/ / Language: Polski / Genre:thriller

Modlitwa o sen

Jeffery Deaver

Z zakładu dla umysłowo chorych ucieka Michael Hrubek, pacjent ze schizofrenią paranoidalną. I ma przed sobą ściśle określony cel: odnaleźć Lis Atcheson – to jej zeznania sprawiły, że uznano go za potwora i skazano na zamknięcie. Podczas burzy, sprzyjającej szaleńcowi, ścigają go teraz trzej ludzie: psychiatra Kohler – przekonany o niewinności swego pacjenta, zawodowy tropiciel Heck – liczący na nagrodę za schwytanie szaleńca, i Atcheson – mąż Lis, który musi dopaść Hrubeka, nim ten skrzywdzi jego żonę…

Jeffery Deaver

Modlitwa o sen

Tłumaczenie: Anna Bartkowicz

Bestia najgorsza

1

Karawan bujał się łagodnie, a on leżał w nim jak w kołysce.

Zdezelowany pojazd posuwał się z chrzęstem wzdłuż wiejskiej drogi o asfaltowej nawierzchni – popękanej i wybrzuszonej w miejscach, gdzie pod spodem znajdowały się korzenie. Zdawało mu się, że ta podróż trwa kilka godzin, chociaż nie zdziwiłby się, gdyby mu ktoś powiedział, że są w drodze od kilku dni czy nawet tygodni. W końcu usłyszał pisk niezbyt sprawnych hamulców i poczuł szarpnięcie. Skręcili. Byli teraz na gładkiej szosie – na szosie stanowej – i gwałtownie przyspieszali.

Potarł policzkiem o atłasową metkę wszytą wewnątrz worka. Nie widział jej w ciemności, ale pamiętał, jaki był na niej napis – elegancko wyszyty czarnymi nićmi na żółtym materiale. Wyroby z gumy Trenton, NJ 08606 MADE IN USA

Jego pełny policzek pieścił teraz te litery, a on sam zaczął chciwie wdychać powietrze przez maleńki otwór, który powstał na skutek tego, że zamek błyskawiczny nie domknął się do końca. Nagle opanował go niepokój – pomyślał, że wszystko idzie mu zbyt gładko. Wydało mu się, że spada w dół, że leci prosto do piekła, albo może wpada do studni, w której pozostanie na zawsze, zaklinowany głową w dół.

Na tę myśl poczuł, że ogarnia go dojmujący lęk, lęk przed zamknięciem w ciasnej przestrzeni. Ten lęk wzmagał się i po chwili stał się nie do zniesienia. Wtedy on wyciągnął szyję, długimi, żółto-szarymi jak pazury kota zębami chwycił od wewnątrz suwak i zaczął go z wysiłkiem otwierać. Suwak rozsuwał się powoli. Otwór miał już cal długości, potem dwa cale, a potem zrobił się jeszcze trochę większy i zimne, pachnące spalinami powietrze wypełniło worek. Człowiek wdychał je chciwie. Odetchnąwszy poczuł, że lęk przed zamknięciem nie jest już tak dojmujący. Wiedział, że konwojenci, którzy wywożą zmarłych, nazywają to, w czym on właśnie leży, „worem powypadkowym". Nie przypominał sobie jednak, żeby ci ludzie kiedykolwiek wywozili kogoś, kto zginął w wypadku. Wywożeni przez nich zmarli tracili życie, skacząc ze szczytu schodów na Oddziale E. Albo kończyli ze sobą, podcinając sobie żyły w otłuszczonych przedramionach. Albo umierali z twarzą zanurzoną w misce klozetowej, albo – tak jak ten, co pożegnał się z tym światem dziś po południu – z kawałkiem szmaty zaciśniętym na szyi.

Wypadku natomiast nie przypominał sobie ani jednego.

Obnażył znowu zęby i dalej otwierał nimi suwak. Otwór miał już osiem cali długości, potem dziesięć. Okrągła, ogolona głowa leżącego wyłoniła się z niego. Leżący, ze swoimi grubymi wargami i z grubsza ciosaną twarzą, przypominał niedźwiedzia – niedźwiedzia pozbawionego włosów i niebieskiego, gdyż głowę miał pomalowaną na ten właśnie kolor.

Kiedy mógł już rozejrzeć się naokoło, ogarnęło go uczucie rozczarowania, gdyż zobaczył, że to, czym jedzie, nie jest prawdziwym karawanem, tylko zwykłym samochodem kombi, pomalowanym na dodatek nie na czarno, tylko na brązowo. Tylne okna nie były zasłonięte. Pojazd pędził, a on w ciemności mglistego, jesiennego wieczora dostrzegał za szybami upiorne kształty drzew, drogowskazów, słupów elektrycznych i stodół.

W pięć minut później zaczął znowu zmagać się z suwakiem. Był wściekły, bo ręce miał wciąż uwięzione w worku i nie mógł sobie nimi pomóc.

– Co za cholernie solidna guma – mruczał pod nosem.

Otwór powiększył się o następne cztery cale.

Mężczyzna zmarszczył brwi. Co to za hałas?

Muzyka! Dobiegała z szoferki oddzielonej od tylnej części samochodu czarnym przepierzeniem z płyty pilśniowej. Tak w ogóle to lubił muzykę, ale niektóre melodie działały mu na nerwy. Ta, którą słyszał teraz, jakaś piosenka country, nie wiadomo dlaczego rozdrażniła go bardzo.

Ten cholerny wór – pomyślał – jest za ciasny.

W chwilę później wydało mu się, że nie jest sam. Worek był pełen roztrzaskanych, zmasakrowanych ciał. Ciał tych, co skakali z wysokości, tych, co się utopili i tych, co podcięli sobie żyły.

Pomyślał, że dusze tych zmarłych nienawidzą go, że wiedzą, że on jest oszustem. Te dusze chciały go tu zamknąć żywcem, na zawsze, zamknąć w tym ciasnym, gumowym worku. Poczuł, że – po raz pierwszy tego wieczora – ogarnia go prawdziwa panika. Spróbował się odprężyć, zastosować ćwiczenia oddechowe, których go nauczono, ale było za późno. Oblał go pot, oczy wypełniły mu się łzami. Wystawił głowę przez otwór w worku. Zacisnął pięści i zaczął nimi walić w grubą gumę. Wierzgał nogami. Usiłował nosem rozsunąć suwak. Pchnął go gwałtownie od środka. Suwak rozsunął się nieco i zaciął się.

Michael Hrubek zaczął krzyczeć.

Muzyka ucichła. Rozległy się głosy przerażonych ludzi. Karawan za-kołysał się jak samolot pod uderzeniami bocznego wiatru.

Hrubek spróbował usiąść, po czym opadł na plecy. Ponowił próbę, raz i drugi. Usiłował wyszarpnąć się z worka przez mały otwór. Mięśnie na szyi napięły mu się z wysiłku, oczy wyszły z orbit. Krzyczał i szlochał. Małe drzwiczki w przepierzeniu otworzyły się gwałtownie i w tylną część samochodu zaczęła się wpatrywać para szeroko otwartych oczu. Oszalały ze strachu Hrubek nie widział konwojenta ani nie słyszał jego histerycznych wrzasków.

– Zatrzymaj się! Zatrzymaj się, do cholery! – krzyczał konwojent do kierowcy.

Samochód zarzucił, zgrzytając kołami o kamienie, i zatrzymał się na poboczu. Wokół niego wzbił się tuman kurzu. Dwaj konwojenci w pastelowych zielonych kombinezonach wyskoczyli z szoferki i podbiegli do tylnej części samochodu. Jeden z nich otworzył gwałtownie drzwi. Nad głową Hrubeka zabłysło małe, żółte światełko. Hrubek przestraszył się i zaczął znowu krzyczeć.

– Cholera, on wcale nie jest martwy – powiedział młodszy z konwojentów.

– On żyje! To ucieczka! Zawracaj!

Hrubek znowu krzyczał. Rzucił się konwulsyjnym ruchem w przód. Żyły na niebieskiej czaszce i szyi nabrzmiały mu tak, że wyglądały jak postronki, a wszystkie ścięgna napięły się. W kącikach ust pokazała się piana. Obu konwojentom równocześnie zaświtała nadzieja, że może ich pasażer dostał apopleksji.

– Uspokój się! – krzyknął młodszy.

– Nie rzucaj się tak, bo będzie jeszcze gorzej! – powiedział starszy piskliwym głosem, a potem dodał, raczej bez przekonania: – Złapaliśmy cię, więc się uspokój. Zawieziemy cię z powrotem.

Hrubek wrzasnął przeraźliwie. Jak gdyby pod wpływem tego dźwięku, suwak pękł i metalowe ząbki rozsypały się naokoło jak ziarenka śrutu. Łkając i chwytając powietrze ustami, Hrubek skoczył w przód, przekoziołkował ponad tylną częścią samochodu i wylądował na ziemi za nim. Przykucnął. Był prawie nagi – miał na sobie tylko białe szorty. Nie zwracając uwagi na konwojentów, którzy odskoczyli w tył, oparł głowę o pełen wgłębień po uderzeniach chromowany zderzak samochodu – dokładnie w tym miejscu, na które padał jego własny zniekształcony cień.

– No, dosyć już tego! – warknął młodszy konwojent.

Hrubek nic nie odpowiedział. Potarł tylko policzkiem o zderzak i rozpłakał się. Konwojent podniósł z pobocza gałąź dębu dwa razy dłuższą niż kij baseballowy i zaczął nią groźnie wywijać.

– Nie – powiedział starszy konwojent.

Ale ten młodszy zamachnął się jak zawodnik i walnął Hrubeka w szerokie, nagie plecy. Gałąź odskoczyła prawie bezgłośnie, a Hrubek nie zareagował, jakby w ogóle nie zauważył ciosu. Konwojent ścisnął mocniej swoją broń.

– A to sukinsyn – powiedział.

Jego towarzysz wyrwał mu gałąź z ręki.

– Nie. To nie nasza robota.

Hrubek wyprostował się, oddychając głęboko i stanął twarzą w twarz z konwojentami. Konwojenci cofnęli się. Ale potężnie zbudowany mężczyzna nie ruszył w ich stronę. Był wyczerpany. Przyglądał im się ciekawie przez chwilę, a potem padł na ziemię i potoczył się w trawę rosnącą tuż przy drodze, nie zwracając uwagi na to, że zimna jesienna rosa osiada mu na skórze. Z jego gardła wyrwał się skowyt.

Konwojenci wycofali się do samochodu. Nie zamykając tylnych drzwi, wskoczyli do szoferki, po czym samochód ruszył szybko z miejsca, obsypując Hrubeka gradem kamyków i pyłem. Hrubek, ogłupiały, wcale tego nie zauważył. Leżał nieruchomo na boku, wdychając zimne powietrze pachnące kurzem, ekskrementami, krwią i smarem. Odprowadził wzrokiem karawan, który zniknął w niebieskiej chmurze spalin, i podziękował losowi za to, że konwojenci odjechali, uwożąc ze sobą okropny wór wypełniony niesamowitymi lokatorami.

Po kilku minutach panika, której doświadczył, była dla niego już tylko nieprzyjemnym wspomnieniem, a wkrótce potem zapomniał o niej prawie zupełnie. Podniósł się z ziemi i stanął wyprostowany. I stał tak, łysy i pomalowany na niebiesko, jak liczący sześć stóp i cztery cale wzrostu druid. Potem zerwał garść trawy i wytarł nią sobie usta i brodę. Rozejrzał się naokoło, chcąc się zorientować w terenie. Droga biegła środkiem głębokiej doliny. Po obu stronach szerokiej wstęgi asfaltu wznosiły się białe jak kości skały. Za nim, na zachodzie, tam skąd przyjechał karawan, krył się w ciemności oddalony o wiele mil szpital. Przed nim, niezbyt blisko, majaczyły światła domów.

Jak zwierzę, które umknęło myśliwym, ostrożnie, nie mając pewności, w którą stronę się udać, Hrubek zrobił koło.

A później, znowu jak zwierzę, które tym razem znalazło trop, zaczął biec, kierując się w stronę świateł na wschodzie. Biegł bardzo szybko, poruszając się z jakimś złowrogim wdziękiem.

2

Niebo nad ich głowami, mające dotychczas kolor spiżu, stało się czarne.

– Co to jest? O, tam.

Kobieta wskazała gwiazdozbiór widoczny ponad olchami, dębami i białymi brzozami rosnącymi na skraju ich posiadłości.

Mężczyzna siedzący obok niej poruszył się i postawił kieliszek na stole.

– Nie jestem pewien.

– To na pewno Kasjopeja.

Kobieta przeniosła wzrok z gwiazd na ogromny park stanowy oddzielony od ich posiadłości ciemnymi jak atrament wodami jeziora.

– Możliwe.

Siedzieli na wyłożonym kamiennymi płytami patio już od godziny, rozgrzewając się winem i rozkoszując niezwykle przyjemnym, ciepłym, listopadowym powietrzem. Ich twarze oświetlała jedna świeczka tkwiąca w niebieskim świeczniku, a wokół unosił się zapach gnijących liści. Najbliższe domy sąsiadów znajdowały się o pół mili stąd, jednak oni mówili prawie szeptem.

– Czy nie masz czasami uczucia – powiedziała powoli kobieta – że mama wciąż gdzieś tu jest?

Mężczyzna roześmiał się.

– Skoro już mowa o duchach, to zawsze myślałem, że one muszą być nagie. Bo nie mogą przecież nosić ubrań.

Kobieta spojrzała w jego stronę. Wśród zapadających ciemności dojrzała tylko siwe włosy i jasnobrązowe spodnie i pomyślała, że on sam przypomina teraz ducha.

– Wiem, że duchy nie istnieją. Nie to miałam na myśli.

Wzięła butelkę najlepszego kalifornijskiego Chardonnay i dolała sobie. Źle oceniła odległość i szyjka butelki zadzwoniła głośno o jej kieliszek. Oboje byli zaskoczeni tym dźwiękiem.

– Czy coś jest nie tak? – zapytał mężczyzna będący mężem kobiety, nie odwracając oczu od gwiazd.

– Nie, wszystko w porządku.

Lisbonne Atcheson z roztargnieniem przeczesała swoje krótkie blond włosy długimi, czerwonymi i pomarszczonymi palcami. Włosy ułożyły się trochę inaczej, ale pozostały tak samo jak przedtem niesforne. Lisbonne przeciągnęła się, wyprężając z rozkoszą swoje giętkie, czterdziestoletnie ciało, i popatrzyła przez chwilę na dwupiętrowy dom w stylu kolonialnym stojący za nimi. Po chwili odezwała się znowu.

– Mówiąc o mamie, chciałam powiedzieć… To trudno wyrazić. Będąc nauczycielką angielskiego, respektowała zasadę mówiącą, że

trzeba dokładać wszelkich starań, szukając odpowiednich słów, bo trudności z wyrażeniem czegoś wcale człowieka nie usprawiedliwiają. W związku z tym po chwili spróbowała jeszcze raz:

– Mnie nie chodzi o ducha, tylko o obecność. „Obecność" – to mam na myśli.

Jakby reagując na to, co powiedziała Lisbonne, świeca w błękitnym świeczniku zamigotała.

– Chyba dobrze to określiłam?

Lis ruchem głowy wskazała płomień i oboje się roześmiali.

– Która godzina?

– Dochodzi dziewiąta.

Lis zwinęła się na leżaku i podciągnęła kolana pod brodę, otulając sobie nogi długą dżinsową spódnicą. Czubki jej brązowych kowbojskich butów wytłaczanych w liście winorośli wystawały spod rąbka. Lis jeszcze raz spojrzała na gwiazdy i pomyślała, że matka jest naprawdę dobrą kandydatką na ducha. Zmarła dopiero osiem miesięcy temu, siedząc w starym bujanym fotelu i patrząc na patio, w którym teraz znajdowała się ona z Owenem. Matka pochyliła się nagle w przód* jakby rozpoznając jakiś punkt orientacyjny w terenie, powiedziała: „Och tak, oczywiście" i bardzo spokojnie umarła.

Tak, matka była dobrą kandydatką na ducha, a ten dom był domem, jaki duchy mogły z powodzeniem nawiedzać. Był duży, zbyt duży nawet dla mającej gromadkę dzieci osiemnastowiecznej rodziny. Jego cedrowe, brunatne, szorstkie ściany popękały ze starości. Futryny i obramowania okien zostały pomalowane na ciemnobrązowo. Dom, będący w czasach wojny o niepodległość gospodą, został podzielony na małe pokoje połączone wąskimi korytarzami. Sufity miał belkowane. Ojciec Lis twierdził, że otwory w ścianach i belkach pochodziły od kul wystrzelonych z muszkietów przez milicję buntowników walczącą z Anglikami i wypierającą ich z kolejnych pokoi.

W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat rodzice wydali setki tysięcy dolarów na urządzenie domu. Jednak jakoś nigdy nie założyli porządnej instalacji elektrycznej, w związku z czym dom oświetlony był lampami z małymi żarówkami. Dziś wieczorem światło tych lamp sączyło się przez niewielkie kwadraciki sfalowanego szkła, które wyglądały jak oczy chorego na żółtaczkę.

Wciąż myśląc o matce, Lis powiedziała:

– Pewnego razu, już pod koniec, matka też czuła taką obecność. Oświadczyła mi wtedy: Rozmawiałam właśnie z ojcem. Mówi, że wkrótce wróci do domu.

Z pewnością było jej trudno przeprowadzić tę rozmowę, bo ojciec wtedy nie żył już od dwóch lat.

– Ona oczywiście wyobraziła sobie tę rozmowę. Ale czuła obecność ojca naprawdę.

A ojciec? Nie, stary LAuberget prawdopodobnie nie był tu obecny duchem. Padł martwy na lotnisku Heathrow, w toalecie, wyszarpując z pojemnika papierowy ręcznik.

– To są zabobony – powiedział Owen.

– W pewnym sensie on rzeczywiście do niej wrócił. Bo ona umarła w parę dni później.

– A jednak to są zabobony.

– Ja mówię o tym, co czuje ktoś, kto znał kogoś, kto odszedł. Owena znudziła już ta rozmowa o duchach zmarłych. Napił się wina

i powiedział żonie, że na środę zaplanował podróż służbową. Zastanawiał się, czy w pralni zdążą mu do tego czasu wyczyścić garnitur.

– Wrócę dopiero w poniedziałek, więc jeżeli…

– Poczekaj. Słyszałeś coś?

Lis odwróciła się szybko i popatrzyła na gęste krzaki bzu przesłaniające im widok na tylne drzwi domu.

– Nie, chyba nie…

Urwał i podniósł w górę palec. Kiwnął głową. Lis nie widziała jego twarzy, ale patrząc na całą sylwetkę, wyczuła, że się nagle spiął.

– O – powiedziała – znowu.

Przypominało to odgłos kroków zbliżających się do domu od strony podjazdu.

– To znowu ten pies? Lis spojrzała na Owena.

– Ten od Buschów? Nie, on jest zamknięty. Widziałem, kiedy poszedłem pobiegać. To pewnie sarna.

Lis westchnęła. Tego lata sarny zjadły jej kwiaty wartości ponad dwustu dolarów, a w zeszłym tygodniu obgryzły i zniszczyły całkowicie młody japoński klon. Lis wstała.

– Przepędzę ją.

– Chcesz, żebym ja to zrobił?

– Nie. Zresztą i tak muszę pójść zadzwonić. Może zrobię też herbatę. Mam ci coś przynieść?

– Nie.

Wzięła pustą butelkę po winie i poszła do domu, od którego dzieliło ją pięćdziesiąt stóp. Szła ścieżką wijącą się pomiędzy przyciętymi w ozdobne kształty kłującymi krzewami bukszpanu i nagimi, czarnymi bzami. Minęła małą sadzawkę, w której rosły lilie. Spojrzawszy w dół, zobaczyła własne odbicie w wodzie – z twarzą oświetloną światłem padającym z okien parteru. Ludzie czasami określali ją jako osobę wyglądającą „bezpretensjonalnie", a ona nigdy tego nie uważała za krytykę. Słowo „bezpretensjonalna" sugerowało prostotę, która według niej była aspektem piękna. Spoglądając teraz w wodę, jeszcze raz poprawiła włosy. Powiał wiatr, jej odbicie zamazało się, a ona poszła dalej.

Nie usłyszała ponownie żadnych tajemniczych odgłosów i odprężyła się. Ridgeton było jednym z najbezpieczniejszych miasteczek w tym stanie. Otaczały je zalesione wzgórza i łąki porośnięte płowozieloną trawą, na których gdzieniegdzie leżały ogromne głazy i po których biegały hodowane tu konie wyścigowe, a także chodziły pasące się owce i krowy. Miasteczko włączono do Unii jeszcze zanim przedstawiciele trzynastu stanów zaczęli myśleć o zjednoczeniu i w ciągu ostatnich trzystu lat robiono w nim wszystko raczej z myślą o wygodzie mieszkańców niż o dynamicznym rozwoju gospodarczym czy wysokim statusie. Można tu było kupić pizzę w kawałkach i mrożony jogurt, można też było wypożyczyć maszyny rolnicze i taśmy wideo, ale w gruncie rzeczy Ridgeton było małą mieściną, w której mężczyźni żyli przywiązani do ziemi – budowali na ziemi, sprzedawali ziemię i brali pożyczki pod jej zastaw, a kobiety zajmowały się dziećmi i gotowaniem.

Ridgeton było miasteczkiem, w którym rzadko miały miejsce tragedie, a zbrodnia z premedytacją nie zdarzyła się nigdy.

Dlatego, przekonawszy się, że drzwi kuchenne z turkusowymi szybkami są szeroko otwarte, Lis była nie tyle zaniepokojona, co zirytowana. Przystanęła, a jej ręka trzymająca butelkę po winie znieruchomiała. Bursztynowe światło kładło się jasnym trapezem na trawniku u jej stóp.

Lis obeszła krzaki bzu i spojrzała na podjazd. Nie było tam żadnych samochodów.

To wiatr, pomyślała.

Weszła do środka, odstawiła butelkę i rozejrzała się po dolnej części domu. Nie było tu ani śladu spasionych szopów czy wścibskich skunksów. Przez chwilę Lis stała bez ruchu, nasłuchując. Nie usłyszawszy niczego, postawiła czajnik na kuchni, przykucnęła i zaczęła grzebać w szafce, w której trzymała herbatę i kawę. W chwili gdy położyła rękę na puszce z herbatą z dzikiej róży, padł na nią cień. Wstała, chwytając gwałtownie powietrze ustami, i uświadomiła sobie nagle, że ma przed sobą parę patrzących uważnie orzechowych oczu.

Kobieta miała jakieś trzydzieści pięć lat. Trzymała przewieszony przez rękę czarny żakiet i ubrana była w luźną, białą, atłasową bluzkę, krótką, błyszczącą spódniczkę i sznurowane trzewiki na niewysokich obcasach. Na ramieniu miała plecak.

Lis przełknęła i zdała sobie sprawę, że drży jej ręka. Obie kobiety przez chwilę patrzyły na siebie bez słowa. Lis pierwsza pochyliła się do przodu i objęła młodszą od siebie kobietę.

– Portia – powiedziała.

Kobieta zdjęła plecak i położyła go na krześle.

– Cześć, Lis.

Nastąpiła chwila ciężkiej ciszy. Wreszcie Lis powiedziała:

– Nie spodziewałam się… To znaczy myślałam, że zadzwonisz ze stacji. Doszliśmy już do wniosku, że nie przyjedziesz. Dzwoniłam do ciebie i odpowiedziała mi automatyczna sekretarka. Jak to miło znowu cię widzieć.

Usłyszawszy ten potok własnych nerwowych słów, zamilkła.

– Złapałam okazję. Nie chciałam wam robić kłopotu.

– To nie byłby żaden kłopot.

– A gdzie byliście? Szukałam was na górze.

Lis przez chwilę w milczeniu przyglądała się twarzy młodej kobiety i jej jasnym włosom mającym taki sam odcień jak jej własne, odgarniętym z czoła i przytrzymywanym przez czarną opaskę. Portia zmarszczyła brwi i powtórzyła pytanie.

– Siedzimy nad jeziorem. Ta noc jest dziwna, prawda? Babie lato. W listopadzie. Jadłaś coś?

– Nie, niczego nie jadłam. Od lunchu o trzeciej. Lee został na noc i potem zaspaliśmy.

– Chodź na patio. Owen tam siedzi. Napijesz się wina…

– Nie, naprawdę. Niczego nie chcę.

Poszły ścieżką. Znów zapanowała między nimi ciężka cisza. Po chwili Lis zapytała, jak Portii jechało się pociągiem.

– Powoli. Ale w końcu dojechałam.

– Kto cię podwiózł?

– Jakiś facet. Wydaje mi się, że chodziłam do liceum z jego synem. Mówił cały czas o Bobbiem. Tak jakbym wiedziała, co to za Bobbie.

– Bobbie Kelso. Jest w twoim wieku. Jego ojciec to taki wysoki, łysy facet, tak?

– Chyba tak – odpowiedziała z roztargnieniem Portia, patrząc w stronę jeziora.

Lis obserwowała ją.

– Dawno tu nie byłaś – powiedziała.

Portia parsknęła w taki sposób, że Lis nie wiedziała – śmieje się czy kicha. Resztę drogi przebyły w milczeniu.

– Witaj – zawołał Owen, wstając. Pocałował szwagierkę w policzek.

– Już myśleliśmy, że nie przyjedziesz.

– Zbierałam się w takim pośpiechu, że nie zadzwoniłam. Przepraszam.

– Nie szkodzi. My tu na wsi jesteśmy elastyczni. Napij się wina.

– Podwiózł ją Irv Kelso – objaśniła Lis, a potem wskazała leżak. – Usiądź, a ja otworzę następną butelkę. Mamy duże zaległości.

Ale Portia nie usiadła.

– Nie, dziękuję – powiedziała. – Jest jeszcze wcześnie, prawda? Więc zabierzmy się za brudną robotę i miejmy to z głowy.

Zapadła cisza. Lis spojrzała na męża, potem na siostrę, a potem znowu na męża.

– No to…

Portia upierała się przy swoim:

– Chyba że to ma być kłótnia. Owen pokręcił głową.

– No nie, skąd.

Lis zawahała się. – Nie chcesz posiedzieć przez chwilę? Przecież jutro mamy cały dzień.

– Nie, zróbmy to teraz. – Portia roześmiała się. – Jak w tej reklamie.

Owen odwrócił się w jej stronę. Jego twarz była ukryta w cieniu i Lis nie widziała, jaką ma minę.

– Jeżeli chcesz… Wszystko jest w gabinecie.

Poszedł przodem, a za nim Portia, która odchodząc, spojrzała jeszcze na starszą siostrę.

Lis została sama na patio. Zdmuchnęła świecę, wzięła ją w rękę i poszła do domu. Na trawie przed nią błyszczała rosa, a nad jej głową Kasjo-peja stała się słabo widoczna, a potem zniknęła za chmurami.

Mężczyzna w średnim wieku szedł wzdłuż posypanego piaskiem podjazdu, mijając kręgi światła padającego ze staroświeckich lamp przymocowanych do chropowatej granitowej ściany. Gdzieś z góry dobiegał lament kobiety znanej mu jako Pacjentka 223-81, kobiety, która opłakiwała jakąś tylko sobie znaną stratę.

Mężczyzna zatrzymał się przed zamkniętymi drewnianymi drzwiami. Do przymocowanego do drzwi srebrzystego plastikowego pudełka – zupełnie nie pasującego do średniowiecznego otoczenia – wsunął plastikową kartę i drzwi się otworzyły. W środku znajdowało się ze sześć osób płci obojga w białych kurtkach albo niebieskich kombinezonach. Kiedy mężczyzna wszedł, wszyscy spojrzeli na niego. A potem, zmieszani, odwrócili wzrok.

Młody lekarz – brunet z grubymi wargami, ubrany w białą kurtkę – zbliżył się szybko i szepnął:

– Jest gorzej, niż myśleliśmy.

– Gorzej? – spytał doktor Ronald Adler obojętnym tonem, patrząc na wózek. – Ja się spodziewałem, że będzie źle.

Odgarnął z oczu siwiejące włosy, a potem, dotykając długim palcem mięsistego policzka, popatrzył na ciało leżące na wózku. Nieboszczyk był potężny, łysy i miał stary, zatarty już trochę tatuaż na prawym bicepsie. Na jego szyi widniała czerwona pręga, a jego twarz była bardzo blada.

Adler kiwnął ręką na młodego lekarza.

– Chodźmy do mojego gabinetu. Dlaczego wszyscy ci ludzie tutaj się tłoczą? Proszę ich odprawić. I do mnie. Natychmiast.

Obaj mężczyźni przeszli przez wąskie drzwi i oddalili się słabo oświetlonym korytarzem. Towarzyszył im tylko odgłos własnych kroków i ciche zawodzenie, które mogło być lamentem Pacjentki 223-81 albo wiatru wiejącego przez szpary i hulającego w zakamarkach tego zbudowanego sto lat temu budynku.

Ściany gabinetu Adlera zrobione były z tego samego czerwonego granitu co ściany całego szpitala. Ale Adler był dyrektorem, więc obłożono je drewnianą boazerią. Ponieważ jednak szpital był szpitalem stanowym, użyto w tym celu nie prawdziwego drewna, lecz podróbki, która zdążyła już się porządnie wypaczyć. A sam gabinet wyglądał jak biuro podrzędnego prawnika.

Adler zapalił światło i rzucił płaszcz na kanapę. Dzisiejsze wezwanie do szpitala zastało go między nogami żony. Odłożywszy słuchawkę telefonu, wyskoczył z łóżka i pospiesznie się ubrał. Teraz zauważył, że zapomniał paska i że spodnie mu trochę opadają. Wprawiło go to w zakłopotanie. Usiadł szybko przy biurku i spojrzał na telefon, jakby zaniepokojony tym, że nie słyszy jego dzwonienia.

– No dobrze, doktorze – zwrócił się do młodego lekarza, który był jego asystentem – niech pan mówi. Niech pan siada i mówi.

– Nie znam zbyt wielu szczegółów. On jest zbudowany tak jak Calla-ghan. – Peter Grimes wskazał głową w stronę tej części szpitala, w której zostało ciało. – Wydaje mi się, że…

– A kto to jest? – przerwał mu Adler.

– Ten, co uciekł? Michael Hrubek. Numer 458-94.

– Proszę mówić dalej.

Adler bębnił palcami o biurko, a Grimes położył przed nim zniszczoną białą teczkę z dokumentacją.

– Zdaje się, że Hrubek…

– To ten duży? Nie myślałem, że on rozrabia.

– On nigdy nie sprawiał żadnych kłopotów. Dopiero dzisiaj… Grimes poruszył wargami tak jak ryba przełykająca wodę i obnażył

drobne, równe zęby. Adler uznał, że to odrażające, i pochylił się nad papierami. Młody lekarz mówił dalej:

– Ogolił sobie głowę, żeby wyglądać tak jak Callaghan. Ukradł brzytwę, żeby to zrobić. A później pomalował sobie twarz na niebiesko. Rozwalił długopis i zmieszał tusz…

Adler popatrzył na Grimesa tak, że ten nie wiedział, czy zwierzchnik jest zły czy zdezorientowany. Grimes powiedział szybko:

– Potem wszedł do zamrażarki i siedział tam przez godzinę. Ktoś inny na jego miejscu na pewno by umarł. Tuż przed przyjściem ludzi od ko-ronera, którzy mieli zabrać ciało, Hrubek ukrył je, a sam wszedł do worka. Sanitariusze zajrzeli do środka, zobaczyli zimne, sine ciało i…

Dyrektor zaśmiał się śmiechem przypominającym szczekanie. Ku własnemu zdumieniu poczuł, że na jego cienkich, rozciągniętych w uśmiechu wargach błąka się jeszcze zapach żony. Przestał się śmiać.

– Sine? To nie do wiary. Sine?

Callaghan, wyjaśnił Grimes, stracił życie wskutek uduszenia. – Kiedy go znaleźli dziś po południu, był siny.

– Ale później już nie był. Przestał być siny, kiedy odcięli prześcieradło. Czy tym idiotom sanitariuszom nie przyszło to do głowy?

– No… – powiedział Grimes i nie dodał nic więcej, bo nie miał pojęcia, co odpowiedzieć.

– Czy zrobił krzywdę konwojentom? – zapytał Adler.

W pewnym momencie będzie musiał policzyć, ile osób może się domagać w sądzie zadośćuczynienia w związku z dzisiejszą ucieczką.

– Nie. Mówili, że go gonili, ale on zniknął.

– Gonili go. Akurat.

Adler westchnął ironicznie i wrócił do papierów. Dał Grimesowi znak, żeby milczał, i zaczął czytać:

Rozpoznanie według klasyfikacji DSM-III: Schizofrenia paranoidal-na… Monosymptomatyczna… urojenia. Twierdzi, że przebywał w siedemnastu szpitalach i uciekł z siedmiu z nich. Nie potwierdzone.

Adler spojrzał na swego asystenta.

– Uciekł z siedmiu szpitali?

Zanim młody człowiek zdążył odpowiedzieć na to pytanie, na które tak naprawdę odpowiedzi nie było, dyrektor znowu pogrążył się w papierach.

…hospitalizowany na czas nieokreślony zgodnie z Paragrafem 403 Ustawy o Zdrowiu Psychicznym… Omamy (słuchowe, wzrokowych brak)… cierpi na poważne ataki lęku, podczas których może stać się zdolny do przemocy. Pacjent charakteryzuje się przeciętnym Iponadprzeciętnym poziomem inteligencji… Ma trudności tylko z przetwarzaniem najbardziej abstrakcyjnych myśli… Jest przekonany, że jest prześladowany i szpiegowany, a także że inni go nienawidzą i plotkują o nim… Zemsta i odgrywanie się, często pojawiające się w kontekście biblijnym lub historycznym, wydają się być integralnie związane z jego urojeniami… Wrogie nastawienie do kobiet…

Następnie Adler przeczytał sprawozdanie stażysty dotyczące wzrostu, wagi, siły, ogólnego stanu zdrowia i wojowniczości Hrubeka. Jego twarz pozostała niewzruszona, chociaż serce zaczęło mu bić mocniej, kiedy pomyślał z podziwem klinicysty: Ten skurwysyn jest zdolny zabijać. Boże miłosierny!

– Obecnie otrzymuje doustnie chloropromazynę – 3200 miligramów dziennie, w trzech dawkach. Czy to prawda?

– Tak. Obawiam się, że tak. Trzy gramy thorazyny.

– O cholera – szepnął Adler.

– A na dodatek…

Asystent pochylił się nad biurkiem, opierając się kciukami o stertę książek tak mocno, że palce mu poczerwieniały.

– Tak? No, niech się już dowiem wszystkiego!

– On nie brał leków. Chował za policzkiem. Adler poczuł, że robi mu się gorąco.

– Niemożliwe – szepnął.

– Był taki film…

– Film?

Grimes strzelił palcami.

– Taki film przygodowy. Jego bohater udawał, że bierze jakieś lekarstwo czy coś takiego…

– Oglądali go w świetlicy? To ma pan na myśli?

– To był film przygodowy. Ten facet tak naprawdę nie brał tego lekarstwa. Tych pigułek. Udawał, że bierze, ukrywał za policzkiem i potem wypluwał. To był chyba Harrison Ford. I potem przez kilka dni wielu pacjentów go naśladowało. Myślę, że nikt nie podejrzewał, że Hrubek jest taki bystry, więc nikt też go specjalnie nie obserwował. Zresztą może ten aktor to był Nick Nolte.

Adler odetchnął powoli.

– Jak długo on nie brał tych leków?

– Cztery dni. No, może pięć.

Adler przypomniał sobie stosowne informacje z psychofarmacji. Zachowania psychotyczne schizofreników ustają pod wpływem leków prze-ciwpsychotycznych. Thorazyna, inaczej niż narkotyki, nie powoduje uzależnienia. Ale przerwanie kuracji musiało u Hrubeka wywołać mdłości, zawroty głowy, poty i znaczną nerwowość, co z kolei musiało się przyczynić do wzmożenia ataków lęku.

A lęk powoduje, że schizofrenik staje się niebezpieczny.

Pacjenci tacy jak Hrubek, przerwawszy przyjmowanie thorazyny, często wpadają w pobudzenie psychotyczne. A czasami mordują.

Niekiedy słyszą głosy, które ich chwalą za to, że zrobili tak wspaniały użytek z noża czy kija baseballowego, i które każą im powtórzyć swój wyczyn.

Hrubek, zauważył Adler, prawdopodobnie cierpi też na bezsenność. A to oznacza, że może nie zmrużyć oka przez dwie czy trzy doby. Stwarzało to doskonałą okazję do zbrodniczych działań.

Zawodzenie wzmogło się, było dobrze słyszalne w ciemnawym gabinecie. Adler położył sobie dłonie na policzkach. Znowu poczuł zapach żony. I znowu zapragnął cofnąć czas o godzinę. Pomyślał też, że chciałby nigdy nie słyszeć o Michaelu Hrubeku.

– W jaki sposób wykryło się, że nie brał leków?

– Jeden z sanitariuszy – wyjaśnił Grimes, poruszając wargami jak ryba – znalazł pigułki pod materacem Hrubeka.

– Który to był sanitariusz?

– Stu Lowe.

– Kto jeszcze o tym wie? O tym, że on chował pigułki za policzkiem.

– Ja, pan. Siostra oddziałowa. Lowe jej powiedział.

– No, to wspaniale. A teraz niech pan posłucha. Niech pan powie Stuartowi Lowe, że ma trzymać język za zębami. Ma nie pisnąć słowa. Aha, zaraz – Adlerowi przyszła do głowy jakaś niepokojąca myśl. – Kostnica jest na Oddziale C. Jak, do cholery, Hrubek się tam dostał?

– Nie wiem.

– No, to niech się pan dowie.

– To wszystko działo się tak szybko, naprawdę bardzo szybko – wybuchnął zdenerwowany asystent. – Nie mamy połowy potrzebnych informacji. Zaglądam w papiery, dzwonię do ludzi…

– Niech pan do nikogo nie dzwoni.

– Słucham?

– Niech pan nie dzwoni do nikogo. Chyba że dam na to pozwolenie.

– No, ale Zarząd…

– O Boże, człowieku, zwłaszcza do nikogo z Zarządu.

– Jeszcze tego nie zrobiłem – powiedział pospiesznie Grimes, zastanawiając się równocześnie, gdzie się podziała jego odwaga.

– A policja? Chyba pan jej jeszcze nie zawiadomił?

– Nie, nie. Oczywiście, że nie.

Miał dzwonić na policję w chwili, gdy Adler pojawił się w szpitalu. Teraz, przerażony, zauważył, że drżą mu palce. Zastanawiał się, czy za chwilę nie zawiedzie go nerw błędny, powodując omdlenie. Albo czy się nie zsiu-sia na podłogę w gabinecie.

– No dobrze, zastanówmy się – myślał głośno Adler. – On na pewno krąży gdzieś w pobliżu… Gdzie to było?

– W Stinson.

Adler powtórzył cicho nazwę miejscowości, a potem przycisnął papiery końcami palców, jakby chcąc zapobiec ich uniesieniu się w ciemną stra-tosferę swego wiktoriańskiego gabinetu. Humor trochę mu się poprawił.

– Którzy sanitariusze przenieśli ciało z kostnicy do karawanu?

– Lowe i chyba Frank Jessup.

– Niech ich pan do mnie przyśle.

Zapominając o opadających spodniach, Adler wstał i podszedł do brudnego okna, które po raz ostatni myto przed pół rokiem.

– Ta historia ma się nie wydać. Odpowiada pan za to – powiedział surowo.

– Tak, panie doktorze – zgodził się odruchowo Grimes.

– I niech się pan dowie, jak on się wydostał z Oddziału E.

– Oczywiście.

– Jeżeli ktoś… Niech pan powie personelowi: ten, kto piśnie słowo dziennikarzom, wyleci z roboty. Żadnych rozmów z policjantami, żadnych rozmów z dziennikarzami. Jeżeli się tu zjawią, proszę ich przysłać do mnie. Ciężki mamy orzech do zgryzienia. Zgodzi się pan, prawda? A teraz niech tu przyjdą ci sanitariusze.

Ronnie, czujesz się lepiej?

– Czuję się świetnie – warknął młody, solidnie zbudowany człowiek. – No i co z tego? Co pan ma zamiar zrobić? Co? Ale tak szczerze.

Doktor Richard Kohler wyczuł, jak sprężyny łóżka uginają się pod ciężarem Ronniego, kiedy ten wycofuje się w drugi jego koniec jak ktoś napastowany. Rozbiegane oczy Ronniego przesuwały się z góry na dół i z powrotem – Ronnie przyglądał się badawczo człowiekowi, który od sześciu miesięcy był jego ojcem, bratem, przyjacielem, nauczycielem i lekarzem. Uważnie patrzył na kędzierzawe, rzednące włosy Kohlera, na jego kościstą twarz, wąskie ramiona i szczupłe biodra. Wyglądał tak, jakby uczył się rysów lekarza na pamięć, po to, żeby móc go dobrze opisać, składając na niego meldunek w policji.

– Czy źle się czujesz, Ronnie?

– Nie mogę, panie doktorze, nie mogę. Za bardzo się boję – powiedział Ronnie płaczliwym głosem niesłusznie oskarżonego dziecka, a potem nagle zmienił ton i stwierdził rzeczowo: – Chodzi przede wszystkim o otwieracz do konserw.

– Czy to przez tę pracę w kuchni?

– Nie, nie, nie – zajęczał Ronnie. – To otwieracz. Miałem już tego dosyć. Nie wiem, dlaczego pan tego nie rozumie.

Kohler ziewnął potężnie. Odczuwał dotkliwą potrzebę snu. Nie spał od trzeciej nad ranem, a tutaj, na oddziale przejściowym, przebywał od dziewiątej. Pomógł pacjentom przygotować śniadanie i pozmywać po nim. O dziesiątej zawiózł do pracy czterech z nich, zatrudnionych na pół etatu. Porozmawiał z pracodawcami na ich temat, występując przy tym jako mediator w sporach i orędując za pacjentami.

Resztę dnia spędził z pozostałymi pięcioma pacjentami, którzy albo nie byli zatrudnieni, albo mieli wolne, bo była niedziela. Byli to młodzi ludzie – kobiety i mężczyźni. Kohler odbył z nimi indywidualne sesje psychoterapeutyczne, a potem powrócili oni do codziennych zajęć gospodarskich. Podzielili się na grupy zadaniowe, żeby zrobić to, co dla zdrowych byłoby absurdalnie łatwe: obrać kartofle, umyć sałatę, umyć okna i toalety, posegregować śmieci i czytać na głos. Niektórzy wykonywali swoje zadania ze spuszczonymi głowami, zmarszczonymi brwiami i widoczną determinacją. Inni zagryzali wargi albo skubali sobie brwi, albo płakali, albo zbliżali się z wysiłku do stanu hiperwentylacji. W końcu prace zostały wykonane.

I wtedy, bezpośrednio przed kolacją, nastąpiła katastrofa.

Ronnie dostał ataku. Pacjent stojący obok niego otworzył puszkę tuńczyka otwieraczem elektrycznym. Ronnie z krzykiem uciekł z kuchni, co spowodowało, że – na zasadzie reakcji łańcuchowej – kilkoro innych pacjentów wpadło w histerię. Kohler w końcu przywrócił porządek, po czym wszyscy, wraz z nim, zasiedli do kolacji. Kolacja została zjedzona, a naczynia pozmywane. Następnie posprzątano, pograno w różne gry, pooglądano telewizję (tego wieczora większość chciała obejrzeć Zdrówko, a mniejszość optująca za M*A*S*H*, aczkolwiek niechętnie, musiała się na to zgodzić). A potem wzięto leki, popijając sokiem, albo przełknięto thorazynę w postaci płynu o smaku pomarańczowym i nadszedł czas snu.

Kohler znalazł Ronniego w kącie w pokoju, w którym Ronnie się schował.

– Co chciałbyś zrobić w sprawie tego hałasu? – zapytał go.

– Me wiem.

Pacjent mówił stłumionym głosem i poruszał językiem, chcąc zwalczyć polekową suchość w ustach spowodowaną proketazyną.

Procesy adaptacyjne powodują stres – pomyślał Kohler – a stres jest rzeczą, z którą schizofrenikom najtrudniej sobie poradzić, tymczasem tutaj, na oddziale przejściowym, Ronnie musiał adaptować się do wielu rzeczy. Musiał podejmować decyzje. Musiał brać pod uwagę upodobania innych, przebywających wraz z nim na oddziale, a także uwzględniać to, że ci inni czegoś nie lubią. Stracił poczucie bezpieczeństwa, które miał w szpitalu. Każdego dnia stawał w obliczu tych problemów i zmartwiony Kohler widział, że sobie nie radzi.

Na zewnątrz, za oknem, ledwie widoczny w ciemności, znajdował się trawnik, który pacjenci przez całe lato pieczołowicie kosili, a teraz pedantycznie uprzątali – usuwali z niego każdy liść, który popełnił ten błąd, że na niego spadł. Kohler spojrzał w okno i zobaczył w nim odbicie swojej wy-mizerowanej twarzy – z ogromnymi oczodołami i zbyt wąskiej u dołu. Po raz tysięczny w tym roku pomyślał, że powinien zapuścić brodę, żeby jego twarz wyglądała na mniej wychudzoną.

– Jutro – powiedział do zmaltretowanego pacjenta – jutro coś z tym zrobimy.

– Jutro? A to wspaniale! Do jutra ja mogę umrzeć. I pan też, doktorku. Niech pan o tym nie zapomina – warknął pacjent, szydząc z człowieka, któremu zawdzięczał nie tylko jako taki spokój ducha, ale również życie.

Jeszcze przed podjęciem decyzji, że będzie studiował medycynę, Kohler nauczył się, że tego, co mówią lub robią schizofrenicy, nie trzeba brać osobiście i że na schizofreników nie należy się obrażać. Słowa Ronniego zdenerwowały go, ale tylko dlatego, że świadczyły o pogorszeniu się stanu zdrowia pacjenta.

Ronnie był jednym z klinicznych błędów Kohlera. Zakwalifikowany wbrew woli na leczenie w Szpitalu Stanowym w Marsden, reagował dobrze na zastosowaną tam kurację. Po wielu próbach znaleziono dla niego odpowiedni lek i dawkę, a potem Kohler zaczął go też poddawać psychoterapii. Ronnie radził sobie doskonale. Kiedy jedna z pacjentek oddziału przejściowego przeniosła się do własnego mieszkania, Kohler umieścił go na oddziale. Ale stresy związane z życiem w zbiorowości natychmiast spowodowały ujawnienie się najgorszych stron choroby Ronniego. Pogorszyło mu się: był w złym humorze, przybrał postawę obronną i miał objawy pa-ranoidalne.

– Nie wierzę panu – warknął teraz. – Dobrze widzę, co tu się dzieje, i nie podoba mi się to wcale. I dziś w nocy będzie burza. Burza elektryczna, elektryczny otwieracz. Rozumie pan? Pan mi mówi, że potrafię się otworzyć, że potrafię zrobić to czy tamto. A to jest cholerna bzdura!

Uruchamiając swoją doskonałą pamięć, Kohler zakonotował sobie, w jaki sposób Ronnie mówi, jak używa słów „elektryczny", „otwieracz" i „otworzyć się" oraz co spowodowało u niego atak lęku. Dziś wieczorem było za późno na wykorzystanie tych obserwacji. Kohler postanowił więc przejrzeć papiery młodego człowieka na drugi dzień rano. Zrobi to w swoim gabinecie w szpitalu i zanotuje swoje obserwacje. Teraz natomiast przeciągnął się i usłyszał, jak trzeszczą mu kości.

– Czy chciałbyś wrócić do szpitala, Ronnie? – zapytał, chociaż sam podjął już w tej sprawie decyzję.

– Właśnie o to mi chodzi. Tam nie ma takiego hałasu.

– Rzeczywiście, tam jest ciszej.

– Chyba chcę tam wrócić, panie doktorze. Muszę tam wrócić – powiedział Ronnie tonem kogoś, kto przegrywa spór. – Jest po temu tyle powodów, że trudno je wyliczyć.

– No dobrze. Wrócisz. We wtorek. A teraz pośpij.

Ronnie, wciąż ubrany, skulił się, leżąc na boku. Kohler nalegał, żeby włożył piżamę i przykrył się porządnie. Ronnie wykonał polecenie bez komentarzy. Kazał Kohlerowi zostawić zapalone światło i nie powiedział „dobranoc", kiedy lekarz wychodził z pokoju.

Kohler przeszedł po oddziale, powiedział „dobranoc" tym pacjentom, którzy jeszcze nie spali, i zamienił kilka słów z siedzącym w świetlicy i oglądającym telewizję sanitariuszem na nocnym dyżurze.

Przez otwarte okno powiał wiatr i Kohler, przywabiony przez ten powiew, wyszedł na zewnątrz. Jak na listopad, ta noc była dziwnie ciepła. Kohlerowi przypomniało się, jak pewnego jesiennego wieczora szedł po płycie lotniska od schodków samolotu. Był wtedy na ostatnim roku studiów medycznych. Tego roku podróż z lotniska La Guardia na lotnisko Ra-leigh-Durham była dla niego jak podróż kolejką podmiejską, gdyż przelatał dziesiątki tysięcy mil między dwoma miastami. Tego wieczora wrócił z Nowego Jorku, z wakacji z okazji Święta Dziękczynienia. Spędził większą część tych wakacji w Szpitalu Psychiatrycznym na Manhattanie, a następnie cały dzień w gabinecie swojego ojca, który przekonywał go – na przemian spokojnie i natarczywie – że powinien zostać internistą. Posunął się nawet do tego, że zagroził mu zaprzestaniem finansowania jego studiów.

Następnego dnia młody Richard Kohler podziękował ojcu za gościnność, wsiadł do samolotu, wrócił na uczelnię, a w poniedziałek zgłosił się do kwestury i złożył podanie o stypendium, które miało pozwolić mu na kontynuowanie studiów na psychiatrii.

Kohler jeszcze raz ziewnął, wyobrażając sobie własne mieszkanie znajdujące się o pół godziny drogi stąd. Szpital położony w wiejskiej okolicy, w której można było sobie pozwolić na bardzo duży dom z ogromnym ogrodem. Ale Kohler wolał z tego zrezygnować. Dla własnej wygody. Nie chciał kosić trawy, zajmować się ogrodem ani malowaniem. Chciał mieć miejsce, do którego mógłby uciec, nieduże mieszkanie, w którym byłoby wszystko, co trzeba. I miał takie mieszkanie. Były w nim dwie sypialnie, dwie łazienki i taras. Nie brakowało też pewnych luksusów. Łazienki były doskonale wyposażone, w pokojach znajdowało się kilka płócien Hock-neya i innych dość znanych malarzy. Kuchnię natomiast pośredniczka określiła jako „zaprojektowaną". (Ale czy wszystkie kuchnie nie są przez kogoś zaprojektowane? – zapytał ją Kohler i z satysfakcją słuchał jej przymilnego śmiechu). To mieszkanie, znajdujące się na szczycie wzgórza, z którego w dzień rozciągał się widok na szachownicę pól i lasów, a w nocy na migotliwe światła Boyleston, było dla Kohlera – całkiem dosłownie – wyspą zdrowia psychicznego w świecie szaleństwa.

Jednakże dziś wieczorem Kohler wrócił na oddział przejściowy, pokonał skrzypiące schody i wszedł do pokoju, który miał dziesięć stóp szerokości i dwanaście długości, i był wyposażony tylko w łóżko, komodę i lustro przytwierdzone do ściany.

Kohler zdjął marynarkę, rozluźnił krawat i położył się na łóżku, zrzucając buty. Spojrzał przez okno i zobaczył świecące mdłym światłem gwiazdy, a potem zauważył na zachodzie chmury zasnuwające połowę nieba. Burza. Słyszał, że ma być gwałtowna. Sam lubił deszcz, ale martwił się o pacjentów – miał nadzieje, że nie będzie zbyt wielu piorunów, które przerażą niejednego z nich. Ta troska uleciała jednak w momencie, gdy zamknął oczy. Sen był jedyną rzeczą, o jakiej potrafił teraz myśleć. Czuł jego smak. Ze zmęczenia bolały go nogi. Ziewnął tak, że oczy zaszły mu łzami. Nie upłynęło pół minuty, a on już spał.

3

Każda złożyła z tuzin podpisów i obie stały się milionerkami.

Przed nimi na biurku leżało mnóstwo dokumentów pokrytych pismem z zakrętasami. W dokumentach tych roiło się od słów i zwrotów w rodzą-

ju niniejszym i zważywszy, że. Były to dobrowolne pisemne oświadczenia złożone pod przysięgą, pokwitowania, zwolnienia od zobowiązań, upoważnienia. Owen, z miną poważną, jak na prawnika przystało, powtarzał z chwilą podpisania każdego dokumentu „formalności dopełniono", po czym przystawiał swoją pieczęć, składał podpis i zaznaczał kolejną pozycję na liście dokumentów do podpisania. Portia była ubawiona jego powagą i miała ochotę powiedzieć coś złośliwego. Lis natomiast, przyzwyczajona po sześciu latach małżeństwa do takich zachowań męża, nie zwracała na to uwagi.

– Czuję się jak prezydent podpisujący traktat – powiedziała.

Wszyscy troje siedzieli w gabinecie wokół masywnego, czarnego, mahoniowego biurka, które ojciec Lis przywiózł w latach sześćdziesiątych z Barcelony. Na tę okazję, na okazję przejęcie przez nie majątku, Lis wydobyła z jakichś zakamarków zniszczony, składający się z wycinków plakat, który sama wykonała dziesięć lat temu. Służył on jako dekoracja podczas przyjęcia urządzonego z okazji sprzedaży firmy ojca przechodzącego właśnie na emeryturę. Po lewej stronie plakatu przyklejone było zdjęcie pierwszego szyldu jego firmy z wczesnych lat pięćdziesiątych – małego, ręcznie malowanego prostokąta z napisem LAuberget i Synowie, sp. z o.o. Tuż obok znajdowała się błyszcząca fotografia ogromnej tablicy, jaką posługiwała się firma w momencie, gdy ojciec ją sprzedawał. Widniał na niej napis: UAuberget, Import Napojów Alkoholowych. Całość otoczona była ramką ze sztywnych liści winorośli i winogron narysowanych pracowicie przez Lis fioletowym i zielonym flamastrem. Plakat był pożółkły ze starości.

Ojciec nie miał męskiego spadkobiercy („synowie" na szyldzie figurowali tylko po to, żeby zrobić dobre wrażenie), ale nigdy nie omawiał spraw firmy z córkami. Lis przekonała się, jakim doskonałym był biznesmenem, dopiero kiedy została wykonawczynią testamentu. Przez całe jej dzieciństwo ojca wciąż nie było w domu – stąd wiedziała, że pracuje z wielkim poświęceniem. Jednak do chwili śmierci matki i przekazania pieniędzy jej i siostrze nie miała pojęcia, jaki majątek zgromadził tak ciężkim wysiłkiem. Okazało się, że jest to dziewięć milionów w gotówce, dom, w którym mieszkała z mężem, apartament przy Piątej Alei i dom wiejski niedaleko Lizbony.

Owen uporządkował papiery. Poukładał je na równe kupki i każdą oznaczył żółtą karteczką, na której poczynił adnotacje swoim kanciastym pismem.

– Zrobię dla ciebie kopie – powiedział do szwagierki.

– Pilnuj ich – ostrzegła ją Lis.

Słysząc ten macierzyński ton, Portia zacisnęła usta, a Lis skrzywiła się, zastanawiając się, jak usprawiedliwić tę swoją uwagę. Zanim jednak znalazła odpowiednie słowa, Owen postawił na biurku butelkę i otworzył ją. Nalał szampana do trzech kieliszków.

– No to za… – zaczęła Lis i zaraz zauważyła, że Owen i Portia patrzą na nią wyczekująco. – Za ojca i matkę – powiedziała, gdyż to przyszło jej najpierw do głowy.

Trącili się kieliszkami. Szkło zadzwoniło.

– Praktycznie biorąc – wyjaśnił Owen – to jest już koniec. Większość przelewów została przekazana i dokonano większości płatności. Mamy jeszcze jeden rachunek otwarty. Musimy z niego uregulować zaległe opłaty – należne egzekutorce, firmie prawniczej i księgowemu. A co do tego drobiazgu… – Spojrzał na Lis. – Powiedziałaś jej?

Lis pokręciła głową. Portia patrzyła na Owena.

– O co chodzi?

– W piątek dostaliśmy zawiadomienie. Zostaniecie pozwane.

– Co takiego?

– Ktoś kwestionuje zapisy.

– No nie! Kto?

– Jest problem z testamentem ojca.

– Jaki problem? Czy coś zostało schrzanione?

Portia spojrzała na Owena podejrzliwie i zarazem z rozbawieniem.

– Nie przeze mnie. Ja go nie pisałem. Chodzi o jego uczelnię. Czy to ci nic nie mówi?

Portia pokręciła głową, a Owen mówił dalej. Wyjaśnił jej, że Andrew UAuberget przed śmiercią uczynił żonę zarządcą całego majątku. Kiedy i ona zmarła, pieniądze dostały się córkom. Wszystkie pieniądze, z wyjątkiem niewielkiej sumy, którą Andrew zapisał swojej uczelni – prywatnej szkole wyższej w Massachusetts.

– Boże, przebacz mi, bo zgrzeszyłam – szepnęła drwiąco Portia i przeżegnała się.

Gdyż ojciec często wspominał – z wielkim szacunkiem i rozwodząc się nad tym w wielu słowach – o czasach spędzonych w Kensington College.

– Zapis opiewał na tysiąc.

– No to co? Trzeba im dać te pieniądze. Owen roześmiał się.

– Tylko że oni ich nie chcą. Chcą miliona, który ojciec zapisał im na początku.

– Miliona?

– Mniej więcej rok przed jego śmiercią – mówiła dalej Lis – na uczelnię zaczęto przyjmować kobiety. Już samo to go ubodło. A na domiar złego oni uchwalili rezolucję stwierdzającą, że zabrania się dyskryminacji ze względu na płeć i orientację seksualną. Musisz o tym wiedzieć. Nie wysłałeś jej kopii listów? – zwróciła się Lis do męża.

– Zaraz, Lis, miej trochę zaufania. Ona jest przecież spadkobierczynią. Musiała dostać kopie.

– Może je dostałam. Ale wiecie przecież, że człowiek nie zwraca uwagi na korespondencję od prawników, jeżeli w kopercie nie ma czeku.

Lis już miała coś powiedzieć, jednak zmilczała.

– Ojciec sporządził kodycyl – mówił dalej Owen – w którym zmniejszył zapisaną sumę do tysiąca. Był to jego protest.

– Cholerny staruch.

– Portia!

– Napisał do rektora, informując go o tej zmianie. Wyjaśnił, że nie jest przeciwko kobietom i zboczeńcom, ale że jest za tradycją.

– Co za cholerny staruch. Muszę to powtórzyć.

– Uczelnia kwestionuje ten kodycyl.

– A co my zrobimy?

– W zasadzie powinniśmy trzymać na koncie sumę równą tej, której oni żądają, aż do chwili zakończenia sprawy. Nie musisz się martwić. Wygramy sprawę. Ale musimy przez to przejść.

– Nie martwić się? – powiedziała Portia. – Przecież chodzi o milion dolarów.

– Ale oni przegrają – oświadczył Owen. – To prawda, że on sporządził ten kodycyl wtedy, kiedy dość regularnie brał percodan i kiedy Lis spędzała w domu wiele czasu. Ich prawnik chce to wykorzystać. Chce argumentować, że ojciec był w takim stanie świadomości, który uniemożliwiał prawidłowe podjęcie woli i działań prawnych, a także że znajdował się pod wpływem jednej z dwóch pozostałych spadkobierczyń.

– Dlaczego twierdzisz, że oni nie wygrają? Lis z ponurą miną sączyła szampana.

– Nie chcę o tym więcej słyszeć – wtrąciła. Jej mąż uśmiechnął się.

– Ja mówię poważnie – oświadczyła Lis. Owen zwrócił się do szwagierki.

– Przeprowadziłem małe dochodzenie – powiedział. – I dowiedziałem się, że prawnik występujący w ich imieniu negocjował umowy z firmą, w której ma udziały jego żona. To poważny konflikt interesów. Nie mówiąc o tym, że również przestępstwo. Mam zamiar zaoferować mu cztery czy pięć tysięcy i załatwić rezygnację z roszczeń.

– On mówi o tym tak, jakby to była taktyka zgodna z prawem – powiedziała Lis do siostry. – A dla mnie to jest szantaż.

– Oczywiście, że to szantaż – zgodziła się Portia. – No i co z tego? Ale czy myślisz, że ten prawnik skłoni uczelnię do rezygnacji?

– Będzie ich do tego przekonywał, tego jestem pewien – odrzekł Owen. – Chyba że chce wylądować w kiciu.

– Więc sprawa załatwiona – roześmiała się Portia i podniosła kieliszek. – Dobra robota, panie mecenasie.

Owen stuknął swoim kieliszkiem o jej kieliszek. Portia wypiła szampana i pozwoliła mu nalać sobie więcej. Ado siostry powiedziała:

– Wiesz, Lis, nie zadzierałabym z tym facetem, bo on może z tobą postąpić tak, jak postępuje z innymi.

Kamienna twarz Owena zmieniła się. Zaśmiał się krótko.

– Ja po prostu czuję się obrażona – powiedziała Lis. – Nie miałam pojęcia, że ojciec zapisał uczelni jakieś pieniądze. On przecież nigdy o tym ze mną nie rozmawiał. Jak oni mogą mówić, że znajdował się pod moim wpływem. Niech więc nas pozywają!

– A ja mówię: niech nasz prawnik się tym zajmie.

Z włosami przytrzymywanymi czarną koronkową opaską Portia wyglądała jak osoba, która cudownym sposobem cofnęła się do wieku sześciu czy siedmiu lat – czyli do tego okresu, w którym po raz pierwszy okazało się, że siostry będą się tak bardzo od siebie różniły. Proces oddalania się od siebie ich charakterów zdawał się trwać nadal aż do dzisiejszego wieczora. Różniły się od siebie coraz bardziej.

Owen nalał jeszcze szampana.

– Nie byłoby całego tego problemu, gdyby wasz ojciec zatrzymał sobie te pieniądze, nic nie mówiąc. Z tego płynie morał: za każdy dobry uczynek czeka człowieka kara.

– Czy twoje usługi będą drogie, Owenie? – spytała Portia ironicznie.

– Ale skąd, pięknym kobietom nigdy nie liczę dużo.

Lis weszła między tych dwoje, z których jedno związane z nią było węzłem krwi, a drugie węzłem małżeńskim, i objęła Owena.

– Widzisz teraz, dlaczego on tak dobrze sobie radzi.

– Nie poradzi sobie w życiu zbyt dobrze, jeżeli będzie pracował za darmo.

– Nie powiedziałem, że moje usługi są darmowe. – Owen spojrzał na Portię. – Powiedziałem tylko, że nie wezmę drogo. Za jakość zawsze trzeba płacić…

Lis podeszła do schodów.

– Portia, chodź tutaj. Chcę ci coś pokazać.

Siostry zostawiły Owena z papierami, a same poszły na górę. Znowu zapadła między nimi ciężka cisza i Lis zrozumiała, że to obecność Owena umożliwiała jej rozmowę z siostrą.

– Zobacz.

Lis poszła przodem, otworzyła drzwi małej sypialni i zapaliła światło.

–  Voilà.

Portia kiwała głową, oglądając niedawno urządzony pokój. Na urządzenie go Lis poświęciła miesiąc, w ciągu którego wielokrotnie jeździła do Ralpha Laurena i Laury Ashley po materiały i tapety, a do sklepów z antykami po meble. Udało jej się znaleźć stare łóżko z baldachimem – identyczne jak to, w którym sypiała Portia w czasach, gdy ten pokój należał do niej.

– I co ty na to?

– Zaczęłaś zajmować się urządzeniem mieszkań?

– Ten materiał, z którego zrobione są zasłony, jest identyczny. To naprawdę dziwne, że taki znalazłam. Może jest odrobinę bardziej żółty. Ale to wszystko. Pamiętasz, jak pomagałyśmy mamie szyć te zasłony? Ja miałam wtedy – ile? Czternaście lat. A ty dziewięć.

– Nie pamiętam. Ale pewnie masz rację. Lis spojrzała siostrze w oczy.

– Ale się namęczyłaś – zauważyła Portia, chodząc w kółko po owalnym, plecionym dywaniku. – To nie do wiary. Ostatnim razem, kiedy tu zaglądałam, ten pokój wyglądał jak komórka. To mama doprowadziła go do takiego stanu.

No więc dlaczego teraz ci się nie podoba? – zastanowiła się Lis.

– Pamiętasz Kubusia Puchatka? – spytała, wskazując ruchem głowy brudnego misia wpatrującego się szklanymi oczami w kąt pokoju, w którym od czasu ostatniego sprzątania, dwadzieścia cztery godziny temu, pojawiła się błyszcząca pajęczyna.

Portia dotknęła nosa niedźwiadka, a potem cofnęła się do drzwi, krzyżując ręce na piersiach.

– O co chodzi? – zapytała Lis.

– No wiesz, nie wiem, czy mogę zostać.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Nie miałam takiego zamiaru.

– To znaczy, że chcesz jechać dziś wieczorem'? Jest na to za późno, naprawdę.

– Pociągi jeżdżą przez całą noc. Twarz Lis poczerwieniała.

– Myślałam, że zostaniesz na parę dni.

– No tak, mówiłyśmy o tym. Ale… ja chyba wolałabym wrócić. Powinnam była ci powiedzieć…

– Nawet nie zadzwoniłaś, żeby zawiadomić, że się spóźnisz. Nie zawiadomiłaś, że przyjedziesz okazją. Chcesz tak po prostu wpaść, zabrać pieniądze i wyjechać?

– Ależ, Lis.

– Nie możesz przecież jechać kilka godzin pociągiem, a potem tylko wpaść na chwilę, odwrócić się na pięcie i zaraz wracać. To jakieś wariactwo.

Lis podeszła do łóżka. Sięgnęła po misia, ale zaraz się rozmyśliła. Usiadła na narzucie zrobionej z bawełnianej tkaniny z wątkiem z jedwabnego kordonku.

– Przecież nie rozmawiałyśmy ze sobą od miesięcy – powiedziała. – Od lata nie wymieniłyśmy dwóch słów.

Portia skończyła szampana i postawiła kieliszek na komodzie. Spojrzała na siostrę pytająco.

– Wiesz dobrze, o czym mówię – stwierdziła Lis.

– Trudno mi teraz przebywać poza domem. Lee i ja mamy ciężki okres.

– A kiedy u ciebie będzie lekki okres? Portia wskazała ręką pokój.

– Przykro mi, że zadałaś sobie tyle trudu – powiedziała. – Może w przyszłym tygodniu. A może za kilka tygodni zostanę na dłużej. Przyjadę wcześniej. Spędzę z wami dzień.

Zamilkła. Ciszę przerwał nagle głos Owena, który ostrym tonem wołał Lis. Przestraszona, spojrzała na drzwi, a potem na swój podołek i przekonała się, że w końcu wzięła misia. Wstała gwałtownie i posadziła zabawkę na poduszce.

– Lis – wołał natarczywie Owen – zejdź do mnie!

– Już idę – krzyknęła Lis, a potem zwróciła się do siostry i powiedziała: – Porozmawiajmy o tym – po czym, zanim Portia zdążyła zaprotestować, wyszła z pokoju.

Wygląda na to, że nas wykiwał.

– Mnie też tak się zdaje.

Przed dwoma mężczyznami ciągnął się wąwóz, którego ściany wznosiły się na pięćdziesiąt stóp w górę. Na jego dnie leżały czarne kamienie, znajdowała się w nim też plątanina winorośli i pozbawionych kory gałęzi, z których wiele było martwych i zbutwiałych. Na podszyciu wilgoć połyskiwała jak miliony wężowych łusek, a rosa osiadająca na kombinezonach obu mężczyzn spowodowała, że stały się one ciemnoniebieskie, takie same jak uniformy, w których pracowali na Oddziale Szczalno-Sralnym.

– Popatrz sam tutaj. Skąd mamy wiedzieć, że to jego ślad?

– Bo to czternastka, a także dlatego, że on jest boso. Ślad musi być jego, bo czyj ma być, do cholery? A teraz się zamknij.

Księżyc chował się powoli za chmury, ciemności gęstniały i obaj mężczyźni pomyśleli, że widok, który mają przed sobą, jest wzięty prosto z jakiegoś filmowego horroru.

– No, ale miałem cię o coś zapytać. Zadajesz się teraz z brzydulami?

– Chodzi ci o sekretarkę Adlera? – Stuart Lowe parsknął. – To by nie było takie głupie. Ale wiesz, po mojemu to powinniśmy tu dzisiaj zaprotestować. Żaden z nas nie musiał tutaj przychodzić. Nie jesteśmy gliniarzami.

Obaj mężczyźni byli wysocy i muskularni, i krótko ostrzyżeni. Lowe był blondynem, a Frank Jessup miał ciemne włosy. A poza tym obaj nie byli pedantami i nie żywili ani nienawiści, ani sympatii do pacjentów znajdujących się pod ich opieką. Uważali swoją robotę po prostu za robotę i nic poza tym i zadowoleni byli, że dostają przyzwoite pensje, mieszkając w okolicy, w której jest mało miejsc pracy.

Jednak to, że dziś wieczorem wyznaczono im takie zadanie, nie cieszyło ich wcale.

– Kto mógł zgadnąć – mruknął Lowe – że on zrobi coś takiego? Jessup oparł się o pień sosny, a zapach terpentyny sprawił, że jego nozdrza się rozdęły. – A Mona? Pieprzysz ją?

– Kogo?

– Monę Cabrill. Pielęgniarkę. Z Oddziału D.

– A o nią ci chodzi. Nie. A ty?

– Jeszcze nie – powiedział Jessup. – Ale chętnie dałbym jej dawkę thiopentalu i przeleciał, jakby tylko straciła przytomność.

Lowe mruknął coś z niezadowoleniem i powiedział:

– Musimy się skupić na robocie, Frank.

– Słyszelibyśmy go. Taki duży facet nie może przejść, nie robiąc hałasu… Wiesz, ona w zeszłym tygodniu przyszła bez stanika. We wtorek. Przełożona kazała jej iść do domu i wrócić w staniku. Ale przez jakiś czas było czym oczy napaść.

