Coben to współczesny mistrz thrillera, którego przyrównuje się zarowno do Agaty Christie, jak Roberta Ludluma. Precyzyjnie skonstruowana intryga, mistrzowsko stopniowane napięcie, fałszywe tropy prowadzące donikąd, pozornie niemożliwe do wyjaśnienia zagadki pojawiające się niemal na każdej stronie, zaskakujące zakończenie, którego nie domyśli się nawet najbardziej przenikliwy czytelnik, to podstawowe cechy jego pisarskiego stylu. Aż w ośmiu powieściach pojawia się ulubiony literacki bohater Cobena, Myron Bolitar, były pracownik FBI, agent sportowy i detektyw-amator w jednej osobie, który nieustannie wplątuje się w kryminalne kłopoty. Na Myrona jak grom spada wiadomość, że ma nieślubnego syna, którego istnienia nawet nie podejrzewał. Co więcej, Jeremy choruje na rzadką odmianę białaczki – by go uratować, konieczny jest przeszczep szpiku kostnego. Niestety, jedyny zarejestrowany dawca, niejaki Taylor, przepadł bez śladu. Myron ustala jego prawdziwe nazwisko – Lex. Ale Lex jest nieuchwytny, a podający się za niego człowiek przez telefon każe mu pożegnać się z chłopcem. Powtarza przy tym maniakalnie "siej ziarno". Siej Ziarno to przydomek seryjnego porywacza i mordercy opisanego w serii artykułów przez Stana Gobbsa – dziennikarza, którego media i FBI oskarżyły o fabrykowanie informacji. Są na to niepodważalne dowody. Czy rzekomy zabójca i dawca to jedna i ta sama osoba…

Harlan Coben

Najczarniejszy strach

Darkest Fear

Z angielskiego przełożył Andrzej Grabowski

Kiedy ojciec daje synowi, obaj się śmieją.

Kiedy syn daje ojcu, obaj płaczą.

Przysłowie żydowskie

Tę książkę dedykuję Twojemu ojcu.

I mojemu.

– Czego się boisz najbardziej? – szepcze głos. – Zamknij oczy i wyobraź sobie najczarniejszy strach. Widzisz? Czujesz? Najgorszą udręką dostępną wyobraźni?

– Tak – mówię po dłuższym milczeniu.

– Dobrze. A teraz wyobraź sobie coś gorszego, coś znacznie, znacznie gorszego…

Z artykułu Stana Gibbsa Przerażony umysł,

„New York Herald” z 16 stycznia

1

Godzinę wcześniej, nim jego świat rozpękł się niczym dojrzały pomidor pod obcasem szpilki, Myron ugryzł świeży pasztecik o smaku podejrzanie zbliżonym do kostki zapachowej z pisuaru.

– No i? – spytała matka.

Po pyrrusowym zwycięstwie nad własnym gardłem zdołał przełknąć kęs.

– Niczego sobie – odparł.

Pokręciła głową z dezaprobatą.

– O co chodzi?

– Że też ja, prawniczka, nie nauczyłam cię lepiej łgać.

– Starałaś się, jak mogłaś.

Wzruszyła ramionami i machnęła ręką na „pasztecik”.

– Piekłam pierwszy raz w życiu, bube. Powiedz prawdę.

– Smakuje jak kostka pisuarowa.

– Jak co?

– Kostka z męskiej toalety. Z pisuaru. Wkładają je tam, żeby pachniały.

– I ty je jesz?

– Nie…

– Czy to dlatego twój ojciec spędza tyle czasu w toalecie? Chrupie kostki? A ja myślałam, że dokucza mu prostata.

– Żartowałem, mamo.

Uśmiechnęła się niebieskimi oczami ze śladami czerwieni, której nie usuwają krople do oczu, czerwieni, której nabywa się, często gęsto płacząc. Zwykle miała dystans do swojej roli. Popłakiwanie nie było w jej stylu.

– Ja też, filucie. Myślisz, że ty jeden w tej rodzinie masz poczucie humoru?

Myron nie odpowiedział. Spojrzał na „pasztecik”. Przez ponad trzydzieści lat, odkąd tu mieszkała, matka niczego nie upiekła – ani według przepisów, ani z głowy, ani nawet z ciast w proszku w rodzaju porannych rogalików firmy Pillsbury. Bez dokładnej instrukcji nie potrafiłaby nawet zagotować wody i nie skalała się gotowaniem, za to błyskawicznie wkładała do mikrofalówki podłą mrożoną pizzę, tańcząc palcami po programatorze tak żwawo jak Nurejew w Lincoln Center. Kuchnia w domu Bolitarów była głównie miejscem spotkań – rodzinną świetlicą, jak kto woli – a nie przybytkiem sztuki kulinarnej. Okrągły stół okupowała zastawa z czasopism, katalogów i tekturowych białych pojemników po chińskim jedzeniu na wynos. Na kuchence działo się mniej niż w filmach spółki Merchant-Ivory. A piekarnik był rekwizytem wyłącznie na pokaz jak Biblia na biurku polityka.

Stało się coś niedobrego.

W dużym pokoju, gdzie siedzieli – z pokrytą imitacją skóry białą, wysłużoną, składaną kanapą i turkusowym dywanem, kudłatym jak pokrowiec na deskę klozetową – Myron poczuł się niczym dorosły Greg Brady. Raz po raz zerkał przez okno na zatkniętą przed domem tablicę „Na sprzedaż” jakby to był statek kosmiczny, z którego zaraz wyjdzie jakiś obcy złowrogi stwór.

– Gdzie tata? – spytał.

Matka skinęła z rezygnacją ręką w stronę drzwi.

– Jest w piwnicy.

– W moim pokoju?

– W twoim dawnym pokoju. Wyprowadziłeś się, pamiętasz?

Rzeczywiście się wyprowadził, jako trzydziestoczteroletni nieopierzony młokos. Pediatrzy i psychologowie dziecięcy śliniliby się na taką gratkę i pogwizdywali z dezaprobatą, że marnotrawny syn tak długo nie opuszcza bezpiecznego kokonu rodzinnego, choć dawno temu powinien zmienić się w motyla. Ale Myron miał na to kontrargumenty. Mógł powołać się na kultywowaną w większości kultur tradycję zamieszkiwania dzieci pod jednym dachem z rodzicami i dziadkami i postawić tezę, iż w dobie rozpadu więzi rodzinnych taka filozofia pomogłaby ludziom zakorzenić się, a tym samym przyczynić do rozkwitu społeczeństwa. Gdyby takie rozumowanie kogoś nie przekonało, mógł dostarczyć innych. Miał ich milion.

Ale prawda była znacznie prostsza; lubił przebywać z mamą i tatą w domku na przedmieściach, nawet jeśli przyznanie się do takiej słabości było równie modne, jak słuchanie ośmiościeżkowych nagrań Air Supply.

– Co się dzieje? – spytał.

– Ojciec nie wie, że przyjechałeś. Spodziewa się ciebie za godzinę.

Zaskoczony Myron skinął głową.

– A co on robi w piwnicy?

– Kupił sobie komputer. I tam się nim bawi.

– Tata?

– Sam widzisz. Z człowieka, który bez instrukcji nie potrafi wkręcić żarówki, zamienia się raptem w Billa Gatesa. Cały czas siedzi w interesie.

– W Internecie, mamo.

– W czym?

– To się nazywa Internet.

– Myślałam, że interes. Kupno, sprzedaż, te rzeczy.

– Nie, Internet. Inaczej sieć.

Ellen Bolitar strzeliła palcami.

– O właśnie! Tak czy siak twój ojciec siedzi tam na okrągło i zakłada sieć czy co tam. Rozmawia z różnymi ludźmi. Tak twierdzi. Z zupełnie nieznanymi. Jak kiedyś przez krótkofalówkę, pamiętasz?

Myron pamiętał. Połowa lat siedemdziesiątych. Żydowscy tatusiowie z przedmieść ostrzegali się w drodze do delikatesów przed drogówką. Kawalkada cadillaców seville. „Przyjąłem, dzięki, kolego!”.

– To nie wszystko – ciągnęła. – Pisze pamiętniki. Człowiek, który bez pomocy podręcznika do stylistyki nie robi listy zakupów w spożywczym, raptem spisuje memuary jak jakiś wiceprezydent.

Sprzedawali dom. Myron wciąż nie mógł w to uwierzyć. Błądząc spojrzeniem po znanym na pamięć otoczeniu, zatrzymał wzrok na fotografiach biegnących wzdłuż schodów. Dokumenowały dojrzewanie jego rodziny przez pryzmat zmieniającej się mody – spódnic i baczków, to krótszych, to dłuższych, pseudohipisowskich falban, zamszaków, psychodelicznych wzorów, garniturów sportowych, spodni dzwonów, smokingów z żabotami w złym guście nawet w kasynach w Las Vegas – lat upływających z ramki na ramkę, jak ludzkie życie w dołujących reklamach towarzystw ubezpieczeniowych. Przyjrzał się swoim zdjęciom z czasów, gdy grał w koszykówkę – temu z szóstej klasy, na którym wykonywał rzut osobisty, temu z ósmej, na którym szarżował na kosz, temu ze szkoły średniej, na którym robił wsad – i kończącym rząd okładkom „Sports Illustrated” – dwóm z czasów gry w drużynie Uniwersytetu Duke’a i tej z nogą w gipsie, z biegnącym na wysokości jego zagipsowanego kolana pytaniem: CZY TO KONIEC KARIERY? (Wypisana w jego duszy wołami odpowiedź brzmiała: TAK!).

– Źle z nim? – spytał.

– Tego nie powiedziałam.

– I to mówi prawniczka? – Myron pokręcił głową.

– Daję zły przykład?

– Nic dziwnego, że przy takiej matce nie wyrosłem na polityka.

Splotła ręce na kolanach.

– Musimy porozmawiać – powiedziała tonem, który mu się nie spodobał. – Ale nie tutaj – dodała. – Przejdźmy się.

Skinął głową. Wstali, ale nim dotarli do drzwi, odezwała się jego komórka. Wydobył ją z szybkością, która zadziwiłaby szeryfa Wyatta Earpa. Odchrząknął i przyłożył słuchawką do ucha.

– RepSport MB – odezwał się gładkim zawodowym tonem. – Myron Bolitar, słucham.

– Przez telefon masz miły głos – powiedziała Esperanza. – Jak Billy Dee chowający dwa kolty czterdziestkipiątki.

Esperanza Diaz była jego długoletnią sekretarką, a obecnie partnerką w agencji sportowej RepSport MB (wiernym czytelnikom przypominam: M to Myron, B to Bolitar).

– Liczyłem na telefon od Lamara.

– Jeszcze nie zadzwonił?

– Nie.

Myron był niemal pewien, że zmarszczyła brwi.

– No, to leżymy i kwiczymy.

– Jakie leżymy i kwiczymy? Dostaliśmy małej zadyszki.

– Małej? Takiej jak Pavarotti na maratonie w Bostonie.

– Dobre!

– Dzięki.

Bejsbolista Lamar Richardson, wyśmienity lewy środkowy łapacz, zdobywca Złotej Rękawicy, stał się niedawno „wolnym elektronem”. Agenci szeptali te dwa słowa tak nabożnie, jak mufti szepcze: „Chwała Allahowi!”. Szukający nowego menedżera Lamar zawęził w końcu wybór do trzech agencji: dwóch potężnych, z biurami wielkości magazynów hurtowni, i wspomnianej już, małej jak pryszcz, ale gwarantującej osobiste kontakty RepSport MB. Rośnij, pryszczu!

Obserwując bacznie stojącą w drzwiach matkę, Myron przyłożył słuchawkę do drugiego ucha.

– Coś jeszcze? – spytał.

– Nie zgadniesz, kto zadzwonił.

– Elle i Claudia domagają się kolejnego rendez-vous we troje?

– U-u-u, blisko.

Esperanza nigdy nie mówiła mu niczego wprost. Przyjaciele zawsze urządzali mu teleturniej.

– Nie podpowiesz mi trochę?

– Jedna z twoich byłych kochanek.

Serce mu podskoczyło.

– Jessica.

Esperanza zabuczała.

– Nic z tego, nie ta zołza.

Zagadka. Miał za sobą tylko dwa dłuższe związki miłosne: trzynastoletni – z przerwami – z Jessicą (należący do przeszłości), a wcześniej… musiałby się cofnąć aż do…

– Emily Downing? – spytał.

– Dzyń, dzyń!

Serce przeszył mu jak sztylet obraz Emily. Siedziała z podwiniętymi nogami na zniszczonej kanapie w podziemiu akademika, w za dużej bluzie z liceum, w której ginęły co chwila jej rozgestykulowane dłonie, i uśmiechała się do niego po swojemu.

Zaschło mu w gardle.

– Czego chciała? – spytał.

– Nie wiem. Powiedziała tylko z taaakim przydechem, że musi z tobą porozmawiać. Zabrzmiało to bardzo dwuznacznie.

W ustach Emily wszystko brzmiało dwuznacznie.

– Jest dobra w łóżku? – spytała Esperanza.

Będąc nader atrakcyjną biseksualistką, w każdym widziała ewentualnego partnera do łóżka. Myron zastanawiał się, jak to jest mieć i rozważać tyle możliwości, uznał jednak – mądrze – że lepiej nie zagłębiać się w ten temat.

– A co dokładnie powiedziała?

– Nic konkretnego. Ale wyrzuciła z siebie wiązankę namiętnych zachęt: pilne, nóż na gardle, sprawa życia i śmierci itepe, itede.

– Nie chcę z nią rozmawiać.

– Tak myślałam. Potraktować ją wykrętami, jeśli znów zadzwoni?

– Bardzo proszę.

– No, to más tarde.

Kiedy się rozłączył, uderzył w niego jak niespodziewana fala o brzeg drugi obraz. Ostatni rok studiów w Duke. Emily, bardzo opanowana, rzuca bluzę na łóżko i wychodzi… Wkrótce potem poślubiła człowieka, który zrujnował mu życie.

„Oddychaj głęboko – przykazał sobie. – Wdech, wydech. Dobrze”.

– Wszystko w porządku? – zainteresowała się matka.

– Tak.

Z dezaprobatą pokręciła głową.

– Nie kłamię – zapewnił.

– Jasne, naturalnie, przecież ty zawsze sapiesz tak, jakbyś komuś gadał świństwa przez telefon. Jeśli nie chcesz nic powiedzieć własnej matce…

– Nie chcę.

– …która wychowała cię i…

Myron jak zwykle przestał jej słuchać. Znów odbiegała od tematu, rozwodząc się nad przeszłością i tak dalej. Robiła to bardzo często. Była całkiem nowoczesną, wczesną feministką, która maszerowała ramię w ramię z Glorią Steinem, stanowiąc dowód, że – by zacytować hasło z jej koszulki – „Miejsce kobiety jest w domu… i w Senacie”, ale na widok syna cała jej postępowość opadała z niej i spod spalonego stanika wyłaniała się prosta Żydówka w chuście na głowie. Dzięki temu Myron miał ciekawe dzieciństwo.

Wyszli z domu. Nie spuszczając oka z tablicy „Na sprzedaż”, jakby bał się, że nagle wymierzy w nich broń, wyobraźnią przeniósł się do dnia, którego nie widział – słonecznego dnia, kiedy jego rodzice, mama z brzuchem pękatym od ciąży, przyjechali tu pierwszy raz, trzymając się za ręce, oboje wystraszeni i uszczęśliwieni, że ten szablonowy dwupoziomowy dom z trzema sypialniami będzie ich statkiem, ich parowcem „Amerykańskie Marzenie”. A w tej chwili ich rejs, chcąc nie chcąc, dobiegał końca. Nie dla nich były już bzdurne porady: „Zamknij jedne drzwi, otwórz następne”. Tablica „Na sprzedaż” oznaczała kres – kres młodości, wieku średniego, rodziny, świata dwojga ludzi, którzy zaczęli tu wspólne życie, razem walczyli, wychowywali dzieci, na zmianę z innymi rodzicami wozili je do szkoły, pracowali, żyli.

Myron i matka ruszyli ulicą. Przy krawężniku piętrzyły się liście, pewny znak jesieni na przedmieściach, a dmuchawy na trawnikach roztrącały stojące powietrze jak helikoptery nad Sajgonem. Myron szedł wewnętrzną stroną chodnika, omijając żółtorude stosy. Podobał mu się, nie wiedzieć dlaczego, szelest martwych liści pod butami.

– Ojciec rozmawiał z tobą – powiedziała matka; zabrzmiało to jak pytanie – o tym, co się stało.

Myrona ścisnęło w żołądku. Zanurzył stopy w liście, wyżej unosząc nogi i głośniej szeleszcząc.

– Tak.

– Co ci powiedział?

– Że kiedy byłem na Karaibach, poczuł bóle w piersi.

Dom Kaufmanów, który zawsze był żółty, nowi właściciele pomalowali na biało. Jego nowy kolor kłócił się z otoczeniem. Niektórym domom sprawiono elewacje z aluminium, a innym dobudówki, powiększając kuchnie i sypialnie małżeńskie. Młoda rodzina, która wprowadziła się w miejsce Millerów, pozbyła się charakteryzujących ich siedzibę skrzynek z feerią kwiatów. Nowi właściciele domu Davisów usunęli wspaniałe krzewy, które Bob Davis pielęgnował co weekend. Wszystko to przywodziło Myronowi na myśl najeźdźczą armię zrywającą flagi podbitych.

– Nie chciał ci nic mówić. Znasz ojca. Wciąż uważa, że powinien cię chronić.

Myron, brodząc w liściach, skinął głową.

– To było coś więcej niż bóle w piersi – dodała.

Zatrzymał się.

– Ma wieńcówkę – powiedziała matka, nie patrząc mu w oczy. – Przez trzy dni był na intensywnej opiece. – Zamrugała oczami. – Prawie całkiem zatkało mu arterię.

Myron poczuł skurcz w gardle.

– Zmienił się. Wiem, jak bardzo go kochasz, ale musisz się z tym pogodzić.

– Z czym pogodzić?

– Że ojciec się starzeje. I ja się starzeję – odparła łagodnie a stanowczo.

– Staram się – rzekł po chwili.

– Ale?

– Ale patrzę na ten znak „Na sprzedaż”…

– To drewno, cegły i gwoździe, Myron.

– Słucham?

Przebrnęła przez liście i wzięła go za łokieć.

– Snujesz się osowiały, jakbyśmy obchodzili sziwa, ale ten dom nie jest twoim dzieciństwem. Nie jest członkiem rodziny. Nie oddycha, nie myśli, nie troszczy się. To tylko drewno, cegły i gwoździe.

– Przeżyliście w nim blisko trzydzieści pięć lat.

– I co z tego?

Odwrócił głowę, lecz się nie zatrzymał.

– Ojciec pragnie być z tobą szczery, ale nie ułatwiasz mu sprawy.

– Jak to? Co takiego zrobiłem?

Potrząsnęła głową i spojrzała w niebo, jakby tam szukała natchnienia. Dotrzymał jej kroku. Wsunęła mu rękę pod łokieć i oparła się na jego ramieniu.

– Zawsze byłeś wysportowany. W przeciwieństwie do ojca – powiedziała. – Prawdę mówiąc, była z niego ofiara.

– Wiem.

– Oczywiście. Bo twój tata nigdy nikogo nie udawał. Chciał, żebyś widział w nim człowieka, nawet ułomnego i słabego. Dziwne, ale skutek był taki, że czciłeś go jeszcze bardziej. W twoich oczach zyskał mityczny wymiar.

Myron przemyślał to sobie i, nie oponując, wzruszył ramionami.

– Kocham go – powiedział.

– Wiem, kochanie. Niemniej jest tylko człowiekiem. Dobrym człowiekiem. Ale starzeje się i się boi. Zawsze pragnął, żebyś widział w nim człowieka. Nie chce jednak, żebyś dostrzegł jego strach.

Myron nie podniósł głowy. Są rzeczy, które trudno sobie wyobrazić, gdy chodzi o rodziców – klasycznym przykładem jest seks. Większość ludzi nie umie – i pewnie nawet nie próbuje – wyobrazić sobie rodziców in flagranti delicto. Ale on próbował przywołać w tej chwili inny obraz tabu – ojca, który z ręką na piersi siedzi wystraszony w ciemnościach. Wprawdzie mógł sobie wyobrazić, lecz był to obraz bolesny, nieznośny.

– Co powinienem zrobić? – spytał wreszcie stłumionym głosem.

– Pogódź się ze zmianami. Ojciec przechodzi na emeryturę. Całe życie pracował i jego samoocena, jak u większości mężczyzn z jego pokolenia, debilnie wiernych wzorcowi męskości, wiąże się z pracą. Tata przeżywa trudne chwile. To nie ten sam człowiek. Wasz stosunek się zmienia, a żaden z was nie lubi zmian.

Myron milczał, czekając na dalszy ciąg.

– Ułatw mu sprawę. Troszczył się o ciebie całe życie. O nic cię nie poprosi, ale czas, byś zatroszczył się o niego.

Kiedy na rogu ulicy zawrócili, Myron zobaczył, że przed tablicą „Na sprzedaż” stoi mercedes. Przez chwilę się zastanawiał, czy to może pośrednik handlu nieruchomościami pokazuje klientowi ich dom. Uśmiechnięty ojciec stał na zewnątrz i szeroko gestykulował, rozmawiając z jakąś kobietą. Patrząc na jego twarz – szorstką skórę, która zawsze prosiła się o golenie, wydamy nos, którym zwykle go „dziobał”, gdy chichocząc walczyli ze sobą na niby, ciężkie powieki a la Victor Mature i Dean Martin, siwe kosmyki włosów, które uparcie trzymały się jego głowy po wypadnięciu czarnych – poczuł, jak jakaś ręka szczypie go w serce.

Ojciec pochwycił jego spojrzenie i pomachał ręką.

– Spójrz tylko, kto do nas wpadł! – zawołał.

Emily Downing odwróciła się i lekko uśmiechnęła. Myron popatrzył na nią i nic nie powiedział. Minęło pięćdziesiąt minut. Dziesięć minut później obcas szpilki rozwalił pomidora.

2

Za dużo wspomnień.

Rodzice Myrona ulotnili się. Mimo swego niemal legendarnego nawyku wtrącania się do rozmów, potrafili galopem przebyć Pole Minowe Wścibstwa, z niesamowitą zręcznością omijając pułapki. Bez słowa zniknęli w domu.

Emily spróbowała się uśmiechnąć, ale jej nie wyszło.

– No, no – powiedziała, gdy zostali sami. – Czyżby to był ten orzeł, którego wypuściłam z garści?

– Ostatnim razem powiedziałaś to samo.

– Tak?

Poznali się na pierwszym roku studiów w bibliotece Uniwersytetu Duke’a w Durham. Była wtedy dużą, przyjemnie pulchną dziewczyną, lecz choć z biegiem lat ubyło jej mięśni i ciała, to na tym nie straciła. Wciąż rzucała się w oczy. Była nie tyle ładna, ile – by zacytować piosenkę – papuśna, gorąca jak piec. Jako młoda studentka, z wiecznym bałaganem na głowie z długich, kręconych włosów i szelmowskim uśmieszkiem jak z filmu dozwolonego od lat osiemnastu, miała tak kształtną, pełną krągłości figurę, że niczym ze starego migotliwego projektora filmowego biło z niej słowo „seks”. Cóż z tego, że nie była piękna. Piękno miało niewiele wspólnego z seksapilem. Urodziła się z nim. I nie straciłaby go nawet obleczona w suknię namiot i z głową przybraną rozjechanym kotem.

Może to dziwne, ale chyba przesadnie rozdmuchana rewolucja seksualna z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przetoczyła się obok nich, bo kiedy się poznali, byli prawiczkami. Swój rozgłos zawdzięczała, zdaniem Myrona, głównie reklamie i nie przeniknęła przez ceglane mury podmiejskich szkół średnich. Z drugiej strony świetnie umiał racjonalizować swoje przypadki. Najprawdopodobniej sam był sobie winien, jeśli brak rozwiązłości można nazwać winą. Od zawsze, już w liceum, podobały mu się tylko „porządne” panny. Nie interesowały go „przygody”. W każdej poznanej dziewczynie szukał potencjalnej partnerki na całe życie, bratniej duszy, dozgonnej miłości, tak jakby się spodziewał, że każdy związek dwojga ludzi będzie jak z piosenki Carpenterów.

Jego związek z Emily okazał się jednak pełną odkryć seksualną wyprawą w nieznane. Uczyli się od siebie nawzajem nie bez przeszkód, lecz upojnie. Jeszcze teraz, choć szczerze jej nie znosił, czuł tamto rozkoszne napięcie, wciąż pamiętał, jak śpiewały mu koniuszki nerwów i niosła go fala podniecenia, gdy byli ze sobą w łóżku. Albo na tylnym siedzeniu samochodu. W kinie, w bibliotece, raz nawet na wykładzie o Lewiatanie Hobbesa. Jeżeli marzył o tym, by być jak z piosenki Carpenterów, to jego pierwszy dłuższy związek skończył się niczym gorący, zgrzany, spocony, szybki „Raj w świetle deski rozdzielczej” z albumu Meat Loafa Bat Out of Hell.

Jednak na pewno coś ich łączyło. Byli ze sobą trzy lata. Kochał ją i to ona, jako pierwsza dziewczyna w jego życiu, złamała mu serce.

– Czy w pobliżu jest jakaś kawiarnia? – spytała.

– Starbucks.

– Poprowadzę.

– Nie chcę z tobą jechać, Emily.

Uśmiechnęła się.

– Czyżbym straciła urok? – spytała.

– Przestał na mnie działać dawno temu – odparł, co było półkłamstwem.

Poruszyła biodrami. Przypomniał sobie uwagę Esperanzy na jej temat. Nie tylko głos czy słowa, ale każdy ruch Emily był dwuznaczny.

– To ważna sprawa.

– Nie dla mnie.

– Nie masz pojęcia…

– Nieważne, Emily. Dla mnie nie istniejesz. Tak jak twój mąż…

– Były mąż. Rozwiedliśmy się, pamiętasz? A poza tym nie miałam pojęcia, co ci zrobił.

– Niech ci będzie. Zrobił to z powodu ciebie.

– Upraszczasz sprawę. Dobrze wiesz.

Miała rację. Skinął głową.

– Ja wiedziałem, czemu to robię – odparł. – Chciałem, głupi kretyn, udowodnić Gregowi, że jestem lepszy. Ale czym kierowałaś się ty?!

Emily potrząsnęła głową. Rozkołysane włosy opadłyby jej dawniej na twarz. Nowa fryzura była krótsza, wymodelowana, lecz i tak miał przed oczami jej kędzierzawą szopę.

– A czy to ważne?

– Chyba nie, ale zawsze byłem ciekaw.

– Za dużo wtedy wypiliśmy.

– Tak po prostu?

– Tak.

Myron skrzywił się.

– Kiepska wymówka.

– Może chodziło o seks.

– Wyłącznie o stosunek?

– Może.

– W przeddzień ślubu z innym?

Emily podniosła wzrok.

– Byłam głupia, wystarczy?

– Nie mów.

– I pewnie wystraszona.

– Z powodu ślubu?

– Z powodu tego, że wychodzę za niewłaściwego faceta.

– Wstydu nie masz!

Myron pokręcił głową.

Emily chciała coś dodać, ale zamilkła, jakby raptem uszło z niej powietrze. Chciał, żeby sobie poszła, lecz spotkanie dawnej miłości zawsze wyzwala w człowieku nostalgię. Rozpościera się przed nim droga, którą nie poszedł, wielki znak zapytania, perspektywa całkiem innego życia, gdyby wszystko ułożyło się nieco inaczej. Emily nic już go nie obchodziła, lecz jej słowa wciąż boleśnie dotykały jego przeszłości, starych ran.

– Minęło czternaście lat – powiedziała cicho. – Czas skończyć z oglądaniem się za siebie.

Ile go kosztowało „czysto fizyczne” zbliżenie z nią tamtej nocy? Być może wszystko. Na pewno przekreśliło jego życiowe marzenia.

– Masz rację – rzekł i odwrócił się. – Zostaw mnie.

– Potrzebuję twojej pomocy.

Pokręcił głową.

– Rzeczywiście, czas skończyć z oglądaniem się za siebie.

– Napij się ze mną kawy. Z dawną przyjaciółką.

Miał chęć odmówić, ale przeszłość okazała się silniejsza. Skinął głową, bojąc się odezwać. W milczeniu dojechali do kawiarni Starbucks i u barmana, niespełnionego aktora, bardziej aroganckiego niż sprzedawca w miejscowym sklepie z płytami, zamówili dwie wyszukane kawy. W kołomyjce sięgania po odtłuszczone mleko i słodzik doprawili je przy małym stoisku czym się dało i usiedli na metalowych krzesłach z za niskimi oparciami. Z głośników wylewało się reggae z kompaktu Jamaican Me Crazy.

Emily skrzyżowała nogi i łyknęła kawy.

– Słyszałeś może o anemii Fanconiego? – spytała.

Interesujący początek rozmowy.

– Nie.

– To wrodzona anemia, która z czasem uszkadza szpik. Osłabia chromosomy.

Myron czekał na dalszy ciąg.

– Wiesz coś o przeszczepach szpiku kostnego?

Pytania były dziwne, ale postanowił odpowiadać szczerze.

– Co nieco. Znajomy chorował na białaczkę i potrzebował przeszczepu. W synagodze ogłoszono apel do dawców szpiku. Pojechaliśmy wszyscy na badania.

– „Wszyscy”, czyli…

– Mama, tata, cała moja rodzina. Win chyba też.

Przechyliła głowę.

– Co u niego?

– Nie zmienił się.

– Wielka szkoda. Na uniwerku podsłuchiwał, jak się kochamy.

– Tylko kiedy spuszczaliśmy roletę i nie mógł nas podglądać.

Emily zaśmiała się.

– Nigdy mnie nie lubił.

– Byłaś jego ulubienicą.

– Naprawdę?

– Co niewiele znaczy.

– Nie znosi kobiet.

– Nie ma nic przeciwko sypianiu z nimi. Ale jeśli chodzi o stałe związki…

– Dziwak.

Jeszcze jaki.

Łyknęła kawy.

– Kluczę – wyznała.

– Zauważyłem.

– Co się stało z tym znajomym z białaczką?

– Umarł.

Pobladła.

– Przykro mi. Ile miał lat?

– Trzydzieści cztery.

Znów łyknęła kawy, obejmując kubek dłońmi.

– A więc figurujesz w państwowym rejestrze dawców szpiku? – spytała.

– Tak sądzę. Oddałem krew i dostałem legitymację dawcy.

Zamknęła oczy.

– O co chodzi? – spytał.

– Anemia Fanconiego jest śmiertelna. Jakiś czas można z nią walczyć za pomocą hormonów i transfuzji krwi, ale jedynym ratunkiem jest przeszczep szpiku.

– Nie rozumiem. Chorujesz na to?

– Dorośli na to nie chorują.

Emily odstawiła kawę i podniosła wzrok. Myron nie był za dobry w czytaniu z oczu, lecz z jej oczu ból bił jasno jak neon.

– Tylko dzieci.

Jak na czyjś znak z głośników popłynęła smutna melodia. Myron czekał na dalszy ciąg. I szybko się doczekał.

– Chory jest mój syn.

Przypomniał sobie wizytę w jej domu we Franklin Lakes, kiedy zniknął Greg, i chłopca, bawiącego się z siostrzyczką na podwórku. Było to ze dwa, trzy lata temu. Chłopiec miał wtedy dziesięć lat, a jego siostra z osiem. Greg i Emily toczyli właśnie zażartą walkę o przyznanie opieki nad dziećmi schwytanymi w bezpardonową wymianę ciosów, z której nikt nie wychodzi bez szwanku.

– Przykro mi – odparł.

– Musimy znaleźć odpowiedni szpik.

– Myślałem, że dawcą szpiku staje się z reguły ktoś z rodzeństwa.

Rozejrzała się szybko po kawiarni.

– W jednym przypadku na cztery – odparła i zamilkła.

– Ach tak.

– W państwowym rejestrze znaleziono tylko trzech potencjalnych dawców. Wyłoniono ich na podstawie wstępnych badań antygenów krwinek białych, zgodności A i B. Lecz dopiero pełne diagnostyczne badanie krwi i tkanek może ustalić… – Znów urwała. – Wybacz te specjalistyczne szczegóły. Nie chciałam. Ale kiedy masz tak bardzo chore dziecko, zamykasz się w szklanej kuli żargonu medycznego.

– Rozumiem.

– W każdym razie pokonanie tej wstępnej bariery jest jak wygranie loteryjnego losu na drugie premiowe ciągnienie. Prawdopodobieństwo znalezienia odpowiedniego szpiku pozostaje jednak nikłe. Bank krwi wzywa potencjalnych dawców i przeprowadza badania, ale kiedy jest ich tylko trzech, szansę na to, żeby szpik któregoś nadawał się do przeszczepu, są doprawdy niewielkie.

Myron skinął głową, wciąż nie mogąc pojąć, czemu Emily mu to wszystko mówi.

– Mieliśmy szczęście. Szpik jednego z nich okazał się zgodny ze szpikiem Jeremy’ego.

– Wspaniale.

– Niestety, jest pewien problem. – Emily uśmiechnęła się krzywo. – Dawca zniknął.

– Jak to zniknął?

– Nie znam szczegółów. Rejestr dawców jest utajniony. Nikt mi nie powie, co się stało. Trafiliśmy na dawcę, a ten nagle się wycofał. Od lekarza niczego się nie dowiem. Jak mówiłam, dane dawców podlegają ochronie.

– Może ten ktoś zmienił zdanie.

– No, to trzeba go zmusić, żeby zmienił je jeszcze raz, bo inaczej Jeremy umrze.

Wyłożyła kawę na ławę.

– Jak myślisz, co się stało? Zaginął?

– Tak. Zaginął albo zaginęła.

– Zaginął albo zaginęła?

– Nie wiem nic o tej osobie. Nie znam jej wieku, płci, adresu. Ale z Jeremym na pewno nie będzie lepiej, a szansę znalezienia na czas innego dawcy są znikome. – Emily trzymała się dzielnie, ale jej maska pozornego spokoju zaczęła pękać. – Musimy znaleźć tego człowieka.

– I przyszłaś z tym do mnie? Żebym go odszukał?

– Nikt nie mógł znaleźć Grega, a ty i Win go znaleźliście. Kiedy zniknął, Clip zwrócił się z tym do was. Dlaczego?

– To długa historia.

– Nie taka długa, Myron. Wyszkolono was do takich zadań. Jesteście dobrzy.

– Nie do takich spraw. Greg jest sławnym sportowcem. Można się z tym zwrócić do mediów, wyznaczyć nagrody. Wynająć prywatnych detektywów.

– Już to zrobiliśmy. Na jutro Greg zwołał konferencję prasową.

– No i?

– To nic nie da. Powiedzieliśmy lekarce Jeremy’ego, że choć to nielegalne, zapłacimy dawcy za szpik, ile zażąda. Ale jest jeszcze coś. Boję się, że nagłośnienie tej sprawy da wynik odwrotny do zamierzonego, na przykład dawca ukryje się jeszcze głębiej. Sama nie wiem.

– Co na to Greg?

– Mało ze sobą rozmawiamy. A jeżeli już, to niezbyt miło.

– Czy wie o naszym spotkaniu?

Emily podniosła wzrok.

– Nienawidzi cię tak bardzo, jak ty jego. Może nawet mocniej.

Myron uznał to za zaprzeczenie. Emily wpatrywała się w jego twarz tak, jakby szukała w niej odpowiedzi.

– Nie mogę ci pomóc, Emily – powiedział.

Zareagowała na to jak na policzek.

– Współczuję ci – dodał – ale sam mam poważne problemy.

– Chcesz powiedzieć, że nie masz czasu?

– Nie o to chodzi. Detektyw prywatny ma większe szanse…

– Greg zdążył wynająć czterech. Nie ustalili niczego, nawet nazwiska dawcy.

– Wątpię, czy spisałbym się lepiej.

– Chodzi o życie mojego syna!

– Rozumiem to, Emily.

– Nie możesz odłożyć na bok swojej niechęci do Grega i do mnie?

Nie był tego pewien.

– Nie w tym rzecz – odparł. – Nie jestem detektywem, tylko agentem sportowym.

– Wcześniej ci to nie przeszkadzało.

– I jak na tym wyszedłem? Ilekroć w coś się wmieszam, kończy się to katastrofą.

– Mój syn ma trzynaście lat!

– Przykro mi…

– Co mi po twoim współczuciu, do cholery! – Oczy Emily zmniejszyły się, pociemniały. Pochyliła się, zbliżając twarz do jego twarzy. – Policz sobie.

– Co? – spytał, zaskoczony.

– Jesteś agentem. Znasz się na rachunkach. Więc policz.

Odsunął się, jakby chciał zwiększyć dystans.

– O czym ty mówisz?! – spytał.

– Jeremy ma urodziny osiemnastego lipca. Policz sobie.

– Co mam policzyć?

– Powtarzam: Jeremy ma trzynaście lat. Urodził się osiemnastego lipca. Ja wyszłam za mąż dziesiątego października.

Nie skojarzył. Przez kilka sekund słyszał szczebiotanie mamuś, płacz dziecka, głos barmana przekazującego zamówienie drugiemu barmanowi – i wreszcie do niego dotarło. Serce przeszył mu chłód, pierś ścisnęły stalowe obręcze, ledwie mógł oddychać. Otworzył usta, lecz nie dobył z siebie głosu. Miał wrażenie, że oberwał w splot słoneczny kijem bejsbolowym. Wpatrująca się w niego uważnie Emily skinęła głową.

– Tak jest. To twój syn – powiedziała.

3

– Nie masz pewności – odparł.

Wszystko w niej zdradzało wyczerpanie.

– Mam.

– Sypiałaś również z Gregiem.

– Tak.

– W tamtym czasie spędziliśmy ze sobą tylko tę jedną noc. A z Gregiem spałaś wiele razy.

– Owszem.

– To skąd wiesz…

– Krok pierwszy: wyparcie się ojcostwa – przerwała mu z westchnieniem.

– Nie wciskaj mi tu psychologicznych bzdetów!

Myron wymierzył w nią palec.

– Które szybko prowadzi do gniewu – dodała.

– Nie możesz być pewna…

– Byłam od początku.

Usiadł prosto. Choć zachował zewnętrzny spokój, czuł, że ziemia zaczyna pękać i że traci grunt pod nogami.

– Kiedy zaszłam w ciążę, myślałam jak ty: częściej spałam z Gregiem, więc pewnie to jego dziecko. W każdym razie tak sobie wmawiałam.

Emily zamknęła oczy. Myron siedział bez ruchu, w żołądku ściskało go coraz bardziej.

– Kiedy urodził się Jeremy, Greg był dla mnie tak czuły, że nikt nic nie podejrzewał. Ale matka, zabrzmi to strasznie głupio, zawsze wie, kto jest ojcem. Ja wiedziałam. Nie pytaj skąd. Też starałam się wypierać. Wmawiałam sobie: czujesz się winna z powodu tego, co zrobiliśmy, i Bóg cię w ten sposób karze.

– Gadasz jak starozakonna – wtrącił Myron.

– Sarkazm. Twój ulubiony chwyt obronny – odparła niemal z uśmiechem.

– Twoja matczyna intuicja to żaden dowód, Emily.

– Wspomniałeś o Sarze.

– O Sarze?

– Siostrze Jeremy’ego. Jako dawczyni szpiku. Nie może nią być.

– Powiedziałaś, że w przypadku rodzeństwa szanse na to są jak jeden do czterech.

– Tak, w przypadku pełnego rodzeństwa. Ale ich szpik całkiem się różni. Bo Sara jest tylko przyrodnią siostrą Jeremy’ego.

– Tak ci powiedziała lekarka?

– Tak.

Myronowi grunt na dobre uciekł spod nóg.

– A zatem… Greg wie?

Emily potrząsnęła głową.

– Lekarka odciągnęła mnie na bok. Na mocy wyroku sądowego jestem prawną opiekunką Jeremy’ego. Po rozwodzie Greg też może się opiekować dziećmi, ale one mieszkają ze mną. I to ja podejmuję decyzje o leczeniu.

– Tak więc Greg nadal myśli…

– Że Jeremy jest jego synem.

Myron rozpaczliwie płynął po głębi, nie widząc brzegu w zasięgu wzroku.

– Twierdzisz, że wiedziałaś o tym od początku.

– Tak.

– To dlaczego mi nie powiedziałaś?

– Chyba żartujesz. Wyszłam za Grega. Pokochałam go. Zaczęliśmy wspólne życie.

– Mimo to powinnaś mi powiedzieć.

– Kiedy, Myron? Kiedy?

– Zaraz po urodzeniu dziecka.

– Czy ty mnie słuchasz? Przecież powiedziałam ci, że nie miałam pewności.

– Powiedziałaś: matka wie, kto jest ojcem.

– Daj spokój, Myron. Kochałam Grega, a nie ciebie. Jesteś taki sentymentalny, że zażądałbyś, żebym się rozwiodła, wyszła za ciebie i żyła z tobą na przedmieściu jak w bajce, długo i szczęśliwie.

– I zamiast tego wybrałaś życie w kłamstwie?

– Wtedy uważałam, że to słuszna decyzja. Chociaż patrząc z dzisiejszej perspektywy – urwała i łyknęła kawy – w wielu sprawach postąpiłabym inaczej.

Bez powodzenia próbował przetrawić to, co usłyszał. Do kawiarni weszło kolejne stadko młodych mamuś z wózkami. Usiadły przy stoliku w kącie i zaczęły paplać o malutkich Brittany, Kyle’u i Morganie.

– Dawno rozstałaś się z Gregiem? – spytał nieco ostrzej, niż zamierzał. Tak mu się przynajmniej wydało.

– Przed czterema laty.

– Przestałaś go kochać? Cztery lata temu?

– Tak.

– Pewnie nawet wcześniej. Dawno, co?

– Tak – potwierdziła zmieszana.

– Więc mogłaś mi o tym powiedzieć. Wtedy. Przed czterema laty co najmniej. Dlaczego nie powiedziałaś?

– Skończ z tym przesłuchaniem.

– To ty rzuciłaś tę bombę. Jak mam zareagować?

– Jak mężczyzna.

– To znaczy?!

– Musisz mi pomóc. Musisz pomóc Jeremy’emu. Skupmy się na tym.

– Wpierw należy mi się kilka odpowiedzi.

Zawahała się, jakby chciała zaoponować, lecz po chwili, zrezygnowana, skinęła głową.

– Jeżeli pomoże ci to pozbyć się…

– Pozbyć się?! Jak kamienia w nerce?

– Jestem zbyt zmęczona, żeby się z tobą kłócić. Proszę bardzo. Pytaj.

– Dlaczego powiedziałaś mi o tym dopiero teraz?

Jej spojrzenie powędrowało ponad jego ramieniem.

– Raz byłam tego bliska – odparła.

– Kiedy?

– Pamiętasz, jak odwiedziłeś mnie w domu? Kiedy zniknął Greg?

Myron skinął głową. Właśnie myślał o tamtym dniu.

– Spojrzałeś na Jeremy’ego przez okno. Był na podwórku z siostrą.

– Pamiętam.

– Greg i ja walczyliśmy wtedy z sobą na noże o przyznanie opieki nad dziećmi.

– Oskarżyłaś go o znęcanie się nad nimi.

– Od razu zorientowałeś się, że to nieprawda. Zwykły kruczek prawny.

– Też mi kruczek. Następnym razem oskarż go o zbrodnie wojenne.

– A kim ty jesteś, żeby mnie osądzać?

– Mam chyba po temu wszelkie dane.

Przeszyła go wzrokiem.

– W walce o opiekę nad dziećmi nie obowiązuje konwencja genewska. Greg zachował się podle. Więc ja też. Chcesz wygrać, stosujesz wszystkie chwyty.

– Włącznie z ujawnieniem, że nie był ojcem Jeremy’ego?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo i tak przyznano mi opiekę nad dziećmi.

– To nie jest odpowiedź na pytanie. Znienawidziłaś go.

– Tak.

– I nadal go nienawidzisz?

– Tak – odparła bez wahania.

– Więc dlaczego mu nie powiedziałaś?

– Bo bardziej niż go nienawidzę, kocham Jeremy’ego. Mogłabym zranić Grega. Pewnie z przyjemnością. Ale nie mogłabym zrobić tego synowi, odebrać mu w taki sposób ojca.

– Myślałem, że dla wygranej gotowa jesteś zrobić wszystko.

– Owszem, Gregowi, ale nie Jeremy’emu.

Mimo iż była w tym logika, Myron podejrzewał, że Emily coś przed nim ukrywa.

– Trzymałaś to w tajemnicy przez trzynaście lat.

– Tak.

– Twoi rodzice ją znają?

– Nie.

– Nie powiedziałaś nikomu?

– Nigdy.

– To dlaczego mówisz to mnie?

Pokręciła głową.

– Kpisz czy o drogę pytasz? – spytała.

Położył dłonie na stoliku. Nie drżały. Pojął, że zadaje te pytania nie tylko z czystej ciekawości. Należały do mechanizmu obronnego, były duchowymi zasiekami z drutu kolczastego, fosą broniącą dostępu rewelacjom Emily. Wiedział, że jej wyznanie gruntownie odmieni jego życie. W jego podświadomości unosiły się słowa „mój syn”. W tej chwili jednak były tylko słowami. Domyślał się, że kiedyś dotrze do niego ich sens, lecz na razie zasieki i fosa na to nie pozwalały.

– Myślisz, że chciałam ci powiedzieć? Błagałam cię o pomoc, ale nie słuchałeś. Jestem zdesperowana.

– Zdesperowana na tyle, żeby kłamać?

– Tak – odparła, znowu bez namysłu. – Ale ja nie kłamię, Myron. Uwierz mi.

Wzruszył ramionami.

– Ojcem Jeremy’ego może być ktoś inny – powiedział.

– Słucham?!

– Ktoś trzeci. Przespałaś się ze mną w noc przed ślubem. Wątpię, czy byłem jedyny. Mogłem być jednym z tuzina.

Przyjrzała się mu.

– Chcesz mnie pognębić, Myron? Proszę bardzo, wytrzymam. Ale to niepodobne do ciebie.

– Aż tak dobrze mnie znasz?

– Nawet gdy się gniewałeś, nawet gdy miałeś wszelkie prawo mnie nienawidzić, nie byłeś okrutny. To obce twojej naturze.

– Wpłynęliśmy na nieznane wody, Emily.

– Nie szkodzi.

Poczuł, że coś w nim wzbiera, zatyka go. Chwycił kubek, zajrzał do niego, jakby na jego dnie kryła się odpowiedź, i odstawił. Nie spojrzał na nią.

– Jak mogłaś mi to zrobić? – spytał.

Emily sięgnęła przez stolik i położyła dłoń na jego przedramieniu.

– Przepraszam – powiedziała.

Odsunął się.

– Nie wiem, co więcej powiedzieć. Spytałeś, dlaczego to przed tobą zataiłam. Przez wzgląd na dobro Jeremy’ego. I twoje.

– Bzdura.

– Znam cię, Myron. Ty nie mógłbyś mnie zbyć. Zrobisz to. Odnajdziesz tego dawcę i ocalisz Jeremy’emu życie. O resztę pomartwimy się potem.

– Od jak dawna Jeremy – o mało co nie powiedział „mój syn” – choruje?

– O chorobie dowiedzieliśmy się pół roku temu. Kiedy grał w koszykówkę. Zbyt łatwo nabawiał się sińców. Raptem zaczął dostawać zadyszki. Padać z nóg…

Głos ją zawiódł.

– Jest w szpitalu?

– Nie, w domu. Chodzi do szkoły, dobrze wygląda, tyle że jest blady. I nie może uprawiać sportów. Na razie daje sobie radę, ale… to tylko kwestia czasu. Ma anemię, a komórki szpiku kostnego są takie słabe, że w końcu coś się stanie. Złapie infekcję, która zagraża życiu, a jeśli ją pokona, to i tak w końcu rozwinie się nowotwór. Podajemy mu hormony. Pomagają, ale to tymczasowa terapia, która go nie uzdrowi.

– Uzdrowiłby go przeszczep szpiku?

– Tak. – Twarz Emily rozjaśnił niemal religijny zapał. – Jeżeli przeszczep się przyjmie, Jeremy odzyska zdrowie. Widziałam to u innych dzieci.

Myron skinął głową, usiadł prosto, skrzyżował i rozkrzyżował nogi.

– Mogę go zobaczyć? – spytał.

Opuściła wzrok. W tym momencie zahuczał mikser szykujący zapewne mrożone capuccino, a ekspres wykrzyczał znajomy zew godowy do mleka o różnych smakach. Emily zaczekała, aż hałas ucichnie.

– Nie mogę ci zabronić – powiedziała. – Ale liczę, że postąpisz właściwie.

– To znaczy?

– Bardzo trudno jest mieć trzynaście lat i śmiertelnie chorować. Chcesz mu odebrać ojca?

Myron nie odpowiedział.

– Wiem, że przeżyłeś wstrząs. Wiem, że masz tysiące pytań. Lecz na razie zapomnij o nich. Uporaj się z rozterkami, z gniewem, ze wszystkim. Stawką jest życie trzynastolatka, naszego syna. Skoncentruj się na tym, Myron. Znajdź tego dawcę, dobrze?

Ponownie spojrzał w stronę młodych mamuś, wciąż tokujących o swych pociechach, i ścisnęło mu się serce.

– Gdzie znajdę lekarkę Jeremy’ego? – spytał.

4

Gdy w recepcji agencji RepSport MB otworzyły się drzwi windy, Wielka Cyndi wyciągnęła do niego ręce prawie tak grube jak marmurowe kolumny na Akropolu. Niewiele brakowało, a w mimowolnym odruchu samoobronnym odskoczyłby w bok, lecz odważnie stanął jak wryty i zamknął oczy. Wielka Cyndi zamknęła go w uścisku wilgotnym jak izolacja na poddaszu i oderwała od podłogi.

– Och, panie Bolitar! – zawołała.

Skrzywił się i jakoś to przeżył. W końcu odstawiła go na parkiet niczym porcelanową lalkę na półkę. Mająca metr dziewięćdziesiąt osiem wzrostu i ważąca sto trzydzieści pięć kilo Wielka Cyndi, alias Wielka Szefowa, zdobyła kiedyś wspólnie z Esperanzą, alias Pocahontas, tytuł interkontynentalnej mistrzyni wrestlingu w walkach parami. Włosy na jej kwadratowej głowie sterczały jak promienie Statuy Wolności na fatalnym haju, ubranie opinało ją jak osłona baleron, na twarzy miała więcej szminki niż obsada musicalu Koty, a wzrok groźny jak zapaśnicy sumo.

– I jak, wszystko w porządku? – zagadnął.

– Och, panie Bolitar!

Wielka Cyndi szykowała się chyba, by znów go uścisnąć, lecz coś ją powstrzymało, może śmiertelne przerażenie w jego oczach. Podniosła walizę, która w jej wielkiej jak klapa włazu łapie przypominała adapter Bambino. Była tak ogromna, tak olbrzymia, że wszystko wokół niej wyglądało jak dekoracja z kiepskiego filmu o potworach, a ona kroczyła przez miniaturowe Tokio, obalając linie wysokiego napięcia i oganiając się od buczących myśliwców.

W drzwiach swojego pokoju stanęła Esperanza. Splotła ręce i oparła się o framugę. Z lśniącymi czarnymi lokami opadającymi na czoło i tryskającą zdrowiem smagłą oliwkową cerą wciąż, mimo niedawnych ciężkich przejść, wyglądała przepięknie – jak Cyganka w fantazyjnej wiejskiej bluzce. Jednakże wokół jej oczu dostrzegł nowe zmarszczki, a w idealnej dotąd postawie lekkie przygarbienie. Po jej uwolnieniu chciał, żeby odpoczęła, ale wiedział, że się na to nie zgodzi. Esperanza Diaz kochała agencję RepSport MB. I chciała ją ocalić.

– Co się dzieje? – spytał.

– Wszystko jest w liście – odparła Wielka Cyndi.

– Jakim liście?

– Och, panie Bolitar! – zawołała znowu.

– Słucham.

Nie odpowiedziała. Z twarzą ukrytą w dłoniach zanurkowała do windy niczym do wigwamu, drzwi się zasunęły i zniknęła. Myron odczekał chwilę.

– Jak mam to rozumieć? – spytał.

– Wzięła urlop – odparła Esperanza.

– Dlaczego?

– Wielka Cyndi nie jest głupia, Myron.

– A czy ja coś mówię?

– Widzi, co się dzieje.

– To przejściowe kłopoty. Odkujemy się.

– Wtedy Wielka Cyndi wróci. Tymczasem zaproponowano jej dobrą pracę.

– W Skurze-i-Chóci?

Wielka Cyndi pracowała wieczorami jako bramkarka w barze sado-maso Skura-i-Chóć, pod wezwaniem: „Rań tych, których kochasz”. Czasem – tak przynajmniej słyszał – brała udział w spektaklach. W jakiej roli, nie miał pojęcia ani też odwagi, żeby ją spytać. Było to jeszcze jedno otchłanne tabu, które omijał z daleka.

– Nie. Wraca do WDW.

Gwoli wyjaśnienia niewprowadzonym w wolną amerykankę, WDW to skrót od Wspaniałe Damy Wrestlingu.

– Wielka Cyndi wraca na ring?

Esperanza skinęła głową.

– Na turnieje oldbojek.

– Co takiego?

– WDW chcą rozszerzyć ofertę. Zbadały rynek, zobaczyły, jakie zyski przynoszą turnieje golfowe oldbojek i…

Esperanza wzruszyła ramionami.

– Turnieje oldbojek wrestlingu?

– Raczej weteranek. Wielka Cyndi ma dopiero trzydzieści osiem lat. Ściągają mnóstwo dawnych ulubienic publiczności: Królową Kadafi, Ziutę Zimną Wojnę, Babkę Breżniewa, Glorię Garowniczkę, Czarną Wdowę…

– Czarnej Wdowy nie pamiętam.

– Jest sprzed naszych czasów. A nawet sprzed czasów naszych rodziców. Pewnie ma po siedemdziesiątce.

Myron powstrzymał się od zrobienia miny.

– I ludzie będą płacić za oglądanie siedemdziesięcioletniej zapaśniczki?

– Nikogo nie wolno dyskryminować z powodu wieku.

– Słusznie, przepraszam.

Myron przetarł oczy.

– Przy konkurencji ze strony Jerry’ego Springera i Ricki Lake zawodowe zapaśniczki walczą o przetrwanie. Muszą coś zrobić.

– I rozwiązaniem są walki weteranek?

– Liczą na sentyment dawnych fanów.

– Że przyjdą kibicować zawodniczkom z młodych lat?

– A ty nie poszedłeś dwa lata temu na koncert Steely’ego Dana?

– To co innego.

Esperanza wzruszyła ramionami.

– I one, i ta kapela najlepsze lata mają za sobą. Żerują na twojej nostalgii, a nie na tym, co widzisz i słyszysz.

Miała rację. Cokolwiek straszną, ale jednak.

– A co z tobą? – spytał.

– Co ze mną?

– Nie pragną powrotu Małej Pocahontas?

– Owszem.

– Kusiło cię?

– Co? Powrót na ring?

– Tak.

– Pewnie. Kiedy studiowałam prawo, cały czas w pocie czoła ćwiczyłam, żeby znów wbić kształtny tyłek w zamszowe bikini i obściskiwać starzejące się nimfy przed rozentuzjazmowaną tłuszczą z przyczep samochodowych. – Urwała. – To mimo wszystko trochę lepsze niż być agentką sportową.

– Ha, ha!

Myron podszedł do biurka Wielkiej Cyndi. Leżała tam koperta z jego nazwiskiem, wypisanym pomarańczową odblaskową kredką.

– Napisała to kredką? – spytał.

– Cieniem do powiek.

– Aha.

– Powiesz mi, co się stało?

– Nic.

– Chrzanisz. Masz taką minę, jakbyś przed chwilą usłyszał o rozpadzie Wham.

– Nie zaczynaj. Czasem, późno w nocy, wciąż nachodzą mnie zmory z przeszłości.

