…

– Nie chcę być przez całe życie agentem sprzedaży nieruchomości. Chcę zostać muzykiem rockowym.

– O… muzykiem rockowym… – Pan Vane powiedział to tak, jakby te dwa słowa były w obcym języku. – Chcesz być sławny, tak? Chcesz, by twoje nazwisko przetrwało po wsze czasy?

John wzruszył ramionami.

– Przede wszystkim chcę trochę zarobić. Wie pan, jak to jest.

– Czyli nie jesteś zainteresowany osiągnięciem nieśmiertelności? – Pan Vane stał bardzo blisko i patrzył Johnowi prosto w oczy.

Przez okno John widział, że drzewa zaczynają się poruszać od wiatru.

– Wiem o druidach – oświadczył.

– Wiesz o druidach? – Pan Vane odsunął się i zaczął powoli chodzić po pokoju, okrążając wytarty szezlong i przewrócone do góry nogami krzesło. – Co twoim zdaniem o nich wiesz?

– Wszystko. Wiem o liniach ley, o ludziach wciągniętych w ściany. Wiem o rzeźbie.

– To dobrze, John. Bardzo dobrze. Przynajmniej nie będę musiał cię przekonywać, że to prawda.

– Więc to prawda?

Brwi pana Vane’a utworzyły wąskie V.

– Oczywiście, że prawda. A dlaczego, twoim zdaniem, dziś tu jesteś?

– Kazał pan rzeźbie nas ścigać. Prawie nas zabiła.

– Zgadza się, John: prawie. Tak jednak się stało, że razem z Lucy uciekliście, i dlatego zamiast składać dziś twoim rodzicom kondolencje, chcę ci złożyć propozycję.

Nagle tuż nad samym domem rozległ się łoskot grzmotu, co zabrzmiało, jakby walił się dach.

– Nie mogę uwierzyć, że pan ot tak po prostu się przyznaje! Przyznaje pan, że kazał rzeźbie nas ścigać i zabić? Potwierdza pan, że sprzedawał ludziom domy wiedząc, że w nich umrą?

– Dlaczego miałbym zaprzeczać? Nikt w to nie uwierzy… tak, jak dotychczas nie wierzono. Nie myśl sobie, że jesteś pierwszą osobą, która próbuje doprowadzić do upadku moje małe imperium.

– Wychodzę. Zamierzam zawiadomić o tym, co pan robi, policję. Zadbam też o to, by zburzono każdy z pańskich domów i sprawdzono, ilu ludzi pan zabił!

– A ja oczywiście zaprzeczę, że o czymkolwiek wiedziałem.

– Mimo to spróbuję. Niech się pan ma na baczności.

John poszedł do holu i otworzył frontowe drzwi. Niebo było ciemne i zielonkawe jak spatynowana miedź, a na ogród zaczynały spadać pierwsze grube krople letniego deszczu. Powietrze było naładowane elektrycznością i strachem.

Tak jak John się spodziewał – tuż przed drzwiami stała rzeźba. Czekała na niego w bezruchu. John poczuł, że przyspiesza mu puls, ale wiedział, co robić.

Zatrzasnął drzwi i wrócił do salonu. Pan Vane obserwował go z lekko wykrzywionymi rozbawieniem ustami.

– Nie może mnie pan zabić – powiedział buntowniczo John. – Moi przyjaciele wiedzą, gdzie jestem.

– Zabić cię? Nie zamierzam cię zabijać! Masz hart ducha, John. Masz inicjatywę. Od dawna szukam kogoś takiego jak ty.

– Nie rozumiem, co ma pan na myśli.

– Już mówię. W tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym roku, kiedy miałem dwadzieścia siedem lat, otworzyłem małą firmę budowlaną w Peckham. Budowaliśmy skromne domy – dla lekarzy, notariuszy i księgowych – ale uważam, że robiliśmy to bardzo dobrze. Miałem żonę, którą bardzo kochałem, i dwóch prześlicznych synków. Pewnej zimy zacząłem się źle czuć i kiedy poszedłem do lekarza, dowiedziałem się, że mam złośliwego guza i pozostało mi zaledwie kilka miesięcy życia. Byłem zrozpaczony. Nie powiedziałem nic żonie, zacząłem jednak odwiedzać wszelkiego rodzaju uzdrawiaczy, zielarzy i innych ludzi o cudownych zdolnościach…

John stał nieruchomo. Pokój był teraz tak mroczny, że widział jedynie zarys postaci pana Vane’a na tle okna. Jego głos skrzypiał ze starości.

– Pewnego dnia, w Salisbury, poszedłem do lekarza druida, który powiedział, że wcale nie muszę umierać. W zamian za pomoc w odbudowaniu druidycznych świątyń obiecał użycie magicznych zdolności druidów do wyleczenia mnie. Zademonstrował swe możliwości, przykładając mi do policzka dłoń i usuwając znamię, które miałem od urodzenia. Kochałem bardzo moją rodzinę i nie chciałem umierać, więc zgodziłem się. Nikt poza tym lekarzem nie był w stanie mi pomóc. Pożyczyłem pieniądze i założyłem firmę pod nazwą „Voice Bros” – choć nie nazywałem się Voice i nie miałem braci. Nazwa oparta jest na cytacie z Biblii… gdy Kain zabił Abla i zakopał go, Bóg rzekł: „Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!”. Kiedy to wymyśliłem, wydawało mi się bardzo dowcipne. Dopiero potem zrozumiałem, jaka w tej nazwie kryje się ironia.

Za oknem zamigotała błyskawica i przez ułamek sekundy salon był skąpany w jasnym świetle. Cień pana Vane’a poruszył się na ścianie za nim jak przerażający diabełek z pudełka.

– Budowałem domy dokładnie tam, gdzie mi kazał Zakon Druidów. Jeśli chodzi o ten budynek, to znajduje się on dokładnie na linii ley przebiegającej z północy na południe. Biegnie ona przez środek ogrodu i drzwi wejściowe. Musiałem nie tylko stawiać dom w ściśle określonym miejscu, ale także w każdym kominku umieścić jeden oryginalny kamień z ostatniej świątyni druidów na wyspie Thanet.

Widzisz tutaj? – Podszedł do wielkiego kominka. W samym środku górnego obramowania paleniska wmurowany był grubo ciosany kamień, na którym wyryto przypominające gałązki runy. – Właśnie te kamienie przemieniają moje domy w coś niezwykłego. Czynią z nich bramę… do przeszłości i do innego bytu. Rozumiesz mnie? – Z uszanowaniem dotknął kamienia czubkami palców, a potem odwrócił się do Johna i uśmiechnął. – Razem z dwoma przyjaciółmi, Henrym Blightem i Frederickiem Simpsonem, założyłem niewielką agencję handlu nieruchomościami i wystawialiśmy domy na sprzedaż. Powiedziano nam, że mamy je sprzedawać wielodzietnym rodzinom. W tamtych czasach nie było niczym nadzwyczajnym, jeśli małżeństwo miało dziewięcioro, dziesięcioro albo i więcej dzieci. Moje zdrowie poprawiało się z dnia na dzień. Kiedy sprzedaliśmy pierwszy dom, byłem w znakomitej formie, a mój lekarz stwierdził, że guz zniknął. Czułem się młodziej niż kiedykolwiek. Wkrótce odkryłem, że dom jest pusty, a rodzina, która go kupiła, zniknęła. Poszedłem do Zakonu i wyjaśniono mi, że domy są świątyniami ofiarnymi… miejscami, gdzie Prastarzy mogą zaspokoić swój głód młodości, energii i ludzkiego ciała.

– Dlaczego pan ich nie powstrzymał? – John próbował podnieść jak najwyżej telefon Courtneya, jednak na tyle ostrożnie, by Vane go nie zauważył. – Dlaczego nie kazał im pan wypchać się swoimi świątyniami ofiarnymi? Dlaczego nie pozbył się pan tych domów i nie odmówił ich sprzedawania?

Kolejna błyskawica przecięła niebo. Pan Vane stał ze spuszczoną głową.

– Ponieważ wiedziałem, że jeśli to zrobię, choroba wróci i umrę. Byłem taki młody… kochałem żonę i dzieci bardziej, niż sobie wyobrażasz.

– Na pewno kochał ich pan bardziej niż ludzi, którzy zginęli.

– To byli tylko ludzie, John! Kiedy pożyjesz tak długo jak ja, zaczniesz to rozumieć. Ludzie rodzą się i umierają. Miliony ludzi umiera na różne choroby. Miliony ludzi ginie podczas wojen. Są jak zboże, które się kosi. Sierp robi CIACH! – i padają!