Przez chwilę w wilgotnym powietrzu unosił się zapach dymu z ogniska czy też z piecyka na węgiel drzewny. Lowe przycisnął sobie dłonie do oczu. Był dość przerażony.

– Za taką robotę płaci się glinom.

– Ćśśś – uciszył go nagle Jessup.

Lowe aż podskoczył, a potem, usłyszawszy tylko wybuch śmiechu, uderzył Jessupa po ramieniu.

– Ty gnojku.

Przez chwilę boksowali się – gwałtowniej niż zamierzali, bo rozładowywali w ten sposób napięcie. A potem ruszyli w głąb wąwozu. Byli przerażeni, to prawda, ale bardziej przerażało ich niesamowite otoczenie niż uciekinier. Obaj znali Michaela Hrubeka. Lowe opiekował się nim niemal cały czas przez cztery miesiące jego pobytu w Szpitalu Stanowym w Mars-den. Hrubek potrafił być prawdziwym skurwielem – złośliwym, denerwującym – ale nie wydawał się szczególnie zdolny do stosowania przemocy. Mimo to Lowe powiedział:

– Myślę, że powinniśmy to olać i wezwać gliny.

– Jeżeli go złapiemy, nie stracimy roboty.

– Nie mogą nas wylać za taką rzecz. Skąd mieliśmy wiedzieć?

– Nie mogą nas wylać? – parsknął pogardliwie Jessup. – Przecież obaj jesteśmy biali i dobijamy do czterdziechy. Mogą nas wylać, nawet z tego powodu, że im się nie podoba sposób, w jaki sramy.

Lowe doszedł do wniosku, że powinni zamilknąć. Szli w milczeniu wąwozem i czuli, że ten wąwóz ich dusi. Kiedy uszli ze trzydzieści jardów, usłyszeli, że w pobliżu coś się rusza. Dźwięk był niewyraźny i mógł pochodzić od porzuconej torby plastikowej trzepoczącej na wietrze. Sęk w tym, że wiatru nie było. Może to sarna? Ale sarny nie chodzą po lesie, nucąc sobie pod nosem. Sanitariusze popatrzyli na siebie i sprawdzili, czy mają broń – w szpitalu przydzielono każdemu pojemnik z gazem łzawiącym i gumową pałkę. Chwycili pałki mocniej i szli dalej pod górę.

– On nie ma zamiaru zrobić nikomu krzywdy – stwierdził Lowe i zaraz dodał: – Ja miałem z nim często do czynienia.

– To mnie cieszy – szepnął Jessup. – Ale zamknij się, do cholery. Zawodzenie przypominało Stuartowi Lowe, pochodzącemu ze stanu

Utah, skomlenie złapanego w pułapkę kojota, który nie ma szans na przeżycie nocy.

– O, teraz głośniej – powiedział niepotrzebnie Stuart, a Frank Jessup był tak przestraszony, że go nawet nie uciszył.

– To pies – domyślił się Lowe.

Ale to nie był pies. Dźwięki wydobywały się z potężnego gardła Michaela Hrubeka, który z zaskakująco głośnym trzaskiem wyszedł na środek ścieżki o dwadzieścia stóp od sanitariuszy i stanął jak wryty.

Lowe, który przypomniał sobie, że wiele razy kąpał Hrubeka, cackał się z nim i przemawiał mu do rozsądku, poczuł się nagle przywódcą. Wysunął się do przodu i powiedział:

– Cześć, Michael. Jak się masz? W odpowiedzi usłyszał tylko bełkot.

– Hej, to pan Michael! – krzyknął Jessup. – Mój ulubiony pacjent! Nic się panu nie stało?

Hrubek ubrany był tylko w zabłocone szorty. Jego niebieskawa twarz wyglądała przerażająco. Miał zaciśnięte wargi i oczy opętańca.

– Nie jest ci zimno? – zapytał Lowe, z wysiłkiem wydobywając z siebie głos.

– Jesteście agentami Pinkertona, wy skurwiele.

– Nie. To ja, Frank. Pamiętasz mnie przecież. Jestem ze szpitala. Znasz też Stu. Jesteśmy sanitariuszami. Przecież ty nas znasz. Hej… – Frank roześmiał się dobrodusznie. – A co ty tu robisz bez ubrania?

– A dlaczego wy, skurwysyny, chowacie się w swoich ubraniach? – warknął pogardliwie Hrubek.

Nagle Lowe uświadomił sobie, jak poważna jest sytuacja. Boże drogi, przecież oni nie są w szpitalu. Nie ma przy nich całego personelu. Nie ma telefonu, nie ma psychiatrycznych pielęgniarek, które trzymają w pogotowiu dwieście miligramów fenobarbitalu. Lowe poczuł, że jest mu słabo ze strachu, i nie ruszył się z miejsca, kiedy Hrubek, ścigany przez Jessupa, uciekł z krzykiem w głąb wąwozu.

– Frank, poczekaj! – krzyknął.

Ale Jessup nie czekał. Więc i Lowe, aczkolwiek niechętnie, puścił się w pogoń za niebieskogłowym potworem sadzącym długimi susami naprzód. Głos Hrubeka odbijał się echem w wilgotnym wąwozie. Hrubek błagał, żeby do niego nie strzelali i nie torturowali go. Lowe dogonił Jessupa i zaczęli biec obok siebie.

Przedzierali się przez zarośla, wywijając pałkami jak maczetami. Jes-sup ciężko dyszał.

– O Jezu, te kamienie. Jak on może biec po tych kamieniach? – dziwił się.

A Lowe nagle coś sobie przypomniał. Przypomniał sobie, jak Hrubek stał któregoś dnia za głównym budynkiem szpitala z butami zawieszonymi na szyi i jak potem zaczął boso chodzić w kółko po żwirze, przemawiając niewyraźnie do własnych stóp i namawiając je, żeby stwardniały. Było to w zeszłym tygodniu.

– Frank – powiedział Lowe zasapany – coś jest nie tak. Powinniśmy…

A w następnej chwili już lecieli.

Żeglowali przez czarne powietrze. Drzewa i krzewy śmigały wokół nich. Wylądowali w rowie, który Hrubek z łatwością przeskoczył. Lecąc w dół, uderzali o gałęzie i kamienie. Ich ciała stoczyły się szybko i walnęły ciężko o ziemię. Lowe poczuł lodowaty chłód w udzie i ramieniu. Obaj leżeli nieruchomo w szarym błocie.

Jessup poczuł smak krwi. Lowe zaczął oglądać swoje zgięte palce, ale zaraz przestał się nimi zajmować, bo kiedy starł błoto z przedramienia, okazało się, że to nie było błoto, tylko rozległa, długa na stopę rana.

– A to chuj – zawył – ja go zabiję. Kurwa. Wykrwawię się na śmierć. Kurwa mać…

Lowe przetoczył się na plecy, a potem usiadł, przyciskając dłonią zranione, pozbawione skóry miejsce, przerażony widokiem własnego, gorącego, żywego mięsa. Jessup leżał nieruchomo w cuchnącym metanem błocie i oddychał płytko, bo z przerażenia potrafił zaczerpnąć tylko kilka centymetrów sześciennych powietrza. Zachłysnął się. Dopiero po chwili był w stanie wyszeptać:

– Ja myślę…

Lowe nigdy się nie dowiedział, co Jessup myślał, bo w tym momencie pojawił się obok nich Hrubek, który schylił się niedbale, odepchnął go na bok i zabrał obu sanitariuszom przyczepione do pasków zbiorniki z gazem łzawiącym. Potem rzucił zbiorniki w zarośla i odwrócił się gwałtownie w stronę Stuarta Lowe, który spojrzał mu w twarz i zaczął krzyczeć.

– Przestań! – ryknął na niego Hrubek.

Lowe umilkł i, korzystając z tego, że Hrubek też się boi, wygramolił się z pułapki. Jessup zamknął oczy i zaczął coś bełkotać.

Lowe podniósł pałkę.

– Jesteście nasłani. Pinkerton was nasłał – warknął Hrubek. – Pink-er-ton. Jesteście na-sfo-ni. A ty, zasrany sanitariuszu, wyglądasz słabo. Masz rozwaloną rękę. Dobrze się spisaliście, ale nie powinniście byli mnie ścigać. Ja muszę się zająć śmiercią.

Gumowa pałka w ręce Lowe'ego pozostała przez chwilę uniesiona, ale zaraz potem wylądowała z łoskotem u jego stóp. Lowe puścił się biegiem w las. Pędził na oślep, bo jego odwaga nagle ulotniła się.

– Nie zostawiaj mnie, Stu – krzyknął do niego Jessup, nie unosząc głowy z błota. – Ja nie chcę umierać sam.

Hrubek popatrzył za uciekającym Stuartem, a potem ukląkł na plecach Jessupa, wpychając mu głowę głębiej w błoto. Sanitariusz poczuł smak ziemi i trawy. Zapach tej ostatniej przypomniał mu dzieciństwo. Zaczął płakać.

– Ty głupi dupku – powiedział Hrubek, a potem wpadł we wściekłość. – Twoje ubranie też na nic mi się nie zda.

Stuknął w napis: Stanowa Płacówka Zdrowia Psychicznego w Mars-den, wyhaftowany na kombinezonie Jessupa

– Jaki z ciebie pożytek – powiedział, a potem zaśpiewał: – Dobranoc paniom, dobranoc. Zobaczę pewnie, jak płaczecie…

– Wypuścisz mnie, co, Michael?

– Ty mnie wyśledziłeś. A to, co robię, miało być niespodzianką. Dobranoc paniom, dobranoc, zobaczę, jak umieracie.

– Ale, Michael, ja nikomu nie powiem. Puść mnie, Michael, puść, dobrze? Błagam cię. Ja mam żonę.

– A masz żonę. A ładna jest ta twoja żona? Często ją pieprzysz? Dymasz ją tak jak jakiś zbok, co? Podaj mi jej adres.

– Błagam cię, Michael.

– Przykro mi – szepnął Hrubek i pochylił się.

Sanitariusz krzyknął bardzo głośno. Hrubek z nieopisaną przyjemnością zauważył, że ten krzyk spłoszył wspaniałą sowę, która zerwała się do lotu z pobliskiego dębu i – złotawa w niebieskawym świetle księżyca – przeleciała w odległości pięciu stóp od jego twarzy.

…powtarzam: Państwowa Służba Meteorologiczna ostrzega mieszkańców hrabstw Marsden, Cooper i Mahican, że zbliża się burza. Spodziewane są wiatry wiejące z prędkością osiemdziesięciu mił na godzinę, tornada i powodzie w nisko położonych okolicach. Rzeka Marsden osiągnęła już poziom zagrażający powodzią, spodziewane jest też dalsze podniesienie poziomu jej wód o co najmniej trzy stopy. Najwyższy prawdopodobnie osiągnie około pierwszej łub drugiej w nocy. W miarę napływu informacji będziemy nadawać dałsze komunikaty…

Portia zastała ich w gabinecie, pochylonych nad stereofonicznym radiem szafkowym z tekowego drewna. Oboje mieli ponure miny.

Z radia zaczęła znowu płynąć muzyka poważna. Owen wyłączył je.

Portia zapytała, co się stało.

– Nadciąga burza.

Owen odwrócił się, żeby popatrzeć przez okno.

– Rzeka Marsden to jedna z tych, które wpadają do jeziora.

– Mieliśmy otrzymać wyniki ekspertyzy i zacząć budować wał ochronny – powiedziała Lis – ale nie spodziewaliśmy się powodzi przed przyjściem wiosny.

Lis wyszła z gabinetu i podeszła do dużej cieplarni. Spojrzała w górę w niebo, które było ciemne, ale jeszcze spokojne.

Portia dostrzegła na jej twarzy wyraz zaniepokojenia i spojrzała na Owena.

– Tu nie ma fundamentów – wyjaśnił jej Owen. – To znaczy pod cieplarnią. Wasi rodzice zbudowali ją bezpośrednio na ziemi. Jeżeli zaleje ogród…

– To cieplarnia zostanie podmyta jako pierwsza – wtrąciła Lis.

I wolę nawet nie myśleć, co może się stać z cienkimi szybkami szklanego dachu, kiedy runie na nie pięćdziesięciostopowy dąb rosnący w pobliżu – dodała w duchu. Popatrzyła na ceglaną ścianę obok siebie i z roztargnieniem poprawiła kamiennego gargulca, który uśmiechał się złośliwie, pokazując długi, zakręcony jęzor.

– Cholera – szepnęła.

– Jesteście pewni, że rzeka wyleje? – zapytała Portia.

Jej głos świadczył o tym, że jest zdenerwowana. Tak, była zdenerwowana, bo utrudniało jej to natychmiastową ucieczkę z domu LAubergetów. Tak w każdym razie przypuszczała Lis.

– Jeżeli poziom wody podniesie się o trzy stopy, to wyleje – wyjaśniła siostrze. – I woda zaleje ogród. Było tak kiedyś, w latach sześćdziesiątych, pamiętasz? Zmyło wtedy starą werandę. Ona była tu, dokładnie w tym miejscu, w którym teraz stoimy.

Portia powiedziała, że sobie tego nie przypomina. Lis znowu popatrzyła na okna, żałując, że nie mieli czasu, żeby umocnić dach i boczne ściany. Będą mieli szczęście, jeżeli przed burzą zdążą zbudować wał ochronny na brzegu jeziora, wysoki na dwie stopy, i umocnić taśmą połowę okien.

– No to – powiedziała – zabierajmy się za naklejanie taśmy i noszenie worków z piaskiem.

Owen kiwnął głową.

Lis zwróciła się do siostry:

– Czy mogę cię prosić, żebyś została?

Młoda kobieta nic nie odpowiedziała. Była nie tyle zirytowana, co sfrustrowana tym, że musi tu zostać wskutek takiego „spisku".

– Twoja pomoc naprawdę nam się przyda.

Owen popatrzył najpierw na jedną siostrę, a potem na drugą i zmarszczył brwi.

– Czy nie miałaś zamiaru zostać na parę dni?

– Powinnam wrócić dziś wieczorem.

Powinna'? – zdziwiła się Lis. A kto jej taką powinność narzucił? Ten chłopak, z którym ma problemy?

– Zawiozę cię na stację jutro z samego rana. Nie spóźnisz się do pracy więcej niż godzinę.

Portia kiwnęła głową. – W porządku.

– Słuchaj, Portio – powiedziała Lis szczerze. – Ja naprawdę jestem ci za to wdzięczna.

Po czym poszła szybko do garażu, odmawiając krótką modlitwę dziękczynną. Dziękowała Bogu za to, że pogoda zmusi jej siostrę do pozostania przynajmniej na jedną noc. Ale nagle poczuła, że ta modlitwa może przynieść nieszczęście i, kierując się zabobonnym lękiem, odwołała ją. A potem zabrała się za gromadzenie łopat, taśmy do naklejania na okna i płóciennych worków.

4

Trzech w ciągu dwóch lat…

Wysoki mężczyzna w eleganckim szarym mundurze przygładził sobie siwiejące wąsy i dodał:

– Uciekają od was ile sił w nogach.

Doktor Ronald Adler przebierał palcami przy pasku od spodni. Westchnął niecierpliwie, co miało oznaczać, że przyjmuje postawę ofensywną, i powiedział:

– Panie kapitanie, czy nie można tego czasu wykorzystać jakoś lepiej? Ja w każdym razie założę się, że można.

Policjant zaśmiał się zduszonym śmiechem.

– Dlaczego o tym nie zameldowaliście?

– Zameldowaliśmy, że Callaghan umarł – powiedział Adler.

– Wie pan, o czym mówię, panie doktorze.

– Myślałem, że go złapiemy bez hałasu.

– Jak mianowicie? Posłaliście po niego tych sanitariuszy i wynik jest taki, że jeden dał sobie rozwalić rękę, a drugi zesrał się w kombinezon.

– On w zasadzie nie jest groźny dla otoczenia – powiedział Peter Grimes, przypominając zarówno Adlerowi jak i policjantowi o swojej obecności w pokoju.

– Każdy kompetentny członek personelu rozegrałby to inaczej. Oni zabawili się w kowbojów. Spadli ze skały i potłukli się.

– Spadli. Aha. Próbowaliście sprawę zataić, a mnie się to nie podoba.

– Tu nie ma co zatajać. Ja nie wzywam policji za każdym razem, kiedy jakiś pacjent wyjdzie poza teren.

– Niech mnie pan nie bajeruje, panie doktorze.

– Myśmy go prawie złapali.

– Prawie, ale nie do końca. No dobra. Jak on wygląda?

– Jest duży – zaczął Grimes, ale zaraz zamilkł, bojąc się użyć niewłaściwych przymiotników.

– Jaki duży, do cholery? No dalej, panowie! Nie traćmy czasu. Adler opisał Hrubeka, a potem dodał:

– Ogolił sobie głowę i pomalował twarz na niebiesko. Proszę nie pytać dlaczego. Po prostu tak zrobił. Ma brązowe oczy, szeroką twarz, żółte zęby i dwadzieścia siedem lat.

Kapitan Don Haversham, człowiek dwa razy starszy od Hrubeka, robił równym pismem notatki.

– Dobra. Kilka samochodów pojedzie do Stinson. Widzę, że to się panu nie podoba, panie doktorze, ale musimy tak zrobić. A teraz niech mi pan powie: do jakiego stopnia on jest groźny dla otoczenia? Czy może wyskoczyć na ludzi z zarośli?

– Nie, nie – powiedział dyrektor, spoglądając na Grimesa, który przebierał palcami w swoich gęstych, czarnych włosach. – Hrubek jest – kontynuował Adler – no, jak to powiedzieć, jest taki jak duży, dobry, sympatyczny pies. Ta jego ucieczka to… no, to dla niego po prostu taka gra.

– Hau, hau – powiedział kapitan. – Przypominam sobie, że to on był główną postacią w tej historii w Indian Leap. To, co zrobił, nie jest sympatyczne i wcale nie przywodzi na myśl dobrego psa.

Dlaczego więc – pomyślał Adler – prosiliście nas o opinię? Po co, skoro już sami go zdiagnozowaliście?

– Chcę wiedzieć, czy po tych czterech miesiącach spędzonych u was on wciąż jest niebezpieczny dla otoczenia. Coś mi się zdaje, że tak. Sądząc po tym, jak się obszedł z tymi waszymi sanitariuszami. Niech mi pan powie: czy on posłusznie brał swoje pigułki?

– Tak – powiedział szybko Adler. – Ale zaraz, to Callaghan prawdopodobnie popełnił samobójstwo.

– Samobójstwo?

Grimes znowu popatrzył na swego szefa, zdając sobie sprawę, że niektóre jego słowa z trudem dają się dopasować do faktów.

– Czekamy na potwierdzenie koronera – mówił dalej Adler.

– Tak, koroner na pewno powie, jak było – stwierdził wesoło Haver-sham. – A pan oświadczy pewnie, że to taki zbieg okoliczności? Ten Callaghan odbiera sobie życie, a potem ten wasz ulubiony piesek Hrubek ucieka w jego worku?

– Mhm.

Adler wyobraził sobie, że Haversham siedzi zamknięty w jednym pomieszczeniu z Billiem Prescottem, który odstawił stelazynę i masturbuje się godzinami, wyjąc równocześnie na cały głos.

– Chodzi o to, że… – zaczął Grimes i zamilkł, kiedy dwaj pozostali spojrzeli na niego.

– Mój młody kolega – podchwycił Adler – chciał powiedzieć, że przez te wszystkie miesiące Hrubek był wzorowym pacjentem. Siedział spokojnie, nikomu się nie naprzykrzał.

– On jest jak roślina. Haversham wybuchnął śmiechem.

– Roślina? – zapytał Grimesa. – Przed chwilą był psem. No to musi mu się pogarszać. Ale powiedzcie mi, tak dokładnie, na co jest chory.

– Ma schizofrenię paranoidalną.

– Schizofrenię? Rozdwojenie jaźni? Widziałem takich.

– Nie, nie, on nie ma rozdwojenia jaźni. On jest schizofrenikiem. To znaczy, że ma urojenia i nie radzi sobie z niepokojem i stresem.

– Jest głupi? Niedorozwinięty?

Adler, będąc profesjonalistą, aż wzdrygnął się wewnętrznie na takie słowa, ale nie dał niczego po sobie poznać.

– Nie. Ma średnio wysoki iloraz inteligencji – powiedział. – Ale nie działa w sposób przemyślany.

Kapitan prychnął pogardliwie.

– Musiał jednak działać w sposób przemyślany, nie sądzi pan? Musiał, bo wydostał się ze szpitala psychiatrycznego dla chorych niebezpiecznych dla otoczenia.

Adler zacisnął na chwilę wargi, zastanawiając się, co odpowiedzieć. Znów poczuł smak żony i zaczął się zastanawiać, czy będzie miał wytrysk. Nie miał go. Powiedział do Havershama:

– Ta ucieczka wynikła wskutek błędu sanitariuszy. Zdyscyplinujemy

ich.

– Mnie się zdaje, że oni już zostali zdyscyplinowani. Przynajmniej ten ze złamaną ręką.

– Proszę posłuchać, panie kapitanie, czy możemy załatwić to po cichu?

Kapitan uśmiechnął się szeroko.

– A co, boi się pan rozgłosu, panie doktorze?

Adler odczekał chwilę, a potem powiedział głosem cichym, ledwie dającym się słyszeć z powodu zawodzenia, które znowu rozlegało się w budynku:

– Proszę posłuchać, panie kapitanie. Proszę się ze mną nie drażnić. Mam pod opieką prawie tysiąc najnieszczęśliwszych ludzi na Północnym Wschodzie, a pieniędzy dostaję tylko tyle, ile wystarcza na zajęcie się jedną czwartą tej liczby. Ja tu mogę…

– Dobra. W porządku.

– Mogę części z nich poprawić jakość życia i mogę ochronić przed nimi pozostałą ludność. Robię w tym celu, co w mojej mocy, wykorzystując tę sumę pieniędzy, którą dostaję. I niech mi pan nie mówi, że panu nie obcinają funduszy.

– Obcinają. To fakt.

– Jeżeli ta ucieczka stanie się głośna, jeżeli jakiś dziennikarzyna narobi wokół niej szumu, to prawdopodobne jest, że obetną nam fundusze jeszcze bardziej albo w ogóle zamkną szpital.

Adler szerokim gestem wskazał w kierunku oddziałów pełnych nieszczęśników, z których jedni spali, inni spiskowali, a inni jeszcze wyli, mieli koszmarne sny albo sny normalnych, zdrowych ludzi.

– Jeżeli tak się stanie, połowa moich podopiecznych zostanie rozpuszczona i zacznie się włóczyć. I wtedy pan będzie miał z nimi kłopot, nie ja.

– Niech się pan uspokoi, doktorze.

Haversham, w którego policyjnej karierze, podobnie jak w karierze większości wyższych oficerów, większą rolę grały rutyna i instynkt samozachowawczy niż zdolność wykrywania, powiedział:

– Proszę, niech pan będzie ze mną szczery. Kiedy mi pan mówi, że uciekł pacjent z oddziału, na którym nie obowiązywał ścisły nadzór – ja staram się tego trzymać. Ale sęk w tym, że pan równocześnie twierdzi, że on jest niebezpieczny dla otoczenia. Więc jak to właściwie jest?

Adler podciągnął spodnie. Zastanawiał się, czy żona jest w domu i ma-sturbuje się tak zawzięcie jak Billy Prescott.

– Hrubek jest w stanie półśpiączki – odpowiedział, patrząc prosto w oczy Grimesowi.

Młody asystent kiwnął głową i dodał:

– On łazi tak oszołomiony, jak jakiś kretyn, który się upił dżinem. Wypowiedział te słowa i zastanowił się z bezgranicznym zdziwieniem,

co go do tego skłoniło.

– Dobra – powiedział zdecydowanie Haversham. – Przekażę informację o zaginięciu pacjenta. Wyszedł od was facet i wy martwicie się, że może mu się coś stać. Cała ta hałastra, która uważa siebie za dziennikarzy, nie zwróci uwagi na taki komunikat, zwłaszcza że zbliża się burza mająca pozrywać dachy z domów.

– Będę panu za to wdzięczny.

– A teraz jeszcze jedno pytanie. Macie trochę dolców, które możecie wydać?

– Jak to?

– No bo jest ktoś, kto mógłby nam pomóc. Ale on bierze niemało.

– To jest szpital stanowy – powiedział Adler. – Nie mamy dużo pieniędzy.

– To pewnie prawda. Ale prawdą jest też to, że uciekł wam czubek, który wygląda jak Attyla Bicz Boży. No więc jak? Wysłucha mnie pan?

– Ależ tak, panie kapitanie, jak najbardziej.

Zmarznięty i zaniepokojony Michael Hrubek stał na swoich szerokich, bosych stopach w samym środku dużego prostokąta zdeptanej trawy. Podtrzymywał sobie rękami zabłocone i mokre od rosy krótkie spodenki i wpatrywał się w odrapany budynek stojący przed nim.

Mały sklep, którego właściciel sprzedawał pułapki na zwierzęta i sprzęt myśliwski, a także zajmował się preparowaniem zwierząt, ogrodzony był siatką przymocowaną do zardzewiałych słupków. Część tej siatki leżała skotłowana na ziemi, co nie wiadomo dlaczego podziałało na Hru-beka przygnębiająco.

Całą drogę z wąwozu, w którym zaatakował dwóch sanitariuszy, Hru-bek przebył biegiem. I dobiegł wreszcie tutaj, do tego miejsca, gdzie wśród mgły świeciło niesamowitym światłem kilka latarni i gdzie znajdował się parking dla ciężarówek, a obok niego ten sklep myśliwski, mały bar, stacja benzynowa i sklep ze starociami. Hrubek miał całkowitą pewność, że ścigają go Tajne Służby, i chciał za wszelką cenę uciekać dalej. Jednak zdawał sobie sprawę (i powiedział sobie głośno), że „nagi facet na pewno będzie rzucał się w oczy" i że nie może popełnić błędu i iść dalej bez ubrania.

Powiedziawszy to sobie, zauważył okno, przez które można było zajrzeć do sklepu myśliwskiego. To okazało się decydujące.

W tej chwili stał nieruchomo w miejscu i zaglądał do sklepu. Jego wzrok padał na siedem małych czaszek zwierzęcych białych jak obłoki.

No tak. Tak! Ich jest siedem!

W kosmologii Michaela Hrubeka siódemka była cyfrą znaczącą. Hrubek pochylił się więc naprzód i przeliczył czaszki, jeszcze raz głośno, rozkoszując się dźwiękiem wypowiadanych liczb.

Siedem czaszek, siedem liter M-I-C-H-A-E-L.

Nie popełnij błędu, powiedział sobie. Dzisiejsza noc jest wyjątkowa.

Hrubek przeważnie myślał metaforami i teraz przyszło mu do głowy, że budzi się właśnie ze snu. Lubił spać. Uwielbiał spać. Uwielbiał spędzać długie godziny w łóżku. Jego ulubioną pozycją była pozycja embriona – na boku z nogami podciągniętymi tak wysoko, jak się tylko dało. Jego czuwanie też było przeważnie rodzajem snu. Gdy tak czuwał-spał, w jego głowie pojawiały się jeden za drugim, chaotyczne rojenia, jakaś plątanina nie powiązanych ze sobą scen i twarzy będących wytworami jego chorego umysłu i skutkami działania różnych leków.

Obudził się!

Pochylił się i napisał na ziemi krótkim i szerokim palcem u nogi: Dzisiaj w Nocy niE śPię. Nie śPię!

Obszedł naokoło sklep i zauważył wywieszkę informującą, że właściciel jest na urlopie. Kopniakiem otworzył boczne drzwi i wszedł do środka. Obchodząc dużego, czarnego niedźwiedzia stojącego na tylnych łapach, zajrzał we wszystkie kąty sklepu. Oddychał głęboko i czuł zapach piżma i spreparowanych zwierząt. Ręce trzęsły mu się z radości. Zauważył półki, na których leżały ubrania. Zaczął przeglądać sterty koszul i kombinezonów i w końcu znalazł odpowiednie dla siebie rzeczy. Potem poszukał skarpetek i wybrał też sobie czapkę z irlandzkiego tweedu, która bardzo mu się podobała. Włożył ją na głowę.

– Bardzo modna – szepnął, patrząc w lustro.

Szukał dalej, dopóki nie znalazł pary długich butów i nie zaczął ich z wysiłkiem wciągać. Buty były przyciasne, ale nie za bardzo cisnęły.

– Wyglądam jak robotnik – mruknął, głaszcząc ubranie z aprobatą. – Zupełnie jak robotnik.

Nalał na szmatkę trochę płynu do czyszczenia i zaczął mocno trzeć sobie twarz, chcąc usunąć niebieski tusz z policzków i czoła.

Z namaszczeniem umieścił siedem czaszek w zielonym płóciennym plecaku, który znalazł w sklepie. A następnie, spoglądając podejrzliwie na stojącego na tylnych łapach niedźwiedzia, podszedł do lady, na której zauważył suszoną wołowinę w ośmiu celofanowych paczuszkach. Otworzył zębami wszystkie po kolei i zżuł mięso.

Miał już wychodzić, kiedy spojrzał w dół, pod ladę, i na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

– Prezent od Jezusa Chrystusa, naszego Płaczącego Pana.

Broń była coltem o długiej lufie. Hrubek podniósł go, przysunął sobie do twarzy i powąchał. A potem potarł sobie policzek zimnym, niebieskim metalem, uśmiechając się jak mały chłopiec, który dostał właśnie banknot dziesięciodolarowy. Włożył colta do plecaka i jeszcze raz mierząc wzrokiem niedźwiedzia, wyszedł ze sklepu.

Akurat gdy na trawie pojawił się trójkąt światła. Zabrzęczały też aluminiowe drzwi. Hrubek wszedł szybko do dużej, otwartej szopy za sklepem i wyciągnął broń z plecaka.

W ciemności rozległ się męski głos:

– Zostawiłeś go tam. Idź, przynieś go. Jeżeli zardzewiał, to wygarbuję ci skórę.

Mężczyzna znajdował się w odrapanym, ale jasno oświetlonym jednopiętrowym domu, z którego komina walił dym świadczący o tym, że palono w nim drewnem i śmieciami. Dom znajdował się o jakieś trzydzieści jardów od sklepu.

Ukazał się ośmio-, a może dziewięcioletni chłopiec, który przeszedł obok szopy. Nie zaglądając do wnętrza, zniknął za sklepem. W chwilę później wracał już do domu z długim młotkiem w rękach. Trzymał młotek przy twarzy, przyglądał mu się uważnie i skrobał paznokciem w tych miejscach, w których narzędzie było zardzewiałe.

W pobliżu rozległ się jakiś hałas. Hrubek przestraszył się. W szopie był tłusty szop. Kręcił się po betonowej podłodze. Nie zauważył Hrubeka i węszył wśród worków ze śmieciami. Chłopiec usłyszał skrobanie pazurów o beton i zatrzymał się. Trzymając zardzewiały młotek jak maczugę, podszedł do drzwi szopy i zajrzał w atramentową ciemność.

Hrubek poczuł, że serce bije mu mocno, i zaczął się zastanawiać, co ma zrobić, jeżeli chłopiec go zobaczy. Co ja mu powiem? Wiem, powiem mu, że jestem Wilhelmem Tellem. Strzelę mu w głowę, pomyślał, próbując zapanować nad szybkim oddechem. Szop, usłyszawszy kroki chłopca, przestał się kręcić. Odwrócił głowę, zobaczył Hrubeka i znieruchomiał pełen napięcia. A potem wyszczerzył kły i spanikowany rzucił się szaleńcowi do nóg. Hrubek błyskawicznym ruchem skoczył w przód i schwycił duże zwierzę za szyję. Złamał szopowi kręgosłup, zanim ten zdążył wystawić ostre jak szpilki pazury.

Nieźle, pomyślał. Miałem szczęście.

Zwierzę, wstrząsane drgawkami, zdechło.

Chłopiec podszedł bliżej do drzwi i nasłuchiwał. Nie usłyszawszy niczego więcej, odszedł powoli do domu. Latarnia oświetlająca podwórko została zgaszona.

Hrubek z roztargnieniem głaskał przez chwilę futro szopa i uspokajał się. Potem pieczołowicie ułożył zwierzę na brzuchu z tylnymi nogami wyciągniętymi do tyłu, a przednimi sięgającymi w przód. Śliniąc się obleśnie, wziął z warsztatu śrubokręt i wbił go głęboko w tył czaszki szopa. Potem wyciągnął narzędzie z rany i rzucił bezwładne ścierwo w kąt pomieszczenia.

Miał już wychodzić, kiedy spojrzał w górę, i zobaczył sześć pułapek na zwierzęta wiszących rzędem na kołkach.

O, ho, ho! Znowu prezenty… To opóźni pościg. Nie zrób błędu, Mi-chael.

Hrubek wsunął trzy pułapki do plecaka, a potem wyszedł z szopy. Zatrzymał się na środku zakurzonego podwórka za sklepem i powąchał swoje dłonie. Unosił się z nich zapach benzyny pomieszany z zapachem piżma pozostawionym przez szopa. Hrubek przysunął sobie palce do nosa i wdychał tę woń wraz z pachnącym spalonym drewnem powietrzem – głęboko, tak głęboko, że poczuł ból w płucach. Prawie natychmiast miał wzwód, tak jakby powietrze popłynęło bezpośrednio do jego pachwin. Wyciągnął penisa na zewnątrz i zaczął go z roztargnieniem gładzić palcami mokrymi od krwi szopa. Zamknął oczy i kołysał głową w takt ruchów prawej ręki. Napięcie rosło w nim, a on czuł coraz większy zawrót głowy, wpadając w stan hiperwentylacji.

Jęknął potężnie, kiedy sperma wytrysnęła na ziemię.

Hrubek wytarł ręce o trawę, a potem poprawił sobie czapkę. Wsunął się w zarośla i ukucnął.

Była tylko jedna rzecz, której teraz potrzebował. I wiedział dobrze, że Bóg mu ją wkrótce ześle.

Owen Atcheson zdjął z półki w cieplarni duży stos płóciennych worków. Dobrze im szła robota nad jeziorem i obłożyli już spory kawał nisko położonego trawnika kilkustopową warstwą worków z piaskiem. Owena bolały mięśnie. Myśląc o spotkaniu wyznaczonym na jutro i podróży służbowej planowanej na drugą połowę tygodnia, przeciągnął się.

Wyjrzał na zewnątrz i zobaczył, że Lis stoi nad jeziorem i napełnia worki piaskiem.

Idąc cicho wzdłuż przejścia, mijał rośliny, których nazw nie znał i nie chciał poznać. Klapka w automatycznym urządzeniu nawadniającym otworzyła się z cichym syknięciem i część cieplarni napełniła się wodnym pyłem, który przesłonił mu rośliny i kamienne płaskorzeźby wiszące na ceglanej ścianie.

Owen zatrzymał się w drugim końcu cieplarni. Portia podniosła na niego swoje orzechowe oczy.

– Zdawało mi się, że tu jesteś.

– Musisz mi udzielić pierwszej pomocy.

Portia podciągnęła spódnicę i odwracając się do niego tyłem, pokazała mu małą smużkę krwi o jakąś stopę nad zgięciem pod kolanem.

– Co się stało?

– Przyszłam po nowa rolkę taśmy. Schyliłam się i jakiś cholerny kolec wbił mi się w dupę. Jego część jeszcze tam tkwi. Czuję to.

– Nie wygląda to źle.

– Może i nie wygląda. Ale cholernie boli.

Odwróciła się, zmierzyła go wzrokiem i roześmiała się krótko.

– Przypominasz mi pana na włościach. Takiego średniowiecznego wielmożę. Jakiegoś Sir Ralpha Laurena.

W jej głosie brzmiała kpiąca nuta, ale jej uśmiech dowodził, że nie miała zamiaru być złośliwa. Skrzywiła się, badając małą rankę paznokciem pomalowanym na kolor identyczny z kolorem krwi na jej skórze.

Na każdej dłoni miała cztery srebrne pierścionki, z jednego ucha zwisał jej spiralny kolczyk o skomplikowanym kształcie, a w drugim nosiła srebrne kółka. Wbrew sugestii Lis, nie chciała przebrać się w bardziej praktyczne rzeczy. Wciąż miała na sobie błyszczącą, złoto-srebrną spódnicę i luźną bluzkę. W cieplarni panował chłód, a Owen był pewny, że pod bluzką z białego atłasu jego szwagierka nie nosi stanika. Przyjrzał się szybko jej figurze i pomyślał, że jego żonę o chłopięcych kształtach można by nazwać kobietą interesującą albo oryginalną, ale za to siostra żony jest czystym uosobieniem zmysłowości. Czasami dziwił się, że te dwie kobiety mają wspólne geny.

– Daj, popatrzę na to – powiedział.

Portia znowu odwróciła się tyłem do niego i podciągnęła spódnicę. Owen włączył lampę i skierował światło na jej nogę, a potem ukląkł, chcąc przyjrzeć się ranie.

– Czy ona naprawdę popłynie? – spytała Portia. – Mam na myśli cieplarnię.

– Chyba tak.

Portia uśmiechnęła się. – Co Lis zrobiłaby bez swoich kwiatów? Jesteście ubezpieczeni od powodzi?

– Nie. Dom stoi za nisko. Nie sprzedaliby polisy.

– Nie sądzę w każdym razie, że dałoby się ubezpieczyć krzewy różane…

– To by zależało od rodzaju polisy. Tutaj jednak wchodzi w grę nadmierne ryzyko.

– Zawsze mówisz jak prawnik – stwierdziła Portia.

Owen podniósł wzrok, nie mając pewności, czy szwagierka znowu z niego nie kpi.

– A co do werandy, o której mówiła Lis – kontynuowała Portia – w tej części ogrodu, to mnie się zdaje, że ona się myli. Mnie się zdaje, że ojciec rozebrał tę werandę, żeby zbudować cieplarnię dla mamy…

Portia wskazała ruchem głowy wysokie, pomarańczowo-czerwone krzewy różane.

– Lis traktuje cieplarnię jak jakąś świętość. A mama wcale nie miała na nią zbytniej ochoty.

– A ja myślałem, że Ruth żyła dla tych kwiatów.

– Tak przedstawia to Lis. Ale tak nie było. Ojciec upierał się przy tym, koniecznie chciał zbudować cieplarnię. Według mnie chodziło mu o to, żeby mama miała jakieś zajęcie podczas jego podróży służbowych.

– Dwulicowość i udawanie to coś, co moim zdaniem zupełnie nie pasuje do waszej matki… – Mówiąc to, Owen usunął kropelkę krwi i przyjrzał się ranie.

– No wiesz, z tym to nigdy nie wiadomo. Cicha woda brzegi rwie. Ale czy ojciec nie miał skłonności do paranoi?

– Nie mam pojęcia. Nigdy go za bardzo nie lubiłem.

– Ooo, to boli – szepnęła, gdy on badał ranę. – Kiedy byłyśmy małe, na tej werandzie jadało się niedzielne obiady. Punktualnie o drugiej. Ojciec dzwonił dzwonkiem i musiałyśmy się zjawiać natychmiast. Rostbef, kartofle i fasolka. Jadłyśmy, a on wygłaszał wykład o literaturze, biznesie albo lotach kosmicznych. Czasami o polityce. Szczególną sympatią darzył astronautów.

– On naprawdę tam jest… ten kolec. Taki koniuszek. Widzę go.

– A boli jak cholera. Możesz go wyjąć?

– Mam szczypczyki.

Wyciągnął szwajcarski nóż wojskowy.

Portia sięgnęła do kieszeni i wręczyła mu zapalniczkę. – Masz. Kiedy spojrzał na nią zdziwiony, roześmiała się.

– Wysterylizuj je. Kiedy człowiek mieszka w Nowym Jorku, uczy się ostrożności. Nie wpakowuje w siebie byle czego.

Owen wziął zapalniczkę i opalił końce szczypczyków.

– Szwajcarski nóż wojskowy – powiedziała Portia, patrząc mu na ręce. – Czy ma korkociąg? I wszystko inne? Małe nożyczki? Szkło powiększające?

– Wiesz, czasami trudno się zorientować, czy ty się z człowieka nie nabijasz.

– To pewnie dlatego, że mam taki wielkomiejski, szorstki sposób bycia. Czasami popadam przez to w kłopoty. Nie bierz tak do siebie tego, co mówię.

Portia zamilkła i odwróciła się. Pochyliła się nad różanym krzewem i wciągnęła głęboko powietrze.

– Nie wiedziałem, że palisz. – Owen zwrócił jej zapalniczkę.

– Nie palę. W każdym razie nie papierosy. A potem, po deserze, któremu towarzyszyło… co?

– Nie mam pojęcia.

– Porto.

Owen powiedział, że powinien był zgadnąć.

– Lubisz porto, Owenie?

– Nie. Nie lubię porto.

– O Jezu, jak to boli.

– Przepraszam.

Położył swoją dużą dłoń na jej udzie i przytrzymał je, chwytając szczypczykami kolec.

– Trzymaj spódnicę w górze, żeby się nie pobrudziła krwią.

Portia podciągnęła trochę wyżej spódnicę, a przed jego oczami błysnęła koronka u jej majtek. Owen przycisnął mocniej szczypczyki. Portia miała zamknięte oczy i zaciśnięte zęby.

– Ja też nie znoszę porto, ale znam się na rocznikach jak fachowiec. Słuchałam uważnie przemów ojca przy obiedzie. Rok tysiąc dziewięćset siedemnasty był tak dobry jak najlepszy rok w tym stuleciu… Czyli który?

Portia uniosła pytająco brew.

– Oczywiście tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty trzeci. Myślałam, że wszyscy tacy farmerzy z wyższych sfer to wiedzą.

– Ja pracy na roli nie lubię tak samo jak porto. Więc nie jestem farmerem.

– No to zajmij się ogrodem.

Owen poczuł, że jej udo drży mu w dłoni. Chwycił je mocniej. Portia mówiła dalej:

– Naprawdę doskonałe porto z roku tysiąc dziewięćset siedemnastego ma bukiet przypominający zapach tytoniu… Ach, te niedzielne wieczory! Po wypiciu porto i wykładzie ojca na temat porto albo NASA, albo literatury, albo Bóg wie czego jeszcze i po naszych bolos levados i dżemie my, dzieci, nie miałyśmy nic do roboty…

Portia wciągnęła głęboko powietrze, a potem zapytała:

– Słuchaj, Owen, ja tak naprawdę to nie musiałam tutaj przyjeżdżać, prawda? Mogłam wszystko podpisać w Nowym Jorku, poświadczyć podpisy u notariusza i przysłać wam papiery pocztą. Tak?

Owen milczał przez chwilę.

– Tak. Mogłaś.

– Więc czego ona naprawdę chce?

– Jesteś jej siostrą.

– Czy to oznacza, że mam wiedzieć, dlaczego mnie wezwała? Czy też może, że ona pragnie mojego towarzystwa?

– Ostatnio nie widywała cię często.

Portia roześmiała się. – Masz tego cholernika?

– Już prawie wyszedł.

Owen spojrzał na drzwi, przez które w każdej chwili mogła wejść jego żona i przyłapać ich na tym, co właśnie robili. Jeszcze raz przycisnął szczypczyki i poczuł, że Portia drży. Portia zagryzła wargę i nic nie powiedziała. A potem on wyciągnął kolec i wyprostował się.

Wciąż podtrzymując swoją przezroczystą spódnicę, Portia odwróciła się. Przed oczami Owena jeszcze raz błysnęły jej majtki. Owen podniósł szczypczyki ubrudzone krwią.

– Wydawałoby się, że powinien być większy – powiedziała Portia. – Dzięki. Jesteś człowiekiem o wielu talentach.

– Nie jest tak źle. Jest mały znak. Powinnaś to zdezynfekować.

– A macie coś do dezynfekcji?

– W łazience na górze – odpowiedział. – W tej przy naszej sypialni. Portia przyłożyła do ranki papierową chusteczkę, a potem przyjrzała

jej się.

– Te cholerne róże – mruknęła i, opuściwszy spódnicę, ruszyła w stronę schodów.

5

Objął ją ramionami i przycisnął usta do jej ust. Nie był to pocałunek łagodny. Jej palce natrafiły na jego twardy biceps. Przyciągnęła go do siebie. Potarła piersiami przykrytymi tylko cienkim materiałem bluzki o jego nagi tors.

Nie panuję nad sobą, pomyślał Owen. Zamknął oczy i pocałował ją jeszcze raz.

Jego język wsunął się między jej wargi i zaczął igrać z jej językiem. Ona schwyciła jego dolną wargę zębami i wessała ją. A potem zawahała się i zmieszana odwróciła się od niego.

– Nie – powiedział rozkazująco. – Pocałuj mnie.

– Ajeżeli ona nas zobaczy?

Owen uciszył ją, zauważywszy, że protestuje bez wielkiego przekonania. Wyglądało na to, że ryzyko, iż zostaną przyłapani, podnieca ją.

Jego dłonie przesunęły się na jej bluzkę. Ona zadrżała, kiedy oderwany guzik upadł na ziemię, ale nie stawiała już oporu. Bluzka rozchyliła się i jego dłonie zaczęły gładzić jej obnażone piersi.

– Czy…? – zaczęła, ale on znowu ją pocałował i wziął koniuszek jej piersi między kciuk a mały palec. Drugą ręką objął ją z tyłu i przyciągnął do siebie.

Podniósł wysoko jej spódnicę i zatknął jej rąbek za pasek, odsłaniając białą skórę. Uniosła biodra, ale on pogładził tylko jej obcisłe jedwabne majteczki i nie dotknął ich więcej. Wziął ją natomiast za rękę, rozpiął sobie spodnie, wyciągnął członek i zamknął jej dłoń na nim, mówiąc jej po cichu, jak ma go gładzić. Mocno, bardzo mocno, prawie do bólu. Kiedy na chwilę przestała, rozkazał: – Mocniej!

Usłuchała.

W chwilę później powstrzymał ją. Chwycił ją gwałtownie za ramiona i obrócił tak, że leżała na brzuchu, plecami do niego. Położył jej rękę na głowie, popchnął ją lekko do przodu, a potem zdjął jej majtki. Przytrzymując obiema rękami jej biodra, wszedł w nią i natychmiast stracił resztkę panowania nad sobą. Przycisnął się do niej. Ujął jej piersi w ręce i przyciągnął ją mocniej do siebie. Z jej ust wydobywał się urywany oddech. Owen przysunął usta do jej szyi i ugryzł ją w kark. Poczuł smak potu i perfum. A ona, wijąc się i pojękując, przycisnęła się do niego.

Jej jęk przyspieszył wytrysk. A potem on się z niej wyślizgnął, pozostawiając na wewnętrznej stronie jej uda lśniący ślad. Przycisnął ją całym ciężarem ciała, oddychając ciężko.

Wtedy zauważył ruch i uświadomił sobie, że ona przez cały czas się głaszcze. Jego ręce przesunęły się znowu na jej piersi, pieszcząc je mocno. W kilka chwil później poczuł, że jej nogi napinają się, i usłyszał, że ona wypowiada jego imię, podczas gdy jej ciałem jeszcze raz wstrząsa silny dreszcz. Przez chwilę trwała w bezruchu, a następnie wysunęła się spod niego i przewróciła się na plecy. Leżała na plecach, a on klęczał obok niej.

Dzieliło ich kilka cali. Nie dotykali się.

Owen pochylił się nad nią i złożył na jej policzku braterski pocałunek. Milczał, jak gdyby słowa nie miały tu racji bytu, jak gdyby słowa mogły zdradzić tę tajemnicę. Ona ścisnęła go za rękę.

A potem Owen podniósł swoją łopatę i odszedł, pozostawiając żonę leżącą jak studentka na schadzce tuż nad jeziorem, na równiutko ułożonych workach z piaskiem.

Lis Atcheson popatrzyła na ciemne chmury nad głową, a potem rzuciła okiem w stronę domu, chcąc sprawdzić, czy Portia nie była przypadkiem świadkiem tej sceny.

Woda obmywała kamienie znajdujące się o kilka stóp od głowy Lis. Jej poziom podniósł się, mimo to jednak robiła wrażenie spokojnej.

Lis.odetchnęła głęboko kilka razy i zamknęła na chwilę oczy. Co, na miłość boską, było tego przyczyną? – zastanowiła się. Owen miał większy temperament od niej, to prawda, ale miewał też humory i tracił ochotę na seks, zawsze gdy był zły albo czymś przejęty. Od jakichś trzech czy czterech tygodni nie zbliżał się do niej w łóżku.

A kiedy to ostatnio kochali się poza łóżkiem? W kuchni, w dżipie, na dworze? Nie mogła sobie przypomnieć. Od tego czasu upłynęły całe miesiące. Wiele miesięcy.

Owen podszedł do niej dziesięć minut temu z naręczem worków płóciennych. Stała tyłem do niego, pochylona i z wysiłkiem wciągała na tamę powodziową worek z piaskiem. I w tym momencie usłyszała, że worki spadają na ziemię, i poczuła jego ręce na swoich biodrach.

– Owen, co ty robisz?

Roześmiała się i uświadomiła sobie, że on przyciąga ją do siebie. Miał już wzwód.

– Nie. Nie mamy na to czasu. Boże, Portia okleja okna na górze! Może w każdej chwili wyjrzeć!

Nic nie mówiąc, ujął jej piersi w dłonie i pocałował ją w kark. Pocałunek był gorący.

– Owen, nie! Odwróciła się do niego. Powiedział tylko: – Ćśśś.

A potem jego ręce przesunęły się powoli pod jej spódnicę.

– Owen, zwariowałeś? Nie teraz.

– Tak – powiedział. – Teraz.

I wziął ją na dodatek od tyłu. Przeważnie nie lubił tej pozycji. Wolał brać ją, kiedy leżała na plecach, bezradna, i lubił obserwować wtedy jej twarz.

Co w niego wstąpiło?

Może za tymi chmurami kryje się księżyc w pełni? Może to…

Woda uderzała o brzeg w rytm bluesa…te kowbojskie buty.

Lis spojrzała na żółte okna domu, okna, z których można ją było zobaczyć bez trudu, chociaż niezbyt wyraźnie. Czy Portia widziała?

A co, jeżeli tak? – zastanowiła się Lis. A niech tam. Owen jest w końcu moim mężem.

Lis zaniknęła oczy i ze zdziwieniem zauważyła, że chce jej się spać. Tak, chciało jej się spać, mimo że w jej krwiobiegu wciąż krążyła adrenalina i mimo że w jej głowie tłukła się myśl, że trzeba jak najszybciej skończyć układanie worków z piaskiem. To po prostu cud. O Boże – zapomnieć o powodzi i o orgazmach na wolnym powietrzu… Chyba zasypiam.

Lis Atcheson cierpiała na bezsenność. Potrafiła nie zmrużyć oka przez całe dwadzieścia cztery godziny. A czasami nawet przez trzydzieści, trzydzieści sześć godzin. Ta choroba męczyła ją od lat, ale nasiliła się bardzo niedługo po tym zdarzeniu w Indian Leap, zdarzeniu, które miało miejsce w maju zeszłego roku. Zwykle po jakichś dwudziestu minutach od zaśnięcia zaczynały jej się śnić koszmary – czarne jaskinie, krew, martwe oczy, oczy błagające o litość, oczy pełne życia i okrucieństwa… I budziła się przerażona.

W końcu jednak, po pewnym czasie, jej serce przestawało mocno bić, a pot na skroniach i szyi wyparowywał. I leżała tak w łóżku, całkiem rozbudzona, coraz bardziej zmęczona i nękana halucynacjami. Leżała tak, a godziny płynęły jedna za drugą. Leżała i patrzyła na niebiesko-zielone, zmieniające się cyfry. Te cyfry zaczynały nabierać jakichś dziwnych znaczeń. Cyfry oznaczające pierwszą trzydzieści dziewięć wydawały się nieprawdziwe; te, które oznaczały drugą pięćdziesiąt osiem, działały kojąco, a czwarta czterdzieści pięć to była barykada, którą ona musiała przekroczyć we śnie, jeżeli nie chciała przegrać bitwy toczonej tej nocy.

Wiedziała różne rzeczy na temat snu. Einstein potrzebował dziesięciu godzin snu na dobę, Napoleon tylko pięciu. Rekord niespania pobił pewien Kalifornijczyk, który czuwał przez 453 godziny. Przeciętny człowiek śpi od siedmiu i pół do ośmiu godzin na dobę, kot-samiec szesnaście. Istnieje pewna śmiertelna odmiana bezsenności, pewien rodzaj choroby, która niszczy wzgórzową część mózgu. Lis miała dokładnie dwadzieścia dwie książki traktujące o zaburzeniach snu i bezsenności. Czasami, zamiast liczyć owce, wyliczała tytuły tych książek.

– Może pani radzić sobie z koszmarami – powiedział jej lekarz – mówiąc sobie, że to tylko sny. Niech pani sobie powtarza: „To tylko sny, one nie mogą mi zaszkodzić. To tylko sny, one nie mogą mi zaszkodzić".

Próbowała tak robić, ale ta mantra, na której łamała sobie język, osłabiała ją jeszcze bardziej.

A jednak dzisiaj Lis Atcheson – leżąc na dworze z obnażonymi piersiami i podciągniętą spódnicą – poczuła, że szybko zapada w sen. Była coraz bardziej odprężona. Patrzyła sennymi oczami na cieplarnię i na światła w kolorze ultramaryny. Usłyszała, jak Owen ciska łopatę na worek z piaskiem. I zobaczyła cień siostry w oknie sypialni.

Dziwne obrazy zaczęły tańczyć przed oczami jej wyobraźni. Było to takie śnienie na jawie. Lis widziała rozpływające się twarze ludzi, którzy zamieniali się w cienie, kwiaty zmieniające formę, jakieś mgliste kształty.

Wyobraziła sobie ciemnoczerwoną, krwistoczerwoną wiktoriańską różę John Armstrong i był to ostatni obraz, jaki jej się ukazał, zanim zapadła na dobre w sen.

W jakieś dziesięć sekund później trzasnęła gałązka. Trzask był głośny jak wystrzał. Lis, która leżała z rękami złożonymi na piersiach jak nagrobna figura jakiejś świętej, usiadła gwałtownie – całkiem rozbudzona.

Zaczęła obciągać spódnicę i zapinać szybko bluzkę, wpatrując się równocześnie w sylwetkę mężczyzny, który wyszedł spomiędzy świerków kanadyjskich i zbliżał się do niej.

Skręcając z podrzędnej drogi na autostradę numer 236, zwiększył szybkość do siedemdziesięciu mil na godzinę. Leniwie chodzący silnik jego fur-gonetki-chevroleta z 79 roku zaczął pracować energiczniej. Trenton Heck usłyszał coś, co wskazywało na jakąś usterkę w silniku, ale postanowił nie zwracać na to uwagi.

Siedział wygodnie oparty, jego lewa noga spoczywała na pedale przyspieszenia, a prawa, wyciągnięta, pod obwisłym ciałem czteroletniego psa

0 bezgranicznie smutnym wyrazie pyska. Heck w ten właśnie sposób prowadził samochód – z jedną nogą wyciągniętą, choć niekoniecznie przywaloną ciałem psa. Kupił maszynę z automatyczną skrzynią biegów i odpowiednim siedzeniem wyłącznie z tego powodu.

Trentona Hecka, który był dokładnie o trzydzieści dwa lata starszy od psa, nazywano czasami „tym chudym facetem z Hammond Creek". Jednak ci, którzy widzieliby go bez koszuli, ci, którzy zobaczyliby jego muskuły wyrobione podczas polowań, łowienia ryb i wykonywania różnych prac fizycznych na wsi, z pewnością doszliby do wniosku, że nie jest on wcale chudy. Trenton był szczupły i muskularny, ale nie chudy. W ostatnim miesiącu jego brzuch zaczął nawet trochę sterczeć ponad paskiem od spodni. Było to spowodowane przede wszystkim bezczynnością, chociaż picie niezliczonych Budweiserów i jedzenie podwójnych gotowych zestawów obiadowych na kolację też musiało się do tego przyczynić.

Heck pomasował sobie to miejsce na spranych, niebieskich dżinsach, pod którym znajdowała się lśniąca blizna po ranie od kuli – miejsce znajdujące się dokładnie na środku prawego uda. Ta czteroletnia blizna (niedługo będzie rocznica – zauważył) wciąż powodowała, że mięśnie miał napięte jak kauczukowe paski. Heck wyprzedził jadącą powoli limuzynę

1 wrócił na własny pas ruchu. Duża, plastikowa kość dyndała pod lusterkiem wstecznym. Wyglądała jak prawdziwa i Heck zawiesił ją, żeby oszukać psa, jednak pies – pies z rodowodem imieniem Emil – nie dał się skołować.

Heck jechał szybko szosą, pogwizdując. To, co gwizdał, pozbawione było melodii, a gwizd wydobywał się spomiędzy jego nierównych zębów. Błysnął mu przed oczami znak drogowy. Heck zdjął stopę z pedału przyspieszenia i zahamował gwałtownie, wskutek czego pies przesunął się w przód na winylowym siedzeniu, marszcząc pysk. Heck skręcił i pojechał jakieś

ćwierć mili wiejską drogą pokrytą sfatygowanym asfaltem. Zobaczył świecące w oddali światła, a na niebie dostrzegł kilka nieśmiało migoczących gwiazd. Ogarnęło go przemożne poczucie osamotnienia. Zauważył opuszczone stoisko przydrożne – szopę, w której jakiś farmer sprzedawał przed laty ser i miód. Wysiadł z samochodu, nie wyłączając silnika i pozostawiając niespokojnego psa na siedzeniu.

Dzisiejszego wieczora Heck miał na sobie to, co nosił prawie każdego dnia (z wyjątkiem dni bardzo zimnych) – czarną koszulkę trykotową, koszulę roboczą i dżinsową, niebieską kurtkę. Jego kędzierzawe, ciemne włosy opadające na uszy przykrywała czapka z emblematem nowojorskich Mets. Czapka ta była prezentem od kobiety imieniem Jill, która potrafiła z pamięci wyrecytować wyniki wszystkich meczów rozegranych przez tę drużynę w ciągu ostatnich piętnastu lat (i sama dobrze grała w baseball). Jego jednak nie interesowały losy drużyny, a postrzępioną czapkę nosił tylko dlatego, że była prezentem od niej.

Rozejrzał się niepewnie i zaczął powoli iść przez parking, robiąc koło. Spojrzał na swoją furgonetkę i doszedł do wniosku, że jej reflektory dają za dużo światła. Wyłączył więc i silnik, i reflektory. Otulony ciemnością, zaczął znowu iść. W pobliżu rozległ się jakiś szelest. Heck natychmiast rozpoznał, że to szop. W kilka chwil później przeszedł za nim cicho skunks, a on poczuł zapach piżma. Te zwierzęta nie były groźne, ale on, idąc, chwycił czarną, prążkowaną, bakelitową kolbę starego automatycznego pistoletu, który znajdował się w jeszcze starszym, kowbojskim olstrze z rzemykami z nie garbowanej skóry.

Niebo było pochmurne. Burza powinna była już się zacząć. Wiem, Boże, że musisz spuścić deszcz – powiedział Heck cicho, wcale nie patrząc w niebo – ale na kilka godzin powstrzymaj wiatr. Potrzebna mi twoja pomoc, naprawdę, bardzo mi potrzebna.

Gdzieś z tyłu trzasnęła głośno gałązka. Heck odwrócił się szybko, starając się przeniknąć wzrokiem przez listowie dobrze widocznej brzozy. Znał tylko nieliczne dzikie zwierzęta, które w ten sposób łamały gałęzie. Mogła to zrobić samica łosia prowadząca swoje młode albo siedmiostopo-wej długości niedźwiedź grizzly patrzący na niego z pewnością pożądliwym wzrokiem i mający poczucie absolutnego bezpieczeństwa, oczywiste u zwierzęcia pod ochroną.

A może to pijany jeleń? – pomyślał Heck, chcąc rozweselić samego siebie.

Szedł dalej. W pewnym momencie parking zalało światło. Przyjechał ten samochód, którego Heck się spodziewał. Zaparkował z leniwym piskiem opon. Do Hecka podszedł wyprostowany jak sierżant musztrujący rekrutów oficer policji w szarym mundurze.

– Czołem, Don.

Heck zasalutował niedbale.

– Czołem, Trent. Dobrze, że byłeś wolny. Miło mi cię widzieć.

– Ta burza jest już blisko – powiedział Heck.

– Myślałem, że ten twój Emil potrafi tropić nawet podczas huraganu.

– Możliwe – odpowiedział Heck – ale ja sam wolałbym nie zginąć od pioruna. No, a kto to uciekł?

– Ten świr, którego złapali w zeszłym roku na wiosnę w Indian Leap. Pamiętasz tę historię?

– Kto by jej nie pamiętał.

– On uciekł dzisiaj wieczorem. W worku na ciało – wyjaśnił Haver-sham.

– Może jest wariatem, ale ma też spryt.

– Jest gdzieś koło Stinson.

– Więc odjechał kawał drogi.

– Tak. Chłopak od koronera, ten, co prowadził karawan, jest tam teraz. No i Charlie Fennel, i paru policjantów. Charlie ma ze sobą suki.

Suki policyjne, o których mówił Haversham, nie były prawdziwymi tropicielami. Były psami myśliwskimi, labradorami, od czasu do czasu używanymi do tropienia. Miały dobry węch, a będąc sukami wysterylizo-wanymi, omijały słupy i drzewa i niełatwo dawały się sprowadzić z tropu. Ale rozpraszały się. Emil natomiast był psem, który szedł pewnie. Kiedy był na tropie, potrafił przejść po króliku siedzącym mu na drodze, nie zauważając go. W takich razach szedł prosto, a jedynym słyszalnym dźwiękiem było jego sapanie. Suki lubiły tropić i spędzały dużo czasu na szukaniu na wszystkie strony z pełnym entuzjazmu skomleniem. Jednak ścigając niebezpiecznego uciekiniera, dobrze było mieć ze sobą całe stado psów. Heck spytał Havershama, co dadzą Emilowi do powąchania.

– Bieliznę.

Kapitan wręczył Heckowi plastikową torbę. Heck był pewien, że Haversham wie, jak obchodzić się z rzeczami, które ma wąchać pies. Na pewno dopilnował, żeby rzeczy nie były ostatnio prane i żeby nikt nie dotykał ich palcami.

– O ile nam wiadomo, on lata prawie nagi – dodał policjant. Heck myślał, że kapitan żartuje.

– Nie, nie żartuję – powiedział Haversham. – On jest gruby, ma dużo sadła. Adler, lekarz ze szpitala, mówił mi, że ci schizofrenicy nie czują zimna tak jak normalni ludzie. Oni są jakby znieczuleni. Możesz takiego uderzyć, a on nawet tego nie zauważy.

– Oooo, dobrze, że mi o tym mówisz, Don. A może on potrafi też fruwać, co?

Haversham zakrztusił się ze śmiechu, a potem dodał:

– Oni mówią, że on jest dość nieszkodliwy. Często ucieka. Adler twierdzi, że zwiewał z siedmiu szpitali. Zawsze go znajdują. To jest dla niego taka zabawa. A w tym worku mieli przewozić faceta, który popełnił samobójstwo.

– Nieszkodliwy? Czy oni nie czytali, co się stało w Indian Leap? Heck prychnął pogardliwie i wskazał ruchem głowy w kierunku szpitala.

– Kto w tym szpitalu jest wariatem? – zapytał, a potem, nie patrząc Havershamowi w oczy, dodał: -' Przez telefon mówiłeś, że dostanę pięćset dolców honorarium. I nagrodę. Dziesięć tysięcy. To prawda, Don? Dziesięć?

– Tak. Honorarium jest z moich funduszy – jak zwykle. A nagroda z pieniędzy stanowych. Z budżetu Adlera. Adler bardzo chce, żebyś go złapał. Gorączkuje się.

– Nie sądzę, że dał ci to na piśmie.

– Adler? Nie. Ale on naprawdę chce, żebyś go złapał. Jeżeli go złapiesz – dostaniesz swoją forsę, Trent. Jesteś tu jedynym cywilem. Moi chłopcy nie mogą wziąć ani centa.

– Złapie się go.

Kapitan popatrzył w ciemność, zastanawiając się nad czymś. W końcu powiedział:

– Słuchaj, Trenton. Powiedziałem ci, że on nie jest niebezpieczny, jednak miej to pod ręką – wskazał pistolet na biodrze Hecka. – Muszę ci to powiedzieć. Adler twierdzi, że to był wypadek, ale możliwe jest, że Hru-bek zaatakował dwóch sanitariuszy. Jednemu złamał rękę jak wykałaczkę. Facet by wykorkował, gdyby nikt go nie znalazł.

– No więc jak? On jest niebezpieczny czy nie? – zapytał Heck.

– Ja ci tylko mówię: uważaj. Co to za broń?

– To mój stary P-38.

Heck poklepał olstro, przypominając sobie dzień, w którym oddał swoją służbową broń nie komu innemu, tylko Havershamowi. Nie mógł oderwać od niej wzroku, kiedy ją oddawał – już bez magazynka. Odznaka i dowód tożsamości poszły w ślad za bronią. Mundur kupił za własne pieniądze, więc pozwolili mu go zatrzymać, chociaż musiał podpisać zobowiązanie, że nigdy nie będzie go nosił w miejscach publicznych. Kiedy je podpisywał, twarz miał czerwoną ze wstydu i złości.

– Można jeszcze do tego kupić amunicję?

– To jest nic innego jak dziewięciomilimetrowe parabellum. Haversham wetknął głowę do furgonetki Hecka przez okno po stronie

pasażera i pogłaskał psa. Pies siedział zobojętniały i znudzony, patrząc na siwe włosy kapitana.

– No, Emil, zrób tak, żebyśmy byli z ciebie dumni. Słyszysz? Złap tego wariata. Dobry piesek, dobry. Dobry jest, nie? – zwrócił się do Hecka.

ATrenton Heck, który odbierał porody szczeniaków i opiekował się nimi, który wysysał jad węży z ciał psów myśliwskich, który jeździł do weterynarzy, rozwijając prędkość dziewięćdziesięciu mil na godzinę, kiedy psa dawało się uratować, i który pakował litościwą kulkę w łeb tym psom, dla których nie można było zrobić niczego innego, ten Trenton Heck, który mówił do psów tylko wtedy, kiedy trzeba było wydać im rozkaz, ten Trenton Heck kiwnął tylko kapitanowi głową, uśmiechając się chytrze.

– Lepiej teraz chodźmy. Zanim tropy ostygną.

Jak, u diabła, to się stało? – warknął Owen. – On jest wariatem! Nie wolno było dopuścić do jego ucieczki! Co, do cholery – zostawili mu otwarte drzwi?

– Nastąpiło pewnego rodzaju nieporozumienie. Oni, no wie pan, tak jakoś nie dopilnowali szczegółów.

Człowiekiem, który obudził Lis z krótkotrwałego snu, okazał się Stanley Weber, wybrany zgodnie z obowiązującą procedurą szeryf miasteczka Ridgeton. Minął Lis, nie zauważając jej nawet, i poszedł z Portią do przepustu, przy którym pracował Owen.

Wieści, które przyniósł, okazały się bardziej niepokojące niż samo jego niespodziewane przybycie.

– Boże drogi, Stan – powiedziała Lis – to jest szpital dla chorych psychicznie niebezpiecznych dla otoczenia. Czy tam nie ma krat?

Przypomniała sobie dokładnie te głęboko osadzone oczy i twarz – okrągłą, o wesołkowatym wyrazie. I żółte zęby. I jego wrzask: Sic semper tyrannis… Lis-bone… Cześć, Lis-bone!

– To niewybaczalne!

Rozzłoszczony Owen chodził w tę i z powrotem. Był mężczyzną potężnej budowy, był silny i miał temperament, który czasami przerażał nawet Lis. Szeryf, jakby chcąc się od niego odgrodzić, skrzyżował ręce na piersi i pochylił się nieco do przodu.

– Kiedy to się stało? – pytał dalej Owen. – Czy oni wiedzą, dokąd on zmierza?

– Stało się to przed paroma godzinami. Dowiedziałem się o tym dzięki łączności radiowej.

Szeryf wskazał swój samochód, jakby próbując skierować furię Owena na inny tor.

– Rozmawiałem z Donem Havershamem. Z policji stanowej – dodał znacząco. – To dobry policjant. Ma stopień kapitana.

– Aha, aż kapitana.

Lis złapała się na tym, że patrzy na stopy szeryfa. W ciężkich buciorach z ciemnej skóry szeryf wyglądał nie tyle na urzędnika państwowego, co na członka jednostki bojowej w akcji. Powiał lekki wiatr, chłodząc skórę Lis pod cienką bluzką. Lis spojrzała na liście spadające z gałęzi wysokiego klonu. Wydało jej się, że te liście szukają schronienia przed nadciągającą burzą. Przeszedł ją dreszcz. Zorientowała się, że drzwi od kuchni są uchylone. Zamknęła je.

Usłyszała odgłos kroków i spojrzała na drzwi prowadzące do salonu.

Portia przystanęła w nich na chwilę, a potem weszła do kuchni. Była wciąż ubrana w swoje cienkie, seksowne szatki, a jej duże piersi prowokująco podkreślał luźno spływający jedwabisty biały materiał, z którego uszyta była bluzka. Szeryf kiwnął w jej stronę głową, a ona uśmiechnęła się obojętnie. Oczy szeryfa dwa razy zatrzymały się na jej piersiach. Portia miała w kieszeni spódnicy mały odtwarzacz, a w jednym uchu słuchawkę. Z drugiej słuchawki, dyndającej swobodnie, wydobywał się cichy dźwięk rytmicznej muzyki.

– Hrubek uciekł ze szpitala – poinformowała siostrę Lis.

– Niemożliwe.

Portia wyjęła słuchawkę z ucha i założyła ją sobie na szyję, tak jak to czynią lekarze ze stetoskopami. Dźwięki drażniącego rocka były teraz głośniejsze. Wydobywały się z dwóch małych słuchawek.

– Mogłabyś to wyłączyć? – poprosiła Lis, a Portia machinalnie spełniła jej prośbę.

Lis, Owen i Portia stali teraz na płytkach z terakoty tak zimnych jak betonowa terasa na zewnątrz – stali wszyscy z założonymi rękami i w jednym szeregu. Lis wydało się to idiotyczne. Złamała więc szereg i podeszła do zlewu, żeby napełnić czajnik wodą.

