/ / Language: Polski / Genre:sf_history

Lata ryżu i soli

Kim Robinson

W swej porywającej, głęboko przemyślanej książce K. S. Robinson, jeden z najznakomitszych światowych żyjących pisarzy SF, snuje wizję, jak mogłaby się potoczyć historia ludzkości, gdyby dżuma w XIV w. zabiła niemal wszystkich mieszkańców Europy, a dominującą rolę na świecie odgrywały imperia arabskie i chińskie. Siedem wieków tej alternatywnej historii świata (aż po współczesność) oglądamy oczami różnych bohaterów w różnych czasach — dusze żołnierzy, niewolników, filozofów, władców powracają co jakiś czas w odmiennych wcieleniach. Losy tych ludzi zależą od świata, ale i oni wpływają na bieg wydarzeń. Stworzony przez Robinsona wiarygodny, realistyczny świat tworzy ramy dla wielobarwnej tkaniny utkanej z filozoficznych, naukowych, teologicznych i socjologicznych wątków, przy czym w centrum zainteresowania autora pozostają zawsze pytania o sens życia i śmierci, istnienie wieczności, wartość ludzkich wyborów. Dzięki temu jest to lektura nie tylko dla wielbicieli fantastyki.

Kim Stanley Robinson

Lata ryżu i soli

TRIPITAKA: Małpo, jak daleko jest do Zachodniego Nieba, do domu Buddy?

WU-KONG: Możesz zacząć iść za młodu dopóki się nie zestarzejesz, a potem dalej, kiedy znów będziesz młody i nawet jeśli tysiąc razy przejdziesz przez ten cykl, możesz dalej mieć trudności z określeniem celu.

Lecz jeśli dzięki sile woli dostrzeżesz we wszystkich rzeczach naturę Buddy i kiedy każda twa myśl powracać będzie do tego źródła, bijącego w twej pamięci, będzie to znak, że osiągnąłeś Duchowy Szczyt.

Podróż na Zachód

Chronologia

Nota: Muzułmanie i Chińczycy posługują się kalendarzami księżycowymi.

Chrześcijanie i buddyści, słonecznymi.

Księga I

Przebudzenie w pustce

1

Kolejna wyprawa na zachód. Bold i Psin znajdują opustoszałą krainę. Timur jest niezadowolony. Rozdział kończy się burzliwie.

Małpa nigdy nie umiera. Zawsze powraca i pomaga nam w trudnych czasach, tak jak pomógł Tripitace podczas pierwszej, niebezpiecznej wyprawy na zachód, w celu zaniesienia buddyzmu indyjskiego z powrotem do Chin.

Tym razem przyjął formę niskiego Mongoła o imieniu Bold Bar-dash, jeźdźca w armii Timura Chromego. Będąc synem tybetańskiego handlarza solą i mongolskiej właścicielki oberży, kobiety nad wyraz uduchowionej, podróżował od pierwszego dnia swoich narodzin. Zjechał północ i południe, wschód i zachód, przeprawiał się przez góry i rzeki, przemierzał pustynie i stepy, przecinał świat wzdłuż i wszerz, lecz teraz był już starcem o prostokątnej twarzy, haczykowatym nosie, siwych włosach zaplecionych w warkocz i czterech pojedynczych kosmykach na brodzie. Wiedział, że dla Timura będzie to ostatnia kampania, i zastanawiał się, czy dla niego również.

Jednego dnia grupa zwiadowców oderwała się od głównej kolumny wojsk i o zmroku wyjeżdżała spośród ciemnych wzgórz. Panująca cisza wyraźnie zaniepokoiła Bolda. Nie była to jednak cisza doskonała, jako że lasy były na ogół głośniejsze od stepów. Przed nimi płynęła poza tym szeroka rzeka, a jej pluskot łączył się z wiatrem, szemrającym wśród wysokich drzew. Czegoś jednak brakowało — może śpiewu ptaków albo jakichś innych odgłosów, których Bold nie potrafił w tej chwili określić. Konie rżały obłędnie, kiedy mężczyźni spinali kolanami ich boki. Zanosiło się na zmianę pogody, lecz w ich sytuacji nie miało to znaczenia. Na nieboskłonie rozciągały się długie, pomarańczowe końskie grzywy, wiatr się wzmagał, a z zachodu nadchodziła burza. Pod szerokim, stepowym niebem wszystko byłoby rozświetlone, lecz tu, na porośniętych lasami wzgórzach, niebo było mniej widoczne, a wiatr zmienny. Zanosiło się na deszcz.

Przez pola zbożem usłane,
Wśród kłosów ku ziemi ciążących,
Wśród wyschniętych owoców i splątanych gałęzi jabłoni,
Po zakurzonej drodze, bez śladu kolein, kopyt i stóp.
Słońce zachodzi, księżyc na niebo się wtoczył.
Sowa pikuje i wznosi się nad polem.
Wiatr wieje.
Jak wielki musi być świat, jeśli jego tchnieniem jest wiatr.
Konie się zlękły,
Małpa też.

Dotarli do niestrzeżonego mostu i przeprawili się na drugą stronę — kopyta zastukotały na kłodach. Dojechali do drewnianych zabudowań z dachami krytymi strzechą. W żadnym domu nie palił się ogień, nigdzie też nie wisiały zapalone lampiony. Jechali dalej. Pośród drzew spostrzegli kolejne zabudowania, lecz nadal żadnych ludzi. Mroczna kraina zionęła pustką.

Psin popędzał wszystkich. Jechali teraz po łuku, spośród wzgórz na równinę. Przed nimi wyrosło czarne, ciche miasto. Żadnych świateł ani głosów, tylko wiatr poruszał gałęziami, które ocierały się o siebie i szeleściły nad szeroką taflą wolno płynącej, czarnej rzeki. Miasto było puste.

To oczywiste, że wielokrotnie się odradzamy. Wypełniamy swoje ciała, jak powietrze wypełnia bańki mydlane, a kiedy bańki pękają, ulatujemy do bardo, po którym błądzimy, aż się nas z powrotem wtłoczy w nowe życie, gdzieś tam, na świecie. Wiedza ta często dawała Boldowi pocieszenie, zwłaszcza po bitwach, kiedy słaniał się z wycieńczenia po polach usłanych martwymi ciałami, zalegającymi jak porzucone płaszcze.

Teraz było inaczej. Przybyli do miasta, w którym nikt nie walczył, a jednak wszyscy byli martwi — już od dawna nie żyli, ciała wyschły. Obnażone kości, rozwleczone po okolicy przez wilki i wrony, jaśniały w świetle księżyca. Bold recytował Sutrę Serca:

— Forma jest pustką, pustka jest formą. Forma nie jest różna od pustki, pustka nie jest różna od formy. Om gate gate para gate para sam gate bodhi svaha.

Konie wzdragały się przed dalszym pochodem już na rogatkach. Z oddali dobiegał szum rzeki, lecz poza tym okolica sprawiała wrażenie, jakby zastygła w bezruchu. Zezowate oko księżyca błysnęło na obrabianych kamieniach. Pośród drewnianych zabudowań stał wielki kamienny budynek, a obok kilka mniejszych, również z kamienia.

Psin rozkazał żołnierzom owinąć twarze chustami, niczego nie dotykać, pozostać w siodłach i pilnować, żeby konie stykały się z ziemią tylko kopytami. Jechali powoli wąskimi uliczkami, okolonymi po obu stronach ścianami drewnianych domów, dwu — lub trzypiętrowych, wspierających się jeden o drugi — dokładnie tak jak w chińskich miastach. Konie były bardzo niespokojne, lecz nie odmawiały posłuszeństwa.

Wjechali na wybrukowany plac centralny, nieopodal rzeki, i stanęli przed ogromną kamienną budowlą. Wielu okolicznych mieszkańców przyszło tam po śmierć. Bez wątpienia był to klasztor, siedziba tutejszych łamów. Konstrukcja nie miała dachu, otwierała się na niebo — widocznie nieukończona inwestycja. Wyglądało to tak, jakby ludzie ci zwrócili się do swego boga w ostatnich dniach ich życia, kiedy było już za późno. Cały klasztor zamienił się w zbiorowy grób, pełny wysuszonych kości. Gate gate para gate para sam gate bodhi svaha. Całkowity bezruch. Bold przekonał się, że przeprawa przez wzgórza, którą właśnie odbyli, była złym pomysłem, wybrali zachód — krainę umarłych. Coś sobie przypomniał i na ułamek sekundy stanął mu w pamięci obraz z innego życia. Zobaczył miasto, dużo mniejsze od tego, wioskę, wytrzebioną przez brutalną gorączkę, która odbierała ludziom zmysły i posyłała wszystkich do bardo. Spędził wówczas długie godziny w pokoju, oczekując na śmierć — to dlatego tak często miał wrażenie, że rozpoznaje ludzi, których na co dzień spotyka na swojej drodze, że dzieli z nimi los.

— Zaraza — powiedział Psin — wynośmy się stąd.

Twarz miał zaciętą, a jego oczy błysnęły, kiedy spojrzał na Bolda. Wyglądał jak jeden z tych kamiennych urzędników, stojących w królewskich grobowcach. Boldem wstrząsnął dreszcz.

— Ciekawe, dlaczego nie uciekali.

— Może nie mieli dokąd.

Kilka lat wcześniej w Indiach też wybuchła zaraza, lecz jeśli nie liczyć dzieci, Mongołowie rzadko padali jej ofiarą. Turcy i Hindusi byli na nią o wiele bardziej podatni. Timur miał w swojej armii wszystkich: Persów, Turków, Mongołów, Tybetańczyków, Hindusów, Tadżyków, Arabów i Gruzinów. Zaraza mogła zabić któregokolwiek z nich lub nawet wszystkich, ale oczywiście nie tylko to mogło być powodem ich śmierci. Nikt przecież nie potrafił przewidzieć swojego końca.

— Zawróćmy i powiadommy innych — rzekł Psin.

Pozostali kiwali głowami, ciesząc się, że to Psin podjął decyzję.

Timur rozkazał swoim zwiadowcom wybadać równiny madziarskie, leżące cztery dni jazdy stąd na zachód. Nie lubił, kiedy wracali, nie wypełniwszy rozkazów, nawet jeśli na zwiad wyruszali najstarsi qa’uchin. Psin nie obawiał się jednak spojrzeć władcy w twarz.

Jechali z powrotem przy blasku księżyca, robiąc krótkie postoje, by konie odpoczęły. O świcie podążali już szeroką doliną między wzgórzami, którą poprzedni zwiadowcy nazwali Bramą Morawską. Z kominów wiejskich chat i lepianek, które mijali po drodze, nie unosił się dym. Poganiali konie w szybki, miarowy kłus i pędzili bez wytchnienia cały dzień.

Kiedy zjeżdżali po długim, wschodnim zboczu łańcucha górskiego, wprost na rozciągający się w dole step, dostrzegli ogromne kłębowisko chmur zbierających się po zachodniej stronie nieboskłonu.

Jak czarne włosy Kali ponad ich głowami,
Bogini Śmierci przepędza ich ze swej ziemi,
Jej gęsta czerń, marszczy się od spodu i faluje,
Poniżej wirują świńskie ogony i haczykowate strzępy,
To znak zbyt posępny, aż konie łby pospuszczaiy,
Aż ludzie przestali na siebie spoglądać.

Zbliżali się do obozu Timura. Do tego czasu wielka burzowa chmura zasłoniła cale niebo. Zapadła gęsta ciemność, jak w nocy. Włosy zjeżyły się Boldowi na karku. Spadło kilka grubych kropli deszczu, a od zachodu dobiegł ciężki grzmot, który przetoczył się nad nimi jak gigantyczny rydwan na spiżowych kołach. Pochyleni w siodłach, poganiali konie do galopu, wszyscy bali się wracać z takimi wieściami i to w taką burzę. Timur z pewnością odczyta to za zły omen, tak samo zresztą jak i oni. Często powtarzał, że cale swoje powodzenie zawdzięcza jednemu asurowi, który odwiedził go i udzielił mu porady. Bold był świadkiem tych odwiedzin — widział kiedyś Timura pochłoniętego rozmową z niewidzialną istotą. Po takim spotkaniu władca potrafił odgadywać ludzkie myśli i przepowiadać przyszłość. Tak nieprzeniknienie ciemna chmura musiała zwiastować zło, czające się na zachodzie. Zdarzyło się tam coś okropnego, może nawet coś gorszego od zarazy. Kto wie? Może Timur będzie musiał porzucić plany podboju Madziarów i Franków. Ubiegła go sama bogini czaszek. Nie sposób sobie wyobrazić, aby mógł ze spokojem przyjąć fakt, iż cały jego wysiłek został udaremniony. Przybyli na miejsce, niosąc ze sobą burzę, jakiej jeszcze żaden z nich nie widział — wszyscy Madziarowie nie żyli.

Z ognisk, nad którymi gotowano strawy, unosił się dym. Z oddali obóz wyglądał jak płonący stos ofiarny, rozsiewający dokoła znajome wonie. Coś jakby zapach domu, który opuścili na zawsze dawno temu. Psin spojrzał na swoich ludzi.

— Tutaj rozbijecie obóz! — rozkazał. Wszystko wcześniej obmyślił.

— Bold! — Bolda przeszył strach. — Pójdziesz ze mną! Bold przełknął ślinę i skinął głową. Nie był nadto odważny, posiadał za to stoickie usposobienie qa’uchin — najstarszych wojowników Timu-ra. Psin i Bold przejrzeli swoje myśli. Byli świadomi, że właśnie wchodzą na inny plan istnienia, na którym wszystkie przyszłe wydarzenia, nawet te najdziwniejsze, są z góry ustalone, lecz konfrontacja z nimi nieunikniona — to karma, od której nigdy nie ma ucieczki.

Psin miał w pamięci żywe wspomnienie pewnego wydarzenia z młodości, kiedy to obaj zostali porwani przez plemię myśliwych z tajgi, gdzieś na północ od rzeki Kama. Udało im się wtedy zorganizować spektakularną ucieczkę. Zasztyletowali przywódcę myśliwych i uciekli na koniach, przez ognisko, w noc.

Teraz też jechali we dwójkę, minęli zewnętrzną straż i przez środek obozu dotarli do namiotu chana. Ciemne powietrze na zachodzie i północy rozrywały ogniste pioruny. Żaden z mężczyzn nie widział dotąd takich błyskawic. Rzadkie włosy na przedramionach Bolda stroszyły się niczym szczecina prosięcia. Wyczuwał, jak powietrze iskrzyło się od zgłodniałych duchów — pretów, zbierających się tłumnie, aby uczestniczyć w chwili, gdy z namiotu wyłoni się wspaniały Timur.

Mężczyźni zsiedli z koni. Z namiotu wyszli strażnicy, którzy odgarnęli grube poły wejścia i stanęli po obu stronach, w pełnej gotowości i z napiętymi łukami. Boldowi całkowicie zaschło w gardle. Wydawało mu się, że z wnętrza ogromnej jurty chana bije niebieskie światło.

Timur ukazał się wysoko w powietrzu, usadowiony w palankinie spoczywającym na ramionach sług. Miał bladą twarz i pocił się, białka jego oczu były widoczne dookoła tęczówek. Spojrzał z góry na Psina.

— Dlaczego wróciliście?

— Chanie, u Madziarów panuje zaraza. Wszyscy nie żyją. Chan przyjrzał się uważnie generałowi. Niezbyt go lubił.

— Dlaczego wróciliście?

— Aby ci o tym powiedzieć, chanie.

Głos Psina był równy i miarowy. Potrafił bez lęku spojrzeć chanowi prosto w oczy. Timur nie był zadowolony. Bold przełknął ślinę. Teraz nic nie przypominało tamtej sytuacji, kiedy wyrwali się z niewoli myśliwych. Teraz nawet część tamtego planu nie mogła być powtórzona. Mimo to gdzieś w głębi duszy pozostawała myśl: A może jednak…

Bold zauważył, że w Timurze coś pękło. Teraz przemawiał przezeń jego asura i wyglądało na to, że czynił w nim ogromne spustoszenie. To nie był asura, może raczej nafs, zwierzęcy duch, który w nim mieszkał.

— Nie wymkną mi się tak łatwo — zachrypiał chan. — Spotka ich za to bolesna kara, nie znajdą bezpiecznej kryjówki.

Po czym skinął leniwie dłonią i rzekł:

— Wracajcie do obozu.

Po chwili zwrócił się do swoich strażników:

— Zabijcie tych dwóch, ich ludzi oraz konie. Rozniećcie ogień i wszystko spalcie. Następnie przenieście nasze obozowisko o dwa dni jazdy na wschód.

Uniósł dłoń.

Przestrzeń rozdarła się na strzępy.

Między nich uderzył piorun. Bold ogłuchł i usiadł. Kiedy oszołomiony rozglądał się dokoła, spostrzegł, że wszystkich innych również powaliło na ziemię. Namiot chana płonął, palankin Timura przewrócił się, jego słudzy z trudem podnosili się, a chan klęczał na jednym kolanie i trzymał się za pierś. Część straży podbiegła do niego i wtedy uderzył drugi piorun.

Bold tracił wzrok. Podniósł się i zaczął uciekać. Spojrzał jeszcze raz za siebie i poprzez pulsującą, zielonkawą poświatę ujrzał, jak czarny nafs Timura ulatuje zeń przez usta. Zarówno nafs, jak i asurowie opuścili Żelaznego Timura-i-Lang Chromego. Puste ciało zwaliło się na ziemię i spadła na nie rzęsista ulewa. Bold pobiegł w noc, prosto na zachód.

2

Po królestwie zgłodniałych duchów przechadza się Małpa, samotna niczym chmura.

Przez całą noc Bold to biegi, to szedł na zachód, przedzierał się w strugach deszczu przez las i wspinał na najbardziej strome zbocza, jakie tylko mógł znaleźć, aby uniknąć konnego pościgu, który najprawdopodobniej już za nim wyruszył. Wiadomo, że nikt nie usiłowałby za wszelką cenę schwytać potencjalnego nosiciela śmiertelnej choroby, zawsze jednak mógł zostać zestrzelony z większego dystansu. Pragnął zniknąć z tego świata, jakby nigdy na nim nie istniał. Gdyby nie ta przedziwna burza, już by z pewnością był martwy i rozpoczynał kolejny żywot Nadal jednak żył. Gate gate para gałę para sam gate bodhi svaha.

Świt następnego dnia zastał go przy Bramie Morawskiej. Czuł, że nikt nie ośmieliłby się podążać za nim tą drogą. Dotarłszy na Równinę Madziarską, skierował się na południe, w las. W wilgotnym świetle poranka odnalazł powalone drzewo, wsunął się pod jego wystające korzenie i przespał jeden dzień w suchej kryjówce.

W nocy przestało padać, a trzeciego dnia Bold obudził się głodny jak wilk. Bardzo szybko udało mu się znaleźć, narwać i zjeść trochę polnej cebuli — później upoluje coś konkretnego. Może w spichlerzach opustoszałych wsi zostało trochę suszonego mięsa lub ziarna zbóż, może nawet znajdzie się łuk i kilka strzał? Nie chciał podchodzić zbyt blisko wymarłych osad, ale niestety był to jedyny sposób na znalezienie pożywienia. Postanowił więc to zrobić przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Tej nocy nie spal dobrze i miał wzdęcia po cebuli. Nad ranem ruszył na południe, wzdłuż wielkiej rzeki. Mijał opustoszałe wioski i osady. Wszyscy ludzie, których spotykał, byli martwi i leżeli porozciągani na ziemi. Niepokoiło go to, lecz nic nie mógł zrobić. Sam prowadził teraz niejako pośmiertny żywot zgłodniałego ducha. Żyjąc od jednego znalezionego kęsa pożywienia do drugiego, bezimienny, opuszczony przez towarzyszy, zaczął zamykać się w sobie jak podczas najcięższych kampanii stepowych. Powoli stawał się zwierzęciem, a jego umysł kurczył się jak rogi ślimaka pod wpływem dotyku. Podczas długich wart nie myślał o niczym innym, jak tylko o Sutrze Serca. Forma jest pustką, pustka jest formą. Nie bez powodu w poprzednim wcieleniu nazywał się Sun Wu-kong, Przebudzenie w Pustce. Małpa w próżni.

W końcu doszedł do wioski, która wyglądała na nietkniętą. Obszedł ją dookoła. W pustej stajni znalazł luk pozbawiony cięciwy i kilka strzał w kołczanie, wszystko bardzo prymitywne i niewykończone. Coś poruszyło się na zewnątrz. Wyszedł ze stajni i zobaczył wychudłą, czarną oślicę, którą zwabił główką cebuli, a następnie wskoczył na jej kościsty grzbiet.

Przejechał na niej przez kamienny most, rozpięty nad szeroką rzeką, i powoli przemierzał wyschniętą ziemię, kierując się na południe. W górę i w dół, w dół i w górę. Wszystkie następne wsie również były opustoszałe, a pozostawione w nich zapasy zgniłe lub rozszarpane przez zwierzęta. Teraz jednak miał oślicę — jej mleko i krew pozwolą mu przetrwać jakiś czas, więc na razie głód mu nie groził.

Była jesień, zaczął żyć jak niedźwiedź, żywiąc się jagodami, miodem i zającami, które udało mu się upolować swoim marnym łukiem, zrobionym najpewniej ręką dziecka. Nie wierzył, aby mężczyzna mógł skonstruować coś takiego — pojedyncza, wygięta gałąź, chyba z jesionu, częściowo rzeźbiona, lecz i tak bardzo nieudolnie. Nie było odpowiedniego wycięcia na strzałę, a na cięciwie brakowało siodełka, naciąg przypominał zwykły sznurek, na którym buddyści rozwieszali modlitewne tanki. Jego stary łuk był laminatem z rogu i klonu, za spoiwo służył klej ze ścięgien, a korpus obciągnięty był niebieską skórą. Napinał się łatwo i strzelał z taką mocą, że potrafił przebić napierśnik z odległości ponad Ii, gate gate para gatepara sam gate bodhi svaha… przepadł z całą resztą jego dobytku. Kiedy tak strzelał gałązkami, przypominającymi strzały, z łuku, który nie był prawdziwym łukiem i chybiał, zastanawiał się, czy w ogóle warto celować. Nie dziwota, że ci ludzie wymarli.

W małej wsi nad brzegiem strumienia stało pięć przylegających do siebie budynków. W największym znajdowała się zamknięta na klucz spiżarnia, w której zostało sporo suszonych ciastek rybnych, przyprawionych w nieznany Boldowi sposób. Dostał od nich mdłości. Mając żołądek wypełniony obcym pożywieniem, poczuł, że mimo wszystko odzyskuje siły i dobry nastrój. W stajni znalazł skórzane sakwy, które wypchał suszonym jadłem i przytroczył do boków oślicy. Ruszył dalej i odtąd baczniej przyglądał się mijanym miejscom.

Pobielone drzewa o czarnych konarach. Sosny i cyprysy soczyście zielone, Czerwony i niebieski ptak siedzą obok siebie Na tym samym drzewie. Może już się zdarzyć wszystko.

Wszystko, tylko nie powrót do przeszłego życia. Bold nie chował urazy do Timura, sam przecież zrobiłby to samo. Zaraza to zaraza — nie wolno jej lekceważyć. Jednak ta zaraza była o wiele gorsza od innych, zabiła wszystkich mieszkańców okolicy. Wśród Mongołów zmarło jedynie kilkoro dzieci i pochorowało się kilku dorosłych. Myszy i szczury zabijano od razu, a kiedy dzieci dostawały gorączki i na ich skórze pojawiały się krosty, matki zabierały je nad rzekę i pozostawiały samym sobie. Miasta hinduskie miały jeszcze gorsze przejścia z chorobami. Padały tam cale tłumy ludzi, lecz nic z tego nie przypominało obecnej sytuacji. Może tych ludzi zabiło coś innego?

Przez pustą krainę. Przez mgły.
Pod oszronionym niebem,
W zimnym świetle księżyca,
Które mrozi swym blaskiem
Przeszywa wiatr, przeszywa strach.
Tysiące drzew huczy w rzadkim lesie,
Samotna Małpa plącze na spalonym wzgórzu.

Wezbrało w nim przerażenie, które po chwili opadło miękką falą, pozostawiając jego umysł pusty jak ziemia dokoła. Panowała cisza. Gate gate para gate para sam gate bodhi svaha. Przez jakiś czas wydawało mu się, że minął już tereny dotknięte zarazą i że w końcu spotka jakichś żywych ludzi. Zamiast tego dotarł do łańcucha postrzępionych wzgórz, a u ich podnóża dostrzegł rozległe miasto, o wiele większe od tych, które widział wcześniej. Całe dno doliny przykryte było połacią dachów. Miasto opuszczono. Żadnych dymów, żadnych głosów, żadnego poruszenia. Pośrodku stała gigantyczna, kamienna świątynia, otwierająca się ku niebu. Kiedy ją zobaczył, znów przepełnił go strach. Wjechał z powrotem w las, aby uciec od widoku martwych ludzi.

Oczywiście wiedział, gdzie mniej więcej się znajdował. Podążając z tego miejsca na południe, dotarłby do osmańskich ziem na Bałkanach. Potrafiłby się tam porozumieć, miałby szansę wrócić do świata leżącego poza granicami imperium Timura. Na pewno znalazłby tam coś dla siebie, jakiś nowy sposób na życie.

Jechał więc nieustannie na południe, mijając wyschnięte szkielety wieśniaków. Robił się coraz bardziej głodny. Bezlitośnie poganiał oślicę, posilając się co jakiś czas jej krwią.

Pewnej nocy w czasie nowiu usłyszał wilki — wyły i ujadały w pogoni za nim. Zdążył tylko odciąć uzdę oślicy i wspiąć się na drzewo. Większość watahy pobiegła za oślicą, reszta, dysząc, przysiadła pod drzewem. Bold usadowił się wygodnie na gałęzi i postanowił zaczekać, aż bestie odejdą. Kiedy zaczęło padać, wilki leniwie oddaliły się. Nad ranem obudził się dziesiąty raz z rzędu, ale tym razem zszedł na ziemię. Powędrował w dół rzeki i natknął się na ciało oślicy — została tylko skóra, kości i rozwleczone dokoła chrząstki. Ani śladu po skórzanych sakwach.

Ruszył dalej.

Pewnego dnia, zbyt wycieńczony, by iść, zaczaił się przy strumieniu i koślawą strzałą zdołał upolować jelenia. Rozpalił ognisko i jadł do syta, wrzucając w siebie upieczone kawałki udźca. Postanowił spędzić noc z dala od tuszy i dopiero nad ranem do niej wrócić — wilki nie wspinały się po drzewach, lecz niedźwiedzie owszem. Zobaczył lisa, a ponieważ nafs jego żony był lisicą, poczuł się lepiej. Nad ranem ogrzało go słońce. Jelenia już nie było, najwyraźniej zabrał go niedźwiedź. Jednak Bold, zjadłszy wcześniej mięso, poczuł przypływ sił i ruszył dalej.

Przez kilka kolejnych dni szedł na południe i, o ile było to możliwe, trzymał się górskich grzbietów, wędrował przez wyludnione i wykarczowane wzgórza, po wypłukanej ziemi, wysuszonej do białości przez słońce. W dolinach rozglądał się za lisicą, o poranku pił wodę ze źródeł, a z wymarłych wiosek szabrował ochłapy jedzenia. Znalezienie jakiegokolwiek pożywienia stawało się coraz trudniejsze. Przez jakiś czas musiał zadowolić się kawałkiem skórzanego paska od uzdy — stara mongolska sztuczka, której nauczył się na jednej z cięższych stepowych kampanii. Wydawało mu się jednak, że sztuczka ta o wiele lepiej działała na bezkresnych stepach niż teraz, na zwietrzałych i spieczonych słońcem wzgórzach.

Pod koniec jednego z kolejnych dni, po tym jak już na dobre przywykł do samotnej egzystencji, do wyszukiwania resztek jedzenia, wszedł w zagajnik, aby nazbierać drzewa. Jakże był wstrząśnięty, widząc płonące tam ognisko, podsycane przez żywego człowieka.

Mężczyzna był niski, tak jak Bold. Jego włosy i gęsta broda były rude jak liście klonu na jesień, miał bladą, cętkowaną jak pies skórę. Z początku Bold myślał, że mężczyzna jest chory, więc trzymał się od niego z daleka. Jednak jego niebieskie oczy były bystre i podobnie jak Bold, był wystraszony, spięty i gotowy na wszystko. Patrzyli na siebie w milczeniu, stojąc po przeciwnych stronach polany pośrodku zagajnika.

Mężczyzna wskazał na ognisko. Bold skinął głową i zbliżył się, zachowując czujność. Na ogniu piekły się dwie ryby. Bold wyjął spod płaszcza upolowanego nad ranem zająca, którego oskórował i oczyścił własnym nożem. Rudzielec kiwał głową i głodnym wzrokiem śledził każdy znajomy ruch. Odwrócił ryby na drugą stronę i rozgrzebał żar, aby zrobić miejsce na zająca. Bold nabił mięso na patyk i położył je na węglach.

Kiedy się upiekło, jedli w milczeniu, siedząc na kłodach po przeciwnych stronach paleniska. Obaj wpatrywali się w ogień i tylko od czasu do czasu wymieniali ukradkowe spojrzenia — byli speszeni, zbyt długo żyli w samotności. Poza tym nie do końca wiedzieli, o czym tak na prawdę można porozmawiać z drugim człowiekiem.

W końcu odezwał się rudobrody. Najpierw drżącym głosem, a już Po chwili rozgadał się na dobre. Czasem używał słów, które w uchu Bolda brzmiały znajomo. Oczywiście nie aż tak znajomo, jak jego wprawne ruchy nożem. Niestety, mimo że Bold naprawdę się starał, nie rozumiał mężczyzny. Po chwili sam postanowił wypróbować kilka prostych fraz. Od razu poczuł obcość słów w swoich ustach, niczym grzechot kamieni w skórzanej sakiewce. Mężczyzna przysłuchiwał się uważnie, a w jego bladej i brudnej twarzy jaśniały żarzące się oczy. Wyglądało na to, że nie znał mongolskiego, tybetańskiego, tureckiego, chińskiego, arabskiego i chagatai ani nie kojarzył pozdrowień w innych narzeczach, jakich Bold nauczył się przez te wszystkie lata wędrówek po stepach.

Kiedy Bold skończył recytować pozdrowienia, mężczyzna skurczył się i zaczął szlochać. Po chwili wytarł oczy, zostawiając sobie brudne smugi na twarzy, stanął przed Boldem i powiedział coś, intensywnie gestykulując. Wskazał palcem na Bolda, jakby w porywie gniewu, następnie cofnął się o krok, usiadł na pniaku i zaczął udawać, że wiosłuje — tak się Boldowi przynajmniej wydawało. Wiosłował, siedząc tyłem do dzioba, jak kaspijscy rybacy. Udawał, że łowi ryby, pokazał ile ich złowił, jak je czyścił i gotował. Pokazał ludzi, których karmił: swoje dzieci, żonę, wszystkie osoby, z którymi mieszkał. Potem spojrzał w niebo, ponad rozświetlone gałęzie drzew, zwisające nad ich głowami, i znów zawołał. Podciągnął szorstką połę ubrania i wskazał na swoje ciało oraz na pachę, pod którą podstawił pięść. Bold skinął ze zrozumieniem, żołądek mu się ścisnął, kiedy mężczyzna odegrał chorobę i śmierć swoich bliskich, kładąc się na ziemi i skowycząc jak pies. Umarli wszyscy oprócz tego mężczyzny, który zaczął obchodzić ognisko i wskazywać na opadłe liście. Intonował jakieś słowa, a może były to imiona. Bold rozumiał wszystko aż nazbyt wyraźnie.

Następnie mężczyzna pogrzebał całą swoją wioskę — każdy jego gest był czytelny — usiadł na kłodzie i odpłynął. Udawał, że wiosłuje, wiosłował bardzo długo, tak długo, aż Bold pomyślał, że rudzielec zapomniał, o czym opowiadał. Po chwili jednak dobił do brzegu i padł z wycieńczenia na kłodę. Wyszedł na ląd i udając zaskoczonego, rozglądał się dokoła. Zaczął iść. Tuzin razy obszedł ognisko, udając, że zjada patyki i trawę. Wył jak wilk i kulił się wystraszony pod kłodą, zrywał się i biegł, a potem znów wiosłował — w kółko powtarzał to samo.

— Dea, dea, dea, dea! — wykrzykiwał przez gałęzie w stronę jarzących się nad nimi gwiazd.

Bold skinął głową. Znał tę historię. Mężczyzna wył teraz i warczał niczym zwierzę, jego oczy były czerwone jak u wilka. Bold zjadł jeszcze trochę zająca i podał patyk mężczyźnie, który porwał mięso i pochłonął je łapczywie. Później obaj siedzieli i wpatrywali się w ogień. Bold był w nastroju do towarzystwa, a jednocześnie czuł się samotny. Przyglądał się kompanowi, który, zjadłszy obie ryby, zaczął przysypiać. Drgnął, zamruczał coś pod nosem, skulił się i usnął. Bold dorzucił do ognia i, ułożywszy się po drugiej stronie, też próbował zasnąć. Kiedy się obudził, ogień już wygasł, a mężczyzna znikł. Był chłodny poranek, powietrze przesycone parującą rosą, ślady człowieka wiodły przez polanę, aż do zakrętu szerokiej rzeki i tam się urywały. Nie sposób było stwierdzić, w którą stronę udał się rudobrody.

Mijały kolejne dni, a Bold nadal zmierzał na południe. Często zastawiał się na zwierzynę i wtedy nie myślał o niczym, wypatrywał tylko pożywienia i pogody, powtarzając bez końca jedno czy dwa słowa. Przebudzenie w pustce. Pewnego dnia natrafił na wioskę wyrosłą wokół źródła.

Stare świątynie obrócone w ruinę,
Potrzaskane kolumny strzelające w niebo.
Wszystko tonęło w ciszy.
Czym tak bardzo rozgniewali swych bogów ludzie?
Na cóż bogom samotna dusza przechodząca obok,
Teraz, kiedy świat się skończył?
Marmurowe bębny potoczyły się i zamarły w bezruchu
Świergot ptaka wypełnił pustą przestrzeń.

Nie chciał nic wiedzieć i nie zamierzał nigdzie się włamywać. Obszedł świątynię, intonując mantrę:

— Om mani padme hung, om mani padme hung…

Nagle uświadomił sobie, że często mówi do siebie lub mantruje i nawet tego nie zauważa, jakby ignorował starego towarzysza podróży, który zawsze opowiada te same historie.

Nadal kierował się na południowy wschód, choć już dawno zapomniał po co. Przeszukiwał przydrożne budynki i zabierał wszystko, co nadawało się do zjedzenia, a potem szedł pustymi drogami. To musiał być jakiś stary kraj. Sękate drzewa oliwkowe uginające się pod ciężarem zielonych i czarnych, niejadalnych owoców, nie dawały mu spokoju — przecież nie da się najeść siłą własnej woli, nikt tego nie potrafi. Z każdym dniem był coraz bardziej głodny i uwagę koncentrował tylko na pożywieniu. Mijał kolejne marmurowe budowle i przeszukiwał opuszczone wiejskie chaty. Pewnego dnia natknął się na duży gliniany garniec, pełen oliwy z oliwek, i zatrzymał się przy nim na cztery dni, zanim wypił wszystko do dna. Jelenie pojawiały się coraz rzadziej. Lisicę widział więcej niż dwa razy. Dzięki celnym strzałom z dziecięcego luku oddalał groźbę głodu. Każdej nocy rozpalał coraz większe ognisko i ze dwa razy zastanawiał się, jak potoczył się los rudobrodego. Czy spotkanie z Boldem uświadomiło mu, że bez względu na to, co się stanie i kto go znajdzie, zawsze będzie samotny, więc poszedł i się zabił, aby połączyć się ze swoją jati? A może po prostu poślizgnął się i wpadł do rzeki? Albo puścił z jej nurtem, żeby Bold nie mógł go wyśledzić? Nie sposób stwierdzić. Spotkanie z mężczyzną powracało często w myślach Bolda, lecz przede wszystkim utkwiła mu w pamięci łatwość, z jaką go zrozumiał.

Doliny biegły na południowy wschód. Kiedy spróbował zrekonstruować w myślach trasę swojej wędrówki, okazało się, że nie pamięta szczegółów z kilku ostatnich tygodni i nie potrafi się zorientować względem Bramy Morawskiej, chanatu czy Złotej Ordy. Od Morza Czarnego jechali niegdyś dziesięć dni, czyż nie? Było to jak przypominanie sobie wydarzeń z przeszłego żywota.

Całkiem możliwe, że zbliżał się do Bizancjum. Siedział skulony przy ognisku, zastanawiając się, czy mieszkańcy Konstantynopola też wymarli, a co z Mongolią, a może wszyscy ludzie na świecie poumierali? Wiatr świszczący wśród krzewów przypominał odgłosy błądzących duchów. Bold zapadł w niespokojny sen. Budził się na nocne warty, obserwował gwiazdy i dorzucał gałęzi do ognia. Było coraz zimniej.

Obudził się i naprzeciw siebie dostrzegł ducha Timura, którego groźna twarz skąpana była w ognistej poświacie. Oczy miał czarne jak obsydian. Bold dojrzał w nich odbijające się gwiazdy.

— A więc to tak — odezwał się Timur ciężkim głosem — uciekłeś.

— Tak — wyszeptał Bold.

— Co się stało? Nie masz ochoty znów wyruszyć na łowy? Pod koniec jednej z cięższych kampanii Timur zwrócił się do Bolda w ten sam sposób. Był już wówczas tak słaby, że musieli go nieść w lektyce, podczas gdy on ani razu nie pomyślał, żeby dać za wygraną. W czasie ostatniej zimy Timur zastanawiał się, czy ruszyć na wschód, przeciwko Chińczykom, czy też na zachód, przeciwko Frankom. Podczas hucznej biesiady ważył argumenty, przemawiające za jednym i za drugim rozwiązaniem, i w pewnej chwili spojrzał na Bolda. Coś dziwnego musiał zobaczyć w jego twarzy, gdyż zerwał się nagle i zagrzmiał silnym mimo choroby głosem:

— Co się stało, Bold? Nie masz ochoty znów wyruszyć na łowy? Wtedy Bold odpowiedział:

— Ja zawsze, wielki chanie. Byłem z tobą, kiedy podbijaliśmy Ferganę, Horasan, Sistan, Chorezm i Mogulistan, i jeśli o mnie chodzi, to jeszcze jedno państwo na pewno mi nie zaszkodzi.

Timur roześmiał się gniewnie.

— Ale w którą stronę tym razem, Bold? W którą stronę?

Bold wiedział wystarczająco dużo, aby móc wzruszyć ramionami i rzec:

— Dla mnie bez różnicy, chanie. Może rzucisz monetą? Na te słowa chan ponownie wybuchł śmiechem i w przypływie dobrego nastroju zapewnił Boldowi ciepłe miejsce w stajni i dobrego konia na całą kampanię. Zmierzali wówczas na zachód, była wiosna 784 roku.

Teraz duch Timura przybrał całkowicie ludzką postać. Patrzył przez ogień na Bolda wzrokiem gniewnym i pełnym wyrzutu.

— Rzuciłem monetą, tak jak mi powiedziałeś, Bold, ale musiało wypaść coś niedobrego.

— Mogłoby być gorzej, gdyby padło na Chiny — odparł Bold. Timur zaśmiał się:

— Jak to się mogło stać? Zabity piorunem? Jak to możliwe? To twoja sprawka, Bold, twoja i Psina. To wy przynieśliście z zachodu klątwę. Powinniście byli nigdy nie wracać. A ja powinienem był uderzyć na Chiny.

— Może i tak — Bold nie wiedział, jak sobie z nim poradzić. Rozwścieczonym duchom należy się przeciwstawiać, a zarazem starać się je udobruchać. Tylko te czarne jak agat oczy, iskrzące się migotliwym światłem gwiazd…

Timur nagle odkaszlnął. Przystawił dłoń do ust i wykrztusił z siebie coś czerwonego. Spojrzał na przedmiot i uniósł go do góry, aby Bold mógł się dobrze przyjrzeć: czerwone jajo.

— To dla ciebie — rzekł i cisnął jajo przez ogień w stronę Bolda.

Bold schylił się, żeby je złapać, i w tej samej chwili zbudził się, wydając z siebie jęk. Duch Timura był wyraźnie niezadowolony. Wędrował poprzez światy, odwiedzając swoich starych żołnierzy i innych pretów — wzruszające, lecz mimo to Bold nie potrafił się wyzbyć strachu. Duch Timura miał ogromną moc, bez względu na to, na jakim planie egzystował. Mógł z łatwością sięgnąć tego świata i w każdej chwili złapać Bolda za kostkę.

Przez cały dzień Bold wędrował, pogrążony we wspomnieniach, prawie nie patrzył na mijane okolice. Kiedy Timur odwiedził go wtedy w stajni, było to trudne spotkanie. Chan nie mógł już się utrzymać w siodle o własnych siłach. Patrzył tylko na swą grubokościstą klacz jak na kobietę, gładził jej bok i mówił:

— Pierwszy koń, jakiego w życiu ukradłem, wyglądał dokładnie jak ta klacz. Zaczynałem jako biedak, a życie nie było łatwe. Zostałem naznaczony przez Boga. Pewnie myślałeś, że pozwoli mi dojechać na drugi brzeg — po tych słowach wbił w Bolda żywotne spojrzenie: jedno oko nieco większe i wyżej osadzone od drugiego, dokładnie tak jak we śnie.

Głód zmuszał Bolda do ciągłych polowań. Timur, choć był teraz zgłodniałym duchem, nie musiał już martwić się o pożywienie, lecz Bold nadal cierpiał głód. Grubsza zwierzyna uciekała szerokimi dolinami na południe. Pewnego dnia, idąc wysokim grzbietem, zobaczył wodę — lśniącą w oddali polać brązu. Pewnie jakieś wielkie jezioro albo morze, pomyślał. Stara droga poprowadziła go przez kolejną przełęcz i dalej w dół, do następnego miasta.

Po raz kolejny nie zastał w mieście nikogo żywego. Panował całkowity bezruch i nieprzenikniona cisza. Szedł pustymi ulicami, mijał opustoszałe budynki i cały czas czuł na plecach zimny dotyk pretów.

Na centralnym wzgórzu stał kompleks białych świątyń, wyglądający z daleka jak wyblakła w słońcu klatka piersiowa ludzkiego szkieletu. Przyjrzawszy się nieco dokładniej, Bold stwierdził, że to musi być stolica tej wymarłej krainy. Wcześniej mijał pomniejsze wsie i mieściny, zbudowane z ciosanego kamienia, aż w końcu doszedł do stołecznych świątyń, budowanych z gładko rzeźbionego, białego marmuru. Nie zastał tam jednak ani jednej żywej duszy. Opadła gęsta mgła, ograniczając widoczność. Bold brnął do przodu i potykał się o kamienie na zakurzonej, stromej drodze, prowadzącej prosto na świątynne wzgórze. Tam zapragnął przedstawić swoją sprawę lokalnym bóstwom.

Na świętym plateau trzy mniejsze świątynie otaczały jedną prostokątną piękność, z podwójnymi rzędami smukłych kolumn na każdym boku, na których wspierał się jasny dach, pokryty marmurowymi dachówkami. Pod okapami wyrzeźbione postaci walczyły, maszerowały, latały i gestykulowały. Ten kamienny obraz przedstawiał tych wszystkich nieobecnych ludzi bądź też ich bogów. Bold przysiadł na jednym z marmurowych walców — pozostałości po wysokich, przewróconych kolumnach — i wpatrywał się w kamienne rzeźbienia. Oglądał świat, który przepadł.

W końcu dotarł do głównej świątyni i wszedł do niej, modląc się na głos. W odróżnieniu od świątyń na północy ta nie była miejscem ostatecznego zgromadzenia ludności. Wewnątrz nie było szkieletów. Wręcz przeciwnie, świątynia wyglądała na od dawna opuszczoną. U krokwi wisiały nietoperze, a panujący wewnątrz półmrok przecinały promienie słońca, wpadające przez dziury po odpadłych dachówkach. W głębi świątyni stało coś na kształt pośpiesznie wzniesionego ołtarza. Palił się jeden knot, zanurzony w misie z oliwą, ich ostatnia modlitwa nadał się tliła, nawet po ich śmierci.

Bold nie miał nic do złożenia w ofierze, ogromna, biała świątynia stała nad nim w ciszy.

— Om gate gate para gate para sam gate bodhi svaha — jego słowa rozchodziły się stłumionym echem.

Wyszedł z powrotem w popołudniową poświatę. Na zachodzie dojrzał poblask morza. Wiedział już, że pójdzie w tamtą stronę, tutaj nic go nie trzymało. Ludzie umarli tu razem z bóstwami.

Długa zatoka wcinała się pomiędzy wzgórza. Znajdujący się w głębi port wydawał się pusty, jedynie kilka mniejszych łódek kołysało się na falach, a niektóre z nich, obrócone do góry dnem, leżały na szerokiej plaży, rozciągającej się w obie strony od doków. Nie zaryzykowałby wyprawy łodzią, nie znał się na tym. Widział w życiu jeziora Issyk Kul i Qinghai, Aralskie, Kaspijskie i Czarne, ale nigdy w życiu nie zdarzyło mu się wsiąść do łódki, z wyjątkiem przeprawy promem przez rzekę. Nie zamierzał ryzykować.

Na długiej drodze żadnego piechura, Żadna łódź na noc do portu nie zawija. Martwy port zastygł w bezruchu.

Zszedł na plażę, zaczerpnął wody w garść i napił się, wypluł od razu, była słona jak Morze Czarne albo wody dorzecza Tarymu — zdumiał go widok tak dużej ilości wody, całkowicie do niczego nieprzydatnej. Kiedyś słyszał, że świat otoczony jest oceanem. Może właśnie dotarł do krańca świata, do jego zachodniego albo południowego brzegu? Może Po południowej stronie tej wielkiej wody żyli Arabowie — tego nie wiedział. Po raz pierwszy podczas całej wędrówki nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie się znajduje.

Zasnął na ciepłej plaży i śnił o stepach. Siłą woli odganiał wizję Timura. Po chwili ze snu wyrwał go silny uścisk dłoni, które obróciły go na brzuch, związały mu nogi w kostkach i ręce za plecami. Jakiś męski głos zawołał:

— Co my tu mamy? — czy coś w tym tonie. Mówił chyba w tureckim narzeczu. Bold nie rozumiał wielu słów, lecz domyślał się treści po rytmie i melodii wypowiedzi. Wyglądali jak żołnierze albo zabójcy. Zbóje o wielkich, ciężkich łapach, ze złotymi kolczykami w uszach, ubrani w brudne, bawełniane stroje. A on płakał i uśmiechał się głupkowato na ich widok. Czuł, jak wykrzywia mu się twarz i pieką go oczy. Przyglądali mu się bardzo czujnie.

— To jakiś szaleniec — jeden z nich pomyślał na głos. Słysząc to, Bold pokręcił głową.

— Ja… ja nikogo nie spotkałem — powiedział w języku malajskim i tureckim. Język rósł mu w ustach, gdyż, mimo że często coś mruczał, mówił do siebie i do swoich bóstw, to właściwie zapomniał, jak rozmawia się z ludźmi. — Ja myślałem, że wszyscy umarli… — wskazał na północny zachód.

Najwyraźniej nie rozumieli go.

— Zabijmy go! — powiedział któryś lekceważącym tonem, przypominającym głos Timura.

— Nie wystarczy ci, że nie żyją już wszyscy chrześcijanie? — powiedział inny.

— Zabijmy go i odpływajmy, łodzie i tak już są pełne.

— Weźmiemy go — powiedział inny głos — handlarze niewolników jeszcze nam za niego zapłacą. Poza tym nie zatopi naszych łodzi, zobacz, jaki jest chudy.

Zawiązali mu pętlę na szyi i pociągnęli za sobą wzdłuż plaży. Musiał mocno pracować nogami, żeby lina nie targała nim w przód i w tył. Ze zmęczenia kręciło mu się w głowie. Byt wyczerpany. Mężczyźni wonieli czosnkiem i zapach ten jednocześnie odrzucał go i budził w nim wilczy apetyt. Jeśli rzeczywiście zamierzali go sprzedać handlarzom niewolników, to będą musieli go podkarmić. Na samą myśl o tym dostawał ślinotoku, jak zgłodniały pies na widok pełnej miski.

Ciągle szlochał i leciało mu z nosa, a jako że miał ręce związane za plecami, nie mógł wytrzeć sobie twarzy.

— Piana leci mu z pyska jak koniowi.

— Na pewno jest chory.

— Nie jest chory. Dawaj go tu. No chodź! — zwrócił się do Bolda. — Nie bój się. Tam, dokąd cię zabieramy, nawet niewolnicy żyją lepiej niż wy, barbarzyńskie psy!

Wrzucili go na dno łodzi. Szarpnęło ze dwa razy, po czym łódź wypłynęła na wodę i zaczęła kiwać się na boki. Bold przewrócił się i uderzył plecami o drewnianą burtę.

— Tutaj niewolniku! Siad!

Bold usiadł na stercie lin i przyglądał się ich pracy. Cokolwiek miałoby się zdarzyć i tak będzie lepsze od tej pustej ziemi. To, że mógł patrzeć na ludzi i słuchać ich mowy, dodawało mu sił. Przypominało mu to obserwowanie dzikich koni, biegających po stepie. Głodnym wzrokiem patrzył, jak podnoszą żagle. Łódź pochyliła się, a on instynktownie rzucił się w przeciwną stronę. Wszyscy ryknęli śmiechem. Patrzył na nich wzrokiem zranionej łani i gestykulował coś w stronę największego żagla.

— Musiałoby o wiele silniej dąć, żeby nas przewrócić.

— Niech Allah chroni nas od tego.

— Niech Allah ma nas w swojej opiece. Muzułmanie.

— Niech Allah ma nas w swojej opiece — powiedział potulnie Bold i dodał po arabsku — w imię Allaha Miłosiernego Litościwego.

Przez lata spędzone w armii Timura, nauczył się równie dobrze być muzułmaninem, jak i kimkolwiek innym. Budda z pewnością nie miałby mu tego za złe i choć na pewno nie uchroni go to przed losem niewolnika, to przynajmniej pozwoli zdobyć więcej jedzenia. Mężczyźni śledzili każdy jego ruch, a on patrzył jak ląd znika na horyzoncie. Rozwiązali mu ręce, dali trochę suszonej baraniny i chleb. Każdy kawałek Bold przeżuwał sto razy, a znajomy smak przywoływał wspomnienia z całego życia. Zjadł wszystko, co mu dali, i wypił wodę z kubka, który od nich dostał.

— Niech będzie chwała Allahowi! Wielkie dzięki w imię Boga Miłosiernego litościwego.

Pożeglowali wzdłuż zatoki, aż znaleźli się na morzu. Nocą przepłynęli na drugą stronę przylądka, zarzucili kotwicę i udali się na spoczynek. Bold skulił się pod zwojami lin i zasnął. Za każdym razem, kiedy się budził, musiał sobie przypominać, gdzie się znajduje.

Każdego ranka obierali kurs na południe, jednego dnia przepłynęli przez wąski przesmyk wprost na otwarte morze, pocięte wysokimi falami. Kołysanie łodzi przypominało Boldowi jazdę na wielbłądzie. Wskazał dłonią na zachód. Mężczyźni podali mu jakąś nazwę, ale nie zrozumiał jej. Któryś z nich dorzucił:

— Wszyscy nie żyją.

Słońce chyliło się ku zachodowi, a oni nadal byli na otwartym morzu. Po raz pierwszy płynęli nocą. Kiedy Bold przebudzał się, widział resztę czuwającej załogi, zapatrzoną w gwiazdy i milczącą. Przez trzy doby płynęli po otwartym morzu. Bold zastanawiał się, jak długo to jeszcze może potrwać, aż czwartego ranka niebo na południu zaczęło się bielić i brązowieć.

Jak pustynny powiew znad Gobi.
Piasek w powietrzu i szlachetnej ziemi proch.
To ląd! Niski ląd, gdzie morze i niebo,
W jeden łączą się brąz,
Najpierw dojrzysz kamienną wieżę,
A za nią falochron z głazów i port.

Jeden z marynarzy z radością wypowiedział nazwę wyłaniającego się lądu:

— Aleksandria!

Bold już gdzieś słyszał tę nazwę, choć na temat samego miejsca nie wiedział nic.

3

W Egipcie nasz pielgrzym zostaje sprzedany jako niewolnik. W państwie Zanji spotyka Chińczyków, których nigdzie nie brakuje.

Porywacze podpłynęli do plaży, przywiązali kamienną kotwicę do skały, skrępowali Bolda i zostawili go na pokładzie pod derką, a sami zeszli na ląd.

Była to plaża dla mniejszych łodzi, tuż obok niej, za wysokim wałem, ciągnęło się długie, drewniane nabrzeże dla większych statków. Mężczyźni wrócili pijani, już z oddali było słychać, jak się awanturowali. Rozwiązali mu nogi i nie zwracając się do niego ani słowem, wyciągnęli go z lodzi i poprowadzili ze sobą. Nadmorski bulwar okazał się strasznie stary, przeżarty solą i zakurzony, a do tego śmierdzący zdechłymi rybami, których sporo było dokoła, porozrzucanych i gnijących w palącym słońcu. W okolicy wejścia do portu, przed podłużnym budynkiem stały bele bawełny, ogromne pudła, gliniane słoje i tkaniny popakowane w sznurowe siatki. Dalej szli przez targ rybny. Bold ślinił się jak pies, a jego żołądek kurczył się boleśnie.

Doszli w końcu do targu niewolników. Był to niewielki plac z podwyższeniem pośrodku. Przypominał miejsce dla wygłaszającego nauki lamy. Zanim przyszła kolej na Bolda, sprzedano szybko trzech innych niewolników. Największe zainteresowanie tłumu wzbudzały sprzedawane kobiety. Nie miały na sobie nic oprócz krępujących ich lin, a w razie konieczności, łańcuchów. Niektóre stały pogrążone w apatii, inne skulone. Większość z nich była czarna, niektóre brązowe. Wyglądało na to, że dzień handlowy dobiegał końca i kupcy wyprzedawali resztki towaru. Przed Boldem sprzedano wychudzoną dziewczynkę w wieku około dziesięciu lat. Jej nabywcą był gruby, czarny mężczyzna w poplamionych jedwabnych szatach. Targu dobijano w języku podobnym do arabskiego, a za dziewczynę płacono walutą w złotych monetach, której nazwy Bold nigdy wcześniej nie słyszał. Pomógł swoim porywaczom ściągnąć z siebie stare i wymięte ubranie.

— Nie musicie mnie wiązać — próbował mówić do nich po arabsku, lecz nawet go nie słuchali, skuwając mu nogi w kostkach. Wszedł na podwyższenie, poczuł na ciele gorące powietrze i swój własny, intensywny zapach. Spojrzał na siebie i stwierdził, że wędrówka po wymarłej krainie dała mu w kość — był tak samo chudy jak mała dziewczynka sprzedana przed nim. Nadal miał jednak mięśnie. Stał wyprostowany i patrzył w słońce, a jego licytacja trwała. W myślach powtarzał fragment Sutry Lapis Lazuli:

— Podstępne demony nieżyczliwości włóczą się po świecie. Precz! Precz! Budda wyrzeka się niewolnictwa!

— Czy on mówi po arabsku? — zapytał ktoś z tłumu. Jeden z porywaczy szturchnął Bolda, a ten zaczął mówić po arabsku:

— W imię Boga Miłosiernego Litościwego! Mówię po arabsku, mon-golsku, tybetańsku i chińsku oraz po turecku i malajsku.

Po tych słowach zaczął recytować z pamięci pierwszy rozdział Koranu. W końcu jeden z porywaczy pociągnął za łańcuch i Bold zrozumiał, że już wystarczy, poczuł suchość w gardle. Za dwadzieścia monet kupił go niski, drobny Arab. Porywacze wyglądali na zadowolonych. Kiedy schodził z podestu, podali mu ubrania, poklepali po plecach i odeszli. Bold zaczął nakładać swój wytłuszczony płaszcz, lecz jego nowy właściciel powstrzymał go i podał mu czystą, bawełnianą płachtę.

— Owiń się tym, resztę brudów zostaw tutaj.

Bold spojrzał ze zdumieniem na pozostałości swego minionego życia. Teraz były to już tylko brudne szmaty, lecz służyły mu wiernie przez całą długą podróż. Wydobył z nich amulet, a nóż skrzętnie ukrył w rękawie, niestety, nowy właściciel od razu to zauważył i odrzucił ostrze na cuchnącą stertę.

— Chodź! Znam jeden targ w Zanji, gdzie za takiego barbarzyńcę jak ty dostanę trzy razy więcej, niż właśnie wydałem. Pomożesz mi się przygotować do rejsu, rozumiesz? Ty pomożesz mi i będzie ci lżej. Może nawet będę cię dobrze karmił.

— Rozumiem.

— To zrozum dobrze. Nawet nie myśl o ucieczce. Aleksandria to praworządne miasto. Mamelucy jeszcze bardziej rygorystycznie pilnują tutaj porządku niż szaria. Nigdy nie odpuszczają niewolnikom, którzy chcą uciekać. To sieroty przywiezione tu z północnych brzegów Morza Czarnego, to mężczyźni, których rodzice zginęli z rąk takich barbarzyńców jak ty.

Bold zabił w życiu niejednego wojownika Złotej Ordy, więc tylko skinął głową i nic nie odpowiedział. Jego właściciel mówił dalej:

— Wyszkolili ich Arabowie ściśle według wskazań Allaha. Teraz są kimś więcej niż muzułmanami. — Aż zagwizdał na tę myśl. — Wyszkoleni po to, by rządzić Egiptem, by nie zważać na naciski innych i dochowywać wierności prawu szariatu. Wierz mi, nie chciałbyś wchodzić im w drogę.

Bold znów pokiwał głową.

Przeprawa przez Synaj przypominała mu podróż z karawaną po którejś z pustyń w głębi lądu. Tym razem jednak szedł piechotą w wielkiej chmurze pyłu, razem z innymi niewolnikami, na końcu długiego sznura wielbłądów. Rozpoczynał się hadżdż. Nieprzebrane liczby wielbłądów i ludzi sunęły przez pustynię drogą, która przechodziła w szeroki, gładki pas przesuszonej ziemi, wcinający się pomiędzy skaliste wzgórza. Pomniejsze grupy pielgrzymów zmierzające na północ, odbijały na drogę po ich prawej stronie. Bold nigdy wcześniej nie widział tylu wielbłądów naraz.

Karawanseraje, w których się zatrzymywali po drodze, były podupadłe i zakurzone. Ani na chwilę nie rozluźniono lin, które łączyły Bolda z resztą niewolników, więc musieli spać razem, skuleni w kręgu na ziemi. Noce były o wiele cieplejsze niż Bold się spodziewał, z ledwością dało się odpocząć od upałów panujących za dnia. Ich nowy pan nazywał się Zeyk. Dobrze ich poił i karmił, rano i wieczorem. Bold stwierdził, że Zeyk traktował ich niemal tak dobrze jak swoje wielbłądy. Był mądrym kupcem, dbającym o jakość swoich towarów. Bold zgadzał się z jego podejściem i robił, co mógł, aby utrzymać złachmaniony wianuszek niewolników w dobrej kondycji. Jeśli wszyscy utrzymywali równe tempo, wtedy marsz był mniej uciążliwy. Pewnej nocy Bold spojrzał w niebo i ujrzał strzelca, patrzącego mu z góry prosto w oczy. Przypomniały mu się samotne noce w opustoszałej krainie.

Duch Timura,
Ostatni ocalały spośród rybackiej braci.
Puste kamienne świątynie, otwarte ku niebu,
Dni głodu i posłuszna oślica,
Koślawy łuk i strzały,
Czerwony i niebieski ptak na jednej gałęzi.

W końcu dotarli do Morza Czerwonego i weszli na pokład statku — trzy lub cztery razy większego niż łódź, którą Bold dopłynął do Aleksandrii — ludzie nazywali je dawa albo zambuco. Wiatr wiał z zachodu, czasem nawet bardzo mocno. Kiedy opuszczali zachodnie wybrzeże, ich wielki, trójkątny żagiel wybrzuszał się krągło na wschód. Mieli bardzo dobry czas. Zeyk coraz lepiej karmił niewolników, wręcz ich tuczył, żeby później dostać za nich dobrą cenę. Bold z radością wrzucał w siebie dodatkową porcję ryżu i ogórków. Zauważył, że rany na kostkach zaczęły mu się goić. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie cierpiał głodu. Czuł, jakby wychodził z mgły, jakby każdego dnia coraz bardziej się rozbudzał. Teraz oczywiście był tylko niewolnikiem, lecz nie na zawsze. Przeczuwał, że wydarzy się coś większego.

Po krótkim postoju w spalonym słońcem porcie Massawa, tradycyjnym miejscu odpoczynku wszystkich hadżich, pożeglowali na wschód, przecinając wszerz Morze Czerwone, po czym okrążyli niski, czerwieniący się w oddali przylądek, znaczący koniec Arabii, i popłynęli dalej, aż do Aden, wielkiej nadmorskiej oazy. Był to największy port, jaki Bold w życiu widział. Bardzo bogate miasto, porośnięte zielonymi palmami, których liście powiewały nad ceramicznymi dachami. Tu i ówdzie wyrastały drzewa cytrusowe i niezliczone minarety. Zeyk jednak nie nakazał rozładunku towarów ani niewolników. Po jednym dniu spędzonym na lądzie wrócił na pokład, kręcąc głową.

— Do Mombasy — powiedział do kapitana statku i zapłacił mu sowicie, po czym pożeglowali na południe, przez cieśninę, wokół przylądka Hafun i dalej, wzdłuż wybrzeża Zanji. Popłynęli daleko na południe, o wiele dalej niż Bold kiedykolwiek się zapuścił. W południe słońce znajdowało się niemal dokładnie nad ich głowami i prażyło nieznośnie dzień za dniem. Na niebie nie było najmniejszej chmury, a powietrze gotowało się, jakby świat był ogromnym piecem. Wybrzeże przybierało barwę martwego brązu, co jakiś czas stawało się soczyście zielone, i tak na zmianę. Po drodze zatrzymali się w Mogadiszu, Lamu i Malindi, były to świetnie prosperujące arabskie porty handlowe, lecz za każdym razem Zeyk opuszczał pokład tylko na chwilę.

Kiedy wpłynęli do Mombasy, zaiste przewspaniałego portu, natknęli się na flotę gigantycznych okrętów, o wiele większych niż Bold sądził, że da się zbudować. Każda z jednostek była wielkości małego miasta, a przez jej środek biegła linia gigantycznych masztów. W porcie stało dziesięć takich kolosalnych, pełnomorskich jednostek i ponad dwadzieścia mniejszych okrętów, zakotwiczonych pomiędzy nimi.

— Świetnie się składa — rzekł Zeyk do kapitana i właściciela dawy. — Chińczycy już są na miejscu.

Chińczycy! Bold nawet nie podejrzewał, że Chińczycy mogliby posiadać tak wspaniałą flotę. Choć z drugiej strony, było to całkiem logiczne. Te ich pagody, Wielki Mur — Chińczycy lubią wielkie rzeczy.

Ich flota przypominała archipelag wysp. Wszyscy na pokładzie dawy patrzyli na okręty z trwogą i zmieszaniem, jakby stawali twarzą w twarz z bóstwami, wypływającymi w morze. Ogromne chińskie jednostki dwudziestokrotnie przewyższały największe nawet dawy. Na jednym z chińskich okrętów Bold naliczył aż dziewięć masztów. Zeyk spojrzał na okręt i skinął głową na Bolda.

— Przypatrz się dobrze. Jeśli Bóg pozwoli, wkrótce będzie to twój nowy dom.

Kapitan dawy podpłynął do brzegu na odległość powiewu bryzy. Miejskie nabrzeże było w całości zajęte przez zacumowane lodzie przyjezdnych. Po krótkiej dyskusji z Zeykiem, właściciel dawy zakotwiczył przy plaży, na południe od nabrzeża. Zeyk i jego ludzie podwinęli szaty i przez wolną burtę weszli do wody. Następnie poprowadzili związanych niewolników na ląd. Zielona woda była ciepła jak krew.

Bold zauważył kilku Chińczyków, ubranych w charakterystyczne płaszcze z czerwonego filcu, które nosili pomimo gorącego klimatu. Przechadzali się po targu, brali do rąk eksponowane towary i dobijali targu, poprzez tłumacza, który, jak się okazało był dobrym znajomym Zeyka. Zeyk podszedł do niego, przywitał się wylewnie i poprosił o możliwość bezpośredniego handlu z chińskimi gośćmi. Tłumacz przedstawił Zeyka Chińczykom, którzy na pierwszy rzut oka wydawali się przyjaźni. Jednak oni uprzejmość mieli w zwyczaju. Bold czuł, że drży — może z gorąca, może z głodu, a może na widok Chińczyków — tyle lat ich nie widział, błąkając się po drugiej stronie świata, a oni, jak widać, trzymają się mocno i nadal robią interesy.

Zeyk i jego pomocnik przeprowadzili niewolników przez targ, mieniący się bogactwem kolorów, dźwięków i zapachów, pełnym ludzi czarnych jak smoła, którym oczy i zęby błyskały bielą na tle ciemnej skóry, kiedy sprzedawali dobra i targowali się z uśmiechem. Bold szedł za resztą i rozglądał się dokoła.

Kopce kolorowych owoców,
Ryż, kawa, suszone ryby i kałamarnice,
Rzędy beli bawełny białej i farbowanej,
W pasy i niebieskie grochy,
Bele chińskiego jedwabiu, stosy mekkańskich dywanów,
Brązowe orzechy, miedziane misy,
Pełne klejnotów
I okrągłych kulek słodko pachnącego opium.
Perły, miedź, krwawnik, żywe srebro.
Sztylety i miecze, turbany, szale, chusty.
Kość słoniowa i róg nosorożca.
Żółte drewno sandałowe i ambra,
Formy odlewnicze, monety srebrne i złote,
Białe i czerwone tkaniny, porcelana.

Targ niewolników zajmował osobną przestrzeń tuż obok głównego placu i urządzony byt na planie kwadratu. Pośrodku znajdował się podest aukcyjny, wyglądem zbliżony do pustego siedziska lamy.

Okoliczni kupcy zgromadzili się po jednej stronie placu w oczekiwaniu na handel. Nie przypominało to prawdziwej aukcji. Najwięcej było Arabów, ubranych najczęściej w niebieskie szaty i czerwone, skórzane buty. Za targowiskiem, naprzeciwko cztero — i pięciopiętrowych budynków, wznosił się meczet i minaret. Panował tu nieopisany zgiełk. Zeyk przyjrzał się uważnie całej scenie, potrząsnął głową i rzeki:

— Poczekamy na prywatną audiencję.

Nakarmił niewolników jęczmiennymi ciastkami i zaprowadził ich do jednego z dużych budynków przy meczecie. Po chwili zjawiło się kilku Chińczyków z tłumaczem i wszyscy razem weszli na wewnętrzny, ocieniony dziedziniec, na którym stała fontanna, obrośnięta szerokolistną roślinnością. Sala otwierająca się na dziedziniec miała na wszystkich ścianach wysokie regały, na których stały przeróżne misy i figurki — wszystko starannie poukładane. Bold rozpoznał wśród tych przedmiotów ceramikę z Samarkandy i miniaturowe, kolorowe figurki z Persji oraz malowane na niebiesko misy z chińskiej porcelany i liście ze złota i z miedzi.

— Robi wrażenie — stwierdził Zeyk.

Przeszli do interesów. Chińscy służący skontrolowali wszystkich niewolników Zeyka, rozmawiali też z tłumaczem. Zeyk dogadał się w końcu na osobności z jednym z mężczyzn, któremu nieustannie przytakiwał. Bold zauważył, że jego właściciel zalewał się potem, choć w budynku było całkiem chłodno. Bardash i reszta niewolników zostali sprzedani hurtem.

Jeden z Chińczyków przechadzał się wzdłuż szeregu niewolników. Jego wzrok spoczął na Boldzie:

— Jak się tu dostałeś? — zapytał po chińsku. Bold zapowietrzył się, pomachał ręką na zachód i wykrztusił z siebie:

— Byłem handlarzem — jego chiński brzmiał topornie, odzwyczaił się od tego języka. — Porwali mnie ludzie Złotej Ordy. Najpierw zabrali mnie do Anatolii, później do Aleksandrii, aż w końcu wylądowałem tutaj.

Chińczyk pokiwał głową i poszedł dalej. Niedługo potem, chińscy marynarze w spodniach i krótkich podkoszulkach zaprowadzili wszystkich z powrotem na nabrzeże. Zebrało się tam w sumie kilka różnych grup niewolników. Wszystkich rozebrano i spłukano wodą. Dano im nowe koszule z surowej bawełny i zaprowadzono do łodzi, którą dopłynęli do ogromnej burty jednego z gigantycznych dziewięciomasz-towców. Wspinając się po drabinie za czarnym, wychudzonym chłopcem, Bold naliczył czterdzieści jeden stopni w górę wysokiej, drewnianej ściany statku. Zabrano ich pod główny pokład do luku w okolicach rufy.

4

Po posępnych wydarzeniach ukazuje się skrawek Buddy. Chińska flota skarbów błaga Tianfei o ciszę.

Okręt był tak wielki, że nie kołysał się na falach. Przypominał pływającą wyspę. Niski luk, w którym trzymano niewolników, miał szerokość pokładu. Poprzez okratowane okienka na obu ścianach wpadało do środka świeże powietrze i mdławe światło. Pod jednym z okienek znajdowała się dziura wystająca poza krawędź burty, służąca za wychodek. Wychudły, młody Murzynek długo patrzył w dół, szacując możliwość ucieczki. Mówił po arabsku lepiej niż Bold, choć dla niego również nie był to język ojczysty. Miał jakiś dziwny, gardłowy akcent, którego Bold nigdy wcześniej nie słyszał.

— Thhhrrraktują nas tu jak ściehhhrrrwo!

Pochodził ze wzgórz na południe od Sahary, opowiadał, patrząc w dół przez dziurę. Wetknął w nią jedną nogę, potem drugą, lecz nie było szans, żeby się przecisnął.

Zachrzęścił zamek w drzwiach, chłopiec wyciągnął obie nogi i odskoczył od wychodka jak spłoszone zwierzę. Do środka weszło trzech mężczyzn, którzy kazali wszystkim ustawić się w rzędzie. To pewnie bosman i jego pomocnicy — pomyślał Bold — przyszli sprawdzić ładunek. Jeden z nich długo i uważnie przyglądał się czarnemu chłopcu, następnie skinął głową w stronę pozostałych, którzy postawili na ziemi dwie drewniane miski ryżu oraz bambusową tubę z wodą, po czym wyszli.

Kolejne dwa dni wyglądały tak samo. Kyu, bo tak miał na imię czarny chłopiec, cały czas gapił się przez dziurę wychodka — może na wodę, a może na nic konkretnego. Trzeciego dnia wyprowadzono ich na zewnątrz do pomocy przy załadunku. Dzięki linom i bloczkom osadzonym na długich masztach wciągali na pokład wielkie paki, a później opuszczali towary do ładowni pod pokładem. Ludzie uczestniczący w załadunku słuchali rozkazów kierownika warty, którym najczęściej był barczysty Han o twarzy jak księżyc w pełni. Bold dowiedział się, że ładownia okrętu poprzedzielana jest ścianami na dziewięć osobnych komór, z których każda była kilka razy większa niż największa dawa żeglująca po Morzu Czerwonym. Niewolnicy, którzy pływali już na tych okrętach, mówili, że owa specyficzna konstrukcja czyni te ogromne statki niezatapialnymi. Jeśli jedno z pomieszczeń przeciekalo, można było je opróżnić i naprawić, lub nawet całkowicie zalać, gdyż pozostałe przestrzenie z łatwością unosiły cały statek na powierzchni. To tak, jakby pływać na dziewięciu powiązanych ze sobą dawach.

Pewnego ranka pokład nad ich głowami zadrżał od stukotu marynarskich stóp. Poczuli, jak dwie kamienne kotwice podnoszą się i jak setki rąk wciągają na maszty i rozwieszają na poprzecznicach wielkie żagle — po jednym na każdy maszt. Statek pochylił się lekko na jedną stronę i rozpoczął miękką i czujną kołysankę na falach.

To było prawdziwe pływające miasto. Setki ludzi przenosiły worki, kufry i skrzynie z jednego luku do drugiego. Bold naliczył pięćset różnych osób, a z pewnością było ich jeszcze więcej. To niesamowite, że na pokładzie jednego statku mogło przebywać takie mnóstwo ludzi. Niewolnicy zgodnie stwierdzili, że wszystko dookoła urządzone było w prawdziwie chińskim stylu. Tym ludziom nigdy nie przeszkadzał tłok. Był dla nich czymś całkowicie naturalnym i tak samo panował tu na statku, jak i w każdym innym chińskim mieście.

Admirałem ich okrętu był Zheng He, imponujących rozmiarów człowiek o płaskiej twarzy, pochodzący z zachodnich Chin. Prawdziwy Hui, jak nazywali go niektórzy niewolnicy. Kiedy przebywał na mostku, zawsze otaczał go tłum osobistych oficerów, dygnitarzy, kapłanów i innych doradców od dziedzin wszelakich. Pod pokładem najwięcej było czarnych, mieszkańców Zanji i Malajów — ci byli od najcięższej pracy.

Tamtej nocy do luku niewolników weszło czterech mężczyzn. Wśród nich był Hua Man, wiceadmirał Zhenga. Przyszli po Kyu. Hua uderzył chłopca w głowę krótką pałką, pozostali trzej zdarli z niego ubranie, rozchylili mu nogi, obwiązali bandażami uda i talię i podnieśli go półprzytomnego nad ziemię. Hua dobył z rękawa mały, zakrzywiony nóż, chwycił penis chłopaka, pociągnął go energicznie do siebie i jednym wprawnym cięciem, odciął tuż przy ciele razem z moszną. Chłopak wrzasnął przeraźliwie, kiedy Hua zaciskał rzemieniem krwawiącą ranę, następnie pochylił się i wprowadził do środka podłużną, metalową za-tyczkę. Docisnął rzemień i lekko poluzował. Podszedł do wychodka i wyrzucił do morza chłopięce genitalia. Od jednego z asystentów wziął nasączony czymś pasek papieru i przyłożył go do świeżo zadanej rany, podczas gdy pozostali trzej starannie ją bandażowali. Kiedy skończyli, dwóch ujęło chłopca pod ramiona i wyprowadziło z luku. Wrócili z nim po jednej pełnej zmianie warty i dopiero wtedy pozwolili mu się położyć. Najwidoczniej kazali mu przez cały ten czas chodzić.

— Nie dawajcie mu nic do picia! — rzekł Hua do pozostałych niewolników. — Jeśli przez następne trzy dni coś zje lub wypije, umrze.

Chłopiec jęczał przez całą noc. Niewolnicy instynktownie odsuwali się od niego pod przeciwległą ścianę, byli nadal zbyt przerażeni, aby móc o tym rozmawiać. Bold, który w swoim życiu wykastrował niejednego konia, podszedł do Kyu i usiadł przy nim. Chłopak miał dziesięć, może dwanaście lat, i było w jego twarzy coś, co przyciągało Bolda. Zdecydował się przy nim czuwać. Przez trzy dni chłopak błagał o wodę, Bold nie dal mu ani kropli.

Nocą trzeciego dnia znów pojawili się eunuchowie.

— No to teraz sprawdzimy, czy umrze, czy też będzie żył — powiedział Hua. Podnieśli chłopca i zdjęli mu bandaże, a Hua zwinnym ruchem usunął z rany zatyczkę. Chłopiec zaskowyczał, kiedy wytrysnął z niego silny strumień uryny, który wpadł do porcelanowej misy, podtrzymywanej u dołu przez innego eunucha.

— Jest dobrze — powiedział Hua do reszty milczących niewolników — dbajcie o jego higienę i przypomnijcie mu, że jeśli chce sobie ulżyć, musi usunąć zatyczkę, a potem wkładać ją z powrotem, dopóki rana całkowicie się nie zagoi.

Eunuchowie wyszli i zamknęli za sobą drzwi. Niewolnicy z Abisynii zwrócili się do chłopca:

— Jeśli będziesz dbał o czystość, to się szybko zagoi, uryna też oczyszcza, więc wszystko będzie w porządku, to znaczy… jeśli na przykład zmoczysz się, idąc.

— Jakie szczęście, że nam tego nie zrobili.

— A kto powiedział, że jeszcze nie zrobią?

— Nie robią tego dorosłym mężczyznom. Zbyt wielu od tego umiera. Tylko chłopcy mogą przeżyć taką stratę.

Następnego ranka Bold zaprowadził chłopca do wychodka i pomógł mu zdjąć bandaże, aby tamten mógł wyciągnąć zatyczkę i wysikać się. Następnie Bold umieścił zatyczkę z powrotem na miejscu i pokazał Kyu, jak i gdzie należy ją wkładać. Starał się być delikatny, mimo to chłopiec kwilił i jęczał na zmianę.

— Musisz nosić ją cały czas w środku, w przeciwnym razie przewód zasklepi się i umrzesz.

Chłopiec leżał na swojej bawełnianej koszuli i gorączkował. Wszyscy starali się nie patrzeć na jego okropną ranę, lecz nie sposób było jej co jakiś czas nie zauważyć.

— Dlaczego oni to robią? — powiedział ktoś po arabsku, kiedy chłopiec spał.

— Sami są eunuchami — odpowiedział któryś z Abisyńczyków — Hua jest eunuchem, nawet admirał jest eunuchem.

— I co, myślisz, że im się wydaje, że to oni wiedzą najlepiej?

— Oni wiedzą za dużo i właśnie dlatego to robią. Nienawidzą nas wszystkich. Dyrygują chińskim cesarzem i nienawidzą wszystkich oprócz siebie. Zobaczycie, jak to się skończy — mówił, machając rękami we wszystkie strony — wykastrują nas wszystkich. Jesteśmy zgubieni.

— Wy, chrześcijanie, lubicie tak mówić, ale jak na razie sprawdziło się to tylko w waszym przypadku.

— Bóg zabrał nas wcześniej do siebie, żeby skrócić nasze cierpienie. Nie martw się, na ciebie też przyjdzie kolej.

— Ja nie boję się Boga, tylko admirała Zheng He, eunucha Trzech Klejnotów. Zheng przyjaźnił się z cesarzem od dzieciństwa. Kiedy obaj mieli trzynaście lat, cesarz rozkazał go wykastrować. Dasz wiarę? Teraz już się tak utarło, że eunuchowie rzezają wszystkich chłopców, którzy wpadną w ich niewolę.

Przez następne dni Kyu miał coraz wyższą gorączkę i bardzo rzadko był przytomny. Bold siedział przy nim, wtykał mu do ust wilgotne szmatki i recytował w myślach sutry. Swojego własnego syna, który był wtedy w wieku Kyu, ostatni raz widział jakieś trzydzieści lat temu. Usta chłopca były szare i wyschnięte, jego ciemna skóra przybrała mętny odcień, była sucha i gorąca. Bold jeszcze nigdy nie widział, żeby ktoś przeżył taką gorączkę, i stwierdził w myślach, że dalsza troska jest już tylko stratą czasu. Lepiej pozwolić odejść tej pozbawionej płci istocie. Mimo wszystko nadal podawał mu wodę. Pamiętał, jak chłopak rozglądał się po okręcie, kiedy razem byli na załadunku, jego spojrzenie było takie intensywne i poszukujące. Teraz wyglądał jeszcze biedniej niż ciało afrykańskiej dziewczynki, która rozchorowała się śmiertelnie od infekcji łona.

Gorączka jednak minęła, a Kyu odzyskiwał apetyt, lecz kiedy całkowicie stanął na nogach, nie był już tak rozmowny jak dawniej, zmieniło się też jego spojrzenie. Teraz wpatrywał się w ludzi jak ptak, który nie do końca wierzy w to, co widzi. Bold już wiedział, że chłopiec opuścił swoje ciało, przeszedł bardo i powrócił jako inny człowiek, o całkowicie odmiennej naturze. Tamten czarny chłopiec już nie żył, ten zaś rozpoczynał właśnie swoją wędrówkę.

— Jak masz na imię? — zapytał Bold.

— Kyu — odpowiedział chłopiec bez widocznego zaskoczenia, jakby nie pamiętał, że już się raz Boldowi przedstawiał.

— Witaj w nowym życiu, Kyu.

Żegluga po otwartym oceanie była dla Bolda całkowicie nowym i zadziwiającym sposobem podróżowania. Niebo płynęło nad ich głowami, a oni jakby stali w miejscu. Bold próbował obliczyć dystans, jaki dziennie pokonywała flota, i zastanawiał się, czy na dłuższą metę ten rodzaj transportu byłby szybszy od koni, nie potrafił jednak dojść do jednoznacznego wniosku. Mógł jedynie wypatrywać pogody i czekać.

Dwadzieścia trzy dni później flota zawinęła do Kalikatu, największego portu na wschodnim Zanji, niemal tak dużego, jak port w Aleksandrii.

Pękate wieże z piaskowca,
Wysokie fortece obrośnięte listowiem,
Pną się ku słońcu i stykają z niebem.
Poniżej drewniane domy, wtulone w zieleń
I bruk ulic w centralnych dzielnicach miasta,
Które ciągnie się w obie strony wybrzeża,
I wcina wysoko pomiędzy wzgórza w oddali.
Jak okiem sięgnąć wielkie miasto.
Aż po strome ściany gór na horyzoncie.

Chociaż miasto rzeczywiście było ogromne, cały ruch zatrzymał się, kiedy do portu zawinęła chińska flota. Bold, Kyu i Etiopczycy patrzyli przez kraty na rozkrzyczane tłumy, na tych wszystkich kolorowo ubranych ludzi, machających bojaźliwie w ich stronę.

— Chińczycy kiedyś w końcu podbiją świat.

— A wtedy Mongołowie podbiją Chiny — dokończył Bold. Patrzył na Kyu, który obserwował kotłujący się na brzegu tłum.

Jego twarz miała wyraz preta — niepochowanego po śmierci. Takie samo spojrzenie miały demoniczne maski na starych malowidłach Bon, spojrzenie anioła śmierci. Bold widział jeszcze ten wzrok u swojego ojca, który potrafił w wielkim gniewie spojrzeć w głąb duszy człowieka, zabrać to, po co przyszedł, i udaremnić wszelki opór. Widząc ten wyraz twarzy u małego chłopca, Bold poczuł przeszywający dreszcz.

Znów wysłano ich do pracy przy rozładunku. Jedne towary przenosili z pokładu na łodzie, inne z łodzi do ładowni. Nie sprzedano tu jednak ani jednego niewolnika i tylko raz zabrano wszystkich na ląd do pomocy przy sortowaniu i transporcie ogromnego stosu bel tkanin. Musieli nosić je do długich czółen, którymi towar transportowano na pokład floty.

W trakcie tych prac Zheng He popłynął na ląd swoją łodzią malowaną w złote wzory, okutą szlachetnymi metalami i wysadzaną klejnotami i porcelanową mozaiką. Na dziobie jaśniał złoty galion. Zheng wstąpił na trap, miał na sobie złotą szatę, haftowaną błękitnymi i czerwonymi nićmi. Jego ludzie rozwinęli przed nim dywan, lecz on zboczył z niego, aby z bliska przyjrzeć się załadunkowi. Był to potężny mężczyzna, wysoki, barczysty i dumny niczym jego własny okręt na głębokim zanurzeniu. Nie był to Han, ale… eunuch. Wszystko, co mówili o nim Abisyńczycy, okazało się prawdą. Bold zerkał kątem oka na Zhenga i zauważył, że Kyu odstawił swoją belę materiału i w całkowitym bezruchu wpatrywał się w admirała. Zapomniał o pracy, mierzył Zhenga wzrokiem jastrzębia patrzącego na mysz. Bold szarpnął Kyu za ramię i pchnął go z powrotem do pracy.

— Chodź, Kyu, pamiętaj, że jesteśmy skuci tym samym łańcuchem, ruszaj się albo cię ogłuszę i będę ciągnął po ziemi. Nie chcę mieć przez ciebie żadnych kłopotów. Zapytaj Tary, co się dzieje z niewolnikami, którzy zadzierają z takimi jak Zheng.

Z Kalikatu pożeglowali na południe, do Sri Lanki. Niewolnicy zostali na pokładzie, a na ląd zeszli żołnierze, którzy nie wracali przez kilka następnych dni. Sądząc po zachowaniu pozostałych oficerów, Bold stwierdził, że tamci musieli wyprawić się na kampanię. Zaczął uważnie obserwować pozostałych wojskowych, którzy z każdym kolejnym dniem stawali się bardziej niespokojni. Bold wolał się nie zastanawiać, co by było, gdyby Zheng He nie wrócił. Mimo wszystko pewnie nie odpłynęliby od razu. Bombardierzy uwijali się jak w ukropie, przygotowując swój wybuchowy arsenał, kiedy admiralska łódź i towarzyszące jej inne łodzie wyłoniły się z wewnętrznego portu Sri Lanki i sunęły pośpiesznie w ich stronę. W mgnieniu oka byli na pokładzie i wznosili triumfalne okrzyki. Nie tylko udało się im wyjść cało z zasadzki przygotowanej na nich w głębi lądu, lecz również pojmać zdradzieckiego i samozwańczego władcę, który zasadzkę tę kazał zorganizować. Przy okazji uwięzili również prawowitego władcę — cała historia była dość niejasna, gdyż nie wiadomo było, który z nich jest który i dlaczego Chińczycy poczuwali się w mocy, aby razem z samozwańcem uprowadzić prawowitego władcę. Najbardziej zdumiewające było to, jak powiadano, że prawowity władca od dawna znajdował się w posiadaniu najświętszej relikwii tej wyspy, zęba Buddy, zwanego Dalada. Zheng uniósł mały, złoty relikwiarz, aby wszyscy na pokładzie mogli zobaczyć cenne trofeum. Niewątpliwie był to ludzki kieł. Cała załoga, pasażerowie, niewolnicy i wszyscy inni spontanicznie, głośno i długo wyrażali uznanie, wydając z siebie rozdzierające okrzyki.

— Niezły dar od losu — powiedział Bold do Kyu, kiedy uciążliwy zgiełk nieco przycichł. W głębi duszy Bold uważał tę relikwię za zbyt hojny dar, aby na jego widok się nie zlęknąć. Złożył dłonie i zaintonował sutrę Zstąpienie na Lankę. Niewątpliwie ten sam lęk wyrażał się w większości okrzyków załogi. Budda pobłogosławił niegdyś Sri Lankę, tę niezwykłą ziemię, na której rosto drzewo Bohdi, a jego skrystalizowane łzy nadal toczyły się po zboczach świętej góry, wznoszącej się w centralnej części kraju. Na owej górze Adam zostawił niegdyś odcisk swej stopy. To oczywiste, że nie powinno się zabierać Dalady z jej pierwotnego miejsca, zwłaszcza z kraju błogosławionego, jakim jest Sri Lanka. Bez wątpienia czyn ten był wielce zuchwały.

Kiedy okręt popłynął dalej na wschód, opowieść o wydarzeniu okrążyła cały statek. Mówiono, że Dalada jest jak pieczęć potwierdzająca prawo króla do sprawowania władzy i że relikwia powróci na Sri Lankę, kiedy cesarz Yongle ureguluje wszystkie kwestie prawne tego przypadku. Niewolników uspokoiła ta wiadomość.

— Zatem to cesarz Chin zdecyduje, kto będzie rządził wyspą — powiedział Kyu. Bold skinął giową. Cesarz Yongle sam doszedł do władzy w wyniku brutalnego przewrotu. Bold nie do końca wiedział, który z lankijskich pretendentów do tronu mógłby być jego sprzymierzeńcem. Fakt pozostawał faktem, Dalada był z nimi na pokładzie.

— To bardzo dobrze — powiedział do Kyu po długim namyśle — nic złego nie może nam się stać podczas tego rejsu.

I tak też było. Ciemne nawałnice zmierzające prosto na nich niezauważenie wyparowywały tuż przed uderzeniem. Wielkie fale kołysały horyzontami, potężne, smocze ogony biły morską pianę, a oni pośrodku żeglowali po spokojnym morzu, w otulającej ich zewsząd ciszy. Przepłynęli cieśninę Malakka i bez większych przeszkód minęli Palembang. Będąc już bardziej na północy, nie padli ofiarami piratów ani japońskich wakou. Z drugiej strony, jak zauważył Kyu, żaden pirat o zdrowych zmysłach nie ośmieliłby się narażać tak potężnej flocie, bez względu na to, czy byłaby ona w posiadaniu zęba Buddy, czy nie.

W końcu wpłynęli na wody Morza Poludniowochińskiego. Ktoś powiedział, że tamtej nocy widział Daladę, jak unosił się na wodzie, tuż obok okrętu. Podobno wyglądał jak mały płomień świecy.

— Ale czy ten ktoś upewnił się, że to na pewno nie był płomień świecy? — zapytał Kyu.

Następnego ranka słońce wstało na czerwono. Od wschodu na horyzoncie kłębiły się czarne chmury. Widok ten przypomniał Boldowi burzę, która zabiła Timura.

Zacinał rzęsisty deszcz, a porywisty wiatr spienił powierzchnię oceanu i dął na przestrzał ciemnego luku. Bold pomyślał, że burza jest o wiele groźniejsza na morzu niż na lądzie. Pokładowy astrolog wrzeszczał coś o wielkim smoku żyjącym pod wodami morza, przez które płynęli. Podobno rozgniewał się i wielkim ogonem burzył wodę wokół nich. Bold dołączył do innych niewolników, którzy przywarli do wąskich, okratowanych okienek, i razem z nimi wypatrywał łusek, pazura czy smoczego pyska. Niestety, piana unosząca się ponad powierzchnią białej wody znacznie ograniczała widoczność. Przez chwilę Bold miał wrażenie, że dojrzał skrawek zielonego ogona znikający w białej kipieli.

Wicher gwiżdże wśród dziewięciu nagich masztów,
Wielki okręt rozhuśtany przez wiatr.
W jedną stronę, w drugą stronę, jak boja,
Mniejsze statki wśród okrętów, jak korkowe spławiki.
W okratowanym okienku widok pojawia się i znika.
Woda wdziera się pod pokład.
W taką burzę, nic innego tylko trzymać się mocno!
Bold i Kyu przywarli do ściany.
Poprzez świst wiatru słuchają oficerskich okrzyków,
Dudnienia stóp po pokładzie,
To marynarze ratują żagle,
Wiążą rumple we właściwej pozycji.
Słyszą lęk w głosie bosmana
I czują go w swoich kolanach.

Na górnym pokładzie rufowym zebrali się oficerowie i astrologowie, którzy odprawili ceremonię obłaskawienia. Słychać było, jak sam Zheng He woła do Tianfei, chińskiej bogini pomyślności na morzu.