– A kim pan jest? Też tylko człowiekiem, prawda? Nie czas już pana skosić?

– Wierz mi albo i nie, ale właśnie coś takiego chcę ci zaproponować. Mam już dość takiego życia, John. Zawarłem z druidami umowę i jestem zmęczony jej wypełnianiem. Kiedy powiedzieli mi, że nie umrę, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to oznacza NIGDY. Byłem świadkiem starzenia się mojej ukochanej żony i pochowałem ją. Pochowałem synów. Pochowałem moje wnuki. Obserwowałem, jak moi przyjaciele zmieniają się z pełnych wigoru młodzieńców w przerażających staruchów. Zdawało mi się, że wieczne życie będzie wspaniałe, ale mam już wszystkiego dość. Mam dość samotności, mam dość tego interesu. Trwa tak od dawna, ale do dziś – do chwili, aż się zjawiłeś – nie spotkałem żadnego młodego człowieka gotowego uwierzyć w to, co robię. – Wziął długi, chrapliwy wdech. – Zajmij moje miejsce, John. Przejmij firmę. Mógłbyś żyć, ile zechcesz. Sto, dwieście lat. Mógłbyś żyć w roku dwutysięcznym setnym!

– Naprawdę? A ilu ludzi miałbym wtedy na sumieniu? Ilu ludzi pan zabił?! Setki? Tysiące?

– Wybór należy do ciebie, John. Nie prosiłem cię, byś się wtrącał. Wetknąłeś nos w coś, co nie powinno nigdy wyjść na jaw, i miało to tragiczne konsekwencje. Biedny Liam. To, że zginął, jest wyłącznie twoją winą.

Johnowi zdawało się, że przez pomruk burzy i plusk deszczu przebijają inne dźwięki: trochę przypominające szepty, trochę szelesty – jakby po domu kręciło się cichutko kilkanaście osób, biegając na bosaka z pokoju do pokoju. Kiedy dziwne zjawy przesuwały się obok, czuł prawie powiew. Niemal je widział.

– Chyba nie chcesz dziś umrzeć, John? Oczywiście, że nie chcesz. Tak się jednak składa, że wiesz zbyt wiele. Miałem już kilku pracowników, którzy dowiedzieli się za dużo, ale żaden nie miał ani dość wytrwałości ani rozumu, by cokolwiek przedsięwziąć. Przerażasz mnie, John, ponieważ jeśli pozwolę ci wyjść z tego domu, możesz znaleźć sposób na udowodnienie tego, co robiłem, a nie mogę do tego dopuścić.

– Nie zatrzyma mnie pan. Wychodzę, i tyle.

John ruszył ponownie do holu. Był tak przerażony, że czuł, jak włosy stają mu dęba. Było jasne, że rzeźba czeka na zewnątrz – tyle że tym razem był na to przygotowany. A przynajmniej tak mu się wydawało.

Niemal dotarł do drzwi, kiedy gwałtownie otworzyły się od tak potężnego uderzenia, że wyrwało zamek, który przeleciał kilka metrów, spadł na podłogę, potoczył się jeszcze kilka metrów po podłodze i zatrzymał. Rzeźba weszła do środka. Twarz miała jak zwykle spokojną, ale w tym spokoju czaiło się okrucieństwo. Ruszyła od razu w kierunku Johna, więc nie zwlekając zastosował swoją tajną broń. Włożył rękę do kieszeni i sypnął na podłogę garść szklanych kulek. Potoczyły się w kierunku rzeźby, która natychmiast na nie weszła.

Zamiast jednak stracić równowagę, miażdżyła kulki, zmieniając je w szklany miał. Nie zwolniła kroku nawet na ułamek sekundy, sunęła z gracją przez hol, a kiedy dotarła do Johna, pchnęła go w klatkę piersiową z taką siłą, że stracił oddech i zatoczył się do tyłu dwa lub trzy metry. Rzeźba nie zatrzymała się, znów podeszła do niego i pchnęła go w pierś – tym razem huknął plecami o ścianę.

Dysząc, próbował zrobić unik, ale okazało się, że jest jak przyszpilony do ściany. Plecy bolały go, jakby skórę na nich szarpały dziesiątki rąk, od których w żaden sposób nie mógł się uwolnić.

– Nie! – wrzasnął. Przypomniał sobie Liama, wciąganego w wytapetowaną ścianę w Brighton, i zobaczył jego otwarte w przerażeniu usta i patrzące błagalnie oko.

Sięgnął za siebie i zaczął odpychać się od ściany, jednak spowodowało to tylko, że zaczęła wciągać także jego dłoń. Odwrócił się i patrzył z przerażeniem, jak jego palce powoli wsuwają się w pomalowany na żółto tynk. W ciągu kilku sekund ściana wciągnęła całą dłoń – do nadgarstka. Rzeźba stała bez ruchu, z obojętną miną.

– Pomóż mi! – wydarł się na nią John. – Nie stój tak! Pomóż mi!

Z salonu wyszedł pan Vane i podszedł do niego powolnym, miarowym krokiem.

– Złożyłem ci propozycję, John, ale ją odrzuciłeś. Musisz zrozumieć, że nie mogę cię puścić wolno.

Szarpiąc się, John odchylił głowę do tyłu – i w tej samej sekundzie, gdy jego włosy dotknęły ściany, zaczęło je wciągać.

– Nie! Nie może pan na to pozwolić! Niech jej pan każe przestać! Nieee!

Pan Vane popatrzył na zegarek.

– Nie martw się, to długo nie potrwa.

Rozdział 17

John znów zaczął krzyczeć. Zanim jego wrzask ucichł, otworzono drzwi wejściowe. Niebo za oknem przeszyła oślepiająca błyskawica i niemal w tej samej chwili w drzwiach stanęli Courtney i pan Cleat.

– Pomocy! Wyciągnijcie mnie stąd! Pomóżcie mi!

Courtney ruszył do przodu, ale pan Vane uniósł dłoń i krzyknął:

– Nie podchodź! Już za późno dla niego!

– To dla ciebie jest za późno, człowieku – odparł Courtney. – Wiemy wszystko o pańskich domach i o panu!

– Powiedziałem: nie podchodź!

Courtney zrobił kolejny krok i w tym samym momencie rzeźba odwróciła się ku niemu – błyskawicznie i płynnie jak bokser. Courtney próbował zrobić unik, ale drewniana postać zamachnęła się i uderzyła go w ramię. Podniósł obronnie ręce, nic to jednak nie dało, rzeźba waliła jak maszyna. W końcu trafiła Courtneya w skroń i chłopak padł bez przytomności na podłogę.

Choć panu Cleatowi oczy niemal wychodziły na wierzch z przerażenia, próbował okrążyć rzeźbę z drugiej strony. Szatański stwór natychmiast zauważył ten manewr i ruszył ku niemu, powoli unosząc prawe ramię.

Panu Cleatowi udało się uchylić, więc rzeźba trafiła w balustradę schodów. Rozległ się trzask jak przy uderzeniu kijem baseballowym i trzy podpórki pękły jak zapałki. Rzeźba odwróciła się błyskawicznie i zaczęła młócić rękami, aż jeden z ciosów trafił pana Cleata dokładnie między łopatki. Padł na podłogę, podpierając się kolanami i dłońmi. Rzeźba natychmiast skoczyła do niego, gotowa wprasować nieszczęśnika w posadzkę.

Courtney spróbował zajść rzeźbę z drugiej strony.

– Nic z tego! – krzyknął pan Vane i złapał go za ramię.

Rzeźba odwróciła głowę, by zobaczyć, co się dzieje. Courtneyowi udało się jednak wyrwać panu Vane’owi, skoczył do przodu niczym futbolista i całym impetem uderzył w rzeźbę, która potknęła się o pana Cleata i upadła na podłogę z ogłuszającym hukiem. Twarz z kości słoniowej oderwała się od drewnianej głowy i odjechała ślizgiem po kafelkach.

Ślepa rzeźba wstała. Zrobiła dwa kroki w prawo, potem trzy w lewo, machając gwałtownie rękami.

– Co ty zrobiłeś?! – wrzasnął pan Vane. – To Aedd Mawr, największy druid wszechczasów! Co ty zrobiłeś?!

Podszedł do rzeźby, wyciągając ręce, by pomóc jej odzyskać orientację. Drewniana postać najpierw wpadła z łomotem na ścianę, a potem na garderobę, tłukąc lustro i zrzucając kilka półek.