– Napijesz się kawy czy herbaty, Stan?

– Dziękuję, niczego. Oni twierdzą, że on się błąka w okolicy. Uciekł w Stinson, o jakieś dziesięć mil od szpitala.

To pięćdziesiąt mil na wschód od nas, pomyślała Lis. Było to jakieś pocieszenie – jak bak pełen benzyny albo dwa banknoty dwudziestodolaro-we w kieszeni – niewielkie, ale jednak pocieszenie.

– Więc wygląda na to, że oddala się od nas.

– No tak.

Lis przypomniała go sobie. Przypomniała sobie, jak się ożywił, jak kajdanki na jego rękach i nogach zaczęły brzęczeć i jak on sam zaczął rozbierać wzrokiem publiczność obecną na sali sądowej. A ją rozbierał z najwięk-.szym zapałem. „Lis-bone, Lis-bone…"

Wtedy, w czerwcu, Lis aż krzyknęła, słysząc jego śmiech podobny do śmiechu hieny. Teraz też zachciało jej się krzyczeć. Zacisnęła zęby i odwróciła się do kuchenki, żeby zrobić filiżankę ziołowej herbaty. Owen wciąż gniewnie bombardował szeryfa pytaniami. Ilu ludzi go szuka? Czy mają psy? Czy on ma przy sobie broń? Szeryf dzielnie zniósł ten krzyżowy ogień, a potem powiedział:

– Prawdę mówiąc, to za dużo się w tej sprawie nie robi. Rozesłano tylko informacje. Nie nadano im statusu prośby o pomoc w złapaniu uciekiniera. Mnie się zdaje, że oni go już dobrze podleczyli. Pewnie zastosowali kurację wstrząsową. No wiecie, te elektrowstrząsy. On się po prostu tak włóczy i oni go na pewno złapią…

Owen machnął ręką i już miał coś powiedzieć. Przerwała mu jednak

Lis.

– Jeżeli nikt się tym nie martwi, to co ty tu robisz, Stan?

– No, ja przyszedłem się dowiedzieć, czy macie jeszcze ten list. Bo z niego może da się wywnioskować, dokąd on chce się udać.

– List? – spytał Owen.

Ale Lis wiedziała doskonale, o jaki list chodzi. Pomyślała o nim w momencie, w którym zjawił się szeryf, wymieniając nazwę szpitala.

– Wiem, gdzie on jest – powiedziała i poszła po list.

6

Pani Lis-bone Atcheson!

Siedzę w swoim Pokoju nie mogę oddychać nic nie słyszę. To niespraWIEdliwe, że mnie tu TRZymają, trzymają mniE i nie dają zrObić, nijaK nie dają zrObić tego, co MUSZĘ ZROBIĆ. To JEST bardzo ważnE. trzy-Mają mnie i naopowiadali kłamstw o mnie tym w wasZyngtonie i całeMu chĘtnie oCZerniającemu czlOwieka światu. oNi mYślą, że jestem niebezpieczny, itd. To tylko takiE usprawiedliwienie, Ale wszyscy w nie wierzą, to znaczy „im" wierzą, a oni są bardzo silni i my musimy ich się bać. Oni są wszędzie.

To jest SPISEK. SPIS+EK.

a ja wiem, że i TY do niego należysz!!!!

Zemsta należy do mnie, a nie do PANA, bo PAN wie co ja Zrobiłem i nie daje MI odpocząć. Co noc strzela mi w łeb!!!

Zatem JA Długo męczony przyjmuję mój los i ty, co jEsteś taka piękna też Musisz, proszę CIĘ przyjdź do mnie na wieczny spoczynek. Wszędzie. NieprzErWAnie. Zawsze. Zemsta. EWO – kobieto PRZYJDŹ do MNIE. ja twój kochanek List został napisany zielonym, czarnym i niebieskim tuszem. A jej imię i jego „podpis" były czerwone. Szeryf cmoknął zirytowany.

– Czy rozumiesz coś z tego? – zapytał, zwracając się do Owena.

– To jest bełkot – powiedziała Lis.

Owen spojrzał na nią i oświadczył: – Rozmawialiśmy o tym po otrzymaniu tego listu. Myśleliśmy, że to wybryk jakiegoś nastolatka. Lis uczyła angielskiego w drugiej klasie miejscowego liceum.

– Ja jestem srogą nauczycielką – zaśmiała się niezbyt wesoło. – Szesnastolatki za mną nie przepadają.

– ja twój kochanek" – szeryf ściągnął pas, u którego miał broń. Patrzył na list przez chwilę, a potem zapytał: – Jest adres zwrotny?

Lis przejrzała teczkę z szarej tektury, w której trzymała list w przegródce zatytułowanej Listy różne, zaraz za przegródką zatytułowaną Testamenty – Owen i Lis. (To ostatnie zauważyła dopiero teraz.) Znalazła kopertę. Nie było na niej adresu nadawcy. Pieczęć pocztowa pochodziła z Gloucester.

– Gloucester nie jest w pobliżu Marsden – zauważyła.

– Czy mogę zadzwonić? – szeryf spojrzał na Owena, który wskazał mu telefon ruchem głowy.

Opierając się o ladę kuchenną i popijając herbatę z dzikiej róży, Lis przypomniała sobie gorącą wrześniową sobotę. Przesadzała wtedy krzak herbacianej róży. Wzdłuż nosa, łaskocząc ją, spływał jej pot. Owen przez cały dzień pracował i wrócił przed chwilą. Było gdzieś koło czwartej, słońce świeciło blado i stało nisko. Owen ukazał się w drzwiach. Szerokie ramiona miał przygarbione, a w ręce trzymał kawałek papieru. Lis podniosła na niego wzrok. Krzak róży przesunął jej się między palcami, a jakiś kolec przebił skórę. Widząc poważną minę męża, nie zwróciła w pierwszej chwili uwagi na ból. W chwilę później, opuściwszy wzrok, zauważyła na palcu kropelkę krwi. Położyła krzew na ziemi. Owen wręczył jej ten właśnie list, a ona wzięła go powolnym ruchem, zostawiając na kopercie krwawy odcisk palca przypominający staromodną pieczęć woskową.

Teraz Portia przeczytała list. Wzruszyła ramionami i powiedziała do

Lis:

– Mam ze sobą trochę tego, co wiesz. Jeżeli chcesz, to przyjdź do mojego pokoju. To cię zrelaksuje.

Lis zmrużyła oczy, starając się zachować spokój. Tylko jej siostra mogła zrobić coś takiego – proponować komuś dżointa w obecności policjanta (na którego zderzaku widniał napis Ridgeton mówi NIE narkotykom). To była cała Portia – przewrotna i cyniczna. Och, ta Portia – ta jej kuta na cztery nogi blada młodsza siostra z francuskim warkoczem, odtwarzaczem w kieszeni i wianuszkiem narzeczonych. Została zmuszona do spędzenia wieczoru na wsi i teraz daje Lis w kość.

Lis nie odpowiedziała. Młoda kobieta wzruszyła ramionami i, spojrzawszy na Owena, wyszła z kuchni.

Szeryf, który nie słyszał propozycji Portii i który prawdopodobnie i tak by jej nie zrozumiał, odwiesił słuchawkę.

– No więc – powiedział do Owena – krótko mówiąc, ona nie ma się czym martwić.

Ona? – zastanowiła się Lis. Czy on ma na myśli mnie? Poczuła, że płonie jej twarz. Zobaczyła też, że nawet staromodny Owen poruszył się niespokojnie, słysząc lekceważący ton szeryfa.

– Oni mówią, że ten list nic nie znaczy. Hrubek jest schizofrenikiem, a schizofrenicy nie radzą sobie, kiedy stoją z kimś twarzą w twarz. Są zbyt nerwowi, żeby rozmawiać czy zrobić cokolwiek. Dlatego pisują takie długie listy, które są przeważnie bez sensu. A kiedy komuś grożą, to nie spełniają groźby, bo się za bardzo boją.

– Aten stempel? – zapytała nieustępliwie Lis. – Ten z Gloucester?

– A to. Pytałem. Posłali go do szpitala w Gloucester na jakieś badania w pierwszym tygodniu września. Szpital jest słabo strzeżony. Mógł się wymknąć i wysłać list. Ale mówiłem już, że on zmierza na wschód, posuwa się więc w przeciwnym kierunku.

Szeryf i Lis popatrzyli na Owena, który – będąc osobą najpotężniejszej postury z nich trojga – zdawał się tu dowodzić.

– A co, jeżeli tak nie jest? – zapytał Owen.

– Do diabła, on nie ma samochodu. Lekarz powiedział, że nie umie prowadzić. A kto go podwiezie? Takiego wielkiego świrusa?

– Ja po prostu pytam – rzucił Owen. – Co, jeżeli on nie kieruje się na wschód? Co będzie, jeżeli zmieni zdanie i pojawi się tutaj?

– Tutaj? – powtórzył szeryf i zamilkł.

– Chcę, żebyście tu przysłali policjanta.

– Przykro mi, Owen. To niemożliwe. Zbliża się…

– Słuchaj, Stan, to jest poważna sprawa.

– Zbliża się… burza. Straszna burza. A Fred Bertholder ma grypę i leży w łóżku. Jest naprawdę chory. Cała jego rodzina też choruje.

– Jednego policjanta. Tylko do chwili, kiedy go złapią.

– Ale nawet policja stanowa nie ma ludzi. Są na szosie z powodu…

– Tej kurewskiej burzy – warknął Owen.

Rzadko przeklinał w obecności ludzi, których dobrze nie znał – uważał to za oznakę słabości. Dlatego Lis poczuła się przez chwilę zszokowana. Zaszokowało ją nie tyle samo słowo, ile wielka złość, która musiała spowodować, że Owen je wypowiedział.

– Musimy brać pod uwagę hierarchię ważności. Nie denerwuj się tak. Będę w kontakcie z Havershamem. Jeżeli coś się zmieni, natychmiast tu przyjadę.

Owen podszedł do okna i spojrzał na jezioro. Wyglądało na to, że albo jest tak wściekły, że nie może wydobyć z siebie głosu, albo zastanawia się nad czymś głęboko.

– A może byście przenocowali w jakimś hotelu? – zaproponował szeryf tak wesoło, że Lis poczuła gniew. – W ten sposób wyśpicie się i nie będziecie się musieli o nic martwić…

– Wyśpicie się – mruknęła Lis. – Akurat.

– Wierzcie mi, nie macie się czym przejmować – powiedział szeryf. Po czym podszedł do okna i spojrzał w niebo, mając prawdopodobnie

nadzieję, że zaraz zacznie się błyskać i że to usprawiedliwi fakt, że policjanci zostali rozesłani w teren.

– W każdym razie ja będę pilnował sprawy – dodał. Wychodząc, uśmiechnął się ze skruchą.

Lis była jedyną osobą, która odpowiedziała mu „dobranoc".

Owen chodził w tę i z powrotem koło okna, spoglądając na jezioro.

– Myślę, że powinniśmy tak zrobić – rzekł rzeczowym tonem. – To znaczy pójść do hotelu. Weźmiemy pokój w Gospodzie Marsden.

No tak, wezmą niezmiernie oryginalny apartament, zaśmiecony (według słów Owena) suszonymi kwiatami, umeblowany sztampowymi meblami, ozdobiony wiejskimi girlandami i kiczowatymi obrazkami przedstawiającymi żywe konie, martwe ptaki i dziewiętnastowieczne dzieci o szklanych oczach.

– Nie jest to chyba najlepsza kryjówka.

– Nie wygląda na to, że on przebędzie nawet połowę drogi do Ridge-ton, nie mówiąc już o tym, że przecież nie znajdzie hotelu, w którym zamieszkamy… Zresztą nie wiadomo, czy w ogóle ma zamiar nas szukać. Poza tym Gospoda znajduje się zaledwie o dwie mile stąd. A ja nie chcę za bardzo oddalać się od domu.

– Musimy skończyć tamę i oklejanie okien.

Owen milczał przez chwilę. A potem zapytał z roztargnieniem:

– Jak myślisz, gdzie on jest?

– Ja się stąd nie ruszę, dopóki nie skończymy tej tamy. Te worki z piaskiem…

Oczy Owena zabłysły.

– Dlaczego się ze mną sprzeczasz?

Lis zamrugała. Nauczyła się znosić jego humory. Wiedziała, że zwykle wyładowywał się nie na tym, na kim trzeba. Był teraz zły, to prawda, ale nie na nią, tylko na szeryfa. Przeważnie Lis reagowała gniewem na«jego gniew. Ale dzisiaj nie podniosła głosu. Nie miała jednak zamiaru mu ustąpić.

– Ja się nie sprzeczam. Możemy pójść do hotelu. Ale ja nie ruszę się stąd, dopóki nie zostanie ułożona przynajmniej jeszcze jedna warstwa worków, gruba co najmniej na stopę.

Wzrok Owena skierował się znów na jezioro, gdy tymczasem ona spojrzała na list leżący na ladzie kuchennej. Wzięła go, wygładziła papier, a potem złożyła na czworo. Papier zaszeleścił, a ten szelest nie wiadomo dlaczego przywiódł jej na myśl szelest wysuszonej skóry. Lis wzdrygnęła się i rzuciła list na kupkę rachunków, które zamierzała schować do teczki.

Włożyła kurtkę. Czy Owen ustąpi, czy ma zamiar się kłócić? Nie potrafiła przewidzieć jego reakcji i poczuła, że ze zdenerwowania zaczynają boleć żołądek.

– To nie powinno zająć więcej niż godzinę – powiedziała ostrożnie. Ale on milczał.

– Myślisz, że przez ten czas ułożymy wystarczającą liczbę worków? Owen w końcu odwrócił się od okna i powtórzył jej pytanie:

– Czy przez godzinę ułożymy wystarczającą liczbę worków?

– No tak, przez godzinę. Ja jestem pewna, że tak. Zdziwił ją jego spokój.

– Zresztą uważam – dodała – że nie będzie tak źle, jak zapowiadają. Znasz tych tutejszych meteorologów. Zawsze podnoszą fałszywy alarm…

Kierowca minął restaurację i bardzo powoli wprowadził ogromną ciężarówkę na parking. Zahamował i wyłączył silnik, a potem pochylił się nad mapą. Ustalenie, że znajdzie się w Bangor na drugi dzień przed czwartą po południu, zajęło mu więcej czasu, niż się spodziewał. Przy swojej inteligencji powinien był to obliczyć prędzej.

Był młody. Na głowie nosił czapkę z napisem Dolphins założoną daszkiem do tyłu, a na nogach buty Nike'i. W jego magnetofonie tkwiła taśma z muzyką grunge. Miał też sześć innych z rapem i hip-hopem (był to sekret, którego nie zdradzał nikomu z rodziny). Wyszedł z szoferki, zatrzymując się na chwilę na stopniu, przy bocznym lusterku, i widząc – ku własnemu zmartwieniu – konstelację trądzikowych wyprysków na policzku, a potem zeskoczył na ziemię. Znajdował się w połowie drogi do baru, kiedy za jego plecami rozległ się jakiś głos.

– Hej, szoferuniu!

I nagle obok niego pojawił się potężnej budowy mężczyzna o nogach jak pnie drzew. Kierowca zatrzymał się i zdumiony spojrzał w błyszczącą od potu okrągłą twarz. Zobaczył, że mężczyzna uśmiecha się szeroko i że ma pianę na ustach, a także że jego oczy zdradzają podniecenie równe podnieceniu dziecka grającego w piłkę.

– Sie ma – bąknął kierowca.

Potężny mężczyzna zmieszał się nagle. Wyglądało na to, że zastanawia się, co powiedzieć.

– Niezła maszyna – stwierdził wreszcie, nie patrząc jednak na ciężarówkę, tylko na kierowcę.

– Mhm. Dzięki za uznanie. Przepraszam, ale jestem wykończony i muszę coś przegryźć.

– Aha, przegryźć. Oczywiście. Szczęśliwa siódemka. Widzisz? Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć… – Wskazywał ręką pojazdy stojące na parkingu. – Siedem.

Poprawił tweedową czapkę, która tkwiła na jego przypominającej kulę bilardową głowie. Wyglądało na to, że jest łysy. Kierowca pomyślał więc, że może to skinhead-nazista.

– Tak, szczęśliwa siódemka – przyznał i roześmiał się trochę zbyt głośno.

– O ho ho. To już osiem.

Potężny facet wskazał następną ciężarówkę wjeżdżającą właśnie na parking. Jego usta wykrzywiły się w dziwnym uśmiechu.

– Zawsze jakiś skurwysyn wszystko popsuje.

– To się zdarza.

Kierowca ciężarówki doszedł do wniosku, że mógłby przyspieszyć i wyprzedzić tego przygłupa, jednak powstrzymywały go dwie rzeczy: strach, że wyjdzie na idiotę w oczach innych kierowców, oraz obawa, że ten przy-głup mu przyłoży.

– No tak, dobranoc panu – powiedział i skierował się do baru. Oczy potężnego faceta zabłysły. Wydawał się zmartwiony.

– Zaraz, zaraz. Poczekaj! – zawołał. – Jedziesz na wschód, szofe-runiu?

Młody człowiek podniósł wzrok i spojrzał w jego mroczne oczy.

– Ja się nie nazywam „szoferunio" – zaprotestował ostrożnie.

– Ja jadę do Bostonu. To kolebka naszego kraju. Naprawdę muszę się dostać do Bostonu.

– Przykro mi, ale nie mogę pana podrzucić. Pracuję dla…

– Podrzucić? – zapytał potężny mężczyzna z zaciekawieniem. – Podrzucić?

– No tak. Nie mogę pana podwieźć. No, wie pan, co mam na myśli. Pracuję w pewnej firmie i straciłbym pracę, gdybym to zrobił.

– A to pech.

– W naszej firmie jest taki przepis.

– No to co ja mam zrobić?

– Ludzie nie lubią, kiedy ktoś prosi o podwiezienie na parkingu? – Nie było to właściwie pytanie, ale chłopak był zbyt przestraszony, żeby powiedzieć to temu człowiekowi tonem twierdzącym. – Może pójdzie pan na szosę i spróbuje zatrzymać kogoś?

– Na szosę? Zatrzymać kogoś?

– Tak. Podniesie pan kciuk i zatrzyma kogoś. Może ktoś pana weźmie.

– Aha. No tak. Mógłbym tak zrobić. Czy dostanę się w ten sposób do Bostonu?

– Widzi pan tamte światła? To szosa numer 118. Ona skręca w lewo, czyli na północ. Dostanie się pan nią na Międzystanową, a tą dostanie się pan szybko do Bostonu.

– Dzięki, szoferuniu. Niech cię Bóg ma w opiece. Tak, na szosę i podnieść kciuk.

Potężny mężczyzna ruszył biegiem przez parking. Sadził naprzód niezdarnymi susami. Kierowca zmówił krótką modlitwę dziękczynną. Dziękował Bogu za to, że uszedł z życiem, a także za to, że ma świetną historię do opowiedzenia innym kierowcom. Świetną bez żadnego koloryzowa-nia.

Peter Grimes wrócił do gabinetu dyrektora szpitala i usiadł przed biurkiem.

– Więc co on zrobił? – zapytał Adler, jak gdyby podejmując dopiero co przerwaną rozmowę.

– Słucham?

Adler postukał palcem w zieloną papierową teczkę.

– Tu jest sprawozdanie pielęgniarki z dyżuru. Hrubek miał prawo przebywać na Oddziale C. Miał prawo chodzić po terenie. On po prostu wszedł sobie do kostnicy. Tak, dostał się tam tak po prostu. No i wszedł do zamrażarki. O Boże, Boże drogi. Jest źle, Peter, jest źle.

W gabinecie było chłodno i Adler miał teraz na sobie beżowy rozpinany sweter. Mały palec jednej ręki trzymał w jego dolnej dziurce.

– Ja wiem, dlaczego tak się stało – oświadczył Grimes. – On brał udział w programie Dicka Kohlera.

– No nie! On był na oddziale przejściowym?

– Nie, nie. Wolno mu było tylko chodzić po terenie. Brał udział w terapii zajęciowej i w programie terapii przez pracę. Miał pracę na farmie. Doił krowy czy coś takiego.

Asystent popatrzył przez okno, za którym w ciemności leżało szpitalne, nie nastawione na zysk gospodarstwo rolne. Gospodarstwem tym kierowali wolontariusze, a pracowali w nim pacjenci. Rozciągało się ono na jakichś dziesięciu akrach pagórkowatego, kamienistego terenu.

– Dlaczego nie ma o tym nic w jego dokumentacji? Adler jeszcze raz stuknął w teczkę.

– Mnie się zdaje, że są jeszcze jakieś inne papiery, których my nie mamy. Nie wiem, co się z nimi stało. Dzieje się tutaj coś dziwnego…

– Czy to Zarząd zarekomendował Hrubeka do tego programu? Adler, będąc członkiem Zarządu szpitala, modlił się o pewną określoną odpowiedź na to pytanie.

– Nie – powiedział Grimes.

– Aha.

– Chyba to Dick Kohler jakoś go tam wkręcił.

– Wkręcił go? – rzucił gniewnie Adler. – Mój przyjacielu, mówiąc o tej sprawie, musimy bardzo liczyć się ze słowami. Miał pan na myśli, że go „wkręcił"? Tak? No, niech się pan zastanowi.

– Właściwie to ja nie wiem. Hrubek był zawsze pod ścisłym nadzorem. Nie jest jasne, kto to zatwierdził. W papierach nie ma szczegółowych informacji.

– Więc może tak naprawdę Hrubek nie został tam „wkręcony"? – myślał głośno Adler. – Może to jakiś inny idiota popełnił błąd.

Grimes zastanowił się, czy ma te słowa potraktować jako obraźliwe dla siebie.

Dyrektor szpitala oddychał powoli.

– Chwileczkę… Kohler nie jest członkiem naszego personelu… Ma tutaj gabinet?

Grimesa zdziwiło, że Adler tego nie wie.

– Tak, ma – powiedział. – W ramach umowy z Framington. Udostępniamy co trzeba lekarzom leczącym poszczególnych chorych.

– On nie jest takim lekarzem – warknął Adler.

– W pewnym sensie jest.

Pod nieobecność policjanta Grimes miał znacznie więcej odwagi.

– Chcę się dowiedzieć, co tu się, do diabła, dzieje. Chcę to wiedzieć najpóźniej za godzinę. Który stażysta jest teraz na Oddziale E?

– Nie jestem pewien. Chyba…

– To niech się pan dowie – warknął Adler. – Niech się pan dowie, kto to taki, i każe mu iść do domu. Niech sobie zrobi wolny wieczór.

– Aha. Zaraz. Ma iść do domu? Jest pan tego pewien?

– I niech mu pan powie, żeby z nikim nie rozmawiał… Interesuje mnie ta kobieta… – Adler znalazł jakiś kawałek papieru i podał go Gri-mesowi. – Czy Hrubek kiedyś o niej mówił? Czy ktokolwiek kiedyś o niej mówił?

Grimes przeczytał nazwisko.

– Pani Atcheson? Nie. Kim ona jest?

– Ona była w Indian Leap. Podczas procesu zeznawała na niekorzyść Hrubeka. Twierdzi, że dostała od niego list z pogróżkami. We wrześniu, wtedy kiedy nasz milusiński bawił się klockami w Gloucester. Szeryf mówi, że jej mąż uważa, że Hrubek ma zamiar na nią napaść.

– Ridgeton – zamyślił się Grimes. – To jest czterdzieści mil na zachód stąd. Nie, to żaden problem.

– Tak pan uważa? – Adler spojrzał na młodego lekarza zaczerwienionymi oczami. – To dobrze. Ulżyło mi. Ale proszę mi powiedzieć dlaczego, cytuję: „to żaden problem".

Grimes przełknął ślinę i powiedział:

– Bo większość schizofreników nie jest w stanie samodzielnie przebyć trzech mil. Więc nie ma co mówić o czterdziestu.

– Ach tak – powiedział Adler tonem zdziwaczałego profesora Oxfor-du. – A na jakiej podstawie tak nisko go pan ocenia?

Grimes poddał się. Zamilkł i zmierzwił sobie kędzierzawe włosy.

– A co, jeżeli on nie jest sam? – warknął Adler. – Co, jeżeli są jacyś współspiskowcy, świadomi swego uczestnictwa albo mimowolni? A po drugie: co, jeżeli Hrubek jest inny niż większość schizofreników? Co wtedy, doktorze? No, a teraz proszę się tym zająć. I dowiedzieć się, jak ten sukinsyn się wydostał.

Grimes, który stracił już część odwagi, powiedział tylko:

– Tak jest, panie dyrektorze. Powiedział to bardzo szybko.

– A jeżeli… Niech pan chwilę poczeka. Jeżeli… – Adler zrobił nieokreślony gest ręką, nie będąc w stanie nazwać po imieniu potencjalnej tragedii. – Jeżeli będą kłopoty…

– Jak to?

– Niech zadzwoni do mnie Lowe. Muszę z nim porozmawiać. Aha, i gdzie jest Kohler?

– Kohler? Powinien być na oddziale przejściowym. W niedziele tam nocuje.

– Myśli pan, że on będzie na wieczornym obchodzie?

– Nie. Dziś rano zjawił się w szpitalu już o wpół do piątej. I od tego czasu był bez przerwy na nogach. Jestem pewien, że teraz śpi.

– To dobrze.

– Mam do niego zadzwonić?

– Zadzwonić do niego? – Adler spojrzał na Grimesa ze zdumieniem. – Doprawdy, doktorze. On jest ostatnią osobą, która powinna się o tym dowiedzieć. Niech mu pan nic nie mówi. Ani słowa.

– Pomyślałem tylko…

– Nic pan nie pomyślał. Wcale pan nie myślał. Czy zawołałby pan baranka i powiedział mu: „Wiesz co? Jutro jest Wielkanoc"?

Para unosząca się z plastikowego kubka z kawą utworzyła elipsę na przedniej szybie.

Doktor Richard Kohler, rozparty na przednim siedzeniu swojego piętnastoletniego BMW, ziewnął szeroko i wziął kubek. Wypił trochę gorzkiego płynu, odstawił kubek na deskę rozdzielczą, trochę na prawo od miejsca, w którym stał poprzednio, i patrzył bezmyślnie, jak para tworzy nowy owal na szkle – zachodzący na ten poprzedni, który już zdążył prawie zniknąć.

Samochód znajdował się na parkingu dla personelu Stanowej Placówki Zdrowia Psychicznego w Marsden. Stał na wpół schowany za anemicznym świerkiem kanadyjskim, przodem do małego, jednokondygnacyjnego domku znajdującego się w pobliżu głównego budynku szpitala.

Pielęgniarka dyżurna z Oddziału E, zaprzyjaźniona z Kohlerem, który kiedyś umawiał się z nią na randki, zadzwoniła do oddziału przejściowego dwadzieścia minut temu. Powiedziała Kohlerowi o ucieczce Hrubeka i ostrzegła go, że Adler gra na zwłokę. Kohler obmył twarz lodowatą wodą, napełnił termos kawą, a potem, potykając się, pobiegł do samochodu i przyjechał tutaj. Wjechał na parking i postanowił zaczaić się w tym właśnie miejscu.

Spojrzał teraz w górę na gotycką fasadę szpitala i zobaczył kilka świateł. Jedno z nich z pewnością paliło się w gabinecie Adlera.

Co dowcipniejsi sanitariusze przezywali jego i Adlera nazwiskami dwóch skłóconych sąsiadów sprzed wieku – Hatfielda i McCoya, co dość dokładnie charakteryzowało stosunki panujące między nimi. Mimo to Kohler współczuł nieco dyrektorowi szpitala. Adler kierował placówką przez pięć lat i przez wszystkie te lata toczył boje o pieniądze i o jej istnienie. Większość stanowych szpitali psychiatrycznych została zamknięta i zastąpiona małymi placówkami leczniczymi podlegającymi lokalnym władzom. A przecież potrzebne były placówki dla psychicznie chorych niebezpiecznych dla otoczenia, a także dla pacjentów ubogich i bezdomnych.

Marsden było taką placówką.

Adler ciężko pracował, żeby zdobyć pieniądze ze stanowej kiesy, pilnował też, żeby nieszczęśnicy znajdujący się pod jego opieką byli traktowani dobrze i mieli się możliwie nieźle. Było to zajęcie niewdzięczne. Kohler z pewnością nie chciałby go wykonywać i gdyby mu powiedziano zawczasu, że będzie to robił, zrezygnowałby z medycyny.

Jednak poza współczuciem z powyższych powodów Kohler nie żywił dla Adlera żadnych innych pozytywnych uczuć. Bo wiedział, że Adler zarabia sto dwadzieścia tysięcy dolarów rocznie (w co wchodziły dodatki do poborów i składki ubezpieczenia na wypadek błędu w leczeniu) oraz że pracuje najwyżej czterdzieści godzin tygodniowo. Poza tym Adler nie śledził bieżącej literatury, nie brał udziału w rozwijających szkoleniach i rzadko rozmawiał z pacjentami. To ostatnie robił zresztą najchętniej, kiedy miał okazję przekazać pacjentom nieszczere pozdrowienia od polityków.

Jednak najważniejszym powodem niechęci Kohlera było to, że Adler uważał Marsden nie za placówkę leczniczą, ale za skrzyżowanie więzienia z ośrodkiem opieki dziennej. Jego celem było nie tyle polepszenie stanu zdrowia pacjentów, ile trzymanie ich w zamknięciu. Adler twierdził, że zadaniem szpitala stanowego nie jest leczenie ludzi, tylko pilnowanie, żeby ci ludzie nie zrobili krzywdy sobie lub innym.

– Więc kto ma ich leczyć? – pytał go Kohler. A Adler odburkiwał:

– Niech mi pan da pieniądze, to zacznę to robić ja.

Obaj lekarze mieli ze sobą na pieńku od samego początku, od chwili gdy Kohler pojawił się w Marsden i zaczął wprowadzać niekonwencjonalne formy terapii dla pacjentów z ciężkimi psychozami. Później, nie wiadomo jakim cudem, Kohlerowi udało się uruchomić program terapii zajęciowej. W ramach tego programu pacjenci, którzy nie byli niebezpieczni dla otoczenia, przeważnie schizofrenicy, uczyli się pracować i nawiązywać kontakty z ludźmi. Pacjenci ci później przenosili się na oddział przejściowy znajdujący się w pobliżu Stinson, żeby w końcu przeprowadzić się do własnych mieszkań i domów.

Adler miał dość inteligencji, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że ma tutaj ciepłą posadkę, jaką trudno byłoby mu znaleźć gdzie indziej. Dlatego nie zależało mu w najmniejszym stopniu na tym, żeby jacyś przemądrzali nowojorscy doktorkowie pakowali się na jego delikatną łódkę i roz-huśtywali ją za pomocą swoich zwariowanych kuracji. Ostatnio próbował spowodować przeniesienie Kohlera, twierdząc, że młody lekarz załatwił sobie pracę w Marsden z pominięciem właściwych czynników w administracji stanowej. Jednak jego argumenty były słabe, bo Kohler nie pobierał pensji i był uważany za konsultanta. A poza tym pacjenci zbuntowali się, kiedy usłyszeli plotkę, że prawdopodobnie stracą swojego doktora Richarda. Adler był zmuszony ustąpić. Kohler nadal zdobywał sobie coraz lepszą pozycję, wkradając się w łaski lekarzy zatrudnionych na pełnych regularnych etatach i zyskując sobie przyjaciół wśród tych, co w szpitalu dzierżyli rzeczywistą władzę – pielęgniarek, sekretarek i sanitariuszy. A Adlera darzył nadal głęboką i wzajemną niechęcią.

Wielu lekarzy w Marsden zastanawiało się, dlaczego Kohler, który mógł mieć lukratywną praktykę prywatną, pakował się we wszystkie te kłopoty. Nie mieli pojęcia, dlaczego spędza on tyle czasu w Marsden, gdzie otrzymuje bardzo niskie honoraria za leczenie pacjentów i gdzie praca jest tak ciężka i frustrująca, że zniechęca wielu lekarzy do psychiatrii albo i do medycyny w ogóle.

Tymczasem Richard Kohler lubił się sprawdzać. Czynił to nieustannie. Był prymusem na studiach doktoranckich z historii sztuki, kiedy porzucił ten kierunek i w dojrzałym wieku lat dwudziestu trzech zdecydował się na ciężkie studia medyczne. Skończył je i odbył staż najpierw w Szpitalu Prezbiteriańskim w Columbii, a potem w Szpitalu Ogólnym w New Haven. Następnie miał praktykę prywatną na Manhattanie. Pracował z pacjentami hospitalizowanymi w celu obserwacji i chorymi bliskimi psychozy. A potem z własnej woli zajął się najtrudniejszymi przypadkami: przewlekłymi schizofreniami i dwubiegunowymi depresjami. Zmagał się z machiną biurokratyczną, walcząc o rozszerzenie praktyki w Marsden, Framington i innych szpitalach stanowych, w których i tak pracował po dwanaście do piętnastu godzin na dobę.

Wyglądało na to, że Kohlerowi służy stres – ten największy wróg jego pacjentów ze schizofrenią.

Już w początkach swojej kariery opracował sobie kilka sposobów pozwalających mu zwalczać niepokój. Najskuteczniejszym z nich była makabryczna medytacja. Wyobrażał sobie, że wbija igłę w dużą żyłę na własnym ramieniu i tą igłą wyciąga z tej żyły palące białe światło wyobrażające stres. Ta technika była zadziwiająco skuteczna (z tym, że dawała najlepsze wyniki wtedy, kiedy towarzyszył jej kieliszek burgunda albo dżoint). Spróbował się nią posłużyć teraz, siedząc w samochodzie pachnącym starą skórą, olejem i płynem do odmrażania, i nie wzmacniając medytacji żadnymi środkami chemicznymi. Okazało się jednak, że chwyt nie przyniósł pożądanego skutku. Kohler spróbował jeszcze raz, zamykając oczy i wyobrażając sobie wszystko dokładnie, ze szczegółami. I znowu nic. Westchnął i popatrzył na parking.

Zesztywniał i zagłębił się bardziej w przednie siedzenie, kiedy zobaczył białą furgonetkę z napisem „Agencja Ochrony", która pojawiła się i przejechała powoli przez parking, oświetlając reflektorami podejrzane cienie.

Kohler zapalił małą latarkę (której używał przy badaniach dna oka) i powrócił do czytania papierów leżących przed nim. W tych papierach zapisana była bardzo skrótowo historia Michaela Hrubeka. Dane o życiu młodego człowieka były żałośnie skąpe. Ponieważ Hrubek był pacjentem ubogim, papiery zawierały bardzo nieliczne szczegóły dotyczące jego hospitalizacji i historii choroby. Jego dokumentacja właściwie nie istniała, a dotychczasowa kuracja pozostawała w znacznym stopniu tajemnicą. Michael bardzo często bywał bezdomny, wyrzucano go z wielu szpitali, a poza tym personel tych szpitali znał go pod różnymi nazwiskami. Wszystko to powodowało, że nie istniała spójna kronika jego choroby. Ponadto cierpiał na taką chorobę psychiczną, która sprawiała, że obraz przeszłości w jego umyśle był niewyraźny i niespójny. Jako schizofrenik paranoidalny przedstawiał swoim rozmówcom mieszaninę kłamstw, prawdy, wyznań, nadziei, marzeń i urojeń.

Mimo to Kohler, przy swoim doświadczeniu, potrafił na podstawie dostępnych mu materiałów zrekonstruować dość szczegółowo pewną część życia Michaela. I znajomość tej części zadziwiająco dużo mu dawała. Kohler znał z grubsza te materiały, bo otrzymał je przed czterema miesiącami, kiedy Michael został jego pacjentem. Żałował teraz, że nie czytał ich wtedy z większą uwagą. Żałował także, że w tej chwili nie ma więcej czasu na gruntowne przypomnienie sobie, co one zawierają. Po jednokrotnym ich przejrzeniu zauważył, że biała furgonetka odjechała z parkingu. Położył teczkę na podłodze samochodu.

Po czym włączył silnik i podjechał po mokrym asfalcie do jednokondygnacyjnego budynku, który obserwował przez ostatnie pół godziny. Okrążył go i znalazł tylne drzwi. Zahamował, zastanowił się przez chwilę, a potem, kierując się rozsądkiem, zapiął pas bezpieczeństwa i wjechał prawym przednim zderzakiem prosto w te drzwi. Według własnej oceny zrobił to powoli. Jednak mimo to uderzenie było tak gwałtowne, że drzwi wyskoczyły z obu zawiasów i wpadły do środka, gdzie panowała ciemność.

Skierował swojego chevroleta na pobocze szosy numer 236. Odrapany samochód worał się lewym kołem w ziemię, a jakaś pusta puszka po napoju zwanym Orange Crush potoczyła się po jego podłodze i uderzyła o drzwi. Hamulce zapiszczały i Chevrolet zatrzymał się.

Trenton Heck otworzył drzwi i wysiadł. Puszka wypadła z brzękiem na kamieniste pobocze. Heck schylił się i wpakował ją pod siedzenie.

– Chodź – powiedział do Emila, który już rozluźnił mięśnie i zdążył ześlizgnąć się z siedzenia, wyskoczyć z samochodu, wylądować na ziemi, przeciągnąć się i mrugając, patrzeć na światła samochodu policji stanowej stojącego po drugiej stronie autostrady.

Tuż obok oświetlonego krążownika – dodge'a – stał jeszcze jeden samochód policyjny, a zaraz obok niego karawan miejscowego koronera. Czterech mężczyzn podniosło głowy, kiedy Heck przeszedł przez szeroki pas asfaltu i oddalił się wraz z Emilem od samochodu. Zawsze w takich razach wysiadał z psem jak najszybciej ze swojego chevroleta i trzymał go z daleka od silników innych samochodów. Bo spaliny stępiają węch.

– Siadaj! – rozkazał, kiedy znaleźli się na trawie po tej stronie, z której w kierunku samochodów wiał wiatr. – Siad!

Emil zrobił, co mu kazano, chociaż wyczuł, podniecony, że w pobliżu znajdują się jakieś czworonożne damy.

– Hej, Trenton – zawołał jeden z mężczyzn.

Był gruby. Miał nie tylko brzuch – przykład otyłego, który dużo je, a nie takiego, co dużo pije. Guziki szarego munduru ledwie mu się dopinały. Trzymał na smyczy dwie suki labradorki, które węszyły naokoło.

– Cześć, Charlie.

– O, jest nasz mistrz tropienia.

To powiedział jeden z dwóch młodych policjantów stojących przy drodze, facet, którego Heck – za jego plecami – nazywał „Chłoptasiem". Był to mężczyzna o wąskiej twarzy, o sześć lat młodszy od Hecka i wyglądający, jakby był od niego młodszy o piętnaście lat. Kiedy zaczęto mówić o cięciach budżetowych, Heck uważał, że należy wylać tego właśnie młodego człowieka, a jego samego, Trentona Hecka, zatrzymać w oddziale z pensją w wysokości trzech czwartych dotychczasowej. Jednak przełożeni nie zapytali Hecka o radę, w wyniku czego Chłoptaś, młodszy, ale służący w policji o dwa miesiące dłużej niż on, był wciąż policjantem. On tymczasem za osiemdziesiąt parę dolarów miesięcznie wywoził stare pralki i inne graty do Hammond Creek, na wysypisko.

– Hej, Emil – zawołał Chłoptaś.

Heck kiwnął mu głową i pomachał ręką drugiemu policjantowi, który go pozdrowił.

Charlie Fennel i Heck poszli w stronę brązowego karawanu, koło którego stał młody człowiek w jasnozielonym kombinezonie.

– Niewielu nas – powiedział Heck do Charliego.

Policjant odrzekł mu na to, że i tak mają szczęście, że jest ich aż tylu.

– Koło północy w Miejskim Ośrodku Kultury kończy się koncert. Słyszałeś o tym?

– Aha, rock'n'roll – mruknął Heck.

– Mhm. Don posłał tam trochę naszych. Podczas ostatniej takiej imprezy jakiś chłopak dostał kulkę.

– A nie mają oni na takie okazje jakichś strażników?

– To właśnie strażnik postrzelił tego dzieciaka.

– No, to pieniądze podatników nie są chyba dobrze wykorzystywane. To bez sensu, że policja musi pilnować stada gówniarzy, którzy płacą za to, żeby ich ogłuszano.

– A poza tym – dodał Fennel – kapitan skierował sporo naszych na drogi. Wygląda na to, że w czasie burzy trzeba będzie pomagać ludziom. Ale, ale, słyszałem, że za złapanie tego świra jest wyznaczona nagroda.

Heck spuścił oczy. Wpatrywał się w trawę, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

– Słuchaj, Trenton – kontynuował Fennel szeptem. – Obiło mi się o uszy, w jakiej jesteś sytuacji. Mam nadzieję, że dostaniesz te pieniądze. Trzymam za ciebie kciuki.

– Dzięki, Charlie.

Między Heckiem a Charliem Fennelem istniała dziwna relacja. Ta kula, która rozorała Heckowi prawe udo, przeszła przedtem przez pierś brata Fennela kucającego obok samochodu patrolowego i zabiła go na miejscu. Heck przypuszczał, że trochę krwi młodego policjanta wniknęło wraz z kulą do jego organizmu i dlatego uważał, że z Charliem Fennelem łączy go braterstwo krwi. Czasami przychodziło mu do głowy, że on i Charlie powinni trzymać się bardziej razem. Jednak kiedy przebywali trochę dłużej w swoim towarzystwie, okazywało się, że mają bardzo mało wspólnego. Nieraz planowali, że razem zapolują albo pojadą na ryby, ale jakoś do tego nie dochodziło, co obaj przyjmowali ze skrywaną ulgą.

Teraz Heck i Fennel zatrzymali się przed karawanem koronera. Heck podniósł głowę i odetchnął powietrzem pachnącym gnijącymi liśćmi. W takie wilgotne noce ten zapach był szczególnie silny. Heck parsknął, a Fennel spojrzał na niego z ciekawością.

– Nie czuję zapachu dymu – powiedział Heck.

– Ja też nie.

– Więc Hrubek nie wyskoczył w miejscu, w którym wyczuł zapach domu.

– Nauczyłeś się takiego rozumowania od Emila, co?

– Co dokładnie się tu stało? – zapytał Heck pomocnika koronera. Młody człowiek spojrzał na Fennela, prosząc go bez słów o to, żeby mu

pozwolił odpowiedzieć cywilowi. Heck zdążył się już przyzwyczaić do tego, że autorytet mają mundurowi, a nie on, człowiek bez munduru. Kiedy

Fennel mruknął coś, co można było wziąć za przyzwolenie, pomocnik ko-ronera opowiedział, w jaki sposób Hrubek uciekł.

– Goniliśmy go trochę – dodał po chwili.

– Goniliście, i co? – powiedział Heck zgryźliwie. – Łapanie go to nie wasze zadanie. Nie zdziwiłbym się, gdybyście stąd zwiali. A tego świra zostawili, żeby sobie poszedł do diabła.

– No tak. Ale my tak nie zrobiliśmy. Goniliśmy go. – Młody człowiek wzruszył ramionami, nie okazując wcale wstydu.

– No, dobra. Bierzmy się za to.

Heck zauważył, że Fennel już jakiś czas temu założył psom specjalną uprząż do tropienia. Na psy podziałało to podniecająco. Widać było, że są zdezorientowane. Psy, które nie mają za chwilę zacząć tropić, powinny mieć na sobie zwykłe obroże. Heck już miał powiedzieć Fennelowi parę słów do słuchu, ale się powstrzymał. Tb, jak policjant obchodził się ze swoimi psami, było sprawą policjanta, a on, Trenton Heck, nie był już instruktorem uczącym ludzi, jak się tropi.

Doszedłszy do takiego wniosku, Heck wyjął z kieszeni nylonową uprząż i ćwierćcalowej grubości nylonową linkę. Emil natychmiast się spiął, chociaż dalej siedział, trzymając zad na ziemi. Heck założył mu uprząż i okręcił sobie koniec linki wokół lewego nadgarstka, a nie wokół prawego, jak to się zwykle robiło. Ten facet mógł sobie być oszołomiony lekami i ogłupiały, ale Heck pamiętał ostrzeżenie Havershama i dlatego chciał mieć prawą rękę wolną, gotową do strzału. Chwyciwszy dobrze linkę, Heck wyjął z drugiej kieszeni kurtki torebkę plastikową. Otworzył ją i odciągnął plastik od bawełnianych spodenek.

– O Jezu – powiedział Chłoptaś, marszcząc nos. – Brudne gacie?

– Najlepiej śmierdzą – mruknął Heck. – Zobacz. Podsunął szorty pod nos młodemu policjantowi, który odskoczył.

– Przestań, Trenton! Na nich jest sperma tego świra! Trzymaj je z daleka ode mnie!

Charlie Fennel roześmiał się głośno. Heck stłumił własny śmiech i powiedział surowo do Emila:

– Dobra!

Oznaczało to, że pies ma wstać.

Pozwolili, żeby psy się obwąchały i wymieniły swoje skomplikowane pozdrowienia. Potem Heck potrzymał szorty Hrubeka przy ziemi, uważając, żeby nie szorować nimi po nosach psów. Pozwolił po prostu, żeby dotarł do nich zapach, który dla człowieka byłby postrzegalny tylko przez ułamek sekundy.

– Szukaj! – krzyknął Heck. – Szukaj, Emil, szukaj!

Wszystkie trzy psy przeszedł dreszcz, a zaraz potem zarówno Emil jak i suki zaczęły zataczać koła z nosami przy ziemi. Prychały, wciągając w nozdrza kurz i spaliny, a także opary smaru, i starając się odróżnić niewidzialne cząsteczki zapachu ściganego człowieka różniące się od milionów innych.

– Szukaj! Szukaj!

Emil wysunął się naprzód, powodując napięcie się linki i pociągając Hecka za sobą. Pozostałe psy poszły za nim. Fennel był człowiekiem potężnej postury, ale dwa ważące po sześćdziesiąt funtów labradory ciągnęły go z łatwością. Dreptał niezdarnie obok Hecka, który z wysiłkiem starał się dotrzymać kroku Emilowi. Wkrótce obaj mężczyźni dyszeli ciężko.

Nosy suk opuszczały się tuż nad ziemię sporadycznie i prawie w tych samych miejscach. Suki obwąchiwały wszystkie ślady Hrubeka – wszystkie te miejsca, w których stawiał stopy na asfalcie szosy numer 236. Emil tropił inaczej: przez kilka sekund wdychał zapach, a potem szedł naprzód z podniesionym łbem. W ten sposób tropiły doświadczone psy. Wieczne obwąchiwanie śladów wyczerpałoby Emila w ciągu kilku godzin.

Nagle Emil skręcił na południe i zszedł na łąkę porośniętą wysoką trawą i krzakami. Na tej łące z łatwością mógłby schować się człowiek, nawet tak wysoki jak Hrubek.

– O cholera – mruknął Heck, badając wzrokiem mroczne pustkowie. – Zaczyna się na całego.

Fennel zawołał Chłoptasia i drugiego policjanta.

– Posuwajcie się dalej szosą. Jeżeli będziemy was potrzebowali, wezwę was przez walkie-talkie. Miejcie wtedy broń w pogotowiu.

– On jest naprawdę duży – krzyknął pomocnik koronera. – Naprawdę nie ma z nim żartów.

Kohler wyprowadził swoje BMW ze szpitalnego parkingu i wjechał na drogę prowadzącą na szosę numer 236. Pomachał przyjaźnie ręką strażnikowi, który szedł szybko w stronę dzwoniącego przeraźliwie dzwonka alarmowego. Strażnik nie zareagował na pozdrowienie Kohlera.

Mimo że Kohler był lekarzem i miał prawo wypisywać recepty na wszystkie legalnie dostępne lekarstwa, Adler ustanowił zasadę, że ani jemu ani innym lekarzom nie wolno bez zezwolenia ordynować więcej niż pojedyncze dawki leków reglamentowanych – leków odurzających, uspokajających czy środków znieczulających. Zezwoleń udzielał sam Adler albo Grimes. Edykt ten został wydany po tym, jak pewien młody stażysta został przyłapany na sprzedawaniu – dla podreperowania własnego budżetu – xanaxu, miltownu i librium uczniom miejscowych szkół średnich. Kohler nie miał czasu na bajerowanie nocnej aptekarki i dlatego uznał, że w celu dobrania się do tego, co mu jest potrzebne, należy raczej posłużyć się stalowym zderzakiem niemieckiego samochodu.

Podjechawszy bliżej do szosy, zatrzymał samochód i przyjrzał się temu, co ukradł. Strzykawka różniła się od tych, które zwykle znajdują się w gabinetach lekarskich czy szpitalach. Była duża, miała cal średnicy i pięć cali długości, wykonano ją z grubego szkła i nierdzewnej stali. Towarzysząca jej igła, tkwiąca w plastikowej osłonce, miała dwa cale długości i była bardzo gruba. Mimo że nikt się do tego nie przyznawał, a już najmniej jej producent, była to strzykawka dla zwierząt. Jednak tego rodzaju strzykawki sprzedawano lekarzom jako „model ciężki, przeznaczony dla pacjentów nadmiernie pobudzonych".

Ponadto Kohler miał dwie duże buteleczki innovaru – środka znieczulającego, który – w przeciwieństwie do większości leków znieczulających wymagających wstrzyknięcia dożylnego – działał, kiedy go się wstrzyknęło domięśniowo. Ta właśnie cecha zadecydowała o tym, że wybór Kohlera padł na ten, a nie inny środek. Kohler znał się przede wszystkim na lekach psychiatrycznych, mało natomiast wiedział o innovarze. Zdawał sobie tylko sprawę, jakie są przeciwwskazania dla jego stosowania i jaka powinna być dawka tego środka na kilogram wagi ciała. Był też świadomy tego, że ma przy sobie ilość, która mogłaby zabić kilku ludzi.

Była też pewna rzecz, co do której nie miał pewności, ale której się domyślał: domyślał się mianowicie, że kradnąc lek reglamentowany z grupy drugiej, popełnił przestępstwo.

Kohler włożył strzykawkę i buteleczki do plecaka w kolorze rdzy, który nosił zamiast teczki, a potem otworzył małą, białą kopertę. W charakterze premii ukradł też kilka kapsułek chlorphenterminy. Dwie z nich włożył sobie teraz do ust. A potem włączył silnik i ruszył naprzód, mając nadzieję, że lek podziała wkrótce i że efekt jego działania będzie taki, jakiego on oczekuje. Kohler rzadko brał jakiekolwiek leki i jego organizm czasami reagował na nie w sposób nieoczekiwany. Możliwe więc było, że ten lek podobny do amfetaminy spowoduje u niego senność. Richard Kohler modlił się, żeby to się nie stało. Bo tej nocy bardzo pragnął myśleć jasno.

Tej nocy musiał być naprawdę przytomny.

No bo przecież będzie miał do czynienia z pacjentem nadmiernie pobudzonym.

Wjeżdżając na szosę i rozglądając się w ciemności, Kohler poczuł się przygnębiony i bezradny. Zastanawiał się, czy nie powinien przypadkiem pogodzić się z Adlerem i poprosić go o pomoc. W końcu dyrektor szpitala też usiłował za wszelką cenę ukryć fakt, że Michael uciekł, i odnaleźć go bez robienia szumu wokół całej sprawy. W końcu obaj mieli na uwadze ten sam cel, mimo że kierowali się zupełnie innymi motywami. Jednak Kohler doszedł do wniosku, że zwrócenie się do Adlera byłoby wielką głupotą. Takie posunięcie mogłoby mieć opłakane skutki, mogłoby osłabić jego pozycję w Marsden, a nawet zrujnować całą jego karierę. Chociaż… może te niepokoje spowodowane były w pewnym stopniu jakimiś objawami para-noidalnymi – łagodniejszą wersją tego, z czym Michael Hrubek zmagał się na co dzień. No tak, ale między nim, doktorem Kohlerem, i pacjentem Michaelem Hrubekiem była istotna różnica: Michael został uznany za schizofrenika paranoidalnego, bo zachowywał się tak, jakby jego wrogowie usiłowali spenetrować jego najskrytsze tajemnice, podczas gdy i sami ci wrogowie stanowili wytwór jego wyobraźni, i tajemnice były wymyślone.

A u mnie – pomyślał Kohler, dodając gazu – wszystko jest jak najprawdziwsze.

8

Emil zataczał koła i skręcał na boki jak koń tańczący wokół rozpraszającego się stada bydła. Śmigał w tę i z powrotem przez zarośla i trawę, dopóki nie natrafił znowu na trop.

Znalazł to miejsce, w którym Hrubek zwarł się z sanitariuszami, a potem wrócił na szosę. Teraz znowu skoczył w bok, zapuszczając się w zarośla, a labradory podążyły za nim.

Tropiciele przez kilka minut szli po łące, kierując się na wschód, oddalając się od szpitala i posuwając się równolegle do szosy numer 236.

W pewnym momencie, kiedy przechodzili przez wysoką, szeleszczącą trawę, Heck szarpnął linkę i powiedział:

– Siad!

Emil zatrzymał się natychmiast.

Heck czuł, że pies trzęsie się z podniecenia – linka zdawała się naładowana elektrycznością.

– Leżeć!

Pies niechętnie położył się. Suki nie chciały posłuchać podobnego rozkazu Charliego Fennela; ciągnęły wciąż za swoje linki. Charlie szarpnął te linki kilka razy i krzyknął na suki, żeby leżały, ale one nie reagowały. Heck zdołał zignorować krzyki Charliego i hałas, jaki robiły psy, i poszedł naprzód, oświetlając ziemię światłem długiej, czarnej latarki.

– Zobacz, co znalazłem. Oświetlił świeży ślad bosej stopy.

– A niech to szlag – szepnął Fennel – to trzydziestka, co do cala.

– No przecież wiemy, że on jest duży.

Heck dotknął wgłębienia pozostawionego przez ogromną stopę.

– On biegnie.

– No tak, masz rację. Biegnie. Aten doktor Adler mówił, że on będzie tylko tak łaził w kółko, taki ogłupiały…

– On się spieszy. Cholernie się spieszy. Chodź, musimy nadrobić stracony czas. Szukaj, Emil, szukaj!

Fennel wziął pozostałe dwa psy. Psy pobiegły naprzód po śladach. Jednak ku zdziwieniu obu tropicieli, Emil nie objął tym razem prowadzenia. Stanął na swoich muskularnych nogach, ale nie ruszył się z miejsca. Podniósł głowę, a nozdrza rozdęły mu się. Kręcił głową na wszystkie strony.

– No, chodźcie – krzyknął Fennel.

Heck milczał. Obserwował Emila, który rozglądał się na prawo i lewo i oglądał za siebie. Pies obrócił się głową na południe i podniósł ją jeszcze raz.

– Zaczekaj – zawołał Heck do Charliego. – I zgaś latarkę.

– Co?

– Zrób, co ci mówię!

Nastąpił cichy trzask i dwaj mężczyźni z trzema psami znaleźli się w ciemności. Heck uświadomił sobie coś, co z pewnością wiedział też Fennel – że są teraz wystawieni na cios. Szaleniec mógł czaić się o dziesięć stóp od nich z łyżką do opon albo stłuczoną butelką w dłoni.

– Chodźmy, Trenton.

– Nie spieszmy się za bardzo.

Pięćdziesiąt jardów na północ od nich znajdowały się samochody. Emil kręcił się i rozglądał na wszystkie strony. Heck przyglądał mu się uważnie.

– Co on robi? – zapytał szeptem Fennel. – Trop jest tutaj. On tego nie wie?

– Wie. Ale jest coś innego. Może jakiś zapach w powietrzu. Nie taki wyraźny jak zapach na ziemi, ale jest.

Możliwe, myślał Heck, że Hrubek, który jest duży i poci się, pozostawił po sobie zapach, a ten zapach zebrał się tutaj jak dym, wisząc w wilgotnym powietrzu. Emil prawdopodobnie to wyczuł. Mimo to jednak Heck nie chciał odciągać psa z tego miejsca. Bo wierzył w inteligencję zwierząt. Widział w swoim życiu, jak szopy z wielką zręcznością otwierały słoik z dżemem, widział też, jak niezdarny grizzly (ten sam, który patrzył na niego tak pożądliwie) zrobił pazurem nie jedną, ale dwie dziurki w puszce 7-up, a potem wypił napój, nie rozlewając ani kropelki. A Emil, według Hecka, był dziesięć razy inteligentniejszy od któregokolwiek niedźwiedzia.

Heck odczekał jeszcze chwilę, ale nie usłyszał ani nie zobaczył niczego.

– Chodź, Emil – Heck spróbował ruszyć naprzód. Ale Emil nie chciał iść.

Heck rozejrzał się naokoło. Niebo promieniowało leciutką poświatą, ale księżyc był teraz ukryty za chmurami. No chodź, stary – pomyślał Heck – wracajmy do roboty. Nasza forsa biegnie na wschód z szybkością jakichś pięciu mil na godzinę.

Ale Emil spuścił łeb i wetknął nos w trawę. Drżał. Heck wyciągnął przed siebie pistolet i rozgarnął nim zielone i brązowe pędy. Weszli głębiej w trawę. I tam właśnie znaleźli to, czego szukał Emil.

Kawałek papieru w plastikowej torebce.

Powoli podszedł do nich Fennel. Stanął plecami do Hecka i nerwowo przyglądał się trawie, przesuwając z lewa na prawo swoją broń.

– Przynęta?

Heckowi też przyszło to do głowy. Przestępcy przyzwyczajeni do tego, że w pościgu za nimi biorą udział psy, zostawiają czasami jakąś część garderoby albo oddają mocz w miejscu ważnym z taktycznego punktu widzenia. Kiedy ścigający wraz z psem zatrzymuje się, żeby się temu miejscu przyjrzeć, uciekinier atakuje ich od tyłu. Jednak tym razem Heck popatrzył na Emila i powiedział:

– Nie sądzę. Gdyby on tu gdzieś był, Emil by go wyczuł.

Mimo to, podnosząc torebkę z ziemi, nie patrzył na nią, tylko na trawę rosnącą naokoło. Trzymał też palec na cynglu. Potem wręczył torebkę Fennelowi i obaj przeszli na polankę, na której mogli przeczytać to, co było napisane na kartce bez obawy, że zostaną znienacka zaatakowani.

– To kawałek gazety – powiedział policjant. – Na jednej stronie jest reklama staników, a na drugiej… hej, popatrz, to jest plan. Plan śródmieścia Bostonu. Tej części, w której są zabytki.

– Bostonu?

– Tak. Skontaktujemy się z patrolem drogowym? Powiemy im, żeby obserwowali główne drogi prowadzące do Massachusetts?

Ale Heck, który oczyma wyobraźni zobaczył, jak znika jego dziesięć tysięcy dolarów, powiedział: – Wstrzymajmy się z tym. Może on zostawił to tutaj, żeby nas zmylić?

– Nie, Trenton, nie. Gdyby chciał, żebyśmy to znaleźli, zostawiłby to na drodze, a nie w takiej wysokiej trawie.

– Może i tak – powiedział Heck zmartwiony. – Ja jednak uważam… Nagle tuż nad jego uchem rozległ się głośny trzask przypominający

wystrzał. Heck odwrócił się błyskawicznie, podnosząc pistolet. Serce waliło mu jak młotem. Okazało się, że to odezwało się walkie-talkie Charliego, rozkręcone na cały regulator. Charlie przykręcił gałkę i zbliżył nadajnik do ust. Mówił coś do niego cicho. W oddali, na szosie, czerwone i niebieskie światła na dachu wozu Chłoptasia zaczęły obracać się szybko.

– Tu Fennel. Odbiór. Charlie pochylił głowę i słuchał.

Co oni robią? – zastanowił się Heck.

Fennel skończył rozmowę i przytroczył sobie aparat do pasa.

– Chodź – powiedział. – Znaleźli go. Heckowi serce zamarło.

– Złapali go? O cholera.

– No, niezupełnie. Okazuje się, że on dotarł do zajazdu dla ciężarówek w Watertown…

– W Watertown? To siedem mil stąd.

– Próbował złapać okazję. Zgadnij dokąd. Do Bostonu. Kierowca ciężarówki odmówił, więc Hrubek poszedł pieszo na północ. Podjedziemy tam i odnajdziemy trop. O Boże, mam nadzieję, że on się już zmęczył. Bo ja nie mam ochoty tak za nim zasuwać. Nie miej takiej skwaszonej miny, Trenton. Będziesz jeszcze bogaty. On jest o jakieś pół godziny drogi stąd.

Fennel zawrócił w stronę szosy, prowadząc ze sobą suki.

– Chodź, Emil – zawołał Heck.

Pies wahał się przez chwilę, a potem powoli poszedł za panem. Widać było, że niechętnie opuszcza łąki, mimo że panuje na nich wilgoć i chłód, i że niechętnie udaje się na swoje śliskie, plastikowe siedzenie w chevro-lecie.

Usłyszawszy dobiegający ze schodów piwnicy odgłos zdecydowanie stawianych kroków – odgłos ciężkich kroków, któremu towarzyszyło podzwanianie metalu – Lis Atcheson natychmiast zrozumiała, na co się zanosi. Przeszedł ją lodowaty dreszcz.

Owen wszedł do cieplarni i popatrzył na żonę, która brała właśnie ze sterty kolejne płócienne worki.

– O Boże, nie! – szepnęła Lis.

Pokręciła głową i usiadła na ławce zrobionej z czereśniowego drewna. Owen zatrzymał się na chwilę, a potem podszedł, usiadł obok niej i zaczął zakładać jej kosmyk włosów za ucho. Robił tak zawsze, kiedy jej coś wyjaśniał – czy to sprawy związane z interesami albo z majątkiem, czy to kwestie prawne. Jednak dzisiaj nie były potrzebne żadne wyjaśnienia. Gdyż Owen nie miał już na sobie ubrania, w którym chodził do pracy. Ubrany był natomiast w ciemnozieloną koszulę i workowate spodnie w tym samym kolorze, czyli w rzeczy, które wkładał pod pomarańczowy płaszcz nieprzemakalny, kiedy wybierał się na polowanie. Na nogach miał swoje nieprzemakalne buciory, za które zapłacił mnóstwo pieniędzy.

A w rękach – strzelbę na jelenie i pistolet.

– Nie, Owen, nie możesz… Owen odłożył broń.

– Rozmawiałem przed chwilą z szeryfem. Tego świra ściga czterech ludzi. Tylko czterech, rozumiesz? A on jest już w Watertown.

– Ale to na wschód od nas. On się od nas oddala.

– To nie ma znaczenia, Lis. Zobacz tylko, jaką drogę już przebył. Jest o jakieś siedem czy osiem mil od miejsca, w którym zwiał. A ucieka przecież pieszo. On wcale nie jest oszołomiony i nie łazi jak pijany. On coś knuje.

– Ja nie chcę, żebyś ty się w to wdawał.

– Mam zamiar sprawdzić, jakie oni podejmują kroki, żeby go złapać. Mówił poważnie, zdecydowanie. Głosem jej ojca. Głosem, który działał

na nią jak hipnoza.

Mimo to Lis powiedziała:

– Nie okłamuj mnie, Owen.

Oczy Owena zwęziły się jak niegdyś oczy ojca. Patrzyły bystro. Owen uśmiechał się, ale ona mu nie dowierzała. Jej słowa wcale na niego nie podziałały. Mogła równie dobrze przemawiać do jednego z trofeów myśliwskich o szklanych oczach, które on porozwieszał na ścianach swojego gabinetu. Dotknęła jego ramienia. Przez chwilę trzymała rękę na grubym materiale. A on przykrył jej dłoń swoją.

– Nie idź – powiedziała.

Przyciągnęła go do siebie. Poczuła podniecenie. Było ono wywołane czymś więcej niż tylko wspomnieniem ich niedawnego zbliżenia. Siła, która była w Owenie, jego powaga, wyraz jego twarzy zdradzający silne pragnienie czynu – to wszystko bardzo na nią podziałało. Pocałowała go mocno, prosto w usta. Zastanawiała się, czy jej podniecenie spowodowane jest pożądaniem czy pragnieniem zatrzymania go przy sobie przez całą tę noc, pragnieniem trzymania go w ramionach, dopóki niebezpieczeństwo nie minie.

Jakiekolwiek były jej motywy, uścisk nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Owen przez chwilę ją obejmował, a potem wstał i podszedł do okna. Ona też się podniosła i stanęła za nim.

– Dlaczego się nie przyznasz? – zapytała. – Masz zamiar na niego zapolować.

Patrzyła na jego plecy i na odbicie jego twarzy w szybie. Na tej twarzy powinien był się malować głęboki niepokój. Jednak tak nie było, Owen zdawał się być bardzo spokojny.

– Nie zrobię nic niezgodnego z prawem – powiedział.

– Tak? – zapytała. – A morderstwo? Ono jest z nim zgodne?

– Morderstwo? – powtórzył ściszonym, ochrypłym głosem, odwracając się gwałtownie i wskazując ruchem głowy schody. – Czy ty nigdy nie zastanawiasz się nad tym, co mówisz? Co by było, gdyby ona cię usłyszała?

– Portia na ciebie nie doniesie. A ja mam na myśli to, że nie można przecież kogoś tak po prostu wyśledzić, dopaść i…

– Zapominasz, co zaszło w Indian Leap – odrzekł ostro. – Czasami myślę, że ja się tym bardziej przejąłem niż ty.

Lis odwróciła się. Czuła się tak, jakby Owen ją spoliczkował.

– Lis… – Owen uspokoił się szybko, krzywiąc się na myśl o własnym wybuchu. – Przepraszam. Nie miałem na myśli… Słuchaj, to nie jest człowiek. To zwierzę. Wiesz, do czego on jest zdolny. Ty wiesz to lepiej niż ktokolwiek inny. Uciekł raz, może uciec i po raz drugi – kontynuował gładko swoją argumentację. – Kiedy był w Gloucester, też się oddalił na tyle, że mógł wysłać do ciebie ten list. Kiedy się tam znajdzie następnym razem, może znowu uciec. I przyjechać tutaj…

– Złapią go dziś w nocy. I wsadzą tym razem nie do szpitala, a do więzienia.

– Nie masz racji. Jeżeli on jest wciąż niepoczytalny, to wróci do szpitala. Takie są przepisy. Lis, przecież słuchasz wiadomości. I wiesz, że szpitale są opróżniane. Słyszysz o tym codziennie. Może być tak, że za rok albo za dwa oni go wypuszczą na ulicę. I ani się zorientujemy, jak on się tu pojawi. W ogrodzie. W sypialni.

W oczach Lis pojawiły się łzy. I w tejże samej chwili Lis zdała sobie sprawę, że przegrała. Zresztą wiedziała chyba, że przegra, już wtedy, kiedy usłyszała jego kroki na schodach piwnicy. Owen nie zawsze ma rację, pomyślała, ale zawsze jest pewny siebie. On po prostu załaduje broń do samochodu i pojedzie w tę burzliwą noc na polowanie na psychopatę, uważając to za rzecz najzupełniej naturalną.

– Chcę, żebyście obydwie z Portią pojechały do Gospody. Ułożyliśmy już wystarczająco dużo worków z piaskiem.

Lis pokręciła głową.

– Lis, nalegam.

– Nie! Woda podniosła się już o dwie stopy, a nie zaczęło jeszcze padać. A co z tym miejscem koło doku, gdzie wpada strumień? Musimy tam dodać worków, tak żeby wał był wyższy o dwie stopy.

– Ja już tam skończyłem robotę. Naprawdę, ułożyłem dużo worków. Wał ma trzy stopy wysokości. Jeżeli woda podniesie się wyżej, to i tak nie będziemy mogli niczego zrobić.

– Dobrze – powiedziała Lis lodowatym tonem. – Jedź, jeżeli chcesz. Baw się w żołnierza. A ja zostaję. Muszę zresztą okleić taśmą cieplarnię.

– Daj sobie z nią spokój. Jesteśmy ubezpieczeni od zniszczeń, które spowoduje wiatr.

– Mnie nie chodzi o pieniądze. Te róże to całe moje życie. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś się im stało.

Usiadła znowu na ławce. Zauważyła kiedyś, że stojąc, cieszy się mniejszym autorytetem u męża, który był od niej o stopę wyższy. A siedząc, paradoksalnie, czuła się prawie mu równa.

– Nic się nie stanie. Wyleci najwyżej parę szyb.

– Słyszałeś prognozę. Wiatr ma wiać z prędkością osiemdziesięciu

mil.

Owen usiadł obok niej i ścisnął mocno jej udo. Łokciem dotykał jej piersi. Ale ona nie poczuła się tym uspokojona, tylko zagrożona. Jego bliskość sprawiała, że nie potrafiła się bronić.

– Nie mam zamiaru dyskutować na ten temat – powiedział Owen spokojnie. – Nie chcę się o was martwić. Chcę, żebyście pojechały do Gospody. Kiedy go złapią…

– Chcesz powiedzieć: kiedy ty go złapiesz.

– Kiedy go złapią, zadzwonię do was. Wrócicie obie do domu i we trójkę skończymy robotę.

– Owen, on idzie w przeciwną stronę. Oczy Owena zabłysły.

– Lis, on przebiegł siedem mil w czterdzieści pięć minut. On coś knuje. Przecież to oczywiste. Dlaczego jesteś tak cholernie uparta? W okolicy znajduje się zabójca. Zabójca-psychotyk! Zna twoje nazwisko i adres.

Lis nie odezwała się słowem. Oddychała płytko. Owen przytulił twarz do jej włosów.

– Nie pamiętasz go? – szepnął. – Nie pamiętasz procesu?

Lis podniosła wzrok i przypadkiem zauważyła patrzącego złośliwie gargulca. Przypomniało jej się, jak Hrubek nucił: „Lis-bone, Lis-bone, moja Ewa od zdrady, moja śliczna Lis-bone…"

Kiedy tak siedzieli, nagle ktoś powiedział wesoło:

– Chyba za późno na ryby, co, Owen?

Portia stała w drzwiach, przyglądając się jego ubraniu. Owen odsunął się od żony, ale nie przestał na nią patrzeć.

– Zapakuję parę rzeczy – powiedziała Lis.

– Wybierasz się dokądś? – zapytała jej siostra.

– Do Gospody – poinformował ją Owen.

– Już? Myślałam, że to jest w programie później. Wtedy, kiedy pojawi się ten świr i będzie chciał gwałcić. O, przepraszam. Chyba to było nietaktowne.

– On odszedł dalej, niż wszyscy się spodziewali. Mam zamiar pogadać z szeryfem i dowiedzieć się, co tam się robi, żeby go złapać. A wy obie pojedziecie do Gospody przy drodze.

