/ Language: Polski / Genre:love_contemporary

Zdążyć przed pierwszą gwiazdką

Katarzyna Grochola

Książka, wydana przez Wydawnictwo Agora, była dodawana do numeru Gazety Wyborczej. Nigdy nie była sprzedawana w sieciach księgarskich. "… Noc przed Wigilią była najbardziej przykra. Święta nie są dla ludzi samotnych, święta są dla rodzin, dla dzieci…Święta są dla przyjaciół. To co robimy? My do was czy wy do nas?…" Jest to zbiór opowiadań o miłości i jej krętych ścieżkach…

Katarzyna Grochola

Zdążyć przed pierwszą gwiazdką

Zdążyć przed pierwszą gwiazdką

Noc przed Wigilią była najbardziej przykra.

Święta nie są dla ludzi samotnych, święta są dla rodzin, dla dzieci, dla rodzin z dziećmi, dla par spodziewających się dziecka, dla szczęśliwie zakochanych, dla przyjaciół, dla znajomych – ile wtedy gwaru, a zapach ciasta snuje się po domach, choinki przygotowane w ogrodach i na balkonach wnosi się do czystych pokoi, pachnie świerkami, jodły stroszą swoje sztywne ramiona, a w dzbanach panoszą się gałązki, zieleniejąc wesoło. Dzieci się niecierpliwią – kiedy będziemy ubierać choinkę?

Kiedy niecierpliwiła się po raz ostatni?

Kiedy była dzieckiem?

Bardzo dawno temu.

Święta są dla przyjaciół. To co robimy? Wy do nas czy my do was? Ach, wspaniale, to my zrobimy rybę, a wy zróbcie sałatkę z czerwonej kapusty. Nareszcie będziemy mieli okazję się spotkać. Wolelibyśmy, żebyście wy do nas. A może wobec tego my do was drugiego dnia świąt? Oczywiście, że pójdziemy na pasterkę.

Święta są dla ludzi, którzy wierzą. W narodzenie nadziei, zbawienia, odkupienie win przeszłych i przyszłych. Dla uduchowionych ludzi, którzy przedkładają chwilę ciszy w pustym kościele nad gwar dużych supermarketów. Którzy w ciszy i spokoju godzą się ze światem.

Leżała bezsennie w dużym łóżku i próbowała nie myśleć. Nie chciała być pogodzona ze światem, była po prostu nieszczęśliwa.

Ale uporczywe tykanie zegara przywoływało wspomnienia. Czego jeszcze dodawała matka do piernika? Jaki smak miały lukrowane gwiazdeczki?

Nie, nie. Piecze i gotuje się dla przyjaciół, dla znajomych, dla rodziny. Dla siebie się nie opłaca. Co zrobiłaby z całym sernikiem, piernikiem, rybą w galarecie?

Podniosła się i przeszła do kuchni. Mały domek, w którym mieszkała od początku, od zawsze, od trzydziestu czterech lat, domek odziedziczony po rodzicach, był miejscem przyjaznym. Stara podłoga zaskrzypiała – dębowe stare deski odzywały się jak przed laty, tym samym dźwiękiem.

Skrzypiała jak kiedyś, wtedy kiedy skradała się pod pokój kominkowy. Nasłuchiwała pod drzwiami stłumionych głosów rodziców. To gdzie? Teraz? Tu?

Połóż tutaj… Ona jest u siebie? Nie słyszy?

To były niezrozumiałe słowa i niezrozumiałe dźwięki, ale drzwi były zamknięte, podwójne drzwi do przedpokoju były przed nią zamknięte, w pokoju kominkowym był już nakryty stół, w stojaku na trzech nogach, nogach lwa – kto wymyślił taki stojak pod choinkę? – metalowe pazury spoczywały za kominkiem, odsuńcie tę choinkę w bok, zaraz rozpalimy na kominku, choinka była wysoka, ojciec ucinał wierzchołek, który opierał się o sufit, pięcioramienna srebrna gwiazda lekko się kołysała, kiedy ubierały z matką choinkę. A potem, potem rodzice kazali jej iść do swojego pokoju i wypatrywać świętego Mikołaja.

Siedź w oknie i patrz. Przyjedzie. Może przyleci.

Jak może przylecieć, skoro jest na saniach? Te sanie mogą latać. A renifery? Renifery też mogą latać.

Nie mają skrzydeł, nie mogą. O to właśnie chodzi, że dzisiaj mogą.

Więc siedziała cierpliwie i patrzyła w ciemność za oknem. Domek rodziców dotykał prawie lasu, okna od strony zachodniej nie zaczepiały nawet o ślad człowieka. Tylko z kuchni i pokoju kominkowego widać było okna sąsiadów, dom przy domu, oddzielone ogródkami i niskim drewnianym płotem.

Po którejś z Wigilii zorientowała się, że Mikołaj musi przychodzić od tej właśnie strony, bo nigdy nic nie zauważyła, żadnych śladów sań ani kopyt, ani stóp, a przecież pod choinką piętrzyły się pudełka i pudełeczka, dla niej, mamy, taty, ciotki Jaśminy i jej męża, Piotrusia, który jest teraz w Kanadzie, i drobiazgi dla sąsiadów i ich syna Łukasza, którzy przychodzili po kolacji podzielić się opłatkiem.

Ogień wesoło skwierczał w kominku, siedziała zaczarowana koło dużego zielonego fotela, na którym tata rozpierał się wygodnie i zapalał fajkę.

Więc jeśli On przyjeżdżał czy przylatywał od strony pokoju rodziców, to postanowiła podpatrzyć to jego nadejście. Calutkie dni przed świętami była grzeczna – Mikołaj przychodził tylko do grzecznych dzieci – ale nie udawało się. Drzwi do pokoju mama zamykała, a potem były prezenty Kiedyś udało jej się zobaczyć ślady śniegu na podłodze, te ślady prowadziły do drzwi altany… Potem zobaczyła mokre buty ojca i uśmiechała się do siebie, kiedy mama szybko, szybko prowadziła ją do okna, bo wydawało jej się, że już, tuż-tuż, a może słyszała dzwoneczki?

Więc biegła do okna i uśmiechała się do siebie w brzuchu, tajemnica łaskotała ją lekko, miała swoją własną tajemnicę, o której nie mówiła rodzicom, żeby byli uśmiechnięci i zadowoleni, że wierzy w Mikołaja i renifery. A przecież ona cieszyła się, że buty ojca były wilgotne od śniegu, bo to znaczyło, że tata ją kochał.

A jeszcze wcześniej, w przeddzień Wigilii, zamiast spać, skradała się pod kuchnię, żeby poczuć zapach odwijanego piernika, który matka przekładała do kredensu po dwóch tygodniach trzymania go na dolnych półkach spiżarni. Pachniało miodem i gałką muszkatołową. To było tak dawno. Skupiała się nad tym, żeby wspomnienia nie miały tu dostępu, ale skrzypienie podłogi pozwoliło na przesączanie się pod zmrużone powieki obrazów, których nie chciała pamiętać.

Ojciec z mamą, objęci, przytuleni, córeczka, nasza córeczka, moja córeczka – ojciec puszczał mamę i podnosił ją wysoko, wysoko, tak że mogła zdjąć z górnej gałązki choinki długiego wąskiego cukierka zawiniętego w złoty papier, nie, nie róbcie tego, proszę, umówiliśmy się – mama marszczyła brwi – nic nie zostanie z naszej choinki, bierz, bierz, zachęcały śmiejące się oczy ojca, niepewnie szarpała cukierek, choinka drżała pod jej małymi dłońmi, poczekaj, mówił ojciec, poczekaj, odwiązywał ciemną nitkę, a mama już nie udawała zagniewanej, a cukier rozpuszczał się wolno w jej dłoni, kiedy druga połowa cukierka ginęła w buzi.

Sięgnęła do lodówki, nikłe światełko małej lampki rzuciło światło na jej bose stopy. Szklanka mleka przed snem pomoże jej zasnąć. Jaka bzdura. Popije melatoninę, piątkę, może jej umysł się uspokoi, tak jak uspokaja się przez te wszystkie dni w roku, w czasie których święta nie mają do niej dostępu.

Zamknęła lodówkę. Czy to nie ona odkryła, że spada sprzedaż lodówek, jeśli spot reklamowy pokazuje kobietę, która zagląda do wnętrza i pokazuje wszystkie półeczki i schowki?

Pokazuje i pokazuje, taka wygoda, tu na masło, tu na jajka, tu na butelki, tu na mięsko, oto szuflady do zamrażarki, jakież wygodne, jakie czyściutkie, jakie pojemne.

Dlaczego sprzedaż zaczęła spadać?

Ile czasu jej to zajęło? Odkrycie, że lodówka na spocie reklamowym musi być zamknięta? Nie może być otwarta tak długo. Psuje się. Nie spełnia swojego zadania.

Jakie jest podstawowe zadanie lodówki?

Trzymać zimno. Utrzymywać stałą niską temperaturę. Kobieta w reklamie rozmrażała lodówkę, zachwycając się niebieskimi estetycznymi półeczkami.

Ile czasu jej to zajęło? Czy to nie wtedy została dyrektorem marketingu? Specjalistką od reklam?

Najwyższym autorytetem?

CHCESZ BYĆ MŁODA? CHCESZ BYĆ

PIĘKNA / CHCESZ BYĆ NIEZALEŻNA?

ZASŁUGUJESZ NA TO!

Szampony, proszki, telewizory, chusteczki higieniczne, samochody, wycieczki, papier toaletowy, farba do włosów.

Wielka aktorka i proszek do prania. Aktorka

Seksbomba i pierwsza poważna kłótnia z szefem.

– Nie tak należy zrobić reklamę! Nie tak!

– A jak? Jak to sobie pani wyobraża?

– Ona nie powinna zostawiać śladów szminki po to, żeby je spierać! Mężczyźni będą chcieli zachować ślad szminki, to bez sensu!

– Ale to kobiety piorą te koszule, prawda?

– Jeśli Seksbomba zostawia ślady, to nie po to, żeby je znalazła żona!

– Ten proszek ci pomoże! Oto, co mówi reklama!

– Pomoże zdradzać? Tego kobiety nie chcą! One w ten sposób nie myślą!

– Myślą!

– Nie tylko myślą, ale czują!

– Bardzo proszę, to co pani ma do zaproponowania?

Spot był nakręcony. Seksbomba wiła się w ramionach mężczyzny, ślady szminki brudziły biel koszuli.

OTO PROSZEK, KTÓRY WSZYSTKO SPIERZE!

*

A potem już była Wigilia bez ojca. Zielony fotel został odsunięty pod okno, nikt na nim nie siadał.

Tego dnia matka trzymała ją za rękę, głos miała nabrzmiały łzami.

– A dziecko? Dlaczego nie myślisz o naszej córce?

– Na pewno będziesz się nią dobrze opiekować.

– Tatusiu, gdzie ty chcesz iść? Kiedy wrócisz?

– Popatrz na nią, spójrz na mnie, nie możesz nam tego zrobić!

– Kiedy wrócisz, tatusiu, mogę iść z tobą?

– Powiedz to, sam jej powiedz, że nas już nie kochasz! Pożałujesz!

– Tatusiu, gdzie ty idziesz, tatusiu, nie odchodź!

– Idź do swojego pokoju, tatuś nas już nie kocha!

– Nie szantażuj mnie!

– Nie masz Boga w sercu! Idź, Natka, do swojego pokoju! Tatuś już nie chce z tobą mieć nic wspólnego!

– Nie wykorzystuj dziecka przeciwko mnie!

I trzaśnięcie drzwi.

I nigdy więcej mokrych butów w przedpokoju.

Ciocia Jaśmina, chlipiąca w Wigilię, pochylona twarz za blisko.

– Biedna, biedna córciu…

Wcale nie była jej córcią, była córeczką tatusia!

– Nie zaczekamy na tatusia? Przecież jest nakrycie dla niego…

I matka podrywająca się od stołu, od choinki, w pędzie porywająca puste nakrycie, czekające na wędrowca, i płacz matki z kuchni, i ciocia Jaśmina biegnąca za nią, i wujek, który niezdarnym ruchem przyciągał ją do siebie.

– Chodź, Naciu, rozpalimy ogień.

Nie lubiła, jak ktoś mówił na nią Naciu – była

Natką, Natalią, Talią. Nacia brzmiała jak natka pietruszki, a ona nie chciała być pietruszką, była królewną swojego taty, a nie zielskiem.

A ogień nie chciał się rozpalić, tata robił to zgrabniej, nie dymiło na cały pokój.

A potem Wigilie bez cioci i wujka.

Przeprowadzili się do innego miasta, krótkie kartki „Niech Bóg ma was w swojej opiece”.

Ale Bóg nie miał ich w opiece, a w każdym razie jej nie miał w opiece, bo tata już nigdy więcej się nie pojawił w jej życiu i w żadną Wigilię, kiedy dzieją się cuda, cud się nie zdarzył, nie pojawił się w drzwiach, nie wziął jej na ręce, nie zbliżył się do choinki i nie powiedział:

– Moja córeczka! Moja duża córeczka!

I nie odwiązał żadnego cukierka spod sufitu, a choinka nie zachwiała się, stukocząc radośnie bombkami.

Matka z roku na rok stawała się bardziej nieobecna, wpadała w siebie coraz bardziej i bardziej, kurcząc się i malejąc.

– Nie ufaj mężczyznom. Musisz sobie radzić sama. Nigdy im nie ufaj – szeptała w rzadkich chwilach przytomności. A potem przenosiła się w swój własny, niedostępny Natalii świat, w którym roiło się od dobrych wspomnień, zatrutych wspomnień, świat, w którym dla Natki nie było miejsca.

I wijąca się Seksbomba brudząca koszulę. I najlepszy proszek świata, dostępny dla twojej kieszeni.

Oszczędzisz! Widzisz, jak ładnie schodzi obca szminka? Możecie po tym proszku dalej udawać, że nic się nie stało!

Nie! Nie tak ma być!

Ta Seksbomba niech wybrudzi mu koszulę, dobrze. I niech on, wychodząc, zauważy. I ta Seksbomba niech nieudolnie sczyści te plamy, zostaje ślad, szarawy, brzydki zaciek.

On wchodzi do innego domu. Wita go inna kobieta.

– W środę też mam konferencję.

Przebitka na łazienkę. Na kobietę. Na proszek.

Cięcie.

Środa. Patrzy na zegarek. Osiemnasta. Żona wchodzi do pokoju, trzyma w rękach śnieżnobiałą koszulę, bez plam, zacieków, przebitka na tamte ręce Seksbomby z brudną koszulą, on bierze z rąk żony koszulę, waha się, obejmuje ją – nie pójdę, niech sobie radzą beze mnie.

Koniec.

– Pani mi tu jakieś trele-morele proponuje – jak ja to mam w czterdziestu sekundach zmieścić, to opowieść, to bajka! To tylko proszek do prania!

– Ludzie chcą bajek – ten proszek ratuje jej małżeństwo! A ten mężczyzna widzi, komu na nim bardziej zależy!

– Mówi pani jak prosta kobieta!

– Po prostu odwołuję się do prostych uczuć!

– Myli się pani, pójdzie spot już nakręcony!

Nie myliła się. Sprzedaż również zaczęła spadać.

I dlatego Seksbomba powędrowała na półkę i poszły spoty prorodzinne.

– Pani Natalio, chciałbym panią przeprosić. Pani intuicja, wyczucie, znajomość rzeczy… Wróci pani na stanowisko? To znaczy, chciałbym zaproponować pani coś nowego… Na nowych, lepszych warunkach…

FARBA DO WŁOSÓW! POKRYJE TWOJE SIWE WŁOSY!

– Nie, panie dyrektorze, niech nie pokrywa. Dlaczego kobiety mają się przyznawać do siwizny?

Niech będą radośniejsze, ładniejsze. Może niech przyjaciółce pokażą zdjęcie sprzed. Ale czy ta farba jest dobra?

– A skąd ja mogę wiedzieć, pani dyrektor? Przecież to nie ma znaczenia! My tej farby nie produkujemy! My nie odpowiadamy za jej jakość, odpowiadamy za jakość reklamy! To naprawdę nie ma znaczenia!

– Nie będziemy reklamować niczego, co jest bublem.

– To znaczy, że nie będziemy reklamować niczego.

– Nie, to znaczy, że zajmiemy się takimi produktami, które są coś warte.

– Zbankrutujemy! Nie będziemy zarabiać!

– Owszem, to może być chwila przestoju w interesach. Ale za to w przyszłości to my będziemy marką tych produktów. Ludzie się nauczą, że coś, co MY reklamujemy, jest dobre. I wtedy będziemy dyktować ceny.

– Pani żyje w niedzisiejszym świecie, pani Natalio! To się nie uda!

To jest to. Twój pierwszy program. Słuchaj nas, bo my to ty. Twoje marzenie to ta kuchenka mikrofalowa. Jeśli kupisz naszą kawę, on będzie cię budził co rano. Tylko miłość. Weź tabletki na zmęczenie, na znudzenie, zatwardzenie, pocieszenie, radość.

Weź proszek przeciw smutkowi, weź syrop od braku opieki, wesprzyj się na sobie.

Kiedy po raz pierwszy w życiu wróciła do domu rano, pełna obaw, ale i radości, że oto stała się kobietą, a widok Krzysztofa, który bladym świtem nachylał się nad nią, był tak silny, że nogi się pod nią uginały. Matka podniosła się z krzesła – nie wie do dzisiaj, czy kładła się tej nocy, czy nie – i chwyciła ją za rękę.