Pan Vane chciał złapać oślepionego stwora za rękę, ale rzeźba machnęła ręką i tak mocno walnęła go w skroń, że niemal uniósł się nad podłogę, przeleciał przez hol i z hukiem uderzył w balustradę schodów. Krew zalała mu twarz i opadł na posadzkę z rozrzuconymi bezwładnie rękami i nogami, jak sponiewierana lalka.

– Pomóżcie mi! – wrzeszczał John. Jego ręka zniknęła już w ścianie do łokcia i czuł, że straszne szarpanie niewidzialnych pazurów robi się coraz gwałtowniejsze.

Courtney złapał go za wolną rękę, a pan Cleat ciągnął za nogi.

– Wyciągnijcie mnie! Nie chcę zniknąć w ścianie jak Liam! Wyciągnijcie mnie! – błagał John.

– Liam miał tylko jedną osobę do pomocy – powiedział Courtney. – Dalej, Cleaty, ciągnij!

Courtney i John spletli się ramionami. Courtney zaczął ciągnąć, aż John usłyszał, że coś chrzęści mu w ręce. Z początku stopy Courtney a ślizgały się na posadzce, w końcu jednak znalazł oparcie.

– Teraz! – wydyszał. – Raaaz!

Pan Cleat był znacznie silniejszy, niż John się spodziewał. Ciągnął tak mocno za jego płaszcz, że niemal oderwał poły, ale ściana była silniejsza. Ramię Johna znikało coraz głębiej i nie czuł już dłoni. Tył jego głowy ściana wciągnęła do uszu i czuł się tak, jakby zamarzał mu mózg. Miał coraz większą chęć poddać się i pozwolić się wciągnąć, by mieć już to wszystko za sobą.

Po drugiej stronie holu rzeźba bez twarzy w dalszym ciągu łaziła po omacku, rozbijając okna, niszcząc okładziny drzwi i zrywając zasłony.

– Spróbujmy jeszcze raz… – wystękał Courtney. – Dalej, Cleaty, za wszystkich ludzi, którzy zginęli w ścianach. Za Liama! Raz… dwa… trzy!

Pociągnęli wspólnymi siłami. Pan Cleat tak się natężył, że aż wydał z siebie długi, piskliwy jęk.

John był pewien, że już po nim, i zaczął wspominać ojca, matkę i Ruth. Czuł, jak bezlitosna siła wciąga go w ciemny, lodowaty świat, w którym życie nic nie znaczy – świat mrocznych zabobonów i straszliwych rytuałów, świat szeptów, duchów i przerażających wspomnień.

Czuł, że jest na granicy śmierci.

– Nieee! – krzyczał, choć nie mógł słyszeć własnego krzyku. Ostatnim rozpaczliwym zrywem ściągnął łopatki, szarpnął głowę do przodu i zaczął wyrywać ramię.

W drzwiach pojawiła się Lucy z wujem Robinem. Lucy zamarła w przerażeniu i przyłożyła dłoń do ust, ale wuj Robin szybkim krokiem ruszył przez hol. Idąc, zaczął wyciągać z kieszeni sznur powiązanych ze sobą krucyfiksów – dużych, małych, srebrnych, mosiężnych, drewnianych i plastikowych.

Rzeźba usłyszała jego kroki i odwróciła się w kierunku dźwięku, wmaszerowała jednak prosto w schody. Opadła na drugim stopniu na kolana i tak zamarła, co wyglądało, jakby się modliła.

Wuj Robin podszedł do Johna i umieścił krucyfiksy między nim a ścianą, i John natychmiast poczuł, że ściana jakby zadrżała. Mógłby wręcz przysiąc, że się… wzdrygnęła.

– Teraz ciągnijmy! – krzyknął wuj Robin. – Ciągnijmy wszyscy, to go wydostaniemy!

Courtney ciągnął, pan Cleat ciągnął, wuj Robin ciągnął. Zaciskali zęby z wysiłku. Po dłuższej chwili, z syczącym dźwiękiem, podobnym do tego, jaki powstaje, kiedy zmiata się szorstki beton, John wypadł ze ściany i cała czwórka zwaliła się na podłogę.

Courtney pomógł Johnowi wstać.

– Wszystko w porządku? Myślałem, że już po tobie, naprawdę.

Lucy obejrzała go ze wszystkich stron. Drżał z zimna i przerażenia, a jego plecy pokrywała gruba warstwa tynkowego pyłu. Dłonie miał fioletowawe jak po odmrożeniu.

– Wszystko w porządku… – wydyszał. – Naprawdę… nic mi nie jest.

– Cleaty uznał, że nie powinniśmy ryzykować i pozwalać ci na samotne spotkanie z panem Vane’em, więc przyjechaliśmy.

– Na pewno nic ci nie jest? – spytała Lucy.

– Nic. Dzięki wujowi Robinowi – odparł John. Wuj Robin zebrał krucyfiksy.

– Jedyną rzeczą, jakiej druidzi nie są w stanie przełknąć, to symbole wiary chrześcijańskiej – stwierdził ponuro.

Pan Cleat podszedł do pana Vane’a i uniósł jego podbródek.

– Nokaut – stwierdził. – Może wezwijmy karetkę?

Za oknami kolejny raz błysnęło, a grzmot był tak potężny, że aż zadrżały szyby w oknach. Wuj Robin podniósł głowę ku niebu.

– Przedtem powinniśmy jeszcze czegoś spróbować. Możemy nie mieć więcej okazji.

– Błyskawice! – przypomniał sobie John.

– O czym wy mówicie? – spytał Courtney. – Powinniśmy jak najszybciej zabrać stąd ciebie i pana Vane’a i zawieźć was do lekarza.

– Ale są błyskawice! – powtórzył John, wstając.

– Zgadza się – potwierdził wuj Robin. – Jedyny sposób na zniszczenie druidycznego ducha.

– Nie możecie! – krzyknęła Lucy. – To zbyt niebezpieczne!

– Ale jeśli tego nie zrobimy…

– Czego? Czego? – dopytywał się Courtney. Wuj Robin wyjaśnił mu, w jaki sposób Rzymianie wbijali oszczepy w linie ley i czekali, aż uderzy w nie piorun.

– Trafiał w linię ley i CIACH!

– Ciach? – spytał z niewiarą w głosie pan Cleat.

– Warto spróbować! Popatrzcie na tę burzę. Może takiej nie być przez kilka następnych miesięcy!

– Ale nie mamy oszczepów – stwierdził pan Cleat.

– Nie potrzebujemy żadnych oszczepów – odparł John. – Z boku domu stoją rusztowania. Weźmiemy kilka rur i wbijemy je w środek ogrodu, dokładnie na przebiegu linii ley.

Wyszli na zewnątrz. Wiatr dziko dął, a drzewa jęczały przeraźliwie. Deszcz smagał ich po twarzach i zanim doszli do rusztowań, byli przemoczeni do suchej nitki.

Było zupełnie ciemno, musieli więc poczekać na następną błyskawicę, by zobaczyć leżące w chwastach rury do montowania rusztowań. Courtney, pan Cleat i John wzięli we trzech jedną z nich – miała jakieś sześć metrów długości i ważyła więcej, niż John się spodziewał. Zanieśli ją do ogrodu za domem, zlewani nieustannie deszczem jak prysznicem.

Niebo rozświetliła kolejna błyskawica. Grzmot, który po niej nastąpił, przetoczył się tak nisko nad ich głowami, że Lucy zakryła uszy i skuliła głowę.

– Gdzie ta linia ley? – krzyknął pan Cleat. – Dłużej już nie poniosę!

– Dokładnie na środku ogrodu. Tak przynajmniej powiedział pan Vane! – odkrzyknął John.

Przenieśli rurę jeszcze kilka metrów. Wuj Robin drobił przed nimi.

– Tutaj! To tu! Czuję to! – zawołał nagle. Położyli rurę na trawie i stanęli wokół niej.

– Czuję ją! Postawcie stopę tu, w trawie, to też poczujecie!

John postąpił krok do przodu, ale zanim jeszcze postawił nogę na ziemi, poczuł to samo zimne ciągnienie co w ścianie. Miał wrażenie, że pod trawą znajduje się lodowata ręka, która zaraz złapie go za stopę i wciągnie ją pod powierzchnię.

– Coś mnie dotknęło! – wrzasnęła Lucy. – Coś dotknęło mojego buta!

– Lepiej dajmy sobie spokój z tą rurą i zwiewajmy! – stwierdził Courtney.

– Nie możemy! – odkrzyknął John. – Nikt nam nie uwierzy! Jeśli teraz czegoś nie zrobimy, nikt już nigdy nic nie zrobi. Poza tym burza odchodzi!

