/ Language: Polski / Genre:thriller

Róże Są Czerwone

James Patterson

Seria krwawych napadów na banki w Marylandzie i Wirginii. Tajemniczy, wyjątkowo przebiegły przestępca wynajmuje za każdym razem innych ludzi do rabunku… a potem ich zabija. Śledztwem kieruje Alex Cross. Kolejne tropy prowadzą donikąd. Lecz Cross nie rezygnuje. Nawet kiedy przekonuje się, że inteligentny zbrodniarz prowadzi z nim wyrafinowaną grę. I że za najmniejszy błąd może zapłacić śmiercią.

James Patterson

Róże Są Czerwone

Tytuł oryginalny: Roses are red

Przełożył: Maciej Pintara

Prolog

Z prochu powstałeś…

I

Brianne Parker nie wyglądała na taką, która obrabia banki, ani na morderczynię – jej pulchna, dziecięca buzia mogła zmylić każdego. Ale wiedziała, że tego ranka jest gotowa zabić, jeśli będzie musiała. Miała się o tym przekonać dziesięć po ósmej.

Dwudziestoczteroletnia Brianne nosiła spodnie khaki, jasnoniebieską kurtkę Uniwersytetu Maryland i białe, sportowe buty Nike. Niezauważona przez nikogo przeszła od swojej białej, poobijanej hondy acura ku gęstej kępie drzew, gdzie się ukryła.

Znalazła się przy Citibanku w Silver Spring w stanie Maryland tuż przed ósmą. Filię banku powinni otworzyć za dziewięćdziesiąt sekund. Supermózg powiedział jej, że to wolno stojący budynek przy dwóch przelotowych ulicach. Otaczają go – jak to określił – wielkie, pudełkowate sklepy: Target, PETsMART, Home Depot i Circuit City.

Punkt ósma Brianne wyszła z kryjówki za drzewami pod kolorowym billboardem reklamującym śniadania McDonalda. Kasjerka, która właśnie otworzyła szklane drzwi frontowe i na moment wyszła na zewnątrz, nie mogła jej zobaczyć.

Kilka kroków od wejścia Brianne wciągnęła gumową maskę prezydenta Clintona – jedną z najbardziej popularnych w Ameryce i pewnie najtrudniejszą do wytropienia. Znała nazwisko kasjerki. Wyjęła rewolwer i przystawiła jej do pleców.

– Do środka, panno Jeanne Galetta. Potem odwróć się i z powrotem zamknij na klucz drzwi frontowe. Pójdziemy do twojej szefowej, pani Buccieri.

Tę krótką kwestię wygłosiła dokładnie słowo po słowie, tak jak została napisana. Supermózg powiedział, że ma to decydujące znaczenie, by cała akcja przebiegała zgodnie z określonymi ustaleniami.

– Nie chcę cię zabić, Jeanne. Ale zrobię to, jeśli nie będziesz posłusznie wykonywała moich poleceń. Teraz twoja kolej, kochanie; powiedz, zrozumiałaś wszystko, co powiedziałam?

Jeanne Galetta pokiwała głową tak energicznie, że omal nie spadły jej okulary.

– Zrozumiałam. Proszę nie robić mi krzywdy – wykrztusiła.

Miała krótkie, ciemne włosy, dobiegała trzydziestki i była dosyć atrakcyjna. Ale niebieski spodnium ze sztucznego włókna i wysokie obcasy postarzały ją.

– Idziemy do szefowej. Ruszaj się, Jeanne. Jeśli nie wyjdę stąd za osiem minut, zginiecie obie: ty i pani Buccieri. Mówię poważnie. Nie myśl, że was nie zabiję, bo jestem kobietą. Zastrzelę was jak psy.

II

Brianne podobało się, że nagle ma władzę. Poprowadziła drżącą kasjerkę przez hol z bankomatami, potem przez salę. Liczyła cenne sekundy, które już zużyła. Supermózg ciągle podkreślał, że napad musi być przeprowadzony dokładnie według planu. W kółko powtarzał, że wszystko zależy od precyzji.

LICZĄ SIĘ MINUTY, BRIANNE

LICZĄ SIĘ SEKUNDY

LICZY SIĘ NAWET TO, ŻE WYBRALIŚMY AKURAT TEN BANK

Napad musiał być perfekcyjny. Rozumiała to, rozumiała… Supermózg zaplanował go według swojej skali numerycznej na 9,9999 z 10.

Brianne lewą ręką wepchnęła kasjerkę do gabinetu szefowej. Usłyszała cichy szum komputera. Potem zobaczyła Betsy Buccieri za wielkim, dyrektorskim biurkiem.

– Codziennie otwieracie sejf o ósmej pięć… – wrzasnęła – więc teraz otwórzcie go dla mnie! Ale już!

Kierowniczka filii patrzyła na nią szeroko otwartymi oczyma.

– Nie mogę otworzyć skarbca – zaprotestowała. – Otwiera się automatycznie na sygnał z komputera w centrali na Manhattanie. Nigdy o tej samej porze.

Brianne pokazała swoje lewe ucho. Skinęła palcem na Betsy Buccieri, żeby słuchała. Czego?

– Pięć, cztery, trzy, dwa… – odliczyła Brianne i sięgnęła po słuchawkę telefonu na biurku. Zadzwonił. Doskonała koordynacja.

– To do ciebie – powiedziała. Gumowa maska prezydenta Clintona tłumiła trochę jej głos. – Słuchaj uważnie.

Podała słuchawkę szefowej filii. Wiedziała, kto jest przy telefonie i co powie.

Supermózg nie zamierzał grozić. Wymyślił coś lepszego.

– Betsy, tu Steve. W naszym domu jest jakiś mężczyzna. Trzyma mnie pod lufą. Ostrzega, że jeśli ta kobieta w twoim gabinecie nie wyjdzie z banku z pieniędzmi dokładnie o ósmej dziesięć, zastrzeli Tommy’ego, Annę i mnie.

– Jest ósma cztery.

Połączenie zostało przerwane. W słuchawce zapadła cisza.

– Steve? Steve! – zawołała Betsy, łzy zaczęły spływać jej po policzkach. Spojrzała na zamaskowaną kobietę. Nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. – Proszę nie robić im krzywdy. Błagam. Już otwieram skarbiec.

Brianne powtórzyła wiadomość.

– Ósma dziesięć. Ani sekundy później. I żadnych głupich sztuczek. Żadnych cichych alarmów. Żadnej farby na banknotach.

– Oczywiście. Proszę za mną.

Betsy Buccieri przestała prawie myśleć. W głowie dźwięczały jej tylko trzy imiona: Steve, Tommy, Anna.

O ósmej pięć podeszły do skarbca Moslera.

– Otwieraj, Betsy. Czas leci. Twoja rodzina może umrzeć.

Drzwi z pięknie polerowanej stali miały tłoki jak lokomotywa. Otwarcie ich zajęło Betsy Buccieri niecałe dwie minuty. Prawie na wszystkich półkach leżały paczki banknotów. Brianne w życiu nie widziała tyle forsy. Zaczęła wpychać pieniądze do dwóch brezentowych toreb sportowych. Pani Buccieri i Jeanne Galetta przyglądały się temu w milczeniu. Brianne podobał się strach i szacunek dla niej, malujący się na ich twarzach.

Ładując swój łup, zgodnie z instrukcją odliczała minuty. Ósma siedem… Ósma osiem… Wreszcie skończyła.

– Zamykam was obie w skarbcu. Ani słowa, bo zostawię tu wasze trupy.

Podniosła torby.

– Nie róbcie krzywdy mojemu mężowi i dziecku – powiedziała błagalnym tonem Betsy Buccieri. – Przecież zrobiłyśmy, co pani…

Brianne zatrzasnęła jej przed nosem ciężkie metalowe drzwi.

Była spóźniona. Przeszła przez hol, otworzyła drzwi frontowe i wyszła. Zerwała maskę ze spoconej twarzy. Miała wielką ochotę pobiec pędem do samochodu, ale szła spokojnie, jakby nic ją nie obchodziło w ten piękny, wiosenny poranek. Z przyjemnością wyciągnęłaby spluwę i przestrzeliła tę wielką, gównianą reklamę pieprzonego McKaczora.

Przy hondzie popatrzyła na zegarek. Ósma dziesięć i pięćdziesiąt dwie sekundy. Celowe spóźnienie rosło; tak miało być. Uśmiechnęła się.

Nie zadzwoniła do domu Buccierich, gdzie Errol trzymał pod lufą Steve’a, Tommy’ego i jego opiekunkę Annę. Nie zawiadomiła, że ma pieniądze i jest bezpieczna.

Supermózg jej zabronił.

Zakładnicy mieli umrzeć.

Część pierwsza

Zabójstwa

Rozdział 1

Praca detektywa nauczyła mnie cenić mądrość starego porzekadła: „Nie myśl, że skoro woda jest spokojna, nie ma w niej krokodyli”.

Tego wieczoru woda na pewno była spokojna. Moja niesforna córka Jannie trzymała kotkę Rosie za przednie łapy i tańczyła z nią. Często tak się bawiły.

– „Róże są czerwone, fiołki niebieskie” – śpiewała Jannie wesołym, słodkim głosikiem. Nigdy nie zapomnę tego obrazu i tego dnia. Do naszego domu na Piątej ulicy schodzili się przyjaciele, krewni i sąsiedzi na przyjęcie z okazji chrztu mojego synka. Byłem w prawdziwie świątecznym nastroju.

Babcia przygotowała przepyszne jedzenie: marynowane krewetki, zapiekane małże, szynkę, cebulki na ostro i dynię. Pachniało kurczakiem w czosnku, żeberkami wieprzowymi i czterema rodzajami chleba domowego. Zrobiła nawet mój przysmak – sernik śmietankowy z malinami.

Na lodówce wisiała jedna z jej notatek:

W czarnych ludziach tkwi niewiarygodna siła i magia, których nikt nie potrafi zniszczyć. Ale każdy próbuje. – Toni Morrison.

Uśmiechnąłem się na myśl o niewiarygodnej sile i magii mojej ponad osiemdziesięcioletniej babci.

Było wspaniale. Jannie, Damon, malutki Alex i ja witaliśmy wszystkich na ganku. Trzymałem Aleksa na rękach. Był bardzo towarzyski. Uśmiechał się radośnie do każdego, nawet do mojego partnera, Johna Sampsona. Dzieci boją się go z początku, bo jest wielki i groźnie wygląda. Ma ponad dwa metry wzrostu i waży prawie sto czternaście kilo.

– Mały najwyraźniej lubi balangi – zauważył Sampson i wyszczerzył zęby.

Alex uśmiechnął się do niego szeroko.

Sampson wziął go ode mnie. Dziecko niemal utonęło w jego łapskach. Roześmiał się i zaczął szczebiotać do malucha.

Z kuchni wyszła Christine. Przyłączyła się do nas trzech. Na razie ona i Alex junior nie mieszkali ze mną, babcią, Jannie i Damonem. Mieliśmy nadzieję, że się do nas wprowadzą i będziemy jedną dużą rodziną. Chciałem, żeby Christine była moją żoną, nie tylko kochanką. Chciałem rano budzić małego Aleksa, a wieczorem kłaść go spać.

– Przejdę się po domu z Aleksem w ramionach – powiedział Sampson. – Użyję go bezwstydnie do poderwania jakiejś piękności.

Po czym odszedł.

– Myślisz, że on się kiedykolwiek ożeni? – zapytała Christine.

– Mały Alex? Nasz chłopiec? Oczywiście.

– Mówię o twoim partnerze. Czy on kiedykolwiek założy rodzinę?

Nie wyglądało na to, żeby jej przeszkadzało, że my żyjemy na kocią łapę.

– Kiedyś – na pewno. Miał zły model rodziny. Ojciec odszedł, kiedy John miał zaledwie rok, w końcu umarł z przedawkowania. Matka też była narkomanką. Jeszcze kilka lat temu mieszkała w Southwest. Sampsona właściwie wychowywała moja ciotka Tia z pomocą mojej babci.

Patrzyliśmy, jak Sampson krąży wśród gości z Aleksem na rękach. Zaczepił bardzo ładną babkę. De Shawn Hawkins. Pracowała razem z Christine.

– On naprawdę podrywa na dziecko – zdumiała się Christine i zawołała do koleżanki: – Uważaj, De Shawn.

Roześmiałem się.

– Mówi, co zrobi i robi, co mówi.

Przyjęcie zaczęło się około drugiej po południu. O wpół do dziesiątej wieczorem trwało w najlepsze. Właśnie śpiewałem w duecie z Sampsonem Skinny Legs and All Joe Teksa. Wyliśmy jak diabli. Wszyscy się śmiali i nabijali z nas. Sampson zaczął śpiewać „Jesteś pierwsza i ostatnia, jesteś dla mnie wszystkim…”.

Wtedy przyjechał Kyle Craig z FBI. Mogłem wszystkim powiedzieć, żeby szli do domu – koniec imprezy.

Rozdział 2

Kyle niósł kolorową paczkę przewiązaną wstążką, prezent dla dziecka. Miał nawet balony! Nie zmylił mnie. To dobry kumpel i świetny gliniarz, ale nie jest towarzyski i unika przyjęć jak zarazy.

– Tylko nie dziś, Alex – ostrzegła Christine. Wyglądała na zaniepokojoną, może nawet złą. – Nie daj się wrobić w jakieś kolejne koszmarne śledztwo. Proszę cię. Nie w dniu chrztu.

Wziąłem sobie to do serca. Mój dobry nastrój prysnął.

Cholerny Kyle Craig.

Podszedłem do niego i skrzyżowałem palce wskazujące.

– Nie, nie i jeszcze raz nie – powiedziałem. – Zjeżdżaj stąd.

– Ja też się cholernie cieszę, że cię widzę – odparł i uśmiechnął się promiennie. Potem objął mnie mocno i szepnął: – Wielokrotne zabójstwo, stary.

– Przykro mi. Zadzwoń jutro albo pojutrze. Dziś mam wolne.

– Wiem, ale to wyjątkowo paskudna sprawa, Alex.

Kyle wyjaśnił, że zostaje w Waszyngtonie tylko na jedną noc i bardzo potrzebuje mojej pomocy. Jest pod straszną presją. Znów odmówiłem, ale zignorował to całkowicie. Obaj wiedzieliśmy, że do moich obowiązków należy także pomaganie FBI w skomplikowanych dochodzeniach. Poza tym, byłem mu winien przysługę lub dwie. Kilka lat temu włączył mnie do śledztwa w sprawie porwania i morderstwa w Karolinie Północnej, kiedy moja siostrzenica zniknęła z Uniwersytetu Duke’a.

Kyle znał Sampsona i kilku moich kumpli detektywów. Podeszli i gadali z nim, jakby wpadł z wizytą towarzyską. Ludzie go lubili. Ja też, ale nie teraz, nie tego wieczoru. Powiedział, że musi spojrzeć na małego Aleksa, zanim przejdziemy do spraw zawodowych.

Rozdział 3

Poszedłem z nim do pokoju babci. Malec spał w łóżeczku dziecinnym wśród kolorowych misiów i piłek. Tulił do siebie swego ulubionego niedźwiadka Pinky’ego.

– Biedny chłopczyk – szepnął Kyle. – Co za straszna historia… Jest bardziej podobny do ciebie niż do Christine. A przy okazji, jak tam u was?

– W porządku – skłamałem.

Po rocznej nieobecności Christine w Waszyngtonie nie układało nam się tak, jak się spodziewałem. Brakowało mi ogromnie intymności między nami. Zabijało mnie to. Ale nikomu o tym nie mówiłem, nawet Sampsonowi i babci.

– Zostaw mnie dziś w spokoju, Kyle – poprosiłem.

– Żałuję, ale to nie może czekać, Alex. Jestem w drodze powrotnej do Quantico. Gdzie możemy pogadać?

Pokręciłem głową i poczułem, jak narasta we mnie złość. Zaprowadziłem go na oszkloną werandę. Stało tam stare pianino, które wciąż grało mniej więcej tak dobrze jak ja. Usiadłem na trzeszczącym stołku i wystukałem kilka taktów Odwołajmy to wszystko Gershwina.

Kyle rozpoznał melodię i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Przykro mi.

– Nie widać tego – odparłem. – Do rzeczy.

– Słyszałeś o napadzie na filię Citibanku w Silver Spring i o zabójstwach w domu szefowej banku? – zapytał. – O zamordowaniu jej męża, trzyletniego synka i jego opiekunki?

Spojrzałem na niego, potem odwróciłem wzrok.

– Trudno, żebym nie słyszał.

Brutalne, bezsensowne morderstwa były tematem dnia we wszystkich gazetach i telewizji. Wstrząsnęły nawet waszyngtońskimi gliniarzami.

– Nie rozumiem tego. Co się, u diabła, stało w domu tej kobiety? Bandyci dostali pieniądze, tak? Więc dlaczego zabili zakładników? Przyjechałeś mi to wyjaśnić, zgadza się?

Kyle przytaknął.

– Byli spóźnieni. Kobieta z gangu miała wyjść z banku z forsą dokładnie o ósmej dziesięć. Alex, ona wyszła niecałą minutę później! Niecałą minutę! I dlatego zamordowali trzydziestotrzyletniego ojca, trzyletniego chłopca i opiekunkę do dziecka. Miała dwadzieścia pięć lat i była w ciąży. Potrafisz to sobie wyobrazić?

Poruszyłem ramionami i pokręciłem szyją. Czułem, jak narasta we mnie napięcie. Wyobraziłem to sobie. Jak mogli zabić tamtych ludzi bez żadnego powodu?

Ale naprawdę nie byłem w nastroju do policyjnej roboty. Mimo że chodziło o tak ponurą i pilną sprawę.

– I dlatego cię tu przyniosło w dniu chrztu mojego syna?

Kyle uśmiechnął się nagle i odprężył.

– Do diabła, Alex! Musiałem wpaść i zobaczyć to dobrze zapowiadające się dziecko. Niestety, ta sprawa jest naprawdę ważna. Możliwe, że są to tutejsi bandyci. A jeśli nawet są spoza Waszyngtonu, ktoś tutaj może ich znać. Musisz znaleźć tych zabójców, zanim znów kogoś zamordują. Czujemy, że to nie był pojedynczy wyskok. Swoją drogą, masz piękne dziecko.

– Ty też jesteś piękny, Kyle. Słowo daję, nikt nie może się z tobą równać.

– Trzyletni chłopiec, ojciec i opiekunka – powtórzył raz jeszcze Kyle, zanim wyszedł z przyjęcia. Na progu werandy odwrócił się.

– Jesteś odpowiednim facetem do tej roboty, Alex. Zamordowali rodzinę.

Gdy tylko zniknął, zacząłem szukać Christine, ale już jej nie było. Serce mi zamarło. Zabrała Aleksa i wyniosła się bez słowa.

Rozdział 4

Supermózg niechętnie zaparkował na ulicy i poszedł w stronę opuszczonego osiedla położonego niedaleko rzeki Anacostia. Księżyc w pełni oświetlał bladym, upiornym blaskiem kilka niszczejących, dwupiętrowych domów z oknami bez szyb. Supermózg poczuł się nieswojo.

– Dolina śmierci – szepnął.

W dodatku, jak się okazało, kryjówka Parkerów znajdowała się w domu położonym najdalej ze wszystkich od ulicy. W „przytulnym gniazdku” na trzecim piętrze mieli tylko poplamiony materac i zardzewiałe krzesełko ogrodowe. Na podłodze walały się opakowania z KFC i McDonalda.

Wchodząc do pokoju, Supermózg uniósł dwa pudełka gorącej pizzy i papierową torbę.

– Chianti i pizza! – zawołał. – Jest co świętować.

Brianne i Errol natychmiast rzucili się na jedzenie. Ledwo coś mruknęli na powitanie. Supermózg uznał to za brak szacunku. Rozlał wino do plastikowych kubków, podał je Parkerom i wzniósł toast.

– Za zbrodnię doskonałą.

Errol zmarszczył brwi i pociągnął dwa solidne łyki.

– Jeśli można tak nazwać to, co się stało w Silver Spring. Trzy niepotrzebne morderstwa.

– Można ją tak nazwać – odparł Supermózg. – Absolutna perfekcja. Przekonacie się.

Jedli i pili w milczeniu. Parkerowie mieli ponure, wręcz wrogie miny. Brianne zerkała na niego ukradkiem. Nagle Errol potarł szyję i zakaszlał kilkakrotnie. Potem zaczął gwałtownie łapać powietrze i coś wychrypiał. Paliło go w gardle i płucach. Nie mógł oddychać. Próbował wstać, ale natychmiast upadł.

– Co ci się stało? – zawołała przerażona Brianne.

Potem ona też chwyciła się za gardło. Czuła ogień w gardle i piersiach. Zerwała się z materaca. Upuściła kubek i obiema rękami złapała się za szyję.

– Co to jest, do cholery?! – wrzasnęła do Supermózga. – Co się z nami dzieje? Co nam zrobiłeś?

– Czy to nie oczywiste? – odrzekł lodowatym, dobiegającym jakby gdzieś z daleka głosem.

Pokój wirował Parkerom w oczach. Errol dostał drgawek, Brianne przegryzła sobie język. Oboje wciąż trzymali się za gardła. Dusili się, nie mogli oddychać. Ich twarze przybrały ciemny odcień.

Supermózg stał w drugim końcu pokoju i patrzył. Trucizna stopniowo sparaliżowała organizm, powodując ogromny ból. Zaczynało się to od mięśni twarzy, potem proces sięgał krtani, wreszcie docierał do dróg oddechowych. Duża dawka anektyny powodowała zatrzymanie serca.

Po niecałych piętnastu minutach Parkerowie nie żyli. Ponieśli śmierć tak okrutną, jak ich ofiary w Silver Spring w Marylandzie. Leżeli z rozpostartymi rękami i nogami na podłodze. Supermózg był pewien, że są martwi, ale na wszelki wypadek sprawdził to. Mieli przeraźliwie wykrzywione twarze i wykręcone ciała. Wyglądali, jakby spadli z dużej wysokości.

– Za zbrodnię doskonałą – powiedział Supermózg nad groteskowo wygiętymi zwłokami.

Rozdział 5

Następnego ranka próbowałem dodzwonić się do Christine, ale włączyła automatyczną sekretarkę i nie odbierała telefonu. Nigdy mi tego nie robiła i bolało mnie to. Kiedy brałem prysznic i ubierałem się, wciąż o tym myślałem. W końcu wyszedłem do pracy. Czułem się zraniony, ale też byłem trochę zły.

Sampson i ja wyruszyliśmy na ulice przed dziewiątą. Im więcej czytałem i myślałem o napadzie na Citibank w Silver Spring, tym bardziej mnie niepokoiła cała sprawa, zwłaszcza przebieg wydarzeń. To nie miało sensu. Zamordowano trzy niewinne osoby – z jakiego powodu? Bandyci mieli już pieniądze. Jacyś psychole? Po co zabili ojca, dziecko i opiekunkę?

Mieliśmy z Sampsonem ciężki i frustrujący dzień. O dziewiątej wieczorem wciąż jeszcze pracowaliśmy. Znów próbowałem dodzwonić się do Christine. Nadal nie podnosiła słuchawki albo nie było jej w domu.

Mam kilka wystrzępionych, czarnych notesów z nazwiskami informatorów. Zdążyliśmy już pogadać z ponad dwunastoma. Zostało nam ich jeszcze mnóstwo na jutro, pojutrze i następny dzień. Śledztwo już mnie wciągnęło. Dlaczego w domu szefowej banku zamordowano trzy osoby? Za co zabito niewinną rodzinę?

– Kręcimy się wokół czegoś – powiedział Sampson.

Jechaliśmy przez Southeast moim starym samochodem. Właśnie skończyliśmy rozmowę z drobnym kombinatorem, który nazywał się Nomar Martinez. Słyszał o napadzie na bank w Marylandzie, ale nie wiedział, kto to zrobił. W radiu śpiewał wielki, nieżyjący już Marvin Gaye. Myślałem o Christine. Chciała, żebym rzucił pracę w policji. Mówiła poważnie. Nie byłem pewien, czy mógłbym przestać być detektywem. Lubiłem tę robotę.

– Mnie też się tak zdaje – przyznałem. – Może należało przycisnąć Nomara? Był wyraźnie zdenerwowany. Czegoś się boi.

– W Southeast każdy się czegoś boi – odrzekł Sampson. – Pytanie tylko, kto będzie chciał z nami gadać?

– Może tamten parszywy kundel? – Wskazałem wylot następnej przecznicy. – Wie o wszystkim, co się tu dzieje.

– Zauważył nas – powiedział Sampson. – Jasna cholera, ucieka!

Rozdział 6

Skręciłem ostro w lewo i zahamowałem z poślizgiem. Mój porsche z głuchym łomotem wpadł na chodnik. Wyskoczyliśmy obaj i puściliśmy się pędem za Cedrikiem Montgomerym.

– Stać! Policja! – krzyknąłem.

Biegliśmy wąskim, krętym zaułkiem. Montgomery działał jako mięśniak do wynajęcia bez szczególnych sukcesów, był jednak rzeczywiście twardzielem. Stanowił niezłe źródło informacji, lecz nie był kapusiem, po prostu wiedział o różnych rzeczach. Miał niewiele ponad dwadzieścia lat, a my obaj – Sampson i ja – niedawno przekroczyliśmy czterdziestkę. Ale ćwiczyliśmy bieganie systematycznie i byliśmy wystarczająco szybcy – tak się nam przynajmniej wydawało.

Montgomery odsadził się jednak od nas całkiem nieźle i jego sylwetka ledwie majaczyła w oddali.

Sampson dotrzymywał mi kroku.

– To tylko sprinter, stary… – wysapał. – My jesteśmy długodystansowcy.

– Policja! – wrzasnąłem znowu. – Dlaczego uciekasz, Montgomery?

Pot okrył mi kark i plecy. Kapał z włosów. Piekły mnie oczy. Ale biegłem dalej.

– Dorwiemy go – rzuciłem i przyspieszyłem. To było wyzwanie dla Sampsona. Bawiliśmy się tak od lat. Damy radę. Kto, jak nie my?

Zbliżyliśmy się do Montgomery’ego. Obejrzał się. Nie chciał uwierzyć, że już go doganiamy. Miał za sobą dwie pędzące lokomotywy i nie mógł uciec z torów.

– Pełny gaz, stary! – zachęcił mnie Sampson. – I wysuń zderzak.

Ciągle biegliśmy równo. W naszym prywatnym wyścigu Montgomery był linią mety.

Dopadliśmy go jednocześnie i wzięliśmy między siebie. Dostał dwa ciosy i zwalił się na ziemię. Bałem się, że już nie wstanie. Ale on przekoziołkował kilka razy, jęknął i wybałuszył oczy całkowicie oszołomiony.

– O, kurwa! – wyszeptał z niedowierzaniem.

Uznaliśmy to za komplement i skuliśmy go kajdankami.

Dwie godziny później śpiewał w komendzie na Trzeciej ulicy. Przyznał, że coś słyszał o napadzie na bank i morderstwach w Silver Spring. Chętnie poszedł z nami na układ: informacje za przymknięcie oczu na pół tuzina działek, które przy nim znaleźliśmy.

– Wiem, kogo szukacie – powiedział. Sprawiał wrażenie pewnego siebie. – Ale nie spodoba wam się to, co usłyszycie.

Miał rację. Wcale mi się to nie spodobało.

Rozdział 7

Nie wiedziałem, czy mogę wierzyć Montgomery’emu, lecz podsunął mi dobry, pewny trop, którym musiałem podążyć. W jednym się rzeczywiście nie mylił: jego wskazówka stawiała mnie w trochę niezręcznej sytuacji. Słyszał, że jednym z tych, co obrobili bank w Silver Spring, był Errol Parker, przyrodni brat mojej nieżyjącej żony Marii.

Przez cały następny dzień szukaliśmy z Sampsonem Errola. Nie znaleźliśmy go w domu ani w żadnym z miejsc w Southeast, gdzie zwykle bywał. Jego żona Brianne też gdzieś przepadła. Nikt nie widział Parkerów przynajmniej od tygodnia.

Około piątej trzydzieści po południu zatrzymałem się przy szkole Przybysza Przynoszącego Prawdę, żeby sprawdzić, czy Christine jeszcze tam jest. Myślałem o niej stale. Nadal nie odbierała telefonów i się nie odzywała.

Christine Johnson poznałem dwa lata temu. Mieliśmy się już właśnie pobrać, kiedy zdarzyło się nieszczęście, za które wciąż się winiłem: porwał ją seryjny morderca z Southeast i trzymał prawie rok jako zakładniczkę. Dlatego, że spotykała się ze mną. Uznano, że zaginęła i nie żyje.

Kiedy ją znaleziono, miała już dziecko – naszego synka Aleksa. Ale uprowadzenie zmieniło ją. Nie rozumiała, co się z nią dzieje, i nie mogła sobie z tym poradzić. Próbowałem jej pomóc, tak jak umiałem. Od miesięcy nie sypialiśmy ze sobą. Odsuwała się coraz dalej ode mnie. Teraz Kyle Craig jeszcze pogorszył sprawę.

Kiedy Christine pracowała w szkole, dzieckiem opiekowała się moja babcia. Potem Christine zabierała małego Aleksa do swojego domu w Mitchellville. Tak sobie życzyła.

Wszedłem do budynku bocznymi, metalowymi drzwiami przy sali sportowej. Usłyszałem znajome odgłosy piłki do koszykówki, śmiechy i wesołe okrzyki dzieciaków. Christine siedziała w swoim gabinecie przed komputerem. Była dyrektorką szkoły. Jannie i Damon uczą się tutaj.

– Alex? – zdziwiła się na mój widok. Przeczytałem hasło umieszczone na ścianie: „Chwal głośno, wiń cicho”. Czy Christine potrafi w ten sposób postępować wobec mnie? – Już prawie skończyłam – powiedziała. – Za chwilę będę gotowa.

Chyba nie jest przynajmniej zła za tamten wieczór z Kylem Craigiem, pomyślałem. Nie kazała mi się wynosić.

– Odprowadzę cię do domu – zaproponowałem i uśmiechnąłem się. – Będę nawet niósł twoje książki. W porządku?

– Chyba tak – odrzekła. Ale nie odwzajemniła uśmiechu i wydawała się bardzo daleka.

Rozdział 8

Kilka minut później zamknęliśmy szkołę i poszliśmy ulicą Szkolną do Piątej. Dźwigałem neseser Christine. Było tam chyba tuzin książek. Spróbowałem zażartować.

– Nie mówiłaś, że kulę do kręgli też mam nieść.

– Uprzedzałam cię, że książki są ciężkie. Wiesz, że dużo czytam. Cieszę się, że przyszedłeś.

– Nie mogłem się powstrzymać.

Powiedziałem prawdę. Chciałem ją objąć albo chociaż wziąć za rękę, ale zrezygnowałem. Wydawało mi się dziwne i smutne, że jest tak blisko, a jednocześnie tak daleko ode mnie. Pragnąłem aż do bólu przytulić ją do siebie.

– Musimy porozmawiać, Alex – odezwała się w końcu i spojrzała mi prosto w oczy. Jej mina nie wróżyła nic dobrego. – Miałam nadzieję, że nie przejmę się twoim nowym śledztwem, Alex. Ale przejmuję się. Doprowadza mnie do szaleństwa. Boję się o ciebie, o dziecko i o siebie. Nie potrafię inaczej po tym, co się stało na Bermudach. Od powrotu do Waszyngtonu źle sypiam.

Słuchałem jej słów i pękało mi serce. Czułem się strasznie z powodu tego, co ją spotkało. Ale tak bardzo się zmieniła. Wyglądało na to, że nie jestem w stanie pomóc jej w jakikolwiek sposób. Starałem się od miesięcy i nic z tego nie wychodziło. Bałem się, że stracę nie tylko ją, ale również małego Aleksa.

– Pamiętam niektóre z moich ostatnich snów. Są tak pełne brutalności, Alex. I takie realistyczne. Pewnej nocy znów ścigałeś Łasicę i on cię zabił. Stał spokojnie i strzelał do ciebie wielokrotnie. Potem przyszedł zamordować dziecko i mnie. Obudziłam się z krzykiem.

Zdecydowałem się wziąć ją za rękę.

– Geoffrey Shafer nie żyje, Christine.

– Nie wiesz tego na pewno! – rozzłościła się i wyrwała dłoń.

Szliśmy w milczeniu brzegiem rzeki Anacostia. Potem powiedziała mi o swoich innych snach. Wyczułem, że nie chce, żebym je interpretował. Miałem tylko słuchać. Śniły jej się cierpienia i morderstwa znajomych i kochanych osób.

Zatrzymała się na rogu Piątej ulicy niedaleko mojego domu.

– Muszę ci jeszcze coś powiedzieć, Alex. W Mitchellville chodzę do psychiatry, do doktora Belaira. Pomaga mi.

Patrzyła mi w oczy.

– Nie chcę cię więcej widzieć, Alex. Myślę o tym od tygodni. Rozmawiałam z doktorem Belairem. Nie zmienię tej decyzji i będę wdzięczna, jeśli zostawisz mnie w spokoju.

Wzięła ode mnie neseser i odeszła. Nie dała mi dojść do słowa, ale i tak nie wiedziałbym, co powiedzieć. W jej oczach wyczytałem smutną prawdę – nie kochała mnie już. Niestety, ja ją nadal kochałem. I kochałem oczywiście naszego małego synka.

Rozdział 9

Nie miałem wyboru, więc na kilka dni pogrążyłem się bez reszty w śledztwie dotyczącym napadu na bank i wielokrotnego morderstwa. Gazety i telewizja wciąż pełne były sensacyjnych opowieści o niewinnych ofiarach: ojcu, dziecku i niani. Zdjęcie trzyletniego Tommy’ego Buccieri widziało się wszędzie. Czy zabójca chciał może wzbudzić w nas oburzenie? – zastanawiałem się.

Sampson i ja poświęciliśmy większość następnego dnia na poszukiwania Errola i Brianne Parker. Współpracowaliśmy z FBI. Wyglądało na to, że Parkerowie prawdopodobnie co najmniej od roku obrabiali małe banki w Marylandzie i Wirginii. Ale napad w Silver Spring różnił się od poprzednich. Jeśli to była ich robota, to zupełnie zmienili styl. Stali się brutalnymi, bezlitosnymi mordercami. Tylko dlaczego?

Około pierwszej zatrzymaliśmy się z Sampsonem przy Boston Market na lunch. Mogliśmy wybrać lepsze miejsce, ale to było po drodze, a olbrzym twierdził, że umiera z głodu. Ja potrafiłbym funkcjonować dalej bez jedzenia.

– Myślisz, że Parkerowie się wynieśli i szykują następny skok? – zapytał Sampson, kiedy zabraliśmy się za paszteciki z mięsem, kukurydzę i puree z ziemniaków.

– Jeśli to oni napadli na bank w Marylandzie, to pewnie się przyczaili. Wiedzą, że zrobiło się gorąco. Errol wyskakuje czasem na ryby do Karoliny Południowej. Kyle wysłał tam już federalnych.

– Widujesz się z Errolem? – zainteresował się Sampson.

– Tylko na spotkaniach rodzinnych, ale on rzadko na nich bywa. Kiedyś pojechałem z nim na ryby. Cieszył się jak dziecko z każdego złowionego okonia czy zębacza. Maria zawsze go lubiła.

– Często o niej myślisz?

Wcisnąłem się głębiej w siedzenie. Nie miałem teraz raczej ochoty na zwierzenia.

– Przypominają mi o niej różne rzeczy. Zwłaszcza niedziele. Czasem sypialiśmy do południa i jedliśmy coś dobrego na śniadanie. Albo chodziliśmy nad staw z kaczkami niedaleko rzeki St. Tony’s. Długie spacery po parku Garfield. To smutne, że umarła tak młodo, John. Boli mnie dodatkowo fakt, że nie rozwiązałem zagadki jej morderstwa.

Sampson zadał mi kolejne pytanie. Czasem tak robi.

– A jak ci się układa z Christine?

– Źle – wyznałem w końcu, ale nie byłem w stanie wyjawić całej prawdy. – Nie może zapomnieć o Geoffeyu Shaferze. A ja nie jestem nawet pewien, czy Łasica naprawdę nie żyje. Skończyliśmy?

Sampson wyszczerzył zęby.

– Co? Jedzenie czy przesłuchanie?

– Jedziemy. Trzeba wreszcie znaleźć Parkerów i wyjaśnić sprawę napadu na bank. Resztę dnia będziemy mieli wtedy dla siebie.

Rozdział 10

Około siódmej wieczorem postanowiliśmy z Sampsonem zrobić przerwę na kolację. Przewidywaliśmy, że będziemy pracować do późna, pewnie dłużej niż do północy. Ta sprawa tego wymagała. Pojechałem do domu, żeby coś zjeść z dziećmi i babcią.

Chwaliłem, to co przyrządziła, ale nawet nie czułem smaku. Nie mogłem przestać myśleć o Christine. Zbyt mądre to nie było.

Umówiliśmy się z Sampsonem na dziesiątą wieczorem. Zamierzaliśmy przesłuchać paru typów, których łatwiej znaleźć po zmroku. Piętnaście po dziesiątej znów jechaliśmy moim samochodem przez Southeast.

Sampson zauważył naszego znajomego kapusia – drobnego handlarza prochami. Darryl Snow sterczał z kolesiami przed barem z grillem, który ciągle zmieniał nazwę. Teraz nazywał się „Tak było”.

Wyskoczyliśmy z Sampsonem z porsche i podbiegliśmy do Snowa. Nie miał dokąd uciec. Jak zwykle, był odstawiony w swoim dealerskim stylu: purpurowe, nylonowe szorty na niebieskich, nylonowych spodniach, koszulka polo, kurtka od Tommy’ego Hilfigera i ciemne okulary od Oakleya.

– Cześć, bałwanie – powitał go swoim basem Sampson. – Roztapiasz się.

Kumple Snowa wybuchnęli śmiechem. Darryl miał około metra osiemdziesięciu wzrostu, a nie ważył chyba więcej niż pięćdziesiąt pięć kilogramów. Nawet w swoich ciuchach z markowymi metkami.

– Przejdźmy się, Darryl – powiedziałem. – Musimy pogadać. I bez dyskusji.

Potrząsnął głową jak maskotka na desce rozdzielczej samochodu, ale poszedł ze mną.

– Nie chcę z tobą gadać, Cross.

– Co wiesz o Errolu i Brianne Parker? – zapytałem, kiedy oddaliliśmy się od jego towarzystwa.

Popatrzył na mnie i zmarszczył brwi. Głowa nadal mu podskakiwała.

– Ty chajtnąłeś się z jego siostrą czy ja? Więc dlaczego pytasz mnie, człowieku? Czego się ciągle czepiasz?

– Errol już nie widuje się z rodziną. Nie ma czasu, pruje banki. Gdzie on jest, Darryl? W tej chwili Sampson i ja nie jesteśmy ci nic winni. A kręcisz się w niebezpiecznej okolicy.

Spojrzał w światła lamp ulicznych.

– Mnie to pasuje.

Złapałem go za kurtkę.

– Do czasu, Darryl. Dobrze o tym wiesz.

Snow pociągnął nosem i zaklął cicho.

– Słyszałem, że Brianne ma metę w tym starym osiedlu przy Pierwszej Alei. W tych ruinach ze szczurami. Ale nie wiem, czy jeszcze tam jest. To tyle, słowo.

Uniósł otwarte dłonie.

Sampson podkradł się do niego z tyłu i krzyknął: Bu!

Darryl prawie skoczył w górę.

– Pomógł nam? – zapytał Sampson. – Trochę jakby nerwowy.

– Pomogłeś nam? – spytałem Snowa.

Skrzywił się żałośnie.

– Powiedziałem, gdzie może być Brianne Parker, czy nie? Pojedźcie i sprawdźcie. I odwalcie się ode mnie. Nie straszcie ludzi. Wy dwaj jesteście jak The Blair Witch Project, człowieku. Albo jeszcze gorsi.

Sampson wyszczerzył zęby.

– Dużo gorsi, Darryl. Blair Witch to tylko film. My jesteśmy prawdziwi.

Rozdział 11

– Nie cierpię tego całego nocnego gówna – poskarżył się Sampson, kiedy dotarliśmy na piechotę do osiedla przy Pierwszej Alei. Przed nami majaczyły opuszczone domy czynszowe, w których mieszkali bezdomni i ćpuny. Jeżeli w stolicy Ameryki można to nazwać mieszkaniem.

– Noc żywych trupów – wymruczał Sampson.

Miał rację. Typy wokół nas wyglądały jak zombie.

– Errol Parker? Brianne Parker? – mówiłem cicho, mijając ponurych mężczyzn o zapadłych, nie ogolonych twarzach. Nikt się nie odzywał. Większość nawet nie patrzyła na mnie i Sampsona. Wiedzieli, że jesteśmy glinami.

– Dzięki za pomoc. Bóg z wami – powiedział w końcu Sampson.

Zaczęliśmy przeszukiwać każdy budynek, piętro po piętrze, od piwnicy po dach. Ostatni wyglądał na zupełnie pusty, co wcale nie dziwiło: był najbrudniejszy i rozsypywał się.

– Ty pierwszy – warknął Sampson. Było późno i stracił humor.

Miałem latarkę, więc ruszyłem przodem. I tym razem najpierw zeszliśmy do piwnicy. Poplamiona, betonowa podłoga, wszędzie gęsty kurz i pajęczyny. Otworzyłem nogą drewniane drzwi. Usłyszałem gwałtowne drapanie gryzoni. Miotały się jak w pułapce. Oświetliłem wnętrze. Tylko kilka szczurów.

– Errol? Brianne? – zawołał do nich Sampson. Zapiszczały w odpowiedzi.

Przeszukując tak jak poprzednio kolejne piętra, dotarliśmy wreszcie na ostatnie. W budynku było wilgotno, śmierdziało moczem, kałem i pleśnią. Fetor nie do wytrzymania.

– Znam lepsze Holiday Inn – powiedziałem i Sampson w końcu się roześmiał.

Pchnąłem jakieś drzwi i poznałem po odorze, że znaleźliśmy zwłoki. Skierowałem latarkę w dół i zobaczyłem Brianne i Errola. Już nie wyglądali jak ludzie. W budynku było ciepło i proces rozkładu postępował szybko. Oceniłem, że nie żyją co najmniej od dwudziestu czterech godzin, być może dłużej.

Obejrzałem Errola, potem jego żonę. Westchnąłem ciężko. Maria lubiła swojego przyrodniego brata. Mój syn Damon, kiedy był mały, nazywał go wujkiem.

Rogówki oczu Brianne wyglądały jak przy katarakcie. Miała szeroko otwarte usta i obwisłą szczękę. Errol tak samo. Pomyślałem o rodzinie zamordowanej w Silver Spring. Z jaką kategorią zabójców mamy do czynienia? Dlaczego zabili Parkerów?

Brakowało górnej części ubrania Brianne. Nigdzie w pokoju jej nie zauważyłem. Dżinsy ściągnięto do połowy – widać było czerwone majtki i uda.

Zastanawiałem się, co to znaczy. Zabójca zabrał część jej rzeczy? Po mordercy zjawił się tu ktoś inny? Dobrał się do martwej Brianne? A może zrobił to morderca?

Sampson miał niepewną minę. Sprawiał wrażenie zaintrygowanego.

– To nie wygląda na przedawkowanie – stwierdził. – Za gwałtowna śmierć. Musieli cierpieć.

– Chyba ich otruli, John – odrzekłem cicho. – Może ktoś chciał, żeby cierpieli.

Zadzwoniłem do Kyle’a Craiga i powiedziałem mu o Parkerach. Rozwiązaliśmy część sprawy napadu na bank w Silver Spring. Ale przynajmniej jeden zabójca nadal był na wolności.

Rozdział 12

Pospieszna autopsja potwierdziła moje podejrzenia: Parkerów otruto. Potężna dawka anektyny spowodowała gwałtowny skurcz mięśni i zatrzymanie serca. Truciznę zmieszano z chianti. Brianne została zgwałcona po śmierci. Co za szambo.

Spędziliśmy z Sampsonem kilka następnych godzin na rozmowach z włóczęgami, bezdomnymi i ćpunami mieszkającymi w opuszczonym osiedlu. Nikt nie przyznał się do znajomości z Parkerami. Nikt nie widział żadnych obcych w budynku, gdzie ukrywała się zamordowana para.

W końcu pojechałem do domu, żeby się trochę przespać. Ale nie mogłem zasnąć. Ciągle myślałem o Christine i małym Aleksie. Wstałem i zszedłem na dół. Była czwarta rano.

Na drzwiach lodówki zobaczyłem nową notatkę babci: „Nigdy nie pragnęła być białą, by zaistnieć; marzyła tylko o tym, żeby być ciemniejszą”. Wyjąłem z lodówki piwo korzenne Stewart i wyszedłem z kuchni. W głowie tłukły mi się słowa z kartki babci.

Włączyłem i wyłączyłem telewizor. Siadłem do pianina i zagrałem najpierw Crazy For You, potem trochę Debussy’ego. Później Moonglow. Ten kawałek przypomniał mi najlepsze czasy z Christine. Zastanawiałem się, jak moglibyśmy wszystko naprawić. Od jej powrotu do Waszyngtonu starałem się, jak umiałem. Odpychała mnie. Łzy napłynęły mi do oczu, otarłem je. Odeszła. Muszę zacząć od nowa. Tylko nie byłem pewien, czy potrafię.

Zaskrzypiała podłoga. W progu stała babcia z dwiema parującymi filiżankami na tacy.

– Usłyszałam Clair de Lune. Zagrałeś to bardzo ładnie.

Podała mi kawę, usiadła w wiklinowym fotelu bujanym obok pianina i zaczęła powoli sączyć swoją.

– Rozpuszczalna? – zapytałem dla żartu.

– Jak znajdziesz w mojej kuchni kawę rozpuszczalną, dam ci ten dom.

– Jest mój – przypomniałem jej.

– To ty tak uważasz, chłopcze. Koncert o wschodzie słońca? Z jakiej okazji?

– Przed wschodem słońca – poprawiłem ją. – Nie mogę spać. Mam koszmary. Kiepska noc i kiepski poranek, jak na razie. Ale dobra kawa.

– Mhm… – mruknęła. – Co dalej?

– Pamiętasz Errola, przyrodniego brata Marii? Dziś w nocy w osiedlu przy Piątej Alei znaleźliśmy z Sampsonem jego zwłoki.

Babcia wydała z siebie dźwięk podobny do cmoknięcia i pokręciła głową.

– To smutne. Co za wstyd, Alex. Taka dobra rodzina, tacy mili ludzie.

– Muszę ich dzisiaj zawiadomić. Może dlatego nie mogę spać. Denerwuję się.

– Co jeszcze? Zwierz się swojej babci, Alex.

Dobrze mnie znała, a jej obecność uspokajała mnie.

– Chodzi o Christine – wyznałem w końcu. – Między nami chyba wszystko skończone. Powiedziała, że nie chce mnie więcej widzieć. Nie wiem, co będzie z małym Aleksem. Robiłem wszystko, co mogłem, przysięgam.

Babcia odstawiła filiżankę i objęła mnie chudym ramieniem. Wciąż była bardzo silna. Przytuliła mnie mocno.

– Skoro robiłeś, co mogłeś, to więcej nie mogłeś zrobić.

– Nie otrząsnęła się z tego, co stało się na Bermudach – szepnąłem. – Nie chce żyć z detektywem z wydziału zabójstw. Nie wytrzymałaby. Nie chce być ze mną.

– Za dużo bierzesz na siebie, Alex – odrzekła cicho babcia. – Winisz się o to, o co nie powinieneś. To cię przygniata i możesz się załamać. Wierz mi.

– Wierzę.

– Nie.

– Zawsze ci wierzę.

– Nigdy – parsknęła. – I wiesz, że mnie nie przegadasz. A to dowodzi, że mam rację.

Babcia zawsze musi mieć ostatnie słowo. Jest najlepszym psychologiem w domu. W każdym razie ciągle mi to powtarza.

Rozdział 13

Jeszcze tego samego ranka wybuchła bomba – napad na bank w Falls Church w Wirginii, około piętnastu kilometrów od Waszyngtonu.

Dobrze utrzymany, zbudowany w stylu kolonialnym dom dyrektora filii stał w ładnej okolicy, gdzie sąsiedzi naprawdę się lubili. O tym, że tu kochano dzieci, świadczyły liczne zabawki, rowerki, placyk do minikoszykówki, huśtawki, prowizoryczne stoisko z lemoniadą. Był też piękny ogród pełen kwitnących krzewów. Dach garażu zdobił dziwaczny wiatrowskaz – czarownica na miotle – na którym siedziało stadko ptaków. Tego ranka niemal słyszało się chichot wiedźmy.

Supermózg powiedział swoim nowym ludziom, co zastaną i jak mają postępować. Dokładnie zaplanował każdy ruch i starannie sprawdził ich przygotowanie.

Wiedział, że są dużo lepsi od Parkerów. Kosztowali go połowę sumy zrabowanej w Citibanku, lecz byli tego warci. Pomiędzy sobą nazywali się panem Czerwonym, panem Białym, panem Niebieskim i panną Zieloną. Nosili długie włosy i wyglądali jak zespół heavymetalowy, ale znali się doskonale na swojej robocie.

Tuż po otwarciu drzwi filii First Union w Falls Church do banku weszli pan Niebieski i panna Zielona. W kaburach ukrytych pod kurtkami mieli broń półautomatyczną.

Pan Czerwony i pan Biały pojechali do domu dyrektora. Katie Bartlett usłyszała gong przy drzwiach wejściowych i myślała, że to opiekunka do dzieci. Kiedy otworzyła, zbladła i nogi się pod nią ugięły na widok dwóch zamaskowanych, uzbrojonych facetów w słuchawkach i z mikrofonami pod brodą.

– Do środka! Ruszaj się! – wrzasnął Czerwony i wycelował lufę w jej twarz.

Napastnicy zaprowadzili matkę i troje małych dzieci do salonu na parterze z włączonym kinem domowym wideo. Panoramiczne okno wychodziło na małe jezioro i z łodzi byłoby widać wnętrze domu. Ale tego ranka nikt nie pływał.

– Teraz nakręcimy sobie film rodzinny – powiedział niemal przyjaznym tonem pan Czerwony.

– Nie róbcie nam krzywdy – poprosiła pani Bartlett. – Będziemy posłuszni. Błagam was, odłóżcie broń.

– Rozumiem cię, Katie. Ale musimy pokazać twojemu mężowi, że nie żartujemy i że naprawdę jesteśmy w waszym domu z tobą i z dzieciakami.

– One mają dwa, trzy i cztery lata – odrzekła matka i rozpłakała się. Potem spróbowała wziąć się w garść. – Są jeszcze malutkie.

Pan Czerwony wsunął broń do kabury.

– Uspokój się. Nic im się nie stanie. Obiecuję.

Na razie wszystko szło dobrze i był zadowolony. Katie wyglądała na rozsądną, a dzieci nie sprawiały kłopotu. Miła rodzina ci Bartlettowie, pomyślał. Dokładnie tak, jak mówił Supermózg.

– Zaklej dzieciom usta tą taśmą – polecił matce i wręczył jej grubą rolkę.

– Nie będą hałasować, przysięgam – powiedziała. – Są grzeczne, naprawdę.

Zrobiło mu się jej żal. Była ładna i elegancka. Przypomniał sobie parę i dziecko z filmu Życie jest piękne.

– Pobawimy się tą taśmą – zaproponował dzieciom. – Będzie super.

Dwoje spojrzało na niego wrogo, ale trzyletnie uśmiechnęło się szeroko.

– A jak się pobawimy? – zapytało.

– Mamusia zaklei wam wszystkim buzie taśmą, a potem nakręcimy film dla tatusia, żeby zobaczył, jak wyglądacie.

– A potem? – zainteresował się nagle czteroletni Dennis. – Zakleimy buzię mamusi?

Pan Czerwony roześmiał się. Nawet pan Biały uśmiechnął się krzywo. Fajne dzieciaki. Miał nadzieję, że nie będzie musiał ich zastrzelić za kilka minut.

Rozdział 14

Za kilka minut ktoś miał zginąć. Była ósma dwanaście. Napad na bank First Union w Falls Church trwał. Nie można było tego zatrzymać.

Panna Zielona celowała z szybkostrzelnej broni w dwie przerażone kasjerki. Obie miały po dwadzieścia parę lat.

Pan Niebieski był w gabinecie dyrektora filii. Wyjaśniał Jamesowi Bartlettowi i jego asystentce zasady gry „prawda albo konsekwencje”.

– Nikt nie ma na sobie cichego alarmu? – zapytał. Celowo mówił szybko i wysokim głosem, bo chciał sprawić wrażenie, że jest zdenerwowany i może za chwilę stracić panowanie nad sobą. – To byłby duży błąd, a nie może być żadnych błędów – ostrzegł.

– Nie mamy takich urządzeń – odparł dyrektor banku. – Powiedziałbym panu, gdybyśmy mieli.

Sprawiał wrażenie rozsądnego i gotowego do uległości.

– Słuchacie taśm szkoleniowych Amerykańskiego Towarzystwa Ochrony Przemysłowej? – spytał Niebieski.

– Niestety nie – odparł nerwowo dyrektor.

– W czasie napadu zalecają przede wszystkim współpracę, żeby nikt nie ucierpiał.

Dyrektor przytaknął gorliwie.