– On nie idzie w tę stronę? – zapytała Portia.

– Nie, idzie na wschód. – Lis spojrzała na siostrę. – Ale lepiej będzie spędzić noc w Gospodzie.

– Nie mam nic przeciwko temu.

Portia wzruszyła ramionami i poszła po plecak. Lis wstała. Owen ścisnął jej udo. Co to ma znaczyć? – zastanawiała się. Dziękuję? Wygrałem? Kocham cię? Daj mi broń, kobieto?

– To nie potrwa długo. Najwyżej kilka godzin. Chodź, zamknij za mną drzwi.

Weszli do kuchni i Owen pocałował ją. Pocałunek trwał dość długo, ale ona czuła, że jego myśli wędrują już po łąkach i drogach, po których włóczyła się jego ofiara. Owen włożył pistolet do kieszeni, a strzelbę zarzucił sobie na ramię. A potem wyszedł z domu.

Lis zamknęła drzwi na dwa zamki, patrząc, jak Owen wsiada do wozu. Potem podeszła do okna i spojrzała na garaż. Czarny cherokee cofnął się

i zatrzymał na chwilę. W samochodzie było ciemno i Lis była ciekawa, czy Owen macha jej ręką. Sama podniosła dłoń.

Owen wyjechał na podjazd. Oczywiście miał rację. Wiedział o Hrube-ku więcej niż wszyscy ci profesjonaliści – policjanci, szeryfowie, lekarze. A co więcej, Lis wiedziała to wszystko co on. Wiedziała, że Hrubek nie jest nieszkodliwy, że nie łazi jak oszołomione zwierzę, że coś knuje, że w jego uszkodzonym mózgu wykluwają się jakieś plany. Wiedziała to wszystko, chociaż nie były to fakty, a przypuszczenia.

Przycisnęła na chwilę policzek do okna. Po czym odsunęła się, spojrzała na nierówne szkło z bąbelkami powietrza i uświadomiła sobie coś, o czym nigdy przedtem nie myślała, a mianowicie, że szybki zostały zrobione dwa i pół wieku temu. Jak to się stało, zastanawiała się, że to delikatne szkło przetrwało nietknięte te wszystkie niespokojne lata? Kiedy znowu spojrzała na dziedziniec, światła samochodu już znikły. Jednak ona jeszcze przez dłuższą chwilę nie odrywała wzroku od ciemnego podjazdu, z którego wyjechał cherokee jej męża.

I pomyśleć, że to ja – powiedziała sobie z niedowierzaniem – stoję tu jak żona pioniera i wypatruję oczy za mężem przemierzającym nocą pustkowie w poszukiwaniu człowieka, który zamierza mnie zabić.

Kurz, który się wzbił wokół pojazdów, opadł już, a tylne światła tych aut zniknęły za wzgórzem na wschodzie. Naokoło zapanował spokój. Chmury, które napłynęły z zachodu, przesłoniły blady księżyc wiszący nad skałą górującą ponad opustoszałą szosą.

Burza jeszcze nie nadciągnęła. Nie było wcale wiatru. I przez chwilę na tej części szosy panowała absolutna cisza.

Michael Hrubek nacisnął sobie mocniej na głowę swoją cenną irlandzką czapkę, rozgarnął trawę i wyszedł prosto na środek szosy numer 236. Włożył pistolet do plecaka.

GETO

To słowo wypłynęło przed oczy jego wyobraźni i pozostało tam przez chwilę, dziwnie wirując. Hrubek wiedział, że jest ono bardzo ważne, ale nie miał pojęcia, co znaczy. Po chwili słowo zniknęło, a jemu pozostała dojmująca świadomość jego nieobecności.

Co to znaczył – zastanawiał się. Co on ma z tym zrobić?

Stanął na asfalcie, a potem zaczął chodzić po nim w kółko, szukając w swoim skołatanym umyśle odpowiedzi na te pytania. Co znaczy GETO? Przerażony pomyślał, że to oni mieszają mu myśli. Oni – ci żołnierze, którzy przed chwilą go ścigali.

Pomyślmy. GETO

Co to może znaczyć?

Hrubek znowu spojrzał na szosę, w stronę, w którą pojechali żołnierze. Spiskowcy! Mieli psy na smyczach, które węszyły i warczały. Skurwysyny! Jeden ubrany na szaro. A drugi na niebiesko. Jeden był żołnierzem armii Konfederatów. A drugi wojsk Unii – ten, który kulał. To jego Hrubek nienawidził najbardziej.

Ten człowiek był spis-kowcem, pieprzonym żołnierzem Unii.

GETO

GETO

Powoli, myśląc o tym, jak ich wykiwał, przestał tak intensywnie nienawidzić. Znajdował się w odległości zaledwie trzydziestu stóp od żołnierzy. Trzymając pistolet z naciągniętym cynglem, kucał przycupnięty na półce skalnej nad nimi. Żołnierze weszli w trawę i znaleźli torebkę, którą tam zostawił. Trzęsąc się ze strachu, słyszał ich obce głosy, prychanie psów i szelest trawy.

Przed oczami Hrubeka znowu pojawiły się litery. GETO. Przepłynęły obok niego, a potem zniknęły.

Hrubek przypomniał sobie, jak na dachu policyjnego samochodu zaczęły się obracać kolorowe światła. W chwilę później żołnierze wrócili do samochodów i ten, który najbardziej nienawidził Hrubeka, ten chudy skurwysyn ubrany na niebiesko, ten, co kulał, wsiadł do furgonetki razem z psem. Odjechali szybko na wschód.

Hrubek pochylił się i dotknął policzkiem wilgotnego asfaltu. A potem wstał.

„Dobranoc paniom, dobranoc…"

Ten dziwny wyraz znowu do niego wrócił. GETO. Hrubek spojrzał na zachód. Ale nie widział czarnego pasa asfaltu, tylko litery, które powoli przestawały wirować i ustawiły się w szeregu. Jak grzeczne, małe żołnierzyki.

GETO 4

W głowie Hrubeka kłębiły się myśli, skomplikowane, cudowne. Hrubek zaczął iść. „Zobaczę pewnie, jak płaczecie…" GETON 4 Jest!

Tak, jest tam! Hrubek zaczął biec w tamtą stronę. Litery ustawiły się w szeregu.

GETON 47 M

Psów już nie było, spiskowców też. Tego kulejącego skurwiela, doktora Richarda, sanitariuszy, cały szpital… wszystkich wrogów pozostawił za sobą. Wykiwał ich wszystkich!

Michael Hrubek przeanalizował swoje uczucia i doszedł do wniosku, że panuje nad lękiem i że jego misja jest czymś najzupełniej oczywistym. Przystanął i położył jedną zwierzęcą czaszkę na trawie pod słupem, mrucząc pod nosem krótką modlitwę. A potem przeszedł obok zielonej tablicy, na której było napisane RIDGETON 47 MIL, zszedł z szosy w zarośla i puścił się biegiem na zachód.

Indian Leap

9

Pociera płatkiem żółtej róży o jej rozchylone wargi.

Patrzy jej w oczy. Jest o dwie stopy od niej. Wystarczająco blisko, żeby czuć zapach jej perfum. A równocześnie tak daleko, że żadne z nich – w chłodzie panującym w tym pomieszczeniu – nie czuje ciepła promieniującego z ciała drugiego. Ona wyciąga do niego rękę, ale on daje jej znak, żeby się wstrzymała. Jej ręce są posłuszne, ale za chwilę, zbuntowane, podnoszą się powoli do jej własnych ramion i rozwiązują atłasowe troczki koszuli nocnej. Troczki opadają i kremowa koszula zsuwa się. Ona jest teraz obnażona do pasa. Jego wzrok przesuwa się na jej piersi, ale on jej nie dotyka, tylko każe jej opuścić ręce wzdłuż boków. Ona posłusznie opuszcza ręce.

Z zielono-rdzawej plątaniny gałęzi i kwiatów różanych krzewów – roślin królujących w zaciemnionej cieplarni – on bierze kolejne płatki. Płatki są różowe. On, trzymając je w swoich dużych palcach, podnosi je do jej oczu, do oczu, które ona powoli zamyka. Zamknąwszy je, czuje, jak płatek ociera się o jej powieki, a potem wędruje dalej, na jej policzek. On obryso-wuje różanymi płatkami jej usta. A potem obydwa płatki wędrują po jej na wpół rozchylonych wargach.

Ona zwilża te wargi i mówi mu żartobliwie, żeby nie niszczył jej najwspanialszego kwiatu, ale on znowu kręci głową, prosząc ją bez słów, żeby milczała. Ona pochyła się i prawie jej się udaje położyć stwardniałą brodawkę na jego przedramieniu, ale on odsuwa się i znowu ich ciała się nie

dotykają. Płatek pieści jej brodę, a potem wyślizguje się z jego palców i opada, kołując, na chodnik z płytek, na którym oboje stoją. On obrywa następny z drżącego krzewu. Ona ma wciąż oczy zamknięte, a ręce spuszczone. Tak jak chciał.

Teraz on pociera muszłe jej oczu, tak delikatnie, że ona z początku nie czuje dotknięcia płatków. On przyciska pałce do zagłębień za jej uszami, a potem gładzi delikatnie kosmyk jej złotych włosów.

A potem jej ramiona – muskułarne od dźwigania ziemi takiej jak ta, z której wyrastają te różane krzewy.

A potem jej szyję. Jej głowa odchyla się w tył. Gdyby otworzyła teraz oczy – zobaczyłaby błade gwiazdy rozmyte w cętkowanym szkłe. Teraz on traci panowanie nad sobą i całuje ją pospiesznie. Płatki odpadają od jego rozpostartych palców, które chwytają ją za szyję i przyciągają. Jej oddech staje się tak gwałtowny jak jej pożądanie. On też zaczyna oddychać coraz szybciej. Ona porusza powoli głową, chcąc wyraźniej poczuć dotknięcie jego rąk. Ałe on jest szybszy i odsuwa się. Upuszcza na ziemię zmiażdżone płatki, a potem wyciąga rękę i zrywa następne z kwiatu rosnącego na kolczastej łodydze znajdującej się obok nich.

Jej oczy wciąż są zamknięte. Oczekiwanie na następne dotknięcie wzmaga w niej napięcie do granic wytrzymałości. Wreszcie to dotknięcie następuje. A ona, czując je na swoich małych piersiach, zaciska zęby i rozciąga wargi w czymś, co można by wziąć za grymas gniewu, a co naprawdę jest wyrazem pożądania. Płatki powołi przesuwają się po wypukłościach jej piersi, a ona równocześnie czuje dotknięcie jego pałców. Palce są

0 wiele bardziej szorstkie niż płatki, ale działają równie prowokująco… Coś miękkiego i coś szorstkiego. Paznokcie i płatki. Żar jego dotknięcia i chłód płytek pod nogami.

Ona czuje nacisk tak delikatny jak tchnienie oddechu. Dziwi się, że taki duży mężczyzna potrafi działać tak subtelnie. On całuje ją znowu, a jej ciało przenika ogień.

Ałe on nie ma zamiaru się spieszyć. Nacisk nasila się i słabnie, a ona otwiera oczy, błagając go wzrokiem, żeby nie przestawał. On kładzie jej palce na powiekach, a ona posłusznie zamyka oczy, słysząc dziwny dźwięk -jakby rozdzieranie materiału. Potem znowu zapada cisza, a na jej szyję

1 piersi spada chmara płatków. Płatki wypadają z jego dłoni i opadają im do stóp.

On całuje jej oczy, a ona bierze to za znak, że on chce, żeby je otworzyła. Patrzą na siebie przez chwiłę i ona zauważa, że nie wszystkie płatki opadły. Jeden został. On trzyma go między nią a sobą – trzyma ten jaskrawoczerwony owal, ten płatek róży John Armstrong. Otwiera usta i kładzie go sobie na języku, jak ksiądz rozdający komunię. Ona wyciąga ręce, obejmuje go, przyciska go do siebie. Jej dłonie zsuwają się po jego plecach w dół. On pochyla się w przód. Ich języki łączą się, ona przyciąga go coraz mocniej, czerwony płatek rozpada im się w ustach, a oni połykają jego kawałeczki, pochłaniając siebie nawzajem.

Lis Atcheson na chwilę zagubiła się we wspomnieniach, a potem otworzyła oczy i popatrzyła na kwiaty w cieplarni, słuchając równocześnie przyjemnego syczenia automatu rozpylającego wodę.

– Owen – szepnęła – och, Owen…

Postawiła na ziemi spakowaną walizkę, przeszła przez pachnącą, wilgotną cieplarnię i wyszła do wykładanego płaskimi kamieniami patio. Spojrzała na jezioro.

Czarna woda obmywała rytmicznie brzeg.

Lis, ku swemu zmartwieniu, zauważyła, że w ciągu ostatnich dwudziestu minut poziom wody podniósł się o parę cali. Spojrzała w lewo, na tę część posiadłości, która była najniżej położona – na zagłębienie w ogrodzie za garażem, gdzie Owen położył dodatkowe worki. W tym miejscu do jeziora wpadał strumyk, a podmokły brzeg porastało sitowie. Lis nie była w stanie ocenić, jak mocny jest wał z worków, ale nie miała zbytniej ochoty iść w tamto miejsce i sprawdzać tego, bo ścieżka była wąska i śliska. Wiedziała, że Owen jest bardzo skrupulatny, i przypuszczała, że wybudował solidną tamę. To, co wzniosła ona sama – w środkowej części ogrodu – wyglądało tandetnie. Poziom wody zrównał się już z workami, na których przedtem zasnęła, co oznaczało, że do szczytu wału pozostało jeszcze tylko osiemnaście cali.

Lis poszła w stronę jeziora. Na niebie nad swoją głową nie widziała gwiazd ani nawet chmur. Niebo było płaskie i gładkie, szaroniebieskie jak skóra rekina. Lis nie potrafiłaby powiedzieć, czy chmury się przesuwają, czy nie i czy są na wysokości stu czy dziesięciu tysięcy stóp.

Spłoszył ją jakiś ruch. To skorupa dużego żółwia poruszyła się niedaleko niej, kiedy zwierzę zaczęło niezdarnie maszerować w stronę jeziora. Żółw zawzięcie zdążał do celu, przełażąc przez kamienie i korzenie zbyt wielkie dla jego krótkich nóg i ślizgając się na nich często. Dlaczego on tak się spieszy? – zastanowiła się Lis. Czy to strach przed burzą skłania go do szukania bezpiecznego schronienia w jeziorze? Ale dlaczego żółw miałby się bać deszczu? Zwierzę zsunęło się z korzenia wierzby i wpadło do wody z głośnym pluskiem. Tam, upodobniwszy się do płata nośnego samolotu, popłynęło kawałek tuż pod powierzchnią, a potem dało nurka w głębinę i zniknęło Lis z oczu. Lis patrzyła, jak woda uspokaja się i znowu staje się podobna do lekko zmarszczonego czarnego jedwabiu.

Zawróciła w stronę domu. Przechodząc przez ogród, zatrzymała się koło jednego z różanych krzewów. Były na nim kwiaty, z których jeszcze nie opadły wszystkie płatki. Pewnego razu, w dzieciństwie, postanowiła ufar-bować sobie włosy na kolor miedzi, taki jak kolor tych kwiatów – kwiatów róży Arizona grandiflora – i drogo za to zapłaciła, bo ojciec, zrobiwszy jeden ze swoich sobotnich nalotów na jej pokój, znalazł butelkę clairo-lu schowaną pod jej materacem.

Urwała jakiś kruchy kolec, a potem usunęła parę martwych płatków. Potarła sobie nimi policzek.

Horyzont na zachodzie rozświetlił szarozielony błysk. Światło zniknęło, zanim Lis zdążyła skierować wzrok w tamtą stronę.

Płatki wypadły jej z rąk.

Usłyszała, że drzwi kuchenne otwierają się i zamykają.

– Jestem gotowa – zawołała Portia. – Masz swoją walizkę?

Lis podeszła do drzwi kuchennych. Patrząc w żółte okna, powiedziała:

– Słuchaj, Portio, muszę ci powiedzieć… zmieniłam zamiar.

– Co?

Lis postawiła walizkę w kuchni tuż za drzwiami.

– Chcę skończyć układanie worków. I oklejanie cieplarni. To zajmie jakąś godzinę. Chciałabym, żebyś ze mną została, ale jeżeli wolisz jechać, to jedź. Zadzwonię po taksówkę…

Emil cierpiał, czując zapach smażonych hamburgerów i cebuli, ale znał mores, więc siedział, nie ruszając się z miejsca.

Trenton Heck też spojrzał tęsknie w stronę baru. Miał ogromną ochotę na cheeseburgera, jednak zignorował smakowite zapachy, bo myślał przede wszystkim o nagrodzie. Kontynuował rozmowę z policjantem z patrolu drogowego.

– Naprawdę wyglądało na to, że on chce się dostać do Bostonu? – zapytał.

– Tak mówił ten kierowca. Ten świr truł coś, że Boston to kolebka naszego kraju, czy coś takiego.

– On studiował historię – wtrącił Fennel, podchodząc do nich. Heck, zdziwiony, podniósł głowę.

– Tak. Tak słyszałem.

– On studiował na wyższej uczelni?

Heck, który zaliczył tylko jedenaście godzin zajęć na niższym kursie, poczuł się bardzo źle.

– Tylko przez jeden rok, bo potem zaczął świrować. Ale w ciągu tego roku miał dobre stopnie.

– Niesamowite, dobre stopnie…

Heck przestał myśleć o sobie i zapytał policjanta, czy nie mógłby poprosić tamtego kierowcę, żeby na chwilę wysiadł.

– On już pojechał.

– Pojechali Nie kazał mu pan poczekać?

Policjant wzruszył ramionami, patrząc cywilowi spokojnie w oczy.

– Tu chodzi o ucieczkę, a nie o aresztowanie. Zapisałem jego nazwisko i adres. Myślałem, że on nie musi tu zostawać i zeznawać jako świadek.

– Adres nic nam nie pomoże – mruknął Heck do Fennela. – Bo co niby mamy zrobić? Posłać mu pocztówkę?

– Ja zadałem mu sporo pytań – powiedział policjant.

Heck zdjął Emilowi uprząż do tropienia. Policjant wyglądał na młodszego od Chłoptasia i na najniższego rangą. Drogówka miała oddzielny budżet i rzadko kiedy zwalniano z niej kogokolwiek. Heck też mógł pójść do nich. Ale wolał zwalczać prawdziwą przestępczość.

– Co on miał na sobie?

– Kombinezon. Długie buty. Koszulę roboczą. Tweedową czapkę.

– Nie miał kurtki?

– Chyba nie.

– Pił?

– Kierowca nic o tym nie wspomniał. Aja o to nie pytałem. Nie uważałem, że trzeba.

– Miał coś przy sobie? – pytał dalej Heck. – Torbę? Broń? Kij? Policjant spojrzał zakłopotany w notatki, a potem na Fennela, który

kiwnął głową, dając mu znak, że ma odpowiedzieć.

– Właściwie to nie wiem.

– Groził czymś kierowcy?

– Nie. Tylko wyglądał na przygłupa. Tak mówił kierowca. Heck mruknął coś zniechęcony. A potem powiedział:

– Aha, jeszcze jedno: ile on może mieć wzrostu?

– Kierowca mówił, że ze sześć stóp i pięć albo sześć cali. A waży ze trzysta pięćdziesiąt funtów. Tyle co zapaśnik wagi ciężkiej. Nogi ma jak półtusze wołowe.

– Półtusze wołowe, no, no. – Heck spojrzał w ciemność na wschodzie.

– Czy da się go tropić? – spytał Fennel.

– Raczej tak. Ale wolałbym, żeby popadało.

Nic lepiej nie wydobywało utajonego zapachu niż delikatna mgiełka.

– Jeżeli wierzyć specom od pogody, to wkrótce deszczu będzie aż za dużo.

Heck nałożył Emilowi uprząż do tropienia i przypomniał zarówno jemu jak i sukom zapach Hrubeka, podsuwając im pod nosy jego spodenki.

– Szukaj! Szukaj!

Emil ruszył poboczem drogi. Heck odwijał ciemnoczerwoną linkę aż do chwili, gdy wyczuł pod palcami węzeł oznaczający, że ma ona już długość dwudziestu stóp. A potem ruszył za psem. Nie uszli jeszcze pięćdziesięciu stóp, kiedy Emil skręcił i zaczął iść w stronę nieoświetlonego, znajdującego się w opłakanym stanie domu, który stał w zarośniętym ogrodzie. Była to niesamowita budowla z zapadniętym dachem z gontów przypominających stare wężowe łuski. W jej oknie widniał napis: Sklep myśliwski. Preparuję jelenie. Kupuję i sprzedaję skóry. I pstrągi.

– Jak myślisz, czy on tam jest? – Chłoptaś z niepokojem popatrzył w ciemne okna.

– Trudno powiedzieć. Tutaj są martwe zwierzęta, a to może zmylić nawet Emila.

Heck i Fennel podprowadzili psy do krzywego płotu i przywiązali je do niego. Obaj wyjęli broń i równocześnie ją załadowali. „O Boże, żebym tylko znowu nie dostał kulki – pomyślał Heck. – Bo tym razem nie jestem ubezpieczony." Ale tak naprawdę to nie chodziło mu o rachunek, jaki musiałby zapłacić za leczenie w szpitalu, tylko o to, że nie chciał, żeby kula znów rozorała mu ciało.

– Słuchaj, Trent, nie musisz tego robić.

– Sądząc po opisie tego świra, jestem ci potrzebny.

Fennel kiwnął głową, zgadzając się z nim, a potem dał znak Chłopta-siowi, żeby obszedł budynek i podszedł do niego od tyłu. A sam z Heckiem wszedł po cichu na frontową werandę. Heck popatrzył na Fennela, a ten wzruszył ramionami i zapukał do drzwi. Nie było odpowiedzi. Heck pochylił się w przód, chcąc zajrzeć do środka przez brudne okno. Nagle odskoczył.

– O Jezu! – krzyknął piskliwym głosem.

Fennel wycelował swojego glocka w okno. Zmrużył oczy. A potem roześmiał się. O sześć cali od niego, widoczny przez zabłocone szkło, stał na tylnych łapach czarny niedźwiedź i wpatrywał się w nich z wściekłością martwymi oczami.

– Cholera – powiedział Heck tonem pełnym szacunku. – A to skurwysyn. Mało się nie zeszczałem w spodnie.

Fennel wskazał tabliczkę tkwiącą za szybą drugiego okna: Zamknięte od 1-15 listopada. Darzbór.

– Ten facet obwieszcza wszem i wobec, że wyjeżdża! Nie boi się włamywaczy!

– Postawił na straży niedźwiedzia.

Heck z podziwem przyglądał się zwierzakowi:

– Gdybym ja miał kraść, to ukradłbym najpierw właśnie jego.

A potem znaleźli drzwi, które Hrubek otworzył kopniakiem. Weszli ostrożnie do środka, ubezpieczając się nawzajem. Odkryli ślady szaleńca, ale było dla nich jasne, że jego samego nie ma w sklepie. Włożyli więc pistolety do olstrów i wyszli na zewnątrz. Fennel kazał Chłoptasiowi skontaktować się z Havershamem i powiedzieć mu, gdzie są, a także poinformować, że Hrubek najprawdopodobniej zmierza do Bostonu.

Już mieli pójść wzdłuż szosy, kiedy Chłoptaś zawołał:

– Chwileczkę, Charlie! Jest coś, co powinniście zobaczyć.

Heck i Fennel kazali psom usiąść, a potem obeszli budynek i podeszli do miejsca, w którym stał młody policjant z ręką na pistolecie.

– Popatrzcie tam.

Wskazywał szopę. Na klepisku w szopie, tuż za drzwiami, była krew.

– Jezu!

Heck znowu wyciągnął walthera. I znów go odbezpieczył.

A potem wszedł do szopy. Było w niej mnóstwo rupieci: szlauchów, skrzynek, czaszek zwierzęcych, kości, połamanych mebli, zardzewiałych narzędzi, części samochodowych.

– Sprawdź tam… O, tutaj mamy szopa.

Fennel oświetlił latarką bezwładne ciało zwierzęcia.

– Myślisz, że to on go wykończył? Ale po co?

– Cholera – szepnął przerażony Heck.

Patrzył jednak nie na martwego szopa, tylko na belkę pod sufitem, z której zwisało kilka sprężynowych pułapek na zwierzęta. Takich dużych pułapek, które z łatwością mogły pomieścić lisa albo borsuka, albo szopa, i które mogły zamknąć się na szyi każdego z tych zwierząt.

Albo na nodze psa.

Heck nie był przerażony widokiem samych pułapek, tylko widokiem trzech pustych kołków, na których przypuszczalnie do niedawna też wisia-

ły pułapki. Pod tymi kołkami, na klepisku znajdowało się kilka krwawych śladów butów.

– Czy twoje suki podchodzą bardzo blisko?

– Nie wtedy, kiedy tropią. A Emil?

– Emil jest ostrożny, jeżeli zapach jest świeży. Będziemy musieli skrócić linki i trzymać psy przy sobie. Cholera, jeżeli on poszedł w trawę, to będziemy się musieli czołgać. On dotrze do Bostonu, zanim my dojdziemy do granicy hrabstwa.

Wrócili na szosę i skrócili linki zgodnie z zaleceniem Hecka. On sam zostawił swojego chevroleta na parkingu dla ciężarówek pod opieką trzeciego policjanta, który został tam na wypadek, gdyby Hrubek wrócił. Chłoptaś towarzyszył Heckowi i Fennelowi, jadąc swoim samochodem z wygaszonymi reflektorami i włączonymi migaczami. Psy poczuły zapach Hrubeka i ruszyły jeszcze raz na wschód.

– Szedł środkiem szosy – zaśmiał się nerwowo Fennel. – Ten facet to naprawdę świr, i to jaki.

Heck nic nie odpowiedział. Nie był już tak radośnie podniecony jak przedtem. Zrobiło się nieprzyjemnie. Okazało się, że ten, którego ścigają, nie jest takim sobie wyrośniętym przygłupem. Trenton Heck poczuł, że robi mu się zimno – tak jak wtedy, cztery lata temu, kiedy spojrzał na coś, co uważał za gałąź kołyszącą się na wietrze, i zobaczył błysk, i poczuł ból w nodze, a asfalt skoczył w górę na spotkanie jego czoła.

– Myślisz, że on zastawił pułapki na psy? – mruknął Fennel. – Nikt by tego nie zrobił. Nikt by przecież nie chciał skrzywdzić psa.

Heck wyciągnął rękę i podniósł prawe ucho swojego psa, ucho, w którym widoczna była dziurka odpowiadająca wielkością małej kuli. Fennel aż zagwizdał z obrzydzenia, a Trenton zawołał:

– Szukaj, Emil, szukaj!

Lis stała w cieplarni i naklejała taśmę na szyby. Przypomniała sobie, jak – dwadzieścia pięć lat temu – cieplarnię szklono i jak matka, stojąc z założonymi rękami i srogą miną, pilnowała robotników. Matka często marszczyła brwi, bo uważała, że ludzie jej nie oszukają wtedy, kiedy będzie im dawała do zrozumienia, że podejrzewa, że są do tego zdolni.

Oklejając okna, Lis przesuwała się wokół dużego pomieszczenia, w którym rosły herbaciane róże we wszystkich odcieniach, a także krzewy odmiany grandiflora z krwistoczerwonymi kwiatami zwanymi John Armstrong, i w którym żółte pnące róże odmiany High Noon czepiały się stayo

romodnej kraty. Miała też białe róże zwane Iceberg i koralowe noszące nazwę Fashion. Tysiąc kwiatów, dziesięć tysięcy płatków.

Lubiła niezwykłe odcienie, mocne kolory, zwłaszcza najdelikatniejszych kwiatów.

Przypomniała sobie tysiące godzin, jakie spędziła tutaj – najpierw jako mała dziewczynka, pomagając matce, a potem sama – i wyobraziła sobie, jak wiele razy obcinała pędy, przycinała ukwiecone boczne gałązki i likwidowała słabo rosnące łodygi. Jej ręce, pokłute przez kolce i czerwone, wyszukiwały niezbyt dobrze widoczne oczka, obierały korę, a potem wsuwały gałązki w nacięcia i owijały wszystko to rafią.

Przyglądając się kilku szczepom, usłyszała za sobą jakiś dźwięk i zobaczyła Portię, która grzebała w pudle stojącym na podłodze. Portia zdjęła już z siebie ubranie, w którym paradowała po Manhattanie, i przyznawszy wreszcie, że znajduje się na wsi w Massachusetts, przyjęła propozycję Lis i włożyła dżinsy, sweter i sportowe buty. Lis zapragnęła jeszcze raz podziękować jej za to, że została. Ale Portia nie potrzebowała wdzięczności. Wzięła kilka rolek taśmy, powiedziała: „Za dużo tu tych cholernych okien" i zniknęła.

Zatupała po schodach jak nastolatka biegnąca do telefonu.

Lis nagle uświadomiła sobie, że w cieplarni pali się światło. Owen zapalił jeden rząd lamp, kiedy szukał płóciennych worków. Lis zgasiła je teraz. Szanowała cykl dobowy roślin. Sama zresztą też, kiedy to było możliwe, unikała budzików. Uważała, że rytm ciała ludzkiego związany jest z pulsem duszy i że rośliny pod tym względem nie różnią się od ludzi. Z szacunku dla nich Lis zainstalowała nie tylko pięćset lamp dających sztuczne światło słoneczne w pochmurne dni, ale także słabo świecące niebieskie i zielone żarówki na godziny nocne. Przy ich świetle jej kwiaty mogły spać (gdyż wierzyła, że rośliny śpią), a równocześnie dzięki nim cieplarnia była oświetlona.

W tej cieplarni Ruth UAuberget umieściła pewną liczbę staromodnych grzejników, ale te nigdy dobrze nie działały. Wyglądało na to, że Ruth przerażały wynalazki techniczne i że wolała ona pozwolić naturze i losowi decydować o tym, czy jej róże mają mieć się dobrze, czy zwiędnąć. Jej córka natomiast przyjmowała inną postawę. „Żyjemy w końcu w wieku komputerów" – powiedziała sobie i wyposażyła cieplarnię w elektroniczne urządzenie, dzięki któremu nawet w najchłodniejsze noce temperatura wewnątrz przekraczała sześćdziesiąt dwa stopnie Fahrenheita. Założyła też na dachu zautomatyzowane urządzenia wentylacyjne, a na szybach od strony południowej żaluzje (ponieważ słońce mogło być tak samo szkodliwe jak mróz).

W jednym końcu pomieszczenia liczącego trzydzieści pięć stóp długości i dwadzieścia szerokości znajdowały się sadzonki i młode krzewy. W drugim były grządki z wyrośniętymi krzewami i miejsce, gdzie następowało rozkrzewianie. Pod sadzonkami wiły się kable ogrzewające ziemię, a wody dostarczały szlauchy i skomplikowany system irygacyjny. W przyległym do cieplarni pomieszczeniu na doniczki i w szopie podłoga była betonowa, a w samej cieplarni znajdował się żwir, wśród którego wiła się ścieżka wyłożona płytkami zastępującymi znajdujący się tu kiedyś beton. Płytki były zielonobłękitne. Lis wybrała właśnie takie, żeby jej przypominały nieistniejącą jeszcze różę-krzyżówkę mającą nosić nazwę L'Au-berget. Wyhodowanie tej róży było jej ambicją. Chciała, żeby kwiat miał świetlisty błękitnozielonkawy kolor i żeby roślina nazwana była jej nazwiskiem.

Krzyżowanie róż w celu otrzymania tej właśnie rośliny było dla niej szczególnie pociągające, gdyż inni hodowcy zapewniali ją, że uzyskanie takiego nieuchwytnego koloru jest niemożliwe. Atrakcyjność tego przedsięwzięcia wzmagało jeszcze to, że szła pod prąd. Bo hodowcy nastawiali się obecnie na zapach i odporność na choroby. A Lis interesowały właśnie kolor i kształt – cechy ostatnio lekceważone. Rozumiejąc logicznie, zgadzała się z opinią, że wyhodowanie takiej krzyżówki będzie bardzo trudne. Z drugiej jednak strony, była romantyczką, jak wszyscy miłośnicy róż, i niełatwo się zrażała. Eksperymentowała więc z pewną liczbą odmian żółtych i różowych i z krzyżówką herbacianą Blue Moon. Spędzała długie godziny, szczepiąc je i pielęgnując, jak gdyby uzyskanie nieuchwytnego koloru było tylko kwestią czasu.

Obcując z literaturą, Lis przekonała się, jak wielka jest siła wyobraźni. Według niej wyobraźnia była największym darem bożym, podczas gdy wszystko inne, nawet miłość, było warte tyle co jakaś wzmianka pochwalna. Kwiaty natomiast nauczyły ją czegoś jeszcze ważniejszego, a mianowicie tegOs że piękno trwa, że pączki rozwijają się, rosną, pękają i zamieniają się w kwiaty, których płatki z czasem opadają i stają się suche i szeleszczące.

W jej oczach róże nie tylko żyły, były też obdarzone cechami ludzkimi.

– Zastanówcie się tylko – mówiła swoim uczniom, których zapraszała w soboty do cieplarni na nieformalne wykłady z ogrodnictwa – zastanówcie się nad historią róż. Przywędrowały one na Zachód, do Europy i Ameryki, ze wschodu. I pomyślcie o sposobach ich hodowania. Róże rosną w skupiskach ludzkich o coraz wyższej kulturze. No, a jak się one mają do religii? Jeżeli spojrzymy na nie z tego punktu widzenia, przekonamy się, że te kwiaty przeszły rzeczy równie straszne jak my. Wcześni chrześcijanie palili je, bo miały – wybaczcie mi to wyrażenie – pogańskie pochodzenie. A potem – zgadnijcie, co się stało. Papież nawrócił je. Jeżeli dzisiaj zapytacie katolika, czego symbolem jest róża, odpowie, że oczywiście symbolem Marii. Marii-Matki, a nie Marii-ladacznicy.

Lis pokochała róże, kiedy miała jakieś dziewięć lat. Była wtedy wysoka i chuda i zwykle bawiła się z Portią w ogrodzie za domem, gdzie przebywała też przeważnie pomocnica ich matki. Ta ostatnia, sprowadzona z zagranicy opiekunka, kazała dziewczynkom zbierać dzikie kwiaty w określonych kolorach. Dziewczynki mogły iść po nie dopiero po wysłuchaniu całej litanii ostrzeżeń na temat: jeziora, węży, szerszeni, pszczół, opuszczonych studni, obcych ludzi, mężczyzn z cukierkami, i tak dalej, i tak dalej. (Te ostrzeżenia pochodziły od ich ojca, gdyż żadna pyzata, wesoła Dunka nie mogłaby postrzegać świata jako miejsca tak pełnego niebezpieczeństw).

Po wygłoszeniu takiego przemówienia, po rozbudzeniu paranoicznych uczuć w dziewczynkach, Jolanda wydawała polecenie:

– Lisbonne, ty przyniesiesz złoty kwiat. Tak, przynieś mi złoty kwiatuszek.

I dziewczynki biegły.

– Lisbonne, a teraz czerwony. Tak, czerwony… I uważaj na te, no… jak to się mówi… na ule. Portia, ty też przynieś czerwony…

Dziewczynki pędziły do lasu i wracały z kwiatami. Potem prosiły opiekunkę, żeby przycięła te kwiaty, skropiła je i ułożyła z nich bukiet, a następnie wszystkie trzy wręczały tak przygotowane dzieło sztuki Ruth LAuberget, która kiwała z uznaniem głową i dziękowała im. Zabierała potem te bukiety na probostwo, gdzie spędzała popołudnia.

Lis była bardzo dumna zarówno z ich osiągnięć estetycznych jak i z ich wspaniałomyślności, więc siedząc przy obiedzie i bojąc się pisnąć słówko, modliła się tylko o to, żeby matka opowiedziała o kwiatach ojcu albo żeby zrobiła to gadatliwa Portia. Andrew LAuberget, który gardził religią, ledwie tolerował wizyty żony w parafii Świętego Jana (żartował, że jej zaangażowanie w sprawy tej parafii jest jedynym jej grzechem). Mimo to jednak zwykle wypowiadał niezbyt zgrabną pochwałę:

– Aha. No, świetnie. Świetnie, Lisbonne. I ty, Portio, też zbierałaś kwiatki? To bardzo ładnie. Ale uważałyście na kolce i osy?

Twarz miał poważną, ale Lis była zdania, że jego ton świadczy o tym, że jest zadowolony.

– Uważałyśmy – odpowiadała.

– I pamiętajcie, nie biegajcie w wysokiej trawie. A Jolanda dobrze się wami opiekowała? Bo jak któraś złamie nogę, to może mieć złamanie otwarte i zakażenie. A potem jej nogę utną. Więc trzeba uważać. A jak tam Wielebny Dalcott? Ma zamiar złapać was do worka i zrobić z was małe członkinie kościoła episkopalnego?

– Andrew…!

– Nie, tatusiu. On ma żółte zęby, a jego koszula śmierdzi.

– Portia!

Kiedy był w dobrym humorze, Andrew LAuberget recytował Johna Donne'a albo Burnsa Och, moja mila jest jak róży pąk…*

Lis w skrytości ducha wierzyła, że te bukiety, które ofiarowywała matce, zainspirowały matkę do wybudowania cieplarni i do hodowania przez cały rok róż.

Kiedy ojciec był zły i kiedy wierzbowa witka nieubłaganie spadała na jej wypięte pośladki, Lis myślała o kwiatach. Obraz pomarańczowej krzyżówki zdawał się jakimś cudem uśmierzać ból.

Teraz Lis popatrzyła przez pocętkowane okno na tę właśnie wierzbę, na wierzbę, która poświęciła setki młodych pędów po to, żeby dwie córki LAubergetów wyrosły na porządne kobiety. Patrząc na nią, dostrzegała jedynie niewyraźny kształt przypominający senne widziadło. Drzewo zdawało się być tylko jaśniejszym odcieniem ciemności.

Lis zmrużyła oczy i popatrzyła w stronę jeziora. I wtedy zobaczyła na wodzie dziwny kształt.

Co to może być? – pomyślała.

* Z wiersza Roberta Burnsa „A Red, Red Rose" w tłum. Stanisława Barańczaka.

Wyszła na zewnątrz i spojrzała jeszcze raz. Miała przed sobą konfigurację kształtów, jakiej nigdy przedtem nie widziała. Po chwili zrozumiała: woda podniosła się tak bardzo, że dochodziła już do szczytu starej tamy. To, na co Lis patrzyła, było białą łódką, która zerwała się z cumy i podpłynęła do betonowej krawędzi tamy. Połowa kamienistej plaży obok tamy była niewidoczna. Po raz pierwszy od trzydziestu lat woda stała tak wysoko… Tama! Ta myśl była jak smagnięcie batem. Zupełnie zapomniała o tamie. Tama znajdowała się oczywiście w najniżej położonym miejscu w całej posiadłości. Jeżeli jezioro wyleje, to znajdujący się za tamą przepust napełni się wodą i woda zaleje ogród.

Nagle Lis przypomniała sobie, że w tamie są wrota śluzy, otwierane i zamykane za pomocą ogromnego koła. Otwarcie tych wrót powodowało, że woda kierowała się do strumienia wpadającego do rzeki Marsden. Lis przypomniała sobie też, że pewnego razu, wiele lat temu, ojciec otworzył te wrota po nagłej wiosennej odwilży. Czy te wrota jeszcze tam są? – zastanowiła się. A jeżeli tak, to czy wciąż dają się otworzyć?

Lis podeszła w stronę domu i zawołała:

– Portia?

Otworzyło się okno na pierwszym piętrze.

– Idę do tamy.

Młoda kobieta kiwnęła głową i spojrzała na niebo. – Przed chwilą był komunikat. Twierdzą, że to będzie burza dziesięciolecia.

Lis już miała zażartować, mówiąc, że Portia wybrała sobie świetną porę na wizytę. Powstrzymała się jednak. Portia zamknęła okno i wróciła do metodycznego oklejania szyb, a Lis weszła ostrożnie do przepustu, za którym była tama, i ruszyła wzdłuż kamienistego koryta strumienia.

Obydwa labradory nagle oszalały. Tropiciele równocześnie wyciągnęli broń. Heck odwiódł kurek. Wszyscy wstrzymali oddech, a potem odetchnęli z ulgą, kiedy spasiony na śmietnikach miasteczka szop odbiegł w zarośla, ciągnąc za sobą długi ogon w paski. Rozzłoszczony zwierzak przypomniał Heckowi ojca Jill, który był burmistrzem jakiegoś małego miasta.

Heck spuścił kurek swojego starego niemieckiego pistoletu, kazał Emilowi leżeć, a potem odczekał, aż Charlie Fennel skończy karcić swoje labradory i odświeży ich pamięć, dając im do powąchania szorty Hrubeka. Czekając, Heck popatrzył na zdające się nie mieć kresu łąki. Już pięć mil dzieliło ich od szopy, z której Hrubek ukradł pułapki, a psy wciąż szły po asfalcie. Heck nigdy w życiu nie ścigał uciekiniera, który tak uparcie trzymał się szosy. To, co z początku wydawało się głupotą, teraz okazało się inteligentnym wybiegiem. Bo robiąc odwrotnie, niż wszyscy się spodziewali, Hrubek znacznie zyskiwał na czasie. Heck pomyślał, że wszyscy oni bardzo się co do Hrubeka mylą. Ta myśl przemknęła mu tylko przez głowę, ale, jak gdyby dla podkreślenia słuszności takiego poglądu, towarzyszył jej dreszcz.

Psy Charliego wróciły wkrótce na szlak i mężczyźni pospieszyli wzdłuż opustoszałej szosy biegnącej pod czarnym niebem. Chcąc pozbyć się strachu, Heck odezwał się:

– Wiesz, co będzie w tym tygodniu? Fennel w odpowiedzi tylko coś mruknął.

– Dzień Świętego Huberta. Będziemy świętować.

Fennel odchrząknął, splunął tak, że ślina poleciała długim łukiem, a potem zapytał:

– My, to znaczy kto?

– Ja z Emilem. Święty Hubert jest patronem myśliwych. On hodował psy myśliwskie.

– Kto?

– Święty Hubert. Naprawdę. Był jakimś mnichem czy coś takiego. Hodował psy, które w końcu stały się posokowcami.

Heck ruchem głowy wskazał Emila, dodając:

– Ten pies ma starszy rodowód ode mnie. W dzień Świętego Huberta błogosławi się psy. Ty chyba jesteś Irlandczykiem, Charlie. Więc jak to się stało, że tego nie wiesz?

– Moja rodzina pochodzi z Londonderry.

– Ty masz te swoje labradory. Ja mam Emila. Ksiądz powinien pobłogosławić nasze psy. Nie uważasz? Może zrobilibyśmy to w parafii Najświętszej Maryi Panny? Jak myślisz, ksiądz się zgodzi?

Fennel nie odpowiedział, a Heck mówił dalej:

– Wiesz, że posokowce pochodzą z Mezopotamii?

– A gdzie to jest, do cholery?

– W Iraku.

– Aha, tam. To była idiotyczna wojna.

– A ja uważam, że powinniśmy byli pomaszerować na Bagdad.

– Popieram – zaśmiał się Fennel.

– Co cię tak śmieszy? – zapytał Heck, szczerząc zęby.

– To, że jesteś wariat. Wariat tropi wariata.

– Możesz sobie mówić, co chcesz, a ja znajdę księdza, który pobłogosławi Emila. Jak będzie już po wszystkim.

– Jeżeli on złapie tego faceta.

– Złapie czy nie złapie, i tak to zrobię.

Droga, wzdłuż której teraz szli, była ciemną szosą biegnącą przez małe miasteczka i wiejskie okolice. Jeżeli Hrubek chciał się dostać do Bostonu, to wybrał sobie dłuższą trasę. Ale równocześnie, pomyślał Heck, postąpił chytrze. Bo wzdłuż takich dróg nie ma prawie wcale policji, domy są rozrzucone rzadko i ruch tu jest nieznaczny.

Szli dalej za psami, trzymając je wciąż na krótkich linkach ze względu na pułapki. Znajdowali się teraz o trzy mile od miejsca, w którym Hrubek zszedł na małą drogę polną i skierował się na północ. Uszedłszy sto stóp, zobaczyli przydrożny bar wyglądający bardzo niechlujnie, tym niechlujniej, że miał szyby zaklejone na krzyż taśmą.

Pomyśleli, że Hrubek może być w środku. Fennel kazał Chłoptasiowi okrążyć aluminiowy budynek baru i podejść do niego od tyłu, a sam z Hec-kiem podkradł się do okien. Kiedy ostrożnie podnieśli głowy, zobaczyli, że stoją twarzą w twarz z kucharzem, kelnerką i dwoma gośćmi, którzy, usłyszawszy ujadanie labradorów, podeszli do okien, żeby przez nie wyjrzeć.

Heck i Fennel poczuli się głupio. Włożyli broń do olstrów i weszli przez drzwi.

– Policja! – krzyknęła kelnerka, przechylając trzymany w ręce talerz, z którego zaczął skapywać sos.

Okazało się, że nikt z obecnych nie widział Hrubeka, chociaż ten, sądząc po zachowaniu Emila, przechodził o kilka stóp od okna. Nie wytłumaczywszy się i nie pożegnawszy, Heck i Fennel zniknęli wraz z psami tak szybko, jak się pojawili. Emil jeszcze raz odszukał trop i poprowadził ich wiejską drogą na północny wschód.

Nie uszli jeszcze dwustu jardów, kiedy znaleźli się w miejscu, gdzie Hrubek skręcił na łąki.

– Zaczekaj – szepnął Heck.

Stali obok zarośniętej trawą drogi, którą na łąkę wjeżdżały kosiarki. Droga ginęła w gęstym zagajniku.

Fennel i Heck maksymalnie skrócili linki. Okazało się jednak, że psy nie są im już potrzebne, gdyż o pięćdziesiąt jardów od nich, w lesie, słychać było Hrubeka.

Fennel chwycił Hecka za ramię i obaj równocześnie się zatrzymali. Chłoptaś przykucnął. Zza drzew dobiegały głośne jęki.

Heck był tak podekscytowany, że zapomniał, że jest cywilem. Zaczął dawać Fennelowi i Chłoptasiowi takie znaki dłońmi, jakie dają policjanci, kiedy zbliżają się do ściganego. Jego palec powędrował do warg, a potem wskazał w stronę źródła dźwięku i nakazał Fennelowi i Chłoptasiowi, żeby szli naprzód. Heck schylił się nisko i szepnął do Emila: – Siad!

A zaraz potem: – Leżeć!

Pies położył się, posłuszny, ale zirytowany tym, że dla niego gra już się skończyła. Heck przywiązał go do drzewa.

– Jeżeli chcesz, to ja teraz poprowadzę – szepnął Fennel tonem na tyle stanowczym, że można było wyczuć, kto tu jest szefem.

Heck był oczywiście gotów zrezygnować z roli dowódcy, do której zresztą nie powinien był wcale pretendować, ale za nic nie chciał stracić momentu wiązania uciekiniera. Bo nie mogło być żadnej dyskusji co do tego, komu należy się nagroda. Heck kiwnął głową w stronę Fennela i wyjął walthera.

Chłoptaś, któremu płonęły oczy i który ze swoją bronią automatyczną w rękach nie wyglądał już tak chłopięco, przeszedł na bok, kierując się na północ od drzew, tak jak ruchem dłoni nakazał mu Fennel. Heck i Fennel poszli środkiem drogi. Poruszali się bardzo powoli. Nie mogli posłużyć się latarkami, a zagajnik był ciemny, bo rosły w nim świerki kanadyjskie, których gęste gałęzie leżały warstwami jedne na drugich jak poszarpane spódnice.

Jęki stały się mocniejsze. Wszystkim trzem mężczyznom zamarły serca.

Kiedy Heck zobaczył ciężarówkę, stojącą krzywo w cieniu, poczuł mdłości, bo przyszło mu do głowy, że to jęczy nie Hrubek, ale kierowca, którego szaleniec zaatakował i któremu wypruł kiszki. Zresztą nie wiadomo – może ten jęczący ma dziurę w piersi? Heck i Fennel spojrzeli na siebie, milcząc i myśląc to samo, ale szli ostrożnie dalej.

A potem Heck go zobaczył. Zobaczył niewyraźny kształt w oddali.

Zobaczył Michaela Hrubeka, który był tak gruby w pasie, że wydawał się zdeformowany.

Zobaczył Michaela Hrubeka jęczącego, wyjącego jak pies do księżyca.

Michael leżał na ziemi. Próbował wstać. Może upadł, raniąc się, a może uderzyła go ciężarówka.

A może usłyszał ujadanie labradorów i udawał, że jest ranny, czekając, aż ścigający podejdą bliżej.

Naprzeciwko Hecka i Fennela, po drugiej stronie polanki, pojawił się Chłoptaś. Fennel podniósł w górę trzy palce. Młody policjant odpowiedział tym samym. Wtedy Fennel odbezpieczył broń i podniósł rękę nad głowę. Jeden palec. Dwa… Trzy… Trzej mężczyźni z pistoletami w dłoniach wskoczyli na polankę i oświetlili halogenowymi latarkami masywne ciało.

10

Nie ruszać się!

Na litość boską, pomyślał Trenton Heck i poczuł, że ma miękkie nogi, co tu się dzieje?

Szaleniec leżący na ziemi piszczał jak sójka. Nagle rozpadł się na dwie połowy, z których jedna, biała jak śmierć, wyskoczyła w górę.

Co się dzieje?

Heck przesunął światło latarki na tę część szaleńca, która pozostała na ziemi, na tę część, która teraz szukała w popłochu czegoś, czym mogłaby okryć duże piersi.

– Cholera! Co za skurwysyn! – krzyknęła górna część nerwowym tenorem. – Co wy, do diabła, robicie?!

Chłoptaś roześmiał się pierwszy. Fennel natychmiast mu zawtórował. Heck też by się roześmiał, gdyby nie był taki wściekły z powodu utraty nagrody. No bo ten widok… widok chudego faceta szukającego desperacko spodenek, faceta z długim kondomem dyndającym na szybko kurczącym się członku… czegoś tak śmiesznego Heck nie widział już bardzo dawno.

– Nie róbcie mi nic złego – zawodziła kobieta.

– Skurwysyn – warknął jeszcze raz chudy facet.

Heck odzyskał humor i zagwizdał melodię „Dueling Banjos" z filmu Wybawienie.

– Ja chcę jego – powiedział Charlie Fennel cienkim głosem. – Bo on jest taki śliczny.

– Oj, świntuchy – krzyknął Heck. Kobieta zaczęła płakać.

– Cholera jasna…

Młody człowiek zapinał spodnie.

– Uspokójcie się. – Fennel oświetlił swoją odznakę. – My jesteśmy z policji stanowej.

– To nie było śmieszne. Nie obchodzi mnie, kim jesteście. To ona tego chciała. Poderwała mnie w tym barze przy drodze. To był jej pomysł.

Kobieta uspokajała się. Jej spokój rósł wprost proporcjonalnie do liczby części garderoby, jakie na siebie stopniowo wkładała.

– Mój pomysł?! Może jeszcze powiesz, że jestem tania.

– Ja nie chciałem…

– Tamto to wasza sprawa – skwitował Fennel. – Ale to, że mieliście pasażera na gapę – to już nasza broszka. Podwieźliście go jakieś dziesięć mil. To uciekinier.

Heck także doszedł do wniosku, że tak musiało być, i był zły na siebie za to, że nie przyszło mu to do głowy wcześniej. Hrubek uczepił się tylnego zderzaka albo wsiadł z tyłu do ciężarówki. To dlatego zapach był taki słaby i dlatego ciągnął się po szosie.

– Jezu, mówicie o tym facecie, co był na parkingu w Watertown? O tym dużym?

– To pan jest tym kierowcą? – zapytał Heck. – To pana pytał, jak można się dostać do Bostonu?

– Cholera, może on jeszcze tam jest?

Ale Chłoptaś już zdążył sprawdzić dach ciężarówki i jej podwozie.

– Nie, nie ma go tu. A tył jest zamknięty. Musiał uciec, kiedy się zatrzymaliście.

– O Jezu – szeptał przerażony kierowca. – On potrafi zabić, tak? Jezu, Jezu drogi…

Kobieta znowu zaczęła płakać.

– To był ostatni raz. Przysięgam. Nigdy więcej. Fennel zapytał ich, jak długo tu są.

– Jakieś piętnaście minut.

– A słyszeliście coś, gołąbeczki?

– Nic a nic – powiedział skwapliwie kierowca.

– Ja też nic nie słyszałam – dodała kobieta, pociągając nosem. – I nie podoba mi się, że pan tak do nas mówi.

– Aha – odrzekł Fennel, a potem zwrócił się do młodego człowieka, który zapinał koszulę: – A teraz proponuję, żeby pan wsiadł do samochodu i zawiózł tę damę do domu.

– Mam ją zawieźć do domu? Nie ma mowy.

– Ty palancie – warknęła ona. – Ty cholerny gnojku.

– Myślę, synu, że powinien pan to zrobić – powiedział Heck.

– No dobra. Jeżeli ona nie mieszka zbyt daleko. Mam na ciężarówce części samochodowe i muszę je dowieźć do Bangor przed…

– Ty gnojku.

Fennel sprawdził zarośla koło ciężarówki.

– Ani śladu – zawołał.

– No, ja też bym uciekł – zaśmiał się Heck – gdybym ich usłyszał. Dobra, wracamy do roboty. On nie może być dalej niż o jakieś pół mili. Powinniśmy…

– Słuchaj, Trenton – odezwał się Chłoptaś – jest chyba problem.

Heck podniósł wzrok i zobaczył, że młody policjant wskazuje małą tablicę, którą minęli i której nie zauważyli. Heck i Fennel widzieli ją od tyłu. Podeszli do niej od przodu i przeczytali:

Witajcie w Massachusetts

Heck popatrzył na pochyłe zielone litery i zastanowił się, zdziwiony, dlaczego tak ładnie namalowaną tablicę umieszczono właśnie tutaj, na tej ciemnej wiejskiej drodze, przy której grasowali szaleńcy, jurni kierowcy i łatwe kelnerki. Westchnął i spojrzał na Fennela.

– Przykro mi, Trenton.

– Daj spokój, Charlie.

– Nie mamy prawa iść dalej.

– Ale on jest o pół mili stąd! Albo o jakieś dwieście jardów. A może nawet obserwuje nas zza tamtych drzew.

– Prawo jest prawem, Trenton. Musimy zawiadomić policjantów z Massachusetts.

– Nie. Łapmy go.

– Nie możemy przekroczyć granicy stanu.

– Powiemy, że chodziło o ściganie po świeżych śladach.

– Nie da się tak powiedzieć. On jest przestępcą. Adler mówił, że on nie zabił tego faceta, który był w worku. To było samobójstwo.

– Daj spokój, Charlie.

– Jeżeli on nie jest takim znowu świrem, a wygląda na to, że nie jest, to może wytoczyć nam proces o naruszenie nietykalności albo porwanie – jeżeli złapiemy go w Massachusetts. I kto wie, czy nie wygra tego procesu.

– Nie wygra, jeżeli będziemy zeznawać tak jak trzeba.

– To znaczy kłamać, tak?

Heck milczał przez chwilę. – Znajdziemy go po prostu i odstawimy do szpitala. Nic więcej.

– Słuchaj, Trenton, czy sfałszowałeś kiedyś protokół?

– Nie.

– A czy kiedykolwiek popełniłeś krzywoprzysięstwo?

– Wiesz dobrze, że nigdy.

– Wiem, że nie nosisz teraz odznaki i myślisz inaczej niż my. Ale prawda jest taka, że nie możemy przekroczyć granicy stanu.

Heck zrozumiał nagle, że Charlie Fennel i młody policjant, szukając Hrubeka, chcieli po prostu wykonać swoją robotę i nic więcej. Oczywiście byli gotowi dać z siebie wszystko, nawet pracować w nadgodzinach, ale tylko po to, żeby wykonać swoją robotę.

A ściganie szaleńca poza granicą stanu – to już nie była ich robota.

– Przykro mi, Trenton.

– Do tej pory chyba nikt nie zawiadomił policji z Massachusetts? – dociekał Trenton. – Przecież zejdzie z pół godziny, zanim oni się tutaj pojawią. Albo nawet dłużej. A on złapie następną okazję i będzie do tego czasu daleko stąd!

– No to trudno – powiedział Fennel. – Tak to już jest… Wiem, ile te pieniądze dla ciebie znaczą.

Heck przez chwilę stał, trzymając się pod boki, i patrzył na tablicę. Potem powoli pokiwał głową.

– Nie mamy co dyskutować. Ty zrobisz, co musisz.

– Przykro mi z tego powodu.

– W porządku. Nie mam do ciebie pretensji.

Heck poszedł w kierunku Emila. -A teraz wybaczcie…

– Trenton, nie – powiedział Fennel twardo.

Heck zignorował to i szedł dalej w stronę Emila przywiązanego do jakiegoś drzewa.

– Trenton…

– Co? – zapytał ostro Heck, odwracając się.

– Nie mogę pozwolić, żebyś poszedł sam.

– Nie denerwuj mnie, dobra?

– Chcesz iść sam? Jesteś cywilem. Nie mógłbyś twierdzić, że chodziło o ściganie po świeżych śladach, nawet gdyby to był przestępca. Przekroczysz granicę i będziesz oskarżony o porwanie. Na sto procent. Narobisz sobie prawdziwych kłopotów.

– A co będzie, jeżeli on jeszcze kogoś zabije? Ty go chcesz tak po prostu wypuścić.

– W tym fachu są przepisy i ja mam zamiar ich się trzymać. I dopilnuję, żebyś ty też ich się trzymał.

– Chcesz powiedzieć, że mnie powstrzymasz? – Heck splunął. – Że posłużysz się bronią? Tym swoim służbowym glockiem?

Fennela najwyraźniej ubodło to pytanie, ale Heck go nie przeprosił. Stał z zaciśniętymi pięściami jak uczniak gotowy do bójki.

– Nie bądź głupi, Trenton – powiedział dobrodusznie Fennel. – Zastanów się. Przede wszystkim ten lekarz, ten Adler, to kutas. Myślisz, że ci zapłaci, jeżeli złapiesz tego jego świra w innym stanie? Wiesz, że cię oszuka, jeżeli tylko będzie mógł. A co, jeżeli jakiś prawnik-pedał, spec od spraw obywatelskich, weźmie cię w obroty za to, że porwałeś biednego przygłupa? Ani się obejrzysz, a dostaniesz porządnie w dupę.

Nie byłoby to aż tak bolesne, gdyby nie znajdowali się tak blisko, gdyby okazało się, że Hrubek jest na Florydzie albo w Toronto. Ale oni byli tak cholernie blisko… Trenton Heck spojrzał na Fennela, a potem na łąki, które wydawały się białe, jakby pokryte śniegiem czy wapnem. W oddali zamajaczył mu kształt pleców jakiegoś mężczyzny, który biegł pochylony. Kiedy jednak Heck wysilił wzrok, okazało się, że to krzak. Zrozumiał, że zobaczył to, co podsunęła mu wyobraźnia.

Nie odzywając się słowem, odwiązał psa i zdjął mu uprząż do tropienia, a potem włożył zwykłą obrożę ze smyczą.

– Chodź! – powiedział i wrócił do samochodu policyjnego, żeby tam poczekać na Fennela i Chłoptasia. Emil dreptał posłusznie obok niego.

Nie zauważyli go przez całą długą minutę, którą on wykorzystał na rozglądanie się po odrapanym gabinecie. Znajdowało się tu tanie biurko, dywan w jaskrawozielonym kolorze, były też książki w podartych obwolutach albo bez obwolut oraz sterty teczek z szarej tektury. Ściany wydawały się niezbyt czyste, a całość oświetlała mrugająca świetlówka.

Owen Atcheson był właścicielem domu i majsterkowiczem. Od razu zorientował się, że boazeria tutaj pochodzi z taniego sklepu i że została ułożona przez jeszcze tańszego rzemieślnika. Ze dywan jest poplamiony, a szyby w oknach brudne. Zauważył też od razu, że w przeciwieństwie do szyb okiennych, szkło, za którym znajdują się dyplomy lekarskie, lśni czystością.

– Przepraszam.

Mężczyźni odwrócili się. Ten w mundurze – prawdopodobnie Haver-sham, kapitan i równy gość – obrócił się na obcasach swoich policyjnych butów. A ten drugi, ten, do którego należał gabinet, blondyn około pięćdziesiątki – wyglądał tak, jakby ostatniej nocy spał tylko dwie godziny. Mimo to wzrok miał bystry i patrzył uważnie na gościa.

Owen przedstawił się i zapytał:

– Doktor Adler, prawda?

– Tak – powiedział dyrektor szpitala tonem, który nie był ani uprzejmy, ani opryskliwy. – Czym mogę panu służyć?

Policjant, po którego wyrazie twarzy można było poznać, że pamięta nazwisko Atcheson, przyjrzał się ubraniu nowo przybyłego.

– Mieszkam w Ridgeton – powiedział Owen. – To na zachód stąd, jakieś…

– Atak. Ridgeton. Wiem, gdzie to jest.

– Chodzi mi o Michaela Hrubeka. W oczach Adlera pojawił się popłoch.

– Skąd pan wie, że on się oddalił?

– Oddalił się? – zapytał Owen ironicznie.

– Kim pan właściwie jest?

– To pańska żona…? – wtrącił się policjant.

– Tak.

Adler kiwnął głową. – Aha, pańska żona to ta kobieta, która zeznawała? Szeryf niedawno dzwonił w jej sprawie. To znaczy w związku z listem, który napisał Hrubek.

Lekarz zmrużył oczy, jakby zastanawiając się, gdzie umiejscowić Owena w konstelacji osób, wokół których wszystko obracało się tego wieczora.

– Nie złapaliście go jeszcze?

– Niezupełnie. Ale nie ma się pan czym martwić, naprawdę.

– Nie mam? Ten list, który wasz pacjent przysłał mojej żonie, był dość przerażający.

– Jak już wyjaśniliśmy szeryfowi… -Adler spojrzał na Havershama i mówił dalej: – Hrubek cierpi na schizofrenię paranoidalną. To, co tacy pacjenci piszą, przeważnie jest pozbawione sensu. Nie ma się czym mart…

– Przeważnie pozbawione jest sensu? A nie zawsze? Rozumiem. A nie uważa pan przypadkiem, że mam się czym martwić, skoro on groził żonie na procesie, skoro potem, parę miesięcy temu, napisał ten list i skoro teraz uciekł?

– To naprawdę nie pańska sprawa, proszę pana – powiedział Adler. – A my jesteśmy naprawdę zajęci…

– Bezpieczeństwo mojej żony to moja sprawa. – Owen spojrzał na lewą dłoń lekarza. – Mąż ma obowiązek troszczyć się o żonę. Czy pan nie troszczy się o swoją? – Zauważył z przyjemnością, że Adler już zaczął darzyć go antypatią. – Proszę mi powiedzieć, dlaczego szuka go tylko czterech ludzi.

Dyrektor szpitala skrzywił się. – Ci, co go ścigają, to doświadczeni tropiciele. Mają psy. Dadzą sobie radę lepiej niż tuzin policjantów błąkających się w ciemności.

– On jest w Watertown?

– Był tam. Wygląda na to, że zmierza na północ. To znaczy tak, on zmierza na północ.

Z zewnątrz dobiegły odgłosy stukania młotkiem. Owen przypomniał sobie, że wchodząc na teren szpitala, widział robotników niosących płaty sklejki w stronę pomieszczenia z dużymi oknami, które wyglądało na kafeterię.

– Ale czy oni naprawdę go znaleźli? – zapytał Owen szorstko i zauważył, że antypatia, jaką darzył go lekarz, zamieniła się w nienawiść. Jako prawnik był jednak do takich rzeczy przyzwyczajony.

– Nie sądzę – odpowiedział Adler. – Ale są tego bliscy.

Owen był zdania, że u mężczyzny najważniejsza jest postawa. Wszystko jedno, czy mężczyzna ma włosy, czy jest łysy, czy jest zarośnięty, czy ogolony, wysoki czy niski – jeżeli trzyma się prosto, budzi respekt. Więc teraz, stojąc na baczność, Owen zmierzył wzrokiem tego doktorka, który twierdził, że Hrubek jest nieszkodliwy, a równocześnie tkwił w szpitalu w niedzielę w nocy razem z oficerem policji i wyglądał przy tym jak śmierć na urlopie.

– On uciekł w Stinson, tak? – zapytał Owen.

Doktor Adler spojrzał w sufit. Kiwnął niecierpliwie głową Haversha-mowi, który podszedł do biurka i zabezpieczonym skuwką długopisem Bic wskazał jakieś miejsce na mapie.

– Pańska żona nie ma się czego bać. Tropimy go tutaj. Dotknął miejsca w pobliżu skrzyżowania szos numer 236 i 118.

– On uciekł…

Słysząc to słowo, lekarz spojrzał groźnie na Havershama. Kapitan zamilkł na chwilę, a potem mówił dalej:

– Oddalił się tutaj, w pobliżu granicy Stinson.

– A jak się dostał do Stinson?

– Nastąpiło nieporozumienie – szybko odpowiedział Adler stereotypowym zdaniem. – Hrubek zajął miejsce innego pacjenta w samochodzie.

Haversham przez chwilę przyglądał się spokojnej twarzy Adlera, a potem oderwał od niej wzrok i mówił dalej:

– Później wymknął się dwóm sanitariuszom, o tutaj, w Watertown. Poprosił pewnego kierowcę, żeby go zawiózł do Bostonu. Aha, i uciekając, zgubił plan Bostonu. Teraz znajduje się na szosie numer 118.

– Bostonu? Aha. A o ile on wyprzedza pogoń?

– Tylko o pół godziny. I nasi ludzie szybko to nadrabiają. W ciągu dwudziestu minut powinniśmy go mieć.

– A teraz proszę nam wybaczyć – powiedział Adler – mamy pewną pracę do wykonania.

Owen jeszcze raz zrobił sobie przyjemność i zmierzył wzrokiem zmartwionego lekarza, a potem zwrócił się do policjanta:

– Mam nadzieję, że zrobi pan mojej żonie i mnie grzeczność i będzie pan informował szeryfa z Ridgeton o tym, co się tu dzieje.

– Oczywiście.

Kiwnąwszy głową policjantowi i zignorowawszy Adlera, Owen wyszedł z gabinetu. Szedł już wilgotnym, ponurym korytarzem, kiedy dogonił go kapitan.

– Przepraszam pana. Tylko jedno pytanie.

Policjant był wysoki, ale Owen był jeszcze wyższy. Dlatego policjant cofnął się o krok, nie chcąc patrzeć na swojego rozmówcę z dołu.

– Pan udawał się na wycieczkę, kiedy pan o tym usłyszał?

– Nie rozumiem.

– Pytam, bo pan jest ubrany jak ktoś, kto wybiera się pod namiot. Albo na polowanie.

– Włożyłem po prostu coś na siebie i przyjechałem tutaj.

– Przyjechał pan z Ridgeton?

– Tak, tamtą szosą. Przyznaję, nie jechałem zbyt ostrożnie.

– Mógł pan zadzwonić.

Nie otrzymawszy odpowiedzi, kapitan mówił dalej:

– A nie jest pan przypadkiem uzbrojony?

Na co Owen zapytał Havershama, czy chce zobaczyć jego pozwolenie na broń.

– Nie, nie, to nie będzie potrzebne. Kim pan jest z zawodu?

– Adwokatem.

– Prawnik, co?

Zdawało się, że Haversham jest zadowolony.

– Jakie sprawy pan prowadzi?

– Przeważnie sprawy dużych spółek.

– Ten lekarz ma niepochlebne zdanie o Hrubeku. Spodziewam się, że pan i pańska żona podobnie. Ale ostrzegam: ten facet może być szaleńcem niebezpiecznym dla otoczenia, jednak w oczach prawa nie jest psem. Jest istotą ludzką i ten, kto by go zastrzelił, byłby oskarżony o morderstwo, dokładnie tak samo jak ktoś, kto zastrzeliłby ministra. Ale nie muszę chyba tego panu mówić, skoro pan jest prawnikiem.

– Pozwoli pan, że pana o coś zapytam? Czy widział pan kiedyś Michaela Hrubeka z bliska? Czy stał pan z nim twarzą w twarz?

– Rozumiem, co pan czuje, proszę pana. Ale ostrzegam: jeżeli znajdziemy go martwego, to sam osobiście przyjadę z panem porozmawiać. I jeżeli nawet skończy się na wyroku za nieumyślne zabójstwo, będzie to koniec pańskiej kariery zawodowej.

Owen popatrzył w spokojne oczy kapitana, który w końcu dodał:

– Nad tymi paroma rzeczami radzę się panu zastanowić.

– Wezmę to pod uwagę, panie kapitanie. Dobranoc.

Michael Hrubek, biegnąc przez wysoką trawę, kątem oka zauważył reflektory na drodze dojazdowej ciągnącej się równolegle do ścieżki, którą się posuwał. Samochód poruszał się z taką samą prędkością jak on i Michael był przekonany, że jego kierowca go ściga. Samochód zatrzymał się nagle, zakręcił i skierował się wprost na niego.

– Spiskowcy! – krzyknął Michael.

Lęk opadł go jak chmura szerszeni. Michael potknął się i upadł na pobocze. W dłonie wbiły mu się kamyki i kawałki szkła. Ukazała się krew. Michael krzyknął, poderwał się i wbiegł w las. Biegł tak ze czterdzieści stóp, tratując niskie zarośla, a po chwili znowu upadł. W kilka sekund później zielony samochód przejechał obok niego i zatrzymał się.

Trzasnęły drzwiczki i z samochodu wysiadł jakiś mężczyzna, z pewnością spiskowiec. Spiskowiec szedł powoli, zataczając łuk. Hrubek położył się na boku i skulił się. Zamknął oczy i zaczął się modlić, prosząc Boga o to, żeby mógł zasnąć i stać się niewidzialny.

– Michael! – powiedział mężczyzna niepewnie, jakby nie mógł się zdecydować, czy ma krzyczeć, czy mówić szeptem. – Jesteś tam?

Ten głos był jakby znajomy.

– Michael. To ja.

Doktor Richard! – pomyślał zdumiony pacjent. Doktor Richard Kohler z Marsden!