Pan Cleat nagle zrobił krok do tyłu i zaczął tupać, jakby chciał zadeptać osę.

– Też to czuję! Jest wszędzie!

– No to wsadzajmy rurę w ziemię jak najszybciej się da!

Wzięli rurę i przenieśli ją do najbliższej rabaty kwiatowej, gdzie ziemia była mokra i bardzo miękka. Przy każdym kroku czuli, jak coś próbuje łapać ich za nogi. Postawili rurę pionowo i wbili ją w ziemię, kręcąc i dobijając, aż stanęła bez podpierania.

Równocześnie przez cały czas tupali w ziemię, by odstraszyć moce próbujące wciągnąć ich w ciemność. Ogród rozświetliła kolejna błyskawica.

– Miejmy nadzieję, że piorun nie uderzy, nim skończymy… – jęknął Courtney.

– Moim zdaniem nie ma szansy, by piorun w ogóle uderzył w tę rurę – oświadczył pan Cleat ścierając rękawem deszcz z twarzy. – Uważam, że najlepiej stąd uciekać.

Cofnęli się. Rura nie stała całkiem pionowo, ale nie miała zamiaru się przewracać. Ruszyli pospiesznie w kierunku domu. Po przejściu kilku metrów z końca grupki rozległo się głośne jęknięcie. Był to pan Cleat, który nagle zapadł się po kolana w ziemię.

Rozdział 18

John chciał ruszyć mu na pomoc, ale Courtney przytrzymał go za ramię.

– To na pewno równie niebezpieczne jak ściana, stary! Jeszcze chwila i wszystkich nas zacznie wciągać.

John czuł, że niewidzialne palce złapały go za kostkę i próbują ciągnąć w dół. Wierzgnął nogą, by się ich pozbyć, i zrobił duży krok w bok.

– Wyciągnijcie mnie! – wołał pan Cleat. – Wciąga mnie jak bagno! Nie mogę ruszać nogami!

– Niech pan łapie! – odkrzyknął wuj Robin. – Rzucę panu krzyże, proszę je owinąć wokół klatki piersiowej, to nie będą mogły dalej pana wciągać.

Rzucił krucyfiksy, niestety upadły na ziemię kilka milimetrów od wyciągniętej ręki pana Cleata. Kiedy dotknęły trawy, podskoczyły gwałtownie w górę i w bok jak odepchnięte przez silny magnes. Pan Cleat rozpaczliwie próbował je złapać, ale znajdowały się poza jego zasięgiem.

– Pójdę po nie! – zawołała Lucy, jednak wuj Robin chwycił ją za ramię.

– Jeśli tam wejdziesz, to samo stanie się z tobą! – oświadczył.

– Idę po drugą rurę! – krzyknął Courtney. – Wytrzymaj jeszcze trochę, Cleaty, zaraz cię wyciągniemy.

– Wciąga mnie coraz bardziej, Courtney! Nie czuję już stóp!

John i Courtney pobiegli do rusztowań, złapali następną rurę i zanieśli ją na trawnik.

– Pospieszcie się! – wrzasnęła Lucy. – Zapada się coraz szybciej!

Kolejna błyskawica rozświetliła ciemność, ukazując surrealistyczną scenę: ubranego w elegancki garnitur pana Cleata, zapadniętego do połowy łydek w zachwaszczony, mokry trawnik. Wyglądał, jakby brodził w morzu – tyle że zamiast fal bujały się wokół niego szarpane wiatrem osty i trawy.

Próbował zachować spokój, ale nie bardzo mu się to udawało.

– John… Courtney… musicie mnie stąd wydobyć… ciągną mnie coraz silniej… bez przerwy… wyciągnijcie mnie stąd, na Boga!! To boli! Nawet sobie nie wyobrażacie, jak to boli!!!

John i Courtney położyli rurę na trawniku, złapali ją za oba końce i podnieśli tak, by pan Cleat mógł się chwycić jej dłońmi.

– Świetnie, Cleaty, złap rurę, i to mocno! – nakazał Courtney.

Pan Cleat zrobił, jak mu kazano.

– Błagam, pospieszcie się… – jęknął.

Nie musiał ich ponaglać, widzieli przecież, jak szybko się zapada. Trawa sięgała mu już do połowy ciała, a sprzączka paska zniknęła w chwastach.

Courtney zanurkował pod rurą, by oprzeć ją sobie na ramieniu, John zrobił to samo.

– Trzy, cztery! – krzyknął Courtney i zaczęli prostować nogi w kolanach jak ciężarowcy.

John zamknął oczy i zacisnął zęby. Tak napiął mięśnie barku, że o mało nie zawył z bólu. Już sama rura była wystarczająco ciężka – bez pana Cleata, w dodatku ściąganego w dół przez jedną z najpotężniejszych sił nadprzyrodzonych.

Robił, co mógł, ale napierająca na niego siła była zbyt wielka. Bał się, że za chwilę trzaśnie mu kark. Wicher dął nieustannie, deszcz siekł ich po twarzach, a pan Cleat darł się:

– Wyciągnijcie mnie! To mnie zabija! Zabierzcie mnie stąd!

John i Courtney walczyli z całych sił, wkrótce jednak klęczeli, a po kilkudziesięciu kolejnych sekundach – niemal leżeli z twarzami zanurzonymi w mokrej trawie i chwastach.

– To nic nie daje! – krzyknął Courtney. – Musimy wymyślić coś innego!

Wyjął głowę spod rury, zawieszonej teraz zaledwie pół metra nad ziemią. John zrobił to samo.

– Co robicie?! Co wyprawiacie?! Nie możecie pozwolić, bym zapadł się pod ziemię!

– Przy rusztowaniach były deski – powiedział John. – Może da się je położyć na trawie i popełznąć po nich, żeby go chwycić?

Pan Cleat ciągle rozpaczliwie trzymał się rury.

– Wyciągnijcie mnie stąd! Nie chcę umierać! John, pomóż mi, już nie czuję nóg! Nic nie czuję!

Był zapadnięty w trawę do połowy klatki piersiowej i druidzi mieli teraz większą powierzchnię do uchwycenia. Sądząc po tempie zapadania się, pozostała mu jeszcze jakaś minuta.

– Proszę… nie zostawiajcie mnie… – pochlipywał. – Wiem, że robiłem źle… że zawiniłem. Powinienem był próbować go powstrzymać! Wiem, że powinienem, ale proszę…

Courtney przybiegł z wielką, szeroką deską. Rzucił ją na trawnik i pchnął tak, że znalazła się w zasięgu pana Cleata. Pan Cleat natychmiast puścił rurę i choć wysokie trawy zasłaniały mu widok, złapał się deski. Między łoskotami grzmotów i podmuchami wichru słychać było, jak spazmatycznie łapie powietrze.

– Dobrze… teraz popełznę po desce i spróbuję cię wyciągnąć! – krzyknął Courtney. – Usłyszałeś mnie? Najważniejsze, żebyś nie spanikował… idę po ciebie.

– Zaczekaj! – przerwał mu John. – Jesteś cięższy ode mnie i silniejszy. Ja wejdę na deskę, a ty mnie trzymaj za kostki. Lucy, panie Robinie, złapcie Courtneya w pasie.

Pan Cleat znów się rozwrzeszczał. John wpełzł na deskę i zaczął przysuwać się do Cleata na kolanach i dłoniach, miał jednak trudności z utrzymaniem się, ponieważ powierzchnia deski była mokra i zabłocona, a Cleat rozpaczliwie nią szarpał.

Był już w połowie drogi, kiedy poczuł, że deska przed nim zaczyna się zapadać.

– John! – zawołał wuj Robin. – John, pospiesz się! Deskę też wciąga!

Pan Cleat patrzył dzikim wzrokiem. Przestał krzyczeć i wyciągał do Johna rękę.

– Uratuj mnie… – powiedział tak cicho, że John ledwie to usłyszał.

W końcu udało mu się dotrzeć do pana Cleata i dotknął czubków jego palców. Przez ułamek sekundy zdawało się, że go złapie, ale deska pochyliła się jeszcze bardziej i John o mało nie poleciał do przodu. Wyciągnął dłoń, by się przytrzymać, i na chwilę dotknął trawy. Zafalowała jak żywa, więc natychmiast cofnął rękę.

– Musisz wracać! – krzyknął Courtney.

John patrzył na pana Cleata, pan Cleat wpatrywał się w niego. John spróbował przesunąć się jeszcze kawałek do przodu, ale Courtney trzymał go mocno za kostki i nie było to możliwe.

