/ Language: Polski / Genre:sf_fantasy

Ostatni władca pierścienia

Kirył Yeskov

Nowe, odkrywcze spojrzenie na historię Śródziemia. Wojna o Pierścień wybucha z powodów ekonomicznych i ekologicznych. Mordor buduje cywilizację technologiczną, wynajduje proch, buduje huty i fabryki, ale ma kłopoty z żywnością, bo to kraina jałowa pod względem rolniczym. Elfy, ludzie z Gondoru zawiązują antymordorską koalicję, która ma na celu „Ostaeczne rozwiązanie kwestii mordorskiej”, zgodnie z planem Gandalfa. Koalicja obawia się wzrostu potęgi Mordoru dzięki zdobyczom techniki i wskutek kilku sprytnych prowokacji doprowadza do wojny. Rozpoczyna się krwawa rozgrywka tajnych służb elfów i Mordoru o pozyskanie potężnych sojuszników…

Kirył J. Yeskov

Ostatni władca pierścienia

Jesteśmy dzisiaj slabi, lecz na nasz znak czekają
Hordy różnorakie, co za Murem mieszkają.
Kiedyśmy, niewolnicy, w twarda pieść się zbierzemy,
Choć dzisiejszym swym losem się nie przejmujemy.
Niewola nas nie smuci,
Może trwać nawet wiek, nie będziemy się dąsać,
Lecz gdy zacznie dusić nas wstyd,
My będziemy na waszych mogiłach pląsać.

R. Kippling

Nigdy jeszcze na polach walki nie zdarzyło się tak, by tak wielu, zawdzięczało tak wiele, tak niewielu.

W. Churchill

CZĘŚĆ PIERWSZA

BIADA ZWYCIĘŻONYM

Złoto — dla gospodyni, srebro zaś dla sługi,
Miedziakami się pokryje wszelkie drobne długi.
„Tak jest — powiedział baron — do wojny się szykuję,
A Zimne Żelazo nad wszystkim panuje!”

R. Kippling

1

Mordor, piaski Hutel-Har

6 kwietnia 3019 roku Trzeciej Ery

Czyż istnieje na świecie piękniejszy widok niż zachód słońca na pustyni, gdy, jakby wstydząc się swej jaskrawej południowej mocy, zaczyna pieścić człowieka garściami barw o niewyobrażalnej czystości i delikatności! Szczególnie piękne są niezliczone odcienie fioletów, w mgnieniu oka zmieniających szeregi diun w zaczarowane morze — uważajcie, byście nie przegapili tych kilku mgnień, bo nigdy już się one nie powtórzą… A ta chwila tuż przed świtem, gdy pierwszy błysk światła przerywa w pół taktu powściągliwy menuet księżycowych cieni na woskowanym parkiecie wyschniętych jezior — albowiem owe bale na wieki ukryte są przed niewtajemniczonymi, którzy przedkładają dzień nad noce… A nieodłączna tragedia tego momentu, kiedy potęga mroku zaczyna chylić się ku upadkowi i puszyste skupiska wieczornych gwiazdozbiorów niespodziewanie stają się ostrymi lodowymi okruchami — tymi samymi, które przed świtem osiądą w postaci szronu na oksydowanym żwirze zboczy wzgórz…

Właśnie w takiej bliskiej północy godzinie, po wewnętrznej krawędzi półokrągłego żwirowanego parowu między niewysokimi diunami przemykały dwa szare cienie, a dzieląca ich odległość była właśnie taka, jaką przewidywał w podobnej sytuacji Regulamin Polowy. Co prawda, większą część bagażu — niezgodnie z regulaminem — niósł nie zamykający, wyraźnie będący „głównymi siłami”, a prowadzący — „straż przednia”, jednakże były ku temu ważkie powody. Zamykający wyraźnie kulał i zupełnie stracił siły; oblicze jego — szczupłe, z odznaczającym się orlim nosem, wyraźnie świadczące o dużej domieszce krwi umbarskiej — pokrywała warstwa lepkiego potu. Prowadzący zaś na oko był typowym orokuenem, przysadzisty, z szeroko rozstawionymi oczami — jednym słowem, tym właśnie „orkiem”, którym na Zachodzie matki straszą nieposłuszne dzieci. Poruszał się błyskawicznymi zygzakami, a wszystkie jego ruchy były bezgłośne, precyzyjne i oszczędne, jak u wyczuwającego zdobycz drapieżnika. Swoją pelerynę z futra bachtriana, niezmiennie utrzymującego tę samą temperaturę — czy to w południowy skwar, czy to w ziąb przedświtu — oddał towarzyszowi, sam pozostając w zdobycznym, niezastąpionym w lesie, ale zupełnie nieprzydatnym tu, na pustyni, elfickim płaszczu.

Zresztą, nie chłód martwił teraz orokuena: niczym zwierzę wsłuchujące się w nocną ciszę krzywił się jak od bólu zęba za każdym razem, gdy dochodził go zgrzyt żwiru pod chwiejnie stąpającym towarzyszem. Oczywiście, natknąć się na elficki patrol na środku pustyni, to rzecz niemal nieprawdopodobna, a poza tym dla elfów światło gwiazd w ogóle nie liczy się jako światło — muszą widzieć przynajmniej księżyc. Jednakże kapral Cerleg, dowódca plutonu zwiadu w pułku jegrów Kirith Ungol, w takich sprawach nigdy nie zdawał się na „jakoś to będzie” i nieustannie powtarzał: „Pamiętajcie, chłopcy: Regulamin Polowy, to taka książka, gdzie każdy przecinek jest przesiąknięty krwią tych przemądrzałków, którzy chcieli postępować po swojemu”. Dlatego zapewne, przez trzy lata wojny stracił tylko dwóch żołnierzy i z liczby tej był bardziej w duchu dumny niż z Medalu Oka, otrzymanego ubiegłej wiosny z rąk dowodzącego Armią Południe. Również teraz — u siebie w domu, w Mordorze — zachowywał się tak, jakby nadal odbywał głęboki rajd po równinach Rohanu. Zresztą, jaki to teraz dom…

Z tyłu doszedł go nowy dźwięk — ni to jęk, ni to westchnienie. Cerleg odwrócił się, obliczył dystans i, błyskawicznie zrzuciwszy z ramion wór z manelami (ani jedna sprzączka przy tym nie brzęknęła), zdążył dobiec do swego towarzysza. Ten, przegrywając walkę z omdleniem, wolno osuwał się na ziemię. Stracił przytomność, gdy tylko kapral podchwycił go pod pachy. Klnąc w duchu na czym świat stoi, zwiadowca wrócił do swego bagażu po manierkę. To ci partner, żeby to dunder… Ani z niego się śmiać, ani go żałować…

— Proszę się napić, panie. Znowu gorzej?

Wystarczyło, by leżący wypił kilka łyków, a całe jego ciało odpowiedziało koszmarnym atakiem torsji.

— Proszę wybaczyć, kapralu — wymamrotał. — Szkoda tego płynu.

— Proszę tak nie myśleć: do podziemnego zbiornika wody zostało niewiele. Jak pan, konsyliarzu polowy, nazwał ongi tę wodę? Takie śmieszne słowo…

— Adiabatyczna.

— Człowiek uczy się przez całe życie. No dobrze, z wodą nie stoimy tak źle. Znowu nie czuje pan nogi?

— Obawiam się, że tak. Wiecie co, kapralu… Niech mnie pan tu zostawi i sam pójdzie do swego koczowiska — chyba mówiliście, że to niedaleko, jakieś piętnaście mil. Potem wrócicie po mnie. Przecież jeśli natkniemy się na elfów to obaj zginiemy za funt kłaków. Ze mnie teraz taki wojak, jak… sami rozumiecie…

Cerleg jakiś czas zastanawiał się, odruchowo kreśląc palcem na powierzchni piasku znaczki Oka. Potem zdecydowanym ruchem wyrównał piasek i podniósł się.

— Rozłożymy tu biwak. Pod tą wydmą. Tam, jak mi się wydaje, grunt jest bardziej zwarty. Dojdzie pan sam, czy pomóc?

— Proszę posłuchać, kapralu…

— Doktorze, proszę o ciszę! Pan jest — proszę mi wybaczyć — jak małe dziecko: jestem spokojniejszy, gdy mam pana na oku. Trafi pan w łapy elfów i po kwadransie wyciągną z pana wszystko: skład grupy, kierunek marszu i całą resztę. A ja za bardzo kocham własną skórę… No to jak? Przejdzie pan te sto pięćdziesiąt kroków?

Wlókł się we wskazanym kierunku, czując, jak noga przy każdym kroku wypełnia się roztopionym ołowiem. Pod samą już wydmą znowu stracił przytomność i nie widział już jak zwiadowca, starannie zatarłszy ślady torsji i odciski stóp, szybko niczym kret ryje w piaszczystym zboczu kryjówkę na dzień. Potem przejaśniło mu się przed oczami. Zorientował się, że kapral ostrożnie prowadzi go do nory wyłożonej tkaniną. „Czy może, łaskawco, wygrzebie się pan z niemocy za kilka dni?”

Nad pustynią tymczasem wzeszedl ohydnej barwy księżyc — jakby opił się ropy pół na pół z krwią. Teraz, by obejrzeć nogę światła było aż za dużo. Rana sama w sobie była bzdurna, ale nijak nie chciała się zasklepić i co rusz zaczynała krwawić: elficka strzała, jak zwykle, okazała się zatruta. Tego straszliwego dnia lekarz zużył cały zapas odtrutki dla swych ciężko rannych, mając nadzieję, że może się uda. Nie udało się. W gęstwinie leśnej, o kilka mil na północny wschód od przeprawy pod Cytadelą Gwiazd, Cerleg wykopał dla niego jamę pod powalonym dębem, i przez pięć dni i pięć nocy ranny leżał tam, czepiając się skostniałymi palcami życia jak krawędzi oblodzonego karnisza. Szóstego dnia wynurzył się z purpurowego wiru nieznośnego bólu i, łykając gorzką, śmierdzącą jakimiś odczynnikami wodę z Imlad Morgul — do innej nie można było dotrzeć — słuchał relacji kaprala. Resztki Armii Południe, zablokowane w wąwozie Morgul, skapitulowały, i elfy z Gondorczykami popędziły ich gdzieś za Anduinę. Jego polowy lazaret zaś wraz ze wszystkimi rannymi rozdeptał na kaszę rozjuszony mumak z rozbitego haradzkiego korpusu. Wyglądało, że nie ma już na co czekać — trzeba przedzierać się do domu, do Mordoru.

Ruszyli dziewiątej nocy, gdy tylko zdołał się poruszyć. Zwiadowca wybrał drogę przez przełęcz Kirith Ungol, ponieważ przewidywał, że po trakcie wiodącym przez Ithilien nawet mysz w obecnej chwili się nie przemknie. Najgorsze było to, że nie udało mu się określić, co właściwie go zatruwa, i to kto — specjalista od trucizn! Sadząc po symptomach, musiało to być coś nowego, coś z ostatnich elfickich badań. Zresztą, apteczka i tak była prawie pusta. Czwartego dnia niemoc wróciła i to w najmniej odpowiednim momencie: gdy przemykali obok świeżo odbudowanego obozu Zachodnich sojuszników u podnóża Minas Morgul. Trzy doby przyszło im ukrywać się w tamtejszych złowrogich ruinach, a trzeciego wieczora zdziwiony kapral wyszeptał mu na ucho: „Ależ waść siwiejesz!” Zresztą, winne temu były nie pilnujące ruin upiory, a całkiem realna szubienica postawiona przez zwycięzców na poboczu traktu, jakieś dwadzieścia jardów od ich kryjówki. Sześć trupów w postrzępionych mordorskich mundurach zebrało na ucztę całe krucze stado, a duży szyld za pośrednictwem wykaligrafowanych elfickich runów powiadamiał, że są to „wojenni przestępcy”.

Obecny atak był trzecim z kolei. Czując wszechogarniające dreszcze, wpełzł do wysłanej tkaniną nory i znowu pomyślał: jak się teraz czuje Cerleg w samej elfickiej szmatce?

Ten po chwili bezgłośnie pojawił się w schronie. Cichutko zabulgotała woda w jednej z przyniesionych manierek, potem osypał się z „sufitu” piasek, co oznaczało że orokuen maskował z zewnątrz otwór wejściowy. Wystarczyło, by jak dziecko przytulił się do jego wielkich pleców, a zimno, ból i strach zaczęły niespodziewanie wypływać z niego i nie wiadomo skąd pojawiła się pewność, że kryzys minął. „Teraz muszę się tylko wyspać, i wtedy przestanę być dla Cerlega ciężarem… tylko muszę się wyspać…”

— Haladdinie! Hej, Haladdinie!

„Kto mnie woła? Jak się znalazłem w Barad-Dur? Nie rozumiem… Dobrze, niech będzie Barad-Dur”.

2

Pół setki mil na wschód od wulkanu Orodruina, tam, gdzie lekkomyślne gadatliwe strumienie rodzące się pod lodowcami Gór Popielnych stają się rozsądnymi i statecznymi rzekami, cicho gasnącymi następnie w pulsujących oparach mordorskiej równiny na płaskowyżu Gorgoroth znajduje się Oaza. Bawełna i ryż, figi i winorośl rodziły tu od wieków, dwa razy do roku, a prace miejscowych tkaczy i płatnerzy słynęły w całym Sródziemiu. Prawdą jest jednak, że każdy orokuen — koczownik spoglądał na współplemieńców, którzy wybrali los rolników czy rzemieślników, z niewyobrażalną wręcz pogardą, bo któż nie wie, że jedynym zajęciem godnym mężczyzny jest hodowla bydła — no, jeśli nie liczyć grabieży na szlakach karawan… Wcale to zresztą im nie przeszkadzało w regularnym odwiedzaniu ze swymi Stadami gorgoratskich targowisk, gdzie byli zręcznie oskubywani jak lipki przez słodkoustych umbarskich kupców, którzy sprawnie i szybko podporządkowali sobie cały tamtejszy handel. Ci spryciarze, zawsze gotowi do zaryzykowania głową za garść srebra, prowadzili swoje karawany po całym Wschodzie, nie gardząc przy tym ani handlem niewolnikami, ani przemytem, ani — przy okazji — zwyczajnym rozbojem. Głównym źródłem ich dochodów był zawsze eksport rzadkich metali, które wydobywały w obfitości w Górach Popielnych przysadziste trolle — niezrównani górnicy i metalurdzy. Ci ostatni zaś po jakimś czasie zmonopolizowali dodatkowo w Oazie murarkę. Wspólne długie życie przyzwyczaiło synów trzech narodów do zerkania na sąsiedzkie ślicznotki z większym zainteresowaniem niż na dziewczyny swego plemienia, ale i do wykpiwania siebie wzajemnie w dowcipach rozpoczynających się od słów: „Przychodzi do łaźni orokuen, Umbarczyk i troll…” Jednak kiedy zachodziła taka potrzeba stawali do walki ramię w ramię przeciwko barbarzyńcom Zachodu, broniąc przełęczy Gór Cienia i przejścia przez Morannon.

Na takim zaczynie powstał sześć wieków temu Barad-Dur, zadziwiające miasto alchemików i poetów, mechaników i astrologów, filozofów i lekarzy, serce jedynej w całym Sródziemiu cywilizacji, która postawiła na racjonalną wiedzę i nie bala się przeciwstawić starej magii swą, dopiero co ukształtowaną technologię. Błyszcząca iglica baraddurskiej cytadeli wzniosła się nad równiną Mordoru niemal na wysokość Orodruiny, jak monument postawiony Człowiekowi — wolnemu Człowiekowi, który uprzejmie, ale stanowczo odrzucił rodzicielską opiekę Mieszkańców Niebios i zaczął żyć własnym rozumem. Było to wyzwanie rzucone tępemu, agresywnemu Zachodowi, iskającemu wszy w swych drewnianych „pałacach” przy akompaniamencie smętnych recytatywów skaldów, głoszących niezrównane wartości nigdy nie istniejącego Numenoru. Było to wyzwanie uginającemu się pod ciężarem własnej mądrości Wschodowi, gdzie Jin i Jang dawno już pożarły się wzajemnie, zrodziwszy tylko wyszukaną statykę Ogrodu Trzynastu Kamieni. Było to wyzwanie rzucone jeszcze komuś, albowiem ironiczni intelektualiści z Akademii Mordorskiej — sami tego nie wiedząc — doszli do rubieży, za którą wzrost ich potęgi mógł być nieodwracalny i niemożliwy do sterowania.

A Haladdin kroczył po znanych sobie od dziecka ulicach — od trzech wytartych stopni rodzinnego domu w zaułku za Starym Obserwatorium obok platanów Królewskiego Bulwaru, który styka się przeciwległym końcem z zigguratem Wiszących Ogrodów — kierując się do przysadzistego budynku Uniwersytetu. Właśnie tutaj praca obdarzyła go kilka razy chwilami najwyższego szczęścia, dostępnego człowiekowi: kiedy trzyma on, niby pisklę na dłoni, Prawdę objawioną w tej chwili na razie tylko jemu. A to znaczy, że jest on bogatszy i hojniejszy od wszystkich władców świata… A potem w wielogłosym gwarze krążyła butelka nurneńskiego, której piana, w towarzystwie wesołych „ochów” wypełzała z różnych kubków i szklanic, a przed nimi była jeszcze cała kwietniowa noc ze swymi nie kończącymi się dysputami o nauce, poezji, budowie świata, i znowu o nauce — dysputami rodzącymi w uczestnikach niezachwiane, spokojne przekonanie, że ich życie to jedyny i właściwy wariant… A Sonia patrzyła na niego ogromnymi oczami — tylko trollijskie dziewczyny mają czasem taki nie zdefiniowany odcień oczu (ciemnoszary? przejrzystobrązowy?) — i z całej siły starała się uśmiechnąć: „Haliku, kochany, nie chcę być ci ciężarem”, a jemu chciało się płakać z powodu przepełniającej serce czułości.

Ale skrzydła snu już niosły go z powrotem na nocną pustynię, oszałamiającą każdego nowicjusza nieprawdopodobną różnorodnością życia, które wraz z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca dosłownie zapada się pod ziemię. Od Cerlega dowiedział się, że ta pustynia, jak i każda inna, od wieków dzieli się na fragmenty: każda kępa saksaułu, łączka kłującej trawy czy plama jadalnego porostu — manny — ma właściciela. Orokuen z łatwością określał klany władające tymi uroczyskami, po których przebiegała ich droga, bezbłędnie określał granice włości, wyraźnie orientując się przy tym nie za pomocą ułożonych z kamieni piramidek abo, a posiłkując się jakimiś tylko jemu znanymi punktami orientacyjnymi. Wspólne tu były tylko studnie dla bydła — rozległe doły w piasku, wypełnione gorzko-słoną, choć nadającą się do picia wodą. Haladdina przede wszystkim zadziwił system tsandojów — zbiorników adiabatycznej wilgoci, o których wcześniej wiedział tylko z książek. Chylił czoła przed nieznanym geniuszem, który odkrył niegdyś, że jedno z przekleństw pustyni — nocny mróz — może pokonać drugi: suszę — szybko stygnące kamienie działają jak lodówki, „wyciskając” wodę z pozornie absolutnie suchego powietrza.

Kapral słowa „adiabatyczna”, rzecz jasna, nie znał. W ogóle Cerleg mało czytał, nie widząc w tym zajęciu specjalnego sensu ani orzyjemności, ale niektóre ze zbiorników, obok których prowadziła ich droga, były zbudowane jego rękami. Pierwszy tsandoi Cerleg wykonał mając pięć lat i był strasznie zrozpaczony, gdy rano nie znalazł w nim ani kropli wody. Potrafił jednakże samodzielnie wykryć błąd — stosik kamieni był zbyt mały — i właśnie w tym momencie poczuł po raz pierwszy w życiu dumę Mistrza. Dziwne, ale nie odczuwał najmniejszego pociągu do zajmowania się bydłem — wykonywał tę pracę tylko z konieczności — ale za to z byle warsztatu rymarskiego nie można go było za uszy wyciągnąć. Krewni kręcili nosami, patrząc na niego — „zupełnie miejskie dziecko”, a ojciec, napatrzywszy się na jego zabawy z żelastwem, zmusił do opanowania alfabetu. Tak się zaczęło jego życie mangatsa — wędrownego rzemieślnika odwiedzającego koczowiska jedno po drugim, przez co po kilku latach potrafił już robić wszystko. A gdy trafił na front (koczownicy zazwyczaj byli przydzielani albo do lekkiej kawalerii albo do jegrów), zaczął wojować tak samo rzetelnie, jak wcześniej układał tsandoje i naprawiał uprząż bachtrianów.

Wojna ta, szczerze mówiąc, sprzykrzyła mu się dawno i całkowicie. Wiadomo — tron, ojczyzna i wszystko inne… Jednakże panowie generałowie za każdym razem wszczynali operacje, głupota których widoczna była nawet z wysokości jego kapralowego spojrzenia. Zęby widzieć to, nie trzeba było kończyć żadnych wojskowych akademii — wystarczyło, jak sądził, tylko trochę zdrowego rozsądku rzemieślnika. Po pogromie na Polach Pelennoru na przykład, pluton zwiadu Cerlega, jak i inne zdolne do walki oddziały, rzucono by osłaniały odwrót (lepiej powiedzieć — ucieczkę) sił głównych. Zwiadowcom wyznaczono wówczas pozycję na środku gołego pola, nie uzbroiwszy ich nawet w długie włócznie, przez co elitarna formacja, której żołnierze mieli na swoim koncie co najmniej po dwa tuziny rajdów na tyły wroga, zupełnie bezsensownie rozdeptana została kopytami rohańskich jeźdźców, którzy nawet nie zauważyli z kim dokładnie mają do czynienia.

„»Garbatego wyprostuje mogiła« — postanowił wtedy Cerleg. — Niech ich licho z taką wojną… Koniec, chłopaki, nawojowałem się po uszy. »Bagnet w piach, a ja do baby pod pierzynę!« Z tego przeklętego lasu, gdzie w pochmurną pogodę za cholerę me da się określić kierunku, a każde zadrapanie natychmiast zaczyna ropieć, chwała Jedynemu, udało się wyjść, a już w domu, na pustyni, jakoś sobie poradzimy”. W swych snach kapral już przeniósł się do znajomego koczowiska Teshgol, do którego została jedna dobra noc marszu. Oczyma duszy wyraźnie widział, jak to się odbędzie — bez pośpiechu zdecyduje, co należy w domu naprawić w pierwszej kolejności, w tym czasie zostanie nakryty stół, a gospodyni, gdy wypiją już po drugim, zacznie powoli naprowadzać rozmowę na temat, jak to w domu bez chłopa… A umorusane dzieciaki — czwórka ich tam (a może piątka? nie pamięta…) — będą się kręcić przy nich, chcąc dotknąć broni… Zasypiając, pomyślał jeszcze: „Dobrze by się dowiedzieć, komu była potrzebna ta wojna, i spotkać go jakoś na wąskiej ścieżce…”

No bo rzeczywiście — komu?

3

Śródziemie, strefa sucha

Informacje przyrodniczo — historyczne

W historii każdego Świata, również Sródziemia, występują regularne zmiany epok klimatycznych — wilgotnych i suchych: powstawanie i topnienie czap lodowych na biegunach oraz pasm pustyń podporządkowane jest jednemu rytmowi, tworzącemu jakby puls globu. Te naturalne cykle kryją się przed wzrokiem historyków i skaldów pod zadziwiającym kalejdoskopem narodów i kultur, mimo iż właśnie one w znacznym stopniu rodzą ów kalejdoskop. Zmiana cyklu klimatycznego może odegrać w historii kraju, czy nawet całej cywilizacji rolę znacznie większą, niż działania wielkich reformatorów czy wyniszczające obce najazdy.

Tak więc, w Sródziemiu wraz ze swą Trzecią historyczną Erą, chyliła się ku upadkowi jeszcze jedna epoka — pluwialna. Trasy przenoszących wilgoć cyklonów coraz bardziej odchylały się ku biegunom planety i w pierścieniach pasatów, obejmujących trzydzieste szerokości obu półkul, wyraźnie widoczne stało się rozrastanie pustyń. Niedawno jeszcze równinę Mordoru pokrywała sawanna, a na zboczach Orodruiny rosły prawdziwe drzewa cyprysowe i cisy. Natomiast teraz pustynia nieubłaganie, akr za akrem pochłaniała resztki suchych stepów lgnących do podnóży górskich grzbietów. Linia śniegu w Górach Popielnych nieuchronnie przesuwała się ku górze, i strumienie, sycące Oazę w Gorgoroth, coraz bardziej przypominały gasnące z powodu nieznanej choroby dziecko. Gdyby tamtejsza cywilizacja była nieco bardziej prymitywna, a kraj biedniejszy, to wszystko tak by właśnie się działo. Proces ów rozciągnąłby się na wieki, a na takim odcinku czasu zawsze coś się może stać. Ale Mordor miał moc niezmierzoną, tak więc postanowiono nie czekać na „łaskę przyrody” i utworzyć obszerny i wydajny system nawadnianego rolnictwa z wykorzystaniem wody z dopływów jeziora Nurn.

Należy w rym miejscu wyjaśnić jedną rzecz. Nawadniane rolnictwo w strefie pustynnej jest bardzo wydajne, ale wymaga szczególnej troski. Chodzi o dużą zawartość rozpuszczonej w tutejszych wodach gruntowych soli. Najważniejszy problem polega na tym, by — nie daj Boże! — nie wyprowadzić jej na powierzchnię, gdyż to wiedzie do zasolenia produktywnej warstwy gruntu. Właśnie tak się stanie, jeśli w trakcie nawadniania wylane zostanie na pole zbyt dużo wody i gruntowe kapilary zostaną wypełnione na taką głębokość, że wody gruntowe uzyskają połączenie z powierzchnią. Siły kapilarne plus przygruntowe parowanie powodują przepompowywanie wody z głębin na powierzchnię, podobnie jak idzie do góry paliwo po płonącym knocie lampki, a procesu tego nie da się zatrzymać. Rolnik nie zdąży mrugnąć, jak okaże się, że zamiast pola ma pozbawione życia solnisko. Najgorsze zaś jest to, że w żaden sposób nie da się ponownie ukryć owej soli w głębinach ziemi.

Istnieją dwa sposoby na uniknięcie tego kłopotu. Po pierwsze, można bardzo ostrożnie podlewać uprawy — tak, by kapilarna wilgoć powierzchniowa nie zetknęła się z lustrem wód gruntowych. Po drugie, można stosować tak zwany system przemywania: należy okresowo doprowadzać na polach do nadmiaru wody przepływającej, która po prostu będzie zmywała stale przesączającą się z głębin sól i przenosiła ją na przykład do morza, czy innego końcowego zbiornika. Ale jest tu pewna subtelność: system przemywania można wykorzystywać tylko w dolinach dużych rzek, mających wyraziste wiosenne przybory wód, gdyż to one usuwają zgromadzoną przez cały rok sól. Przykładowo takie właśnie są naturalne warunki upraw w Khandzie skąd skopiowany został system nawadniania przez niedoświadczonych mordorskich inżynierów, szczerze uważających, że jakość nawadniania zależy od liczby sześciennych sążni wykopanego gruntu.

Natomiast w zamkniętej niecce Mordoru system przemywania nie może być stosowany z definicji, ponieważ nie ma tu przepływających przez kraj rzek, a końcowym zbiornikiem wodnym jest Nurn, którego dopływy zostały wykorzystane do nawadniania oddalonych od jeziora upraw. Mała różnica wysokości nie pozwala na stworzenie w tych kanałach nawet namiastki wiosennych przyborów, tak więc zmywanie soli okazało się niemożliwe, ponieważ po pierwsze, nie było czym, po drugie — nie było dokąd. Po kilku latach niewyobrażalnego urodzaju stało się to, co było nieuniknione: zaczęło się zasalanie ogromnych połaci kraju, a próby zastosowania drenażu nie udały się z powodu wysokiego stanu wód gruntowych. Wynik: olbrzymie ilości pieniędzy zostały zmarnowane, a ekonomii kraju i jego przyrodzie wyrządzono straszliwą szkodę. Mordorowi w zupełności wystarczyłby umbarski system melioracji z minimalnym nawadnianiem, zresztą znacznie tańszym w stosowaniu, ale i ten wariant obecnie został nieuchronnie utracony. Inicjatorzy irygacyjnego projektu i jego główni wykonawcy zostali skazani na dwadzieścia pięć lat pracy w kopalniach ołowiu, ale, jak łatwo się domyślić, nie pomogło to sprawie.

To, co się wydarzyło, było rzecz jasna olbrzymią szkodą, ale w końcu nie katastrofą. Mordor w tym czasie zupełnie zasłużenie nazywano Warsztatem Świata i mógł on, w zamian za swoje wyroby przemysłowe, otrzymywać dowolne ilości żywności z Khandu i Umbaru. Dniami i nocami przez Ithilien podążały sobie na spotkanie karawany handlowe, i w Barad-Dur coraz głośniej odzywały się głosy, że niby zamiast grzebać się w ziemi — co i tak nie daje żadnego pożytku, a jedynie straty — lepiej by się zająć rozwijaniem tego, co mamy najlepsze na świecie, czyli metalurgii i chemii. … Rzeczywiście kraj przeżywał rewolucję przemysłową: parowe maszyny wybornie spisywały się w kopalniach i manufakturach, a sukcesy awiacji oraz doświadczenia z elektrycznością stały się ulubionym tematem dysput przy stołach w domach wykształconych warstw społeczeństwa. Dopiero niedawno zostało przyjęte prawo o powszechnym nauczaniu, i Jego Wysokość Sauron VIII z właściwym sobie ciężkim dowcipem oświadczył na posiedzeniu parlamentu, że zamierza przyrównać absencję w szkole do zdrady państwowej. Wspaniała praca doświadczonego korpusu dyplomatycznego i silnej służby wywiadowczej pozwoliły doprowadzić liczebność armii kadrowej do minimum, tak więc nie obciążała ona zasobów kraju.

Jednakże właśnie w tym czasie rozległy się te słowa, którym sądzone było zmienić całą historię Śródziemia. W przedziwny sposób były niemal dokładnym powtórzeniem wypowiedzi, która miała miejsce w innym Świecie i dotyczyła zupełnie innego kraju, a brzmiała ona tak: „Kraj, który nie może siebie wykarmić i zależny jest od importu żywności, nie może być uważany za poważnego wojennego przeciwnika”.

4

Arnor, wieża Amon Sul

Listopad 3010 roku Trzeciej Ery

Słowa te wypowiedział wysoki siwobrody starzec w srebrzystoszarym płaszczu z odrzuconym na plecy kapturem. Stał on, opierając się o brzeg owalnego czarnego stołu, wokół którego w wysokich fotelach ulokowały się cztery, na poły ukryte w cieniu postaci. Mogło się wydawać, że przemówienie jego odniosło skutek: Rada jest po jego stronie, i teraz ciemnobłękitne przenikliwie patrzące oczy stojącego, będące w wyraźnym kontraście z barwą pergaminowej twarzy, nie odrywały się od jednej z czterech postaci — od tej, z którą przyjdzie mu zaraz się zetrzeć. Siedziała ona nieco z boku, jakby już z góry oddzielała się od członków Rady, była szczelnie owinięta w oślepiająco biały płaszcz, przez co wydawało się, że jego posiadacz dygoce z zimna. Ale oto mężczyzna, zacisnąwszy palce na podłokietnikach fotela, wyprostował się i pod ciemnym sklepieniem rozległ się jego głęboki, miękki głos:

— Powiedz, nie żal ci ich?

— Jakich „ich”?

— Ludzi, ludzi, Gandalfie! Rozumiem, że z powodów wyższego dobra skazałeś na śmierć cywilizację Mordoru. Ale cywilizacja to przede wszystkim jej nosiciele. Znaczy to, że ich również należy zniszczyć — i to tak, żeby nie mogli się odrodzić. Czyż nie?

— Litość jest złym doradcą, Sarumanie. Przecież razem z nami patrzyłeś w Zwierciadło. — Mówiąc te słowa, Gandalf wskazał na stojący na środku stołu przedmiot, bardziej przypominający ogromną, wypełnioną rtęcią paterę. — Do Przyszłości prowadzi wiele dróg, ale jakąkolwiek z nich pójdzie Mordor, to najpóźniej za trzy wieki dotknie takich sił przyrody, których ujarzmić nie potrafi nikt. Czy chcesz może jeszcze raz zerknąć na to, jak w mgnieniu oka zmienia się w popiół całe Sródziemie wraz z Nieśmiertelnymi Krajami?

— Masz rację, Gandalfie, i byłoby nieuczciwością odrzucać taką możliwość. Ale w takim razie musisz pozbyć się również krasnoludów: raz już obudzili Koszmar Głębin, i wtedy całej naszej magii ledwo starczyło, by utrzymać go pod powierzchnią. A przecież te brodate kutwy, jak ci wiadomo, wyróżniają się oślim uporem i zupełnie nie potrafią uczyć się na własnych błędach…

— Dobrze, zostawmy to, co jest tylko możliwe, i porozmawiajmy o tym, co nieuchronne. Jeśli nie chcesz spojrzeć w Zwierciadło, to popatrz zamiast tego na słupy dymu z ich pieców węglowych i wytapialni miedzi. Przejdź się po solnisku, w jakie zmienili ziemie na zachód od Nurnenu, i spróbuj odnaleźć na tym pół tysiącu mil kwadratowych choćby jedną bylinkę. Tylko uważaj, żebyś nie trafił tam w wietrzny dzień, kiedy przesolony pył mknie po równinie Mordoru przypominając ścianę i dusi po drodze wszystko, co żywe… Wszystko to — zauważ! — powstało zaraz po ich wyjściu z kołyski. Jak sądzisz, co będą wyprawiali potem?

— Przecież dziecko w domu to zawsze szkody: najpierw brudne pieluchy, potem połamane zabawki, następnie zepsuty ojcowski zegarek, a co się dzieje, gdy dziecina podrośnie! O wiele lepszy jest dom bez dzieci — panuje w nim czystość i porządek, aż się patrzy. Tylko jakoś gospodarzy nie bardzo to cieszy, a im bliżej starości — tym mniej.

— Zawsze mnie zadziwiało, Sarumanie, jak zręcznie potrafisz odwracać kota ogonem i za pomocą chytrej kazuistyki obalać naturalne prawdy. Ale tym razem, klnę się na komnaty Yalinoru, ten numer nie przejdzie! Sródziemie to wiele narodów, żyjących obecnie w zgodzie z przyrodą i przykazaniami przodków. Tym narodom, całemu układowi ich życia, zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo, i widzę swój obowiązek w tym, by to niebezpieczeństwo za wszelką cenę odsunąć. Wilk, który podkrada owce z mojego stada, ma wszelkie powody, by tak właśnie postępować, ale ja nie wczuwam się w jego sytuację i współczuję mu.

Nawiasem mówiąc, jestem nie mniej zatroskany losem Gondorczyków i Rohirrimów. Po prostu zaglądam w przyszłość nieco dalej niż ty. Czy nie powinieneś ty, Gandalfie, członek Białej Rady, wiedzieć, że całość wiedzy magicznej w zasadzie nie może wzrastać względem tego, co było niegdyś otrzymane z rąk Aule i Orome. Możesz tracić tę wiedzę wolniej lub szybciej, ale odwrócić tego procesu nie może nikt. Każde następne pokolenie magów będzie słabsze od poprzedniego i wcześniej czy później ludzie zostaną sam na sam z Przyrodą. Wtedy właśnie potrzebna im będzie Nauka i Technologia — jeśli, rzecz jasna, do tego czasu nie wyplenisz ich razem z korzeniami.

— Oni wcale nie potrzebują twojej nauki, ponieważ burzy ona harmonię świata i spopiela dusze ludzi!

— Muszę zauważyć, że w ustach człowieka, który zamierza wszcząć wojnę, rozmowy o Duszy i Harmonii brzmią nieco dwuznacznie. Co zaś się tyczy nauki, to ona wcale nie jest niebezpieczna dla nich, a dla ciebie, dokładniej mówiąc — dla twego olbrzymiego samouwielbienia. Wszak my, magowie, jesteśmy w zasadzie tylko użytkownikami tego, co zostało stworzone przez poprzedników, a oni są twórcami nowej wiedzy. My jesteśmy odwróceni do przeszłości, ludzie do przyszłości. Ty wybrałeś kiedyś magię i dlatego nigdy nie przekroczysz granicy wykreślonej przez Yalarów, podczas gdy u nich, w nauce, wzrost wiedzy — a w następstwie tego i mocy — jest zaiste nieograniczony. Pożera cię najgorszy rodzaj zawiści — zawiść rzemieślnika do artysty… Cóż, jest to naprawdę ważki powód do zabójstwa. Nie ty pierwszy i nie ostatni.

— Przecież sam w to nie wierzysz — spokojnie wzruszył ramionami Gandalf.

— Zgoda, chyba rzeczywiście nie wierzę… — Saruman smutno pokiwał głową. — Wiesz co? Jeśli kimś kieruje chciwość, żądza władzy i miłość własna to jeszcze pół biedy. Ich przynajmniej czasem gryzie sumienie. Ale nie ma nic gorszego od jasnookiego idealisty, który postanowił uszczęśliwić ludzkość, gdyż zaleje on cały świat krwią po kolana i nawet się nie skrzywi. A tacy chłopcy najbardziej kochają twierdzenie: „Są rzeczy ważniejsze od pokoju i gorsze od wojny”. Znasz to, co?

— Całą odpowiedzialność biorę na siebie, Sarumanie. Historia mnie osądzi.

— Och, w to akurat nie wątpię — wszak historię tę pisać będą ci, którzy zwyciężą pod twoimi sztandarami. Istnieją wypróbowane przepisy: Mordor trzeba będzie przekształcić w Imperium Zła, które zamierza zniewolić całe Sródziemie, a tamtejsze narody — w jeżdżące wierzchem na wilkolakach i odżywiające się ludzkim mięsem plugastwo… Ale nie mówmy teraz o historii, a o tobie. Pozwól, że powtórzę swoje nietaktowne pytanie o losy ludzi — kronikarzy wiedzy cywilizacji mordorskiej. To, że trzeba będzie ich wybić, to nie figura retoryczna, a stwierdzenie jak najbardziej naturalne i nie wywołujące wątpliwości: „chwasty należy niszczyć do końca”, inaczej ten pomysł w ogóle nie ma sensu. Tak więc, interesuje mnie, czy wystarczy ci odwagi, by osobiście uczestniczyć w tym „pieleniu” — tak, tak, właśnie tak. Czy własnoręcznie będziesz odcinać im głowy? Milczysz… No, tak zawsze jest z wami, miłośnikami Ludzkości! Co innego tworzyć projekty „Definitywnego rozwiązania kwestii mordorskiej” — to zawsze, proszę bardzo! Ale kiedy dochodzi do realizacji, od razu w krzaki: niech się tym zajmą wykonawcy, żeby było potem na kogo wskazywać palcem, kiwać i krzywić pysk. To wszystko, że tak powiem, „ichniejsze ekscesy”.

— Kończ z tą demagogią, Sarumanie — rzucił z rozdrażnieniem jeden z siedzących mężczyzn, ten w niebieskim płaszczu — i popatrz lepiej w Zwierciadło. Niebezpieczeństwo widzi nawet ślepy. Jeśli nie powstrzymamy teraz Mordoru, to nie będziemy mogli uczynić tego już nigdy: za pół wieku dokona się ta ich rewolucja przemysłowa”. Dojdą do tego, że mieszanki saletry będzie można wykorzystać nie tylko do fajerwerków, a wtedy… po zabawie. Ich armie staną się niezwyciężone, a inne kraje na wyścigi rzucą się do stosowania mordorskich „osiągnięć” ze wszystkimi wypływającymi z tego konsekwencjami… Jeśli masz coś do powiedzenia na ten temat, to mów.

— Podczas gdy ja noszę biały płaszcz Przewodniczącego Białej Rady, przyjdzie wam wysłuchiwać wszystkiego, co uznam za stosowne — odciął się nagabnięty. — Zresztą, nie będę mówił o tym, że chcąc kierować losami Świata, wy — cała czwórka — uzurpujecie sobie prawo, które nigdy do magów nie należało. Widzę, że to nie ma sensu. Rozmawiajmy na dostępnym dla was poziomie… Jego oponenci usiedli i przybrali takie miny, że razem tworzyli wyrazistą, grupową pantomimę pod tytułem „Oburzenie”, ale Saruman w tej chwili miał już w nosie całą dyplomację.

— Z czysto technicznego punktu widzenia plan Gandalfa dotyczący stłamszenia Mordoru za pośrednictwem długotrwałej wojny i żywnościowej blokady jest niezły, ale ma jeden słaby punkt. Aby zwyciężyć w takiej wojnie, a będzie ona wyczerpująca, antymordorska koalicja musi pozyskać potężnego sojusznika. W rym celu proponowane jest obudzenie sił drzemiących od poprzedniej epoki — tej przed pojawieniem się ludzi — mieszkańców Złotego Lasu. To już samo w sobie jest szaleństwem, ponieważ oni nigdy nie służyli nikomu tylko zawsze sobie. Wam jednakże, i tego mało. Żeby zwycięstwo było pewne postanowiliście na czas wojny przekazać im Zwierciadło. Przecież prawo do prognozowania za jego pomocą operacji wojskowych mają tylko ci, którzy sami w nich uczestniczą. To jest szaleństwo do kwadratu, ale jestem gotów rozpatrzyć i ten wariant, o ile kolega Gandalf wyraźnie odpowie na jedno jedyne pytanie: Jak zamierza potem odzyskać Zwierciadło?

— Uważam — Gandalf niedbale machnął ręką — że prolemy można rozwiązywać w miarę ich powstawania. Dlaczego mamy zakładać, że nie będą chcieli nam go zwrócić? Po co im Zwierciadło?

Nastała cisza. Takiej bezgranicznej głupoty Saruman naprawdę nie oczekiwał. A oni wszyscy, jak widać uważają, że tak trzeba… Wydało mu się, że tonie w lodowej kaszy marcowej przerębli; jeszcze chwila i prąd wciągnie go pod krawędź lodu.

— Radagaście! Może przynajmniej ty coś powiesz?

Brązowa postać drgnęła, jak uczeń schwytany przez nauczyciela podczas odpisywania zadania domowego, i niezręcznie usiłowała nakryć rękawem płaszcza coś na stole przed sobą. Rozległ się oburzony skrzek i po ręce Radagasta błyskawicznie przebiegła mała wiewiórka, z którą mag, jak się okazało, bawił się podczas całej rady. Wiewiórka usiadła na ramieniu maga — leśnika, jednak ten, zawstydzony ogromnie, wyszeptał coś, chmurząc siwe krzaczaste brwi, i zwierzak natychmiast zniknął gdzieś w fałdach ubrania.

— Sarumanie, gołąbeczku… Wybacz mi, staremu, ja tego… nie bardzo, szczerze mówiąc, słuchałem… Tylko się nie kłóćcie dobrze? Przecież jeśli i my zaczniemy się obszczekiwać, to co będzie się działo w świecie? No właśnie… A co do tych ze Złotego Lasu, to ty, nie złość się, ale trochę… tego… Pamiętam, w młodości, widywałem ich, wiadomo — z daleka… Więc według mnie, to oni są całkiem nawet… tego… Oczywiście, mają swój rozum, ale kto go nie ma? No, a z ptakami i zwierzątkami, to oni zawsze byli dusza w duszę… nie to, co ci twoi, z Mordoru… Ja tak więc sobie myślę, że może by to… tego…

„No i już — podsumował Saruman i wolno przetarł twarz dłonią, jakby zdejmował pajęczynę niezmiernego zmęczenia. — Jedyny, na którego poparcie mogłem liczyć. Już nie mam sił walczyć. Wszystko skończone, znalazłem się pod lodem”.

— Jesteś nawet nie w mniejszości, a w pełnej samotności, Sarumanie. Oczywiście, twoje uwagi są dla nas bezcenne. — „Teraz głos Gandalfa przepełniony był fałszywym szacunkiem, aż nim opływał. — Od razu rozsądźmy, jak postąpimy ze Zwierciadłem ponieważ to naprawdę niełatwy problem…

— Teraz to już twoje problemy, Gandalfie — cicho, ale twardo odezwał się Saruman, odpinając mithrilową zapinkę przy kołnierzu. — Od dawna już łakniesz Białego Płaszcza, więc weź go sobie. Róbcie wszystko, co uważacie za słuszne. Ja odchodzę z Rady.

— Wtedy twa laska straci moc, słyszysz! — krzyknął za nim Gandalf. Widać było, że jest naprawdę zaskoczony i przestał rozumieć swego odwiecznego rywala.

Saruman, odwróciwszy się, przyjrzał się mrocznej sali Białej Rady. Brzeg śnieżnobiałego płaszcza spływał z fotela na podłogę jak posrebrzona księżycem woda w fontannie; mithril zapinki posłał mu pożegnalny błysk i zgasł. Podążający za nim Radagast z bezradnie rozłożonymi rękami zamarł w połowie drogi. Mag wyglądał teraz na małego i biednego, niczym dziecko wciągnięte w kłótnię rodziców. Oto kiedy z jego ust uleciały słowa, które znowu cudownym sposobem zgadzały się z tymi wypowiedzianymi w innym Świecie:

— To, co zamierzacie zrobić, to gorzej niż przestępstwo. To błąd.

A po kilku tygodniach służby wywiadowcze Mordoru zameldowały, że na skraju Północnych Lasów nie wiadomo skąd pojawiły się „elfy” — szczupłe złotowłose istoty o melodyjnym głosie i mrożącym krew w żyłach spojrzeniu.

5

Śródziemie, Wojna o Pierścień

Informacja historyczna

Jeśli czytelnik, w najmniejszym nawet stopniu przyzwyczajony do analizy dużych wojskowych kampanii, popatrzy na mapę Sródziemia, to bez trudu przekona się, że wszystkie działania obu powstałych koalicji — Mordorsko — Isengardzkiej i Gondorsko — Rohańskiej — były w rzeczywistości podporządkowane nieubłaganej strategicznej logice, u podstaw której leżała obawa Mordorczyków przed odcięciem od źródeł zaopatrzenia w żywność. Dzięki wysiłkom Gandalfa w centrum Sródziemia powstała niesłychanie chwiejna geopolityczna „kanapka”, w której rolę „pieczywa” pełnił Mordor i Isengard, a „wędliny” — Gondor z Rohanem. Ironia losu zaś polegała na tym, że koalicja Mordoru, nie marząca o niczym innym, jak o zachowaniu status quo, miała idealną pozycję do prowadzenia wojny agresywnej, w której można zmusić przeciwnika do jednoczesnej walki na dwóch frontach. Pozycja ta jednak była straszliwie niewygodna do prowadzenia wojny obronnej, kiedy zjednoczone siły wroga mogą doprowadzić do blitzkriegu, krusząc po kolei partnerów.

Jednakże Saruman też nie marnował czasu. Osobiście odwiedził Theodena i Denethora — królów Rohanu i Gondoru — i dzięki swemu urokowi oraz krasomówstwie potrafił przekonać ich, że Isengard i Barad-Dur nie pragną niczego innego jak pokoju. Prócz tego, częściowo wyjawił Denethorowi i Sauronowi tajemnicę dwóch palantirów, które przechowywane byty od niepamiętnych czasów w obu stolicach, i nauczył ich korzystać z tych starożytnych magicznych kryształów w charakterze systemu bezpośredniej łączności; ten prościutki ruch istotnie zmniejszył nieufność między władcami sąsiadujących krain. W Edoras, na dworze Theodena, został uruchomiony isengardzki konsulat, na czele którego stanął Grima — wspaniały dyplomata doświadczony zwiadowca i mistrz dworskiej intrygi. Dość długo między Sarumanem i Gandalfem trwała ostrożna pozycyjna walka, ograniczona sferą stosunków dynastycznych.

Stało się tak, że syn Theodena, Theodred, znany ze swego zdrowego rozsądku i umiarkowania, w niejasnych okolicznościach zginął na Północy, jakoby podczas napadu orokuenów. W wyniku tego zdarzenia następcą tronu został Eomer, królewski siostrzeniec — doskonały dowódca, idol młodych oficerów i, co było całkowicie naturalne, jeden z liderów „partii wojny”. Na nieszczęście Gandalfa, młodzian ów zaczął w rozmowach ze swymi przyjaciółmi zbyt otwarcie przymierzać rohańską koronę. Grimie, dysponującemu znakomitą agenturą, nie sprawiło kłopotu zebranie tego pijackiego bełkotu w jedną teczkę i — poprzez osoby trzecie — dostarczenie na biurko Theodena. Ostatecznie Eomer został wykluczony z aktywnej polityki, a Grima przestał w ogóle zaprzątać sobie nim głowę. Co — jak się później okazało — było olbrzymim błędem. W Gondorze udało się całkowicie zachwiać pozycją księcia Boromira, również znanego miłośnika wymachiwania mieczem, i usunąć go z dworu. Ten, rozżalony wyruszył na poszukiwanie przygód na ziemie Północy (co znacznie później zaowocowało nieprzyjemnymi konsekwencjami). W sumie rundę tę wygrał Saruman.

Tym niemniej, mimo że wszyscy trzej królowie wyraźnie rozumieli, iż lepszy „zły pokój”, niż „dobra kłótnia”, sytuacja stała się krańcowo chwiejna. Zaopatrzenie Gondoru w żywność wolno, ale nieubłaganie pogarszało się. Bezpieczeństwo wiodących przez Ithilien handlowych szlaków na Południe, stało się tym, co określa się mianem „obsesji narodowej”. Każda prowokacja mogła wywołać lawinowy proces, a tego tu nie brakło — gdy na Rozstajach w Ithilien kilka karawan pod rząd zostało wybite przez nie wiadomo skąd przybyłych ludzi ubranych w zielone gondorskie płaszcze (mimo, że mówili oni z wyraźnym północnym akcentem), nastąpiła odpowiedź „w pełni adekwatna”.

Saruman, który natychmiast połączył się z Sauronem poprzez swój palantir, zaklinał, błagał, nawet groził, jednak wszystko na próżno. Dowody logiczne przestały być skuteczne, i król (którego władza w Mordorze była właściwie nominalna) nic nie mógł poradzić z oszalałymi ze strachu kramarzami z tamtejszego parlamentu. I oto o świcie czternastego kwietnia 3016 roku Trzeciej Ery, mordorskie wojsko w sile dwustu lekkich kawalerzystów wkroczyło do zdemilitaryzowanego zgodnie z niedawnym traktatem z Gondorem Ithilien, aby „zabezpieczyć szlaki handlowe przed rozbojami”. Gondor w odpowiedzi ogłosił mobilizację i przejął kontrolę nad przeprawą w Osgiliath. Pułapka na myszy zadziałała.

Wtedy Mordor popełnił swój drugi błąd… Zresztą, jak zwykle w takich przypadkach, błędy strategiczne podobnych sytuacji można ustanowić post factum. Gdyby ten ruch doprowadził do sukcesu (a było to możliwe), to na pewno zostałby zapisane w annałach jako „genialny”. Krótko mówiąc, przeprowadzono próbę skłócenia koalicji przeciwnika, wyłączając z gry Rohan, którego tak naprawdę sytuacja w Ithilien wprost nie dotyczyła. W tym celu za Anduinę został przerzucony korpus ekspedycyjny składający się z czterech najlepszych pułków mordorskiej armii. Korpus miał za zadanie skrycie przejść po skraju rohańskich równin, gdzie według danych wywiadu nie było regularnych sił przeciwnika, i połączyć się z armią Isengardu. Ryzyko było wielkie, ale tą drogą nieraz już przemykały małe pododdziały. A gdyby na tyłach Rohirrimów rzeczywiście zaczęła działać grupa uderzeniowa, zdolna w pięć dziennych etapów dojść do Edoras, to na pewno przestaliby nawet myśleć o Południu i zajęli się pilnowaniem wyjścia z Hełmowego Jaru. Natomiast z pozostawionym w samotności Gondorem, można by zacząć szukać jakiegoś kompromisowego rozwiązania problemu Ithilien.

Tu odezwało się Zwierciadło. Wyobraźcie sobie, że w toku zwyczajnej wojny pozycyjnej jedna ze stron dysponuje danymi wywiadu kosmicznego, a druga — nie. Znajdujący się w areszcie domowym Eomer otrzymał przez Gandalfa wyczerpującą informację o ruchach Mordorczyków i zdecydował, że taką szansę los podsuwa tylko raz w życiu. Wykorzystawszy chorobę Theodena i swoją ogromną popularność w armii, poderwał wyborowe rohańskie oddziały i poprowadził je na północ; nie miał już w tym momencie nic do stracenia — w przypadku niepowodzenia, niewątpliwie czekała go egzekucja za zdradę państwa.

Zwierciadło jednakże nie zawiodło. Pięć dni później, zaskoczony w marszu, nie przeformowany nawet z kolumn marszowych Mordorski korpus ekspedycyjny został błyskawicznie zaatakowany przez ukrytą w Wielkim Zielonym Lesie pancerną jazdę Rohirrimów. Uderzenie było niespodziewane i miażdżące, tym niemniej znaczna część ciężkiej piechoty, składająca się w przeważającej części z trolli, zdążyła ustawić swoje słynne „granitowe karo” i odbijała ataki przez kilka godzin, powodując duże straty wśród napastników. Wraz z zapadnięciem zmierzchu piechota usiłowała przebić się w głąb lasu Fangorn, mając nadzieję na oderwanie się od konnych napastników, jednakże wszyscy co do jednego padli pod zatrutymi strzałami elfickich łuczników, metodycznie ostrzeliwujących ich ze swych zasiadek w koronach drzew.

Zwycięstwo kosztowało Rohirrimów drogo, jednak elita mordorskiej armii zebrana w korpusie ekspedycyjnym przestała istnieć. Z pogromu uszła tylko lekka kawaleria. Eomer powrócił do Edoras w aureoli triumfatora, a Theoden musiał udać, że wszystko odbyło się według wcześniej uzgodnionego planu. Jednocześnie król publicznie otrzymał dowody na to, że isengardzki konsul prowadzi w stolicy Rohanu działalność wywiadowczą. Wiadomo, że zajmują się tym niemal wszyscy dyplomaci i to chyba od stworzenia świata, Jednakże Theodenowi, zmuszonemu do płynięcia w kilwaterze „partii wojny”, nie pozostało nic innego, jak ogłosić Grimę persona non grata.

A tymczasem rohańska armia, której jeszcze nie wywietrzało z głowy oszołomienie po Fangornskim triumfie, wypełniła plac przed pałacem i, waląc mieczami o tarcze, żądała od swego pupila, Eomera, by prowadził ich — nieważne dokąd. A gdy ten uniósł nad głowę klingę, jakby wbijając ją w chylące się ku zachodowi słońce — „Na Isengard!!!” — stojący w pewnym oddaleniu w cieniu ściennej przypory Gandalf zrozumiał, że zasłużył w końcu na odrobinę wytchnienia: dzieło się dokonało.

6

Na południu tymczasem prowadzono „dziwną wojnę”. Mimo, że przeprawa w Osgiliath trzykrotnie w ciągu dwóch lat przechodziła z rąk do rąk, żadna ze stron nie usiłowała zdyskontować sukcesu i przenieść działań bojowych na drugi brzeg Anduiny. Zresztą, same te akcje sprowadzały się do szeregu „szlachetnych” pojedynków. Miał tam miejsce ni to turniej rycerski, ni to bitwa gladiatorów, a najlepsi wojownicy byli z imienia znani po obu stronach frontu. Obstawiano ich wygraną niezależnie od uczuć patriotycznych zakładających się osób. Oficerowie rywalizowali w szlachetności i przed przekłuciem przeciwnika gratulowali mu imienia identycznego z imieniem władcy, czy też z jakiegoś innego powodu. W tej podniosłej symfonii kurtuazyjnego ludobójstwa dysonansami jawiły się tylko działania oddziałów dunedaińskich tropicieli, którzy zlecieli się tu jak osy do konfitur. Zajmowały się one przede wszystkim „dywersją na komunikacyjnych szlakach przeciwnika”, czyli mówiąc wprost: grabieżą karawan. Mordorczycy uważali tę zgraję nie za wrogich wojowników, a za zwyczajnych rozbójników, z którymi rozmowa w czasie wojny powinna być krótka, w związku z czym wielu ze zbójów zawisło na rozłożystych dębach wzdłuż szlaku Ithliien. Mieszkańcy Północy odpłacali przy każdej okazji Mordorczykom tą samą monetą. Łatwo domyślić się, że w oczach takich prostych i uczciwych ludzi jak Cerleg, cała ta „wojna” wyglądała na krzątaninę pensjonariuszy domu wariatów.

Bitwa pod lasem Fangorn gwałtownie zmieniła tę sytuację. Armie Mordoru oraz Isengardu i tak były trzykrotnie mniejsze od zjednoczonych sił Gondoru i Rohanu. Po wybiciu korpusu ekspedycyjnego strategia obronna Mordoru nie mogła już być dłużej realizowana: nie dało się utrzymać Ithilien za pomocą istniejących sił. Oczywiście, wystarczyłoby ich aż z nadmiarem do obrony twierdz zamykających przejścia w Górach Popielnych i Górach Cienia, ale jaki to miałoby sens? Gondorczycy i Rohirrimowie nie musieliby ich wcale szturmować — wystarczyło podtrzymać blokadę i czekać, póki Mordor nie skapituluje albo umrze z głodu. Trzeźwo obliczywszy wszystkie za i przeciw, w Barad-Dur zrozumiano, że istnieje tylko jedna jedyna szansa rozerwania tego duszącego chwytu.

Do chwili, kiedy na tyłach Rohirrimów pozostaje niezdobyty Isengard, na pewno nie zdecydują się na przerzucenie wojska na południowy wschód, za Anorien. Mimo, że załoga Isengardu nie jest liczna, to niełatwo jest go zdobyć, ponieważ opóźniony Rohan nie dysponuje zaawansowaną techniką oblężniczą. W związku z tym Mordor ma do dyspozycji pewien zapas czasu — co najmniej pół roku. W tym czasie należy pod osłoną ospale toczącej się wojny w Ithilien zebrać w mocną garść wszystkie swe siły, jakimi dysponuje państwo: przeprowadzić ogólną mobilizację, kupić najemników, przyjąć wojska sojuszników — Wastaków i w szczególności Haradrimów. Następnie należy niespodziewanie uderzyć całą siłą na czasowo pozbawiony rohańskiej pomocy Gondor i skruszyć jego armię w blitzkriegu — po czym zakończyć wojnę na zasadzie „pokój za ziemie” (zachowawszy Rozstaje w Ithilien). Ryzyko jest ogromne, ale nie było z czego wybierać!

Zwierciadło oszacowało ten plan jako mający spore szansę na sukces. Gandalf gryzł paznokcie ze złości — wojna na północnym zachodzie toczyła się nie tak dobrze, jak tego oczekiwał. Prawdą jest, że Eomerowi, który dokonał błyskawicznego przerzutu sił na Zachód, udało się zawładnąć strategicznie ważnym Hełmowym Jarem, wygrywając krwawą bitwę pod Rogatym Grodem i przedostając się w dolinę Iseny. W rzeczywistości jednakże, zwycięstwo to było dla Rohirrimów zwycięstwem pyrrusowym: straty atakujących okazały się tak duże, że o szturmie na sam Isengard nie było co marzyć. Pozostawało tylko oblężenie, czyli właśnie to, do czego dążył w tej chwili Mordor.

Wyjście z sytuacji znalazły elfy. Zbliżywszy się do Isengardu, Rohirrimowie ze zdumieniem zobaczyli na miejscu twierdzy połyskujące w promieniach zachodzącego słońca zwierciadło wody, z którego dość głupio — jak karcz z błota — sterczała isengardzka cytadela Orthank. Elfy rozwiązały problem radykalnie — zburzyły w nocy tamy na Isenie i zatopiły śpiące miasto wraz ze wszystkimi jego obrońcami. Wstrząśnięty Gandalf i wrzący z wściekłości Eomer — na dnie sztucznego zbiornika znalazły się wszystkie bogactwa Isengardu, będące w istocie celem wyprawy Rohirrimów — pojechali do elfów, by przedyskutować zapadłe już decyzje i następne działania.

Wrócili o zmroku, w najwyższym stopniu nierozmowni i unikający patrzenia na siebie. Eomer, w odpowiedzi na pytania swych oficerów — „Mamy świętować zwycięstwo”? — rzucił tylko: „Jak chcecie” i oddalił się do swego namiotu, gdzie w samotności nażłopał się aż do nieprzytomności, co wcześniej mu się nie zdarzało. Gandalf nie wiadomo dlaczego pospieszył do Orthanku i usiłował porozmawiać z mieszkającym tam samotnie Sarumanem. Doczekał się jednak tylko lodowatej odmowy i teraz, zgarbiony jak bezsilny Starzec, siedział nad wodą i wpatrywał się w falowanie księżycowej ścieżki… Zapewne elfy mają rację. Najważniejsze w tej chwili to rozwiązać sobie ręce na północy i poprowadzić Rohirrimów na południe… Tylko to Zwierciadło… Czyżby ten pięknoduch Saruman miał wtedy rację? Nie, lepiej o tym nie myśleć. Jakkolwiek się to wszystko potoczy — odwrotu już nie ma A ten tropiciel-Dunadan, jak mu tam… Aragorn? Aragorn? Ciekawe do czego potrzebny jest elfom?

A tymczasem wojna na południu ogarniała płomieniem coraz więcej ziem i narodów. Oczywiście, przemieszczeń na taką skalę jakie wszczął Mordor, nie da się ukryć przed wywiadem przeciwnika. I to nawet gdyby ten nie dysponował Zwierciadłem. Gondor również zaczął ściągać do Minas Tirith wojska swych sojuszników z Anfalas, Ethir, Dół Amroth, jednakże Mordor rozwinął swe siły wcześniej. Z powodzeniem wykonawszy uderzenie na północy — ogólnie kierując się na Lorien i dalej na Esgaroth — i związawszy tam podstawowe siły elfów, mordorska armia uderzyła całą mocą na Gondor.

Osgiliath zostało wzięte z marszu. Sześć dni później zwycięska Armia Południe, odrzuciwszy i rozproszywszy przeważające ją liczebnie oddziały gondorskie, stanęła z całą swą mocą oblężniczą pod murami Minas Tirith, miasta, które ostatecznie nie zdążyło przygotować się do obrony. Pelennorskie szańce zostały wcześniej wzięte po kilkugodzinnym szturmie. I gdy w komnatach Denethora nagle odżył palantir, a Sauron zaproponował zawarcie natychmiastowego pokoju w zamian za uznanie przez Mordor prawa do ograniczonego wojskowego kontyngentu w Ithilien, król Gondoru od razu się zgodził, słusznie uważając, że udało mu się wymienić kurczaka na cielaka. Ale potem zaczęło się dziać coś całkowicie niezrozumiałego.

Następnego dnia w Sauronowym palantirze pojawił się człowiek w białym płaszczu, który przedstawił się jako Mithrandir wojskowy komendant Minas Tirith. Podpisanie pokoju, niestety, przyjdzie im odłożyć na kilka godzin, ponieważ król Gondoru niespodziewanie zaniemógł. Dlaczego pertraktacji nie prowadzi Faramir? Och, książę dosłownie walczy o życie — rany poniesione w boju od zatrutej strzały… Co to znaczy? Jak to? Czyją?! Mordorska armia w ogóle nie używa zatrutych strzał? Hm… Szczerze mówiąc, to nie jestem wprowadzony w całość zagadnienia… A książę Boromir niestety od kilku miesięcy uważany jest za zabitego gdzieś na północy. Jednym słowem, trzeba poczekać jakiś tydzień, póki król nie zwalczy choroby… tak, tak, to zwyczajna formalność…

I Mordorczycy zaczęli czekać. Wojna wygrana, wkrótce pójdziemy do domów; wiadomo, dyscyplina — rzecz święta, ale z okazji zwycięstwa, dlaczego nie? Co? W końcu, gdyby Isengard padł, a Rohirrimowie zawrócili na południe, Saruman natychmiast ich o tym powiadomi, tak więc — w najgorszym przypadku — czasu na przygotowanie do bitwy będzie aż nadto dużo… Gdybyż wiedzieli, że palantir Sarumana milczy tylko dlatego, że Grima, który dawno już temu przeszedł na stronę zwycięzców, zabrał go ze sobą jako wiano, a armia Rohanu znajduje się zaledwie o trzy dni marszu.

7

Gondor, Pola Pelennoru

15 marca 3019 roku

Mordorczycy pojęli, że zostali oszukani dopiero wtedy, gdy na północnym skraju śnieżnobiałego mglistego pledu pokrywającego Pola Pelennorskie zaczął się rozlewać bury kleks rohańskiego wojska, a z otwartej bramy Minas Tirith wypłynął strumień gondorskich wojowników, którzy natychmiast nieruchomieli ustawieni w bojowy szyk. Wściekłość potroiła siły oszukanych „zwycięzców”. Runęli na Gondorczyków z taką zaciekłością, że tamci zmuszeni byli uciekać, jeszcze zanim zbliżyli się Rohirrimowie, i niemal wpuścili przy tym Mordorczyków do miasta. Zmęczona długim marszem pancerna jazda Rohanu nie popisała się, jak na to liczono: okazało się, że jest dość mało mobilna, i lekka jazda orokuenów spokojnie zasypała ją tysiącami strzał, z łatwością uchylając się od bezpośredniego starcia. I mimo, że mordorska Armia Południe niemal dwukrotnie ustępowała przeciwnikowi pod względem liczebności, i na dodatek została zaskoczona, to szala zwycięstwa zaczęła wyraźnie przechylać się na jej stronę.

W tym momencie na tyłach Mordorczyków, na poludniowo-wschodnim skraju Pól Pelennoru, pojawiły się nowe formacje wroga, dopiero co wysiadłe na brzeg z okrętów, które przypłynęły Anduiną. Desant ów nie był liczny, i mordorski dowódca nie przywiązywał wagi do pierwszych panicznych raportów oznajmiających, że „ich nie można zabić!” Bój wrzał w najlepsze i nasilał się. Na północnym skraju pola łucznicy z Umbaru i znakomicie manewrująca jazda orokuenów skutecznie wstrzymali działania rohańskich pancernych. Na zachodnim polu bojowe mumakile Haradrimów ponownie przewaliły się przez gondorską piechotę i rozproszyły ją, a oddziały inżynieryjne w ciągu dziesięciu minut rozbiły najprawdopodobniej mithrilową bramę i zaczęły prowadzić z katapult bombardowanie wewnętrznych umocnień. I tylko na południowym wschodzie działo się coś niedobrego: oddziały, które wysiadły z okrętów, parły do przodu niczym rozgrzany nóż przez masło. Kiedy dowodzący Armią Południe osobiście pojawił się na tym odcinku, oczom jego ukazał się taki oto obraz:

Po polu w całkowitym milczeniu wolno przemieszczała się falanga składająca się z sześciu szeregów, mniej więcej po stu ludzi w każdym. Wojownicy, odziani w szare płaszcze z opuszczonymi na twarze kapturami, byli uzbrojeni tylko w długie, wąskie elfickie miecze. Żaden nie miał na sobie zbroi ani hełmu, nie mieli nawet tarcz. W obliczach wojowników pierwszego szeregu było coś dziwacznego i dowódca potrzebował kilku sekund zanim zrozumiał, co go niepokoi: żołnierze owi byli dosłownie naszpikowani umbarskimi trzystopowymi strzałami, ale i tak maszerowali jak gdyby nigdy nic… Maszerującymi szarymi, trzymając się za ich plecami, dowodził jeździec w hełmie ze szczelnie opuszczoną przyłbicą, odziany w znoszony maskujący płaszcz dunedaińskiego tropiciela. Słońce stało już niemal w zenicie, ale jeździec rzucał długi, smoliścieczarny cień, a jego falanga nie rzucała cienia w ogóle.