— Niechaj smoki ciemnych wód zejdą w morskie głębiny, niech opuszczą nas i nie sprowadzają na nas klęski! Uniżenie, nabożnie i z szacunkiem ofiarujemy ten oto dzban wina, ofiarujemy raz i jeszcze raz, wylewamy to wspaniałe, wonne wino! Aby nasze żagle wypełniły się pomyślnym wiatrem, aby rejs nasz był spokojny. Niech wszystkosłyszące i wszystkowidzące waleczne duchy wiatrów i duchy pór roku, poskramiacze fal i pożeracze grzmotów, podniebni nieśmiertelni, Bóg roku i opiekunka naszego okrętu, Niebiańska Pocieszycielka, wspaniała, boska, cudowna, słuchająca, tajemnicza Tianfei, ocalą nas!

Patrząc do góry, przez przeciekające pęknięcia w deskach pokładu, Bold dostrzegł całe gromady marynarzy, którzy przyglądali się ceremonii, usiłując przekrzyczeć huk wiatru. Strażnik niewolników zawołał do nich.

— Módlcie się do Tianfei, módlcie się do Niebiańskiej Pocieszycielki, jedynej nadziei marynarza! Módlcie się o jej wstawiennictwo! Wszyscy! Jeśli nadal będzie tak wiało, to rozerwie okręt na strzępy.

— Ocal nas, Tianfei — mantrował Bold, ściskając mocno ramię Kyu, aby robił to samo, co on. Chłopak jednak nie odezwał się. Wskazał ręką na przedni maszt, który z trudem dostrzegali przez okienne kraty. Bold przyjrzał się uważnie i zobaczył coś na kształt czerwonych smug światła tańczących między masztami niczym gorejące kule, czy chińskie lampiony nieoklejone papierem, niczym ogień buchający w przestrzeń ze szczytów masztów, oświetlający spadające krople deszczu, a nawet spody czarnych chmur, które rozpruwały się ponad nimi. Nieziemskie wręcz piękno tej sceny zepchnęło w cień wszelki lęk. Bold i wszyscy inni znaleźli się poza zasięgiem strachu. Widok był tak niezwykły i porażający, że nikt na pokładzie nie przejmował się już ani życiem, ani śmiercią. Wszyscy krzyczeli i modlili się, ile sił w płucach. Z tańczących czerwonych płomieni wyłoniła się Tianfei. Jej postać jaśniała ponad nimi, a wiatr ucichł. Morze dokoła uspokoiło się. Tianfei rozbłysnęła czerwienią, po czym rozmyta się w powietrzu. Dziękczynne wołania załogi brzmiały głośniej od szumu fal. Spienione bałwany przewalały się i kotłowały, jednak już w bezpiecznej odległości od nich, w połowie drogi do horyzontu.

— Tianfei! — wykrzyknął Bold razem z innymi — Tianfei!

Zheng He stal przy balustradzie, na szerokim pokładzie rufowym i wznosił dłonie do nieba, łapiąc w nie deszcz.

— Tianfei! Tianfei! — krzyczał — ocaliła nas!

Wszyscy na pokładzie wtórowali mu. Wypełniała ich radość, tak jak przed chwilą powietrze wypełniło się czerwonym światłem bogini. Jakiś czas później znów mocno wiało, lecz wtedy już nikt się nie lękał.

5

W restauracji w Hangzhou Bold i Kyu łączą się ze swą jati. W jednej chwili kończy się czas wielomiesięcznej harmonii.

Wymęczona przez sztorm, ocalona przez Tianfei, chińska flota skarbów wpłynęła do szerokiego estuarium. Na brzegu, za wysokim wałem widać było dachy wielkiego miasta. Już jego część, widoczna z pokładu okrętu, była większa od wszystkich miast, jakie Bold w życiu oglądał. Gdyby zebrać razem wszystkie bazary środkowej Azji, wszystkie indyjskie miasta, które Timur starł z powierzchni ziemi, wszystkie miasta widma Frengistanu, białe plaże Zanji i Kalikatu, to może zajęłyby ćwierć, a może jedną trzecią powierzchni tej ziemi pokrytej szerokim dywanem dachów, stepem dachów, ciągnącym się aż po linię wzgórz na zachodzie.

Milczący niewolnicy stali na śródokręciu, pośród radujących się Chińczyków, którzy wołali:

— Tianfei, Niebiańska Pocieszycielko, dziękujemy ci!

A inni dodawali:

— Dornie mój rodzinny, Hangzhou! Myślałem, że już nigdy cię nie ujrzę! Dornie mój, żono moja, uczto noworoczna! Jesteśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie, bo odbyliśmy podróż na drugą stronę świata i udało nam się bezpiecznie wrócić! — Ich okrzykom nie było końca.

Wielkie, kamienne kotwice zarzucono w miejscu, gdzie rzeka Chien-tang wpływała do estuarium. Tam silne prądy odpływu mogły znieść na mieliznę albo wypchnąć daleko w morze każdy słabo zakotwiczony statek. Rozpoczął się rozładunek. Była to ogromna operacja. Kiedy podczas zmiany warty Bold jadł swoją porcję ryżu, stojąc pod wyciągiem z miską w dłoni, zauważył, że na brzegu nie było ani koni, ani wielbłądów, ani bawołów, ani nawet osłów czy mułów, które mogłyby pomóc nie tylko przy rozładunku, ale i przy innych robotach trwających w mieście. Zamiast zwierząt pracowali ludzie, tysiące ludzi poustawianych w niekończące się kolejki, podających sobie żywność i towary z rąk do rąk. Inni, głównie kanałem, odprowadzali śmieci i nieczystości, w tę i z powrotem, jak gdyby miasto było wielkim cesarskim organizmem, karmionym i wypróżnianym przez wszystkich poddanych jednocześnie.

Praca przy rozładunku ciągnęła się przez wiele dni. Bold i Kyu mieli okazję obejrzeć część portu Kanpu i Hangzhou, kiedy obsługiwali barki na trasie do carskich magazynów, położonych pod wielkim kompleksem, na południowym wzgórzu, gdzie setki lat temu mieściła się cesarska posiadłość. Teraz w dawnych zabudowaniach pałacowych żyli pomniejsi arystokraci, wyżsi rangą urzędnicy i eunuchowie. Po północnej stronie wzgórza ciągnęły się mury starego miasta. Był to rozległy labirynt gęsto stłoczonych, drewnianych budynków, pięcio-, sześcio-, a nawet siedmiopiętrowych. Stare domy pochylały się nad kanałami, pościel wisiała na balkonach i schła w słońcu, z niektórych dachów wyrastała zielona trawa.

Rozładowując barki, Bold i Kyu wyglądali z kanałów i gapili się na to wszystko jak oniemiali. Kyu patrzył swoim ptasim wzrokiem, jakby nic go nie dziwiło i nic nie robiło na nim wrażenia, jakby zupełnie niczego się nie bał.

— Dużo ich — stwierdził lapidarnie.

Cały czas pytał Bolda o chińskie nazwy różnych rzeczy, a ten, usiłując odpowiedzieć na wszystkie pytania, sam przyswoił sobie wiele nowych słów.

Kiedy zakończono rozładunek, zgromadzono wszystkich niewolników z okrętu i zabrano ich na Wzgórze Feniksa — wzgórze obcokrajowców — i sprzedano lokalnemu kupcowi o imieniu Shen. Nie było tu targu niewolników, żadnych aukcji i wybrzydzania. Nigdy się nie dowiedzieli, ile za nich zapłacono ani kto tak naprawdę był ich właścicielem podczas morskiego rejsu. Możliwe, iż był to sam Zheng He.

Skutych łańcuchami Bolda i Kyu zaprowadzono wąskimi, zatłoczonymi uliczkami do budynku położonego na brzegu jeziora, stanowiącego zachodnią granicę miasta. Na pierwszym piętrze mieściła się restauracja. Był czternasty dzień pierwszego księżyca w roku, jak powiedział im Shen, początek Święta Lampionów, więc będą musieli szybko przyuczyć się do nowego zawodu, bo w restauracji roiło się od klientów.

Przy restauracyjnych stolikach
Na promenadzie nad brzegiem jeziora
Wszystkie miejsca zajęte przez okrągły dzień.
Tafla jeziora usiana łodziami,
Na każdej lampiony świetliste,
Kolorowe szkło malowane
Biały jadeit rzeźbiony.
Wiatraki furkocą w gorącym powiewie od świec.
Papierowe lampiony spalają się nagłym blaskiem.
Tłumy ludzi przyszły z nimi na szeroką groblę,
Drugi brzeg też zatłoczony,
Więc pod wieczór
Całe jezioro i miasto spowijał uroczysty blask.
Piękno takich chwil zaskakuje znienacka.

Najstarsza żona Shena, I-Li, rządziła w kuchni żelazną ręką. Bolda i Kyu od razu wysłano do przenoszenia ogromnych worków ryżu z barek zacumowanych w kanale z tyłu restauracji do środka. Później wynosili wory z odpadkami z powrotem na inne barki, sprzątali ze stołów, szorowali i zamiatali podłogi. Biegali tam i z powrotem, a nawet czasem na górę, do części mieszkalnej, znajdującej się nad restauracją. Ruch był nieustający. Cały czas otaczały ich zatrudnione w restauracji kobiety ubrane w białe szaty, z papierowymi motylami we włosach oraz setki innych kobiet, przechadzających się pod różnokolorowymi parasolkami. Od wszystkich tych widoków, zapachów i napojów, które wypijali z pozostawianych na stołach czarek, kręciło się im w głowach. Pili poncz z liczi i imbiru, miód, sok z papai i brzoskwiń, zieloną i czarną herbatę. Shen serwował piętnaście rodzajów wina ryżowego — spróbowali resztek każdego z nich. Pili wszystko oprócz wody, o której powiedziano im, że może być niebezpieczna dla zdrowia.

Jeśli chodzi o jedzenie, to najczęściej trafiało do nich w postaci resztek ze stołów. To, co dostawali oficjalnie, było godne pożałowania. Codziennie rano otrzymywali talerz ryżu i nerki bądź jakieś inne odpadki podrobowe. Musieli radzić sobie sami i żywić się resztkami pozostawianymi przez klientów. Bold zjadał wszystko, co mu wpadało w ręce, i był niezwykle zdumiony różnorodnością tego jadła. Święto Lampionów stanowiło dla Shena i I-Li okazję do pochwalenia się ich pełnym menu. Bold zyskiwał sposobność do spróbowania mięsa sarny, jelenia, królika, kuropatwy, przepiórki, małży gotowanych w ryżowym winie, gęsi w morelach, zupy z nasion kwiatu lotosu, zupy z drzewa pimentowego z omułkami, ryb gotowanych w śliwkach, klusek nadziewanych mięsem, sufletów, ciast i ciastek z mąki kukurydzianej i z owocami — w sumie wszystkiego oprócz wołowiny. Chińczycy nie hodowali bydła, mieli za to osiemnaście gatunków soi, jak mówił Shen, dziewięć ryżu, jedenaście odmian moreli i osiem gatunków brzoskwiń. Każdego dnia w restauracji odbywała się prawdziwa uczta.

Kiedy Święto Lampionów dobiegło końca i ruch nieco zelżał, I-Li zaczęła robić sobie krótkie przerwy w pracy w kuchni i odwiedzała inne restauracje w mieście, aby wybadać, czy podawano w nich coś nowego. Po każdej takiej wycieczce zawiadamiała Shena i kucharzy o konieczności przyrządzenia na przykład słodkiej zupy sojowej, jak ta, którą widziała na Targu Różności, albo wieprza pieczonego w popiele, podawanego w Pałacu Długowieczności i Współczucia.

Później zaczęła zabierać z sobą Bolda na poranne wyprawy do rzeźni, mieszczącej się w samym sercu starego miasta. Kupowała wieprzowe żeberka, wątrobę oraz nerki dla niewolników. Dopiero po wizycie w rzeźni Bold dowiedział się, dlaczego nie wolno było pić miejskiej wody. Krew i odpadki z ubojni zmywano wprost do szerokiego kanału, który wpadał do rzeki. Często zdarzało się, że przypływ cofał wodę prosto do sieci kanałów miejskich.

Pewnego dnia, wracając za I-Li z taczką wypełnioną wieprzowiną, Bold zatrzymał się, aby ustąpić z drogi dziewięciu pijanym kobietom ubranym w białe stroje. Poczuł, jakby przez chwilę znalazł się w innym świecie. Po powrocie do restauracji powiedział do Kyu:

— Odrodziliśmy się na nowo i nawet tego nie zauważyliśmy.

— A może ty się dopiero co urodziłeś, bo wyglądasz tutaj jak dziecko.

— Obaj się odrodziliśmy, rozejrzyj się! To jest… — nie potrafił tego wyrazić.

— Są bogaci, ot co — powiedział Kyu i wrócili do pracy.

Czy trwało święto, czy nie, promenada nad brzegiem jeziora nigdy nie wyglądała zwyczajnie, a świętowano tu coś każdego miesiąca. Brzeg jeziora był dla mieszkańców Hangzhou głównym miejscem spotkań. Każdego tygodnia pomiędzy bardziej oficjalnymi uroczystościami odbywały się tam prywatne przyjęcia. Przez cały dzień na promenadzie trwała parada większej bądź mniejszej próżności, było więc dużo pracy przy zaopatrzeniu i prowadzeniu restauracji, lecz jednocześnie oznaczało to ogromne ilości jedzenia i picia, które można było podkradać czy nawet rabować z kuchni — Bold i Kyu byli ciągle nienasyceni.

Wkrótce przywykli do wszystkiego i żyli, jakby nigdy wcześniej nie wiedli innego życia. Jakiś czas przed wschodem rozbrzmiewał dźwięk pałeczek uderzających w deseczki, po czym odzywał się miejski synoptyk i obwieszczał wyniki swoich obserwacji z wieży przeciwpożarowej.

— Pada! Niebo zachmurzone!

Bold, Kyu i około dwudziestu innych niewolników wstawało i opuszczało zamykane na noc pomieszczenie. Większość z nich szła w stronę kanału zaopatrzeniowego, biegnącego tędy z centrum miasta. Tam czekały już na nich barki z ryżem. Załogi barek musiały wstawać jeszcze wcześniej, mieli nocną pracę i zaczynali około północy wiele, wiele li stąd, teraz dźwigali pękate worki z ryżem i ładowali je na taczki, a inni niewolnicy odwozili je wąskimi alejkami do restauracji Shena.

Zamiatają podłogę,
Rozpalają w piecach, zastawiają stoły,
Myją misy, pałeczki, kroją warzywa, gotują,
Znoszą jadło do łodzi Shena.
A kiedy wstaje dzień i schodzą się ludzie,
Na śniadanie nad brzegiem jeziora,
Oni pomagają kucharzom, przyjmują zamówienia,
Sprzątają ze stołów — robią wszystko, co trzeba,
Zatopieni w medytacji nad pracą swych rąk.

Z racji tego, że byli świeżymi niewolnikami, najcięższa praca przypadała właśnie im, lecz w restauracji nawet najcięższa praca nie była szczególnie wymagająca. Mieli stały dostęp do pożywienia i pewnie dlatego Bold uznawał ich aktualną sytuację za wynik nad wyraz pomyślnego splotu wydarzeń. Nareszcie mogli przybrać trochę na wadze, przyswoić sobie lokalny dialekt i zwyczaje Chińczyków. Kyu nie dawał po sobie poznać, że zwraca uwagę na takie rzeczy. Udawał, że nie rozumie, kiedy mówiono do niego po chińsku. Bold jednak widział, jak chłopak chłonął wszystko dookoła — spoglądał ukradkiem, jakby w ogóle nie patrzył, a jednocześnie widział wszystko. Taki był Kyu, znał już język chiński o wiele lepiej niż Bold.

Ósmego dnia czwartego księżyca odbywało się kolejne duże święto, poświęcone bóstwu opiekuńczemu miejskich rzemieślników. Szeroka cesarska droga przecinająca stare miasto z północy na południe wypełniła się hucznymi paradami, urządzanymi przez członków wszystkich gildii. Później zabawa przenosiła się nad Jezioro Zachodnie, gdzie można było wziąć udział w wyścigu smoczych łodzi bądź rozerwać się na wiele innych sposobów, jakie zwykle oferowało nabrzeże. Każda gildia miała swoje własne kostiumy, maski, parasolki, chorągiewki lub bukieciki, którymi wymachiwali, idąc razem, ustawieni w kwadraty, i wykrzykując:

— Dziesięć tysięcy lat! Dziesięć tysięcy lat!

Robili tak, odkąd w Hangzhou mieszkali cesarzowie, którzy przyjmowali z radością te pełne nadziei życzenia długowieczności. Wygodnie ułożeni na brzegu jeziora, uważnie śledzili korowodowy taniec stu młodych eunuchów — tradycyjny obrządek ściśle związany z tym świętem. Kyu jak zahipnotyzowany przyglądał się roztańczonym dzieciom.

Później tego samego dnia Bold i Kyu zostali przydzieleni do jednej z lodzi wypoczynkowych Shena, stanowiących przedłużenie jego restauracji.

— Dla naszych pasażerów przygotowaliśmy dziś wspaniałą ucztę! — wołał Shen, kiedy przybyli na miejsce i zaczęli wchodzić na pokład — będziemy serwować Osiem Przysmaków: smocze wątróbki, szpik Feniksa, łapy niedźwiedzia, małpie usta, nienarodzone króliki, ogon karpia, opiekanego rybolowa a do tego kumis.

Bold uśmiechnął się na myśl o kumisie. Przecież to tylko sfermentowane mleko oślicy, a oni włączają je do Ośmiu Przysmaków. Bold dorastał na kumisie.

— Niektóre z przysmaków zdobywa się łatwiej niż inne — odezwał się, na co Shen zaśmiał się i wepchnął Bolda na pokład.

Wypłynęli na jezioro.

— Za takie kłamstwa powinni ci język odciąć! — zawołał Kyu do Shena, kiedy ten nie mógł go już usłyszeć. Bold roześmiał się.

— Osiem Przysmaków! Co oni sobie wyobrażają!

— Po prostu lubują się w liczbach — stwierdził Kyu — Trzej Oczyszczeni, Czterej Cesarzowie, Dziewięć Ciał Niebieskich…

— Dwadzieścia osiem konstelacji.

— Dwanaście gałęzi czasu, Pięciu Starszych z Pięciu Regionów.

— Pięćdziesiąt gwiezdnych duchów.

— Dziesięć grzechów niewybaczalnych.

— Sześć złych przepisów. Kyu zachichotał.

— Nie, oni nie lubują się w liczbach, oni uwielbiają listy, długie listy rzeczy, które posiadają.

Na środku jeziora Bold i Kyu mogli przyjrzeć się z bliska wspaniale zdobionym smoczym łodziom, przybranym kwiatami, różnobarwnymi chorągiewkami i wiatraczkami. Na każdej z nich szaleni muzykanci przygrywali na bębnach i rogach, jakby chcieli zagłuszyć muzykę, dobiegającą z innych łodzi, podczas gdy stojący na dziobach pikinierzy kijami owiniętymi tkaniną zrzucali ludzi do wody.

Pośród radosnego zgiełku, uwagę zgromadzonych przykuły nagle głosy innej tonacji, niosące się po tafli jeziora. Krzyczeli ludzie na łodziach, którzy pierwsi dostrzegli pożar. W jednej chwili wszelkie zabawy ustały, lodzie spływały gęsiego w stronę lądu i tłoczyły się w dokach, jedna na drugiej. Ludzie przebiegali po łodziach, jedni kierowali się w stronę pożaru, inni do swoich dzielnic. Kiedy Bold i Kyu śpieszyli do restauracji, po raz pierwszy zobaczyli straż pożarną. Każda dzielnica miała własną, w pełni wyposażoną brygadę pożarową, która docierała na miejsce, kierując się oznaczeniami flagowymi na wieżach obserwacyjnych, rozstawionych w całym mieście. W dzielnicach zagrożonych płomieniami dachy nasączano wodą i usuwano pojedyncze zarzewia, niesione przez gorący wiatr. Większość zabudowań w Hangzhou była drewniana lub bambusowa i co jakiś czas w mieście wybuchał pożar, więc mieszkańcy bardzo dobrze znali całą procedurę. Bold i Kyu biegli za Shenem w stronę płonącej dzielnicy, znajdującej się na północ od ich domu, skąd tego dnia wiał wiatr — więc oni również byli w niebezpieczeństwie.

Wzdłuż granicy ognia uwijali się mężczyźni i kobiety. Ludzie ustawiali się w długie kolejki, ciągnące się od najbliższych kanałów, i z rąk do rąk podawali sobie drewniane i bambusowe wiadra, które trafiały do dymiących budynków, gdzie wylewano wodę prosto w płomienie. Było też wielu mężczyzn z kijami, pikami, a nawet z kuszami. Zatrzymywali i wypytywali wszystkich wyciągniętych z alejek ogarniętych pożogą. Nagle część uzbrojonych zaczęta bić jednego, który wyłonił się z płomieni — zakatowali go na śmierć, na miejscu, pośrodku akcji przeciwpożarowej. Ktoś powiedział, że to szabrownik. Wkrótce na miejsce przybyły posiłki wojskowe, wysłane do pomocy przy łapaniu złodziei, których zabijano na miejscu, a czasem po przeprowadzeniu publicznych tortur.

Bold sam zauważył kilka postaci, które pomimo tak wielkiego ryzyka wskakiwały bez wiader w ogień i po chwili wydostawały się z płonących budynków. Walka z szabrownikami była niemal tak samo zażarta jak z żywiołem. Kyu też zwrócił na to uwagę, podając na górę wiadra z wodą — bez skrępowania przyglądał się teraz wszystkiemu dokoła.

Mijały kolejne dni, a każdy następny był bardziej pracowity od poprzedniego. Kyu nadal prawie w ogóle się nie odzywał i chodził z opuszczoną głową, jak zwierzę pociągowe czy pomywacz niezdolny do opanowania chińskiego — tak przynajmniej myśleli o nim wszyscy w restauracji. Chińczycy postrzegali czarnych niewolników jako istoty niższego rzędu.

Bold coraz więcej pomagał I-Li, której najwyraźniej spodobało się jego towarzystwo podczas wycieczek do miasta, kiedy to musiał coraz sprawniej manewrować taczką w tłumie, aby nadążyć za swoją panią.

Zawsze gdzieś się śpieszyła, najczęściej w poszukiwaniu nowych potraw, i zawsze wszystkiego skrupulatnie próbowała. Bold zauważył, że restauracja cieszyła się tak dużym powodzeniem głównie dzięki jej staraniom. Shen bardziej zawadzał niż się przydawał, mylił się w rachunkach na liczydle i ciągle o czymś zapominał, zwłaszcza o swoich długach. Poza tym wynajmował za pieniądze swoich niewolników i kobiety.

Bold cieszył się więc, kiedy I-Li zabierała go do miasta. Czasem odwiedzali Mamę Sung, tuż za Bramą Rezerwowych Skarbców, aby spróbować jej białej zupy sojowej. Przyglądali się, jak Wei Szerokie Ostrze gotuje wieprzowinę na Moście Kotów, a u Chong 5. naprzeciwko Pawilonu Pięciu Przęseł próbowali miodowych racuchów. Z powrotem w swojej kuchni I-Li próbowała odtwarzać spróbowane dania, kręcąc złowieszczo głową i cmokając, jak to miała w zwyczaju robić. Czasem przerywała pracę w połowie i udawała się do swojego pokoju, aby spokojnie rzecz przemyśleć. Po chwili najczęściej wołała Bolda na górę i wysyłała go do miasta z listą przypraw i innych składników, które według niej udoskonalą potrawę.

Przy łóżku w jej pokoju stał stół, a na nim szklane pojemniki z kosmetykami, biżuteria, flakony perfum, kryształowe lustra i puzderka łąkowe, jadeitowe, złote i srebrne — zapewne podarunki od Shena. Bold zerkał ukradkiem na te przedmioty, a ona siedziała i rozmyślała.

Tuba białego pudru podkładowego,
Nienaruszona, zapieczętowana,
Cienie w głębokich różach, ogniste rumieńce.
Pudełko liści balsamowca startych z ałunem
Na pękające paznokcie.
Kobiety w restauracji musiały je pokazywać,
Paznokcie I-Li były obgryzione do kości.
Kosmetyki nieużywane,
Biżuteria nienoszona,
W kryształowych zwierciadłach nie oglądała swej twarzy.

Kiedyś poplamiła sobie dłonie różowym barwnikiem z balsamowca, innym razem wpuściła do kuchni wszystkie psy i koty, ot tak sobie, żeby zobaczyć, co się stanie — Bold nie do końca ją rozumiał.

I-Li żywo interesowała się sprawami miasta. Połowę czasu na wycieczkach po przedmieściach zajmowały jej rozmowy i wypytywanie dosłownie o wszystko. Kiedyś wróciła do domu zmartwiona.

— Bold, niektórzy mówią, że na północy ludzie chodzą do restauracji, w których podaje się ludzkie mięso. Nazywają to dwunożnym baranem. Słyszałeś kiedyś o czymś takim? Może to jakaś inna nazwa starca albo kobiety, a może młodych dziewcząt albo dzieci? Naprawdę mieszkają tam aż takie potwory?

— Nie wydaje mi się — odrzekł Bold — nigdy się z czymś takim nie spotkałem.

Odpowiedź ta nie dała jej pewności. We śnie często widywała zgłodniałe duchy, które przecież skądś musiały się brać. Czasem żaliły się, że zjedzono ich ciała. Było to dla niej logiczne, że zbierają się akurat w okolicy restauracji, gdzie mogą znaleźć jakąś marną rekompensatę. Bold skinął głową, dla niego też było to logicznie, choć trudno było mu uwierzyć, że tak wspaniale rozwijające się miasto mogłoby stanowić schronienie dla praktykujących kanibali. Czego jak czego, ale jedzenia tu nie brakowało.

Restauracja przynosiła coraz większe zyski, więc I-Li wymusiła na Shenie modernizację całego lokalu. Wycięto otwory w bocznych ścianach i wstawiono w nie okna z kwadratowymi treliażami, na których rozpięto pergamin, który lśnił lub pąsowiał od słońca, w zależności od pory dnia i pogody. Cały front budynku nakazała otworzyć na nabrzeżną promenadę, a plac na dole wyłożyć glazurowaną cegłą. Latem, kiedy komary najbardziej dokuczały, zapalała na werandzie kadzidła. Wzniosła kilka ściennych ołtarzyków poświęconych różnym bóstwom, duchom miejsc, duchom zwierząt, demonom i zgłodniałym duchom. Spełniła też pokorną prośbę Bolda i jeden ołtarzyk ofiarowała Tianfei, Niebiańskiej Pocieszy-cielce, choć miała pewne wątpliwości, czy to aby nie jest inne imię Tary, której poświęcono już wiele miejsc i wnęk w całym domu. I-Li stwierdziła, że jeśli Tara się pogniewa, to będzie to kłopot Bolda.

Jednego dnia wróciła do domu i opowiedziała historię o ludziach, którzy umarli, a wkrótce potem powrócili do życia, gdyż najprawdopodobniej niebiańscy skrybowie popełnili błąd i zapisali nie te imiona, co trzeba. Bold uśmiechnął się. Chińczycy wymyślają zmarłym bardzo skomplikowaną biurokrację, podobnie zresztą jak żyjącym.

— Wrócili na ziemię z przekazem dla swoich krewnych. Wszystko, co mówili, zgadzało się ze stanem faktycznym, a byty to rzeczy, o których niedawno zmarłe osoby po prostu nie mogły wiedzieć.

— Cuda — rzekł Bold.

— Cuda zdarzają się każdego dnia — odparła I-Li. Według niej wszechświat zamieszkiwały duchy, opiekunowie, demony i inne bezcielesne istoty, których było równie dużo, co i smaków. Nikt wcześniej jej nie opowiadał o krainie bardo, nie wiedziała też nic o sześciu planach istnienia, z których wyłaniał się rzeczywisty wszechświat, a Bold nie widział siebie w roli jej nauczyciela, więc świat nadal pozostawał dla niej krainą duchów i upiorów. Te najbardziej złośliwe można było trzymać od siebie z daleka, uciekając się do pewnych praktyk, których nie lubiły. Irytowały je dźwięki petard, bębnów i gongów. Można było także odganiać je patykiem lub palić suszony piołun. Ten botswański zwyczaj I-Li praktykowała od dawna. Zaopatrzyła się też w magiczne napisy kaligrafowane na miniaturowych skrawkach papieru i inne, wyryte na małych, srebrnych tulejach. Na każdym progu w całym domu porozkładała kwadratowe tabliczki białego jadeitu, tłumacząc, że demony nie lubią jego jasnego blasku. W domu i w restauracji powodziło się, więc czuła, że postępuje prawidłowo.

Podążając za nią kilka razy w tygodniu, Bold zdążył poznać Hang-zhou. Dowiedział się, że najlepsza skóra z nosorożca jest u Chiena, przy małym jeziorku Chinghu, przy końcu kanału zaopatrzeniowego, najwspanialsze turbany u Kanga, pod ósemką na ulicy Wytartej Monety lub u Yanga, pod trójką, wzdłuż kanału, za Trzema Mostami. Najlepszy wybór książek był na straganach pod wielkimi drzewami obok Pomarańczami. Wiklinowe klatki na ptactwo i świerszcze można było znaleźć na Alei Stalowej, grzebienie i szpilki z kości słoniowej u Feia, a malowane wachlarze na Moście Węglowym. I-Li lubiła wiedzieć o takich miejscach, nawet jeśli kupowała tam jedynie prezenty dla znajomych czy dla teściowej. Bold ledwo mógł za nią nadążyć. Kiedyś na ulicy opowiadała jedną ze swoich historyjek, kiedy nagle zatrzymała się, spojrzała mu w oczy i z zaskoczeniem stwierdziła:

— Zrozum, ja chcę wiedzieć wszystko!

Przez cały ten czas Kyu przyglądał się wszystkiemu. Pewnej nocy ósmego księżyca, podczas przypływu, kiedy rzeka Chientang burzyła się wysokimi falami, a w mieście roiło się od przyjezdnych, tuż przed godziną wybijaną na gadających bębnach i przed głośnymi obwieszczeniami synoptyka, Bolda zbudziło delikatne szczypnięcie w ucho i silny zacisk czyjejś dłoni na ustach. To był Kyu. W drugiej, uniesionej dłoni trzymał klucz od ich pokoju.

— Ukradłem klucz.

Bold odjął sobie dłoń Kyu od ust.

— Co ty wyprawiasz? — wyszeptał.

— Wstawaj! — powiedział po arabsku, w gwarze poganiaczy wielbłądów. — Uciekamy stąd.

— Co? — zdziwił się Bold. — O czym ty mówisz?

— Powiedziałem, że uciekamy.

— Ale dokąd mamy uciekać?

— Jak najdalej z tego miasta, na północ, do Nanjing.

— Ale przecież dobrze nam tu!

— Dobrze? Nic mi o tym nie wiadomo. O ile wiem, to już jesteśmy martwi. Właśnie zabiłem Shena.

— Co zrobiłeś?!

— Ciszej, musimy podłożyć ogień i wymknąć się stąd, zanim całe miasto stanie na nogi.

Bold oniemiał i osunął się na kolana, szepcząc.

— Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Dlaczego nie zapytałeś mnie o zdanie, przecież było nam tu dobrze.

— Chcę uciec — powiedział Kyu — ale do tego potrzebuję ciebie, potrzebuję swojego pana, aby móc się przemieszczać.

— Przemieszczać? Gdzie i jak?

Do tego czasu Bold już szedł za Kyu przez ciche i uśpione domostwo. Szedł na pamięć, w całkowitej ciemności — był to pierwszy dom, w którym mieszkał tak długo. Polubił go. Kyu wprowadził go do kuchni. Z pieca wyciągnął wetkniętą w tlący się żar gałąź — musiał włożyć ją tam jeszcze przed zbudzeniem Bolda, gdyż osmolony koniec palił się już żwawym płomieniem.

— Idziemy na północ, do stolicy! — powiedział przez ramię Kyu, wypuszczając Bolda na zewnątrz. — Chcę zabić cesarza.

— Co zrobić?

— Później dowiesz się więcej — odpowiedział Kyu, podtykając płonącą pochodnię pod garść sitowia i podpalając kawały wosku, które wcześniej ułożył pod ścianami w rogu.

Kiedy to się zajęło, wybiegł na zewnątrz i podpalił następną kulę bawełny i wosku podrzuconą wcześniej pod sąsiedni dom, później jeszcze jedno zarzewie cisnął na trzeci dom. Przez cały czas Bold stał tuż za nim, zbyt przerażony, aby trzeźwo myśleć. Na pewno zatrzymałby chłopca, gdyby ten nie zamordował wcześniej Shena. Kyu i Bold zostali pozbawieni życia i podpalenie całej dzielnicy było dla nich jedyną szansą ucieczki. Tylko pożar, w którym spłoną zwłoki Shena, mógł zatrzeć ślady zabójstwa. Całkiem prawdopodobnie spłonie też żywcem wielu niewolników, byli przecież zamknięci w swoich pokojach.

— Oby wszyscy się spalili — powiedział Kyu, odpowiadając na myśl Bolda.

6

Wielkim Kanałem nasi pielgrzymi uciekają przed sprawiedliwością. W Nanjing proszą o pomoc Eunucha Trzech Klejnotów.

Biegli na północ ciemnymi alejkami, wzdłuż kanału zaopatrzeniowego. Za ich plecami już jakiś czas temu rozległ się alarm. Ludzie krzyczeli, dzwony biły na trwogę, świeża, poranna bryza wiała znad Zachodniego Jeziora.

— Zabrałeś jakieś pieniądze? — przypomniało się nagle Boldowi.

— Wystarczająco dużo — odpowiedział Kyu, wskazując na wypchaną torbę, którą ściskał za pazuchą. Musieli uciekać jak najszybciej i jak najdalej się dało, a w parze z Murzynem trudno było nie rzucać się w oczy. Na jakiś czas Kyu musiał pozostawać młodym, czarnym, zniewolonym eunuchem, a Bold jego panem. To Bold będzie musiał rozmawiać ze wszystkimi i tłumaczyć się, właśnie dlatego Kyu zabrał go ze sobą i tylko dlatego Bold nie zginął razem z resztą domowników.

— A co z I-Li? Ją też zabiłeś?

— Nie martw się, w jej sypialni jest okno, poradzi sobie. Bold nie był tego taki pewny. Wdowy zwykle nie miały szczęścia.

Pewnie skończy jak Wei Szerokie Ostrze — na ulicy, smażąc jadło na ruszcie i sprzedając je przechodniom. Choć z drugiej strony, pewnie i takiej pracy by podołała.

Wszędzie, gdzie byli niewolnicy, tam też było sporo czarnych. Łodzie używane na wodach kanałów były przeciągane przez niewolników za pomocą kabestanów lub ręcznie, wtedy ciągnęli je za sobą, zaprzęgnięci jak muły czy wielbłądy. Może mogliby wcielić się w taką rolę i jakoś wtopić się w tłum. Bold też mógłby udawać niewolnika, ale to i tak na nic, bo przecież nadal potrzebowaliby pana. Jeśli udałoby się im podczepić pod końcówkę liny… Bold nie mógł uwierzyć, że myśli teraz o uczepieniu się do kanałowej liny, kiedy jeszcze niedawno obsługiwał klientów w restauracji. Na samą myśl o tym wezbrała w nim taka złość, że aż syknął na Kyu.

Los Kyu zależał teraz od Bolda. Bold mógłby z łatwością porzucić chłopca. Sam miałby większe szanse na wtopienie się w tłum i zniknięcie wśród cudzoziemskich kupców, buddyjskich mnichów i żebraków przemierzających chińskie drogi. Nawet znani z rozbudowanej biurokracji, lokalni yamenowie nie potrafili wyśledzić i zaksięgować wszystkich biedaków, włóczących się po wzgórzach i żyjących na dalekich obrzeżach miast. Niepokoiło go tylko, że w towarzystwie czarnego chłopca wyróżniał się z tłumu jak świąteczny przebieraniec z małpką na łańcuchu.

Mimo wszystko nie zamierzał zostawiać Kyu samego. Kiedy wychodzili na obrzeża miasta, od razu puszczali się biegiem dalej. Kyu ciągnął Bolda za rękaw i ponaglał go po arabsku.

— Przecież dobrze wiesz, że tego właśnie pragnąłeś. Jesteś mongolskim wojownikiem, sam tak mówiłeś, jesteś barbarzyńcą ze stepów, zaszczutym przez tych wszystkich kolorowych ludzi, i tylko udajesz, że ci nie przeszkadza bycie czyimś niewolnikiem i praca w kuchni. Dobrze ci wychodzi nie-myślenie o jednych rzeczach i przymykanie oka na inne. Tutaj chodzi o działanie. Cały czas tego chciałeś, tylko udawałeś, że nie chcesz.

Bold był zaskoczony, słysząc, że jego słowa można tak opacznie zrozumieć.

Na przedmieściach Hangzhou było o wiele więcej zieleni niż w okolicy starego placu centralnego. Przy każdym zabudowaniu wznosiły się drzewa, a gdzieniegdzie rozciągały się niewielkie sady morwowe. Za ich plecami rozbrzmiewały dzwony, całe miasto wrzało, dzień rozpoczął się w popłochu. Stojąc na niewielkim wzniesieniu, obejrzeli się za siebie i zobaczyli ognistą łunę nad brzegiem jeziora. Wyglądało na to, że cała dzielnica zajęła się tak szybko jak bawełniane szmatki zmieszane z woskiem, które przygotował Kyu, a silny, zachodni wiatr stale rozniecał pożar. Bold zastanawiał się, czy Kyu specjalnie czekał na noc sprzyjającą takiemu przedsięwzięciu, i myśl o tym zmroziła w nim krew. Wiedział, że chłopak jest bystry, ale nigdy nie podejrzewał go o taką bezwzględność. Co prawda miał on czasem spojrzenie pretów, które przypominało Boldowi wzrok Timura — tę intensywność skupienia, totemiczny wyraz i żarłoczny nafs wyzierający z twarzy. Każda osoba jest w pewnym sensie odzwierciedleniem swojego nafs. Bold już dawno stwierdził, że Kyu był sokołem, zakapturzonym i skrępowanym sokołem. Timur zaś był orłem, który wznosił się ponad chmury, pragnąc rozedrzeć świat na pół.

Zauważał pewne oznaki, miał już o nim jakieś wyobrażenie. Nadal jednak pozostawał ukryty aspekt Kyu, świadomość, że od momentu kastracji jego prawdziwe myśli byty gdzieś daleko stąd, a to miało ogromny wpływ na całą jego osobę. Tego pierwszego chłopca już dawno nie było. Został po nim nafs, który toczył bój o dominację nad nim.

Spiesznym krokiem przecinali teraz wysuniętą na północ prefekturę miasta Hangzhou, które opuścili, wychodząc ostatnią bramą w miejskim murze. Zaczęła się stroma droga, prowadząca na wzgórza Su Tung-po, skąd mieli dobry widok na nabrzeżne dzielnice. O poranku płomienie były już ledwo widoczne, za to więcej było kłębiącego się, czarnego dymu, z którego buchały iskry, rozniecające ogień dookoła.

— Ten pożar zabije mnóstwo ludzi.

— Nie zapominaj, że to Chińczycy — odparł Kyu. — Jest ich aż nadto, aby kiedykolwiek mogło ich zabraknąć.

Posuwając się na północ, wzdłuż zachodniego brzegu Wielkiego Kanału, mieli wiele okazji, aby się przekonać, jak bardzo zatłoczonym państwem są Chiny. Na wyżynach rozciągały się pola ryżowe i wioski, które żywiły ogromne miasto na wybrzeżu. Rolnicy wychodzili tu w pole tuż po świcie.

Wtykają źdźbła ryżu w ziemię podtopionych pól,
Schylając się raz za razem,
Za bawołem człowiek.
Smutny widok wysmaganej deszczem biedoty.
Maleńkie gospodarstwa, podupadłe, przydrożne wsie,
To wszystko
Po widokach splendoru Hanghzou.

— Nie rozumiem, dlaczego oni nie przeniosą się do miast — powiedział Kyu — ja bym się od razu przeprowadził.

— Nigdy by im to nie przyszło do głowy — odpowiedział Bold, dziwiąc się, że Kyu zakładał, iż wszyscy myśleli tak jak on — poza tym mieszkają tutaj całymi rodzinami.

Wielki Kanał wyłaniał się przed nimi spoza szpaleru drzew, jakieś dwa, trzy li dalej na wschód. Stały tam kopce ziemi i stosy drewna, ślady robót melioracyjnych. Pozostawali w bezpiecznej odległości od kanału, chcąc uniknąć patroli prefekturalnych i wojskowych, które tego tragicznego dnia mogły dokładniej kontrolował ruch wzdłuż kanału.

— Chcesz się napić wody? — zapytał Kyu. — Myślisz, że możemy się tu napić?

Chłopak był ostrożny i zapobiegliwy, Bold od razu to zauważył, lecz w tej sytuacji po prostu musiał tak się zachowywać. W okolicach Wielkiego Kanału widok Kyu nie był raczej niczym niezwykłym, Bold nie miał jednak żadnych papierów, a lokalni prefekci lub strażnicy mogli w każdej chwili zażądać odpowiednich dokumentów. Zatem ani kanał, ani pobliskie wsie nie były dla nich bezpieczną drogą. Musieli przemieszczać się to tu, to tam, w zależności od sytuacji, również nocą, co przyśpieszało pochód, lecz było bardziej niebezpieczne. Cały czas wydawało im się wielce nieprawdopodobne, aby komuś chciało się sprawdzać dokumenty tym wszystkim ludziom, którzy ich nie posiadali.

Zdecydowali się więc wmieszać w tłum. Kyu niósł swoje zawiniątko za pazuchą. Był skuty łańcuchem i taszczył bukłak z wodą Bolda. Udawał, że nie rozumie nic poza najprostszymi rozkazami. Udało mu się odtworzyć zastraszająco realistyczną postać idioty. Mężczyźni holowali barki w dól i w górę, inni pracowali przy kabestanach, zamykali i otwierali śluzy, przegradzające nurt w regularnych odstępach. Wśród ludzi często zdarzały się pary mężczyzn, pan i niewolnik. Bold rozkazywał Kyu i zarządzał nim, ale był zbyt niespokojny, aby móc traktować to jak zabawę. Kto wie, jakich kłopotów na północy Kyu jeszcze im przysporzy. Bold tego nie wiedział. Przeczuwał coś, lecz z minuty na minutę przeczucie to zmieniało się. Nadal nie mógł uwierzyć, że Kyu wymusił na nim ucieczkę. Znów gniewnie syknął na niewolnika. Decydował teraz o jego życiu i śmierci, lecz nadal nie przestawał się go bać. Na świeżo wybrukowanym placu przy nowej śluzie z drewnianych bali stał lokalny yamen ze swoimi urzędnikami, którzy kontrolowali co czwartą, piątą grupę przechodniów. Skinęli na Bolda i kiedy ten z beznadziejnym wyrazem twarzy prowadził w ich stronę Kyu, poprosili o dokumenty. Oprócz yamena był tam jeszcze jakiś wyższy urzędnik w lśniącej szacie i prefekt z emblematem na piersiach, na którym w bliźniaczych pozach wyszyty był wróbel i jastrząb. Stopień prefekta w hierarchii urzędniczej był łatwy do odczytania. Na emblemacie najniższych urzędników widniała przepiórka grzebiąca w ziemi, a najwyżsi rangą mieli wyszyte żurawie, szybujące ponad chmurami. Stał więc przed nimi dość ważny służbista, być może wysłany specjalnie w poszukiwaniu podpalacza Hang-zhou. Bold już zaczął wymyślać kłamstwa, a jego ciało samo rwało się do ucieczki, wtedy Kyu sięgnął do swojego bagażu i wręczył Boldowi plik dokumentów, przewiązany jedwabną wstążką. Bold odwiązał węzeł i wręczył papiery yamenowi, zastanawiając się, jaka może być ich treść. Znał tybetańskie litery mantry Om Mani Padme Hung, ale kto ich nie znal, skoro były wyrzeźbione na niemal każdej skale w Himalajach, poza tym był niepiśmienny, a chiński alfabet przypominał mu wzory płatków śniegu — każdy znak inny od pozostałych. Yamen i wróbli jastrząb przeczytali dwie pierwsze strony i oddali Boldowi, który związał dokumenty wstążką i oddał je Kyu, nie patrząc w jego stronę.

— Uważajcie na siebie w Nanjing — powiedział wróbli jastrząb. — Na południowych wzgórzach grasują bandyci.

— Będziemy trzymać się kanatu — odpowiedział Bold.

Kiedy znaleźli się poza zasięgiem wzroku patrolu, Bold po raz pierwszy uderzył mocniej Kyu.

— Co to miało znaczyć?! Dlaczego nie powiedziałeś mi o dokumentach? Skąd twoim zdaniem miałem wiedzieć, co im mówić?

— Bałem się, że weźmiesz dokumenty, a mnie zostawisz.

— Skoro jest tam napisane, że podróżuję z czarnym niewolnikiem, to chyba potrzebuję czarnego niewolnika, czy ty to inaczej rozumiesz? Co tam jest napisane?

— Że jesteś handlarzem końmi z floty skarbów, w podróży do Nan-jing, gdzie finalizujesz kontrakt, oraz że ja jestem twoim niewolnikiem.

— Skąd to masz?

— Przewoźnik ryżu takie wypisywał, więc poprosiłem go o jeden dla siebie.

— Więc on zna nasze plany?

Kyu nie odpowiedział, a Bold zastanawiał się, czy ów przewoźnik jeszcze żyje. Ten chłopak zdolny był do wszystkiego. Zdobył klucz i fałszywe dokumenty, przygotował płonące kule… jeżeli kiedykolwiek Kyu dojdzie do wniosku, że Bold nie jest mu już potrzebny, wtedy ten obudzi się pewnego ranka z poderżniętym gardłem. Nie ulegało wątpliwości, że sam byłby o wiele bezpieczniejszy.

Kiedy przekraczali wiązki grubych, barkowych lin, Boldowi zaświtała w głowie myśl. Mógłby porzucić chłopca, skazać go na dalsze niewolnictwo, na szybką śmierć uciekiniera lub na powolną śmierć podpalacza i mordercy. Mógłby skierować się na północny zachód, w stronę Wielkiego Muru i dalej poprzez stepy, do domu.

To jak Kyu unikał spojrzenia Bolda i jak się za nim wlókł, jasno wskazywało, że domyślał się, o czym Bold rozmyślał. Przez kilka kolejnych dni Bold był surowy dla Kyu jak jeszcze nigdy wcześniej, a chłopak skakał na każde jego skinienie.

Bold w końcu nie zostawił Kyu, a Kyu nie poderżnął Boldowi gardła. Kiedy mężczyzna powtórnie wszystko przemyślał, doszedł do wniosku, że pozostaje karmicznie związany z chłopcem, że jest on ważną częścią całego splotu wydarzeń. Bardzo możliwe, że pozostawał przy nim po to, aby mu pomóc.

— Posłuchaj mnie — powiedział kiedyś, gdy maszerowali — nie możesz iść do stolicy i zamordować cesarza. To niemożliwe. A tak w ogóle, to dlaczego chciałbyś to zrobić?

Skulony i posępny Kyu odpowiedział po arabsku:

— Żeby ich obalić.

Słowo, którego użył znów wywodziło się z żargonu poganiaczy wielbłądów.

— Żeby co zrobić?

— Żeby ich zatrzymać.

— Zabicie cesarza nic nie zmieni. Na jego miejsce znajdzie się inny i znów wszystko będzie, jak dawniej. Tak to działa.

Po dłuższej chwili Kyu zapytał:

— A czy oni walczą o to, kto ma zostać nowym cesarzem?

— O sukcesję? Czasem i walczą, to zależy komu w linii krwi należy się tron. Nie potrafię ci powiedzieć, jak jest teraz. Obecny cesarz Yongle sam jest uzurpatorem, odebrał tron bratankowi czy wujowi. Prawowitym spadkobiercą jest zawsze najstarszy syn. Cesarz może również wybrać swojego następcę jeszcze za życia. Co by się nie działo, dynastia trwa i jak dotychczas nie było z tym większych problemów.

— Ale jeszcze mogą być.

— Mogą, ale nie muszą. Pomyśl sobie, że teraz wszyscy mieszkańcy Hangzhou nie śpią po nocach i wymyślają dla ciebie nowe techniki tortur. To, co ci zrobili na statku, jest niczym w porównaniu z tym, co mogą ci jeszcze zrobić. Cesarze z dynastii Ming mają najlepszych katów na świecie, nie od dziś o tym wiadomo.

Mozolny marsz trwał nieustannie.

— Wszystko mają najlepsze na świecie. Najlepsze kanały, najlepsze miasta, najlepsze statki, najlepszą armię. Żeglują po morzach i oceanach i wszędzie, gdzie się nie zjawią, ludzie kłaniają im się w pas. Przybywają na jakąś wyspę, widzą tam ząb Buddy, więc biorą go sobie na własność, na wyspie obsadzają króla, który będzie ich służącym. I płyną dalej i z każdym kolejnym lądem robią to samo. Kiedyś podbiją cały świat. Wykastrują wszystkich chłopców i tym samym wszystkie dzieci będą należały do nich, wkrótce cały świat będzie należał do Chin.

— Może i tak będzie — powiedział Bold — całkiem możliwe. Jest ich mnóstwo, to fakt, a ich flota jest potężna, nie ma co do tego wątpliwości. Jednak nie są w stanie dopłynąć do serca ziemi, do stepów, skąd pochodzę. Ludzie, którzy mieszkają na stepie, są twardsi od Chińczyków, a ponadto kiedyś już ich pokonali. Wszystko będzie dobrze. A teraz posłuchaj mnie uważnie: bez względu na to, co się stanie, ty nic na to nie poradzisz.

— Przekonamy się w Nanjing.

— To było oczywiste szaleństwo. Mimo to nadal patrzył tym swoim nieludzkim, totemicznym wzrokiem, a z oczu wyzierał mu nafs. Na jego widok Bold poczuł chłód w najniższym czakramie, znajdującym się między jądrami a odbytem. Oprócz żarłocznego nafs, z którym Kyu przyszedł na świat, była w nim jeszcze jedna budząca lęk cecha — bezosobowa i nieobliczalna nienawiść eunucha. Bold był pewny, że podróżuje z jakimś rodzajem silnej energii, z afrykańskim dzieckiem wiedźmy czy szamanem, tulku, którego porwano, wywieziono z dżungli i okaleczono, co tylko zdwoiło jego moc i dzięki czemu może teraz szykować zemstę! Choć uważał to za szaleństwo, jednak ciekawiło go, co z tego może wyniknąć.

Nanjing było jeszcze większe od Hangzhou. Bold już dawno przestał się dziwić. Był to również macierzysty port chińskiej floty skarbów. Sama stocznia przypominała osobne miasto, położone przy brzegach estuarium Jangcy. Było tam aż siedem olbrzymich suchych doków, biegnących prostopadle do rzeki, a za nimi wysokie tamy, obstawione strażnikami, aby uniemożliwić sabotaż. W dzielnicach za suchymi dokami mieszkały tysiące cieśli okrętowych, stolarzy i szwaczy. W tym ciągnącym się wzdłuż rzeki mieście warsztatów zwanym Longjiang było wiele tawern i gospód dla przyjezdnych pracowników i marynarzy, którzy schodzili na ląd. Nocne dyskusje w takich miejscach skupiały się wokół wspaniałej floty admirała Zheng He, który aktualnie zajęty byt wznoszeniem świątyni dla Tianfei, a oprócz tego planował kolejną wielką ekspedycję na zachód.

Bold i Kyu nie mieli problemów z wtopieniem się w tło. Jako drobny kupiec z własnym niewolnikiem Bold wynajął dwa miejsca sypialne na materacach w gospodzie Południowomorskiej. Tam też dowiedzieli się o budowie nowej stolicy w Beiping, projektu angażującego sporo uwagi i pieniędzy cesarza Yongle. Oprócz czasów dynastii mongolskiej, Beiping byt zawsze ostatnim bastionem Chin. To w nim rezydował Zhu Di, zanim nie przywłaszczył sobie Smoczego Tronu i został cesarzem Yongle. Teraz chciał zadośćuczynić temu miejscu i ponownie uczynić je stolicą. Nawet zmienił nazwę miasta z Beiping (Północny Pokój) na Benjing (Północna Stolica). Do budowy pałacu wysłano z Nanjing setki tysięcy pracowników. Według wszelkich przekazów, budowla była gigantyczna, całe miasto zostało przerobione na swego rodzaju pałac, który nazwano Wielkim Wnętrzem. Mógł tam wchodzić tylko cesarz, jego konkubiny i eunuchowie.

Wokół Wielkiego Wnętrza planowano wznieść od podstaw całe cesarskie miasto. Mówiło się, że konfucjańscy urzędnicy rządzący krajem za cesarza byli przeciwni temu projektowi. Nowe miasto i flota skarbów to ogromne wydatki, cesarska ekstrawagancja, której starsi oficjele nie popierali, uważając ją za marnotrawstwo majątku. Najprawdopodobniej nie widzieli rozładunku wielkiej floty albo nie wierzyli, że wszystkie przywiezione przez nią skarby mogłyby zrekompensować koszty ekspedycji. Dobrze rozumieli Konfucjusza, który mówił, że bogactwo cesarstwa winno brać się z ziemi, co oznaczało szeroko rozpowszechnione rolnictwo i tradycyjną asymilację ludności granicznej. Wszystkie innowacje, jak budowa floty i oceaniczne podróże, były dla nich jedynie manifestacją rosnącej władzy cesarskich eunuchów, których nienawidzili jako rywali o wpływy na sprawy państwa. W rozmowach toczących się w portowych gospodach marynarze częściej wyrażali się przychylnie o eunuchach — pewnie dlatego, że marynarz zawsze pozostanie wierny żegludze, flocie, admirałowi Zheng He i innym wysokim rangą eunuchom. Starsi oficjele byli temu wszystkiemu przeciwni.

Bold zauważył, że Kyu wyraźnie interesował się rozmowami w karczmach, czasem nawet sam zadawał pytania. Wystarczyło zaledwie kilka dni, żeby nazbierał takich plotek, jakich Bold nigdy wcześniej nie słyszał — na przykład, że cesarz spadł ostatnio z konia ofiarowanego przez emisariuszy Timura, który złożył w darze swojego najlepszego wierzchowca. Bold zastanawiał się, który to mógł być koń i że to dziwne, że zwierzę dożyło takich czasów. Po chwili dotarło do niego, że przecież minęły dopiero niecałe dwa lata od śmierci Timura. Nieco później piorun uderzył w nowy pałac w Benjing. Budowla doszczętnie spłonęła. Cesarz wydał edykt, w którym obwiniał siebie za nieprzychylność niebios, czym wywołał postrach, zamieszanie i ostrą krytykę. Korzystając z sytuacji, niektórzy urzędnicy zaczęli otwarcie krytykować ogromne wydatki na nową stolicę i na flotę skarbów, które nadwerężały rezerwy cesarskiej szkatuły, a jakby tego było mało, na południu panował głód i właśnie wybuchła rebelia, co wymagało natychmiastowej interwencji. Cesarza Yongle wkrótce znudził docierający zewsząd krytycyzm, więc jednego z najbardziej zagorzałych oponentów skazał na banicję, a innych wygnał na prowincję.

— To niedobrze — powiedział jeden z bardziej pijanych marynarzy — ale najgorsze dla cesarza jest to, że ma już sześćdziesiąt lat. Na to nic się nie poradzi, nawet jeśli jest się cesarzem Chin, to jest najgorsze.

Wszyscy pokiwali głowami.

— Bardzo niedobrze.

— Nie uda mu się pogodzić oficjeli z eunuchami.

— Może wkrótce będziemy świadkami wojny domowej.

— Za Benjing! — krzyknął Kyu do Bolda. Przed odejściem z Nanjing Kyu nalegał, aby poszli na wzgórze do domu Zheng He. Była to ogromna posesja, której bramę główną wyrzeźbiono na kształt rufy jednego ze statków floty skarbów. Każde z pomieszczeń w środku (a było ich siedemdziesiąt dwa, jak mówili niektórzy marynarze) było ponoć urządzone na podobieństwo innego kraju muzułmańskiego, a ogrody na dziedzińcu zaprojektowano tak, aby przypominały Yunnan. Bold nie przestawał marudzić, kiedy wspinali się na wzgórze.

— Na pewno nie przyjmie do siebie ubogiego handlarza i jego niewolnika. Jego służący nie wpuszczą nas nawet na próg! Chyba żartujesz!

Stało się tak, jak przewidział Bold. Odźwierny zmierzył ich wzrokiem i kazał im się wynosić.

— Dobrze — odpowiedział Kyu — idziemy zatem do świątyni Tianfei. Była to wspaniała budowla, wzniesiona przez Zheng He ku czci Niebiańskiej Pocieszycielki w podzięce za cudowne ocalenie na morzu.

Pośrodku wznosi się ośmiokątna,
Dziewięciopiętrowa pagoda.
Jej ściany zewnętrzne kryte porcelaną,
Wypalaną w perskim kobalcie,
Przywiezionym z wojaży przez flotę skarbów.
Każde piętro pagody składa się z tej samej liczby
porcelanowych tabliczek,
To cieszy Tianfei.
Piętra zwężają się ku szczytowi, a tabliczki maleją,
I przechodzą płynnie w ostry szpic,
Wysoko ponad wierzchołkami drzew.
Wspaniała ofiara i świadectwo dla bogini czystego miłosierdzia.

Właśnie tam, pośrodku placu budowy, stał Zheng He i rozmawiał z ludźmi wcale niewyglądającymi lepiej niż Bold czy Kyu. Kiedy podeszli bliżej, przerwał rozmowę i spojrzał na Kyu, chcąc się doń odezwać. Bold aż potrząsnął głową, czując ogromną energię, którą pulsował chłopiec.

Zheng kiwał głową, kiedy Kyu tłumaczył, że należeli do załogi podczas jego ostatniej ekspedycji.

— Wyglądałeś znajomo — odpowiedział i zmarszczył brew, kiedy usłyszał, że Kyu chciałby służyć u samego cesarza w Benjing.

— Zhu Di wyruszył właśnie na kampanię lądową — na koniach. On! Ze swoim reumatyzmem! — westchnął. — Musi w końcu zrozumieć, że flota to najdoskonalsze narzędzie podbojów. Przypływamy, handlujemy, instalujemy lokalnego władcę, który będzie chciał współpracować, a resztę zostawiamy naturalnemu biegowi rzeczy. Przede wszystkim należy handlować i zabiegać o przychylność władcy. Aż szesnaście państw złożyło nam hołd i ofiarowało dary podczas tylko jednej wyprawy, szesnaście państw!

— Ciężko byłoby jednak uderzyć flotą na Mongolię — powiedział Kyu, strasząc tymi słowami Bolda. Zheng He jednak roześmiał się.

— To prawda, Wielkie Zewnętrze leży wysoko i jest spalone słońcem. Należy przekonać cesarza, aby zapomniał o Mongołach i skupił się na morzu.

— Temu chcemy służyć — powiedział gorliwie Kyu. — W Benjing będziemy propagować tę myśl przy każdej nadarzającej się okazji. Czy przekazałbyś nam listy polecające dla naczelnego eunucha w cesarskim pałacu? Mógłbym pójść tam na służbę, a mój pan z pewnością mógłby obsługiwać cesarskie stajnie.

Zheng He wydawał się rozbawiony.

— To pewnie i tak nic nie da, ale zrobię to przez wzgląd na wspólną historię. Życzę powodzenia.

7

Nowa stolica, nowy cesarz i ostateczny koniec plotek. Chłopiec przeciwko Chinom — łatwo zgadnąć, kto wygra.

Klimat Benjing był pod każdym względem surowy. Wiał zimny i wilgotny wiatr, a drzewo, z którego wzniesiono miejskie budynki, wciąż jeszcze ociekało sokami i wszędzie roztaczał się zapach smoły, skopanej ziemi i rozrabianego cementu. Panował tłok, lecz nie aż taki jak w Hangzhou czy w Nanjing. Bold i Kyu czuli się teraz kosmopolitami i niemal unosili się ponad tym ogromnym placem budowy. Wielu ludzi miało w tym mieście właśnie takie nastawienie.

Skierowali się w stronę kliniki dla eunuchów, wymienionej z nazwy w liście polecającym od Zhenga, która znajdowała się za Wrotami Południkowymi, południowym wejściem do Zakazanego Miasta. Kyu przedstawił list polecający, po czym od razu wpuszczono ich do środka, na wizytę u naczelnika kliniki eunuchów.

— Z referencjami od Zheng He możecie zajść tutaj wysoko — powiedział im eunuch. — Nawet teraz, kiedy ma na pieńku z cesarskimi oficjelami. Przedstawię was pałacowemu Mistrzowi Ceremonii, Wu Hanowi, który jest moim przyjacielem. To także stary przyjaciel Zhenga i akurat potrzebuje eunuchów w Pawilonie Literackiej Głębi do wypisywania dekretów, czekaj… jesteś analfabetą? Wu zarządza również eunuchami w służbie kapłańskiej, których szkolimy do odprawiania duchowych posług dla konkubin.

— Mój pan jest lamą — powiedział Kyu, wskazując na Bolda. — Odkrył przede mną tajemnice krainy bardo.

Eunuch spojrzał na Bolda sceptycznie.

— Niech i tak będzie. W każdym razie list polecający od Zhenga to wasza przepustka. Ocenił was bardzo wysoko. Oczywiście musisz mieć ze sobą swój pao.

— Pao? — zapytał Kyu. — Mój skarb?

— No wiesz… — eunuch wskazał palcem na krocze — to niezbędne do potwierdzenia twojego statusu, nawet po tym, jak cię osobiście przebadam i wydam certyfikat. A tym bardziej po śmierci, pochowają cię z nim na piersiach, aby zmylić bogów. Nie chciałbyś chyba wrócić tu jako samica muła, prawda? — Spojrzał badawczo na Kyu — nie masz go ze sobą?

Kyu potrząsną głową.

— Nie martw się, mamy ich tu sporo do wyboru. To pozostałości po pacjentach, którzy zmarli. Nie sądzę jednak, aby po zakonserwowanym ptaszku dato się odróżnić Murzyna od Chińczyka! — Roześmiał się i poprowadził ich holem.

Przedstawił się im jako Jiang, były marynarz z Fukui. Dziwił się, że ktoś tak młody i sprawny jak oni mógłby zechcieć opuścić wybrzeże i zapuścić się aż tu, do Benjing.

— Dzięki temu, że jesteś czarny, możesz być ciekawym urozmaiceniem na dworze, tak jak ten łaciaty jednorożec, którego flota skarbów przywiozła specjalnie dla cesarza. Chyba też pochodził z Zanji, słyszałeś coś o nim?

— To była duża flota — odpowiedział Kyu.

— Rozumiem. W każdym razie Wu i inni pałacowi eunuchowie uwielbiają egzotykę, cesarz zresztą też, więc nic złego stać się wam nie może. Siedźcie cicho i nie dajcie się wciągnąć w żadne intrygi, a wszystko będzie dobrze.

W chłodnym magazynie weszli do pomieszczenia pełnego zalakowanych naczyń z porcelany i szkła i wyszukali tam dla Kyu czarny penis. Następnie naczelny eunuch przebadał chłopca i upewnił się, że był on tym, za kogo się podawał, po czym chwycił za pędzelek i na odwrocie listu polecającego od Zheng He wystawił czerwonym tuszem swój certyfikat.

— Niektórzy oczywiście próbują podrobić taki dokument, lecz kiedy w końcu wpadają, wystawiamy im prawdziwy, aby już więcej nie musieli udawać. Zauważyłem, że po rzezaniu nie założono ci tulejki. Powinieneś nosić tulejkę, aby zachować drożność, wtedy zatyczka wchodzi w tulejkę i jest o wiele wygodniej. Powinni byli tak zrobić, kiedy cię rzezali.

— Jest mi dobrze i bez niej — odparł Kyu, uniósł słój pod światło i przyglądał się uważnie swojemu nowemu pao.

Boldem wstrząsnęły dreszcze, poszedł przodem i wyprowadził ich z tego odrażającego pomieszczenia. Podczas dalszych procedur Kyu przydzielono pokój w dormitorium, a Boldowi zaoferowano miejsce w osobnym budynku dla mężczyzn, w kompleksie kliniki.

— Tylko tymczasowo, rozumiesz, no chyba że chciałbyś dołączyć do nas w głównym budynku? Wspaniałe perspektywy awansu.

— Nie, dziękuję — odpowiedział grzecznie Bold. Zauważył jednak, że wielu zdesperowanych ludzi poszukujących pracy zgłaszało się do kliniki z prośbą o wykonanie zabiegu. Kiedy w granicznych wsiach panował głód, w pałacu nigdy nie brakowało chętnych. Czasami musieli odprawiać ludzi z kwitkiem. Jak w całych Chinach, tak i tu obowiązywała skomplikowana biurokracja. W pałacu zatrudnionych było kilka tysięcy eunuchów, a klinika, w której się znajdowali, stanowiła tylko niewielką częścią całego kompleksu.

Tak więc osiedli w Benjing. Wszystko układało się na tyle dobrze, że Bold zaczął się martwić, czy aby Kyu, jako że nie potrzebował go już tak bardzo jak podczas podróży na północ, nie opuści go teraz, kiedy przeprowadził się do Zakazanego Miasta. Zasmucił się.

Jednak kiedy Kyu dostał się do służby u konkubin Zhu Gaozhi, pierworodnego syna cesarza, desygnowanego na jego następcę, od razu dał znać Boldowi, aby ubiegał się u cesarskiego potomka o posadę stajennego.

— Nadal cię potrzebuję — powiedział z rozbrajającą szczerością. Znów wyglądał jak ten mały chłopiec, którego spotkał na pokładzie chińskiej floty skarbów.

— Postaram się — odpowiedział Bold.

Już wkrótce Kyu udało się zaaranżować spotkanie z masztalerzem cesarskiego potomka. Bold udowodnił swoje kompetencje na dwóch dużych, białych koniach i z miejsca dostał posadę. Mongołowie mieli podobną przewagę w stajni, co eunuchowie w pałacu.

Praca w stajniach nie sprawiała Boldowi trudności. Następca tronu był leniwym człowiekiem, jego konie rzadko ujeżdżano, więc stajenni musieli je co jakiś czas dobrze wybiegać na torze i w pałacowych parkach. Wszystkie konie, jakie miał pod opieką, były białe, piękne i duże, lecz za to kompletnie pozbawione polotu. Bold już wiedział, dlaczego Chińczycy nigdy nie wyruszą na północ od Wielkiego Muru i nie przeprowadzą udanego ataku na Mongołów, nawet jeśli armia liczyłaby krocie. Mongołowie całe życia spędzają na koniach, lecz oczywiście potrafią żyć i bez nich. Z ich filcu i włosia wytwarzają dla siebie odzież i schronienie, piją ich mleko, żywią się ich krwią, a jeśli zachodzi taka potrzeba, jedzą ich mięso. Mongolskie konie napędzały życie ludzi, podczas gdy te szkapy nadawały się najwyżej do chodzenia w kieracie z klapkami na oczach.

Okazało się, że Zhu Gaozhi spędzał dużo czasu w Nanjing, gdzie dorastał. Tam też odwiedzał swoją matkę, cesarzową Xu. W przeciągu kilku miesięcy Bold i Kyu odbyli kilka kursów między obiema stolicami. Czasem barkami, po Wielkim Kanale, czasem w siodle, wzdłuż wału. Zhu Gaozhi z przyczyn oczywistych, na które składała się kultura i klimat, upodobał sobie Nanjing. Późno w nocy, kiedy wypił za dużo ryżowego wina, zwierzał się swoim najbliższym, że w tym samym dniu, kiedy umrze jego ojciec, on przeniesie stolicę z powrotem do Nanjing. Takie właśnie zwierzenia sprawiały, że kiedy było się w Benjing robiło się nieswojo na widok całego ogromu pracy, wkładanego w jego budowę.

Z czasem wizyty w Nanjing przedłużały się. Kyu nadal pomagał prowadzić harem dziedzica i spędzał większość czasu wewnątrz części zamkniętej. Nigdy nie opowiadał Boldowi o swojej pracy, oprócz jednego razu, kiedy późno w nocy przyszedł do stajni pijany. Była to jedna z niewielu okazji, kiedy Bold mógł się z nim spotkać. Zawsze wyczekiwał z niecierpliwością tych nocnych wizyt, mimo że kosztowały go one sporo nerwów.

Tym razem Kyu opowiedział o swoim nowym zajęciu. Musiał znaleźć mężów dla konkubin cesarza, które skończyły trzydziesty rok życia i jeszcze nigdy nie miały kontaktu z władcą. Zhu Di oddał te kobiety pod opiekę swojego syna, któremu nakazał powydawać je wszystkie za mąż.

— Może chciałbyś żonę, Bold? — zapytał przebiegle Kyu — trzydziestoletnią dziewicę, wyszkoloną przez najlepszych ekspertów?

— Nie, dziękuję — powiedział lekko skrępowany Bold. Byt już po słowie z jedną ze służących w wewnętrznym kompleksie w Nanjing i choć podejrzewał, że Kyu żartuje, to jednak poczuł się nieswojo.

Podczas nocnych odwiedzin w stajni Kyu był zatopiony w myślach i zdawało się, że nie słyszy, o czym opowiadał mu Bold, albo udzielał dziwacznych odpowiedzi, jakby na pytania, które nie padły. Już wcześniej doszły Bolda wieści, że ten młody eunuch cieszył się sporym powodzeniem w pałacu, znał wielu ludzi i był ulubieńcem Wu, Mistrza Ceremonii. Ale czym się naprawdę zajmowano w kwaterach konkubin podczas długich, zimowych wieczorów — nie miał najmniejszego pojęcia. Kiedy Kyu pojawiał się w stajni, najczęściej wionęło od niego winem i perfumami, czasem uryną, a raz nawet wymiocinami. „Śmierdzisz jak eunuch” — przypomniało się nagle Boldowi znane powiedzenie, które teraz nabierało tym bardziej nieprzyjemnej mocy. Zdążył się zorientować, jak ludzie żartują sobie z ich drobnego chodu. Przemieszczali się małymi kroczkami, stawiając stopy palcami na zewnątrz, jakby była to dla nich jakaś fizyczna konieczność lub po prostu maniera tej grupy ludzi — Bold do końca tego nie wiedział.

Mieli różne przezwiska. Najczęściej nazywano ich wronami, z racji głosu wpadającego w falset, i zawsze obmawiano za plecami. Wszyscy byli zgodni co do jednego — gdy eunuchowie starzeli się i tyli w charakterystyczny dla nich sposób, wyglądali jak przygarbione staruszki.

Kyu nadal jednak był piękny i młody, mimo że rozpity i niechlujny. Podczas tych nocnych spotkań z Boldem wydawał się bardzo zadowolony z siebie.

— Daj mi znać, jeśli będziesz potrzebował jakichś kobiet. Mamy ich tam więcej, niż potrzeba.

Podczas kolejnej z licznych wizyt następcy tronu w Benjing, Bold miał okazję przyjrzeć się bliżej cesarzowi i jego synowi, kiedy przez Bramę Niebiańskiej Czystości wyprowadzał dla nich idealnie wypielęgnowane konie, na przejażdżkę po cesarskich ogrodach. Władca wyraził również pragnienie, aby pojechać poza teren Zakazanego Miasta, na północ, i tam spędzić noc w namiotach. Cesarski potomek nie był zachwycony tym pomysłem, podobnie zresztą jak i towarzyszący cesarzowi oficjele. W końcu zgodził się on na jednodniową przejażdżkę za miasto i wzdłuż rzeki. Kiedy dosiadali koni, cesarz zawołał do syna:

— Musisz nauczyć się dobierać karę stosownie do popełnionego przestępstwa. Ludzie muszą czuć sprawiedliwość swoich decyzji! Kiedy lawa karna zaleciła skazanie Xu Pei-yi na powolną śmierć, zgładzenie wszystkich jego potomków i krewnych po szesnastym roku życia i zniewolenie wszystkich kobiet i dzieci w jego rodzinie, wtedy ja okazałem łaskę! Obniżyłem wyrok na ścięcie i oszczędziłem rodzinę. Wtedy ludzie mówili, że cesarz ma wyczucie proporcji, że rozumie ukryte rzeczy.

— Jasne, że tak mówią — odparł beznamiętnie następca tronu. Cesarz spojrzał na niego i odjechali.

Kiedy wrócili późnym popołudniem, cesarz nadal udzielał nauk synowi, tym razem jednak mówił tonem o wiele bardziej poirytowanym niż rano.

— Jeśli interesuje cię tylko sąd, to nigdy nie będziesz mógł sprawnie rządzić! Ludzie oczekują, że cesarz będzie ich rozumiał, że będzie powoził i strzelał równie dobrze jak sam posłaniec boży! Ty uważasz, że gubernatorzy zrobią, co im rozkażesz, jeśli po cichu uważają, że jesteś zniewieściały? Będą posłuszni jedynie przed twoim obliczem, a za plecami będą z ciebie szydzić i zrobią, co się im spodoba.

— Jasne, że zrobią — odpowiedział dziedzic, patrząc w drugą stronę. Cesarz rzucił na syna gniewne spojrzenie.

— Z konia — powiedział władca posępnym tonem.

Dziedzic westchnął i zsunął się z siodła na ziemię. Bold złapał za uzdę i uspokoił zwierzę otwartą dłonią, prowadząc je w stronę cesarza, który zeskoczył z konia i ryknął.

— Na kolana!

Syn opadł na ziemię i ukorzył się.

— Myślisz, że któremuś z biurokratów na tobie zależy?! Ani jedne mu, słyszysz?! Twoja matka nie ma racji, mówiąc, że jest odwrotnie, jak również we wszystkich innych sprawach! Oni mają własne plany i nie wesprą cię w potrzebie. Potrzebujesz własnych ludzi.

— Albo eunuchów — powiedział syn, patrząc na żwir. Cesarz Yongle wbił w niego wzrok.

— Owszem, moi eunuchowie doskonale zdają sobie sprawę, że ich byt zależy przede wszystkim od mojej dobrej woli. Nikt inny się za nimi nie wstawi. To są jedyni ludzie na świecie, którzy staną za tobą murem.

Syn nic nie odpowiedział. Bold zwrócony twarzą w przeciwnym kierunku oddalił się, nie ryzykując oglądania się za siebie, a cesarz potrząsnął tylko głową i poszedł, zostawiając starszego syna klęczącego na ziemi.

— Uważaj, bo możesz obstawiać złego konia — powiedział Bold podczas coraz rzadszych nocnych wizyt Kyu w stajniach. — Cesarz interesuje się teraz swoim młodszym synem. Jeżdżą razem konno, polują i śmieją się. Jednego dnia ustrzelili setkę jeleni, które im nagoniliśmy, podczas gdy prawowitego następcę cesarz musi siłą wyciągać z pałacu i cały czas krzyczy na niego, a dziedzic śmieje mu się prosto w twarz i pozwala sobie na więcej, niż mu w istocie wolno. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby władca zmienił zdanie co do sukcesji.

— Chce to zrobić — odpowiedział Kyu. — Chciałby, ale nie może.

— Dlaczegóż by nie mógł?

— Pierworodny jest synem cesarzowej, a młodszy potomek zrodzony jest z jakiejś kurtyzany pośledniego sortu.

— Ale przecież cesarz może wszystko. Nie mam racji?

— Nie masz. To się sprawdza tylko wtedy, gdy wszyscy przestrzegają wspólnych zasad. Jeżeli ktoś się wyłamuje i gwałci prawo, wtedy pojawia się groźba wojny domowej i upadku dynastii.

Bold był świadkiem podobnych wydarzeń podczas mongolskich wojen o sukcesję, które ciągnęły się przez wiele pokoleń. Mówiono, że od śmierci Timura jego synowie nadal toczą ze sobą walki, że chanat rozpadł się na cztery części i nie wygląda na to, aby kiedykolwiek znów miał się zjednoczyć.

Bold wiedział jednak, że silnemu władcy dużo może ujść płazem.

— Powtarzasz tylko to, co ci naopowiadała cesarzowa, dziedzic i oficjele. Musisz zrozumieć, że to wcale nie jest takie proste. Ludzie ustanawiają prawo, a czasami je zmieniają lub ignorują, wystarczy, że dzierżą w dłoni miecz.

Kyu w milczeniu rozważał jego słowa, a potem rzekł:

— Mówi się, że wieś cierpi. W Hunan panuje głód, na wybrzeżu szerzy się piractwo, a na południu zaraza. Oficjelom to się nie podoba. Uważają, że wielka flota przywiozła ze sobą choroby zamiast skarbów i że zmarnowano na nią ogromne pieniądze. Oni nie rozumieją korzyści, płynących z handlu, nie wierzą w to. Nie wierzą w nową stolicę. Doradzają cesarzowej i dziedzicowi, aby nieść pomoc ludności, że należy powrócić do rolnictwa, a nie marnować gotówkę na ekstrawaganckie projekty.

— A co innego mogą mówić — zapytał Bold.

— Cesarz pozostaje niewzruszony. Robi, co chce. Ma za sobą armię i swoich eunuchów. Eunuchowie lubią handel zagraniczny, widzą w nim bezpośrednią korzyść dla siebie. Ponadto lubią nową stolicę i tak dalej, prawda?

Bold skinął głową.

— Na to wygląda.

— Szanujący się oficjel zawsze będzie nienawidził eunuchów. Bold spojrzał badawczo na Kyu.

— Odczułeś to na sobie?

— Owszem. Lecz tak naprawdę to oni nienawidzą tylko eunuchów cesarskich.

— Nie ma się co dziwić. Im ktoś jest bliżej władzy, tym większy budzi przestrach.

Kyu znów w milczeniu wszystko przemyślał. Bold zauważył, że chłopiec wyglądał ostatnio na zadowolonego. Ostatnio. Po chwili przypomniał sobie, że w Hangzhou też tak myślał. Zawsze kiedy widział ten uśmieszek na ustach Kyu, na plecach czuł ciarki.

Wkrótce po tej rozmowie, kiedy wszyscy gościli akurat w Benjing, rozpętała się gwałtowna burza.

Pierwsze krople deszczu wiążą kurz w błotnistą maź,
Ognisty piorun rozpruwa ciężkie powietrze,
Zszywając niebo z ziemią,
Widać go jeszcze pod zamkniętymi powiekami.
Po niecałej godzinie nadchodzi wiadomość:
Pożar w nowym pałacu!
Centrum Zakazanego Miasta stanęło w płomieniach,
Jak gigantyczna pochodnia.
Języki ognia zlizują wilgoć z nabrzmiałych chmur,
Dym miesza się z deszczem,
Krople nie sięgają ziemi,
Pożera je powiew z pogorzeliska.

Zaganiając wystraszone konie i biegając tam i z powrotem z wiadrami wody, Bold starał się zachowywać czujność. Nad ranem, kiedy zaprzestano daremnej walki z żywiołem, Bold spostrzegł Kyu wśród ewakuowanych konkubin cesarskich. Wszyscy dworzanie następcy tronu mieli rozbiegany wzrok, lecz Kyu, jedyny spośród nich, wydawał się w euforii. Białka jego oczu jaśniały dookoła tęczówek jak u szamana, wracającego z udanej wędrówki do krainy duchów. To on podłożył ogień, pomyślał Bold, tak jak w Hangzhou, tym razem skorzystał z zamieszania wywołanego przez burzę.

Podczas kolejnej wizyty Kyu w stajni o północy, Bold bał się spojrzeć mu w oczy. Mimo to zapytał szeptem i po arabsku, choć wokół nie było nikogo, kto mógłby podsłuchać:

— To ty podłożyłeś ogień?

Kyu tylko spojrzał na niego. Jego wzrok zdawał się wszystko potwierdzać, on sam jednak postanowił nie być zbyt wylewnym. Po dłuższej chwili odezwał się ściszonym głosem.

— Ekscytująca noc, prawda? Ocaliłem tylko jeden gabinet w pawilonie skrybów i kilka konkubin. Gryzipiórki byty mi bardzo wdzięczne za uratowanie ich papierów.

Zaczął rozwodzić się nad pięknem ognia, opowiadać o panice wśród konkubin, o wściekłości i strachu, który nadszedł później, o cesarzu, który odczytał pożar jako przejaw boskiego gniewu, jako najstraszniejszy zły omen, jakiego w życiu doświadczył. Bold nie podążał za słowami chłopca, jego myśli wypełniły się różnorodnymi obrazami powolnej śmierci. Spalenie dobytku kupca w Hangzhou to jedna rzecz, ale żeby obrócić w zgliszcza pałac cesarza Chin! Smoczy Tron! Znów widział w chłopcu to coś — czarny nafs obijał się skrzydłami o wnętrze jego ciała. Poczuł, że dzieli ich przepaść nie do pokonania.

— Zamknij się! — powiedział ostro po arabsku. — Jesteś głupcem. Za biją cię, a mnie razem z tobą.

Kyu uśmiechnął się złowrogo.

— Ku lepszemu życiu, czyż nie? Sam tak mówiłeś. Czemuż miałbym się bać śmierci?

Bold nie miał na to odpowiedzi.

Po tym spotkaniu widywali się o wiele rzadziej. Mijały dni, kolejne święta i parady. Kyu dorósł, a kiedy Bold zobaczył go kiedyś ukradkiem, dostrzegł przechadzającego się drobnym krokiem, smukłego, wysokiego, czarnego eunucha, pięknie ubranego i wyperfumowanego. Miał błysk w oku i drapieżne spojrzenie, kiedy odpowiadał na pozdrowienia przechodniów przyozdobionych klejnotami, otyłych i odzianych w najwspanialsze jedwabie. Kyu był ulubieńcem cesarzowej i następcy tronu, którzy z reguły nienawidzili cesarskich eunuchów. Był ich pupilem, a może nawet i szpiegiem w cesarskim haremie. Bold bal się o niego, tak samo, jak bał się jego samego. Chłopak siał istne spustoszenie w haremie i wielu o tym opowiadało, nawet ludzie w stajni wiedzieli, choć nie mieli informacji z pierwszej ręki. Był zbyt otwarty i bezpośredni w obejściu, musiał przez to zyskać wielu wrogów. Wkrótce stworzą się nowe kliki, które będą chciały ukrócić jego wpływy. On o tym wiedział i pewnie się tym szczycił, śmiejąc się im prosto w twarz, aby nienawidzili go jeszcze bardziej. Najwyraźniej sprawiało mu to przyjemność. Cesarska zemsta jest jednak cierpliwa i ma ogromny zasięg. Jeśli na kogoś padnie, dosięga wszystkich, których nieszczęśnik znał.

Kiedy więc rozeszły się wieści o powieszeniu się dwóch cesarskich konkubin i o tym, jak rozwścieczony cesarz zażądał wyjaśnień, na jaw zaczęła wychodzić cała sieć pałacowych konszachtów. Na dworze jak plaga szerzył się strach, mnożyły się kłamstwa, a oskarżenia obejmowały coraz szersze grono. W końcu okazało się, że w cały skandal zamieszanych było trzy tysiące konkubin i eunuchów. Bold w każdej chwili spodziewał się, że skażą jego przyjaciela na tortury i powolną śmierć, może nawet usłyszy o tym od strażników, wysłanych celem wykonania egzekucji.

Tak się jednak nie stało. Kyu chronił magiczny czar. To było aż nazbyt oczywiste, wszyscy to widzieli. Cesarz własnoręcznie wykonał egzekucję na czterdziestu konkubinach. Wymachiwał mieczem jak w furii, rozcinał je na pół i jednym uderzeniem ścinał głowy, niektóre wielokrotnie przebijał szybkimi pchnięciami, w tę i z powrotem, a ich krew płynęła strumieniem przez Hol Wspaniałej Harmonii. Kyu stał z boku i włos mu z głowy nie spadł. W pewnej chwili jedna z konkubin wykrzyknęła coś w jego stronę. Stała naga przed wszystkimi, wydając z siebie nieartykułowany jazgot, po czym zaklęła cesarzowi prosto w twarz.

— To wszystko twoja wina! Jesteś za stary! Nie ma już w tobie jang! Eunuchowie robią to lepiej od ciebie! — I ciach! Jej głowa potoczyła się w kałużę krwi jak łeb ofiarnej owcy. Takie piękno zmarnowane. Nadal nikt nie miał pretensji do Kyu. Cesarz nawet na niego nie spojrzał. Chłopak zaś przyglądał się wszystkiemu z błyskiem w oku. Cieszyła go ta strata i nienawiść urzędników. Po tych wydarzeniach w pałacu dosłownie zawrzało. Jedni podejrzewali drugich, nikt jednak nie odważył się zająć dziwnym, czarnym eunuchem.

Ostatni raz Bold spotkał się z nim tuż przed swoim wyjazdem z cesarzem na podbój Tatarów, dowodzonych przez Arughtai’a. Pomysł beznadziejny. Tatarzy byli zbyt szybcy, a kondycja cesarza nie najlepsza. Nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć. Powrót planowano na początek zimy, za kilka miesięcy. Bold zdziwił się na widok Kyu, który przyszedł pożegnać się do stajni.

Rozmawiało się z nim jak z obcym. Niespodziewanie młodzieniec ujął Bolda za ramię, mocno, z uczuciem i powagą, jak książę zwracający się do swego starego giermka. Rzekł:

— Bold, a ty nigdy nie myślałeś o powrocie do domu?

— Do domu?

— Nie masz jakiejś rodziny?

— Nie wiem, minęło tyle lat. Pewnie myślą, że nie żyję. Właściwie to mogą być teraz wszędzie.

— Na pewno nie wszędzie! Mógłbyś ich odnaleźć.

— Może mógłbym. — Przyjrzał się z zaciekawieniem Kyu. — A dlaczego pytasz?

Kyu z początku nie odpowiedział. Nadal zaciskał dłoń na ramieniu Bolda. W końcu odezwał się.

— Słyszałeś kiedyś historię o eunuchu Chao Kao, który spowodował upadek dynastii Chin?

— Nie. I nawet mi nie mów, że nadal o tym myślisz.

— Nie — Kyu uśmiechnął się i wyjął z rękawa małą rzeźbę z czarnego dębu. Była to połowa tygrysa, którego pręgi były wrzecionowatymi nacięciami, biegnącymi w poprzek gładkiej powierzchni, a w miejscu podziału, na obu połówkach, znajdowało się kształtne żłobienie, które po złączeniu obu elementów tworzyło zwartą całość. Był to pewnego rodzaju glejt, podobny do tych, jakimi posługiwali się stołeczni oficjele, aby uwiarygodnić swoich wysłanników na prowincjach.

— Weź to ze sobą, jeśli wybierzesz się w drogę, ja zatrzymam drugą połowę. To ci pomoże. Na pewno jeszcze kiedyś się spotkamy.

Przerażony Bold przyjął dar. Przez chwilę wydawało mu się, że trzyma w dłoniach jego nafs, ale nie, jego przecież nie da się tak łatwo podarować.

— Jeszcze kiedyś się spotkamy, może w przyszłym życiu, sam tak przecież powtarzałeś. Twoje modlitwy za zmarłych są dla nich wskazówkami podczas przeprawy przez krainę bardo, zgadza się?

— Tak.

— Muszę już iść — powiedział Kyu, zdążył tylko pocałować Bolda w policzek i rozpłynął się w mroku nocy.

Próba podbicia Tatarów okazała się żałosną klęską — dokładnie tak, jak się tego wszyscy spodziewali, a jednej z deszczowych nocy cesarz Yongle zmarł. Bold przez całą tę noc nie zmrużył oka. Pracował przy miechach, rozpalając wielki piec, w którym zgodnie z tradycją cesarscy oficjele topili wszystkie swoje cynowe naczynia, aby odlać trumnę na ciało cesarza, w której miało powrócić do Benjing. Padało przez całą drogę powrotną, niebo zalewało się łzami. Dopiero kiedy pochód wszedł do Benjing, urzędnicy zdecydowali się ujawnić wiadomość.

Ciało cesarza wystawiono we właściwej trumnie na sto dni. Na ten czas zakazano muzyki i organizowania wesel, wstrzymano wszystkie obrzędy religijne, a w świątyniach nakazano bić w dzwony trzydzieści tysięcy razy na dzień. Podczas pogrzebu Bold znalazł się w dziesięciotysięcznym orszaku żałobnym.

Sześćdziesiąt li marszu do cesarskich grobowców,
Na północny zachód od Benjing,
Trzy dni kluczenia zygzakiem,
By zmylić złe duchy, co w linii prostej się snują.
Zespół grobowców głęboko pod ziemią,
Przestrzeń w cesarskich szatach i w złocie,
Na końcu tunelu długości trzech li,
Kamieniem komora i kamienni słudzy czekający na rozkaz.
Ile żywotów będą tu jeszcze czekać?
W trumnach dokoła szesnaście ciał powieszonych konkubin.

Kiedy cesarski potomek zasiadł na Smoczym Tronie, od razu wydał swój pierwszy edykt, który odczytano w Wielkim Wnętrzu i w Wielkim Zewnętrzu. Pod koniec edyktu pałacowy lektor obwieścił wszystkim zebranym w Holu Wspaniałej Harmonii:

— Wszystkie ekspedycje wielkiej floty zostają zawieszone ze skutkiem natychmiastowym. Statki zacumowane w Hangzhou mają powrócić do Nanjing, wszystkie towary na ich pokładach zostaną przekazane Departamentowi Spraw Wewnętrznych i zmagazynowane. Urzędnicy odbywający wyjazdy handlowe za granicę otrzymują rozkaz powrotu do stolicy, a wszystkich wytypowanych do dalszych ekspedycji odsyła się do domów. Budowa i naprawa statków wielkiej floty zostaje wstrzymana. Należy ponadto zaprzestać ubiegania się o pozwolenia na wyjazd za granicę. Wszyscy kupcy mają obowiązek powrócić do stolicy.

Kiedy lektor skończył, głos zabrał nowy cesarz, który wybrał imię Hongxi.

— Zbyt dużo wydaliśmy na ekstrawagancję. Stolica powróci do Nan jing, a Benjing otrzyma status stolicy pomocniczej. Koniec marnotrawienia cesarskich zasobów. Lud cierpi. Walka z biedą powinna być tak samosprawna, jak ochrona przeciwpożarowa, trzeba działać bez wahania.

Po drugiej stronie dziedzińca Bold dostrzegł twarz Kyu, małą, czarną postać z lśniącymi oczami. Nowy cesarz zwrócił się teraz w stronę świty zmarłego ojca, było wśród nich wielu eunuchów.

— Jeśli chodzi o was, eunuchowie, zawsze myśleliście tylko o sobie i zawsze na koszt Chin. Cesarz Yongle uważał, że byliście po jego stronie. Ale to nieprawda. Zdradziliście Chiny.