– Zgadzam się z tym. Będę z panem współpracował.

– Całkiem niegłupi z ciebie facet, jak na dyrektora banku. Wszystko, co ci powiedziałem o twojej rodzinie, to absolutna prawda: są zakładnikami. I chcę, żebyś ty też mi zawsze mówił prawdę. Bo inaczej będą przykre konsekwencje. Żadnych alarmów, farby na banknotach, ukrytych kamer i innych numerów. Jeśli jestem teraz filmowany, masz mi powiedzieć.

– Słyszałem o napadzie na Citibank w Silver Spring – odrzekł dyrektor. Jego szeroka, kwadratowa twarz była czerwona jak burak. Z czoła kapały mu wielkie krople potu. Bez przerwy mrugał dużymi piwnymi oczami.

Pan Niebieski wskazał lufą komputer.

– Spójrz na monitor. Przyjrzyj się.

Dyrektor zobaczył na ekranie fragment filmu. Jego żona zaklejała dzieciom usta taśmą. Popatrzył na stojącego przy nim mężczyznę w masce narciarskiej.

– O, mój Boże! Wiem, że dyrektorka banku w Silver Spring spóźniła się. Pospieszmy się. Moja rodzina jest dla mnie wszystkim.

– Wiemy – przytaknął Niebieski.

Odwrócił się do asystentki dyrektora i wycelował w nią broń.

– Nie jest pani bohaterką, prawda, panno Collins?

Potrząsnęła przecząco miękkimi, rudymi lokami.

– Nie, proszę pana. Pieniądze banku to nie moje pieniądze. Nie warto za nie umierać. I nie są warte życia dzieci pana Bartletta.

Pan Niebieski uśmiechnął się pod maską.

– Wyjęła mi to pani z ust.

Odwrócił się z powrotem do dyrektora.

– Obaj mamy dzieci. I nie chcemy, żeby straciły ojców, prawda? Do roboty.

Tekst o dzieciach ułożył Supermózg. Całkiem niezły, dobrze działa, pomyślał Niebieski.

Zeszli szybko do skarbca. Drzwi miały podwójną kombinację i Bartlett musiał je otworzyć razem z asystentką. Uporali się z tym w niecałe sześćdziesiąt sekund.

Pan Niebieski pokazał im srebrzyste, metalowe urządzenie. Przypominało pilot do telewizora.

– To skaner policyjny – wyjaśnił. – Jeśli tylko gliny albo federalni ruszą tutaj, natychmiast będę o tym wiedział. Wtedy zginiecie wy i obie kasjerki. Czy w skarbcu są jakieś ukryte alarmy?

– Nie, proszę pana – zapewnił skwapliwie dyrektor. – Daję na to słowo.

Pan Niebieski znów się uśmiechnął pod maską.

– Więc idziemy po moje pieniążki. Ruszać się!

Już prawie kończył ładowanie gotówki, gdy nagle skaner policyjny odebrał alarm: „Napad na bank First Union w śródmieściu Falls Church!”.

Niebieski odwrócił się do Jamesa Bartletta i strzelił. Potem wpakował kulę w czoło panny Collins.

Tak jak to przewidywał plan.

Rozdział 15

Na dachu mojego samochodu wyła syrena.

Moje ciało też.

Mózg także.

Przyjechałem do banku First Union w Falls Church w Wirginii prawie w tym samym momencie co Kyle Craig i jego drużyna z FBI.

Czarny helikopter siadał właśnie na niemal pustym parkingu centrum handlowego, tuż za bankiem. Kyle i trójka agentów wyskoczyli z maszyny, pochylili się i podbiegli do mnie szybkim truchtem. Przypominali mnichów spieszących do kaplicy. Nosili niebieskie kurtki FBI, żeby wszyscy widzieli, że w śledztwo zaangażowane jest Biuro. Po ostatnich morderstwach chcieli uspokoić ludzi, że wzięli sprawy w swoje ręce.

– Byłeś już w środku? – wysapał Kyle. Wyglądał, jakby też nie spał całą noc.

– Dopiero przyjechałem. Zobaczyłem waszego lądującego belljeta i domyśliłem się, że to ty albo Darth Vader. Chodźmy.

– Starsza agentka Betsey Cavalierre – przedstawił Kyle.

Drobna kobieta dobrze po trzydziestce miała lśniące, czarne włosy i bardzo ciemne oczy. Nosiła za dużą kurtkę FBI, biały T-shirt, spodnie khaki i sportowe buty. Nie była piękna, ale całkiem ładna.

– I reszta pierwszego zespołu – ciągnął Kyle. – Agenci Michael Doud i James Walsh. A to Alex Cross, oficjalny łącznik między policją waszyngtońską i nami. To on znalazł zwłoki Errola i Brianne Parker.

Szybkie, uprzejme „cześć” i uściski dłoni zakończyły prezentację. Zauważyłem, że agentka Cavalierre szacuje mnie wzrokiem. Może dlatego, że przyjaźniłem się z jej szefem, a może dlatego, że byłem oficerem łącznikowym. Kyle wziął mnie za łokieć i odprowadził na bok. Weszliśmy za żółtą taśmę policyjną, trzepoczącą głośno na południowo-wschodnim wietrze.

– Jeśli sprawcy pierwszego napadu nie żyją… – powiedział – to kto, do cholery, zrobił ten skok? Kiepska sprawa. Rozumiesz, dlaczego włączyłem cię do tego śledztwa?

– Bo nieszczęścia chodzą parami – odparłem.

W holu banku dostałem skurczu żołądka. Na podłodze leżały dwie kasjerki w granatowych kostiumach poplamionych krwią. Obie nie żyły. Rany w głowach świadczyły, że strzały oddano z bliskiej odległości.

– To jakaś egzekucja! Jasna cholera! – powiedziała agentka Cavalierre, kiedy stanęliśmy nad zwłokami. Technicy z FBI natychmiast zaczęli filmować i fotografować miejsce zbrodni. Poszliśmy do skarbca.

Rozdział 16

Znaleźliśmy tam dwie następne ofiary: mężczyznę i kobietę. Strzelano do nich kilka razy. Ubrania były podziurawione kulami. Ich także ukarano? – zastanawiałem się. Jakie grzechy popełnili? Dlaczego to się stało, do diabła?

– To zupełnie bez sensu – powiedział Kyle i rozmasował twarz obiema rękami. Jego znajomy tik przypomniał mi różne, liczne dochodzenia, które prowadziliśmy razem. Czasem narzekaliśmy na siebie, ale zawsze dobrze nam się współpracowało.

– Przy napadach na banki zwykle nie ma trupów – zauważyła agentka Cavalierre. – Zawodowcy nie zabijają. Więc skąd ta jatka?

– Tutaj też trzymali rodzinę dyrektora jako zakładników? – zapytałem. – Jak w Silver Spring?

Niemal bałem się usłyszeć odpowiedź.

Kyle spojrzał na mnie i skinął głową.

– Żonę i trójkę dzieci. Na szczęście nic im się nie stało. Więc dlaczego zabili tych tutaj? Gdzie tu jest jakiś logiczny schemat?

Na razie nie wiedziałem. Kyle miał rację: to było bez sensu. Albo może raczej nie potrafiliśmy zrozumieć sposobu myślenia zabójców.

– Coś mogło nie wyjść – powiedziałem. – Jeśli ten napad łączy się z tamtym z Silver Spring.

– Musimy przyjąć, że tak – odrzekła Cavalierre. – W Silver Spring zabito rodzinę, bo dyrektorka została ostrzeżona, że jeśli bandyci nie wyjdą z banku w określonym czasie, zakładnicy zginą. Z bankowej kasety wideo wynika, że spóźnili się o niecałe trzydzieści sekund.

Kyle jak zwykle wiedział więcej niż reszta z nas.

– Ktoś zawiadomił tutejszą policję. Sądzę, że to było przyczyną tych czterech morderstw. Próbujemy ustalić, skąd dzwonił informator.

– A skąd bandyci wiedzieli o alarmie w policji? – zapytałem.

– Pewnie mieli skaner policyjny – odparła Cavalierre.

Kyle przytaknął.

– Agentka Cavalierre to specjalistka od napadów na banki i właściwie prawie od wszystkiego.

Lekki uśmiech pojawił się na jej twarzy.

– Chcę wygryźć Kyle’a – oznajmiła.

Postanowiłem trzymać ją za słowo.

Rozdział 17

Pojechałem z Kyle’em i jego drużyną do centrali FBI w śródmieściu Waszyngtonu. Wszyscy byliśmy wstrząśnięci zbrodnią. Agentka Cavalierre dużo wiedziała o napadach na banki, pamiętała, między innymi, kilka dokonanych na Środkowym Zachodzie, które przypominały skoki na Citibank i First Union.

Gdy znaleźliśmy się w biurze, wyciągnęła wszystkie informacje, jakie w pośpiechu udało się jej znaleźć. Przeczytaliśmy wydruki o dwóch narwańcach. Jeden nazywał się Joseph Dougherty, drugi Terry Lee Connor. Zastanawiałem się, czy dwa ostatnie napady były wzorowane na ich robocie. Obaj obrobili kilka banków na Środkowym Zachodzie. Zwykle najpierw brali rodziny dyrektorów jako zakładników. Pewną rodzinę trzymali trzy dni – przez cały świąteczny weekend – a w poniedziałek okradli bank. Ale nigdy nie zrobili nikomu krzywdy.

– To jednak zasadnicza różnica – powiedziała Cavalierre. – Dougherty i Connor nie byli zabójcami, jak ci skurwiele, z którymi teraz mamy do czynienia. O co im chodzi, do cholery?

Około siódmej wieczorem wróciłem do domu na kolację z babcią i dziećmi. Zjedliśmy pieczonego kurczaka z tartym serem i brokułami. Po zmywaniu Damon, Jannie i ja zeszliśmy do piwnicy na cotygodniową lekcję boksu. Uczę ich od kilku lat i właściwie już tego nie potrzebują. Damon ma dziesięć lat, Jannie osiem i potrafią się obronić. Ale wszyscy lubimy wspólne ćwiczenia.

Tego wieczoru zdarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego. Spadło jak grom z jasnego nieba. Dopiero później, kiedy się dowiedziałem, co się stało, zrozumiałem, dlaczego.

Jannie i Damon wygłupiali się i trochę popisywali podczas walki. Jannie musiała się nadziać na cios Damona.

Dostała sierpowym w czoło tuż nad lewym okiem. Tylko tego jestem pewien. Reszta to obraz zupełnie rozmazany. Kompletny szok. Jakbym patrzył na zatrzymywane klatki filmu.

Jannie wygięła się w lewo i runęła na ziemię. Uderzyła z całej siły o podłogę. Przez chwilę miała gwałtowne drgawki, potem całkowicie znieruchomiała.

– Jannie! – krzyknął Damon. Zdawał sobie sprawę, że niechcący zrobił siostrze krzywdę.

Podbiegłem do niej, bo jej ciało zaczęło znowu drgać gwałtownie. Pojękiwała cicho, jakby z trudem. Najwyraźniej nie mogła mówić. Potem jej oczy przewróciły się do góry tak, że widziałem tylko białka.

Dusiła się! Wyszarpnąłem pasek ze spodni. Złożyłem go ciasno i wepchnąłem jej do ust, żeby nie udławiła się językiem ani go sobie nie przegryzła. Serce waliło mi jak młotem.

– Już dobrze, Jannie – powtarzałem. – Wszystko dobrze, córeczko.

Starałem się uspokoić ją, jak umiałem. Próbowałem nie okazywać po sobie, jak bardzo jestem przerażony. Gwałtowne skurcze nie ustawały. Podejrzewałem, że to atak padaczki.

Rozdział 18

– Wszystko dobrze, córeczko. Wszystko będzie dobrze.

Minęły dwie czy trzy straszne minuty. Wcale nie było dobrze. Wręcz odwrotnie, wszystko było tak przerażające, jak tylko być mogło. Jannie posiniały wargi i zaczęła się ślinić. Potem puścił jej pęcherz i zsiusiała się na podłogę. Nadal nie mogła mówić.

Wysłałem Damona na górę, żeby wezwał pomoc. Karetka przyjechała w niecałe dziesięć minut po tym, jak atak ustał. Modliłem się, żeby nie było następnego.

Do piwnicy wpadło dwoje techników pomocy doraźnej. Wciąż klęczałem obok Jannie. Trzymałem ją za jedną rękę, babcia za drugą. Podłożyliśmy jej poduszkę pod głowę i przykryliśmy kocem. To jakiś obłęd, myślałem. To nie może być prawda.

– Wszystko dobrze, kochanie – pocieszyła ją cicho babcia.

Jannie w końcu spojrzała na nią.

– Wcale nie.

Była już całkiem przytomna i bała się. Wstydziła się też, że zrobiła siusiu. Wiedziała, że dzieje się z nią coś dziwnego i strasznego. Technicy byli delikatni i przyjaźni. Zmierzyli Jannie gorączkę, sprawdzili tętno i ciśnienie krwi. Potem jeden podłączył ją do kroplówki, drugi do aparatu tlenowego.

Serce nadal mi waliło. Myślałem, że za chwilę też przestanę oddychać.

Opowiedziałem im dokładnie, co się stało.

– Wygląda na atak padaczki – uznała miła, zielonooka kobieta. – Możliwe, że od ciosu. Nawet jeśli nie był mocny, ale zadany pod pechowym kątem. Zabierzemy ją do szpitala Świętego Antoniego.

Skinąłem głową. Potem patrzyłem ze zgrozą, jak przypinają moją małą córeczkę do noszy i zabierają do karetki. Trzęsły mi się nogi. Zdrętwiało mi całe ciało i miałem zawężone pole widzenia.

– Włączycie syrenę? – szepnęła Jannie, kiedy para techników lokowała ją w tylnej części samochodu. – Proszę.

Włączyli. Wyła przez całą drogę do szpitala. Wiem, bo pojechałem z Jannie.

To było najdłuższa jazda w moim życiu.

Rozdział 19

W szpitalu zrobili Jannie elektroencefalografię i na tyle dokładne badania neurologiczne, na ile pozwalała pora dnia. Skontrolowali nerwy czaszki. Kazali jej chodzić w linii prostej i skakać na jednej nodze, żeby sprawdzić, czy nie ma ataksji. Wykonywała polecenia i wyglądało na to, że czuje się lepiej. Ale wciąż obserwowałem ją z obawą.

Tuż po zakończeniu badań dostała drugiego ataku. Trwał dłużej i był bardziej gwałtowny niż pierwszy. Nie mogłoby być gorzej, gdyby zdarzyło się to mnie. Kiedy atak minął, dali jej dożylnie valium. Otoczono ją troskliwą opieką, co także mnie jednak niepokoiło. Pielęgniarka zapytała, czy nie zauważyłem wcześniej jakichś objawów, na przykład zaburzeń wzroku, bólów głowy, nudności lub braku koordynacji ruchowej. Nie zauważyłem. Babcia też nie.

Doktor Bone, lekarka z sali pomocy doraźnej, poprosiła mnie na bok.

– Zatrzymamy ją na noc na obserwację, detektywie Cross. Chcemy zachować szczególną ostrożność.

– Dobrze – zgodziłem się. Ręce mi się trochę trzęsły.

– Możliwe, że zostanie tu dłużej – dodała doktor Bone. – Musimy zrobić dalsze badania. Nie podoba mi się, że miała drugi atak.

– Oczywiście, pani doktor. W porządku. Mnie też się to nie podoba.

Na trzecim piętrze było wolne łóżko. Babcia i ja odprowadziliśmy Jannie na górę. Przepisy szpitalne wymagały, żeby jechała na wózku, ale musiałem go pchać. W windzie wyglądała na bardzo wyczerpaną, nie pytała mnie o nic, milczała przez cały czas. Odezwała się dopiero wtedy, gdy znaleźliśmy się na sali i zostaliśmy sami za parawanem.

– Okay, tato. Powiedz prawdę. Musisz mi powiedzieć wszystko.

Wziąłem głęboki oddech i wytłumaczyłem jej, co się stało.

Zmarszczyła brwi.

– Damon ledwo mnie dotknął.

Potem popatrzyła mi w oczy.

– Okay. Ale to chyba nic strasznego, co? Przecież ciągle jestem na planecie Ziemia. Przynajmniej na razie.

– Nie mów tak – odparłem. – To nie jest śmieszne.

– Okay. Nie będę cię straszyć – szepnęła.

Wzięła mnie za rękę. Po kilku minutach spała.

Część druga

Listy z pogróżkami

Rozdział 20

Nikt nie wiedział, co się dzieje ani dlaczego.

Uwielbiał to. Napawał się poczuciem wyższości. Wszyscy byli takimi bezradnymi głupcami.

Sprawy szły doskonale. W skali numerycznej na 9,9999 z 10. Supermózg był pewien, że nie popełnił żadnego istotnego błędu. Szczególną satysfakcję dał mu napad na bank w Falls Church, zwłaszcza cztery zagadkowe morderstwa.

Przeżywał każdą sekundę krwawej zbrodni, jakby w niej uczestniczył zamiast tych szczęściarzy, panów Czerwonego, Białego, Niebieskiego i panny Zielonej. Wyobrażał sobie sceny w domu dyrektora i zabójstwa w banku. Sprawiało mu to ogromną przyjemność, czynił to wielokrotnie, ten scenariusz wciąż był pasjonujący, nie znudził mu się wcale. Artyzm i symbolika morderstw utwierdzały go w przekonaniu o własnej inteligencji, o słuszności jego rozumowania.

Uśmiechnął się na wspomnienie telefonu do komendy policji z informacją o napadzie. To on zadzwonił. Chciał, żeby ludzie należący do personelu First Union zginęli. Właśnie o to mu chodziło, do cholery! Czy nikt jeszcze tego nie zrozumiał?

Musiał teraz zwerbować następną grupę, najważniejszą, i taką najtrudniej było znaleźć. Potrzebował wyjątkowo zdolnego i w pełni samodzielnego zespołu, a taki mógł być dla niego niebezpieczny. Dobrze wiedział, że ludzie inteligentni często mają silną i nieokiełznaną osobowość. Jak on sam.

Przeglądał na ekranie komputera nazwiska potencjalnych kandydatów. Studiował ich portrety psychologiczne, sprawdzał kartoteki kryminalne. I nagle w to ponure, deszczowe popołudnie natknął się na grupę, która tak różniła się od innych, jak on od reszty ludzkości.

Dlaczego? Bo jej członkowie nie mieli żadnych kartotek kryminalnych. Nigdy ich na niczym nie złapano i nigdy o nic nie podejrzewano. Dlatego też tak trudno było mu ich znaleźć. Wydawali się idealnymi wykonawcami jego doskonałego, mistrzowskiego planu.

Nikt się nawet nie domyślał, co miało się wydarzyć.

Rozdział 21

O dziewiątej rano spotkałem się z neurologiem, Thomasem Petito. Wyjaśnił mi cierpliwie, jakie badania przejdzie Jannie. Chciał najpierw wyeliminować niektóre z możliwych przyczyn ataków. Powiedział, że martwienie się nic nie pomoże, że Jannie jest w dobrych rękach, jego rękach, i że najlepiej zrobię, jeśli przestanę się niepotrzebnie zadręczać, pojadę do pracy i zniknę mu z oczu.

Tego popołudnia po lunchu z Jannie pojechałem drogą I-95 South do Quantico. Musiałem się zobaczyć z najlepszymi technikami i psychologami FBI, a tacy są właśnie tam. Nie chciałem zostawiać Jannie u Świętego Antoniego, ale była z nią babcia, a badania wyznaczono dopiero na następny ranek.

Kyle Craig zadzwonił do mnie, gdy byłem jeszcze w szpitalu, i zapytał o Jannie. Naprawdę się przejął. Potem powiedział, że ma na karku departament sprawiedliwości, bankierów i media. FBI przeczesywało większą część Wschodniego Wybrzeża, ale na razie bez rezultatu. Sprowadził nawet samolotem jednego z agentów, którzy w połowie lat osiemdziesiątych wytropili mistrza napadów na banki, Josepha Dougherty’ego.

Kyle oznajmił mi, że śledztwem kieruje starsza agentka Cavalierre. Nie zdziwiło mnie to szczególnie. Zrobiła na mnie wrażenie jednego z najbardziej bystrych i energicznych agentów Biura, jakich znałem.

Agent z zespołu, który schwytał Dougherty’ego, nazywał się Sam Withers. Kyle, Cavalierre i ja spotkaliśmy się z nim w sali konferencyjnej Kyle’a w Quantico. Withers miał teraz dobrze po sześćdziesiątce, był już na emeryturze i powiedział nam, że dużo gra w golfa w okolicach Scottsdale. Przyznał, że od kilku lat mało się interesuje skokami na banki, ale ostatnie krwawe napady przyciągnęły jego uwagę.

Betsey Cavalierre przeszła od razu do rzeczy.

– Sam, czytałeś w naszych biuletynach o Citibanku i First Union?

– Jasna sprawa. Nawet kilka razy. W drodze tutaj.

Withers przesunął dłonią po krótkim jeżyku na głowie. Był muskularnym facetem i ważył na oko co najmniej sto dziesięć kilo. Przypominał mi takich emerytowanych baseballistów, jak Ted Klusewski czy Ralph Kiner.

– I co o tym myślisz? – zapytała Betsey byłego agenta. – Widzisz jakiś związek między dawnymi skokami i obecnym bajzlem?

– Żadnego. Dougherty i Connor nie mieli gwałtownych charakterów. Byli w zasadzie drobnymi, małomiasteczkowymi przestępcami. „Stara szkoła”, jak to mówią. Nawet zakładnicy nazywali ich „sympatycznymi” i „grzecznymi”. Connor zawsze dokładnie tłumaczył, że nie zamierza okraść ich domów ani zrobić im krzywdy. On i Dougherty nienawidzili banków i towarzystw ubezpieczeniowych. O to samo może chodzić typom, których szukacie.

Withers mówił dalej, snuł wspomnienia i domysły, wymawiając słowa w charakterystyczny dla Środkowego Zachodu miękki, senny sposób. Siedziałem z tyłu, słuchałem go i myślałem o tym, co powiedział przed chwilą. Istotnie, może ktoś inny także nienawidził banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Albo raczej bankierów i ich rodzin. Te napady mogły być sprawką kogoś, kto żywił głęboką urazę do nich. To miało pewien sens. Domniemanie tak samo prawdopodobne, jak wszystkie inne, które braliśmy dotąd pod uwagę.

Po wyjściu Sama Withersa porównaliśmy podobne sprawy z obecną. Zainteresowała mnie szczególnie jedna, duży skok pod Filadelfią w styczniu. Dwaj bandyci porwali męża i synka dyrektorki banku. Zagrozili, że mają bombę i wysadzą zakładników w powietrze, jeśli nie otworzy skarbca.

– Rozmawiali ze sobą przez walkie-talkie i też mieli skaner policyjny. Coś takiego jak w First Union – zakomunikowała Betsey wpatrzona w swe obszerne notatki. – To mogą być ci sami.

– Użyli wtedy przemocy? – zapytałem.

Pokręciła głową, odrzucając na bok grzywę ciemnych, lśniących włosów.

– Nie.

Mimo zaangażowania całego FBI i setek lokalnych komend policji staliśmy w miejscu. Coś było nie tak. Wciąż nie potrafiliśmy myśleć jak zabójcy.

Rozdział 22

Wróciłem do Świętego Antoniego około czwartej trzydzieści po południu. Ku mojemu zaskoczeniu, w sali Jannie zastałem tylko babcię i Damona. Siedzieli i czytali. Babcia powiedziała, że na polecenie doktora Petito Jannie zabrali na badania.

Przywieźli ją z powrotem za piętnaście piąta. Wyglądała na zmęczoną. Była za mała na tak ciężkie przeżycia. Ona i Damon nigdy nie chorowali, nawet jako niemowlęta, więc tym większy szok musiała teraz przeżyć.

Kiedy wjechała na wózku do sali, Damon nagle zaniemówił. Ja też.

Jannie popatrzyła na nas.

– Przytul nas jak niedźwiedź, tato – poprosiła. – Jak wtedy, kiedy byliśmy mali.

Przypomniałem sobie, co czułem, trzymając oboje w ramionach w tamtych czasach. Zrobiłem, o co prosiła.

Gdy babcia wróciła ze spaceru po korytarzu, wciąż jeszcze tuliłem ich do siebie. Przyprowadziła kogoś.

Do sali weszła Christine. Była w srebrzystej bluzce, granatowej spódnicy i takich samych pantoflach. Musiała przyjechać do szpitala prosto ze szkoły. Zachowywała pewien dystans wobec mnie, ale przynajmniej odwiedziła Jannie.

– Rodzina w komplecie – powiedziała. Przez cały czas unikała mojego wzroku. – Szkoda, że nie wzięłam aparatu.

– My zawsze jesteśmy razem – odparła Jannie.

Trochę rozmawialiśmy, ale głównie słuchaliśmy opowieści Jannie o ciężkim dniu. Wydała mi się nagle zupełnie bezbronna. O piątej dostała obiad. Zamiast się skarżyć na kiepskie jedzenie szpitalne, porównywała je ze swoimi ulubionymi potrawami babcinej roboty i uznała, że jest lepsze.

Wszyscy się śmiali oprócz babci, która udawała obrażoną. Spojrzała na Jannie złym wzrokiem.

– Po twoim powrocie do domu możemy zamawiać jedzenie w szpitalu. Zaoszczędzi mi to mnóstwa pracy i nerwów.

– Ale ty lubisz pracować – odrzekła Jannie. – I uwielbiasz się denerwować.

– Prawie tak bardzo, jak ty lubisz się ze mną drażnić – skontrowała babcia.

Kiedy Christine zbierała się już do wyjścia, pielęgniarka przyniosła z dyżurki telefon. Powiedziała, że ktoś chce pilnie rozmawiać z detektywem Crossem. Jęknąłem i pokręciłem głową. Wszyscy na mnie patrzyli, kiedy brałem słuchawkę.

– Okay, tato – uspokoiła mnie Jannie.

Dzwonił Kyle Craig. Miał złe wiadomości.

– Jestem w drodze do filii banku First Virginia w Rosslyn – usłyszałem. – Znów to samo, Alex.

Babcia przeszyła mnie morderczym spojrzeniem. Christine odwróciła wzrok. Czułem się winny i było mi wstyd, a przecież nie zrobiłem nic złego.

– Muszę wyskoczyć na godzinkę – odezwałem się w końcu. – Przepraszam.

Rozdział 23

Za szybko to szło – jeden napad po drugim, jak przewracające się domino. Kimkolwiek był ten, kto stał za tym wszystkim, zależało mu widocznie bardzo na tym, żebyśmy nie zdążyli pomyśleć, złapać oddechu, zorganizować się.

Ze szpitala do Rosslyn miałem tylko piętnaście minut jazdy. Nie wiedziałem, co tam zastanę. Ślady brutalnej zbrodni, martwe ciała?

Filię First Virginia dzieliła jedna przecznica od centrali Bell Atlantic. Znów wolno stojący budynek. Czy to miało jakieś znaczenie dla bandytów? Możliwe. Tylko jakie? Te kilka tropów, na które dotychczas wpadliśmy, nigdzie nas nie doprowadziło. Przynajmniej nie mnie.

Po drugiej stronie ulicy zauważyłem Dunkin’ Donuts i Hity Wideo. Ludzie wchodzili i wychodzili. Przedmieście żyło normalnie, jakby nic się nie stało.

Ale stało się.

Na parkingu przed bankiem zobaczyłem cztery ciemne samochody. Domyśliłem się, że to FBI, i zatrzymałem się obok. Radiowozów na razie nie było. Kyle zadzwonił do mnie, ale nie ściągnął miejscowej policji. Zły znak.

Tylnego wejścia pilnował wysoki, chudy agent. Miał około trzydziestki, wyglądał na zdenerwowanego i przestraszonego. Pokazałem mu odznakę.

– Szef jest w środku, detektywie Cross – powiedział. – Czeka na pana.

Mówił z miękkim wirginijskim akcentem, jak Kyle.

– Są ofiary? – zapytałem.

Pokręcił podłużną, krótko ostrzyżoną głową. Starał się nie pokazać po sobie, że jest zdenerwowany, może przestraszony.

– Dopiero przyjechaliśmy. Jeszcze nie znam sytuacji. Starsza agentka Cavalierre kazała mi tu zaczekać. To jej dochodzenie.

– Tak, wiem.

Otworzyłem szklane drzwi. Przystanąłem na chwilę obok bankomatów, żeby się trochę skupić i przygotować. W holu zobaczyłem Kyle’a i Betsey Cavalierre.

Rozmawiali z siwym mężczyzną, który, sądząc po wyglądzie, mógł być dyrektorem filii lub jego zastępcą. Nie dostrzegłem żadnych ciał. Jezu, czy to możliwe?

Kyle zauważył mnie i natychmiast podszedł bliżej. Cavalierre nie odstępowała go na krok, jakby była do niego przyklejona.

– To cud, Alex – powiedział. – Nikt tu nie ucierpiał. Zabrali forsę i ulotnili się. Jedziemy do domu dyrektora. Jego żona i córka były zakładniczkami. Telefon nie odpowiada.

– Zawiadom miejscową policję, Kyle. Wyślą tam radiowozy.

– To tylko trzy minuty drogi stąd. Idziemy! – warknął.

On i agentka Cavalierre ruszyli w stronę wyjścia.

Rozdział 24

Kyle wyraził się jasno: śledztwo w sprawie ostatnich napadów na banki prowadzi FBI. Mogłem się przyłączyć albo odejść. Na razie pojechałem z nimi. To było śledztwo Kyle’a i Cavalierre i ich problem. To na nich naciskali.

W samochodzie nikt się nie odzywał. Jak dotąd, jeden schemat się powtarzał. Przy każdym napadzie ktoś ginął. Jakby te skoki robił seryjny morderca.

Wreszcie zapytałem o to, co nie dawało mi spokoju, od chwili gdy odebrałem telefon Kyle’a w szpitalu.

– Alarm z banku dotarł bezpośrednio do FBI?

Betsey Cavalierre odwróciła się do mnie z przedniego siedzenia.

– First Union, Chase, First Virginia i Citibank są chwilowo połączone z nami. Sami tak zdecydowali, nie namawialiśmy ich. Na wypadek następnego skoku ściągnęliśmy do Dystryktu Kolumbii kilkudziesięciu dodatkowych agentów. Przyjechaliśmy do Rosslyn po niecałych dziesięciu minutach. Ale zdążyli uciec.

– Daliście w końcu znać miejscowej policji? – zapytałem.

Kyle przytaknął.

– Dzwoniliśmy do nich. Nie chcemy nikomu deptać po odciskach, jeśli nie musimy. Już jadą do banku.

Pokręciłem głową i przewróciłem oczami.

– Ale jednak nie do domu dyrektora, tak?

– Najpierw sami sprawdzimy, co tam się dzieje – odpowiedziała za Kyle’a agentka Cavalierre. – Ci zabójcy nie popełniają błędów. My też nie możemy.

Nie była wobec mnie zbyt uprzejma. Mówiła zniecierpliwionym tonem. Nie podobało mi się to. Ale najwyraźniej nie obchodziło ją, co myślę.

– W Rosslyn jest bardzo dobra policja – upierałem się. – Współpracowałem już kiedyś z nimi. A wy?

Czułem się w obowiązku bronić kolegów, których dobrze znałem.

Kyle westchnął.

– Wiesz, ile zależy od pierwszej reakcji. W tym problem. Betsey ma rację. Nie możemy popełniać błędów, bo oni ich nie popełniają.

Skręciliśmy w High Street. Dzielnica wyglądała na spokojną i zamożną. Stare i nowe rezydencje, podwójne garaże, przystrzyżone trawniki.

Nie mogłem się pozbyć obaw, że znajdziemy zwłoki. Oni zawsze kogoś zabijają, mówiłem sobie. Jedna rodzina już zginęła.

Zaparkowaliśmy przed dużym domem w stylu kolonialnym, z wielkim, czerwonym numerem 315 na żółtej skrzynce pocztowej. Za nami zatrzymał się drugi samochód z agentami. Im nas więcej, tym gorzej się zapowiada, pomyślałem.

Kyle uniósł swoje walkie-talkie.

– Bandyci pewnie już się wynieśli. Ale pamiętajcie, że nigdy nic nie wiadomo. Ci faceci to zabójcy i wygląda na to, że lubią swój fach.

Rozdział 25

Nigdy nic nie wiadomo. To fakt. Jakże prawdziwe było to powiedzenie i w jak przerażający sposób potwierdzało się czasami.

Czy to, między innymi, trzymało mnie w tej pracy? Skoki adrenaliny? Niepewność przy każdym nowym śledztwie? Dreszcz emocji zwany myśliwym? Ciemna strona mojej natury? Rzadkie zwycięstwa dobra nad złem? Częste zwycięstwa zła nad dobrem?

Wyciągnąłem z kabury glocka i starałem się nie myśleć o niczym, co mogło mnie rozproszyć. Żeby szybko reagować, trzeba mieć wolną głowę. Kyle, Betsey Cavalierre i ja pobiegliśmy do drzwi frontowych. Trzymaliśmy broń gotową do strzału. Prawdziwi zawodowcy – czujni i spięci.

Bo nigdy nic nie wiadomo.

Z zewnątrz w domu nie było słychać żadnego dźwięku – martwa cisza. Gdzieś u sąsiadów zaszczekał pies, rozpłakało się dziecko.

Przy dwóch pierwszych napadach były ofiary. Tylko ten schemat się powtarzał na razie. Rytuał zabójców? Ostrzeżenie? Sposób na obrabianie banków? O co tu chodziło, na Boga?

– Wchodzę pierwszy – powiedziałem do Kyle’a. Nie zamierzałem pytać go o pozwolenie. – Jesteśmy w Waszyngtonie. W każdym razie blisko. To mój teren.

Nie spierał się ze mną. Agentka Cavalliere milczała. Przyjrzała mi się uważnie. Była już kiedyś na linii ognia? – zastanawiałem się. Co teraz czuła? Czy kiedykolwiek strzelała do kogoś?

Drzwi domu nie były zamknięte na klucz. Celowo je tak zostawili? Czy dlatego, że wynieśli się w pośpiechu?

Szybko i cicho wsunąłem się do środka. Miałem nadzieję, że może wszystko będzie dobrze, a jednocześnie spodziewałem się najgorszego. W holu, salonie i kuchni było ciemno i cicho, świecił się tylko czerwony zegar cyfrowy na kuchence i szumiała lodówka.

Agentka Cavalierre dała znak, żebyśmy się rozdzielili. Z głębi domu nie docierał nawet żaden szept. To mi się nie podobało. Gdzie była rodzina?

Skulony, podkradłem się do kuchni. Zajrzałem do środka. Nikogo.

Wszedłem i otworzyłem drewniane drzwi w tylnej ścianie. Spiżarnia. Ostry zapach przypraw i korzeni.

Następne drzwi. Tylne schody wiodące na piętro.

Trzecie drzwi. Schody prowadzące do piwnicy.

Należało sprawdzić piwnicę. Pstryknąłem włącznikiem światła. Nie zapaliło się. Niech to szlag!

– Policja! – zawołałem.

Żadnej odpowiedzi.

Wziąłem głęboki oddech. Nie sądziłem, że grozi mi w tej chwili jakieś niebezpieczeństwo, bałem się tego, co mogłem znaleźć na dole. Wahałem się sekundę lub dwie, potem postawiłem nogę na skrzypiącym stopniu. Nie cierpię piwnic.

– Policja! – powtórzyłem.

Nadal cisza.

Sprawdzanie ciemnych zakamarków w budynku to nie żadna zabawa. Nawet jeśli ma się broń i umie z niej korzystać. Zapaliłem swoją latarkę. Dobra, idziemy.

Serce waliło mi mocno, gdy zbiegałem po schodach. Pistolet trzymałem przed sobą. Schyliłem głowę i zajrzałem do piwnicy. Jezu!

Od razu je zobaczyłem. Poczułem przypływ adrenaliny.

– Detektyw Cross. Jestem z policji.

Matka i córeczka. Kobieta była związana i zakneblowana kolorowymi szmatkami i czarną taśmą. Szeroko rozwarte oczy błyszczały jak reflektory. Dziewczynka miała na ustach tylko taśmę. Łkała spazmatycznie.

Ale żyły. Ani tutaj, ani w banku nikt nie zginął.

Dlaczego?

Zmienili schemat!

– Co tam się dzieje na dole? – Jesteś cały, Alex?

To był głos Kyle’a. Poświeciłem w górę. Craig i Cavalierre stali na szczycie schodów.

– Są tutaj – odparłem. – Żyją. Wszystko w porządku.

O co tu chodziło, do diabła?

Rozdział 26

Supermózg… Co za dziwaczne, zupełnie absurdalne przezwisko. Prawie perwersyjne. Dlatego tak je lubił.

Obserwował teraz scenę w domu dyrektora banku. Czuł się tak, jakby wyszedł z siebie i stał obok. Pamiętał z młodości stary telewizyjny show. Jesteś tam. Był tam.

Stwierdził, że to podniecające przyglądać się, jak technicy FBI wchodzą do domu ze swoimi czarnymi, magicznymi walizeczkami. Wiedział wszystko o ich wydziale przestępstw z użyciem przemocy.

Patrzył uważnie na skupione twarze kręcących się agentów.

Potem przyjechała masa policjantów z Rosslyn. Kilka radiowozów z migającymi światłami na dachach. Ładny widok.

W końcu zobaczył, jak z domu wychodzi detektyw Alex Cross. Był wysoki i dobrze zbudowany. Trochę po czterdziestce. Przypominał Muhammada Ali z najlepszych czasów. Jego twarz nie była jednak przygaszona. Piwne oczy płonęły żywym blaskiem. Ali nigdy tak nie wyglądał.

Cross to jeden z głównych przeciwników. W walce na śmierć i życie. W zaciekłej walce umysłów, a właściwie przede wszystkim walce woli.

Supermózg był pewien, że pokona detektywa. Miał przewagę i zawsze wygrywał. A jednak coś go niepokoiło i irytowało. Cross też sprawiał wrażenie pewnego siebie. Jak śmiał? Za kogo on się uważał?

Supermózg obserwował dom jeszcze przez chwilę, aż przekonał się, że jest tu absolutnie bezpieczny.

W skali numerycznej na 9,9999 z 10.

Przyszła mu do głowy szalona myśl. Wiedział, skąd się wzięła.

W dzieciństwie uwielbiał filmy o Indianach i kowbojach. Zawsze był po stronie Indian. Najbardziej lubił, kiedy zakradali się do obozu wroga i dotykali śpiących nieprzyjaciół.

Supermózg miał ochotę dotknąć Aleksa Crossa.

Rozdział 27

Gdy tylko upewniliśmy się, że w domu jest bezpiecznie, zadzwoniłem do szpitala, żeby zapytać o Jannie. Przygniatało mnie to wszystko: poczucie winy, paranoja i obowiązki. Rodzina dyrektora została uratowana. A co z moją?

Połączyli mnie z dyżurką na piętrze Jannie. Telefon odebrała pielęgniarka dyplomowana Julietta Newton, która czasami zaglądała do sali Jannie, kiedy przychodziłem z wizytą. Przypominała mi starą, zaprzyjaźnioną pielęgniarkę Ninę Childs, zmarłą w zeszłym roku.

– Tu Alex Cross. Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałbym rozmawiać z moją babcią albo córką.

– Nie ma ich w tej chwili na piętrze – odrzekła Julietta. – Zjechały na dół. Doktor Petito kazał zrobić Jannie rezonans magnetyczny. Akurat było wolne miejsce.

– Zaraz tam przyjadę. Jak ona się czuje?

Pielęgniarka zawahała się.

– Znów miała atak, ale teraz jej stan jest stabilny.

Wskoczyłem do samochodu i po piętnastu minutach wpadłem do szpitala. W podziemiach odnalazłem diagnostykę. Było późno, prawie dziesiąta wieczorem. W rejestracji nie było nikogo, więc poszedłem przed siebie jasnoniebieskim korytarzem. O tej porze wyglądał upiornie.

Podszedłem do gabinetu tomografii komputerowej, byłem całkowicie pochłonięty myślami o Jannie, martwiłem się o nią. Z drzwi po drugiej stronie korytarza wyszedł nagle technik. Przestraszył mnie.

– Czego pan szuka? – zapytał. – Może pomogę?

– Jestem ojcem Jannie Cross. Ma teraz rezonans magnetyczny.

Skinął głową.

– A, tak. Zaprowadzę pana. Chyba są w połowie badania. To nasza ostatnia pacjentka na dziś.

Rozdział 28

W gabinecie czuwała babcia. Udawała spokojną, ale poznałem po oczach, że jest wystraszona.

Popatrzyłem na aparaturę do uzyskiwania obrazów metodą rezonansu magnetycznego. Wyglądała bardzo nowocześnie, inaczej niż te, które dotąd widziałem. Przechodziłem takie badania dwa razy, więc wiedziałem, jak się odbywają. Jannie leżała płasko w środku tego wspaniałego urządzenia z unieruchomioną głową i ten widok jakoś mnie niepokoił. Ale trzeci atak w ciągu dwóch dni też był niepokojący.

– Słyszy nas? – zapytałem.

Babcia zakryła uszy palcami.

– Słucha muzyki. Ale możesz wziąć ją za rękę, Alex. Pozna, że to ty.

Ująłem jej dłoń i uścisnąłem lekko. Oddała mi uścisk. Poznała.

– Co się działo po moim wyjściu? – spytałem.

– Mieliśmy wielkie szczęście – odrzekła babcia. – Doktor Petito robił obchód. Wszedł do nas i rozmawiał z Jannie, i właśnie wtedy dostała ataku. Kazał ją tu przyjąć.

Musiałem usiąść. To był długi i ciężki dzień i jeszcze się nie skończył. Serce i głowa wciąż pracowały na przyspieszonych obrotach. Reszta ciała próbowała za nimi nadążyć.

– Tylko nie zacznij obwiniać siebie samego – ostrzegła babcia. – Jak powiedziałam, mieliśmy szczęście. Na miejscu był najlepszy lekarz w szpitalu.

– Nikogo nie winie – mruknąłem. Oczywiście skłamałem.

Babcia zmarszczyła brwi.

– Nawet gdybyś tu był w czasie jej ataku, zabraliby ją na rezonans magnetyczny. I nie wyrzucaj sobie, że to z powodu boksu. Doktor Petito powiedział, że to prawie niemożliwe. Cios był za słaby. To coś innego, Alex.

Właśnie tego się obawiałem. Czekaliśmy na koniec badania, to były długie i ciężkie chwile. W końcu Jannie wysunęła się wolno z aparatu. Na mój widok rozpromieniła się.

– Killing me softly with his song… – zanuciła i zdjęła słuchawki. – The Fugees. Cześć, tato. Obiecałeś, że wrócisz, i dotrzymałeś słowa.

Przytaknąłem, schyliłem się i pocałowałem ją.

– Jak się czujesz, skarbie?

– Jakoś się trzymam – odpowiedziała. – Puścili mi super muzykę. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę zdjęcia mojego mózgu.

Ja też nie mogłem się doczekać. Doktor Petito również. Pomyślałem, że chyba nigdy nie wychodzi ze szpitala. Spotkałem się z nim w jego gabinecie. Dochodziła północ. Obaj byliśmy potwornie zmęczeni.

– Ma pan długi dzień – zauważyłem.

Wyglądało na to, że każdy jego dzień jest taki. Neurolog zaczynał pracę o siódmej trzydzieści rano, a widywałem go w szpitalu o dziewiątej i dziesiątej wieczorem, czasem później. Zachęcał pacjentów, żeby dzwonili do niego do domu nawet w środku nocy, jeśli coś im dolega lub po prostu coś ich zaniepokoi.

Wzruszył ramionami i ziewnął.

– Takie życie. Kilka lat temu doprowadziło mnie to do rozwodu. Teraz jestem samotny. Boję się wiązać. Ale lubię to.

Skinąłem głową i pomyślałem, że go rozumiem.

– Co z Jannie? – zapytałem. – Znalazł pan coś czy wszystko w porządku?

Pokręcił powoli głową, a potem usłyszałem słowa, których wolałbym nie usłyszeć.

– Niestety, ma nowotwór. Prawie na pewno gwiaździak w postaci torbieli, ale potwierdzi to dopiero zabieg chirurgiczny. Taki guz pojawia się u pacjentów w bardzo młodym wieku. Usadowił się w móżdżku. Jest duży i zagraża jej życiu. Przykro mi, że musiałem przekazać panu złą wiadomość.

Spędziłem jeszcze jedną godzinę w szpitalu przy Jannie. I tym razem zasnęła, trzymając mnie za rękę.

Rozdział 29

Następnego ranka odezwał się mój pager. Oddzwoniłem do Francji, do Sandy’ego Greenberga, przyjaciela z lyońskiej centrali Interpolu. I znów zła wiadomość.

W londyńskim supermarkecie brutalnie zamordowano pewną kobietę. Nazywała się Lucy Rhys-Cousins. Zginęła na oczach własnych dzieci. Sandy powiedział, że brytyjska policja podejrzewa jej męża, Geoffrey’a Shafera, znanego mi jako Łasica.

Nie mogłem w to uwierzyć. Nie teraz. Tylko nie on.

– Ale nie wiesz na pewno, czy to Shafer? – zapytałem.

– To on, Alex, choć nie potwierdzimy tego prasie. Scotland Yard jest pewien. Dzieci rozpoznały swojego stukniętego tatusia.

Wiele miesięcy temu Geoffrey Shafer porwał Christine. Popełnił również kilka przerażających morderstw w południowo-wschodniej części Waszyngtonu. Napadał na biednych i bezbronnych. Wiadomość, że żyje i znów zabija, odczułem jak szybki, nagły cios poniżej pasa. Wolałem nie myśleć, jak zareaguje Christine.

Zadzwoniłem do niej ze szpitala, ale znów odezwała się automatyczna sekretarka.

– Christine, jeśli jesteś w domu, odbierz telefon – powiedziałem spokojnie do słuchawki. – Tu Alex. Musimy porozmawiać o czymś ważnym, proszę, odbierz telefon.

Nie odezwała się. Tłumaczyłem sobie, że Shafer nie może być w Waszyngtonie, a jednak bałem się, że jest. Lubił robić niespodzianki. Cholerna Łasica!

Zerknąłem na zegarek. Była dopiero siódma rano. Wydawało mi się, że jest za wcześnie, żebym mógł zastać Christine w szkole. Mimo to, postanowiłem tam pojechać. Miałem niedaleko.

Rozdział 30

Po drodze modliłem się: Boże, nie pozwól, żeby znów coś jej się stało. Nie rób jej tego. Nie możesz. Nie powinieneś.

Zaparkowałem przy szkole i wyskoczyłem z samochodu. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że biegnę korytarzem w stronę narożnego gabinetu Christine. Serce mi waliło. Miałem miękkie nogi. Zanim dopadłem drzwi, usłyszałem stuk klawiatury komputera.

Zajrzałem do środka i odetchnąłem z ulgą.

Siedziała w swoim przytulnym, zagraconym pokoju. Podczas pracy była zawsze bardzo skupiona. Nie chciałem jej przestraszyć, więc tylko się przyglądałem. Po chwili zapukałem delikatnie.

– To ja – powiedziałem cicho.

Przestała pisać i odwróciła się. Przez moment patrzyła ma mnie jak dawniej. Rozbroiła mnie. Miała na sobie granatowe spodnie i żółtą jedwabną bluzkę szytą na zamówienie. Nie widać było po niej, że przeżywa trudny okres, ale wiedziałem, że tak jest.

– Co tu robisz? – zapytała w końcu. – Już wiem, co się stało w Londynie. Oglądałam rano CNN. Widziałam te wspaniałe sceny z supermarketu.

Pokręciła głową i przymknęła oczy.

– Wszystko w porządku? – spytałem.

– Nie! – prawie warknęła. – Wręcz odwrotnie! I jeszcze ta wiadomość. Nie śpię po nocach. Mam ciągle koszmary. W dzień nie mogę się skoncentrować. Wyobrażam sobie, że z małym Aleksem dzieją się okropne rzeczy. Z Jannie, Damonem, babcią i z tobą też. Nie mogę przestać o tym myśleć!

Jej słowa rozdzierały mi serce. Nie potrafiłem jej pomóc i to było straszne uczucie.

– Wątpię, żeby tu wrócił – powiedziałem.

Jej oczy rozbłysły gniewem.

– Ale pewien nie jesteś.

– Shafer nie interesuje się nami. Nie liczymy się w jego świecie fantazji. Ważna była żona. Jestem zaskoczony, że nie zamordował również dzieci.

– A widzisz, jesteś zaskoczony! Nikt nie wie, co strzeli do głowy takiemu szaleńcowi. Teraz zajmujesz się następnymi. Zdeprawowanymi ludźmi, którzy mordują bez powodu niewinnych zakładników. Bo nikt im w tym nie przeszkadza.

Chciałem wejść do gabinetu, ale Christine podniosła rękę.

– Nie podchodź. Trzymaj się ode mnie z daleka.

Wstała, minęła mnie i ruszyła w stronę łazienki dla nauczycieli. Zniknęła za drzwiami, nie obejrzawszy się nawet ani razu.

Wiedziałem, że nie wyjdzie, dopóki nie nabierze pewności, że sobie poszedłem.

Idąc do samochodu, pomyślałem, że nie zapytała o Jannie.

Rozdział 31

Zanim pojechałem do pracy, znów wpadłem do szpitala. Jannie już nie spała i zjedliśmy razem śniadanie. Oświadczyła, że jestem najlepszym tatą na świecie, a ja odrzekłem, że ona jest najlepszą córką. Potem powiedziałem jej o nowotworze i czekającej ją operacji. Płakała w moich ramionach.

Przyszła babcia. Jannie zabrali na dalsze badania. Nie miałem co robić w szpitalu przez kilka następnych godzin. Pojechałem na kolejne spotkanie z FBI. Zawsze ta praca. Christine mówiła, że wiecznie ścigam szaleńców. I nie było widać końca.

Odprawa odbywała się w terenowym biurze FBI na Czwartej ulicy w Northwest. Agentka specjalna kierująca dochodzeniem, Betsey Cavalierre, zjawiła się punkt jedenasta. Wyglądało na to, że wezwała połowę Biura i był to imponujący, w jakiś sposób uspokajający widok.

Pamiętałem, że podczas napadów bandyci żądali precyzji. Może dlatego Kyle Craig powierzył śledztwo agentce Cavalierre. Mówił mi, że jest dokładna i wymagająca, należy do grona najlepszych zawodowców, jakich widział przez lata pracy w Biurze. Wróciłem myślą do skoków na banki i zabójstw. Dlaczego bandytom zależy na rozgłosie, nawet na złej sławie? Może zamierzali w ten sposób ostrzec personel innych banków, żeby w przyszłości nikt nie stawiał oporu? A może chodziło o morderstwa z zemsty? To miało sens, któryś z zabójców – kto wie, czy nie paru – mógł kiedyś pracować w banku. Warto było pójść tym tropem.

Rozejrzałem się po zatłoczonej sali sztabu kryzysowego. Na ściankach działowych wisiały biuletyny i zdjęcia podejrzanych i świadków. Niestety, żaden podejrzany nie pasował do tej sprawy. Przeczytałem pseudonimy: Grubas, Kochanka, Wąsik.

Dlaczego nie mamy ani jednego dobrego podejrzanego? Jaki stąd wniosek? Czego nie dostrzegamy?

– Witam wszystkich. Chcę z góry podziękować za to, że poświęcicie weekend na pracę – oznajmiła agentka Cavalierre z właściwą dozą ironii i humoru. Miała na sobie spodnie khaki i jasnoczerwony T-shirt. We włosy wpięła maleńką, purpurową spinkę. Wydawała się pewna siebie i zadziwiająco odprężona.

– A kto nie przyjdzie w sobotę… – dodał z końca sali wąsaty agent – może sobie darować przychodzenie w niedzielę.

– Ciekawe, że cwaniaczki zawsze siadają z tyłu – skomentowała z uśmiechem Cavalliere.

Uniosła grubą, niebieską teczkę.

– Wszyscy macie te akta. To stare sprawy, które mogą w jakiś sposób wiązać się z obecną. Napady Josepha Dougherty’ego na Środkowym Zachodzie w latach osiemdziesiątych przypominają ją pod pewnymi względami. Jest też kartoteka Davida Grandstaffa, który opracował i wykonał największy, pojedynczy skok na bank w dziejach Ameryki. Przypominam, że został schwytany przez Biuro. Jednakże, starając się bardzo gorliwie dostać go w swoje ręce, użyliśmy wtedy dość dyskusyjnych metod. Po sześciotygodniowym procesie ława przysięgłych obradowała tylko dziesięć minut i Grandstaffa uniewinniono. Do dziś nie odzyskano trzech milionów dolarów zrabowanych z Tucson First National Bank.

Ktoś z przodu sali podniósł rękę.

– Gdzie jest teraz Grandstaff?

– Och, zszedł do podziemia – odrzekła Cavalierre. – Na głębokość około dwóch metrów. Dlatego ostatnie napady to nie jego robota, agencie Doud. Ale może posłużył komuś za wzór. Tak samo Joseph Dougherty. Ktoś mógł ich naśladować.

Minęło mniej więcej pół godziny zanim mnie przedstawiła.