Dowódcy Armii Południe zameldowano tymczasem, że szyk tych wojowników nie daje się złamać ani uderzeniem jazdy, ani bojowych mumakili; zwierzęta na ich widok wpadają w taki popłoch, że me dają się zupełnie prowadzić. Niepokonana falanga natomiast kontynuowała przemarsz na północny zachód — na szczęście dość wolno i dokładnie po linii prostej. Pancernej piechocie trolli udało się nieznacznie spowolnić jej ruch, a w tym czasie farmacja inżynieryjna zdołała przeciągnąć na miejsce dwie baterie polowych karapult. Plan głównodowodzącego był precyzyjny: w dokładnie wyliczonej przez niego chwili falanga znalazła się w obszernym zapadlisku, i wtedy ustawione na jej grzbiecie katapulty otworzyły huraganowy ogień z uprzednio wyliczonych dystansów i pod odpowiednimi kątami. Pojemne na trzy wiadra naczynia z naftą w mgnieniu oka zmieniły zapadlisko w rzygający ogniem wulkan. Zwycięski okrzyk Mordorczyków uleciał pod kopułę zimnego marcowego nieba.

Uleciał i natychmiast opadł, ponieważ z pękających czarno-pomarańczowych pęcherzy naftowego płomienia ponownie pojawiły się maszerujące szeregi szarych wojowników. Płaszcze ich tliły się i dymiły, a na niektórych nawet płonęły jaskrawym płomieniem. Tak samo płonęły drzewca tkwiących w nich strzał. Oto jedna z tych żywych pochodni — czwarty od prawej w pierwszym szeregu — nagle znieruchomiał i zaczął rozpadać się na kawałki, wzbijając w powietrze wielki snop iskier. Sąsiedzi jego natychmiast zwarli szereg. Widać było, że bombardowanie nie pozostawiło falangi bez strat: w centralnej części zapadliska, na którą skierowane było podstawowe uderzenie, widniało co najmniej pięćdziesiąt takich dymiących stosików węgli; niektórzy jednak, mimo że płonęli, usiłowali wstać i maszerować dalej.

Głównodowodzący gwałtownie uderzył pięścią w łęk siodła — zaraz ból spowoduje, że wróci do realnego świata i w budzącym się mózgu w ciągu kilku minut stopnieją blednące plamy tego nocnego koszmaru… Gówno! Jak i poprzednio stoi na skraju wypalonego zapadliska na Polach Pelennoru, a jego wojownicy, gotowi iść za nim w ogień i wodę, zaraz rzucą się do bezładnej ucieczki, ponieważ to, co się dzieje, zupełnie nie podlega ich technicznemu rozumowaniu, Wtedy, nie zastanawiając się dłużej, uniósł nad głową jatagan i z grzmiącym okrzykiem: „Mordor i Oko!!!” pchnął swego argamaka w cwał, omijając szary szyk wojowników z jego prawej strony, ponieważ właśnie tu przeniósł się z jakiegoś powodu Dunadan w hełmie z opuszczoną przyłbicą.

Gdy głównodowodzący Armią Południe zbliżył się do falangi, koń jego nagle zarżał i, wspiąwszy się na tylne nogi, omal nie wyrzucił go z siodła. Dopiero teraz udało mu się dokładnie przyjrzeć wrogim wojownikom i zrozumiał, że liczni dzisiejsi „panikarze” nie łgali. Rzeczywiście miał przed sobą ożywionych zmarłych: szlachetne pergaminowe mumie ze starannie zaszytymi oczami i ustami; straszliwie wzdęci, oblepieni zielonkawym, sączącym się z otworów śluzem topielcy; szkielety w strzępach poczerniałej skóry, przyczyny śmierci których nie odkryłby żaden anatomopatolog. Martwi odwrócili się do niego i ciszę zakłócił niezbyt głośny, mrożący duszę dźwięk: tak charczy owczarek, zanim rzuci się na wroga i wczepi się w gardło. Głównodowodzący jednakże po prostu nie miał czasu na strach, gdyż od prawego tylnego skraju falangi już oderwało się z dziesięciu szarych wojowników, wyraźnie zamierzających odciąć mu drogę do znieruchomiałego Dunadana. Nie namyślając się długo, uderzył ostrogami swego konia.

Szeregi martwiaków przebył z zadziwiającą łatwością: okazało się, że są mało zwrotni i w walce jeden na jednego nie są groźni dla wojownika z jego umiejętnościami. Wisielec ze sterczącym na zewnątrz językiem i wytrzeszczonymi, na poły wypływającymi gałkami ocznymi, ledwo zdążył unieść miecz, gdy głównodowodzący błyskawicznym skrętem kiści w płaszczyźnie poziomej przeciął nadgarstek trzymającej broń ręki, po czym starannie rozciął go niemal na dwie połowy — po skosie od prawego ramienia w dół. Pozostali nie wiadomo dlaczego rozsunęli się na boki, nie usiłując go nawet zatrzymać. Dunadan zaś wyraźnie szacował — walczyć czy uciekać, ale w końcu podjął decyzję i, obnażywszy elficki miecz, zaczął się przygotowywać do starcia. Ach, to ty tak… Cóż, nie chcesz konno — niech ci będzie. Wykrzyknąwszy tradycyjne: „Broń się, szlachetny panie!”, dowódca Armii Południe zeskoczył z konia. Przez głowę przemknęła mu myśl, że przeciwnik jego raczej nie zasługuje na określenie „pan”. Falanga tymczasem odeszła już na jakieś Sto jardów i wciąż oddalała się; siedmioro martwiaków znieruchomiało w pewnej odległości, nie spuszczając swych niewidzących oczu z pojedynkowiczów. Nastała martwa cisza.

W tej samej chwili głównodowodzący z niespodziewaną, zaskakującą nawet jego samego wyrazistością, uświadomił sobie, że ten pojedynek zadecyduje o losach nie tylko dzisiejszej bitwy, ale o wielu, wielu latach całego Sródziemia. I oprócz tego wewnętrzny glos z jakąś dziwnie błagalną intonacją wypowiedział: „Póki nie jest za późno — przemyśl położenie! Proszę cię, przemyśl!” Miał wrażenie, że głos ten starał się go ostrzec i nie wiedział jak. Ale przecież wszystko jest przemyślane! Obaj mają lekkie zbroje, a w takim układzie wygięty jatagan zawsze jest o sto punktów przed prostym zachodnim mieczem; przeciwnik mańkutem chyba nie jest, nie przewiduje więc żadnych niespodzianek. Oczywiście, konno byłoby lepiej, ale nie bądźmy małostkowi… Co tu jeszcze jest do myślenia? Jak to się mówi: „Nalewaj do dna!”

Dunadan czekał, stojąc nieruchomo, i z niewiadomego powodu nie usiłował manewrować; kolana miał nieco ugięte, pionowo uniesiony miecz trzymał obiema rękami, rękojeść na wysokości pasa. Cała niedawna pewność siebie głównodowodzącego wyparowała. Szybko skrócił dystans do siedmiu kroków, zbliżył się niemal na styk do promienia pełnego wypadu przeciwnika z Północy, i zaczął wykonywać zwody: w prawo, w lewo. Potem wykonał swój ulubiony mylący manewr — błyskawicznie przerzucił jatagan w powietrzu z prawej ręki do lewej — i z powrotem…

Straszliwie mocne uderzenie w plecy cisnęło nim o ziemię. Mimo wszystko udało mu się przekręcić na bok. „Kręgosłup cały…” Podniósł głowę i z obojętnością obserwatora, a nie uczestnika, skonstatował: „Tak, niedoceniałem ich… okazuje się, że martwiaki mogą poruszać się bardzo szybko, a co najważniejsze — bezszelestnie… Gady z Północy”. Dziwne, ale udało mu się przyklęknąć na jedno kolano i oprzeć na jataganie jak na lasce. Otaczający go już ze wszystkich stron ożywieni wojownicy, zatrzymali się z unisionymi mieczami w oczekiwaniu na komendę tropiciela. Ten jednakże, nie spieszył się: przesunął hełm na tył głowy i, żując słomkę, z zainteresowaniem przyglądał się pokonanemu wrogowi. Potem w ciszy rozległ się jego głośny, spokojny głos:

— Witam, dowódco Armii Południe! Wiedziałem, że przybędziesz walczyć jeden na jednego, jak to u was, szlachetnych, przyjęte. — Jego wargi wykrzywił pogardliwy uśmiech. — Obawiałem się tylko jednego: że nie zejdziesz z konia, moim śladem. Gdybyś został w siodle wszystko mogłoby potoczyć się inaczej… Cieszę się, że mnie nie zawiodłeś, „szlachetny panie”.

— Zwyciężyłeś, uciekając się do oszustwa.

— Głupcze! Przyszedłem tu, by wygrać wojnę i gondorską koronę, a nie jakiś durny pojedynek. Tulkas mi świadkiem — wiele razy bawiłem się ze śmiercią w chowanego, ale zawsze chodziło mi o wynik, a nie o samą zabawę.

— Zwyciężyłeś podstępem — powtórzył głównodowodzący, tłumiąc kaszel; krew z przebitych płuc wolno wypełniała jego usta. — Nawet rycerze Zachodu nie podadzą ci więcej ręki.

— Oczywiście, że nie podadzą — roześmiał się Dunadan. — Ponieważ będą klęczeli przed nowym królem Gondoru. Zwyciężyłem w uczciwej walce, jeden na jednego — tak w każdym razie będzie zapisane we wszystkich kronikach. A po tobie nie zostanie nawet imię. Zatroszczę się o to. Albo, wiesz co? — Znieruchomiał w pół słowa, szukając strzemienia. — Możemy zrobić to jeszcze ciekawiej: zapiszemy, że zabił cię karzełek, o-oo, takie małe coś… z owłosionymi łapkami. Albo baba… Tak, tak właśnie zrobimy.

Kończąc przemowę, wskoczył w siodło i, wykonawszy krótki ruch do swoich wojowników, ruszył za oddaloną już dość znacznie falangą. Tylko raz się odwrócił z niezadowoleniem — doganiają go już, czy nie? Ci jednak, ciągle jeszcze stali w tym samym miejscu, zgrupowani w kręgu, a ich miecze wzlatywały i opadały, niczym chłopskie cepy.

8

A bitwa tymczasem toczyła się swoim torem. Mordorskie oddziały rzeczywiście drgnęły i rozstępowały się przed szykiem martwiaków bez walki, jednakże w południowo-wschodniej części pola nie znalazły się inne oddziały koalicji Zachodniej, które mogłyby wedrzeć się w wykonany przez Aragorna wyłom. Na dodatek potyczka przy zapadlisku wykazała, że nie można szarych uważać za „niepokonanych”: niezwykle trudno jest je zabić, ale jednak można. A tymczasem falanga bez przywódcy maszerowała przed siebie póki przez czysty przypadek nie zaszła w strefę dalekosiężnych stacjonarnych katapult przeznaczonych do ostrzału cytadeli Minas Tirith. Mordorscy inżynierowie nie stracili głowy i natychmiast otworzyli ogień zapalającymi naftowymi pociskami — ale nie naczyniami o pojemności trzech wiader, a beczkami na czterdziesta wiader. Pożerana przez straszliwe słupy ognia, nie widząc przeciwnika, który walił z osłoniętych pozycji, falanga tępo parła do przodu, z każdym krokiem wkraczając coraz dalej w strefę skutecznego rażenia, tak że gdy dopadł ich na spienionym koniu Aragorn i nakazał natychmiastowy odwrót, formacja musiała tę śmiertelną drogę przebyć raz jeszcze.

Tym razem straty były tak duże, że Dunadan postanowił, póki jeszcze nie jest za późno, przebijać się do sił głównych, na zachód, co zresztą, nie okazało się sprawą prostą. Orokueńska jazda otaczała nieźle przetrzepaną falangę niczym piranie, po mistrzowsku wyszarpywała martwiaki z szeregów — szczególnie z tylnych — odciągała na bok i tam metodycznie rąbała na drobne kawałki. Usiłując odbić schwytanych towarzyszy, szarzy wojownicy łamali swój szyk, co dodatkowo pogarszało ich i tak kiepskie położenie. W tym momencie należy uznać zasługi Aragorna. Potrafił on odtworzyć zwarty szyk i, odgryzając się krótkimi kontratakami, doprowadził mimo wszystko swoich wojowników do gondorskich pozycji, po drodze osobiście ściąwszy dwóch mordorskich oficerów. Okazało się jednak, że ostatnie stopięćdziesiąt jardów musieli ponownie pokonywać pod ogniem polowych katapult. Ostatecznie do Gondorczyków przebiło się — niemal spowodowawszy ucieczkę własnych sojuszników — tylko kilkudziesięciu ożywionych wojowników.

Tak więc, szara falanga Aragorna praktycznie została wybita, jednakże swoje zadanie spełniła. Przykuwając uwagę, odciągnęła znaczne siły Mordoru, a przede wszystkim ich katapulty, bez których nie udałoby się zdobyć wewnętrznych umocnień Minas Tirith. Ważniejsze jednak było co innego: po śmierci dowódcy Armia Południe dała się wciągnąć w walkę „łeb w łeb”, na wzajemnie wyniszczenie — wariant, który przy liczebnej przewadze przeciwnika z góry skazany był na przegraną. Tym niemniej. Mordorczycy walczyli umiejętnie i rozpaczliwie. Marcowy dzień chylił się ku końcowi, a koalicja nie mogła wykorzystać swej niemal dwukrotnej przewagi. Najważniejsze wydarzenia rozgrywały się na terenach w kierunku północnym, gdzie pancerni trolle i umbarscy łucznicy, pomimo olbrzymich strat, nie pozwolili Rohirrimom wedrzeć się na swoje pozycje obronne.

Eomer wolno jechał wzdłuż szyku rohańskiej i dolamrodskiej jazdy, dopiero co wycofanej po kolejnej, już czwartej tego dnia nieudanej próbie araku. Zresztą, określenie „szyk” niezbyt wiernie oddawało rzeczywisty widok — ponure zbiorowisko koni i jeźdźców, z których część była ranna, a wszyscy śmiertelnie zmęczeni. Eomer usiłował wyprostować przyłbicę swojego hełmu, wgiętą po uderzeniu haradrimskiej maczugi, gdy zameldowano mu, że w ostatniej potyczce między innymi padł również Theoden. Po zwycięskim isengardzkim pochodzie starzec ubzdurał sobie, że Eomer na pewno wykorzysta przyszłą sławę zwycięzcy Mordoru i pozbawi korony swego króla, a żeby do tego nie dopuścić należy trzymać młodzieńca pod stałą kontrolą. Z tego powodu król sam dowodził podczas rohańskiej wyprawy na południowy wschód, a przed samą bitwą w ogóle odsunął popularnego dowódcę od kierowania oddziałami. Król postanowił, że sam zwycięży w tej bitwie, bez, jak to określił, „smarkaterii” i, nie słuchając niczyich rad w dziedzinie taktyki, wykończył w bezsensownych atakach czołowy kwiat rohańskiego wojska, a teraz zginął również sam.

Eomer przejął dowodzenie. Przyglądał się ponurym szeregom Rohirrimów, marznących w przenikliwym marcowym wietrze. Czuł się jak lekarz, któremu łaskawie pozwolono zacząć leczyć, gdy chory wpadł już w śpiączkę. Najbardziej denerwowało go to, że armia Mordoru znajdowała się w takim samym, albo i gorszym stanie; doświadczenie i bezbłędne wyczucie stratega podpowiadały mu, że w tej chwili jedno błyskawiczne uderzenie może zdecydować o wyniku bitwy. Wyraźnie widział słabe punkty w obronnych pozycjach przeciwnika, dokładnie wyobrażał sobie, gdzie należy uderzyć i jak je rozwinąć, by osiągnąć powodzenie ciosu. Ale wiedział też coś innego: nie ośmieli się w tej chwili wydać swoim ludziom rozkazu „Naprzód!” Jest takie żelazne prawo: rozkaz można wydać tylko wtedy, jeśli jest się pewnym, że będzie wykonany, ponieważ inaczej runą podstawy, na których opiera się armia. A tych żołnierzy — czuł to z niezachwianą pewnością — nie da się już dzisiaj poderwać do ataku, rozkazy nie miały zatem sensu.

I wtedy zatrzymał konia. Kazał wszystkim zsiąść z wierzchowców — żeby samemu być lepiej widocznym — i zaczął taką oto, dość dziwną, jak na wojownika mowę:

— Wszyscy jesteśmy śmiertelni, chłopy. Jedni umierają trochę wcześniej, inni trochę później — co to, cholewa, za różnica? Według mnie, ciekawsze nawet od życia jest to, co się z nami stanie potem. Pewnie już zdecydowaliście — dowódca nasz zupełnie ześwirowal, znalazł sobie czas, żeby pogadać o życiu pozagrobowym. Ja jednak uważam, że akurat jest najlepszy czas. Kiedy jeszcze? Wszak jesteśmy ludźmi prostymi: „Jak w lesie żyję, to miód piję!” Skoro żyję, skoro udało się — to i nie będę o tym myślał aż do następnego razu… A opinie, chłopy, są różne, ale co do jednego jakby zgadzają się wszyscy: tam każdy powstanie według swojej wiary. Jednym słowem, jeśli ktoś myśli, że oto zgniło jego ciało i nic już na Świecie nie zostało, prócz garstki pyłu, to właśnie tak z nim będzie. W innych wiarach są i gorsze rzeczy: będziesz na przykład do utraty tętna w postaci cienia szwendać się po podziemnym królestwie! Ale jeśli ja mam tak żyć, to już rzeczywiście, w cholewę, lepiej zgnić wraz z cielesną powłoką. Niektórzy zamierzają do końca czasu leżeć na zielonej trawce i w cudownym sadzie pić boski nektar i grać na lutni. Niezłe to, ale — jak na mnie — nudne trochę. Ale jest, chłopy, we Wschodnich krajach wspaniała wiara, o której opowiedział mi kilka dni temu pewien wędrowny kaznodzieja. To znaczy — wiara sama w sobie jest fajna, serio mówię, ale tamtejszy raj… To jest właśnie coś dla mnie!

Rozejrzał się — niby słuchają — i ciągnął:

— Niebiańskie komnaty, w nich uczta — nie zrówna się z nią żaden królewski ślub! Wina jak ze skarbca, ale gwóźdź programu chłopy, to hurysy! Dziewczyny, które zawsze mają osiemnaście lat, a uroda ich jest nie do opisania… O tym może się każdy przekonać dokładnie, ponieważ jedynym ich odzieniem jest złota bransoleta. No, a co do sztuki kochania, to na ziemi takich doskonałych kochanek nigdy nie było! Lecz jest jeden problem: droga do tych komnat rozkoszy stoi otworem tylko przed ludźmi, którzy przeżyli sprawiedliwe i bezgrzeszne życie. Mnie z wami — rozłożył ręce — nawet blisko nie puszczą…

Przez szeregi przemknęło słabe, ale wyraźne drżenie, zrodził się i zmarł szmer niezadowolenia, ktoś splunął głośno — tu też kant!

Ale Eomer podniósł rękę i ponownie nastała cisza, zakłócana tylko cichym szelestem ubiegłorocznej trawy.

— Dokładnie rzecz ujmując, nie puściliby, ale jest pewna furtka dla takich jak my, popaprańców. W tej wspaniałej religii każdemu, kto z honorem zginął w bitwie o słuszną sprawę — a kto ośmieli się stwierdzić, że nasza sprawa nie jest słuszna? — wszystkie grzechy zostają odpuszczone i automatycznie zostaje on przypisany do grona ludzi cnotliwych. Tak więc, jeśli ktoś postanowił wejść do tego raju drogą przyszłego bezgrzesznego życia — sztandar wam w ręce i wio, chłopy! Ja osobiście na takie coś nie mam nadziei, dlatego więc zamierzam dokonać znajomości z hurysami tu i teraz, jako ten, który zginął honorowo. Kiedy jeszcze pojawi się taka szansa? Tak więc zapraszam ze sobą każdego, kto może i chce, a pozostali — zostańcie na zdrowie!

Uniósł się w strzemionach i głosem grzmiącym jak grom zawołał gdzieś w górę, przyłożywszy do ust nabijaną metalem rękawicę:

— Hej, dziewczyny!!! Otwierajcie wasz niebiański burdel, choć jest już po godzinach! Przygotujcie się na przyjęcie trzech najlepszych pułków rohańskiej kawalerii. Stawiam swą głowę przeciwko złamanej strzale, że tych klientów nie zapomnicie do starości. Czas nam do ataku, tak więc będziemy tam u was na niebiesiech za jakieś dziesięć minut. Akurat macie czas się podmyć!

I stal się cud. Ludzie zaczęli otrząsać się z nieruchawości! W szeregach dał się słyszeć śmiech i wyszukane przekleństwa; z prawej flanki ktoś zapytał czy można od hurysy złapać trypra, a jeśli tak, to czy długo go leczą w tym raju? Tymczasem do Eomera zbliżył się dolamrodski książę Imrahii — urodziwy młodzian z czarnym wąsem, znany ze swych miłosnych wyczynów — i rzucił do młodziutkiego, purpurowego ze wstydu kawalerzysty, zamykającego lewą flankę:

— Nie wstydź się, kornecie! Znający się na sprawie ludzie twierdzą, że w tej instytucji można znaleźć piękność dla każdego. Ciebie tam pewnie wypatruje tabun romantycznych panienek, które czekają tylko na wiersze przy księżycu!

Młodzian, słysząc salwę śmiechu, poczerwieniał jeszcze bardziej i błysnął oczami spod długich, dziewczęcych rzęs. Eomer tymczasem zawrócił wierzchowca tak energicznie, że spod kopyt trysnęły grudy ziemi i machnął ręką.

— Na koń, chłopy! Tamtejsza burdelmama już pewnie posłała po najlepsze wino dla nowych klientów. Klnę się na rechot Tulkasa — każdy dziś otrzyma tyle nurneńskiego, że będzie mógł się w nim utopić, jedni w niebiesiech, a inni na ziemi! Zabitych ugoszczą Valarowie, żywych — król Rohanu. Za mną-ą-ą…!!!

Z tymi stówy cisnął za plecy pogięty hełm i, nie oglądając się już więcej, skierował wierzchowca w kierunku, jaki wypatrzył jego bystry wzrok — tam, gdzie w niepokonanej palisadzie pancernej piechoty trolli widać było malutką plamkę innego koloru — ciemne okrągłe tarcze wastackich włóczników. Wiatr świstał w uszach i tarmosił jego sklejone od potu włosy koloru słomy; obok niego, niemal strzemię w strzemię pędził Imrahii.

— Diabli by to wzięli, książę, nałóż hełm. Z prawej mamy łuczników!

— Dopiero po was, szlachetny panie! — wyszczerzył zęby tamten i zakręciwszy mieczem młynka nad głową, wykrzyczał zachrypniętym od wydawania rozkazu głosem: — Dol Amroth i Łabędź!

— Rohan i Biały Koń! — odpowiedział Eomer, a za ich plecami już rozrósł się we wspaniałe stacatto jednolity grzmot tysięcy kopyt: rohańscy i dolamrodscy jeźdźcy ruszyli do ostatniego ataku — po zwycięstwo lub śmierć.

9

Wiadomo powszechnie, że piechota Wastaków to nie trolle — po uderzeniu Eomera Wastakowie rozlecieli się niczym kręgle i połyskujący klin jazdy Zachodu z chrzęstem przełamał pancerze mordorskiego obronnego szyku. Nieco później w tyły Mordorczyków uderzył inny klin — ostrze resztek szarej falangi Aragorna zamknięte w oprawę z gondorskich pancernych. Około szóstej wieczorem kły te zamknęły się na ciele Armii Południe, blisko jej obozu. Na tym bitwa jako taka zakończyła się, a zaczął się pogrom: olbrzymie ognisko powstałe w miejscu parku techniki oblężniczej, wychwytywało z gęstniejącego zmierzchu a to ugrzęzły w błocie orokueński wózek z rannymi, a to naszpikowanego strzałami mumaka, miotającego się po polu i gniotącego swoich oraz cudzych.

Eomer, który w tym zwycięskim bałaganie natknął się na Aragorna, i przy akompaniamencie radosnych okrzyków ceremonialnie obejmował swego współtowarzysza-dowódcę, zauważył pędzącego ku niemu jeźdźca — owego nieśmiałego kometa. Chłopak, uczciwie mówiąc, był zuchem — śmiało można go było podać do nagrody. Gdy Rohirrimowie spotkali w pobliżu mordorskiego obozu resztki jazdy Południowców, zetknął się z porucznikiem Haradrimów i, ku ogólnemu zdziwieniu, zwalił z siodła czarnoskórego giganta i zerwał z niego purpurową pelerynę ze Smokiem — tę właśnie, którą teraz triumfalnie machał nad głową. Kornet stanął o dziesięć kroków od po ojcowsku przyglądających mu się wodzów, zerwał hełm, potrząsnął głową jak narowisty konik, i po ramionach jego niespodzianie rozsypały się włosy — wyzłocona przez wieczorne słońce ostnica rohańskich stepów.

— Eowina! — jęknął Eomer. — Co za diabelstwo…

Młoda wojowniczka pokazała mu w odpowiedzi język i niedbale cisnąwszy haradrimską pelerynę bratu — ten, oszołomiony znieruchomiał, przyciskając trofeum siostry do piersi — zatrzymała się przed Aragornem.

— Witaj, Ari — powiedziała spokojnie, ale tylko Nienna potrafiłaby określić cenę tego spokoju. — Gratuluję zwycięstwa. Teraz wszystkie te uniki o „wojskowej służbie”, jak rozumiem, straciły moc. I jeśli więcej nie jestem ci potrzebna, powiedz to po prostu teraz: klnę się na gwiazdy Yardy, że natychmiast przestanę zatruwać ci życie.

„Jak mogłaś tak pomyśleć, moja piękna amazonko!” — i oto siedzi już w siodle przed nim, wpatruje się w niego lśniącymi ze szczęścia oczami, paple coś, a potem spokojnie całuje przy całym wojsku — ale też rohańskie dziewczyny w ogóle nie szanują południowych zwyczajów, a bohaterka Bitwy na Polach Pelennoru ma je w ogóle gdzieś… A Eomer patrzy na tę idyllę, chmurzy mu się oblicze, i myśli: „Kretynko, przetrzyj oczy, przecież on ma na pysku wypisane, kim dla niego jesteś i kim on jest dla ciebie! Dlaczego, och, dlaczego te idiotki zawsze trafiają na takich łajdaków — żeby przynajmniej był urodziwy…” — zresztą, nie on pierwszy i nie on ostatni w tym Świecie, a i w innych światach też…

Głośno, rzecz jasna, nic nie powiedział, zapytał tylko:

— Pokaż, co ci się stało w rękę.

Kiedy zaś zaczęła się popisywać, że po pierwsze, jest pełnoletnia i sama sprawdzi, a po drugie, to nawet nie jest draśnięcie, i takie tam… — wtedy ryknął na nią z całej duszy tak, że aż przysłoniła uszy, a potem w słowach energicznych i dosadnych opisał bohaterce Pelennoru, co się z nią stanie, jeśli na słowo „trzy!” nie znajdzie się w punkcie opatrunkowym. Eowina, roześmiawszy się, odparowała: „Tak jest mój kapitanie!”, i tylko widząc jej nienormalną ostrożność, z jaką zsuwała się z siodła, zrozumiał: „Och, nie draśnięcie to jest…” Dziewczyna tymczasem już przylgnęła do ramienia brata. „No, Iomeczku, no, nie dąsaj się, proszę cię. Jeśli chcesz możesz mnie zlać, tylko nie skarż cioteczce”. Potarła następnie nosem o jego policzek, jak w dzieciństwie… Aragorn z uśmiechem przyglądał się tej scenie, i Eomer aż drgnął przechwyciwszy na mgnienie oka wzrok tropiciela: właśnie tak patrzy łucznik na chwilę przed wypuszczeniem z palców cięciwy.

Znaczenie tego spojrzenia zrozumiał dopiero następnego dnia, kiedy, szczerze mówiąc, było już za późno. Tego dnia w namiocie Aragorna zebrała się rada wojenna z udziałem Imrahila, Gandalfa-Mirrandira i kilku elfickich wodzów — ich armia nadeszła w nocy, akurat gdy można było spokojnie już cieszyć się ze zwycięstwa. Podczas tej rady Dunadan bez owijania w bawełnę wyjaśnił następcy rohańskiego tronu — a teraz już niemal królowi — że od dziś jest on nie sojusznikiem, a podwładnym, i życie Eowiny, znajdującej się pod specjalną ochroną w szpitalu Minas Tirith, całkowicie zależy od rozsądku brata.

— O, najdroższy Eomer, bez wątpienia może, nie ruszając się z miejsca, przebić mnie mieczem, a potem nacieszyć oko, widząc w tym palantirze, co się stanie z jego siostrą. Widowisko będzie nie dla nerwowych. Nie, ona sama rzecz jasna nic nie podejrzewa, proszę się samemu przekonać, jak rozczulający jest ten widok, gdy pomaga opiekować się rannym księciem Faramirem. Co? Gwarancje? Gwarancją jest zdrowy rozsądek: od chwili, gdy zajmę tron Odrodzonego Królestwa Gondoru i Arnoru nikt mi po prostu nie będzie zagrażał…

W jaki sposób? A w bardzo prosty. Król Gondoru, jak wiadomo, zginął. Tak, tak, straszna tragedia — zmącił mu się rozum i sam siebie spalił na pogrzebowym stosie, wyobraźcie sobie… Książę Faramir został raniony zatrutą strzałą i wydobrzeje nieprędko, jeśli w ogóle wyzdrowieje. To zależy… hm… od wielu czynników. Książę Boromir? Niestety, nie ma na to nadziei — padł w boju z orokuenami nad Anduiną za wodospadami Rauros, a ja własnoręcznie ułożyłem jego ciało na pogrzebowej lodzi. A ponieważ trwa wojna, ja, jako następca Isildura, nie mam prawa zostawiać kraju bez władcy. Tak więc przyjmuję dowodzenie nad armią Gondoru i w ogóle wszystkimi siłami zbrojnymi koalicji Zachodniej… Coś chciałeś powiedzieć, Eomerze? Nie?

Tak więc, natychmiast zaczynamy wyprawę na Mordor. Koronę Gondoru mogę przyjąć dopiero wróciwszy ze zwycięskiej wyprawy. Co do Faramira, to jestem skłonny oddać mu we władanie jedną z gondorskich ziem — na przykład Ithilien. Wszak, szczerze mówiąc, zawsze bardziej go interesowały poezja i filozofia, niż sprawy zarządzania państwem. Ale nie trzeba sięgać domysłami aż tak daleko: w tej chwili stan zdrowia księcia jest krytyczny, i może on po prostu nie dożyć naszego powrotu. Módl się więc bez przerwy o jego zdrowie przez cały ten czas, który spędzimy na wyprawie, najdroższy Imrahilu. Powiadają, że modły najbliższego przyjaciela mają w oczach Yalarów szczególną wartość…

Kiedy wyruszamy? Natychmiast, jak tylko zdławimy pod Osgiliath resztki Armii Południe. Są pytania? Pytań nie ma.

A gdy namiot opustoszał, stojący obok Aragorna człowiek w szarym płaszczu rzekł z przepełnionym szacunkiem wyrzutem:

— Niepotrzebnie tak ryzykowałeś, Wasza Wysokość. Przecież ten Eomer był, tak uważam, w szale — całkiem zwyczajnie mógł kichać na wszystko i uderzyć…

Tropiciel nieco odwrócił głowę i wycedził przez zęby:

— Jak na pracownika tajnych służb jesteś przesadnie gadatliwy, a po drugie, niespecjalnie spostrzegawczy.

— Moja wina, Wasza Wysokość… Kolczuga z mithrilu pod ubraniem?

Ironiczne spojrzenie Aragorna przemknęło po szczupłym obliczu mówiącego, zatrzymało się na szeregu dziurek okalających jego wargi. Jakieś pół minuty trwała cisza.

— Już myślałem, że dorobiłeś się odleżyn na mózgu w tym swoim grobowcu i jeszcze zaczniesz się dopytywać, skąd ją mam… A przy okazji. Zawsze zapominam zapytać, po co zaszywają wam usta?

— Nie tylko usta, Wasza Wysokość. Uważa się, że wszystkie otwory w ciele mumii powinny być szczelnie zamknięte, bo inaczej dusza, która odleciała w chwili śmierci, po czterdziestu dniach wróci do ciała, a ono zacznie się mścić na żywych.

— Dość naiwny sposób… kontracepcji…

— Tak jest, Wasza Wysokość — szary pozwolił sobie na uśmiech. — Na szczęście, jestem tego żywym przykładem.

— Hm, żywym… A jak się ma sprawa „zemsty na żywych”?

— My tylko wykonujemy rozkazy. Nasz cień to wasz cień.

— To znaczy, że jest ci bez różnicy, co ci rozkażę: zabić dziecko, czy zastąpić mu ojca?

— Całkowicie. I jedno, i drugie wykonam tak dobrze, jak tylko potrafię.

— Cóż, mnie to pasuje… Zajmij się na razie taką sprawą… Niedawno jeden z moich towarzyszy ze służby na północy, niejaki Anakit, w pijanym widzie przechwalał się kolesiom, że wkrótce będzie bogaty, jak Tingol. Dysponuje on rzekomo wiadomościami o pewnym legendarnym mieczu, za który pewne osoby nie pożałują pieniędzy. Te opowieści muszą się skończyć natychmiast.

— Tak jest, Wasza Wysokość. Słuchaczy tych przechwałek mamy zlik…

— Po co?

— Wasza Wysokość sądzi, że nie należy?

— Zakonotuj sobie, kochany. Zabijam bez wahania, ale przenigdy — powtarzam sylabami: prze-nig-dy! — nie zabijam bez prawdziwej potrzeby. Jasne?

— To naprawdę mądre, Wasza Wysokość.

— Za dużo sobie pozwalasz, poruczniku — powiedział tropiciel tonem, którego brzmienie innego rozmówcę pokryłoby lodową skorupą.

— Nasz cień to wasz cień — spokojnie powtórzył tamten. — Tworzymy więc, w pewnym sensie, jedną całość. Odmeldowuję się w celu wykonania rozkazu.

Niewiele należy dodać. Armia koalicji Zachodniej, wzbogacona teraz również o Wastaków, którzy szybko przenieśli się do obozu zwycięzców i otrzymali od nich wybaczenie, wyruszyła na wyprawę. Jej najbardziej godnym wspomnienia wydarzeniem był bunt z dwudziestego trzeciego marca westfoldzkich Rohirrimów i ochotników z Lossarnach, zupełnie nie rozumiejących, dlaczego mają na obczyźnie tracić swe życia za koronę Aragorna? Bezlitośnie stłumiwszy niepokoje w wojsku, Dunadan doprowadził armię na Pola Kormallen, w ujściu Morannon, gdzie napotkał opór tych, których udało się zebrać Mordorowi. Wszak całkowicie wykorzystał już swe rezerwy i wpakował wszystko co miał w uderzenie Armii Południe. Koalicja zwyciężyła, właściwie należałoby powiedzieć, że Gondorczycy, Rohirrimowie i Wastakowie po prostu przesłonili morannońskie umocnienia swoimi trupami. Elfy, jak zwykle, przystąpiły do walki, gdy sprawa miała się ku końcowi. Straty zwycięzców w tej bitwie okazały się tak duże, że trzeba było pospiesznie tworzyć legendę o jakoby przeciwstawionej im ogromnej armii Wschodu. Polegli tam wszyscy Mordorczycy, łącznie z królem Sauronem, który walczył w konnym szyku swojej głównej gwardii w zwyczajnym kapitańskim mundurze, tak że nawet jego ciało nie zostało znalezione. O dalszych działaniach koalicji kronikarze krajów Zachodu opowiadają bardziej niż lakonicznie, ponieważ rzeź dokonana przez zwycięzców w Mordorze była czymś straszliwym, nawet według ówczesnych, niezbyt humanitarnych kryteriów.

Jakkolwiek było, plan Gandalfa zakończył się sukcesem, nie licząc, rzecz jasna, tego drobiazgu, że elfom do głowy nie przyszło zwrócić Zwierciadła. Mordorska cywilizacja przestała istnieć. Jednakże magowie Białej Rady przeoczyli jedną rzecz, a mianowicie: w Świecie istnieje ktoś, kto strasznie nie lubi definitywnych zwycięstw i wszelkiego rodzaju „ostatecznych rozwiązań”, i potrafi okazać tę swoją niechęć na różne, najbardziej niezwykłe sposoby. Oto i teraz, obojętnie przyglądając się zwyciężonym — cały ten śmietnik, wyrzucony na brzeg przez wygasającą burzę — ów ktoś nagle zatrzymał swe spojrzenie na dwóch, zagubionych wśród wydm mordorskiej pustyni, żołnierzach nie istniejącej już Armii Południe.

10

Mordor, uroczysko Teshgol

9 kwietnia 3019 roku

A dlaczego nie mielibyśmy doczekać nocy? — wyszeptał Haladdin.

— Dlatego że jeśli naprawdę czeka tam zasadzka i jeśli ci chłopcy nie są zupełnymi matołami, to będą czekać na gości właśnie w ciemnościach. A Regulamin Polowy czego nas uczy, panie konsyliarzu? — uniósł palec Cerleg. — „Czyń odwrotnie, niż się tego spodziewa przeciwnik”. Krótko mówiąc, przed moim sygnałem nie wolno się ruszyć nawet na pół kroku z tego miejsca, a jeśli, nie daj Jedyny, wpadnę, to tym bardziej. Jasne?

Obrzucił jeszcze raz obozowisko spojrzeniem i wymamrotał:

— Och, nie podoba mi się to wszystko…

Uroczysko Teshgol to po prostu utrzymujące się w jednym miejscu piaski z dość gęstymi zagajnikami białego saksaułu na łagodnych zboczach między niewysokimi wydmami, porośniętych poza tym piaskową turzycą i kandymem. Koczowisko to — zaledwie trzy, ustawione w trójkąt wejściami do środka obozu jurty — ulokowało się w ukrytej od wiatru owalnej kotlince mniej więcej sto pięćdziesiąt jardów od ich kryjówki tak, że widać było wszystko, jak na dłoni. Przez godzinę obserwacji Cerleg nie zauważył najmniejszego podejrzanego ruchu, zresztą nie podejrzanego również. Koczowisko wydawało się martwe. Wszystko to byto dość dziwne, jednak trzeba było na coś się zdecydować.

Kilka minut później wstrzymujący oddech Haladdin widział jak zwiadowca w swojej burej pelerynie dosłownie zaczął s p ł y w a ć wzdłuż niemal niewidocznych fałd powierzchni gruntu. W zasadzie miał rację — jedyne w czym mógł pomóc lekarz to nie pętać się teraz pod nogami zawodowca… Tak to może i jest, ale z kolei siedzieć w ukryciu, podczas gdy o dwa kroki towarzysz ryzykuje głową…, nie jest to zbyt miłe. Jeszcze raz przyjrzał się linii horyzontu i ze zdziwieniem stwierdził że w tym czasie kapral zniknął. Mistyka jakaś. Rzeczywiście można uwierzyć, że zmienił się w jaszczurkę krągłogłową i zapadł się pod piach, jak to ona potrafi, a może — i to jest pewniejsze — pomknął do przodu niczym śmiercionośna żmijka piaszczysta efa. Ponad pół godziny lekarz kierował szeroko otwarte oczy na otaczające koczowisko wzgórza, póki nagle nie zobaczył Cerlega stojącego po prostu między jurtami.

Co oznaczało, że wszystko w porządku… Uczucie minionego już niebezpieczeństwa zrodziło niemal fizyczną rozkosz: każda będąca dotąd w napięciu żyłka, teraz spokojnie rozluźniała się, a odbarwiony przez napływ adrenaliny świat, ponownie nabierał kolorów. Wysunąwszy się z dołu pod pochylonym ku ziemi saksaułem, Haladdin zarzucił na ramię tobół z rzeczami i pomaszerował, patrząc pod nogi — stok był zryty norami żmij. W połowie zbocza popatrzył przed siebie i dopiero teraz zrozumiał, że coś jest jednak nie tak, i to mocno nie tak. Orokuen zachowywał się zbyt dziwnie: stał jakiś czas na progu jurty z lewej strony i, nie wchodząc do środka, powlókł się do następnej. Właśnie — powlókł. Krok kaprala stracił swą dynamikę. Nienaturalną ciszę zalewającą kotlinę zakłócał tylko jakiś ledwo słyszalny pulsujący hałas — jakby drobne fale drżały na oleistej powierzchni bagiennej wody… I wtedy nagle wszystko zrozumiał, ponieważ poznał w tym dźwięku buczenie miriad mięsnych much.

Nawet w piaszczystym gruncie nie da się wykopać przez minutę mogiły dla dziesięciu osób — czwórki dorosłych i szóstki dzieci. Musieli się spieszyć, a łopatę znaleźli tylko jedną, tak więc pracowali na zmianę. Haladdin, zagłębiwszy się w piasek mniej więcej do pasa, podniósł wzrok na zbliżającego się Cerlega.

— Ty… tego… kop dalej, a ja, dla pewności, jeszcze raz się przejdę dokoła. Chcę coś sprawdzić.

— Myślisz, że ktoś mógł się uratować i ukryć w piaskach?

— Raczej nie. Oni wszyscy, jak sądzę, są tu. Po prostu tam na piasku są ślady krwi.

— Ale przecież pozabijali ich w jurtach…

— Właśnie o tym mówię. Dlatego pracuj, ale zerkaj na boki. Sygnał — gwizd, długi i dwa krótkie.

„Długi i dwa krótkie” usłyszał dosłownie po pięciu minutach. Kapral przywołał go ruchem ręki ze szczytu małej wydmy, obok której zaczynała się prowadząca w bok od szlaku ścieżka, i skrył się za jej grzbietem. Podążywszy za nim, Haladdin znalazł zwiadowcę przykucniętego przed jakimś okrągłym ciemnym przedmiotem. Dopiero, gdy podszedł bliżej rozpoznał, że to głowa zakopanego po szyję człowieka, który chyba jeszcze żył. Kilka cali od jego ust — tak, by nie mógł sięgnąć — stała gliniana miseczka z resztką wody.

— Oto kto walczył. Jak, konsyliarzu, nie spóźniliśmy się?

— Nie, wszystko w porządku. Zobacz, nawet się jeszcze poci, a to znaczy, że drugie stadium odwadniania dopiero się zaczęło. Chwała Jedynemu — nie ma słonecznych oparzelin.

— Tak, specjalnie zakopali go w cieniu wydmy, żeby nie umarł tak szybko. Widać bardzo ich rozzłościł… Można go napoić?

— W drugim stadium tylko drobnymi porcjami. Słuchaj, a jak się domyśliłeś?

— Szczerze mówiąc, szukałem trupa.

Z tymi słowami Cerleg podniósł do sczerniałych i popękanych warg zakopanego swoją skórzaną manierkę. Ten szarpnął się i zaczął łapczywie łykać, jednakże jego półprzymknięte oczy pozostały mętne i bez życia.

— Stop, stop, chłopie, nie spiesz się! Słyszysz, co pan konsyliarz powiedział: nie za dużo na raz. Dobra, teraz wyciągnijmy go na powierzchnię. Tu ziemia jest wzruszona, więc obejdziemy się bez łopaty… Gotowy?

Trochę rozgrzebawszy piach, chwycili człowieka pod pachy i na „Trzy-czte-ry!” wyszarpnęli go jak marchew z grządki.

— Z-żeby cię szlag! — z uczuciem rzucił orokuen, ściskając rękojeść jataganu. Z ubrania uratowanego mężczyzny spłynęły piaszczyste strumienie, odsłaniając ich zdumionym oczom zieloną kamizelę gondorskiego oficera.

Zresztą, odkrycie to nie wpłynęło na intensywność działań reanimacyjnych, i po dziesięciu minutach jeniec był, według słów Cerlega, „gotów do użycia”. Stopniała mgła zasnuwająca wcześniej jego spojrzenie, i teraz oczy patrzyły twardo, nieco ironicznie. Przemknąwszy wzrokiem po mundurach „ratowników”, jeniec w pełni oszacował swe położenie i przedstawił się, ku ich zdziwieniu, w prawidłowym orokueńskim, z lekkim jednakże akcentem:

— Baron Tangorn, porucznik Pułku Ithilien. Z kim mam honor? Jak na człowieka, który cudem uniknął męczarni i natychmiast odkrył, że pisane mu umieranie po raz wtóry, Gondorczyk trzymał się po prostu wspaniale. Zwiadowca przyjrzał mu się z szacunkiem i odszedł nieco na bok, dając znak towarzyszowi, żeby to on zaczął.

— Konsyliarz drugiego stopnia Haladdin i kapral Cerleg, kirithungolski Pułk Jegrów. Zresztą, to już teraz nieistotne.

— Dlaczego? — uniósł brew porucznik. — Bardzo zasłużony pułk. Jeśli nie zawodzi mnie pamięć, potykaliśmy się z wami ubiegłej jesieni pod Osgiliath. Ithilieńczycy bronili wtedy południowej flanki. Klnę się na pięść Tulkasa, że była to wspaniała batalia!

— Obawiam się, że to nie najlepszy czas na oddawanie się wspomnieniom o tych rycerskich czasach. Interesują nas wydarzenia znacznie mniej w czasie oddalone. Co to za oddział wyrżnął koczowisko? Imię dowódcy, liczebność, zadania, kierunek dalszego marszu… I radzę nie ściemniać: jak pan się domyśla, nie jesteśmy skłonni do sentymentalnych dywagacji.

— Wszystko jasne — wzruszył ramionami baron. — Nawet więcej… Oddział składa się z wastackich najemników, jego dowódcą jest Eloar, elf. Jeśli dobrze zrozumiałem, jest spowinowacony z jakimś lorieńskim władcą. Liczebność oddziału: dziewięciu żołnierzy. Zadanie: patrolowanie przylegającej do traktu strefy i oczyszczanie terytorium w celu walki z powstańcami. Zadowoleni?

Haladdin odruchowo zmrużył oczy, a przed jego oczami powstał zabawkowy bachtrianek z wełnianych nici wdeptany w zakrzepłą krwawą kałużę. Oto, jak to się u nich nazywa — „oczyszczanie terytorium”. Cóż, dobrze wiedzieć…

— A jak pan, baronie, znalazł się w tym godnym pożałowania położeniu, w jakim pana zastaliśmy?

— Obawiam się, że historia owa jest tak nieprawdopodobna, że i tak w nią nie uwierzycie.

— No, to ja panu powiem. Usiłował pan przeszkodzić w tym „oczyszczaniu” i nawet zranił przy tym któregoś z najemników. Czy może nawet zabił?

Gondorczyk patrzył na nich wyraźnie zmieszany.

— Skąd, do licha, wam to wiadomo?

— Nieważne. Dziwnie jednakże zachowuje się gondorski porucznik. …

— Zachowuje się jak przystało na żołnierza i arystokratę — oschłym tonem odparował jeniec. — Mam nadzieję, że nie rozpatrujecie mojego niezamierzonego przyznania jako próby uratowania życia?

— Och, proszę się nie niepokoić, baronie. Sądzę, że ja i kapral powinniśmy zwrócić panu dług, przynajmniej częściowo: teraz wygląda, nasza kolej popełnić głupstwo…

Z tymi słowami obejrzał się na orokuena; ten zawahał się, ale machnął ręką. „Rób jak chcesz”.

— Proszę mi wybaczyć, że zadam pytanie, na które pańska odpowiedź dość mnie interesuje: co pan zrobi, jeśli odzyska wolność?

— Naprawdę, nie potrafię odpowiedzieć… Tu, w Mordorze, jeśli wpadnę w ręce elfów, to zakończą oni to, co zaczęli ludzie Eloara, chociaż możliwe jest, że nie w tak egzotyczny sposób. Do Gondoru mam drogę zamkniętą — mój władca został zabity, a służyć jego zabójcy i uzurpatorowi nie zamierzam…

— Co pan ma na myśli, baronie? Od czasu bitwy na Polach Pelennoru nie mamy żadnych wieści…

— Denethor zmarł straszliwą śmiercią — jakoby sam siebie spalił na pogrzebowym stosie — a następnego dnia, jak na zamówienie pojawił się pretendent do tronu. Chodzi o to, że według starej legendy, której nikt nigdy nie traktował poważnie, rządząca Gondorem dynastia Anariońska tylko utrzymuje tron dla potomków mitycznego Isildura. Otóż taki „potomek” nagle się odnalazł — niejaki Aragorn, pochodzący z północnych tropicieli. Jako dowód na swoje dynastyczne prawa pokazał jakiś miecz — jest to jakoby legendarny Anduril. A kto i kiedy widział ów miecz? Prócz tego dokonał kilku pokazowych uzdrowień za pomocą przyłożenia rąk. Co prawda, wszyscy uzdrowieni byli z tych, którzy przyszli z nim z Północy, ale… Następca tronu, książę Faramir, udał się do Ithilien, gdzie „panuje” pod nadzorem kapitana Beregonda — tego samego, który poświadczył „samospalenie” Denethora.

— I co, nikt na Zachodzie nawet ust nie otworzył?

— Tajna Straż Aragorna. Gadają ludzie, że składa się z ożywionych elfickimi czarami wojowników — szybko oduczyła Gondorczyków zadawania głupich pytań. Eomerem kręci jak chce, co nie dziwi: jego siostra wraz z Faramirem znajduje się teraz pod strażą w Ithilien. Zresztą, sądząc ze wszystkiego, Aragorn sam jest tylko marionetką w rękach elfów, a naprawdę rządzi Gondorem jego żona, przysłana mu z Lorien Arwena.

— A co się dzieje u nas, w Mordorze?

— Barad-Dur zrównano z ziemią. Teraz elfy tworzą z różnych odpadów coś, co ma przypominać miejscową administrację. Jak mi się wydaje, zajęci są niszczeniem wszelkich przejawów kultury i świadomie polują na wykształconych ludzi. Według mnie, postanowili poważnie zawrócić was do wieku kamiennego.

— A was?

— Sądzę, że nami zajmą się nieco później. My na razie jesteśmy im potrzebni.

— Dobra — przerwał zapadłą ciszę Cerleg. — Najpierw musimy pochować ludzi z koczowiska. A potem, nie wiem jak pan, ale ja zamierzam osobiście rozliczyć się z tym… jak mu — Eloarem? Gospodyni niebieskiej jurty była mi ciotką, tak więc ma na rękach moją krew.

— A gdybym dołączył do was, kapralu? — zapytał nagle Tangorn i, odpowiadając na zdziwione spojrzenie orokuena, wyjaśnił: — Zabrali mój rodzinny miecz, Usypiacz. Chciałbym go odzyskać. A tym zuchom chcę przekazać pozdrowienie z tamtego świata.

Przez jakiś czas zwiadowca wpatrywał się w Gondorczyka, a potem kiwnął głową:

— Tangorn… Pamiętam ciebie z ubiegłorocznego Osgiliath. To ty wówczas zwaliłeś „króla włóczników” — Decewega.

— Zgadza się. To zdarzenie miało miejsce.

— Tylko, że nie mamy dla ciebie miecza. Machałeś kiedy jataganem?

— Jakoś sobie poradzę.

— No to i dobrze.

11

Mordor, nieopodal starego Traktu Nurneńskiego

Noc z 11 na 12 kwietnia 3019 roku

A gdzie pan poznał ten język, baronie? — Tak, w ogóle, to ponad sześć lat spędziłem w Umbarze i w Khandzie, jeśli o to panu chodzi. Ale zaczynałem jeszcze w domu: książę Faramir, z którym przyjaźnię się od dzieciństwa, ma wspaniałą bibliotekę. Wszystko, rzecz jasna, w językach Wschodu, żeby, jak to się mówi, nie marnowało się… Ja, właściwie właśnie po to udałem się do Mordom, by pomyszkować w popielisku. Zebrałem całą torbę ksiąg. Nawiasem mówiąc, wraz z Usypiaczem zabrali ją ci moi druhowie. — Tangorn kiwnął głową w stronę dwugarbnej diuny, gdzie zatrzymał się na popas wytropiony przez Cerlega oddział Eloara. — Znalazłem między innymi stronicę wspaniałych wierszy, zupełnie mi wcześniej nie znanych:

Klnę się prawdą i nieprawdą,
Klnę się mieczem, słuszną bitwą,
Klnę się gwiazdą, tą poranną,
Klnę się wieczorną modlitwą…

Nie wiecie przypadkiem, co to za autor?

— To Sacheddin. Nie jest tak naprawdę poetą, ale magiem i alchemikiem. Od czasu do czasu publikuje wiersze, twierdząc przy tym, że jest tylko tłumaczem tekstów powstałych w innych Światach. A poezja ta jest doskonała. Ma pan rację.

— Niech to licho, zabawny pomysł! Przecież opisywać Świat można na wiele sposobów, ale prawdziwie poetycki tekst, gdzie nie da się zamienić ani jednej litery — to na pewno jeden z dokładniejszych i oszczędniejszych z nich, i już chociażby dlatego winien być uznany za najbardziej uniwersalny! Jeśli coś łączy różne Światy, to tylko poezja. No, może jeszcze muzyka… Takie teksty powinny istnieć obok nas, od zarania wpisywane w obraz Realnego i Wymyślonego — szumem morskiej muszli zapachem wiosennej stęchlizny. Trzeba tylko nauczyć się je rozpoznawać… Poeci czynią to intuicyjnie, ale być może ten wasz Sacheddin rzeczywiście odkrył sformalizowaną metodę. Dlaczego nie?

— No tak, coś jak współczesna nauka wykrywania żył rud zamiast niepewnych olśnień znawców… Czy to znaczy, iż pan również uważa, że Świat to Tekst?

— Ten świat, w którym ja żyję — niewątpliwie. Zresztą, to jest sprawa gustu…

„No tak, Świat jest Tekstem — pomyślał Haladdin. — Interesujące by było przeczytać kiedyś na trzeźwo ten jego akapit, w którym zapisane jest, że pewnego pięknego dnia w towarzystwie dwóch sympatycznych zawodowych zabójców (bo kim, w końcu, są?) wezmę udział w polowaniu na dziewięciu nieludzi (po co? czym różnią się od innych?), a w ostatniej chwili przed walką, by choć na chwilę zapomnieć o miedzianym posmaku w ustach i ohydnym ssącym głodzie w brzuchu, będę oddawał się głębokim rozważaniom o poezji… Zaiste, autor takiego tekstu daleko sięga. Wyobraźni, w każdym razie, mu nie brakuje”.

Tu jego rozmyślania zostały przerwane, ponieważ jasna podwójna gwiazda nad grzbietem kryjącego ich barchanu mignęła, jakby zakryta przez chwilę sylwetką nocnego ptaka. Znaczy, że już… Ech, żeby tak było co łyknąć… Przykucnąwszy, zaczął upychać w naramienny futerał przygotowaną broń: króciutki, niezwyczajnej dlań budowy orokueński łuk i kołczan z sześcioma różnymi strzałami, takimi jakie się dało zebrać. Tangorn natomiast, który niewiele wiedział o możliwościach Cerlega, w niemym zdumieniu szeroko otworzył oczy na widok zwiadowcy, bezszelestnie wynurzającego się z mroku o kilka kroków od nich.

— Wasze szepty, piękni panowie, słychać o trzydzieści kroków. Gdyby więc na miejscu tych baranów byli moi chłopcy, już liczylibyście gwiazdy na szacie Jedynego. Dobra, zabieramy się. Sądzę, że udało mi się chwycić swego dłużnika krwi za koniuszek ogona. Jak rozumiem, ich oddział zmierza do tego punktu zbiorczego na trakcie, o którym mówił baron. Według moich szacunków mamy do niego jakieś pięć może sześć mil, a tam już ich nie dosięgniemy. Tak więc, dyspozycje są takie…

Piaski barchanów stykały się z zachodnim brzegiem rozległej hammady, przypominając morze, bezgłośnie wylewające sztormowe wały na ponurą kamienistą plażę. Największa fala, jak należało, piętrzyła się przy samym brzegu — ogromna diuna, ciągnąca się na pół mili w obie strony od płonącego u jej podnóża ogniska. Miejsca na obóz elf wybrał sensowne: plecy kryje stok diuny wysoki na czterdzieści stóp, a przed oczami równa jak stół powierzchnia hammady; dwaj wartownicy, wysunięci wzdłuż podnóża diuny O dwadzieścia jardów na południe i północ od ogniska, całkowicie odcinają trasy możliwego ataku. Co prawda, z paliwem tu kiepsko, ale saksauł pali się długo i daje dużo ciepła, niemal jak węgiel. Każdy przywlókł na grzbiecie po dziesiątce polan grubości ręki — praca niezbyt ciężka, a grzać można się całą noc…

„Ale czy to nie pułapka? — Nagła myśl jakby oparzyła umysł Haladdina. — Nie wystarczy, że Carleg wszystko dokoła obniuchał… Coś za bardzo beztroscy są ci… Ognisko! Pal diabli, widać je tylko od strony hammady, a tam nikogo nie powinno być. Ale to, że wartownik podchodzi sobie do ognia podrzucić drew i ogrzać się trochę, to już zupełnie wariactwo. Przecież ślepnie potem na dobre dwie, trzy minuty. Co najmniej trzy minuty…”

Właśnie w czasie takiej nieobecności „południowego” wartownika dotarli do jego posterunku na dwadzieścia kroków. Tu zwiadowca zostawił lekarza z baronem i rozpłynął się w mroku: miał, ominąwszy obóz z prawej strony, po hammadzie dopełznąć do „północnego” wartownika.

„Nie — zaprzeczył sam sobie Haladdin — nie należy dygotać na widok własnego cienia. Po prostu nasi wrogowie tak przywykli do braku oporu, że uważają ochronę biwaku za formalność. Tym bardziej, że to ostatnia noc ich rajdu, jutro — zmiana, łaźnia gorzałeczka i tak dalej… Do tego premie za odcięte orokueńskie uszy… Ciekawe, dziecinne mają taką samą cenę, czy są tańsze? Przestań! Przestań natychmiast! — Z całej siły przygryzł wargę, czując, że znowu ogarniają go dreszcze, jak wtedy, w koczowisku, gdy zobaczył okaleczone trupy. — Musisz być absolutnie spokojny. Zaraz będziesz strzelał… Wyluzuj się i pomedytuj sobie… O tak… O tak…”

Leżał wbity w zmarznięty piach i uważnie wpatrywał się w postać wartownika; ten nie miał na głowie hełmu (co racja to racja — gówno w hełmie słychać), tak więc strzelać należy w głowę. Ale zabawne: stoi sobie człowiek, patrzy w gwiazdy rozmyśla o wszelkich przyjemnych w swym rodzaju rzeczach i nie podejrzewa nawet, że w rzeczywistości jest już nieboszczykiem. „Nieboszczyk” tymczasem z zawiścią popatrywał na siedem postaci przy ognisku (trzy w kierunku na południe trzy na północ i jedna na zachód, między ogniem i zboczem), a następnie kryjąc się, odwrócił plecami do ogniska, wyjął zza pazuchy manierkę, łyknął, głośno chrząknął i otarł usta. Zna-a-akomicie… Co za burdel… Ciekawe, jak się to spodoba temu „północnemu” towarzyszowi? I w tym momencie serce Haladdina przeskoczyło kilka skurczy i ze świstem runęło gdzieś w pustkę ponieważ zrozumiał, że się zaczęło! I to już dawno się zaczęło, to tylko on — głupiec i gapa! — wszystko przegapił; a i baron nie lepszy, dwa buty — para… Dlatego, że „północny” wartownik już bezsilnie opadał na ziemię, opierając się plecami o mocno trzymającego go Cerlega; jeszcze chwila i, troskliwie i bezszelestnie ułożywszy ciało Wastaka na piasku, zwiadowca „wniknął” w wypełniony śpiącymi ciałami krąg światła, jak lis do króliczej klatki.

W zwolnionym tempie, niczym we śnie, Haladdin przykucnął na jednym kolanie i naciągnął łuk; kątem oka zobaczył już gotowego do skoku barona. Wartownik, jak wydaje się, wychwycił jakiś ruch w mroku, ale zamiast ryknąć: „Alarm!!!”, zaczął (zdarzają się takie zamroczenia umysłów!) niezdarnie chować za pazuchę manierkę z gorzałą. Ten ułamek sekundy wystarczył Haladdinowi by, dociągnąwszy piętkę strzały do podbródka opuścić grot na dwa cale poniżej celu — głowy wyraźnie oświetlonego od tyłu wartownika. Dystans dwadzieścia kroków, cel nieruchomy. Niemowlę nie spudłuje. Wartownik nawet nie poczuł bólu, gdy wypuszczona cięciwa chlasnęła go w lewe przedramię, ponieważ w tej samej chwili dotarł doń odgłos trafiającej w cel strzały — suchy i dźwięczny, jakby trafił w pal. Wastak podrzucił ręce — w prawej wciąż zaciśnięta nieszczęsna manierka — odwrócił się na piętach i wolno zwalił na plecy. Baron rzucił się do przodu i już mijał zabitego, gdy od ogniska dotarł do nich zduszony jęk — jatagan kaprala uderzył w pierwszego z trzech, którzy leżeli od północnej strony ogniska, i cisza natychmiast rozpadła się na tysiące dźwięcznych, wyjących fragmentów.

Haladdin tymczasem, zgodnie z dyspozycjami, omijał obóz po okręgu, trzymając się poza granicą światła i wrzeszcząc różnymi głosami: „Otaczajcie, chłopcy, i żeby mi żadna suka nie uciekła!” — i tak dalej, w tym stylu. Ogłupiali, wydarci z objęć snu najemnicy, zamiast rozbiec się we wszystkie strony, instynktownie garnęli się do ognia. Na południowej flance Tangorn zderzył się z trzema; jeden natychmiast zwinął się jak obwarzanek, czule trzymając się za brzuch, a baron już podniósł upuszczony miecz, szeroki i — chwała Tulkasowi! — prosty, odrzuciwszy na bok jatagan, z którym przyszło mu zaczynać bój. Światło ogniska padło przy tym na jego twarz, i dwaj pozostali przy życiu rzucili na piach broń i runęli do ucieczki wrzeszcząc: „Gcheu, gcheu!!!” (wilkołak, w jakiego zmieniają się nie pogrzebani umarli). Nie oczekujący takiego obrotu sprawy Haladdin zaczął strzelać do nich z opóźnieniem i chyba nie trafił — w każdym razie obaj zginęli w mroku. Cerleg w zamieszaniu zdołał zranić jeszcze jednego z „północnych” Wastaków i teraz, odsunąwszy się nieco w bok, wotał:

— Hej, Eloarze, gdzieś ty, tchórzu?! Przyszedłem wziąć cenę krwi za Teshgol!

— Tu jestem, nasienie Morgotha — zawołał kpiący głos. — Chodź do mnie, podrapię cię za uszkiem! — I do swoich: — Bez paniki, ścierwojady! Ich jest tylko troje, i zaraz wykończymy ich jak dzieci! Sprzedajcie kosę zezowatemu — on tu najstarszy, i nie podstawiajcie się ichniemu łucznikowi!

Elf pojawił się nieco z prawej strony od ogniska — wysoki, złotowłosy, w lekkiej skórzanej zbroi — i każdy jego ruch, każdy rys twarzy rodził omamiające poczucie gibkiej, śmiertelnie niebezpiecznej mocy. Był on w jakiś przedziwny sposób podobny do swego miecza — cienkiego połyskującego promienia z błękitnego gwiezdnego lodu, na widok którego robiło się zimno w piersi. Cerleg z ochrypłym krzykiem machnął jataganem — zwodniczy wypad ku głowie i od razu po łuku z prawej strony na oporowe kolano. Eloar niedbale parował uderzenie i dla wszystkich, nawet dla konsyliarza polowego drugiego stopnia, stało się jasne, że kapral capnął kęs nie na swoje zęby. Mistrz skradania się i „przenikania” wpadł na mistrza szermierza, i cały problem polega tylko na tym, w którym wypadzie ten go zabije — w drugim, czy trzecim. A najlepiej pojął to Tangorn, który w jednej chwili przemknął piętnaście jardów dzielące go od miejsca potyczki i uderzył na elfa z lewej strony, rzuciwszy bezładnie wycofującemu się zwiadowcy:

— Pleców mi pilnuj, głupolu!

Działanie prawdziwego zawodowca — nieważne w jakiej dziedzinie — zawsze jest widokiem zapierającym dech w piersiach, a tu spotkali się mistrzowie klasy najwyższej. Szkoda, że widzów było niewielu, a i ci, którzy byli, zamiast przyglądać się perypetiom scenicznej akcji, zajmowali się swoimi sprawami — usiłowali pozabijać się wzajemnie, a jest to zajęcie, jak się łatwo domyślić, wymagające pewnego skoncentrowania na jednym przedmiocie. Mimo jednak braku widowni obaj partnerzy wkładali w swe działania całą duszę, i ich wyrafinowane pas z matematyczną dokładnością wkomponowywały się w perforacje śmiercionośnych koronek splatanych połyskującą stalą. Nawiasem mówiąc, Tangorna słowa o „pilnowaniu pleców” również miały swój głęboki sens: kapral natychmiast musiał podjąć walkę z dwoma aktywnie uczestniczącymi w boju Wastakami — jeden z nich na szczęście, mocno kulał. Haladdin, uzbrojony tylko w łuk, otrzymał stanowczy zakaz wdawania się w walkę wręcz, a nawet pojawiania się w kręgu światła; nie mógł on również strzelać w ten kalejdoskop swoich i obcych, gdyż byłoby to czystym szaleństwem. Przemieszczał się więc tylko w pewnej odległości, wypatrując sposobności i celu do oddania strzału.