Esperanza przyglądała mu się kilka chwil dłużej.

– W związku z twoją miłością ze studiów?

– Poniekąd.

– Chryste Panie!

– O co chodzi?

– Jakby ci to powiedzieć, żeby cię nie urazić? Jeżeli chodzi o kobiety, to jesteś ciemny jak tabaka w rogu. Dowodem A i B w sprawie są Jessica i Emily.

– Nawet jej nie znasz.

– Wystarczy mi to, co wiem. Myślałam, że nie chcesz z nią rozmawiać.

– Nie chciałem. Dopadła mnie u rodziców.

– Po prostu tam przyjechała?

– Tak.

– Czego chciała?

Potrząsnął głową. Nie był gotów, żeby o tym mówić.

– Są jakieś wiadomości? – spytał.

– Nie tyle, ile byśmy chcieli.

– Win jest na górze?

– Chyba już pojechał do domu. – Esperanza wzięła płaszcz. – Ja też się zbieram.

– Dobranoc.

– Gdyby zadzwonił Lamar…

– To cię zawiadomię.

Włożyła płaszcz, strząsając z kołnierza lśniącą falę czarnych włosów. Myron wszedł do gabinetu i odbył kilka rozmów, głównie poszukując nowych klientów. Nie poszło mu za dobrze.

Kilka miesięcy temu śmierć przyjaciółki tak go zdołowała, że – by użyć skomplikowanego żargonu psychiatrycznego – odbiło mu. Nie drastycznie, nie załamał się nerwowo ani nie trafił na leczenie do zakładu. Po prostu uciekł na odludną karaibską wyspę z Terese Collins, piękną dziennikarką telewizyjną, której nie znał. Nie powiedział nikomu – Winowi, Esperanzie, mamie, tacie – dokąd jedzie ani kiedy wróci.

Jak to ujął Win, odbiło mu, ale w dobrym stylu.

Zanim zmuszono go do powrotu, klienci jego firmy rozpierzchli się w mroku nocy jak pomoce kuchenne podczas nalotu policji imigracyjnej. Niedawno on i Esperanza znów zaczęli działać, próbując wyrwać z letargu i ożywić zdychającą agencję RepSport MB. Nie było to łatwe zadanie. Przeciwnikami Myrona, mocno utykającego chrześcijanina, było w tym biznesie tuzin wygłodniałych lwów.

Biuro RepSport MB mieściło się w świetnym punkcie, na rogu Park Avenue i Czterdziestej Szóstej Ulicy, w budynku firmy Lock-Horne, należącym do rodziny Wina, z którym Myron dzielił kiedyś pokój w akademiku, a obecnie mieszkanie. Stojący w samym centrum wysokościowiec zapewniał nieledwie oszałamiający widok na panoramę Manhattanu. Myron pasł nią chwilę wzrok, po czym spojrzał w dół na śpieszące garnitury. Widok zaganianych ludzkich mrówek zawsze go przygnębiał, a w głowie rozbrzmiewał refren piosenki Franka Zappy I to wszystko?

Obrócił się do Ściany Klientów, tej ze zdjęciami sportowców reprezentowanych przez RepSport MB, usianej nimi tak rzadko jak łysina włosami po nieudanym przeszczepie. Pragnął, żeby znów mu zależało, ale – choć nie było to w porządku wobec Esperanzy – nie wkładał w to serca. Chciał wrócić do biznesu, pokochać MB, znów poczuć głód sukcesu, lecz mimo że bardzo się starał wzniecić w sobie dawny ogień, ten nie chciał się rozpalić.

Mniej więcej godzinę potem zadzwoniła Emily.

– Doktor Singh jutro nie przyjmuje – oznajmiła. – Ale możesz ją złapać podczas porannego obchodu.

– Gdzie?

– W Szpitalu Dziecięcym. Jest częścią Ośrodka Medycznego Columbia Presbyterian na Sto Sześćdziesiątej Siódmej Zachodniej. Dziewiąte piętro, po stronie południowej.

– O której?

– Obchód zaczyna się o ósmej.

– Dobrze.

– Wszystko w porządku, Myron? – spytała Emily po chwili.

– Chcę zobaczyć Jeremy’ego.

Zamilkła na kilka sekund.

– Jak już powiedziałam, nie mogę ci tego zabronić. Ale prześpij się z tym, dobrze?

– Chcę go tylko zobaczyć – rzekł. – Nic nie powiem. Przynajmniej na razie.

– Możemy o tym porozmawiać jutro?

– Oczywiście.

Znów się zawahała.

– Masz dostęp do sieci, Myron?

– Tak.

– Mamy prywatny AI.

– Co?

– Adres internetowy. Robię zdjęcia aparatem cyfrowym i umieszczam je na stronie. Dla moich rodziców. W zeszłym roku przenieśli się do Miami. Zaglądają na nią co tydzień. Żeby obejrzeć zdjęcia wnuków. Jeżeli chcesz zobaczyć, jak wygląda Jeremy…

– Jaki to adres?

Wklepał adres do komputera. Przed połączeniem się z nim odłożył słuchawkę. Obrazy wyłaniały się powoli. Zabębnił palcami w biurko. Na górze pojawił się napis: CZEŚĆ, BABCIU I DZIADZIU. Pomyślał o rodzicach, ale odgonił tę myśl.

Były cztery zdjęcia Jeremy’ego i Sary. Przełknął ślinę. Przesunął strzałkę na fotografię chłopca i kliknął myszą, powiększając jego twarz. Starał się oddychać równo. Dłuższy czas wpatrywał się w niego, nie rejestrując żadnych szczegółów. W końcu zdjęcie się rozmazało, na twarz Jeremy’ego nałożyło się jego własne odbicie i obrazy się połączyły, tworząc optyczne echo nie wiadomo czego.

5

Zza drzwi dobiegły go okrzyki ekstazy.

Win – czyli Windsor Home Lockwood III – pozwalał mu chwilowo mieszkać w swoim apartamencie w Dakocie, na rogu Siedemdziesiątej Drugiej Zachodniej i Central Park West. Bogatą przeszłość tego charakterystycznego, szacownego nowojorskiego budynku całkowicie przyćmiła przed dwudziestoma laty śmierć Johna Lennona. Wchodząc do Dakoty, musiałeś przejść po miejscu, w którym Lennon wykrwawił się na śmierć. Przypominało to deptanie po cudzym grobie, lecz Myron w końcu się z tym oswoił.

Z zewnątrz piękna, mroczna Dakota przypomina nawiedzony dom na sterydach. Większość apartamentów, włącznie z mieszkaniem Wina, ma metraż większy niż niejedno księstwo europejskie. W zeszłym roku, po spędzeniu całego życia z mamą i tatą w podmiejskim domu, Myron wyprowadził się ze swojej piwnicy i zamieszkał z ukochaną Jessicą na jej poddaszu w SoHo. Był to ogromny postęp, pierwszy znak, że po blisko dziesięciu latach znajomości Jessica jest gotowa do – uff! – poważnego związku. Tak więc kochankowie złączyli dłonie i skoczyli na głęboką wodę wspólnego życia. Lecz jak to często bywa z takimi skokami, skończyło się na głośnym plusku.

Z mieszkania dobiegły nowe okrzyki ekstazy.

Myron przytknął ucho do drzwi. Okrzyki, owszem, ale i melodia. Uznał, że nie jest to spektakl na żywo. Przekręcił klucz i pchnął drzwi. Okrzyki dobiegały z pokoju telewizyjnego. Win nigdy w nim, hm, nie filmował. Myron westchnął i przekroczył portal.

Win, z blond lokami przedzielonymi z precyzją, z jaką starsze panie dzielą między siebie rachunek za lunch, i cerą koloru białej porcelany, z leciutkimi golfowymi rumieńcami na policzkach, ubrany w swój tradycyjny strój białego burżuja: spodnie khaki, koszula w kolorze tak kłującym w oczy, że dało się na nią patrzeć tylko przez dziurkę średnicy szpilki, i mokasyny włożone na bose stopy, siedział w nieosiągalnej dla zwykłego mężczyzny pozycji lotosu, z nogami zaplecionymi w precel. Jego palce wskazujące i kciuki tworzyły kółka, a dłonie spoczywały na kolanach. Japiszoński zen. Zderzenie starej Europy ze starożytnym Wschodem. Przyjemny zapach grubej forsy zmieszany z ciężkim zapachem azjatyckiego kadzidła.

Win wciągnął powietrze, licząc do dwudziestu, zatrzymał je w środku, a potem, licząc do dwudziestu, wypuścił je. Medytował przy tym, a jakże, ale na swój sposób. Nie wsłuchiwał się, na przykład, w kojące odgłosy przyrody ani dzwoneczki. Wolał to robić przy ścieżkach dźwiękowych pornosów z lat siedemdziesiątych, które brzmiały tak, jakby marny naśladowca Jimmy’ego Hendriksa wydobywał jękliwe ła-ła z elektrycznego kazoo. Wystarczyło chwilę ich posłuchać, by natychmiast zapragnąć zastrzyku z antybiotyków.

Na dodatek nie zamykał oczu. Nie wyobrażał sobie jelenia pijącego wodę z szemrzącego strumyka, łagodnego wodospadu w oprawie z zielonego listowia, nic z tych rzeczy. Oczy wlepiał w ekran telewizora, a konkretnie w nakręcone przez siebie taśmy wideo ze zbieraniną pań miotanych namiętnościami.

Myron wszedł do pokoju. Win powstrzymał go gestem, rozwijając jedno „o” w płaską dłoń, a potem uniósł palec wskazujący na znak, że potrzebuje jeszcze chwili. Myron odważył się zerknąć na ekran, ujrzał wijące się ciało i odwrócił się.

– Cześć – powiedział Win kilka sekund później.

– Przyjmij do wiadomości, że jestem zniesmaczony.

– Przyjąłem.

Win płynnym ruchem wstał z pozycji lotosu na nogi, wyjął kasetę z magnetowidu i schował ją do pudełka z napisem „Anon 11”. Anon było skrótem od Anonimowa. Świadczyło to, że albo zapomniał imienia sfilmowanej pani, albo w ogóle o nie nie spytał.

– Nie mogę uwierzyć, że wciąż to robisz – rzekł Myron.

– Znowu moralizujesz? Jak miło – odparł z uśmiechem Win.

– Pozwól, że cię o coś spytam.

– Ależ proszę.

– O coś, o co zawsze chciałem cię zapytać.

– Umieram z ciekawości.

– Powstrzymam się na moment od wstrętu…

– Mną się nie przejmuj. Uwielbiam, kiedy się wywyższasz.

– Twierdzisz – Myron wskazał w stronę kasety i telewizora – że to cię odpręża.

– Tak.

– Ale czy przy okazji… choć to chore… również podnieca?

– Ani trochę.

– I tego właśnie nie pojmuję.

– Patrzenie na stosunek nie podnieca mnie – powiedział Win. – Ani myślenie o nim. Nie podniecają mnie filmy wideo, świńskie magazyny, „Penthouse Forum”, cyberporno. Nic mi nie zastąpi prawdziwego zbliżenia z kobietą. Muszę mieć partnerkę. Wszystko inne przypomina łaskotanie siebie. Dlatego nigdy się nie masturbuję.

Myron nic nie powiedział.

– Masz jakiś problem? – spytał Win.

– Zastanawiam się, co mnie naszło, żeby o to spytać.

Win otworzył zamienioną w małą lodówkę szafkę z dynastii Ming, rzucił Myronowi puszkę yoo-hoo, a sobie nalał koniaku. Pokój wypełniały antyki, bogate gobeliny, wschodnie dywany i popiersia mężczyzn z długimi kręconymi włosami. Gdyby nie najwyższej klasy sprzęt elektroniczny, to na taki pokój mógłbyś się natknąć na wycieczce po pałacu Medicich. Zajęli zwykłe miejsca.

– Coś cię gryzie – powiedział Win.

– Mam dla nas sprawę.

– O.

– Wiem, powiedziałem, że koniec z tym. Ale to wypadek nadzwyczajny.

– Rozumiem.

– Pamiętasz Emily?

Win zakręcił koniakówką.

– Przyjaciółka z college’u. Podczas stosunku hałasowała jak małpa. Rzuciła cię na ostatnim roku. Wyszła za twojego arcywroga, Grega Downinga. Jego też rzuciła. Pewnie nadal tak hałasuje.

– Ma syna, który jest chory.

Myron szybko nakreślił sytuację, pomijając kwestię swojego ojcostwa. Skoro nie mógł powiedzieć o tym Esperanzie, to tym bardziej Winowi.

– Nie przewiduję większych trudności – rzekł Win. – Porozmawiasz jutro z tą lekarką?

– Tak.

– Dowiedz się jak najwięcej, kto zawiaduje tymi aktami.

Win włączył telewizor i przebiegł po kanałach, bo wszędzie leciały reklamy, a poza tym był mężczyzną. Zatrzymał się na CNN. Dziennik prowadziła Terese Collins.

– Czy śliczna pani Collins złoży nam jutro wizytę? – spytał.

Myron skinął głową.

– Przylatuje o dziesiątej.

– Często nas odwiedza.

– Aha.

– Czy wy dwoje – Win zmarszczył się tak, jakby na sekundę ujrzał strasznie zagrzybione krocze – macie się ku sobie?

Myron spojrzał na Terese.

– Za wcześnie mówić – odparł.

Win zmienił kanał, bo w kablówce leciały ciurkiem odcinki Wszystko w rodzinie. Zamówili chińszczyznę i obejrzeli dwa epizody. Myron bezskutecznie próbował zagubić się w szczęściu Archiego i Edith. Myślami wciąż wracał do Jeremy’ego. Odsunął od siebie kwestię ojcostwa i skupił się, jak prosiła Emily, na czekającym go zadaniu i chorobie chłopca. Anemia Fanconiego. Tak ją nazwała. Ciekaw był, czy jest coś na jej temat w Internecie.

– Niedługo wrócę – powiedział.

Win spojrzał na niego.

– W następnym odcinku będzie pogrzeb Stretcha Cunninghama – poinformował.

– Chcę coś sprawdzić w sieci.

– Archie wygłasza mowę pogrzebową.

– Wiem.

– Mówi, że ze względu na „ham” w nazwisku nie podejrzewał, że Stretch Cunningham jest Żydem.

– Znam ten odcinek, Win.

– I jesteś gotów stracić go dla Internetu?

– Przecież masz go na taśmie.

– Nie o to chodzi.

Wymienili spojrzenia, kontentując się ciszą.

– Mów – rzekł wreszcie Win.

– Emily twierdzi, że jestem ojcem chłopca – odparł niemal bez wahania Myron.

Win skinął głową.

– Aha – powiedział.

– Niespecjalnie się zdziwiłeś.

Win pałeczkami chwycił następną krewetkę.

– Wierzysz jej?

– Tak.

– Dlaczego?

– Po pierwsze, byłoby to wyjątkowo podłe kłamstwo.

– Ależ Emily jest w tym dobra, Myron. Okłamywała cię bez przerwy. Okłamywała cię w college’u. Okłamywała, kiedy zniknął Greg. Nakłamała w sądzie, że źle traktował dzieci. Zdradziła go z tobą w przeddzień ślubu. Więc jeśli nawet teraz mówi, jak chcesz, prawdę, to okłamywała cię przez lwią część tych trzynastu lat.

– Myślę, że tym razem nie kłamie – odparł po zastanowieniu Myron.

– Myślisz!

– Zbadam krew.

Win wzruszył ramionami.

– Skoro musisz.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Wyraziłem się dostatecznie jasno.

Myron zrobił minę.

– Czy nie dałeś mi do zrozumienia, że muszę się upewnić?

– Bynajmniej. Tylko wskazałem ci to, co jest oczywiste. Nie powiedziałem, że to cokolwiek zmienia.

– Mieszasz mi w głowie – rzekł Myron po chwili.

– Mówiąc prosto, co z tego, że jesteś biologicznym ojcem tego chłopca? Co to zmienia?

– No, wiesz! Nawet ty nie możesz być aż tak cyniczny.

– Wcale nie jestem, przeciwnie. Może zabrzmi to dziwnie, ale wkładam w tę sprawę serce.

– Jak to?

Win znów zakręcił koniakówką, przyjrzał się bursztynowemu trunkowi i pociągnął łyk.

– Jeszcze raz ujmę to prosto: nieważne, co wykaże badanie krwi, ty nie jesteś ojcem Jeremy’ego Downinga. Jego ojcem jest Greg. A ty co najwyżej dawcą spermy. Przypadkiem biologii i żądzy. Dostarczycielem prostej mikroskopijnej struktury komórkowej, która połączyła się ze strukturą nieco bardziej skomplikowaną. Ale nie jesteś ojcem tego chłopca.

– To nie takie proste, Win.

– To jest bardzo proste, przyjacielu. Uparłeś się, żeby zagmatwać problem, ale to nic nie zmienia. Pozwól na mały wywód.

– Słucham.

– Kochasz swojego ojca, prawda?

– Znasz odpowiedź.

– Znam. Ale co czyni go twoim ojcem? To, że kiedyś po paru głębszych postękał na twojej mamie, czy to, że przez trzydzieści pięć lat troszczył się o ciebie i kochał?

Myron spuścił oczy na puszkę yoo-hoo.

– Nic nie jesteś winien temu chłopcu – ciągnął Win – i, co równie ważne, on nic nie jest winien tobie. Jeżeli sobie życzysz, spróbujmy ocalić mu życie, ale na tym powinno się skończyć.

Jeszcze bardziej niż irracjonalne postępki Wina, Myrona przerażało, gdy przyjaciel mówił do rzeczy.

– Pewnie masz rację – odparł po namyśle.

– Ale i tak uważasz, że nie jest to proste.

– Nie wiem.

Na ekranie Archie, w jarmułce na głowie, podszedł do pulpitu.

– Zaczyna się – rzekł Win.

6

Myron wsypał do miski owocowe kółeczka dla dzieci, otręby dla dorosłych i zalał mieszankę chudym mlekiem. Wyjaśnienie dla niewykształconych na brykach studenckich: takie zachowanie – bardzo symboliczne i wzruszające – świadczy, ile z chłopca nadal tkwi w mężczyźnie.

Pociągiem numer 1 Myron dotarł na peron przy Sto Sześćdziesiątej Ósmej Ulicy, usytuowany tak głęboko pod ziemią, że pasażerowie musieli wyjeżdżać na powierzchnię zasikaną windą. Wielka, ciemna, rozedrgana kabina przywodziła na myśl obrazy z oświatowego filmu o kopalniach.

Stojący w dzielnicy Washington Heights, o rzut kamieniem od Harlemu, po drugiej stronie Broadwayu, na wysokości sali tanecznej przy Audibon Avenue, gdzie zginął Malcolm X, słynny budynek pediatrii Ośrodka Medycznego Columbia Presbyterian nazwano Szpitalem dla Niemowląt i Dzieci. Kiedyś był to Szpital Dziecięcy, lecz powołana przez władze, złożona z wybitnych fachowców komisja po długich i żmudnych naradach uchwaliła zmianę nazwy. Z czego wynika morał, że komisje są bardzo, bardzo ważne.

Nazwa ta, choć niezbyt błyskotliwa, dobrze oddaje rzeczywistość – jest to szpital ściśle pediatryczny: jedno piętro wysłużonego budynku zajmuje porodówka, a pozostałych jedenaście chore dzieci. Trudno pogodzić się z ich losem, ale widać taka jest wola nieba.

Myron zatrzymał się przed wejściem i przyjrzał zbrązowiałym cegłom. W tym mieście nieszczęść sporo dzieci trafiało właśnie tutaj. Wszedł do środka i w portierni podał swoje nazwisko. Strażnik, który rzucił mu przepustkę, o mało nie oderwał wzroku od gazety z programem telewizyjnym. Podczas długiego czekania na windę Myron przeczytał wydrukowaną w dwóch językach, angielskim i hiszpańskim, Kartę Praw Pacjenta. Z logo szpitalnego Burger Kinga sąsiadowała reklama Ośrodka Kardiologicznego Sola Goldmana. Przypadkowa zbieżność czy dbałość o interesy? Nie był pewien.

Winda otworzyła się na dziewiątym piętrze. Na wprost niej pysznił się tęczowy ścienny fresk „Ocal las tropikalny”, namalowany, jak głosił napis, przez szpitalnych „pacjentów pediatrii”. Ocal las tropikalny! Tak jakby te dzieciaki miały za mało zmartwień.

Myron spytał pielęgniarkę, gdzie znajdzie doktor Singh. Wskazała mu kobietę, idącą korytarzem na czele gromady lekarzy.

Doktor Singh, jak wskazywało nazwisko, była indyjskiego – nie indiańskiego! – pochodzenia. Na oko trzydziestokilkuletnia, z włosami nieco jaśniejszymi od tych, jakie spotykał u rodowitych Hindusów, miała na sobie oczywiście biały kitel. Podobnie jak reszta lekarzy stażystów, których większość wyglądała na czternaście lat, a ich kitle na fartuchy ochronne, jakby za chwilę czekało ich malowanie palcem na lekcji plastyki lub krojenie żaby na lekcji biologii. Część z nich miała poważne miny, śmiesznie kontrastujące z cherubinową urodą, lecz większość zdradzała zmęczenie po zbyt wielu nocnych dyżurach.

Wśród nich byli tylko dwaj mężczyźni, a właściwie chłopcy – obaj w dżinsach, kolorowych krawatach i białych sportowych butach jak kelnerzy z sieci Bennigana. Kobiety – gdyby nazwał je dziewczętami, wyczerpałby tygodniowy limit słów niepoprawnych politycznie – wybrały fartuchy chirurgiczne. Tacy młodziutcy. Dzieciaki zajmujące się dzieciakami.

Podążył za ich grupą w dyskretnej odległości. Co jakiś czas zaglądał do sal i natychmiast tego żałował. Zamiast tryskających kolorem, wesołych ścian jak na korytarzu, ozdobionych obrazkami z Disneya, kolażami, zdjęciami dzieci i pojazdów, widział tylko czerń i biel. Oddział był pełen umierających dzieci. Łysych chłopców i dziewczynek, z żyłami poczerniałymi od toksyn i jadów. Większość wyglądała tak spokojnie, tak niewiarygodnie dzielnie, tak heroicznie. Gdyby ktoś chciał ujrzeć nagi strach, musiałby zajrzeć w oczy ich rodzicom, którzy jakby wessali w siebie całe przerażenie, by dzieci go nie zaznały.

– Pan Bolitar? – Doktor Singh spojrzała mu w oczy i wyciągnęła rękę. – Jestem Karen Singh.

O mało jej nie spytał, jak to wytrzymuje, jak jest w stanie dzień w dzień patrzeć na umierające dzieci. Wymienili zwykłe uprzejmości. Myron spodziewał się po niej hinduskiej wymowy, lecz wyłowił zaledwie ślad akcentu z Bronksu.

– Porozmawiajmy tutaj – powiedziała.

Pchnęła nadzwyczaj ciężkie, nadzwyczaj szerokie drzwi, rozpowszechnione w szpitalach i klinikach, i weszli do pustego pokoju z łóżkami bez pościeli. Pustka ta pobudziła jego wyobraźnię. Ujrzał, jak bliska mu osoba wpada do szpitala, niecierpliwie naciska guzik przywołujący windę, wsiada do niej, naciska więcej guzików, biegnie korytarzem, wpada do tego cichego pokoju i, widząc pielęgniarkę zwijającą pościel, wydaje okrzyk bólu…

Potrząsnął głową. Oglądał za dużo telewizji.

Doktor Singh usiadła na materacu w rogu łóżka. Myron patrzył przez chwilę na jej twarz. Wyglądała surowo. Ostre, wydłużone rysy. Szpiczasty nos i podbródek, brwi jak napięte łuki.

– Pan się gapi – powiedziała.

– Przepraszam.

– Spodziewał się pan kropki?

Wskazała na czoło.

– E, nie.

– To dobrze, przejdźmy do rzeczy.

– Proszę.

– Pani Downing pragnie, bym odpowiedziała na wszystkie pańskie pytania.

– Dziękuję, że znalazła pani dla mnie czas.

– Jest pan prywatnym detektywem?

– Raczej przyjacielem rodziny.

– Grał pan w koszykówkę z Gregiem Downingiem?

Myrona nieodmiennie zaskakiwała pamięć kibiców. Po tylu latach wciąż pamiętali jego najlepsze mecze, najlepsze strzały, czasem dokładniej niż on sam.

– Lubi pani tę grę? – spytał.

– Skądże. Nie znoszę sportu.

– To skąd…

– Wydedukowałam. Jest pan wysoki, w odpowiednim wieku i przedstawił się pan jako przyjaciel rodziny. Tak więc…

Wzruszyła ramionami.

– Zręczna dedukcja.

– Na dobrą sprawę tym się tu zajmujemy. Dedukowaniem. Niektóre diagnozy są łatwe. Do innych dochodzimy na podstawie dowodów. Czytał pan powieści z Sherlockiem Holmesem?

– Oczywiście.

– Powiedział on, że nie wolno wysnuwać teorii, nie mając w ręku faktów. Wówczas bowiem nagina się je do teorii, a nie teorię do nich. Chybione diagnozy to w dziewięciu przypadkach na dziesięć skutek zignorowania tej reguły Sherlocka.

– Tak było w przypadku Jeremy’ego Downinga?

– W rzeczy samej.

Z korytarza dobiegło pikanie jakiegoś aparatu. Jego dźwięk szarpał nerwy jak policyjny paralizator.

– Jego pierwszy lekarz nawalił?

– Nie chcę się w to zagłębiać. Anemia Fanconiego to rzadka choroba. A ponieważ daje objawy podobne do innych schorzeń, nietrudno o złą diagnozę.

– Proszę opowiedzieć mi o Jeremym.

– A co tu opowiadać? Choruje na to. Ma anemię Fanconiego. Mówiąc prosto, jego szpik jest zepsuty.

– Zepsuty?

– W języku laika, do bani. Chłopiec stał się przez to podatny na infekcje i grozi mu rak. Choroba ta zmienia się zwykle w OBM… Ostrą białaczkę monocytową – dodała, widząc jego zdezorientowaną minę.

– Ale można go uleczyć?

– „Uleczyć” to optymistyczne słowo. Ale w przypadku przeszczepu szpiku kostnego i terapii nową pochodną fludarabiny rokowania są znakomite.

– Flud… czego?

– Nieważne. Potrzebujemy szpiku kostnego zgodnego ze szpikiem Jeremy’ego. Tylko to się liczy.

– I nie macie.

Doktor Singh poprawiła się na materacu.

– Nie.

Myron wyczuł w niej opór. Uznał, że lepiej się wycofać i spróbować z drugiej flanki.

– Może mnie pani zapoznać z procesem przeszczepu? – spytał.

– Krok po kroku?

– Jeśli to nie za duża fatyga.

Wzruszyła ramionami.

– Pierwszy krok: znalezienie dawcy.

– Od czego zaczynacie?

– Najpierw badamy oczywiście członków rodziny. Najłatwiej o podobny szpik u rodzeństwa. Potem badamy rodziców. A następnie ludzi podobnego pochodzenia.

– Podobnego pochodzenia, czyli…

– Czarnych w przypadku czarnych chorych, Żydów w przypadku żydowskich, Latynosów w przypadku latynoskich. Dzieje się tak często podczas akcji szukania odpowiedniego szpiku. Jeżeli pacjent jest, na przykład, chasydem, to takie akcje odbywają się w chasydzkich synagogach. Zwykle najtrudniej znaleźć odpowiedni szpik dla chorych krwi mieszanej.

– Czy krew Jeremy’ego, czy co tam porównujecie… jest rzadko spotykana?

– Tak.

Emily i Greg mieli irlandzkich przodków, w żyłach Myrona zaś płynęła krew przodków z dawnej Rosji, Polski, a nawet w drobnej części z Palestyny. Mieszana. Jakie to miało konsekwencje dla jego ojcostwa?

– Jak poszukujecie odpowiedniego szpiku, kiedy odpadną członkowie rodziny?

– Zwracamy się do państwowego banku krwi i szpiku kostnego.

– Który mieści się…

– W Waszyngtonie. Figuruje pan w ich rejestrze?

Myron skinął głową.

– Dane przechowują w komputerze. Szukamy w nich wstępnie podobnego szpiku.

– Dobrze, przypuśćmy, że znajdziecie w ten sposób podobny szpik…

– Chodzi o wstępne podobieństwo – sprostowała. – Miejscowy ośrodek dzwoni do ewentualnych dawców i prosi ich o przybycie. Przechodzą wiele badań. Ale szanse na znalezienie odpowiedniego szpiku pozostają małe.

Myron spostrzegł, że dotarłszy do znanego sobie tematu Karen Singh odprężyła się. Do tego właśnie dążył. Z przesłuchaniami bywa różnie. Raz przypuszczasz frontalny atak, a innym razem kluczysz, niby przyjacielsko, i zachodzisz pytanego od tyłu. Win wyraził to prościej: niekiedy więcej mrówek zwabisz miodem, ale zawsze miej przy sobie pojemnik z raidem.

– Przypuśćmy, że znaleźliście stuprocentowego dawcę. Co wtedy? – spytał.

– Ośrodek zwraca się do niego o zgodę na pobranie szpiku.

– Czy ten „ośrodek” to centralny bank w Waszyngtonie?

– Nie, miejscowy. Ma pan w portfelu kartę dawcy?

– Tak.

– Proszę mi pokazać.

Myron wyjął portfel, przerzucił tuzin kart dyskontowych z supermarketów, trzy karty z klubów wideo, dwie typu „kup sto kaw, a sto pierwszą wypijesz za darmo” i inne. Wreszcie znalazł kartę dawcy i podał ją lekarce.

– Proszą spojrzeć – powiedziała, wskazując jej rewers. – Pański ośrodek jest w West Orange, w New Jersey.

– Gdyby się okazało, że jestem potencjalnym dawcą, to wezwano by mnie do West Orange?

– Tak.

– A gdyby mój szpik okazał się w pełni zgodny?

– To podpisałby pan dokumenty i oddał go.

– Tak jak krew?

Karen Singh zwróciła mu kartą i znowu się poprawiła.

– Pobranie szpiku jest zabiegiem bardziej inwazyjnym.

Inwazyjnym! Każda profesja ma swoje modne słowa.

– To znaczy?

– Przede wszystkim wymaga anestezji.

– Znieczulenia?

– Tak.

– A co potem?

– Lekarz przebija kość igłą i wysysa szpik strzykawką.

– Uch!

– Jak wyjaśniłam, w czasie zabiegu się śpi.

– Mimo wszystko wygląda na znacznie bardziej skomplikowany od oddania krwi.

– Owszem. Ale jest całkiem bezpieczny i stosunkowo bezbolesny.

– Jednak ludzie z pewnością się wahają. Chyba większość z nich podpisała zgodą w tych samych okolicznościach co ja. Ktoś z ich znajomych zachorował i wystąpił z apelem. W przypadku kogoś, kogo znasz i na kim ci zależy, jesteś gotów się poświęcić. Ale dla nieznajomej osoby?

Karen Singh odszukała jego oczy i wbiła w nie twarde spojrzenie.

– Ratuje pan czyjeś życie, panie Bolitar. Proszą się zastanowić. Ile razy trafia się panu okazja, by uratować bliźniego?

Trafił w jej czułą strunę. Doskonale.

– Twierdzi pani, że dawcy się nie wahają?

– Nie mówię, że to się nie zdarza, ale większość robi co należy.

– Czy dawca poznaje osobę, której ratuje życie?

– Nie. Dawstwo jest w pełni anonimowe. Poufność to podstawa. Obowiązuje nas całkowita tajemnica.

Dochodzili do sedna sprawy. Myron czuł, że Karen Singh zamyka się przed nim jak szyba samochodowa. Postanowił znów się wycofać, przenieść rozmowę na bezpieczny grunt.

– Co się dzieje w tym czasie z pacjentem? – spytał.

– W którym momencie?

– Pozyskiwania szpiku. Jak przygotowujecie go do przeszczepu?

Użył słowa „przygotowujecie”. Jak prawdziwy lekarz. Kto powiedział, że oglądanie telewizyjnego dramatu St. Elsewhere to strata czasu?

– Zależy, na co choruje – odparła doktor Singh. – Ale w przypadku większości chorób biorcę szpiku poddajemy tygodniowej chemoterapii.

Chemoterapia! Jedno ze słów, po którym w pokoju zapada cisza jak makiem zasiał.

– Przed przeszczepem chorzy przechodzą chemoterapię?

– Tak.

– To chyba ich osłabia.

– W pewnym stopniu.

– To po co to robicie?

– To konieczność. Przeszczepiamy biorcy nowy szpik. Przedtem trzeba zabić stary. Przy białaczce, na przykład, chemoterapia jest bardzo intensywna, ponieważ trzeba zabić cały żywy szpik. Anemia Fanconiego nie wymaga tak drastycznych działań, ponieważ szpik chorego i tak jest bardzo słaby.

– Zabijacie go w całości?

– Tak.

– Czy to jest niebezpieczne?

Doktor Singh znów się w niego wpatrzyła.

– To niebezpieczny zabieg, panie Bolitar. W praktyce następuje wymiana czyjegoś szpiku kostnego.

– Co się dzieje potem?

– Potem dożylnie wprowadzamy pacjentowi komórki szpiku. Przez pierwsze dwa tygodnie trzymamy go w odosobnieniu w sterylnych warunkach.

– Na kwarantannie?

– Do tego to się sprowadza. Pamięta pan stary film telewizyjny Chłopiec z kokonu?

– Kto by nie pamiętał?

Doktor Singh uśmiechnęła się.

– Pacjent przebywa w czymś takim? – spytał Myron.

– Tę komorę można nazwać kokonem.

– Nie wiedziałem. I zdaje to egzamin?

– Naturalnie istnieje możliwość odrzucenia przeszczepu. Ale procent pomyślnych operacji jest wysoki. Po przeszczepie Jeremy Downing będzie mógł prowadzić normalne, aktywne życie.

– A bez niego?

– Możemy dalej aplikować mu męskie hormony i czynniki wzrostu, ale z pewnością umrze przedwcześnie.

Zamilkli. Słychać było tylko miarowe mechaniczne pikanie, dochodzące z korytarza. Myron odchrząknął.

– Kiedy powiedziała mi pani, że wszystko, co dotyczy dawcy, jest poufne…

– Całkowicie.

Dość brodzenia w płytkiej wodzie!

– A co pani o tym sądzi prywatnie?

– O czym pan mówi?

– W państwowym rejestrze znaleziono dawcę, którego szpik odpowiada szpikowi Jeremy’ego, prawda?

– Tak.

– I co się stało?

Stuknęła palcem wskazującym w podbródek.

– Mogę być z panem szczera?

– Proszę.

– Uznaję wymóg poufności i zachowania tajemnicy lekarskiej. Zarejestrowanie się jest bardzo ważne, a w dodatku, o czym się na ogół nie wie, łatwe i bezbolesne. Wystarczy oddać trochę krwi. Tyle, ile w malutkiej fiolce, mniej niż oddają dawcy. Dzięki tej prostej czynności można ocalić komuś życie. To sprawa wielkiej wagi, rozumie pan?

– Tak.

– Zadaniem środowiska lekarskiego jest ze wszystkich sił zachęcać ludzi do wpisania się do rejestru dawców szpiku. Należy ich edukować. Ważna jest też poufność. Trzeba ją respektować. Dawcy muszą nam ufać.

Urwała, skrzyżowała nogi i wsparła się na rękach.

– Niestety, w tym przypadku zrodził się dylemat. Wymóg poufności zderza się z dobrem pacjenta. Mnie ten dylemat łatwo rozstrzygnąć. Nie jestem prawnikiem ani kapłanem. Lekarza obowiązuje przysięga Hipokratesa. Sprawą nadrzędną jest dla mnie nie poufność, lecz ratowanie życia. I nie jestem osamotniona w tym poglądzie. Zapewne dlatego my, lekarze, nie mamy żadnego kontaktu z dawcami. Wszystko załatwia ośrodek krwiodawstwa, w pańskim przypadku ten w West Orange. Pobierają szpik i przesyłają go nam.

– Czy to znaczy, że nie zna pani nazwiska dawcy?

– Właśnie.

– Jego płci, adresu, niczego?

Karen Singh skinęła głową.

– Wiem tylko tyle, że figurował w państwowym rejestrze. Przekazali mi to przez telefon. A potem zadzwonili z wiadomością, że dawca jest niedostępny.

– Co to znaczy?

– Też zadałam im to pytanie.

– Odpowiedzieli?

– Nie. Ja patrzę na sprawy w skali mikro, a oni w skali makro. Mają prawo.

– Poddała się pani?

Lekarka zesztywniała. Jej oczy zmniejszyły się i pociemniały.

– Nie, panie Bolitar. Nie poddałam się. Wściekłam się na system. Ale ci z państwowego rejestru nie są potworami. Rozumieją, że to sprawa życia i śmierci. Jeżeli dawca się wycofuje, robią, co tylko mogą, żeby wrócił do stada. Robią wszystko, co zrobiłabym ja, żeby przekonać go do oddania szpiku.

– Nie udało im się?

– Na to wygląda.

– Powiedzieliby dawcy, że skazuje trzynastoletniego chłopca na śmierć?

– Tak – odparła bez wahania.

Myron uniósł ręce.

– Jaki stąd wniosek, pani doktor? Że ten dawca to samolubny potwór?

Karen Singh chwilę nad tym myślała.

– Kto wie. Choć odpowiedź może być prostsza.

– Na przykład?

– Na przykład nie mogą go znaleźć.

No, no! Myron lekko się wyprostował.

– Jak to, „nie mogą znaleźć”?

– Nie wiem, co tam się stało. Ośrodek nic mi nie powie, i chyba słusznie. Ja reprezentuję interesy pacjenta, a oni zajmują się dawcami. Przypuszczam jednak, że to ich… – urwała, szukając odpowiedniego słowa – mocno zakłopotało.

– Skąd ta opinia?

– To nic konkretnego. Wyczuwam, że chodzi o coś więcej niż o spłoszonego dawcę.

– Jak to sprawdzić?

– Nie wiem.

– Jak poznać jego dane?

– To niemożliwe.

– Przypuśćmy, że jest jakiś sposób. Co musiałbym zrobić?

Wzruszyła ramionami.

– Włamać się do ich komputera. Nie widzę innego sposobu.

– Komputera w Waszyngtonie?

– Tworzy sieć z lokalnymi ośrodkami. Trzeba jednak znać kody i hasła. Dobry haker być może by sobie z tym poradził, nie wiem.

Myron wiedział, że hakerzy lepiej spisują się w filmach niż w rzeczywistości. Kilka lat temu może by coś z tego wyszło, lecz obecnie większość systemów komputerowych jest zabezpieczona przed intruzami.

– Ile czasu zostało Jeremy’emu, pani doktor?

– Doprawdy trudno powiedzieć. Chłopiec dobrze reaguje na hormony i czynniki wzrostu. Ale jego śmierć jest tylko kwestią czasu.

– A zatem musimy znaleźć dawcę.

– Tak.

Karen Singh zamilkła, popatrzyła na Myrona, odwróciła wzrok.

– Coś jeszcze? – spytał.

Nie spojrzała mu w twarz.

– Jest jeszcze jedna, choć znikoma szansa – odparła.

– Jaka?

– Tak jak powiedziałam, reprezentuję interesy pacjenta. Dlatego badam wszelkie możliwości, które mogą ocalić mu życie.

Jej głos nabrał dziwnych tonów.

– Słucham.

Karen Singh potarła dłońmi nogawki.

– Gdyby biologiczni rodzice Jeremy’ego poczęli następne dziecko, jest dwadzieścia pięć procent szans na to, że będzie miało ten sam szpik co on.

Spojrzała na Myrona.

– To nie wchodzi w grę.

– Nawet, jeśli jest to jedyny sposób na uratowanie mu życia?

Myron nie odpowiedział. Do pokoju zajrzał przechodzący pielęgniarz, przeprosił ich i się wycofał. Myron wstał i podziękował lekarce.

– Odprowadzę pana do windy – zaofiarowała się doktor Singh.

– Dziękuję.

– Na dole, w pawilonie Harknessa, jest laboratorium.

Wręczyła Myronowi kartkę. Spojrzał na nią. Był to formularz.

– Pewnie zechce pan zbadać dyskretnie krew – dodała.

W drodze do windy nie zamienili ani słowa. Minęli kilkoro małych pacjentów wiezionych na wózkach. Uśmiechy, którymi obdarzyła ich doktor Singh, przydały jej ostrym rysom znamion niebiańskości. Także te dzieci wyglądały dzielnie. Myron zadawał sobie pytanie, czy ich spokój bierze się z niewiedzy, Czy z pogodzenia z losem. Nie rozumiały tego, co je spotyka, czy też posiadły cichą jasność myśli, niedostępną ich rodzicom? Takie filozoficzne pytania najlepiej było zostawić bardziej wykształconym. Ale może odpowiedź była prostsza, niż sądził: te dzieci będą cierpieć stosunkowo krótko, za to ich rodzice bez końca.

– Jak pani to robi? – spytał, gdy doszli do windy.

Wiedziała, o co pyta.

– Mogłabym panu opowiedzieć o satysfakcji, jaką daje pomaganie dzieciom, ale prawda wygląda tak, że blokuję w sobie uczucia i chowam do szufladek. To jedyny sposób.

Drzwi windy otworzyły się, ale zanim Myron zrobił krok, usłyszał znajomy głos:

– Co tu robisz, do diabła?

Z windy wysiadł Greg Downing.

7

Znów za dużo wspomnień.

Kiedy poprzednim razem, trzy lata temu, znaleźli się w jednym pokoju, Myron usiadł Gregowi na piersi i zaczął go walić w twarz, chcąc zabić. Dopiero Win – Win! – go odciągnął. Od tamtego czasu Myron nie widział Downinga, nie licząc migawek filmowych w wiadomościach.

Greg wpatrzył się groźnie w niego, potem w Karen Singh i znów w niego, tak jakby oczekiwał, że stąd zniknie.

– Co tu robisz, do diabła?! – powtórzył.

Miał na sobie flanelową koszulę, elastyczny podkoszulek o fakturze wafla, jak ze sklepu dla niemowląt, spłowiałe dżinsy i nieludzko zdarte buty robocze. Okaz podmiejskiego drwala.

Coś zapłonęło nagle w piersi Myrona i uleciało.

Od pierwszego starcia o piłkę pod koszem w meczu szóstych klas stali się modelowymi rywalami z dwóch krańców miasta. W szkole średniej, gdy ich współzawodnictwo osiągnęło zenit, spotkali się na parkiecie osiem razy, równo dzieląc się zwycięstwami. Plotkowano, że między dwoma utalentowanymi gwiazdami szkolnej koszykówki jest zła krew, ale była to typowa sportowa hiperbola. Myron znał Grega tylko z boiska. Owszem, byli zaciekłymi rywalami, gotowymi na wszystko w imię zwycięstwa, ale zaraz po syrenie kończącej spotkanie ściskali sobie ręce i ich rywalizacja zapadała w letarg do następnego meczu.

W każdym razie Myron tak myślał.

Kiedy przyjął stypendium z Uniwersytetu Duke’a, a Greg wybrał Uniwersytet Stanowy w Karolinie Północnej, fani koszykówki ogromnie się ucieszyli, że niewinna rywalizacja Bolitara i Downinga rozkwitnie w akademickiej lidze Wschodniego Wybrzeża. Myron i Greg ich nie zawiedli. Przyciągające przed telewizory ogromną publiczność mecze Uniwersytetu Duke’a ze Stanowym kończyły się zawsze co najwyżej trzypunktowymi zwycięstwami. Jeden i drugi zrobili błyskotliwe kariery na uczelniach. Obu wybrano do akademickiej drużyny gwiazd. Obaj trafili na okładki „Sports Illustrated”, raz nawet wspólnie. Lecz rywalizowali ze sobą tylko na boisku. Walczyli na nim aż do krwi, ale sportowe współzawodnictwo nie kolidowało z ich życiem osobistym.

Aż do pojawienia się Emily.

Na początku ostatniego roku studiów Myron poruszył z nią sprawę małżeństwa. Następnego dnia przyszła do niego, wzięła go za ręce, zajrzała w oczy i powiedziała: „Nie jestem pewna, czy cię kocham”. Bach! Ni z tego, ni z owego. Nie bardzo wiedział, co się stało. Domyślał się, że za wcześnie z tym wyskoczył. Może potrzebowała rozwinąć przysłowiowe skrzydła, wyszumieć się i tak dalej. Minął czas. Policzył, że trzy miesiące. I wtedy zaczęła chodzić z Gregiem. Bagatelizował to publicznie nawet wtedy, gdy przed dyplomem Emily i Greg się zaręczyli. W tym samym mniej więcej czasie odbył się nabór do ligi NBA. Obu wybrano w pierwszej rundzie, choć Grega niespodziewanie przed Myronem.

To wtedy wszystko się zaczęło.

Jaki był tego wynik?

Blisko piętnaście lat później zawodowa gwiazdorska kariera Grega Downinga z wolna dobiegała końca. Publiczność go uwielbiała. Zarobił miliony i zdobył sławę. Uprawiał sport, który kochał. Natomiast życiowe marzenia Myrona dostały w łeb u zarania. Podczas pierwszego przedsezonowego meczu z Celtics wpadł na niego Wielki Burt Wesson i wraz z drugim graczem zakleszczył mu kolano. Trzasnęło, chrupnęło, strzeliło… a potem Myron poczuł piekielnie ostry ból, jakby rzepkę rozdarły mu na strzępy stalowe szpony.

Kolano nigdy nie odzyskało sprawności.

Niesamowity wypadek. Tak wszyscy myśleli. Włącznie z nim. Przez ponad dziesięć lat żywił przekonanie, że ta kontuzja to zwykły traf, zrządzenie kapryśnego losu. Ale poznał prawdę. Stał za tym mężczyzna, którego miał przed sobą. Nie było wątpliwości: ich pozornie niewinna rywalizacja z dzieciństwa osiągnęła monstrualne rozmiary, pożarła jego marzenia, zabiła małżeństwo Grega i Emily i najprawdopodobniej doprowadziła do narodzin Jeremy’ego Downinga.

Poczuł, że zaciska dłonie w pięści.

– Właśnie wychodzę – odparł.

Greg położył dłoń na jego piersi.

– Zadałem ci pytanie.

Myron wpatrzył się w dłoń rywala.

– Jedno jest dobre – rzekł.

– Co?

– Odpada transport do szpitala. Jesteśmy w nim.

Greg wykrzywił się.

– Poprzednim razem podstępnie mnie uderzyłeś!

– Mam powtórzyć?

– Przepraszam – wtrąciła Karen Singh. – Panowie mówicie serio?

Greg nadal groźnie patrzył na Myrona.

– Przestań, bo zaraz się zmoczę – rzekł Myron.

– Sukinsynu!

– Ty też nie licz, że wyślę ci kartkę na Boże Narodzenie, Gregu Downie.

Gregu Downie? To ci dojrzała odpowiedź!

– Wiesz, co bym ci zrobił, Bolitar?

Greg Downing przysunął się do Myrona.

– Dał buzi? Kupił kwiaty?

– Chyba że na grób.

– Brawo, Greg. – Myron skinął głową. – Aleś mi dosolił.

– To wprawdzie oddział dziecięcy, ale nie zachowujcie się, panowie, jak dzieci – wtrąciła Karen Singh.

Greg cofnął się o krok, nie spuszczając Myrona z oczu.

– Emily! – wyrzucił z siebie. – Zadzwoniła do ciebie, tak?

– Nie mam ci nic do powiedzenia, Greg.

– Poprosiła cię, żebyś znalazł dawcę. Tak jak kiedyś mnie.

– Zawsze byłeś bystry.

– Dziś zwołuję konferencję prasową. Zwrócę się z bezpośrednim apelem do dawcy. Zaproponuję nagrodę.

– To dobrze.

– Dlatego nie jesteś nam potrzebny, Bolitar.

Myron spojrzał na niego i na moment znów znaleźli się na boisku, z twarzami ociekającymi potem. Publiczność wiwatowała, zegar odmierzał czas, piłka odbijała się od parkietu. Nirwana. Przepadło. Stracił to przez Grega. I Emily. Ale głównie, co tu się czarować, przez własną głupotę.

– Muszę iść – powiedział.

Greg cofnął się o krok. Myron wyminął go i nacisnął guzik przy windzie.

– Hej, Bolitar.

Myron odwrócił się.

– Przyjechałem porozmawiać z panią doktor o moim synu, a nie odgrzewać przeszłość.

Myron nie odpowiedział. Obrócił się do windy.

– Ocalisz mojego syna?

Myronowi zaschło w ustach.

– Nie wiem – odparł.

Winda zadzwoniła i otworzyła się. Nie pożegnali się, nie skinęli sobie głowami, nie zrobili nic. Myron wsiadł, drzwi się zamknęły. Po zjechaniu na parter poszedł do laboratorium. Podwinął rękaw. Pielęgniarka pobrała mu krew i rozwiązała krępulec.

– O wynikach dowie się pan od lekarza – powiedziała.

8

Win się nudził, więc pojechał z Myronem na lotnisko po Terese. Pedał gazu wciskał z taką pasją, jakby był na niego zły. Jaguar śmigał. Myron, jak zwykle podczas jazdy w Winem, wolał nie patrzeć przed siebie.

– Zdaje się, że najlepiej będzie znaleźć na względnym odludziu, północy lub zachodzie Jersey, filię kliniki szpiku kostnego i włamać się tam w nocy z fachowcem od komputerów.

– To na nic – odparł Myron.

– Por que?

– Centrala w Waszyngtonie wyłącza sieć o szóstej po południu. Nawet gdybyśmy się włamali, nie uruchomilibyśmy głównego komputera.

– Hm!

– Nie martw się. Mam plan.

– Kiedy tak mówisz, twardnieją mi sutki – rzekł Win.

– Myślałem, że podnieca cię tylko to, co rzeczywiste.

– Twój plan nie jest rzeczywisty?

Zostawili samochód na krótkoterminowym parkingu na lotnisku Kennedy’ego i dziesięć minut przed czasem znaleźli się przy terminalu przylotowym linii Continental.

– Stanę w kącie – oznajmił Win, gdy pojawili się pierwsi pasażerowie.

– Dlaczego?

– Żeby nie rzucić cienia na wasze powitanie. Zresztą będę miał stamtąd lepszy widok na kuperek pani Collins.

Cały Win.

Dwie minuty później Terese Collins zeszła – by użyć fachowego języka przewoźników – z pokładu, wystrojona „niedbale” w białą bluzkę i zielone spodnie. Kasztanowe włosy miała związane w koński ogon. Ludzie trącali się łokciami, szeptali i dyskretnie pokazywali ją sobie, obrzucając ukradkowymi spojrzeniami, które mówią: „Poznaję cię, ale nie myślę się łasić”.

Terese podeszła do Myrona i obdarzyła go uśmiechem, z repertuaru „A teraz przerwa na reklamy”. Nieznacznym, krótkim i przyjacielskim, lecz zarazem przypominającym telewidzom, że w swoim programie mówi o wojnach, epidemiach i tragediach, dlatego szeroki, zadowolony uśmiech byłby nie na miejscu. Uściskali się odrobinę za mocno i Myron znów poczuł przypływ znajomego smutku. Powtarzało się to za każdym razem, kiedy to robili – miał wrażenie, że coś się w nim od nowa kruszy. To samo wyczuwał u niej.

Podszedł Win.

– Witaj, Win – powiedziała.

– Witaj, Terese.

– Znów przyglądasz się mojej pupie.

– Owszem. Lecz wolę słowo „kuperek”.

– Nadal świetny?

– Pierwsza klasa.

– Ahm! – chrząknął Myron. – Zaczekajcie na klasyfikatora drobiu.

Win i Terese wymienili spojrzenia i wywrócili oczami.

Myron pomylił się. Emily nie była ulubienicą Wina. Była nią Terese, choć wyłącznie dlatego, że mieszkała bardzo daleko.

– Jesteś żałosnym, głodnym uczuć typem, który czuje się niespełniony bez stałej dziewczyny – rzekł mu kiedyś Win. – Najlepsza jest niezależna kobieta, która mieszka tysiąc mil od ciebie.

Zaczekali na bagaż, a Win poszedł po jaguara. Terese patrzyła, jak odchodzi.

– Ma tyłek lepszy od mojego? – spytał Myron.

– Nikt nie ma tyłka lepszego niż twój – odparła.

– Wiem. Tylko cię sprawdzałem.

– Ciekawy gość – powiedziała, wciąż patrząc na Wina.

– No pewnie.

– Na zewnątrz chłodny i zdystansowany. Ale w środku, w głębi duszy, zdystansowany i chłodny.

– Znasz się na ludziach, Terese.

Win podwiózł ich do Dakoty i wrócił do biura. Gdy znaleźli się w apartamencie, Terese mocno pocałowała Myrona. Zawsze jej się śpieszyło. Pożądała miłości. Było to miłe, oczywiście. A nawet wspaniałe. Ale spowite smutkiem. Smutkiem, który nie pierzchał nawet wtedy, kiedy się kochali, i tylko na jakiś czas unosił się i zawisał nad nimi jak powłoka z chmur.

Kilka miesięcy temu wzięli udział w imprezie charytatywnej, zaproszeni tam w najlepszej intencji przez znajomych. Przyciągnęły ich do siebie nieszczęścia, jakby byli jasnowidzami, którzy dostrzegli nawzajem swoje aury, niewidoczne dla innych. Poznali się i tego samego wieczoru pod wpływem impulsu uciekli na Karaiby. Z zasady przewidywalny Myron uznał ten spontaniczny krok za właściwy. Na małej ustronnej wysepce spędzili trzy otępiająco błogie tygodnie, starając się zabić cierpienie. Kiedy wreszcie zmuszono go do powrotu, myśleli, że to koniec romansu. Pomylili się. W każdym razie na to wyglądało.

Jego rany nareszcie zaczęły się goić. Nie odzyskał jeszcze pełni sił, nie wrócił do normalności. Wątpił, czy to w ogóle możliwe. Być może wcale tego nie pragnął. Wielkie łapy skręciły go jak ścierkę, a kiedy go wypuściły, nabrał przekonania, że jego z wolna rozkręcający się świat już nigdy nie odzyska pierwotnego kształtu.

Smutne i bolesne.

Jednak to, co spotkało Terese – co sprowadziło na nią smutek czy też wykręciło jej świat – nadal trzymało ją w swoich wielkich łapach.

Złożyła głowę na jego piersi i oplotła go rękami. Nie widział jej twarzy. Nigdy nie pokazywała mu twarzy, gdy skończyli.

– Chcesz o tym porozmawiać? – zagadnął.

Dotąd mu się nie zwierzyła. Rzadko ją o to pytał, bo dobrze wiedział, że łamie tym samym niewypowiedzianą, lecz kardynalną zasadę.

– Nie.

– Nie nalegam. Ale wiedz, że jeżeli się zdecydujesz, to cię wysłucham.

– Wiem.

Chciał coś dodać, ale nadal przebywała tam, gdzie słowa są zbędne lub kłują. Zamilkł więc i pogładził jej włosy.

– Nasz związek… jest dziwny – odezwała się.

– Chyba tak.

– Ktoś powiedział mi, że spotykasz się z Jessicą Culver, tą pisarką.

– Zerwaliśmy.

– Aha. – Terese nie poruszyła się, wciąż ściskając go odrobinę za mocno. – Mogę spytać kiedy?

– Miesiąc przed naszym poznaniem.

– Jak długo byliście razem?

– Z przerwami trzynaście lat.

– Rozumiem. I przy mnie dochodzisz do siebie?

– A ty przy mnie?

– Może.

– Odpowiem to samo.

Na krótko się zamyśliła.

– Ale to nie z powodu Jessiki Culver uciekłeś ze mną.

Przypomniał sobie cmentarz sąsiadujący z podwórzem szkoły.

– Nie, nie z jej powodu – odparł.

Terese wreszcie obróciła się twarzą do niego.

– Nie mamy szans – powiedziała. – Wiesz o tym, prawda?

Nie odpowiedział.