Ale czy na pewno? Z tym trzeba ostrożnie. Dzieje się tu coś podejrzanego.

– Michael, chcę z tobą porozmawiać. Słyszysz mnie?

Hrubek otworzył oczy i wyjrzał zza paproci. Ten facet wygląda jak doktor Richard. Jak te skurwysyny to robią? Hrubek nerwowo wpełzł pod jakiś krzak. Oczy latały mu podejrzliwie, kiedy przyglądał się lekarzowi, kiedy patrzył na jego szczupłą twarz, ciemnoniebieski garnitur, czarne, tanie mokasyny i dwukolorowe skarpetki w romby. I na jego plecak w kolorze krwi. Naprawdę, ten facet wyglądał jak doktor Richard. Był identyczny! Hrubek był pełen uznania dla tego spiskowca, który tak dobrze potrafił się przebrać.

Cwany skurwysyn, nie ma co.

– Powiedziano mi, że uciekłeś. Michael, czy to ty? Wydawało mi się, że cię widziałem.

Kroki zbliżyły się. Pod stopami idącego zaszeleściły liście. Hrubek przekręcił na bok swój własny plecak. Plecak był ciężki i zadzwoniły w nim metalowe części i łańcuchy. Hrubek znieruchomiał, a potem ostrożnie zaczął grzebać w plecaku. Na jego dnie znalazł pistolet.

– Michael, wiem, że się boisz. Chcę ci pomóc.

Michael wycelował pistolet w zbliżający się cień. Strzeli temu oszustowi w łeb. Chociaż nie, to by była zbyt łatwa śmierć. Będę celował w brzuch, pomyślał, a potem niech on umiera jak żołnierz na polu bitwy, powoli, z raną od kuli w bebechach.

…bo kocham tego chłopca, co oddał za mnie życie…

Kroki zbliżyły się. Snop światła z małej latarki omiótł ziemię, oświetlił trawę o dwie stopy od nogi Hrubeka, a potem przesunął się dalej. Hru-bek trzymał pistolet przy twarzy. Czuł zapach smaru i metalu. Kiedy spojrzał znowu na polanę, przyszła mu do głowy okropna myśl. A co, jeżeli to nie jest oszust? Może to rzeczywiście jest doktor Richard? I może ten prawdziwy doktor Richard jest też spiskowcem?! Może oszukiwał go przez cały czas? Od chwili, gdy się poznali. Może oszukiwał go przez całe cztery miesiące?!

– Szukałem cię wszędzie. Chcę ci dać lekarstwo. Po nim poczujesz się lepiej.

Jak człowiek martwy może się czuć lepiej? – odpowiedział mu w myśli Hrubek. Jak trucizna może komuś poprawić samopoczucie? No jak, ty dupku, no jak?

Spiskowiec znajdował się o dziesięć stóp od niego. Hrubek zacisnął drżącą dłoń na pistolecie wycelowanym prosto w brzuch doktora Richar-da-oszusta (czyli Johna Spiskowca-zdrajcy).

– Ja ci daję ostatnią szansę. Są ludzie, którzy chcą ci zrobić krzyw-dę…

Oczywiście, wiedziałem, że tak jest, przez cały czas wiedziałem. Myślisz, że to dla mnie nowina? Że to dla mnie jakaś rewelacja? A nie chciałbyś się znaleźć w rewelacyjnych wiadomościach? CNN na pewno potrafi poinformować o tym, że wyprułem ci flaki. Odwiódł kurek. Trzask był bardzo cichy, ale z jakichś niezrozumiałych powodów sprawił, że ogarnął go strach. Hrubek zaczął drżeć. Broń wyślizgnęła mu się z ręki, a on sam przez dłuższą chwilę był jak sparaliżowany. W końcu przestał cokolwiek widzieć i zamarł w bezruchu.

Otworzył oczy dopiero po kilku minutach. Poczuł, że jest chłodniej i że powietrze stało się ciężkie i wilgotne. Spiskowiec zniknął. Jego samochód również. Hrubek znalazł pistolet. Ostrożnie spuścił kurek, a potem schował broń do plecaka. Wstał, oszołomiony i skołowany, i zaczął znowu biec. Biegnąc tak przez noc, zastanawiał się, czy całe to wydarzenie nie było przypadkiem tylko snem. I zaraz doszedł do wniosku, że jeżeli tak, to zjawa doktora Richarda była znakiem od Boga. Gdyż Bóg chciał Michaelowi przypomnieć, że nie może ufać nikomu – nawet tym, którzy byli… którzy udawali, że są jego najlepszymi przyjaciółmi.

Lis nazywała ją Murem Berlińskim.

Tak właśnie nazywała tę wysoką na sześć stóp cedrową palisadę otaczającą prawie bez reszty cztery akry posiadłości L'Aubergetow. W tej chwili szła wzdłuż tej palisady, kierując się w stronę tamy. Ogrodzenie posiadłości kosztowało jej ojca osiemdziesiąt tysięcy dolarów (a były to ni mniej, ni więcej, tylko dolary z 1968 roku). Ta cena jednak nie odstraszyła go. Lis w żartach nadała ogrodzeniu tę nazwę i używała jej tylko w rozmowach z Portią i przyjaciółmi, a nigdy z ojcem. Nazwa funkcjonowała więc, mimo że Andrew L'Auberget nie bał się Czerwonego Zagrożenia, tylko porywaczy.

Miał pewność, że – będąc biznesmenem odnoszącym sukcesy i współpracującym z różnymi firmami europejskimi – znajduje się w niebezpieczeństwie.

– Ci cholerni Baskowie – grzmiał. – Niech ich szlag! Oni wszystko o mnie wiedzą.

No i Czarne Pantery, i inne ugrupowania.

– Piszą o mnie w Who's Who w Biznesie Amerykańskim. Każdy to może przeczytać! Jest tam podany adres! I imiona moich dzieci! Każdy może się dowiedzieć, jak masz na imię, Lisbonne. Pamiętasz, że masz nie otwierać nikomu? Powiedz, co byś zrobiła, gdybyś za bramą zobaczyła Murzyna. No, powiedz!

Ten płot łatwo było rozwalić. Wiedziała to nawet Lis, która była małym dzieckiem. Płot był w istocie nie tyle ochroną, co zawadą dla rodziny. Bo wszyscy oni, chcąc udać się na spacer do lasu, musieli go obchodzić, nakładając trzy czwarte mili drogi. Ale celem LAubergeta była nie tylko ochrona. Gdyż ten handlarz winami, podobnie jak budowniczowie Muru Berlińskiego, pragnął nie dopuścić do tego, aby mieszkanki jego królestwa miały łatwość przemieszczania się.

– Nie dopuszczę do tego, żeby dzieci się włóczyły po okolicy. To są dziewczynki*.

Lis często słyszała te słowa albo jakieś inne oświadczenia w tym samym duchu.

Idąc teraz wzdłuż palisady, pomyślała ironicznie, że podczas gdy Mur Berliński zamienił się w pył, cedrowe szaleństwo jej ojca trwało nadal. Zauważyła też, że gdyby tama została zalana, palisada stanowiłaby dosko

nałą śluzę, która spowodowałaby popłynięcie wody nie w stronę lasu, tylko prosto w stronę domu.

Lis podeszła teraz do plaży, do małego półksiężyca ciemnego piasku. Tuż za plażą była tama – stara zapora z kamienia i cementu mająca dwadzieścia stóp wysokości, zbudowana na przełomie wieków. To właśnie o tę tamę obijała się z hałasem biała łódka, którą Lis widziała z domu. Za tamą znajdował się wąski przelew, do którego woda wlewała się wtedy, kiedy była wysoka. Ten przelew, zwykle suchy, dziś przypominał wartką rzekę Colorado. Woda wypływająca z niego znikała w strumieniu, który płynął pod drogą. Tama była częścią posiadłości LAubergetów, ale kontrolę techniczną sprawował nad nią Stanowy Zespół Inżynierów, którego członkom wolno było wchodzić na prywatny teren. Dlaczego nie ma ich dzisiaj? – zastanowiła się Lis.

Podeszła jeszcze kawałek, a potem zatrzymała się, zdezorientowana. Nie miała ochoty iść dalej. Stała więc i patrzyła na spienioną wodę wpływającą do strumienia.

Jej wahanie nie miało nic wspólnego z troską o własne bezpieczeństwo czy ze strachem przed żywiołem. Jedyną myślą, która ją teraz zajmowała, była myśl o pikniku.

O wyjątkowym w rodzinie LAubergetów wydarzeniu – pikniku, który miał miejsce bardzo wiele lat temu.

Tamtego czerwcowego dnia było na przemian gorąco i chłodno. Słońce raz świeciło, a raz chowało się za chmury. Cała rodzina szła z domu na tę właśnie plażę przy tamie. Nie uszli jeszcze dziesięciu jardów, kiedy ojciec zaczął czepiać się Portii.

– Uspokój się wreszcie! – mówił.

Dziewczynka miała dopiero pięć lat, ale już była wesołą i hałaśliwą buntownicą. Lis bała się, że z powodu jej zachowania ojciec odwoła piknik, i uciszała siostrę. Portia, chcąc się odegrać, usiłowała ją kopnąć. Widząc to, matka wzięła ją na ręce i zaczęła nieść. Mąż zmierzył ją ponurym spojrzeniem.

Lis miała wtedy jedenaście lat. Ona i ojciec nieśli kosze, które on zapakował niezwykle starannie. Kosze były bardzo ciężkie. Lis mało nie nadwerężyła sobie ścięgien, niosąc swój. Nie narzekała jednak. Przez osiem miesięcy tęskniła za ojcem, który był w Europie w kolejnej swojej handlowej podróży, i nic na świecie nie mogło jej powstrzymać od maszerowania u jego boku. Odebrało jej mowę z zachwytu, kiedy ojciec pochwalił ją za to, że jest taka silna.

– Może tutaj? – zapytał i zaraz sam sobie odpowiedział: – Tak, to dobre miejsce.

Lis wydawało się, że ojciec podczas ostatniej podróży nabrał leciutkiego akcentu. Portugalskiego, jak przypuszczała. Popatrzyła na jego ciemne spodnie, na zapiętą pod szyją białą koszulę od garnituru bez krawata i na krótkie buty. W latach sześćdziesiątych taki strój nie był modny w Ameryce, ale Andrew UAuberget nie miał nic wspólnego z Braćmi Brooks czy Carnaby Street i pozostawał wierny modzie swoich wspólników z Półwyspu Iberyjskiego. Wkrótce po jego śmierci Lis i matka żartowały, że jego styl można było określić jako postimigrancki.

Tamtego popołudnia Andrew UAuberget obserwował żonę przygotowującą posiłek i udzielał jej ścisłych instrukcji. Jedzenie zostało pokrojone geometrycznie, ugotowane w sposób perfekcyjny i włożone do pojemników tak szczelnych jak kapsuły kosmiczne, które go fascynowały. Matka przygotowała drogie sztućce z nierdzewnej stali i ceramiczne talerze w kolorze jasnośliwkowym.

Kiedy byli już na plaży, przed posiłkiem pojawiło się porto i rodzice napili się po kieliszku. Ojciec zapytał matkę, jak jej smakuje. Twierdził, że ma ona świeże podniebienie i dlatego jej opinia jest więcej warta niż opinia tuzina francuskich piwnicznych. Lis nigdy nie słyszała od matki jednego słowa krytyki pod adresem win, którymi handlował ojciec.

W dniu, w którym urodziła się Lis, Andrew UAuberget był w Portugalii. Upuścił nawet butelkę starego porto, gdyż tak przeraził go ostry dzwonek telefonu. Kiedy podniósł słuchawkę, okazało się, że dzwoni nie wspólnik, a teściowa, która chce go poinformować, że został ojcem. Zaczął się podobno śmiać z katastrofy i nalegał – natychmiast, przez telefon – żeby Ruth i matka nadały jego nowo narodzonej córce imię Lisbonne, na cześć miasta, w którym z jej powodu rozbiła się butelka porto za siedemset dolarów. W związku z tym wydarzeniem Lis – po pierwsze – podziwiała wspaniałomyślność, z jaką ojciec potraktował stratę.

A po drugie: nie mogła się nadziwić, dlaczego nie był w takiej chwili w domu, przy żonie.

Tamtego dnia, siedząc na plaży koło tamy, ojciec wziął srebrną łyżeczkę i, wbrew protestom matki, dał trochę porto Lis.

– No, Lisbonne, jak ci to smakuje? To rocznik 1953. Nie jest to rocznik słynny, ale dobry. Jak ci smakuje?

– Andrew, ona ma jedenaście lat! Jest za mała.

– Dobre – powiedziała Lis, której wino wydało się ohydne.

Chcąc jeszcze bardziej je pochwalić, powiedziała, że smakuje jak syrop Vicka.

– Jak syrop od kaszlu? – syknął ojciec. – Czyś ty zwariowała?

– Ona jest za mała.

Matka odciągnęła Lis poza zasięg ojca i obu dziewczynkom pozwolono się pobawić przed lunchem.

Portia usiadła w trawie i zaczęła zrywać kwiaty, a Lis, która zauważyła jakiś ruch w pobliskim parku stanowym, poszła w tamtą stronę, chcąc zobaczyć, co to takiego. Pod drzewem stał chłopiec może osiemnastoletni z młodszą o parę lat dziewczyną. Dziewczyna opierała się plecami o drzewo, a chłopiec trzymał drzewo z obu stron, obejmując dziewczynę na wysokości ramion. Pochylił się i całował ją, a potem, kiedy ona marszczyła nos z udawanym obrzydzeniem, odsuwał się szybko. Nagle sięgnął ręką do jej piersi. Lis przestraszyła się, myśląc, że to jakaś osa czy pszczoła usiadła na ciele dziewczyny i że chłopak chce ją odpędzić. Miała ochotę krzyknąć, poradzić mu, żeby zostawił owada w spokoju. Bo taka osa czy pszczoła może użądlić, kiedy się ją przestraszy. Lis dziwiła się, że taki duży chłopak nie wie takiej oczywistej rzeczy.

Jemu tymczasem nie chodziło wcale o pszczołę, tylko o guzik przy bluzce dziewczyny. Rozpiął go i wsunął palce do środka. Dziewczyna znów zmarszczyła nos i uderzyła go po ręce. Aon wyjął rękę niechętnie i znowu pocałował dziewczynę w usta. A potem jego ręka jeszcze raz zakradła się w to samo miejsce. Tym razem dziewczyna go nie powstrzymywała. Ich języki spotkały się na zewnątrz ust. Pocałowali się mocno.

Lis poczuła, że ogarnia ją dziwne ciepło. To ciepło promieniowało z jej własnego ciała, nie potrafiła jednak powiedzieć, z której jego części. Może z kolan. Wyciągając jakieś mgliste wnioski z tego, co widzi, Lis ostrożnie podniosła rękę do bluzki, pod którą miała kostium kąpielowy. Naśladując młodego człowieka, rozpięła guziki i wsunęła dłoń pod kostium. Badała, początkowo bez widocznych rezultatów. Ale po chwili ciepło przesunęło się wyżej i skoncentrowało gdzieś w jej brzuchu.

– Lisbonne! – zawołał ochryple ojciec.

Lis aż podskoczyła, łapiąc ustami powietrze.

– Lisbonne, co ty robisz? Mówiłem ci, żebyś się nie oddalała!

Znajdował się blisko niej, chociaż najprawdopodobniej nie był świadkiem jej zbrodni – jeżeli to była zbrodnia. Jej serce biło mocno. Lis zaczęła płakać i uklękła.

– Szukam indiańskich kości – krzyknęła drżącym głosem.

– Coś okropnego – powiedziała matka. – Masz natychmiast przestać! Chodź, umyj ręce.

– Powinnaś szanować szczątki zmarłych, moja droga! Co byś powiedziała, gdyby po twojej śmierci ktoś naruszył twój grób?

Dziewczynki wróciły do rodziców. Umyły ręce i usadowiły się na kocu. Kiedy jedli, ojciec opowiadał im o paście, którą będą się żywić astronauci podczas długich podróży kosmicznych. Usiłował też bez skutku wytłumaczyć Portii, co to jest stan nieważkości. Lis przełknęła tylko trochę jedzenia. Kiedy skończyli, pobiegła z powrotem w stronę parku – pod pozorem, że zgubiła tam grzebień. Ale pary już nie było.

A potem nastąpiło to, czego Lis się bała. Ojciec wziął ją nad wodę. Zdjął koszulę i spodnie, pod którymi miał spodenki kąpielowe w kolorze burgunda. Miał jędrne ciało, nie wyglądał na silnego, ale tłuszcz był u niego rozłożony równo.

Lis też się rozebrała – zdjęła bluzkę i spódniczkę dojazdy na rowerze i została w jednokolorowym czerwonym kostiumie. Była bardzo chuda, ale wciągała zawzięcie brzuch – nie dlatego, że jej sterczał, tylko dlatego, że miała płonną nadzieję, że dzięki temu jej piersi staną się bardziej wypukłe.

Weszli do zimnej wody. Andrew LAuberget, który podczas studiów brał udział w zawodach pływackich, martwił się tym, że jego córka boi się wody. Korzystał z każdej nadarzającej się okazji, żeby skłonić ją do wejścia do wody – w rzece, w basenie czy w morzu. „Masz rację, to jest niebezpieczne – mówił. – Bardzo łatwo można się utopić. Dlatego właśnie musisz nauczyć się pływać. Musisz pływać jak ryba".

Lis nerwowo zgięła kolana i z ulgą poczuła, że pod stopami ma dno. Podczas tych lekcji ojciec traktował ją bardzo ostro. Zawsze kiedy zauważył, że Lis nie chce zanurzyć głowy, kazał jej nabierać powietrza i wpychał jej twarz pod wodę. Lis, przerażona, prostowała się. Widząc, że pluje i drży, ojciec śmiał się i mówił:

– Widzisz, nie było tak źle. No, jeszcze raz. Zanurz się. Potrzymaj głowę pod wodą przez kilka sekund, nie przez dwie minuty tak jak ja. Ja wytrzymam dwie minuty bez oddychania!

– Nie, nie chcę!

– Jak będziesz mówiła takim tonem, to cię zanurzę na dwadzieścia sekund.

Lis musiała ćwiczyć pływanie. Biła w wodę rozczapierzonymi palcami, a on zmuszał ją, żeby trzymała dłonie prawidłowo. Podtrzymywał ją, kiedy płynęła w miejscu.

– Uspokój się! Woda nie jest taka straszna. Uspokój się!

Opierała się na jego dłoni, usiłując skoordynować ruchy nóg i rąk. Kiedy złapała rytm i kiedy jej ruchy zaczęły przypominać żabkę, nadpłynęła fala i zmyła ją z jego ręki. Przez chwilę Lis naprawdę pływała. Później woda opadła, a ona wraz z nią. Jednak nie w tym miejscu, w którym była poprzednio, tylko o jakąś stopę czy dwie dalej. Opadając, nadziała się pachwiną na jego palce. Nastąpiła chwila napięcia. I ojciec, i córka zamarli w bezruchu. A potem, wiedziona jakimś do dziś niezrozumiałym dla siebie impulsem, Lis zwarła nogi, więżąc jego dłoń we wstydliwym miejscu.

A potem uśmiechnęła się.

Lisbonne LAuberget uśmiechnęła się do ojca – uśmiechem, który ani nie był uwodzicielski, ani nie znamionował poczucia siły czy dumy. I w żadnym wypadku nie oznaczał, że dziewczynka odczuwa przyjemność. Nie, był to po prostu spontaniczny, niewinny uśmiech.

I to właśnie za ten uśmiech, jak później doszła do wniosku, za ten uśmiech, a nie za dotknięcie, została tak srogo ukarana. Pamiętała, że została gwałtownie wyciągnięta z wody – za ramię, które o mało nie uległo wywichnięciu, i rzucona na twardą ziemię. Leżała bez ruchu, a ręka ojca

– ta sama, która przed chwilą dotykała najbardziej enigmatycznej części jej ciała – podnosiła się i opadała rytmicznie na jej pośladki.

– Nie waż się, nigdy! – ryczał ojciec, nie chcąc nazwać jej występku po imieniu. – Nigdy! Nie waż się!

Słowa towarzyszyły rytmicznym uderzeniom. Nie bolało ją za bardzo

– bo znieczuliła ją w znacznym stopniu zimna woda. Ale to bicie powodowało cierpienia duchowe. Lis oczywiście płakała. Najgwałtowniejszy szloch wstrząsnął nią, kiedy zobaczyła, że matka chce biec w ich stronę, a potem się waha. Matka nie chciała na to patrzeć. Odwróciła się i odeszła razem z Portią. Siostra obejrzała się z wyrazem beznamiętnej ciekawości. I zniknęły, idąc w kierunku domu.

To wydarzenie miało miejsce prawie trzydzieści lat temu. A Lis pamiętała je w najdrobniejszych szczegółach. Było to tutaj. Dokładnie tutaj. Nic się tu nie zmieniło, tylko woda stała wyżej i drzewa były większe. Nawet ciemność przypominała jej tamten czerwcowy dzień. Bo, chociaż piknik odbywał się w porze lunchu, nie pamiętała, żeby świeciło słońce. Przypomniała sobie, że plaża była ponura, tak ponura jak woda, w której zanurzał się ojciec.

Odsunąwszy wreszcie od siebie te wspomnienia, Lis poszła powoli po szarym piasku w stronę tamy. Jezioro już się przelewało przez najwyższą jej część – popękany fragment znajdujący się po tej stronie co dom. Część wody wpływała do strumienia, ale sporo wlewało się do przepustu, który biegł w stronę domu. Lis przeskoczyła strumień i podeszła do koła znajdującego się w środku tamy.

Koło było żelazne i miało dwie stopy średnicy. Jego szprychy były wdzięcznie wygięte jak pędy glicynii, a nazwa odlewni wykuta była na nim wyraźnymi, gotyckimi literami. Za pomocą tego koła otwierało się i zamykało wrota. Otwarcie tych wrót spowodowałoby obniżenie poziomu wody w jeziorze o kilka stóp.

Lis chwyciła koło obiema rękami i spróbowała je przekręcić. Hodowcy róż mają rozwinięte muskuły od dźwigania ważących dwadzieścia pięć funtów worków z ziemią i nawozem, a także od noszenia samych roślin. Lis napięła mięśnie z całych sił. Ale przeżarty rdzą mechanizm ani drgnął.

Lis znalazła duży kamień i zaczęła nim walić w wał, odłupując farbę i powodując, że poleciało kilka iskier przypominających miniaturowe meteoryty. Jeszcze raz spróbowała przekręcić koło, ale bez skutku, a potem znowu zaczęła mocno walić w mechanizm. Ale kamień zamoczył się i wyślizgnął, odginając jej palce. Lis krzyknęła z bólu.

– Lis, nic ci nie jest?

Lis odwróciła się i zobaczyła Portię idącą ostrożnie po śliskich wapiennych kamieniach. Młoda kobieta podeszła do wrót w tamie.

– Stara tama – rzekła. – Wciąż tu jest.

– Tak – powiedziała Lis, ściskając sobie bolące palce. Roześmiała się. – A gdzie miałaby być? Pomóż mi, dobrze?

Spróbowały razem ruszyć koło, ale ono ani drgnęło. Przez pięć minut obie waliły w zniszczony mechanizm, jednak nie dało to żadnych rezultatów.

– Wygląda na to, że nie były otwierane od lat.

Portia przyjrzała się wrotom i pokręciła głową. A potem spojrzała na jezioro – na ogromną płaszczyznę matowej wody rozciągającą się u ich stóp.

– Pamiętasz to miejsce? – spytała Lis.

– Oczywiście.

– To tu miałyśmy spuścić na wodę łódkę. Lis ruchem głowy wskazała plażę.

– Tak. Czy to ta? Czy to ta sama łódka? – Portia dotknęła burty łodzi.

– Ta? Oczywiście, że nie. Tamta łódka to była stara mahoniowa żaglówka. Ojciec sprzedał ją wiele lat temu.

– Co myśmy chciały zrobić? Uciec? Popłynąć gdzieś? Do Nantucket?

– Nie, do Anglii. Nie pamiętasz? To było wtedy, kiedy czytałam ci głośno książki. Po zgaszeniu światła. Czytałam ci Dickensa. Chciałyśmy zamieszkać w Mayfair.

– Nie, nie, to był Sherlock Holmes. Dickensa czytałaś sama. Dickens był ponad moją wytrzymałość. A przeciwko Sherlockowi Holmesowi nic nie miałam.

– Aha, masz rację. Baker Street. Pani Hudson. Chyba najbardziej podobało nam się to, że gospodyni przynosiłaby nam po południu herbatę.

– No i że zmywałaby potem naczynia. Czy stąd można dopłynąć do Bostonu?

– Jeżeli o mnie chodzi, to mogę stąd dopłynąć na drugi brzeg jeziora. Portia popatrzyła w wodę.

– Zapomniałam zupełnie o tej plaży. Chyba jedna z moich lalek tutaj utonęła. To była Barbie. Dziś kosztowałaby pewnie ze sto dolców. I pamiętasz: wykradałyśmy ciasteczka Oreo, a potem uciekałyśmy tutaj i zjadałyśmy je. Przychodziłyśmy tu ciągle. – Spróbowała przeskoczyć jeden kamień, ale jej się nie udało. – Aż do tego pikniku.

– Aż do pikniku – powtórzyła cicho Lis, zanurzając dłoń w ciemnej wodzie. – Jestem tu po raz pierwszy od tamtego czasu.

Portia była zaskoczona.

– Pierwszy raz od czasu pikniku?

– Tak.

– A piknik był kiedy? Dwadzieścia lat temu?

– Raczej trzydzieści.

Kiedy to do niej dotarło, Portia pokręciła głową. Łódka obiła się o tamę, stukając głucho. Portia patrzyła na nią przez chwilę, a potem powiedziała:

– Jeżeli nie uda nam się nic zrobić, woda zaleje posiadłość. Wyciągnęła łódkę na plażę i przywiązała ją do jakiegoś młodego

drzewka. Odsunęła się, obierając sobie z dłoni kawałki zgniłej liny, i parsknęła śmiechem.

– O co chodzi?

– Przypomniało mi się… Nie wiem, czy kiedykolwiek cię pytałam, co się stało.

– Co się stało? – powtórzyła Lis.

– No wtedy. W czasie pikniku. Widywałam go wściekłego, ale nigdy aż tak.

Czy rzeczywiście? Czy naprawdę nigdy o tym nie rozmawiały? Lis utkwiła wzrok w poszarpanych wierzchołkach trzech sosen rosnących w lesie. Wierzchołki te, sterczące ponad poziom innych drzew, były różnej wysokości i nie wiadomo dlaczego przywiodły jej na myśl Kalwarię.

– Nie wiem – powiedziała. – Pewnie mu coś odpyskowałam. Nie pamiętam.

– Szkoda, że nie byłam wtedy starsza. Podałabym go do sądu. Lis milczała przez chwilę.

– Widzisz to?

Wskazała kamień wielkości grapefruita sterczący z piasku. Woda była teraz o cal od niego.

– Kiedy przestał mnie bić, podczołgałam się tam i próbowałam podnieść ten kamień. Miałam zamiar walnąć go nim i wepchnąć do jeziora.

– Ty?! Ty, która nigdy mu się nie sprzeciwiałaś?

– Pamiętam: szłam na czworakach i zastanawiałam się, jak to jest, kiedy człowiek siedzi w więzieniu… Czy są oddzielne więzienia dla chłopców i dziewczynek. Nie chciałam siedzieć z chłopakami.

– Dlaczego tego nie zrobiłaś?

– Nie mogłam ruszyć tego kamienia – odrzekła Lis po chwili. – Dlatego – dodała, a potem powiedziała szybko: – Przynieśmy tu lepiej trochę worków z piaskiem. Wygląda na to, że woda przeleje się dopiero za pół godziny. Więc mamy trochę czasu.

Trenton Heck patrzył na nocne niebo przez przesuwane drzwi swojej przyczepy. Przed nim, na czerwonej winylowej serwetce znajdował się talerz z sałatką z tuńczyka i ryżem. U nóg Emila natomiast stała miska z Al-po i szpinakiem. Żaden z nich nie zjadł zbyt dużo.

– O mój Boże!

Heck odepchnął od siebie talerz, chwycił butelkę Budweisera i pociągnął z niej trzy łyki. Uświadomił sobie, że stracił apetyt zarówno na jedzenie jak i na piwo, i postawił butelkę na stole.

Nad stołem paliła się dająca jaskrawe światło lampa, a poza tym w przyczepie było ciemno. Trenton Heck przeszedł po żółto-brązowym włochatym dywanie, zbliżył się do zielonego fotela i zapalił stojącą lampę. W długim pomieszczeniu od razu zrobiło się przyjemniej. Przyczepa była duża. Znajdowały się w niej trzy sypialnie. Jej ściany zrobione były z żółtego aluminium, a okna miały czarne winylowe ramki.

Mimo że Heck mieszkał tutaj już cztery i pół roku i mimo że zgromadził prawie wszystkie te rzeczy, które w tym czasie powinien był zgromadzić człowiek żonaty, a potem rozwiedziony, pokoje nie były zagracone. Producenci przyczep mieszkalnych wyposażają je w liczne szafy i schowki. Większość dobytku Hecka znajdowała się właśnie w takich szafach i schowkach. Poza meblami i lampami w pomieszczeniach widoczne były jedynie: fotografie (przedstawiające rodzinę i psy), trofea (posrebrzane figurki ludzi trzymających pistolety w wyciągniętych rękach oraz figurki psów), makatki wykonane przez matkę podczas chemioterapii (było ich ze sześć i miały sentymentalne napisy w rodzaju: „Miłość jest tam, gdzie jest dom"), kasety magnetofonowe (Williego, Waylona, Dwighta, Randy'ego, Gartha i Bonnie) oraz tarcze strzelnicze dla broni małego kalibru (ze śladami po kulach skupionymi w pobliżu środka).

Heck, użalając się nad sobą, jeszcze raz przeczytał przysłany z sądu nakaz zapłaty długu pod rygorem utraty prawa wykupu. Rozłożył papier, roześmiał się gorzko i pomyślał: „Cholera, ten bank szybko działa". Licytacja miała się odbyć w następną sobotę. A on musiał się wyprowadzić w piątek poprzedzający licytację. Ta część dokumentu była tak samo nieprzyjemna jak następny akapit, w którym wyjaśniano, że bank ma prawo dochodzić od niego na drodze sądowej sumy stanowiącej różnicę między sumą, którą był winien, a sumą uzyskaną ze sprzedaży jego własności.

– Cholera! – zaklął i walnął dłonią w stół, tak że Emil aż podskoczył. – Niech ich szlag trafi! Zabierają człowiekowi wszystko!

Jak to jest możliwe – pomyślał – żebym był im winien więcej, niż warte jest to, co kupiłem za pieniądze, które mi pożyczyli? Jednak znał prawo na tyle, że zdawał sobie sprawę, że skoro go uprzednio zawiadomili, to mogą go pozwać do sądu.

Trenton Heck dobrze wiedział, do jakiego stopnia człowiekowi można zrujnować życie, skoro go się uprzednio zawiadomiło.

Uważał, że bez przyczepy może żyć. Gorszą tragedią sprawiającą mu ból tak dotkliwy jak złamana kość była utrata działki. Heck zawsze był zdania, że przyczepa jest jedynie jego tymczasowym domem. Natomiast działkę – w połowie porośniętą sosnowym lasem, a w połowie niską trawą – kupił za pieniądze, które zostawiła mu ciotka. W chwili gdy zobaczył tę działkę, wiedział, że musi ją mieć. Gęsty, pachnący las przechodził w płowozielone wzgórze opadające łagodnie jak plecy młodej dziewczyny. Przez działkę przepływał strumień, w którym nie można było łowić ryb, ale nad którym można było siedzieć i słuchać, jak woda szumi, przepływając po gładkich kamieniach.

No więc kupił tę działkę. Nie pytając o zdanie ani odznaczającego się zdrowym rozsądkiem ojca, ani pełnej temperamentu narzeczonej. Poszedł do banku i, przerażony na myśl o uszczupleniu rachunku oszczędnościowego, na którym było więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek przedtem posiadał, wpłacił żądaną sumę. Z gabinetu zgryźliwego prawnika wyszedł jako właściciel czterech i siedmiu ósmych akra ziemi, na której nie było drogi dojazdowej, studni ani minioczyszczalni ścieków. Ani domu.

Nie mogąc sobie pozwolić na ten ostatni, Heck kupił przyczepę mieszkalną. Tym razem dopuścił Jill do konfidencji, a młoda kelnerka, której nikt nigdy nie zdołał oszukać, opukała ściany, wymierzyła schowki i wypytała sprzedawcę o wszystko, o co należało go wypytać, po czym zażądała, żeby kupili dużą przyczepę, bajerancką, taką, na której się pisze: Ostrożnie – szeroki ładunek. („Jesteś mi to winien, Trenton" – powiedziała). Dostawcy przyholowali pojazd i ustawili go na szczycie najładniejszego wzgórka na działce, tuż koło miejsca, w którym Heck chciał kiedyś zbudować swój dom.

Spodziewał się, że marzenie o budowie domu będzie tak łatwe do zrealizowania jak zamiar zbudowania mającej sto jardów drogi dojazdowej. Jednak nie udało mu się pomnożyć oszczędności tak, jak to sobie planował. I dlatego marzenie o domu nie zmaterializowało się. W końcu doszło do takiej sytuacji, w której nie mógł sobie pozwolić nawet na przyczepę. Kiedy przyszedł pierwszy monit przypominający mu o zaległych płatnościach, Heck z przerażeniem przypomniał sobie, że bank udzielił mu kredytu pod warunkiem, że w razie czego przejmie jego nieruchomość. To znaczy całą jego piękną ziemię. Tę ziemię, która od soboty za tydzień miała już do niego nie należeć.

Heck złożył papiery i wetknął je za świadectwo od weterynarza. A potem podszedł do okna wychodzącego na zachód, czyli na tę stronę, z której za parę godzin miała nadciągnąć burza. Jadąc do domu, słyszał kilka komunikatów na ten temat. W jednym z nich zawiadamiano, że trąba powietrzna przeszła przez parking dla ciężarówek położony siedemdziesiąt mil na zachód. Nie było ofiar śmiertelnych, ale wiele osób zostało rannych i nastąpiły duże zniszczenia mienia.

Wydało mu się, że ta wiadomość, którą usłyszał natychmiast po włączeniu radia, to zły omen. Czy moja przyczepa się uratuje? – zastanowił się, a potem szepnął:

– A jakie to ma, u diabła, znaczenie?

Wziął rolkę taśmy i uciął długi kawałek. Nakleił go po przekątnej szyby okiennej. Potem zaczął naklejać drugi pasek, na krzyż, ale zaraz, zniecierpliwiony, odrzucił rolkę.

Wszedł do sypialni i usiadł na miękkim podwójnym łóżku. Wyobraził sobie, że wyjaśnia wszystko Jill – tę całą sprawę z bankiem. Jednak zaraz jego uwaga uległa rozproszeniu, bo przed oczami stanęła mu jak żywa jego eksżona w szałowej różowej koszuli nocnej.

Heck mówił do niej przez kilka minut, a potem zawstydził się, że prowadzi taki jednostronny dialog. Położył się na łóżku i popatrzył na kłębiące się chmury, a potem rozpoczął następną cichą rozmowę – tym razem nie z Jill, tylko z ojcem, który w tej chwili znajdował się wiele mil od niego i prawdopodobnie spał w swoim dużym domu w stylu kolonialnym. Ojciec był od dwudziestu lat właścicielem tego domu, którego hipoteka nie była wcale obciążona. Trenton Heck mówił do ojca: „To będzie na krótko, tato. Może na miesiąc, może na dwa. Dzięki temu się pozbieram. Mogę mieszkać w swoim dawnym pokoju. Odpowiada mi to… tak, wystarczy mi mój dawny pokój".

Jakże fałszywie brzmiały te słowa. Brzmiały tak jak usprawiedliwienia włamywaczy złapanych na gorącym uczynku i złodziei samochodów, których Heck zwykł był aresztować. W odpowiedzi ojciec spojrzał na niego znad długiego nosa, którego on na szczęście nie odziedziczył, i powiedział:

„Oczywiście, synu, możesz tu mieszkać, jak długo chcesz", chociaż tak naprawdę to zwykle mawiał: „Wiedziałem od początku, że sobie nie poradzisz. Wiedziałem to, kiedy ożeniłeś się z tą blondynką, która wcale nie przypomina twojej matki, wiedziałem…" Powiedział te pokrzepiające słowa i nie opowiedział synowi o tym, jak w pięćdziesiątym dziewiątym stracił pracę w hucie i wziął się w garść, i zaczął własny biznes, i wyszedł na swoje, chociaż było ciężko… Nie musiał o tym opowiadać, bo opowiadał mu już przedtem – z tuzin razy albo i ze sto.

Czasy się zmieniają – pomyślał Heck i podziękował, czerwieniąc się. Ale myślał też równocześnie: Po prostu nie jestem taki jak ty, tato, po prostu jestem inny.

Napił się piwa, chociaż nie miał na nie ochoty, i pomyślał, że dobrze by było, gdyby Jill do niego wróciła. Wyobraził sobie, jak we dwoje pakują rzeczy do pudeł i cieszą się na wspólną przeprowadzkę.

W oddali zatrąbiła ciężarówka – wydała dziwny, zawodzący dźwięk, a Heck przypomniał sobie samotnego lelka z piosenki starego Hanka Wil-liamsa.

Niech już wreszcie zacznie padać ten cholerny deszcz, pomyślał, niech leje jak z cebra. Heck uwielbiał bębnienie deszczu o metalowy dach przyczepy. Nic lepiej nie kołysało go do snu. Jeżeli mam nie dostać nagrody, to niech się przynajmniej wyśpię.

Trenton Heck zamknął oczy i, zapadając już w sen, usłyszał jeszcze raz żałosne trąbienie jakiejś ciężarówki.

12

Owen Atcheson wiedział, jak rozumuje osaczone zwierzę, znał też instynktowną strategię zarówno myśliwego, jak i ofiary.

Potrafił godzinami stać bez ruchu na bagnach, stać tak spokojnie, że kaczory i gęsi przelatywały beztrosko trzydzieści stóp nad jego głową, a potem konały natychmiast po tym, jak wystrzelił ze swojej długiej strzelby. Potrafił posuwać się cicho – prawie niepostrzeżenie – cal za calem, wzdłuż skalnej ściany, podchodząc nic nie podejrzewającego jelenia i – bez posługiwania się celownikiem teleskopowym – umieścić kulę kalibru.30 w jego rozluźnionej łopatce, przebijając potężne serce.

Kiedy był chłopcem, z uporem tropił lisy i zastawiał metalowe pułapki dokładnie tam, gdzie te płowe zwierzęta miały przejść. Wyczuwał ich zapach, widział, jak w miejscach ich przemarszu leciutko kołyszą się chwasty i trawa. Wyjmował ciała lisów z pułapek, a jeżeli któryś zdołał pociągnąć za sobą pułapkę, to tropił go wytrwale – nie po to, żeby ją odzyskać, ale po to, żeby zabić cierpiące zwierzę. Zabijał je niemal ceremonialnie. Zgodnie z jego filozofią cierpienie było słabością, a śmierć oznaką siły.

Zabijał w swoim życiu i ludzi. Celował spokojnie z czarnego M-16, strzelał celnie, a zaraz po strzale puste łuski po nabojach koziołkowały w powietrzu i spadały na ziemię z cichym dzwonieniem. (Dla niego takie dzwonienie pustych łusek było najcharakterystyczniejszym dźwiękiem wojny, o wiele bardziej sugestywnym niż trzaski towarzyszące wystrzałom.) Tamci ludzie, mężczyźni i kobiety, celowali w niego jak dzieci bawiące się w żołnierzy, a potem strzelali ze swojej staromodnej broni, bach, bach, bach.

Ale Michael Hrubek nie był zwierzęciem kierującym się instynktem. Nie był też żołnierzem, którego inspirowały bitewny szał i miłość ojczyzny albo strach.

Kim był Michael Hrubek?

Owen Atcheson nie miał pojęcia.

Jadąc powoli szosą numer 236 w pobliżu Stinson, rozglądał się, chcąc znaleźć jakiś sklep przydrożny albo stację benzynową z telefonem. Chciał zadzwonić do Lis. Ale znajdował się na pustkowiu. Nie widział żadnych świateł poza światłami domów na wzgórzach znajdujących się o parę mil od szosy. Pojechał szosą jeszcze kilkaset jardów i znalazł się w miejscu, gdzie pobocze było szerokie. Tutaj zatrzymał swego cherokee i sięgnął na tylne siedzenie. Sprawdził zamek swojej strzelby myśliwskiej i włożył do kieszeni dobrze naoliwiony metalowy przedmiot. Ze schowka wyjął długą, czarną, halogenową latarkę zasilaną sześcioma bateryjkami, w której znajdował się maskujący kawałek kartonu mający ograniczyć załamywanie się światła. Zamykając drzwi samochodu, jeszcze raz sprawdził, czy pistolet jest załadowany, a potem poszedł poboczem, szukając czegoś. Znalazł ślady opon dowodzące, że zatrzymał się tu nagle jakiś samochód, który potem bardzo szybko odjechał.

Owen przesunął snop światła w tę i z powrotem i dostrzegł miejsce, w którym Hrubek zeskoczył z karawanu. Trawa była tu pognieciona, kamienie leżały tak, jakby je ktoś poodwracał, i widać było ślady bosych stóp. Owen dalej badał grunt. Dlaczego, zastanawiał się, Hrubek potoczył się po trawie? Dlaczego wyrwał kilka jej garści? Czy był ranny i chciał zatamować krew? Czy chciał się zmusić do wymiotów? Czy też ta trawa miała mu posłużyć do kamuflażu?

Co on knuł?

O sześć stóp od pobocza znajdowało się mnóstwo śladów. Część z nich pozostawił Hrubek, ale większość to były ślady butów tropicieli i ślady psich łap. Trzy psy, zauważył Owen. Hrubek szedł przez pewien czas, a potem zaczął biec przez trawę i zarośla, kierując się na wschód. Owen poszedł po śladach. Uszedł sto jardów i zauważył, że Hrubek skręcił na południe i zmierzał w kierunku szczytu wzgórza leżącego o pięćdziesiąt stóp od szosy.

Owen szedł po jego śladach, dopóki nie zniknęły. Wtedy przyklęknął i zaczął badać grunt, zastanawiając się, czy Hrubek nie był na tyle sprytny, żeby zastosować „chód jelenia" – technikę chodzenia zawodowych kłusowników polegającą na stawianiu stóp prosto z góry i staraniu się o to, żeby nie pozostawić najbardziej widocznych śladów (nie śladów stóp, tylko przewróconych kamyków i poruszonych liści i gałązek). Jednak nie mógł znaleźć przygiętych ździebeł trawy – jedynych śladów, jakie zostawia osoba stosująca tę technikę. Doszedł do wniosku, że Hrubek po prostu zawrócił na ścieżkę biegnącą obok szosy.

Pięćdziesiąt jardów na wschód znalazł miejsce, gdzie Hrubek zrobił jeszcze raz to samo – skręcił na południe, poszedł kawałek, a potem zawrócił. A więc szedł na wschód, jednak równocześnie przyciągało go coś, co znajdowało się na południe od szosy. Owen poszedł po jego śladach i znalazł się w pewnej odległości od szosy. Przystanął wśród wysokiej trawy i stwierdził, że tropiciele zatrzymali się w tym miejscu.

Wyłączył latarkę, wyciągnął z kieszeni pistolet i zaczął brnąć w jezioro chłodnej ciemności, która spływała ze skalistych wzgórz znajdujących się przed nim i zbierała się u jego stóp jak śnieg. Zatrzymał się i – wbrew rozumowi – zamknął oczy.

Starał się pozbyć własnej osobowości – osobowości twardego, kierującego się zdrowym rozsądkiem, czterdziestoletniego białego anglosaskiego prawnika – i wczuć się w Michaela Hrubeka-szaleńca. Stał tak, kołysząc się w ciemności przez kilka minut.

Bez skutku.

Nie był w stanie wyobrazić sobie, co działo się w głowie Hrubeka. Otworzył oczy, chwytając mocniej pistolet.

Już miał wrócić do swojego cherokee i pojechać nim do zajazdu dla ciężarówek w Watertown, kiedy przyszła mu do głowy pewna myśl. A może podejrzewam Hrubeka o zbyt wielkie szaleństwo? – powiedział sobie. Może zasady, którymi rządzi się jego – prawda, że obłąkany – świat, są tak logiczne jak te, które rządzą światem wszystkich ludzi? Adler mówił coś o nieporozumieniu i o tym, że oszołomiony lekami pacjent „się oddalił". Ale kiedy się nad tym dobrze zastanowić, dochodzi się do wniosku, że Hrubek opracował sobie plan ucieczki, wprowadził ten plan w życie i zdołał umknąć zawodowym tropicielom. Owenowi przyszło do głowy, że Hrubeka dotychczas nie doceniano i że należy go zacząć doceniać.

Wrócił na to miejsce, w którym urywał się trop, i stanął tak jak Hrubek – postawił stopy na jego śladach. Tym razem stał z otwartymi oczami. Przekonał się, że jego wzrok pada na szczyt skalistego wzgórza. Popatrzył na ten szczyt przez chwilę, a potem podszedł do stóp skały. Zanurzył palce w błocie i posmarował sobie nim policzki i czoło. Z tylnej kieszeni wyjął granatową trykotową czapeczkę i naciągnął ją sobie na głowę. I zaczął się wspinać.

W pięć minut znalazł to, czego szukał. Na szczycie skały były połamane gałązki i trawa. I ślady butów. Głębokie ślady – zrobione przez kogoś, kto ważył jakieś trzysta funtów. I na dodatek te ślady były świeże. Owen znalazł też odciski guzików w miejscu, w którym ten ktoś leżał, spoglądając na szosę znajdującą się poniżej i być może czekając na to, żeby tropiciele z psami odeszli. W błocie widniał też ślad odbitej dłoni – tuż obok słowa zEmsta. Hrubek był tutaj nie dawniej jak godzinę temu. Poszedł na wschód, to prawda, ale najwyraźniej tylko po to, żeby zdobyć ubranie, albo po to, żeby zmylić pogoń. A potem, tą samą drogą, udał się z powrotem na zachód i doszedł do tego wzniesienia, które zauważył, idąc na wschód.

Sukinsyn! Owen schodził powoli, starając się zachować ostrożność, mimo radosnego podniecenia. Nie mógł przecież teraz czegoś sobie złamać. U stóp skały zapalił latarkę i w jej świetle obejrzał ziemię. Znalazł mały skrawek błota, a na nim odciski butów kogoś odchodzącego od skały. Były to takie same odciski jak te, które widział na szczycie. Odciski co prawda nie znajdowały się daleko od siebie, ale większe zagłębienie w części palcowej stopy wskazywało na to, że Hrubek biegł albo bardzo szybko szedł. Ślady prowadziły do drogi, a potem z powrotem na łąki, gdzie skręciły na zachód.

Nie tracąc ich z oczu, Owen poszedł przez trawę. Postanowił upewnić się, że Hrubek rzeczywiście zmierza na zachód, a potem wrócić do samochodu i rozglądać się za uciekinierem, jadąc powoli szosą. Jeszcze dziesięć jardów, pomyślał i przelazł przez kamienne ogrodzenie, za którym znajdowała się rozległa łąka.

I to tam właśnie potknął się o ukryty drut i upadł, twarzą do przodu, na stalową pułapkę.

Duża pułapka na kojoty została zastawiona po mistrzowsku – w takim miejscu na ścieżce, gdzie, upadając, nie było się czego złapać, tuż za kamiennym murem, gdzie ścigający, przekroczywszy ten mur, nie mógł szybko postawić drugiej stopy na ziemi i zahamować upadku. Owen błyskawicznie upuścił latarkę i zakrył sobie twarz lewym ramieniem, a równocześnie podniósł pistolet i wystrzelił cztery naboje, celując w okrągłą płytę spustową i chcąc, żeby pułapka zamknęła się, zanim on w nią uderzy. Urządzenie z oksydowanej stali zatańczyło pod potężnym uderzeniem. Kamyki, gałązki i gorące kawałki roztrzaskanych kul wyleciały w powietrze, a Owen wykonał gwałtowny skręt ciałem, chcąc upaść tak, żeby cały impet przyjąć na bark.

Wylądował, a jego głowa odbiła się od szczęk pułapki. Leżał oszołomiony, czując, że na czole ma krew, i starając się pozbyć przerażającego obrazu własnej twarzy schwytanej w szczęki z oksydowanego metalu. W chwilę później przetoczył się na inne miejsce. Przypuszczał, że Hrubek zastawił pułapkę w celu, w którym zastawiłby ją on sam, to znaczy po to, żeby unieruchomić ścigającego i móc zaatakować go od tyłu. Owen rozejrzał się, kuląc się pod murem. Kiedy spodziewany atak nie nastąpił, wyrzucił nie wystrzelone naboje i załadował broń ponownie. Włożył do kieszeni dwie dobre kule i jeszcze raz się rozejrzał.

Nic. Nie słyszał niczego poza szumem wiatru wśród wierzchołków drzew. Powoli wstał. Tak więc pułapka przeznaczona była dla tropiącego psa. Owen chwycił ją z wściekłością i cisnął na łąkę. Znalazł puste łuski, zakopał je, a potem obmacał sobie twarz i bark. Obrażenia były lekkie.

Złość szybko mu przeszła i zaczął się śmiać. Nie śmiał się dlatego, że poczuł ulgę na myśl, iż udało mu się uniknąć ciężkich ran. Nie, śmiał się dlatego, że odczuwał przyjemność. Pułapka była bowiem dowodem na to, że w Michaelu Hrubeku ma godnego siebie przeciwnika – bezlitosnego i sprytnego. A on żył najintensywniej wtedy, kiedy miał silnego przeciwnika – przeciwnika, w starciu z którym mógł się sprawdzić.

Wrócił szybko do swojego cherokee, włączył silnik i pojechał powoli na zachód, wpatrując się w pola leżące po lewej stronie. Wpatrywał się w nie z taką uwagą, że zaczepił przednią szybą o tablicę. Przestraszony głośnym hałasem, zahamował i spojrzał na nią.

I zobaczył, że znajduje się o czterdzieści siedem mil od domu.

Michael Hrubek, kucając w trawie, pogłaskał swój roboczy kombinezon i zaczął się zastanawiać, co to za samochód widzi przed sobą.

To z pewnością była pułapka. Snajperzy z wycelowanymi muszkietami o długich lufach siedzieli na pewno wśród tamtych drzew i czekali, aż on podejdzie do tego sportowego samochodu. Michael Hrubek, oddychając płytko, przypomniał sam sobie, że ma nie zdradzić, gdzie się znajduje.

Kiedy minął tablicę z napisem GETO, skierował się na zachód. Szedł łąkami porośniętymi trawą i pnączami dyni, równolegle do niewyraźnie rysującej się w ciemnościach szosy numer 236. Szedł szybko i zatrzymał się tylko raz – żeby umieścić jedną z pułapek tuż za kamiennym murem. Przykrył ją liśćmi i pospieszył dalej.

Teraz wyprostował się trochę i spojrzał na samochód. W pobliżu samochodu nie dostrzegł nikogo. Mimo to nie wychodził z kryjówki. Wycelował broń w stronę drzew i czekał na najlżejszy ruch. Czując zapach trawy, przypomniał sobie coś. Usiłował zignorować wspomnienie, ale nie udało mu się.

Co ty masz na głowie, mamo? Mamo…

Zdejmij ten kapelusz. On mi się nie podoba.

Piętnaście lat temu Michael Hrubek był chłopcem bardzo muskularnym i bardzo spasionym. Chodził jak kaczka i miał długą, podobną do pnia szyję. Pewnego dnia, bawiąc się w wysokiej trawie za starą wierzbą, usłyszał wołanie:

– Michael! Michael!

Matka pojawiła się na werandzie z tyłu domu – porządnie utrzymanego podmiejskiego domu w Westbury w Pensylwanii.

– Michael, przyjdź tu do mnie.

Miała na głowie czerwony kapelusz z szerokim rondem, spod którego wymykały się jej piękne włosy i tańczyły na wietrze jak żółte płomienie. Nawet z tej odległości, w której się znajdował, Michael widział jej czerwone paznokcie przypominające rany po oparzeniu papierosem. Oczy matki były ciemne, schowane pod rondem kapelusza i za tymi dziwnymi małymi maskami, które wyciskała z tubek leżących na toaletce i nakładała na powieki. Michael podejrzewał, że robiła to, żeby się ukryć przed nim.

– Kotku… Przyjdź tutaj, proszę. Jesteś mi potrzebny. Michael podniósł się powoli i podszedł do niej.

– Przyszłam do domu przed chwilą. Po drodze nie miałam czasu. Chcę, żebyś poszedł do sklepu spożywczego po zakupy.

– Oj, nie – odrzekł chłopiec tonem tragicznym.

– Wiem, że nie chcesz – powiedziała matka. – Ale widzisz, przyjdą zaraz państwo Klevan, państwo Abernathy i państwo Potter. Potrzebne mi mleko i kawa.

– Nie, nie mogę.

– Ależ możesz. Jesteś przecież moim małym żołnierzykiem. Małym, dzielnym żołnierzykiem.

– Nie, nie – jęknął. – Nie mogę tego zrobić z pewnych powodów.

– I uważaj, jak będziesz brał resztę. Żeby cię nie oszukali.

– Oni nie pozwolą mi przejść przez ulicę – odpowiedział Michael. – Ja nie wiem, gdzie to jest!

– Nie martw się. Ja ci powiem – obiecała matka uspokajającym tonem. – Napiszę ci na kartce.

– Nie mogę.

– Zrób to dla mnie. No, idź, prędziutko.

– Nie.

– Masz dwanaście lat. Potrafisz to zrobić. Matka nie dawała się wyprowadzić z równowagi.

– Nie, nie! Sklep jest zamknięty.

– Mleko i kawę. Idź i kup… sklep jest otwarty. Bądź dzielny.

W tym momencie przybyli państwo Klevan czy też państwo Milford i matka nie zdążyła napisać na kartce, gdzie jest sklep. Kazała mu już iść. Michael, przerażony tak, że chciało mu się wymiotować, ruszył w drogę, ściskając w garści banknot pięciodolarowy.

Po godzinie do zdenerwowanej matki zatelefonowano ze sklepu. Mi-chael wszedł tam przed dziesięcioma minutami i narobił zamieszania.

– Pani syn – powiedział kierownik – chce kupić sklep.

– Chce kupić sklep? – zapytała zdumiona matka.

– Mówi, że pani mu kazała go kupić. Wezwę chyba policję. Dotknął jednej-z kasjerek. Wie pani, jej piersi. Kasjerka jest zszokowana.

– O Boże.

Matka pędem udała się do sklepu.

Trzęsący się ze strachu Michael stał koło kasy. Kiedy okazało się, że nie może zrobić tego, co mu matka kazała, mówiąc…Idź i kup… sklep… przestał myśleć, chwycił kasjerkę za tłuste ramię i wsadził jej pieniądze do kieszeni bluzki.

– Niech pani to weźmie! – krzyczał. – Niech pani weźmie te pieniądze!

Matka zabrała go do domu i zaprowadziła prosto do łazienki.

– Boję się.

– Boisz się, kochanie? Mój dzielny żołnierzyk się boi? A czego?

– Gdzie ja byłem? Nic nie pamiętam.

– Niczego. Nie pamiętam niczego. A teraz zdejmij to brudne ubranie. Na ubraniu były wióry i kurz, gdyż Michael w sklepie rzucił się na

podłogę, chcąc się schować w momencie, kiedy matka wpadła tam z płonącym wzrokiem.

– A później masz przyjść do gości i powiedzieć im, że przepraszasz za to, co zrobiłeś. Jak ich przeprosisz, pójdziesz do łóżka i zostaniesz w nim do wieczora.

– Do łóżka?

– Tak, do łóżka – powiedziała krótko.

Czy to miała być kara, czy pocieszenie? Michael nie miał pojęcia. Zastanawiał się nad tym przez kilka minut, a potem usiadł na ubikacji i zaczął łamać sobie głowę nad innym problemem. Matka wrzuciła jego rzeczy do pralki. Czy to oznaczało, że chce, żeby przyszedł przepraszać gości bez ubrania? Rozejrzał się za czymś, co mógłby na siebie włożyć.

Pięć minut później otworzył drzwi i wszedł do salonu w szlafroku matki.

– Dzień dobry – powiedział, podchodząc do gości. – Próbowałem kupić ten zasrany sklep. Przepraszam.

Pan Abernathy czy pan Milford, który coś mówił, przerwał w pół zdania. Ajego żona zakryła sobie usta dłonią, powstrzymując się od wypowiedzenia jakiejś niepotrzebnej uwagi, której mogłaby potem żałować.

Tymczasem matka… Matka uśmiechała się! Michael był zdumiony. Jej zamaskowane oczy były zimne, ale uśmiechała się do niego.

– A, jest nasz dzielny żołnierzyk – szepnęła. – Czy Michael nie wygląda modnie?

– Znalazłem ten szlafrok za drzwiami.

– Naprawdę? – zapytała, kręcąc głową.

Michael uśmiechnął się. Modnie. Był zadowolony z siebie.

– Próbowałem kupić ten zasrany sklep! – powtórzył, śmiejąc się ochryple.

Goście, którzy trzymali filiżanki herbaty, a nie kawy, z cytryną, a nie z mlekiem, starali się nie patrzeć sobie w oczy. Matka wstała.

– Zmieniłam zdanie – powiedziała. – Michael, wyglądasz tak ładnie. Może byś wyszedł i pobawił się?

– Na dworze? – uśmiech zniknął z jego twarzy.

– No tak. Na dworze. Idź.

– Ale to głupio wychodzić w szla…

– Nie, wcale nie głupio. Idź na dwór.

– Ale oni mnie mogą zobaczyć. – Michael zaczął płakać. – Ktoś mnie może zobaczyć.

– Już! – wrzasnęła. – Na dwór, do cholery!

A potem wzięła go za rękę, zaprowadziła do frontowych drzwi i wypchnęła na zewnątrz. Michael stał tak na progu w jasnoniebieskim szlafroku, a dwie dziewczynki z sąsiedztwa gapiły się na niego. Z początku się uśmiechały, ale kiedy Michael zaczął na nie patrzeć i mruczeć coś do siebie, zrobiło im się głupio i weszły do swojego domu. Michael odwrócił się i stanął twarzą do drzwi frontowych. Usłyszał zgrzyt zamka. Zajrzał przez okienko w drzwiach i zobaczył odwracającą się twarz matki. Poszedł za dom, pod wierzbę i resztę dnia spędził w trawie, podobnej do tej, w której siedział dziś w nocy, czekając na snajperów i obserwując samochód.

Usłyszawszy szelest tej trawy i poczuwszy jej pieszczotę na skórze (podobną do tamtej pieszczoty), przypomniał sobie prawie wszystko, co zdarzyło się tamtego dnia. Jednak wspomnienie nie było wyraźne. Nie było wyraźne z tego samego powodu, dla którego było takie ważne dla całego jego dalszego życia – a mianowicie dlatego, że cały ten incydent stanowił pierwsze jego zerwanie z rzeczywistością, pierwszy jego epizod psychiatryczny. Obraz tych kilku godzin był zniekształcony zarówno przez jego świadomość, jak i przez upływ czasu. Na ten obraz nałożyły się inne wspomnienia, z których wiele prześladowało go tak samo i wywoływało taki sam smutek. Dzisiejszej nocy, przypomniawszy sobie pod wpływem zapachu i pieszczotliwego dotknięcia trawy tamte kilka godzin, mógł głębiej spenetrować ten incydent (do czego zresztą nieraz zachęcał go doktor Richard), ale zrobił się taki podniecony, że nie był w stanie dłużej usiedzieć na miejscu. Bez względu na to, czy czyhali na niego snajperzy, czy nie – musiał zacząć działać. Wstał i poszedł w stronę szosy.

Samochód sportowy najwyraźniej zepsuł się przed paroma godzinami. Maska jego silnika była podniesiona, a okna i drzwi zamknięte. Na szosie w pobliżu tylnego zderzaka stał trójkątny znak. Hrubek zaczął się zastanawiać, czy ten znak stoi tu po to, żeby ułatwić snajperom celowanie. Rzucił go w zarośla tak jak rzuca się frisbee.

– MG – szepnął, odczytując emblemat na masce. – MG?

Doszedł do wniosku, że to znaczy „Mój gromowładny".

Nie zaglądając do środka, podszedł prosto do bagażnika. Prezent! Tak, prezent od Mojego Gromowładnego – od Boga! Rower był przymocowany, ale on wyszarpnął go z łatwością. Posypały się metalowe i plastikowe kawałki zamocowania.

Postawił rower na ziemi i zaczął gładzić rurki, skórę siodełka, kółka zębate i kabelki. Poczuł chłód metalu i sprawiło mu to wielką przyjemność. Pochylił głowę i otarł się policzkiem o chromowaną kierownicę.

Wyjął z kieszeni flamaster i napisał sobie na przedramieniu: Pytam Głośno: czyż NIE dziwne są dzieła BOŻE? Dzięki CI BOŻE za ten piękny prezent. Obok narysował węża i jabłko i napisał imię EWA. Polizał to imię i cofnął się o krok od roweru, przyglądając się swojemu nowemu środkowi transportu z pewnym niepokojem, ale i z wdzięcznością.

Richard Kohler znalazł się w obcym dla siebie świecie.

Miał na sobie wełniany garnitur, jedwabny krawat, czerwono-zielone skarpetki i jeden mokasyn -jakiż mógł być lepszy dowód na to, że nie był człowiekiem spędzającym czas wśród przyrody.

Pochylając się ostrożnie do przodu, wyciągnął drugi but z błota i wytarł go o trawę. Włożył go na nogę i poszedł dalej na zachód.

Ten las, nie wiadomo dlaczego, wywoływał u niego klaustrofobię, która nie nękała go nigdzie indziej – nawet we własnym małym gabinecie, gdzie często spędzał po piętnaście godzin na dobę. Tak, w gabinecie czuł się normalnie, a tymczasem w tym lesie puls miał przyspieszony, ze strachu przed zamknięciem swędziała go skóra, trudno mu było oddychać. Słyszał też jakieś nieistniejące odgłosy i miał bardzo złą orientację w terenie. Był bliski przyznania się przed samym sobą, że zabłądził. Bo to, co uważał za punkty odniesienia – drzewa, drogowskazy, krzaki – było bardzo mgliste i niepewne. Często, idąc w kierunku tych obiektów, przekonywał się, że po prostu znikają. A czasami zamieniały się one w groteskowe stwory albo przekształcające się twarze.

Na plecach Kohler miał czerwony plecak, w którym znajdowały się strzykawka i leki, a przez ramię przewiesił sobie czarny płaszcz od deszczu. Było za ciepło na to, żeby go włożyć, i Kohler zastanawiał się, dlaczego w ogóle wziął go ze sobą. Sądząc z komunikatów radiowych dotyczących nadciągającej burzy, lepszą ochronę przed deszczem stanowiłaby zbroja z hełmem.

Kohler zaparkował swoje BMW przy szosie, o pół mili stąd, i przeszedł przez łąki, zmierzając do lasu. Nie posuwał się szybko. Skórzane podeszwy jego butów ślizgały się na wilgotnych kamieniach i Kohler dwa razy upadł na twardą ziemię. Za drugim razem omal nie zwichnął sobie ręki. A w pewnym momencie zaczepił nogawką o kolce dzikiej róży. Upłynęło pięć minut, zanim się uwolnił.

Mimo to uważał, że miał szczęście. Pielęgniarka, która zawiadomiła go o ucieczce, powiedziała mu, że Hrubek zwiał z karawanu w Stinson i dotarł najprawdopodobniej aż do Watertown.

Jadąc szosą numer 236 w stronę tego drugiego miasteczka, Kohler w pewnym momencie zobaczył na jakiejś polance Hrubeka. Był pewien, że go widzi. Podjechał szybko do najbliższej odbiegającej w bok drogi, wyskoczył z samochodu i zaczął przeszukiwać okolicę. Wołał pacjenta po imieniu, błagał go, żeby się ujawnił, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Wsiadł więc w samochód i ruszył przed siebie. Nie ujechawszy jednak daleko, skręcił w boczną drogę i zatrzymał się. Obserwował okolicę. Po dziesięciu minutach wydało mu się, że znowu widzi tę samą postać posuwającą się szybko naprzód.

A później nie natknął się już ponownie na ślad Michaela. Jeszcze raz poszedł na łąki i skierował się w tę stronę, w którą posuwał się jego domniemany pacjent – na zachód. Szedł, mając nadzieję, że natknie się na Hrubeka przypadkiem.

Gdzie jesteś, Michael?

I dlaczego znajdujesz się poza szpitalem?

Tak bardzo się starałem, tak bardzo chciałem zajrzeć do twojej głowy. Ale w tej głowie jest bardzo ciemno. Twój umysł jest tak ciemny jak niebo dzisiejszej nocy.

Kohler potknął się znowu, tym razem o jakiś drut, i podarł sobie spodnie o ostry kawałek skały, raniąc się przy tym w udo. Zastanowił się, czy grozi mu tężec. Ta myśl zaniepokoiła go bardzo. Jednak jego zdenerwowanie wywołał nie strach przed chorobą, tylko fakt, że uświadomił sobie, że zapomniał zabrać ze sobą podstawowe leki. Pomyślał, że jego wiedza o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu nie kompensuje chyba wtórnego analfabetyzmu w zakresie fizjologii i chemii organicznej, których kiedyś się uczył i w których kiedyś tak dobrze się orientował. Wkrótce jednak przestał zaprzątać sobie głowę tymi myślami, bo znalazł sportowy samochód.

Pojazd nie odznaczał się niczym szczególnym. Kohlerowi nie przyszło nawet do głowy, że Michael zaglądał pod jego maskę i usiłował go uruchomić. Michaela tak bardzo przerażała sama myśl o prowadzeniu samochodu, że na pewno nie usiłowałby ukraść tego pojazdu. Nie, Kohlera zaintrygowało coś innego – zaintrygował go mały przedmiot leżący na ziemi koło tylnego zderzaka.

Mała biała czaszka jak na ironię miała kolor prawie identyczny z kolorem samochodu. Kohler podszedł i podniósł ją. Przyjrzał się uważnie delikatnym kościom. Na części policzkowej czaszki było małe pęknięcie. Trójdzielny, pomyślał odruchowo Kohler, przypominając sobie nazwę piątej pary nerwów czaszkowych.

Czaszka zakołysała się lekko na końcu jego palców i spadła z cichym trzaskiem na bagażnik samochodu, a potem stoczyła się na pobocze. Kohler znieruchomiał, kiedy wylot lufy pistoletu przesunął się po jego skroni w stronę ucha, a niezmiernie silna dłoń chwyciła go za ramię.

13

Trenton Heck skierował lufę walthera w kłębiące się chmury i spuścił kurek. Potem zabezpieczył broń i włożył ją w olstro.

Oddał portfel chudemu człowiekowi, którego papiery – prawo jazdy i karta identyfikacyjna ze szpitala – zdawały się być w najlepszym porządku. Facet nie był już taki blady jak kilka minut temu, kiedy Heck przystawił mu broń do głowy.

Ale był tak samo jak wtedy wściekły.

Richard Kohler ukląkł i odpiął zamek błyskawiczny plecaka, który Heck cisnął na trawę.

– Przepraszam – powiedział Heck. – Nie wiedziałem, czy to on, czy ktoś inny. Było tak ciemno, że nie mogłem się zorientować. Na dodatek pan kucał…

– Jeżeli zaskoczy pan w ten sposób Michaela Hrubeka, on wpadnie w panikę – warknął Kohler. – Gwarantuję to panu.

Zajrzał do plecaka, którego cenna zawartość – kilka buteleczek i coś jeszcze – wyglądała na nienaruszoną. Heck zastanawiał się tymczasem, czy nie złapał przypadkiem narkomana.

– I powiem panu coś jeszcze. – Lekarz odwrócił się i przyjrzał się Heckowi. – Nawet gdyby pan do niego strzelił, on – zanim umrze – odwróci się i złamie panu kark. O, tak… – Kohler strzelił palcami.

Heck roześmiał się.

– Będąc ranny w głowę? Nie wydaje mi się.

– Najwyraźniej jest wiele rzeczy, których pan na jego temat nie wie. Doktor zamknął plecak.

Heck pomyślał, że nie może mieć Kohlerowi za złe jego wściekłości. Nie czuł się jednak wobec niego winny. Bo okazało się, że Kohler szedł tą samą drogą, którą Hrubek musiał iść wcześniej tego wieczora. Więc jak on, Heck, mógł go odróżnić od Hrubeka? Przecież było ciemno. To prawda, że doktor był drobniejszy. Ale każdy podejrzany okazuje się drobniejszy, kiedy już wyjaśni się, że to nie on jest tym, którego się ściga.

– Czego pan tu właściwie szuka? – zapytał Heck. Kohler spojrzał na jego cywilne ubranie.

– A pan jest gliną czy co?

– Mam takie specjalne uprawnienia.

Powiedział tak, chociaż była to nieprawda. Bo był w tym samym stopniu policjantem co każdy przeciętny obywatel. Powiedział tak, bo czuł, że musi mieć autorytet w oczach tego chudzielca, który wyglądał jak ktoś, kto chce narobić kłopotu. Powiedział tak, po czym powtórzył swoje pytanie.

– Jestem lekarzem Michaela – usłyszał w odpowiedzi.

– No to niezłą wizytę domową odbywa pan dziś w nocy. – Heck przyjrzał się garniturowi doktora i jego mokasynom. – Musiał pan się namęczyć, idąc po jego śladach. Zwłaszcza że nie ma pan psów.

– Zobaczyłem go przy szosie. Szedł w tym kierunku. Ale jakoś mi uciekł.

– Więc on jest gdzieś w pobliżu?

– Widziałem go pół godziny temu. Nie mógł odejść daleko.

Heck kiwnął głową w stronę Emila, który wcale nie trzymał łba przy ziemi. – Z jakiegoś powodu zapach zniknął.' Mnie to zmartwiło, a Emila zdenerwowało. Poszukamy tutaj, może odnajdziemy trop.