– Pamiętaj, możesz liczyć tylko na siebie, nie daj się, bądź twarda. Nie daj się zranić.

– Mamo…

– To nie jest mężczyzna dla ciebie, wierz mi.

Ukrywany od tej pory przed matką związek z Krzysztofem dość szybko przyniósł rozczarowanie. To nie był mężczyzna dla niej. Lepiej było zerwać z nim teraz, póki nie jest za późno, póki pewnego dnia nie stanie przed nią i przed ich córeczką i nie powie „odchodzę”. I nie zobaczy go już nigdy.

– Ale dlaczego? Dlaczego? – pytał.

– Nie kocham cię, i tyle – powiedziała.

– Ty nie wiesz, co znaczy kochać.

Te słowa uderzyły ją o wiele bardziej, niż chciała się przyznać przed samą sobą. Ona nie wie, co znaczy kochać?

Wie. Po prostu nie lubi świąt.

Melatonina nie działała. I jutro nie idzie do pracy.

Jest druga w nocy, a ona siedzi w pustej kuchni i ma przed sobą upiorne święta. I jak na złość, zaczął padać śnieg. Rano będzie ślicznie.

*

Śnieg zaczął padać koło drugiej nad ranem.

Z dużych miękkich płatków, które od razu miały ochotę zamienić się w wodę, nie pozostało ani śladu. Teraz z nieba sypała się drobna kasza, która marzła w powietrzu i na ziemi, znak, że chwytał coraz mocniejszy mróz.

Obudziło go zimno, dotkliwe, przenikające na wskroś zimno. Może gdyby cokolwiek wczoraj zjadł, zimno nie miałoby jeszcze dostępu. Ale nie miał nic w ustach od przedwczoraj…

Przeciągnął się i zadrżał. Ta pogoda nie wróżyła mu nic dobrego. Zwykle mrozy przychodziły po Bożym Narodzeniu, a w tym roku przecież na Barbary był mróz. A jak mówi stare porzekadło – święta Barbara po lodzie, Boże Narodzenie po wodzie.

Druga w nocy nie jest dobrą porą na ruszanie w drogę. Chciał tylko spać, spać tak długo, dopóki mięśnie zmęczone wędrówką nie odpoczną na tyle, żeby móc dalej iść. Chociaż jaki to miało sens?

Czego szukał? Do czego dążył?

Zamknął oczy i podkulił pod siebie nogi. Teraz trochę cieplej. Nie myśleć o niczym i nad niczym się nie zastanawiać. Nie pamiętać o świętach, nie pamiętać zapachu lasu w domu, smakowitego jedzenia, radości. Nie pamiętać o przeszłości, bo tego już nie ma.

A jednak, zanim zapadł w krótką, przerywaną dreszczami drzemkę, pojawił się obraz kobiety, kobiety, którą kochał i za którą tęsknił. I chociaż wiedział, że już nigdy jej nie spotka, łagodnie poddał się marzeniu, które trzymało go przy życiu.

*

Ranek był cały zaśnieżony, a z nieba ciągle sypało białe.

Spojrzała na termometr. Minus dwanaście stopni. Ubrała się ciepło, włożyła wełniane skarpety w kolorowe pasy i narzuciła na plecy wełnianą chustkę. Teraz nie wyglądała na dyrektora, raczej na wiejską kobietę.

Grzanka wyskoczyła z trzaskiem na blat w kuchni. Niedbale -jakie znaczenie ma jedzenie? – narzuciła na chleb ser z kminkiem i podkręciła ogrzewanie. Z talerzykiem i kubkiem gorącej herbaty ruszyła do pokoju, w którym po śmierci matki postawiła komputer.

Cichy szum stacji dysków, Word 2000 to nie był dobry program, wieszał się już tyle razy, że wyprowadzało ją to z równowagi. W Wigilię się nie pracuje. Jaka Wigilia, taki cały rok.

Pierwsza Wigilia bez matki. Bez jej martwej obecności, bez jej łez i rozchybotanych wspomnień – jak bardzo można być przywiązanym do przeszłości! – matka już od paru lat budziła w niej tylko litość. Im bardziej tak czuła, tym bardziej starała się być dla niej dobra. Uczucie litości zagrażało jej wyobrażeniom o sobie jako o dobrym człowieku.

Litość to wyższość, litość to ułomność, litość to niezdolność do współczucia czy współodczuwania, ale niestety litość sączyła się wszystkimi szparami, kiedy tylko matka drżącą ręką podawała opłatek, a jej oczy robiły się czerwone, napuchnięte od niewypłakanych łez.

– Nigdy nie pozwól, aby ktoś tobą zawładnął tak jak twój ojciec mną – prosiła. – Obiecaj mi.

Obietnica była łatwa i, co najważniejsze, nie wymagała od niej niczego. W ogóle nie brała pod uwagę, że mogłaby tak jak matka zakleszczyć się na kimś, uwiesić, zamiast żyć.

– Zniszcz, zniszcz wszystkie papiery, niech nic nie zostanie – prosiła matka nerwowo, kiedy siedziała przy jej łóżku w szpitalu. – Obiecaj mi, przepraszam, myślałam, że tak będzie lepiej dla ciebie…

O jakie papiery matce chodziło, nie zdążyła spytać.

Matka zmarła następnego dnia, tuż przed jej przyjściem. Zapalenie płuc okazało się zabójcze dla jej wycieńczonego organizmu.

Natalia przejrzała papiery w dawnym biurku ojca. Akt własności domu, jej świadectwa od szkoły podstawowej do matury, akt ślubu rodziców, nieistotny dowód tego, że nie była bękartem, zaświadczenie o stanie zdrowia po przebytej przez matkę w młodości gruźlicy, nic, co domagałoby się zniszczenia.

Poza przejrzeniem papierów nie zrobiła nic. Rzeczy matki dalej wisiały w szafie, czekając na uporządkowanie.

NOWY WSPANIAŁY PRODUKT.

Nowy – zużyte słowo. Teraz wszystko jest nowością. Może odwołać się do tradycji? Nie do tego, co nowe, ale co stare, dobre, sprawdzone?

Używaj? Nie, ludzie nie chcą już używać, sprawdzać, są zmęczeni natłokiem nowych rzeczy – jeszcze doskonalszych, jeszcze lepszych, jeszcze bardziej okazyjnych.

Pusty ekran komputera z paskami narzędzi już nie zmuszał do pracy. Może powinna wykorzystać te trzy wolne samotne dni na uprzątnięcie tego wszystkiego?

UPRZĄTNIJ KOŁO SIEBIE. ZOBACZ, CO JEST WAŻNE. TO TWÓJ WYBÓR.

Znajdź właściwe rozwiązanie.

Nie. Beznadziejne.

Trzeba się odwoływać do tego, co jest najbliższe ludziom. Skąd ma wiedzieć, co jest najbliższe? A co dla niej jest ważne?

Podniosła się i stanęła przy oknie. Świat był biały – jakby nie istniał. Wymarzone święta dla szczęśliwych dzieci.

Dla dzieci, które oczekują prezentów, które sprawdzają, czy mokre buty ojca stoją w przedpokoju.

Dla ludzi oczekujących.

Cofnęła się, kiedy na sąsiednie podwórko wyszedł Łukasz. Syn sąsiadów – wrócił z Francji sam, a wiedziała od matki, że tam się ożenił.

No cóż, mężczyźni odchodzą. Nie chciała, żeby ją zauważył. Nie chciała kontaktów z takimi ludźmi.

Oboje byli samotni, to prawda, ale jej życie było uczciwe. Nikogo nie zraniła, nie odeszła od matki z dzieckiem, jak to na pewno zrobił Łukasz. Pamiętała go jako młodego chłopca – nie chciał się z nią bawić, była młodsza, a kiedy ma się jedenaście lat, nie poszukuje się towarzystwa pięcioletniej dziewczynki, rozumiała to doskonale – teraz. Wtedy była zawiedziona, że siedział przy stole sztywno z rodzicami, kiedy ona klęczała pod choinką i wyłuskiwała spośród gałązek orzechy owinięte w srebrną folię.

Przez sekundę przemknęło jej przez głowę, że nie musiałaby spędzać tej Wigilii sama, właściwie nawet byłoby to naturalne, gdyby po prostu machnęła do niego ręką – będziesz sam? Może wpadniesz na rybę? Ale natychmiast skarciła się za taki pomysł.

Łukasz był samotny na swoje własne życzenie, a ona nie była skłonna do opieki i miała siebie.

Zresztą – co to za pomysł?

Wpadł do niej krótko po śmierci matki.

– Jeśli mogę ci w czymś pomóc…

– Dziękuję – powiedziała dość oschle.

W czym miałby jej pomóc ten obcy mężczyzna?

To, że znali się jakoś? Dotrzymała słowa danego matce. Patrzyła przez tyle lat na jej smutne życie i rosła w niej złość do mężczyzn. Ona nigdy nie dałaby się tak upokorzyć. Nigdy.

Czego chce? Gdyby miała samą siebie namówić na ten Cudowny Produkt? O czym musiałaby mówić reklama?

O przemijaniu, o tęsknocie za czułością, za czymś, co było, a co nie wróci. Za nadzieją, że wróci. Że będzie tak jak kiedyś – kiedy „kiedyś” było miękkie, ciepłe, dobre i pewne.

Miękko, ciepło. Pewność.

Pewności nie ma. Gdybyż mogła dać ludziom pewność… zostałaby swoim własnym szefem. Ba, kimś znacznie więcej…

Bezpieczeństwo. Odkrycie.

ODKRYJ SAMĄ SIEBIE.

Czyli potwory i demony. Złość i żal. To głupie, każdy podejrzewa, że w środku przechowuje bestię, która raz wypuszczona na wolność zawładnie nie tylko światem, ale i właścicielem.

ODKRYJ SWOJĄ BESTIĘ.

OSWÓJ SWOJĄ BESTIĘ.

OSWÓJ SWOJĄ PRZYSZŁOŚĆ.

Szukaj.

A może nie reklamować produktu, tylko zaciekawić – co to jest? Co mi da? Co będzie, jeśli się dowiem?

KIM JEST JÓZEF K.? BYŁO.

A śnieg pada i pada. Takie trzy dni w domu ją wykończą.

NIE BĄDŹ IDIOTĄ!

Reklama na „nie” się nie sprawdza. Podświadomość nie zna słowa „nie”. Odrzuca je jak niegrzeczne dziecko. Nie rozumie słowa „nie”. Na pewno napis powinien być pomarańczowy. Pomarańczowy kolor wpływa na łaknienie. Jeszcze nie wiemy dlaczego, ale sięgamy. Dzieciom niejadkom powinno się podawać jedzenie na pomarańczowych talerzach.

Pomarańczowe krótkie hasło.

PRZYPOMNIJ SOBIE!

Bez nakazu. Człowiek nie lubi, żeby mu rozkazywano.

Kiedy była dzieckiem… Ale już nie jest.

PRZYPOMINAM SOBIE…

Dobre. Co sobie przypominam? Pamiętam… tak może być… to zależy ode mnie. Jesteś kowalem swojego losu – tylko inaczej. Skojarz kowala, szybciej, pierwsze skojarzenie – podkowa. Dobrze. Podkowa – szczęście, szczęście, ciepło, dom, miłość.

NIE BÓJ SIĘ. Bez „nie”. A więc: ZARYZYKUJ. CHCESZ.

ZOBACZ, CZEGO NAPRAWDĘ CHCESZ.

ZRÓB COŚ DLA SIEBIE.

Nieee. Beznadziejne.

Wstała od komputera, zapaliła światło. Śnieg sypał teraz tak gęsto, że w pokoju zrobiło się szaro mimo wczesnej pory. Otworzyła szafę matki i zgarnęła rzeczy razem z wieszakami.

Opróżnij swój umysł. Zobacz, co naprawdę ważne.

Jeśli zajmie się teraz porządkiem…

CUDA SIĘ ZDARZAJĄ.

CZY CZEKASZ NA SWÓJ CUD?

Tak, to jest dobry kierunek. Każdy ma swój cud, na który czeka. I żadnej fotografii, żadnych skojarzeń, tylko z boku, małymi literami nazwa produktu.

Pomarańczowa.

I może krócej. Czekasz na swój cud? Daj sobie szansę – sztampa. Wybierz, sięgnij, zaryzykuj.

CZEKASZ NA SWÓJ CUD? ZARYZYKUJ.

Wyjęła z szuflady w kuchni czarne 120-litrowe worki na śmieci. Wszystko to, co należało do matki, jej ubrania, nienoszone od lat, zapakować, wywieźć do kościoła, tam zbierają rzeczy, tam zgłaszają się biedni po rzeczy.

*

Musiał ruszyć dalej, choć odczuwał teraz silne pieczenie w lewej nodze. Stara rana otworzyła się i bolało, tak bardzo bolało.

Ale przecież jest silny i wcale niestary Da sobie radę. Nie widzi dla siebie miejsca w tym świecie – silnych, wspaniałych i przedsiębiorczych ludzi. Spieszących się ludzi. Każdy z nich dzisiaj wieczorem na białym obrusie ułoży dodatkowe nakrycie. I każdy będzie miał nadzieję, że nikt nie przyjdzie, że nikt nie powoła się na cud bożonarodzeniowy, że nikt nie zapuka do drzwi i nie przypomni słów Biblii – głodnego nakarmić, oto jestem.

Bo on tego na pewno nie zrobi.

Śnieg sypał gęsto, a przed nim droga do miasta.

Może tam zdarzy się cud.

Przecież są święta.

*

Siedziała na podłodze i patrzyła na pożółkłe kartki.

Najdroższa moja córeczko, Wiem, że nie chcesz mi wybaczyć, ale kocham cię i tęsknię. Proszę, napisz choć parę słów.

Kochana Natalko, Mama pisze, że jesteś obrażona, wiem, co czujesz, ale kocham cię i zawsze będę cię kochał.

Kochana córciu, Myślałem, że będziemy mogli się zobaczyć, ale skoro wyjechałaś akurat z ciocią Jaśminą… Pozdrów ją ode mnie.

Droga Natalko, Przykro mi, że choć minęło tyle lat, nie możesz mi wybaczyć.

Natalio, z okazji Twoich osiemnastych urodzin życzę Ci, żebyś umiała mądrze wybierać…

WYBIERZ MĄDRZE.

To takie wezwanie dla głupców. Tym razem wybierz mądrze, skoro dotychczas twój ciasny umysł nie umiał podjąć tej decyzji.

To listy do niej. Kochana córeczko… Najdroższy skarbie, Natalko. Ile lat tu leżą?

Poczuła nudności. Podniosła się i pobiegła do łazienki. Z głową nad umywalką łapczywie obmywała twarz. A potem ogarnęła ją tak silna fala nienawiści, że musiała się mocno chwycić wieszaka na szlafroki, żeby nie upaść. A potem skulona tuż koło muszli klozetowej zaczęła płakać. Płakać z dna swojej biednej, dzielnej, niezależnej, sponiewieranej duszy. Złość na matkę wypływała ze łzami jak skisła woda po ogórkach, które odcedzała pod koniec sierpnia.

Nudności wróciły obrzydliwą falą. Nachylona nad sedesem wymiotowała. Wtedy jej ulżyło, ale łzy powróciły, czyste łzy żałości i nieutulenia. Płakała, aż zabrakło łez.

Obmyła twarz i jak przez mgłę usłyszała: „Przepraszam, myślałam, że tak będzie lepiej”.

Biedna, biedna mama. Zrobiła to w trosce o nią.

Żeby nie cierpiała, nie pamiętała, nie dała się zranić powtórnie. Za żalem sunęły wspomnienia. Oto

Krzysztof, jego ciało, jego ręce, jego brzuch. Jego uśmiech, jego usta. Motyli dotyk ręki między jej udami. Gęsia skórka, którą na samo wspomnienie pokrywało się jej ciało. To przecież było przyjemne, to nie było złe.

Nie potrafisz kochać.

*

Nie chce spędzić Wigilii w domu, w którym nie będzie świąt. Nie chce, udaje tylko, że chce. Trzeba spakować rzeczy i wywieźć. Wyszorować podłogę w pokoju i przynieść z dworu drzewo. Napalić w kominku. Zachowywać się tak, jakby to był ten właśnie cud. Jakby była dzieckiem. I choinka, duża, a stojak jest pewno w szopce, nieużywany od lat. Miały ostatnio sztuczną, małą choinkę, ładną, do której nawet kupiła świerkowy zapach. Ale nie musi już udawać. Może być sobą. Nie musi udawać przed matką. Będzie miała święta i będzie miała pięć lat. I cukierki, długie, i pachnące ciasto. Nikt jej na tym nie przyłapie i nie zgani. Zrobi sobie święta.

ZRÓB SOBIE ŚWIĘTA.

Zachichotała nerwowo i zapaliła światła w całym domu. Dopiero wpół do dziesiątej. A potem, jak już posprząta, pojedzie do Miasta i kupi cholernie dużą choinkę, i prezent sobie kupi, i położy pod tą choinką, a potem zrobi ślady na podłodze, czystej, wyszorowanej, mokre ślady i uchyli drzwi na dwór, znak, że Mikołaj już przyszedł.