Kyu odezwał się, zanim któryś z jego towarzyszy zdążył go powstrzymać.

— Wasza Wysokość! To oficjele zdradzają Chiny! Chcą być twoim regentem, chcą cię traktować jak małego chłopca na tronie.

Podniosła się wrzawa, grupa oficjeli oderwała się w stronę Kyu, część eunuchów wyciągnęła z rękawów noże, inni odskakiwali na boki, wielu uciekło, lecz sporo zaszlachtowano na miejscu. Kyu zadano tysiąc pchnięć.

Cesarz Hongxi stał i przyglądał się wszystkiemu cierpliwie. Kiedy scena dobiegła końca, rozkazał:

— Zabierzcie ich ciała i wywieście je na zewnątrz Południkowych Wrót. Niech wszyscy eunuchowie mają się odtąd na baczności.

Bold siedział sam w stajni, trzymając rzeźbiony glejt. Spodziewał się rychłej śmierci. Wstydził się, że podczas rzezi eunuchów tylko o tym myślał. Mijały kolejne dni i nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Może do tej pory nikt już nie pamiętał, że coś łączyło go z Kyu.

Wiedział, że musi wyruszyć w drogę, ale nie wiedział dokąd. Jeśli udałby się do Nanjing i spalił wielką flotę, port, doki i magazyny, wtedy z pewnością mógłby kontynuować wielki plan czarnego chłopca. Prędzej czy później i tak ktoś to zrobi.

Bold przypomniał sobie ich ostatnią rozmowę. Pora wracać do domu. Może czas zacząć nowe życie?

W drzwiach stajni pojawiły się straże.

8

W krainie bardo Bold objaśnia Kyu prawdziwą naturę rzeczywistości. Ich jati konsoliduje się, zostają wrzuceni z powrotem w świat

W momencie śmierci Kyu ujrzał przejrzyste, wszechobecne, białe światło. Była to jasna i pusta istność, której on sam był częścią i dla której śpiewał swą pieśń.

Niecałą wieczność później pomyślał: Tam właśnie zmierzam.

Po chwili wypadł ze światła i znalazł się z powrotem w świadomości swojej osoby. Jego myśli prowadziły potoczysty monolog, barwny, wręcz karnawałowy, nawet po śmierci. To niesamowite, a jednak prawdziwe. Może więc jeszcze nie byt martwy? Ale przecież jego ciało leży tam, na dziedzińcu Zakazanego Miasta, porąbane na kawałki. Gdzieś głęboko w myślach usłyszał głos Bolda, usłyszał jego modlitwę.

Kyu, czcigodny synu,
Czas, byś odnalazł właściwą ścieżkę.
To życie się skończyło,
Stoisz teraz twarzą w twarz z przejrzystym światłem.

Już tam byłem, pomyślał Kyu. Co dalej? Bold niestety nie wiedział, na którym etapie podróży znajduję się Kyu. Modlitwy za zmarłych na niewiele mogły teraz się zdać.

Za chwilę doświadczysz rzeczywistości
W jej czystej postaci.
Wszystko jest pustką, a ty,
Jak niebo bezchmurne,
Przejrzysty i pusty,
Twój umysł niezachwiany i
Jak źródlana woda czysty.

Już mam to za sobą, pomyślał Kyu, przejdź do następnej części!

— Użyj umysłu, zadaj mu pytanie. Nie zasypiaj w tej ważnej chwili. Niech twoja dusza będzie świadoma, opuszczając ciało. Podążaj przez Brahmę ku Brahmie.

Umarli nie potrafią spać, pomyślał poirytowany Kyu. Moja dusza już dawno opuściła ciało.

Jego przewodnik zostawał w tyle. Z Boldem zawsze tak było. Kyu będzie musiał sam coś wymyślić. Ciąg jego myśli nadal otaczała bezbrzeżna pustka. Niektóre sny, jakie miewał za życia, były właśnie o tym miejscu.

Zamrugał albo przysnął i znalazł się nagle w rozległym gmachu sądu. Podium sędziego znajdowało się na szerokiej platformie, niczym plateau na morzu chmur. Na podwyższeniu zasiadał sędzia, ogromne bóstwo o czarnej twarzy, wydętym brzuchu i ognistej grzywie. Za nim stał czarny mężczyzna, który trzymał w rękach dach pagody, taki sam jak w pałacu w Benjing. Ponad tym wszystkim unosił się Budda, w pozycji lotosu, promieniujący błogością. Po jego prawej stronie znajdowały się łagodne bóstwa, niosące dary. Były one jednak bardzo daleko od Kyu. Szlachetni zmarli podążali długą drogą, pnącą się w przestrzeń, prosto do tych właśnie bóstw. Na platformie wokół podium zmarłych, którym się nie poszczęściło, rąbały na kawałki demony czarne jak sam Pan Śmierci, lecz mniejsze od niego i zwinniejsze. Poniżej platformy inne demony torturowały dusze. Zbyt dużo się tu działo na raz, Kyu poczuł rozdrażnienie. To mój sąd, a wygląda jak poranek w rzeźni, pomyślał, jak ja mam się tutaj skoncentrować? Zbliżyła się do niego istota przypominająca małpę. Uniosła rękę.

— Sąd — powiedziała postać głębokim tonem.

Modlitwa Bolda zabrzmiała w głowie Kyu i zrozumiał, że małpę coś łączy z Boldem.

— Zapamiętaj, całe cierpienie, którego doświadczasz, jest wynikiem twojej własnej karmy — mówił Bold — to twoja karma i nikogo innego. Módl się o litość. Pojawi się przed tobą mały biały bóg i maty czarny demon. Oni przeliczą białe i czarne kamienie twoich dobrych i złych uczynków.

I rzeczywiście tak się stało. Białe bóstwo było blade jak skorupka jajka, a drugie czarne jak onyks. Zaczęły przebierać, sortować i układać wielkie stosy białych i czarnych kamieni, które ku zaskoczeniu Kyu były mniej więcej tej samej wielkości, choć on sam nie przypominał sobie żadnych swoich dobrych uczynków.

— Będziesz się bał, będziesz się trwożył, będziesz przerażony.

Wcale nie będę! Na nic mi takie modlitwy, zachowaj je dla siebie, Bold.

— Będziesz kłamał, mówiąc, że nie dopuściłeś się żadnego występku. Nigdy nie powiem takiej niedorzeczności.

Wtem Pan Śmierci dostrzegł Kyu z wysokości tronu. Chłopcem mimowolnie wstrząsnęły dreszcze.

— Wnieść zwierciadło karmana! — odezwał się bóg przerażającym głosem, a jego oczy zapłonęły jak rozżarzone węgle.

— Nie bój się — ozwał się głos Bolda wewnątrz Kyu. — Nie kłam, nie bądź przerażony, nie lękaj się Pana Śmierci. Ciało, które teraz posiadasz, jest ciałem mentalnym. Nie możesz umrzeć w bardo, nawet jeśli porąbią cię na kawałki.

Dzięki, pomyślał zakłopotany Kyu, wielka mi pociecha.

— Teraz nadszedł czas sądu, trzymaj się mocno myśli o dobrych rzeczach, pamiętaj, że to, co cię otacza, to twoje własne halucynacje. Od twoich obecnych myśli zależy twoje następne życie. Każda chwila ma ogromne znaczenie i potrafi zmienić wszystko. Nie daj się rozproszyć. Kiedy pojawi się sześć świetlistych promieni, przywitaj je ze współczuciem i stań bez lęku przed obliczem Pana Śmierci.

Czarne bóstwo z niebywałą precyzją uniosło zwierciadło, tak że Kyu zobaczył w szklanej tafli swoją własną twarz, czarną jak oblicze bóstwa. Spostrzegł, że twarz ta jest w istocie jego nagą duszą, że zawsze nią była i że zawsze była ciemna i posępna jak Pan Śmierci. To była chwila prawdy! Musiał się skupić, Bold stale mu to powtarzał. A tymczasem dookoła trwał antyczny festiwal, rozlegały się krzyki, piski i pobrzękiwania. W jednej chwili Kyu przyjął na siebie wszystkie kary i odebrał wszystkie nagrody. To było silniejsze od niego, nic nie mógł zrobić i to irytowało go najbardziej.

— Dlaczego czarny to zło, a biały dobro? — zapytał zuchwale Pana Śmierci. — Nigdy sobie tego tak nie wyobrażałem. Skoro wszystko do koła miało być wytworem moich myśli, to dlaczego to się nie zgadza? A dlaczego mój Pan Śmierci nie jest grubym, arabskim handlarzem nie wolników, jaki pojawił się kiedyś w naszej wiosce? Dlaczego jego słudzy nie są lwami i lampartami?

Pan Śmierci jednak był arabskim handlarzem niewolników. Kyu dopiero teraz zobaczył postać Araba, będącego miniaturowym intaglio na gładkiej powierzchni czoła bóstwa. Handlarz spoglądał na Kyu i machał do niego. Był to ten sam człowiek, który uprowadził go i wywiózł na wybrzeże. Pośród wrzasków ludzi przypalanych ogniem, rozlegał się ryk zgłodniałych lwów i lampartów, rozszarpujących wnętrzności jeszcze żywych ofiar.

To tylko moje własne myśli, przypominał sobie Kyu, czując, że strach ściska mu gardło. Plan, na którym się znajdował, przypominał krainę snów, lecz był o wiele bardziej substancjalny, nawet jeszcze bardziej rzeczywisty niż świat, w którym właśnie zakończył żywot. Każdy przedmiot wydawał się tu po stokroć prawdziwszy, nawet liście na krzewach (na ceramicznych misach!) powiewały jak najprawdziwsze liście z jadeitu, podczas gdy nefrytowy tron boga pulsował twardością przewyższającą twardość kamienia. Ze wszystkich światów bardo było rzeczywistością w najczystszej postaci.

Biała twarz Araba na czarnym czole śmiała się i jazgotała:

— Skazany! Skazany!

Z ogromnej, czarnej twarzy Pana Śmierci dobiegł ryk:

— Skazany na piekło! — Po czym zarzucił mu pętlę na szyję, ściągnął go z platformy, odciął mu głowę, wydarł serce, rozszarpał wnętrzności, wypił krew i połamał kości. Kyu jednak nie umarł. Ciało zostało poćwiartowane, a on zachowywał jaźń. Wszystko zaczynało się od początku. Uporczywy, przeszywający ból. Tortura rzeczywistością. Życie jest czymś niesłychanie rzeczywistym, tak samo jak i śmierć.

Wyobrażenia zasadzone jak nasiona w umyśle dziecka mogą później rozrastać się i zdominować całe życie człowieka.

Wołanie — Nie wyrządziłem żadnego zła!

Agonia, w której mieszał się ból, żal i skrucha. Nudności z powodu minionych żywotów, które tak niewiele mu dały. W tej chwili czuł je wszystkie naraz, choć właściwie w ogóle ich sobie nie przypominał. Jednak były. Żeby tylko wydostać się z tego koliska płomieni i łez. Smutek i żal, jakie wówczas odczuwał, były silniejsze od bólu rozczłonkowania. Namacalność bardo nagle rozpadła się. Kyu został zbombardowany światłem, rozbłyskującym z wewnątrz jego myśli. W świetle tym gmach sądu wyglądał jedynie jak jedwabna zasłona, jak malowidło unoszące się w powietrzu.

Jeszcze wyżej unosiła się postać Bolda. Przyszła kolej sądu nad nim. Bold, kuląca się ze strachu małpa, jedyna osoba, poza jego porywaczem, która cokolwiek dla Kyu znaczyła. Chciał krzyczeć do niego o pomoc, lecz poskromił tę myśl, nie chcąc rozpraszać przyjaciela w tym jednym ważnym momencie spośród nieskończonego ciągu chwil, teraz, kiedy najbardziej potrzebował skupienia. Jakiś krzyk musiał się jednak dobyć z Kyu, jęk umysłu, zlękniona myśl czy też krzyk o pomoc, gdyż od razu pojawiły się czterorękie demony, które zawlokły Kyu daleko w dół, tak że nie mógł się już przyglądać sądowi nad Boldem.

Potem rzeczywiście znalazł się w piekle. Ból był tam jego najmniejszym zmartwieniem, był powierzchowny jak ugryzienia komarów, był niczym w porównaniu z głębokim jak ocean cierpieniem z powodu straty przyjaciela. Ból samotności! Barwne eksplozje pomarańczowe, żółtozielone i rtęciowe, a każdy kolejny odcień jeszcze jaskrawszy od poprzedniego, płonęły w jego świadomości, sprawiając mu coraz większy ból. Błądzę po bardo, ocal mnie, uratuj mnie!

I wtedy Bold zjawił się przy nim.

Stali obok siebie, obleczeni w swoje dawne ciała, i przyglądali się sobie nawzajem. Światła stawały się coraz bardziej przejrzyste, coraz mniej bolesne dla oczu. Pojedynczy promień nadziei przebił się przez głębię rozpaczy Kyu jak samotny papierowy lampion na drugim brzegu Zachodniego Jeziora. — Odnalazłeś mnie — powiedział Kyu.

— Tak.

— To cud, że mnie tu znalazłeś.

— Żaden cud. Zawsze spotykamy się w bardo. Nasze ścieżki będą się krzyżować dopóty, dopóki w tym kosmicznym cyklu nie przeminie sześć światów. Jesteśmy częścią jednej karmicznej jati.

— Co to takiego?

— Jati, podkasta, rodzina, wioska. Różnie się objawia. Wszyscy razem weszliśmy w rzeczywistość. Nowe dusze rodzą się z nicości, ale rzadko się to zdarza, szczególnie na tym etapie cyklu. Teraz trwa Kali-yuga, Czas Zniszczenia. Jeśli jednak rodzą się nowe dusze, wygląda to jak dmuchawce, dusze jak nasiona ulatują z wiatrem dharmy. Wszyscy jesteśmy nasionami tego, czym możemy się w przyszłości stać. Nowe ziarna zawsze niosą się razem i — o ile mi wiadomo — rzadko się rozdzielają. Przeżyliśmy razem wiele żywotów, a od czasów wielkiej lawiny nasza jati stała się bardzo zwarta. Los związał nas razem, wspólnie wzrastamy i upadamy.

— Nie mam wspomnień z innych swoich żywotów, a z przeszłego życia nie pamiętam nikogo oprócz ciebie. Tylko ciebie poznałem!

— Mnie też nie poznałeś, to my cię znaleźliśmy. Oddalasz się od jati już od wielu inkarnacji, zapadasz się coraz głębiej i głębiej w samego siebie, schodzisz na coraz niższe loka. Jest sześć lok, światów, planów istnienia, powtórnych narodzin i iluzji. Niebo to świat dewów, później świat asurów, gigantów przepełnionych chęcią rywalizacji, później świat ludzi, następnie świat zwierząt i świat pretów, zgłodniałych duchów, na końcu zaś jest piekło. Wiodąc kolejne żywoty, poruszamy się między tymi planami w zależności od naszej karmy.

— Jak liczna jest moja jati?

— Nie wiem. Może tuzin, może pół tuzina. Granice są płynne. Niektórzy odchodzą, aby po jakimś czasie powrócić. Kiedyś mieszkaliśmy w jednej wiosce w Tybecie. Pojawili się jednak przyjezdni, handlarze, było nas coraz mniej. Ludzie gdzieś się gubili lub oddalali tak jak ty, pogrążeni w rozpaczy.

Na sam dźwięk tego słowa przepełniła go prawdziwa rozpacz.

Postać Bolda stawała się przezroczysta.

— Bold, pomocy! Co mam dalej robić?

— Bądź dobrej myśli i słuchaj, słuchaj uważnie, Kyu! Jesteśmy tacy, jakie są nasze myśli, zarówno teraz, jak i później, i we wszystkich światach. Rzeczy rodzą się z myśli, oto nasienie wszelkiego działania, dobrego i złego. To, co zasiane, wydaje owoc.

— Będę dobrej myśli, przynajmniej spróbuję, ale co mam robić? Czego mam szukać?

— Będzie prowadzić cię światło. Każdy świat ma swój kolor. Białe światło pochodzi od dewów, zielone od asurów, żółte od ludzi, niebieskie od zwierząt, czerwone od duchów, a dymne pochodzi z piekieł. Twoje ciało przybierze tę barwę, do jakiego świata powróci.

— Przecież jesteśmy żółci! — powiedział Kyu, patrząc na swoje dłonie. Bold też był żółty jak słonecznik.

To znaczy, że musimy spróbować jeszcze raz. Ciągle podejmujemy nowe próby, każde nowe życie to kolejna próba, aż w końcu osiągniemy mądrość Buddy i poprzez nią dostąpimy wyzwolenia. Niektórzy w takiej chwili decydują się na powrót do ludzkiego świata, aby pomagać innym na drodze do wyzwolenia. To Bodhisattwowie. Mógłbyś zostać jednym z nich, Kyu, widzę w tobie potencjał. Posłuchaj mnie teraz. Wkrótce zaczniesz uciekać. Różne rzeczy będą cię ścigać, będziesz ukrywał się w domu, w jaskini, w dżungli, w kwiecie lotosu — oto macice. Będziesz chciał zostać w kryjówce, uciec przed okropnościami bardo. W ten sposób działają pretowie, uważaj, byś nie odrodził się jako duch. Jedyną nadzieją jest dla ciebie ponowne wyłonienie się. Wybierz swoją macicę, nie kieruj się emocjami, przejdź przez nie bez uwielbienia i bez odrazy. Wzrok może być zwodniczy. Idź tam, gdzie uznasz za stosowne. Podążaj za sercem. Spróbuj pomóc innym duchom, jakbyś już był Bodhisattwą.

— Ale ja nie wiem, co robić!

— Ucz się, bądź skupiony i cały czas się ucz. Musisz się trzymać blisko jati albo stracisz ją na zawsze.

Po chwili zaatakowały ich lwy o bujnych grzywach poplamionych świeżą krwią. Bestie ryczały groźnie. Bold uciekł w jedną stronę, Kyu w przeciwną. Kyu biegł i biegł, mając lwa ciągle za plecami. Ominął kilka drzew i wybiegł na ścieżkę, lew pobiegł prosto i zgubił trop.

Na wschodzie Kyu spostrzegł jezioro, na nim biało-czarne łabędzie, na zachodzie kolejne jezioro i stojące w nim konie, na południu pagody, a na północy także jezioro, w którym stał zamek. Skierował się na południe, w stronę pagód, czując, że taki byłby najprawdopodobniej wybór Bolda, czuł również, że Bold i reszta jati była już tam, na miejscu, i czekała na niego w którejś ze świątyń.

Doszedł do pagód, krążył od jednej budowli do drugiej, zaglądając w każde wrota. Był przerażony widokami chaotycznych tłumów. Ludzie bili się ze sobą i wielkimi grupami uciekali przed strażnikami i dowódcami o hienich łbach. Iście diabelska rodzinka, każda perspektywa okazywała się przerażającą katastrofą. Prawdziwa kolebka śmierci.

Dużo czasu upłynęło na tych strasznych poszukiwaniach. Spojrzał przez bramę kolejnej świątyni i ujrzał swoją jati, swoją rodzinę. Był tam Bold i z nim cała reszta, Shen, I-Li, Dem, jego matka i Zheng He, każdy z nich natychmiast wydał się Kyu bardzo dobrze znany. Byli nadzy i umazani krwią, w bojowym rynsztunku. Hieny wyły, a Kyu uciekał przez żółte światło poranka, pomiędzy drzewami, by w końcu znaleźć schronienie w wysokich trawach. Hieny przeskakiwały z jednej do drugiej kępy, a Kyu przecisnął się przez ostre jak brzytwa źdźbła jednej z gęstszych darni i schował się w niej.

Zanim hieny poszły, przesiedział dość długo skulony w trawie. Słyszał głosy swojej jati, szukali go i nawoływali, aby trzymał się blisko. Ukrywał się w trawie przez całą noc, wypełnioną okropnymi odgłosami zabijania i zjadania żywych istot. Był jednak bezpieczny. Znów wstał dzień. Kyu zdecydował się ruszyć dalej, lecz okazało się, że dalsza droga była zamknięta. Źdźbła trawy, w której się ukrył przed hienami, urosły i przypominały teraz grube miecze, które zamykały go jak w klatce, której ściany napierały na niego, tnąc jego skórę i rozrastając się. A więc to jest moja macica, wybrałem ją, nie wiedząc, że wybieram, nie słuchałem wskazówek Bolda, jestem daleko od rodziny, nieświadomy i zlękniony, zrobiłem to najgorzej, jak się dało.

Pozostanie oznaczało zmianę w głodnego ducha. Będzie musiał się podporządkować i narodzić na nowo, aż jęknął na tę myśl, przeklął się i uznał za głupca. Następnym razem staraj się być nieco bardziej obecny umysłem, pomyślał, trochę więcej odwagi! Nie będzie to łatwe. Bardo to straszne miejsce. Teraz, kiedy było już za późno, zdecydował się spróbować — może następnym razem!

I tak oto z powrotem wyszedł na plan ludzki. Co się tym razem przydarzyło jemu i jego kompanom, nas nie pytaj. Gate gate para gate para sam gate bodhi svaha.

Księga II

Hadżdż w sercu hadżiego

1. Kukułcze jajo

Czasami może zdarzyć się pomyłka. Kiedy reinkarnująca dusza wejdzie w zajęte łono, wtedy w ciele jednego dziecka rezydują dwie dusze i rozpoczyna się walka. Matki od razu mogą wyczuć ten szczególny przypadek po tym, że dziecko rzuca się wewnątrz i siłuje, a kiedy w końcu przychodzi na świat, szok z tym związany uspokaja je tylko na jakiś czas, w którym uczy się oddychać i przyzwyczaja się do nowego życia. Kiedy kończy się ten etap, na nowo rozpoczyna się walka dwóch dusz o panowanie nad jednym ciałem. Najczęściej objawia się to kolką.

Dziecko z kolką płacze i krzyczy jak najęte, napina się i skręca z bólu przez większość dnia. Nie powinno to nikogo dziwić, wszak wewnątrz trwa walka dwóch dusz. Przez wiele tygodni dziecko płacze bez przerwy, a jego wnętrzności rozrywa konflikt. Nic mu nie przynosi ulgi. Nie jest to jednak stan, który utrzymuje się w nieskończoność, to zbyt duże cierpienie jak na jedno młode ciało. W większości przypadków kukułcza dusza przepędza duszę pierwotną i wtedy ciało uspokaja się. Czasem też pierwotnej duszy udaje się wypędzić przybłędę i wtedy na powrót dziecko staje się sobą. Bardzo rzadko zdarza się też tak, że żadna z dusz nie jest na tyle silna, aby wygnać z ciała tę drugą, wtedy po jakimś czasie kolka ustaje, lecz dziecko wyrasta na osobę wewnętrznie podzieloną, zdezorientowaną, nieobliczalną, zawodną i skłonną do szaleństwa.

Kokila urodziła się o północy. Dai wyciągnęła ją i rzekła:

— To dziewczynka, biedactwo.

Jej matka, Zaneeta, przytuliła małą istotkę do piersi, mówiąc:

— I tak będziemy cię kochać.

Miała dopiero tydzień, kiedy dostała ataku kolki. Wypluwała matczyne mleko i płakała bez przerwy przez kolejne noce. Zaneeta bardzo szybko zapomniała, jak pogodne było jej nowe dziecię, łagodny pędrak ssący pierś, kwilący i z zaciekawieniem przyglądający się światu. Męczone kolką dziecko wrzeszczało, płakało, jęczało i skręcało się z bólu. Od samego patrzenia czuło się ból. Zaneeta była bezradna. Trzymała córkę na rękach, podkładała dłonie pod jej brzuch, który aż marszczył się od kurczących się mięśni, i opuszczała dziecko głową w dół, opierając je o swoje biodra. Pozycja ta najwyraźniej służyła Kokili, gdyż zmuszała ją do utrzymywania główki w poziomie, a tym samym uciszała ją. Nie zawsze jednak to działało, a jeśli już, to nigdy na dłużej. Wkrótce znów zaczynały się bolesne ukłucia, płacz i krzyk. Zaneeta była bliska załamania nerwowego. Musiała nakarmić męża, Radżitiego, i dwie starsze córki. Kiedy urodziła trzecią córkę z rzędu, popadła w niełaskę u męża. Do tego jeszcze niemowlę było nieznośne. Zaneeta próbowała spać z Kokilą w ogrodach dla kobiet, lecz kobiety mające wówczas menstruację, mimo że szczerze współczuły, to nie tolerowały hałasu. Każda z nich lubiła wychodzić z domu z dziewczętami, jednak nie było to miejsce dla niemowląt. Zaneeta musiała więc spać z Kokilą na zewnątrz, pod ścianą rodzinnego domu, gdzie ich łkanie i łzy przeplatały się wzajemnie.

Sytuacja ta utrzymywała się przez kilka miesięcy, a kiedy ból ustał, dziecko przybrało zupełnie nowy wyraz twarzy. Insef, dai, która odbierała poród, zbadała dziecku tętno, tęczówki i urynę, po czym stwierdziła, że ciało dziewczynki zostało rzeczywiście przejęte przez inną duszę. Nie było to jednak aż tak istotne, gdyż wielu dzieciom się to przytrafiało i często wychodziło to na dobre, gdyż, jak to bywało w przypadku kolki, silniejsza dusza wypierała słabszą.

Kiedy wewnętrzny konflikt ustał, Zaneeta zaczęła się niepokoić o Kokilę, która przez cały okres niemowlęctwa i dzieciństwa mierzyła swoją matkę i resztę świata czarnym i dzikim wzrokiem, jakby nie była do końca pewna, gdzie się znajduje i co tu robi. Była zdezorientowaną i gniewną dziewczynką, lecz mimo to potrafiła sprytnie manipulować innymi. Skora do pieszczot i wrzasków, była nad wyraz piękna i zwinna, a zanim skończyła pięć lat jej pomoc w domu była nie do przecenienia. Do tego czasu Zaneeta urodziła jeszcze dwoje dzieci. Pierwszy był syn, słońce ich życia, przyszedł na świat dzięki Ganesi i Kartikowi. W ich domu było wówczas tyle obowiązków, że matka w końcu doceniła samowystarczalność Kokili i chłonność jej umysłu.

Nowo narodzony syn był oczywiście w centrum zainteresowania całego domu, a Kokilą jedynie najzaradniejszą z córek, zaabsorbowaną sprawami swojego dzieciństwa i młodości. Zaneeta nie zdążyła poznać jej tak dobrze jak swego męża i syna, których naturę znała na wylot.

Przez kilka lat Kokilą swobodnie realizowała swoje dziecięce pomysły. Insef często mówiła, że dzieciństwo to najlepszy okres w życiu kobiety, ponieważ dziewczynka jest niejako wolna od mężczyzn, może swobodnie pomagać w domu i w polu. Dai była starą kobietą i cynicznie odnosiła się do miłości i małżeństwa — zbyt często widziała, że ich owoce nie przynoszą nikomu nic dobrego. Kokila musiała być jej posłuszna, tak jak i innym, lecz prawdę mówiąc, nie wyglądało na to, aby kogokolwiek słuchała. Każdemu przyglądała się tym zaskoczonym i bacznym wzrokiem, jaki mają leśne zwierzęta, kiedy niespodziewanie natknie się na nie w buszu. Była małomówna, a wypełnianie domowych obowiązków najwyraźniej sprawiało jej przyjemność. W milczącym skupieniu pomagała ojcu i nie interesowała się innymi dziećmi w wiosce, oprócz jednej dziewczynki, którą, jako niemowlę, znaleziono porzuconą w ogrodzie dla kobiet. Insef nazwała ją Bihari i wychowywała na drugą dai w wiosce. Kokila często przychodziła do chaty dai, aby zabrać ze sobą Bihari na poranny obchód po domostwie. Nie rozmawiała z nią więcej niż z innymi ludźmi, za to pokazywała różne rzeczy dokoła, a przede wszystkim chciało jej się nosić dziecko przez cały czas, co za każdym razem zaskakiwało Zaneetę, jako że podrzutek we wsi to nic niezwykłego. Ich przyjaźń była jednym z wielu sekretów Kokili.

Przed porą monsunową Kokila, podobnie jak cala reszta mieszkańców wioski musiała ciężko pracować przez kilka miesięcy z rzędu. Dziewczynka budziła się nad ranem, dokładała do ognia, przechodziła przez chłodną wioskę, gdzie powietrze o tej porze było jeszcze wolne od kurzu, i zabierała Bihari z chaty akuszerki mieszkającej w lesie. Szła w dół rzeki, do wychodka, po czym podmywała się i wracała przez wioskę po dzbany na wodę, z którymi udawała się w górę rzeki. Mijała zatoczki pralnicze, gdzie już zaczynały zbierać się kobiety i kierowała się w stronę wodopoju. Napełniała wodą dwa duże i ciężkie dzbany i zanosiła je z powrotem do domu, robiąc po drodze kilka przystanków na odpoczynek. Później szła do lasu zbierać chrust. To wszystko zajmowało czasem cały poranek. Następnie wracała na pola, leżące na zachód od wioski, gdzie jej ojciec i jego bracia mieli ziemię, i siała z nimi pszenicę i owies. Zasiew trwał kilka tygodni, tak aby zboża mogły dojrzewać w trakcie długiego miesiąca zbiorów. Rząd zasiany w tym tygodniu był słaby, same małe kiełki, lecz Kokila nie zastanawiała się nad tym i rzucała ziarna w świeżo zaoraną ziemię. Następnie w skwarze dnia siedziała z innymi kobietami i dziewczętami, ucierając ziarna zbóż z wodą na ciasto, z którego lepiła ciapaty i niektóre z nich gotowała. Później szła do krowy. Kilkoma rytmicznymi szarpnięciami palcem w krowim odbycie wywołała potok łajna, które jeszcze ciepłe zbierała rękami, rozklepywała na równomierne porcje wiązką słomy i odkładała do wyschnięcia na kamienno-torfowy mur, graniczący z polem jej ojca. Kilka wysuszonych brykietów krowiego łajna brała ze sobą i zanosiła do domu. Jeden brykiet od razu podrzucała do ognia, po czym szła nad rzekę umyć ręce i przeprać brudną odzież, sari, dhoti i chusty. Później, w słabnącym świetle dnia, kiedy upał i kurz w powietrzu nadawały wszystkiemu złocistą poświatę, szła z powrotem do domu, do paleniska w centralnym pomieszczeniu, aby upiec ciapaty i dal bhat na stojącym obok glinianym piecyku.

Wkrótce po zachodzie słońca do domu wracał Radżit. Zaneeta i dziewczęta od progu otaczały go troskliwą opieką. Zjadłszy dal bhat i ciapaty, mógł w końcu odpocząć i opowiedzieć Zaneecie, co mu się przydarzyło danego dnia, o ile oczywiście nie poszło najgorzej, bo jeśli tak było, to nic nie opowiadał. Zwykle jednak mówił o interesach związanych z obrotem ziemią i bydłem. Rodziny we wsi używały pastwisk drugiego gatunku jako zabezpieczenia dla nowych zwierząt i odwrotnie. Ich ojciec pośredniczył w handlu cielętami, koźlętami oraz prawem do wypasu bydła, głównie między Yelapurem i Sivapurem. Stale też zajmował się wydawaniem za mąż swoich córek, co nie było dobrym interesem, gdyż miał ich po prostu za dużo. Kiedy tylko mógł, kompletował im posagi i wydawał za mąż bez wahania. Nie miał innego wyjścia.

Wieczór się kończył, na noc rozwijali na podłodze materace plecione z sitowia i kładli się spać przy palenisku, jeśli było zimno, a jeśli było gorąco, to dym uchodzący przez otwór w dachu chronił ich przed moskitami.

Jednego wieczoru tuż po obiedzie, na kilka dni przed świętem Durga Pudża, znaczącym koniec żniw, Radżit oznajmił Zaneecie, że pojawiła się możliwość wydania za mąż Kokili, która była następna w kolejce, za mężczyznę z Dharwaru, wioski po drugiej stronie Sivapuru, w której odbywał się targ. Potencjalny przyszły mąż Kokili był Lingayatem, tak jak rodzina Radżitiego i większość mieszkańców Yelapuru. Był trzecim synem przywódcy Dharwaru, wiecznie pokłócony z ojcem, co uniemożliwiło mu zażądanie obfitego wiana. Kokila podejrzewała, że w Sivapurze nie miał się po prostu z kim ożenić, ale i tak była bardzo podekscytowana. Zaneeta wyglądała na zadowoloną, powiedziała, że przyjrzy się kandydatowi podczas obchodów święta Durga Pudża.

Rytm codziennego życia w dużej mierze zależał od nadchodzącego święta. Każde że nich miało odrębny charakter i atmosferę, która ubarwiała rzeczywistość poprzedzających je dni. Święto Karety Kryszny odbywało się w porze monsunowej. Jego radosne barwy kontrastowały z szarym niebem. Chłopcy dęli w trąby z palmowych liści, jakby chcąc swoim oddechem odegnać deszcz. Czasem można było naprawdę oszaleć od tych dźwięków, od których trąby szybko obracały się z powrotem w palmowe liście. Pod koniec pory monsunowej przychodziło święto Tańczącego Kryszny, wtedy też odbywał się jarmark. Na kolorowych straganach można było kupić dużo niepotrzebnych rzeczy, sitary, bębenki, jedwabie, haftowane nakrycia głowy, a nawet krzesła, stoły i szafy. W końcu przychodził czas Id, święta ludzi wolnych od ziemi i jej bogów. Wtedy też do Sivapuru przyjeżdżali okoliczni muzułmanie, aby podziwiać paradę słoni.

Następne było święto Durga Pudża, jego nastrój zwiastował żniwa, moment kulminacyjny całego roku. Wtedy też czczono boginię matkę i wszystkie jej dzieła.

W pierwszy dzień święta wszystkie kobiety zbierały się i wspólnie ucierały cynobrową pastę bindi, popijając przy tym ognisty czang wyrobu wiejskiej dai. Potem rozchodziły się, umalowane i roześmiane, podążały za muzułmańskimi bębniarzami na czole parady, wykrzykując:

— Za zwycięstwo Matki Durgi!

Gliniany posąg skośnookiej bogini, złocony i ozdobiony barwnymi szatami, wyglądał prawie jak tybetański oryginał. Wokół niego stały podobnie przybrane statuetki Lakszmi, Saraswati i ich synów, Ganeśi i Katika. Później do slupów ofiarnych, znajdujących się przed posągami, przywiązano dwie kozy i ucięto im łby, które krwawiły, leżąc w prochu ziemi ze wzrokiem wbitym w niebo.

Ofiara z bawołu była jeszcze większym wydarzeniem. Wtedy ze wsi Bhadrapur przyjeżdżał kaptan z wielkim bułatem zaostrzonym specjalnie na tę okazję. Jeśli za pierwszym uderzeniem ostrze nie pokonało całej drogi przez gruby kark bawołu, bogini była niezadowolona i nie przyjmowała ofiary. Przed uroczystością chłopcy spędzali cały ranek, nacierając kark zwierzęcia roztopionym masłem ghee, aby go zmiękczyć.

Tym razem potężny cios kapłana był udany. Rozkrzyczani uczestnicy nabożeństwa wykrwawili ciało ofiary, a z krwi i piachu lepili małe kulki, którymi obrzucali się wzajemnie, piszcząc i nawołując.

Godzinę albo dwie później, nastrój zmienił się całkowicie. Jeden ze starszych mężczyzn zaczął śpiewać.

— Świat jest pełen bólu, a jego źródło w przeszłych czynach.

Kobiety wówczas wstały i odchodziły, gdyż słuchanie, jak mężczyźni rozmawiali ze Wspaniałą Matką, mogło być dla nich niebezpieczne. Kobiety musiały udawać zranione demony, o których opowiadała ich pieśń:

— Kim jest ta, przechadzająca się wśród pól jak Śmierć, ta, co napada i walczy jak Śmierć? Matka swego dziecka nie uśmierci, z jej własnej krwi powstałego, z radości tworzenia. Lecz tam oto ten, który kładzie kres, spogląda tu i tam…

Kiedy zapadał zmierzch, kobiety poszły do domów, przywdziały swoje najlepsze sari, po czym wróciły i ustawiły się w dwóch rzędach, a chłopcy i mężczyźni zawołali:

— Wspaniała Bogini zwyciężyła!

Rozbrzmiała muzyka, szalona i beztroska, tłum ruszył do tańca, a inni zgromadzeni rozmawiali ze sobą wokół wielkiego ogniska, wszyscy wyglądali pięknie i strasznie zarazem, kiedy ich odświętne szaty lśniły w ognistej łunie.

Po jakimś czasie przyszli ludzie z Dharwaru i rozpoczęły się dzikie tańce. Ojciec Kokili złapał ją za rękę, wyprowadził z rzędu i przedstawił rodzicom wybranka. Jego rodzina najwyraźniej zdążyła pogodzić się jeszcze przed świętem, aby móc godnie dopełnić obrządku. Ojca poznała już wcześniej, był przywódcą Dharwaru, miał na imię Shastri. Matki nigdy wcześniej nie widziała, gdyż jej mąż zawsze nakazywał jej zasłaniać twarz, choć w rzeczywistości nie byli aż tak zamożni, aby było to konieczne.

Matka spojrzała na Kokilę ostrym, aczkolwiek przyjaznym wzrokiem. Pasta bindi spływała kobiecie spomiędzy brwi, a jej twarz była spocona w tę gorącą noc. Wyglądała na przyzwoitą teściową. Następnie przyprowadzono wybranka, Gopala, trzeciego syna Shastriego. Kokila skłoniła się sztywno, patrząc na niego z ukosa i nie wiedząc, co tak naprawdę czuje. Miał chudą twarz, wyglądał na energicznego młodzieńca, może lekko skrępowanego — ale tego Kokila nie była pewna. Była wyższa od niego, ale to się mogło jeszcze zmienić.

Po chwili odprowadzono ich z powrotem do ich własnych grup, nie zdążyli zamienić ze sobą ani słowa, nie mieli nic oprócz jednego, nerwowego spojrzenia. Od tamtej chwili nie widziała Gopala przez następne trzy lata. Cały czas wiedziała jednak, że są sobie pisani, i uważała, że tak jest dobrze, że wyjaśniła się kwestia jej zamążpójścia, a ojciec mógł nareszcie przestać się martwić i zacząć traktować ją bez zbędnego pod-denerwowania.

Z czasem Kokila dowiedziała się od plotkujących kobiet nieco więcej na temat rodziny, do której miała dołączyć. Okazało się, że Shastri nie należał do najpopularniejszych przywódców. Ludzie zarzucali mu, że niedawno skazał na banicję kowala z Dharwaru za to, że odwiedził brata, mieszkającego w górach, nie pytając o zgodę przywódcy. Shastri wydał wyrok samowolnie, bez zwoływania panczajatu, Rady Pięciu, która mogłaby rozważyć decyzję o zastosowaniu takiej kary. Poza tym, od momentu odziedziczenia godności przywódcy po swoim zmarłym ojcu, nigdy jeszcze nie zwołał panczajatu. W końcu ludzie zaczęli szemrać za plecami, bo nikomu się nie podobały poczynania Shastriego i jego najstarszego syna, z którym wspólnie zarządzali Dharwarem, niczym bezlitośni zamindarowie, ściągający ogromny haracz z własnych ziem!

Kokila przyjmowała te opowieści bez emocji i nadal większość czasu spędzała z Bihari, która poznawała właśnie zioła, jakich akuszerka używała w lecznictwie. Kiedy razem wychodziły do lasu po chrust, Bihari uważnie przeczesywała runo w poszukiwaniu roślin, które zabierała ze sobą do domu. Słodkogórz rósł na nasłonecznionych polanach, kokoryczka w wilgotnym cieniu, rycynus między korzeniami drzewa saal i tak dalej. Po powrocie do chaty Kokila pomagała miażdżyć suszone zioła albo przygotowywać je na inne sposoby, używając spirytusu i różnych rodzajów oleju. Wspólnie szykowały medykamenty, których Insef używała w akuszerstwie, aby wywoływać skurcze, rozluźniać macicę, uśmierzać ból, otwierać szyjkę macicy lub powstrzymywać krwawienie. Obie dostały od Insef długie listy roślin i części zwierząt, których chciała, aby nauczyły się na pamięć.

— Jestem już stara — zwykła mawiać — mam już trzydzieści sześć lat. Moja matka zmarła w trzydziestym roku życia. Jej matka przekazała jej całą swą wiedzę o tradycyjnej medycynie naturalnej, którą sama posiadła od dai z wioski w południowej prowincji Dravida, gdzie własnością zarządzały kobiety, ona nauczyła moją babkę wszystkiego, o czym wiedzą Dravidanki. Ich wiedza przekazywana jest od zarania przez kolejne pokolenia dai, a wywodzi się od Saraswati, samej bogini nauki, więc nie wolno nam pozwolić, by popadła w zapomnienie. Musicie posiąść tę wiedzę i przekazać ją córkom, aby porody były jak najlżejsze i jak najwięcej niemowląt przeżywało.

Ludzie mówili, że Insef miała wija w głowie (było to wyrażenie używane najczęściej w odniesieniu do ekscentryków, choć matki często sprawdzały uszy swoim dzieciom, jeśli leżało się na trawie. Czasem nawet przepłukiwały im uszy olejem, gdyż wije nienawidzą oleju), czasem mówiła tak szybko, że chyba nikt na świecie nie potrafił mówić szybciej. Trajkotała głównie do siebie, lecz Kokila lubiła jej słuchać.

Insef nie musiała specjalnie przekonywać Bihari o ważności tych spraw. Bihari była żywą i słodką dziewczyną, miała bystry wzrok, który przydawał się w lesie, i doskonalą pamięć do roślin, a do tego była zawsze radosna i dla wszystkich miała dobre słowo. Może była aż nadto wesoła i atrakcyjna, gdyż w tym samym roku, w którym Kokila miał wyjść za Gopala, Shardul, jego starszy brat i najstarszy syn Shastriego, który wkrótce miał zostać jej szwagrem, jednym z tych mężczyzn w rodzinie jej męża, którzy mogli jej rozkazywać, zaczął przyglądać się bliżej Bihari. Później już otwarcie się na nią gapił, cokolwiek by nie robiła, a to nie wróżyło nic dobrego, jako że Bihari była poniekąd nietykalna i nie na wydaniu. Insef robiła wszystko, co w jej mocy, aby ją odizolować. Czas świąt sprzyjał jednak samotnym ludziom do łączenia się w pary, a codzienne życie w wiosce również obfitowało w okazje do ukradkowej wymiany spojrzeń, a nawet do krótkich spotkań. Bihari zaczęła odwzajemniać zainteresowanie Shardula, mimo iż wiedziała, że nie jest na wydaniu. Podobała jej się myśl o normalnym życiu, bez względu na to, jak bardzo stara dai ją przed nim przestrzegała.

Nadszedł w końcu dzień, w którym Kokila poślubiła Gopala i razem z nim przeprowadziła się do Dharwaru. Jej teściowa wydawała się być osobą drażliwą i wycofaną z życia rodzinnego, a Gopal sam w sobie nie okazał się żadną wspaniałą nagrodą. Był to niespokojny człowiek, mający niewiele do powiedzenia, zdominowany przez rodziców, nigdy do końca niepogodzony z ojcem. Z początku próbował tyranizować Kokilę i pomiatać nią, tak jak nim pomiatano, lecz robił to bez przekonania, zwłaszcza po tym, jak odgryzła mu się kilka razy ostrą ripostą. Przywykł do takich zachowań i dzięki temu dość szybko zdołała go sobie podporządkować. Nie przepadała za nim, zawsze wyczekiwała sposobności, żeby urwać się z domu i spotkać w lesie z Bihari i z dai. Prawdę mówiąc, to jedynie Prithvi, drugi syn w rodzinie przywódcy, wydawał się jej sympatyczną osobą. Lecz jego nigdy nie było w domu, już od wczesnego ranka starał się mieć jak najmniej do czynienia ze swoją rodziną, byt małomówny i powściągliwy.

Pomiędzy dwoma wioskami trwał bezustanny ruch, o wiele żywszy, niż Kokila to sobie wyobrażała. Jakoś jednak musiała sobie radzić, więc w tajemnicy przed wszystkimi zażywała przyrządzoną przez starą akuszerkę miksturę, która uniemożliwiała jej zajście w ciążę. Co prawda miała już czternaście lat, ale chciała jeszcze zaczekać.

Wkrótce wszystko zaczęło się psuć. Starej dai znów dawały się we znaki spuchnięte stawy i prawie w ogóle nie mogła się już ruszać, więc Bi-hari musiała przejąć jej obowiązki i odtąd coraz częściej widywano ją w Dharwarze. Tymczasem Shastri i Shardul knuli jakiś spisek, aby zarobić pieniądze, zdradzając całą wioskę. Planowali dogadać się z wysłannikiem zamindara co do zmiany oceny należności podatkowych na jego korzyść, a część zysków zabrać dla siebie. Właściwie to zmawiali się, aby na miejsce prawa hinduskiego wprowadzić Dharwar, muzułmański system podatkowy. Prawo hinduskie w formie religijnych nakazów było święte i uznawało podatek w postaci płodów rolnych nie większy niż jedna szósta plonów, natomiast według kodeksu muzułmańskiego opodatkowaniu mogło podlegać wszystko, co znajdowało się w posiadaniu rolnika, i w głównej mierze zależało to od widzimisię zamindara. W praktyce oba systemy działały bardzo podobnie, jednak stawki muzułmańskie zależały od wielkości plonów i ogólnej sytuacji bytowej i tu właśnie wkraczali Shastri i Shardul. Pomagali zamindarowi w wyliczeniach, ile można by jeszcze wycisnąć od mieszkańców wioski, nie zmuszając ich do głodowania. Kokila leżała w nocy obok śpiącego Gopala i przez uchylone drzwi usłyszała, jak Shastri i Shardul rozpatrują istniejące możliwości.

— Pszenica i jęczmień, dwie piąte, jeśli podlewana naturalnie, jeśli wodą ze studni, wtedy trzy dziesiąte.

— Brzmi nieźle. W takim razie daktyle, winogrona, rośliny zielone i ogrodowe, jedna trzecia.

— Ale z plonów letnich jedna czwarta.

Aby ułatwić im pracę, zamindar w końcu mianował Shardula na qanugo, taksatora wioski, lecz nawet bez tego był on podłym człowiekiem i w dodatku nadal oglądał się za Bihari. Podczas święta Karety zabrał ją do lasu. Z tego, co opowiadała później, Kokila zrozumiała, że Bihari nie miała nic przeciwko. Z lubością opowiadała wszystkie szczegóły.

— Leżałam na plecach, w błocie, padał deszcz i krople spływały mi po twarzy, a on je zlizywał, mówiąc — kocham cię, kocham cię.

— Przecież wiesz, że on cię nigdy nie poślubi — zauważyła zaniepokojona Kokila. — A jego bracia wcale nie będą zadowoleni, jak się o wszystkim dowiedzą.

— O niczym się nie dowiedzą. To było takie namiętne, Kokilo, nawet nie potrafisz sobie tego wyobrazić! — Wiedziała, że Kokila nie była zachwycona Gopalem.

— Dobrze, dobrze. Z tego mogą być kłopoty. Czy warto ryzykować dla tych kilku chwil uniesienia?

— Warto! Uwierz mi.

Przez chwilę była taka szczęśliwa, że aż zaczęła śpiewać stare piosenki o miłości, szczególnie tę jedną, którą niegdyś śpiewały razem, jedną z tych starszych.

Często lubię sypiać z kimś
Innym
A najmilej, kiedy mąż wyjechał
Daleko
Nocą deszcz spływa ulicami i wieje wiatr
I nie ma nikogo.

Mimo wszystkich starań i zabiegów Insef, Bihari jednak zaszła w ciążę. Z początku próbowała to ukrywać, lecz kiedy stara dai leżała niemal sparaliżowana, to ona musiała odbierać wszystkie porody. W ten sposób jej stan został szybko zauważony. Ludzie poskładali sobie to, co widzieli i zasłyszeli. Rozpowiadali, że to Shardul zrobił jej dziecko. W tym czasie żona Prithviego zaczęła rodzić, więc Bihari udała się do niej i odebrała poród. Dziecko, chłopiec, zmarło kilka minut po porodzie. Kiedy wyszli przed dom, Shastri uderzył Bihari w twarz i nazywał ją czarownicą i dziwką.

Kokila dowiedziała się o tym dopiero podczas wizyty w domu Pri-thviego, od jego żony, która twierdziła, że poród odbył się szybciej niż ktokolwiek się spodziewał i że wątpi, aby Bihari popełniła jakiś błąd. Kokila pośpieszyła do chaty dai, gdzie zastała przygarbioną i połamaną staruszkę, dyszącą między nogami Bihari, próbującą wydobyć dziecko na zewnątrz.

— Poroniła! — wyjaśniła Kokili.

Kokila z miejsca wszystkim się zajęła, robiąc to, co kazała jej dai.

Całkowicie zapomniała o swojej rodzinie, w końcu zapadł zmierzch i dopiero wtedy przypomniała sobie coś i aż krzyknęła:

— Muszę już iść!

— Idź, wszystko będzie dobrze — wyszeptała Bihari. Kokila pobiegła przez las w stronę Dharwaru. Kiedy dotarła do domu, bez słowa dostała w twarz od teściowej, co było tylko wstępem przed Gopalem, który uderzył ją pięścią w ramię, zabronił wchodzić do lasu i pojawiać się w Sivapurze. Był to wręcz śmieszny zakaz, biorąc pod uwagę ich warunki bytowe. Jak zatem mam ci przynosić wodę? — już miała pytać Kokila, lecz w ostatniej chwili ugryzła się w język. Stała i masowała ramię, wbijając w teściową i męża swój szyderczy wzrok, do momentu aż stwierdziła, że są już na tyle przerażeni, że nie będą jej więcej bić.

Później już tylko mierzyła posępnym wzrokiem podłogę, posprzątała po obiedzie, jaki sobie nieudolnie przyrządzili podczas jej nieobecności — nawet zjeść porządnie bez niej nie umieli. Nigdy nie zapomni tej wściekłości, jaką do nich wtedy zapałała.

Następnego ranka, jeszcze przed świtem, wymknęła się z domu, zabierając ze sobą dzbany na wodę, i pośpieszyła przez szary i wilgotny las. Spadające liście pokrywały każde jego piętro, od runa aż po wysoki baldachim z koron drzew. Dobiegła do chaty dai wystraszona i zdyszana.

Bihari i jej dziecko zmarli. Bihari nie żyła, a stara dai leżała wyciągnięta na swoim sienniku, dysząc z bólu i z wycieńczenia po wszystkich zabiegach, jakie niedawno wykonała. Wyglądała, jakby w każdej chwili sama miała zgasnąć i opuścić ten świat.

— Odeszli godzinę temu — powiedziała. — Dziecko powinno było przeżyć, nie wiem, co się stało, Bihari bardzo krwawiła, próbowałam zatamować krew, ale nie mogłam dosięgnąć…

— Naucz mnie przyrządzać truciznę. — Co?

— Naucz mnie przyrządzać silną truciznę, której mogłabym użyć. Wiem, że się na tym znasz. Naucz mnie przyrządzać najsilniejszą truciznę, jaką znasz, w tej chwili!

Staruszka odwróciła głowę do ściany, płacząc. Kokila mocnym ruchem przekręciła ją w swoją stronę i krzyknęła:

— Naucz mnie!

Insef spojrzała na dwa ciała leżące pod rozłożonym sari. Nie było już nikogo więcej do zawiadomienia. Kokila już uniosła rękę, aby zacząć jej grozić. Powstrzymała się jednak i rzekła:

— Proszę cię! Muszę to wiedzieć.

— To zbyt niebezpieczne.

— Na pewno nie aż tak, jak zasztyletowanie Shastriego.

— Z pewnością.

— Utopię w nim ostrze, jeśli mi nie powiesz. A wtedy spalą mnie na stosie.

— Zrobią to, jeśli go otrujesz.

— Nikt się nie dowie.

— Pomyślą, że ja to zrobiłam.

— Wszyscy wiedzą, że nie możesz się ruszać.

— To nie ma znaczenia, w takim razie pomyślą, że ty to zrobiłaś.

— Zrobię to bardzo sprytnie, uwierz mi. Będę wtedy u swoich rodziców.

— To nie ma znaczenia. I tak będą nas obwiniać. A Shardul jest jeszcze gorszy od Shastriego, dobrze o tym wiesz.

— Naucz mnie!

Kobieta przez dłuższą chwilę wpatrywała się w jej oczy, po czym przewróciła się na drugi bok i otworzyła koszyk z robótkami ręcznymi. Pokazała Kokili małą ususzoną roślinkę i kilka jagód.

— To jest szalej jadowity, a to nasiona rycynusa. Zmiel liście szaleju na pastę i dodaj do niej nasiona tuż przed podaniem. Jest gorzkie, ale nie trzeba dużo. Aby zabić, wystarczy dodać szczyptę do pikantnej potrawy. Ostrzegam cię jednak, że efekty nie przypominają niestrawności i ewidentnie wskazują na otrucie.

Kokila przyglądała się wszystkiemu uważnie i snuła swój plan. Shastri i Shardul nadal pracowali dla zamindara, a z każdym kolejnym miesiącem przybywało im wrogów. Zaczęła też krążyć plotka, że w nocy podczas Gauri Hunnime, święta kobiet, kiedy czci się podobizny Siwy i Parvati zrobione z błota, Shardul zgwałcił w lesie kolejną dziewczynę.

Tymczasem Kokila nauczyła się na pamięć planu ich dnia powszedniego. Shastri i Shardul bez pośpiechu jedli śniadanie, po czym Shastri przyjmował petentów w pawilonie między ich domem a studnią, a Shardul siedział przed domem i zajmował się rachunkami. Podczas południowych upałów ucinali sobie drzemkę lub przyjmowali gości na werandzie, wcinającej się w las od północnej strony. Popołudniami najczęściej zjadali lekki posiłek, leżąc na kanapach, jak mali zamindarowie, później szli z Gopalem lub jednym z dwóch wspólników na targ, gdzie do zachodu słońca „robili interesy”. Do wioski wracali, pijąc po drodze albo będąc już pijanymi. Rozbijali się rozweseleni, przychodząc o zmroku na obiad. To była żelazna rutyna, jaka zresztą panowała w każdej wiosce.

Kokila dopracowywała swój plan podczas samotnych spacerów do lasu po chrust, kiedy większość czasu spędzała na poszukiwaniach szaleju i nasion rycynusa. Można było je znaleźć w najwilgotniejszej i najbardziej zacienionej części lasu, gdzie zaczynało się bagno. Tam kryły się najbardziej niebezpieczne stworzenia, od moskitów po tygrysy. Jednak w południe większość takich zwierząt odpoczywała. Podczas upalnych miesięcy wszystko, co żywe, wydawało się spać w południe, nawet leniwie zwisające z drzew pnącza. Owady bzyczały w sennej ciszy, a dwie trujące rośliny zajaśniały przed nią w nikłym świetle jak zielone lampiony. Zmówiła jeszcze modlitwę do Kali i wyrwała je, czując rozrywające ją od wewnątrz cierpienie. Zmiażdżyła w garści strąk rycynusa, by wydobyć zeń nasiona, które razem z drugim ziołem wepchnęła od razu za pas swego sari, a następnie ukryła w lesie, niedaleko domu, tuż obok wychodka. Było to na dzień przed świętem Durga Pudża. Tamtej nocy nie mogła spać, miała tylko krótkie, urwane sny, w których przychodziła do niej Bihari i pocieszała ją.

— Źle rzeczy zdarzają się w każdym życiu — mówiła Bihari — nie można się z tego powodu złościć.

W jednym ze snów było coś jeszcze, lecz po przebudzeniu obraz rozmył się i znikł. Kokila poszła do swojej kryjówki po części roślin. Liście szaleju wrzuciła do tykwy i ucierała wściekle na miazgę. Tykwę i kamień cisnęła w kępy paproci, a pastę nałożoną na liść zaniosła w dłoni do domu Shastriego, gdzie czekała na popołudniową drzemkę mężczyzn. Ten dzień ciągnął się w nieskończoność. Po jakimś czasie dorzuciła do pasty drobne nasiona i posmarowała miksturą placki zbożowe, przygotowane dla Shastriego i Shardula na popołudniową przekąskę. Zaraz po tym wybiegła z domu prosto w las, a serce wyrywało się z jej piersi jak spłoszony jeleń, który przed nią umykał. Biegła tak jak i on, w oszalałym tempie, przerażona tym, co zrobiła, może aż nazbyt podobna do zwierzęcia, gdyż nagle wpadła w sidła, zastawione przez mężczyznę z Bhadrapuru. Zanim znalazł ją, oszołomioną i miotającą się w zaciśniętych linkach, z resztkami trującej pasty na palcach, i zabrał do Dharwaru, Shastri i Shardul już nie żyli. Prithvi został nowym dowódcą wioski, a Kokilę okrzyknięto wiedźmą i trucicielką i zabito na miejscu.

2. Z powrotem w bardo

Z powrotem w bardo Kokila i Bihari siedziały obok siebie na czarnej podłodze wszechświata w oczekiwaniu na sąd.

— Znów ci się nie udało — powiedziała Bihari, będąca jednocześnie Boldem, Bel i Borondi, i wieloma innymi swoimi wcieleniami, którymi była do momentu swoich prawdziwych narodzin na początku Kali-yuga, Czasu Zniszczenia, czwartej z czterech er, kiedy to powstała z nicości jako nowa dusza, w wyniku erupcji Bytu z Niebytu. To cud, wymykający się wszelkim próbom eksplikacji w ramach naturalnych praw, a zarazem wskazujący na istnienie jakiegoś wyższego świata, może nawet wyższego od świata dewów, którzy zasiadali teraz na podwyższeniu i przyglądali się im. To świat, do którego wszyscy instynktownie pragnęli powrócić. Bihari mówiła dalej:

— Dharmy nie można przejść na skróty, musisz nad nią pracować krok po kroku, dawać z siebie wszystko w każdej nadarzającej się sytuacji. Nie da się tak po prostu wskoczyć do nieba.

— Mam to gdzieś — odpowiedziała Kokila, wykonując nieprzyzwoite gesty w stronę bóstw. Nadal była tak wściekła, że mogła toczyć pianę z ust. Przerażona płakała i wycierała nos wierzchem dłoni.

— Będę przeklęta za to, co zrobiłam.

— Owszem, będziesz. To właśnie dlatego zawsze gdzieś się zawieruszasz i dlatego, będąc na świecie, nigdy nie rozpoznajesz swojej jati. Powiedz, dlaczego wciąż wyrządzasz krzywdę swojej rodzinie? Czyż nie wiesz, że razem wznosimy się i upadamy?

— Nie wiem, dlaczego tak jest.

W tej chwili odbywał się sąd nad Shastrim, który klęczał z rękami złożonymi w błagalnym geście.

— Jego powinno się wysiać do piekieł! — krzyknęła Kokila w stronę czarnego bóstwa — w najniższe i najstraszniejsze kręgi piekielne.

Bihari potrząsnęła głową.

— Wszystko odbywa się krok po kroku, tak jak powiedziałam. Posuwamy się małymi krokami, w górę lub w dół. Myślę, że to ty zostaniesz zesłana na dól za to, co zrobiłaś.

— To było sprawiedliwe! — krzyknęła Kokila. — Wzięłam sprawiedliwość w swoje ręce, ponieważ wszyscy inni się bali! I gdyby trzeba było zrobić to ponownie, zrobiłabym to! — Krzyczała w górę, ku czarnemu bóstwu. — Sprawiedliwość, przeklęta sprawiedliwość!

— Cicho bądź! — odezwała się stanowczo Bihari. — Będziesz miała swoją okazję. Nie chcesz chyba powrócić jako zwierzę?

Kokila spojrzała na nią gniewnie i odparła:

— Przecież my jesteśmy zwierzętami, nie zapominaj o tym — zamach nęła się, aby uderzyć Bihari w ramię, lecz jej dłoń przeniknęła przez ciało Bihari, co poniekąd ostudziło jej zapał. Znajdowały się w świecie dusz, to było pewne. — Zapomnij o tych bogach — warknęła. — Potrzeba nam sprawiedliwości i jeśli trzeba będzie, to wzniecę bunt choćby i tutaj, w bardo!

— Wszystko po kolei — powiedziała Bihari — krok za krokiem. Najpierw postaraj się rozpoznać swoją jati i zadbać o nią, a później działaj dalej.

3. Litość tygrysa

Tygrysica Kya przemierzała wysokie trawy z pełnym żołądkiem i futrem wygrzanym w słońcu. Trawy, jak zielona ściana, napierały na jej tułów z każdej strony. Wierzchołki roślin falowały na lekkim wietrze, przysłaniając błękit nieba nad głową tygrysicy, a strzeliste źdźbła wyrastały promieniście z ogromnych kęp i zaginały się u szczytu. Kępy rosły gęsto, a tygrysica, znajdując przy ziemi wąskie prześwity między nimi, brnęła do przodu. W końcu doszła do granicy traw, za którą znajdowała się rozległa parkowa esplanada, wypalana co roku przez ludzi. Wypasały się tu łaciate indyjskie jelenie, dzikie świnie i antylopy, szczególnie antylopy nilghai.

Tego ranka stała tam samotna łania wapiti i skubała trawę. Kya potrafiła naśladować odgłosy kozła wapiti — kiedy była rozgrzana robiła to ot tak sobie, lecz tym razem tylko czekała. Łania musiała coś zwietrzyć, gdyż po chwili uciekła. Na otwartą przestrzeń zabłąkał się teraz młody gaur o kasztanowym umaszczeniu i białych skarpetach. Kiedy zaczął się zbliżać, Kya podniosła przednią łapę, wyprostowała ogon, zachwiała się w przód i w tył, łapiąc równowagę. Po chwili zerwała się z wyrzuconym do góry ogonem i przecięła polanę serią pięciometrowych susów, porykując donośnie. Dopadła gaura, obaliła go na ziemię, zacisnęła kły na gardle i zadusiła.

Jadła, zwycięska.

Jej kol-bal, szakal, którego wygnano z watahy, kręcił się gdzieś w pobliżu, ukazywał swój brzydki pysk po drugiej stronie polany i szczekał. Warknęła na niego, na co on cofnął się i schował łeb w trawie.

Kiedy najadła się do syta, poczłapała w dół zbocza. Kol-bal i kruki dokończą gaura.

Doszła do rzeki. Powierzchnia płytkiego rozlewiska usiana była wysepkami, na których rosły miniaturowe dżungle, z własnymi baldachimami koron drzew shisham i saal. Na niektórych z nich miała swoje legowiska, w wyleżanych zaroślach, wśród pnączy i chaszczy, pod krzewami tamaryszku, którego gałęzie zwisały nad rozgrzanym piaskiem brzegów strumienia. Stąpając po gładkich kamieniach, tygrysica doszła do wody, pochyliła łeb i piła. Następnie weszła w bród i stanęła, czując, jak jej futro faluje w wartkim nurcie. Woda była przejrzysta i nagrzana. Na piaszczystym brzegu liczne zwierzęta zostawiły odciski łap i kopyt, a okoliczne trawy woniały ich zapachami: przychodziły tu wapiti i piżmowiec, szakal i hiena, nosorożec i gaur, świnia i kolczatka, niemal cala wioska, lecz w zasięgu wzroku nie było nikogo. Przeszła w bród na jedną z wysepek i ułożyła się w zacienionym legowisku, wymoszczonym w trawie. Krótka drzemka. Żadnych młodych w tym roku, nie trzeba polować przez najbliższy dzień, może dwa. Kya ziewnęła szeroko i donośnie, po czym zasnęła, zapadając w ciszę, którą tygrysy pulsują w dżungli.

Śniło jej się, że była małą, brązową, wiejską dziewczynką, jej ogon drgnął, kiedy poczuła ciepło domowego paleniska, miłość fizyczną twarzą w twarz, urazy po ciskanych w nią kamieniach. Zamruczała przez sen i wyszczerzyła kły. Poczuła strach, który wyrwał ją ze snu, wstała i ułożyła się z powrotem, próbując znów zasnąć.

Jakieś hałasy przywołały ją na powrót do świata. Ptaki i małpy rozprawiały o zbliżających się z zachodu ludziach, którzy płynęli tu z nurtem rzeki. Kya wstała, pośpiesznie opuściła swoją wyspę i znikła wśród najgęstszych okolicznych traw, tuż za kolejnym zakrętem rzeki. Ludzie mogli być niebezpieczni, zwłaszcza w grupie, w pojedynkę byli bezradni, wystarczyło tylko wybrać odpowiedni moment i zaatakować od tyłu. Natomiast grupa ludzi potrafiła zapędzać zwierzęta w pułapki i zasadzki. Taki koniec spotkał już niejednego tygrysa. Widziała je później, obdarte ze skóry i z obciętą głową. Kiedyś ujrzała tygrysicę, która próbowała wspiąć się na drewniany słup, aby zdobyć położone na szczycie mięso, poślizgnęła się na tłustej plamie i spadła na drewniane kolce, ukryte w liściach. Takie rzeczy robili ludzie.

Dziś jednak nie brzmiały żadne bębny, okrzyki ani dzwonki. Poza tym już za późno na polowania. To musieli być podróżni. Kya prześlizgnęła się dyskretnie przez trawy, łapała w nozdrza wiatr i nasłuchiwała. Posuwała się w kierunku rozległej polany, wśród wysokich traw, skąd miała najlepszy widok na płytką zatoczkę.

Ułożyła się na zgniecionej kępie trawy i spod przymrużonych powiek obserwowała, jak przepływają.

W dole, przy brzegu dostrzegła też innych ludzi, rozproszonych po lesie, leżących i czekających na tych, którzy mieli się pojawić.

Kiedy ich obserwowała, kolumna ludzi wpłynęła do zatoki, a ci schowani między drzewami wyskoczyli ze swoich kryjówek i krzycząc, wypuszczali w stronę tamtych strzały. Wyglądało to na wielkie polowanie. Kya przyczaiła się i obserwowała uważnie, kładąc po sobie uszy. Już kiedyś widziała taką scenę, zaskoczyła ją wtedy ogromna liczba zabitych. Wtedy też po raz pierwszy spróbowała ludzkiego mięsa, tamtego lata miała do wykarmienia bliźnięta. Bez wątpienia ludzie byli najgroźniejszymi stworzeniami w dżungli, oprócz słoni oczywiście. Zabijali bez skrupułów, tak jak czasami robił to kol-bal. Bez względu na to, co się dalej stanie, i tak pozostanie tu dużo mięsa. Kya ukryła się nieco bliżej i bardziej teraz nasłuchiwała, niż się przyglądała. Okrzyki, piski i wrzaski, ryk, nawoływanie, dźwięk trąb, szczęk śmiercionośnej stali. Coś jakby odgłosy zwycięskiego finału jednego z jej polowań, z tym że zwielokrotnione.

W końcu zgiełk ucichł i myśliwi rozeszli się. Po długiej chwili w dżungli na powrót zapanowała głęboka cisza. Kya powstała i rozejrzała się. W powietrzu unosiła się woń krwi, z pyska pociekła jej ślina. Martwe ciała leżały po obu brzegach rzeki, zaplątane w roślinność, inne zalegały na płyciźnie. Tygrysica stąpała ostrożnie, jedno z większych ciał zaciągnęła do cienia i tam zjadła część. Nie była głodna. Usłyszawszy hałas, umknęła zwinnie w cień, sierść zjeżyła się jej na grzbiecie, rozglądała się bacznie w poszukiwaniu źródła dźwięku, który przypominał odgłos łamanej gałęzi. Po chwili usłyszała kroki. To człowiek. Jeszcze stoi. Ocalały.

Kya odprężyła się i jako że była już nasycona, podeszła do człowieka z ciekawości. Kiedy ją ujrzał, odskoczył gwałtownie do tyłu, a właściwie ciało zrobiło to bez jego woli. Stał teraz i patrzył na nią wzrokiem, jaki miały ranne zwierzęta, pogodzone ze swoim losem. Choć ten wznosił jeszcze oczy ku niebu, jakby mówił: co gorszego mogłoby mnie jeszcze dzisiaj spotkać, albo: tylko nie to. Wyraz jego twarzy był taki sam jak młodych dziewcząt, którym przyglądała się, jak zbierały chrust w lesie, kiedy z pełnym żołądkiem wychodziła im naprzeciw. Ludzie, którzy zasadzili się na grupę tego człowieka, nadal obstawiali szlak do najbliższej wioski. Wkrótce znajdą go i zabiją.

On spodziewał się, że zrobi to tygrysica. Ludzie zawsze są tacy pewni siebie, tacy pewni, że rozpracowali już cały świat i uczynili się jego władcami. Niestety, dzięki swoim śmiesznym kolumnom cyfr i strzałom często mieli rację. Był to jeden z wielu powodów, dla których ich zabijała, jak to miała w zwyczaju robić. Prawdę mówiąc, człowiek należał do mizernych łupów, co jednak nie było najważniejsze. Wiele tygrysów zginęło, próbując dobrać się do wyśmienitego mięsa jeżozwierza, ludzie natomiast smakowali dziwnie, choć biorąc pod uwagę ich dietę, nie było się czemu dziwić.

Ten człowiek na pewno by się zdziwił, gdyby mu teraz pomogła. Podeszła spokojnie do jego nogi, podczas gdy on trząsł się i szczękał zębami. Po chwili oprzytomniał i wrócił do siebie, a ona nosem zarzuciła sobie jego dłoń na głowę, pomiędzy uszy. Stała nieruchomo, czekając, aż ją pogłaszcze, potem poruszyła się, aby mógł pogłaskać jej grzbiet. Stała tuż przy nim, zwrócona w tę samą stronę co on. Następnie z wolna zaczęła iść, a jej tempo wskazywało, że chce, aby szedł za nią. I rzeczywiście, ruszył z miejsca, gładząc jej grzbiet z każdym krokiem.

Przeprowadziła człowieka przez las. Promienie słońca przebijały przez gęste korony drzew i padały prosto na nich. Nagle spośród drzew, ze szlaku w oddali, dobiegł ich hałas, stukot i głosy, poczuła dłoń zaciskającą się na jej futrze. Zatrzymała się i nasłuchiwała. Były to odgłosy ludzkich myśliwych. Wydala z siebie cichy pomruk, warknęła głęboko, po czym ryknęła donośnie.

Martwa cisza dookoła. Ludzie najwyraźniej nie zorganizowali nagonki, więc nie było szans, aby ją znaleźli. Po chwili wiatr przyniósł z oddali odgłosy ludzi, uciekających w popłochu.

Droga była wolna. Dłoń człowieka uczepiła się futra między jej łopatkami. Kya odwróciła łeb i trąciła nosem jego rękę. Puścił. O wiele bardziej bal się teraz innych ludzi niż jej, która wykazywała tak wielkie zrozumienie. Człowiek przypominał jej bezbronne kocię, choć był znacznie szybszy. Jej matka nosiła ją, chwytając zębami za ten sam fałd skóry między łopatkami, za który i on chwycił, nawet użył podobnej siły jak ona, jakby sam kiedyś był matką tygrysicą.

Wolnym krokiem zaprowadziła człowieka do następnej zatoczki, przeszła na drugi brzeg, po czym posuwała się wzdłuż jednego z jelenich szlaków. Wapiti były większe od ludzi, więc szlak był wygodny. Zabrała go do znanego sobie przejścia do wąwozu, który przecinał tutejszą okolicę. Był to wąski jar, o stromych, granitowych zboczach, a jego dno można było osiągnąć jedynie w kilku miejscach. To było jedno z nich. Poprowadziła go na dno wąwozu i dalej w dół strumienia, do wioski, w której ludzie pachnieli podobnie jak on. Człowiek musiał iść dość szybko, aby dotrzymać jej kroku, a ona nie zwalniała. Jako że upał panował już od wielu dni, dno wąwozu wyściełały tylko wodne oczka, a woda ze źródeł spływała leniwie po porośniętym paprociami zawalisku. Idąc dnem jaru i potykając się o kamienie, zamyśliła się, przypomniała jej się chata na skraju wioski, do której się zbliżali, chata, która pachniała niemal identycznie jak ten człowiek. Przeprowadziła go przez gęsty zagajnik palm daktylowych, potem minęli jeszcze gęstszy bambusowy las. Zielone krzewy śliwy jawajskiej rosły na ścianach wąwozu razem z ciernistymi drzewkami jujuby, na których złociły się jaskrawopomarańczowe owoce. Prześwit między wonnymi zaroślami poprowadził ich w górę i na zewnątrz wąwozu. Coś zwietrzyła w powietrzu. Samiec tygrysa był tutaj całkiem niedawno, spryskał swoim zapachem wyjście z wąwozu, oznaczając swoje terytorium. Wydała zdławiony pomruk, człowiek znów uczepił się futra między jej łopatkami, aby pomóc sobie we wspinaczce.

Znów znaleźli się na zalesionych wzgórzach, które otaczały jar z każdej strony. Pięli się zakosami pod górę. Tygrysica wielokrotnie pozwalała człowiekowi wesprzeć się na swoim grzbiecie. On najwyraźniej wolałby obejść wzgórze lub zejść bezpośrednio do wioski, a nie iść pod górę i dookoła niej. Wystarczyło jednak, że kilka razy szturchnęła go mocniej nosem, aby porzucił swoje plany i poszedł za nią bez sprzeciwu.

Poprowadziła go przez ruiny starej fortecy na wzgórzach. Zarośnięte bambusem miejsce omijali szerokim łukiem. Tam kilka lat z rzędu Kya miała zimowe legowisko. Tam też rodziła młode, nieopodal ludzkiej wioski, w ludzkich ruinach. Tutaj samce im nie zagrażały. Człowiek rozpoznał miejsce i uspokoił się. Szli prosto przed siebie, zmierzając ku tyłom wioski.

Idąc tempem człowieka, droga wydawała się bardzo długa. Jego ciało chwiało się na boki, teraz dokładnie widziała, jak trudno chodzić na dwóch nogach. Ani chwili odpoczynku, ciągłe łapanie równowagi, upadanie do przodu i podtrzymywanie się, jakby stale przechodziło się po pniu przerzuconym na drugą stronę rwącego strumienia. Chwiał się zupełnie jak małe tygrysiątko, ślepe i wilgotne.

W końcu dotarli do skraju wioski, gdzie pole jęczmienia dojrzewało w popołudniowym słońcu. Zatrzymali się przy brzegu wysokich traw pod drzewami sal. Na polach z jęczmieniem znajdowały się głębokie bruzdy, które ludzie wypełniali wodą. Sprytne małpy z nich były, przechodzące przez życie na palcach i ciągle łapiące równowagę.

Na widok pola wycieńczona istota ludzka spojrzała w niebo i rozejrzała się dokoła. Teraz on ją poprowadził. Okrążyli razem pole i podeszli tak blisko wioski, jak Kya nigdy sama nie ośmieliłaby się zapuścić, nawet w tym miękkim, popołudniowym światłocieniu, który gwarantował najlepszy kamuflaż, czyniąc jej futro niemal niewidzialnym na tle traw. Kiedy poruszała się odpowiednio szybko, wyglądała jak część krajobrazu, drżąca w gorącym powietrzu. Teraz jednak musiała trzymać powolne tempo. Wymagało to od niej dużo odwagi, a trzeba wiedzieć, że są dwa rodzaje tygrysów, odważne i płochliwe, Kya była jednym z odważniejszych.

W końcu zatrzymali się. Przed nimi, pod drzewem figowym stała chata. Człowiek wskazał ją tygrysicy. To był jego dom, wiedziała to. Wyszeptał coś w swoim języku, przytulił ją na pożegnanie i odszedł w stronę chaty. Kiedy stanął w drzwiach, z wnętrza dobiegły ją krzyki, kobieta i dwoje dzieci wyszło człowiekowi na spotkanie i zaczęli go obejmować. Po chwili, ku wielkiemu zdziwieniu tygrysicy, ciężkim krokiem z chaty wyszedł stary człowiek i uderzył młodszego kilkakrotnie po plecach.

Tygrysica przyczaiła się i obserwowała.

Stary człowiek zabronił młodszemu wejść do chaty, więc kobieta i dzieci wyniosły mu pożywienie na zewnątrz. Po jakimś czasie mężczyzna skulił się na ziemi i zasnął.

Przez kilka kolejnych dni młody człowiek był w niełasce u starego, choć nadal przynoszono mu z chaty jedzenie, a on sam pracował na okolicznej roli. Kya pozostawała przez ten czas w pobliżu i obserwowała jego tryb życia, który był dla niej całkiem obcy. Sądziła nawet, że człowiek zapomniał o niej albo nie chciał ryzykować zapuszczania się w dżunglę, aby ją odnaleźć. Być może po prostu stwierdził, że już dawno sobie poszła — kto wie.

Jakież było jej zdziwienie, kiedy pewnego zmierzchu człowiek wyszedł, trzymając w wyciągniętych rękach tuszę ptaka oskubaną, ugotowaną i pozbawioną kości. Podszedł prosto do niej i ściszonym, lecz pełnym szacunku głosem pozdrowił ją, po czym złożył swój dar. Jego ruchy były niepewne, on sam był wystraszony. Nie wiedział, że kiedy jej wąsy leżą po sobie, wtedy jest odprężona i spokojna. Podarowany smakołyk pachniał gorącymi sokami z domieszką jakiejś innej nuty zapachowej, gałki muszkatołowej, lawendy. Delikatnie ujęła mięso i odłożyła na bok, by ostygło. Spróbowała przez przypadek odrobinkę, kiedy gorący sok kapnął jej na język. Bardzo dziwnie pachnące mięso. Przeżuła je, mrucząc głęboko, i przełknęła. Człowiek wypowiedział jakieś słowa na pożegnanie, następnie wycofał się między drzewa i wrócił do chaty.

Od tamtej chwili pojawiała się w okolicy mniej lub bardziej regularnie w porze, kiedy jasna aureola brzasku wyzierała ponad horyzont, wtedy też wychodził do pracy. Czasem wychodził nieco później, niosąc dla niej jakiś podarek, resztki mięsne albo jakiś lepszy kąsek, może nie aż tak wykwintny jak tamten ptak, lecz za to o wiele smaczniejszy; zwykłe surowe kawałki mięsa — jednak wiedział, co lubiła. Człowiek spał przed chatą, więc jednej chłodnej nocy Kya zakradła się bliżej, owinęła się wokół niego i usnęła. Odeszła dopiero z pierwszym blaskiem świtu. Małpy mieszkające na okolicznych drzewach były oburzone i zgorszone jej zachowaniem.

Niedługo potem stary człowiek znów pobił młodszego, tym razem na tyle mocno, że krew poszła mu z ucha. Kya pobiegła wtedy do ruin na wzgórzu, rycząc i ryjąc ziemię pazurami. Wielkie drzewo mahua, rosnące na stoku, obsypane było gęstym kwieciem, które unosiło się z najmniejszym podmuchem wiatru. Kya zjadła z ziemi kilka mięsistych, odurzających płatków, wróciła na obrzeża wioski i próbowała zwietrzyć w powietrzu trop starca. W końcu znalazła go na drodze, prowadzącej od zachodu. Spotkał się tam z innymi mężczyznami, bardzo długo ze sobą rozmawiali, pili sfermentowane napoje, upijali się, a on śmiał się jak kol-bal.

Kiedy wracał do domu, Kya rzuciła się na niego i przegryzła mu szyję. Zjadła też część wnętrzności, próbując raz jeszcze tych wszystkich dziwnych smaków. Ludzie jedli tak dziwaczne rzeczy, że aż później sami dziwnie smakowali, bogato i różnorodnie, nieco podobnie jak pierwszy dar, który przyniósł młody człowiek. Był to smak, którym ich ciała przesiąkły i być może ona też już go nabyła.

Kya usłyszała zbliżających się ludzi i postanowiła uciec. Później słyszała już tylko okrzyki przerażenia, a po chwili niepokoju w ludzkich głosach zaczęła pobrzmiewać nuta triumfu czy raczej nabożnej radości, jaką często słyszy się w głosie małp, przekazujących złe wieści o wydarzeniach, które w żadnym stopniu ich nie dotyczą.

Nikt się nie zatroszczył o starca — odszedł samotnie jak samiec tygrysa, nawet w jego własnej chacie nikt go nie żałował. Rozpaczano nie z powodu jego śmierci, lecz z przerażenia, że w okolicy czaił się tygrys ludożerca. Tygrysy, które nauczyły się gustować w ludzkim mięsie, były bardzo niebezpieczne. Zwykle były to matki, mające problemy z wykarmieniem młodych, albo starsze samce, które strata kłów zmuszała do polowań na łatwą zdobycz. Z pewnością teraz rozpocznie się w wiosce kampania przeciwko niej. Mimo to nie żałowała, że zabiła, wręcz przeciwnie, skakała między drzewami i poprzez cienie, jak młoda tygrysica zaczynająca samodzielne życie, oblizywała się i ryczała. Kya, Królowa Dżungli!

Następnym razem kiedy przyszła odwiedzić młodego człowieka, przyniósł jej duży kawałek surowej koźliny, po czym klepnął ją delikatnie w nos i zaczął mówić bardzo poważnym tonem. Ostrzegał ją przed czymś i bał się, że nie docierają do niej szczegóły, których rzeczywiście nie rozumiała. Kiedy przyszła do niego po raz kolejny, już z daleka krzyczał na nią, a nawet rzucał w nią kamieniami, ale było już za późno. Zahaczyła o rozciągniętą przy ziemi linkę, zwalniającą cięciwy dwóch naciągniętych i załadowanych łuków. Jej ciało przeszyły zatrute strzały i padła na miejscu.

4. Akbar

Ciało tygrysicy wnosiło do wioski czterech silnych mężczyzn, sapiąc i dysząc pod ciężarem jej cielska, przywiązanego za łapy do świeżo ściętego bambusa. Bistami zrozumiał: Bóg jest wszędzie. Niech wszystkie jego dziewięćdziesiąt dziewięć imion jaśnieje i przepełnia nasze dusze. On nie każe zabijać. Stojąc w drzwiach chaty starszego brata, Bistami krzyczał przez łzy:

— To była moja siostra, moja kuzynka! To ona mnie uratowała przed hinduskimi rebeliantami, nie powinniście byli jej zabijać! Ona nas wszystkich chroniła!

Nikt go oczywiście nie słuchał.

To właśnie Kyę wszyscy oskarżyli o zabicie starszego brata Bistamiego. On jednak bez wahania oddałby jego życie za życie tego tygrysa.

Wbrew samemu sobie poszedł za procesją, zmierzającą do centrum wioski. Wszyscy pili rakszi, a bębniarze wynosili z chat bębny i wybijali na nich radosne rytmy:

— Kya Kya Kya Kya, odejdź od nas, odejdź!

Rozpoczęło się Święto Tygrysa. Dalsza część dnia, a być może i następny, upłynie na tańcach i zabawach. Spalili jej wąsy, aby upewnić się, że w innym świecie jej dusza nie wejdzie w zabójcę. Wąsy były trujące. Jeden z nich, zmiażdżony i zmieszany z tygrysim mięsem, mógł zabić dorosłego człowieka, natomiast cały wąs wetknięty w świeży pęd bambusa wywoływał cysty u tego, kto go zjadł, i sprowadzał powolną śmierć — tak przynajmniej mówiono. Hipochondryczni Chińczycy wierzyli w nadprzyrodzone działanie niemal wszystkiego, łącznie z częściami ciała tygrysa. Większość z ciała tygrysicy zostanie oszczędzona i zabrana na północ przez wędrownych handlarzy, a skóra na pewno trafi do zamindara.

Bistami usiadł na zakurzonej drodze nieopodal centrum wioski. Nie miał nikogo, komu mógłby się wytłumaczyć. Zrobił wszystko, co mógł, aby ostrzec i odstraszyć tygrysicę. Nie zwracał się do niej per Kya, lecz per pani, a najczęściej Pani Trójca, jak ludzie z okolicznych wiosek zwykli mówić o tygrysach podczas pobytu w dżungli, aby ich przypadkiem nie obrazić. Składał jej dary i sprawdzał, czy znamię na jej czole nie układało się w literę „s”, co znaczyłoby, że bestia jest półtygrysem i w chwili śmierci, w nagrodę za dobro, jakie uczyniła, przekształci się w człowieka. Tak się jednak nie stało, a na jej czole nie było śladu żadnej litery, tylko kształt ptaka w locie. Zawsze utrzymywał z nią kontakt wzrokowy i zachowywał spokój, a ona uratowała mu życie. Wszystkie znane mu historie o przyjaznych tygrysach — o tym, który odprowadził do wioski dwoje zagubionych dzieci, o tym, który pocałował w policzek śpiącego myśliwego, bladły przy tym, co przydarzyło mu się osobiście, choć dzięki opowieściom wiedział, jak najlepiej się zachować. Tygrysica była jego siostrą, a on teraz smucił się po jej stracie.

Mieszkańcy wioski zabrali się do ćwiartowania zdobyczy. Bistami opuścił wioskę, nie mógł patrzeć na tę scenę. Jego brutalny starszy brat nie żył, pozostali jego krewni, tak samo jak i tamten, nie popierali sufickich zainteresowań Bistamiego. „Wzrok podniesiony wysoko, skierowany ku wysokim, którzy widzą dalej”. Niestety, teraz był tak daleko od swych mędrców, że właściwie nic nie widział. Pamiętał jednak dokładnie słowa swojego sufickiego mistrza, Tustariego, który przed odejściem z Allahabadu rzekł mu: W swoim sercu pozostawaj hadżim i odbywaj hadżdż, tak jak Allah sobie tego życzy. Szybko czy wolno, lecz wytrwale podążaj tariką, jedyną ścieżką ku oświeceniu.

Spakował cały dobytek do naramiennej torby i w śmierci tygrysa zaczął upatrywać zwiastuna odmiany swojego losu. Była dla niego jak przesłanie, aby przyjąć dar od Boga, wykorzystać go we własnym działaniu i niczego nie żałować. Nadszedł czas, by powiedzieć: Dzięki ci Boże, dzięki ci, Kya, moja siostro, i na zawsze opuścić rodzinną wioskę.

Bistami udał się do Agry, gdzie ostatnie pieniądze wydał na szatę wędrownego sufiego. Poprosił o schronienie w domostwie sufich, w długim, starym budynku w dzielnicy wysuniętej najdalej na południe od centrum byłej stolicy. Tam skorzystał z łaźni, obmył ciało i oczyścił swojego ducha. Następnie opuścił miasto i ruszył piechotą do Fatepur Sikri, nowej stolicy imperium Akbara. Na miejscu okazało się, że budowa wciąż trwała, a miasto do złudzenia przypominało kamienną replikę obozowisk mongolskiej armii, z rzędami marmurowych kolumn zamiast ścian, które wyglądały jak potężne stelaże jurt. Całe miasto tonęło w błocie i kurzu. Wszystkie drzewa dokoła były młode, a kwiaty świeżo posadzone i niewyrośnięte. Wysoki mur otaczający pałac stał przy szerokiej alei, przecinającej miasto z północy na południe i prowadzącej do dużego marmurowego meczetu oraz do darga, o którym Bistami usłyszał w Agrze, grobowca świętego sufiego, szejka Salima Chishtiego. Pod koniec swojego długiego życia Chishti udzielał nauk młodemu Akbarowi i od tamtej chwili islam głęboko zakorzenił się w sercu władcy. Ten sam Chishti, za młodu podróżował po Iranie i pobierał nauki u szacha Esmaila, który był również nauczycielem Tustariego, mistrza Bistamiego.

Bistami zbliżał się do wspaniałego białego grobowca Chishtiego, idąc tyłem i recytując Koran:

— W imię Boga Miłosiernego Litościwego. Miej cierpliwość dla tych, którzy pogrążeni w żałobie wzywają swego Pana i szukają jego oblicza, nie odwracaj wzroku od tych, którzy gonią za szczęściem w życiu doczesnym, nie słuchaj tych, których serca zobojętniały na pamięć o nas, którzy oddają się swym żądzom, których zwyczaje są rozwiązłe.

Przed wejściem stanął wyprostowany, twarzą w stronę Mekki. Zmówił poranne modły, następnie wszedł na dziedziniec grobowca, otoczony z każdej strony ścianami, i oddał cześć Chishtiemu. Inni zgromadzeni robili oczywiście dokładnie to samo. Kiedy zakończył swoje modły pochwalne, wdał się w rozmowę z obecnymi na miejscu mężczyznami, opisywał im swoją wędrówkę, która rozpoczęła się przed wieloma laty w Iranie. W swoich opowieściach pomijał przerwy w praktykach, jakie zdarzały mu się po drodze. W końcu opowiedział swoją historię jednemu ulemie ze świty samego Akbara, podkreślił w niej swoje pokrewieństwo z Chishtim w linii duchowego przekazu, po czym powrócił do modlitw. Teraz do grobowca przychodził już codziennie i z czasem ustanowił rytm modlitw i rytuałów oczyszczających, czasem też odpowiadał na zapytania pielgrzymów, którzy posługiwali się wyłącznie językiem perskim, i nieustannie bratał się z ludźmi przybywającymi do sanktuarium. Wieść o nim dotarła wkrótce do wnuka Chishtiego, który zapragnął rozmawiać z Bistamim, a po spotkaniu sam niezwykle pochlebnie wyrażał się o nim przed Akbarem — tak przynajmniej mówiono. Bistami codziennie zjadał swój jeden posiłek, który dostawał w domu sufich, był głodny i wytrwały, lecz przede wszystkim pełen wiary.

Pewnego ranka, o brzasku, kiedy był już na dziedzińcu grobowca i odmawiał modlitwy, do sanktuarium przyszedł sam władca Akbar, wziął spod ściany miotłę i zamiótł dziedziniec. Był zimny poranek, w powietrzu nadal unosił się chłód mijającej nocy, mimo to zanim władca skończył swą posługę, Bistami zdążył się spocić. Wtedy też zjawił się wnuk Chishtiego i poprosił Bistamiego, aby podszedł, kiedy tylko skończy modlitwy, gdyż chciałby go przedstawić Akbarowi.

— To wielki zaszczyt — odpowiedział i powrócił do modlitw, mrucząc je mechanicznie, jakby same przepływały wartkim nurtem przez jego umysł. Zastanawiał się, jak długo może zwlekać ze stawieniem się przed władcą, przez co chciał mu pokazać, że modlitwa jest u niego zawsze na pierwszym miejscu. W grobowcu nadal było stosunkowo pusto i chłodno, słońce dopiero wschodziło i dopiero gdy zaczęło oświetlać korony drzew, Bistami wstał, podszedł do Akbara i wnuka Chishtiego i złożył im głęboki pokłon. Powitanie odbyło się z zachowaniem pełnej etykiety. Bistami zgodził się opowiedzieć swoją historię młodemu mężczyźnie o czujnym spojrzeniu, odzianemu w królewskie szaty, który, nie mrugając, wpatrywał się nieprzerwanie w twarz Bistamiego, a właściwie prosto w jego oczy. Opowieść obejmowała studia odbyte w Iranie razem z Tustarim, pielgrzymkę do Qom, powrót do domu i roczną pracę jako nauczyciel Koranu w Gujaracie, następnie wyprawę do rodziny, napad hinduskich rebeliantów i ocalenie przez tygrysa. Kończąc swoją historię, Bistami już widział, że go przyjmą.