– To nic nadzwyczajnego – ciągnęła. – Wiele związków nie ma przyszłości. Ale ludzie pozostają w nich, bo sprawia im to przyjemność. Nam nie.

– Mów za siebie.

– Nie zrozum mnie źle, Myron. Jesteś świetnym kochankiem.

– Możesz to poświadczyć pod przysięgą na piśmie?

Uśmiechnęła się, ale niewesoło.

– Więc z czym mamy tu do czynienia?

– Szczerze?

– Najlepiej.

– Za dużo analizuję – odparł. – Taką już mam naturę. Poznaję kobietę i natychmiast wyobrażam sobie dom na przedmieściach, biały płot, dwa i pół statystycznego dziecka. Tym razem jednak nie robię tego. Czekam, co się stanie. Więc na twoje pytanie odpowiem: nie wiem z czym. I chyba nie dbam o to.

Opuściła głowę.

– Wiesz, że dużo przeszłam.

– Domyślam się.

– I że dźwigam brzemię cięższe niż inni.

– Każdy z nas dźwiga jakieś brzemię. Pytanie, czy twoje idzie w parze z moim.

– Kto to powiedział?

– To parafraza z libretta broadwayowskiego musicalu.

– Którego?

– Z Czynszu.

Zmarszczyła brwi.

– Nie lubię musicali.

– Wielka szkoda.

– Naprawdę?

– Tak.

– Jesteś wrażliwym kawalerem po trzydziestce, który lubi piosenki z musicali. Gdybyś się lepiej ubierał, wzięłabym cię za geja.

Pocałowała go szybko i mocno w usta. Jakiś czas leżeli przytuleni. Znów zapragnął spytać Terese, co ją spotkało, ale nie spytał. Przyjął, że kiedyś mu powie. Albo nie. Postanowił zmienić temat.

– Chcę, żebyś mi w czymś pomogła – powiedział.

Spojrzała na niego.

– Muszę się dostać do systemu komputerowego banku szpiku kostnego. Możesz mi w tym pomóc.

– Ja?

– Tak.

– Trafiłeś nie na tę technofobkę.

– Ja nie potrzebuję technofobki, tylko słynnej prezenterki telewizyjnej.

– Rozumiem. Prosisz o tę przysługę po udanym stosunku?

– Taki miałem plan. Osłabić twoją wolę. Żebyś nie mogła odmówić.

– Diable wcielony!

– Żebyś wiedziała.

– A jeżeli odmówię?

Myron poruszył brwiami.

– Ulegniesz, bo znów użyję mojego muskularnego ciała i unikalnej techniki miłosnej.

– Uuu-legnę? – Przyciągnęła go do siebie. – To jedno słowo czy dwa?

9

Wszystko poszło migiem.

Myron przedstawił Terese plan. Wysłuchała go, nie przerywając, i zabrała się do dzwonienia. Nie spytała – zgodnie z ich milczącą umową – dlaczego szuka dawcy ani co go z nim łączy.

Przed upływem godziny pod Dakotę podjechał wóz wiadomości z ręczną kamerą. Dyrektor ośrodka krwiodawstwa powiatu Bergen – najbliższego w New Jersey banku szpiku kostnego – natychmiast odłożył wszystkie zajęcia, żeby udzielić wywiadu znakomitej dziennikarce, Terese Collins. Ot, potęga „skrzynki dla idiotów”!

Harlem River Drive dotarli do mostu Waszyngtona, przeskoczyli na drugi brzeg Hudsonu i zjechali z autostrady na Jones Road w Englewood. Myron zaparkował i wziął kamerę. Była cięższa, niż myślał. Terese pokazała mu, jak ją trzymać, jak oprzeć na ramieniu i wycelować. Kamera przypominała bazookę.

– Mam się przebrać dla niepoznaki? – spytał.

– Po co?

– Ludzie wciąż rozpoznają we mnie koszykarza.

Terese zrobiła minę.

– W pewnych kręgach cieszę się sławą.

– Zejdź na ziemię, Myron. Jesteś byłym sportowcem. Jeśli nawet ktoś cię jakimś cudem rozpozna, to pomyśli: miał szczęście, że nie skończył w rynsztoku jak większość sportowców.

– Masz rację – odparł po chwili.

– Jeszcze jedno. Choć w twoim przypadku będzie to arcytrudne.

– Co?

– Trzymaj gębę na kłódkę.

– Boże kochany!

– Jesteś zwykłym kamerzystą.

– Wolimy być nazywani „operatorami filmowymi”.

– Nie wypadnij z roli. Rozmowę zostaw mnie.

– To pozwól mi chociaż przybrać pseudonim. – Przystawił kamerę do oka. – Możesz się do mnie zwracać per Oczko? Albo Patrzałek?

– A może Pajac? Chociaż nie, to byłby synonim.

Świat roi się od mądrali.

Kiedy weszli do holu, ludzie obrócili się w stronę Terese, obrzucając ją ukradkowymi spojrzeniami. Myron, który właściwie po raz pierwszy był dziś z nią publicznie poza lotniskiem, nie w pełni zdawał sobie dotąd sprawę z jej ogromnej sławy.

– Wszędzie tak na ciebie patrzą? – spytał szeptem.

– Najczęściej.

– Nie przeszkadza ci to?

– Bzdury! – odparła, kręcąc głową.

– Co?

– Skargi sław na gapiących się ludzi. Wiesz, co naprawdę wkurza powszechnie znane osoby? To, że ktoś ich nie rozpozna.

Myron uśmiechnął się.

– Jesteś taka spełniona.

– To nowe określenie na „cyniczna”?

– Pan Englehardt czeka na panią – powiedziała recepcjonistka i poprowadziła ich korytarzem z gipsowymi, źle pomalowanymi ścianami.

Englehardt siedział przy biurku z drewna i plastiku. Był drobny, miał pod trzydziestkę i szczękę cieńszą niż kawa z automatu.

Myron od razu spostrzegł komputery. Dwa. Jeden stał na biurku. Drugi na niskiej szafce. Hm!

Gospodarza wyrwało z fotela tak raptownie, jakby przed sekundą dowiedział się, że są w nim wszy łonowe. Rozszerzone źrenice utkwił w Terese. Myron, na którego nie zwrócił uwagi, poczuł się jak… kamerzysta. Terese uśmiechnęła się promiennie i Englehardt stracił głowę.

– Jestem Terese Collins – przedstawiła się, wyciągając rękę.

Mało brakowało, a Englehardt, poza wszystkim, pocałowałby ją w kolano.

– A to mój kamerzysta, Malachi Throne.

Myron leciutko się uśmiechnął. Przejął się jej niechęcią do broadwayowskich musicali, a tymczasem… Dwulicowy Malachi Throne? Genialne!

Szybko wymienili uprzejmości. Englehardt wciąż dotykał fryzury, starając się to robić jak najdyskretniej, tak żeby się nie wydało, iż poprawia ją do zdjęć. Figa, bratku. Wreszcie Terese dała znak, że jest gotowa.

– Gdzie mam usiąść? – spytał Englehardt.

– Najlepiej przy biurku – odparła. – Prawda, Malachi?

– Otóż to. Tak jest, przy biurku – potwierdził Myron.

Rozpoczął się wywiad. Terese utkwiła wzrok w lekarzu. Oślepiony jej promiennym uśmiechem, musiał patrzyć na nią. Myron – wykapany Richard Avedon, fachman nad fachmany – przyłożył oko do kamery.

Dla rozluźnienia rozmówcy, tak by poczuł się swobodnie i bezpiecznie, Terese zastosowała metodę podobną to tej, jakiej Myron użył wobec doktor Singh. Zapytała Englehardta, w jaki sposób trafił do zawodu, o pochodzenie – same ogólniki i banały. Zachowywała się jak na antenie. Głos miała inny, oczy mniej ruchliwe.

– Państwowy bank szpiku w Waszyngtonie przechowuje dane wszystkich dawców? – spytała.

– Tak.

– Ale pan ma do nich dostęp?

Englehardt stuknął w klawiaturę. Monitor stał tyłem do nich, ekranem do niego. A więc z siecią połączony był komputer na biurku. Utrudniało to Myronowi zadanie, ale go nie przekreślało.

– Zrób ujęcie od tyłu, Malachi, dobrze? – powiedziała Terese. – Jeśli można – zwróciła się do Englehardta.

– Żaden problem – odparł.

Myron ruszył, by zająć pozycję. Monitor był wyłączony. Nic dziwnego.

– Wszyscy w ośrodku mają dostęp do komputera w państwowym banku dawców? – spytała Terese, cały czas skupiając na sobie wzrok lekarza.

Englehardt stanowczo potrząsnął głową.

– Tylko ja.

– Dlaczego?

– Informacje o dawcach są poufne. Przestrzegamy tego bezwarunkowo.

– Rozumiem.

Myron zajął pozycję.

– Ale co powstrzyma zainteresowanego przed wejściem tu pod pana nieobecność?

– Zawsze zamykam drzwi na klucz – odparł służalczo Englehardt. – Poza tym, żeby wejść do sieci, trzeba znać hasło.

– A hasło zna tylko pan?

Englehardt starał się nie spęcznieć z dumy, ale trochę go rozdęło.

– Owszem.

Kto widział w programach „Dateline” lub „20/20” filmy nakręcone ukrytą kamerą? Zdjęcia są zawsze czarno-białe i zrobione pod dziwnym kątem. A przecież taką kamerę może kupić każdy amator, a tym bardziej filmującą w kolorze. Na Manhattanie sprzedają je sklepy „szpiegowskie”, które bez trudu znajdzie się w Internecie. Są tam kamery ukryte w zegarach, piórach, teczkach, a przede wszystkim w wykrywaczach dymu – dostępne każdemu z odpowiednią kasą. Myron miał kamerę, która udawała kasetę z taśmą. Położył ją na parapecie okna i wycelował obiektyw w ekran komputera.

Kiedy ją ustawił, stuknął się palcem w nos jak Redford w Żądle. Tak się umówili. Jestem Bolitar. Myron Bolitar. Yoo-hoo. Wstrząśnięte, niemieszane. Terese odebrała sygnał i uśmiech spadł z jej twarzy jak kafar.

– Pani Collins? – przestraszył się Englehardt. – Dobrze się pani czuje?

Przez chwilę nie mogła mu spojrzeć w oczy.

– Panie Englehardt – przemówiła wreszcie, głosem poważnym jak podczas wojny w Zatoce. – Muszę coś wyznać.

– Słucham?

– Wywiad z panem jest poniekąd pretekstem.

Englehardt zmieszał się. Terese grała tak świetnie, że Myron też o mało co się nie zmieszał.

– Święcie wierzę, że wykonuje pan ważną pracę – ciągnęła. – Ale inni mają pewne wątpliwości.

Englehardt zrobił duże oczy.

– Nie rozumiem.

– Potrzebuję pańskiej pomocy, panie Englehardt.

– Na imię mam Billy.

– Ktoś próbuje panu nabruździć, Billy – dodała niezwłocznie.

– Mnie?

– I państwowemu rejestrowi dawców.

– Doprawdy nie bardzo wiem…

– Znana jest panu sprawa Jeremy’ego Downinga?

Englehardt potrząsnął głową.

– Nie znam nazwisk pacjentów – odparł.

– To syn Grega Downinga, gwiazdy koszykówki.

– A tak, zaraz, słyszałem. Jego syn ma anemię Fanconiego.

Terese potwierdziła skinieniem głowy.

– Zgadza się.

– Czy pan Downing nie zwołał na dziś konferencji prasowej? W celu znalezienia dawcy?

– Otóż to, Billy. I w tym właśnie problem.

– Jaki?

– Pan Downing znalazł dawcę.

– I to ma być problem? – spytał zdezorientowany lekarz.

– Nie. O ile ta osoba rzeczywiście jest dawcą. Jeżeli nie kłamie.

Englehardt spojrzał na „kamerzystę”. Myron wzruszył ramionami i powrócił przed biurko. Kasetę zostawił na parapecie.

– Nie bardzo rozumiem, pani Collins.

– Proszę mi mówić po imieniu. Zgłosił się pewien mężczyzna. Twierdzi, że ma odpowiedni szpik.

– Podejrzewacie, że kłamie?

– Pozwoli pan, że dokończę. Podaje też powód, dlaczego odmówił oddania szpiku. Oskarża ten ośrodek o skandaliczne potraktowanie.

Englehardt o mało nie spadł z fotela.

– Słucham?!

– Twierdzi, że potraktowano go niegodziwie, a personel był tak grubiański, iż rozważał, czy nie podać was do sądu.

– To absurd.

– Pewnie tak.

– Kłamie!

– Pewnie tak – powtórzyła Terese.

– Znajdziemy go – dodał Englehardt. – Zbadamy mu krew i udowodnimy oszustwo.

– Tylko kiedy?

– Słucham?

– Kiedy to zrobicie? Jutro? Za tydzień? Miesiąc? Do tego czasu zdąży wam zaszkodzić. Dziś pojawi się na konferencji prasowej Grega Downinga. Opadną was hurmem media. Nawet jeśli pomówienia okażą się fałszywe, nikt nie będzie pamiętał, że je wycofano. Pamiętać się będzie tylko zarzuty.

– Boże!

Englehardt usiadł prosto.

– Będę szczera, Billy. Część moich kolegów mu wierzy. Ja nie. Ten człowiek szuka rozgłosu. Zagoniłam moich najlepszych dziennikarzy śledczych do przekopania jego przeszłości. Na razie nic nie wykryli, a czas ucieka.

– Co mogę zrobić?

– Nie mogę go powstrzymać tylko dlatego, że mu nie wierzę. Muszę się upewnić, że kłamie.

– Jak?

Terese przygryzła dolną wargę. Głęboko się zamyśliła.

– Dzięki waszej sieci komputerowej.

Englehardt potrząsnął głową.

– Wszystkie informacje są poufne. Już to wyjaśniłem. Nie mogę zdradzić pani…

– Nie muszę znać nazwiska dawcy.

Pochyliła się do przodu. Żeby nie stwarzać poczucia zagrożenia, Myron odsunął się jak najdalej od miejsca akcji.

– Ale muszę mieć pewność, że nie jest nim ten oszczerca.

Englehardt najwyraźniej się wahał.

– Siedzę tu – podkreśliła. – Nie widzę monitora. Malachi jest przy drzwiach. Wyłączyłeś kamerę, Malachi? – spytała Myrona.

– Tak – odparł i dla wzmocnienia tych słów odłożył kamerę.

– Oto, co proponuję – powiedziała. – Zajrzy pan do danych Jeremy’ego Downinga. Będzie tam lista dawców. Podam panu nazwisko, a pan powie mi, czy ono na niej figuruje. Proste?

Englehardt ciągle się wahał.

– Nie pogwałci pan zasady poufności – zapewniła. – Nie widzimy ekranu komputera. Możemy nawet wyjść z pokoju, jak pan będzie sprawdzał dane.

Englehardt milczał. Terese również. Wyczekiwała. Ideał dziennikarki.

– Bierz sprzęt – powiedziała wreszcie do Myrona.

– Chwileczkę. – Englehardt powiódł oczami w lewo, w prawo i je opuścił. – Chłopiec nazywa się Jeremy Downing?

– Tak.

Englehardt znów kilka razy przesunął oczami tam i z powrotem. Gdy uznał, że nic mu nie grozi, pochylił się nad klawiaturą i zastukał w nią palcami.

– Jak się nazywa domniemany dawca? – spytał po kilku sekundach.

– Victor Johnson.

Englehardt spojrzał na monitor i uśmiechnął się.

– To nie on.

– Na pewno?

– Absolutnie.

Terese odwzajemniła uśmiech.

– To wszystko, co chciałam wiedzieć.

– Powstrzyma go pani?

– Nie dojedzie na tę konferencję.

Myron zabrał kasetę i kamerę i pośpieszyli korytarzem.

– Malachi Throne? – zagadnął ją, gdy wyszli z budynku.

– Wiesz, kto to?

– Grał Fałszywą Twarz w Batmanie.

– Doskonale.

Terese uśmiechnęła się.

– Powiedzieć ci coś?

– Co?

– Rąjcujesz mnie, kiedy mówisz o Batmanie.

– I nie tylko wtedy.

– Pijesz do czegoś?

Pięć minut potem obejrzeli w wozie telewizyjnym taśmę z ukrytej kamery.

10

Pan Davis Taylor

North End Ave 221

Waterbury, Connecticut

Był też numer ubezpieczenia społecznego i numery telefonów. Myron wyjął komórkę i zadzwonił. Włączył się mechaniczny głos z sekretarki i po rutynowym powitaniu kazał zostawić wiadomość po sygnale. Myron podał nazwisko, numer komórki i poprosił pana Taylora o oddzwonienie.

– Co zamierzasz? – spytała Terese.

– Pojadę tam i spróbuję porozmawiać z panem Davisem Taylorem.

– Czy ośrodek tego nie próbował?

– Pewnie tak.

– Masz większy dar przekonywania?

– Wątpliwe.

– Dziś wieczorem pracuję w Waldorfie.

– Wiem. Pojadę sam. A może z Winem.

W dalszym ciągu nie patrzyła mu w twarz.

– Ten chłopiec, który potrzebuje przeszczepu… Nie jest ci całkiem obcy, co? – spytała.

– Chyba tak – odparł, nie bardzo wiedząc, jaką dać odpowiedź.

Z jej skinienia głową wyczytał, że nie musi nic dodawać. I nie dodał. Wziął telefon i zadzwonił do Emily. Odezwała się, zanim wybrzmiał pierwszy sygnał.

– Halo?

– O której Greg ma tę konferencję? – spytał.

– Za dwie godziny.

– Muszę się z nim skontaktować.

Usłyszał pełne nadziei westchnienie.

– Znalazłeś dawcę szpiku?

– Jeszcze nie.

– Ale coś już masz.

– To się okaże.

– Przestań mnie zbywać, Myron.

– Wcale cię nie zbywam.

– Chodzi o życie mojego syna!

„I mojego!” – pomyślał.

– Złapałem trop, Emily. To wszystko.

Podała mu numer telefonu Grega.

– Myron, proszę, zadzwoń, jeśli…

– Natychmiast jak się czegoś dowiem.

Rozłączył się i zadzwonił do Downinga.

– Chcę, żebyś odwołał konferencję prasową – powiedział.

– Dlaczego? – spytał Greg.

– Daj mi czas do jutra.

– Trafiłeś na coś?

– Może.

– Może na nic! Więc masz coś czy nie?!

– Nazwisko i adres. Chcę sprawdzić, czy to on, zanim wystąpisz z apelem o szpik.

– Gdzie mieszka? – spytał Greg.

– W Connecticut.

– Jedziesz tam?

– Tak.

– W tej chwili?

– Wkrótce.

– Chcę pojechać z tobą.

– To nie jest dobry pomysł.

– To mój dzieciak, do jasnej cholery!

Myron zamknął oczy.

– Rozumiem cię.

– Więc zrozumiesz jeszcze jedno: ja nie proszę cię o pozwolenie. Jadę. Przestań strugać detektywa i powiedz, gdzie po ciebie wpaść.

Prowadził Greg. Miał jedną z tych terenówek z napędem na cztery koła, będących ostatnim krzykiem mody wśród mieszkańców New Jersey, dla których „przeszkodą terenową” jest garb spowalniający na dojeździe przed centrum handlowym. Klawa kolaska! Przez dłuższy czas jechali w milczeniu. Ciężkiej atmosfery w powietrzu nie rozbiłbyś nawet siekierą. Parła na szyby, przygniatała Myrona, męczyła go i gnębiła.

– Jak zdobyłeś jego nazwisko? – spytał Greg.

– Nieważne.

Greg nie drążył tematu. Przejechali kawałek w milczeniu. W radiu Jewel zaklinała się, że wie, iż jej dłonie są małe, za to własne i należą tylko do niej. Myron zmarszczył brwi. Blowing in the Wind to nie było.

– Złamałeś mi nos – odezwał się Greg.

Myron milczał.

– I pogorszył mi się wzrok. Niewyraźnie widzę kosz.

– Obwiniasz mnie, że miałeś kiepski sezon, Greg? – spytał Myron, nie wierząc własnym uszom.

– Mówię tylko…

– Starzejesz się. Masz za sobą czternaście sezonów ligowych, no a grzanie ławy też ci pomogło.

– Szkoda z tobą gadać.

– Pewnie. – Gotujący się w Myronie gniew osiągnął stan wrzenia. – Mnie nie było dane zagrać w zawodową koszykówkę.

– A ja nigdy nie zerżnąłem żony przyjaciela.

– Ona nie była twoją żoną. A my nie byliśmy przyjaciółmi.

Na tym poprzestali. Greg wbił oczy w drogę. Myron odwrócił głowę i wpatrzył się w boczną szybę.

Waterbury to jedno z tych miast, które mijasz w drodze do innego miasta. Myron przemierzał międzystanową autostradę 84 setki razy, nie mogąc się oprzeć wrażeniu, że Waterbury jest brzydkie jak noc. Ale mając okazję zobaczyć je z bliska, zdał sobie sprawę, iż nie poznał się na jego szpetocie, z daleka bowiem trudno było ocenić jej rozmiary. Pokręcił głową. A ludzie szydzili sobie z New Jersey! Plan miasta ściągnął z Internetu. Instruując Grega, jak ma jechać, ledwie rozpoznawał własny głos. Downing w milczeniu wypełniał jego wskazówki. Pięć minut potem podjechali pod zniszczony dom z poszyciem z desek, stojący w połowie ulicy wypełnionej podobnymi ruderami. Rozmieszczone nierówno, stłoczone domy wyglądały jak uzębienie proszące się o interwencję ortodonty.

Wysiedli. Myron wolałby, żeby Greg został w samochodzie, wiedział jednak, że nic nie wskóra. Zapukał do drzwi i niemal natychmiast usłyszał gruby głos:

– Daniel? Czy to ty, Danielu?

– Szukam Davisa Taylora – powiedział.

– Daniela?

– Nie! – krzyknął przez drzwi. – Davisa Taylora! Ale może on nazywa się Daniel.

– Że co?

Starzec otworzył drzwi, z wielką podejrzliwością mrużąc oczy. Na nosie miał za małe okulary – ich metalowe ucha wbijały mu się w fałdy skóry poniżej skroni – na głowie okropną żółtą perukę w stylu noszonych kiedyś za często przez Carol Channing, na jednej nodze papuć, na drugiej but, a jego szlafrok wyglądał jak sponiewierany relikt z wojny burskiej.

– Myślałem, że to Daniel – powiedział, próbując poprawić okulary, ale ani drgnęły. Zmrużył oczy. – Wygląda pan jak on.

– To pewnie przez te chmury na pańskich oczach – odparł Myron, czerpiąc przenośnię z Człowieka z La Manchy.

– Słucham?

– Nic, nic. Pan się nazywa Davis Taylor?

– Czego chcecie?

– Szukamy Davisa Taylora.

– Nie znam żadnego Davisa Taylora.

– Czy to North End Drive dwieście dwadzieścia jeden?

– Tak.

– I nie mieszka tu żaden Davis Taylor?

– Tylko ja z synem Danielem. Ale wyjechał. Za ocean.

– Do Hiszpaaaanii? – spytał Myron, przeciągając głoskę tak, że nie powstydziłby się tego Elton John.

– Co?

– Nic, nic.

Starzec obrócił się w stronę Grega, znów próbując poprawić okulary i ponownie mrużąc oczy.

– Znam pana – powiedział. – Gra pan w kosza, tak?

Greg uśmiechnął się do niego łagodnie, a nawet z wyższością, jak Mojżesz patrzący na niedowiarków po rozstąpieniu się Morza Czerwonego.

– Tak.

– Nazywa się pan Dolph Schayes.

– Nie.

– Ale jest pan podobny do Dolpha. Świetny strzelec. W zeszłym roku widziałem go w Saint Louis. Co za styl!

Myron i Greg wymienili spojrzenia. Dolph Schayes zakończył karierę w roku 1964.

– Przepraszam. Z kim mamy przyjemność? – spytał Myron.

– Nie nosicie mundurów – rzekł starzec. – Więc nie przyszliście w sprawie Daniela. Bałem się, że jesteście z wojska i…

Zawiesił głos. Myron domyślił się reszty.

– Pański syn stacjonuje za granicą? – spytał.

Starzec skinął głową.

– W Wietnamie.

Myron kiwnął głową, żałując, że sparodiował Eltona Johna.

– Wciąż nie wiemy, z kim mamy przyjemność – przypomniał.

– Jestem Nathan. Nathan Mostoni.

– Panie Mostoni, szukamy Davisa Taylora. W bardzo ważnej sprawie.

– Nie znam żadnego Davisa Taylora. To znajomy Daniela?

– Być może.

Starzec chwilę się zastanawiał.

– Nie, nie znam go.

– Kto tu jeszcze mieszka?

– Tylko ja i syn.

– Tylko wy dwaj?

– Tak. Ale syn jest za granicą.

– A więc mieszka pan tu w tej chwili sam?

– Na ile jeszcze sposobów spytasz mnie o to samo, chłopcze?

– To całkiem duży dom.

– I co z tego?

– Nikomu nie wynajmował pan pokoju?

– Wynajmowałem. Studentce, ale się wyprowadziła.

– Jak się nazywała?

– Stacy jakaś. Nie pamiętam.

– Długo tu mieszkała?

– Z pół roku.

– A wcześniej?

Zastanawiając się nad pytaniem, Nathan Mostoni podrapał się po twarzy jak pies drapie się po brzuchu.

– Jeden gość. Ken.

– Nigdy nie miał pan lokatora, który nazywał się Davis Taylor? Lub podobnie? – spytał Myron.

– Nie. Nigdy.

– Czy ta Stacy miała chłopaka?

– Wątpię.

– Zna pan jej nazwisko?

– Pamięć u mnie nie ta. Ale dziewczyna studiuje w college’u.

– Jakim?

– Stanowym, w Waterbury.

Myron spojrzał na Grega i coś przyszło mu do głowy.

– Panie Mostoni, a czy słyszał pan wcześniej imię i nazwisko Davis Taylor?

Starzec znów zmrużył oczy.

– To znaczy?

– Czy ktoś pana odwiedził lub zadzwonił i pytał o Davisa Taylora?

– Nie. Słyszę je pierwszy raz.

Myron znów spojrzał na Grega.

– I nie kontaktował się z panem ośrodek szpiku kostnego?

Starzec przechylił głowę i przytknął dłoń do ucha.

– Kostnego czego?

Myron zadał mu jeszcze kilka pytań, ale Nathan Mostoni znów wyruszył w podróż w czasie. Nie mogli liczyć na nic więcej. Podziękowali staruszkowi i odeszli popękanym chodnikiem.

– Dlaczego ośrodek szpiku kostnego się z nim nie skontaktował? – spytał Greg, gdy wsiedli do samochodu.

– Może skontaktowali się i po prostu zapomniał.

Greg nie kupił tego wyjaśnienia. Myron również.

– Co dalej? – spytał Greg.

– Sprawdzimy przeszłość Davisa Taylora. Znajdziemy na jego temat, co się da.

– Jak?

– W dzisiejszych czasach to łatwe. Kilka uderzeń w klawisze i mój wspólnik dowie się wszystkiego.

– Wspólnik? Masz na myśli tego narwanego świra, z którym dzieliłeś pokój na studiach?

– Po pierwsze, nie radzę ci nazywać Wina narwanym świrem, nawet gdy nie ma go w pobliżu. Po drugie, ten wspólnik to moja partnerka z agencji RepSport MB, Esperanza Diaz.

Greg spojrzał na dom Mostoniego.

– Co teraz?

– Jedź do domu – odparł Myron.

– I?

– Zostań z synem.

Greg potrząsnął głową.

– Wolno mi zobaczyć się z nim dopiero w weekend.

– Emily na pewno się zgodzi.

– Tak, jasne. – Greg uśmiechnął się krzywo i potrząsnął głową. – Nie znasz jej za dobrze, Myron, co?

– Chyba nie.

– Gdyby to od niej zależało, nie zobaczyłbym więcej Jeremy’ego.

– Za surowo ją oceniasz, Greg.

– Za surowo? Za łagodnie.

– Powiedziała mi, że jesteś dobrym ojcem.

– A powiedziała ci też, o co mnie oskarżyła w sądzie, gdy walczyliśmy o opiekę nad dziećmi?

Myron skinął głową.

– Że się na nich wyżywałeś.

– Wyżywałem się to mało. Wyżywałem się seksualnie!

– Chciała wygrać.

– To ma być usprawiedliwienie?

– Nie. To godne potępienia.

– Więcej. To chore. Nie masz pojęcia, do czego zdolna jest Emily, żeby dopiąć swego.

– Na przykład?

Greg nie odpowiedział, tylko potrząsnął głową, zapalił silnik i ruszył.

– Spytam cię raz jeszcze – powiedział. – W czym mogę ci pomóc?

– W niczym.

– Nic z tego. Mój syn umiera. Nie będę siedział z założonymi rękami, rozumiesz?

– Rozumiem.

– Masz coś poza tym nazwiskiem i adresem?

– Nie.

– Dobra. Podwiozę cię na dworzec. Zostanę tu i poobserwuję ten dom.

– Myślisz, że stary kłamie?

Greg wzruszył ramionami.

– Może ma mętlik w głowie i zapomniał. Może marnuję czas. Ale muszę się czymś zająć.

Myron nie odpowiedział.

– Zadzwonisz do mnie, gdy się czegoś dowiesz? – spytał Greg.

– Oczywiście.

Wracając pociągiem na Manhattan, Myron zastanawiał się nad tym, co od niego usłyszał. O Emily. O tym, co zrobiła – i do czego gotowa się posunąć – żeby ocalić syna.

11

Następny ranek rozpoczęli od wspólnego prysznicu. Myron kontrolował temperaturę wody, pilnując, żeby była ciepła. Żeby nie doszło do… skurczenia.

Kiedy wyszli z kabiny, pomógł Terese wytrzeć się.

– Dokładnie – powiedziała.

– Zapewniamy pełną obsługę, szanowna pani.

Znów puścił ręcznik w ruch.

– Wiesz, co zauważyłam, biorąc prysznic z mężczyznami? – spytała.

– Co?

– Że mam potem ekstraczyste piersi.

Win wyszedł kilka godzin temu. Ostatnio lubił wpadać do biura o szóstej rano. Z powodu zamorskich rynków czy czegoś tam. Terese zrobiła sobie grzankę z bajgla, a Myron zjadł miskę płatków. „Chłupiących”. W Nowym Jorku nie można już było dostać tej marki, ale Win sprowadzał je z jakiegoś Woodman w stanie Wisconsin. Myron przełknął łychę Chłupiących i natychmiast poczuł taki zastrzyk cukru, że omal nie kucnął.

– Jutro rano muszę wrócić – oznajmiła Terese.

– Wiem.

Zjadł kolejną łychę, czując, że Terese mu się przygląda.

– Ucieknij ze mną jeszcze raz – powiedziała.

Zerknął na nią. Wydała mu się mniejsza, jakby się oddaliła.

– Wynajmę ten sam dom na wyspie. Wskoczymy w samolot i…

– Nie mogę – przerwał jej.

– Ach tak… Musisz znaleźć tego Davisa Taylora? – spytała po chwili.

– Tak.

– Rozumiem. A potem?…

Potrząsnął głową. Jedli przez chwilę w milczeniu.

– Przepraszam – powiedział.

Skinęła głową.

– Ucieczka nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem, Terese.

– Myron?

– Słucham?

– Nie mam ochoty na banały.

– Przepraszam.

– Powtarzasz się.

– Ja tylko próbuję pomóc.

– Czasem nie można pomóc. Czasem pozostaje tylko ucieczka.

– Nie dla mnie.

– Tak – przyznała. – Nie dla ciebie.

Nie była zła ani zdenerwowana, tylko zrezygnowana, co wystraszyło go jeszcze bardziej.

Godzinę potem do jego gabinetu weszła bez pukania Esperanza.

– Oto, co mamy na temat Davisa Taylora – powiedziała, siadając.

Myron odchylił się w fotelu i założył ręce za głowę.

– Po pierwsze, nigdy nie składał zeznania podatkowego w Urzędzie Skarbowym.

– Nigdy?

– Cieszę się, że słuchasz.

– Nie zgłosił żadnych dochodów?

– Dasz mi skończyć?

– Przepraszam.

– Po drugie, nie ma żadnych dokumentów. Nawet prawa jazdy. Niedawno jego bank wydał mu kartę kredytową Visa. Prawie jej nie używa. Na jedynym koncie bankowym ma niecałe dwieście dolarów.

– Podejrzane.

– No.

– Kiedy otworzył to konto?

– Trzy miesiące temu.

– A przedtem?

– Nada. W każdym razie na nic dotąd nie natrafiłam.

Myron potarł podbródek.

– Nikt nie lata aż tak nisko, żeby nie można go było namierzyć – powiedział. – To musi być pseudonim.

– Pomyślałam to samo.

– I?

– Odpowiedź brzmi: tak i nie.

Czekał na wyjaśnienie. Esperanza zatknęła kilka luźnych kosmyków za uszy.

– Pachnie mi to zmianą nazwiska – powiedziała.

Zmarszczył czoło.

– Ale przecież mamy numer jego ubezpieczenia społecznego.

– Tak.

– Większość akt porządkuje się według numerów ubezpieczenia, a nie nazwisk, racja?

– Tak.

– Więc nie rozumiem tego. Nie możesz zmienić numeru ubezpieczenia. Po zmianie nazwiska może być cię trudniej odszukać, ale nie zatrzesz przeszłości. Nadal musisz składać zeznania podatkowe i inne.

Esperanza uniosła dłonie.

– Właśnie dlatego mówię: tak i nie.

– Pod numerem jego ubezpieczenia społecznego też nie ma żadnych dokumentów?

– Właśnie.

Myron spróbował to przetrawić.

– A więc jak naprawdę nazywa się Davis Taylor?

– Jeszcze nie ustaliłam.

– Myślałem, że łatwo go będzie namierzyć.

– Byłoby łatwo, gdyby miał jakieś dokumenty. Ale nie ma. Pod numerem jego ubezpieczenia jest pusto. Tak jakby nic w życiu nie zrobił.

– Jest jedno wytłumaczenie – rzekł Myron po namyśle.

– Jakie?

– Fałszywa tożsamość.

Esperanza potrząsnęła głową.

– Numer ubezpieczenia istnieje.

– Nie wątpię. Ale zdaje się, że ktoś wyciął klasyczny numer z przywłaszczeniem sobie tożsamości umarłego.

– Jaki?

– Idziesz na cmentarz i znajdujesz grób zmarłego dziecka. Kogoś, kto za życia był mniej więcej w twoim wieku. Występujesz na piśmie o metrykę urodzenia, dokumenty i gotowe: zdobywasz idealną fałszywą tożsamość. Najstarsza sztuczka na świecie.

Esperanza posłała mu spojrzenie, zachowywane na okazje, kiedy robił z siebie skończonego durnia.

– Kicha – powiedziała.

– Kicha?

– Myślisz, że policja nie ogląda telewizji? To przeżytek. Nie skutkuje od lat, chyba że w serialach telewizyjnych. Dla pewności dokładnie to sprawdziłam.

– Jak?

– Zbadałam akty zgonu. W Internecie są numery ubezpieczeń społecznych wszystkich zmarłych.

– I tego numeru tam nie ma?

– Dzyń, dzyń, dzyń!

Myron rozsiadł się w fotelu.

– To się kupy nie trzyma – oświadczył. – Nasz fałszywy Davis Taylor zadał sobie wiele trudu, żeby zdobyć lipną tożsamość, a przynajmniej uniknąć namierzenia, tak?

– Tak.

– Nie chce mieć żadnych akt, dokumentów, nic.

– Jeszcze raz tak.

– Zmienia nazwisko.

– Pewnie.

Myron rozłożył ręce.

– Więc dlaczego zgłosił się na dawcę szpiku kostnego?

– Myron?

– Tak?

– Nie wiem, o czym mówisz.

Rzeczywiście. Wczoraj wieczorem, gdy poprosił ją przez telefon o zdobycie informacji na temat Davisa Taylora, nie powiedział jej, w jakim celu.

– Jestem ci winien wyjaśnienie – przyznał.

Esperanza wzruszyła ramionami.

– Przysiągłem ci niejako, że skończyłem z tym.

– Z prywatnymi śledztwami.

– Tak. I miałem szczery zamiar. Chciałem, żeby nasza agencja zajmowała się odtąd tylko sportowcami.

Nie odpowiedziała. Myron zerknął na ścianę za jej plecami. Skąpo przyozdobiona zdjęciami klientów, znów skojarzyła mu się z przeszczepem włosów, który się nie przyjął. Może powinien ją potraktować kilkoma warstwami płynu na porost włosów.

– Pamiętasz telefon Emily? – spytał.

– Dzwoniła wczoraj. W porywach sięgam pamięcią nawet tydzień wstecz.

Przedstawił jej sprawę. Niektórzy mężczyźni – z zazdrością ich podziwiał – tłamsili wszystko w sobie, zatajali tajemnice, ukrywali cierpienie. On robił to rzadko. Nie należał do tych, co chodzą samotnie po niebezpiecznych ulicach, lubił, gdy wspierał go Win. Nie chwytał za flaszkę whisky, by utopić smutki – omawiał je z Esperanzą. Nie po męsku, lecz taki już był.

Wysłuchała go w milczeniu. Gdy doszedł do tego, że jest ojcem Jeremy’ego, jęknęła cicho i zamknęła oczy.

– I co masz zamiar zrobić? – spytała, gdy wreszcie je otworzyła.

– Znajdę dawcę.

– Nie o to pytam.

Wiedział o tym.

– Nie wiem – odparł.

Z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Masz syna – powiedziała.

– Na to wygląda.

– I nie wiesz, co zrobić z tym fantem?

– Tak.

– Ale ku czemuś się skłaniasz.

– Win jest stanowczo za tym, żebym milczał.

Prychnęła.

– To do niego podobne!

– Doradza mi z serca.

– Tak jakby je miał

– Nie zgadzasz się z nim?

– Nie. Nie zgadzam.

– Mam powiedzieć o tym Jeremy’emu?

– Przede wszystkim pozbądź się swojego kompleksu Batmana.

– O czym ty, do diabła, mówisz?!

– O tym, że zawsze odrobinę za bardzo starasz się być bohaterem.

– Czy to źle?

– Czasem tracisz jasność myślenia. Heroizm nie zawsze popłaca.

– Jeremy już ma rodzinę. Ma ojca, matkę i…

– I kłamstwo! – wpadła mu w słowo.

Wpatrzyli się w siebie. Telefon, który zwykle często dzwonił, milczał. Milczał za długo. Myron zastanawiał się, jak wytłumaczyć to Esperanzie, żeby zrozumiała. Siedziała bez ruchu i czekała.

– Oboje mieliśmy szczęście do rodziców – przemówił.

– Moi rodzice nie żyją, Myron.

– Ja nie o tym. – Zaczerpnął powietrza. – Czy są dni, że za nimi nie tęsknisz?

– Nie ma – odparła bez wahania.

Skinął głową.

– Ciebie i mnie rodzice kochali bezgranicznie, a my ich.

– No i? – spytała z zamglonymi oczami.

– Czy nie na tym, to słowa Wina, polega macierzyństwo i ojcostwo? Nie na biologicznym przypadku, lecz na wychowaniu i kochaniu swego dziecka?

Esperanza usiadła wygodniej

– Tak powiedział Win? – spytała.

Myron uśmiechnął się.

– Ma swoje dobre chwile – odparł.

– Ma.

– Pomyśl o ojcu, który cię wychował i kochał. Jakby się poczuł w takiej sytuacji?

Oczy wciąż miała zamglone.

– Kochałam go tak bardzo, że zniosłabym prawdę. A ty?

Myron odchylił się do tyłu, jakby jej słowa były ciosami w podbródek.

– Też. Ale ojca by to zraniło.

– Twojego ojca by to zraniło?

– Oczywiście.

– Rozumiem. A więc martwisz się o uczucia biednego Grega Downinga?

– Skądże. Chcesz usłyszeć coś okropnego?

– Chętnie.

– Kiedy Greg mówi o Jeremym „mój syn”, chcę wykrzyczeć mu prawdę. Prosto w jego zadowoloną twarz. Tylko po to, żeby zobaczyć jego reakcję. Żeby ujrzeć, jak wali się jego świat.

– I po twoim kompleksie Batmana.

Myron podniósł ręce.

– Też mam swoje dobre chwile – odparł.

Esperanza wstała i ruszyła do drzwi.

– Dokąd to?

– Nie chcę o tym więcej mówić – powiedziała.

Usiadł prosto.

– Wiesz, że jesteś zablokowany?

Wolno skinął głową.

– Kiedy ci to minie, a minie, porozmawiamy. Na razie ta rozmowa nie ma sensu.

– Tak.

– Nie bądź głupi.

– „Nie bądź głupi”. Przyjąłem.

Uśmiechnęła się na odchodne, ale krótko.

12

Resztę dnia spędził na telefonowaniu, chodząc po gabinecie w minisłuchawkach z mikrofonem. Wypytał trenerów z wyższych uczelni o kandydatów na zawodowych sportowców, którzy nie mieli jeszcze agenta. Skontaktował się z klientami i niczym psychoterapeuta, co należało do jego zadań, wysłuchał ich problemów, prawdziwych i wyimaginowanych. Przekopał się też przez kołonotatnik z adresami firm, próbując załatwić kontrakty reklamowe.

Jeden poważny nawinął się sam.

– Pan Bolitar? Mówi Ronny Angle z Rack Enterprises. Zna pan naszą firmę?

– Prowadzicie kilka barów topless, zgadza się?

– Wolimy określenie „eleganckich egzotycznych klubów nocnych”.

– Ja też wolę być nazywany „niewąskim ogierem”. Czym mogę służyć, panie Angle?

– Ronny. Mogę panu mówić po imieniu?

– Proszę.

– To świetnie, Myron. Rack Enterprises startuje z nowym przedsięwzięciem.

– Aha.

– Pewnie pan o nim słyszał. Z siecią kawiarni o nazwie La, La, Latte.

– Naprawdę?

– Słucham?

– No, obiło mi się o oczy, ale wziąłem to za żart.

– To nie żart, panie Bolitar.

– Naprawdę chcecie otworzyć sieć barów topless?

– „Wyrafinowanych eleganckich barów kawowych”.

– Rozumiem. Ale… baristas będą bez staników?

– Tak jest.

– A czy prośby o mleko nie zabrzmią dwuznacznie?

– Przedni żart, Myron.

– Dzięki, Ronny.

– Otworzymy je z wielką pompą…

– Do mleka?

– Oj, kawalarz.

– Dzięki, Ronny.

– Ale przejdźmy do rzeczy, dobrze? Chcemy Suzze T.

Angle mówił o Suzze Tamirino, wyrobniczce tenisowych turniejów zawodowych.

– W „Sports Illustrated” zobaczyliśmy jej zdjęcie w kostiumie kąpielowym i zrobiła na nas duże wrażenie. Chcielibyśmy zaproponować jej epizod w wielkim otwarciu naszej sieci.

Myron potarł palcami grzbiet nosa.

– Epizod, czyli…

– Krótki występ.

– Jak krótki?

– Góra pięć minut.

– Nie mówię o czasie. Mówię o stroju.

– Wymagamy pełnego negliżu frontalnego.

– Dzięki, że o nas pomyśleliście, ale Suzze to raczej nie zainteresuje.

– Dajemy dwieście tysięcy.

Myron usiadł prosto. Łatwo było odłożyć słuchawkę, lecz do takiej oferty musiał podejść odpowiedzialnie.

– Co powiecie na malutki top?

– Odpada.

– A bikini?

– Odpada.

– Małe, małe, malusieńkie, tycie, tycie, tyciusieńkie.

– Jak w piosence?

– Jak w piosence.

– Ujmę to najprościej, jak się da – odparł Ronny. – Wymagamy ekspozycji sutek.

– Ekspozycji sutek?

– Bezwarunkowo.

– Powiedzmy.

Myron przyrzekł oddzwonić w tygodniu. Skończyli rozmowę. Negocjacje w sprawie ekspozycji sutek? Co za branża!

– Lamar Richardson na linii pierwszej – oznajmiła Esperanza, wchodząc bez pukania. Wzrok jej promieniał.

– Lamar osobiście?

Kiwnęła głową.

– Nie jego krewny, menedżer ani ulubiony astrolog?

– Lamar osobiście – powtórzyła.

Dobra wróżba. Skinęli sobie głowami.

– Halo?

– Spotkajmy się – powiedział Lamar.

– Oczywiście.

– Kiedy?

– Podaj termin.

– Kiedy jesteś wolny?

– Podaj termin.

– Dzwonię z Detroit.

– Wyjdę na najbliższy samolot.

– Tak bez niczego?

– Jasne.

– Mógłbyś udać, że jesteś bardzo zajęty.

– Umówimy się, Lamar?

– Nie jesteś w moim typie.

Lamar zaśmiał się.

– Wobec tego pominę fazę zalotów. Esperanza i ja chcemy, żebyś podpisał z nami kontrakt. Nie pożałujesz. U nas będziesz miał pierwszeństwo. Zapewnimy ci grę w otwarte karty, bez kantów i przekrętów.

Myron posłał wspólniczce uśmiech: „Dobry jestem w te klocki, nie?”.

Lamar odparł, że chętnie spotka się z nim w tym tygodniu, gdy wpadnie na Manhattan. Ustalili termin. Myron odłożył słuchawkę i wymienił uśmiechy z Esperanzą.

– Mamy szansę – powiedziała.

– No.

– Jak zagramy?

– Chcę mu zaimponować bystrością.

– Hm! To ja może włożę coś kusego.

– Na to liczę.

– I do spółki porazimy go urodą i rozumem.

– Dobrze. Tylko które z nas porazi go czym?

Kiedy Myron wrócił do Dakoty, Win akurat wychodził ze skórzaną torbą sportową. Terese już wyjechała.

– Zostawiła liścik – rzekł Win, wręczając mu kartkę ze słowami:

Musiałam wrócić wcześniej, zadzwonię

Terese.

Myron przeczytał liścik ponownie. Treść się nie zmieniła. Złożył go i odłożył.

– Jedziesz do mistrza Kwona? – spytał.

Mistrz Kwon był ich instruktorem sztuk walki. Win skinął głową.

– Pytał o ciebie – odparł.

– I co mu powiedziałeś?

– Że jesteś wyczerpany.

– Dzięki.

Win lekko mu się ukłonił i wziął torbę.

– Mogę coś zaproponować? – spytał.

– Wal.

– Dawno nie byłeś w dodżangu.

– Wiem.

– Przeżyłeś wielki stres. Musisz znaleźć dla niego ujście. Skupić się. Odzyskać równowagą. Odbudować.

– Chyba nie każesz, żebym ci wyrwał z ręki kamyk?

– Nie dziś. Ale pojedź ze mną.

Myron wzruszył ramionami.

– Wezmę rzeczy – odparł.

Akurat wychodzili, kiedy zadzwoniła Esperanza. Powiedział jej, że właśnie wyjeżdżają.

– Dokąd? – spytała.

– Do mistrza Kwona.

– Przyjadę tam.

– Dlaczego? Co się stało?

– Zdobyłam informację na temat Davisa Taylora.

– Jaką?

– Dość dziwną. Czy Win jedzie z tobą?

– Tak.

– Spytaj go, czy wie coś na temat rodziny Raymonda Leksa.

Myron zaniemówił.

– Raymond Lex nie żyje, Esperanzo – rzekł po chwili.

– Powiedziałam: rodziny!

– Ma to związek z Davisem Taylorem?

– Wolę ci to wyjaśnić osobiście. Będę tam za godzinę.

Esperanza odwiesiła słuchawkę.

Jeden z portierów zdążył podstawić jaguara Wina. Samochód czekał na nich na Central Park West. Bogacze! Myron usadowił się na luksusowym skórzanym fotelu. Win wcisnął gaz. Umiał to robić wyśmienicie. Gorzej mu szło z hamowaniem.

– Znasz rodzinę Raymonda Leksa? – spytał Myron.

– Byli moimi klientami.

– Żartujesz.

– Pewnie, prawdziwy ze mnie zgrywus, jak Red Buttons.

– Byłeś zaangażowany w ich spór majątkowy?

– Spór? To tak, jak nazwać zagładę atomową ogniskiem.

– Trudno podzielić miliardy?

– Pewnie. Ale dlaczego mówimy o klanie Leksów?

– W dodżangu spotkamy się z Esperanzą. Dowiedziała się czegoś o Davisie Taylorze. Ma to jakiś związek z Leksami.

Win uniósł brew.

– Intryga się zagęszcza.

– Opowiedz mi o nich.

– Większość z tego znam z mediów. Raymond Lex napisał kontrowersyjny bestseller Wyznania o północy, na którego podstawie nakręcono przebój filmowy nagrodzony Oscarem. Nagle z nieznanego pracownika dydaktycznego w college’u stał się milionerem. W przeciwieństwie do ogółu artystycznej braci miał głowę do interesów. Inwestując, zgromadził wielki majątek, choć nie wiadomo jak duży.

– Gazety oceniają go na miliardy.

– Nie przeczę.

– To kupa pieniędzy.

– Potrafisz ubrać rzeczy w słowa. Jak Proust.

– Napisał tylko tę jedną książkę?

– Tak.

– Dziwne.

– Nie tak bardzo. Harper Lee i Margaret Mitchell też napisali po jednej. Ale przynajmniej Lex nie zasypiał gruszek w popiele. Trudno zbudować jedną z największych prywatnych korporacji na świecie i podpisywać książki.

– A po jego śmierci rodzina… walczy ze sobą na atomówki?

– Niewiele przesadziłeś.

Mistrz Kwon przeniósł swoją siedzibę i główny dodżang na pierwsze piętro w budynku przy Dwudziestej Trzeciej Ulicy blisko Broadwayu. Do pięciu pokojów – a właściwie sal – z podłogami z twardego drewna, lustrzanymi ścianami, nowoczesnym nagłośnieniem, lśniącymi nowością przyrządami do ćwiczeń i wschodnimi plakatami z papieru ryżowego, tworzącymi tu pospołu atmosferę dawnej Azji.

Myron i Win przebrali się w białe stroje, doboki, i przewiązali czarnymi pasami. Myron zgłębiał tajniki taekwondo i hapkido od czasu studiów, gdzie zapoznał go z nimi Win, ale w ubiegłych trzech latach odwiedził dodżang najwyżej pięć razy. Natomiast jego przyjaciel pozostał zabójczo wierny obu tym sztukom walki. Nie ciągnij Supermana za pelerynę, nie pluj pod wiatr, nie ściągaj maski Samotnemu Jeźdźcowi, nie zadzieraj z Winem. Łu-bu-du, łu-bu-du, bam, bam!

Mistrz Kwon miał dobrze po siedemdziesiątce, ale wyglądał dwadzieścia lat młodziej. Piętnastoletni Win poznał go podczas swych podróży po Azji. Myron wiedział jedynie tyle, że mistrz Kwon był najwyższym kapłanem lub kimś takim w małym buddyjskim klasztorze, wypisz wymaluj jak z hongkońskiego filmu o krwawej zemście. Po przyjeździe do Stanów Kwon mówił po angielsku bardzo słabo. Teraz zaś, po upływie dwudziestu lat, prawie wcale. Ledwie stopa mądrego mistrza postała na amerykańskiej ziemi, otworzył – oczywiście dzięki finansowemu wsparciu Wina – sieć ekskluzywnych szkół taekwondo. Gdy obejrzał serię filmów Karate Kid, całkowicie wcielił się w rolę starego mędrca. Zapomniał o angielskim. Zaczął się nosić niczym dalajlama i każde zdanie zaczynał od „Konfucjusz rzecze”, niepomny drobnego szczegółu, iż pochodzi z Korei, a Konfucjusz był Chińczykiem.

Win i Myron poszli do biura mistrza Kwona. W wejściu nisko mu się ukłonili.

– Wejść, proszę – rzekł mistrz.

Jego biurko było z pięknego dębu, a wyglądający na ortopedyczny fotel z doskonałej skóry. Ubrany w świetnie skrojony garnitur, stał w pobliżu kąta. W ręku trzymał kij golfowy. Na widok Myrona rozpromienił się. Padli sobie w ramiona i uścisnęli się.

– Ci lepiej? – spytał mistrz, kiedy się rozłączyli.

– Lepiej.

Starzec uśmiechnął się i chwycił za klapę garnituru.

– Armani – powiedział.

– Tak myślałem – odparł Myron.

– Podoba się?

– Bardzo ładny.

– Iść – powiedział usatysfakcjonowany mistrz Kwon.

Win i Myron głęboko się ukłonili. W dodżangu przyjęli zwykłe role: Win prowadził ćwiczenia, Myron go naśladował. Zaczęli od medytacji. Win kochał medytować. Usiadł w pozycji lotosu, z rękami na kolanach, z dłońmi skierowanymi ukośnie w górę, wyprostowanymi plecami i językiem opartym o górne zęby. Wciągał powietrze przez nos, pracując brzuchem. Chociaż Myron od lat próbował tej sztuki, nigdy do końca jej nie opanował. Nawet w mniej nerwowych czasach nie był w stanie wyłączyć myśli. Kontuzjowane kolano zesztywniało. Zaczął się wiercić.

Rozciąganie mięśni skrócili do dziesięciu minut. Win jak zwykle ćwiczył bez wysiłku, dzięki stawom i kościom giętkim jak kręgosłup moralny polityka, z łatwością wykonując szpagaty i głębokie skłony. Myron nigdy nie był gibki. Ale kiedy intensywnie trenował, bez kłopotu dotykał rękami palców stóp i biegał przez płotki. Niestety, było to dawno temu.

– Wszystko mnie boli – wymruczał.

Win przechylił głowę.

– Dziwne.

– Co?

– To samo powiedziała mi wczoraj moja partnerka.

– Nigdy dotąd nie żartowałeś. Naprawdę z ciebie zgrywus jak Red Buttons.

Podczas krótkiego sparingu Myron natychmiast odkrył, jak jest bez formy. Sparing to najbardziej wyczerpująca forma fizycznej aktywności. Nie wierzycie? To znajdźcie worek treningowy i przeboksujcie z nim jedną trzyminutową rundę. Z workiem, który nie oddaje ciosów. Tylko jedną. A zobaczycie.

Na szczęście weszła Esperanza i przerwali sparing. Myron chwycił się za kolana, ciężko dysząc. Ukłonił się Winowi, przerzucił ręcznik przez ramię i złapał butelkę z wodą mineralną. Esperanza splotła ręce i czekała. Na jej widok mijająca drzwi grupa adeptów taekwondo dopiero za drugim wejrzeniem zrobiła zdziwione miny.

Esperanza wręczyła Myronowi dokument.

– Metryka urodzenia Davisa Taylora, znanego wcześniej jako Dennis Lex.

– Lex – powtórzył Myron. – Jak w…

– Tak.

Przeczytał fotokopię. Według dokumentu Dennis Lex miał teraz trzydzieści siedem lat. Jego ojcem był Raymond Lex, matką Maureen Lehman Lex. Urodził się w East Hampton na Long Island.

Myron podał kartkę Winowi.

– Mieli drugie dziecko?

– Bez wątpienia – odparła Esperanza.

Myron spojrzał na Wina. Win wzruszył ramionami.

– Pewnie umarł przedwcześnie – powiedział.

– Jeśli umarł. Nie mogę się tego doszukać. Nie ma świadectwa zgonu.

– Nikt w rodzinie nie wspomniał o drugim dziecku? – zagadnął Myron Wina.

– Nie.

– Masz coś jeszcze? – zwrócił się do Esperanzy.

– Niewiele. Dennis Lex zmienił nazwisko na Davis Taylor osiem miesięcy temu. Ponadto znalazłam to.

Esperanza podała fotokopię wycinka z „Hampton Gazette” sprzed trzydziestu siedmiu lat, z krótką informacją o narodzinach dziecka:

Raymond i Maureen Lex z Wister Drive w East Hampton, rodzice Susan i Bronwyna, z radością zawiadamiają, że 18 czerwca urodził im się syn Dennis, który waży dwa kilogramy dziewięćdziesiąt pięć gramów.