Po jakimś czasie okazało się, że Tangorn wygrywa. Mimo, że jego wastacki miecz był o dobre pięć cali krótszy, już dwukrotnie sięgnął nim przeciwnika — w prawe przedramię i w nogę, tuż nad kolanem. Elfy, jak wiadomo, źle znoszą krwawienie, tak więc wypady Eloara z każdą chwilą traciły na swej szybkości i dokładności. Baron napierał, spokojnie wyczekując chwili właściwego cięcia, gdy stało się coś niepojętego: elfickie ostrze nagle drgnęło i odchyliło się, całkowicie odsłaniając korpus Eloara, i miecz Gondorczyka błyskawicznie uderzył go w dolną część piersi. Haladdin odruchowo przełknął ślinę, pewien, że z pleców elfa zaraz wysunie się parujące od krwi ostrze — takiego ciosu nie wytrzymałaby żadna kolczuga, a co dopiero skórzana zbroja… Ale od tej zbroi klinga Tangorna odbiła się jak od zaczarowanego pancerza, elf zaś, wyraźnie świadomy, że tak się stanie, chwycił miecz oburącz i natychmiast zadał przeciwnikowi straszliwy cios — z góry do dołu. Ani odchylić się, ani sparować tego uderzenia baron już nie mógł. Zdążył tylko przykucnąć na jedno kolano i przyjąć ostrze Eloara na swoje — „klinga przeciw klindze”. Krucha wastacka stal prysnęła, i elfickie ostrze niemal na jedną trzecią wbiło się w udo barona. Tangorn odturlał się jeszcze na bok, unikając kolejnego, przygważdżającego go już do ziemi ciosu, ale elf dogonił go jednym skokiem, i…

I wtedy Haladdin, przypomniawszy sobie, że czekać nie ma na co, wypuścił strzałę.

Potem uświadomił sobie, że taki strzał był po prostu niemożliwy. Konsyliarz w ogóle wybitnym strzelcem nie był, a już z podrzutu strzelać nie potrafił zupełnie; tym bardziej do ruchomego celu, a na dodatek Eloara niemal całkowicie przesłaniali walczący z Cerlegiem Wastakowie. Jednakże fakt pozostaje faktem: wystrzelił, nie mierząc, i wypuszczona przez niego strzała trafiła elfa w samo oko, tak że ten, jak się zwykło mówić, „umarł zanim jego ciało dotknęło ziemi”.

12

Do tego czasu ognisko niemal całkowicie zgasło, ale walka trwała również w gęstniejącym mroku. Obaj Wastakowie wściekle atakowali Cerlega; dwukrotnie Haladdin strzelał do nich, gdy tylko odsuwali się na chwilę od kaprala, jednak za każdym razem pudłował w haniebny sposób. W końcu kulejący Wastak nie sparował kolejnego cięcia i w chwilę porem, opuściwszy miecz opadł na ziemię i zaczął czołgać się, wlokąc za sobą zranioną nogę. Haladdin dał sobie z nim spokój — niech go licho, są inne sprawy — ale na czas zauważył, że ten dowlókł się do pakunków i, siedząc na ziemi, już wyciągnął z jednego łuk i strzały. Wsunąwszy zaś swoją rękę do kołczanu, konsyliarz oblał się zimnym potem. Wymacał w nim jedną już tylko strzałę. Łucznicy jednocześnie wzięli siebie na cel, ale nerwy lekarza nie wytrzymały: puścił cięciwę — i natychmiast odskoczył w prawo, wychwyciwszy w tej samej chwili śmiertelny powiew, mniej więcej stopę w lewo od własnego brzucha. Wastak miał mniej szczęścia: wystrzeliwszy, nie mógł się uchylić, i leżał teraz na wznak ze strzałą Haladdina pod obojczykiem. Cerleg tymczasem, fintą zmusił swego przeciwnika do odsłonięcia się i zadał cios w szyję; cała twarz orokuena pokryła się od razu lepkimi bryzgami, a już o ręce nawet wspominać nie warto — z palców niemal spływał strumień krwi…

No to jak? Koniec? Wiktoria, żeby ją…

Haladdin, nie tracąc ani chwili, dorzucił drew do przygasającego ogniska i, ustawiwszy się tak, by nie zasłaniać sobie światła, jednym wypracowanym ruchem rozciął klejącą się do palców nogawkę Tangorna. Krew lała się obficie, choć, sądząc z tak głębokiej rany, można było uważać, że nie aż tak mocno — w każdym razie tętnica udowa nie została przecięta. Chwała Jedynemu, że elfickie ostrza są niemal trzykrotnie węższe od wastackich. Dobra… Opaska… teraz tampon… Kapral obszedł obóz, z obojętnością dobił dwóch Wastaków zdradzających jeszcze oznaki życia, i przykucnął obok konsyliarza.

— Co powiesz, lekarzu?

— Cóż, bywało i gorzej. Kość cała, ścięgna, jeśli mogę dobrze ocenić, praktycznie nie naruszone, najważniejsze arterie — też. Podaj mi tę szmatkę.

— Trzymaj. Będzie mógł iść?

— Żarty się ciebie trzymają?!

— No to, panowie — zwiadowca z wysiłkiem wstał i odruchowo oczyścił kolana z piasku — gaśmy światło i spuśćmy wodę. Dwaj z nich uciekli i pościg za nimi w tych ciemnościach nie ma żadnego sensu. Jeszcze przed świtem dotrą do tego swojego stanowiska na trakcie. Nigdzie nie zabłądzą, po prostu walą na północ skrajem hammady. Gdy tylko wstanie świt zaczną przeczesywać pustynię. Dociera to do was?

Tangorn niespodziewanie uniósł się na łokciu, i Haladdin zrozumiał, że ranny był przytomny przez cały czas, podczas całego tego gmerania w ranie. Ognisko wyraźnie oświetliło twarz barona, pomarańczowo połyskującą od potu. Głos jego jednakże nie stracił nic ze swej mocy, stał się tylko jakby nieco niższy.

— Nie przejmujcie się mną. W końcu miałem być nieboszczykiem już przedwczoraj. Gdybym miał rozegrać to jeszcze raz, to tak samo wykorzystałbym tę zwłokę… — Z tymi słowami gwałtownie szarpnął w dół kołnierz, odsłaniając tętnicę szyjną. — Czyń powinność, kapralu. — Małe rach-ciach, i po sprawie… Bo wcale nie chce znaleźć się znowu po szyję w piachu. Wiejcie stąd i niech się wam wiedzie. Szkoda, że nasza znajomość tak krótko trwała, ale na to już nic nie poradzimy.

— Ja, panie baronie, jestem człowiekiem prostym — spokojnie odpowiedział Cerleg — i przywykłem działać według regulaminu. A punkt czterdziesty drugi, gdyby pan nie wiedział, powiada wyraźnie: „cios łaski” jest dozwolony wyłącznie w przypadku bez pośredniego niebezpieczeństwa, że wróg przechwyci rannego. Gdy pojawi się bezpośrednie niebezpieczeństwo — jutro, na przykład — wtedy pogadamy.

— Proszę nie strugać durnia, kapralu! Po licho mamy wszyscy troje zdychać — mnie i tak nie uratujecie…

— Co to za rozmówki w szeregu?! Razem przyszliśmy, razem odejdziemy, a co do reszty — wola Jedynego. Panie konsyliarzu, przejrzał pan sakwy elfa. Czy nie ma tam aby apteczki?

Haladdin w duchu nazwał siebie osłem: mógł sam wpaść na pomysł odnalezienia apteczki elfa. „Tak więc, co my tu mamy? Wspaniały łuk i kołczan na trzydzieści strzał, każdy grot zamknięty w skórzanej pochewce — aha, zatrute, znaczy się. Wspaniały oręż, na pewno się nim zaopiekuję. Wiązka elfickiej liny — pół funta wagi, pint objętości, sto stóp długości wytrzymałość trzech mumakili. Przyda się w gospodarstwie. Elfickie suchary i manierka z ichnim winem, które wcale nie jest tak naprawdę winem. Wspaniale, zaraz dam łyka baronowi. Sakiewka ze złotymi i srebrnymi monetami — zapewne na wypłaty dla Wastaków, same elfy podobno pieniędzmi się nie posługują. No cóż, niech będzie, znajdzie się w kieszeni miejsce. Przybory do pisania i jakieś notatki… runy… Niech to licho, ciemno, nie dam rady przeczytać. Dobra, poczytam, jeśli nie zginę… A, oto i ona, chwała Jedynemu!” Otworzywszy apteczkę, niemal zemdlał z radości: czego tu tylko nie było, a wszystko w najlepszym gatunku. Antyseptyki — pajęczyna z szaro-zielonymi plamkami leczniczej pleśni; środki przeciwbólowe — kulki zagęszczonego mlecznego soku liliowych khandyjskich maków; środki tamujące krew — sproszkowany korzeń mandragory z sięgających nieba Gór Mglistych; stymulatory — orzechy cola z błotnistych dżungli Haradu; regenerator tkanki — bure smoliste mumio, dzięki któremu kość zrasta się w przeciągu pięciu dni i goi też wrzody przewodu pokarmowego. Było tam jeszcze wiele innych rzeczy, ale na razie nie było czasu i potrzeby zajmować się nimi. Ech, żeby tylko Cerleg wymyślił, jak zmylić pogoń, a już on postawi barona na nogi, może nawet w ciągu tygodnia…

Orokuen tymczasem przetrząsał wastackie juki, poszukując manierek i zapasów pożywienia — w ich sytuacji dziesięć, nawet piętnaście minut nie odgrywa już roli: potrzebny im jest pomysł, a jak nie będzie pomysłu… do piachu. Zastanówmy się. Można ujść w hammadę — znał nieopodal kilka ostańców z niezłymi szczelinami, ale pościg złoży tam wizytę w pierwszej kolejności. O tym, żeby się zagrzebać w wydmie, nie ma co nawet marzyć: przy tej bezwietrznej pogodzie nie da się zatrzeć do końca tropów, a wtedy znajdą ich bez problemu. Jedyne, co przychodzi mu do głowy, to z najwyższą możliwą prędkością ruszyć na zachód, w stronę gór, i spróbować dotrzeć do leśnego płaskowyżu Houtijn-Hotgor z jego wydmuchanymi przez wiatr pieczarami, ale to niemal trzydzieści mil w linii prostej, a z rannym po prostu nie da się tego zrobić… W tym miejscu jego rozmyślania przerwał okrzyk, wyraźnie żwawszego po kilku dobrych łykach barona:

— Kapralu, mogę was prosić na chwilę? Proszę obejrzeć elfa…

— A co tam jest do oglądania? — Nie rozumiejąc sensu takiego działania, uniósł głowę zwiadowca. — Sprawdziłem. Martwy jak kamienny smok.

— Mnie nie o to chodzi. Ciągle się zastanawiam, co to za napierśnik, że miecz się go nie ima. Proszę sprawdzić, czy nie ma pod nim czegoś takiego…

Cerleg prychnął, ale przerwał swoje rozmyślania i kołyszącym krokiem podszedł do zabitego. Wyjąwszy jatagan, wsunął ostrze pod dolny brzeg skórzanego pancerza elfa i jednym ruchem przeciął go od pachwiny do gardła — jakby patroszył olbrzymią rybę.

— Patrzcie, patrzcie! Rzeczywiście — kolczuga! Ale jakaś dziwna, nie widziałem takich w życiu…

— Jakby się świeciła, prawda?

— Dokładnie. Słuchaj, wiedziałeś, czy dopiero teraz się domyśliłeś?

— Gdybym wiedział, to nie zmyliłby mnie tą swoją sztuczką z odsłoniętym tułowiem! — warknął Tangorn. — Przecież to mithril. Nie miałem szans przebić tej kolczugi, zresztą nikt w Sródziemiu nie miał i nie ma.

Cerleg posłał baronowi przenikliwe, badawcze spojrzenie — zawodowiec docenił zawodowca. Haladdin pomógł kapralowi zdjąć z zabitego drogocenną łuskowatą skórkę i teraz uważnie ją oglądał. Metal naprawdę lekko fosforyzował, przypominając promyk księżycowego światła, i był ciepły w dotyku. Kolczuga ważyła nieco powyżej funta, a była tak cienka, że całą ją można było zwinąć w kłębek wielkości pomarańczy; gdy zaś przypadkowo wymknęła się lekarzowi z dłoni i jak srebrna kałuża rozlała się obok stóp, pomyślał, że księżycową nocą raczej by jej nie odnalazł między leżącymi na ziemi plackami światła.

— A ja myślałem, że mithril to legenda…

— Jak widzicie — nie… Sądzę, że za samą taką kolczugę można by kupić połowę Minas Tirith i całe Edoras na dodatek: zostało ich ze dwadzieścia sztuk w całym Sródziemiu i więcej już nie będzie, gdyż tajemnica produkcji została utracona.

— A dlaczego ukrywał ją pod tą skórzaną dekoracją?

— Dlatego — odpowiedział za Tangorna zwiadowca — że tylko głupiec wymachuje przy ludziach swoimi atutami. Zasada Uruka Wielkiego: „Jeśliś słaby, to pokaż wrogowi, żeś mocny; jeśli mocny — pokaż słabość”.

— Właśnie tak — skinął głową baron. — A poza tym — Wastakowie. Gdyby te ścierwojady wiedziały o kolczudze, pierwszej nocy poderżnęliby mu gardło, i sypnęli gdzieś na południe — na przykład do Umbaru — gdzie staliby się zamożnymi ludźmi. Jeśli nie porżnęliby się przy podziale…

Kapral gwizdnął ponuro.

— Jak nie kijem go to pałką! Wygląda na to, że ów Eloar był u nich naprawdę wielką szychą… Tak więc, należy się spodziewać, że elfy w pogoni za naszą bandą, odwrócą w poszukiwaniu śladów każdy kamyk na tej hammadzie i przesieją każdy barchan. Ani ludzi nie pożałują, ani czasu…

Z łatwością i w szczegółach wyobraził sobie, jak to się będzie odbywać, w końcu sam nieraz brał udział w operacjach przeczesywania. — i jako zwierzyna, i jako myśliwy. Należy sądzić, że ściągną tu co najmniej półtorej setki pieszych i konnych. Wszystkich, których w ogóle uzbiera się na tym odcinku szlaku; konni na początek odetną im drogę do Houtijn-Hotgoru i zamkną półokrąg na wschodnim brzegu hammady, a piesi ruszą obławą od wymordowanego obozu, zaglądając po drodze do każdej norki. W takiej sytuacji można się obejść i bez doświadczonych tropicieli — tu, jak i wszędzie, można przeciwnika zdusić liczebnością. Bazować ta horda będzie na najbliższym punkcie oporowym — tylko tam jest wystarczająco wydajna studnia, tam też rozmieszczą sztab dowodzący operacją…

Cerleg dobrze znał to miejsce — karawanseraj porzucony wraz ze starym Traktem Nurneńskim od chwili, gdy Zachodnie Przyrunie w wyniku prac irygacyjnych stało się martwym solniskiem. Była to obszerna kwadratowa budowla z glinianej cegły z różnego rodzaju przybudówkami gospodarczymi; na tyłach znajdowała się ruina poprzedniego, zrzuconego przez trzęsienie ziemi karawanseraj u, gęsto zarośnięta bachtrianowymi cierniami i piołunem… Zaraz, zaraz, zaraz! Ale przecież, nawiasem mówiąc te ruiny będą ostatnim miejscem, które przyjdzie im do głowy przeszukać! Właśnie — ostatnim. Wcześniej czy później dotrą i tam, metodą wykluczenia kolejnych elementów. Szkoda — na pierwszy rzut oka pomysł wygląda nieźle… A gdyby tak wykonać fałszywy trop — zajęczą Pętlę z odbiciem? No, a co dalej?

A tymczasem nocy ubywało niczym wody z przekłutego bukłaka, i z wyrazu twarzy i postawy zwiadowcy Haladdin nagle wyczytał coś, co uświadomił sobie z nieubłaganą wyrazistością: on też nie widzi szans na ratunek. Miękkie, lodowate łapsko wlazło lekarzowi w trzewia i zaczęło niespiesznie grzebać w nich, jak w stercie trzepocących na dnie łodzi ryb. Nie był to lęk żołnierza przed walką, przez to już dzisiaj przeszedł, a coś zupełnie innego — podobne do ciemnego irracjonalnego strachu dziecka, które się zgubiło. Dopiero teraz zrozumiał, że Cerleg nie tylko zwyczajnie pełzał po wodę dla niego przez tłoczny od elfów las pod Osgiliath i wlókł go na sobie pod nosami minasmorgulskich wartowników. Zwiadowca przez cały ten czas okrywał lekarza swą potężną i przytulną aurą — „twarz-blacha, spokój na pokładzie” — i oto w tej chwili aura ta rozpadła się na strzępy. Haladdin wszak, jeśli mówić szczerze, przyłączył się do tego głupiego pomysłu z „akcją odwetową” tylko dlatego, że uważał za pewnik, iż lepiej znaleźć się w samym jądrze wydarzeń z Cerlegiem, niż poza walką samemu. I tym razem przecwanił. Koło się zamknęło — Eloar zapłacił za Teshgol, oni za kilka godzin zapłacą za tę diunę… I wtedy, tracąc opanowanie ze strachu i rozpaczy, wywrzeszczał w twarz orokuenowi:

— No i jak, zadowolony?! Zemściłeś się jak należy i ciągle nie możesz się nacieszyć swoją robotą?! Zapłaciłeś nami wszystkimi za jednego elfickiego bydlaka! Żeby sczezł!

— Jak powiedziałeś? — odezwał się zwiadowca z dziwnym wyrazem twarzy. — Żeby elf sczezł, tak?

13

Haladdin zamilkł w pół słowa. Zobaczył przed sobą poprzedniego, zwyczajnego Cerlega, który wie, co i jak.

— Wybacz — powiedział przybity, nie wiedząc, gdzie uciec spojrzeniem ze wstydu.

— Dobra, zdarza się. Mamy to już za sobą. A teraz przypomnij sobie dokładnie, i pan, baronie, też. Czy ta para Wastaków zwiała, gdy ja już się wziąłem do walki z Eloarem czy wcześniej? Przed czy potem?

— Według mnie, przed.

— Dokładnie tak, kapralu, daję głowę.

— Dobrze. To znaczy, że nic nie wiedzą nie tylko o śmierci elfa, ale nawet tego, czy w ogóle wziął udział w walce… Teraz tak… Konsyliarzu, czy baron przejdzie przynajmniej dwie, trzy mile? Może o kulach?

— Gdyby były kule, to może tak. Napompuję go środkami przeciwbólowymi… Co prawda potem za to zapłaci…

— Proszę działać, konsyliarzu — inaczej w ogóle nie będzie żadnego „potem”! Niech pan zabierze apteczkę, trochę wody i sucharów — nic więcej, może jakąś broń, dla zmyłki…

Po kilku minutach kapral podał Tangornowi parę podobnych do krzywych krzyży kul wykonanych z wastackich włóczni, i zaczął instruować:

— Rozstaniemy się teraz. Wy dojdziecie do skraju hammady i ruszycie wzdłuż niego prosto na północ…

— Jak to — na północ?! Przecież tam jest posterunek!

— Właśnie.

— Aaa, rozumiem… „Rób to, czego nie spodziewa się wróg”.

— Jak na lekarza nieźle pan łapie! Kontynuuję. Z hammady na piasek proszę nie wchodzić. Jeśli — właściwie, gdy — baron zacznie tracić przytomność, przyjdzie ci wziąć go na plecy, ale kul proszę nie porzucać, jasne? Przez cały czas pilnuj, żeby nie otworzyła się rana, gdyż krew spod opatrunku naznaczy ścieżkę. Najważniejsza dla was sprawa to nie zostawiać za sobą śladów. Na hammadzie to nie jest problem — będziecie szli po drobnych kamieniach… A ja was dogonię za jakieś dwie godziny, może dwie i pół.

— Co wymyśliłeś?

— Potem opowiem — teraz każda minuta się liczy. Naprzód, sokoły, w tempie marsza! Hej, zaczekaj! Rzuć kilka orzeszków coli. Mnie też nie zaszkodzą.

I, odprowadziwszy wzrokiem oddalających się towarzyszy, zwiadowca zabrał się do realizacji planu. Czekała go masa pracy, część z nich to drobiazgi, o których nietrudno zapomnieć w krzątaninie. Na przykład, zebrać wszystkie te rzeczy, które przydadzą się potem, jeśli wyjdą żywi z tej opresji — od elfickiej broni do ksiąg Tangorna — i starannie zakopać to wszystko, zapamiętawszy punkty orientacyjne. Przygotować wór dla siebie — woda, żywność, ciepłe płaszcze, broń i odnieść do hammady. No, a teraz najważniejsze.

Pomysł Cerlega, na który nieoczekiwanie naprowadził go Haladdin, był taki. Jeśli wyobrazimy sobie, że Eloar nie zginął podczas nocnego ataku, a jedynie uciekł w pustynię i zabłądził, co jest całkowicie możliwe — elf w pustyni, to jak orokuen w lesie — to jego ludzie będą przede wszystkim szukać swego księcia, czy kim on tam jest. Dopiero potem zabiorą się za partyzantów, którzy załatwili szóstkę wastackich najemników. Żadna strata dla nich.

Teraz właśnie Cerleg miał ten wariacki zamysł wprowadzić w życie.

Podszedł do elfa, zdjął mu z nóg mokasyny i podniósł walający się obok rozcięty skórzany napierśnik; odnotował przy tym, że na lewej dłoni zabitego znajduje się srebrny pierścień i na wszelki wypadek wsunął go do kieszeni. Potem, wykopawszy dół na jakieś kilka stóp zagrzebał w nim trupa i starannie wyrównał piasek; ten ruch sam w sobie byłby dość naiwny, gdyby nie stworzono przy tym pozorów, że powierzchnia piasku w tym miejscu jest w oczywisty sposób nie naruszona. Do tego potrzebujemy ciała któregoś z Wastaków, najlepiej z minimalnymi ranami. Może być ten wartownik, którego ustrzelił Haladdin — nada się. Cerleg przeniósł ciało na miejsce, gdzie został zakopany elf, po czym podciął Wastakowi gardło od ucha do ucha i „spuścił juchę”, jak to czynią myśliwi ze swą zdobyczą. Następnie ułożył ciało, nadając naturalność jego pozycji.

Teraz każdemu wyda się zupełnie oczywiste, że najemnik zginął właśnie tu; raczej nie ma powodu by szukać ciała pod ciałem w przesączonym krwią piasku. No, chyba że ktoś dokładnie wie o miejscu spoczynku elfa — normalnemu człowiekowi coś takiego do głowy przyjść nie powinno.

Dobra, połowa roboty wykonana — prawdziwy elf zniknął; teraz musi się objawić jego bliźniak — żywy i dość nawet żwawy. Orokuen przebrał się w elfickie mokasyny, pomrukując do siebie: „Do licha, jak można nosić takie buty, bez normalnej twardej podeszwy?!”, i pobiegł na południe wzdłuż podnóża diuny, starając się pozostawić dobry ślad na odcinkach z twardszym gruntem; rozcięty od dołu do góry napierśnik nałożył na siebie jak bezrękawnik, a w ręku niósł swoje buty, bez których trudno sobie wyobrazić marsz po pustyni. Oddaliwszy się od obozu na jakieś półtorej mili, kapral zatrzymał się. Nigdy nie był wybitnym biegaczem, i serce kołatało mu już gdzieś w gardle, usiłując wyskoczyć na zewnątrz. Zresztą odległość była odpowiednia i „elf musiał tylko jeszcze skręcie w hammadę, gdzie śladów praktycznie znaleźć się nie da. Jakieś piętnaście kroków od miejsca, gdzie ślad się urywał, zwiadowca cisnął na kamienie skórzany napierśnik Eloara. W ten sposób potwierdzał i osobę uciekiniera, i, pośrednio, kierunek jego dalszej ucieczki — nadal na południe.

„Stop — powiedział sobie. — Zatrzymaj się i jeszcze raz wszystko przemyśl. Może nie warto zostawiać napierśnika. To raczej przesadnie wyraźne… Postaw się na jego miejscu. Jesteś uciekinierem, niezbyt dokładnie wyobrażasz sobie kierunek dalszej ucieczki. Pogoń prawdopodobnie została z tyłu, ale przyjdzie nie wiadomo ile wędrować po tej strasznej pustyni, która jest dla ciebie gorsza od każdego wroga w ludzkim ciele. Najwyższy czas zrzucić wszystko, co tylko można, żeby mieć mniej do niesienia. A ten napierśnik i tak ci w niczym nie pomoże. Jeśli przeżyjesz, kupisz sobie taki sam w pierwszym lepszym kramie. Wiarygodne? Całkowicie. A dlaczego teraz go zdjąłeś, a nie wcześniej? Po prostu nie było okazji, nie wiedziałem: ścigają jeszcze, czy już nie, a tu zatrzymałem się i rozejrzałem… Wiarygodne? Bez wątpienia. A dlaczego jest rozcięty? Dlatego, że nie mam czasu na zdejmowanie — ci, którzy mnie ścigają zaraz mogą tu być… A właśnie, idą pewnie po moich śladach, więc najwyższy czas zejść z piasku na kamienie… Wiarygodnie? Chyba tak. W końcu, nie należy traktować wroga jak durnia, ale też nie można samego siebie straszyć jego nadmiernym sprytem”.

Już miał rzucić się z powrotem — zzuł mokasyny i włożył buty, a następnie zmiażdżył między zębami lepko-gorzki orzech cola — gdy rzuciwszy okiem na napierśnik leżący na hammadzie, niczym pęknięta od uderzenia o kamienie skorupka jaja, poczuł, jak oblewa go zimny pot świadomości popełnienia błędu. Skorupa… „Stój, a jak się elf z niej wykluł? Rozciął na sobie, czy co? Oto na jakich głupich szczegółach można popłynąć! Tak zrobimy… popuszczamy boczne sznurowanie… Nie, nie popuszczamy, a przecinamy: przecież się spieszę, a ten pancerz i tak już mi się nie przyda. No, teraz będzie dobrze”.

Z powrotem biegł przez hammadę, kierując się na ledwo już widoczny blask ognia, gdzie czekał nań wór z ekwipunkiem. Cola wypełniła ciało oszukańczą lekkością i musiał teraz hamować swój bieg gdyż w przeciwnym wypadku po prostu można wykończyć serce. Podniósł tobół, kazał sobie odpocząć kilka minut i ponownie rzucił się przed siebie. Teraz zmuszony był wypatrywać przed sobą Haladdina z Tangornem, a to spowalniało poruszanie. Okazało się, ze ci dwaj przeszli już ponad dwie mile. Świetne tempo, nawet na takie nie liczył.

Najpierw zwiadowca zauważył Haladdina, który, siedząc na ziemi, odpoczywał z podniesioną ku gwiazdom bladą, nie wyrażającą niczego twarzą. Baron, którego konsyliarz przez ostatnie pół mili wlókł na sobie, znowu oparł się na kulach i uparcie starał się zyskać za ich pomocą jeszcze jakieś dziesięć jardów.

— Elfickie wino wyssaliście do cna?

— Zostawiliśmy ci.

Cerleg przyjrzawszy się towarzyszom i oszacowawszy pozostały do pokonania dystans, kazał im zjeść po dwa orzeszki cola. Wiedział, że jutro, jeśli będzie jakieś jutro, organizmy zapłacą i za tę miksturę, i za smółkę makową koszmarną cenę, ale nie było wyboru — bez tego nie udałoby się im dojść. Znacznie później Haladdin stwierdził, że ten fragment drogi został do czysta wykasowany z jego pamięci, przy czym świetnie pamiętał, że cola nie tylko natchnęła mocą jego mięśnie, ale niezwykle wyostrzyła zmysły, pozwalając jakby wchłonąć cały widnokrąg — od rysunku gwiazdozbiorów rozkwitłych nagle mnóstwem nie znanych mu wcześniej drobnych gwiazd, do zapachu dymu z kiziaku z jakiegoś niewyobrażalnie odległego ogniska. Ale ani jednego szczegółu własnej drogi nie udało mu się przypomnieć.

Ta wyrwa w pamięci skończyła się równie niespodzianie, jak się zaczęła. Świat nagle stal się realny, a wraz z nim i ból i niesamowite zmęczenie, tak duże, że wypchnęło gdzieś na peryferie uczuć nawet świadomość niebezpieczeństwa. Okazało się, że leżą już wbici w ziemię za małym grzbietem o jakieś trzydzieści jardów od wymarzonych ruin, za którymi w rodzącym się świcie widać było zarysy masywnego bloku karawanseraju.

— Może skoczymy? — zapytał bezgłośnie.

— Ja c-ci skoczę! — wściekle syknął zwiadowca. — Nie widzisz wartownika na dachu?

— A on nas widzi?

— Na razie nie: jest na tle szarego nieba, a my na tle ciemnego gruntu. Ale jak nie przestaniesz się miotać to zauważy na pewno.

— Ale już świta…

— Zamknij się, co? I tak jest ciężko bez twojego gadania… A kamienista gleba pod Haladdinem zaczęła nagle wydawać z siebie nowy złowieszczy dźwięk — to było coś podobnego do suchych i szybkich klawesynowych pasaży; po chwili dźwięk prze kształcił się w werbel, jakby w kamienną lawinę. Szlakiem zbliżał się kłusem duży konny oddział, i ponownie zrodzony strach już wrzeszczał do ucha: „Zauważyli! Okrążają! Uciekać!!!” W tym momencie przywrócił mu przytomność spokojny szept kaprala:

— …tuj się! Na moją komendę — nie wcześniej! — skaczemy z całych sił. Tobół, kule i broń — twoje, baron — mój. To nasza szansa. Pierwsza i ostatnia.

Oddział tymczasem dotarł do placówki, gdzie od razu zrodziło się zwyczajne w takich przypadkach zamieszanie: jeźdźcy, klnąc, przedzierali się przez szeregi krzątającej się piechoty, przygadywali sobie miejscowi i przybyli dowódcy, gardłowe okrzyki Wastaków mieszały się z niespokojnym szczebiotem elfów; na dachu zamiast jednej sylwetki pojawiły się trzy, i nagle Haladdin, nie wierząc własnym uszom, usłyszał ciche: „Naprzód!”

Nigdy jeszcze w życiu nie biegł tak szybko — skąd wziął na to siły? Błyskawicznie dopadł „martwą strefę” pod zburzoną do połowy ścianą, cisnął o ziemię bagaże i zdążył jeszcze wrócić do znajdującego się w połowie drogi Carlega, wlokącego na grzbiecie barona. Ten jednak tylko kiwnął głową — liczy się każda sekunda, dłużej potrwa przekładanie rannego. Szybciej, szybciej, dodiaska! O Jedyny, ileż jeszcze te barany na dachu będą się gapili na nowo przybyłych. Sekundę? Dwie? Trzy? Dziesięć?

Dopadli ruin, w każdej chwili spodziewając się wrzasku „Alarm!!!”, i runęli na ziemię. Tangorn wyglądał na zupełnie wyczerpanego — nawet nie jęknął. Zdzierając skórę na twarzach i rękach, wdarli się przez gęstwinę bachtrianowych cierni w szeroką szczelinę w murze i nagle znaleźli się we wnętrzu niemal nie naruszonego pomieszczenia. Wszystkie ściany były całe i tylko w suficie ziała duża dziura, przez którą widać było jak z każdą chwilą jaśnieje niebo. Drzwi wejściowe były zawalone stertą potłuczonych cegieł. Dopiero tutaj Haladdin zrozumiał, że przebili się! Mają teraz schronienie najpewniejsze z możliwych, jak kaczka wysiadująca pisklęta tuż pod gniazdem białozora.

Na krótką chwilę przymknął powieki, przypadł plecami do ściany, a czułe fale natychmiast podchwyciły go i poniosły gdzieś daleko, przypochlebnie szepcąc: „Wszystko już za tobą… odpocznij… tylko kilka minut… zasłużyłeś na nie…” W górę, i w dół… w górę w dół… „Co to za huśtanie? Cerleg? Dlaczego tak mnie szarpie za ramię? Och, diabli! Dzięki ci, druhu — przecież muszę natychmiast zająć się Tangornem! Nie ma żadnych »kilku minut«, gdyż zaraz działanie coli się skończy i wtedy w ogóle rozpadnę się na kawałki… Gdzie jest ta diabelska apteczka?”

14

Mordor, płaskowyż Houtijn-Hotgor

21 kwietnia 3019 roku

Zmierzchało. Płynne złoto słońca wciąż jeszcze kipiało w tyglu utworzonym przez dwa szczyty Gór Cienia, wylewając się na zewnątrz ostrymi, palącymi, strumieniami, lecz przezroczysta fioletowa mgiełka już wypełzała na malowane gwaszem zmierzchu przedgórze. Nieco chłodniejszy turkus nieboskłonu, gęstniejący na jego wschodniej części do lazuru, harmonicznie cieniował żółto-różowe, jak miękisz khandyjskiej dyni, leśne plamy Houtijn-Hotgor poprzecinane głębokimi, muszkatałowo-czarnymi wąwozami. Zbliżającemu się podróżnikowi zwiastowały płaskowyż zbocza płaskich glinianych wzgórz; najczęściej zaciągnięte były krepą z piołunu i solanek, gdzieniegdzie przebarwionych czerwonymi maźnięciami — łączkami dzikich tulipanów.

Kwiaty te wywoływały u Haladdina dwojakie uczucia. O ile każdy pojedynczy tulipan był piękny, o tyle nienaturalnie i złowieszczo wyglądały tworzone przez nie półakrowe dywany. Pewnie kolor ich zbyt dokładnie odtwarzał kolor krwi: jasnej, tętniczej — gdy były oświetlone słońcem, lub purpurowej, żylnej — gdy padał na nie, jak w tej chwili wieczorny cień. Piołun i tulipany — popiół i krew. Zresztą, w innym czasie i okolicznościach, pewnie miałby inne skojarzenia.

— Zostało jakieś półtorej mili. — Idący na czele Cerleg odwrócił się do towarzyszy i skinął w stronę plamy jaskrawej zieleni, wylewającej się na żółtą glinę przedgórza z ujścia szerokiej rozpadliny — Jak tam, baronie, usiądziemy na chwilę czy zaciśniemy zęby i przejdziemy jeszcze trochę, a wtedy już się rozłożymy na biwak, jak ludzie?

— Przestańcie się ze mną cackać — nieco rozdrażniony odpowiadał Gondorczyk. Stąpał już dość pewnie na ranną nogę, chociaż korzystał jeszcze z kul, i nawet nalegał, żeby pozwolono mu nieść część bagażu. — W ten sposób nigdy nie odzyskam formy.

— Pretensje kieruj do konsyliarza. Ja się na tym nie znam. Co nam medycyna zaleci?

— Trochę coli, rzecz jasna — prychnął Haladdin.

— A żeby cię!

Żart rzeczywiście miał wątpliwą wartość: na samo wspomnienie finału ich marszu, czy też lepiej powiedziawszy — galopu do ruin przy placówce robiło się niedobrze. Cola w rzeczywistości nie dodaje organizmowi żadnych nowych sił — po prostu mobilizuje istniejące w nim rezerwy. Podobnego typu mobilizacje zdarzają się samoistnie, na przykład gdy człowiek, ratując swe życie, robi skoki niemal na tuzin jardów, albo gołymi rękami wyciąga z ziemi kilkusetfuntowy kamień. Cola natomiast pozwala na dokonywanie takich wyczynów „na zamówienie”, po czym należy za to zapłacić: człowiek, który wyczerpał w potrzebnym momencie do cna swoje rezerwy, na półtorej doby staje się czymś w rodzaju galarety — i fizycznie i duchowo.

Właśnie to stało się z nimi tego ranka, gdy tylko Haladdin zdołał pospiesznie zacerować udo Tangorna. Baron wkrótce dostał dreszczy, gdyż na gorączkę spowodowaną zranieniem nałożyła się reakcja na opium. Potrzebował natychmiastowej pomocy, ale konsyliarz ze zwiadowcą w tym czasie wyglądali jak wyrzucone na brzeg meduzy; nie mogli nie tylko poruszyć ręką, ale nawet okiem. Cerleg zdołał podnieść się po jakichś dziesięciu godzinach, jednak mógł tylko napoić rannego resztkami elfickiego wina i okryć go wszystkimi posiadanymi płaszczami. Haladdin zaś odżył za późno, by zdusić chorobę barona w zarodku. Mimo, że udało się uniknąć posocznicy, to wokół rany rozwinęło się miejscowe zapalenie. Tangorn miał gorączkę, stracił przytomność i, co było najgorsze, zaczął majaczyć. Dokoła w tym czasie bez ustanku szwendali się żołnierze — tyły ruin służyły im za wychodek — tak więc kapral zupełnie już poważnie rozważał, czy nie będą musieli wykończyć barona, by ten nie wykończył ich swym mamrotaniem…

Tej ostateczności, chwała Jedynemu, udało się uniknąć — drugiego dnia leczenia elfickie medykamenty zadziałały i rana zaczęła się zabliźniać. Na tym jednak nie skończyły się ich przygody. Okazało się, że w jednej z przylegających izb najemnicy z posterunku w tajemnicy przed kadrą zainstalowali ogromny kocioł z araką, miejscową gorzałą pędzoną z manny, i po zapadnięciu zmroku spełzali się tu, by łyknąć po szklaneczce. Do żołnierzy ukrywająca się trójca niemal się przyzwyczaiła — wystarczyło siedzieć w takich chwilach cicho, jak mysz pod miotłą. Ich schronienie zresztą znakomicie było odizolowane od pozostałych części ruin. Haladdin jednakże, malowniczo wyobrażał sobie, jak jakiś gorliwy dyżurny oficer zrobi kipisz na okoliczność źródełka żywej wody i nagle wsunie nochal do ich norki: „Ta-a-ak… A wy trzej, to z jakiego plutonu? Bacz-ność!!! Pijanice przeklęte… Gdzie macie mundury, wisielec?!” Kiepsko to się może skończyć…

Ale, mimo że siedzenie w ruinach nie było specjalnie bezpieczne, to opuszczenie ich byłoby zupełnym szaleństwem: konne i piesze oddziały Wastaków oraz elfów wciąż przeczesywały pustynię, nie pomijając nawet świeżych śladów wielkouchego lisa. A tymczasem zwaliło się na nich nowe zagrożenie: trudna sytuacja z wodą. Zbyt wiele zużyli na rannego, a odnowienie zapasu okazało się zupełnie niewykonalne, ponieważ przy garnizonowym wodopoju w dzień i w nocy przebywały tłumy. Po pięciu dniach sytuacja stała się krytyczna — pół pinta na trzech. Baron przypomniał sobie swoją teshgolską przygodę i ponuro zauważył, że wygląda na to, iż zamienił szydło na mydło. Co za podłość losu, myślał Haladdin, po raz pierwszy od trzech tygodni wędrówek po pustyni naprawdę doskwiera im brak wody i to wtedy, gdy znajdują się o sto jardów od studni.

Ratunek przyszedł nieoczekiwanie: szóstego dnia powiał samum — pierwszy w tym roku. Z południa nadciągnęła sięgająca nieba żółta kurtyna, przez co wydało im się, że pustynny horyzont zaczął zawijać się do wewnątrz, jak obszarpany skraj potwornej wielkości zwoju; niebo przybrało barwę popiołu, a na wygotowane do białości południowe słońce można było patrzeć jak na księżyc, bez mrużenia oczu. Następnie granica między niebem i ziemią zatarła się całkowicie, i dwie dyszące skwarem patelnie zetknęły się, wzbiwszy w powietrze miriady ziarenek piasku, a ich szalony tan trwał ponad trzy dni. Cerleg, lepiej od innych wyobrażający sobie, co to znaczy samum i z całego serca modlił się do Jedynego za dusze wszystkich tych, których burza dopadła poza domem — nawet wrogowi nie należy życzyć tak straszliwego losu. Zresztą, co do wrogów, Jedyny wyraźnie wysłuchał wstawiennictwa orokuena zaledwie jednym uchem, gdyż dowiedzieli się później z rozmów żołnierzy, że kilka oddziałów — w sumie ze dwudziestu ludzi — nie zdążyło wrócić do bazy i na pewno zginęło. Nie miały już sensu dalsze poszukiwania Eloara — nawet trup został pogrzebany… Pod wieczór Cerleg owinął się elfickim płaszczem z kapturem i, pod przykryciem duszącej piaszczystej chmury, przedostał się do studni na dziedzińcu. I gdy kilka minut później Tangorn, unosząc mokrą jeszcze manierkę, wygłosił toast: „Za demony pustyni”, zwiadowca pokręcił niepewnie głową, ale nie oponował.

Porzucili swe ukrycie ostatniej nocy samumu, gdy ten już wyczerpał swe siły i baraszkował tylko po pustyni w postaci nadziemnych, znakomicie zacierających ślady wiaterków. Zwiadowca poprowadził ich na wschód, do Houtijn-Hotgor; liczył na spotkanie w przedgórzu koczowników-orokuenów, którzy zazwyczaj spędzali tam bydło na wiosenne pastwiska. Zamierzał tam trochę odpocząć i odkarmić się u kogoś ze swych niezliczonych krewniaków. Po drodze skręcili na miejsce postoju Eloara i wydobyli zakopane wcześniej przez Cerlega trofea. Zwiadowca na wszelki wypadek sprawdził cialo elfa pod warstwą piasku — już się niemal zmumifikowało. Zdziwił się przy tym: ciał elfów nigdy ruszają ani padlinożercy, ani nawet mogilne czerwie. Zatrute, czy jak?

Marsz w stronę gór rozpoczęli o świcie: poruszanie się w dzień związane było z ogromnym ryzykiem, ale musieli wykorzystać ten krótki czas, kiedy można było iść, nie przejmując się zacieraniem po sobie śladów. Pod koniec drugiego dnia wędrówki ich mały oddział dotarł do płaskowyżu, ale jak na razie żadnych koczowisk Cerleg nie widział, i zaczynało go to poważnie niepokoić.

Rozpadlina, w której stanęli na popas, była zielona. Zamieszkiwał ją strumyk, mały, ale gościnny. Jak się wydawało, stęsknił się za towarzystwem w samotności i teraz pospiesznie opowiadał swym gościom wszystkie nowiny tego mikroskopijnego światka — o tym, że wiosna tego roku się spóźnia, a błękitne irysy przy trzecim zakręcie koryta ciągle jeszcze nie mogą zakwitnąć, ale za to wczoraj odwiedziły go znajome dzereny, stary kozioł z parą kózek… — i tej cichej melodyjnej paplaniny można było słuchać w nieskończoność. Tylko ten, kto spędzał na pustyni tydzień po tygodniu, nie widząc niczego prócz gorzko-słonej mazi na dnie owczych wodopojów i skąpych kropel pozbawionego smaku destylatu z tsandojów, może pojąć, co znaczy zanurzyć twarz w żywej, bieżącej wodzie. To jest porównywalne tylko do tego uczucia, z jakim przytulasz się do ukochanej po długiej rozłące. Nie darmo ośrodkiem Raju mieszkańców pustyń jest nie jakaś pompatyczna, pozbawiona smaku budowla jak kryształowa Komnata Rozkoszy, a małe jeziorko pod wodospadem.

Potem popijali mocną, niemal czarną herbatę, ceremonialnie przekazując sobie jedyną wyszczerbioną piałę, nie wiadomo jakim cudem zachowaną przez kaprala podczas wszystkich tych perturbacji, „Prawdziwa khandyjska, żeby to było dla wszystkich jasne” — mówił. Teraz Cerleg bez pośpiechu tłumaczył baronowi, że zielona herbata ma niewiarygodne zalety, natomiast stawianie problemu: lepsza jest zielona, czy czarna podobne jest do głupiego pytania „Kogo bardziej kochasz, tatusia czy mamusię?” Każda jest dobra w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Na przykład, w południowy upał… A Haladdin słuchał tego jednym uchem, jak nocnego mamrotania strumyka za wielkimi głazami, przeżywając zadziwiające chwile cichego szczęścia, jakiegoś… rodzinnego?

Ognisko, w którym szybko spalały się suche korzenie z solanek — a tymi korzeniami było niemal całkowicie pokryte przeciwległe zbocze — jasno oświetlało jego druhów; rzeźbiony profil Gondorczyka był zwrócony ku okrągłemu obliczu orokuena, podobnego do flegmatycznego wschodniego bożka. I nagle Haladdin z przeraźliwą wyrazistością zrozumiał, że ich dziwny sojusz niedługo się skończy: jutro, może pojutrze ich drogi rozejdą się, zapewne na zawsze. Baron, gdy tylko do końca zagoi się jego rana, ruszy w kierunku przełęczy Kirith Ungol — postanowił przedostać się do Ithilien, do księcia Faramira, a oni z kapralem muszą zdecydować, co będą robić dalej.

Dziwne, ale po tej dość długiej, najeżonej śmiertelnymi niebezpieczeństwami drodze, nadal nic nie wiedzieli o baronie, o jego poprzednim życiu. „Czy pan jest żonaty, baronie?” „To złożony problem, nie da się odpowiedzieć jednym słowem…” „A gdzie mieści się pana dom rodzinny, baronie?” „Sądzę, że to już nie jest istotne, ponieważ na pewno został skonfiskowany na rzecz skarbu…” Tym niemniej z każdym dniem Haladdin coraz bardziej szanował, żeby nie powiedzieć — kochał, tego ironicznego, nierozmownego człowieka. Obserwując barona, chyba po raz pierwszy w życiu zrozumiał sens wyrażenia „wrodzone szlachectwo”. Poza tym, dawała się wyczuć w Tangornie taka dość dziwna jak na arystokratę cecha, jak niezawodność — niezawodność innego typu, „iż ta, na przykład, właściwa Cerlegowi, ale całkowicie przy tym nie podlegająca wątpliwości.

Haladdin, sam będąc wychodźcą z trzeciej warstwy, do arystokracji miał stosunek wybitnie chłodny. Nigdy nie potrafił zrozumiec, jak można się chwalić nie konkretnymi działaniami swoich przodków — w pracy czy na wojnie — a tylko długością szeregu genealogicznego. Szczególnie, że niemal wszyscy ci „szlachetni rycerze” byli, jeśli nazywać rzeczy po imieniu, zwyczajnie szczęśliwymi i bezlitosnymi rozbójnikami z gościńców, a ich rzemiosłem było zabijanie, powołaniem zaś — zdrada. Prócz tego, doktor od dziecka gardził próżniakami. Ale podświadomie wyczuwał, że jeśli wyekstrahuje się z tego świata rozwiązłą i bezużyteczną arystokrację, to świat nieodwracalnie utraci część swych barw; najpewniej stanie się sprawiedliwszy, może czystszy, jednak na pewno nudniejszy, a już tylko to jedno coś niecoś jest warte! W końcu sam należy do bractwa znacznie bardziej zamkniętego, niż każda hierarchia krwi: jego ramienia niegdyś dotknął mieczem — to wiedział Haladdin na pewno! — ktoś potężniejszy od monarchy Odrodzonego Królestwa, czy khandyjskiego kalifa. Dziwne, ale mało kto uświadamia sobie, do jakiego stopnia antydemokratyczne są w swej istocie nauka i sztuka…

Rozmyślania jego przerwał kapral, który zaproponował grę w „marynarza”, by roztrzygnąć, kto pierwszy stanie na warcie. Piętnaście stóp nad ich głowami, jak ogromny puszek przepłynęła sowa-śpioszka, przypominając swymi smutnymi skargami „Śpimy! Śpimy! Śpimy!” — że grzeczne dzieci dawno już powinny zaliczyć nocniczek i kłaść się do łóżka.

— Kładźcie się, chłopcy — zaproponował Haladdin — a ja i tak przy ognisku chciałem posiedzieć.

Tak naprawdę, to cały dzisiejszy ich dzień — ognisko (niech nawet dobrze zamaskowane) i czasowy brak wartownika — byt całkowitym lekceważeniem podstaw bezpieczeństwa. Cerleg jednak uważał, że ryzyko jest, w gruncie rzeczy niewielkie — poszukiwania Eloara zostały zakończone, a w zwykłych warunkach elfickie patrole od szlaków nie odbijają. No i w końcu, on i jego towarzysze muszą co jakiś czas się wyluzować: stałe napięcie może ostatecznie „wyjść bokiem”.

Ognisko tymczasem ściemniało i dopaliło się do cna — korzenie nie dają węgla, lecz od razu stają się popiołem — i Haladdin, wsunąwszy Cerlegową, prawdziwą khandyjską piałę do kociołka z resztką esencji, zszedł do strumyka, żeby opłukać naczynia. Już Dostawił na nabrzeżnym żwirze czysty kociołek i ogrzewał oddechem zdrętwiałe od lodowatej wody palce, gdy po otaczających go głazach przemknęły szybkie błyski — ognisko za jego palcami rozpalało się ponownie. „Kto tam nie może zasnąć? — zdziwił się. — Jakoś nic pod światło nie widać…” Czarna na tle ognia sylwetka znieruchomiała, wyciągnąwszy ręce ku szybko wydłużającym się jęzorom ognia. Świetlny krąg nagle poszerzył swe włości, wyłoniły się z mroku worki z bagażami, oparte o kamienie kule Tangorna i sylwetki obu śpiących, którzy… „Jak to — o b u?! To kto jest przy ognisku?!” W tej samej chwili do konsyliarza dotarło jeszcze coś, a mianowicie to, że ruszając w swój dwudziestojardowy kurs do strumyka, nie wziął ze sobą broni. Żadnej. A przez to, tak należy sądzić, zabił swych śpiących towarzyszy.

Tymczasem siedzący przy ognisku niespiesznie odwrócił się w stronę pechowego wartownika i wykonał władczy, zapraszający gest. Jasne jak słońce — gdyby tylko chciał cała trójka już dawno byłaby w gronie nieboszczyków. W jakimś odrętwieniu Haladdin wrócił do ogniska i usiadł naprzeciwko przybysza w ciemnym płaszczu i nagle zachłysnął się powietrzem, jak po wymierzonym ciosie w splot słoneczny: cień nisko nasuniętego kaptura krył pustkę, z której patrzyła na niego uważnie para matowych, purpurowych węgielków. Siedział przed nim Nazgul.

15

Nazgule. Starożytna magiczna kapituła, działalność której od dawna otoczona była ponurymi opowieściami. Czarne widma, wchodzące jakoby do wyższych sfer władzy Mordoru. Przypisywano im takie cuda, że nie uwierzyłby żaden poważny człowiek. Więc Haladdin nie wierzył, a teraz Nazgul przybył po jego duszę… Wymówiwszy te słowa w myślach — „przybył po jego duszę” — omal nie przygryzł sobie języka. Będąc sceptykiem i racjonalistą, zawsze wiedział, że istnieją rzeczy, których nie należy dotykać, jeśli chce się zachować wszystkie palce… I nagle usłyszał głos — cichy i głuchy, z trudno uchwytnym akcentem, przy czym dźwięk, jak się wydawało, nie dobiegał z mroku pod kapturem, a skądś z boku… a może z góry?

— Boisz się mnie, Haladdinie?

— Jakby to powiedzieć…

— Powiedz wprost: „Boję się”. Widzi pan, mogłem przybrać jakąś… eee… bardziej neutralną postać, ale zostało mi zbyt mało mocy. Tak więc będzie pan musiał pocierpieć. To nie potrwa długo. Chociaż, dla kogoś niezwyczajnego, może to być trochę straszne…

— Dziękuję — ze złością odpowiedział Haladdin, czując, że jego strach nagle wyparował bez reszty. — Nawiasem mówiąc, nie zaszkodziłoby, gdyby pan się przedstawił, bo pan mnie zna, a ja pana nie. — Pan mnie, jak sądzę, też zna, choć zaocznie. Jestem Sharha-Rana, do usług. — Skraj kaptura nieco pochylił się w lekkim ukłonie. — Dokładniej mówiąc: byłem Sharhą-Raną wcześniej, w poprzednim życiu.

— Można zwariować. — Teraz Haladdin zupełnie już nie wątpił że śni i starał się zachowywać odpowiednio do marzeń sennych. — Osobista rozmowa z samym Sharhą-Raną… Bez namysłu oddałbym za to pięć lat życia. Ale, ale, ma pan dość specyficzne słownictwo, jak na Wendotenijczyka, żyjącego ponad sto lat temu…

— To jest pana słownictwo nie moje. — Mógłby przysiąc, że ciemność pod kapturem na chwilę zgrupowała się w uśmiech. — Po prostu mówię pańskimi słowami. Mnie to nie sprawia trudności. Zresztą, jeśli jest to dla pana…

— Nie, nie, dlaczego… — Majaki, wierutne majaki! — A proszę mi powiedzieć, szlachetny Sharha-Rano, powiadają, że wszystkie Nazgule to królowie, którzy wcześniej…

— Są wśród nas również królowie. Tak samo jak książęta, szewcy, krawcy… no i cała reszta. A zdarzają się, jak pan widzi, matematycy.

— A czy to prawda, że pan po opublikowaniu Naturalnych podstaw niebieskiej mechaniki całkowicie poświęcił się kaznodziejstwu?

— To też miało miejsce, ale również i to zostało w poprzednim życiu.

— A odchodząc od tego poprzedniego życia, po prostu rozstał się pan ze swym struchlałym ciałem, posiadając w zamian nieograniczone możliwości i nieśmiertelność…

— Nie. Jesteśmy długowieczni, ale śmiertelni: jest nas rzeczywiście dziewięcioro — taka jest tradycja — ale Kapituła ciągle się odnawia. Co zaś do „nieograniczonych” możliwości… To przecież niewyobrażalnej wagi brzemię. Jesteśmy magiczną tarczą, wiek po wieku przykrywającą tę oazę Rozumu, w którym tak przytulnie rozsiadła się wasza lekkomyślna cywilizacja. A jest ona przecież całkowicie obca temu Światu, w którym i ja, i pan się urodziliśmy. Śródziemie walczy z tym obcym ciałem, uderzając weń z całą mocą swej magii. Gdy udaje się nam przyjąć uderzenie na siebie — tracimy ciało, i to po prostu boli. Ale jeśli popełniamy błąd i uderzenie dosięga waszego światka… Na to, co wtedy odczuwamy, nie ma nawet w ludzkim języku nazwy. Cały ból Świata, cały strach Świata, cała rozpacz Świata — oto zapłata za naszą pracę. Gdyby tylko pan wiedział, jak może boleć pustka… — Węgle pod kapturem jakby przyprószył popiół. — Jednym słowem: wątpię, czy warto zazdrościć nam naszych możliwości.

— Proszę wybaczyć — wymamrotał Haladdin. — Nikt z ludzi nawet nie podejrzewa… opowiada się jakieś niestworzone… Ja sam też myślałem, że jesteście fantomami, którym nic do naszego realnego świata.

— Wręcz przeciwnie. Ja na przykład dobrze znam pańskie prace…

— Nie, poważnie?!

— Oczywiście. Moje gratulacje: to, co pan zrobił dwa lata temu w dziedzinie badania włókien nerwowych, otworzy nową epokę w fizjologii. Nie jestem pewien, czy trafi pan do szkolnych podręczników, ale do uniwersyteckich — gwarantuję… Jeśli tylko, w świetle ostatnich wydarzeń w tym Świecie, w ogóle będą istniały szkolne podręczniki i uniwersytety.

— Ta-ak? — przeciągnął nieco zdziwiony Haladdin. Co tam gadać — taka ocena w ustach Sharha-Rany, jeśli to naprawdę jest Sharha-Rana, była przyjemna. Może „przyjemna” to niezbyt właściwe słowo, ale wielki matematyk chyba kiepsko się wyznaje w obcej dla siebie dziedzinie. — Sądzę, że się pan myli. Rzeczywiście, osiągnąłem co nieco w dziedzinie mechanizmów działania trucizn i odtrutek, ale ta praca o włóknach nerwowych — to była po prostu przejściowa pasja… Kilka ciekawych eksperymentów, hipoteza, którą należy jeszcze weryfikować i weryfikować…

— Nigdy niczego nie mylę — zimno odciął Nazgul. — Ta niewielka publikacja to najlepsza pańska rzecz, największe życiowe osiągnięcie, w każdym razie ona uczyni pańskie nazwisko nieśmiertelnym. Mówię tak nie dlatego, że tak myślę, a dlatego, że to wiem. Posiadamy określone możliwości co do przewidywania przyszłości i rzadko z nich korzystamy.

— No tak, przecież pana powinna interesować przyszłość nauki… — W tym konkretnie przypadku interesowała mnie nie przyszłość nauki, a pan.

— Ja?

— Tak, pan. Ale niektóre aspekty i tak pozostały niejasne, dlatego więc przybyłem tu, żeby zadać panu kilka pytań. Niemal wszystkie będą… dość osobiste, proszę więc o jedno: niech pan odpowiada tak szczerze, jak pan może, ale proszę nie zmyślać… tym bardziej, że to nie ma sensu. I przy okazji — proszę nie kręcić głową we wszystkie strony! Dokoła waszego biwaku nie ma ani jednego człowieka w promieniu… — Nazgul chwilę się zastanawiał — …w promieniu dwudziestu trzech mil, a pana druhowie będą spali, póki my nie skończymy… No to jak? Zgadza się pan na rozmowę w takich warunkach?

— Jeśli dobrze zrozumiałem — krzywo uśmiechnął się zapytany — może pan otrzymać odpowiedzi i bez mojego udziału.

— Mogę — zgodził się gość. — Ale nie będę się do tego uciekał, w każdym razie nie w rozmowie z panem. Chodzi o to, że zamierzam złożyć panu pewną propozycję, więc musimy jakoś, minimalnie przynajmniej ufać sobie… Proszę posłuchać, pan zapewne sądzi, że przybyłem tu kupić pańską nieśmiertelną duszę? — Haladdin burknął coś w odpowiedzi. — Proszę o tym zapomnieć, to zupełna bzdura!

— Co jest bzdurą?

— Kupowanie dusz, ot co. Duszę, żeby pan wiedział, można otrzymać w prezencie, jako ofiarę, można nieodwołalnie stracić — to prawda, ale kupno i sprzedaż, to rzeczy zupełnie absurdalne. To jak w miłości, nie ma w niej miejsca na żadne „ty mnie, a ja tobie”, ponieważ w przeciwnym przypadku żadna to miłość… A i nie tak znowuż interesująca ta pańska dusza, jeśli mam być szczery.

— Proszę mi powiedzieć… — Śmieszne, ale poczuł się nieco dotknięty. — Co w takim razie pana interesuje?

— Po pierwsze, interesuje mnie dlaczego świetny uczony porzucił pracę, będącą dla niego nie środkiem zarobkowania, a sensem życia, i stał się lekarzem polowym w czynnej służbie.

— Może, na przykład, ciekaw był jak wygląda w praktyce mechanizm działania pewnych interesujących trucizn. Taki, wie pan, ogrom materiału ginie bez pożytku…

— To znaczy, że trafieni elfickimi strzałami żołnierze Armii Południe byli dla pana tylko doświadczalnymi królikami? Kłamstwo! Znam pana jak zły szeląg — poczynając od tych kretyńskich eksperymentów na sobie i kończąc na… Dlaczego chce pan wyglądać na większego cynika, niż to jest w rzeczywistości?

— Przecież medycyna w ogóle predestynuje do cynizmu, a już praktyczna medycyna wojskowa w szczególności. Powinien pan wiedzieć, że każdy nowicjusz przechodzi taki test… Oto przywieziono trzech rannych: perforowana rana w brzuch, ciężka rana uda — otwarte złamanie, utrata krwi, szok i cała reszta, i lekka rana ramienia. Operować można tylko po kolei. Od kogo zaczniesz? Wszyscy nowicjusze odpowiadają: „Wiadomo — od rany brzucha”. „A nieprawda” — odpowiada egzaminator. Póki będziesz się z nim bawił — a ten i tak umrze z dziewięćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem — u drugiego, tego z udem, zaczną się komplikacje, i w najlepszym przypadku straci on nogę, a najpewniej też kopnie w kalendarz. Tak więc należy zaczynać od najcięższego przypadku, ale od tego, który można jeszcze wyciągnąć — to znaczy od rannego w udo. A ranny w brzuch… Cóż, dać mu lek przeciwbólowy, a potem niech się wypowie Jedyny. Normalnemu człowiekowi może się to wydać szczytem cynizmu i nieczułości, ale na wojnie, gdy musisz wybrać między „źle” i „bardzo źle”, tylko tak można postępować. To, wie pan, w Barad-Dur przy herbatce z konfiturami można było sobie tak gadać o bezcennym ludzkim życiu.

— Coś nie pasują do siebie poszczególne kawałki pana opowieści. Jeśli działa pan w trybie klinicznej celowości, to po jakie licho taszczył pan na sobie barona, ryzykując cały oddział, zamiast wykonać „cios łaski”?

— Nie widzę tu żadnej sprzeczności. Nawet ślepy to widzi. Towarzyszy należy ratować aż do końca, choćby się miało zaszkodzić samemu sobie: dziś ty jego, jutro — on ciebie. A co do „ciosu łaski” — proszę się nie niepokoić: w razie potrzeby wykonalibyśmy go w zawodowy sposób… Kiedyś wszystko było lepsze, inne. O rozpoczęciu wojny powiadamiano wcześniej, wieśniaków w ogóle te rzeczy nie dotyczyły, a ranni mogli po prostu poddać się i pójść do niewoli. Nie przyszło nam jednak żyć w tych idyllicznych czasach — cóż na to poradzimy? Ale niech któraś z tych oranżeryjnych postaci ciśnie w nas kamieniem…

— Ładnie pan się wyraża, panie konsyliarzu wojskowy, ale pewnie wykonanie „ciosu łaski” pozostawiłby pan kapralowi. Czy nie? No dobrze, jeszcze jedno pytanie — wciąż co do tej celowości. Nie przyszło panu do głowy, że jeden z czołowych fizjologów, siedząc w Barad-Dur i profesjonalnie badając odtrutki, uratuje znacznie więcej ludzi, niż pułkowy konsyliarz zaklasyfikowany jako felczer?

— Oczywiście, że przychodziło. Ale po prostu zdarzają się takie sytuacje, kiedy człowiek, żeby nie stracić szacunku dla samego siebie, musi popełnić wyraźne głupstwo.

— Nawet jeśli ów szacunek dla siebie kupuje się za cenę obcego życia?

— N-nie wiem… W końcu Jedyny może mieć swoje zdanie na ten temat…

— To znaczy, że decyzję podejmuje pan, a odpowiada za nią Jedyny? Sprytnie wymyślone! A przecież pan to samo mówił Kumajowi, niemal tymi samymi słowami, co i ja. Pamięta pan? Wtedy oczywiście, wszystkie nasze argumenty przepadły: jeśli troll coś sobie wbije do głowy — żegnaj, rozumie. „Nie mamy prawa stać z boku, kiedy ważą się losy ojczyzny” — i oto wspaniały mechanik staje się inżynierem drugiego stopnia. Zaiste bezcenny nabytek dla Armii Południe! A panu zaczyna się wydawać, że Sonia patrzy na pana jakoś nie tak: jakże to, brat walczy na froncie, a narzeczony tymczasem patroszy króliki na Uniwersytecie. A wtedy pan nie wymyślił nic mądrzejszego, jak pójść w ślady Kumaja. Głupota, jak powiadają, jest zaraźliwa. Tak więc dziewczyna zostanie i bez brata, i bez narzeczonego. Mam rację?

Haladdin jakiś czas nie odrywał wzroku od języków płomienia, pląsających nad popiołem — dziwne, ognisko płonie i płonie, a przecież Nazgul nic do niego nie dorzucał. Miał poczucie, jakby Sharha-Rana naprawdę przyłapał go na czymś niegodnym. Co jest, do diabła?!

— Jednym słowem, panie doktorze, w głowie ma pan, przepraszam za wyrażenie, gęstą kaszę. Decyzje podejmować pan potrafi, ale żadnej logicznej konstrukcji nie doprowadza do końca zjeżdża pan na emocje. Zresztą, w naszym przypadku to nawet, w pewnym sensie, dobrze…

— Co, mianowicie, dobrze?

— Widzi pan, decydując się przyjąć moją propozycję, podejmie pan walkę z przeciwnikiem, który jest nieskończenie silniejszy od pana. Jednakże pańskie działania są jakże często całkowicie irracjonalne, tak więc przewidzieć je będzie mu strasznie trudno. Oto w czym, być może, zasadza się nasza jedyna nadzieja.

16

— Ciekawe — rzucił Haladdin po krótkim namyśle. — Proszę mówić. Co to za propozycja, jestem zaintrygowany.

— Proszę poczekać, nie tak od razu. Najpierw muszę pana powiadomić, że pańska Sonia jest cała i zdrowa. Nawet względnie bezpieczna… Jednym słowem — może pan wyjechać z nią do Umbaru lub do Khandu. I tam kontynuować swoje badania. A w końcu właśnie nagromadzenie i zachowanie wiedzy…

— Może już dość, co?! — skrzywił się Haladdin. — Nigdzie się stąd nie wybieram… przecież to pan chciał usłyszeć, prawda?

— Prawda — skinął głową Sharha-Rana. — Ale człowiek powinien mieć wybór, a dla ludzi pańskiego pokroju to po trzykroć ważne.

— Właśnie, właśnie! Żeby pan mógł potem rozłożyć ręce i oświadczyć: „Przecież sam wlazłeś w to bagno, chłopie. Nikt cię tam drzewcem halabardy nie popychał!” A jeśli ja w tej chwili powiem, żebyście mnie pocałowali z wszystkimi waszymi sprawami, i skoczę sobie do Umbaru, to co wtedy?

— Nie skoczy pan! Proszę nie myśleć, Haladdinie, że podpuszczam pana: tu będzie ogromnie dużo pracy, ciężkiej i śmiertelnie niebezpiecznej, tak więc będziemy potrzebowali każdego: żołnierza, mechanika, poety…

— A oni niby po co?

— „Oni” będą potrzebni kto wie, czy nie bardziej od innych. Musimy przecież ratować wszystko, co jeszcze można uratować na tej ziemi, ale przede wszystkim pamięć o tym, kim jesteśmy i kim byliśmy. Powinniśmy zachować ją, jak węgle pod popiołem — w katakumbach, w diasporze… A tu bez poetów nie można się obyć.

— Więc mam uczestniczyć w waszych „operacjach ratunkowych” ?