– Niektórzy z was znają już Aleksa Crossa z policji waszyngtońskiej. Pracuje w wydziale zabójstw. Ma tytuł doktora psychologii i jest psychologiem sądowym. Dodam, że również bliskim przyjacielem Kyle’a Craiga. Więc cokolwiek myślicie o stołecznej policji i naszym szefie, lepiej zachowajcie to dla siebie.

Spojrzała na mnie przez salę.

– To doktor Cross znalazł ciała Errola i Brianne Parker. I to był dotąd jedyny przełom w śledztwie. Zauważcie, jak mu się podlizuję.

Wstałem i rozejrzałem się wokoło.

– Niestety Parkerowie też zeszli do podziemia – powiedziałem. Rozległy się śmiechy. – Brianne i Errol byli drobnymi przestępcami, ale siedzieli za napady na banki. Sprawdzamy wszystkich, których poznali w więzieniu Lorton. Na razie bez skutku. Podobnie jak inne nasze działania.

– Parkerowie umieli kraść, ale nie byli tak zorganizowani, jak ten, kto ich zatrudnił, a potem zabił. Nawiasem mówiąc, otruto ich. Podejrzewam, że zabójca przyglądał się, jak umierają, a ich śmierć musiała być makabryczna. Możliwe, że odbył stosunek seksualny z martwą Brianne. To tylko domysły, ale sądzę, że w tym wszystkim chodzi nie tylko o rabowanie banków.

Rozdział 32

Supermózg nie mógł spać. Zbyt wiele nieprzyjemnych myśli kłębiło się w jego zmęczonej głowie. Dręczono go okrutnie, doprowadzono do tego nieznośnego stanu! Musiał się zemścić. Podporządkował temu celowi swoje życie, poświęcał mu każdą niemal chwilę od czterech lat.

Wreszcie wstał z łóżka i usiadł ciężko za biurkiem. Czekał, aż przejdą mu fale nudności, aż te cholerne ręce przestaną drżeć! Oto moje nędzne życie, pomyślał. Nie cierpię go. Nie cierpię każdego swojego oddechu.

Zaczął pisać list, który ułożył w czasie bezsennych godzin.

DO PREZESA CITIBANKU

Czas się ocknąć, ja nie żartuję. Bank poniesie straszliwe konsekwencje. Myślicie, że nic wam nie grozi ze strony szarych ludzi. Mylicie się. Cały się trzęsę z oburzenia, kiedy to piszę.

Mój „osobisty bankier” śpi w pracy. Ta kobieta jest tak bezosobowa jak ścianki działowe w klitce, którą nazywa biurem. Zawsze myślałem, że bankowcy są inteligentni i mają wszystko zapięte na ostatni guzik. Więc jak to możliwe, że kilka razy znalazłem w moim rachunku irytujące, skandaliczne pomyłki?

Zleciłem dokonanie prostego przelewu pieniędzy z konta na konto. Nie zrobiono tego w ustalonym terminie.

Niedawno się przeprowadziłem. Zawiadomiłem o tym wasz bank. Przez trzy miesiące nie dostawałem wyciągów z rachunku. Okazało się, że nie zmieniono mojego adresu i trafiały do kogoś innego!

Po tych wszystkich zniewagach, po tych wszystkich pomyłkach mieliście jeszcze czelność odmówić mi pożyczki. Panna Princeton Priss rozmawiała ze mną w sposób nieszczery, wyraźnie protekcjonalnym tonem. To absolutnie niedopuszczalne.

Oceniam jakość usług w dziesięciostopniowej skali. Oczekuję poziomu 9,9999 z 10. Bardzo daleko wam do tego.

Szarzy ludzie jeszcze będą mieli swój dzień.

Przeczytał list. Całkiem nieźle, jak na drugą w nocy. Nawet zupełnie dobrze.

Wydrukuje go, podpisze i schowa do swoich akt. Jak wszystkie. Byłoby zbyt niebezpiecznie wysyłać takie rzeczy pocztą.

Chryste, jak on nienawidzi banków! Towarzystw ubezpieczeniowych i funduszów inwestycyjnych! Tych cholernych firm internetowych i pieprzonego rządu! Muszą pójść na dno! I tak będzie. W końcu nadejdzie dzień szarych ludzi.

Rozdział 33

Kiedy rano wychodziłem od Jannie, coś jej obiecałem. Przyrzekłem uroczyście, że wstąpię do Big Mike Giordano’s i kupię pizzę na wynos.

Wszedłem do sali szpitalnej, żonglując gorącym pudełkiem. Doktor Petito nie pozwolił Jannie dużo jeść, ale powiedział, że kawałek nie zaszkodzi.

– Dostawa! – zawołałem.

– Hurra! Hurra! – krzyknęła z łóżka. – Uratowałeś mnie przed tym okropnym, wstrętnym jedzeniem szpitalnym. Dzięki, tato. Jesteś super.

Wyglądała na zdrową dziewczynkę, która nie musi tu leżeć. Żałowałem, że tak nie jest. Miałem już trochę informacji o jej zabiegu. Przygotowania i sama operacja zajmą od ośmiu do dziesięciu godzin. Chirurg rozetnie guz i weźmie wycinek do biopsji. Przez ten czas stabilny stan Jannie zapewni dilantin. Zaczną jutro rano.

– Chciałaś z oliwkami i anchois, zgadza się? – zapytałem, po czym otworzyłem pudełko z pizzą.

Spojrzała na mnie złym wzrokiem. Z pewnością nauczyła się tego od swojej prababci.

– Błąd, panie dostawco. Jeśli na tej pizzy są jakieś paskudne anchois, niech pan ją lepiej zabiera z powrotem.

– Tylko się z tobą drażni – uspokoiła babcia i też posłała mi niedobre spojrzenie, trochę jednak łagodniejsze.

Jannie wzruszyła ramionami.

– Wiem. Ja też się z nim drażnię. It’s our thing, doo, doo. Do what you wanna do – zanuciła stary kawałek pop i uśmiechnęła się.

– Ja tam lubię anchois – wtrącił się z przekory Damon. – Są prawdziwie słone.

Jannie zmarszczyła brwi i spojrzała na brata.

– Sam będziesz anchois w następnym życiu.

Śmialiśmy się jak zawsze i wcinaliśmy pizzę z podwójnym serem, popijając mlekiem. Opowiadaliśmy sobie, jak nam minął dzień. W centrum uwagi była oczywiście Jannie. Opisywała szczegółowo swoją drugą tomografię komputerową, która trwała pół godziny.

– Będę lekarką – ogłosiła. – To już postanowione. Pewnie pójdę na uniwerek Johnsa Hopkinsa, jak tata.

Około ósmej babcia i Damon zaczęli się zbierać. Siedzieli w szpitalu od trzeciej; przyszli, jak tylko Damon wrócił ze szkoły.

– Tata jeszcze zostaje – obwieściła Jannie. – Był w pracy i za krótko go dziś widziałam.

Wyciągnęła ręce do babci, żeby ją uściskać. Obejmowały się dłuższą chwilę. Babcia szepnęła jej coś do ucha, a Jannie kiwnęła głową na znak, że rozumie.

Potem przywołała do łóżka Damona.

– Przytul mnie mocno i pocałuj – rozkazała.

Babcia i Damon machali jej na pożegnanie, uśmiechali się i powtarzali „cześć, trzymaj się, do jutra”. Na policzkach Jannie lśniły łzy, ale też się uśmiechała.

– To mi się naprawdę podoba – oznajmiła. – Wiecie, to, że jestem w centrum uwagi. I nie martwcie się, zostanę lekarką. Właściwie od dziś możecie do mnie mówić „doktor Jannie”.

– Dobranoc, doktor Jannie – powiedziała od drzwi babcia. – Słodkich snów. Do zobaczenia jutro, kochanie.

– Cześć – rzucił Damon, ruszył do wyjścia, po czym nagle odwrócił się. – Aha, „doktor Jannie”.

Zostaliśmy sami. Milczeliśmy przez chwilę. Podszedłem i objąłem Jannie. Scena pożegnania źle na nas podziałała. Siedziałem na brzegu łóżka i trzymałem ją, jakby miała się załamać. Długo trwaliśmy w tej pozie, rozmawialiśmy niewiele, tylko tuliliśmy się mocno do siebie.

Ze zdziwieniem spostrzegłem w pewnej chwili, że znów zasnęła w moich ramionach. Właśnie wtedy po policzkach zaczęły mi spływać łzy.

Rozdział 34

Pozostałem w szpitalu całą noc. Byłem przygnębiony i pełen obaw. Niewiele spałem. Trochę myślałem o napadach na banki, po prostu żeby zająć umysł czymś innym. Brutalnie zamordowano niewinnych ludzi i bolało mnie to jak każdego.

Rozmyślałem też o Christine. Kochałem ją i nic nie mogłem na to poradzić. Ale najwyraźniej podjęła już decyzję, co z nami będzie. Nie miałem na to wpływu. Nie chciała żyć z detektywem z wydziału zabójstw, a ja zapewne nie potrafiłbym być nikim innym.

Obudziliśmy się z Jannie około piątej rano. Okno jej sali wychodziło na płaski dach i mały ogród. Siedzieliśmy w milczeniu i patrzyliśmy na wschód słońca. Wyglądał tak pięknie, że zrobiło mi się jeszcze smutniej. A jeśli to nasze ostatnie wspólne chwile? Nie chciałem o tym myśleć, ale nie mogłem przestać.

Jannie umie czasem czytać z mojej twarzy.

– Nie martw się, tato – powiedziała. – Zobaczę jeszcze wiele pięknych poranków. Choć, prawdę mówiąc, trochę się boję.

– To dobrze, że zawsze mówimy sobie prawdę – odrzekłem. – Tak powinno być.

– Okay, więc bardzo się boję – przyznała cicho.

– Ja też, malutka.

Trzymaliśmy się za ręce i patrzyliśmy na wspaniałe, pomarańczowo-czerwone słońce. Całą siłą woli starałem się nie załamać. Zaczęło mnie ściskać w gardle, więc udałem, że ziewam, choć wiedziałem, że nie oszukam Jannie.

– Co będzie dziś rano? – zapytała w końcu szeptem.

– Reszta badań przedoperacyjnych. Może znów pobiorą ci krew?

– Wiesz, że ci ludzie tutaj to wampiry? Dlatego chciałam, żebyś został na noc.

– I słusznie – pochwaliłem ją. – Odparłem kilka ataków, ale wolałem cię nie budzić. Pewnie ogolą ci łepek.

– O, nie! – krzyknęła i złapała się za głowę.

– Tylko troszkę. Z tyłu. Będziesz wyglądała odjazdowo.

Była przerażona.

– Tak?! To może ty też wygolisz sobie tył głowy? Oboje będziemy wyglądali odjazdowo.

Wyszczerzyłem zęby.

– Jeśli chcesz, proszę bardzo.

Wszedł doktor Petito i usłyszał, jak się rozweselamy wzajemnie.

– Jesteś pierwsza na liście – powiedział z uśmiechem do Jannie.

Wypięła dumnie pierś.

– Widzisz, tato? Jestem numer jeden.

Zabrali mi Jannie pięć po siódmej.

Rozdział 35

Miałem w pamięci scenę, jak Jannie tańczy z kotką Rosie i śpiewa Róże są czerwone. Ciągle ją odtwarzałem w wyobraźni w tamten długi, straszny poranek u Świętego Antoniego. Czekanie w szpitalu to jak przedwczesne pójście do piekła albo przynajmniej do czyśćca. Babcia, Damon i ja prawie nie rozmawialiśmy przez cały czas. Na krótko wpadł Sampson, przyszły też ciotki Jannie. Oni również byli przybici. To wszystko było straszne. Najgorsze godziny w moim życiu.

Sampson zabrał babcię i Damona do stołówki na śniadanie. Ja nie ruszałem się z miejsca. Nie miałem żadnych wiadomości o Jannie. Wszystko wokół wydawało mi się nierzeczywiste. Przed oczami stanęły mi znowu obrazy związane ze śmiercią Marii. Kiedy moja żona została ranna w bezsensownej strzelaninie ulicznej, przywieźli ją właśnie do tego szpitala.

Kilka minut po piątej do poczekalni wszedł doktor Petito. Zobaczyłem go, zanim nas zauważył. Zrobiło mi się słabo. Poczułem, jak wali mi serce. Nie mogłem z jego twarzy wyczytać niczego poza tym, że jest zmęczony. W końcu nas dostrzegł, skinął ręką i podszedł.

Uśmiechnął się. Odetchnąłem z ulgą.

– W porządku. Udało się – powiedział. Uścisnął ręce kolejno: mnie, potem babci, potem Damonowi. – Możemy sobie pogratulować.

– Dziękuję – szepnąłem. – Za wszystko, co pan zrobił.

Piętnaście minut później pozwolono nam wejść do sali pooperacyjnej. Poczułem się nagle swobodnie i wspaniale.

Jannie leżała sama. Podeszliśmy cicho, niemal na plecach do łóżka. Na głowie miała turban z gazy. Była podłączona do monitorów i kroplówki.

Wziąłem ją za rękę. Babcia za drugą. Nasza mała dziewczynka uratowana. Udało się.

– Czuję się, jakbym za życia poszła do nieba – powiedziała do mnie babcia i uśmiechnęła się. – A ty?

Po około dwudziestu pięciu minutach Jannie zaczęła się budzić. Wezwano doktora Petito. Kazał jej wziąć kilka głębokich oddechów i zakaszleć.

– Boli cię głowa? – zapytał.

– Chyba tak – odrzekła Jannie.

Nagle spojrzała na mnie i babcię. Najpierw zmrużyła, potem wytrzeszczyła oczy. Najwyraźniej jeszcze całkiem nie oprzytomniała.

– Cześć tato, cześć babciu – powiedziała w końcu. – Wiedziałam, że też będziecie w niebie.

Odwróciłem się, żeby zobaczyła, co zrobiłem. Wygoliłem sobie kawałek z tyłu głowy. Wyglądałem jak ona.

Rozdział 36

Dwa dni później wróciłem do sprawy napadów na banki i zabójstw. Odpychała mnie, a jednocześnie przyciągała. Śledztwo prowadzono beze mnie. Ale nikogo nie złapano. Przypomniało mi się jedno z powiedzeń babci: „Jeśli zataczasz kręgi, być może ścinasz rogi”. Może tu krył się dotychczas nasz problem w tym dochodzeniu.

Spotkałem się z Betsey Cavalierre w biurze FBI na Czwartej ulicy. Pogroziła mi palcem, ale uśmiechnęła się przyjaźnie. Dobrze wyglądała w brązowej kurtce sportowej, niebieskim T-shircie i dżinsach.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś, że twoja córeczka ma operację? Wszystko w porządku, Alex? Chyba niewiele spałeś?

– Lekarz twierdzi, że w porządku. To twarda dziewczyna. Dziś rano zapytała mnie, kiedy znów zaczynamy lekcje boksu. Przepraszam, że nic ci nie powiedziałem. Nie byłem sobą.

Machnęła ręką.

– Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Widać po twojej twarzy, że jesteś odprężony.

Uśmiechnąłem się.

– Jestem. Przemyślałem wiele rzeczy. Bierzmy się do roboty.

Mrugnęła do mnie.

– Siedzę tu od szóstej rano.

– Chyba na pokaz – odparłem.

Usiadłem za moim tutejszym biurkiem i zacząłem przeglądać stertę papierów, która się tam już uzbierała. Agentka Cavalierre siedziała naprzeciwko. Cieszyłem się z powrotu do pracy. Ktoś mordował kasjerki bankowe, dyrektorów, ich rodziny. Chciałem pomóc w schwytaniu bandytów, na ile mogłem.

Po godzinie podniosłem wzrok znad dokumentów. Cavalierre patrzyła niewidzącymi oczyma w moją stronę, pogrążona w głębokiej zadumie.

– Muszę się z kimś zobaczyć – powiedziałem. – Powinienem wcześniej o tym pomyśleć. Facet wyjechał na jakiś czas z Waszyngtonu. Był w Filadelfii, Nowym Jorku i Los Angeles. Ale już wrócił. Obrobił sporo banków i używał przemocy.

Betsey skinęła głową.

– Brzmi zachęcająco. Chętnie się z nim spotkam.

Być może ją też gnębił brak solidnego tropu. Pojechaliśmy jej samochodem do brudnego, odrapanego hoteliku Doral na New York Avenue. Właśnie wychodziły stamtąd trzy chude, zmęczone życiem prostytutki w spódniczkach mini. Przed wejściem czekał alfons w stylu retro w złocistym garniturze. Opierał się o żółtego, odkrytego cadillaka i dłubał w zębach.

– Zabierasz mnie zawsze w niezwykle miłe miejsca – powiedziała Cayalierre, wysiadając z samochodu.

Zauważyłem, że ma na kostce kaburę. Dobrze przygotowana do działania – pomyślałem.

Rozdział 37

Tony Brophy mieszkał na czwartym piętrze.

Recepcjonista powiedział, że przebywa tu od tygodnia, są z nim ciągle kłopoty i straszny z niego palant.

– Ta nora nie ma chyba nic wspólnego z Doralem w Miami – oznajmiła Cavalierre, kiedy wspinaliśmy się tylnymi schodami. – Co za syf!

– Zaczekaj, aż zobaczysz Brophy’ego. Pasuje tutaj.

Podeszliśmy do jego pokoju i wyciągnęliśmy broń. Brophy był poważnym podejrzanym w naszej sprawie. Zgadzał się jego profil przestępcy. Zastukałem głośno w zniszczone drzwi.

– Czego? – dobiegł spoza nich gburowaty głos.

– Policja, otwierać! – zawołałem.

Usłyszałem jakiś ruch, potem ktoś odryglował kilka zamków. Drzwi uchyliły się wolno i w szparze zobaczyłem Brophy’ego. Miał około dwóch metrów wzrostu i ważył prawie sto dwadzieścia kilo, był dobrze umięśniony i ostrzyżony brzytwą na zero.

– Pieprzony, waszyngtoński gliniarz! – przywitał nas. Trzymał w zębach papierosa bez filtra. – A ta cipka z tobą, to kto? Niezła.

– Potrafię mówić za siebie – ubiegła mnie Betsey.

Tony Brophy uśmiechnął się szeroko. Najwyraźniej czekał na odpowiedź w swoim stylu.

– To mów.

– Starsza agentka Cavalierre z FBI – przedstawiła się Betsey.

– Starsza agentka! Coś jak w telewizji? Przekonajmy się. Na spokojnie czy na ostro?

Wyszczerzył zadziwiająco równe, białe zęby. Był bez koszuli, tylko w czarnych, wojskowych spodniach i białych klapkach. Na owłosionych ramionach i torsie miał więzienne tatuaże.

– Głosuję na ostro – odrzekła Betsey. – Ale to tylko moje zdanie.

Brophy odwrócił się do chudej blondynki, która siedziała na zielonej sofie i oglądała telewizję. Miała na sobie tylko bieliznę i luźną koszulę.

– Hej, Nora. Podoba ci się ta laska? Bo mnie tak.

Dziewczyna wzruszyła ramionami. Nie interesowało ją nic poza Rosie O’Donnell na ekranie. Wyglądała na naćpaną. Miała włosy na żel, a na szyi, nadgarstkach i kostkach wytatuowany drut kolczasty.

Brophy przeniósł wzrok na nas.

– Domyślam się, że jest do obgadania interes. A więc ta tajemnicza kobitka jest z FBI. To mi pasuje. Znaczy się, że ma kasę na to, co mogę wiedzieć.

Betsey pokręciła głową.

– Raczej to z ciebie wycisnę.

Ciemne oczy Brophy’ego znowu rozbłysły.

– Ona mi się naprawdę podoba!

Weszliśmy za nim do malutkiej kuchni z koślawym, drewnianym stołem. Brophy odwrócił krzesło oparciem do przodu i usiadł.

Musieliśmy się dogadać w sprawach finansowych, zanim zacznie mówić. W jednym na pewno się nie mylił – Betsey miała o wiele większy budżet niż ja.

– Ale to muszą być naprawdę dobre informacje – uprzedziła.

Skinął głową z pewną siebie miną.

– Najlepsze, jakie możesz kupić, kochanie. Pierwszy gatunek. Bo widzisz, spotkałem się osobiście z facetem, który stoi za ostatnimi skokami w Marylandzie i Wirginii. Chcesz wiedzieć, jaki on jest? To zimny skurwysyn. I pamiętaj, kto ci to powiedział.

Brophy popatrzył twardo na Betsey i na mnie. Zaciekawił nas.

– Kazał się nazywać Supermózgiem – przeciągał słowa w sposób charakterystyczny dla Florydy. – Mówił poważnie. Supermózg. Wyobrażacie sobie? Spotkaliśmy się w Sheratonie przy lotnisku. Skontaktował się ze mną przez mojego znajomego z Nowego Jorku. Ten cały Supermózg wiedział o mnie różne rzeczy. Wyliczył mi moje mocne i słabe strony. Rozebrał mnie na czynniki pierwsze. Wiedział nawet o uroczej Norze i jej brzydkim nałogu.

– Myślisz, że to glina? Stąd miał tyle informacji o tobie? – zapytała Betsey.

Brophy wyszczerzył zęby.

– Nie. Za sprytny. Ale może znać jakichś gliniarzy, skoro wszystko wie. Dlatego zostałem i wysłuchałem gościa do końca. Poza tym wspomniał o sześciocyfrowej sumie dla mnie. To mnie najbardziej zainteresowało!

Teraz nie mieliśmy już innego wyjścia, mogliśmy go tylko słuchać. Jeśli Brophy się rozgadał, nic nie było w stanie przerwać jego monologu.

– Jak wyglądał ten facet? – spytałem.

– Dobre pytanie. Za milion dolców. Opiszę wam tę scenkę. Kiedy wszedłem do jego pokoju w hotelu, oślepiły mnie jasne światła. Jak na premierze filmu z Hollywood. Gówno widziałem.

– Coś musiałeś zobaczyć – naciskałem. – Przynajmniej zarys sylwetki.

– Zarys widziałem. Miał długie włosy. Albo nosił perukę. Wielki nos i wielkie uszy. Jak otwarte drzwi samochodu. Pogadaliśmy i powiedział, że będziemy w kontakcie. Ale nie odezwał się więcej. Myślę, że pewnie mu nie pasowałem.

– Dlaczego? – spytałem. To było pytanie całkiem serio. – Dlaczego mu nie pasował ktoś taki jak ty?

Brophy zrobił z dłoni pistolet i strzelił do mnie.

– Bo szukał zabójców, kolego. A ja nie zabijam. Jestem typem kochanka. Zgadza się, agentko Cavalierre?

Rozdział 38

To, co Brophy nam opowiedział, było niepokojące i nie mogło się dostać do prasy. Ktoś, kto nazywał siebie Supermózgiem, przesłuchiwał i angażował zawodowych zabójców. Tylko zabójców. Co planował? Następne napady na banki z braniem zakładników? Co mu chodziło po głowie, do cholery?

Po pracy pojechałem do szpitala. Jannie czuła się dobrze, ale mimo to zostałem z nią na noc. Mój drugi dom. Zaczęła mnie nazywać „współlokatorem”.

Następnego dnia zabrałem się do studiowania akt byłych, niezadowolonych pracowników Citibanku, First Virginia i First Union oraz ludzi, którzy grozili bankom. Nastroje w sztabie kryzysowym FBI były kiepskie. Staliśmy w miejscu. Wciąż nie mieliśmy żadnego dobrego podejrzanego.

Groźbami i głupimi dowcipami pod adresem banków zajmują się zwykle wydziały dochodzeniowe w ich centralach. Listy z pogróżkami piszą najczęściej ci, którym odmówiono pożyczki lub zabrano niespłacony dom. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Z portretów psychologicznych interesujących mnie osób wynikało, że większość miała problemy zawodowe, finansowe albo rodzinne. Czasami grożono bankom z powodu ich polityki personalnej lub powiązań z takimi krajami jak Afryka Południowa, Irak czy Irlandia Północna. W dużych bankach prześwietlano listy rentgenem w pokoju pocztowym i zdarzały się często fałszywe alarmy. Włączały je niekiedy gwiazdkowe pocztówki dźwiękowe.

Było to zajęcie wyczerpujące, ale konieczne. Wchodziło w zakres naszej pracy. Około pierwszej zerknąłem na Betsey Cavalierre. Siedziała jak wszyscy przy prostym, metalowym biurku. Sterty papierów prawie ją zasłaniały.

– Muszę wyskoczyć na trochę – powiedziałem. – Chcę sprawdzić jednego faceta. Groził Citibankowi. Mieszka niedaleko stąd.

Odłożyła długopis.

– Idę z tobą. O ile nie masz nic przeciwko temu. Kyle mówił mi, że ufa twojej intuicji.

– I zobacz, dokąd zaszedł – odrzekłem z uśmiechem.

– Właśnie – powiedziała i mrugnęła do mnie. – Chodźmy.

Akta Josepha Petrillo przeczytałem dwa razy. Wyróżniał się w tym gronie. Od dwóch lat, co tydzień wysyłał prezesowi nowojorskiego Citibanku wściekły, ziejący wręcz nienawiścią list z pogróżkami. Od stycznia 1990 roku pracował w ochronie banku. Zwolnili go dwa lata temu z powodu cięć budżetowych. Redukcja dotknęła wszystkie działy, nie tylko ochronę. Petrillo nie przyjął jednak do wiadomości żadnych wyjaśnień.

W tonie jego listów było coś, co mnie mocno zaniepokoiło. Choć pisane poprawnie i w sposób inteligentny, wskazywały na paranoję, może nawet schizofrenię. Petrillo, zanim podjął pracę w banku, służył w Wietnamie w stopniu kapitana. Wiedział, co to walka. Policja przesłuchiwała go w sprawie pogróżek, ale nie przedstawiono mu żadnych zarzutów.

– To pewnie jedno z tych twoich słynnych przeczuć – powiedziała Betsey w drodze do domu podejrzanego przy Piątej Alei.

– Słynnych złych przeczuć – poprawiłem ją. – Detektyw, który z nim rozmawiał kilka miesięcy temu, też miał podobne. Bank nie chciał wnieść oskarżenia.

W przeciwieństwie do swojej nowojorskiej imienniczki, waszyngtońska Piąta Aleja to biedny rejon na skraju Capitol Hill. Kiedyś mieszkali tu głównie amerykańscy Włosi, teraz żyje mieszanka różnych ras i narodowości. Wzdłuż krawężników stały rzędy starych, pordzewiałych samochodów. Wyróżniało się wyraźnie bmw sedan ze wszystkimi możliwymi bajerami. Pewnie handlarza narkotyków.

– Nic się nie zmieniło – powiedziała Betsey.

Skręciłem w ulicę, gdzie mieszkał Petrillo.

– Znasz tę okolicę? – spytałem.

Przytaknęła i zmrużyła oczy.

– Ileś tam lat temu, nie zamierzam teraz mówić ile, urodziłam się dokładnie cztery przecznice stąd.

Zerknąłem na nią. Patrzyła przed siebie z ponurą miną. Zdradziła mi kawałek swojej przeszłości: dorastała w złej dzielnicy Waszyngtonu. Nie wyglądała na to.

– Możemy zawrócić – powiedziałem. – Załatwię to później. Pewnie to żaden trop, ale Petrillo mieszka tak blisko naszego sztabu, że…

Pokręciła głową i wzruszyła ramionami.

– Przeczytałeś dziś masę akt. Ten właśnie facet wpadł ci w oko. Trzeba spróbować. Nie przeszkadza mi, że tu jestem.

Zatrzymaliśmy się przed narożnym sklepem, gdzie pewnie od dziesiątków lat zbierały się miejscowe dzieciaki. Obecna grupa wyglądała trochę retro w luźnych dżinsach, ciemnych T-shirtach i z przylizanymi do tyłu włosami. Wszyscy byli biali.

Przeszliśmy na drugą stronę ulicy i ruszyliśmy chodnikiem wzdłuż Piątej Alei. Po chwili wskazałem niewielki żółty budynek.

– To dom Petrilla – powiedziałem.

– Więc pogadajmy z facetem – odparła Betsey. – Sprawdźmy, czy ostatnio obrobił jakieś banki.

Poszliśmy w górę po dziurawych, betonowych schodach do szarych, metalowych drzwi. Zapukałem we framugę.

– Policja! – krzyknąłem. – Chciałbym porozmawiać z Josephem Petrillo.

Betsey stała na lewo ode mnie, o jeden stopień niżej. Odwróciłem się do niej. Nie jestem pewien, co chciałem wtedy powiedzieć, w każdym razie nie zdążyłem.

W tej samej chwili – gdzieś w środku domu, niedaleko drzwi wejściowych – rozległ się ogłuszający huk wystrzału – zabrzmiał jak strzelba.

Betsey krzyknęła.

Rozdział 39

Dałem nura z ganku, pociągając Betsey za sobą. Upadliśmy na trawę i wyszarpnęliśmy broń. Dyszeliśmy ciężko.

– Jezu Chryste! – wysapała.

Żadne z nas nie oberwało, ale wystraszyliśmy się jak cholera. Poza tym byłem na siebie wściekły, że zachowałem się przy drzwiach tak nieostrożnie.

– Niech to szlag! Nie spodziewałem się, że będzie do nas strzelał.

– Już nigdy nie zwątpię w twoje złe przeczucia – szepnęła. – Wezwę posiłki.

– Najpierw wezwij policję – powiedziałem. – To nasze miasto.

Przykucnęliśmy za nieprzyciętym żywopłotem i kilkoma zaniedbanymi krzakami róż. Trzymałem odbezpieczony pistolet przy twarzy, lufą do góry. Czy to Supermózg? Znaleźliśmy go?

Dzieciaki spod delikatesów przyglądały się akcji z drugiej strony ulicy. Przyciągnął je strzał. Patrzyły na nas wytrzeszczonymi oczami, jakby oglądały na żywo serial Nowojorscy gliniarze. Jeden z chłopaków przyłożył dłonie do ust.

– Pieprzony świr Joe! – krzyknął głośno.

– Dobrze, że „pieprzony świr Joe” przestał do nas walić – wyszeptała Betsey.

– Ale niestety nadal ma strzelbę. Amunicję pewnie też.

Przesunąłem się trochę, żeby lepiej widzieć drzwi domu. Nie było w nich żadnej dziury.

– Petrillo! – zawołałem.

Cisza.

– Policja! – powtórzyłem.

Czekasz, żebym się pokazał, świrnięty Joe? – pomyślałem. Chcesz mieć lepszy cel?

Podkradłem się bliżej ganku, ale trzymałem się poniżej balustrady. Dzieciaki po drugiej stronie ulicy zaczęły mnie przedrzeźniać.

– Panie Petrillo? Stuknięty panie Petrillo? Jak ci tam w środku, świrnięty palancie?

Po kilku minutach przyjechało wsparcie: dwa radiowozy na syrenach. Potem jeszcze dwa. Później kilka wozów FBI. Wszyscy uzbrojeni po zęby i gotowi do wielkiej bitwy. Zablokowali wyloty ulicy, ewakuowali ludzi z domów naprzeciwko i z narożnego sklepu. Pojawił się helikopter stacji telewizyjnej.

Brałem udział w takich akcjach więcej razy, niż miałem ochotę pamiętać. Niedobrze. Zaczekaliśmy dwadzieścia minut, aż przyjedzie jednostka specjalna SWAT. „Niebiescy rycerze”. Byli szczelnie opancerzeni i wyważyli drzwi taranem. Wtedy wkroczyliśmy do środka.

Nie musiałem się tam pchać, ale wszedłem tuż za pierwszymi. Miałem na sobie kevlarową kamizelkę kuloodporną. Agentka Cavalierre ruszyła za mną. Podobało mi się, że nie została z tyłu.

Salon wyglądał jak strych w bibliotece. Sterty zbutwiałych książek bez okładek, podartych czasopism, starych gazet, sięgające prawie do sufitu, zajmowały większą część pokoju. A wszędzie koty, mnóstwo kotów. Miauczały żałośnie i wyglądały jakby ktoś chciał je zagłodzić na śmierć.

Joseph Petrilllo leżał na kupie starych numerów „Newsweeka”, „Life’a”, „Time’a” i „People”. Musiał je strącić, kiedy upadał do tyłu. Miał otwarte usta, jakby się uśmiechał.

Palnął sobie w łeb ze strzelby. Leżała na podłodze przy krwawiącej głowie. Odstrzelił sobie niemal całą prawą połowę twarzy. Krew opryskała ścianę, fotel i część książek. Jeden z kotów lizał jego rękę.

Przyjrzałem się książkom i gazetom walającym się obok ciała. Zauważyłem broszurę Citibanku i kilka wyciągów z konta Petrillo. Trzy lata temu miał siedem tysięcy siedemset jedenaście dolarów, teraz tylko sześćdziesiąt jeden.

Betsey Cavalierre przykucnęła przy zwłokach. Wyczułem, że bardzo stara się nie zwymiotować. Kilka kotów ocierało się o jej nogi, ale nie zwracała na to uwagi.

– On nie mógł być Supermózgiem – powiedziała.

Spojrzałem jej prosto w oczy. Dojrzałem w nich strach, ale przede wszystkim smutek.

– Nie, Betsey – odrzekłem. – Na pewno nie biedny Petrillo i jego głodujące koty.

Rozdział 40

Pojechałem do domu, żeby wreszcie wyspać się we własnym łóżku. Jannie martwiła się, że bolą mnie plecy od drzemania na krześle w jej sali. Ledwo zasnąłem, zadzwonił telefon.

Christine.

– Alex, ktoś jest u mnie w domu. To na pewno Shafer. Przyszedł po mnie! Pomóż mi!

– Wezwij policję. Już jadę. Zabieraj małego Aleksa i uciekaj. Szybko!

Zwykle jadę do Mitchellville prawie pół godziny. Tej nocy byłem tam w niecałe piętnaście minut. Przed domem Christine stały dwa radiowozy z błyskającymi światłami. Lało jak diabli.

Wyskoczyłem z porsche i wbiegłem na ganek. Zatrzymał mnie potężny policjant w granatowej pelerynie.

– Detektyw Alex Cross – przedstawiłem się. – Wydział zabójstw. Jestem bliskim przyjacielem Christine Johnson.

Sięgnąłem po odznakę, ale machnął ręką.

– Są z nią nasi ludzie – powiedział. – Jej ani dziecku nic się nie stało.

Usłyszałem płacz małego Aleksa. Wszedłem do salonu. Zapłakana Christine głośno rozmawiała z dwoma policjantami.

– Mówię wam, że on tu jest! To Geoffrey Shafer, Łasica! – krzyknęła i złapała się obiema rękami za włosy.

Wziąłem dziecko na ręce. Uspokoiło się.

– Powiedz im o Shaferze – poprosiła błagalnie Christine. – Opowiedz, co mi zrobił ten szaleniec!

Wyjaśniłem policjantom, kim jestem i opowiedziałem o makabrycznym porwaniu Christine przed rokiem na Bermudach. Starałem się streszczać. Kiedy skończyłem, skinęli głowami. Rozumieli.

– Pamiętam to z gazet – powiedział jeden. – Problem w tym, że nie mamy żadnego dowodu, że ktoś tu dzisiaj był. Sprawdziliśmy wszystkie okna i drzwi, i cały teren wokół domu.

– Mogę się rozejrzeć? – zapytałem.

– Proszę bardzo. Zostaniemy z panią Johnson.

Oddałem dziecko Christine i obszedłem dom. Zaglądałem wszędzie. Nic. Wyszedłem na dwór. Mimo, że było mokro, nie znalazłem żadnych śladów. Wątpiłem, by Shafer się tu zakradł.

Gdy wróciłem do salonu, Christine siedziała na sofie, tuląc dziecko do siebie. Dwaj policjanci czekali na ganku. Wyszedłem żeby pogadać z nimi.

– Mogę mówić szczerze? – zapytał jeden z nich. – Może pani Johnson miała zły sen? To, co mówiła, przypominało jakieś koszmary, coś w tym rodzaju. Jest pewna, że ten Shafer był w sypialni. Ale nie zauważyliśmy nic podejrzanego. Drzwi były zaryglowane, alarm włączony. Miewa takie sny?

– Czasami. Zwłaszcza ostatnio. Dzięki za pomoc. Zajmę się nią.

Radiowozy odjechały. Wszedłem do domu. Christine trochę się uspokoiła, ale miała strasznie smutne oczy.

– Co się ze mną dzieje? – spytała. – Chcę znów normalnie żyć. Nie mogę się od niego uwolnić!

Nie pozwoliła się dotknąć. Nawet teraz. Nie chciała słyszeć, że Łasica mógł jej się tylko przyśnić. Podziękowała, że przyjechałem, ale kazała mi wracać do domu.

– Nie możesz mi w niczym pomóc – powiedziała.

Pocałowałem dziecko i wyszedłem.

Rozdział 41

Podczas napadu nowy zespół używał nazwisk: Niebieski, Biały, Czerwony i Zielona. Dokładnie o siódmej rano Niebieski ukrył się wśród gęstych jodeł za domem w waszyngtońskiej dzielnicy Woodley Park.

Dyrektor banku, Martin Casselman, wyszedł do pracy mniej więcej dwadzieścia po siódmej, tak jak każdego z trzech poprzednich dni. Zanim wsiadł do samochodu, rozejrzał się wokoło. Możliwe, że zaniepokoiły go ostatnie napady na banki w Marylandzie i Wirginii. Ale większość ludzi nigdy tak naprawdę nie wierzy, że im samym może się przytrafić coś podobnego.

Żona Casselmana pracowała w szkole średniej w Dumbarton Oaks. Uczyła angielskiego. Pan Niebieski nie cierpiał tego przedmiotu. Pani C. wychodziła z domu przed ósmą. Casselmanowie mieli życie dobrze zorganizowane, można było przewidzieć, co i kiedy będą robić, a to znacznie ułatwiało zadanie.

Niebieski przykucnął za usychającym wiązem. Czekał na telefon. Jak dotąd, wszystko szło zgodnie z planem. Był rozluźniony. Mniej więcej osiem minut po wyjściu Martina Casselmana odezwał się telefon komórkowy. Niebieski wcisnął guzik.

– Pan C. przyjechał na nasze spotkanie – usłyszał. – Jest na parkingu.

– Zrozumiałem – odpowiedział. – Moje spotkanie z panią C. dobrze się zapowiada.

Ledwo się wyłączył, zobaczył Victorię Casselman. Wyszła z domu i zaryglowała drzwi. Była w różowym kostiumie i przypominała mu Farrah Fawcett w okresie świetności.

– Dokąd ona idzie, do cholery? – zdziwił się głośno.

Nie przewidywał żadnych niespodzianek. Supermózg zapewniał, że wszystko precyzyjnie zaplanował. To ma być precyzja? Niebieski zaczął się pospiesznie przedzierać przez gąszcz. Ale wiedział, że nie zdąży.

Błąd.

Mój czy jej?

Wspólny! Ona wyszła dziś za wcześnie, ja zszedłem z posterunku!

Zaczął biec w kierunku Hawthorne Street. Ale czarna toyota tercel już wyjeżdżała tyłem na ulicę. Jeśli skręci w prawo, wszystko się popieprzy! Jeśli w lewo, jest jeszcze szansa. Zrób to dla mnie, Farrah! W lewo, kochanie!

Niebieski próbował wymyślić, co krzyknąć, żeby ją zatrzymać. Szybciej, człowieku! Myśl!

Pojechała w lewo! Grzeczna dziewczynka. Ale i tak nie zdąży jej złapać.

Pochylił głowę i przeszedł do sprintu. Poczuł gorąco w piersi. Rozsadzało mu płuca. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak pędził.

– Hej! – wrzasnął na całe gardło. – Hej! Pomocy!

Victoria Casselman odwróciła blond głowę. Zwolniła trochę, ale nie zatrzymała samochodu. Musi ją dopaść.

– Moja żona rodzi! – krzyknął Niebieski. – Niech mi pani pomoże!

Toyota stanęła. Odetchnął z ogromną ulgą. Miał nadzieję, że nie obserwuje ich żaden ciekawski sąsiad. Nieważne. Musi ją dorwać za wszelką cenę. Dobiegł do auta. Ledwo dyszał.

Victoria Casselman opuściła szybę.

– Co się dzieje? Gdzie pańska żona?

Niebieski złapał w końcu oddech. Wyciągnął pistolet sig-sauer i trzasnął ją lufą w policzek. Głowa kobiety odskoczyła na bok. Krzyknęła z bólu.

– Wracamy do domu! – wrzasnął Niebieski. Wpakował się do samochodu i przystawił jej broń do czoła. – Gdzie się, do cholery, wybierałaś tak wcześnie? Albo lepiej się zamknij. Nieważne. Popełniłaś błąd, Victorio. Fatalny błąd.

Niebieski miał wielką ochotę rozwalić ją na miejscu.

Rozdział 42

Napadnięto na filię banku Chase Manhattan niedaleko waszyngtońskiego hotelu Omni Shoreham. Betsey Cavalierre i ja niewiele rozmawialiśmy w drodze z biura FBI do banku. Oboje baliśmy się bardzo tego, co możemy tam zastać.

Betsey zachowywała się w pełni profesjonalnie. Umieściła syrenę na dachu swojego samochodu i pędziliśmy przez miasto. Znów padało. Deszcz walił w karoserię i przednią szybę. Stolica płakała. Koszmar narastał. Jeszcze nigdy dotąd nie prowadziłem śledztwa w tak okropnej i niezrozumiałej sprawie. To zupełnie nie miało sensu. Bandyci napadający na banki działali jak seryjni zabójcy. Prasa rozpisywała się o tym i ludzie byli przerażeni. Mieli prawo. Bankierzy wściekali się, że policja nie potrafi z tym skończyć.

Z zamyślenia wyrwały mnie syreny policyjne przed nami. Od ich wycia zjeżyły mi się włosy na karku. Potem zobaczyłem niebiesko-biały szyld filii Chase Manhattan.

Betsey zatrzymała się na Dwudziestej Ósmej ulicy, prawie przecznicę od banku. Nie mogliśmy podjechać bliżej. Mimo ulewy zebrała się setka gapiów, poza tym drogę blokowały dziesiątki karetek pogotowia, radiowozów, był nawet wóz strażacki.

Pobiegliśmy w strugach deszczu do skromnego, ceglanego budynku na rogu Calvert. Wyprzedzałem Betsey o kilka kroków, ale nadążała.

Wejście na parking bankowy zagradzał policjant. Błysnąłem odznaką.

– Detektyw Cross, wydział zabójstw.

Przepuścił nas.

Zastanawiałem się, dlaczego syreny policyjne i alarmowe wciąż jeszcze wyją. Po wejściu do banku zrozumiałem. Naliczyłem pięć ciał. Kasjerki i dyrektorzy. Trzy kobiety, dwóch mężczyzn. Wszystkich zastrzelono. Następna makabra, chyba najgorsza, jak dotąd.

– Chryste, dlaczego?! – mruknęła Cavalierre. Na moment przytrzymała się mojego ramienia, ale szybko odzyskała panowanie nad sobą.

Podbiegł do nas agent FBI. Pamiętałem go z pierwszego spotkania w sztabie kryzysowym. Nazywał się James Walsh.

– Pięć ofiar – zameldował. – Personel banku.

– Trzymają zakładników? – zapytała Betsey.

Pokręcił głową.

– Zabili żonę dyrektora. Strzał z bliskiej odległości. Nie rozumiemy z jakiego powodu. Darowali życie ochroniarzowi. Ma dla was wiadomość od jakiegoś Supermózga.

Rozdział 43

Ocalały ochroniarz nazywał się Arthur Strickland. Siedział w gabinecie zabitego dyrektora. Nie dopuszczono do niego dziennikarzy.

Był wysoki, szczupły i dobrze zbudowany. Miał około pięćdziesiątki. Wyglądało na to, że jest w szoku. Po twarzy i wąsach spływały mu wielkie krople potu, jasnoniebieska koszula od munduru dosłownie nim przesiąkła.

Betsey zaczęła z nim rozmawiać łagodnym, współczującym tonem.

– Starsza agentka Cavalierre z FBI – przedstawiła się. – Prowadzę to dochodzenie. A to detektyw Cross z policji waszyngtońskiej. Podobno ma pan dla nas wiadomość?

Potężny mężczyzna nagle się załamał. Ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał. Dopiero mniej więcej po minucie wziął się w garść i był w stanie mówić.

– Zabili bardzo miłych ludzi – powiedział. – Moich przyjaciół. Miałem ich chronić. Klientów oczywiście też.

– Wydarzyła się straszna tragedia, ale to nie pańska wina – odrzekła Betsey. Starała się go uspokoić i dobrze jej szło. – Dlaczego zastrzelili ich, a pana nie?

Ochroniarz pokręcił głową i wzruszył ramionami.

– Trzymali mnie w holu z innymi. Było ich dwóch. Kazali nam leżeć twarzą do podłogi. Powiedzieli, że muszą wyjść z banku kwadrans po ósmej. Ani sekundy później. Powtórzyli kilka razy, że nie może być żadnych błędów. Żadnych alarmów, żadnych ukrytych sygnalizatorów.

– Mieli spóźnienie? – zapytałem Stricklanda.

– Nie. Właśnie o to chodzi. Mogli wyjść o czasie, ale jakby im nie zależało. Kazali mi wstać. Myślałem, że już po mnie. Byłem w Wietnamie, ale jeszcze nigdy tak się nie bałem.

– I zostawili panu wiadomość dla nas?

– Tak. Jeden zapytał, czy lubię moją pracę. Odpowiedziałem, że tak. Nazwał mnie głupim, tępym burakiem. Kazał powtórzyć agentce Cavalierre z FBI i detektywowi Crossowi, że w banku popełniono błąd. Więcej błędów nie może być, powiedział to kilka razy. I że to wiadomość od Supermózga. Potem zastrzelili wszystkich na podłodze. Z zimną krwią. To moja wina. Byłem na służbie i pozwoliłem na to.

– Nie, panie Strickland – powiedziała cicho Betsey. – To nasza wina, nie pana.

Rozdział 44

Więcej błędów nie może być.

Supermózg wiedział wszystko o Betsey Cavalierre z FBI i detektywie Crossie. Panował nad sytuacją. Nawet nad ludźmi prowadzącymi dochodzenie. Byli teraz częścią jego planu.

W pogodny dzień wyjechał z Waszyngtonu na wieś. Na błękitnym niebie zastygło kilka obłoków. Symetrycznie – na wschodzie i na zachodzie. Kwitły lilie, żonkile i słoneczniki.

Grupa, która dokonała ostatniego napadu, mieszkała na farmie w Wirginii, na południe od Hayfield, mniej więcej sto trzydzieści kilometrów na południowy zachód od stolicy, prawie w Wirginii Zachodniej.

Skręcił na niebrukowaną polną drogę i zobaczył tył furgonetki pana Niebieskiego, wystający z wyblakłej, czerwonej stodoły. Po podwórzu łaziła para psów, kłapiąc zębami na gzy. Nigdzie nie zauważył swoich ludzi ani ich dziewczyn. Ale z domu dochodziła głośna muzyka rockandrollowa. Południowy, głównie gitarowy rock. Puszczali to od rana do nocy.

Wszedł do salonu, który przebudowano tak, by przypominał strych. Zastał tu panów Niebieskiego, Czerwonego, Białego i ich dziewczyny, łącznie z panną Zieloną. Poczuł zapach kawy. Pod ścianą stała miotła. Trochę posprzątali przed jego wizytą. Obok był oparty karabin snajperski heckler amp; koch.

– Witam wszystkich – powiedział i pomachał nieśmiało ręką, po swojemu. Uśmiechnął się, ale wiedział, że uważają go za frajera. Trudno. Panna Zielona przyglądała mu się, jakby wiedziała, że ma na nią ochotę.

– Się masz, profesorku – odezwał się Niebieski i wyszczerzył zęby.

Pogardliwy ton zabolał Supermózga. Nie zwiódł go fałszywy uśmiech. Pan Niebieski był zimnym jak głaz zabójcą. Dlatego został wybrany do napadu na banki First Union i Chase.

Supermózg uniósł dwa pudełka i papierową torbę.

– Przywiozłem pizzę i doskonałe chianti.

Rozdział 45

Radość zabijania, pomyślał.

Maszyna do zabijania.

Czas zabijania.

Pomysł zabijania.

Miejsce do zabijania.

Supermózg uśmiechnął się lekko. Obsesyjne igraszki słowne. Ale uśmiech nie pasował do jego twarzy. Był nieszczery, trochę wymuszony. Minęła czwarta po południu. Na dworze nadal świeciło jasne słońce. Przeszedł się po polach i wszystko przemyślał. Teraz wracał na farmę.

Wszedł frontowymi drzwiami i popatrzył na zwłoki. Sześć trupów. Ciała powyginane jak metal w ogniu. Widział to kiedyś podczas wielkiego pożaru na wzgórzach koło Berkeley w Kalifornii. Uwielbiał to: czyste piękno naturalnej zagłady.

Przyjrzał się zamordowanym. Byli zabójcami i odcierpieli za to. Tym razem otruł ich marplanem. Ciekawe, że lek przeciwdepresyjny działał najsilniej w serze lub czerwonym winie, zwłaszcza chianti. Dziwna kombinacja chemiczna powodowała nagły wzrost ciśnienia krwi, krwotok mózgowy i zapaść naczyniową. Voila.

Efekt zafascynował go. Rozszerzone źrenice. Usta wykrzywione w krzyku grozy. Opuchnięte, sine języki w kącikach warg. Teraz trzeba usunąć zwłoki. Muszą zniknąć bez śladu, jakby ci ludzie nigdy nie istnieli.

Przy drzwiach leżała drobna blondynka nazwiskiem Gersh Adamson. Zapewne próbowała wybiec na dwór. Bardzo dobrze. To ona była panną Zieloną. Mówiła, że ma dwadzieścia jeden lat, ale wyglądała na piętnaście. Jak cudownie wykrzywione usta. Krzyczała z przerażenia. Nie mógł oderwać oczu od jej warg.

Ocenił, że dziewczyna waży najwyżej pięćdziesiąt kilo. Ją będzie najłatwiej wynieść.

– Cześć, panno Zielona. Wiesz, że zawsze mi się podobałaś. Ale jestem trochę nieśmiały. A raczej byłem. Teraz już nie.

Dotknął małego biustu. Zdziwił się, że czuje pod bluzką stanik. Nie była taką hipiską, jak mu się zdawało. Rozebrał ją od pasa w górę i popatrzył na piersi.

Rozpiął martwej dziewczynie dżinsy i włożył palec do majtek. Ciało było trochę chłodne. Na pępku nosiła srebrny krążek. Dotknął go i pociągnął.

Zdjął jej ostrożnie szare szpilki na grubej podeszwie. Potem ściągnął obcisłe dżinsy. Panna Zielona miała jasnoniebieskie paznokcie u nóg.

Supermózg zsunął jej koronkowy stanik i zaczął ugniatać małe piersi. Ścisnął je razem i potarł. Potem uszczypnął twarde sutki. Chciał to zrobić od chwili, gdy ją poznał. Chciał, żeby ją trochę bolało. Może nawet bardzo.

Spojrzał w okno i na martwe ciała w pokoju.

– Chyba nikogo nie gorszę? – zapytał.

Zaciągnął Zieloną za nogi na wypłowiały dywan na środku salonu. Zdjął spodnie i dostał wzwodu. Już nigdy więcej tak nie zrobi. Może FBI ma rację: w końcu mógłby być schematycznym zabójcą. Może sam dopiero zaczyna rozumieć, kim naprawdę jest.

Ściągnął dziewczynie majtki i wsunął członek do jej pochwy.

– Jestem upiorem, panno Zielona – powiedział. – Szaleńcem. Wariatem. I to jest najlepszy kawał. Gdyby policja wiedziała… Co za wspaniałe rozwiązanie zagadki.

Część trzecia

Obijanie się z ważniakami

Rozdział 46

Przez trzy dni nie było żadnego napadu na bank. Spędziłem sobotnie popołudnie z synkiem. Około szóstej odwiozłem go do Christine.

Zanim weszliśmy do domu, obniosłem małego Aleksa po wspaniałym ogrodzie w Mitchellville. Jej „wiejska posiadłość w mieście”, jak mawiałem. Christine hodowała różne odmiany róż: hybrydy herbaciane, floribundy i grandiflory. Przypominały mi ją sprzed porwania. Może dlatego było mi tutaj tak cholernie smutno bez niej.

Trzymałem dziecko na biodrze i mówiłem do niego. Pokazywałem wypielęgnowany trawnik, wierzbę płaczącą, niebo, zachodzące słońce. Potem mówiłem mu o podobieństwie naszych twarzy: nosów, oczu, ust. Co kilka minut przerywałem i całowałem synka w policzek, szyję albo czubek głowy.

– Wdychaj zapach róż – szeptałem.

W końcu z domu wybiegła Christine. Za nią jej siostra Natalie. Ochrona osobista? Myślałem, że chcą mnie zaatakować.

– Musimy porozmawiać, Alex – powiedziała Christine. – Natalie, możesz się na chwilę zająć dzieckiem?

Niechętnie oddałem synka jej siostrze. Ale wyglądało na to, że nie mam wyboru. Christine strasznie się zmieniła w ciągu ostatnich miesięcy. Czasami była jak obca. Może przez te nocne koszmary. I nie zanosiło się na to, że będzie lepiej.

– Muszę to z siebie wyrzucić – zaczęła. – Tylko mi nie przerywaj.

Rozdział 47

Ugryzłem się w język. Tak było między nami od miesięcy. Zauważyłem, że ma zaczerwienione oczy. Płakała.