Myron pokręcił głową.

– Jak to możliwe, żeby nikt o tym nie wiedział?

– Mnie to aż tak nie dziwi – rzekł Win.

– To znaczy?

– Leksowie nie afiszują się rodzinnymi aktywami. Zażarcie bronią swojej prywatności. Strzeżeni są na okrągło, z wykorzystaniem najdroższych dostępnych urządzeń. Każdy, kto dla nich pracuje, musi podpisać klauzulę tajności.

– Nawet ty?

– Nie zawieram podobnych umów. Bez względu na sumy wchodzące w grę.

– Nigdy nie zażądali, żebyś podpisał?

– Zażądali. Odmówiłem. Rozstaliśmy się.

– Zrezygnowałeś z nich jako klientów?

– Tak.

– Dlaczego? O co poszło? Przecież i tak trzymasz wszystko w tajemnicy.

– Właśnie. Klienci korzystają z moich usług nie tylko ze względu na mój geniusz w prowadzeniu finansów, lecz również dlatego, że jestem wzorem dyskrecji.

– W dodatku porażająco skromnym.

– Do jej zachowania nie muszę podpisywać niczego. Taka umowa równałaby się podpisaniu zobowiązania, że nie spalę klientom domu.

– Ładne porównanie – pochwalił Myron.

– Dziękuję. Chcę tylko zilustrować, do czego posuwa się ta rodzina w obronie swojej prywatności. Dopóki nie wybuchł ten spór o spadek, media nie miały pojęcia, jak wielki jest majątek Raymonda Leksa.

– Daj spokój, Win. Chodzi o jego syna. O synu powinieneś wiedzieć.

– Spójrz, kiedy się urodził. – Win wskazał na wycinek. – Przed ukazaniem się książki Raymonda Leksa, kiedy ten był typowym belfrem z małego miasteczka. Kogo to obchodziło.

– Naprawdę w to wierzysz?

– A masz lepsze wyjaśnienie?

– Więc gdzie jest teraz ten chłopak? Dlaczego syn jednej z najbogatszych rodzin w Ameryce nie ma żadnych dokumentów? Kart kredytowych, prawa jazdy, akt w urzędzie skarbowym? Niczego. I dlaczego zmienił nazwisko?

– Odpowiedź na ostatnie pytanie jest łatwa.

– Tak?

– Ukrywa się.

– Przed kim?

– Może przed rodzeństwem. Jak wspomniałem, w walce o spadek stosują wszelkie chwyty.

– To miałoby sens, podkreślam, „miałoby”, gdyby kiedykolwiek uczestniczył w życiu rodziny Leksów. Dlaczego nie ma żadnych akt na jego temat? Przed czym się ukrywa? A przede wszystkim dlaczego zgłosił akces do banku szpiku kostnego?

– Dobre pytania – rzekł Win.

– Bardzo dobre – dodała Esperanza.

Myron jeszcze raz przeczytał wycinek z gazety i spojrzał na dwójkę przyjaciół.

– Jak to miło, że się zgadzamy – powiedział.

13

Dźwięk komórki wyrwał go ze snu niczym strzał z dubeltówki. Sięgnął po omacku i, przebierając palcami po nocnym stoliku, w końcu znalazł telefon.

– Halo? – wychrypiał.

– Myron Bolitar? – wyszeptał głos.

– Kto mówi?

– Zadzwoniłeś do mnie – odparł głos, szeleszczący jak liście sunące po chodniku.

Myron usiadł prosto, serce zabiło mu szybciej.

– Davis Taylor? – spytał.

– Siej ziarno. Nie przestawaj siać. Rozsuń zasłony. Wpuść prawdę. Niechaj tajemnice sczezną w świetle dnia.

Dooobra!

– Potrzebuję pańskiej pomocy, panie Taylor.

– Siej ziarno.

– Dobrze, oczywiście, że posiejemy. – Myron zapalił lampkę. Była druga siedemnaście. Spojrzał na ekranik komórki. Identyfikacja numerów nie działała. Psiakrew! – Ale musimy się spotkać.

– Siej ziarno. To jedyny sposób.

– Rozumiem, panie Taylor. Możemy się spotkać?

– Ktoś musi posiać ziarno. Ktoś musi rozkuć okowy.

– Przywiozę klucz. Gdzie pana znajdę?

– Po co chcesz się ze mną spotkać?

Co na to odpowiedzieć?!

– To sprawa życia i śmierci.

– Sianie ziarna jest zawsze sprawą życia i śmierci.

– Na apel o szpik kostny ofiarował pan krew. Pański szpik okazał się właściwy. Jeżeli pan nie pomoże, umrze młody chłopiec.

Cisza.

– Panie Taylor?

– Technika mu nie pomoże. Myślałem, że jesteś jednym z nas – wyszeptał posmutniały głos.

– Jestem. W każdym razie chcę być…

– Kończę rozmowę.

– Proszę zaczekać…

– Żegnam.

– Panie Lex – powiedział Myron.

W ciszy słyszał jedynie oddech. Nie był pewien, dzwoniącego czy własny.

– Proszę – dodał. – Zrobię wszystko, czego pan zażąda. Ale musimy się spotkać.

– Nie zapomnisz o sianiu ziarna?

– Nie, nie zapomnę – odparł Myron, czując na plecach drobinki lodu.

– To dobrze. A więc wiesz, co musisz zrobić.

Myron ścisnął słuchawkę.

– Nie. Co muszę zrobić?

– Pożegnaj się z tym chłopcem – szepnął głos.

14

– Siej ziarno? – spytała Esperanza.

Siedzieli w gabinecie Myrona. Wpadające przez żaluzje słońce kładło na podłodze pasy. Dwa z nich przecięły jej twarz.

– Tak – odparł. – Skądś znam to wyrażenie.

– To tytuł piosenki Tears for Fears – podsunęła.

– Pamiętam. O sianiu Ziaren Miłości.

– Czy nie tak nazwali swoją trasę koncertową? Widzieliśmy ich na stadionie Meadowslands, zaraz, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym?

– W osiemdziesiątym dziewiątym.

– Co się z nimi stało?

– Rozpadli się.

– Dlaczego wszyscy się rozpadają?

– Żebym to ja wiedział.

– Supertramp, Steely Dan, Doobie Brothers…

– Nie wspominając o Wham.

– Rozpadają się i nie nagrywają już nic porządnego. Walczą o przeżycie i kończą na kanale VH-1, w cyklu „Co się z nimi dzieje?”.

– Odbiegamy od tematu.

Esperanza podała mu kartkę.

– To numer biura Susan Lex, starszej siostry Dennisa.

Myron odczytał numer, jakby był szyfrem i coś znaczył.

– Coś mi przyszło do głowy – powiedział.

– Co?

– Jeżeli Dennis Lex istnieje, to musiał chodzić do szkoły.

– Chyba.

– Poszukajmy więc, gdzie uczyły się dzieci Leksów, w szkole prywatnej, państwowej czy jakiej tam.

– Mówisz o college’u?

Esperanza zmarszczyła brwi.

– Zacznijmy od tego. Rodzeństwo nie musiało chodzić do tej samej szkoły, ale mogło. Może poszli do jakichś ekskluzywnych szkół. Zacznij od szkoły średniej. Najpewniej uczyli się w tej samej.

– A jeśli w szkole średniej nie będzie po nim śladu?

– To cofnij się jeszcze dalej.

Skrzyżowała nogi, splotła ręce.

– Jak daleko? – spytała.

– Ile zdołasz.

– Co nam da to jałowe szukanie?

– Chcę wiedzieć, kiedy Dennis Lex zniknął z ekranu radaru. Czy znał go ktoś z podstawówki, szkoły średniej, uczelni.

Na Esperanzie nie zrobiło to wrażenia.

– Przypuśćmy, że odnajdę, powiedzmy, jego szkołę podstawową. Co nam to da? Konkretnie.

– Skąd mam wiedzieć? Chwytam się brzytwy.

– Nie, każesz to zrobić mnie.

– To jej nie chwytaj. Ja tylko rzuciłem pomysł.

– A zresztą. – Machnęła ręką. – Może masz rację.

Myron położył dłonie na biurku, wygiął grzbiet, spojrzał w lewo, w prawo, w górę i w dół.

– Co z tobą? – spytała.

– Przyznałaś mi rację. Czekam na koniec świata.

– Punkt dla ciebie. Sprawdzę, czy się czegoś dokopię.

Po wyjściu Esperanzy Myron zadzwonił do Susan Lex. W centrali połączono go z kobietą, która przedstawiła się jako jej sekretarka.

– Pani Lex nie przyjmuje nieznajomych – odparła głosem brzmiącym jak wzmocniona wełną stalową opona na żwirze.

– Dzwonię w bardzo ważnej sprawie.

– Zdaje się, że za pierwszym razem pan nie dosłyszał! – Klasyczna harpia. – Pani Lex nie przyjmuje nieznajomych!

– Proszę jej przekazać, że chodzi o Dennisa.

– Słucham?

– Proszę jej to przekazać.

Harpia bez jednego słowa wyłączyła głos i w słuchawce rozbrzmiała instrumentalna tandetna wersja Time Passages Ala Stewarta. Zdaniem Myrona, wystarczająco tandemy był już sam oryginał.

– Pani Lex nie przyjmuje nieznajomych! – przewiercił mu ponownie ucho ostry głos harpii.

– To przecież nie ma sensu.

– Słucham?

– Pani Lex musi kiedyś przyjmować nieznajomych, bo inaczej nie poznawałaby nikogo nowego. Podążając tym tropem, spytam, jak udało się pani ją poznać? Bo godząc się panią przyjąć, przecież pani nie znała, prawda?

– Kończę tę rozmowę, panie Bolitar.

– Niech pani jej przekaże, że wiem o Dennisie.

– Ja tylko…

– I jeżeli odmówi mi spotkania, pójdę do prasy.

W słuchawce zapadła cisza.

– Proszę zaczekać.

Trzasnęło i ponownie rozbrzmiała melodia. Na szczęście czas nomen omen płynął i Time Pasages zastąpił Time zespołu Alan Parsons Project. Myron o mało co nie zapadł w śpiączkę.

– Panie Bolitar? – odezwała się harpia.

– Tak?

– Pani Lex poświęci panu pięć minut. Najbliższy wolny termin ma piętnastego w przyszłym miesiącu.

– Nic z tego. Musimy się spotkać dziś.

– Pani Lex jest bardzo zajęta.

– Dziś – powtórzył.

– Wykluczone.

– O jedenastej. Jeżeli mnie nie przyjmie, idę do prasy.

– Pan jest bardzo niegrzeczny, panie Bolitar.

– Do prasy! – powtórzył. – Zrozumiano?

– Tak.

– Zastanę tam panią?

– A co za różnica?

– Tak się napaliłem, że dostaję bzika. Może skoczylibyśmy po wszystkim na małą chłodną kawusię.

Usłyszał trzask odkładanej słuchawki i uśmiechnął się. „Mój męski czar znowu działa!” – pomyślał.

– Ktoś zamawiał tenisistkę topless? – włączyła się Esperanza.

– Słucham?

– Na linii pierwszej mam Suzze T.

Myron nacisnął guzik.

– Cześć, Suzze – powiedział.

– Cześć, Myron, jak leci?

– Mam dla ciebie propozycję do odrzucenia.

– Będziesz się do mnie dostawiał?

Jego męski czar przyhamował.

– Gdzie będziesz dziś po południu?

– Tam gdzie teraz. W Porannym Potańcu. Znasz lokal?

– Nie.

Podała mu adres. Obiecał wpaść za kilka godzin, odłożył słuchawkę i usiadł wygodnie.

– „Siej ziarno” – powiedział na głos.

Wpatrzył się w ścianę. Do wizyty w Domu Leksów na Piątej Alei pozostała godzina. Mógł tu siedzieć, rozmyślać o życiu albo kontemplować pępek. Ale miał tego po uszy. Obrócił się z fotelem w stronę komputera, kliknął właściwą ikonę i wszedł do sieci. Najpierw w wyszukiwarce Yahoo wpisał hasło „siej ziarno”. Trafienie było tylko jedno: strona internetowa RKM – Rolniczego Klubu Miejskiego z San Francisco. Erkaem? Czyżby jacyś twardziele? Gang w zielonych bandanach spryskujący z „rozpylaczy” przydomowe ogródki?

Druga wyszukiwarka, Alta Vista, odnalazła 2501 stron internetowych. Zadanie jak z Kopciuszka. W przypadku Yahoo ziarenko, w przypadku Alta Vista korzec maku. Nie miał w biurze wyszukiwarki LEXIS-NEXIS, więc skorzystał z mniej precyzyjnego programu. Wpisał te same dwa słowa, wcisnął enter i ruszyło.

Htpp://www.nyherald.com/archives/9800322

Po połączeniu wyskoczył artykuł:

New York Herald

Stan Gibbs

PRZERAŻONY UMYSŁ – NAJCZARNIEJSZY STRACH

Oho, dobra nasza! Myron znał nazwisko autora. Stan Gibbs był wziętym felietonistą prasowym, jednym z tych, którzy regularnie perorują podniośle (czytaj: ględzą) w dziennikach kablówek, choć mniej irytującym od większości z nich, co było stwierdzeniem w stylu, iż syfilis jest mniej upierdliwy od rzeżączki. Wziętym, ale tylko do wybuchu skandalu, na którym przejechał się jak Ted Nugent na padłym łosiu. Myron zaczął czytać.

Znienacka dzwoni telefon.

– Czego się boisz najbardziej? – szepcze głos. – Zamknij oczy i wyobraź sobie najczarniejszy strach. Widzisz? Czujesz? Najgorszą udrękę dostępną wyobraźni?

– Tak – mówię po dłuższym milczeniu.

– Dobrze. A teraz wyobraź sobie coś gorszego, coś znacznie, znacznie gorszego…

Myron wziął głęboki oddech. Przypomniał sobie serię artykułów Stana Gibbsa. Jako pierwszy opisał on dziwnego kidnapera – historię trzech szokujących, rozdzierających serce porwań, które znajdująca się w kropce policja pragnęła, jak twierdził, zataić przed światem. Nie padły żadne nazwiska. Rodzinom porwanych, które udzieliły mu informacji, przyrzekł anonimowość. Przede wszystkim jednak rozmawiał z porywaczem.

Spytałem go, czemu to zrobił. Dla okupu?

– Nie biorę pieniędzy z okupu – mówi. – Zwykle podkładam pod nie materiał wybuchowy i je palę. Czasem jednak przydają się do siewu. Tym się właśnie zajmuję. Sieję ziarno.

Myron poczuł, jak tężeje w nim krew.

– Spowici kokonem techniki, myślicie, że jesteście bezpieczni – ciągnie. – Nieprawda. Technika przyzwyczaiła was do łatwych rozwiązań i szczęśliwych zakończeń. Ale u mnie nie ma rozwiązań, nie ma końców.

Uprowadził co najmniej czworo ludzi: czterdziestojednoletniego ojca dwójki dzieci, dwudziestoletnią studentkę i parę nowożeńców w wieku dwudziestu siedmiu i dwudziestu ośmiu lat. Wszystkich porwań dokonał w Nowym Jorku.

– Moim celem jest podsycać strach. Sprawiać, żeby rósł, użyźniany nie posoką, nie przelewem krwi, lecz waszą własną wyobraźnią. Technika dąży do jej zabicia. Kiedy jednak zabierają ci kogoś bliskiego, twój umysł potrafi wyczarować koszmary bardziej przerażające niż twory maszyn, przekraczające nawet moje możliwości. Niektóre umysły nie idą tak daleko. Zatrzymują się i stawiają barierę. Mym zadaniem jest wypchnąć je poza nią.

Spytałem go, jak to robi.

– Sieję ziarno – powtarza. – Sieję je bez ustanku.

Wyjaśnia, że ów siew to dawanie i odbieranie nadziei przez długi czas. Pierwszy jego telefon poraża rodzinę, ale to dopiero początek jej długotrwałej, okrutnej gehenny. Podobno zaczyna rozmowę normalnie, od przywitania, prosząc członka rodziny, który odebrał telefon, żeby zaczekał. A potem, po krótkiej przerwie, członek ów słyszy mrożący krew w żyłach krzyk ukochanej osoby.

– Jeden, bardzo krótki, który ucinam – mówi porywacz. – Rodzina słyszy wtedy głos najbliższej osoby po raz ostatni. Wyobraź sobie, że już zawsze będą mieć w uszach ten krzyk.

Na tym jednak nie koniec. Porywacz domaga się okupu, którego nie zamierza wziąć. Dzwoni po północy i żąda od rodziny, by wyobraziła sobie, czego się boi najbardziej. Wmawia im, że tym razem wypuści najbliższą im osobę, chodzi mu jednakże tylko o podtrzymanie nadziei, którą utracili, o podsycenie ich cierpień.

– Czas i nadzieja sieją ziarna rozpaczy – mówi.

Ojciec dwojga dzieci przepadł trzy lata temu. Młoda studentka college’u znikła przed dwudziestoma siedmioma miesiącami. W ten weekend minie prawie dwa lata od ślubu zaginionej młodej pary. Przepadli jak kamień w wodę. Ale dręczyciel niemal co tydzień dzwoni do ich rodzin.

Na moje pytanie, czy jego ofiary żyją, odpowiada wymijająco:

– Śmierć to koniec, a koniec przerywa siew.

Chce mówić o społeczeństwie, o tym, że myślą za nas komputery, technika, i o tym, że swoim działaniem uświadamia nam potęgę ludzkiego mózgu.

– To właśnie w nim jest Bóg – mówi. – To w nim mieści się wszystko, co wartościowe. Prawdziwe szczęście znajdziesz tylko w sobie. Nowa aparatura stereo czy wóz sportowy nie nada sensu twemu życiu. Ludzie muszą dostrzec swój nieograniczony potencjał. Jak można im to uzmysłowić? Pomyśl, przez co przechodzą rodziny porwanych.

Cichym głosem zaprasza mnie, bym spróbował.

– Technika nigdy nie stworzy koszmarów, które cisną ci się do głowy. Siej ziarno. Ten siew ukazuje nam nasz potencjał.

Myronowi serce waliło jak młotem. Poprawił się w fotelu, pokręcił głową i wrócił do lektury. Oszalały porywacz perorował dalej. Jego maniackie, obłąkane teorie przypominały poglądy Symbiotycznej Armii Wyzwoleńczej w interpretacji Teda Kaczynskiego. Dalszy ciąg artykułu Stana Gibbsa był w następnym numerze gazety. Myron wyłowił go z sieci i czytał dalej. Drugi odcinek otwierały rozdzierające serce wyznania członków rodzin ofiar, po których następowały pytania do kidnapera.

Pytam go, jak utrzymał te porwania w tajemnicy przed mediami.

– Siejąc ziarno – powtarza kolejny raz.

Proszę go o przykład.

– Każę jego żonie pójść do garażu, otworzyć czerwoną skrzynkę z narzędziami na trzeciej półce i wyjąć z niej czarne szczypce z przezroczystym uchwytem. Na moje żądanie schodzi do piwnicy i staje przed hiszpańskim krzesłem, które zeszłego lata kupili na wyprzedaży w Cape. Wyobraź sobie, mówię, że na tym krześle siedzi przywiązany twój nagi mąż. Wyobraź sobie, że trzymam w ręku te szczypce, i pomyśl, co nimi zrobię, jeśli przeczytam o nim w gazecie.

Ale porywacz na tym nie kończy.

– Pytam ją o dzieci. Wymieniam ich imiona. Wspominam o szkołach, do których chodzą, o ich nauczycielach i ulubionych płatkach śniadaniowych.

Pytam go, skąd to wszystko wie.

Odpowiedź jest prosta.

– Od ich taty.

Myrona wbiło w fotel.

– Chryste! – wydusił z siebie.

Oddychaj głęboko. Wdech, wydech. Dobrze. Przemyśl to. Powoli. Ostrożnie. W porządku: co ta straszna sprawa ma wspólnego z Davisem Taylorem, czyli Dennisem Leksem? Pewnie nic. To trafienie kulą w płot. Z drugiej jednak strony wyczuwał, że w tej strasznej historii kryje się coś więcej. Więcej… i poniekąd mniej.

Artykuły Gibbsa na tygodnie przykuły uwagę i wywołały krytykę w całym kraju, a potem, jak pamiętał, wybuchł skandal. Co się stało? Uderzył w klawisze i kliknął myszą. Poszukał artykułów o Gibbsie. Wyskoczyły w porządku chronologicznym.

FBI ŻĄDA OD GIBSSA

UJAWNIENIA ŹRÓDŁA INFORMACJI

Federalne Biuro Śledcze, które w minionych tygodniach zaprzeczało stwierdzeniom zawartym w artykułach Stana Gibbsa, zmieniło dziś front i zażądało od niego przekazania notatek i informacji.

Rzecznik FBI, Dan Conway, zaczął od stwierdzenia: „Nic nam nie wiadomo o tych przestępstwach”, i dodał: „Ale jeżeli pan Gibbs pisze prawdę, to posiada ważne informacje o potencjalnym seryjnym porywaczu i mordercy, a być może pomaga mu i udziela schronienia. Mamy więc prawo je znać”.

Stan Gibbs, popularny dziennikarz prasowy i telewizyjny, odmówił ujawnienia źródeł informacji. „Nie ochraniam zabójcy – powiedział. – Zarówno rodziny ofiar, jak przestępca rozmawiali ze mną w najściślejszym zaufaniu. Zasada stara jak nasz kraj brzmi: „Nie ujawnię źródeł moich informacji”.

„New York Herald” i Amerykański Związek Swobód Obywatelskich potępiły FBI i planują poprzeć pana Gibbsa. Sędzia nakazał utajnić rozprawę.

Myron czytał dalej. Obie strony wysunęły tradycyjne argumenty. Adwokaci Gibbsa odwołali się do Pierwszej Poprawki do Konstytucji, na co FBI wysunęło oczywiście argument, że poprawka ta nie dotyczy wszystkich przypadków – nie można bezkarnie krzyczeć w zatłoczonej sali „Pożar!” – a zasada wolności słowa nie obejmuje ochrony przestępców. Przez kraj przetoczyła się dyskusja. Łącza telewizyjnej i internetowej sieci NBC, CNN i kablówek rozjarzyły się jak linie telefoniczne podczas audycji radiowej, w której można wygrać nagrody. Tuż przed ogłoszeniem decyzji przez sędziego cała sprawa wybuchła niczym bomba w najbardziej nieoczekiwany sposób. Myron wcisnął klawisz i przeczytał:

GIBBS KŁAMIE?

Dziennikarz oskarżony o plagiat

Epilog artykułów był szokujący. Ktoś znalazł powieść kryminalną, opublikowaną w mikroskopijnym nakładzie przez malutkie wydawnictwo w roku 1978. Napisany przez F. K. Armstronga thriller Szept do krzyku bardzo przypominał historię Gibbsa. Za bardzo. Niektóre dialogi były przytoczone dosłownie, a przestępstwa w powieści – porwania bez rozwiązania zagadki – zbyt podobne do tego, co napisał Gibbs, by uznać to za przypadek.

Widma plagiatorów – Mike’a Barnicle’a, Patricji Smith i podobnych – wstały z grobu i nie rozpłynęły się w powietrzu. Potoczyły się głowy. Nastąpiły rezygnacje i gratulacje. Stan Gibbs odmówił komentarzy. Nie wypadło to dobrze. Skończyło się tym, że „wziął urlop”, co było nowoczesnym eufemizmem na „wyrzucenie z pracy”. Amerykański Związek Swobód Obywatelskich poprzestał na wydaniu dwuznacznego oświadczenia. „New York Herald” zaś po cichu wycofał artykuł, oświadczając, że sprawa jest przedmiotem „wewnętrznego śledztwa”.

Jakiś czas potem Myron sięgnął po telefon i zadzwonił.

– Redakcja wiadomości. Bruce Taylor z tej strony – usłyszał.

– Nie wypiłbyś za mną kielicha? – zaproponował.

– Wiem, że to dziś nie w modzie, Myron, ale jestem stuprocentowym hetero.

– Potrafię to zmienić.

– Wątpię, kolego.

– Kilka moich znajomych też zaczynało jako hetero. Ale po jednej randce ze mną rach-ciach zmieniły orientację.

– Uwielbiam, jak się deprecjonujesz, Myron. Jesteś taki przekonujący.

– Czekam na odpowiedź.

– Goni mnie termin.

– Ciebie zawsze goni termin.

– Stawiasz?

– Czemu ten wieczór ma być inny od innych wieczorów, jak mówią moi bracia podczas sederu w święto Pesach.

– Ja czasem stawiam.

– Czyżbyś miał własny portfel?

– Ej, to nie ja proszę cię o przysługę – odparł Bruce. – O czwartej. W Zardzewiałym Parasolu.

15

Przez gąszcz roślinności porastającej bramę z kutego żelaza, strzegącą Domu Leksów przy Piątej Alei, nie przebiłoby się nawet światło wybuchającej supernowej. Słynnej budowli – manhattańskiej rezydencji z europejskim dziedzińcem i królewską fasadą w stylu art deco – pilnowała armia ochroniarzy, która bez trudu utrzymałaby porządek w hali podczas walki Mike’a Tysona. Piękno jej architektury i weneckie detale wykończenia kontrastowały z oknami, w które wstawiono ciemne szyby, niczym w prywatnych limuzynach. Tak nienaturalne połączenie raziło poczucie estetyki.

W wejściu stało czterech ochroniarzy w granatowych marynarkach i szarych spodniach – ale nie takich, którzy w służbowych uniformach pilnują domów towarowych i lotnisk, tylko prawdziwych, o wzroku policjantów i nerwowych tikach agentów KGB. Milczący kwartet patrzył na Myrona tak, jak watykańscy szwajcarzy na faceta w fezie.

– Dokumenty proszę – rzekł jeden z ochroniarzy, podchodząc do niego.

Myron wyjął z portfela kartę kredytową i prawo jazdy.

– Na prawie jazdy brak zdjęcia.

– W New Jersey nie jest wymagane.

– Proszę o dokument ze zdjęciem.

– Może być legitymacja członkowska klubu rekreacyjnego?

Ochroniarz westchnął jak cierpliwy glina.

– Nie, proszę pana. Ma pan paszport?

– Paszport? Na Manhattanie?

– Tak, proszę pana. Dla potrzeb identyfikacji.

– Nie mam. A poza tym jest w nim fatalne zdjęcie. Nie oddaje promiennego błękitu moich oczu.

Żeby go zademonstrować, Myron zamrugał.

– Proszę zaczekać.

Zaczekał. Trzej pozostali cerberzy skrzyżowali ręce na piersiach i zmarszczyli brwi, mierząc go takim wzrokiem, jakby za chwilę miał wypić wodę z klozetu. Coś zaterkotało. Spojrzał w górę i zobaczył, że skierowała się na niego kamera systemu ochrony. Pomachał do niej, uśmiechnął się i przyjął kilka szpanerskich póz, podpatrzonych na kanale sportowym u kulturystów. Zakończył efektowną demonstracją mięśnia kapturowego i pomachał oczarowanej widowni. Na dobermanach w granatowych marynarkach nie zrobiło to żadnego wrażenia.

– Wszystko naturalne – zapewnił. – Żadnych sterydów.

Nie odpowiedzieli.

Wrócił pierwszy ochroniarz.

– Proszę za mną – powiedział.

Wkraczając na dziedziniec pałacu, Myron miał wrażenie, że wchodzi do szafy z powieści C. S. Lewisa, do innego świata, na drugą stronę zarośli, by tak rzec. Choć znajdował się w sercu Manhattanu, uliczne odgłosy nagle się oddaliły, ścichły. Poprzecinany tworzącymi wzór chodnikami z płyt bujny ogród przypominał wschodni dywan. Pośrodku tryskała fontanna z posągiem konia z zadartym łbem.

Przy ozdobnych drzwiach frontowych powitał go drugi zespół w granatowych marynarkach. W tym domu z pewnością bulono straszliwe rachunki za pralnię chemiczną. Ochroniarze polecili mu opróżnić kieszenie, zarekwirowali telefon komórkowy, obmacali, przeciągnęli po ciele skanerem tak dokładnie, że o mało nie zażądał prezerwatywy, dwa razy przepuścili go przez wykrywacz metali, po czym jeszcze raz nadgorliwie przeszukali.

– Jeszcze raz tkniecie mi siusiaka, to się poskarżę mamusi – ostrzegł.

Nie zareagowali. Może Leksowie wymagali od służby oprócz dyskrecji także braku poczucia humoru.

– Proszę za mną – warknął Doberman, który miał prawo dawać głos.

Panująca tu cisza – w domu stojącym w sercu Manhattanu! – peszyła. Słychać było jedynie echo kroków na chłodnym marmurze. Przypominało to spacer po starym muzeum w środku nocy, atmosferę z klasycznej książki dla dzieci Z pomieszanych zapisków pani Bazylowej E. Frankweiler. Ochroniarze uformowali prezydencką eskortę dla ubogich – gaduła z kolegą trzy kroki przed, dwaj inni trzy kroki za Myronem. Myron dla zabawy to zwalniał, to przyśpieszał kroku, patrząc, jak robią to samo, niczym w kiepsko odtańczonym kadrylu country and western. W pewnej chwili był bliski wykonania „księżycowego chodu” Michaela Jacksona, ale ci młodziankowie już i tak brali go za pedofila.

Szerokie mahoniowe schody zalatywały z lekka cytryną. Ścianę zdobiły wielkie gobeliny, takie z mieczami, końmi i ucztami, na których wcina się prosięta. Na piętrze czekali dwaj następni w granatowych marynarkach. Obowiązek obszukania wypełnili tak dokładnie, jakby pierwszy raz zetknęli się z człowiekiem. Myron okręcił się jak baletnica. Na tej parze też nie zrobił wrażenia.

– Szkoda, że nie widzieliście, jak prężę muskuły – powiedział.

Otworzyły się dwuskrzydłowe drzwi i wszedł do salonu nieco większego od hali sportowej. Dwaj ochroniarze, którzy podążyli za nim, zajęli miejsca w kątach. W fotelu po prawej siedział wielki mężczyzna. W każdym razie wyglądał na wielkiego. A może fotel był mały. Mężczyzna miał po czterdziestce, płaski nos, łapy jak szynki, paluchy jak kiełbasy, a jego tworzącą prawie idealny trapez głowę i szyję wieńczył wojskowy jeżyk. Były bokser albo komandos piechoty morskiej, najpewniej jedno i drugie. Kwadratowy gość, granitowy.

Granitowy zmierzył Myrona twardym, choć lekko rozbawionym wzrokiem, jakby patrzył na kotka, który dobiera mu się do nogawki spodni. Nie wstał, strzelał tylko stawami palców, jeden po drugim.

Myron spojrzał na Granitowego. Granitowy strzelił stawem.

– Czuję ciarki – rzekł Myron.

Nikt go nie poprosił, żeby usiadł. Więcej, nikt się nie odezwał. Stał i czekał, lustrowany przez trzy pary oczu.

– Starczy. Jestem zastraszony – powiedział. – Jaki jest następny punkt programu?

Granitowy skinął głową parze w marynarkach. Wyszli. Niemal w tej samej chwili w drugim końcu salonu otwarły się drzwi i weszły dwie kobiety. Były bardzo daleko, ale Myron domyślił się, że pierwsza z nich to Susan Lex. Uczesana w gładziutki, podlakierowany kok, usta miała zesznurowane, jakby przed chwilą połknęła żywego żuka. Jej towarzyszka – osiemnasto-, najwyżej dziewiętnastolatka – ani chybi córka, była wierną kopią matki, z identycznymi zesznurowanymi ustami, ale o ćwierć wieku mniej zużytą, nie wspominając o lepszej fryzurze.

Myron ruszył przez salon z ręką wyciągniętą do powitania, ale Susan Lex powstrzymała go gestem dłoni. Granitowy wysunął się z fotela, pochylony tak, że niemal zagrodził mu drogę, i lekko pokręcił głową, o co nie tak łatwo, gdy się nie ma szyi. Myron zatrzymał się.

– Nie lubię być zastraszana – zawołała z drugiego końca salonu Susan Lex.

– Przepraszam. Ale musiałem się z panią zobaczyć.

– I to uprawnia pana do gróźb i szantażu?

Nie miał na to gotowej odpowiedzi.

– Muszę porozmawiać z panią o pani bracie Dennisie.

– Powiedział pan to przez telefon.

– Gdzie go znajdę?

Susan Lex spojrzała na Granitowego. Zmarszczył brwi i znów strzelił stawami.

– Ma pan tupet, panie Bolitar – powiedziała. – Dzwoni pan do mojego biura. Grozi mi. Zmusza mnie, żebym pana przyjęła i zmieniła plan dnia. A potem przychodzi tu i stawia żądania?

– Przepraszam za obcesowość, ale to sprawa życia i śmierci.

Ilekroć wypowiadał słowa „sprawa życia i śmieci”, oczekiwał, że za chwilą usłyszy melodramatyczny podkład dźwiękowy.

– To pana nie tłumaczy – odparła Susan Lex.

– Pani brat zarejestrował się w państwowym centrum dawców szpiku kostnego – powiedział. – Jego szpik jest potrzebny choremu dziecku. – Po nocnej rozmowie z „pożegnaj się z tym chłopcem” postanowił zataić płeć Jeremy’ego. – Bez przeszczepu to dziecko umrze.

Susan Lex uniosła brew. Bogaci są w tym dobrzy – unoszą brwi, zachowując ten sam wyraz twarzy. Myron ciekaw był, czy uczyli ich tego na koloniach letnich dla bogaczy. Susan Lex znów spojrzała na Granitowego. Granitowy próbował się uśmiechnąć.

– Jest pan w błędzie, panie Bolitar – odparła.

Myron czekał na dalszy ciąg, daremnie.

– Jak to, w błędzie? – spytał.

– Jeżeli pan nie kłamie, to się pan pomylił. Nic więcej nie powiem.

– Z całym szacunkiem, to mi nie wystarczy.

– Musi.

– Gdzie jest pani brat, pani Lex?

– Wizyta skończona, panie Bolitar.

– I tak mogę pójść do prasy.

Granitowy skrzyżował nogi i znów zaczął trzaskać stawami.

– A potrafi pan zrobić tak? – spytał Myron i klepiąc się ręką w głowę, drugą zaczął masować brzuch.

Granitowemu nie poszło to w smak.

– Nie chcę sprawiać kłopotów – zapewnił Myron. – Szanuję wasze prawo do prywatności. Ale muszę znaleźć tego dawcę.

– Mój brat nim nie jest – odparła Susan Lex.

– Gdzie przebywa?

– Nie jest dawcą, którego pan szuka. Reszta to nie pańska sprawa.

– Mówi pani coś nazwisko Taylor? Davis Taylor?

Susan Lex rozsznurowała usta, jakby wpełzł przez nie następny żuk, odwróciła się i odeszła. Córka za nią. I znów jak na czyjś znak drzwi za plecami Myrona otworzyły się i stanęła w nich para w granatowych marynarkach. Groźnie na niego łypiąc, przestąpili próg. Granitowy wreszcie wstał, co zabrało mu chwilę. Rzeczywiście był wielki. Ogromny. Ochroniarze podeszli do Myrona.

– Zwróćmy się do jury – rzekł Myron. – Ile punktów pan przyznaje, Charlesie Nelsonie Reilly?

Granitowy stanął przed nim. Bary miał kwadratowe, wzrok spokojny.

– Nieprzedstawienie się – ciągnął Myron, naśladując najlepiej jak umiał, czyli nieszczególnie, seplenienie Charlesa Nelsona Reilly’ego – było bardzo macho. A maska milczenia, w parze z rozbawionym spojrzeniem, odegrana prima. Fachowo. Ale, i tu jestem w kropce, ze strzelaniem stawami, no cóż, mocno przesadził, nie sądzisz, Gene? Ocena ogólna: osiem. Uwagi: więcej subtelności.

– Skończył pan? – spytał Granitowy.

– Tak.

– Myron Bolitar. Urodzony w Livingston w New Jersey. Matka Ellen, ojciec Al…

– Lubią, żeby ich nazywać El-Al – wtrącił Myron. – Jak izraelskie linie lotnicze.

– Uniwersytecki mistrz kraju w koszykówce. Studia na Uniwersytecie Duke’a. W naborze do NBA wybrany jako ósmy z listy do Boston Celtics. Rozwalone kolano w przedsezonowym meczu zakończyło pańską karierę. Jest pan właścicielem agencji sportowej RepSport MB. Po studiach spotykał się pan z pisarką, Jessicą Culver, ale niedawno się rozstaliście. Mówić dalej?

– Pominął pan, że jestem świetnym tancerzem. Mogę zademonstrować.

Granitowy uśmiechnął się z wyższością.

– Wystawić panu ocenę? – spytał.

– Bardzo proszę.

– Za dużo pan żartuje. Chce pan sobie dodać pewności, ale za bardzo się pan stara. A co do subtelności, pańska opowieść o umierającym dziecku, które wymaga przeszczepu szpiku kostnego, była wzruszająca. Brakło tylko kwartetu smyczkowego.

– Nie wierzy mi pan?

– Nie.

– To po co tu przyszedłem?

Granitowy rozłożył dłonie wielkie jak anteny satelitarne.

– To właśnie chciałbym wiedzieć – odparł.

Ochroniarze stanęli za plecami Myrona, tworząc wraz z Granitowym trójkąt. Granitowy lekko skinął głową. Ochroniarz w marynarce wycelował w Myrona pistolet.

Niedobrze.

Są sposoby na rozbrojenie gościa ze spluwą, ale towarzyszy im nieodłączny szkopuł: może się to nie udać. Jeżeli się przeliczysz albo twój przeciwnik okaże się lepszy, niż sądziłeś – co należy uwzględnić, gdy wie, jak trzymać broń – możesz zarobić kulkę. To bardzo poważny minus. W tej zaś konkretnej sytuacji dochodziło dwóch przeciwników, zapewne uzbrojonych i świetnie wyszkolonych. Na nierozważny ruch w takich okolicznościach fachowcy mają jedno słowo: samobójstwo.

– Ten, kto zebrał informacje o mnie, coś pominął – powiedział.

– Co takiego?

– Moją znajomość z Winem.

Twarz Granitowego ani drgnęła.

– Mówi pan o Windsorze Hornie Lockwoodzie Trzecim? Do jego rodziny należy firma maklerska Locke-Horne. Na studiach w Duke’u dzieliliście pokój. Po przeprowadzce z poddasza na Spring Street, które dzielił pan z Jessicą Culver, zamieszkał pan w jego apartamencie w Dakocie. Łączą was bliskie więzi biznesowe i osobiste, można nawet powiedzieć: przyjaźń. O taką znajomość chodzi?

– Zgadza się.

– Wiem o tym. Wiem także o, hm… – Granitowy urwał, szukając właściwego słowa – talentach pana Lockwooda.

– A zatem wie pan również, że jeżeli tego młotka zaswędzi palec – Myron wskazał głową ochroniarza z pistoletem – umrze pan.

Tym razem, po krótkiej walce z mięśniami twarzy, Granitowy zdobył się, choć nie bez trudu, na uśmiech. W głowie Myrona rozbrzmiała piosenka Barracuda zespołu Heart.

– Ja też nie jestem pozbawiony, hm, talentów, panie Bolitar.

– Naprawdę? W takim razie za mało pan wie o, hm, talentach Wina.

– Nie będę się z panem spierał. Powiem tylko, że nie dysponuje on armią ludzi. A zatem dowiem się, dlaczego rozpytuje pan o Dennisa Leksa?

– Już powiedziałem.

– Upiera się pan przy historii o umierającym dziecku?

– Jest prawdziwa.

– Skąd pan się dowiedział o Dennisie Leksie?

– Z banku szpiku kostnego.

– Podali panu jego nazwisko?

– Ja również nie jestem pozbawiony, hm, talentów – rzekł Myron, uznawszy, że teraz jego kolej się pochwalić. Niestety, nie zabrzmiało to dobrze.

– A więc w banku szpiku kostnego dowiedział się pan, że Dennis Lex jest dawcą. To chce pan powiedzieć?

– Nic nie powiem. To ulica dwukierunkowa. Chcę informacji.

– Pomyłka. To ulica jednokierunkowa – odparł Granitowy. – Ja jestem tirem, a pan jajkiem na jego drodze.

Myron skinął głową.

– Złośliwiec. Ale jeśli nic od was nie dostanę, to wy ode mnie też nic.

Ochroniarz z pistoletem zbliżył się. Myronowi zadrżały nogi, ale nawet nie mrugnął. Można przedobrzyć z żartami, lecz nie wolno okazać strachu. Przenigdy.

– Nie oszukujmy się, obaj wiemy, że mnie za to nie zabijecie. Nie jesteście głupi.

Granitowy uśmiechnął się.

– Mogę pana obić.

– Wy nie chcecie kłopotów i ja też. Nie obchodzi mnie rodzina Leksów, jej los ani nic. Próbuję tylko ocalić życie dziecku.

Granitowy udał, że gra na skrzypcach.

– Dennis Lex pana nie zbawi – rzekł po chwili.

– Mam uwierzyć panu na słowo?

– Nie jest dawcą, którego pan szuka. Ręczę za to.

– Nie żyje?

Granitowy splótł ręce na piersi wielkiej jak stół pingpongowy.

– Jeżeli mówi pan prawdę, to albo ci z banku szpiku pana okłamali, albo się pan pomylił.

– Może też być, że to wy kłamiecie – odparł Myron. – Lub mylicie się – dodał po chwili.

– Ochroniarze odprowadzą pana do wyjścia.

– I tak mogę pójść do prasy.

– Obaj wiemy, że pan tego nie zrobi – rzekł Granitowy na odchodne. – Pan też nie jest głupi.

16

Bruce Taylor był w typowym przyodziewku dziennikarskim – ciuchach wykopanych chyba z dna kosza na brudną bielizną. Zasiadłszy przy barze, zaczerpnął garść darmowych precli i włożył je do ust tak łapczywie, jakby miał chęć połknąć własną ręką.

– Nienawidzę ich – powiedział do Myrona.

– Właśnie widzę.

– Jestem w barze, jak pragnę zdrowia. Muszę jeść. Ale nikt już nie podaje orzeszków. Wciskają ci, że za bardzo tuczą, albo inną bzdurę. I podsuwają zamiast nich precle. Ale nie prawdziwe precle. Tylko te gówienka. – Zademonstrował precelek Myronowi. – Co to jest?

– No, a politycy – włączył się Myron. – Na okrągło wałkują kontrolę sprzedaży broni.

– Czego się napijesz? Tylko nie rób obciachu. Nie zamawiaj tego głupiego yoo-hoo.

– Co dla ciebie?

– To samo co zawsze, kiedy stawiasz. Dwunastoletnią szkocką.

– Ja zadowolę się mineralną z cytryną.

– Sierota. – Bruce złożył zamówienie. – O co chodzi tym razem? – spytał.

– Znasz Stana Gibbsa?

– O-ho-ho!

– O-ho-ho?

– Widzę, że wdepnąłeś w straszne gówno, Myron. Dlaczego on? Co cię łączy, do jasnej ciasnej, z Gibbsem?

– Pewnie nic.

– Mhm.

– Opowiedz mi o nim.

Bruce wzruszył ramionami.

– Ambitny sukinkot, który przeholował. Co jeszcze chcesz wiedzieć?

– Wszystko.

– Od czego zacząć?

– Co dokładnie zmalował?

– Kretyn popełnił plagiat. To nic niezwykłego. Ale żeby tak głupio?

– Za głupio?

– O co pytasz?

– Przyznasz, że skradzenie pomysłu z opublikowanej książki jest nie tylko nieetyczne, ale i idiotyczne.

– No i?

– Pytam, czy nie zbyt idiotyczne.

– Myślisz, że jest niewinny?

– A ty?

Bruce połknął kilka precli.

– Coś ty. Stan Gibbs jest winny jak cholera. Postąpił głupio, ale znam wielu głupszych od niego. Taki Mike Barnicle. Kradnie dowcipy z książki George’a Carlina. George’a Carlina, Jezu!

– To rzeczywiście debilne – przyznał Myron.

– Takich jak on jest więcej. Każdy zawód ma swoje brudy. Rzeczy, które chce się zamieść pod dywan. Jeśli jakiś policjant wbije podejrzanego w glebę, inni tworzą wokół niego kordon. Lekarze kryją jeden drugiego, kiedy któryś wytnie nie ten pęcherzyk żółciowy czy co tam. Prawnicy… jakbym zaczął wyciągać ich małe brudne sekrety…

– A plagiaty są grzechem dziennikarskim?

– Nie tylko plagiaty. Rzeczy wyssane z palca. Znam reporterów, którzy sami tworzą źródła informacji. Znam takich, którzy sami wymyślają dialogi. Znam takich, którzy zmyślają całe wywiady. Publikują artykuły o matkach ćpunkach i o fikcyjnych hersztach miejskich gangów. Czytałeś te artykuły? Nie zastanowiło cię, dlaczego tylu narkomanów, dla których nawet Teletubisie są za trudne, sypie celnymi spostrzeżeniami?

– Czy to częsta praktyka?

– Szczerze?

– Bardzo proszę.

– Powszechna jak epidemia. Niektórzy dziennikarze to leniuchy. Innych zżera ambicja. Są też patologiczni kłamcy. Znasz ten typ. Skłamią ci, co jedli na śniadanie, bo nic ich to nie kosztuje.

Barman podał im zamówione napoje. Bruce wskazał mu pustą miskę na precle. Została wymieniona.

– Skoro jest to epidemia, to dlaczego złapano tak niewielu?

– Po pierwsze, trudno kogoś złapać. Cwane gapy powołują się na anonimowość źródeł, twierdzą, że informatorzy wyjechali itepe. A po wtóre, jak już powiedziałem, to nasza brudna mała tajemnica. Ukrywamy ją.

– Myślałby kto, że zechcecie posprzątać tę stajnię Augiasza.

– Pewnie. Tak jak chcą tego policjanci. Tak jak chcą tego lekarze.

– To nie to samo, Bruce.

– Nie? No, to przedstawię ci scenariusz. – Bruce dopił whisky i wskazał barmanowi, żeby napełnił szklankę. – Powiedzmy, że jesteś redaktorem „New York Timesa”. Napisano dla ciebie tekst. Drukujesz go. I wtedy ktoś ci mówi, że artykuł sfabrykowano, zerżnięto albo że jest całkowicie chybiony. Co robisz?

– Zamieszczam sprostowanie.

– Jesteś wydawcą. Durniem odpowiedzialnym za jego opublikowanie. Na dodatek, być może, durniem, który zamówił artykuł u autora. Kogo za to obwinią przełożeni? Myślisz, że ucieszą się na wieść, że ich gazeta wydrukowała fałsz? Myślisz, że „Times” chciałby stracić czytelników na rzecz „Heralda”, „Post” czy innego dziennika? Inne gazety nawet nie chcą słyszeć o sprostowaniach. Czytelnicy i bez tego nie ufają dziennikarzom. Komu szkodzi wyjście prawdy na jaw? Odpowiedź: wszystkim.

– Dlatego wyrzucacie łobuza po cichu.

– Zdarza się. Ale wróćmy do przykładu: jesteś redaktorem „New York Timesa” i zwalniasz dziennikarza. Sądzisz, że twój przełożony nie spyta cię dlaczego?

– Puszczacie to płazem?

– Zachowujemy się, jak dawniej Kościół wobec pedofilów. Staramy się opanować problem, nie szkodząc sobie. Przenosimy pacjenta do innego działu. Zwalamy kłopot na głowę komu innemu. Można gościa pożenić z drugim dziennikarzem. Trudniej jest kantować, kiedy ktoś patrzy ci na ręce.

Myron łyknął mineralnej.

– Dobra, a teraz oczywiste pytanie – powiedział. – W jaki sposób wpadł Stan Gibbs?

– W najgłupszy z możliwych. Artykuł zrobił się za głośny, żeby taki plagiat mógł ujść mu na sucho. W dodatku Stan publicznie obsrał federalnych i spuścił ich z wodą. Nie robi się takich rzeczy bez mocnych faktów w garści, zwłaszcza FBI. Podejrzewam, że czuł się bezkarny, bo tę powieść opublikowało w minimalnym nakładzie jakieś zafajdane malutkie wydawnictwo w Oregonie. Wydrukowali z pięćset egzemplarzy tej książki i to ponad dwadzieścia lat temu. Jej autor dawno umarł.

– Ale ktoś to odkrył.

– Tak.

– Dziwne, nie sądzisz? – spytał Myron po namyśle.

– Przyznałbym ci rację, gdyby nie to, że artykuł narobił hałasu. Kiedy więc prawda wyszła na jaw, Stan był załatwiony. Wszystkie media dostały anonimowy materiał prasowy na jego temat. FBI zwołało konferencję prasową. Osiągnęło to rozmiary bliskie kampanii. Ktoś, pewnie federalni, postanowił dobrać mu się do tyłka. I dopiął swego.

– Może tak ich wkurzył, że go wrobili.

– Coś ty! Przecież ta powieść istnieje. Istnieją fragmenty, które przepisał. Nie da się pominąć faktów.

Myron przemyślał to sobie, daremnie szukając sposobu, jak je pominąć.

– Czy Stan Gibbs się bronił? – spytał.

– Nie odniósł się do zarzutów.

– Dlaczego?

– Bo jest dziennikarzem. Zna życie. Takie historie wzniecają najgorsze pożary. Jedyny sposób na zduszenie ognia to go nie podsycać. Choćby hulał nie wiem jak, to gdy brak nowych wieści, gdy nic go nie rozpala, sam zgaśnie. Ludzie wciąż powtarzają ten sam błąd, sądząc, że zduszą pożar słowami, bo są bardzo sprytni i ich wyjaśnienia podziałają jak woda. Ale rozmowa z prasą zawsze jest błędem. Wszystko, nawet najpiękniej sformułowane zaprzeczenia, podtrzymują płomienie, podsycają je.

– Ale czy milcząc, nie wyglądasz na winnego?

– On jest winien, Myron. Gdyby mówił, narobiłby sobie większej biedy. Gdyby się nie zaszył i próbował bronić, ktoś zacząłby grzebać w jego przeszłości. Głównie w dawnych artykułach. Wszystkich. Zbadałby każdy fakt, każdy cytat, co tylko. Kto popełnił jeden plagiat, popełnił też inne. W wieku Stana nie robi się takich rzeczy pierwszy raz w życiu.

– Myślisz, że starał się ograniczyć straty?

Bruce się uśmiechnął, łyknął whisky.

– Ach te studia w Duke’u. Nie poszły na marne. – Wziął kilka precli. – Mogę zamówić kanapkę?

– Proszę.

– Nie pożałujesz. – Bruce uśmiechnął się szeroko. – Nie wspomniałem ci o jeszcze jednym drobnym kąsku, który skłonił go do milczenia.

– Jakim?

– To bomba, Myron. – Bruce przestał się uśmiechać. – Duża.

– Świetnie, zamów jeszcze frytki.

– Ale to nie może się przedostać do wiadomości publicznej, rozumiesz?

– No, co ty, Bruce? Mów.

Bruce obrócił się w stronę baru, wziął serwetkę i przedarł ją na pół.

– Federalni doprowadzili Stana przed sąd, żeby ustalić źródła jego informacji, to wiesz.

– Tak.

– Wprawdzie akta sądowe są trzymane pod kluczem, lecz wiadomo, że uciekli się do nacisków. Chcieli wymóc na Gibbsie, żeby im cokolwiek potwierdził. Coś, co wskazałoby, że nie wyssał wszystkiego z palca. Nie zdołali. Cały czas utrzymywał, że to, co napisał, mogą potwierdzić tylko rodziny ofiar, ale nie zdradzi ich nazwisk. Jednak sędzia naciskał go dalej i w końcu wydusił z niego, że historię tę może potwierdzić jeszcze ktoś.

– Potwierdzić historię, którą zmyślił?

– Tak.

– Kto taki?

– Jego kochanka.

– Jest żonaty?

– Słowo „kochanka” nie mówi samo za siebie? Był. Zresztą formalnie nadal jest, choć są z żoną w separacji. Oczywiście wahał się, czy ujawnić jej nazwisko, no, bo żona, dwójka dzieci, domek itede, ale w końcu podał je sędziemu pod warunkiem, że je utajni.

– Kochanka potwierdziła jego wersję?

– Tak. Ta kochanka, Melina Garston, poświadczyła, że była obecna przy jego rozmowie z psycholem Siej Ziarno.

Myron zmarszczył brwi.

– Skądś znam to nazwisko.

– Dlatego, że Melina Garston nie żyje. Ktoś ją związał, torturował i Bóg wie co jeszcze.

– Kiedy?

– Trzy miesiące temu. Tuż po wpadce Stana. Co gorsza, policja uważa, że to on ją zabił.

– Żeby go nie wkopała?

– To potwierdza, że skończyłeś studia.

– Ale gdzie tu sens? Zabito ją po wykryciu plagiatu, tak?

– Tuż po tym.

– Czyli po jego wpadce. W powszechnej opinii jest winny. Stracił pracę. Zhańbił się. Co zmieniłoby, gdyby jego kochanka oznajmiła nagle: „Skłamałam”? Nic. Co by zyskał, gdyby ją zabił?

Bruce wzruszył ramionami.

– Odwołanie przez nią zeznania mogłoby usunąć wątpliwości.

– I tak nie ma ich wiele.

Bruce poprosił barmana o kanapkę. Myron nie zamówił niczego.

– Możesz się dowiedzieć, gdzie ukrywa się Stan Gibbs? – spytał.

Bruce gestem odwołał zamówienie.

– Wiem, gdzie się ukrywa – odparł.

– Skąd?

– Był moim przyjacielem.

– Był czy jest?

– Chyba jest.

– Lubisz go.

– Tak. Lubię.

– Ale myślisz, że to zrobił.

– Czy ją zabił? Chyba nie. Co do plagiatu… – Bruce wzruszył ramionami. – Jestem cynikiem. To, że ktoś jest moim przyjacielem, nie wyklucza, że popełnia głupstwa.

– Dasz mi jego adres?

– Powiesz po co?

Myron łyknął wody mineralnej.

– Zaraz wygłosisz kwestię, że chcesz wiedzieć, o co biega. A ja odpowiem, że jeszcze nie wiem, ale jak się połapię, dowiesz się o tym pierwszy. Urażony, oznajmisz, że to nie wystarczy, bo jestem ci coś krewny, w końcu jednak pójdziesz na taki układ. Więc może lepiej darujmy sobie to wszystko i podaj mi jego adres.

– Mogę zamówić kanapkę?

– Jasne.

– Dobra. Nieważne. Stan po swojej rezygnacji nie rozmawiał z nikim, nawet z najbliższymi znajomymi. Na jakiej podstawie liczysz, że pogada z tobą?

– Bo jestem wesołym kompanem i pięknie się ubieram.

– Aha. – Bruce spojrzał z powagą na Myrona. – A teraz wygłoszę kwestię, że jeżeli na coś natrafisz, na coś, co by wskazywało, że Stana Gibbsa wrobiono, powiesz mi o tym, bo jestem jego przyjacielem i reporterem żądnym sensacji.

– I kanapki.

Bruce nie uśmiechnął się.

– Zrozumiałeś?

– Zrozumiałem.

– Chcesz mi coś powiedzieć?

– Bruce, na razie mam mniej niż nic. Nikły ślad, który może prowadzić donikąd.

– Znasz Cross River w Englewood?

– Osiedle z połowy lat osiemdziesiątych, które wygląda jak wyjęte z filmu Duch!

– Acre Drive dwadzieścia cztery. Stan z powrotem tam zamieszkał. Wynajął dom.

17

Mieszczący się w zaadaptowanym magazynie w West Side lokal nie nazywał się Poranny Potańc. Zmieniał swoją neonową nazwę wraz z porami dnia. Cały czas paliło się słowo Potańc, ale rano był to Poranny Potańc, po południu (jak w tej chwili) Popołudniowy, a wieczorem Północny.

WSTĘP Z CO NAJMNIEJ CZTEREMA PRZEKŁUCIAMI (W USZACH SIĘ NIE LICZĄ) – głosiła wywieszka przy wejściu.