— Pan — nie. Muszę panu zdradzić smutną tajemnicę: cała nasza dzisiejsza działalność w Mordorze w gruncie rzeczy niczego już nie może zmienić. Przegraliśmy najważniejszą bitwę w historii Ardy — magia Białej Rady i elfów pokonała magię Nazguli i teraz kiełki rozumu i postępu, pozbawione naszej opieki, będą bezlitośnie wydarte z żyznego gruntu Sródziemia. Magiczne moce przebudują ten Świat według swego gustu i nie będzie w nim już miejsca na technologiczne cywilizacje, podobne do mordorskiej. Trójwymiarowa spirala Historii straci pionową składową i opadnie w zamknięty cykl: miną wieki i tysiąclecia, ale zmieniać się będą tylko imiona królów i nazwy wygranych przez nich bitew. A ludzie… ludzie na zawsze zostaną żałosnymi, skażonymi istotami, którym nie wolno unieść spojrzenia na Władców Świata, elfów: przecież tylko w zmieniającym się świecie śmiertelny może zmienić swe przekleństwo w błogosławieństwo i, doskonaląc się w łańcuchu pokoleń, wzbić się ponad nieśmiertelnych… Miną dwa, może trzy dziesięciolecia, i elfy zmienią Sródziemie w wystrzyżony i wypielęgnowany trawnik, a ludzi w zabawne domowe zwierzątka. Odbiorą im zupełny drobiazg — prawo do Aktu Tworzenia, a w zamian dadzą ogrom prostych i niewybrednych uciech. Zresztą, zapewniam pana, Haladdinie — wielu pójdzie na tę wymianę bez żadnego poczucia krzywdy.

— Ta większość mnie nie rusza — niech się sama martwi o siebie. Ale wynika z tego, że naszym największym wrogiem nie są Gondorczycy, a elfy?

— Gondorczycy są dokładnie takimi samymi ofiarami jak wy, i nie ma co o nich w ogóle mówić. Na dobrą sprawę, to i elfy nie są wrogami w zwyczajnym tego stówa znaczeniu. Czy można nazwać człowieka wrogiem jelenia? Zgoda, poluje na niego — też mi wielka rzecz, przecież w końcu również chroni. Z drugiej strony — człowiek opiewa moc starego samca, omdlewa na widok aksamitnych oczu sarenki, karmi z dłoni osieroconego jelonka. Tak więc dzisiejsze okrucieństwo elfów — rzecz tymczasowa, w pewnym sensie, ale konieczna. Gdy Świat dojdzie do stanu niezmiennego, na pewno nie będą działały tak ostro. Ostatecznie zdolność do Aktu Tworzenia to bezapelacyjne odchylenie od normy, i takich ludzi można będzie leczyć, a nie zabijać, jak to się dzieje dziś. Zapewne też nie będą się tym nieśmiertelni zajmowali sami — znajdą się swoi, miejscowi… Już się wielu znalazło… Trzeba dodać, że ten elficki świat będzie całkiem niegłupi: stojący staw, jasna sprawa — w sensie estetycznym przegrywa ze strumieniem, ale kwitnące na jego powierzchni grzybienie są naprawdę przepiękne…

— Jasne. A jak można przeszkodzić w utworzeniu z całego naszego Sródziemia tego… bagna z zachwycającymi grzybieniami?

— Zaraz wszystko wyjaśnię, tylko zacząć muszę od początku, jakby dokoła. Szkoda, że nie jest pan matematykiem — byłoby łatwiej… Gdyby pan czegoś nie rozumiał proszę od razu pytać, dobrze? Tak więc, każdy z mieszkańców zasiedlonych Światów łączy w sobie dwie składowe. W rzeczywistości mowa jest o dwóch różnych światach — mają one własne prawa, ale współistnieją w jednej powłoce. Przyjęto mówić o nich: światy „fizyczny” i „magiczny”, chociaż nazwy te są umowne: magiczny świat jest zupełnie obiektywny, i w tym sensie fizyczny, a fizyczny ma szereg właściwości niespotykanych w fizyce, przez co można je uważać za magiczne. W przypadku Ardy są to odpowiednio, Sródziemie i Błogosławione Królestwo z zasiedlającymi je rozumnymi rasami — ludźmi i elfami. Światy te są względem siebie równoległe, a granica między nimi jest postrzegana przez ich mieszkańców nie jako rubież przestrzenna, a czasowa: każdy świetnie wie, że nie ma teraz czarodziejów, a smoki i gobliny już nie istnieją. Jednak pradziadowie jego, niewątpliwie całe to bractwo znali. I tak z pokolenia na pokolenie. To nie jest jakiś wymysł, jak sądzi wielu, a zupełnie obiektywna konsekwencja dwuskładnikowej struktury zasiedlonych Światów. Mogę panu zademonstrować odpowiednie modele matematyczne, ale i tak pan tego nie pojmie. Na razie rozumie mnie pan?

— Całkowicie.

— Idźmy dalej. Z nieznanego powodu — może pan to uważać za dziwny kaprys Jedynego — w naszej Ardzie — i tylko w niej! — powstała bezpośrednia łączność między światami fizycznym i magicznym, która pozwala ich mieszkańcom oddziaływać na siebie w realnej czasoprzestrzeni. Inaczej mówiąc, strzelać do siebie z łuków. Ten międzyprzestrzenny „korytarz” istnieje dzięki oddziaływaniu tak zwanego Zwierciadła. Powstało ono niegdyś w świecie magicznym (właśnie „powstało”, a nie „zostało wykonane”!) wraz z siódemką Kamieni Jasnowidzenia — palantirów i nie może istnieć samodzielnie bez nich. Chodzi o to, że i Zwierciadło i palanriry są produktami rozdzielenia jednej substancji — Odwiecznego Ognia.

— Zaraz, palantir, to chyba system nadprzestrzennej łączności, czy nie tak?

— Można go wykorzystać również w ten sposób. Ale można też, na przykład, wbijać nim gwoździe… Chociaż nie — śliski jest i okrągły. Ale jako obciążnik na pewno by się nadał! Proszę zrozumieć — każdy z tych magicznych przedmiotów dysponuje wieloma właściwościami i zastosowaniami, ale dla przeważającej większości z nich w naszym świecie nie ma nawet nazw i określeń. Dlatego są wykorzystywane do, diabli wiedzą, czego: palantiry dla łączności na wielkie odległości, a Zwierciadło do prymitywnego przepowiadania przyszłości…

— Też mi „prymitywnego”!

— Zapewniam pana, że to naprawdę drobiazg z porównaniu z innymi jego możliwościami… Poza tym, Zwierciadło przecież nie rysuje obiektywnego obrazu przyszłości Ardy, a jej warianty — właśnie warianty! — indywidualnych losów tej osoby, która do niego zagląda. Czy panu, uczonemu — eksperymentatorowi, muszę mówić, że pomiarowy przyrząd wpływa bezpośrednio na wynik pomiaru — a tu przecież przyrządem jest nie byle co, a człowiek, istota obdarzona wolną wolą…

— No nie, cokolwiek pan powie… Przepowiadanie przyszłości… To robi wrażenie.

— Niechże pan da spokój z tym „przepowiadaniem przyszłości” — rzucił jakby skrzywiony z irytacji Sharha-Rana. — A zakłócenie zasady przyczynowości, nie robi na panu wrażenia?

— Cz-czego?

— Właśnie tego… Do zasady przyczynowości przejdziemy później. Na razie musi pan zapamiętać, że palantiry — ogólnie rzecz biorąc — kontrolują przestrzeń, a Zwierciadło — czas. Teraz idźmy dalej. Chodzi o to, że dwa światy Ardy są asymetryczne względem dowolnego parametru, tak więc „kanał” między nimi działa bardzo wybiórczo. Na przykład, mnóstwo magicznych istot czuje się tu jak w domu, a odwiedzić Błogosławione Królestwo — a i to na krótko — udało się niewielkiej liczbie ludzi. Właśnie oni są nazywani w Sródziemiu magami.

— A Nazgule to też magowie?

— Oczywiście. Tak więc tę asymetrię równoważyła pewna okoliczność. Jakkolwiek niewielkie są możliwości magów w tamtym, sąsiednim świecie, to stało się tak, że właśnie im udało się zagarnąć Zwierciadło z palantirami i przenieśli te rzeczy właśnie tu, do Sródziemia. W sumie: elfy mogą zasiedlić Śródziemie, podczas gdy ludzie nie mogą zasiedlić Błogosławionych Królestw, ale przy tym kontrola nad międzyświatowym „kanałem” pozostaje w rękach magów — przedstawicieli tutejszego świata. Kontakty są możliwe, ale jakakolwiek ekspansja — nie. Jak pan widzi, Jedyny stworzył wyjątkowo dobrze przemyślany system…

— Tak, na zasadzie „podwójnego klucza”.

— Ma pan całkowitą rację. Nie przewidział tylko jednego: część magów tak się zachwyciła Błogosławionym Królestwem, że postanowiła za wszelką cenę przykroić Śródziemie na jego obraz i podobieństwo. Zjednoczyli się w Białej Radzie. Inni — którzy sformowali potem Kapitułę Nazguli — byli kategorycznie przeciwko. Czyż można, będąc przy zdrowych zmysłach i sprawnej pamięci, burzyć własny świat, by zbudować na jego ruinach gorszą kopię obcego? Każda ze stron miała swoje racje, obie szczerze chciały uczynić ludzi Śródziemia bardziej szczęśliwymi…

— Wszystko jasne…

— No właśnie. Gdy między Białą Radą i Nazgulami zaczęła się walka o przyszłość Śródziemia, i jedni, i drudzy zaczęli szybko szukać naturalnych sojuszników. My zaczęliśmy pomagać dynamicznym cywilizacjom centralnego Śródziemia — przede wszystkim Mordorowi, w pewnym też stopniu Umbarowi i Khandowi, natomiast ostoją Białej Rady stały się tradycyjne społeczności Północy i Zachodu, no i — to jasne — Zaczarowane Lasy. Najpierw Biali byli przekonani o swoim zwycięstwie. Stało się jednak tak, że na początku wojny i Zwierciadło, i niemal wszystkie palantiry znajdowały się w ich rękach. Oni rzeczywiście otworzyli Śródziemie dla elfickiej ekspansji, by zmobilizować przeciwko Mordorowi wszystkie magiczne siły, zarówno miejscowe, jak i obce. Biali magowie nie przewidzieli jednego: nasza droga, droga Wolności i Wiedzy, okazała się tak atrakcyjna, że wielu ludzi — najlepszych ludzi Śródziemia — przybyło, by stać się magiczną tarczą dla cywilizacji mordorskiej. Jeden po drugim byli miażdżeni uderzeniami magii Zachodu, ale na ich miejsce przychodzili inni. Jednym słowem, za wasz spokój zapłacono wysoką cenę, Haladdinie. Najwyższą…

— Dlaczego my sami nic o tym nie wiemy?

— Bo to was nie powinno dotyczyć. Opowiadam to teraz tylko w jednym celu: przystępując do walki, proszę pamiętać, że walczy pan także i za nich… Ale to poetycka aluzja… Krótko mówiąc, układ był bardzo dla nas niedobry, ale potrafiliśmy za cenę wielu ofiar obronić cywilizację mordorską, a ta wyszła z niemowlęctwa. Jeszcze jakieś pięćdziesiąt, siedemdziesiąt lat i skończyłaby się u was rewolucja techniczna, a wtedy nie balibyście się już nawet diabła. Od tej chwili elfy, nikomu już nie wadząc, siedziałyby w swych Zaczarowanych Lasach, a reszta Śródziemia poszłaby waszą drogą. Wtedy, zrozumiawszy, że przegrywają rywalizację, magowie Białej Rady zdecydowali się na naprawdę straszliwy krok: wszczęli przeciwko Mordorowi wojnę na śmierć i życie, wciągnęli w nią bezpośrednio elfów, a jako zapłatę za sojusz przekazali im Zwierciadło.

— Przekazali Zwierciadło elfom?!

— Tak. To było najprawdziwsze szaleństwo. Przywódca Białej Rady, Saruman, który jest wystarczająco przewidującym człowiekiem, walczył z tym planem do ostatniej chwili, a gdy mimo to został on przyjęty, porzucił szeregi białych magów. Radzie zaczął przewodniczyć Gandalf — inicjator „Ostatecznego rozwiązania kwestii mordorskiej”.

— Zaraz, jaki Saruman? Czy to nie król Isengardu?

— On właśnie. Wszedł w czasowy sojusz z nami, ponieważ od razu zrozumiał, czym się skończą dla Śródziemia zabawy z mieszkańcami Zaczarowanych Lasów. Już dawno temu ostrzegał Białą Radę: „Wykorzystanie elfów w naszej walce z Mordorem to to samo, co podpalić dom, chcąc się pozbyć karaluchów…” Tak się, niestety, stało. Mordor leży w gruzach, a Zwierciadło znajduje się w Lorien, w rękach elfickiej Władczyni Galadrieli. Jeszcze trochę i elfy zmiotą Białą Radę, jak okruchy z obrusa, i będą rządzić całym Sródziemiem według swego „widzimisię”. Pamięta pan, jak mówiłem o zasadzie przyczynowości? Tak więc, najważniejsze, co odróżnia magiczny świat od naszego to to, że tam ta zasada nie obowiązuje, a dokładniej mówiąc — jej działanie jest bardzo ograniczone. Gdy tylko elfy poznają właściwości swego Zwierciadła, co nie jest takie proste nawet dla nich, bo przecież wcześniej nie mieli z nim do czynienia, i zrozumieją, że daje im ono władzę również nad zasadą przyczynowości, natychmiast i na zawsze przekształcą nasz Świat w zaplute pobocze Błogosławionego Królestwa.

— Więc wygląda, że żadnego wyjścia nie ma? — cicho zapytał Haladdin.

— Jest jedno. Na razie jeszcze jest. Sródziemie można uratować tylko całkowicie odizolowując je od świata magicznego. W tym celu należy zniszczyć Zwierciadło Galadrieli.

— Czy my możemy to zrobić? — Pełen zwątpienia lekarz pokręcił głową.

— My — jeśli mówimy o Nazgulach — nie. Już nie. Ale wy — konsyliarzu polowy drugiego stopnia Haladdinie — możecie. Właśnie pan, i nikt inny — od wskazującej go ręki Sharha-Rany powiało nagle jakimś nieziemskim chłodem — zdolny jest podrzeć osnowę magicznej siły elfów i zachować ten Świat takim, jaki jest.

17

Nastała cisza. Oszołomiony Haladdin wpatrywał się w Nazgula, oczekując wyjaśnień.

— Tak jest, nie przesłyszał się pan, doktorze. Niech pan zrozumie, aktualnie w Mordorze wielu wspaniałych ludzi, również pańska Sonia, działają w naszej wspólnej sprawie. Walczą w partyzantce, ukrywają w bezpiecznych miejscach dzieci, tworzą tajne przechowalnie wiedzy… W każdej sekundzie nadstawiają karku w ruinach Barad-Dur, nurzają się w rzygowinach okupacyjnej administracji, umierają podczas tortur. Robią wszystko, co w ludzkiej mocy, nie myśląc o sobie i nie oczekując niczyjej wdzięczności. Ale od pana — rozumie pan, Haladdinie — od pana jednego zależy, czym ostatecznie będą te ofiary: zapłatą za przyszłe zwycięstwo, czy po prostu przedłużeniem agonii. Rad bym uwolnić pana od tego straszliwego ciężaru, ale nie mogę. To pana przeznaczenie. Tak wypadło…

— Ależ nie, to po prostu jakaś pomyłka! — Haladdin pokręcił głową. — Coś tam nakręciliście… Przecież mówi pan: „złamać magię elfów”, a ja nie mam zielonego pojęcia o magii, zupełnie żadnego! Nie miałem nigdy żadnych magicznych zdolności… Nie potrafiłem nawet wykonać takiego drobiazgu jak znalezienie ukrytego przedmiotu za pomocą różdżki.

— Nawet pan nie podejrzewa jak bliski jest sedna sprawy! Taki całkowity brak magicznych zdolności, jak w pańskim przypadku to rzecz niezmiernie rzadka, niemal niemożliwa. Proszę zrozumieć: przyroda pozbawiła was strzał i miecza, ale wyposażyła w zamian we wspaniałą tarczę: człowiek, całkowicie pozbawiony magicznych zdolności, sam jest absolutnie odporny na obce magiczne oddziaływania. Elfy teraz stały się tak mocne, że bez żadnych problemów zetrą na pyl każdego czarodzieja, ale z panem będą musiały grać według reguł świata racjonalnego — a tu atuty rozkładają się już bardziej równomiernie. No i do tego ta pańska skłonność do nieprzewidywalnych emocjonalnych decyzji. To też, między nami mówiąc, pewna trudność… Szczerze mówiąc, szansę na zwycięstwo są i tak niewielkie, ale w innych wariantach w ogóle ich nie ma.

— Ale proszę zrozumieć, że nie mogę podjąć się zadania, o którym nie mam żadnego pojęcia. — Haladdin był w rozpaczy. — Sam zginę — pal licho, ale przecież pogrzebię wysiłek tylu ludzi… Nie, nie mogę. Poza tym, co z Sonią? Przecież powiedział pan, że jest bezpieczna i możemy wyjechać do Umbaru. A teraz dowiaduję się, że pracuje dla was. No to, jak jest?

— Co do Soni, to proszę się nie martwić — to zuch dziewczyna. Widziałem ją w Barad-Dur. Miasto płonęło przez kilka dni z rzędu, ci z zachodu też nie mogli do niego wejść. W piwnicach było pełno ludzi — dzieci, ranni… A ona zajmowała się właśnie wyszukiwaniem ludzi w ruinach i dokonywała czasem rzeczy zupełnie niewiarygodnych. Pan też musi znać ten jej dar — całkowity brak lęku o własne życie. Kobiety w ogóle częściej niż mężczyźni posiadają tę właściwość, nie sądzi pan? Proszę zrozumieć, człowiekowi, który niczego się nie boi, nic nie może się stać — zasłużenie w tym oddziale sanitarnym uważano ją za talizman. To jest prawdziwa stara magia, a nie jakieś tanie zaklęcia, proszę uwierzyć słowu zawodowca. Teraz Sonia jest w jednej z naszych kryjówek w Górach Popielnych — trzydzieści sześć dzieciaków z Barad-Dur i „mama Sonia”. Tam jest naprawdę bezpiecznie…

— Dzięki.

— Nie ma za co, po prostu jest we właściwym miejscu… Niech pan posłucha, Haladdinie, ja, jak mi się wydaje, całkowicie zastraszyłem pana tym patetycznym przemówieniem. Proszę nie mieć takiej pogrzebowej miny! Niech pan przywoła na pomoc swój zdrowy cynizm i popatrzy na tę historię jak na czysto naukowy, teoretyczny problem. Takie, wie pan, ćwiczenie umysłowe ułożenie łamigłówki.

— Panu, jak mi się wydaje — odparł Haladdin z pochmurną miną — powinno być wiadome, że uczony i palcem nie kiwnie, jeśli nie ma pewności, że w jego ręku są wszystkie kawałki łamigłówki, a jej ułożenie jest w ogóle możliwe. Nauka nie zajmuje się szukaniem czarnego kota w ciemnym pokoju, w którym nigdy kota nie było. To domena filozofów…

— Co do tego mogę pana uspokoić: w tym ciemnym pokoju czarny kot jest, to gwarantuję. Problem tylko w tym, żeby go schwytać. Tak więc — zadanie. Dane: wielki gabarytowo magiczny kryształ, umownie nazywany Zwierciadłem, znajdujący się w samym sercu Złotego Lasu, w Lorien, w posiadaniu elfickiej Władczyni Galadrieli. Należy zniszczyć wspomniany kryształ. Spróbujemy?

— Parametry kryształu? — Bez szczególnej ochoty, ale włączył się jednak do zabawy Haladdin.

— Proszę pytać!

— N-no… Na początek, kształt, może wymiary, waga…

— Kształt — ziarno soczewicy. Wymiary — półtora jarda średnicy, stopa grubości. Waga — około dziesięciu cetnarów, jeden człowiek nie uniesie. Prócz tego pewnie będzie w jakiejś metalowej oprawie.

— Tak… No dobrze, a wytrzymałość?

— Absolutna. Taka sama jak palantirów.

— Jak mam to rozumieć — „absolutna”?

— Wprost — nie da się rozwalić.

— No to… No to jak, przepraszam, mam je… ?

— Tą wiedzą — głos Nazgula nagle nabrał twardości, rozległ się w nim metal oficerskiego tonu — pan już dysponuje. Proszę tylko wytężyć pamięć.

„Diabli nadali. Zwalił mi się na głowę… Może pogonić go stąd, co? Zaraz, zaraz… Co on mi powiedział o Zwierciadle i palantirach?”

— Zwierciadło i palantiry… powstały w wyniku podziału Odwiecznego Ognia… Żarem, pewnie on może je zniszczyć, czy tak?

— Brawo, Haladdinie! Właśnie tak i w żaden inny sposób.

— Zaraz, spokojnie, a skąd go wziąć, ten Odwieczny Ogień?

— Ma pan do dyspozycji całą Orodruinę.

— Żarty się pana trzymają? Gdzie Orodruina, a gdzie Lorien?

— Na tym właśnie — rozłożył ręce Sharha-Rana — polega pańskie zadanie.

— Hm… — pokręcił głową Haladdin. — Takie buty… Znaczy tak: przedostać się do elfickiej stolicy to raz — zagiął palec.

— Wykiwać tamtejszą królową to dwa, buchnąć jej medalionik o wadze dziesięciu cetnarów to trzy. Dowlec go do Orodruiny to już cztery… No, na to, że trzeba go jeszcze wepchnąć do Orodruiny, nie będziemy ustalali oddzielnego punktu… A na to wszystko mam czasu… eee?

— Trzy miesiące — suchym tonem rzucił Nazgul. — Dokładniej mówiąc — sto dni. Jeśli nie wyrobi się pan do pierwszego sierpnia, można zwijać siły: nic już nikomu nie będzie potrzebne.

Dla spokoju sumienia przez dłuższą chwilę naprawdę rozkładał w głowie ten szalony pasjans. Ale nie, gdzie tam — po czym, z widoczną ulgą, powiedział:

— Dobrze, Sharha-Rana, poddaję się. Niech pan poda rozwiązanie.

— Nie znam go — spokojnie odpowiedział Nozgul. I zwróciwszy ku gwiazdom to, co kiedyś było jego obliczem, wymamrotał z dziwnym smutkiem: — Jak ten czas leci. Już niecała godzina…

— J-jak to, nie zna pan? — w końcu wykrztusił Haladdin.

— Przecież pan powiedział, że rozwiązanie istnieje!

— Prawda. Rozwiązanie rzeczywiście istnieje, ale ja osobiście go nie znam. A nawet gdybym znał, to nie miałbym prawa go podać, gdyż to pogrzebałoby od razu cały ten pomysł. Według reguł gry powinien pan przejść tę drogę samodzielnie. To nie znaczy, że musi pan iść samotnie — w tym już pana głowa. Może pan otrzymywać techniczną pomoc innych ludzi, ale wszystkie decyzje muszą być własne. Ja ze swej strony, gotów jestem przekazać dowolne informacje, które mogą się przydać w misji — ale żadnych konkretnych podpowiedzi. Proszę wyobrazić sobie, że to nie ja stoję przed panem, a jakaś tam Encyklopedia Ardy. Ale jedno trzeba mieć na uwadze: ma pan do dyspozycji niecałą godzinę.

— Dowolne informacje? — Ciekawość wzięła górę na wszelkimi innymi odczuciami.

— Dowolne, byle nie magiczne informacje — sprecyzował Nazgul. — Wszystko, co tylko dusza zapragnie: o technologii produkcji mithrilu, o elfickich dynastiach, o Pierścieniu Wszechwładzy, o zakonspirowanej mordorskiej agenturze w Minas Tirith czy Umbarze… Proszę pytać, Haladdinie.

— Proszę poczekać! Pan powiedział — „byle nie magiczną”, a sam wspomniał o Pierścieniu Władzy. Jakże to?

— Pamięta pan — nieco rozdrażnionym tonem odezwał się Sharha-Rana — że zostało — znowu podniósł głowę do góry — jakieś pięćdziesiąt minut? Daję panu słowo honoru, że ta głupia historia, a nie było w niej nawet śladu magii, nie ma żadnego związku z pańską misją!

— A takie stwierdzenie, nawiasem mówiąc, jest już bezpośrednią podpowiedzią!

— Trafiony! Dobrze, niech pan słucha, skoro nie żal panu czasu. Pan decyduje, co jest ważne, a co nie.

Haladdin sam już pożałował, że zadał pytanie, ponieważ zrozumiał — wspomnienia te nie są specjalnie przyjemnie dla Sharha-Rany. Ten jednakże, już zaczął opowieść, i Haladdinowi znowu wydało się, że w mroku pod kapturem błądzi bezcielesny, sarkastyczny uśmieszek.

— Była to jedna z wielu naszych prób skłócenia Zachodnich sojuszników, z której, niestety, nic nie wyszło. Wykonaliśmy wspaniały pierścień, nad którym ślęczeli nasi najlepsi metalurdzy, rozpuściliśmy wieści, o tym, że daje on jakoby władzę nad całym Sródziemiem, i przerzuciliśmy go przez Anduinę. Mieliśmy nadzieję, że Rohirrimowie i Gondorczycy wezmą się za gardła z jego powodu… Tak się stało, rzeczywiście połknęli przynętę razem z żyłką i spławikiem. Ale Gandalf…! Gandalfod razu wyczuł, skąd wiatr wieje. Chcąc więc uratować koalicję od rozpadu, owinął sobie wszystkich wokół palca: pierwszy dotarł do Pierścienia, przejął go, ale nie chciał przechowywać czy ukrywać — spowodował tylko, że zaginął.

Schował go uczciwie. Nasz wywiad dwa lata męczył się, żeby wymacać trop. Okazało się, że Pierścień jest w Shire — to taka dziura na skraju północnego zachodu: rzeźbione okładziny okien, malwy przed domami i świnia w kałuży na środku głównej ulicy… No to, co mieliśmy zrobić? Ani Gondorczycy, ani Rohirrimowie do tego Shire'u nie zaglądali nigdy w życiu. Gdybyśmy wykradli Pierścień i ponownie dokonali przerzutu przez Anduinę — nasze uszy sterczałyby z tej historii na dobry sążeń, wszyscy wiedzieliby, kto się wtrącił. Wtedy zrodził się pomysł. Będziemy udawać, że też polujemy na ten Pierścień i wystraszymy jego właściciela. I postanowiliśmy, jak ostatni głupcy, że my sami, Nazgule, to zrobimy. A co to za problem — jedna noga tu, druga tam… No i, po durnemu wzięliśmy się do dzieła, a to była, delikatnie mówiąc, nie nasza kompetencja. Dyletant zostanie dyletantem, choćby miał sześć rozumów. Para prawdziwych zwiadowców sto razy lepiej by się z tym uwinęła niż my, niż cała nasza Kapituła…

W sumie Nazgul może przybierać dowolną postać, ale wtedy wyglądaliśmy jak ja teraz. Pan, człowiek wykształcony, też zbladł onegdaj, a co mieli tamci powiedzieć? Przecież to buraki… Krótko mówiąc, ubraliśmy się możliwie przerażająco,przejechaliśmy się po tamtej okolicy w pełnym rynsztunku, niemal wrzeszcząc na każdym rogu: „A gdzie tu mieszka taki to a taki, władca Pierścienia Władzy?

Dawać go tu!” Dobrze, że oni tam nie mają nie tylko kontrwywiadu, ale i policji! Fachowcy od razu by skapowali: „Hej, nie tak, chłopcy, coś nie tak. Gdy ktoś naprawdę szuka człowieka, to nie tak to robi!” Ale te wiejskie gamonie — posiadacz Pierścienia i jego kolesie — nie mieli rzecz jasna wątpliwości w nasze intencje. Tak więc, goniliśmy ich spokojnie na Wschód, lekko strasząc, żeby nie przesiadywali w oberżach.

A tymczasem nasi ludzie naprowadzili na nich gondorskiego księcia Boromira. Bo to dla niego, prawdę mówiąc, cała ta zabawa była wszczęta: on za Pierścień Władzy był gotów z kości własnego ojca klajster ugotować. I gdy książę dołączył do drużyny — a już i inni się dołączyli — pomyśleliśmy sobie, że już jest cacy, że nie musimy za nimi się szwendać i denerwować biedaków. Myśleliśmy: — Teraz nasz pierścionek do Minas Tirith dotrze w całości i w znakomitej kompanii”. Przekazaliśmy popędzanie drużyny oddziałowi orokuenów i zapomnieliśmy o sprawie. I zapłaciliśmy za to straszną cenę. Wyszli nasi na brzeg Anduiny, patrzą — pogrzebowa łódź. Boromir. Cześć i czołem… Widać coś tam w drużynie nie tak poszło, i byli w niej chłopy mocniejsze niż on. No i, ślad po Pierścieniu zaginął. A tak szczerze mówiąc, to nikt go nie szukał. Inne sprawy zaprzątnęły nasze głowy.

W sumie wygłupiliśmy się tragicznie, nie ma co. Do dziś wstyd przypomnieć sobie… No to jak, doktorze, rozbawiła pana ta pouczająca nowelka? Ale widzę, że nie słuchał pan wcale…

— Proszę mi wybaczyć, Sharha-Rano! — Haladdin oderwał w końcu wzrok od przezroczystopomarańczowych węgli i nagle uśmiechnął się. — Ta opowieść natchnęła mnie w dziwny sposób pewnym pomysłem. I — tak mi się wydaje — znalazłem rozwiązanie naszej łamigłówki… W każdym razie, pewne podejście do rozwiązania. Czy według warunków tej gry mogę je przekazać panu? Czy to będzie uważane za podpowiedz?

18

— Nie — po chwili namysłu odpowiedział Sharha-Rana. — Mam na myśli, że nie będzie. Niech pan opowie, co wymyślił.

— Ale najpierw pan mi opowie o palantirach, dobrze?

— Ile tylko dusza zapragnie. To są również magiczne kryształy. Pana, z właściwym mu ograniczeniem magicznej dyspozycji, mogą zainteresować wyłącznie jako środki łączności. Wszystko, co otacza jeden kryształ, może zostać przekazane drugiemu — obrazy, dźwięki, zapachy. Podkreślam, że przekazywana jest nie informacja o tym otoczeniu, a ono samo. Wytłumaczenie tego, jak się to odbywa jest zadaniem dość trudnym, a panu ta wiedza na nic się nie przyda. Myśli i uczucia wcale nie są przekazywane, to wszystko bzdury i opowiastki. Palantir może odbierać informację i może ją nadawać. Może też pracować w trybie jednoczesnym. Teoretycznie możliwy jest równoczesny kontakt kilku kryształów, ale to jest bardzo skomplikowana sprawa.

— A jak wygląda taki palantir?

— Kula z mlecznego kryształu o wymiarach głowy dziecka.

— Aha, przynajmniej da się przenosić, to już plus… No to tak: siedem palantirów i Zwierciadło tworzą system i pojedynczo nie istnieją, prawda? Dlatego można zamiast tego Zwierciadła wrzucić do Orodruiny palantiry i uzyskamy ten sam wynik! A pan mi zaraz powie, gdzie ich szukać. Może tak być?

— Hm… Sprytne! Ale, niestety, technicznie niewykonalne. W każdym razie, ja tak oceniam. Przecież potrzebuje pan całej siódemki, bez wyjątku, ponieważ inaczej nic z tego nie wyjdzie, a niektóre palantiry są praktycznie nieosiągalne. U nas w Mordorze jest jeden, z nim nie ma problemu. Palantir Denethora, jak sądzimy, przejął Aragorn. Sarumana dostał się Gandalfowi… Do tych, przynajmniej teoretycznie, można by było dotrzeć. To już trzy. Ale jest jeszcze palantir elfów zachodnich. Tamtejszy Władca, Kirdan, przechowuje go w wieży na Emyn Beraid — a czy to lepsze od Lorien? Tyle że droga dalsza… No i na koniec — palantir Osgiliath, wrzucony niegdyś do wód Anduiny. Gdzie go teraz szukać? Do tego dwa arnorskie, z Annuminas i wieży Amon Sul — te są na zatopionym statku, na dnie Zatoki Lodowej. Jeśli pan chce, mogę panu podać dokładne namiary, ale nie widzę, jak miałoby to panu pomóc …

Haladdin poczuł, że palą go koniuszki uszu. Bezczelny z niego szczeniak! W ciągu trzech minut chciał rozwiązać zagadkę, którą największy matematyk wszech czasów rozgryza pewnie nie pierwszy już rok… Niesłychanie się więc zdziwił, gdy usłyszał słowa Sharha-Rany:

— Zuch z pana, Haladdinie… Jeśli mam być zupełnie szczery, to dopiero teraz się uspokoiłem: wygląda, że pan naprawdę wziął się za układanie tej łamigłówki, i już nic pana nie zatrzyma.

— Zgoda, zręcznie mnie pan wpuścił w tę sprawę — mruknął konsyliarz — nie ma co. A tak przy okazji, gdzie jest ukryty nasz, mordorski palantir? Pytam tak, na wszelki wypadek…

— Proszę się domyślić. Cerleg nauczył pana czegoś przez ten miesiąc, czyż nie?

— Ale zadania pan wymyśla! Niech przynajmniej wiem, kiedy go ukryto?

— Od razu po bitwie na Polach Kormallen, kiedy stało się jasne, że Mordor upadnie.

— Aha… — Pogrążył się na kilka minut w rozmyślaniach.

— No to rozważmy najpierw, gdzie na pewno być nie może: we wszystkich naszych schronieniach, bazach partyzanckich, i tak dalej, i tak dalej. Chyba nie muszę wyjaśniać?

— Mnie nie. Proszę dalej.

— W samym Barad-Dur, mimo jego wspaniałych kryjówek, na pewno nie był ukrywany — miasto czekał szturm i pożary…

— Logiczne.

— Przeprawić za granicę — trudno i niebezpiecznie. Po pierwsze, właśnie w tym czasie w okolicach Kormallen, można było tysiąc razy zginąć na drodze, po drugie, kto tam wie, jak będą się zachowywali agenci po porażce… Chociaż kuszące jest, nie powiem, ukrycie gdzieś, na przykład, w Minas Tirith!

— N-n-n-no? Dobrze, przyjęte.

— Pieczary, porzucone sztolnie, stare studnie — odrzucamy: dokoła takich miejsc zbiera się zazwyczaj więcej ludzi, niż by ktoś myślał. Z tego samego powodu nie można go utopić, przywiązawszy do jakiejś boi, w jakimś sympatycznym zalewie Nurn: rybacy są ciekawscy.

— Znowu racja.

— Krótko mówiąc, zakopałbym go gdzieś w bezludnym i nic nieznaczącym miejscu, w górach lub pustyni, dobrze zapamiętując punkty orientacyjne. Jest tu rzecz jasna pewne ryzyko: przyjdziesz tam po pięciu latach, a głaz, pod którym był ukryty, wraz z całym zboczem zmiotło do wody… Albo nie, zaraz! Mam jeszcze jeden znakomity wariant! Porzucone ruiny z prawdziwymi sekretnymi kryjówkami, daleko od najbliższych zamieszkałych punktów, ruiny, do których nikt normalny nie będzie się pchał — coś, jak Minas Morgul albo Dol Guldur.

— Ta-a-ak… — przeciągnął Nazgul. — Widzę, że ryzykownie jest z panem zadzierać… Wszystko się zgadza — Dol Guldur. Sam go tam odwiozłem. W tamtą stronę na szybowcu, z powrotem pieszo. Sam byłem, katapulty startowej nie miał kto uruchomić… Palantir znajduje się w trybie „odbiór” i jest niewidoczny dla pozostałych kryształów. Leży w kryjówce za sześciokątnym kamieniem w tylnej ściance kominka w Wielkiej Sali. Zaszyty jest w rogożę ze srebrnym splotem, przez co śmiało można go brać w ręce. Rygle w skrytce ukazują się przy jednoczesnym naciśnięciu na sąsiedni romboidalny kamień i na lewy dolny w kominkowej ściance sięgnąć go można tylko nogą. Proszę zapamiętać, powtarzać nie będę.

— A czy mogę wykorzystać ten palantir?

— A dlaczego nie?

— No, to jest magiczny kryształ, a pan powiedział, że z żadną magią nie powinienem mieć nic wspólnego.

— Kryształ jest magiczny — cierpliwie wyjaśniał Sharha-Rana — ale łączność nie. Jeśli będzie pan używał palantiru jako obciążenia do sieci, to schwytane ryby wcale nie staną się tymi, które spełniają życzenia.

— No to, proszę przy okazji powiedzieć, jak można z niego korzystać.

— Aż kim zamierza pan za jego pośrednictwem się komunikować? Z Gandalfem? Zresztą, to pańska sprawa… W zasadzie nie ma w tym nic skomplikowanego. Ma pan jakieś pojęcie o optyce?

— Na poziomie jednego roku uniwersyteckiego.

— Jasne. No to lepiej metodą „palcową”. Wewnątrz palantira są dwie stale płonące pomarańczowe iskierki. Łącząca je linia odpowiada głównej optycznej osi kryształu…

Haladdin w milczeniu słuchał instruktażu Nazgula, dziwiąc się jak precyzyjnie tamten rozmieszcza tę skomplikowaną i bardzo obszerną informację na półeczkach jego pamięci. Potem zaczęły się rzeczy w ogóle niepojęte — tempo objaśnień Sharha-Rany wzrastało, a może to czas spowalniał bieg — nie zdziwiłby się Haladdin już niczemu — i chociaż umysł konsyliarza przyjmował w jednej określonej chwili tylko jeden zwrot — hieroglif nie mający związku z kontekstem — to był całkowicie przekonany, że w potrzebnym momencie wszystkie te wiadomości o partyzanckich oddziałach w Górach Popielnych i pałacowych intrygach w Minas Tirith, o topografii Lorien i hasłach do kontaktowania się z mordorskirni rezydentami we wszystkich stolicach Sródziemia natychmiast pojawią się w jego pamięci. I kiedy opowieść niespodziewanie się skończyła, a obozowisko zalała grząska, jakby zgęstniała z zimna przedświtu cisza, pierwszą jego myślą było: natychmiast trzeba znaleźć w apteczce Eloara truciznę i odtąd nigdy się już z nią nie rozstawać. W życiu wszystko może się zdarzyć, a on teraz wie o takich rzeczach, że przenigdy, w żadnych okolicznościach nie powinien dostać się w łapy wroga.

— Haladdinie! — rzekł Sharha-Rana, głos był niezwyczajnie cichy i rwący się, jakby Nazgul tracił oddech z powodu długiej wspinaczki. — Podejdź do mnie…

„Chyba naprawdę źle się czuje — dotarło do Haladdina. — Jak mogłem tego nie zauważyć, głąb nieszczęsny… Co mu jest? Chyba serce…” Ta myśl — „serce widma” — dlaczego nie wydawała mu się głupia w tamtej chwili, ani potem, kiedy przestał mieć wątpliwości? Koniec! Na co, jak na co, ale na zgony napatrzył się przez te lata do syta. Głowa siedzącego kiwnęła się bezwładnie, a Nazgul dotknął dłonią ramienia klęczącego przed sobą człowieka.

— Wszystko zrozumiałeś? Wszystko, co ci powiedziałem? Haladdin tylko skinął głową — w gardle ugrzęzło mu coś chropowatego.

— Nic więcej nie mogę ci dać. Wybacz… Tylko jeszcze ten pierścień…

— Czy to przeze mnie? Przez to, że pan… dla mnie?

— Nic nie jest za darmo, Haladdinie. Poczekaj… Pozwól, że się o ciebie oprę… O tak. Czas już się skończył, ale zdążyłem. Mimo wszystko zdążyłem. Nic więcej nie jest ważne. Dalej pójdziesz sam…

Sharha-Rana jakiś czas milczał, gromadząc siły, potem zaczął mówić, a jego mowa niemal odzyskała poprzednią płynność:

— Teraz zdejmę zaklęcia ze swego pierścienia, i… Jednym słowem — nie będzie mnie już… A ty weźmiesz go i Otrzymasz prawo, w razie potrzeby, działania w imieniu Kapituły. Pierścień Nazgula jest odlany z inoceramium: to bardzo rzadki metal szlachetny, o jedną trzecią cięższy od złota. Nie da się go z niczym pomylić. Ludzie boją się tych pierścieni i słusznie. Twój, natomiast, będzie czysty — żadnej magii, ale wiedzieć o tym będziesz tylko ty. Nie będziesz się bał?

— Nie. Dobrze zapamiętałem twoje słowa: „Człowiekowi, który niczego się nie boi, nic nie może się stać”. Czy to naprawdę starożytna magia?

— Najstarsza, starszej już nie ma.

Nagle zrozumiał, że Sharha-Rana usiłuje się uśmiechnąć i nie może: ciemność pod jego kapturem, niedawno jeszcze zmienna i żywa jak nocny strumień, stała się podobna do brykietu z pyłu węgłowego.

— Żegnaj, Haladdinie. Pamiętaj: masz w ręku wszystko, czego potrzebujesz do zwycięstwa. Powtarzaj to sobie jak zaklęcie i niczego się nie bój. A teraz trzymaj i… Odwróć się.

— Żegnaj Sharha-Rana. Wszystko będzie dobrze, niech się pan nie obawia.

Ostrożnie przyjął od Nazgula matowo połyskujący ciężki pierścień, posłusznie odszedł na bok i nie widział już, jak jego gość odrzuca kaptur. Dopiero gdy usłyszał za plecami jęk, przepełniony taką męką, że serce jego niemal się zatrzymało — oto co znaczy:

„Cały ból Świata, cały strach Świata, cała rozpacz Świata”! — odwrócił się, ale w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą siedział Sharha-Rana, nie było już nic, prócz topniejących w oczach łachmanów czarnego płaszcza.

— Czy to ty krzyczałeś?

Haladdin obejrzał się. Błyskawicznie podrywający się na nogi przyjaciele — baron jeszcze odruchowo wodził dokoła siebie złowieszczo połyskującym Usypiaczem — ponuro wpatrywali się w niego, oczekując wyjaśnień.

19

Zapewne specjalista od tajnych operacji działałby inaczej, ale on takowym nie był i dlatego po prostu opowiedział im wszystko, nie obciążając, to jasne, umysłu orokuena wszelkimi „światami równoległymi”. Tak więc, odwiedził go Nazgul — oto na dowód pierścień — i powiedział, że niby on, Haladdin, jest jedynym człowiekiem, który może przeszkodzić elfom planującym zamianę całego Sródziemia w swoją posiadłość, a ludzi w niewolników. W tym celu musi zniszczyć Zwierciadło Galadrieli. Termin — sto dni. Postanowił podjąć się tej misji — skoro tak się złożyło, że poza nim nie ma kto tego uczynić. Jak zacząć misję, nie ma pojęcia, ale może coś się wymyśli.

Cerleg obejrzał dokładnie pierścień, ale do ręki — czy ja głupi?! — nie wziął. Strzeżonego Jedyny strzeże. Niewątpliwie lekarz wzniósł się teraz w jego oczach na niebotyczną wysokość. A Nazgule odwrotnie — spadły: posłać człowieka na pewną śmierć, to nic dziwnego, to naturalne, to wojna, ale postawić przed podwładnym z góry niewykonalne zadanie… Krótko mówiąc, prawdziwy frontowy oficer tak by nie postąpił. To szereg niewykonalnych zadań. Raz — przedostać się do Lorien, do którego nigdy jeszcze nie przeniknął żaden człowiek. Dwa — znaleźć w ostoi wroga, nie wiadomo gdzie, ukryty i zapewne dobrze chroniony obiekt, którego nie da się zniszczyć na miejscu. Trzy — wykraść obiekt, o wadze i wymiarach wykluczających kradzież, i cztery — taszczyć go na sobie, diabli wiedzą gdzie… W każdym razie, póki on, dowódca plutonu zwiadu kirithungolskiego pułku, Cerleg, nie otrzyma wyraźnego zadania, do tego czasu nawet palcem nie kiwnie. W te głupie zabawy: „Idź nie wiadomo dokąd, przynieś — nie wiadomo co” bawić się nie zamierza… To są pańskie problemy, panie konsyliarzu polowy drugiego stopnia — to pan, nawiasem mówiąc, jest starszy rangą.

Tangorn rzucił krotko:

— Jestem dwukrotnym pańskim dłużnikiem, Haladdinie. Tak więc jeśli „trzeci miecz Gondoru” może w czymś pomóc w tej misji, to jest on do pańskiej dyspozycji. Ale kapral ma rację: pchać się do Lorien, to zwyczajne samobójstwo. Odbierze nam to wszystkie szansę, co do jednej. Trzeba wymyślić jakiś manewr maskująco-mylący, a to, jak zrozumiałem, pańska domena.

Wyszło więc tak, że położył się spać pod koniec nocy, jako dowódca trzyosobowego oddziału, przy czym obaj jego podwładni byli znakomitymi zawodowcami, nie to, co on, i oczekiwali od niego wyraźnie postawionego zadania, jakiego — niestety! — nie potrafił przed nimi postawić.

Cały następny dzień Haladdin przesiedział w obozie przy strumyku; zauważył, że towarzysze nie nachalnie, ale skutecznie odsuwają go od wszelkich prac gospodarczych („Twoje zadanie to myślenie”), i bardzo niezadowolony odnotował, że nie potrafi „myśleć na zamówienie” — żeby pękł. Kapral co nieco opowiedział mu o Lorien — miał przyjemność brania udziału w rajdzie po obrzeżu Złotego Lasu — o ścieżkach starannie obsadzonych słupkami, na których suszyły się czerepy nieproszonych gości; o śmiercionośnych pułapkach i lotnych oddziałach łuczników, zasypujących deszczem zatrutych strzał i natychmiast znikających bez śladu w nieprzebytych gęstwinach; o ruczajach, których wody wywołują u człowieka nieodpartą senność, i o złocisto-zielonych ptakach, które zbierają się stadami nad każdą żywą istotą i bezbłędnie demaskują ją swym cudownym śpiewem. Zestawiwszy to wszystko z tym, co opowiedział mu o upodobaniach i obyczajach leśnych elfów Sharha-Rana, zrozumiał, że społeczność elfów jest szczelnie zamknięta dla obcych, a próba przeniknięcia do Złotego Lasu bez miejscowego przewodnika skończy się na pierwszej mili.

Przez jakiś czas obracał w myślach inny wariant, z wykorzystaniem szybowca, który, jak pamiętał Sharha-Rana, zostawił w Dol Guldur skąd właśnie Mordorczycy dokonywali wcześniej rzadkich patrolowych lotów nad Lorien. No dobrze, doleci, niech nawet nie on sam, a ktoś, kto ma pojęcie o pilotowaniu do elfickiej stolicy i zdoła wylądować tam na jakiejś polanie. Niech nawet ukradnie, czy po walce porwie Zwierciadło… Przypuśćmy przez chwilę, że to się uda. Ale co dalej? Jak je stamtąd wyciągnąć? Szybowcowej katapulty tam nie ma, bo i skąd by się miała wziąć, poza tym, kto by ją uruchomił? Na dodatek nie ma na świecie takiego szybowca, który uniósłby ciężar dziesięciu cetnarów. Tak, od tej strony też nic nie wychodzi… Może wziąć do niewoli jakiegoś elfickiego notabla i zmusić go, by przeprowadził ich przez wszystkie pułapki Złotego Lasu? A ten zapewne wprowadzi ich natychmiast w zasadzkę. Spośród tego, czego dowiedział się o mieszkańcach Lorien, pewnikiem było, że elf przedłoży śmierć nad zdradę…

Nie pominął również zapisków znalezionych wśród bagaży Eloara. Przeważały w nich zwyczajne notatki z podróży, jedynym treściwym tekstem był nie wysłany list, zaczynający się od słów „Kochana Mateńko!” i zaadresowany do „Lady Eornis, klofoeli Władczyni”. Niemal połowę stanowił znakomity co do swej artystycznej wyrazistości opis doliny rzeki Nimrodel — z tym miejscem wiązały się jego i matki, jak się wydawało, szczególnie miłe wspomnienia. W ogóle wydawało się, że wspomnienia lasów mallornowych, gdzie olbrzymy te sięgają nieba, a w szmaragdowej trawie kryją się złote dywany elanorów, służyły elfowi duchowym oparciem wśród nienawistnych mordorskich piasków. Eloar niepokoił się także, czy prawdą są pogłoski o zerwaniu jego kuzynki Linoel z narzeczonym, wyrażał złość na swego starszego brata Elandara, zapytując, po co budzi nieziszczalne nadzieje w duszach swych podopiecznych z Gondoru i Umbaru”, dzielił swą radość z matką — wszak właśnie jej w tym roku przypadł w udziale niezwykły przywilej organizowania letniego Święta Tańczących Świetlików… I wiele innych drobiazgów w podobnym stylu. To, że rodzina Eloara znajduje się w najprawdziwszej elfickiej elicie (dla elfickiego określenia „klofoela”, jak wiedział z wyjaśnień Sharha-Rany, trudno znaleźć dokładny odpowiednik — ni to dama dworu, ni królewski doradca) domyślali się wcześniej. To, że elfy realizują sekretny plan przenikania do różnych państw Sródziemia, a zarządza tą działalnością między innymi niejaki Elandar, na pewno zainteresuje tamtejsze władze i służby wywiadowcze, ale dla ich misji nie ma to specjalnego znaczenia… Jednym słowem: tu też kiepsko.

Haladdin męczył się tak cały dzień, pół nocy spędził przy ognisku przy najmocniejszej z możliwych herbacie i, nic nie wymyśliwszy, obudził Cerlega, by ułożyć się do snu — ranek mądrzejszy bywa od wieczora. Trzeba powiedzieć, że patrząc na spokojnie i metodycznie przygotowujących się do wyprawy towarzyszy, postanowił twardo: będzie ziemię darł pazurami, ale wymyśli przynajmniej jakieś pośrednie rozwiązanie. Nawet on rozumiał, że wojsko stojące dzień po dniu bez celu, bez wyraźnego rozkazu, mięknie na kisiel.

Spał tej nocy fatalnie, kilka razy budził się i dopiero o świcie zasnął głębokim snem. Zobaczył we śnie wspaniały cyrk i siebie, drugoklasistę, który uciekł z lekcji — odstające uszy i palce lepkie od cukrowej waty. Oto z zamierającym sercem wpatruje się w niewiarygodnie piękną dziewczynę w śnieżnobiałej narzucie, która odważnie stąpa nad ciemną przepaścią po cienkim złotym promieniu. Nigdy wcześniej nie widział, żeby linoskoczek żonglował przy tym trzema dużymi kulami. Jak to możliwe? „Ale — co to?! Przecież to Sonia! Nieee!!! Zatrzymajcie ją, to nie dla niej zajęcie, ona tego nie potrafi! Tak, tak, rozumiem — już nie można jej zawrócić: do tyłu iść jest jeszcze trudniej… Tak, to prawda: jeśli się nie wystraszy, nic się jej nie stanie — to stara magia. Oczywiście, ze magia: przecież kule, którymi żongluje, to nic innego jak palantiry! Wszystkie trzy Kamienie Jasnowidzenia, do których można dotrzeć w tej części Sródziemia — to my je odnaleźliśmy i oddaliśmy jej… Ciekawe, jeśli Sonia i ja będziemy mieli po palantirze, to czy można przez nie przekazać dotknięcie?”

Z tą myślą się obudził; okazało się, że już dawno temu wstał świt. Nad ogniskiem apetycznie perkoce kociołek — Cerleg złowił w sidła kilka keklików — a Tangorn z uczuciem pieści swój ukochany Usypiacz. Właśnie odbicie słonecznego promienia z klingi miecza obudziło Haladdina, sami towarzysze najwyraźniej nie mieli zamiaru go budzić; pozwalali mu wyspać się do woli. Odprowadziwszy spojrzeniem „słonecznego zajączka”, który przemknął łukiem po kamieniach na ocienionej stronie wąwozu, pomyślał smutno: oto, kto bez problemu dotarłby do pałacu Władczyni Galadrieli — „słoneczny zajączek”!

Oślepiająca eksplozja oświetliła wszystkie zakamarki jego umysłu, gdy te dwie myśli — ostatnia myśl snu i pierwsza po obudzeniu — rozmijając się na wieki, cudownym przypadkiem zetknęły się koniuszkami skrzydeł. Oto i rozwiązanie — posłać za pomocą palantira „słonecznego zajączka”. Tego typu olśnienia zdarzały mu się wcześniej, na przykład, kiedy odkrył i udowodnił, że sygnał płynący po włóknie nerwowym ma nie chemiczną, a fizyczną naturę. Mimo to, za każdym razem odczuwał w takim przypadku jakiś cudowny smak nowości, jak przy spotkaniu z ukochaną. Każdy akt twórczy ma dwie składowe: chwilę olśnienia, a potem żmudną techniczną pracę, czasem trwającą latami. A końcowym celem obu jest udostępnienie tego olśnienia innym. Natura olśnienia jest taka sama w poezji i w rozpracowywaniu przestępstw. Skąd się bierze, nie wie nikt, ale ta chwila, kiedy — niech to nawet będzie nieuchwytnie krótka chwila! — stajesz się równy Jedynemu, jest tą rzeczą, dla której tak naprawdę warto żyć…

— Panowie! — oznajmił, podchodząc do ogniska. — Wygląda, że udało mi się jednak ułożyć tę naszą łamigłówkę. Może nie całą, ale istotną jej część. Pomysł jest prosty: zamiast nieść Zwierciadło do Orodruiny, przeniesiemy Orodruinę do Zwierciadła.

Cerleg, znieruchomiawszy z niesioną do ust łyżką rosołu, rzucił zaniepokojone spojrzenie na barona. „Dowódca nasz, chyba, tego… zwichrował z powodu nadmiernego wysiłku umysłowego…” Tangorn natomiast, uprzejmie unosząc brew, zaproponował lekarzowi, by najpierw nałożył sobie keklika, póki nie ostygły, a potem zaznajomił towarzystwo ze swą ekstrawagancką hipotezą.

— Jakie, do licha, kekliki! Posłuchajcie tylko! Prócz Zwierciadła, istnieją jeszcze inne magiczne kryształy — palantiry. Jeden mamy — w każdym razie możemy go mieć w każdej chwili…

Opowiadał im wszystko, co sam wiedział o właściwościach Kamieni Jasnowidzenia, dziwiąc się, z jaką precyzją jego nieobarczeni specjalną naukową i magiczną wiedzą towarzysze wyciągają z tej sterty informacji istotne — z ich punktu widzenia — detale. Wszyscy spoważnieli — zaczęła się praca.

— Tak więc, mamy dwa palantiry. Jeden pracuje w trybie „odbiór”, drugi — „nadawanie”. Jeśli zrzucimy „nadajnik” do Orodruiny, to, wiadomo, ulegnie zniszczeniu, ale przedtem, na mgnienie oka przed destrukcją, zdąży przekazać część Odwiecznego Ognia w okolicę „odbiornika”. Nasze zatem zadanie to umieszczenie takiego „odbiornika” w pobliżu Zwierciadła.

— Cóż, szlachetny panie — rzekł baron — cokolwiek o tym planie by nie powiedzieć, to na pewno owego sławetnego „szlachetnego szaleństwa” w pańskim pomyśle jest aż za dużo…

— Niech pan lepiej powie — podrapał się po czubku głowy Cerleg — jak dostarczymy palantir do Lorien i znajdziemy w samym jego środku Zwierciadło?

— Na razie nie wiem. Mogę powtórzyć to, co mówiłem już wczoraj: coś się wymyśli.

— Ma pan rację, Haladdinie — powiedział Tangorn. — W każdym razie na początek mamy konkretne zadanie: musimy odszukać brakujący palantir. Sądzę, że powinniśmy zacząć od Ithilien. Faramir na pewno coś wie o losach kryształu należącego do jego ojca. Nawiasem mówiąc, jestem pewien, że spotkanie z księciem dostarczy wam z niczym nieporównywalnej przyjemności…

CZĘŚĆ DRUGA

KRÓL I WŁADCA

Przecież jest to tylko ładnie brzmiący zwrot:
„Cała ziemia zalana wojskiem”.
Jeden żołnierz zaleje sobą dokładnie
tyle ziemi, ile mieści się pod jego butami.

R.L. Stevenson

20

Ithilien, Emyn Arnen

3 maja 3019 roku

— Która godzina? — zapytała sennie Eowina.

— Spij jeszcze, zielonooka. — Faramir uniósł się lekko na łokciu i czule pocałował ją w czubek głowy. Chyba to on sam, gwałtownie odwróciwszy się we śnie, niechcący obudził dziewczynę. Zraniona ręka szybko drętwiała, ale ukrywał ten fakt przed nią, wiedząc, jak lubi spać przylgnąwszy do niego całym ciałem, z głową ułożoną na jego ramieniu. Jak zwykle zasnęli dopiero przed świtem, tak więc słoneczne promienie od dawna już zalewały drewniane budynki fortu Emyn Arnen, przenikając również przez wąskie okienko ich „książęcej sypialni”. Kiedyś książę wstawał o świcie, gdyż według życiowego rytmu był „skowronkiem” i lepiej pracowało mu się w godzinach porannych. Teraz jednak, z czystym sumieniem chrapał niemal do południa: po pierwsze, co by o tym nie mówić — miesiąc miodowy, a po drugie, więzień nie ma się do czego spieszyć.

Dziewczyna jednak, zdążyła już wymknąć się spod jego ręki i teraz roześmiane oczy spoglądały na księcia ze sztucznym wyrzutem.

— Posłuchaj, naruszamy społeczną moralność ithilieńskiej kolonii.

— Akurat jest co naruszać — mruknął książę.

Eowina tymczasem przefrunęła niczym „słoneczny zajączek” na dalszy koniec łoża, gdzie nago, tak jak spała, usiadła skrzyżowała nogi i zaczęła doprowadzać do ładu swoją pszenicznego koloru grzywę włosów, rzucając od czasu do czasu na Faramira czujne spojrzenie spod opuszczonych rzęs. Podczas jednej z pierwszych nocy półżartem powiedział jej, że jedną z najwyrazistszych i najbardziej wyrafinowanych rozkoszy mężczyzny jest obserwowanie jak ukochana rano rozczesuje włosy, i od tej chwili Eowina stale szlifowała ten ich rytuał, z radością obserwując jego reakcję. „Podoba ci się nadal, kochany?” Uśmiechnął się w duchu, przypomniawszy sobie księcia Imrahila: ten twierdził, że kobiety z Północy, mając niezaprzeczalnie wiele zalet zewnętrznych, w łóżku są czymś pośrednim między śniętą rybą, a brzozowym polanem. „Ciekawe, czy to mnie się tak głupio udało, czy może on, biedaczysko, nigdy nie miał szczęścia?”

— Zrobić ci kawy?

— No, to już jest na pewno naruszanie społecznej moralności! — roześmiał się Faramir. — Księżna Ithilien w kuchni, nocny koszmar stróża arystokratycznej powściągliwości…

— Obawiam się, że będą musieli przywyknąć do dzikości i braku wychowania. Dziś zamierzam pojechać na polowanie. Chcę przygotować na kolację prawdziwą zapieczoną dziczyznę, i niech tam sobie pękają z oburzenia. Ponieważ to, co proponuje tutejszy kucharz nie chcę mi przejść przez gardło. Chłop — tak mi się wydaje — zna tylko dwie przyprawy: arszenik i strychninę.

„Niech jedzie — pomyślał. — W takim razie może dzisiaj również zaczniemy Grę?” Ostatnimi czasy jemu i Eowinie pozwalano opuszczać fort — pojedynczo; cóż, dobre i to, system zakładników ma też swoje plusy.

— A poczytasz mi dziś?

— Obowiązkowo. Znowu chcesz posłuchać o księżnej Elendeil?

— N-no… Właściwie tak!

Wieczorne czytanie również stało się ich codziennym rytuałem, przy czym Eowina miała kilka ulubionych opowieści, których jak dziecko mogła słuchać od nowa i od nowa. Sama dziewczyna — jak zresztą niemal cała rohańska arystokracja — ani czytać, ani pisać nie potrafiła, tak więc zaczarowany świat, otwarty przed nią przez Faramira, wyraźnie poruszył jej wyobraźnię. Od tego się wszystko zaczęło… A może wcześniej?

W dniu bitwy na Polach Pelennoru książę dowodził prawą flanką obrony; walczył w pierwszych szeregach, tak więc absolutnie nie dało się wytłumaczyć, w jaki sposób ciężka przeciwpancerna strzała mogła trafić go w plecy — w mięsień trapezowy, nieco w lewo od podstawy szyi. Płaszczyzny jej trójgraniastego grotu miały podłużne bruzdy na truciznę, tak więc kiedy rycerz Mitrandir dowiózł księcia do Minas Tirith, było z nim już bardzo niedobrze. Nie wiadomo dlaczego przeniesiono go do oddzielnej izby szpitala, a potem w zadziwiający sposób o nim zapomniano. Leżał na kamiennej podłodze całkowicie bezradny — trucizna wywołała paraliż i ślepotę, nie mógł więc zawołać nikogo na pomoc, czuł tylko jak grobowy ziąb, opanowawszy lewą rękę i szyję, niepowstrzymanie rozlewa się po całym ciele. Jego umysł pracował przy tym zupełnie wyraźnie i książę zrozumiał, że uznano go za martwego.

Minęła wieczność wypełniona samotnością i rozpaczą, póki nagle nie poczuł na wargach korzennego smaku jakiejś oleistej cieczy. Jej smak wydał mu się znajomy i książę wywołał nawet z pamięci na poły zapomnianą nazwę: acelas. Zimno odstąpiło odrobinę, niechętnie, a wtedy z mroku wyłonił się władczy głos:

— Książę, jeśli jest pan przytomny proszę poruszyć palcami prawej ręki.

Jak to zrobić, skoro ich nie czuje? Pewnie trzeba przypomnieć sobie szczegóły jakiegoś ruchu… no, na przykład, jak wyciąga miecz z pochwy, czując pod palcami twardą skórę, którą obszyta była rękojeść…

— Tak, bardzo dobrze.

Czyżby się udało? Widocznie tak.

— Teraz utrudnimy zadanie. Jeden ruch będzie znaczyć „tak”, dwa ruchy — „nie”. Proszę spróbować powiedzieć „nie”.

Starał się wyobrazić sobie jak dwa razy pod rząd zaciska pięść… Po co? Aha! Oto bierze ze stołu pióro, podpisuje coś i odkłada pióro. Teraz wystarczy wziąć ponownie pióro, żeby dokonać poprawek…

— Znakomicie. Tak więc, proszę pozwolić mi się przedstawić: Aragorn, syn Arahorna. Jestem w linii prostej potomkiem Isildura i chcę przekazać panu swoją monarszą wolę: dynastia gondorskich władców, których ostatnim przedstawicielem jest pan, pilnowała mojego tronu jak należy. Jednakże wieloletnia służba skończyła się. Przyszedłem, by zdjąć jej brzemię z ramion pana dynastii. Od dziś i na wieki pana imię będzie stało na pierwszym miejscu wśród najsławniejszych rodów Odrodzonego Królestwa. Rozumie pan, o czym mówię, Faramirze?

Rozumiał wszystko znakomicie, ale palcami poruszył dwukrotnie — „nie”: inaczej wyszłoby, że w jakiś sposób zgadza się z tym majaczeniem. Potomek Isildura, też mi! Dlaczego nie od razu Iluvatara?

— Przecież był pan zawsze między nimi jak biały kruk, książę.

— Głos Aragorna rozbrzmiewał cicho i współczująco, jak serdeczny przyjaciel, i tylko tak. — To, że wszystkich ich szalenie drażniły pańskie uczone badania — zrozumiale: zaiste, nie królewskie to zajęcie… Ale zarzucano panu również utworzenie Pułku Ithilien i organizację wywiadowczej siatki za Anduiną. Czy nie tak?

Odpowiedzieć „tak” nie pozwalała duma, „nie” — uczciwość. Wszystko było najczystszą prawdą — ten Aragorn nieźle znał się w gondorskich układach… Gdy zaczęła się wojna, Faramir, sam będąc wspaniałym myśliwym, sformował z wolnych strzelców i częściowo z po prostu odważnych ludzi specjalny pułk do operacji leśnych — Pułk Ithilien, i po jakimś czasie słynni kirithungolscy jegrzy poczuli, że ich monopol na błyskawiczne rajdy po operacyjnych tyłach przeciwnika się skończył. Książę osobiście dowodził Ithilieńczykami w wielu walkach, na przykład wtedy, gdy wpadła w zasadzkę i została zniszczona cała karawana bojowych mumakili. Zdołał nawet napisać coś na kształt traktatu o tej dziedzinie sztuki wojskowej, która kilka wieków później otrzyma nazwę „wojny komandosów”. W wyniku tego, wśród stołecznych arystokratów zaczął krążyć dowcip, że niby zamierza on wprowadzić do swego rycerskiego herbu nowe atrybuty — kiścień i czarną maskę. A krótko przed wojną, Faramir, głęboko i szczerze kochający Wschód i jego kulturę, z pomocą ochotników podzielających jego poglądy zorganizował w tamtejszych krajach siatkę ludzi, zajmujących się stałym zbieraniem i analizą wojennych oraz politycznych danych — w rzeczywistości pierwszą w Zachodnich krajach służbę wywiadowczą. Właśnie w oparciu o jej raporty książę bronił w Radzie Królewskiej polityki współpracy z krajami za Anduiną — co doprowadziło rzecz jasna do tego, że przyklejono mu metkę ugodowca i niemal zausznika wroga.

— Ojciec zawsze uważał pana za „ciepłe kluchy” i, gdy Boromir zginął, zaczął szukać sposobu anulowania waszego prawa do tronu… Pan zresztą nigdy się tym nie przejmował i nawet, jak pamiętam, zażartował kiedyś: „Jeśli z powodu pióra mam odcisk na zgięciu środkowego palca, to berło zetrze mi dłonie do kości”. Naprawdę wspaniale powiedziane, książę, nic dodać, nic ująć! Tak więc — głos Aragorna rozbrzmiał nagle sucho i twardo — zacznijmy uważać, że po prostu wróciliśmy do sytuacji wyjściowej: tron gondorski do pana nie należy, tyle, że zasiądzie na nim nie pański niedorzeczny brat — niech mu ziemia lekką będzie — a ja. Słucha mnie pan?

„Tak”.

— Mamy więc taką sytuację. Denethor zmarł… to ciężki cios, ale sądzę, że jakoś to pan przeżyje. Wojna trwa, kraj jest bez władcy, i ja — Aragorn, potomek Isildura, który rozbił dziś na Polach Pelennoru wojska Wschodu — przyjmuję na prośbę armii koronę Odrodzonego Królestwa. Jest to fakt nieodwołalny, mogą jedynie wystąpić warianty pańskiego losu, książę. Tak więc, wariant pierwszy: pan dobrowolnie zrzeka się tronu — a proszę nie zapominać, że wasza dynastia nie jest dynastią królów, a władców! — i wyjeżdża z Minas Tirith, by władać jakimś księstwem w gondorskiej ziemi. Sądzę, że Ithilien nada się w sam raz. Wariant drugi: pan odmawia, ale wtedy ja nawet nie zaczynam pana leczyć — bo niby dlaczego? — i przejmę koronę po pańskiej szybkiej śmierci. Nawiasem mówiąc, tego, że pan jeszcze żyje, nie domyśla się nikt, prócz mnie. Pogrzebowa ceremonia wyznaczona jest na dzisiejszy ranek, a ja po prostu mogę w niej nie przeszkadzać. Po kilku godzinach usłyszy pan, jak nad głową stuknie płyta zamykająca otwór grobowca. … Resztę niech domaluje panu wyobraźnia. Zrozumiał mnie pan, Faramirze?