I pojedzie po zakupy – kupi sernik i jajka albo upiecze, sama upiecze, i będzie jadła i jadła, i odpisze na list tatusiowi, i zrobi sobie święta.

Przez łzy i śmiech szorowała pokój kominkowy.

Wybrała z paleniska gwoździe – w zeszłym roku spaliła parę desek, musiały być w nich jakieś gwoździe – przysunęła zielony fotel do kominka. Nie pamiętała, żeby go kiedykolwiek używały, a mimo to zielony materiał był przetarty. Narzuci na niego patchwork ze swojej sypialni, to będzie nowy pokój, jej pokój, jej choinka, jej cud mały.

Zalśniły blaskiem szyby. Przecierała je Najlepszym Płynem do Szyb, zdjęła firanki i wrzuciła do wanny. Zalała ciepłą wodą z proszkiem. Woda zrobiła się szara. Płukała je długo, a potem mokre powiesiła i ułożyła na podłodze pod nimi zużyte ręczniki.

Otuliła się w kurtkę i wyszła na podwórko. Musiała odgarnąć śnieg, żeby dostać się do szopy, ale miała rację – stojak z metalowymi łapami lwa czekał na nią po prawej stronie.

Czuła, że policzki jej płoną.

Trzasnęła drzwiami do szopy, rzuciła stojak w przedpokoju, wskoczyła w buty, zamknęła za sobą drzwi i odśnieżyła samochód. Szczęśliwie silnik odpalił za pierwszym razem.

Ruszyła wolno w stronę Miasta.

*

A jednak nie daje rady. Nie wziął pod uwagę tego, że przy takim mrozie idzie się inaczej. Noga coraz bardziej bolała, a w uszach słyszał:

– Spierdalaj stąd!

Wiedział, że nie wygląda dobrze, ale jakie znaczenie ma wygląd? Kobieta, którą kochał, nie była piękna. Ale pamięta jej zapach, mógłby marzyć godzinami o zapachu jej ust i dłoni, jej włosów, o tym, jak pachniała rankiem, a jak wieczorem, jak pachniała po miłości, a jak wtedy, kiedy czekała na miłość. Mógłby godzinami opisywać jej dotyk – szorstki i przyjacielski, ciekawy, niedbały, czuły.

Dotyk oczekiwany godzinami, zmieniający czas i przestrzeń. A smak? Mógłby smak jej łez rozłożyć na maleńkie cząsteczki, a i tak każda z nich zapełniłaby jego wszechświat. A jej dłonie? Dłonie o delikatnych długich palcach, dłonie znużone, dłonie kochające, dłonie podające jedzenie, dłonie żywicielki, dłonie czułości nie do zaspokojenia, dłonie delikatne jak wnętrze ucha, dłonie skupione, dłonie przygarniające, obejmujące, dłonie podnoszące głowę.

I oczy. Jakie ona miała oczy! Czasem śmiała się do niego – szczególnie wtedy, kiedy nie mógł nasycić się jej bliskością. Cieszyła się z jego miłości, a on delikatnie językiem dotykał jej twarzy, kiedy spała.

Czuł każde drgnienie powietrza. Wdech i wydech, wdech i wydech… Kiedy ruszała się, udawał, że śpi, ale kiedyś przyłapała go na tym dotyku wilgotnym i zamiast się zezłościć, objęła go mocno i przytuliła do siebie. Potem płakała długo, a on nie wiedział dlaczego, ale pozwalał jej na płacz tak samo chętnie jak na radość. To było ważne, żeby czuła się przy nim bezpiecznie, wiedział, że to jest najważniejsze.

Nie odnajdzie jej.

Wyjechała nagle bez uprzedzenia. A on tego nie przeczuł, mimo że tyle innych rzeczy przeczuwał.

Wyjechała nagle i zostawiła go jak nikomu niepotrzebną zabawkę.

Nie wiedział, że kobiety są do tego zdolne. Były przecież takie kruche, takie delikatne. A kobieta, którą kochał, na pewno potrzebowała jego opieki.

Pewno dlatego ruszył w tę podróż. Ale przeliczył się. Żeby przeżyć, trzeba przynajmniej mieć co jeść.

A on się przeliczył. Miał tylko siebie.

I nikogo, kto by go objął i powiedział: nie martw się, poradzisz sobie, jestem z tobą.

Ponieważ był sam. Ludzie nie lubią samotników.

Zawsze boją się najbardziej tego, co doskwiera im samym. Nie będzie zabiegał, prosił, żebrał. Przejdzie tylko przez to nieprzyjazne miasto i siądzie gdzieś, gdzie będzie mógł odpocząć. Białe tylko z pozoru jest zimne. Przecież zwierzęta śpią pod śniegiem – na przykład niedźwiedzie. Śnieg musi być ciepły i przyjazny -jeśli spojrzeć na to z właściwej strony.

*

Wrzucała pospiesznie do koszyka zakupy. Jaja, masło, ser, ryby, co z tego, że tak dużo? Zamrozi.

Przecież są święta. Świece.

TYLKO NASZE ŚWIECE PALĄ SIĘ DWADZIEŚCIA CZTERY GODZINY!

Dobre wino, chablis do ryby, nie to tanie, to najdroższe. Może sobie wyobrazi, że jest z nią Krzysztof, któremu powie:

– Nie boję się.

Albo mama.

Nie boję się, mamo.

I choinka będzie wysoka do sufitu. Związana jak baleron i przymocowana do bagażnika na dachu czekała na nią na parkingu. Do pierwszej gwiazdki jeszcze nie tak blisko, zdąży.

*

Ten samochód też się nie zatrzymał. A przecież na pewno widział, w jakim wędrowiec jest stanie.

Nie ma już siły. Jeszcze tylko parę domów, wyjść z tych zabudowań, gdzie nikt na nikogo nie czeka, znaleźć się w miejscu, gdzie już nie ma nikogo, jest tylko cisza, cisza i spokój, i tam odpocząć. Przypomnieć sobie dobre chwile z przeszłości. Miękkość i czułość, dobro i miłość. Przecież dzisiaj jest dzień pojednania. Pojedna się ze swoim rozczarowaniem.

Najgorsze są pierwsze momenty, kiedy zimno przechodzi przez każdą komórkę. A potem już robi się ciepło. Ciepło i dobrze. Dobrze i obojętnie. Chodzi o to, żeby nareszcie było obojętnie. Żeby brzuch nie pamiętał sytości ani głodu, a ciało braku dotyku.

Chodzi o to, żeby wszystko rozpłynęło się i znikło, bez specjalnego cierpienia, bez nadziei, że może jeszcze ktoś się pojawi.

Jeszcze tylko paręset metrów. Zapada zmierzch.

Teraz już nikt go nigdy nie odnajdzie, a i on przestanie szukać.

*

Zdążyć przed pierwszą gwiazdką!

Ryba na patelni, a ciasto w piekarniku. Choinka nie wchodzi w stojak – za długo stał w szopie, nie umie rozkręcić bolców, które przechodzą przez obręcz i trzymają pień. Nie może nasadzić choinki, ale to nie przeszkadza wyjąć bombek i ozdóbek, światełek i aniołków, łańcuchów. Choinkę oprze o ścianę, owszem, może śmiesznie to wygląda, ale oprze ją w tym rogu, między kominkiem a ścianą, nie przewróci się, a trzeba zdążyć przed pierwszą gwiazdką.

O to jest dobre. Nawet bardzo dobre.

ZDĄŻYĆ PRZED PIERWSZĄ GWIAZDKĄ.

Pokój wygląda lepiej niż wtedy, niż dwadzieścia dziewięć lat temu. Patchwork na fotelu ojca zrobił z tego mebla prawdziwe wygodne i śliczne miejsce.

Miejsce nie dla mężczyzny, tylko dla niej, dla jej zmęczonego wiecznym porzuceniem ciała, dla jej umęczonego poszukiwaniem rozwiązań umysłu, dla jej nóg, zgrabnych jeszcze, a niedotykanych, dla jej przestraszonej duszy to jest miejsce świąteczne.

A potem będzie czekać na prezent od wszechświata, na cud jej własny, który nastąpi. Albo nie.

Poszła do łazienki i odkręciła kurki. PIANA

– TWOJA NAJLEPSZA PIANA DO KĄPIELI

I OLEJEK, KTÓRY ODMŁODZI TWOJĄ SKÓRĘ. Nowość! Przygotowała okazyjny szampon i odżywkę. OKAZJA! DWA W JEDNYM!

Przeszła do kuchni i wygasiła piekarnik. Sernik zarumienił się. Uchyliła drzwi do pokoju i kiedy spojrzała na stół nakryty na dwie osoby, świecznik i dwie świece przygotowane do zapalenia, rozświetloną łagodnym blaskiem choinkę, zrozumiała, że cud nastąpił.

I jeśli pojawi się ktoś, zaprosi go do domu – obiecała to sobie solennie w pierwszą Wigilię bez ojca, wtedy kiedy matka odniosła dodatkowe nakrycie do kuchni, i ta obietnica powróciła do niej po raz pierwszy od tamtej pory. I po raz pierwszy od lat było na stole nakrycie dla Nikogo – zgodnie z tradycją.

*

Nie dojdzie do lasu. Noga rwała tępym bólem, a oddech zamarzał w powietrzu. To nieprawda, że łatwo się rozstać z iluzją. Nie było ciepło i tak strasznie chciał wejść do któregoś z tych domów – stanąć na progu, tak to sobie wyobrażał, stanie na progu, a ktoś otworzy drzwi i bez słowa wpuści go do środka, nie pytając o nic, nie bojąc się obcego. Ale teraz wszyscy się bali wszystkich, a przecież on miał tyle do dania! Co z tego, kiedy wziąć nie było komu?

Siądzie tu, przy tym domu, nie na ulicy, żeby nie wzbudzać strachu, może jest jakieś wejście do ogrodu, może jakaś uchylona szopa… Siądzie tylko na chwilę, żeby tak nie przewiewało na wskroś, tylko na chwilę, może zaśnie, a dobry Bóg obudzi go tuż przed północą i zapyta łagodnie:

– Jakiego chcesz cudu dla siebie?

I wtedy odpowie.

*

Wysuszyła włosy i włożyła wełnianą sukienkę.

Wsunęła na stopy czółenka – nigdy w domu nie chodziła w butach. Buty lekkie, czarne, eleganckie.

I tak je zrzuci zaraz, kiedy po kolacji wigilijnej siądzie przed kominkiem, a pomarańczowe ciepło podpełznie do fotela.

Poczeka na północ, na narodziny cudu, i powie cicho: wybaczam.

Może jeszcze powie trzy zdania do każdego z nich, zdania zaczynające się od słów: proszę, dziękuję, przepraszam.

Dziękuję za to, że mnie urodziliście. Dziękuję za to, że mam co wspominać. Dziękuję za te wszystkie

Wigilie, kiedy renifery latały nad naszym domem.

Przepraszam, że dałam się nabrać na żal i na złość, że nie umiałam zrozumieć ani ciebie, mamo, ani ciebie, tato.

Proszę, żebym mogła jeszcze kiedyś komuś dać to, czego jestem pełna – tkliwość, dobro, ciepło, zrozumienie, miłość.

Tak powie.

Tylko że zanim siądzie do samotnej wigilijnej kolacji, musi jeszcze raz wyjść na dwór, bo zapomniała o drzewie do kominka, mimo sukienki i butów, czarnych czółenek, trzeba wyjść i przynieść naręcze drewna, żeby potem nie wychodzić z domu.

*

Kiedy się ocknął, leżał na fotelu przed kominkiem. Owinięty w koc, w kwadraty czerwono-zielone, ciepły, miękki i puszysty wełniany koc. Koło niego klęczała kobieta. Głaskała go delikatnie, a on jak przez mgłę przypominał sobie jej głos, głos ciepły i gardłowy, głos, w którym drżało wzruszenie, ale też głos pełen odwagi, kiedy powiedziała:

– Chodź, chodź proszę.

I ciepłą wodę, i dotyk jej rąk. Nie wstydziła się go dotykać wszędzie, zmywała wielodniowy brud, dotyk jej rąk był delikatny i wzruszający, a potem pomogła mu wyjść z wanny i usadowiła na tym miękkim fotelu. Teraz klęczała przy nim, jej twarz tuż koło niego, chciał wydobyć z siebie głos, ale nie mógł, a ona to rozumiała, bo pogłaskała go po głowie i powiedziała:

– Teraz zaśnij. Śpij. Nie bój się. Jestem przy tobie.

Zmrużył zmęczone oczy, a ogień na kominku trzaskał smakowicie. Na dzwonek do drzwi nie podniósł głowy. Słyszał jej kroki, a potem męski głos:

– Czy wszystko w porządku?

I jej głos, głos Kobiety, którą odnalazł, chociaż wydawało mu się to niemożliwe, głos, któremu zaufa, choć już raz został zraniony, zaufa i kiedy tylko poczuje się lepiej, i Kobieta zrozumie, że go kocha tak bardzo, jak on zaczynał ją kochać.

– Tak – głos Kobiety zawahał się i po chwili milczenia spytał: – Łukasz… może chcesz wejść?

I podwójne kroki.

– Widzę, że czekasz na kogoś… – wahanie w głosie mężczyzny było tak wyraźne, że gdyby mógł zza oparcia fotela roześmiać się… ale nie mógł. Nie miał siły nawet na głębszy oddech.

– Tradycja… Jedno nakrycie dla mnie, a drugie…

I znowu chwila milczenia.

– Choinka się przewróci! Nie masz stojaka?

– Mam, w przedpokoju, ale… zardzewiał. Nie mogłam sobie dać rady…

– Zaraz osadzę! – radość w głosie mężczyzny, a potem chwila przerwy. – Jeśli chcesz, oczywiście.

Natalia, nie chciałbym się narzucać…

Natalia. Pogodne imię, imię dla rośliny, nie dla żywej kobiety, ładne imię. Natalia, Talia.

Muza. Muzyka.

– Tak, jeśli możesz…

– Przecież mogłaś mi powiedzieć wcześniej, widziałaś, że jestem w domu…

Mężczyzna przeszedł przez pokój i zatrzymał się przed choinką. Teraz się odwróci i zobaczy mnie.

Będzie zdziwiony?

Ręce. Musi się nauczyć tych rąk na pamięć, do końca życia, ciekawe, w którym momencie Mężczyzna będzie zazdrosny. Widzisz, jak delikatnie mnie dotyka, jak będzie o mnie dbać, jak przytula swoją twarz do mojej głowy, jak już nie uważa, jak się nie boi, jak zaufała? Widzisz? Nie jest ci żal, że nie jesteś na moim miejscu? Ona jest moja, i ja jestem je), już na zawsze, znalazłem dom.

– Skaleczony?

– Ma ranę na nodze…

– Pokaż, zobaczę…

– Tylko uważaj, boli go… polałam mu wodą utlenioną…

– Wykąpałaś go… Widać, że… po przejściach…

Kobieta spojrzała prosto w oczy Łukasza.

– Jak my wszyscy…

A potem schyliła się, położyła znów dłoń na czarnym psim łbie, a pies zmrużył oczy, westchnął i spokojnie zasnął.

O n jeszcze nie wie, że mnie kocha

Spojrzał i w jego spojrzeniu nie mogła znaleźć nic, żadnej nadziei. Uważne spojrzenie, trochę smutne, zielonkawe tęczówki, wąskie źrenice. I żadnej nadziei.

– Tak postanowiłem.

– A ja? – chciała wyszeptać i poczuła, jak zimno idzie w dół, od brzucha do podbrzusza, jak tężeją płuca z braku powietrza (co wciągnęła do tych płuc zamiast?), jak obręcz zaciska się coraz bardziej.

– A ja? Ja się nie liczę? To, że cię kocham?

Spuścił wzrok i milczał.

Obręcz się zacisnęła i gardło zaczęło się zwężać.

Oczy zapiekły, a nogi stwardniały. Zniknęło gdzieś ciało, a pustą skórę wypełniło zimno. Było wszędzie, w dłoniach, ramionach, udach, między nogami. Tylko z tyłu, tam gdzie powinny być plecy, była dziura, i to zimno tą dziurą tam do niej wchodziło.

Nie powinna tak się upokarzać. Przecież powiedział, postanowił, podjął decyzję. Ona już nie była ważna, nie musiał się z nią liczyć, nie tylko nie musiał, ale nie chciał. Wszystko się skończyło, a ona gwałtownie szuka czegoś, co można uchwycić, jakiegoś drobnego kawałeczka ich razem, który odchucha, którym się zaopiekuje, który wtedy na nowo wzrośnie i przywróci ich sobie. Czegokolwiek, jakiegoś ważnego wspomnienia, przecież, na miłość boską, kochali się!

Nie można tak nagle, z dnia na dzień, kogoś przestać kochać!

Żeby tylko mogła powiedzieć, że teraz będzie inaczej, że to ważna rozmowa, że cieszy się, że powiedział jej o swoim niepokoju, ale ona się poprawi!