Heck mówił dalej tonem, który sugerował, że niepotrzebne mu towarzystwo. Przy tym szedł szybko, co również miało zniechęcić Kohlera do podejmowania prób dotrzymania mu kroku. Jednak Kohler nie zniechęcił się. Podążał za Heckiem i psem, kiedy ci przechodzili z jednej strony szosy na drugą i posuwali się naprzód wzdłuż łąk. Pod ich stopami zgrzytał głośno żwir i szeleściły liście.

Heck poczuł, że mięśnie w nodze mu sztywnieją. Potraktował to jako ostrzeżenie, jako sygnał, że powinien zwolnić. Było wciąż ciepło jak na tę porę roku, ale w ciągu ostatniej pół godziny temperatura spadła, a w powietrzu wyczuwało się wilgoć. Kiedy Heck był zmęczony i niewyspany, łapały go bolesne kurcze w zranionej niegdyś nodze.

– Tak sobie myślę – powiedział – że pewnie panu lepiej szło tropienie niż mnie z Emilem. Bo nas to on nieźle wykiwał. Poprowadził nas w kierunku przeciwnym do tego, który w końcu obrał.

Kohler jeszcze raz – po raz czwarty, jak obliczył Heck – spojrzał na walthera.

– Wykiwał was? Co pan ma na myśli?

Heck opowiedział o fałszywym tropie – o tym, że Hrubek upuścił wycinek z gazety z planem Bostonu. Lekarz zmarszczył brwi.

– Wczoraj widziałem Michaela w bibliotece. Wycinał coś z gazet. Czytał przez całe przedpołudnie. Był bardzo czymś zaabsorbowany.

– Naprawdę? – mruknął Heck, znowu zdziwiony inteligencją Hru-beka. – No więc on najpierw upuścił ten wycinek, a potem zrobił numer, o jakim ja tylko słyszałem i z jakim się dotychczas nie zetknąłem. Nasikał na ciężarówkę.

– Co takiego?

– Tak. Naszczał na oponę. Zostawił na niej swój zapach. Ciężarówka pojechała do Maine, a psy pobiegły za nią, zamiast tropić Hrubeka. Niewielu normalnych ludzi zna tę sztuczkę, a co dopiero mówić o świrach.

– To nie jest słowo – powiedział Kohler – którego należy tutaj używać.

– Przepraszam. – Heck zaśmiał się cierpko. – Dziwne: właśnie zasypiałem – wie pan, jak to się czasami zdarza – zasypiałem i usłyszałem klakson ciężarówki. I wtedy przyszło mi do głowy… to znaczy… domyśliłem się, co on zrobił. Emil jest dobry, ale iść za zapachem człowieka uczepionego ciężarówki to za wiele nawet dla niego. I to tyle mil? Pomyślałem: nie, tu było coś nie tak. No i pojechałem na ten parking. I oczywiście znaleźliśmy jego ślady. Okazało się, że zawrócił. To jest sztuczka stosowana przez zawodowców. Zresztą ta z tym wycinkiem z gazety też. On schował ten wycinek w trawie. Gdyby wycinek leżał na szosie, nie uwierzyłbym, że go zgubił. Domyśliłbym się, że to sztuczka. On jest sprytny. Założę się, że już przedtem nieraz udało mu się wykiwać psy.

– Nie. To niemożliwe. On nigdy w życiu znikąd nie uciekł. To nie jest zaplanowana ucieczka.

Heck spojrzał na Kohlera, starając się odgadnąć, czy lekarz nie kłamie. Wyglądało jednak na to, że Kohler mówi szczerze.

– Ale ja słyszałem coś innego – powiedział Heck.

– Od kogo?

– Od mojego dawnego szefa z policji stanowej. Od Dona Haver-shama. To on mnie dziś zaangażował. I mówił coś o siedmiu szpitalach, z których uciekał ten pański przyj emniaczek.

Kohler roześmiał się.

– Oczywiście. Niech pan zapyta o to samego Michaela. Odpowie panu, że to były szpitale-więzienia. A on uciekał na koniu, unikając kul z muszkietów. Rozumie pan, co mam na myśli?

Heck nie był pewien, czy rozumie.

– Kule z muszkietów, tak? – powiedział i dodał: – No, teraz musimy przejść przez te zarośla.

Zeszli stromą ścieżką do leżącej poniżej doliny. Szli tak szybko, że Kohler od razu się zmęczył. Kiedy dotarli do miejsca, gdzie teren był płaski, zaczerpnął tchu i powiedział:

– Oczywiście nie możecie być pewni, że on nie kieruje się do Bostonu.

– Jak to?

– No, jeżeli miał tyle sprytu, żeby was zmylić i podsunąć wam myśl, że idzie na wschód, to teraz może was też oszukiwać, każąc wam myśleć, że idzie na zachód. Może to taki podwójny bluff.

No tak. To było coś, o czym Heck nie pomyślał. Oczywiście, dlaczego Hrubek nie miałby zrobić po raz drugi tego samego? Dlaczego nie miałby zawrócić na wschód? Może on rzeczywiście chciał się dostać do Bostonu? Heck zastanawiał się nad tym przez chwilę, a potem powiedział Kohlerowi prawdę.

– To możliwe – oświadczył – ale ja nie jestem w stanie przeszukać całego Północnego Wschodu. Mogę tylko iść tam, gdzie mnie prowadzi nos mojego psa.

Powiedział to, mając równocześnie bolesną świadomość, że ten nos nie ma teraz pojęcia, gdzie znajduje się ścigany.

– Chciałem tylko zwrócić panu na to uwagę – dodał lekarz.

Szli przez dolinę ścieżką biegnącą obok starych kamieniołomów. Heck przypomniał sobie, jak w młodości, będąc samotnym chłopcem, zainteresował się geologią. Spędzał długie godziny w kamieniołomie podobnym do tego tutaj, stukając młotkiem i zbierając do swojej kolekcji kawałki kwarcu, miki i granitu. Teraz zapatrzył się na wysokie skały, pokancerowane jak kości, do których dobrał się lekarz za pomocą swoich metalowych narzędzi. Przypomniał sobie zdjęcie rentgenowskie własnej strzaskanej nogi, własnej kości udowej uszkodzonej przez kulę. Dlaczego – dziwił się i wtedy, i teraz – ten cholerny lekarz pokazał mi to dzieło sztuki?

Pies obrócił się nagle kilka razy, potem znieruchomiał, a potem obrócił się jeszcze raz.

– Czy on odnalazł trop? – spytał szeptem Kohler.

– Nie – odpowiedział Heck głośno. – Powiem panu, kiedy go znajdzie.

Podążali za Emilem, który szedł wzdłuż żółtobiałej wysokiej skały, omijając kałuże słonawej wody.

Wyszli z kamienistej doliny i zaczęli się powoli piąć w górę. I okazało się, że znowu trafili tam, gdzie stał zepsuty samochód.

– Cholera – skrzywił się Heck – wróciliśmy.

– A dlaczego pan go ściga w pojedynkę? – zapytał Kohler, dysząc ciężko.

– No bo tak.

– Wyznaczono za niego nagrodę, tak?

Heck bawił się przez chwilę linką, na której uwiązany był pies.

– Skąd pan wie? – spytał wreszcie.

– Nie wiedziałem. Ale teraz już wiem, dlaczego pan go ściga w pojedynkę.

– A pan, panie doktorze? Jeżeli pan go widział, to dlaczego nie wezwał pan pułku wojska?

– On łatwo wpada w panikę. Ja potrafię go zachęcić do powrotu w taki sposób, żeby nikomu nic się nie stało. On mnie zna. Ma do mnie zaufanie.

Emil zesztywniał nagle i odwrócił się w stronę lasu. Heck natychmiast wyciągnął i odbezpieczył pistolet. W zaroślach coś się ruszało.

– Nie! – krzyknął Kohler, patrząc na broń, i ruszył w stronę zarośli. Ale Heck złapał go za ramię i szepnął:

– Ja zachowałbym spokój. Nie zdradzajmy, gdzie jesteśmy.

Przez chwilę panowała cisza. A potem muskularna łania przesadziła niski żywopłot i zniknęła.

Heck włożył broń do olstra.

– Powinien pan trochę bardziej uważać. Jest pan łatwowierny. Rozumie pan, co mam na myśli?

Heck spojrzał na południe, gdzie szary asfalt zniknął wśród wzgórz. Emil nie zdradzał zainteresowania tym kierunkiem, ale Heck doszedł do wniosku, że powinni mimo to pójść w tę stronę. Jeszcze raz sięgnął po plastikową torebkę z szortami Hrubeka. Ale Kohler chwycił go za ramię.

– Ile? – zapytał.

– Ile czego? – nie rozumiał Heck.

– Ile wynosi nagroda?

Emil, który zdawał sobie sprawę, że szorty Hrubeka znajdują się nad jego głową, zaczął drżeć. Heck zamknął torebkę, nie chcąc, żeby pies stał się zbyt nerwowy.

– To tajemnica. Moja i tych, co mi mają zapłacić – powiedział.

– Czy to Adler ma płacić? Heck powoli pokiwał głową.

– To mój kolega – stwierdził Kohler. – Pracujemy razem.

– Jeżeli to pana kolega, to jak to się stało, że pan nie wie?

– Ile? – zapytał Kohler.

– Dziesięć tysięcy.

– Ja dam panu dwanaście.

Heck przez chwilę obserwował Emila, który kręcił się gotowy do biegu.

– Żartuje pan – powiedział do Kohlera.

– Wcale nie. Mówię poważnie.

Heck parsknął śmiechem, ale kiedy uświadomił sobie, że patrzy na człowieka, który może wypisać czek na dwanaście tysięcy, zrobiło mu się gorąco.

– Ale dlaczego…?

– Trzynaście.

– Ja się z panem nie targuję. Ja chcę wiedzieć, co mam za taką sumę zrobić.

– Pójść do domu. Zapomnieć o Michaelu Hrubeku.

Heck rozejrzał się powoli naokoło. Na zachodzie, w oddali zauważył błyskawicę. Jej światło zdawało się zalewać ogromny obszar. Heck spojrzał na ciągnące się w dal łąki, na ciemny horyzont, na czarne niebo. Poczuł, że ten widok go denerwuje – z tego prostego powodu, że ta niespodziewana oferta była tak kusząca. Bo jak mógł znaleźć człowieka w tak wielkiej przestrzeni? Zaśmiał się sam do siebie. Dlaczego Bóg zawsze podsuwa człowiekowi pokusę wtedy, kiedy człowiek najbardziej jej pragnie?

– A jaki pan ma w tym interes? – spytał, chcąc zyskać na czasie.

– Po prostu nie chcę, żeby mu się stało coś złego.

– Ja mu nic złego nie zrobię.

– Chciał pan posłużyć się bronią.

– No tak, użyłbym broni, gdybym musiał. Ale nie mam zamiaru strzelać nikomu w plecy. To nie w moim stylu. Nigdy tego nie robiłem, kiedy byłem policjantem. I teraz też tego nie robię.

– Michael nie jest groźny. On nie jest taki jak rabusie ograbiający banki.

– Dla mnie nie ma znaczenia, czy jest tak groźny jak oszalała samica łosia broniąca swych młodych, czy też tak jak jakiś członek mafii. Ja muszę uważać, żeby nic złego się nie stało ani mnie, ani mojemu psu. I jeżeli to oznacza, że muszę strzelać do człowieka, który idzie na mnie z kamieniem albo łyżką do opon, to strzelam – nie ma rady.

Kohler uśmiechnął się, dając Heckowi do zrozumienia, że nie jest przekonany.

– Niech pan posłucha: on zastawiał pułapki na psy. Dla takiego człowieka ja nie mam wielkiego szacunku.

– Co robił?

Uśmiech zniknął z twarzy Kohlera.

– Zastawiał pułapki. Sprężynowe. Takie na zwierzęta.

– Nie. Michael by tego nie zrobił.

– Może pan sobie mówić, co pan chce, ale…

– Pan je widział?

– Wiem, że wziął kilka. Jeszcze ich nie znalazłem. Lekarz milczał przez chwilę. W końcu powiedział:

– Myślę, że pan się daje wykorzystywać.

– Co pan chce przez to powiedzieć?

Heck już miał się obrazić, ale głos psychiatry był taki uspokajający. Był to głos kogoś, kto jest po jego stronie i usiłuje mu pomóc.

– Adler wie, że pies spowoduje, że schizofrenik wpadnie w panikę. Pościg to dla kogoś takiego jak Michael najgorsza rzecz pod słońcem. Taki pacjent osaczony wpadnie na pewno w panikę. Pan będzie musiał do niego strzelać. Adler chce, żeby to wszystko odbyło się bez rozgłosu. Czternaście tysięcy.

Boże. Heck zacisnął powieki, a potem otworzył oczy i zobaczył następną błyskawicę. U jego nóg Emil kręcił się zniecierpliwiony całym tym ludzkim gadaniem.

Wziąć pieniądze i wrócić do domu. Zadzwonić do banku, wpłacić tę pokaźną sumę. Czternaście tysięcy dałoby mu jakieś dziewięć, dziesięć miesięcy spokoju. Może w tym czasie w policji znalazłyby się pieniądze na etaty dla tych, których zwolniono w ciągu ostatnich lat. Może w jednej z trzydziestu sześciu kompanii, w których Heck złożył podania, znalazłby się wakat?

Może Jill wróciłaby do domu z pieniędzmi z napiwków i z koronkowymi koszulami nocnymi.

Czternaście tysięcy dolarów.

Heck westchnął. – No cóż, panie doktorze, rozumiem, że pan się martwi o swojego pacjenta. Ale są też inni ludzie, o których się trzeba martwić. Ja byłem kiedyś policjantem. To mnie czegoś nauczyło. Emil i ja mamy szansę złapać tego faceta. Mimo całego tego pańskiego gadania o podwójnym bluffie i tak dalej. Niech się pan nie obrazi.

– Ale on nie jest groźny. Nikt tego nie rozumie. On się staje niebezpieczny, dopiero kiedy się go ściga.

Heck roześmiał się. – Widzę, że psychiatrzy mają swój własny sposób ujmowania spraw. Jednak ci dwaj faceci, których on omal nie zabił, na pewno by się z panem nie zgodzili.

– Omal nie zabił?

Kohler był tak samo wstrząśnięty jak wtedy, kiedy Heck przystawił mu do głowy lufę pistoletu.

– O kim pan mówi?

– O tych sanitariuszach.

– O jakich sanitariuszach?

– O tych, z którymi on się starł koło Stinson. Myślałem, że pan o tym wie. To było zaraz po tym, jak uciekł.

– Zna pan ich nazwiska?

– Nie, oczywiście, że nie. Oni byli ze szpitala. Tylko tyle wiem. Kohler podszedł do samochodu. Podniósł małą czaszkę i zaczął ją kom-

pulsywnym ruchem pocierać dłonią.

– Tak więc – powiedział Heck – myślę, że muszę odrzucić pańską ofertę.

Kohler przez chwilę wpatrywał się w nocne niebo, a potem odwrócił się do Hecka.

– No to niech pan coś dla mnie zrobi – powiedział. – Jeżeli go pan znajdzie, niech pan mu nie grozi. Niech pan go nie goni. I na Boga, niech pan go nie szczuje psem.

– To nie jest polowanie na lisa. Ja tego tak nie traktuję – odrzekł Heck spokojnie.

Kohler dał mu wizytówkę. – Kiedy pan będzie blisko niego, niech pan zadzwoni pod ten numer. A oni zawiadomią mnie za pośrednictwem pagera. Będę panu naprawdę za to wdzięczny.

– Zrobię to, jeżeli będę mógł – powiedział Heck. – Tyle mogę obiecać.

Kohler kiwnął głową i rozejrzał się, chcąc się zorientować w terenie.

– Tam jest szosa numer 236, tak?

– Tak – odpowiedział Trenton Heck, a potem, oparłszy się o zderzak samochodu, patrzył ze śmiechem, jak ten szczupły człowiek w garniturze i krawacie, niosący elegancki płaszcz i plecak, i zabłocony jak robotnik kopiący rowy, odchodzi pustą drogą wiejską w burzliwą noc.

Wzrok doktora Ronalda Adlera przesuwał się po mapie hrabstwa Mars-den.

– Doszedł aż do granicy stanu. Kto by się tego spodziewał – powiedział Adler i dodał bez entuzjazmu i bez oznak zainteresowania: – Patrol drogowy z Massachusetts powinien go mieć za jakąś godzinę. Chcę mieć plan na najgorszą ewentualność.

– Czy mówi pan o nagrodzie? – zapytał Peter Grimes.

– O nagrodzie? – warknął dyrektor.

– Mhm. Co pan ma na myśli, mówiąc o najgorszej ewentualności?

Wyglądało na to, że Adler wie dokładnie, co ma na myśli. Mimo to milczał przez chwilę, prawdopodobnie z powodu jakiegoś przesądu, którego z jego świadomości nie wykorzeniły studia medyczne.

– To, że kiedy go znajdą, on może zabić policjanta. Albo kogoś innego. To mam na myśli.

– No tak, sądzę, że to możliwe – powiedział Grimes. – Chociaż niezbyt prawdopodobne.

Adler wrócił do sprawozdań ordynatora Oddziału E:

– Czy to wszystko prawda?

– Tak. Jestem tego pewien.

– Hrubek brał udział w terapii zajęciowej? Kohler odbywał z nim indywidualne sesje psychoanalityczne? Stosował wobec niego terapię, którą zawsze wszystkich zanudza?

I o której pisze w najlepszych czasopismach fachowych, dodał w myśli Grimes. A głośno powiedział:

– Na to wygląda.

– Zalecenia Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego. Wszyscy je znamy. Zgodnie z nimi schizofrenik może być poddany terapii indywidualnej pod warunkiem, że jest młody, inteligentny i że miał w życiu osiągnięcia. I że jego choroba ma ostrzejszy przebieg niż u chroników… Aha, i pod warunkiem, że miał pewne sukcesy, jeżeli chodzi o związki seksualne. Do Michaela Hrubeka to raczej nie pasuje.

Asystent omal nie powiedział: „Chyba że gwałt potraktuje się jako sukces w sferze związków seksualnych". Powstrzymał się jednak. Był przy tym ciekawy, czy po takiej uwadze Adler wylałby go z pracy, czyby się tylko śmiał.

– Taka historia choroby – Adler przekartkował plik papierów – a Kohler stosuje indywidualną terapię. Naprawdę Kohler przedobrzył. Zastanówmy się… Czy te drzwi są otwarte? Te drzwi od gabinetu. Proszę je zamknąć.

Grimes zrobił, co mu kazano. Adler przejrzał sprawozdanie jednego z lekarzy, który pisał, że Hrubek przedstawił mu plan wyszarpnięcia jedną gołą ręką jego organów wewnętrznych. Plan był dokładny i Hrubek wykazał się przy tym imponującą znajomością ludzkiej anatomii.

Kiedy Grimes opadł znowu na swoje krzesło, Adler zamknął teczkę z papierami i zapatrzył się w sufit. Jego ręka powędrowała między nogi, poprawił coś sobie w kroku. A potem zapytał:

– Zdaje pan sobie sprawę, co zrobił Herr Doktor Kohler?

– On…

– Zna pan przypadek Burtona Scotta Webleya? Burtona Scotta Web-leya Trzeciego. Czy Czwartego. Nie pamiętam dokładnie. Zna pan ten przypadek? Uczą takich rzeczy na… Gdzie pan studiował?

– Na Columbii. Nie, nie znam tego przypadku.

– Co-lum-bia no, no. – Adler wycedził tę nazwę z pogardliwą ironią. – Webley Trzeci czy Czwarty. Był w szpitalu w Nowym Jorku. Nie wiem, w którym. Może w Creedmoor. A może w Pilgrim State. Nie wiem dokładnie. Aha, i był pacjentem prywatnym. No wie pan, najlepsi lekarze, tacy jak nasz przyjaciel Zygmunt Kohler. Tacy co to cum laude. Tacy z różnych Co-lum-bii.

– Rozumiem.

– Widzi pan, Kohler uważa, że nasze szpitale pełne są Van Goghów. Poetów i malarzy. Geniuszy, których nikt nie rozumie, takich wariatów z wizją – bestii o dwóch głowach. – Zauważywszy, że Grimes patrzy na niego tak, jakby nie rozumiał, Adler mówił dalej: – Webley miał schizofrenię paranoidalną. Z urojeniami. Skąpoobjawową. Miał dwadzieścia osiem lat. Przypomina to coś panu? Jego urojenia koncentrowały się wokół rodziny. Rodzina chciała się do niego dobrać i tak dalej. Uważał, że ojca i ciotkę łączy kazirodczy związek. Że Network TV pokazuje ich stosunki seksualne. Pewnego razu Webłey groził ciotce widłami. Został hospitalizowany wbrew woli. Wtedy modna była terapia insulinowa i Webley sto siedemdziesiąt razy był w śpiączce.

– Jezu.

– A potem, kiedy poziom cukru we krwi stał się u niego problemem, ci od elektrowstrząsów przestawili go na boczny tor na sześć miesięcy. Po takiej długiej terapii, jak pan się może domyślić, przypominał raczej strzęp człowieka.

– Kiedy to było?

– To nie ma znaczenia. Wkrótce po przerwaniu kuracji elektro-wstrząsowej Webley odwiedza ordynatora, który stawia nową diagnozę. Webley przychodzi na badanie czyściutki, porządny i pozbierany. I bardzo bystry. Zadziwiająco bystry, jeżeli się weźmie pod uwagę, że przyjmuje te koktajle z firmy SmithKline. Jest grzeczny, reaguje poprawnie, chce się leczyć. Doktor zaleca całą serię testów. Webley zdaje wszystkie dwadzieścia pięć. Cudowne wyleczenie. Opiszą go w piśmie Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychiatrycznego.

– Chyba się domyślam, na co się zanosi.

– Domyśla się pan? – Adler spojrzał na Grimesa rozbawiony. – Domyślił się pan, że po wypisaniu ze szpitala on wziął taksówkę, pojechał do ciotki i zgwałcił ją, a potem wypruł jej flaki, szukając schowanego mikrofonu, za pomocą którego miano rzekomo zdobyć przeciwko niemu dowody? Domyślił się pan, że piętnastoletnia córka ciotki weszła do domu w trakcie tych poszukiwań i że on jej zrobił to samo co matce? Domyślił się pan, że ośmioletniego syna ciotki uratowało to, że Webley zasnął wśród wnętrzności dziewczyny? No, zbladł pan. Ale ja jeszcze muszę panu powiedzieć coś najbardziej szokującego. Otóż on to wszystko sobie zaplanował. Miał iloraz inteligencji 146. Przestał brać leki, a potem, po paru dniach, poszedł do biblioteki i nauczył się na pamięć odpowiedzi na wszystkie dwadzieścia pięć testów. No i jak przyszło co do czego – poszło mu cholernie dobrze.

– Myśli pan, że Hrubek zrobił to samo? Że oszukał Kohlera?

– Oczywiście, że tak myślę! I Kohler kupił to, co on mu powiedział. To Kohler jest właściwie winien śmierci Callaghana. I pozostałych śmierci dzisiejszej nocy. Tak, Grimes, on jest odpowiedzialny.

– Bez wątpienia.

– Proszę mi powiedzieć, co pan o nim myśli. To znaczy o Kohlerze.

– To nadęta gnida.

Adler był zadowolony, że ktoś podziela uczucia, jakie on żywi do Kohlera, chociaż gardził Grimesem za to, że jest takim lizusem,

– To nie wszystko. Bo zastanówmy się, dlaczego on jest taki ślepy. Przecież nie jest głupi. Jest jaki jest, ale głupi nie jest na pewno. Więc dlaczego?

– Naprawdę nie…

– Chciałbym, żeby pan coś dla mnie zrobił.

– Ale, panie doktorze…

– Żeby się pan zabawił w detektywa.

Adler, który był w zasadzie szczupły, opuścił głowę, patrząc na Grime-sa ponad okularami, wskutek czego zrobił mu się pokaźny podwójny podbródek.

Było już bardzo późno, więc Grimes, który miał dosyć dyplomatycznego lawirowania, postanowił być odważny.

– Raczej nie mam na to ochoty – powiedział.

– Nie ma pan ochoty? – warknął Adler. – Niech się pan nie stawia. Ja chcę zobaczyć strach w pana oczach, młody człowieku. Nie jest pan nietykalny. Gdybym chciał obciąć panu jaja, to zrobiłbym to w jednej chwili. Byłoby to dla mnie łatwiejsze niż wykastrowanie tych sanitariuszy. Niech pan o tym nie zapomina. A teraz słucha mnie pan? Zabawi się pan w detektywa. Niech pan robi notatki, jeżeli nie może pan zapamiętać, co mówię. Jest pan gotowy? – zapytał drwiąco, zapominając, że mówi nie do niekompetentnej sekretarki, tylko do lekarza.

Kiedy wrócili z psem do sportowego samochodu, Heck nabrał przekonania, że Hrubek złapał okazję albo schował się w samochodzie pogotowia technicznego, które przyjechało wezwane przez kierowcę zepsutej maszyny.

No tak, teraz ten świr naprawdę chowa się w ciężarówce – powiedział sobie. Oparł się o samochód i zatrząsł się z zimna w nagłym podmuchu wiatru.

Cholera, zrezygnowałem z takiej forsy, z czternastu tysięcy, z prawie rocznej pensji, wygadywałem takie wzniosłe bzdury. I co? I zgubiłem trop. A ty, Jill, co byś zrobiła na moim miejscu? Powiedz, że też byś mu powiedziała, żeby się odpieprzył.

Ale Jill wcale by mu tak nie powiedziała. Heck wiedział, że popędziłaby do domu i schowała czek Kohlera w kasetce z biżuterią. A potem zasnęłaby snem sprawiedliwego.

W swojej różowej koszuli nocnej. Kochana Jill…

Nagle Emil podniósł łeb i znieruchomiał. A potem odwrócił się w stronę znajdującej się na północy szosy numer 236 i puścił się kłusem przed siebie. Heck podążył za nim. Poczuł, że linka napina się, bo Emil biegnie coraz szybciej.

Co tu się dzieje? – pomyślał Heck.

Powiał znowu wiatr, a Emil zaczął biec.

Heck spojrzał na asfalt i zamknął oczy ze złości na samego siebie.

– Cholera! O czym ja myślałem? Rower!

Heck rozkazał Emilowi, żeby się zatrzymał, po czym zbadał asfalt i znalazł ślad opony biegnący od samochodu do szosy. Ten ślad był bardzo szeroki – rowerzysta mógł ważyć jakieś trzysta funtów.

Ale najlepszym dowodem na to, że trafili na ślad Hrubeka, był sam Emil, który wciąż trzymał nos w powietrzu. To, że pies podnosi nos i przestaje obwąchiwać ślady na ziemi, a węszy w powietrzu, oznacza, że ścigany jedzie na rowerze albo na motocyklu. Prawdopodobnie wiatr przynosił zapach w ich stronę. Emil strzygł uszami i przenosił ciężar ciała z lewej łapy na prawą i z powrotem – gotowy do biegu.

Heck też był gotowy. Kiedy zapach wisi w powietrzu, najtrudniej jest tropić, bo najlżejszy wiatr może go rozwiać. A już burza, której się spodziewano, z pewnością spowodowałaby jego zniknięcie.

Heck poprawił rzemień przy pistolecie i owinął sobie linkę wokół lewej dłoni.

– Szukaj, Emil. Szukaj!

Pies ruszył naprzód szosą. Jeszcze raz byli na tropie.

Co tu się zmieniło?

Stanąwszy nad jeziorem w pobliżu patia, Lis przez moment była zdezorientowana. To miejsce wydało jej się znajome, a równocześnie obce. W chwilę później zrozumiała dlaczego. Poziom wody w jeziorze podniósł się tak bardzo, że zmienił się kształt linii brzegowej. To, co kiedyś było wzgórkiem porośniętym trawą i trzcinami, teraz zdawało się tworzyć zagłębienie, a skupisko małych, skalistych wysepek przypominające kształtem konstelację Oriona zniknęło, bo całkowicie przykryła je woda.

Lis zabrała się ponownie do pracy.

Obie z Portią nie wróciły do tamy, tylko postanowiły zbudować nowy wał bliżej domu, gromadząc worki w miejscu, gdzie przepust dochodził do trawnika. Jeżeli woda przelałaby się nad tamą, ten nowy wał – gdyby się utrzymał – zatrzymałby ją i woda nie zalałaby domu. A poza tym Lis wiedziała, że nie mają ani czasu, ani siły na to, żeby przetransportować kilka ton piasku na odległość stu jardów i przeprawiać się przy tym przez kamienisty przepust wypełniony wodą.

Portia napełniała worki piaskiem, a Lis przeciągała je albo zanosiła na improwizowaną linię obrony. Pracując, Lis spoglądała od czasu do czasu na siostrę. Portia zdjęła pierścionki i kryształowe korale, a jej delikatne dłonie z krótkimi, wypielęgnowanymi, ogniście czerwonymi paznokciami okrywały płócienne rękawiczki. Na głowie zamiast opaski z czarnej koronki Portia miała czapkę z napisem Boston Red Sox.

Zaabsorbowana pracą, energicznie machała łopatą, zgarniając duże kupki piasku i wkładając je do worków. Lis, która przez całe lata zajmowała się ogrodem, zawsze uważała, że jest silniejsza od siostry. Jednak teraz doszła do wniosku, że Portia jest co najmniej tak silna jak ona. Prawdopodobnie dzięki temu, że spędzała długie godziny w siłowni, na kortach. Siostra od czasu do czasu przerywała sobie, zdejmowała rękawiczkę, żeby zobaczyć, czy nie robi jej się odcisk, a potem wracała do pracy. Kiedy w pewnym momencie Lis spojrzała w stronę lasu, Portia nawinęła właśnie na palec kosmyk włosów i włożyła sobie jego koniec do ust. Już wcześniej Lis zauważyła u niej ten nawyk – nerwowy nawyk, którego prawdopodobnie nabrała ostatnio.

Ale właściwie skąd mam wiedzieć, czy nabrała tego nawyku ostatnio? – pomyślała Lis. Przyszło jej do głowy, że bardzo mało wie o życiu siostry. Portia opuściła dom w wieku lat osiemnastu i rzadko do niego wracała. Jeżeli już to robiła, to wpadała tylko na jedną noc albo na sobotni lub niedzielny obiad – zwykle z aktualnym narzeczonym. Nawet większość świąt spędzała poza domem – przeważnie z chłopcami, a czasami z koleżankami z pracy. Lis natomiast nigdy nie miała ochoty na Boże Narodzenie we dwoje w jakimś odległym hotelu, mimo że mogło to być romantyczne. Podczas letnich wakacji w czasie studiów Portia podróżowała z koleżankami albo pracowała w mieście. Kiedy po pierwszym roku wyleciała ze studiów, wyprowadziła się z mieszkania w Bronxville i przeniosła się na Manhattan. Lis pracowała wtedy w Szkole Średniej w Ridgeton i mieszkała w małym wynajętym domu w Redding. Miała nadzieję, że Portia po skończeniu studiów też przeniesie się w tę okolicę. Ale Portia z uśmiechem odrzucała tę propozycję, tak jakby to był jakiś szalony pomysł. Powiedziała, że musi mieszkać w Nowym Jorku, bo przyszedł czas na to, żeby „poznała miasto".

Lis przypomniała sobie, że zastanawiała się wtedy, co to znaczy i dlaczego jej siostra traktuje to jak obowiązkowy rytuał związany z przejściem do społeczności dorosłych.

Jak człowiek żyje, zastanawiała się Lis, kiedy „poznaje miasto"? Czy Portii czas upływa szybko czy powoli? Czy dziewczyna flirtuje ze swoim szefem? Czy plotkuje? Co jada na kolację? Gdzie kupuje środki piorące? Czy na przyjęciach pracowników agencji reklamowej zażywa kokainę? Czy ma swoje ulubione kino? Z czego się śmieje – z Monty Pythona czy z Roseanne? Jaką gazetę czyta rano? Czy sypia tylko z mężczyznami?

Lis starała się przypomnieć sobie, w jakim to okresie rozmawiała często z Portią. Doszła do wniosku, że przed śmiercią matki.

Chociaż nie, nawet wtedy nie zdarzało się to właściwie „często".

Siedemdziesięcioczteroletnia Ruth LAuberget dowiedziała się, że diagnoza jest beznadziejna, rok temu, w sierpniu, i natychmiast zaczęła grać rolę Pacjentki – rolę, do której zdawała się wprost stworzona, co Lis stwierdziła bez zdziwienia. Ruth odebrała wychowanie typowe dla wyższych sfer Bostonu i, zgodnie z zasadami, jakie jej wpojono, przyjęła postawę stoicką. Te zasady sprawiły też zresztą, że całe jej pokolenie było pokoleniem fatałistów, a także że jej mąż spodziewał się zawsze najgorszego. Nowa rola Ruth LAuberget była w istocie tylko pewną wariacją na temat roli, którą ona – posągowa kobieta o spokojnych oczach – grała od lat. Okropna choroba zastąpiła po prostu okropnego męża (Andrew w tym czasie już nie żył, pożegnawszy się z życiem w sposób pozbawiony wdzięku – w toalecie na lotnisku).

Zanim zachorowała, wdowa po LAubergecie zapadała się coraz głębiej w psychiczną otchłań. Wciąż szukała jakiegoś nowego ciężaru. A zachorowawszy, znalazła się znowu w swoim żywiole.

Chudła, więc musiała kupować coraz to nowe rzeczy. Kupując je, wybierała nie barwy, które przeważnie nosiła dotychczas – stanowiące dobre tło beże, szarości i odcienie piasku – tylko kolory kwiatów, które hodowała – czerwienie, żółcie i szmaragdy. Zaczęła nosić turbany w jaskrawe wzory zamiast chustek czy peruk, a pewnego razu, ku zdumieniu Lis, wpadła na Oddział Chemioterapii, wołając do pielęgniarek:

– Cześć, moje drogie, przyszła do was wasza ciocia!

Dopiero pod koniec zrobiła się ponura i bojaźliwa. W ten stan, jak się zdawało, wprawiała ją myśl o nieestetycznej i żenującej śmierci. To w tym czasie, już pod koniec, Ruth, zażywająca morfinę, opowiedziała Lis o swoich niedawnych rozmowach z mężem tak szczegółowo, że Lis dostała gęsiej skórki. Matka to sobie tylko wyobraziła – pomyślała wtedy. Przypo

mniała sobie to wszystko, rozmawiając dziś wieczorem z Owenem, kiedy siedzieli w patio.

Oczywiście, że ona sobie te rozmowy wyobraziła.

Jednak Lis zawsze na to wspomnienie przechodził zimny dreszcz.

Lis myślała, że choroba matki spowoduje, że ona i Portia staną się sobie bliższe. Jednak tak się nie stało. Portia spędzała tylko trochę więcej czasu w Ridgeton.

Lis wściekała się na nią za to, że tak zaniedbuje matkę. Pewnego razu pojechała z matką do Nowego Jorku na umówioną wizytę lekarską, postanowiwszy rozmówić się z siostrą przy tej okazji. Ale Portia przechytrzyła ją. Przygotowała jedną sypialnię w swoim mieszkaniu dla matki i nalegała, żeby Lis i matka zatrzymały się u niej. Odwołała randki, wzięła urlop, a nawet kupiła książkę kucharską z przepisami dla chorych na raka. Lis jeszcze dzisiaj miała przed oczami komiczny widok: Portię z rozpuszczonymi włosami stojącą na rozstawionych szeroko nogach na środku maleńkiej kuchni, wrzucającą mąkę do misek i jarzyny do rondli i szukającą rozpaczliwie sztućców, które się gdzieś zapodziały.

W ten sposób nie doszło do konfrontacji. Jednak kiedy Ruth wróciła do domu, Portia zachowywała dystans tak jak poprzednio i cały ciężar umierania spadł na Lis. Od tego czasu zdarzyło się między nimi niejedno i Lis przebaczyła już Portu. Właściwie to była zadowolona z tego, że w tych ostatnich chwilach pozostała z matką sama. Bo nie chciałaby dzielić z nikim tego doświadczenia. Wiedziała, że nigdy nie zapomni ostatnich dotknięć ręki matki, ręki, która wydała jej się dziwnie muskularna. Tuż przed śmiercią matka ścisnęła jej dłoń trzy razy. Przypominało to jakiś sygnał – jakby literę w alfabecie Morse'a.

Teraz nagle Lis zdała sobie sprawę, że chwyta z trudem oddech, bo wspominając, pracowała z coraz większą, rozpaczliwą energią i coraz szybciej. Przerwała pracę i oparła się o wał z worków mający już trzy stopy wysokości.

Zamknęła na chwilę oczy. Przestraszył ją głos siostry.

– No to – powiedziała Portia, wbijając łopatę w kupę piasku – chyba już czas zapytać: dlaczego, ale tak naprawdę dlaczego chciałaś, żebym przyjechała?

Lis naliczyła siedem worków napełnionych piaskiem, leżących u stóp siostry i gotowych do położenia na szczycie wału. Portia napełniła dwa następne i mówiła dalej:

– Nie było konieczne, żebym tu przyjeżdżała ze względu na sprawy związane ze spadkiem, prawda? Mogłam wszystko załatwić, nie ruszając się z miasta. Tak powiedział Owen.

– Już dawno tu nie byłaś. A ja rzadko bywam w Nowym Jorku.

– Jeżeli chcesz przez to powiedzieć, że rzadko się widujemy, to oczywiście masz rację. Ale ty myślisz jeszcze o czymś innym, prawda? Nie tylko o naszych stosunkach towarzyskich.

Lis, milcząc, patrzyła, jak kolejny worek szybko napełnia się mokrym piaskiem.

– Co to ma być? – mówiła dalej Portia. – Próba pogodzenia się ze mną?

Lis nie dopuściła do tego, żeby ubódł ją ironiczny ton siostry. Złapała jeden z worków za rogi i cisnęła go z wściekłością na szczyt wału.

– Może byśmy odpoczęły przez pięć minut?

Portia skończyła napełniać kolejny worek, wbiła łopatę w piach, zdjęła rękawiczki i zaczęła się przyglądać czerwonej plamie na swoim palcu wskazującym. Usiadła obok siostry na niskim wale z worków.

Po chwili Lis mówiła dalej:

– Chcę przestać uczyć. Portia nie była zdziwiona.

– Ja nigdy nie widziałam w tobie nauczycielki.

A co ona we mnie widziała? – zastanowiła się Lis. Domyślała się, że Portia ma jakieś zdanie na temat jej kariery zawodowej, podobnie zresztą jak na temat całego jej życia, ale nie miała pojęcia, jakie jest to zdanie.

– Ja lubię uczyć. Ale myślę, że czas na jakąś zmianę.

– Jesteś teraz bogata. Przestań w ogóle pracować.

– Nie, nie mam zamiaru tak po prostu rzucić pracy.

– A dlaczego? Siedź w domu i zajmij się ogrodem. Oglądaj telewizję. Znam gorsze sposoby na życie.

– Ty wiesz, gdzie jest Szkółka Langdellów?

– Nie. – Młoda kobieta zmrużyła oczy i pokręciła głową. – Zaraz, poczekaj, to jest tam zaraz przy szosie numer 236, tak?

– Chodziłyśmy tam ciągle. Z mamą. Pozwalali nam podlewać kwiaty w oranżerii.

– Coś sobie przypominam. To tam, gdzie mieli tyle cebuli. Lis roześmiała się cicho.

– Cebulek kwiatowych.

– No tak. Ta szkółka wciąż tam jest?

– Jest do kupienia. Szkółka i firma ogrodnicza będąca własnością tej rodziny…

– O Jezu! Zobacz…

Portia patrzyła na drugi brzeg jeziora. Woda zniosła starą przystań stojącą dotychczas na palach. Niesamowicie wyglądająca biała budowla z gnijących desek zsuwała się powoli do wody.

– Mieli ją rozebrać. – Lis kiwnęła głową w stronę przystani. – Wygląda na to, że w ten sposób oszczędzi się parę dolarów podatników… No, ale ja mówiłam o tej firmie ogrodniczej. – Potarła nerwowo dłonią o dłoń i poczuła, że są chłodne. – Chyba ją kupię.

Portia kiwnęła głową. Znowu owinęła sobie płowy kosmyk wokół palców i włożyła jego koniec do ust. W słabym świetle wyglądała bardzo blado, a jej wargi wydawały się czarne. Czy umalowała je, zanim przyszła tutaj i zabrała się za napełnianie worków?

– Potrzebny mi wspólnik – powiedziała Lis powoli. – Myślałam, że ty mogłabyś zostać moją wspólniczką.

Portia roześmiała się. Była ładną kobietą i potrafiła w jednej chwili, jak za przekręceniem kontaktu, stać się wcieleniem zmysłowości, uroku albo inteligencji. Jednak często śmiała się tak jakoś dziwnie gardłowo i ten śmiech, według Lis, odbierał jej cały wdzięk. Zdarzało się to przeważnie wtedy, kiedy Portia odnosiła się do kogoś krytycznie, nie chcąc mu tego otwarcie okazać i spodziewając się, że ten ktoś sam domyśli się, skąd wziął się ten jej stosunek do niego.

Lis poczuła gorąco na skroniach i zarumieniła się. – Ja się nie znam na prowadzeniu interesu. Nie znam się na sprawach finansowych, na marketingu i tak dalej, a ty się znasz.

– Ja się zajmuję reklamą. Nie jestem specem od biznesu.

– Ale wiesz o tych rzeczach więcej ode mnie. Zawsze mówiłaś, że chcesz przestać pracować w reklamie. W zeszłym roku chciałaś otworzyć butik.

– Każdy, kto pracuje w reklamie, mówi, że odejdzie i otworzy butik. Albo restaurację. Ale ty i ja jako wspólniczki?

– To dobra okazja. Langdell umarł w zeszłym roku, a jego żona nie chce tego dalej prowadzić. Żądają trzech milionów za wszystko. Sama ziemia jest warta dwa. Obecnie procenty hipoteczne są ogromne. A Angie mówi, że chce sama je częściowo sfinansować, jeżeli dostanie półtora miliona od razu.

– Ty mówisz poważnie, prawda?

– Ja potrzebuję odmiany. Kocham ogrody i…

– Jeżeli o to chodzi, to wiem, że z twojego punktu widzenia to ma sens. Pytałam o tę naszą spółkę.

– Oczywiście, że o tym też mówiłam poważnie. Ty zajmiesz się stroną finansową, a ja produkcją. Czy to nie brzmi profesjonalnie? „Produkcja".

Portia od pewnego czasu wpatrywała się w kupę napełnionych przez siebie worków. Wzięła jeden, przeniosła go w stronę wału i rzuciła na jego szczyt.

– Cholernie ciężkie, nie? – powiedziała zdyszana. – Może powinnam wsypywać mniej piachu?

– Mam mnóstwo pomysłów. Powiększyłybyśmy sam ogród i założyłybyśmy specjalną szklarnię dla róż. Mogłybyśmy nawet zorganizować wykłady i nagrać je na wideo. O tym, jak szczepić. I jak założyć pierwszy w życiu ogród. Ty znasz ludzi w branży filmowej. Gdybyśmy się wzięły do roboty, mogłoby naprawdę dobrze nam pójść.

Portia milczała przez dłuższą chwilę.

– Tak prawdę mówiąc, to miałam i tak odejść z pracy na początku roku. Chciałam popracować tylko tak długo, żeby nie stracić premii.

– Naprawdę? A ja właśnie w tym czasie chciałam kupić tę firmę. W lutym. Albo w marcu.

– Ale ja miałam zamiar odejść tylko na rok – powiedziała Portia pospiesznie. – No, może na kilka lat. Chciałam zrobić sobie taką przerwę w pracy. I w ogóle w tym czasie nie pracować.

– Aha. – Lis poprawiła jeden z worków. – A co byś robiła?

– Podróżowałabym. Bawiłabym się. Chciałam zająć się windsurfin-giem.

– To znaczy… chcesz nic nie robić?

– Oho, wiem, że mnie zganisz, mamusiu. Lis stłumiła gniew.

– Nie, nie. Po prostu jestem zaskoczona.

– Może znowu pojadę do Europy. Kiedy jeździłam tam z plecakiem, byłam biedna. No, a te podróże z rodzicami! Seńor LAuberget – przewodnik faszysta. „Chodźcie, dziewczynki, co wy tam robicie? Luwr zamykają za dwie godziny. Portia, nie waż się oglądać za tymi chłopcami". No, a ty byłaś chyba jedynym dzieckiem w dziejach ludzkości, które poszło spać bez kolacji, bo nie chciało wyjść… skąd?… co to było?

– Z ogrodu z rzeźbami w Muzeum Rodina – odparła Lis cichym głosem, śmiejąc się na to wspomnienie. – W wieku lat siedemnastu byłam ofiarą kultury.

Po chwili Portia powiedziała:

– Sądzę, Lis, że z tego nic by nie wyszło.

– Tylko na rok. Spróbujmy. Jeżeli okazałoby się, że to nie dla ciebie, to mogłabyś sprzedać swoje udziały.

– Mogłabym też stracić te pieniądze, prawda?

– Tak, chyba tak. Ale ja nie dam firmie splajtować.

– A co na to Owen?

Ano tak, to pytanie musiało paść.

– Można powiedzieć, że ma pewne zastrzeżenia.

Można też było powiedzieć, że ta sprawa omal nie stała się przyczyną rozwodu. Lis zaczęła myśleć o gospodarstwie ogrodniczym na krótko przed śmiercią matki, kiedy stało się jasne, że siostry odziedziczą duży majątek. Owen chciał zainwestować w akcje i we własną firmę prawniczą. Chciał zatrudnić kilku adwokatów i rozbudować biuro. Zapewniał ją, że to będzie najlepsza inwestycja.

Ale ona była nieugięta. To miały być jej pieniądze, a szkółka była tym, czego ona pragnęła. Jeżeli nie kupi Szkółki Langdellów, to kupi inną, położoną gdzieś niedaleko. Owen, jak przystało na doradcę ze zmysłem praktycznym, wytaczał swoje argumenty.

– Lis, ty chyba zwariowałaś. Szkółka? Przecież to coś sezonowego. Zależnego od pogody. Jeżeli zajmiesz się urządzaniem ogrodów, możesz mieć kłopoty finansowe. Wynajmiesz robotników – pojawi się kwestia ubezpieczenia… Jeżeli chcesz mieć ogród, to założymy jeszcze jeden, tutaj, koło domu. Wynajmiemy architekta, możemy…

– Ja chcę pracować. Co byś powiedział, gdybym kazała ci siedzieć w domu i czytać książki prawnicze dla rozrywki?

– Z prawa można żyć – odburknął Owen.

Ale im więcej mówił, tym bardziej ona upierała się przy swoim.

– Jezu, Lis. W najlepszym wypadku zarobisz na tym parę tysięcy na rok. Zarobiłabyś więcej, gdybyś oddała te pieniądze do banku na procent.

Lis rzuciła na stół egzemplarz czasopisma „Money".

– Tu jest artykuł o firmach, które przynoszą zysk. Przedsiębiorstwa pogrzebowe są na pierwszym miejscu. Ale ja nie chcę mieć przedsiębiorstwa pogrzebowego.

– Przestań być taka uparta! W banku pieniądze są przynajmniej ubezpieczone. Chcesz ryzykować całą tę sumę?

– Pani Langdell pokazała mi księgi. Oni od piętnastu lat mają z tego zyski.

Na chwilę zapanowało złowrogie milczenie.

– Więc już z nią o tym rozmawiałaś. Zanim przyszłaś z tym do mnie? Lis przyznała, że tak.

– Nie sądzisz, że przedtem powinnaś była poradzić się mnie?

– Nie rozmawiałam z nią zobowiązujące

– Nie dostałaś jeszcze pieniędzy, a już palisz się do tego, żeby je wyrzucać.

– To są pieniądze mojej rodziny.

W przeciętnej kłótni małżeńskiej teraz nastąpiłaby szermierka słowna. To twoje pieniądze, tak. Twoje! A przecież to ja cię utrzymywałem, kiedy był strajk nauczycieli… A kiedy ty straciłeś tego klienta dwa lata temu, pamiętasz, to żyliśmy z mojej pensji, z pensji nauczycielki! Ja załatwiam za darmo wszystkie sprawy związane z posiadłością… A przypomnij sobie, jak przez ileś miesięcy nie mogliśmy zapłacić za światło, bo ty zapisałeś się do klubu wiejskiego…

Jednak Owen nie rozpoczął takiej szermierki, tylko zrobił to, co potrafił robić najlepiej: zamilkł i wyszedł z domu. Złapał swoją starą strzelbę i poszedł w las, żeby zapolować na wiewiórki i króliki.

Lis została sama w domu i przez kilka godzin słuchała odległych strzałów i przypominała sobie lodowaty wyraz jego oczu.

Przez te kilka godzin zastanawiała się, czy straciła męża.

Owen wrócił zupełnie spokojny.

– Ja nie radziłbym kupować tej szkółki – powiedział – ale skoro ty się przy tym upierasz, będę cię reprezentował.

Lis podziękowała mu, ale ciężka atmosfera trwała jeszcze przez kilka dni..

Teraz Lis chciała powiedzieć siostrze, jakie zastrzeżenia miał Owen, ale Portia nie chciała tego słuchać. Pokręciła głową i powiedziała:

– Ta spółka mnie nie interesuje.

Po chwili Lis spytała: – Ale dlaczego?

– Bo jeszcze nie jestem gotowa do wyjazdu z Nowego Jorku.

– Nie musiałabyś wyjeżdżać. Ja robiłabym całą codzienną robotę. Spotykałybyśmy się kilka razy na miesiąc. Przyjeżdżałabyś tutaj. Albo ja jeździłabym do miasta.

– Mnie naprawdę potrzebny jest dłuższy urlop.

– Ale przynajmniej zastanów się nad tym. Dobrze? – prosiła Lis, starając się dostrzec w ciemnościach bladą twarz siostry.

– Nie, Lis. Przykro mi.

Lis, rozzłoszczona i rozżalona, chwyciła worek z piaskiem i cisnęła go na wał. Jednak źle oceniła odległość i worek wpadł do jeziora.

– Cholera! – krzyknęła Lis, starając się go wyłowić. Ale worek poszedł na dno.

Portia znowu okręciła sobie palce kosmykami włosów. Lis wstała.

– Jaki jest prawdziwy powód? – spytała.

– Ależ, Lis.

– Co by było, gdybym powiedziała, że nie chcę kupić szkółki? Co by było, gdybym się zapaliła do butiku na Madison Avenue?

Portia zacisnęła wargi, ale Lis nie ustępowała:

– Co by było, gdybym chciała razem z tobą jeździć po Europie i oceniać restauracje albo zamki? Albo gdybym ci zaproponowała, żebyśmy założyły szkołę windsurfingu?

– Lis, przestań.

– Cholera! To z powodu Indian Leap, tak? No powiedz!

– O Boże, Lis -jęknęła Portia, obracając się twarzą do siostry. I nic więcej nie dodała.

Nagle powierzchnia jeziora zabłysła w zielonym świetle błyskawicy, która pojawiła się na zachodzie i zaraz znikła za gęstymi chmurami.

– Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy – powiedziała w końcu Lis. – Przez sześć miesięcy nie powiedziałyśmy na ten temat ani słowa. To po prostu zalega między nami.

– Lepiej skończmy tę robotę. – Portia chwyciła łopatę. – Ta błyskawica nie wróży dobrze. Błysnęło się dość blisko.

– Proszę cię – szepnęła Lis.

W ciemności rozległ się jakiś dziwny odgłos. Kiedy się odwróciły, zobaczyły, że przystań zsunęła się ostatecznie do wody. Portia nic więcej nie powiedziała i zaczęła znowu napełniać worki.

Lis pozostała przy brzegu, słuchała zgrzytu łopaty i patrzyła na jezioro.

Kiedy przystań zanurzyła się w wodzie, za nią, wśród drzew pojawiła się jakaś biała postać. Przez chwilę Lis była pewna, że jest to stara kobieta idąca powoli, kulejąc, w stronę jeziora. Lis zamrugała i podeszła bliżej do brzegu. Z chodu kobiety można było wywnioskować, że jest chora i cierpiąca.

A później ta zjawa, podobnie jak przystań, zsunęła się do wody i zanurzyła się w spokojną, przypominającą onyks toń. To musiał być kawał płótna albo brezentu przymocowany do jakiejś konstrukcji, pomyślała Lis. A nie żaden duch.

Tak, to nie był żaden duch kobiety. Ona to sobie po prostu wyobraziła.

Abraham Lincoln umarł w nocy po wielogodzinnych męczarniach, które spowodowała okropna rana głowy ukryta pod gęstwiną wilgotnych od potu włosów. Tej nocy księżyc, który wyłonił się zza chmur we wschodniej części Stanów Zjednoczonych, był czerwony jak krew.

To dziwne zjawisko, wyczytał gdzieś Michael Hrubek, zostało potwierdzone przez kilka osób, z których jedną był pewien farmer z Illinois. Stojąc na polu świeżo posianego zboża, piętnastego kwietnia 1865 roku, farmer ten spojrzał na jasne niebo, zobaczył karmazynowy księżyc i zdjął z szacunkiem kapelusz, gdyż wiedział, że tysiąc mil stąd zakończył życie jakiś wielki człowiek.

Dziś w nocy nie było księżyca. Nad głową Hrubeka pedałującego na zachód szosą numer 236 wisiało zasnute chmurami niebo. Podróż, którą odbywał uciekinier, wymagała nie lada wysiłku. Hrubek przyzwyczaił się już co prawda do górskiego roweru i jechał nim z taką pewnością, z jaką jedzie zawodnik biorący udział w Tour de France. Męczyło go jednak to, że za każdym razem, kiedy na drodze pojawiło się światło – za nim albo przed nim – musiał zatrzymywać się i padać na ziemię. A potem leżeć pod osłoną jakiegoś krzaka czy drzewa, dopóki pojazd go nie minął. Kiedy to następowało, wskakiwał z powrotem na rower i zaczynał szybko pedałować na wolnym biegu, bo nie wiedział, jak posłużyć się przerzutką.

Przestraszył go błysk światła. Hrubek spojrzał ponad łąką i zobaczył posuwający się powoli samochód policyjny oświetlający swoimi reflektorami ciemny wiejski dom. Światło zgasło i samochód pojechał na wschód, oddalając się. Hrubek pedałował dalej. Poczuł, że jego niepokój wzrósł. I złapał się na tym, że myśli o swojej pierwszej sprawie z policją.

Miał wtedy dwadzieścia lat i aresztowano go za gwałt.

Był studentem prywatnego college'u położonego gdzieś w stanie Nowy Jork, w okolicy, która była dość ładna w środku lata, ale przez większość roku tak bezbarwna jak pogrążona w kryzysie gospodarka małego miasteczka i wsi położonych w pobliżu kampusu.

Na początku pierwszego semestru Michael unikał ludzi i był nerwowy, ale dobrze sobie radził z nauką, zwłaszcza na dwóch kursach z historii Ameryki. Jednak w okresie między Świętem Dziękczynienia a Bożym Narodzeniem zaczął stawać się coraz bardziej niespokojny. Miał trudności z koncentracją i nie był w stanie podjąć najprostszych decyzji – na przykład nie wiedział, którą pracę domową odrobić najpierw, kiedy pójść na lunch, czy lepiej umyć zęby przed oddaniem moczu czy po. Godzinami siedział w swoim pokoju, gapiąc się w okno.

Był w tym czasie prawie tak potężnie zbudowany jak teraz. Miał długie, kręcone włosy, neandertalskie brwi zrośnięte nad oczami i okrągłą twarz. Paradoksalne było to, że wyglądał na sympatycznego, dopóki się nie uśmiechnął albo nie roześmiał. Bo kiedy to zrobił, jego twarz, na której przeważnie malowało się zmieszanie, przybierała wyraz złośliwości. Nie miał przyjaciół.

Dlatego był zdziwiony, kiedy pewnej szarej marcowej niedzieli usłyszał pukanie do drzwi. Od kilku tygodni nie brał prysznica i od prawie miesiąca nie zmieniał dżinsów i koszuli. Nikt nie pamiętał, a już najmniej on sam, kiedy ostatnio sprzątał swój pokój. Jego współlokator już dawno uciekł od niego, przenosząc się do mieszkania swojej dziewczyny, z czego on był bardzo zadowolony, bo podejrzewał, że ten kolega fotografuje go, kiedy on śpi. Tego dnia Michael spędził dwie godziny zgarbiony nad biurkiem, usiłując przeczytać „Pieśń miłosną J. Alfreda Prufrocka" T. S. Eliota. Doszedł do wniosku, że jest to zadanie prawie nie do wykonania.

– Hej, Mike.

– A kto tam?

Byli to dwaj studenci pierwszego roku, którzy mieszkali w akademiku. Michael stał w otwartych drzwiach, przyglądając się im podejrzliwie. Studenci uśmiechnęli się szeroko i zapytali, jak mu leci. Michael patrzył na nich, nic nie mówiąc.

– Słuchaj, Michael, ty się za bardzo przemęczasz. Chodź z nami. W sali rekreacyjnej jest impreza.

– Zjesz coś z nami, dobrze?

– Ja się muszę uczyćl – jęknął Michael.

– Oj, nie. Chodź… Zabaw się trochę. Naprawdę, przepracowujesz się. Zjedz coś z nami.

No cóż, Michael lubił jeść. Jadał trzy duże posiłki dziennie i bezustannie coś przegryzał. Zwykle nie odmawiał też nikomu. Bo jeżeli komuś odmówił, to ogarniał go taki niepokój, że bolał go żołądek. Co oni sobie o mnie pomyślą? Co powiedzą?

– No… może bym poszedł.

– Fajnie. No to chodźmy.

I Michael, ociągając się, poszedł korytarzem za dwoma chłopakami. Skierowali się w stronę drzwi wspólnej sali, gdzie odbywała się hałaśliwa impreza. Kiedy przechodzili obok jednej z ciemnych sypialni, dwaj studenci zatrzymali się i przepuścili Michaela. A potem nagle wepchnęli go do sypialni i zatrzasnęli za nim drzwi.

Michael zawył przerażony i zaczął szarpać klamkę. Potknął się, na próżno szukając kontaktu. Podbiegł do okna, zerwał zasłonę i już miał stłuc szybę i wyskoczyć na znajdujący się czterdzieści stóp niżej trawnik, kiedy zauważył, że w pokoju znajduje się druga osoba. Była to dziewczyna, którą spotkał na paru zabawach – mająca nadwagę studentka pierwszego roku z okrągłą twarzą i bardzo krótko obciętymi kędzierzawymi włosami. Dziewczyna miała grube kostki u nóg, a na kluchowatych przegubach nosiła zwykle z tuzin bransoletek. Teraz była pijana. Leżała na łóżku ze spódnicą zadartą do pasa. Nie miała na sobie majtek. W jednej ręce trzymała szklankę z resztką soku pomarańczowego pomieszanego z wódką. Najwyraźniej straciła przytomność, potem ją odzyskała po to, żeby zwymiotować, a potem zasnęła.

Michael pochylił się nad nią i zaczął jej się przyglądać. Widok kobiecych genitaliów (które zobaczył po raz pierwszy w życiu) oraz zapach alkoholu i wymiotów wzbudziły w nim paniczny strach.

– Co ty ze mną wyrabiasz? – wrzasnął Michael do nieprzytomnej dziewczyny.

A potem zaczął walić całym ciałem ó drzwi. Narobił potężnego hałasu, który słychać było w całym akademiku. W korytarzu ryczano ze śmiechu. Michael upadł na łóżko, oddychając gwałtownie. Dostał ataku klaustrofo-bii, ze wszystkich porów skóry wydobywał mu się pot. W chwilę później stracił świadomość tego, co się z nim dzieje, i przestał cokolwiek widzieć. Pamiętał tylko, że odzyskał przytomność w momencie, gdy dwaj strażnicy, szarpiąc brutalnie, postawili go na nogi. Dziewczyna, która teraz też oprzytomniała, zaczęła obciągać spódnicę i krzyczeć wniebogłosy. Spodnie Michaela były rozpięte, a jego miękki penis zwisał na zewnątrz, skaleczony do krwi o zamek błyskawiczny spodni.

Michael nie przypominał sobie, co się stało. Dziewczyna twierdziła, że położyła się do łóżka, bo miała grypę. W pewnym momencie obudziła się i zobaczyła Michaela, który rozchylił jej nogi i gwałtownie w nią wchodził, mimo że rozpaczliwie protestowała. Wezwano policję, zawiadomiono rodziców. Michael spędził noc w areszcie, pilnowany przez dwóch policjantów, którzy tkwili przy nim zdezorientowani, gdyż nie byli przyzwyczajeni do pilnowania więźniów, którzy grożą, że ich zabiją, jeżeli nie dostaną natychmiast podręcznika historii, który zostawili w akademiku.

Dowody wskazywały na sprzeczne ze sobą wersje wydarzenia. Wokół pochwy dziewczyny znaleziono ślady trzech różnych substancji nawilżających prezerwatywy, ale Michael – w momencie gdy go przyłapał strażnik – nie miał na sobie.prezerwatywy. Nie znaleziono też żadnej prezerwatywy w pokoju. Adwokat wolał twierdzić, że dziewczyna sama wyjęła członek Michaela ze spodni, żeby upozorować gwałt, niż sugerować, że upiwszy się spółkowała z kilkoma studentami – co byłoby pewnie politycznie niepoprawne, ale w co skłonni byliby uwierzyć przysięgli.

Z drugiej strony kilkoro świadków twierdziło, że przestępstwo miało miejsce. Zresztą Michael nie raz i nie dwa odgrażał się, że zrobi krzywdę różnym mieszkańcom kampusu – zwłaszcza studentkom.

Najważniejszym jednak dowodem przestępstwa był fakt, że Michael Hrubek – potężnej budowy chłopak, prawie dwa razy większy od dziewczyny – został przyłapany ze spuszczonymi spodniami, co prokurator stwierdził z wielkim zadowoleniem. Na domiar złego Michael, po tym jak go przyłapano, zaczął obrzucać obecnych epitetami i nie był w stanie wypowiadać się spójnie. Jego wyjaśnienia w sądzie na pewno przyniosłyby mu więcej szkody niż pożytku. Wobec tego jego adwokat zrezygnował z linii obrony zmierzającej do wykazania jego niewinności i Michael dostał wyrok ograniczający jego wolność i poddający go leczeniu w szpitalu stanowym znajdującym się w pobliżu jego miejsca zamieszkania.

Po sześciu miesiącach Michael został wypisany ze szpitala i wrócił do domu rodziców.

Kiedy znalazł się w Westbury, szaleństwo i rozsądek zaczęły się szybko mieszać w jego głowie. Pewnego dnia, jesienią, Michael oświadczył matce, że chce wrócić na uczelnię.

– Mam zamiar studiować tylko historię. Lepiej będzie dla nich, jeżeli mi na, to pozwolą – powiedział. – Aha, i chcę zostać księdzem. Nie będę uczył się niczego więcej. Ani matematyki, ani angielskiego, ani algebry. Nie ma o tym mowy, do cholery! Tylko historii.

A jego matka, przewracająca się w nie pościelonym łóżku, matka

0 blond włosach sztywnych jak słoma, spojrzała na niego mętnymi oczami

1 zdumiona jego żądaniami roześmiała się.

– Chcesz wrócić na studia? Mówisz poważnie? Ale pomyśl tylko, co ty zrobiłeś! Czy ty wiesz, co zrobiłeś tej dziewczynie?

Nie. Michael nie wiedział, co zrobił. Nie miał pojęcia. Pamiętał tylko jakąś dziewczynę, która leżała koło niego i z powodu której musiał zrezygnować ze swoich ukochanych zajęć z historii.

– To kurwa! Ona kłamała! Dlaczego nie mogę wrócić na studia? Czy nie jestem wystarczająco modny? No powiedz, nie jestem? Księża są bardzo modni. Pewnego dnia napiszę o nich książkę. Oni często pieprzą małych chłopców.

– Idź do swojego pokoju! – krzyknęła matka przez łzy, a on – mężczyzna dwudziestoparoletni, dwa razy większy od niej – uciekł jak zbity pies.

Od tamtej pory często wracał do tego tematu.

– Naprawdę – zawodził -ja chcę wrócić na studial Obiecywał, że będzie się pilnie uczył i że zostanie cholernym księdzem,

żeby ją uszczęśliwić. Mówił, że będzie nosił koronę cierniową na zakrwawionej głowie i spowoduje, że ludzie będą wstawali z grobów.

– Jezus nosił koronę cierniową, bo zmartwychwstał – wyjaśnił jej pewnego razu. – Dlatego róże mają ciernie.

– Michael, ja wychodzę z domu – odpowiedziała mu na to.

– Masz zamiar uciec ode mnie? Dokąd idziesz? Na zajęcia ze sta-nik-tys-ty-ki? Będziesz miała na sobie stanik, kiedy ksiądz cię będzie pieprzył?

Matka wyszła z domu. Nie nazywała go już swoim małym żołnierzykiem. Jej paznokcie nie były już tak czerwone jak żarzący się papieros. A te maski, co miała na oczach, często rozmazywały się i spływały czarnymi strumyczkami po matowej skórze jej policzków.

Och, mamo, co ty masz na sobie? Zdejmij ten kapelusz. Zdejmij tę koronę. Te wszystkie zakrwawione ciernie! Bo mnie się to wcale nie podoba. Wcale a wcale. Przepraszam za to, co powiedziałem o tobie i żołnierzach. Proszę cię, proszę, zdejmij to!

Michael Hrubek, niezmiernie podniecony, pedałował uparcie szosą numer 236, pedałował z prędkością dwudziestu mil na godzinę i był tak pogrążony w tych przykrych wspomnieniach, że nie usłyszał nieoświetlonego i cicho jadącego samochodu policyjnego. Nie usłyszał go, dopóki ten samochód nie znalazł się o dziesięć stóp od tylnego koła jego roweru. Nagle zapaliły się światła i rozległa się syrena.

– O Boże, Boże, Boże! – krzyknął Hrubek. Ogarnęła go panika. Rozległ się przeraźliwy głos płynący z megafonu:

– Hej, ty! Zatrzymaj się i zsiadaj z roweru! Tył głowy Hrubeka oświetliło światło reflektora.

Gliny! – pomyślał. Agenci! FBI! Zatrzymał się, a policjanci wysie z samochodu.

– Zejdź z roweru, młody człowieku.

Hrubek niezdarnie zszedł. Policjanci podeszli do niego ostrożnie.

– Ależ on jest wielki – szepnął jeden z nich.

– W porządku. Możemy zobaczyć jakiś dowód tożsamości? Jebani spiskowcy – pomyślał Hrubek. A głośno zapytał:

– Jesteście panowie agentami federalnymi?

– Agentami? – parsknął śmiechem jeden z policjantów. – Nie, jesteśmy zwykłymi policjantami. Z Gunderson.

– Proszę tu podejść. Ma pan prawo jazdy? Hrubek usiadł tyłem do policjantów i spuścił głowę.

Policjanci spojrzeli na siebie, nie wiedząc, jak się do tego ustosunkować. Hrubek uprzedził ich, krzycząc: ■

– On zabrał mi wszystko! Uderzył mnie kamieniem w głowę. Proszę spojrzeć na moją rękę. – Podniósł otartą dłoń. – Szukałem kogoś, kto by mi pomógł.

Policjanci zbliżyli się nieco, ale zatrzymali się w bezpiecznej odległości.

– Mówi pan, że ktoś pana napadł? Jest pan ranny? Proszę o jakiś dowód tożsamości.

– Czy to on? – zapytał jeden z policjantów.

– Chcemy tylko zobaczyć pański dowód tożsamości. Prawo jazdy. Cokolwiek.

– On zabrał mi portfel. Wszystko mi zabrał.

– Został pan obrabowany?

– Jest ich kilku. Zabrali mi portfel i zegarek. Ten zegarek – dodał Hrubek uroczyście – to był prezent od mojej matki. Gdybyście lepiej pilnowali tej drogi, to nie dochodziłoby do tylu przestępstw.

– Przykro mi, że spotkało pana takie nieszczęście. Czy mógłby pan podać nam swoje nazwisko i adres…

– Nazywam się John W Booth.

– On chyba nazywa się inaczej – powiedział jeden policjant do drugiego, tak jakby rozmawiali w obecności nic nie rozumiejącego dziecka.

– Ja nie pamiętam jego nazwiska. Ale on podobno jest nieszkodliwy.

– Możliwe, ale jest duży.

Jeden z policjantów podszedł bliżej do Hrubeka, który kołysał się, siedząc, płakał i zawodził.

– Bylibyśmy wdzięczni, Johnnie – powiedział – gdybyś wstał i podszedł do samochodu. W szpitalu bardzo się o ciebie martwią. Chcemy cię tam zawieźć. Nie chcesz wrócić do domu? – zapytał przymilnie. – Dostaniesz tam mleka i ciasta. Może szarlotki.

Stanął za Hrubekiem i skierował światło latarki na jego puste dłonie, a potem na jego błyszczącą niebieskawą głowę.

– Dziękuję panu. Wie pan, ja rzeczywiście chciałbym wrócić. Tęsknię za szpitalem.

Hrubek odwrócił się i, uśmiechając się uprzejmie, wstał i podał rękę policjantowi. Policjant też się uśmiechnął – zaciekawiony sympatycznym gestem młodego człowieka – i schwycił mięsistą dłoń Hrubeka, zbyt późno uświadamiając sobie, że szaleniec chce mu złamać nadgarstek. Kość trzasnęła, a policjant z krzykiem osunął się na kolana, upuszczając latarkę. Drugi policjant sięgnął po broń, ale Hrubek był szybszy i wycelował w niego z kradzionego colta.

– Nieźle sobie radzisz – powiedział z ironicznym uśmiechem – ale rzuć to, no już!

Policjant rzucił broń.

– O Jezu – jęknął.

Hrubek wyciągnął pistolet z olstra rannego i cisnął go w zarośla. Ranny policjant skulił się na ziemi, trzymając się za nadgarstek.

– Słuchaj – zwrócił się do Hrubeka jego kolega – narobisz sobie tylko kłopotów.

Hrubek odgryzł sobie kawałek paznokcia, spoglądając z góry na policjantów.

– Nie powstrzymacie mnie – powiedział. – Ja to zrobię. Potrafię to zrobić i zrobię to. I to szybko!

Ostatnie jego słowa zabrzmiały jak okrzyk wojenny. Wydając ten okrzyk, Hrubek podniósł rękę nad głowę i potrząsnął pięścią.

– Proszę cię, młody człowieku, odłóż broń. – Ranny policjant mówił łamiącym się głosem, z nosa mu kapało. – Nie stało się nic strasznego. Nikt nie został jeszcze pokrzywdzony.