Palce księcia milczały. Zawsze był mężny odwagą filozofa, jednak perspektywa pogrzebania za życia może zalać strachem każdą duszę.

— O nie, tak się nie godzi. Jeśli za pół minuty nie da pan jasnej odpowiedzi odejdę, a za kilka godzin, gdy działanie acelas się skończy przyjdą po pana grabarze. Proszę mi uwierzyć, bardziej mi odpowiada pierwszy wariant, ale jeśli woli pan grobowiec…

„Nie”.

— „Nie” w znaczeniu „tak”? Zgadza się pan zostać księciem Ithilien?

„Tak”.

— To znaczy, że doszliśmy do porozumienia. Pana słowo mi wystarczy — na razie. Po jakimś czasie, kiedy wróci panu zdolność mówienia, odwiedzimy pana z księciem Imrahilem — po śmierci Denethora, tymczasowo zarządza on miastem i krajem. Imrahii zaświadczy przed panem moje prawa dynastyczne, ponieważ do tego czasu zapozna się z nimi. Pan z kolei potwierdzi, że zrzeka się obowiązków gondorskiego władcy i zamierza się udać do Ithilien. Szlachetność księcia i jego przyjaźń z nami znane są w całym Gondorze, tak więc, kiedy zwróci się do narodu, zostanie to odebrane właściwie. Zgadza się pan? Proszę o odpowiedź — tak czy nie?

„Tak”.

— Przy okazji odpowiem na nie wypowiedziane pytanie — dlaczego nie miałbym pana sprzątnąć według drugiego wariantu, co wydaje się prostsze i pewniejsze. Ponieważ działa zwyczajna pragmatyka: żywy Faramir, który zwrócił tron i osiadł w Ithilien, jest bezpieczny, a jego prochy, przechowywane pod podłogą miejsca spoczynku gondorskich władców, na pewno zrodzą całe tabuny samozwańców — „Łżefaramirów”, że się tak wyrażę… To, i jeszcze jedno. Jestem pewien, że nie zamierza pan złamać danego słowa, ale na wszelki wypadek proszę mieć na uwadze: nie wyleczy pana żaden lekarz w Sródziemiu, prócz mnie, a leczenie potrwa jeszcze długo, i mogą się stać różne rzeczy… Rozumie mnie pan?

„Tak”.

Czego tu nie rozumieć: dobrze, jeśli po prostu otrują, a jak zmienią w roślinę — będę puszczał bańki ze śliny i załatwiał się pod siebie…”

— No to znakomicie. A na koniec powiem panu jeszcze coś. Sądzę, że to ma dla pana pewne znaczenie… — W głosie Aragorna, ku niemałemu zdziwieniu księcia, rozbrzmiało szczere podniecenie. — Obiecuję rządzić Gondorem tak, by pan, Faramirze, nie miat nigdy okazji powiedzieć: „Zrobiłbym to lepiej niż on”. Obiecuję, że pod moimi rządami Odrodzone Królestwo osiągnie rozkwit i wielkość nieznane w innych czasach. Obiecuję też, że historia króla i władcy wejdzie do wszystkich kronik tak, że rozsławi nas na wieczne czasy. A teraz proszę to wypić i zasnąć.

Ocknął się, jak i poprzednio — niemowa w objęciach mroku, jednakże straszliwy chłód usunął się do lewej części ciała, w okolice rany, i — o szczęście! — już odczuwał tam ból, a nawet mógł się trochę poruszyć. Obok rozlegały się jakieś głosy, ale potem umilkły… A wtedy pojawiła się dziewczyna.

21

Najpierw była tylko ręka — mała, ale nie po kobiecemu mocna. „Ta ręka wie, co to jazda konna i szermierka” — pomyślał od razu. Dziewczyna nie miała odruchów prawdziwej siostry miłosierdzia, ale wyraźnie nie po raz pierwszy zajmowała się rannym. Dlaczego jednakże robi wszystko jedną ręką — może też jest ranna? Próbował ocenić jej wzrost, na podstawie tego, jak siada na jego łóżku, i wyszło mu jakieś pięć i pół stopy. A pewnego razu udało mu się szczególnie: pochyliła się nad nim i jej jedwabiste włosy musnęły jego twarz. W ten sposób dowiedział się, że jej włosy nie są ufryzowane, co znaczyło, że niemal na pewno pochodzi z północy, z Rohanu. Najważniejsze zaś to to, że od tej chwili nie pomyli już z niczym na świecie tego zapachu, w którym, jak w przedwieczornym stepowym wietrze, suchy aromat przegrzanej w ciągu dnia ziemi miesza się z cierpkim, odświeżającym aromatem piołunu.

Lekarstwo Aragorna podziałało i już następnego dnia wypowiedział pierwsze słowa, jakimi oczywiście stały się:

— Jak się nazywasz?

— Eowina.

Eowina… Jak dźwięk dzwoneczka — tylko nie tutejszego, z mosiądzu, a takiego porcelanowego, które czasem przywożą ludzie z Dalekiego Wschodu.

Tak, głos odpowiadał samej jego posiadaczce — takiej, jaką narysował sobie w wyobraźni.

— Co się stało z twoją ręką, Eowino?

— Już może pan patrzeć?

— Niestety nie. To tylko moja dedukcja.

— Proszę wyjaśnić…

Wtedy opisał jej wygląd zewnętrzny, tak jak sobie go poskładał z kawałeczków mozaiki, którymi dysponował.

— Jestem wstrząśnięta! — zakrzyknęła dziewczyna. — A teraz proszę powiedzieć, jakie mam oczy?

— Pewnie duże i szeroko rozstawione.

— Nie, chodzi mi o kolor?

— Kolor… hm… Zielone!

— A ja już panu uwierzyłam — w głosie dziewczyny rozbrzmiało szczere rozczarowanie — a pan, jak się okazało, gdzieś mnie już po prostu widział…

— Klnę się na co tylko pani zechce, Eowino, że po prostu wypowiedziałem swój ulubiony kolor, to wszystko. Jak rozumiem — zgadłem? Ale nie otrzymałem odpowiedzi, co jest z pani ręką. Jest pani ranna?

— Och, najzwyklejsze zadrapanie, proszę mi wierzyć, zwłaszcza na tle pańskiej rany. Po prostu mężczyźni mają zwyczaj odsuwać nas na bok, gdy tylko dochodzi do dzielenia się owocami zwycięstwa.

Eowina precyzyjnie, jak zawodowy wojskowy opisała poszczególne fragmenty Bitwy na Polach Pelennoru, nie zapominając przy tym ani o podaniu lekarstwa, ani o poprawieniu opatrunku. Faramirowi przez cały czas wydawało się, że dziewczyna promieniuje jakimś szczególnym ciepłem i to ono, a nie lekarstwa, przepędziło ten grobowy ziąb, który dręczył jego ciało. Jednakże, gdy przepełniony wdzięcznością nakrył dłoń Eowiny swoją, ta delikatnie, ale stanowczo odsunęła swoją rękę i, ze słowami: „To już naprawdę przesada, książę”, porzuciła swego podopiecznego, przykazawszy zawołać ją w razie prawdziwej potrzeby. Zasmucony tym niespodziewanym afrontem zasnął, a był to już zwyczajny sen, odświeżajacy i leczniczy. Obudziwszy się, usłyszał zakończenie pewnej rozmowy, przy czym jednym z rozmówców była Eowina, a w drugim — ku swojemu wielkiemu zdziwieniu — rozpoznał Aragorna.

— Tak więc, będziesz musiała pojechać z nim do Ithilien.

— Ale dlaczego, Ari? Nie mogę bez ciebie, przecież wiesz…

— Tak trzeba, kochanie. Nie na długo. Na trzy tygodnie, może miesiąc.

— To bardzo długo, ale uczynię wszystko, co zechcesz, nie martw się… Chcesz, bym była przy nim?

— Tak. Pomożesz go wyleczyć, świetnie ci to idzie. Poza tym przyjrzysz się, jak on tam się urządzi, na tym nowym miejscu.

— Wiesz, że jest całkiem miły?

— Oczywiście! Będziesz miała wspaniałego rozmówcę. Sądzę, że nie będziesz się z nim nudzić.

— „Nie będę się nudzić”? Jaki ty jesteś wielkoduszny!

— Wybacz, nie to chciałem powiedzieć…

Głosy oddaliły się, potem trzasnęły drzwi, i Faramir pomyślał, że choć to nie jest jego sprawa, to… Nagle krzyknął z wielkiego bólu: w jego źrenice uderzyło światło i jakby sparzyło przywykłe do ciemności dno gałek ocznych. A ona już siedziała obok, trzymając go za rękę:

— Co się stało?

— Nic, Eowino, chyba wzrok mi wraca.

— Naprawdę?

Wszystko dokoła rozmywało się i kołysało w tęczowych aureolach, ale ból szybko ucichł. Kiedy książę w końcu otarł łzy i popatrzył po raz pierwszy na Eowinę, serce jego najpierw zamarło, a potem szarpnęło się i zalało go wrzącą falą: przed nim stała ta właśnie dziewczyna, którą wymalowała jego wyobraźnia. Nie podobna, a dokładnie ta — poczynając od koloru oczu, skończywszy na geście, jakim poprawiła włosy. „To ja sam ją stworzyłem — pomyślał z udręką — i teraz już się jej nie pozbędę”.

Fort Emyn Arnen, mający od dziś służyć za rezydencję Jego Wysokości księcia Ithilien, żadnym fortem, prawdę mówiąc, nie był. Był to olbrzymi drewniany dwupiętrowy dom o niewiarygodnie zaplątanej topografii, z wieloma architektonicznymi zbytkami, takimi jak: wszelakie wieżyczki, świetlice i zewnętrzne galeryjki. Wyglądało to jednak nad podziw harmonijnie: czuło się, że do jego powstania przyłożyli rękę Angmarczycy — właśnie tam, na dalekiej leśnej północy, kwitnie podobnego typu drewniana architektura…

Fort rozmieszczony był z punktu widzenia uroków krajobrazu bez zarzutu, a z punktu widzenia wojskowego — fatalnie, najgorzej jak można było. Nie bronił niczego przed niczym. Na dodatek otaczający go częstokół, nieznani esteci od fortyfikacji budowali z wyraźnym obrzydzeniem do swego dzieła, tak że mógłby służyć co najwyżej jako poglądowy materiał w Inżynieryjno-Wojskowej Akademii — „Jak nie należy budować zewnętrznych umocnień: znajdź osiem błędów”. Pewnie z tej przyczyny Emyn Arnen został przez Mordorczyków porzucony bez walki — jako z góry niemożliwa do obrony pozycja — i przeszedł w ręce swych dzisiejszych właścicieli w całości i w nienaruszonym stanie.

Zresztą, kogo można nazywać „właścicielem” nie do końca było wiadomo. W każdym razie nie księcia Ithilien, chyba że ktoś chciał sobie z niego pokpić: nie miał nawet prawa do samodzielnego wychodzenia poza wrota fortu. Jego gość, siostra króla Rohańskiej Marchii, Eowina, była mocno zdziwiona, widząc, że jej status niczym się właściwie nie różni od statusu księcia. Kiedyś, nie mając nic szczególnego na myśli, poprosiła o zwrot swojego miecza, żartując przy tym, że bez broni czuje się niezupełnie odzianą i w odpowiedzi usłyszała: „Pięknej dziewczynie dezabil zawsze pasuje”. Przez czoło Eowiny przemknęła chmurka niezadowolenia; komplement porucznika Białego Oddziału, czterdziestu ludzi przydzielonych im przez Aragorna w charakterze osobistej ochrony, był, nawet jak na jej swobodny dość gust, na granicy nietaktu. Postanowiła na przyszłość trzymać się z tymi osobnikami na większy dystans i wyraziła życzenie widzenia się z komendantem oddziału, Beregondem.

W końcu, każdy żart ma swoje granice; nie są w Minas Tirith i spacery bez broni po lesie, gdzie wciąż mogą się jeszcze kręcić niedobite gobliny, są naprawdę niebezpieczne. „O, Jej Wysokość nie ma się czym przejmować: gobliny, to problem ochroniarzy”. Czy nie chce on przypadkiem powiedzieć, że wszędzie jej będzie towarzyszyła ta czwórka ponurych zbirów? „Niewątpliwie tak, i na to jest osobisty rozkaz Jego Wysokości. Zresztą, jeśli Jej Wysokość nie podoba się ta czwórka, można ją wymienić na inną”. Nawiasem mówiąc, Aragorn nie jest jej władcą ani opiekunem, i skoro tak się sprawy mają, to ona natychmiast wraca do Minas Tirith… a nawet nie do Minas Tirith, a do Edoras! „Niestety, póki nie nadejdzie pisemny rozkaz Jego Wysokości to także jest niemożliwe”. To znaczy… to znaczy, prosto rzecz ujmując, że jest więźniem? „Ależ skąd, Wasza Wysokość! Więźniowie wszak siedzą w zamknięciu, a Wasza Wysokość może sobie cwałować choćby i do samego Minas Morgul, ale z ochroną i bez broni…”

Dziwna rzec., ale Eowina dopiero teraz uświadomiła sobie, że brak miecza przy pasie Faramira tłumaczy nie poetycka natura księcia i jego dziwactwa, a zupełnie przyziemna przyczyna.

Wynikało z tego wszystkiego — przy użyciu metody wykluczania — że prawdziwym gospodarzem w Ithilien jest Beregond — ale to by było zwyczajną bzdurą: wystarczyło raz zobaczyć, jak przemyka się on bokiem po korytarzach fortu, starając się nie spotkać spojrzeniem ze swym jeńcem. Kapitan był skończony, ponieważ wiedział, że to właśnie on ochraniał pokoje Denerhora w dniu tragedii i że to on publicznie oznajmił o samobójstwie króla. Wiedział, ale niczego z tych rzeczy nie pamiętał. W jego pamięci na miejscu tego koszmarnego dnia ziała jakaś zwęglona dziura, w której czasem majaczyła biała postać Mitrandira, przez co można było sądzić, że miał on jakiś związek z tą sprawą, ale jaki — tego Beregond nie potrafił zrozumieć. Trudno powiedzieć, co powstrzymywało kapitana od samobójstwa; może uświadomił sobie, że tym samym, ku radości prawdziwych zabójców, weźmie na siebie całą winę za cudze przestępstwo. W Minas Tirith od tej pory otaczała go głucha ściana pogardy — w opowieść o samospaleniu mało kto uwierzył — tak więc trudno by było Aragornowi znaleźć dla Białego Oddziału lepszego dowódcę. Wiadomo, że powinien piastować tę funkcję człowiek, który w żadnych okolicznościach nie dogada się z Faramirem. I oto Aragorn, z całą swą znajomością natury ludzkiej, popełnił błąd: nie mógł przewidzieć, że książę, który w dzieciństwie często siadywał na kolanach Beregonda, okaże się, nie wiadomo czy nie jedynym w całym Gondorze człowiekiem, który wierzy w niewinność kapitana.

Natomiast członkowie Białego Oddziału, którzy nie tylko stanowili ochronę fortu, ale też wykonywali obowiązki gospodarcze — od majordomusa do kucharza — praktycznie nie stykali się z księciem. „Tak jest, Wasza Wysokość”, „Nie, Wasza Wysokość”, „Nie wiem, Wasza Wysokość” — przy czym „Nie wiem, Wasza Wysokość” przeważało. Kazano ochraniać — ochraniali, każą wykończyć — wykończą, ale kto właściwie może kazać wykończyć, Faramir nie potrafił powiedzieć. Nie wierzył za grosz, że tymi zabijakami tak naprawdę dowodzi Beregond. Również od Aragorna nie było żadnych depesz, chyba że mają nawiązaną jakąś zakonspirowaną łączność z Minas Tirith ponad kapitanem — ale po co takie komplikacje?

Zaiste, dziwne towarzystwo rozlokowało się tej wiosny pod dachem Emyn Arnen; najzabawniejsze zaś było to, że wszyscy uczestnicy spektaklu „Książę Ithilien i jego Dwór”, czule zjednoczeni w działaniach, starali się, by te dziwactwa nie przedostały się do wiadomości ochoczych do plotek języków za wrotami fortu — tam, gdzie toczyło się zwyczajne ludzkie życie.

W tym życiu mało kiedy zdarzało się tak, by książę Faramir nie błogosławił swoich nowych poddanych — kolejnej grupy przesiedleńców z Gondoru. Wielu z nich jednakże nie spieszyło się stanąć przed jasnymi oczami władcy, a przeciwnie — zamieszkiwali najodleglejsze leśne ostępy. Poborcy podatkowi wyraźnie wydawali się im istotami znacznie gorszymi i bardziej niebezpiecznymi niż „gobliny”, od których jakoby kipiały tutejsze uroczyska. Przez lata wojny ludzie ci nauczyli się po mistrzowsku władać bronią, a całkowicie odzwyczaili się zginać kark przez landlordami, tak więc książę Ithilien nie mógłby kontrolować tych leśnych fortów, gdyby nawet miał takie życzenie — a nie miał. Starał się tylko, by nowo przybyli zrozumieli, że tu nikt nie zamierza oskubywać ich do gołej skóry, i chyba robił to dobrze, skoro w osiedlu zaczęli się pojawiać uzbrojeni ponurzy mężczyźni z odległych osad, żywotnie zainteresowani cenami miodów i wędzonej sarniny. W całym Ithilien słychać było stukot toporów: osiedlający się tu ludzie stawiali chaty, karczowali lasy na pola, budowali młyny i smolarnie. Urządzali się w zaanduińskich lasach poważnie i na długo.

22

Od czasu zakończenia mordorskiej wyprawy minął miesiąc, i przez ten czas Eowina nie otrzymała od Aragorna ani jednej wiadomości. Cóż, okoliczności nie zawsze muszą sprzyjać korespondencji… Jeśli natomiast miała jakieś swoje domysły, to zachowywała je dla siebie, na zewnątrz nie zmieniając się ani na jotę. Jedynym znakiem zmiany było zaniechanie codziennego wypytywania Beregonda, jak w pierwszych dniach pobytu, czy nie ma jakichś wieści z Minas Tirith. Poza tym Faramirowi wydawało się, że jej zadziwiające, szaro-zielone oczy zmieniły odcień na zimniejszy — błękitnawy. Zresztą, ta zmiana była taka trochę metafizyczna. Do księcia dziewczyna odnosiła się z prawdziwą przyjaźnią i sympatią, jednakże powstałe między nimi duchowe zbliżenie od razu ustaliła na poziomie przyjaźni i tylko przyjaźni, a książę się z tym pogodził.

Pewnego dnia siedzieli przy obiadowym stole w mało przytulnej z powodu swej wielkości sali Rycerskiej fortu, gdy w drzwiach stanął gondorski porucznik w zakurzonym płaszczu, w towarzystwie kilku żołnierzy. Faramir na początek zaproponował gońcowi wina z sarniną, ale ten odmówił ruchem głowy. Sprawa jest na tyle pilna, że chce tylko zmienić konia i pogalopuje z powrotem. Ma osobiste polecenie: zabrać znajdującą się w Emyn Arnen Eowinę (dziewczyna, nie mogąc zapanować nad sobą, cała wychyliła się do przodu i jej jaśniejąca radością twarz rozproszyła półmrok sali) i eskortować ją do Edoras, na dwór króla Eomera.

Dalej przekazano jakieś plotki z Minas Tirith, z których świadomość Faramira wychwyciła tylko nie znane mu imię — Arwena. Arwena… Brzmi jak głuchy dźwięk gongu. „Ciekawe — przemknęło mu przez głowę — początek jakiego pojedynku wyznacza ten gong…” Książę podniósł wzrok na Eowinę i smutek ścisnął mu serce: miał przed sobą bladą, pozbawioną krwi maskę bólu z ogromnymi oczami — dziecko, które najpierw okłamano podle, i bezlitośnie, a teraz na dodatek jeszcze chcą je wystawić na pośmiewisko tłumu.

Ale ten przejaw słabości trwał tylko chwilę. Krew sześciu pokoleń stepowych władców wzięła górę nad chwilowym zmieszaniem: siostra króla Rohańskiej Marchii nie ma prawa zachowywać się jak uwiedziona przez panicza córka młynarza. Z czarującym uśmiechem, nasyconym ciepłem jak księżycowe światło zalewające śnieżną kotlinę w Górach Białych, Eowina odpowiedziała porucznikowi, że przywieziony przez niego rozkaz jest bardzo dziwny: przecież nie jest ona poddaną człowieka, mieniącego się królem Gondoru i Arnoru. W każdym razie znajdują się oni teraz poza rubieżami Odrodzonego Królestwa, tak więc, jeśli książę Ithilien — skinienie głowy w stronę Faramira — nie ma nic przeciwko jej tu obecności, to ona raczej wybierze przedłużenie gościny.

Książę Ithilien, rzecz jasna, nie oponował, i smuciło go w tej całej sytuacji tylko jedno. Nie miał broni, i jeśli ludzie Aragorna mają zalecenie w razie potrzeby wywieźć dziewczynę siłą, to może walczyć tylko za pomocą noża, którym jeszcze przed chwilą wycinał kęsy z jeleniej łopatki — zaiste godny koniec dla ostatniego przedstawiciela nieszczęsnej Anariońskiej dynastii. Cóż, przynajmniej styl tej tragifarsy będzie utrzymany w konwencji do samego końca… W tej chwili książę niechcący przeniósł spojrzenie na stojącego na prawo od stołu Beregonda i drgnął ze zdumienia. Kapitan przeobraził się nie do poznania — jego spojrzenie nabrało poprzedniej kamiennej twardości, a ręka wyrobionym gestem oparła się na rękojeści miecza… Nie musieli już nic mówić: stary wojownik dokonał wyboru i gotów był umrzeć wraz z Faramirem.

A porucznik wyraźnie stracił rezon: najprawdopodobniej użycie broni przeciwko najjaśniejszym osobom nie było przewidziane w instrukcji. Eowina tymczasem, ponownie doń się uśmiechnęła — tym razem naprawdę czarująco — i przejęła inicjatywę:

— Obawiam się, że będzie musiał się pan zatrzymać, poruczniku. Proszę się poczęstować sarniną — dziś jest naprawdę udana. Pańscy żołnierze również potrzebują odpoczynku. Gunt! — zawołała do starszego lokaja. — Zaprowadź ludzi Jego Królewskiej Mości i dobrze ich nakarm, gdyż długą mieli podróż. I każ napalić w łaźni!

Eowinie wystarczyło sił, by wysiedzieć do końca posiłku i nawet podtrzymywać konwersację. „Proszę mi podać sól… Dziękuję bardzo… A co słychać w Mordorze, poruczniku? My, w tej naszej głuszy zupełnie oderwaliśmy się od rzeczywistości…” Ale widać było, że ledwo panuje nad sobą. Patrząc na nią, Faramir przypomniał sobie widziane pewnego razu nie odprężone szkło: na oko zwyczajne szkiełko, ale wystarczy pstryknąć w nie paznokciem, a rozleci się na drobniutkie bryzgi.

Ten nocy oczywiście nie spał. Siedział przy biurku pod nocną lampką, łamiąc sobie głowę, czy można w zaistniałej sytuacji jakoś jej pomóc? Książę był wybitnym filozofem, zupełnie nieźle radził sobie z taktyką wojny i sztuką wywiadu, ale co do sekretów duszy kobiecej — to trzeba powiedzieć sobie otwarcie — wyznawał się na nich słabo. Tak więc, gdy drzwi do jego komnaty otworzyły się bez pukania i na progu znalazła się blada Eowina, bosa i w nocnej koszuli, zupełnie się skonfundował. Na szczęście to ona, zdeterminowana jak somnambuliczka, nie czekając na zaproszenie, przekroczyła próg. Jej koszula opadła do stóp, a ona rozkazała, dumnie unosząc głowę i opuszczając rzęsy:

— Weź mnie, książę! Teraz!

Chwycił na ręce jej leciutkie ciało — och, diabli, dygoce jakby miała dreszcze, ząb nie trafia na ząb! — i, przeniósłszy ją na swoje łoże, nakrył kilkoma ciepłymi futrami… Co tu jeszcze jest? Poszukał dokoła wzrokiem. Aha! Manierka z elfickim winem — to, co trzeba.

— Masz, łyknij! Rozgrzejesz się…

— A nie chcesz książę rozgrzać mnie jakoś inaczej? — Nie otwierała oczu i ciało jej, wyprężone jak struna, nadal trzęsło się i dygotało.

— Byle nie teraz. Znienawidzisz mnie na całą resztę życia i będziesz miała rację.

I wtedy zrozumiała, że można; w końcu — można… I nie przejmując się już niczym, rozełkała się jak w odległym dzieciństwie, a on tulił do piersi tę drżącą i szlochającą, nieskończenie drogą mu istotę i szeptał jej do ucha jakieś słowa — sam nawet nie pamiętał jakie, i nie miało to żadnego znaczenia — a wargi jego były słone od jej łez. Kiedy wypłakała do dna swój ból i obrzydzenie, ukryła się w norce pod futrami, zawładnęła jego dłonią i cicho poprosiła: „Opowiedz mi coś… miłego”. Wtedy zaczął deklamować wiersze, najlepsze z tych, jakie znał. A za każdym razem, gdy milkł, ona ściskała jego dłoń, jakby bała się go zgubić w nocy, i mówiła z niemożliwą do powtórzenia intonacją: „Jeszcze coś! Proszę!”

Zasnęła dopiero przed świtem, nie wypuszczając jego dłoni ze swych rąk, a on siedział jeszcze długo na brzegu łoża, czekając aż jej sen stanie się mocny i dopiero wtedy pochylił się nad nią, ostrożnie dotknął wargami skroni, a potem usiadł w fotelu… Kilka godzin później obudził go jakiś szelest, otworzył oczy i natychmiast usłyszał gniewne: „Odwróć się, proszę!”, a po kilku sekundach skargę: „Posłuchaj, daj mi coś do ubrania. Nie mogę w biały dzień spacerować w takim stanie! „A potem, już stojąc na progu, mając na sobie jego myśliwską kurtkę z podwiniętymi rękawami, nagle powiedziała cicho i bardzo, bardzo poważnie: „Wiesz, te wiersze… To było coś niezwykłego, nigdy w życiu nie przeżyłam niczego takiego. Przyjdę do ciebie wieczorem i będziesz deklamował jeszcze coś, dobrze?” Krotko mówiąc, zanim do Edoras wysłany został list, w którym Faramir zapytywał Eomera, czy nie ma nic przeciwko decyzji swojej siostry, która postanowiła zostać księżną Ithilien, ich wieczorki literackie trwale weszły do rodzinnej tradycji.

— Czy ty mnie słuchasz?

Eowina, dawno już umyta i ubrana, patrzyła na niego z wyrzutem.

— Wybacz, mała. Rzeczywiście zamyśliłem się.

— Coś smutnego?

— Raczej — niebezpiecznego. Myślę sobie — a czy nie przyśle do nas Jego Wysokość król Gondoru i Arnoru prezentu ślubnego? Żeby tylko twój onegdajszy żarcik o strychninie i arszeniku nie był proroczy…

Wypowiadając te słowa, złamał jedno z niepisanych praw: w tych ścianach nie wspomina się Aragorna. Tylko raz, na samym początku ich romansu, Eowina niespodziewanie i bez związku z toczącą się rozmową powiedziała: „Jeśli cię to interesuje, jaki on był jako kochanek — stała odwrócona do okna i przesadnie uważnie przypatrywała się czemuś na dziedzińcu, nie zauważając jego protestującego gestu — to mogę powiedzieć zupełnie szczerze: taki sobie. Wiesz, on przywykł do tego, że tylko bierze — zawsze i wszystko. Jednym słowem »prawdziwy mężczyzna«. Wargi jej przy tych słowach wykrzywił gorzki uśmiech. „Oczywiście, mnóstwo kobiet tego właśnie chce, ale ja nie należę do ich grona…”

Przez jakiś czas patrzyła na Faramira pytająco, a potem skinęła głową i powiedziała, ważąc słowa i jakby sumując coś w myślach:

— Tak, to do niego podobne… Masz jakiś plan, by uniknąć takiego prezentu?

— Mam. Ale wszystko zależy od tego, czy w naszej drużynie zagra Beregond.

— Wybacz, że wtykam nos nie w swoje sprawy… Przecież ten człowiek zabił twego ojca. Co by o nim nie mówić, to jednak ojciec…

— Sądzę, że Beregond nie miał z tym nic wspólnego. Więcej nawet: spróbuję to dziś udowodnić, a przede wszystkim jemu samemu.

— A dlaczego właśnie dzisiaj?

— Dlatego, że wcześniej nie można było. Tego dnia — pamiętasz, w jadalni? — zachował się bardzo nieostrożnie. Umyślnie nie kontaktowałem się z nim przez cały ten czas, by uśpić czujność chłopców z Białego Oddziału, ale teraz wydaje mi się, że układ jest taki: albo wóz, albo przewóz. Jednym słowem — zaproś go do mojej komnaty pod jakimś pretekstem. Ale uważaj, by rozmowa wasza odbyła się przy świadkach — wszak nie mamy żadnych sekretów! A ty, gdy pojedziesz dziś na polowanie, oderwij się nieznacznie od eskorty i popytaj u ludzi, nie narzucając się, o pewną leśną osadę…

W oczach wchodzącego do komnaty Beregonda tliła się słaba iskierka nadziei: może nie wszystko stracone?

— Zdrowia życzę, Wasza Wysokość!

— Witaj, Beregondzie. I nie rozmawiaj ze mną tak oficjalnie… Chcę, byś pomógł mi skontaktować się z Jego Królewską Mością.

Z tymi słowami, książę wyjął ze stojącej pod ścianą podróżnej skrzyni i ostrożnie położył na stole dużą kulę z przydymionego kryształu.

— Kamień Jasnowidzenia! — zdziwił się kapitan.

— Tak, to palantir. Drugi jest teraz w Minas Tirith. Aragorn, z jakiegoś powodu nie chce, bym ja się nim posługiwał, i nałożył nań zaklęcie. Tak więc, jeśli łaska, weź kulę i wpatrz się w jej wnętrze…

— Nie! — rozpaczliwie pokręcił głową Beregond, a na jego obliczu pojawił się strach. — Co tylko chcesz, byle nie to! Nie chcę widzieć zwęglonych dłoni Denethora!

— Więc widziałeś już je kiedyś? — Książę nagle poczuł, że jest śmiertelnie zmęczony. Jak widać, pomylił się, co do tego człowieka…

— Nie, ale opowiadano mi… Widzi je każdy, kto zajrzy do palantira!

— Nie przejmuj się, Beregondzie. — W głosie Faramira dała się słyszeć ulga. — To nie jest ten palantir, nie ten należący wcześniej do Denethora. Tamten jest właśnie w Minas Tirith i nie zagraża ci.

— Tak? — Kapitan, mimo zapewnienia Faramira wyraźnie się obawiając, wziął Kamień Jasnowidzenia do ręki, dość długo wpatrywał się w niego, a potem z westchnieniem postawił z powrotem na stole. — Wybacz, książę, ale nic nie widzę.

— Widziałeś już wszystko, co należało, Beregondzie. Nie jesteś winien śmierci Denehtora — możesz spać spokojnie.

— Co?! Co powiedziałeś, książę?!

— Nie jesteś winien śmierci Denethora — powtórzył książę.

— Wybacz, musiałem wprowadzić cię w błąd: nasz palantir to właśnie ów kamień. Rzeczywiście — widać w nim czasem skręcone palce, ale widzą je tylko ci, którzy są zamieszani w zabójstwo króla Gondoru. A ty nic nie widziałeś, co znaczy, że jesteś czysty. Tego dnia twoja wola została sparaliżowana przez czyjąś potężną magię. Jak sądzę, elficką.

— Naprawdę? — wyszeptał Beregond. — Chcesz mnie, książę, pocieszyć, i to na pewno jest ten inny palantir… „Powiedz, powiedz, że to nie jest tak!”

— Pomyśl sam — kto by mi dał ten „inny palantir”? Nawet ten oddali mi, ponieważ sądzili, że jest nieodwołalnie uszkodzony: sami rzeczywiście nie mogą nic w nim zobaczyć, gdyż dłonie Denethora przesłaniają całe pole widzenia. O tym, że ludzie nie mający nic wspólnego z zabójstwem nadal mogą z niego korzystać, na szczęście, nawet nie podejrzewają.

— To dlaczego powiedziałeś mi najpierw, że to nie ten?

— Widzisz… Chodzi o to, że jesteś człowiekiem łatwowiernym i bez trudu można ci coś zasugerować. Właśnie to wykorzystały elfy i Mitrandir. Bałem się, że po prostu wymyślisz sobie ten obraz. Autosugestia czasem wyczynia z ludźmi dziwne takie rzeczy… Ale teraz, chwała Eru, wszystko to za nami.

— Wszystko za nami… — wychrypiał Beregond. Wypowiadając te słowa, opadł na kolana i patrzył teraz na księcia z wyrazem tak głębokiego psiego oddania, że ten poczuł się niezręcznie. — Czy to znaczy, że pozwolisz, książę, służyć ci jak w przeszłości?

— Tak, pozwalam, ale natychmiast wstań z kolan… Powiedz mi teraz, czy jestem dla ciebie suwerenem Ithilien?

— Jakżeby inaczej, Wasza Wysokość?! — Skoro tak, to czy mam prawo, pozostając wasalem gondorskiej korony, mieć swą osobistą ochronę narzuconą mi przez Króla?

— Oczywiście. Ale łatwiej to powiedzieć, niż wykonać: Biały Oddział jest mi podporządkowany tylko nominalnie. A ja tu jestem, szczerze mówiąc, tylko kwatermistrzem…

— Tego od dawna się domyślałem. A przy okazji — kim oni są? Dunedainowie?

— Szeregowcy to Dunedainowie. A oficerowie i kaprale… To ludzie z Tajnej Straży Króla. Skąd się wzięli u nas, w Gondorze, tego nikt nie wie. Ludzie gadają — Beregond zerknął na drzwi — że to podobno ożywione martwiaki. Kto tam dowodzi, sam nie wiem.

— M-m-hm… W każdym razie musimy się pozbyć tego towarzystwa, i to im prędzej, tym lepiej. No to jak, kapitanie, zaryzyku jesz ze mną?

— Uratowałeś, Wasza Wysokość, mój honor, a to znaczy, że moje życie należy do ciebie bezwarunkowo. Ale trzech na czterdziestu…

— Sądzę, że jest nas nie troje, a nieco więcej, znacznie więcej.

— Słysząc te słowa, zdumiony Beregond szeroko otworzył oczy.

— Jakiś tydzień temu chłopi z pewnej leśnej osady przywieźli do nas do fortu wóz wędzonej sarniny i zaczęli się wykłócać ze strażnikami przy bramie: wartownicy, jak zwykle, chcieli by zostawili łuki po tamtej stronie palisady. Był wśród tych przybyłych taki ciemnowłosy, darł się na całą okolicę: „Dlaczego, niby, szlachetni mogą wchodzić do rezydencji księcia z bronią, a wolni strzelcy z Drozdowej Kolonii, za diabła”. Przypominasz sobie?

— Coś takiego było… A o co chodzi?

— O to, że ten ciemnowłosy to baron Grager, porucznik Pułku Ithilien, a przed wojną mój rezydent w Khandzie, i mam podstawy sadzić, że w tej Drozdowej Kolonu nie siedzi on sam… Tak więc, twoim zadaniem jest nawiązać łączność z Gragerem, a potem będziemy działać według okoliczności. Od dziś będziemy się komunikować ze sobą przez skrytkę — gdy staniesz na szesnastym stopniu kręconych schodów w północnym skrzydle, to na poziomie lewego łokcia znajdziesz szczelinę w poszyciu ściany — akurat na liścik. Ani z górnego, ani z dolnego placyku schodów nie widać tej szczeliny — sprawdziłem to. Po wyjściu ode mnie zaczniesz pić, gdzieś tak przez trzy dni: przecież zaprosiłem cię, żebyś spróbował mnie połączyć z Aragornem poprzez palantir — a ty, to jasne, zobaczyłeś w nim Denethora… Tylko nie przesadź — oficerowie Białych wydają się być bardzo przenikliwie patrzącymi ludźmi.

Dokładnie tego samego dnia w Kolonii wydarzyło się pierwsze przestępstwo — podpalenie. Jakiś przygłup podpalił… nie, nie uwierzycie: nie dom rywala, który zrobił go rogaczem, nie spichlerz karczmarza, który odmówił czarki gorzały na kredyt, nie stóg zadzierającego nos sąsiada… Podpalono gołębnik, własność ponurego samotnego kowala, który przyjechał tu z Anfalas i widać dlatego zachował pewne harde miastowe nawyki. Kowal kochał swe gołębie aż do przesady i dlatego obiecał srebrną markę temu, kto naprowadzi go na trop podpalacza. Miejscowa policja w postaci dwóch konstabli, kaprali Białego Oddziału, sama z siebie ryła nosem, szukając tropu, a znając obyczaje Anfalasczyków, można było być pewnym, że jeśli nie uda się wsadzić sprawcy pod klucz, to przyjdzie prowadzić dochodzenie już nie w sprawie podpalenia, a umyślnego zabójstwa…

Faramir wysłuchał tej głupiej historii, wysoko unosząc lewą brew — był bardzo tym wszystkim zdziwiony. Sprecyzujmy: naprawdę zdziwiony. Jedno z dwóch: albo przeciwnik popełnił pierwszy poważny błąd, albo odwrotnie — widzi całą intrygę księcia na wylot. I w jednym, i drugim przypadku Gra się rozpoczęła; rozpoczęła się wcześniej, niż oczekiwał, i nie tak, jak tego oczekiwał, ale nie było już drogi odwrotu.

23

Góry Cienia, Przełęcz Hotont

12 maja 3019 roku

— O to Ithilien. — Góral troll opuścił do pasa tobół z bagażem i machnął ręką przed siebie, w stronę wąwozu poniżej, gdzie piętrzyły się zwarte kłęby jasnozielonego dymu: gęsty krzywolas z niskopiennych kamiennych dębów. — My teraz nie mamy tam wstępu. Ale ta ścieżka jest dobrze wydeptana, nie zabłądzicie. Gdzieś za godzinę traficie na ruczaj, a płycizna będzie nieco poniżej. Wygląda dość niebezpiecznie, ale przejść można… Najważniejsza sprawa to nie pękać i stawiać stopy wprost w kipiel, akurat tam jest najpłycej. Zaraz przepakujemy się i w drogę.

— Dzięki ci, Marunie. — Haladdin mocno uścisnął szeroką jak łopata dłoń przewodnika. I z budowy, i z zachowania troll przypominał niedźwiedzia: dobroduszny i flegmatyczny łasuch, w mgnieniu oka stający się śmiercionośną bojową maszyną, straszliwą nie tyle z powodu swej zadziwiającej siły, ile przebiegłości i zręczności. Nos jak kartofel, rozczochrana miotła ryżej brody i wyraz twarzy wieśniaka, któremu przed chwilą jarmarczny kuglarz wyciągnął zza ucha złotą monetę — wszystko to maskowało wspaniałego wojownika, biegłego i bezlitosnego. Patrząc na niego, Haladdin wciąż przypominał sobie usłyszane gdzieś powiedzenie: „Najlepszych na świecie żołnierzy można wyszkolić z ludzi spokojnych i rodzinnych”. Do czasu, kiedy taki oto chłop, wróciwszy pewnego dnia wieczorem z pracy, znajduje w miejscu swego domu pogorzelisko ze zwęglonymi kośćmi.

Jeszcze raz obrzucił spojrzeniem zwisające nad nimi ośnieżone bryły Gór Cienia — nawet Cerleg nigdy wcześniej nie podjąłby się przeprowadzenia ich oddziału przez wszystkie te lodowe cyrki, pionowe ściany z omszałymi osypiskami i nie mającymi końca dywanami rododendronów.

— Gdy wrócisz do bazy potrudź się i przypomnij Iwarowi, żeby w lipcu czekali na nas w tym samym miejscu.

— Nie bój się, chłopie: dowódca nigdy o niczym nie zapomina. Skoro się umówiliśmy, to pod koniec lipca będziemy tu na pewno.

— Dobrze. A gdyby nas nie było pierwszego sierpnia, wypijcie za spokój naszych dusz.

Matun na pożegnanie klepnął Cerlega tak, że ten ledwie ustał na nogach.

— Bywaj zdrów, zwiadowco!

Z orokuenem związały go przez te dni więzy prawdziwej przyjaźni. Tangornowi, rzecz jasna, nawet nie skinął głową; gdyby to on decydował, to tego gondorskiego pajaca… Jasne, jasne dowódcy wiedzą lepiej. Matun był partyzantem w brygadzie Iwara-Dobosza od samego początku okupacji i dobrze wiedział, że powrotu grupy zwiadowczej należy oczekiwać w punkcie kontaktowym najwyżej przez trzy dni, a tu — tydzień! Zadanie o szczególnym znaczeniu, zrozumiano? Tak więc, może i ten gondorski pajac znalazł się w grupie nie po to, by szorować garnki.

„Tak — myślał w tym czasie Haladdin, obserwując miarowe, w rytmie kroków kiwanie się tobołu na plecach idącego przed nim barona. — Teraz wszystko zależy od Tangorna: czy potrafi w Ithilien osłonić nas przed swoimi, jak my przez ten czas osłanialiśmy jego. To, że jest osobistym przyjacielem księcia Faramira — wspaniale, bez dwóch zdań, ale do tego wspaniałego księcia mamy jeszcze szmat drogi… Na dodatek może być tak, że i sam Faramir w obecnej sytuacji jest tylko dekoracją przy rządach Aragorna. A baron ma dość specyficzne podejście do władz w Minas Tirith — w Odrodzonym Królestwie już z dziesięć razy mogli go postawić poza prawem… Jednym słowem, możemy łatwo zawisnąć całą trójką — nawet na najbliższej gałęzi, tam gdzie spotkamy pierwszy gondorski patrol, albo na murach Emyn Arnen. A co najzabawniejsze, w lesie barona powieszą nam do towarzystwa, a w forcie — nas do towarzystwa jemu. Tak, dobre towarzystwo to ważna sprawa…”

Można domniemywać, że umysł barona tego typu smętne myśli zaprzątały dziesięć dni temu, kiedy przekonali się, że droga do Ithilien przez Trakt Morgulski i przełęcz Pajęczycy jest szczelnie zamknięta przez elfickie posterunki, a to znaczy, że trzeba będzie poszukać pomocy partyzantów Gór Cienia. Najgorszą rzeczą byłoby wpaść na jeden z tych drobnych oddziałków, które nie uznawały żadnej władzy i nie myślały o niczym prócz zemsty. Wtedy nie pomogłyby nawet odwoływania się do wagi „misji”, a partyzanci rozprawiali się z jeńcami nie mniej okrutnie niż ich wrogowie… Na szczęście Cerleg, posiłkując się informacjami od Sharha-Rany, potrafił wyszukać w wąwozie Sharateg bazę zupełnie znośnie zdyscyplinowanej formacji, podporządkowanej jednolitemu dowództwu Ruchu Oporu. Oddziałem dowodził kadrowy żołnierz, jednoręki weteran Armii Północ, porucznik Iwar. Sam pochodził z tych okolic i stworzył w wąwozie zupełnie niedostępny bastion; prócz wszystkiego Iwar zorganizował na swych posterunkach obserwacyjnych znakomicie działającą dźwiękową łączność, za co otrzymał przezwisko „Dobosz”.

Porucznik bez cienia strachu zważył w dłoni okazany przez Haladdina pierścień Nazgula, skinął głową i zadał tylko jedno pytanie: Jak może pomóc konsyliarzowi w wykonaniu jego zadania. Przerzucić ich grupę zwiadowczą do Ithilien? Nie ma problemu. Jego zdaniem, należy iść przez przełęcz Horont — o tej porze roku uważana jest za nie do pokonania, tak więc od ithilieńskiej strony niemal na pewno nie jest strzeżona. Niestety, najlepszy z jego przewodników — Matun — wykonuje teraz powierzone mu zadanie. Czy mogą poczekać trzy, cztery dni? No to, nie ma sprawy. W tym czasie niech się wyśpią i najedzą na zapas. Czekająca ich droga… ho-ho! I dopiero kiedy cała trójka odzyskała odebraną im na przednim posterunku broń, Tangorn zwrócił wziętą od lekarza poprzedniego dnia truciznę z eloarowej apteczki. Udało się.

Haladdin nigdy wcześniej nie bywał w tych okolicach i szczerze zainteresowany obserwował, jak się żyje w wąwozie Sharateg. Górskie trolle żyły ubogo, ale z każdego ich ruchu przebijało niemal książęce dostojeństwo; tylko gościnność ich — z punktu widzenia obcego — chwilami przekraczała wszelkie racjonalne granice i powodowała, że Haladdin czuł się wybitnie niezręcznie. Teraz w każdym razie stały się zrozumiałe źródła tej zadziwiającej atmosfery, jaka panowała w baraddurskim domu jego przyjaciela z Uniwersytetu, Kumaja.

Trolle zawsze osiedlały się w grupach kilku dużych, zaprzyjaźnionych ze sobą rodzin, a ponieważ na spadzistym stoku dom dla trzydziestu osób można zbudować tylko jednym jedynym sposobem — wyciągając go w pionie — ich budowle były grubościennymi kamiennymi wieżami o wysokości od dwudziestu do trzydziestu stóp. Sztuka układania kamiennych ścian, zrodzona przy wznoszeniu tych miniaturowych twierdz, uczyniła później wychodźców z trollijskich osiedli czołowymi budowniczymi Mordoru. Innym ulubionym zajęciem trolli była metalurgia. Najpierw odkryli sposoby kucia żelaza, uczyniwszy tym samym broń tanią — a więc i ogólnodostępną; potem nadeszła kolej na niklowo-żelazowe stopy (spora część tamtejszych żelaznych rud należała do rud stali stopowej) i teraz miecze, wiszące u pasa każdego mężczyzny, który osiągnął wiek lat dwunastu, stały się najlepszymi w Sródziemiu. Nie dziw więc, że trolle nigdy nie znały nad sobą żadnej władzy, prócz własnej starszyzny: tylko zupełny idiota może posunąć się do szturmu trollijskiej wieży po to, by, straciwszy pod jej murami pół drużyny, przejąć jako podatek czy też świątynną dziesięcinę kilka chudych owiec.

W Mordorze świetnie to rozumiano, dlatego górali dotyczył tylko pobór do wojska, co im nawet dość pochlebiało. Później jednak, kiedy ich podstawowym zajęciem stało się wydobycie rudy i wytapianie metali, na produkty owe nałożono drakońskie cła, ale trolli to jakby nie dotyczyło: obojętność na bogactwo i wygody stała się wręcz przysłowiowa, tak samo jak ich upór. Dana okoliczność zrodziła znaną w Sródziemiu legendę jakoby te trolle, które wszyscy znają, są tylko połową narodu. Drugą zaś połowę w Zachodnich krajach błędnie nazywa się „krasnoludami”, myląc z innym mitycznym narodem — podziemnymi kowalami; to ci właśnie są owładnięci manią posiadania i całe swe życie spędzają w sekretnych podziemnych galeriach w poszukiwaniu złota i kamieni; ci właśnie są chciwi, kłótliwi, wiarołomni — jednym słowem są całkowitą odwrotnością prawdziwych, nadziemnych trolli. Jakkolwiek sprawa się ma, fakt pozostaje faktem: trollijska wspólnota podarowała Mordorowi wiele wybitnych postaci, od dowódców i mistrzów kowalskich do uczonych i religijnych przywódców, ale ani jednego, w jakikolwiek sposób znaczącego przedstawiciela warstwy kupieckiej!

Kiedy Zachodni sojusznicy — w ramach „Ostatecznego rozwiązania kwestii mordorskiej” — udanie „wyczyścili” przedgórze i zaczęli wykurzać trolle z ich wąwozów w Górach Cienia i Górach Popielnych, szybko zrozumieli, że walka z góralami to nie to samo, co kolekcjonowanie odciętych uszu w Oazie Gorgorath… Trollijskie osiedla w tym czasie mocno się wyludniły, wielu mężczyzn poległo zarówno podczas wyprawy do Esgaroth, jak i na Polach Pelennoru. Ale podczas wojny w górskiej ciasnocie liczebność jako taka nie odgrywa szczególnej roli: górale zawsze mogli stanąć na drodze wroga w najwęższych miejscach, gdzie dziesiątka dobrych wojowników może godzinami wstrzymywać całą armię, a dokładniej — przez tyle czasu, ile go potrzeba, by ustawione wyżej na stoku katapulty gruntownie przetrzepały sparaliżowaną kolumnę. Trzykrotnie pogrzebali pod wywołanymi własnoręcznie lawinami duże oddziały najeżdżające ich doliny. Porem przenieśli działania bojowe na przedgórza. Tak więc obecnie elfy z Wastakami nocą nie śmiały wysunąć nosa poza nieliczne, dobrze umocnione punkty. A do górskich osiedli, które stały się teraz partyzanckimi bazami, stale napływał lud z równin — skoro w obu przypadkach czeka nas koniec, to lepiej spotkać go z bronią w ręku i nie samotnie.

24

Wśród tych, którzy pojawili w tym tygodniu w Sharateg, były naprawdę interesujące osoby. Jednego z nich — mistrza Haddamiego — konsyliarz poznał w sztabie Iwara, gdzie mały Umbarczyk o pergaminowej twarzy i niewyobrażalnie smutnych oczach pracował jako pisarz, a od czasu do czasu podsuwał porucznikowi nadzwyczaj ciekawe pomysły realizacji wywiadowczych operacji. Mistrz był jednym z większych w kraju oszustów i w chwili upadku Barad-Dur odsiadywał w tamtejszym więzieniu pięcioletni wyrok za gigantyczną aferę z awalizowanymi wekslami bankowymi. Haladdin, kompletna finansowa noga, nie potrafił docenić piękna technicznych detali tej afery, ale sądząc z tego, że otumanieni negocjatorzy, szefowie trzech najstarszych handlowych domów Stolicy, dołożyli olbrzymich starań, by ukręcić łeb sprawie, pomysł musiał być naprawdę wyśmienity. W zburzonym do cna mieście perspektywy pracy w swojej specjalności — dużych finansowych machinacjach — były znikome, tak więc Haddami wykopał swoje ukryte złoto i zwiał na Południe, mając nadzieję przedostać się do swej historycznej ojczyzny. Jednakże złośliwość losu, którymi ten obficie szermuje podczas wojny, doprowadziły go nie do wymarzonego Umbaru, a do sharategskich partyzantów.

Mistrz był prawdziwą skarbnicą najprzeróżniejszych talentów, które, tęskniąc do kontaktów z „inteligentnymi ludźmi”, z przyjemnością demonstrował Haladdinowi. Na przykład, z niewyobrażalną dokładnością naśladował pismo innych ludzi — co, jak łatwo się domyślić, jest rzeczą bezcenną w jego profesji. O nie, mowa tu nie o jakimś prymitywnym odtwarzaniu cudzego podpisu, skądże! Zapoznawszy się z kilkoma stronicami, napisanymi ręką konsyliarza, Haddami napisał w jego imieniu tekst, na widok którego Haladdin w pierwszej chwili pomyślał. „Na pewno musiałem to sam napisać, po prostu nie pamiętam, kiedy i gdzie, a ten osobnik znalazł go i teraz zawraca mi głowę…”

Rzecz cała okazała się prostsza, a jednocześnie bardziej złożona. Haddami przyznał się, że jest genialnym grafologiem, który ze specyfiki charakteru pisma i stylu tworzy najwierniejszy z możliwych portret psychologiczny piszącego, a następnie praktycznie wciela się w tę osobę, tak więc pisane przezeń w imieniu innych osób teksty są — w pewnym sensie — autentyczne. A gdy mistrz na dodatek wyłożył konsyliarzowi wszystko, czego dowiedział się o jego wewnętrznym świecie, dedukując z kilkunastu zapisanych wersów, ten znieruchomiał oszołomiony, mocno nawet wystraszony. Była to dla niego prawdziwa magia, i to magia niedobra. Przez chwilę nawet kusiła Haladdina myśl, by pokazać mistrzowi jakieś notatki Tangorna, ale wiedział, że byłoby to niesłychanie podłe, o wiele bardziej niż wsadzić nos w cudzy pamiętnik. Nikt nie ma prawa wiedzieć o kimś innym więcej, niż ten sam zamierza o sobie powiedzieć, gdyż w takiej sytuacji zarówno miłość, jak i przyjaźń umierają wraz z naruszonym prawem człowieka do tajemnicy.

Wtedy to wpadł na dziwny pomysł — dał Haddamiemu do ekspertyzy list Eloara, znaleziony wśród rzeczy zabitego elfa. Zawartość listu przeanalizowali starannie z baronem jeszcze w czasie zasiadki w Houtijn-Hotgor — mieli nadzieję znaleźć w nim jakieś punkty zaczepienia, jakieś wskazówki pomocne w realizacji przedarcia się do Lorien, ale nic z tego nie wyszło. I oto teraz Haladdin sam nie wiedząc, po co — zapragnął, korzystając z okazji, zapoznać się z psychologicznym portretem elfa.

Wyniki wprowadziły go w całkowite zdumienie. Haddami utkał z kruchych zwoików runicznego listu portret osoby w najwyższym stopniu szlachetnej i sympatycznej, być może nieco przesadnie marzycielskiej i otwartej aż do bezbronności. Haladdin oponował — grafolog obstawał przy swoim: przeanalizował również inne zapiski Eloara, jego topograficzne i gospodarcze notatki i wynik pozostał bez zmian, błąd wykluczony.

— Znaczy to, mistrzu, że funta kłaków nie jest warta pańska dedukcja! — rzucił wyprowadzony z równowagi Haladdin i opowiedział zaskoczonemu ekspertowi, co on sam zastał w Teshgol, nie szczędząc mu medycznych szczegółów.

— Proszę posłuchać, konsyliarzu — odezwał się po chwili zastanowienia nieco skonfundowany Haddami. — Ja, mimo wszystko obstaję przy swoim. Tam, w tym Teshgol, to nie był on…

— Co to znaczy „nie on”?! Może nawet nie on sam zgwałcił ośmioletnią dziewczynkę, zanim poderżnął jej gardło, ale uczynili to ci, którymi dowodził?!

— Ależ nie, Haladdinie, ja nie o tym mówię! Zrozum, to jest głębokie, niewyobrażalnie dla nas, ludzi, głębokie rozdwojenie osobowości. Proszę sobie wyobrazić, że musiał pan, bo tak wyszło, uczestniczyć w czymś podobnym do masakry w Teshgol. Ma pan matkę, którą głęboko kocha, a u elfów nie może być inaczej: dzieci są na wagę złota, każdy młody członek społeczności jest po prostu bezcenny… Tak więc, należy sądzić, zrobi pan wszystko, żeby nie dowiedziała się o tym koszmarze, a biorąc pod uwagę elficką przenikliwość nie da się tego dokonać z pomocą kłamstwa czy prymitywnego przemilczenia, więc musi pan naprawdę przeistoczyć się w inną osobę. Dwie zupełnie różne osobowości w jednej istocie — że tak powiem, „do użytku zewnętrznego i wewnętrznego”. Rozumie mnie pan?

— Przyznam, że nie bardzo… Rozdwojenie jaźni to nie moja specjalność.

Dziwne, ale chyba właśnie ta rozmowa natchnęła Haladdina rozwiązaniem tego najważniejszego zadania, nad którym siedział, a rozwiązanie to przestraszyło go swą prostotą, prymitywnością nawet. Leżało na samym wierzchu i wydawało mu się teraz, że przez te wszystkie dni umyślnie odwracał wzrok, udając przed samym sobą, że go nie widzi… Tego wieczoru konsyliarz dotarł do wieży, gdzie przydzielono im kwaterę. Gospodarze już się położyli spać, ale ogień jeszcze nie wygasł, i teraz siedział przy nim nieruchomo, wpatrując się szklanym wzrokiem w pomarańczową stertę węgli. Nawet nie zauważył kiedy obok pojawił się baron.

— Posłuchaj, Haladdinie, wyglądasz jakbyś zachorował. Może wypijesz czarkę?

— A wiesz, chyba nie odmówię…

Miejscowa gorzałka sparzyła usta i przemknęła niczym skurcz wzdłuż grzbietu; wytarł łzy i poszukał wzrokiem, gdzie mógłby splunąć wódczaną śliną. Wcale nie ulżyło, ale spłynęła nań jakaś gorzka obojętność. Tangorn tymczasem zniknął gdzieś w ciemnościach w poszukiwaniach drugiego taboretu.

— Jeszcze?

— Nie, dziękuję.

— Stało się coś?

— Stało. Znalazłem sposób, jak podrzucić elfom nasz prezencik.

— No i?

— No i tak sobie myślę, że to odwieczne rozważania: czy cel uświęca środki…

— Hm… Raz tak, innym razem nie. Jak się zdarzy…

— Właśnie. Matematyk powiedziałby: „Zadanie w tej postaci jest nierozwiązywalne”. I Jedyny — w swej niewypowiedzianej mądrości — zamiast jednoznacznej instrukcji postanowił wyposażyć nas w taki kapryśny i niepewny przyrząd jak Sumienie.

— I cóż teraz mówi panu Sumienie, konsyliarzu? — Tangorn patrzył na niego z lekko ironicznym zainteresowaniem.

— Sumienie zupełnie niedwuznacznie powiada: „Nie wolno”. A Powinność na to: „Trzeba”. Tak się mają sprawy… Dobrze by było żyć zgodnie z rycerską dewizą: „Rób co trzeba — i niech będzie, co ma być”. Prawda, baronie? Szczególnie jeśli ktoś ci już szepnął na uszko, co mianowicie trzeba…

— Obawiam się, że nie będę w tym panu pomocny.

— A ja nie potrzebuję pomocy. Nawet więcej — odwrócił się i otrząsnąwszy z zimna, wyciągnął dłonie do stygnących węgli — chcę pana zwolnić z wszelkich zobowiązań co do uczestnictwa w tej wyprawie. Nawet jeśli zwyciężymy, realizując nasz plan, to — proszę mi wierzyć — nie będzie to Wiktoria, z której można być dumnym.

— Aż tak? — Twarz Tangorna stężała, a jego wzrok nagle stał się cięższy od kamiennej lawiny. — Więc pański plan ma taką wartość, że udział w nim jest mniej honorowy, niż porzucenie w potrzebie przyjaciela? Ponieważ do tej chwili uważałem pana za takiego. Bardzo sobie cenię pańską troskę o czystość mojego sumienia, konsyliarzu, ale może pozwoli pan, że sam podejmę decyzję?

— Jak pan chce — obojętnie wzruszył ramionami Haladdin. — Może pan najpierw wysłuchać mnie i dopiero potem odmówić. To jest dość złożona kombinacja i przyjdzie zacząć z daleka. Jak pan sądzi, baronie, co aktualnie łączy Aragorna z elfami?

— Aragorna z elfami? Ma pan na myśli teraz, po tym, jak posadzili go na gondorskim tronie?

— Oczywiście. Mówił pan chyba, że nieźle zna wschodnią mitologię. Nie przypomina pan sobie przypowieści o Łańcuchu gnomów?

— Przyznaję, nie pamiętam…

— Jakże to… Bardzo pouczająca opowieść. Kiedyś dawno, dawno temu bogowie usiłowali uśmierzyć Chachti — głodnego demona Piekła, mogącego pożreć cały Świat. Dwukrotnie skuwali go łańcuchem wykonanym przez boskiego Kowala — najpierw ze stali, potem z mithrilu i dwukrotnie Chachti rwał go jak pajęczynę. Kiedy natomiast bogowie stanęli przed trzecią, ostatnią szansą, zniżyli się do tego, że zwrócili się o pomoc do krasnoludów. Ci nie zawiedli i wykonali prawdziwie niezniszczalny łańcuch — z głosu ryb i tupotu kocich stóp…

— Głosu ryby i tupotu kocich stóp?!

— Tak. Ani jednego, ani drugiego nie ma — już nie ma — ponieważ wszystko, co na tym świecie było, poszło na wykucie Łańcucha. Ale, jak mi się wydaje, zużyto nań jeszcze kilka innych rzeczy, których teraz również nie można znaleźć, na przykład wdzięczność władców… A przy okazji. Jak, według pana, bogowie zapłacili krasnoludom?

— Należy sądzić, że zlikwidowali ich. Nie widzę innego wyjścia.

— Właśnie tak! Dokładniej mówiąc — zamierzali zlikwidować, ale krasnoludy też nie wypadły sroce spod ogona… Zresztą, to już inna historia. A wracając do Aragorna i elfów…

Opowiadanie było długie i treściwe — przy okazji sam sprawdzał swoją logiczną konstrukcję. Następnie popadli w milczenie, zakłócane wyłącznie wyciem wiatru za ścianami wieży.

— Jest pan strasznym człowiekiem, Haladdinie. Kto mógłby pomyśleć… — w zamyśleniu powiedział Tangorn; popatrzył na konsyliarza jakoś dziwnie, z nowym zainteresowaniem i chyba z szacunkiem. — W zadaniu, jakiego się podjęliśmy, wszystkie takie karmelkowe smarki są co najmniej nie na miejscu, ale jeśli sądzone nam jest zwyciężyć w sposób, jaki pan wymyślił… Słowem, nie sądzę, bym miał kiedykolwiek ochotę na wspominanie tej historii przy kielichu dobrego wina. — Jeśli sądzone nam jest zwyciężyć tak, jak to wymyśliłem — niczym echo odezwał się Haladdin — nie sądzę, żebym chciał oglądać swe odbicie w lustrze.

W duchu zaś dodał: „A już na pewno nigdy nie odważę się spojrzeć w oczy Soni”.

— Zresztą — uśmiechnął się baron — pozwolę sobie ściągnąć pana na grzeszną ziemię: ta rozmowa dziwnie przypomina awanturę przy podziale nie znalezionego jeszcze skarbu. Najpierw niech pan wygra ten bój, a dopiero potem zacznie się oddawać duchowej szamotaninie… Na razie pojawiło się światełko na końcu tunelu i nic więcej. Nie sądzę, by nasze szansę na pozostanie żywymi były wyższe niż jeden do pięciu, tak więc jest to swego rodzaju uczciwa gra.

— „Nasze szanse”? Czy to znaczy, że jednak pan zostaje?

— A gdzie mam się podziać… Chyba pan nie sądził, że da sobie radę beze mnie? Jak na przykład zamierza pan skontaktować się z Faramirem? A przecież bez jego, niech i biernego udziału, cała nasza kombinacja kończy się, nawet nie zaczynając. Dobra… Teraz tak. Uważam, że musimy wymyśloną przez pana przynętę zarzucić nie gdziekolwiek, a w Umbarze. Tę część zadania biorę na siebie — pan z Cerlegiem będziecie tam tylko ciężarem. Kładźmy się, a szczegóły przemyślimy jutro.

Następnego dnia jednakże, na plan pierwszy wyszły inne sprawy: pojawił się w końcu długo oczekiwany przewodnik, Marun, i ruszyli zdobywać Hotont. Był już drugi tydzień maja, ale przełęcz ryglowała jeszcze zima. Oddział trzykrotnie trafiał pod lawiny śnieżne — ratowały ich tylko śpiwory z futra gruborogów; pewnego razu, po półtorej doby siedzenia w igloo wykonanym przez Maruna z pospiesznie wyciętych cegieł, ledwo dali radę wygrzebać się na zewnątrz. We wspomnieniach Haladdina cała ta trasa skleiła się w jakiś grząski, ciągnący się koszmar. Głód tlenowy utkał dokoła niego gęstą kurtynę z drobnych kryształowych dzwoneczków. Po każdym kroku miał ogromną ochotę zwalić się w śnieg i z rozkoszą wsłuchiwać w ich kołyszące dzwonienie — wydawało się, że nie kłamią, obiecując zamarznięcie, najlepszy rodzaj śmierci… Z tego półomdlenia wyłaniał się tylko jeden epizod: mniej więcej pół mili od nich, na drugiej stronie wąwozu, pojawiła się nie wiadomo skąd ogromna kudłata postać — ni to małpa, ni to stojący na tylnych łapach niedźwiedź. Istota ta poruszała się pozornie niezręcznie, ale niesamowicie szybko, i, nie zwracając na nich uwagi, bez śladu znikła w kamiennym rumowisku na dnie wąwozu. Wtedy po raz pierwszy widział przestraszonego trolla — nigdy nie pomyślałby, że to jest w ogóle możliwe. „Kto to był, Marunie?” Ale ten tylko ręką machnął, jakby odganiając Nieczystego. „Udało się — mówił tym gestem — i dobrze…” Tak więc teraz idą po przetartym szlaku między rozłożystymi ithilieńskimi dębami, rozkoszując się śpiewem ptaków, a Matun tymczasem wraca samotnie przez wszystkie te „żywe” osypiska i pola firnowe.

Wieczorem tego samego dnia wyszli na polanę, gdzie dziesięciu mężczyzn budowało palisadę dokoła pary nie ukończonych jeszcze chat. Na ich widok wszyscy chwycili za łuki, a przywódca poważnym głosem polecił: położyć broń na ziemi i podejść bliżej, wolno, z rękami nad głową. Tangorn, zbliżywszy się, oświadczył, że ich oddział kieruje się na spotkanie z księciem Faramirem. Chłopi popatrzyli na siebie i zapytali, skąd on się tu wziął. Z księżyca spadł, czy z komina. Baron tymczasem uważnie przyjrzał się jednemu z budowniczych — temu, który siedział na belkach, osiodławszy krokiew — i nagle roześmiał się serdecznie:

— Tak, tak, kapralu! Pięknie witasz swojego dowódcę.

— Chłopy! — wrzasnął ten, omal nie spadając ze swoich wyżyn. — Niech mi gały powypadają, jeśli to nie porucznik Tangorn! Wybacz nam, panie baronie, nie poznaliśmy: wygląda pan tak, że lepiej nie mówić… Nieważne, teraz wszyscy nasi są razem, możemy więc ten Biały Oddział… — i w całkowitym zachwycie zaadresował ukrytemu za lasami Emyn Arnen wyrazisty, nieprzyzwoity gest.

25

Ithilien, osiedle Drozdowa Kolonia

14 maja 3019 roku

Czy to znaczy, że tak właśnie palnąłeś na całe Emyn Arnen: „Wolni strzelcy z Drozdowej Kolonu”?

— A co miałem robić? Czekać aż Odwieczny Ogień zamarznie? I księcia, i dziewczynę wypuszczają z fortu tylko w towarzystwie chłopców z Białego Oddziału, a w ich kompanii jakoś niezręcznie się rozmawia.