— Witamy — powiedział Akbar. Całe Fatepur Sikri świadczyło o jego nadzwyczajnej pobożności oraz o tym, jak potrafił wzbudzać wiarę w sercach ludzi. Teraz mógł podziwiać tę cechę u Bistamiego, którego oddanie objawiało się na wiele świątobliwych form. Ich rozmowa toczyła się dalej, do grobowca schodziło się coraz więcej ludzi, więc Bistami sprowadził dyskusję na dobrze znany sobie hadis, który dotarł do Iranu za sprawą Chishtiego. Jego genealogia, tak zwany isnad, stanowiła niezbity dowód powinowactwa ścieżek duchowych Bistamiego i Akbara.

— Przekazał mi go Tutsami, który usłyszał go od szacha Esmaila, nauczyciela szejka Chishtiego, który otrzymał go od Bahra ibn Kaniz al-Saqqa, któremu przekazał go Uthman ibn Saj, dzięki wiedzy seida Jubaira, niech Pan otacza go swoim miłosierdziem, który powiedział: I niech przywita się ze wszystkimi muzułmanami, z młodymi i ze starymi, a kiedy przyjdzie po nauki, niechaj każdy, kto siedzi, powściągnie się od wstawania specjalnie dla niego, zaniechanie tego nakazu jest prawdziwą zmorą dla duszy.

Akbar zmarszczył czoło, próbując nadążyć za jego słowami, a Bistami dopiero teraz zrozumiał, że można było je zinterpretować tak, jakby to on sam nie chciał zabiegać o niczyje względy i ukłony. Czuł, jak się poci w tym chłodnym porannym powietrzu.

Akbar zwrócił się do jednego ze swoich przybocznych:

— Ten człowiek wróci z nami do pałacu.

Minęła kolejna godzina modlitw Bistamiego i konsultacji Akbara.

Władca nadal był spokojny, lecz z upływem czasu stawał się coraz bardziej oszczędny w słowach, a jako że kolejka mężczyzn pragnących oddać mu hołd, nadal rosła, władca rozkazał wszystkim rozejść się i przyjść później, po tym jak Bistami zostanie odprowadzony przez miejski plac budowy do pałacu.

Miasto, jak każde obozowisko mongolskiej armii, wzniesiono na planie kwadratu. To prawdziwe imperium, twierdził jeden ze strażników. Miało postać czworoboku chronionego przez cztery duże miasta Lahore, Agrę, Allahabad i Ajmer. Strażnik Bistamiego najwidoczniej upodobał sobie Agrę, gdzie pracował na ukończonej budowie wielkiego fortu cesarskiego.

— Wewnątrz znajduje się ponad pięćset budynków — powiedział tak, jak już nie raz o tym opowiadał. Był zdania, że władca założył Fatepur Sikri, ponieważ port w Agrze był już w większości gotowy, a cesarz znany jest z tego, że uwielbia rozpoczynać nowe projekty.

— On jest budowniczym i to takim, który przed swoim odejściem przebuduje cały świat, ręczę za to. Islam jeszcze nigdy nie miał tak dobrego sługi jak on.

— Tak zapewne jest — odparł Bistami, rozglądając po budowie. Białe budowle wyłaniały się z kokonów rusztowań osadzonych w morzu błota. — Chwała niech będzie Allahowi.

Strażnik, któremu na imię było Husain Ali, spojrzał podejrzliwie na Bistamiego. Nabożni pielgrzymi musieli być tutaj codziennością. Poprowadził Bistamiego za cesarzem, przez wrota do nowego pałacu. Po wewnętrznej stronie muru znajdowały się ogrody, które wyglądały, jakby rosły tam od wielu lat: ogromne sosny szumiały nad jaśminowymi krzewami, rzędy kwiatów ciągnęły się we wszystkie kierunki. Sam pałac był mniejszy od meczetu czy nawet od grobowca Chishtiego, lecz nie brakowało w nim żadnego luksusowego detalu. Był to biały, marmurowy namiot, przestronny, lecz niski; jego wnętrze podzielone na chłodne pokoje, ustawione wokół centralnego dziedzińca, na którym stała fontanna, otoczona ogrodami. Całe skrzydło z tylu dziedzińca służyło za długą galerię, gdzie na ścianach wisiały obrazy. Sceny polowań, turkusowe niebo, psy, jelenie i lwy — wszystkie wyglądały jak prawdziwe. Ubrani w spódnice myśliwi nieśli tuki lub karabiny skałkowe. Obok tych malowideł znajdowały się puste pokoje gościnne o wybielonych ścianach. Bistami dostał do dyspozycji jeden z nich.

Posiłek tamtej nocy był prawdziwą ucztą, wystawioną z przepychem w długim holu, otwierającym się na centralny dziedziniec. Jak się później okazało, był to zwykły wieczorny posiłek w pałacu. Bistami jadł pieczone przepiórki, jogurt z ogórkami posiekanymi z domieszką curry i spróbował wielu innych smaków i potraw, których nie potrafił nawet rozpoznać.

W ten sposób rozpoczął się niemal baśniowy etap w jego życiu. Czuł się jak Mandziuśri z pewnej przypowieści, który spadł do góry, do krainy mlekiem i miodem płynącej. Jedzenie wypełniło czas i myśli Bistamiego. Pewnego razu przyszła do niego grupa czarnych niewolników, ubranych lepiej od niego, którzy w mgnieniu oka odziali go w szatę tak drogą, jak te, które sami nosili, a może i droższą. Owinęli jego ciało miękką i szykowną białą togą, która wyglądała wspaniale, lecz wisiała na nim ciężko. Potem cesarz udzielił mu kolejnej audiencji.

Podczas tego spotkania, kiedy z każdej strony otaczali go cesarscy doradcy, mierzący go ostrym spojrzeniem, generałowie i cała świta dworzan, czuł się zupełnie inaczej niż w czasie porannego spotkania w grobowcu — wówczas razem wciągali w nozdrza chłodne, poranne powietrze i przyglądając się wschodowi słońca, śpiewali pieśni ku czci i chwale Allaha, pana całego świata, i rozmawiali ze sobą, stojąc twarzą w twarz. Teraz, pomimo pewnych niedogodności, była to nadal ta sama twarz, zwrócona ku niemu, zaciekawiona, poważna, zainteresowana tym, co miał do powiedzenia. Skupianie się na tej twarzy odprężało Bistamiego. Cesarz rzeki:

— Zapraszamy cię do siebie. Dołącz do nas i podziel się z nami swoją wiedzą o prawie. W zamian za twą mądrość, wydawanie sądów w sprawach, które zostaną ci przedstawione, i odpowiadanie na zadane ci pytania, zostaniesz mianowany zamindarem majątku pozostawionego przez zmarłego niedawno szacha Muzzafara, niech Allah ma go w swojej opiece.

— Niech będzie chwała Allahowi — zamruczał Bistami pod nosem, spoglądając w ziemię. — Będę prosił Boga o pomoc w wypełnieniu tego zadania ku twojej chwale.

Bez względu na to, czy patrzył w ziemię, czy też wpatrywał się w oczy władcy, czuł wyraźnie, że części cesarskiej świty nie spodobała się ta decyzja. Później jednak ci, którzy wyglądali na najmniej zadowolonych, podeszli do Bistamiego, przedstawiali się i łagodnie z nim rozmawiali. Oprowadzając go po pałacu, pytali dyskretnie o jego pochodzenie i historię życia, sami zaś opowiadali mu o majątku, którym miał zarządzać. Okazało się, że będzie sprawował nadzór głównie poprzez lokalnych asystentów i przedstawicieli. Majątek stawał się jego tytułem i głównym źródłem dochodu. W zamian za to miał obowiązek, na prośbę cesarza, wyposażyć i dostarczyć setkę żołnierzy, przekazywać całą wiedzę o Koranie i rozstrzygać przedstawiane przed nim spory cywilne.

— Są takie kwestie, o których może jednak decydować tylko ulema — powiedział mu doradca cesarza, Raja Todor Mai. — Na cesarzu ciąży ogromna odpowiedzialność, a imperium nie jest trwale zabezpieczone przed wrogami. Dziadek Akbara, Babur, przybył tu z Pendżabu i założył królestwo muzułmańskie zaledwie czterdzieści lat temu. Niewierni ciągle atakują nas od południa i od wschodu. Każdego roku musimy zwoływać nowe kampanie odwetowe. Teoretycznie każdy wierny w imperium znajduje się pod opieką cesarza, lecz ten ma zbyt wiele obowiązków, aby osobiście zająć się wszystkim sprawami.

— To oczywiste.

— Tymczasem, jeśli chodzi o spory międzyludzkie, to nie istnieje żaden inny system wymiaru sprawiedliwości. Prawo oparte jest na Koranie, hadisach, ulemach i innych świątobliwych mężach, takich jak ty, dla których logicznym jest wzięcie na siebie części tego ciężaru.

— Oczywiście.

Przez kolejne tygodnie Bistami rzeczywiście zasiadał w sądzie i rozstrzygał prezentowane mu spory. Pewnego razu pomocnicy cesarskich niewolników przyprowadzili do niego dwóch mężczyzn, którzy rościli sobie prawo do tej samej ziemi. Bistami zapytał ich, gdzie mieszkali ich ojcowie i ojcowie ich ojców, tym samym odkrył, że jedna rodzina żyła dłużej na tamtych ziemiach niż druga. W ten sposób wydawał wyroki.

Od krawców przysłano nową odzież. Dano mu własny dom i zapewniono cały zastęp służących i niewolników. Podarowano mu też kufer wypełniony złotymi i srebrnymi monetami w liczbie stu tysięcy. Jedyne, co miał w zamian za to robić, to zaglądać często do Koranu i przypominać sobie hadisy, które niegdyś znał na pamięć (znał ich bardzo mało, a tych naprawdę ważnych zaledwie kilka), i wydawać wyroki, które najczęściej były dla każdego oczywiste. A jeśli nie byty, decydował samodzielnie, najlepiej jak mógł. Następnie szedł do meczetu, gdzie modlił się, czasami z wysiłkiem, a później towarzyszył cesarzowi podczas wieczornego posiłku. Codziennie o świcie udawał się samotnie do grobowca Chishtiego, gdzie raz czy dwa razy w miesiącu spotykał cesarza, w tych samych, nieoficjalnych okolicznościach, w jakich odbyło się ich pierwsze spotkanie. To wystarczyło, aby stale zajęty władca był świadomy jego istnienia. Zawsze wcześniej przygotowywał sobie historię, jaką chciał opowiedzieć Akbarowi danego dnia, w odpowiedzi na jego pytanie o ostatnie wydarzenia. Każda historia była tak dobrana, aby mogła nauczyć cesarza czegoś o nim samym, o Bistamim, o imperium lub o świecie. Z pewnością udzielanie cesarzowi treściwych i głębokich lekcji było absolutnym minimum, jakie mógł zrobić w zamian za szczodrość, jaką okazał mu Akbar.

Pewnego ranka opowiedział mu historię z Sury Osiemnastej, o dziesięciu mężczyznach, którzy żyli w mieście opuszczonym przez Boga, po czym Bóg wybrał tych dziesięciu, odłączył ich od reszty i zabrał do jaskini, gdzie usnęli i przespali noc — tak się im wydawało, ponieważ kiedy wyszli, okazało się, że upłynęło trzysta dziewięć lat. „Podobnie jest z twoją pracą, wspaniały Akbarze, mówił, wprowadzasz nasz w przyszłość”. Innego poranka opowiedział o El-Khadirze, poważanym wezyrze Dulkarnaina, o którym mówiono, że napił się wody z fontanny życia i dzięki jej cudownym właściwościom nadal żyje i będzie żyt aż po sądny dzień. Pojawia się czasem, odziany w zielone szaty, aby nieść pocieszenie strapionym muzułmanom. „Podobnie jest z twoją pracą włożoną w to miasto, komentował, będzie trwała, przekroczy granicę śmierci o wiele, wiele lat, aby nieść pocieszenie strapionym muzułmanom”. Cesarzowi najwyraźniej podobały się te rozmowy.

Kiedyś zaprosił Bistamiego na polowanie. Bistami ze swoją świtą zajmował przestronny, biały namiot. Upalne dni spędzał, jeżdżąc konno lub przebijając się przez dżunglę za ujadającymi psami i nagonką. Czasem też, co było bardziej w jego guście, siedział w haudzie na słoniu i przyglądał się wspaniałym sokołom startującym z nadgarstka Akbara. Ptaki unosiły się wysoko w niebo, aby po chwili spektakularnie pikować i dopadać na ziemi zająca albo innego ptaka. Akbar koncentrował swoje spojrzenie na twarzy człowieka, tak jak robiły to sokoły.

Cesarz kochał swoje ptaki. Prawdę mówiąc, kochał je jak własną rodzinę i zawsze podczas polowań był w wyśmienitym nastroju. Czasem przywoływał do siebie Bistamiego i prosił go o błogosławieństwo dla tych wspaniałych zwierząt, które niewzruszonym wzrokiem sięgały poza horyzont. Gdy wypuszczano je w niebo, rozlegał się donośny furkot skrzydeł, którymi sokoły ciężko pracowały, aby wznieść się na wysokość łowną, gdzie szybowały po spirali. W dole wypuszczano kilka białych gołębi, które ulatywały w popłochu, aby schować się w zaroślach i koronach drzew. Najczęściej jednak brakowało im szybkości, aby uciec przed sokołami, które atakowały z góry i upuszczały truchła gołębi pod nogi ludzi z cesarskiej świty. Po chwili ptaki powracały na ramię Akbara, który witał je tak samo skupionym spojrzeniem, jak one jego, i karmił je kawałkami surowej baraniny.

Radosny dzień przerwały wieści z południa. Pojawił się goniec z wiadomością o wygranej kampanii Adhama chana przeciwko sułtanowi Malwy, Baz Bahadurowi. Zwycięstwo oszołomiło armię chana, która urządziła rzeź wszystkich pojmanych mężczyzn, kobiet i dzieci z miasta Malwa oraz wielu muzułmańskich teologów, a nawet niektórych seidów, to jest potomków Proroka. Jasna cera Akbara nabiegła krwią i poczerwieniała. Jedynie okrągłe znamię po lewej stronie jego twarzy pozostało niezmienione i wyglądało jak biały rodzynek wetknięty w skórę.

— Dosyć tego — rzekł. Następnie wydał rozkazy, przekazał ptaki sokolnikowi i porzucił polowanie. — On nadal myśli, że jestem małym chłopcem!

Odjechał, spinając energicznie konia i zostawiając za sobą resztę świty. Zabrał tylko Pir Muhammada chana, najbardziej zaufanego generała. Dopiero później Bistami dowiedział się, że jakiś czas temu Akbar osobiście uwolnił Adhama chana spod swoich rozkazów.

Przez kolejny miesiąc Bistami miał grobowiec Chisthiego tylko dla siebie. Po jakimś czasie, o poranku znów spotkał się tam z cesarzem o złowieszczym wzroku. Okazało się, że Zein przemianował Adhama chana na wakila, swojego głównego ministra.

— To go z pewnością rozwścieczy, lecz to jedyne rozsądne rozwiązanie — powiedział Akbar. — Będziemy musieli zamknąć go w areszcie domowym. Bistami skinął głową i wrócił do zamiatania posadzki w wewnętrznej komorze grobowca. Myśl o Adhamie chanie, trzymanym pod całodobową strażą (stanowiło to najczęściej zapowiedź egzekucji), budziła duży niepokój. W Agrze Adham miał wielu przyjaciół i mógł wykazać się śmiałością i podburzać lud do buntu. Cesarz doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Dwa dni później, kiedy Bistami dołączył do grupy towarzyszącej władcy w popołudniowych zajęciach w pałacu, poczuł nagłe przerażenie, lecz wcale nie był zaskoczony niezapowiedzianym pojawieniem się Adhama chana, który, stąpając ciężko, wspinał się po schodach. Był w pełnej zbroi, umazany krwią, krzyczał, że przed niespełna godziną zamordował Zeina w jego własnej sali audiencyjnej za to, że uzurpował on sobie prawo do tego, co należne było chanowi.

Słysząc to, Akbar znów poczerwieniał, zamachnął się i rozbił kielich o skroń chana, po czym chwycił go za gardło i przeciągnął po komnacie. Najmniejszy opór ze strony Adhama sprowokowałby natychmiastową reakcję cesarskich strażników, którzy stali po obu stronach, z obnażonymi mieczami w dłoniach. Pozwolił się więc zaciągnąć na zewnątrz, aż na balkon, gdzie Akbar przerzucił go przez balustradę i cisnął w dół. Następnie władca, którego twarz jeszcze nigdy nie była tak czerwona, zbiegł po schodach i na dole dopadł półprzytomnego chana, złapał go za włosy i przeciągnął jego bezwładne ciało w ciężkiej zbroi po posadzce, po dywanach i po schodach na górę i z powrotem na balkon, gdzie dźwignął je i po raz drugi przerzucił przez balustradę. Ciało z głuchym tąpnięciem uderzyło o kamienną posadzkę. Chan zginął na miejscu, a cesarz oddalił się do swojej komnaty w głębi pałacu.

Następnego ranka Bistami zamiatał sanktuarium Chishtiego, czując wszechogarniające napięcie. Kiedy pojawił się Akbar, serce Bistamiego zaczęło bić jak młotem. Akbar wyglądał na spokojnego, lecz rozproszonego. Grobowiec był jednym z miejsc, w których mógł odzyskać spokój. Jednak kiedy zaczął zawzięcie zamiatać posadzkę, którą Bistami przed chwilą wyczyścił, okazało się, że jego spokój był pozorny. To on jest cesarzem, pomyślał Bistami, może robić, co chce. Z drugiej strony jest władcą muzułmańskim, który powinien służyć Bogu i szariatowi. Wszechwładny, a jednocześnie całkowicie podległy. Nie należało się zatem dziwić jego zadumie, graniczącej z obłędem, w którą popadł tamtego poranka, zamiatając kamienną posadzkę grobowca. Na co dzień trudno było go sobie wyobrazić oszalałego ze złości, a jednak potrafił niczym rozwścieczony słoń miotać człowiekiem i rzucać nim o ziemię, żeby zabić. Miał w sobie głęboką studnię gniewu, a bunt pseudomuzułmańskich poddanych spoczywał w jej najgłębszych czeluściach. Wkrótce doniesiono o nowym buncie w Pandżabie, gdzie do stłumienia zamieszek wysłano wojsko. Oszczędzono nie tylko niewinnych ludzi z całego regionu, lecz nawet tych, którzy brali aktywny udział w rebelii, uwięziono natomiast wszystkich przywódców, około czterdziestu mężczyzn. Przywieziono ich do Agry i ustawiono pośrodku kręgu słoni, odzianych w wojenny rynsztunek. Zwierzętom przymocowano do kłów ostrza długie jak gigantyczne miecze i napuszczono na zdrajców. Mężczyźni krzyczeli i padali na ziemię rozpłatani i stratowani, ich ciała latały w powietrzu podrzucane i rozszarpywane przez ogromne zwierzęta rozsierdzone zapachem krwi. Bistami nie zdawał sobie sprawy, że słonie mogą zapałać taką żądzą mordu. Akbar unosił się wysoko ponad całą sceną, siedząc na cesarskiej haudzie, na grzbiecie największego ze stojących tam słoni. Obaj w skupieniu przyglądali się masakrze.

Kilka dni później, kiedy cesarz nad ranem odwiedził grobowiec, jakoś nieswojo było wspólnie z nim zamiatać zacieniony dziedziniec. Bistami wykonywał tę czynność dokładnie, unikając spojrzenia Akbara. W końcu jednak musiał zwrócić uwagę na obecność władcy. Akbar patrzył mu prosto w twarz.

— Wyglądasz na zakłopotanego — odezwał się władca.

— Nie, możny Akbarze, nic mnie nie trapi.

— Nie popierasz egzekucji zdrajców islamu?

— Nie, to znaczy, popieram… Akbar wpatrywał się w niego dokładnie tak, jak robiły to jego sokoły.

— Czyż Ibn Khaldun nie powiedział, że kalif podlega Allahowi jak uniżony sługa? Nie powiedział, że kalif musi przestrzegać prawa islamu? A czyż prawo islamu nie zabrania torturowania jeńców? Czy nie to właśnie Khaldun miał na myśli?

— Khaldum był tylko historykiem — odpowiedział Bistami. Akbar roześmiał się:

— A czyż nie wspomina o tym hadis od Abu Taiba, przekazany mu przez Murra ibn Hamdana od Sufyana al-Thawriego, który otrzymał go od Ali ibn Abib Talaiba, że Posłaniec Boży, niech Bóg błogosławi Jego imię na zawsze, powiedział: „Nie będziesz torturował swoich jeńców”. Co z tymi wszystkimi wersetami Koranu, które nakazują władcy naśladować Allaha i okazywać więźniom litość i miłosierdzie? Czyż nie zadziałałem wbrew tym nakazom, o mądry suficki pielgrzymie?

— Może i je złamałeś, możny Akbarze, tylko ty to wiesz — odpowiedział Bistami, przyglądając się kamiennym płytom na ścianach dziedzińca. Akbar obdarzył go wnikliwym spojrzeniem.

— Opuść grobowiec Chishtiego — rzekł.

Bistami spiesznym krokiem wyszedł przez bramę. Kolejnym razem Bistami spotkał Akbara w pałacu, gdzie kazano mu się stawić w celu wyjaśnienia, jak to chłodno ujął sam cesarz:

— Dlaczego twoi przyjaciele z Gujaratu buntują się przeciwko mnie? Bistami, z pewnym niepokojem, odparł:

— Opuściłem Ahmadabad właśnie z powodu trwających tam konfliktów. Emirowie zawsze mają jakieś problemy. Król Muzaffar Szach Trzeci utracił kontrolę, wiesz o tym. Dlatego też przejąłeś Gujarat pod swoją opiekę. Akbar skinął głową, najwyraźniej pamiętał tamtą kampanię.

— Teraz jednak emir Husajn powrócił z Dekanu, a wielu możnych z Gujaratu przyłączyło się do powstania. Kto wie, co się jeszcze może stać, jeśli rozejdzie się wieść, że tak łatwo mi się sprzeciwić.

— Koniecznie należy odzyskać Gujarat — powiedział bez przekonania Bistami i, tak jak ostatnio, tak i teraz powiedział to, czego Akbar akurat nie chciał usłyszeć. Bistami nie do końca wiedział, czego od niego oczekiwano. Był tylko kadim, urzędnikiem sądowym, wszystkie jego dotychczasowe porady miały charakter religijny i prawny. Teraz, kiedy jego strony rodzinne ogarnęła rebelia, on sam siłą rzeczy znalazł się w centrum zainteresowania. Tam zaś nikt nie chciałby się znaleźć, zwłaszcza kiedy Akbar był rozgniewany.

— Może być już za późno — odrzekł władca. — Wybrzeże jest dwa miesiące drogi stąd. — Niekoniecznie — zauważył Bistami. — Sam kiedyś pokonałem ten dystans w dziesięć dni. jeśli zabrałbyś jedynie kilka setek swoich najlepszych wielbłądzic, mógłbyś zaskoczyć rebeliantów.

Akbar spojrzał nań przychylnie swoim sokolim wzrokiem. Przywołał do siebie radżę Todora Mała i wkrótce zaplanowano wszystko zgodnie ze słowami Bistamiego. Trzytysięczny oddział kawalerii dowodzony przez Akbara i wspierany przez Bistamiego pokonał drogę z Agry do Ahmadabadu w jedenaście długich i ciężkich od kurzu dni. Kawaleria ta, rozjuszona i rozgrzana prędkim marszem, rozbiła wielotysięczne stado rebeliantów, piętnastotysięczne, jak naliczył jeden z generałów, większość przeciwników zginęła w bitwie. Bistami spędził ten dzień na grzbiecie wielbłąda, podążając za głównymi ruchami frontu. Próbował pozostawać w zasięgu wzroku Akbara, a kiedy mu się to nie udawało, wtedy pomagał przenosić rannych do cienia. Nawet bez ogromnych maszyn oblężniczych Akbara odgłosy walki były przerażające, w większości składały się z wrzasków ludzi i wielbłądów. Kurz spowijał wszystko gęstą zasłoną, rozgrzane powietrze pachniało krwią.

Późnym popołudniem potwornie spragniony Bistami zszedł ze wzgórza nad rzekę. Zastał tam rzesze rannych i umierających żołnierzy, barwiących wodę na czerwono. Nawet powyżej tego skupiska nie dało się zaczerpnąć choćby kropli, która nie smakowałaby ludzką krwią. Następnie przybył na miejsce radża Todor Mai wraz z silną grupą żolnierzy, którzy dokonywali egzekucji na emirach i Afgańczykach, dowodzących buntownikami. Jeden z emirów dostrzegł Bistamiego i krzyknął:

— Bistami! Ocal mnie! Ocal mnie!

Po chwili nie miał już głowy, jego ciało leżało na brzegu, a krew z otwartej szyi wypływała na ziemię. Bistami odwrócił wzrok, a radża Todor Mai nie spuszczał z niego oczu.

Wieść o tym na pewno dojdzie do Akbara. Podczas zwycięskiego marszu powrotnego do Fatepur Sikri władca byt wyraźnie zadowolony, mimo to nie wezwał przed swoje oblicze Bistamiego. Co dziwniejsze, nie zrobił tego, pomimo że udany atak na rebeliantów był pomysłem sufiego — a może właśnie dlatego. Radża Todor Mai i jego ludzie nie mieli żadnych powodów do zadowolenia. Brakowało czasu, radosne święto na cześć zwycięzców, jakie zgotowano im po powrocie do Fatepur Sikri, niespełna czterdzieści trzy dni po rozpoczęciu działań zbrojnych, nie było w stanie poprawić nastroju Bistamiego. Wręcz przeciwnie, zaczęły przepełniać go obawy, kiedy mijały kolejne dni, a Akbar nie pojawiał się w grobowcu. Zamiast niego pewnego ranka przyszło trzech strażników. Wydano im rozkaz pilnowania Bistamiego w grobowcu oraz w jego prywatnych pomieszczeniach w pałacu. Poinformowali go, że nie może się nigdzie oddalać i musi pozostać w tych dwóch miejscach, gdyż zostaje zamknięty w areszcie domowym.

W ten sposób najczęściej zaczynała się seria przesłuchań, nieuchronnie prowadząca do egzekucji. Bistami widział w oczach strażników, że tym razem nikt nie zrobi wyjątku i że nawet oni uważali go już za martwego. Nie mógł uwierzyć, że Akbar zwrócił się przeciwko niemu. Z każdym dniem czuł narastający strach. Przed oczami stawało mu pozbawione głowy i tryskające krwią ciało emira. Wizja ta sprawiała, że jego własna krew rozpierała mu żyły, jakby próbowała różnych dróg ucieczki z jego własnego ciała, żarliwie pragnąc wyrwać się na wolność obfitą, czerwoną fontanną.

Wstawał właśnie kolejny, chłodny i przerażający poranek. Bistami udał się go grobowca Chisthiego i zdecydował już go więcej nie opuszczać. Wysłał rozkazy przybocznym, aby każdego dnia po zachodzie słońca przynosili mu jedzenie. Po posiłku układał się do snu na macie w kącie dziedzińca. Od świtu do nocy pościł jak podczas ramadanu i przez kolejne dni recytował na przemian wersety z Koranu, z Mathna-wi Rumiego i z innych świętych tekstów perskich i sufickich. Jakaś mała cząstka wewnątrz niego pragnęła, aby okazało się, że któryś ze strażników rozumie perszczyznę i że docierają do niego słowa Maulany i wspaniałego poety Rumiego, oraz głosy wszystkich sufich płynące nieprzerwanym potokiem z jego ust.

— Oto cudowne znaki, których pragniecie — krzyczał na głos — których wypłakujecie po nocach, o które błagacie, budząc się nad ranem. A gdy dostrzegacie, że nie otrzymujecie tego, czego wam brak, dni wasze stają się coraz ciemniejsze, a kark chudnie jak wrzeciono. To, co oddajecie, jest wszystkim, co posiadacie, to, co poświęcacie i składacie w ofierze, wasze rzeczy, wasz sen, zdrowie, życie, to że czasem siedzi cie, płonąc jak aloesowy stos, i wychodzicie na spotkanie klindze miecza, jak wysłużony hełm. Kiedy akty bezradności stają się dla ciebie chlebem powszednim, wtedy jest to znak. Biegasz tam i z powrotem, wyszukujesz niezwykłych zdarzeń i wpatrujesz się w twarze przejezdnych. Czemu wpatrujesz się we mnie jak szaleniec? Straciłem przyjaciela. Wybacz mi, proszę. Aby odnaleźć, trzeba szukać wytrwale. W końcu pojawi się jeździec, który poniesie cię, i będziesz mdlał i bełkotał. Niewtajemniczeni powiedzą, że udajesz. Skąd mają wiedzieć? Fale obmywają wyrzucone na brzeg ryby.

Innym razem zaś wołał:

— Błogosławiona mądrość, do której serca dociera głos z niebios: „podejdź bliżej”. Skalane ucho nie usłyszy głosu, do uczty zasiądą tylko zasłużeni. Nie kalaj swego oka ludzkim policzkiem i znamieniem, gdyż oto nadchodzi władca życia wiecznego, a jeśli zostało skalane, obmyj je łzami, gdyż od łez pochodzi uzdrowienie. Karawana cukru przybyła z Egiptu, coraz głośniejsze odgłosy kroków i dzwonu, zamilknij teraz, gdyż oto nadchodzi król, który przemówił i chce dokończyć swą odę. Po wielu dniach wypełnionych podobnymi treściami zaczął recytować Koran, sura po surze, powracając często do pierwszej sury, do Otwarcia Księgi, Al-fatiha, do Uzdrowiciela — strażnicy zawsze rozpoznawali ten ustęp.

— W imię Boga Miłosiernego Litościwego! Chwała Bogu, Panu światów, Miłosiernemu, Litościwemu, Królowi Dnia Sądu. Oto Ciebie czcimy i Ciebie prosimy o pomoc. Prowadź nas drogą prostą. Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami, nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Tę wspaniałą modlitwę wstępną, jakże odpowiednią do jego sytuacji, Bistami recytował setki razy dziennie. Czasem powtarzał tylko „Bóg wystarczy mi za wszystko, on obrońcą doskonałym”, a kiedy wyrecytował to trzydzieści trzy tysiące razy pod rząd, wtedy przechodził do „Allah jest litościwy, oddaj się Allahowi, Allah jest litościwy, oddaj się Allahowi”. I powtarzał to, aż zasychało mu z gardle, aż głos stawał się chrypliwy, a mięśnie twarzy kurczyły się z wysiłku.

Codziennie starannie zamiatał dziedziniec i wszystkie pomieszczenia sanktuarium, jedno po drugim, uzupełniał oliwę w lampach, przycinał knoty, wpatrywał się w niebo, zmieniające się z upływem dnia, i wciąż powtarzał te same słowa, czując jak przenika go wiatr. Przyglądał się liściom na drzewach, otaczających grobowiec, każdy z nich pulsował przejrzystym światłem. Język arabski to wiedza, perszczyzna to słodycz. Kosztował swego jadła po zmierzchu, w sposób, w jaki nigdy wcześniej tego nie robił. Poszczenie przychodziło mu z łatwością, może dlatego, że nadeszła zima i dni były coraz krótsze. Nadal często odczuwał paraliżujący strach, który sprawiał, że krew wzbierała w nim z ogromnym ciśnieniem, modlił się wtedy na glos cały dzień i bez wytchnienia, doprowadzając strażników do szału swoim monotonnym zawodzeniem.

W końcu świat skurczył się do rozmiarów grobowca. Bistami zaczął zapominać o rzeczach, które przydarzyły mu się wcześniej lub nadal działy się gdzieś na świecie poza świątynnymi murami. Jego umysł zaczął się oczyszczać. Cały świat wokoło stawał się przezroczysty. Bistami spoglądał do wewnątrz liści, a nawet poprzez ich powierzchnię, jakby były ze szkła, podobnie było z białym marmurem i alabastrem w grobowcu, które po zmroku zaczynały lśnić, jakby ożywały; to samo działo się z jego własnym ciałem.

— Wszystko oprócz oblicza Boga w proch się obraca. Do Niego wszyscy wrócimy. — Były to słowa z Koranu, wplecione w piękny wiersz Maulany o reinkarnacji:

Umarłem jako minerał i rośliną się stałem,
Umarłem jako roślina i wyrosłem na zwierzę,
Umarłem zwierzęciem i Człowiekiem się stałem.
Czegóż mam się lękać?
Kiedyż ubyło mnie, gdy umarłem?
Raz jeszcze umrę, będąc człowiekiem, abym mógł wznieść się,
Wśród aniołów błogosławiony, lecz nawet aniołem będąc,
Odejść muszę: wszystko oprócz oblicza Boga w proch się obraca.
A kiedy złożę w ofierze swoją duszę anielską,
Stanę się tym, czego rozum pojąć nie zdoła.
O! Pozwól mi nie istnieć!
Wszak niebyt dźwięcznym tonem oznajmia:
Do Niego wszyscy wrócimy.

Powtarzał ten wiersz tysiące razy, zawsze wyszeptując końcówkę z obawy na strażników, którzy mogliby donieść Akbarowi, że przygotowuje się na śmierć. Mijały kolejne dni i tygodnie, był bardzo głodny i nadwrażliwy na zapachy i smaki, a w końcu nawet na powietrze i światło. Wyraźnie odczuwał gorące i parne noce, które otulały go jak koc. Podczas krótkich poranków chodził po grobowcu, zamiatał i modlił się, patrząc w niebo, rozciągające się ponad liściastymi drzewami, które z dnia na dzień stawały się coraz lżejsze, aż w końcu pewnego ranka, o wschodzie słońca, wszystko dokoła zaczęło zmieniać się w światło.

— O ten! O ten, który jest Tym! O ten, który jest Tym i nikim innym! — wykrzykiwał nieustannie w świat stworzony z blasku. Nawet jego słowa były promieniami światła, bijącymi z jego ust. Grobowiec przeistoczył się w twór z czystego, białego światła, jaśniejącego tuż obok zielonej, chłodnej poświaty drzew. Z fontanny tryskał w rozświetlone powietrze silny strumień światła, ściany dziedzińca zbudowane były ze świetlnych cegieł, wszystko było miękką, pulsującą poświatą. Ziemia stała się dlań przezroczysta, mógł cofnąć się w czasie, przejść przez Przełęcz Chajberską, utworzoną z sylab żółtego światła, i znaleźć się w czasie swoich własnych narodzin, dziesiątego dnia miesiąca Moharam. Był to dzień, w którym imam Hosain, jedyny żyjący wnuk Mahometa, zginął w obronie wiary. Bistami zrozumiał, że nawet jeśli Akbar rozkaże go zgładzić, to i tak będzie żył, jako że już wcześniej przeszedł wiele żywotów, a jego wędrówka nie zakończy się wraz z tym życiem.

— Dlaczegóż miałbym się lękać? Czy umierając, kiedykolwiek coś straciłem? Byl istotą stworzoną ze światła, jak wszystko dookoła niego. Kiedyś był wiejską dziewczyną, innym razem jeźdźcem ze stepów, a kiedy indziej służącym Dwunastego Imama. Wiedział zatem, kiedy i dlaczego imam zniknął i kiedy powróci, aby uratować świat. Wiedząc to, nie miał już więcej powodów do obaw.

— Dlaczegóż miałbym się lękać? O ten! O ten, który jest Tym! Bóg moją jedyną potrzebą, On jest wspaniały, On jest najdoskonalszym schronieniem. Allah litościwy, Allah dobroczynny. Allah, który wysłał Mahometa na isrę, wędrówkę w światło, wysyłał teraz Bistamiego, aby mógł się on wznieść w miraj, gdzie wszystko było światłem, przezroczystym i niewidzialnym. Rozumiejąc to, Bistami spojrzał przez przezroczyste ściany, drzewa i ziemię na Akbara, znajdującego się po drugiej stronie miasta w swoim przejrzystym pałacu, odzianego w blask niczym anioł, z pewnością już za życia człowiek ten był na poły aniołem, anielską duszą, które Bistami znał z poprzednich żyć i z którymi przyjdzie mu się spotykać w kolejnych żywotach, dopóki wszystkie nie stawią się w jednym miejscu, na zawołanie Allaha, który położy kres wszechświatowi. Bistami dojrzał świetlistego Akbara, który odwrócił głowę i spojrzał przez rozświetloną przestrzeń między nimi. Zauważył, że jego oczy były czarnymi jak onyks kulami osadzonymi w głowie. Wtadca odezwał się do Bistamiego:

— Nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. Nie jestem tym, którego poszukujesz, gdyż ten, którego szukasz, jest gdzieś indziej. Bistami zatoczył się i opadł w kąt dziedzińca. Kiedy doszedł do siebie, świat wokół niego nadal przypominał twory z kolorowego szkła, a tuż przed nim stał Akbar z krwi i kości, i zamiatał dziedziniec grobowca miotłą Bistamiego.

— Panie — powiedział Bistami i zaczął szlochać — Maulano. Akbar stanął nad nim i przyglądał mu się z góry. Po chwili położył dłoń na głowie Bistamiego i rzekł:

— Jesteś sługą Boga.

— Tak, Maulano.

Akbar zaczął recytować po arabsku:

— Bóg zawsze był dla nas łaskawy, gdyż kto się boi Boga, ten przetrwa. Zaprawdę Bóg nie skąpi nagrody praworządnym i sprawiedliwym i pozwala im w proch się obrócić. Była to Sura Dwunasta, przypowieść o Józefie i jego braciach. Bistami podniesiony na duchu, nadal widzący poprzez otaczające go przedmioty, łącznie z Akbarem, jego świetlistą dłonią i twarzą, przez całą jego świetlistą postać, pulsującą przez żywoty, jak wschodzące dni i recytującą końcowe wersety z następnej Sury, z Grzmotu:

— Ci, którzy żyli przed nim, knuli spiski. Lecz Bóg kieruje wszelkim knowaniem, on zna dzieła każdego. Akbar skinął głową, spoglądając na grobowiec Chisthiego i zanurzając się we własnych myślach.

— Tego dnia nie spadnie na ciebie żadna wina — mruczał pod nosem, wypowiadając słowa Józefa, które kierował do swoich braci, wybaczając im. — Bóg wam wybaczy, przeto on jest najbardziej litościwy ze wszystkich, którzy okazują łaskę.

— Tak, Maulano. Bóg daje nam wszystko. Bóg łaskawy i współczujący, ten, który jest Tym. O ten, który jest Tym! O ten, który jest Tym! O ten, który jest Tym… — przerwał sobie z trudnością.

— Tak. — Akbar znów spojrzał nań z góry. — Cokolwiek się nie wydarzyło w Gujaracie, nie chcę o tym więcej słyszeć. Nie wierzę, abyś miał coś wspólnego z buntem. Przestań płakać. Jednak Abul Fazl i szejk Ab-dul Nabi wierzą w to, a oni są moimi najważniejszymi doradcami, ufam im w większości kwestii. Jestem lojalny wobec nich, tak jak oni wobec mnie. Mogę ich zatem nie posłuchać w tej sprawie i nakazać, aby zostawili cię w spokoju, lecz jeśli nawet tak postąpię, twoje życie tutaj już nigdy nie będzie tak przyjemne jak kiedyś. Rozumiesz?

— Tak, panie.

— Zamierzam więc cię odesłać…

— O nie, Mistrzu!

— Zamilcz. Wysyłam cię na hadżdż.

Usta Bistamiego rozwarły się szeroko. Po tych wszystkich dniach niekończących się recytacji jego szczęka opadła bezwładnie jak wyłamana z zawiasów brama. Białe światło wypełniło przestrzeń, zemdlał. Po chwili powróciły kolory, a on odzyskał słuch.

— …udasz się do Suratu, stamtąd mój pielgrzymi statek, Ilahi, zabierze cię przez Morze Arabskie do Jiddy. Wagf zebrał całkiem duży datek dla Mekki i Medyny. Mianowałem wezyra emirem hadżdżu. Do pielgrzymki dołączy również moja ciotka, Bulbadan Begam, i moja żona Salima. Sam bardzo chciałbym pójść z wami, lecz Abul Fazl nalega, abym został. Bistami skinął głową.

— Jesteś niezastąpiony, o panie.

Akbar zastanowił się przez chwilę i rzekł:

— W przeciwieństwie do ciebie. Po czym zdjął dłoń z głowy Bista-miego.

— Emir hadżdżu zawsze może wybrać sobie innego kadiego, poza tym pragnę założyć w Mekce całoroczną szkołę, mógłbyś mi w tym pomóc.

— Ale… i już więcej tu nie wracać?

— Tak, jeśli cenisz swój doczesny żywot. Bistami wbił wzrok w ziemię, czując chłód.

— No już! — powiedział cesarz. — Dla tak oddanego uczonego jak ty życie w Mekce będzie czystą przyjemnością.

— Tak, Panie… oczywiście. Akbar roześmiał się.

— Musisz przyznać, że to o wiele lepsze niż ścięcie! Kto wie, co jeszcze może się wydarzyć, życie jest długie, może jeszcze kiedyś tu wrócisz.

Obydwaj wiedzieli, że prawdopodobieństwo jest nikłe, a życie wcale nie takie długie.

— Niech się dzieje wola Boża — wymruczał pod nosem Bistami, rozglądając się dokoła. Ten dziedziniec, ten grobowiec, te drzewa. Znal już tu każdy kamień, każdą gałąź i każdy liść. Życie, które wiódł przez ostatni miesiąc, mogące zapełnić nawet sto lat, skończyło się. Wszystko, co tak dobrze poznał, miał wkrótce opuścić, łącznie z tym ukochanym i budzącym grozę młodym człowiekiem. Aż trudno pomyśleć, że każde prawdziwe życie trwa zaledwie kilka lat. Przez jego przetoczyło się już tak wiele żywotów i to w najróżniejszych formach. Powiedział do siebie: — Bóg jest potężny. Już nigdy więcej się nie spotkamy.

5. Droga do Mekki

Od portu w Jiddzie do Mekki przez cały horyzont ciągnął się nieprzerwany sznur pielgrzymów na wielbłądach. Był on tak długi, że zdawać by się mogło, iż opasuje całą Arabię, a nawet cały świat. Płytkie, skaliste doliny wokół Mekki wypełniły się obozowiskami, a po zachodzie słońca pachnący baranim tłuszczem dym z palenisk unosił się w przejrzyste niebo. Chłodne noce, ciepłe dni, ani jednej chmury na mlecznobłękitnym niebie i tysiące rozentuzjazmowanych pielgrzymów pokonujących ostatni odcinek hadżdżu. Wszyscy w mieście uczestniczyli w tym samym ekstatycznym rytuale, każdy w białych szatach, gdzieniegdzie w tłumie widniały zielone turbany seidów, mężczyzn uchodzących za bezpośrednich potomków Proroka. Była to duża rodzina, jeśli sugerować się turbanami, wszyscy recytowali wersety z Koranu, podążając za ludźmi idącymi przed nimi, którzy szli za tymi przed sobą, a tamci sunęli w długiej kolejce, sięgającej dziewięciu wieków wstecz. Podczas żeglugi do Arabii Bistami pościł jak jeszcze nigdy w życiu, bardziej rygorystycznie niż w grobowcu Chishtiego. Płynął teraz kamiennymi ulicami Mekki lekki jak piórko, spoglądał w górę na palmy przysłaniające niebo swoimi pierzastymi liśćmi, falującymi miękko w nagrzanym powietrzu. Uwznioślony bożą łaską odniósł wrażenie, że patrzy z góry na korony palm, że przenika ściany i spogląda do wewnątrz Kaby. Aby odzyskać równowagę i poczucie własnego ciała, musiał wpatrywać się w swoje stopy, lecz kiedy to robił, te wydawały się być jakimiś odległymi istotami, które wiodły odrębny żywot, kiedy tak stąpały do przodu, jedna za drugą. O ten, który jest Tym…

Odłączył się od przedstawicieli Faterpur Sikri. Rodzina Akbara mimowolnie budziła w nim wspomnienia utraconego pana. Cały czas rozmawiali o Akbarze, Akbar to, Akbar tamto. Jego żona Salima (druga żona, nie cesarzowa) zawodziła płaczliwym, lecz zdradzającym samozadowolenie głosem, a jego ciotka ciągle się z nią namawiała. Było to nie do zniesienia. Na szczęście kobiety odbywały osobną pielgrzymkę, lecz mężczyźni z mogolskiej świty byli równie nieznośni. Wezyr, emir hadżdżu, był sprzymierzeńcem Abul Fazla i przez to był bardzo podejrzliwy w stosunku do Bistamiego, traktował go lekceważąco, aby nie powiedzieć pogardliwie. W mogolskiej szkole z pewnością nie będzie dla niego miejsca, zakładając, że w ogóle uda im się ją założyć, zanim roztrwonią wszystkie pieniądze z jałmużny i z miejskich funduszy uzyskanych od ambasady. Powoli już się to działo, nadal jednak wszystko wskazywało na to, że przedsięwzięcie dojdzie do skutku. Jedno natomiast było pewne, Bistami nie był wśród nich mile widziany.

Mimo to była to jedna z tych błogosławionych chwil, kiedy zarówno przeszłość, jak i przyszłość przestawały się liczyć. To właśnie najbardziej zdumiewało Bistamiego, nawet w jego sytuacji, kiedy płynął wraz z rzeką wiernych, jeden z miliona ubranych na biało hadżich, pielgrzymów przybyłych z całego Dar al-Islam, od Maghrebu po Mindanao, od Syberii do Seszeli. To niesamowite, jak ci wszyscy ludzie uczestniczyli razem w tej jednej chwili. Niebo i całe miasto pod nim lśniło od ich obecności, nie było jednak przezroczyste, jak w grobowcu Chisthiego, lecz pełne barw, mieniące się wszystkimi kolorami świata. Wszyscy ludzie na całym świecie byli jednością. Owa świętość promieniowała z wnętrza Kaby. Bistami wpłynął wraz z całą kolumną ludzkości do najświętszego meczetu i przeszedł obok dużego, gładkiego, czarnego kamienia, czarniejszego niż heban i gagat, czarnego jak nocne niebo bez gwiazd lub jak dziura w rzeczywistości. Czuł, jak jego ciało i dusza pulsowały tym samym rytmem, co ogromna kolejka ludzi, co cały świat. Dotyk czarnego kamienia był jak dotyk ciała. Miał wrażenie, że kamień wiruje wokół niego. Przed oczami pojawił mu się obraz ze snu, kiedy to wpatrywały się w niego czarne oczy Akbara. Otrząsnął się i odgonił od siebie marę, wiedząc, że jest ona tylko zakłócającym spokój wytworem jego własnego umysłu. Umysł ten był świadom świętego zakazu sporządzania podobizn Allaha, a kamień był tylko kamieniem, a zarazem wszystkim innym, był czarną rzeczywistością samą w sobie, którą Bóg uczynił namacalną. Zajmując miejsce w kolejce, czuł jak dusze ludzi opuszczających świątynię wznoszą się, niczym po schodach, prosto do nieba.

Rozproszenie. Powrót do obozu, pierwsze łyki zupy i kawy przy zachodzącym słońcu. Wszystko odbywało się cichym i chłodnym wieczorem, pod wieczorną gwiazdą. Ludzie byli spokojni i wewnętrznie oczyszczeni. Patrząc dokoła w twarze hadżich, Bistami zastanawiał się, dlaczego wszyscy na co dzień nie żyją w ten sposób? Co jest aż tak ważne, że odciąga ich od tej chwili? Płomienie ogniska rozświetlały ludzkie twarze, a ponad nimi unosiło się rozgwieżdżone niebo. Z oddali dobiegała pieśń i delikatny śmiech. Nikomu się nie śpieszyło z pójściem spać, nikt nie chciał tak po prostu przerywać tej chwili, by obudzić się następnego dnia z powrotem w namacalnym świecie.

Rodzina Akbara wyruszyła karawaną z powrotem do Jiddy, a Bistami odprowadził ich do granic miasta. Żona i ciotka Akbara pożegnały się z nim, machając doń z grzbietów wielbłądów, reszta była już dawno pochłonięta długą drogą powrotną do Fatepur Sikri.

Bistami został w Mekce, w mieście obcych ludzi. Większość właśnie wyjeżdżała, karawana za karawaną. Był to dość osobliwy i smętny widok: setki karawan, tysiące ludzi, szczęśliwych, lecz zmizerniałych, ich białe szaty, dawno spakowane lub zakurzone, brudne i postrzępione u dołu. Tylu wyjeżdżało, że mogłoby się zdawać, że wszyscy opuszczają miasto przed zbliżającą się katastrofą, jak zapewne zdarzało się w czasie wojny, głodu czy zarazy. Niecały tydzień czy dwa tygodnie później Mekka pokazała swoje zwykłe oblicze wapiennego miasteczka, zamieszkanego przez kilka tysięcy ludzi. Wielu z nich to duchowni, uczeni, sufiowie, kadiowie, ulemowie lub heterodoksyjni uciekinierzy przeróżnej maści, którzy znaleźli schronienie w świętym mieście. Większość jego mieszkańców stanowili jednak kupcy i rzemieślnicy. Tuż po zakończeniu hadżdżu wyglądali na zmordowanych i wycieńczonych, niemal ogłuszonych. Widać było, że najchętniej zamknęliby się w swoich domostwach, wśród pustych ścian, i zostawili resztę przyjezdnych samym sobie na następny miesiąc albo dwa. Część ulemów i uczonych koczowała w namiotach w sercu islamu, wypełniając je modlitwami, gotując strawę nad ogniskami, rozpalanymi przy granicy miasta, i kupując pożywienie od przejezdnych nomadów. Wielu z nich przez większość nocy śpiewało pieśni.

Nie brakowało również Persów, którzy co noc zbierali się przy ogniskach na wschodnim krańcu miasta, nieopodal kanałów biegnących od strony wzgórz. To oni jako pierwsi doświadczyli wielkiej wody, która wdarła się do miasta, po tym jak ucichły burze na północy, o których słyszeli, lecz których nigdy nie widzieli. Czarna, błotnista woda sunęła kanałami i rozlewała się po ulicach, porywając ze sobą pnie palm i głazy, które w postaci wysokiego wału zepchnęła na południową stronę miasta. Wszystko zostało zalane, nawet Kaba stała w wodzie, sięgającej aż po srebrną obręcz, która utrzymywała ją na miejscu. Bistami z wielką przyjemnością rzucił się w wir pracy przy odprowadzaniu wody i oczyszczaniu miasta. Po doświadczeniu światłości w grobowcu Chi-sthiego oraz po najwyższym duchowym przeżyciu, jakim był hadżdż, czul, że niewiele mu pozostało do zrobienia na planie astralnym. Żył teraz w cieniu tamtych wydarzeń, czując się całkowicie odmienionym. Jedyne, czego pragnął, to czytać perską poezję w chłodne poranki, a popołudniami pracować w niskim i gorącym zimowym słońcu. Miasto było zniszczone, błoto miejscami sięgało po pas, roboty było w bród. Modlitwa, czytanie, praca, jedzenie, modlitwa, spanie — tak wyglądał plan dobrze spędzonego dnia. Dzień za dniem upływał według tej, jakże przyjemnej dlań, rutyny.

Wraz z upływem zimy zaczął studiować w medresie, założonej przez uczonych z Maghrebu, zachodniego krańca świata, który rósł w siłę i powiększał swoje terytorium, zarówno na północ po Al-Andalus i Firanię, jak i na południe po Sahel. Bistami wraz z innymi czytał i dyskutował nie tylko na temat Rumiego i Szamsa, lecz także i innych filozofów, Ibn Sina i Ibn Rushda, oraz starożytnego Greka Arystotelesa i historyka Ibn Kalduna. Magrebczyków w medresie nie interesowało tak bardzo kontestowanie zagadnień doktrynalnych, jak wymiana informacji ze świata. Mieli na podorędziu mnóstwo historii o ponownym zajęciu terenów Al-Andalus i Firanii i snuli opowieści o zaginionej cywilizacji Franków. Byli przyjaźnie nastawieni do Bistamiego, choć nie wiedzieli o nim zbyt wiele. Uważali go za Persa, a on czuł się pośród nich o wiele lepiej niż wśród Mogolów z ambasady Timura, gdzie traktowano go co najmniej z pewnym skrępowaniem. Bistami był zdania, że jeśli osadzenie go w Mekce było karą w postaci wygnania go z kraju Akbara i z Sin-dhu, to w takim razie inni Mogołowie wysłani w to miejsce powinni się zastanowić, czy czasem oni również raczej nie popadli w niełaskę niż dostąpili zaszczytu w nagrodę za swą nabożność. Kiedy Bistami przypominał im o tej możliwości, zaczęli unikać go jak trędowatego. Zaczął więc spędzać coraz więcej czasu w medresie Maghrebczyków oraz w perskojęzycznej khicie, którą przeniesiono nieco wyżej, na wzgórza ponad miejskie kanały na wschodzie miasta.

Życie w Mekce zawsze orientowało się w czasie względem nadchodzącego hadżdżu, tak samo jak każdy muzułmanin orientował się w przestrzeni względem Mekki. Mijały kolejne miesiące i rozpoczynały się przygotowania, a kiedy zaczął się ramadan, wszystko poza nadchodzącym hadżdżem przestawało się liczyć. Większość wysiłków koncentrowała się na wykarmieniu tych ogromnych ludzkich mas, które wkrótce miały pojawić się w mieście. Został opracowany cały system, aby ta niebywała uczta udała się. Zaskakujący był jej rozmiar i obfitość, zwłaszcza tutaj na pozbawionym życia pustynnym półwyspie. Oczywiście takie miasta jak Yemen i Aden, na południe od Mekki, były zamożne. Nie ma się czemu dziwić, pomyślał Bistami, rozważając lekturę Ibn Khalduna i idąc przez pastwiska, które z wolna zapełniały się owcami i kozami. System ten powstawał wraz z rozwojem idei hadżdżu, co następowało bardzo szybko: islam wyszedł poza granice Arabii już w pierwszym wieku po hidżrze. Bistami powoli zaczynał wszystko rozumieć. Al-Andalus przyjęła islam do setnego roku, najdalsze zakątki Wysp Korzennych do dwusetnego roku, więc cały znany obszar świata został nawrócony w dwieście lat po tym, jak Prorok otrzymał Słowo i podzielił się nim z ludźmi tego małego kraju. Od tamtego czasu ściągało tu coraz więcej ludzi.

Jednego dnia Bistami wraz z kilkoma młodymi uczonymi udał się do Medyny. Szli pieszo, recytując modlitwy. Pragnęli jeszcze raz zobaczyć pierwszy meczet Mahometa. Mijali niekończące się zagrody dla owiec i kóz, serowarnie, spichlerze i zagajniki palm daktylowych, aż w końcu dotarli na peryferia Medyny, małej, sennej, zakurzonej i podupadłej mieściny, która ożywała jedynie na czas hadżdżu. W jednym z gęstych skupisk starożytnych palm stał niewielki wapienny meczet, ukryty w cieniu i wypolerowany niczym perła. To właśnie tutaj Prorok nauczał, będąc na wygnaniu, tutaj też otrzymał od Allaha i spisał większość wersetów Koranu. Bistami przechadzał się po ogrodzie na zewnątrz świętego przybytku, próbując sobie wyobrazić, jak się to wszystko odbywało. Zrozumiał dopiero po lekturze Khalduna — to wydarzyło się naprawdę. Początkowo Prorok stał w tym oto zagajniku i nauczał pod gołym niebem. Później, w tym samym miejscu, oparł się o pień palmy, a któryś z jego uczniów zaproponował mu krzesło. Zgodził się, jednak pod warunkiem, że byłoby ono na tyle niskie, aby jego postać nie wyrastała ponad głowy słuchaczy. Prorok zaiste był człowiekiem doskonałym. Zgodził się, aby w miejscu, gdzie nauczał, wybudowano meczet, który przez wiele lat pozostawał bez dachu. Mahomet oświadczył, że na początek wierni mieli o wiele ważniejsze zadanie do wykonania. Wrócili do Mekki i stamtąd Prorok poprowadził dwadzieścia sześć kampanii wojskowych — to był prawdziwy dżihad. Potem Słowo szerzyło się już bardzo szybko. Khaldun upatrywał źródeł tak szybkiego tempa rozprzestrzeniania się islamu w ludziach, którzy byli gotowi na nadejście kolejnego etapu cywilizacji, oraz w prawdzie, którą krył w sobie Koran.

Bistami, zaniepokojony czymś dla niego samego niedookreślonym, zastanawiał się nad tym wytłumaczeniem. Cywilizacje indyjskie przychodziły i odchodziły, przychodziły i odchodziły. Co prawda islam zdołał podbić Indie, lecz nawet za panowania Mogołów starożytne wierzenia Hindusów przetrwały, a sam islam zmieniał się na skutek ciągłego z nimi obcowania. Bistami zrozumiał to jeszcze lepiej, studiując swoją religię w czystej postaci w medresie. Sufizm był jednak czymś więcej niż tylko powrotem do źródła. Był krokiem naprzód lub (czy można tak powiedzieć?) wyjaśnieniem, a nawet ulepszeniem. Był wysiłkiem w celu obejścia ulemów. W każdym razie stanowił zmianę, której najwidoczniej nie sposób było uniknąć. Wszystko się zmieniało. Kiedyś w medresie sufi Junnaiyd powiedział tak: „Słowo Boże spadło na człowieka jak deszcz na ziemię, w wyniku czego powstało błoto, nie zaś czysta woda”. Po zimowej powodzi obraz ten był wyjątkowo wyraźny i niepokojący. Islam rozprzestrzeniał się po świecie jak lawina błotna, mieszanka Boga i człowieka. Ani trochę nie było to podobne do tego, co przydarzyło mu się w grobowcu Chishtiego lub podczas hadżdżu, kiedy miał wrażenie, że Kaba wiruje wokół niego. Jednak nawet pamięć o tych wydarzeniach przeobraziła się. Wszystko na świecie się zmieniało, łącznie z Mekką i Medyną, których populacja szybko rosła, wraz ze zbliżającym się hadżdżem.

Do miasta napływali pasterze ze swoimi trzodami i kupcy, sprzedający ubrania i sprzęt podróżniczy. Trwały naprawy popsutych sprzętów, przygotowywano skrypty religijne, pamiątki i inne rzeczy. Ostatniego miesiąca przed hadżdżem zaczęli pojawiać się pierwsi pielgrzymi, później zaczęły ściągać długie sznury wielbłądów. Bistami pamiętał z zeszłego roku pełne uczucia twarze podróżników. Rok ten w jego odczuciu minął niezwykle szybko, jednocześnie jego własny hadżdż zajmował już niejako głębsze otchłanie umysłu. Nie potrafił przywołać uczuć, malujących się na twarzach tegorocznych hadżich. Tym razem nie był już pielgrzymem, był mieszkańcem i ewidentnie odczuwał panujące wśród innych mieszkańców niezadowolenie. Ich spokojna wioska, będąca na co dzień jedną wielką medresą, nagle pęczniała i rozrastała się do absurdalnych rozmiarów, jak gdyby cała rodzina i wszyscy weseli krewni zwalali im się w jednej chwili na głowę. Nie był to najszczęśliwszy sposób myślenia o hadżdżu, więc z poczuciem winy Bistami oddawał się modłom, postowi i pomocy pielgrzymom, zwłaszcza tym wycieńczonym i chorym. Odprowadzał ich do khit, karawanserajów i gospód. Zatapiał się w pracy, aby jeszcze mocniej poczuć atmosferę hadżdżu. Niestety, codzienny widok ekstatycznych twarzy przypominał mu tylko, jak daleko był od ich stanu. Oblicza przybyłych jaśniały Bożą łaską. Teraz widział całkiem wyraźnie, jak ludzkie twarze odzwierciedlały dusze i były niczym okna na głębszy świat.

Miał zatem wielką nadzieję, że kiedy będzie się witał z hadżiami z dworu Akbara, przyjemność zagości i na jego twarzy. Akbar jednak nie przybył, podobnie jak nikt z jego najbliższej rodziny, a ci, którzy przybyli, nie cieszyli się ani z pobytu w Mekce, ani ze spotkania z Bista-mim. Wieści z dworu nie wróżyły nic dobrego. Akbar zaczął się krytycznie odnosić do swojego ulemy, przyjmował u siebie hinduskich radżów i z życzliwością wysłuchiwał ich uwag i niepokojów. Zaczął nawet otwarcie czcić słońce, kładąc się twarzą na ziemi przed świętym ogniem cztery razy dziennie, a do tego powstrzymywał się od jedzenia mięsa, picia alkoholu i stosunków płciowych — to wszystko były praktyki hinduskie. Ponadto każdej niedzieli udzielał inicjacji dwunastu oddanym mu emirom. Podczas takiej ceremonii każdy z neofitów składał głowę bezpośrednio na stopach Akbara. Był to najgłębszy pokłon, znany jako sijdah, akt podporządkowania się drugiemu człowiekowi — dla muzułmanów był świętokradztem. Co więcej, Akbar nie zdradzał chęci łożenia funduszy na kolejną pielgrzymkę, trzeba było go długo namawiać, aby w ogóle zechciał na ten temat rozmawiać. W końcu wysłał szejka Abdu-la Nabiego i Malauna Abdulla, co było tylko łagodniejszą formą ich wygnania, podobnie jak w ubiegłym roku stało się w przypadku Bistamiego. jednym słowem, wyglądało na to, że Akbar odchodził od wiary. Odchodził od islamu!

Nieco później Abdul Nabi powiedział Bistamiemu otwarcie, że wielu ludzi na dworze właśnie jego, Bistamiego, obwiniało za tę przemianę Akbara.

— Zrobił tak jedynie dla własnej wygody — zapewniał Bistamiego Abdul Nabi. — Zawsze bezpieczniej winić kogoś, kto jest daleko, czyż nie? Stało się tak, jak chcieli, wygnano cię do Mekki w celu nawrócenia. Naopowiadałeś im o świetle i światłości, więc cię odesłali, a teraz nagle Akbar kłania się słońcu jak jakiś zoroaster czy inny starożytny poganin.

— Nie mogę zatem wrócić — powiedział Bistami. Abdul Nabi potrząsnął głową.

— Obawiam się, że to nie wszystko. Jak mniemam, nawet tutaj nie jesteś bezpieczny. Jeśli zostaniesz, ulema może oskarżyć cię o herezję, a wtedy zjawi się tu po ciebie i postawi cię przed sądem w Fatepur Si-kri, może to też zrobić tutaj.

— Sugerujesz, że powinienem odejść? Abdul Nabi powoli skinął głową.

— Z pewnością jest wiele ciekawszych miejsc od Mekki. Taki kadi jak ty zawsze znajdzie dobrą pracę u muzułmańskiego władcy. Oczywiście nic złego ci się nie stanie w trakcie hadżdżu, lecz po jego zakończeniu…

Bistami pokłonił się i podziękował szejkowi za szczerość. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że i tak chciał odejść. Nie chciał dłużej zostawać w Mekce. Chciał wrócić do Akbara, do bezczasu panującego w grobowcu Chishtiego. Pragnął pozostać w tamtej przestrzeni na zawsze. Lecz jeśli było to niemożliwe, będzie musiał na nowo rozpocząć swą tarikę i włóczyć się w poszukiwaniu prawdziwego życia. Przypomniał sobie, co przytrafiło się Szamsowi, kiedy uczniowie Rumiego znudzili się jego zapatrzeniem w przyjaciela. Szams zniknął i nikt go więcej nie widział, niektórzy mówili, że przywiązano go do głazu i zrzucono do rzeki.

Ludzie w Fatepur Sikri mogli pomyśleć, że Akbar znalazł swojego Szamsa w osobie Bistamiego — co Bistamiemu wydawało się niedorzeczne. Co prawda, spędzali ze sobą dużo czasu, o wiele więcej, niż dałoby się uzasadnić, lecz nikt nie wiedział, co się między nimi działo i ile z tego było nauką, której Akbar udzielał swemu nauczycielowi. Nauczyciel zawsze musi uczyć się najwięcej, pomyślał Bistami, w przeciwnym razie nic ważnego nie odbywa się w trakcie spotkania z uczniem.

Reszta hadżdżu przebiegała w dziwny sposób. Tłumy wydawały się przeogromne, wręcz nieludzkie, i zawładnięte jakąś siłą, uśmiercające setki owiec dziennie jak zaraza, ulemowie zaś byli pasterzami, urządzającymi tę kanibalistyczną ucztę. Oczywiście nie wolno było tak mówić, jedynie powtarzać dobrze znane frazy, które już dawno wypaliły swoją własną ścieżkę w głąb duszy Bistamiego. O ten, który jest Tym! O ten, który jest Tym! Allah Litościwy! Allah Miłosierny! Czegóż miałbym się lękać? Bóg wszystko wprawia w ruch. Nie dziwił się niczemu, musiał kontynuować tarikę do momentu, gdy nie znajdzie czegoś więcej. Kiedy hadżdż dobiega końca, pora ruszać w drogę.

Najbardziej przyjaznymi uczonymi, jakich poznał, byli Maghrebczycy, którzy we wspaniały sposób okazywali suficką gościnność i gorliwą ciekawość świata. Owszem, mógłby zawrócić do Isfahanu, jednak coś w środku ciągnęło go na zachód. Teraz, kiedy został oczyszczony najczystszym światłem, nie potrzebował wracać do bogactw irańskich ogrodów. W Koranie słowo Raj oraz wszystkie słowa, których Mahomet używał do opisywaniu Raju, wywodziły się z języka perskiego, natomiast słowo Piekło, nawet w tych samych surach, pochodziło z hebrajskiego — języka pustyni. Był to znak. Bistami nie pragnął Raju. Pragnął czegoś, czego nie potrafił zdefiniować, jakiegoś bliżej niesprecyzowane-go wyzwania na poziomie ludzkim. Powiedzmy, że człowiek jest mieszanką materii i boskości, boska dusza żyje nieustannie. Musi zatem istnieć jakiś cel podróży przez te wszystkie dni, jakiś postęp ku górze, ku wyższym planom istnienia. Khalduniański model cyklicznie zmieniających się dynastii, następujących po sobie bez końca, od żywotnej młodości do nadętej starości, musi zostać odmieniony poprzez dopuszczenie do spraw międzyludzkich rozsądku. Wtedy cykliczność dynastii wyjdzie z koła i zmieni się we wznoszący, spiralny ruch, dzięki któremu następna młoda dynastia będzie rozpoczynać panowanie od wyższego poziomu niż poprzednim razem, kiedy nadchodziła jej kolej i kiedy też dawała z siebie wszystko. Tego właśnie pragnął nauczać, tego również sam pragnął się nauczyć. Na zachód więc, za słońcem, cel jest blisko, wtedy wszystko będzie dobrze.

6. Al-Andalus

Każde miejsce, do którego zaszedł, wydawało mu się nowym centrum świata. Kiedy był młody, Isfahan wydawał mu się stolicą wszystkich krajów, później był Gujarat, Agra i Fatepur Sikri, później Mekka i czarny kamień Abrahama, prawdziwe serce Ziemi. Teraz z kolei Kair wydał mu się największą z możliwych metropolii — niewiarygodnie starożytny, zakurzony i przeogromny. Zatłoczonymi ulicami przechadzali się mamelukowie z liczną świtą, potężni, w hełmach z piórami. Zarządzając Kairem, Egiptem i większością krajów Lewantu wykazywali się olbrzymią pewnością siebie. Zawsze kiedy Bistami dostrzegał ich na ulicy, szedł za nimi przez chwilę — ich przepych przypominał mu Akbara. Oni sami jednak byli całkowicie inni — z każdym pokoleniem powoływali jati na nowo do życia. Nie było chyba na świecie nic bardziej imperialnego. Potrafili sprawować kontrolę nad ludnością jeszcze sprawniej, niż robiły to dynastie, których oni nie tworzyli. Całkiem możliwe, że wszystko, co Khaldun powiedział o cykliczności dynastii, zostało unieważnione poprzez ten nowszy system zarządzania, który za jego czasów jeszcze nie istniał. Świat się zmieniał. Słowa największego ze znanych historyków mogą nie być ostateczne. Dni spędzone w starym Kairze były ekscytujące. Niestety maghrebskim uczonym spieszno było do rozpoczęcia długiej podróży do domu. Bistami pomógł więc przygotować karawanę, a kiedy byli gotowi, dołączył do nich w drodze na zachód, do Fezu.

Ten etap tariki prowadził go najpierw na północ, do Aleksandrii. Zostawili wielbłądy w karawanseraju i zeszli na dół, aby spojrzeć na legendarny port z szerokim, zakrzywionym pirsem, wcinającym się w sine wody Morza Śródziemnego. Przyglądając mu się, Bistami miał wrażenie, że kiedyś tu był. Odczekał chwilę, dziwne uczucie minęło, więc odwrócił się i poszedł z powrotem za resztą.

Kiedy karawana przecinała Pustynię Libijską, nocne rozmowy przy ognisku koncentrowały się wokół mameluków, Sulejmana Wspaniałego i niedawno zmarłego osmańskiego władcy. Wybrzeże, które właśnie okrążali, było jego najnowszą zdobyczą, lecz nie odczuwało się tego jakoś specjalnie, jedynie w większych miastach i w oazach, w sytuacji bezpośredniego kontaktu z osmańskimi urzędnikami, którym ludzie okazywali większy respekt. Oni jednak nie stwarzali kłopotów, nawet nie chcieli pobierać myta. Bistami zauważył, że świat sufich, poza wieloma innymi rzeczami, był ucieczką od ziemskiej władzy. W każdym regionie żyli sułtanowie, cesarzowie, Akbarowie i mamełukowie, wszyscy przyznawali się do islamu, a jednak byli bardzo ziemscy, władczy, kapryśni i niebezpieczni. Większość z nich znajdowała się obecnie w khal-uniańskim stanie dynastycznego rozkładu. Oprócz nich byli też sufio-wie. Bistami przyglądał się swoim uczonym towarzyszom zgromadzonym wokół wieczornego ogniska i rozważającym w skupieniu nad doktryną bądź wątpliwym isnadem do jakiegoś hadisu. W ten sposób dochodziło do dysput, prowadzonych z przesadną drobiazgowością, lecz bez śmiechu i kwiecistych tyrad. Tymczasem z uroczystą powagą nalewano do glazurowanych krzemionek gorącą, gęstą kawę, wszystkie oczy dokoła lśniły od blasku ognia i żaru dyskusji. Bistami pomyślał, że to właśnie są muzułmanie, którzy czynią islam dobrą wiarą, oto ludzie, którzy zawojowali świat, nie dobywając miecza. Cale armie wojowników nic by nie zdziałały bez Słowa. Ziemscy, lecz nie potężni, oddani, lecz nie pedantyczni (przynajmniej większość z nich), ludzie, których interesowała bezpośrednia relacja z Bogiem, niezakłócona interwencją ludzkiej władzy. Więź z Bogiem i braterstwo między ludźmi.

Pewnej nocy dyskusja zeszła na Al-Andalus. Bistami słuchał ze zdwojoną uwagą. — To musi być dziwne wrażenie, kiedy ponownie wkracza się na opustoszałe ziemie.

— Rybacy i romscy zbieracze różności już dawno sprowadzili się z powrotem na wybrzeże. Romowie i Ormianie przenieśli się w głąb lądu.

— Myślę, że istnieje duże ryzyko, iż zaraza powróci.

— Jak dotąd nikt nie zachorował.

— Khaldun mówi, że zaraza powstaje wskutek przeludnienia — zabrał głos Ibn Ezra, najbardziej wśród nich obeznany z piśmiennictwem Khal-duna. — W rozdziale o dynastiach, części czterdziestej dziewiątej, Muqad-dimah, pisze, że zarazy biorą się z nieczystego powietrza, które powstaje w wyniku przeludnienia, oraz rozkładu złej wilgoci, produkowanej przez ogromną liczbę ludzi skupionych w jednym miejscu. Najpierw atakowane są płuca, stamtąd choroba rozchodzi się na cały organizm. W pewnym miejscu autor czyni ironiczną uwagę, że zaraza to skutek wczesnych sukcesów odnoszonych przez dynastie. Dobre zarządzanie, uprzejmość, bezpieczeństwo, niskie opodatkowanie, to sprzyjało przyrostowi naturalnemu i w prostej linii prowadziło do wybuchu epidemii. Khaldun pisał tak: „Przeto nauka udowodniła nam, że niezbędne są puste przestrzenie między zamieszkiwanymi terenami oraz osobne miejsca do składowania odpadków. Umożliwia to właściwą cyrkulację powietrza, usuwa zanieczyszczenia i zgniliznę, powstałe w wyniku kontaktu z istotami żyjącymi, i sprowadza zdrowe powietrze”. Jeśli on ma rację, wtedy… no cóż, Firania długo stała pusta, można by się zatem spodziewać, że znów jest zdrowa i czysta. Według mnie, groźba wybuchu kolejnej epidemii już dawno została zażegnana, przynajmniej do momentu, gdy region znów się nie przeludni. Od tego jednak dzieli nas jeszcze sporo czasu.

— To był wyrok boski — powiedział jeden z uczonych. — Allah unicestwi) chrześcijan za to, że prześladowali muzułmanów i żydów.

— W czasie zarazy Al-Andalus była przecież krainą muzułmańską — zauważył Ibn Ezra. — Zarówno Grenada była muzułmańska, jak i całe południe półwyspu Iberyjskiego. Wszyscy ci ludzie zmarli, podobnie jak i muzułmanie na Bałkanach, tak przynajmniej mówi al-Gazzabi w swoim opracowaniu historii Greków. Najprawdopodobniej było to kwestią lokalizacji. Być może pomór padł na Firanię z powodu przeludnienia, jak mówi Khaldun, a może prawdziwą przyczyną były tamtejsze wilgotne doliny, w których gromadziło się zepsute powietrze. Nie sposób dociec.

— — Faktem pozostaje, że chrześcijanie wymarli. To lud, o którym mówiła Księga, prześladowcy islamu. To oni od wieków prowadzili z nami wojnę i wszystkich swoich muzułmańskich jeńców torturowali aż do ich śmierci. Allah w końcu położył im kres.

— No ale przecież ludność Al-Andalus również wymarła — powtórzył Ibn Ezra — a w Maghrebie czy w Etiopii, a nawet w Armenii nadal żyje wielu ocalałych chrześcijan. Liczne ich grupy mieszkają też w górach. — Potrząsnął głową. — Nie sądzę, abyśmy wiedzieli, co tak naprawdę się stało, wszystko jest w rękach Allaha, to on wydaje wyroki.

— To właśnie staram się powiedzieć.

— A więc Al-Andalus znów się zaludnia — powiedział tęsknym tonem Bistami.

— Tak.

— A są tam jacyś sufiowie?

— Oczywiście, sufiowie są wszędzie. Słyszałem, że w Al-Andalus świetnie sobie radzą. Ciągną na północ, w głąb opustoszałej krainy, idą w imię Allaha, odkrywają i odczyniają przeszłość, upewniają się, że droga przed nimi jest wolna. Swego czasu Al-Andalus była wspaniałym ogrodem. To dobra ziemia i niemal całkowicie opustoszała. Bistami spojrzał na dno glinianej czarki. Poczuł, jak te dwa słowa krzeszą w jego myślach iskry: dobra i opustoszała, opustoszała i dobra. Podobnie czuł się tylko w Mekce.

Teraz czuł wyraźnie, że wyrwał się na wolność. Jak wędrujący derwisz suficki, bezdomny i poszukujący, pokonywał tarikę i dbał o czystość na ile tylko pozwalał mu na to maghrebski kurz. Doskonale pamiętał słowa Mahometa odnośnie do świętego trybu życia: „I będziesz rozwijał się, myjąc ręce i nie spożywając czosnku, często pościł i czuł się coraz lżejszy, jakbyś unosił się w powietrzu”. Jego wizje zmieniały się z dnia na dzień. Od szklanej przejrzystości poranka, przez zamgloną żółć południa, aż po półprzezroczysty zachód słońca, kiedy gloria złocieni i brązów otaczała korony drzew, skały i horyzont. Maghrebskie miasteczka były niewielkie i przyzwoite, często osadzone na zboczach wzgórz i porośnięte palmami i innymi egzotycznymi drzewami, których korony tworzyły swoisty dach ponad ogrodowymi miastami. Domy — białe, wapienne sześciany pośród palmowych sadów. Na każdym dachu białe patio, a na małych dziedzińcach wewnętrzne ogrody, zielone i tchnące ożywczym chłodem, nawadniane zwykle wodą z fontann. Miasta zakładano tam, gdzie ze wzgórz wypływała woda. Okazało się, że największe miasto miało też największe źródło — to Fez, stacja docelowa ich karawany.

W Fezie Bistami zatrzymał się w domostwie sufich, a następnego dnia razem z Ibn Ezrą wyruszyli na wielbłądach na północ, do Ceuty, gdzie zapłacili za przeprawę statkiem do Malagi. Statki w tym regionie były bardziej zaokrąglone niż te pływające na Morzu Perskim, miały wyeksponowane stewy, mniejsze żagle i stery umieszczane pod centralnym masztem. Przeprawa przez wąską cieśninę po zachodniej stronie Morza Śródziemnego nie należała do najłatwiejszych, jednak już od samego wyjścia z portu w Ceucie widzieli na horyzoncie Al-Andalus. Silny prąd wpływający tędy do Morza Śródziemnego łączył się z porywistym zachodnim wiatrem, przez co mocno kołysało nimi na wysokich falach.

Al-Andalus przywitała ich klifowym wybrzeżem. Ponad zatoką wcinającą się głęboko w ląd, górował skalisty szczyt, dalej brzeg zakręcał ku północy. Lekka bryza wydęła małe żagle statku, który przechylił się i sunął w stronę Malagi. Będąc w głębi lądu, ujrzeli w oddali biały łańcuch górski. Bistami uniesiony dramatyczną przeprawą przez morze, przypomniał sobie widok gór Zargos w Isfahanie, a w sercu poczuł kłującą tęsknotę za domem, o którym już prawie zapomniał. Z powrotem jednak, tu i teraz, niosły go szalone fale oceanu jego własnego życia, za chwilę miał postawić stopę na nowym lądzie.

Cała Al-Andalus była jednym wielkim ogrodem, zielone drzewa porastały stoki wzgórz, na północy ciągnęły się ośnieżone pasma gór, a na przybrzeżnych równinach pola uprawne i zagajniki pełne okrągłych zielonych drzew, rodzących pomarańcze o cudownym smaku. Świt witał ich codziennie błękitem nieba, słońce, przecinając nieboskłon, nagrzewało ziemię, a w cieniu drzew panował orzeźwiający chłód.

Malaga była wspaniałym, małym miasteczkiem, z solidnym, kamiennym fortem i dużym, wiekowym meczetem, zajmującym centralną przestrzeń miasta. Szerokie, ocienione ulice, wzdłuż których ciągnęły się rzędy drzew, odchodziły promieniście od świątyni, w której trwały właśnie prace renowacyjne. Ze szczytów północnych wzgórz rozciągał się widok na błękitne wody Morza Śródziemnego, rozlewającego się szeroko, aż po spalone słońcem, mleczne góry Maghrebu na dalekim południowym brzegu. O, Al-Andalus! Bistami i Ibn-Ezra znaleźli schronienie w gospodzie przypominającej perskie ribaty, niewielkie wioski na skraju większych miast, wyrastające pośród pomarańczowych gajów i zadbanych winnic. Sufiowie uprawiali pomarańcze i pielęgnowali winnice. Bistami wstawał o świcie i pomagał mieszkańcom w codziennej pracy. Większość czasu spędzali na polach Pszenicy, ciągnących się daleko na zachód. Praca przy pomarańczach była za to łatwa: — Przycinamy drzewka tak, aby owoce utrzymywały się nad ziemią — opowiadał kiedyś Bistamiemu i Ibn Ezrze pewien robotnik z ribatu imieniem Zeya. — Jak sami widzicie, próbowałem już różnych gęstości rozsadu i badałem, jak wpływa to na owoce. Drzewka rosnące samotnie wyrastają na kształt drzew oliwnych, a jeśli przytnie się dolne gałęzie, utrzymując resztę ponad ziemią, wtedy owoce nie łapią z gleby żadnych chorób, a trzeba przyznać, że ogólnie są bardzo podatne na choroby. Na owocach może pojawiać się zielona albo czarna narośl, liście czasem stają się kruche i bieleją lub brązowieją, kora może pokryć się pomarańczowym lub białym grzybem. Wtedy bardzo pomocne stają się biedronki lub okadzanie dymem z węgla drzewnego. Zawsze tak robimy, żeby ochronić drzewa przed mrozem.

— To bywa tutaj aż tak zimno?

— Czasami zimą, owszem. Tu wcale nie jest jak w raju. Z meczetu dobiegła ich pieśń muezina, wyciągnęli maty i rozpoczęli modły, kłaniając się na południowy wschód. Bistami nadal nie mógł przyzwyczaić się do nowej orientacji. Później Zeya zaprowadził ich do kamiennego pieca, w którym palił się ogień, i zaparzył im po czarce kawy.

— Niby nowa, a jednak stara ta kraina — zauważył Bistami, sącząc z błogością pierwsze łyki kawy.

— Przez wiele stuleci była w rękach muzułmanów. Rządy Umajadów trwały tu nieprzerwanie od drugiego wieku, aż do pojawienia się chrześcijan, którzy podbili te ziemie. Później zabiła ich za to zaraza.

— Lud Księgi — wyszeptał do siebie Bistami.

— Owszem, lecz zepsuty. Bardzo surowi pracodawcy, zarówno względem wolnych, jak i niewolników, a do tego nieustannie skłóceni między sobą. Wtedy panował tu prawdziwy chaos.

— Podobnie jak w Arabii przed Prorokiem.

— Dokładnie tak samo. I choć chrześcijanie wierzyli w jednego Boga, to jednak nadal w ich poglądach było coś dziwnego, sami ze sobą nie mogli dojść do lądu. Próbowali nawet dzielić Boga Jedynego na trzech. Tak więc islam wziął górę. Parę wieków później życie na tych terenach stało się tak łatwe i przyjemne, że nawet muzułmanie zaczęli się psuć. W końcu Umajadzi zostali pokonani i nie było już kolejnej silnej dynastii, która mogłaby ich zastąpić. Istniało wówczas ponad trzydzieści walczących między sobą królestw taify. W piątym wieku Almorawidzi zaatakowali od strony Afryki, a w szóstym Almohadzi z Maroka wyparli Almorawidów i na swoją stolicę wybrali Sewillę. Tymczasem chrześcijanie prowadzili wojny na północy, w Katalonii i za górami w Nawarze i Firanii, po czym wrócili i zagarnęli większą część Al-Andalus. Nigdy jednak nie zdobyli regionów wysuniętych najdalej na południe, królestwa Nasrydów, łącznie z Malagą i Granadą. Te ziemie do końca pozostały muzułmańskie.

— A mimo to ich mieszkańcy również wymarli — powiedział Bistami.

— Tak jest, wszyscy zmarli.

— Nie rozumiem tego. Ludzie mówią, że Allah ukarał niewiernych za prześladowania muzułmanów, lecz jeśli byłoby to prawdą, to dlaczego uśmiercił też mieszkających tam muzułmanów?

Ibn Ezra zdecydowanie potrząsnął głową.

— Allah nie wytracił chrześcijan, ludzie się mylą.

— Nawet jeśli tego nie zrobił, to pozwolił, aby do tego doszło. Nie ochronił ich, choć jest wszechwładny. Nie rozumiem tego.

Ibn Ezra wzruszył ramionami.

— Cóż, to kolejne z wielu oblicz zła i śmierci na świecie. Ten świat nie jest rajem, Allah stworzył go dla nas i obdarzył nas wolna wolą. Ten świat jest nasz, abyśmy mogli w nim dowieść swego oddania bądź zepsucia, fest to całkiem jasne, gdyż Allah nie tylko jest wszechwładny, lecz przede wszystkim dobry. Nie tworzy zla. A jednak zło istnieje na świecie, najwyraźniej sami je tworzymy. Dlatego właśnie nasze przeznaczenie nie może być z góry przesądzone i przypisane nam przez Allaha. Musimy sami je sobie wypracować.

Czasem tworzymy zło, ze strachu, z chciwości, z lenistwa — to nasza wina.

— No to skąd ta plaga? — zastanowił się Zeya.

— To nie my ani nie Allah. Musisz zrozumieć, że wszystkie żyjące na świecie stworzenia pożerają się wzajemnie, często też zdarza się, że to te mniejsze zjadają większe. Dynastie wygasają, a ci wszyscy mali wojownicy zjadają resztki. Na przykład pleśń, żywiąca się opadłą pomarańczą. Pleśń to takie pole, na którym rosną miliony małych grzybów, pokażę wam przez szkło powiększające, które mam ze sobą. A spójrzcie na ten owoc, czerwona pomarańcza o krwistoczerwonym miąższu, to ludzie ją taką wyhodowali, prawda?

Zeya skinął głową.

— Można otrzymywać hybrydy na tej samej zasadzie co muły, z tym że rośliny można krzyżować dalej, aż wyhoduje się nową odmianę. W ten sposób stworzył nas Allah. Dwoje rodziców lokuje po części siebie w swoim potomku. Wszystkie ślady mieszają się, lecz nieliczne widoczne są od razu, niektóre wyłaniają się dopiero w którymś z kolejnych pokoleń. Powiedzmy, że jakaś pleśń podobna do tej znalazła się w chlebie i w wodzie mieszkających tu niegdyś ludzi i skrzyżowała się z inną pleśnią będącą w tej samej wodzie czy chlebie. Wskutek ich połączenia mogła powstać trucizna, która bardzo szybko się rozprzestrzeniała i stawała się coraz silniejsza, aż w końcu całkowicie wyparła swoich rodziców i wtedy ludzie zaczęli umierać. Może pleśń unosiła się z wiatrem, jak pyłki kwiatowe na wiosnę, a może żyła w ludziach i podtruwała ich tygodniami, zanim nie zabiła. Mogła przenosić się z oddechem lub przez dotyk. Niewykluczone, że ten rodzaj pleśni wyniszczył zapasy, a ludzie zmarli z głodu.

Bistami spojrzał jeszcze raz na część pomarańczy, którą trzymał w dłoni, i poczuł się słabo. Ten czerwony, mięsisty i soczysty owoc wydał mu się przez chwilę zalążkiem śmierci. Zeya zaśmiał się z niego:

— No co jest? Zjadaj! Niestety nie możemy żyć jak aniołowie! To wszystko wydarzyło się ponad sto lat temu. Ludzie już od dawna wracają na te tereny i żyją bezpiecznie i szczęśliwie od wielu lat. Jesteśmy wolni od zarazy, tak jak każde inne państwo. Ja sam spędziłem tu całe swoje życie. Możesz więc spokojnie dokończyć pomarańczę.

Bistami posłuchał jego rady i zamyślił się.

— Więc to był wypadek.

— Zgadza się — odpowiedział Ibn Ezra. — Tak mi się wydaje.

— Jednak Allah nie powinien był na to pozwolić.

— Wszystkie żywe istoty na tym świecie mają wolną wolę. Poza tym, mogło to też nie do końca być przypadkowe. Koran uczy, iż powinniśmy żyć w czystości. Być może chrześcijanie na własne ryzyko złamali ten nakaz, jedli mięso świń, trzymali psy i pili wino. — Ludzie z tego regionu uważają, że wino to nie problem — dorzucił Zeya, wybuchając ponownie śmiechem.

Ibn Ezra uśmiechnął się.

— Ale jeśli żyliby we własnych ściekach, między garbarniami i rzeźniami, jedli wieprzowinę, dotykali psów i zabijali się nawzajem jak barbarzyńcy ze wschodu, torturowali więźniów, obcowali z chłopcami i wywieszali u wrót martwe ciała swoich wrogów (a robili wszystkie te rzeczy) wtedy być może sami stworzyliby sobie zarazę? Rozumiesz, co chcę powiedzieć? Twierdzę, że stworzyli sobie takie warunki bytowe, które w końcu ich zabiły.

— Ale czyż oni tak bardzo różnią się od innych? — zapytał Bistami, myśląc o tłumach i brudzie w Kairze czy w Agrze.

— Ibn Ezra wzruszył ramionami.

— Byli surowi.

— Surowsi niż Timur Chromy?

— Nie wiem.

— Podbijali miasta i wycinali w pień ich mieszkańców?

— Mongołowie też tak robili, a przecież stali się muzułmanami. Ti-mur był muzułmaninem.

— Więc może zmienili zwyczaje. Nie wiem. Wiem jednak, że chrześcijanie często stosowali tortury. Może miało to jakieś znaczenie, a może nie. Wszystkie żywe istoty są wolne. Tak czy inaczej, tamtych już nie ma. Teraz jesteśmy my.

— Cali i w większości zdrowi — dodał Zeya. — Oczywiście czasem jakieś dziecko dostanie gorączki i umrze, ale to się zawsze może zdarzyć. Życie tutaj jest słodkie, póki trwa.

Kiedy zakończyły się zbiory pomarańczy i winogron, dni stawały się coraz krótsze. Bistami jeszcze nigdy od czasów Isfahan nie doświadczył takiego chłodu. Jednak nawet o tej porze roku, podczas najzimniejszych nocy drzewa pomarańczowe kwitły i to aż do najkrótszych dni w roku: małe, białe kwiatuszki pokrywające krągłe drzewka, pachnące wonią przypominającą smak dojrzałych owoców, może o nieco cięższej nucie, lecz za to bardzo słodko, niemal odurzająco.

Z drżącego powietrza wyłoniła się konnica, za nią długa karawana wielbłądów i mułów, a po kilku godzinach nadeszła pieszo spora grupa niewolników. Ktoś powiedział, że to sułtan Carmony, leżącej niedaleko Sewilli, niejaki Mawji Darya, wraz ze swoimi towarzyszami podróży. Sułtan był najmłodszym synem nowego kalifa i podobno popadł w konflikt ze swoimi starszymi braćmi, rezydującymi w Sewilli i w al-Majriti. Zdecydował się odejść, zabrał ze sobą całą świtę i wyruszył z zamiarem pokonania Pirenejów i założenia nowego miasta po drugiej stronie gór. Jego ojciec i starsi bracia panowali w Kordobie, Sewilli i w Toledo, a on planował poprowadzić swoich ludzi poza Al-Andalus, w górę wybrzeża Morza Śródziemnego, starym szlakiem prowadzącym do Walencji i dalej w głąb lądu, do Saragossy, gdzie, jak mówił, znajdował się most nad rzeką Ebro.