Zrobi coś, przecież może na nią liczyć, nie pomyślała, nie odgadła na czas, nie domyśliła się, straciła swoją kobiecą intuicję, poczuła się zbyt bezpiecznie, to jej wina, ale ona się zmieni, zmieni siebie, swoje postępowanie, to się nie zdarzy następnym razem, będzie czujna, będzie uprzedzać jego myśli, nie dopuści do takiej sytuacji co zrobiła czego nie zrobiła wytężyć siły przypomnieć sobie wyostrzyć wzrok w przeszłość a pamiętasz jak kiedyś a przypomnij sobie jak dwa miesiące temu jakich słów użyć jakiego tonu głosu jak spojrzeć co poczuć żeby go nie przestraszyć żeby żeby żeby rozumiał że ona rozumie że tym razem się naprawdę postara nie dopuści w porę zareaguje uprzedzi… co zrobić co zrobić zrobić coś co żeby zobaczył że ją kocha że tamto wszystko co mówił to pomyłka pomylił się…

Oczywiście! To takie proste! On się pomylił! On nie chciał tego powiedzieć!

Kochany, pomylił się, a ona źle zrozumiała, on miał co innego na myśli, och, jaka jest głupia, zaraz spojrzy mu prosto w oczy jasnym, prostym spojrzeniem i zobaczy, że tamto to nieprawda, że prawda w jego oczach to czułość i ciepło!

Kochany, jak mogłam cię podejrzewać, że nie wiesz, co mówisz, jak mogłam być taka głupia, żeby myśleć, że mnie nie kochasz, ty mnie kochasz, ty tylko zapomniałeś, że mnie kochasz, kochasz mnie najbardziej na świecie jesteś moją kobietą jesteś moim marzeniem jesteś moim wybawieniem jesteś moją połówką pachniesz jak nikt na świecie zawsze będę z tobą nikt nas nie rozłączy

Tego przecież nie mówi się żartem, nie mówi się tak sobie, nie mówi się dla zabawy, to są słowa z serca, prawdziwe i niepodważalne, o tym powinna pamiętać, a to nie on, tylko ona właśnie o tym zapomniała.

Kochany, on nie to miał na myśli…

I spojrzy na niego, a w chwili kiedy spojrzy, przypomni mu to wszystko, wszystko się obróci, na dobre się obróci, wróci dzień…

To wszystko przez nią, ona nie zrozumiała go dobrze, nie zrozumiała intencji, pomyślała tylko o sobie, nie o nim, a przecież jest zapętlona i przerażona, nieraz jej to mówił, i teraz też jest przerażona, że on może rzeczywiście mógł pomyśleć to, czego myśleć nie mógł!

To przez nią! Przez jej wybujałą wyobraźnię, jej strach, który kazał tak brzydko, niedbale zinterpretować jego słowa.

Nie, nie, nie.

Trzeba wziąć głęboki oddech, jeszcze jeden i jeszcze, uśmiechnąć się, zaraz wróci wzrok, który dotyka, i zaraz sobie wszystko wyjaśnią… Wyjaśnią to całe głupiutkie nieporozumienie. Za które go będzie tak czule przepraszać… I znowu będzie dobrze…

Zaraz się skupi i będzie wiedziała, jak popatrzeć, żeby zobaczył, jak spojrzeć, żeby wiedział, jak powiedzieć, żeby nie przestraszyć, co zrobić, żeby nie było winy.

Ani winy, ani wstydu.

Już!

Podniosła oczy i zobaczyła jego zielonkawe tęczówki. To nie były puste oczy, patrzył na nią z obojętnością i odrobiną troski.

– Dobrze się czujesz?

Nie, nie czuję się ani dobrze ani źle coś natychmiast trzeba zrobić żeby zrozumiał bo on nie rozumie nie rozumie że to boli że nie wolno zabijać, jest nie zabijaj a on zabija

Nie! Oczywiście, że nie! Stop! Rozpędziła się!

Tak nie wolno. Powoli, jeszcze raz… nie dawać się ponosić emocjom… pomyśleć, zrozumieć, co powiedział. Nie dodawać nic, nic nie odejmować.

Zapytał, jak się czuje. Zapytał, czy czuje się dobrze.

Czyli nie wszystko stracone… Nie wszystko.

Zebrać się w kupę, nie pokazywać, nie przestraszyć, on nie chce mieć do czynienia z dzieckiem, tylko z kobietą, kobiety są wytrzymałe, silne, mądre. Dorosłe kobiety nie histeryzują, nie pokazują po sobie, nie pozwalają. Dorosłe kobiety wiedzą, czego chcą. Odczytują intencje prawidłowo.

O co on zapytał?

Dobrze się czujesz?

Co to znaczy?

Trzeba pomyśleć, spokojnie pomyśleć.

Dobrze się czujesz?

To znaczy, że mu zależy. Troszczy się o nią. Nie musiał zadawać tego pytania, a jednak zadał. Odczuł to, co ona czuje, ponieważ są połówkami tej samej pomarańczy, tego samego rajskiego jabłka, on nawet o tym nie wie, ale już zawsze będzie czuł tak samo jak ona, a ona będzie czuła jego ból, zdenerwowanie, troskę, tak jak to było zawsze, od półtora roku, a przedtem się i tak nie liczy, bo to był czas, w którym jego nie było, więc nie było też czasu ani przestrzeni, ani życia, ani historii, nie było nic przedtem, zanim się poznali, i ona to przekonanie przywróci.

Nie miała racji, jak zwykle. Nie miała racji.

Czy dobrze się czujesz – to znaczy, że nie myśli tylko o sobie. Myśli o niej. Myśli o niej ciepło, tylko nie umie tego wyrazić.

Dobrze się czujesz – znaczy, że nie jest mu obojętna. Chciałby, żeby się czuła dobrze, zauważa każdą zmianę jej zachowania. Może zbladła, tak, na pewno zbladła i on już wie, przeczuwa, że coś z nią jest nie tak. Obcy ludzie nigdy by tego nie zauważyli, a on nie jest obcy.

Tak!

To jest dowód, nie wymyślony dowód, tylko namacalny dowód na bliskość, na intymność, padły te słowa, a słowo ciałem się stało…

Stoi oparty o ścianę. Tu mają być w przyszłości deski dębowe – tak ustalili. Na razie jest ściana, trochę chropawa i dawno niemalowana, ale czysta.

Nad nim licznik, prawie bezszelestnie zębate kółeczko odmierza niewidzialną elektryczność. Nie powinien się kręcić – wszystko jest wyłączone, nie gra radio ani telewizor. Światła niepozapalane…

Tak cicho… Powinien stać w miejscu, tak jak stoi mężczyzna, ale zębate kółeczko lekko drga, czerwony ślad przesuwa się… 2345, a teraz pomaleńku piątka jest wypychana przez szóstkę… Co jest włączone? Ach, lodówka, oczywiście, zawsze lodówka. W lodówce piwo, które on lubi… Na górnej półce. Dawno nie pił piwa… Już jest szóstka… 2346… Ten licznik będzie zabudowany… jak położą deski. Grube deski, poziomo, nowocześnie. Sam zaplanował półki i szafkę. Półka pójdzie pod licznikiem, aż do rogu, potem nad drzwi… Będzie ładnie. Postawi się tam gliniane wazony i najwyższe książki. Drzwi się pomaluje, a może obije skórą lub skajem, a może nawet skórą w jakimś ładnym kolorze, może żółtym, nie, żółty nie będzie pasował do dębu, chcieli zostawić naturalny kolor dębu – tylko lekki lakier ekologiczny, wodny… Wymyślą jakiś kolor, jeszcze jest czas. Dużo czasu…

A on stoi nieruchomo. Oczy zielonkawe, z małą zwężoną źrenicą. A pod oczami ciemne cienie z niewyspania.

Nie jest szczęśliwy. To dla niego cios. To, że musi jej mówić przykre rzeczy. Kto go do tego zmusił?

Dlaczego się zdecydował? Przecież ona widzi, że nie jest szczęśliwy. Patrzy na nią. Nie miała racji, to w jego spojrzeniu to troska. Czeka, aż ona coś powie.

Czy dobrze się czujesz?

Odpowie mu. Nie zmartwi go bardziej.

– Dobrze. Dobrze się czuję.

Co teraz? Co teraz? Co robić? Co mówić?

Może milczeć? Przekonywać? Zatrzymać? Płakać?

Nie ma powodu płakać. Nie może być smutna. Nic się nie dzieje. To jej rozigrana wyobraźnia. On chce coś przemyśleć i nie znalazł innego sposobu.

Poczekać?

– Muszę już iść. Chciałbym odebrać od ciebie moje rzeczy…

Ach, oczywiście. Jego rzeczy. Jego swetry, pachnące swetry, i bluzy obszerne i cieplutkie, w które zawijała się wieczorem, kiedy go nie było. I pachniała nim, wodą Gio, jego wodą, zasypiała w jego pustoramiennym swetrze, kiedy nie było go przez tydzień, a ona tęskniła za jego dotykiem. Może to śmieszne, może inne kobiety tego nie robią, ale ona robi zawsze, jak on wyjeżdża. Czuje się bezpiecznie, zasypia z jego obrazem pod powiekami… Więc jego swetry? Jego bluzy, jego spodnie i skarpety.

I rakieta tenisowa z rączką od jego potu przyciemniała, jego płyty, delikatny jazz, jego książki, które przynosił przez dwa dni, które zwoził do jej domu tak niedawno, jego zdjęcia, kiedy był mały, malutki chłopczyk ułożony na kocyku z główką na bok, z rozłożonymi nóżkami, trzy fałdki z jednej strony na maleńkich udkach, trzy z drugiej, z małym sterczącym fifraczkiem, i potem, kiedy grzecznie siedział na akademii pierwszomajowej w mundurku i kiedy uczył się jeździć na nartach, i jego matka, której nie poznała, a która by ją lubiła, piękna kobieta – umarła, kiedy miał szesnaście lat – i jego matka siedząca na ławce w parku, a on na rowerku.

Tak. Jego rzeczy. Są przecież u niej.

Dobrze. Myśli teraz, że musi to odebrać, wziąć w obce, nieprzyjazne miejsce – tak myśli, może nawet wydaje mu się, że to prawda, że tego chce.

Mój Boże, tak mu się wydaje.

Dobrze. Niech więc teraz idzie i niech przyjdzie, kiedy będzie chciał, po swoje rzeczy. Ułoży je, przejrzy, przyjrzy się im.

I pomyśli spokojnie o sobie. Żeby nie zobaczył wtedy brzydkiej, strachliwej kobiety. O nie! Kiedy on przyjdzie, ona będzie najpiękniejszą kobietą świata, ubierze tę spódnicę, w której wygląda jak Hiszpanka, wyglądasz jak Hiszpanka, pachniesz słońcem, jesteś pełna seksu, uwielbiam cię – tak będzie wyglądać. Włoży również tę bluzkę, którą kupiła niedawno – czarną, z łezką, z dekoltem w kształcie łezki, będzie miała piękne włosy i oczy, otworzy mu drzwi i…

Zaniedbała się ostatnio, zapomniała, co robić, żeby dobrze wyglądać, poczuła się bezpiecznie i on przestał w niej widzieć ją, a zaczął widzieć kogoś obcego, i wtedy prawdopodobnie zapomniał, że tylko ona wie, że tylko ona rozumie, że tylko ona może, że są dla siebie stworzeni, dwie połówki tego samego jabłka… a kiedy przyjdzie i ona przywita go bez śladu wyrzutu, jakby się nic nie stało, zarzuci mu ręce na ramiona, przytuli się, tak jak on lubi, dotknie piersiami mocno, oprze się o niego, a jego ręce obejmą ją – nie będzie myślał o żadnych rzeczach, o fotografiach, rakietach, swetrach i narzędziach, książkach i długopisach, będzie wiedział, że wraca, nie, że odchodzi.

Stoi nieporuszony. Ściana daje mu wsparcie, ręka opuszczona, trzyma w niej klucze, klucze od ich domu. Dłoń jest zaciśnięta, kostki zbladły, krew odpłynęła. Denerwuje się. Niepotrzebnie. Ma takie piękne dłonie – silne i delikatne. Nikt jej nigdy tak nie dotykał, z taką czułością, jego palce mimochodem spotykały się z jej naskórkiem, czasem nie wiedziała, czy to tylko pragnienie dotknięcia tak parzyło, czy sam dotyk poruszonego powietrza.

Jego delikatne ręce, ręce dla niej, teraz ściskają klucze.

Podświadomie nie chce się z nią rozstać. Te klucze to przecież symbol. Nie patrzy na nią, patrzy przed nią, w podłogę.

Tu będzie leżał zielony dywanik, już dawno wypatrzyła w Twoim Domu, przyjazny wełniany dywanik, ale to dopiero potem, jak się zmieni podłogę, ta jest zniszczona, tyle lat chodzenia, wchodzenia i wychodzenia, czysta oczywiście, ale zniszczona. Jak położą deski, to jednocześnie zmienią podłogę. On kiedyś mówił o deskach sosnowych, ale to chyba strasznie niepraktyczne. Na taką deskę jak upuści się niechcący coś twardego, to od razu zostaje ślad, sosna to miękkie drewno, będą zostawały ślady od obcasów. Ona chciała gress, teraz już nie robi się drewnianych sosnowych podłóg. Ale jeśli ten dywanik pokryje deski, to właściwie mogą być deski. Mogą być, oczywiście, deski. To przecież wszystko jedno… Dlaczego nie patrzy na nią, tylko w podłogę? Nie może patrzeć na jej cierpienie. Zawsze był wrażliwy, dobry i wrażliwy… więc nie będzie go narażać, obwiniać, krzyczeć, robić awantur.

Nie, nie i jeszcze raz nie. Żadnej histerii i żadnego cierpienia. Nie ma powodu cierpieć.

To tylko chwila, w związku bywają trudne chwile. Szczególnie w dobrych związkach. To jest jedna z nich.

Pamiętać, że to minie… Przywołać lekki uśmiech.

A kiedy on przyjdzie… zobaczy, co jest naprawdę ważne…

I kiedy on przyjdzie, będzie myślał, że przychodzi po rzeczy, a zobaczy w jej oczach to wszystko, do czego trzeba wracać i od czego nigdy się nie ucieka, zobaczy, jak bardzo się myli jakie to niepotrzebne było niewłaściwe mówienie że jej nie kocha jakie to głupie było ale ona mu wybaczy wszystko mu wybaczy nie zrobi mu krzywdy świat jest wystarczająco zły ale jeśli tylko będą razem nic im nie będzie straszne a jemu wróci na twarz ten uśmiech ukochany i kiedy on stanie w drzwiach i zobaczy swoją kobietę swoje marzenie ją to jesteś moja tylko moja niczyja inna nigdy prawda jesteś moją kobietą i kocham cię powróci i ciało się znowu wypełni będzie ciepłe i różowe a zimno wyjdzie sobie tak łatwo jak przyszło tak właśnie będzie

– Poprosiłem Wojtka, przyjedzie po moje rzeczy.

Kiedy może do ciebie zadzwonić?

Nie ma odwagi się przyznać, że bardzo chce, chce wyjaśnić, boi się jej, boi się, że jego decyzja jest chwilowa, że to jakiś absurdalny nastrój, gdyby mu nie zależało na niej, mógłby być obojętny, mógłby do niej milion razy przyjść i wyjść, obojętność jest przekleństwem i końcem, ale tu nie ma obojętności, głos mu się załamuje, ciężko mu to mówić, ciężko z jakiegoś powodu, którego ona jeszcze nie zna, ale się dowie, dokopie, doszpera, przeczuwa ten powód i wierzy – to miłość, to tęsknota za nią…

*

Mówi i myśli coś innego, ale naprawdę on nie wie, co czuje. Jak mu uświadomić, że przecież nie chce się wcale rozstać! Nie chce!

Gdyby chciał, mógłby sto razy wejść i wyjść, wynosić każde zdjęcie, które jej pokazywał, każdą książkę, którą czytał, każdy sweter, każdą dyskietkę mógłby nosić oddzielnie do samochodu, tak by to było nieważne, czy ona jest i patrzy, czy ją to boli, czy cieszy… Ale to jest ważne. To jest niepodważalny dowód, dowód na to, że nie chce sam przyjść, bo się boi zobaczyć ją w mieszkaniu, w którym byli tacy szczęśliwi, w przedpokoju, w którym tyle razy go witała, nie chce wspomnień, bo się boi, że jego decyzja jest ułomna, biedna, zeschnięta, niewłaściwa.

Coś mu się stało, jeszcze nie wie co, ale domyśli się, jak tylko się zastanowi, jak nie będzie działać pod wpływem chwili, to się dowie…

Tak więc wszystko w porządku.

– Lepiej będzie dla ciebie, jeśli nie będziemy się przez jakiś czas widywać…

Teraz się odważył podnieść głowę. Włosy ma matowe, a wzrok, nie jego to wzrok, inny. Przestraszony. A w jego głosie znowu troska, spokój… łagodność… Znowu się o nią martwi.

Człowiek martwi się o ludzi, których kocha.

Oczywiście, czasem martwi się wojnami albo jak spadnie samolot, ale to jest inny rodzaj zmartwienia. Człowiek martwi się z miłości. Skoro martwi się o nią, dba o to, co będzie dla niej dobre, to znaczy, że ją kocha, choć może sobie nie w pełni to uświadamia. Myśli, że tak będzie lepiej, bo nie chce jej ranić.

Jeśli człowiek nie chce ranić drugiego człowieka to przecież nie z obojętności, tylko dlatego, że się z nim liczy, liczy z uczuciami, myśli o tym, żeby nie sprawić przykrości to co ona widzi nie jest prawdą nie ma w jego oczach prawdy prawda jest w tym co on mówi co będzie lepiej dla niej i tego się trzeba trzymać dopóki on nie zrozumie…

Potem zrozumie… Niedługo… Zrozumie, że ona jest dla niego wszystkim, jego ostoją, spełnionym marzeniem, jego tęsknotą i zaspokojeniem tej tęsknoty. Właśnie dlatego nie mówi, że to będzie lepiej dla niego… podświadomie wie, że dla niego to będzie straszne nie widzieć jej, nie czuć jej, nie dotykać jej.