– Zajmujesz się teraz kolejnymi morderstwami, Alex. To chyba dobrze, żyjesz tym. Na pewno jesteś w tym bardzo dobry.

Nie wytrzymałem.

– Mogę odejść z policji i wrócić do prywatnej praktyki. Zrobię to dla ciebie.

Zmarszczyła brwi i pokręciła głową.

– Coś takiego! Jestem zaszczycona.

– Nie chcę się kłócić. Przepraszam, że ci przerwałem. Mów dalej.

– Nie mogę już wytrzymać w Waszyngtonie. Ciągle się boję. Jestem jak sparaliżowana, to chyba najlepsze określenie. Nie cierpię wychodzić do szkoły. Czuję się tak, jakby ktoś odebrał mi moje życie. Najpierw George, potem tamto na Bermudach. Boję się, że Shafer wróci.

Musiałem się wtrącić.

– Nie wróci, Christine.

– Nie mów tak! – krzyknęła. – Nie wiesz tego! Nie możesz wiedzieć!

Powoli wypuściłem powietrze z płuc. Nie wiedziałem, co będzie dalej, ale Christine była na skraju załamania nerwowego. Jak tamtej nocy, kiedy miała koszmarny sen, że w jej domu jest Shafer.

– Wyprowadzam się z Waszyngtonu – oświadczyła. – Wyjadę po zakończeniu roku szkolnego. Nie powiem ci, dokąd. Nie szukaj mnie. Nie próbuj ze mną zabawy w detektywa. Ani w psychiatrę.

Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Zatkało mnie. Stałem i gapiłem się na Christine. Chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak zdruzgotany i samotny.

– A co z dzieckiem? – zapytałem w końcu ochrypłym szeptem.

W jej pięknych oczach pojawiły się nagle łzy. Zaczęła drżeć i spazmatycznie szlochać.

– Nie mogę go zabrać ze sobą. Nie w tym stanie, w jakim jestem. Mały Alex musi na razie zostać z tobą i z babcią.

Chciałem coś powiedzieć, ale nie byłem w stanie wykrztusić nawet słowa. Christine przez chwilę patrzyła na mnie. Miała strasznie smutne, pełne bólu oczy. Odwróciła się i odeszła. Zniknęła w domu.

Rozdział 48

Byłem wściekły i przybity i dusiłem to wszystko w sobie. Wiedziałem, że nie powinienem, a to jeszcze pogarszało sprawę. Lekarzu, lecz się sam.

W niedzielny poranek spotkałem w kościele mojego psychiatrę, Adele Finaly. Oboje przyszliśmy z rodzinami na mszę o dziewiątej. Przystanęliśmy w kruchcie, żeby porozmawiać. Adele musiała coś wyczytać z moich oczu. Jest spostrzegawcza i dobrze mnie zna. Chodzę do niej na wizyty prawie od czterech lat.

– Zdechła twoja kotka Rosie czy co? – spytała z uśmiechem.

– Rosie ma się świetnie, Adele. Ja też. Dzięki za troskę.

– Dobra, dobra… Więc dlaczego wyglądasz jak Ali po walce z Joe Frazierem w Manili? I nie ogoliłeś się do kościoła.

– Ładna sukienka – odparłem. – Dobrze ci w tym kolorze.

Adele zmarszczyła brwi.

– Akurat! Szary to zdecydowanie nie mój kolor, Alex. Co cię gryzie?

– Nic.

Adele zapaliła świecę wotywną.

– Uwielbiam magię – szepnęła z figlarnym uśmieszkiem. – Nie pokazujesz się od jakiegoś czasu, Alex. To oznacza coś bardzo dobrego albo bardzo złego.

Ja też zapaliłem świecę. Potem się pomodliłem.

– Dobry Boże, nie przestawaj czuwać nad Jannie. Spraw, żeby Christine została w Waszyngtonie. Wiem, że na pewno znów poddajesz mnie próbie.

Adele skrzywiła się, jakby się oparzyła. Odwróciła wzrok od płomienia świecy i spojrzała mi prosto w oczy.

– Och, Alex. Strasznie mi przykro. Nie potrzebujesz więcej prób.

– Wszystko gra – odpowiedziałem. Nie zamierzałem się teraz wywnętrzać, nawet przed nią.

Adele pokiwała głową.

– Oj, Alex, Alex… Oboje wiemy, jak jest.

– Naprawdę wszystko w porządku.

Zirytowała się.

– Świetnie! Należy się stówa za wizytę. Możesz ją dać na tacę.

Wróciła do rodziny, która już się usadowiła w połowie rzędu ławek przy środkowym przejściu. Obejrzała się na mnie, ale bez uśmiechu. Usiadłem obok Damona. Zapytał, kim jest ta ładna pani.

– Zaprzyjaźnioną lekarką – wyjaśniłem.

– Twoją lekarką? Od czego? – dopytywał się cicho. – Chyba jest zła na ciebie. Zrobiłeś coś nie tak?

– Wszystko jest w porządku – szepnąłem. – Nie mogę mieć własnych spraw?

– Nie. Poza tym, jesteśmy w kościele. Wyspowiadam cię.

– Nie mam ci nic do wyznania. Wszystko gra. Wszystko dobrze. Żyję w pokoju ze światem. Szczęśliwszy już nie mogę być.

Damon spojrzał na mnie z taką samą irytacją jak Adele. Potem pokręcił głową i odwrócił wzrok. On też mi nie wierzył. Kiedy przyszła nasza kolej, wrzuciłem do koszyka na datki sto dolarów.

Rozdział 49

Supermózg trzymał się ściśle planu. Zegar w jego głowie tykał głośno. Nigdy nie przestawał.

Najlepsza z grup napadających na banki – sama śmietanka – miała się z nim spotkać w jego apartamencie w Holiday Inn, niedaleko Colonial Village w Waszyngtonie. Oczywiście zjawili się punktualnie. Taki postawił warunek.

Brian Macdougall wszedł pierwszy. Supermózga rozbawiła jego idiotyczna pewność siebie. Wiedział, że to przywódca. Podwładni trzymali się z tyłu: B. J. Stringer i Robert Shaw. Wszyscy trzej wyglądają po prostu na dobrych złodziei, pomyślał. Dwaj z tyłu nosili takie same biało-niebieskie T-shirty ligi softballowej z Long Island.

– A gdzie panowie O’Malley i Crews? – zapytał Supermózg zza baterii reflektorów, które chroniły go przed rozpoznaniem.

Macdougall mówił za wszystkich.

– W pracy. Dałeś nam krótki termin, wspólniku. My trzej wzięliśmy dziś rano dzień wolny. Wyglądałoby podejrzanie, gdyby pięciu facetów na raz poszło na zwolnienie lekarskie.

Supermózg przyglądał się trzem nowojorczykom siedzącym na wprost świateł. Z pozoru wyglądali na przeciętniaków. W rzeczywistości byli najbardziej niebezpiecznymi z jego dotychczasowych współpracowników. Właśnie takich ludzi potrzebował do następnej próby.

– Więc co to ma być? – zapytał Macdougall. – Rozmowa kwalifikacyjna?

Był w czarnej, jedwabnej koszuli, czarnych spodniach i czarnych półbutach. Miał zaczesane do tyłu czarne włosy i bródkę.

– Nie, nie… – odrzekł Supermózg. – Pracę macie zapewnioną. Jeśli wam odpowiada. Znam wasz sposób działania. Wiem o was wszystko.

Macdougall wpatrzył się w blask reflektorów, jakby chciał go przeniknąć wzrokiem.

– Musimy się wzajemnie widzieć – powiedział. – Inaczej nie wchodzimy w ten interes.

Supermózg zerwał się z miejsca. Był zaskoczony i wściekły. Nogi od krzesła zazgrzytały głośno o podłogę.

– Mówiłem wam, że to niemożliwe. Spotkanie skończone.

W pokoju hotelowym zapadła cisza. Macdougall spojrzał na Stringera i Shawa. Podrapał się w brodę, potem roześmiał głośno.

– Tylko cię sprawdzam, wspólniku. Obejdziemy się bez widoku twojej twarzy. O ile masz dla nas forsę.

– Mam. Pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Za samo przyjście tutaj. Zawsze dotrzymuję słowa.

– I wyjdziemy stąd z gotówką, nawet jeśli zrezygnujemy z tej roboty?

Teraz Supermózg się uśmiechnął.

– Nie zrezygnujecie. Spodoba wam się mój plan. Zwłaszcza wasza część łupu. To piętnaście milionów dolarów.

Rozdział 50

– Powiedział, piętnaście milionów?!

– Właśnie tyle. Tak rzeczywiście powiedział. Co my mamy obrobić, do cholery?

Vincent O’Malley i Jimmy Crews nie byli tego dnia w pracy. Siedzieli na zewnątrz w dwóch samochodach: toyocie camry i hondzie acura. Mieli na uszach słuchawki i porozumiewali się przez radio. Zaparkowali po przeciwnych stronach waszyngtońskiego Holiday Inn. Czekali, aż pojawi się Supermózg. Zamierzali go śledzić, żeby ustalić, kim jest.

O’Malley i Crews słyszeli rozmowę w hotelu, bo Brian Macdougall miał na sobie nadajnik. Piętnaście milionów… Co to za robota, do cholery?! Facet nazywający siebie Supermózgiem to inna sprawa. Mówił, a raczej wygłaszał wykład w ten sposób, że skok na taką kasę wydawał się czymś w rodzaju spacerku po parku. Sześć do ośmiu godzin pracy i trzydzieści milionów do podziału. Największe wrażenie robiło to, że miał gotową odpowiedź na każde pytanie Macdougalla.

– Słyszysz to pieprzenie, Jimmy? – zapytał O’Malley Crewsa. – Wierzysz w to?

– Słyszę. Chciałbym teraz widzieć minę Macdougalla. Ten palant zna jego numery. Wygląda na to, że wie wszystko o Brianie. Hej, chyba spotkanie się kończy.

O’Malley i Crews zamilkli na kilka minut.

– Wyszedł z hotelu, Jimmy – odezwał się wreszcie O’Malley. – Widzę go. Idzie pieszo na południe Szesnastą ulicą. Chyba się nie domyśla, że ktoś go namierza. Mam go!

– Może skurwiel nie jest aż taki cwany – odparł Crews.

O’Malley roześmiał się.

– Jasna cholera… Miałem nadzieję, że jest cwany!

– Pojadę równolegle Czternastą – powiedział Crews. – Jak on wygląda? Jak jest ubrany?

– Wysoki. Około dwóch metrów wzrostu. Biały. Broda. Być może sztuczna. Długie włosy. Ciuchy przeciętne: ciemna, sportowa marynarka i spodnie, niebieska koszula… Przyspiesza. Zaczyna biec. Skręca z głównej ulicy, Jimmy. W jakieś podwórze. Ucieka, skurwysyn!

Vincent O’Malley wyskoczył z samochodu i pobiegł za Supermózgiem. Trzymał się linii klonów i dębów rosnących wzdłuż bloków mieszkalnych. Cały czas utrzymywał kontakt radiowy z Crewsem.

– Wpadł między drzewa w parku Shepherd. Skurwiel chce się nam urwać. Wyobrażasz sobie?

O’Malley starał się, jak mógł, ale nie nadążał za Supermózgiem. Facet szybko biegał. Nie wyglądał na takiego, a jednak odskakiwał coraz dalej. W końcu O’Malley go zgubił.

– Kurwa, zwiał mi! Nigdzie go nie widzę, Jimmy. Niedobrze!

– Ale ja go mam – odpowiedział Crews. – Też biegnę za nim. Facet spieprza jak kieszonkowiec z cudzym portfelem.

– Trzymasz się go?

– Na razie. Zobaczymy, co będzie dalej. Ale dla piętnastu milionów dolców jakoś się utrzymam.

Supermózg wypadł w końcu z parku i skręcił w boczną uliczkę z ceglanymi domami. Crews ledwo dyszał.

– Dzięki Bogu, że co dzień biegam – wysapał do mikrofonu. – Facet jest na Momingside Drive… Jasna cholera! Zawraca do tych pieprzonych drzew. Przyspiesza. Skurwiel musi trenować maraton!

Zaczęła się zabawa w kotka i myszkę. O’Malley i Crews byli w tym dobrzy, ale w ciągu następnych dwudziestu minut dwa razy zgubili swoją ofiarę. Oddalili się o całe kilometry od Holiday Inn. Byli gdzieś na południe od Wojskowego Centrum Medycznego Waltera Reeda.

Potem Crews zauważył ściganego w zaułku o nazwie Powhaten Place. Supermózg wbiegł na jakiś podjazd czy coś w tym rodzaju. Crews ruszył za nim. Zobaczył metalową tablicę i nie mógł uwierzyć w to, co na niej przeczytał.

Doniósł o tym O’Malleyowi, potem zwrócił się do Macdougalla, który przyłączył się do wesołego polowania.

– Wiem, gdzie on jest, panowie – powiedział z ironią w głosie. – U czubków. Schował się w szpitalu dla psycholi o nazwie Hazelwood. Zgubiłem go.

Rozdział 51

W poniedziałek rano dostałem telefon. Miałem się spotkać z Kylem Craigiem i Betsey Cavalierre w Hoover Building przy Dziesiątej ulicy i Pennsylvania Avenue. Chcieli, żebym zameldował się o ósmej w biurze dyrektora. Zwołali zebranie „alarmowe”.

Gmach Hoovera nazywają czasami „Pałacem Zagadek”. Z oczywistych przyczyn. Kyle i Betsey już czekali, kiedy wszedłem do sali konferencyjnej dyrektora FBI. Betsey wyglądała na spiętą. Zaciskała małe pięści, aż zbielały jej kostki.

Udałem oburzonego, że dyrektora Burnsa jeszcze nie ma.

– Spóźnia się – mruknąłem. – Wychodzimy. Mamy ważniejsze sprawy.

W tym momencie otworzyły się jedne z dębowych drzwi na wysoki połysk. Znałem obu facetów, którzy weszli, żaden nie miał zbyt szczęśliwej miny. Jednym z nich był dyrektor FBI, Ronald Burns. Poznaliśmy się, gdy zajmowałem się sprawą zabójstw Casanovy w Durham i Chapel Hill w Karolinie Północnej. Drugim był sekretarz departamentu sprawiedliwości, Richard Pollett. Zetknąłem się z nim, kiedy prowadziłem dochodzenie w sprawie dotyczącej prezydenta.

– Zrobił się straszny szum wokół tych napadów i morderstw – powiedział do Kyle’a Pollett. – Mamy na karku duże banki i Wall Street.

Potem skinął mi głową.

– Witam, detektywie.

W końcu spojrzał na Betsey.

– My się jeszcze nie znamy.

Wstała i podała mu rękę.

– Starsza agentka Cavalierre – przedstawiła się. – Prowadzę to śledztwo.

Pollett popatrzył na dyrektora Burnsa.

– Pani Cavalierre kieruje tym dochodzeniem? – zapytał.

– Tak – odpowiedział mu Kyle. – To jej sprawa.

Pollett przeniósł wzrok na Betsey.

– W porządku. A gdzie są jakieś wyniki, pani Cavalierre? Przyszedłem tu, żeby poleciało parę głów. Proszę mi uzasadnić, czemu nie powinny.

Przed przyjazdem do Waszyngtonu Pollett prowadził z powodzeniem poważną firmę inwestycyjną na Wall Street. Nie miał pojęcia o zwalczaniu przestępczości. Ale uważał, że jest na tyle inteligentny, iż potrafi wszystko zrozumieć, jeśli tylko pozna fakty.

Betsey spojrzała mu prosto w oczy.

– Czy kiedykolwiek brał pan udział w ogólnokrajowej obławie?

– Nie sądzę, by to miało coś do rzeczy – odparł sucho Pollett. – Prowadziłem już kilka ważnych dochodzeń i zawsze miałem wyniki.

– Napady następowały szybko jeden po drugim – usłyszałem swój własny głos. – Zaczynaliśmy od zera. Teraz wiemy, że wszystkie skoki na banki i morderstwa zaplanował jeden człowiek. Wynajmował tylko zabójców. Z jego portretu przestępcy wynika, że to biały mężczyzna w wieku od trzydziestu pięciu do pięćdziesięciu lat. Zapewne ma wyższe wykształcenie. Zna dokładnie banki i ich systemy zabezpieczające. Mógł kiedyś pracować w instytucji finansowej lub nawet w kilku, i może mieć do nich jakieś urazy. Okrada banki dla pieniędzy, ale morduje prawdopodobnie z zemsty. Tego nie jesteśmy jeszcze pewni.

Rozejrzałem się. Szmery ucichły, wszyscy uważnie słuchali.

– Kilka dni temu… – ciągnąłem – znaleźliśmy i przesłuchaliśmy mężczyznę nazwiskiem Tony Brophy. Został zwerbowany do jednego z napadów, ale odpadł. Nie jest zabójcą.

Pałeczkę przejęła Betsey.

– Mamy w terenie ponad dwustu agentów – wyjaśniła. – Do napadu na waszyngtoński Chase spóźniliśmy się zaledwie kilka minut. Wiemy, że organizator tych skoków nazywa siebie Supermózgiem. Zrobiliśmy wielki postęp w stosunkowo krótkim czasie.

Pollett odwrócił się do dyrektora FBI i skinął głową.

– Nie jestem usatysfakcjonowany, ale przynajmniej dostałem odpowiedzi na kilka pytań. Macie złapać tego Supermózga, Ron. To, co się dzieje, stwarza wrażenie, że cały nasz system finansowy jest bezbronny. Z sondaży wynika, że spada zaufanie do banków. To katastrofa dla kraju. Domyślam się, że ten wasz Supermózg też to wie.

Dziesięć minut później zjeżdżaliśmy z Betsey windą do podziemnego garażu FBI. Kyle został z dyrektorem Burnsem.

Kiedy winda stanęła, Betsey w końcu przemówiła.

– Jestem ci winna kolejkę za tamto na górze. Uratowałeś mnie. Mało brakowało, a wyładowałabym się na tym nadętym palancie z Wall Street.

Uśmiechnąłem się szeroko.

– Masz temperament. Ale chyba nie masz urazów do wielkiego biznesu czy do systemu finansowego? Wyszczerzyła zęby.

– Oczywiście, że mam. A kto nie ma?

Rozdział 52

Następne kilka godzin spędziłem w szpitalu z Jannie. Znów mi powiedziała, że zostanie lekarką. Z wielką satysfakcją używała terminów „gwiaździak” (jej nowotwór), „protrombina” (białko osocza uczestniczące w procesie krzepnięcia krwi) i „materiał kontrastowy” (barwnik używany przy tomografii komputerowej, którą miała tego ranka).

– Wróciłam – oznajmiła w końcu. – A ten nowy, usprawniony model jest o niebo lepszy od poprzedniego.

– Może lepiej pójdziesz do public relations albo do reklamy – zaproponowałem złośliwie. – Pracowałabyś dla J. Walter Thompsona albo Young and Rubicam w Nowym Jorku.

Wydęła usta z taką miną, jakby połknęła cytrynę.

– Będę panią doktor Janelle Cross. Zapamiętaj, gdzie to usłyszałeś pierwszy raz.

– Możesz się nie obawiać – uspokoiłem ją. – Niczego nie zapomnę.

Około pierwszej pojechałem do sztabu kryzysowego w biurze terenowym FBI na Czwartej ulicy. Po spotkaniu z Pollettem i Burnsem wiedziałem, że będziemy pracować do późna. Salę konferencyjną urządzono na trzecim piętrze. Na zewnątrz działało ponad stu agentów. I około sześćdziesięciu detektywów z Waszyngtonu i okolic.

Na ścianach wisiało teraz więcej portretów podejrzanych. Wszyscy robili duże skoki na banki. Przestudiowałem listę i przy kilku nazwiskach zrobiłem notatki.

Mitchell Brand był podejrzany o kilka napadów w Waszyngtonie i okolicach, dokonanych przez nieznanych sprawców. Stephen Schnurmacher obrobił przynajmniej dwa banki w Filadelfii. Jimmy Doud pracował w Bostonie jako barman. Nigdy go na niczym nie złapano, ale miał na koncie dziesiątki skoków na banki w Nowej Anglii. Victor Kenyon koncentrował swoje wysiłki na środkowej Florydzie. Wszyscy rabowali banki i nadal chodzili wolni. Byli za sprytni, żeby dać się złapać. Ale czy któryś z nich to Supermózg?

Długie posiedzenie na Czwartej ulicy zmęczyło mnie. Byłem sfrustrowany. Wykonałem kilka telefonów w sprawie podejrzanych. Chodziło mi głównie o Mitchella Branda, bo działał najbliżej nas. Kiedy po raz pierwszy zerknąłem na zegarek, dochodziła dwudziesta trzecia trzydzieści.

Od przyjścia do biura nie miałem okazji pogadać z Betsey. Poszedłem do niej, żeby się pożegnać przed wyjściem. Ciągle pracowała. Rozmawiała z kilkoma agentami, ale skinęła ręką, żebym zaczekał.

W końcu podeszła do mnie. Wciąż wyglądała świeżo i rześko. Zastanawiałem się, jak ona to robi.

– Policja waszyngtońska ma kilka śladów prowadzących do Branda – powiedziałem. – Jest na tyle brutalny, że może być zamieszany w tę sprawę.

Betsey nagle ziewnęła.

– To najdłuższy dzień w moim życiu. Jak Jannie?

Byłem mile zaskoczony, że zapytała.

– Wspaniale – odrzekłem. – Pewnie niedługo wróci do domu. Chce być lekarką.

– Chodźmy się napić, Alex – zaproponowała Betsey. – Strzelam w ciemno, ale coś mi mówi, że potrzebujesz z kimś pogadać. Może ze mną?

Muszę przyznać, że kompletnie zbiła mnie z tropu.

– Chętnie… ale nie dziś – wyjąkałem. – Muszę wracać do domu. Możemy to odłożyć?

– Jasne, rozumiem cię. Okay, pójdziemy kiedy indziej – odpowiedziała, ale przez moment wyglądała na zawiedzioną.

Nigdy bym się tego nie spodziewał po agentce Betsey Cavalierre. Martwiła się o moją rodzinę. I łatwo ją było zranić.

Rozdział 53

To było dobre miejsce, dobra pora i okazja.

Hotel Renaissance Mayflower na Connecticut Avenue blisko Siedemnastej ulicy. Jak każdego ranka panował tu wielki ruch. Budynek sprawiał dostojne wrażenie. Od czasów Calvina Coolidge’a odbywał się tutaj każdy prezydencki bal inauguracyjny. W roku 1992 hotel całkowicie odnowiono, współpraca architektów i historyków pozwoliła przywrócić mu dawną świetność. Stanowił popularne miejsce konferencji i spotkań zarządów różnych korporacji. Supermózg wybrał go właśnie z tego powodu.

Od dziewiątej przed wejściem czekał niebiesko-złoty autokar. Miał odjechać o wpół do dziesiątej i przystawać kolejno przy Centrum Kennedy’ego, Białym Domu, mauzoleach Lincolna i Wojny Wietnamskiej, Smithsonian Institution oraz innych atrakcjach turystycznych Waszyngtonu. Należał do firmy „Waszyngton na kołach”.

W autokarze siedziało szesnaście kobiet i dwoje dzieci, była to grupa z Towarzystwa Ubezpieczeniowego MetroHartford. O dziewiątej trzydzieści kierowca, Joseph Denyeau, zamknął drzwi.

– Wszyscy gotowi do zwiedzania muzeów, miejsc historycznych i lunchu – oświadczył do mikrofonu.

Asystentka z towarzystwa ubezpieczeniowego wstała, by powiedzieć kilka słów do grupy. Nazywała się Mary Jordan, miała około trzydziestki. Była atrakcyjna, sympatyczna i znakomita w swoim fachu. Odnosiła się z kurtuazją do ważnych kobiet, ale nie płaszczyła się przed nimi. W MetroHartford miała przezwisko Wesoła Mary.

– Znają panie plan naszej wycieczki – zaczęła z promiennym uśmiechem. – Ale może powinnyśmy dać sobie z tym spokój i pójść na drinka. Oczywiście żartuję – dodała szybko.

– To brzmi nieźle, Mary – przyznała jedna z pań. – Chodźmy do jakiegoś prawdziwego baru. Dokąd chodzi Teddy Kennedy na poranną lufę?

Wszystkie kobiety roześmiały się.

Autokar ruszył wolno sprzed hotelu i wyjechał na Connecticut Avenue. Po kilku minutach skręcił w Oliver, niewielką ulicę złożoną z prywatnych domów. Kierowcy odjeżdżający z Mayflower często korzystali z tego skrótu.

Pół przecznicy dalej z podjazdu wycofywała się granatowa furgonetka chevrolet. Kierowca najwyraźniej nie widział autokaru, ale Joseph Denyeau zobaczył granatową chevy. Zahamował płynnie i zatrzymał się na środku jezdni.

Zatrąbił, ale kierowca furgonetki nie zareagował. Joe Denyeau domyślił się, że facet musi mieć dosyć autokarów i ciężarówek jeżdżących na skróty małą uliczką. Bo jakiż miał inny powód, żeby się gapić zza kierownicy z taką złością?

Nagle zza wysokiego żywopłotu wyłonili się dwaj zamaskowani ludzie. Jeden zastąpił drogę autokarowi, drugi wetknął broń automatyczną przez otwartą szybę kierowcy.

– Otwieraj drzwi albo jesteś trupem, Joe! – krzyknął mężczyzna z bronią. – Jeśli posłuchasz, nikomu nic się nie stanie. Masz trzy sekundy. Raz.

– Otwieram, otwieram… – piskliwym głosem odpowiedział przerażony Denyeau. – Spokojnie.

Kilka kobiet przerwało pogawędki, ich spojrzenia powędrowały w stronę kierowcy. Mary Jordan zsunęła się nisko na siedzeniu obok Denyeau. Uzbrojony facet mrugnął do niej.

– Rób, co ci każe, Joe – szepnęła. – Nie zgrywaj bohatera.

– Bez obaw, Mary. Ani mi to w głowie.

Zamaskowany mężczyzna wskoczył do autokaru i wycelował w nich automatycznego walthera. Kilka kobiet zaczęło krzyczeć.

– To jest porwanie! – wrzasnął zamaskowany mężczyzna. – Chcemy tylko dostać okup z MetroHartford. Obiecuję, że nikomu nie zrobimy krzywdy. Wy macie dzieci i ja mam dzieci. Dogadajmy się, żeby mogły nas jutro zobaczyć.

Rozdział 54

W autokarze zapadła nagle cisza.

Brian Macdougall miał swoje pięć minut. Bardzo mu się podobało, że znajduje się w centrum uwagi.

– Musicie przestrzegać kilku zasad. Pierwsza, nikt nie wrzeszczy. Druga, nikt nie płacze, nawet dzieci. Trzecia, nikt nie wzywa pomocy. Jak na razie, wszystko jasne? Rozumiemy się?

Pasażerki spoglądały z rozdziawionymi ustami na uzbrojonego mężczyznę. Drugi facet wdrapał się na dach autokaru i zmieniał oznaczenie alfanumeryczne, które pozwoliłoby policyjnemu helikopterowi najłatwiej wytropić pojazd.

– Pytałem, czy wszystko jasne?! – ryknął Macdougall.

Kobiety i dzieci kiwnęły głowami i stłumionym głosem potwierdziły, że tak.

– Idziemy dalej. Wszyscy oddają mi telefony komórkowe. Jak wiadomo, policja może je namierzyć. Niełatwo, ale może. Jeśli podczas rewizji osobistej znajdziemy przy kimś „komórkę”, zabijemy go. Nawet jeżeli to będzie dziecko. Nadal wszystko jasne? Rozumiemy się?

Telefony szybko przekazano do przodu. Było ich dziewięć. Mężczyzna cisnął je w gęste krzaki na ulicy. Potem roztrzaskał małym młotkiem radio w autokarze.

– Teraz wszyscy schylają głowy poniżej linii okien i trzymają je tak do odwołania. I ma być cisza. Dzieci też się nie odzywają. Wykonać.

Pasażerki i dzieci zrobiły, co im kazano. Strzelec odwrócił się do kierowcy.

– Dla ciebie mam tylko jedną instrukcję, Wielki Joe. Jedziesz za granatową furgonetką. Nie spieprz czegoś, bo natychmiast cię rozwalę. Nie jesteś dla nas nic wart, ani żywy, ani martwy. Powtórz, co robisz, Joe?

– Jadę za czarną furgonetką.

– Bardzo dobrze, Joe. Doskonale. Tyle, że furgonetka jest granatowa, nie czarna. Widzisz to? A teraz ruszaj i prowadź uważnie. Żadnego łamania przepisów po drodze.

Rozdział 55

Trzy sekretarki miały mnóstwo roboty. Odbierały telefony, pocztę i faksy dla trzydziestu sześciu dyrektorów siedzących w słynnej Sali Chińskiej hotelu Mayflower. Ale uwielbiały pracę poza biurem. Zwłaszcza, że ich centrala mieściła się w Hartford w Connecticut.

Sara Wilson, najmłodsza z nich, pierwsza zobaczyła faks od porywaczy. Przeczytała go szybko i podała starszym koleżankom. Zaczerwieniła się i drżały jej ręce.

– To jakiś głupi żart? – zapytała Liz Becton. – Przecież to wariactwo. Co to ma być?

Nancy Hall była sekretarką prezesa zarządu, Johna Doonera. Weszła bez pukania na zebranie i wywołała go od drzwi. Nie musiała nawet podnosić głosu. W Sali Chińskiej był pewien problem z akustyką. Kopuła sufitu odbijała dźwięki i w jednym końcu wielkiej sali słychać było wyraźnie nawet szept z drugiego końca.

– Panie Dooner, muszę z panem natychmiast porozmawiać – powiedziała.

Szef nigdy jeszcze nie widział jej tak poważnej i przejętej.

Po wyjściu prezesa atmosfera w sali rozluźniła się, ale rozmówki i śmiechy nie trwały długo. Dooner wrócił po niecałych pięciu minutach. Był blady i szybko wszedł na podium.

– Liczy się każda chwila – oznajmił drżącym głosem, który zaszokował obecnych na sali. – Proszę mnie uważnie wysłuchać. Porwano wynajęty autokar z żonami niektórych z nas. Sprawcy podają się za tych drani, którzy ostatnio obrabowali banki i dokonali morderstw w Marylandzie i Wirginii. Twierdzą, że tamte napady miały być dla nas „lekcjami poglądowymi”. Podkreślają wyraźnie, że nie żartują i mamy spełnić ich żądania w określonym czasie, co do sekundy.

Prezes mówił dalej. Światło lampy na podium nadawało jego twarzy dramatyczny wygląd.

– Ich żądania są proste i jasne. Dokładnie za cztery godziny mamy im dostarczyć trzydzieści milionów dolarów okupu. Inaczej wszyscy zakładnicy zginą. Nie wiadomo, jak porwali autokar. Steve Bolding z naszej ochrony już tu jedzie. Zdecyduje, które siły policyjne zawiadomić. Prawdopodobnie wybierze FBI.

Dooner przerwał, żeby zaczerpnąć powietrza. Jego twarz powoli odzyskiwała normalną barwę.

– Jak wiecie, mamy polisę ubezpieczeniową na wypadek porwania. Pokrywa okup do pięćdziesięciu milionów dolarów. Podejrzewam, że porywacze wiedzą o tym. Wydają się dobrze poinformowani i zorganizowani. Potrafią też trzeźwo myśleć, co daje im przewagę. Muszą wiedzieć, że jesteśmy własnymi ubezpieczycielami i możemy szybko zdobyć pieniądze.

– A teraz, panie i panowie… – zakończył prezes – musimy się zastanowić, jaką mamy alternatywę. Jeśli w ogóle jakaś alternatywa istnieje. Porywacze postawili sprawę jasno: żadnych błędów z naszej strony, bo zginą ludzie.

Rozdział 56

Byłem w biurze terenowym FBI na Czwartej ulicy, kiedy dostaliśmy wezwanie alarmowe.

Porwano autokar firmy turystycznej „Waszyngton na kołach” z osiemnastoma pasażerami i kierowcą. Zdarzyło się to wkrótce po jego odjeździe sprzed hotelu Renaissance Mayflower. Kilka minut później zażądano trzydziestomilionowego okupu od Towarzystwa Ubezpieczeniowego MetroHartford.

Porywacze zabronili zawiadamiania policji, ale nie mogliśmy im ufać i siedzieć z założonymi rękami. Ulokowaliśmy się w Hiltonie Capitol na rogu Szesnastej i K, niedaleko Mayflower. Mieliśmy cztery zespoły dowodzenia, a w Mayflower dwunastu agentów. Było to dość niebezpieczne, ale Betsey twierdziła, że musimy mieć hotel pod obserwacją. Zainstalowaliśmy tam podsłuchy i kilka ukrytych kamer. Całe waszyngtońskie biuro terenowe FBI zostało postawione w stan pogotowia.

Autokaru szukały specjalnie wyposażone helikoptery apache. Miały wykrywacze ciepła na wypadek, gdyby porywacze chcieli ukryć gdzieś pojazd i pasażerów. Oznaczenie alfanumeryczne na dachu autokaru podano miejscowej policji, wojsku, władzom miejskim i stanowym, a nawet samolotom prywatnym. Nikomu nie powiedziano, dlaczego poszukuje się tego pojazdu.

Z Hiltona do Mayflower mogliśmy dotrzeć w razie potrzeby w dziewięćdziesiąt sekund. Mieliśmy nadzieję, że porywacze nie wiedzą o naszej bazie. Do terminu dostarczenia okupu pozostały dokładnie dwie godziny. Plan był niesamowicie napięty. Dla nich i dla nas.

Tymczasem zaczęły się problemy.

W Hiltonie zjawiła się Jill Abramson z wewnętrznego komitetu bezpieczeństwa towarzystwa ubezpieczeniowego i Steve Bolding z firmy ochroniarskiej. Abramson była tęgą kobietą, miała na sobie żółty, prążkowany kostium i wyglądała na jakieś czterdzieści parę lat. Bolding był wysoki, dobrze zbudowany, miał pewnie trochę ponad pięćdziesiątkę. Nosił niebieską kurtkę sportową, białą koszulę i dżinsy. Przyjechali nas pouczyć, jak mamy wykonywać naszą robotę.

Betsey już otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale Bolding podniósł rękę gestem nakazującym milczenie. Najpierw on miał coś do powiedzenia. Było jasne, że chce dowodzić całą akcją.

– Zrobimy tak. Dopuszczę was do tego, ale w każdej chwili mogę was wykluczyć. Jestem byłym starszym agentem specjalnym Biura i znam wszystkie prawidłowe posunięcia. Nieprawidłowe też. Nie mamy czasu na uprzejmości. Agentko Cavalierre, są jakieś ślady umożliwiające identyfikację przestępców? Jest jedenasta czterdzieści sześć. Nasza godzina zero to trzynasta czterdzieści pięć. Dokładnie.

Betsey wzięła krótki oddech, zanim odpowiedziała. Panowała nad sobą dużo lepiej, niż ja byłbym w stanie, rozmawiając z tym prywatnym ochroniarzem.

– Podejrzanych tak, ale to w żaden sposób nie pomoże zakładnikom. Ktoś widział porwanie autokaru. Było dwóch mężczyzn w maskach przypominających narciarskie. Autokar zauważono na DeSales Street, ale nie wiemy, czy przed porwaniem, czy po. Jest już jedenasta czterdzieści siedem, panie Bolding.

Pani Abramson zaskoczyła nas wszystkich.

– Do Mayflower właśnie jadą pieniądze. Zapłacimy okup.

– Zgodnie z planem – odrzekł Bolding. – Czekamy na dalsze instrukcje porywaczy. Jak dotąd, nie odezwali się po raz drugi. Nasi ludzie dostarczą pieniądze. Zrobimy to sami.

Betsey w końcu nie wytrzymała.

– Ja wysłuchałam pana, a teraz pan wysłucha mnie, kolego. Pan był starszym agentem specjalnym, a ja nim jestem. Gdyby został pan w Biurze, byłabym teraz pańską przełożoną. I jestem nią teraz. To nasi ludzie dostarczą okup i ja tam będę, nie pan. Tak to zrobimy!

Abramson i Bolding zaczęli się z nią kłócić, ale natychmiast im przerwała.

– Mam dosyć waszych bzdur. Doskonale wiemy, że porywacze są niebezpiecznie nieprzewidywalni. Albo przyjmiecie moje warunki, albo wyłączę was z tej sprawy. Mogę cię w tej chwili aresztować, Bolding. Panią też, pani Abramson. Mamy masę roboty i została nam dokładnie godzina i pięćdziesiąt siedem minut.

Rozdział 57

Spacerował po zatłoczonym holu Hiltona i długich korytarzach wiodących donikąd. Nikt nie wiedział, co się dzieje, a to właśnie lubił. Tylko on znał odpowiedzi, znał także wszystkie pytania.

Zauważył przyjazd agentów FBI i detektywa Crossa z policji waszyngtońskiej. Oczywiście nie widzieli go. Ale nawet gdyby widzieli, nie mogliby go zatrzymać i aresztować. To było po prostu niemożliwe.

Absolutnie nierówne szanse – jego umysł i doświadczenie przeciwko ich umysłom i doświadczeniu. Czasami nie traktował tego nawet jako próby sił. Miał tylko jeden problem: jeśli go to znudzi i przestanie być ostrożny, może kiedyś go złapią.

Przez hol przeszła zdenerwowana, przygnębiona grupka. Skierowała się w rejon hotelowych sal konferencyjnych. Tam FBI założyło swój obóz. MetroHartford zlekceważyło jego ostrzeżenie, ale spodziewał się tego. Nieważne. Nie tym razem. Chciał, żeby FBI i Cross włączyli się do sprawy.

W końcu zdecydował się wyjść z Hiltona. Poszedł do Renaissance Mayflower – miejsca przerażającego przestępstwa. Tam rozegra się prawdziwy dramat.

I tam chciał być Supermózg. Być blisko i przyglądać się.

Rozdział 58

Porywacze w końcu odezwali się do dyrektorów MetroHartford. O trzynastej dziesięć. Do godziny zero pozostało już tylko trzydzieści pięć minut.

Wiedzieliśmy, co będzie, jeśli nie dotrzymamy terminu. Albo jeśli nie dotrzymają go porywacze, może nawet celowo.

Popędziliśmy z Betsey do hotelu Mayflower. Odkryliśmy dwie rzeczy. Niby drobne, ale w tej sytuacji wydawały się ważne. Pierwszą były drzwi kuchenne wychodzące na zaułek z zatoką dla zaopatrzenia. W czasie inauguracji Clintona parkowała tam Secret Service. Weszliśmy tamtędy niezauważeni. Drugą były wąskie, metalowe schody za Salą Chińską, w której siedzieli dyrektorzy MetroHartford. Prowadziły na galeryjkę nad rotundą. Wskazali je nam agenci FBI. Były tam małe okienka. Mogliśmy przez nie patrzeć i słuchać, nie będąc widziani.

Wdrapaliśmy się z Betsey na górę i ukucnęliśmy wysoko nad salą. Zdążyliśmy. Porywacze wciąż byli na linii. Przez głośnik w Sali Chińskiej usłyszeliśmy jednego z nich.

– Domyślamy się – powiedział – że zawiadomiliście już FBI i zapewne policję waszyngtońską. Nie mamy nic przeciwko temu. Spodziewaliśmy się tego. Witamy agentów Biura. Uwzględniliśmy was w naszych planach.

Wymieniliśmy z Betsey poirytowane spojrzenia. Supermózg bawił się z nami. Tylko po co? Zbiegliśmy na dół i przyłączyliśmy się do grona osób obecnych w Sali Chińskiej. W głowie roiło mi się od pytań. Supermózg potrafił wytrącić nas z równowagi. Aż za dobrze.

– Po pierwsze – ciągnął porywacz – powtórzę nasze żądania co do okupu. To ważne. Stosujcie się do instrukcji. Jak wiecie, pięć z trzydziestu milionów ma być w nieoszlifowanych diamentach. Włożycie je do brezentowego worka. Do ośmiu następnych zapakujecie banknoty. Same dwudziestki i pięćdziesiątki. Żadnych setek, farby, urządzeń naprowadzających. Wszystkich worków nie może być więcej niż dziewięć. Z kim rozmawiam?

Betsey przysunęła się do mikrofonu. Ja też.

– Tu agentka specjalna FBI, Elizabeth Cavalierre. Kieruję tą sprawą.

– Alex Cross, detektyw z policji waszyngtońskiej i łącznik z Biurem.

– W porządku. Znam wasze nazwiska i waszą reputację. Macie dla nas pieniądze?

– Mamy – odrzekła Betsey. – Gotówka i diamenty są tutaj, w Mayflower.

– Doskonale. Będziemy w kontakcie.

Porywacz wyłączył się.

Szef MetroHartford wybuchnął.

– Wiedzieli, że tu jesteście! Boże, co myśmy zrobili! Zabiją zakładników!

Położyłem mu rękę na ramieniu.

– Spokojnie. Przygotowaliście wypłatę dokładnie tak, jak sobie życzyli?

Skinął głową.

– Dokładnie tak. Diamenty przywiozą lada chwila. Pieniądze już są. Z naszej strony robimy wszystko, co można. A wy?

– I nikt z MetroHartford nie wie, gdzie ma być dostarczony okup? – zapytałem łagodnie. – To ważne.

Prezes zarządu był wystraszony. Nie bez powodu.

– Słyszał pan tamtego. Powiedział, że będziemy w kontakcie. Na razie nie wiemy, gdzie dostarczyć okup.

– To dobra wiadomość, panie Dooner. Porywacze są zawodowcami. My też. Nie wierzę, żeby już kogoś skrzywdzili. Zaczekamy na następny telefon. Wymiana to dla nich najtrudniejsza część operacji.

– W tym autokarze jest moja żona – odparł szef MetroHartford. – I córeczka.

– Wiem – przytaknąłem.

Wiedziałem również, że Supermózg lubi krzywdzić rodziny.

Rozdział 59

Robiliśmy, co mogliśmy, ale na razie byliśmy na ich łasce. A czas uciekał.

Żaden helikopter ani samolot nie zauważył autokaru. Albo porywacze szybko go ukryli, albo zmienili oznaczenie alfanumeryczne na dachu. Wojskowe śmigłowce z wykrywaczami ciepła też niczego nie znalazły. O trzynastej dwadzieścia w Sali Chińskiej hotelu Mayflower znów zadzwonił telefon. Odezwał się ten sam denerwujący, mechanicznie zniekształcony głos.

– Ruszamy. W recepcji jest przesyłka dla pana Doonera. Kilka handie-talkie. Przynieście je wszystkie.

– Ruszamy? Dokąd? – zapytała Betsey.

– My po nasze bogactwo, wy, żeby pakować pieniądze i diamenty. Załadujecie je do furgonetki i pojedziecie na północ Connecticut Avenue. Jeśli zboczycie z trasy, którą wam podam, zabijemy zakładników.

Telefon umilkł.

Furgonetkę zaparkowaliśmy w zaułku przy drzwiach kuchni hotelowej. Porywacze wiedzieli o tym. Tylko skąd? I co z tego wynikało? Betsey, ja i dwaj agenci wskoczyliśmy do furgonetki i pojechaliśmy do Connecticut Avenue.

Byliśmy na Connecticut, gdy odezwało się moje handie-talkie. Agenci FBI nazywają tak walkie-talkie. Porywacz przy telefonie też je tak nazwał. Co znaczył ten ślad? O ile to był jakiś ślad. Czy facet chciał nam po prostu pokazać, że wszystko o nas wie?

– Detektyw Cross?

– Tak. Jesteśmy na Connecticut Avenue. Co dalej?

– Wiem, gdzie jesteście. Słuchaj uważnie. Jeśli zobaczymy nad wytyczoną trasą jakieś samoloty czy helikoptery obserwacyjne, zastrzelimy zakładników. Jasne?

– Najzupełniej – odrzekłem.

Spojrzałem na Betsey. Musiała natychmiast odwołać obserwację z powietrza. Wyglądało na to, że porywacze wiedzą o wszystkim, co robimy.

– Jedźcie jak najszybciej na dworzec kolejowy przy porcie lotniczym Baltimore-Waszyngton. Wsiądziecie do pociągu z Baltimore do Bostonu, korytarz północno-wschodni, odjazd siedemnasta dziesięć. Weźmiecie ze sobą worki z pieniędzmi i diamentami. Pociąg do Bostonu, siedemnasta dziesięć! Wiemy, że macie do dyspozycji wszystkich agentów wzdłuż korytarza północno-wschodniego. Przygotujcie się do ich wykorzystania. Dla nas to nieważne. Nie boimy się o naszą wypłatę. Dostaniemy ją.

– Czy rozmawiam z Supermózgiem?

Na linii zapadła cisza.

Rozdział 60

Agenci FBI i funkcjonariusze lokalnej policji obstawili wszystkie stacje wzdłuż korytarza północno-wschodniego, ale nie byli oczywiście w stanie upilnować całej linii kolejowej.

Porywacze wiedzieli o tym. Wszystko pracowało teraz na ich korzyść.

Agenci Cavalierre, Walsh, Doud i ja wsiedliśmy do pociągu z Baltimore. Ulokowaliśmy się z przodu drugiego wagonu.

Pociąg cholernie hałasował. Nie mogliśmy swobodnie rozmawiać ani spokojnie myśleć. Czekaliśmy na następny sygnał od porywaczy. Każda minuta wydawała się ciągnąć w nieskończoność.

– W pewnym momencie każą nam wyrzucić worki z pędzącego pociągu – powiedziałem. – A wy jak myślicie? Przychodzi wam do głowy coś innego?

Betsey zgodziła się ze mną.

– Nie zaryzykują odbioru okupu na którejś ze stacji. Po co mieliby to robić? Wiedzą, że nie możemy obstawić całej trasy stąd do Bostonu. Dlatego kazali nam odwołać obserwację z powietrza.

– Załatwili nas – przyznał agent Walsh. – Cwany skurwysyn.

– A może to ona, nie on – zauważyła Betsey.

– Tony Brophy mówił, że spotkał się z facetem – przypomniałem jej. – Jeśli można mu wierzyć.

– I jeśli ten facet był Supermózgiem – skontrowała.

– Ta ksywa nie daje mi spokoju – wtrącił się agent Doud. – To musi być jakiś przegrany świr.

– Brophy twierdził, że to palant – odparła Betsey. – A mimo to, chciał dla niego pracować.

– Bo gość dobrze płacił – powiedział Doud.

Betsey wzruszyła ramionami.

– Może to świr, może geniusz komputerowy. Nie byłabym zaskoczona. Tacy teraz rządzą światem, nie jest tak? Odgrywają się za to, że nie doceniano ich w szkole średniej. Jak mnie.

– Ja nie narzekałem – zastrzegłem i mrugnąłem do niej.

Odezwało się handie-talkie.

– Cześć, gwiazdy sił porządkowych. Zaraz zacznie się prawdziwa zabawa. Przypominam, że jeśli w pobliżu pociągu zauważymy jakieś helikoptery lub samoloty, zastrzelimy zakładników – poinstruował znajomy głos. Supermózg?

– Skąd możemy wiedzieć, że jeszcze żyją? – zapytała Betsey. – Dlaczego mamy wam wierzyć? Już zabijaliście niewinnych ludzi.

– Nie możecie wiedzieć. Nie musicie nam wierzyć. Zabijaliśmy niewinnych ludzi. Pasażerowie autokaru jeszcze jednak żyją. Dobra, a teraz otwierać drzwi wagonu! Już! I czekać na mój sygnał. Przysunąć worki do drzwi! Już, już, już! Ruszać się! Nie zmuszajcie nas, żebyśmy kogoś zabili.

Rozdział 61

Nasza czwórka rzuciła się do ciężkich worków. Przyciągnęliśmy je do najbliższych drzwi. Zrobiło mi się gorąco. Zaczynałem się pocić.

– Przygotować się! Przygotować się! – rozkazywał histerycznie głos w handie-talkie.

Betsey wzywała przez radio swoich ludzi w terenie. Na zewnątrz pociągu migał zielono-brązowy krajobraz. Byliśmy gdzieś w okolicach Aberdeen w Marylandzie. Ostatnią stację minęliśmy jakieś siedem minut wcześniej.

– Gotowi? Nie rozczarujcie mnie! – wydzierał się głos.

Jak dotąd, przyszło nam do głowy tylko tyle, żeby wyrzucić worki jak najdalej od siebie. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie zostawić jednego w pociągu. Wtedy poszukiwania zajęłyby porywaczom trochę czasu. Ale uznaliśmy to za zbyt niebezpieczne dla zakładników.

Handie-talkie znów zamilkło.

– Kurwa! – zdenerwował się Doud.

– Wyrzucamy worki? – zawołał Walsh, przekrzykując łoskot pociągu i szum wiatru.

– Nie! Czekajcie! – Wrzasnąłem do niego i Douda, który pochylił się niebezpiecznie nad krawędzią wagonu. – Zaczekajmy na instrukcje!

– Skurwysyn! – krzyknęła Betsey i zamachnęła się szerokim łukiem. – Robią nas w konia! Śmieją się z nas!

– Masz rację, chyba mają niezłą zabawę – powiedziałem. – Spokojnie, wyluzuj się.

FBI wychodziło z siebie, żeby wytropić kanał, na którym rozmawiają porywacze. Bez skutku. Tamci używali wyrafinowanych nadajników wojskowych. Miały mikroukłady zaprogramowane na zmianę częstotliwości przy każdym połączeniu. Możliwe, że korzystali z kilku takich zabawek. Wyrzucali je po każdej rozmowie i brali następne.

Betsey dalej się wściekała. Oczy jej płonęły.

– Skurwiel pomyślał o wszystkim! Nie daje nam czasu na ułożenie planu! Kim on jest?!

Handie-talkie znów zaskrzeczało.

– Otwierać drzwi! Przygotować się do wyrzucenia worków! – rozkazał ponownie głos.

Chwyciłem dwa worki z dwudziesto – i pięćdziesięciodolarówkami i po raz drugi podbiegłem do otwartych drzwi. Serce podeszło mi pod gardło. Na zewnątrz huczał wiatr.

Pociąg pędził teraz przez las, dookoła rosły wiązy, sosny i gęste krzaki. Nie widziałem żadnych domów. I nikt nie czaił się między drzewami. Dobre miejsce na wyrzucenie worków.

Ale handie-talkie znów zamilkło.

– Pojebańcy! – ryknął na całe gardło Doud.

Opadliśmy z jękiem na podłogę.

Przez następną godzinę i piętnaście minut głos musztrował nas tak jedenaście razy. Trzy razy musieliśmy przenosić pieniądze do różnych wagonów. Wysyłał nas do ostatniego i natychmiast kazał wracać do pierwszego.

– Jesteście całkiem dobrzy – pochwalił w końcu. – Umiecie słuchać.

Potem się wyłączył.

Rozdział 62

– Dłużej nie wytrzymam! – wrzasnęła Betsey. – Niech go szlag trafi! Zabiję tego cholernego skurwiela, jak go dorwę!

Worki były duże i ciężkie. Mieliśmy dosyć targania ich po całym pociągu. Byliśmy spoceni, zakurzeni i brudni od sadzy. Puszczały nam nerwy. Ciągły stukot pociągu wydawał się coraz głośniejszy i doprowadzał nas do szału.

Pociąg Amtraku znów pędził przez las i trąbił głośno. Walsh liczył mijane stacje.

Handie-talkie raz jeszcze ożyło.

– Przygotujcie pieniądze i diamenty. Otwórzcie drzwi. Już! I macie rzucać worki blisko siebie. Inaczej zabijemy zakładników. Obserwujemy każdy wasz ruch. Jesteś bardzo ładna, agentko Cavalierre.

– Jasne. A ty jesteś palant – mruknęła Betsey.

Jej bladoniebieski T-shirt był ciemny od potu. Czarne włosy lepiły się jej do czoła. Jeśli przedtem miała na ciele choć gram tłuszczu, spaliła go podczas tej cholernej podróży.

– Fałszywy alarm – oznajmił wesoło porywacz. – To na razie tyle.

Wyłączył się.

– Gówno!

Opadliśmy ciężko na worki. Ledwo dyszeliśmy. Próbowałem coś wymyślić, ale po każdym fałszywym alarmie szło mi coraz trudniej. Nie byłem pewien, czy dam radę przebiec jeszcze raz w drugi koniec pociągu.

– Może wyskoczymy razem z workami? – podsunął Walsh. – Spieprzymy im plan. Zrobimy coś, czego się nie spodziewają.

– To jest jakiś pomysł – przyznała Betsey. – Ale zbyt niebezpieczny dla zakładników.

Walsh i Doud zaklęli głośno, kiedy porywacz znów się odezwał. Doszliśmy niemal do granic wytrzymałości. Tylko gdzie one były?

– Żadnego odpoczynku dla grzeszników – oznajmił głos i usłyszeliśmy syk otwieranej puszki napoju orzeźwiającego albo piwa, a potem westchnienie ulgi. – A może ta linijka powinna brzmieć: odpoczynek dla grzeszników?

Nagle ryknął na nas.

– Wyrzucać worki! Już! Obserwujemy pociąg! Widzimy was! Wyrzucać worki, bo rozwalimy tamtych!

Nie mieliśmy wyboru. Mogliśmy tylko starać się rzucać worki jak najbliżej jeden od drugiego. Zmęczenie bardzo obniżyło sprawność naszych mięśni. Czułem się tak, jakbym poruszał się we śnie. Ubranie miałem mokre od potu, bolały mnie ręce i nogi.