Płomyk oliwnego kaganka, stojącego na brzegu prymitywnego stołu z nie obrobionych desek, rzucał nierówne światło na twarz mówiącego, po cygańsku smagłą i drapieżną — nic dodać, nic ująć, zbój-masztang z karawanich szlaków zaanduińskiego Południa. Nie dziw, że swego czasu człowiek ten czuł się jak ryba w wodzie zarówno w khandyjskich karawanserajach wśród poganiaczy bachtrianów, przemytników i zawszawionych gardłujących derwiszów, jak i w umbarskich portowych knajpach o najgorszej reputacji. Wiele lat temu właśnie baron Grager kształcił debiutującego za Anduiną „kota” Tangorna w abecadle rzemiosła zwiadowcy i — co może było jeszcze ważniejsze — niezliczonych niuansach Południa, bez opanowania których zostaniesz chechaco — wiecznym obiektem obłudnie złośliwych uwag każdego Południowca, od ulicznego urwisa do dworzanina.

Gospodarz Drozdowej Kolonii pytająco dotknął dzban z winem, ale widząc ledwo zauważalne skinienie Tangorna, odsunął go tylko na bok: objęcia i inne emocje z powodu spotkania były już za nimi. Teraz był czas na pracę.

— Czy szybko nawiązałeś łączność?

— Za dziewięć dni powinni już zapomnieć o tym głupim epizodzie. Dziewczyna akurat wyjechała na polowanie — to dla niej sprawa zwyczajna — zobaczyła na jednej z polan pastuszka ze stadem i bardzo zręcznie oderwała się od eskorty na jakieś dziesięć minut, nie więcej…

— Pastuszek, znaczy się… Pewnie wsunęła mu złotą monetę z liścikiem.

— Nie zgadłeś. Wyciągnęła mu drzazgę z pięty i opowiedziała, jak pewnego razu w dzieciństwie broniła ze swoim bratem tabunu przed stepowymi wilkami. Słuchaj, czy tam na Północy, ci dumni jeźdźcy naprawdę wszystko robią własnymi rękami?

— Tak. Nawet książęta krwi w dzieciństwie pasą konie, a księżniczki pracują przy kuchni. Tak więc, co z tym pastuszkiem?

— Po prostu poprosiła go o pomoc, ale tak, żeby nie dowiedział się o tym ani jeden człowiek na świecie. I — oto słowo zawodowca: gdyby coś się stało, ten chłopiec dałby się pociąć na kawałki, a nie pisnąłby słowa. Krótko mówiąc, znalazł on Drozdową Kolonię i przekazał, że w przyszły piątek w karczmie „Czerwony Jeleń” kapitan Beregond będzie oczekiwał mocno podchmielonego człowieka, który klepnie go w ramię i zapyta czy to nie on dowodził mortondzkimi łucznikami na Polach Pelennoru…

— Cooo?! Beregond?!

— Wyobraź sobie. Zdziwiliśmy się, co najmniej jak ty. Jednakże musisz się zgodzić, że ludzie Aragorna na przynętę wystawiliby kogoś nie tak znacznego. Tak więc, książę słusznie uczynił…

— Wyście tu chyba zupełnie powariowali! — rozłożył ręce Tangorn. — Jak można za grosz wierzyć człowiekowi, który najpierw zabił swego władcę, a teraz, po miesiącu, zdradza nowych panów?

— Nic podobnego. On nie ma nic wspólnego ze śmiercią Denethora, co zostało wyjaśnione z absolutną dokładnością…

— Ciekawe, jak to wyjaśniliście. Wpatrywaliście się w kawowe fusy, czy jak?

— Wpatrywaliśmy się. Ale nie w fusy, a w palantir. Krótko mówiąc, Faramir całkowicie mu ufa. A książę, jak ci wiadomo, nieźle zna się na ludziach i nie ulega przesadnej łatwowierności.

Tangorn wychylił się do przodu i nawet gwizdnął ze zdziwienia.

— Poczekaj, poczekaj… Czy nie chcesz czasem powiedzieć, że palantir Denethora znajduje się w Emyn Arnen?

— Tak. Ci tam, w Minas Tirith, zdecydowali, że kryształ jest „zablokowany” — oni wszyscy widzieli w nim tylko widmo zabitego króla. Dlatego, gdy Faramir wyraził chęć zabrania go „napamiątkę”, nawet się ucieszyli.

— Ta-a-ak…

Baron odruchowo zerknął na drzwi do sąsiedniej izby, gdzie urządzali się na nocleg Haladdin i Cerleg. Sytuacja zmieniała się błyskawicznie. „Coś ostatnio wręcz nieprzyzwoicie sprzyja nam Fortuna — przemknęła mu myśl. — Och, nie rokuje to niczego dobrego…” Grager, wychwyciwszy to spojrzenie, kiwnął w stronę ściany.

— Ta para… Naprawdę szukają Faramira?

— Tak. Można im całkowicie ufać. Nasze dążenia, w każdym razie w tej chwili, są zgodne.

— No, no… Misja dyplomatyczna?

— Coś w tym rodzaju. Wybacz, ale jestem związany słowem… Dowódca Ithilieńczyków przez jakiś czas ważył coś w głowie, a potem mruknął:

— Dobra, sam się nimi zajmuj, ja mam swoich kłopotów aż nadto. Na razie wpakuję ich do najdalszej bazy, na Wydrzym Potoku, żeby pod nogami się nie pętali, a potem się zobaczy.

— A dlaczego ze wszystkich swoich baz podsunąłeś akurat Drozdową Kolonię?

— Dlatego, że i tak tu się nie da podejść niezauważalnie. Zawsze zdążymy czmychnąć. Poza tym, ludzi tu jak kot napłakał. Jest to raczej punkt obserwacyjny, niż baza.

— A ilu jest naszych?

— Ty jesteś pięćdziesiąty drugi.

— A ich?

— Czterdziestu.

— Tak, naszych sił za mało na szturm…

— O szturmie zapomnij — machnął ręką Grager. — Co jak co, ale zawsze zdążą wykończyć księcia, i to w każdej sytuacji. Tym bardziej, że Faramir kategorycznie żąda, by jego uwolnienie odbyło się bezkrwawo, żeby nikt nie ośmielił się oskarżyć go o złamanie przysięgi wasala. Nie, my mamy inny plan. Przygotowujemy ucieczkę z Emyn Arnen, a kiedy książę Ithilien znajdzie się już pod naszą ochroną, będziemy mogli rozmawiać z Białym Oddziałem innym tonem. Coś w stylu: „Może byście sobie stąd poszli, chłopcy?”

— A macie już jakiś konkretny plan?

— Jesteś niesprawiedliwy. Już niemal wszystko zostało zrobione! Widzisz, największy problem to Eowina. Oni są wypuszczani za bramę pojedynczo, a książę sam — to jasne, nie ucieknie. Tak więc, musieliśmy rozwiązać łamigłówkę: żeby książę z księżną byli, po pierwsze — razem, po drugie — bez bezpośredniego nadzoru, i po trzecie — poza budynkiem fortu.

— Hm… Od razu przychodzi do głowy ich sypialnia. Co prawda, tam nie spełnia się trzeci warunek…

— Niemal zgadłeś. Łaźnia.

— To ci historia! — roześmiał się Tangorn. — Podkop?

— Oczywiście. Łaźnia stoi wewnątrz palisady, ale nieopodal budynku głównego. A kopiemy od sąsiadującego młyna — niemal dwieście jardów w linii prostej. To niezły kawałek. Sam wiesz, że największym problemem w przypadku podkopu jest pozbywanie się wykopanego gruntu. Z młyna można go wywozić z workach przyprószonych mąką — wyglądają bardzo naturalnie. Najgorzej będzie jeśli wartownicy z fortu, po prostu z nudów, zaczną liczyć worki i wyjdzie im, że mąki wywozi się znacznie więcej niż przywozi ziarna… Tak więc musimy kopać nie na całego tylko wolno — wolno, ale z sensem. W przyszłym tygodniu powinniśmy się uwinąć.

— A Biały Oddział ciągle niczego nie podejrzewa?

— Beregond zaklina się, że nie. Co prawda, oni oczywiście o niczym takim nie informują, ale jakieś oznaki niepokoju by zauważył.

— Mają swoją sieć agentów w Osadzie i w koloniach?

— W Osadzie tak, a w koloniach nie sądzę. Musisz zrozumieć, ze oni mają spore problemy ze swoimi ludźmi poza fortem. Miejscowi unikają kontaktów z Białym Odziałem. Mówi się o nich różne rzeczy, na przykład, że to ożywieni zmarli, a nam to jest bardzo na rękę. W tej sytuacji każdy kontakt miejscowych z Białymi od razu rzuca się w oczy. Teraz oni zmądrzeli i przeszli na kontakty pośrednie — korzystają ze skrytek, ale wcześniej komunikowali się bezpośrednio.

— Właściciel karczmy pracuje dla nich?

— Chyba tak. To nam mocno komplikuje życie.

— Kupcy, którzy jeżdżą do Gondoru po towary?

— Jeden z nich. Inny to mój człowiek. Czekałem, sądząc, że będą chcieli go zwerbować, wtedy mielibyśmy dostęp do ich kanału łączności, ale na razie przynęta nie działa.

— Po prostu trzymasz ich wszystkich „pod lupą”?

— Nie tylko. Ponieważ liczył się każdy dzień, postanowiłem pozbawić ich łączności z Minas Tirith. Niech się trochę pomęczą. To ich odciągnie i od młynarza, i od naszych kolonii.

— Co do łączności. Czy ktoś z osadników nie hoduje czasem gołębi?

— Hodował — szyderczo uśmiechnął się Grager. — Ale gołębnik… fiu, i spłonął. Takie to są sprawy…

— Przypadkiem nie cieszysz się na wyrost? Biali pewnie na głowach stają…

— Oczywiście, że stają! Ale powiadam — to już jest kwestia dni, kro kogo wyprzedzi. Co do wagi wydarzeń to śledztwem w sprawie gołębnika zajmowali się dwaj kaprale, wyobrażasz sobie? Więc wiemy teraz na pewno, kto się u nich zajmuje kontrwywiadem… Zrozum — powiedział zamyślony były rezydent, nie odrywając zmrużonych oczu od kaganka — tak naprawdę to martwi mnie łatwość, z jaką odgaduję ich ruchy: wystarczy, że postawię siebie na ich miejscu — jak ja sam budowałbym swoją sieć w takim osiedlu? Ale to oznacza, że i oni, gdy dowiedzą się o naszym istnieniu — a dowiedzą się na pewno, to kwestia najbliższego czasu — będą tak samo łatwo przewidywać moje ruchy. Tak więc, zostaje nam tylko jedno — grać z wyprzedzeniem… Oho! — Jego uniesiony palec zamarł przy skroni. — Chyba goście! Pewnie chłopcy z fortu zaryzykowali bezpośrednią łączność z Minas Tirith — czekam na nich trzeci dzień.

Powóz turlał się po szlaku w szybko zapadającym zmierzchu, i nocny chłód energicznie wpychał się za kołnierz oraz do rękawów ubrania woźnicy, właściciela osiedlowego kramu z towarami kolonialnymi. Sowią Spadź — najbardziej głuche i ponure miejsce na całej drodze od Osady do Osgiliath — miał już niemal za sobą, gdy z mrocznych krzaków leszczyny na poboczu drogi wyłoniły się cztery cienie. Kupiec dobrze znał reguły gry, dlatego bez sprzeczki oddał rozbójnikom sakiewkę z tuzinem srebrnych monet, za które zamierzał kupić w Gondorze mydło i przyprawy do swego kramu. Ci jednak nie bardzo interesowali się pieniędzmi, natomiast kazali jeńcowi się rozebrać, a to już łamało reguły gry. Jednakże przyłożone do gardła ostrze nie sprzyjało dyskusji. Ale tak naprawdę — aż do spływających po plecach strużek zimnego potu — kramarz wystraszył się dopiero wtedy, kiedy przywódca, podłubał sztyletem przy podeszwach jego butów, bez pośpiechu obmacał szwy jego kamizeli i, prychnąwszy zadowolony, spruł jeden z nich, po czym sięgnął paluchami do dziury i ze zręcznością kuglarza wyjął kwadracik najcieńszego jedwabiu zapisanego ledwo widocznymi w mroku znakami.

Kupiec rzeczywiście nie był zawodowcem i, gdy zbóje rzeczowo przerzucili sznur przez najbliższą gałąź, popełnił największe głupstwo: oświadczył, że jest człowiekiem króla. Co zamierzał przez to osiągnąć? Nocni zbóje tylko wymienili spojrzenia: ich doświadczenie podpowiadało im, że ludzie króla są równie śmiertelni na sznurze, jak i wszyscy inni. A ten, który w tym czasie wiązał na wolnym końcu sznura pętlę, zauważył oschle, że szpiegostwo nie jest wieczorną partyjką dartsa w „Czerwonym Jeleniu”, gdzie można przegrać kilka kufelków. Właściwie — ciągnął zbój starannie wiążąc piracki węzeł w taki sposób, by ofiara dobrze widziała wszystkie czynności — to chłop ma wielkiego farta: rzadko kiedy schwytanemu szpiegowi pozwala się umrzeć tak szybko i stosunkowo bezboleśnie. Jego szczęście, że jest tylko łącznikiem i nie wie nic na temat reszty organizacji… W tym momencie organizm nieszczęsnego kramarza nie wytrzymał i wyrzucił z siebie wszystkie ciekłe i stałe produkty metabolizmu, a potem łącznik zaczął pospiesznie wyłuszczać wszystko, co mu wiadomo, a wiedział on, jak przypuszczali ludzie Gragera, nie tak znowu mało.

„Zbóje” wymienili zadowolone spojrzenia — swoje role odegrali z powodzeniem. Dowódca wyprowadził z krzaków konia i rzuciwszy kilka krótkich dyspozycji, zniknął. Na przechwyconą zaszyfrowaną wiadomość czekano w Drozdowej Kolonii. Jeden z pozostawionych ludzi obrzucił dygocącą ofiarę spojrzeniem, bardzo odległym od zachwytu, i czubkiem buta przysunął doń ciśnięte na trawę ubranie.

— Tam za drzewami jest strumyk. Doprowadź się do porządku i ubierz. Pojedziesz z nami. Sam rozumiesz, co się z tobą stanie, gdy trafisz w łapy swych przyjaciół z Białego Oddziału.

Szyfr, za pomocą którego napisany był jedwabny list, okazał się nadspodziewanie prosty. Obliczywszy, że w niezbyt długim komunikacie jest siedem „rzadkich” liter „RUN”, Tangorn z Gragerem natychmiast zrozumieli, że mają do czynienia ze zwykłym podstawieniem, tak zwanym „prostym bełkotem”, gdy jedna litera jest standardowo zamieniana tym samym znakiem w całym tekście. Zwykle w tym celu liczby porządkowe pięćdziesięciu ośmiu liter korzących Kertar Daeron, przesuwa się o określoną liczbę; na przykład, przy przesunięciu na dziesiąte miejsce „RUN” (numer l) używa się „RUN” (numer 11), a zamiast „RUN” (numer 55) — „RUN” (7). Absolutny prymityw. Na Południu takie, za przeproszeniem, „szyfrosystemy” stosuje się co najwyżej w sekretnych listach miłosnych… Odgadłszy za drugim podejściem liczbę przemieszczenia — 14 (data zapisu listu), Grager kunsztownie zaklął: wyglądało, że ktoś usiłuje im wcisnąć dezinformujący list.

Jednakże nie była to zmyłka. Wcale a wcale… W liście tym niejaki Gepard, kapitan Tajnej Straży Jego Królewskiej Mości, komunikował „koledze Gragerowi”, że w ich grze, jak się wydaje, doszło do sytuacji patowej. Grager oczywiście może zneutralizować Gepardową sieć poza ścianami fortu i znacznie utrudnić mu łączność z Minas Tirith, ale nie zbliży to porucznika do zrealizowania podstawowego jego zadania ani na krok. Czy nie należałoby spotkać się w takim razie w celu odbycia konferencji na przykład w Emyn Arnen, z gwarancjami bezpieczeństwa, może w jednej z kolonii, wybranej przez barona?

26

Ithilien, Emyn Arnen

Noc z 14 na 15 maja 3019 roku.

— Posłuchaj, mówisz, że księżniczka Elendeil w rzeczywistości w ogóle nie istniała, że wymyślił ją po prostu ten Airufin…

Eowina siedziała w fotelu z podwiniętymi nogami, splatając na kolanach swe szczupłe palce, zabawnie nachmurzona. Książę uśmiechnął się i, przycupnąwszy na podłokietniku, usiłował wygładzić tę kochaną zmarszczkę dotknięciem warg, ale nic z tego nie wyszło.

— Nie, Far, poczekaj. Mówię poważnie. Przecież ona żyje, naprawdę żyje! A kiedy ginie, żeby uratować swego ukochanego, to chce mi się płakać, jakbym naprawdę straciła przyjaciela… Weźmy sagi o starożytnych herosach — oczywiście, to też zajmujące, ale jakoś tak zupełnie nie to. Tacy Gil-Galad i Isildur — oni są jacyś… no, wiesz, jak kamienne posągi, rozumiesz? Można ich czcić — i tylko to, a księżniczka — słaba i czuła — ją można pokochać… Rozumiesz mnie?

— Oczywiście, wspaniale to ujmujesz, zielonooka. Wydaje mi się, że Airufin z przyjemnością wysłuchałby twych słów.

— Elendeil powinna żyć na początku Trzeciej Ery. Nikt, prócz kilku historyków, nie pamięta nawet imion tych książąt, którzy rządzili wówczas na rohańskich równinach. Tak więc, kto jest bardziej realny — oni czy ta dziewczyna? To znaczy, że Airufin — aż strach powiedzieć! — okazał się potężniejszy od samych Valarów?

— W pewnym sensie tak.

— Wiesz, przyszło mi do głowy… Wyobraź sobie, że ktoś inny, równie potężny jak Alrufin, napisze kiedyś książkę o nas, bo przecież może coś takiego się zdarzyć, prawda? Wtedy która z tych Eowin będzie prawdziwa — ja czy tamta?

— Jak pamiętam — uśmiechnął się Faramir — onegdaj prosiłaś mnie, bym wytłumaczył „na dostępnym dla głupiej baby poziomie”, co to filozofia. Tak więc, te twoje rozważania to właśnie filozofia, choć dość naiwna. Takimi problemami na długo przed tobą zajmowało się mnóstwo ludzi, i wiele ze znalezionych przez nich odpowiedzi to głupstwa bez wartości. Na przykład… Wejść! — zawołał, słysząc pukanie do drzwi i zaniepokojony zerknął na Eowinę. Dokoła noc, kogo tu licho niesie?

Gość ubrany był w czarny paradny uniform kaprala Gondorskiej Straży Cytadeli (księcia zawsze intrygowała ta sprzeczność: Biały Oddział, a mundury czarne), i na jego widok Faramir poczuł ssanie w dołku — wyglądało, że w jakimś miejscu popełnili błąd… Poprosił Eowinę, by oddaliła się do sąsiedniego pokoju, ale gość łagodnie poprosił ją o pozostanie, gdyż to, o czym będzie się za chwilę mówiło, dotyczy wprost również i Jej Wysokości.

— Po pierwsze, proszę pozwolić, że się przedstawię, książę, choć może z pewnym opóźnieniem. Nie mam imienia, ale może mnie pan nazywać Gepardem. W rzeczywistości nie jestem kapralem, a kapitanem Tajnej Straży, oto mój żeton. Dowodzę tutejszym kontrwywiadem. Kilka minut temu aresztowałem komendanta Emyn Arnen pod zarzutem udziału w spisku i zdrady państwowej. Jednakże nie wykluczam, że Beregond tylko wykonywał pańskie rozkazy, nie wnikając zbytnio w ich istotę, a wówczas jego wina nie będzie już tak wielka. Właściwie, właśnie to chciałbym wyjaśnić.

— Nie mógłby pan, kapitanie, wyrażać się jaśniej? Na twarzy Faramira nie drgnął ani jeden mięsień i zdołał bez lęku odpowiedzieć na spojrzenie Geparda — puste i straszliwe, właściwe wszystkim oficerom Białego Oddziału. Gdyby pominąć te oczy, oblicze kapitana mogłoby sprawiać zupełnie sympatyczne wrażenie — było mężne i nieco przy tym smutne.

— Jak mi się wydaje, książę, zupełnie opacznie rozumie pan sedno moich tu obowiązków. Powinienem za wszelką cenę — powtarzam: za wszelką cenę — strzec pańskiego życia. Nie dlatego, że pana lubię, a dlatego, że taki mam rozkaz od mojego króla: jakiekolwiek nieszczęście się panu przydarzy plotka przypisze je Jego Wysokości, a niby dlaczego ma on płacić czyjeś rachunki? To jedna strona zagadnienia. Z drugiej, jestem zobowiązany przeszkodzić w czyichkolwiek zakusach na namówienie pana do złamania przysięgi wasalnej. Proszę sobie wyobrazić, że jacyś głupcy napadają na fort i „uwalniają” pana, chcąc uczynić z pana sztandar restauracji. Jeśli przy tym zginie choć jeden z ludzi króla — a zginą na pewno — Jego Królewska Mość, mimo naprawdę szczerych chęci, nie będzie mógł przymknąć oczu na tę historię. Królewska armia wkroczy do Ithilien, a to najprawdopodobniej doprowadzi Odrodzone Królestwo prosto do krwawej wojny wewnętrznej. Tak więc, proszę uważać, że jestem tu po to, by ustrzec pana przed ewentualnymi głupstwami.

Dziwne, ale w mowie Geparda, może w jego intonacji — nie, raczej w budowie zdań — było coś takiego, że Faramir poczuł się jakby ponownie rozmawiał z Aragornem.

— Bardzo cenię pańską troskę, kapitanie, jednakże nie rozumiem, jaki to ma związek z aresztowaniem Beregonda.

— Jakiś czas temu spotkał się on w „Czerwonym Jeleniu” z wysokim, szczupłym człowiekiem, mającym wzdłuż lewej skroni długą bliznę, a jedno ramię wyraźnie wyższe od drugiego. Nie wie pan czasem, o kim mowa? Dość łatwa do zapamiętania powierzchowność…

— Przyznam, że nie przypominam sobie — uśmiechnął się książę, starając się, by uśmiech go nie zdradził, a były ku temu powody… — Może lepiej by było zapytać samego Beregonda.

— Och, Beregond odpowie na całą masę pytań. Ale pański brak pamięci, książę, jest bardzo zastanawiający. Rozumiem, że kapitan Pułku Ithilien, Faramir, może nie pamiętać twarzy wszystkich swoich żołnierzy, ale kaprali i oficerów, powinien… Powtarzam: łatwa do zapamiętania powierzchowność…

— A co ma do tego mój pułk?

— Jak to, co? Widzi pan, wielu z walczących w składzie tego wspaniałego oddziału nie wróciło po zakończeniu wojny do domów, do Gondoru. Szczególnie zauważalny jest całkowity brak zwolnionych ze służby oficerów i podoficerów — łącznie około pięćdziesięciu. No, pewnie część z nich zginęła — takie czasy — ale przecież nie wszyscy! Jak pan sądzi, książę, dokąd mogli się udać? Czy nie do nas, do Ithilien?

— Możliwe — obojętnie wzruszył ramionami książę. — Tyle, że ja nie mam o tym najmniejszego pojęcia.

— O to właśnie chodzi, książę, o to chodzi: nie ma pan pojęcia! Proszę zauważyć: powrót do Ithilien, z którym związana przecież była i służba w wojsku, i gdzie księciem jest ukochany ich kapitan (a to, że pana w pułku kochano, nie jest dla nikogo tajemnicą), to jakby rzecz normalna i naturalna. Tylko dlaczego żaden z nich nie przybył do Emyn Arnen oficjalnie, nie przedstawił się i nie poprosił o przyjęcie do służby… Zgódźmy się, że to jest nie tylko nienaturalne — to jest bardzo, ale to bardzo podejrzane! Logicznie zatem jest założyć, że pański pułk zachował się jako jednolita zdyscyplinowana organizacja, tyle, że działająca w nielegalnym trybie, i teraz ci ludzie wałkują w głowach plany pańskiego „uwolnienia”. Do czego to doprowadzi, już, jak mi się wydaje, omówiliśmy.

— Pańskie domysły, kapitanie, są nawet interesujące i logiczne na swój sposób, jednakże jeśli wszystkie te dowody zdrady Beregonda, jakimi dysponujecie…

— Dajmy spokój, książę — skrzywił się Gepard. — Przecież nie jesteśmy przed ławą przysięgłych! W chwili obecnej niepokoją mnie nie prawnicze sztuczki, a prawdziwy stopień winy tego spiskowca-dyletanta. Teraz jednak rodzi się pytanie: W jaki sposób komendant, odbywający służbę w Minas Tirith, w oddziale Straży Cytadeli, mógł się skontaktować z kapralem Rankornem, wolnym strzelcem, który całą wojnę przesiedział w lasach Ithilien? To oznacza, że ktoś ich ze sobą zapoznał, nawet może zaocznie, i pierwszym kandydatem jest pan, książę. Tak więc, czy Beregond działał według swego uznania czy — co bardziej mi wygląda na prawdę — wykonywał pańskie zadanie?

„No i koniec — zrozumiał Faramir. — Po co oni wysłali na kontakt akurat Rankorna? Przecież naprawdę łatwo go rozpoznać po słownym opisie… Słowne opisy kaprali — och, głęboko grzebią w tych swoich dochodzeniach… I »CzerwonyJeleń« jest lepiej, niż sądziłem, inwigilowany. Przegraliśmy wszystko do cna, tylko płacić nam przyjdzie różnie: mnie czeka ciąg dalszy honorowego więzienia, kapitana — śmierć na torturach. Najgorsze, że nic nie mogę dla niego zrobić, będę musiał zostawić Beregonda swojemu losowi i żyć dalej z niezmywalnym piętnem własnej podłości… Ale nie mogę iść na układy, najgłupsza to na świecie iluzja, że ze zwycięskim wrogiem można się dogadać. Na takich »układach« z definicji nie można nic wytargować — ani dla siebie, ani dla innych; wszystko toczy się według starego schematu: »Co moje — to moje, a co twoje — też moje«. Oto dlaczego zrodziła się niepodważalna zasada tajnej wojny: w dowolnych okolicznościach należy milczeć albo zaprzeczać wszystkiemu — łącznie z faktem własnego istnienia. Przyznając się swojej roli w kontaktach z Ithilieńczykami, nie uratuję Beregonda, a tylko przyspieszę zgubę Gragera i jego ludzi…”

Wszystko to niczym wicher przemknęło przez głowę księcia, zanim podniósł wzrok na Geparda i powiedział:

— Nie mam najmniejszego pojęcia o kontaktach komendanta z ludźmi Pułku Ithilien, jeśli takowe w ogóle miały miejsce. Pan świetnie wie, że przez cały ten czas nie zamieniłem z nim więcej niż dziesięć zdań. Ten człowiek, w końcu, zabił mojego ojca.

— To znaczy — podsumował bezbarwnym głosem wywiadowca — nie chce pan uchronić swego człowieka, jeśli nie od śmierci, to przynajmniej od tortur?

„Wiedział, na co się waży” — pomyślał Faramir, a głośno odpowiedział:

— Jeśli naprawdę miała tu miejsce zdrada, a co do tego jeszcze mnie pan nie przekonał, kapitan Beregond winien ponieść surową karę. — I starannie dobierając słowa, zakończył: — Ja natomiast jestem gotów przysiąc na komnaty Yalarów, że nigdy nie zamierzałem — i nie zamierzam — złamać danego słowa: zobowiązania przed suzerenem są nienaruszalne.

— Rozumiem — powiedział w zamyśleniu Gepard. — A pani co powie, Eowino? Panie też jest gotowa dla dobra sprawy zdradzić i rzucić wilkom na pożarcie swego człowieka? Zresztą — uśmiechnął się szyderczo — o czym ja mówię. Przecież na tortury trafi tylko jakiś oficer z ludu. Też mi problem dla osoby z królewską krwią w żyłach. Ostatecznie wam nic nie grozi!

Wśród licznych zalet Eowiny umiejętność panowania nad własną twarzą nie była szczególnie dobrze opanowana — pobladła teraz i bezsilnie popatrzyła na Faramira. Gepard bezbłędnie utrafił w czułe miejsce ich obrony: dziewczyna była organicznie niezdolna do pozostawienia w biedzie przyjaciela. „Milcz!” — spojrzeniem nakazał jej Faramir, ale było już za późno.

— A teraz wysłuchajcie mnie oboje! — syknął Gepard. — Wcale mnie nie interesuje czyjeś przyznanie — nie jestem sędzią, jestem z kontrwywiadu. Potrzebuję tylko wiadomości o rozlokowaniu żołnierzy z Pułku Ithilien. Nie zamierzam zabijać tych ludzi, moim celem jest wręcz uniknięcie przelewu krwi… Przyjdzie wam uwierzyć mi na słowo. Przegraliście, i nic innego wam nie pozostaje. Potrzebne mi wiadomości uzyskam od was, bez względu na cenę. Nikt rzecz jasna nie może poddać przesłuchaniu trzeciego stopnia siostry króla Rohanu — ale może ona śmiało być obecna podczas tortur wiernego wam Beregonda, i zmuszę ją do przypatrywania się od początku zabawy do końca, klnę się na milczenie Mandosa!

Książę w tym czasie bawił się jakby w roztargnieniu piórem, leżącym na nie dokończonym rękopisie, nie zauważając, że lewym łokciem niechcący przesunął na sam brzeg stołu kielich z niedopitym winem. Jeszcze trochę i puchar upadnie na podłogę, Gepard odruchowo odwróci głowę, a wtedy on przeskoczy przez stół, żeby sięgnąć gardła szefa kontrwywiadu. Potem niech się dzieje, co diabeł podeśle… Ale nagle drzwi otworzyły się bez pukania i do pokoju energicznie wszedł porucznik Białego Oddziału dwaj szeregowcy zamarli w półmroku korytarza zaraz za progiem. „Tu też się spóźniłem” — zrozumiał Faramir, jednakże porucznik nie zwrócił nań najmniejszej uwagi, pochylił się i bezdźwięcznie wyszeptał coś na ucho Gepardowi, co bardzo tego ostatniego zdziwiło.

— Dokończymy rozmowę za dziesięć minut — rzucił kapitan już przez ramię, kierując się do drzwi.

Szczęknął zamek, rozległ się oddalający tupot ciężkich buciorów, i zapadła cisza — mętna i jakaś wątpiąca, jakby sama zdawała sobie sprawę ze swej tymczasowości.

— Czego tam szukasz? — Eowina była nad podziw spokojna, żeby nie powiedzieć obojętna.

— Czegoś na kształt broni.

— Tak, masz rację… Mam nadzieję, że i dla mnie?

— Widzisz, mała, wciągnąłem cię w to wszystko i nie potrafiłem zapewnić bezpieczeństwa…

— Głupstwa gadasz. Wszystko zrobiłeś dobrze, Far, po prostu Fortuna tym razem znalazła się po ich stronie.

— To co? Pożegnamy się?

— Pożegnamy. Cokolwiek się stanie, mieliśmy ten miesiąc… Wiesz co? To pewnie zwyczajna zawiść Yalarów: za dużo przypadło nam szczęścia…

— Jesteś gotowa, zielonooka? — Teraz, po tych kilku chwilach, stał się zupełnie innym człowiekiem.

— Tak. Co mam robić?

— Patrz uważnie. Drzwi otwierają się w naszym kierunku, futryna też wystaje do wewnątrz…

27

A Gepard tymczasem, opierając się na zrębach palisady nad bramą, nie spuszczał oczu z okrutnego jastrzębiego oblicza Gragera, znanego mu wcześniej tylko z portretu pamięciowego. Przed bramą fortu, zalegała plama światła składająca się z dziesięciu pochodni, które trzymali tworzący świtę barona jeźdźcy w maskujących pelerynach Pułku Ithilien. Rozmowy toczyły się z oporami: „wysokie umawiające się strony” były zgodne co do tego, że należy uniknąć rozlewu krwi — i tylko co do tego. Nie ufały sobie — co było uargumentowane — ani za grosz.

— A jeśli po prostu schwytam teraz pana, baronie, i za jednym zamachem skończę ze wszystkimi swoimi problemami?

— Do tego będzie pan musiał otworzyć bramę, kapitanie. Niech pan otworzy — i zobaczymy czyi łucznicy są lepsi…

Obaj ani na krok nie odstępowali od warunków wstępnych. Grager żądał, by Ithilieńczycy mogli wejść do fortu, by strzec pokoi Faramira, Gepard żądał dyslokacji ich leśnych baz.

— Pan, chyba, ma mnie za idiotę, kapitanie?

— Tak, przecież żąda pan, bym wpuścił uzbrojonych ludzi do twierdzy…

Sprzeczając się tak przez kwadrans, stwierdzili w końcu, że Biały Oddział poprosi o instrukcje z Minas Tirith, a Ithilieńczycy jutro przepuszczą bez przeszkód gońca. Na tym się rozstali.

Kogo jak kogo, ale Geparda to przedstawienie nie wprowadziło w błąd ani na chwilę. Ledwo wszedł nad bramę i oszacował położenie, odwrócił się do towarzyszącego mu porucznika i cicho polecił:

— Ogłosić alarm, ale bez hałasu. Wszystkich, których się da — na dziedziniec. Ukryjcie się i czekajcie na zwiadowcę. Teraz, pod pozorem tego gadania, ktoś z pułku przeskoczy palisadę — pewnie tam od tyłu. Brać tylko żywcem: za trupy rozerwę na strzępy.

Gepard pomylił się tylko w kilku szczegółach. Szpieg wybrał nie tylną ścianę, a frontową. Bezszelestnie zarzucił na grzebień żałosnej palisady fortu miniaturową kotwiczkę na nieważkiej elfickiej linie, dosłownie o dziesięć stóp od stojącej pod bramą kawalkady, tam, gdzie nocny mrok, odepchnięty na bok przez pochodnie Ithilieńczyków, wydawał się najgęstszy. Następnie, niczym pajączek po pajęczynie, wzleciał do góry, a potem jak powiew nocnego wietrzyku przemknął przez dziedziniec, umykając niemal spod buciorów drepczących po balkonie wartowników. Ci, nijak nie oczekując takiego tupetu, nie spuszczali oczu — i łuków — z jasno oświetlonych ludzi Gragera. I jeszcze jeden nie przewidziany przez Geparda drobiazg: człowiek, usiłujący uwolnić teraz księcia (improwizacja, powstała mniej niż godzinę temu z rozpaczy i braku nadziei na inne rozwiązanie), nie był z Pułku Ithilien, a z innego, Pułku Kirith Ungol.

Należy odnotować, że pułkowa przynależność kaprala Cerlega dała w Drozdowej Kolonii asumpt do dość burzliwej dyskusji — co do istoty przedsięwzięcia i co do jego wykonania.

— Czy pan całkowicie zwariował, przyjacielu? — taka, lub prawie taka, była pierwsza reakcja Gragera, kiedy nagle Tangorn zaproponował wykorzystanie do przeniknięcia w Emyn Arnen nie jednego z ithilieńskich zwiadowców, jak postanowili w pierwszym wariancie, a „przyjezdnego zawodowca” z Mordoru.

— Orokuen, to orokuen, i nie można mu powierzyć życia księcia! Oczywiście, kuszące jest to, że orientuje się w wewnętrznych pomieszczeniach fortu, i to jeszcze z czasów, kiedy tu kwaterowali, prawda? Na dodatek potrafi rozprawić się z zamkami… Ale mimo wszystko, niech to diabli, baronie — żebyśmy my sami wprowadzali na pokoje księcia uzbrojonego Mordorczyka…

— Ręczę za tych ludzi głową — cierpliwie wyjaśniał Tangorn. — Nie mam prawa wprowadzać cię w ich misję, ale uwierz mi: Stało się tak, że w tej chwili wszyscy walczymy — przynajmniej w tej chwili — w jednej drużynie przeciwko wspólnemu wrogowi, i oni są nie mniej niż my zainteresowani uwolnieniem księcia z łap Białego Oddziału.

Zresztą, praca w wywiadzie dawno już nauczyła Gragera, że tymczasowa jedność interesów rodzi czasem zupełnie niewyobrażalne wcześniej alianse, a na wczorajszym wrogu można chwilami polegać bardziej, niż na niektórych przyjaciołach i kolegach. Skończyło się tym, że wziął na siebie odpowiedzialność i formalnie przyjął Cerlega — „na okres dokonania rajdu do fortu Emyn Arnen” — do Pułku Ithilien i wręczył nawet orokuenowi odpowiedni papier — na wypadek, gdyby wpadł w ręce Białych. Kapral w odpowiedzi tylko prychnął. Ujętym orokuenem nikt nie będzie się ceregielił w żadnym wypadku, lepiej już niech go powieszą jako mordorskiego dywersanta, a nie jako gondorskiego spiskowca. Haladdin jednakże kazał mu się nie wymądrzać.

— I proszę pamiętać, kapralu: ani przy zdejmowaniu wartowników, ani przy wykonywaniu całej reszty zadania — żadnego przelewu krwi! Proszę uważać, że jest pan na moich ćwiczeniach.

— To miłe. A oni wiedzą, że to ćwiczenia?

— Mam nadzieje, że tak.

— Jasne. W takim razie, gdyby co, zadyndam na ćwiczebnym sznurze.

Powiadają, że we Wschodnich krainach istnieje złowieszcza sekta wilkołaków-ninjoque — superszpiegów i superzabójców, zdolnych do wcielania się w zwierzęta z zachowaniem ludzkiego oblicza. Wcieliwszy się w gekkona, ninjoque może na przekór wszystkim prawom fizyki łazić po gładkich pionowych ścianach, stając się wężem przemykającym się przez każdą szczelinę, a zaskoczony przez straże staje się nietoperzem i odfruwa. Cerleg nie władał nigdy sztuką ninjoque, choć o to w sekrecie podejrzewał go Tangorn, jednakże dowódca plutonu zwiadowców kirithungolskich jegrów i bez tych magicznych sztuczek potrafił wiele. W każdym razie, do czasu, kiedy po ogłoszeniu alarmu żołnierze Białego Oddziału zajęli pozycje na dziedzińcu fortu, on zdążył się już wspiąć na jedną z zewnętrznych galerii i teraz, zastąpiwszy kotwiczkę narzędziami ślusarza, majstrował przy prowadzących do wnętrza drzwiach. Kapral nie miał zdolności prawdziwego włamywacza, jednakże znał się dość dobrze na takich rzeczach, a dowolny zamek fortu, jeśli dobrze zapamiętał z ubiegłorocznego tu pobytu, dość zwyczajnie otwierał się z pomocą noża i paru kawałków drutu. Kilka minut później bezszelestnie przemykał po mrocznych i całkowicie pustych — wszyscy Biali byli na zewnątrz; bardzo to mu było na rękę! — korytarzach fortu. Orokuen nigdy nie uskarżał się na pamięć wzrokową i orientację przestrzenną, ale czuł, że nie będzie łatwo odszukać książęce komnaty w tym trójwymiarowym labiryncie.

Cerleg przebył niemal jedną trzecią drogi — to nieruchomiejąc przed węgłami i załomami, to błyskawicznie przemykając przez otwarte przestrzenie, to boczkiem drobiąc po schodach, żeby nie naciskać na mogące skrzypieć środki stopni — gdy jakiś wewnętrzny stróż, dzięki istnieniu którego zdołał przeżyć te wszystkie lata, przyszedł mu jeszcze raz z pomocą i przejechał po kręgosłupie lodowatą dłonią: „Uważaj!!!” Zwiadowca wkleił się niemal w ścianę i wolno, płynnie, ruszył ku widniejącemu o dziesięć jardów od tego miejsca zakrętowi korytarza. Z tyłu nie widział nikogo, ale przeczucie niebezpieczeństwa było wciąż bliskie i całkowicie wyraźne; gdy kapral pokonał w końcu zakręt był mokry od potu. Przykucnął i ostrożnie, niemal na poziomie podłogi, wysunął za róg małe kieszonkowe lusterko — korytarz nadal był pusty. Poczekał kilka minut — nic, a potem nagle zrozumiał: niebezpieczeństwo oddaliło się, już go nie wyczuwa. To, jednakże, wcale go nie uspokoiło, i kiedy ruszył przed siebie, posuwał się jeszcze bardziej ostrożny i przygotowany na najgorsze.

Gdy Gepard odnotował kątem oka cień, który przemknął w głębi korytarza, dokładnie tak samo jak Cerleg wkleił się w ścianę korytarza i w myślach obrzucił się najcięższymi wyzwiskami. Przegapili, darmozjady! Położenie kapitana było, trzeba przyznać, fatalne: w całym ogromnym budynku znajdowało się tylko trzech wartowników; jeden pilnował komnat Faramira i Eowiny, drugi — Beregonda, trzeci — wejścia do piwnic fortu. Biec po pomoc na zewnątrz? Ale w tym czasie ten cień może uwolnić księcia, a wtedy, już w duecie narobią takiego zamieszania, że przez sto lat nie uda się wszystkiego uporządkować. Drzeć się z całej siły: „Alarm!” to jeszcze gorszy pomysł, gdyż wróg skoczy do labiryntu, przygotuje się do walki i nie da się go wziąć inaczej niż podziurawionego jak rzeszoto, a to jest bardzo złe rozwiązanie. Tak. Wygląda, że nic innego nie pozostaje, jak ruszyć za gościem w pojedynkę i zwinąć go całego i żywego w walce sam na sam. Dobrze chociaż, że w takich sprawach Gepard czul się znakomicie…

I podjąwszy taką decyzję, nagle poczuł ogarniające go radosne podniecenie, bo czyż jest na świecie bardziej wyrafinowana rozrywka, niż polowanie na uzbrojonego człowieka? Natychmiast znieruchomiał, ze zdumieniem wsłuchując się w siebie: tak, nie ma wątpliwości — wróciły doń emocje! To znaczy, że istnieje jakieś wyraźne stopniowanie… Najpierw wróciła mu pamięć (co prawda, co się z nim działo zanim znalazł się w drugim szeregu idącej po Polach Pelennoru falangi, nadal nie pamiętał), potem zdolność do samodzielnych logicznych decyzji, jeszcze później zaczął, jak kiedyś odczuwać ból i zmęczenie, a teraz oto pojawiły się emocje. Ciekawe, czy wśród tych odczuć nie wróciła zdolność odczuwania strachu? „Tym sposobem, naprawdę stanę się człowiekiem — uśmiechnął się w myślach. — No ale, czas do roboty”.

Nie zamierzał pchać się w korytarz, po którym poruszał się zwiadowca, wcale nie zamierzał: nie wiadomo, czy tamten też go nie przyuważył i nie czeka teraz za najbliższym węglem. Lepiej wykorzystać fakt, że to on jest tu gospodarzem, może więc przemieszczać się znacznie szybciej niż przeciwnik: nie musi nieruchomieć ani nasłuchiwać przed każdym zakrętem. Pójdzie więc okrężną drogą, a i tak dotrze na miejsce jako pierwszy… Ale jakie to miejsce? Jeśli gość zmierza ku komnatom Faramira — bo gdzie jeszcze? — to należy go spotkać na zbiegu dwu par schodów, gdzie nie ma jak go ominąć, a on, Gepard, będzie miał co najmniej trzy minuty, by przygotować się do spotkania.

Szef kontrwywiadu, jak przewidywał, znalazł się na placyku przed obcym i teraz, zrzuciwszy pelerynę, by nie krępowała ruchów, najstaranniej jak mógł wybierał miejsce zasadzki. „Muszę wcielić się w tę zwierzynę… Tak… Jeśli nie jest mańkutem, to powinien poruszać się wzdłuż lewej ściany… A może zerknąłbym na niespodziewanie widoczne w tym układzie kręcone schody? Na pewno. Tak! To znaczy, że znajdę się wtedy tyłem do tej niszy? Dokładnie… Nisza jest znakomita, nawet z odległości kilku jardów nikt nie pomyśli, że zmieści się w niej coś większego od miotły. A tu jeszcze zgasimy ten kaganek i będziemy w jeszcze głębszym cieniu… O, teraz wszystko w porządku, tu właśnie się zaczaję. Tak więc — ja tu, a on dwa jardy i plecami do mnie. To jak? Rękojeścią miecza w łeb? Diabli, jakoś mi to nie leży… Nie wiem dlaczego, ale mi coś w środku protestuje, a w takich wypadkach należy tego słuchać. Znaczy — rękami… Chwyt duszący? Prawa ręka za włosy, szarpnięcie w dół, załamać głowę go tyłu, jednocześnie piętą od tyłu do góry pod kolano oporowe i wewnętrzną kością lewego przedramienia w wyprężone gardło. Tak… to dobre, ale można w taki sposób niechcący zmiażdżyć krtań — a wtedy mało co powie, umarlak. No to — hadakojime, ale dobrze by było, żeby sam odsłonił gardło — na przykład, niechby popatrzył do góry… Ale Jak go zmusić do patrzenia w górę? Myśl, Gepardzie, myśl…”

Gdy Cerleg dotarł do mrocznego, dziwnego układu architektonicznego rozszerzenia korytarza, na końcu którego domyślić się można było odchodzących w lewo stopni, przeczucie niebezpieczeństwa ponownie zwaliło się nań, ale to tak, że aż cały zadygotał — nieznany wróg czaił się gdzieś w pobliżu. Najpierw minutę wpatrywał się i wsłuchiwał — nic, potem ruszył przed siebie, krok po kroczku, całkowicie bezszelestnie, myśląc: „Diabli, może machnąć na te ich zakazy i wyjąć jatagan?” Nagle zamarł jak wryty: z prawej odsłoniła się szeroka „aleja”, przez którą przechodziły jeszcze jedne, tym razem spiralne schody. Za tymi schodami wyraźnie coś się kryło. Przemknął wzdłuż lewej ściany, nie spuszczając oczu z odnogi — no, kto tam siedzi? — i zatrzymał się, ledwo nie roześmiawszy się na głos. Ufff! Ależ to zwykły miecz, oparty o ścianę za schodami, pozostawiony przez któregoś z Białych. Dziwne jednakże miejsce na przechowywanie osobistej broni… Może i nie opiera się o ścianę. Sądząc z położenia, mógł niechcący ześliznąć się z góry. A co, tak przy okazji, leży na górnym stopniu schodów?

Wewnętrzny stróż Cerlega zdążył wrzasnąć: „Z tyłu!!!” o nieuchwytny ułamek sekundy wyprzedzając ręce wroga bezszelestnie zwierające się na szyi orokuena. Kapral zdążył tylko napiąć mięśnie szyi… i nic więcej. Gepard precyzyjnie, jak na treningu, otoczył jego gardło zgiętą w łokciu prawą ręką, następnie prawy nadgarstek zwiadowcy wczepił się w biceps lewej ręki, a lewa jak dźwignia zaparła się o kark Cerlega, spłaszczając chrząstki krtani i zamykając tętnice szyjne. Hadakojime — straszliwie skuteczne duszenie. Cześć.

28

Brzmi to banalnie, ale wszystko na tym świecie ma swoją cenę. Cena żołnierza to czas i koszt — co w gruncie rzeczy jest tym samym — wyszkolenia, uzbrojenia i wyposażenia nowego, na zmianę. Przy tym każda epoka posiada właściwą jej progową wielkość, powyżej której nie ma sensu podnosić kosztu przygotowania wojownika: poziom pewnego mistrzostwa został już osiągnięty, a całkowitego zabezpieczenia przed eliminacją z walki i tak nie da się osiągnąć. Po co więc tracić siły na przekształcenie średnio statystycznego żołnierza w szermierza najwyższej klasy, skoro i tak nie ustrzeże go to ani przed bełtem z kuszy, ani, co jest jeszcze bardziej ponure, od krwawej biegunki?

Weźmy na przykład walkę wręcz. Sztuka, na pewno, pożyteczna, ale do osiągnięcia doskonałości potrzebne są lata nieustannych ćwiczeń, a żołnierz, jak wiadomo, ma również inne zajęcia na głowie. Istnieje kilka wyjść z sytuacji; w mordorskiej armii, uważano, że człowiek musi opanować co najwyżej tuzin chwytów — ale za to kombinacje ruchów muszą być wbite w podświadomość dosłownie do poziomu odruchów. Oczywiście, nie da się przewidzieć wszystkich ewentualności, ale uwolnienie się od duszącej dźwigni od tyłu wchodziło w ów tuzin na pewno.

Wykonać — raz! — błyskawiczny stepujący przytup nieco do tyłu: obcasem po sklepieniu stopy przeciwnika, krusząc jej delikatnie ptasie kosteczki oplecione wrażliwymi nerwowymi zakończeniami. Wykonać — dwa! — uginając kolana i nieco obracając się w biodrach, wysuwaj się ze słabnącego z powodu straszliwego bólu uchwytu w dół i nieco w prawo — aż do momentu, gdy da się gwałtownym dźgnięciem wsadzić łokieć w pachwinę wroga. Dalej, gdy jego ręce opadną ku obitym genitaliom, możliwe są warianty. Cerlega, na przykład, na „wykonać — trzy!” uczono zadawania podwójnego uderzenia otwartymi dłońmi w uszy: koniec z bębenkami, utrata przytomności gwarantowana. To nie wyszukany balet dalekowschodnich sztuk walki, gdzie hieroglify pozycji są tylko nutami służącymi do zapisu Muzyki Sfer. To jest mordorska walka wręcz, tu robi się wszystko prosto i na serio.

Po pierwsze, opadł na kolano i podniósł powiekę sprytnego kaprala Białego Oddziału. W porządku, instrukcja Gragera dochowana — źrenica reaguje. Potem pozwolił sobie na oparcie się o ścianę. Zmrużył oczy i zmusił się do pokonania bólu, przełknął ślinę. Chwała Jedynemu, krtań cała. A gdyby tamten miał przy sobie sznurkową pętlę? To byłby koniec… „Jak to się stało, że tak skiepścilem, co? Ale najważniejsze — jak on mnie tak wyprowadził? No tak! W takim razie pod drzwiami Faramira też będą na mnie czekali, przestępując z nogi na nogę…”

Dunadan-wartownik w korytarzu prowadzącym do „komnat książęcych” usłyszał na schodach ciężkie szuranie. Szmer, zdławiony jęk, cisza… Potem znowu niepewne kroki. Szybko wycofał się w głąb korytarza, obnażył miecz i czekał, w każdej sekundzie gotów do wszczęcia alarmu. Żołnierz był przygotowany na wszystko, ale kiedy w prześwicie korytarza pojawił się Gepard, zgięty wpół i opierający się lewą ręką o ścianę, otworzył szeroko ze zdumienia usta. Z mieczem w dłoni wartownik ruszył do przodu i obrzucił szybkim spojrzeniem schody, po których Gepard dopiero co wszedł — nic. Manwe Wielki, kto go tak… ? Czy, może, struł się? Kapitan tymczasem opadł zupełnie z sił: wolno zsunął się po ścianie i zamarł z opuszczoną głową, ciągle trzymając się za brzuch. Widać było, że ostatni odcinek pokonał już na pół przytomny. Dunadan przyglądał się Gepardowi z mieszanym uczuciem zdziwienia, strachu i — co tam kryć — pewnego złośliwego triumfu. Tajna Straż, żeby ich! Ninjoque — srata-tata! Jeszcze raz zerknął na schody, skąd przykuśtykał kapitan, i przykucnął, by przyjrzeć się rannemu.

Dziwne, ale to fakt: gdy kaptur, kryjący do tej chwili twarz Geparda, odchylił się do tyłu, żołnierz w pierwszej chwili pomyślał, że zagadkowy i wszechpotężny szef kontrwywiadu z jakichś znanych sobie tylko powodów postanowił tymczasowo być orokuenem. Ta absurdalna myśl przyszła mu do głowy jako pierwsza, a na drugą już nie starczyło czasu: cios „łapa tygrysa”, który wybrał na tę okazję Cerleg, jest bardzo skuteczny, a zadaje się go właśnie najlepiej z dołu do góry. Nic więcej już nie trzeba było robić. Nie jest to przyjemna rzecz, ale umowa dotyczyła tylko zabijania, a o kontuzjach mowy nie było: może i jesteśmy na ćwiczeniach, ale przecież — do diaska — nie na pikniku! Na wszelki wypadek przeszukawszy wartownika — kluczy do komnat nie było, na to Cerleg zresztą nie liczył — kapral wyciągnął pozostawiony pod schodami bagaż i, poszperawszy w swoim worku z różnymi „przydatkami”, zabrał się do zamka.

„Nie ma co — myślał, podwijając zbyt długie dla niego rękawy bluzy Geparda — przez całą wojnę udawało mi się, a tu musiałem Stracić niewinność. »Prawa i obyczaje wojen«, punkt o wykorzystaniu obcych mundurów i medycznej symboliki: za to się wiesza na najbliższej gałęzi i, nawiasem mówiąc, słusznie… Zresztą, teraz to się przyda: lepiej, że do księcia wejdzie znajomy strażnik więzienny, a nie jakiś orokuen. Nałożę kaptur i — świetny pomysł! — nic nie mówiąc, podam mu papier od Gragera”. Zamek w końcu szczęknął i Cerleg odetchnął: połowa sprawy załatwiona. Należy dodać, że manipulował przy zamku klęcząc, i drzwi otworzył — tak to jakoś wyszło — wcześniej, niż się wyprostował. Tylko to go uratowało — w innym bowiem przypadku nawet kocie odruchy orokuena nie pozwoliłyby mu przechwycić ciosu, zadanego przez Faramira.

Co to za sztuka uderzyć, kryjąc się za wystającą futryną, kogoś kto wchodzi do komnaty? Niby żadna, ale jest w tym pewna subtelność. Najlepiej postrzega człowiek rzeczywistość na poziomie swych oczu, i jeśli zamierzacie gruchnąć kogoś z całej siły w czerep, powiedzmy nogą od krzesła, to ten cios może zaskoczyć tylko całkowitego barana. Właśnie dlatego kompetentni ludzie, do których zaliczał się książę, nie silą się na moc uderzenia. Tacy ludzie przykucają i uderzają nie pionowo, a poziomo. Cios, jak już zostało powiedziane, jest słabszy, ale trafia… no, w sumie, akurat tam, gdzie trzeba, a co najważniejsze bardzo trudno jest się przed nim osłonić.

Scenariusz dalszego postępowania według Faramira byt następujący. Zwinięty z bólu Gepard, czy kto tam wejdzie pierwszy, zostanie przez niego wciągnięty do komnaty, wprost na siebie — tak, że wyleci za lewą krawędź otworu drzwiowego. Jednocześnie Eowina ukryta za otwartymi drzwiami, zatrzaskuje je i zapiera całym ciałem. Ci, którzy pozostaną na korytarzu, naraz rzucą się wyważać je, ale pierwsze uderzenie będzie niezsynchronizowane, tak więc dziewczyna ma szansę je wytrzymać. Te sekundy dadzą Faramirowi czas na całkowite „wyłączenie” Geparda i zawładnięcie jego bronią. Eowina, w tym czasie odskakuje na bok; ci z korytarza zespołowo, na „trzy-cztery” uderzają w drzwi i wpadają do komnaty, tracąc równowagę, może nawet waląc się z nóg. Jeden z nich natychmiast otrzymuje cios mieczem — z całego serca: żarty się skończyły. Może wtedy zdolnych do walki będzie jeszcze ze dwóch Białych, a ponieważ książę znajduje się w pierwszej dwudziestce najlepszych szermierzy Gondoru, szansę pary książęcej Ithilien wydają się całkiem przyzwoite, a gdyby Eowinie udało się zawładnąć drugim mieczem, to nawet bardzo wysokie. Następnie przebierają się w mundury zabitych żołnierzy Białego Oddziału i usiłują opuścić fort.

Plan Faramira miał kilka niepewnych punktów, w szczególności w sprawach synchronizacji działań jego i Eowiny, ale w całości nie byt taki zły, zwłaszcza, że za cel postawili sobie godną śmierć, a ucieczkę jeśli tylko się da. Jednakże, jak już wspomniano, otwierający drzwi orokuen nie zdążył się podnieść z kolan, tak więc pierwsze uderzenie Faramira trafiło go w pierś i ten zdołał je zablokować. Zdumiony przenikliwością jeńca — ależ bestia: rozpoznał pod kapturem kaprala Białego Oddziału orokuena! — Cerleg przeturlał się przez głowę do tyłu, na korytarz, a kiedy stał na nogach, wyskakujący tam za nim Faramir już odciął mu drogę odwrotu, a zaimprowizowana maczuga w ręku księcia stała się wirującym zamglonym wichrem i przechwycenie jej przekraczało możliwości orokuena. Na dodatek po chwili, za plecami, przemknęła mu ta jasnowłosa dzika kocica — nie pozostało kapralowi nic innego, jak turlać się niczym kłębek włóczki po podłodze, unikając ciosów i upokarzająco wołać:

— Jestem swój, książę! Przychodzę od Gragera i Tangorna! Przestańcie, niech was licho!

Zresztą, Faramir sam już coś zrozumiał, widząc leżące na korytarzu ciało wartownika.

— Stój! — wrzasnął. — Ręce na kark! Ktoś ty?

— Poddaję się — uśmiechną się kapral i podał księciu list uwierzytelniający. — Oto papier od Gragera, tam wszystko jest wyjaśnione. Proszę czytać, a ja tymczasem wciągnę do komnaty tego — kiwnął głową w stronę Białego. — Przyda się jego mundur.

— Zabawne — parsknął książę i oddał Gragerowy list Cerlegowi. — To znaczy, że mam wśród przyjaciół nawet orokuenów…

— Nie jesteśmy przyjaciółmi, książę — spokojnie zaprzeczył tamten. — Jesteśmy sojusznikami. Baron Tangorn…

— Co?! Więc on żyje?!

— Tak. Uratowaliśmy go — tam, w Mordorze, i właśnie on nalegał, żebym to ja szedł ratować pana… Tak więc, baron nalegał, żeby pan, opuszczając fort — a zaraz go opuścimy — zabrał ze sobą palantir.

— Po co jest mi on potrzebny? — Książę był zdziwiony, ale tylko zdziwiony. Wyglądało, że przekazał inicjatywę przyjaciołom — Ithilieńczykom w osobie kaprala-orokuena i przygotował się do działania w trybie „PPP”: „potrzymaj — podaj — przynieś”. Tylko pytająco wskazał ruchem brody Dunadana, którego Cerleg wytrząsnął już z bluzy.

— Żyje, żyje — uspokoił go orokuen. — Po prostu… trochę się zamyślił. Drugi też żyje — tam dalej, w korytarzu. Przestrzegamy święcie pańskiego polecenia, żeby obyło się bez krwi.

Książę tylko pokręcił głową — z tym sokołem, jak się wydaje, może się udać.

— Wspomniałeś przed chwilą, że uratowaliście Tangorna. Skoro tak, to jestem pana dłużnikiem, kapralu: ten człowiek jest mi naprawdę drogi.

— Dobrze, jakoś się policzymy — uśmiechnął się Cerleg. — Proszę włożyć mundur i naprzód. Mamy nawet o jeden miecz za dużo.

— Jak to za dużo? — w końcu odezwała się Eowina. — Proszę tak nie mówić!

Orokuen pytająco zerknął na Faramira; ten tylko rozłożył ręce:

„Jak chcesz, to się z nią sprzeczaj…”

— Przeskakujemy palisadę, czy spróbujemy otworzyć bramę?

— Ani jedno, ani drugie, książę. Dziedziniec zapchany teraz Białymi, wszyscy są na posterunkach i wytrzeszczają na wszystko gały — więc nie przeskoczymy. Spróbujemy zwiać przez podziemny korytarz.

— Ten, który się zaczyna w piwnicy z winami?

— Innego tu chyba nie ma. Beregond powiedział panu o nim?

— Oczywiście. Wiem, że zamykające go drzwi otwierają się na zewnątrz, a zamykają od wewnątrz, tak więc stamtąd nie da się ich otworzyć, jak każde takie sekretne wyjście z twierdzy. Przed wejściem do piwnicy zawsze stoi warta: wino to wino, więc niby jest to usprawiedliwione. Gdzie przechowywane są klucze Beregond nie wiedział, a bał się wypytywać. Tak więc znaleźliście do nich klucze?

— Nie, nie znaleźliśmy — obojętnie odpowiedział Cerleg.

— Po prostu spróbuję otworzyć zamek.

— Jak?

— Tak samo jak otworzyłem waszą komnatę i kilka innych zamków po drodze. W ten sam sposób przyjdzie sforsować zamek drzwi do piwniczki z winami. Nawiasem mówiąc, to właśnie będzie najbardziej niebezpieczny moment: grzebanie się z drzwiami piwnicy, gdy będziemy na widoku. Ale jeśli bez hałasu zlikwidujemy wartownika i szybko je otworzymy trzy czwarte problemu będzie załatwione. Pan, książę, w swoim nowym mundurze staje na warcie, jak gdyby nic się nie stało, a my z Eowina i nieszkodliwym już wartownikiem chowamy się we wnętrzu, a wtedy spokojnie, bez krzątaniny mogę zająć się drzwiami do podziemnego korytarza.

— Ale ten zamek nie będzie łatwo otworzyć.

— Nie sądzę. Na pewno jest bardzo trwały i masywny, żeby nie dało się go wyłamać, a to znaczy, że nie będzie skomplikowany. Dobra, na koń! Wziął pan palantir, książę? Musimy zdążyć, póki Biali miotają się po dziedzińcu — przecież ciągle jeszcze czekają tam na mnie — a przed piwniczką jest tylko jeden wartownik.

— Poczekajcie! — odezwała się Eowina. — A Beregond? Nie możemy go przecież zostawić!

— Więc Beregond został aresztowany? Nie wiedzieliśmy…

— Tak, dopiero co. Wszystko o nim wiedzą. Cerleg zastanawiał się tylko kilka sekund:

— Nie, to się nie uda. Nie wiemy, gdzie go trzymają, i stracimy zbyt dużo czasu na poszukiwania. Grager dziś w nocy wyłapie wszystkich ludzi Geparda z Osady — tak więc, gdy uwolnimy księcia, to jutro wymienimy ich na Beregonda. A jeśli nie wyciągniemy księcia, to i tak go nie uratujemy.

— Ma rację, Eowino. — Faramir zaciągnął sznury plecaka z palantirem i zarzucił go na ramiona. — Ruszajmy, w imię Eru!

Dunadan strzegący piwniczki zmierzył wzrokiem obszerną mroczną salę. Z lewej strony główne wejście do budynku fortu, z prawej na podobieństwo wachlarza rozchodziły się trzy pary głównych schodów, prowadzących do obu skrzydeł — północnego i południowego, i do sali Rycerskiej. Dziwny, zaiste, pomysł — ukryć wejście do podziemi nie w jakimś przytulnym zakątku budowli, a w tym ogólnym „przedpokoju”… Zresztą, dziwne i nienaturalne było w samym Ithilien absolutnie wszystko. Począwszy od księcia, co to księciem nie jest i nie wiadomo kim jest, kończąc na zwyczajach w ich Białym Oddziale: gdzie to widziane, żeby oficerowie udawali kaprali i szeregowych? Dobra, niech się utajniają przed wrogami, przed wszystkimi tymi miejscowymi terrorystami, co to ich nikt na oczy nie widział, ale przed sobą?! Niby pod jednymi pagonami służymy, a nie wiemy, że kapral Gront w rzeczywistości jest kapitanem, a nasz porucznik, jego miłość sir Elward, to w ogóle „szeregowiec”. Śmiech na sali, ale przecież ci, z Tajnej Straży, o sir Elwardzie pewnie i do tej chwili nic nie wiedzą. Tak nam mówiono podczas instruktażu — Tajna Straż ma swoje zadania, a dunedaińska lejbgwardia Jego Królewskiej Mości, swoje… Nie wiem, może szpiclom takie porządki są jak miód na serce, ale prawdziwemu żołnierzowi jak sól na ranę. Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze się okaże, że najważniejszy tu jest jakiś kucharz albo kamerdyner. To dopiero będzie zabawa…

Wartownik uśmiechnął się do swoich myśli, a potem drgnął — w niedobrej, jakby gęstniejącej w ciemnych kątach ciszy bezludnego fortu, głuchym echem odbijały się kroki dwojga zbliżających się ludzi. Zobaczył ich po kilku sekundach — po schodach północnego skrzydła szybko, niemal biegiem, schodzili szeregowy i kapral. Kierowali się prosto do wyjścia i wyglądali na zaniepokojonych w najwyższym stopniu. Po wsparcie biegną, czy jak? Kapral niósł przy tym w wyciągniętych rękach plecak z jakimś okrągłym przedmiotem. Niemal zrównawszy się z wartownikiem, nie zwalniając, rzucili do siebie kilka słów i rozdzielili się: szeregowy kierował się do wyjścia, a kapral chyba postanowił pokazać Dunadanowi swoje znalezisko. Ciekawe, co tam ma? Wygląda jak odrąbana głowa…

Wszystko, co się porem zdarzyło, stało się tak nagle, że wartownik ocknął się, gdy jego ręce znalazły się w żelaznym uchwycie, a zza pleców kaprala wyłonił się szeregowy, w którym wartownik ze zdumieniem rozpoznał Faramira. Książę przyłożył mu do gardła ostrze.

— Piśniesz, a zabiję — cicho obiecał książę.

Dunadan przełknął ślinę, a jego twarz przybrała trupio żółtą barwę; po skroniach zaczęły spływać obfite strużki potu. Przebierańcy wymienili spojrzenia, a na ustach „kaprala” — o ponury Mandosie, to orokuen! — pojawił się pełen pogardy uśmieszek. Oto, masz elitę Zachodu… Uśmieszek ten, jak się okazało, był zupełnie bezpodstawny: chłopak naprawdę strasznie bał się śmierci, jednakże po kilku sekundach zwalczył słabość i wrzasnął: „Alarm!!!” — i to tak, że krzyk ten zaowocował odzewem i brzękiem broni w całym Emyn Arnen.

29

Skróciwszy jednym krótkim machnięciem ręki wrzask Dunadana, który bez jęku zwalił się na podłogę, orokuen odwrócił się do Faramira i posłał Jego Wysokości kilka słów, najłagodniejszym z których było „popapraniec”. Jego Wysokość przyjął to do wiadomości i przełknął: właśnie jego ni stąd, ni zowąd opętała delikatność, i to on nalegał, by tylko wystraszyć wartownika, nie „wycinając” go, jak chciał Cerleg. „Humanizm” wyszedł im bokiem — żołnierz i tak zaliczył przeznaczoną mu pierwotnie kombinację złamań i wewnętrznych wylewów, tyle że już zupełnie bez sensu, gdyż ich położenie stało się beznadziejne.