Mężczyźni łatwiej odcinają się od tego, co czują… to dla niego będzie gorzej jej nie widzieć, będzie smutniej, będzie rozpaczliwiej, więc musi powiedzieć, że tak będzie lepiej dla niej.

I wie, że ona go rozumie. Musi tak powiedzieć.

Szanuje go za to. Kocha go za to.

Zawsze będzie go kochać.

– Muszę już iść. Do zobaczenia.

Do zobaczenia… Powiedział „do zobaczenia”.

Nie przesłyszała się, tak powiedział. No i proszę!

Nie „żegnaj”, nie „żegnaj” nie na zawsze „do zobaczenia” po prostu „do zobaczenia”, czyli za chwilę niedługą chwilę po prostu zobaczymy się choć teraz jest lepiej, tak mu się wydaje zupełnie niesłusznie, wydaje mu się, że musi wyjść, ale proszę, oto „muszę” a nie „chcę” „do zobaczenia” a nie „żegnaj” wszystko w porządku.

– Tu są klucze.

Jakie on ma delikatne dłonie. Pięść rozkurczyła się, breloczek – srebrna świnka, kupiła takie dwie – zastukotał o klucze. Brzęknęło, kiedy je położył na stoliku pod lustrem, tak jakby kryształ cieniuchny tam stawiał.

To znaczy, że klucze są ważne dla niego, tak samo ważne jak ona.

A więc i o tym pomyślał. Żeby nie stawiać jej w sytuacji trudnej, jeśliby ktoś, z kim by była… będzie…

Nie! Skąd! To nie dlatego! Jak mogła pomyśleć, że on dopuszcza możliwość, że ona go może zostawić, być z kim innym, kogo innego kochać, do kogo innego się przytulać?

Przecież on to robi dla siebie! Ze strachu. On musi się ubezpieczyć, żeby nie przyjść jak do siebie, bo przyszedłby za chwilę, ledwieby zjechał na parter, jużby nie wiedział, po co poszedł. A klucze -jeśli zostawia, to żeby ich brak przypominał mu… ten dźwięk kluczy w kieszeni – te klucze gdzieś tam w świecie, tam, gdzie wydaje mu się, że nie chce iść, mogłyby go kusić do przyjścia, do otwarcia drzwi – on nie dla niej te klucze oddaje, on oddaje swoją chęć jak najszybszego powrotu, on oddaje kusiciela – bo boi się jeszcze bardziej niż ona, obawia się siebie, głuptas…

Jakby było możliwe uwolnienie się od prawdziwej miłości…

Zawsze się ją zabiera ze sobą… zawsze… dokądkolwiek się udajesz, zawsze swoją miłość trzymasz przy sobie.

– Idę. Wojtek zadzwoni do ciebie w środę. Czy tak będzie dobrze?

Wojtek? Jaki Wojtek? Ach, ten… Taki wysoki, dobrze zbudowany kolega z uczelni. Wojtek? Czy tak ma na imię? Nie pomyliło mu się? Wojtek przecież kiedyś bywał u nich… Ostatnio nie przychodził.

Wojtek… Dobrze, niech zadzwoni w środę, do środy tyle czasu…

Do środy wszystko się zmieni… to cztery dni…

Do środy Wojtek już nie będzie musiał dzwonić, była tego pewna.

Nie będzie się teraz kłócić o szczegóły. Dzień w tę czy we w tę.

Da mu te cztery dni. Podaruje mu jak najcenniejszy prezent.

Cztery dni i cztery noce bez niej, bez jej zapachu poznałbym cię na końcu świata/, bez jej ramion odkrytych, przerzuconych przez jego tors rano/te twoje łapiny budzą mnie do życia/, bez jej dotyku i ciepła głosu, bez jej czekania, bez jej… bez niej… bez niego Chryste cztery dni i cztery noce… nie nie nie to tak jak wyjazd jak delegacja tylko bez paniki do środy tyle czasu wszystko się zdarzy weźmie się w garść ogarnie to wszystko podzieli dni na godziny a godziny na minuty a minuty na sekundy… i da mu tyle czasu ile mu potrzeba żeby zrozumiał że ta głupia mrzonka ten wybryk nie zaważy na ich związku.

Ktoś musi wiedzieć, co jest ważniejsze, co jest lepsze, co jest właściwe. I nikt nie jest doskonały.

Każdy popełnia błędy. Jemu też się mogło zdarzyć.

– To cześć.

Przecież już powiedział do zobaczenia, a jeszcze się nie ruszył, choć oderwał od ściany. Teraz robi krok w stronę drzwi. Niech idzie. Mężczyzna musi pobyć sam ze sobą.

Nie chce odpowiadać. Albo właściwie chce. Ale przecież nie cześć, nie trzymaj się ciepło, nie do zobaczenia… Zdawkowo, tak jak zwykle, tak jak co dzień, z uczuciem, ale normalnie

– To na razie.

Udało się!

Udało się to „na razie”. Jak zwykle. Bez pretensji, bez żalu, bo niby o co żal? Zamknęła za nim drzwi i oparła się o nie mocno. Oddychała pełną piersią, z ulgą. To „na razie” brzmiało prawie wesoło, nie, może nie wesoło, ale radośnie, radośnie?

Normalnie, ale raczej radośnie niż smutno. To na razie, na razie, do za chwilę, do jutra.

Może niepotrzebnie robi problemy? Już kiedyś tak było – tak strasznie się pokłócili – on krzyczał, że ona go nie rozumie, że nic nie rozumie. Był strasznie niesprawiedliwy. Potem przepraszali się długo i to były najwspanialsze chwile ich życia.

Udało jej się wytłumaczyć wszystko -jest tak wiele pokus, ale jeśli będą pamiętać o tym, co najważniejsze, nic ich nie zniszczy, nic nie zaboli. Obiecała, że go nigdy nie zrani, i on to obiecał. Wystarczyło uważać, uważać na swoje zachowanie, patrzeć uważnie na drugiego człowieka, jeśli jest się uważnym – tak jej powiedział – to wszystko jest proste. Zrazu było ciężko, musiała się wielu rzeczy domyślać, czasem płakała, ale nigdy przy nim – wiedziała, że sprawi mu to przykrość. A potem łzy po prostu odeszły, tak jak odeszła przeszłość, złość, niezadowolenie.

Nauczyła się cieszyć ze wszystkiego, co jej ofiarowywał, a nawet z tego, czego nie dostawała. Obietnice zobowiązują.

Więc dlatego „na razie”.

Wyszedł. Zamknął za sobą drzwi. Jeśli stanie przy drzwiach, usłyszy jego kroki. Usłyszy zgrzyt windy podjeżdżającej na to siódme piętro. Usłyszy trzaśnięcie drzwi, trzeba trzasnąć drzwiami, żeby drzwi się zamknęły, inaczej nie zaskakują – czeka się i czeka, więc trzeba je lekko popchnąć, tak żeby trzasnęły, wtedy winda ruszy…

Ruszyła. Zjeżdża w dół i zastanawia się, dlaczego to zrobił.

Niech się zastanawia.

Teraz tylko spokojnie trzeba wrócić do pustego pokoju. Jak gdyby nic się nie stało. Nic. Bo przecież nic się nie stało. Nie denerwować się, nie myśleć o tym, co będzie, bo na pewno będzie dobrze.

Może wieczorem do niego zadzwoni. Jak gdyby nigdy nic, żeby wiedział, że ona nie czuje się zraniona. Jak człowiek rozumie właściwie różne rzeczy, to już nie można go zranić. Po prostu zapyta, jak się czuje… Albo o cokolwiek…

Trzeba zapalić światło. Zrobiło się ciemno.

Proszę, jest tak, jak było. Nic się nie stało.

Pamiętać, że nic się nie stało.

Klucze niech leżą tam, gdzie je położył. Jak wróci, zobaczy, że nic się nie zmieniło, że ona czeka.

Jest późno. Trzeba się położyć. Zdjąć ubranie, umyć się. Może zadzwonić? Tylko zapyta, jak dojechał, powie dobranoc. To chyba nic złego?

Abonent czasowo niedostępny… Zadzwoń później.

Jest poza zasięgiem albo nie naładował komórki.

Zapomniał. Był zdenerwowany, nie pamiętał.

Nie może popadać w paranoję i obracać na niekorzyść wszystkiego.

Tego robić nie wolno. Dowie się jutro od Bożeny, gdzie mógł pójść. Może właśnie do Wojtka? Nie ma swojego mieszkania i na pewno niczego nie wynajął na te parę dni. Może wyjechał…

Ale gdzie miałby wyjeżdżać bez niej? To nie ma sensu. Prawdopodobnie jest u Wojtka. Musi wszystko przemyśleć, tak mu się wydaje, zastanowić się. Jeszcze nie wie, że za nią tęskni.

Jeszcze nie wie, że mu brakuje jej uśmiechu i rannego śniadania. Jutro poczuje się źle, kiedy się obudzi gdzieś w obcym miejscu i nie zobaczy jej przy sobie.

Ale teraz nie trzeba o nim myśleć. Nie trzeba interpretować zdarzeń. To właśnie interpretacja niszczy związki. Niewłaściwa interpretacja.

Trzeba zmyć dwie szklanki i dwa talerze. Od rana tkwią w zlewie. O czym tak długo rozmawiali?

Przecież już jest noc. Jutro rano umyje. Nic się przecież nie stanie do rana tym dwóm szklankom. Późno już, jest zmęczona. Już chce odpocząć. I musi pomyśleć w spokoju o wszystkim.

Czy warto się rozbierać?

Położy się na razie na kanapie w dużym pokoju.

On na pewno będzie chciał zadzwonić, powiedzieć, że to pomyłka. Odwołać te straszne słowa, które już padły, że nie kocha jej, że wszystko się zmieniło, że chce odejść.

Wtedy musi być blisko telefonu.

Nie chce jej się pić. Ani jeść. To śmieszne przypomnieć sobie o jedzeniu dopiero wtedy, kiedy na pewno nie jest się głodnym. Można zgasić światła, po co jej światło? Licznik i tak będzie odmierzał swoje kilowaciki. Ile cyferek się zmieniło od czasu, kiedy stał w przedpokoju? Trzeba sprawdzić. To śmieszne mierzyć czyjąś nieobecność w kilowatach.

Za ile kilowatów zadzwoni? Wróci? Przeprosi, że sprawił jej ból?

Nie będzie o tym myśleć.

Pomyśli o grubych dębowych deskach, o tej półce szerokiej, która z przedpokoju uczyni właściwie pokój, o podłodze. Jak wróci, od razu się do tego zabiorą. Nic nie będą odkładać na później.

Wszystko będzie w porządku. Można zgasić światło, skulić się na tapczanie.

Nie myśleć, że w środku jest zimno, bo za chwilę ciepło powróci, jak tylko on się zorientuje, co zrobił.

Wtedy wszystko się obróci na dobre, wszystko wróci na miejsce, wróci ciało do skóry…

A może jednak pójdzie do sypialni. Przytuli się do jego swetra. Zapachnie nim. Jest przecież tak, jakby wyjechał na chwilę, na parę dni. I wróci, na pewno wróci.

Wojtek przyjdzie po rzeczy. To może lepiej, będzie miała więcej czasu, żeby przygotować się na właściwe spotkanie. To szczęście mieć więcej czasu.

Nie ma swetra. Spakował wcześniej. Więc wziął już część swoich rzeczy, a ona tego nie zauważyła.

To nic.

To nic.

Musi odpocząć, musi nabrać dystansu. Będzie gotowa, kiedy wróci. I na pewno nigdy nie usłyszy od niej słowa pretensji. Nigdy.

Musi się wziąć w garść. Wtedy palce osłonią ją przed światem. Przez palce pokój wygląda trochę inaczej. Taki rozkawałkowany. Dywan w brązowe pasy. Nogi od stoliczka… Kaloryfer… Notes na podłodze…

Notes! Jego notes! Upadł i sobie leży… Notes to jest bardzo ważna rzecz… Tam są wszystkie telefony i niektóre adresy… Adresy poczty e-mailowej…

Nie zauważył notesu!

Tak… może Wojtek przyjedzie po rzeczy, ale przecież nie po ten notes. Nawet nie wie, że tu upadł. Zadzwoni za parę dni i zapyta, czy przypadkiem nie zostawił notesu. A wtedy jej głos będzie jak dzwon, ciepły, gardłowy, taki jak lubił… I kiedy usłyszy jej głos – przestanie się bronić przed miłością…

Przypomni sobie wszystko co najlepsze, a ona powie, tak, jest tutaj, twój notes… a on zapyta, mogę wrócić? Teraz jeszcze nie wie, że ją kocha… Ale kiedy zapyta, ona chwilę się zawaha, a potem roześmieje się radośnie i powie – kochany mój, ja czekam na ciebie.

Zawsze już będzie czekać…

S carlett O'hara z pilawki górnej

Za siedmiona górami, za siedmioma lasami, na piątym krańcu świata, jednym słowem w Pilawce Górnej, żyła sobie dziewczyna o jasnych włosach i oczach koloru swojego szarego swetra. Oprócz szarego swetra miała jeszcze dwa inne – ale żaden z pozostałych nie był podobny nawet odrobinę do tej szarości, jaką miała w oczach -jeden był czarny, z delikatną zieloną nitką przy golfie, a drugi jasno-niebieski. Przy tym jasnoniebieskim jej oczy z szarości przechodziły w kolor niebieskoszary, ale do swetra miały się nijak.

Dziewczyna nie miała sobie specjalnie nic do zarzucenia, ale też nie była szczęśliwa. Dni upływały jej na pracy w zakładzie usług optycznych, przeliczaniu dioptrii na grubość szkieł i doradzaniu oprawek do okularów. Oprawki były tanie – w Pilawce Górnej nie było wielu bogatych ludzi, nie licząc Lekarza i Właściciela Sklepu, ale nawet Lekarz zadowalał się oprawkami tanimi i wygodnymi, a już na pewno nikt nigdy nie zapytał o markę oprawek. Firmowe rzeczy nie istniały w Pilawce, bo i po co komu znaczek na towarze, za który trzeba płacić? W Pilawce ludzie nie chcieli płacić za znaczki, literki, płacili za towar. Swetry miały być ciepłe, a sukienki ładne, chleb świeży, na zakwasie, a jajka duże z delikatnymi skorupkami i pomarańczowym środkiem.

Kury karmiło się ziarnem i resztkami – nikomu nie wpadłoby do głowy kupować sztuczną karmę z jakichś mączek rybich!

Co to, to nie!

Dziewczyna pracowała uczciwie, osobom o okrągłej twarzy doradzała oprawki, w których twarz wydawała się szczuplejsza, Aptekarzowej doradziła śliczne oprawki – wąziutkie, ciemne – i twarz

Aptekarzowej natychmiast przestała przypominać wyciągniętą końską szczękę. Pan Kazimierz po operacji zaćmy w mieście nosił oprawki ciężkie, duże, miał minus osiem, takie grube szkła wymagały dużej oprawy. Tak, tak, z jej zdaniem liczono się.

Czasem, bardzo rzadko, sprowadzała do Pilawki Górnej szkła kontaktowe, ale tylko na zamówienie.

Pewnego dnia nie zdarzyło się nic. Oprócz tego, że za zaliczeniem pocztowym musiała sprowadzić szkła kontaktowe koloru zieleni, co zajęło jej dwa poranki. Z Pilawki Górnej niełatwo było połączyć się ze Stolicą, przesyłka musiała być ekspresowa, Dziewczyna o Jasnych Włosach długo przekonywała rozmówców, żeby nadali przesyłkę pocztą kurierską. Co prawda w Pilawce Górnej była jedynie mała stacja, z jednym peronem i dwiema parami torów – jedną na północ, drugą na południe – ale Dziewczyna o Jasnych Włosach w takich wypadkach podjeżdżała samochodem do Miasta z Prawdziwym Dworcem.

Tego dnia, a był to, jak się potem okazało, najważniejszy dzień jej życia – dziewczyna pojechała po owe szkła kontaktowe aż do Miasta.

Oczywiście, ludzie byli niemądrzy, że chcieli zmieniać swoje oczy, nadawać im inny kolor i udawać innych ludzi.

Ale ponieważ nie była to jej sprawa, Dziewczyna nigdy, przenigdy nie powiedziałaby komukolwiek, że to po prostu głupota.

Była zadowolona, że dobrze wywiązała się z powierzonego zadania i że po dniach spędzanych w zakładzie optycznym może w ramach obowiązków służbowych wyjechać. Jakże chętnie wyjechałaby na zawsze z Pilawki Górnej, gdyby… No właśnie, gdyby tylko pojawił się ktoś, kto ją stamtąd wyrwie, porwie, pokaże inny świat, jednym słowem – pokocha.

Dziewczyna oczywiście nie przyznałaby się do tak marnych pragnień, nie bardzo wiedziała, co to znaczy miłość, nie wiedziała nawet, po czym ją rozpozna, ale bardzo, ale to bardzo chciała kogoś pokochać. Tylko… No właśnie…

W Pilawce Górnej ludzie żyli, pracowali, rodzili dzieci, w niedzielę chodzili do kościoła, ciepłymi wieczorami przesiadywali przed domami, pozdrawiali się na ulicach… Jednym słowem, znali się.