– Szybciej! – rozkazał głos. – Pokaż nam swoją kondycję, agentko Cavalierre!

Rzeczywiście nas widział? Możliwe. Na to wyglądało. Bez wątpienia rozmawiał z nami z lasu. Ilu ich tam było?

Wyrzuciliśmy dziewięć worków tuż przed ostrym zakrętem. Nie mogliśmy zobaczyć, co się dzieje pięćdziesiąt metrów za nami. Jęcząc i przeklinając, padliśmy na podłogę.

– Niech ich szlag… – wysapała Betsey. – Udało im się. Uciekną z forsą. Żeby ich jasna cholera!

Znów włączyło się handie-talkie. Jeszcze z nami nie skończył.

– Dzięki za pomoc. Jesteście najlepsi. Zawsze dostaniecie pracę w sklepie przy pakowaniu zakupów. To może być niezłe wyjście po dzisiejszym dniu.

– Ty jesteś Supermózgiem? – zapytałem.

Cisza na linii.

Głos umilkł, tym razem na dobre. Pieniądze i diamenty znikły. I nadal mieli wszystkich zakładników.

Rozdział 63

Cavalierre, Doud, Walsh i ja wysiedliśmy na najbliższej stacji, jedenaście kilometrów dalej.

Czekały na nas dwa czarne suburbany. Przy samochodach stało kilku agentów FBI z karabinami. Na dworcu zebrał się tłum ludzi. Pokazywali sobie broń i agentów, jakby zobaczyli drużynę „Washington Redskins”.

Dostaliśmy ostatnie informacje.

– Zdążyli zniknąć z lasu – powiedział jeden z agentów. – Kyle Craig już tu jedzie. Zablokowaliśmy drogi, ale to działanie w ciemno. Choć jest i dobra wiadomość. Być może znajdziemy autokar. Trafiliśmy na ślad.

Chwilę później połączyli nas z pewną starszą kobietą z Tinden, małego miasteczka w Wirginii. Podobno widziała autokar. Chciała rozmawiać tylko z policją. Nie miała zaufania do FBI i ich metod.

Ledwo się przedstawiłem, zaczęła opowiadać. Sprawiała wrażenie osoby bardzo nerwowej.

Nazywała się Isabelle Morris. Zauważyła autokar wśród pól w hrabstwie Warren. Zaczęła coś podejrzewać, bo była właścicielką lokalnej linii autobusowej, a tego pojazdu nie znała.

– Niebieski w złote pasy? – zapytała Betsey. Nie zdradziła, że jest z FBI.

– Zgadza się – przytaknęła pani Morris. – Żaden z moich. Nie wiem, po co tu przyjechał. To wiejska okolica. Tu nie ma nic ciekawego dla turystów.

– Zapamiętała pani numer rejestracyjny albo przynajmniej część? – spytałem.

Najwyraźniej poczuła się urażona tym pytaniem.

– Nie miałam powodu.

– Więc dlaczego zameldowała pani o tym autokarze miejscowej policji?

– Chyba mnie pan nie słuchał. Mówiłam już: autokar turystyczny nie ma tu po co przyjeżdżać. Poza tym, mój przyjaciel jest w lokalnym patrolu obywatelskim. Jestem wdową, rozumie pan. Właściwie to on zawiadomił policję. A czemu to pana tak interesuje, jeśli wolno spytać?

– Czy w autokarze byli pasażerowie?

Czekając na odpowiedź, wymieniliśmy z Betsey spojrzenia.

– Nie, tylko kierowca. Potężny chłop. Nikogo więcej nie widziałam. Ale dlaczego policja i to cholerne FBI tak się tym interesują?

– Za chwilę pani wyjaśnię. Nie zauważyła pani na autokarze żadnych znaków identyfikacyjnych? Tablicy z celem podróży? Logo? Wszystko, co by pani dostrzegła, mogłoby nam pomóc. Ludzie są w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

– O, Boże… Tak, coś zauważyłam. Z boku była nalepka „Odwiedźcie Williamsburg”. Przypomniałam sobie teraz. I coś jeszcze, chyba napis „Waszyngton na kołach”… Tak, prawie na pewno. Czy to w czymś wam pomoże?

Rozdział 64

Betsey już rozmawiała na drugiej linii z Kylem Craigiem. Ustalili, jak najszybciej zabrać nas do Tinden w Wirginii. Pani Morris omal nie zagadała mnie na śmierć. Ciągle przypominała sobie coś nowego. Podobno autokar skręcił w polną drogę niedaleko jej domu.

– Tam są tylko trzy farmy i wszystkie dobrze znam – mówiła. – Dwie graniczą z opuszczoną bazą wojskową, zbudowaną w latach osiemdziesiątych. Mogę sprawdzić, co tam się dzieje.

– Nie, nie – sprzeciwiłem się natychmiast. – Niech pani nie rusza się z domu. Już do pani jedziemy.

– Znam okolicę – zaprotestowała. – Mogę wam pomóc.

– Proszę na nas zaczekać. Już do pani jedziemy – powtórzyłem.

Obok stacji wylądował jeden ze śmigłowców FBI przeszukujących pobliskie lasy. W tym samym momencie przyjechał Kyle. Jeszcze nigdy tak się nie ucieszyłem na jego widok.

Betsey opowiedziała mu dokładnie, co chce zrobić w Wirginii.

– Podlecimy helikopterem jak najbliżej, ale tak, żeby nas nie zauważyli. Usiądziemy sześć do ośmiu kilometrów od Tinden. Nie potrzebuję dużych sił na ziemi. Wystarczy dwunastu dobrych ludzi, może nawet mniej.

Plan był dobry i Kyle go zaakceptował. Polecieliśmy. Po drodze skierował na miejsce znajomych agentów z Quantico.

Na pokładzie śmigłowca odebraliśmy informacje o okolicy, w której pani Morris widziała autokar. W bazie wojskowej była w latach osiemdziesiątych broń nuklearna.

– W kilku takich miejscach wokół Waszyngtonu międzykontynentalne pociski balistyczne trzymali pod ziemią – wyjaśnił Kyle. – Jeśli autokar stoi w betonowym silosie, helikoptery z czujnikami ciepła nie wykryją go.

Nasz śmigłowiec zaczął lądować na otwartej przestrzeni w pobliżu tutejszej szkoły średniej. Zerknąłem na zegarek. Dawno minęła szósta. Czy zakładnicy jeszcze żyją? Jaką sadystyczną grę prowadził Supermózg?

Za piętrowym szkolnym budynkiem z czerwonej cegły, sprawiającym sielankowe wrażenie, ciągnęły się zielone boiska. Wokoło było zupełnie pusto, jeśli nie liczyć czekających na nas dwóch sedanów i czarnej furgonetki. Znajdowaliśmy się jakieś sześć do ośmiu kilometrów od szosy stanowej, na której pani Morris widziała autokar.

Teraz siedziała w pierwszym sedanie. Miała chyba około osiemdziesiątki, ale dobrze się trzymała. Szczerzyła sztuczne zęby, choć wesoły uśmiech był tu z pewnością nie na miejscu. Czyjaś miła babcia, pomyślałem.

– Od której farmy zaczniemy? – zapytałem ją. – Gdzie tutaj mógłby się ktoś ukryć?

Myślała przez chwilę intensywnie, zmrużywszy szaroniebieskie oczy.

– Na farmie Donalda Browne’a – odrzekła w końcu. – Nikt na niej teraz nie mieszka. Browne umarł ostatniej wiosny, biedaczysko. Tam łatwo byłoby się schować.

Rozdział 65

– Jedź dalej. Nie zatrzymuj się – powiedziałem do naszego kierowcy, kiedy zbliżyliśmy się do farmy Browne’a przy szosie stanowej numer dwadzieścia cztery. Zrobił, co kazałem. Stanęliśmy za zakrętem, jakieś sto metrów dalej.

– Zauważyłem kogoś na podwórzu, Kyle. Opierał się o drzewo obok domu i obserwował szosę. Przyglądał się nam. Oni tam są.

Przed nami widziałem szczątki starej bazy rakietowej. Zastanawiałem się, czy znajdziemy w silosie autokar, którego nie mogły wykryć helikoptery apache. Jeśli chodzi o los zakładników z MetroHartford, nie byłem zbytnim optymistą. Supermózg nienawidził przecież towarzystw ubezpieczeniowych. Czy chodziło o zemstę?

Przypominałem sobie kolejne ofiary napadów na banki. Bałem się, że na farmie doszło do masakry. Porywacze ostrzegali nas: żadnych błędów, żadnych pomyłek. Takie reguły gry narzucali podczas skoków na banki. Czy coś się zmieniło?

– Podejdźmy do nich przez las – zaproponował Kyle. – Nie mamy czasu na bardziej wymyślną taktykę.

Skontaktował się z innymi jednostkami. Potem on, Betsey i ja pobiegliśmy przez gęsty las na północ. Jeszcze nie widzieliśmy farmy, ale nas też nikt nie mógł stamtąd zobaczyć.

Na szczęście las kończył się blisko domu. Gęste krzaki ciągnęły się niemal do samego podjazdu. Światła w środku budynku były pogaszone. Żadnego ruchu, żadnego dźwięku.

Przez cały czas obserwowałem wartownika porywaczy. Stał niedaleko, plecami do nas. A gdzie reszta? I gdzie zakładnicy? Dlaczego w domu jest ciemno?

– Co on tu robi, do cholery? – mruknął Kyle. Był tak samo zaintrygowany jak ja.

– Nie wygląda na czujkę – szepnęła Betsey. – Nie podoba mi się to.

– Mnie też nie – przyznałem. To nie miało sensu. Kto stawia na straży jednego człowieka? I po co porywacze mieliby tu jeszcze siedzieć?

– Zdejmujemy go – zadecydował cicho Kyle. – Potem wchodzimy do domu.

Rozdział 66

Dałem im znak, że ja to załatwię. Podkradłem się do wartownika szybko i prawie bezszelestnie. Zamachnąłem się pistoletem, facet dostał kolbą w głowę i upadł, nie wydawszy żadnego dźwięku. Za łatwo to poszło. Co jest grane, do cholery?

Betsey dołączyła do mnie w półprzysiadzie.

– Co to za czujka, do cholery, że dał się tak podejść? – szepnęła. – Przedtem zawsze byli bardzo ostrożni.

Z lasu za nami wyłoniło się kilku agentów. Betsey zatrzymała ich gestem. W domu nadal było ciemno i cicho. Cała scena wyglądała nierealnie i upiornie.

Kyle dał rozkaz do wejścia. Pobiegliśmy cicho naprzód. Nie napotkaliśmy już żadnych straży. Pułapka? Czekali na nas w środku? A co z panią Morris? Czyżby była z nimi?

Dobiegłem do domu z pierwszymi agentami. Poczułem, jak wzbiera we mnie lęk. Uniosłem mojego glocka i kopniakiem otworzyłem drzwi. Nie wierzyłem własnym oczom. Omal nie krzyknąłem.

Zakładnicy byli w salonie. Cała grupa. Wszyscy cali i zdrowi. Gapili się na mnie z przerażeniem. Policzyłem ich szybko: szesnaście kobiet, dwoje dzieci i kierowca. Nikt nie zginął. Mimo że złamaliśmy zasady.

– Gdzie są porywacze? – zapytałem cicho. – Ktoś z nich jeszcze tu jest?

Ciemnowłosa kobieta wystąpiła naprzód.

– Zostawili wartowników wokół domu. Jeden stoi pod wiązem od frontu.

– Już nie – powiedziała Betsey. – A innych nie zauważyliśmy. Proszę, żeby wszyscy tu zostali, a my się tymczasem rozejrzymy.

Agenci FBI rozbiegli się po domu. Kilka kobiet zaczęło płakać, kiedy zrozumiały, że wreszcie są uratowane.

– Zagrozili, że nas zabiją, jeśli spróbujemy stąd wyjść przed świtem. Opowiedzieli nam o rodzinach Buccierich i Casselmanów – wykrztusiła przez łzy wysoka, ciemnowłosa kobieta. Nazywała się Mary Jordan i odpowiadała za grupę.

W domu nikogo nie znaleźliśmy. Nie natrafiliśmy na żadne ślady przestępców, ale technicy byli już w drodze. Autokar stał w baraku w starej bazie wojskowej.

Pół godziny później na farmę wtargnęła pani Morris. Kilku agentów próbowało ją zatrzymać, ale bez skutku. Pojawienie się starej kobiety stanowiło niemal komiczną puentę dramatycznych wydarzeń ostatnich kilku godzin.

– Dlaczego uderzyliście starego Buda O’Marę? To miły, tutejszy facet. Pracuje na parkingu dla ciężarówek. Powiedział, że zapłacili mu sto dolców, żeby tu stał i czekał. I zarobił setkę za dziurę w głowie. To zupełnie nieszkodliwy gość.

Kiedy w końcu przyjechały samochody ratownicze, nastąpiło cos dziwnego, ale przyjemnego. Zakładniczki zaczęły wiwatować na naszą cześć i klaskać. Odbiliśmy je. Nie pozwoliliśmy im umrzeć.

Ale ja wiedziałem swoje. Z jakiegoś powodu Supermózg nie chciał, żeby zginęły.

Część czwarta

Atak i odwrót

Rozdział 67

Rzecz jasna, nasze śledztwo wciąż stanowiło dla mediów temat dnia. Prasa dowiedziała się o Supermózgu i zaroiło się w niej od sensacyjnych nagłówków. Zdjęcie małego Buccieriego – jednej z pierwszych ofiar – zdobiło niemal każdy artykuł. Twarz chłopca zaczęła mi się śnić po nocach.

Pracowałem od dwunastu do szesnastu godzin dziennie. Mitchell Brand, który napadał na waszyngtońskie banki, był ciągle jednym z głównych podejrzanych FBI. Jego fotografia i dane wisiały wysoko na ścianie od ponad tygodnia. Nie mogliśmy go namierzyć, ale pasował do naszego portretu przestępcy. Ekipa dochodzeniowa szukała dowodów w miejscu, gdzie wyrzuciliśmy z pociągu okup. Technicy FBI badali każdy centymetr kwadratowy w domu na farmie Browne’a. W zlewie znaleźli ślady charakteryzacji teatralnej. Rozmawiałem z kilkoma zakładniczkami. Potwierdziły nasze podejrzenia, że porywacze mogli być ucharakteryzowani, nosić peruki i podwyższone buty.

Przez pierwsze dwa dni pracowałem z Sampsonem w Waszyngtonie. MetroHartford wyznaczyło milion dolarów nagrody za informacje o przestępcach. Oferta dotyczyła wszystkich, również członków gangu, których nie satysfakcjonowałaby ich część okupu.

Mitchella Branda szukaliśmy głównie w Waszyngtonie. Był czarny i miał trzydzieści lat. Podejrzewano go o sześć napadów na banki, ale nigdy go oficjalnie nie oskarżono. I nagle zniknął. W czasie operacji „Pustynna Burza” służył w armii w stopniu sierżanta. Słynął z tego, że lubił używać przemocy. Według kartotek wojskowych miał współczynnik inteligencji powyżej stu pięćdziesięciu.

Dowodów przybywało, ale rozgłos działał przeciwko nam. W biurze terenowym FBI urywały się telefony z informacjami, bez przerwy odbierano faksy. Nagle mieliśmy setki tropów do sprawdzenia. Zastanawiałem się, czy Supermózg nadal pracuje przeciwko nam.

Drugiego wieczoru po porwaniu kobiet z MetroHartford wpadł do mnie Sampson. Dochodziła jedenasta i przed chwilą wróciłem do domu. Wziąłem kilka zimnych piw i wyszliśmy na werandę.

– Miałem nadzieję zobaczyć dziś małego księcia – powiedział Sampson, kiedy usiedliśmy.

Podzieliłem się z nim najnowszymi wieściami. W każdym razie częścią.

– Będzie z nami mieszkał.

John wyszczerzył wielkie, białe zęby. Przypominały klawisze fortepianu.

– Wspaniała wiadomość, stary. Domyślam się, że Christine też.

Pokręciłem głową.

– Nie. Ciągle nie może się otrząsnąć po tym, co jej zrobił Geoffrey Shafer. Boi się o siebie i o nas. Nie chce mnie więcej widzieć. Między nami wszystko skończone.

Sampson przyjrzał mi się.

– Przecież było wam dobrze razem. Nie łapię, o co chodzi, stary.

– Ja też nie. Już od miesięcy. Zaproponowałem, że rzucę pracę w policji i pewnie tak bym zrobił. Ale powiedziała, że to nie ma znaczenia.

Popatrzyłem przyjacielowi w oczy.

– Straciłem ją, John. Próbuję z tym żyć, ale jestem załamany.

Rozdział 68

Późną nocą odezwał się mój pager. Sampson.

– Burdel nie z tej ziemi, Alex. Mówię poważnie.

– Gdzie jesteś? – zapytałem.

– W East Capitol Dwellings. Z Rakeemem Powellem. Jeden z jego kapusiów dał nam cynk. Chyba namierzyliśmy Mitchella Branda.

– I w czym problem?

– Rakeem zadzwonił do swojego porucznika, a tamten do szefa. Pittman ściągnął tu połowę waszyngtońskich gliniarzy.

Wkurzyłem się.

– To moje śledztwo, do cholery! Pittman mógł mnie zawiadomić.

– Dlatego dzwonię, stary. Lepiej rusz dupę.

Spotkałem się z Sampsonem przy osiedlu East Capitol. Według kapusia, tu zamelinował się Brand. Słyszałem, że blokowisko nazywają „subsydiowanym magazynem ludzkim”. Rzeczywiście, przypomina ciężkie więzienie. Budynki o wyglądzie bunkrów otaczają białe, zimne mury z żużlobetonu. Przygnębiający, ale dość typowy widok w Southeast. Mieszkający tu biedacy starają się jak mogą, żeby jakoś żyć w tych warunkach.

– To się wymknęło spod kontroli, Alex – zaczął narzekać Sampson, kiedy stanęliśmy obok siebie na skrawku brudnej ziemi między budynkami. – Za dużo spluw naraz. Gdzie kucharek sześć… sam wiesz. Szef detektywów znów się wygłupia.

Rozejrzałem się, pokręciłem głową i zakląłem. Cholerne zoo. Zauważyłem jednostkę specjalną SWAT, detektywów z wydziału zabójstw. I jak zwykle gapiów z sąsiedztwa. Czy Mitchell Brand mógł być Supermózgiem?

Szybko włożyłem kevlarową kamizelkę kuloodporną i sprawdziłem glocka. Potem poszedłem pogadać z szefem detektywów. Przypomniałem Pittmanowi, że to moje śledztwo, i nie mógł zaprzeczyć. Ale wyraźnie zaskoczył go mój widok.

– Przejmuję sprawę – oświadczyłem.

– Tylko nic nie spieprz. Mamy Branda na widelcu – warknął i odszedł.

Rozdział 69

Zaraz po mnie przyjechał starszy agent James Walsh. Betsey Cavalierre nie pokazała się. Podszedłem do niego. Zaprzyjaźniliśmy się w ciągu ostatnich kilku tygodni, ale dziś był jakiś sztywny. Nie podobało mu się to, co tu zastał. Jego także za późno zawiadomili.

– A gdzie starsza agentka Cavalierre? – zapytałem.

– Wzięła kilka wolnych dni. Chyba pojechała do koleżanki w Marylandzie. Znasz tego Mitchella Branda?

– Wiem o nim wystarczająco wiele. Jeśli siedzi na górze, pewnie jest uzbrojony po zęby. Ma nową przyjaciółkę, Theresę Lopez. Z tego osiedla. Samotna matka z trójką dzieci. Znam ją z widzenia.

– Bomba – westchnął Walsh. Pokręcił głową i przewrócił oczami. – Trójka dzieci, ich mamusia i uzbrojony facet podejrzany o napady na banki.

– Właśnie. Witamy w Waszyngtonie, agencie Walsh. Brand mógł brać udział w porwaniu kobiet z MetroHartford. Może być Supermózgiem. Musimy go dostać.

Spotkałem się z drużyną szturmową w punkcie obserwacyjnym w pobliskim budynku. Na co dzień używali tutaj mieszkania detektywi z wydziału narkotyków przydzieleni do osiedla. Byłem tu kilka razy. To moja okolica.

Mieliśmy wejść w ośmiu na szóste piętro i zgarnąć Branda. Ośmiu to aż za dużo do takiej roboty. Ale w kupie bezpieczniej.

Kiedy drużyna wkładała kamizelki kuloodporne i sprawdzała broń, wyjrzałem przez okno. Ulice zalewał żółty blask lamp sodowych. Co za cholerna dzielnica. Mimo obecności policjantów, handel prochami kwitł. Nic nie mogło tego powstrzymać. Przyglądałem się naganiaczom i czujkom na pobliskim rogu. Sprzedawali kokę. Szybkim krokiem, ze zwieszoną głową podszedł miejscowy ćpun. Znajomy widok. Odwróciłem się, jakbym niczego nie zauważył.

– Chcemy zgarnąć Branda – powiedziałem do drużyny – żeby go przesłuchać w sprawie skoku na bank First Union w Falls Church. Może nas doprowadzić do tego, kto zorganizował wszystkie napady. Jak dotąd, to nasz najlepszy podejrzany. Możliwe, że on sam jest Supermózgiem.

– O ile wiemy – ciągnąłem – siedzi teraz u swojej nowej dziewczyny. Detektyw Sampson puści w obieg standardowy rozkład tego typu mieszkania. Oprócz Branda może tam być jego przyjaciółka z trójką dzieci w wieku od dwóch do sześciu lat.

Odwróciłem się do Walsha. Dwaj z jego agentów weszli w skład drużyny szturmowej. Nie miał nic do dodania. Poinstruował tylko swoich ludzi:

– Policja waszyngtońska wchodzi pierwsza do mieszkania. My czekamy w korytarzu jako wsparcie. To tyle.

– Idziemy – powiedziałem. – Bądźcie bardzo ostrożni. Brand jest niebezpieczny i na pewno dobrze uzbrojony.

– Służył w siłach specjalnych – dorzucił Sampson. – To jak zbieranie bitej śmietany z gówna.

Rozdział 70

„Uzbrojony i niebezpieczny”. To dość oklepane określenie sygnalizuje jednak policjantom rzeczywiste fakty, z którymi muszą się liczyć.

Weszliśmy gęsiego do brudnej, słabo oświetlonej piwnicy budynku numer trzy, potem ruszyliśmy szybko schodami w górę. Na klatce widać było ślady pożaru. Na podłodze, ścianach i metalowej poręczy zostały plamy sadzy. Czy tutaj ukrywał się Supermózg? Był czarny? FBI wydawało się to nie do pomyślenia. Niby dlaczego?

Na czwartym piętrze zaskoczyliśmy dwóch ćpunów. Akurat przypalali skręta. Na widok naszej broni zamarli z wytrzeszczonymi oczami. Bali się ruszyć.

– Nikomu nic nie zrobiliśmy – wychrypiał w końcu jeden. Wyglądał na czterdziestkę, ale pewnie nie miał więcej niż dwadzieścia lat. Wycelowałem w nich palec.

– Ani słowa – ostrzegłem.

Musieli pomyśleć, że przyszliśmy po nich. Nie mogli uwierzyć, że idziemy dalej. Usłyszałem za sobą Sampsona.

– Spierdalajcie stąd. Ostatni raz macie taki fart.

Przez cienkie ściany docierały do nas krzyki dzieci, płacz niemowląt, głosy z telewizorów, jazz, hip-hop i salsa. Ścisnęło mnie w żołądku. Atak na Branda w budynku pełnym ludzi mógł się źle skończyć. Ale wszyscy chcieli, żeby śledztwo ruszyło do przodu. A facet był doskonałym podejrzanym.

Sampson dotknął mojego ramienia.

– Ja i Rakeem wejdziemy pierwsi. Ty za nami, stary. I bez dyskusji.

Zmarszczyłem brwi, ale zgodziłem się. Sampson i Rakeem Powell strzelali najlepiej z nas. Byli ostrożni, sprytni i doświadczeni. Ale mieli trudne zadanie. „Uzbrojony i niebezpieczny”. Wszystko mogło się zdarzyć.

Odwróciłem się do detektywa, który trzymał oburącz ciężki, metalowy taran, przypominający małą rakietę z tępym końcem.

– Wywalisz drzwi bez uprzedzenia. Nie musisz najpierw pukać.

Spojrzałem na spiętych funkcjonariuszy za mną i uniosłem pięść.

– Wchodzimy na cztery. Pokazałem na palcach: raz… dwa… trzy!

Potężne uderzenie w drzwi wyłamało zamki. Wpadliśmy do środka. Sampson i Powell krok przede mną. Na razie bez strzału.

– Mama! – wrzasnęło jedno z przestraszonych dzieci. Natychmiast przypomniałem sobie ofiary Supermózga. Nie chcieliśmy rozlewu krwi.

„Uzbrojony i niebezpieczny”.

Dwoje maluchów oglądało w telewizji South Park. Gdzie jest Mitchell Brand? I gdzie Theresa Lopez? Może nie ma ich w domu. W takim środowisku zdarza się, że dzieci siedzą same przez kilka dni.

Sypialnia na wprost nas była zamknięta. Gdzieś w mieszkaniu grała muzyka. Jeśli Brand się tu zamelinował, to nie dbał zbytnio o swoje bezpieczeństwo. Nie podobało mi się to.

Pchnąłem drzwi sypialni i zajrzałem do środka. Serce mi waliło. Przykucnąłem w pozycji strzeleckiej. Trzecie dziecko bawiło się na podłodze pluszowym misiem.

– Niebieski Niedźwiadek – powiedziało do mnie.

Przytaknąłem szeptem i szybko wycofałem się do holu. Sampson otworzył kopniakiem następne drzwi. Druga sypialnia! Na planie była tylko jedna! Dostaliśmy rozkład nie tego mieszkania!

Nagle w holu pojawił się Mitchell Brand. Wlókł za sobą Theresę Lopez. Przyciskał jej do skroni lufę czterdziestki piątki. Ładna, ciemnoskóra kobieta trzęsła się z przerażenia. Oboje byli nadzy. Brand miał tylko złote łańcuchy na grubej szyi, nadgarstkach i lewej kostce.

– Rzuć broń, Brand! – zawołałem. – Wiesz, że stąd nie wyjdziesz. Chyba jesteś na tyle inteligentny? Rzuć broń!

– Z drogi! – wrzasnął. – Jestem na tyle inteligentny, żeby najpierw wpakować ci kulę w czoło!

Nie ruszyłem się z miejsca. Sampson i Powell zajęli stanowiska na prawo i lewo ode mnie.

– Bank First Union w Falls Church to twoja robota? – zapytałem. – Jeśli nie, nic ci nie grozi. Odłóż broń.

– To nie ja! – krzyknął. – Cały tydzień byłem w Nowym Jorku! Na ślubie siostry Theresy. Ktoś mnie w to wrabia!

Theresa Lopez zaczęła spazmatycznie łkać. Dzieci płakały i wołały ją. Detektywi i agenci FBI trzymali je w bezpiecznym miejscu.

– Był na weselu mojej siostry! – zawołała Lopez. Patrzyła błagalnie w moją stronę. – Ze mną!

– Mamusiu! Mamusiu! – płakały dzieci.

– Odłóż broń, Brand. Ubierz się. Musimy pogadać. Wierzę, że byłeś na weselu. Ale odłóż broń.

Czułem, że mam koszulę mokrą od potu. Jedno z dzieci znów kręciło się za Brandem i Lopez. Na linii ognia! Modliłem się, żebym nie musiał strzelać.

Brand wolno opuścił pistolet i pocałował Theresę w głowę.

– Przepraszam, kochanie – szepnął do niej.

Już wcześniej zacząłem myśleć, że to pomyłka. Czułem to. Kiedy opuścił broń, wiedziałem już na pewno. Może rzeczywiście ktoś go wrobił. Straciliśmy masę czasu i środków, żeby go zgarnąć. Od wielu dni szliśmy fałszywym tropem.

Poczułem na karku zimny oddech Supermózga.

Rozdział 71

Wróciłem do domu bardzo późno. Nie podobało mi się mnóstwo rzeczy: to, że za dużo pracuję, rozstanie z Christine, aresztowanie Mitchella Branda.

Musiałem się odprężyć, więc siadłem do pianina. Grałem Gershwina i Cole’a Portera, dopóki oczy nie zaczęły mi się kleić. Wdrapałem się na górę. Zasnąłem, gdy tylko przyłożyłem głowę do poduszki.

Około siódmej trzydzieści zjadłem śniadanie z babcią i Damonem. Nadszedł wielki dzień dla naszej rodziny. Nawet nie wybierałem się do pracy. Miałem coś lepszego do roboty.

Wyszliśmy z domu o ósmej trzydzieści. Pojechaliśmy do szpitala po Jannie.

Czekała na nas w swojej sali, już spakowana. Miała na sobie dżinsy i T-shirt z napisem „Dbajmy o Ziemię”. Babcia przywiozła jej ubranie poprzedniego dnia. Ale oczywiście Jannie poinstruowała ją przedtem dokładnie, co ma przywieźć.

– Chodźmy, chodźmy – zaczęła nas ponaglać, chichocząc, ledwo weszliśmy. – Nie mogę się doczekać tej chwili, kiedy będę w domu. Szybko. Tu są moje rzeczy.

Wepchnęła Damonowi różową walizeczkę „Amerykański turysta”. Przewrócił oczami, ale wziął bagaż.

– Długo jeszcze będziesz wymagała takiego specjalnego traktowania? – zapytał.

– Do końca twojego życia – odpowiedziała bratu. – Może nawet dłużej.

Dała mu lekcję, jak mężczyźni powinni się zachowywać wobec kobiet.

Nagle się przestraszyła.

– Chyba mogę już stąd wyjść? Prawda?

Uśmiechnąłem się.

– Oczywiście. Tyle, że nie wyjść, a wyjechać. Takie są przepisy szpitalne.

Jannie straciła humor.

– Na wózku?! Wspaniałe wyjście, nie ma co.

Schyliłem się i podniosłem ją.

– Tak, na wózku. Ale teraz jesteś w ubraniu i pięknie wyglądasz, księżniczko.

Zatrzymaliśmy się przy dyżurce. Jannie pożegnała się i wyściskała z pielęgniarkami. Potem wreszcie wyszliśmy ze szpitala.

Była zdrowa. Testy usuniętego nowotworu wykazały, że należał do łagodnych. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem takiej ulgi. Jeśli kiedykolwiek w przeszłości zdarzyło się, bym zapomniał, ile Jannie dla mnie znaczy – w co bardzo wątpiłem, po tym wszystkim na pewno nie mogłoby się to powtórzyć. Jannie, Damon i malutki Alex byli dla mnie wszystkim.

Jazda do domu zajęła nam niecałe dziesięć minut. Jannie wierciła się w samochodzie jak mały piesek. Wychylała głowę przez okno, chłonęła widoki i wdychała zadymione, miejskie powietrze, które, jej zdaniem, było absolutnie cudowne.

Kiedy zaparkowałem samochód, wysiadła wolno, niemal z szacunkiem. Popatrzyła na nasz stary dom jak na katedrę Notre Dame. Obróciła się o trzysta sześćdziesiąt stopni, obejrzała okolicę na Piątej ulicy i z aprobatą skinęła głową.

– Nie ma jak w domu – szepnęła w końcu. – Zupełnie jak w Czarnoksiężniku z krainy Oz.

Odwróciła się do mnie.

– Nawet zdjąłeś z drzewa latawiec z Batmanem i Robinem. Chwalmy Pana.

Uśmiechnąłem się szeroko i poczułem, że stało się ze mną coś dobrego. Wiedziałem, co: przestałem się bać, że ją stracę.

– Właściwie to babcia się tam wdrapała – odrzekłem.

Babcia zamachnęła się na mnie ze śmiechem.

– Przestań zmyślać.

Za progiem Jannie natychmiast złapała kotkę Rosie. Przytuliła ją do twarzy i kotka polizała jej policzek. Potem zatańczyły jak w dniu chrztu małego Aleksa.

– Fiołki są niebieskie, róże są czerwone – zaśpiewała cicho Jannie. – Kocham mą rodzinkę i nasz stary domek.

Patrzyłem na to z przyjemnością.

Masz rację, Jannie Cross, pomyślałem. Nie ma jak w domu. Może dlatego tak ciężko pracuję, żeby go chronić.

Ale może po prostu usprawiedliwiałem się przed samym sobą i zawsze będę.

Rozdział 72

Następnego ranka pojechałem do biura terenowego FBI. Na całym piętrze szumiały faksy, dzwoniły telefony, pracowały komputery. Pełno energii, dobrej i złej. Było już jasne, że Mitchell Brand to nie nasz facet i że może nawet ktoś go wrobił.

Betsey Cavalierre wróciła z wolnego weekendu. Opaliła się, uśmiechała i wyglądała na wypoczętą. Zastanawiałem się przez chwilę, gdzie była, ale zaraz wciągnęła mnie robota.

Nafaszerowany najnowszą techniką „gabinet wojenny” Biura nadal działał, ale teraz wszystkie możliwe tropy pokrywały już trzy spośród czterech ścian. FBI uważało, że trzeba zbadać wszystkie. Dyrektor sprawdził w archiwum, że było to największe polowanie w historii Biura. Wielkie korporacje naciskały. To samo się działo na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy Unabomber zabił nowojorskiego biznesmena.

Większość dnia spędziłem w dusznej sali konferencyjnej bez okien. Razem z kilkoma agentami i detektywami oglądaliśmy niekończące się slajdy.

Na dużym ekranie pojawiali się kolejni podejrzani. Potem dyskutowaliśmy o nich i dzieliliśmy ich na kategorie: wyłączony, czynny, bardzo aktywny.

O szóstej wieczorem starszy agent Walsh zwołał naradę. Podejrzewał, że bandyci wkrótce znów uderzą. Betsey Cavalierre spóźniła się na zebranie. Usiadła z tyłu i przyjęła rolę obserwatora.

Dwoje psychologów behawioralnych z FBI opracowało listę następnych potencjalnych ofiar Supermózga: banków międzynarodowych, dużych towarzystw ubezpieczeniowych, firm wydających karty kredytowe, konglomeratów komunikacyjnych i firm z Wall Street.

Doktor psychologii Joanna Rodman powiedziała, że jeszcze nie spotkała się z taką zajadłością i nienawiścią, jak przy ostatnich rabunkach. Uważała, że sprawcom sprawia przyjemność przechytrzanie władz i prawdopodobnie szukają sławy i rozgłosu.

Zakończyła w sposób mocno prowokujący. Była przekonana, że Supermózg znów zaatakuje.

– Mogę się założyć, że uderzy raz jeszcze – oświadczyła. – Choć nie jestem typem hazardzistki.

Przez dłuższy czas nie odzywałem się w ogóle. Wolałem siedzieć cicho i słuchać. W ten sposób postępowałem na studiach, najpierw na Uniwersytecie Georgetown, a potem na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa.

Agentka Cavalierre zachowywała się zupełnie inaczej.

– A co pan o tym sądzi, doktorze Cross? – zapytała natychmiast po przemowie doktor Joanny Rodman. – Pan też mógłby się założyć, że Supermózg znów zaatakuje?

Potarłem brodę i przypomniałem sobie, że taki sam odruch miałem na studiach.

– Ja też nie jestem hazardzistą. Przekonuje mnie lista jego potencjalnych celów. Zgadzam się z większością tego, co tu usłyszałem. Za wszystkim stoi jeden człowiek. Werbuje różne grupy do poszczególnych zadań.

Spojrzałem na Betsey z trochę niezadowoloną miną i mówiłem dalej.

– Uważam, że pierwsze morderstwa miały wszystkich zastraszyć. I tak się stało. Ale przy porwaniu kobiet z MetroHartford bandyci działali szybko i skutecznie bez rozlewu krwi. Nie widzę tu zajadłości ani nienawiści. Zakładniczki też o niczym takim nie wspominały. To było zupełnie co innego niż wcześniejsze napady na banki. Nikt nie zginął i dlatego podejrzewam, że… to koniec tej sprawy. Nic więcej się nie wydarzy.

– Co?! – zdumiała się Betsey. – Trzydzieści milionów i do widzenia?

Przytaknąłem.

– Wydaje mi się, że teraz Supermózg gra z nami w inną grę: „Złapcie mnie, jeśli potraficie”. A nie potrafimy.

Rozdział 73

Betsey Cavalierre podeszła do mnie zaraz po naradzie.

– Nie chcę ci się podlizywać, ale zgadzam się z tobą – powiedziała. – On chyba rzeczywiście w coś z nami gra. Może nawet wystawił nam Mitchella Branda.

– Możliwe – przyznałem. – Pozornie to wszystko jest bez sensu. Ale facet ma niezwykle wysokie mniemanie o sobie i lubi współzawodnictwo. I na razie tylko tyle o nim wiemy.

– Zrelaksujmy się dzisiaj trochę, Alex. Chodźmy się napić. Chcę z tobą pogadać. Obiecuję, że nie będę ględzić o Supermózgu.

Przygryzłem wargi.

– Muszę wracać do domu, Betsey. Wczoraj odebrałem ze szpitala moją małą Jannie. Przepraszam, że odmawiam ci drugi raz. Nie myśl, że cię unikam.

Uśmiechnęła się uprzejmie.

– Rozumiem cię. Nie ma sprawy. To ten mój szósty zmysł. Ciągle mi podpowiada, że potrzebujesz z kimś pogadać. Wracaj do domu. Ja mam tu jeszcze co robić. Aha, jutro lecimy do Hartford. Chcemy przesłuchać byłych i obecnych pracowników MetroHartford. Powinieneś polecieć z nami. To ważne. Startujemy około ósmej z lotniska Bolling.

– Dobrze, przyjadę. Jakoś dopadniemy Supermózga. Jeśli wystawił nam Mitchella Branda, popełnił pierwszy błąd. To znaczy, że ryzykuje, chociaż nie musi.

Pojechałem do domu i zjadłem z rodziną fantastyczną kolację. Tego wieczoru na pewno najlepszą w Waszyngtonie. Babcia upiekła indyka. Robi to co kilka miesięcy. Mówi, że prawidłowo przyrządzony indyk jest za dobry, żeby jeść go tylko dwa razy do roku, w Boże Narodzenie i Święto Dziękczynienia.

– Widziałeś to, Alex? – zapytała i wręczyła mi wycinek z „Washington Post”. Rada Praw Dziecka opublikowała listę najlepszych i najgorszych miejsc do wychowywania dzieci. Waszyngton był na samym końcu.

– Widziałem – odparłem. Nie mogłem się powstrzymać od drobnej uwagi. – Teraz wiesz, dlaczego zarywam tyle nocy. Próbuję zrobić porządek w naszej stolicy.

Babcia spojrzała mi prosto w oczy.

– I nie wychodzi ci to, chłopcze – powiedziała.

Cóż za ironia losu. W tym dniu tygodnia zawsze mieliśmy wieczorem lekcję boksu. Jannie nalegała, żebym zszedł z Damonem na dół, a ona będzie tylko patrzeć. Damon miał gotową odzywkę na tę okazję.

– Chcesz, żebym też wylądował w szpitalu.

– Błąd – odparowała Jannie. – Poza tym, doktor Petito powiedział, że lekcje boksu i twój cios nie miały nic wspólnego z moim nowotworem. Nie przeceniaj się. Damo. Nie jesteś Muhammadem Ali.

Więc zeszliśmy do piwnicy i skoncentrowaliśmy się na podstawach, czyli pracy nóg. Pokazałem nawet dzieciom, jak Ali wykołował Sonny Listona w pierwszych dwóch walkach w Miami i Lewiston w Maine, a potem w ten sam sposób Floyda Pattersona, który wyśmiewał go przez kilka miesięcy przed walką.

– To lekcja boksu czy historii starożytnej? – zapytał w końcu Damon z lekką nutą pretensji w głosie.

– Dwa w jednym! – zawołała zachwycona Jannie. – Boks i historia razem. Ekstra!

Znów była sobą.

Kiedy dzieci poszły spać, zadzwoniłem do Christine. Znów usłyszałem tylko automatyczną sekretarkę; nie podnosiła słuchawki. Poczułem się, jakbym dostał nożem między żebra. Wiedziałem, że moje życie musi toczyć się dalej, ale ciągle miałem nadzieję, że namówię ją do zmiany decyzji. Ale jak to było możliwe, skoro nie chciała ze mną rozmawiać? Nie pozwalała mi nawet mówić do małego Aleksa. Strasznie za nim tęskniłem.

Skończyłem przy pianinie. Przypomniało mi to, że galaretka jest potrawą, która lubi przywierać do białego chleba, dziecięcych buzi i klawiszy.

Wytarłem je starannie, potem, chcąc poprawić nastrój, grałem Bacha i Mozarta. Nie pomogło.

Rozdział 74

Następnego ranka przyjechałem do wojskowej bazy lotniczej Bolling w Anacostii za dziesięć ósma. Betsey Cavalierre, James Walsh i dwaj inni agenci zjawili się punkt ósma. Behawiorystka z Quantico, doktor Joanna Rodman, spóźniła się kilka minut. Odlecieliśmy czarnym, lśniącym helikopterem bell. Wyglądał bardzo oficjalnie. Rozpoczęliśmy polowanie na Supermózga. Miałem nadzieję, że on nie poluje na nas.

O dziewiątej trzydzieści wylądowaliśmy w śródmiejskiej centrali MetroHartford. Po wejściu do budynku odniosłem wrażenie, że celowo zaprojektowano go tak, żeby wzbudzał zaufanie, może nawet zachwyt. Bardzo wysoki hol, wszędzie szkło, posadzka jak czarne lustro, na ścianach ogromne dzieła sztuki nowoczesnej. Co innego biura. Wielkie, duszne sale na każdym piętrze, podzielone niskimi ściankami na mnóstwo klitek. Musiał to wymyślić początkujący architekt albo któryś z pracowników firmy. Wywołaliśmy lekkie zamieszanie w małych boksach. FBI przysłało tu wcześniej swoich ludzi, ale dziś przyjechali ważniaki.

Przesłuchałem dwadzieścia osiem osób. Niewiele z nich miało poczucie humoru. Jakby dewizą MetroHartford było „Z czego tu się śmiać?” Większość nie lubiła ryzyka. Kilka razy usłyszałem, że „ostrożności nigdy za wiele”.

Najbardziej intrygująca okazała się ostatnia rozmowa. Kobieta nazywała się Hildie Rader. Umierałem z nudów, ale jej pierwsze zdanie ożywiło mnie natychmiast.

– Chyba spotkałam jednego z porywaczy. Tutaj, w centrum Hartford. Był tak blisko mnie, jak pan teraz.

Rozdział 75

Starałem się nie okazywać mego zaskoczenia.

– A dlaczego nikomu pani o tym nie powiedziała? – zapytałem.

– Zadzwoniłam pod numer „gorącej linii”, którą założyła firma. Rozmawiali ze mną jacyś idioci. Nikt nie potraktował mnie poważnie.

– Zamieniam się w słuch, Hildie – oznajmiłem.

Hildie Rader była dużą kobietą o ładnym, szczerym uśmiechu. Miała czterdzieści dwa lata i kiedyś pracowała tu jako sekretarka. Już nie była zatrudniona w MetroHartford i może dlatego nikt jej jeszcze nie przesłuchał. Zwolnili ją z firmy dwa razy. Najpierw podczas jednej z okresowych redukcji personelu. Po dwóch latach przyjęli ją z powrotem. Ale trzy miesiące temu dostała wymówienie z powodu „złej chemii” z szefem, jak to określiła. Jej dyrektor nazywał się Louis Fincher i jego żona znalazła się w porwanym autokarze.

– Niech pani opowie o tym mężczyźnie, którego pani spotkała – zachęciłem, kiedy skończyła mówić.

Przyjrzała mi się podejrzliwie.

– A dostanę za to jakieś pieniądze? Wie pan, jestem bez pracy.

– Firma wyznaczyła nagrodę za informacje o porywaczach.

Roześmiała się i pokręciła głową.

– To długo potrwa. A poza tym, czy można im ufać?

Nie mogłem zaprzeczyć temu, co powiedziała. Czekałem, aż pozbiera myśli. Wyczułem, że zastanawia się, ile mi powiedzieć.

– Poznałam go w barze Toma Quinna. To na Asylum Street obok Pavilion i Old State House. Pogadaliśmy i facet mi się spodobał. Ale trochę za bardzo mnie czarował i zrobiłam się ostrożna. Z takimi zwykle są kłopoty. Zdarzają się żonaci i zboczeńcy. Wyglądał na zadowolonego, ale skończyło się na niczym. Wie pan, co mam na myśli. Wyszedł pierwszy. Kilka wieczorów później znów go tam spotkałam! Tylko tym razem wszystko było inaczej. Barmanka to moja dobra przyjaciółka. Powiedziała mi, że ten facet pytał ją o mnie kilka dni przed naszym pierwszym spotkaniem. Znał moje nazwisko i wiedział, że pracowałam w MetroHartford. Więc z czystej ciekawości zaczęłam z nim rozmawiać drugi raz.

– Nie bała się go pani? – zapytałem.

– U Toma Quinna nic mi nie groziło. Wszyscy mnie tam znają i w razie potrzeby natychmiast by mi pomogli. Chciałam się dowiedzieć, o co temu facetowi chodzi, do cholery? I szybko zrozumiałam. Bardziej interesowało go MetroHartford niż ja. Głównie dyrekcja. Kto jest najbardziej wymagający, kto naprawdę rządzi. I ich rodziny. Wypytywał zwłaszcza o Finchera i Doonera. A potem wyszedł pierwszy, jak poprzednio.

Skończyłem notować i skinąłem głową.

– Później już go pani nie widziała?

Hildie Rader pokręciła głową i zmrużyła oczy.

– Nie, ale słyszałam o nim. Przyjaźnię się z Liz Becton. Jest jedną z sekretarek prezesa Doonera. To on rządzi w MetroHartford.

Widziałem go w akcji i zgadzałem się z Hildie. Był najważniejszy w firmie.

– Ciekawa sprawa – ciągnęła Hildie. – Liz spotkała faceta, który wyglądał jak ten mój z baru Quinna. Bo to był ten sam facet. Siedział obok niej w kawiarni Bordersów na Main Street. Zagadywał ją przy kawie, czy co tam piła. Niech pan zgadnie, kto go interesował? Dyrekcja MetroHartford! To musiał być jeden z porywaczy, no nie?

Rozdział 76

W ciągu długiego dnia dowiedziałem się, że prawie siedemdziesiąt tysięcy osób w rejonie Hartford pracuje w ubezpieczeniach. Nie tylko w MetroHartford, Aetnie, Travelers, MassMutual, Phoenix Home Life i United Health Care. Wszystkie inne towarzystwa też mają tam centrale. Przybywało nam pomocników i podejrzanych. Supermózg mógł być w przeszłości związany z którąś z tych firm.

Po pracy poszedłem do pobliskiego hotelu Marriott, żeby wymienić spostrzeżenia z resztą grupy. Według zeznań Hildie Rader, jeden z porywaczy był zapewne w Hartford tydzień przed uprowadzeniem autokaru.

– Jutro rano przesłuchamy obie – powiedziała Betsey. – Rader i Becton. Opiszą nam faceta i zrobimy portret pamięciowy. Pokażemy go w centralach towarzystw ubezpieczeniowych. I muszą nam przysłać z Waszyngtonu rysopisy, które już mamy. Zobaczymy, czy pasują do siebie.

Potem uśmiechnęła się.

– Coś się zaczyna dziać. Może tamci nie są wcale tacy sprytni.

Około ósmej trzydzieści wieczorem wyszedłem z apartamentu hotelowego, by zadzwonić do dzieci, zanim pójdą spać. Telefon odebrała babcia. Jeszcze nie zdążyłem się odezwać, a już wiedziała, że to ja.

– W domu wszystko w porządku, Alex. Dajemy sobie radę bez ciebie. Straciłeś wspaniałą kolację. Duszoną wołowinę. Postanowiłam zrobić twoje ulubione danie, jak tylko się dowiedziałam, że cię nie będzie.

Przewróciłem oczami. Nie mogłem w to uwierzyć.

– Naprawdę jedliście duszoną wołowinę?!

Chichotała dobre pół minuty.

– Oczywiście, że nie. Żartuję. Ale zjedliśmy żeberka.

Roześmiała się jeszcze głośniej. To moje drugie ulubione danie, a po kiepskiej kolacji hotelowej burczało mi w brzuchu.

– Naprawdę były kanapki z indykiem – przyznała się w końcu. – A na deser ciasto orzechowe. Jannie i Damon są obok mnie. Gramy w scrabble. Wygrywam oszczędności ich całego życia.

Jannie zabrała jej słuchawkę.

– Babcia wygrywa tylko marnymi dwunastoma punktami, a już zrobiła swój ruch. Wszystko w porządku, tatusiu? – zapytała macierzyńskim tonem.

– Oczywiście – odparłem. – Czy mogłoby być inaczej? Jak się czujesz?

Poprawił mi się nastrój. Babcia mnie rozbawiła.

Jannie zachichotała.

– Super. Damon jest zaskakująco miły. Dowiedział się w szkole, co miałam zadane i już wszystko odrobiłam. No, biorę się poważnie za grę. Muszę wyjść na prowadzenie. Tęsknimy za tobą, tatusiu. Nie daj sobie zrobić krzywdy. Ani się waż.

Poczułem się jak pijany, ale powlokłem się z powrotem, żeby dokończyć sesję roboczą z agentami FBI. „Nie daj sobie zrobić krzywdy” – myślałem, idąc długim korytarzem. Jannie zaczynała mówić jak Christine. „Ani się waż”.

Rozdział 77

Kiedy zapukałem do pokoju Betsey, myślami byłem gdzie indziej. Otworzyła drzwi. Wyglądało na to, że jest sama; agenci już poszli. Zdążyła się przebrać w biały T-shirt i dżinsy. Była boso.

– Przepraszam, musiałem zadzwonić do domu – powiedziałem.

Uśmiechnęła się szeroko.

– Sami załatwiliśmy wszystko.

– Doskonale – odparłem. – Boże, błogosław FBI. Jesteście najlepsi. „Wierność, Męstwo, Prawość”.

– Znasz motto na naszym godle. Po prostu byliśmy wykończeni. Możemy teraz pójść na tego odkładanego drinka, jeśli chcesz. Nie masz już żadnej wymówki. Przeczytałam w windzie, że na dachu jest bar. A może wolisz muzeum sportu albo policji?

– Bar na dachu brzmi zachęcająco – odrzekłem. – Będziesz mogła pokazać mi stamtąd miasto.

Z baru rzeczywiście był doskonały widok na Hartford i okolice. Z naszego miejsca widziałem neonowe logo Aetny i Travelers, i drogę numer osiemdziesiąt cztery wijącą się na północny wschód w kierunku Massachusetts Tumpike.

Betsey poprosiła o kieliszek caberneta, ja zamówiłem piwo.

– Co słychać w domu? – zapytała, kiedy barman przyjął zamówienie.

Roześmiałem się.

– W domu mam teraz dwoje dzieci, każde jest wspaniałe, ale w naszym życiu następują różne zmiany.

– Ja mam pięcioro rodzeństwa. Jestem najstarsza i najbardziej rozpieszczona. Wiem wszystko o zmianach w rodzinie.

Uśmiechnęła się. Z przyjemnością zauważyłem, że jest rozluźniona. Ja też byłem.

– Które z nich faworyzujesz? – zapytała. – Któreś na pewno. Ale nie mów mi. Wiem, że się nie przyznasz. U nas ja byłam pupilką rodziców. Stąd wziął się wieczny problem mojego życia.

– Jaki problem? – zapytałem z uśmiechem. – Nie widzę żadnego problemu. Myślałem, że byłaś doskonała.

Betsey skubała z dłoni solone orzeszki. Spojrzała mi prosto w oczy.

– Syndrom perfekcjonistki. Nigdy nie byłam z siebie zadowolona. Wszystko, co robiłam, musiało być bez zarzutu. Żadnych błędów, żadnych potknięć.

Roześmiała się, potrafiła śmiać się z siebie samej. To mi się w niej podobało: nie była ważniaczką i jej podejście do życia wydawało się bardzo zdrowe.

– Ciągle dążysz do ideału? – zapytałem.

Odgarnęła włosy z oczu.

– I tak, i nie. W pracy tak. Jestem taaaka dobra w Biurze. Niezastąpiona. Jak to się mówi? „Ambicja tworzy więcej zaufanych niewolników niż potrzeba”. Ale muszę przyznać, że brakuje mi w życiu pewnej równowagi. Można to przedstawić obrazowo. Żonglujesz czterema kulami, czyli pracą, rodziną, przyjaciółmi i stanem ducha. Praca to gumowa kula. Jeśli upadnie, odbije się z powrotem. Pozostałe kule są szklane.

– Zdarzało mi się je upuszczać. Czasem odpryskują z nich tylko okruchy, kiedy indziej rozbijają się na kawałki.

– Otóż to.

Barman podał nam drinki. Pociągnęliśmy nerwowo po łyku. Śmieszna sprawa. Oboje wiedzieliśmy, co się dzieje, choć nie wiedzieliśmy, jak to się skończy, i czy to dobrze, czy źle. Betsey miała w sobie dużo więcej ciepła, niż się spodziewałem. I umiała słuchać.