Na analizy czasu zresztą nie było. Cerleg błyskawicznie zerwał z wartownika czarną pelerynę, cisnął ją nadbiegającej Eowinie i ryknął, wskazując drzwi do piwnicy: „Stajecie tam oboje! Miecze na baczność!”, a sam błyskawicznie wywlókł Dunadana na środek pomieszczenia. Grupa sześciu żołnierzy, która wpadła przez drzwi po kilku sekundach, zastała tylko świeże ślady dopiero co zakończonej potyczki: posterunek przy drzwiach piwniczki na swoim miejscu — gotowy do odparcia powtórnego ataku, jeden Dunadan na podłodze, klęczący przy nim kapral, ledwie zerknąwszy na nich, władczo wskazał południowe schody i ponownie pochylił się nad rannym. Żołnierze pomknęli, gdzie im kazano, tupiąc buciorami i omal nie zahaczywszy orokuena pochwami mieczy. Uciekinierzy mieli kilka sekund czasu na oddech.

— Przebijamy się do palisady? — Książę wyraźnie chciał złożyć gdzieś tu swoją szlachetną głowę.

— Nie. Działamy według pierwotnego planu. — Z tymi słowami Cerleg wyjął swoje narzędzia i zaczął spokojnie badać zamek.

— Ale oni od razu zrozumieją, czym my się tu zajmujemy!

— Aha… — Wytrych wszedł w dziurkę i zaczął obmacywać zasuwy.

— A co wtedy?

— Zgaduj do trzech razy, filozofie!

— Bić się?

— Zuch… Ja będę pracował, a wy mnie brońcie. Tak powinny wyglądać stosunki między naszymi klasami…

Książę nie wytrzymał i roześmiał się: ten osobnik zdecydowanie mu się spodobał. Ale w tej samej chwili przestało im być wesoło. Pauza skończyła się w taki sposób, jaki był do przewidzenia: z południowych schodów wróciła para skonsternowanych Dunedainów.

— „Kogo mamy szukać, panie kapralu?” — a w drzwiach pojawiły się sylwetki prawdziwych kaprali Białego Oddziału. Ci od razu zrozumieli, co się dzieje i zaczęli wrzeszczeć: „Stój!!! Rzucić broń!” — i wszystko inne, co w takich razach przyjęte jest wrzeszczeć.

Cerleg tymczasem rozpaczliwie gmerał w zamku, nie zwracając uwagi na to, co się działo za jego plecami. Toczący się tam dialog można było przewidzieć bez najmniejszego trudu:

— Oddaj miecz, Wasza Wysokość!

— A spróbuj odebrać!

— Hej, a kto tam jeszcze jest?

Obejrzał się więc tylko raz — gdy usłyszał za sobą brzęk ścierających się kling. Trójka Białych kaprali natychmiast uskoczyła do tyłu; jeden z nich, krzywiąc się z bólu, krył pod pachą prawy nadgarstek, a jego broń walała się na podłodze — „magiczny krąg” z mieczy Faramira i Eowiny, jak na razie był skuteczny. Książę z kolei, nie miał okazji zerkania na drzwi. Najeżony stalą półokrąg szybko się zwierał — sfora, która zapędziła w kąt jelenia. Jednakże po jakimś czasie usłyszał za plecami metaliczny szczęk, a potem dziwny śmiech Cerlega.

— Co tam, kapralu?

— Wszystko dobrze. Po prostu śmieszy mnie ta sytuacja: książę Gondoru i siostra króla Rohanu, nie szczędząc życia, osłaniają jakiegoś orokuena…

— Rzeczywiście zabawne. A jak inne sprawy?

— W porządku. — Z tyłu rozległo się skrzypienie zardzewiałych zawiasów i powiało stęchłym powietrzem. — Idę sprawdzić, a wy tu powstrzymajcie ich, póki nie dam wam znaku.

Biali tymczasem wnieśli dokoła nich prawdziwy częstokół, po czym zamarli. W ich działaniu książę dojrzał prawdziwą konsternację: „Do licha, a gdzie Gepard i inni dowódcy?” Ale nie miał złudzeń: otaczający ich nie atakują tylko dlatego, że nie mają pojęcia o istnieniu podziemnego korytarza. W końcu pojawił się obok nich szeregowiec z białą wstążką na rękawie i złożył przed Faramirem wyszukany ukłon:

— Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość. Jestem sir Elward, porucznik dunedaińskiej lejbgwardii. Może uzna pan za stosowne oddać miecz mnie?

— A w czym to jest pan lepszy od innych?

— Być może Tajna Straż dopuściła się pewnych działań, które uznał pan za uwłaczające swojej czci. W takim razie lejbgwardia Jego Królewskiej Mości w mojej osobie wyraża najgłębsze ubolewanie i gwarantuje, że nic podobnego nie będzie miało miejsca w przyszłości, a winni zostaną przykładnie ukarani. Wtedy moglibyśmy uznać ten fatalny incydent za niebyły.

— Ryba nie pływa tyłem, poruczniku. Ja i Jej Wysokość postanowiliśmy, że wyjdziemy z fortu jako ludzie wolni, albo umrzemy.

— Nie pozostaje mi nic innego, jak rozbroić was siłą.

— No to działaj, poruczniku. Tylko ostrożnie, bo się możecie naciąć…

Tym razem napór był poważniejszy. Jednakże do czasu, kiedy obie strony nie przekroczyły pewnej granicy, przewaga była po stronie pary książęcej: Eowina z Faramirem bez wahania kłuli napastników w kończyny, na co ci na razie się nie decydowali. Po jakimś czasie w szeregach atakujących było już trzech lekko rannych, przez co atak ich zamarł. Dunedainowie działali niechętnie i coraz częściej oglądali się na swojego porucznika — niechże padnie jakiś wyraźny rozkaz, diabli by to wzięli! Ciąć ich, czy jak? Ludzie z Tajnej Straży przewidująco zajęli miejsca w tylnych szeregach, pozostawiwszy inicjatywę i odpowiedzialność sir Elwardowi, ponieważ sytuacja najwyraźniej układała się tak, że gdzie nie popatrzeć — plama.

I oto, gdy Faramir już w myślach gratulował sobie, jak szczęśliwie zyskiwali czas dla Cerlega, ten nagle pojawił się obok nich, ściskając w ręku jatagan, i oświadczył głosem zupełnie bez życia:

— Tam jest nowiutki umbarski zamek, książę. Nie dam rady go otworzyć. Tak więc, proszę się poddać, póki nie jest za późno.

— Już jest za późno — odciął Faramir. — Czy możemy jakoś uratować ci życie?

— Nie sądzę — pokręcił głową orokuen. — Mnie to już na pewno nie będą brali do niewoli.

— Eowino!

— Staniemy przed Mandosem ręka w rękę, kochany. Cóż może być wspanialszego?!

— No, to się przynajmniej zabawimy na koniec. — Z tymi słowami Faramir beztrosko ruszył na szyk Białych, właśnie tam, gdzie stał sir Elward. — Trzymaj się, poruczniku! Przysięgam na strzały Oromego, zaraz spryskamy swą krwią cały mundur waszego pana — ale tak, że przez wieki tego nie zmyje!

A kiedy salę wypełnił dźwięk kling i wojownicze okrzyki — ponieważ teraz walka szła już na całego i wiadomo było, że zaraz pojawią się pierwsze śmiertelne ofiary — skądś z tyłu, od północnych schodów rozległ się głos, niby niezbyt głośny, ale wpijający się w świadomość wszystkich walczących:

— Powstrzymajcie się wszyscy! Faramirze, proszę cię, wysłuchaj mnie!

Coś takiego było w tym głosie, że bitwa rzeczywiście zamarła na kilka mgnień oka, i Gepard w cudzej pelerynie opierający się lewą ręką na czymś udającym kulę, a prawą na ramieniu kaprala Białych, dotarł do środka sali. Zatrzymał się pośród zaskoczonej rzeszy walczących, a wtedy znowu rozbrzmiał jego władczy głos:

— Uciekaj, Faramirze! Szybko!

Ciśnięty ręką kapitana niewielki błyszczący przedmiot uderzył w pierś Cerlega i zdumiony kapral podniósł z podłogi sprytny, dwustronny klucz do umbarskiego zamka.

I w tej chwili skończyło się oszołomienie! Faramir z Eowiną, na komendę orokuena błyskawicznie wycofali się ku drzwiom, on sam rzucił się do piwnicy, a sir Elward, do którego w końcu dotarło, co się dzieje, zakrzyknął:

— Zdrada! Przecież zaraz uciekną przez podziemny korytarz! Przez kilka sekund porucznik zastanawiał się nad sytuacją, a potem, podjął decyzję i, wskazując księcia mieczem, wypowiedział sakramentalne: „Zabijcie go!” Sytuacja stała się poważna. Od razu stało się jasne, że Eowiną nie wytrzyma dłużej niż kilka minut. Dziewczyna, należy odnotować, fechtowała się wspaniale, może nawet lepiej od księcia, po prostu dunedaiński miecz nie leżał jej w ręku, gdyż był zbyt ciężki. Oboje już zarobili po lekkiej ranie, on w prawy bok, ona w lewe ramię, gdy z tyłu rozległo się:

— Droga wolna, książę! Wycofujcie się po kolei w przejście między beczki. Plecak jest u mnie!

Po kilku sekundach książę, zaraz za Eowiną, pojawił się w piwnicy. Stojąc na progu zadał udane pchnięcie atakującemu go Dunadanowi, po czym wydłużył dystans i teraz szybko wycofywał się w mrok, w wąską szczelinę między ustawionymi na sobie w trzy poziomy puste beczki.

— Szybciej, szybciej! — rozległ się jakby z góry głos Cerlega. W przejściu już pojawiły się sylwetki Białych — wyraźnie widocznych na tle oświetlonego otworu drzwi, i nagle z przodu rozległ się głuchy, podobny do lawiny drewniany grzechot i nastał kompletny mrok — od wejścia nie dochodził już najmniejszy promień światła. Faramir najpierw zamarł, kiedy nagle obok niego pojawił się orokuen, chwycił go za rękę i pociągnął gdzieś w mrok. Ramiona księcia zaczepiały o ścianki przejścia, z tyłu rozległy się wrzaski i przekleństwa Dunedainów, a od przodu, z ciemności, nawoływała ich zaniepokojona Eowina:

— Co tam się dzieje, Cerlegu?

— Nic szczególnego. Po prostu rozhuśtałem beczki z górnego poziomu, zrzuciłem na nich i zawaliłem przejście. Mamy teraz co najmniej minutę przewagi.

Dziewczyna czekała na nich przy niewielkich, choć niezwykle grubych drzwiach prowadzących do wąskiej i niskiej mniej więcej na pięć stóp ziemnej galerii. Dokoła panował gęsty mrok i nawet orokuen mało co odróżniał.

— Eowino, naprzód, i to żwawo! Tylko proszę palantir zabrać… A pan, Faramirze, proszę mi tu pomóc… Gdzie to jest, do diaska?

— Czego tam szukasz?

— Belki. Niewielka belka, jakieś sześć stóp. Mieli ją przywlec do drzwi ludzie Gragera… Aha! Jest! Zamknął pan drzwi, książę? Teraz podeprzemy je belką… Proszę tędy się przecisnąć. Tu zaprzemy i… w dołek… Chwała Jedynemu, podłoże drewniane więc będzie trzymało jak trzeba.

Po kilku sekundach drzwi zaczęły drżeć po ciosami. Zdążyli w ostatniej chwili.

A na powierzchni, w Emyn Arnen, miała miejsce gwałtowna słowna przepychanka. Blady z gniewu sir Elward wrzeszczał na szefa kontrwywiadu:

— Jesteś aresztowany, Gepard, czy jak tam cię zwą! I miej na uwadze, bydlaku: u nas, na Północy, zdrajców wieszamy za nogi, tak, by przed śmiercią mieli czas na zastanowienie się…

— Zamknij się, bałwanie, i bez twoich krzyków rzygać się chce — machnął ręką zmęczony kapitan. Przycupnąwszy na stopniu schodów i zamknąwszy oczy, cierpliwie czekał aż założą mu na stopę coś na kształt łubków. Chwilami przez jego twarz przebiegał skurcz bólu: zmiażdżenie stopy to rzecz naprawdę straszna.

— W sumie, jesteś aresztowany — znowu zaczął Dunadan. Popatrzył na oficerów Tajnej Straży, stojących półokręgiem za swoim dowódcą, i nagłe poczuł strach — a nie było go łatwo wystraszyć. Siedem postaci zamarło w dziwnych pozach, a ich oczy, zazwyczaj ciemne i puste jak wyschnięta studnia, nagle wypełniła purpurowa jasność, jak oczy drapieżnika.

— Nie, nie, nawet nie myślcie — odwrócił się do swoich ludzi Gepard i purpurowe jarzenie natychmiast znikło, jakby go tam nigdy nie było. — Niech uważa mnie za aresztowanego, skoro będzie spokojniejszy. Do pełni szczęścia brakuje nam jeszcze tylko rzezi wewnątrz Białego Oddziału…

W tej samej chwili z dziedzińca fortu doszedł ich gwar głosów, potem drzwi otworzyły się i, w towarzystwie zupełnie oszołomionych wartowników, wszedł człowiek, którego najmniej się można było tu spodziewać.

— Grager… — odezwał się oszołomiony sir Elward. — Jak śmiesz pojawiać się tu? Nikt panu nie dawał gwarancji bezpieczeństwa.

— Gwarancje bezpieczeństwa — uśmiechnął się baron — potrzebne są teraz nie mnie, a wam. Przyszedłem tu na polecenie mojego suzerena, księcia Ithilien — oświadczył z naciskiem. — Jego Wysokość zgadza się zapomnieć wszelkie zło i to już mu wyrządzone, i to, które zamierzaliście wyrządzić mu w przyszłości. Więcej nawet — książę ma plan, który pozwoli Jego Królewskiej Mości zachować twarz, a wam osobiście — głowy na szyjach.

30

Ithilien, Osada

14 maja 3019 roku

Ranek tego dnia był cudowny, a akwarelowy błękit gór Ephel Duath — co za dureń nazwał je Górami Cienia! — tak przejrzysty, że ich zaśnieżone szczyty wydawały się być szybującymi nad szmaragdowym runem Ithilien. Wznoszący się na szczycie sąsiedniego wzniesienia Emyn Arnen stał się na ten czas właśnie tym, czym widzieli go jego budowniczowie — nie twierdzą, a czarownym leśnym schronieniem. Promienie wschodzącego słońca cudownie przekształciły łąkę na skraju Osady — obfita rosa, wcześniej zaciągająca ją szlachetnym matowym srebrem, nagle rozjarzyła się niezliczonymi, szczodrze rozsypanymi po łące brylancikami: zapewne majowy świt zaskoczył gnomy, zbierające się tu na swe nocne narady, i teraz te rzuciły się do kryjówek w norach polnych myszy, w panice porzuciwszy rozłożone wcześniej skarby.

Zresztą, u tych trzech czy czterech setek ludzi, w większości wieśniaków i żołnierzy, którzy zebrali się w owym czasie na łęgu, omawiana rosa raczej nie wywoływała pozytywnych skojarzeń, nie mówiąc już o poetyckich, ponieważ przemokli przez nią do suchej nitki, i teraz ledwo powstrzymywali szczekanie zębów z zimna. Nikt jednakże nie odchodził, przeciwnie — ludzi ciągle przybywało. Do mieszkańców Osady dołączali teraz ludzie z odległych wsi: wiadomość o tym, że w nocy Biały Oddział popuszcza Emyn Arnen, przekazując swe obowiązki ponownie uformowanemu Pułkowi Ithilien, rozniosła się z zupełnie niewyobrażalną szybkością po całej okolicy, a żaden człek nie zamierzał opuścić takiego widowiska. Teraz wpatrywali się w dwa znieruchomiałe naprzeciwko siebie szyki — czarny i zielony, na oficerów adresujących ku sobie skomplikowane ruchy obnażonych mieczy („Posterunek przekazany” — „Posterunek przyjęty”), i — dziwna sprawa! — po raz pierwszy czuli się nie przesiedleńcami z Gondoru, Arnoru czy Belfalas, a Ithilieńczykami.

Książę Ithilien był nieco blady i w siodle, jak odnotowywali w duchu znawcy, nie czuł się przesadnie wygodnie. Zresztą, bladych obliczy z mętnymi spojrzeniami było sporo również w szeregach Białego Oddziału. („Oj, chło-opy, czuje serce moje, że balowali dzisiaj w nocy w zamku do utraty pulsu…” „A jak! Od tych trzech Białych, w tylnym szeregu z prawej — zajeżdża tak, że można od razu pląsać. Ledwo na nogach stoją, biedni”.) Faramir tymczasem podziękował Białemu Oddziałowi za wierną służbę, uroczyście pożegnał się z oficerami swej osobistej ochrony i zwrócił się z przemową do ludu:

— Dziś — powiedział — uroczyście odprowadzamy do domów przyjaciół, którzy przyszli nam z pomocą w najtrudniejszym czasie — gdy młoda ithilieńska kolonia była bezbronna wobec hord łaknących krwi goblinów i wilkołaków. Odważnym Strażnikom Cytadeli kłaniamy się za to czapką do ziemi!

„Słyszysz, kumie — stada goblinów… Widziałeś kiedy choć jednego, choć z daleka?” „No, ja tam nie widziałem, wiadomo, ale są ludzie, którzy powiadają, że na Wydrzym Potoku nie tak dawno…”

— Pamięć o tej pomocy na zawsze pozostanie w naszych sercach — tak samo, jak księstwo Ithilien na zawsze pozostanie wasalem Odrodzonego Królestwa, jego tarczą za Anduiną. Jednakże będziemy bronić Królestwa według swego planu: nie mieszkamy w Anorien, a za Wielką Rzeką, dlatego musimy pozostawać w pokoju i zgodzie ze wszystkimi tutejszymi narodami — czy to się komu podoba czy nie.

„O czym on mówi, kumie?” „No-o… Ja tak rozumiem, że tego… na przykład trolle w Górach Cienia. Powiadają, że mają tam żelazo w cenie błota, ale z drewnem jest bardzo u nich mizernie…” „No, jak tak, to zgoda…”

— Jednym słowem, Jego Wysokość król Gondoru i Arnoru, trzykrotne — niech żyje!

„Dziwne to, kumie…” „Ty lepiej patrz, baranie. Tam z prawej już beczki wytaczają! Na krzywy pysk, można i za Jego Wysokość… Hur-r-r-ra!”

Goniec z Minas Tirith — porucznik dunedaińskiej lejbgwardii pojawił się na łące, gdy ceremonia trwała w najlepsze. Jego koń był pokryty pianą i ciężko pracował zapadniętymi bokami. Sir Elward, skręcony w precla przez ludzi z Tajnej Straży („Prosimy się uśmiechać, sir! Przecież powiedziałem — uśmiechać!”) i teraz bezsilnie przyglądający się tej niesłychanej zdradzie — poddaniu bez walki kluczowej twierdzy — poderwał się, a w sercu jego zatliła się nadzieja: Jego Królewska Mość w jakiś sposób dowiedział się o buncie i wysłał do Białego Oddziału rozkaz zgarnięcia tych po trzykroć zdrajców, od Faramira po Geparda… Niestety, pakiet był rzeczywiście od Aragorna, ale adresowany do kapitana Tajnej Straży. Ten od razu złamał pieczęć z Białym Drzewem i pogrążył się w czytaniu. Następnie niespiesznie złożył depeszę i z dziwnym uśmieszkiem wyciągnął dłoń do sir Elwarda:

— Proszę przeczytać, poruczniku. Sądzę, że to pana zainteresuje.

List był szczegółową instrukcją, jak ma Biały Oddział działać w nowych okolicznościach. Aragorn napisał, że dla zachowania status quo należy wykryć bazy Pułku Ithilien i zniszczyć je za jednym zamachem tak, by nie uszedł ani jeden człowiek. Operacja winna być wykonana błyskawicznie i w ścisłej tajemnicy, a komu przypisać ten straszliwy mord — górskim trollom, goblinom czy osobiście Mordorowi — to już jak kapitan uzna. Ale!!! Jeśli istnieje choćby cień wątpliwości, co do sukcesu podobnego typu operacji — może na przykład minął dogodny czas i Ithilieńczyków jest tylu, co Białych — to nie należy wykonywać operacji. Należy wówczas udać, że to, co się stało, było planowane i akceptowane przez króla, po czym oddać Emyn Arnen oficerom Pułku Ithilien w zamian za potwierdzenie przez Faramira przysięgi wasala. Sam zaś Biały Oddział wracać ma do Minas Tirith, pozostawiwszy tylko na miejscu siatkę szpiegowską. Jego Wysokość jeszcze raz powtórzył, że życie Faramira musi być zachowane w dowolnych okolicznościach; tych zaś, którzy — świadomie czy nieumyślnie — sprowokują otwartą walkę między Białymi i Ithilieńczykami, co natychmiast doprowadzi do partyzanckiej wojny w księstwie i zacznie kruszyć jedność Odrodzonego Królestwa, czeka egzekucja za zdradę państwową. Krótko mówiąc: po pierwsze, „zacząłeś robić — rób tak, żeby nie wstał” i po drugie, „jeśli nie masz pewności — nie wyprzedzaj”.

„Na świecie jest mnóstwo władców — pisał w postscriptum Jego Wysokość — którzy uwielbiają nadawać swym rozkazom postać aluzji, by mieć potem możliwość schowania się za plecami bezpośredniego wykonawcy — »zostałem źle zrozumiany«. Tak więc, Elessar z rodu Walandiia nie należy do nich: zawsze bierze odpowiedzialność za siebie i nazywa rzeczy po imieniu, a w jego rozkazach zawarte jest to jedynie, co się w nich zawiera. Jeśli zatem w Białym Oddziale znajdą się oficerowie, którzy — mając więcej chęci działania niż rozumu — przyjmą kategoryczne zakazy za zawoalowane życzenia władcy, to kapitan Gepard zobowiązany jest do zneutralizowania owych oficerów za wszelką cenę”.

— Jak pan widzi, zachowując panu życie w toku nocnych potyczek, w pewnym sensie naruszyłem polecenie Króla.

— Więc pan wiedział o rozkazie już wcześniej? — Sir Elward patrzył na Geparda z zabobonnym strachem.

— Przecenia pan moje możliwości. Po prostu w odróżnieniu od pana potrafię przewidywać poczynania w danej kombinacji przynajmniej na dwa ruchy do przodu.

— Odchodzą! Patrzcie, naprawdę odchodzą! — westchnął Grager, odprowadzając spojrzeniem rozciągniętą na szlaku Osgiliath kolumnę Białych; palce lewej ręki na wszelki jednak wypadek trzymał skrzyżowane w szczególny sposób — „żeby nie zapeszyć”.

— Ja, jeśli mam być szczery, do ostatniej chwili nie wierzyłem, ciągle czekałem, że wykręcą jakiś podły numer… Wasza Królewska Mość jest geniuszem!

— Po pierwsze, nie Wasza Królewska Mość, a Wasza Wysokość. I proszę mieć na uwadze, baronie, że żarty na ten temat zupełnie mnie nie bawią…

— Przepraszam, Wasza Wysokość.

— Zresztą — Faramir, uśmiechając się lekko, powiódł spojrzeniem po zebranych dokoła żołnierzach Pułku Ithilien — wszystkim wam zezwalam na zwracanie się do mnie — ze względu na starą znajomość — „mój kapitanie”. Przywileju tego, rzecz jasna, nie dziedziczy się. A teraz, panowie, Jej Wysokość odprowadzi was do zamku, gdzie już nakryto do stołu i odkorkowano najlepsze wino. My, z panami oficerami i… eee… gośćmi ze Wschodu, dojdziemy do was za jakieś dziesięć minut. Tak więc, co to pan onegdaj, baronie Grager, tak się radował: „odchodzą, odchodzą”. Naprawdę pan tak sądzi?

— Na pewno nie, mój kapitanie. Ich sieć szpiegowska…

— No właśnie. Co teraz z nimi zrobimy?

— Nic, Wasza Wysokość.

— Proszę mi to wyjaśnić…

— Z przyjemnością. Nie ma sensu oddawać pod sąd wykrytych przez nas ludzi Geparda: skoro Ithilien jest i był wasalem Gondoru, to i w ich pracy na rzecz monarchy Odrodzonego Królestwa nie ma cech przestępstwa. Czasem w podobnych wypadkach szpiega po cichu się likwiduje, ale to skrajne przypadki, ponieważ tym samym oznajmimy Minas Tirith, że znajdujemy się z nimi w stanie jeśli nie wojny, to jawnej wrogości. I, w końcu, najważniejsza sprawa: jestem niemal pewien, że ich sieć nie jest nam znana do ostatniego człowieka. Jeśli wyłapiemy tylko tę znaną nam jej część, to pozwolimy w przyszłości spokojnie pracować pozostawionym agentom. A jeśli nle ruszymy nikogo, to nie zdołają określić, co nam właściwie wiadomo, i wtedy oni — według prawideł konspiracji — będą musieli wychodzić z założenia, że cała sieć jest „zaświetlona”. Sądzę, że jeśli nawet nie postawią na niej krzyżyka, to na długo „zakonserwują”. W każdym razie, ja na ich miejscu nie zbliżałbym się do takiej podejrzanej sieci na trzy strzały z łuku.

— Dobrze, teraz to wszystko jest na pańskiej głowie, baronie Grager. Dostaje pan awans na kapitana i odpowiednie pełnomocnictwa.

— Oho! — roześmiał się Tangorn. — Widzę, książę, że odbudowa państwa Ithilien nie odbywa się zwyczajnym trybem: pierwszą instytucją jego stanie się kontrwywiad…

— Jak się żyje między wilkami… — wzruszył ramionami Faramir. — Ale, to chyba nie interesuje naszych gości. Gdzie pan jest, Cerlegu? Muszę przyznać, że jestem w pewnej konsternacji: za dzisiejsze nocne wyczyny powinniście bezwarunkowo zostać pasowani na rycerza, ale natychmiast powstanie przy tym niezmierzona liczba formalnych perturbacji. Nie wiem przy tym, czy wojownikowi w ogóle potrzebny jest do czegoś tytuł gondorskiego rycerza?

— Zupełnie do niczego, Wasza Wysokość! — pokiwał głową Cerleg.

— No właśnie… Nie zostaje nam zatem nic innego, jak wziąć przykład ze starych legend: proście o wszystko, czego chcecie, kapralu! Ale miejcie na uwadze, że córek na wydaniu na razie nie przewiduję, a w szkatule książęcej… Ile tam mamy Beregondzie?

— Sto trzydzieści sześć złotem, Wasza Wysokość.

— N-no tak… Nie zaimponuje nikomu ten skarbiec. Zapewne musicie się zastanowić, kapralu? Ach, właśnie! Jeszcze jeden mam dług: za uratowanie tego szlachetnego pana.

— Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość… — zająknął się orokuen. — Ale my… jakby to powiedzieć… wszyscyśmy razem, to i prośba będzie wspólna. Lepiej niech Waszej Wysokości wszystko opowie baron Tangorn: proszę uważać, że przekazałem swoje prawo jemu…

— Ach tak? — Książę z wesołym zdumieniem przyjrzał się całej trójce. — Im dalej, tym ciekawiej. Prośba, mam rozumieć, konfidencjonalna?

— Tak, Wasza Wysokość.

— Jeśli się znam na tych sprawach, to mowa będzie o palantirze zaczął Faramir, gdy odjechali na jakieś dwadzieścia kroków. Na obliczu księcia nie został nawet ślad poprzedniej wesołości.

— Już się pan domyślił, książę?

— Nie jestem durniem. Gdyby było inaczej, to po co prosilibyście, bym go zabrał podczas ucieczki? Po prostu nie przyszło mi do głowy, że jesteście z tymi ludźmi w jednej kompanii… Teraz przyjdzie mi oddać magiczny kryształ w ręce Mordorczyków. W niezłą historię się wpakowałem z pańskiej lekkiej ręki, nie ma co…

— To nie jest tak, Wasza Wysokość. Haladdin nie znajduje się obecnie na służbie Mordoru, działa z własnej woli i, ośmielam się twierdzić, w interesach całej cywilizacji Sródziemia… Smutne jest tylko to, że nie mam prawa wprowadzić Waszej Wysokości w istotę narzuconej mu misji i proszę, żeby Wasza Wysokość uwierzył mi na słowo.

— Ja nie o tym mówię — machnął ręką Faramir. — Przecież wiesz, że zawsze ci ufałem. W niektórych sprawach nawet więcej niż sobie. Chodzie coś innego: a nie okaże się, że wy — cała trójka — w rzeczywistości jesteście tylko czyimiś marionetkami i ten ktoś tylko wygarnia żar waszymi rękami? Przeanalizuj sytuację jeszcze raz, ale nie jako druh Haladdina i Cerlega, tylko jako zawodowy wywiadowca…

— Analizowałem już wielokrotnie i oto, co mogę powiedzieć: nieważne, kto wszczął to wszystko, Haladdin będzie prowadził tylko własną grę, a ten człowiek — proszę mi uwierzyć — jest niesamowicie odporny na złamanie, choć na oko tego nie widać. I jeszcze jedno: lubię go po prostu jako człowieka i uczynię wszystko, by dopomóc mu w zwycięstwie.

— Dobrze — mruknął książę po chwili namysłu. — Uważajmy, że mnie przekonałeś. Tak więc, jakiej konkretnie pomocy spodziewacie się z mojej strony?

— Po pierwsze, proszę przyjąć moją rezygnację — zaczął baron, a widząc zdumiony wzrok Faramira, dokończył: — Przyjdzie mi na jakiś czas zasiąść w Umbarze. Wolę tam przebywać w charakterze osoby prywatnej, żeby przypadkiem nie postawić w niewygodnej sytuacji Waszej Wysokości…

31

Gondor, Minas Tirith

17 maja 3019 roku

Jej Królewska Mość, Królowa Gondoru i Arnoru! — przemówił mistrz ceremonii i rozpłynął się bez śladu w powietrzu, jakby go tu w ogóle nie było. Pałacowa służba posiada, prócz doświadczenia, dodatkowo nadnaturalne wyczucie. Aragorn miał stalowe nerwy — zawód kondotiera zobowiązuje — i prawdziwe swe uczucia, gdy ktoś w jego obecności wypowiadał „Jej Wysokość Królowa”, ukrywał znakomicie, ale kto go tam naprawdę wie… Wyczuwa, szelma, że za każdym razem w takim przypadku rodzi się u Jego Królewskiej Mości Elessara Kamienia Elfów przelotna jak powiew wietrzyka ochota: albo oddać wypowiadającego owe słowa pod opiekę chłopców z Tajnej Straży (odstukać w nie malowane drewno), albo po prostu wyjąć z pochwy Andurii i dokładniutko przeciąć mówiącego na pół — od ciemienia do kości ogonowej…

Bożeż ty mój, jaka ona jest piękna! W żadnym z ludzkich języków nie istnieją słowa zdolne opisać jej urodę, a same elfy słów nie potrzebują… Zresztą, nie o urodzie jako takiej mowa. Absolutna, zaprawdę gwiezdna. Ale niedostępność — oto ta smycz, na której prowadzono go pewną ręką przez wszystkie te lata, od chwili, gdy po raz pierwszy trafił do Złotego Lasu i spotkał tam — o, najzupełniej przypadkowo! — Arwenę Undomiel, córkę samego Władcy Elronda, Gwiazdę Wieczorną Imladris. Nikt nie wie, dlaczego elfy wybrały właśnie jego — jednego z niezliczonych dunedaińskich książąt. Zwłaszcza, że za księcia uważa siebie niemal każdy Dunadan, z niezachwianą pewnością wywodząc swój rodowód, jeśli nie wprost od Isildura, to na pewno od Earendura. Jakkolwiek było, Pierworodni nie pomylili się: nałożone na siebie zadanie Aragorn wykonał wspaniale.

A teraz patrzył na nią z zupełnie mu dotąd nie znanym uczuciem. Rozpaczą. Dalsza walka nie ma sensu, gdyż ileż można uganiać się za iluzją? Tak, czas na podsumowanie, a samego siebie okłamywać nie ma sensu. Tak więc, nieznany przywódca północnych tropicieli wygrał największą w historii Sródziemia wojnę, wstąpił na tron Odrodzonego Królestwa i stał się mimo wszystko najważniejszym pośród władców Zachodu — tyle, że do posiadania tej kobiety nie zbliżyło go to ani na krok.

— Czego chcesz ode mnie, Arweno? — Wiedział, że mówi nie to, co należy i nie tak, jak należy, ale nic nie mógł na to poradzić. — Skruszyłem Mordor i cisnąłem do twych stóp koronę Gondoru i Arnoru. Jeśli ci tego mało, rozszerzę granice naszego królestwa poza morze Rhun i Góry Wendotenijskie. Podbiję Harad i kraje Dalekiego Wschodu i uczynię cię Królową Świata, tylko wyraź życzenie!

— A czy ty sam tego nie chcesz?

— Już nie. Chcę tylko ciebie… Wiesz, wydaje mi się, że wtedy, w Dolnie, byłem ci bliższy, niż teraz…

— Zrozum — na jej obliczu pojawił się wyraz zmęczonego współczucia, jak u nauczycielki, nie wiadomo który już raz objaśniającej tępemu uczniowi reguły ortografii — nie mogę należeć do żadnego z ludzi, więc nie dręcz się niepotrzebnie. Przypomnij sobie historię księcia Valakara i królewny Vidumavi. Jak się to opisuje w waszych kronikach: „Gondorczycy uważali siebie za lepszego pochodzenia ludzi z Północy. Związek małżeński z niższą, choćby i sojuszniczą rasą uważany był za obrazę”. Wiadomo jak to się tam skończyło — wojną domową… A przecież z wyżyn mojego pochodzenia nie ma różnicy nawet między Isildurem i jakimś czarnoskórym wodzem z dalekiego Haradu… Ale i to jest niczym w porównaniu z najważniejszą rzeczą — wiekiem. Przecież ty dla mnie nie jesteś nawet dzieckiem, tylko maleństwem. Wszak nie nazwałbyś żoną trzyletniej dziewczynki — nawet gdyby wyglądała jak dorosła kobieta.

— Ach tak?

— Oczywiście. I zachowujesz się również jak rozpieszczone dziecko. Szybko nacieszyłeś się oznakami władzy królewskiej i oto zapragnąłeś nowej zabawki — Arweny, Gwiazdy Wieczornej Imladris. Pomyśl: nawet miłość chcesz otrzymać za garść cukierków — korony ludzkich królestw. Czyżbyś od tylu lat mając do czynienia z elfami, nie zrozumiał do tej pory, że nikt z nas nie pożąda władzy jako takiej? Uwierz mi — nie ma dla mnie różnicy między koroną Gondoru i tym oto pucharem — jedno i drugie, to tylko kawałki srebra ze szlachetnymi kamieniami…

— Tak, wygląda, że rzeczywiście jestem w porównaniu z wami dziecięciem. I oszukaliście mnie wtedy, w Złotym Lesie, właśnie jak dziecko.

— Oszukałeś sam siebie — spokojnie odparowała. — Przypomnij sobie, jak wyglądały sprawy.

Mgnienie oka — i ściany pałacowej sali przesłoniła srebrzysta mgła, z której wyłoniły się niejasne sylwetki lorieńskich mallornów, a on sam usłyszał rozbrzmiewający tuż obok miękki głos Elronda: „Być może z moją córką odrodzi się w Śródziemni panowanie Ludzi, ale, mimo mojej miłości do ciebie, powiem: Arwena Undomiel dla drobiazgów nie będzie zmieniała swego losu. Tylko król Gondoru i Arnoru może być jej mężem…” Głos Władcy zmienił się w bezgłośny szelest, i Aragorn ponownie zobaczył obok siebie Arwenę. Ta niedbałym ruchem dłoni przywróciła sali jej poprzedni wygląd.

— Powiedziane było właśnie tak, Aragornie, synu Arathorna. To jest najczystsza prawda — tylko król Arnoru i Gondoru może być mężem elfickiej księżniczki, ale czy obiecano ci, że na pewno nim będzie?

— Masz jak zwykle rację — uśmiechnął się krzywo Aragorn. — Dziecięciu, jakim jestem, do głowy by coś takiego nie przyszło: Władca Dolnu usiłuje wykręcić się ze swej obietnicy. Cóż, kruczki w kontrakcie wynaleźliście znakomicie, umbarscy adwokaci mogliby się od was wiele nauczyć…

— Zapłacono ci uczciwie za pracę — Odrodzonym Mieczem i tronem Odrodzonego Królestwa.

— Tak, tronem, którym nie dysponuję!

— Och, nie bądź obłudny. — Zmarszczyła nieco czoło. — Poza tym, świetnie wiedziałeś, że po wstąpieniu na tron otrzymasz elfickiego doradcę…

— Powiedz lepiej: namiestnika.

— Znowu przesadzasz… W końcu doradcą w Minas Tiriht jest nie byle kto, a ja, dzięki czemu w oczach poddanych wszystko wygląda na zwyczajny dynastyczny związek. A ty — ty wyobraziłeś sobie nie wiadomo co i postanowiłeś uzupełnić kolekcję swych dziewek o córkę elfickiego Władcy!

— Przecież wiesz, że to wszystko nie tak. — W jego głosie nie słychać już było niczego prócz zmęczonej pokory. — Kiedy w Złotym Lesie przyjęłaś z moich rąk pierścień Barahira…

— Ach, to… Chcesz mi przypomnieć historię Berena i Luthien? Zrozum w końcu: to nic więcej, jak tylko legenda, przy tym — ludzka legenda, która wśród elfów może wywołać tylko śmiech…

— Dziękuję za wyjaśnienie… Prościej mówiąc, dla was miłość człowieka i elfa to coś jak zoofilia, tak?

— Wiesz co, zakończmy tę głupią rozmowę… Dość słusznie przypomniałeś chwilę temu o konieczności dochowywania umów. Nie wydaje ci się, że drugi w ciągu ostatnich tygodni „nieszczęśliwy wypadek” człowieka z mojej świty, to lekka przesada?

— Ach, to masz na myśli…

— Właśnie to, mój drogi. A jeśli nagle wyobraziliście sobie, że Lorien nie zdoła obronić ludzi, którzy dla niego pracują, to damy twojej Tajnej Straży taką lekcję, że zapamięta ją na zawsze… Jeśli będzie miał kto zapamiętać.

— Muszę ci przypomnieć, moja droga — obudzona w nim złość pomogła mu wziąć się w garść. Jakby odetchnął solami trzeźwiącymi i pętający go urok stopniał. Dunadan znowu stał się sobą: białym polarnym wilkiem, który stanął przeciw stadu szakali — że jak na razie nie wy jesteście tu gospodarzami. Nazywajmy rzeczy po imieniu: gdyby twoja „świta” była prawdziwym poselstwem, to już dawno wszystkich usunięto by z kraju „za działalność niezgodną ze statusem dyplomatycznym”.

— Kiedyś cię zgubi ta twoja nadmierna pogoń za logiką, bo z niej wypływa przewidywalność. Nie zacząłbyś tak postępować, gdybyś nie był w wielkiej potrzebie, a to znaczy, że zamordowani zbliżyli się do czegoś nadzwyczaj tajnego i niezwykle ważnego. Pozostaje mi tylko wyjaśnić, czym właściwie zajmowali się w ostatnich dniach swego życia — powiedziała Arwena.

— No i jak? Są sukcesy?

— Och, jeszcze jakie! Jeśli można to nazwać sukcesami… My — przyznaję — patrzyliśmy przez palce na twoje zabawy z martwiakami. Szczerze mówiąc, nikt nie wierzył, że śmiertelny opanuje Zaklęcia Cienia w stopniu, który pozwoli przywołać ich do życia. Ale teraz postanowiłeś przejąć także ciemną wiedzę Mordoru — zbierasz, gdzie tylko się da owe zatrute odłamki i, jak się wydaje, w zadufaniu swoim wyobraziłeś sobie, że i to ci ujdzie płazem… Tak, nie przeczę: jesteś awanturnikiem najwyższej klasy, takiego w końcu wybieraliśmy i to spośród z wielu. Jesteś człowiekiem mądrym, aż do szaleństwa odważnym i całkowicie bezlitosnym — zarówno w stosunku do siebie, jak i innych. Wiem, że nic dla ciebie nie znaczy żonglowanie żywą kobrą, ale uwierz mi, że nigdy jeszcze — klnę się na komnaty Valinoru! — nie wszczynałeś tak niebezpiecznej zabawy, jak w tej chwili…

— Poza tym jestem jeszcze człowiekiem pragmatycznym. Sztuczka polega na tym, że dla was te zabawy są nie mniej zgubne, jak dla mnie i cieszę się, że w końcu zrozumiałaś jak wielkie jest niebezpieczeństwo. Tak więc, jestem gotów się wycofać, jak tylko otrzymam odstępne.

— Ho, ho! A jak wysoka jest cena?

— Znasz już cenę. Innej nie będzie.

Arwena w milczeniu odwróciła się i zaczęła odchodzić, niczym pionowy słoneczny promień przeszywający zakurzoną komnatę, i gdy odwróciła się na jego niezbyt głośny okrzyk „Poczekaj!”, to było to zwycięstwo kto wie czy nie większe od Pelennoru i Kormallen.

— Poczekaj — powtórzył i niedbale podrzucił w dłoni srebrny puchar, ten, który służył jej za obraźliwą ilustrację jego zainteresowania ludzkimi skarbami. Chwycił go i zmiął w garści jednym ruchem, jak papierek od cukierka; rubiny inkrustacji trysnęły spomiędzy palców jak krople krwi i z kościanym stukotem zaczęty skakać po marmurowej podłodze. — Klnę się na komnaty Valinoru — wolno powtórzył za nią — teraz też nie widzę różnicy między koroną Gondoru i pucharem. Wybacz, ale korony nie miałem pod ręką…

Z tymi słowami cisnął jej niedbale ten kawałek zmiętego srebra, tak że Arwena, chcąc nie chcąc, musiała go chwycić i, nie oglądając się, wyszedł z komnaty. Chyba po raz pierwszy pole boju opuszczał jako zwycięzca. Zgoda, ona ma rację — wszedł do gry, od której nie ma niebezpieczniejszej, i nie zamierza się wycofywać. Chce tej kobiety i dostanie ją, nieważne ile może go to kosztować. Tak się nie stanie, póki elfy pozostają elfami? Cóż, trzeba będzie zniszczyć sedno ich potęgi. Zadanie niesłychanie skomplikowane, ale znacznie bardziej pociągające, niż na przykład podbój Haradu…

W tym momencie przywrócił go do życia głos dyżurnego lejbgwardii:

— Jego Królewska Mość… Jego Królewska Mość! Przybył Biały Oddział z Ithilien. Raczysz ich przyjąć?

Aragorn milczał z opuszczoną głową i skrzyżowanymi na piersi rękami; siedzący naprzeciwko Gepard z nogą w łubkach niezręcznie odstawioną w bok, kilka już minut temu zakończył swój niewesoły meldunek i teraz oczekiwał wyroku.

— W tych okolicznościach, kapitanie — Jego Królewska Mość podniósł w końcu wzrok — pańskie działania należy uznać za właściwe. Sam będąc na pana miejscu, działabym tak samo… Zresztą nic w tym dziwnego.

— Tak jest, Wasza Królewska Mość. Nasz cień to wasz cień.

— Chciałeś, chyba o coś zapytać?

— Tak. W Ithilien krępował nam ręce kategoryczny rozkaz zachowania życia Faramira. Czy nie uważasz, Wasza Wysokość, że należy przemyśleć…

— Nie, nie uważam. — Dunadan w zamyśleniu przespacerował się po komnacie. — Przeżyłem burzliwe życie i mam na sumieniu wiele grzechów, w tym śmiertelnych… Ale krzywoprzysięzcą nie byłem i nigdy nie będę.

— Jak to się ma do prawdziwej polityki?

— Wprost. Faramir jest człowiekiem honoru, to znaczy, że póki ja nie złamię swych zobowiązań, i on nie odstąpi od swoich. A mnie, jak na razie, urządza status quo

— Ale do Ithilien niedługo zaczną spływać wszyscy niezadowoleni z władzy Waszej Wysokości!

— To zrozumiałe — i to jest po prostu wspaniałe! Przecież uwalniam się w ten sposób od opozycji w Gondorze, przy czym — zauważ — zupełnie bezkrwawo. Jak zniwelować pomysły tych ludzi co do restauracji poprzedniej dynastii — to będzie zmartwienie Faramira. Jego, powtarzam, też wiąże słowo.

— I nie przejmujesz się, panie, tym, że książę Ithilien jak sądzę już zaczął prowadzić jakąś sekretną grę ze Wschodem?

— Nie było tego w twoim raporcie. Skąd masz takie dane?

— Chodzi o to, że nogę połamał mi zwiadowca orokuen, a opatrywał ją w nocy lekarz z Umbaru. Zwą go, jak dziś pamiętam, Haladdin. Ci ludzie przyszli zza Gór Cienia w towarzystwie znanego nam dobrze barona Tangorna.

— Opisz mi tego lekarza!

Gepard ze zdziwieniem popatrzył na Aragorna. Ten wychylił się do przodu, a jego głos ledwo słyszalnie zadrżał.

— Tak, to on, bez wątpienia — mruknął Dunadan i na kilka sekund przymknął oczy. — To znaczy, że Tangorn odszukał w Mordorze Haladdina i przywlókł go do Ithilien, do Faramira… Diabli i diabli, kapitanie, najgorszą wiadomość zachował pan na koniec! Wydaje mi się, że nie doceniłem tego filozofa…

— Proszę mi wybaczyć, Wasza Królewska Mość, ale nie jestem zapoznany z okolicznościami… Kim jest ten Haladdin?

— Widzisz, będziesz musiał teraz stanąć na czele pewnej niewielkiej supertajnej formacji — grupy „Feanor”. Nie wchodzi ona nawet w struktury Tajnej Straży i podlega bezpośrednio mnie. Strategicznym zadaniem „Feanora” po wsze czasy jest zbierać dane pozostałe po Mordorze i Isengardu. Spróbujemy wykorzystać to do naszych celów. Same księgi nie wystarczą — niezbędni są też ludzie… Tak więc, na osiemnastym miejscu naszej listy znajduje się doktor Haladdin. Można oczywiście przypuścić, że czysty przypadek zetknął go z Tangornem — umbarskim rezydentem Faramira — ale osobiście nie wierzę w takie przypadki.

— Tak więc, sądzisz, Wasza Królewska Mość, że Faramir zajmuje się tym samym, co i ty?

— Zazwyczaj mądre myśli przychodzą do mądrych głów jednocześnie. Nawiasem mówiąc, elfy też zajmują się aktualnie takimi poszukiwaniami, co prawda w innym celu, ale sedno problemu leży w tym, że Faramirowi z jego starymi kontaktami na Wschodzie znacznie łatwiej jest szukać niż pozostałym. Przy tym wykazy, na których się aktualnie opieramy, skomponowane zostały na bazie przedwojennych raportów jego zaanduińskich rezydentów — chwała Manwe, że archiwa Rady Królewskiej wpadły w moje ręce, a nie elfów… Krótko mówiąc, kapitanie, natychmiast proszę odnaleźć Tangorna i wytrząsnąć z niego wszystko, co tylko się da. Następnie proszę przemyśleć, jak położyć łapy na zdobyczy Ithilieńczyków. Nie ma aktualnie ważniejszej sprawy. Rozumiemy się?

— Czy mam zorganizować porwanie w Emyn Arnen? — Skonfundowany Gepard pokręcił głową. — Tamtejsza nasza siatka jest praktycznie rozgromiona przez tego diabelskiego Gragera, i takiej operacji nie uda się z nimi zorganizować…

— Tangorn nie będzie siedział w Emyn Arnenie. Faramir na pewno wyśle go do Umbaru, gdzie baron tak wspaniale się wykazał przed wojną. Obecnie jest tam pełno mordorskich emigrantów, a i dla tajnych dyplomatycznych misji lepszego miejsca się nie znajdzie. Haladdina pewnie już gdzieś ukryli… Zresztą, to da się łatwo sprawdzić. Zaraz wyślę gońca do Emyn Arnen, przecież zawsze mogę przekazać swoje najlepsze życzenia ithilieńskiemu księciu. A jeśli goniec nie zastanie tam ani Haladdina, ani Tangorna — a tak, właśnie, sądzę, że będzie — natychmiast wysyłaj swoich ludzi do Umbaru. Działaj, kapitanie. I zdrowiej szybciej, roboty huk.

— A gdzie jest obecnie Rosomak?

— W Isengardzie, dowodzi szajką maruderów Dungarczyków. Jego zadaniem jest zdobyć ogień burzący.

— A Ichneumon?

— Ten jest w Mindolluinie. Jest katorżnikiem w kamieniołomie — odpowiadał współpracownik „Feanora”, wprowadzający Geparda w kierowanie spadkiem, i wyjaśnił: — W ramach operacji „Kpiarz”, panie kapitanie. Jego wyprowadzenie przewidziane jest w przyszły wtorek.

— Nie można przyspieszyć zakończenia tej operacji?

— Nijak nie można, panie kapitanie. Ichneumon pracuje praktycznie bez przykrywki, a kamieniołomy to tradycyjnie domena ludzi Królowej. Jeśli go „zaświetlimy”, to nie przeżyje ani pięciu minut — „próba ucieczki” i tym podobne…

— Dobrze. — Oszacował za ile dni wróci goniec do Emyn Arnen. — Do wtorku jakoś wytrzymam. Jak tylko się zjawi, niech się natychmiast stawi u mnie.

32

Gondor, góra Mindolluina

19 maja 3019 roku

Z lotu ptaka kamieniołom w Mindolluinie, w którym wydobywa się wapień budowlany dla Minas Tirith, podobny jest do wyszczerbionej na brzegach porcelanowej filiżanki, której dno i ścianki oblepiły w poszukiwaniu śladów cukru setki malutkich i zajadłych w swej pracy mrówek. Przy dobrej pogodzie — a dziś właśnie taka tu panowała — śnieżnobiały lej pracował niczym reflektor kumulujący promienie słoneczne, i w wewnętrznych, nie wentylowanych przestrzeniach kamieniołomu, panował piekielny upał. I to w środku maja! O tym, co tu się będzie działo latem, Kumai wolał nie myśleć. Oczywiście, ci z jeńców, którzy trafili do Anfalas, na galery, mieli zapewniony jeszcze gorszy los, ale — zgódźmy się — to słaba pociecha. Dziś jeszcze miał szczęście: trafiła mu się działka na najwyższym poziomie, gdzie wiał chłodny wietrzyk i niemal nie było wapiennego pyłu. Co prawda, tych, którzy pracowali na zewnętrznym perymetrze kamieniołomu, zakuwano w kajdany, ale Kumai uważał tę cenę za zupełnie do przyjęcia.

Od tygodnia w parze z Kumajem pracował Mbanga, poganiacz bojowego mumaka z haradzkiego korpusu, nie znający Wspólnej Mowy. Przez półtora miesiąca nadzorcy wbili mu do głowy niezbędny i wystarczający z ich punktu widzenia zasób słów: „wstań”, „idź”, „nieś”, „turlaj”, „ręce na kark”. Jednakże taki zwrot, jak „leniwe czarne bydle” nie dało się zaadaptować i trzeba było pozostać przy zwyczajnym czarnuchu”. Mbanga wcale nie usiłował rozszerzyć swojego zasobu lingwistycznego poprzez kontakty z innymi więźniami, gdyż znajdował się jakby w stałym półśnie. Może nie ustawał w opłakiwaniu swego zabitego Tongo — przecież między poganiaczem i mumakiem zawiązuje się prawdziwie ludzka przyjaźń, znacznie mocniejsza od układu między jeźdźcem i ukochanym wierzchowcem. A może po prostu przebywał duchem na swoim, niewyobrażalnie odległym Południu — tam, gdzie gwiazdy w nocy są na sawannie tak ogromne, że wystarczy wstać na czubki palcy u stóp i można ich sięgnąć koniuszkiem assegaja, i gdzie każdy mężczyzna używając prostej magii, może stać się lwem, a kobiety — naprawdę wszystkie — są piękne i w miłości nienasycone.

Niegdyś w tych okolicach istniała potężna cywilizacja, po której nie pozostało nic, prócz porośniętych bujną tropikalną zielenią stopniowanych piramid i wyłożonych bazaltowymi płytami dróg wiodących z nikąd do nikąd. A historia Haradu w obecnej jego postaci zaczęła się mniej niż sto lat temu, kiedy Fasimba, młody, dynamiczny wódz hodowców bydła z centralnej części kraju, przysiągł, że zlikwiduje handel niewolnikami. I rzeczywiście zlikwidował. Należy tu zauważyć, że w krajach Południa i Wschodu handel ludźmi istniał od zarania dziejów, jednakże specjalnie masowego charakteru ta dziedzina nie przybrała: sprawy w większości ograniczały się do sprzedaży piękności do haremów i podobnie egzotycznych działań, nie mających jakiegoś szczególnego ekonomicznego znaczenia. Sytuacja gwałtownie się zmieniła, gdy khandyjski kalifat uczynił z tego procederu gałąź gospodarki i zorganizował w całym Sródziemiu stały system handlu czarnoskórymi.

Na brzegu głębokiego zalewu, przylegającego do ujścia Kuwango — głównej wodnej arterii wschodniego Haradu — wyrosło dobrze umocnione khandyjskie miasteczko, które nazywało się bezpretensjonalnie — Niewolnicza Zatoka. Jego mieszkańcy najpierw usiłowali polować na czarnych sami, ale szybko przekonali się, że jest to zajęcie wymagające dużego zaangażowania i przy tym niebezpieczne. Jak to ujął jeden z nich: „To jest podobne do strzyżenia świni: mnóstwo wrzasku, a pożytku żadnego”. Jednakże nie poddali się i nawiązali wzajemnie wygodne kontakty z wodzami nadbrzeżnych terytoriów, a głównym ich handlowym partnerem stał się niejaki Mdikwa. Od tego czasu żywy towar zaczął napływać na bazary Khandu stale i regularnie, w zamian za perły, lusterka i niedbale destylowany rum.

Wiele osób wyrzucało mieszkańcom Niewolniczej Zatoki i ich wpływowym kontrahentom, że zajęcie to jest brudniejsze od błota. Ci zaś filozoficznie odpowiadali, że interes jest interesem, i skoro jest zapotrzebowanie, to musi być ono zaspokajane — jeśli nie przez tego handlarza, to przez innego. Jakkolwiek było, zajęcie to w Niewolniczej Zatoce kwitło, a jego realizatorzy bogacili się, zaspokajając przy okazji wszystkie swoje wybujałe seksualne fantazje — w końcu czarnoskórych dziewcząt, jak i chłopców, w tymczasowej swej dyspozycji każdy miał pod dostatkiem.

Tak wyglądała sytuacja w chwili, kiedy Fasimba udanie otruł na przyjacielskiej uczcie sześciu okolicznych wodzów. Tak naprawdę, to otrutym miał być właśnie Fasimba, ale ten umiejętnie wykonał manewr wyprzedzający — był to jego koronny numer — następnie Fasimba dołączył ich włości do swoich i siebie obwołał Imperatorem. Zjednoczywszy wojowników siedmiu plemion w jednolitą armię i wprowadziwszy do niej surowe dowodzenie i nieuniknioną karę śmierci za dowolne przejawy plemiennego czy rodowego separatyzmu w szeregach, młody wódz, który zawsze pragnął mieć jakiś wpływ na khandyjskich sąsiadów, zaprosił wojskowych doradców z Mordoru. Mordorczycy dość szybko nauczyli czarnoskórych wojowników, którym strach był równie obcy jak i dyscyplina, działania w szyku, a wynik szkolenia przeszedł wszelkie oczekiwania. Prócz tego, Fasimba jako pierwszy docenił olbrzymie możliwości bojowych mumakili. Były one wykorzystywane w bitwach od niepamiętnych czasów, ale dopiero on potrafił zorganizować „taśmowe” szkolenie zwierząt od ich narodzin i w ten sposób doprowadził do powstania nowej formacji w armii. Efekt był mniej więcej taki, jak w naszych czasach użycie czołgów: jedna maszyna przypisana do pułku piechoty to oczywiście rzecz przydatna, ale nic więcej, natomiast pół setki czołgów zebranych w jedną pancerną pięść to siła zasadniczo zmieniająca charakter całej wojny.

Tak więc, po trzech latach od rozpoczęcia swej reformy wojska, Fasimba ogłosił wojnę na śmierć i życie nabrzeżnym wodzom, zajmujących się handlem niewolnikami, i w ciągu pół roku pokonał ich wszystkich. Przyszła kolej na Mdikwę. W Niewolniczej Zatoce panował już głęboki smutek, gdy nagle od lądowego króla przybył goniec z dobrymi wieściami: wojownicy Mdikwy starli się w decydującym boju z zachwalaną armią Fasimby i rozbili ją całkowicie, tak więc do miasta wkrótce przyprowadzonych zostanie wielu dobrych, silnych niewolników. Khandyjczycy odetchnęli z ulgą, ale nie omieszkali poskarżyć się gońcowi, że niby ceny na niewolniczych targowiskach metropolii w ostatnim czasie mocno spadły, co było najczystszym kłamstwem. Goniec jednakże nie przejął się tym specjalnie: niewolników jest tylu, że rumu wystarczy na pół roku.

W oznaczonym czasie do miasta nadeszła niewolnicza karawana, prowadzona osobiście przez Mdikwę — stu osiemdziesięciu mężczyzn i dwadzieścia kobiet. Skuci ze sobą mężczyźni, mimo wcześniejszych zapewnień gońca, wyglądali mizernie: wycieńczeni, poznaczeni siniakami i ranami niedbale opatrzonymi za pomocą bananowych liści. Ale za to kobiety, które prowadzono na czele kolumny całkowicie nago, były tak wspaniałe, że cały garnizon zebrał się dokoła nich i, śliniąc się, na nic innego patrzeć już nie chciał. A szkoda… Albowiem kajdany i łańcuchy nie były prawdziwe, podobnie jak krew na ciałach, a sami niewolnicy byli osobistą gwardią Imperatora. Pod „opatrunkami” ukryte były gwiaździste noże do miotania, zabijające na piętnaście jardów. Gwardziści mogli też objeść się i bez broni: każdy z nich w biegu na krótkim dystansie doganiał konia, mógł uniknąć strzały i rozbijał uderzeniem pięści stos ośmiu dachówek. Miejska brama została przejęta w ciągu kilku sekund, a Niewolnicza Zatoka upadła. Operacją dowodził Fasimba — właśnie on wprowadził do miasta „niewolniczą karawanę”, przyodziawszy się w znany na całym wybrzeżu leopardzi płaszcz Mdikwy. Imperator dobrze wiedział, że przedstawiciele wyższej rasy nie zawracają sobie głowy odróżnianiem twarzy wszystkich tych „popielników”. Zresztą, Mdikwa nie potrzebował już swojego słynnego płaszcza: rozszalałe ogniste mrówki, na których szlaku przywiązano go — nowa kara za handel niewolnikami — już zmieniły przybrzeżnego watażkę w idealnie oczyszczony szkielet.

Po dwóch tygodniach do przystani Niewolniczej Zatoki przybił khandyjski statek przeznaczony do przewożenia niewolników. Kapitan, nieco zaskoczony pustką na nabrzeżu, wyruszył do miasta. Wrócił w towarzystwie trzech uzbrojonych Haradrimów i plączącym się ze strachu językiem zażądał, by na brzeg zeszli tragarze z grona załogi. A ładunek, jaki mieli wziąć na pokład by przewieźć do Khandu, doprowadziłby do drżenia każdego.

Było to półtora tysiąca wyprawionych ludzkich skór, dokładnie — 1427 sztuk. Cała ludność Niewolniczej Zatoki z wyjątkiem siedmiu niemowląt, które Fasimba nie wiadomo dlaczego oszczędził. Na każdej ze skór ręką pisarza miejskiego — uczciwie mu zapłacono, zabijając jako ostatniego i stosunkowo szybko — wypisane było imię właściciela oraz szczegółowo opisane było, jakim torturom został poddany przed skórowaniem. Na skórach należących do kobiet, odnotowano ilu czarnych wojowników wszechstronnie oceniało zalety ich nosicielek. Kobiet w mieście było mało, a wojowników wielu, tak więc liczby było różne, ale zawsze robiły wrażenie… Tylko kilku mieszkańców miało szczęście dorobić się krótkiej notatki „zginął podczas szturmu”. A ostatnim numerem programu była kukła wykonana z gubernatora będącego krewniakiem samego kalifa. Zawodowi taksydermiści najprawdopodobniej nie pochwalali wykorzystania w charakterze materiału do wypychania pereł, tych samych, którymi płacono za niewolników, jednakże Imperator miał w tej materii swoje zdanie.

Powie ktoś, że takie potworne okrucieństwo nie może być usprawiedliwione: wódz Haradrimów, orzekną oni, po prostu ubrał w postać zemsty własne sadystyczne skłonności. Inni zaczną dywagować o „historycznej sprawiedliwości”, a że przy tym nie obeszło się bez „ekscesów i przegięć” — trudno, Haradrimowie to nie anioły, a wcześniej nałykali się biedy i niesprawiedliwości. Dyskusja na ten temat wydaje się w ogóle bez sensu, a w konkretnym przypadku po prostu nie ma związku ze sprawą, ponieważ to, co Fasimba uczynił z mieszkańcami Niewolniczej Zatoki, nie było ani spontanicznym przejawem patologicznego okrucieństwa wodza, ani zemstą za cierpienia przodków. Był to jedynie ważny element subtelnego, strategicznego planu, wymyślonego i realizowanego przez absolutnie jasny i zimny umysł.

33

Khandyjski kalif, otrzymawszy w prezencie skórki swoich poddanych i kukłę krewniaka zareagował właśnie tak, jak przewidywał Imperator: odrąbał głowy kapitanowi oraz całej jego załodze, żeby nie wozili w przyszłości byle czego, i publicznie poprzysiągł wykonać taką samą kukłę z Fasimby, po czym natychmiast wysłał do Haradu korpus ekspedycyjny. Pamiętając o smutnym losie marynarzy, doradcy nie tylko nie odwiedli go od głupiego pomysłu, ale nie nalegali nawet, by dokonać wstępnego zwiadu. Kalif natomiast, zamiast zabrać się za przygotowanie wyprawy, zajmował się wybieraniem tortur, jakim podda Fasimbę, gdy już ten wpadnie mu w ręce.

Po miesiącu dwudziestotysięczna khandyjska armia została wyładowana w ujściu Kuwango, przy ruinach zburzonej Niewolniczej Zatoki, i ruszyła w głąb kraju. Należy odnotować, że khandyjscy wojownicy, jeśli za miernik wziąć ilość niesionego na sobie żelaza, a szczególnie zdobiących owo żelazo złoconych dupereli, nie mieli sobie równych w Śródziemiu. Nieszczęście tylko w tym, że ich doświadczenie bojowe sprowadzało się do tłumienia wieśniaczych powstań i innych operacji policyjnych. Jednak przeciwko czarnoskórym dzikusom, jak się wydawało, powinno to wystarczyć: Haradrimowie w panice rozbiegali się, widząc przed sobą połyskującą w słońcu żelazną falangę. Ścigając bezładnie wycofującego się przeciwnika, Khandyjczycy minęli pasmo przybrzeżnej dżungli i wyszli na sawannę, gdzie następnego ranka natknęli się na cierpliwie oczekujące ich główne siły Fasimby.

Dowodzący wyprawą bratanek kalifa zbyt późno zrozumiał, że haradzka armia jest co najmniej dwukrotnie liczniejsza od khandyjskiej, a wyszkolona gdzieś około dziesięć razy lepiej. Właściwie bitwa, jako taka, nie odbyła się; był tylko miażdżący atak bojowych mumakili, a potem pościg za uciekającym w panice wrogiem. Zresztą straty Khandyjczyków mówią same za siebie: półtora tysiąca zabitych i osiemnaście tysięcy jeńców, Haradrimowie stracili nieco ponad stu ludzi.

Po krótkim czasie kalif otrzymał od Fasimby szczegółowe sprawozdanie o bitwie wraz z propozycją wymiany jeńców na znajdujących się w khandyjskiej niewoli Haradrimów — wszystkich na wszystkich. W przeciwnym wypadku proponowano przysłanie po Niewolniczej Zatoki statku, zdolnego do wzięcia na pokład dziewiętnastu tysięcy ludzkich skór, a w Khandzie wiedziano, że w tej materii Fasimba nie rzuca słów na wiar. Imperator wykonał jeszcze jeden dalekosiężny ruch: uwolnił kilkuset jeńców i wypuścił ich do domów, by ci wyjaśnili khandyjskiemu społeczeństwu, na czym polegają propozycje Haradu. Lud, jak można się było spodziewać, zaczął się burzyć i wyraźnie zapachniało powstaniem. Po tygodniu kalif, nie dysponując w tym momencie żadnymi siłami zbrojnymi, skapitulował. W Niewolniczej Zatoce odbyła się zaproponowana przez Fasimbę wymiana i od tej pory Imperator Stał się dla swego ludu żywym bogiem na ziemi — ponieważ w oczach Haradrimów wyciągnięcie człowieka z khandyjskiej niewoli mało czym różni się od wskrzeszenia.

Od tej pory to dość ponure imperium Haradrimów, w którym nie było piśmiennictwa, ani architektury, ale aż nadto rytualnego kanibalizmu, mrocznej czarnej magii i polowań na czarowników, porządnie rozszerzyło swoje granice. Najpierw czarnoskórzy przesuwali się tylko na południe i wschód, ale w ciągu ostatnich dwudziestu lat skierowali swoje spojrzenia na północ i odgryźli porządny kawał khandyjskiego terytorium, zbliżywszy się do granic Umbaru, południowego Gondoru i Ithilien. Mordorski poseł przy dworze Imperatora słał do Barad-Dur depeszę za depeszą: „Jeśli nie podejmiemy w krótkim czasie zdecydowanych kroków, to wkrótce cywilizowanym państwom centralnego i zachodniego Sródziemia przybędzie przeciwnik, straszniejszy od wszystkich wcześniejszych: niezliczone szeregi wspaniałych wojowników, nie wiedzących, co to strach czy litość”.

Wtedy Mordor, kierując się khandyjską mądrością: „Jedynym sposobem pozbycia się krokodyli jest osuszenie błota”, zaczął wysyłać na Południe swoich misjonarzy. Nie nużyli czarnoskórej ludności opowiadaniami o Jedynym, ale leczyli dzieci i uczyli ich czytania oraz pisania, w alfabecie, jaki sami wypracowali dla języka haradzkiego na bazie Wspólnej Mowy. I kiedy jeden z jego twórców, wielebny Aidżuno, zobaczył pierwszy tekst stworzony ręką małego Haradrima, a był to znakomity w swej poetyckości opis polowania na lwa, zrozumiał, że nie nadaremno żył na tym świecie.