Czy mogli jeszcze się kochać? I kto mógłby ją. Dziewczynę o Szarych Oczach pokochać tak, jakby miała inne oczy?

Czy to w ogóle było możliwe?

Wracała rozgrzanym asfaltem do Pilawki i choć zwykle nie zajmowała się takimi sprawami, zielone szkła kontaktowe, pieczołowicie zabezpieczone pudełeczkiem z plastiku, wyzwoliły w niej marzenia.

A w marzeniach, och, w marzeniach mogła sobie pozwolić na wszystko. Była piękna. Miała zielone oczy. Z firanką czarnych rzęs. W marzeniach pojawiał się niezmiennie On na Białym Koniu. Choć już parę lat temu zlikwidowała mu ubranie z zeszłej epoki, odrzuciła miecz, ubrała w dżinsy i ogoliła twarz, Biały Koń pałętał się w jej wyobraźni niezmienny jak zachód słońca każdego dnia.

Usunęła siebie z wieży, macochę pogrzebała już w wieku czternastu lat, zamek powoli zamieniał się w zakład optyczny przy ulicy Długiej w Pilawce, a jednak Biały Koń, źródło niewyczerpanej tęsknoty, ciągnął się za nią i ani rusz nie dawał się usunąć.

Pogodny dzień łagodnie schodził za wzgórza, otworzyła okno, wiatr wpadł do samochodu i wyszarpał z porządnie związanego ogona kosmyk włosów. Łąki pachniały mokrą ziemią, i, ach, gdyby nie ta Pilawka… Odgarnęła kosmyk z policzka i zwolniła. Właściwie dlaczego tak bardzo bała się przyznać, że kocha zapach łąki i ogarnia ją tęsknota za czymś dobrym i niezwykłym, kiedy patrzy na rodzące się łany zbóż? Może pozostała wiejską dziewczyną, która po prostu potrzebowała tego do życia jak powietrza?

Zjechała na pobocze i zatrzymała samochód. Wysiadła.

Skowronki kwiliły dość zdecydowanie gdzieś tam na niebie, dlaczego nie miałaby się przyznać do wszystkiego, do czego tęskni w pogodne dni, dlaczego nie miałaby sobie zrobić odpoczynku od dioptrii i innych spraw? Zawsze jest taka obowiązkowa. Ale dzisiaj? Zatrzasnęła drzwiczki.

Tu, w okolicach Pilawki, gdzie pola pachniały tak mocno przyszłym zbożem, było jej życie. Mogła na chwilę przysiąść spokojnie wśród ginącego dnia i pomarzyć.

Ruszyła w łąkę. Trawa czepiała się jej nagich łydek, dojrzała i bujna, za moment zabierze się do kwitnięcia, ta niekoszona trawa dotykała jej delikatnie, namawiając do odpoczynku. Podwinęła spódnicę i usiadła. Słońce rzuciło znad chmur promienie, lekko przygaszone przycupnęły na koniuszkach traw i zalśniły pomarańczowym blaskiem, zaszeleściło zielone pod pomarańczowym, a Biały

Koń objawił się na skraju lasu. Była usprawiedliwiona, nie musiała się nigdzie spieszyć, mogła pozwolić sobie na chwilę marzeń.

Tęsknię za tobą, pomyślała sobie o rycerzu z lat dziecinnych, który miał ją uwolnić od wszystkiego.

Od jakiego wszystkiego – nie umiała wyjaśnić. Nie zastanawiała się nad tym, ale wiadomo było, że jak rycerz – to uwalnia. Położyła się na ciepłej ziemi i spojrzała w niebo. Chmury nadbiegały rączo od strony lasu. Przewalały się z boku na bok, zasłoniły resztki słońca. Zerwał się lekki wiatr. Zlewał się z jej marzeniami. Ludzie są tacy niemądrzy, szukają nie wiadomo czego. Chcą zmian. Myślą, że gdzie indziej będzie lepiej. Szukają… No właśnie. Chcą coś zmienić.

Na przykład te szkła kontaktowe, kolorowe…

Kusiły ją bardzo. Oczywiście wiedziała, że świat nie zmieni kolorów. Ale gdyby tak spróbować, zobaczyć, jak wygląda w zielonych oczach? Nic się przecież nie stanie. Szkła potem delikatnie oczyści.

Nikt nie będzie wiedział. Tylko ona. Raz spojrzy na siebie i zobaczy… Zawsze marzyła, żeby mieć zielone oczy.

I gdyby miała oczy tak zielone jak w marzeniach, na pewno ktoś by ją kochał. Spojrzał i… już nie mógłby oderwać wzroku.

W Pilawce ludzie się znali, oczywiście. Mówili sobie dzień dobry i co słychać. Dziękowali za drobne uprzejmości i zapraszali się na chrzciny, komunie, wesela i pogrzeby. Ale nic ich nie obchodziła ona – o szarych oczach i marzeniach, ona – szara mysz obliczająca dioptrie i dobierająca oprawki.

Mogłaby zniknąć i nikt by tego nie zauważył, taka była prawda. Tak było zawsze.

Podniosła się i ruszyła w stronę samochodu.

Wiało coraz mocniej, będzie padać. Otworzyła drzwiczki i usiadła. Pudełeczko na siedzeniu obok kusiło. Włączyła stacyjkę… a potem wyłączyła.

Wzięła do ręki pudełko i ostrożnie odwinęła przesyłkę. Szkła błyszczały głębokim morzem, zielenią starej sadzawki, świeżością traw po deszczu. Były zachwycające. Otworzyła oczy i podniosła najpierw prawą górną powiekę, potem lewą. Zamrugała parę razy i skierowała lusterko samochodowe na siebie.

A jednak świat uległ zmianie, bo ona się zmieniła.

Jej twarz nabrała nowego wyrazu. Była szlachetniejsza. Oprawa oczu też była inna. Dużo lepsza.

Bardziej wyrazista. Wyjęła szminkę kupioną w Mieście i pomalowała usta. Była piękna. Choć to nie była ona.

Wyprostowała ramiona i poczuła się jak Inna Dziewczyna.

Podniosła rękę i zdjęła gumkę z włosów. Rozsypały się po obu stronach twarzy.

Uśmiechnęła się i ponownie włączyła stacyjkę. Silnik zawarczał, ruszyła wolniutko. Inna Dziewczyna co prawda prowadziłaby samochód zdecydowanie szybciej. Nacisnęłaby na gaz. Wiatr rozwiewałby jej włosy.

Choć wieczorne powietrze zachowało zapach rozgrzanego dnia, było teraz chłodniej. I rzeczywiście, zaczęło lekko mżyć…

A skoro jest Inną Dziewczyną – odkręciła boczną szybkę – wdepnie ten pedał. Samochód przyspieszył. Wiatr rozwiewał jej włosy.

Przez otwarte okno pierwsze krople deszczu smagnęły ją po twarzy

Kiedy sięgnęła do drzwiczek, żeby zamknąć szybę, zza zakrętu wyjechał samochód. Spojrzała w lusterko, ale lusterko nie pokazywało drogi, ciągle było skierowane na jej oczy.

Skręciła nagle, wystraszona, że się nie zmieszczą, boczne koła złapały pobocze, rzuciło ją najpierw w prawo, skręciła silniej kierownicę. Cisnęła hamulec z całej siły, ale rozpędzony samochód wcale nie chciał się zatrzymać. Podskakiwał na nierównych bruzdach. Szarpnęła znowu i samochód nagle wrócił na szosę. Za szybko.

*

Mężczyzna już po wyjściu z zakrętu zorientował się, że zbliżający się z naprzeciwka samochód jedzie prawie środkiem. Zdjął nogę z gazu, choć niebezpieczeństwa nie było. Ale tamten kierowca, widać niedoświadczony, skręcił za mocno. Przy takiej szybkości było wiadomo, że go ściągnie. Dobrze, że przy drodze nie było drzew albo rowu.

Nacisnął hamulec. A potem tamten samochód odbił w prawo i wrócił na środek drogi. I jechał prosto na niego.

*

Tamten samochód wyłaniał się zza zakrętu jak w starym filmie. Wolno, bardzo wolno. Najpierw pysk uzbrojony w światła, potem przednie koła, błyszcząca od deszczu szyba. Widziała nawet oberwane lewe lusterko, sterczący kikut bordowej blachy, ślad po podwójnym świecie, widziała lusterko, którego nie było. Nie oglądaj się wstecz, to tak bardzo wyczerpuje. Patrzyła, jak maska tamtego samochodu opieszale wypełnia przestrzeń przed nią. Nie bała się. Chciała szybko nacisnąć hamulec, ale jej noga działała w takim samym powolnym tempie, w jakim zbliżał się tamten bordowy samochód.

Klatka po klatce. Przeniesienie nogi z gazu na pedał hamulca trwało tyle, ile tamten samochód potrzebował, żeby pokazać się jej w całej okazałości.

Ta okazałość była wielka, ale nie przerażająca.

Myślała, co będzie za tą coraz większą szybą, która sunie jej na spotkanie, jakby za nią nikogo nie było, jakby to nie był samochód, raczej duch jakiś, jakby nie był prowadzony ludzką ręką, ale skądś kierowany.

Przeznaczenie zbliżało się powoli.

Szyba tamtego samochodu była brudnawa. Jechał długo w deszczu i nikt jej już nie umył. Ślady po wycieraczkach odbijały chmurne niebo.

Jej wycieraczki też zgarnęły kurz, ale tam, gdzie nie sięgały, było szaro, samochodowe passe-partout, szare jak niemiecki papier w sklepie dla plastyków.

Tamto passe-partout na szybie też najeżdżało na nią, tak samo powoli jak jej noga przesuwała się z pedału na pedał. Kiedy z całej siły nacisnęła hamulec, nadal się nie bała. Coś łagodnie wyrwało ją z fotela, a potem delikatnie przytrzymało wzdłuż klatki piersiowej. Obrazek w passe-partout pękał i tysiące drobniutkich kryształków wystrzeliło w powietrze. Opadały niespiesznie jak płatki śniegu. Każdy skrzył się w deszczu i światłach bordowego samochodu jak cyrkonia.

I zgrzyt blachy. Dźwięk wydał jej się równie dobrotliwy. Nawet niesłyszalny. Szkło opadało na ziemię spokoju i ciszy. Cisza robiła się coraz jaśniejsza i jaśniejsza.

*

Jednak zaczepił i odbił tamten wóz jak nic nieważące metalowe pudełko. Przesunął przez szosę, a potem bokiem w łąkę.

Szkło zostawiało kryształowy ślad na ciemnym asfalcie. Samochód przekoziołkował dwa razy i zatrzymał się na łące. Dymił. I, co najgorsze, nikt z niego nie wychodził.

Mężczyzna ostro hamował już jakiś czas, ale dopiero teraz jego samochód się zatrzymał. Gwałtownie wyskoczył. Jego buty deptały mokrą trawę, a miękka ziemia próbowała je przytrzymać. Kiedy szarpnął drzwiczkami, bał się o tamtego kierowcę. Ale to nie był dym, to para. A kiedy otworzył drzwi, zobaczył

Dziewczynę. Wyglądała jak śpiące dziecko.

Była śliczna. Była tak śliczna, że zaparło mu dech w piersiach. Choć niespecjalnie wierzył w różne Znaki na Niebie i na Ziemi, nabrał pewności, że tego spotkania nie mógł uniknąć.

Oto Ktoś mu ją po prostu na tej drodze postawił. Przegapić tego faktu w żaden sposób nie zamierzał. Nachylił się nad fotelem, szukał zapięcia pasów jedną ręką, drugą podnosił jej głowę.

Dzięki Bogu, otworzyła oczy. Wtedy zamarł na moment. Miała najpiękniejsze zielone oczy, jakie kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić.

– Czy mogę panią prosić o rękę? Proszę mi szybko dać rękę! – odpinał jej pasy, widział krew na policzku.

– Tak, tak – spojrzała na niego nieprzytomnie.

Wyciągnął więc rękę i za chwilę poczuł w swojej dłoni jej dłoń.

*

– Mogę panią prosić o rękę?

Rycerz na Białym Koniu stał przed nią i oświadczał się. Świat zbliżał swoją pogodną twarz do jej twarzy. Umierała. Więc tak, tak. To nic, że go nie zna. Jest nareszcie, nareszcie jest. Podała mu dłoń, jak pieczęć i tajemnicę. Oto stało się.

*

Pochylił się i wyciągał ją z samochodu. Straciła przytomność. Kto wie, co się z nią dzieje. Miał tylko nadzieję, że ma nieuszkodzony kręgosłup. Ani telefonu, ani pogotowia. Może nie należy jej ruszać. Ale przecież trzeba ją szybko zawieźć do szpitala. Ale jeśli ma uszkodzony kręgosłup, to nie wolno jej ruszać. A jeśli nie udzieli się jej natychmiast pomocy, może umrzeć. Żadnej kobiecie nigdy prawa jazdy!

Otwiera oczy. Dzięki Bogu!

– Nic pani nie jest?

Ach, jakie ma oczy. Pierwszy raz w życiu widzi taki kolor, zieleń jak morze, jak trawa, jak trawa w morzu, jak morze w trawie, i czarne rzęsy, niepomalowane widać, brwi jak skrzydła ptaka, jak na filmie amerykańskim, piękna twarz…

Jak Scarlett O'Hara, jak z „Przeminęło z wiatrem”, pokolorowanym komputerowo filmem, który miał w bagażniku swojego wozu.

Krew na policzku, dużo krwi, prawdziwej, nie komputerowej, wykrwawi się na śmierć, jeśli jej nie pomoże…

– Proszę ruszyć palcami u nogi – przypomniał sobie zdanie z filmów amerykańskich. – Czuje pani nogi?

– Tak – odpowiedziała cicho, ale jej oczy szybko uciekły gdzieś, gdzie już nie mógł się dostać.

To nie kobieta, to dziewczynka, leje mu się przez ręce, musi ją zawieźć do szpitala, a krew jest taka czerwona i jest jej coraz więcej i więcej. Ścieka na bluzkę i na obojczyk, wcieka do środka.

– Proszę ze mną rozmawiać! – krzyknął.

Talk to me – przypomniało mu się z amerykańskich filmów.

– Proszę do mnie mówić, cokolwiek, każę pani!

Jej spojrzenie wróciło do niego z daleka.

– Nie wiem co – mówiła sennie. – Tak się cieszę, że mnie odnalazłeś. Czekałam na ciebie – mówiła. – Ale teraz to już nie ma znaczenia. Tak się cieszę, że zdążyłeś.

O czym, na Boga Ojca, ona mówi?

– Ja też się cieszę – mówił gorączkowo – tak się spieszyłem, wybacz. – Brał ją na ręce, była ciężka, tylko na filmach kobiety są lekkie.

Była bezwładna, a bezwładne ciało jest ciężkie.

Chociaż taka szczupła.

– Ja też się cieszę, stay with me – przemknęło mu przez głowę, zostań ze mną – mówił zdaniami z filmów amerykańskich, bo nic innego nie przychodziło mu do głowy. Buty grzęzły w mokrej ziemi, z trudnością stawiał stopy, Dziewczyna mu ciążyła, a on zapadał się w miękką łąkę. Musiał uważać.

– Nie zmieścimy się razem – usłyszał.

Pochylił głowę w stronę jej ust, to nie było łatwe, podmokła łąka tylko czekała, żeby go wciągnąć, świeża trawa, wysoka i bujna, ukrywała zdradliwe rozpadliny.

– Gdzie się nie zmieścimy? – przestraszył się.

– Nie umiem jeździć konno – poskarżyła się. – Nie możesz mnie wziąć na siodło. Majaczyła.

– Dam sobie radę.

– 1 teraz spłoszyłam go i uciekł – skarżyła się głosem małej dziewczynki. – Wybacz mi.

Koń? Myśli, że jeździła konno? Nie wie, że była w samochodzie, że jak idiotka wjechała na pobocze, że musiało ją zarzucić, że kierownicą w poślizgu nie kręci się, że należy zdjąć stopę z gazu? Jaki koń?

– Nie spłoszyłaś, czeka – powiedział.

– Nie widzę – podniosła głowę, ale jej zielone sadzawki mętniały.

– Tam stoi, spokojnie, nie ruszaj się. – Ciepłe ciało przytulał do swojego brzucha, a jego koszula robiła się coraz bardziej mokra i czerwona. – Nie ruszaj się.

– Biały?

Biały Koń. Ach, oczywiście, to przecież on, on na Białym Koniu, on, rycerz z czytanek dla dziewczynek, z bzdurnych bajek dla dzieci i z amerykańskich filmów o spełnionym śnie. A Julia Roberts czeka na wieży, a on podjeżdża białym wozem i mówi kocham cię i co będzie jak uratuję księżniczkę, a ona mówi wtedy ona uratuje ciebie. Wybawiciel, mój Boże, prowincja.

Trzeba ją szybko do szpitala.

– Oczywiście, że biały.

– Tak się cieszę, że mnie znalazłeś, tak się cieszę – jej głowa opadła mu na przedramię, aż zabolało.

Zachwiał się. Bezwładne ciało nabierało ciężaru, musiał mocniej ją chwycić, bał się, że przecieknie mu przez ręce.