Zaraz na początku „hidżry serca”, jak to sułtan sam określił, przyłączyło się do niego ponad tuzin wysoko urodzonych ludzi o podobnych Poglądach, a każdy z nich miał ze sobą świtę. Wkrótce na dziedzińcu ri-batu uzbierał się całkiem spory, kolorowy tłum. Znalazła się tam nie tylko młoda arystokracja z Sewilli wraz ze służbą, świtą, przyjaciółmi i poddanymi, dołączyło też wielu ze wsi i gospodarstw, na drodze między Sewillą a Malagą. Suficcy derwisze, osmańscy handlarze, Turcy, Żydzi, Romowie, Berberowie — wszyscy tam byli. Wyglądali jak kupiecka karawana albo jakiś baśniowy hadżdż, na który wyprawili się wszyscy niewłaściwi ludzie, którzy nigdy nie będą prawdziwymi hadżiami. Była tu i para karłów na kucach, za nimi grupa jednorękich — byłych przestępców, później jacyś muzycy, mężczyźni przebrani za kobiety — w tej karawanie byli wszyscy. Sułtan wyciągnął szerokie ramię:

— Ludzie zwą nas karawaną głupców, bo jak ten statek głupców żeglujemy poprzez góry i lasy, do krainy laski. Bóg nas prowadzi.

Spośród tłumu, jadąc na koniu, wyłoniła się sułtanka. Podjechała i zeskoczyła z konia, nie zwracając uwagi na wysokiego sługę, który już chciał pomagać jej zsiąść. Dołączyła do sułtana, kiedy witał się z Zeyą i z innymi mieszkańcami ribatu.

— Oto moja żona, sułtanka Katima, pochodzi z al-Majriti.

Ta niska, kastylijska kobieta miała odsłoniętą głowę, smukłe ramiona, a jej spódnice do konnej jazdy obszyto złotem, które połyskiwało w zakurzonym powietrzu. Jej czarne, długie, lśniące włosy zaczesane do tyłu, spinał nad czołem sznur pereł. Jej twarz była wąska, a oczy bladoniebie-skie, co czyniło jej wzrok dość niezwykłym. Pierwszy raz uśmiechnęła się do Bistamiego, kiedy przedstawiano ich sobie, później na farmie, przy młynie wodnym i w pomarańczowym gaju. Cieszyły ją te wszystkie małe rzeczy, których inni nie dostrzegali. Ludzie od razu się zorganizowali i zrobili wszystko, co potrzeba, by zapewnić władcy godziwy wypoczynek, a jednocześnie móc pozostawać jak najbliżej niego i sułtanki. Bistami był wśród nich. Katima spojrzała na niego i powiedziała coś błahego, jej glos zabrzmiał jak turecki obój, nisko, nosowo, a słysząc go, Bistami przypomniał sobie, co powiedziała do niego zjawa Akbara, kiedy był zatopiony w świetle: „To, czego poszukujesz, znajduje się gdzieś indziej”. Ibn Ezra skłonił się nisko, kiedy go przedstawiano.

— Jestem sufickim pielgrzymem, sultanko, pokornym uczniem świata. Planuję udać się na hadżdż, ale bardzo spodobał mi się pomysł waszej hidżry, też chciałbym zobaczyć Firanię, gdyż interesują mnie badania nad starożytnymi ruinami.

— Nad pozostałościami po chrześcijanach? — zapytała sułtanka, wbijając w niego wzrok.

— Tak, lecz również po Rzymianach, którzy byli tam przed nimi, jeszcze w czasach przed Prorokiem. Może powinienem odbyć hadżdż w odwrotną stronę?

— Chętnie witamy wszystkich, którym nie braknie ducha, aby do nas dołączyć — odparła. Bistami odchrząknął, a Ibn Ezra miękko wysunął go przed siebie.

— Oto mój młody przyjaciel, Bistami, suficki uczony z Sindhu, który, odbywszy hadżdż, kontynuuje nauki na zachodzie.

Sułtanka Katima dopiero teraz przyjrzała mu się dokładniej i zastygła w bezruchu, wyraźnie zaskoczona. Jej czarne, gęste brwi, złączyły się pośrodku zdumionego czoła. Bistami przypomniał sobie znamię na czole tygrysicy, układające się w kształt ptaka w locie, który sprawiał, że tygrysica zawsze wyglądała leniwie zaskoczona bądź wręcz zakłopotana — dokładnie tak jak ta kobieta.

— Miło mi cię poznać, Bistami. Zawsze chętnie słuchamy nauk od uczonych w Koranie.

Później tego samego dnia wysłała do Bistamiego niewolnika z zaproszeniem na prywatną audiencję w ogrodzie, który oddano jej do dyspozycji na czas pobytu. Bistami poszedł wolnym krokiem, skubiąc bezradnie swoją znoszoną szatę, niestety, nie mógł nic poradzić na swój niestosowny wygląd.

Słońce zaczęło zachodzić. Na niebie jaśniały chmury, a na ich tle rysowały się czarne sylwetki cyprysów. W powietrzu roztaczała się woń kwiatów cytryny. Zobaczywszy sułtankę stojącą samotnie przy pluskającej fontannie, Bistami poczuł, że wkroczył na miejsce, w którym kiedyś już był. Wszystko było jednak odwrócone, różniące się jedynie szczegółami, a poza tym było dziwnie i przerażająco znajome. Podobne wrażenie miał kiedyś w porcie w Aleksandrii. Sułtanka nie przypominała Ak-bara ani nawet tygrysicy, przynajmniej nie do końca. Usłyszał swój głośny oddech.

Zauważyła go, kiedy stał pod arabeskowym łukiem bramy wejściowej, i skinęła na niego dłonią, uśmiechając się.

— Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że nie noszę czadoru. Nigdy go nie założę. Koran nic nie mówi o czadorze, wspomina jedynie o konieczności zasłaniania piersi, co wydaje się oczywiste. Jeśli natomiast chodzi o twarz, żona Mahometa, Khadijeh, nigdy jej nie zasłaniała, nie robiły tego również pozostałe żony Proroka, po tym jak Khadijeh zmarła. Za życia pozostawała niezwykle wierna samej sobie. Jeśliby nie odeszła, on nigdy nie poślubiłby innej kobiety, sam zresztą tak mówił. Zatem jeśli ona nie nosiła czadoru, ja również nie czuję takiej potrzeby. Noszenie czadoru zapoczątkowali kalifowie, którzy zakładali je, aby oddzielić się od szarych, ludzkich mas i od kszatrijów, których wśród nich nie brakowało. Czador to symbol władzy, będącej w niebezpieczeństwie, oznaka strachu. To oczywiste, że kobiety są niebezpieczne dla mężczyzn, lecz nie do tego stopnia, aby od razu miały zakrywać twarze. Co więcej, kiedy widzi się twarze ludzi, wtedy o wiele łatwiej można zrozumieć, że przed Bogiem, wszyscy jesteśmy tacy sami. Żadnych zasłon między nami a Bogiem — właśnie to osiąga każdy muzułmanin poprzez gorliwe oddanie, czyż nie zgodzisz się ze mną?

— Zgadzam się — powiedział Bistami, nadal porażony i owładnięty uczuciem, że to wszystko już kiedyś mu się przydarzyło. Nawet chmury po zachodniej stronie nieba przybrały w tej chwili znajomy kształt.

— Nie sądzę również, aby Koran dawał mężom przyzwolenie do bicia swoich żon. Jedyna wzmianka na ten temat znajduje się w Surze 4:34: „Jeśli zaś chodzi o kobiety, z których strony obawiacie się braku lojalności lub złego prowadzenia się. Upominajcie je, odmówcie dzielenia z nimi swojego łoża”. Jakież to musi być straszne — „w ostateczności lekko je uderzcie”. „Daraba” nie „darraba”, co tak naprawdę oznacza „bić”. „Daraba” znaczy „szturchnąć”, a nawet „gładzić lekko piórkiem”, jak w wierszach, w sposób prowadzący do miłosnego zbliżenia. Rozumiesz, daraba, daraba. Mahomet przekazał to w bardzo jasny sposób.

Wstrząśnięty Bistami zdołał jedynie skinąć głową. Czuł, że w tej chwili jego twarz ma oniemiały wyraz. Sułtanka zauważyła to i uśmiechnęła się.

— Tak właśnie mówi Koran — powiedziała. — Sura 2:223 mówi: „Twoja żona, jest jak twoja rola, traktuj ją więc jak swą rolę”. Pewien ulema odczytał ten fragment i doszedł do wniosku, że kobiety można traktować jak kurz pod stopami. Jednak ci duchowni, będący zbędnymi pośrednikami między nami a Bogiem, nigdy nie uprawiali ziemi, a rolnicy zawsze prawidłowo odczytują Koran i postrzegają swoje żony jako swój pokarm i swój napój, jak pracę i łoże, na którym kładą się co noc, jak prawdziwą ziemię pod ich stopami! Niech Bogu będą dzięki za święty Koran i jego mądrość.

— Bogu niech będą dzięki — powiedział Bistami. Spojrzała na niego i roześmiała się w głos.

— Myślisz, że jestem zbyt śmiała.

— Nie, wcale tak nie uważam.

— Ależ ja jestem śmiała, uwierz mi. Jestem bardzo śmiała. Ale czyż nie zgadzasz się z moim odczytaniem świętych słów Koranu? Czyż nie trzymałam się wiernie każdej frazy, jak dobra żona wiernie trwa przy swoim mężu, dokądkolwiek by się nie udał?

— Tak właśnie postąpiłaś, sułtanko. Uważam, że Koran kładzie nacisk na to, że przed Bogiem wszyscy jesteśmy równi, zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Hierarchie istnieją wszędzie, jednak wszyscy mają ten sam status przed Bogiem i jest to jedyny status, który jest naprawdę ważny. Zarówno ci na wysokich, jak i ci na niskich stanowiskach powinni mieć dla siebie wzajemny szacunek jako prawdziwi bracia w wierze. Bracia i siostry, bez względu czy jest się kalifem, czy niewolnikiem. Stąd wypływają wszystkie koraniczne zasady dotyczące traktowania drugiego człowieka. Dotyczy to nawet cesarzy i ich niewolników bądź ich jeńców z wrogich obozów.

— Księga chrześcijan zawiera bardzo mało zasad — powiedziała ściszonym głosem.

— Naprawdę? Czytałaś ją?

— Mówisz, cesarzowie i ich niewolnicy. Istnieją zasady regulujące i to, nadal jednak nikt nie pragnąłby zostać niewolnikiem, wszyscy woleliby być cesarzem. Ulemowie wypaczyli Koran swoimi hadisami, zawsze wypaczali jego słowa, aby służyły tym, którzy byli u władzy. W końcu przesłanie, jakie Mahomet otrzymał od Boga i wyłożył w prosty i przejrzysty sposób, zostało całkowicie przeinaczone i dobre muzułmańskie kobiety znów uczyniono niewolnicami, a nawet czymś gorszym. Może nie traktuje się ich jak bydło, ale też z pewnością nie jak człowieka. Żona dla męża ma być tym, czym niewolnik dla cesarza, nie zaś kobiecością przy męskości, potęgą przy potędze, relacją równych sobie istot.

Jej twarz oblała się rumieńcem. Nawet w słabym, wieczornym świetle widział jej kolory. Jej oczy były jasne jak wycinki nieba o brzasku. Kiedy służący przynieśli pochodnie, jej rumieńce nabrały jeszcze bardziej nasyconej barwy. Jej jasne oczy lśniły, a ogień pochodni tańczył w oknach jej duszy. Było w nich dużo gniewu, palącego gniewu, Bistami jednak nigdy wcześniej nie widział tak pięknej istoty. Wpatrywał się w nią, usiłując zatrzymać w pamięci tę chwilę. W sercu myślał: nigdy tego nie zapomnisz, nigdy!

Przez chwilę panowała cisza. Bistami zrozumiał, że jeśli teraz czegoś nie powie, rozmowa może skończyć się na dobre.

— Sufiowie — zaczął — często mówią o bezpośrednim doświadczeniu Boga. To coś w rodzaju oświecenia. Sam kiedyś… doświadczyłem tego na sobie, będąc w skrajnej sytuacji. Zmysły odbierają ten moment jako wypełnienie się światłem, dla duszy jest to stan baraka, Bożej łaski, która dla każdego jest tak samo dostępna.

— Ale czy sufiowie mają na myśli kobiety, mówiąc „wszyscy”? Zastanowił się nad tym. Sufiowie byli mężczyznami, to prawda, tworzyli bractwa, podróżowali samotnie, zatrzymując się w ribatach lub zawijach, wszyscy szukający tam schronienia byli mężczyznami, a w siedzibach sufich nie było żeńskich cel. Jeśli któryś z sufich żenił się, to nadal pozostawał sufim, a jego żona, tylko żoną sufiego.

— To zależy od regionu — próbował grać na zwłokę — i od tego, kim jest twój suficki nauczyciel.

Patrzyła na niego, uśmiechając się z lekka, a on zdał sobie sprawę, że nieświadomie wykonał ruch w grze o pozostanie w jej otoczeniu.

— Suficki nauczyciel nie mógłby zatem być kobietą, prawda? — zapytała.

— No cóż, raczej nie, ale czasem kobiety prowadzą nabożeństwa.

— Ale codziennie nie mogłyby tego robić.

— No cóż — powiedział zbity z tropu Bistami — nigdy o czymś takim nie słyszałem. — Tak jak o tym, że żaden mężczyzna na świecie jeszcze nie urodził dziecka.

— Zgadza się — powiedział z ulgą.

— Ale przecież mężczyźni nie mogą rodzić dzieci — zauważyła — a kobiety z łatwością mogą prowadzić modlitwy. Ja sama prowadzę codzienne nabożeństwa w haremie. Bistami nie wiedział, co odpowiedzieć. Był całkowicie zaskoczony jej podejściem. — To przecież matki uczą swoje dzieci, jak należy się modlić.

— To prawda.

— Wiedziałeś, że przed Mahometem Arabowie czcili boginie?

— Idole.

— Ale w nich właśnie było to, o czym mówię. Na planie duchowym kobiety są prawdziwą potęgą.

— Tak.

— Zarówno tam na górze, jak i tu, na dole. Taka jest prawda. Niespodziewanie podeszła do niego i położyła dłoń na jego nagim ramieniu.

— Tak — odpowiedział.

— W naszej wyprawie na północ potrzebujemy uczonych w Koranie, aby pomogli nam oczyścić Księgę z pajęczych sieci, uniemożliwiających zrozumienie, i prowadzili nas ku oświeceniu. Czy wyruszysz z nami? Czy podejmiesz się tego wyzwania?

— Tak.

7. Karawana głupców

Sułtan Mawji Darya był niemal tak samo wspaniały i łaskawy jak jego żona i równie zainteresowany rozmowami, w których często powracał do tematu „pokojowej współegzystencji”. Ibn Ezra oznajmił Bistamiemu, że ta idea zyskiwała coraz większą popularność wśród młodych dostojników Al-Andalus, pragnących wskrzesić złoty wiek Kalifatu Umajjadzkiego. Wówczas, w szóstym wieku, muzułmańscy władcy pozwalali chrześcijanom i żydom żyć i rozwijać się na ich ziemiach. Dzięki temu razem udało im się stworzyć piękną i sprawną cywilizację — tym właśnie była Al-Andalus przed inkwizycją i zarazą. Kiedy karawana znamienitych obszarpańców wyjeżdżała z Malagi, Ibn Ezra opowiedział Bistamiemu nieco więcej o tamtym okresie, o którym Khaldun tylko wspomina, a kairscy i mekkańscy uczeni milczą. W tamtych czasach swój prawdziwy rozkwit przeżywali andaluzyjscy Żydzi. To oni przetłumaczyli na język arabski niezliczoną liczbę starożytnych tekstów greckich i prowadzili własne badania w dziedzinach medycyny i astronomii. Muzułmańscy uczeni z Al-Andalus używali zdobyczy greckiej logiki, głównie od Arystotelesa, aby bronić zasad islamu pełną mocą swojego rozumu. W tej dziedzinie największy dorobek zgromadził Ibn Sina i Ibn Rashd. Ibn Ezra miał ogromny szacunek dla pracy tych ludzi.

— Jeśli Bóg pozwoli, chciałbym poszerzyć ich dorobek o swój skromny wkład, w którym odwołuję się bezpośrednio do przyrody i do reliktów przeszłości.

Jechali dalej, kołysząc się w dobrze znanym rytmie karawany. O świcie podsycali ogniska, parzyli kawę, karmili zwierzęta, pakowali rzeczy i ładowali je na wielbłądy, których sznur ciągnął się przez ponad trzy mile, łącząc się z przeróżnymi grupami, jakie dołączały, zatrzymywały się, ruszały, lecz ciągle sunęły do przodu. Po południu rozbijali obozowisko lub robili postój w oazie, choć w miarę jak posuwali się na północ, oazy zdarzały się coraz rzadziej, za to częściej spotykali opustoszałe ruiny. W wielu miejscach drogi były nieprzejezdne, pozarastane przez dorosłe drzewa, o pniach grubych jak beczki.

Przemierzali zaiste wspaniałą krainę, której horyzont kreśliły wysokie łańcuchy gór, poprzerywane tu i ówdzie rozłożystymi plateau. Kiedy w końcu rozpoczęli przeprawę, Bistami poczuł, że trasa prowadzi go coraz wyżej, gdzie cienie przy zachodzącym słońcu ciągnęły się daleko w dół przepastnej, ciemnej i wietrznej otchłani. Pewnego razu, kiedy ostatni promień zachodzącego słońca wystrzelił spod niskich chmur, Bistami usłyszał dobiegający gdzieś z ich obozowiska dźwięk tureckiego oboju, niosący w powietrzu długą, rzewną melodię, która snuła się bez końca. Zdawać by się mogło, że to śpiewa duch wieczornego plateau. Sułtanka stała na skraju obozowiska i razem z nim przysłuchiwała się muzyce. Wodząc wzrokiem za zachodzącym słońcem, przechylała głowę jak jastrząb, a słońce wysyłało do niej promienie z prędkością równą prędkości upływu czasu. Niepotrzebne były słowa, kiedy świat śpiewał, ten ogromny świat, tak zawiły i skomplikowany świat, którego ludzki umysł nigdy nie zdąży ogarnąć; nawet muzyka mogła jedynie ślizgać się po jego półkolistej powierzchni, czego też do końca nie rozumieli, choć odczuwali wyraźnie. Uniwersalna jednia była poza ich zasięgiem.

A jednak czasami w takich chwilach jak ta, o zmierzchu, w powiewach porywistego wiatru wychwytujemy szóstym zmysłem, którego nie rozpoznajemy, skrawki większego świata — rozległe kształty kosmicznych znaczeń, sens wszystkiego co święte, wykraczający poza możliwości poznawcze rozumu, myśli, a nawet poza odczuwanie — świat, który widzimy na co dzień, żarzy się od wewnątrz i jest gęsto i sprężyście napakowany rzeczywistością.

Sułtanka poruszyła się. Gwiazdy migotały na niebie koloru indygo. Podeszła do jednego z ognisk. Bistami zrozumiał, że wybrała go na ich kadiego, aby mieć więcej przestrzeni do realizacji własnych idei. Społeczność taka jak ta potrzebowała sufickiego nauczyciela, a nie jedynie uczonego. Ludzie mówili, że Katima była kiedyś bardzo pracowitą dziewczyną, do czasu, gdy niecałe trzy lata temu miała atak. Od tamtej chwili bardzo się zmieniła.

Wszystko w swoim czasie się wyjaśni. Tymczasem stała przed nim sułtanka, brzmiała muzyka oboju, rozlegle plateau pulsowało mrokiem — takie rzeczy zdarzały się tylko raz. Wrażenie to uderzyło go z taką samą siłą jak wówczas w ogrodzie ribatu, kiedy czuł, że już kiedyś przeżywał tamtą chwilę.

Podczas gdy plateau Al-Andalus rozpościerały się wysoko pod słońcem, jej rzeki płynęły głębokimi parowami, podobnie jak maghrebskie wadi, lecz te nigdy nie wysychały, były bardzo długie, a przekraczanie ich wcale nie należało do łatwych. W przeszłości najlepiej rozwijało się tu miasto Saragossa, gdzie wspaniały, kamienny most spinał brzegi jednej z największych rzek, Ebro. Miasto wyludniło się, jedynie jacyś wędrowni handlarze i pasterze skupiali się w okolicy mostu, zajmując kamienne budowle, które wyglądały, jakby sam most lub jego duch wybudował je przez sen. Reszty miasta właściwie nie było, zarosło chaszczami i sosnami. Most jednak stał. Zbudowany był z wielkich obrabianych kamiennych bloków, tak wygładzonych przez deszcz i wiatr, że wyglądały niczym polerowane. Pojedyncze elementy łączyły się ze sobą na tyle precyzyjnie, że nie sposób było wetknąć pomiędzy nie monety ani nawet paznokcia. Na obu brzegach, jak objaśnił Ibn Ezra, znajdowały się fundamenty mostu — dwie przysadziste, kamienne wieże, wzniesione na litej skale. Ezra przyglądał się im z wielkim zainteresowaniem, podczas gdy karawana przeszła na drugą stronę, gdzie rozbito obóz. Bistami spojrzał na szkic architektoniczny mostu sporządzany przez Ibn Ezrę.

— Czyż nie jest piękny? Jak równanie. Siedem półkolistych łuków, z jednym większym pośrodku, ponad tonią. Każdy most rzymski, jaki widziałem, jest umiejętnie wtopiony w krajobraz. Prawie zawsze używano kamiennych łuków, które gwarantowały wystarczającą nośność, choć nie sięgały zbyt daleko. Musiano więc zestawiać ich więcej obok siebie, wszystkie były z ciosanego kamienia, tak jak te ogromne, kwadratowe bloki, które przylegają do siebie całą powierzchnią, tak że nic nie jest w stanie ruszyć ich z miejsca. Nie ma w tym nic specjalnego. Sami moglibyśmy zrobić coś takiego, wystarczyłoby poświęcić trochę czasu i trudu, jedyny problem tkwi w zabezpieczeniu fundamentów przed powodzią. Widziałem już kilka, bardzo solidnych rozwiązań, w postaci drewnianych słupów ze stalową końcówką, powbijanych w dno rzeki. Jeżeli coś miałoby zawieść, to będą to fundamenty. Czasem Rzymianie stosowali szybsze rozwiązania, używali ogromnych kamieni, lecz w ten sposób jedynie tamowali rzekę i zwiększali jej napór, na to, co by do niej włożyli. — Tam, skąd pochodzę, rzeki co rusz zrywają mosty — powiedział Bistami. — Wtedy ludzie po prostu budują je od nowa.

— Zgadza się, ale tak trwały most jak ten jest chyba o wiele bardziej elegancki. Zastanawiam się, czy istnieje jakaś literatura na ten temat. Nie widziałem tutaj żadnych ksiąg. Biblioteki, które po sobie zostawili, są w opłakanym stanie — same księgi rachunkowe i okazjonalne wycinki z pornografią. Jeśli kiedykolwiek było tam coś więcej, to już dawno poszło na podpałkę. Na szczęście kamienie również mogą opowiadać swoje historie. Spójrzcie, te kamienne bloki były tak równo ciosane, że do ich łączenia nie potrzeba było zaprawy murarskiej, a te wystające stalowe kołki służyły pewnie do mocowania rusztowań. — Mogołowie zamieszkujący Sindh również byli dobrymi budowniczymi — powiedział Bistami, mając na myśli idealne sklepienia w grobowcu Chishtiego — lecz stawiali głównie świątynie i forty, mosty najczęściej wznoszono z bambusa i osadzano na kamiennych stosach. Ibn Ezra skinął głową.

— To najczęściej spotykany sposób. Może jednak ta rzeka nie wylewa aż tak szeroko. Okolica wygląda na suchą.

Wieczorem Ibn Ezra zaprezentował mały pokaz dźwigów i wyciągów, jakich Rzymianie musieli używać do transportu ogromnych skalnych bloków. Porozstawiał drewniane trójnogi i porozciągał linki. Jego widownię stanowili przede wszystkim sułtan z żoną, lecz grono pozostałych obserwatorów było dość liczne, a inni pojawiali się na chwilę w świetle pochodni i odchodzili. Ludzie zadawali Ibn Ezrze pytania i dzielili się uwagami. Wszyscy byli skupieni w jednym miejscu, kiedy nagle w świetlnym kręgu pojawił się przywódca sułtańskiej kawalerii, Sharif Jalil, z dwoma swoimi jeźdźcami. Prowadzili ze sobą trzeciego, oskarżonego o kradzież i najwyraźniej nie po raz pierwszy. Kiedy sułtan omawiał przypadek z Sharifem, Bistami dowiedział się, że oskarżony mężczyzna nie miał najlepszej reputacji z powodów, które wszyscy znali, lecz nikt o nich nie rozmawiał — prawdopodobnie chodziło o pociąg do chłopców. Bistami poczuł lęk, który z wolna przeradzał się w przerażenie. Przypomniał sobie sceny z Fatepur Sikri, surowe prawo szariatu domagające się obcinania dłoni złodziejom, a mężczyzn uprawiających miłość z mężczyznami (był to występek częsty wśród chrześcijańskich krzyżowców) skazywano na śmierć.

Mawji Darya podszedł do mężczyzny, wykręcił mu ucho, jakby karcił niegrzeczne dziecko, i rzekł:

— Brakuje ci u nas czegoś? Dołączyłeś do nas w Maladze i jedyne, co miałeś robić, aby stać się częścią naszego miasta, to pracować.

Sułtanka skinęła głową na te słowa.

— Gdybyśmy tylko zechcieli, moglibyśmy skorzystać z prawa do ukarania cię w sposób, jaki by ci się nie spodobał. Jeśli nie wierzysz, to idź i porozmawiaj z naszymi jednorękimi jeńcami. Moglibyśmy również porzucić cię i przekonać się, jak sobie dajesz radę z tutejszymi mieszkańcami. Romowie uważają, że tylko oni mają prawo kraść, i nie lubią, jak się ich okrada. Bardzo szybko by się ciebie pozbyli. A teraz mnie posłuchaj, wszystko to cię spotka, jeśli Sharif jeszcze raz cię do mnie przyprowadzi. Zostaniesz wyłączony z rodziny i uwierz mi — spojrzał znacząco na żonę — będziesz tego żałował.

Mężczyzna wybełkotał coś uniżenie (był pijany, Bistami od razu to zauważył), po czym wyprowadzono go, a sułtan pozwolił Ibn Ezrze kontynuować prezentację o rzymskich mostach.

Później Bistami odwiedził jeszcze sułtankę w dużym, królewskim namiocie i skomplementował otwartość i przyjazność ich dworu. — Nie będzie tu żadnych zasłon — odpowiedziała ostro Katima — ani izarów, ani hidżabów, które ukrywały kalifów przed ludźmi. Hidżab byt pierwszym krokiem w stronę despotyzmu kalifów. Mahomet nigdy taki nie był, nigdy! Jego pierwszy meczet był zgromadzeniem przyjaciół. Każdy miał do niego dostęp i każdy mógł się wypowiedzieć. Mogło przecież tak zostać, wtedy meczet byłby miejscem… innych zwyczajów, gdzie przemawialiby mężczyźni i kobiety. To właśnie zapoczątkował Mahomet, kimże jesteśmy, żeby to zmieniać? Dlaczego podążać za radą tych, którzy wznoszą mury i stają się despotami? Mahomet pragnął, aby ludzi prowadził wspólny duch, a osoba odpowiedzialna za wszystkich była jedynie hakamem, arbitrem. Tytuł ten najbardziej sobie upodobał, z niego był najbardziej dumny, wiedziałeś o tym?

— Tak. — Lecz kiedy odszedł do nieba, Muawiya ustanowił kalifat i w meczetach porozstawiał straże. Od tamtej chwili trwa tyrania. Islam zmienił się z pokornego oddania w surowe podporządkowanie, z meczetów wygnano kobiety, wygnano je z ich prawowitego miejsca! To przecież istna parodia islamu!

Zaczerwieniła się na twarzy i drżała od tłumionych emocji. Bistami jeszcze nigdy nie widział takiej zapalczywości i piękna w jednej postaci. Nie mógł się skoncentrować, był pełen myśli, jednocześnie i na wielu poziomach. Kiedy skupiał się na jednym ciągu myślowym, czuł jak unoszą go i porywają pozostałe. Byt niespokojny, musiał przestać hołdować swoim myślom, musiał pozwolić, aby wszystkie ich dopływy zlały się ostatecznie w jeden nurt. — Tak — powiedział.

Odwróciła się i podeszła do kolejnego ogniska, gdzie jednym zwinnym ruchem usadowiła się wygodnie w fałdach swojej sukni, pośrodku grupy bezrękich i jednorękich mężczyzn. Przywitali ją radośnie i poczęstowali czarką kawy, wypiła duży łyk, odstawiła krzemionkę na ziemię i rzekła do jednego z nich:

— Dość tego, wystarczy! Znów wyglądasz jak zmokły szczur. Natychmiast podali jej zydel, a jeden z mężczyzn uklęknął tyłem do niej, prezentując swoje szerokie plecy. Następnie wręczono jej grzebień i flakon z oliwą. Przystąpiła do pracy przy rozczesywaniu długich, spętlonych włosów mężczyzny. Kolorowa załoga statku głupców zasiadła dokoła i przyglądała się wszystkiemu z zadowoleniem.

Na północ od rzeki Ebro karawana przestała się rozrastać. Na starej drodze prowadzącej na północ spotykali coraz mniej miast, a te, które się zdarzały, były coraz mniejsze, zamieszkane przez maghrebskich osadników i Berberów, którzy przypłynęli tu z Algieru, a nawet z Tunezji. Uprawiali jęczmień i ogórki, a w żyznych dolinach o skalistych zboczach, odsuniętych nieco w głąb lądu od wybrzeża Morza Śródziemnego wypasali owce i kozy. Krainę tę zwano Katalonią, były tam wspaniałe ziemie, gęsto zalesione wzgórza. Królestwa taifa zostawili daleko za plecami na południu, a teraz wszyscy byli zadowoleni z miejsca, do którego dotarli, i nie czuli już potrzeby, aby podążać dalej za wydziedziczonym sułtanem i jego kolorową karawaną przez Pireneje, do dzikiej Firanii. Jak słusznie zauważył Ibn Ezra, karawana nie miała na tyle pożywienia, aby zapewnić byt wszystkim. Brakowało złota i pieniędzy, za które kupowali żywność od ludności w mijanych po drodze wioskach. Nadal trzymali się starej drogi. Wychodząc ze zwężającej się doliny, znaleźli się na szerokim, wyschniętym, skalnym plateau, prowadzącym ku zalesionym flankom wysokiego łańcucha gór, o skalach ciemniejszych niż Himalaje. Stara droga wiła się po najniższych partiach pochyłego plateau, wzdłuż żwirowego łożyska, w którym leniwie ciekła niewielka struga wody. Dalej plateau przechodziło w przełęcz, położoną niewiele wyżej nad korytem strumienia, wijącego się w górę, pomiędzy coraz wyższymi i coraz bardziej skalistymi górami. Teraz podczas nocnych postojów nie spotykali już nikogo, ułożeni na posłaniach lub pod gwiazdami usypiali, słuchając wiatru gwiżdżącego w koronach drzew, szumu strumienia i trzeszczenia skórzanych pasów końskich uprzęży. W końcu droga zaczęła kluczyć pomiędzy skałami, przechodząc w plaski szlak, prowadzący przez skalistą przełęcz, przez górskie łąki pośród szczytów, później stromo do góry, przez kolejną wąską przełęcz, otoczoną granitowymi urwiskami, a za nią nareszcie w dół. W porównaniu z Przełęczą Chajberską, droga wcale nie była trudna, pomyślał Bistami, mimo to wielu członków karawany drżało, zdradzając przerażenie.

Po drugiej stronie przełęczy skalne rumowiska co rusz zagradzały drogę, która bardzo często stawała się zwykły pieszym szlakiem, wijącym się we wszystkie strony po skalnych osuwiskach. Była to trudna przeprawa. Sułtanka często zsiadała z konia, szła pieszo i prowadziła swoje kobiety, nie zważając na niedyspozycje i narzekania. Zaiste, potrafiła mieć ostry język, kiedy coś ją zdenerwowało, ostry i pogardliwy. Każdego wieczora podczas postojów Ibn Ezra badał drogi oraz skalne osuwiska w miejscach, gdzie się kończyły. Sporządzał szkice odsłoniętych odcinków dróg, kopiował kształty ciosanych kamieni i kanałów odprowadzających wodę.

— To klasyczne rzymskie budownictwo — powiedział jednego wieczoru, kiedy siedzieli wokół ogniska, jedząc pieczonego barana. — Ich drogi łączyły ze sobą wszystkie krainy nad Morzem Śródziemnym. Możliwe, że to był ich główny szlak przez Pireneje. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, gdyż jest za daleko wysunięty na zachód. Sądzę, że zaprowadzi nas do oceanu, a nie nad Morze Śródziemne. Ale z drugiej strony może jest łatwiejszy. Aż trudno uwierzyć, że nie była to główna droga, jest taka duża.

— Może wszystkie ich drogi były właśnie takie — odezwała się sułtanka. Możliwe. Używali wozów, jak ten, który ludzie niedawno znaleźli zarośnięty bluszczem, więc ich drogi musiały być szersze od naszych. Wielbłądy, jak wiadomo, w ogóle nie potrzebują dróg. A może to była główna droga? Może to właśnie nią podążał na słoniach Hannibal z kartagińską armią w czasie najazdów na Rzym? Widziałem te ruiny na północ od Tunezji. To musiało być wspaniałe miasto. Hannibal ostatecznie przegrał, a z nim przegrała Kartagina. Rzymianie zburzyli miasto, a ziemie uprawne zasypali solą, tak że Maghreb w końcu wysechł. To był koniec Kartaginy.

— A więc tą drogą mogły niegdyś chodzić słonie — powiedziała sułtanka. Sułtan spojrzał na dukt, potrząsając ze zdziwieniem głową. Oboje lubili dostrzegać tego typu szczegóły.

Kiedy zostawili za sobą góry, znaleźli się w znacznie zimniejszej krainie. Południowe słońce złociło oddalone i ledwo już widoczne szczyty Pirenejów. Kraina była plaska i szara, miejscami przy ziemi gromadziły się mgły. Na zachód od nich znajdował się zimny i szary ocean, z dzikimi, pieniącymi się falami.

Karawana doszła do rzeki, wpadającej w tym miejscu, ogromnego zachodniego basenu. Ujście rzeki otaczały ruiny starożytnego miasta, a na jego skraju stało kilka skromnych, świeżo postawionych budynków, zapewne rybackich osad, założonych po obu stronach nowego, drewnianego mostu.

— Spójrzcie, o ile mniej jesteśmy zaradni od Rzymian — powiedział Ibn Ezra i mimo to pośpieszył w stronę budowli.

Kiedy wrócił, oznajmił:

— Jak mniemam, są to ruiny miasta zwanego Bayonne. Na pozostało ściach wieży mostowej widnieje inskrypcja. Według map, na północy powinno znajdować się jeszcze większe miasto, Bordeaux, Granica Wody.

Sułtan potrząsnął głową.

— Zaszliśmy już wystarczająco daleko. To powinno wystarczyć. Jesteśmy za górami, lecz nadal w optymalnej odległości od AlAndalus. Dokładnie tak, jak chciałem.

Sułtanka Katima skinęła głową. Rozpoczęto długi proces osiedlania się.

8. Baraka

Na ogół budowali się w górę rzeki, na północ od ruin starego miasta, które rozbierano z kamienia i belek, aż w końcu pozostało w nim niewiele starożytnych budynków, oprócz kościoła, ogromnej budowli na kształt kamiennej stodoły, odartej z idoli i obrazów, której struktura, w porównaniu ze współczesnymi meczetami cywilizowanego świata, nie urzekała pięknem. Była to ordynarna, przysadzista bryła, lecz za to przestronna i usytuowana na lekkim wzniesieniu, tuż nad zakrętem rzeki. Po gorących dyskusjach toczących się wśród wszystkich członków karawany, zadecydowano wykorzystać budowlę i uczynić z niej meczet.

Przebudowa rozpoczęła się bezzwłocznie. Odpowiedzialność za projekt spoczęła na Bistamim, który spędził mnóstwo czasu z Ibn Ezrą, opisując mu wszystko, co pamiętał na temat grobowca Chisthiego i innych wspaniałych budowli imperium Akbara. Razem studiowali szkice Ibn Ezry i zastanawiali się, w jaki sposób stary kościół upodobnić do meczetu. W końcu wypracowali wspólny plan, który zakładał zdarcie i tak zniszczonego dachu ze starej konstrukcji i wykorzystanie ścian jako wewnętrznych przypór okrągłego, a raczej elipsoidalnego meczetu, który następnie planowano przykryć kopulą. Sułtanka życzyła sobie, aby dziedziniec modlitewny, liwan, otwierał się na przestronny plac miejski, co miało odzwierciedlać ich wizję islamu, otwartego na wszystkich ludzi. Bistami robił wszystko, co mógł, aby sprostać jej rozkazom, mimo iż wyglądało na to, że tutejszy klimat nie byt deszczowy, a zimą mógł padać śnieg. Nie było to jednak najważniejsze. Miejsce kultu miało otwierać się z wnętrza głównego meczetu, na plac, dalej na miasto i na cały świat.

Ibn Ezra z radością zaprojektował i sporządził rusztowania, kozły do noszenia kamieni, wózki, tężniki, przypory, cement i wiele innych przedmiotów. Według gwiazd i map, zorientowanych w kierunku Mekki, określił położenie wskazujących na nią symboli oraz orientację całej budowli. Już wkrótce reszta miasta zaczęła ściągać na północ, w kierunku meczetu, a z czasem, kiedy coraz więcej ludzi osiedliło się w pobliżu, wszystkie pozostałe ruiny rozebrano i zagospodarowano pod budowę nowych domów. Pojedyncze grupy Ormian i Romów zamieszkujące ruiny przed ich przybyciem albo przyłączały się do ich społeczności, albo przenosiły się dalej na północ.

— Powinniśmy wydzielić część przestrzeni w pobliżu meczetu pod budowę medresy — powiedział Ibn Ezra — zanim miasto zajmie całą okolicę.

Sułtan Mawij uznał to za bardzo dobry pomysł i nakazał, aby ci, którzy osiedlili się tuż przy meczecie i pracowali na jego budowie, przenieśli się. Niektórzy z pracowników sprzeciwili się, a następnie stanowczo odmówili wykonania rozkazu. Podczas spotkania sułtan stracił cierpliwość i zagroził im wygnaniem z miasta, choć prawda była taka, że posiadał niewielką gwardię przyboczną, która, według Bistamiego, nie była go w stanie obronić w przypadku zagrożenia. Przypomniał sobie gigantyczne kawalerie Akbara, żołnierzy mameluków. Cóż, sułtan nie mógł się poszczycić czymś takim — spoglądał na niecałe dwa tuziny swoich barczystych obdartusów i nie mógł z nimi nic zrobić. Tradycyjna idea otwartości karawany, a przede wszystkim jej szczególna atmosfera bezpieczeństwa była zagrożona.

Wtedy, na arabskiej klaczy, wjechała sułtanka Katima. Ześlizgnęła się zwinnie z siodła i podeszła do sułtana. Położyła dłoń na jego ramieniu i powiedziała coś, co tylko on mógł usłyszeć. Wyglądał na spłoszonego, kiedy pospiesznie rozważał jej słowa. Sułtanka wbiła surowy wzrok w opornych i nieskorych do współpracy osiedleńców — potworna nagana, Bistami aż zadrżał — za nic w świecie nie chciałby poczuć na sobie takiego spojrzenia. Rzeczywiście ci szubrawcy pobledli i zawstydzeni spoglądali w ziemię. W końcu odezwała się.

— Mahomet głosił, że nauka jest wielką nadzieją, jaką Bóg pokłada w ludzkości. Meczet jest sercem nauki, domem Koranu. Medresa jest przedłużeniem meczetu. Tak właśnie musi być w każdej muzułmańskiej społeczności, abyśmy mogli poznawać Boga lepiej i pełniej. Tak też będzie i tu, oczywiście.

Następnie odprowadziła męża do pałacu, po drugiej stronie starego mostu. W środku nocy sułtańska straż przybyła na miejsce w pełnym rynsztunku bojowym, aby usunąć dzikich osadników, lecz do tego czasu wszyscy wynieśli się ze spornych ziem. Słysząc dobre wieści, Ibn Ezra skinął głową z wyraźną ulgą.

— W przyszłości musimy planować takie rzeczy, aby uniknąć podobnych sytuacji — powiedział Bistamiemu zniżonym głosem. — Ten incydent podniósł poniekąd reputację sułtanki, ale odbyło się to pewnym kosztem.

Bistami nie chciał teraz o tym myśleć.

— Przynajmniej będziemy mieli medresę obok meczetu.

— To dwie części jednej całości, tak jak powiedziała sultanka. Zwłaszcza, jeśli nauka o świecie doświadczalnym będzie wpisana w status medresy. Mam nadzieję, że tak się właśnie stanie. Nie wyobrażam sobie, żeby takie miejsce jak to zmarnowało się jedynie na przestrzeń do nabożeństw. Bóg powołał nas na ten świat, abyśmy go zrozumieli! W ten sposób najlepiej oddaje się cześć Bogu, jak mówił Ibn Sina.

Wkrótce zapomniano o tym drobnym konflikcie, a miasto, nazwane przez sułtankę Baraka, od terminu oznaczającego łaskę, o którym wspominał jej Bistami, rozrastało się i nabierało kształtów, jakby stało tu od zawsze. Ruiny starego miasta zniknęły całkowicie pod nowymi ulicami, placami, ogrodami i warsztatami; architektura nowego miasta i jego plan przypominały Malagę i inne andaluzyjskie miasta na wybrzeżach. Z jedną różnicą — ściany budynków były tu wyższe, a okna o wiele mniejsze, ze względu na ostre zimy i lodowaty wiatr, wiejący jesienią i wiosną od oceanu. Jedynie pałac sułtana był tak otwartą i lekką budowlą, jak większość zabudowy śródziemnomorskiej. Przypominało to mieszkańcom o ich pochodzeniu i pokazywało, że sułtan żyje ponad wszelkimi wymaganiami, jakie stawiała przed nim natura. Po drugiej stronie mostu, znajdującego się nieopodal pałacu, place były nieco mniejsze, a ulice i alejki jeszcze węższe, coś na kształt nadrzecznej kazby czy medyny, które wyrastały wokół każdego większego maghrebskiego miasta. Wzdłuż gęstej sieci uliczek stały rzędy dwu — i trzypiętrowych domów, oddalonych od siebie na szerokość ramion, tak że sąsiadowi z naprzeciwka można było podać sól przez okno.

Kiedy spadł pierwszy śnieg i mieszkańcy pośpieszyli na wielki plac przed głównym meczetem poubierani we wszystko, co mieli, rozpalono wielkie ognisko, muezin odśpiewał zawołanie i zaczęto recytować modlitwy. Pałacowi muzykanci o skostniałych palcach i zsiniałych wargach przygrywali do sufickiego tańca wokół ogniska. Derwisze wirowali w śniegu, wszyscy uśmiechali się na ich widok, wiedząc, że udało im się przenieść islam na nowe miejsce, w inny klimat. Czuli, że stwarzają nowy świat.

W dziewiczych lasach na północy nie brakowało drewna, a ptactwa i ryb mieli pod dostatkiem. Nie zmarzną ani nie będą głodni. Zimą życie w mieście toczyło się dalej pod cienką zasłoną topniejącego śniegu, jakby żyli gdzieś wysoko w górach, rzeka swym długim ujściem stale wpływała do oceanu, który kąsał plaże z niezaspokojoną żarłocznością i pochłaniał wszystkie płatki śniegu opadające w jego szare fale. To był ich kraj.

Pewnego dnia następnej wiosny przybyła kolejna karawana, pełna obcych ludzi i ich dobytku. Usłyszeli o nowym mieście Baraka i pragnęli się w nim osiedlić. Kolejna karawana głupców, tyle że tym razem złożona z romskich i armeńskich mieszkańców Portugalii i Kastylii. Ich kryminalna przeszłość była oczywista, sądząc po zaskakującym odsetku jednorękich mężczyzn, muzyków, kuglarzy i wróżów.

— To zaskakujące, że udało im się przeprawić przez góry — powiedział Bistami do Ibn Ezra.

— Potrzeba zmusiła ich do myślenia, to pewne. Al-Andalus jest niebezpiecznym miejscem dla takich ludzi. Brat sułtana okazał się niezwykle surowym kalifem, w czystości jego podejścia pobrzmiewa nawet ton Almohada. Propagowany przez niego islam jest tak czysty, że obawiam się, że nikt wcześniej nie próbował wcielać go w życie, nawet za czasów Proroka. Ta karawana zaś składa się z uciekinierów, jak i z resztą niegdyś nasza.

— W poszukiwaniu sanktuarium — odrzekł Bistami. — Tak chrześcijanie nazywają miejsce schronienia, zwykle są to ich kościoły, czasem królewskie dwory. Podobnie jak sufickie ribaty w Persji. To dobrze, że się tak dzieje. Kiedy prawo staje się zbyt surowe, dobrzy ludzie zaczynają się gromadzić.

I w ten sposób ich przybywało. Wielu było apostatów i heretyków, Bistami prowadził z nimi dyskusje w meczecie. Przemawiając, starał się wytworzyć atmosferę, w której o wszystkich kwestiach mogliby swobodnie rozmawiać, bez poczucia zagrożenia, unoszącego się gdzieś ponad nimi. Owszem, było ono obecne, na szczęście daleko stąd, po tamtej stronie Pirenejów. Oczywiście nie padały nigdy bluźniercze twierdzenia o Bogu czy o Mahomecie. Nie ważne było, czy jest się sunnitą czy szyitą, Arabem czy Andaluzyjczykiem, Turkiem czy Romem, kobietą czy mężczyzną — najważniejsze było oddanie i Koran.

Bistami z zainteresowaniem dostrzegł, że ten religijny balet stawał się tym łatwiejszy, im dłużej się nad nim pracowało. Czuł, jakby wykonywał ćwiczenia gimnastyczne na skalnym gzymsie lub na wysokim murze. Czyżby to wyzwanie dla autorytetu kalifa? Spójrzmy, co na ten temat mówi Koran. Zignorujmy hadis, który przylgnął jak narośl do świętego tekstu, a i nierzadko go wypaczył: przedzieraj się do samego źródła. Tam przesłania mogą być dwuznaczne, często takie są. Księga jednak spływała na Mahometa na przestrzeni wielu lat i najważniejsze zagadnienia przewijają się w niej wielokrotnie, obleczone w różną formę. Odczytywali je wspólnie i razem omawiali napotkane różnice.

— Kiedy odbywałem nauki w Mekce, słyszałem, jak uczeni mówili… — na takie poparcie swojego autorytetu Bistami mógł sobie pozwolić. Słyszał, jak prawdziwi nauczyciele przemawiali. Była to metoda stosowana w hadisach, lecz jego hadis miał inne przesłanie: nie wolno zawierzać hadisom, a jedynie Koranowi.

— Poruszałem to zagadnienie z sułtanką… — to było kolejne popularne otwarcie. I rzeczywiście, konsultował z nią niemal wszystkie pytania, jakie wychodziły w dyskusjach. Była prawdziwym autorytetem w sprawach związanych z sytuacją kobiet, z wychowywaniem dzieci, a w sprawach rodzinnych zawsze zdawał się na jej osąd, któremu z upływem pierwszych lat nauczył się ufać. Znała Koran od podszewki, potrafiła z pamięci recytować sury, które budowały jej stanowisko w walce z nierównością, a pomoc, jakiej udzielała ludziom słabym i potrzebującym, była nieoceniona. Przede wszystkim jednak, gdziekolwiek by się nie pojawiła, potrafiła zawładnąć ludzkim sercem i oczarować swą urodą, a nigdzie tak potężnie, jak w meczecie. Nie było żadnych wątpliwości, co do tego, czy wolno jej się tam pojawiać, a czasem nawet prowadzić modlitwy. Zakazanie tej istocie, przepełnionej Bożą łaską, wstępu do miejsca kultu byłoby wbrew naturze, zwłaszcza w mieście nazwanym Baraka. Jak sama zwykła mawiać:

— Czyż Bóg mnie stworzył? Czy ofiarował mi umysł i duszę równie wspaniałe, co i mężczyźnie? Czy dzieci mężczyzn przychodzą na świat z ciał kobiet? Czy odmówiłbyś swojej matce miejsca w niebie? Czy ten, który na ziemi nie został dopuszczony do oblicza Boga, może wejść do nieba?

Nikt z odpowiadających przecząco na większość z tych pytań nie zagrzewał dłużej miejsca w Barace. W górnym biegu rzeki, na północy, były już też inne miasta, założone głównie przez Ormian i Romów, u których religijne zaangażowanie nie było aż tak widoczne. Z czasem wielu poddanych sułtana opuściło go i przeprowadziło się do innych miast. Mimo to w głównym meczecie tłum wiernych nadal się powiększał. Wybudowano jeszcze kilka mniejszych, zwykłych meczetów, w dzielnicach na poszerzających się przedmieściach, lecz to meczet piątkowy pozostał głównym miejscem spotkań całego miasta. Jego dziedziniec i medresa zapełniały się ludźmi w święta, podczas uroczystości i w ramadan oraz w dzień, kiedy spadał pierwszy śnieg, kiedy rozpalano zimowe ognisko. W tym czasie Baraka była jedną rodziną, a sułtanka Katima jej matką i siostrą.

Medresa rozrastała się niemal tak szybko jak i miasto, a może nawet i szybciej. Każdej wiosny, kiedy z górskich dróg schodziły śniegi, pojawiały się nowe karawany prowadzone przez górską ludność. Zawsze był wśród nich ktoś, kto przyjechał specjalnie po nauki w medresie, która stała się znana dzięki badaniom Ibn Ezra z zakresu świata roślin i zwierząt, historii Rzymian, technik budowlanych i gwiazd. Nowi podróżnicy z Al-Andalus przywozili ze sobą odzyskane księgi autorstwa Ibn Rashda i Maimonidesa, nowe arabskie przekłady starożytnych greckich myślicieli i swoje własne pragnienie dzielenia się wiedzą oraz zdobywania wciąż nowej. Nowa współegzystencja miała odtąd swoje serce w barackiej medresie, dzięki której Słowo dalej się rozprzestrzeniało.

Nieco później, owego fatalnego dnia w szóstym roku barackiej hidżry, sułtan Mawji Darya poważnie się rozchorował. Przez kilka poprzednich miesięcy niepokojąco przybierał na wadze, a Ibn Ezra próbował go leczyć dietą mleczno-zbożową, która pomagała na skórę i dodawała mu energii. Niestety, później znów zaniemógł. W nocy Ibn Ezra obudził Bistamiego.

— Chodź ze mną. Sułtan prosi o modlitwy.

Ibn Ezra nie najlepiej nadawał się do odprawiania modłów, więc jego nocne przyjście nie mogło wróżyć nic dobrego. Bistami pośpieszył za nim i dołączyli do królewskiej rodziny w ich prywatnej części pałacu. Twarz Katimy zbielała jak płótno. Bistami wzruszył się, widząc, z jakim bólem przyjęła jego przyjście. Oczywiście nie chodziło o osobę Bistamiego — sułtanka doskonale wiedziała, dlaczego Ibn Ezra przyprowadził go o tak późnej porze. Zagryzała wargi, spoglądała w dal, łzy ciekły jej po policzkach.

W sypialni sułtan wił się z bólu, bezgłośnie, lecz z wielkim wysiłkiem. Jego oddech rwał się, a twarz przybierała ciemnoczerwoną barwę.

— Czy to możliwe, że został otruty? — zapytał szeptem Bistami.

— Nie sądzę. Sługa próbujący potraw czuje się dobrze — powiedział, wskazując na ogromnego, zwiniętego w kłębek kocura, śpiącego na postaniu w rogu komnaty — chyba że ktoś go dźgnął zatrutą igłą. Nie znalazłem jednak żadnych śladów.

Bistami usiadł przy zwiniętym sułtanie i ujął jego rozpaloną dłoń. Zanim zdążył wypowiedzieć słowo, sułtan wydał z siebie słaby jęk, wyprężył grzbiet i przestał oddychać. Ibn Ezra złapał go za ręce, skrzyżował je na piersiach i mocno nacisnął, pochylając się nad nim. Bezskutecznie. Jego ciało uwięzło nieruchomo w ostatnim, bolesnym paroksyzmie. Sultanka wpadła z płaczem do sypialni i próbowała przywrócić go do życia, wołając go i przyzywając Boga, błagając Ibn Ezra, o ponowienie próby ratunku. Długo im zajęło przekonywanie jej, że wszelkie zabiegi były bezskuteczne, że zawiedli, że sułtan umarł.

Tradycja muzułmańskich pogrzebów sięgała dawnych czasów. Mężczyźni i kobiety gromadzili się zwykle na osobnych uroczystościach, dopiero później wszyscy łączyli się na cmentarzu i wspólnie uczestniczyli w krótkim pochówku.

To jednak był pierwszy pogrzeb sułtana w historii Baraki. Sułtanka osobiście poprowadziła społeczność miasta na plac przed głównym meczetem, gdzie nakazała wystawić ciało męża odziane w najwspanialsze szaty. Jedyne, co Bistami mógł zrobić, to iść z tłumem, stawać przed ludźmi i recytować stare żałobne modlitwy, jakby od zawsze były one kierowane do wszystkich bez wyjątku. A dlaczego nie miałyby być? Niektóre wersety z nabożeństwa nabierały właściwego znaczenia dopiero wtedy, gdy kierowano je do całej społeczności. W pewnej chwili, wpatrując się w obnażone i pogrążone w smutku twarze mieszkańców, zrozumiał, że starą tradycję obciążają błędy, że złem, a nawet jawnym okrucieństwem jest dzielenie społeczeństwa w chwili, kiedy tak bardzo potrzebuje ono poczucia jedności. Nigdy wcześniej nie zrodziły się w jego głowie tak silne myśli heterodoksyjne. Zawsze zgadzał się z poglądami sultanki, po prostu miała rację. Wstrząśnięty tym nagłym przewartościowaniem swoich poglądów i widokiem ciała ukochanego sułtana leżącego w trumnie na katafalku, rzekł do zebranych, że słońce świeci tylko daną liczbę godzin w życiu każdego z nas. Pierwsze słowa homilii wypowiadał chropowatym, rozdzierającym głosem, który nawet dla niego samego brzmiał, jakby dobywał się z obcego gardła, zupełnie jak wtedy, dawno temu, podczas wiecznych dni, kiedy recytował wersety Koranu pod chmurą gniewu Akbara. To skojarzenie było silniejsze od niego, zaczął płakać i mówił z wysiłkiem. Wszyscy na placu płakali razem z nim, na nowo zaczęło się zawodzenie, niektórzy kaleczyli się i biczowali, aby zagłuszyć gryzący ich ból.

Cale miasto utworzyło wielki kondukt żałobny, a sultanka Katima poprowadziła go nad zatokę, gdzie tłumy ludzi wyły boleśnie, jak morze na skalistej plaży. Sułtana pochowano na wzniesieniu ponad wielkim, szarym oceanem. Przez wiele kolejnych miesięcy w Barace widać było tylko czerń i popiół.

Minął rok, lecz nadal nikt nie ośmielił się zdjąć żałoby. Nie chodziło tu jedynie o śmierć władcy, ale o to, że sultanka sprawowała rządy samodzielnie.

Teraz zarówno Bistami, jak i wszyscy inni mogli mówić na głos, że Katima od zawsze była prawdziwym władcą, a sułtan jedynie jej łaskawym i ukochanym pocieszycielem. Bez wątpienia tkwiło w tym więcej niż ziarno prawdy, lecz kiedy sułtanka pojawiała się w piątki w głównym meczecie, aby odprawiać modlitwy, Bistami znów poczuł się nieswojo, a ponadto wyczuwał niepokój wśród mieszkańców. Katima już wiele razy występowała w tej roli i zwracała się do nich w podobny sposób, teraz jednak wszyscy wyraźnie odczuwali brak ich łaskawego i wyrozumiałego anioła stróża, którego zabrakło w pałacu po drugiej stronie rzeki.

Wieści o narastających niepokojach bardzo szybko dotarły do Katimy. Jej przemowy stały się teraz ostre, a ton głosu płaczliwy.

— Bóg pragnie, aby w małżeństwie relacja między mężczyzną i kobietą odbywała się na zasadzie równego z równym. Kim pragnie stać się mąż, tym i żona stać się może! W czasie, kiedy panował chaos, przed rokiem pierwszym, w czasie zerowym, mężczyźni traktowali kobiety jak zwierzęta domowe. Bóg przemówił przez Mahometa i wyraźnie stwierdził, że kobiety duchem równe są mężczyznom, tak też powinno się je traktować. Bóg, dając im życie, nadał im też konkretne prawa do dziedziczenia, do rozwodu, do wolnego wyboru, do opieki nad swoimi dziećmi, rozumiecie? Przed pierwszą hidżrą, tuż przed rokiem pierwszym, pośrodku panoszącego się chaosu, pośród morderstw i grabieży w zezwierzęconej społeczności Bóg nakazał Mahometowi wprowadzić zmiany. Mówił, że owszem, możesz poślubić więcej niż jedną kobietę, jeśli tylko tego chcesz, jeśli tylko potrafisz osiągnąć to bez wzburzania konfliktów. A zaraz po tym następny werset mówi: „Lecz tego nie da się osiągnąć bez konfliktów”. Cóż to zatem jest, jeśli nie zakaz poligamii, wyrażony w dwóch częściach, w formie zagadki lub lekcji dla mężczyzn, którzy nie potrafią sobie tego inaczej wyobrazić?

Stało się oczywiste, że próbowała zmieniać bieg rzeczy, który od dawna był już ustalony — że próbowała odmienić islam. Oczywiście wszyscy byli za nią, lecz w skrytości ducha nikt się do tego nie przyznawał nawet przed samym sobą. Musieli stawać twarzą w twarz z ich jedynym władcą, z kobietą. Nigdzie wcześniej nie panowała muzułmańska królowa, żaden hadis nie miał już zastosowania.

Bistami za wszelką cenę chciał jej pomóc i zaczął sporządzać własne hadisy. Czasem dołączał do nich prawdopodobne, aczkolwiek zmyślone isnady i przypisywał je starożytnym sufickim uczonym, którzy akurat przychodzili mu do głowy. Inne znów przypisywał sułtanowi Mawji Darya bądź innemu sufickiemu nauczycielowi, z którymi spotkał się w Persji. Wiele z nich opierało się też na zbyt prostej wiedzy, aby dołączać do nich genealogię. Sułtanka postępowała podobnie, za jego przykładem, jak mniemał, lecz ona odnajdywała schronienie w samym tylko Koranie i obsesyjnie niemal powracała do sutr popierających jej stanowisko.

Oczywiście wszyscy doskonale wiedzieli, jakie tradycje panowały w Al-Andalus, w Maghrebie i w Mekce, a w rzeczywistości na całym terytorium islamu, od oceanu zachodniego po wschodni (Ibn Ezra uważał, że jest to w istocie jeden wielki ocean pokrywający duży obszar Ziemi, która miała kulisty kształt, i której większość powierzchni pokrywała woda). Kobiety nie prowadziły modlitw, a kiedy robiła to sułtanka, nadal było to wstrząsające, zwłaszcza teraz, kiedy odszedł sułtan. Wszyscy o tym rozmawiali. Jeśli będzie chciała nadal podążać swoją ścieżką, musi powtórnie wyjść za mąż.

Katima nie zdradzała jednak najmniejszego zainteresowania tym tematem. Stale nosiła wdowią czerń, do wszystkich miejscowych odnosiła się z dystansem i nie utrzymywała kontaktów z innymi władcami w Al-Andalus. Bitsami, jeśli nie liczyć Mawji Daryi, spędzał z nią najwięcej czasu. Kiedy zrozumiał spojrzenia mieszkańców, mówiące, że właściwie to mógłby poślubić sułtankę i uwolnić ich od niepokoju, zakręciło mu się w głowie i dostał mdłości. Kochał ją tak bardzo, że nie wyobrażał sobie, aby mógł ją poślubić. To nie była miłość tego rodzaju. Nie uważał też, aby ona potrafiła sobie to jakoś wyobrazić, więc stwierdził, że nie warto było wychodzić z takim pomysłem, jakże atrakcyjnym i przerażającym zarazem, a w ostateczności, jakże bolesnym w swej skrajności. Kiedyś w towarzystwie Bistamiego rozmawiała z Ibn Ezrą o jego poglądach na naturę oceanu, który rozlewał się przed nimi.

— Twierdzisz, że jest to ten sam ocean, który oglądają na Molukach i na Sumatrze, po drugiej stronie świata? Jak to możliwe?

— Świat, na którym żyjemy, ma najprawdopodobniej kształt kuli — odpowiedział Ibn Ezra. — Jest okrągły, jak księżyc czy słońce. Jak duża okrągła piłka. My przybyliśmy na zachodni kraniec lądu, który ciągnie się po obwodzie aż na drugą stronę kuli, gdzie znajduje się brzeg wschodni. Całą resztę pokrywa ocean.

— Zatem moglibyśmy popłynąć stąd na Sumatrę?

— Teoretycznie tak. Próbowałem obliczyć rozmiar Ziemi, używając rachunków sporządzonych jeszcze przez starożytnych Greków i Brahmagupty z południowych Indii oraz własnych wyliczeń z gwiazd, i nadal nie jestem pewny. Sądzę, że obwód musi mieć około dziesięć tysięcy lig. Brahmagupta pisze, że jest to około pięć tysięcy yoganda, co według moich obliczeń jest podobną wielkością. Całkowitą długość lądu, od Maroko do Moluków, szacuję na około pięć tysięcy lig. Z tego wynika, że ocean, na który właśnie patrzymy, pokrywa połowę kuli ziemskiej, pięć tysięcy lig albo więcej. Żaden statek nie jest w stanie pokonać takiego dystansu.

— Jesteś tego pewny? Czy to prawda, że jest aż tak ogromny, jak mówisz?

Ibn Ezra skinął dłonią w niepewnym geście.

— Nie do końca, sułtanko, to znaczy myślę, że granica błędu jest niewielka.

— A wyspy po drodze? Ocean nie może być przecież zupełnie pusty przez pięć tysięcy lig. Muszą być tam jakieś wyspy!

— Bez wątpienia, o pani, można tak przypuszczać. Andaluzyjscy rybacy donosili o odległych wyspach i lądach, na których lądowali po niejednym sztormie. Żaden jednak nie podaje, gdzie lądy te się znajdowały, ani w którym kierunku, ani jak daleko.

Sułtanka najwyraźniej miała nadzieję.

— Więc moglibyśmy wypłynąć na poszukiwanie tych wysp albo znaleźć inne, podobne do nich.

Ibn Ezra znów skinął dłonią.

— Jak to? — zapytała ostrym tonem. — Uważasz, że nie potrafiłbyś zbudować statku na miarę oceanu?

— Może bym i potrafił, ale wyposażenie go na tak długi rejs… nawet nie wiemy, ile mógłby trwać.

— No więc — powiedziała ponurym tonem Katima — będziemy musieli chyba się dowiedzieć, skoro sułtan nie żyje i nie ma nikogo, kto mógłby mnie poślubić — w tym momencie rzuciła pojedyncze spojrzenie na Bistamiego. — Wkrótce zjawią się tu andaluzyjscy najeźdźcy i będą Próbowali nas podbić.

— To spojrzenie było jak cios prosto w serce. Tamtej nocy Bistami przewracał się nerwowo w swoim łóżku. Pod zamkniętymi powiekami ciągle widział oczy Katimy. Cóż mógł poradzić? Jak oni mogli się po nim spodziewać pomocy? Przez całą noc nie zmrużył oka.

W tej sytuacji pomóc mógł jedynie mąż. Poczucie harmonii w mieście Baraka zostało zachwiane, a wieści o tym przedostały się przez Pireneje. Wczesną wiosną, kiedy stan wody w rzece nadal utrzymywał się wysoko i w chroniących ich górach nadal zalegał śnieg, drogą spomiędzy wzgórz przyjechali jeźdźcy. Za nimi od oceanu nadciągała zimna wiosenna burza. Była to dość duża kolumna kawalerii, dzierżąca furkoczące chorągwie Toledo i Granady, ich miecze przy udach i kopie połyskiwały w słońcu. Ubrani w kolorowe stroje, wjechali od razu na główny plac przy meczecie, w centrum miasta. Obniżyli kopie, tak że teraz mierzyły dokładnie na wprost. Ich dowódcą był jeden ze starszych braci sułtana, seid Darya. Stanął w swoich srebrnych strzemionach, tak że górował ponad wszystkimi zgromadzonymi, i rzekł:

— Przejmujemy to miasto w imię kalifa Al-Andalus, aby uchronić je od apostazji oraz od czarownicy, która rzuciła urok na mojego brata i zabiła go na śnie.

Tłum rósł z minuty na minutę, ludzie stali i wpatrywali się głupkowato w jeźdźców. Niektórzy gotowali się z oburzenia, inni byli zadowoleni, większość zaś zmieszana bądź zasmucona. Część starej hałastry z pierwszej karawany głupców już sięgała po kamienie. Bistami obserwował wszystko z alei prowadzącej nad rzekę. Wtem jak błyskawica przeleciała mu przez głowę myśl — te kopie, te łuki wycelowane na wprost, to jak pułapka na tygrysa dawno temu, w Indiach, a ci żołnierze to Bagh-mari, członkowie klanu specjalizującego się w zabijaniu tygrysów, chodzący od wioski do wioski i za odpowiednią opłatą zabijający zwierzęta, jeśli komuś się naprzykrzały. Już ich kiedyś widział. Nie tylko wtedy, gdy uratowała go tygrysica, ale jeszcze wcześniej, w czasach, których nie potrafił sobie przypomnieć, choć stale o nich pamiętał. Zasadzka na Katimę, śmiertelna pułapka, mężczyźni przebijający stalą jej ciało, a ona stojąca na baczność, taka wysoka, czarnoskóra… O nie! To wszystko już się kiedyś wydarzyło!

W panice pobiegł przez most, prosto do pałacu. Katima właśnie dosiadała konia, aby wyjść naprzeciw najeźdźcom, więc rzucił się między nią a wierzchowca. Była wściekła i próbowała go wyminąć, on jednak objął ją ramieniem wokół talii, tak szczupłej, jak u dziewczęcia, i wykrzyknął:

— Nie, nie, nie, nie, nie. Katimo, błagam cię, błagam, nie jedź tam! Zabiją cię, to jest pułapka! Widziałem wszystko! Zabiją cię!

— Muszę jechać — rzekła, a jej twarz zaczerwieniła się. — Ludzie mnie potrzebują. Wcale nie. Potrzebują cię żywej. Możemy wyjechać, ludzie pojadą za nami, na pewno pojadą! Przecież każdy musi mieć jakieś swoje miejsce, budynki nic nie znaczą, możemy przeprowadzić się na północ, twoi ludzie z pewnością do nas dołączą! Posłuchaj mnie! — Złapał ją mocno za ramiona, przytrzymał i spojrzał głęboko w oczy — widziałem już wcześniej jak rozegra się ta scena, wiedza ta została mi ofiarowana. Musimy uciekać, w przeciwnym razie zginiemy.

Po drugiej stronie rzeki usłyszeli krzyki. Andaluzyjscy jeźdźcy nie przywykli do oporu ze strony społeczności nieposiadającej własnych wojsk ani kawalerii. Jeździli po ulicach miasta i rozpędzali tłum obdartusów zgromadzonych w obronie sułtanki, ciskających kamieniami i uciekających. Najeźdźcy wcale nie mieli tak łatwego zadania. Śnieg wirował w mroku i rozwiewał się na boki od podmuchów wiatru spod ciężkich, szarych chmur sunących nisko nad miastem, które w wielu miejscach zajęło się od płomieni. W ogniu stały już dzielnice sąsiadujące z meczetem.

— Pośpiesz się, sułtanko, nie ma chwili do stracenia! Widziałem, co zrobią! Będą bezlitośni, już tu jadą! Musimy uciekać, natychmiast! To się już wydarzyło! Zbudujemy nowe miasto na północy, niektórzy pójdą za nami, zbierzemy karawanę i zaczniemy wszystko od nowa, brońmy się przed nimi tak, jak trzeba!

— Dobrze! — wykrzyknęła niespodziewanie Katima, spoglądając na płonące miasto. Wiał porywisty wiatr, wraz z szumem powietrza dochodziły ich ludzkie krzyki.

— Do diabła z nimi, niech będą przeklęci. Natychmiast dawajcie mi konia! I wy wszyscy też, na koń! Czeka nas ciężka droga.

9. Kolejne spotkanie w bardo

Kiedy wiele lat po tym, jak udali się na północ i przy ujściu rzeki Lawiyya założyli nowe miasto, Nsarę, które zdołali obronić przed najazdami andaluzyjskich sułtanatów, po tych wszystkich wspaniałych latach ich panowania na morzu, prowadzenia połowów i handlu z odległymi krajami, znów wszyscy razem znaleźli się w bardo, Bistami był zadowolony. Nigdy nie pobrał się z Katimą, a temat ten przestał pojawiać się w ich rozmowach. Przez wiele lat Bistami był głównym ulemą Nsary i pomagał przy uprawomocnieniu tego nowego tworu, jakim była instytucja muzułmańskiej królowej. Praca nad tym projektem zajmowała niemal każdy dzień ich wspólnego życia.

— Rozpoznałem cię! — zwrócił się do Katimy. — W trakcie naszego życia, poprzez zasłonę niepamięci, w tych najważniejszych chwilach, wiedziałem, kim jesteś, i ty też coś wiedziałaś. Wiedziałaś, że działy się rzeczy z wyższej rzeczywistości. Posuwamy się do przodu.

Katima nie odpowiedziała. Siedzieli na kamiennych płytach dziedzińca w kształcie grobowca Chishtiego w Fatepur Sikri, lecz o wiele bardziej przestronnego. Ludzie ustawiali się w długich kolejkach do wejścia do sanktuarium, w którym odbywał się nad nimi sąd. Wyglądali jak hadżiowie ustawiający się w kolejce do Kaby. Bistami usłyszał dobiegający z wewnątrz głos Mahometa, wychwalający jednych i karcący innych.

— Musisz spróbować jeszcze raz — Bistami usłyszał głos podobny do głosu Mahometa. Dokoła panowała cisza i wszyscy byli potulni. Zbliżał się wschód słońca, powietrze było chłodne i wilgotne i z wolna wypełniało się odległym śpiewem ptaków. Siedząc obok Katimy, Bistami zrozumiał, jak bardzo różniła się ona od Akbara. Akbar z pewnością zesłany został na niższy plan istnienia i prawdopodobnie buszuje teraz w dżungli za pożywieniem, tak jak Katima w poprzednim wcieleniu. Mimo tego zaprzyjaźniła się z Bistamim. Uratowała go przed hinduskimi rebeliantami, a później wzięła go ze sobą z andaluzyjskiego ribatu.

— Ty też mnie rozpoznałaś — powiedział do niej — i oboje poznaliśmy Ibn Ezra — który w tej chwili badał ścianę dziedzińca bardo, wodząc dłonią po linii styku kamiennych bloków.

— To zaiste wspaniały postęp — powtórzył Bistami. — W końcu zaczynamy zmierzać w konkretnym kierunku!

Katima zmierzyła go sceptycznym wzrokiem.

— Ty to nazywasz postępem? Zagonieni do nory na odległym krańcu świata?

— Miejsce nie jest najważniejsze! Rozpoznaliśmy się, a ciebie zabili…

— Cudownie.

— To było cudowne. Moja myśl podróżowała w czasie, poczułem dotyk wieczności. Stworzyliśmy miejsce, gdzie ludzie mogli kochać dobro. W każdym kolejnym życiu posuwamy się do przodu małymi krokami, aż w końcu zajdziemy aż tam, w białe światło — Katima wskazała dłonią, jej szwagier, seid Darya, właśnie szedł pod sąd.

— Spójrz na niego, cóż za żałosna istota! A jednak nie został strącony do piekieł ani nie stał się szakalem, ani robakiem, na co z pewnością zasłużył. Powróci jako człowiek i znów będzie siał zamęt wśród ludzi. On również jest członkiem naszej jati, rozpoznałeś go, wiedziałeś, że też należy do naszego zespołu tak samo jak Ibn Ezra?

Ibn Ezra usiadł przy nich. Kolejka poruszała się, a oni razem z nią.

— Ściany są lite — oznajmił ze znawstwem. — Doskonałe budownictwo. Nie sądzę, abyśmy mogli stąd uciec.

— Uciec? — wykrzyknął Bistami. — To jest Sąd Boży, nikt nie może przed tym uciec! Katima i Ibn Ezra spojrzeli na siebie. Ibn Ezra stwierdził:

— Mam wrażenie, że jedyny postęp, jaki dokona się w zakresie egzystencji, będzie miał naturę antropogeniczną.

— Słucham? — żachnął się Bistami.

— Wszystko zależy od nas. Nikt nam nie pomoże.

— Wcale nie twierdzę, że ktoś nam pomoże, choć Bóg zawsze pomaga, jeśli się go o to prosi. Oczywiście, że wszystko zależy od nas. Cały czas staram się to wytłumaczyć. Robimy wszystko, co w naszej mocy, i dzięki temu posuwamy się naprzód.

Katima nie była przekonana.

— Zobaczymy — powiedziała. — Czas pokaże. Ja na razie powstrzymuję się od osądu. — Stanęła przed białym grobowcem, wyprężyła się jak królowa i rzekła z tygrysim grymasem na ustach.

— Nikt mnie nie będzie osądzał! — I jednym machnięciem dłoni odegnała sprzed siebie grobowiec. — To, co jest tutaj, jest nieważne. Ważne jest to, co się dzieje na świecie.

Księga III

Lądy oceaniczne

W trzydziestym piątym roku panowania chiński cesarz Wanli zwrócił swój rozgorączkowany i wiecznie nienasycony wzrok na Nippon. Dziesięć lat wcześniej nippoński generał Hideyoshi wyruszył na śmiały podbój Chin, a kiedy Korea odmówiła mu prawa do przemarszu wojsk, zaatakował ją. Trzy lata zajęło wielkiej chińskiej armii wyparcie najeźdźców z Półwyspu Koreańskiego, a cesarza Wanli kosztowało to ponad dwadzieścia sześć milionów uncji srebra — była to na tyle poważna strata dla jego szkatuły, że nigdy nie zdołał jej odrobić. Ale cesarz nadal pragnął zemsty za ten nieuzasadniony napad (jeśli nie brać pod uwagę dwóch nieudanych najazdów na Nippon poprowadzonych przez Kubilaja chana), chciał też zabezpieczyć się na przyszłość i zlikwidować ewentualne zagrożenie ze strony Nipponu, podbijając go i obwołując się jego suzerenem. Hideyoshi wkrótce zmarł, a przywódcą nowego szogunatu Tokugawa został Ieyasu, któremu udało się zjednoczyć pod sobą wszystkie wyspy Nipponu i odizolować kraj od reszty świata. Mieszkańcom zakazano opuszczać kraj, a tym, którzy to zrobili, zakazano powrotu. Zabroniono też budowy pełnomorskich statków, mimo że cesarz Wanli w swoim cynobrowym obwieszczeniu wyraźnie stwierdził, że takie rozwiązanie nie powstrzyma nippońskich piratów przed atakowaniem wybrzeży Chin przy użyciu mniejszych jednostek. Uważał, że decyzja Ieyasu o odizolowaniu się od świata była oznaką słabości, a z drugiej strony nie mógł tolerować, aby tak blisko brzegów Państwa Środka rósł w siłę naród odwiecznych wojowników. Wanli rozkoszował się myślą o przywróceniu tego nieślubnego dziecka chińskiej kultury na jego prawowite miejsce, pod baldachim Smoczego Tronu, gdzie współistniałoby razem z Koreą, Annamem, Tybetem, Mindanao i Wyspami Korzennymi.

Doradcy Wanli nie zachwycili się tym planem. Po pierwsze skarbiec świecił pustkami, po drugie cały dwór dynastii Ming był mocno osłabiony przez dramatyczne wydarzenia ostatnich lat rządów Wanli. Nie chodziło tylko o ofiarną obronę Korei, lecz także o niepokojące napięcia, powstałe na gruncie konfliktów sukcesyjnych, które Wanli rozwiązał tylko pozornie, wybierając starszego syna, a młodszego zsyłając na prowincję. W przeciągu tygodnia wszystko mogło się jeszcze zmienić. Ponad tą całą, zaognioną sytuacją unosiła się jeszcze groźba wybuchu wojny domowej, gdyż najważniejsze grupy wpływu na cesarskim dworze już od dawna były ze sobą zwaśnione i spiskowały przeciwko sobie: cesarzowa matka, cesarzowa, starsza służba dworska, eunuchowie i generalicja. Było coś w osobowości cesarza, swoista kombinacja inteligencji i opieszałości, to jego ciągłe niezadowolenie i sporadyczne wybuchy gniewnej mściwości, co w późnych latach jego panowania sprawiło, że dwór zamienił się w jałowe i odarte z godności siedlisko intryg. Według doradców, a w szczególności generałów i ministrów skarbu, podbój Nipponu nawet w dalszej perspektywie był praktycznie niewykonalny.

Pozostając wierny własnym postanowieniom, cesarz upierał się przy swoim. Po jakimś czasie generalicja przedstawiła mu plan alternatywny, mając nadzieję, że choć w części zaspokoi on cesarskie żądze. Zaproponowali, aby cesarscy dyplomaci podpisali traktat z jednym z pomniejszych szogunów Nipponu, na przykład z Tozama Daimyo, który już dawno popadł w niełaskę u Ieyasu, jako że Daimyo podporządkował mu się dopiero po przegranej bitwie pod Sekigahara. Traktat precyzowałby warunki, na których szogun otworzyłby na stałe jeden ze swoich portów w celach handlu z Chinami. Następnie do takiego portu zawinęłaby chińska marynarka, która siłą przejęłaby go i uczyniła portem chińskim, strzeżonym przez potężną chińską flotę, która za panowania Wanli rozrosła się do imponujących rozmiarów, jako że cesarz używał jej do obrony wybrzeża przed piratami. Z kolei większość piratów pochodziła z Nipponu, więc oprócz korzyści płynących z otwarcia nippońskiego rynku była w tym posunięciu też pewna sprawiedliwość. Następnie traktatowy port mógłby stać się przyczółkiem do powolnego i stopniowego zdobywania Nipponu. Byłby to długi proces, przebiegający etapami, na który z pewnością byłoby ich stać.

Wanli narzekał na mizerny, połowiczny i eunuchowaty plan swoich doradców, lecz cierpliwe przekonywania najbardziej zaufanych konsultantów w końcu odniosły skutek i cesarz zatwierdził plan. Przygotowano tajny traktat z lokalnym panem Omurą, który pozwolił chińskim handlarzom wylądować w małej rybackiej wiosce ze wspaniałą przystanią, zwaną Nagasaki. Przygotowania do ekspedycji, mającej na celu przejęcie siłą portu w Nagasaki, odbywały się w przebudowanych dokach Longjiang, nieopodal Nanjing, na wybrzeżu kantońskim. Ogromne okręty floty inwazyjnej wyposażono w zapasy, mające umożliwić wojskom lądowym przetrwanie długiego oblężenia. Całą flotę po raz pierwszy zebrano w całości u wybrzeży Tajwanu i nikt w całym Nipponie oprócz Omury i jego zauszników nie wiedział o tym przedsięwzięciu. Na rozkaz cesarza Wanli flotę przekazano pod dowództwo admirałowi Kheimowi z Annamu. Kheim kilka lat wcześniej poprowadził cesarską flotę na podbój Tajwanu, lecz większość chińskich biurokratów i generalicji uważało go za człowieka z zewnątrz, za specjalistę od piratów, który zdobywał szlify w tej dziedzinie, plądrując w młodości wybrzeża Fudżi właśnie jako pirat. Cesarz Wanli nie przejmował się jego przeszłością, wręcz przeciwnie, uważał ją za atut. Chciał mieć pod sobą kogoś, kto osiągał wyniki, a jeśli ten ktoś pochodził spoza kręgów generalicji, unikając dworskich i prowincjonalnych intrygi to tym lepiej dla niego.

Flota wyruszyła trzydziestego ósmego roku panowania cesarza Wanli, trzeciego dnia pierwszego miesiąca. Wiosenne wiatry przez osiem dni nieustannie wiały z północnego zachodu, flota płynęła po Kuroshio, Czarnej Rzece. Był to ogromny, oceaniczny prąd, przepływający jak szeroka na sto li rzeka wzdłuż południowych wybrzeży wysp Nipponu.

Wszystko szło zgodnie z planem, obrali właściwy kurs. I wtedy niespodziewanie wiatr ucichł. Powietrze stało nieruchomo, nie było widać żadnego ptactwa, ogromne żagle zwisały luźno, a gafie obijały się o maszty poruszane siłą samego Kuroshio, który uniósł ich na północny wschód, tak że minęli główne wyspy Nipponu. Minęli Hokkaido i wypłynęli na pusty i bezkresny Dahai, Wielki Ocean. Ten niebieski bezmiar wód przecinała silna, choć niewidoczna Czarna Rzeka, płynąca nieustannie na wschód.

Admirał Kheim wydał rozkaz, aby wszyscy kapitanowie Ośmiu Wspaniałych Okrętów oraz Osiemnastu Lekkich Statków przypłynęli łodziami wiosłowymi na naradę do okrętu flagowego. Wielu spośród przybyłych mężczyzn było doświadczonymi żeglarzami z Tajwanu, Annamu, Fudżi i Kantonu. Wszyscy mieli posępne miny — dać się znieść przez Kuroshio to niebezpieczna sprawa. Każdy z nich słyszał opowieści o wrakach, uwięzionych w tym prądzie przez ciszę morską, o okrętach, którym szkwał połamał maszty bądź odrąbała je załoga, próbując w ten sposób uchronić jednostkę przed wywrotką w trakcie sztormu. Takie statki znikały na wiele lat — według jednej opowieści na dziewięć lat, a według drugiej na trzydzieści — po czym wracały, dryfując z kierunku południowo-wschodniego, wyschnięte, wyblakłe i opustoszałe lub z ludzkimi szkieletami na pokładzie. Takie historie oraz świadectwo pokładowego lekarza okrętu flagowego, I-China, który twierdził, że sam niegdyś przepłynął Dahai na kutrze rybackim zniszczonym przez tajfun, sprawiły, że mężczyźni wspólnie doszli do wniosku, że na bezkresnym oceanie musi istnieć wielki, kolisty prąd, opływający świat dookoła, i jeśli byliby w stanie utrzymać się przy życiu wystarczająco długo, wtedy mogliby zrobić w nim pętlę i wrócić do domu.

Był to plan, jakiego żaden z nich nie podjąłby się z własnej woli, lecz w tej sytuacji nie pozostało nic innego, jak go wypróbować. Kapitanowie rozsiedli się w kabinie admirała i mierzyli się smutnym wzrokiem. Wielu Chińczyków znało legendę o Hsu Fu, admirale ze starożytnej dynastii Han, który wypłynął z flotą na poszukiwanie nowej ziemi po drugiej stronie Dahai — słuch o nim zaginął. Znali również historię o Kubi-laj-chanie i jego dwóch próbach podboju Nipponu — obie zakończyły się klęską w wyniku starcia z tajfunami, których nikt się nie spodziewał o tamtej porze roku. Wydarzenia te utwierdziły mieszkańców Nipponu w przekonaniu co do istnienia boskiego wiatru, który chronił ich ojczyste wyspy przed obcymi najeźdźcami. Któż mógłby temu zaprzeczyć? Równie prawdopodobne wydawało się teraz, że to ten sam boski wiatr znów sobie z nich drwi, tym razem jednak ukazując swoje ironiczne oblicze w postaci boskiej ciszy morskiej, która uwięziła ich w Kuroshio i zniszczy równie skutecznie co najpotężniejszy tajfun. Cisza była zdumiewająco przenikliwa, a jej rytm całkiem naturalny. Możliwe, że wplątali się w rozgrywkę z samym Bogiem. Jeśli tak właśnie było, to jedyne, co mogli zrobić, to złożyć nadzieję w swoich bogach i nie tracić wiary w przetrwanie.

Admirał Kheim preferował jednak inny sposób działania.

— Dosyć tego — powiedział gniewnym głosem, kończąc naradę. Nie wierzył w dobrą wolę morskich bóstw ani w stare opowieści, oczywiście oprócz tych, które mogły okazać się przydatne. Zostali uwięzieni w Kufoshio. Dysponowali pewną wiedzą o układzie prądów na Dahai — te na Północ od równika biegły na wschód, a te na południe na zachód. Wiedzieli też, że wiatry na ogół układały się w podobnych kierunkach. I-Chinowi udało się przebyć całą drogę po obwodzie tego wielkiego koła, a jego nieprzygotowana załoga żywiła się rybami i wodorostami, piła deszczówkę i uzupełniała zapasy na mijanych po drodze wyspach. Myśl o tym w dziwny sposób podtrzymywała w nich nadzieję, a z czasem, kiedy powietrze zdawało się zastygać w miejscu, już tylko ona im pozostawała. Najgorsze było poczucie bezradności. Statki stały nieruchomo, okręty były bowiem zbyt wielkie, aby za pomocą wioseł dopłynąć nimi gdziekolwiek. Prawda była taka, że musieli teraz dać z siebie wszystko.

Admirał Kheim wydal rozkaz, aby większość marynarzy jego floty przeszła na pokłady Osiemnastu Lekkich Statków. Jednej połowie rozkazał wiosłować na północ, a drugiej na południe. Liczył, że uda im się wypłynąć z nurtu Czarnej Rzeki i, kiedy tylko pojawi się wiatr, pożeglu-ją do domu i opowiedzą cesarzowi o wszystkim, co ich spotkało. Osiem Wspaniałych Okrętów z minimalną liczbą załogi, niezbędnych do ich obsługi, i ładowniami wypełnionymi większością zapasów całej floty, ustawiło się jeden za drugim, gotowych na przeczekanie podróży dookoła oceanu, dryfując z nurtami jego prądów, jeśli mniejszym statkom uda się dotrzeć z powrotem do Chin, ich załoga miała przekazać cesarzowi, że powrotu wspanialej ósemki może się spodziewać w późniejszym terminie, z kierunku południowo-wschodniego.

Po kilku dniach mniejsze statki znikły za horyzontem, a Osiem Wspaniałych Okrętów dryfowało dalej, połączonych linami, w idealnej ciszy, poza granice map, na nieznany wschód. Nic innego nie można było zrobić.

Minęło trzydzieści dni bez najmniejszego powiewu. Każdego dnia prąd unosił ich coraz dalej i dalej na wschód. Nikt z całej załogi jeszcze nigdy czegoś takiego nie widział. Admirał Kheim zabronił wszelkich rozmów na temat boskiej ciszy, choć sam przyznał, że ostatnimi laty pogoda stała się bardzo dziwna — przeważnie było o wiele zimniej. Jeziora, które wcześniej nie zamarzały, zaczęły pokrywać się lodem, pojawiły się dziwaczne wiatry, coś na kształt trąb powietrznych, utrzymujących się tygodniami nad jednym miejscem. Coś niedobrego działo się w niebiosach, a cisza była tylko tego częścią.

Kiedy w końcu znów pojawił się wiatr, uderzył mocno z zachodu, pchając ich jeszcze dalej z prądem. Przechyleni na bok kierowali się na południe, lecz na tyle ostrożnie, aby utrzymać się w domniemanym zasięgu prądu, co było sposobem na najszybsze opłynięcie oceanu i powrót do domu. Ludzie mówili, że pośrodku tej wielkiej pętli znajdowała się strefa wiecznej ciszy. Najprawdopodobniej był to też środek samego Dahai, znajdował się w pobliżu równika i być może nawet w tej samej odległości od lądów na zachód i na wschód, nikt jednak nie miał co do tego całkowitej pewności. Może istniało coś takiego jak pas ciszy równikowej, zastój, z którego żaden statek nie miał prawa się wydostać. Będą musieli popłynąć daleko na wschód, aby ominąć to miejsce, później skierować się na południe, a następnie pod równik i z powrotem na zachód.

Jak dotychczas nie natknęli się na żadną wyspę. Czasem przelatywały morskie ptaki, do których marynarze strzelali z łuków, a następnie zjadali. Dzień i noc łowili w sieci ryby; czasem latające ryby same łapały się w żagle. Wyciągali plątaniny wodorostów, które ostatnio stały się coraz rzadsze, a kiedy padało, uzupełniali zbiorniki ze słodką wodą, montując na ich wlewach duże lejki w kształcie odwróconych parasoli. Bardzo rzadko byli spragnieni i nigdy nie głodowali.

Nadal jednak na horyzoncie nie pojawiał się ląd. Ich rejs ciągnął się dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Rattan i takielunek zaczęły się zużywać. Żagle blakły i przecierały się i — podobnie jak ich twarze, stawały się przezroczyste. Marynarze zaczęli narzekać. Przestał im się podobać pomysł dryfowania wkoło świata po oceanicznym prądzie.

— Nie możemy zawrócić — tłumaczył im Kheim, a narzekanie załogi przechodziło jak wiosenna burza. Kheim był jednym z tych admirałów, którym nie chciałoby się wchodzić w drogę.

Przetrwali burze szalejące na niebie, a teraz czuli kołysanie od burz przetaczających się pod morskim dnem. Minęło już tak wiele dni, że ich życie sprzed wypłynięcia w rejs stało się odległe i niewyraźne. Tajwan, Nippon, a nawet Chiny jawiły im się jak sen, pozostałość z poprzedniego życia. Żegluga była całym ich światem, wodnym światem, usłanym warstwami fal, pod przykryciem przezroczystej czaszy z błękitu nieba — i nic poza tym. Nawet już nie wypatrywali lądu. Skupisko przepływających wodorostów było teraz równie wielkim zjawiskiem, jakim niegdyś byłaby zapewne wyspa. Deszcz był zawsze mile widziany, jako że zdarzające się czasem okresy suszy i racjonowania wody boleśnie przypominały im o ich całkowitej zależności od słodkiej wody. A ją w większości brali z deszczu, gdyż destylator do odsalania wody, skonstruowany przez I-China, dawał im jedynie kilka wiader dziennie.

Wszystko dokoła zostało zredukowane do podstawowych elementów. Ocean był wodą, niebo powietrzem, statek ziemią, a słońce i ich myśli ogniem. Ogień ten z wolna przygasał. Bywały takie dni, kiedy Kheim budził się, chodził, patrzył, jak znów zachodzi słońce, i zdawał sobie sprawę, że zapomniał tego dnia pomyśleć choćby o jednej rzeczy, a Przecież to on był admirałem. Kiedy indziej znów minęli wyblakły wrak wielkiej dżonki, oplatany wodorostami i pobielony ptasimi odchodami — ledwo unosił się na powierzchni wody. Innym razem, daleko na wschodzie, tuż przed horyzontem dostrzegli węża wodnego, może to on wskazywał im właściwy kierunek.