– Założę się – powiedziała – że w rzeczywistości utrzymujesz równowagę między pracą, rodziną i przyjaciółmi. Twój stan ducha też wydaje się w porządku.

– Ostatnio praca nie bardzo mi wychodzi. A na stan ducha ty też chyba nie narzekasz. Masz w sobie tyle zapału, pewność siebie. Ludzie cię lubią. Ale już to na pewno słyszałaś.

– Nie tak często, żebym nie chciała usłyszeć jeszcze raz.

Podniosła kieliszek.

– Za stan ducha i podwójne dożywocie dla naszego przyjaciela Superfiuta.

– Zwłaszcza za to drugie – odpowiedziałem i uniosłem piwo.

Betsey popatrzyła na światła miasta.

– Więc jesteśmy we wspaniałym Hartford – powiedziała.

Przyglądałem się jej przez chwilę. Byłem pewien, że tego chce.

– I co? – zapytałem.

Roześmiała się zaraźliwie. Miała piękny uśmiech. Pasował do jej ciemnych, błyszczących oczu.

– Co masz na myśli?

– Dobrze wiesz.

Śmiała się dalej.

– Muszę ci zadać to pytanie, Alex. Nie mam wyboru. Może być krępujące, ale trudno. Okay… Chcesz, żebyśmy poszli do mojego pokoju? Bo ja tak. Bez zobowiązań. Możesz mi wierzyć. Nie będę ci się później narzucać.

Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć, ale nie powiedziałem nie.

Rozdział 78

Wyszliśmy w milczeniu z baru. Czułem się trochę niepewnie, może nawet bardzo niepewnie.

– Lubię zobowiązania – powiedziałem w końcu. – Czasem lubię nawet, gdy ktoś się lekko narzuca.

– Wiem. Ale ten jeden raz po prostu daj się ponieść fali. To dobrze zrobi nam obojgu. Będzie przyjemnie.

W windzie po raz pierwszy pocałowaliśmy się. Czule i delikatnie. To było coś, co się pamięta. Taki powinien być pierwszy pocałunek. Betsey musiała stanąć na palcach, żeby dosięgnąć moich ust. Wiedziałem, że tego nie zapomnę.

Ledwo się rozdzieliliśmy, wybuchnęła śmiechem. Jak to ona.

– Przecież nie jestem aż taka niska! Mam prawie metr sześćdziesiąt trzy wzrostu. Dobrze całuję?

– Bardzo dobrze. Ale jesteś niska.

Czułem słodkomiętowy smak jej ust. Zastanawiałem się, kiedy zdążyła połknąć miętówkę. Była bardzo szybka. Miała miękką, gładką skórę i lśniące, ciemne włosy do ramion. Nie mogłem zaprzeczyć, że mi się podoba.

Ale co z tego, skoro wiedziałem, że dla mnie jest na to o wiele za wcześnie.

Winda otworzyła się na jej piętrze. Ogarnęło mnie niecierpliwe podniecenie i chyba strach. Nie miałem pojęcia, co z tym zrobić. Wiedziałem tylko, że lubię Betsey Cavalierre. Chciałem ją przytulić, poznać bliżej. Przekonać się, jak to jest być z nią. Co myśli, o czym marzy, co może za chwilę powiedzieć.

Powiedziała:

– Walsh!

Cofnęliśmy się szybko do windy. Waliło mi serce. Niech to szlag!

Odwróciła się do mnie i wybuchnęła śmiechem.

– Mam cię! Nikogo tam nie było. Nie bądź taki nerwowy. Choć ja też jestem spięta.

Oboje się roześmialiśmy. Było mi z nią dobrze, na pewno. I może to powinno na razie wystarczyć. Chciałem być przy niej, chciałem się śmiać wraz z nią.

W jej pokoju przytuliliśmy się do siebie. Miała ciepłe ciało. Delikatnie przesunąłem palcami w dół jej pleców. Westchnęła cicho. Gładziłem jej skórę. Zaczęła szybciej oddychać. Serce mi waliło.

– Nie mogę, Betsey – szepnąłem. – Jeszcze nie.

– Wiem – odpowiedziała cicho. – Po prostu trzymaj mnie tak. Jest przyjemnie. Opowiedz mi o niej. Możesz mi się zwierzyć.

Pewnie miała rację. Powinienem się jej zwierzyć i nawet chciałem.

– Jak powiedziałem, lubię się wiązać. Intymność to coś wspaniałego, ale uważam, że trzeba sobie na nią zasłużyć. Nazywa się Christine Johnson. Kochałem ją. Było nam dobrze. Zawsze pragnąłem z nią być.

Załamałem się. Nie chciałem tego, ale nagle zacząłem łkać. Płakałem i nie mogłem przestać. Trząsłem się, a Betsey przytulała mnie mocno.

– Przepraszam – wykrztusiłem w końcu.

– Nie ma za co – odrzekła. – Wszystko w porządku.

Odsunąłem się trochę i spojrzałem na nią. Miała łzy w oczach.

– Przytulmy się – powiedziała. – Oboje tego potrzebujemy.

Długo staliśmy, trzymając się w objęciach. Potem poszedłem do siebie.

Rozdział 79

Supermózg czuł się piekielnie pewny siebie i był szalenie podniecony. Jest w Hartford! Już się nikogo nie boi. Ani FBI, ani kogokolwiek innego związanego z tą sprawą.

Jak wykorzystać zwycięstwo? Co jeszcze wymyślić? Tylko to go obchodziło. Jak być coraz lepszym.

Miał plan na tę noc. Chodziło o sprytny i perwersyjny manewr. Nikt jeszcze nie wpadł na coś takiego. Wspaniały i oryginalny pomysł.

Włamał się do małego domku na przedmieściu Hartford. Wyciął szybę w drzwiach wejściowych, sięgnął do wewnętrznej klamki, przekręcił ją i… voila był w środku.

Przez moment rozkoszował się ciszą. Słyszał tylko świst wiatru w drzewach nad pobliskim stawem.

Trochę się bał, ale strach to naturalne, podniecające uczucie. Wspaniała chwila. Włożył maskę prezydenta Clintona – taką samą, jakiej użyto podczas pierwszego napadu na bank.

Ruszył cicho w stronę sypialni. Czuł się już prawie jak u siebie. Posiadanie to dziewięćdziesiąt dziewięć procent prawa do czegoś. Czy nie tak mówi stare porzekadło?

Chwila prawdy!

Ostrożnie otworzył drzwi. W pokoju pachniało drzewem sandałowym i jaśminem. Zaczekał w progu, aż wzrok oswoi się ze słabym światłem. Zmrużył oczy i rozejrzał się. Zobaczył ją!

Teraz! Ruszaj! Nie ma chwili do stracenia!

Rzucił się w stronę podwójnego łóżka i opadł całym ciężarem na śpiącą postać.

Stęknęła, potem wrzasnęła. Zakleił jej usta taśmą i przykuł kajdankami ręce do słupków łóżka.

Już po wszystkim. Szybko i skutecznie.

Ofiara próbowała krzyczeć i uwolnić się. Miała na sobie żółte, jedwabne majteczki, przyjemne w dotyku. Ściągnął je z niej i przyłożył sobie do twarzy. Potem potarł nimi zęby.

– Nie szarp się – nakazał. – Nie uciekniesz. Przestań się rzucać! To mnie denerwuje. Odpręż się. Nic ci się nie stanie. Zależy mi na tym, żeby nic ci się nie stało.

Dał jej kilka sekund na zrozumienie sensu tego, co powiedział.

Nachylił się tak nisko, że prawie stykali się twarzami.

– Wytłumaczę ci, po co tu przyszedłem. Co planuję. Wyjaśnię to bardzo jasno i dokładnie. Mam nadzieję, że nikomu o tym nie powiesz. Bo jeśli tak, wrócę tu równie łatwo, jak wszedłem dzisiaj. Nie przeszkodzą mi żadne zabezpieczenia, jakie zainstalujesz. Będę cię torturował, a potem zabiję. Ale najpierw zrobię ci coś o wiele gorszego.

Ofiara skinęła głową. Zrozumiała. Nareszcie. „Tortury” to magiczne słowo. Może powinni go częściej używać w szkołach?

– Obserwowałem cię od jakiegoś czasu. Doskonale się nadajesz. Jestem tego pewien. W takich sprawach zwykle się nie mylę. Mam rację na dziewięćdziesiąt dziewięć procent.

Ofiara znów się pogubiła. Poznał to po jej oczach. Światła zapalone, ale nikogo nie ma w domu.

– Mam taki pomysł. Spróbuję zrobić ci dzisiaj dziecko – wyjaśnił wreszcie Supermózg. – Tak, dobrze usłyszałaś. Chcę, żebyś miała dziecko. Znam twój rytm płodności i program antykoncepcyjny. Nie pytaj skąd; po prostu znam. Mówię poważnie, wierz mi.

– Jeśli pozbędziesz się dziecka, przyjdę po ciebie, Justine – ostrzegł. – Jeśli usuniesz ciążę, będę cię straszliwie torturował, a potem zabiję. Ale nie martw się, to będzie wyjątkowe dziecko. Warto je urodzić. Kochaj się ze mną, Justine.

Rozdział 80

Nazajutrz w południe okazało się, że w naszej sprawie nastąpił kolejny, nieoczekiwany i przerażający zwrot. Przesłuchiwałem personel MetroHartford, gdy nagle wpadła Betsey. Wywołała mnie na korytarz. Była blada na twarzy.

– O, nie – wykrztusiłem. – Co znowu?

– Alex, to nie do wiary! Cała się trzęsę. Posłuchaj, co się stało. W nocy na przedmieściu Hartford zgwałcono dwudziestopięcioletnią kobietę. W jej własnym domu. Napastnik powiedział jej, że chce, żeby miała z nim dziecko. Po jego wyjściu pojechała do szpitala i zawiadomiła policję. Był w masce Clintona. W takiej samej, jak ta z pierwszego napadu na bank. W dodatku nazywał siebie Supermózgiem.

– Ta kobieta nadal jest w szpitalu? Są z nią policjanci? – zapytałem.

Mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Rozważałem różne możliwości. To nie mógł być przypadek. Facet w masce Clintona na przedmieściu Hartford? Coś za blisko nas.

– Wróciła do domu – odpowiedziała Betsey – i właśnie znaleźli ją martwą. Ostrzegał ją, żeby nikomu nic nie mówiła i nie usuwała ciąży. Nie posłuchała go. Popełniła błąd. Otruł ją. Niech go szlag trafi, Alex!

Pojechaliśmy do domku kobiety. Znów przerażający widok. Leżała groteskowo poskręcana na podłodze w kuchni. Przypomniały mi się ciała Brianne i Errola Parkerów. Supermózg ukarał swoją ofiarę.

Technicy FBI już się krzątali na miejscu. Betsey i ja nie mieliśmy tam nic do roboty. Skurwiel przyjechał właśnie do Hartford, może jeszcze nadal tu był. Wyraźnie naigrawał się z nas.

Jeszcze nie prowadziłem takiego stresującego śledztwa. Kto stoi za tymi wszystkimi napadami i morderstwami? Dlaczego nie możemy go wytropić? Kim jest ten Supermózg, do cholery? Czy rzeczywiście był w Hartford w nocy i tego ranka? Po co tak ryzykuje?

Siedziałem w centrali MetroHartford prawie do siódmej wieczorem. Starałem się tego nie okazywać, ale miałem dosyć tej roboty. Przesłuchałem jeszcze kilka osób, potem poszedłem do biura personalnego poczytać listy z pogróżkami. Były ich całe sterty. Pisali je głównie rozżaleni i wściekli członkowie rodzin, którym odmówiono prawa do odszkodowania i ci, którzy uważali, że sprawy ciągną się zbyt długo. Przez godzinę rozmawiałem z szefową ochrony budynku, Jeny Mayer. Pracowała niezależnie od Steve’a Boldinga – on był tylko zewnętrznym konsultantem. Zaznajomiła mnie z procedurami sprawdzania poczty, gróźb podłożenia bomby, e-maili z pogróżkami i podejrzanych przesyłek, które mogłyby eksplodować.

– Byliśmy przygotowani na wszystko – powiedziała. – Tylko nie na to, co się stało.

Miałem ciężki dzień. Wciąż widziałem w wyobraźni otrutą kobietę. Supermózg chciał, żeby urodziła mu dziecko. Prawdopodobnie nie miał zatem dzieci. Pragnął mieć potomka, maleńki okruch nieśmiertelności.

Rozdział 81

Wróciłem do Waszyngtonu ostatnim wieczornym samolotem. Przyjechałem do domu kilka minut po jedenastej. W kuchni paliło się światło, na górze było ciemno. Dzieci widocznie już spały.

– To ja – oznajmiłem, uchylając skrzypiące drzwi kuchenne. Pomyślałem, że trzeba je nasmarować. Znów zaniedbałem naprawy domowe.

– Wyłapałeś wszystkich bandytów? – zapytała od stołu babcia. Przed nią leżała książka Kolor wody.

– Idziemy w dobrym kierunku. Przestępca popełnił w końcu kilka błędów. Za bardzo ryzykuje. Niedługo go złapiemy. Mam nadzieję. Ciekawa książka?

Chciałem zmienić temat. Byłem w domu, nie w pracy.

Wydęła wargi w lekkim uśmiechu.

– Mam nadzieję. Ładny opis sztormu. Ale nie rób uników. Siadaj i opowiadaj.

– A mogę mówić na stojąco? Chciałbym zrobić sobie coś do jedzenia.

Zmarszczyła brwi i pokręciła głową z niedowierzaniem.

– W samolocie nie dali ci kolacji?

– Owszem. Prażone orzeszki w miodzie i mały kubek coli. Menu pasowało do całego dnia. Dobry ten kurczak?

Przechyliła głowę na bok i przyjrzała mi się.

– Do niczego. Nigdy mi nie wychodzi. A jak myślisz? Oczywiście, że dobry! To dzieło sztuki kulinarnej.

Przestałem zaglądać do lodówki i odwróciłem się do niej.

– Przepraszam. Czy przypadkiem się nie kłócimy?

– Ależ skąd. Wiedziałbyś, gdyby tak było. Co słychać? Bo u mnie wszystko dobrze. A ty znów za ciężko pracujesz. Ale chyba ci to odpowiada, prawda? Pogromca Smoków ze swoim nieodłącznym mieczem.

Wyjąłem kurczaka z lodówki. Umierałem z głodu. Pewnie mógłbym go zjeść na zimno.

– Może to cholerne śledztwo wkrótce się skończy – powiedziałem.

– Ale będą następne. Któregoś dnia widziałam ładne zdanie: „Zawsze może być lepiej, a potem się umiera”. Co o tym myślisz?

Pokiwałem głową i westchnąłem.

– Ty też masz dosyć życia z detektywem z wydziału zabójstw? Nie mogę mieć o to pretensji.

Babcia skrzywiła się.

– Ależ nie. Wręcz przeciwnie. Bardzo to lubię. Ale rozumiem, dlaczego inni mogą tego nie lubić.

– Ja również. Zwłaszcza w takie dni, jak dziś. Nie podoba mi się to, co zaszło między mną i Christine. Jestem wściekły i przybity. Ale wiem, czego się bała. Ja także się tego boję.

Babcia wolno pokiwała głową.

– Nawet jeśli to nie może być Christine, potrzebujesz kogoś. Jannie i Damon też. To powinno być dla ciebie najważniejsze.

Wrzuciłem zimnego kurczaka i dodatki do rondla.

– Spędzam z dziećmi mnóstwo czasu. Ale popracuję nad tym.

– Jak, Alex? Zawsze pracujesz nad dochodzeniami. Ostatnio to wydaje się dla ciebie najważniejsze.

Zabolała mnie ta uwaga. Czyżby to było prawdą?

– Ostatnio popełniono serię brutalnych morderstw. Ale znajdę sobie kogoś. Chyba ktoś mnie zechce?

Babcia zachichotała.

– Może jakiś seryjny zabójca. Na pewno są tobą zainteresowani.

Około pierwszej poszedłem w końcu na górę. Byłem na szczycie schodów, gdy zadzwonił telefon. Jasna cholera! Zakląłem i wpadłem do mojego pokoju. Podniosłem słuchawkę, zanim obudził się cały dom.

– Tak?

– Przepraszam, Alex. To ja – usłyszałem szept Betsey.

– Nic nie szkodzi. – Ucieszyłem się, że zadzwoniła. – Co się stało?

– Dobra wiadomość. Mamy przełom w śledztwie. Piętnastoletnia dziewczyna z Brooklynu zgłosiła się do MetroHartford po nagrodę. Powiedziała, że jej ojciec brał udział w porwaniu autokaru. Zna też pozostałych. W Nowym Jorku potraktowali to bardzo poważnie. Alex, podejrzanymi są tamtejsi detektywi. Supermózg jest gliniarzem!

Rozdział 82

Supermózg jest gliniarzem… To by wyjaśniało wiele spraw. Na przykład, skąd tyle wie o ochronie banków. I o nas.

O piątej piętnaście rano spotkałem się z Betsey i czterema agentami na lotnisku Bolling. Helikopter już czekał. Wystartowaliśmy w takiej mgle, że po paru sekundach ziemia przestała być widoczna.

Byliśmy bardzo podnieceni i zaciekawieni. Betsey siedziała z przodu ze starszym agentem Doudem. Włożyła szary kostium i białą bluzkę. Znów wyglądała poważnie i oficjalnie. Michael Doud dał mi akta pięciu nowojorskich detektywów.

Byli z Brooklynu. Pracowali w sześćdziesiątym pierwszym komisariacie niedaleko Coney Island i Sheepshead Bay. W ich okręgu działały gangi rosyjskie, azjatyckie, latynoskie i murzyńskie oraz mafia. Podejrzani służyli w policji od dwunastu lat i przyjaźnili się ze sobą.

Z ich kartotek wynikało, że są „dobrymi gliniarzami”. Ale nie bez skazy. Zbyt często używali broni, nawet jak na ludzi z wydziału narkotyków. Trzej z nich byli ciągle karani dyscyplinarnie. Żartobliwie mówili do siebie „goomba”, od włoskiego słowa oznaczającego kumpla. Przywódca paczki nazywał się Brian Macdougall.

W aktach znalazłem około sześciu stron o jego piętnastoletniej córce, naszym świadku. Chodziła do gimnazjum sióstr urszulanek i miała niewielu przyjaciół. Nowojorskim detektywom, którzy ją przesłuchiwali wydawała się odpowiedzialna, solidna i wiarygodna. Doniosła na ojca dlatego, że pił i bił matkę. Według niej, to on i jego koledzy porwali autokar.

Nareszcie byłem zadowolony. Tak właśnie zazwyczaj wyglądała policyjna robota. Zarzucało się wiele sieci i przynajmniej w jedną zawsze coś się złapało. Informacje pochodziły najczęściej od któregoś spośród krewnych lub przyjaciół przestępcy. Jak teraz od rozżalonej córki chcącej ukarać ojca.

O siódmej trzydzieści weszliśmy do sali konferencyjnej na Police Plaza jeden. Nowojorscy gliniarze nazywają ten budynek „Wielkim Gmachem”. Czekało na nas kilku miejscowych funkcjonariuszy, łącznie z szefem detektywów. Reprezentowałem policję waszyngtońską, bo Kyle Craig uważał, że powinienem znać opowieść dziewczyny z pierwszej ręki.

Chciał wiedzieć, czy jej uwierzę.

Rozdział 83

Veronica Macdougall siedziała już w dużej sali konferencyjnej. Była w pogniecionych dżinsach i wściekle zielonej bluzie sportowej. Rude włosy sterczały jej na wszystkie strony. Podkrążone oczy świadczyły, że w nocy w ogóle nie spała. Patrzyła na nas obojętnym wzrokiem. Przedstawiliśmy się i usiedliśmy wokół masywnego stołu z mahoniu i szkła.

– Veronica to bardzo dzielna młoda kobieta – powiedział szef detektywów, Andrew Gross. – Opowie swoją historię własnymi słowami.

Dziewczyna gwałtownie wciągnęła powietrze. W jej zielonych oczach dostrzegłem strach.

– W nocy wypisałam sobie różne rzeczy. Złożę zeznanie, a potem możecie mnie pytać.

Gross wtrącił się delikatnie. Był potężnym facetem, miał gęste, siwe wąsy i długie baki.

– W porządku, rób jak uważasz. Nam wszystko odpowiada. Nie spiesz się.

Veronica pokręciła głową. Wyglądała bardzo niepewnie.

– Nic mi nie jest. Chcę mówić, sama tego potrzebuję.

Potem zaczęła opowiadać.

– Mój ojciec to typ „prawdziwego mężczyzny”. Bardzo się tym chwali. Jest lojalny wobec przyjaciół, zwłaszcza gliniarzy. Jak to się mówi, „równy facet”? Ale to tylko jedna strona medalu. Moja matka była piękną kobietą. Dziesięć lat temu, kiedy ważyła o piętnaście kilo mniej. Lubi ładne rzeczy. Buty, ubrania. Lubi je mieć. Nie jest zbyt inteligentna. Ojciec za takiego się uważa i dlatego się na niej niemiłosierne wyżywa. Kilka lat temu zaczął dużo pić i od tej pory bije ją ciągle. Nazywa ją „tłumokiem” albo „grubym tłumokiem”. Bardzo inteligentnie, co?

Veronica urwała i rozejrzała się. Sprawdzała nasze reakcje. Nie odzywaliśmy się. Nie mogliśmy oderwać wzroku od pełnych gniewu zielonych oczu nastolatki.

– Dlatego tu przyszłam. Dlatego robię tę straszną rzecz, sypię własnego ojca. Łamię świętą zasadę milczenia.

Znów przerwała i popatrzyła na nas. Wpatrywaliśmy się w nią. To miało sens: przełom w śledztwie dzięki członkowi rodziny.

– Ojciec nie wie, że jestem o wiele sprytniejsza niż on. I bardzo spostrzegawcza. Może nauczyłam się tego od niego. Kiedy miałam dziesięć czy jedenaście lat, też chciałam być detektywem. Ironia losu, co? To żałosne. Im byłam starsza, tym więcej widziałam. Zauważyłam, że ojciec ma o wiele więcej pieniędzy, niż mieć powinien. Czasami fundował nam „przeprosinową” wycieczkę do Irlandii albo na Karaiby. I zawsze miał mnóstwo forsy dla siebie. Zawsze się dobrze ubierał, co roku zmieniał samochód, kupił jacht. Stoi w Sheepshead Bay. Ostatniego lata strasznie się urżnął w pewien piątek. Pamiętam, że w sobotę wybierał się z kumplami detektywami na wyścigi na Aqueduct. Poszedł do domu babci. To kilka ulic od nas. Śledziłam go. Był za bardzo pijany, żeby się zorientować. Wszedł do starej szopy w ogrodzie i odsunął stół i kilka desek. Nie widziałam dobrze, co robi, więc wróciłam tam następnego dnia. Znalazłam kupę forsy. Nie wiedziałam, skąd się wzięła, do dziś nie wiem. Ale na pewno nie odłożył tyle z pensji. Naliczyłam prawie dwadzieścia tysięcy dolców. Gwizdnęłam kilka setek i się nie połapał. Od tamtej pory zaczęłam go uważniej obserwować. Od mniej więcej miesiąca on i jego koledzy, jego goombas, coś planowali. Ciągle się spotykali po pracy. Któregoś wieczoru usłyszałam, jak wspominał swojemu kumplowi Jimmy’emu Crewsowi o Waszyngtonie. Potem wyjechał na kilka dni. Wrócił do domu czwartego po południu. Dzień po porwaniu autokaru z kobietami z MetroHartford. Około trzeciej zaczął „świętować”. O siódmej był mocno zalany. Złamał mamie kość policzkową i o mało nie wybił jej oka. Nosi ten głupi sygnet z St. John’s. Wiecie, „Redmen” – teraz „Red Storm”. W nocy poszłam do szopy babci i znalazłam tyle gotówki, że nie mogłam w to uwierzyć.

Veronica Macdougall wyjęła spod stołu jasnoniebieski szkolny plecak i wyciągnęła z niego kilka paczek banknotów. Widać było po niej, że cierpi i wstydzi się.

– Tu jest dziesięć tysięcy czterysta dolarów. Na pewno z tego porwania w Waszyngtonie. Mój ojciec myśli, że jest taki cholernie sprytny.

I dopiero wtedy, gdy skończyła opowieść o swoim ojcu, Veronica Macdougall załamała się wreszcie. Zaczęła płakać i powtarzać, że przeprasza. Pomyślałem, że przeprasza chyba za to, co on zrobił.

Rozdział 84

Wierzyłem Veronice Macdougall. Jej historia wstrząsnęła mną. Intrygowało mnie, czy wcześniejsze napady na banki to też robota gangu gliniarzy z Brooklynu. Czy zabili z zimną krwią tamtych ludzi, zanim dokonali porwania autokaru? Czy jeden z nich jest Supermózgiem?

Miałem mnóstwo czasu na myślenie. Dzień ciągnął się w nieskończoność. Trwały dyskusje między FBI, burmistrzem i komisarzem policji. Pięciu podejrzanych detektywów wzięto na razie pod obserwację. Nie pozwolono nam ich zgarnąć. Musieliśmy czekać. Utknęliśmy jak w korku na drodze ekspresowej na Long Island albo w nowojorskim metrze. Sprawdzano alibi podejrzanych w dniach napadów na banki, ich konta i wydatki. Dyskretnie przesłuchiwano ich kolegów z pracy i kapusiów. Z ogrodu matki Macdougalla zabrano resztę pieniędzy. Z pewnością była to część okupu.

Do szóstej wieczorem nie zapadła żadna decyzja. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Betsey pojawiła się na krótko i oznajmiła, że nie osiągnięto postępu w rozmowach. Około siódmej poszedłem zameldować się w hotelu.

Byłem coraz bardziej wściekły. Wziąłem gorący prysznic, potem zacząłem szukać w przewodniku Zagata porządnej restauracji w śródmieściu. Skończyło się na tym, że zamówiłem kolację do pokoju. Myślałem o Christine i Aleksie. Nie miałem ochoty wychodzić. Może byłoby inaczej, gdyby Betsey była wolna, ale ona walczyła z biurokracją na Police Plaza.

W łóżku próbowałem czytać Modlitwy o deszcz Dennisa Lehane’a. Ostatnio trafiałem na książki, które mi się podobały: Żona pilota. Kobziarz, Harry Potter i kamień czarnoksiężnika, a teraz Lehane.

Ale nie mogłem się skoncentrować. Chciałem dorwać pięciu nowojorskich gliniarzy. Chciałem wrócić do domu i być z dziećmi. Chciałem, żeby mały Alex należał do naszej rodziny. To jedno trzymało mnie ostatnio przy życiu.

W końcu mimo woli zacząłem rozmyślać o Betsey Cavalierre. Przypominałem sobie naszą „randkę” w Hartford. Po prostu lubiłem ją. Chciałem, żebyśmy się znowu spotkali. Miałem nadzieję, że ona też tego pragnie.

Około jedenastej zadzwonił telefon. Betsey. Była wypompowana i sfrustrowana. Uszła z niej cała energia.

– Nareszcie zbliżamy się do końca. Mam nadzieję. Nie uwierzysz, ale możemy ich jutro zgarnąć. Szkoda, że nie słyszałeś tego całego pieprzenia o ich prawach obywatelskich i morale policji nowojorskiej. Mamy to załatwić „we właściwy sposób”. Nikomu nie mogło przejść przez gardło, że to po prostu pięciu skurwieli, prawdopodobnie zabójców, i trzeba im się dobrać do dupy.

– To pięciu skurwieli i trzeba im się dobrać do dupy – powiedziałem.

Wybuchnęła śmiechem. Wyobraziłem sobie, jak teraz wygląda.

– Bierzemy się za to skoro świt, Alex. Może przy okazji zgarniemy Supermózga. Muszę tu jeszcze zostać przynajmniej z godzinę. Do zobaczenia rano.

Rozdział 85

Czwarta rano nadeszła bardzo szybko. O tej godzinie mieliśmy dokonać nalotu na domy pięciu detektywów. Wszystko było załatwione. Przynajmniej taką miałem nadzieję.

Trzecia trzydzieści nadeszła jeszcze szybciej. O tej porze spotkaliśmy się gdzieś w hrabstwie Nassau na Long Island. Nie znałem tej okolicy, ale podobała mi się. Wyglądała niebo lepiej niż waszyngtońska Piąta ulica i Southeast. Ktoś z naszej grupy powiedział, że jest to wyjątkowa dzielnica, bo gliny i mafia żyją tu w pełnej harmonii.

Sprawę prowadzili federalni. Za aresztowania oficjalnie odpowiadała Betsey Cavalierre. To świadczyło o szacunku, jakim cieszyła się w Waszyngtonie, jeśli nawet nie w Nowym Jorku.

– Miło, że wszyscy są wyspani i rzeźcy w ten piękny poranek – zażartowała. – Co? Że to jeszcze noc? Zależy, w jakiej strefie czasowej się jest.

Kilku agentów uśmiechnęło się. Było nas około czterdziestu. FBI i policja, ale przeważali ludzie z Biura. Betsey podzieliła nas na drużyny. Trafiłem do jej zespołu.

Wszyscy byli gotowi do działania i niesamowicie napięci. Podjechaliśmy pod piętrowy dom na High Street w Massapequa. Wokoło żywej duszy – przedmieście jeszcze zupełnie puste. Gdzieś w sąsiedztwie zaczął szczekać pies. Na zadbanych trawnikach lśniła rosa. Całkiem nieźle żyło się chyba w tym rejonie, gdzie mieszkał detektyw Brian Macdougall ze swoją zmaltretowaną żoną i gniewną córką.

Betsey włączyła handie-talkie. Sprawiała wrażenie bardzo opanowanej.

– Sprawdzam łączność… – powiedziała. – W porządku. A teraz, drużyna A, drzwi frontowe. Drużyna B, kuchnia. Drużyna C, weranda. Drużyna D, wsparcie. Uwaga… Wchodzimy!

Agenci i detektywi pobiegli do domu. Betsey i ja obserwowaliśmy akcję. Byliśmy drużyną D, czyli wsparciem.

Drużyna A szybko i bez przeszkód weszła do środka.

Drużyna B też. Z miejsca, w którym zaparkowaliśmy, nie widzieliśmy trzeciej drużyny. Podchodziła do domu z tyłu.

W środku rozległy się krzyki. Potem huknął strzał.

Betsey spojrzała na mnie.

– O, cholera. Macdougall czekał na nas. Jak to się mogło stać, do diabła?

Usłyszeliśmy następne strzały. Potem krzyk. Później wrzaski i przekleństwa kobiety. Matki Veroniki Macdougall?

Wyskoczyliśmy z samochodu i pobiegliśmy w stronę domu. Ale zostaliśmy na zewnątrz. Pomyślałem, że w tym samym momencie trwają naloty na cztery inne domy w Brooklynie. Miałem nadzieję, że bez takich problemów.

– Zgłoś się, Mike – powiedziała Betsey przez handie-talkie. – Co tam się dzieje? Co poszło nie tak?

– Rice oberwał. Jestem przed sypialnią na piętrze. Macdougall zamknął się tam z żoną.

– Co z Rice’em? – zapytała z niepokojem Betsey.

– Dostał w pierś. Jest przytomny, ale cholernie krwawi. Wezwijcie karetkę!

Nagle otworzyło się okno na górze. Ktoś wyszedł i przebiegł schylony przez dach garażu.

Betsey i ja popędziliśmy sprintem w tamtą stronę. Pamiętałem, że w Georgetown dobrze grała w lacrosse. Była szybka.

– Wyszedł na zewnątrz! Macdougall jest na dachu garażu! – zakomunikowała innym.

– Mam go – odpowiedziałem jej.

Facet skręcił w kierunku jodeł. Nie widziałem, co jest za nimi. Domyślałem się, że podwórze sąsiedniego domu.

– Stać, policja! – wrzasnąłem na całe gardło. – Zatrzymaj się, Macdougall, bo będę strzelał!

Nie posłuchał. Nawet się nie obejrzał. Zeskoczył między drzewa.

Rozdział 86

Popędziłem za nim. Schyliłem głowę i wpadłem w gęste krzaki, które poraniły mi ręce do krwi. Macdougall uciekał przez sąsiednie podwórze. Nie był daleko.

Dogoniłem go, skoczyłem i podciąłem mu ramieniem kolana. Chciałem, żeby się poharatał.

Zwalił się ciężko na ziemię, ale był tak naładowany adrenaliną jak ja. Przeturlał się, wyrwał z mojego uścisku i szybko wstał. Ja też.

– Lepiej było leżeć – powiedziałem do niego. – Popełniłeś błąd.

Trafiłem go prawym prostym. Dobrze wycelowałem. Głowa odskoczyła mu z piętnaście centymetrów do tyłu.

Zacząłem lekko podskakiwać. Zamachnął się sierpowym, ale chybił. Walnąłem go jeszcze raz. Zatoczył się, ale nie upadł. Był twardym, ulicznym gliniarzem.

– Jestem pod wrażeniem – zadrwiłem. – Ale powinieneś był leżeć.

Na podwórze wbiegła Betsey.

– Alex!

Macdougall wyprowadził niezły cios, choć trochę sygnalizowany. Ześliznął się po mojej skroni. Gdybym dostał, poczułbym to uderzenie.

– Coraz lepiej – pochwaliłem. – Odciąż pięty, Brian.

– Alex! – zawołała znów Betsey. – Załatw go, do jasnej cholery! Już!

Chciałem jeszcze chwilę powalczyć na ringu. Obaj na to zasługiwaliśmy. Znów się zamachnął sierpowym. Zrobiłem unik i nie trafił. Już się zmęczył.

– Nie jestem twoją żoną ani córką, Macdougall – powiedziałem. – Ja oddaję ciosy.

– Pierdol się! – warknął. Był spocony i ledwo dyszał.

– Ty jesteś Supermózgiem, Brian? – zapytałem. – Ty zabiłeś tamtych ludzi?

Nie odpowiedział, więc przyłożyłem mu mocno w żołądek. Zgiął się i skrzywił z bólu.

Betsey podeszła do nas. Dołączyło do niej kilku agentów. Przyglądali się tylko. Wiedzieli, o co mi chodzi. Chcieli, żebym mu dołożył.

– Poruszaj się na palcach, nie na piętach – podpowiedziałem Macdougallowi.

Coś zamruczał. Nic nie zrozumiałem. Nieważne. Nie obchodziło mnie, co ma do powiedzenia. Jeszcze raz walnąłem go w brzuch.

– Widzisz? Osłaniaj tułów. Tego samego uczę moje dzieci.

Znów trafiłem go w żołądek. Facet był nabity. Mój cios wylądował jak na worku treningowym. Przyjemne uczucie. Zakończyłem walkę wysokim, prawym hakiem na szczękę. Macdougall padł twarzą w trawę i już nie wstał.

Stanąłem nad nim. Trochę się spociłem i lekko sapałem.

– Zadałem ci pytanie, Macdougall. Ty jesteś Supermózgiem?

Rozdział 87

Następne dwa dni były męczące i zniechęcające. Pięciu detektywów siedziało w więzieniu miejskim na Foley Square. Trzymali tam czasem kapusiów i podejrzanych gliniarzy dla ich własnego bezpieczeństwa.

Przesłuchałem całą piątkę. Zacząłem od najmłodszego, Vincenta O’Malleya, a skończyłem na przywódcy, Brianie Macdougallu. Nikt nie przyznał się do porwania autokaru w Waszyngtonie.

Kilka godzin po wstępnym przesłuchaniu Macdougall poprosił o rozmowę ze mną.

Kiedy wprowadzono go do pokoju przesłuchań na Foley Square, odniosłem wrażenie, że coś się zmienia. Poznałem to po jego minie. Był wyraźnie zdenerwowany.

– Jest inaczej, niż sądziłem, że będzie. Chodzi mi o więzienie. Siedzę tu po niewłaściwej stronie stołu. To defensywna gra, sam wiesz. To ty atakujesz i przerzucasz piłkę nad siatką.

– Napijesz się czegoś zimnego? – zapytałem.

– Zapaliłbym.

Kazałem przynieść papierosy. Ktoś podrzucił mi paczkę marlboro i natychmiast zniknął. Macdougall zaciągał się z taką rozkoszą, jakby palenie marlboro było największą przyjemnością, jaką życie mogło mu ofiarować. Może w tym momencie rzeczywiście było.

Obserwowałem jego oczy. Miał bez wątpienia inteligentne spojrzenie. Na pewno potrafił myśleć. Supermózg? Czekałem cierpliwie, aż mi powie, o co mu chodzi. Po to tu przyszedł.

– Mnóstwo razy widziałem, jak to robią inni – odezwał się w końcu zza kłębów dymu. – Ty umiesz słuchać. Nie popełniasz błędów.

Zapadła krótka cisza. Obaj mieliśmy dużo czasu.

– Czego ode mnie chcesz? – zapytałem wreszcie.

– Dobre pytanie – odparł. – Niedługo do tego dojdę. Wiesz, na początku byłem porządnym gliniarzem. Kiedy jeszcze wierzyłem, że warto się starać.

Uśmiechnąłem się lekko. Starałem się nie być zbyt miły.

– Postaram się to zapamiętać.

– Co cię kręci? – spytał Macdougall.

Był wyraźnie ciekaw, co odpowiem. Może go bawiłem. Choć podejrzewałem, że raczej w coś ze mną gra. Na razie mogłem mu na to pozwolić.

Przez palce sączył mu się dym. Westchnął głośno.

– Pytałeś, czego chcę. Powtarzam: dobre pytanie. Zawsze dbałem i dbam o własny interes. Powiem ci, o co mi chodzi.

Wiedziałem z doświadczenia, że lepiej słuchać, niż mówić.

– Po pierwsze, przy porwaniu autokaru nikt nie ucierpiał. Nigdy nie zrobiliśmy nikomu krzywdy.

– A rodzina Buccierich? James Bartlett? Collins?

Pokręcił głową.

– To nie moja robota i dobrze o tym wiesz.

Miał rację. Nie wierzyłem, że oni to zrobili. To nie było w ich stylu. Poza tym mieli alibi na tamte dni. Pracowali.

– W porządku. Co dalej? Wiesz, że chcemy dostać faceta, który zorganizował napady na banki.

– Wiem. I mam propozycję. Dla was ciężką do przełknięcia, ale negocjacje nie wchodzą w grę. Chcę mieć z wami najlepszą umowę, jaką kiedykolwiek widziałem w mojej karierze gliniarza. To znaczy, pełna ochrona świadka w takim klubie wiejskim jak Greenhaven. I siedzę maksimum dziesięć lat. Potem znikam. Taki układ zawarto kiedyś w sprawie o morderstwo. Wiem, co można, a czego nie można zrobić.

Nie odezwałem się. Nie musiałem. Macdougall wiedział, że sam nie podejmę decyzji.

– A co za to dostaniemy? – zapytałem.

Spojrzał mi prosto w oczy.

– Jego. Faceta, który zaplanował wszystkie skoki i nazywa siebie Supermózgiem. Wiem, gdzie go znaleźć.

Część piąta

Wszystko się wali

Rozdział 88

Ludzie z FBI, policji nowojorskiej i departamentu sprawiedliwości naradzali się, co odpowiedzieć na propozycję Macdougalla. Byłem pewien, że przynajmniej do poniedziałku nic nie postanowią.

O czwartej trzydzieści po południu odleciałem do Waszyngtonu. Betsey Cavalierre i Michael Doud zostali w Nowym Jorku na wypadek, gdyby zapadła jakaś decyzja.

Ja miałem do załatwienia własną ważną sprawę. Tego wieczoru poszedłem z dziećmi i babcią do kina na Gwiezdne wojny: Część Pierwsza – Mroczne Widmo. Film podobał się nam, choć liczyliśmy na większą rolę Samuela L. Jacksona. Zauważyłem subtelną zmianę w stosunkach między rodzeństwem. Od czasu choroby Jannie, Damon miał do niej dużo więcej cierpliwości, a ona mniej mu dokuczała. Oboje bardzo wydorośleli w ciągu ostatnich kilku tygodni. Wyglądało na to, że stawali się parą przyjaciół. Miałem nadzieję, że tak pozostanie na zawsze.

W niedzielę rano postanowiłem z nimi szczerze porozmawiać. Skorzystałem z dobrych rad babci, co powinienem im powiedzieć. Ona sama zareagowała w sposób typowy dla niej. Jest jej strasznie przykro z powodu tego, co zaszło między mną i Christine. A co do małego Aleksa, nie może się po prostu doczekać jego przybycia.

– Uwielbiam maleństwa, Alex. To mnie odmłodzi o dziesięć lat.

Prawie jej uwierzyłem.

– Chyba coś jest nie tak – domyślił się Damon, patrząc na mnie przez stół przy śniadaniu.

Uśmiechnąłem się szeroko.

– To tylko pół prawdy. Od czego mam zacząć?

– Od początku – doradziła Jannie.

Łatwo powiedzieć – pomyślałem. I w końcu zdecydowałem, że przejdę od razu do sedna.

– Chyba wiecie, że Christine i ja przez długi czas byliśmy sobie bardzo bliscy – powiedziałem. – I nadal jesteśmy, ale ostatnio zaszły pewne zmiany. Po zakończeniu roku szkolnego Christine wyprowadza się z Waszyngtonu. Jeszcze nie wiem dokąd, ale nie będziemy jej często widywać.

Jannie opadła szczęka.

– W szkole jest zupełnie inna niż kiedyś, tato – powiedział Damon. – Wszyscy to mówią. Wścieka się o byle co i jest zawsze smutna.

Przykro było mi to słyszeć. Czułem, że to częściowo moja wina.

– Miała bardzo ciężkie przeżycia – odrzekłem. – Trudno sobie nawet wyobrazić, przez co przeszła. Powoli wraca do siebie, ale to musi potrwać.

– A co będzie z małym Aleksem? – spytała niezwykle cicho Jannie. Jej oczy były pełne smutku i troski.

– Zamieszka z nami. To ta dobra wiadomość, którą obiecałem.

– Hurra! Hurra! – wykrzyknęła Jannie i zaczęła tańczyć. – Uwielbiam go!

– Fajnie! – ucieszył się Damon.

Ja też się cieszyłem. I zastanawiałem się, jak to jest, że jedna krótka chwila może być jednocześnie tak radosna i smutna. Chłopiec zamieszka z nami, ale Christine odeszła. Wreszcie zakomunikowałem to oficjalnie babci i dzieciom. Dawno już nie czułem się taki pusty i samotny.

Rozdział 89

Im większe ryzyko, tym większe emocje. Supermózg dobrze o tym wiedział. A ta sprawa była naprawdę niebezpieczna. Cieszył się, że ma pieniądze, ale to mu nie wystarczało. Chciał poczuć przypływ adrenaliny.

Agent FBI James Walsh mieszkał samotnie pod Alexandrią. Wynajęty domek był tak skromny i bezpretensjonalny, jak on sam. Pasował do jego osobowości.

Supermózg bez trudu dostał się do środka. Nie zdziwiło go to. Policjanci nie dbali o bezpieczeństwo swoich domów. Walsh był leniwy albo może zbyt pewny siebie.

Supermózg chciał to załatwić szybko, ale musiał być ostrożny. Wiedział, że podłoga skrzypi, był tu już wcześniej.

Deski niepokojąco trzeszczały, kiedy zbliżał się do sypialni.

Im bardziej niebezpiecznie, tym lepiej. Im większe ryzyko, tym większe emocje.

Nigdy nie mógł się temu oprzeć. Powoli, cicho uchylił drzwi, wszedł do pokoju i nagle…

– Nie ruszaj się – powiedział Walsh.

Supermózg ledwo mógł go dostrzec w ciemnym wnętrzu. Agent zajął pozycję za łóżkiem. Trzymał strzelbę. Zawsze miał ją w zasięgu ręki, gdy kładł się spać.

– Celuję dokładnie w twoją pierś – ostrzegł. – I nigdy nie chybiam.

– Rozumiem – zachichotał Supermózg. – Szach i mat, co? Złapałeś Supermózga. Sprytnie.

Ruszył z uśmiechem w kierunku Walsha. Im bardziej niebezpiecznie, tym lepiej.

– Stój! – krzyknął agent. – Stój, bo strzelę!

– I na pewno nie chybisz – przypomniał Supermózg.

Nie zatrzymał się, nie zwolnił nawet kroku, szedł ciągle przed siebie. Usłyszał, jak Walsh nacisnął spust. Ten jeden ruch miał spowodować jego śmierć, unicestwić jego świat. Ale nic takiego się nie stało.

– Co jest, Walsh? Obiecałeś, że strzelisz.

Supermózg wyciągnął pistolet i przyłożył agentowi do czoła. Wolną ręką przesunął po jego krótkich włosach.

– To ja jestem Supermózgiem, nie ty. Oddałbyś wszystko, żeby mnie złapać, ale to ja złapałem ciebie. Rozładowałem ci broń. Załatwię was wszystkich. Ciebie, Douda, Cavalierre. Może nawet Crossa. Czas umrzeć, Walsh.

Rozdział 90

Przyjechałem do domu Walsha w Wirginii w niedzielę około północy. Na ulicy kręciło się kilkoro zdenerwowanych sąsiadów. Jakaś starsza kobieta westchnęła.

– Taki miły człowiek… Co za nieszczęście, co za strata. Był agentem FBI, wiecie.

Wiedziałem. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem. W środku roiło się od ludzi z Biura i policjantów. Ponieważ zginął agent, z Quantico wezwano speców z wydziału przestępstw z użyciem przemocy.

Zobaczyłem agenta Mike’a Douda i szybko do niego podszedłem. Wyglądał na załamanego. Przyjaźnił się z Walshem i mieszkał niedaleko.

– Przykro mi – powiedziałem.

– Chryste, Jimmy nic mi nie mówił. A przecież byłem jego najlepszym przyjacielem, na miłość boską.

Skinąłem głową.

– Wiecie już coś? Jak to się stało?

Doud wskazał sypialnię.

– Chyba się zastrzelił. Zostawił list. Nie do wiary, Alex.

Przeszedłem przez skromnie umeblowany salon. Walsh rozwiódł się kilka lat temu. Miał dwóch synów. Szesnastoletni chodził do szkoły średniej, drugi do Świętego Krzyża, jak kiedyś ojciec.

James Walsh leżał skulony w łazience obok sypialni. Kafelki podłogi były zalane krwią. Kiedy tu wszedłem, zobaczyłem natychmiast, co zostało z tylnej części jego głowy.

Doud stanął za mną. Trzymał list pożegnalny, który umieszczono w plastikowej torebce na dowody. Przeczytałem go bez wyjmowania. Walsh napisał do swoich dwóch synów, Andrew i Petera:

Mam już w końcu dosyć. Mojej pracy, tego śledztwa, wszystkiego. Naprawdę mi przykro.

Kocham was.

Wasz ojciec

Przestraszył mnie dźwięk telefonu. Dzwoniła „komórka” Douda. Zgłosił się i oddał mi ją.

– To do ciebie. Betsey.

– Jestem jeszcze w Nowym Jorku – usłyszałem jej głos. – Jadę na lotnisko. Och, Alex… Biedny Jim. Nie wierzę, że się zabił. Jaki miałby powód? To do niego zupełnie niepodobne.

Rozpłakała się i mimo że znajdowała się tak daleko, była mi teraz bliższa niż kiedykolwiek.

Nie powiedziałem jej, co myślę. Czułem niepokój. Może miała rację. Może James Walsh nie popełnił samobójstwa.

Rozdział 91

W poniedziałek rano wróciłem do Nowego Jorku. O dziewiątej mieliśmy odprawę w centrali FBI na Manhattanie. Zdążyłem na czas. Dusiłem w sobie różne obawy i udawałem, że wszystko jest w porządku.

Wszedłem do sali konferencyjnej w ciemnych okularach. Betsey musiała wyczuć moją obecność. Podniosła wzrok znad sterty papierów i skinęła mi smutno głową. Mogłem się założyć, że w nocy myślała o Walshu. Tak jak ja.

Ledwo usiadłem na wolnym krześle, zaczął przemawiać prawnik z departamentu sprawiedliwości. Był trochę po pięćdziesiątce, sprawiał wrażenie sztywnego, niemal zupełnie pozbawionego uczuć, i nosił szary, lśniący garnitur z wąskimi klapami. Sądząc po wyglądzie, co najmniej dwudziestoletni.

– Zawarliśmy umowę z Brianem Macdougallem – oznajmił.

Spojrzałem na Betsey. Pokręciła głową i przewróciła oczami. Już wiedziała.

Nie wierzyłem własnym uszom. Słuchałem uważnie każdego słowa.

– Nic nie może wyjść poza ściany tej sali. Nie będzie żadnego komunikatu dla prasy. Detektyw Macdougall zgodził się na rozmowę z prowadzącymi śledztwo. Opowie o porwaniu autokaru w Waszyngtonie. Ma cenne informacje, które mogą doprowadzić do schwytania wyjątkowo groźnego przestępcy, zwanego Supermózgiem.

Byłem zupełnie zaszokowany. Wydymali mnie! Cholerny departament sprawiedliwości dogadał się przez ostatni weekend z Macdougallem. Mogłem się założyć, że facet postawił na swoim. Chciało mi się rzygać. Ale od kiedy byłem gliną, departament sprawiedliwości zawsze działał w ten sposób.

Macdougall wiedział dokładnie, na co może liczyć. Pozostawało tylko pytanie, czy naprawdę wystawi nam Supermózga. Czy w ogóle wie coś ważnego?

Wkrótce miałem się o tym przekonać. Przed południem pojechaliśmy go przesłuchać w więzieniu miejskim. Policję nowojorską reprezentował detektyw Harry Weiss, FBI – Betsey Cavalierre.

Macdougall miał przy sobie dwóch prawników. Żaden nie nosił dwudziestoletniego garnituru. Wyglądali na zręcznych, bystrych, bardzo drogich. Detektyw podniósł wzrok, kiedy weszliśmy do małego pokoju.

– Śmierdząca sprawa, co? – zagadnął.

– Zgadzam się. Ale taki mamy system.

Filozof Macdougall usiadł między swoimi prawnikami i zaczęliśmy przesłuchanie.

Betsey nachyliła się do mnie.

– To powinno być dobre – szepnęła. – Zobaczymy, co kupił departament sprawiedliwości.

Rozdział 92

Zaczęło się fatalnie. Detektyw Weiss z wydziału wewnętrznego policji nowojorskiej postanowił mówić za nas wszystkich. Uznał, że należy zacząć od samego początku, i skrupulatnie analizował wcześniejsze zeznanie Macdougalla, zdanie po zdaniu.

Koszmar. Miałem ochotę mu przerwać, ale powstrzymałem się. Za każdym razem, gdy zadawał pytanie lub wygłaszał bezsensowne uwagi krytyczne pod adresem Macdougalla, kopaliśmy się z Betsey pod stołem.

W końcu Macdougall nie wytrzymał.

– Ty pieprzony frajerze! – wypalił do Weissa. – Tu nie chodzi o twoją tłustą dupę. Z wami tak zawsze. Marnujesz mój czas. Nie będę z tobą gadał.

Weiss nie zareagował, jakby nie zrozumiał.

Macdougall zerwał się z miejsca.

– Zadajesz głupie pytania, palancie! – ryknął. – Tracimy tylko wszyscy czas przez ciebie!

Potem podszedł do brudnego, zakratowanego, osłoniętego metalowym ekranem okna. Jego prawnicy stanęli przy nim. Powiedział coś do nich i wszyscy trzej ryknęli śmiechem. Dowcipniś z tego Macdougalla, pomyślałem.

Siedzieliśmy przy stole i obserwowaliśmy ich. Betsey uspokajała Weissa. Starała się utrzymać wspólny front.

– Pieprzę go – warknął Weiss. – Mogę pytać, o co chcę. Kupiliśmy skurwysyna.

Przytaknęła.

– Masz rację, Harry. Ale on chyba nie lubi wydziału wewnętrznego. Typowy detektyw. Może Aleksowi pójdzie lepiej.

Weiss najpierw pokręcił głową, potem się poddał.

– Niech będzie. Spróbujcie z tym palantem po swojemu. Gramy w jednej drużynie.

Betsey poklepała go po ramieniu.

– Właśnie. Dzięki, że się zgodziłeś.

Macdougall uspokoił się i wrócił do stołu. Nawet przeprosił Weissa.

– Bez urazy, stary. Trochę mnie poniosło. Wiesz, jak to jest.

Poczekałem chwilę, żeby Weiss przyjął przeprosiny, ale on milczał. W końcu zacząłem.

– Co masz dla nas ważnego, Macdougall? Wiesz, co chcemy usłyszeć.

Macdougall spojrzał na obu prawników i uśmiechnął się.

Rozdział 93

– W porządku, spróbujmy. Proste pytania, proste odpowiedzi. Spotkałem się z tym Supermózgiem trzy razy. Tylko w Waszyngtonie. Zawsze dawał nam na „koszty podróży”, jak to nazywał. Pięćdziesiąt kawałków za przyjazd. Opłacało się. I ciekawiło nas, o co chodzi. Był wielkim cwaniakiem. Wszystko miał przemyślane. Wiedział, o czym gada. Od razu obiecał nam piętnaście baniek udziału. Dokładnie rozpracował MetroHartford. Ułożył szczegółowy plan. Czuliśmy, że to się uda. I udało się.

– Skąd o was wiedział? – zapytałem. – Jak się z wami skontaktował?

Wyglądało na to, że Macdougallowi spodobało się pytanie.