Przy samochodzie oparł ją o maskę, zsuwała się ku ziemi, trzymał ją jednym ramieniem, drugą ręką otwierał drzwiczki, a potem delikatnie położył ją na siedzeniu, odchylił fotel do tyłu i zapiął pasy Miała zamknięte oczy, jej głowa przechyliła się na prawą stronę, włosy zasłoniły prawie całą twarz.

Jechał tak szybko, jak tylko pozwalały na to warunki. I ostrożnie.

Kto wie, ile kobiet prowadzi w tych stronach samochody.

*

– Nazwisko, nazwisko, imię, miejsce zamieszkania!

Lekarz stał nad nim, w białym fartuchu z podkasanymi rękawami, niedbały szczupły człowiek, bez śladu współczucia. Oficjalny głos poganiał go.

– Nazwisko!

– Moje? – spytał nieprzytomnie. Chciał wiedzieć, co się z nią dzieje, co jej jest, żeby to tylko nie było nic złego, żeby odzyskała przytomność, żeby nie było obrażeń wewnętrznych.

– Ofiary! – powiedział lekarz.

A więc nie żyje… Dlaczego? Czy nie zrobił wszystkiego, co mógł? Oddychała, na pewno oddychała, kiedy ją przywiózł. I prosił lekarzy, żeby natychmiast, natychmiast…

– Nazwisko poszkodowanej! – Lekarz był niecierpliwy. – Musimy j ą zarejestrować, zostanie u nas parę dni na pewno…

Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przez ostatnich parę sekund wstrzymywał oddech. I nagle ten oddech sam mu się skądś wziął, bez pomocy. Nazwisko? Jej nazwisko?

Skąd, u diabła, miał wiedzieć?

Grzebał w jej torebce, aż znalazł dowód osobisty.

Podał imię i nazwisko. Zofia. Nie wyglądała na Zofię. Wyglądała na Zosię, Zosieńkę, Scariett.

A potem, nie oddając dowodu, przetrzymując wyciągniętą rękę doktora, doczytał: Oczy – szare, wzrost – średni. Oczy szare, ale to ona.

Och, jakie te dziewczyny są głupie.

– Wyjmijcie jej te szkła kontaktowe – mówił lekarz.

To tylko szok. Sześć szwów na policzku, tyle krwi, tylko sześć szwów. No i szok. Odetchnął z ulgą.

Lekarz poganiał pielęgniarki.

– Natychmiast rentgen! Może ma wstrząśnienie mózgu. Nigdy nic nie wiadomo.

Kiedy wywozili ją z izby przyjęć, szybko, szybko, stał w drzwiach jak słup.

– Proszę nie tarasować przejścia! – krzyknął lekarz.

Usunął się, odwrócił na pięcie, wyszedł przed budynek szpitala.

Może mieć wstrząśnienie mózgu. Może mieć krwotok wewnętrzny.

Może nie przeżyć, jeszcze nic nie wiadomo.

Wyciągał z paczki papierosa tak gwałtownie, że rozerwał pudełko, wszystkie rozsypały się na chodnik. Schylił się i zaczął je niezdarnie zbierać.

Komu się tak trzęsły ręce przed szpitalem? Na jakim filmie to widział? Trzęsące ręce przed szpitalem…

„Ojciec chrzestny”… Syn, który pilnuje ojca, bo go kocha… Papierosy były wilgotne, wrzucił je do śmietnika i ruszył przed siebie. Zrobił, co do niego należało.

Otworzył drzwiczki od swojego samochodu. Nie może uciekać. Za chwilę przyjedzie policja, będzie musiał zeznawać. Sięgnął do skrytki, pod deskę rozdzielczą, i wyjął nową paczkę papierosów. Cienki pasek przezroczystej folii urwał się w połowie. Rozerwał zamknięcie i wsadził papierosa do ust. Zaciągnął się.

Jechała jak idiotka. Nie patrzyła na szosę, nie patrzyła przed siebie. Jechała za szybko. Przecież zaczęło padać. Wzięła go za kogoś innego. Może narzeczonego?

Wsadził kluczyki do stacyjki i ruszył.

Zarezerwowany trzy dni wcześniej hotelik okazał się prywatnym starym domem z pokojami do wynajęcia. Przeniósł pudła z filmami do pokoju. „Przeminęło z wiatrem” – to może iść tylko na prowincji, „101 dalmatyńczyków” – dzieci będą się cieszyć i bać do końca Cruelli Demon, w kinowej sali, ciemnej sali, na białym prześcieradle pojawi się Dama w Futrze z Psów, a dzieci będą piszczeć – mamusiu, dlaczego ona ukradła pieski? Dlaczego? Czasem któreś z nich zapłacze… I jeszcze „Ojciec chrzestny”.

Dwa dni, dwa pokazy. Cztery seanse dla dzieci, dwa dla dorosłych. Jutro i pojutrze. Metalowe pudła postawił koło łóżka, pod oknem. Rozebrał się, rzucił ubranie na łóżko i wziął ciepły prysznic.

O dziwo, w łazience znalazł dwa duże ręczniki, pachnące wiatrem i słońcem. Suszone na wietrze a nie w suszarniach pralek automatycznych.

Szare oczy… Mieszka parę kilometrów dalej, w Pilawce. Będzie tam za dwa dni. A ona zostanie tutaj. Sama. Bez znajomych, bez rodziny, bez narzeczonego.

Może się boi? Czy ktoś ich zawiadomił?

To nie jego sprawa.

Pukanie do drzwi nie było głośne. Wciągnął dżinsy i otworzył. W progu stała właścicielka. Przed sobą trzymała tacę, staromodną srebrną tacę, filiżanka z parującym napojem, bułka już przekrojona i posmarowana masłem. Na talerzyku dwa plasterki sera żółtego i dwa białego. Obok sól i pieprz.

– Na pewno pan głodny po podróży…

Wziął tacę od kobiety i postawił na małym stoliku koło drzwi. Zauważył jej ciekawe spojrzenie, ale powiedział stanowczo:

– Dziękuję.

Przymknął drzwi i chwilę nasłuchiwał. Za drzwiami trwała cisza. Potem otworzył nagle i kobieta stojąca za nimi zrobiła krok do tyłu. Wiedział.

– Myślałam, że… – była speszona i o to mu chodziło. Nie znosił, jak ktoś podsłuchiwał pod drzwiami.

– Dziękuję – powiedział stanowczo – to wszystko.

Prowincja! Prowincja go zawsze przerażała!

To był inny świat, świat, którego nie rozumiał, nie chciał rozumieć i nie chciał poznawać. Aż do momentu, kiedy Anna odeszła. Kiedy mieszkanie w mieście zrobiło się puste, i miasto zrobiło się puste. Był anonimową cząstką milionowego miasta, w którym nie było czasu i miejsca na smutek.

– Chyba nie będziesz cierpiał! – usłyszał. Miasto nie sprzyjało cierpieniu, cierpieć po odejściu kobiety nie wypada, życie jest przecież takie krótkie.

– Chyba nie będziesz cierpiał. – Przyjaciele odważnie próbowali mu pomóc, przynosząc litry alkoholu i przyprowadzając inne kobiety. Wiele z nich chciało go poznać bliżej, alkohol przytępiał ból po odejściu Anny, poznawał je bliżej, następnego dnia budził się z kacem, a kobiety pojawiały się i znikały.

Tak było dobrze, dobrze i anonimowo. Aż do dnia, kiedy zobaczył swoje życie w oczach kolejnej kobiety Nie pamiętał jej z poprzedniego wieczora. Opary wódki nie wietrzały tak szybko. Wspomnienie było mgliste, kiedy otworzył jej drzwi. Trzymała w ręku podróżną torbę.

– Jestem – powiedziała.

Wpuścił ją do mieszkania, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.

– Mówiłeś, że mnie kochasz – uśmiechnęła się do niego, a jemu serce podeszło do gardła. – Chciałeś, żebym została na zawsze, więc jestem – postawiła torbę w przedpokoju.

Nie zapomni spojrzenia tamtych oczu, kiedy tłumaczył, że właściwie, że okoliczności, alkohol, że przecież nic złego się nie stało, że są dorosłymi ludźmi… jej wzrok stawał się coraz bardziej – no właśnie, jaki? Przerażony? A on pod spojrzeniem tamtych oczu zwijał się w kłębowisko żmij i jeden drink wystarczył, żeby żmije wydostały się z brzucha i podpełzły prosto do niej.

– Coś sobie wymyśliłaś, wyssałaś z palca… Nic takiego nie mówiłem. A noc? Sama tego chciałaś, prawda? Tak samo jak ja – czuł się coraz bardziej osaczony i musiał się bronić.

Poczuł niestosowność tamtego zdania, wstyd, że tak mógł, próbował to naprawić, nieudolnie. – To jakieś nieporozumienie, wyjaśnijmy to sobie…

Oczy tamtej kobiety Nie pamięta, jaki był ich kolor. Nie pamięta jej. Pamięta, co było w jej wzroku. Ustrzelone, śmiertelnie ranne zwierzę. Sarna? Może królik?

Lęk. Śmiertelne nieporozumienie.

Śmieszna kobieta, która chwilową przyjemność była gotowa zamienić na życie z nieznajomym mężczyzną. Tylko dlaczego miała takie oczy?

Wyszła. Nic sobie nie wyjaśnili.

Tamta kobieta z ustrzelonymi oczami wyszła, a on z dnia na dzień porzucił intratną pracę. Kupił dwadzieścia filmów i projektor.

Lepiej dawać ludziom marzenia, lepiej dawać dwie godziny radości niż choćby jedną minutę tego, co dał tamtej kobiecie.

Ciągle w drodze, to było to, co leczyło jego duszę.

I love you – mówiła zielonooka Scarlett i rzucała tysiące razy dzbankiem, który rozbijał się o ścianę. Szkło tysiące razy budziło Retta Butlera, który podnosił się z otomany, a sala wzdychała. Pomyślę o tym jutro, odzyskam go – mówiła Scarlett, a mgła podnosiła się coraz wyżej i wyżej, pusty dom i szerokie schody i ona sama, zielonooka Scarlett, która myślała, że Rett będzie ją zawsze kochał. Kobiety chlipały w chusteczki, głośno pociągały nosami, a kiedy zapalały się światła, udawały, że to nie one.

To był prawdziwy świat. Jego świat.

Don t leave me – prosiły pomalowane usta.

– Dont't leaye me. – Pomalowane oczy unosiły się do góry, z tęsknotą i prośbą.

If you go away – śpiewała ona, ne me quitte pas – śpiewał on.

Sala płakała, nawet niektórzy mężczyźni ukradkiem ocierali oczy.

Dzieci wciskały się w fotele lub niewygodne krzesła i zaciskały drobne dłonie na kolanach. Mamusiu! Mamusiu! Czy uratują pieski? Czy Cruella Demon zrobi z nich futro? Mamusiu, on wypadnie z tej ciężarówki!!! On go zabije!!! Boję się! Boję!

Czy Dziewczyna o Szarych Oczach boi się? Zaufała mu, a on nie poczekał na nią. Zrobił komuś krzywdę jeszcze raz?

Anna zniknęła przecież z jego życia, nie musi się już mścić.

O tamtej kobiecie, kobiecie, która jednym spojrzeniem powiedziała mu, w jaką stronę on zmierza, starał się nie pamiętać. Choć był jej wdzięczny, wspomnienie jej oczu, których koloru nie mógł sobie przypomnieć, nie było przyjemne. To była jedyna rzecz, której się wstydził.

Podszedł do okna i spojrzał na ulicę. Już było ciemno. Może Dziewczyna obudziła się? Jest przerażona? Może nic nie pamięta? Nie wie, skąd się wzięła w szpitalu? Gdyby nie jechał…

Zjadł dwie kromki i popił chłodną herbatą. Był zmęczony, chciał się jak najszybciej położyć i odpocząć. Wykrochmalona pościel pachniała wiatrem, a on był taki zmęczony. Siedział chwilę na łóżku, a potem wciągnął sweter i poszedł do szpitala.

Gruba portierka zatrzymała go grubą dłonią:

– Pan do kogo?

– Dzisiaj przywiozłem ranną… z wypadku…

Chciałbym właściwie tylko zostawić adres. Gdyby się obudziła…

– Pan narzeczony? – W jej pytaniu nie było pytania, tylko stwierdzenie. Kiwnął głową. To kiwnięcie mogło znaczyć tak, mogło znaczyć nie.

– Pan wejdzie – pokazała mu drzwi na oddział.

Rękę miała grubawą, ale przyjemną, pulchną, krótkie palce wskazywały kierunek, na jednym błyszczał duży złoty pierścionek. – Pan wejdzie, ja tylko…

A potem podniosła słuchawkę i powiedziała:

– Jest narzeczony, panie doktorze, przyszedł.

Cofnął się. Portierka wyskoczyła zza swojego kantorka.

– Gdzie, panie, gdzie, nie bój się pan – powiedziała przyjaźnie, a jej pulchne palce przytrzymywały jego rękę. – Lekarz chce z panem gadać.

Droga na oddział dłużyła mu się pod nogami.

Zapachniało jakimiś lekarstwami albo środkami dezynfekującymi, kaszlnął lekko, korytarz był długi i cichy, chorzy już spali, a lekarz podszedł do niego z zatroskanym wyrazem twarzy. Portierka puściła w końcu jego rękę, jej grube plecy znikały w głębi korytarza, kołysała się jeszcze przez chwilę, patrzył za nią, lekarz wskazał drzwi do dyżurki. Usiadł na krześle, jak uczeń, na brzeżku. Lekarz tarł czoło.

– Wie pan, jest taka sytuacja, że… krótko rzecz biorąc, zrobiliśmy, co w naszej mocy, obrażenia nie są poważne i z medycznego punktu widzenia nie ma powodu do… ale czasem… jednym słowem – lekarz plątał się – chory odmawia współpracy. Nie chce do nas wrócić. – Lekarz zdjął okulary i przecierał wierzchem dłoni oczy. Był zmęczony, ten dyżur ciągnął się, a przed nim jeszcze tyle pracy. I do rana tak daleko.

– Nie wiem, dlaczego to się dzieje… Powinna się obudzić. Nie budzi się. Może pana głos… Niech pan do niej mówi, mówi o wszystkim, przypomni się…

Nie wiem, sam nie wiem, co robić… Powinien ktoś przy niej być. Czasem tak jest, że człowiek już nie chce, nie ma do czego… Musiała być operowana i…

Może panu się uda…

Jednak! Czuł, że nie wszystko w porządku! I to nie chodziło o czerwoną plamę na koszuli, sześć szwów, które ją oszpecą, choć takiej twarzy oszpecić nie można.

Wiedział, że to nie ta koszula, która moczyła się teraz w zimnej wodzie, w blaszanej misce, on wiedział, że nie chodzi o koszulę. Ona znikała! Mgła nie chciała podnieść się do góry, Dziewczyna o Zielonych Oczach odchodziła!

Nie chciał tam wcale iść. Chciał tylko wiedzieć, co się z nią dzieje, a ona rozpływa się i znika…

Uchylił drzwi do sali numer osiem. Leżała cichutka i biała, włosy rozsypane na poduszce śniły amerykański sen.

Usiadł tuż przy łóżku i patrzył na nią z czułością, jakiej już u siebie nie podejrzewał.

Dziewczyna trwała nieruchomo, ciężki opatrunek na twarzy zasłaniał szwy. Będzie myślała, że jest oszpecona, jeśli się obudzi, jeszcze nie wie, że nie można jej oszpecić.

Wziął j ą nieśmiało za rękę. Jej oczy zacisnęły się, tak samo jak jej ręka na jego dłoni. Ogarnęło go wzruszenie tak silne, że nie wiedział, co zrobić. Oddał lekko uścisk.

Dziewczyna ruszyła się i zamarła w bezruchu.

Patrzył na jej twarz bezbronnego dziecka.

Potem nieśmiało, jakby dotykał skrzydeł motyla, delikatnie zaczął głaskać jej dłoń swoimi zgrubiałymi palcami. Miał nadzieję, że ona tego nie czuje. Co miał powiedzieć?

Co się mówi w takich wypadkach?

Nachylił się szeptał do niej cicho, prawie bezgłośnie.

Don't worry – mówi się w amerykańskich filmach. Wszystko będzie OK.

– Nie martw się. Don't leave me – jego ręka miękła, a opatrunek na twarzy Dziewczyny rozpływał się przed jego oczami i bielał coraz bardziej i bardziej.

– Nie zostawiaj mnie – słyszał cichy szept i nie wiedział, czy to z jego własnych ust płynie ta prośba, czy z jej. – Będę cię kochać zawsze i nigdy cię nie opuszczę.

I promise. Obiecuję. I promise.

*

Wyjmował powoli metalowe pudła z samochodu.

„Przeminęło z wiatrem” – to może iść tylko na prowincji, „Czułe słówka”, „101 dalmatyńczyków”.

Dwa seanse dla dzieci, cztery dla dorosłych. Może nie jutro, ale na pewno pojutrze ruszy dalej. W prowincjonalnym kinie był ekran z prześcieradeł. Właściciel rozlepiał afisze. Przed kinem uformowała się kolejka ludzi znikąd, takie ciche to miasteczko, a jednak ktoś tu mieszka. Po raz pierwszy od lat niespokojnie wyczekiwał końca ostatniego seansu.