Być może ogień całkowicie opuścił ich umysły i pozostało tylko słońce, płonące nad ich głowami przez długi ciąg suchych dni. Coś jednak musiało zostać, szarzejące węgle, tlące się ostatkiem sił, gdyż kiedy jednego dnia, późnym popołudniem, spoza horyzontu na wschodzie wychynął ląd, wszyscy krzyknęli tak, jakby tylko o lądzie myśleli przez te wszystkie dni, przez sto sześćdziesiąt dni niespodziewanego rejsu. Zielone ściany gór opadające stromo do morza, najwidoczniej bezludne, lecz nie to było teraz najważniejsze. To był ląd! Wyglądał na dość dużą wyspę.

Następnego ranka ląd nadal był daleko przed nimi. Ziemia na horyzoncie! Bardzo stromy ląd, na tyle stromy, że nie mogli znaleźć miejsca nadającego się na przybicie do brzegu. Żadnych zatok ani ujścia rzek, jedynie wysoka ściana zielonych wzgórz, wyrastających z morza. Kheim rozkazał kierować się na południe — nawet w tej chwili nie przestawał myśleć o powrocie do Chin. Sprzyjał im nie tylko wiatr, ale i prąd. Żeglowali więc na południe przez cały ten dzień i następny, lecz nadal nie natknęli się na przystań. Następnego ranka, kiedy podniosła się rzadka mgła, zorientowali się, że minęli przylądek, odgradzający od reszty dalszą, piaszczystą część południowego wybrzeża, a jeszcze dalej na południe znaleźli wcięcie między wzgórzami, będące spektakularnym wejściem do zatoki. Na północ, w głębi tej majestatycznej cieśniny, znajdował się obszar spienionej, niespokojnej wody, lecz zaraz za nim znów gładko żeglowali, niesieni falami przypływu, wprowadzającego ich do środka.

I oto znaleźli się w zatoce, jakiej jeszcze nikt z załogi nie widział na żadnej wyprawie. Prawdziwe morze wewnątrz lądu, a na nim trzy lub cztery skaliste wyspy i wzgórza dookoła. Linię brzegu w większości porastały moczary. Wzgórza miały skaliste wierzchołki, lecz poza tym były gęsto zalesione. Moczary byty żółtozielone, ozłocone jesiennymi barwami. Piękny ląd, a do tego opustoszały.

Wzięli kurs na północ i zakotwiczyli w płytkiej zatoczce, chronionej przez skalisty grzbiet wchodzący lukiem w morze. Wtedy ktoś z złogi dostrzegł smugę dymu, unoszącą się w oddali w popołudniowym powietrzu.

— To ludzie — powiedział I-Chin. — Nie sądzę jednak, abyśmy dotarli do zachodniego krańca muzułmańskich ziem, na pewno nie zapłynęliśmy aż tak daleko, chyba że Hsing Ho się mylił. Jeśli jednak miał rację, to z pewnością jesteśmy jeszcze dalej niż bliżej.

— A może prąd był o wiele silniejszy niż myśleliśmy?

— Może. Dziś w nocy spróbuję dokładnie ustalić naszą odległość od równika.

— Doskonale.

Jednak odległość od Chin byłaby cenniejszą informacją, a takiej kalkulacji niestety nie potrafili przeprowadzić. Nawigacja zliczeniowa była niemożliwa podczas długiego okresu swobodnego dryfu i, pomimo coraz to nowych wyników, do których dochodził I-Chin, Kheim nie uważał, aby ich orientacja w terenie sięgała dalej niż tysiąc li. W wypadku odległości od równika, I-Chin doniósł tamtej nocy, że na podstawie obliczeń z gwiazd można było stwierdzić, że znajdowali się obecnie na tej samej szerokości geograficznej co Bejing lub Edo — nieco ponad Edo i poniżej Benjing. I-Chin pogładził pieszczotliwie swój kwadrant.

— W tej samej odległości od równika znajdują się kraje Hui na zachodzie i Fulan, gdzie zaraza zabiła wszystkich. Jeśli oczywiście możemy ufać mapom Hsing Ho. Fulan, o tutaj, spójrzcie na mapę, port Lisbona. Jak dotąd jednak nie zaobserwowaliśmy znajomych form osadnictwa, więc nie sądzę, aby był to Fulan. Myślę, że natknęliśmy się na jakąś wyspę.

— Dużą wyspę.

— Tak… — westchnął I-Chin — bardzo dużą. Jeśli tylko udałoby się nam rozwiązać zagadkę odległości od Chin…

Odtąd I-Chin już tylko na to narzekał i siał ferment wokół budowy zegara. Precyzyjny zegar umożliwiłby pomiar odległości od Bejing, używając almanachu mogliby przypisać gwiazdom chiński czas i rozpocząć odmierzanie. Mówiono, że cesarz miał w pałacu wiele wspaniałych zegarów, lecz tu, na pokładzie, nie mieli żadnego. Kheim zostawił I-China samego z jego rozterkami.

Następnego ranka zobaczyli niewielką grupę tubylców: mężczyźni, kobiety i dzieci, ubrani w skórzane spódniczki, naszyjniki z muszli i pierzaste nakrycia głowy, stali na brzegu i przyglądali się im. Nie mieli żadnej stali, jedynie niewielkie ilości kutego na zimno złota, miedzi i srebra. Groty ich włóczni i strzał wykonano z łupanego obsydianu, a kosze z plecionej trzciny i sosnowego igliwia. Na plaży, powyżej linii przypływu, stały wysokie stosy muszli. Przyjezdni dostrzegli też dymy unoszące się znad ognisk, płonących wewnątrz wiklinowych chatek, wyglądających, jak szałasy stawiane przez chińskich wieśniaków dla świń na zimę.

Na widok tubylców marynarze zaczęli się śmiać i dyskutować. Częściowo im ulżyło, lecz zdziwienie ich nie opuszczało. Jedyne, co było niemożliwe, to się ich bać.

Kheim nie był jednak tego taki pewny.

— Są trochę podobni do dzikich ludów z Tajwanu — powiedział. — Mieliśmy z nimi kilka cięższych starć, kiedy goniliśmy za piratami w głąb lądu i w góry. Musimy zachować ostrożność.

I-Chin odparł:

— Plemiona takie jak to żyją również na Wyspach Korzennych. Sam widziałem. Lecz ten lud jest o wiele skromniej wyposażony niż tamci.

— Ani cegieł, ani drewnianych domów i, o ile dobrze się przyjrzałem, nie mają również żelaza, a to oznacza, że nie mają broni palnej.

— Tak jak i pól uprawnych. Pewnie żywią się małżami — powiedział, wskazując na wysokie stosy muszli na plaży — i rybami, i czymkolwiek, co uda im się upolować i nazbierać. To biedny lud.

— Toteż i my niewiele zyskamy.

— Niestety nie. Marynarze zaczęli krzyczeć z pokładu do ludzi na brzegu.

— Ahoj! Witajcie! Kheim od razu kazał im zamilknąć. Zabrał ze sobą I-China i czterech innych marynarzy, po czym wsiedli do jednej z łodzi wiosłowych i popłynęli do brzegu. Kiedy znaleźli się na płyciźnie, Kheim wstał i przywitał się z tubylcami. Dłonie do góry i w ich stronę, tak jak postępował z dzikusami na Wyspach Korzennych. Tubylcy nie rozumieli nic z tego, co do nich mówił, lecz jego gesty, które najwyraźniej były im znane, zapewniły ich o jego pokojowych zamiarach. Po chwili, pewny pokojowego przyjęcia, wyszedł na ląd. Marynarzom rozkazał trzymać w ukryciu nabite karabiny skałkowe i naciągnięte kusze — na wszelki wypadek.

Na brzegu otoczył ich tłum ciekawskich. Tubylcy żywo dyskutowali w niezrozumiałym narzeczu. Kobiety miały odsłonięte piersi, co mocno rozpraszało marynarzy. Kheim przywitał się z mężczyzną, który wystąpił z tłumu. Nosił najbardziej cudaczne i kolorowe nakrycie głowy, co mogło świadczyć, iż był przywódcą plemienia. Na jedwabnej chuście, którą Kheim zawsze miał na szyi, a która mocno już wyblakła od słońca i soli, widniał wizerunek feniksa. Admirał odwiązał supeł i rozłożył chustę tak, aby mężczyzna zobaczył obrazek. Sam jedwab zainteresował tubylca bardziej niż rysunek.

— Powinniśmy byli wziąć ze sobą więcej jedwabiu — powiedział Kheim do I-China.

I-Chin potrząsnął głową.

— O ile mi wiadomo, to planowaliśmy podbój Nipponu. Jeśli pozwolisz, zapytam ich o nazwy różnych przedmiotów.

I-Chin zaczął wskazywać na wszystkie rzeczy dookoła: kosze, włócznie, stroje, nakrycia głowy, stosy muszli, powtarzał na głos słowa ich języka i notował je pośpiesznie na tabliczce.

— Dobrze, dobrze, wyśmienicie, wspaniale ujęte. Cesarz Chin i jego uniżeni słudzy przesyłają pozdrowienia.

Myśl o cesarzu wywołała uśmiech na twarzy Kheima. Cóż zrobiłby Wanli, Posłaniec Boży, z tymi biednymi poławiaczami muszli?

— Musimy nauczyć któregoś z nich mandaryńskiego — zauważył I-Chin. — Najlepiej młodego chłopca, oni są bardziej pojętni.

— Albo młodą dziewczynę.

— To nie jest najlepszy pomysł — odparł I-Chin. — Musimy tu zostać na jakiś czas, aby naprawić statki i uzupełnić zapasy. Nie możemy dopuścić, aby cały lud zwrócił się przeciwko nam.

Kheim odegrał gestami plany załogi przed plemiennym przywódcą. Krótki postój, obóz na brzegu, jedzenie i picie, reperowanie statków, powrót do domu, hen za zachodzące słońce. Wyglądało na to, że zrozumieli niemal wszystko. On z kolei zrozumiał, że żywią się żołędziami i różnymi gatunkami dyń, rybami, małżami, drobiem i większą zwierzyną — prawdopodobnie mieli na myśli jelenie. Polowali na wzgórzach, znajdujących się za ich plecami. Jedzenia mieli pod dostatkiem i chętnie częstowali nim Chińczyków. Podobał im się jedwab Kheima. Oferowali kosze i jedzenie, aby dostać go więcej. Złoto, którego używali do wyrobu ozdób, pochodziło ze wzgórz na wschodzie, ponad deltą dużej rzeki wpływającej do zatoki po przeciwnej stronie, niemal dokładnie z kierunku wschodniego. Pokazali też którędy rzeka wypływa spomiędzy wzgórz — tam była cieśnina, bardzo podobna do tej prowadzącej na otwarty ocean.

Jako że informacje topograficzne zainteresowały I-China, tubylcy przekazali mu więcej szczegółów w niezwykle pomysłowy sposób. Choć nie dysponowali papierem ani tuszem, nie używali pisma ani obrazków (może poza wzorami na plecionych koszach), to jednak posiadali swoistego rodzaju mapy, zrobione z piasku. Plemienny przywódca i kilka innych ważnych osobistości przykucnęło na plaży i z nadzwyczajną precyzją przystąpiło do formowania wilgotnego piasku. Gładka powierzchnia pośrodku przedstawiała zatokę. Już po chwili wywiązała się gorąca dyskusja nad prawdziwym kształtem góry, znajdującej się między nimi a oceanem, którą nazywali Tamalpi, mająca przypominać kształtem śpiącą pannę, zapewne jakąś boginię, trudno było stwierdzić. Trawy użyli do sporządzenia szerokiej doliny wcinającej się w głąb lądu i pomiędzy wzgórza, otaczające zatokę od południa. Wodą polali koryta delty i dwóch innych rzek. Zlewiskiem jednej były tereny na północ od wielkiej doliny, a drugiej na południe od niej. Wschodni koniec doliny otwierał się na pogórze, które pięło się coraz wyżej, aż przechodziło w góry znacznie wyższe od tych, które widzieli na brzegach wyspy, ze szczytami pokrytymi śniegiem (znakiem umownym śniegu był dmuchawiec), kryjące między sobą co najmniej dwa duże jeziora.

Po długich i zażartych dyskusjach dotyczących najmniejszych detali, zbędnego śladu paznokcia, czy kilku niedbale rzuconych źdźbeł trawy i sosnowych igieł, wszystkie miejsca w końcu znalazły się na piaskowej mapie. Dziwna to mapa, którą zmyje następny przypływ. Chińczycy dowiedzieli się, że złoto tubylców pochodziło od ludzi mieszkających na pogórzu, sól z brzegów zatoki, obsydian z północy i z krainy leżącej daleko za wysokimi górami, skąd również brali turkus i wiele innych rzeczy. Tego wszystkiego dowiedzieli się bez wspólnego języka, posługując się głównie gestykulacją i mimiką oraz piaskowym modelem.

Z każdym kolejnym dniem wymieniali coraz więcej słów opisujących przedmioty i wydarzenia z życia codziennego. I-Chin skrupulatnie kompletował długie listy słownictwa, sporządził glosariusz i zaczął uczyć chińskiego jedno z tutejszych dzieci, sześcioletnią dziewczynkę, córkę przywódcy, niezwykle otwartą, śmiałą i rozgadaną. Chińscy marynarze nazwali ją Bagatelką. Uwielbiała mówić I-Chinowi, co jak się nazywało, była bystra i zdecydowana i szybciej niż się Kheim spodziewał, zaczęła używać chińskiego z taką samą łatwością, co języka ojczystego. Czasem mieszała oba języki, lecz najczęściej rezerwowała chiński dla I-China, jakby to był jego prywatny język, a on sam był jakimś dziwolągiem czy też niezmordowanym żartownisiem, który nieustannie wymyślał dziwno brzmiące słowa na określenie najprostszych rzeczy — któż wiedział, jak myślała naprawdę. Dla rodziców Bagatelki I-Chin był obcym przybyszem, robiącym bardzo dziwne rzeczy. Badał im puls, naciskał brzuchy, spoglądał do gardła, a nawet prosił o możliwość zbadania ich uryny, na co się nie zgodzili. Mieli w wiosce własnego doktora, który odprawił nad załogą rytuał oczyszczenia w kąpieli parowej. Ten podstarzały i umalowany mężczyzna o dzikim spojrzeniu nie był doktorem w tym samym sensie co I-Chin, lecz I-China żywo zainteresowało herbarium mężczyzny i wszystkie jego opowieści, które starał się zrozumieć, posługując się jeszcze bardziej wyrafinowanym językiem znaków i coraz lepszą chińszczyzną Bagatelki. Język tubylców nazywał się „miwok”, tak samo ludzie ci nazywali samych siebie. Słowo oznaczało lud bądź coś zbliżonego. Za pomocą map objaśnili, że ich wioska kontrolowała zlewisko strumienia, wpływającego do zatoki. Inni Miwok żyli na sąsiednich zlewiskach półwyspu, między zatoką a oceanem. Pozostałe ludy, władające różnymi językami, zamieszkiwały inne tereny kraju. Każde plemię miało własne terytorium i nazwę, choć Miwok mogli bez końca kłócić się o najdrobniejsze szczegóły. Opowiedzieli, że wielka cieśnina prowadząca na otwarty ocean powstała w wyniku trzęsienia ziemi, a zatoka ta była niegdyś słodkowodna, zanim kataklizm nie wpuścił do niej oceanu. I-Chinowi i Kheimowi wydawało się to mało prawdopodobne, aż pewnego ranka, po nocy spędzonej na brzegu, obudził ich wstrząs. Trzęsienie ziemi trwało kilka uderzeń serca i tego samego ranka powróciło jeszcze dwukrotnie. Po tym wydarzeniu nie byli już tacy pewni co do genezy cieśniny.

Obaj lubili przysłuchiwać się mowie Miwok. I-Chin zainteresował się, jak tutejsze kobiety sprawiały, że gorzkie żołędzie z dębów o postrzępionych liściach stawały się jadalne. Rozcierały je na proszek, który namaczały w dołkach, wykopanych w piasku i wyłożonych liśćmi. Po jakimś czasie z papki powstawało ciasto. I-Chin uznał to za nadzwyczaj pomysłowe. Właśnie to ciasto i łosoś, suszony lub świeży, składały się na podstawę ich diety. Zawsze chętnie dzielili się tym jadłem z Chińczykami. Jadali również mięso zajęcy i jeleni. Podobno żyła tu jakaś gigantyczna odmiana jelenia oraz najrozmaitsze gatunki ptactwa wodnego. Rzeczywiście, kiedy jesień otuliła całą krainę ciepłymi barwami i mijały kolejne miesiące, Chińczycy zrozumieli, że miejsce to było tak obfite w różnorodne pożywienie, że nie było potrzeby uprawiania ziemi, co w Chinach było koniecznością. Pomimo sprzyjających warunków żyło tam jednak niewielu ludzi — była to jedna z wielu tajemnic wyspy.

Polowania Miwok były wielkimi, całodniowymi wydarzeniami, odbywającymi się na wzgórzach. Czasem zapraszano na nie również Kheima i Jego ludzi. Miwok używali lekkich i słabych łuków, aczkolwiek świet-nie się nimi posługiwali. Kheim nakazał zostawić na statku kusze i broń. Armaty pozostały odsłonięte, lecz nie musieli się z nich tłumaczyć, gdyż żaden tubylec o nie nie zapytał.

Na jednym z polowań Kheim i I-Chin poszli za przywódcą, Ta Ma, i za innymi Miwok w górę przecinającego wioskę strumienia, na strome wzgórza. Dotarli na wysoko położoną polanę, z której na zachód rozciągał się widok na ocean. Zatoka leżała na wschód od polany, a za nią można było dostrzec kolejne pasma zielonych wzgórz.

Polanę przy strumieniu otaczały bagna, wyżej rosły trawy, poprzetykane skupiskami dębów i innych drzew, o szeroko rozpostartych koronach. W obniżeniu terenu znajdowało się jezioro. Na niebieskiej powierzchni wody unosiła się biała łata ogromnej kolonii dzikich gęsi, które podniosły wrzawę, czując niebezpieczeństwo. Całe stado wzbiło się naraz w powietrze, grupki ptaków kołowały, dzieliły się i z powrotem łączyły, przelatując nad myśliwymi i gęgając. W powietrzu rozchodził się donośny trzepot wielu setek skrzydeł.

Mężczyźni w zachwycie przyglądali się widowisku. Kiedy gęsi odleciały, od razu spostrzegli, co je spłoszyło. Do wodopoju zbliżało się kilka ogromnych jeleni. Osobniki o masywnym i rozłożystym porożu patrzyły na ludzi z drugiego brzegu jeziora, były czujne, lecz nie zniechęcały się.

Na chwilę wszystko zastygło w bezruchu.

W końcu jelenie wycofały się. Rzeczywistość znów się obudziła.

— Wszystkie czujące istoty — mruknął pod nosem I-Chin, który przez większość czasu intonował półgłosem mantry. Kheim nie lubił tracić czasu na czczą gadaninę, lecz teraz, kiedy posuwali się naprzód i przemierzali wzgórza, polując i spotykając co rusz bobry, przepiórki, zające, lisy, mewy, wrony, jelenie czy niedźwiedzicę z dwojgiem małych i czające się stworzenie z łysym ogonem, wyglądające jak skrzyżowanie lisa z wiewiórką i wiele, wiele innych jeszcze dziwniejszych stworzeń, słowem, cały świat zwierząt, żyjący pod milczącym niebem w idealnej harmonii z ziemią, kwitnącą z wnętrza samej siebie, której tylko niewielką część stanowili ludzie, zaczął czuć się nieswojo. Zrozumiał, że mówiąc dotychczas „rzeczywistość”, miał na myśli Chiny — to Chiny były dla niego rzeczywistością. Tajwan, Mindanao i inne wyspy były zaledwie ścinkami lądu, marnymi resztkami. Chiny natomiast wydawały mu się całym światem. Chiny znaczyło lud. Chiny, rozbudowane, uprawiane i rozparcelowane ha na ha — świat stworzony przez człowieka. Kheim nigdy sobie nie wyobrażał, że gdzieś tam daleko mógł istnieć świat w naturalnej postaci, świat całkiem inny od stworzonego ręką człowieka. Tutaj właśnie, na własne oczy widział naturalną krainę, pełną najrozmaitszej zwierzyny, a do tego o wiele większą niż Tajwan, większą nawet niż Chiny, większą niż cały świat, jaki dotychczas znał.

— Gdzie my wylądowaliśmy na tym bożym świecie? — zapytał I-China.

— Dotarliśmy do źródła strumienia kwitnącej brzoskwini.

— Nadeszła zima. Dni były nadal ciepłe, lecz noce stały się zimniejsze. Miwok ofiarowali członkom załogi okrycia ze skór wydry morskiej, pozszywane skórzaną nicią. Nic tak przyjemnego w dotyku nie mieli chyba jeszcze nigdy w życiu na sobie. Płaszcze były niemal tak wytworne jak szaty Nefrytowego Cesarza. W czasie sztormu padało i chmurzyło się, zazwyczaj jednak było jasno i słonecznie. Aż trudno uwierzyć, że kraina leżała na tej samej szerokości geograficznej, co Bejing. Jak twierdził I-Chin, o tej porze roku byłoby tam nieznośnie zimno i wietrznie, dlatego marynarze chwalili sobie tutejszy klimat. Kheim nie mógł uwierzyć, kiedy tubylcy mówili, że tak właśnie wygląda u nich każda zima. Dzień przesilenia zimowego był równie słoneczny i ciepły co pozostałe. Miwok zaprosili Kheima i I-China do świątyni, małej, okrągłej budowli na kształt karłowatej pagody z zapadniętą podłogą. Całość konstrukcji porastała darń, której ciężar opierał się częściowo na pniach bujnie rozgałęzionych drzew, tworzących swoiste rusztowanie całej budowli. Wnętrze przypominało jaskinię. Mrok rozświetlało ognisko i promienie słońca wpadające przez otwór kominowy w dachu, przebijające się przez dym. Mężczyźni mieli odświętne, pierzaste nakrycia głowy i gęste naszyjniki z muszli, łyskające ognistymi refleksami. Rozległy się bębny, tubylcy zaczęli tańczyć wokół ogniska, zmieniając się co jakiś czas. Dzień przeszedł w noc, a oni nie przestawali tańczyć. Otępiały Kheim pomyślał, że może już nigdy nie skończą. Starał się nie zasnąć, wyczuwał powagę chwili i nie chciał obrazić skupionych na rytuale gospodarzy, którzy wyglądali teraz jak zwierzęta, jakimi się żywili. Powracające na nieboskłon słońce obwieściło nadejście kolejnego dnia. Jednak opanowanie senności było wręcz niemożliwe. W końcu Kheim zebrał się w sobie, podniósł się na nogi i dołączył do młodszych tancerzy, którzy zrobili mu miejsce między sobą. Toczył się teraz z wolna za nimi na swoich pałąkowatych, koślawych i falujących jak ocean nogach. Tańczył i tańczył, aż w końcu poczuł, że brak mu sił, i opadł bezwładnie w kąt świątyni, aby obudzić się dopiero późnym rankiem. Niebo było już całkiem jasne, a słońce powoli wyłaniało się zza wzgórz, okalających zatokę od wschodu. Gromada niezamężnych, młodych kobiet poprowadziła wesołą grupę lekkonogich tancerzy i bębniarzy do loży parowej. Będąc całkowicie oszołomionym, Kheim zauważył, jak piękne były to kobiety — wyjątkowo silne, zdrowe i rześkie, tak jak i mężczyźni. Miały bose stopy i błyszczące oczy, byty życzliwe i nieskrępowane, serdecznie uśmiechały się do zmęczonych mężczyzn. W łaźni parowej pomogły im zdjąć cudaczne nakrycia głowy i odświętne stroje. Kheim usłyszał coś, co brzmiało jak sprośny komentarz pod jego adresem, lecz całkiem możliwe, że były to tylko jego imaginacje wynikające z pożądania. Rozpalone powietrze, lejący się pot i niezręczny nur do chłodnego strumienia w jednej chwili przywrócił mu trzeźwość myśli i świadomość rozpoczynającego się dnia. To wszystko wyostrzyło jego wrażliwość na ponętność kobiet. Nie pamiętał, aby kiedykolwiek doświadczył w Chinach tak silnych wrażeń, mimo iż tam, w tawernach i oberżach niejeden zwiędnięty kwiatuszek potrafił zwabić marynarza. Zaduma, pożądanie i chłód strumienia zmyły z niego wycieńczenie. Położył się na słonecznej plaży i zasnął.

Wrócił już na okręt flagowy, kiedy przyszedł do niego I-Chin i przez zaciśnięte usta powiedział:

— Jeden z nich wczoraj zmarł. Zabrali mnie do niego, abym mu się przyjrzał. To ospa.

— Niemożliwe! Jesteś pewny?

I-Chin powolnie skinął głową. Miał tak ponury wyraz twarzy, jakiego Kheim jeszcze nigdy u niego nie widział. Khein cofnął się o krok.

— Musimy pozostać na statkach.

— Powinniśmy odpłynąć — powiedział I-Chin. — Sadzę, że to my przywlekliśmy ze sobą chorobę.

— Ale jak? Nikt w czasie rejsu nie miał przecież ospy.

— To prawda, ale żaden z tubylców nie ma śladów po ospie. Sądzę, że to dla nich nowa choroba. Niektórzy z nas przechodzili ją w dzieciństwie, co zresztą widać po twarzach Li i Penga, a Peng sypiał z jedną z tutejszych kobiet. Jej dziecko zmarło na ospę, a teraz ona jest chora.

— Nie może być!

— Niestety. Trudno. Dobrze wiesz, co się dzieje z dzikimi plemionami, kiedy pojawia się nowa choroba. Widziałem to w Aozhou. Większość umiera. Ci, którzy przeżyją, będą uodpornieni, mogą jednak przenosić chorobę dalej, na tych, którzy nie mieli z nią wcześniej kontaktu. Nie wiem wszystkiego, ale jest niedobrze.

Usłyszeli Bagatelkę, jak piszczała radośnie na głównym pokładzie, grając z marynarzami. Kheim wskazał na sufit kajuty i zapytał:

— A co z nią?

— Myślę, że możemy zabrać ją ze sobą. Jeśli wróci, na pewno umrze.

— A jeśli zostanie, to może zarazić się od nas.

— To prawda, lecz wtedy będę mógł ją przeprowadzić przez chorobę. Kheim zmarszczył czoło i w końcu rzekł:

— Zapasy wody i pożywienia są uzupełnione, przekaż załodze, że bierzemy kurs na południe, niech wszyscy przygotują się na wiosenną przeprawę z powrotem do Chin.

Zanim odpłynęli, Kheim zabrał Bagatelkę do łodzi, popłynął z nią w stronę brzegu i zatrzymał się w bezpiecznej odległości od plaży. Ojciec Bagatelki zauważył ich od razu i mówiąc coś w swoim języku, ruszył w ich stronę pośpiesznym krokiem, brodząc po kolana w spokojnych wodach odpływu, jego głos był ochrypły. Kheim zauważył wrzody na jego skórze, zacisnął dłonie na rękojeściach wioseł i odepchnął łódź nieco dalej.

— Co on mówi? — zapytał.

— Mówi, że ludzie chorują, że umierają. Kheim przełknął ślinę.

— Powiedz mu, że to my przywlekliśmy chorobę ze sobą. Spojrzała na niego tak, jakby właśnie przestała go rozumieć.

— Powiedz mu, że to my, że przez przypadek przywlekliśmy chorobę. Możesz mu to powiedzieć? Powiedz mu to!

Zadrżała, siedząc na dnie łodzi.

Nagle poniosła go złość i podniesionym głosem powiedział do przywódcy Miwok:

— To my przywlekliśmy tę chorobę. Przez przypadek! Ta Ma stał wpatrzony w niego.

— Bagatelko, proszę cię, powiedz mu coś, proszę! Dziewczynka podniosła głowę i krzyknęła do ojca w swoim języku.

Ta Ma zrobił dwa kroki w przód, wchodząc po pas w wodę. Kheim szarpnął wiosłami, oddalając się i klnąc. Był zły, lecz wokół nie było nikogo, na kogo mógłby się złościć.

— Musimy odejść! — krzyczał. — Odpływamy! Powiedz mu to! — krzyknął wściekle na Bagatelkę — powiedz mu!

Dziewczynka zawołała zrozpaczonym głosem w stronę Ta Ma. Kheim stanął w łodzi, kołysząc nią. Wskazał na swoją szyję, na serce, a potem na Ta Ma. Odgrywał cierpienie, wymioty i śmierć. Wskazał na wioskę i przeciągnął nad nią dłonią, jakby wymazywał ją z tabliczki, następnie wskazał na Ta Ma i gestami pokazał mu, że oni również powinni odejść, że cała wioska powinna się przeprowadzić i rozproszyć, nie iść do mnych wiosek, lecz na wzgórza. Wskazał na siebie i dziewczynę, udał, że wiosłuje i odpływa w dal. Wskazał na dziewczynkę pokazując, że jest szczęśliwa, że się bawi i dorasta, lecz cały czas zgrzytał przy tym zębami.

Ta Ma najwyraźniej nie zrozumiał tego kalamburu. Wyglądał na zdezorientowanego i coś jeszcze krzyknął.

— Co on powiedział?

— Zapytał, co robimy dalej? Kheim machnął w jego stronę, nakazując rozproszenie.

— Uciekajcie! — krzyknął donośnie. — Powiedz im, żeby stąd uciekali, żeby się rozproszyli!

Płaczliwym tonem powiedziała coś do ojca. Ta Ma odpowiedział jej.

— Co powiedział, Bagatelko, możesz mi powiedzieć?

— Powiedział, żegnajcie. Mężczyźni wymienili spojrzenia. Bagatelka spoglądała wystraszona to na jednego, to na drugiego.

— Odejdźcie na dwa miesiące! — krzyknął Kheim, wiedząc, że robi to na próżno, nadal jednak mówił. — Zostawcie chorych i rozproszcie się. Później znów możecie się zejść, choroba po raz drugi nie zaatakuje! Uciekajcie. Zabierzemy ze sobą Bagatelkę, będzie z nami bezpieczna, na statku wśród ludzi, którzy wcześniej nie chorowali. Zaopiekujemy się nią! Uciekajcie!

W końcu zamilkł.

— Powiedz mu, co powiedziałem — rozkazał Bagatelce, która już tylko łkała i pochlipywała skulona na dnie łodzi. Kheim dopłynął do okrętu. Wypłynęli z zatoki przez wielką cieśninę i wzięli kurs na południe.

Przez trzy dni od wyjścia w morze Bagatelka gorzko płakała, później jadła z żarłocznym apetytem, a na koniec mówiła już tylko po chińsku. Kheim czuł ukłucie w sercu za każdym razem, kiedy na nią patrzył, i zastanawiał się, czy dobrze zrobili, zabierając ją ze sobą. Najprawdopodobniej umarłaby, gdyby ją zostawili, przypominał mu I-Chin, lecz Kheim nie był do końca przekonany. Szybkość, z jaką dziewczynka przystosowywała się do nowego życia, wywoływała w nim coraz większy niepokój. Więc teraz w taki sposób mieli zaczynać od nowa? Tacy twardzi i nieczuli, z tak krótką pamięcią? Zdolni wślizgnąć się w każde podsunięte życie? Czuł się bardzo nieswojo, widząc, co się działo z dziewczynką. Po jakimś czasie zameldował się u niego jeden z oficerów: — Penga nie ma na pokładzie żadnego z okrętów. Według załogi, popłynął na brzeg i został z nimi.

Bagatelka wkrótce zachorowała. I-Chin odizolował ją na dziobie okrętu flagowego, w przewiewnym gniazdku pod bukszprytem i ponad złotym popiersiem Tianfei. Spędził wiele godzin, opiekując się nią i przeprowadzając ją przez wszystkie sześć etapów choroby. Od wysokiej gorączki i zmiennego pulsu większego jang, poprzez mniejsze jang i słoneczne jang, objawiające się chłodem i gorączką występującymi naprzemiennie, aż po większe jin. Wtedy badał jej puls co zmianę warty, sprawdzał oznaki życiowe, przecinał niektóre pęcherze i dozował medykamenty z różnych słojów. Przeważnie używał mikstury zwanej Darem Boga Ospy, na którą składał się sproszkowany róg nosorożca, śnieżne robaki z Tybetu, skruszony jadeit i perła. Czasem, kiedy wpadała w krańcowe jin i była bliska śmierci, podawał jej minimalne dawki arszeniku. Postęp choroby w jej przypadku nie wyglądał, według Kheima, na zwykłą ospę, mimo to marynarze i tak składali specjalne ofiary bogu ospy, palili kadzidła i papierowe pieniądze w niewielkich kapliczkach, które wznieśli na każdym z ośmiu okrętów. Nieco później I-Chin stwierdził, że żegluga po otwartym oceanie odgrywała kluczową rolę w jej powrocie do zdrowia. Jej ciało złożone w szerokim hamaku kołysało się w rytm fali głębinowej, z którą zharmonizował się też jej puls i oddech. Naliczył cztery oddechy i sześć trzepotliwych uderzeń serca na każdą falę. Takie zestrojenie z żywiołami było niezwykle pomocne. Słone powietrze dodawało jej ki, dzięki czemu miała mniej obłożony język. Czasem dawał jej kilka łyżek oceanicznej wody oraz tyle, ile tylko chciała, wody słodkiej, zaczerpniętej niedawno z jej rodzinnego strumienia. W końcu odzyskała siły i wyzdrowiała, a ospa nie zostawiła na jej ciele śladów, jeśli nie liczyć kilku blizn na plecach i szyi.

Cały czas żeglowali wzdłuż wybrzeża kolejnej wyspy, na którą natrafili, i z każdym dniem ich zdumienie rosło, gdyż stale nie mogli dopłynąć do jej południowego krańca. Jeden przylądek wyglądał tak, jakby tuż za nim miał być zakręt, lecz kiedy go minęli, ujrzeli ląd, ciągnący się miękkim lukiem na południe. Dalej napotkali jeszcze kilka spalonych słońcem, bezludnych wysp, a jeszcze dalej na południe dostrzegli na plażach wiejskie zabudowania. Wiedza, jaką posiadali, wystarczyła do zidentyfikowania specyficznych budowli, będących połączeniem łaźni i świątyni. Kheim trzymał flotę z daleka od brzegu, pozwolił jednak zbliżyć się jednemu z tubylczych kanoe. Próbowali rozmawiać z miejscowymi za pośrednictwem Bagatelki, lecz nie mogli się porozumieć, więc Kheim odegrał przed nimi głupkowatą pantomimę, udając chorobę i niebezpieczeństwo, po czym tubylcy oddalili się, pracując pośpiesznie wiosłami.

Płynęli teraz pod prąd, nadchodzący z południa. Był to łagodny prąd, a wiatr nieustannie wiał z zachodu. W tym miejscu świetnie brały ryby. a wędkowaniu sprzyjała letnia pogoda. Każdy kolejny dzień był podobny do poprzedniego i do następnego, ląd znów odbił na wschód, a później z powrotem na południe i było tak przez większość drogi do równika. Minęli wielki archipelag niskich wysp, z dobrymi miejscami do zakotwiczenia, ze słodkowodnymi strumieniami, z ptactwem o niebieskich łapach.

W końcu dopłynęli do stromo wznoszącego się wybrzeża, za którym widniały ośnieżone szczyty wulkanów, podobne do tych na Fudżi, lecz dwa lub trzy razy większych. Pięły się strzeliście w niebo, ponad urwistym, nabrzeżnym łańcuchem górskim, który również imponował wysokością. Widząc te gigantyczne formy krajobrazu, zaczęli się zastanawiać, czy aby na pewno natknęli się na wyspę.

— Jesteś pewny, że to nie Afryka? — zapytał Kheim I-China.

— Może i Afryka. Może ludzie, jakich zostawiliśmy na północy, to ostatni ocaleli mieszkańcy Fulanu, którzy z konieczności cofnęli się do prymitywnego trybu życia. A może to jest rzeczywiście zachodnie wybrzeże świata, a my w nocy lub we mgle wpłynęliśmy na jego wewnętrzne morze. Nie sądzę jednak, aby tak było.

— W takim razie, gdzie jesteśmy?

I-Chin pokazał Kheimowi, gdzie według niego mogli się znajdować. Wyciągnął długi zwój map i wskazał ręką na część wschodnią, poza margines końcowy, tam, gdzie na pergaminie była pusta przestrzeń. Następnie wyciągnął zwój z mapą zachodniej części świata.

— Spójrz, od zachodniej strony Fulan i Afryka wyglądają tak. Muzułmańscy kartografowie zwracają uwagę na wszystkie szczegóły, a Hsing Ho wyliczył, że świat ma około siedemdziesięciu pięciu tysięcy li obwodu. Jeśli ma rację, to przepłynęliśmy dotychczas połowę, a może i mniej z całego dystansu przez Dahai do Afryki i Fulanu.

Może zatem się pomylił? Może ląd zajmuje więcej miejsca albo może świat jest mniejszy?

— Ale jego metoda była dobra. Sam dokonałem niezbędnych pomiarów geometrycznych podczas wyprawy na Moluki i okazało się, że miał rację.

— Spójrz! — powiedział Kheim, wskazując na rozciągający się przed nimi górski krajobraz. — Jeśli to nie jest Afryka, to co?

— Jakaś wyspa. Jakaś duża wyspa, na odległych wodach Dahai, gdzie nikt wcześniej nie dopłynął. Następny świat, taki jak nasz zachodni, całkiem prawdziwy, wschodni świat.

— Wyspa, do której nikt jeszcze nie dopłynął? O której nikt wcześniej nie słyszał? — Kheim nie mógł w to uwierzyć.

— I co w tym dziwnego? — Powiedział I-Chin. — Czy ktoś wcześniej był tu przed nami, wrócił i opowiedział nam o tym miejscu?

— My też jeszcze nie wróciliśmy — Kheim złapał go za słowo.

— To prawda i nie ma żadnej gwarancji, że wrócimy. Może było tak, że Hsu Fu dotarł tutaj i próbował wrócić, lecz nie powiodło mu się. Może właśnie na tym brzegu spotkamy jego potomków?

Zbliżając się w stronę wielkiego lądu, dostrzegli nabrzeżne miasto. Nie było to nic wielkiego w porównaniu z ich portami, ale wyróżniało się rozmiarami od wiosek, które mijali na północy. Miasto miało złocistą barwę, a w oddali, z jego centralnej części wyrastało kilka większych budowli z dachami pokrytymi lśniącymi arkuszami kutego złota. Tam z pewnością nie mieszkali Miwok!

Podpłynęli w stronę brzegu, czujnie i w napięciu. Działa naładowali i wycelowali. Zdziwił ich widok prymitywnych łodzi powciąganych na plażę, rybackich kanoe, jakie niejeden z nich widział na Molukach. Byty przeważnie dwudziobowe, zrobione ze skręcanej w pęki trzciny. Brakowało broni, żagli, kei i doków, był jedynie długi pirs, najwyraźniej pływający, zakotwiczony daleko od plaży. Czuli nieskrywane zakłopotanie, widząc przepych na lądzie, w postaci złoconych dachów, w połączeniu z tak ubogim nabrzeżem. I-Chin rzekł:

— Zapewne osiedlił się tu jakiś lud, mieszkający pierwotnie w głębi lądu.

— Sądząc po wyglądzie tych budynków, myślę, że mamy szczęście.

— Tak pewnie wyglądałoby wybrzeże Chin, gdyby nie upadła dynastia Han. To dziwne, lecz nawet mała wzmianka o Chinach przynosiła ukojenie. Po chwili wszyscy podziwiali szczegóły miasta.

— O! To wygląda jak Cham. Albo:

— Tak budują jak na Sri Lance — i tym podobne.

Choć krajobraz wyglądał egzotycznie, to coraz silniej odczuwali, jeszcze zanim dostrzegli na brzegu gapiących się na nich ludzi, że to właśnie ludzie, a nie ptaki czy małpy, mieszkali w tym mieście.

Choć nie wierzyli, aby posługiwano się tu ojczystym językiem Bagatelki, to wzięli ją ze sobą na brzeg w największej łodzi. Karabiny skałkowe i kusze ukryli pod siedzeniami, a Kheim stał na dziobie i wykonywał przyjazne gesty powitalne, które doskonale sprawdziły się w przypadku plemienia Miwok. Następnie poprosił Bagatelkę, aby pozdrowiła ich pokojowo w swoim języku, co uczyniła. Zgromadzony na plaży tłum przyglądał się z zaciekawieniem, niektórzy ludzie, wystrojeni w korony z piór, przemówili, lecz nie był to język Bagatelki ani żaden inny, znajomy.

Wymyślne nakrycia głowy noszone przez część ludzi z tłumu przypominały Kheimowi atrybuty wojskowe. Rozkazał odpłynąć od brzegu na kilka uderzeń wiosłami i przyjrzeć się im uważnie, w poszukiwaniu luków, włóczni czy innej broni. Coś w ich wyglądzie zdradzało niebezpieczeństwo zasadzki.

Nic złego się jednak nie stało. Wręcz przeciwnie, kiedy następnego dnia popłynęli w stronę brzegu, na plaży było obecne spore zgromadzenie ludzi w pierzastych nakryciach głowy i w tunikach w kratę. Wszyscy już z daleka bili pokłony do samej ziemi. Nieco zmieszany Kheim nakazał zejść na ląd, zachowując czujność i gotowość bojową. Wszystko poszło dobrze — komunikacja za pomocą gestów i szybkie lekcje podstaw języka. Nie wiedzieć czemu, autochtoni traktowali Bagatelkę, jakby to ona była przywódcą gości, ich talizmanem albo kapłanką. Ewidentnie otaczali ją czcią. Pantomimiczną rozmowę chińczycy prowadzili głównie ze starszym mężczyzną w pierzastej koronie, z której zwisała grzywka, zasłaniająca czoło. Ponad piórami błyszczała metalowa odznaka. Porozumiewali się w serdecznej atmosferze, zaciekawieni i pełni dobrej woli. Poczęstowali marynarzy ciastkami z treściwej, grubo mielonej mąki i ogromnymi bulwami, które gotowali i jedli, oraz słabym, kwaśnym piwem. Załodze ofiarowano stos starannie tkanych koców, bardzo ciepłych i miękkich, zrobionych z wełny owiec, wyglądających jak krzyżówki owiec z wielbłądami. Najwyraźniej był to jakiś zupełnie inny gatunek zwierzęcia, nieznany Chińczykom.

W końcu Kheim poczuł się na tyle pewnie, że przyjął od tubylców zaproszenie do złożenia wizyty lokalnemu królowi czy cesarzowi. Władca mieszkał w ogromnym pałacu na szczycie wzgórza, poza granicami miasta. Ze złotym dachem przypominał świątynię. To wszystko przez złoto, uświadomił sobie Kheim, i kiedy przygotowywał się do drogi, czuł się coraz bardziej nieswojo. Naładował krótki karabinek skałkowy i ukrył go w naramiennej torbie, wciśniętej za pazuchę i przykrytej połą płaszcza. Przed wyjściem przekazał I-Chinowi wszystkie niezbędne instrukcje dotyczące przeprowadzenia ewentualnej akcji posiłkowej. Wyruszyli — Kheim, Bagatelka i tuzin największych marynarzy z okrętu flagowego dali się poprowadzić tłumowi miejscowych, ubranych w kraciaste tuniki.

Podążali szlakiem do góry, wśród pól i domostw. Kobiety pracujące w polu nosiły dzieci przypasane chustami do niewielkich desek na plecach, inne przędły wełnę, przechadzając się. Krosna rozpinali na linach przywiązanych do gałęzi drzew, co dawało im odpowiedni naciąg tkaniny — Wyglądało na to, że stosowali jedynie kraciaste wzornictwo, w czerni i w jasnym brązie, a czasem w czerni i czerwieni. Na ich polach, z dala od terenów zalewowych przy rzece, stały prostokątne kopce, w których najprawdopodobniej uprawiali bulwy. Kopce też stały w wodzie jak pola ryżowe. Wszystko było podobne, a jednak inne. Złoto wydawało się tu tak powszechne, jak żelazo w Chinach, a z drugiej strony, nie widzieli tu jeszcze nic z żelaza.

Górujący nad miastem pałac byt ogromny, o wiele większy niż Zakazane Miasto w Benjing, i składał się z wielu sześciennych budynków, ustawionych w sześcienne wzory. Wszędzie obowiązywał wzór z ich tkanin. Na dziedzińcu przed pałacem stały kamienne cokoły, na których wyryto wizerunki ptaków i zwierząt połączonych ze sobą i pomalowanych w pstrokate barwy, od których Kheima rozbolały oczy. Zastanawiał się, czy te dziwne stworzenia z cokołów rzeczywiście zamieszkują tutejsze odludzia, czy też są jedynie tutejszą wersją smoka i feniksa. Widział dużo miedzi, brązu i mosiądzu, lecz najwięcej złota. Strażnicy stojący w rzędach wokół pałacu dzierżyli długie włócznie o złotych grotach. Ich tarcze również były złote — stanowiły wspaniałą dekorację, bez praktycznego zastosowania. Wrogowie tego ludu pewnie także nie znali żelaza.

Wewnątrz pałacu poprowadzono ich do przestronnego pomieszczenia, którego jedna ściana otwierała się na dziedziniec, a trzy pozostałe pokryte były złotem. W tym miejscu rozłożono koce, na które zaproszono Kheima, Bagatelkę i marynarzy.

Do pokoju wszedł władca. Wszyscy ukłonili się i usiedli na ziemi. Władca zasiadł na kraciastej tkaninie, tuż obok gości, i powiedział coś uprzejmym głosem. Był przystojnym mężczyzną koło czterdziestki, o białych zębach, wydatnych kościach policzkowych i szerokim czole, pod którym jaśniały bystre oczy. Nosił złotą koronę, ozdobioną małymi, złotymi główkami, dyndającymi w okrągłych otworach wyciętych na obwodzie — wyglądały jak głowy piratów widniejące na wrotach do Hangzhou.

Ten detal wyraźnie zaniepokoił Kheima, który aż poprawił broń pod płaszczem i zaczął się nerwowo rozglądać. Nic innego nie budziło w nim podejrzeń. Co prawda stało tam kilku przysadzistych mężczyzn — najwyraźniej przyboczna gwardia władcy, gotowa rzucić się na nich w każdej chwili, jeśli tylko coś by ich wystraszyło, lecz to pewnie były zwykłe środki bezpieczeństwa, jakich używali w przypadku wizyty obcych gości.

Pojawił się kapłan w pelerynie z błękitnych piór i odprawił przed władcą ceremonię, po czym zasiedli do długiej uczty. Jedli mięso podobne do baraniny, warzywa i puree o nieznanym Kheimowi smaku. Pili słabe piwo, skusili się też na prawdziwie ognistą brandy. W końcu Kheimowi zaszumiało w głowie, rozejrzał się i stwierdził, że z jego załogą jest jeszcze gorzej. Bagatelce żaden z przysmaków nie podchodził, zjadła i wypiła bardzo mało. Na dziedzińcu jacyś mężczyźni zaczęli tańczyć do rytmu bębnów i trzcinowych piszczałek. Całość przypominała nieco muzykę koreańską, co bardzo zastanowiło Kheima. Może przodkami tych ludzi byli zniesieni przez Kuroshio marynarze, którzy wylądowali tutaj wieki temu? Kilka zabłąkanych statków, których załoga zasiedliła tę ziemię wiele dynastii wstecz, mogło dać początek złotemu miastu. Doprawdy, muzyka brzmiała jak echo minionych wieków. Któż to jednak mógł wiedzieć? Porozmawia na ten temat z I-Chinem, kiedy wrócą na statek.

O zachodzie słońca Kheim wyraził chęć powrotu na pokład. Władca tylko spojrzał na niego, skinął na kapłana i wstał. Wszyscy obecni ukłonili się, po czym władca opuścił pokój.

W chwilę po jego wyjściu Kheim chwycił za rękę Bagatelkę i spróbował wyjść tą samą drogą, którą ich tu prowadzono (choć nie był do końca pewny, czy ją dobrze zapamiętał), lecz strażnicy skrzyżowali złote groty włóczni, robiąc to tak ceremonialnie, jakby była to kolejna figura ich tańca. Kheim odegrał niezadowolenie, co w tej sytuacji było dość proste, i pokazał, że Bagatelka będzie bardzo smutna i zła, jeśli nie wróci na statek. Strażnicy pozostali niewzruszeni.

No i stało się. Kheim przeklinał samego siebie za opuszczenie plaży pod eskortą tak dziwnych ludzi. Pod płaszczem wymacał rękojeść pistoletu, mógł oddać tylko jeden strzał. Najwyraźniej trzeba było liczyć na akcję ratowniczą I-China. Dobrze, że nalegał, aby lekarz ubezpieczał tyły. Tylko on, według Kheima, mógł najlepiej zorganizować taką operację.

Porwani spędzili noc stłoczeni razem na kocu w otoczeniu strażników, którzy nie zasypiali, lecz zabijali czas żując zielone liście, wyciągane z naramiennych toreb, zatkniętych w fałdach kraciastych tunik. Stale zachowywali czujność, wpatrując się w przybyszów błyszczącymi oczyma. Kheim przysunął się do Bagatelki, która wtuliła się w niego jak kot. Zrobiło się zimno. Kheim zebrał wszystkich, aby skupili się razem i ogrzewali dziewczynkę, jeśli nie dotykiem, to choć ciepłą bliskością swoich ciał.

O świcie znów odwiedził ich władca, ubrany tym razem jak olbrzymi paw lub feniks. Towarzyszyły mu kobiety, których piersi zasłonięte były złotymi stożkami o kształcie łudząco przypominającym prawdziwy biust, z rubinami w miejscu sutków. Widok kobiet zrodził w Kheimie absurdalną myśl, że na pewno nic złego im się nie stanie. Wtem do pokoju wkroczył wysoki kapłan w pelerynie, a z nim zamaskowana, kraciasta postać, której rozłożyste nakrycie głowy pobrzękiwało w powietrzu mnóstwem miniaturowych, złotych czaszek. Prawdopodobnie, bóstwo śmierci przybyło dokonać egzekucji, pomyślał Kheim i wniosek ten wzniósł go na wyższy stopień świadomości; teraz widział wyraźnie, źe arkusze złota, spływające bielą w słońcu, że wszystkie przestrzenie, które przemierzali, posiadały dodatkowy wymiar pewnej głębi i spoistości. Ludzie z kraciastego plemienia byli tak samo żywi, kolorowi i namacalni jak demony tańczące na świątecznych paradach.

Wyprowadzono ich na zewnątrz w mgliste, blade światło poranka, by skierować się na wschód. Przez cały ten i następny dzień pięli się pod górę, Kheim dyszał, zmęczony wspinaczką, i wchodząc na kolejny grzbiet, spoglądał zdumiony za siebie, w dół, na morze, wyglądające, jak ogromna, niebieska plama, niesłychanie gładka i jakże odległa. Nigdy by nie pomyślał, że kiedykolwiek wejdzie tak wysoko nad powierzchnię oceanu. Czuł, jakby unosił się w przestrzeni. Przed nimi, na wschodzie, wyrastały jeszcze większe wzniesienia, a w niektórych miejscach, poprzez przełęcze między nimi można było dostrzec ośnieżone wierzchołki wulkanów, wielokrotnie większych od Fudżi.

W ich kierunku zmierzali. Karmiono ich dobrze i podawano gorzką jak piołun herbatę, a później przy akompaniamencie piszczałek odprawiono rytuał, podczas którego ofiarowano im małe torebki z liśćmi herbaty. Były to te same zielone liście o postrzępionych krawędziach, które żuli strażnicy, pilnując ich podczas pierwszej nocy. Miały gorzki smak, lecz znieczulały gardło i krtań. Kheim czul się po nich znacznie lepiej. Liście były pewnego rodzaju środkiem pobudzającym, jak herbata czy kawa. Pozwolił je żuć Bagatelce i swoim ludziom. Poczuł niewielki wzrost siły w swoim układzie nerwowym, co dodało mu energii ki niezbędnej do obmyślenia planu ucieczki.

Nie wydawało się prawdopodobne, aby I-Chin zdołał przedrzeć się przez błotno-złote miasto i podążyć za nimi, Kheim jednak nadal nie mógł wyzbyć się tej nadziei, tej zapalczywej nadziei, jaką czul za każdym razem, kiedy spoglądał w twarz Bagatelki, wolną jeszcze od podejrzeń czy strachu. Dla niej był to kolejny etap podróży, która już chyba bardziej dziwna stać się nie mogła. Na razie wszystko ją interesowało, te feerie barw, złoto i góry. Wysokość, na którą się wspięli, najwyraźniej nie sprawiała jej żadnych problemów.

Kheim zaczął rozumieć, dlaczego chmury, które teraz znajdowały się pod nimi, powstawały raczej w zimniejszym i mniej zasolonym powietrzu niż ta ukochana słona zupa, którą zwykli oddychać na poziomie morza. Raz złapał w nozdrza zapach tamtego powietrza, a może był to zapach soli z jego włosów, zatęsknił za nim, jak spragniony tęskni za wodą. Spragniony powietrza! Przeszył go dreszcz na myśl o wysokości, na jaką zaszli. To jednak nadal nie byt koniec wspinaczki. Teraz szli ośnieżonym grzbietem. Szlak był dobrze wydeptany i lśnił porcelanową bielą. Rozdano im miękkie, skórzane buty na drewnianych podeszwach, wyłożone w środku futrem, a także grubsze tuniki i koce z otworami na ręce i głowę, wszystko w kunsztowną kratę. Na niektórych wzorach małe postaci wypełniały niewielkie kwadraty. Koc, który dostała Bagatelka, byt tak długi, że wyglądała w nim jak buddyjska mniszka. Utkano go z tak wyśmienitej przędzy, że gdy Kheim to zauważył, aż się przestraszył. Szło z nimi jeszcze jedno dziecko. Kheim miał wrażenie, że był to chłopiec, choć nie miał pewności. W każdym razie, strój dziecka przypominał kapłańską pelerynę.

Doszli do obozowiska zbudowanego z kamiennych płyt, poukładanych na śniegu. W zapadniętej części, pośrodku platformy rozpalili ogromne ognisko, a wokół niego rozbili kilka jurt. Porywacze rozsiedli się na swoich kocach i zjedli posiłek, po którym wypili kilka rytualnych czarek gorącej herbaty, piwa i brandy, odprawili ceremonię ku czci zachodzącego słońca, które zeszło teraz pod chmury i wpadało do oceanu. Byli już wysoko ponad chmurami, lecz nadal na wschodzie ponad nimi ogromny wulkan wbijał się w indygo nieba ośnieżonym szczytem, lśniącym teraz głębokim szkarłatem ostatnich chwil zachodu słońca.

Noc była mroźna. Kheim ogrzewał Bagatelkę, a strach budził go za każdym razem, kiedy się poruszyła. Czasem wydawało mu się, że dziewczynka przestawała oddychać, lecz po chwili znów brała wdech.

Obudzono ich o świcie. Kheim był wdzięczny za gorącą herbatę, solidny posiłek i kilka zielonych liści do żucia, mimo że te ostatnie otrzymali z rąk katowskiego bóstwa. Rozpoczęli wspinaczkę po stoku wulkanu, kiedy jeszcze wydawał się szarym, ośnieżonym stożkiem na tle białego, porannego nieba. Po zachodniej stronie leżał ocean, przykryty warstwą chmur, które co jakiś czas się rozrywały, ukazując daleko, daleko w dole wielką, niebieską plamę, która dla Kheima była jak rodzinne strony, jak wspomnienia z dzieciństwa.

Im wyżej wchodzili, tym było chłodniej i gorzej się szło. Śnieg pod stopami był zmrożony, a lodowe odpryski łyskały w słońcu i chrzęściły z każdym krokiem. Było oślepiająco widno, lecz nieliczne szczegóły i tak pozostawały w mroku. Czarno-niebieskie niebo, bury sznur ludzi. Kheimowi łzawiły oczy, a łzy mroziły mu policzki lub więzły w rzadkim, siwym zaroście. Szedł dziarsko pod górę, stawiając stopy w ślady strażnika idącego przed nim. Co jakiś czas sięgał z mozołem za siebie i chwytał dłoń Bagatelki, żeby przyciągnąć ją do siebie.

W końcu, kiedy zapomniał już oglądać się do góry, porzuciwszy dawno nadzieję na jakąkolwiek zmianę w krajobrazie, śnieżne zbocze z wolna przeszło w płaski teren. Nagie, czarne, postrzępione skały przebijały przez śnieg po lewej i po prawej stronie, a największe ich skupisko znajdowało się przed nimi. Wyżej nie było już nic.

Osiągnęli szczyt: szerokie i surowe skalne rumowisko, wyglądające jak spękane i zamarznięte błoto, zmieszane z lodem i śniegiem. W najwyższym punkcie tej wychłostanej wiatrem zmarzliny tkwiło kilka palików, między którymi rozpięto kolorowe wstęgi, flagi i proporce, jak w górach Tybetu. W takim razie może byli to Tybetańczycy? Kapłan w pelerynie, katowskie bóstwo i strażnicy zebrali się u podnóża skal. Ci ostatni musieli powstrzymać Kheima, który buntował się, kiedy dzieci zaprowadzono do kapłana. W końcu jednak cofnął się, dając do zrozumienia, że nie będzie stawiał oporu, i włożył dłonie pod tunikę, jakby chciał je ogrzać. Rzeczywiście, zmarzły na kość. Pod płaszczem wymacał rękojeść karabinku, naciągnął kurek i wyciągnął broń spod płaszcza, trzymając ją teraz tylko pod tuniką.

Dzieciom dano jeszcze trochę gorzkiej herbaty, którą zachłannie wypiły. Kapłan i jego słudzy, stojący twarzą do słońca, zaczęli śpiewać Pieśni, rozbrzmiały bębny, dudniące jak bolesny puls na dnie słabnących oczu Kheima. Bolała go głowa, a rzeczy dookoła przypominały cienie.

Na śnieżny grzbiet poniżej nich wspinało się szybko kilka postaci ubranych w kraciaste tuniki, lecz Kheimowi wydawało się, że wyglądają jak I-Chin i jego ludzie. W dole, daleko za nimi dostrzegł kolejną, pnącą się do góry grupę ludzi.

Serce waliło Kheimowi jak młotem, dudniło wewnątrz niego jak uroczyste rytmy bębnów. Katowskie bóstwo wyjęto złoty nóż z drewnianej, misternie rzeźbionej pochwy i poderżnęło gardło małemu chłopcu. Parującą w słońcu krew zebrano do złotej misy. Przy dźwięku bębnów, piszczałek i śpiewanych modłów ciało chłopca zawinięto w miękką, kraciastą tkaninę i złożono delikatnie wewnątrz szczytu, w skalnej szczelinie między dwiema olbrzymimi skałami.

Po chwili katowskie bóstwo i kaptan w pelerynie zwrócili się w stronę Bagatelki, która daremnie miotała się, chcąc uciec. Kheim wyciągnął spod tuniki broń, sprawdził krzemień, ujął pistolet w obie ręce i wycelował w bóstwo. Wykrzyknął coś i wstrzymał oddech. Straż ruszyła w jego stronę, bóstwo spojrzało mu w oczy, Kheim pociągnął za spust i pistolet wystrzelił, wyrzucając z lufy chmurę dymu i odrzucając Kheima dwa kroki w tył. Katowskie bóstwo runęło plecami w śnieg, krwawiąc obficie z krtani. Zloty nóż wypadł z otwartej dłoni.

Wszyscy pozostali gapili się ogłuszeni na bóstwo, nie wiedząc, co się stało. Kheim wymierzył w nich broń, a drugą dłonią wyjmował amunicję z torby na pasie. Na ich oczach załadował pistolet, wykrzykując groźnie raz po raz, od czego oni aż podskakiwali.

Przeładowawszy pistolet, wycelował w strażników, którzy upadali do tyłu, klękali bądź cofali się niemrawo. Teraz już widział wyraźnie I-China i marynarzy, pokonujących ostatni odcinek śnieżnego stoku. Kapłan w pelerynie odezwał się, na co Kheim wycelował w niego uważnie i strzelił.

Znów rozległ się głośny huk eksplozji, niczym piorun uderzający tuż przy uchu. Towarzyszyła mu smuga białego, gryzącego dymu. Kapłana rzuciło na ziemię, jakby powaliła go ogromna niewidzialna pięść, a błękitna peleryna zaplamiła się krwią.

Kheim przeszedł przez dym w stronę Bagatelki. Odebrał ją porywaczom, którzy teraz trzęśli się jak w febrze, i poniósł na rękach w dół szlaku. Była półprzytomna, bardzo możliwe, że podany jej napar był odurzający. W końcu spotkał I-China, który sapiąc, szedł na czele bandy marynarzy postawionych w stan gotowości bojowej, uzbrojonych w muszkiety i pistolety.

— Wracamy na statki! — rozkazał Kheim. — Strzelać do każdego, kto stanie wam na drodze.

Schodzenie było po stokroć łatwiejsze niż wspinaczka do góry. W tej łatwości kryło się jednak niebezpieczeństwo, gdyż nadal byli oszołomieni, na wpół oślepieni i tak zmęczeni, że poślizgiwali się i upadali coraz częściej. Ocieplało się, śnieg topniał pod ich stopami. Niosąc na rękach Bagatelkę, Kheim nie widział dokładnie, gdzie stąpa, ślizgał się więc i ciągle upadał. Kiedy szlak na to pozwalał, dwóch ludzi szło po jego bokach i podtrzymywało go, lecz pomimo wszystkich problemów, szło im się całkiem raźnie.

Za każdym razem, kiedy przechodzili przez górskie osady, wychodziły z nich tłumy ludzi. Kheim oddał Bagatelkę pod opiekę marynarzy, a sam szedł z uniesionym nad głowę pistoletem, aby wszyscy mogli go widzieć. Jeśli tłum niebezpiecznie się zbliżał, strzelał do mężczyzny w największym, pierzastym nakryciu głowy. Huk wystrzału przerażał gapiów o wiele bardziej niż nagła i krwawa śmierć ich kapłanów i przywódców. Kheim pomyślał, że może obowiązuje tu system, w którym władca co jakiś czas rozprawia się w podobny sposób z nieposłusznymi lokalnym watażkami. Większość tubylców paraliżował już sam władczy ton chińskiej mowy. Rozlegały się wybuchy, po których następowała śmierć, niczym od rażenia piorunem, co w tych górskich wioskach musiało zdarzać się dość często, ich mieszkańcy szybko zdali sobie sprawę, jakąż to sztukę posiedli Chińczycy — ujarzmili piorun.

Przekazawszy Bagatelkę swoim ludziom, Kheim kroczył ciężko na ich czele, przeładowując broń i strzelając do każdej napotkanej grupy. Czuł, jak rodzi się w nim euforia, potworna władza nad tymi prymitywnymi ignorantami, którzy nieruchomieli ze strachu na widok pistoletu. Teraz on był katowskim bóstwem, przechodził między nimi jak między marionetkami, którym odcięto sznurki.

Później tego samego dnia wysiał załogę po pożywienie do pobliskiej wioski. Posilili się i ruszyli dalej w dół, zatrzymując się dopiero w nocy. Schronili się w przestronnej stodole o ścianach z kamienia i drewnianym dachu, którą po samą krokiew wypełniały bele tkanin, ziarno i złoto. Marynarze omal się nie pozabijali, chcąc zabrać ze sobą wszystko, lecz Kheim pozwolił im wziąć po jednym przedmiocie na głowę, biżuterię lub pojedynczą złotą wlewkę.

— Jeszcze kiedyś tu wrócimy — mówił im — i będziemy bogatsi od samego cesarza.

Dla siebie Kheim wybrał niewielką, złotą figurkę kolibra.

Choć był skrajnie zmęczony, to i tak nie mógł się położyć, a nawet Przestać chodzić w kółko. Dręczyły go koszmary. Na wpół śpiąc, siedział przy Bagatelce, a przed świtem obudził załogę i ruszyli dalej, w dół zbocza, z naładowanymi karabinami, w pełnej gotowości. Kiedy zeszli nad brzeg, stało się oczywiste, że w nocy wyprzedzili ich zwiadowcy, którzy powiadomili mieszkańców niżej położonych wiosek o katastrofie na szczycie wulkanu. Grupa uzbrojonych mężczyzn blokowała skrzyżowanie tuż przed dużym miastem portowym. Wznosili okrzyki do rytmu bębnów, wymachiwali pałkami, tarczami, włóczniami i dzidami. Tubylcy mieli ogromną przewagę liczebną. Pięćdziesięciu ludzi, których zabrał ze sobą I-Chin, wychodziło naprzeciw czterystu, pięciuset lokalnym wojownikom.

— Rozwinąć szyk! — rozkazał Kheim — Maszerujemy drogą, prosto na nich. Śpiewajcie głośno Znów się upiłem na Wielkim Kanale, wyciągnijcie broń przed siebie, a kiedy powiem „stać”, zatrzymacie się i wycelujecie w przywódców — to ci z największą ilością piór na głowach. Na mój rozkaz, wszyscy naraz oddajecie strzał, a następnie przeładujcie, najszybciej jak umiecie, lecz nie strzelacie, dopóki nie usłyszycie mojej komendy. Kiedy powiem „ognia”, znów wystrzelicie, a później znów przeładujecie.

Pomaszerowali więc drogą, rycząc, ile sił w płucach, starą pijacką piosenkę. Po chwili zatrzymali się i oddali salwę. Ich karabinki skałkowe odniosły taki skutek jak kanonada ze wszystkich dział armatnich na raz. Wielu tubylców padło na ziemię i krwawiło, ci, którzy przeżyli, uciekali w popłochu.

Do zdobycia miasta portowego wystarczyła jedna salwa. Mogli je teraz obrócić w zgliszcza, zrównać z ziemią i zabrać, co tylko chcieli. Kheim jednak poprowadził ludzi ulicami najszybciej, jak się dało, każąc śpiewać im najgłośniej, jak tylko potrafili, aż w końcu dotarli bezpiecznie do plaży i do swoich łodzi. Nie musieli oddawać ani jednego strzału więcej.

Kheim podszedł do I-China i uścisnął mu dłoń.

— Wielkie dzięki — zwrócił się do niego oficjalnym tonem, tak aby wszyscy inni słyszeli. — Uratowałeś nas. Gdyby nie ty, złożyliby Bagatelkę w ofierze jak jagnię, a nas pozabijaliby jak muchy.

Kheimowi wydawało się całkiem logiczne, że tubylcy w końcu otrząsną się z szoku, a wtedy mogą stać się bardzo niebezpieczni, jak każdy motłoch. Nawet teraz w bezpiecznej odległości zbierał się tłum przyglądających się ludzi. Kiedy Bagatelkę i większość załogi przetransportowano na pokłady okrętów, Kheim ustalił z I-Chinem oraz z dowódcą zaopatrzenia, czego im jeszcze brakuje do rozpoczęcia rejsu powrotnego przez Dahai. Następnie po raz ostatni już zabrał ze sobą na brzeg dużą grupę najlepiej uzbrojonych marynarzy i po tym jak jego flota oddała armatnią salwę w stronę miasta, ruszyli na pałac, maszerując rytm bębnów i śpiewając głośno. W pałacu biegali po pokojach i korytarzach, łapiąc kapłanów i kobiety, próbujących uciec przez tylną bramę. Kheim zastrzelił jednego z kapłanów, a resztę kazał związać.

Następnie stanął przed kapłanami i wyraził gestami swoje żądania. W głowie nadal dudniło boleśnie i wciąż czuł radosne podniecenie wywołane zabijaniem. Zdumiał się, z jaką łatwością przyszło mu przekazanie gestami całkiem długiej listy żądań, Wskazał na siebie, na swoich ludzi, a następnie na zachód. Pokazał, jak jedna jego dłoń odpływa z wiatrem, który odgrywał drugą ręką. Następnie uniósł w górę pożywienie j torebkę z zielonymi liśćmi, wskazując, że tego właśnie im potrzeba. Pokazał, że mają przynieść wszystko na plażę. Podszedł do najwyższego rangą zakładnika i udał, że odwiązuje go i macha mu na pożegnanie. A jeśliby nie wrócili — wycelował pistolet po kolei w każdego z zakładników. Jeśli wszystko zostanie dostarczone, Chińczycy obiecali uwolnić ich i odpłynąć. Każdy z etapów komunikacji odgrywał patrząc zakładnikom głęboko w oczy i niewiele się odzywając, gdyż jak sądził, mogło to tylko zakłócić komunikację. Następnie kazał swoim ludziom uwolnić wszystkie kobiety i kilku mężczyzn bez piór na głowach, których wystano po żądane dobra. Wpatrując się w nich, był niemal pewny, że dokładnie rozumieli, czego od nich chciał.

Udali się z zakładnikami z powrotem na plażę i tam czekali. Tego samego popołudnia na jednej z głównych dróg pojawili się mężczyźni, niosący na plecach ogromne toboły. Złożyli dary na plaży i zaczęli się wycofywać, zwróceni twarzami w stronę Chińczyków. Suszone mięso, ciastka zbożowe, małe, zielone liście, złote dyski i ozdoby (choć Kheim o nie prosił), koce i bele miękkiej tkaniny. Patrząc na te wszystkie rzeczy rozłożone na plaży, Kheim czuł się jak surowy poborca podatkowy. Odczuwał też ulgę. Wiedział, że jego władza tutaj jest ulotna, jakby podtrzymywana przez magię, której nie rozumiał i której nie kontrolował. Mimo wszystko był zadowolony. Mieli wszystko, czego potrzebowali, by wrócić do domu.

Własnoręcznie odwiązał zakładników i pokazał, że mogą odejść. Każdemu z nich wcisnął w omdlewające dłonie po jednej kuli ze swojego karabinu.

— Kiedyś tu wrócimy — zwrócił się do nich — my lub jeszcze gorsi od nas. — Zastanowił się przez chwilę, czy ci ludzie, tak jak Miwok, mogliby zarazić się ospą. Jego marynarze spali przecież w pałacu na ich kocach.

Nie sposób tego stwierdzić. Tubylcy powoli odchodzili, potykając się, ściskając w garści ołowiane kule lub gubiąc je w piasku. Kobiety stały w bezpiecznej odległości, szczęśliwe, że Kheim dotrzymał obietnicy i wszystkich uwolnił. Admirał rozkazał ludziom wejść do łodzi. Powiosłowali w stronę okrętów, a następnie odpłynęli z ogromnej, górskiej wyspy.

Po tych wydarzeniach żegluga po Wielkim Oceanie wydawała im się bardzo swojska i spokojna. Dni płynęły swoim rytmem. Podążali za słońcem, na zachód, ciągle na zachód. Przez większość dni było słonecznie i gorąco. Później, przez miesiąc, każdego dnia zbierały się nad nimi gęste chmury, z których popołudniami spadał rzęsisty, szary deszcz. Burze trwały krótko. Potem wiał już tylko sprzyjający wiatr południowo-wschodni, który znacznie ułatwiał żeglugę. Wspomnienia marynarzy o wielkiej wyspie, będącej już daleko za nimi, jawiły im się niczym sny albo zasłyszane gdzieś legendy o krainie asurów. Gdyby nie obecność Bagatelki trudno byłoby im uwierzyć, że to wszystko przeżyli naprawdę.

Bagatelka bawiła na okręcie flagowym. Huśtała się na takielunku i wspinała po linach jak małpa. Na pokładzie byty setki mężczyzn, lecz obecność tej jednej małej dziewczynki zmieniała wszystko: żeglowali pod szczęśliwą gwiazdą. Pozostałe statki trzymały się blisko okrętu flagowego, gdyż wszyscy marynarze chcieli choć przez chwilę spojrzeć na nią albo nawet zaprosić na pokład, co czasem się zdarzało. Większość marynarzy wierzyła, że tak naprawdę to Bagatelka była boginią Tianfei, podróżującą z nimi i gwarantującą bezpieczeństwo; dlatego też żegluga powrotna szła sprawniej niż rozpoczęcie rejsu. Pogoda była łagodniejsza, powietrze cieplejsze, a w sieci wpadało więcej ryb. Po drodze minęli trzy niewielkie, bezludne atole. Zabrali ładunek orzechów kokosowych, miękiszu palmowego, a raz nawet wodę. Najważniejsze jednak było to, co Kheim czuł gdzieś głęboko w sobie, że orientowali się na zachód, z powrotem do domu, do znanego świata. Ciężko żeglowało się w kierunku wschodzącego słońca, trudno też odpływać od znanego świata.

Płynęli dzień za dniem. Słońce, wschodząc nad rufą, a zachodząc przed dziobem, ciągnęło ich za sobą — nawet ono pomagało, czasem nawet za bardzo. Mijał właśnie siódmy miesiąc i panował piekielny gorąc. Przez niemal cały następny miesiąc utrzymywała się bezwietrzna pogoda. Modlili się do Tianfei i musieli się zmuszać, aby nie spoglądać błagalnie na Bagatelkę.

Ta zaś bawiła się na takielunku, nie zważając na rzucane w jej stronę ukradkowe spojrzenia. Do tego czasu już dość dobrze mówiła po chińsku oraz nauczyła I-China swojego języka na tyle, na ile jeszcze go pamiętała. Każde słowo I-Chin zapisywał w słowniku, który, jak mniemał, mógł przydać się kolejnym ekspedycjom na nowo odkrytą wyspę. Opowiadał Kheimowi, dlaczego ta praca tak go ciekawiła. Zwykle, kiedy spisywał ze słuchu słowa języka miwok, używał chińskich ideogramów bądź ich kombinacji, o jak najbardziej zbliżonym brzmieniu. Oprócz tego, korzystając z dostępnej mu wiedzy źródłowej, zapisywał szczegółowe definicje poszczególnych słów. Oczywiście później, kiedy czytał ideogramy, będące zapisem fonetycznym, od razu dosłuchiwał się w nich chińskich znaczeń, w ten sposób cały język miwok stał się kolejnym zbiorem homonimów, który powiększał i tak ogromny ich zasób w języku chińskim. Wiele chińskich symboli religijnych i literackich opierało się na występującym całkowicie przypadkowo zjawisku homonimii, dzięki któremu utworzyły się znaczenia przenośne, na przykład mówiono: dziesiątego dnia miesiąca (shi) kamień obchodził urodziny (shi) albo ideogram czapli i kwiatu lotosu, lu i ljan, dzięki homonimii stał się nośnikiem przesłania: „Niech ścieżka twoja (lu) prowadzi cię zawsze ku górze (lian)”.

Symbol małpy usadowionej na grzbiecie drugiej małpy można odczytać jako: „Obyś z pokolenia na pokolenie ceniony był jak władca”. W ten sposób, słowa języka miwok oznaczające „wracać do domu” wyglądały dla I-China jak „wu ya”, „pięć kaczek”, a miwockie „pływać” jak „Peng-zu”, legendarny bohater, który żył osiemset lat. I-Chin więc podśpiewywał sobie „pięć kaczek płynie do domu, dopłyną tam za osiemset lat” albo „wyskoczę za burtę i stanę się Peng-zu”. Bagatelka słysząc to, pękała ze śmiechu. Inne podobieństwa między dwoma językami, na przykład w dziedzinie żeglarstwa, sprawiały, że I-Chin zaczął zastanawiać się, czy czasem flota Hsu Fu, podczas swojej ekspedycji na wschód nie dotarła w końcu do oceanicznego lądu Yingzhou i nie zostawiła tam po sobie kilku chińskich słów, jeśli już cokolwiek miałaby zostawić. Może ludzie z plemienia Miwok byli potomkami marynarzy z tamtej ekspedycji?

Część załogi zaczęła już mówić o powrocie na nowy ląd, do złotego królestwa na południu, o militarnym podporządkowaniu go sobie i przetransportowaniu całego złota do prawdziwego świata. Oczywiście nikt nie mówił, że to zrobi, czym można było ściągnąć na siebie nieszczeście, lecz raczej, że gdyby co do czego doszło, to kto wie. Inni marynarze przysłuchiwali się rozmowom, udając, że nic nie słyszą, gdyż dobrze wiedzieli, że jeśli Tianfei pozwoli im wrócić bezpiecznie do domu, wtedy już nikt nie namówi ich na kolejny rejs przez Dahai.

Po jakimś czasie na morzu zapanowała całkowita cisza. Wpłynęli na obszar oceanu, pozbawiony deszczu, chmur, wiatru i prądów — jak gdyby spadła na nich jakaś klątwa, może to z powodu tej próżnej gadaniny o złocie? Zaczęli się smażyć na słońcu. Wokół okrętów roiło się od rekinów, więc nie mogli się też wykąpać dla ochłody. Postanowili rozciągnąć między dwoma statkami żagiel i poczekać, aż opadnie nieco pod wodę, po czym wskoczyli do gotowego basenu, w którym ciepła woda sięgała im pod piersi. Kheim kazał Bagatelce założyć długą koszulę i też pozwolił jej wskoczyć. Zignorowanie jej życzenia na pewno zdziwiłoby i rozgniewało całą załogę. Okazało się, że dziewczynka pływa jak ryba. Ludzie traktowali ją jak boginię, a ona śmiała się, patrząc jak pluskają się w wodzie niby mali chłopcy. Robienie w końcu czegoś innego sprawiło wszystkim ogromną ulgę, niestety, żagiel nie wytrzymał naporu wody i ciągłego skakania i rozdarł się na pół.

Groziło im utkwienie w równikowym pasie ciszy. Wiedzieli, że niedługo skończy się woda, później jedzenie. Całkiem możliwe, że jakiś delikatny prąd nadal niósł ich na zachód, lecz I-Chin nie był optymistą.

— Bardziej prawdopodobne, że zabłąkaliśmy się w okolice środka wielkiego oceanicznego prądu okrężnego, to coś jakby oko cyklonu.

Następnie poradził, żeby kiedy tylko będzie to możliwe, płynąć z powrotem na południe i tam złapać odpowiedni wiatr i prąd. Kheim wyraził zgodę. Mimo to na morzu nadal panowała cisza. Ich obecna sytuacja przypominała pierwszy miesiąc wyprawy, teraz jednak nie pomagał im Kuroshio. Znów zaczęli rozważać możliwość opuszczenia wszystkich łodzi wiosłowych i odholowania okrętów, z tym że ich przysadziste dżonki były zbyt duże, aby napędzać je jedynie siłą ludzkich mięśni. Poza tym, jak stwierdził I-Chin, zdzieranie skóry z rąk marynarzy mogłoby być dla nich niebezpieczne, jako że i tak już byli odwodnieni. Nie pozostało nic innego, jak oczyścić i rozstawić w słońcu destylator do wody i zacząć racjonować pozostałą zawartość cystern. Oczywiście Bagatelce nie zmniejszono przydziału wody, bez względu na to, jak bardzo upierała się, że będzie robić tak jak wszyscy pozostali. Oddaliby jej ostatnią cysternę w całej flocie.

Po jakimś czasie I-Chin zaproponował, aby załoga zaczęła zbierać swój słomkowy mocz i mieszać go z resztkami wody w cysternach. Wtedy też na południu pojawiły się ciemne chmury i stało się jasne, że wkrótce problem braku wody zmieni się w problem jej nadmiaru. Zerwał się wiatr, chmury przemieszczały się nad ich głowami, a deszcz lał się strugami. Na cysternach zamontowano lejki i niemal od razu uzupełniono zapasy wody. Później musieli już tylko przetrwać sztorm. Jedynie takie duże dżonki jak ich były wystarczająco wysokie i zwrotne, aby przetrzymać długi i zapalczywy atak żywiołu. Osiem Wspaniałych Okrętów, które zdążyły wyschnąć na wiór i wyblaknąć w czasie ciszy morskiej, teraz pęczniało od deszczu i trzeszczało, a łączące je liny pękały lub wyrywały knagi z burt. Chcąc przetrwać sztorm, przemoknięci marynarze toczyli straceńczą walkę z kolejnymi przeciekami, naprawiali złamane drzewce, przybijali klepki i wiązali liny.

Fale były coraz wyższe, w końcu wszystkie statki tylko unosiły się i opadały na ogromnych, dymiących pagórach, przetaczających się z południa na północ w niespiesznym, acz nieubłaganym, a nawet majestatycznym tempie. Kiedy okręt flagowy wpływał na falę, cala załoga gwałtownie wzbijała się w powietrze, a pokład tonął w białych odmętach morskiej piany, wtedy też, przez krótką chwilę, mieli widok na chaos, panujący aż po sam horyzont, a w oddali dwa, a może trzy z pozostałych statków, podskakujące w różnych rytmach i zwiewane przez wiatr w głąb bezdennej topieli. Przez większą część sztormu mogli jedynie schować się w kajutach, przemoknięci i przerażeni, niezdolni do porozumienia się ze sobą w ogłuszającym ryku wiatru i fal.

Dotarłszy do apogeum sztormu, znaleźli się w rybim oczku, w tej dziwnej i złowieszczej ciszy, wokół której oszalałe fale przelewały się we wszystkie strony i rozbijały o siebie, wystrzeliwując w czarne powietrze potężne słupy spienionej wody. Cały czas otaczały ich ciężkie, niskie chmury, przysłaniające horyzont. Tak jak w symbolu jin-jang, wewnątrz wichrów znajdowały się okrągłe plamy ciszy. Wkrótce wichura uderzy z przeciwnej strony.

Uwijali się w wielkim pośpiechu, dokonując niezbędnych napraw i czując, jak zwykle w takich momentach, że jeśli przetrwali do połowy sztormu, pewno przeżyją do końca. Poprzez gęsty mrok Kheim przyglądał się najbliższemu okrętowi, który najwyraźniej wpadł w poważne kłopoty. Załoga, stłoczona przy burcie, wypatrywała tęsknie Bagatelki, a niektórzy nawet głośno ją wzywali. Byli przekonani, że jest im tak ciężko, gdyż dziewczynki nie ma z nimi na pokładzie. Kapitan zagrożonego okrętu krzyczał do Kheima, że po połowie sztormu będą chyba musieli ściąć maszty, aby uniknąć przewrotki, a inne załogi niech próbują je wyłowić, gdyż później mogą się przydać.

Po drugim uderzeniu tajfunu kłopoty pojawiły się również na okręcie flagowym. Silna boczna fala rzuciła Bagatelką o ścianę i wtedy już żaden mężczyzna na pokładzie nie potrafił ukryć przerażenia. Stracili z oczu pozostałe statki. Porywisty wiatr znów pruł i pienił ogromne fale, a ich spienione grzbiety załamywały się i spadały na pokład. Pękł ster i choć próbowali balansować, wychylając się jak najdalej za burtę, to jednak niewiele to zmieniało. Statek był teraz bezwładnym kadłubem, o którego burty uderzała każda przechodząca fala. Cała załoga walczyła o odzyskanie sterowności i uratowanie okrętu, niektórych marynarzy fale zmyły z pokładu, a inni zaplątali się w liny. I-Chin czuwał przy Bagatelce. Krzyknął do Kheima, że ma złamaną rękę i chyba żebra. Kheim spostrzegł, że dziewczynka z trudnością łapała oddech. Wrócił do walki o sterowność. W końcu zdecydowali się wyrzucić za burtę dryfkotwę, dzięki czemu statek szybko obrócił się przodem do wiatru, co na chwilę ich uratowało, lecz przelewające się ponad dziobem fale były zbyt potężnymi ciosami — cała załoga musiała dawać z siebie wszystko, aby woda nie zerwała włazów i nie zatopiła statku od wewnątrz. Wszystko odbywało się w atmosferze paraliżującego strachu o życie Bagatelki. Marynarze krzyczeli gniewnie, że powinno się o nią lepiej dbać, że to niewybaczalne, że stało się coś takiego. Kheim czuł na sobie ciężar odpowiedzialności.

Kiedy miał wolniejszą chwilę, przychodził do niej, do kabiny położonej najwyżej pod tylnym pokładem, i wpatrywał się błagalnym wzrokiem w I-China, który niestety nie mógł go pocieszyć. Kaszlała spienioną, ciemnoczerwoną krwią, którą I-Chin co jakiś czas odsysał jej z gardła za pomocą rurki wprowadzonej przez usta.

— Żebro przebiło płuco — powiedział krótko, nie spuszczając oczu z dziewczynki.

Bagatelka była przytomna, miała oczy szeroko otwarte, cierpiała, lecz nie skarżyła się. Zapytała tylko:

— Co się ze mną dzieje? — I-Chin oczyścił jej gardło z krwistej piany i powiedział jej to samo, co Kheimowi. Dyszała jak pies, szybko i płytko.

Kheim wrócił do wodnego chaosu panującego na pokładzie. Wiatr i fale wcale nie zelżały od ostatniego razu. Od dużych i małych problemów aż się roiło, rzucił się z wściekłością w wir pracy, mrucząc do siebie i krzycząc wściekle na bóstwa. Bez odzewu, na pokładzie i tak nic nie było słychać, chyba że krzyczało się prosto do ucha.

— Błagamy cię Tianfei! Zostań z nami! Nie opuszczaj nas! Pozwól nam wrócić do domu. Pozwól nam wrócić i powiedzieć cesarzowi, co dla niego znaleźliśmy. Pozwól żyć tej dziewczynce!

Przeżyli sztorm, lecz Bagatelka zmarła następnego dnia.

Tylko trzy okręty odnalazły się i zgrupowały na spokojnej tafli oceanu. Ciało Bagatelki zaszyto w męską togę, w którą zawinięto dwa złote dyski z górskiego imperium, a następnie spuszczono z burty w toń. Wszyscy marynarze płakali, nawet I-Chin, a Kheim z trudnością wypowiadał słowa modlitwy pogrzebowej. Do kogóż mieli teraz wznosić swoje modły? Nikt nie mógł uwierzyć, że po tym wszystkim, co przeszli, zwykły sztorm mógł zabić boginię mórz. Tak się jednak stało. Jej ciało znikało w falach, oddane w ofierze morzu, tak jak tamten mały chłopiec na wyspie został ofiarowany górze. Słońce czy dno oceanu — nie ma żadnej różnicy.

— Umarła, aby nas ocalić — powiedział krótko Kheim. — Oddała swego awatara w ręce boga sztormu, aby ten pozwoli nam przetrwać. Musimy kontynuować żeglugę i tym samym oddać jej cześć. Musimy wrócić do domu.

Naprawili więc statek na tyle, na ile mogli, i przetrwali kolejny miesiąc suszy. Był to najdłuższy miesiąc w trakcie całej ich podróży, a może nawet i w całym ich życiu. Wszystko się psuło, zarówno na statku, jak i w nich samych. Brakowało jedzenia i picia. Ich skórę i obręb ust szpeciły trudno gojące się rany. Mieli w sobie bardzo mało ki i z trudnością przyjmowali pozostałe resztki pożywienia.

Kheim przestał myśleć. Zauważył, że kiedy jego myśli stawały w miejscu, wtedy rzeczy dookoła robiły się same. Robota nie wymagała myślenia. Pewnego dnia pomyślał: zbyt dużego żagla nie da się wciągnąć na maszt. Innym razem zaś: co za dużo to niezdrowo. Za dużo to zbyt mato, zatem najmniej to najwięcej. W końcu zrozumiał, co rozumieli przez to daoiści. Podążaj właściwą drogą. Oddychaj miarowo. Poruszaj się w rytm fal. Morze nie wie, co to statek, statek nie wie, co to morze. Samoistne unoszenie się, równowaga w równowadze. Usiądź i nie myśl.

Niebo połączyło się z morzem. Wielki błękit. Nikt nic nie robił, nic się nie działo, żegluga odbywała się samoistnie. I w ten właśnie sposób, kiedy przepłynęli w końcu Dahai, nikt z załogi już się niczym nie zajmował.

Ktoś spojrzał na horyzont i dostrzegł wyspę. Okazało się, że to Mindanao, a dalej reszta archipelagu, Tajwan i wszystkie znajome urwiska prowadzące do wewnętrznych mórz. Trzy ocalałe Wspaniałe Okręty wpłynęły do portu Nanjing niemal dokładnie dwadzieścia miesięcy od wyjścia w rejs. Było to ogromną niespodzianką dla mieszkańców miasta, którzy myśleli, że flota Kheima już dawno połączyła się z Hsu Fu na dnie oceanu. Wszyscy oczywiście cieszyli się z powrotu do domu, a opowieściom o wielkiej i niesamowitej wyspie na wschodzie nie było końca.

Za każdym razem, kiedy Kheim spoglądał na twarze swoich marynarzy, dostrzegał w nich ból. Wiedział, że obwiniali go o jej śmierć. Nie miał więc większych wyrzutów sumienia w związku z opuszczeniem Nanjing i udaniem się Wielkim Kanałem wraz z grupą urzędników do Benjing. Wiedział, że jego ludzie rozproszą się po całym wybrzeżu, że pójdą swoją drogą, aby nie musieć patrzeć sobie nawzajem w oczy i nie pamiętać. Dopiero po wielu latach znów zechcieli się spotkać i przypomnieć sobie ten odległy i wyblakły ból, poczuć jeszcze raz, że naprawdę dokonali tych wszystkich rzeczy i że przeżyli te przygody. Nie mogli jednak pozbyć się wrażenia, że zawiedli. A kiedy wprowadzono Kheima do Zakazanego Miasta i postawiono go przed obliczem cesarza Wanli, aby mógł odebrać wyrazy uznania od wszystkich zebranych urzędników oraz podziękowania od łaskawego i zaciekawionego cesarza, powiedział tylko:

— Kiedy przekracza się Wielki Ocean, nie ma kogo za to chwalić.

Cesarz Wanli skinął głową, kładąc dłoń na odlewanych, złotych dyskach, które przywieźli ze sobą. Następnie dotknął figurki kolibra z kutego złota, którego pióra i dziób oddane były z największym kunsztem i precyzją. Kheim wpatrywał się w bożego posłańca, próbując dostrzec w nim ślad Nefrytowego Cesarza. Następnie zwrócił się do niego:

— Ten odległy kraj jest zagubiony w czasie, ulice są tam wybrukowane złotem, a pałace mają złote dachy. Mógłbyś, panie, podbić go w miesiąc i zawładnąć całym jego ogromnym terytorium. Mógłbyś przywieźć ze sobą wszystkie jego skarby, niezmierzone lasy, futra, turkus i złoto, o wiele więcej złota niż jest go obecnie na całym świecie. Niestety, największy skarb tego lądu został już utracony.

Ośnieżone szczyty górowały nad ciemną krainą. Przez pęknięcie na niebie przedostała się pierwsza smuga oślepiającego światła, które z wolna rozlało się na całą przestrzeń. Teraz mogłoby mu się udać — wszystko było takie jasne, mógł w jednej chwili wejść w najczystszą biel i już nigdy nie powracać, połączyć się na zawsze z Wszechbytem. Uwolnić się, wyzwolić. Trzeba było naprawdę dużo w życiu zobaczyć, aby tak bardzo pragnąć wolności.