Myron nie wszedł do środka i zadzwonił z komórki pod numer Potańcu.

– Nawijaj, Kuba – odezwał się głos.

– Proszę z Suzze T.

– Jarzę.

Jarzę?

– Halo? – zgłosiła się po dwóch minutach Suzze.

– Mówi Myron. Czekam na chodniku.

– Wejdź. Nikt tu nie gryzie. Nie licząc gostka, który wczoraj odgryzł nogi żywej żabie. Było super!

– Suzze, spotkajmy się na zewnątrz, dobrze?

– Jak chcesz.

Rozłączył się, czując się staro. Suzze wyszła niespełna minutę później. Miała na sobie zaprzeczające prawu ciężkości spodnie dzwony, które jakimś cudem trzymały się znacznie poniżej bioder, różowy, o wiele za mały top, odsłaniający nie tylko płaski brzuch, ale i to, co tak zainteresowało koneserów z firmy Rack Enterprises, i nosiła zaledwie jeden tatuaż (tenisową rakietę z rączką w kształcie głowy węża), ale żadnych kolczyków, nawet w uszach.

– Nie spełniasz minimalnych wymogów – rzekł, wskazując na napis przy wejściu.

– Ależ spełniam, Myron.

Zaniemówił.

– Aha – rzekł po chwili.

Poszli ulicą. Jeszcze jeden dziwny zakątek Manhattanu. Dzieciaki w towarzystwie bezdomnych. Bary i nocne kluby sąsiadujące z przedszkolami. Nowoczesne miasto. Myron minął wystawę z napisem TATUAŻE NA POCZEKANIU. Przeczytał go jeszcze raz i zmarszczył brwi. Czy można się wytatuować bez czekania?

– Dostaliśmy dziwną ofertę reklamową – powiedział. – Znasz firmę Rack Bars?

– Tę od ekskluzywnego toplessu?

– Tak czy siak toplessu.

– No i co?

– Otwierają sieć toplessowych kawiarni.

Suzze kiwnęła głową.

– Super! – powiedziała. – Świetny chwyt: wykorzystanie popularności kawiarni Starbucks w połączeniu z atrakcjami barów sieci Score i Goldfinger.

– No, tak. W każdym razie urządzają wielkie otwarcie, w związku z czym szykują atrakcje, żeby ściągnąć uwagę mediów itepe. Dlatego chcą, żebyś dała… hm, gościnny występ.

– Topless?

– Jak powiedziałem ci przez telefon, to oferta do odrzucenia.

– Całkiem topless?

Myron skinął głową.

– Upierają się, że musi być widać sutki.

– A ile dają?

– Dwieście tysięcy.

Suzze stanęła jak wryta.

– Jaja sobie robisz?

– Nie robię jaj.

Gwizdnęła.

– Kupa kasy!

– Owszem, ale…

– Zaproponowali to z mety?

– Tak.

– Nie wydusiłbyś z nich więcej?

– Nie, zostawiam to tobie.

Spojrzała na niego. Wzruszył przepraszająco ramionami.

– Powiedz im, że się zgadzam.

– Suzze…

– Dwieście patyków za pokazanie cycków? Wczoraj zrobiłam to za darmo!

– To co innego.

– Widziałeś, w czym byłam na zdjęciu w „Sports Illustrated”? Równie dobrze mogłam wystąpić na golasa.

– To również co innego.

– Chodzi o Rack, Myron, a nie jakiś zapluty bar w stylu sieci Buddy’ego. O ekskluzywny topless.

– „Ekskluzywny topless” brzmi jak „dobra peruka”.

– Co?

– Może być dobra, ale nie zastąpi prawdziwych włosów.

Suzze przechyliła głowę.

– Mam dwadzieścia cztery lata, Myron – powiedziała.

– Wiem.

– W żeńskim tenisie to jak sto siedem lat. W tej chwili jestem sklasyfikowana na trzydziestym pierwszym miejscu na świecie. Dwieście kawałków? To więcej, niż zarobiłam przez dwa lata na turniejach. Dla mnie to duża okazja, Myron. A jak zmieni to mój wizerunek!

– Nie wątpię.

– Posłuchaj: tenis szuka sposobów na zwiększenie atrakcyjności. Będę kontrowersyjna. Będę magnesem. Z dnia na dzień stanę się sławna. Moje startowe wzrośnie czterokrotnie.

Startowe płaci się znanym sportowcom za sam udział w turnieju, niezależnie od wygranych meczów. Większość graczy zarabia znacznie więcej za udział w zawodach niż za ich wygranie. Właśnie na tym można zarobić dużo dineros, zwłaszcza jeśli tenisistka jest sklasyfikowana na trzydziestej pierwszej pozycji w świecie.

– Być może – odparł.

Przystanęła i chwyciła go za rękę.

– Lubię grać w tenisa – zapewniła.

– Wiem – rzekł cicho.

– To przedłuży moją karierę. Wiele dla mnie znaczy, rozumiesz?

Mój Boże, była taka młoda.

– To wszystko, być może, prawda. Ale w końcu wylądujesz w barze topless. Bo co się stało, to się nie odstanie. Zapamiętają cię na zawsze jako tenisistkę, która obnażyła piersi.

– Są gorsze rzeczy.

– Pewnie. Ale nie po to zostałem agentem sportowym, żeby zajmować się striptizem. Zrobię, co zechcesz. Jesteś moją klientką. Życzę ci jak najlepiej.

– Ale wątpisz, czy to dobry wybór.

– Trudno mi doradzać młodej kobiecie występ w stroju topless.

– Nawet gdy ma sens?

– Nawet gdy ma sens.

Suzze uśmiechnęła się.

– Wiesz, Myron? Rozbrajasz mnie tą świętoszkowatością.

– Tak, jestem rozkoszny.

– Powiedz im, że się zgadzam.

– Przemyśl to sobie przez najbliższe dni.

– Nie ma się co zastanawiać. Zrób, co umiesz najlepiej.

– Czyli?

– Zadzwoń do nich i powiedz tak.

18

Cross River należało do osiedli wyglądających jak filmowa dekoracja. Miałeś wrażenie, że jeżeli oprzesz się o jakąś ścianą, zwalisz cały budynek. Rozsiane ciasno domy były podobne do siebie jak krople wody. Wędrówka po osiedlu przywodziła na myśl Alicję w krainie czarów, jedna ulica była bliźniaczym odbiciem drugiej, tak że w końcu dostawałeś kręćka. Wystarczyło za dużo wypić, żeby wsadzić klucz do zamka cudzych drzwi.

Myron zaparkował w pobliżu zespołu basenów. Było tu miło, ale za blisko autostrady nr 80, głównej arterii komunikacyjnej, która biegła stąd przez New Jersey aż do Kalifornii. Przez ekrany przesączał się szum samochodów. Myron odnalazł drzwi domu przy Acre Drive 24 i podjął próbę zlokalizowania jego okien. Jeśli się nie mylił, paliło się w nich światło. Zapukał. W oknie tuż przy drzwiach pojawiła się twarz.

– Pan Gibbs?

– Kim pan jest? – dobiegło zza szyby.

– Nazywam się Myron Bolitar.

– Ten koszykarz? – spytano po chwili.

– Tak, swego czasu.

Twarz pozostała w oknie jeszcze kilka sekund, a potem drzwi się otworzyły. Smród zbyt wielu wypalonych papierosów, który przez nie wypadł, z rozkoszą wcisnął się Myronowi do nosa. W ustach Stana Gibbsa tkwił, żadna niespodzianka, kolejny papieros. Brodę porastała mu szpakowata szczecina, za długa, by być w retro stylu z Miami Vice. Był ubrany w żółtą koszulkę z Burtem Simpsonem, ciemnozielone spodnie od dresów, skarpetki, sportowe pantofle i bejsbolówkę Colorado Rockies – typowy modny strój, noszony z równym zapałem przez biegających po zdrowie, jak i nałogowych oglądaczy telewizji. Myron podejrzewał, że ma do czynienia z przedstawicielem tego drugiego gatunku.

– Jak pan mnie znalazł? – spytał Stan Gibbs.

– Bez trudności.

– To nie jest odpowiedź.

Myron wzruszył ramionami.

– Nieważne. Nie mam nic do powiedzenia – rzekł Gibbs.

– Nie jestem reporterem.

– A kim?

– Agentem sportowym.

Gibbs, z papierosem z ustach, wydmuchnął dym.

– Rozczaruję pana, w futbol ostatni raz grałem serio w szkole średniej.

– Mogę wejść?

– Nie. Czego pan chce?

– Znaleźć porywacza, o którym napisał pan w swoim artykule.

Stan uśmiechnął się. Jak na palacza, miał wyjątkowo białe zęby. Cerę chorobliwą, bladą jak w zimie, włosy cienkie i przetłuszczone, ale oczy jasne, wręcz świetliste, niczym niesamowite latarnie morskie.

– Nie czyta pan gazet? – spytał. – Wszystko wymyśliłem.

– Wymyślił pan czy skopiował z książki?

– Biję się w piersi.

– A jeżeli napisał pan prawdę? Jeżeli bohater pańskich artykułów zadzwonił do mnie wczoraj wieczorem?

Gibbs potrząsnął głową. Wydłużający się popiół na jego papierosie trzymał się kurczowo jak dziecko wagonika w parku rozrywki.

– Nie chcę do tego wracać.

– Popełnił pan plagiat?

– Powiedziałem już, że nie będę komentował…

– Zostanie to między nami. Jeżeli pan zmyślił tę historię, to proszę mi powiedzieć i sobie pójdę. Szkoda mi czasu na fałszywe tropy.

– Nie chcę pana urazić, ale mówi pan bez ładu i składu.

– Mówi panu coś imię i nazwisko Davis Taylor?

– Bez komentarzy.

– A Dennis Lex?

Wreszcie celny strzał. Gibbs pochwycił prawą ręką wyślizgujący mu się z ust papieros, upuścił go na chodnik i chwilę patrzył, jak skwierczy.

– Niech pan wejdzie – powiedział.

Dom był bliźniakiem, w zgodzie z nowym trendem w amerykańskim budownictwie z obowiązkowym katedralnym sufitem. Przez duże okna wpadało mnóstwo światła, rozpryskując się na wystroju rodem z niedzielnych dodatków do gazet. Jedną ze ścian zajmowała aparatura nagłaśniająca w obudowie z jasnego drewna, obok której stał stolik do kawy. Poza tym kanapa w biało-niebieskie pasy – Myron gotów był się założyć o lunch, że to otomana – oraz, do kompletu, sofa dla dwojga. Wykładzina była tak neutralna jak reszta wnętrza, w obojętnym dla oka brązowym kolorze, ale mimo czystości w pokoju panował nieład cechujący rozwodnika: tu i tam piętrzyły się niemające stałego miejsca gazety, tygodniki i książki.

Gibbs usadził Myrona na kanapie.

– Napije się pan? – spytał.

– Tak, cokolwiek.

Na stoliku do kawy leżało zdjęcie mężczyzny, otaczającego ramionami dwóch chłopców. Cała trójka szczerzyła się do kamery tak, jakby zajęli drugie miejsce w wyścigu i chcieli ukryć rozczarowanie. Zdjęcie zrobiono w jakimś ogrodzie. Za nimi majaczył marmurowy posąg kobiety z łukiem na ramieniu i strzałami. Myron wziął oprawioną w ramki fotografię i przyjrzał się jej.

– To pan? – spytał.

Gibbs uniósł głowę znad szklanki, do której wrzucał lód.

– Ten z prawej – odparł. – Stoję z ojcem i bratem.

– Co to za posąg?

– Diany Łowczyni. Słyszał pan o niej?

– To ta, która zmieniła się w Wonder Woman z kreskówki?

Gibbs zaśmiał się.

– Może być sprite? – spytał.

Myron odłożył zdjęcie.

– Oczywiście.

Gibbs napełnił szklankę i podał ją Myronowi.

– Co pan wie o Dennisie Leksie? – spytał.

– Że istnieje.

– Dlaczego wymienił pan jego nazwisko?

Myron wzruszył famionami.

– Dlaczego pan tak silnie na nie zareagował?

Gibbs wyjął następnego papierosa i zapalił.

– To pan przyszedł do mnie – powiedział.

– Owszem.

– Dlaczego?

Żaden sekret.

– Szukam niejakiego Davisa Taylora. To dawca szpiku kostnego identycznego ze szpikiem pewnego dziecka. Niestety, przepadł. Znalazłem jego adres w Connecticut, ale tam go nie ma. Pogrzebałem więc głębiej i odkryłem, że Davis Taylor zmienił nazwisko. W rzeczywistości nazywa się Dennis Lex.

– Nadal nie rozumiem, jaki to ma związek ze mną.

– Zabrzmi to trochę dziwnie. Zostawiłem Davisowi Taylorowi alias Dennisowi Leksowi wiadomość w poczcie głosowej. Oddzwonił, ale mówił bez sensu. Wciąż powtarzał słowa „siej ziarno”.

Stan Gibbs lekko zadygotał. Trwało to tylko chwilę.

– Co jeszcze powiedział? – spytał.

– W zasadzie niewiele więcej. Że powinienem siać ziarno. Pożegnać się z tym dzieckiem. Takie rzeczy.

– To pewnie nic nie znaczy. Prawdopodobnie przeczytał mój artykuł i zabawił się pańskim kosztem.

– Prawdopodobnie. Ale to nie wyjaśnia pańskiej reakcji na nazwisko Leksa.

Gibbs niedbale wzruszył ramionami.

– To słynna rodzina – odparł.

– Gdybym powiedział „Ivana Trump”, też by pan tak zareagował?

Gibbs wstał.

– Muszę to sobie przemyśleć.

– Niech pan myśli na głos.

Gibbs pokręcił głową.

– Zmyślił pan tę historię, Stan?

– Odpowiem innym razem.

– Nie zadowolę się tym. Należy mi się coś więcej. Popełnił pan plagiat?

– Jakiej odpowiedzi pan się spodziewa?

– Stan?

– Słucham?

– Nie obchodzi mnie pańska sytuacja. Nie jestem od sądzenia i donosów. Nie dbam o to, czy zmyślił pan tę historię. Zależy mi wyłącznie na znalezieniu dawcy szpiku kostnego. Kropka. Koniec historii. El fin.

Gibbsowi zaszkliły się oczy. Zaciągnął się papierosem.

– Nie – powiedział. – Nie popełniłem plagiatu. Nie widziałem tej książki na oczy.

Myron miał wrażenie, że wstrzymujący dotąd oddech pokój wreszcie wypuścił powietrze.

– A jak pan wyjaśni podobieństwa między pańskim artykułem a tą powieścią?

Gibbs otworzył usta, znieruchomiał, potrząsnął głową.

– Milczenie świadczy przeciwko panu.

– Nic nie muszę panu wyjaśniać.

– Musi pan. Próbuję uratować życie dziecku. Chyba nie jest pan aż tak zaprzątnięty własnymi kłopotami, co, Stan?

Gibbs wrócił do kuchni. Myron wstał i podążył za nim.

– Niech pan mówi. Może zdołam pomóc.

– Nie, nie pomoże pan.

– Jak pan wyjaśni te podobieństwa? Proszę mi powiedzieć. Na pewno pan o tym myślał.

– Nie muszę o tym myśleć.

– To znaczy?

Gibbs otworzył lodówkę i wyjął puszkę sprite’a.

– Sądzi pan, że wszyscy psychotycy są oryginalni?

– Nie rozumiem.

– Zadzwonił do pana ktoś i powiedział o sianiu ziarna.

– Tak.

– Są dwa wytłumaczenia, po co to zrobił. Pierwsze: jest mordercą, którego opisałem. A drugie?

Gibbs spojrzał na Myrona.

– Powtórzył to, co wyczytał w artykule – odparł Myron.

Gibbs strzelił palcami.

– Twierdzi pan, że porywacz, z którym pan rozmawiał, przeczytał tę powieść i się nią zasugerował? Że skopiował ją w życiu?

Gibbs łyknął z puszki.

– To teoria – powiedział.

„I to świetna” – pomyślał Myron.

– Więc dlaczego nic nie powiedział prasie? Dlaczego pan się nie bronił?

– Nie pańska sprawa.

– Zdaniem niektórych, bał się pan przyjrzenia się bliżej temu, co napisał pan wcześniej. Znalezienia innych sfabrykowanych artykułów.

– Niektórzy są idiotami – spuentował Gibbs.

– Więc dlaczego pan nie walczył?

– Całe życie byłem dziennikarzem. Czy pan wie, co oznacza dla dziennikarza nazwanie go plagiatorem? To tak, jak nazwać pracownika przedszkola pedofilem. Stało się. Żadne słowa tego nie zmienią. Przez ten skandal straciłem wszystko. Żonę, dzieci, pracę, dobrą opinię…

– I kochankę?

Gibbs raptownie zamknął oczy i zacisnął je jak dziecko, próbujące odgonić czarnego luda.

– Policja sądzi, że to pan zabił Melinę – powiedział Myron.

– Dobrze o tym wiem.

– Opowie mi pan, co się dzieje?

Gibbs otworzył oczy i potrząsnął głową.

– Muszę odbyć kilka rozmów, sprawdzić kilka tropów.

– Nie może mnie pan spławić.

– Muszę.

– Pomogę panu.

– Nie potrzebuję pańskiej pomocy.

– Ale ja potrzebuję pańskiej.

– Nie w tej chwili. Musi mi pan zaufać.

– Nie jestem w tym za dobry.

– Ja również. Ja również – odparł Gibbs i uśmiechnął się.

19

Myron ruszył. A za nim dwóch mężczyzn w czarnym oldsmobile’u ciera. Hm.

Zadzwoniła komórka.

– Dowiedziałeś się czegoś? – spytała Emily.

– Nie bardzo.

– Gdzie jesteś?

– W Englewood.

– Masz jakieś plany w związku z kolacją?

Zawahał się.

– Nie.

– Dobrze gotuję. Na studiach nie miałam okazji zademonstrować ci moich kulinarnych talentów, bo chodziliśmy na randki.

– Raz coś mi upichciłaś.

– Tak?

– W moim woku.

Zaśmiała się.

– A rzeczywiście, w akademiku miałeś elektryczny wok.

– Owszem.

– Zupełnie zapomniałam. Na co ci był potrzebny?

– Do imponowania panienkom.

– Serio?

– Pewnie. Kombinowałem tak: zaproszę do siebie dziewczynę, pokroję warzywa, doprawię sosem sojowym…

– Warzywa?

– Na początek.

– Dla mnie tego nie zrobiłeś. Dlaczego?

– Nie musiałem.

– To znaczy, że byłam łatwa?

– Jak na to odpowiedzieć i zachować jądra?

– Przyjedź. Przygotuję kolację. Bez sosu sojowego.

Znowu się zawahał.

– Nie daj się prosić.

Miał wielką ochotę odmówić.

– Dobrze – odparł.

– Pojedź drogą czwartą.

– Wiem, jak dojechać, Emily.

Rozłączył się i spojrzał we wsteczne lusterko. Czarny oldsmobile ciera dalej jechał za nim. Lepiej się upewnić, niż potem żałować. Wcisnął zaprogramowany numer w komórce. Po jednym sygnale zgłosił się Win.

– Wysłów się – powiedział.

– Chyba mam ogon.

– Jaki numer?

Myron odczytał mu numer rejestracyjny.

– Gdzie się spotkamy?

– W centrum handlowym Garden State Plaza.

– Już pędzę, nadobna panno.

Drogą 4 Myron dotarł do tablicy reklamującej Garden State Plaza i skomplikowanym przejazdem w kształcie koniczyny dotarł do centrum handlowego. Czarny olds został nieco z tyłu. Myron zagrał na zwłokę. Nim znalazł wolne miejsce, kilka razy okrążył parking. Olds zachował dystans. Myron zgasił silnik i skierował się do „Wejścia północno-wschodniego”.

W Garden State Plaza było tak samo sztucznie jak we wszystkich centrach handlowych po wejściu uderzało w ciebie nieświeże powietrze i dźwięki głuche, jakby przepuszczono je przez akustyczny deformator – odpowiednik kabiny prysznicowej – zarazem głośne i niezrozumiałe. Za dużo wysokich sklepień i fałszywych marmurów, nic miękkiego, by wytłumić pogłos.

Przeszedł przez skrzydło dla nuworyszy, mijając kilka sklepów z obuwiem, które wystawiają po trzy pary butów na krzyż, zawieszonych na czymś podobnym do jelenich rogów, i dotarł do sklepu Aveda, z kosmetykami po dziko zawyżonych cenach. Ekspedientka, wygłodzone biedactwo w czarnym stroju obcisłym jak turnikiet, poinformowała go, że właśnie trwa wyprzedaż kremów nawilżających do twarzy. Powstrzymał się od okrzyku „Hura!” i poszedł dalej. Przy następnej witrynie zerknął ukradkiem, po męsku na damską bieliznę. Większość kulturalnych heteroseksualnych mężczyzn dobrze opanowała sztukę rzucania okiem na skąpo odziane modelki tak, żeby się nie zdradzić, że interesują ich ostre, powiększone zdjęcia Stephanie i Frederique w boskich stanikach miracle. Myron, który zrobił oczywiście to samo, pomyślał po chwili: po co udawać? Zatrzymał się, wyprostował ramiona i wpatrzył się pożądliwie w wystawę. Szczerość. Ją również powinny szanować kobiety w mężczyznach, no nie?

Sprawdził godzinę. Za wcześnie. Więcej gry na zwłokę. Plan był prosty. Po przyjeździe do Garden State Plaza Win kontaktuje się z nim przez komórkę. Myron wraca do samochodu. Win odnajduje czarnego oldsa i śledzi śledzącego. Genialne, co?

Doszedł do sklepu Sharper Image, jednego z niewielu miejsc na świecie, gdzie słowa takie jak shiatsu i jonizacja nikogo nie śmieszą. Usiadł na fotelu do masażu (nastawionym na „ugniatanie”) i rozważył, czy nie fundnąć sobie naturalnej wielkości figury wojownika z Gwiezdnych wojen, przecenionego z 5500 dolarów na marne 3499. Jak znalazł dla nuworysza. Drobna rada: jeżeli w sklepie Sharper Image nabyłeś naturalnej wielkości wojownika z Gwiezdnych wojen, wyjmij najbardziej platynową z osobistych kart, wręcz ją najbliższemu kasjerowi i dokup sobie naturalność.

Zadzwoniła komórka.

– To federalni – poinformował go Win.

– Jejku!

– Właśnie.

– Nie ma sensu za nimi jechać.

– Nie ma.

Myron spostrzegł za plecami dwóch mężczyzn w garniturach i okularach przeciwsłonecznych, którzy odrobinę za gorliwie oglądali szampony owocowe na wystawie Garden Botanica. Dwóch w garniturach i ciemnych okularach? To ci zbieg okoliczności.

– Śledzą mnie w środku – poinformował.

– Jeśli przyłapią cię z damską bielizną, nakłam, że to dla żony – poradził Win.

– Ty tak robisz?

– Nie rozłączaj się.

Ich stara sztuczka. Dzięki temu Win mógł słyszeć, co się dzieje. No dobrze, co dalej? Myron ruszył. Przy następnej wystawie stało dwóch innych federalnych w garniturach. Obrócili się ku niemu i zmierzyli go wzrokiem. To się nazywa śledzenie. Obejrzał się. Pierwsi dwaj wciąż tam byli.

Dwóch w przodzie zastąpiło mu drogę. Dwóch z tyłu ją odcięło.

Zatrzymał się i przyjrzał wszystkim czterem.

– Wypróbowaliście przeceniony nawilżający krem do twarzy ze sklepu Aveda, panowie? – spytał.

– Pan Bolitar?

– Tak.

Jeden z federalnych, niski, z fryzurą jak spod kosiarki, błysnął odznaką.

– Agent specjalny Fleischer z Federalnego Biura Śledczego – przedstawił się. – Chcielibyśmy zamienić z panem słowo.

– Na jaki temat?

– Pozwoli pan z nami?

Miny mieli służbowo kamienne. Nie potrafił z nich wyczytać niczego. Pewnie nic nie wiedzieli. Byli chłopcami na posyłki. Wzruszył ramionami i poszedł z nimi. Dwóch wsiadło do białego oldsa ciery. Dwóch pozostało z nim. Jeden otworzył drzwiczki czarnego oldsa i skinieniem głowy zachęcił Myrona, by wsiadł. W środku było bardzo czysto. Myron przesunął dłonią po miłych, gładkich siedzeniach.

– To skóra koryncka? – spytał.

Agent Fleischer odwrócił się do niego.

– Nie, proszę pana, koryncka jest w fordach granadach.

Słusznie.

Zamilkli. Radio nie grało. Myron usiadł wygodnie. Rozważał, czy zadzwonić do Emily i odłożyć kolację bez sosu sojowego, ale nie chciał, by słyszeli to federalni. Siedział więc nieruchomo i milczał. Nieczęsto mu się to zdarzało. Dziwne uczucie, choć pasujące do sytuacji.

Pół godziny później znalazł się w podziemiu nowoczesnego wieżowca w Newark. Usiadł przy stole, kładąc ręce na lepkim blacie. W pomieszczeniu z betonowymi ścianami o fakturze i barwie zaschniętej owsianki było tylko jedno zakratowane okno. Policjanci przeprosili i wyszli. Myron westchnął. W chwili gdy pomyślał, że zastosowali metodę „poczeka, to zmięknie”, drzwi otworzyły się z rozmachem.

Pierwsza weszła kobieta. W sportowej marynarce, pomarańczowej jak dynia, niebieskich dżinsach, sportowych butach i z kolczykami w uszach – kulami na łańcuszkach. Na usta cisnęło się słowo „krzepka”. Była krzepka, ale nie potężna. Krzepkie było w niej wszystko, nawet włosy barwy kukurydzy z puszki. Brunet, który wjechał za nią na smudze jej perfum, był karykaturalnym chudzielcem ze szpiczastą głową i rzadkimi przylizanymi włosami. Przypominał ołówek.

– Dzień dobry, panie Bolitar – powiedział.

– Dzień dobry.

– Jestem Rick Peck, agent specjalny. A to agent specjalny, Kimberly Green.

Pomarańczowa Green ruszyła naprzód niczym lwica w klatce. Myron skinął jej głową. Odwzajemniła mu skinienie, lecz niechętnie, jak uczennica, której nauczycielka kazała przeprosić za coś, czego nie zrobiła.

– Chcielibyśmy zadać panu kilka pytań – dokończył Peck.

– Na jaki temat?

– Odwiedził pan dziś na Acre Drive dwadzieścia cztery niejakiego Stana Gibbsa – odparł Peck, wpatrując się w notatki, jakby czytał. – Zgadza się?

– Niejakiego? To wy go nie znacie?

Peck i Green wymienili spojrzenia.

– Panie Bolitar, liczymy na pańską współpracę. Odwiedził pan pana Gibbsa? – spytał Peck.

– Przecież wiecie.

– Dobrze, dziękuję. – Peck coś wolno zapisał. Podniósł wzrok. – Bardzo nas interesuje charakter pańskiej wizyty.

– Dlaczego?

– Jest pan pierwszą osobą, która odwiedziła pana Gibbsa w jego nowym miejscu zamieszkania.

– Pytałem, dlaczego was to interesuje.

Green splotła ręce i znów wymieniła spojrzenia z Peckiem.

– Pan Gibbs jest przedmiotem toczącego się śledztwa – odparł Peck.

Myron czekał. Milczeli.

– To dużo wyjaśnia – rzekł wreszcie.

– W tej chwili nie mogę powiedzieć nic więcej.

– Tak jak ja.

– Słucham?

– Jeśli wy nie możecie powiedzieć nic więcej, to ja również.

Kimberly Green położyła ręce na stole i odsłoniła w grymasie zęby – krzepkie? – pochylając się tak, jakby go miała ugryźć. Jej włosy barwy kukurydzy z puszki zalatywały płynem do trwałej. Wpatrzyła się groźnie w Myrona – z pewnością przeczytała instrukcję, jak mrozić przestępców wzrokiem – i wreszcie zabrała głos.

– Rozegramy to tak, pacanie! My będziemy pytać, a pan słuchać i odpowiadać. Doszło?

Myron skinął głową.

– Chcę mieć jasność, czy dobrze zrozumiałem – odparł. – Gra pani złego glinę, tak?

– Panie Bolitar – przejął inicjatywę Peck – nie szukamy kłopotów. Bardzo nam jednak zależy na pańskiej współpracy w tej sprawie.

– Jestem aresztowany?

– Nie.

– W takim razie, do widzenia.

Myron zrobił ruch, żeby wstać, ale Kimberly Green pchnięciem usadziła go na krześle.

– Siad, pacanie. – Spojrzała na Pecka. – On może być w to zamieszany – powiedziała.

– Myślisz?

– A z jakiego innego powodu unikałby odpowiedzi na pytania?

– Wspólnictwo? – Peck skinął głową. – To pasuje.

– Możemy go aresztować – powiedziała Green. – Zamknąć na noc, dać przeciek do prasy.

Myron spojrzał na nią.

– Zatkało mnie – rzekł. – Naprawdę… się… wystraszyłem. Zatkało mnie na amen.

Green zmrużyła oczy.

– Słucham?!

– Proszę nic nie mówić. Zgadnę. Jestem winien współsprawstwa w przestępstwie? Ten paragraf lubię najbardziej. Czy kogoś już za to zamknięto?

– Dla pana to zabawa?

– Tak. À propos, dlaczego wszyscy jesteście agentami „specjalnymi”? Takie nazwy wymyślają w zabawie dzieci, które chcą się poczuć ważne. „Awansujemy cię, Barney, z agenta na agenta specjalnego!”. Następna szarża to agent superspecjalny?

Green chwyciła go za klapy i odchyliła wraz z krzesłem do tyłu.

– To nie jest śmieszne! – powiedziała.

Myron spojrzał na jej ręce.

– Pani nie żartuje?

– Chce się pan przekonać?

– Kim – odezwał się Peck.

Nie zareagowała, groźnie wpatrując się w Myrona.

– Sprawa jest poważna.

Chciała to powiedzieć z gniewem, lecz jej słowa zabrzmiały jak podszyta strachem prośba.

Do pokoju weszło dwóch nowych agentów, co wraz z czterema pierwszymi na posyłki dawało w sumie osiem osób. Chodziło o grubszą sprawę. Jaką, Myron nie miał pojęcia. Wątpił, by chodziło o śmierć Meliny Garston. Morderstwami zajmowała się policja lokalna. Nie wzywano federalnych.

Dwaj nowi podeszli do niego inaczej, ale liczba podejść była określona, a on znał je wszystkie. Grożenie, przyjacielskość, pochlebstwa, ubliżanie, podnoszenie na duchu, zniechęcanie, twardość, miękkość, cały repertuar. Nie pozwolili mu pójść do łazienki, wymyślali preteksty, by przetrzymać go dłużej, obrabiali go, a on ich, nikt nie dawał za wygraną. Pot, który popłynął – głównie z nich – zmienił się w plamy i odór, a wreszcie, Myron gotów był przysiąc, w najprawdziwszy strach.

Kimberly Green wychodziła i wchodziła, nie przestając kręcić nad nim głową. Myron z chęcią by współpracował, lecz pamiętał o pasującej do sytuacji przestrodze: nie wypuszczaj dżina z butelki, bo już go w niej nie zamkniesz. Nie miał pojęcia, czego dotyczy śledztwo. Nie miał pewności, czy jego zeznania pomogą Jeremy’emu, czy zaszkodzą. Lecz gdyby zaczął mówić, gdyby jego słowa stały się własnością publiczną, nie mógłby już ich cofnąć. Wykorzystać w przyszłości jako narzędzia nacisku. Tak więc nawet gdyby chciał dopomóc FBI, to nie mógł. Aż do czasu, gdy dowie się więcej. Liczył, że dzięki swoim kontaktom dość szybko wywie się, w czym rzecz, i podejmie przemyślaną decyzję.

Negocjacje wymagały niekiedy trzymania gęby na kłódkę.

Gdy przesłuchującym skończyły się pytania, Myron podniósł się do wyjścia.

– Zamienię pańskie życie w piekło – obiecała Kimberly Green, zastępując mu drogę.

– Mam rozumieć, że mnie pani wyprasza?

Odchyliła się, jakby ją spoliczkował. Kiedy doszła do siebie, wolno pokręciła głową.

– Pan nic nie wie, co? – spytała.

Gęba na kłódkę, ostrzegł siebie. Wyminął ją i skierował się do wyjścia.

20

Z samochodu zadzwonił do Emily.

– Już myślałam, że mnie wystawiłeś – powiedziała.

Myron zerknął w lusterko i wypatrzył następnego kandydata na federalny „ogon”. Nie szkodzi.

– Przepraszam. Coś mi wypadło – odparł.

– W związku z dawcą?

– Chyba nie.

– Jesteś w Jersey? – spytała.

– Tak.

– Przyjedź. Odgrzeję kolację.

– Dobrze – powiedział, choć chciał odmówić.

Franklin Lakes zaczęło się rozrastać. Wszystko się rozrastało. Wjazdów do domów, głównie nowych, wielkich rezydencji z cegły w nieśmiertelnych zaułkach, strzegły małe bramy, otwierane zdalnie lub za pośrednictwem domofonów, tak jakby to mogło ochronić ich właścicieli przed światem leżącym na zewnątrz soczyście zielonych trawników i wypielęgnowanych żywopłotów. Wnętrza też się rozrastały. W jadalniach śmiało zmieściłyby się śmigłowce, żaluzje otwierały i zamykały piloty, wyposażone w supernowoczesny sprzęt kuchnie z marmurowymi wyspami pośrodku sąsiadowały z pokojami wielkości sal kinowych, z obowiązkową aparaturą nagłaśniającą najwyższej klasy.

Myron zadzwonił do drzwi i niebawem stanął po raz pierwszy w życiu oko w oko z własnym synem.

– Cześć – powiedział z uśmiechem Jeremy.

W tej samej chwili Myrona zalały nieregularne, silne, nieznane mu dotąd fale, a jego system nerwowy całkiem się rozstroił, pracując jednocześnie na zwolnionych i przyśpieszonych obrotach. Przepona się skurczyła, płuca zamarły. Podobnie jak, był pewien, serce. Bezwolnie otwierał i zamykał usta, niczym ryba dogorywająca na pokładzie statku. Do oczu cisnęły się łzy.

– Ty jesteś Myron Bolitar, tak? – spytał chłopiec.

W uszach Myrona zaszumiało jak w morskiej muszli. Zdobył się na kiwnięcie głową.

– Grałeś w kosza przeciwko mojemu tacie – dodał Jeremy z uśmiechem, który rozdarł Myronowi serce. – W college’u.

– Tak – potwierdził Myron, odzyskując głos.

– Fajnie.

Chłopiec skinął głową.

– Fajnie.

Na dźwięk klaksonu Jeremy wychylił się w prawo i spojrzał za plecy Myrona.

– To po mnie. Do widzenia – powiedział i wyminął go.

Myron obrócił się za nim odrętwiały, patrząc, jak biegnie podjazdem. Czyżby to sobie wyobrażał? A jednak dobrze znał ten krok. Ze swoich dawnych sfilmowanych meczów. Znów zalała go fala uczuć. Chryste…

Jego ramienia dotknęła dłoń, ale nie zareagował i dalej przyglądał się chłopcu. Jeremy zniknął w otwartych drzwiczkach samochodu. Szyba po stronie kierowcy zjechała w dół.

– Przepraszam za spóźnienie, Em – zawołała ładna kobieta.

– Nie szkodzi – odparła Emily zza pleców Myrona.

– Rano podwiozę ich do szkoły.

– Świetnie.

Ładna kobieta pomachała na pożegnanie, szyba podjechała w górę i samochód ruszył w drogę. Myron patrzył, jak znika w głębi ulicy. Czuł na sobie wzrok Emily. Wolno obrócił się w jej stronę.

– Dlaczego mi to zrobiłaś? – spytał.

– Myślałam, że go nie zastaniesz.

– Czy ja wyglądam na idiotę?

Weszła do domu.

– Coś ci pokażę – powiedziała.

Z wirówką i głosem wyliczającego go po knockdownie wewnętrznego sędziego w głowie Myron pokonał opór nóg i podążył za nią po schodach. Poprowadziła go ciemnym korytarzem z nowoczesnymi litografiami na ścianach. Zatrzymała się przed jakimiś drzwiami, otworzyła je i zapaliła światło. W pokoju panował koszmarny bałagan, typowy dla nastolatka, tak jakby ktoś zebrał na kupę wszystkie jego rzeczy i potraktował je granatem. Na ścianach wisiały krzywo wystrzępione – brakowało pinezek – plakaty z wizerunkami Michaela Jordana, Keitha Van Horna, Grega Downinga i Austina Powersa z biegnącym przez środek nierównym różowym napisem YEAH, BABY! Do drzwi szafy przytwierdzony był kosz zabawka. Na biurku stał komputer i lampa, na której wisiała bejsbolówka. Do tablicy z korka przypięto za dużymi pinezkami rodzinne fotografie i rysunki młodszej siostry Jeremy’ego. Były też futbolówki, piłki do bejsbolu z autografami, tanie nagrody, dwie błękitne szarfy i trzy piłki do koszykówki, jedna bez powietrza. Prócz tego sterty płyt CD, konsola do gier, nieposłane łóżko, zaskakująco dużo książek, w tym kilka otwartych, leżących grzbietami do góry. Podłogę zaścielały – jak ranni na pobojowisku – ubrania. Z powysuwanych szuflad zwieszały się uciekające, zda się, z nich koszule i bielizna. A w powietrzu unosił się lekki, dziwnie podnoszący na duchu zapach dziecięcych skarpet.

– Flejtuch z niego – powiedziała Emily, nie dodając oczywistego „tak jak ty”.

Myron stał bez ruchu.

– W szufladzie biurka trzyma oxy dziesięć. Myśli, że nie wiem. Jest w wieku, kiedy w nocy fantazjuje się na potęgę, a jeszcze nie pocałował dziewczyny. – Podeszła do tablicy z korka i odpięła zdjęcie Jeremy’ego. – Jest piękny, prawda?

– To mi nie pomaga, Emily.

– Chcę, żebyś zrozumiał.

– Zrozumiał co?

– Żadna go nie pocałowała. Umrze, nie pocałowawszy dziewczyny.

Myron uniósł ręce w poddańczym geście.

– Nie wiem, co na to powiedzieć.

– Postaraj się zrozumieć, dobrze?

– Nie potrzebuję melodramatów. Rozumiem.

– Właśnie, że nie rozumiesz. Myślisz o tamtej nocy jak o jakiejś koszmarnej pomyłce. Jak o grzechu, za który zapłaciliśmy słoną cenę. Gdybyśmy tylko mogli cofnąć czas i wymazać ten tragiczny błąd… Jakie to szekspirowskie, co? Twoja zrujnowana kariera koszykarska, przyszłość Grega, nasze małżeństwo… wszystko stracone przez jedną chwilę żądzy.

– To nie była żądza.

– Nie kłóćmy się o to od nowa. Nie obchodzi mnie, co to było. Żądza, głupota, strach, fatum. Nazwij to sobie, jak chcesz, ale za nic nie chcę do tego wracać. Ten „błąd” to najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Z tej całej afery wziął się Jeremy, nasz syn. Słyszysz, co do ciebie mówię? Dla niego zniszczyłabym milion karier i małżeństw.

Spojrzała wyzywająco na Myrona. Nie odezwał się.

– Nie jestem religijna, nie wierzę w traf, w przeznaczenie ani w nic z tych rzeczy – ciągnęła. – Ale może w świecie istnieje jakaś równowaga. Może stworzenie tego cudownego chłopca wymagało takiej destrukcji.

– To mi nie pomaga – powtórzył Myron, wycofując się z pokoju.

– Pomaga!

– Chcesz, żebym znalazł dawcę. Próbuję to zrobić. Ale takie wzruszenia mi nie pomagają. Muszę zachować bezstronność.

– Przeciwnie, musisz się zaangażować. Podejść do tego emocjonalnie. Musisz zrozumieć, co jest stawką: twój syn, ten piękny chłopak, który otworzył ci drzwi, umrze, nie zaznawszy pocałunku dziewczyny.

Emily podeszła bliżej i zajrzała mu w oczy. Wzrok miała żywy i jasny jak nigdy.

– Na uczelni oglądałam wszystkie twoje mecze i zakochałam się w tobie. Nie dlatego, że byłeś gwiazdą drużyny, nie dlatego, że byłeś taki wysportowany, taki zręczny, ale dlatego, że byłeś taki otwarty, naturalny, uczuciowy. Im większe były emocje, im większej podlegałeś presji, tym lepiej grałeś. Jeżeli gra siadała, traciłeś zainteresowanie. Potrzebowałeś ostrogi. Walki o zwycięstwo, kiedy do końca meczu brakowało sekund. Potrzebowałeś odrobiny niepewności.

– To nie jest mecz, Emily.

– Pewnie, że nie. Stawka jest wyższa. Takie też powinny być emocje. Trzeba cię przyprzeć do muru, Myron. Wtedy jesteś najlepszy.

Spojrzał na zdjęcie Jeremy’ego i odkrył w sobie nieznane uczucie. Zamrugał, pochwycił odbicie swojej twarzy w lustrze na drzwiach szafy i na chwilę stanął mu przed oczami własny ojciec.

Emily objęła go i, ukrywszy twarz w zagłębieniu jego ramienia, rozpłakała się. Nie odsunął się. Stali tak przez kilka minut, zanim zeszli na dół. Przy kolacji chłonął jej opowieści o Jeremym. Przenieśli się na kanapę i zaczęli oglądać albumy ze zdjęciami. Emily podwinęła nogi, podparła głowę dłonią i znów zaczęła opowiadać. Do drzwi odprowadziła go przed drugą w nocy. Trzymali się za ręce.

– Wiem, że rozmawiałeś z doktor Singh – powiedziała w progu.

– Tak.

Wzięła głęboki oddech.

– Powiem jedno.

– Słucham.

– Śledzę swój cykl. Kupiłam test domowy. Najlepszy do… zapłodnienia będzie czwartek.

Otworzył usta, ale powstrzymała go gestem.

– Znam wszystkie kontrargumenty, ale dla Jeremy’ego może to być ostatnia szansa. Nic nie mów. Przemyśl to sobie.

Zamknęła drzwi. Myron wpatrywał się w nie kilka chwil. Próbował wskrzesić moment, kiedy Jeremy je otworzył, uśmiech na jego twarzy, ale zamglony obraz szybko się rozpłynął.

21

Z samego rana zadzwonił do Terese. Nie podniosła słuchawki. Zmarszczył czoło.

– Czyżby puściła mnie w trąbę? – spytał Wina.

– Wątpliwe.

Win w jedwabnej piżamie, w dobranym do niej szlafroku i rannych pantoflach czytał gazetę. Brakowało mu fajki, by wyglądał jak postać z jednoaktówki, którą w wolnej chwili popełnił Noel Coward.

– Dlaczego?

– Bo pani Collins wydaje mi się osobą bardzo bezpośrednią. Poczułbyś, gdyby cię wyrzuciła na śmietnik.

– Poza tym kobiety pociąga mój nieodparty urok.

Win przewrócił stronę.

– Co ona kombinuje? – spytał Myron.

– Jakiego to słowa używacie wy, ludzie żyjący w związkach? – Win stuknął palcem w podbródek. – Mam! Przestrzeń. Może potrzebuje więcej przestrzeni.

– „Potrzeba przestrzeni” to zazwyczaj synonim puszczenia w trąbę.

– Skoro tak mówisz. – Win skrzyżował nogi. – Chcesz, żebym to zbadał?

– Co zbadał?

– Co kombinuje pani Collins.

– Nie.

– Świetnie. Przejdźmy do sprawy. Jak wypadło spotkanie z Federalnym Biurem Śledczym?

Myron zrelacjonował mu przebieg przesłuchania.

– Czyli nie wiemy, czego chcieli – rzekł Win.

– Nie.

– Nic ci nie świta?

– Nic. Ale czegoś się bali.

– Ciekawe.

Myron skinął głową.

Win łyknął herbaty, dystyngowanie unosząc mały palec. Ach, ten mały paluszek, czegóż on nie widział, w czym nie uczestniczył? Siedzieli w reprezentacyjnej jadalni i pili herbatę ze srebrnego kompletu. Na wiktoriańskim mahoniowym stole z nogami w kształcie lwich łap stały też srebrny dzbanek z mlekiem oraz, jakżeby inaczej, pudełka z chrupkami Cap’n Crunch i nowymi płatkami Oreo.

– W tym stanie rzeczy szkoda czasu na snucie teorii. Podzwonię. Sprawdzę, czy czegoś się dowiem.

– Dzięki.

– Niemniej wciąż nie widzę związku między Stanem Gibbsem a naszym dawcą szpiku.

– To jedynie daleki domysł.

– Gorzej. Dziennikarz wymyśla historię o seryjnym porywaczu, a my co? Podejrzewamy, że dawcą jest zmyślona postać?

– Stan Gibbs twierdzi, że to prawdziwa historia.

– Tak mówi?

– Tak.

Win potarł podbródek.

– Wyjaśnij mi więc, czemu się nie bronił?

– Nie mam pojęcia.

– Pewnie dlatego, że jest winien. Ludzie są nade wszystko samolubami. Bronią siebie. Tak im każe instynkt samozachowawczy. Nie chcą być męczennikami. Chodzi im tylko o jedno: ocalenie skóry.

– Przyjmijmy, że twój optymistyczny pogląd na naturą ludzką jest słuszny. Czy Gibbs skłamałby, żeby się uratować?

– Oczywiście.

– To dlaczego, nawet jeśli popełnił plagiat, nie sięgnął w obronie własnej po całkiem sensowny argument, że to porywacz zaczerpnął pomysł z powieści?

Win skinął głową.

– Podoba mi się twoje rozumowanie – powiedział.

– Mój cynizm.

Zadzwonił domofon. Win nacisnął guzik. Portier zaanonsował Esperanzę. Minutę później weszła do jadalni, zajęła krzesło, nasypała sobie do miski płatków i zalała mlekiem.

– Dlaczego zawsze każde płatki nazywają „składnikiem kompletnego śniadania”? – spytała. – O co tu chodzi?

Nie odpowiedzieli.

Nabrawszy łyżkę płatków, spojrzała na Wina i wskazała głową Myrona.

– Nie cierpię, kiedy ma rację – powiedziała.

– Zły znak – przyznał Win.

– Miałem rację? – spytał Myron.

– Sprawdziłam, czy Dennis Lex chodził do szkoły. Dotarłam do wszystkich instytucji oświatowych, z którymi związani byli jego brat, siostra i rodzice. Do uczelni, liceum, gimnazjum, a nawet podstawówki. Nic. Najmniejszego śladu Dennisa Leksa.

– Ale…

– Przedszkole!

– Żartujesz.

– Nie.

– Znalazłaś jego przedszkole?

– Jestem nie tylko świetną laską.

– Nie dla mnie, kochanie – rzekł Win.

– Miły jesteś.

Win leciutko skinął jej głową.

– Dotarłam do panny Peggy Joyce. Nadal uczy w przedszkolu Shady Wells w East Hampton, prowadzonym według metody Montessori.

– I pamięta Dennisa Leksa? Po trzydziestu latach?

– Najwyraźniej. – Esperanza zjadła kolejną łyżkę płatków i podsunęła Myronowi kartkę. – Oto adres. Umówiłam cię na dziś rano. Tylko nie szalej na drodze.

22

Zadzwonił telefon w samochodzie.

– Ten staruch to cholerny szachraj! – oznajmił Greg Downing.

– Jak to?

– Stary zgred łże jak pies.

– Mówisz o Nathanie Mostonim?

– A jakiego starucha śledziłem?!

Myron przyłożył słuchawkę do drugiego ucha.

– Dlaczego myślisz, że kłamie? – spytał.

– Na podstawie wielu rzeczy.

– Na przykład?

– Choćby takiej, że podobno nie dzwonił do niego ośrodek szpiku. Dla ciebie to brzmi logicznie?

Myron pomyślał o Karen Singh, o jej oddaniu dla małych pacjentów i o tym, jaka jest stawka.

– Nie – przyznał. – Ale powiedzieliśmy już, że może w głowie ma mętlik.

– Wątpię.

– Dlaczego?

– Przede wszystkim Nathan Mostoni dużo wychodzi. Czasem zachowuje się jak wariat, ale w innych przypadkach całkiem racjonalnie. Robi zakupy. Rozmawia z ludźmi. Ubiera się normalnie.

– To o niczym nie świadczy – rzekł Myron.

– Nie? Godzinę temu wyszedł. Podszedłem pod dom, do tylnego okna, i wystukałem numer dawcy, który zdobyłeś.

– I co?

– W środku zadzwonił telefon.

Myron zamilkł.

– Co powinniśmy zrobić? – spytał Greg.

– Nie jestem pewien. Czy w domu był ktoś poza nim?

– Nie. Nikogo. Ale to nie wszystko. Mostoni wygląda młodziej. Nie wiem, jak to inaczej określić. Dziwna sprawa. No, a ty, robisz jakieś postępy?

– Bo ja wiem.

– Co za odpowiedź!

– Innej nie mam.

– Co zrobimy z Mostonim?

– Esperanza zbada jego przeszłość. A tymczasem obserwuj go dalej.

– Czas ucieka, Myron.

– Wiem. Będę w kontakcie.

Myron rozłączył się i zapalił radio. Chaka Khan śpiewała, że nikt nie kocha lepiej od niej. Jeżeli słuchasz tej piosenki i nie przytupujesz, to coś jest u ciebie nie tak z poczuciem rytmu. Pomknął na wschód szokująco luźną dziś autostradą Long Island Expressway. Zwykle było tu jak na parkingu, który przesuwa się co parę minut.

Według powszechnych zapewnień w Hampton, szpanerskiej miejscowości wakacyjnej na Long Island, do której manhattańczycy uciekają z metropolii, by poobcować z innymi manhattańczykami, najfajniej jest poza sezonem. O miejscowościach wczasowych słyszy się to bez przerwy. Ludzie, najczęściej sami wczasowicze, narzekają przez miesiące wakacyjnego szczytu na tłok, wyczekując na nadejście teoretycznie błogiej nirwany bez ludzkiej stonki. Lecz nikt nigdy – tego Myron nie był w stanie pojąć – nie wczasuje w Hampton poza sezonem. Nikt. Centrum miasta jest tak wymarłe, że aż się prosi o pędzone wiatrem motki zielska. Właściciele sklepów wzdychają i nie robią zniżek. W restauracjach puchy, w dodatku są pozamykane. A poza tym, nie oszukujmy się, największymi atrakcjami w lecie są tam pogoda, plaże i przyjemność gapienia się na innych. Kto plażuje na Long Island w zimie?

Przedszkole mieściło się w dzielnicy willowej ze starymi, skromniejszymi domami, należącymi do tuziemców, którzy nie przesiadywali z Alekiem i Kim u Nicka i Toniego. Myron zaparkował przed kościołem i, podążając za znakami, zszedł do podziemia. Na podeście powitała go młoda kobieta, zapewne pełniąca dyżur na korytarzu. Myron przedstawił się jej i powiedział, że jest umówiony z panią Joyce. Skinęła głową i kazała mu iść za sobą.

Na korytarzu panowała cisza. Dziwne, zważywszy na to, że było to przedszkole. Przedszkole! Za jego czasów nazywano takie instytucje ochronkami. Zastanawiał się, kiedy wprowadzono zmianę nazwy i jaka grupa uznała termin „ochronka” za dyskryminujący. Dyplomowane przedszkolanki? Producenci ochraniaczy? Związek Zawodowy Ochroniarzy?

Cisza trwała. Może z powodu wakacji, a może leżakowania. Już miał o to spytać młodą dyżurną, ale otworzyła drzwi. Zajrzał do środka. Ale zmyłka! Pokój był pełen dzieci. Cała dwudziestka pracowała indywidualnie i w całkowitej ciszy. Starsza nauczycielka uśmiechnęła się do Myrona. Szepnęła coś chłopczykowi zajętemu klockami i literami i wstała.

– Witam – powiedziała ściszonym głosem.

– Dzień dobry – odszepnął Myron.

– Panno Simmons – zwróciła się do młodej kobiety – pomoże pani pani McLaughlin?

– Oczywiście.

Peggy Joyce nosiła szczelnie zapiętą bluzkę z falbaniastym kołnierzem i rozpięty żółty sweter. Z jej szyi zwieszały się na łańcuszku dyndające półszkła.

– Możemy porozmawiać w moim pokoju – powiedziała.

– Dobrze.

Myron podążył za nią. Panowała tu taka cisza, jakby nie było dzieciarni.

– Dajecie tym dzieciakom valium? – zagadnął.

– Tylko trochę Montessori.

– Czego?

– Nie ma pan dzieci, co?

Odparł, że nie ma, ale pytanie ukłuło go w serce.

– To filozofia nauczania stworzona przez doktor Marię Montessori, pierwszą lekarkę w historii Włoch.

– Widzę, że się sprawdza.

– Owszem.

– Czy w domu te dzieci zachowują się tak samo?

– Dobry Boże, skąd. Ta metoda nie przekłada się na realny świat. Ale mało co się przekłada.

Weszli do pokoju z drewnianym biurkiem, trzema krzesłami i szafą z dokumentami.

– Długo tu pani uczy? – spytał.

– Czterdziesty trzeci rok.

– O!

– Tak.

– Z pewnością zaobserwowała pani wiele zmian.

– W dzieciach? Prawie żadnych. Dzieci się nie zmieniają, panie Bolitar. Pięciolatek zawsze jest pięciolatkiem.

– Niewinnym.

– Nie użyłabym tego słowa. – Przekrzywiła głowę. – Dzieci to absolutny id. Są z natury bodaj najbardziej niemoralnymi i agresywnymi stworzeniami na tej Bożej ziemi.

– Dziwny pogląd jak na przedszkolankę.

– Uczciwy.

– A jakiego słowa by pani użyła?

Zastanawiała się chwilę.

– Gdybym już musiała, to „nieukształtowane”. Albo „niewywołane”. Jak zdjęcia, które się zrobiło, lecz nie poddało obróbce.

Nie bardzo wiedząc, co Peggy Joyce ma na myśli, Myron skinął głową. Było w niej coś niepokojącego.

– Pamięta pan książkę Wszystkich naprawdę potrzebnych rzeczy nauczyłem się w przedszkolu? – spytała.

– Tak.

– Stwierdzenie to jest prawdziwe, ale w innym sensie, niż się sądzi. Szkoła wyrywa dzieci z ciepłego rodzicielskiego kokonu. Uczy je terroryzować innych lub ulegać terrorowi. Uczy okrucieństwa. Uczy, że mama i tata kłamali, mówiąc im, że są jedyni i wyjątkowi.

Myron milczał.

– Pan się z tym nie zgadza?

– Ja nie uczę w przedszkolu.

– To unik, panie Bolitar.

Myron wzruszył ramionami.

– Uczą się zachowań społecznych – odparł. – To twarda lekcja. Na takich lekcjach wszyscy uczą się na własnych błędach.

– Innymi słowy, uczą się, że istnieją pewne granice?

– Tak.

– Ciekawe. I chyba prawdziwe. Powołałam się na przykład z wywoływaniem zdjęć.

– Tak.

– Szkoła tylko je wywołuje. Ale ich nie robi.

– Owszem – odparł Myron, nieskory, by podążyć za jej wywodem.

– Chcę powiedzieć, że gdy dzieci te trafiają do przedszkola, niemal wszystko jest już przesądzone. Potrafię przewidzieć i w dziewięćdziesięciu procentach się nie mylę, które z nich osiągnie sukces, komu się nie powiedzie, kto będzie szczęśliwy, a kto skończy w więzieniu. Ma na to pewien wpływ Hollywood i gry wideo. Zwykle jednak rozpoznaję, które dziecko będzie oglądało za dużo brutalnych filmów i za często grało w brutalne strzelanki.

– Dostrzega to pani już u pięciolatków?

– Tak, na ogół.

– I nic się nie da zrobić? Te dzieci nie mogą się zmienić?

– Nie mogą? Och, pewnie mogą. Ale już weszły na swoją ścieżkę i choć wciąż mogą obrać inną, większość tego nie robi. Bo łatwiej na niej pozostać.