Hrubek spojrzał na niego tryumfująco. Splunął.

– Nieźle, gliniarzu, nieźle. Ale mylisz się. Wszystkim stała się krzywda. Wszystkim, wszystkim, wszystkim! I to jeszcze nie jest koniec.

Owen Atcheson zaparkował swój samochód przy szosie numer 236, tuż obok dużego, świeżo zaoranego pola, siedem mil na zachód od wysokiej skały, na której znalazł ślady Hrubeka. Zgodnie z przewidywaniami, odkrył głębokie ślady stóp świadczące o tym, że Hrubek posuwał się równolegle do szosy. Ślady znajdowały się w sporej odległości od siebie i były bardzo głębokie od strony palców, co oznaczało, że Hrubek poruszał się szybko, biegiem.

Owen zatrzymał się koło zamkniętej stacji benzynowej i zadzwonił z automatu do Gospody. Poinformowano go, że pani Atcheson i jej siostra telefonowały i powiedziały, że przyjadą trochę później, ale do tej pory się nie zjawiły.

– Czy mówiły, dlaczego będą później?

– Nie, proszę pana. Czy chce pan zostawić wiadomość?

Owen zastanawiał się przez chwilę. Pomyślał, że mógłby zostawić Lis zaszyfrowany komunikat: „Gość posuwa się na zachód, ale nie zawiadamiaj o tym nikogo". Jednak zaraz przyszło mu do głowy, że to zbyt ryzykowne, bo recepcjonistka mogłaby stać się podejrzliwa albo pomylić się, przekazując jego słowa.

– Nie – powiedział. – Spróbuję zadzwonić do domu.

Ale w domu nikt nie podniósł słuchawki. Może już wyjechały, pomyślał i postanowił zadzwonić później do Gospody.

Było teraz bardzo ciemno. Chmury całkowicie pokrywały niebo. Powietrze stawało się chłodniejsze. Owen włączał latarkę jak najrzadziej – tylko wtedy, kiedy wydawało mu się, że widzi jakiś ślad, i trzymał ją bardzo nisko przy ziemi, żeby nie było widać światła. Ruszył przed siebie – powoli, bardzo powoli. Każdy żołnierz wie, że w sytuacji gdy się kogoś ściga, ten ścigany ma znaczną przewagę.

Owen przewrócił się kilka razy, zaczepiwszy nogą o jakieś druty albo o wici forsycji. Zwalał się na ziemię ciężko, za każdym razem padając na bark albo na bok dla złagodzenia impetu i ani razu nie ryzykując złamaniem palca czy nadgarstka. Nie natknął się więcej na pułapki. I tylko raz wpadł w desperację – wtedy, kiedy trop zniknął. Zdarzyło się to na dużej łące porośniętej trawą, mającej dwadzieścia akrów i otoczonej ze wszystkich stron gęstym lasem. Owen znajdował się w tym momencie o dwieście jardów od szosy numer 236. Stanął na środku łąki i rozejrzał się. Łąka przechodziła w długi przesmyk między skalistymi pagórkami prowadzący na południe, w stronę torów kolejowych i gęściej zaludnionych części hrabstwa. Po torach przejeżdżały regularnie pociągi towarowe i możliwe było, że Hrubek wskoczył na wagon jednego z nich. Albo że poszedł po prostu na południe w stronę Boyleston – miasta, w którym znajdowały się stacja kolejowa i dworzec autobusowy.

Tracąc stopniowo nadzieję, Owen kręcił się bez celu po trawie. Od czasu do czasu zatrzymywał się, nasłuchując. Ale zamiast odgłosów kroków słyszał tylko sowy i klaksony ciężarówek albo jakieś dziwne szelesty. Po dziesięciu minutach takiego krążenia zauważył, że wśród drzew rosnących na zachód od niego coś błysnęło. Wiedziony instynktem, skierował się w tamtą stronę. Kiedy wszedł w klonowy zagajnik, zgiął się wpół i tak posuwał się dalej. Przeszedł przez obszar porośnięty młodymi drzewkami i dotarł do miejsca, gdzie był prześwit. Posługując się pistoletem, odsunął na bok pokrytą rosą gałąź świerku kanadyjskiego i aż mu dech zaparło ze zdumienia. Patrzył, a zimne krople rosy spadały mu na szyję i twarz.

Okrążając powoli zepsuty MG, Owen przyglądał się ziemi. Kopnął białą zwierzęcą czaszkę. Od razu poznał, że to czaszka fretki. Na poboczu było mnóstwo śladów stóp i opon. Niektóre wyglądały jak ślady Hrubeka. Zostały one jednak w znacznym stopniu zadeptane przez ludzi, którzy byli tu po nim. Owen zobaczył też ślady psich łap i zastanawiał się przez chwilę, czy tropiący wiedzą, że Hrubek posuwa się na zachód. Ślady świadczyły o tym, że z tropiącymi był tylko jeden pies, a nie te trzy, które ścigały Hrubeka od miejsca jego ucieczki.

Owen jeszcze raz obszedł samochód, sprawdzając pobocze i okoliczne zarośla. Nie było śladów Hrubeka prowadzących w którymkolwiek kierunku. Owen podparł się pod boki i spojrzał ponownie na samochód. Tym razem zauważył uchwyty, do których można było przymocować rower, jednak nie przyszło mu do głowy, że Hrubek ten rower ukradł. Któryż uciekinier, pomyślał, zwiewałby na rowerze po odkrytej szosie?

Ale zaraz, chwileczkę… Michael Hrubek był szaleńcem kierującym się swoją własną logiką. Rower? Dlaczego nie? Owen obejrzał ziemię wokół samochodu i zobaczył ślady opon – raczej szerokie. Były to albo opony balonowe, albo opony roweru, na którym jechał ktoś bardzo ciężki. Owen jeszcze raz spojrzał na samochód. Uchwyty roweru były w stanie wskazującym na to, że ktoś zdjął rower, posługując się siłą.

Owen pojechał po śladach opon. Na skrzyżowaniu drogi wiejskiej z szosą numer 236 znalazł miejsce, gdzie rowerzysta się zatrzymał, prawdopodobnie zastanawiając się, którędy jechać dalej.

Nie zdziwiło go to, że obok śladu opon znalazł odcisk buta Hrubeka.

Ani to, że rowerzysta zdecydował się skręcić na zachód.

Dorn był właściwie byle jak skleconą budą stojącą przy końcu nie brukowanej drogi wijącej się przez mizerny las. BMW zatrzymało się na małym błotnistym podwórku wśród wyrzuconych części samochodowych, kawałków blachy, pogryzionych przez termity kawałków drzewa opałowego i beczek po smarze pociętych palnikiem acetylenowym. Na widok tych beczek Kohler pomyślał, że to podwórko wygląda jak miejsce, w którym ktoś chciał zająć się produkcją rożnów do barbecue, ale zabrakło mu acetylenu albo ochoty i rzucił tę robotę.

Kohler wysiadł z samochodu i podszedł do domu. Trąc sobie głęboko osadzone zaczerwienione oczy chudymi palcami, zapukał w drzwi z siatki. Nie było odpowiedzi, chociaż z wnętrza dobiegał jazgot telewizora. Kohler zapukał jeszcze raz, głośniej.

Kiedy drzwi się otworzyły, poczuł zapach alkoholu, silniejszy niż bardzo silny zapach dymu unoszący się w powietrzu i świadczący o tym, że w tym domu palono drewnem.

– Cześć, Stuart.

Stuart odpowiedział dopiero po dłuższej chwili:

– Nie spodziewałem się pana. A chyba powinienem był się spodziewać. Zaczęło już padać? Podobno to ma być cholerna burza.

– Czy mogę wejść na parę minut?

– Moja dziewczyna… nie ma jej dzisiaj w domu. Stuart Lowe wciąż stał w drzwiach.

– To nie zajmie dużo czasu.

– No dobra.

Kohler wszedł do małej bawialni.

Łóżko, na którym leżały dwa koce, wyglądało jak łóżko chorego. Był to dziwny mebel – bambusowy, z poduszkami w powłoczkach drukowanych w pomarańczowe, brązowe i żółte ciapki. Wzbudził w Kohlerze bolesne wspomnienia: stanęła mu przed oczami wyspa Tahiti, na której spędzał swój miesiąc miodowy i na którą pojechał po rozwodzie, w trzydzieści trzy miesiące później. Te dwa tygodnie spędzone na wyspie to były jego jedyne wakacje w ciągu ostatnich siedmiu lat.

Kohler usiadł na krześle z wysokim oparciem. Sanitariusz ubrany był teraz nie w swój przepisowy niebieski kombinezon, ale w dżinsy i koszulkę trykotową oraz białe skarpetki. Nie miał na nogach butów. Jego ręce były obandażowane, a lewe oko podbite. Na czole i policzkach miał małe ranki pomalowane na brązowo betadyną. Usiadł na łóżku i spojrzał na koce, jakby się dziwił, że wystaje spod nich pościel.

W telewizji śpiewał przeraźliwym głosem Jackie Gleason. Lowe wyciszył go.

– Złapali go już? – zapytał, spoglądając na telefon, przez który dostałby na pewno wiadomość, gdyby tak było.

Kohler powiedział, że nie.

Lowe kiwnął głową i roześmiał się na widok Jackiego Gleasona potrząsającego pięścią.

– Chciałbym cię zapytać o parę rzeczy – powiedział Kohler tonem towarzyskiej rozmowy.

– Nie mam wiele do powiedzenia.

– Ale ja chcę cię zapytać.

– Skąd pan o tym wie? Adler chciał to utrzymać w tajemnicy.

– Mam swoich szpiegów – odparł Kohler, nie uśmiechając się. – No więc jak to było?

– No… Zobaczyliśmy go i pobiegliśmy za nim. Ale było dość ciemno. Było cholernie ciemno. Musiał nieźle znać teren. Przeskoczył przez rów, a my do tego rowu wpadliśmy.

Lowe zamilkł i spojrzał na ekran, na którym migała teraz jakaś reklama samochodów. – Niech pan patrzy na te napisy. Kto to przeczyta w trzy sekundy? To kretynizm.

Pokój był nie tyle brudny, co utrzymany w ponurych barwach. Ryciny na ścianach – wcale niezłe pejzaże morskie – były ciemne, a dywan szary, podobnie zresztą jak koce, pod którymi Lowe, pragnący sprawić wrażenie, że się wcale nie kładł, leżał pięć minut temu.

– Jak się czujesz?

– Niczego mi nie złamał. Boli mnie wszystko, ale nie jestem poszkodowany tak jak Frank. On gorzej oberwał.

– Co mówił Adler?

Lowe przypomniał sobie odpowiednie słowa i przekazał je Kohlerowi. Adler nie powiedział wiele. Chciał wiedzieć, jak Lowe się czuje i w którą stronę zmierza Hrubek.

– Nie był zadowolony, że Hrubek nam uciekł.

U dołu ekranu telewizora pojawił się napis informujący, że w Morri-stown tornado spowodowało śmierć dwóch osób. Państwowa Służba Meteorologiczna, informował przesuwający się napis, będzie nadawała dalsze komunikaty ostrzegające przed tornadem i powodzią do godziny trzeciej nad ranem. Obaj mężczyźni wpatrzyli się w te słowa i obaj zapomnieli o nich prawie natychmiast po zakończeniu komunikatu.

– Czy Michael coś mówił? Wtedy, kiedy go znaleźliście.

– Nie przypominam sobie dokładnie. Chyba coś powiedział o tym, że my mamy na sobie ubrania, a on nie. Może coś jeszcze. Nie wiem. Nigdy w życiu tak się nie bałem jak wtedy.

– Frank Jessup mówił mi o tych lekach – powiedział Kohler.

– To Frank o tym wie? Myślałem, że nie ma o tym pojęcia. Zaraz, a może to ja mu powiedziałem?

Lekarz wskazał głową ekran.

– To mój ulubiony program.

– Art Carney? Tak, jest naprawdę śmieszny. Ja lubię Alice. Baba wie, co robi.

– Frank nie był pewien, jak dawno Michael odstawił leki. Mówił, że on chował je za policzkiem przez dwa dni.

– Dwa? – Lowe pokręcił głową. – Skąd mu się to wzięło? Ja myślę, że z pięć.

– Szpital chyba chce to ukryć.

Lowe zaczął się odprężać, na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi.

– Tak powiedział mi Adler. Ale to nie moja sprawa. To znaczy… Nagle wyraz ulgi zniknął z jego twarzy. Dodał:

– O cholera. Właśnie się wygadałem, nie?

Wyraźnie był zdziwiony, że tak łatwo dało się z niego wyciągnąć tajemnicę.

– Ja musiałem to wiedzieć, Stu. Jestem jego lekarzem. Muszę wiedzieć. Na tym polega moja praca.

– A ja stracę przez to moją pracę. Dlaczego pan mnie tak wykiwał?

Kohlera nie interesował wcale los Lowe'a. Skóra mu ścierpła, bo pomyślał, że jego podejrzenie się potwierdziło. Podczas ostatniej sesji przed ucieczką, wczoraj, Michael Hrubek, patrząc mu w oczy, okłamał go. Powiedział, że bierze wszystkie leki i że czuje się dobrze. Trzy tysiące miligramów! Hrubek celowo przestał brać i okłamał go po pięciu dniach. Przy tym kłamał mistrzowsko. A przecież, w przeciwieństwie do psychopatów, schi-zofrenicy rzadko świadomie kręcą.

– Musisz mi powiedzieć więcej, Stu. Hrubek to bomba zegarowa. Adler chyba tego nie rozumie. Ajeżeli rozumie, to nie przejmuje się tym zbytnio. Ty znasz Hrubeka lepiej niż większość lekarzy z Marsden – dodał uspokajająco. – Musisz mi pomóc.

– Ja muszę tylko jedno: zachowywać się tak, żeby nie stracić pracy. Zarabiam dwadzieścia jeden tysięcy na rok, a wydaję dwadzieścia dwa. Adler urwie mi głowę za samo to, że powiedziałem to, co już powiedziałem.

– Ron Adler nie jest Bogiem.

– Nie powiem nic więcej.

– Dobra, Stuart. Powiesz mi, czy mam wykonać parę telefonów?

– Kurwa mać!

Puszka z piwem poleciała na szarą ścianę, piana wylała się z niej na brudny dywanik. Nagle okazało się, że ogień na kominku jest dla Stuarta Lowe czymś niezwykle ważnym. Stuart zerwał się i włożył do kominka trzy dodatkowe polana. Pomarańczowe iskry posypały się na palenisko wspaniałą kaskadą. Lowe wrócił na łóżko i przez chwilę nic nie mówił. Kohler przypuszczał, że oznacza to, że przyjął warunki umowy, która w rzeczywistości nie była żadną umową. Cichy trzask wyłącznika telewizora był znakiem, że Lowe się poddał.

– Czy on magazynował tę thorazynę, czy wyrzucał ją do ubikacji?

– Magazynował ją, bo ją znaleźliśmy.

– He jej było?

– Z pięciu pełnych dni – powiedział zrezygnowany Lowe. – Trzy tysiące dwieście dziennie. Teraz jest już szósty dzień jego niebrania.

– Czy z jego zachowania dziś wieczorem mogliście się zorientować, co on zamierza dalej?

– On po prostu stał w stroju prawie adamowym i patrzył na nas tak, jakby był zaskoczony. Ale tak naprawdę to wcale nie był zaskoczony.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Nic. – Lowe splunął. – Naprawdę nic.

– Powiedz mi, co on mówił. Ale dokładnie.

– A Frank tego panu nie powiedział? Przecież pan z nim rozmawiał. Lowe popatrzył na Kohlera rozgoryczony, zastanawiając się, czy lekarz robi z niego idiotę. Kohler nie miał wyboru. Musiał się przyznać.

– Frank miał zabieg. Nie odzyska przytomności do jutra rana.

– Jezu miłosierny.

– Co Michael mówił? No, powiedz mi, Stu.

– Mówił coś o śmierci. Że musi iść na spotkanie śmierci czy coś takiego. Ja nie wiem. Może miał na myśli jakiś pogrzeb albo cmentarz. Byłem zaskoczony. I próbowałem pomóc Frankowi się bronić.

Kohler nic nie odpowiedział, a sanitariusz mówił dalej:

– Broniliśmy się za pomocą tych gumowych rzeczy, które dostaliśmy ze szpitala.

– Za pomocą pałek?

– Chciałem go unieszkodliwić. Walnąć w głowę. Ale on nie czuje bólu. Wie pan o tym.

– No tak – zgodził się Kohler, myśląc, że jego rozmówca jest żałosnym kłamcą, i czując litość dla tego człowieka, który w rzeczywistości zostawił swego towarzysza, wystawiając go na niebezpieczeństwo utraty życia.

– Ja nie słyszałem nic więcej. Potem Michael złapał pałkę i rzucił się na mnie…

– A teraz powiedz mi, co naprawdę mówił Adler.

Lowe zrobił wydech, wydymając przy tym policzki. I w końcu powiedział:

– Kazał mi nic nie mówić o tych lekach. Nic nikomu. I chciał wiedzieć, czy Michael mówił coś o tej pani z Ridgeton. On jej posłał jakiś list, czy coś takiego.

– O jakiej pani?

– Jakiejś tam babie, co zeznawała na procesie. Nie wiem dokładnie. Adler pytał mnie, czy Michael coś o niej mówił.

– A mówił?

– Nie.

– A co to za list?

– Ja nic nie wiem o tym liście. Adler zakazał mi o nim mówić.

– Kiedy on go wysłał?

– Skąd mam wiedzieć, do cholery?

– A jak ta kobieta się nazywa?

– Pan chce mnie zniszczyć. Nie złapałem pańskiego pacjenta i dlatego pan się na mnie mści. Niech się pan przyzna.

– Jak ona się nazywa, Stu?

– Liz jakaś tam. Zaraz. Lis Atcheson. Chyba tak.

– Czy masz mi jeszcze coś do powiedzenia?

– Nie – odburknął pośpiesznie Lowe.

Kohler zaczął mu się uważnie przyglądać. Sanitariusz wreszcie nie wytrzymał i powiedział:

– No, był jeszcze ten drut.

– Drut?

– Powiedziałem o tym Adlerowi i Grimesowi, a oni kazali mi przysiąc, że nie pisnę słowa na ten temat. O Jezu… co za cholerna historia.

Kohler nawet nie drgnął. Wpatrywał się w sanitariusza, który odezwał się cicho, jak gdyby Adler znajdował się w tym samym pokoju:

– Myśmy się nie przewrócili tak po prostu.

– Tylko jak?

– Przeskoczyliśmy przez ten rów z łatwością. Ale Michael przeciągnął tam drut. Wiedział, że będziemy tamtędy biegli. Przeciągnął ten drut i naprowadził nas na niego.

Kohler był zdumiony.

– Co ty mówisz?

– Co mówię? To, co pan styszyl Mówię, że pana pacjent przestał brać i okazał się bardzo sprytny. Na tyle sprytny, żeby zastawić na nas pułapkę. I omal nas nie zabił, do cholery.

Sanitariusz przypieczętował swoje zeznanie, włączając znowu telewizor, po czym skulił się na łóżku i nie chciał powiedzieć nic więcej.

Mijając granicę Gunderson, Heck nacisnął lewą stopą hamulec, żeby nie uderzyć sarny, która weszła na drogę, jakby chcąc się przekonać, jakie skutki będzie miała kolizja z jednotonową furgonetką.

Potem Heck wjechał z powrotem na własny pas ruchu i pojechał dalej szosą numer 236. Prowadził jak nastolatek i wiedział o tym. Robił to nawet wtedy, kiedy, tak jak teraz, stosował drastyczny środek polegający na przypięciu niezadowolonego Emila niebieskim płóciennym pasem bezpieczeństwa, który pies natychmiast zaczynał gryźć. Za ciężarówką wirował kurz osiadający białą warstewką na jesiennych liściach.

– Przestań – powiedział Heck podniesionym głosem, przekrzykując warkot silnika.

Wiedział, że gdyby użył słów: „Nie gryź" albo „Zostaw ten pas", mózg Emila zarejestrowałby je jako nic nie znaczące ludzkie pomruki, które można zignorować. Jednak i ta znana Emilowi komedia nie odniosła skutku i Heck dał sobie z tym spokój.

– Dobry pies – powiedział, czując przypływ serdecznych uczuć, i wyciągnął rękę, chcąc podrapać duży łeb. Pies jednak odsunął łeb z rozdrażnieniem.

– Cholera – mruknął Heck. – Powtarzam się.

Uświadomił sobie, że ten ruch psa przypomina mu sposób, w jaki Jill odsunęła się od niego po przysłaniu mu papierów rozwodowych. Musisz przestać myśleć o tej dziewczynie, rozkazał sobie. Ale oczywiście nie przestał.

– Znęcanie się psychiczne i porzucenie – przeczytał wtedy, po wyjściu doręczyciela pozwów.

Z początku nie zrozumiał nawet, czego dotyczą te dokumenty. Porzucenie? Pomyślał, że to Jill jest oskarżona o to, że uciekła z miejsca wypadku. Bo Jill była bardzo złym kierowcą. Zwaliło go to z nóg – przez miesiąc był po prostu do niczego. Spędzał czas wyłącznie na pracy z Emilem i na dyskutowaniu na temat separacji z Jill – a właściwie to z jej fotografią, bo ona tymczasem zdążyła się wyprowadzić. Siedząc na łóżku, w którym tak słodko się zabawiali, usiłował sobie przypomnieć jej argumenty. Wyglądało na to, że nie dotrzymał jakiejś mglistej umowy, którą zawarli po pewnej bardzo romantycznej nocy, podczas ich siódmej randki. Wtedy, po tej nocy, o świcie zobaczył, że Jill buszuje po jego szafkach w kuchni, szukając czegoś. Przerwał te gorączkowe poszukiwania, oświadczając się jej. Jill zaczęła piszczeć i, chcąc go objąć, upuściła torebkę z mąką. Torebka upadła z głuchym stuknięciem na podłogę, a wokoło uniosła się chmura mąki. Jill, uszczęśliwiona, zaczęła płakać i, wydymając usta jak mała dziewczynka, mówić coś zawile o domu, którego nigdy nie miała.

Heck musiał przyznać, że ich małżeństwo nie było związkiem harmonijnym – przeciwnie, często zdarzały się im burze. Jeżeli człowiek zgadzał się z Jill, ona gotowa była przychylić mu nieba, a to niebo okazywało się siódmym niebem, jeżeli ten człowiek był mężczyzną. Jeżeli jednak ktoś nie podzielał jej opinii albo przeciwstawiał się jej, twarz Jill tężała. A ona sama brała takiego kogoś w obroty.

Trenton Heck właściwie nie był pewny, czy chce się żenić. Nie podobało mu się to, że jego narzeczona ma takie krótkie, jednosylabowe imię. A na dodatek Jill, kiedy wpadła w zły humor, stawała się wulkanem złości. Heck nigdy nie mógł przewidzieć, kiedy ona wpadnie w zły humor. Kiedy to już się stało, Jill marszczyła brwi, a jej głos robił się ochrypły. Mówiła wtedy tonem, jaki, według Hecka, przybierały prostytutki, mając do czynienia z kłopotliwymi klientami. Jill dąsała się i zżymała na przykład wtedy, kiedy on oświadczył jej, że nie mogą sobie pozwolić na kupno zielonych butów na wysokich obcasach ozdobionych cekinami ani na kupno kuchenki mikrofalowej z obrotowym rożnem.

– Traktujesz mnie okropnie, Trenton. Naprawdę, wcale mi się takie traktowanie nie podoba.

– Ależ Jill, kochanie…

Z drugiej strony jednak Jill potrafiła rzucić mu się w ramiona, w chwili kiedy się tego wcale nie spodziewał, na przykład w sklepie – i pocałować go w ucho. Potrafiła też uśmiechać się serdecznie, kiedy wracał do domu, a potem przez cały wieczór paplać o jakichś głupstwach w taki sposób, że jemu tajało serce. Poza tym Trenton miał nigdy nie zapomnieć, jak ona, w środku nocy, kładła się na nim, wtulała mu nos w obojczyk i kochała się z nim tak, że on nie śmiał się ruszyć w obawie, że wszystko skończy się zbyt szybko.

Stopniowo jednak uśmiechów i kochania się było coraz mniej, a dąsów i złości coraz więcej. Kiedy Trentonowi odmówiono podwyżki, a raty kredytu za przyczepę zweryfikowano w górę, zaczęło brakować pieniędzy. A pieniądze były jak smar zmniejszający ich duchowe tarcia. Heck coraz mniej lubił koleżanki Jill i ich mężów. Nie podobało mu się, że tak dużo piją i że zachowują się zbyt głupio jak na ludzi po trzydziestce. Tak więc ich życie nie było sielanką. Jednak kiedy Trenton zrozumiał, że ona naprawdę twierdzi, że on się nad nią znęcał psychicznie i że ją porzucił – zwaliło go to z nóg.

Dokładnie dwadzieścia dwa miesiące temu, o dziewiątej czterdzieści osiem wieczorem, w sobotę, Jill po raz ostatni trzasnęła aluminiowymi drzwiami ich przyczepy i pojechała do Dillon, gdzie zamieszkała sama. Trentona dobiło to, że przeprowadziła się nie do domu czy mieszkania, a do innej przyczepy mieszkalnej.

– Dlaczego nie zostałaś ze mną? – zapytał ją. – Ja myślałem, że się wyprowadzasz, bo chcesz mieć dom.

– Ojej, Trent – jęknęła ■- ty nic nie rozumiesz. Nic a nic.

– No przecież teraz też mieszkasz w przyczepie!

– Trent!

– Co ja takiego powiedziałem?

Tak więc Jill zamieszkała w przyczepie nieco lepszej niż ta, którą mógł jej zaoferować Trenton Heck, i zaczęła, jak przypuszczał jej były mąż, przyjmować mężczyzn. Billy Mosler, kierowca ciężarówki i przyjaciel Trentona mieszkający w sąsiedztwie, zdawał się reagować uczuciem ulgi na to rozstanie.

– Trenton, to nie była kobieta dla ciebie. Nie będę o niej mówił źle, bo to nie w moim stylu…

Uważaj, gnojku, pomyślał Heck, spoglądając groźnie na przyjaciela.

– …ale ona była za bardzo narwana. Po prostu źle wybrałeś. Nie patrz na mnie tak. Możesz mieć kogoś lepszego.

– Ja ją kochałem – powiedział Heck, przypominając sobie, jak Jill pewnego jesiennego popołudnia zrobiła mu na lunch pyszną sałatkę. – Cholera. Ale jęczę, co?

– Ty jej nie kochałeś – powiedział Billy Mosler tonem mędrca. – Ty byłeś w niej zakochany. Albo raczej pożądałeś jej. Widzisz różnicę?

Uważaj, gnojku. Heck przyszedł do siebie na tyle, że znów mógł zacząć patrzeć groźnie.

Po paru miesiącach cierpienie przestało być tak dojmujące jak na początku, jednak Heck nadal nie mógł się pogodzić z tym, że Jill odeszła. Setki razy przejeżdżał koło jej restauracji i dzwonił do niej często, żeby porozmawiać o tych paru rzeczach, o których wciąż mogli rozmawiać. Oczywiście tematów takich nie było wiele. Często zdarzało się, że telefon odbierała automatyczna sekretarka. Po cholerę kelnerce automatyczna sekretarka? – zastanawiał się Heck. Chyba tylko w celu rejestrowania telefonów od mężczyzn. Był w rozpaczy, kiedy maszyna włączała się za drugim sygnałem, co oznaczało, że ktoś dzwonił przed nim. Heck widział swoją byłą żonę wszędzie. Widział ją w miasteczkach, na piknikach, widział ją jadącą samochodem, w restauracji, na parkingu przed sklepem monopolowym, kiedy podciągała spódnicę, chcąc poprawić halkę, którą nosiła podwiniętą w pasie, bo była taka niska.

Tak, widział ją wciąż i we wszystkich możliwych miejscach.

Teraz też z wielkimi oporami znikała z jego świadomości, gdy on zjeżdżał z szosy. Emil zaczął się kręcić radośnie, kiedy furgonetka zatrzymała się i znienawidzony pas został rozpięty. Jego pan wziął linkę w rękę i obaj ruszyli przed siebie.

Emil z łatwością wywąchał zapach Hrubeka i pobiegł kłusem szosą. Ponieważ znajdowali się na asfalcie, gdzie widoczność była dobra, Heck wydłużył linkę. Posuwali się szybko, mijając opuszczone szopy i farmy, a także pola, na których rosły dynie. Kiedy minęli dwa skrzyżowania, przekonując się, że szaleniec wciąż jechał na zachód szosą numer 236, Heck rozkazał Emilowi wracać do furgonetki. Ponieważ Hrubek jechał na rowerze przypuszczalnie z prędkością piętnastu albo dwudziestu mil na godzinę, Heck ruszył za nim furgonetką. Co kilkanaście mil zatrzymywał się i pozwalał Emilowi upewnić się, że nie stracili tropu. Tak pilny pies jak Emil potrafił tropić rowerzystę, zwłaszcza w wilgotną noc, ale tropiąc go bez samochodu, bardzo szybko by się zmęczył. A i Heck ze swoją chorą nogą także nie był w stanie biec za rowerzystą.

Jadąc szosą i patrząc uważnie przed siebie, w nadziei że zobaczy reflektor roweru albo plecy Hrubeka, Trenton Heck myślał o swoim spotkaniu z Richardem Kohlerem. Przypomniawszy sobie jak lekarz skrzywił się, kiedy on odrzucił jego ofertę, zaczął się obawiać, że pokpił sprawę, że postąpił odwrotnie, niż postąpiłby ktoś sprytny. Często miewał trudności z właściwym wyborem. Nie wybierał tego, co wybrałby każdy jako rzecz najlepszą dla siebie. Nie czynił wyborów, które pochwaliłaby Jill i które spowodowałyby, że ojciec powiedziałby mu: – Cholernie dobrze wybrałeś, chłopcze.

Tym razem też tak było. Heck uważał, że odrzucenie tych pieniędzy było w pewnym sensie szaleństwem. Ale z drugiej strony, kiedy wyobrażał sobie, że bierze ten czek, że go składa na pół i idzie do domu, to dochodzi do wniosku, że nie mógłby tego zrobić. Pomyślał, z żalem, że może Bóg nie stworzył go na podobieństwo Emila, nie obdarzył go wspaniałym, wyjątkowym instynktem. Z drugiej jednak strony czuł, że jego życiu sens nadaje nie co innego, tylko tropienie z psem, takie jak to dzisiejszej nocy. Pomyślał, że jeżeli nawet nie złapie Hrubeka, to i tak tropienie go będzie lepszym zajęciem niż siedzenie przed telewizorem z kwartą piwa.

Bardzo gnębiło go to, że odrzucił propozycję Kohlera. Ale jeszcze bardziej gnębiło go coś innego. Otóż miał przed sobą cel: złapać Hrubeka, zanim ten zrobi komuś coś złego. No dobrze, ale skoro tak, to dlaczego nie zadzwonił do Dona Havershama i nie powiedział mu, że Hrubek zmienił kierunek? Obecnie znajdował się w Gunderson, a wkrótce miał dojechać do Cloverton. W obu miastach były posterunki policji i prawdopodobnie, mimo mobilizacji w związku z nadciągającą burzą, znajdowało się w nich paru policjantów, którzy ewentualnie mogliby zablokować drogę. Dzwoniąc do Havershama, myślał Heck, postąpiłbym właściwie, przyczyniłbym się do zmniejszenia ryzyka.

No tak, ale gdyby miejscowa policja albo policja stanowa złapała Hrubeka, Adler na pewno chciałby wykręcić się od płacenia. Nie wypłaciłby Heckowi dziesięciu tysięcy dolarów nagrody.

Dręczony poczuciem winy, Heck nacisnął lewą stopą pedał gazu i podążył za swoją ofiarą. Pomyślał przy tym z ponurym uśmiechem, że posuwa się na zachód – w sekrecie i pod osłoną nocy – tak samo jak Michael Hrubek.

Znajdował się w odległości dwudziestu dwóch mil od Ridgeton, kiedy przyszło mu do głowy, że samochód byłby o wiele lepszy od roweru, o wiele modniejszy. Rower przestał już mu się podobać jako środek lokomocji. Chwiał się, kiedy uderzał o kamienie, a poza tym pod górę jechało się na nim bardzo powoli. Prędzej można by było iść pieszo. Hrubek, pedałując na wolnym biegu, z takim wysiłkiem wciągał powietrze, że aż rozbolały go zęby. Kiedy natrafiał na wyboje, ciężkie pułapki na zwierzęta podskakiwały w plecaku i uderzały go w nerki. Jednak powodowała nim nie tyle złość na rower, co pragnienie posiadania samochodu. Hrubek nabrał takiej pewności siebie, że uwierzył, że może prowadzić samochód. Wykiwał przecież sanitariuszy, poradził sobie z glinami i oszukał wszystkich cholernych spiskowców, którzy chcieli go złapać. Więc zapragnął mieć samochód.

Przypomniał sobie, jak pomógł doktor Annie zatankować benzynę. Doktor Anna zawiozła jego i kilku innych pacjentów do księgarni znajdującej się w centrum handlowym w pobliżu Szpitala Psychiatrycznego w Trevor Hill. Hrubek znał statystykę wypadków na amerykańskich autostradach. Kierowany wewnętrznym przymusem, przepowiadał ją sobie i był przerażony na samą myśl o przejażdżce, ale w końcu z oporami zgodził się na nią. Psychiatra poprosiła go, żeby usiadł z przodu. Kiedy zatrzymali się na stacji benzynowej, zapytała:

– Michael, czy mógłbyś mi pomóc zatankować?

– Nieee.

– Pomóż mi, Michael.

– Za nic. To niebezpieczne i niemodne.

– Zrobimy to razem, dobrze?

– Skąd mogę wiedzieć, co cieknie z tych pomp?

– No chodź, Michael. Wysiadaj.

– Nie chcę.

Jednak w końcu zrobił to: otworzył zbiornik paliwa, uruchomił pompę, poradził sobie ze wszystkim. Doktor Anna podziękowała mu za pomoc, a on, bardzo dumny, wsiadł do samochodu i zapiął sobie pas – sam, bez przypominania. Podczas drugiej wycieczki doktor Anna pozwoliła mu usiąść za kierownicą i pojeździć szarym mercedesem po szpitalnym parkingu. Wzbudziło to zazdrość innych pacjentów i rozbawiło – ale też i przeraziło – paru lekarzy i kilka pielęgniarek.

Tak, zadecydował teraz Michael, muszę się pozbyć roweru.

Zatrzymał się u stóp wzgórza, tuż przy nieoświetlonym budynku stacji benzynowej, którego okna były brudne i pokryte błotem. Jego uwagę przyciągnął jasnozielony datsun stojący w pobliżu pompy. Hrubek zsiadł z roweru. Drzwi auta nie były zamknięte. Hrubek usiadł na siedzeniu kierowcy i poczuł zapach smaru i pleśni. Spróbował prowadzić „na niby". Początkowo był bardzo spięty, ale potem odprężył się i stopniowo przypomniał sobie, co wie na temat samochodów. Poruszył kierownicą. Przesunął dźwignię zmiany biegów. Próbował na niby przyspieszać i hamować.

Spojrzał przed siebie i zobaczył kluczyk w stacyjce. Przekręcił go. Cisza. Wysiadł z samochodu. Przypuszczał, że ten nie ma akumulatora albo w baku brakuje benzyny. Podniósł maskę i przekonał się, że samochodowi brak ni mniej, ni więcej, tylko silnika. Jakiś skurczybyk go ukradł, pomyślał i zatrzasnął drzwiczki.

Człowiek nie może nikomu zaufać.

Hrubek podszedł do znajdującego się obok stacji sklepu i zajrzał do niego przez okno. W środku był automat sprzedający napoje i drugi sprzedający przekąski. Były też różne ciastka, pączki. I Twinkies. Hrubek lubił Twinkies. „Twinkies to samo zdrowie" – wymamrotał fragment tekstu reklamowego zasłyszanego w telewizji. Powtarzając ten tekst w kółko, poszedł na zaplecze.

– Bądź mądry – szepnął do siebie. – Wejdź przez tylne drzwi. Miał nadzieję, że silnik samochodu leży gdzieś w budynku stacji. Czy

uda mi się go wmontować? – zastanowił się. Prawdopodobnie trzeba go przyłączyć do samochodu za pomocą wtyczki. (Hrubek wiedział wszystko

0 wtyczkach, bo do urządzeń elektrycznych w domu jego rodziców podłączone były podsłuchy i kamery. Wobec tego on co rano je wyłączał).

Hrubek podszedł do tylnych drzwi stacji benzynowej, wybił szybę

1 otworzył zasuwkę. Wszedł do środka i rozejrzał się. Nie znalazł żadnego silnika. Był tym bardzo rozczarowany. Pocieszyło go jednak to, że na półce przy drzwiach zobaczył pączki. Natychmiast zjadł całe opakowanie, a drugie włożył sobie do plecaka.

Na starym automacie do pepsi stojącym przed sklepem wisiał podarty i wyblakły plakat obiecujący „Nieporównany smak". Hrubek z łatwością, jednym szarpnięciem otworzył drzwiczki automatu i wyjął dwie butelki. Zdążył już zapomnieć, jak wyglądają wszelkie szklane pojemniki – bo w szpitalach psychiatrycznych dostaje się napoje w plastikowych kubkach albo wcale. Zdjął kapsel zębami, usiadł i zaczął pić.

Pięć minut później parking przed stacją zrobił się srebrzysty, a potem biały. Przyciągnęło to uwagę Hrubeka, który wstał i zbliżył się do brudnego okna, chcąc się przekonać, skąd pochodzi światło. Na podjazd wjechała metalicznie połyskująca niebieska ciężarówka. Otworzyły się drzwi szoferki i z ciężarówki wysiadła kobieta. Była ładna, miała jasne włosy, lekkie jak piana. Do słupa telefonicznego obok pompy przykleiła plakat reklamujący licytację mającą odbyć się w kościele jutro wieczorem.

– Czy będą sprzedawali swoje memorabilia – szepnął Hrubek. – Czy będą sprzedawali swoje moralne bilia? Czy pastor wsadzi ci palec w dupę?

Przyjrzał się ciężarówce. W środku siedziała pasażerka, kilkunastoletnia dziewczyna, prawdopodobnie córka tej kobiety. Hrubek mówił dalej, tym razem już głośno, zwracając się do dziewczyny:

– Jesteś bardzo ładna. Lubisz al-ge-brę? Asta-nik-tystykę? Amasz na sobie stanik? Czy wiesz, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent schizofreni-ków ma duże ptaki? A jeden ptak, kogut, piał, kiedy zdradzano Jezusa – kiedy go zdradzano jak Ewę. Czy pastor wciśnie w ciebie swojego wężal No wiesz, tego węża, który w raju kusił Ewę…

Kobieta wróciła do ciężarówki. Jaka ona piękna, pomyślał Hrubek, nie mogąc się zdecydować, która podoba mu się bardziej – matka czy córka. Ciężarówka wróciła na szosę i w kilka chwil później skręciła w jakąś boczną drogę o sto jardów na zachód. Zniknęła Hrubekowi z oczu. Hrubek stał przez dłuższą chwilę przy oknie, potem chuchnął na zimną szybę, a kiedy pokryła się parą, narysował na niej jabłko -jabłko z ogonkiem i listkiem, i czymś, co wyglądało na dziurkę wygryzioną przez robaka.

Ich Linię Maginota mającą cztery stopy wysokości znowu oświetliła błyskawica.

Lis i Portia, obie wyczerpane, przerwały pracę, czekając na próżno na uderzenie pioruna.

– Powinnyśmy rozbić o ten wał butelkę szampana – powiedziała Portia i oparła się ciężko na łopacie.

– Mógłby nie wytrzymać.

– A niechby i nie wytrzymał.

Woda w przepuście miała już sześć cali głębokości.

– Skończmy teraz oklejanie szyb w cieplarni i zabierajmy się stąd.

Pozbierały narzędzia, a Lis przykryła uszczuploną poważnie kupę piasku starą plandeką. Wciąż czuła urazę do Portii za to, że ta odrzuciła jej propozycję. Ale kiedy szły razem w stronę domu, jak dwaj robotnicy zmęczeni po całym dniu pracy, wiedziona nagłym odruchem, chciała objąć siostrę za ramiona. Zawahała się jednak. Była w stanie wyobrazić sobie ten gest, ale nie jego efekt, i to ją powstrzymało. Przypomniała sobie całowanie krewnych w policzki podczas świąt, uściski rąk i dłonie na pośladkach.

W rodzinie LAubergetów fizyczny kontakt ograniczał się tylko do takich gestów.

Lis usłyszała jakiś łoskot. To wiatr przewracał aluminiowe krzesła plażowe stojące niedaleko garażu. Lis powiedziała siostrze, że idzie je sprzątnąć, i ruszyła w tamtą stronę. Portia skierowała się do domu.

Kiedy Lis była na podjeździe, wiatr powiał ostro. Ten podmuch to była przednia straż nadciągającej burzy. Na jeziorze pojawiły się fale, a brezent przykrywający piasek zatrzepotał z hałasem. Potem powrócił spokój, jak gdyby ten poryw to był dreszcz przeszywający jakieś ciało.

W ciszy, która teraz nastąpiła, Lis usłyszała samochód.

Opony zapiszczały na błyszczących płytach z białego kamienia, które ona z Owenem kładła zeszłego lata, podczas upałów. Bojąc się, że nie wytrzymają im serca, zdecydowała, że będą pracowali po zmroku. Jako osoba mająca taki wkład w zaistnienie podjazdu, Lis Atcheson dobrze wiedziała, że gość, który właśnie się pojawił, jedzie po pierwszorzędnym marmurze pochodzącym z kamieniołomów położonych gdzieś w Nowej Anglii. Jednak nie wiadomo dlaczego przyszło jej do głowy, że koła jego samochodu przetaczają się po skruszonych kościach. Ten obraz pojawił się w jej umyśle i nie chciał zniknąć.

Samochód przejechał przez sosnowy zagajnik, przez który wiła się droga dojazdowa. Wjechał na miejsce przeznaczone do parkowania, zatrzymał się na chwilę, a potem ruszył w jej stronę. Światła reflektorów oślepiły Lis, która nie była w stanie rozpoznać pojazdu. On tymczasem zatrzymał się o dwanaście jardów od niej.

Lis stała z założonymi rękami w lekkim rozkroku, znieruchomiawszy jak dziewczynka udająca posąg. Trwała w bezruchu przez dłuższą chwilę, podobnie jak kierowca. Stała naprzeciwko samochodu, którego silnik wciąż pracował i który miał włączone światła. W końcu, nie czekając aż jej zmieszanie przerodzi się w strach, odchrząknęła i ruszyła przed siebie prosto w białe światło.

16

Nie złapali go jeszcze?

Lis wskazała ręką tylne drzwi domu i Richard Kohler wszedł do kuchni. Ona weszła za nim.

– Nie, obawiam się, że nie.

Kohler podszedł do lady i położył na stołku swój mały plecak. Wyglądało na to, że bardzo mu zależy na tym, żeby się z nim nie rozstawać. Jego szczupła twarz była tak blada, że budziło to niepokój.

– Lis, jakiś samochód…

Portia stanęła w drzwiach i popatrzyła na Kohlera. Lis przedstawiła ich sobie.

– Portia? – powtórzył Kohler. – W dzisiejszych czasach to rzadkie imię.

Portia wzruszyła ramionami. Żadna z sióstr nie dodała słowa komentarza, żadna nie wyjaśniła Kohlerowi, jak ciężko było córkom człowieka tak całkowicie pochłoniętego handlem winami.

– Mam zamiar okleić taśmą okna od strony zachodniej. Te w salonie. To z tamtej strony będzie najsilniej wiało.

– Masz rację. Zapomniałyśmy to zrobić. Dziękuję ci. Kiedy Portia wyszła, Lis zwróciła się do lekarza.

– Nie mam wiele czasu. Kiedy tylko uporamy się z robotą w domu, jedziemy do Gospody. Tam przenocujemy. To z powodu Hrubeka – dodała ostro.

W tej chwili Kohler powinien był powiedzieć, że nie ma się czym martwić, w tej chwili powinien był się roześmiać i stwierdzić, że jego pacjent jest tak nieszkodliwy jak szczeniak. Nie zrobił tego jednak, tylko zauważył:

– To nie jest zły pomysł.

Z drugiej strony nie wyglądał też na specjalnie zaniepokojonego i nie doradzał im, żeby uciekły z domu natychmiast i poszukały sobie bezpiecznego schronienia.

– Czy wiadomo, gdzie on jest?

– Nie, właściwie to nie.

– Ale on posuwa się na wschód? Oddala się od nas?

– Niedawno widziałem jednego z tych, co go tropią. Okazuje się, że Hrubek wciąż znajduje się gdzieś na wschód od szpitala, ale wygląda na to, że poszedł na wschód, a potem zawrócił.

– Więc posuwa się na zachód?

– Według mnie on raczej krąży. Nie jest tak chory, jak twierdzą niektórzy, ale nie sądzę, że mógłby dotrzeć aż tutaj.

– Co właściwie mogę dla pana zrobić, panie doktorze? Bo za jakieś dwadzieścia minut muszę stąd wyjechać.

– Martwię się o Michaela. Chciałbym go znaleźć, zanim to zrobi policja. Niewielu ludzi wie, jak trzeba postępować z pacjentem takim jak on. Jeżeli będą go usiłowali aresztować tak jak zwykłego więźnia, to on może zrobić krzywdę – sobie albo komuś innemu.

– No ale co ja mogę zrobić?

– Podobno on przysłał pani list. Już dawno.

– We wrześniu.

– Ten list ma coś wspólnego z tym… incydentem, który zdarzył się w maju?

– On nie ma nic wspólnego z czymkolwiek. To po prostu bełkot.

Kohler podniósł wzrok, nie podnosząc głowy, i wpatrzył się w Lis.

– Proszę pani, ja muszę się dowiedzieć, co się zdarzyło w Indian Leap. Czy pani mi pomoże?

Na ladzie obok zlewu było sześć mokrych kółek po szklankach. Lis wzięła gąbkę i wytarła je.

– Widzi pani, jestem lekarzem Michaela. Ale szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co się teraz dzieje w jego głowie. To, co zdarzyło się w maju, było… bardzo dla niego ważne, znaczące dla jego życia.

– Znaczące? – powtórzyła Lis z przerażeniem.

– Mówiąc tak, nie miałem zamiaru pomniejszać tej tragedii…

– Więc co konkretnie chce pan wiedzieć?

– Czytałem różne reportaże w gazetach. Mam też historię choroby. Ale nasz szpital nie ma pieniędzy. W związku z tym dokumentacja jest bardzo skąpa. Nie mam nawet odpisów protokółów z jego procesu.

– To jakiś biurokratyczny nonsens – powiedziała Lis.

– Odpisy są po dwa dolary za stronę – wyjaśnił Kohler. – Odpisy protokółów z procesu Michaela kosztowałyby sześć tysięcy dolarów. Nasz stan nie może sobie pozwolić na taki wydatek.

– Wygląda na to, że byłoby rozsądnie wydać jednak te pieniądze. Kohler kiwnął głową.

– Naprawdę nie mamy czasu. Mamy z siostrą rezerwację w Gospodzie. No i ta burza…

– To nie zajmie dużo czasu.

Kohler potarł nerwowo dłońmi o spodnie i Lis wyobraziła go sobie, jak w wieku lat kilkunastu prosi do tańca ładną dziewczynę.

– Właściwie to wolałabym o tym nie mówić.

– No tak, oczywiście… – Kohler zawahał się i przyjrzał jej się uważnie. – Ale proszę mnie zrozumieć. Ja go muszę znaleźć jak najszybciej. Jeżeli on podejdzie do czyjegoś domu… Jeżeli przestraszy się, wpadnie w panikę… On może zrobić komuś krzywdę. Niechcący, ale może ją zrobić.

Lis stała w milczeniu, przyglądając się czerwonej posadzce.

– Widzi pani… mnie chodzi właśnie o to. Chodzi mi o to, żeby zabrać go z powrotem do szpitala, zanim zdarzy się… jakiś wypadek. I muszę pani powiedzieć, że istnieje prawdopodobieństwo, że on zmierza właśnie tutaj. To prawdopodobieństwo jest nieznaczne, ale jednak istnieje. Może będę mógł zapobiec jego pojawieniu się tutaj – jeżeli pani mi pomoże.

Po dłuższej chwili Lis spytała:

– Ze śmietanką czy z cukrem? Kohler zamrugał zaskoczony

– W ciągu ostatniej minuty trzy razy spojrzał pan na maszynkę do kawy.

Kohler roześmiał się.

– Robiłem, co mogłem, żeby nie zasnąć.

– Daję panu dwadzieścia minut, panie doktorze. Nie więcej.

– Dziękuję pani bardzo – odrzekł szczerze. Lis podeszła do kredensu.

– Mam nadzieję, że nie sprawiam pani kłopotu – powiedział Kohler, wpatrując się pożądliwym wzrokiem w puszkę kawy Maxwell House.

– A czy mogę pana o coś zapytać?

– Proszę.

– Czy potrafiłby pan teraz zasnąć?

– Słucham?

– No, gdyby pan był u siebie w domu, byłby pan w stanie zasnąć?

– W domu? O tak. I w swoim samochodzie. I u pani – na trawniku przed domem i na podłodze w kuchni. W każdej chwili, wszędzie.

Lis pokręciła głową z podziwem, słysząc o takiej cudownej zdolności, i zaczęła się przyglądać dzbankowi, który napełniał się czarnym płynem. Wiedziona nagłym impulsem, postanowiła też się napić.

– A ja, bez względu na to, co się stanie dzisiejszej nocy, będę zdolna zasnąć dopiero jutro o jedenastej wieczorem.

– Bezsenność? – zapytał.

– Tak, na bezsenności znam się doskonale – wyjaśniła mu. – Ciepłe mleko, gorąca kąpiel, zimny prysznic, hipnoza, autohipnoza, waleriana, leki – próbowałam wszystkiego.

– Ja w mojej praktyce mam dużo do czynienia ze snami pacjentów. Ale nigdy nie zajmowałem się zaburzeniami snu.

Lis dolała sobie mleka do kawy. Kohler pił czarną.

– Wejdźmy tutaj – powiedziała.

Z kubkami parującej kawy w dłoniach weszli do cieplarni, w końcu której znajdowała się wnęka. Kiedy już usiedli w głębokich fotelach z kutego żelaza, lekarz rozejrzał się i wypowiedział komplement, który świadczył o tym, że nie wie nic o kwiatach, odnosząc się do rozmiarów pomieszczenia i porządku w nim panującego. Siedział przy tym z nogami zsuniętymi i pochylał się do przodu, co sprawiało, że wyglądał na szczuplejszego, niż był w istocie. Pił głośno, a Lis od razu zorientowała się, że jest przyzwyczajony do jedzenia w samotności i w pośpiechu. Potem odstawił kubek i wyjął z kieszeni marynarki bloczek i złote pióro.

– Więc pan nie ma pojęcia, dokąd on zmierza? – zapytała Lis.

– Rzeczywiście nie wiem tego. Jest prawdopodobne, że on też tego nie wie i że nie zdąża świadomie do jakiegoś określonego miejsca. Problem z nim polega na tym, że nie można brać dosłownie tego, co mówi. Żeby go zrozumieć, trzeba wniknąć głębiej. Weźmy na przykład ten list, który do pani napisał. Czy w tym liście w środku słów były duże litery?

– Tak. To było bardzo dziwne.

– Michael tak robi. Widzi takie związki między rzeczami, które dla nas nie istnieją. Czy mógłbym zobaczyć ten list?

Lis poszła do kuchni, znalazła list i wróciła z nim do cieplarni. Kohler stał tam i trzymał w rękach małe zdjęcie oprawione w ceramiczną ramkę.

– To pani ojciec? – zapytał.

– Mówią, że jestem do niego podobna.

– Tak, jest pewne podobieństwo. Oczy i broda… On był, niech zgadnę… profesorem?

– Raczej uczonym z bożej łaski.

Zdjęcie zostało zrobione dwa dni po powrocie ojca z Jerez. Ojciec wsiadał na nim do cadillaka, którym miał udać się na lotnisko. Lis nacisnęła spust migawki, stojąc za wystającym brzuchem matki, w którym pływała jej siostra nie mająca pojęcia o tym, że właśnie następuje łzawe pożegnanie.

– Był biznesmenem, ale zawsze chciał uczyć. Mówił o tym wiele razy. Byłby z niego wspaniały uczony.

– Äpani jest profesorem?

– Jestem nauczycielką. Uczę-angielskiego w szkole średniej. A jak to jest z panem? – zapytała. – O ile wiem, medycyna to zawód dziedziczny.

– O tak, rzeczywiście. Mój ojciec był lekarzem. – Kohler roześmiał się. – Chciał, żebym został historykiem sztuki. To było jego marzenie. Potem niechętnie zgodził się, żebym poszedł na medycynę. Pod warunkiem, że zostanę chirurgiem.

– Ale pan uznał, że chirurgia to nie dla pana, tak?

– Oczywiście. Chciałem być psychiatrą, nikim innym. Walczyłem z nim zębami i pazurami. Mówił, że ten zawód mnie zniszczy, doprowadzi do obłędu i zabije.

– A więc – powiedziała Lis – sam był psychiatrą. '

– No tak.

– Czy psychiatria go zabiła?

– Nie. Jest na emeryturze. Mieszka na Florydzie.

– Co pozostawię bez komentarza – powiedziała Lis. Kohler uśmiechnął się.

– A dlaczego? – spytała wtedy Lis.

– Dlaczego co?

– Dlaczego wybrał pan psychiatrię?

– Chciałem leczyć schizofreników.

– Ja myślę, że zrobiłby pan większe pieniądze, kładąc na kozetce różnych bogaczy. Dlaczego pan wybrał schizofreników?

Kohler znów się uśmiechnął. – Tak szczerze mówiąc, to z powodu choroby matki… No tak, ma pani ten list?

Wziął list w swoje krótkie kobiece palce i szybko przeczytał. Lis nie zauważyła, żeby w jakikolwiek sposób zareagował.

– Proszę popatrzeć – powiedział i zacytował, pokazując jej list: – To JEST bardzo ważnE. trzyMają mnie i naopowiadali kłamstw o mnie tym w wasZyngtonie i caleMu chĘtnie oCZerniającemu człOwieka światu. oNi mYślą, że jestem niebezpieczny… Widzi pani, co on naprawdę chce powiedzieć?

– Nie, chyba nie.

– Proszę spojrzeć na duże litery. JESTEM ZMĘCZONY. Lis poczuła, że przechodzi ją zimny dreszcz.

– Świat Michaela ma wiele warstw znaczeniowych. Słowo „Nieprzerwanie" zawiera imię „Ewa". – Przyjrzał się listowi jeszcze raz. – „Zemsta", „ewa", „zdrada".

Pokręcił głową, a potem odłożył list i popatrzył na Lis uważnie. Lis nagle poczuła, że jest zmieszana. A kiedy wreszcie się odezwał i poprosił, żeby mu opowiedziała o Indian Leap, zaczęła mówić dopiero po minucie.

Ciągnąc się na północny wschód od Ridgeton, szosa numer 116 wije się powoli przez najpiękniejsze i najszkaradniejsze okolice w całym stanie: przebiega obok malowniczych ferm mlecznych i gospodarstw, w których hoduje się konie, poprzez niezbyt wielkie, ale stare lasy i w końcu przez szereg średniej wielkości miast i obok porzuconych fabryk, których nikt nie chce nawet za darmo. W pobliżu jednego z takich biednych miasteczek zwanego Pickford znajduje się pięćsetakrowy obszar, na którym można znaleźć skalne urwiska i sosnowe lasy. Ten obszar to Park Stanowy Indian Leap.

Przez ten Park przebiega leniwie kanion w kształcie litery S. Kanion ten ciągnie się na obszarze pół mili między parkingiem przy szosie numer 116 a miejscem zwanym Plażą Rocky Point. Ta plaża to ponury kamienny wał leżący nad sztucznym jeziorem mającym milę szerokości i dwie mile długości. Niedaleko tej plaży, w lesie, wznosi się coś, co obsługa Parku Stanowego nazywa nieco na wyrost „szczytem", mimo że jest to wzgórze o płaskim wierzchołku mające sześćset stóp wysokości.

To skaliste wzgórze zamieszkane jest przez duchy. Gdyż w roku 1758 mała grupa Mohikanów, ścigana przez Peąuotów, wybrała tutaj śmierć, nie chcąc wpaść w ręce wroga. Wszyscy ci Mohikanie zeskoczyli ze skały w przepaść. Kobiety rzucały krzyczące z przerażenia dzieci, a potem skakały same wraz ze swoimi mężczyznami. Lis wciąż pamiętała ilustrację z podręcznika historii do szóstej klasy, która przedstawiała ze szczegółami indiańską sąuaw, przypominającą bardziej Veronikę Lake niż mohi-kańską księżniczkę, trzymającą zapłakane dziecko – tuż przed skokiem w przepaść. Przyjechawszy tu po raz pierwszy, w czasach gdy była chudą, bladą dziewczynką, Lis chodziła po tych lasach i skałach bliska łez – myśląc o całych rodzinach skaczących na spotkanie śmierci. Nawet teraz, po trzydziestu latach, siedząc naprzeciwko Kohlera, czuła ten zimny dreszcz, który przenikał ją w dzieciństwie, kiedy słuchała tej historii.

Sześć miesięcy temu, pierwszego maja, Atchesonowie i poznane przez nich w klubie wiejskim małżeństwo Gillespiech zaplanowali sobie piknik w Indian Leap. Miały z nimi pojechać Portia i była uczennica Lis, Claire Sutherland.

Poranek, a był to poranek niedzielny, okazał się pechowy. Kiedy Lis i Owen mieli już wyjeżdżać, zadzwonił telefon. Okazało się, że Owen musi pojechać na parę godzin do biura. Lis zdążyła się już przyzwyczaić do nadgorliwości męża, ale tym razem była zła na niego. Owen od pewnego czasu pracował prawie w każdą niedzielę. Tym razem posprzeczali się, przy czym początkowo dość spokojna wymiana zdań przeszła w ostrą kłótnię. Owen pozostał przy swoim, obiecał jednak, że spotka się z nimi w Parku nie później niż o wpół do drugiej albo o drugiej.

– Dopiero potem uświadomiłam sobie, jakie to szczęście, że się uparł – powiedziała Lis do Kohlera. – Gdyby nie pojechał do pracy… Działanie losu jest nieraz przedziwne.

Portia, Claire i ona, opowiadała dalej, pojechały z Dorothy i Robertem Gillespie ich land cruiserem. Była to przyjemna przejażdżka trwająca dwie godziny. Skoro tylko znaleźli się w Parku, Lis poczuła się nieswojo. Wydawało jej się, że ktoś ich obserwuje. Była przekonana, że idąc do znajdującego się w domku myśliwskim telefonu, widziała w odległych zaroślach kogoś, kto na nią patrzył. Ponieważ miała wrażenie, że twarz tego kogoś jest znajoma i że ten ktoś to mężczyzna, pomyślała przez chwilę, że jest to Owen, który postanowił jednak nie jechać do pracy. Ale twarz zniknęła w zaroślach, a ona, zadzwoniwszy do biura Owena, zastała go tam.

– Jeszcze nie wyjechałeś? – zapytała rozczarowana, bo było już południe i wobec tego Owen nie mógł zdążyć do Parku przed drugą.

– Wyjeżdżam za piętnaście minut – odpowiedział. – Jesteście już na miejscu?

– Właśnie dojechaliśmy. Dzwonię ze sklepu z pamiątkami.

– Aha – roześmiał się Owen – więc kup mi taki szalecik z sosnowego drewna. Dam go Charliemu za to, że mnie zmusił, żebym dziś przyjechał do biura.

Lis była zirytowana, ale zgodziła się i odwiesiła słuchawkę. Potem weszła do sklepu, żeby kupić pamiątkę. Aw chwilę później już przyłączyła się do swoich towarzyszy przy wejściu do Parku i wtedy obejrzała się przez ramię. I znowu wydało jej się, że widzi jakiegoś mężczyznę, który przygląda się całej piątce. Przestraszyła się tak, że upuściła szalecik. Kiedy go podniosła i obejrzała się znowu, tego kogoś już nie było.

Kohler wypytywał ją o uczestników pikniku.

– Robert i Dorothy? Poznaliśmy ich w klubie jakiś rok temu. Usiedli przypadkiem przy sąsiadujących ze sobą stolikach. A potem

okazało się, że oprócz nich wszystkie inne małżeństwa po trzydziestce mają dzieci. To właśnie fakt, że byli bezdzietni, przyczynił się do ich zbliżenia. A później, stopniowo, poznawali się coraz lepiej.

Początkowo Owen i Lis nie dorównywali poziomem materialnym swoim przyjaciołom. Nie odziedziczyli jeszcze wtedy majątku LAubergetów i mieszkali w małym domku w Hanbury, które było ponurym przemysłowym miasteczkiem leżącym dziesięć mil na północ od Ridgeton. Prawdę mówiąc, to nie było ich stać na ten klub wiejski, jednak Owen uparł się przy tym, żeby się do niego zapisali, bo liczył na to, że spotka tu swoich potencjalnych klientów. W rezultacie z braku gotówki jadali często na kolację kanapki albo tylko zupę. Tymczasem Robert zarabiał bajońskie sumy na wyposażaniu hoteli w urządzenia służące łączności. Dlatego Owen, będący prawnikiem z małej firmy obsługującej niezamożnych klientów, robił dobrą minę do złej gry. Jednak Lis widziała, jak bardzo zazdrości Gille-spiem, widząc, jak ci zajeżdżają pod jego skromny dom zielonym jaguarem Roberta albo mercedesem Dorothy.

Różnili się też temperamentami. Robert mieszkał w przeszłości w Pacific Heights i na Michigan Avenue, spędził też kilka lat w Europie. (Nie, wcale nie żartuję! Mieszkaliśmy w Tourette sur Loup. Słyszeliście kiedyś tę nazwę? To takie średniowieczne miasteczko w górach, na północny zachód od Nicei. Naprawdę ciekawe. Niech Dot wam powie!)

Robert miał czterdzieści jeden lat, ale wyglądał o dziesięć lat młodziej i zarażał wszystkich swoim młodzieńczym entuzjazmem. Dla niego każdy był potencjalnym klientem, który z łatwością da się namówić na transakcję. Owen odznaczał się większą dojrzałością, ale był milczkiem, no i miewał humory. Nie podobało mu się to, że gra drugie skrzypce przy przystojnym, bogatym czarusiu, który przypomina prezydenta Kennedy'ego – zarówno wyglądem jak i charyzmą.

Ale później, po śmierci Ruth, w marcu zeszłego roku Atchesonowie także stali się bogaci. Nie miało to wielkiego wpływu na Lis, która wyrosła w zamożnej rodzinie, jednak w Owenie spowodowało wielką zmianę.

Lis, podobnie jak Owen, miała pewne zastrzeżenia do przyjaźni z Gil-lespiemi. Jednak nie z powodu charakteru Roberta, tylko z powodu Doro-thy.

Z powodu Dorothy mającej głos nastolatki zagrzewającej do boju szkolną drużynę sportową. I doskonałą figurę. I ubrania, które tę figurę podkreślały. Z powodu Dorothy o okrągłej twarzy kobiety ze Środkowego Wschodu i ciemnych, zawsze starannie umalowanych oczach.

Lis nie tyle zazdrościła Dorothy, co czuła do niej niechęć. Najbardziej irytowało ją to, że Dorothy tak się płaszczy przed Robertem. Że przerywa swoje zajęcia po to, żeby oddawać mu różne usługi, których potrzebował w rzeczywistości albo tylko w jej wyobraźni. Wydawało się, że dla Roberta wszystkie te hołdy są żenujące, tym bardziej że wyglądało na to, że oddawane są z wyrachowaniem. Lis uważała, że Robertowi potrzebna jest żo-na-partnerka, a nie taka mała gejsza, nawet jeżeli ta gejsza wyposażona jest w światowej klasy biust.

Jednak kiedy stało się jasne, że oni i małżonkowie Gillespiech nie zostaną bliskimi przyjaciółmi, zastrzeżenia Lis prawie zniknęły. Lis stała się bardziej tolerancyjna w stosunku do Dorothy i nawet pytała ją nieraz o radę w sprawach makijażu i ubiorów (w zakresie których Dorothy była prawdziwym ekspertem). Obie kobiety nigdy nie żywiły do siebie siostrzanych uczuć, jednak Dorothy stała się kimś, komu Lis mogła wyznać swoje największe grzechy.

To właśnie Dorothy, przypomniała sobie teraz Lis, usłyszała, że pogoda w niedzielę będzie piękna, i zaproponowała, żeby pojechali na piknik.

– A kim była Claire?

Claire miała osiemnaście lat, a Lis uczyła ją angielskiego w drugiej klasie liceum. Claire była bardzo nieśmiała i miała bladą twarz w kształcie serca.

– Była dziewczyną, co do której miało się nadzieję, że nie stanie się w przyszłości zbyt piękna, bo czuło się, że nie zniosłaby zainteresowania, jakim darzyliby ją mężczyźni – wyjaśniła Lis.

Cokolwiek miała przynieść przyszłość, Claire była śliczna już jako nastolatka. Lis, zobaczywszy ją po raz pierwszy kilka lat temu, była pod wrażeniem jej eterycznej urody. Dziewczyna miała subtelną twarz, spokojne oczy i długie, delikatne palce. Nauczyciele natychmiast klasyfikują sobie uczniów i Lis od razu poczuła sympatię do Claire. Postarała się nie stracić z nią kontaktu. Rzadko wyróżniała w ten sposób swoich uczniów. Chyba tylko w dwóch czy trzech innych przypadkach utrzymywała z uczniami czy byłymi uczniami kontakty poza szkołą. Zwykle zachowywała dystans, świadoma władzy, jaką miała nad tymi młodymi ludźmi. Kiedy przychodziła do szkoły w bluzkach w jasnych kolorach, zauważała, jak oczy chłopców wędrują po jej piersiach, i miała pewność, że ich penisy stają się wtedy twarde. Nieśmiałe i nieatrakcyjne dziewczyny uwielbiały ją, a te, które tworzyły klasowe koterie, odnosiły się do niej pogardliwie albo z zazdrością – tylko dlatego, że ona była kobietą, a one same jeszcze niezupełnie. Lis radziła sobie ze wszystkimi tymi uczuciami z wielką godnością i ostrożnością i zwykle oddzielała od siebie dokładnie życie domowe i szkolne.

Jednak dla Claire zrobiła wyjątek. Matka dziewczyny piła, a przyjaciel matki siedział kiedyś w więzieniu za molestowanie seksualne przybranego dziecka z poprzedniego związku. Kiedy Lis dowiedziała się, jak wygląda egzystencja Claire, zaczęła dopuszczać ją stopniowo do swojego prywatnego życia. Czasami prosiła o pomoc w cieplarni, czasami zapraszała na niedzielny lunch. Wiedziała, że ta jej skłonność do dziewczyny jest dość zagadkowa i być może wręcz niebezpieczna. Bo na przykład pewnego razu, kiedy Claire została po lekcji, żeby omówić z nią recenzję jakiejś książki, Lis zauważyła, że ma ona splątane blond włosy, i zaczęła te włosy rozczesywać własną szczotką. Nagle uświadomiła sobie: kontakt na-uczycielka-uczennica za zamkniętymi drzwiami! Zerwała się z krzesła i odskoczyła od przestraszonej dziewczyny. I przyrzekła sobie, że będzie bardziej uważała.

Mimo to jednak w ciągu ostatnich dwóch lat widywały się często i kiedy Claire w piątek powiedziała smutno, że matki w niedzielę nie będzie w domu, Lis bez wahania zaprosiła ją na piknik.

Pierwszego maja rozłożyli się na Plaży Rocky Point. Portia natychmiast poszła biegać – chciała przebiec dziesięć kilometrów krętymi kanionami.

– Portia biega w maratonach – wyjaśniła Lis Kohlerowi.

– Ja też – odrzekł lekarz.

Lis roześmiała się, jak zawsze zdziwiona tym, że ludzie robią takie rzeczy dla przyjemności.

– A my, to znaczy Dorothy, Robert, Claire i ja, siedzieliśmy przez jakiś czas na plaży. I patrzyliśmy na żaglówki. No wie pan, po prostu rozmawialiśmy, piliśmy colę i piwo.

Tak upłynęło im jakieś pół godziny. Po czym doszło do sprzeczki między Dorothy a Robertem.

Dorothy zostawiła w samochodzie książkę Lis. „Hamleta". Lis przygotowywała się do końcowych egzaminów i dlatego wzięła ze sobą zaczytany i pokryty notatkami egzemplarz.

– Miałam zajęte ręce, bo niosłam różne rzeczy, i Dorothy powiedziała, że ona weźmie książkę. Ale zapomniała i zostawiła ją w samochodzie.

Lis powiedziała jej, żeby się tym nie przejmowała, i dodała, że nie ma nastroju do pracy. Ale Robert zerwał się i oświadczył, że pójdzie po książkę. Wtedy Dorothy zauważyła kwaśno, że on gotowy jest zrobić wszystko dla każdej osoby, która nosi spódnicę. Lis przypuszczała, że to miał być żart, jednak ten żart się nie udał, bo oboje – ona i Robert – poczuli się dotknięci.

– Robert zapytał ją, co przez to rozumie. Dorothy machnęła ręką i powiedziała: „Oj, idź już po tę cholerną książkę" czy coś w tym rodzaju. Potem dodała, że powinien biec przez całą drogę w obie strony. „Zrzucisz w ten sposób trochę tłuszczu. Zobaczcie, jemu rosną piersi".

Lis była zmieszana – ze względu na Claire. Robert pobiegł rozzłoszczony, a Dorothy wróciła do czytania swojego czasopisma.

Lis ściągnęła szorty i rozpięła koszulową bluzkę, pod którą miała biki-ni. Położyła się na ciepłych kamieniach i zamknęła oczy, usiłując nie zasnąć (drzemki w ciągu dnia są zakazane dla cierpiących na bezsenność). Claire, z którą Robert zdążył się zaprzyjaźnić po drodze, była jedyną osobą zdającą się niecierpliwie czekać na jego powrót. Kiedy upłynęło już pół godziny, a on nie wracał, wstała i powiedziała, że idzie go poszukać. Lis podniosła wzrok. Dziewczyna szła w stronę sterczących w górę skał. Te skały, odrażające i fascynujące zarazem, robiły wrażenie twardych jak wypolerowana kość. Na ich widok Lis przypomniała sobie żółtą czaszkę leżącą w pracowni biologicznej.