– Nie!! – wykrzyknął pan Cleat, kiedy John zaczął odpełzać. – Nie!!!

Courtneyowi udało się ściągnąć Johna z deski i odsunąć na bezpieczną odległość od linii ley.

Patrzyli przerażeni i bezradni, jak pan Cleat coraz rozpaczliwiej ściska deskę i próbuje się na niej podciągnąć. Pojękiwał ze strachu i wysiłku. Udało mu się złapać za deskę kawałek dalej, jednak siła, która go wciągała, była zbyt potężna. Łokcie pana Cleata zapadły się pod ziemię, potem zniknęły barki, a kiedy to nastąpiło, deska stanęła niemal pod kątem czterdziestu pięciu stopni i zaczęła wsuwać się w trawnik.

Pan Cleat musiał mieć tak ściśnięte płuca, że nie był w stanie wydać z siebie głosu. Na wierzchu pozostały jedynie głowa i deska. Nieszczęśnik patrzył smutno w niebo – nic już nie mogło mu pomóc. W końcu ziemia go połknęła, a na miejscu, gdzie jeszcze przed kilkoma minutami stał, z trawy sterczała gruba decha. Wystawała jakiś metr i wyglądała jak nagrobek.

Lucy odwróciła się do wuja i Robin ją objął. Miał ponury wyraz twarzy.

– Chodźmy – powiedział. – Czas iść.

Z chmur wyleciała następna błyskawica i uderzyła w ziemię po drugiej stronie ulicy. Potem zapadła cisza i słychać było jedynie szum padającego deszcz i jęk wiatru w gałęziach drzew.

Zaraz jednak ogrodem wstrząsnął ogłuszający łoskot kolejnego grzmotu.

– Uciekamy!! – wrzasnął Courtney. – Ten wasz plan nie zadziała, a o niczym bardziej nie marzę, jak o znalezieniu się daleko stąd!

To, co zdarzyło się potem, zakrawało na cud. Równocześnie z ucichnięciem grzmotu rozległ się trzask następnej błyskawicy. Wszyscy stanęli i odwrócili się, tknięci tym samym instynktownym przeczuciem.

Przez sekundę trwała cisza, po czym z chmur wynurzył się długi, cienki szpic pioruna. Opuszczał się z wahaniem – jakby nie umiał podjąć decyzji, jaką podążyć drogą, jednak wyraźnie widać było całą jego potęgę. Wyglądało na to, że piorun zamierza uderzyć w wiatrowskaz na dachu, ale nagle fioletowawa szpica skoczyła w bok i dotknęła czubka sterczącej z ziemi rury rusztowaniowej.

Potem w rurę uderzyła główna część pioruna i zaczęło się coś przypominającego koniec świata. Dwieście tysięcy woltów oślepiło stojących niedaleko ludzi, prześlizgnęło się wzdłuż rury i wdarło w ziemię. Rozległ się ogłuszający trzask rozgrzanego powietrza, które przez setną sekundy było gorętsze od powierzchni Słońca.

Błyskawica musiała trafić dokładnie w linię ley, bo na północ i na południe pomknął płomień. Wąski pas ognia, który popędził na północ, zapalał drzewa i krzewy oraz przewracał płot za płotem. Słychać było wybuchy przydomowych szklarni i łoskot ich walących się ścianek. Pas płomieni, który runął na południe, pomknął przez trawnik, marszcząc ziemię i dudniąc. Rozległ się straszliwy wybuch i ciało pana Cleata wystrzeliło w powietrze – płonące i poszarpane. Wbita w ziemię decha także wyprysnęła w górę i płonąc jasnym ogniem, poleciała do ogrodu sąsiedniego domu.

Spadający ciągle z nieba piorun przesunął się w kierunku domu, ale dotykając muru – zaczął znikać. Czekali, jednak nic więcej się nie działo.

– Może już po wszystkim – mruknął Courtney. – Może wystarczyło?

Lucy wzięła Johna za rękę. Drżała z przerażenia. Odwróciła na chwilę głowę, ale kiedy zobaczyła leżące na trawie dymiące ciało pana Cleata, szybko zwróciła oczy w drugą stronę. Choć było ciemno, widzieli straszliwie wykrzywioną twarz zabitego.

Courtney położył dłoń na ramieniu Johna i w tym momencie dom przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć wybuchł.

– Na ziemię! – wrzasnął Courtney i cała czwórka padła na trawnik.

Szyby w oknach rozprysły się, powietrze wypełnił grad odłamków szkła. Dach wyleciał w powietrze, na wszystkie strony niczym szrapnele poleciały fragmenty murów i kawałki drewna, a w niebo wzleciała wielka, pomarańczowa kula ognia. Kominy zawaliły się, boczne ściany przewróciły na zewnątrz, rusztowanie rozsypało się, a schody runęły na bok.

Cały budynek zaczął gwałtownie płonąć, jakby chciał się sam zniszczyć, zanim zrobi to ktoś inny. Z góry z hukiem spadały dachówki, płonące zasłony okienne fruwały w deszczu niczym wampiry. Dom trzaskał i skwierczał. Podłogi zaczęły się walić, łóżka buchały płomieniami, paliły się drzwi i ściany.

– Pan Vane jest w środku – powiedziała Lucy.

– I co mamy robić? – spytał Courtney. – Wbiec do środka, by go ratować? Po tym, co nawyprawiał?

– Nie musimy go ratować – odparł John. – Jest nieśmiertelny.

– Nie przeżył, jeśli ciało się spaliło – oświadczył wuj Robin. – Nawet nieśmiertelni giną od ognia. Ogień albo nabicie na pal, tylko w ten sposób można ich zabić. Dlaczego waszym zdaniem wbijano kołki w serca wampirów i palono ich trumny?

– Musimy sprawdzić – upierała się Lucy. – Nie możemy go tak po prostu zostawić, żeby się spalił. To morderstwo.

– A to, co on robił, to nie morderstwo?

– Oczywiście, co jednak nie znaczy, że mamy się zachowywać tak jak on. Nie do nas należy sądzenie i wykonywanie wyroków.

– Moim zdaniem także nie do nas należy ratowanie go.

Podeszli do frontu płonącego budynku. Dopiero kiedy tam dotarli, ujrzeli w pełni rozmiar zniszczeń. Dom był już właściwie tylko konstrukcją złożoną z kilku fragmentów ścian, połączonych pajęczyną płonących belek. Płomienie i iskry wznosiły się w burzowe niebo, a ogień był tak gwałtowny, że nawet silny deszcz nie mógł go stłumić.

Najdziwniejsze, że weranda została prawie nie zniszczona i zapraszała do przejścia między kamiennymi lwami, wejścia na schody i otworzenia prowadzących do piekła drzwi.

– Niemożliwe, by to przeżył – powiedziała Lucy. – Nie miał szans.

Stali przed werandą, kiedy zaczęli się zbierać pierwsi sąsiedzi i gapie. Niebo powoli przejaśniało się, a w oddali na mokrych dachach Tooting zabłysły promienie słońca.

– Zadzwoniłem po straż – powiedział starszy pan z parasolem i rzeczywiście po chwili usłyszeli jęk syren.

– Co się stało? – spytała siwa kobieta w cętkowanym kapeluszu przeciwdeszczowym. – Wybuchł gaz?

– Raczej niewypał – odpowiedział listonosz. – Po wojnie zostało ich mnóstwo w okolicy.

Nad budynkiem w dalszym ciągu strzelały w górę dwumetrowe płomienie. Podeszła do nich potężna kobieta w kapeluszu i spytała:

– Czy komuś coś się stało? Jestem ratowniczką i mogę udzielić pierwszej pomocy.

John nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Zarówno panu Cleatowi, jak i Vane’owi nic nie mogło pomóc – tak jak setkom ludzi, którzy kupowali od nich domy. Pierwsza pomoc? Jak dać pierwszą pomoc sanktuarium pełnemu kości? Żadne bandaże i maści nie uleczą tych, którzy mieli do czynienia z druidycznymi duchami.

Poczuł nagle wielkie zmęczenie.

Przyjechała straż pożarna, a zaraz potem policja i sanitariusze. Johna i pozostałą trójkę zepchnięto na bok i fachowcy zabrali się do gaszenia ognia. Zajęli się także ciałem pana Cleata.

Courtney wziął Johna za rękę i uśmiechnął się do niego, szczerząc wszystkie zęby.

– Udało ci się, stary! Nie myślałem, że dasz radę, ale nie popuściłeś, i wyszło. Nie sądzę, by ktokolwiek znów usłyszał o druidach, co?