Chwila ta jednak szybko minęła. Znajdował się teraz na czarnej arenie w komnacie sądu w krainie bardo, po chińskiej stronie — był to koszmarny, wielopoziomowy labirynt, z licznymi kancelariami prawniczymi i biurokratami dzierżącymi listy dusz przekazywanych do dyspozycji gorliwym oprawcom. Ponad tą piekielną biurokracją widniał Tybet, niczym podium zajmowane przez całą menażerię demonicznych bóstw, które siekały potępione dusze i przeganiały ich kawałki do piekła lub z powrotem w nowe życie, na plan pretów, zwierząt. Jaskrawa łuna, gigantyczne podium niczym górujący nad nim płaskowyż i halucynacyjnie kolorowe bóstwa, ryczące, tańczące i błyskające mieczami w czarnym powietrzu — to był najprawdziwszy sąd, prowadzony przez władzę wyższą, przez twórców wszechświata. Kim jednak byli ci, którzy uczynili człowieka tak słabą, tchórzliwą i okrutną istotą, której narzucono poczucie nieuchronnej klęski, fatum, karmę? Karma uderzała za każdym razem, kiedy za sprawą swej mizernej wrażliwości człowiek wyławiał piękno i przyjemność z szarego błota egzystencji. Śmiałe życie prowadzone wbrew przeciwnościom? Wracaj jako pies! Pieskie życie, uporczywie trwanie mimo wszystko? Wracaj jako muł, wracaj jako robak. Na tym to polega.

Rozmyślając, Kheim przedzierał się przez mgły. Wzbierała w nim wściekłość, kiedy przeciskał się przez tłumy biurokratów, rozbijając na ich głowach ich własne tabliczki, drąc ich listy i rejestry, aż w końcu dostrzegł Kali i jej świtę. Stali w półkolu, szydzili z Bagatelki i wydawali nad nią sąd, jak gdyby ta biedna dusza miała coś na sumieniu, w odróżnieniu od tych rzeźniczych bóstw i ich eonów zła — zła zasianego w samym sercu wszechświata, który same stworzyły!

Kheim wybuchnął nieartykułowaną wściekłością, uniósł się do góry, wyrwał miecz z jednej z sześciu dłoni bogini śmierci i jednym ciosem obciął jej parę ramion. Klinga była bardzo ostra. Odrąbane ramiona upadły na ziemię. Krwawiły i podrygiwały. Nagle, ku zdumieniu Kheima, zaczęły chwytać się kamiennych płyt i przemieszczać się na palcach jak kraby. Gorsze jednak było to, że z krwawiących ran zaczęty wyrastać nowe ramiona. Kheim krzyknął i kopnął odcięte członki daleko z podestu, następnie odwrócił się, zamachnął i przeciął Kali na pół, na wysokości jej talii, nie zważając na pozostałych członków swej jati, stojących tam razem z Bagatelką, podskakujących i krzyczących:

— Kheim! Nie rób tego! Nie rób tego! Nic nie rozumiesz, musisz Przestrzegać procedury!

Był tam też I-Chin, który krzyczał najgłośniej z nich:

— Mogliśmy uderzyć w podpory podestu lub zniszczyć fiolki z niepamięcią, byłoby to bardziej taktyczne posunięcie, a nie od razu tak bez pośrednio!

Tymczasem górna połowa ciała Kali poruszała się po podeście na zaciśniętych pięściach, a jej nogi i talia chwiały się, lecz nadal stały. Po chwili z odciętych części niczym czułki ślimaka wyrosły brakujące połówki. W tej chwili zbliżały się do niego już dwie boginie Kali, a tuzin rąk szastał w powietrzu mieczami.

Zeskoczył z podestu, uderzając ciężko o gołe płyty wszechświata. Reszta jego jati rzuciła się w dół i spadła z łoskotem obok niego, wrzeszcząc z bólu.

— Będziemy mieli przez ciebie kłopoty — jęczał Shen.

— Nie o to tu chodzi — tłumaczyła Kheimowi Bagatelka, kiedy uciekali zdyszani przez mgły. — Widziałam już wielu ludzi, podejmujących takie próby. Rzucają się rozwścieczeni na te odrażające bóstwa i ścinają im głowy — na co w zasadzie zasługują. Lecz bóstwa odradzają się na nowo w podwójnej liczbie, pod postacią innych ludzi. Takie jest prawo karmy, rządzące całym wszechświatem, mój przyjacielu, jak zasada zachowania równowagi jin i jang, czy prawo grawitacji. Żyjemy we wszechświecie, którym rządzi niewiele praw, a to, że przemoc rodzi przemoc, jest jedną z podstawowych zasad.

— Nie wierzę w to — powiedział Kheim, zatrzymując się, by odeprzeć atak dwóch ścigających ich Kali. Wziął szeroki zamach i ściął głowę jednej bogini. Nowa głowa szybko zaczęła odrastać i pęczniała już na końcu szyi, buchającej jeszcze krwią. Czarne ciało znów było kompletne. Nowa głowa śmiała się, szczerząc do niego białe zęby, podczas gdy jej krwistoczerwone oczy gorzały żywym ogniem. Teraz zrozumiał, że był w poważnych tarapatach. Za chwilę posiekają go kawałki. Za przeciwstawianie się tym złym, niesprawiedliwym, absurdalnym i okropnym bóstwom zostanie posiekany na kawałki i wróci na świat jako muł, małpa albo kaleka.

Księga IV

Alchemik

Transmutacja

Tak się złożyło, że kiedy wielki alchemik zbliżał się powoli do punktu kulminacyjnego czerwonej przemiany, to jest do ostatecznego pomnożenia i projekcji kamienia filozoficznego w fermencie i stworzenia tynktury, a mówiąc prościej, do przemiany metali nieszlachetnych w złoto, jego zięć, niejaki Bahram al-Buchara, przepychał się przez tłum na targu w Samarkandzie, załatwiając ostatnie sprawy i nie zważając na zawołania swoich przyjaciół i wierzycieli.

— Nie mogę teraz z wami rozmawiać — wolał — i tak już jestem spóźniony!

— Spóźniony ze spłatą długów! — powiedział Divendi, właściciel straganu z kawą wciśniętego w przestrzeń obok warsztatu Iwanga.

— To też prawda — powiedział Bahram i zatrzymał się na kawę. — Ciągle spóźniony, lecz nigdy znudzony.

— Co u Khalida, robota pali się w rękach?

— Dosłownie. Wczoraj w trakcie degradacji pękł wielki pelikan i wszystko wyciekło prosto na mnie, cypryjski witriol zmieszany z salmiakiem.

— Groźne?

— Że o mój Boże! Tam, gdzie chlusnęło mi na spodnie, materiał został od razu zżarty. Dym był jeszcze gorszy, musiałem uciekać!

— Czyli wszystko po staremu.

— Żebyś wiedział. Myślałem, że wykaszlę płuca, całą noc łzawiły mi oczy. Czułem się jak po twojej kawie.

— Dla ciebie zawsze parzę z fusów.

— Wiem — rzucił, wychylając ostatni, mulisty łyk. — No więc jak, przyjdziesz jutro?

— Żeby zobaczyć przemianę ołowiu w złoto? Jasne, że przyjdę. Większość warsztatu Iwanga zajmował ceglany piec. Rozlegało się znajome skwierczenie, a w powietrzu unosił się zapach rozniecanego miechami ognia. Słychać było pobrzękiwanie młota, a wzrok przykuwało żarzące się, roztopione szkło. Iwang z namaszczeniem obracał stalową dyszę. Bahram powitał dmuchacza i złotnika w jednej osobie.

— Khalid potrzebuje więcej wilka.

— Khalid zawsze potrzebuje więcej wilka — odpowiedział Iwang, wracając do obracania porcji gorącego szkła. Był wysoki, barczysty i miał szeroką twarz. Tybetańczyk z urodzenia, lecz od dawna już zamieszkujący w Samarkandzie, należał do najbliższych współpracowników Khalida.

— A przysyła tym razem jakieś pieniądze?

— Powiedział, żebyś dopisał do rachunku. Iwang wydął usta.

— Jego rachunek ostatnio znacznie się wydłużył.

— Zapłaci pojutrze. Właśnie zakończył siedemset siedemdziesiątą siódmą destylację.

Iwang odłożył swoją robotę i podszedł do ściany zastawionej pudlami. Podał Bahramowi małą, lecz ciężką skórzaną sakwę, wypełnioną niewielkimi bryłkami ołowiu.

— Złoto rośnie w ziemi — powiedział. — Nawet sam Al-Razi nie potrafił wyhodować go w swoim tyglu.

— Khalid nie zgodziłby się z tobą. Poza tym Al-Razi żył dawno temu i nie potrafił otrzymać tak wysokich temperatur jak my.

— Może. — Iwang był sceptycznie nastawiony. — Powiedz mu, żeby uważał.

— Żeby się nie spalił?

— Żeby chan nie rozkazał go spalić.

— Będziesz jutro?

Iwang niechętnie pokiwał głową.

Nadszedł dzień pokazu i co dziwne, wielki Khalid Ali Abu al-Samar — kandi był bardzo niespokojny. Bahram doskonale go rozumiał. Jeśli tylko przezamożny i potężny Seid Abdul Aziz chan, władca chanatu Buchary, zdecyduje się wesprzeć jego przedsięwzięcie, wtedy wszystko będzie dobrze. Jednocześnie należał on do tych osób, których nie chciałoby się zawieść. Nawet jego najbliższy doradca, sekretarz skarbu Nadir Divanbegi, za wszelką cenę unikał przydawania mu zmartwień. Na przykład ostatnio Nadir przyczynił się do wybudowania nowego ka-rawanseraju na wschodnim krańcu Buchary. Kiedy na uroczystym otwarciu pojawił się jak zwykle roztargniony chan i pogratulował wszystkim wybudowania tak wspaniałej medresy, Nadir nawet nie próbował wyprowadzać władcy z błędu, lecz nakazał przebudować kompleks na medresę. Takim chanem był właśnie Seid Abdul Aziz i przed mm właśnie Khalid miał zademonstrować swą tynkturę. To wystarczyło, aby żołądek Bahrama kurczył się i pulsował szybkim rytmem. Mimo że głos Khalida brzmiał ostro i niecierpliwie jak zwykle, to jednak Bahram widział wyraźnie, że twarz jego pobladła jak nigdy.

Nad przemianą pracował od wielu lat. Przestudiował wszystkie dostępne teksty alchemiczne, łącznie z tymi, które Bahram wyszukiwał w hinduskim karawanseraju: Księgę o końcu poszukiwań Jildakiego, Księgę równowag Jabira oraz Sekret sekretów, który niegdyś uważano za zaginiony. Był tam też chiński tekst Encyklopedia penetracji rzeczywistości. Ponadto Khalid dzięki rozbudowanej pracowni dysponował technologią umożliwiającą powtórzenie wszystkich koniecznych destylacji w wysokiej temperaturze i z wyśmienitą klarownością siedemset siedemdziesiąt siedem razy. Dwa tygodnie wcześniej ogłosił, że jego praca w końcu zrodziła owoc i że jest gotowy do przeprowadzenia publicznej demonstracji, o której ważności orzekali oczywiście królewscy świadkowie i obecny na miejscu chan.

Tego dnia Bahram uwijał się po całym kompleksie przemysłowym Khalida. Kompleks leżał na północnym skraju Samarkandy, wzdłuż rzeki Zerawszan, będącej źródłem energii dla odlewni i wielu innych okolicznych warsztatów. Pod murami kompleksu zalegały wysokie stosy czekającego na spalenie węgla drzewnego. Wewnątrz znajdowało się kilka budynków, luźno rozlokowanych wokół głównego miejsca prac. Był to dziedziniec, na którym stały kadzie z kąpielami chemicznymi. Kilka różnych odorów łączyło się w jeden ostry zapach, charakterystyczny dla pracowni Khalida. Khalid był nadwornym metalurgiem i głównym wytwórcą prochu dla chana. Dzięki tym dwóm praktycznym przedsięwzięciom mógł oddawać się swej prawdziwej pasji, którą była alchemia.

Bahram lawirował między rozstawionym sprzętem, upewniając się, że miejsce odpowiednio przygotowano do demonstracji. Na długich stołach, w otwartych na dziedziniec warsztatach, znajdowała się starannie porozstawiana aparatura, a na ścianach warsztatów w równych rzędach wisiały narzędzia. Główny atanor buchał gorącem.

Brakowało tylko Khalida. Miechowi go nie widzieli, Esmerine, żona Bahrama i córka Khalida, również. Dom stojący w głębi kompleksu wydawał się pusty, a na zawołania Bahrama nikt nie odpowiadał. Bahram zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem Khalid nie uciekł ze strachu.

Wówczas Khalid wyłonił się z biblioteki, mieszczącej się tuż obok jego gabinetu, jedynego pomieszczenia w całym kompleksie, którego drzwi zamykały się na klucz.

— Tu się schowałeś — powiedział Bahram. — Pośpiesz się, ojcze, alRazi i Maria Żydówka już ci teraz nie pomogą. Czas pokazać światu, co osiągnąłeś, czas zademonstrować projekcję.

Khalid, zaskoczony jego widokiem, nerwowo skinął głową.

— Musiałem poczynić ostatnie przygotowania — powiedział i poprowadził Bahrama do warsztatu, w którym stał piec, a mechaniczne miechy, poruszane dzięki przekładni zamontowanej na młyńskim kole, pompowały powietrze prosto w ogień.

Chan i jego świta przybyli z pewnym opóźnieniem, kiedy większość popołudnia już minęła. Dwudziestu jeźdźców w odświętnych, błyszczących strojach wpadło hurmem na podwórze, a za nimi galopem i z pianą na pyskach wjechał pochód pięćdziesięciu wielbłądów. Chan zsiadł z gniadosza i przeszedł przez podwórze, obok kroczył Nadir Divanbegi, a za nimi jeszcze kilku nadwornych urzędników.

Khalid rozpoczął oficjalne powitanie od prezentacji daru dla chana, jednej z jego najcenniejszych ksiąg o alchemii, lecz jego przemowę skrócił sam Seid Abdul Aziz.

— Pokaż nam — rozkazał chan, odbierając od niego księgę, na którą nawet nie spojrzał.

Khalid ukłonił się.

— Oto alembik, którego używam, nazywa się pelikan. Materią podstawową jest kalcynowany ołów i związki rtęci. Substancje te otrzymałem w wyniku ciągłego procesu destylacji materii, tak że przeszła ona przez pelikana siedemset siedemdziesiąt siedem razy. Dopiero wtedy duch uśpiony w lwie, a używając ziemskich terminów — złoto — kondensuje się w najwyższej temperaturze atanora. Za chwilę wlejemy wilka do tego oto naczynia, które wstawimy do atanora. Odczekamy godzinę, mieszając co jakiś czas siedem razy.

— Pokaż nam — powiedział chan, którego najwyraźniej znudziły szczegóły techniczne.

Bez dalszych wyjaśnień Khalid zaprowadził ich do warsztatu, w którym stał piec. Jego asystenci otworzyli grube i ciężkie drzwi atanora i po tym jak pozwolono gościom obejrzeć i zbadać ceramiczną misę, Khalid ujął w dłoń szczypce, wlał do misy szary destylat i umieścił naczynie na ruchomej platformie, którą wsunął do rozpalonego atanora. Powietrze ponad piecem drżało, kiedy mułła Seida Abdula Aziza odmawiał modlitwy, a Khalid obserwował sekundnik na swoim najlepszym zegarze. Co pięć minut wskazywał na asystentów obsługujących miechy, którzy otwierali piec i wysuwali platformę. Wtedy mieszał chochlą żarzący się na pomarańczowo płynny metal siedem razy, wykonując siedem pełnych obrotów, po czym platformę wsuwano z powrotem w ogień. Kiedy mijały ostatnie minuty operacji, skwierczenie węgla było jedynym dźwiękiem wypełniającym dziedziniec. Spoceni obserwatorzy, a wśród nich również znajomi Khalida z miasta, wpatrywali się w zegar odmierzający ostatnią minutę tej godziny. Wszyscy trwali w ciszy niczym sufiowie w milczącym transie lub, jak pomyślał z zażenowaniem Bahram, jastrzębie badające powierzchnię ziemi daleko pod nimi.

W końcu Khalid skinął na swoich pomocników i za pomocą dużych szczypiec dźwignął misę z platformy i przeniósł ją na stół, wystawiony na uprzątnięty specjalnie z tej okazji dziedziniec.

— Teraz, wielki chanie, musimy usunąć kożuch żużlowy — mówił, wybierając z misy stopiony oiów i zlewając go do kamiennego naczynia na stole — a na dnie już widać, o… — uśmiechnął się i rękawem wytarł z czoła pot, wskazując na misę. — Nawet roztopione lśni w oczach.

Płyn na dnie misy miał barwę ciemnoczerwoną. Specjalną szpatułką Khalid zebrał z góry resztki kożucha, a pod nim, na dnie misy, spoczywała stygnąca masa płynnego złota.

— Możemy przelać je do formy, póki jest miękkie. Wygląda mi to na mniej więcej dziesięć uncji, czyli około jedną siódmą materii wsadowej, tak jak przewidziałem.

Twarz Seida Abdula Aziza lśniła jak wytopione przed nim złoto. Zwrócił się do sekretarza, Nadira Dwanbegi, który przyglądał się z bliska ceramicznej misie i nie odzywając się ani słowem, skinął dłonią na jednego ze strażników chana. Reszta straży zebrała się za plecami całej załogi alchemika. Ich piki były nadal wymierzone w górę, lecz teraz przyglądali się wszystkiemu ze wzmożoną uwagą.

— Przejąć aparaturę! — powiedział Nadir do dowódcy straży.

Trzech żołnierzy pomogło zabezpieczyć wszystkie narzędzia używane w trakcie demonstracji, łącznie z samym wielkim pelikanem. Kiedy zgromadzili już wszystkie przedmioty, Nadir podszedł do jednego ze strażników i ujął w dłoń chochlę, której Khalid używał do mieszania roztopionych metali. Gwałtownym ruchem rzucił nią o stół. Zadzwoniła jak dzwon. Spojrzał na Seida Abdula Aziza, który wpatrywał się w swojego sekretarza z nieskrywanym zdziwieniem. Nadir skinął głową na strażnika dzierżącego pikę, po czym odłożył chochlę na stół.

— Przeciąć ją.

Ostrze piki uderzyło z dużą siłą i przecięło chochlę tuż nad łyżką.

Nadir podniósł uchwyt i chochlę, przyjrzał się im uważnie i pokazał chanowi.

— Spójrz, o Panie. Trzonek jest pusty w środku, złoto było wewnątrz rurki, z której zrobiono uchwyt. Kiedy nią mieszał, złoto rozgrzewało się, topniało i spływało prosto na dno misy.

Bahram spojrzał na Khalida, był wstrząśnięty. Twarz teścia była biała, nawet przestał się pocić. Już nie żył.

Chan wydał z siebie nieartykułowany ryk, po czym rzucił się w stronę Khalida i powalił go na ziemię, uderzając w głowę złożoną w darze księgą. Bił woluminem, a Khalid się nie bronił.

— Zabrać go! — wrzasnął Seid Abdul Aziz na żołnierzy. Ci podnieśli Khalida i przeciągnęli go po zakurzonym dziedzińcu, nie pozwalając stanąć na własnych nogach, a następnie przerzucili go przez grzbiet wielbłąda. Po chwili wszyscy opuścili kompleks, pozostawiając powietrze wypełnione dymem, kurzem i echem pojedynczych krzyków.

Litość chana

Nikt się nie spodziewał, że po takiej porażce Khalid zostanie oszczędzony. Jego żona, Fedwa, już chodziła w żałobie, a Esmerine nie dało się uspokoić. Wszelka praca na dziedzińcu ustała, a cisza dobiegająca z warsztatów zaniepokoiła Bahrama. Czekał już tylko na wiadomość, że trzeba iść po ciało, a do tego doskonale zdawał sobie sprawę, że za mało jeszcze umie, aby samodzielnie zarządzać kompleksem.

W końcu przyszły wieści. Dostali rozkaz uczestniczenia w egzekucji. Iwang dołączył do Bahrama w podróży do Buchary, gdzie stał pałac chana. Iwang był smutny i poddenerwowany.

— Powinien był mnie poprosić, jeśli tak bardzo brakowało mu gotówki. Pomógłbym przecież.

Zaskoczyło to nieco Bahrama, jako że warsztat Iwanga był zwykłą dziurą w murze okalającym targowisko, niewyglądającą na dochodowy interes, mimo to nic nie odpowiedział. Teraz było już po wszystkim. Nadal kochał teścia, a głęboki żal, który odczuwał, nie pozostawiał miejsca do rozmyślań nad finansami Tybetańczyka. Nieuchronnie zbliżająca się brutalna śmierć ojca jego żony — ona przecież będzie zrozpaczona przez wiele miesięcy, a może nawet łat — człowieka tak pełnego energii… Wizja ta nie pozwalała mu myśleć o niczym innym, a paraliżujący strach przyprawiał go o mdłości.

Następnego dnia dotarli do lśniącej w letnim skwarze Buchary, kompozycji brązów i beżów udekorowanych granatowymi i turkusowymi kopułami meczetów. Iwang wskazał na jeden z minaretów.

— Wieża Śmierci — zauważył. — Najprawdopodobniej właśnie stamtąd go zrzucą.

Żołądek podchodził Bahramowi do gardła. Przekroczyli wschodnią bramę miasta i skierowali się w stronę pałacu. Iwang wytłumaczył strażnikom powód ich wizyty. Bahram zastanawiał się, czy ich też pojmą i stracą za współuczestnictwo w oszustwie. Jakoś wcześniej nie przyjmował tej myśli, cały się trząsł, kiedy wprowadzono ich do przestronnego pomieszczenia, otwierającego się na teren pałacu.

Po chwili zjawił się przy nich Nadir Divanbegi i skierował na nich swój jak zawsze skupiony wzrok. Był niskim mężczyzną, z kozią bródką i bladoniebieskimi oczyma. Sam był seidem i to bardzo zamożnym.

— Podobno jesteś równie wielkim alchemikiem co Khalid — zwrócił się Nadir do Iwanga. — Wierzysz w kamień filozoficzny, w transmutację? Uważasz, że metale nieszlachetne można zamienić w złoto?

Iwang odchrząknął i rzekł:

— Trudno powiedzieć, efendi. Ja tego nie potrafię, a mistrzowie alchemii, którzy twierdzą, że im się udało, nie podają w swoich pismach żadnej konkretnej formuły, którą dałoby się zastosować.

— Zastosować — powtórzył Nadir. — Właśnie na to słowo chciałbym zwrócić waszą uwagę. Tacy ludzie jak ty i Khalid posiadają wiedzę, z której chan chce korzystać. Chodzi o rzeczy praktyczne: proch strzelniczy o przewidywalnej sile rażenia, twardsza stal, lekarstwa. To są prawdziwe zasługi dla świata. Tracić taki talent na marne oszustwa… Chan jest wielce rozgniewany.

Iwang skinął głową, patrząc w ziemię.

— Długo z nim o tym rozmawiałem. Przypomniałem mu dawne dokonania Khalida na polu zbrojeń i alchemii, jego wkład w produkcję broni i inne zasługi. Na co chan, w swojej niezmierzonej mądrości, zdecydował się okazać litość, która z pewnością spodobała się Mahometowi. — Iwang podniósł wzrok. — Życie zostanie mu darowane, jeśli obieca pracować dla chanatu nad rzeczami, które są prawdziwe.

— Jestem pewny, że zgodzi się na to — powiedział Iwang — to zaiste wielka litościwość.

— Zgadza się. Oczywiście, prawa dłoń zostanie mu odrąbana za kradzież, tak jak wymaga tego prawo. Biorąc jednak pod uwagę bezczelność jego przestępstwa, jest to niezwykle łagodna kara. Sam zresztą się z tym zgodził.

Karę miano wymierzyć po południu tego samego dnia, w piątek, po skończonym targu i przed modlitwami, na wielkim bucharskim placu, przylegającym do jeziora w centrum miasta. Zebrał się spory tłum gapiów, wszyscy w wyśmienitych nastrojach. Kiedy strażnicy wyprowadzali Khalida z pałacu w białej szacie, jakby świętował ramadan, wielu mieszkańców Buchary rzucało w niego wyzwiskami, że samarkandczyk, że złodziej.

Uklęknął przed Seidem Abdulem Azizem. Ten obwieścił litość Allaha, swoją i Nadira Divanbegi, który stanął w obronie życia tego szubrawca, mimo iż popełnił on tak haniebne oszustwo. Ramię Khalida wyglądało z daleka, jak wychudła noga ptaka. Przywiązano ją skórzanym pasem do katowskiego pnia. Następnie jeden z żołnierzy dźwignął nad głowę topór i spuścił na nadgarstek Khalida. Dłoń spadla z pnia, a krew trysnęła na piach. Tłum ryknął. Khalid przewrócił się na bok. Przytrzymało go dwóch żołnierzy, podczas gdy trzeci nabierał smołę z mosiężnego garnca stojącego na dymiącym piecyku i zaklejał gorącą mazią krwawiący kikut.

Bahram i Iwang zabrali Khalida z powrotem do Samarkandy. Wieźli go w wozie konstrukcji Iwanga, zaprzęgniętym w dwa woły, przeznaczonym do transportu ciężkich ładunków metali i szkła, których nie mogły nieść wielbłądy. Przez całą drogę wozem rzucało na wybojach. Jechali szerokim zakurzonym szlakiem, wyżłobionym w ziemi przez karawany, kursujące od wieków między tymi dwoma miastami. Duże drewniane koła zapadały się w każdą dziurę i podskakiwały na wybojach, z tyłu jęczał Khalid, półprzytomny i oddychający z wysiłkiem. Lewą dłonią podtrzymywał swój blady, osmolony nadgarstek. Iwang wmusił w niego małą porcję opium i gdyby nie jego stękanie, można by powiedzieć, że całą drogę spał.

Bahram z chorą fascynacją przyglądał się kikutowi. Widząc, jak lewa dłoń Khalida zaciska się na prawym nadgarstku, powiedział do Iwanga:

— Będzie musiał jeść lewą dłonią. Wszystko będzie musiał robić lewą dłonią. Już na zawsze pozostanie nieczysty.

— Czystość tego rodzaju nie jest najważniejsza.

Musieli spać przy drodze, jako że noc zaskoczyła ich z dala od miasta. Bahram usiadł przy Khalidzie i próbował nakłonić go do zjedzenia zupy, którą ugotował Iwang.

— Spróbuj ojcze, no, staruszku. Zjedz choć trochę, poczujesz się lepiej. Poczujesz się lepiej i wszystko będzie dobrze.

Khalid wydał zduszony jęk i przewrócił się na drugi bok. W panującym mroku, pod gęstą siecią gwiazd Bahramowi wydawało się, że całe ich życie w jednej chwili runęło w gruzach.

Następstwo kary

Khalid powracał do zdrowia, a wszystko wskazywało, że nie podziela! opinii zięcia. Chełpił się przed Bahramem i Iwangiem swoim zachowaniem podczas wymierzania kary.

— Nie powiedziałem ani jednego słowa. Wcześniej w więzieniu sprawdzałem swoją wytrzymałość, aby przekonać się, na jak długo potrafię wstrzymać oddech i nie stracić przytomności. Kiedy zbliżał się moment wymierzenia kary, po prostu wstrzymałem oddech i tak dokładnie wszystko wyliczyłem, że zemdlałem dokładnie w momencie, kiedy otrzymałem cios. Nic nie poczułem, nawet tego nie pamiętam.

— Ale za to my pamiętamy — powiedział Iwang, marszcząc brew.

— No dobrze, ale to mnie spotkało, nie was — odpowiedział szorstko Khalid.

— W porządku, możesz użyć tej samej metody następnym razem, kiedy będą odrąbywać ci głowę. Możesz też przekazać tę technikę nam, z pewnością się przyda, kiedy będą nas zrzucać z Wieży Śmierci.

Khalid wbił w niego wzrok.

— Ty się naprawdę na mnie gniewasz — powiedział zaczepnym tonem urażonego.

— Mogłeś nas wszystkich pozabijać. Seid Abdul bez zastanowienia rozkazałby wykonać wyrok. Tak by się stało, gdyby nie Nadir Divanbegi. Trzeba było ze mną porozmawiać. Ze mną i z Bahramem. Pomoglibyśmy ci.

Wciąż milczał.

— A tak naprawdę, to jak to się stało, że wpadłeś w tarapaty? — zapytał Bahram, ośmielony reprymendami Iwanga. — Przecież warsztat przynosi całkiem spore dochody.

Khalid westchnął i przeciągnął kikutem po łysiejącej głowie. Wstał i podszedł do zamykanej na klucz szafki. Otworzył ją i wyciągnął księgę i pudełko.

— To trafiło tu dwa lata temu z hinduskiego karawanseraju — mówił, przewracając pożółkłe strony księgi — to dzieło Marii Żydówki, wielkie go alchemika. To prawdziwy antyk. Jej formuła transmutacji wydała mi się bardzo przekonywująca. Potrzebowałem jedynie odpowiednich pieców, mnóstwo siarki i rtęci. Na tę książkę i na inne przygotowania wydałem małą fortunę. A kiedy zadłużyłem się u Ormian, wtedy zacząłem się pogrążać. W końcu potrzebowałem złota, żeby zapłacić za złoto… — wstrząsnął nim dreszcz obrzydzenia.

— Trzeba było mi powiedzieć — powtórzył Iwang, przeglądając księgę.

— A poza tym, to ja miałem robić zakupy w karawanseraju — dodał Bahram. — Oni wiedzą, że tobie zależy na tych starociach i szpargałach, a ja jestem ignorantem, dobijam korzystnego targu dzięki sile obojętności.

Khalid ściągnął brwi. Iwang poklepał książkę.

— To tylko odgrzewany Arystoteles i jeśli chodzi o rzeczy użyteczne, to nie wiem, czy możemy na niego liczyć. Przeczytałem go w tłumaczeniach z Bagdadu i Sewilli i uważam, że częściej się myli, niż ma rację.

— Co masz na myśli? — zapytał z oburzeniem Khalid. Nawet Bahram wiedział, że Arystoteles był jednym z największych starożytnych uczonych i wśród alchemików cieszył się ogromnym autorytetem.

— A gdzie niby miałby mieć rację? — zapytał lekceważąco Iwang. — Najprostszy lekarz z chińskiej wsi może zrobić dla ciebie więcej niż Arystoteles. On uważał, że serce jest ośrodkiem myśli, nie wiedział, że pompuje krew. Nie miał pojęcia o śledzionie, o południkach i nigdzie ani słowem nie wspominał o pulsie czy ludzkim języku. Co prawda wykonał kilka dobrych dysekcji zwierząt, lecz o ile mi wiadomo, nie przeprowadził sekcji zwłok człowieka. Chodź ze mną na bazar w któryś piątek, a pokażę ci pięć rzeczy, co do których się mylił. Czoło Khalida pokryło się zmarszczkami.

— A czytałeś Zgodę między Arystotelesem i Platonem alFarudiego?

— Owszem, lecz jest to zgoda, której nie sposób osiągnąć. Al-Farudi tylko dlatego próbował ich pogodzić, bo nie miał dostępu do Biologii Arystotelesa. Gdyby znał tę pracę, wiedziałby, że dla Arystotelesa wszystko i tak pozostaje materią. Jego cztery żywioły próbują osiągnąć właściwe sobie poziomy, a w wyniku ich starań powstaje nasz świat. Oczywiście nie jest to takie proste — wykonał ręką okrężny gest, wskazując na słoneczny, zakurzony dzień, na szczęk dobiegający z warsztatów Khalida, młyny wodne i przekładnie napędzające miechy pod wielkimi piecami, cały zgiełk i ruch — platonicy wiedzą, że wszystko dookoła nas to matematyka. Rzeczy powstają w procesie matematycznych obliczeń. Dla ścisłości należałoby ich nazywać pitagorejczykami. Są nieco podobni do buddystów w swojej wierze w to, że cały świat jest żywym bytem. To niewątpliwie prawda jest wielkim stworzeniem wszystkich stworzeń. Natomiast dla Arystotelesa i Ibn Rashda jest on bardziej podobny do zepsutego mechanizmu zegara.

Khalid od razu zaczął coś mamrotać, lecz jego sytuacja ewidentnie nie sprzyjała wejściu w zażartą dyskusję. Stracił dłoń razem z całą swoją filozofią.

Miewał częste bóle, palił haszysz i dostawał od Iwanga kolejne porcje opium, które przyćmiewało ból, lecz osłabiało umysł i gasiło zapał. Nie mógł tak po prostu wstać i zacząć uczyć chłopców obsługi całej maszynerii, nie mógł podać znajomym dłoni na powitanie, nie mógł z nimi jeść, gdyż miał tylko lewą, nieczystą rękę. Odtąd już zawsze będzie nieczysty. To było częścią jego kary.

Ta świadomość w końcu go dopadła. Porzucił filozoficzne i alchemiczne dociekania i popadł w melancholię. Wychodził z sypialni późnym rankiem, snuł się po warsztatach jak zjawa i nieobecnym wzrokiem przyglądał się pracom. Wszystko toczyło się mniej więcej dawnym rytmem. Nurt rzeki poruszał wielkie koło młyńskie i wprawiał w ruch rozdrabniarki do rud i miechy dmące w paleniska pod piecami odlewniczymi. Załogi pracowników pojawiały się tu zaraz po porannych modlitwach. Każdy wpisywał się na listę i pilnował swojego harmonogramu pracy. Następnie rozchodzili się po całym kompleksie, szuflowali sól, przesiewali saletrę potasową łub wykonywali setki innych czynności, których wymagała od nich praca w przedsiębiorstwie Khalida. Nad nimi czuwała grupa starszych rzemieślników, którzy pomagali Khalidowi koordynować rozpoczęte projekty.

Wszystko było znane, dawno dokonane, rutynowe — straciło dla Khalida sens. Włócząc się bez celu, przesiadując w swoim gabinecie, otoczony własnymi zdobyczami, czuł się jak sroka ze złamanym skrzydłem, uwięziona w swoim gnieździe. Potrafił godzinami wpatrywać się w przestrzeń lub kartkować rękopisy mistrzów: Al-Razi, Jalduki, Jami — przyglądał się ich wiedzy. Pstrykał palcami w przedmioty niegdyś dlań magiczne i fascynujące: kawał korala z wykopalisk, róg jednorożca, starożytne monety indyjskie, szlifowane wielokąty z kości słoniowej i z rogu, kielich z rogu nosorożca ozdobiony złotym liściem, skamieniałe muszle, kość udowa tygrysa, złota figurka tygrysa, posążek śmiejącego się Buddy z bliżej nieokreślonego, czarnego materiału, nippońskie netsuke, widelce i krzyże z czasów wymarłej cywilizacji Frengistanu — wszystkie te przedmioty, które sprawiały mu kiedyś tyle radości, nad którymi mógł się rozwodzić godzinami i nierzadko zanudzać swoich kompanów opowieściami o nich, teraz tylko budziły irytację. Siedział pośród swoich skarbów i już niczego nie dociekał, nie wybierał się na łowy, jak często widział to Bahram. Zdarzało się bowiem, że Khalid wpadał w wir wyszukiwania podobieństw, stawiania hipotez i snucia spekulacji. Wcześniej Bahram tak naprawdę nie wiedział, jak ważne było to wszystko dla jego teścia.

Czując narastający smutek, Bahram udał się do sufickiego ribatu w Registanie, by poradzić się Alego, sufickiego mistrza, opiekującego się całym przybytkiem.

— Maulano, ukarano go surowiej, niż się z początku wydawało. Jest teraz zupełnie innym człowiekiem.

— Nadal jest tą samą duszą — odpowiedział Ali. — Teraz po prostu obserwujesz inny wymiar życia. Każdy z nas nosi w sobie okryty tajemnicą rdzeń, którego sam Gabriel nie zdołałby pojąć, nawet gdyby chciał. Posłuchaj mnie uważnie. Rozum czerpie z ograniczonych zmysłów, związanych z ciałem, jest on zatem również ograniczony i niezdolny do prawdziwego poznania nieskończonej i wiecznej rzeczywistości. Khalid pragnął poznać rzeczywistość swoim rozumem, co okazało się niewykonalne. Teraz dopiero to zrozumiał i czuje się tą wiedzą przygnębiony. Musisz wiedzieć, że rozum nie posiada prawdziwego ducha walki, pierwsze lepsze zagrożenie każe mu uciekać w najciaśniejszą dziurę. Miłość za to jest boska. Pochodzi z nieskończonego wymiaru i złożona jest w sercu jako dar od Boga. Miłość nie poddaje się żadnym kalkulacjom. „Bóg cię kocha” to jedyne prawdziwe zdanie! Podążając za miłością, trafisz do serca swojego teścia. Miłość to perła w ostrydze żyjącej w oceanie; umysł żyje na brzegu i nie potrafi pływać. Wyłów ostrygę i przyszyj perłę do swojego rękawa, aby wszyscy widzieli. Doda to odwagi twemu rozumowi. Miłość jest królem, który nieustannie ratuje swego tchórzliwego niewolnika. Rozumiesz?

— Myślę, że tak.

— Musisz być szczery i otwarty, a twoja miłość niech będzie jasna jak błyskawica! Wtedy dopiero jego wewnętrzna świadomość będzie mogła ją dostrzec i oderwać się od siebie w promiennym blasku. Idź, poczuj, jak krąży w tobie miłość i jak wypływa ku niemu.

Bahram postanowił spróbować tej strategii. Budząc się rano w łóżku z Esmerine, poczuł miłość do żony i do jej pięknego ciała — była przecież dzieckiem okaleczonego starca, dla którego miał tak dużo szacunku i uczucia. Czuł przepełniającą go miłość. Przechadzał się między warsztatami lub szedł do miasta. Czul na skórze chłód wiosennego powietrza, a drzewa rosnące wokół jezior lśniły w zakurzonym świetle jak ogromne, żywe klejnoty. Śnieżnobiałe chmury odcinały się na tle granatu nieba, które przeglądało się w turkusowych i kobaltowych dachówkach na kopułach meczetów. Piękne miasto w piękny poranek, w samym centrum świata, nieopodal bazaru, na którym jak zwykle panował gwar. Ludzie załatwiali między sobą sprawy, lecz wszystko to byłoby nietrwale jak zamki na piasku, jeśli nie byłoby przesycone miłością. Każdy robił to, co do niego należało, w imię miłości tych, których każdego dnia spotykał na swojej drodze — tak przynajmniej widział to Bahram podczas owych poranków, kiedy przejmował po Khalidzie następne obowiązki w kompleksie, a także w nocy, kiedy Esmerine wtulała się w jego ramiona.

Nie potrafił jednak wywołać podobnego stanu u Khalida. Staruszek warczał na każdy przejaw entuzjazmu czy uczuć wyższych, denerwowały go czułe gesty Bahrama, a nawet własnej żony, Fedwy, Esmerine i jej dzieci, Faziego i Laily.

W kompleksie panował rozgardiasz, a w świetle dnia dobiegał zewsząd szczęk narzędzi i chemiczny swąd. Wszystkie procedury wytopu metali i produkcji prochu, opracowane dawno temu przez Khalida, urzeczywistniały się wokół nich jak uroczysty, hałaśliwy taniec. Bahram wskazał kiedyś dłonią zakład, mówiąc:

— Miłość jest wszędzie. Na co Khalid tylko warknął pod nosem:

— Zamknij się! Nie rób z siebie głupca! Jednego dnia Khalid wypadł z gabinetu z dwoma starymi tekstami alchemicznymi. Wszedł do warsztatu i cisnął papiery w otwarte drzwi rozpalonego atanora.

— To kompletne bzdury — odpowiedział Bahramowi, kiedy ten próbował go zatrzymać — z drogi! Spalę je wszystkie!

— Ale dlaczego? — wołał Bahram. — Przecież to twoje księgi! Dlaczego, dlaczego?

Khalid ujął w dłoń bryłę cynobru i potrząsnął nią przed twarzą Bahrama.

— Dlaczego? Powiem ci, dlaczego! Patrz uważnie. Wszyscy wielcy alchemicy, poczynając od Jabira, przez Al-Raziego, a na Ibn Sinie kończąc, zgadzają się, że wszelkie metale są różnymi kombinacjami siarki i rtęci. Iwang mówi, że chińscy i indyjscy uczeni również są co do tego zgodni, lecz jeśli zmieszamy siarkę i rtęć w najczystszej postaci, jaką potrafimy otrzymać, powstaje właśnie to: cynober! Co to oznacza? Alchemicy, którzy odnoszą się do tego problemu, a jest ich naprawdę niewielu, piszą, że kiedy wspominają o siarce i rtęci, to w gruncie rzeczy nie mają na myśli substancji, które my potocznie nazywamy siarką i rtęcią, lecz raczej czystszą formę różnych rodzajów suchej materii i wilgoci, które tylko przypominają siarkę i rtęć, lecz są o wiele subtelniejsze! No i co?! — Cisnął bryłę cynobru przez podwórze, w stronę rzeki. — Jaki z tego pożytek? Dlaczego używali takich nazw? Dlaczego miałbym im wierzyć? — Wskazał kikutem na swój gabinet, na pracownię alchemiczną i na całą aparaturę zagracającą przestrzeń na podwórzu. — To wszystko nic nie wart złom! Nic nie wiemy, a oni nie mieli zielonego pojęcia, o czym pisali.

— Już dobrze, ojcze, może i tak było, ale nie pal ksiąg! Weź pod uwagę to, że w wielu z nich jest jeszcze mnóstwo pożytecznej wiedzy, a poza tym są bardzo drogie.

Khalid warknął coś i głośno splunął na ziemię. Podczas kolejnej wizyty w mieście Bahram opowiedział Iwangowi, co się ostatnio wydarzyło w kompleksie.

— Spalił wiele ksiąg, nie mogłem go zatrzymać. Próbuję mu pokazać, że miłość jest w nas, lecz on jej nie dostrzega.

Potężny Tybetańczyk wypuścił powietrze ustami jak wielbłąd.

— Taka taktyka nie podziała na Khalida — powiedział. — Tobie łatwo jest być pełnym miłości, jesteś młody i zdrowy. Khalid za to jest stary i nie ma prawej dłoni. Stracił równowagę. Jego jin i jang popadły w nie ład. Miłość nie ma z tym nic wspólnego. Iwang nie był sufim.

Bahram westchnął.

— Nie wiem, co mam robić. Musisz mi pomóc, Iwang. On zamierza wszystko spalić i zniszczyć.

Iwang wymamrotał coś niezrozumiale.

— Co mówisz?

— Daj mi czas do namysłu.

— Nie mamy więcej czasu. W następnej kolejności weźmie się za aparaturę.

Arystoteles się mylił

Następnego dnia Khalid rozkazał terminatorom kowali wynieść z pracowni alchemicznych na podwórze wszystkie znajdujące się tam sprzęty, które zamierzał zniszczyć. Dzikim i posępnym wzrokiem wodził po piętrzących się przedmiotach, z których kurz sypał się obficie i wirował w promieniach słońca. Wanny kamienne, wanny żeliwne, piece odlewnicze, destylatory, kotły, kolby i alembiki z dwiema lub z trzema dyszami, wszystko stało teraz w glorii antycznego kurzu. Największego pojemnościowo alembiku używali ostatnio do destylacji olejku różanego i widząc go, Khalid warknął:

— To jedyna formuła, jaką zdołaliśmy opanować. Tyle tu tych wszystkich gratów, a nam udało się otrzymać olejek różany.

Moździerze i tłuczki, fiolki i probówki, misy i zlewki, naczynia do krystalizacji szkła, garnce, naczynia żaroodporne, świece i lampy naftowe, koksiaki, szpatutki, szczypce, chochle, nożyce do blachy, mioty, kolby, lejki, wielokształtne soczewki, filtry z włosia, bawełny i lnu — wszystko to znalazło się pod gołym niebem. Khalid wskazał na wznoszącą się przed nim stertę i rzekł:

— Spalić to wszystko! A co nie spłonie, połamać i wrzucić do rzeki.

W tej samej chwili zjawił się Iwang, niosąc w rękach mały mechanizm zrobiony ze srebra i szkła. Zmarszczył czoło na widok całej wystawy.

— Coś z tego mógłbyś przynajmniej sprzedać — zwrócił się do Khalida. — Już nie potrzebujesz gotówki?

— Nie obchodzi mnie to — odparł Khalid. — Nie będę sprzedawał kłamstw.

— To nie aparatura kłamie — powiedział Iwang. — Niektóre z tych rzeczy mogłyby się jeszcze przydać.

Khalid obrzucił go gniewnym spojrzeniem. Iwang postanowił zmienić temat i uniósł w dłoniach urządzenie, aby skupić na nim uwagę Khalida.

— Przyniosłem ci zabawkę, która obala całego Arystotelesa.

Khalid z zaskoczeniem przyglądał się urządzeniu. Były to dwie stalowe kulki umieszczone w mechanizmie, konstrukcją przypominającym Bahramowi miniaturę miota kafarowego napędzanego wodą.

— Kiedy wlejemy tu wodę, pływak podniesie się… o tak, i połączy te drzwiczki, a następnie zwolni je w tej samej chwili, spójrz: jedne nie otworzą się przed drugimi.

— To oczywiste.

— Zgadza się, a teraz zważ na to, iż Arystoteles mówi, że cięższa masa będzie spadać szybciej niż lżejsza, ponieważ ziemia przyciąga ją z większą siłą. Spójrz, oto dwie żelazne kulki, jedna duża, druga mała, jedna ciężka, druga lekka. Połóż je na drzwiczkach, ustaw poziom urządzenia, kierując się pęcherzykiem powietrza i umieść je na odpowiedniej wysokości, zapewniając kulkom długą drogę lotu. Minaret byłby dobry, a Wieża Śmierci jeszcze lepsza, lecz nawet ze ściany twojego domu zadziała.

Zrobili tak, jak powiedział. Khalid wspiął się na drabinę i jeszcze raz zbadał cały układ.

— Wlej teraz wodę przez lejek i patrz.

Woda wypełniła powoli dolny zbiornik i drzwiczki nagle odskoczyły. Ze środka wypadły dwie żelazne kulki, które upadły na ziemię w tej samej chwili.

— O! — krzyknął Khalid i wdrapał się z powrotem na drabinę, aby powtórzyć eksperyment, oszacowawszy wpierw masę kulek w dłoni, a nawet zważywszy je dokładnie na jednej ze swoich wag.

— Widzisz! — powiedział Iwang — możesz spróbować z kulkami różnej i tej samej wielkości, nie ma to najmniejszego znaczenia, z wyjątkiem rzeczy tak lekkich, jak na przykład pióro, które unosi się swobodnie w powietrzu.

Khalid spróbował jeszcze raz. Po czym Iwang stwierdził:

— No to tyle, jeśli chodzi o Arystotelesa.

— No cóż — powiedział Khalid, spoglądając na kulki i podrzucając je w lewej dłoni. — Może w tej kwestii się mylił, ale w wielu innych z pewnością miał rację.

— Bez wątpienia, lecz jeśli pytasz mnie o zdanie, to uważam, że wszystko, co powiedziane, winno zostać sprawdzone i porównane z wiedzą Hsing Ho, Al-Raziego i Hindusów, zademonstrowane i udowodnione, bądź obalone w biały dzień, na oczach wszystkich.

Khalid kiwał głową.

— Przyznaję, że miałbym kilka pytań.

Iwang wskazał dłonią na zgromadzony na podwórzu sprzęt.

— To samo tyczy się aparatury. Możesz ją przetestować, przekonać się, co jest użyteczne, a co nie.

Khalid zmarszczył brwi. Iwang skierował uwagę na spadające kulki i mężczyźni, dyskutując, zrzucili jeszcze kilka innych przedmiotów.

— Coś musi je ściągać w dół — zastanawiał się Khalid — ściągać, zmuszać do spadania, przyciągać, czy coś w tym rodzaju.

— Oczywiście — odparł Iwang — wszystkie zjawiska powstają w wyniku swoich przyczyn. Przyciąganie musi wywoływać jakiś sprawca, działający zgodnie z konkretnymi prawami, lecz kim lub czym mógłby być ów sprawca…

— To, co mówisz, odnosi się do wszystkiego — wymamrotał Khalid. — Nic nie wiemy, żyjemy w ciemnościach.

— Zbyt dużo powiązanych ze sobą czynników — stwierdził Iwang. Khalid skinął głową, podnosząc z ziemi rzeźbiony klocek grabu.

— Jestem już tym wszystkim zmęczony.

— Więc wypróbujmy wszystko po kolei. Coś zrobisz i wychodzi z tego coś innego, powstaje zwykły łańcuch przyczynowo-skutkowy, dający się opisać logicznym ciągiem, a może nawet równaniem matematycznym. Dopiero wtedy będziesz mógł powiedzieć: rzeczywistość przedstawia się w ten sposób. Myślę, że nie należy się zbytnio martwić definicją owej siły przyciągającej.

— Może miłość jest tą silą — wtrącił Bahram — tym samym rodzajem przyciągania, jakie występuje między ludźmi, lecz rozciągającym się jeszcze szerzej i ogarniającym wszystko.

— To by tłumaczyło proces, w wyniku którego męski członek unosi się nad ziemię — powiedział, śmiejąc się Iwang.

Bahram zaśmiał się, a Khalid powiedział tylko:

— Wolne żarty. To, o czym mówię, jest zgoła niepodobne do miłości. Jest stałe jak gwiazdy na swoich pozycjach, to siła fizyczna.

— Sufiowie mówią, że miłość jest wypełniającą wszystko siłą sprawczą.

— Sufiowie — powiedział Khalid pogardliwie — to ostatni ludzie, których pytałbym o zdanie, chcąc dowiedzieć się czegoś o świecie. Opowiadają o miłości, piją dużo wina i kręcą się w kółko, też mi coś! Islam byt domeną intelektu zanim jeszcze pojawili się sufiowie, badał świat takim, jakim jest. Mieliśmy już Ibn Sina, Ibn Rashda i Ibn Khalduna, i całą resztę, a później przyszli sufiowie i odtąd żaden muzułmański filozof czy uczony nie posunął się choćby o krok na ścieżce ku zrozumieniu świata.

— Ależ oni zaszli bardzo daleko — powiedział Bahram. — Wyjaśnili, jak ważna jest dla świata miłość.

— Miłość, miłość. Oczywiście, że tak. Wszystko jest miłością, Bóg jest miłością, lecz jeśli wszystko jest miłością, jeśli wszystko stanowi jedność z Allahem, to dlaczego oni codziennie tak się upijają? Iwang roześmiał się w głos, a Bahram mówił dalej:

— Wcale się nie upijają, nic o nich nie wiesz.

— Ależ oczywiście, że się upijają. Przyjazne mury bractwa zapełniają się doborową kompanią braciszków poszukujących dobrej zabawy, tymczasem medresa pustoszeje, a chan daje im coraz mniej złota. I oto mamy rok 1020 i głowimy się nad pomysłami wymarłych mieszkańców.

— Frengistanu, nie mając zielonego pojęcia o zasadach rządzących takim, a nie innym zachowaniem się materii. Nic nie wiemy! Nic!

— Musimy zacząć od początku — stwierdził Iwang.

— Nie możemy zacząć od początku, bo wszystko jest ze sobą powiązane!

— Musimy zatem wyizolować zjawiska, które moglibyśmy obserwować i kontrolować, a następnie zbadać je i przekonać się, czy potrafimy je zrozumieć. Byłby to punkt wyjściowy do dalszej pracy. Na przykład spadanie, najprostszy ruch. Jeśli uda się nam zrozumieć ruch, będziemy mogli badać jego przejawy w innych zjawiskach.

Khalid zastanowił się nad jego słowami i przestał w końcu wyrzucać przedmioty z instrumentu Iwanga.

— Chodź ze mną — powiedział Iwang. — Pozwól, że pokażę ci coś, co mnie osobiście zastanawia.

Poszli do warsztatu, w którym stały wielkie piece.

— Spójrz, w jaki sposób możesz dziś otrzymać tak wysoką temperaturę. Twój wodny mechanizm napędza miechy o wiele wydajniej, niż zdołaliby to zrobić najsilniejsi miechowi, dzięki temu temperatura jest odpowiednio wyższa. Arystoteles mówi, że ogień uwięziony jest w drzewie, a uwalnia go wysoka temperatura. Jak dotąd wszystko się zgadza, lecz w takim razie dlaczego im więcej powietrza, tym gorętszy ogień? Dlaczego wiatr roznieca pożar? Czy to oznacza, że bez powietrza nie ma ognia? Możemy się przekonać. Jeżeli uda nam się zbudować komorę, z której za pomocą odwróconych miechów usuniemy powietrze, to czy zapłonie w niej ogień?

— Odessać powietrze z komory? — zapytał Khalid.

— Tak. Należy zbudować wentyl, który wypuszczałby powietrze ze środka i nie pozwalał mu dostać się z powrotem. Wypompować całą zawartość komory i nie dopuścić do wymiany powietrza z zewnątrz.

— Ciekawe! Ale co wtedy zostanie w komorze? Iwang wzruszył ramionami.

— Nie wiem. Próżnia? Może jakaś część pierwotnej pustki. Pytaj o to lamów i swoich sufich lub po prostu zbuduj szklaną komorę i zajrzyj do niej.

— Tak właśnie zrobię — powiedział Khalid.

— Ze wszystkich zjawisk, ruch jest najłatwiejszy do zbadania — ciągnął Iwang. — Możemy wraz z nim zbadać wiele innych. Możemy zmierzyć czas, w jakim przedmioty przyciągane są ku ziemi, możemy porównać prędkości wysoko w górach z tymi w dolinach. Spadające przedmioty przyspieszają, być może to też da się zmierzyć. Można również pokusić się o pomiar właściwości światła. Kąty rozszczepienia światła są stałe, to już sprawdziłem. Khalid pokiwał głową.

— Najpierw zajmijmy się tym odwróconym miechem, niezbędnym do opróżnienia komory. Z pewnością nie uda nam się uzyskać próżni doskonałej, nicość jest nieosiągalna na tym świecie. Wydaje mi się, że coś w środku jednak zostanie, coś rzadszego od powietrza.

— To już bardziej w stylu Arystotelesa — zauważył Iwang. — Natura nie znosi próżni, a jeśli tak nie jest…? Jeśli nie spróbujemy, nigdy się nie dowiemy.

Khalid skinął głową. Gdyby miał obie ręce, już by je z pewnością zacierał.

Po chwili wszyscy trzej wyszli na zewnątrz, obejrzeć mechanizm wodny. Kanałem poprowadzonym od rzeki płynął rwący nurt, a jego sunąca, gładka powierzchnia błyszczała w porannym słońcu. Woda poruszała młyńskie koło, od którego odchodziły osie i wały, napędzające mechanizmy ciężkich młotów kowalskich i kruszarek, a na końcu wirowały rączki miechów, rozniecających ogień pod piecami odlewniczymi. Panował hałas, dźwięki spadającej wody, kruszonych skal i wyjącego ognia zlewały się ze sobą. Ryk żywiołów poddawanych przemianom atakował ich uszy i przesycał powietrze ostrym swędem. Khalid stał przez chwilę nieruchomo, przyglądając się całej wodnej maszynerii. To było jego dzieło, to on skupił wokół siebie najzdolniejszych rzemieślników i wraz z nimi zbudował tę ogromną, skomplikowaną maszynę, dającą o wiele większą moc niż ludzie czy konie. Byli najpotężniejsi na świecie, myślał Bahram, patrząc na przedsiębiorstwo Khalida. Jednym machnięciem ręki teść rozwiał jego wizję. Teraz Khalid chciał dowiedzieć się, dlaczego wszystko to działało. Poprowadził ich z powrotem do warsztatu.

— Będziesz nam potrzebny do dmuchania szkła, ja zbiorę swoich kowali i garbarzy. Wentyl, o którym mówiłeś, da się najprawdopodobniej zrobić z owczych jelit.

— Sądzę, że powinien być o wiele mocniejszy — odparł Iwang. — Stalowa klapka zamykająca się pod wpływem ciągu próżni na skórzanej uszczelce.

— Racja.

W tej lampie nie ma dżina

Khalid zaprzągł do pracy swoich rzemieślników, a Iwang zajął się dmuchaniem szkła. Po kilku tygodniach mieli gotowy, dwuczęściowy mechanizm: dużą kulę z grubego szkła, którą planowali opróżnić, i potężną pompę do odessania z niej powietrza. Co prawda zdarzały się jeszcze drobne usterki, defekty zaworów i kłopoty ze szczelnością, lecz na szczęście starzy mechanicy pracujący w kompleksie, wykazali się niezwykłą pomysłowością i zawzięcie usuwali kolejne błędy, aż w końcu zbudowali pięć bardzo podobnych do siebie wersji jednego urządzenia, wszystkie bardzo ciężkie. Pompa była masywna, a jej części precyzyjnie toczone, aby idealnie pasowały do tłoka, rury i wentylów. Szklane kule miały grube ściany i jeszcze grubsze szyjki, a na ich wewnętrznej powierzchni znajdowały się spiczaste występy, na których można było zawieszać różne przedmioty i obserwować ich zachowanie po usunięciu z wewnątrz powietrza.

Kiedy rozwiązali problem nieszczelności, pozostało tylko zbudowanie przyrządu z przekładnią zębatkową, który umożliwiał napieranie na pompę z dużą siłą podczas odprowadzania resztek zgromadzonego w kuli powietrza. Iwang odradzał próbę stworzenia próżni doskonałej, która mogłaby wessać w siebie pompę, warsztat Khalida, a kto wie, czy nie cały świat — niczym dżin wracający do swojej lampy. Kamienna twarz Iwanga sprawiała, że nie wiedzieli, czy żartował, czy też mówił poważnie.

Kiedy w końcu mechanizm pracował w miarę niezawodnie (czasami tylko pękało szkło lub strzelał wentyl), ustawiono go na drewnianej ramie, a Khalid rozpoczął serię prób. Umieszczał w szklanej kuli różne przedmioty, odsysał powietrze i badał wyniki doświadczenia. Kategorycznie odmawiał jakichkolwiek dyskusji filozoficznych, tyczących się tego, co pozostawało w kuli po odessaniu powietrza.

— Po prostu obserwujmy to, co się dzieje — mówił. — Jest to tym, czym jest.

Na stole obok całej aparatury leżała księga z czystymi stronicami, w której on sam lub jego sekretarz zapisywali każdy szczegół kolejnych doświadczeń i mierzył ich czas na precyzyjnym zegarze.

Po kilku tygodniach zaznajamiania się z aparaturą i przeprowadzania doświadczeń, Khalid poprosił Iwanga i Bahrama o pomoc przy organizacji małego przyjęcia, na które chciał zaprosić kilku kadich i nauczycieli z medresy w Registanie, a w szczególności matematyków i astronomów z medresy Szir Dar, którzy już od dawna interesowali się poglądami starożytnych Greków i klasycznego kalifatu na temat fizycznych cech rzeczywistości. W wyznaczony dzień, kiedy wszyscy zaproszeni goście zebrali się wokół otwartego na podwórze warsztatu Khalida, stojącego nieopodal jego gabinetu, gospodarz zaprezentował aparaturę i wyjaśnił zasadę jej działania, po czym pozwolił wszystkim śledzić przebieg doświadczenia. Na spiczastym występie wewnątrz szklanej kuli powiesił budzik, który kołysał się swobodnie na końcu krótkiej, jedwabnej nici. Następnie lewą dłonią chwycił mocno za korbę przekładni poruszającej tłok i przekręcił ją dwadzieścia razy. Objaśnił, iż budzik nastawiony był dokładnie na szóstą, tuż po zakończeniu modlitewnych śpiewów na północnym minarecie Samarkandy.

— Aby upewnić się, że budzik naprawdę dzwoni, odsłoniliśmy młoteczek, żeby było widać, jak uderza w dzwonki. Kiedy zaobserwujemy pierwszy wynik eksperymentu, zacznę stopniowo wpuszczać powietrze do wnętrza kuli i wtedy sami usłyszycie efekt.

Był szorstki i bezpośredni. Bahram zauważył, że starał się unikać złowróżbnego i magicznego stylu, jaki wyrobił sobie podczas alchemicznych transmutacji. Nie stawiał tez, nie wypowiadał zaklęć. Zarówno dla niego, jak i dla wszystkich zgromadzonych wspomnienie o jego ostatniej, katastrofalnej w skutkach demonstracji, o oszustwie, jakiego się dopuścił, pozostawało świeże. Teraz wskazał tylko dłonią na budzik, który za chwilę miał wybić szóstą.

Wtem podwieszony na nitce zegar zaczął wirować wokół własnej osi, a młoteczek drgał w tę i z powrotem, uderzając w dwa mosiężne dzwonki. Ze szklanej kuli nie dobiegał jednak żaden dźwięk. Khalid wykonał dłonią gest i rzekł:

— Być może pomyślicie, że to szkło tłumi dźwięki, lecz kiedy wpuścimy do wewnątrz powietrze, przekonacie się, że tak nie jest. Najpierw jednak proszę, abyście sami przyłożyli ucho do szkła i upewnili się, czy rzeczywiście nic nie słychać.

Jeden po drugim podchodzili i sprawdzali. Następnie Khalid odkręcił zawór i otworzył wentyl osadzony w ściance kuli. Świdrujący świst zlał się ze stłumionym dźwiękiem dzwonków, który po chwili był już wyraźnie słyszalny, jakby dochodził z sąsiedniego pokoju.

— Wygląda na to, że bez powietrza dźwięk nie może się rozchodzić — skomentował Khalid.

Goście z medresy z dużym zapałem badali aparaturę, rozważali jej zastosowanie do innych eksperymentów i snuli domysły na temat tego, co jeśli cokolwiek pozostało w kuli po odpompowaniu powietrza. Khalid wytrwale odmawiał włączenia się do dyskusji na ten temat i wolał rozmawiać o właściwościach dźwięku, na jakie wskazywało jego doświadczenie, i o sposobie rozchodzenia się dźwięku w przestrzeni.

— Może echo pomoże nam w wyjaśnieniu tej kwestii — powiedział jeden z kadich. Jego oczy, podobnie jak u wszystkich przyjezdnych świadków, błyszczały z zadowolenia i podekscytowania. — Coś uderza powietrze, popycha je, dźwięk jest wstrząsem, rozchodzącym się w powietrzu, tak jak fale rozchodzące się na wodzie. Dźwięk odbija się, tak jak fala morska odbija się od nabrzeża, przebycie dystansu od przeszkody z powrotem do źródła zajmuje mu trochę czasu i stąd bierze się echo. Na to odezwał się Bahram:

— Zatem z pomocą wysokiego klifu, odbijającego echo, moglibyśmy zmierzyć prędkość dźwięku.

— Prędkość dźwięku! — powiedział Iwang. — Wyśmienicie!

— Doskonały pomysł, Bahramie — powiedział Khalid. Po czym spojrzał przez ramię sekretarzowi, aby upewnić się, czy zanotował wszystko, co powiedziano i zrobiono. Następnie wykręcił zawór i zdemontował go, a kiedy sięgał dłonią do wnętrza kuli, aby wyłączyć budzik, jeszcze wyraźniej usłyszeli hałaśliwe dzwonienie. Wszystkim wydało się to dziwne, że jeszcze przed chwilą obijający się o dzwonki młoteczek nie wydawał żadnego dźwięku. Khalid przeciągnął prawym nadgarstkiem po swojej łysinie.

— Zastanawiam się, czy korzystając z tej samej zasady, moglibyśmy ustalić prędkość światła.

— Światło przecież nie odbija się echem — zauważył Bahram.

— Racja, lecz jeśli skierować je na odległe zwierciadło, powiedzmy… tak! Odsłonięta latarnia, oddalone zwierciadło i bardzo precyzyjny zegar, najlepiej taki, co sam by się włączał i wyłączał.

Iwang pokręcił głową.

— Podejrzewam, że zwierciadło musiałoby znajdować się bardzo daleko, aby obserwator mógł dokładnie ustalić długość przerwy, a poza tym, aby błysk latarni był widoczny, należałoby precyzyjnie dobrać kąt nachylenia zwierciadła i koniecznie…

— Albo niech człowiek będzie zwierciadłem — zaproponował Bah-ram. — Kiedy jedna osoba na odległym wzgórzu zobaczy światło latarni, odsłania swoją, a obserwator przy pierwszej latarni liczy czas do pojawienia się drugiego światła.

— Doskonale! — powiedziało jednocześnie kilka osób, a Iwang rzucił tylko:

— Podejrzewam, że światło i tak okaże się zbyt szybkie.

— Ale za to zawsze będzie jasne — powiedział wesoło Khalid. — Doświadczenie wyjaśni nam tę kwestię.

Po tych słowach Esmerine i Fedwa podały wszystkim puchary z lodami.

— To w ramach eksperymentów nad sorbetem — zażartował Iwang. Zaczęli jeść i wesoło rozmawiać. Iwang opowiadał o świszczących krukach w wyższych partiach Himalajów, gdzie powietrze jest o wiele bardziej rozrzedzone, i o wielu innych dziwnych zjawiskach.

Chan staje w obliczu próżni

Iwang zdołał w końcu wyrwać Khalida z głębokiej melancholii, a Bahram podziwiał w duchu wielką mądrość Tybetańczyka objawiającą się w jego podejściu do tak delikatnej sprawy. Odtąd każdego dnia Khalid zrywał się co rano z łóżka, aby zdążyć przed zmrokiem ze wszystkimi zajęciami. Kontrolę nad interesami powierzono Bahramowi, Fedwie i starym mistrzom kierującym poszczególnymi warsztatami. Kiedy pracownicy zjawiali się u Khalida z pytaniami dotyczącymi kompleksu, udawał zajętego i wcale się nimi nie interesował. Czas spędzał na wymyślaniu, planowaniu, przeprowadzaniu i zapisywaniu kolejnych doświadczeń z pompą próżniową, a później z inną aparaturą i odmiennymi zjawiskami.

Kiedyś o poranku, kiedy w mieście panowała jeszcze cisza, udali się pod wielki, zachodni mur miejski i tam mierzyli czas rozchodzenia się dźwięku uderzanych o siebie drewnianych klocków oraz powracającego echa. Odległość od muru odmierzyli sznurkiem o długości jednej trzeciej li. Iwang zajął się obliczeniami i wkrótce ogłosił, że prędkość dźwięku wynosiła około dwa tysiące li na godzinę. Wszyscy byli zdumieni tak wysokim wynikiem.

— To prawie pięćdziesiąt razy szybciej od najszybszych koni — powiedział Khalid, przyglądając się z radością wyliczeniom przyjaciela.

— A mimo to światło będzie jeszcze szybsze — przewidywał Iwang.

— Tego się dopiero dowiemy. Tymczasem Iwang głowił się nad liczbami.

— Pozostaje tylko pytanie, czy dźwięk, rozchodząc się w przestrzeni, zwalnia, czy też przyśpiesza. Najprawdopodobniej jednak zwalnia, gdyż powietrze stawia mu opór.

— Hałas cichnie wraz ze zwiększającą się odległością — zauważył Bahram — więc dźwięk raczej słabnie, a nie zwalnia.

— Ale dlaczego? — zapytał Khalid i już po chwili wszedł w gorącą dyskusję z Iwangiem o naturze dźwięku i ruchu, o przyczynowości i o działaniu na odległość. Bahram, jako że nie był filozofem, szybko zgubił wątek, a Khalid z założenia nie poruszał w rozmowie wątków metafizycznych i najczęściej kończył wywód słowami, które sobie upodobał:

— Sprawdźmy to!

Iwang był spokojny. Wpatrując się w rachunki, powiedział:

— Potrzebujemy matematyki, która opisze nie tylko prędkość stałą, lecz również prędkość zmiany prędkości. Zastanawiam się, czy Hindusi zajmowali się tym zjawiskiem.

Często powtarzał, że hinduscy matematycy byli najbardziej zaawansowani na świecie i wyprzedzali w tej dziedzinie nawet Chińczyków. Khalid już dawno udostępnił Iwangowi wszystkie dzieła matematyczne, jakie zgromadził w pracowni, gdzie Iwang godzinami przesiadywał, czytając rękopisy lub kreśląc rysunki i rozpisując kredą na tabliczkach przeróżne wzory.

Wieść o ich pompie próżniowej rozchodziła się, a oni często spotykali się w medresie z grupami zainteresowanych rozmówców. Zwykle byli to mistrzowie uczący matematyki i filozofii przyrody. Na spotkaniach często dochodziło do kontrowersji, lecz mimo to wszyscy przestrzegali obowiązującego w medresie ceremonialnego stylu prowadzenia teologicznych dysput.

Tymczasem w hinduskim karawanseraju sprzedawcy książek rozkładali stragany. Przywoływali do siebie Bahrama, prosząc, aby rzucił okiem na stare zwoje i księgi obite skórą i drewnem lub na drewniane pudełka wypełnione pojedynczymi stronicami.

— Gwarantuję, że starego jednorękiego z pewnością zainteresuje, co Hrahmagupta ma do powiedzenia na temat rozmiarów ziemi — mówili do niego, uśmiechając się, gdyż wiedzieli, że Bahram nie potrafił sprawdzić ich słów.

— W tej księdze zebrana jest mądrość stu pokoleń buddyjskich mnichów, zamordowanych przez Mogołów.

— A ta jest opracowaniem myśli wymarłych mieszkańców Frengistanu, Archimedesa i Euklidesa.

Bahram kartkował księgi, udając, że rozumie, co czyta, podczas gdy wyboru dokonywał, sugerując się objętością woluminu, jego wiekiem i częstym występowaniem cyfr, a w szczególności cyfr hinduskich i innych tybetańskich krzaczków, które tylko Iwang potrafił odszyfrować. Jeśli stwierdzał, że Khalid i Iwang mogliby być zainteresowani którąś z ksiąg, zaczynał się o nią targować z uprzywilejowanej pozycji ignoranta.

— Co ty mi tu opowiadasz?! Przecież to nawet nie jest po arabsku ani po hindusku. Gdyby chociaż było po persku lub w sanskrycie! Nie poznaję tego alfabetu, jak Khalid miałby coś z tego zrozumieć?

— Ależ to dzieło pochodzi z Dekanu, każdy buddysta potrafi to odczytać. Twój przyjaciel Iwang z pewnością zechce przybliżyć sobie ten dialekt.

Albo:

— To jest alfabet sikhów, ich ostatni guru stworzył go specjalnie dla swoich uczniów. Jest bardzo zbliżony do sanskrytu, a cały język to nic innego jak wariant dialektu pendżabskiego.

Bahram wracał później do domu ze swoimi zdobyczami, nieco zaniepokojony wydaniem ogromnej sumy pieniędzy na zakurzone tomiszcza, z których nic nie rozumiał. Khalid i Iwang zazwyczaj rzucali się na księgi jak sępy i studiowali je dokładnie strona po stronie, po czym gratulowali Bahramowi wyboru i chwalili jego kupieckie zdolności. Bywało też, że Khalid zwymyślał Bahrama od głupców, a Iwang tylko patrzył na niego ze zdziwieniem, że na przykład nie potrafił rozpoznać księgi rachunkowej z Trawankoru pełnej kwitów przewozowych (było to owe dekańskie dzieło, które każdy buddysta potrafił odczytać).

Ich nowe urządzenie przyciągnęło też uwagę mniej mile widzianych gości. Pewnego ranka w bramie kompleksu pojawił się Nadir Divanbegi wraz z grupą żołnierzy z przybocznej gwardii chana. Paxtakor, służący Khalida, oprowadził gości po kompleksie, a Khalid, z powściągliwą gościnnością, rozkazał przynieść im do gabinetu kawę.

Nadir był nad wyraz przyjazny, lecz wkrótce przeszedł do rzeczy.

— Przekonywałem chana, aby ocalił ci życie, ponieważ jesteś wielkim uczonym, filozofem i alchemikiem, prawdziwym skarbem chanatu, klejnotem przydającym chwały Samarkandzie.

Khalid skinął ze skrępowaniem głową, wpatrując się w filiżankę kawy. Uniósł palec, jakby chciał powiedzieć „wystarczy”, lecz wymamrotał tylko:

— Jestem wdzięczny, efendi.

— Tak. Teraz już wiadomo, że miałem rację, wstawiając się za tobą, gdyż doszły nas słuchy o waszych działaniach i wspaniałych odkryciach.

Khalid podniósł wzrok, żeby się upewnić, czy Nadir nie robił sobie z niego żartów, lecz ten tylko uniósł dłoń, by zaświadczyć o swojej prawdomówności, po czym Khalid znów przymknął oczy.

— Przyjechałem, aby ci przypomnieć, że te fascynujące eksperymenty przeprowadzane są na zagrożonej ziemi. Terytorium chanatu znajduje się na przecięciu wszystkich światowych szlaków handlowych, wrogie armie stoją za każdą z granic. Chanowi zależy na skutecznej obronie swoich poddanych przed ewentualnym atakiem, a ostatnio doszły nas słuchy o chińskim dziale, które potrafiłoby zniszczyć mury naszego miasta w tydzień albo nawet mniej. Chan pragnie, abyś mu pomógł uporać się z tym problemem, fest przekonany, że z radością podzielisz się owocami swej nauki i razem z nim staniesz w obronie chanatu.

— Każde moje doświadczenie zawdzięczam chanowi — powiedział poważnym tonem Khalid. — Każdy swój oddech jemu zawdzięczam.

Nadir skinął głową, wyrażając głębokie zrozumienie tej prawdy.

— A mimo to nie zaprosiłeś go na prezentację swojej pompy, wytwarzającej próżnię.

— Nie sądziłem, że tak drobna sprawa zainteresuje chana.

— Chan interesuje się wszystkim.

Nikt już teraz nie wiedział, czy Nadir żartuje, czy mówi poważnie.

— Z radością zaprezentujemy przed chanem naszą pompę próżniową.

— Doskonale, będzie to mile widziany gest. Pamiętaj jednak, że chan życzy sobie konkretnej pomocy przy budowie artylerii i fortyfikacji.

Khalid skinął głową.

— Uszanujemy jego wolę, efendi.

Kiedy Nadir odszedł, Khalid zaczął burczeć żałośnie:

— Wszystkim się interesuje! Jak on mógł to powiedzieć, nie wybuchając śmiechem?!

Mimo wszystko wysłał do chana swojego służącego z oficjalnym zaproszeniem na prezentację nowej aparatury. Zanim doszło do odwiedżin, Khalid zaprzągł do pracy wszystkich robotników w kompleksie, przygotowując nową demonstrację pompy, która, jak miał nadzieję, zrobi na chanie wrażenie.

Kiedy Seid Abdul Aziz przybył na pokaz ze swoją świtą, kulę, w której miała powstać próżnia, zastąpiono dwiema półkulami o ściśle pasujących do siebie krawędziach, na które, przed usunięciem powietrza, nałożono cienką uszczelkę z naoliwionej skóry. Każda z półkul mieściła się w osobnej, stalowej obręczy, do której przywiązano liny.

Seid Abdul zasiadł na poduszkach i przyglądał się uważnie szklanym półkulom. Khalid pośpieszył z wyjaśnieniami:

— Kiedy usuniemy z wewnątrz powietrze, połówki kuli przylgną do siebie z wielką siłą — złożył je w całość, a następnie rozdzielił, po czym znów złożył i w specjalny otwór w ścianie jednej z nich zamontował pompę. Skinął na Paxtakora, aby ten wykonał dziesięć obrotów korbą pompy, po czym zwrócił urządzenie w stronę chana, prosząc, aby sam spróbował rozdzielić szklane połówki. Nie dało się. Chan wyglądał na śpiącego. Khalid przeniósł urządzenie na centralny dziedziniec kompleksu, gdzie już czekały dwie trójki koni, których końcówki uprzęży zaprzęgowych przyczepiono hakami do szklanych półkul i pognano konie w przeciwnych kierunkach, tak że po chwili szklana kula zawisła w powietrzu między nimi. Kiedy konie zatrzymały się, chłopcy strzelili z batów. Zwierzęta zaczęły parskać, ciągnąć i podskakiwać, usiłując wyrwać się do przodu, rozbiegały się na boki, przeciągały i mocowały, a przez cały ten czas szklana kula unosiła się w powietrzu na naprężonych linach. Nie dało się jej rozdzielić. Po kilku próbach konie zupełnie opadły z sił i stały teraz, chwiejąc się na nogach.

Chan z zainteresowaniem przyglądał się koniom, lecz na kulę nie zwracał uwagi. Po kilku minutach zmagań Khalid nakazał zatrzymać konie, odczepił aparaturę i zaniósł ją w stronę chana, Nadira i jego ludzi. Kiedy odkręcił zawór, powietrze ze świstem dostało się z powrotem do wnętrza kuli, a jej połówki odpadły od siebie, jak połówki rozkrojonej pomarańczy. Khalid zerwał zmiażdżoną skórzaną uszczelkę.

— Proszę spojrzeć — powiedział — to siła powietrza, a raczej ciągpróżni utrzymywał obie połówki przy sobie.

Chan wstał i zaczął się zbierać do odjazdu. Jego towarzysze powstali razem z nim. Wyglądał, jakby za chwilę miał usnąć.

— Tak — powiedział. — Nie wiem, czy wiesz, ale ja chciałbym wysadzić w powietrze moich wrogów, a nie zbierać ich do kupy — i machnąwszy ręką, odjechał.

W zaciszu nocy, we wnętrzu światła

Mało entuzjastyczna reakcja chana zmartwiła Bahrama. Żadnego, choćby najmniejszego zainteresowania aparaturą, która tak fascynowała uczonych z medresy. Zamiast tego rozkaz wynalezienia nowej broni i umocnień, na jakie nie wpadł jeszcze żaden płatnerz czy rusznikarz w historii zbrojeń. Łatwo można było sobie wyobrazić czekającą ich karę, gdyby zawiedli oczekiwania chana. Prawa dłoń Khalida była ich przekleństwem, szydziła sobie z nich, rezydując wewnątrz swojej własnej próżni. Khalid czasem wpatrywał się w swój prawy nadgarstek, mówiąc doń:

— Pewnego dnia skończę jak ty.

Teraz jednak rozejrzał się tylko po kompleksie i rzekł:

— Powiedzcie Paxtakorowi, żeby zwrócił się do Nadira o udostępnienie nowego działa do testów. Po trzy egzemplarze z każdego kalibru oraz wszystkie rodzaje prochu i amunicji.

— Proch mamy swój.

— Wiem — powiedział z błyskiem w oku. — Chcę się przekonać, co w ich magazynach nie pochodzi od nas.

W trakcie kolejnych dni odwiedził ponownie wszystkie stare zabudowania, wzniesione jeszcze przez niego samego z pomocą jego najstarszych ślusarzy, kiedy to zaczynali interes od produkcji broni i prochu dla władcy. W tamtych czasach, zanim przeszli na system chiński i połączyli energię młyna wodnego z piecami, budując pierwszy piec odlewniczy zasilany energią wodną — dzięki czemu młodzi miechowi mogli zająć się poważniejszymi rzeczami — wszystko było małe i prymitywne, a żelazo bardziej kruche, przez co wszystkie ich wynalazki były toporne i nieporęczne. Było to nawet widać w konstrukcjach budynków z tamtych czasów. Teraz przekładnie zamontowane na młyńskim kole obracały się z całą mocą nurtu rzeki, wpływającej w mechanizm napędowy miechów i wyjącej jak ogień. Nad wannami z chemikaliami unosiły się żółtozielone opary, terminatorzy ładowali kosze i popędzali wielbłądy, usypując na podwórkach wysokie hałdy węgla. Khalid pokręcił głową na widok tego wszystkiego i wykonał nowy gest, jakby chciał uderzyć w coś brakującą dłonią.

— Potrzebujemy precyzyjniejszych zegarów. Tylko jeśli zdołamy precyzyjniej mierzyć czas, posuniemy się naprzód.

Słysząc to, Iwang wydął usta.

— Potrzebujemy więcej zrozumienia.

— Tak, tak, oczywiście. Któż na całym żałosnym świecie nie zgodziłby się z tym zdaniem? Niestety, mądrość przeszłych wieków nie jest w stanie udzielić nam odpowiedzi na pytanie, po jakim czasie od odpalenia spłonki odpala się ładunek.

Pod koniec każdego dnia we wspaniałym kompleksie przemysłowym zapadała cisza i słychać było już tylko terkotanie koła młyńskiego w kanale. Robotnicy mieszkający na miejscu myli się, jedli posiłek i odmawiali wieczorne modlitwy, po czym udawali się na spoczynek do swoich kwater w nadrzecznej części kompleksu, a pracownicy przyjezdni wracali do miasta.

Bahram opadł na łóżko obok Esmerine. W drugim końcu pokoju spały ich dzieci, Fazi i Laila. Kiedy wracał w nocy, najczęściej zasypiał w tej samej chwili, kiedy wykończony składał głowę na jedwabnej poduszce. Zapadał w błogi sen.

Czasem oboje budzili się o północy i leżeli tak razem, oddychając, dotykając się i szepcząc. Ich nocne rozmowy były czasem krótkie i chaotyczne, czasem zaś najdłuższe i najpoważniejsze, jakie kiedykolwiek odbywali; a jeśli mieli ochotę się kochać, zwłaszcza teraz, kiedy dzieci całymi dniami nie dawały Esmerine spokoju, to właśnie wtedy, w błogim chłodzie i ciszy owych nocy.

Później Bahram wychodził na podwórze i przechadzał się po kompleksie, podziwiając go w świetle księżyca i sprawdzając, czy wszystko w porządku. Wciąż czul w sobie pulsujący rytm miłości. Wtedy też najczęściej zauważał światło w oknie pracowni Khalida. Wstępował po cichu do środka, aby zastać go pochylonego nad książką, sporządzającego lewą ręką notatki w księdze umieszczonej na stojaku, bądź też leżącego na kanapie i rozmawiającego po cichu z Iwangiem. Ten podawał Khalidowi drugi ustnik fajki wodnej, z której rozchodził się aromat palonej nargilli ze słodką nutą haszyszu. Jeśli zastawał Iwanga i obaj jeszcze nie spali, wtedy Bahram dosiadał się na chwilę, nim znów nie robił się śpiący i wracał do Esmerine. Khalid rozmawiał z Iwangiem o naturze ruchu, o wzroku, czasem trzymali przed sobą jakąś soczewkę i mówili, patrząc przez nią na siebie. Khalid był zdania, że oko odbiera wrażenia docierające na jego powierzchnię w postaci małych obrazów rozchodzących się w powietrzu. Przekonał się, że wielu starożytnych filozofów z Chin i Frengistanu również podzielało tę opinię i nazywało te małe obrazy „eidosem”, „symulakrą”, „gatunkiem” lub „obrazem”, fantazmatem”, „kształtem”, „intencją”, „podobieństwem sprawcy”, cieniem filozofa”. Słysząc tę ostatnią nazwę, Iwang zawsze się uśmiechał. On sam uważał, że to oko ludzkie wysyłało w przestrzeń strumienie fluidów, z prędkością zbliżoną do prędkości światła. Fluidy odbijały się od przedmiotów i wracały do oka jak echo, niosąc ze sobą niezmieniony kształt i kolorystykę przedmiotów.

Bahram natomiast utrzymywał, iż żadne z tych tłumaczeń nie było właściwe. Jak sam mówił, wzroku nie dało się opisać za pomocą optyki, gdyż widzenie było kwestią duchową. Mężczyźni wysłuchiwali go, po czym Khalid kręcił głową, mówiąc:

— Być może optyka rzeczywiście nie tłumaczy nam wszystkiego, lecz to właśnie od niej należy rozpoczynać wszelkie tłumaczenia, gdyż ona jest tą częścią fenomenu widzenia, którą potrafimy przetestować, rozumiesz, opisać matematycznie, jeśli oczywiście będziemy odpowiednio bystrzy.

Chan w końcu przysłał armaty, więc Khalid po kilka godzin dziennie spędzał poza murami kompleksu, na skarpie nieopodal zakrętu rzeki, gdzie wspólnie ze starym Jalilem i Paxtakorem oddawali salwy z kolejnych dział. Nadal jednak większość czasu zajmowało mu myślenie o optyce i proponowanie Iwangowi nowych eksperymentów. Iwang wrócił do warsztatu, gdzie z grubego szkła wydmuchał dwie kule o ściętych bokach, wklęsłe i wypukłe zwierciadła i dwa duże, idealnie wypolerowane, trójkątne drążki, z którymi obchodził się jak z relikwiami. On i Khalid zamykali się popołudniami w gabinecie staruszka, w południowej ścianie zrobili mały otwór i do ciemnego wnętrza wpuszczali wąski snop słonecznego światła. Podkładali pod otwór pryzmat i na przeciwległą ścianę bądź na rozwieszony ekran rzucali szeroką tęczę. Iwang twierdził, że było w niej siedem kolorów, Khalid, że sześć, uznając fioletowy i lawendowy za różne odcienie tego samego koloru. Spierali się niemal o wszystko, co widzieli, przynajmniej tak było na początku. Iwang sporządził diagramy odwzorowujące rozkładanie się barw i zmierzył dokładnie kąty, pod którymi poszczególne barwne smugi wychodziły z pryzmatu. Podkładali też pod otwór szklane kule i dziwili się, dlaczego światło nie rozszczepia się w nich tak jak w pryzmacie. Wszyscy przecież wiedzieli, że jeśli na niebo wypełnione miniaturowymi, przezroczystymi kulami, takimi jak na przykład krople deszczu, padną promienie popołudniowego słońca, wtedy powstanie tęcza, która w tych okolicach rozpinała się na wschód od Samar — kandy. Ileż to razy nad miastem przetaczały się czarne burze, po których Bahram wraz z dwoma starszymi mężczyznami obserwowali prawdziwie piękne tęcze. Zdarzały się też tęcze podwójne, dwa barwne łuki, jeden wyrazisty, a drugi jaśniejszy, a czasem nawet potrójne, z trzecim, wątłym łukiem ponad dwoma pozostałymi. W końcu Iwang opracował prawo rozszczepienia światła, które — jak zapewnił Khalida — obejmowało wszystkie kolory.

— Tęcza główna powstaje w wyniku załamania światła, które wpada do wewnątrz kropli wody, odbija się od przeciwległych ścian i powtórnie się załamuje, wychodząc z kropli w powietrze. Tęcza wtórna powstaje, kiedy światło odbije się wewnątrz kropli dwa lub trzy razy. Teraz spójrzcie tutaj, każda barwa posiada własny współczynnik załamania. Kiedy światło odbija się wielokrotne wewnątrz kropli, wtedy poszczególne barwy oddzielają się od reszty i ukazują się nam zawsze w tej samej kolejności, która jest odwrócona w tęczy wtórnej, ponieważ tam następuje jeszcze jedno odbicie, powodujące odwrócenie kolejności barw do góry nogami, tak jak to widać na moim rysunku, widzicie?

— Więc jeśli krople deszczu miałyby krystaliczną strukturę, wtedy nie byłoby tęczy.

— Zgadza się. Na przykład śnieg. Jeśli następowałoby tylko odbicie, niebo iskrzyłoby się białym światłem, jakby w powietrzu ktoś porozwieszał lustra. Można to czasem zaobserwować podczas burz śnieżnych. Okrągły kształt kropli deszczu gwarantuje za to ciągłą zmianę kąta padania i odbicia światła, od zera do dziewięćdziesięciu stopni. W ten sposób promienie rozchodzą się pod różnymi kątami i docierają do obserwatora, który musi znajdować się pod kątem czterdziestu, czterdziestu dwóch stopni od linii padającego z tyłu światła. Podwójna tęcza pojawia się w momencie, gdy kąt ten mieści się od pięćdziesięciu i pół stopnia do pięćdziesięciu czterech i pół. Spójrzcie, geometria przewiduje wszystkie te kąty, a w terenie możemy je zmierzyć przy użyciu tego wspaniałego okularu, który Bahram wyszukał specjalnie dla ciebie w chińskim karawanseraju. Urządzenie potwierdza moje pomiary na tyle, na ile da się je utrzymać nieruchomo. To właśnie są tak zwane matematyczne prognozy!

— Tak, tak — powiedział Khalid — ale to dość pokrętne tłumaczenie. Otrzymujesz swoje współczynniki, obserwując światło w pryzmacie, a następnie chcesz je udowodnić, prowadząc dalsze obserwacje i pomiary na niebie.

— Kolory na ścianie to jedna rzecz, a tęcza na niebie to zupełnie co innego.

— Jako w niebie, tak i na ziemi — był to oczywiście truizm starego alchemika, lecz w jego ustach zabrzmiał on mrocznie i złowróżbnie.

Tęcza znikała wraz z nadchodzącą z zachodu chmurą, która przysłoniła słońce, a dwoje pochłoniętych dyskusją uczonych nawet tego nie zauważyło. Bahram został sam i rozkoszował się żywymi barwami kreślącymi na niebie jasny łuk. Dar od Allaha, jako znak, że już nigdy więcej nie zatopi świata. Mężczyźni wskazywali palcami to na tabliczkę Iwanga, to na instrument do obserwacji nieba.

— Znika — powiedział Bahram, a mężczyźni unieśli tylko głowy, podirytowani tym, że ktoś im przerywa. Kiedy tęcza była jeszcze wyraźnie widoczna, niebo wewnątrz jej łuku było o wiele jaśniejsze niż na zewnątrz. Teraz jednak po obu stronach niebo było tak samo szaroniebieskie.

Tęcza zniknęła, a oni ruszyli z powrotem do kompleksu. Z każdym kolejnym krokiem Khalid był coraz bardziej rozpromieniony i co rusz wchodził w kałużę, nadal przeglądając rysunki na tabliczce Iwanga.

— Wspaniale! Muszę przyznać, że całkiem nieźle. To niemal tak dobre, jak postulat Euklidesa. Dwa załamania, dwa lub trzy odbicia, deszcz, słońce, obserwator i oto mamy tęczę!

— I oczywiście samo światło, dzielące się na uporządkowane wiązki barw — dodał Iwang marzycielskim tonem — które wspólnie docierają do nas od samego słońca. Ono jest takie jasne! A kiedy natrafia na jakąś przeszkodę, odbija się od niej i trafia do oka, jeśli oczywiście jakieś oko na nie patrzy. A gdyby tak część wiązki… ciekawe, co by się stało… czy wszelkie powierzchnie na świecie są rożnie zaokrąglone? Gdyby tylko dało się im przyjrzeć odpowiednio blisko…

— To dziwne, że przedmioty nie zmieniają barw, kiedy się przemieszczamy — powiedział Bahram, a pozostali dwaj mężczyźni najpierw się nie odezwali, a dopiero po chwili Khalid parsknął śmiechem.

— A oto i kolejna tajemnica! Niech Allah nas przed tym broni. Wszystkie barwy będą tak po prostu spływały na nas bez końca, aż wszyscy staniemy się jednością z Bogiem.

Myśl ta najwyraźniej bardzo go ucieszyła.