– Przez naszego znajomego prawnika – odpowiedział i zerknął na swoich dwóch adwokatów. – Ale to żaden z tych panów. Trafił do nas przez kogoś innego. Nie wiem dokładnie, kto mu dał cynk. Ale wiedział, kim jesteśmy i jak pracujemy. To ważne, Weiss. Zanotuj to. Kto mógł nas znać? Gliniarz? Któryś z naszych? Agent FBI? Glina z Waszyngtonu? A może ktoś w tym pokoju? To mógł być każdy.

Weiss ledwo nad sobą panował. Poczerwieniał. Przypinany kołnierzyk jego białej koszuli wydawał się o kilka numerów za mały.

– Ale ty już wiesz, kto to jest, Macdougall? Zgadza się?

Macdougall spojrzał na mnie i Betsey. Pokręcił głową. On też nie ufał Weissowi.

– Dojdziemy do tego, co wiem, a czego nie wiem. Nie lekceważcie informacji, że nas znał. Wiedział o detektywie Crossie. I o agentce Cavalierre. Wiedział wszystko. To ważne.

– Masz rację – przytaknąłem. – Mów dalej.

– W porządku. Zanim zgodziliśmy się na drugie spotkanie, próbowaliśmy ustalić, kim jest ten cholerny Supermózg. Nawet rozmawialiśmy o nim z FBI. Wykorzystaliśmy wszystkie kontakty. Ale nic nie znaleźliśmy. Żadnego śladu. No więc umówiliśmy się z nim drugi raz. Bobby Shaw próbował go śledzić po jego wyjściu z hotelu. Ale zgubił faceta.

– I dlatego pomyśleliście, że to może być gliniarz? – zapytałem.

Macdougall wzruszył ramionami.

– Przyszło nam to do głowy. Trzecie spotkanie miało zadecydować, czy w to wchodzimy, czy nie. Mogliśmy zgarnąć połowę z trzydziestu milionów. Jasne, że w to weszliśmy. On wiedział, że się zdecydujemy. Próbowaliśmy wytargować większą działkę. Wyśmiał nas. Nie chciał o tym słyszeć. Zgodziliśmy się na jego warunki. Powiedział, że albo je przyjmiemy, albo wypadamy z gry. Po spotkaniu wyszedł z hotelu. Tym razem pilnowało go dwóch naszych. Facet był wysoki, nabity i z czarną brodą. Podejrzewaliśmy, że to przebranie. Chłopcy znów go o mało nie zgubili. Ale udało im się. Mieli fart. Zobaczyli, że wszedł do szpitala dla weteranów Hazelwood w Waszyngtonie. Już tam został. Nie wiemy, jak naprawdę wygląda, ale nie wyszedł stamtąd.

Macdougall zamilkł. Popatrzył kolejno na Weissa, Betsey i na mnie.

– To psychol, mili państwo. Siedzi w wariatkowie. Tam go dorwiecie.

Rozdział 94

Agenci FBI natychmiast pojechali do szpitala Hazelwood. Wyciągnęli akta wszystkich pacjentów i całego personelu. Urząd do spraw Weteranów sprzeciwiał się, ale szybko ustąpił.

Kopie akt pacjentów trafiły do mnie. Przez resztę dnia porównywałem je z kartotekami personelu i klientów MetroHartford. Dziękowałem Bogu za komputery. Nawet jeśli Supermózg był w szpitalu, nikt nie wiedział, jak wygląda. Nadal brakowało jego połowy z trzydziestu milionów dolarów. Ale zbliżyliśmy się do niego bardziej niż kiedykolwiek. Odzyskaliśmy prawie cały łup nowojorskich detektywów. Rozpłynęło się tylko kilkaset tysięcy. Każdy z pięciu aresztowanych gliniarzy próbował pójść z nami na jakiś układ.

Około wpół do dziesiątej wieczorem poszliśmy z Betsey na kolację do nowojorskiej restauracji „Ecco”. Włożyła żółtą sukienkę, złote kolczyki i bransoletki. Wszystko to tworzyło znakomity kontrast z jej opalenizną i czarnymi włosami. Sądzę, że wiedziała, jak świetnie się prezentuje. Wyglądała bardzo kobieco.

– Czy to randka? – zapytała, kiedy usiedliśmy przy stoliku w przytulnym, ale hałaśliwym lokalu na Manhattanie.

Uśmiechnąłem się.

– Może coś z tego wyjdzie. Jeśli nie będziemy rozmawiać o pracy.

– Masz na to moje słowo. Nawet gdyby wszedł tutaj Supermózg i przysiadł się do nas.

– Przykro mi z powodu Jima Walsha – powiedziałem.

Jeszcze nie mieliśmy okazji porozmawiać o tym.

– Wiem, Alex. Mnie też. To był naprawdę porządny facet.

– Zaskoczyło cię jego samobójstwo?

Położyła dłoń na mojej.

– Tak. Kompletnie. Ale nie mówmy dziś o tym, okay?

Po raz pierwszy opowiedziała mi trochę o sobie. Pochodziła z rodziny katolickiej i skończyła szkołę średnią Johna Carrolla w Waszyngtonie. Wychowywali ją w surowej dyscyplinie. Matka umarła, kiedy Betsey miała szesnaście lat. Ojciec był sierżantem w wojsku, potem strażakiem.

– Chodziłem z dziewczyną z twojej szkoły – powiedziałem. – W śmiesznym, niemodnym mundurku.

Betsey zabawnie zamrugała oczami.

– Ostatnio?

Miała poczucie humoru. Powiedziała, że wyniosła je z domu i ze swojej dzielnicy.

– Każdy chłopak w naszej okolicy musiał się wygłupiać. Inaczej miał przechlapane. Mój ojciec chciał mieć syna, a urodziłam się ja. Był twardym facetem, ale lubił pożartować. Umarł w pracy na atak serca. Chyba dlatego haruję co dzień jak wariatka.

– Ja straciłem rodziców, kiedy nie miałem nawet dziesięciu lat. Wychowywała mnie babcia. I też całe życie haruję.

– Skończyłeś Georgetown, a potem Johns Hopkins, tak?

Przewróciłem oczami i roześmiałem się.

– Dobrze się przygotowałaś do randki. Tak, mam doktorat z psychologii z Johns Hopkins. Jestem za bardzo wykształcony jak na gliniarza.

Roześmiała się.

– Ja też poszłam do Georgetown. Ale po tobie.

– Tylko cztery krótkie lata, agentko Cavalierre. Dobrze grałaś w lacrosse.

Zmarszczyła brwi.

– To raczej ty przygotowałeś się do randki.

Roześmiałem się.

– Nie, nie… Po prostu raz widziałem, jak grałaś.

– Zapamiętałeś to?!

– Zapamiętałem ciebie. Szybko biegałaś. Najpierw nie mogłem tego skojarzyć, ale potem sobie przypomniałem.

Betsey zapytała o moją trzyletnią prywatną praktykę psychologa.

– Wolałeś być detektywem?

– Lubię akcję.

– Ja też – przyznała.

Porozmawialiśmy trochę o naszych rodzinach. Opowiedziałem jej, jak zginęła moja żona Maria. Pokazałem zdjęcia starszych dzieci i małego Aleksa.

– Nigdy nie byłam mężatką – powiedziała cicho Betsey. – Mam pięć młodszych sióstr. Wszystkie wyszły za mąż i mają dzieci. Przepadam za nimi. Nazywają mnie ciocią Gliną.

– Mogę ci zadać osobiste pytanie?

Skinęła głową.

– Strzelaj. Zniosę wszystko.

– Chciałaś się kiedyś ustatkować, ciociu Glino?

– To pytanie osobiste czy profesjonalne, doktorze?

Wyczułem, że jest bardzo ostrożna. Poczucie humoru było prawdopodobnie jej najlepszą tarczą.

– Przyjacielskie – odpowiedziałem.

– Wiem, Alex. Miałam kiedyś bliskich przyjaciół. Facetów, kilku chłopaków. Ale kiedy sprawa robiła się poważna, zawsze się wycofywałam. O, cholera, wygadałam się.

Uśmiechnąłem się.

– Prawda zawsze w końcu wyjdzie na wierzch.

Przysunęła się bliżej. Pocałowała mnie w czoło, potem delikatnie w usta. Trudno było się jej oprzeć.

– Lubię być z tobą – powiedziała. – I bardzo lubię z tobą rozmawiać. Idziemy?

Wróciliśmy do hotelu. Odprowadziłem ją do pokoju. Pocałowaliśmy się przed drzwiami i podobało mi się to jeszcze bardziej niż za pierwszym razem w Hartford. Powoli i spokojnie do zwycięstwa.

– Jeszcze nie jesteś gotowy? – raczej stwierdziła, niż zapytała.

– Nie.

Uśmiechnęła się.

– Ale jesteś już blisko.

Weszła do pokoju i zamknęła drzwi.

– Nie wiesz, co tracisz – zawołała z wewnątrz.

Uśmiechałem się w drodze do swojego pokoju. Chyba wiedziałem, co tracę.

Rozdział 95

– Jesteśmy! – zawołał John Sampson i klasnął w dłonie. – Gdzie się chowacie, źli faceci?

W środę o szóstej rano wygramoliliśmy się obaj z mojego starego porsche na parkingu służbowym szpitala Hazelwood na North Capitol Street w Waszyngtonie. Duży budynek położony był w dużej odległości od Wojskowego Centrum Medycznego Waltera Reeda i niedaleko od Domu Żołnierza i Lotnika.

Tutaj zadekował się Supermózg? – zastanawiałem się. Czy to możliwe? Tak twierdził Brian Macdougall. Ta informacja była jego asem atutowym.

John i ja włożyliśmy sportowe koszulki, workowate spodnie khaki i wysokie adidasy. Mieliśmy pracować w szpitalu dzień lub dwa. Jak dotąd FBI nie udało się zidentyfikować Supermózga wśród pacjentów i personelu.

Teren szpitala otaczał wysoki, porośnięty bluszczem mur z kamieni polnych. Krajobraz nie był ciekawy: trochę krzaków, kilka drzew liściastych i iglastych, proste ławki.

Wskazałem jasnożółty sześciopiętrowy budynek najbliżej nas.

– To szpital główny.

Wokół stało jeszcze sześć mniejszych budowli przypominających bunkry. Sampson zmrużył oczy.

– Już tu byłem. Znałem kilku facetów z Wietnamu, którzy tutaj skończyli. Nie byli zachwyceni. Jak nie chcieli jeść, wpychali im rurki do nosa. Parszywe miejsce.

Spojrzałem na niego i pokręciłem głową.

– Hazelwood naprawdę ci się nie podoba.

– Nie podoba mi się system opieki medycznej nad weteranami. Nie podoba mi się traktowanie mężczyzn i kobiet, którzy ucierpieli, walcząc na wojnie. Większość tutejszego personelu jest jednak w porządku. Prawdopodobnie nie używają już nawet w ogóle rurek do nosa.

– Ale może my będziemy musieli, jeśli znajdziemy naszego faceta – odparłem.

– Jeśli znajdziemy Supermózga, stary, na pewno ich użyjemy.

Rozdział 96

Wspięliśmy się po stromych, kamiennych schodach i weszliśmy do budynku administracyjnego szpitala dla weteranów. Pokazano nam drogę do gabinetu dyrektora, pułkownika Daniela Schofielda.

Przywitał nas na progu małego pokoju. W środku zobaczyłem jeszcze dwóch mężczyzn i drobną blondynkę.

– Proszę wejść – powiedział.

Nie wyglądał na zachwyconego. Co za niespodzianka. W bardzo oficjalny sposób przedstawił Sampsona i mnie, potem swój personel. Nie ucieszył ich nasz widok.

– To pani Kathleen McGuigan. Jest przełożoną pielęgniarzy na „czwórce” i „piątce”. Tam będziecie panowie pracować. To doktor Padriac Cioffi, ordynator oddziału psychiatrycznego. I doktor Marcuse, jeden z naszych pięciu doskonałych terapeutów.

Marcuse raczył skinąć nam głową. Siostra McGuigan i Cioffi siedzieli jak posągi.

– Wyjaśniłem moim współpracownikom, że sytuacja jest delikatna. Mówiąc szczerze, nikomu się to nie podoba, ale rozumiemy, że nie mamy wyboru. Jeśli ten zabójca ukrywa się tutaj, oczywiście musi być złapany. Wszyscy się z tym zgadzamy. Zależy nam na bezpieczeństwie pacjentów i personelu.

– Był tutaj – odrzekłem. – Przynajmniej przez jakiś czas. I może nadal jest.

– Nie wierzę – wtrącił się Cioffi. – Panowie wybaczą, ale nie wyobrażam sobie tego. Znam wszystkich naszych pacjentów i zapewniam, że żaden nie jest groźnym przestępcą. To po prostu nieszczęśliwi ludzie.

– To może być ktoś z personelu – powiedziałem i spojrzałem nań uważnie, by zobaczyć, jak na to zareaguje.

– Nie przekona mnie pan.

Potrzebowałem ich pomocy, więc musiałem próbować zaprzyjaźnić się z nimi.

– Detektyw Sampson i ja wyniesiemy się stąd tak szybko, jak będzie to możliwe. Nie bez powodu przypuszczamy, że zabójca jest, albo przynajmniej był, pacjentem tego szpitala. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale jestem psychologiem. Studiowałem w Hopkins. Potem pracowałem w szpitalu McLeana i Instytucie Zdrowia Psychicznego. Myślę, że tu pasuję.

– Ja też – wtrącił się Sampson. – Byłem kiedyś bagażowym na dworcu Union. Mogę coś ładować i przewozić. Przydam się.

Nikt się nie roześmiał ani nie odezwał nawet słowem. Siostra McGuigan i doktor Cioffi popatrzyli na Sampsona z niechęcią. Najwyraźniej nie mieli poczucia humoru.

Musiałem przyjąć inną taktykę, żeby się z nimi dogadać.

– Czy w szpitalu jest anektyna? – zapytałem.

Cioffi wzruszył ramionami.

– Oczywiście. A dlaczego?

– Zabójca otruł nią swoich wspólników. Zna się na tym i najwyraźniej lubi patrzeć na ludzką śmierć. Jeden z gangów zniknął i obawiamy się, że też nie żyją. Detektyw Sampson i ja chcielibyśmy przejrzeć historię choroby każdego pacjenta i raporty pielęgniarzy. Potem zajmę się podejrzanymi przypadkami. Będziemy dziś pracować na pierwszej zmianie, od siódmej do piętnastej trzydzieści.

Pułkownik Schofieid skinął uprzejmie głową.

– Oczekuję od wszystkich pełnej współpracy z panami detektywami. W szpitalu może ukrywać się zabójca. To mało prawdopodobne, ale nie wykluczone.

O siódmej zabraliśmy się do roboty. Ja byłem doradcą do spraw zdrowia psychicznego, Sampson portierem. A kim był Supermózg?

Rozdział 97

Tego samego ranka gdzieś na piątym piętrze szpitala Supermózg był niesamowicie wkurzony na swojego lekarza. Ten durny, bezużyteczny palant nie pozwolił mu wyjść na miasto! Psychiatra chciał wiedzieć, co się dzieje, dlaczego pacjent ostatnio się zmienił? Co ukrywa?

Supermózg dostawał szału w swoim nędznym pokoiku. Tylko na kogo naprawdę się wścieka, oprócz lekarza? Zastanowił się nad tym, potem usiadł i napisał list z pogróżkami.

PAN PATRICK LEE

WŁAŚCICIEL MIESZKANIA

SZANOWNY PANIE

Nie rozumiem pana, do jasnej cholery! W dobrej wierze podpisafem naszą umowę najmu z uzgodnionymi poprawkami. Wywiązuję się z niej, a pan nie! Zachowuje się pan tak, jakby ta umowa nie istniała.

Przypominam, że jeśli bierze pan ode mnie pieniądze, pańskie mieszkanie jest moim domem.

Ten list będzie dowodem, że postępuje pan bezprawnie.

Niech pan przestanie przyklejać mi do drzwi kartki grożące eksmisją. Co miesiąc w terminie płacę czynsz!

Niech pan do mnie nie wydzwania, nie wydziera się tym swoim kantońskim dialektem i nie zawraca mi głowy.

Niech pan mnie nie dręczy!

Proszę po raz ostatni.

Niech pan przestanie znęcać się nade mną!

Natychmiast.

Bo inaczej ja się nad panem poznęcam!!!

Przestał pisać. Potem długo i dokładnie analizował treść dopiero co napisanego listu. Traci panowanie nad sobą. Lada moment wybuchnie.

Wyłączył komputer i wyszedł na korytarz. Jak zwykle przybrał minę debila. Otaczały go same czubki. W szlafrokach, na wózkach, nago.

Czasami, właściwie bardzo często, nie był w stanie uwierzyć, że tu przebywa. Ale o to właśnie chodziło. Nikt się nie domyśli, że jest Supermózgiem. Nikt go tutaj nie znajdzie. Nigdy. Był tutaj absolutnie bezpieczny.

A potem zobaczył detektywa Aleksa Crossa.

Rozdział 98

Kiedy wszedłem na „piątkę”, niemal usłyszałem, jak napina się cienka, czerwona linia między normalnym życiem i obłędem.

Oddział wyglądał typowo: wszędzie spłowiały róż i szarość, pęknięcia w ścianach, pielęgniarze z tacami lekarstw w kubeczkach, znerwicowani pacjenci w pasiastych piżamach i brudnych szlafrokach. Już to widziałem. Z wyjątkiem jednego: personel miał gwizdki, żeby w razie potrzeby wezwać pomoc. Zapewne zdarzały się tu ataki szaleńców.

Oddział psychiatryczny zajmował czwarte i piąte piętro. Na „piątce” było trzydziestu jeden weteranów w wieku od dwudziestu trzech do siedemdziesięciu pięciu lat. Uważano ich za niebezpiecznych dla siebie i otoczenia.

Zacząłem poszukiwania. Dwaj pacjenci pasowali do opisu Macdougalla: byli wysocy i potężnie zbudowani. Jeden nazywał się Cletus Andersen i nosił szpakowatą brodę. Po zwolnieniu z wojska podpadł policji w Denver i Salt Lake City.

Znalazłem go w świetlicy. Minęła dziesiąta, a on ciągle był w piżamie i brudnym szlafroku. Gapił się w telewizor na ścianie. Nie wyglądał na supersprytnego przestępcę.

W sali stało kilkanaście brązowych, plastikowych krzesełek i koślawy stolik do kart. W powietrzu wisiał gęsty dym papierosowy. Clete Andersen palił. Usiadłem obok, przed telewizorem, i skinąłem głową na powitanie.

Odwrócił się i wypuścił kółko z dymu.

– Nowy, zgadza się? – zapytał. – Zagrasz w bilard?

– Mogę spróbować.

Uśmiechnął się, jakby wziął to za żart.

– A masz klucze od sali bilardowej?

Wstał, nie czekając na odpowiedź. Albo może zapomniał, że o coś pytał. Wiedziałem z jego akt, że jest porywczy, ale teraz był na valium. Całe szczęście. Miał dwa metry wzrostu i ważył ponad sto dwadzieścia kilo.

W sali bilardowej było zaskakująco przyjemnie. Dwa wielkie okna wychodziły na plac ćwiczeń ogrodzony murem. Otaczały go klony i wiązy. W gałęziach drzew świergotały ptaki.

Byłem sam na sam z Andersenem. Czy ten wielki facet to Supermózg? Jeszcze nie wiedziałem. Gdyby walnął mnie kulą albo kijem bilardowym, to co innego.

Zagraliśmy ośmioma bilami. Nie był zbyt dobry. Celowo pudłowałem, żeby dać mu szansę, ale nie połapał się w tym. Miał szkliste oczy.

– To jak ukręcanie łebków tym pieprzonym sójkom! – mruknął wściekle, kiedy nie wykorzystał kolejnej okazji.

– A co z nimi nie tak? – zapytałem.

– One są na dworze, a ja tutaj – odpowiedział.

Potem spojrzał na mnie spode łba.

– Nie próbuj ze mnie nic wyciągać, okay? Znalazł się wielki spec od zdrowia psychicznego. Wielkie gówno. Graj.

Umieściłem bilę w rogu, potem znów celowo spudłowałem. Andersen długo się przymierzał do następnego uderzenia. Za długo, pomyślałem. Nagle wyprostował się. Popatrzył na mnie groźnie, jakby coś mu się we mnie nie spodobało. Zesztywniał i napiął mięśnie potężnych ramion. Był spasiony, ale miał budowę zawodowego zapaśnika.

– Coś mówiłeś, wielki specu?

– Nie.

– To miało być śmieszne? Wiesz, że nie cierpię tych pieprzonych sójek.

Pokręciłem głową.

– Nic nie mówiłem.

Andersen odszedł od stołu i zacisnął ogromne łapska na kiju bilardowym.

– Mógłbym przysiąc, że słyszałem, jak pod nosem nazwałeś mnie cipą. A może ciotą? Albo cieniasem? Coś w tym stylu.

Spojrzałem mu prosto w oczy.

– Skończyłeś grać, Andersen? To odłóż kij.

– Spróbuj mnie zmusić. Może myślisz, że ci się uda, bo jestem cipą?

Przyłożyłem służbowy gwizdek do ust.

– Jestem tu nowy. Zależy mi na tej pracy. Nie chcę żadnych kłopotów.

– To źle trafiłeś, frajerze. Sam jesteś pieprzoną cipą.

Andersen rzucił kij na stół i ruszył do drzwi. Po drodze potrącił mnie ramieniem.

– Uważaj, co gadasz, czarnuchu – powiedział i splunął.

Złapałem go i obróciłem twarzą do siebie. Był cholernie zaskoczony. Chciałem, żeby poczuł moją siłę. Patrzyłem na niego. Jak się zachowa sprowokowany?

– To ty uważaj, co gadasz – wycedziłem szeptem. – Lepiej do mnie nie podskakuj.

Puściłem go. Odwrócił się i wyszedł z sali. Miałem nadzieję, że jest Supermózgiem.

Rozdział 99

Najbardziej obawiałem się tego, że Supermózg może zniknąć na zawsze. Polowanie na niego stawało się raczej czekaniem albo modleniem się, żeby zostawił jakiś ślad.

Zmiany dyżurów w szpitalu zaczynały się od półgodzinnego przekazywania sobie przy kawie raportów o każdym pacjencie. Powtarzały się terminy „afekt”, „podatność”, „interakcja” i oczywiście „pourazowe zaburzenia emocjonalne”. Cierpiała na to co najmniej połowa chorych.

Poprzednia zmiana skończyła pracę, moja zaczęła. Głównym zadaniem doradcy psychiatrycznego jest interakcja z pacjentami. Miałem okazję przypomnieć sobie, dlaczego zostałem psychologiem.

Wróciłem do przeszłości. Czułem i rozumiałem ich urazy. Otaczający świat wydawał im się niebezpieczny. Nie ufali ludziom. Wątpili w siebie i mieli poczucie winy. Stracili wiarę i hart ducha. Dlaczego Supermózg wybrał to miejsce na swoją kryjówkę?

Mój ośmiogodzinny dyżur wiązał się z kilkoma specyficznymi obowiązkami. O siódmej liczenie sztućców w kuchni. Gdyby czegoś brakowało – co zdarzało się rzadko – musiałbym przeszukać pokoje. O ósmej spotkanie sam na sam z pacjentem nazwiskiem Copeland. Miał skłonności samobójcze. Od dziewiątej regularne sprawdzanie, gdzie jest każdy pacjent. Robiłem to co piętnaście minut według tablicy obok dyżurki pielęgniarek. Jednocześnie wyrzucałem śmiecie. Ktoś musiał opróżniać kubły.

Przy każdym podejściu do tablicy stawiałem kredą znaczki obok nazwisk najbardziej podejrzanych. Po godzinie miałem siedmiu.

James Gallagher znalazł się na mojej liście po prostu dlatego, że posturą przypominał Supermózga. Był wysoki i potężny. Wydawał się czujny i inteligentny.

Frederic Szabo miał zezwolenie na wychodzenie do miasta, ale wyglądał na tchórzliwego. Wątpiłem, czy mógł być zabójcą. Od powrotu z Wietnamu włóczył się po kraju. Nigdzie nie pracował dłużej niż kilka tygodni. Czasami opluwał personel szpitala, ale nic poza tym.

Stephen Bowen też mógł wychodzić do miasta. Służył w Wietnamie w stopniu kapitana piechoty i dobrze się zapowiadał. Cierpiał na pourazowe zaburzenia emocjonalne. Od roku 1971 przyjmowały go i zwalniały różne szpitale dla weteranów. Chwalił się, że po odejściu z wojska nigdy nie miał „normalnej pracy”.

David Hale był przez dwa lata policjantem w Marylandzie. Potem wpadł w paranoję. Podejrzewał, że każdy spotkany na ulicy Arab chce go zabić.

Michael Fescoe pracował w dwóch waszyngtońskich bankach, ale teraz nie potrafił zbilansować nawet własnej książeczki czekowej. Może symulował pourazowe zaburzenia emocjonalne, ale jego terapeuta był innego zdania.

Clete Andersen pasował do rysopisu Supermózga. Nie podobał mi się. I był porywczy. Ale nie zrobił niczego takiego, co mogłoby nasuwać podejrzenia, że jest Supermózgiem. Wręcz przeciwnie.

Tuż przed końcem dyżuru zadzwoniła do mnie Betsey. Odebrałem telefon w pokoiku służbowym za dyżurką pielęgniarzy. Była roztrzęsiona.

– Co się stało? – zapytałem.

– Mike Doud zniknął. Nie przyszedł rano do pracy. Zadzwoniliśmy do żony i podobno wyszedł z domu o zwykłej porze. Wypadek samochodowy raczej nie wchodzi w rachubę.

Byłem zaszokowany.

– Szukacie go?

– Jeszcze za wcześnie na ogłoszenie oficjalnego alarmu. Ale to do niego niepodobne. To naprawdę solidny facet. Domator. Najpierw Walsh, teraz on. Co się dzieje, Alex? To na pewno ten skurwiel!

Rozdział 100

Poluje na nas? Agent James Walsh nie żyje, Doud zaginął. Trudno było powiedzieć, czy te sprawy się wiążą, ale musieliśmy przyjąć, że tak. To na pewno ten skurwiel.

Byłem wcześniej umówiony z doktorem Cioffim, więc musiałem pójść na spotkanie w budynku administracyjnym. Przestudiowałem akta psychiatrów z Hazelwood. Cioffi sam był weteranem. Zaliczył w Wietnamie dwie tury. Potem pracował w siedmiu szpitalach dla weteranów, zanim trafił tutaj. Czy mógł być Supermózgiem? Od dawna miał do czynienia z psychologią i nienormalnymi zachowaniami. Ale w końcu ja też.

Kiedy wszedłem do jego gabinetu, pisał coś przy biurku. Siedział plecami do okna. Żółte, pasiaste obicie fotela pasowało do zasłon.

Nie widziałem go dobrze, ale wiedziałem, że obserwuje mnie ukradkiem. Ach, te gierki… Nawet my, lekarze umysłów, tak się zabawiamy.

W końcu podniósł głowę i udał zaskoczenie.

– Już pan jest? Przepraszam, chyba straciłem poczucie czasu.

Opuścił mankiety koszuli, wstał i wskazał mi miejsce pod ścianą.

– Doktor Marcuse i ja rozmawialiśmy o panu wczoraj wieczorem. Nie zachowaliśmy się zbyt uprzejmie wobec pana i pańskiego kolegi. Ale nie podobało nam się, że policja będzie tu węszyć. Słyszałem, że świetnie pan sobie radzi jako doradca do spraw zdrowia psychicznego.

Nie połknąłem przynęty. To on był lekarzem. Ja doradcą. Pokazałem mu listę podejrzanych. Szybko przeczytał nazwiska.

– Oczywiście znam tych pacjentów. Niektórzy z pewnością są zdolni do przemocy. Andersen i Hale popełnili kiedyś morderstwa. Mimo to, trudno sobie wyobrazić, żeby zorganizowali serię zuchwałych napadów. I co by tutaj robili, mając tyle pieniędzy, prawda?

Roześmiał się.

– Ja na pewno bym tu nie siedział.

Czyżby, doktorze? – pomyślałem.

Następną godzinę spędziłem u doktora Marcuse’a. Miał mniejszy gabinet, obok gabinetu Cioffiego. Dobrze nam się rozmawiało i czas szybko zleciał. Facet był bystry, energiczny i starał się pomóc w śledztwie. Albo tylko udawał.

– Jak pan trafił do Hazelwood? – zapytałem w końcu.

– Proste pytanie, skomplikowana odpowiedź. Mój ojciec był pilotem wojskowym. Walczył w drugiej wojnie światowej. Stracił obie nogi. Miałem wtedy siedem lat. Spędziłem mnóstwo czasu w szpitalach dla weteranów. Nienawidziłem ich. Nie bez powodu. Chciałem coś zrobić, żeby były lepsze od tych, które znał mój ojciec.

– Udało się?

– Jestem tu dopiero od ośmiu miesięcy. Zająłem miejsce doktora Francisa. Przeniósł się do szpitala weteranów na Florydzie. Po prostu nie dają nam pieniędzy. To hańba narodowa, ale nikt się tym nie przejmuje. „Sześćdziesiąt minut” i „Dateline” powinny robić o tym programy co tydzień, żeby wreszcie ktoś się nami zainteresował. A co do pańskiego zabójcy, nie wiem, co mógłbym powiedzieć.

– Nie wierzy pan, że tu jest, prawda?

Marcuse pokręcił głową.

– Musiałby być prawdziwym Supermózgiem. Gdyby się tu ukrywał, wyszłoby na to, że potrafił wszystkich oszukać.

Rozdział 101

Widzę cię, doktorze Cross. A ty nie masz pojęcia, kim jestem. Mógłbym podejść i dotknąć cię.

Jestem o wiele sprytniejszy od ciebie. O wiele sprytniejszy, niż myślisz. To fakt, który można sprawdzić. Przeszedłem mnóstwo testów na inteligencję i testów psychologicznych. Widziałeś moje wyniki? Byłeś pod wrażeniem?

Wczoraj rano w pokoju rekreacyjnym siedziałem dokładnie jedno krzesło od ciebie. Przyglądałem ci się. Zastanawiałem się, czy naprawdę jesteś Aleksem Crossem. A może się mylę? Byliśmy tak blisko siebie, że mógłbym złapać cię za gardło. Spodziewałbyś się tego?

Przyznam, że twoja obecność tutaj zaskoczyła mnie. Widziałem twoje zdjęcie – jesteś znany. A potem zjawiłeś się tutaj. Sprawiłeś, że wszystkie moje paranoidalne marzenia i fantazje stały się prawdą.

Co tu robisz, doktorze Cross? Jak mnie znalazłeś, do cholery? Jesteś aż taki dobry?

Wciąż od nowa zadaję sobie to pytanie. Rozbrzmiewa w mojej głowie jak litania.

Co tu robi Alex Cross? Czy jest dobry?

Zamierzam sprawić ci niespodziankę. Układam specjalny plan na twoją cześć.

Obserwuję, jak odchodzisz w głąb korytarza, starając się nie pobrzękiwać kluczami. I układam nowy plan.

Jesteś teraz jego częścią.

Musisz bardzo uważać, doktorze Cross.

Jesteś o wiele bardziej bezbronny, niż myślisz. Nawet nie masz pojęcia jak.

Wiesz co? Podejdę i dotknę ciebie.

Mam cię!

Rozdział 102

– Wygląda na to, że szpital to ślepa uliczka, Betsey. Sprawdziłem wszystkich: lekarzy, pielęgniarzy, pacjentów. Nie wiem, czy wrócimy tam z Sampsonem w przyszłym tygodniu. Może Macdougall nas wykołował? A może Supermózg bawi się z nami? Wiadomo coś więcej o Walshu i Doudzie?

Betsey pokręciła głową. Była przybita i zawiedziona.

– Doud się nie znalazł. Zniknął bez śladu.

Siedzieliśmy w jej gabinecie z nogami na biurku Betsey. Piliśmy z butelek mrożoną herbatę i narzekaliśmy. Potrafiła słuchać, jeśli chciała lub musiała.

– Czego się na razie dowiedziałeś? – zapytała. – Chciałabym to przemyśleć.

– Nie znaleźliśmy żadnych powiązań pacjentów ani personelu z porwaniem autokaru czy napadami na banki. Nikt nie pasuje do takiej roboty. Nawet lekarze. Może Marcuse, ale wydaje się w porządku. Pół tuzina twoich agentów przekopało cały szpital, i nic, Betsey. W weekend jeszcze raz przejrzę akta.

– Ale uważasz, że go zgubiliśmy?

– Ciągle to samo: nie mamy podejrzanych. Jakby Supermózg potrafił zapadać się pod ziemię, kiedy chce.

Przetarła pięściami oczy i popatrzyła na mnie.

– Departament sprawiedliwości wierzy Macdougallowi. Chcą nadal obserwować Hazelwood. Potem sprawdzą wszystkie szpitale dla weteranów w całym kraju. Co oznacza, że będę musiała szukać dalej. Ale ty uważasz, że Macdougall i jego kolesie pomylili się?

– Albo dali się wykołować. A może Macdougall wymyślił to wszystko? I pewnie dostanie to, na co liczył. Jak powiedziałem, przejrzę akta jeszcze raz. Nie poddaję się.

Betsey patrzyła w okno.

– Więc planujesz pracować przez cały weekend? Szkoda. Przydałaby ci się przerwa.

Pociągnąłem łyk herbaty i przyjrzałem się jej.

– Masz na myśli coś konkretnego?

Roześmiała się z wdziękiem i dmuchnęła ze świstem w butelkę.

– Chyba już czas, Alex. Oboje potrzebujemy trochę relaksu w starym, dobrym stylu. Co ty na to, żebym wpadła po ciebie w sobotę około południa?

Ze śmiechem pokręciłem głową.

– Czy to oznacza zgodę? – zapytała.

Przytaknąłem.

– Chyba rzeczywiście potrzebuję trochę relaksu „w starym, dobrym stylu”. Nawet na pewno.

Rozdział 103

W sobotę nie mogłem się doczekać południa. Musiałem się czymś zająć. Zrobiliśmy z dziećmi zakupy i wstąpiliśmy do nowego zoo w Southeast. Przestałem myśleć o Supermózgu. A także o Walshu, Doudzie, szpitalu dla weteranów i zbrodniach.

Betsey wpadła po mnie punktualnie o dwunastej. Przyjechała niebieskim saabem. Samochód był wypolerowany na wysoki połysk. Wyglądał jak nowy. Zapowiadał się przyjemny dzień.

Wiedziałem, że Jannie obserwuje mnie przez okno swojego pokoju. Odwróciłem się, zrobiłem śmieszną minę i pomachałem do niej. Uśmiechnęła się od ucha do ucha i też mi pomachała. Razem z kotką Rosie dostroiły się do mojej „opery mydlanej”.

Nachyliłem się do okna saaba. Betsey włożyła białą, jedwabną bluzkę i jasną kurtkę skórzaną. Potrafiła doskonale wyglądać, jeśli chciała. A dziś chyba chciała.

– Zawsze jesteś dokładnie o czasie. Jak Supermózg – zażartowałem.

– Jak Superfiut – poprawiła. – Czy to nie byłby wspaniały koniec tej sprawy, Alex? Ja nim jestem. Złapałeś mnie, bo popełniłam jeden fatalny błąd: zakochałam się w tobie do szaleństwa.

Wsiadłem do samochodu.

– Naprawdę, starsza agentko Cavalierre?

Roześmiała się wdzięcznie. Pozbyła się wszystkich hamulców.

– A czy nie poświęcam dla ciebie mojego cennego weekendu?

– Dokąd jedziemy? – zapytałem.

– Niedługo zobaczysz. Mam superplan.

– Nie wątpię.

Po dziesięciu minutach skręciła na kolisty podjazd do hotelu Four Seasons na Pennsylvania Avenue. Lekki wiatr poruszał flagami. Na ceglanym dziedzińcu rosło mnóstwo bluszczu bostońskiego. Bardzo ładny widok.

Spojrzała na mnie niepewnie. Była trochę zdenerwowana.

– Może być? – zapytała.

– Myślę, że tak. Wygodne miejsce. Doskonały plan.

Uśmiechnęła się zachęcająco.

– Po co tracić czas na długą podróż, prawda?

Była niesamowita jak na agentkę FBI; zwłaszcza inteligentną i ambitną agentkę. Podobał mi się jej styl: sięgała po to, co chciała. Zastanawiałem się, czy zwykle to dostaje.

Wpisała nas wcześniej do hotelowego rejestru, więc od razu pojechaliśmy do pokoju na ostatnim piętrze. Cały czas szedłem za nią. Obserwowałem jej chód.

– Coś państwo potrzebują? – zapytał młody, ale natrętny portier, kiedy weszliśmy do apartamentu.

Dałem mu napiwek.

– Dzięki za odprowadzenie do pokoju. Wychodząc, niech pan zamknie drzwi. Tylko delikatnie.

Skinął głową.

– Mamy doskonałą obsługę kelnerską – pochwalił się. – Najlepszą w Waszyngtonie.

Betsey uśmiechnęła się i spławiła go gestem.

– Dzięki. I przypominam o drzwiach: delikatnie. Żegnam.

Rozdział 104

Betsey już ściągała kurtkę. Zanim drzwi się zamknęły, trzymałem ją w ramionach. Całowaliśmy się i ocieraliśmy o siebie jak w tańcu. Oboje byliśmy zauroczeni. Całkiem nieźle, pomyślałem. Relaks w starym, dobrym stylu. Czy nie to mi obiecywała?

Betsey wydawała się naelektryzowana, a jednocześnie odprężona. Była pełna kontrastów. Mała i lekka, ale wysportowana i silna. Bardzo inteligentna i poważna, ale zabawna, ironiczna i lekceważąca. I seksowna jak cholera. O, tak!

Upadliśmy na łóżko. Nie wiem, kto prowadził w tym „tańcu”, to było bez znaczenia. Wtuliłem twarz w jej miękką, jedwabną bluzkę. Potem spojrzałem w jej piwne oczy.

– Jesteś bardzo pewna siebie. Rezerwacja hotelu i tak dalej.

– Nadszedł czas – odpowiedziała po prostu.

Zdjąłem jej bluzkę i czarną, krótką spódniczkę. Gładziłem ją delikatnie po twarzy, ramionach, nogach i stopach. Minęło dobre pół godziny, zanim się rozebraliśmy.

– Masz cudowny dotyk – szepnęła. – Nie przestawaj.

– Nie przestanę. Lubię to. To ty nie przestawaj.

– Boże, jak dobrze! Alex! – krzyknęła, zupełnie nie w swoim stylu.

Całowałem miejsca, gdzie ją dotykałem. Miała bardzo ciepłą skórę. Używała doskonałych perfum. Powiedziała, że to Forever Alfreda Sunga. Całowałem ją w usta – może nie całą wieczność, jak sugerowała nazwa perfum – ale bardzo, bardzo długo.

„Potańczyliśmy” jeszcze trochę. Obejmowaliśmy się, całowaliśmy i ocieraliśmy o siebie. Mieliśmy mnóstwo czasu. Boże, brakowało mi kogoś takiego jak ona.

– Teraz? – szepnęło w końcu jedno z nas.

Nadszedł właściwy moment.

Wziąłem Betsey bardzo, bardzo wolno. Wchodziłem w nią, najdalej jak mogłem. Byłem na górze, ale opierałem się na przedramionach. Poruszaliśmy się razem. Zgodnie i bez wysiłku. Zaczęła mruczeć. Tak słodko, że wibrowałem jak kamerton.

– Dobrze mi z tobą – powiedziałem. – Bardzo. Nawet lepiej, niż się spodziewałem.

– Mnie z tobą też. Mówiłam ci, że to lepsze od ścigania Supermózga.

– O wiele lepsze.

– Teraz! Proszę…

Rozdział 105

Zasnęliśmy, trzymając się w objęciach.

Obudziłem się pierwszy. Była prawie szósta po południu. Nie obchodziła mnie godzina. Ani dzień tygodnia. Zadzwoniłem do domu i sprawdziłem, czy wszystko w porządku. Cieszyli się, że wreszcie pozwoliłem sobie na trochę relaksu.

Ja też się cieszyłem. Patrzyłem na śpiącą nago Betsey i myślałem, że mógłbym się jej tak przyglądać bez końca. Postanowiłem przygotować dla nas gorącą kąpiel. Powinienem? Jasne. Dlaczego nie?

W łazience obok jej rzeczy zauważyłem słoik z niebieskimi kulkami musującymi do kąpieli. Dawno mnie wyprzedziła. Zastanowiłem się, czy mi się to podoba. Uznałem, że tak.

Wanna napełniała się wolno, kiedy za plecami usłyszałem głos Betsey.

– Dobry pomysł. Miałam ochotę na kąpiel z tobą.

Obejrzałem się. Była naga.

– Myślałaś o tym wcześniej?

– Oczywiście. Bardzo często. A co robię na odprawach, jak ci się zdaje?

Kilka minut później weszliśmy razem do wanny. Wspaniałe uczucie. Antidotum na ciężką pracę, napięcie i frustrację ostatnich tygodni.

Betsey popatrzyła mi w oczy.

– Lubię być z tobą – szepnęła. – Nie chcę rozstać się ani z tą wanną, ani z tobą. To raj.

– Mają tu doskonałą obsługę kelnerską – przypomniałem. – Najlepszą w Waszyngtonie. Pewnie podadzą nam jedzenie do wanny, jeśli ładnie poprosimy.

– No to spróbujmy – powiedziała.

Rozdział 106

Reszta soboty i niedzielny poranek były równie cudowne. Wydawały się niemal snem. Szkoda tylko, że czas uciekał tak szybko.

Im dłużej byłem z Betsey, im więcej z nią rozmawiałem, tym bardziej mi się podobała. Lubiłem ją już przed naszą wyprawą do hotelu Four Seasons. W sobotę tylko raz wspomnieliśmy o Supermózgu. Betsey zapytała, czy moim zdaniem, coś nam grozi. Czy Supermózg poluje na nas. Tego nie wiedzieliśmy, ale oboje mieliśmy broń.

W niedzielę około dziesiątej zjedliśmy śniadanie przy basenie. Siedzieliśmy na miękkich łóżkach wypoczynkowych owinięci w puszyste, biało-niebieskie ręczniki. Czytaliśmy „Washington Post” i „New York Timesa”. Czasem ktoś patrzył na nas ciekawie, ale ludzie, którzy mieszkają w hotelach sieci Four Seasons – zwłaszcza w Waszyngtonie – widują nie takie rzeczy. Na pewno wyglądaliśmy z Betsey na szczęśliwą parę.

Powinienem był wyczuć, że to nadchodzi. Nie wiem dlaczego, ale nagle zacząłem rozmyślać o człowieku stojącym za napadami, morderstwami i porwaniami: o Supermózgu. Próbowałem przestać, ale nie mogłem. Pogromca Smoków wrócił do pracy.

Spojrzałem na Betsey. Miała zamknięte oczy i wyglądała na całkowicie odprężoną. Tego ranka pomalowała sobie paznokcie na czerwono. Usta też. Już w ogóle nie przypominała agentki FBI. Była piękną, seksowną kobietą. Cieszyłem się, że z nią jestem.

Nie miałem ochoty psuć jej nastroju. Zasłużyła na trochę odpoczynku, leżała tak spokojnie.

– Betsey?

Uśmiechnęła się, ale nie otworzyła oczu. Poprawiła się na łóżku.

– Tak, z przyjemnością poszłabym z tobą do pokoju. Zrezygnowałabym nawet z wylegiwania się tutaj. Możemy zostawić ręczniki na krzesłach. Może jeszcze tu będą, jak wrócimy.

Uśmiechnąłem się i lekko pomasowałem jej plecy.

– Przepraszam, ale moglibyśmy porozmawiać o śledztwie? O nim?

Otworzyła i czujnie zmrużyła oczy. Znów była sobą. Zadziwiająca przemiana. Jest gorsza niż ja, pomyślałem.

– A co z nim? O czym myślałeś?

Przysunąłem się bliżej.

– Przez ostatnie tygodnie grzebaliśmy się tylko w sprawie MetroHartford. Przesłuchiwaliśmy Macdougalla. Zapomnieliśmy o napadach na banki. Muszę jeszcze raz przejrzeć stare kartoteki. Nawet akta personalne.

Trochę ją zaskoczyłem.

– W porządku. Ale chyba nie nadążam. Co ci chodzi po głowie? Co chcesz znaleźć?

– W banku First Union zginęły cztery osoby z personelu. Bez powodu. Myśleliśmy, że dla przykładu. Ale dlaczego? Coś mi tu nie pasuje.

Betsey znów przymknęła oczy. Widziałem po minie, że myśli gorączkowo.

– Facet chciał się zemścić na bankach i zgarnąć swoje piętnaście milionów.

– To w jego stylu. Jest dokładny i skuteczny. Wie o wszystkim. I chce mieć wszystko.

Otworzyła oczy. Popatrzyła na mnie i zacisnęła wargi.

– Jest jeszcze coś. To ważne.

Pocałowałem ją lekko w usta.

– Co?

– Nadal chcę iść z tobą do pokoju. Dopiero potem zajmiemy się starymi, zakurzonymi aktami.

Roześmiałem się.

– Dobry plan. Zwłaszcza pierwsza część.

Rozdział 107

O trzeciej po południu wróciliśmy do terenowego biura FBI. Betsey zadzwoniła wcześniej po akta sprawy First Union. Czekały na nią. Zabraliśmy się do roboty. W delikatesach na rogu zamówiliśmy herbatę mrożoną i kanapki.

Dwa razy.

Betsey w końcu spojrzała na mnie.

– Właściwie dlaczego grzebiemy się w tym?

– On prawdopodobnie zabił Walsha. I może Douda. To chory facet. Ciągle jest na wolności i to mnie cholernie niepokoi.

Przytaknęła.

– My też jesteśmy chorzy. Zobacz, dokąd zaszliśmy. Przysuń mi tamtą stertę. Boże, a było tak przyjemnie w Four Seasons.

Około jedenastej znalazłem małe, czarno-białe zdjęcie.

– Betsey? – zawołałem.

– Mhm?

– Ten facet był szefem ochrony w banku. Teraz jest pacjentem szpitala Hazelwood. Znam go. Rozmawiałem z nim. W jego kartotece szpitalnej nie ma śladu, że pracował w First Union. To musi być on.

Podałem jej zdjęcie. Szybko uzgodniliśmy, że Sampson i ja wrócimy rano do Hazelwood. Na razie Betsey starała się zebrać wszelkie dostępne informacje o Frederiku Szabo. Nudny, bezbarwny Frederic Szabo. Niech go szlag!

Mogłem się mylić, ale wydawało się to mało prawdopodobne. Szabo był kiedyś szefem ochrony banku First Union, a teraz pacjentem Hazelwood. Był wysoki i miał brodę. Odpowiadał rysopisowi podanemu przez Macdougalla. Jego profil psychiatryczny mówił o powtarzających się fantazjach paranoidalnych, skierowanych przeciwko firmom z Fortune 500. Tyle, że Szabo wydawał się zbyt zamknięty w sobie i bezradny, jak na Supermózga.

Ale najbardziej przekonującym dowodem był brak jakiegokolwiek śladu w szpitalnej kartotece, że kiedyś pracował w First Union. Szabo prawdopodobnie twierdził, że od powrotu z Wietnamu nigdy nie miał stałego zajęcia. Oczywiście teraz już wiedzieliśmy, że skłamał.

Z jego profilu psychiatrycznego wynikało, że ma paranoidalne zaburzenia osobowości. Nie wierzył ludziom, zwłaszcza biznesmenom. Uważał, że go wykorzystują i próbują oszukać. Bał się komukolwiek zaufać, żeby informacje o nim nie obróciły się przeciwko niemu. Kiedy się ożenił, przez cały okres małżeństwa – od początku roku 1970 do końca 1971 – był patologicznie nadwrażliwy i zazdrosny o żonę. Gdy się rozstali, zapewne ruszył w świat. W końcu zjawił się w Hazelwood, szukając pomocy – trzy lata przed serią napadów na banki i rok po zwolnieniu go z First Union. Podczas częstych pobytów w szpitalu zawsze trzymał się na uboczu. Izolował się od wszystkich pacjentów i całego personelu. Z nikim się nie przyjaźnił, ale wydawał się zupełnie nieszkodliwy. I prawie zawsze mógł wychodzić do miasta, miał na to pozwolenie.

Gdy ponownie przeczytałem akta Szabo, przyszło mi do głowy, że praca w banku doskonale pasowała do jego zaburzeń. Jak wielu paranoików szukał posady, która pozwoliłaby mu zaspokoić pragnienie moralizowania i karania w sposób akceptowalny społecznie. Jako szef ochrony mógł się koncentrować na swojej potrzebie zapobiegania wszelkim atakom o każdej porze. Strzegąc banku, podświadomie chronił siebie.

Jak na ironię, organizując serię udanych napadów, udowodnił – przynajmniej symbolicznie – że nie potrafi obronić się przed atakami innych. Ale może o to mu chodziło.

Jego nieufność bardzo utrudniała leczenie, jeśli wręcz go nie wykluczała. W ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy przyjmowano go do Hazelwood i zwalniano stamtąd cztery razy. Czy szpital był przykrywką dla jego działalności? Wybrał Hazelwood na swoją kryjówkę?

A największą zagadką było dla mnie to, dlaczego jeszcze tam jest.

Rozdział 108

W poniedziałek rano wróciłem do pracy w Hazelwood. Włożyłem białą, luźną koszulę i workowate, sztruksowe spodnie, żeby ukryć pod nimi kaburę na nodze. Do personelu dołączył agent FBI nazwiskiem Jack Waterhouse. Udawał pielęgniarza. Sampson nadal grał rolę portiera, ale teraz pracował tylko na „piątce”.

Frederic Szabo wciąż nie rzucał się w oczy. Nie robił nic podejrzanego. Przez trzy dni nie opuszczał oddziału. Dużo spał w swoim pokoju. Czasem włączał stary laptop Apple.

Wiedział, że go obserwujemy?

W środę po dyżurze spotkałem się z Betsey w budynku administracyjnym. Była w niebieskim kostiumie i zachowywała się bardzo oficjalnie. Chwilami sprawiała wrażenie zupełnie obcej osoby, całkowicie pochłoniętej pracą.

Najwyraźniej miała dosyć tej sprawy, tak samo jak ja.

– Układał swój genialny plan co najmniej trzy lata, tak? Przypuszczalnie ma gdzieś zadołowane piętnaście milionów. Zabił masę ludzi, żeby zdobyć tę forsę. I teraz siedzi na tyłku w Hazelwood? Daj spokój!

– To paranoik – odpowiedziałem. – I psychopata. Może nawet wie, że tu jesteśmy? Może powinniśmy się wycofać ze szpitala? Obserwować go z zewnątrz? Ma pozwolenie doktora Cioffiego na wychodzenie do miasta. Może to robić, kiedy chce.

Betsey nerwowo szarpała klapy kostiumu. Bałem się, że za chwilę zacznie wyrywać sobie włosy.

– Ale nigdzie nie wychodzi! Ma pięćdziesiąt lat i nie chce mu się! To kompletnie przegrany facet!

– Wiem, Betsey. Od trzech dni patrzę, jak śpi i bawi się grami w Internecie.

Parsknęła śmiechem.

– Popełnił pięć zbrodni doskonałych i przeszedł na emeryturę?

– Na to wygląda.

– Chcesz posłuchać, co ja załatwiłam?

Skinąłem głową.

– Byłam w First Union. Rozmawiałam ze wszystkimi ludźmi, którzy pamiętają Szabo, a których udało mi się odnaleźć. Podobno strasznie przejmował się pracą. Wszystko musiało być zrobione dokładnie jak powinno. Miał hopla na tym punkcie. Niektórzy nabijali się z niego.

– W jaki sposób?

– Dali mu przezwisko. Zgadnij, jakie? Supermózg! Dla zabawy. Tak z niego żartowali.

– A teraz chyba on żartuje z nas.

Rozdział 109

Następnego ranka wydarzyło się coś dziwnego. Gdy mijaliśmy się na korytarzu, Szabo otarł się o mnie. Udał zmieszanego i przeprosił, powiedział, że prawdopodobnie „stracił równowagę”. Ale byłem pewien, że zrobił to celowo. Tylko po co? O co mu chodziło, do cholery?

Godzinę później zobaczyłem, że wychodzi z oddziału. Musiał wiedzieć, że go obserwuję. Gdy tylko zniknął, podbiegłem do drzwi.

– Dokąd on poszedł? – zapytałem pielęgniarza, który go wypuścił.

– Na fizykoterapię. Ma pozwolenie. Może wychodzić na teren i do miasta. Gdzie chce.

Tak już przywykłem do braku aktywności Szabo, że zupełnie mnie zaskoczył.

– Niech pan powie szefowej, że muszę wyjść – poleciłem pielęgniarzowi.

Spojrzał na mnie spode łba i chciał mnie spławić.

– Niech pan jej sam powie.

Przecisnąłem się obok niego.

– Ma pan jej powiedzieć – rozkazałem. – To ważne.

Wszedłem do zdezelowanej windy i zjechałem do holu na parterze. Frederic Szabo nie cierpiał ćwiczeń fizycznych. Przeczytałem to w jego aktach. Dokąd naprawdę poszedł?