Kiedy z sali wyszli ludzie, przewinął szybko szpule z filmem i zniósł do samochodu. Włączył silnik i pojechał pod szpital.

Szpital! Jeden budynek w starym parku, izba przyjęć, starzy ludzie, pomiędzy nimi ona – nie z tego świata – Dziewczyna o Szarych Oczach.

– Był ktoś u niej? – zaczepił na korytarzu pielęgniarkę.

– Wczoraj wieczorem, narzeczony – pielęgniarka minęła go, nie obrzuciwszy nawet jednym spojrzeniem.

Mówiła o nim. A on przecież nawet jej nie zna.

Siedział przy jej łóżku przez całą noc. Znał już miękkość jej dłoni i policzka, tego zdrowego.

Kształt jej oczu i zapach, spod szpitalnych specyfików pachniała łąką i niewinnością. Czesał jej szare włosy, pod jego palcami ożywiały się i nabierały blasku.

Głaskał jej głowę. A potem nachylał się nad nią i szeptał:

– Będę na ciebie czekał, obudź się.

A jeszcze później, kiedy nikt nie widział, nachylał się nad nią tak bardzo, że czuł na policzku lekki powiew powietrza z jej płuc.

Wtedy mówił:

– Kocham cię.

I love you.

*

Odwołał dalszą trasę. Pudła z filmami przeniósł do schowka, który wskazała mu gospodyni, pod schodami na górę. Codziennie chodził do szpitala.

Mijał pielęgniarki, uśmiechały się do niego. Szeptały za jego plecami. Zazdrościły Dziewczynie o Szarych Oczach.

A Dziewczyna o Szarych Oczach spała.

*

Nie wiedział, co robić. Lekarz rozkładał bezradnie ręce.

– Nie wiem dlaczego. Robiliśmy badania, nie ma widocznych uszkodzeń. Ale wie pan, mózg to skomplikowane urządzenie… Trzeba czekać.

Czekał jeszcze trzy dni. Po trzech dniach wsiadł w samochód i pojechał do Pilawki.

*

Kiedy wrócił, wiedział, o czym mówić. Siedział długo przy jej łóżku. Opowiadał jej o truskawkach ze śmietaną, które lubiła, i o ciemnych czereśniach z sadu pana Wojciecha. Opowiadał o pani Marii, która przepłakała cały wieczór, kiedy dowiedziała się o wypadku. Opowiadał o grubym woźnicy z Pilawki, który po nią przyjedzie, jak tylko się obudzi.

Opowiadał o właścicielu zakładu optycznego, który sam zamawia szkła i który nie weźmie nikogo na jej miejsce. Mówił o zielonych oczach i miłości. O koźlakach, których w tym roku będzie dużo na polance w lesie koło Niechwatowa, gdzie tak lubi chodzić. O suce Matyldy, która oszczeniła się w piątek i ma sześć maleńkich piesków. I że Matylda jednego z tych piesków będzie dla niej trzymać.

Z różowym noskiem i szarą łatą na grzbiecie. Mówił o tym wszystkim tak, jakby od zawsze mieszkał w Pilawce Górnej.

Ale przede wszystkim mówił o miłości.

*

W piątek musiał pojechać do Kulimówka.

Kierownik domu kultury powiedział, że ludzie czekają już drugi tydzień, że tak nie można. Scarlett O'Hara rzucała dzbankiem, trzęsły się ręce przed szpitalem. Dzieci chowały się za rękawem dorosłych, kiedy Cruella Demon kradła pieski.

Kiedy w poniedziałek stanął w drzwiach szpitala, portierka zatrzymała go grubą dłonią.

– Panie, u narzeczonej to chyba cała Pilawka siedzi, idź pan szybko.

Cofnął się, kiedy zobaczył tłum na korytarzu

Chyba ze dwadzieścia osób, tych, które już znał.

Gruby mężczyzna o nalanej czerwonej twarzy i zniszczonych dłoniach jak bochny siedział rozwalony przed salą. Mówił głośno:

– Jakbym dorwał bydlaka, toby nie żył. Naszą

Zosię tak oszpecić, naszą Zosię.

Był niepotrzebny. Nie wiedzieli, że to on. Nie inaczej. Myśleli, że to on… Skrył się za filarem obok dyżurki pielęgniarek. Z sali numer osiem wyszły dwie kobiety. Jedna z nich ocierała oczy. Gruby mężczyzna wstał i wziął pod rękę kobietę, która stała oparta o ścianę.

– Chodź, ona nas potrzebuje.

Ludzie ożywili się, podeszli do dwóch kobiet. To niemożliwe, ale taka była prawda. Ten cały tłum czekał na Dziewczynę o Szarych Oczach. Rozpoznał pana Kazika i Matyldę, i właściciela zakładu optycznego, i Aptekarzową w cienkich ciemnych drucianych oprawkach.

Wycofał się powoli, wrócił do samochodu.

Czekał, aż odejdą. Zapadł zmierzch.

Kiedy się ocknął, było ciemno. Spojrzał na zegarek. Była druga w nocy, nie miał odwagi iść o tej porze do szpitala.

A kiedy rano pojawił się w drzwiach, portierka spojrzała na niego nieprzyjaźnie.

– Obudziła się wczoraj. Już wyszła, na własną prośbę.

Obudziła się!

I wyszła. Uciekła. Nie pamięta.

A więc jej nie zobaczy.

Może to i lepiej.

*

Spakował rzeczy i ruszył do Kujawek. Scarlett O'Hara błyszczała z ekranu zielonymi oczami. On widział szare. Szare jak pochmurny dzień, z niebieskimi błyskami, ze śladem zieloności, ale szare.

Jego Scarlett nie miała zielonych oczu.

Wieczorny seans się skończył. Prawie nie spał.

Przewracał się, było za cicho, za ciepło? Było inaczej.

W Dwornej trzeba było w remizie strażackiej dostawiać ławki z parku, a i tak się wszyscy nie zmieścili. Scarlett patrzyła z ekranu wprost na niego. Nie zostawiaj mnie, Rett, nie teraz. Zrozumiałam, że cię kocham…

Szare oczy, szare jak chmura, jak ptak, jak mgła…

*

Tak minęły trzy miesiące. Każdego wieczoru kładł się z jej wspomnieniem pod powiekami. Może żałował, że się obudziła. Powinna była spać. A pewnego dnia, kiedy on by się nachylił i pocałował ją, czar by prysnął, zły czar…

Kiedyś we wtorek po dwóch pokazach „Ojca chrzestnego” obudził się nad ranem. Słyszał prawie, jak ktoś mówi – dont worry, dont leave me…

I'm waitingfor you.

Rano zapakował filmy i ruszył z powrotem.

*

Ten zakręt, ta droga. Pola przyzywały łagodnym blaskiem zieloności. Zbierało się na deszcz. Chmury wisiały nad lasem, szaro, zielono, świetliście, tam daleko już padało.

Stanął przed zakładem optycznym. Widział ją przez szybę samochodu, przez szybę zakładu – niewyraźnie. Pochylała się nad starym człowiekiem, podawała okulary. Uśmiechnęła się! Od razu ręka na policzku, no tak, pewno boli, dobrze, że to się tak skończyło. Włosy jak mgiełka biegały za nią, kiedy kręciła głową. Nie te, tamte lepsze. Stary człowiek siedział przy lustrze i poprawiał oprawki.

Tak, te świetne. Ona siadła, coś wypisywała. Rachunek. Poważna.

Od strony rynku widział znajome sylwetki ludzi. Ta w czerwonej chuście to pani Maria. U niej mieszka Dziewczyna o Szarych Oczach.

Ten z rękami jak bochny chleba to woźnica. Zostawił swojego konia na rynku. Te dwie kobiety to Klara i Matylda. Nie będzie się na nich wszystkich oglądał. A za szybą ona.

Poważna dziewczynka.

Wejdzie.

Wszedł.

Jej szare oczy rozbłysły na jego widok tęczą.

– Jestem – powiedział. – Czekałaś na mnie, Dziewczyno o Zielonych Oczach. Przyjechałem po ciebie.

Bo nie wiedział, co powiedzieć.

Zgasło to coś, co miała w oczach. Nie rozumiał.

Szare oczy zrobiły się szarymi sadzawkami, z których kapało i kapało.

Wiedział jedno: poznała go. Więc dlaczego?

Ale kapało ciągle, a jej głos, chociaż mokry, przedostawał się przez strumienie łez.

– Nie znam pana – powiedziała i jej głos zmienił się w głos dorosłej kobiety. – Dziękuję, że mnie pan stamtąd wyciągnął. Ten wypadek… ja chciałam… -jej głos zadrżał, a wszyscy na ulicy wstrzymali oddech -…wielu rzeczy dalej chcę. I chciałam mieć zielone oczy, i miałam. I będę czekać. Nawet jeśli… Może pan sobie jechać. Może pan myśli, że jestem prowincjonalną gęsią, nie dbam o to. I mam szare oczy, nie zielone. Jestem wdzięczna za to, co pan dla mnie zrobił, ale nie jestem rzeczą i nie może pan wiedzieć, czy na pana czekałam, czy nie.

Nie można tak sobie po mnie przyjść, żeby mnie wziąć, nie ma pan do mnie żadnych praw, niech pan idzie, niech pan sobie już idzie.

Zupełnie nie rozumiał. Jakże trudno jest zrozumieć kobiety. Przecież powiedział, że przyjechał po nią! Przecież wiedział, że na niego czekała!

Wszystko stracił. Do diabła. A tak się dobrze zaczęło. Te dziewczyny z głowami w chmurach! Niestąpające po ziemi! A życie jest życiem, psiakrew.

Naoglądały się filmów amerykańskich.

Idiotka! Idiotka z szarymi oczami, z brwiami jak skrzydła ptaka, z włosami jak pajęcza nić, z dłonią tak delikatną, że nierzeczywistą. Dziewczyna z krwi i kości, dziewczyna ze staruszkiem, dziewczyna z oprawką w ręku. Dziewczyna, która ma ładniejsze oczy niż Scarlett O'Hara. Dziewczyna, która przecież na niego czeka!

– Ja… – powiedział i zrozumiał, że to nie o niego chodzi, chodzi o nią, chodzi wyłącznie o nią.

– Nie znam pana.

Ludzie z ulicy wbili w nich wzrok.- Pan mnie również nie zna. Oni mnie znają. – Dziewczyna zatoczyła łuk dłonią. – Myślałam, że jestem obca, ale nie, nie tutaj. A pan czuje się upoważniony do traktowania mnie jak… Nie, to niepotrzebne.

*

Pan Kazimierz powiedział, że może zaparkować z tyłu domu, koło stodoły. Dostał ładny pokój, na przygórku, za niewielkie pieniądze. Ciągle nie rozumiał.

– O, nasza Zosia, to wie pan…

Właśnie nie wiedział. Nie wiedział, co takiego zrobił. Przecież się zdecydował. Czy ona myśli, że mu było łatwo?

Pan Kazimierz sapał ciężko, wiadra z wodą ciążyły mu.

Podskoczył, pomógł.

Pan Kazimierz dreptał za nim do kuchni.

– Nasza Zosia to ho, ho, wie pan.

Potem Pan Kazimierz wyjął butelkę nalewki z głogu. Żona postawiła dwa maleńkie kieliszki na ceracie.

– No, pijże pan, pij. Na zdrowie dobre.

Wychylił kieliszek, poczuł pieczenie w gardle.

Pan Kazimierz wytarł usta.

– No, matka, jeszcze po jednym.

Pani Maria przetarła fartuchem stół i postawiła przed nimi smalec w ciemnym garnku, położyła duży kawał chleba, ostry nóż. A potem nalała do kieliszków nalewki. Popatrzyła na męża i powiedziała:

– Pościel oblekę.

Po trzecim kieliszku Pan Kazimierz klepnął go w plecy.

– Czego tu nie rozumieć, jak wszystko jasne, panie.

Przyszłeś pan jak po swoje. A ona nie twoja, nie moja.

– A czyja? – Poczuł jak ciepło od nalewki nagle zniknęło. Wydawało mu się, że sufit ruszył na niego nagle, zrozumiał, jakim był idiotą, i poczuł do siebie coś na kształt litości. Oczywiście, ona kogoś ma!

Musi przecież kogoś mieć, taka kobieta!

A on, nie wiadomo dlaczego, myślał, że ona jest samotna!

– Ona swoja, panie, tylko swoja. Gadałeś, co wydawało ci się, ona chce – Pan Kazimierz przeszedł na ty niespodziewanie. – Gadałeś jej o niej, nie gadałeś o sobie. Ty lepiej o sobie mów. Odwagę trzeba mieć, zaryzykować trzeba, a nie pewnika szukać…

*

Leżał na łóżku i było mu duszno. Mimo otwartego okna i powiewu wiatru. Lato się kończyło, czuć było w powietrzu zbliżającą się jesień. Pogubił się zupełnie. Przecież marzyła…

*

– Zawiezie mnie pan czy nie? Dobrze zapłacę.

– Panie, to kawał drogi.

– Zepsuł mi się samochód.

– Panie, koń jest zmęczony, ziemniaki woziliśmy.

– Jutro odpocznie. Zapłacę, ile pan zechce.

– Ale to ja bym go za uzdę musiał prowadzić, panie, przez miasto. No i chyba trzeba by go doprowadzić jakoś do porządku. – Woźnica klepał konia po boku. – Jutro rano mogę.

Koń był duży, silny, wozakowaty koń. Deresz.

Ale innego w Słominie nie było. A do Pilawki stąd, gdzie wynajął pokój, było sześć kilometrów.

Wyjął pieniądze. Woźnica zamlaskał językiem.

– To bądź pan jutro o jedenastej.

Był punktualnie. Koń był wyszczotkowany, gruby ogon, wczoraj związany w połowie, dziś sięgał do ziemi. Włosie powiewało raz z jednej, raz z drugiej strony.

– To siadaj pan – woźnica przytrzymywał go za uzdę. – Odsie, odsie – mówił pieszczotliwie do konia.

– Wariat przyjechał, wariat przyjechał! – Umorusane buzie śmiały się ze skweru.

A niech tam.

Ruszyli wybrukowaną ulicą w górę Pilawki. Prosto pod zakład optyczny.

Derka, która przykrywała grzbiet konia, ruszała się razem z nim. Koń stąpał dostojnie, a woźnica miał na sobie czyste ubranie. Trzymał uzdę tuż przy pysku, koło małej czerwonej wstążeczki. Powiewała na wietrze. Chłopcy podnieśli się z trawnika i szli za nimi. Do nich dołączyli ciekawscy dorośli. Śmiechy milkły. Siedział wyprostowany, już nie śmieszny.

Marzenia są po to, żeby je spełniać. Cudze, swoje.

Teraz chce spełnić swoje.

Koń zatrzymał się. Cała reszta również.

– No, to idźże po naszą Zosię! – krzyknął woźnica w tył ulicy.

Od grupy odłączył się chłopiec w krótkich portkach.

Zadźwięczał dzwonek u wejścia do zakładu optycznego.

Koń stał na bruku, lekko drobiąc tylnymi nogami.

Mieszkańcy Pilawki patrzyli z napięciem na drzwi.

Stanęła w drzwiach.

– Przepraszam. Ale chciałbym… – zabrakło mu tchu. Nic nie było proste, a ona nie ułatwiała mu zadania.

– Ja myślałem… czekałem na panią. Myślałem o pani przez te wszystkie miesiące. Przepraszam… ale chciałbym panią poznać. Chciałbym, żeby pani chciała mnie poznać – powiedział ze ściśniętym gardłem. – Mam na imię Robert. Mieszkam w Słominie, u pana Kazimierza, w pokoju na przygórku. Myślałem, że lubię miasto, ale teraz… -język mu się plątał, patrzył odważnie na jej policzek ze śladem po sześciu szwach. Pamiętał miękkość jej włosów i dłoni, ale ona dotyku jego ręki nie mogła pamiętać. Miała najpiękniejsze na świecie szare oczy.

– Wiem o pani i tutaj o wszystkich…

Przy nodze Dziewczyny o Szarych Oczach pojawił się mały kędzierzawy piesek. Zamachał ogonem, szara łatka na grzbiecie zachybotała.

– Siad! – Dziewczyna schyliła się do psa i pogłaskała go po głowie. Czarne paciorki patrzyły ciekawie na świat. Piesek tańczył pupą na progu zakładu optycznego. Ogonek zamiatał próg coraz szybciej i szybciej.

– Ja nawet wiem, że to pies od suki pani Matyldy… Proszę, nie odrzucaj mnie…

Dziewczyna podniosła się, chwilę się wahała, a potem zeszła trzy schodki w dół i stanęła przed nim na ulicy. Popatrzyła na twarze mieszkańców Pilawki, którzy wstrzymali oddech. Na ulicy zapadła cisza, tylko koń grzebał tylnym kopytem w kurzu.

Mężczyzna opuścił głowę i patrzył na płyty chodnika.

Czekał.

A potem zobaczył, jak ostrożnie wyciąga swoją dłoń w jego stronę.

– Mam na imię Zofia – powiedziała miękko.

Tłum ludzi wstrzymał oddech. Zrobiło się cicho, jak makiem zasiał. W tej ciszy usłyszał głos pana Kazimierza:

– No!

Wtedy odważył się podnieść głowę i kiedy dotknął jej ręki, poczuł znane ciepło, a jej szare oczy rozbłysły zielenią.