– Zadam więc nieśmiertelne pytanie: to kwestia natury czy wychowania?

– Ciągle mi je zadają – odparła z uśmiechem pani Joyce.

– I?

– Odpowiem, że wychowania. Wie pan dlaczego?

Myron potrząsnął głową.

– Wiara w wychowanie jest jak wiara w Boga. Można się mylić, ale można też wygrać wszystko. – Splotła dłonie, pochylając się w jego stronę. – Ale do rzeczy. Czym mogę panu służyć, panie Bolitar?

– Czy pamięta pani Dennisa Leksa?

– Pamiętam wszystkich moich podopiecznych. Dziwi to pana?

– Uczyła pani inne dzieci Leksów? – spytał, nie chcąc znów zbaczać z tematu.

– Wszystkie. Po opublikowaniu swojego bestselleru ich ojciec dokonał wielu zmian. Ale dzieci pozostawił tutaj.

– Co może mi pani powiedzieć o Dennisie?

Pani Joyce poprawiła się na krześle i przyjrzała się Myronowi tak uważnie, jakby widziała go pierwszy raz.

– Nie chcę być niegrzeczna, ale czy zdradzi mi pan wreszcie powód swej wizyty? Rozmawiam z panem, nadużywając zapewne czyjegoś zaufania, bo wyczuwam, że przyjechał pan tu w bardzo konkretnym celu.

– Jakim, pani Joyce?

– Niech pan sobie daruje gierki – odparła ze stalowym błyskiem w oku.

Miała rację.

– Próbuję znaleźć Dennisa Leksa – powiedział.

Peggy Joyce nie zareagowała.

– Wiem, że zabrzmi to dziwnie – ciągnął. – Ale wygląda na to, że po skończeniu tego przedszkola zapadł się pod ziemię.

Wpatrzyła się przed siebie, ale nie wiedział w co. W nagą ścianę? Nie wisiały tu żadne zdjęcia, dyplomy ani rysunki dzieci.

– Nie po jego skończeniu – odparła. – W trakcie.

Zapukano do drzwi.

– Proszę – powiedziała Peggy Joyce.

Weszła panna Simmons z chłopczykiem. Miał zwieszoną głowę i płakał.

– James musi dojść do siebie – powiedziała.

Peggy Joyce skinęła głową.

– Niech się położy na macie.

James łypnął na Myrona i wyszedł z panną Simmons.

– Co się stało z Dennisem Leksem? – spytał Myron.

– Trzydzieści lat czekałam, aż ktoś zada mi to pytanie.

– A jak brzmi odpowiedź?

– Przede wszystkim chcę wiedzieć, dlaczego pan go szuka.

– Próbuję znaleźć dawcę szpiku kostnego. Może nim być Dennis Lex.

Myron podał jej minimum szczegółów.

– Nic panu nie pomogę – powiedziała, kościstą dłonią dotykając twarzy. – To było tak dawno temu.

– Proszę, pani Joyce. Jeśli go nie znajdę, umrze dziecko. Jest pani moją jedyną szansą.

– Rozmawiał pan z rodziną?

– Tylko z jego siostrą Susan.

– Co panu powiedziała?

– Nic.

– Nie bardzo wiem, co mogę dodać.

– Na przykład, jaki był Dennis.

Westchnęła i ułożyła ręce na udach.

– Był jak inni Leksowie, bardzo bystry, rozważny, zamyślony, może odrobinę za bardzo jak na takiego malca. Z reguły staram się o to, by dzieci trochę wydoroślały. W przypadku małych Leksów nie było to potrzebne.

Myron skinął głową, chcąc zachęcić ją do mówienia.

– Dennis był najmłodszy. Pewnie już pan to wie. – W tym samym czasie chodził tu jego brat, Bronwyn. Susan była najstarsza.

Urwała, jakby nie była pewna, co powiedzieć.

– Co się stało z Dennisem?

– Pewnego dnia on i Bronwyn nie przyszli do przedszkola. Ich ojciec poinformował mnie przez telefon, że zabiera synów na nieplanowane wakacje.

– Dokąd?

– Nie powiedział. Nie podał żadnych szczegółów.

– Proszę mówić.

– To właściwie wszystko, panie Bolitar. Bronwyn wrócił po dwóch tygodniach. Dennisa już nie zobaczyłam.

– Zadzwoniła pani do jego ojca?

– Oczywiście.

– Co powiedział?

– Że Dennis nie wróci.

– Spytała pani dlaczego?

– Oczywiście. Ale… zetknął się pan z Raymondem Leksem?

– Nie.

– Takiego człowieka się nie wypytuje. Wspomniał coś o nauce w domu. A gdy nie rezygnowałam, dał jasno do zrozumienia, że to nie moja sprawa. Przez lata śledziłam losy tej rodziny, nawet gdy stąd wyjechali. Ale, podobnie jak pan, nie słyszałam więcej o Dennisie.

– Jak pani myśli, co się z nim stało?

Spojrzała na Myrona.

– Uznałam, że umarł.

Choć jej słowa nie były zaskoczeniem, podziałały jak wielka pompa, która wysysa powietrze.

– Dlaczego? – spytał.

– Doszłam do wniosku, że zachorował i dlatego zabrali go z przedszkola.

– Dlaczego pan Lex miałby to ukrywać?

– Nie wiem. Po tym, jak jego powieść stała się bestsellerem, nabawił się paranoi na punkcie prywatności. Ma pan pewność, że dawca, którego pan szuka, to Dennis Lex?

– Nie mam.

Peggy Joyce strzeliła palcami.

– Zaraz, mam coś, co może pana zainteresować. – Wstała, otworzyła szufladę z aktami i po krótkich poszukiwaniach wpatrzyła się w to, co z niej wyciągnęła. Zamknęła szufladę łokciem. – Zrobiono je dwa miesiące przed odejściem Dennisa. Wręczyła mu starą fotografię, nie tyle spłowiałą, ile pozieleniałą. Było na niej piętnaścioro dzieci i dwie przedszkolanki, w tym znacznie młodsza Peggy Joyce. Lata nie obeszły się z nią okrutnie, niemniej upłynęły. W czarnym małym prostokącie widniał napis: PRZEDSZKOLE SHADY WELLS MONTESSORI, oraz rok.

– Który to Dennis?

Wskazała chłopca siedzącego w pierwszym rzędzie. Miał fryzurę Niezłomnego Wikinga i uśmiechał się, choć nie oczami.

– Mogę je wziąć?

– Jeżeli panu się przyda.

– Kto wie.

Skinęła głową.

– Wrócę do moich podopiecznych.

– Dziękuję.

– Pamięta pan swoje przedszkole, panie Bolitar?

Myron skinął głową.

– Przedszkole Parkview w Livingston w New Jersey.

– No, a przedszkolanki? Pamięta je pan?

– Nie – odparł po chwili.

Skinęła głową, jakby odpowiedział prawidłowo.

– Życzę szczęścia – pożegnała go.

23

AgeComp. Albo jak kto woli, komputerowy program postarzania osób.

Myron zapoznał się z nim co nieco, kiedy szukał zaginionej Lucy Mayor. Program przetwarzał cyfrowo obrazy. Wystarczyło przeskanować przedszkolne zdjęcie do komputera – w ich agencji robiła to Esperanza – a potem za pomocą programów takich jak Photoshop czy Picture Publisher powiększyć twarz małego Dennisa Leksa. Resztę załatwiał AgeComp, program wciąż uzupełniany i doskonalony przez organizacje poszukujące zaginionych. Korzystając z zaawansowanych algorytmów matematycznych, AgeComp rozciąga, łączy i nakłada na siebie cyfrowe fotografie zaginionych dzieci, tworząc ich kolorowe wizerunki, oddające ich obecny wygląd.

Naturalnie dużą rolę odgrywa w tym przypadek. Ale wygląd zmieniają takie rzeczy jak szramy, złamania kości twarzy, owłosienie, operacje plastyczne, fryzury lub, w przypadku części starszych mężczyzn, rozmaite łysiny. Lecz i tak zdjęcie z przedszkola może się okazać pożytecznym tropem.

Kiedy Myron wrócił na Manhattan, zadzwoniła jego komórka.

– Rozmawiałem z federalnymi – poinformował go Win.

– No i?

– Wrażenie cię nie myliło.

– Jakie wrażenie?

– Istotnie czegoś się boją.

– Rozmawiałeś z PT?

– Tak. Połączył mnie z kim należy. Zażądali rozmowy twarzą w twarz.

– Kiedy?

– Raz-dwa. Prawdę mówiąc, to czekamy na ciebie w agencji.

– Są u mnie federalni?

– Zgadza się.

– Będę za pięć minut.

Dotarł po blisko dziesięciu. Po otwarciu drzwi windy ujrzał Esperanzę. Siedziała przy biurku Wielkiej Cyndi.

– Dużo ich? – spytał.

– Troje. Blondyna, ekstrapalant i jeden w ładnym garniturze.

– Jest z nimi Win?

– Tak.

Myron wręczył jej zdjęcie i wskazał twarz Dennisa Leksa.

– Jak długo zajmie ci postarzenie go? – spytał.

– Jezu, kiedy zrobiono to zdjęcie?

– Trzydzieści lat temu.

Esperanza zmarszczyła brwi.

– Wiesz cokolwiek o postarzaniu? – spytała.

– Trochę.

– Ten program służy poszukiwaniu zaginionych dzieci. Zwykle chodzi o postarzenie ich o pięć, góra dziesięć lat.

– Ale coś z tego wyjdzie?

– W wielkim przybliżeniu. – Włączyła skaner i włożyła do niego zdjęcie. – Jeżeli laboratorium jest czynne, to może zdążą z tym jeszcze dziś. Wykadruję twarz i ją przemailuję.

– Później. – Myron wskazał drzwi. – Nie każmy im czekać. Opłacani są z naszych podatków.

– Chcesz, żebym tam weszła?

– Oczywiście. Dotyczy cię wszystko, co się dzieje w agencji.

– Rozumiem. Jestem niezastąpiona. Mam zamrugać oczami, tłumiąc łzy?

Bezczelna.

Myron otworzył drzwi gabinetu. Weszli. Przy jego biurku siedział Win, pewnie dlatego, by nie usiadł tam nikt z federalnych. Miał silne poczucie terytorialności. Pod tym wzglądem – i nie tylko pod tym – przypominał dobermana. Kimberly Green i Rick Peck wstali. Pod oczami mieli worki z niewyspania, na twarzy wojownicze uśmiechy. Trzeci agent nie wstał, nie poruszył się, nie obrócił głowy, żeby sprawdzić, kto wszedł. Kiedy Myron ujrzał jego twarz, serce mu podskoczyło.

Ho, ho!

Przyglądający mu się Win wygiął kąciki ust w rozbawionym uśmiechu. Obecność mężczyzny w ładnym garniturze, Erica Forda, zastępcy dyrektora Federalnego Biura Śledczego, oznaczała jedno: bardzo poważną sprawę.

– A ona co tu robi?

Kimberly Green wskazała Esperanzę.

– To moja wspólniczka – odparł Myron. – A poza tym niegrzecznie jest pokazywać palcem.

– Wspólniczka? Nie jesteśmy tutaj w interesach!

– Zostaje – oświadczył.

– Nie! – Kimberly Green także dziś miała w uszach kule na łańcuszkach, lecz do dżinsów i czarnego golfa włożyła marynarkę w kolorze mięty. – Nie bawi nas rozmowa z panem w obecności tego twarzowca – wskazała Wina – ale jest na to zgoda. Natomiast jej nie znamy. Dlatego wyjdzie.

Win uśmiechnął się szerzej. Kilka razy szybko poruszył brwiami. Twarzowca? Spodobało mu się.

– Wyjdzie! – powtórzyła Green.

Myron już miał coś powiedzieć, ale Win pokręcił głową. Słusznie. Amunicję należało oszczędzać na ważniejsze potyczki.

Po wyjściu Esperanzy Win ustąpił mu miejsca. Stanął na prawo od jego fotela i w pełni rozluźniony skrzyżował ręce. Green i Peck zareagowali nerwowo.

– Nie znamy się – powiedział Myron do Erica Forda.

– Ale wie pan, kim jestem – odparł Ford głosem tak aksamitnym jak prezenter łagodnego rocka.

– Wiem.

– A ja wiem, kim jest pan. Od czego zaczniemy?

Do boju! Myron zerknął na Wina. Win wzruszył ramionami.

Ford skinął głową Kimberly Green. Odchrząknęła.

– Dla porządku, nie uważamy tego za potrzebne.

– Czego?

– Mówić o naszym śledztwie. Wtajemniczać w szczegóły. Przyzwoitość wymaga, żeby pan, jako dobry obywatel, nam pomógł.

– O rany!

Myron spojrzał na Wina.

– Nie możemy ujawnić wszystkich aspektów dochodzenia. Wy, panowie, powinniście rozumieć to lepiej od innych. Powinniście w pełni współpracować z FBI. Powinniście szanować naszą pracą.

– No dobrze, szanujemy. Możemy przeskoczyć ten punkt? Sprawdziliście nas. Wiecie, że nie puścimy pary z gęby. W innym przypadku nie doszłoby do tego spotkania.

Green splotła dłonie i położyła je na kolanach. Peck ze spuszczoną głową robił notatki, Bóg jeden wie, na jaki temat. Może wystroju gabinetu.

– To, co powiem, nie może wyjść poza ten pokój. Jest to informacja tajna o najwyższym…

– Przeskoczmy to, przeskoczmy – wtrącił niecierpliwie Myron, kręcąc dłonią.

Green spojrzała na Forda, a gdy znów skinął głową, wzięła głęboki oddech.

– Obserwujemy Stana Gibbsa – oznajmiła i usiadła głębiej w fotelu.

– A to ci niespodzianka.

Myron odczekał kilka sekund.

– Ta informacja jest tajna.

– W takim razie pominę ją w pamiętniku.

– Nie powinien o niczym wiedzieć.

– Słowa „tajna” i „obserwacja” same się o to proszą.

– Ale, niestety, wie. Gubi nas, kiedy chce. Kiedy jest wśród ludzi, nie możemy podejść do niego za blisko.

– Dlaczego?

– Bo by nas zobaczył.

– Ale przecież wie, że go śledzicie.

– Tak.

– Czy nie tak szedł przypadkiem skecz Abbotta i Costella? – spytał Myron Wina.

– Braci Mara – odparł Win.

– Gdybyśmy śledzili go otwarcie, wszyscy by się o tym dowiedzieli.

– Staracie się to ukryć?

– Tak.

– Od dawna go śledzicie?

– Odpowiedź nie jest prosta. Często go gubiliśmy…

– Od kiedy?

Green spojrzała na Forda. Ponownie skinął głową. Zacisnęła dłonie w pięści.

– Od ukazania się pierwszego artykułu o porwaniach.

Myronowi zaszumiało w głowie jak od krwi. Usiadł prosto. Ta wiadomość nie powinna go zaskoczyć, a jednak zaskoczyła. Przypomniał sobie artykuł Gibbsa – nagłe zniknięcia, koszmarne rozmowy przez telefon, nieustanną, niekończącą się udrękę rodzin ofiar, sielskie, spokojne życie zdruzgotane nagle przez niepojęte, niewytłumaczalne zło.

– Mój Boże, Stan Gibbs napisał prawdę – powiedział.

– Tego nie twierdzimy.

– Rozumiem. Śledzicie go, bo nie podoba się wam jego składnia?

Agentka Green milczała.

– Niczego nie zmyślił. Wiecie o tym od początku.

– Nie pańska sprawa, co wiemy, a czego nie wiemy.

Myron pokręcił głową.

– Nie do wiary – powiedział. – Sprawdźmy, czy dobrze zrozumiałem. Jakiś psychopata seryjnie znienacka porywa ludzi i pastwi się nad ich rodzinami. Chcecie to zachować w tajemnicy, bo jeżeli sprawa wyjdzie na jaw, wybuchnie panika. Niestety, psychol zgłasza się do Stana Gibbsa i o porwaniach dowiadują się wszyscy… – Myron urwał, bo wszedł na niepewny grunt. Zmarszczył brwi i drążył dalej. – Nie wiem, jak się mają do tego dawno wydana powieść i oskarżenie o plagiat. W każdym razie wykorzystaliście te fakty i, mszcząc się za utrudnienie śledztwa, skazaliście go na niesławę i wyrzucenie z pracy. Ale o waszej decyzji przesądziła… – nareszcie dostrzegł światło w tunelu – możliwość śledzenia go dalej. Doszliście do wniosku, że skoro ten psychopata nawiązał kontakt z Gibbsem, to, zwłaszcza po kompromitacji z artykułami, skontaktuje się z nim ponownie.

– Myli się pan – oświadczyła Kimberly Green.

– Ale niewiele.

– Bynajmniej.

– Ale opisane przez Gibbsa porwania się zdarzyły, tak?

Green z wahaniem spojrzała na Forda.

– Nie możemy zweryfikować wszystkich faktów, które podał – odparła.

– Chryste, przecież nie składa pani zeznania pod przysięgą! Czy Gibbs napisał prawdę? Tak czy nie?

– Powiedzieliśmy wystarczająco dużo. Kolej na pana.

– Nic mi nie powiedzieliście.

– A pan nam jeszcze mniej.

Negocjacje. Życie jest jak los agenta sportowego – pasmem negocjacji. Liczy się w nich stosowanie nacisków, ale także ustępstwa i uczciwość. Ci, którzy o niej zapominają, zawsze w końcu za to płacą. Najlepszym negocjatorem nie jest ten, kto pożera całe ciastko, zostawiając drugiej stronie nędzne okruszki. Najlepszym negocjatorem jest ten, kto uzyskawszy, co chciał, pozostawia kontrahentów zadowolonych. W zwykłych okolicznościach Myron nieco by ustąpił, w myśl klasycznej reguły „coś za coś”. Ale nie tym razem. Nie był naiwniakiem. Gdyby ujawnił im powód swej wizyty u Gibbsa, jego możliwości wywierania nacisku stopniałyby do zera.

Najlepsi negocjatorzy, tak jak najsilniejsze gatunki zwierząt, umieją dostosować się do warunków.

– Najpierw niech mi pani odpowie na pytanie. Czy Stan Gibbs napisał prawdę? Tak czy nie?

– Nie da się odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Część z tego jest prawdziwa, część nie.

– Na przykład?

– Nowożeńcy byli z Iowa, a nie Minnesoty. Zaginiony ojciec miał troje dzieci, nie dwoje.

Green splotła ręce.

– Ale doszło do porwań?

– Wiemy o tych dwóch. Nie mamy informacji o zaginięciu studentki.

– Ten psychopata pewnie dotarł do jej rodziców. Dlatego nie zgłosili jej zaginięcia.

– Przyjęliśmy taką hipotezę. Ale nie wiemy na pewno. A poza tym istnieją duże rozbieżności. Na przykład, rodziny twierdzą, że porywacz się z nimi nie kontaktował. Wiele rozmów telefonicznych i wydarzeń w artykułach Gibbsa kłóci się z faktami.

Światło w tunelu się powiększyło.

– Dlatego spytaliście go o to? O źródła?

– Tak.

– Odmówił ich ujawnienia.

– Właśnie.

– Dlatego go zniszczyliście.

– Nie.

– Jednego nie rozumiem w tej historii z plagiatem. Czy to wy wrobiliście Gibbsa? Tylko jak? Chyba że wymyśliliście tę intrygę z książką… nie, to zbyt naciągany domysł. Więc co tu jest grane?

– Niech pan powie – Kimberly Green pochyliła się w fotelu – po co pan go odwiedził.

– Powiem, ale najpierw…

– Stana Gibbsa szukaliśmy od miesięcy – przerwała mu. – Być może wyjechał z kraju. W domu, do którego teraz się wprowadził, mieszka sam. Jak wspomniałam, czasem go gubimy. Nie przyjmuje żadnych gości. Kilka osób wpadło na jego trop. W tym starzy znajomi. Przyjeżdżają tam albo dzwonią. I wie pan, co się dzieje?

Myronowi nie spodobał się ton jej głosu.

– Odprawia ich. To reguła. Stan Gibbs nie spotyka się z nikim. Pan jest wyjątkiem.

Myron spojrzał na Wina. Win bardzo wolno skinął głową. Myron przyjrzał się Ericowi Fordowi.

– Myślicie, że to ja jestem porywaczem? – spytał, przenosząc wzrok na Kimberly Green.

Agentka lekko wzruszyła ramionami i z wyraźną satysfakcją rozsiadła się w fotelu. Sytuacja się odwróciła.

– Niech pan sam nam powie – odparła.

Win skierował się do drzwi. Myron wstał i ruszył za nim.

– A wy dokąd? – spytała Green.

Win chwycił klamkę.

– Jestem podejrzanym – odparł Myron, wychodząc zza biurka. – Będę mówił, ale w obecności adwokata. Państwo wybaczą.

– Ej, tylko rozmawiamy – zaprotestowała Kimberly Green. – Nie powiedziałam, że pan jest porywaczem.

– Tak to zabrzmiało. Win?

– On kradnie serca, a nie ludzi – rzekł Win.

– Ma pan coś do ukrycia? – spytała.

– Tylko jego upodobanie do pornografii komputerowej. Ojej! Wygadałem się.

Kimberly Green wstała i zastąpiła Myronowi drogę.

– Jesteśmy niemal pewni, że tę studentkę porwano – powiedziała, patrząc mu twardo w oczy. – Wie pan, jak to odkryliśmy?

Myron nie odpowiedział.

– Za sprawą jej ojca. Porywacz zadzwonił do niego. Nie wiem, co mu powiedział. W każdym razie gość zaniemówił. Przestał kontaktować. Usłyszał od tego pomyleńca coś takiego, że trafił do wariatkowa.

Myron poczuł, że pokój się kurczy, ściany zbliżają się do siebie.

– Wprawdzie nie znaleźliśmy zwłok żadnej z ofiar, ale jesteśmy przekonani, że ten drań je zabija. Porywa je, diabli wiedzą jak, znęca się bez końca nad ich rodzinami i na pewno na tym nie poprzestanie.

– Jak mam to rozumieć? – spytał, cały czas patrząc jej w oczy.

– To nie jest śmieszne.

– Pewnie, że nie. Więc dosyć tych głupich wykrętów.

Nie odpowiedziała.

– Chcę usłyszeć to z pani ust. Sądzi pani, że jestem w to zamieszany? Tak czy nie?

– Nie – odparł za nią Eric Ford.

Kimberly Green opadła na fotel, nie spuszczając oczu z Myrona.

– Usiądźcie, panowie.

Ford szerokim gestem wskazał fotele.

Myron i Win wrócili na poprzednie miejsca.

– Ta powieść istnieje. Tak jak i fragmenty, które splagiatował Stan Gibbs. Przysłano ją anonimowo do naszego biura, a konkretnie, do agentki specjalnej Green. Przyznaję, z początku byliśmy zdezorientowani. No, bo z jednej strony Gibbs wiedział o porwaniach. Z drugiej jednak strony nie wiedział wszystkiego i posłużył się fragmentami przepisanymi ze starej powieści kryminalnej, której nakład został wyczerpany.

– Jest inne wyjaśnienie – rzekł Myron. – Takie, że porywacz przeczytał tę książkę, utożsamił się z jej bohaterem i skopiował jego zbrodnie.

– Braliśmy pod uwagę taką możliwość, ale w nią nie wierzymy – odparł Eric Ford.

– Dlaczego?

– To skomplikowane.

– Ma związek z trygonometrią?

– Panu ciągle w głowie żarty?

– A wam wykręty?

Wicedyrektor FBI zamknął oczy. Green siedziała jak podminowana. Peck wciąż coś notował.

– Naszym zdaniem – rzekł Ford, otwierając oczy – Stan Gibbs nie wymyślił tych zbrodni. On je popełnił.

Na Myrona spadło to jak cios. Spojrzał na Wina. Żadnej reakcji.

– Studiował pan psychologię przestępców, prawda? – zagadnął Ford.

Myron leciutko skinął głową.

– Mamy tu do czynienia z nowym wariantem starego schematu. Podpalacze uwielbiają patrzeć na strażaków gaszących ogień. Bywa, że sami zawiadamiają straż o pożarze. Odgrywają rolę dobrego samarytanina. Mordercy uwielbiają chodzić na pogrzeby swoich ofiar. Nagrywamy pogrzeby na wideo. Z pewnością pan o tym wie.

Myron znowu skinął głową.

– Czasem zabójcy stają się uczestnikami akcji – ciągnął rozgestykulowany Eric Ford, unosząc i opuszczając gruzłowate dłonie jak na konferencji prasowej w za dużej sali. – Twierdzą, że byli świadkami przestępstwa. Wchodzą w rolę niewinnych postronnych gapiów, którzy przypadkiem natknęli się w krzakach na zwłoki. Zna pan zjawisko ćmy przyciąganej przez płomień, co?

– Tak.

– Jaka może być większa pokusa dla dziennikarza, niż być jedynym, który opisze zbrodnię? Wyobraża pan sobie większe szczęście? Być tak oszałamiająco blisko śledztwa? Co za błyskotliwy podstęp! Co za frajda dla psychopaty! Jeżeli popełnia zbrodnie, by zwrócić na siebie uwagę, to w ten sposób podwaja przyjemność. Zwraca na siebie uwagę, po pierwsze, jako seryjny porywacz, po drugie, jako świetny dziennikarz rewelacyjnego artykułu, z szansami na zdobycie nagrody Pulitzera. A do tego dochodzi premia w postaci zdobycia sobie opinii dzielnego obrońcy Pierwszej Poprawki do Konstytucji.

– Błyskotliwa hipoteza – pochwalił Myron, który słuchał go z zapartym tchem.

– Chce pan usłyszeć więcej?

– Tak.

– Dlaczego Gibbs nie odpowiedział na żadne z naszych pytań?

– Sam pan powiedział. Z uwagi na Pierwszą Poprawkę.

– Nie jest prawnikiem ani psychiatrą.

– Ale jest dziennikarzem – odparł Myron.

– Jakim potworem trzeba być, żeby strzec źródeł informacji w takiej sprawie?

– Znam takich wielu.

– Rozmawialiśmy z bliskimi ofiar. Przysięgli, że nie rozmawiali z Gibbsem.

– A jeżeli kłamią, bo tak kazał im porywacz?

– To dlaczego w takim razie Gibbs nie bronił się przed zarzutami o plagiat? Mógł im się przeciwstawić. Mógł nawet dostarczyć jakieś dowody na to, że mówi prawdę. Zamiast tego wybrał milczenie. Dlaczego?

– Dlatego, że sam jest porywaczem? Sądzi pan, że ćma podfrunęła za blisko płomienia i teraz w ciemnościach liże się z ran?

– A ma pan lepsze wyjaśnienie?

Myron nie odpowiedział.

– Do tego dochodzi śmierć jego kochanki, Meliny Garston.

– Tak?

– Proszę się zastanowić. Docisnęliśmy go. Spodziewał się tego lub nie. W każdym razie sąd nie we wszystkim dał mu wiarę. Nie wie pan, co wyszło na rozprawie?

– Nie bardzo.

– To dlatego, że odbyła się przy drzwiach zamkniętych. Sędzia zażądał od Gibbsa dowodu, że kontaktował się z mordercą. I w końcu wydobył z niego, że potwierdzi to Melina Garston.

– I potwierdziła.

– Tak. Oświadczyła, że poznała bohatera artykułu.

– Mimo to nie rozumiem. Skoro potwierdziła zeznanie Gibbsa, po co miałby ją zabijać?

– Na dzień przed śmiercią Melina Garston zadzwoniła do ojca i przyznała mu się, że skłamała.

Myron usiadł prosto, próbując ogarnąć to, co usłyszał.

– Stan Gibbs wrócił, Myron – dodał Eric Ford. – Znów wypłynął na powierzchnię. Kiedy przepadł, przepadł również porywacz Siej Ziarno. Ale taki psychopata nigdy nie przestanie działać sam z siebie. Wkrótce znowu zaatakuje. Dlatego lepiej, żeby pan z nami porozmawiał, zanim to zrobi. Dlaczego go pan odwiedził?

– Szukałem kogoś – odparł Myron po krótkim namyśle.

– Kogo?

– Dawcy szpiku kostnego, który zniknął. Może uratować życie dziecku.

Ford wpatrzył się w niego.

– Domyślam się, że chodzi o Jeremy’ego Downinga – rzekł.

Myrona to nie zaskoczyło. Niepotrzebnie unikał odpowiedzi. Pewnie nagrali jego rozmowy przez telefon. Albo pojechali za nim do domu Emily.

– Tak – potwierdził. – Ale zanim powiem więcej, obiecajcie, że będziecie informować mnie na bieżąco, co się dzieje.

– Pan nie bierze udziału w śledztwie – oznajmiła Kimberly Green.

– Wasz porywacz mnie nie obchodzi. Interesuje mnie dawca szpiku. Pomożecie mi go odnaleźć, to powiem wam, co wiem.

– Zgoda. – Ford uciszył Kimberly Green gestem. – Co wspólnego z tym dawcą ma Stan Gibbs?

Myron przedstawił im sytuację. Zaczął od Davisa Taylora, przeszedł do Dennisa Leksa i opowiedział o tajemniczym telefonie. Słuchali go spokojnie, Green i Peck notowali, ale kiedy wspomniał o rodzime Leksów, wyrażanie podskoczyli.

Zadali mu kilka pytań, w rodzaju, dlaczego zaangażował się w sprawę. Wyjaśnił, że Emily jest jego starą znajomą. Nie miał zamiaru wdawać się w kwestię swojego ojcostwa. Spostrzegł, że agentkę Green ponosi. Dopiął swego. Chciała jak najszybciej stąd wyjść i podjąć nowe tropy.

Kilka minut później agenci FBI zatrzasnęli notesy i wstali.

– Zajmiemy się tym – przyrzekł Ford, patrząc Myronowi w oczy. – Znajdziemy pańskiego dawcę. A pan niech nie wchodzi nam w drogę.

Myron skinął głową, zastanawiając się, czy to możliwe. Po wyjściu agentów Win usiadł w fotelu przed jego biurkiem.

– Dlaczego czuję się tak, jakby poderwano mnie w barze, jest następny ranek, a facet spławia mnie krótkim: „Zadzwonię”? – spytał Myron.

– Bo jesteś puszczalski.

– Myślisz, że coś ukrywają?

– Bez dwóch zdań.

– Coś dużego?

– Olbrzymiego.

– W tej chwili nic na to nie poradzimy.

– Tak jest. Nic a nic.

24

Mama przywitała go w drzwiach.

– Jadę kupić coś na wynos – powiedziała.

– Ty?

Podparła się pod boki, posyłając mu najgroźniejsze ze swoich spojrzeń.

– Coś ci nie pasuje?

– Nie, tylko że… – Uznał, że lepiej zostawić ten temat. – Nic, nic.

Pocałowała go w policzek i poszukała w torebce kluczyków do samochodu.

– Wrócę za pół godziny. Ojciec jest za domem. – Spojrzała na niego błagalnie. – Sam.

– Dobrze – odparł.

– Nikogo poza tym nie ma.

– Mhm.

– Łapiesz?

– Złapałem.

– Będziecie sami.

– Złapałem, mamo. Złapałem.

– Będziesz miał okazję…

– Mamo.

Uniosła ręce.

– Już dobrze, dobrze, idę.

Myron obszedł dom, mijając kubły na śmieci i kosze na odpadki do recyklingu. Ojca zastał na tarasie z drewna sekwoi, z wbudowanymi ławkami, meblami z poliwinylu i grillem Weber 500, które wyprodukowano w pamiętnym roku Kuchennej Ekspansji, A.D. 1994. Al Bolitar, ze śrubokrętem w ręku, pochylał się nad balustradą. Myron powrócił na chwilę myślami do „prac weekendowych” z tatą. Niektóre z nich trwały niemal godzinę. Wychodzili z domu, ciągnąc skrzynkę z narzędziami, a potem ojciec pochylał się tak jak teraz i mamrotał pod nosem brzydkie wyrazy. Jedynym zadaniem Myrona było podawać mu – niczym instrumentariuszka w sali operacyjnej – narzędzia, w związku z czym nudził się jak mops, szurał nogami w słońcu, ciężko wzdychał i wciąż zmieniał pozy.

– Hej – przywitał się.

Ojciec podniósł głowę, uśmiechnął się i odłożył śrubokręt.

– Poluzowana śrubka – wyjaśnił. – Ale nie rozmawiajmy o matce.

Myron roześmiał się. Usiedli na winylowych krzesłach przy stole przeszytym niebieskim parasolem. Przed nimi rozpościerał się Stadion Bolitara – skrawek zielonobrązowego trawnika, który był świadkiem niezliczonych, często rozgrywanych solo meczów futbolowych, bęjsbolowych, piłki nożnej, wiffle’a (zapewne najpopularniejszy sport na tym obiekcie), rugby, badmintona, kickballa i gry w zbijaka, ulubionej rozrywki przyszłych sadystów. Myron wypatrzył dawny ogródek warzywny mamy – słowem „warzywny” określano w ich domu trzy dorocznie wodniste pomidory i dwie sflaczałe cukinie. W tej chwili był zarośnięty bardziej niż kambodżańskie pole ryżowe. Na prawo od nich rdzewiał słupek do gry w tenisa na sznurku. Wyjątkowo debilnej.

Myron odchrząknął i położył ręce na stole.

– Jak się czujesz? – spytał.

Ojciec mocno skinął głową.

– Dobrze. A ty?

– Dobrze.

Spłynęło na nich milczenie, puszyste i spokojne. Takie, jakie potrafi być milczenie z ojcem. Cofasz się w przeszłość i znów jesteś mały i bezpieczny, bezpieczny tak zupełnie, tak bez reszty, jak dziecko w obecności taty. Wciąż masz go przed oczami – stoi w ciemnych drzwiach, cichy strażnik twojego dzieciństwa – i śpisz snem istoty naiwnej, niewinnej, niedojrzałej. A kiedy dorastasz, dociera do ciebie, że bezpieczeństwo to było złudą, jeszcze jednym dziecięcym wyobrażeniem, tak jak rozmiar twojego podwórka za domem.

Choć być może, jeśli jesteś farciarzem, nigdy to do ciebie nie dotrze.

Ojciec wyglądał dziś starzej, twarz miał bardziej obwisłą, a bicepsy pod koszulką, niegdyś nabite, dziś w zaniku, gąbczaste. Myron zastanawiał się, od czego zacząć. Ojciec zamknął oczy, po trzech sekundach otworzył je i powiedział:

– Nie zaczynaj.

– Czego?

– Twoja matka jest równie subtelna jak konferencja prasowa w Białym Domu. Kiedy ostatnio pojechała zamiast mnie kupić coś na wynos?

– Naprawdę jej się to zdarzyło?

– Raz. Kiedy miałem czterdzieści stopni gorączki. A i wtedy mocno jojczyła.

– Dokąd pojechała?

– Trzyma mnie na specjalnej diecie. Z powodu bólów w piersiach.

Bóle w piersiach! Eufemizm na atak serca!

– Domyślam się.

– Doszło do tego, że próbuje pichcić. Wspomniała ci o tym?

Myron skinął głową.

– Wczoraj mi coś upiekła – powiedział.

Ojciec zesztywniał.

– Boże! Własnemu synowi?!

– Coś naprawdę strasznego.

– Ta kobieta ma wiele, wiele talentów, ale gdyby zrzucili jej wypiek głodującym w Afryce, też by go nie tknęli.

– Więc dokąd pojechała?

– Dostała bzika na punkcie jakiegoś zwariowanego sklepiku ze zdrową żywnością ze Środkowego Wschodu, który niedawno otwarto w West Orange. Wiesz jak się nazywa? Müsli Muezinów!

Myron nie zareagował.

– Bóg świadkiem, to fakt! A suche to jak indyk, którego upiekła w Dzień Dziękczynienia, kiedy miałeś osiem lat. Pamiętasz?

– Tylko w nocy. Wciąż mnie prześladuje we snach.

Ojciec znowu odwrócił wzrok.

– Zostawiła nas samych, żebyśmy mogli porozmawiać? – spytał.

– Tak.

Al Bolitar skrzywił się.

– Nie znoszę, kiedy to robi – powiedział. – Chce dobrze. Obaj wiemy. Ale nie rozmawiajmy, zgoda?

Myron wzruszył ramionami.

– Proszę bardzo.

– Myśli, że źle znoszę starość. Też nowina! A kto ją dobrze znosi? Mój znajomy, Herschel Diamond… Pamiętasz Heshy’ego?

– Jasne.

– Wielki facet, prawda? W młodości grał półzawodowo w futbol. No więc Heshy dzwoni do mnie i mówi: przeszedłeś na emeryturę, poćwicz ze mną tai chi. Tai chi? A co to takiego? Mam jeździć do Hebrajskiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej i poruszać się wolno z gromadą starych pleciug? O co w tym wszystkim chodzi? Odmawiam. Na co Heshy, ten wielki sportowiec, który piłkę bejsbolową odbija na ćwierć mili, ten byk nad byki, proponuje: pochodźmy razem. Pochodźmy! Po centrum handlowym! Nazywa to marszobiegami. Po centrum handlowym, dasz wiarę?! Zawsze nienawidził tego miejsca, a tu nagle wpada mu do łba, żebyśmy truchtali tam naokoło jak stado osłów, w jednakowych dresach, drogich butach do chodu, i wyciskali te małe pedalskie hantle. Buty do chodu, powiada! Do czego doszło?! Czy ja kiedyś nosiłem buty, w których nie można chodzić?! Mam rację?

Al Bolitar zaczekał na odpowiedź.

– W stu procentach z okładem – odparł Myron.

Jego ojciec wstał, wziął śrubokręt i udał, że coś wkręca.

– A ponieważ nie chcę się ruszać jak stary Chińczyk ani chodzić w kółko w za drogich butach po tym zakazanym centrum handlowym, twoja matka uważa, że nie dorastam do sytuacji. Słyszysz?!

– Tak.

Ojciec nie wyprostował się, wciąż majstrując przy balustradzie. Z daleka dobiegły głosy bawiących się dzieci. Brzęknął rowerowy dzwonek. Ktoś się zaśmiał. Zahuczała kosiarka do trawy.

– Czy wiesz, czego spodziewa się po nas twoja matka? – spytał zaskakująco cichym głosem Al Bolitar.

– Czego?

– Żebyśmy zamienili się rolami. – Ojciec Myrona podniósł wreszcie ciężkie powieki. – Nie chcę odwracać ról, synu. Jestem ojcem. Lubię być ojcem. Tyle ci powiem.

– Jasne, tato – rzekł Myron, z trudem dobywając słowa.

Ojciec ponownie opuścił głowę. Siwe, wilgotne kosmyki mu sterczały, ciężko oddychał. Niewidoczna siła rozwarła Myronowi pierś i chwyciła go za serce. Patrząc na mężczyznę, którego kochał od tak dawna i który przez ponad trzydzieści lat bez jednego słowa skargi jeździł do pracy w tym przeklętym, dusznym magazynie w Newark, uświadomił sobie, że właściwie go nie zna. Nie znał jego marzeń, nie wiedział, kim chciał być w dzieciństwie, nie miał pojęcia, co myślał o własnym życiu.

Ojciec nadal pracował śrubokrętem.

„Przyrzeknij, że nie umrzesz, dobrze? Obiecaj mi to”.

Przyglądając się mu, Myron o mało nie powiedział tego na głos.

Ojciec wyprostował się i popatrzył na swoje dzieło. Zadowolony, usiadł. Wdali się w rozmowę o drużynie Knicksów, o najnowszym filmie Kevina Costnera i nowej książce Nelsona DeMille’a. Odstawili skrzynkę z narzędziami. Napili się mrożonej herbaty. Położyli się bok w bok na bliźniaczych leżakach. Upłynęła godzina. Zapadli w błogie milczenie. Myron zabębnił palcami po zaparowanej szklance. Słyszał lekko świszczący oddech ojca. Nadszedł zmierzch, znacząc niebo fioletami i rozpłomieniając pomarańczowo drzewa. Myron zamknął oczy.

– Mam do ciebie hipotetyczne pytanie – odezwał się.

– Tak?

– Co byś zrobił, gdybyś się dowiedział, że nie jesteś moim prawdziwym ojcem?

Brwi Ala Bolitara podskoczyły gwałtownie.

– Chcesz mi o czymś powiedzieć? – spytał.

– Pytam hipotetycznie. Przypuśćmy, że odkrywasz, że nie jestem twoim biologicznym synem. Jak byś się zachował?

– To zależy.

– Od czego?

– Od twojej reakcji.

– Dla mnie byłoby to bez znaczenia.

Ojciec uśmiechnął się.

– O co chodzi? – spytał Myron.

– Łatwo nam powiedzieć, że byłoby to bez znaczenia. Ale taka wiadomość działa jak bomba. Nie da się przewidzieć, co kto zrobi, kiedy taka bomba spadnie. Kiedy byłem w Korei…

Myron usiadł prosto.

– Po prostu nie wiadomo, jak ktoś się zachowa… – Al Bolitar zawiesił głos i kaszlnął w kułak. – Niekwestionowani kandydaci na bohaterów kompletnie się gubili, i odwrotnie. Na takie hipotetyczne pytania nie ma odpowiedzi.

Myron spojrzał na ojca. Wpatrywał się w trawę. Łyknął herbaty.

– Nigdy nie mówiłeś o Korei – powiedział.

– Mówiłem.

– Nie ze mną.

– Tak, z tobą nie.

– Dlaczego?

– Bo o to walczyłem. O to, żebyśmy nie musieli o tym mówić.

Na pozór nie było w tym sensu, ale Myron zrozumiał.

– To hipotetyczne pytanie zadałeś z konkretnego powodu?

– Nie.

Ojciec skinął głową. Choć wiedział, że to kłamstwo, poprzestał na tym. Ułożyli się na leżakach, przyglądając się znajomemu otoczeniu.

– Tai chi nie jest takie złe – odezwał się Myron. – To sztuka walki. Jak taekwondo. Sam myślałem o tym, żeby je ćwiczyć.

Al Bolitar znów łyknął herbaty. Myron zerknął na niego. Twarz ojca zadrgała. Czy rzeczywiście kurczył się i słabł, a może to jemu zmieniła się optyka i zobaczył go, tak jak to podwórko za domem, oczami chłopca, który dorósł?

– Tato…?

– Wejdźmy do środka – rzekł ojciec i wstał. – Jeżeli zostaniemy tu dłużej, któryś z nas się rozczuli i spyta: „Zagramy?”.

Myron zaśmiał się i podążył za nim. Niedługo potem wróciła jego mama, targając niczym kamienne tablice dwie torby.

– Głodni? – zawołała.

– Jak wilki. Tak zgłodniałem, że zjem nawet ten wegetariański obrok.

– Bardzo śmieszne, Al.

– A nawet twoje wyroby…

– Ha, ha!

– …choć z dwojga złego wolę wegetariańskie.

– Przestań żartować, Al, bo się zaślinię ze śmiechu. – Postawiła torby na kuchennym blacie. – Widzisz, Myron? Jak to dobrze, że masz płytką matkę.

– Płytką?

– Gdybym oceniała mężczyzn na podstawie rozumu i poczucia humoru, tobyś się nie urodził.

– Jasne – odparł z serdecznym uśmiechem ojciec. – Ale wystarczyło jej jedno spojrzenie na twojego starego w kostiumie kąpielowym i – bach! – straciła głowę.

– Daj spokój.

– Daj spokój – zawtórował matce Myron.

Rodzice spojrzeli na niego. Ellen Bolitar odchrząknęła.

– Miło się wam gawędziło? – spytała.

– Pogadaliśmy sobie. Ta rozmowa była wielką pochwałą życia. Zrozumiałem, jak bardzo pobłądziłem.

– Ja pytam serio.

– A ja serio odpowiadam. Na wszystko patrzę inaczej.

Objęła męża wpół i potarła go nosem.

– Zadzwonisz do Heshy’ego?

– Zadzwonię.

– Słowo?

– Tak, Ellen, słowo.

– Pojedziesz do Stowarzyszenia i poćwiczysz z nim jai alai?

– Tai chi – sprostował ojciec.

– Słucham?

– To nazywa się tai chi, nie jai alai.

– Myślałam, że jai alai.

– W jai alai gra się wygiętymi rakietami na Florydzie.

– W shuffleboard, Al.

– Nie w shuffleboard. W shuffleboard używa się kijów. A poza tym to gra hazardowa.

– Tai chi? – spytała mama Myrona, sprawdzając, jak to brzmi. – Jesteś pewien?

– Jestem.

– Ale nie do końca?

– Nie do końca. Może masz rację. Może to rzeczywiście jest jai alai.

Dyskusja na temat nazwy nieco się przeciągnęła. Myron niczego nie prostował. Nigdy nie wcinaj się w dziwny taniec, zwany rozmową małżonków. Zjedli zdrowy posiłek – naprawdę wstrętny. Dużo się śmiali. A jego rodzice – być może był to eufemizm zastępujący im „Kocham cię” – powtórzyli sobie po pięćdziesiąt razy: „Nie wiesz, o czym mówisz”.

W końcu Myron powiedział im dobranoc. Mama pocałowała go w policzek i odeszła, a tata odprowadził do samochodu. Wieczór był cichy, jeśli nie liczyć stukotu piłki do koszykówki, odbijanej gdzieś na Darby Road, a może Coddington Terrace. Miły dźwięk. Myron objął ojca na pożegnanie. Po raz pierwszy poczuł się większy, silniejszy od niego i przypomniał sobie jego słowa o zamianie ról. Tulił go w ramionach w ciemności nieco dłużej niż zwykle. Tata poklepał go po plecach. Myron zamknął oczy i uścisnął go mocniej. Ojciec przez chwilę głaskał go po głowie. A potem powrócili do dobrze sobie znanych ról.

25

Granitowy czekał przed Dakotą.

Myron dojrzał go z samochodu i zadzwonił z komórki do Wina.

– Mam towarzystwo – poinformował.

– Wiem – odparł Win. – Po drugiej stronie ulicy, w służbowym wozie Leksów, siedzi dwóch żołnierzy tego dużego dżentelmena.

– Nie wyłączę komórki.

– Poprzednim razem skonfiskowali ci ją.

– Tak.

– Więc pewnie zrobią to samo.

– Zaimprowizujemy.

– Twój pogrzeb – odparł Win i skończył rozmowę.

Myron zostawił samochód na parkingu i podszedł do Granitowego.

– Pani Lex chce się z panem widzieć – oznajmił Granitowy.

– W jakiej sprawie?

Granitowy zignorował pytanie.

– Czyżby obejrzała z taśmy, jak pięknie prężę ciało, i chce mnie poznać bliżej?

Granitowy nie roześmiał się.

– Myślał pan kiedyś, żeby zostać zawodowym komikiem? – spytał.

– Miałem propozycje.

– Nie wątpię. Niech pan wsiada.

– Dobrze, ale do domu muszę wrócić przed godziną policyjną. Uprzedzam też, że na pierwszej randce nie całuję po francusku. Żebyśmy się dobrze zrozumieli.

Granitowy pokręcił głową.

– Oj, ręka mnie świerzbi – powiedział.

Wsiedli. Z przodu siedziała para w granatowych marynarkach. Podczas jazdy panowałaby cisza, gdyby nie Granitowy i jego magiczne strzelające stawy. Z ciemności wyłoniła się nieprzystępna rezydencja Leksów. Myrona znów poddano obszukaniu i tak jak przewidział Win, zabrano mu komórkę. Tym razem Granitowy i para w marynarkach skręcili nie w prawo, lecz w lewo i doprowadzili go do windy. Pomieszczenie do którego nią wjechał, wyglądało na mieszkanie.

Gabinet Susan Lex przypominał komnatę pałacu renesansowego, za to w urządzonym w stylu lat osiemdziesiątych apartamencie na górze – bo był to chyba mimo wszystko apartament – dominowały nowoczesność i minimalizm. Ściany były śnieżnobiałe i nagie. Parkiet gołębio szary. Czarno-białe półki z włókna szklanego niemal puste, jeśli nie liczyć nijakich figurynek. Czerwona kanapa w kształcie ust. Dobrze zaopatrzony barek z przezroczystego plastiku. Dwa metalowe obrotowe stołki z czerwonymi podstawami na oko tak wygodne jak termometry doodbytnicze. W kominku sztuczne bierwiona z leniwie tańczącymi płomieniami, oświetlającymi nienaturalną łuną jego czarny gzyms. W sumie panowała tu atmosfera cieplutka jak zimnica.

Myron, udając zainteresowanie, ruszył przez salę i zatrzymał się przed kryształową rzeźbą na marmurowym postumencie. Modernistyczną, kubistyczną czy jak ją tam zwał. Może nosiła tytuł Symetryczny Stolec. Dotknął jej. Była solidna. Wyjrzał przez weneckie okno. Za nisko. Niewiele mógł zobaczyć ponad żywopłotem po obu stronach bramy. Hm!

Para w granatowych marynarkach wykonała przy drzwiach manewr w stylu królewskich gwardzistów z pałacu Buckingham. Granitowy, z rękami splecionymi poniżej pleców, podążył za Myronem. Drzwi w drugim końcu sali otworzyły się i Myron bez zdziwienia ujrzał Susan Lex. Ponownie zachowała dystans. Tym razem towarzyszył jej mężczyzna. Myron nie podszedł do nich.

– Z kim mam zaszczyt? – zawołał.

– To mój brat, Bronwyn – odparła Susan Lex.

– Nie ten, który mnie interesuje.

– Wiem. Proszę usiąść.

Granitowy wskazał gestem kanapę jak usta. Myron przysiadł na jej dolnej wardze, spodziewając się połknięcia. Granitowy – jak miło – usiadł na prawo od niego.

– Ja i Bronwyn chcielibyśmy zadać panu kilka pytań, panie Bolitar – powiedziała Susan Lex.

– Mogłaby pani podejść bliżej?

Uśmiechnęła się.

– Wolę nie.

– Jestem wykąpany.

Puściła to mimo uszu.

– Podobno zdarza się panu bawić w detektywa.

Nie odpowiedział.

– Czy tak?

– Zależy, co pani przez to rozumie.

– Uznaję to za potwierdzenie.

Myron wzruszył ramionami na znak, że może sobie myśleć, co chce.

– Dlatego szuka pan naszego brata?

– Już powiedziałem dlaczego.

– Rzekomo z powodu szpiku?

– Wcale nie rzekomo.

– Panie Bolitar – skarciła go tonem bogaczki. – Oboje wiemy, że pan kłamie.

Myron chciał wstać, ale Granitowy położył mu na kolanie rękę ciężką jak betonowa płyta i pokręcił głową. Myron pozostał na kanapie.

– Nie kłamię – odparł.

– Tracimy czas. – Susan Lex spojrzała na Granitowego. – Pokaż panu zdjęcia, Grover.

– Grover to moja ulubiona postać z Ulicy Sezamkowej – zapewnił Myron. – Chcę, żeby pan to wiedział.

– Śledziliśmy pana, Myron!

Granitowy wręczył mu kilka zdjęć o rozmiarach 20 x 25 centymetrów. Myron przejrzał je. Na pierwszym pukał do drzwi domu Gibbsa. Na drugim Gibbs wystawiał przez nie głowę. Na trzecim wchodzili do środka.

– I co pan na to?

Myron zmarszczył czoło.

– Nie ubieram się zbyt gustownie.

– Wiemy, że pracuje pan dla Stana Gibbsa.

– W jakim charakterze?

– Już powiedziałam. Bawi się pan w detektywa. A skoro ustaliliśmy, czym się pan kieruje, proszę wymienić swoją cenę.

– Nie wiem, o czym pani mówi.

– Powiem wprost: ile żąda pan za skończenie z tą zabawą? Chce pan zmusić nas, żebyśmy zniszczyli również pana?

Również?!

Myron odnotował to w pamięci.

– Chciałbym pana o coś spytać, Bronwyn – zwrócił się do milczącego brata Susan Lex. – Pan i Dennis chodziliście razem do przedszkola. W pewnej chwili zniknęliście. A po dwóch tygodniach wrócił tam tylko pan. Dlaczego? Co się stało z bratem?

Bronwyn otworzył i zamknął usta niczym marionetka. Spojrzeniem poszukał pomocy u siostry.

– Dennis zapadł się wtedy pod ziemię. Na trzydzieści lat zniknął bez śladu. A teraz, na to wygląda, z jakiegoś powodu powrócił. Zmienił nazwisko, otworzył skromne konto bankowe, przekazał próbkę krwi do banku szpiku kostnego. Co się dzieje, Bron? Domyśla się pan?

– To kompletny absurd! – odparł Bronwyn.

Siostra uciszyła go spojrzeniem. Ale Myron wyczuł coś w powietrzu. Przetrawił to sobie i naszła go nowa myśl: A jeżeli Leksowie też nie znali odpowiedzi? Jeżeli również poszukiwali Dennisa?

Kiedy się nad tym zastanawiał, oberwał cios w żołądek. Pięść Granitowego wbiła się tak głęboko, że kto wie, czy jej kłykcie nie dotknęły obicia kanapy. Myron złożył się, zduszony, wpół i walcząc o oddech, zwalił się na podłogę. W głowie, która opadła mu na kolana, miał tylko jedną myśl: powietrza! Potrzebował powietrza!

– Stan Gibbs zna prawdę – zadudnił mu w uszach głos Susan Lex. – Jego ojciec jest podłym kłamcą, a oskarżenia pozbawione są wszelkich podstaw. Muszę jednak bronić swojej rodziny, panie Bolitar. Dlatego proszę przekazać panu Gibbsowi, że jeszcze nie poznał cierpienia. To, co go dotąd spotkało, jest niczym w porównaniu z tym, co zrobię jemu… i panu… jeżeli się nie odczepi. Zrozumiał pan?

Powietrza! Kilku łyków powietrza! Myronowi udało się nie zwymiotować. Odczekał, podniósł oczy i napotkał jej wzrok.

– Ani trochę – odparł.

– Wytłumacz panu, Grover – powiedziała Susan Lex i opuściła pokój.

Jej brat po raz ostatni spojrzał na Myrona i wyszedł.

Myron po trochu odzyskiwał oddech.

– Niezły cios z zaskoczenia, Grover – powiedział.

Grover wzruszył ramionami.

– Uderzyłem delikatnie.

– Następnym razem, twardzielu, uderz delikatnie, kiedy patrzę.

– To nic nie zmieni.

– Zobaczymy. – Myron usiadł. – O czym ona, do diabła, mówiła?

– Pani Lex wyraziła się bardzo jasno. Ale ty, jak się zdaje, masz cokolwiek pusto między uszami, dlatego przypomnę ci jej stanowisko. Nie lubi, jak ktoś wtrąca się do jej spraw. Stan Gibbs, przykładowo, się wtrącił. I sam widzisz, co go spotkało. Zrobiłeś to samo. Więc zaraz się przekonasz, co spotka ciebie.

Myron podźwignął się na nogi. Duet w granatowych marynarkach pozostał przy drzwiach. Granitowy znów zaczął strzelać stawami.

– Posłuchaj uważnie – powiedział. – Złamię ci nogę. A potem wywleczesz stąd swoją żałosną dupę i ostrzeżesz Gibbsa, że jeżeli znów zacznie węszyć, załatwię was obu. Są pytania?

– Tylko jedno. Czy łamanie nóg nie trąci banałem?

Grover uśmiechnął się.

– Nie w moim wykonaniu.

Myron rozejrzał się po pokoju.

– Stąd nie ma ucieczki, przyjacielu.

– A kto ucieka? – odparł Myron i znienacka pochwycił ciężką kryształową rzeźbę.

Granatowe Marynarki sięgnęły po pistolety, a Granitowy zrobił unik. Ale Myron nie miał zamiaru z nimi walczyć. Podniósł rzeźbę, obrócił się jak dyskobol i cisnął marmurową podstawą w taflę okna. Szyba rozprysła się z hukiem.

W tej samej chwili padły strzały.

– Na podłogę! – krzyknął.

Granatowe Marynarki posłuchały go. Zanurkował. Pociski świstały dalej. Snajperski ogień. Jedna strąciła górne oświetlenie. Druga trafiła w lampę.