Wypadłem na podwórze. Szabo przemykał się między budynkami szpitalnymi. Wysoki i brodaty – tak opisał Macdougall Supermózga.

Minął salę gimnastyczną. Wcale mnie to nie zaskoczyło.

Nareszcie się ruszył!

Poszedłem za nim. Zachowywał się nerwowo. W końcu się obejrzał. Uskoczyłem w bok ze ścieżki. Miałem nadzieję, że mnie nie zobaczył. A może jednak?

Wyszedł przez bramę na ruchliwą ulicę i skręcił na południe. Przestał być czujny. Czy to był Supermózg?

Kilka przecznic dalej wsiadł do taksówki. Przed Holiday Inn stały trzy inne. Wskoczyłem do pierwszej i kazałem jechać za nim.

Kierowca był Hindusem.

– A dokąd jedziemy, proszę pana? – zapytał.

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziałem i pokazałem mu odznakę. Pokręcił głową.

– Ja to mam pecha – jęknął. – Jak na filmie: „Za tamtą taksówką”.

Rozdział 110

Szabo wysiadł z taksówki na Rhode Island Avenue w Northwest. Ja też. Przez chwilę oglądał wystawy sklepowe. Przynajmniej na to wyglądało. Wydawał się teraz odprężony. Po wyjściu ze szpitala uspokoił się. Pewnie dlatego, że wszystkich wykołował.

W końcu wszedł do niskiego, zniszczonego budynku z piaskowca. W podziemiach mieściła się chińska pralnia jakiegoś A. Lee.

Co on tam robił? Wymykał się tylnym wyjściem? Nagle w oknie na drugim piętrze zapaliło się światło. Szabo przeszedł kilka razy przez pokój. To był on. Wysoki i brodaty. Przychodziły mi do głowy różne myśli. Nikt w szpitalu nie wie, że Szabo ma mieszkanie w mieście. W jego kartotece nie znalazłem żadnej wzmianki o tym.

Udaje bezradnego, nieszkodliwego i bezdomnego. Takie pozory stworzył. Nareszcie odkryłem jego tajemnicę. Co to oznaczało?

Czekałem na ulicy. Nie czułem zagrożenia. Przynajmniej na razie.

Siedział w budynku blisko dwie godziny. Już nie pojawił się w oknie. Co on tam robi? Czas ucieka.

Potem światło w mieszkaniu zgasło.

W napięciu obserwowałem drzwi frontowe. Szabo nie wychodził. Zaniepokoiłem się. Gdzie on jest?

Po pięciu minutach pojawił się na schodach wejściowych. Znów dostrzegłem nerwowy tik na jego twarzy. Może był autentyczny.

Ciągle przecierał oczy i drapał się w podbródek. Poprawiał koszulę na piersi. Trzy czy cztery razy przeczesał palcami gęste, czarne włosy.

Czy to był Supermózg? Wydało mi się to niemal niemożliwe. Ale jeśli nie, to co dalej?

Szabo rozejrzał się niespokojnie, ale osłaniał mnie mroczny cień innego budynku. Nie mógł mnie zobaczyć. Czego się bał?

Poszedł z powrotem Rhode Island Avenue. Potem złapał taksówkę.

Chciałem go śledzić, ale miałem coś ważniejszego do zrobienia. Przebiegłem przez ulicę i wszedłem do budynku z piaskowca.

Musiałem sprawdzić, co tam robił tak długo. Doprowadzał mnie do szału. Zaczynałem być taki nerwowy jak on.

Rozdział 111

Otworzyłem drzwi małym, bardzo przydatnym wytrychem. Dostałem się do mieszkania Szabo szybciej, niż zdążyłbym powiedzieć „bezprawne wejście”. Nikt nie mógł wiedzieć, że tu byłem.

Chciałem się szybko rozejrzeć i natychmiast wynieść. Wątpiłem, czy znajdę jakiś dowód jego udziału w porwaniu autokaru czy napadach na banki. Ale musiałem zobaczyć, jak mieszka. Wiedzieć o nim więcej niż to, co mówiły raporty lekarzy i pielęgniarzy w szpitalu. Chciałem zrozumieć Supermózga.

Miał kolekcję noży myśliwskich i starej broni: karabiny z czasów wojny domowej, niemieckie lugery, amerykańskie colty. I pamiątki z Wietnamu: ceremonialną szablę i sztandar północnowietnamskiego batalionu K 10. Oraz dużo książek i czasopism: Zło, które czynią ludzie. Zbrodnią i karę, „Magazyn strzelecki”, „Naukowca amerykańskiego”.

Jak dotąd, bez niespodzianek. Poza samym faktem, że miał mieszkanie.

– Jesteś nim, Szabo? – zapytałem na głos. – To ty jesteś Supermózgiem? W co ty, do cholery, grasz, człowieku?

Szybko przeszukałem salon, małą sypialnię i klaustrofobiczną norę, która najwyraźniej służyła jako gabinet do pracy. Tutaj wszystko planujesz, Szabo? Na biurku leżał odręczny list. Musiał go napisać niedawno. Zacząłem czytać:

PAN ARTHUR LEE

WŁAŚCICIEL PRALNI

To jest ostrzeżenie i na Pańskim miejscu potraktowałbym je bardzo poważnie. Trzy tygodnie temu zostawiłem u Pana rzeczy do prania chemicznego. Zawsze dołączam ich listę i krótki opis każdego ubrania.

ZOSTAWIAM SOBIE KOPIĘ!

LISTA JEST ZAWSZE PORZĄDNA I DOKŁADNA.

Szabo napisał dalej, że części ubrań nie dostał z powrotem. Rozmawiał z kimś w pralni i obiecano mu, że natychmiast je przyślą. Nie przysłali.

Schodzę do Pańskich pracowników. Spotykam się z PANEM. I jestem wściekły. PAN też twierdzi, że nie macie moich rzeczy. I jeszcze mnie Pan obraża. Sugeruje Pan, że pewnie ukradł je portier.

Tu nie ma żadnego pieprzonego portiera! Mieszkam w tym samym budynku, co Pan!

NIECH PAN PAMIĘTA, ŻE PANA OSTRZEGAŁEM

FREDERIC SZABO

Co to jest, do cholery? – zacząłem myśleć gorączkowo po przeczytaniu tego dziwacznego, szalonego listu.

W zamyśleniu pokręciłem głową. Pralnia miała być jego następnym celem? Coś planował przeciwko Lee? Supermózg?

W szufladach małego kredensu znalazłem dalsze listy: do Citibanku, Chase, First Union, Exxona, Kodaka, Bell Atlantic i innych firm.

Usiadłem i zacząłem je przeglądać. Wszędzie pogróżki. Zupełny obłęd. To był właśnie Frederic Szabo, jakiego opisywały szpitalne akta. Paranoik wkurzony na cały świat. Upierdliwy, pięćdziesięciojednoletni typ, którego przez ostatnie dziesięć lat wywalali z każdej pracy.

Miałem coraz więcej wątpliwości co do tego, kim jest Szabo. Przesunąłem palcami po wierzchu wysokiej szafki na akta. Namacałem jakieś papiery. Zdjąłem je.

Plany obrabowanych banków!

I rozkład hotelu Mayflower Renaissance!

– Chryste, to on! – mruknąłem głośno.

Tylko dlaczego trzyma to tutaj?

Nie pamiętam dokładnie, co się potem działo. Dostrzegłem coś kątem oka, może zmianę światła, może jakiś ruch w pokoju?

Odwróciłem się od biurka Szabo. Oczy zrobiły mi się okrągłe – zaskoczył mnie zupełnie. Totalny szok. Miał maskę prezydenta Clintona! Wrzeszczał moje nazwisko!

Rozdział 112

– Cross!

Wyciągnąłem ręce, żeby zablokować cios. Zamachnął się nożem myśliwskim pochodzącym zapewne z kolekcji w drugim pokoju. Chwyciłem go za potężne ramię. Jeśli to był Szabo, okazał się o wiele silniejszy i zwinniejszy, niż na to wyglądał w szpitalu.

– Co tu robisz? – wrzasnął. – Jak śmiesz? Kto ci pozwolił ruszać moje rzeczy? To prywatne listy!

Miał głos zupełnego szaleńca.

Obróciłem się na prawej nodze i mocno szarpnąłem rękę z nożem. Ostrze wbiło się w blat biurka. Zamaskowany napastnik zaklął.

Co dalej? Bałem się schylić i wyciągnąć broń z kabury na kostce. Napastnik łatwo wyrwał nóż z drewna. Ostrze zatoczyło niewielki łuk. Przeszło ze świstem obok mojej skroni.

– Zabiję cię, Cross!

Zauważyłem na biurku szklaną piłkę baseballową. Tylko tym mogłem walczyć. Złapałem kulę i zaatakowałem.

Okrągły przycisk do papieru trafił go w bok głowy. Facet zaryczał wściekle jak ranne zwierzę. Zatoczył się do tyłu, ale nie upadł.

Schyliłem się szybko i wyszarpnąłem glocka.

Napastnik znów natarł na mnie z nożem.

– Stój, bo strzelę! – krzyknąłem.

Nie posłuchał. Wrzeszczał coś niezrozumiale. Zamachnął się i przeciął mi prawy nadgarstek. Zabolało jak cholera.

Nacisnąłem spust. Dostał w pierś. I nic! Zachwiał się i natychmiast wyprostował.

– Pieprzę cię, Cross! Jesteś zerem!

Walnąłem go bykiem. Wycelowałem w miejsce, gdzie odniósł ranę.

Zawył przeraźliwie cienko i upuścił nóż.

Opasałem go ramionami i ścisnąłem z całej siły. Przepchnąłem go przez pokój do ściany. Uderzyliśmy w nią, aż zadrżał cały dom.

Ktoś z sąsiadów zastukał w ścianę i zaczął pomstować na hałas.

– Wezwijcie policję! – krzyknąłem. – Zadzwońcie pod dziewięćset jedenaście!

Przydusiłem go do podłogi. Jęczał głośno i wyrywał się. Próbował walczyć. Przyłożyłem mu w szczękę i znieruchomiał. Ściągnąłem mu gumową maskę.

Szabo.

– Jesteś Supermózgiem – wysapałem. – Mam cię.

– Nic nie zrobiłem – warknął i znów zaczął się szarpać. – To ty włamałeś się do mnie. Ty idioto! Wszyscy jesteście cholernymi idiotami. Posłuchaj, palancie! Złapałeś nie tego faceta!

Rozdział 113

To był obłęd i z pewnością pasował do dramatycznego aresztowania. Po niecałej godzinie do mieszkania Szabo przyjechała ekipa techników z FBI. Dwóch znałem. Nazywali się Greg Wojcik i Jack Heeney. Już pracowaliśmy razem. Byli najlepsi w Biurze i od razu zabrali się do roboty.

Stałem z boku i przyglądałem się żmudnej rewizji. Szukali fałszywych ścian, luźnych klepek w podłodze i innych miejsc, gdzie Szabo mógłby schować dowody lub piętnaście milionów dolarów.

Zaraz po technikach zjawiła się Betsey. Ucieszyłem się. Spróbowaliśmy przesłuchać Szabo, ale nie chciał z nami rozmawiać. Sprawiał wrażenie zupełnego szaleńca, to się wściekał, to znów milczał jak grób. Kilka razy plunął na mnie. Znano go z tego w szpitalu. Kiedy wyschło mu w ustach, założył ręce na piersi i zamknął oczy. W końcu zabrali go w kaftanie bezpieczeństwa.

– Gdzie te cholerne pieniądze? – zapytała Betsey, kiedy go wyprowadzali.

– Tylko on wie – odrzekłem. – I na pewno nie powie. Nie pamiętam tak beznadziejnego śledztwa.

Następnego dnia był piątek – deszczowy i ponury. Pojechaliśmy z Betsey do centralnego aresztu miejskiego, gdzie siedział Szabo.

Przed budynkiem stał tłum dziennikarzy. Musieliśmy się przez nich przecisnąć. Schowaliśmy się pod wielkimi, czarnymi parasolami i nie odpowiedzieliśmy na żadne pytanie. Szybko weszliśmy do środka.

– Pieprzone sępy – mruknęła Betsey. – W życiu trzy rzeczy są pewne: śmierć, podatki i to, że prasa wszystko przekręci. Ci tutaj też.

– Jeśli ktoś raz coś przekręci, już tak zostaje – dodałem.

Spotkaliśmy się z Szabo w małym pokoju obok bloku więziennego. Był bez kaftana bezpieczeństwa. Towarzyszyła mu prawniczka, Lynda Cole. Nie wyglądała na zachwyconą swoim klientem.

Zdziwiłem się, że Szabo nie wynajął jakiegoś sławnego obrońcy. Ciągle mnie zaskakiwał. Nie rozumował jak inni. W tym tkwiła jego siła. Upajał się tym i prawdopodobnie to go zgubiło.

Przez kilka minut unikał naszego wzroku. Zadaliśmy mu serię pytań, ale uparcie milczał. Zwiększyli mu dawkę środków uspokajających. Zastanawiałem się, czy dlatego jest apatyczny. Nie bardzo w to wierzyłem. Podejrzewałem, że znów w coś z nami gra.

– To na nic – westchnęła po godzinie Betsey.

Miała rację. Nie warto było tracić więcej czasu.

Wstaliśmy, żeby wyjść. Lynda Cole też. Była niska jak Betsey i bardzo atrakcyjna. Przez cały ten czas powiedziała najwyżej kilkanaście słów. Nie potrzebowała mówić, skoro jej klient milczał. Nagle Szabo przestał się wpatrywać w stół i podniósł wzrok. Gapił się w jeden punkt co najmniej od dwudziestu minut.

Spojrzał na mnie i w końcu się odezwał.

– Macie nie tego faceta.

Potem wyszczerzył zęby jak kompletny debil. Jeszcze nie widziałem takiego uśmiechu. A spotkałem w życiu sporo czubków.

Rozdział 114

Wróciliśmy z Betsey do Hazelwood, gdzie czekało na nas jeszcze mnóstwo roboty. Wpadł Sampson. Do dwudziestej drugiej trzydzieści przejrzeliśmy wszystko, co dotąd udało nam się znaleźć w szpitalu. Zidentyfikowaliśmy dziewiętnaście osób z personelu, które zajmowały się Szabo. Na liście znalazło się sześciu terapeutów.

Powiesiliśmy zdjęcia na ścianie. Spacerowałem tam i z powrotem, patrzyłem na nie i szukałem natchnienia. Gdzie są pieniądze, do cholery? Jak Szabo kierował napadami i morderstwami?

Usiadłem. Betsey popijała szóstą czy siódmą colę dietetyczną. Ja wlałem w siebie tyle samo kaw. Od czasu do czasu rozmawialiśmy o rzekomym samobójstwie Walsha i zaginięciu Douda. Szabo nie odpowiadał na żadne pytania o dwóch agentów. Zabił ich? Dlaczego? Jaki miał plan? Niech go szlag!

– Czy on rzeczywiście może stać za tym wszystkim? – zapytała Betsey. – Jest aż taki sprytny? Ten cholerny świr?

Wstałem od biurka.

– Sam już nie wiem. Znów zrobiło się późno. Jestem wykończony. Jadę do domu. Jutro też jest dzień.

Górne lampy świeciły oślepiającym blaskiem. Betsey popatrzyła na mnie bez wyrazu. Miała podkrążone oczy. Chciałem ją przytulić, ale w pokoju kręciło się jeszcze kilku agentów. Chętnie wziąłbym ją w ramiona i porozmawiał o czymkolwiek, byle nie o śledztwie.

– Dobranoc – powiedziałem w końcu. – Prześpij się trochę.

– Dobrej nocy, Alex. Brakuje mi ciebie – dodała bezgłośnie.

– Uważaj po drodze.

– Zawsze uważam. Ty sam uważaj.

Jakoś dojechałem do domu i wdrapałem się do sypialni. Od dawna za ciężko harowałem. Może rzeczywiście powinienem rzucić tę robotę. Padłem na łóżko i zasnąłem. Obudziłem się dwadzieścia po drugiej. Śniła mi się rozmowa z Szabo. Potem jeszcze z kimś zamieszanym w sprawę. O, rany…

Fatalna pora na przebudzenie. Zazwyczaj nie pamiętam snów, zapewne dlatego, że podświadomie staram się je zapomnieć. Ale tym razem, gdy się obudziłem, miałem wciąż przed oczami tamte obrazy.

Tony Brophy opowiedział nam kiedyś o spotkaniu z Supermózgiem. Mówił, że gość ukrywał się za ścianą jasnych reflektorów. Widać było tylko zarys sylwetki mężczyzny. Opis nie pasował do kształtu głowy Szabo. Nawet w przybliżeniu. Brophy wspomniał o dużym, haczykowatym nosie i wielkich uszach. Podobno wyglądały jak otwarte drzwi samochodu. Szabo miał prosty nos i małe uszy.

Ale przyszedł mi do głowy ktoś inny! Jezu! Przekręciłem się na łóżku. Patrzyłem w okno, dopóki nie zacząłem jasno myśleć. Skoncentrowałem się, a potem zadzwoniłem do Betsey.

Odebrała po drugim sygnale i jęknęła cicho.

– To ja, Alex. Przepraszam, że cię obudziłem. Ale chyba wiem, kto jest Supermózgiem.

– To zły sen? – mruknęła.

– Najgorszy koszmar – odparłem.

Rozdział 115

Jest dwóch Supermózgów. Początkowo wydawało mi się to bez sensu. Ale potem nabrałem prawie absolutnej pewności, że znalazłem wyjaśnienie wielu tajemnic naszego śledztwa.

Szabo to jeden Supermózg, ale to przezwisko nadano mu tylko żartem, bo za bardzo wyróżniał się w pracy. Więc musi być jeszcze ktoś. Z tego drugiego nikt się nie wyśmiewał, bo ten nie miał sobie równych. To nie on pisze listy z pogróżkami w swoim pokoju w szpitalu dla weteranów.

Potrzebowałem kilku minut, żeby przekonać o tym Betsey. Potem zadzwoniliśmy do Ouantico do Kyle’a Craiga. Było dwoje na jednego, więc w końcu ustąpił i dał nam wolną rękę.

O jedenastej rano wsiedliśmy z Betsey do samolotu w bazie Bolling. Wcześniej nigdy tu nie bywałem. Ostatnio odlatywałem stąd częściej niż z lotniska National, obecnie Ronalda Reagana.

Tuż po pierwszej wylądowaliśmy na lotnisku międzynarodowym w Palm Beach na południu Florydy. Było trzydzieści pięć stopni i duszno jak diabli. Ale upał mnie nie obchodził. Byłem podniecony, liczyłem na to, że może rozwiążemy zagadkę. Przywitali nas miejscowi agenci FBI, ale nawet tutaj dowodziła Betsey.

Wyjechaliśmy z małego, dobrze utrzymanego lotniska na drogę międzystanową I-95 North. Po piętnastu kilometrach skręciliśmy na wschód w kierunku oceanu i Singer Island. Słońce wyglądało jak cytrynowy drops rozpuszczający się najasnobłękitnym niebie.

W samolocie miałem czas przemyśleć moją teorię o dwóch Supermózgach. Im dłużej się nad nią zastanawiałem, tym bardziej byłem przekonany, że wreszcie jesteśmy na właściwym tropie. Przypominały mi się różne rzeczy.

Między innymi zdjęcie terapeuty, doktora Bernarda Francisa. Znalazłem je w jego aktach. Dwa inne wisiały w gabinecie doktora Cioffiego. Widziałem je, kiedy go przesłuchiwałem. Bernard Francis był wysokim, łysiejącym mężczyzną. Miał szerokie czoło, haczykowaty nos i duże uszy. Jak otwarte drzwi samochodu.

Leczył Szabo przez dziewięć tygodni w roku 1997, a potem przez pięć miesięcy w roku ubiegłym, później przeniósł się na Florydę. Przypuszczalnie podjął pracę w szpitalu dla weteranów w północnym West Palm. Kiedy zwróciłem uwagę na Francisa, ustaliłem kilka rzeczy. Według raportów szpitalnych, w zeszłym roku przynajmniej trzy razy wychodził z Szabo do miasta. Niby nic niezwykłego, ale w tych okolicznościach bardzo mnie to zainteresowało. W czasie lotu na Florydę ponownie przeczytałem notatki Francisa o Szabo.

Kiedyś napisał:

Czy pacjent rzeczywiście błąkał się po kraju przez ostatnie dwadzieścia kilka lat i pracował tylko dorywczo? Nie brzmi to prawdopodobnie. Ma bardzo bujną fantazję i może coś ukrywać przed nami. Co naprawdę skłoniło go do zgłoszenia się do nas właśnie w tym roku?

Betsey i ja znaliśmy odpowiedź. Podejrzewaliśmy, że Francis też. W lutym 1996 roku Szabo stracił pracę szefa ochrony banku First Union. W Marylandzie i Wirginii dokonano serii niewyjaśnionych napadów na filie tego banku. Szabo obwiniał siebie za to, że ochrona okazała się nieskuteczna, dyrekcja też miała do niego pretensje. Ostatecznie wylano go.

Wkrótce potem dostał załamania nerwowego i zgłosił się do Hazelwood. Tam zaczęła się cała zabawa i gry umysłowe.

Rozdział 116

Rozpoczęliśmy całodobową obserwację kondominium Francisa na Singer Island. Mieszkał tuż nad wodą w dużym apartamencie z czterema sypialniami i tarasem na dachu. Taki luksus przekraczał zapewne możliwości finansowe przeciętnego terapeuty ze szpitala dla weteranów. Ale doktor Francis najwyraźniej nie uważał się za przeciętnego lekarza.

Spędzał ten wieczór z blondynką o połowę młodszą od niego. Musiałem mu jednak oddać sprawiedliwość – mimo czterdziestu pięciu lat był szczupły i w dobrej formie. Dziewczyna była bardzo ładna. Nosiła czarne bikini i wysokie szpilki. Ciągle poprawiała stanik i odgarniała z oczu długie włosy.

– Niezła sztuka – mruknęła Betsey. – Chyba załapała się na fajną randkę.

Betsey, dwaj agenci i ja koczowaliśmy w furgonetce dodge na parkingu za kondominium. Prawie wszystkie miejsca były zajęte, więc nie rzucaliśmy się w oczy. Patrzyliśmy przez peryskop, jak Francis i jego gość smażą na tarasie steki. FBI już zidentyfikowało dziewczynę. Była tancerką topless w eleganckiej restauracji w West Palm. Gliniarze z Fort Lauderdale zgarniali ją już kilka razy za zaczepianie facetów na ulicy i prostytucję. Nazywała się Bianca Massie i miała dwadzieścia trzy lata.

Lekarz ciągle obejmował i przytulał blondynkę. W końcu zniknęli w środku na dziesięć minut. Potem wrócili do grilla. Przy jedzeniu dotykali się i głaskali. Wykończyli drugą butelkę caberneta stag’s leap i znów weszli do mieszkania.

– Co tam widać? – zapytała Betsey jednego z agentów. – Muszę wiedzieć.

– Nasz człowiek na sąsiednim dachu obserwuje wnętrze mieszkania przez okna od południowej strony – odpowiedział.

– Chata typowego szpanera – zameldował po chwili. – Drogie meble, dzieła sztuki. Dobry sprzęt grający, ciężarki. Doktorek ma czarnego labradora. Pewnie rwie na niego panienki z plaży.

– Wątpię, żeby ją poderwał – wtrąciłem. – Raczej wynajął na noc.

– Teraz oboje są zajęci. Labrador chyba nauczył doktorka kilku rzeczy. Facet zna parę psich sztuczek. Nasz obserwator mówi, że uszy i nos ma dużo większe od pewnej części ciała.

Grupa wybuchnęła śmiechem. Odprężyliśmy się co nieco. Baliśmy się trochę o dziewczynę, ale byliśmy tak blisko, że w każdej chwili mogliśmy wkroczyć.

Obserwator dalej meldował, co się dzieje.

– Oho, wygląda na to, że doktorek ma za wczesny wytrysk. Ale dziewczynie chyba to nie przeszkadza. Pocałowała go w czubek głowy, biedne dziecko.

– Dostaje się to, za co się płaci – powiedziała Betsey.

Wreszcie dziewczyna wyszła i seans porno skończył się. Doktor Francis został na tarasie. Sączył brandy i patrzył na księżyc nad Atlantykiem.

– To jest życie… – westchnęła Betsey. – Księżyc nad Miami i cały ten szpan.

– Musiał tylko zabić około dwunastu osób, żeby to mieć – zauważyłem.

Około północy zadzwoniła „komórka” Francisa. Słuchaliśmy rozmowy w furgonetce. Telefon zaintrygował nas. Wymieniliśmy z Betsey spojrzenia.

– Bernie, oni znów się tu kręcą – powiedział zdenerwowany głos. – Teraz przyglądają się personelowi i…

– Jest późno – przerwał Francis. – Zadzwonię do ciebie rano. Ja zadzwonię. Ty tutaj nie dzwoń. Już ci mówiłem.

Zirytowany Francis wyłączył się i dopił brandy.

Betsey trąciła mnie łokciem. Uśmiechała się pierwszy raz od chwili, gdy rozpoczęliśmy obserwację Francisa.

– Poznałeś, kto to był? – zapytała.

Jasne, że poznałem.

– Urocza i utalentowana Kathleen McGuigan. Nasza pielęgniarka jest w to zamieszana. Wszystko zaczyna pasować do siebie.

Rozdział 117

Doktor Bernard Francis naprawdę zasługiwał na nienawiść. Był najgorszym sukinsynem. Zabójcą, który lubił zadawać ofiarom cierpienie. Ta nienawiść pomagała nam wytrzymywać nocne czuwanie. I teoria, że jest Supermózgiem. Mogliśmy go w każdej chwili dopaść w jego różowym kondominium w śródziemnomorskim stylu.

Kathleen McGuigan już się nie odezwała. On też do niej nie zadzwonił. Około pierwszej poszedł do sypialni i włączył system alarmowy.

– Słodkich snów, skurwielu – mruknęła Betsey, kiedy w apartamencie zgasło światło.

– Wiemy, gdzie mieszka – powiedział jeden z agentów. – Wiemy, co zrobił, choć jeszcze nie wiemy jak. I nie możemy go zgarnąć?

– Cierpliwości – odparłem. – Dopiero tu przyjechaliśmy. Dostaniemy go. Tylko trzeba go jeszcze trochę poobserwować. Musimy mieć absolutną pewność, że to on. I odzyskać zrabowane pieniądze.

W końcu, około drugiej nad ranem, Betsey i ja wysiedliśmy z furgonetki. Wzięliśmy jeden z samochodów Biura i wyjechaliśmy z Singer Island. Reszta została w Holiday Inn w Palm Beach. My pojechaliśmy na północ autostradą między stanową I-95.

– Niedaleko stąd jest hotel Hyatt Regency – odezwała się niepewnie Betsey. – Co ty na to?

– Lubię być z tobą – odrzekłem. – Od samego początku.

– Wiem. Ale nie na tyle, tak?

Spojrzałem na nią. Kiedy traciła pewność siebie, podobała mi się jeszcze bardziej.

– Oczekujesz szczerości o drugiej piętnaście nad ranem? – zażartowałem.

– A czemu nie?

– Może to trochę bez sensu, ale…

Uśmiechnęła się w końcu.

– Nie szkodzi. Mów.

– Ostatnio nie bardzo wiem, co się ze mną dzieje. Płynę z prądem. To do mnie niepodobne. Ale może to dobrze.

– Próbujesz zapomnieć o Christine. I chyba robisz to w odpowiedni sposób. Odważnie.

– Albo bardzo głupio – odparłem z uśmiechem.

– Może jednocześnie i tak, i tak. Ale starasz się. Na zewnątrz jesteś opanowany i prostolinijny. W dobry sposób. Wewnątrz skomplikowany. Też w dobry sposób. Myślałeś o tym, co powiedziałam?

– Nie. Myślałem o tym, że mam szczęście, bo poznałem ciebie.

– To nie musi być coś wyjątkowego, Alex. Dla mnie i tak już jest. Więc? Weźmiemy pokój? Spędzisz ze mną noc w hotelu?

– Z przyjemnością.

Kiedy zaparkowaliśmy przed wejściem, Betsey przysunęła się i pocałowała mnie. Przyciągnąłem ją do siebie i mocno przytuliłem. Siedzieliśmy tak przez kilka minut.

– Będę za tobą strasznie tęsknić – szepnęła.

Rozdział 118

Chyba oboje żałowaliśmy, że reszta nocy szybko minęła. Ciągle myślałem o słowach Betsey: „będę za tobą strasznie tęsknić”. O dziewiątej rano znów wsiedliśmy do furgonetki obserwacyjnej FBI. W środku był tłok i śmierdziało jak cholera. W rogu stały dwa wiadra z suchym lodem. Parował i trochę pomagał przeżyć w ciasnym wnętrzu.

– Co się działo, panowie? – zapytała Betsey agentów. – Straciłam coś fajnego? Superfiut już wstał?

Dowiedzieliśmy się, że Francis wstał i jeszcze nie dzwonił do Kathleen McGuigan. Wpadłem na pewien pomysł. Betsey bardzo się spodobał. Zadzwoniliśmy do Kyle’a Craiga i zastaliśmy go w domu. Jemu też spodobało się to, co wymyśliłem.

Tuż po dziesiątej rano agenci w Wirginii zaaresztowali w Arlington siostrę McGuigan. Podczas przesłuchania zeznała, że nie wie, co łączy Francisa i Szabo. Zaprzeczyła też, że jest w cokolwiek zamieszana. Wyśmiała wszystkie zarzuty postawione pod jej adresem. Powiedziała, że nie dzwoniła w nocy do Francisa i możemy to sprawdzić.

Jednocześnie agenci przeszukiwali jej dom i podwórze. Około południa znaleźli diament stanowiący część okupu od MetroHartford. McGuigan wpadła w panikę i zmieniła zeznania. Opowiedziała FBI wszystko, co wiedziała o Francisie, Szabo, napadach i zabójstwach.

Betsey aż podskoczyła z radości w furgonetce i walnęła głową w dach.

– O, cholera! To boli! Ale co tam. Mamy go!

Krótko po czternastej przeszliśmy oboje przez wypielęgnowany trawnik od frontu i weszliśmy po ceglanych schodach do budynku Francisa. Waliło mi serce. Nareszcie. To musi być on. Wjechaliśmy windą na piąte piętro, do meliny Supermózga.

– Zasłużyliśmy na to – powiedziałem do Betsey.

– Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę jego minę – odrzekła i nacisnęła dzwonek. – Zimnokrwiste gówno. Ding-dong, zgadnij, kto przyszedł? To za Walsha i Douda.

– Za synka Buccierich też. I za resztę ofiar.

Francis otworzył drzwi. Był opalony i bosy. Miał na sobie spodenki drużyny „Florida Gators” i koszulkę „Miami Dolphins”. Nie wyglądał na zimnokrwistego i bezdusznego potwora. Ale rzadko kto wygląda.

Betsey powiedziała, kim jesteśmy. Potem wyjaśniła, że prowadzimy śledztwo w sprawie porwania kobiet z MetroHartford i kilku napadów na banki na Wschodzie.

Francis zdziwił się.

– Nie rozumiem, co to ma wspólnego ze mną. Prawie od roku nie byłem w Waszyngtonie. Nie wiem, w czym mógłbym pomóc. Na pewno macie właściwy adres?

– Możemy wejść, doktorze? – zapytałem. – Adres jest właściwy, może mi pan wierzyć. Chcemy porozmawiać o pańskim byłym pacjencie, Frederiku Szabo.

Francis dalej udawał głupiego. Dobrze mu to szło. Nie byłem tym zaskoczony.

– Czy to jakiś żart?

– Nie – odparła z naciskiem Betsey.

Francis zirytował się. Poczerwieniał na twarzy.

– Jutro będę w moim gabinecie w szpitalu w West Palm. To na Blue Heron. Tam możemy porozmawiać o moich byłych pacjentach. Frederic Szabo? Jezu, to było prawie rok temu! Co on zrobił? Chodzi o listy z pogróżkami do firm z Fortune 500? Nie do wiary! Proszę mi dać spokój w domu.

Francis próbował zatrzasnąć mi drzwi przed nosem. Zablokowałem je ręką. Serce ciągle mi waliło. Co za przyjemne uczucie. Nareszcie go mamy.

– To nie może czekać do jutra, doktorze – powiedziałem. – To w ogóle nie może czekać.

Westchnął, ale nadal wyglądał na cholernie wkurzonego.

– Trudno, niech będzie. Właśnie robiłem sobie kawę. Wejdźcie, skoro musicie.

– Musimy – odpowiedziałem Supermózgowi.

Rozdział 119

– Więc o co chodzi? – zapytał Francis, kiedy szliśmy za nim przez oszkloną loggię. Kilka pięter niżej rozbijały się fale Atlantyku. Sam widok był wart co najmniej paru morderstw. Ocean iskrzył się w popołudniowym słońcu. Doktor Bernard Francis dobrze się urządził w życiu.

– Frederic Szabo wymyślił to wszystko, tak? – zagadnąłem, żeby przełamać pierwsze lody. – Miał bujną fantazję i chciał się zemścić na bankach. Miał obsesję, potrzebną wiedzę i kontakty. Tak było?

Francis popatrzył na nas jak na swoich umysłowo chorych pacjentów.

– Co pan bredzi, do diabła?

Zignorowałem jego minę i protekcjonalny ton.

– Poznał pan plany Szabo podczas sesji terapeutycznych. Precyzja i szczegóły wywarły na panu wrażenie. Pomyślał o wszystkim. Dowiedział się pan również, że przez te wszystkie lata od powrotu z Wietnamu wcale nie włóczył się po kraju. Odkrył pan, że pracował w banku First Union jako szef ochrony. On naprawdę wiedział, jak można obrobić bank. Był stuknięty, ale inaczej, niż pan myślał.

Francis włączył ekspres na blacie kuchennym.

– Nie będę nawet odpowiadał na te bzdury. Poczęstowałbym was kawą, ale wkurzacie mnie jak cholera. Skończcie z tymi idiotyzmami i wynoście się.

– Nie chcę kawy – odparłem. – Chcę ciebie, Francis. Z zimną krwią zamordowałeś niewinnych ludzi. Zabiłeś Walsha i Douda. Ty jesteś szaleńcem i Supermózgiem, nie Szabo.

– Chyba oboje zwariowaliście – odparł Francis. – Jestem szanowanym lekarzem i zasłużonym oficerem armii.

Potem uśmiechnął się z taką miną, jakby chciał powiedzieć: „Mam was gdzieś. Nic mi nie możecie zrobić”. Już widywałem takie miny. Dobrze je znałem. Gary Soneji, Casanova, Pan Smith, Łasica. Francis też był psychopatą. Jak wszyscy zabójcy, których złapałem. Może za długo czekał na uznanie w szpitalach dla weteranów. Ale sprawy na pewno zaszły stanowczo za daleko.

– Zapamiętał cię pewien człowiek, którego chciałeś wynająć do skoku na bank. Opisał twoje wielkie uszy i haczykowaty nos. Szabo tak nie wygląda.

Francis odwrócił się od ekspresu i wybuchnął nieprzyjemnym, gardłowym śmiechem.

– Też mi dowód! Chciałbym usłyszeć, jak przedstawiasz go prokuratorowi okręgowemu w Waszyngtonie. Założę się, że uśmiałby się do łez.

Uśmiechnąłem się.

– Już rozmawialiśmy z panią prokurator. Jakoś jej to nie ubawiło. A przy okazji, rozmawialiśmy też z Kathleen McGuigan. Nie oddzwoniłeś do niej, więc odwiedziliśmy ją. Jesteś aresztowany za napady, porwanie i morderstwa, doktorze. Widzę, że przestało ci być wesoło.

Francis wrócił do robienia kawy. Czułem, że coś kombinuje.

– Widzisz chyba również, że nie dzwonię do mojego adwokata.

– A powinieneś – odparłem. – Bo jest jeszcze coś. Dziś rano Szabo w końcu zdecydował się mówić. Prowadził pamiętnik z waszych sesji, doktorze. Zapisał, że jego plany bardzo cię interesowały. Znasz go. Wiesz, jaki jest dokładny. Powiedział, że częściej pytałeś go o napady na banki niż o jego problemy. Pokazał ci plany budynków.

– Chcemy odzyskać pieniądze, Francis – wtrąciła się Betsey. – Piętnaście milionów dolarów. Jeśli je nam oddasz, wyjdzie ci to na dobre. Nie dostaniesz lepszej oferty.

Francis zrobił drwiącą minę.

– Załóżmy na chwilę, że jestem tym waszym Supermózgiem. Nie wydaje wam się, że powinienem mieć opracowany genialny plan ucieczki? Chyba nie dałbym się złapać takim frajerom, jak wy, prawda?

Teraz ja się uśmiechnąłem.

– Ci „frajerzy” mogą cię zaskoczyć, Francis. Podejrzewam, że jesteś zdany na siebie. Szabo zaplanował również twoją ucieczkę? Wątpię.

Rozdział 120

– Otóż to – powiedział Francis o ton niżej niż przedtem. – Zawsze istniało minimalne niebezpieczeństwo, że mnie złapiecie. Wtedy skończyłbym w więzieniu, a to byłoby zupełnie nie do przyjęcia. Ale nie dojdzie do tego.

– Dojdzie – odparła z naciskiem Betsey.

Na wszelki wypadek sięgnąłem do kabury.

Nagle Francis rzucił się do szklanych drzwi na taras. Wiedziałem, że nie ma stamtąd wyjścia. Co on zamierzał?

– Stój! – krzyknąłem.

Betsey i ja jednocześnie wyciągnęliśmy broń, ale nie strzeliliśmy. Nie było powodu, żeby go zabijać. Popędziliśmy za nim przez drewniany taras na dachu.

Francis dobiegł do muru i zrobił coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Nawet gdybym służył w policji sto lat.

Skoczył głową w dół z piątego piętra! Musiał skręcić kark. Nie miał prawa przeżyć.

– Nie wierzę! – wrzasnęła Betsey, kiedy zatrzymaliśmy się na krawędzi dachu i spojrzeliśmy w dół.

Ja też nie wierzyłem własnym oczom. Francis skoczył do basenu! Wynurzył się i szybko popłynął do brzegu.

Nie miałem wyboru i nie zawahałem się. Skoczyłem za nim.

Betsey też. Pół kroku za mną.

Spadaliśmy z krzykiem jak kule armatnie.

Uderzyłem w wodę plecami. Poczułem się tak, jakby przestawiły mi się wnętrzności.

Wylądowałem twardo na dnie, ale zaraz wydostałem się na powierzchnię. Popłynąłem szybko do brzegu. Próbowałem coś zobaczyć i jasno myśleć.

Wygramoliłem się z basenu. Francis uciekał do jednego z sąsiednich kondominiów. Otrząsał się jak kaczka.

Popędziliśmy za nim. Mokre buty piszczały i chlupała w nich woda. Ale nic nie było ważne oprócz tego, że musimy go dorwać.

Francis przyspieszył. Ja też. Podejrzewałem, że niedaleko ma samochód. Może nawet łódź w pobliskim porcie.

Przebierałem nogami jak wariat, ale niewiele zmniejszyłem dystans. Francis biegł boso, a mimo to szybciej ode mnie.

Obejrzał się i zobaczył nas. Kiedy z powrotem odwrócił głowę, wszystko się zmieniło.

Na parkingu przed nim stali trzej agenci FBI. Celowali w niego z pistoletów. Krzyczeli, żeby stanął.

Francis zatrzymał się. Znów się obejrzał, potem popatrzył na agentów. Nagle sięgnął do kieszeni spodenek.

– Nie! – krzyknąłem.

Ale nie wyciągnął broni, tylko przezroczystą buteleczkę. Przyłożył ją do ust.

Nagle chwycił się za gardło. Oczy wyszły mu na wierzch i opadł na kolana.

– Otruł się – wychrypiała Betsey. – Mój Boże, Alex!

Wtem Francis poderwał się z chodnika. Patrzyliśmy ze zgrozą, jak miota się po parkingu i wymachuje rękami w jakimś obłąkańczym tańcu. Z ust ciekła mu piana. Wreszcie walnął twarzą w srebrzystego, terenowego mercedesa. Krew trysnęła na karoserię.

Zaczął do nas wrzeszczeć, próbował nam coś powiedzieć, ale tylko bełkotał gardłowo. Krew ściekała mu z nosa. Skręcał się i podrygiwał.

Na parkingu przybywało agentów i gapiów. Nie mogliśmy pomóc Francisowi. Zabijał ludzi, niektórych otruł. Zamordował dwóch agentów FBI. Teraz patrzyliśmy, jak sam umiera straszną śmiercią. Trwało to bardzo długo.

W końcu upadł i uderzył głową w chodnik. Drgawki powoli ustawały. Coś charczał.

Kucnąłem przy nim.

– Gdzie jest agent Michael Doud? – zapytałem błagalnie. – Powiedz nam, na litość boską.

Francis spojrzał na mnie i wykrztusił ostatnie słowa, jakie chciałbym usłyszeć.

– Macie nie tego faceta.

Potem umarł.

Epilog

Ten facet

Rozdział 121

Minęły trzy tygodnie i moje życie mniej więcej wróciło do normy. Ale nie było dnia, żebym nie myślał o rzuceniu pracy w policji. Nie wiedziałem, czy chodziło o sprawę Supermózga, czy skumulowały się przeżycia z wcześniejszych śledztw, ale miałem tego dosyć.

Większość z piętnastu milionów Francisa przepadła bez śladu. Wszyscy w FBI dostawali szału. Betsey poświęcała cały swój czas na szukanie pieniędzy. Znów pracowała w weekendy i rzadko się widywaliśmy. Chyba przewidziała to na Florydzie, kiedy powiedziała: „Będę za tobą strasznie tęsknić”.

Tego wieczoru babcia mocno mi się naraziła. To przez nią tkwiliśmy z Sampsonem w Pierwszym Kościele Baptystów na Czwartej ulicy, niedaleko mojego domu.

Wokół nas łkały kobiety i mężczyźni. Pastor i jego żona przekonywali ludzi, że takie oczyszczenie wyjdzie im na dobre. Trzeba wyrzucić z siebie złość, strach i inne trucizny wewnętrzne. I wierni właśnie to robili. Oprócz Sampsona i mnie, wszyscy wypłakiwali sobie oczy.

– Należy nam się coś wyjątkowego od babci za ten jej numer – szepnął mi do ucha Sampson.

Uśmiechnąłem się. Zupełnie nie rozumiał tej kobiety. A poznał ją, mając dziesięć lat.

– Nie licz na to – odrzekłem. – Uważa, że to my jesteśmy jej coś winni za ratowanie naszych tyłków, kiedy byliśmy szczeniakami.

– Ma rację, stary. Ale dzisiaj spłacimy kupę starych długów.

– Wygłaszasz kazanie do chóru – zauważyłem.

– Chór nie słucha, bo płacze – zachichotał. – Prawdziwy wieczór chusteczek do nosa.

Staliśmy ściśnięci między dwiema kobietami. Szlochały i wykrzykiwały modlitwy. Takie specjalne nabożeństwa były ostatnio coraz popularniejsze w Waszyngtonie. Nazywano je „Przykro mi, siostro”. Mężczyźni składali w kościołach hołd kobietom za wszystkie krzywdy fizyczne i moralne, których doznawały.

Moja sąsiadka nagle mnie objęła.

– To ładnie z twojej strony, że przyszedłeś – oświadczyła, przekrzykując hałas. – Dobry z ciebie człowiek, Alex. Jak rzadko który.

– I w tym mój problem – mruknąłem pod nosem, po czym dodałem głośniej: – Przykro mi, siostro. Ty też jesteś dobrą kobietą. I miłą.

Przycisnęła mnie mocniej. Widywałem ją w naszej okolicy. Nazywała się Terri Rashad. Była atrakcyjna, dumna i wesoła. Trochę po trzydziestce.

– Przykro mi, siostro – powiedział Sampson do swojej sąsiadki.

– I powinno ci być przykro jak cholera – odparła Lace McCray. – Ale dzięki. Nie jesteś taki zły, jak myślałam.

Sampson szturchnął mnie.

– Duże przeżycie – szepnął swoim basem. – Może babcia miała rację, że kazała nam tu przyjść.

– Wiedziała, co robi. Ona ma zawsze rację. To osiemdziesięcioletnia Oprah Winfrey.

Śpiewy, okrzyki i łkania nasiliły się.

– Co w ogóle słychać? – zapytał Sampson.

Zastanowiłem się.

– Tęsknię za Christine. Ale cieszymy się, że mały jest z nami. Babcia mówi, że ją odmładza. Ożywia nasz dom. Od rana do wieczora. Uważa nas za swój personel.

W końcu czerwca Christine wyjechała do Seattle. Wreszcie zdradziła mi, dokąd się przeprowadza. Pojechałem do Mitchellville, żeby się pożegnać. Jej nowy samochód terenowy był załadowany po dach. Objęła mnie i rozpłakała się.

– Może kiedyś… – szepnęła.

Może.

Ale teraz była w stanie Waszyngton, a ja w moim dzielnicowym kościele baptystów. Podejrzewałem, że babcia chciała mi tu zorganizować randkę. Tak mnie to rozbawiło, że się roześmiałem.

– Nie żal ci sióstr, Alex? – zapytał Sampson. Zaczynał za dużo gadać.

Zerknąłem na niego, potem się rozejrzałem.

– Oczywiście, że tak. Zobacz, ilu tu porządnych ludzi. Starają się, jak mogą. Chcą być tylko trochę kochani od czasu do czasu.

– To nic złego – odparł i objął mnie mocno ramieniem.

– Na pewno nie. Po prostu starajmy się, jak najlepiej umiemy.

Rozdział 122

Kilka dni później siedziałem na werandzie przy pianinie. Dochodziła północ. W domu było cicho, spokojnie i przyjemnie. Tak, jak czasem lubię. Wcześniej poszedłem na górę i zajrzałem do synka. Spał w swoim łóżeczku jak aniołek. Grałem jeden z moich ulubionych utworów – Błękitną rapsodię Gershwina.

Myślałem o mojej rodzinie i naszym starym domu. Uwielbiałem tu mieszkać, mimo wszystkich wad tej dzielnicy. Znów zacząłem się czuć pewniej i lepiej. Może pomogło mi głośne, płaczliwe nabożeństwo w kościele baptystów? A może Gershwin?

Nagle zadzwonił telefon. Pobiegłem odebrać, żeby wszystkich nie obudził. Zwłaszcza małego Aleksa, czyli AJ-a, jak ostatnio nazywali go Jannie i Damon.

Usłyszałem głos Kyle’a Craiga.

Bardzo rzadko zawracał mi głowę w domu. I nigdy o tej porze. Tak samo zaczęła się sprawa Supermózga – od niego.

– O co chodzi, Kyle? – zapytałem. – Nie wrabiaj mnie w żadne nowe śledztwo.

– Mam złą wiadomość, Alex – odrzekł cicho. – Nawet nie wiem, jak ci to powiedzieć. Jasna cholera, chłopie… Betsey Cavalierre nie żyje. Jestem teraz w jej domu. Przyjedź tutaj.

Odłożyłem słuchawkę chyba dopiero po minucie. Musiałem to zrobić, skoro znalazła się z powrotem na widełkach. Ręce i nogi miałem jak z waty. Przygryzłem wargę i poczułem smak krwi. Kręciło mi się w głowie. Kyle nie powiedział mi wszystkiego. Tylko tyle, żebym przyjechał. Ktoś włamał się do Betsey i zabił ją. Kto? I dlaczego? Jezu!

Ubierałem się w pośpiechu, kiedy telefon znów zadzwonił. Chwyciłem słuchawkę. Pewnie to ktoś inny z następną złą wiadomością. Może Sampson albo Rakeem Powell?

Głos w słuchawce zmroził mnie.

– Chciałem ci tylko pogratulować. Odwaliłeś kawał doskonałej roboty. Wyłapałeś wszystkie płotki, które dla mnie pracowały. Dokładnie tak, jak się spodziewałem. Prawdę mówiąc, do tego miały mi służyć.

– Kto mówi? – zapytałem, choć nietrudno było zgadnąć.

– Przecież wiesz, doktorze detektywie Cross. Jesteś na tyle bystry. Chyba domyśliłeś się, że złapanie biednego doktora Francisa było zbyt proste. Tak samo jak moich przyjaciół z policji nowojorskiej: pana Briana Macdougalla i jego kompanów. Oczywiście pozostaje jeszcze sprawa brakujących pieniędzy. To ja jestem tym, kogo nazywacie Supermózgiem. Słusznie, to do mnie pasuje. Rzeczywiście jestem taki dobry. Na razie dobranoc i do zobaczenia wkrótce. Aha, i miłej zabawy u Betsey Cavalierre. Ja byłem bardzo zadowolony.

Rozdział 123

Najpierw zadzwoniłem do Sampsona. Poprosiłem go, żeby przyjechał i został z babcią i dziećmi. Potem popędziłem do domu Betsey w Woodbridge w Wirginii. Cały czas miałem na liczniku sto sześćdziesiąt na godzinę.

Nigdy tu nie byłem, ale trafiłem bez problemu. Po obu stronach ulicy stały samochody. Kilka crown victoria i grand marquise. Domyśliłem się, że to FBI. Przybywało radiowozów z wyjącymi syrenami.

Wziąłem głęboki oddech i wszedłem. Nagle zakręciło mi się w głowie. Kyle dyrygował swoimi ludźmi z wydziału przestępstw z użyciem przemocy. Szukali dowodów. Wątpiłem, żeby coś znaleźli. Przedtem nie mieli szczęścia; Supermózg nigdy nie zostawiał śladów.

Kilku agentów Biura chlipało. Ja też płakałem po drodze. Ale teraz musiałem jasno myśleć i maksymalnie się skoncentrować. Tylko tak mogłem zobaczyć miejsce zbrodni oczami zabójcy.

Wyglądało to na włamanie. Ktoś dostał się tu przez okno w kuchni. Technicy FBI filmowali je kamerą wideo. Patrzyłem na rzeczy Betsey, jej dom. Na lodówce leżała okładka „Newsweeka” z amerykańską zdobywczynią Pucharu Świata w kobiecej piłce nożnej, Brandi Chastain i nagłówkiem „Rządzą dziewczyny!”.

Dom musiał mieć około stu lat i był zagracony wiejskimi rupieciami. Obrazy Andrew Wyetha, zdjęcia ptaków jesienią na jeziorze. Na stole w holu zauważyłem wezwanie dla Betsey na następne strzelanie kwalifikacyjne w FBI.

Wreszcie odważyłem się przejść z salonu do głównej sypialni na końcu korytarza. Łatwo było poznać, że to miejsce zbrodni. W głębi pokoju pracowali agenci. Tu zginęła Betsey.

Jeszcze nie rozmawiałem z Kylem. Nie chciałem mu przeszkadzać. Może tym razem jego ludzie coś znajdą. A może nie.

Potem ją zobaczyłem i nie wytrzymałem. Bezwiednie uniosłem lewą rękę do twarzy. Nogi ugięły się pode mną i zacząłem się trząść.

W uszach dzwonił mi ten cholerny głos z telefonu: „Aha, i miłej zabawy u Betsey Cavalierre. Ja byłem bardzo zadowolony”.

Rozebrał ją. Nigdzie nie dostrzegłem jej nocnego stroju. Była cała zakrwawiona, ale najbardziej między nogami. Tym razem użył noża – ukarał ją. Patrzyła na mnie swoimi pięknymi, piwnymi oczami, które już nic nie widziały. I nigdy już nie zobaczą.

Zauważył mnie lekarz z FBI. Znałem go, nazywał się Merrill Snyder. Już pracowaliśmy razem i mieliśmy nieraz sukcesy. Ale nigdy w takiej sytuacji.

– Prawdopodobnie ją zgwałcił – szepnął do mnie. – W każdym razie użył noża. Może wyciął dowód. Kto wie, Alex. To musi być chory facet, do cholery! Przychodzi ci coś do głowy?

– Tak – odrzekłem cicho. – Mam ochotę go zabić. I zabiję.

Rozdział 124

Morderca przez cały czas był na miejscu – w mieszkaniu Betsey Cavalierre. Czuł ich smutek i nienawiść i napawał się nimi. Co za przyjemny dreszcz emocji. Wielka, wspaniała chwila w jego życiu.

Być tutaj z policją i FBI.

Ocierać się o nich, gawędzić z nimi. Słuchać, jak go przeklinają i opłakują martwą koleżankę. Widzieć ich strach i wściekłość na niego.

Ale byli bezsilni. Nie mogli nic zrobić.

To on kontrolował sytuację w obozie wroga.

Odwiedził nawet Betsey Cavalierre, która wierzyła, że pewnego dnia zajdzie na sam szczyt w FBI.

Co za tupet.

Naprawdę myślała, że jest jedną z najlepszych w Biurze? Oczywiście, że tak. W dzisiejszych czasach oni wszyscy myślą, że są tacy cholernie sprytni.

Ale teraz już nie wyglądała na taką sprytną, kiedy leżała naga we własnej krwi, zmaltretowana na wszystkie sposoby, jakie przyszły mu do głowy.

Zobaczył, że z sypialni wychodzi Alex Cross. W końcu dostał w kość. Ale wciąż odstawiał groźnego twardziela.

Zrobił odpowiednią minę i podszedł do Crossa.

To był właściwy moment.

– Bardzo mi przykro z powodu Betsey – powiedział Kyle Craig, Supermózg. – Bardzo mi przykro, Alex.

***