W jednym z budynków kompleksu staruszek urządził ciemnię. Pozabijał okna i dokładnie uszczelnił wnętrze, tak że było tam jeszcze ciemniej niż w jego pracowni. W południowej ścianie zrobił dwa zamykane przysłoną otwory, przez które mógł wpuszczać strumień światła. Spędził tam wiele poranków ze swoimi asystentami, wchodząc, wychodząc i przygotowując kolejne doświadczenia. Jedno z nich tak mu się spodobało, że aż zaprosił na jego prezentację uczonych z medresy Szir Dar, gdyż, jak mówił, obalało ono twierdzenie Ibd Rashda o jednorodnej naturze białego światła oraz to, że barwy powstałe po przepuszczeniu światła przez pryzmat miały być niejako efektem specyficznych właściwości szkła. Jeśli byłoby to prawdą, postulował Khalid, to po dwukrotnym załamaniu światło zmieniałoby barwę dwa razy. Aby to sprawdzić, jego asystenci odsłonili otwór w ścianie i wpuścili do środka światło. Pierwsza barwna wiązka z pryzmatu padła na ekran rozwieszony pośrodku ciemni. Następnie Khalid własnoręcznie odsłonił niewielką prostokątną szczelinę w ekranie, tak że tylko czerwona część tęczy przedostała się na drugą stronę, do następnego zaciemnionego pokoju, gdzie napotykała kolejny pryzmat, załamujący ją na kolejny ekran, zawieszony na ścianie w głębi drugiego pomieszczenia.

— Jeśli samo tylko załamanie światła pod pewnym kątem powodowałoby zmianę jego barwy, wtedy z pewnością czerwony wycinek po powtórnym załamaniu również zmieniłby kolor. Spójrzcie! Nadal jest czerwony. Każda z barw przepuszczona przez drugi pryzmat pozostaje niezmieniona. — Zademonstrował to, przesuwając powoli zaślepki w szczelinie ekranu i przepuszczając na drugą stronę ekranu kolejne barwy. Wszyscy goście stłoczyli się przy drzwiach do drugiego pokoju, aby osobiście sprawdzić wyniki doświadczenia.

— O czym to świadczy? — zapytał ktoś z tłumu.

— No cóż, w tym właśnie musicie mi pomóc albo zapytajcie Iwanga. Ja sam nie uważam się za filozofa. Według mnie doświadczenie pokazuje, że zmiana barwy nie jest bezpośrednim efektem załamania światła. Przede wszystkim jednak świadczy o tym, że w skład światła słonecznego, światła białego czy — jak wolicie — pełnego światła lub po prostu światła dziennego wchodzą wszystkie te poszczególne barwy.

Świadkowie pokiwali głowami. Khalid rozkazał otworzyć drzwi do ciemni i wszyscy, mrużąc oczy, wyszli na słońce, gdzie czekała na nich kawa i ciastka.

— To było wspaniałe — powiedział Zahar, jeden ze starszych matematyków z Szir Dar. — Czuję się oświecony, jeśli można tak powiedzieć, lecz, jak uważasz, co nam to wszystko mówi o samym świetle. Czym jest światło?

Khalid wzruszył ramionami.

— Tylko Bóg to wie. Myślę, że udało nam się wyjaśnić, tak przynajmniej uważam, pewne zachowanie światła. Zachowanie to ma charakter geometryczny, który najprawdopodobniej można opisać za pomocą liczb, tak jak wiele innych zjawisk na świecie. Allah najwidoczniej upodobał sobie matematyków, sam zresztą to powtarzałeś, Zaharze. Jeśli natomiast chodzi o substancję światła, to nadal pozostaje ona tajemnicą! Z pewnością porusza się bardzo szybko. Jak szybko, nie wiemy i dobrze byłoby się tego dowiedzieć. Jest ciepłe, o czym przekonujemy się, stojąc na słońcu i, w odróżnieniu od dźwięku, rozchodzi się w próżni, jeśli oczywiście istnieje na świecie coś takiego jak próżnia. Być może Hindusi mają rację, może oprócz ziemi, ognia, powietrza i wody istnieje jeszcze jeden żywioł, eter, tak subtelny, że aż niewidoczny, wypełniający wszechświat i będący właściwym ośrodkiem wszelkiego ruchu. Może światło to takie maleńkie cząstki, odbijające się od wszystkiego, na co natrafią, na przykład od zwierciadła, lecz na co dzień nie aż tak dokładnie. W zależności od powierzchni, na jaką padną, konkretna barwa odbija się i trafia do oka, może tak właśnie jest? — Po raz kolejny wzruszył ramionami. — To prawdziwa tajemnica.

Medresa zabiera głos

Demonstracja barw składowych światła wywołała lawinę dyskusji i debat we wszystkich medresach w okolicy. Do tego czasu Khalid nauczył się już nie wypowiadać na temat przyczyn głosem nieznoszącym sprzeciwu i nie wchodzić zbyt głęboko w dyskurs uczonych z medres, poprzez odwołania do woli Allaha czy do innych aspektów natury wszechotaczającej rzeczywistości. Zwykł mówić tylko:

— Allah daje nam rozum, abyśmy lepiej zrozumieli świetność jego dzieła.

Albo:

— Świat czasem działa zgodnie z zasadami matematycznymi. Allah Kocha liczby, tak samo jak komary na wiosnę i piękno.

Uczeni odchodzili zadowoleni lub poirytowani, lecz zawsze rozpaleni żarem filozoficznej dyskusji. Miejska medresa na placu Registan oraz stare obserwatorium Ulugbega leżące za miastem podchwyciły nową modę przeprowadzania doświadczeń demonstrujących przeróżne zjawiska fizyczne. Warsztat Khalida przestał być jedynym miejscem, w którym budowano coraz bardziej skomplikowane układy mechaniczne i urządzenia. Na przykład matematycy z medresy Szir Dar zaciekawili wszystkich nową i zaskakującą wagą rtęciową o bardzo prostej budowie — trochę rtęci w szklanej główce oraz wąska probówka z rtęcią, zanurzona otwartym końcem w żywym srebrze. Po jakimś czasie słup rtęci w probówce opadł nieznacznie, wytwarzając ponad sobą kolejną tajemniczą próżnię. Matematycy z Sir Dar twierdzili, że to powietrze, naciskając całym swoim ciężarem na rtęć w główce, utrzymywało rtęć w probówce na stałym poziomie, nie pozwalając jej spłynąć w dół do naczynia. Inni utrzymywali, że spadek słupa rtęci do pewnego poziomu wynikał z niezdolności próżni powstałej w górnej części probówki do dalszego rozszerzania się. Zgodnie z sugestią Iwanga, zaniesiono urządzenie na szczyt Śnieżnej Góry, w górach Zerawszan, gdzie wszyscy przekonali się, że słup rtęci opadł jeszcze niżej. Działo się tak najprawdopodobniej dlatego, że znajdowali się jakieś trzysta czy czterysta łokci ponad miastem, gdzie na rtęć naciskały mniejsze masy powietrza niż w dole. Był to kolejny, silny dowód na twierdzenie Khalida, o tym że powietrze napierało na wszystko swoim ciężarem, a jednocześnie argument obalający Arystotelesa, Al-Farabiego i innych uczonych z arabskiej szkoły arystotelesowskiej, twierdzących, jakoby cztery żywioły pragnęły przebywać na swoich własnych poziomach, wyżej lub niżej. Tę ostatnią tezę Khalid otwarcie wyśmiewał w rozmowach kuluarowych.

— To tak, jakby kamienie czy wiatr mogły chcieć znajdować się tu czy tam, tak jak człowiek. To nic innego, jak kolejny przykład pokrętnego rozumowania: „przedmioty spadają, bo chcą spadać”, jakby one mogły chcieć. Rzeczy spadają dlatego, że spadają, i tyle! Na razie musi nam to wystarczyć, nikt przecież nie wie, dlaczego rzeczy spadają, ja na pewno nie wiem. Zasada działania na odległość to wielka tajemnica. Najpierw jednak musimy to stwierdzić, musimy nazwać tajemnice tajemnicami i dopiero potem rozpocząć badania, demonstrować zjawiska i sprawdzać, czy prowadzą do odkrycia i zrozumienia przyczyn lub rządzących nimi praw.

Suficcy uczeni jak zwykle dokonywali ekstrapolacji i z każdego fizycznego doświadczenia wyciągali wnioski, odnoszące się do pierwotnej natury wszechświata, podczas gdy matematyków fascynował czysto numeryczny aspekt uzyskiwanych wyników i objawiająca się przed nimi geometria świata. Te i inne metody poznawcze łączyły się ze sobą, tworząc wartki nurt nowych, energicznych działań, na które składało się przeprowadzanie eksperymentów, długie rozmowy, wiele godzin spędzonych nad tabliczkami w poszukiwaniu matematycznych formuł i niemały wysiłek rzemieślników wkładany w budowę nowych i coraz doskonalszych urządzeń. W owym czasie Bahram miał wrażenie, jakby w każdym zakątku Samarkandy prowadzono naukowe dociekania: w kompleksie Khalida, w innych warsztatach w mieście, w medresach, w ribacie, na bazarach, przy straganach z kawą i w karawanserajach, skąd kupcy roznosili wieści na cały świat. To było piękne.

Skrzynia pełna mądrości

Daleko poza zachodnimi murami miasta, gdzie Jedwabny Szlak prowadził w stronę Buchary, Ormianie gnieździli się w ciszy swojego skromnego karawanseraju, stojącego obok dużego i hałaśliwego zajazdu Hindusów. O zmroku gotowali strawę na małych piecykach, a ich kobiety nosiły odsłonięte twarze i miały odważne spojrzenia, śmiały się i rozmawiały głośno we własnym języku. Ormianie byli dobrymi handlarzami, a mimo to prowadzili samotniczy tryb życia. Handlowali jedynie najdroższymi towarami i miało się wrażenie, że byli już wszędzie i wiedzieli wszystko o wszystkim. Ze wszystkich ludów trudniących się handlem byli najzamożniejsi i najpotężniejsi. W odróżnieniu od Żydów czy nestorian mieli swoją własną, małą ojczyznę na Kaukazie, do której regularnie wracali, a ponadto byli muzułmanami, przynajmniej większość z nich, dzięki czemu mieli ogromną przewagę na całym Dar al-Islam, który, prawdę mówiąc, obejmował już cały świat oprócz Chin i Indii poniżej Dekanu. Krążące o nich plotki, że niby tylko udawali muzułmanów, a w skrytości ducha zawsze byli chrześcijanami, bolały Bahrama, który odczytywał je jako sztylet wbijany Ormianom w plecy przez zazdrosnych kupców — prawdopodobnie Romów, których dawno temu wygnano z Indii (niektórzy mówią, że z Egiptu). To kolejny bezdomny lud, tułający się po świecie, któremu nie podobała się silna pozycja Ormian na tak wielu dochodowych rynkach zbytu.

Bahram przechadzał się między ich ogniskami i latarniami, gdzieniegdzie zatrzymywał się, by porozmawiać ze znajomymi lub przyjąć krzepiący łyk wina, w końcu jakiś stary mężczyzna przedstawił mu jeszcze starszego od siebie księgarza, Mantuniego. Był to niski, zgarbiony i pomarszczony staruszek w okularach, które powiększały mu oczy do rozmiarów cytryn. Znał tylko podstawy tureckiego i mówił z wyraźnym akcentem. Bahram przeszedł na perski, co Mantuni przyjął wdzięcznym skinieniem głowy. Staruszek wskazał na drewnianą skrzynię, stojącą na ziemi, w całości wypełnioną książkami, które specjalnie dla Khalida zdobył we Frengistanie.

— Jesteś pewny, że dasz radę sam? — zapytał zaniepokojony.

— Oczywiście — odpowiedział Bahram, którego martwiło teraz coś innego. — Ile się należy?

— O, nie, nie! Już zapłacono. Khalid wysłał mnie z gotówką, w przeciwnym razie nie byłoby mnie na nie stać. Pochodzą z wyprzedaży z pewnej posiadłości w Damaszku, bardzo stara rodzina alchemików, z której został tylko jeden, bezpotomny pustelnik. Popatrz na to: Zosym, Traktat o piecach i przyrządach, wydrukowany zaledwie dwa lata temu, to dla ciebie. Reszta jest już przygotowana i ułożona w porządku chronologicznym. I tak mamy tutaj Jabira Sumę doskonałości oraz jego Dziesięć ksiąg rektyfikacji, a tam, spójrz, Tajemnica stworzenia.

Ta ostatnia pozycja była ogromnym tomiszczem, obitym w owczą skórę.

— Napisał ją Grek Apolloniusz. Jeden z rozdziałów tej księgi to legendarny Szmaragdowy stół — powiedział Mantuni, kładąc delikatnie dłoń na oprawie dzieła — sam ten rozdział wart jest dwa razy więcej, niż zapłaciłem za całą kolekcję, na szczęście oni o tym nie wiedzieli. Jakiś czas po potopie żona Abrahama, Sara, odnalazła oryginał Szmaragdowego stołu w jaskini nieopodal Hebronu. Tekst fenickim pismem wyryto na szmaragdowej płycie, którą Sara znalazła w objęciach ramion zmumifikowanych zwłok po trzykroć wielkiego Hermesa, ojca alchemii. Chcąc być szczery, muszę przyznać, że dotarłem też do innych źródeł, przypisujących to odkrycie Aleksandrowi Wielkiemu. Tak czy inaczej, oto jest, w arabskim tłumaczeniu, z czasów kalifatu bagdadzkiego.

— Wspaniale — powiedział Bahram, nie będąc jednak do końca pewnym, czy Khalida będzie to jeszcze interesowało.

— Znajdziesz tam też Kompletny zbiór biografii Nieśmiertelnych, cieniutki wolumin, biorąc pod uwagę Skrzynię pełną mądrości Bartłomieja Anglika, pisarza z Frengistanu; O właściwościach rzeczy, List słońca do półksiężyca, Księgę Trucizn, to się zawsze może przydać i Wielki skarb, i O trzech podobieństwach, to po chińsku.

— Iwang będzie umiał to odczytać — odpowiedział Bahram — dziękuję. — Spróbował unieść skrzynię i miał wrażenie, jakby była wypełniona kamieniami. Chwiejnym krokiem ruszył jednak przed siebie.

— Jesteś pewny, że doniesiesz to bezpiecznie z powrotem do miasta?

— Jakoś sobie poradzę. Zaniosę to do Khalida. Iwang ostatnio przeniósł się do niego z całą swoją robotą. Jeszcze raz dziękuję. Jestem pewny, że Iwang będzie chciał się z tobą skontaktować i porozmawiać o tych książkach, być może Khalid też. Jak długo zostajesz w Samarkandzie?

— Góra miesiąc.

— W takim razie na pewno jeszcze się spotkacie.

Bahram ruszył piechotą, niosąc na głowie drewnianą skrzynię i zatrzymując się co jakiś czas, by dać odpocząć swojej szyi i pokrzepić się kolejnymi łykami wina z bukłaka. Kiedy wrócił do kompleksu, zapadł wieczór, a w głowie mu szumiało. W oknie gabinetu Khalida stała zapalona lampa. Bahram wszedł do środka i zastał staruszka zatopionego w lekturze. Triumfalnym gestem postawił przed nim skrzynię i rzekł:

— Przyniosłem coś do poczytania — i opadł na krzesło.

Koniec alchemii

Pokręciwszy ze zrezygnowaniem głową na widok pijanego Bahrama, Khalid zaczął przeglądać zawartość skrzyni, pogwizdując.

— Same stare pierdoły — powiedział w pewnej chwili, po czym wyciągnął jedną z książek i otworzył ją. — Aha! Tekst z Frengistanu, przetłumaczony z łaciny na arabski przez Ibn Rabiego z Nsary. Oryginał wyszedł spod pióra Bartłomieja Anglika w szóstym wieku. Zobaczmy, co ma on nam do powiedzenia. Hmm… hmm… — czytał, wodząc pośpiesznie wskazującym palcem lewej dłoni po wierszach kolejnych stron — Co? Przecież to Ibn Sina!… I to też — spojrzał na Bahrama. — Ustępy o alchemii są żywcem wzięte z pism Ibn Sina!

Czytał dalej i co chwilę wybuchał śmiechem.

— Posłuchaj tego! „Żywe srebro…”, chodzi o rtęć, „…ma tak wspaniale zalety i siłę, że choćbyś na jednej szali umieścił stufuntowy kamień, a na drugiej dwa funty żywego srebra, to ono i tak przeważy.

— Co?

— Słyszałeś kiedyś taki nonsens? Jeśli już posługuje się jednostkami masy, to zakładam, że rozumie, o czym mówi.

Czytał dalej.

— O! — wykrzyknął po chwili. — W tym miejscu cytuje Ibn Sina: „Szkło, jak powiada Avicenna, jest wśród kamieni tym, czym błazen pośród ludzi, gdyż przyjmuje wszelkie barwy”. Słowa zwierciadlanego odbicia człowieka. A to co?! Posłuchaj tej historii, równie dobrze mogłaby być o Seidzie Abdulu Azizie: „Dawno temu żył człowiek, któremu udało się otrzymać plastyczne szkło. Dawało się giąć i kształtować młotkiem. Zaniósł on do cesarza Tyberiusza flakon z tego szkła uczyniony i cisnął go pod nogi władcy. Flakon nie potłukł się, lecz jedynie pogniótł i powgniatał. Mężczyzna kilkoma wprawnymi uderzeniami młotka przywrócił flakonowi pierwotny kształt”. Musimy poprosić Iwanga o takie szkło! „Cesarz natychmiast rozkazał odrąbać mężczyźnie głowę, aby jego odkrycie nigdy nie wyszło na jaw, gdyż jeśliby do tego doszło, złoto nie byłoby już w niczym lepsze od gliny, a inne metale straciłyby na wartości, jako że jeśli szklane naczynia nie tłukłyby się, wtedy z pewnością warte byłyby więcej od naczyń ze złota”. Ciekawe stwierdzenie. Podejrzewam, że w tamtych czasach szkło było jeszcze rzadkim materiałem. — Wstał, przeciągnął się i westchnął. — Za to takich Tyberiuszów chyba nigdy nie zabraknie.

Większość pozostałych ksiąg przeglądał pobieżnie i odrzucał z powrotem do pudła. Szmaragdowy stół przeczytał uważnie, strona po stronie, prosząc Iwanga i kilku matematyków z Szir Dar o pomoc przy sprawdzeniu każdego zdania tego dzieła, które mogłoby wskazywać konkretny kierunek badań, czy to w pracowniach, czy też w środowisku naturalnym. W końcu wszyscy zgodnie przyznali, że większość zawartych tam informacji była błędna, a to, co było prawdą, sprowadzało się najczęściej do trywialnych stwierdzeń i banalnych obserwacji z dziedziny metalurgii i zjawisk naturalnych.

Bahram pomyślał, że Khalid mógł być rozczarowany, lecz, kiedy badania dobiegły końca, był zadowolony z otrzymanych wyników i wyglądał na jeszcze bardziej pewnego siebie. Bahram zrozumiał, że gdyby wydarzyło się coś magicznego, Khalid mógłby doznać głębokiego wstrząsu i rozczarowania, gdyż okazałoby się, że porządek w przyrodzie nie jest tak systematyczny, jak założył, i że wymyka się ludzkiemu poznaniu. Przyglądał się więc tym wszystkim nieudanym eksperymentom z ponurą satysfakcją, po czym odłożył mądrości Hermesa Trismegistosa na najwyższą półkę, obok reszty alchemicznej braci, i odtąd już nigdy do niej nie wracał. Później interesowały go już tylko jego własne księgi, których puste strony zapełniał po przeprowadzonych doświadczeniach lub nad którymi spędzał długie noce. Wówczas pootwierane tomy zalegały na stołach i na podłodze w całym jego gabinecie. Pewnej chłodnej nocy, spacerując po kompleksie, Bahram wszedł do gabinetu Khalida i zastał go śpiącego na kanapie. Przykrył go kocem, zagasił większość palących się lamp i przy świetle ostatniej z nich przyglądał się księgom leżącym na podłodze. Leworęczne pismo Khalida było nierówne i postrzępione, niemal nieczytelne — pewnie używał jakiegoś szyfru. Za to niewielkie, pośpiesznie kreślone szkice były na swój sposób precyzyjne i czytelne: przekrój gałki ocznej, duży wóz, pasma światła, tory lotu kul armatnich, ptasie skrzydła, zespoły przekładni, listy wszelkich gatunków damasceńskiej stali, wnętrze atanora, termometry, altymetry, mechanizmy zegarowe, schematycznie nakreślone postaci ludzkie, walczące na miecze lub zwisające z ogromnych spiral jak nasiona lipy, złowrogie twarze z koszmarnych snów, leżące i stojące tygrysy, porykujące z marginesów na nieczytelne gryzmoły. Było zbyt zimno na przeglądanie kolejnych stron. Bahram wpatrywał się w śpiącego starca, którego umysł był tak zatłoczony. Jakże dziwni ludzie otaczają nas w tym życiu. Wolnym krokiem wrócił do siebie, by wtulić się w Esmerine.

Prędkość światła

Wielokrotne doświadczenia ze światłem przepuszczanym przez pryzmaty sprawiły, że Khalid powrócił do pytania o prędkość jego rozchodzenia się, i pomimo częstych wizyt Nadira i jego wysłanników nadal potrafił rozmawiać tylko o przeprowadzeniu doświadczenia, które mogłoby tę prędkość wykazać. W końcu udało mu się zorganizować wszystko, co niezbędne do rozwiązania tej palącej kwestii: należało podzielić się na dwie grupy wyposażone w duże latarnie. Grupa Khalida miała wziąć ze sobą jego najdokładniejszy zegar, który został przerobiony tak, aby zatrzymywał się po naciśnięciu dźwigni, blokującej mechanizm. Wstępna próba wykazała, że podczas nowiu światło największych latarni umieszczonych na szczycie wzgórza Afrasiab było widoczne aż na grani Shamiana. Miejsca te oddzielała od siebie szeroka dolina rzeczna, był to dystans dziesięciu li w linii prostej. Gdyby za źródła światła zdecydowali się obrać ogniska, odsłaniające i zasłaniające za pomocą płacht, wtedy też mogliby wydłużyć dystans. Khalid jednak nie uważał, aby było to konieczne.

Wyruszyli o północy, podczas kolejnego nowiu. Bahram z Khalidem, Paxtakorem i kilkoma innymi służącymi udali się na wzgórze Afrasiab, a Iwang, Jalil i ich pomocnicy na grań Shamiana. Na naoliwionych prowadnicach wokół latarni zamontowano klapy, które otwierały się z dokładnie zmierzoną uprzednio prędkością i były tak zaprojektowane, aby gwarantowały niemal natychmiastową reakcję. Zespół Khalida miał odsłonić światło i uruchomić zegar, kiedy zespół Iwanga spostrzegał światło, odsłaniał swoją latarnię, a Khalid, ujrzawszy ich światło, zatrzymywał zegar — było to bardzo proste i uczciwe doświadczenie.

Droga na wzgórze Afrasiab była długa i prowadziła przez stary, wschodni most, następnie stromym szlakiem pomiędzy ruinami starożytnego miasta Afrasiab, spowitego mrokiem i ledwo widocznego w migotliwym świetle gwiazd. W suchym, nocnym powietrzu unosiła się woń werbeny, rozmarynu i mięty. Khalid był w wyśmienitym nastroju, jak zawsze zresztą przed eksperymentami. Kiedy spostrzegł, że Paxtakor i inni pomocnicy pociągają dużymi haustami wino z bukłaków, rzekł:

— Ciągniecie lepiej niż nasza pompa próżniowa. Uważajcie, bo w końcu wyssiecie buddyjską próżnię, a wtedy wszyscy znajdziemy się w waszych bukłakach.

Dotarłszy na płaski, bezdrzewny szczyt wzgórza, stali i czekali, aż zespół Iwanga osiągnie czerniejącą na tle gwiazd grań Shamiana. Wierzchołek wzgórza Afrasiab widziany z Shamiana znajdował się na tle gór Dzhizak, dzięki czemu Iwang nie widział gwiazd nad szczytem Afrasiab, których światło mogłyby go zmylić, lecz czarny, opustoszały masyw górski.

Na szczycie pozatykali drewniane paliki, wskazujące położenie drugiego zespołu, po czym Khalid mruknął niecierpliwie i rzeki:

— Zobaczmy, czy już dotarli na miejsce.

Bahram stanął twarzą w stronę grani Shamiana, zwolnił klapy latarni i pomachał nią. Po chwili dostrzegli żółtawy, doskonale widoczny blask nieco poniżej czarnej linii grani.

— Doskonale — powiedział Khalid — a teraz zakryj.

Bahram zaciągnął klapę, po czym latarnia Iwanga również zgasła.

Stanął po lewej stronie Khalida. Zegar i latarnię postawiono na składanym stoliku i połączono za pomocą mechanizmu, który jednym ruchem otwierał klapę latarni i uruchamiał zegar. Khalid położył wskazujący palec na dźwigni zatrzymującej zegar i mruknął:

— Teraz.

Nie wiedzieć czemu, serce Bahrama waliło jak młotem. Zwolnił mechanizm i dokładnie w tej samej chwili na grani Shamiana rozbłysło światło latarni Iwanga. Zaskoczony Khalid zaklął i zatrzymał zegar.

— Na Allaha! Nie byłem gotów, spróbujmy jeszcze raz.

Umówili się na dwadzieścia prób, więc Bahram tylko skinął głową, podczas gdy Khalid sprawdził wskazania zegara i rozkazał Paxtakorowi odnotować wynik: dwa i jedna trzecia uderzenia.

Wykonali kolejną próbę, lecz i tym razem światło latarni Iwanga docierało do nich w tym samym momencie, w którym Bahram zwalniał klapę latarni. Kiedy Khalid przyzwyczaił się do prędkości wymiany, okazało się, że wszystkie próby trwają krócej niż jedno uderzenie. Bah-ramowi wydawało się, jakby to on otwierał klapę latarni znajdującej się po drugiej stronie doliny. To niesamowite, jak szybki był Iwang, nie wspominając już o świetle. Raz nawet spróbował tylko udawać, że zwalnia mechanizm, naciskając lekko dźwignię i puszczając ją, gdyż chciał się przekonać, czy aby Tybetańczyk nie czytał w jego myślach.

— Wystarczy — powiedział Khalid po dwudziestej próbie. — Dobrze, że mieliśmy tylko dwadzieścia prób, bo w końcu doszlibyśmy do takiej wprawy, że dostrzegalibyśmy ich światło jeszcze przed otwarciem naszej latarni.

Wszyscy wybuchli śmiechem. Podczas prób Khalid był opryskliwy i nieprzystępny, lecz teraz najwyraźniej był już zadowolony, przez co wszystkim znacznie ulżyło. Ruszyli w dół zbocza i kierowali się ku miastu, rozmawiając głośno i popijając wino z bukłaków. Khalid też pił, choć ostatnimi czasy bardzo rzadko mu się to zdarzało. Dawniej była to jedna z jego ulubionych rozrywek. Wcześniej, w kompleksie, zmierzyli swój czas reakcji i okazało się, że większość ich prób trwała dokładnie tyle samo, a nawet krócej.

— Jeśli odrzucimy pierwszą próbę i z pozostałych obliczymy średnią, wyjdzie nam w przybliżeniu ten sam czas, jaki zajmuje samo wykonanie próby.

Bahram odparł:

— Światło więc dociera wszędzie jednocześnie.

— Wszędzie jednocześnie? Z nieskończoną prędkością? Nie sądzę, aby Iwang zgodził się z tym stwierdzeniem, zwłaszcza jeśli miałoby ono opierać się tylko na tym doświadczeniu.

— A ty co o tym myślisz?

— Ja? Myślę, że powinniśmy być w większej odległości od siebie. Jedno jest pewne, przekonaliśmy się, że światło jest bardzo szybkie.

Mijali opustoszałe ruiny Afrasiab, trzymając się głównej drogi z czasów starożytnego miasta, prowadzącej na południe, w stronę mostu. Pomocnicy szli coraz szybciej, zostawiając Khalida z Baharamem w tyle.

Khalid nucił coś niemelodyjnie, a Bahram przysłuchując się mu, przypomniał sobie zapisane strony w księgach staruszka i po chwili zapytał:

— Jak to się dzieje, ojcze, że ostatnimi czasy jesteś taki szczęśliwy? Khalid spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Ja? Wcale nie jestem szczęśliwy.

— Ależ jesteś! Khalid roześmiał się.

— Mój drogi Bahramie, ależ z ciebie prostolinijna dusza. Wyciągnął do góry swój prawy nadgarstek i pomachał kikutem przed nosem Bahrama.

— Spójrz na to, chłopcze. Spójrz tylko na to! Jakże mam być szczęśliwy? Oczywiście, że nie mogę. To moja hańba, to moja głupota i chciwość, obnażone przed wszystkimi i rozpamiętywane każdego dnia. Al-lah jest mądry i takie też są jego kary. Jestem zhańbiony do końca tego życia i nigdy już nie pozbędę się piętna. Nigdy nie będę mógł zjeść w czysty sposób, obmyć się, czy pogłaskać w nocy włosów mojej Fe-dwy. Moje życie się skończyło. Wszystko z powodu dumy i strachu. Oczywiście, że jest mi wstyd, oczywiście, że się złoszczę, na Nadira, na chana, na samego siebie, na Allaha, tak, na niego też! Na was wszystkich! Nigdy już się nie przestanę złościć, nigdy!

— Jakże to? — spytał wstrząśnięty Bahram.

Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu między ruinami skąpanymi w poświacie gwiazd.

Khalid westchnął głęboko.

— Posłuchaj mnie, młodzieńcze. Co ja mogę zrobić? Mam dopiero pięćdziesiąt lat i jeszcze trochę czasu mi zostało, zanim Allah zabierze mnie do siebie. Muszę czymś ten czas wypełnić. Nadal zachowałem dumę i oczywiście ludzie nadal mi się przyglądają. Byłem niegdyś wybitnym człowiekiem, więc niektórych z pewnością ucieszył mój upadek i pewnie nadal cieszy! Jaką historię mam im podsunąć tym razem? Bo właśnie tym jesteśmy dla innych ludzi, chłopcze — jesteśmy opowieściami. Cała cywilizacja to ogromny młyn rozdrabniający opowieści. Mógłbym zatem być historią o człowieku, który zaszedł wysoko i spadł na dno, którego duch się rozpadł i jak zbity pies wczołgał do ciasnej dziury, aby jak najszybciej w niej zdechnąć. Mógłbym też być historią o człowieku, który zaszedł wysoko, spadł na dno, po czym podniósł się zuchwale i ruszył nową drogą, nie oglądając się za siebie i nie dając motłochowi żadnej satysfakcji. Taką właśnie historię stworzę i każę im ją przełknąć. Jeśli chcą ode mnie innej historii, to niech się wypchają. Jestem tygrysem, chłopcze, w poprzednim wcieleniu byłem tygrysem, musiałem nim być, gdyż ciągle o tym śnię. Buszuję między drzewami i chodzę na łowy. Teraz zaprzągłem tygrysa do rydwanu i ruszam w drogę! — Przeciągnął lewą dłonią w powietrzu, w stronę miasta przed nimi. — To jest klucz, młodzieńcze, musisz nauczyć się zaprzęgać tygrysa do rydwanu.

Bahram skinął głową i rzekł:

— I przeprowadzać dalsze doświadczenia.

— Tak! tak! — Khalid zatrzymał się i szerokim gestem wskazał na rozgwieżdżone niebo. — To jest właśnie najlepsze, chłopcze. To jest najwspanialsza rzecz, że jest to tak cholernie ciekawe! Nie służy zabijaniu czasu ani nie jest ucieczką od tego. — Znów pomachał kikutem. — To jedyna rzecz, jaka się naprawdę liczy! No bo po co tu jesteśmy? Po co?

— Żeby kochać.

— W porządku, masz rację. Lecz w jaki sposób możemy najlepiej pokochać ten darowany przez Allaha świat? Tylko i wyłącznie poznając go! On tu przecież jest, cały czas taki sam, piękny każdego poranka, a my wchodzimy w niego i zacieramy jego oblicze naszymi chanami, kalifatami i innymi wymysłami. To kompletny absurd. Jeśli natomiast zechcesz zrozumieć otaczające cię zjawiska, przyjrzeć się światu i zapytać, dlaczego tak się dzieje, dlaczego przedmioty spadają, dlaczego słońce wschodzi każdego ranka i ogrzewa powietrze i napełnia liście zielenią, w jaki sposób się to wszystko odbywa, jakich zasad trzymał się Allah, tworząc ten piękny świat, wtedy wszystko wygląda inaczej. Bóg widzi, że doceniasz jego dzieło, a nawet jeśli nie widzi, nawet jeśli w końcu do niczego byś nie doszedł, nawet jeśli poznanie czegokolwiek jest niemożliwe, to i tak nadal możesz próbować.

— A przy tym dużo się uczysz — dodał Bahram.

— Niezupełnie. Właściwie to niczego się nie uczysz. Kiedy mamy jednak pod ręką takiego matematyka jak Iwang, może uda nam się rozwiązać kilka prostszych zagadek lub chociaż stworzyć niewielką bazę, którą przekażemy następnym pokoleniom. To jest prawdziwe dzieło Boga, Bahramie. Bóg nie ofiarował nam świata, abyśmy w nim stali i przeżuwali pokarm jak wielbłądy. Sam Mahomet powiedział: „Zdobywaj wiedzę, nawet jeśli miałoby to cię zaprowadzić do Chin!”. Mając Iwanga, sprowadziliśmy Chiny do siebie. Dzięki temu wszystko jest jeszcze bardziej interesujące.

— No więc sam widzisz, że jesteś szczęśliwy, dokładnie tak jak mówiłem.

— Szczęśliwy i rozzłoszczony. Szczęśliwie gniewny. Wszystko naraz. To jest właśnie życie, chłopcze. Z czasem stajesz się coraz pełniejszy, aż w końcu cię rozsadza i Allah zabiera cię do siebie, aby później zesłać twoją duszę w kolejny żywot. W ten sposób wszystko z czasem staje się pełniejsze.

Przy rogatkach brzmiało pianie kogutów, a ze wschodniego nieba powoli znikały gwiazdy. Pomocnicy dotarli wcześniej do kompleksu i otworzyli bramy na oścież, lecz Khalid zatrzymał się na zewnątrz, między wysokimi hałdami węgla drzewnego i rozglądał się dokoła z wyraźną satysfakcją.

— Iwang dopiero teraz wraca — powiedział po cichu. Wielki Tybetańczyk kroczył w ich stronę niezdarnie niczym niedźwiedź, zmęczony, lecz z uśmiechem na twarzy.

— No i jak? — zapytał.

— Za szybkie, aby dało się je zmierzyć — przyznał Khalid. Iwang odchrząknął.

Khalid podał mu bukłak z winem, a ten pociągnął duży haust.

— Światło — powiedział. — Cóż możemy o nim powiedzieć?

Wschodnie niebo wypełniało się teraz tą tajemniczą substancją, a Iwang chwiał się na boki jak niedźwiedź tańczący w rytm muzyki. Bahram jeszcze nigdy nie widział go takim szczęśliwym. Obaj mężczyźni byli zadowoleni ze swojej nocnej pracy. Zespół Iwanga miał za sobą noc pełną niefortunnych przygód. Pili wino, gubili drogę, wpadali do rowów, śpiewali piosenki, mylili inne światła ze światłem latarni Khalida, a później, podczas właściwych prób, nie mieli pojęcia, jakie czasy notowano po drugiej stronie doliny na wzgórzu Afrasiab i niewiedza ta sprawiała, że czuli się bardzo dziwnie, aż w końcu mieli wrażenie, że zwariowali.

Wydarzenia te nie byty jednak głównym powodem dobrego humoru Tybetańczyka, to raczej jego własne myśli tak dobrze go nastrajały. Mruczał coś pod nosem w swoim języku i intonował z głębi siebie niskie dźwięki. Pomocnicy śpiewali w tym czasie pieśń powitalną, ku czci wschodzącego słońca. W końcu Iwang zwrócił się do Bahrama i Khalida: — Schodząc z grani byłem tak zmęczony, że niemal zasypiałem na stojąco, a myśl o twoim doświadczeniu przyniosła mi ze sobą wizję. Rozmyślając o świetle twojej latarni mrugającej w ciemnościach po drugiej stronie doliny, pomyślałem, że gdybym mógł zobaczyć jednocześnie wszystkie momenty wędrówki świata pośród gwiazd, każdy z nich, jako odrębny i swoisty byt, tylko odrobinę różniący się od pozostałych… i gdybym mógł przechodzić od jednego do drugiego, jak z pokoju do pokoju, wtedy byłbym w stanie sporządzić mapę wędrówki samego świata. Każdy mój krok w dół zbocza był niejako odrębnym światem, fragmentem nieskończoności, tworzonym przez rzeczywistość tego kroku. Szedłem więc od świata do świata, krok po kroku, nie widząc w mroku ziemi pod stopami, i pomyślałem, że gdyby istniała liczba, znamionująca każde miejsce mojego stąpnięcia, wtedy, poprowadziwszy linię łączącą wszystkie te punkty, ukazałby się obraz całej grani. Nasze ślepe stopy podążają instynktownie poprzez mrok, podobnie i my, nie potrafimy ogarnąć swoim niedoskonałym wzrokiem niezgłębionej rzeczywistości, moglibyśmy jednak uchwycić całość, wykonując regularne oznaczenia i pomiary. Wtedy dopiero moglibyśmy stwierdzić: to jest tym, a to tamtym. Zakładając oczywiście, że po drodze nie natknęlibyśmy się na ogromne głazy czy przepastne jaskinie, w ten sposób poznalibyśmy w końcu kształt całej grań. Każdy krok prowadził mnie ze świata w świat. — Spojrzał na Khalida. — Rozumiesz, o czym mówię?

— Chyba tak — odpowiedział Khalid. — Proponujesz sporządzić wykres ruchu.

— Tak, lecz również ruchu w ruchu, zmiany prędkości, rozumiesz, która zawsze występuje na tym świecie, tak jak opór i wsparcie.

— Opór powietrza — powiedział Khalid z lubością. — Żyjemy na dnie oceanu powietrza. Ma ono swoją masę, jak to wykazała waga rtęciowa, napiera na nas, w nim rozchodzą się docierające do nas promienie słońca.

— Które nas ogrzewają — dorzucił Bahram.

Słońce przebijało już spomiędzy odległych szczytów na wschodzie. Bahram odezwał się:

— Wszelka cześć i chwalą i podziękowanie dla Allaha za cudowne słońce, które jest na świecie znakiem jego nieskończonej miłości.

— A zatem — powiedział Khalid, ziewając — pora spać.

Demonstracja lotu

Ich najrozmaitsze prace i doświadczenia musiały w końcu zaowocować kolejną wizytą Nadira Divanbegi. Tym razem Bahram był na bazarze, gdzie z przerzuconym przez ramię worem kupował melony, pomarańcze, kurczaki i linę, kiedy nagle stanął przed nim Nadir ze swoją osobistą strażą. Bahram wiedział doskonale, że spotkanie to nie było przypadkowe.

— Dobrze, że cię widzę, Bahramie. Słyszałem, że ostatnio jesteście bardzo zajęci.

— Jak zawsze, efendi — odpowiedział Bahram, skłaniając się. Dwóch strażników w zbrojach, z długolufowymi muszkietami, wbijało w niego wzrok niczym polujące sokoły.

— I, jak mniemam, wasza wspaniała praca skupia się również wokół działań na rzecz chana Seida Abdula Aziza oraz ku chwale całej Samarkandy?

— Oczywiście, efendi.

— Opowiedz mi o nich zatem — powiedział Nadir. — Wymień je i powiedz, jak daleko posunęliście się w każdym z nich.

Bahram z niepokojem przełknął ślinę. Wiedział, że Nadir celowo przydybał go na targu, zakładając, że dowie się od niego więcej niż od Khalida czy Iwanga, tym bardziej w przestrzeni publicznej, gdzie Bahram będzie prawdopodobnie zbyt zdenerwowany i zaskoczony, aby udzielać wymijających odpowiedzi.

Zmarszczył więc brew, próbując robić dobrą minę do zlej gry, gdyż właściwie nie za bardzo miał się nad czym rozwodzić.

— Dużo pracują nad rzeczami, których nie rozumiem, efendi. Zdaje się, że większość czasu spędzają nad konstrukcją broni i projektowaniem fortyfikacji.

Nadir pokiwał głową, a Bahram wskazał dłonią na znajdujące się obok nich stragany z melonami.

— Mogę?

— Oczywiście — odparł Nadir i poszedł za nim. Bahram podszedł do stoiska z miodem i kantalupami i zaczął wykładać owoce na wagę. Z pewnością wytarguje za nie dobrą cenę, mając Nadira i jego straż za swoimi plecami.

— Jeśli chodzi o broń — improwizował Bahram, wskazując ponuremu sprzedawcy czerwone melony — to pracujemy nad wzmocnieniem metalu, z którego odlane będą lufy armat, aby były lżejsze i bardziej wytrzymałe. Poza tym stale eksperymentujemy z lotem kul armatnich w różnych warunkach, przy użyciu różnych rodzajów prochu i dział, to znaczy… wszystko spisujemy i badamy wyniki, aby móc precyzyjnie określić, gdzie wyląduje dany rodzaj pocisku.

— To może być bardzo przydatne. Udało już się wam coś ustalić?

— Prace nadal trwają, efendi.

— A co z fortyfikacjami?

— Trzeba wzmocnić mury — odpowiedział prosto Bahram. Khalid na pewno będzie wściekły, kiedy dowie się o tych pośpiesznie złożonych obietnicach. Bahram nie widział innego wyjścia z sytuacji, musiał mówić ogólnikowo i mieć nadzieję, że Nadir nie będzie dopytywał się o szczegóły.

— Oczywiście — rzeki Nadir. — Czy byłbyś tak uprzejmy i zorganizował wkrótce jeden z waszych sławetnych pokazów ku intelektualnemu ubogaceniu naszego dworu? — Spojrzał Bahramowi głęboko w oczy, dając do zrozumienia, że nie miałby to być zwyczajny pokaz.

— Oczywiście, efendi.

— Niech będzie to coś, co przykuje również uwagę chana, coś ekscytującego.

— Oczywiście.

Nadir wskazał palcem na swoich ludzi, po czym ruszyli przez bazar, zostawiając za sobą skłębiony tłum. Bahram odetchnął głęboko i wytarł czoło rękawem.

— Hola! Hola! — krzyknął stanowczo na sprzedawcę, który próbował zdjąć jeden melon z wagi.

— To nie w porządku — powiedział sprzedawca.

— Prawda — odpowiedział Bahram — lecz słowo się rzekło. Sprzedawca nie mógł zaprzeczyć, uśmiechał się tylko złośliwie, widząc jak Bahram poci się i wzdycha.

Kiedy wrócił do kompleksu, opowiedział o spotkaniu Khalidowi. Usłyszawszy wieści, staruszek tylko zawarczał gniewnie, czego zresztą Bahram mógł się spodziewać. Khalid kończył w milczeniu wieczorny posiłek, nabijając kawałki zająca na mały, srebrny widelec. W końcu odłożył go, wytarł usta szmatką i głośno wstał.

— Chodź ze mną do gabinetu, opowiesz mi dokładnie, co mu powiedziałeś.

Bahram odtwarzał przed nim rozmowę na tyle, na ile ją pamiętał, podczas gdy Khalid obracał w dłoniach skórzaną kulę, na którą próbował nanieść mapę świata. Większość jej powierzchni pozostawił pustą, lekceważąc twierdzenia znanych chińskich kartografów, piszących o złotych wyspach, dryfujących po oceanie, gdzieś na wschód od Nipponu, które na każdej mapie umiejscawiano gdzie indziej. Kiedy Bahram skończył, Khalid westchnął głęboko.

— Dobrze postąpiłeś — powiedział. — Twoje obietnice były ogólnikowe i wskazywały na nasze prawdziwe zamiary. Możemy je zrealizować mniej lub bardziej dosłownie. Może w trakcie prac dowiemy się czegoś, co i tak chcielibyśmy wiedzieć.

— To oznacza kolejne eksperymenty — powiedział Bahram.

— Zgadza się — powiedział Khalid, a jego oblicze pojaśniało na samą tę myśl.

Przez kolejne tygodnie entuzjastyczne działania w kompleksie obrały zupełnie nowy kurs. Khalid wyprowadził wszystkie armaty, które otrzymał od Nadira, i ich głośne wybuchy wypełniły następne dni. Razem z Iwangiem, Bahramem i balistykami strzelali z dział na zachód od miasta, na rozległej równinie, gdzie mogli odnajdywać kule armatnie wystrzeliwane do celów, w które trafiali dość rzadko.

Khalid warczał, podnosząc z ziemi jedną z lin, których używali po każdym wystrzale do przyciągania armat na oznaczone miejsce.

— Ciekawe, czy dałoby się przytwierdzić armatę do ziemi — powiedział. — Mocne liny, grube pale… może dzięki temu kule latałyby dalej.

— Możemy spróbować.

Próbowali najrozmaitszych rozwiązań, a pod koniec każdego dnia od wybuchów dzwoniło im w uszach, więc Khalid zatykał je sobie kulkami z bawełny.

Iwang zaczął coraz bardziej się interesować torem lotu kul armatnich. Razem z Khalidem głowili się nad matematycznymi formułami i wykresami, których Bahram nie rozumiał, za to coraz wyraźniej docierało do niego to, że mężczyźni zapominają o nadrzędnym celu swoich działań i zaczynają traktować armaty jako mechanizm do demonstracji różnych rodzajów ruchu, prędkości i jej zmian.

W końcu znów odwiedził ich Nadir, przynosząc kolejne wieści. Chan i jego świta mieli przyjechać z wizytą następnego dnia, aby przyjrzeć się innowacjom i odkryciom.

Khalid spędził całą noc w swoim gabinecie, przygotowując listę ewentualnych demonstracji. W południe następnego dnia wszyscy zebrali się na nasłonecznionej równinie, nieopodal rzeki Zerawszan. Specjalnie dla chana rozstawiono przestronną altanę, w której mógł się schronić przed słońcem i obserwować przebieg wydarzeń.

Tak też się stało. Chan ułożył się na wyściełanej jedwabiami kanapie, kosztował sorbet i częściej rozmawiał z młodą kurtyzaną, niż przyglądał się demonstracjom. Nadir jednak stał tuż przy armatach i uważnie przyglądał się wszystkiemu, a po każdym wystrzale wyciągał z uszu bawełniane zatyczki i zadawał pytania.

— Jeśli chodzi o fortyfikacje — odpowiedział mu w pewnej chwili Khalid — to dość stara kwestia, rozwiązana skutecznie przez ludy Frengistanu, zanim wszystkie nie wymarły. Kula armatnia zburzy wszystko, co twarde. — Rozkazał swoim ludziom wystrzelić w mur z ciosanych kamieni, połączonych zaprawą. Kula gładko zburzyła mur, z czego chan i jego świta byli wyraźnie zadowoleni, choć w gruncie rzeczy zarówno Samarkanda, jak i Buchara były chronione przez mury z piaskowca, podobne temu, który właśnie runął.

— A teraz — powiedział Khalid — zobaczmy, co się stanie, kiedy kula tych samych rozmiarów, wystrzelona z takiej samej armaty, załadowanej tym samym prochem uderzy w drugi cel.

Celem tym był wał ziemny, usypany z wielkim trudem przez byłych miechowych Khalida. Działo wypaliło, rozwiał się gryzący dym, a ziemny wał pozostał nienaruszony, poza ledwo widocznym wgłębieniem pośrodku.

— Kula armatnia nic nie może zdziałać. Po prostu zatapia się w ziemi. Nawet sto kul armatnich nie zburzyłoby takiego muru, stałyby się one jedynie jego częścią.

Usłyszawszy to, chan nie był zadowolony.

— Sugerujesz, abym obsypał Samarkandę ziemią? Wykluczone. Jak by to wyglądało! Inni chanowie i emirowie wyśmialiby nas. Nie możemy żyć jak mrówki, w ziemnym kopcu!

Khalid zwrócił się w stronę Nadira, lecz jego twarz w elegancki sposób pozbawiona była wyrazu.

— Jeszcze coś? — zapytał Nadir.

— Oczywiście. Proszę o uwagę. Ustaliliśmy, że armata może wyrzucać z siebie kule na duży dystans, lecz nie potrafi strzelać prosto. Kule opadają w wyniku ścierania się z masami powietrza i z tego samego powodu mogą wpadać w chaotyczną rotację i zbaczać z kursu, jak się zresztą często dzieje.

— Jakiż opór może stawiać powietrze żelaznym kulom? — żachnął się Nadir i aby zilustrować swoje stówa, przeciągnął dłonią w powietrzu.

— Jest to niewielki opór, to prawda, lecz należy wziąć pod uwagę, że kula musi przebić się przez dwa li powietrza. Pomyślmy o powietrzu jak o rozrzedzonej wodzie. Z pewnością ma ono znaczący wpływ. Możemy to lepiej zrozumieć, używając lżejszych, drewnianych kul tej samej wielkości, rzucanych ręcznie, aby dało się śledzić tor ich lotu. Będziemy rzucać pod wiatr i zobaczycie, jak chaotyczny będzie ich lot.

Bahram z Paxtakorem zaczęli ciskać lekkie drewniane kule, które, jak nietoperze, gwałtownie zmieniały kurs w ostrym wietrze.

— To jakiś absurd! — odezwał się chan. — Przecież kule armatnie są o wiele cięższe, tną powietrze jak nóż masło!

Khalid skinął głową.

— To prawda, wielki chanie. Używamy tych drewnianych kul, aby uwypuklić pewien efekt, który zachodzi w przypadku ruchu każdego rodzaju przedmiotów, nawet tak ciężkich jak ołów.

— Albo jak złoto — zażartował chan.

— Albo złoto. W takim przypadku kulą armatnią zarzucałoby jedynie minimalnie, lecz przy długim locie z pewnością by je zniosło. Ma to ogromne znaczenie, gdyż odpalający działo nigdy nie wie, gdzie wyląduje kula.

— To niestety prawda — przyznał Nadir.

Khalid zaczął gestykulować kikutem, nie zważając na to, jak wyglądał.

— Potrafimy w dużym stopniu zredukować ten efekt. Przyjrzyjmy się teraz torowi lotu drewnianej kuli, którą przy wyrzucie podkręcono.

Bahram i Paxtakor rzucali balsowe kule, nadając im końcówkami palców ruch wirowy. Mimo że kilka kul i tak poleciało po luku, to wylądowały znacznie dalej, a ich prędkości były większe niż w przypadku kul niepodkręconych. Bahram trafił w tarczę łuczniczą pięć razy pod rząd i był z tego wyraźnie zadowolony.

— Ruch wirowy kuli stabilizuje jej lot nawet w podmuchach wiatru — wyjaśnił Khalid. — Oczywiście wiatr nadal na nią napiera, tego nie da się uniknąć, lecz za to nie zmienia jej lotu tak gwałtownie. Ten sam efekt osiągamy, przymocowując do strzały łuczniczej pierzysko, które nadaje jej w locie ruch obrotowy.

— A więc proponujesz, abyśmy do kul armatnich przymocowali pióra? — chan zarechotał.

— Nie do końca, Wasza Wysokość, lecz efekt będzie ten sam. Kula po wystrzale będzie wpadać w ruch obrotowy. Aby to osiągnąć, wypróbowaliśmy dwie metody. Pierwsza sprowadza się do wykonania nacięć na powierzchni kuli, lecz powoduje to znaczne osłabienie zasięgu. Druga polega na wycięciu żłobienia wewnątrz lufy. Wystarczy jeden zwój długiej spirali, albo i mniej, na całą długość lufy. Dzięki temu kula będzie opuszczać lufę, obracając się wokół własnej osi.

Khalid ze swoimi ludźmi przyciągnął na miejsce mniejszą armatę, z której następnie wystrzelono, a lot kuli śledzili rozstawieni po bokach pomocnicy. Czerwoną chorągiewką oznaczyli miejsce jej lądowania. Było to dalej niż wylądowała kula wystrzelona z większej armaty, lecz różnica pozostawała niewielka.

— Powtarzam, że to rozwiązanie nie zwiększy w znaczący sposób zasięgu, lecz za to znacznie poprawi precyzję — wyjaśnił Khalid. — Kule odtąd zawsze będą leciały po linii prostej. Opracowujemy specjalne tabele, które umożliwią odpowiedni dobór ilości i rodzaju prochu do kul o różnym ciężarze, aby zawsze można było posłać je dokładnie tam, gdzie się planuje.

— Interesujące — powiedział Nadir.

Chan Seid Abdul Aziz przywołał do siebie Nadira.

— Wracamy do pałacu — rzekł i poprowadził swoją świtę w stronę koni.

— Lecz nie aż tak ciekawe — rzucił Nadir do Khalida. — Będziesz miał kolejną szansę.

Lepszy dar dla chana

— Podejrzewam, że lepiej będzie, jak zrobię dla chana nową zbroję z damasceńskiej stali — powiedział Khalid nieco później — coś ładnego, co mu się w końcu spodoba.

Iwang uśmiechnął się.

— A wiesz, jak ją otrzymać?

— Oczywiście. To wysokowęglowa stal. Żadna tajemnica. Zawartość tygla stanowi kęs porowatego żelaza, skutego w ogniu z żelazną płytką i drewnem, które uwalnia popiół do mieszanki. Do tego należy dodać trochę wody. Czasem tygiel wstawia się do pieca i kiedy składniki roztopią się, przelewane są do form, wszystko to w temperaturze uniemożliwiającej całkowite połączenie się wszystkich elementów. Otrzymaną stal wytrawia się następnie nieorganicznymi siarczanami, otrzymując różne wzory i odcienie, w zależności od użytego siarczanu, kęsa i temperatury. To ostrze — powiedział wyciągając i kładąc przed słuchaczami szeroki, zakrzywiony kindżał, z rękojeścią z kości słoniowej i o ostrzu pokrytym gęstym szrafowaniem, będącym efektem trawienia — jest dobrym przykładem trawienia zwanego drabiną Mahometa. Perska robota, podobno wywodzi się z kuźni wielkiego alchemika Jundi Shapura. Mówią, że jest w tym prawdziwa alchemia — zamilkł i wzruszył ramionami.

— I uważasz, że chan…

— Jeśli pobawimy się trochę składem kęsa, strukturą spieku, temperaturą i substancją trawiącą, wtedy na pewno otrzymamy jakieś nowe wzory. Bardzo mi się podobały te wiry, które otrzymałem, używając stali z dużą ilością drewna.

Zapadło milczenie. Od razu było widać, że Khalid nie był zadowolony. W końcu odezwał się Bahram:

— Mógłbyś to potraktować jako serię doświadczeń.

— Jak zawsze — odparł zirytowany Khalid — lecz w tym wypadku jestem skazany na robienie różnych rzeczy w całkowitej nieświadomości ich przyczyn. Zbyt dużo materiałów, substancji i zjawisk jednocześnie. Podejrzewam, że wszystko to dzieje się na niższym poziomie, którego nie potrafimy obserwować. Szczeliny powstające w efekcie końcowym przypominają rozerwane struktury krystaliczne. Zjawisko bardzo ciekawe, lecz nie sposób go przewidzieć ani stwierdzić, dlaczego zachodzi — a taki właśnie jest cel użytecznych doświadczeń — aby mówiły coś konkretnego, odpowiadały na pytania.

— Możemy zadawać pytania, na które odpowie nam hutnictwo — zasugerował Bahram.

Khalid skinął głową, nadal niepocieszony, spojrzał jednak w stronę Iwanga, aby przekonać się, co myśli na ten temat.

Iwang stwierdził, że teoretycznie to dobry pomysł, lecz w praktyce sam miał problemy ze znalezieniem odpowiednich pytań, na które odpowiadałby ten proces. Wiedzieli, jak gorący ma być piec, jakie rudy, drewno i wodę mają wprowadzić do tygla, jak długo całość mieszać i jakiej twardości stal się otrzyma. Na wszystkie pytania z zakresu technologii odpowiedziano już dawno temu w Damaszku, odkąd stosuje się tam damaskinaż. Bardziej fundamentalne pytania o przyczyny, na które można by jeszcze próbować szukać odpowiedzi, trudno było sformułować. Bahram tęgo się wysilał, lecz żaden pomysł nie przychodził mu do głowy, a przecież dobre pomysły zawsze były jego atutem, tak mu przynajmniej wszyscy powtarzali.

Podczas gdy Khalid zajęty był swoimi problemami, Iwang dał się całkowicie pochłonąć obliczeniom matematycznym. Posunął się nawet do tego, że odłożył dmuchanie szkła i złotnictwo, zostawiając te zajęcia swoim nowym terminatorom, młodym, wysokim i kościstym Tybetańczykom, którzy jakiś czas temu pojawili się u niego nie wiadomo skąd. Siedział teraz nad hinduskimi księgami i starymi zwojami z Tybetu, kreśląc kredą na tabliczkach symbole i uzupełniając własne notatki, które utrwalał na papierze: atramentowe diagramy, wzory hinduskich cyfr, tybetańskie, chińskie lub sanskryckie znaki i litery — prywatny alfabet jego prywatnego języka, tak się przynajmniej wydawało Bahramowi. Mało użyteczne przedsięwzięcie, niedające się łatwo podziwiać, jednak z tych wszystkich papierowych stronic emanowała wyczuwalna energia, może nawet magia lub po prostu szaleństwo. Wszystkie jego idee uporządkowane były w heksagonalne wzory ideogramów i liczb. Stojący na bazarze warsztat Iwanga zaczął się jawić Bahramowi jako ciemna jaskinia maga, obracającego w palcach rąbki rzeczywistości.

Iwang wkrótce sam wszystko wyjaśnił. Na słonecznym dziedzińcu, za murami kompleksu Khalida, usiadł razem z Khalidem, Zaharem i Tazim z Szir Dar i Bahramem, który ocieniał ich i spoglądał im przez ramiona, podczas gdy Iwang wykładał matematykę ruchu, mówiąc o czymś, co sam nazywał „prędkością prędkości”.

— Wszystko jest w ruchu — zaczął — to karma. Ziemia obraca się wokół Słońca, a ono podróżuje pośród innych gwiazd, które również nie stoją w miejscu. Dla potrzeb tego badania zakładamy rzeczywistość zastygłą w bezruchu. Być może właśnie w takiej nieruchomej próżni zawieszony jest wszechświat… nie ma to jednak teraz znaczenia. Do naszych celów wystarczą nam te oto matematyczne wymiary, które oznaczymy pionową i poziomą linią, w ten sposób, lub za pomocą długości, szerokości i głębokości, jeśli życzylibyśmy sobie rzeczywistości trójwymiarowej. Dla ułatwienia, zacznijmy od dwóch wymiarów. Ruch danego przedmiotu, dajmy na to kuli armatniej, może być mierzony względem tych dwóch osi: jak wysoko, jak nisko, jak bardzo w prawo czy w lewo — to tak, jakbyśmy nanosili ruch na mapę. Poza tym na poziomym wymiarze możemy zaznaczać upływ czasu, a na pionowym pojedynczy kierunek lotu. Powstaną wtedy krzywe, odzwierciedlające przemieszczanie się przedmiotu w powietrzu. Następnie styczne nakreślone do takiego łuku, wskażą nam prędkość samej prędkości. Mierzymy zatem wszystko, co się da, i zaznaczamy kolejne wyniki. To tak, jakbyśmy w dużym domu przechadzali się po pokojach, a każdy z nich miałby inną objętość, jak szklane kolby, w zależności od ich szerokości i wysokości. W naszym przypadku zmiennymi będą odległość i czas. Badamy cząstki ruchu, rozumiecie? Cały zbiór pojedynczych ruchów.

— W ten sposób dałoby się precyzyjnie opisać lot kuli armatniej — powiedział Khalid.

— Zgadza się, do tego o wiele prościej niż innych przedmiotów, ponieważ kula armatnia pokonuje drogę w jednej płaszczyźnie, po luku, zupełnie inaczej niż na przykład szybujący orzeł lub człowiek przy swoich codziennych zajęciach, aby opisać taki ruch potrzebowalibyśmy matematyki, która… — Iwang się zamyślił i gdzieś odpłynął, po chwili otrząsnął się — o czym to ja mówiłem?

— O kulach armatnich.

— Tak! Najprawdopodobniej da się wyliczyć tor ich lotu, zgadza się.

— To znaczy, znając prędkość kuli przy wylocie z lufy…

— …moglibyśmy z dużą dokładnością przewidzieć, gdzie wyląduje.

— Powinniśmy o tym porozmawiać z Nadirem. Khalid opracował zestaw tabel do obliczania ognia armatniego, zawierający precyzyjne wykresy torów lotu pocisków, a Iwang dołożył niewielką tybetańską książkę ze szczegółowymi obliczeniami. Przedmioty te złożyli w misternie rzeźbionej, stalowo-drewnianej szkatule, inkrustowanej srebrem, turkusem i lapisem lazuli. Dołączyli do niej przepiękny napierśnik z damasceńskiej stali i wszystko to zanieśli do gmachu Kha-naka w Bucharze, aby podarować chanowi. Wzór na stalowym prostokącie pośrodku napierśnika układał się w niemal ruchomy wir szarej i białej stali, pokrytej delikatnym deseniem, będącym efektem trawienia kwasem siarkowym i innymi substancjami żrącymi. Khalid nazwał to zdobienie „Wirem Zerawszanu”, gdyż rzeczywiście przypominał on wir rzeczny, utrzymujący się w niedużej odległości od fundamentów mostu Dagbit, przy wysokim stanie wody. Było to jedno z najwspanialszych dzieł sztuki kowalstwa, jakie Bahram kiedykolwiek oglądał. Wydawało mu się, że napierśnik i zdobiona szkatułka, kryjąca w sobie matematykę Iwanga, to niezwykle imponujące dary dla Seida Abdula Aziza.

Na audiencję u chana Bahram i Khalid ubrali się w odświętne stroje. Dołączył do nich Iwang w ciemnoczerwonej szacie i w stożkowej, skrzydlatej czapce tybetańskiego mnicha — byt przecież wysoko cenionym lamą. Darczyńcy prezentują się równie wspaniale, co i dary, myślał Bahram. Kiedyś, będąc w Registanie, pod szerokim sklepieniem łukowym krytej zlotem medresy Tillja Kari, czul się o wiele skromniej. Lecz kiedy tylko weszli do pałacu, od razu poczuł się dość pospolicie, a nawet nędznie, jakby wszyscy troje byli tylko dziećmi udającymi dworzan lub po prostu zwykłymi wieśniakami.

Chan był uszczęśliwiony napierśnikiem i wysoko ocenił umiejętności artystyczne Khalida, założył nawet zbroję na szaty i wcale nie chciał jej zdejmować. Długo też podziwiał szkatułkę, podając Nadirowi papiery ze środka.

Po kilku chwilach podziękowano im, a Nadir poprowadził ich do ogrodu w Tillja Kari. Przeglądnąwszy wykresy, stwierdził, że są bardzo interesujące i że z chęcią przyjrzy im się bliżej i wszystko przedyskutuje. Tymczasem doniesiono chanowi, że po wyżłobieniu spiral wewnątrz luf armatnich jedna z nich eksplodowała przy wystrzale, a pozostałe straciły zasięg. Nadir poprosił więc Khalida, aby odwiedził rusznikarzy i porozmawiał z nimi. Khalid skinął głową, lecz Bahram dobrze wiedział, co staruszek sobie pomyślał — znów zostanie odciągnięty od tego, co tak naprawdę chciał robić. Nadir tego nie dostrzegał, choć uważnie przyglądał się twarzy Khalida, wręcz przeciwnie, ciągnął pogodnie dalej, mówiąc, że chan docenia wielką mądrość i zdolności Khalida i że wszyscy ludzie chanatu i całego Dar al-Islam będą mu wiele zawdzięczać, jeśli, na co wszystko wskazywało, jego wysiłki przyczynią się do ostatecznego rozprawienia się z Chińczykami, którzy ponoć koncentrowali się za zachodnimi granicami imperium. Khalid skłonił się posłusznie.

W drodze powrotnej, biegnącej wzdłuż rzeki, Khalid był zdenerwowany.

— Cała wyprawa na nic.

— Tego jeszcze nie wiadomo — powiedział Iwang, a Bahram mu przytaknął.

— Wszystko wiadomo. Wiadomo, że chan to… — westchnął — a Na-dir traktuje nas jak służących.

— Wszyscy jesteśmy służącymi chana — przypomniał mu Iwang. To go uciszyło.

Zbliżając się do Samarkandy, minęli ruiny starego Afrasiab.

— Żeby znów kiedyś zapanowali tu królowie sogdiańscy. Khalid pokręcił głową.

— To nie są ruiny Sogdiany tylko Marakandu, który stał tu przed Afrasiabem. Aleksander Wielki nazwał je najpiękniejszym miastem, jakie kiedykolwiek zdobył.

— I spójrz, jak wygląda dzisiaj — powiedział Bahram — dookoła tylko zakurzone fundamenty i powalone ściany.

— Samarkanda też kiedyś będzie tak wyglądać — powiedział Iwang.

— Więc nie ma najmniejszego znaczenia, czy na każde kiwnięcie palcem Nadira stawimy się, czy nie — warknął Khalid.

— No cóż, to też się kiedyś skończy — odparł Iwang.

Klejnoty na niebie

Spełnianie próśb Nadira zajmowało Khalidowi coraz więcej czasu, a wraz z jego upływem staruszek tracił spokój. Pewnego dnia zjawił się u Nadira z propozycją budowy systemu odpływowego pod Bucharą i Samarkanda, aby odprowadzić wodę ze stojących jezior, otaczających oba miasta, a zwłaszcza Bucharę. Dzięki temu można było uniknąć zanieczyszczenia wody pitnej, zmniejszyć liczbę moskitów i zachorowań oraz zabezpieczyć się przed zarazą, o której opowiadali karawaniarze, że pustoszy niektóre części Sindhu. Khalid zalecał obejmować kwarantanną wszystkich przyjezdnych, który przynosili takie wieści, i opóźniać przyjazdy karawan z terenów dotkniętych zarazą. Wszystko to miałoby się odbywać w trosce o czystość i bezpieczeństwo miasta — oczyszczające opóźnienie, podobne do duchowego oczyszczenia w trakcie ramadanu.

Nadir oczywiście odrzucił wszystkie jego pomysły. Podziemny system rur, mimo iż szeroko rozpowszechniony w Persji już od czasów inwazji Mongołów, był w tym momencie zbyt drogim przedsięwzięciem. Khalida poproszono o pomoc w zakresie zbrojeń, a nie fizyki. Poza tym Nadir stwierdził, że na fizyce mało się zna.

Khalid powrócił więc do kompleksu i wszystkich swoich ludzi zapędził do pracy nad artylerią dla chana, nadal traktując każdy aspekt rusznikarstwa w kategoriach doświadczenia, lecz niestety wyłączając ze swego podejścia jakiekolwiek próby dociekania pierwotnych przyczyn, jak je sam nazywał. Może za wyjątkiem zjawisk związanych z ruchem. Pracował z Iwangiem nad wzmocnieniem stopów i używał jego matematyki w badaniach nad torem lotu kul armatnich, wypróbował też kilka sposobów na nadanie kulom stabilnej rotacji.

Wszystko to odbywało się w atmosferze zniechęcenia i złego humoru. Tylko popołudniami, po drzemce i posiłku, lub wieczorami, po paleniu nargilli z jednej ze stojących fajek wodnych, Khalid odzyskiwał spokój i zajmował się własnymi eksperymentami z bańkami mydlanymi i pryzmatami, pompami i wagą rtęciową. Jeśli potrafisz zmierzyć ciężar powietrza, powinieneś również być w stanie zmierzyć gorąco, temperatury o wiele wyższe niż możemy określić, nie parząc się przy tym dotkliwie.

Teraz Nadir wysyłał już swoich ludzi co miesiąc po najnowsze wieści z pracowni Khalida, a od czasu do czasu wpadał również osobiście i bez uprzedzenia, czym wywoływał istny popłoch w całym kompleksie, niczym powódź w mrowisku. Khalid był zawsze grzeczny i posłuszny, lecz później gorzko się żalił Bahramowi na te comiesięczne prośby o nowinki, zwłaszcza teraz, kiedy właściwie nic nowego nie mieli.

— Myślałem, że już uciekłem przed klątwą, kiedy Fedwa przeszła menopauzę — mruknął.

Na domiar złego, te niemiłe wizyty zaczęły niszczyć jego relacje z me-dresą, gdyż zakładano, że skarbnik faworyzował Khalida, który nie mógł przecież ryzykować, opowiadając, jak było naprawdę. Zaczęły się zimne spojrzenia, unikanie na bazarze i w meczecie, a nawet kilka przypadków rażącej służalczości. To go mocno irytowało, a czasem wpadał w istną furię:

— Trochę władzy i od razu widać, jacy ludzie są okropni.

Aby uchronić go przez ponownym popadnięciem w melancholię, Bah-ram buszował po karawanserajach w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby staruszka pocieszyć. Odwiedzał głównie Hindusów, lecz przede wszystkim Ormian, a czasem też Chińczyków i wracał z książkami, kompasami i zegarami, a raz nawet z astrolabium, które wykazywało, że sześć planet poruszało się po orbitach dających się wpisać w wielokąty. Z każdą kolejna planetą wielokąt upraszczał się o jeden bok i tak Merkury krążył wewnątrz dekagonu, Wenus nonagonu, na tyle dużego, że mieścił w sobie dekagon, Ziemia wewnątrz oktagonu, obejmującego nonagon i tak dalej aż do Saturna, który krążył wewnątrz wielkiego kwadratu. Przyrząd ten zafascynował Khalida i wywołał całonocne dyskusje z Iwangiem i Zaharem o rozmieszczeniu i zachowaniu się planet wokół Słońca.

Nowe zainteresowanie astronomią szybko zajęło miejsce innych zajęć Khalida, stając się jego pasją, zwłaszcza po tym, jak Iwang pokazał kolejny ciekawy przyrząd, wykonany w warsztacie. Była to długa, srebrna tuba, pusta w środku i zamknięta z obu stron soczewkami. Kiedy się przez nią patrzyło, rzeczy zdawały się być o wiele bliżej niż w rzeczywistości, a ich szczegóły były jeszcze bardziej wyraziste.

— Jak to działa? — chciał wiedzieć Khalid, spoglądając przez tubę. Na jego twarzy malowało się dziecinne zdziwienie, podobne do tego, jakie mają kukiełki sprzedawane na bazarze, niewinne i radosne. Bahram czul się wspaniale, mogąc go znów takim widzieć.

— Na tej samej zasadzie, co pryzmaty? — zasugerował niepewnie Iwang.

Khalid potrząsnął głową.

— Nie to, że widzę przedmioty powiększone i przybliżone, lecz to, że dostrzegam o wiele więcej szczegółów. Jak to się dzieje?

— Szczegóły są tam cały czas i docierają do nas wraz ze światłem — powiedział Iwang — lecz nasze oko zdolne jest do rozpoznania jedynie części z nich. Przyznaję, że też jestem zaskoczony. Wiadomo przecież, że wzrok człowieka słabnie z wiekiem, szczególnie jeśli chodzi o widzenie z bliska, sam jestem na to przykładem. Wykonałem więc dla siebie pierwszy zestaw soczewek, których chciałem użyć jako okularów, no wiesz, dwie soczewki w drucianej oprawie, noszone na nosie. Podczas ich montażu spojrzałem przypadkowo przez obie soczewki naraz, trzymając je w jednej linii — uśmiechał się, wykonując opisywany gest — szczerze mówiąc, nie mogłem usiedzieć na miejscu i musiałem jak najprędzej zapytać was, czy widzicie to samo co ja. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Khalid znów spojrzał przez przyrząd.

Teraz więc zaczęli się wszystkiemu przyglądać. Obserwowali odlegle łańcuchy górskie, ptaki w locie, nadciągające karawany. Wkrótce zaprezentowano szkła Nadirowi, któremu ich militarne zastosowanie wydało się oczywiste. Przyjął jeden egzemplarz, zdobiony granatami, jako dar dla chana, i po niedługim czasie doszła ich wieść, że władca był zadowolony. To oczywiście w żaden sposób nie ograniczyło obecności chanatu w kompleksie, wręcz przeciwnie, przy każdej wizycie Nadir, niby mimochodem, powtarzał, że z niecierpliwością oczekuje się od Khalida kolejnych udoskonaleń, jako że Chińczycy zaczęli się burzyć i nigdy nie wiadomo, co może zdarzyć się dalej.

— To się nigdy nie skończy — powiedział Khalid, kiedy Nadir sobie poszedł — to jest jak pętla, która z każdym twoim ruchem coraz bardziej się zaciska.

— Karm go małymi porcjami swoich wynalazków — zasugerował Iwang. — Będzie miał wrażenie, że jest ich więcej.

Khalid posłuchał jego rady i dzięki temu znacznie zyskał na czasie. Teraz pracowali razem nad przeróżnymi rzeczami, które według nich mogły wspomóc oddziały chana na polu walki. Khalid oddawał się dociekaniom pierwotnych przyczyn już tylko nocami, kiedy testowali nową lunetę do obserwacji gwiazd, a później tego samego miesiąca, również Księżyca, którego powierzchnia okazała się skalista, górzysta i opustoszała, pokryta niezliczoną ilością kraterów, jakby przetrwała ostrzał artyleryjski armii jakiegoś arcycesarza. Tamtej pamiętnej nocy spojrzeli przez lunetę na Jowisza. Obserwując go, Khalid rzekł:

— Na Boga! Przecież to też jest świat. Opasany własnymi równoleżnikami — a spójrz tam! Te trzy jasne punkty jaśniejsze od gwiazd. Czy to mogą być księżyce Jowisza?

Prawdopodobnie tak było. Krążyły wokół Jowisza dość szybko, te bliżej jego powierzchni poruszały się jeszcze szybciej, niczym planety wokół Słońca. Wkrótce Khalid i Iwang zaobserwowali czwarty kulisty obiekt i rozrysowali dokładnie wszystkie cztery orbity, aby ułatwić kolejnym obserwatorom zrozumienie obrazu w lunecie. Następnie zebrali obserwacje w jeden wolumin i przekazali w darze dla chana — darze pozbawionym zastosowania wojennego, ale wiedzieli, że bardzo mu się spodoba. Odkrytym księżycom nadali bowiem imiona czterech najstarszych żon chana. Podobno powiedział wówczas:

— Klejnoty na niebie! Dla mnie!

Kto obcy, a kto swój

Oczywiście były w mieście grupy, które za nimi nie przepadały. Kiedy Bahram przechodził przez Registan, czuł na sobie pogardliwe spojrzenia ludzi, słyszał urywające się lub rozpoczynające rozmowy. Zrozumiał wówczas, że bez względu na to, jak neutralnie by się nie zachowywał, i tak będą go postrzegali jako członka koterii czy kliki. Był spokrewniony z Khalidem, który trzymał z Iwangiem i Zaharem, lecz wszyscy razem stanowili przedłużenie władzy Nadira Divanbegi. Byli jego sprzymierzeńcami, nawet jeśli zostali do tego zmuszeni i na silę wtłoczeni w taką rolę — jak miazga drzewna ściśnięta w prasie papierniczej — nawet jeśli go nienawidzili. Wielu ludzi w Samarkandzie nienawidziło Nadira nawet bardziej sam niż Kha-lid, niestety Khalid znajdował się pod jego protekcją, a więc automatycznie był wrogiem. Do najmniej mu życzliwych zaliczali się krewni uśmierconych, uwięzionych i wygnanych przeciwników chana lub wielcy przegrani dawnych pałacowych przepychanek. Chan miał również wielu innych doradców — dworzan, generałów, bliskich krewnych — każdy z nich zazdrościł drugiemu udziału w łaskach władcy i wszyscy zazdrościli Nadirowi jego ogromnych wpływów. Bahram słyszał kiedyś jakieś plotki o zawiązującym się spisku przeciwko Nadirowi, lecz nigdy nie poznał szczegółów. To, że z powodu ich przymusowego związku z Nadirem mogli mieć kłopoty w innych kręgach, uderzyło go jako wielka niesprawiedliwość, zwłaszcza, że sama z nim znajomość była wystarczającym ciężarem.

Pewnego dnia owo przeczucie ukrytej obecności wrogów w końcu się urzeczywistniło. Bahram właśnie przyszedł w odwiedziny do Iwan-ga, kiedy nagle w drzwiach warsztatu Tybetańczyka pojawiło się dwóch kadich, których Bahram nigdy wcześniej nie widział, a za nimi jeszcze dwóch żołnierzy chana i mała grupa ulemów z medresy Tillja Kari. Zażądali od Iwanga kwitów podatkowych.

— Nie jestem dhimmim — powiedział Iwang z niewzruszonym spokojem.

Dhimmiowie, czyli ludzie objęci paktem, to ci spośród niewierzących, którzy urodzili się i żyli na terenie chanatu. Byli oni prawnie zobowiązani do uiszczania specjalnego podatku. Islam byt religią sprawiedliwości, wszyscy muzułmanie byli równi w obliczu Boga i w obliczu prawa, co nie odnosiło się tylko do kobiet, niewolników i dhimmiów. Tylko dhimmiowie mogli w łatwy sposób zmienić swój status, wystarczyło, że zdecydują się przejść na prawdziwą wiarę. Dawniej wszystkich pogan obowiązywało tylko jedno prawo: „Księga albo miecz” i jedynie lud księgi, czyli żydzi, zoroastrianie, chrześcijanie i sabianie mogli pozostać przy swojej wierze, jeśli oczywiście tego chcieli. Teraz jednak najrozmaitsi poganie mogli trwać przy swoich wyznaniach, musieli tylko zarejestrować się u kadiego i uiszczać opłatę dhimma.

To wszystko było dla nich jasne i zwyczajne. Jednak odkąd na perskim tronie zasiadała szyicka dynastia Safawidów, sytuacja prawna dhimmiów pogorszyła się, zwłaszcza tam, gdzie szyiccy mułłowie tak bardzo troszczyli się o zachowanie czystości; czasami zdarzało się to też w niektórych chanatach wschodnich. Nigdy o tym głośno nie mówiono. Iwang kiedyś słusznie zauważył, że podatek ten, przynajmniej w części był ceną za niepewność ludzi sprawujących władzę.

— Zatem nie jesteś dhimmim? — zapytał ze zdziwieniem jeden z kadich.

— Nie. Pochodzę z Tybetu. Jestem mustaminem.

Mustamini byli gośćmi z zagranicy, którym udzielano okresowego pozwolenia na pobyt na ziemiach muzułmańskich.

— Masz swój aman?

— Mam. Chodziło o dokument gwarantujący bezpieczeństwo, wydawany mu-staminom i przedłużany każdego roku w gmachu Khanaka. Z tylnego pomieszczenia Iwang przyniósł pergaminowy arkusz i podał go kadim. U dołu dokumentu znajdowało się kilka lakowych pieczęci, więc kadio-wie uważnie zbadali każdą z nich.

— Ależ on jest tu już od ośmiu lat! — zauważył z wyrzutem jeden z nich. — To o wiele dłużej niż zezwala prawo.

Iwang tylko wzruszył ramionami:

— Pozwolenie prolongowano tej wiosny.

Zapadła głęboka cisza, a mężczyźni jeszcze raz sprawdzili wszystkie pieczęcie pod dokumentem.

— Mustamin nie może posiadać nieruchomości — rzeki następny.

— Czy jesteś właścicielem tego warsztatu? — zapytał najwyższy kadi, nie kryjąc już zaskoczenia.

— Nie — odpowiedział Iwang — oczywiście, że nie. Tylko dzierżawię.

— Za comiesięczną opłatą?

— Odkąd przedłużono mi aman, wydzierżawiłem na cały rok z góry.

— Skąd pochodzisz?

— Z Tybetu.

— Masz tam swój dom?

— Tak, w Iwang.

— Posiadasz rodzinę?

— Braci i siostry. Żadnych żon ani dzieci.

— Kto zatem mieszka w twoim domu?

— Siostra.

— Kiedy zamierzasz wrócić? Krótkie milczenie.

— Nie wiem.

— To znaczy, nie planujesz powrotu do Tybetu?

— Nie. Planuję wrócić, ale interes ostatnio toczy się świetnie. Siostra przysyła surowe srebro, a ja wytwarzam z niego różne przedmioty i sprzedaję. Jesteśmy przecież w Samarkandzie.

— Tutaj interes zawsze będzie dobrze szedł! Po cóż miałbyś kiedykolwiek wyjeżdżać? Powinieneś być dhimmim, mieszkasz tutaj na stale, jesteś niewierzącym poddanym chana.

Iwang wzruszył ramionami i wskazał dłonią na dokument. Miał go tylko dzięki zmianom wprowadzonym do chanatu przez Nadira, które, jak wydawało się Bahramowi, wypływały z samego serca islamu. Zarówno dhimmiowie jak i musamini byli chronieni przez prawo, każdy z nich na swój sposób.

— On przecież nawet nie należy do ludu księgi — rzekł z oburzeniem jeden z kadich.

— W Tybecie mamy wiele ksiąg — powiedział spokojnie Iwang, jakby nie zrozumiał jego słów.

Kadiowie poczuli się obrażeni.

— Jakiego jesteś wyznania?

— Jestem buddystą.

— Nie wierzysz zatem w Allaha i nie modlisz się do Allaha? Iwang nie odpowiedział.

— Buddyści są politeistami — powiedział jeden z nich — jak poganie, których Mahomet nawracał w Arabii.

Bahram wystąpił naprzeciw nich.

— Religia nie jest przymusem — zaczął recytować z emfazą. — Dla ciebie twoja religia, a dla mnie moja. Tego właśnie uczy nas Koran!

Goście obrzucili go chłodnym spojrzeniem.

— Ty też nie jesteś muzułmaninem?

— Oczywiście, że jestem! Wiedziałbyś o tym, gdybyś chodził do meczetu Szir Dar! Nigdy cię tam nie widziałem! Gdzie się modlisz w piątki?

— W Tillja Kari — odpowiedział już wyraźnie rozzłoszczony kadi. To dość ciekawa informacja, jako że medresa w Tillja Kari była centrum szyickiej grupy uczonych, sprzeciwiającej się Nadirowi.

— „Al-kufou millatun wahida” — powiedział któryś z nich. Był to kontrcytat, jak je nazywali teologowie, „Niewiara jest jedną religią”.

— Tylko digarazowie mogą formułować zarzuty wobec prawa — odciął się ostro Bahram. Digaraz to ten, który zabiera głos, nie mając złych zamiarów i nie chowając urazy, bezstronny muzułmanin. — Ty się do nich z pewnością nie zaliczasz!

— Ani ty, młodzieńcze.

— No zbliż się tylko! Kto cię przysłał? Kto dał ci moc podważania prawa amanu? Precz stąd, ale już! Nie macie pojęcia, ile ten człowiek robi dla Samarkandy! W ten sposób napadacie na samego Seida Abdu-la, napadacie na islam! Wynoście się stąd!

Kadiowie stali nieruchomo, lecz ich spojrzenia wyrażały coraz większy dystans.

— Porozmawiamy następnej wiosny — powiedział ich przywódca, spoglądając na aman Iwanga. I jednym skinieniem ręki, dokładnie tym samym gestem, co chan, wyprowadził swoich ludzi na zewnątrz i dalej poprzez wąskie aleje bazaru.

Jeszcze przez dłuższą chwilę przyjaciele stali w pustym warsztacie, nie odzywając się, ogarnięci dziwnym poczuciem skrępowania. W końcu Iwang westchnął:

— Czyż Mahomet nie ustanowił praw regulujących sposób traktowania ludzi w Dar al-Islam?

— To Bóg je ustanowił, Mahomet tylko je przekazał.

— Wszyscy wolni ludzie równi wobec prawa. Kobiety, dzieci, niewolnicy i niewierzący są jednak mniej uprzywilejowani.

— Wszystkie istoty są równe i prawo gwarantuje im konkretne przywileje.

— Lecz nie aż tyle, ile wolnym muzułmanom.

— Nie są na tyle silni, by udźwignąć więcej praw. Wolni muzułmanie, stojący na straży prawa Bożego, mają ich pod swoją opieką.

Iwang wydął usta i po chwili rzeki:

— Bóg jest siłą poruszającą się we wszystkim, kształtem przedmiotów w ruchu.

— Bóg jest przepełniającą wszystko miłością — zgodził się Bahram. — Tak mówią sufiowie.

Iwang skinął głową.

— Bóg jest matematykiem. Wielkim i niezwykle subtelnym matematykiem. Nasze ciała mają się do naszych prymitywnych pieców i destylatorów tak jak boska matematyka do naszej.

— Więc jednak uważasz, że Bóg istnieje? Wydawało mi się, że Budda zaprzeczył istnieniu jakiegokolwiek Boga.

— Nie wiem. Myślę, że wielu buddystów nie zgodziłoby się z tym. Ponoć jesteśmy źródłami tryskającymi z próżni. Sam nie wiem. Skąd zatem wzięła się matematyka, jeżeli wszystko, co widzimy, zatopione jest w próżni? Wydaje mi się, że to wszystko może być wynikiem jakichś wyższych przemyśleń.

Bahram był zaskoczony, słysząc takie słowa od Iwanga. Nie był również do końca pewny ich szczerości, biorąc pod uwagę niedawne wydarzenia z kadimi z Tillja Kari. To, co mówił, miało jednak głęboki sens, zwłaszcza że było całkowicie niemożliwe, aby tak cudowna i skomplikowana rzecz jak świat mogła istnieć bez jakiegoś wszechwładnego i kochającego Boga, Stwórcy.

— Powinieneś pójść kiedyś ze mną do wspólnoty sufickiej i posłuchać słów mojego nauczyciela — powiedział w końcu Bahram, uśmiechając się na samą myśl o obecności olbrzymiego Tybetańczyka w ich grupie; choć prawdopodobnie jego nauczycielowi spodobałoby się to.

Bahram wrócił do kompleksu, mijając zachodni karawanseraj, gdzie hinduscy handlarze rozbili pachnący kadzidłami i herbatą z mlekiem obóz. Bahram załatwił u nich resztę swoich sprawunków, kupując pachnidła i worki z kalcynowanymi minerałami dla Khalida. I wtedy dostrzegł Dola, swojego znajomego z Ladakh. Podszedł do niego, zasiadł z nim i wspólnie popijali herbatę, a później rakszi, przyglądając się rozłożonym na straganach przyprawom i figurkom z brązu. Bahram wskazał dłonią na misternie rzeźbione statuetki.

— To są twoi bogowie?

Zaskoczony Doi spojrzał na niego radosnym wzrokiem:

— Owszem, niektóre z nich przedstawiają bóstwa. To jest Siwa, to Kali niszczycielka, a to Ganesa.

— Bóg słoń?

— W ten sposób go wizualizujemy. Jest wiele różnych form.

— Ale żeby słoń?

— Widziałeś kiedykolwiek słonia? — Nie.

— To bardzo imponujące zwierzęta.

— Wiem, że są duże.

— To coś więcej niż tylko ich rozmiar. Bahram upił tyk herbaty.

— Sądzę, że Iwang mógłby nawrócić się na islam.

— Ma problemy z amanem? — Doi roześmiał się, widząc wyraz twarzy Bahrama, po czym podsunął mu czarkę z rakszi.

Bahram wypił dla towarzystwa i nadal drążył poruszony przez siebie temat.

— Uważasz, że można zmienić swoją religię?

— Wielu ludziom się to udało.

— A ty byś potrafił? Umiałbyś powiedzieć, że jest tylko jeden Bóg? — zapytał, wskazując na figurki.

Doi uśmiechnął się.

— Wszystkie te rzeźby obrazują różne aspekty Brahmana. Za tym wszystkim stoi wielki Bóg Brahman, w nim wszystko jest jednią.

— Zatem Iwang też mógłby tak uważać. A może on już od dawna wierzy w jednego Boga, w Boga wszystkich Bogów?

— Bardzo możliwe. Bóg na różne sposoby objawia się ludziom. Bahram westchnął.

Trujące powietrze

Bahram przeszedł przez bramę kompleksu i od razu skierował się do Khalida, aby opowiedzieć mu o incydencie, który wydarzył się u Iwanga. Nagle z hukiem otworzyły się drzwi pracowni chemicznej, z której wypadli mężczyźni, a za nimi krzyczący Khalid w gęstej chmurze żółtego dymu. Bahram zawrócił w stronę domu, z zamiarem ratowania Esmerine i dzieci, oni jednak, właśnie w tej chwili, przecinali biegiem dziedziniec. Puścił się pędem za nimi i razem wybiegli przez główną bramę. Wszyscy wrzeszczeli przerażeni, a kiedy żółta chmura opadła na nich, padli na ziemię i pierzchali na czworakach jak szczury, kaszląc, łzawiąc, dusząc się i plując. Stoczyli się ze zbocza, oczy i krtanie płonęły żywym ogniem, a płuca rozsadzał żrący odór trującej, żółtej chmury. Większość ludzi poszła za przykładem Khalida i zanurzała głowy w rzece.

Kiedy chmura rozproszyła się i Khalid nieco ochłonął, brzmiały już tylko jego przekleństwa.

— Co to było? — krzyknął Bahram, kaszląc.

— Eksplodował tygiel z kwasem, przeprowadzaliśmy doświadczenie.

— Jakie doświadczenie?

Khalid nie odpowiedział. Pieczenie błon śluzowych powoli ustępowało. Zmoknięta i niewesoła załoga ruszyła z powrotem do kompleksu. Khalid wyznaczył ludzi do posprzątania pracowni, po czym Bahram poszedł razem z nim do jego gabinetu, gdzie staruszek przebrał się, umył i sporządził notatki w wielkiej księdze, prawdopodobnie odnośnie, nieudanej próby.

Ponieśli porażkę, ale nie całkowitą. Tak się przynajmniej wydawało Bahramowi, kiedy z mamrotania Khalida zaczął wyławiać konkretne informacje.

— Co chciałeś zrobić?

Khalid nie odpowiedział wprost i zamiast tego rzekł:

— Jestem niemal pewny, że istnieją różne rodzaje powietrza. Być może są to różne jego składniki, jak w przypadku metali, lecz niewidoczne dla oka. Czasami wyczuwamy różnicę powonieniem. Niektóre z nich mogą być zabójcze, jak na przykład na dnie głębokich studni. Nie chodzi w tych przypadkach o brak powietrza, lecz o obecność trującego powietrza lub jakiejś jego części, z pewnością tej najcięższej. Podczas destylacji i procesów spalania można tłumić i zwiększać ogień… Pomyślałem sobie, że poprzez połączenie chlorku amonowego z saletrą i siarką otrzymam nowy rodzaj powietrza. No i otrzymałem, lecz niestety nieco więcej niż się spodziewałem. To było jak eksplozja i to do tego trująca, o czym sami się przekonaliśmy — mówił, pokasłując. — To niczym receptura wan-jen-ti sporządzona przez chińskich alchemików. Iwang przetłuma