Rozdział 19

– Mam po dziurki w nosie takich spraw jak te… – jęknął inspektor detektyw Carter.

John nie miał pojęcia, co na to odpowiedzieć. Od ponad pół godziny odpowiadał na pytania inspektora, starając się jak najbardziej przybliżyć go do prawdy. Nie mógł jednak nic powiedzieć o druidach i liniach ley. Tak się umówił z przyjaciółmi, z którymi uczestniczył w wydarzeniach przy Mountjoy Avenue. Dla wszystkich było jasne, że policja w nic takiego nie uwierzy, poza tym musieli jeszcze odwiedzić pozostałe domy pana Vane’a i pozamykać bramy do podziemnego świata.

Policja mogła nie wierzyć w duchy druidów z epoki żelaza, ale gdyby odkryła, że domy są jakoś ze sobą powiązane, John i jego towarzysze nie mieliby szansy dostania się do któregokolwiek z nich i zrealizowania swoich planów.

Inspektor detektyw Carter pociągnął z plastikowego kubeczka duży łyk zimnej kawy i skrzywił się.

– Takie sprawy jak te zaczynają się zdumiewająco. Rozumiesz, co mam na myśli? „Policja jest zdumiona zagadką zamurowanych kości”. Zdumienie jednak, zamiast się zmniejszać, rośnie i w końcu jest tak wielkie, że człowiek zapomina, co go na początku tak zdumiewało.

– Opowiedziałem o wszystkim – odparł John.

– Wiem, ale te wydarzenia są bez sensu. Mam wysadzony w powietrze dom i trupa w ogrodzie i im więcej mi wyjaśniasz, tym mniej rozumiem. – Przyciągnął sobie krzesło i usiadł. – Powtórzmy całą historię jeszcze raz. Pan Vane kazał ci przyjść wczoraj po południu do domu pod Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć, tak?

– Powiedział, że zamierza oprowadzić po domu paru ewentualnych klientów i chciałby, żebym zobaczył, jak prowadzi sprzedaż doświadczony agent.

– Ale kiedy przyszedłeś na miejsce, nie było żadnych klientów, tylko on sam?

– Zgadza się.

– Potem zjawili się twoi przyjaciele z biura, ponieważ się o ciebie martwili, tak?

– Tak.

– Czym się martwili? Chyba nie mieli powodu podejrzewać, że pan Vane zrobi ci jakąkolwiek krzywdę? A może mieli?

– Po prostu się martwili. Pan Rogers zniknął, kiedy zamierzał iść do tego domu, i podejrzewam, że nie chcieli, by ze mną zdarzyło się to samo.

– Co było dalej? Wyszedłeś z przyjaciółmi do ogrodu, wzięliście rurę do montowania rusztowań i wetknęliście ją w rabatę kwiatową.

– Zgadza się.

– Miał to być odgromnik, tak?

– Nie chcieliśmy, by w dom uderzył piorun.

Inspektor Carter wydął w rozpaczy policzki.

– Twoi przyjaciele mówią to samo, ale właśnie tu się gubię, John. Na jakiej podstawie uznaliście, że w dom może uderzyć piorun? Jaka była na to szansa? Poza tym dlaczego tak bardzo się tym martwiliście?

– Dom był prowadzony przez naszą firmę i naszym obowiązkiem było go chronić.

– Czy podczas każdej burzy biegacie do wszystkich sprzedawanych przez waszą firmę domów i wsadzacie w ogrodzie w ziemię rury do rusztowań?

– Jasne, że nie. To zajęłoby zbyt wiele czasu.

Carter zakrył oczy dłońmi. Bardzo, naprawdę bardzo usilnie starał się zrozumieć.

– Nie chcieliście, by w dom uderzył piorun, ale w wyniku wsadzenia w ziemię rury zginął wasz kolega David Cleat, a dom został zniszczony.

– Nie wiedzieliśmy, że coś takiego się stanie.

– Oczywiście. Nasz specjalista od zabezpieczania śladów też nie ma pojęcia, jak to się stało. Normalnie uderzająca w ziemię błyskawica wnika w głąb i nie powoduje nic poza drobnymi pożarami, w tym jednak przypadku wszystko wskazuje na to, że piorun przesunął się tuż pod ziemią po linii prostej… pięć do siedmiu kilometrów na północ i tyle samo na południe. Poza zabiciem pana Cleata i zniszczeniem domu przy Mountjoy Avenue sześćdziesiąt sześć straty wynoszą ponad sto pięćdziesiąt tysięcy funtów szterlingów. Głównie w popalonych szopach, werandach itepe.

– Wiem. Bardzo nam z tego powodu przykro.

– Przykro? Mnie też, ale chyba nie mogę was oskarżyć o wbicie w ziemię rury rusztowaniowej.

– Nie wiem. Nie znam się na prawie.

Inspektor Carter przyjrzał się podejrzliwie Johnowi, zastanawiając się, czy chłopak nie stroi sobie z niego żartów.

– Nie potrafię także wyobrazić sobie, co się stało z panem Vane’em. Jego samochód stoi w dalszym ciągu na ulicy, czyli nie odjechał nim. Nie sądzę jednak, żeby podczas takiej burzy poszedł do domu na piechotę. O ile wiemy, nie było go w chwili wybuchu w domu… przynajmniej jak na razie nie znaleźliśmy szczątków.

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi i wszedł sierżant Bynoe.

– Mogę na słówko, szefie?

Pochylił się nad inspektorem i zaczął mu coś szeptać do ucha. John widział, jak Carterowi rozszerzają się oczy. Inspektor zaczekał, aż Bynoe wyjdzie, po czym wstał i obszedł stół.

– Tak się składa, że odkryliśmy czyjeś szczątki. Strażacy zburzyli ścianę na tyłach domu i natknęli się na pomieszczenie pełne ludzkich szkieletów. Na oko jest tam jakieś siedemdziesiąt do osiemdziesięciu sztuk. Pomieszczenie było całkowicie zamurowane i niedostępne z zewnątrz, ale przynajmniej jeden ze szkieletów wygląda, jakby miał dopiero kilka dni. – Pochylił się nad Johnem, dysząc na niego miętowym odświeżaczem do ust. – Nie wiesz przypadkiem nic o tym, hę?

John energicznie pokręcił głową. Inspektor Carter obserwował go niemal przez minutę, a potem wyprostował się i wrócił do swojego krzesła.

– Mam nadzieję, że niczego przede mną nie ukrywasz, John. Bo jeśli tak, możesz mieć spore kłopoty.

John nie odpowiedział. Doskonale sobie wyobrażał, co powiedziałby Carter, gdyby usłyszał prawdę. Poza tym coraz bardziej się niecierpliwił, chciał zobaczyć się z Lucy i pozostałymi.

Mieli do załatwienia parę spraw.

Spotkali się w „Pod Piórami” i zamówili na lunch bułki z serem i chrupki. Wszyscy wyglądali na mocno zmęczonych i byli nieco posiniaczeni, co ściągnęło na nich kilka zaciekawionych spojrzeń.

– Mieliśmy dość trudny poranek, więc może załatwmy dziś tylko dwa domy. Co powiecie na Abingdon Gardens i Greyhound Road? Zacznijmy od Abingdon Gardens, jest bliżej. Jutro możemy ułożyć plan, w jakiej kolejności zająć się pozostałymi. – Lucy wyjęła z torebki pęk z kopiami kluczy. – Jeden załatwiony, zostało dwadzieścia sześć.

– Włożyłem do samochodu młot i oskard – powiedział Courtney. – Mam nadzieję, że policja nie zatrzyma mnie za posiadanie narzędzi do włamania.

Wyszli z pubu i pojechali BMW Courtneya na Abingdon Gardens. Po burzy poprzedniego dnia niebo się przeczyściło, świeciło słońce. John siedział z tyłu z Lucy, która po chwili wzięła go za rękę.

– Dotarło już do ciebie, że teraz, kiedy nie ma pana Vane’a, straciliśmy pracę? – spytała.

– Jeszcze nie znaleziono ciała.

– Prawdopodobnie spaliło się na popiół. Widziałeś, jaki to był straszliwy ogień.

– Nawet jeśli udało mu się jakimś sposobem wyjść z tego cało, na pewno nas nie zatrzyma w agencji.

– Bardzo mi żal Cleaty’ego.

– Mnie też, ale wiedział, co robi pan Vane, i odwracał głowę.

Dojechali do domu na końcu Abingdon Gardens. Kiedy Lucy wysiadła z samochodu, aż się wzdrygnęła.