„Wina to ucieszy” – pomyślał.

– Chcecie żyć, nie wstawajcie! – zawołał.

Strzały ustały. Jeden z ochroniarzy zaczął się podnosić. W tej samej chwili zaśpiewała kula, o mały włos nie robiąc mu przedziałka. Padł jak długi, rozpłaszczając się na puszystym dywanie.

– Wstaję – powiedział Myron. – Wychodzę. Radzę wam pozostać na podłodze. Grover?

– Tak?

– Przekaż przez radio tym na dole, żeby mnie przepuścili. Jeżeli przetrzymają mnie za długo, mój przyjaciel pewnie wrzuci tu granaty.

Granitowy zadzwonił. Nikt się nie poruszył. Myron wstał. Mało brakowało, żeby wychodząc, zagwizdał.

26

Gdy zapukał do drzwi domu Stana Gibbsa, biła północ.

– Przejdźmy się – powiedział.

Gibbs rzucił papierosa na ziemię i zgasił go butem.

– Lepiej się przejedźmy – odparł. – Federalni mają wzmacniacze dalekiego zasięgu.

Wsiedli do forda taurusa Myrona, alias laskowozu. Stan Gibbs włączył radio i zaczął wędrować po stacjach. Zatrzymał się na reklamie heinekena. Czy kogoś obchodziło, że to piwo sprowadza Van Munchin and Company?

– Ma pan podsłuch, Myron?

– Nie.

– Ale FBI rozmawiało z panem. Kiedy pan ode mnie wyszedł.

– Skąd pan wie?

– Śledzą mnie. – Gibbs wzruszył ramionami. – Stąd logiczny wniosek, że powinni pana przesłuchać.

– Co pana łączy z Dennisem Leksem? – spytał Myron.

– Już panu powiedziałem. Nic.

– Dziś wieczorem przyjechał po mnie wielki byk nazwiskiem Grover. On i Susan Lex udzielili mi bardzo poważnego ostrzeżenia, żebym przestał się z panem zadawać. Był z nimi Bronwyn.

Stan Gibbs zamknął oczy i potarł je.

– Wiedzieli, że pan mnie odwiedził.

– Mieli duże zdjęcia.

– I doszli do wniosku, że pan dla mnie pracuje.

– Tak.

Gibbs potrząsnął głową.

– Niech pan to zostawi, Myron – powiedział. – Z takimi jak oni lepiej nie zadzierać.

– Żałuje pan, że nikt nie udzielił panu takiej rady?

Za uśmiechem Gibbsa nie kryło się nic. Wyczerpanie parowało z niego falami jak upał z rozgrzanego chodnika.

– Pan nic nie wie – odparł.

– Więc proszę mnie oświecić.

– Nie.

– Pomogę panu.

– W walce z Leksami? Są za silni.

– I dlatego chciał pan napisać o nich artykuł?

Gibbs nie odpowiedział.

– To im się nie spodobało. Co więcej, uraziło.

Gibbs wciąż milczał.

– Zaczął pan grzebać tam, gdzie nie chcieli. Odkrył pan, że mieli jeszcze jednego brata, Dennisa.

– Tak.

– I to ich naprawdę wkurzyło.

Gibbs zaczął obgryzać skórę przy paznokciach.

– No, wie pan, Stan? Mam to z pana wyciągać?

– Większość już pan wie.

– To proszę powiedzieć resztę.

– Chciałem napisać o nich artykuł. Prawdę mówiąc, obnażyć ich łajdactwa. Znalazłem nawet wydawcę, gotowego podpisać umowę na książkę. Ale Leksowie zwiedzieli się o tym i ostrzegli mnie, bym nie ruszał tematu. Do mojego mieszkania przyszedł wielki byk. Nie zapamiętałem nazwiska. Ale wyglądał jak sierżant Rock.

– Grover.

– Ostrzegł, że jeżeli nie spasuję, zniszczy mnie.

– Co tylko pana zachęciło do roboty.

– Owszem.

– I dowiedział się pan o Dennisie Leksie.

– Tylko tego, że istniał. I że rozpłynął się w powietrzu, kiedy był małym chłopcem.

Gibbs obrócił się w stronę Myrona. Myron zwolnił i poczuł, jak cierpnie mu skóra na czubku głowy.

– Tak jak ofiary Siej Ziarna – dopowiedział.

– Nie.

– Jak to?

– To nie tak.

– A jak?

– Może to zabrzmi głupio, ale Leksom obcy jest strach znany innym rodzinom.

– Bogaci są dobrzy w ukrywaniu uczuć.

– To coś więcej. Nie potrafię wskazać, co dokładnie. Ale Susan i Bronwyn Leksowie na pewno wiedzą, co się stało z ich bratem.

– I chcą to utrzymać w tajemnicy.

– Tak.

– Domyśla się pan dlaczego?

– Nie.

Myron obejrzał się. Federalni jechali w dyskretnej odległości za nimi.

– Myśli pan, że to Susan Lex podsunęła policji tę powieść?

– Przyszło mi to do głowy.

– Ale pan tego nie zbadał?

– Zacząłem. Po wybuchu skandalu. Ale zadzwonił do mnie ten byk i ostrzegł, że to dopiero początek. Że tylko dał mi pstryczka i że następnym razem zmiażdży mnie w dłoniach.

– Ma zadatki na poetę.

– Właśnie.

– Czegoś jednak nadal nie rozumiem.

– Czego?

– Niełatwo pana zastraszyć. Za pierwszym razem zignorował pan ich ostrzeżenie. Po tym, co panu zrobili, spodziewałbym się, że stawi pan jeszcze większy opór.

– O czymś pan zapomina.

– O czym?

– O Melinie Garston.

Myron zaczekał.

– Proszę pomyśleć. Ginie moja kochanka, która jako jedyna mogła potwierdzić, że spotkałem się z porywaczem Siej Ziarno.

– Jej ojciec twierdzi, że to odwołała.

– W bardzo dziwnym wyznaniu przed śmiercią.

– Pana zdaniem to również robota Leksów?

– Czemu nie? Proszę się zastanowić. Kto jest głównym podejrzanym o zamordowanie Meliny? Ja, prawda? Powiedzieli tak panu federalni. Myślą, że ją zabiłem. Dobrze wiemy, że Leksowie mieli dość środków, żeby odszukać powieść, którą rzekomo splagiatowałem. Kto wie, na co ich jeszcze stać?

– Sądzi pan, że mogą pana wrobić w to morderstwo?

– Żeby tylko.

– Twierdzi pan, że zabili Melinę Garston?

– Być może. Nie wiem. Może zrobił to porywacz Siej Ziarno.

– Jej śmierć była ostrzeżeniem?

– Z całą pewnością – odparł Stan Gibbs. – Nie wiem tylko, kto za tym stoi.

W radiu Stevie śpiewał, że obsuwa się ziemia. Oh yeah!

– Coś pan pominął, Stan.

– Co? – spytał Gibbs, patrząc przed siebie.

– Osobisty związek z tą sprawą.

– O czym pan mówi?

– Susan Lex wspomniała o pańskim ojcu. Nazwała go kłamcą.

– Nie bez racji.

– A co on ma z tym wspólnego?

– Proszę mnie odwieźć.

– Znowu tajemnice?

– Do czego pan zmierza, Myron?

– Słucham?

– Jaki pan ma w tym interes?

– Już powiedziałem.

– O chłopcu, który potrzebuje szpiku?

– On ma trzynaście lat, Stan! Bez przeszczepu umrze.

– Mam w to uwierzyć? Zasięgnąłem języka. Pan pracował dla rządu.

– Dawno temu.

– Być może pomaga pan FBI. A nawet Leksom.

– Nie pomagam.

– Nie podejmę takiego ryzyka.

– Dlaczego? Przecież mówi pan prawdę. Prawda panu nie zaszkodzi.

Gibbs prychnął z pogardą.

– Pan w to naprawdę wierzy?

– Dlaczego Susan Lex wspomniała o pańskim ojcu?

Gibbs nie odpowiedział.

– Gdzie on jest? – spytał Myron.

– Otóż to.

– Co?

Gibbs spojrzał na niego.

– Zniknął – odparł. – Osiem lat temu.

Zniknął! Znowu to słowo.

– Wiem, o czym pan myśli, ale myli się pan. Z moim ojcem nie było w porządku. Pół życia spędził w zakładach dla nerwowo chorych. Uznaliśmy, że uciekł z kliniki.

– Nie dał znaku życia?

– Nie.

– Znika Dennis Lex. Znika pański ojciec…

– Te fakty dzieli ponad dwadzieścia lat – przerwał Gibbs. – Nic ich nie łączy.

– Wciąż nie bardzo rozumiem. Co pański ojciec lub jego zniknięcie ma wspólnego z Leksami?

– Sądzą, że to z jego powodu chciałem o nich napisać. Mylą się.

– Sądzą tak dlaczego?

– Ojciec był studentem Raymonda Leksa. Zanim ukazały się Wyznania o północy.

– No i?

– Twierdził, że to on napisał tę powieść. Oskarżył Leksa, że mu ją ukradł.

– Coś takiego!

– Nikt mu nie uwierzył – dodał szybko Gibbs. – Jak wspomniałem, nie miał po kolei w głowie.

– A jednak raptem postanowił pan zbadać przeszłość tej rodziny?

– Tak.

– Chce mi pan wmówić, że całkiem przypadkowo? Bez żadnego związku z oskarżeniami ojca?

Gibbs oparł się czołem o szybę jak chłopczyk tęskniący za domem.

– Nikt mu nie uwierzył. Ja również. Chorował. Miał urojenia.

– I?

– Koniec końców był moim ojcem. Być może, jako syn, powinienem rozstrzygnąć wątpliwości na jego korzyść.

– Pana zdaniem, Raymond Lex ukradł mu powieść?

– Nie.

– Sądzi pan, że ojciec żyje?

– Nie wiem.

– Z pewnością coś łączy te sprawy. Pańskie artykuły, rodzinę Leksów, oskarżenia pańskiego ojca…

Gibbs zamknął oczy.

– Wystarczy – powiedział.

Myron zmienił temat.

– W jaki sposób skontaktował się z panem porywacz Siej Ziarno? – spytał.

– Nie ujawniam źródeł informacji.

– Ależ, Stan!

– Wykluczone. Wiele straciłem, ale tego nie zrobię. Nie zdradzę, kto mnie informował.

– Pan wie, kim jest porywacz.

– Proszę mnie odwieźć do domu.

– Czy to Dennis Lex? A może ten sam łajdak, który go porwał?

Gibbs skrzyżował race na piersi.

– Do domu – powtórzył i zamknął się w sobie.

Było jasne, że nic więcej nie powie. Myron skręcił w prawo i zawrócił. Milczeli przez całą drogę.

– Mówi pan prawdę? O tym dawcy szpiku? – spytał Gibbs, gdy samochód zatrzymał się przed domem.

– Tak.

– Ten chłopiec jest panu bliski?

– Tak – potwierdził Myron, ściskając kierownicę.

– I nie da pan za wygraną?

– Mowy nie ma.

Gibbs skinął głową, jakby sam sobie potakiwał.

– Zrobię, co będę mógł – powiedział. – Ale musi mi pan zaufać.

– To znaczy?

– Potrzebuję kilku dni.

– Na co?

– Na jakiś czas zniknę. Ale proszę nie tracić wiary.

– O czym pan mówi?

– Pan zrobi swoje. A ja swoje.

Stan Gibbs wysiadł z samochodu i zniknął w ciemnościach.

27

Wczesnym rankiem Myrona obudził telefon od Grega Downinga.

– Nathan Mostoni wyjechał – oznajmił. – Dlatego wróciłem do Nowego Jorku. Po południu zabiorą syna.

„Ty szczęściarzu” – pomyślał Myron, ale nic nie powiedział.

– Jadą do Ymki na Dziewięćdziesiątą Pierwszą, porzucać do kosza Wpadniesz?

– Nie.

– Mimo wszystko przyjedź. O dziesiątej.

– Spóźnię się.

Myron rozłączył sią, wstał z łóżka, sprawdził pocztę elektroniczną i odkrył, że przesłano mu zamówiony przez Esperanzę wizerunek w formacie JPEG. Otworzył plik i na ekranie wyłoniło się powoli wirtualne oblicze trzydziestokilkuletniego Dennisa Leksa. Niesamowite. Przyjrzał się mu. Nie kojarzył go sobie z nikim. Świetny program to postarzanie. Twarz wyglądała jak żywa. Oprócz oczu. Oczy, jak zwykle w takich wypadkach, wyglądały martwo.

Kliknął ikonę drukarki i hewlett-packard ożył. Sprawdził godzinę w prawym dolnym rogu ekranu. Był wczesny ranek, ale nie chciał z tym czekać.

Zadzwonił do ojca Meliny Garston.

George Garston zgodził się go przyjąć w swoim apartamencie na ostatnim piętrze domu przy Piątej Alei, róg Siedemdziesiątej Ósmej, z widokiem na Central Park. Drzwi otworzyła brunetka. Przedstawiła się jako Sandra i w milczeniu poprowadziła go korytarzem. Myron wyjrzał przez okno. W oddali, na drugim końcu parku, dostrzegł gotycką sylwetę Dakoty. Jak gdzieś kiedyś wyczytał, mieszkający po jego przeciwnych stronach Woody i Mia machali do siebie ręcznikami. W szczęśliwszych dniach, oczywiście.

– Nie rozumiem, co pan ma wspólnego z moją córką – rzekł George Garston.

Wyzierający mu spod rozchylonej niebieskiej koszuli tors aż po białą szyję porastał gąszcz siwych włosów, gęstych jak czupryna trolla. Jego niemal idealnie kulista łysa głowa wciśnięta była między ramiona podobne do głazów. Miał posturę krzepkiego, dumnego imigranta, który dorobił się w Ameryce, ale mocno oberwał od losu. Stąd owa pochyłość ramion, przygarbienie człowieka przytłoczonego nieutulonym żalem. Myron znał takie reakcje. Taki żal przetrąca ci kręgosłup. Żyjesz dalej, ale już się nie prostujesz. Uśmiechasz się, ale nigdy oczami.

– Chyba nic – odparł. – Próbuję kogoś odszukać. Osobę, która może mieć związek ze śmiercią pańskiej córki.

Urządzony w tonacji bardzo ciemnej wiśni gabinet z zasuniętymi zasłonami oświetlał wątły żółty poblask pojedynczej lampy. George Garston obrócił się bokiem i wpatrzył w bogatą wzorzystą tapetę, pokazując Myronowi profil.

– Kiedyś współpracowaliśmy – powiedział. – Nie osobiście. Nasze firmy. Wiedział pan o tym?

– Tak.

George Garston dorobił się na sieci greckich restauracyjek, które najlepiej prosperują w centrach handlowych. Sieć nosiła nazwę Dania Achillesa. Serio. Myron reprezentował greckiego hokeistę, który reklamował sieć Garstona w północnych stanach Środkowego Zachodu.

– A więc agent sportowy interesuje się śmiercią mojej córki.

– To długa historia.

– Policja milczy. Ale za winnego uważają jej przyjaciela. Tego reportera. Pan też?

– Nie wiem. A co pan myśli?

Garston prychnął. Myron ledwie widział jego twarz.

– Co myślę? Pyta pan jak terapeuta od pocieszania ludzi w żałobie.

– Przepraszam.

– Zalewa cię czułostkowymi pomyjami. Próbuje odwrócić uwagę od rzeczywistości. Twierdzi, że chce, żebyś się z nią pogodził. Ale dąży do czegoś odwrotnego. Chce cię zmusić do zagłębienia się w siebie, żebyś nie widział, jak straszne stało się życie. – Garston chrząknął i poprawił się w fotelu. – Nie wiem, co myśleć o Stanie Gibbsie. Nie znam go.

– Wiedział pan, że pańska córka się z nim spotyka?

Wielka głowa Garstona zakiwała się w mroku.

– Powiedziała, że kogoś ma. Nie wyjawiła nazwiska. Ani tego, że jest żonaty.

– Nie zaakceptowałby pan takiego związku?

– Oczywiście, że nie – odparł Garston, siląc się na surowy ton, ale nie zdołał wykrzesać z siebie oburzenia. – A pan by zaakceptował coś takiego, gdyby chodziło o pańską córkę?

– Chyba nie. A zatem nic pan nie wie o jej związku ze Stanem Gibbsem?

– Nic.

– Podobno rozmawiał pan z nią niedługo przed śmiercią.

– Cztery dni wcześniej.

– O czym rozmawialiście?

– Melina piła – odparł Garston tak monotonnym głosem, jakby słowa te zbyt długo tłukły mu się w głowie. – Dużo. Za dużo. Miała to po swoim tacie, a jej tata po swoim tacie. Dziedzictwo Garstonów.

Zachichotał, lecz zabrzmiało to bardziej jak szloch niż śmiech.

– Powiedziała panu o swoim zeznaniu?

– Tak.

– Co dokładnie?

– „Popełniłam błąd, papo”. Oto jej słowa. Powiedziała, że skłamała.

– Jak pan zareagował?

– Nie wiedziałem, o czym mówi. Nie wiedziałem nic bliższego o jej przyjacielu.

– Zażądał pan wyjaśnień?

– Tak.

– I?

– Odmówiła. Powiedziała, żebym się tym nie przejmował. Że sama to załatwi. Zapewniła, że mnie kocha, i skończyła rozmowę.

Myron milczał.

– Miałem dwoje dzieci, panie Bolitar. Wiedział pan?

Myron potrząsnął głową.

– Trzy lata temu w katastrofie samolotowej zginął Michael. A teraz jakieś bydlę zadręczyło na śmierć moją córkę. Moja żona, też Melina, zmarła piętnaście lat temu. Nie mam nikogo. Czterdzieści osiem lat temu przyjechałem do tego kraju przekonany, że nic nie mam. Dorobiłem się. Ale dopiero teraz naprawdę nie mam nic. Rozumie pan?

– Tak.

– Czy to wszystko?

– Pańska córka mieszkała na Broadwayu.

– Tak.

– Czy jej rzeczy osobiste wciąż tam są?

– Sandra, moja synowa, spakowała je. Ale zostały w tamtym mieszkaniu. A o co chodzi?

– Chciałbym je przejrzeć, jeśli pan pozwoli.

– Policja już to zrobiła.

– Wiem.

– Sądzi pan, że znajdzie coś, co oni przeoczyli?

– Najprawdopodobniej nie.

– Ale?

– Ale mam inne spojrzenie na tę sprawę. Spoglądam na nią świeżym okiem.

George Garston obrócił się w stronę lampy. Jej światło zabarwiło jego twarz na ciemnożółty kolor. Oczy miał tak suche, że błyszczały jak spadłe żołędzie w słońcu.

– Jeżeli znajdzie pan mordercę Meliny, dowiem się o tym pierwszy.

– Nie.

– Wie pan, co on jej zrobił?

– Tak. Domyślam się też, co chce pan zrobić. Ale to nie poprawi panu samopoczucia.

– Mówi pan tak, jakby to wiedział na pewno.

Myron nie odpowiedział.

– Sandra tam pana zawiezie.

George Garston zgasił światło i odwrócił się.

– Siedzi całymi dniami w gabinecie – poskarżyła się Sandra Garston, naciskając guzik przy windzie. – Nie wychodzi z domu.

– Rany są wciąż świeże – odparł Myron.

Potrząsnęła głową. Jej kruczoczarne włosy opadały dużymi, luźnymi falami niczym papier z faksu. Ale mimo ich koloru miała w sobie coś islandzkiego: figurę światowej klasy łyżwiarki szybkiej, rysy twarzy ostre i zdecydowane, a cerę zaróżowioną jak od mrozu.

– Myśli, że nie ma nikogo.

– Ma panią.

– Jestem synową. Widzi mnie i myśli tylko o synu. Nie mam serca powiedzieć mu, że zaczęłam się nareszcie z kimś spotykać.

– Czy pani i Melina byłyście przyjaciółkami?

– Tak, tak sądzę.

– Wiedziała pani o jej związku ze Stanem Gibbsem?

– Tak.

– Ale ojcu o nim nie powiedziała.

– Nie śmiała. Papa nie akceptował większości mężczyzn. Wściekłby się na wieść o żonatym.

Przeszli przez ulicą i weszli do cudu w środku miasta, Central Parku. W ten pokazowy dzień było tam pełno ludzi. Azjatyccy mistrzowie pędzla uwijali się przy robocie. Mężczyźni w szortach podejrzanie przypominających pieluchy truchtali. Na trawie opalali się stłoczeni, a zarazem kompletnie samotni plażowicze. Nowy Jork już taki jest. „To miasto obdarza zarówno samotnością, jak prywatnością” – powiedział kiedyś E. B. White. Zgadza się. Wydawało się, że każdy słucha własnego wewnętrznego walkmana i niepomny zewnętrznego świata podryguje w rytm innej melodii.

Jakiś Karaib w bandanie na głowie rzucił plastikowym talerzem i zawołał: „Łap!”, ale nie miał psa. Na łyżworolkach przemknęły muskularne kobiety w czarnych stanikach. Sporo mężczyzn rozmaitej postury i budowy ciała paradowało bez koszul. Przykłady? Minął ich grubas obrośnięty wałkami tłuszczu podobnymi do mokrej plasteliny, a dobrze zbudowany młodzian, który zahamował za nimi, butnie naprężył biceps. Naprawdę! Na oczach wszystkich! Myron zmarszczył brwi. Nie wiedział, co jest gorsze: goście, którzy nie powinni zdejmować koszul, a zdejmują, czy goście, którzy powinni je zdejmować i robią to.

– Nie przeszkadzało pani, że Melina spotyka się z żonatym mężczyzną? – spytał, gdy dotarli do Central Park West.

Sandra wzruszyła ramionami.

– Oczywiście, martwiłam się o nią. Ale obiecał jej, że zostawi żonę.

– Wszyscy tak mówią.

– Melina mu uwierzyła. Była szczęśliwa.

– Poznała pani Stana Gibbsa?

– Nie. Utrzymywali swój związek w tajemnicy.

– Czy mówiła pani, że skłamała w sądzie?

– Nie. Nigdy.

Sandra przekręciła klucz i otwarła drzwi. Weszli do środka. Kolory. Mnóstwo kolorów. Wesołych. Mieszkanie wyglądało jak skrzyżowanie Magical Mystery Tour Beatlesów z Teletubisiami – same jaskrawe barwy, szczególnie zielone, z zamglonymi psychodelicznymi rozbryzgami. Na ścianach wisiały żywe akwarele przedstawiające dalekie lądy i podróże morskie. Było też trochę prac surrealistycznych. Całość przypominała wideoklip Enyi.

– Zaczęłam wrzucać jej rzeczy do pudeł. Ale trudno jest spakować czyjeś życie.

Myron skinął głową. Ruszył w obchód małego mieszkania, licząc – na próżno – że coś go oświeci. Przesunął wzrokiem po obrazach.

– W przyszłym miesiącu miała mieć pierwszą wystawę w Village – powiedziała Sandra.

Przyjrzał się obrazowi z białymi kopułami i krystalicznie niebieską wodą. Rozpoznał pejzaż z Mykonos. Świetnie namalowany. Niemal czuł sól Morza Śródziemnego, smak ryby smażonej przy plaży, piasek, który przywierał nocą do skóry kochanków. Nie znalazł żadnej wskazówki, ale przez minutę czy dwie nie mógł oderwać wzroku od akwareli.

Zabrał się do przeglądania zawartości pudeł. Znalazł pochodzący z 1986 roku album ze szkoły średniej i odszukał zdjęcie Meliny. Z podpisu wynikało, że chciałaby malować. Zerknął na obrazy na ścianie. Takie barwne, optymistyczne. Śmierć zawsze była podszyta ironią. A najbardziej śmierć w młodym wieku.

Ponownie skupił się na zdjęciu. Uśmiechnięta niepewnie i nieśmiało licealistka Melina patrzyła gdzieś w bok. Myron dobrze znał takie uśmiechy. Znamy je wszyscy. Zamknął album i podszedł do szaf. Ubrania były porządnie ułożone, na górnych półkach dużo swetrów, buty stojące karnie w szeregu jak mali żołnierze. Wrócił do pudeł i w pudełku po butach – pudełku z różnościami – znalazł zdjęcia. Potrząsnął głową i zaczął je przeglądać. Sandra przysiadła obok na podłodze.

– To jej matka – powiedziała.

Myron spojrzał na fotografię dwóch obejmujących się kobiet, matki i córki. Po nieśmiałym uśmiechu nie zostało śladu. Uśmiech Meliny w matczynych ramionach wzbijał się w niebo niczym śpiew aniołów. Wpatrując się w jej anielski uśmiech, wyobraził sobie, jak z niebiańskich ust kobiety wydobywa się krzyk strasznego bólu. Wrócił myślami do samotnego George’a Garstona w oświetlonym żółto gabinecie. I zrozumiał go.

Sprawdził godzinę. Musiał się pośpieszyć. Przerzucił zdjęcia ojca Meliny, jej brata, Sandry, pamiątki z wycieczek z rodziną, nic niezwykłego. Żadnych zdjęć Stana Gibbsa. Nic przydatnego.

W drugim pudełku znalazł kosmetyki i perfumy. W trzecim natknął się na pamiętnik, ale ostami wpis pochodził sprzed dwóch lat. Przerzucił kartki z uczuciem, że wchodzi z butami w jej prywatność. Był tam list miłosny od dawnego chłopaka Meliny. Kilka recept…

I kopie artykułów Stana.

Hm!

W notesie z adresami? Wszystkie artykuły? Nie było na nich żadnych adnotacji. Gołe wycinki spięte spinaczem. Czy to coś znaczyło? Sprawdził jeszcze raz. Nic prócz wycinków. Odłożył je na bok i wrócił do kartkowania notesu. Coś z niego wypadło. Kremowa, a może pożółkła, wydarta skądś kartka z postrzępionym brzegiem, raczej kartonik złożony na pół. Z wierzchu czysty. Rozłożył go. Na górze napisano odręcznie słowa: „Z wyrazami miłości, Tata”. Myron znów pomyślał o siedzącym sam jak palec w swoim gabinecie George’u Garstonie i zapiekła go skóra.

Przysiadł na kanapie, próbując wywołać niewidzialne. To, że siedział w opustoszałym pokoju, w którym wciąż unosił się słodki zapach zmarłej, i zachowywał jak obdarzona parapsychologicznymi zdolnościami malutka kobieta z filmów z serii Duch, mogło się wydać dziwne. Ofiary nie przemawiały do niego zza grobu, skądże, ale niekiedy wyobrażał sobie, co myślały i czuły. Bywało, że jakaś iskra zapalała płomień. Dlatego znów próbował.

Nadaremnie.

Jeszcze raz powędrował oczami po obrazach i znów zapiekło go pod skórą. Przesunął wzrokiem po jaskrawych kolorach, pozwalając, żeby go zaatakowały. Te barwy powinny ją ochronić. Bezsensowna myśl, ale cóż poradzić. Melina miała swoje życie. Pracowała, malowała, kochała jaskrawe kolory, miała za dużo swetrów, miłe wspomnienia przechowywała w pudełku po butach. I ktoś to życie zgasił, ktoś, kto miał to wszystko za nic. Ktoś, dla kogo to nic nie znaczyło. Myron poczuł wściekłość.

Zamknął oczy, próbując zdusić gniew. Gniew nie pomagał. Mącił umysł. W przeszłości nieraz szedł za swoim wewnętrznym głosem – nazwanym przez Esperanzę kompleksem Batmana – ale wcielanie się w bohatera szukającego sprawiedliwości czy zemsty (na jedno wychodziło) było niemądre, niebezpieczne. Oglądałeś rzeczy, których nie chciałeś widzieć. Odkrywałeś prawdy, których nie powinieneś znać. Rzeczy i prawdy, które gryzły, znieczulały. Lepiej było ich unikać.

Ale gorąco w żyłach pozostało. Przestał z nim walczyć i pozwolił, żeby z wolna spowiło go całego, kojąc i rozluźniając mięśnie. Może nie było takie złe. Może złe rzeczy, które widział, i prawdy, które odkrył, mimo wszystko nie zmieniły go, nie znieczuliły.

Zamknął pudełka, po raz ostatni wpatrzył się w rozsłonecznioną wyspę Mykonos i złożył ciche ślubowanie.

28

Spotkali się na boisku. Kiedy Myron wkładał ochraniacz, Greg odwrócił wzrok. Przez pół godziny strzelali na kosz, mało się odzywając, skupieni na rzutach. Ludzie zaglądający do sali pokazywali Grega rękami. Kilku chłopców poprosiło go o autograf. Spełniając ich prośbę, Greg z piórem w ręku zerkał na Myrona, najwyraźniej speszony, że skupia na sobie aż tyle uwagi w obecności rywala, któremu zrujnował karierę.

Myron nie odpuścił mu, mierząc go wzrokiem.

– Chciałeś się ze mną zobaczyć z konkretnego powodu, Greg? – zagadnął jakiś czas potem.

Greg nie przestał ćwiczyć strzałów.

– Pytam, bo muszę wrócić do agencji.

Greg chwycił piłkę, odbił ją dwa razy i z obrotu strzelił na kosz.

– Tamtej nocy widziałem ciebie z Emily. Wiesz o tym? – spytał.

– Wiem.

Greg złapał piłkę odbitą od tablicy, strzelił leniwym hakiem, a gdy spadła na parkiet, wolno nią kozłując, podszedł do Myrona.

– Następnego dnia był nasz ślub. Wiesz o tym?

– O tym też.

– A tu raptem widzę, że jej były rżnie ją, aż się kurzy.

Myron przejął piłkę.

– Próbuję się wytłumaczyć – dokończył Greg.

– Przespałem się z Emily. Widziałeś nas. Chciałeś się zemścić. Poprosiłeś Wielkiego Burta Wessona, żeby mnie uszkodził w meczu przed sezonem. Zrobił to. Koniec historii.

– Tak, chciałem, żeby cię uszkodził. Ale nie, żeby zakończył twoją karierę.

– Ty mówisz pomarańcz, a ja pomarańcza.

– To nie było zamierzone.

– Nie zrozum mnie źle – rzekł Myron głosem, który jemu samemu wydał się nienaturalnie spokojny – ale w dupie mam twoje zamiary. Strzeliłeś do mnie z grubej rury. Być może chciałeś mnie lekko zranić, ale nie wyszło. Uważasz, że to cię oczyszcza z winy?

– Zerżnąłeś moją narzeczoną!

– A ona mnie. Nic ci nie byłem winien. Ona tak.

– Czy ty nic nie rozumiesz?

– Rozumiem. Ale to cię nie rozgrzesza.

– Nie szukam rozgrzeszenia.

– Więc o co ci chodzi, Greg? Chcesz, żebyśmy zaklaskali w dłonie i zaśpiewali „Kumbaya”? Dociera do ciebie, coś mi zrobił? Czy wiesz, ile mnie kosztowała ta jedna chwila?

– Chyba wiem. – Greg przełknął ślinę i błagalnie wyciągnął rękę, jakby chciał wyjaśnić mu więcej, ale zaraz bezradnie ją opuścił. – Bardzo cię przepraszam – powiedział.

Myron zaczął strzelać na kosz, czując, jak ściska go w gardle.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo tego żałuję – dodał Greg, pragnąc przeczekać jego milczenie, ale mu nie wyszło. – Co mam ci więcej powiedzieć, Myron?

Myron strzelał dalej.

– Jak mam cię przeprosić?

– Już to zrobiłeś.

– Ale ty nie przyjąłeś przeprosin.

– Owszem, Greg. Nie przyjąłem. Jakoś to przeżyjesz. Ja jakoś przeżyłem bez gry w zawodową koszykówkę. I wiesz co? W sumie nieźle na tym wyszedłeś.

Zadzwoniła komórka. Myron podbiegł i odebrał telefon.

– Spełniłeś moje polecenia? – wyszeptał głos.

Myron poczuł mróz w kościach. Przełknął gulę w gardle.

– Polecenia? – spytał.

– Co do chłopca.

Ciężkie powietrze tłamsiło mu płuca.

– Jakie?

– Pożegnałeś się z nim?

W piersi Myrona coś wyschło i pękło. Gdy pojął, co to oznacza, ugięły się pod nim nogi.

– Pożegnałeś się z tym chłopcem? – powtórzył głos.

29

– Gdzie Jeremy?! – spytał Myron, obracając głową w stroną Grega.

– Co?

– Gdzie on jest?!

Widząc wyraz jego twarzy, Greg wypuścił piłkę.

– Myślę, że z Emily – odparł. – Zabieram go w południe.

– Masz komórkę?

– Tak.

– Zadzwoń do niej.

Greg, sportowiec ze świetnym refleksem, natychmiast ruszył do torby.

– Co się dzieje? – spytał.

– Pewnie nic.

Myron przekazał mu treść rozmowy. Greg, nie zwalniając kroku, wystukał numer. Myron ruszył biegiem do samochodu. Greg za nim, z komórką przy uchu.

– Nie odbiera – powiedział i nagrał się na sekretarce.

– Emily ma komórkę? – spytał Myron.

– Może ma, ale nie znam numeru.

Po drodze Myron wcisnął zaprogramowany numer. Zgłosiła się Esperanza.

– Potrzebuję numer komórki Emily – powiedział.

– Daj pięć minut – odparła.

Połączył się z drugim zaprogramowanym numerem.

– Wysłów się – odezwał się Win.

– Możliwe kłopoty.

– Jestem na miejscu.

Dobiegli do samochodu. Myrona zaskoczył spokój Grega. Na boisku, gdy rosło napięcie, Greg nakręcał się, pokrzykiwał, szalał. To jednak nie był mecz. „Gdy spadają prawdziwe bomby, nigdy nie wiadomo, jak ktoś się zachowa” – przypomniał sobie Myron słowa ojca.

Zadzwonił telefon. Esperanza podała numer komórki Emily. Myron połączył się z nim. Po sześciu sygnałach odezwała się poczta głosowa. A niech to szlag! Zostawił wiadomość.

– Nie domyślasz się, gdzie może być Jeremy? – spytał Grega.

– Nie.

– A może by zadzwonić do jakiegoś sąsiada? Znajomego?

– Po ślubie zamieszkaliśmy w Ridgewood. Nie znam jej sąsiadów we Franklin Lakes.

Myron mocniej chwycił kierownicę i nacisnął gaz.

– Mam nadzieję, że Jeremy jest bezpieczny – powiedział, próbując w to uwierzyć. – Nie wiem, skąd ten drań zna jego nazwisko. To najpewniej blef.

Greg zadygotał.

– Nic mu nie będzie.

– Chryste, Myron, czytałem te artykuły. Jeżeli ten maniak porwał mojego syna…

– Powinniśmy zawiadomić FBI. Na wszelki wypadek.

– Myślisz, że to dobry pomysł?

– A ty nie?

Myron przyjrzał się Gregowi.

– Wolę zapłacić okup i odzyskać syna. Nie chcę, żeby ktoś to spieprzył.

– Uważam, że powinniśmy ich zawiadomić. Ale decyzja należy do ciebie.

– Musimy uwzględnić jeszcze coś – odparł Greg.

– Co?

– Że ten świr jest naszym dawcą, tak?

– Tak.

– Jeżeli FBI go zabije, to po Jeremym.

– Po kolei. Najpierw odnajdziemy Jeremy’ego. A potem porywacza.

Greg wciąż dygotał.

– Co postanowiłeś, Greg?

– Powinniśmy ich zawiadomić?

– Tak.

Greg wolno skinął głową.

– Dzwoń – powiedział.

Myron zadzwonił do Kimberly Green. Pulsowało mu w głowie, w uszach dudniła krew. Starał się myśleć o Jeremym, o uśmiechu, z jakim otworzył mu drzwi. Pożegnałeś się z chłopcem?

– Federalne Biuro Śledcze – odezwał się głos.

– Tu Myron Bolitar. Dzwonię do Kimberly Green.

– Agentka specjalna Green jest w tej chwili niedostępna.

– Proszę mnie z nią połączyć. Porywacz Siej Ziarno być może porwał kolejną osobę.

Przyszło mu czekać dłużej, niż się spodziewał.

– O co ten cały raban?! – spytała go opryskliwie Kimberly Green.

– Przed chwilą do mnie zadzwonił – odparł.

– Już jedziemy – powiedziała.

Na skrzyżowaniu dróg numer 4 i 17 natknęli się na małe roboty, ale Myron przejechał po trawie, kosząc kilka pomarańczowych pachołków. Przy drodze 208 skręcił i zjechał z niej obok synagogi. Dwie mile dalej skręcili po raz ostatni w ulicę, przy której mieszkała Emily. Ten sam zakręt za nimi wzięły jednocześnie dwa samochody FBI.

– Jest!

Greg wskazał ręką, budząc się nagle z transu. Emily wkładała klucz do zamka. Myron gwałtownie zatrąbił klaksonem. Obejrzała się, zdezorientowana. Zawrócił forda i zahamował z poślizgiem. Wyskoczyli z samochodu, nim znieruchomiał wóz FBI, który właśnie nadjechał.

– Gdzie Jeremy? – spytali jednocześnie.

Emily przechyliła głowę w bok.

– Co? – odkrzyknęła. – Co się dzieje?

– Gdzie on jest, Emily?! – spytał Greg.

– Ze znajomą…

W domu rozdzwonił się telefon. Zamarli. Emily ocknęła się pierwsza. Wbiegła do środka, podniosła słuchawkę i odchrząknęła.

– Halo – powiedziała.

Ze słuchawki dobiegł krzyk Jeremy’ego.

30

Agentów FBI przyjechało sześcioro. Grupą dowodziła Kimberly Green. W milczeniu sprawnie zabrali się do roboty. Myron usiadł na jednej kanapie, Greg na drugiej, a Emily chodziła między nimi. Zapewne było w tym coś symbolicznego, ale Myron nie umiał powiedzieć co. Próbował otrząsnąć się z odrętwienia, doprowadzić do stanu użyteczności.

Telefon był krótki. Po krzyku Jeremy’ego głos wyszeptał: „Zadzwonimy”. I to był koniec rozmowy. Porywacz nie ostrzegł przed kontaktem z policją. Nie polecił przygotować okupu. Nie powiedział, kiedy zadzwoni.

Wszyscy siedzieli, mając w uszach szarpiący nerwy, przeraźliwy krzyk trzynastolatka i wyobrażając sobie, co takiego mogło go wywołać. O to właśnie chodziło temu sukinsynowi. Nie wolno było dać się wciągnąć w jego grę. Myron zamknął oczy i podjął walkę z własną wyobraźnią.

Greg skontaktował się z bankiem. Nie inwestował w ryzykowne przedsięwzięcia, dlatego zachował płynność aktywów. Gdyby zaszła konieczność zapłacenia okupu, był na to przygotowany. Funkcjonariusze FBI, z wyjątkiem Kimberly Green sami mężczyźni, założyli podsłuchy we wszystkich telefonach, włącznie z komórką Myrona. Porozumiewali się przyciszonymi głosami. Myron na razie ich nie naciskał. Ale nie mógł z tym czekać w nieskończoność.

Napotykając jego wzrok, agentka Green przyzwała go gestem. Wstał i przeprosił Grega i Emily. Wciąż zdruzgotani krzykiem Jeremy’ego, nie zwrócili na to uwagi.

– Musimy porozmawiać – oświadczyła Green.

– Ależ proszę. Zacznijmy od tego, co pani odkryła na temat Dennisa Leksa.

– Nie jest pan członkiem rodziny. Mogę pana stąd wyrzucić.

– A pani nie jest we własnym domu – przypomniał. – Co się stało z Dennisem Leksem?

Kimberly Green podparła się pod boki.

– Ślepa uliczka – odparła.

– Jak to?

– Wytropiliśmy go. Nie ma z tym nic wspólnego.

– Skąd wiecie?

– No, wie pan, Myron. Nie jesteśmy głupi.

– Więc gdzie jest Dennis Lex?

– To nieistotne.

– Akurat! Nawet jeśli nie jest porywaczem, pozostaje dawcą szpiku kostnego!

– Nie on. Waszym dawcą jest Davis Taylor.

– Który przedtem nazywał się Dennis Lex.

– Tego nie wiemy.

– Co pani wygaduje? – spytał z grymasem Myron.

– Davis Taylor był pracownikiem koncernu Leksów.

– Słucham?

– Przecież mówię.

– To dlaczego oddał krew na apel ośrodka szpiku kostnego?

– Dyrektor fabryki, w której pracował, miał chorego siostrzeńca. Krew oddali wszyscy zatrudnieni.

Myron skinął głową. Nareszcie coś zaczęło się wyjaśniać.

– Gdyby tego nie zrobił, zwróciłby na siebie uwagę – powiedział.

– Właśnie.

– Macie jego rysopis?

– Pracował w pojedynkę, nie przyjaźnił się z nikim. Zapamiętali go jako brodatego, długowłosego blondyna w okularach.

– To przebranie. Dennis Taylor nazywał się naprawdę Dennis Lex. Co jeszcze?

Kimberly Green uniosła rękę.

– Wystarczy! – postawiła się, chcąc odwrócić sytuację. – Głównym podejrzanym pozostaje Stan Gibbs. O czym rozmawialiście wczoraj wieczorem?

– O Dennisie Leksie. Nie rozumie pani?

– Czego?

– Dennis Lex ma z tym wszystkim związek. Jest albo porywaczem, albo jego pierwszą ofiarą.

– Ani tym, ani tym.

– Więc gdzie się podział?

Machnęła ręką.

– O czym jeszcze rozmawialiście? – spytała.

– O ojcu Stana.

– O Edwinie Gibbsie? – To ją zainteresowało. – A konkretnie?

– O jego zniknięciu przed ośmiu laty. Ale to już wiecie.

Skinęła głową odrobinę zbyt skwapliwie.

– Wiemy – potwierdziła.

– I co się z nim stało?

Zawahała się.

– Uważa pan Dennisa Leksa za pierwszą ofiarę Siej Ziarna? – spytała.

– Myślę, że warto to sprawdzić.

– A według naszej hipotezy pierwszą jego ofiarą mógł być Edwin Gibbs.

Myron skrzywił się z niedowierzaniem.

– Czyżbyście sądzili, że Stan Gibbs porwał własnego ojca?

– Że go zabił. I innych też. Naszym zdaniem, nikt z porwanych nie żyje.

Myron nie przyjął tego do wiadomości.

– Macie jakieś dowody, motyw?

– Czasem jabłko pada niedaleko od jabłoni.

– Ta teza zrobi olbrzymie wrażenie na przysięgłych. Proszę państwa, jabłko pada niedaleko od jabłoni. Nie odwracaj kota ogonem. Fortuna kołem się toczy. – Myron pokręcił głową. – Czy pani słyszy, co pani mówi?

– Owszem, wyrwane z kontekstu brzmią bez sensu. Ale jeśli połączyć fakty… Osiem lat temu Stan usamodzielnia się. Ma dwadzieścia cztery lata, a jego ojciec czterdzieści sześć. Zdaniem wszystkich świadków, nie są w najlepszych stosunkach. I oto nagle Edwin Gibbs znika, a Stan nie zgłasza tego nikomu.

– Bzdury.

– Być może. Ale proszę dodać do tego to, co wiemy. Gibbs jako jedyny publikuje sensację. Popełnia plagiat. Ginie Melina Garston. Plus wszystko to, co powiedział panu wczoraj Eric Ford.

– I tak nie układa się to w logiczną całość.

– W takim razie, gdzie jest teraz Stan Gibbs?

Myron spojrzał na nią bacznie.

– Nie w domu? – spytał.

– Wczoraj wieczorem, po rozmowie z panem, wymknął się nam. Już się to zdarzało. Zwykle znajdujemy go po kilku godzinach. Ale nie tym razem. Raptem zniknął nam z oczu, a Siej Ziarno dziwnym przypadkiem porwał Jeremy’ego Downinga. Jak pan wyjaśni tę zbieżność?

Myronowi zaschło w ustach.

– Szukacie go? – spytał.

– Rozesłaliśmy komunikat policyjny. Ale Gibbs potrafi się kryć. Nie domyśla się pan, dokąd pojechał?

– Nie.

– Nic panu nie powiedział?

– Wspomniał, że być może wyjedzie na kilka dni. I że powinienem mu zaufać.

– Kiepski pomysł. Coś jeszcze?

Myron potrząsnął głową.

– Gdzie jest Dennis Lex? – spróbował znowu. – Widziała się pani z nim?

– Nie musiałam – odrzekła dziwnie monotonnym głosem. – Dennis Lex nie ma z tym nic wspólnego.

– Pani się powtarza. Ale skąd to wiecie?

– Od rodziny – odparła, w końcu ustępując.

– Od Susan i Bronwyna Leksów?

– Tak.

– I co?

– Zapewnili nas o tym.

Myron o mało co się nie cofnął.

– Uwierzyliście im na słowo?

– Tego nie powiedziałam. – Rozejrzała się i westchnęła. – Zresztą to nie moja broszka.

– Słucham?

Spojrzała na niego jak na powietrze.

– Zajął się tym osobiście Eric Ford.

Myron nie wierzył własnym uszom.

– Powiedział mi, że wyjaśnił sprawę – dodała.

– Albo zaciemnił.

Spojrzała mu w oczy.

– Ja nie mam nic do gadania – odparła z naciskiem na słowo „ja” i odeszła.

Myron skorzystał z komórki.

– Wysłów się – powiedział Win.

– Będzie nam potrzebna pomoc. Czy Zorra nadal przyjmuje zlecenia?

– Zadzwonię do niej.

– To może i do Wielkiej Cyndi.

– Masz jakiś plan?

– Nie ma czasu na planowanie.

– O! A więc znowu będziemy niemili.

– Tak.

– Myślałem, że skończyłeś z łamaniem reguł.

– Zrobię to ostatni raz.

– E! Wszyscy tak mówią – odparł Win.

31

Win, Esperanza, Wielka Cyndi i Zorra zebrali się w gabinecie Myrona.

Zorra miała – albo, gwoli poprawności anatomicznej, miał – dziś na sobie żółty sweter z monogramem (literą Z), naszyjnik z dużych białych pereł à la Wilma Flinstone, wełnianą spódnicę w szkocką kratę, białe podkolanówki, na wielkich jak kajaki stopach czerwone szpilki, jakie nosiłaby Dorota w krainie Oz, gdyby była wampem, a na głowie perukę w stylu fryzury młodej Bette Midler albo komiksowej sierotki Annie po zażyciu metadonu.

– Zorra cieszy się na twój widok – przywitał się z uśmiechem Zorra.

– A Myron cieszy się na twój – odparł Myron.

– Tym razem jesteśmy po tej samej stronie.

– Tak.

– Miło.

Zorra, były agent izraelskiego Mossadu, naprawdę nazywał się Szlomo Avrahaim. Nie tak dawno doszło między nimi do bardzo nieprzyjemnego starcia. Myron wciąż nosił na żebrach ślad po ranie – bliznę w kształcie Z od ostrza ukrytego w jego obcasie.

– Dom Leksów jest za dobrze strzeżony – rzekł Win.

– Więc przeprowadzimy plan B – powiedział Myron.

– Już go realizujemy.

– Jesteś uzbrojona? – spytał Myron Zorrę.

– W uzi. – Szlomo wyciągnął spod spódnicy broń. – Zorra lubi uzi.

Myron skinął głową.

– Patriotka z ciebie.

– Mam pytanie – wtrąciła Esperanza.

– Jakie?

– A jeżeli ten gość nie zechce współpracować? – spytała, patrząc Myronowi w oczy.

– Nie czas się tym martwić – odparł.

– To znaczy?

– Ten psychol ma Jeremy’ego. Rozumiesz? Jeremy jest najważniejszy.

Pokręciła głową.

– Nie musisz z nami iść.

– Potrzebujesz mnie – powiedziała.

– Owszem. A Jeremy mnie. – Myron wstał. – Dobra, w drogę.

Esperanza ponownie pokręciła głową, ale dołączyła do nich. Na ulicy ich grupa – okrojona wersja Parszywej Dwunastki – rozdzieliła się. Esperanza i Zorra poszli piechotą, a Win, Myron i Wielka Cyndi skierowali się do garażu trzy przecznice dalej. Win trzymał tam samochód – chevrolet nova. Nie do namierzenia. Miał takich cały tabun. Nazywał te wozy jednorazówkami, traktując je jak papierowe kubki lub podobne rzeczy. Ech, bogacze! Lepiej nie wiedzieć, co z nimi robił.

Win usiadł za kierownicą, Myron obok niego, a Wielka Cyndi – w stylu przywodzącym na myśl puszczony do tyłu film o porodzie – wcisnęła się na tylne siedzenie. Ruszyli.

Kancelaria prawnicza Stokesa, Laytona i Grace’a należała do najbardziej renomowanych nowojorskich firm prawniczych. Wielka Cyndi pozostała w recepcji. Chuda recepcjonistka w szarym kostiumie unikała patrzenia na nią. Za to Wielka Cyndi nie dość, że gapiła się w nią, by ją onieśmielić, to co jakiś czas warczała jak lwica. Bez powodu. Po prostu lubiła.

Sala konferencyjna, do której ich wprowadzono, była taka jak milion analogicznych sal w kancelariach prawniczych na Manhattanie. Bazgrząc esy-floresy na papierze z żółtego bloku, takiego jak milion identycznych bloków w manhattańskich firmach prawniczych, Myron patrzył przez okno na zadufanych, różowiutkich, wygolonych absolwentów Harvardu, wiernych kopii miliona podobnych im osobników z innych manhattańskich dużych kancelarii prawniczych. W jego oczach wszyscy młodzi biali prawnicy wyglądali jednakowo. Dyskryminacja à rebours? Być może.

Z tym że sam był białym absolwentem harvardzkiego wydziału prawa. Hm!

Chase Layton, ze swym dobrze odżywionym obliczem, pulchnymi palcami i gładzią zaczesanej siwizny, wyglądał wypisz wymaluj jak współwłaściciel dużej manhattańskiej firmy prawniczej. Na jednej ręce nosił ślubną obrączkę, na drugiej sygnet z Harvardu. Wtoczywszy się w całej swej krągłej okazałości, ciepło – jak większość bogaczy – przywitał się z Winem, a potem mocno – jak „swój chłop” – uścisnął rękę Myrona.

– Śpieszy nam się – zaznaczył Win.

Chase Layton w jednej chwili wyrzucił szeroki uśmiech za drzwi i przybrał minę jak do boju. Usiedli. Adwokat złożył ręce przed sobą i pochylił się, pokaźnym brzuszkiem napierając na guziki kamizelki.

– Czym mogę służyć, Windsor?

Bogaci zawsze nazywali Wina Windsorem.

– Od dawna zabiega pan o reprezentowanie mojej firmy – rzekł Win.

– No, nie powiedziałbym…

– Przyszedłem, żeby ją panu powierzyć. W zamian za pewną przysługę.

Chase Layton był za sprytny, by natychmiast chapnąć przynętę. Spojrzał na Myrona. Giermka. Może w tej plebejskiej twarzy kryła się podpowiedz, jak rozegrać tę partię. Myron nie zmienił nieprzeniknionej miny. Był w tym coraz lepszy. Pewnie dlatego, że tak dużo czasu spędzał teraz z Winem.

– Musimy się zobaczyć z Susan Lex – ciągnął Win. – Jest pan jej prawnikiem. Chcielibyśmy, żeby pan ją tu bezzwłocznie ściągnął.

– Tutaj?

– Tak – potwierdził Win. – Do kancelarii. Bezzwłocznie.

Chase otworzył usta, zamknął je i znów zbadał wzrokiem twarz jego giermka. Żadnej wskazówki.

– Mówi pan serio, Windsor? – spytał.

– Jeżeli pan to załatwi, zajmie się pan interesami firmy Lock-Horne. Zdaje pan sobie sprawę, ile na tym zarobi?

– Dużo – odparł Chase Layton. – Ale nawet nie jedną trzecią tego, co dostajemy od Leksów.

Win uśmiechnął się.

– Można upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.

– Nie rozumiem.

– To bardzo proste, Chase.

– W jakim celu chce pan się zobaczyć z panią Lex?

– Nie możemy tego zdradzić.

– Rozumiem. – Chase Layton podrapał wymanikiurowanym paznokciem policzek różowy jak szynka. – Pani Lex bardzo sobie ceni prywatność.

– Wiemy.

– Przyjaźnię się z nią.

– Nie wątpię.

– Mógłbym zaaranżować spotkanie.

– To na nic. Muszę się z nią spotkać już.

– Cóż, interesy omawiamy zwykle w jej biurze.

– To na nic. Spotkanie musi odbyć się tu.

Chase poruszył szyją, grając na czas. Próbował znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, sposób na rozegranie tej sprawy.

– Pani Lex jest bardzo zajęta – odparł. – Nie wiedziałbym, co powiedzieć, żeby ją tu ściągnąć.

– Jest pan dobrym adwokatem, Chase. – Win złożył dłonie koniuszkami palców. – Na pewno pan coś wymyśli.

Chase Layton skinął głową i wpatrzył się w manikiur.

– Nie – rzekł wreszcie, wolno unosząc głowę. – Nie sprzedaję moich klientów, Windsor.

– Nawet w zamian za złowienie tak dużej ryby jak Lock-Horne?

– Nawet.

– A nie robi pan tego, żeby zaimponować mi lojalnością i taktem?

Chase uśmiechnął się z taką ulgą, jakby wreszcie zrozumiał żart.

– Skądże. Ja nie piekę dwóch pieczeni przy jednym ogniu – odparł, próbując skwitować to śmiechem, ale Win nie przyłączył się do niego.

– To nie jest próba, Chase. Pan musi ją tu sprowadzić. Pani Lex nie dowie się, że pan mi pomógł.

– Myśli pan, że tylko o to mi chodzi? O to, jak by to wyglądało?

Win nie odpowiedział.

– W takim razie źle mnie pan zrozumiał. Niestety, muszę odmówić.

– Niech pan się zastanowi.

– Nie ma nad czym. – Chase rozsiadł się w fotelu, założył nogę na nogę i poprawił kant spodni. – Chyba nie oczekiwał pan, że się na to zgodzę, Windsor.

– Miałem taką nadzieję.

Chase spojrzał na Myrona, a potem znów na Wina.

– Niestety, nie pomogę panom – oświadczył.

– Ależ pomoże pan – rzekł Win.

– Słucham?

– To tylko kwestia środków potrzebnych, by skłonić pana do współpracy.

Chase zmarszczył czoło.

– Próbuje mnie pan przekupić? – spytał.

– Skądże. To już zrobiłem, proponując prowadzenie naszych interesów.

– W takim razie nie rozumiem…

– Załatwię pana – odezwał się Myron.

Chase Layton spojrzał na niego i uśmiechnął się.

– Słucham? – powtórzył.

Myron wstał. Twarz miał kamienną, pomny nauk Wina o zastraszaniu przeciwników.

– Nie chcę zrobić panu krzywdy – powiedział. – Zadzwoni pan do Susan Lex i ją tu ściągnie. Ale już.

Chase splótł ręce i oparł je na brzuchu.

– Zechce pan wyjaśnić to bliżej…

– Nie.

Myron obszedł stół. Chase Layton nie cofnął się.

– Nie zadzwonię – oświadczył stanowczo. – Windsor, zechce pan poprosić znajomego, żeby usiadł?

Win bezradnie wzruszył ramionami. Myron stanął nad Chase’em i obejrzał się na przyjaciela.

– Może ja to załatwię – zaproponował Win.

Myron potrząsnął głową i wpatrzył się z góry w adwokata.

– Daję panu ostatnią szansę – powiedział.

Chase Layton minę miał spokojną, niemal rozbawioną. Pewnie uznał to za dziwaczny żart, a może był przeświadczony, że Myron się wycofa. Ludzie jego pokroju już tacy byli. Przemoc fizyczna nie wchodziła dla nich w grę. Oczywiście, niewykształcone, ciemne bydlaki z ulicy mogły jej użyć. Mogły walnąć go w głowę, żeby pozbawić portfela. Tak, osobnicy podlejszego rodzaju mogli rozwiązywać problemy za pomocą pięści. Ale żyli oni na całkiem innej planecie, zamieszkanej przez bardziej prymitywne gatunki. W świecie Chase’a Laytona, w świecie wysokich stanowisk, pozycji społecznej i wyszukanych manier, było się nietykalnym. Stosowano groźby. Pozywano do sądu. Obrzucano się obelgami. Knuto za cudzymi plecami. Ale nigdy nie stosowano bezpośredniej przemocy fizycznej.