Potem Lis zobaczyła, że Claire stoi u wlotu do kanionu, o jakieś ćwierć mili od plaży. A następnie dziewczyna zniknęła jej z oczu.

– Po jakimś czasie – powiedziała Lis Kohlerowi – zaczęłam się zastanawiać, gdzie oni się podziali. Co się dzieje? – myślałam. Byłam poważnie zaniepokojona. Wzięłam torebkę i ruszyłam w stronę tego miejsca, w którym zniknęła Claire.

Nagle mignęła jej przed oczami plama koloru. Pomyślała, że ta plama jest żółta jak szorty Claire. Pobiegła do kanionu. Wbiegła w głąb, pokonała tak jakieś sto jardów i zobaczyła krew.

– Krew?

Krew była tuż przed jaskinią. Wejście do jaskini było kiedyś zagrodzone łańcuchem, ale ktoś wyrwał słupek, do którego ten łańcuch był przymocowany, i odrzucił go na bok.

Nie – pomyślała – za nic tam nie wejdę. Ale uklękła i zajrzała do środka. Powietrze w środku było chłodne i pachniało mokrym kamieniem, gliną i pleśnią.

Poczuła, że ktoś za nią stoi. Był to potężny mężczyzna, który pojawił się o kilka stóp od niej.

– Michael? – zapytał Kohler. Lis kiwnęła głową.

Hrubek zaczął wyć jak zwierzę. Miał w ręce zakrwawiony kamień. Patrząc na nią, wrzasnął: Sic semper tyrannis!

Richard Kohler podniósł szczupłą dłoń, dając jej znak, żeby zaczekała. I po raz pierwszy tego wieczora zapisał coś sobie.

Nie pomyślała pani, że można by pójść poszukać strażnika leśnego? – zapytał.

Lis nagle zrobiła się zła. Dlaczego on zadaje takie pytanie? Takie, jakie zadają prawnicy i policjanci. Czy nie pomyślałam, że może trzeba poszukać strażnika? Przecież, na miłość boską, zawsze tak jest. Zawsze jest tak, że postąpilibyśmy inaczej, gdybyśmy mogli. Czyż nie mamy nieraz ochoty przerobić całego naszego życia? Biegu czasu nie da się odwrócić. Gdyby było inaczej, to byśmy oszaleli.

– Tak, pomyślałam o tym. Ale nie wiem… po prostu wpadłam w panikę. Wbiegłam do jaskini.

W środku nie było bardzo ciemno. Przez jakąś szczelinę znajdującą się trzydzieści, a może czterdzieści stóp nad jej głową wpadało blade światło.

Ściany wznosiły się pionowo, ze sklepienia jaskini zwisały stalaktyty. Lis, przerażona, oparła się o ścianę, chcąc złapać równowagę. W jaskini rozległ się jęk. Ten jęk przypominał dźwięk oboju albo wiatru w trzcinach. Był straszny! Lis spojrzała pod nogi i znowu zobaczyła krew.

W tej chwili przez otwór wejściowy do jaskini wsunął się Hrubek. Lis odwróciła się i zaczęła biec przed siebie. Nie miała pojęcia, dokąd biegnie, nie myślała o tym, po prostu biegła. Kiedy wydostała się z głównej sali, pognała długim korytarzem, wysokim na jakieś osiem stóp. Hrubek był gdzieś za nią. Biegnąc, Lis zauważyła, że tunel się zmniejsza. Teraz miał już sześć stóp wysokości i był znacznie węższy. W pewnym momencie Lis uderzyła się o skałę i rozcięła sobie czoło – bliznę ma do dzisiaj. W tej chwili korytarz miał już tylko pięć stóp wysokości i Lis biegła zgięta wpół. Potem sufit obniżył się jeszcze – był na wysokości czterech stóp. A później Lis musiała się zacząć czołgać.

Przed nią tunel jeszcze się zmniejszył, chociaż po drugiej stronie bardzo wąskiego otworu zdawał się poszerzać. Było tam też jaśniej. Ale żeby tamtędy uciec, musiałaby się przeczołgać przez tunel wysoki na jakieś dwanaście cali – mając Hrubeka tuż za sobą.

– Myśl o tym, że będę taka… no, taka obnażona… Bo miałam przecież na sobie tylko kostium kąpielowy… Nie byłam w stanie tego zrobić. Skręciłam w lewo i wpełzłam w jakiś większy otwór.

Było ciemno, ale ona czuła, że krąży tu chłodne powietrze, i doszła do wniosku, że ma przed sobą jakąś dużą przestrzeń. Weszła do środka, posuwając się po omacku po gładkim podłożu. Kiedy się obejrzała, zobaczyła wejście, które było nieco jaśniejsze niż otaczające ją ściany. Stopniowo zrobiło się ciemniejsze, a potem znowu się rozjaśniło i Lis usłyszała jakieś syczenie. Hrubek znajdował się gdzieś koło niej w tej małej jaskini. Lis położyła się płasko na ziemi. Gryzła palce, żeby powstrzymać szloch.

– Człowiek, który nie był w takim miejscu, nie ma pojęcia, co to jest hałas. Byłam pewna, że zdradzi mnie bicie serca albo pulsowanie krwi. Słyszałam własne łzy kapiące na ziemię.

Przez chwilę Hrubek kręcił się po jaskini. Minął ją, przechodząc najwyżej o pięć stóp od niej. Potem zatrzymał się, wciągnął powietrze i mruknął:

– Tutaj jest kobieta. Czuję zapach jej dupy.

Lis zerwała się i zaczęła biec. Nie mogła dłużej wytrzymać.

– Dopadłam do otworu i wbiegłam w wąski korytarz, w ten sam, którym tam przyszłam. To znaczy myślałam, że to ten sam. Ale okazało się, że źle skręciłam.

W pewnym sensie miała szczęście. Bo było tu więcej światła i jaskinia okazała się wysoka. Lis zobaczyła wyrzucone papierosy i puszki po piwie, co nasunęło jej myśl, że zbliża się do wyjścia. Biegła w stronę światła.

– A później poczułam podmuch i usłyszałam, że gdzieś nad moją głową spływa woda. Rzuciłam się w tamtą stronę. I właśnie tam znalazłam ciało. – Spojrzała przez zaparowane okna, za którymi w ogrodzie hulał teraz wiatr. – Z początku go nie poznałam. Bo było za dużo krwi.

17

Na ziemi leżał Robert Gillespie.

– Jego ciało było dziwnie skręcone. Wyglądał jak szmaciana lalka, a głowę miał rozpłataną. Ale żył.

Lis wzięła go za rękę i pochyliła się nad nim, błagając go, żeby oddychał.

– Sprowadzę pomoc – powiedziała.

Ale nagle usłyszała kroki. O dziesięć stóp od nich stał Hrubek i gapił się na nich. Uśmiechał się cynicznie i coś mruczał.

– Mówił coś – powiedziała Lis do Kohlera – o jakichś spiskowcach. Lis cofnęła się i natrafiła na własną torebkę. W torebce znalazła nóż.

Zapakowała go, wybierając się na piknik – wyjaśniła. Był zawinięty w papierową serwetkę, żeby nikt nie skaleczył się, sięgając po niego na oślep. Teraz wyciągnęła go i usunęła serwetkę. Nóż był bardzo ostry, jego ostrze miało dziesięć cali długości. Lis wyciągnęła go w stronę Hrubeka i kazała mu się cofnąć. Ale on ruszył prosto na nią, powtarzając: Sic semper tyran-nis\ Lis straciła odwagę. Rzuciła nóż i uciekła.

– To był ten nóż, którym on się posłużył? – zapytał Kohler. – Pamiętam, czytałem, że ofiara była pobita i że pchnięto ją nożem. A poza tym miała okaleczone genitalia.

Lis odpowiedziała dopiero po chwili.

– Robert był ranny, ale prawdopodobnie przeżyłby. Sądząc po tym, co się okazało na procesie, nie umarłby od uderzeń kamieniem. Umarł z powodu tego pchnięcia nożem. – Przerwała. – A to okaleczenie… No tak, Hrubek dźgnął go w pachwinę. Kilka razy.

W odległości zaledwie pięćdziesięciu stóp Lis znalazła wyjście i wygramoliła się przez nie. Upadła na ziemię i z trudem łapała powietrze ustami. A potem zaczęła biec kanionem. Jednak po dwunastu jardach chwyciła ją kolka. Hrubek znajdował się jakieś dwadzieścia, trzydzieści stóp za nią. I mówił:

– Chodź tutaj. Jesteś bardzo ładna. Ale co ty masz na włosach? Nie podobają mi się twoje włosy. Co ty masz nagłowię?

Lis miała na głowie krew Roberta. To zdenerwowało Hrubeka. Hrubek był bardzo zły. Lis myślała, że dlatego, że uważał krew za dowód świadczący przeciwko niemu.

– Co ty ze sobą zrobiłaś? – krzyknął. – To nie jest modne. Nie powinnaś była tego robić!

Zrobił krok w jej kierunku, a ona padła na kolana i wtoczyła się pod wystający nawis skalny. Pod nawisem było zagłębienie, w które Lis się wcisnęła, trzęsąc się z zimna i starając się nie wpaść w panikę. Kiedy spojrzała na ścieżkę, pojawiły się na niej stopy Hrubeka. Hrubek miał na sobie buty. Ogromne. Z takimi charakterystycznymi noskami. To ją zdumiało. Nie wiadomo dlaczego spodziewała się, że ten człowiek będzie boso i że ona zobaczy jego długie paznokcie u nóg. Zastanowiła się, czy zabił kogoś, żeby zdobyć te buty. Potem położyła się na brzuchu.

– Nieźle – mówił Hrubek. – Chodź tu. No wyjdź. Ty jesteś Ewa, prawda? Piękna kobieta. Powinnaś pozbyć się tych pieprzonych włosów.

Lis wpełzła w szczelinę – tak głęboko, jak się tylko dało. Przycisnęła twarz do skały. Kiedy Hrubek sięgnął ręką, szukając jej po omacku, krzyknęła tak przeraźliwie, że sama się przestraszyła. On też krzyknął, a potem kazał jej być cicho. Stęknął i znowu spróbował jej dosięgnąć. Z wielkim wysiłkiem wyciągnął w przód rękę. Koniuszek jego palca środkowego dotknął jej uda. Ten palec i to udo to były jedyne części ich ciał, które się stykały. Lis poczuła, że jego palec pokryty zgrubiałą skórą przesuwa się w stronę jej kolana. Miała wrażenie, że ją parzy, i to wrażenie pozostało nawet wtedy, kiedy Hrubek wstał i zniknął.

Lis leżała, płacząc i zmagając się z atakiem klaustrofobii. Gdzie on jest? – zastanawiała się. Czy ja odważę się stąd wyjść? Upłynęło pół godziny od czasu jej zniknięcia z plaży. Wiedziała, że Owen jeszcze nie przyjechał, ale Portia i Dorothy mogły jej szukać. Także Claire mogła być gdzieś w pobliżu.

Potem Lis zobaczyła, że na zewnątrz pada. Krople deszczu rozpryskiwały się na kamienistej ścieżce.

– Zaczęłam się gramolić, chcąc wyjść. I wtedy usłyszałam głos Hrubeka. Hrubek był bardzo blisko i mówił coś do siebie. Równocześnie usłyszałam grzmot.

Grzmot był potężny. Lis miała wrażenie, że zatrzęsła się ziemia. Zaczęła się bać, że wisząca nad nią skała przesunie się, zamykając ją w pułapce. Ale ta obawa wkrótce ustąpiła, a na jej miejscu pojawił się strach przed utopieniem. Gdyż nagle wyschniętym potokiem popłynęła woda, która zaczęła wypełniać jaskinię.

Lis posunęła się w stronę otworu. Gdyby Hrubek sięgnął teraz w głąb jaskini, z łatwością by ją złapał. Lis miała głowę przekręconą na bok (bo tylko w ten sposób mogła się ona zmieścić w wąskim otworze) i rozpaczliwie usiłowała chwytać powietrze ustami. Wkrótce brudna woda podniosła się na tyle, że sięgnęła jej warg. Lis wypluła ją i zaczęła się krztusić. I znowu grzmot, i znowu woda waląca po kamieniach. Lis z dużym wysiłkiem spróbowała posunąć się w stronę wyjścia, ale przychodziło jej to z trudem. Zmagając się z prądem wody, dotarła w końcu tak blisko otworu, że mogła wysunąć rękę na zewnątrz. Po omacku chwyciła się jakiejś skały i podciągnęła się w jej stronę.

– Wtedy skała poruszyła się. Bo to nie była wcale skała, tylko but. Cofnęłam się szybko, ale ogromna dłoń schwyciła mnie za przegub i wyciągnęła na zewnątrz. – Lis odwróciła wzrok. – Kostium kąpielowy zaczepił o skałę i podarł się.

Była półnaga. Ale nie miała wyboru – nie mogła zostać dłużej w jaskini. Przypomniała sobie, że żałowała wtedy, że nie ma dość odwagi na to, aby wybrać śmierć przez utopienie i nie dać się zgwałcić i zamordować temu szaleńcowi. W momencie gdy Hrubek wyciągnął ją z jaskim, wyobraziła sobie, jak jego ogromne dłonie ściskają jej piersi, a potem wsuwają się między jej nogi. Zaczęła płakać.

I wtedy jakiś męski głos powiedział:

– W porządku, proszę pani. Wszystko w porządku. Co się tu stało? Lis osunęła się w ramiona strażnika.

Lał deszcz. Stojąc na tym deszczu i opierając się o skałę, opowiedziała strażnikowi o Robercie i Hrubeku. Strażnik zaczął zadawać pytania, ale ona nie mogła się skupić. Słyszała okropne zawodzenie, które zdawało się wydobywać z wnętrza ziemi i odbijać echem od skał. Stawało się ono coraz słabsze, w końcu zrobiło się bardzo słabe, jednak nie umilkło.

– Co to jest? – zapytałam. – Na litość boską, niech pan coś zrobi, żeby to przestało.

Wkrótce zawodzenie ustało – wyjaśniła Lis psychiatrze.

Jak się dowiedziała parę minut później od innego strażnika, podziemny strumień, wezbrany wskutek deszczu, wypełnił jaskinię, w której znalazła ciało Roberta i w której przez cały czas znajdowała się Claire. A ten dźwięk to było zawodzenie dziewczyny wzywającej pomocy. Został stłumiony przez wzbierające wody, w których Claire utonęła.

Owen Atcheson zatrzymał gwałtownie samochód, wyłączył światła i rozejrzał się naokoło, badając ten ponury kawałek pustej szosy.

Wyjął pistolet z kieszeni, wysiadł z samochodu i wszedł na polanę, oświetlając latarką zakurzone pobocze. Rower Hrubeka został tu położony albo upadł na bok, a naokoło niego znajdowały się ślady stóp. Niektóre z nich okazały się śladami butów szaleńca, ale pozostałych Owen nie rozpoznawał. Było jasne, że w pewnej chwili Hrubek siedział na ziemi, bo krawędzie jego obcasów pozostawiły głębokie ślady, a po pośladkach pozostały w kurzu rozległe wgłębienia.

Owen nie mógł się zorientować, co się tutaj stało. Zauważył, że ślad opon rowerowych biegł dalej na zachód szosą numer 236. Mimo to przyglądał się wciąż uważnie temu miejscu, pragnąc dociec, jak pracował umysł Hrubeka. Zobaczył porośniętą trawą drogę dojazdową znikającą w lesie. Ślady opon, niektóre świeże, prowadziły w stronę tej drogi.

Dalej znajdowała się długa droga prowadząca w dół między drzewami, zaroślami, wśród wysokiej trawy, wśród jakichś pnączy i przez mgłę. Tam, gdzie kończył się spadek, w miejscu, gdzie droga ginęła wśród cieni, w zaroślach stał krzywo jakiś samochód. Owen zaświecił latarkę, jednak samochód znajdował się tak daleko, że zobaczył tylko jego niewyraźną sylwetkę. Doszedł do wniosku, że jest to niezgrabna, ciężka, dwutonowa ciężarówka. W Detroit zaprzestano produkcji takich maszyn już dawno temu. Owen nie zadał sobie trudu, żeby dokładniej przyjrzeć się ciężarówce. Wrócił na szosę i pojechał powoli na zachód. Zatrzymywał się mniej więcej co sto jardów, żeby sprawdzić, czy są ślady roweru.

Równocześnie rozważał najważniejszy problem, przed jakim stanął tego wieczora.

Nie był to problem moralny. Nie, gdyż Owen Atcheson bez żadnych skrupułów zamierzał podejść do Hrubeka i wpakować mu kulę w środek czoła. Był to problem praktyczny, problem streszczający się w pytaniu: jak zabić Michaela Hrubeka, nie powodując tym skreślenia własnej osoby z listy adwokatów i nie lądując w więzieniu?

Gdyby Hrubek był przestępcą po wyroku, sprawa byłaby prostsza. Bo uciekającemu przestępcy wolno było strzelić w plecy. (Owen zmrużył oczy i przypomniał sobie przepisy z kodeksu karnego na ten temat.) Ale Hrubek nie był przestępcą. Ława przysięgłych orzekła co prawda, że zabił Roberta Gillespiego, jednak sąd wydał wyrok uznający go za niewinnego z powodu choroby psychicznej.

To oznaczało, że istniały tylko dwa sposoby zabicia go bez ponoszenia konsekwencji. Trzeba było albo zostać przez niego zaatakowanym w miejscu, z którego nie można było uciec, na przykład w zamkniętym pokoju, w zablokowanym tunelu, na moście albo złapać go we własnym domu, gdzie wolno było go legalnie zastrzelić, nie będąc przez niego sprowokowanym. W tym drugim wypadku musiałby pewnie stawić się na policji i złożyć zeznanie, a może nawet obeszłoby się bez tego.

Należało doprowadzić do realizacji jednego z tych dwóch scenariuszy. Jednak Owen był wciąż tak daleko od swojej ofiary, że nie mógł zorientować się, jak ma to zrobić. No tak, w tej chwili nie pozostawało mu nic innego, jak jechać dalej, powoli naprzód przez mglistą noc i zmagać się z tą niepewnością – niepewnością nie co do celu, tylko co do środków. Owen popadł w nastrój właściwy żołnierzowi podczas walki: myślał tylko o mechanizmach zabijania. Jaki strzał byłby najbardziej skuteczny? Którym rodzajem broni powinien się posłużyć? Jak długo człowiek postury Hrube-ka może biec, odniósłszy śmiertelną ranę? (Przypuszczał, że bardzo długo, podobnie jak bawół albo niedźwiedź.) Czy Hrubek podchodzi ukradkiem do tych, co go ścigają? Czy w tej chwili nie zastawia przypadkiem kolejnej stalowej pułapki? Albo jakiejś innej? Od czasu gdy służył w wojsku, Owen wiedział, że pułapki mogą być bardzo różne, że zastawiając je, można posłużyć się benzyną, naftą, sztucznym nawozem, gwoździami, narzędziami, pociętymi na kawałki balami, drutem.

Zastanawiał się nad tym, przejeżdżając powoli obok starej stacji benzynowej i sklepu wielobranżowego – zamkniętych i pogrążonych w ciemności. Najwyraźniej ta stacja zainteresowała Hrubeka, bo ślady roweru wskazywały na to, że skręcił na podjazd. Owen przejechał obok parkingu i zatrzymał się bardzo powoli, tak żeby nie zapiszczały hamulce. Wyjął pistolet z kieszeni i wysiadł z samochodu.

We frontowej części budynku, w pobliżu jednej z pomp zauważył na wpół opróżnione pudełko z pączkami. Za bardzo rzucało się w oczy – wyglądało tak, jakby zostawiono je tu celowo, dla przywabienia ścigających w pułapkę. Dlatego, idąc w stronę tylnej części budynku, Owen zachowywał się bardzo cicho. No tak, okno wybite, a zasuwka odsunięta. Owen odetchnął głęboko, żeby się uspokoić, a potem pchnął drzwi – szybko, tak żeby zawiasy nie zaskrzypiały – i wszedł do środka. Kiedy już się tam znalazł, natychmiast przeszedł na bok, tak żeby nie stać w drzwiach.

Stojąc bez ruchu, pozwolił oczom przyzwyczaić się do mroku. Usta miał szeroko otwarte. Był to sposób stosowany przez żołnierzy – dzięki niemu człowiek przestraszony nie wciągał głośno powietrza. Odczekał tak pięć minut, nie słysząc niczego, a potem wszedł zgięty między półki, na których leżały części samochodowe i zatłuszczone kartony.

Zbadał pomieszczenie dokładnie i nie znalazł ani Hrubeka, ani niczego, co by świadczyło o jego obecności. Przez otwarte drzwi widział szosę. Przejechał nią samochód, oświetlając wnętrze. Tysiąc cieni przesunęło się z lewa na prawo, a potem zrosło się w jedną całość i połączyło z ciemnością na zewnątrz. Reflektory oślepiły Owena. Musiał poczekać pięć minut, aż oczy przyzwyczają mu się znowu do ciemności.

A potem szukał dalej i znalazł karton po pączkach. Na podłodze był rozsypany cukier puder. Owen poszedł w stronę wąskich drzwi prowadzących do pomieszczenia we frontowej części budynku. Nagle zatrzymał się, nasłuchując. Rozległo się dudnienie. Po chwili to dudnienie stało się głośniejsze. Na zewnątrz zabłysło światło i oświetliło staromodną pompę. W momencie gdy kierowca przyspieszył, strzeliła rura wydechowa. Ciężarówka z hukiem przejechała obok budynku stacji.

Owen przymknął oczy, chcąc je ochronić przed światłem.

Wtedy właśnie wyczuł jakiś ruch. Otworzył oczy przerażony i zobaczył ciemny kształt pojawiający się na tle otworu drzwiowego. Odskoczył do tyłu, zanim ten ktoś go dopadł. Ale źle ocenił odległość, wpadł na metalowy stół i upadł na plecy, upuszczając broń. Padając, uderzył głową o stalową krawędź. Leżał na betonowej podłodze, ogłuszony, podczas gdy jakiś niewyraźny kształt zamajaczył w drzwiach, nie dalej jak o trzy stopy od niego.

Błyszczący samochód tkwił jak błękitny klejnot na podjeździe i kusił go i nęcił.

– Dojadę nim do Ridgeton błyskawicznie. Tak, tak, błyskawicznie.

O piękny samochodzie, mógłbym siedzieć na twoim siedzeniu, podczas gdy śliczna córka pastora siedziałaby na jego kutasie…

Opuściwszy starą stację benzynową, Hrubek dojechał na rowerze do długiej, wysypanej żwirem drogi dojazdowej, w którą wjechał samochód z tą kobietą i jej córką w środku. Nie widział świateł i domyślił się, że ich dom musi stać co najmniej pół mili od szosy. Przeszedł powoli przez łąkę znajdującą się obok drogi dojazdowej, zatrzymując się po to, żeby z płóciennego plecaka wyjąć ostatnią pułapkę i umieścić ją w wysokiej trawie. A potem szedł dalej, niosąc rower i myśląc: „Jaki to świetny samochód! Dlaczego miałbym jechać na tym zajebanym rowerze? Na zą/e-ba-nym rowerze daleko się nie zaje-dzie. Dlaczego mam na nim pedałować, skoro mogę pojechać samochodem?"

Zatrzymał się, wziął rower za tylne koło i ruchem dyskobola obrócił się dwa razy, wyrzucając rower w powietrze. Rower spadł w zarośla jakieś trzydzieści stóp od niego. Hrubek był rozczarowany, bo rower nie wybuchnął, uderzając o ziemię, chociaż równocześnie nie miał pojęcia, dlaczego spodziewał się, że tak się stanie. Dalej poszedł już drogą dojazdową, myśląc nie tyle o samochodzie, ile o pięknych włosach tej kobiety. Włosy intrygowały go najbardziej. Wiedział, że ona ma piersi i dupę, i maski na oczach. Ale włosy interesowały go i fascynowały najbardziej. Przypominały mu jego własne włosy, takie jakie były, zanim je obciął. Kiedy on to zrobił? Dziś wieczorem? Nie, w zeszłym roku. A dlaczego to zrobił? Nie mógł sobie przypomnieć. Pewnie z powodu mikrofonów.

Zanim dotarł do miejsca, w którym stał w tej chwili, Hrubek przeszedł pół mili. Przeszedł pół mili i stanął na podjeździe obok domu.

– A teraz bądź sprytny – powiedział do siebie poważnie, mając na myśli to, że w domu jest prawdopodobnie mąż.

Kobieta o takich miękkich włosach i z taką delikatną twarzą na pewno nie żyje samotnie. Na pewno ma męża – potężnego mężczyznę o zimnych oczach – spiskowca takiego jak ten kulawy skurwysyn z psem.

Hrubek pochylił się i podkradł się bliżej do domu. Schował się wśród jałowców. Rosa przemoczyła mu kombinezon. Spojrzał na dwupiętrowy dom w stylu kolonialnym. Światła w jego oknach były złociste, w wypielęgnowanym ogrodzie rosły opasłe dynie i ozdobna kukurydza, a sam dom był solidny, symetryczny. Całość wyglądała jak z obrazka. Frontowe czerwone drzwi ozdabiał wieniec z suszonych kwiatów.

Hrubek odwrócił się i zaczął się przyglądać błyszczącej ciężarówce stojącej na podjeździe. Tuż obok niej stał sportowy żółty motocykl. Hrubek przypomniał sobie mgliście, że kiedy był na studiach, zdarzyło mu się kilka razy jeździć na motocyklu. Przypomniał sobie też, jaki był wtedy zachwycony i przerażony. Motocykl, stojący teraz przed domem, wyglądał bardzo ładnie – był błyszczący i chyba miał dobre resory. Ale samochód zafascynował go wcześniej i ta fascynacja nie ustępowała.

Hrubek podszedł do domu i zajrzał do wnętrza przez boczne okno. Przyciskając usta do parapetu, poczuł gorzki smak farby. Zobaczył kuchnię. W kuchni była ona. Kobieta o pięknych włosach. Tak, ona naprawdę była piękna. Wydawała się teraz o wiele ładniejsza niż tam, na stacji benzynowej. Obcisłe niebieskie dżinsy, jedwabna bluzka… I włosy opadające kaskadą na ramiona – nie, nie powinna nosić kapeluszy, powinna mieć na głowie tylko te miękkie, jasne włosy. Córka miała cięższą budowę i ubrana była w grubą sportową bluzę z za długimi rękawami. Trzecia kobieta znajdująca się w kuchni miała ciemne włosy i twarz osoby pełnej temperamentu. Hrubekowi wcale się nie podobała. Kobiety na chwilę zniknęły mu z oczu. Drzwi kuchni otworzyły się. Matka i córka wynosiły z domu jakieś pudła.

– To ostatnia partia – powiedziała kobieta. – Niedługo wrócimy.

– Mamo, ja jestem już zmęczona – narzekała dziewczyna nerwowo, cienkim głosem.

– Zgłosiłaś się na ochotnika do pomocy.

– Oj, mamo.

Nie jęcz, ty głupia pindo – pomyślał Hrubek.

Usłyszał dzwonek. Spojrzał zmrużonymi oczami na ciemny podjazd. O, nie! Kluczyki! I jego ciężarówka! One miały zamiar nią odjechać. Zesztywniał, pragnąc równocześnie skoczyć jednym susem w stronę samochodu. Patrząc, jak kobiety ładują pudła do ciężarówki, kiwał się w tył i w przód i bardzo chciał móc zacząć działać.

– To cześć, Mattie.

– Cześć – krzyknęła ciemnowłosa kobieta i wróciła do kuchni.

Hrubek zobaczył przez okno, że odbiera telefon. Ładna kobieta ze swoją córką – jęczącą gówniarą – wsiadły do ciężarówki. Hrubek nie mógł się ruszyć, bo gdyby wyszedł z kryjówki, kobieta przy telefonie mogłaby wezwać pomoc. Zawarczał silnik samochodu. Podniecony Hrubek omal nie wyskoczył z ukrycia. Powstrzymał się jednak i zamknął oczy – zacisnął je tak, że zaczęła go boleć głowa. Odzyskał panowanie nad sobą. Przykucnął pod krzakiem ostrokrzewu o liściach ostrych jak noże.

Ciężarówka przejechała obok niego, zgrzytając na żwirze. Hrubek patrzył za nią, dopóki nie zniknęła mu z oczu. Ani matka, ani córka nie usłyszały jego wściekłego pomruku.

Hrubek kopnął zderzak motocykla tak mocno, że rozległ się głuchy łoskot. Popatrzył przez chwilę na motocykl, a potem podszedł do kuchennego wejścia. Otworzył po cichu drzwi z siatki i zajrzał do kuchni przez małe okienko we właściwych drzwiach. Kobieta o ciemnych włosach i smagłej cerze wciąż rozmawiała przez telefon, gestykulując z ożywieniem i kręcąc głową. Na ten widok Hrubekowi przyszło do głowy, że na pewno będzie krzyczała. Na kuchence, na dużym ogniu stał czajnik. Woda zaczynała parować. Przekręcając po cichu gałkę i sprawdzając, czy drzwi nie są zamknięte na klucz, Hrubek pomyślał: „Robi sobie herbatę. To znaczy, że nie ma zamiaru wyjść i że nikt jej nigdzie w najbliższym czasie nie oczekuje".

Hrubek pogratulował sobie inteligencji i postanowił dalej działać inteligentnie. Zgodnie z tym postanowieniem nie otworzył drzwi i nie wszedł do kuchni, dopóki kobieta nie odwiesiła słuchawki i nie podeszła do znajdującej się daleko od telefonu kuchenki.

Owen Atcheson, prawie ogłuszony upadkiem i uderzeniem o stołową nogę, gramoląc się, odsunął się od drzwi. Nie mogąc znaleźć broni, chwycił leżącą w pobliżu butelkę z colą. Walnął nią mocno o podłogę, tak że została mu w dłoni tylko obtłuczona szyjka, którą trzymał jak nóż. Ukucnął – przygotowany na to, że zostanie zaatakowany. Napastnik nie ruszał się.

Owen odczekał jeszcze chwilę. W końcu wstał. Podniósł z podłogi pistolet. Nie słysząc niczyjego oddechu i nie dostrzegając żadnego ruchu, zapalił latarkę.

Nieporównany smak.

Owen kopnął drzwiczki starego automatu do sprzedawania pepsi. – Jezus Maria – wyrzucił z siebie.

Zamek w drzwiczkach od automatu został wyłamany – bez wątpienia przez Hrubeka – iw momencie gdy z hukiem przejeżdżała ciężarówka, te drzwiczki otworzyły się i zasłoniły otwór drzwi wejściowych. Owen był tak wściekły, że omal nie wpakował kuli w pępek ubranej tylko w bikini dziewczyny ze spłowiałego plakatu przyklejonego do drzwiczek. Włożył pistolet do kieszeni i wyszedł na zewnątrz.

O kilka stóp od budynku, od strony zachodniej, odnalazł ślady roweru, które potem skręcały w prywatną drogę dojazdową prowadzącą do jakiejś rezydencji. Z szosy Owen nie widział domu, a po długości drogi dojazdowej i rozmiarach posiadłości poznał, że właściciele tego domu są bogatymi ludźmi. Może byli to hodowcy koni. Owen spojrzał na ziemię i przekonał się, że Hrubek zszedł z drogi i posuwał się przez zarośla. Musiał iść cicho, bo zostawił ślady tam, gdzie ziemia była miękka. Owen poszedł po tych wyraźnych śladach. Nagle na zachodzie błysnęło.

Chcąc okrążyć Hrubeka i zajść go od przodu, Owen skierował się na zachód od drogi dojazdowej i wszedł na łąkę porośniętą płową trawą, a potem skręcił na południe. Widział teraz odległy o ćwierć mili, okazały dom. Mimo że było późno, w domu paliły się światła, dzięki czemu sprawiał on wrażenie przytulnego i bezpiecznego.

Jednak to wrażenie znikło, kiedy Owen zauważył jedną niepokojącą rzecz – szeroko otwarte drzwi od kuchni, przez które na żwirowany podjazd padało białe światło. Wyglądało to tak, jak gdyby ktoś szybko uciekł z tego domu.

Albo, pomyślał Owen, szybko do niego wszedł. I wciąż był w środku.

Ten, kto kocha kwiaty i literaturę, nie może wątpić w istnienie Boga. Chociaż to, o czym On nas poucza, nie jest znowu takie rewelacyjne. Widzimy codziennie cuda, to prawda. Ale z drugiej strony Bóg musi troszczyć się o wszechświat i dlatego nie ma za wiele czasu dla pasażerów zderzających się pociągów, dla dzieci czepiających się autobusów i ginących pod kołami i dla czyichś serdecznych przyjaciół mordowanych przez szaleńca w Parku Stanowym.

– Nie mogłam się pozbyć takich myśli – wyjaśniła Lis Kohlerowi. – Od morderstwa upłynęło już parę miesięcy, a ja wciąż powtarzałam to każdej osobie, z którą rozmawiałam. Jestem pewna, że ludzie uważali, że zwariowałam.

Kohler kiwnął uprzejmie głową na taką teologię i ściągnął brwi, robiąc współczującą minę. – Straciła pani równocześnie dwoje przyjaciół. To straszne. Ja nie wiedziałem o śmierci tej dziewczyny.

Lis milczała przez dłuższą chwilę. W końcu powiedziała:

– Nie, w reportażach z procesu nic o tym nie pisano. Uważano, że to był wypadek.

– Ciekawi mnie… – zaczął.

Lis spojrzała na niego wyczekująco.

– Czy słyszała pani wołanie o pomoc?

– Jak to?

– No, czy słyszała pani, że Claire wzywa pomocy? Zanim zobaczyła pani Michaela i zanim wbiegła pani do jaskini. Czy słyszała pani jej krzyk?

Lis nie odpowiadała, więc Kohler mówił dalej:

– Wydaje się, że skoro Michael ją gonił… Bo on ją gonił, prawda? Lis nie była w stanie zgadnąć, w jakim celu Kohler zadaje to pytanie.

Po chwili powiedziała:

– Ja niczego nie słyszałam. Nie było żadnych krzyków.

– A właściwie to dlaczego ona weszła do jaskini?

– Nie wiem.

– To dziwne, prawda? Bo przecież gdyby Michael ją gonił, to pobiegłaby chyba kanionem? Jaskinia to ostatnie miejsce, w którym człowiek chciałby się znaleźć, gdyby gonił go ktoś taki jak Michael, prawda?

Lis była rozdrażniona. – Nie mogę przecież mówić za nią.

– *- Ja się po prostu zastanawiam. Nie myślała pani o tym? Już później. Młoda dziewczyna, którą goni taki olbrzym… Ja uważałbym, że w pewnym momencie powinna zacząć krzyczeć.

– Może krzyczała. Tylko ja jej nie usłyszałam. Naprawdę, nie…

– Ale to było blisko tego miejsca, w którym pani jej szukała, prawda? – nie ustępował Kohler. – Z tego, co pani mówiła, zrozumiałem, że…

– To było blisko tego miejsca, tak, ale… – Lis czuła się jak ktoś wzięty w krzyżowy ogień pytań i starała się zachować spokój. – Nie wiem. Może wyparłam to z pamięci. Może ona krzyczała, ale ja tego nie pamiętam. To możliwe, prawda?

– Oczywiście. To bardzo możliwe. Mogło się to zdarzyć z powodu stresu po wstrząsie.

– No więc…

Kohler coś powiedział, coś, co być może było przeprosinami, ale Lis już tego nie usłyszała. Claire, myślała. Moja biedna Claire. I przypomniała sobie oczy dziewczyny i włosy spadające na ramiona jak woda i białe usta, aż proszące o szminkę, której dziewczyna nie używała z powodu nieśmiałości.

Żałowała Roberta, to prawda, ale największy ból sprawiła jej śmierć Claire. Nie zdawała sobie sprawy, że może tak bardzo przywiązać się do takiej młodej istoty. Zawsze w obecności dzieci czuła się trochę nieswojo, nawet wtedy, kiedy te dzieci były jej uczniami. Rzadko się do tego przyznawała, ale prawda była taka, że nie chciała dziecka. Nie mogła sobie wyobrazić rodziny Atchesonów na pikniku – ponurego Owena piastującego maleńkiego Andy'ego i siebie sprawdzającej, czy zupka nie jest za gorąca. Nie mogła też sobie wyobrazić tych różnych kąpieli i wózków spacerowych, i tych zebrań rodziców w szkole. I tych kłopotliwych rozmów uświadamiających…

Jednak do Claire czuła coś szczególnego. Claire była wyjątkowa. Lis patrzyła na nią jakby przez pęknięcie w murze odległego czasu i widziała w tej dziewczynie inną szczupłą, nieśmiałą dziewczynę z przeszłości. Dziewczynę, której ojciec był zarówno kimś bliskim jak i kimś pełnym nienawiści, i której matka była naprawdę obecna tylko wtedy, gdy jej mężczyzna nie znajdował się w pobliżu. Claire nieraz w sposób niejawny manifestowała, że prosi o pomoc – na przykład zostając po lekcji i zadając inteligentne pytania o dramat z czasów króla Jakuba I albo znajdując się przypadkiem obok Lis, kiedy ta spacerowała brzegiem rzeki za szkołą – a Lis nie mogła się tym prośbom oprzeć.

Wyobrażała sobie właśnie twarz Claire, kiedy dotarło do niej, że psychiatra zadaje jej pytanie. Chciał wiedzieć, jak wyglądał proces.

– Proces? – powtórzyła cicho Lis. – No więc zjawiłam się w sądzie wcześniej…

– Sama?

– Nie pozwoliłam Owenowi, żeby ze mną pojechał. Tb trudno wytłumaczyć, ale chciałam, żeby to, co stało się w Indian Leap, miało jak najmniej wspólnego z moim życiem domowym. Owen spędził ten dzień z Dorothy. W końcu to ona była wdową. Bardziej niż ja potrzebowała pociechy…

Kiedy Lis zobaczyła Hrubeka na sali sądowej – pięć i pół tygodnia po morderstwie – Hrubek wydał jej się jakiś mniejszy. Był blady, wyglądał na chorego. Spojrzał na nią zmrużonymi oczami i jego usta wykrzywił dziwny uśmiech. Idąc między ławkami, Lis starała się patrzeć na panią prokurator – młodą kobietę z rozwianymi włosami. Pani prokurator przygotowywała ją przez cały tydzień do wystąpienia w sądzie. Lis usiadła za nią. Nie skryła się jednak przed wzrokiem Hrubeka – Hrubek ze swojego miejsca widział ją dokładnie. Ręce miał skute kajdankami. Podniósł je tak wysoko, jak mógł i zaczął jej się przyglądać, poruszając kompulsywnie wargami.

– Boże, jakie to było dziwne.

– To dyskinezja – wyjaśnił Kohler. – Stan spowodowany lekami przeciwpsychotycznymi.

– Cokolwiek to było, przeraziło mnie. A kiedy on się odezwał, dostałam prawie ataku serca. Bo on skoczył na równe nogi i powiedział: „Spisek!", a potem: „Zemsta" czy coś takiego. Nie pamiętam dokładnie.

Najwyraźniej takie wystąpienia zdarzały mu się już przedtem, bo nikt, nie wyłączając sędziego, nie zwrócił na to uwagi. Kiedy Lis przechodziła koło Hrubeka, ten uspokoił się i zapytał ją tonem kogoś prowadzącego swobodną rozmowę, czy wie, gdzie on był czternastego kwietnia w nocy o dziesiątej trzydzieści.

– Czternastego kwietnia?

– Tak.

– A to morderstwo miało miejsce pierwszego maja, tak?

– Tak.

– Czy czternasty kwietnia coś dla pani znaczy? Lis pokręciła głową. Kohler zrobił krótką notatkę.

– Proszę mówić dalej.

– Hrubek powiedział: „Mordowałem kogoś…" Nie pamiętam dokładnie jego słów, ale to było coś takiego: „Mordowałem kogoś. Księżyc wze-szedł czerwony jak krew i od tego czasu jestem ofiarą spisku…"

– Zamach na Lincolna! – Kohler spojrzał na Lis, unosząc brwi.

– Słucham? – zapytała.

– Czy zamach na Lincolna nie miał miejsca gdzieś w połowie kwietnia?

– Tak, chyba tak. Kohler znowu coś zapisał.

Lis zauważyła, że na jego twarzy pojawił się na chwilę uśmiech. Zlekceważyła to i ciągnęła dalej:

– Hrubek mówił: „Wszczepili mi urządzenia szpiclujące i podsłuchujące. Torturowali mnie". Chwilami to, co mówił, było niespójne, a chwilami mówił jak lekarz albo prawnik.

Lis była głównym świadkiem oskarżenia. Złożyła przysięgę, a następnie usiadła na ogromnym drewnianym krześle. Na siedzeniu tego krzesła leżała poduszka w zrobionej szydełkiem poszewce, a ona zastanowiła się, czy ta poszewka jest dziełem żony siwego, przygarbionego sędziego.

– Pani prokurator poprosiła mnie, żebym opowiedziała sądowi, co się tamtego dnia zdarzyło. Zrobiłam to.

Zdawało jej się, że to zeznanie trwa nieskończenie długo. A potem dowiedziała się, że zeznawała zaledwie osiem minut.

Bała się pytań adwokata Hrubeka. Ale on jej nie przesłuchiwał. Powiedział tylko: – Nie mam pytań.

I Lis spędziła kilka następnych godzin na galerii.

– Nie mogłam nic więcej zrobić, mogłam tylko patrzeć na plastikowe torebki zawierające kamień splamiony krwią Roberta i nóż kuchenny. Siedziałam z tyłu z Tadem… – Kohler podniósł pytająco brew. – To mój dawny uczeń. Czasami pracuje u mnie w cieplarni i w ogrodzie. Powiedziałam wszystkim znajomym, żeby nie przychodzili do sądu. Ale Tad mnie nie posłuchał. Był ze mną – wesoły i uśmiechnięty – przez cały dzień.

Przed rozprawą młody człowiek znalazł ją na korytarzu i wręczył jej papierową torebkę. W torebce była żółta róża. Tad obciął róży kolce, przyciął łodyżkę i zawinął ją w mokre papierowe ręczniki. Lis na widok kwiatu rozpłakała się i pocałowała go w policzek.

– Czy rozprawa trwała długo? -■ zapytał Kohler.

Właściwie to nie, odpowiedziała. Obrońca nie podważał faktu, że Hrubek zabił Roberta. Oparł linię obrony na tym, że Hrubek był niepoczytalny. Twierdził, że jego klient nie rozpoznawał znaczenia swego czynu, nie pojmował, że popełnia zbrodnię. Zgodnie z regułą M'Naghtena – zacytowała Lis to, czego się dowiedziała z pouczenia – w takim wypadku śmierć jest uznawana za spowodowaną zrządzeniem boskim. Adwokat nawet nie przesłuchał Hrubeka. Przedstawił dokumentację medyczną i pisemne zeznania pod przysięgą biegłego psychiatry, które zostały głośno odczytane przez sekretarza sądu i z których wynikało, że Hrubek nie był w stanie pojąć, jakie będą konsekwencje jego czynów.

Przez cały czas szaleniec siedział przy stole na miejscu dla oskarżonego, zgarbiony, nawijając sobie brudne włosy na palce, mamrocząc coś i pokrywając papier formatu A4 jakimiś literami i liniami. Lis nie zwróciła uwagi na te jego bazgroły, ale później doszła do wniosku, że on wcale nie był takim szaleńcem, na jakiego wyglądał – bo w ten właśnie sposób zapisał sobie jej nazwisko i adres.

Wyrok brzmiał: niewinny z powodu choroby psychicznej – w chwili popełnienia czynu oskarżony nie mógł rozpoznać jego znaczenia. Zgodnie z paragrafem 403 Ustawy o Zdrowiu Psychicznym, Hrubeka zaklasyfikowano jako niebezpiecznego szaleńca i skierowano na czas nieokreślony do szpitala stanowego, gdzie co rok miał być poddawany badaniom kontrolnym.

– Wyszłam z sądu. Potem…

– A co z tym incydentem z krzesłem? – wtrącił Kohler, składając dłonie tak, jakby klaskał w zwolnionym tempie.

– Z krzesłem?

– On wskoczył na krzesło czy na stół. Ach, o to mu chodzi.

Sala sądowa zaczynała pustoszeć. Nagle przez panujący w niej gwar przebił się potężny głos. To krzyczał Michael Hrubek, który, popchnąwszy urzędnika sądowego tak, że ten upadł, wspiął się na krzesło. Podniósł ręce nad głowę tak, że zadzwoniły kajdanki, i zaczął krzyczeć. Jego oczy spotkały się na chwilę z oczami Lis. Lis zamarła w bezruchu. Strażnicy ściągnęli Hrubeka na podłogę, a inny urzędnik wyprowadził Lis z sali.

– Co on powiedział?

– Co powiedział?

– No tak, co powiedział wtedy, kiedy stał na krześle? Wykrzyknął wtedy jakieś słowa?

– Mnie się zdaje, że on tylko wył. Jak zwierzę.

– W gazecie było napisane, że krzyczał: „Ty jesteś Ewa od zdrady".

– Możliwe.

– Nie pamięta pani?

– Nie. Nie pamiętam. Kohler pokręcił głową.

– Odbywałem z Michaelem sesje terapeutyczne. Trzy razy w tygodniu. Podczas jednej powiedział: „Zdrada, zdrada. Jej sądzone jest nieszczęście. Siedziała w tym sądzie, a teraz sądzone jej jest nieszczęście. To wszystko zdrada. To Ewa". Kiedy go zapytałem, co chce przez to powiedzieć, zdenerwował się. Tak jakby wygadał się z jakimś sekretem. Nie chciał o tym mówić. Od tamtej pory kilka razy wspominał o zdradzie. Czy pani wie, o co tu może chodzić?

– Nie. Nie mam pojęcia. Przykro mi, ale nie.

– A co było później?

– Po procesie? – Lis wypiła łyk kawy. – No, potem znalazłam się na dnie piekła.

Kiedy szum wokół sprawy ucichł, a Hrubek znalazł się w szpitalu, Lis powróciła do życia, jakie wiodła, zanim zdarzyła się ta tragedia. Początkowo to jej życie wydawało się nie zmienione: uczyła na kursach letnich, spędzała niedziele w klubie wiejskim razem z Owenem, odwiedzała przyjaciół, zajmowała się ogrodem. Była chyba ostatnią osobą zdającą sobie sprawę z tego, że jej życie się rozpada.

Od czasu do czasu zapominała wziąć prysznic. Zapominała też, jak nazywają się goście, których zapraszała na swoje koktajle. Czasami zdarzało jej się, że idąc szkolnym korytarzem, spoglądała w dół i zauważała, że ma na nogach buty nie od pary. Pewnego razu zamiast mówić o poezji Po-pe'a, jak było w planie, zaczęła mówić o poezji Drydena i miała pretensję do uczniów, że nie przeczytali lektur, których wcale im nie zadała. Czasami znowu, podczas wykładu albo rozmowy, łapała się na tym, że patrzy na zdumione twarze słuchaczy i zaczynała się zastanawiać, co takiego powiedziała.

– To było tak, jakbym chodziła we śnie, jak lunatyczka. Wycofała się do swojej cieplarni i pogrążyła się w smutku.

Owena, który początkowo okazywał cierpliwość, zaczęło denerwować to, że Lis jest taka apatyczna i roztargniona. Dochodziło między nimi do kłótni. On coraz więcej podróżował w interesach. A ona coraz częściej przebywała w domu. Wychodziła tylko do szkoły. Zaburzenia snu pogłębiły się: zdarzało się często, że nie zmrużyła oka przez całą dobę.

Na dobitkę była jeszcze Dorothy, która wkroczyła we wdowieństwo tak samo zdecydowanie jak wsiadała do swojego mercedesa. Była wymizerowana i blada i nie uśmiechała się całymi miesiącami. Ale funkcjonowała, i to całkiem dobrze. Owen kilka razy stawiał ją Lis za wzór.

– Ale ja nie jestem taka jak ona – odpowiadała Lis. – I nigdy nie byłam. Przykro mi.

W czerwcu Dorothy sprzedała dom i przeniosła się na wybrzeże, do New Jersey, jednak to nie ona płakała podczas pożegnalnego lunchu, tylko Lis.

Lis ograniczyła swoje zajęcia do pracy w szkole i w cieplarni. W cieplarni przycinała kwiaty i błąkała się wśród nich jak zagubione dziecko, przy czym twarz miała od czasu do czasu mokrą jak liście pokryte rosą.

Stopniowo jednak polepszyło jej się. Przez pewien czas brała prozac, który powodował u niej drżenie szczęki i palców, a także niezwykłe sny. Pogłębił też bezsenność. Potem przeszła na pamelor, który działał łagodniej.

A później, pewnego dnia, po prostu przestała brać pigułki i odwiesiła na wieszak domową sukienkę.

– Nie potrafię panu powiedzieć, co się stało. Ani kiedy to się stało. Ale nagle poczułam, że muszę żyć dalej. I zaczęłam żyć…

Pewne dane wskazują na to, że urojenia Michaela mają związek z historią Stanów Zjednoczonych – powiedział Kohler. – Zwłaszcza z wojną secesyjną… Sic semper tyrannis – Booth wykrzyknął te słowa, strzelając do Lincolna.

– Tak zawsze dzieje się tyranom – dodała Lis jak typowa nauczycielka. – Jest to też dewiza stanu Wirginia.

– No i ten czternasty kwietnia. Data zamachu.

– Co Lincoln ma wspólnego z czymkolwiek, co wiąże się z Michae-lem?

Kohler pokręcił głową.

– Michael nie chciał rozmawiać ze mną o swoich urojeniach. Mówił

0 nich tylko aluzjami. Nie miał do mnie zaufania.

– Nie miał zaufania nawet do pana, do swojego lekarza?

– Zwłaszcza do mnie. Na tym polega jego choroba. On jest paranoi-kiem. Zawsze mnie oskarżał o to, że chcę wydobyć z niego informacje

1 przekazać je FBI albo Tajnym Służbom. Istnieje u niego jakieś urojenie pierwotne, ale ja nie mogę dotrzeć do jego sedna. Przypuszczam, że koncentruje się ono wokół wojny secesyjnej, śmierci Lincolna, spiskowców. Albo jest związane z jakimś wydarzeniem, które on kojarzy sobie z zamachem. Nie wiem.

– A dlaczego to urojenie jest takie ważne?

– Dlatego, że stanowi rdzeń jego choroby. To urojenie pozwala mu zrozumieć, dlaczego każdy dzień jego życia jest taki okropny. Zycie schizo-frenika – dodał Kohler tonem wykładowcy – polega na poszukiwaniu sensu.

A czyje życie na tym nie polega? – zastanowiła się Lis.

– Choć dzisiaj jest to sprawa kontrowersyjna – powiedział lekarz, dodając, że uważany jest przez innych psychiatrów za odszczepieńca.

Lis, usłyszawszy to, pomyślała, że on się chyba trochę przecenia.

– Schizofrenia – ciągnął dalej – to choroba fizyczna. Taka jak rak czy zapalenie wyrostka. Trzeba ją leczyć za pomocą leków. Nikt temu nie przeczy. Ale ja, inaczej niż większość kolegów, uważam, że w leczeniu schizofrenii może też być z powodzeniem stosowana psychoterapia.

– Nie mogę sobie wyobrazić Hrubeka leżącego na kozetce i opowiadającego o swoim dzieciństwie.

– Freud też nie mógł sobie wyobrazić sytuacji tego rodzaju. Twierdził, że schizofreników nie należy leczyć psychoterapią. Większość psychiatrów zgadza się z nim. Obecnie chorym na schizofrenię daje się „cukierki na mózg". Tak cynicy określają te leki. No i zmusza się ich do tego, żeby zaakceptowali rzeczywistość. Uczy się ich zamawiać posiłki w restauracjach i robić pranie w pralni, a potem wypuszcza się ich. I to prawda, że analizowanie dzieciństwa na kozetce to metoda nie nadająca się dla ludzi takich jak Michael. Jednak pewne rodzaje psychoterapii dają dobre rezultaty. Dzięki nim poważnie chorzy pacjenci są w stanie nauczyć się nieźle funkcjonować.

Większość psychiatrów uważa, że ludzie chorzy na schizofrenię mówią od rzeczy, że ich urojenia nie mają żadnego sensu. A ja jestem zdania, że prawie wszystko, co oni mówią, ma sens. Im bardziej staramy się przetłumaczyć ich słowa na nasz sposób myślenia, tym bardziej bezsensowne one się stają. Ale jeżeli postaramy się dostrzec ich sens metaforyczny, otwierają się przed nami drzwi. Weźmy Napoleona. Schizofrenicy często twierdzą, że są Napoleonami. Ja nigdy nie usiłuję przekonać takiego pacjenta, że nie jest Napoleonem. Ale nie poklepuję go też pobłażliwie po głowie i nie mówię do niego bonjour, kiedy go spotykam na korytarzu. Próbuję dociec, dlaczego on uważa, że jest cesarzem Francuzów. W dziewięciu przypadkach na dziesięć istnieje jakaś tego przyczyna. Poznawszy tę przyczynę, mogę zacząć otwierać drzwi. Osiągnąłem doskonałe rezultaty w terapii pacjentów, z których niejeden był o wiele bardziej chory niż Michael. No, a sam Michael… Już się dostawałem do jego wnętrza – powiedział z goryczą – już byłem bliski otwarcia jakichś drzwi… I nagle on uciekł.

– Mówi pan tak, jakby on był niewinny.

– On jest niewinny.

Czy ten doktorek nie za bardzo jest przyzwyczajony do tego, że ludzie kupują to, co on im wciska? – pomyślała Lis ze złością. Czy nie za bardzo się przyzwyczaił do tych swoich posłusznych pacjentów, którzy kiwają chorymi głowami i odchodzą, szurając nogami, żeby wykonać jego polecenia? I do zmartwionych członków ich rodzin, którzy chłoną jego pompatyczne słowa jak gąbka wodę? I do młodych, przerażonych stażystów i pielęgniarek?

– Jak pan może przedstawiać go w takim romantycznym świetle? On jest po prostu zbiorem kości i mięśni mogących wykonać to, co zalęgnie się w oszalałej głowie. Jest maszyną, która wpadła w krwiożerczy amok.

– Wcale nie. Michaela dręczy poczucie niemożności. On nie może stać się tym, czym powinien być w swoim własnym mniemaniu. Na tym polega jego wewnętrzny konflikt objawiający się jako coś, co nazywamy szaleństwem. Jego urojenia są dla niego wyjaśnieniem. Wyjaśniają mu, dlaczego nie może być taki jak inni.

– Wygląda na to, że pan chce powiedzieć, że jego choroba nie jest przez nikogo zawiniona. Ale nikt też nie jest winien temu, że są tornada. Jednak gdybyśmy potrafili, powstrzymalibyśmy je. Powinniśmy też powstrzymać Hrubeka. Ktoś powinien… zamknąć go i wyrzucić klucz. – Omal nie powiedziała „dogonić go i zastrzelić". – On jest po prostu psychopatą! – dokończyła.

– To nieprawda. Wcale nim nie jest. Psychopatia to coś zupełnie innego niż schizofrenia. Psychopaci dobrze się przystosowują do życia w społeczeństwie. Wydaje się, że funkcjonują jak normalni ludzie. Mają pracę i rodzinę, ale są całkowicie amoralni i pozbawieni emocji. To oni są źli. Psychopata mógłby panią zabić dlatego, że zajęła mu pani miejsce na parkingu, albo dlatego, że nie chciała mu pani dać dziesięciu dolarów. I zrobiłby to bez wahania. A Michael zabiłby tylko z powodu, dla którego zabiłaby i pani – na przykład w celu samoobrony.

– Więc Michael jest nieszkodliwy, panie doktorze? Czy to chce mi pan powiedzieć?

– Nie, oczywiście, że nie. Ale… – Kohler przerwał. – Przykro mi, że wyprowadziłem panią z równowagi – dokończył.

Lis milczała przez chwilę, a potem powiedziała spokojnie:

– Nie, to nie to. Patrzymy na te rzeczy inaczej, to wszystko.

– Późno już. Wykorzystałem swoje dwadzieścia minut.

Kohler wstał i poszedł w stronę kuchni. Kiedy był już przy kuchennych drzwiach, powiedział:

– Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie interesuje. Dlaczego on łączy panią ze zdradą? „Ewa od zdrady". „Zemsta". „Zawsze". Dlaczego?

– Chyba dlatego, że zeznawałam przeciwko niemu. Podniosła ręce gestem mającym oznaczać, że to bardzo proste.

– Myśli pani, że to o to chodzi?

– Tak przypuszczam. Ale oczywiście nie mam pewności.

Kohler kiwnął głową i zamilkł. W chwilę później, pukając się palcem w głowę, dokonał kolejnego myślowego przeskoku.

– Za miastem jest takie miejsce z samochodami, prawda? Lis myślała, że źle usłyszała.

– Miejsce z samochodami? Tak pan powiedział?

– No tak. Punkt sprzedaży.

– Ach, rzeczywiście. Ale…

– Myślę o tym dużym. Takim oświetlonym. O punkcie Forda.

– No tak, jest punkt Kleppermana sprzedający fordy.

– Gdzie to jest dokładnie?

– Pół mili za miastem. Przy szosie numer 236. Za wzgórzami, na wschód od miasta. Dlaczego pan pyta?

– Tak z ciekawości.

Lis czekała na jakieś wyjaśnienie, ale wyjaśnienie nie nastąpiło. Było jasne, że Kohler zakończył już ten wywiad czy to przesłuchanie. Odchrząknął i podziękował jej. Lis była zadowolona, że jego wizyta dobiega już końca. Bo ta wizyta zdenerwowała ją.

Co z tego, co mu powiedziałam, jest dla niego cenną informacją? – zastanowiła się zdezorientowana.

No i co on przede mną zataił?

Kiedy byli już na zewnątrz i szli w stronę samochodu, spojrzeli oboje w niebo na gęste chmury. Wiatr wiał teraz wściekle, rozwiał Lis włosy, które zakryły jej twarz.

– Panie doktorze – Lis dotknęła jego chudego ramienia. – Proszę mi powiedzieć, jakie istnieje prawdopodobieństwo, że on zmierza tutaj, do mojego domu?

Kohler dalej patrzył w niebo.

– Jakie istnieje prawdopodobieństwo? Według mnie prawdopodobne jest to, że go wkrótce złapią. A nawet jeżeli go nie złapią, to on nie zajdzie

sam aż tak daleko. Ale jeżeli prosi mnie pani o radę, to powiem pani, że powinna pani pojechać do tego hotelu.

Patrzył na nią przez moment, a potem zrobiło się jasne, że myśli już

0 czymś innym. Być może wędrował w wyobraźni przez zarośla i lasy razem ze swoim przerażonym, szalonym, zagubionym pacjentem. Lis, obserwując go zmierzającego do samochodu, pozbyła się na chwilę złości i dojrzała w nim kogoś, kim był w istocie – ambitnego, niezłomnego i oddanego pacjentom młodego lekarza. Którego na dodatek na pewno cechowała cholerna inteligencja. Wyczuła jednak, że jest w nim coś jeszcze, i przez kilka chwil nie była w stanie dociec, co to takiego. Zrozumiała, co to było, dopiero wtedy, kiedy jego samochód zniknął w ciemności. Zrozumiała, że doktor Richard Kohler był bardzo zatroskany.

Karetka i samochód policyjny przybyły równocześnie, oświetlając jaskrawym światłem dolne gałęzie drzew. Hamulce zapiszczały i w ogrodzie pojawili się mężczyźni i kobiety w mundurach. Pojawił się też sprzęt, nosze

1 jakieś urządzenia ze światełkami i guzikami. Sanitariusze pobiegli w stronę dużego domu w stylu kolonialnym. To samo zrobili policjanci, chowając w biegu swoje długie latarki.

Owen Atcheson siedział na schodkach przed kuchennymi drzwiami, które były wciąż otwarte. Patrząc na sanitariuszy podbiegających do drzwi, podpierał sobie głowę obiema rękami.

– To pan dzwonił pod 911? – spytał go jeden z tych sanitariuszy. – I zawiadomił, że napadnięto kobietę?

Owen kiwnął głową.

– Gdzie ona jest?

– W kuchni – odpowiedział Owen głosem człowieka bardzo zmęczonego i zniechęconego. – Ale możecie się nie spieszyć.

– Jak to?

– Powiedziałem: nie ma co się spieszyć. Ona pojedzie już tylko do kostnicy.

mm

Duchy zmarłych

19

Kto to jest? Chyba nie Mary Haddon? Boże drogi, to chyba nie ich córka!

– Nie, to nie ona.

– To nie Mary?

– Spójrzcie na nią, na litość boską! Przecież to nie Mary.

Ale nikt nie chciał spojrzeć. Woleli patrzeć na kalendarz ścienny, na notatki przypominające, że trzeba wysłać różne rzeczy, na rozbitą filiżankę, na kawałki papieru przytwierdzone do lodówki w kolorze awokado ma-gnesikami w kształcie owoców. Woleli patrzeć gdziekolwiek, byle nie na okropną postać przywiązaną drutem dzwonkowym do drewnianego krzesła z poręczami. Do pomieszczenia wszedł sanitariusz, omijając ostrożnie plamę krwi widniejącą na płytkach podłogi. Pochylił się i zaczął się przyglądać skomplikowanym węzłom. Gardło kobiety było poderżnięte, na jej szyi widać było głęboką ranę. Jej głowa poleciała bezwładnie do tyłu, a bluzka rozchyliła się. Na sinej klatce piersiowej widniały wyraźne niezgrabne litery wycięte na skórze.

– Cholerny burdel – powiedział jeden z młodych policjantów.

– No, no, tylko bez przekleństw – odezwał się na to detektyw w cywilu. – Przeszukajcie dom. Wszystkie sypialnie.

– Mnie się zdaje, że Joe i Mary są w kościele. Jutro ma się tam odbyć licytacja na cele dobroczynne, a Joe jest przewodniczącym komitetu organizacyjnego. Słyszałem, że oboje z Mary przesiadują w kościele do późna. O Boże, mam nadzieję, że ich córka jest z nimi.

– Zadzwonimy tam albo poślemy samochód. Teraz zajmijmy się tym. Wszedł jeden z policjantów i spojrzał na zwłoki.

– O rany, to jest Mattie! Mattie Selwyn. Gospodyni Haddonów. Znam jej brata.

Padały dalsze nerwowe uwagi:

– No, no, dobrze to nie wygląda. A co ona ma na kolanach? Co to jest to małe białe?… Jezu, to chyba jakaś czaszka. Borsucza?

– Że też to się musiało stać dzisiaj! – narzekał zastępca szeryfa. – Za chwilę zacznie się tu burza. W Morristown była już trąba powietrzna. Kilka osób straciło życie. Słyszycie? Kil…

W drzwiach stanął Owen i popatrzył znowu na pobojowisko. Pokręcił głową.

– To pan nas wezwał? – zapytał detektyw, przeciągając dłonią po swoich szpakowatych włosach.

Owen kiwnął głową i otarł sobie pot z twarzy. Dzwoniąc pod 911, spojrzał na swoje odbicie w szybie okiennej i zobaczył, że policzki i czoło ma posmarowane błotem. Posmarował je przedtem, żeby mu się nie błyszczały. Przed przybyciem policji umył twarz. Mimo to jednak teraz, po otarciu potu z czoła, zauważył, że chusteczka jest brudna, i pomyślał, że on sam musi wyglądać okropnie. Opowiedział policjantom o ucieczce Hrubeka,

0 tym, że Hrubek miał rower, i o tym, że on sam go ścigał aż do miejsca, w którym się teraz znajdowali.

– Zgadza się, proszę pana – powiedział detektyw – zawiadomiono nas o tej ucieczce. Ale myśleliśmy, że on posuwa się na wschód.

– Mówiłem im, że tak nie jest – odrzekł Owen porywczo. – Mówiłem im, że on zawróci i pójdzie na zachód. Nie chcieli mnie słuchać. Od samego początku nikt tej sprawy nie traktował poważnie. A teraz…

– Słyszeliśmy też, że on jest nieszkodliwy – powiedział detektyw tonem człowieka zawiedzionego, patrząc na ciało. Potem spojrzał na Owena

1 zapytał: – A jaka jest w tym wszystkim pańska rola?

Owen odpowiedział, że chciał sprawdzić, co policja stanowa robi w celu złapania uciekiniera, który ma jakieś pretensje do jego żony. Mówiąc, uświadomił sobie, że jego historia brzmi dziwnie. Dlatego nie był ani zdziwiony, ani obrażony, kiedy policjant zapytał:

– Czy mógłbym zobaczyć pański dowód tożsamości?

Owen wręczył mu prawo jazdy i kartę rejestracyjną adwokata.

– Nie ma pan nic przeciwko temu, żebyśmy to potwierdzili?

– Oczywiście, że nie.

Detektyw zadzwonił do swojego biura. W chwilę później kiwnął głową i odwiesił słuchawkę. Podszedł do Owena i zwrócił mu dokumenty.

– Czy ma pan przy sobie broń?

– Tak.

– Rozumiem więc, że ma pan pozwolenie?

– Tak, mam. I cztery lata doświadczenia bojowego.

Powiedział to, bo detektyw był mniej więcej w jego wieku i na jego twarzy malował się spokój, który w obliczu takiej jatki może osiągnąć tylko ktoś, kto wyszedł cało z walk. Aczkolwiek trochę niechętnie, detektyw zrobił porozumiewawczą minę.

Do pomieszczenia zajrzał policjant i, patrząc szeroko otwartymi oczami na martwą kobietę, odezwał się:

– Bob, znaleźliśmy coś. Ślady motocykla. Świeże.

– To pański? – zapytał detektyw Owena.

– Nie.

– Tylko kask został na ziemi – mówił dalej policjant. – Wygląda na to, że…

– Kask? – zawołał z salonu drugi policjant, ten, który zidentyfikował gospodynię. – On należał do niej. Do Mattie. Mattie jeździła hondą. Chyba żółtą.

– Dokąd prowadzą ślady? – zapytał detektyw.

– Biegną za garażem, wzdłuż ścieżki, a potem w kierunku szosy numer 106. Skręcają na południe.

– Numer 106? – wtrącił Owen. – Ona prowadzi do Boyleston.

– No tak. Gdyby nią pojechał, byłby w Boyleston w jakieś czterdzieści, no, może pięćdziesiąt minut.

– W Boyleston jest najbliższa stacja kolejowa, tak? Detektyw kiwnął głową.

– To prawda. Z komunikatu wiemy, że on chciał się dostać do Massachusetts. Myślano, że posuwa się pieszo, ale oczywiście on może też wsiąść do pociągu. Zresztą może zawrócił. Wie pan, może zrobił taki numer mylący.

– Mnie też się zdaje, że to możliwe.

Detektyw ostrym tonem wydał rozkaz umundurowanemu sierżantowi – kazał mu zawiadomić posterunek w Boyleston o morderstwie i wysłać dwa samochody na szosę numer 106. Policjanci podeszli do ciała i zaczęli zbierać odciski palców i robić zdjęcia. Owen tymczasem wyszedł na zewnątrz i obszedł posiadłość, szukając śladów. Obejrzał pastwiska, stajnie i kilka małych stodół zamienionych na garaże.

– Znalazł pan coś? – zawołał do niego detektyw.

– Nie.

– Panie Atcheson, potrzebne nam pańskie zeznanie. Jestem też pewien, że prokurator Franks będzie chciał z panem porozmawiać.

– Bardzo chętnie. Ale rano.

– Ja…

– Rano – powtórzył spokojnie Owen.

Inspektor sięgnął do portfela, wyjął wizytówkę i wręczył ją Owenowi.

– Zadzwoni pan do mnie? Punktualnie o dziewiątej. Owen powiedział, że zadzwoni.

Detektyw zmierzył go wzrokiem od stóp do głów.

– Rozumiem, co pan czuje, proszę pana. Ja sam na pana miejscu chciałbym puścić się natychmiast w pogoń za nim. Ale jeżeli wolno mi panu radzić, niech się pan lepiej trzyma z daleka od całej tej historii.

Owen kiwnął głową i spojrzał w stronę czerwonawej łuny świateł nad Boyleston. Odsunął się na bok, kiedy sanitariusze wynosili ciało. Popatrzył na nie, nie widząc ciemnego worka, tylko dostrzegając oczyma wyobraźni krwawe litery wycięte na piersi kobiety.

Tworzyły one słowa: zawsze zemsta.

Emil zgubił trop na peryferiach Cloverton.

A potem znowu szukał, posuwając się zygzakiem po asfalcie i ciągnąc za sobą pana. W tej sytuacji nawet Trenton Heck, który ufał swoim psom prawie bezgranicznie, miał trudności.

Problem polegał na tym, że w takich razach człowiek nie wie dokładnie, co pies zamierza. Bo może zdarzyć się tak, że w momencie gdy da mu się do wąchania jakąś część ubrania ściganego, on poczuje jelenia i usłyszawszy rozkaz „Szukaj!", rzuci się w pogoń właśnie za nim. W takim wypadku pies uważa, że wykonuje rozkaz, i biada temu panu, który nie da mu w nagrodę mięsnego paluszka. Heck przypomniał sobie wszystko, co zaszło tego wieczora, i doszedł do wniosku, że Emil raczej się nie myli. No dalej, stary – pomyślał -ja w ciebie wierzę. Zróbmy razem to, co do nas należy.

Emil ruszył w kierunku rowu wypełnionego wodą, ale Heck kazał mu zawrócić, gdyż przyszło mu do głowy, że człowiek, który zastawiał pułapki, mógł też zatruć wodę. Bał się zresztą i tego, że woda może być zanieczyszczona w sposób naturalny. Hołdował zasadzie, że psom powinno się pozwalać pić tylko wodę wziętą z domu. (Kiedy inni policjanci prychali na to i mruczeli kpiąco: „No tak, daj mu ewian albo perrier", mówił do nich:

„Świetnie, chłopcy, przejedźcie się do Meksyku i napijcie się tam wody z kranu. Zobaczycie, jak wam będzie smakowała. Dla psa każde miejsce poza domem może być takim Meksykiem".) Teraz wziął z furgonetk