– Na widok tego miejsca od razu dostaję dreszczy.

Choć słońce świeciło, dom robił wrażenie, jakby był wilgotny i nieco wyblakły oraz od dawna nie zamieszkany. Okna wyglądały jak puste oczodoły. Trójka przyjaciół podeszła do budynku i weszła na frontowe schody. Lucy szła pierwsza, ona też otworzyła drzwi. Courtney szedł tuż za nią z młotem i oskardem.

W środku panował chłód. Zatrzymali się na chwilę i zaczęli słuchać, ale usłyszeli jedynie gruchanie siedzącego na którymś z kominów gołębia.

– Chodźcie – powiedziała Lucy i poprowadziła ich do salonu.

Kominek – nie tak wielki jak w domu przy Mountjoy Avenue 66 – był obłożony zmatowiałymi zielonymi kafelkami i tak samo jak tam, pośrodku górnego obramowania paleniska, wmurowano grubo ociosany kamień wielkości standardowej cegły. Wyryto na nim pięć rozgałęziających się znaków runicznych.

– Bierzmy się do roboty – mruknął John. – Im szybciej wyrwiemy ten kamień, tym lepiej.

Courtney zdjął elegancki żółty płaszcz i podniósł w górę oskard.

– Odsuńcie się.

Trafił w kamień pierwszym uderzeniem, odłupując kawałek. Uderzył ponownie i tym razem udało mu się trafić w trzymającą kamień zaprawę. Po trzecim uderzeniu kamień na tyle się obluzował, że wypadł z konstrukcji i uderzył o podłogę.

– Teraz spokojnie… – powiedział John. – Musimy jeszcze rozbić go na kawałki.

– Jest dość miękki, jak wapień z Bath.

Courtney znów uniósł oskard i uderzył, a kamień rozpękł się na pół. Właśnie zamierzał wziąć kolejny zamach, kiedy bezgłośnie otworzyły się drzwi do jadalni. Lucy aż podskoczyła, a Courtney opuścił narzędzie.

– Nie bójcie się – uspokoił ich John. – To tylko wia…

Drzwi otworzyły się szerzej i do pokoju wkuśtykał pan Vane. Miał szeroko otwarte oczy i widać było w nich szaleństwo, bok jego twarzy pokrywała warstwa zakrzepłej krwi. Obie dłonie były grubo obandażowane podartym na pasy prześcieradłem. Pan Vane stanął, wpatrując się w nich w milczeniu. Na jego twarzy malowała się gorycz i nienawiść.

– Myśleliśmy, że pan nie żyje… – przerwała w końcu ciszę Lucy. – Potrzebuje pan lekarza?

Pan Vane pokuśtykał na środek pokoju i spojrzał na pęknięty kamień, a potem popatrzył po kolei na każdego z trójki swoich byłych pracowników.

– Zdajecie sobie sprawę z tego, co zrobiliście?

– Mam nadzieję, że udało nam się przeszkodzić panu w dalszym składaniu ofiar z ludzi – odparła Lucy.

– Ludzie! – wyrzucił z siebie pan Vane tak, jakby spluwał. – Nie macie pojęcia, na czym ten świat polega! Nawet się tego nie domyślacie! Mówisz mi o ludziach? Ja mówię o bogach! Mówię o istotach, które posiadły tak wielką moc, że mogły przesuwać góry! Mówię o ich duszach, które przetrwały i mogą pewnego dnia sprawić, że te istoty się odrodzą i zaczną czynić takie czary, iż ludzie – tacy jak wy – będą oddawać im boską cześć!

– Bez względu na to, co pan myśli, nie miał pan prawa zabijać – oświadczył John.

Pan Vane zignorował te słowa i zaczął powoli okrążać pokój, wyraźnie pociągając nogą.

– Udało mi się wyjść z domu, zanim posłaliście piorun wzdłuż linii ley. – Poruszał ustami z wyraźnym trudem i był tak wściekły, że ledwie mógł mówić. – Ta błyskawica zniszczyła setki dusz druidów, wśród nich także najwspanialsze duchy w druidycznej historii. Krzyk ich cierpienia niósł się liniami ley do najdalszych krańców kraju. Stracone zostało magiczne dziedzictwo. Przepadła wielka cywilizacja. W dniu wczorajszym zginęła historia.

– Historię tworzą ludzie, nie duchy – powiedziała Lucy.

Pan Vane dotknął stopą pękniętego druidycznego kamienia.

– Co jeszcze zaplanowaliście? Zamknąć wszystkie bramy między światem realnym i magicznym? Cóż z was za pragmatyczne, pozbawione wyobraźni istoty! Nie chcecie, by w waszym życiu istniało cokolwiek niebezpiecznego, tak? Zamierzacie pozbyć się wszystkiego, czego nie da się wyjaśnić… – Wziął głęboki, ale nierówny wdech. – Mam dla was przykrą wiadomość: nic z tego. Bramy pozostaną otwarte. Zostało jeszcze wiele druidycznych dusz, a kiedy umrą żyjący dziś druidzi, ich dusze przetrwają. Zmęczyło mnie składanie ofiar i nie udało mi się, John, namówić cię, byś przejął ode mnie pałeczkę, ale znajdę kogoś, kto podejmie się tego zadania. Na pewno kogoś skusi obietnica nieśmiertelności. Druidzi będą żyć w tym kraju – należącym przecież do nich – jeszcze długo po tym, jak świat o tobie zapomni, John.

– Nie sądzę – odparł Courtney.

– Nie sądzisz?

– Właśnie, ponieważ zamierzamy pana powstrzymać.

Pan Vane uśmiechnął się, a potem roześmiał się głośno.

– Co pana tak śmieszy? – spytał John.

– Wy. Naprawdę nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo bawi mnie wasza bezpodstawna pyszałkowatość. – Odwrócił głowę i zawołał: – Aedd!! Aedd Mawr!!

Usłyszeli cichy poszum, jakby coś sunęło po podłodze. Coś uderzyło w drzwi, które otworzyły się z takim impetem, że huknęły w ścianę, i do pokoju weszła dębowa rzeźba. Nie wyglądała jednak tak jak w chwili, kiedy John ją po raz pierwszy zobaczył: była czarna, ponadpalana i brakowało jej części jednego ramienia, zamiast którego sterczał groteskowy kikut. Twarz z kości słoniowej została topornie przymocowana gwoździami do głowy, ale była z jednej strony tak paskudnie przypalona, że nie wyglądała już spokojnie i łagodnie. Szczerzyła się tak straszliwie, że na ten widok trójka przyjaciół aż się cofnęła.

– Udało mi się wyciągnąć Aedda z płomieni, niestety popaliłem sobie przy tym ręce. Patrzcie! – Złapał jeden z bandaży na ręku zębami i odwinął go. Zamiast dłoni miał spalony kikut bez palców. Kiedy pomachał nim Lucy pod nosem, dziewczyna odskoczyła z przerażeniem. – Ale uratowałem Aedda Mawra i zostanę za to wynagrodzony! Wy też dostaniecie nagrodę… odpowiednią do tego, co zrobiliście.

Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia rzeźba wyciągnęła nie uszkodzoną rękę i złapała Lucy za ramię. Courtney zamachnął się młotem, jednak drewniana postać błyskawicznie pchnęła go kikutem drugiej ręki i Courtney poleciał na ścianę, waląc w nią plecami.

John spróbował wyrwać Lucy rzeźbie, ale jej uchwyt był zbyt silny. Ściskając swoją ofiarę za gardło, drewniany stwór przycisnął ją sobie do zwęglonego torsu. Lucy zaczęła charczeć i kopać w powietrzu.

Courtney wstał i machnął kilka razy młotem. Pan Vane schował się za plecami rzeźby.

– To nic nie da – oświadczył. – Nie trafisz żadnego z nas nie uderzając Lucy, a jeśli natychmiast nie odłożysz tej zabawki, powiem mojemu przyjacielowi, by złamał jej kark.

– Zostaw ją – wydyszał John. – Ostrzegam cię… zostaw ją w spokoju!

Schylił się i wziął oskard.

– Co zamierzasz tym zrobić? – szydził pan Vane. – Ledwie możesz to unieść.

Courtney próbował obejść rzeźbę, ale ona – nie puszczając Lucy – przesuwała się tak, by zasłaniać siebie i niemal przyklejonego do niej z tyłu pana Vane’a z dziewczyną.

– Daj spokój, Courtney – powiedział John. – Będziemy musieli zgodzić się na jego warunki.