Dlatego Myron był pewien, że w tej sytuacji blef się nie sprawdzi. Dla ludzi pokroju Laytona blefem było wszystko, co choć trochę pachniało fizycznością. Gdyby zagroził mu pistoletem, Chase Layton najprawdopodobniej nawet by nie drgnął. I słusznie.

Ale scenariusz był inny.

Myron uderzył go mocno dłońmi w uszy.

Oczy adwokata rozszerzyły się jak pewnie nigdy dotąd. Myron zatkał mu usta dłonią, tłumiąc krzyk, drugą zaś przytrzymał mu potylicę i zwalił z fotela na podłogę.

Layton upadł na plecy. Patrząc mu prosto w oczy, Myron dostrzegł na jego policzku łzę i poczuł się podle. Ale myśl o Jeremym pozwoliła mu zachować kamienną twarz.

– Niech pan do niej zadzwoni – powiedział i wolno cofnął rękę.

Chase mocno dyszał. Myron zerknął na Wina, Win potrząsnął głową.

– Pójdzie pan do więzienia! – syknął Layton.

Myron zamknął oczy, zacisnął dłoń w pięść i uderzył go pod żebra, w wątrobę. Twarz prawnika zapadła się. Myron zatkał mu usta dłonią, lecz tym razem Layton nie krzyknął.

Win rozsiadł się w fotelu.

– Dla porządku, Chase – powiedział – jako jedyny świadek tego wydarzenia, przysięgnę w sądzie, że uderzono pana w samoobronie.

Layton całkiem się zagubił.

– Niech pan do niej zadzwoni – powtórzył Myron, starając się, żeby nie zabrzmiało to błagalnie.

Spojrzał na Chase’a Laytona – na wysunięty ze spodni tył koszuli, przekrzywiony krawat, potarganą fryzurę – i zdał sobie sprawę, że dla tego człowieka świat nie będzie już taki sam. Napadnięto go i pobito. Było pewne, że odtąd będzie chodził ostrożniej. Spał odrobinę mniej głęboko. I na zawsze zmieni się jego psychika.

Być może to samo dotyczyło Myrona.

Po kolejnym ciosie z ust prawnika dobyło się ciche „uff!”. Win stanął przy drzwiach. „Zachowaj kamienną twarz” – powtórzył sobie Myron. Wykonywał zadanie. Nic nie mogło go powstrzymać. Ponownie opuścił pięść.

Pięć minut potem Chase Layton zadzwonił do Susan Lex.

32

– Byłoby lepiej, żebym to ja go obił – rzekł Win.

– Byłoby tak samo – odparł Myron, nie zwalniając kroku.

Win wzruszył ramionami. Mieli godzinę. W sali konferencyjnej Chase’a Laytona pozostawili Wielką Cyndi, rzekomo w celu omówienia z nim nowego kontraktu w zawodowym wrestlingu. Kiedy tam weszła w kostiumie Wielkiej Szefowej na dwumetrowym, stuczterdziestokilogramowym ciele, adwokat ledwo na nią spojrzał. Ból po ciosach Myrona z pewnością już słabł. Layton wyglądał na poturbowanego, lecz nie doznał poważnego szwanku.

Esperanza zajęła pozycję w holu na dole. Myron i Win spotkali się z Zorrą dwa piętra niżej, na szóstym. Po rekonesansie Zorra uznała szóste za najspokojniejsze i najłatwiejsze do kontroli. Pomieszczenia biurowe na północnej ścianie były puste, jedyne wejście i wyjście po stronie zachodniej. Esperanza, Zorra i Win utrzymywali z sobą stały kontakt za pośrednictwem komórek. W ciągu dwudziestu minut od zajęcia przez Myrona i Wina stanowisk winda zatrzymała się na ich piętrze tylko dwa razy. Doskonale. W obu przypadkach udali zajętych rozmową, którzy czekają na windę jadącą w przeciwnym kierunku. Prawdziwi tajni komandosi.

Myron żywił ogromną nadzieję, że gdy przystąpią do dzieła, nie pojawi się nikt postronny. Co prawda było pewne, że Zorra ich ostrzeże, ale po rozpoczęciu akcji nie mogli jej zatrzymać. Musieliby się uciec do wykrętów, że, na przykład, przeprowadzają ćwiczenia, lecz mocno powątpiewał, czy zdobędzie się dziś na pobicie kolejnych niewinnych osób. Zamknął oczy. Nie było odwrotu. Sprawy zaszły za daleko.

– Znowu się zastanawiasz, czy cel uświęca środki? – zagadnął z uśmiechem Win.

– Nie zastanawiam się.

– Nie?

– Wiem, że nie uświęca.

– A jednak?

– Nie jestem w nastroju do analizowania własnych uczuć.

– Szkoda, bo jesteś w tym bardzo dobry.

– Dziękuję.

– Znam cię doskonale. Zachowasz to na później, kiedy znajdziesz więcej czasu. Zazgrzytasz zębami nad tym, co zrobiłeś, zawstydzisz się, dopadną cię wyrzuty sumienia i poczucie winy, lecz zarazem będziesz dziwnie dumny, że nie ja odwaliłem za ciebie brudną robotę. Na koniec solennie obiecasz sobie, że więcej się to nie powtórzy. I pewnie się nie powtórzy… a w każdym razie do chwili, gdy stawka znów będzie tak duża.

– A więc jestem hipokrytą – odparł Myron. – Zadowolony?

– Ja nie o tym.

– A o czym?

– Nie jesteś hipokrytą. Mierzysz bardzo wysoko. To, że twoje strzały nie zawsze sięgają celu, nie czyni z ciebie obłudnika.

– Z czego wniosek, że cele nie uświęcają środków. Najwyżej czasami.

Win rozłożył ręce.

– A widzisz? Zaoszczędziłem ci wielu godzin grzebania w duszy. Może powinienem rozważyć, czy nie napisać podręcznika w stylu „Jak najlepiej gospodarować własnym czasem”.

– Są – dobiegł przez komórkę głos Esperanzy.

Win przyłożył telefon do ucha.

– Ile osób? – spytał.

– Wchodzą trzy. Susan Lex. Granitowy gość, o którym tyle mówi Myron. I ochroniarz. Dwóch zostaje na zewnątrz.

– Zorra – powiedział Win do słuchawki. – Miej oko na tych dwóch dżentelmenów.

– A gdyby się ruszyli?

– To ich powstrzymaj.

– Z przyjemnością.

Zorra zachichotała. Win uśmiechnął się. Witamy w telefonie zaufania dla psycholi. Tylko 3,99 $ za minutę. Pierwsza rozmowa za friko.

Zaczekali. Minęły dwie minuty.

– Środkowa winda – poinformowała Esperanza. – Wsiedli wszyscy troje.

– Ktoś z nimi jedzie?

– Nie… zaraz. Cholera, wsiadają dwaj biznesmeni.

Myron zamknął oczy i zaklął.

– Zadanie dla ciebie – powiedział Win.

Myronowi strach ścisnął serce. Windą wjeżdżali niewinni ludzie. Świadkowie. Przemoc była nieunikniona.

– Tak? – spytał.

– Chwileczkę – odezwała się Esperanza. – Granitowy zagrodził im drogę. Chyba kazał im zaczekać na drugą windę.

– Ochrona tip-top – rzekł Win. – Dobrze, że nie mamy do czynienia z amatorami.

– W porządku. W środku tylko troje – poinformowała Esperanza.

Myronowi wyraźnie ulżyło.

– Winda się zamyka… już.

Myron nacisnął guzik „góra”. Win wyjął czterdziestkęczwórkę. Myron wyciągnął glocka. Straszny ciężar pistoletu, który trzymał przy udzie, pokrzepiał. Czekali. Myron nie spuszczał z oka korytarza. Nikogo. Liczył, że szczęście ich nie opuści. Puls mu przyśpieszył. Zaschło w ustach. Nagle zrobiło się cieplej.

Światełko nad środkową windą zadzwoniło. Win, znów w swoim żywiole, z miną bliską błogostanu poruszył brwiami i powiedział:

– Akcja!

Myron napiął mięśnie, lekko się pochylił. Szum windy ucichł i po chwili drzwi zaczęły się rozsuwać. Win nie czekał. Zanim otwarły się na szerokość stopy, już był w środku i wbijał rewolwer w ucho Granitowego. Myron zrobił to samo z drugim ochroniarzem.

– Kłopoty z miodem w uszach, Grover? – spytał Win głosem aktora z telewizyjnej reklamy. – Smith-wesson to załatwi!

Susan Lex już otwierała usta, ale uciszył ją przyłożeniem palca do warg i łagodnym „ciii”, a potem obszukał i rozbroił szefa jej ochrony. Myron zajął się drugim gorylem.

– Ależ proszę, bardzo proszę – zachęcił Win Grovera, odbijając jego ostre jak sztylet spojrzenie – niech pan zrobi gwałtowny ruch.

Granitowy ani drgnął.

Win cofnął się. Myron przytrzymał nogą zamykające się drzwi windy i wymierzył glocka w Susan Lex.

– Pani pójdzie ze mną – powiedział.

– A może przedtem mi oddasz? – zagadnął Grover.

Myron wpatrzył się w niego.

– Śmiało. – Grover rozłożył ręce. – Uderz mnie w brzuch. No dalej, walnij mnie z całej siły.

– Pardon moi – wtrącił Win. – Czy pańskie zaproszenie obejmuje moją osobę?

Grover spojrzał na niego jak na smakowitą tartinkę.

– Słyszałem, że jest pan niezły – odparł.

– „Niezły”. – Win przeniósł wzrok na Myrona. – Monsieur Grover słyszał, że jestem „niezły”.

– Win – ostrzegł Myron.

Cios kolanem w krocze był tak silny, że wbił Granitowemu jądra aż do żołądka. Ochroniarz złożył się bezgłośnie jak kiepska „ręka” w partii pokera.

– Zaraz, powiedział pan: „w brzuch”? – spytał Win, marszcząc brwi. – Muszę popracować nad celnością. Być może ma pan rację. Może istotnie jestem tylko „niezły”.

Win kopnął go w głowę podbiciem stopy. Klęczący z dłońmi wciśniętymi między nogi Grover przewrócił się jak kręgiel. Drugi ochroniarz uniósł pod spojrzeniem Wina ręce i prędko wycofał się do kąta.

– Przekaże pan kolegom, że jestem „niezły”? – spytał Win.

Ochroniarz skinął głową.

– Wystarczy – rzekł Myron.

– Melduj, Zorra – powiedział Win do komórki.

– Stoją jak słupy, przystojniaku.

– W takim razie wjedź na górę. Pomożesz sprzątnąć.

– Sprzątnąć?! Zorra leci, pędzi.

Win zaśmiał się.

– Wystarczy – powtórzył Myron. Nie dostał odpowiedzi, ale na nią nie liczył. – Idziemy.

Wziął pod rękę Susan Lex i wyciągnął ją na klatkę schodową. Zobaczył, że z dołu nadbiega w podskokach Zorra. W szpilkach! Musiał zostawić dwóch nieuzbrojonych ludzi na pastwę jego i Wina. Zgroza. Ale nie miał wyboru.

– Musi mi pani pomóc – zwrócił się do Susan Lex, mocno trzymając ją za łokieć.

Spojrzała na niego hardo, z dumnie uniesioną głową.

– Przyrzekam, że wszystko zostanie między nami – ciągnął. – Nie mam interesu w szkodzeniu pani i pani rodzinie. Ale zawiezie mnie pani do Dennisa.

– A jeżeli odmówię?

Myron spojrzał na nią wymownie.

– Zrobi mi pan krzywdę? – spytała.

– Dopiero co pobiłem niewinnego człowieka.

– Kobietę też pan pobije?

– Nie chciałbym być oskarżony o seksizm.

Choć nie zmieniła wyzywającej miny, to w przeciwieństwie do Chase’a Laytona wiedziała, na czym świat stoi.

– Zdaje pan sobie sprawę, jaką władzą dysponuję.

– Tak.

– A więc wie pan, co pana czeka po wszystkim?

– Nie dbam o to. Porwano trzynastoletniego chłopca.

Niemal się uśmiechnęła.

– A powiedział pan, że wymaga on przeszczepu szpiku kostnego.

– Nie mam czasu na tłumaczenia.

– Mój brat nie ma z tym nic wspólnego.

– Słyszę to od początku.

– Bo to prawda.

– Więc proszę o dowody.

W rysach Susan Lex zaszła zmiana, jej napięta twarz rozluźniła się i zagościł na niej dziwny spokój.

– Dobrze. Jedźmy – powiedziała.

33

Kierując się jej wskazówkami, dojechał FDR Drive do Harlem River Drive i skierował ponownie na północ autostradą nr 684. Gdy znaleźli się w Connecticut, na drogach zrobiło się znacznie spokojniej. Lasy zgęstniały. Zabudowa się przerzedziła. Ruch zmalał niemal do zera.

– Dojeżdżamy – oznajmiła Susan Lex. – Chcę poznać prawdę.

– Mówię prawdę.

– No dobrze… Ale jak pan zamierza się z tego wykręcić?

– Z czego?

– Zabije mnie pan?

– Nie.

– Przecież pana dopadnę. W najlepszym razie podam do sądu.

– Już powiedziałem: nie dbam o to. Ale mam coś w zanadrzu.

– Tak?

– Ocali mnie Dennis.

– Jakim cudem?

– Jeżeli jest porywaczem Siej Ziarno…

– Nie jest.

– …albo ma z nim coś wspólnego, to porwanie pani wyda się przy tym błahostką.

– A jeżeli nim nie jest?

Myron wzruszył ramionami.

– To przynajmniej dowiem się, co chce pani ukryć przed światem. Zawrzyjmy umowę. Ja nie powiem, co zobaczyłem, a pani zostawi mnie w spokoju.

– Mogę też pana zabić.

– Nie wierzę w to.

– Nie?

– Pani nie jest zabójczynią. Zresztą byłoby z tym za dużo zachodu. Pozostawiłbym dowody. Chroni mnie Win. W sumie skórka za wyprawkę.

– Zobaczymy – odparła Susan Lex, ale nie sztywno. – Proszę skręcić tam.

Wskazała w lewo na gruntową drogę, która wyrosła jak spod ziemi. Pięćdziesiąt metrów dalej była portiernia. Kiedy Myron zatrzymał się przy niej, Susan Lex pochyliła się i uśmiechnęła do strażnika. Dał znak, żeby wjechali za bramę. Nie było tu żadnych napisów, żadnych znaków, nic. Sceneria przywodziła na myśl obóz wojskowy.

Za bramą gruntowa droga zmieniała się w brukowaną. Nowy czarno-szary bruk wyglądał jak po ulewie. Po obu stronach tłoczyły się jak gapie na defiladzie drzewa. Kiedy droga się zwęziła, a drzewa zbliżyły do siebie, Myron skręcił w lewo i przejechał przez bramę z kutego żelaza strzeżoną przez dwa kamienne sokoły.

– Gdzie jesteśmy? – spytał.

Susan Lex nie odpowiedziała.

Dwór zdawał się rozpychać zieleń, torując sobie drogę łokciami. Jego biała klasyczna fasada w stylu georgiańskim była nadmiernie okazała. Neoklasyczne okna, pilastry, frymuśne przyczółki, rzeźbione balkony, ceglane naroża i mury z prawdziwego kamienia zdobiły zielone wici bluszczu. A w samym środku idealnie symetrycznej budowli znajdowały się wielkie dwuskrzydłe drzwi.

– Niech pan wjedzie na tamten parking.

Myron podążył wzrokiem za palcem towarzyszki. Na brukowanym parkingu stało ze dwadzieścia samochodów różnych marek. BMW, dwie hondy accord, trzy mercedesy różnych typów, fordy, terenówka i jeden czterodrzwiowy wóz rodzinny. Typowa amerykańska mieszanka. Jeszcze raz spojrzał na za duży dwór i dostrzegł rampy. Było ich sporo. Przyjrzał się pojazdom. Tablice rejestracyjne kilku wskazywały, że są to wozy lekarzy.

– Szpital – powiedział.

Susan Lex uśmiechnęła się.

– Chodźmy.

Poszli ścieżką wybrukowaną cegłami. Na klombach pracowali na kolanach ogrodnicy w rękawicach. Z naprzeciwka nadeszła kobieta. Uśmiechnęła się uprzejmie, ale nic nie powiedziała. Przez łukowate drzwi weszli do piętrowego holu. Siedząca przy biurku kobieta wstała, lekko zmieszana.

– Nie spodziewaliśmy się pani wizyty – usprawiedliwiła się.

– Nic nie szkodzi.

– Nie zabezpieczyliśmy kliniki.

– Nie szkodzi.

– Tak, proszę pani.

Susan Lex, nie zwalniając kroku, weszła na wielkie schody po lewej. Trzymała się środka, nie dotykała poręczy. Myron podążył za nią.

– O jakim zabezpieczeniu mówiła recepcjonistka? – spytał.

– Na mój przyjazd opróżniają korytarze i nie ma na nich nikogo.

– By dochować tajemnicy?

– Tak – odparła z marszu. – Jak pewnie pan spostrzegł, nie wymieniła mojego nazwiska. Przestrzegają dyskrecji.

Na ostatnim piętrze Susan Lex skręciła w lewo. Ściany pustego korytarza pokrywała tapeta tłoczona w klasyczny kwiecisty wzór. Nie było stolików, krzeseł, obrazów w ramach, orientalnych chodników. Minęli z tuzin pokojów. Drzwi były otwarte tylko w dwóch. Bardzo szerokie, jak w szpitalu dziecięcym, który odwiedził. Na wózki, nosze i podobne.

Na końcu korytarza Susan Lex zatrzymała się, wzięła głęboki oddech i spojrzała na Myrona.

– Gotów pan?

Skinął głową.

Otworzyła drzwi i weszła. Myron za nią. W pokoju dominowało ogromne zabytkowe łoże z baldachimem, w stylu mebli z rezydencji Jeffersona Monticello. Ściany w kolorze ciepłej zieleni miały drewniane wykończenie. Na soczyście szkarłatnym perskim dywanie stała wiktoriańska kanapa barwy burgunda, z sufitu zwieszał się mały kryształowy kandelabr, a z głośników dobywał odrobinę za głośno nastawiony koncert skrzypcowy Mozarta. W kącie siedziała kobieta, która czytała książkę. Także ona, widząc, kto wszedł, zerwała się na równe nogi.

– W porządku – powiedziała Susan Lex. – Może nas pani na chwilę opuścić?

– Tak, proszę pani. Gdyby pani czegoś sobie życzyła…

– Zadzwonię, dziękuję.

Kobieta wykonała ni to dyg, ni skłon i pośpiesznie wyszła. Myron spojrzał na mężczyznę na łożu. Podobieństwo do obrazu stworzonego w komputerze było niesamowite, prawie doskonałe. Nawet martwe oczy wyglądały tak samo. Podszedł bliżej. Dennis Lex powiódł za nim oczami, martwymi i pustymi jak okna domu, w którym nikt nie mieszka.

– Panie Lex?

Dennis Lex tylko na niego patrzył.

– Nie mówi – wyjaśniła Susan Lex.

Myron obrócił się w jej stronę.

– Nie rozumiem – powiedział.

– Miał pan rację. To szpital. Coś w rodzaju szpitala. W innych czasach nazwano by go pewnie prywatnym sanatorium.

– Pani brat jest tu długo?

– Od trzydziestu lat – odparła. Podeszła do łóżka i po raz pierwszy spojrzała na brata. – W takich właśnie miejscach, panie Bolitar, bogaci ukrywają przykre tajemnice. – Pogłaskała policzek leżącego. Dennis Lex nie zareagował. – Jesteśmy zbyt kulturalni, żeby nie zapewnić naszym bliskim najlepszej opieki. Bardzo to humanitarne i praktyczne, nieprawdaż?

Myron czekał na dalszy ciąg. Susan Lex wciąż głaskała policzek brata. Nie udało mu się zobaczyć jej twarzy, bo głowę miała odwróconą i opuszczoną.

– Jak tutaj trafił? – spytał.

– Postrzeliłam go.

Myron otworzył usta, zamknął je i szybko policzył.

– Ależ pani była wtedy dzieckiem – powiedział.

– Miałam czternaście lat. Bronwyn sześć. – Przestała gładzić policzek brata. – Banalna historia. Słyszał ją pan tysiąc razy. Bawiliśmy się naładowaną bronią. Bronwyn chciał ją potrzymać, odmówiłam, sięgnął po nią i wypaliła. – Powiedziała to jednym tchem, wpatrując się w Dennisa i znów gładząc jego policzek. – Oto rezultat.

Myron spojrzał w nieruchome oczy leżącego.

– Od tamtej pory przebywa tutaj?

Skinęła głową.

– Jakiś czas czekałam na jego śmierć w przekonaniu, że uznają mnie za morderczynię.

– Była pani dzieckiem. To był wypadek.

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.

– Dziękuję, wiele dla mnie znaczy, że właśnie pan to mówi.

Myron nic nie powiedział.

– Nieważne. Tata się z tym uporał. Załatwił bratu najlepszą opiekę. Był bardzo skrytą osobą. Broń należała do niego. Zostawił ją w miejscu dostępnym dla dzieci. Jego sława i majątek rosły. W owym czasie przejawiał ambicje polityczne. Krótko mówiąc, chciał się pozbyć problemu.

– I pozbył się.

Pokiwała głową.

– Tak.

– A co z pani matką?

– O co pan pyta?

– Jak na to zareagowała?

– Matka nie cierpiała rzeczy przykrych, panie Bolitar. Po tym wypadku nie zobaczyła więcej syna.

Dennis Lex wydał z siebie dźwięk, gardłowy chrobot, niepodobny do ludzkiego głosu. Susan uciszyła go delikatnie.

– Czy pani i Bronwynowi udzielono pomocy? – spytał Myron.

Uniosła brew.

– Pomocy?

– Czy ktoś się wami zajął? Pomógł dojść do siebie?

Susan Lex zrobiła minę.

– Niech pan nie żartuje – powiedziała.

Myron stał z wirującą pustką w głowie.

– A więc poznał pan prawdę, panie Bolitar.

– Tak sądzę.

– To znaczy?

– Ciekaw jestem, po co mi to pani powiedziała. Wystarczyło pokazać mi brata.

– Bo pan nic nie powie.

– Skąd ta pewność?

Uśmiechnęła się.

– Kto postrzelił własnego brata, ten z łatwością zastrzeli obcego.

– Sama pani w to nie wierzy.

– Na to wygląda. – Susan Lex stanęła twarzą do niego. – Rzecz w tym, że niewiele może pan powiedzieć. Sam pan stwierdził, że oboje mamy powody do milczenia. Aresztują pana za porwanie i Bóg wie co jeszcze. A dowodów mojego przestępstwa, jeśli w ogóle je popełniłam, nie ma. Jest pan w gorszej sytuacji niż ja.

Myronowi wciąż wirowało w głowie. Jej historia mogła być prawdziwa albo opowiedziała mu ją, żeby wzbudzić współczucie, zapobiec szkodom. Tak czy siak, wyczuwał w jej słowach prawdę. Może powody jej szczerości były prostsze. Może po tylu latach zapragnęła komuś się zwierzyć. Nieważne. Niczego nie osiągnął. Szukając Dennisa Leksa, zabrnął w ślepą uliczkę.

Wyjrzał przez okno. Słońce zaczęło się chylić ku zachodowi. Sprawdził godzinę. Jeremy’ego nie było od pięciu godzin – pięciu godzin spędzonych z szaleńcem – a jego najlepszym i jedynym tropem był człowiek z uszkodzonym mózgiem, leżący w szpitalnym pokoju.

Wciąż mocno świecące słońce kąpało rozległy ogród w bieli. Patrząc na labirynt z krzewów, Myron dostrzegł przy fontannie grupę pacjentów w wózkach. Nogi mieli przykryte pledami. Błogi widok. Promienie odbijały się od wody w sadzawce z posągiem pośrodku…

Zaraz… Posąg!

Poczuł, jak krew w jego żyłach zmienia się w kryształki. Przysłonił oczy dłonią i, mrużąc je, spojrzał jeszcze raz.

– Chryste! – powiedział.

A potem puścił się biegiem do schodów.

34

Kimberly Green zadzwoniła na jego komórkę w chwili, kiedy helikopter Susan Lex zaczął opuszczać się na szpitalne lądowisko.

– Złapaliśmy Stana Gibbsa – poinformowała. – Ale chłopca z nim nie było.

– Bo to nie on jest porywaczem.

– Czyżby wiedział pan o czymś, o czym nie wiem?

Myron zignorował pytanie.

– Czy Stan coś wam powiedział? – spytał.

– Nie. Zażądał wezwania adwokata. Oświadczył, że będzie rozmawiał tylko z panem. Z panem, Myron! Dlaczego mnie to specjalnie nie dziwi?

Nawet gdyby jej odpowiedział, to odpowiedź i tak zagłuszyłby huk wirnika. Cofnął się kilka kroków. Helikopter usiadł. Pilot wystawił głowę z kabiny i przywołał go gestem.

– Właśnie wylatuję – krzyknął Myron do słuchawki. Wyłączył komórkę i obrócił się twarzą do Susan Lex. – Dziękuję.

Skinęła głową.

Schylił się i podbiegł do helikoptera. Kiedy wzbili się w powietrze, spojrzał w dół. Susan Lex stała z zadartą głową, wpatrując się w niego. Pomachał jej. A ona jemu.

Stana Gibbsa nie zamknięto w celi, bo nie mieli powodu go zatrzymać. Siedział w poczekalni, wpatrywał się w stół, a mówiła za niego adwokatka, Clara Steinberg. Myron znał ją od niepamiętnych czasów i choć nie był z nią spokrewniony, od najmłodszych lat nazywał ją ciotką Clarą. Ciotka Clara i wujek Sidney byli najbliższymi znajomymi jego rodziców. Tata chodził z Clarą do podstawówki. Mama dzieliła z nią pokój na studiach prawniczych. Notabene, to właśnie ciotka Clara umówiła jego mamę i tatę na pierwszą randkę. Lubiła przypominać Myronowi, mrugając okiem, że „gdyby nie twoja ciotka Clara, nie byłoby cię na świecie”. Po czym mrugała drugi raz. Wzór subtelności. Podczas wakacji zawsze szczypała go w policzki z podziwu dla jego panim.

– Ustalmy zasady gry, bube – powiedziała.

Za duże okulary tak powiększały jej oczy, że wyglądała jak wielka mrówka. Gdy podniosła wzrok na Myrona, wydało mu się, że wielkimi oczami rejestruje wszystko jak kamera. Z siwymi włosami, w białej bluzce, szarej kamizelce, szarej spódnicy, chusteczce zawiązanej na szyi i z perłowymi łezkami w uszach wyglądała jak Barbara Bush – z żydowskiego sztetla.

– Po pierwsze, jestem adwokatką pana Gibbsa w tej sprawie. Zażądałam od policji, żeby nas nie podsłuchiwała. Dla pewności cztery razy zmieniłam pokoje. Ale nie ufam im. Biorą twoją ciotkę Clarę za starą idiotkę. Myślą, że wdamy się tu w pogawędkę.

– Nie wdamy?

– Nie. – Niewiele zostało w niej z cioteczki szczypiącej w policzek. Miała minę zawodniczki szykującej się do gry. – Najpierw wstaniemy. Rozumiesz?

– Wstaniemy – powtórzył Myron.

– Tak jest. Potem wyprowadzę stąd ciebie i Stana i przejdziecie na drugą stronę ulicy. A ja zatrzymam po tej wszystkich przyjemniaków z FBI. Zrobimy to szybko, migiem, żeby nie zdążyli zorganizować podsłuchu. Rozumiesz?

Myron skinął głową. Gibbs wpatrywał się w blat.

– Dobra, no, to uzgodnione.

Ciotka Clara zapukała do drzwi. Otworzyła je Kimberly Green. Clara, Myron i Gibbs minęli ją bez słowa. Green pośpieszyła za nimi.

– Dokąd się pani wybiera? – spytała.

– Zmieniłam plany, laluniu.

– Nie może pani.

– Ależ mogę. Jestem miłą staruszką.

– Dla mnie może pani być nawet królową matką. Nigdzie pani nie pójdzie.

– Masz męża, słonko?

– Słucham?

– To się o niego postaraj i wypróbuj na nim ten tekst. Mój klient żąda rozmowy na osobności.

– Przyrzekliśmy, że…

– Sza, mówi pani, a powinna słuchać. Mój klient żąda rozmowy na osobności. Dlatego przespaceruje się z panem Bolitarem. A my będziemy obserwować ich z pewnej odległości. I nie podsłuchiwać.

– Powiedziałam już pani…

– Sza, zawraca pani głowę.

Ciotka Clara przewróciła oczami, nie zwalniając kroku. Gdy dotarli do drzwi, wskazała przystanek autobusowy po drugiej stronie ulicy.

– Usiądźcie tam. Na ławce – powiedziała i ścisnęła łokieć Myrona. – Przejdźcie na skrzyżowaniu. Zaczekajcie na światło.

Gibbs i Myron poszli na róg i zaczekali na światło. Clara wzięła za ręce gotujących się z wściekłości Kimberly Green i jej kolegów i odprowadziła ich do drzwi budynku FBI. Stan i Myron usiedli na ławce. Gibbs patrzył na przejeżdżający autobus takim wzrokiem, jakby wiózł on tajemnicę życia.

– Nie mamy czasu na podziwianie widoków, Stan – rzekł Myron.

Gibbs pochylił się, opierając łokcie na kolanach.

– Trudno mi o tym mówić – odparł.

– Wiem, że porywaczem Siej Ziarno jest pański ojciec. Czy to ułatwi sprawę?

Gibbs schował głowę w dłoniach.

– Stan?

– Jak pan się dowiedział?

– Za pośrednictwem Dennisa Leksa. Odnalazłem go w prywatnym domu opieki w Connecticut. Jest tam od trzydziestu lat. Ale pan o tym wie.

Gibbs milczał.

– Na tyłach tego domu jest duży ogród. A w nim posąg Diany Łowczyni. Ma pan u siebie zdjęcie, na którym stoi pan przed tym posągiem z ojcem. Pacjentem tego sanatorium. Nie musi pan potwierdzać ani zaprzeczać. Susan Lex ma tam wpływy. Wiemy od dyrektora, że Edwin Gibbs spędził z przerwami w tym domu piętnaście lat. Reszta jest oczywista. Pański ojciec przebywał tam długo. Mimo ostrych środków bezpieczeństwa, bez trudu mógł poznać nazwiska innych pensjonariuszy. Dowiedział się o Dennisie Leksie i ukradł jego tożsamość. Muszę przyznać, że łebsko się spisał. Kiedyś zdobyć fałszywą tożsamość było w miarę łatwo. Szło się na cmentarz, znajdowało kogoś, kto zmarł w dzieciństwie, występowało o ubezpieczenie społeczne i gotowe. Ale to się skończyło. Komputery zlikwidowały tę dziurę w prawie. Obecnie, gdy człowiek umiera, wraz z nim umiera numer jego ubezpieczenia. Ale pański ojciec przywłaszczył sobie tożsamość kogoś, kto żyje, lecz z niej nie korzysta, skazany na dożywotnią wegetację. Innymi słowy, posłużył się tożsamością osoby żyjącej, która nie ma samodzielnego życia. W dodatku dla lepszego kamuflażu zmienił nazwisko. Dennis Lex stał się Davisem Taylorem. Kimś nie do wytropienia.

– Pan go jednak wytropił.

– Miałem szczęście.

– Proszę mówić. Co panu jeszcze wiadomo?

– Nie mamy na to czasu, Stan.

– Pan czegoś nie pojmuje.

– Czego?

– Skoro mówi to pan, skoro sam pan doszedł do prawdy, to znika problem zdrady. Rozumie pan?

Nie było czasu na dyskusje. Myron chyba zrozumiał.

– Zacznijmy od pytania, na które odpowiedź chciałby znać każdy reporter: dlaczego pan? Dlaczego to właśnie pana wybrał porywacz Siej Ziarno? Odpowiedź: dlatego że był pańskim ojcem. Miał pewność, że pan go nie wyda. Może po cichu liczył pan, że ktoś się w tym połapie. Nie wiem. Nie wiem też, kto kogo odszukał: on pana czy pan jego.

– On mnie – odparł Gibbs. – Zaznaczył, że zwraca się do mnie jako do reportera, a nie syna.

– Jasne, podwójne zabezpieczenie. Szachuje pana tym, że nie wyda pan własnego ojca, a zarazem dostarcza etycznej podstawy do zachowania milczenia. Kochana Pierwsza Poprawka. Nie może pan zdradzić źródeł informacji. Zapewnia panu zgrabne wyjście, nie sprzeniewierzając się etyce zawodowej, pozostaje pan dobrym synem.

– Sam pan widzi, że nie miałem wyboru.

– Tak bardzo bym sobie nie pobłażał. Nie był pan całkiem bezinteresowny. Niepoślednią rolę odegrała ambicja, z której był pan znany. Zdobył pan rozgłos. Trafił się panu niesamowity temat, z tych, które wynoszą autorów na szczyty. Wystąpił pan w telewizji, dostał własny program w kablówce, dużą podwyżkę, posypały się zaproszenia na eleganckie przyjęcia. Nie powie mi pan, że mu na tym nie zależało.

– To nie był motyw działania, tylko skutki uboczne.

– Niech panu będzie.

– Ale ma pan rację: nie mogłem go wydać, nawet gdybym chciał. W grę wchodziła konstytucja. Nawet gdyby nie był moim ojcem, to moim obowiązkiem…

– Niech pan to zachowa dla swojego duszpasterza. Gdzie jest pana ojciec?

Gibbs nie odpowiedział. Myron przyjrzał się zatłoczonej ulicy. Poszły w ruch klaksony. Na drugim brzegu rzeki samochodów zobaczył Kimberly Green, a obok Grega Downinga.

– Tamten mężczyzna – wskazał brodą Grega – to ojciec porwanego chłopca.

Stan Gibbs spojrzał, ale nie zmienił miny.

– Dość chowania się za konstytucję, Stan. Ważniejsze jest życie dziecka.

– Chodzi też o mojego ojca.

– Który porwał trzynastolatka!

Gibbs podniósł wzrok.

– A pan co by zrobił?

– Z czym?

– Wydałby pan własnego ojca? Bez wahania?

– Gdyby porywał dzieci? Oczywiście.

– Myśli pan, że to łatwe?

– A kto mówi, że łatwe?

Stan Gibbs znowu skrył twarz w dłoniach.

– Jest chory i potrzebuje pomocy – powiedział.

– Tak jak i ten niewinny chłopiec.

– I co z tego?

Myron spojrzał na niego bacznie.

– Może to zabrzmi bezdusznie, ale ja nie znam tego chłopca. Nie jestem z nim związany. Za to ze swoim ojcem tak. I to się tutaj liczy. Dowiaduje się pan, powiedzmy, o katastrofie samolotu, w której zginęło dwieście osób. I co pan robi? Wzdycha i żyje dalej, dziękując Bogu, że nie leciał nim nikt z pana bliskich. Prawda?

– Do czego pan zmierza?

– A dzieje się tak dlatego, bo nie zna pan pasażerów tego samolotu. Podobnie jak ja tego chłopca. Nie przejmujemy się osobami, których nie znamy. Po prostu się dla nas nie liczą.

– Proszę mówić za siebie.

– Jest pan w bliskich stosunkach z ojcem?

– Tak.

– Więc niech mi pan odpowie, najszczerzej jak potrafi, czy poświęciłby pan jego życie, żeby ocalić tych dwustu? Proszę się zastanowić. Gdyby zstąpił do pana Bóg i powiedział: „Dobrze, ten samolot się nie rozbije. Wszyscy ci ludzie dolecą bezpiecznie. Ale zamiast nich umrze twój ojciec”. Zgodziłby się pan na taką wymianę?

– Nie będę się bawił w Boga.

– A żąda pan tego ode mnie. Jeżeli wydam ojca, zabiją go. Wstrzykną mu śmiertelny zastrzyk. Czyż to nie jest wchodzenie w rolę Boga? Dlatego pytam pana. Czy wymieniłby pan życie tych dwustu na życie pańskiego ojca?

– Nie mamy czasu…

– Wymieniłby pan?

– Owszem, Stan, wymieniłbym, gdyby to mój ojciec zestrzelił ten samolot.

– A gdyby był bez winy? Gdyby był chory albo obłąkany?

– Stan, nie mamy czasu.

Twarz Gibbsa jakby zwiotczała. Zamknął oczy.

– Porwano chłopca – dodał Myron. – Nie możemy dopuścić, żeby zginął.

– A jeżeli już nie żyje?

– Tego nie wiem.

– Wtedy zechce pan zabić mojego ojca.

– Nie przyłożę do tego ręki.

Gibbs wziął głęboki oddech i spojrzał na Grega Downinga. Greg przeszył go wzrokiem.

– Dobrze. Ale pojedziemy sami.

– Sami?

– Tylko pan i ja.

– Czy pani oszalała?! – spytała z wściekłością Kimberly Green.

Znów siedzieli w środku, przy stole z laminatu: Kimberly Green, Rick Peck i dwóch anonimowych agentów federalnych w identycznych zgarbionych pozach, Clara Steinberg z klientem, a Greg obok Myrona. Porwanie Jeremy’ego wyssało z jego twarzy całą krew. Skórę na rękach miał dziwnie wysuszoną i pomarszczoną, a oczy nienaturalnie nieruchome. Myron dotknął jego ramienia. Greg nie zareagował.

– Chce pani, żeby mój klient z wami współpracował? – spytała Clara.

– Mam wypuścić głównego podejrzanego?

– Nie ucieknę – zapewnił Gibbs.

– A kto mi to zagwarantuje?! – odparła Kimberly.

– Inaczej się nie uda – rzekł błagalnie. – Jeżeli wpadniecie tam, waląc z pistoletów, komuś stanie się krzywda.

– Jesteśmy zawodowcami! – oburzyła się. – Nie wpadamy, waląc z pistoletów!

– Mój ojciec jest niezrównoważony. Jeżeli zobaczy taką chmarę policjantów, ręczę, że poleje się krew.

– Wcale nie musi. To zależy od niego.

– Otóż to. Nie narażę jego życia. Wypuścicie nas i nie pojedziecie za nami. Namówię go, żeby wam się poddał. Cały czas będzie ze mną Myron. Z bronią i komórką.

– Jedźmy. Marnujemy czas – ponaglił Myron.

Kimberly Green przygryzła dolną wargę.

– Nie mam pozwolenia…

– E tam – przerwała jej Clara Steinberg.

– Słucham?

– Posłuchaj, panienko. – Clara wymierzyła w agentkę mięsisty palec. – Pan Gibbs nie jest aresztowany, tak?

– Tak – odparła z wahaniem Green.

Clara obróciła się w stronę Stana Gibbsa i Myrona i odprawiła ich machnięciem dłoni.

– No, to sio, poszli, żegnam. Gadamy bez sensu. Uciekajcie. Sio!

Gibbs i Myron wolno wstali.

– Sio!

– Jeżeli zobaczę ogon, rezygnuję – zapowiedział Gibbs, patrząc na Kimberly. – Zrozumiała pani?

Przetrawiła to w milczeniu.

– Śledzicie mnie od trzech tygodni. Dobrze wiem, jak to wygląda.

– Nie będzie pana śledziła – przemówił Greg Downing i ponownie wpatrzył się w oczy Gibbsa. Wstał. – Pojadę z wami. To mnie najbardziej zależy na tym, żeby pański ojciec nie zginął.

– Dlaczego?

– Jego szpik może uratować życie mojemu synowi. Jeżeli pański ojciec umrze, to umrze również mój syn. A jeśli Jeremy’emu coś się stało… chcę tam być.

Gibbs długo się nie zastanawiał.

– Pośpieszmy się – powiedział.

35

Prowadził Gibbs. Greg siedział z przodu na fotelu pasażera, Myron z tyłu.

– Dokąd jedziemy? – spytał Myron.

– Do Bernardsville, w powiecie Morris.

Myron znał to miasteczko.

– Trzy lata temu umarła moja babka – wyjaśnił Gibbs. – Jeszcze nie sprzedaliśmy jej domu. Ojciec czasem w nim mieszka.

– A gdzie poza tym?

– W Waterbury, w Connecticut.

Greg spojrzał na Myrona. Starzec w blond peruce. Skojarzyli to sobie jednocześnie.

– Używa nazwiska Mostoni?

Gibbs skinął głową.

– Najczęściej. Prawdziwy Nathan Mostoni też jest pacjentem z Pine Hills. Tak właśnie nazywamy to ekskluzywne wariatkowo. To Mostoni wpadł na pomysł wykorzystania tożsamości osób skazanych na dożywotni pobyt w zakładzie, głównie do robienia przekrętów. Ojciec się z nim zaprzyjaźnił. Kiedy Nathan popadł w kompletny obłęd, ojciec przejął jego tożsamość.

Greg pokręcił głową i zacisnął dłonie w pięści.

– Powinien pan wydać drania! – powiedział.

– Kocha pan syna, panie Downing?

Greg posłał Gibbsowi spojrzenie, które przebiłoby tytan.

– A co ma piernik do wiatraka?! – spytał.

– Chciałby pan, żeby pański syn wydał kiedyś pana władzom?

– Niech pan mi nie wciska kitu. Gdybym był obłąkanym psychopatycznym maniakiem, to mój syn powinien wydać mnie władzom. A najlepiej strzelić mi w łeb. Skoro wiedział pan, że ojciec jest nienormalny, to przynajmniej powinien był pan zapewnić mu opiekę.

– Próbowaliśmy – odparł Gibbs. – Prawie całe dorosłe życie spędził w zakładach. Nic to nie pomogło. W końcu uciekł. Zadzwonił do mnie po ośmiu latach. Wyobrażacie sobie? Nie widziałem go osiem lat. A tu raptem dzwoni i mówi, że chciałby porozmawiać ze mną jako z reporterem. Jasno zaznaczył: z reporterem! Nie mogłem ujawnić źródła bez względu na to, co mi powie. Zmusił mnie, żebym to przyrzekł. W głowie miałem zupełny mętlik. Ale zgodziłem się. I wtedy opowiedział mi swoją historię. O wszystkim, co zrobił. Dusiłem się. Chciałem ze sobą skończyć. Chciałem umrzeć.

Greg przyłożył palce do ust. Gibbs skupił się na drodze. Myron wpatrzył się w szybę. Pomyślał o czterdziestojednoletnim ojcu trojga dzieci, o dwudziestoletniej studentce, o parze nowożeńców w wieku dwudziestu ośmiu i dwudziestu siedmiu lat. O krzyku Jeremy’ego przez telefon. I o Emily, która czekała w domu, a jej umysł wciąż siał ziarno, chore i sczerniałe.

Zjechali z drogi nr 78 i wiodącą na północ drogą 287 dotarli do plątaniny krętych ulic. Żadna nie była prosta. Bernardsville, miejscowość pełną przerobionych młynów, kamiennych domów i kół wodnych, zamieszkiwali właściciele starych fortun i bogatych prowincjonalnych rodów. Połacie zbrązowiałej trawy kołysały się martwo. Wszystko było tu jakby umyślnie postarzałe i równo zarośnięte.

– To ta ulica – oznajmił Gibbs.

Myron wyjrzał przez szybę. Miał sucho w ustach. W brzuchu mrowiło go i piekło. Opony jadącego kolejną krętą jak korkociąg ulicą chrzęściły na luźnym żwirze. Zalesione parcele przeplatały się z typowymi podmiejskimi trawnikami, a liczne neoklasyczne budynki o centralnym holu z jednopiętrowymi domami w stylu wiejskim, zestarzałymi jak mleko zostawione na kuchennym blacie. Żółta tablica ostrzegała, że w pobliżu bawią się dzieci, ale Myron nie dostrzegł żadnych.

Wjechali na wysuszony jak pieprz podjazd, porośnięty zielskiem sterczącym z popękanej ziemi. Myron opuścił szybę. Choć wszędzie było widać wypaloną słońcem trawę, w powietrzu unosił się miły do przesytu letni zapach lilii. Grały świerszcze. Kwitły polne kwiaty. Śladu zagrożenia.

W przodzie dojrzał wiejski dom z czarnymi okiennicami, odcinającymi się od białego drewnianego poszycia. Ze środka wylewało się światło, przez co dom tonął w silnej, miękkiej i dziwnie gościnnej poświacie. Ganek na froncie aż prosił się o bujaną kanapę i dzbanek z lemoniadą.

Gibbs zatrzymał się przed nim i zgasił silnik. Świerszcze ścichły. Myron niemal spodziewał się, że ktoś powie: „Jak cicho”, a ktoś inny doda: „Aha, za cicho”.

– Wejdę pierwszy – powiedział Gibbs.

Nie zaprotestowali. Greg wpatrywał się w okno domu, pewnie wyobrażając sobie najgorsze. Myron zaczął bezwiednie stukać nogą. Zdarzało mu się to często, gdy się denerwował. Stan sięgnął do klamki.

W tym momencie szybę od strony pasażera strzaskała kula.

Tuż po wybuchu szkła głowa Grega z nieprawdopodobną prędkością odskoczyła do tyłu i policzek Myrona ochlapała grudka gęstej krwi.

– Greg!

Nie było czasu. Górę wziął instynkt. Myron ściągnął Grega w dół, starając się skryć własną głowę. Krew. Mnóstwo krwi. Greg bardzo mocno krwawił, ale Myron nie wiedział skąd. Zadzwoniła następna kula i na głowę posypał się mu deszcz szklanych drzazg. Przytrzymywał Grega, próbując go osłonić, uchronić przed strzałami. Greg wodził bezładnie ręką po piersi i twarzy, szukając dziury po kuli. Krew wciąż płynęła… Z szyi. A może z obojczyka. Wszystko jedno. Zalewała mu oczy. Myron próbował ją zatamować. Starł lepką ciecz, wymacał palcem ranę i docisnął ją dłonią. Ale krew wypływała mu między palcami. Greg wpatrzył się w niego wielkimi oczami. Stan Gibbs zakrył głowę dłońmi, skulił się jak pasażer przymusowo lądującego samolotu i krzyknął niemal jak dziecko:

– Przestań! Tato!!!

Padł kolejny strzał. Znów posypały się odłamki szkła. Myron sięgnął do kieszeni i wyjął pistolet. Greg chwycił go za rękę i pociągnął w dół.

– Nie możesz go zabić – powiedział. W ustach miał krew. – Jeżeli zginie… to jedyna nadzieja Jeremy’ego.

Myron skinął głową, ale nie odłożył pistoletu. Z oddali dobiegł warkot helikoptera. A zaraz potem dźwięk syren. Nadjeżdżali federalni. Nic dziwnego. Na pewno ich śledzili. Przynajmniej z powietrza.

Oddech Grega stał się krótki i urywany. Oczy zaszły mu szarą mgłą.

– Trzeba coś zrobić, Stan – rzekł Myron.

– Niech pan się nie wychyla – odparł Gibbs, otworzył drzwiczki i krzyknął: – Tato!!!

Nie było odpowiedzi.

Gibbs wysiadł, podniósł ręce i stanął.

– Proszę cię! – zawołał. – Zaraz tu przyjadą. I cię zabiją!

Żadnej reakcji. Myron miał wrażenie, że w stojącym powietrzu wciąż słychać echo strzałów.

– Tato?!

Myron uniósł nieco głowę i zaryzykował zerknięcie. Zza węgła domu wyłonił się mężczyzna. Z ramienia ubranego w wojskowy drelich bojowy i buty Edwina Gibbsa zwieszał się pas z amunicją. Karabin trzymał lufą do ziemi. Myron rozpoznał go. Tak, to był Nathan Mostoni, ale wyglądał dwadzieścia lat młodziej. Głowę trzymał wysoko, podbródek miał uniesiony, plecy wyprostowane.

Z ust Grega dobył się bulgot. Zaczęły mu opadać powieki. Myron zerwał z niego koszulę i zatkał nią ranę.

– Greg, nie mdlej! – zawołał. – Greg! Nie mdlej!

Greg nie odpowiedział. Zamrugał oczami i zamknął je. Myron poczuł serce w gardle.

– Greg?!

Sięgnął do pulsu. Wyczuł go, choć nie był lekarzem. Wydał mu się słaby. Jasna cholera! No, nie! Stan Gibbs podszedł bliżej ojca.

– Proszę cię! Odłóż karabin, tato – powiedział.

Na podjazd wjechały wozy policyjne. Zapiszczały hamulce. Federalni wyskoczyli z samochodów i, chroniąc się za tarczami z drzwiczek, wycelowali broń. Zagubiony i spłoszony Edwin Gibbs wyglądał jak stworzony przez Frankensteina potwór, którego otoczyli rozjuszeni wieśniacy. Syn pośpieszył w jego stronę.

Powietrze zgęstniało jak melasa. Trudno było się poruszać, trudno oddychać. Myron niemal wyczuwał, jak rośnie napięcie policjantów, jak swędzą ich koniuszki palców spoczywające na chłodnych metalowych spustach. Na chwilę wypuścił Grega i krzyknął:

– Nie wolno wam go zastrzelić!

– Odłóż broń! Natychmiast! – wezwał przez megafon jeden z agentów.

– Nie strzelajcie! – krzyknął Myron.

Przez chwilę nic się nie działo. Czas wyciął starą sztuczkę, kiedy wszystko naraz przyśpiesza i zamiera. Na podjazd wjechało kolejne auto federalnych. A za nim zahamował z piskiem wóz telewizyjny. Stan szedł w stronę ojca.

– Jesteś otoczony! – zagrzmiał megafon. – Rzuć karabin, załóż ręce za głowę i klęknij!

Edwin Gibbs spojrzał w lewo, w prawo i uśmiechnął się. Myron zdrętwiał ze strachu. Gibbs uniósł karabin. Myron wytoczył się z samochodu.

– Nie! – krzyknął.

Stan Gibbs puścił się biegiem. Ojciec wpatrzył się w niego ze spokojem i wymierzył broń. Stan biegł dalej. Tym razem czas nie stanął, czekał na strzały. Ale strzałów nie było. Stan dopadł do ojca przed nimi. Edwin Gibbs zamknął oczy i pozwolił, by syn go pochwycił. Zwalili się na ziemię. Stan przykrył ojca ciałem, osłaniając go przed kulami.

– Nie strzelajcie! – zawołał z nutą histerii w głosie, znowu jak dziecko. – Nie zabijajcie go, proszę!

Edwin Gibbs leżał na plecach. Wypuszczony karabin upadł w trawę. Stan odepchnął go. Wciąż leżał na ojcu i go osłaniał. Pozostali w takiej pozycji aż do nadejścia agentów. Agenci delikatnie podnieśli Stana, przekręcili Edwina Gibbsa na brzuch i zakuli go w kajdanki. Całą scenę zarejestrowała kamera telewizyjna.

Myron wrócił do samochodu. Greg wciąż miał zamknięte oczy. Nie poruszał się. Do ich auta podbiegli dwaj agenci i wezwali przez radio karetkę. Myron nie mógł zrobić dla Grega nic więcej. Serce nadal miał w gardle. Spojrzał na wiejski dom, podbiegł do niego i nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte. Naparł na nie ramieniem. Ustąpiły. Wszedł do sieni.

– Jeremy? – zawołał.

Ale nie doczekał się odpowiedzi.

36

Nie znaleźli Jeremy’ego Downinga.

Myron przeszukał wszystkie pomieszczenia, szafy, piwnicę, garaż. Bez rezultatu. Wraz z nim do domu weszli policjanci. Opukali ściany. Czujnikiem temperatury zbadali, czy pod domem nie ma jam i kryjówek. Nie było. Za to w garażu odkryli białą furgonetkę, a na jej skrzyni czerwony sportowy but Jeremy’ego.

Ale nic poza tym.

Na końcu podjazdu zgromadziło się stado wozów telewizyjnych. Związana ze Stanem Gibbsem i jego głośnym plagiatem sprawa porwanego chłopca, jego sławnego ojca, którego postrzelono i był w stanie krytycznym, oraz aresztowanie człowieka podejrzanego o dokonanie serii zabójstw zasłużyła sobie na relację na żywo i pełne nagłośnienie w stylu „śmierci księżniczki Diany”. Reporterki z fryzurami sztywnymi od lakieru, z olśniewającym błyskiem zębów przekazywały „tragiczne wiadomości”, sypiąc zwrotami w rodzaju: „trwamy na posterunku”, „mija n-ta godzina poszukiwań”, „za moimi plecami widać kryjówkę”, „będziemy tu aż do”.

Wszystkie sieci emitowały bez przerwy najnowsze zdjęcie Jeremy’ego, to, które Emily przesłała Internetem. Brokaw, Jennings i Rather przerwali swoje programy. Widzowie dzwonili z informacjami, lecz na razie żadna z nich nic nie wniosła.

Minęły godziny.

Przyjechała Emily. We wszystkich możliwych stacjach pokazano, jak w tworzących groteskowy efekt stroboskopowych rozbłyskach fleszy, z głową opuszczoną jak aresztantka, śpieszy do czekającego samochodu. Żeby uchwycić zrozpaczoną matkę, opadającą na tylne siedzenie, kamerzyści odpychali się łokciami. Któremuś udało się nawet sfilmować ją ponad oparciem przedniego fotela, gdy płacze. Telewizja jak się patrzy.

Z zapadnięciem mroku zapalono reflektory. Ochotnicy i stróże prawa przetrząsnęli okolicę w poszukiwaniu świeżych grobów lub śladów kopania. Bez rezultatu. Ściągnięto psy. Nadaremnie. Przeprowadzono rozmowy z sąsiadami. Niektórzy z nich „nigdy” nie ufali „tej rodzinie”, jednakże większość odpowiadała szablonowo, że Gibbsowie byli „miłymi, bardzo spokojnymi ludźmi”.

Edwina Gibbsa odwieziono do aresztu. Próbowano go przesłuchać w komendzie policji w Bernardsville, ale uparcie milczał. Pozostali z nim Clara Steinberg, jego adwokatka, i syn Stan. Myron domyślał się, że starają się skłonić go do mówienia, na razie bezskutecznie.

Tymczasem przy domu Gibbsów zerwał się wiatr. Kontuzjowane kolano Myrona rwało przy każdym kroku. Nie sposób było przewidzieć, kiedy go rozboli. Ból pojawiał się, kiedy chciał, i nie opuszczał go jak niepożądany, uprzykrzony gość. Nie przydawał się nawet do przewidywania złej pogody. Po prostu w pewne dni odzywał się i nie było na to rady. Myron podszedł do Emily i otoczył ją ramieniem.

– On tam gdzieś jest – powiedziała w ciemność.

Milczał.

– Sam. Jest noc. Pewnie się boi.

– Znajdziemy go, Em.

– Myron?

– Hm?

– Czy wciąż płacę za tamtą noc?

Powróciła następna grupa poszukujących. Zgarbionych z rezygnacji, a może w poczuciu klęski. Dziwna rzecz z tymi grupami. Z jednej strony chcą coś znaleźć, z drugiej wolą nie znaleźć niczego.

– Nie, miałaś rację. Nie mógł nam się przydarzyć lepszy błąd. I może za coś tak udanego trzeba zapłacić cenę.

Zamknęła oczy, ale się nie rozpłakała. Pozostał przy niej. Wiatr wył, rozwiewając ludzkie głosy niczym spadłe liście, targając gałęźmi i szepcząc do ucha jak straszliwy kochanek.

37

Myron i Win patrzyli przez weneckie lustro na plecy Clary Steinberg i twarze Stana i Edwina Gibbsów. Towarzyszyli im Kimberly Green i Eric Ford. Emily pojechała do szpitala, by tam czekać na wynik operacji Grega. Nikt nie wiedział, czy Downing przeżyje.

– Dlaczego ich nie podsłuchujecie? – spytał Myron.

– Nie możemy – odparł Ford. – To rozmowa adwokat – klient.

– Długo rozmawiają?