– Co?! Pozbyliśmy się większości jego przyjaciół… Jak długo, twoim zdaniem, jeszcze wytrzyma?

– To nie ma sensu, Courtney. Widzisz, jaki on jest. Każe rzeźbie zabić Lucy i nie powstrzymamy go.

John zrobił dwa kroki do przodu i stanął pół metra przed rzeźbą. Wpatrywała się w niego wściekle wykrzywiona.

– Nie wiem, jakie duchy w tobie mieszkają – zaczął – ale proszę, żebyś nie krzywdził tej dziewczyny i puścił ją.

– Musisz przyrzec, że nie będziesz niszczył kamieni z runami – oznajmił pan Vane.

John skinął głową.

– Dobrze. Obiecuję. Wszyscy obiecujemy.

– Wspaniale – odparł z uśmiechem pan Vane. – A żeby zagwarantować, że dotrzymasz obietnicy, za chwilę każę Aeddowi Mawrowi udusić Lucy na twoich oczach. Żadna druidyczna obietnica nie ma mocy, jeśli nie złoży się ofiary.

– Nie! – krzyknął John i znów pociągnął Lucy za rękę, rzeźba zaczęła jednak wymachiwać w jego kierunku kikutem i tak mocno ścisnęła gardło Lucy, że dziewczyna wydała z siebie piskliwy, zduszony charkot. John był przerażony, ale także zrozpaczony i wściekły.

– Obiecałeś ją uwolnić!

– I tak zrobię. Uwolnię ją od materialnego ciała. Będzie mogła swobodnie poruszać się wraz z innymi duszami wzdłuż linii ley.

– Jeśli zrobisz jej choć jeden siniak, połamię ci wszystkie kości! – wrzasnął Courtney.

Pan Vane odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się jeszcze głośniej.

– Po tylu latach i setkach ofiar ile waszym zdaniem jest dla mnie warte jeszcze jedno życie?

John jeszcze się wahał, ale kiedy rzeźba mocniej zacisnęła rękę na gardle Lucy i dziewczyna zaczęła sinieć, zdecydował się. Pochylił nisko głowę i nie wypuszczając z dłoni oskarda, skoczył przewrotem na podłogę – w sposób, jaki zaobserwował w telewizji u amerykańskich gliniarzy. Zakończył koziołek tuż za plecami pana Vane’a i błyskawicznie wstał.

Dalszy ciąg odbył się jakby w zwolnionym tempie. John nigdy przedtem by nie uwierzył, że jest do czegoś takiego zdolny, i także teraz nie był pewny swego. Zobaczył odwracającą się ku niemu głowę pana Vane’a i wyszczerzone w wyrazie zdumienia żółte zęby. Znowu usłyszał charkot Lucy. Uniósł oskard i zamachnął się niczym golfista.

– Nieee!! – wrzasnął pan Vane, ale nim skończył, czubek oskarda już wbijał mu się w plecy. Stal przeszła na wylot przez jego ciało i wbiła się głęboko w rzeźbę, powodując głośny trzask, przypominający łamanie grubej deski. Pan Vane, głośno charcząc, próbował sięgnąć obandażowaną ręką za plecy, by wyciągnąć stal.

Rzeźba wyrzuciła ramiona w górę i wydała z siebie ryk bólu i wściekłości, tak donośny, jakby wydobywał się z tysiąca gardeł. Gdy zatoczyła się do tyłu, Courtney złapał Lucy, a drewniana postać z przyszpilonym do niej panem Vane’em zaczęła miotać się po salonie, bezradnie drapiąc stopami o podłogę.

Jej ruchy stawały się jednak coraz powolniejsze i w końcu przewróciła się na bok, pociągając za sobą pana Vane’a. Upadli na podłogę z łoskotem. Pan Vane leżał, trzymając jedną rękę na zwęglonym barku rzeźby, z kącika jego ust ciekła cienka strużka krwi.

Courtney ukląkł obok.

– Niech się pan nie rusza – powiedział. – Wyciągnę oskard.

– Nie… nie rób tego. Już za późno i nie chcę więcej bólu. – Jego oczy powoli zaciągały się mgłą. – Cieszę się, że to już koniec…

Lucy odwróciła się i John mocno ją objął. Courtney wstał.

– Wysadzenie domu jakoś nam uszło na sucho, ale jak wyjaśnimy to, co się tutaj stało? – spytał.

Jednak po chwili rzeźba zaczęła się zapadać w podłogę, pociągając za sobą pana Vane’a. Najpierw zniknął kikut, potem bark. Po kilku minutach nad podłogą pozostały już tylko dwa ramiona – jedno drewniane i jedno ludzkie.

Jeszcze kilkanaście sekund i także one zniknęły bezgłośnie.

– Przecież rozbiliśmy kamień – powiedział John. – Jak mogli zostać mimo to wciągnięci w podłogę?

– Popatrz… – odparł Courtney. – Kamień jest pęknięty, ale runy są całe. To nauczka na przyszłość, jak niszczyć pozostałe kamienie.

– Teraz nie marzę o niczym innym, jak tylko o pójściu do domu – oznajmiła Lucy.

Zakończyli swoje zadanie dwa tygodnie później, wyrywając kamień runiczny w dużym domu z widokiem na Derbyshire Dales. Courtney dał go Lucy ze słowami:

– Rozbij go na jak najmniejsze kawałki.

Lucy wzięła kamień do ogrodu, podczas gdy John i Courtney rozglądali się ostatni raz po domu.

– Cieszę się, że to już koniec – mruknął John, nieświadomie powtarzając ostatnie słowa pana Vane’a.

Courtney klepnął przyjaciela w plecy.

– Chodźmy stąd. Przyda nam się lunch.

Było ciepłe popołudnie i wiał przyjemny wietrzyk. Zamknęli za sobą furtkę i poszli do samochodu Courtneya. Lucy już na nich czekała.

– I co teraz? – spytał Courtney. – Uratowaliśmy świat i jesteśmy trzema bezrobotnymi agentami handlu nieruchomościami.

– Może powinniśmy założyć własną agencję? – zaproponowała Lucy. – Moglibyśmy połączyć nasze zasoby i wynająć własne biuro.

– Już to nawet widzę… – rozmarzył się Courtney. – „Tulloch, Mears i French”. Najlepsi agenci w historii. Broszury na kredowym papierze, cotygodniowe reklamy w „Country Life”…

– Nie – przerwał mu John. – Mam lepszy pomysł. „PLECIUGI – agenci handlu nieruchomościami, zdradzający przed sprzedażą wszystkie minusy nieruchomości. Głośni sąsiedzi… osuwanie się gruntu… murszejące drewno… nie ukrywamy niczego”.

– A co ze szkieletami w ścianach? – zapytała Lucy.

Nagle wielka chmura zasłoniła słońce i zrobiło się chłodno. Wsiedli do samochodu i zanim zaczęło się rozjaśniać, zdążyli przejechać parę kilometrów.

Następnego popołudnia Lucy poszła do wuja Robina. Siedział w ogródku, sypiąc orzechy i rodzynki na tacę dla ptaków. Na wietrze kręcił się mały, biało-czerwony wiatraczek.

– Zdobyłaś go dla mnie?

Podała mu miękko wymoszczoną torbę pocztową. Wziął ją do ręki, by wyczuć wagę.

– Wspaniała robota, Lucy. Jesteś dobrą dziewczynką. Zawsze taka byłaś. Wiesz co? Druidzi byli okrutni i bezlitośni, ale byli także największymi magami, jakich stworzył i stworzy ten kraj.

Kiedy weszli do kuchni, sięgnął do torby i wyjął kamień z runicznymi napisami. Zaczął go oglądać ze wszystkich stron i dopiero po dłuższym czasie odłożył.

– Nie spowoduje to żadnych problemów, prawda? – spytała Lucy. – Potrzebujesz go tylko do celów badawczych? Nie będzie już ofiar z ludzi ani nic w tym rodzaju?

– Oczywiście, że nie. – Oczy wuja jarzyły się radością. – Teraz będę mógł badać dusze druidów bezpośrednio… z pierwszej ręki. To tak, jakby znaleźć sposób komunikowania się ze starożytnymi Grekami albo ludźmi z Atlantydy. Bezpowrotne stracenie takiej cywilizacji byłoby katastrofą.

– Muszę już iść – powiedziała Lucy. – Umówiłam się z Johnem. Zabiera mnie do klubu.

– Miły chłopak. Nie zamierzasz mu chyba powiedzieć o…

Lucy pokręciła głową.

– To dobrze. Niech to zostanie naszą małą tajemnicą.

Graham Masterton

***