Byłoby przesadą twierdzić, że działalność misjonarska doprowadziła do znacznego złagodzenia okrutnych tamtejszych obyczajów. Sami misjonarze, jak się wydawało, otoczeni byli niemal religijnym szacunkiem i teraz każdy Haradrim na dźwięk słowa „Mordor” demonstrował najbielszy ze swych uśmiechów. Prócz tego, Harad, nie to co inne „cywilizowane” kraje, nie cierpiał na selektywną sklerozę. Tu znakomicie pamiętano, kto im w swoim czasie pomagał podczas wojny z khandyjskimi handlarzami niewolników. Dlatego, gdy mordorski poseł zwrócił się do Imperatora Fasimby Trzeciego z prośbą o pomoc w walce z koalicją Zachodnią, ten natychmiast wysłał na pomoc północnym braciom wyborowy oddział jazdy i mumakili — ten właśnie haradzki korpus, który tak wspaniale walczył na Polach Pelennoru pod purpurowym sztandarem ze smokiem.

Z całego tego korpusu ocalało tylko kilku ludzi, a w ich liczbie — dowódca jazdy, słynny kapitan Umglangan. Od tej pory prześladował go jeden obraz, jasny i wyraźny, jak rzeczywisty… Pośród nietutejszej błękitnej sawanny w groźnym oczekiwaniu czekały na siebie dwa szeregi rozdzielone piętnastoma jardami dystansu — odległość, z jakiej zabija assegaj. Obie strony mają w swych szeregach najwspanialszych wojowników wszech czasów, jednak w prawym szeregu jest o jednego wojownika za mało. Czas zaczynać walkę, ale groźny Udugwu, nie wiadomo dlaczego litując się nad kapitanem, nie daje sygnału do największej męskiej rozrywki. „No, gdzie jesteście, kapitanie?! Szybciej, zajmujcie miejsce w szeregu!” I co wybrać, skoro serce wojownika woła go tam, do podnóża czarnego bazaltowego tronu Udugwu, a powinność dowódcy każe mu wrócić z meldunkiem do swego Imperatora? Był to ciężki wybór, ale wybrał dług i teraz, pokonawszy tysiące niebezpieczeństw, dotarł już do granic Haradu.

Przyniesie Fasimbie smutną wieść: ci ludzie Północy, którzy byli dla Haradrimów jak bracia, padli w boju, i w północnych ziemiach nie ma teraz nikogo, prócz wrogów. Ale to też jest wspaniałe — ponieważ teraz stoi przed nimi wiele bitew i wielkich zwycięstw! Kapitan widział w akcji wojowników Zachodu — za nic nie oprą się czarnym wojownikom, kiedy będzie to nie malutki ochotniczy korpus pod purpurowym sztandarem, a prawdziwa armia. Zamelduje, że już nie ma różnicy w kawalerii, czego się mocno bali, gdyż całkiem niedawno Haradrimowie nie potrafili walczyć wierzchem, a teraz godnie przeciwstawili się najlepszej jeździe Zachodu. A przecież ci jeszcze nie znają piechoty Haradu: z tego wszystkiego, co on tam widział, mogła się z nią równać tylko trollijska — a teraz rzecz jasna już nikt. No a mumakile to mumakile — broń niemal doskonała. Gdyby nie stracili dwudziestu sztuk w przeklętej leśnej zasadzce — nie wiadomo jak potoczyłyby się sprawy na Polach Pelennoru… Boją się ognistych strzał? To nie problem: trzeba będzie to uwzględnić podczas tresury młodych… Cóż, Zachód sam wybrał swój los, zmiatając stojący między nim i Haradrimami Mordor.

Poganiacz Mbanga żył problemami znacznie mniej globalnymi. Nie podejrzewając istnienia matematyki, od samego rana rozwiązywał w umyśle dość złożony problem planimetryczny, który inżynier drugiego stopnia Kumai, gdyby był wtajemniczony w plany współtowarzysza, sformułowałby jako „minimalizację sumy dwóch zmiennej długości odcinków”: od Mbangi do nadzorcy i od nadzorcy do skraju przepaści kamieniołomu. Oczywiście, nie jest on równy Umglanganowi, i nie ma co liczyć na miejsce w szeregu najlepszych wojowników wszech czasów, ale jeśli potrafi umrzeć tak, jak sobie wymyślił, to Udugwu — w swym nieskończonym miłosierdziu — pozwoli mu wiecznie polować na lwy na swych niebiańskich sawannach. Realizacja planu jednakże nie była łatwa. Mbanga, wychudzony sześcioma tygodniami głodu i ciężkiej pracy, musi zabić gołymi rękami uzbrojonego po zęby i wcale nie lekkomyślnego dryblasa, a na załatwienie tej sprawy ma nie więcej niż dwadzieścia sekund. Potem zbiegną się inni nadzorcy i po prostu zaćwiczą go nahajami, a to żałosny koniec niewolnika…

Wszystko odbyło się tak szybko, że nawet Kumai przegapił pierwsze ruchy Mbangi. Zobaczył tylko czarną błyskawicę, która wystrzeliła do nóg nadzorcy: Haradrim przykucnął, pozorując poprawianie kajdan, i nagle skoczył głową do przodu, niczym drzewna mamba, z niewiarygodną precyzją przebijająca sploty gałęzi. Prawe ramię czarnoskórego z całej siły wbiło się w oporowe kolano stojącego bokiem do nich strażnika — dokładnie pod staw kolanowy; Kumajowi wydało się, że naprawdę słyszy trzask towarzyszący rozdzieraniu stawu i wypadaniu ze swych gniazd delikatnego chrzestnego dysku. Gondorczyk opadł na ziemię, nawet nie krzyknąwszy, tak był zszokowany bólem. Mgnienie oka i, zarzuciwszy na ramię bezwładne ciało, Haradrim drobnymi z powodu pęt kroczkami podążył do krawędzi. Zbiegającą się ze wszystkich stron straż Mbanga wyprzedził o jakieś trzydzieści jardów. Dotarłszy do wymarzonej krawędzi, cisnął swoje brzemię w dół, w lśniącą białą przepaść, i teraz uzbrojony w przejęty miecz, spokojnie czekał na wrogów.

Oczywiście, ani jeden z tych Zachodnich ścierwojadów nie odważył się skrzyżować z nim klingi — po prostu zastrzelili go z łuków. Ale to nie miało już żadnego znaczenia: zginął w boju z bronią w ręku, a to znaczy, że zasłużył sobie na prawo pierwszego rzutu assegaja w zaświatowych polowaniach na lwy. Czym wobec tego jest taki drobiazg, jak trzy rany w brzuch, na tle owej wiecznej rozkoszy?

Haradrimowie zawsze umierają z uśmiechem, a uśmiech ten — jak już zaczęli się domyślać niektórzy przewidujący ludzie — nie wróży krajom Zachodu nic dobrego.

34

— Zdechł, ścierwo! — skonstatował z rozczarowaniem płowowłosy drągal, starannie zmiażdżywszy obcasem palce Mbangi — zero reakcji. Przeniósł swoje nalane krwią oczka na znieruchomiałego z boku Kumaja. — Ale niech mnie powieszą — przerzucił bat z ręki do ręki — jeśli jego kolega nie zapłaci za Erniego swą skórą…

Od pierwszego uderzenia Kumai instynktownie osłonił się łokciem, z ręki oderwał się kawałek skóry. Ryknąwszy z bólu, rzucił się na płowowłosego, a wtedy przystąpili do dzieła pozostali czterej… Bito go długo, z rozmysłem i wymyślnie, póki nie wyszło im, że teraz to już nie ma sensu, i tak ofiara straciła przytomność. A co wy sobie myślicie? Ktoś musi poważnie odpowiedzieć za śmierć nadzorcy, no bo jak inaczej?

Tymczasem podszedł dowódca straży, ryknął: „Może już koniec tej zabawy, co?!” i pogonił ich przekleństwami na swoje posterunki — po licho mu dodatkowy truposz w raporcie. Bo to jest tak: jeśli to bydlę kopnie w kalendarz tu, na miejscu — trzeba będzie wyjaśniać to z naczelnikiem robót, a nie ma nic gorszego! Ale jeśli trochę później, w baraku — wtedy proszę bardzo: „naturalny ubytek” i żadnego gadania… Skinieniem głowy przywołał grupkę jeńców przyglądających się egzekucji z pewnej odległości, i po niedługim czasie Kumai walał się już na przegniłej słomie swej pryczy. Zresztą, każdemu biegłemu człowiekowi wystarczyłoby jedno spojrzenie na tego półtrupa w zakrwawionych strzępach skóry, by wiedzieć, że nie będzie żył. Należy dodać, że kilka miesięcy temu troll, będąc poważnie ranny w bitwie na Polach Pelennoru, oszukał śmierć, ale na tym chyba jego fart się skończył.

Kiedy jazda Eomera przerwała obronę Armii Południe i zaczęła się ogólna panika, inżynier drugiego stopnia Kumai został odcięty od swoich nieco na północ od obozu, na terenie parku maszyn obiężniczych. Wraz z nim znalazło się tu w okrążeniu siedmiu żołnierzy oddziału inżynieryjnego, nad którymi jako najstarszy stopniem musiał przejąć dowodzenie. Nie będąc wielkim znawcą wojennej strategii i taktyki, zrozumiał, że jeszcze kilka minut i cała ta porzucona na los szczęścia technika trafi w ręce wroga. Jedyne, co mu pozostaje, to zniszczyć ją. Zaprowadziwszy twardą ręką porządek w swoim pododdziale (jeden z siedmiu, który bąknął coś w stylu „Ratuj się kto może!”, leżał nieruchomo przy wiązce szturmowych drabin), troll przekonał się, że czego jak czego, ale nafty — chwała Jedynemu! — nie zabraknie. Po minucie jego podwładni krzątali się jak mrówki, polewając paliwem mechanizmy katapult i podstawy wież oblężniczych, a on sam popędził do „bramy” — wyrwy w pierścieniu wozów, otaczających miejsce postoju tego inżynieryjnego zaplecza. Tam właśnie natknął się na przednią straż Rohirrimów.

Konni książęta odnieśli się do pojedynczego Mordorczyka bez należnego szacunku, za co zapłacili i to natychmiast. Kumai uważany był za siłacza, nawet jak na trolla — kiedyś w czasie studenckiego pijaństwa przeszedł po karniszu, niosąc na wyciągniętych rękach fotel z pijanym w trupa Haraddinem, tak więc jako broń wykorzystał nie byle co, a znaleziony przypadkowo dyszel… Wycofać się zdążył tylko jeden z jeźdźców — pozostali polegli tam, gdzie ich szyk zderzył się z tym straszliwym młynkiem.

Zresztą Rohirrimów to specjalnie nie skonfundowało. Z gęstniejącego mroku natychmiast wyłoniła się jeszcze szóstka jeźdźców, którzy natychmiast rozsypali się w najeżone kopiami półkole. Kumai usiłował przegrodzić sobą prześwit, odwracając za tylną oś jeden z wozów ale zrozumiał, że nie zdąży, dlatego wycofał się i — starając nie tracić z oczu przeciwników — rzucił przez ramię rozkaz:

— Zapalajcie, żeby was licho!

— Nie nadążamy, panie! — zawołał ktoś z tylu. — Do wielkich katapult nie możemy się przedostać…

— Palcie, co się da! Nie ma co się czaić! Zachodni są w obozie! — ryknął i zaprosił we Wspólnej Mowie gotujących się do ataku Rohirrimów: — No, kto tam się nie boi?! Kto stanie do uczciwej walki z górskim trollem?!

I udało się! Szyk rozsypał się na elementy i po jakiejś sekundzie stanął przed nim rycerz z białym plumażem korneta:

— Jesteś gotów, szlachetny panie?

Kumai chwycił swoją żerdź za środkową część, wykonał błyskawiczny wypad i odkrył Rohirrima o kilka jardów od siebie. Uratowało trolla tylko to, że rohańska klinga okazała się zbyt lekka i nie dała rady przeciąć jego dyszla, na którą przyjął cios. Usiłując zyskać cenne sekundy, inżynier wycofywał się w głąb parku maszynowego, ale nie udało mu się już oderwać od prześladowcy. Kornet był zręczny i szybki jak łasica, a w walce na krótkim dystansie szansę Kumaja z jego nieporęczną bronią były bliskie zeru.

— Podpalać i zwalić w diabły!!! — ponownie wrzasnął, wyraźnie widząc, że jego koniec zbliża się wielkimi krokami.

Tak też się stało: w następnej chwili świat eksplodował białym bólem i troll natychmiast opadł w delikatną chłodną ciemność. Uderzenie kometa dokładnie rozcięło mu hełm i Kumai już nie widział, jak po minucie wszystko dokoła dosłownie rozlało się w morze ognia — jego ludzie zdążyli mimo wszystko wykonać polecenie… A po kilku sekundach cofający się przed żarem Rohirrimowie, zobaczyli jak z głębi tego huczącego pieca wychodzi, niepewnie krocząc, ich lekkomyślny oficer uginający się pod brzemieniem nieprzytomnego trolla.

— Po jakie licho, kornecie?

— Ależ powinienem poznać imię tego szlachetnego sira! W końcu jest jeńcem mojej broni…

Kumai ocknął się dopiero trzeciego dnia — w rohańskim sanitarnym namiocie, gdzie obok niego leżała trójka jego „chrześniaków”: stepowi książęta nie czynili różnic między swoimi, i obcymi rannymi, i wszystkich leczyli jednakowo. Na nieszczęście, „jednakowo” oznacza w tym przypadku „jednakowo niedobrze”: głowa inżyniera znajdowała się w opłakanym stanie, a z lekarstw dostał mu się przez cały ten pobyt tylko bukłaczek wina, który przyniósł mu jego pogromca, kornet Eorgen. Kornet wyraził nadzieję, że po wyzdrowieniu inżynier drugiego stopnia okaże mu honor i spotkają się raz jeszcze w pojedynku — ale najchętniej jakąś bardziej tradycyjną bronią, nie dyszlem. I oczywiście może siebie uważać za wolnego, przynajmniej w granicach obozu — pod słowem oficera. … Jednakże po tygodniu Rohirrimowie wyruszyli na wyprawę na Mordor zdobywać dla Aragorna koronę Odrodzonego Królestwa, i tego samego dnia Kumaja wraz z resztą rannych wysłano do kamieniołomu na Mindolluinie: Gondor wszak był już cywilizowanym państwem, nie to co zapyziały Rohan.

Jak udało mu się przeżyć tych kilka pierwszych katorżniczych dni — z rozbitą głową i wstrząsem mózgu, który co jakiś czas ciskał go w odmęty nieświadomości — było całkowitą zagadką. Najprawdopodobniej był to wynik trollijskiego uporu, po prostu chęci uczynienia na złość nadzorcom. Zresztą, nie miał specjalnych złudzeń co do swego losu. Kumai w swoim czasie przeszedł zgodnie z panującą w majętnych trollijskich domach tradycją, cały łańcuszek stanowisk w ojcowej kopalni w Cagancabie — od górnika do pomocnika geometry. Wystarczająco dobrze znał się na organizacji prac wydobywczych, by wiedzieć, iż ekonomiczne wyniki nikogo tu nie interesują. Przywieziono ich tutaj nie dlatego, by przynieść właścicielom kamieniołomu jakiś dochód, a żeby zdechli. Dla mordorskich jeńców ustalono takie proporcje normy wydobycia i wyżywienia, że było to najprawdziwszym „zabijaniem na raty”.

Na trzeci tydzień, kiedy część jeńców już oddała dusze Bogu, a reszta, nic nie mogąc na to poradzić, wciągnęła się jako tako w ten zabójczy rytm, wpadła tu inspekcja elfów.

— Hańba i barbarzyństwo — wydzierali się inspektorzy. — Czyż nie jest jasne, że ci ludzie mogą robić coś więcej niż tylko popychać taczki? Przecież tu jest pełno specjalistów z wielu dziedzin. Wykorzystajcie ich na odpowiednich stanowiskach, do licha!

Gondorskie dowództwo drapało się w zakłopotaniu po głowach — „No tak, poszkapiliśmy się, wasza stepowość!” — i natychmiast urządziło swoisty rejestr mistrzów. W wyniku tego kilkudziesięciu szczęściarzy zmieniło mindolluińskie piekło na pracę w swojej specjalności, na zawsze porzuciwszy kamieniołom…

A niech im, Jedyny rozsądzi… Kumai w każdym razie nie zamierzał kupować sobie życia, budując dla wroga latające aparaty cięższe od powietrza, gdyż to właśnie było jego specjalnością. Są rzeczy, których robić nie wolno, bo robić nie wolno. I koniec. Ucieczka z Mindolluiny była marzeniem ściętej głowy, a innych możliwości wyrwania się stąd Kumai nie widział. Przy tym zaczynało odgrywać rolę wycieńczenie organizmu i coraz częściej dominowała w jego zachowaniu zwyczajna, głęboka apatia. Trudno powiedzieć, ile jeszcze by pociągnął w takim trybie — może tydzień, a może i pół roku, ale rok, to już raczej nie. Jednakże Mbanga — niech Jedyny ma go w opiece — na koniec swego żywota tak mocno trzasnął drzwiami, że za jednym zamachem rozwiązał wszystkie Kumajowe problemy — raz i na zawsze.

35

Pod wieczór do baraku Mordorczyków, gdzie miotał się w spalającej go gorączce inżynier drugiego stopnia, zajrzał nieznajomy: szczupły i szybki w ruchach, a smagła twarz mieszkańca zaanduińskiego południa, była zdecydowana i władcza — najpewniej oficer z umbarskiego kapra, dziwnym zrządzeniem losu ulokowany w Mindolluinie, a nie na rei galery królewskiej floty. Przez minutę stał i patrzył na tę zakrwawioną sieczkę, po której już zupełnie spokojnie, jak po swojej domenie, spacerowały stada tłustych much, i mruknął, do nikogo w szczególności się nie zwracając: „Tak, wygląda, że do rana się upiecze…” Potem zniknął, ale po pół godzinie, ku niemałemu zdziwieniu Kumajowych sąsiadów, pojawił się ponownie i zabrał za leczenie. Poleciwszy przytrzymać pacjenta, by się nie miotał, zaczął wcierać prosto w sączące się posoką rany jadowicie żółtą, lepką maść o mocnym zapachu kamfory. Spowodowało to taki ból, że Kumai natychmiast wypadł z płytkiego omdlenia, i gdyby nie był tak wycieńczony, to za diabła koledzy z baraku nie utrzymaliby go. Jednakże Pirat, bo tak nazywali go jeńcy, spokojnie wykonywał swoją pracę i dosłownie po minucie mięśnie rannego rozluźniły się, ciało spłynęło potem, gorączka w oczach zaczęła opadać. Troll zapadł w kamienny sen. Maść miała prawdziwie czarodziejską moc: do rana szramy nie tylko podeschły, ale zaczęły też rozpaczliwie swędzieć — a to jest pewna oznaka zabliźniania się. Tylko kilka ran miało oznaki zapalenia — nimi zajął się ponownie, przybyły przed porannym apelem Pirat. Przywrócony do życia Kumał dość ponuro powitał swego zbawiciela:

— Nie chcę wyjść na niewdzięcznika, ale naprawdę nie dałoby się znaleźć lepszego zastosowania dla owego cudownego środka? Co za sens wyciągać z tamtego świata kogoś, kto i tak kieruje się w tamtą stronę?

— Hm… Człowiek co jakiś czas powinien popełniać głupstwo, bo inaczej nie będzie człowiekiem. Proszę się odwrócić. Tak… Niech pan wytrzyma, inżynierze, zaraz poczuje pan ulgę. Aha, wracając do głupstw. Proszę mi wybaczyć ciekawość, ale dlaczego został pan w kamieniołomie? Siedziałby pan sobie teraz w Minas Tirith, w królewskich warsztatach, i nie znał goryczy życia powszedniego.

— Zostałem dlatego — prychnął Kumai — że przez całe życie hołdowałem takiej dewizie: „Nie miotaj się pod klientem”…

— I nagle urwał w pół słowa, gdy dotarło do niego: a skąd ten człowiek wie o jego specjalności, skoro nikomu o niej nie opowiadał i starannie ją ukrył w czasie „rejestracji”?

— Godna postawa — zupełnie poważnie skinął głową Pirat.

— A najciekawsze, że w danym przypadku jest nawet od strony pragmatycznej prawidłowa. Rozumie pan, jedyna prawidłowa… Przecież wszyscy, którzy wtedy zaczęli się miotać, już nie żyją, a pan — przy minimalnym szczęściu — wkrótce znajdzie się na wolności.

— Są martwi? Skąd pan wie?

— Stąd, że sam ich zakopywałem. Ja, jeśli mogę się pochwalić, bawię w tutejszym oddziale pogrzebowym.

Kumai milczał przez kilka minut, trawiąc wieści. Najstraszniejsze, że pierwszą jego myślą było: „I słusznie!” A potem: „Boże mój, kim tu się stałem…” Tak więc nie dotarło do niego od razu, co mówi Pirat:

— Jednym słowem dokonał pan słusznego wyboru, mechaniku Kumai. Ojczyzna, jak pan widzi, nie zapomniała o panu i podjęła specjalną operację ku pańskiemu uwolnieniu. Jestem jednym z uczestników tej operacji.

— Jak to? — Słowa zbawcy wytrąciły go do końca z równowagi. — Jaka ojczyzna?

— A co? Ma ich pan kilka?

— Pan zwariował! Czy naprawdę ktoś jest gotów poświęcić wielu ludzi, żeby wyciągnąć stąd mnie?

— Wykonujemy rozkaz — sucho odparował Pirat — i nie nam sądzić, co jest ważniejsze dla Mordoru: przez lata tworzona siatka szpiegowska, czy pewien inżynier drugiego stopnia.

— Proszę mi wybaczyć… A przy okazji, jakoś do tej pory nie zainteresowałem się, jak brzmi pana imię.

— I słusznie pan uczynił. Nie jest ono panu do niczego potrzebne. Ucieczka zacznie się dosłownie za kilka minut, i jakikolwiek będzie jej koniec, my i tak się już nie spotkamy.

— Za kilka minut?! Proszę mnie posłuchać, czuję się lepiej, ale nie na tyle, żeby… Ciekawe, jak przejdę przez strefę straży zewnętrznej?

— Jako trup, ma się rozumieć. Ja, o ile pan pamięta, służę w oddziale pogrzebowym. Proszę się nie martwić, nie pan pierwszy i — odstukać w drewno — nie ostatni…

— Więc mówi pan, że ci wszyscy, którzy się wtedy…

— Niestety! Akurat w tym elemencie obozowego życia wszystko odbyło się na serio. To robota elfów, tak wszystko zaplanowali, i nic nam się nie udało zdziałać… Krótko mówiąc, wypije pan teraz ten preparat i „umrze” mniej więcej na dwanaście godzin. Nie sądzę, by po wczorajszym incydencie pańska śmierć wywołała jakieś pytania. Reszta to detale, które pana nie dotyczą…

— Jak to „nie dotyczą”?

— Bardzo prosto. Zalecam dopełnienie pańskiego kredo „Nie miotaj się pod klientem” jeszcze takim: „Mniej wiesz — spokojniej śpisz”. Co powinien pan wiedzieć, stanie się jasne w odpowiednim czasie. Proszę pić, Kumai. Czas jest drogi.

Napój z flakonika podziałał szybko, dosłownie w kilka sekund; ostatnia rzecz, jaką widział to smagłe oblicze Pirata z mnóstwem małych blizn dokoła ust.

O tym, co się działo potem z jego „trupem” — tętno: sześć uderzeń na minutę, brak reakcji — Kumai nigdy się nie dowiedział. Zresztą, po co miał wiedzieć, że wieziony był w trupowozie pod stertą innych ciał, a potem leżał, czekając na transport w sąsiednim, porzuconym wyrobisku, przysypany warstwą żwiru? Ocknął się w całkowitych ciemnościach. Wszystko się zgadza, jeśli Pirat nie nałgał o „godzinie dwunastej”, teraz powinna być noc. Gdzie on jest? Sądząc po zapachu, w jakimś chlewie… Ale wystarczyło, by się poruszył, kiedy obok rozległ się nieznajomy głos, w którym ledwo dało się uchwycić jakiś obcy akcent:

— Gratuluję udanej podróży, inżynierze drugiego stopnia! Może się pan rozluźnić, droga jeszcze przed panem niekrótka, ale największe niebezpieczeństwa — tfu-tfu-tfu! — za nami.

— Dziękuję, eee…

— Nadintendent. Po prostu — nadintendent.

— Dziękuję, nadintendencie. Ten człowiek, z kamieniołomu…

— Wszystko z nim w porządku. Więcej pan wiedzieć nie musi.

— Można mu przekazać moje podziękowanie?

— Nie sądzę. Ale zamelduję o pańskiej prośbie.

— Można zadać pytanie?

— Można.

— Czy ode mnie będzie się wymagało, bym tworzył nowe typy broni?

— Oczywiście.

— Ależ ja jestem specjalistą w zupełnie innej dziedzinie!

— Czyżby pan chciał pouczać dowództwo, inżynierze drugiego stopnia?

— Wcale nie. — Milczał chwilę. — Po prostu nie jestem pewien…

— Ale dowództwo jest pewne. W końcu — w głosie nadintendenta pojawiły się cieplejsze nutki — nie będzie pan pracował samotnie. Tam jest cała grupa. Dowodzi wami Dżaheddin.

— Ten Dżaheddin?

— On właśnie.

— Niekiepsko…

„Nie, to ma swoje uroki — o niczym nie myśleć, spokojnie robić, co ci każą…”

— Reasumując — proszę leżeć i wypoczywać. Gdyby nie ta idiotyczna historia z nadzorcą moglibyśmy ruszać nawet zaraz, a tak przyjdzie nam trochę poczekać.

— Wie pan co, żeby wrócić do domu, do Mordoru, wystarczy mi sił i zdrowia nawet teraz…

— A kto panu powiedział — uśmiechnął się niewidoczny rozmówca — że kieruje się pan do Mordoru?

— To znaczy… jak…

— A tak, bardzo prosto. Przecież pana przez cały czas szukają — w każdym razie przewidujemy taką możliwość — elfy. Jak się przekonaliśmy, serio traktują swoje plany… A pan, nawiasem mówiąc, ma nie ukrywać się, a pracować, to ogromna różnica.

— Dobrze, ale gdzie?

— Proszę pomyśleć. Gdzie najlepiej ukryć łup? Na strychu policjanta. Gdzie jest najciemniej? Pod kandelabrem. Chwyta pan?

— Chce pan powiedzieć… — wolno powiedział Kumai, czując nagle chłód w dołku, ponieważ wszystkie fragmenty jego wspaniałej historii z zuchwałą ucieczką zaczynały nieubłaganie układać się w zupełnie inną mozaikę, nazwa której brzmi: inscenizacja. — Chce pan powiedzieć, że zostanę tu, w Gondorze?

— Nie. Tak naprawdę to byłoby kuszące i w normalnych czasach nawet nie tak bardzo złożone. Przewałkowaliśmy i ten wariant, ale musieliśmy z niego zrezygnować… Chodzi o to, że w Minas Tirith toczy się obecnie poważna walka między Królem i Królową. Oboje mają swoje sekretne służby, które bez przerwy szpiegują siebie wzajemnie, i w sferę zainteresowania tych zuchów można wpaść przypadkowo i z byle powodu. Tak więc okolica jest niestety dla nas zamknięta. Ale na Gondorze i Mordorze świat się nie kończy… A tak przy okazji, gdyby chciało pana wykorzystać Odrodzone Królestwo, to ich ludzie pewnie wysłaliby pana do pracy w Mordorze. Armia i kontrwywiad zwycięzcy na pewno potrafiłby stworzyć dla pana taką „kryształową wieżę”, że palce lizać. Zgadza się pan? Przez kilka sekund panowała cisza.

— Diabli! Czy naprawdę tak wszystko jest wypisane na mojej twarzy?

— Nie wątpię — choć twarzy pańskiej nie widzę z powodu ciemności. Słowem, proszę lepiej zostawić te dywagacje specjalistom i zająć się tym, co jest pana domeną, dobrze?

— Proszę przyjąć moje przeprosiny, nadintendencie.

— Nie ma za co. A skoro już o tym mówimy… Ludzie, z którymi przyjdzie panu pracować, trafili na ten „uniwersytet” różnymi drogami. Wielu z nich to wasi dobrzy znajomi. Może pan z nimi wspominać minione studenckie pijaństwa, obecne komunikaty Ruchu Oporu, filozoficzne obrazy świata — wszystko, co panu w duszy gra, prócz jednego: historii pańskiego tam pojawienia się. Gadanie na ten temat może kosztować życie wielu ludzi: i moich współpracowników, jak ten nasz wspólny znajomy z Mindolluiny, i pańskich kolegów znajdujących się jeszcze w ręku wroga. Mówię to zupełnie poważnie i z absolutną odpowiedzialnością za słowa. Czy to jest dla pana jasne, inżynierze drugiego stopnia?

— Tak jest, nadintendencie.

— No i świetnie. Jednym słowem, niech pan szybko dochodzi do zdrowia i w drogę.

— Gratuluję, Ichneumonie. — Gepard wyprostował się w fotelu i przyjrzał stojącemu „na baczność” porucznikowi Tajnej Straży. — Zapoznałem się z pańskim raportem podsumowującym operację „Kpiarz”. Sześciu uratowanych — wspaniale. W imieniu służby wyrażam swoje podziękowanie!

— Sługa Jego Królewskiej Mości!

— Spocznijcie, poruczniku. Proszę siadać — nie jesteśmy na placu defiladowym… Rozumiem, że pańskie odejście z Mindolluiny odbyło się w trybie awaryjnym.

— Tak jest. Ten ostatni człowiek, którego prowadziłem, inżynier Kumai, trzydziesty szósty numer na naszej liście, konstruktor „mechanicznych smoków”, dosłownie dzień przed ucieczką wpadł w idiotyczną historię. Tamtejsi przodownicy pracy zrobili z niego kawałek farszu, i musiałem go w krótkim terminie doprowadzić do porządku. Szczerze mówiąc, w pierwszej chwili wydawało mi się, że nie ma co leczyć… W końcu udało mi się go wyciągnąć, ale sam się „zaświetliłem” na wylot, kablarze zameldowali dowództwu i… Jednym słowem, pańscy ludzie z grupy asekuracyjnej, zdążyli w najlepszym z możliwych momencie.

— Na czas — mruknął Gepard i z wyraźnym obrzydzeniem obejrzał obskurny pokój konspiracyjnego mieszkania. — W najlepszym momencie. Dwa trupy, trzech rannych, cała tajna służba Jej Królewskiej Mości staje na głowie. Szukają „morskiego” szpiega, smagłego mężczyznę z drobniutkimi bliznami dokoła ust. A policja… Ta z kolei, chwyta zbiegłego katorżnika z takimi samymi znakami szczególnymi… Tak sobie myślę, najwyższy czas, zmienić klimat. Pakuj się, czeka cię praca na Południu, w Umbarze.

— Tak jest, panie kapitanie!

— Masz dossier. Zapoznaj się. Baron Tangorn, przed wojną był umbarskim rezydentem Faramira. Są podstawy sądzić, że jest w tej chwili zajęty tym samym, co i my: wyszukuje mordorskich specjalistów i dokumentację dla swego księcia. Według niektórych przymiarek, powinien w najbliższym czasie pojawić się w Umbarze. Twoim zadaniem jest przechwycić Tangorna i wycedzić z niego informację o tym pomyśle Ithilieńczyków. Jego Królewska Mość przykłada szczególną wagę do tej operacji.

— Czy podczas wyciągania zeń informacji mogę potraktować go… twardo?

— Inaczej się nie da: sądząc z tego dossier, baron nie należy do tych, którzy kupują sobie życie kosztem powierzonych mu tajemnic. Zresztą, po przesłuchaniu i tak trzeba będzie go zlikwidować. Przecież formalnie jesteśmy w sojuszu z Ithilien, tak więc ta historia nie powinna wypłynąć na zewnątrz.

— W jakim charakterze baron przybędzie do Umbaru? Oficjalnie czy…

— Raczej „czy”. Masz jedną przewagę: Tangorn, jak mi się wydaje, na razie nie wie, że na niego polujemy. Nie wykluczam, że przynajmniej na początku będzie najzupełniej legalnie mieszkać w jednym z tamtejszych hoteli, i wtedy ujęcie go nie sprawi żadnego kłopotu. Ale baron to bestia kuta na cztery nogi: wyczuwszy coś, zniknie w tym mieście jak żaba na dnie stawu.

— Jasne. Będę działał samodzielnie, w pojedynkę?

— Samodzielnie, ale nie w pojedynkę. Przydzielam ci trzech kaprali — wybierzesz ich sobie sam, z naszych. Jeśli znajdziesz go od razu, to tych sił powinno ci wystarczyć aż nadto. Ale jeśli go spłoszycie…

— To się nie może stać, panie kapitanie!

— Stać się może wszystko, i każdemu — rzucił z rozdrażnieniem Gepard, bezwiednie rzucając krótkie spojrzenie na swoją nogę. — Tak więc, prowadząc poszukiwania w mieście nie masz prawa zwracać się o pomoc do tamtejszej siatki, choć może i szkoda, gdyż mają tam od licha pracowników i, co najważniejsze, wspaniałe kontakty w miejscowej policji.

— Mogę wiedzieć, dlaczego?

— Dlatego, że dysponujemy danymi, że w Umbarze aktywnie działają elfy i istnieje mocne proelfickie podziemie. Lorien pod żadnym pozorem nie może się dowiedzieć o naszej operacji — to najsurowszy rozkaz — a ja obawiam się przecieków: naszych strasznie tam brakuje, i w umbarskiej siatce, niestety, pracują wyłącznie ludzie… — Gepard zamilkł na chwilę i jakimś dziwnie powszednim tonem zakończył: — Na wszelki wypadek dostaniesz mandat z sygnaturą „RUN”.

Ichneumon podniósł oczy na kapitana, jakby czekając na potwierdzenie tego, co usłyszał. Teraz wreszcie wiedział, co oznaczają słowa: „Jego Królewska Mość przykłada szczególną wagę do tej operacji…” Mandat z sygnaturą „RUN” pozwala pracownikowi Tajnej Straży działać „w imieniu Króla”. Podczas zagranicznych operacji przydaje się to w dwóch przypadkach: pozwala wydać bezpośredni rozkaz konsulowi i odsunąć go od stanowiska, lub wykonać na miejscu egzekucję szefa regionalnej siatki…

CZĘŚĆ TRZECIA

UMBARSKI GAMBIT

„W jednej trzeciej żołnierz, w jednej trzeciej policjant i w jednej trzeciej przestępca” — jak mawiał o sobie ten człowiek, należący do legendarnego pokolenia swego zawodu. Polował na komunistów na Malajach, mau-mau w Kenii, na Żydów w Palestynie, na Arabów w Adenie i na Irlandczyków — zawsze i wszędzie.

J. Le Carre

36

Umbar, Rybi Targ

2 czerwca 3019 roku

Krewetki były wspaniałe. Rozmieszczono je na cynowym półmisku, niczym gotowe do boju triery na mętnej porannej powierzchni zatoki Barangar: kłujące rostra w plątaninie wąsików-olinowania groźnie skierowane na wroga, łapki-wiosła podciągnięte pod korpus, jak przed abordażem. Pół tuzina na porcję — więcej chyba się nie da — zaiste „królewskie”, ledwie mieszczące się na dłoni. Do tego ostry sok, obiecujący niepowtarzalne uzupełnienie lekko słodkawego, różowawego mięsa, piekł już w odzwyczajone od tego przysmaku wargi i koniuszki palców. Tangorn rzucił spojrzenie na czekającą swej kolejki tacę z dużymi, pieczonymi na węglach ostrygami: omszałe stożkowe kamienie popękały w kilku miejscach od gorąca, odrobinę wstydliwie prezentując swą zawartość. Było w tym coś czarującego i odrobinę nieprzyzwoitego. Nie, jednak nigdzie w świecie nie potrafią tak przygotowywać morskich dań, jak w małych lokalach dokoła Rybiego Targu — gdzie tam do nich komfortowym restauracjom z nadbrzeża Trzech Gwiazd! Szkoda, że nie można zamówić trepangów: jeszcze nie sezon… Westchnął i ponownie zabrał się za ociekającą gorącym korzennym sosem krewetkę, z roztargnieniem wsłuchując się w paplaninę swego towarzysza konsumpcji. — I proszę nie przeczyć, baronie. Wasz kraj to malutki, ale mający przesadne o sobie mniemanie półwysep na północnym zachodzie oikumeny. Zasiedlają go klasyczni paranoicy, którzy wbili sobie do głowy, że cały pozostały świat śpi i marzy przez sen jak by tu was podbić i zniewolić. A komu, proszę mi powiedzieć potrzebne są wasze wątłe lasy osikowe wybrukowane muchomorami, nie topniejące przez połowę roku śniegi i ten bury pienisty kwas który pijecie zamiast normalnego wina?

Nie to, że gadanina tego chłystka w jakiś sposób dotykała patriotycznych uczuć Tangorna, szczególnie, że większość z tego było prawdą, po prostu w ustach wysokopostawionego pracownika Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Umbar takie słowa brzmiały dość dziwnie. Szczególnie, jeśli się uwzględni, że to on wykazał się inicjatywą w organizacji tego spotkania… Baron niespecjalnie zdziwił się, kiedy dzisiejszego ranka właściciel jego ulubionego hotelu „Szczęśliwa kotwica” z odpowiednią dozą służalczości wręczył swojemu stałemu gościowi kopertę, niemal całkowicie oblepioną rządowymi pieczęciami. Cóż, minęły już trzy dni od czasu kiedy pojawił się w Umbarze, gdzie na pewno pozostawił po sobie — jak by to delikatnie powiedzieć? — niejednoznaczne w treści i na pewno wyraziste wspomnienia. Zupełnie naturalne w takiej sytuacji jest, że sekretarz stanu Gagano, na ustną prośbę szefa Sekcji Północnej Zarządu MSZ Alkabiry, poprosił ithilieńskiego gościa o konfidencjonalne spotkanie. A w wyniku tego Tangorn już od kwadransa „wnika” w chamskie wypowiedzi tego bałwana. „Stop! — powiedział sobie. — A czy na pewno taki z niego bałwan, na jakiego stara się wyjść? Zaraz, wymacajmy jego odporność… co by tu, takiego… niewinnego?”

— „Malutki, ale mający przesadne o sobie mniemanie półwysep” — to nieźle powiedziane — przyznał baron. — Ale ostatni punkt, o „burym kwasie” zamierzam obalić. Nie uwierzy pan, ale pół minuty temu pomyślałem sobie: „Ech, żeby tak do tych krewetek kilka pint naszego dobrego bittera! Żeby był czarny i gorzki, jak dziegieć, a piana tak zwarta, że mogłaby utrzymać na sobie drobną monetę…” — Uśmiechnął się marzycielsko i obdarzył rozmówcę gestem przepełnionym zmęczonym protekcjonalizmem. — Pan po prostu nie wyobraża sobie, panie sekretarzu stanu, co to znaczy prawdziwy gondorski bitter. Po jednym łyku, tym najdłuższym, na języku pozostaje posmak dymu. Wie pan, jak w parku, kiedy na wiosnę palą ubiegłoroczne bukowe liście. Nie darmo nazywa się go też „wędzonym piwem”.

Pan sekretarz stanu odpowiedział, że na gatunkach piwa zna się nie gorzej od aborygenów (w końcu nie pierwszy rok pracuje w Sekcji Północnej), równie dobrze jak na gatunkach foczego tranu, tak lubianego przez Lossothów z wybrzeży Lodowej Zatoki. Mhm. Nie pierwszy rok, w Sekcji Północnej… Można, oczywiście, gardzić do woli obcymi, ale po co tak otwarcie demonstrować swoje pogardliwe odczucia? A to, że otrzymywane za pomocą archaicznej metody górnego brodzenia bittery i stauty od stu chyba lat nie produkuje się już nigdzie poza Eriadorem, i że słynne shireskie wędzone piwo, to wcale nie bitter, a lager, tylko słód jest karmelizowany w szczególny sposób… Ależ nie, zawodowiec po prostu nie ma prawa nie wiedzieć takich rzeczy o kraju, z którym pracuje! Niech pan sobie myśli co chce, ale dziwnych dziś ma pracowników tak przecież mądry i dokładny Alkabir…

Tak więc, po co odbyło się to spotkanie? Wersja pierwsza: żeby po prostu wyciągnąć go z pokoju, by bez przeszkód poszperać w bagażach, poszukując notatek, listów uwierzytelniających i tym podobnych. No, taka taniocha byłaby co najwyżej w stylu tępogłowych miedziaków z gondorskiej siatki — umbarska tajna służba, jaką ją pamiętał z ubiegłych lat, działa znacznie, znacznie bardziej finezyjnie… Wariant drugi: Alkabir w imieniu MSZ komunikuje, że Republika zdradziła swą wielowiekową tradycję tymczasowych aliansów i balansowania między różnowektorowymi siłami. Postanowiła skapitulować przed najsilniejszym — to znaczy przed Gondorem — i demonstracyjnie odżegnuje się od wszelkich kontaktów z ithilieńskim emisariuszem, za którego go rzecz jasna uważają. Wariant trzeci — najbardziej prawdopodobny: Alkabir daje mu do zrozumienia, że choć Republika rzeczywiście zdradziła wielowiekową tradycję, to są w niej potężne siły, nie zgadzające się z tą decyzją. Tak więc „ithilieński emisariusz” powinien mieć do czynienia właśnie z nimi, a nie z MSZ i innymi oficjalnymi instancjami, jakie reprezentuje nabzdyczony niedorozwinięty Gagano. Najważniejsze, że w dowolnym wariancie nie ma sensu pchać się w gabinety Błękitnego Pałacu, wymachując swymi pełnomocnictwami. Nawet gdyby takowe posiadał…

W tym miejscu Tangorn opanował atak śmiechu, ledwo się powstrzymał: „To znaczy, że ja nie wierzę, iż Alkabir bez namysłu wysłał na spotkanie ze mną tego bubka Gagano, a Alkabir nie wierzy, w moją emeryturę i brak pełnomocnictw od Faramira. Powstałe na podstawie tych całkowicie dowolnie wybranych przesłanek obrazy są wewnętrznie sprzeczne, a niezupełnie wiadomo, jakiego rodzaju fakty mogłyby nas przekonać…”

— Co tak pana rozśmieszyło, baronie? — zapytał nadęty sekretarz stanu.

— Ach, takie tam… Przyszła mi do głowy pewna konstrukcja logiczna… Ale, ale! Zagadaliśmy się, a pan zapewne musi już wracać do urzędu — skromny wędrowiec, jak ja, nie powinien na długi czas odciągać od poważnych spraw tak odpowiedzialne osoby. Z całego serca dziękuję za bardzo konstruktywną rozmowę. Jeśli nie sprawi to panu trudności proszę, ale dosłownie i bez upiększeń, przekazać Alkabirowi następującą rzecz… Proszę powiedzieć, że całkowicie doceniłem jego decyzję delegowania na rozmowę ze mną właśnie sekretarza stanu Gagano, ale chłopcy, którzy siedzą na Nadmorskiej 12, są zbyt prostaccy i obawiam się, że nie doceniają takich subtelności…

Nagle Tangorn zamilkł, ponieważ słysząc adres konsulatu Gondoru jego rozmówca jak zaszczuty rozejrzał się na boki. Wyglądał wręcz jakby spodziewał się zobaczyć przy najbliższym stoliku dwóch, albo trzech współpracowników Tajnej Straży Jego Królewskiej Mości w czarnych paradnych mundurach, rozkładających na obrusie swoje narzędzia do tortur. Poderwał się i, mamrocząc jakieś przeprosiny, podążył do wyjścia. Siedzący obok nich samotny dżentelmen o wyglądzie kupca, treściwie rozkoszujący się kawiorem jeża morskiego, popatrzył na barona i na obliczu jego zmieszały się — w zupełnie naturalnych dla takiego przypadku proporcjach — zaskoczenie, zdumienie i strach. Tangorn w odpowiedzi uśmiechnął się i, skinąwszy głową w stronę uciekającego sekretarza stanu, szczerze wzruszył ramionami i pokręcił palcem przy skroni. Następnie przysunął do siebie półmisek z nieco wystygłam! ostrygami — co się mają marnować! — i wyrobionym ruchem wyjął mięczaka z jego fortecy, po czym pogrążył się w rozmyślaniach.

Spora willa na ulicy Nadmorskiej, gdzie od niedawna znajdował się konsulat Odrodzonego Królestwa, a właściwie — „Umbarski terytorialny departament Tajnej Straży”, zasłużenie cieszyła się wśród mieszkańców miasta najgorszą reputacją. Mająca się odbyć w niedługim czasie aneksja Umbaru była już dla Minas Tirith sprawą przesądzoną, określano go teraz wyłącznie jako „piracką zatokę na odwiecznych ziemiach południowego Gondoru”. Konsul bez specjalnych ceregieli przygotowywał się do wykonywania obowiązków Namiestnika, a ludzie z gondorskiej rezydentury już teraz zachowywali się w mieście jak gospodarze. Nie wiadomo dlaczego nazywali siebie „wywiadowcami”, choć w rzeczywistości byli najzwyczajniejszymi łebkami od mokrej roboty. Tangorn spoglądał na to towarzystwo z uczuciami podobnymi do tych, jakie towarzyszą szlachetnemu bandycie z klasycznej szkoły, patrzącemu na stado małoletnich chuliganów. Zniknięcia ludzi i wypływające w kanałach ciała ze śladami tortur stały się w ostatnim czasie rzeczą zwyczajną. Do tej pory Umbarczycy mogli się pocieszać tym, że te okropne rzeczy dotyczą przede wszystkim emigrantów z Mordoru, jednakże niedawny zamach na słynnego admirała Carnero rozwiał i te iluzje.

Jednym słowem, konsulat Aragorna to firma co się zowie, bez dwóch zdań, ale żeby samo jej wspomnienie wywołało taką panikę u poważnego urzędnika państwowego i to podczas wykonywania obowiązków służbowych… „Coś tu cuchnie. Chyba, że… Chyba, że ten tchórz sam pracuje dla Gondoru! Aha, może ze strachu wydało mu się, że go zdemaskowałem i zamierzam przekazać. Ale mi się żarcik udał. Zaiste, głupi to ma szczęście… A ludzie Aragorna mają nerwy zupełnie do bani. Ciekawe, tak przy okazji, komu można przekazać zdrajcę w tym mieście, gdzie policja jest wykupiona cała z flakami, albo zastraszona tak, że drżą jej kolana, a gondorski rząd, gdyby chciał mógłby już wysyłać urzędowe polecenia urzędnikom rządowej administracji Umbaru? Co prawda, istnieje tu jeszcze tajna służba i wojskowi, ale ci, co jest zupełnie dziwne, zachowują się tak, jakby to wszystko ich nie dotyczyło… Zresztą, diabli z nim, z tym Gagano. Mam teraz swoich problemów powyżej uszu! Dość, że moja skromna osoba już niechcący wzbudziła zainteresowanie siatki Gondoru”.

„No bo — zastanawiał się, sącząc jakoś dziwnie niesmaczne już wino — dlaczego wszyscy uważają, że przywiozłem ze sobą zaszyte w kalesonach patenty nadzwyczajnego i pełnomocnego posła księstwa Ithilien z propozycjami obronnego sojuszu? Dobra, niech będzie — współplemieńcy na razie mnie tylko ostrzegają: »Nie pakuj się, przyjacielu, w oficjalne kontakty z władzami Republiki, nie należy!« Cóż, takiego ostrzeżenia gotów jestem wysłuchać i przestrzegać święcie, gdyż to zupełnie nie przeczy moim planom. Ale zabawnie by było — diabli! — podać do wiadomości publicznej, prawdę i tylko prawdę: »Zrozumcie, chłopcy, ja naprawdę nie zamierzam w żaden sposób pakować się w tę waszą gondorsko-umbarską kaszę! Mam zupełnie inne zadanie: muszę w ciągu trzech tygodni doprowadzić do poważnego kontaktu z konspiracyjnymi strukturami elfów, nie wiedząc o nich niczego, poza jednym jedynym imieniem z przechwyconego przez nas listu Eloara — Elandar«”.

Tangorn dopił wino, cisnął na stół swoją ostatnią umbarską monetkę z dumnym profilem Castamira i, lekko kulejąc, skierował się do wyjścia. Sharha-Rana podał im namiary na kilka rezerwowych skrytek, ale Tangorn unikał płacenia złotymi mordorskimi dunganami. Miłośnik morskich jeży również zakończył posiłek i niespiesznie wytarł serwetką najpierw palce, a potem wargi — cienkie i jakby pomarszczone przez mnóstwo malutkich blizn. Sygnał „Uwaga!” Przy stoliku pod drzwiami rozlokowało się trzyosobowe towarzystwo marynarzy, z namaszczeniem pochłaniających zupę z małży. Ten z prawej niedbale odsunął na brzeg stołu butelkę barangarskiego: „Gotowi!” Tangorn powinien dojść do drzwi tawerny za jakieś sześć do siedmiu sekund, a przez tych właśnie kilka sekund porucznik Tajnej Straży Ichneumon musiał podjąć decyzję: czy improwizować i brać barona już teraz, czy działać według pierwotnego, starannie przemyślanego planu. Ale kto mógł wiedzieć, że jego agent Gagano tak głupio pęknie?

A miał tylko i wyłącznie mgliście napomknąć Tangornowi w imieniu umbarskiego MSZ-tu o niestosowności oficjalnej jego akredytacji — porywanie dyplomaty obcego, choć jakby sojuszniczego państwa wcale się porucznikowi nie uśmiechało — i z tym zadaniem sekretarz stanu poradził sobie całkiem dobrze. Niestety, ten tchórzliwy typ zwerbowany był również za pomocą malutkiego szantażu, tak więc żądanie Ichneumona utrzymania spotkania w tajemnicy przed swoim stałym kuratorem wprowadziło Umbarczyka w straszliwe przerażenie. Znakomicie rozumiał, że na ulicy Nadmorskiej takie „zapominalstwo” uznane będzie za dwulicowość, ze wszystkimi z tego wynikającymi konsekwencjami. Gagano bał się panicznie swoich gondorskich władców i w wyniku celnej riposty barona po prostu rozsypał się na kawałki…

„Nie — powiedział do siebie Ichneumon — nie ma co się szarpać. Nie stało się nic, czego by się nie dało naprawić. Baron oczywiście zrozumiał, że jego rozmówca związany jest z wywiadem Gondoru, ale niemal na pewno dojrzy w tym dążenie Minas Tirith do ukrócenia Emyn Arnen… Dobra, decydujemy: niech idzie, działamy według planu wyjściowego”. Porucznik schował serwetkę do kieszeni — zamiast cisnąć ją na stół — i Tangorn bez przeszkód minął marynarską kompanię przy wejściu. Zmieszał się z ulicznym tłumem i niespiesznie skierował w stronę nadbrzeży. Dwukrotnie sprawdzał, ale obecności „ogona” nie stwierdził.

Naprawdę go nie było: Ichneumon uznał, że najważniejsze to nie spłoszyć teraz niechcący podopiecznego. Za kilka godzin przygotowanie operacji będzie zakończone całkowicie. Ostatni ruch — otrzymają do swej dyspozycji kilka kompletów prawdziwych umbarskich mundurów policyjnych. Dziś wieczorem w „Szczęśliwej kotwicy” zjawi się po Tangorna patrol policji; okażą nakaz i poproszą go, by udał się z nimi na posterunek w celu złożenia zeznań… A potem dołożą starań, by baron nie zmarł wcześniej, niż wyłoży wszystko o sukcesach ithilieńskiej służby wywiadowczej w jej polowaniu na mordorskie technologie.

37

Nikt zapewne nie wie, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się na tym wydłużonym górzystym półwyspie i na błotnistych wyspach zamkniętej przezeń laguny. W każdym razie, jeśli mieszkańcy Odrodzonego Królestwa wymawiają „Numenor” z obowiązkowym przydechem, wywracaniem oczu i unoszeniem w kierunku nieba wskazującego palca, to Umbarczycy zupełnie szczerze drapią się po głowach: „Jak, jak? Numenorczycy? A czy ja mogę spamiętać wszystkich barbarzyńców? Wiecie ile ich tu przez nas się przewaliło?” Los Umbaru, jako wielkiego morskiego mocarstwa określiły dwie okoliczności: wspaniała zamknięta zatoka i fakt, że najwyższy punkt ma wysokość 5.356 stóp nad poziomem morza — jedyne prawdziwe góry na całym wybrzeżu od ujścia Anduiny. Na tych wysuszonych szerokościach słowo „góry” oznaczało „las”, „las” znaczyło „statki”, a „statki” — „morski handel”, który to handel w naturalny sposób wiąże się z kaperstwem i — po co ta obłuda! — z jawnym piractwem. Plus fantastycznie wygodne rozmieszczenie na styku wszystkiego, co się dało: prawdziwe skrzyżowanie Świata. Idealna baza przeładunkowa i docelowy punkt wszystkich karawan z krajów Wschodu.

Zwarta linia umocnień na przesmyku Chewelgar, łączącym półwysep z kontynentem, i wspaniała wojenna flota, gwarantująca niepowodzenie wrogich desantów sprawiały, że Umbar wydawał się być całkowicie niepodatny na podboje; tym dziwniejsze więc było to, że w ciągu swojej historii podbijany był przez każdego, kto tylko tego chciał. Dokładniej — Umbarczycy, nie dopuszczając do grzechu walki, uznawali nad sobą protektorat odpowiedniego kontynentalnego mocarstwa i płacili mu daninę, rozumnie uważając, że wojna — nawet zwycięska — będzie kosztowała ich handlowy kraj znacznie więcej. Ich sytuację można przyrównać do położenia przedsiębiorcy, który bez najmniejszej przyjemności, ale spokojnie odlicza reketierowi monety za „ochronę”, wliczając te sumy w koszt pozyskania towaru. Jest mu dokładnie wszystko jedno, do którego z przestępczych ugrupowań należy jego „protektor”, ważne tylko, by kolesie nie wszczynali strzelaniny z automatów na tle lustrzanych witryn jego lokalu.

Na kontynencie olbrzymie bitwy przeplatały się z wielomiesięcznymi oblężeniami, a sławni królowie, wiecznie zatroskani zajmowaniem kolejnych ziem, zamiast zająć się sensownym gospodarzeniem na tych, już posiadanych, kolejny raz dekapitowali swoich ministrów skarbu, którzy nabrali głupiego obyczaju przerywania wzniosłego lotu myśli koronowanej głowy swoimi nikczemnymi:

„Skarbiec pusty, sir, a żołd armii nie był wypłacany od ubiegłego września!” Jednym słowem życie toczyło się raźnie. Umbarczycy tymczasem, siedząc za swymi chewelgarskimi umocnieniami, zabudowywali grząskie wyspy, łączyli je w całość systemem tam i mostów, a potem przecinali kanałami. Megapolis wznoszące się prosto z lazurowych wód laguny sprawiedliwie uważano za jedno z piękniejszych miast Sródziemia. Kapitały kupców były niezmierzone, tak więc słynni architekci i rzeźbiarze czwarty wiek pod rząd trudzili się tu bez przerwy.

Przez ostatnie trzysta lat Umbar stał się tak mocny, że uznał za przesadę płacenie okupu komukolwiek. Nie mając sobie równych na morzach, przeszedł do taktyki czasowych obronnych sojuszy — a to z Mordorem przeciwko Gondorowi, a to z Gondorem przeciwko Mordorowi, a to z Khandem przeciwko obu. Jednakże w ostatnim roku sytuacja mocno się zmieniła. Mordor przestał istnieć — nie bez pomocy Umbaru, który w decydującej chwili przekazał Aragornowi flotę desantową, by raz i na zawsze pozbyć się konkurenta w handlu karawanowym; Khand, rozdarty wojną religijną, stracił całkowity wpływ na przybrzeżne obszary, a z południa nadchodziła nowa siła, z którą, wszystko na to wskazywało, nie da się plotkować przy herbatce — Haradrimowie. W sumie wybór Republika miała mizerny — między południowymi dzikusami i północnymi barbarzyńcami. Senat wybrał tych ostatnich, mają nadzieję, że haradrimski najazd odsuną miecze Aragorna, choć jasne było jak słońce, że tym razem opłatą za sojusz będzie bezpośrednia okupacja przez „wielkiego północnego sąsiada”. Tak więc znajdowali się tu i tacy, którzy uważali umbarską niezawisłość i swobody obywatelskie za wystarczająco godne, by położyć na drugiej szali własne życie i bronić je orężem.

Większość obywateli jednakże o tych smutnych rzeczach nie myślała, albo przynajmniej starannie odganiała od siebie podobnego typu myśli. Wesoły kosmopolityczny Umbar z jego prostymi i po „naszemu” sprzedajnymi władzami prowadził zwyczajne życie „głównego skrzyżowania Świata”. Tu działały świątynie wszystkich trzech światowych i wielu miejscowych religii, a kupiec z dowolnego kraju, zrobiwszy interes, mógł uczcić go w restauracyjce ze specjałami rodzimej kuchni. Tu gromadzili, wymieniali i kradli informacje dyplomaci oraz szpiedzy z takich krajów, o których w Odrodzonym Królestwie nawet nie słyszano, a gdzie z kolei nikt nie interesował się zaśnieżonym niedźwiedzim kątem na tym brzegu Anduiny. Tu można było znaleźć dowolną rzecz, jaką zrodziła ziemia, wody i trzewia Ardy, lub tworzyły ręce i umysły jej mieszkańców, począwszy od egzotycznych owoców do najrzadszych leków i narkotyków, od zadziwiającego wykonaniem platynowego diademu ze słynnymi wendotenijskimi szmaragdami do mordorskiego jataganu z bułatnej stali, którym można było przeciąć kamień, a następnie owinąć klingę wokół pasa jak rzemień, od nieznanych skrzemieniałych zębów (jakoby smoczych, posiadających magiczne właściwości) do rękopisów w zapomnianych dziś językach. Było tu wszystko, a zawierało się to zwłaszcza w pewnej znanej anegdocie: „Czy naprawdę istnieje Pierścień Władzy? Nie, ponieważ gdyby istniał można by go kupić na umbarskim bazarze”. A jak tu się mieszała krew… Jakie piękności wynurzały się z tego wrzącego wszechświatowego tygla! W każdym razie Tangorn po drodze z Rybiego Targu na nadbrzeża Trzech Gwiazd naliczył co najmniej pół tuzina takich Metysek, że po prostu „trzymajcie mnie we czworo”. Na nadbrzeżu zajrzał do znanej sobie z dawnych czasów piwniczki, gdzie wypił kielich ulubionego złocistego muszkatelu. Słodycz i gorycz tak subtelnie w nim się równoważyły, że smak zanikał w ogóle i wino stało się urzeczywistnionym aromatem jakby zwyczajnym i nawet dość mocnym, a tak naprawdę utkanym z wielu odcieni wieloznaczności i niedopowiedzeń. Wystarczy zatrzymać łyk na języku, by zobaczyć na jawie nagrzane promieniami słońca topazowe owoce, nieco przyprószone wapiennym pyłem i lśniącą, białą kamienistą drogę przez winnicę, a potem, z drżącego południowego upału, same zrodzą się w duszy upajające rytmy umbarskich sześciowierszy — takato…

Dziwna sprawa, myślał, wychodząc po wyszczerbionych stopniach z chłodnego piwnicznego mroku (jeszcze raz sprawdził — nie ma „ogona”), ale kiedyś wydawało mu się zupełnie poważnie, że jeśli pijący wyczuje do końca smak takiego magicznego napoju to wniknie w duszę miasta, gdzie się zrodził. Cudowny, przeklęty, delikatny, kapryśny, ironiczny, grzeszny, wiecznie umykający i nie dający się do siebie zbliżyć Umbar… Dziewka nieziemsko piękna i urokliwa, która napoi cię oszałamiającym wywarem — specjalnie, by flirtować na twych oczach z pierwszym lepszym — i masz tylko jedno do wyboru: zabić ją, lub machnąć na wszystko ręką i pogodzić się z nią taką, jaką jest. On pogodził się i teraz, wróciwszy po czterech latach rozłąki, zrozumiał w końcu absolutnie jasno i wyraźnie, że całe gondorskie życie barona Tangorn było niczym więcej jak przeciągającym się nieporozumieniem, ponieważ prawdziwy jego dom jest tu…

Zatrzymał się przy balustradzie nabrzeża, opierając się łokciem o ciepły różowawy wapień, rzucił spojrzenie na wspaniałą panoramę obu umbarskich zalewów, Harmiańskiego i Barangarskiego, i nagle coś sobie przypomniał: to właśnie tu spotkał się z baronem Gragerem pierwszego dnia swojego w Umbarze pobytu! Rezydent wysłuchał opowieści Tangorna i zimnym głosem odciął: „Mam w nosie rekomendacje Faramira! Do prawdziwej pracy dopuszczę pana, młodzieńcze, nie wcześniej niż za pół roku. Do tego czasu ma pan znać miasto lepiej niż miejscowa policja, ma pan mówić oboma tutejszymi językami bez akcentu i posiadać szeroki krąg znajomości we wszystkich warstwach społeczeństwa — od kryminalistów do senatorów. To na początek. Jeśli nie wywiąże się pan z zadania — wracamy do domu. Zajmiemy się przekładem literackim, gdyż to naprawdę dobrze panu wychodzi”. Zaiste wszystko wraca na swoje miejsce…

Czy potrafił stać się tu swoim? To jest raczej w ogóle niemożliwe… Ale, jakkolwiek było, nauczył się układać wielce cenione przez znawców takato, zupełnie znośnie znał się na olinowaniu statków i swobodnie migał z harmiańskimi przemytnikami. Jeszcze teraz potrafi z zawiązanymi oczami przeprowadzić gondolę po labiryncie kanałów Starego Miasta i do tej pory trzyma w pamięci co najmniej tuzin przechodnich podwórek i innych miejsc, gdzie można zgubić „ogon”, nawet jeśli śledzący już „ocierają się ramionami”, to znaczy jawnie prowadzą za pomocą całej brygady… Wtedy splótł tu sobie niezłą sieć, a potem w jego życiu pojawiła się Elwiss — kobieta, dla której w tym mieście nie istniały tajemnice… Albo może to on pojawił się w jej życiu?

Elwiss była najwspanialszą kurtyzaną Umbaru; od matki urodzonej w Belfalas, posiadaczki portowego szynku pod nazwą „Pocałunek syreny” — przejęła jej szafirowe oczy i włosy koloru jasnej miedzi, które w mgnieniu oka doprowadzały do szaleństwa każdego człowieka z Południa, a od ojca — korsarskiego szypra powieszonego na rei, gdy dziewczynka nie miała jeszcze nawet roku — męski twardy umysł, niezależność charakteru i tęsknotę do dobrze zaplanowanych afer. Takie połączenie pozwoliło jej wypłynąć ze slumsów portowej dzielnicy, gdzie się urodziła, i przenieść do własnej willi na ulicy Jaspisowej, w której to willi spotykał się cały wielki świat Republiki. Stroje Elwiss regularnie powodowały wylewy żółci u żon i oficjalnych kochanek wyższych urzędników, a jej ciało było modelem na trzech malowniczych płótnach i powodem tuzina pojedynków. Jedna z nią noc kosztowała fortunę — lub nie kosztowała nic prócz na przykład udanej wierszowanej dedykacji.

Właśnie tak stało się pewnego dnia z Tangornem, który wpadł do niej na chwilkę, gdyż miał nadzieję nawiązać trwały kontakt z regularnie pojawiającym się tam sekretarzem khandyjskiego konsulatu. Gdy goście zaczęli się rozchodzić, ślicznotka zatrzymała się przed zabawnym północnym barbarzyńcą i z oburzeniem, nijak nie współgrającym ze skrzącymi się ze śmiechu oczami, rzekła:

— Powiadają, baronie, że pan onegdaj twierdził, jakobym miała farbowane włosy. — Baron otworzył usta, chcąc zaprzeczyć tej straszliwej potwarzy, ale pojął na czas, że nie tego się od niego oczekuje. — Tak więc, jestem naturalną blondynką. Chce się pan przekonać?

— Teraz?

— A kiedy?! — I, wziąwszy go pod rękę, zdecydowanie ruszyła z salonu do wewnętrznych pokoi, mrucząc po drodze: — Zobaczymy, czy jesteś taki dobry w łóżku, jak w tańcu…

Okazało się, że nawet lepszy. Przed świtem Elwiss podpisała bezwarunkową kapitulację, której warunków uczciwie dochowywała w ciągu wszystkich lat. Co do Tangorna, to najpierw wydało mu się to wspaniałą przygodą — i niczym więcej. Baron uświadomił sobie, że ta kobieta bezszelestnie zajęła w jego życiu znacznie więcej miejsca, niż mógł sobie na to pozwolić, dopiero wtedy, gdy ta szczodrze obdarowała swymi czułościami młodego potomka senatora Loano — pustogłowego pięknisia układającego słodkie aż do mdłości rymy. Odbył się pojedynek, który rozśmieszył całe miasto, ponieważ baron tylko wypłazował nieszczęśnika, nanosząc mu furę siniaków i powodując małe wstrząśnienie mózgu. Pojedynek rozwścieczył Gragera i oszołomił umbarską tajną służbę. Szpiegom tak nie wolno postępować! Grager zrugał go okrutnie, co Tangorn przyjął zupełnie obojętnie, i poprosił tylko o natychmiastowe przeniesienie z Umbaru — powiedzmy, do Khandu.

Ten rok spędzony w Khandzie nie pozostawił żadnych sensownych wspomnień: wypalone słońcem do przeraźliwej bieli ściany glinianych, głuchych domów bez okien, do tego jakby na zawsze przesłonięte twarze miejscowych kobiet, zapach spalonego oleju bawełnianego, smak przaśnych placków, które ledwo ostygną stają się smakiem i konsystencją podobne do kitu, a nad tym wszystkim wiszący w powietrzu, nie kończący się nigdy dźwięk zurny, niczym brzęczenie olbrzymiego moskita… Nie, nie potrafił pokochać tego pogrążonego w wiecznej drzemce kraju. Baron usiłował zapomnieć o Elwiss i zająć się pracą, ale mdłe pieszczoty tamtejszych piękności nie mogły w żaden sposób jej zastąpić… Dziwne, jednak dość zaskakującego rozkazu Gragera — „Wracać do Umbaru” — początkowo wcale nie połączył ze swymi raportami. Okazało się jednak, że jeden z rzuconych przez niego pomysłów — ten o przeanalizowaniu realnej wymiany towarowej między Mordorem i innymi zaanduińskimi krajami — wydał się szefowi na tyle sensownym, że postanowił zająć się nim osobiście na miejscu, w Khandzie. Natomiast Tangorna, ku jego całkowitemu zdziwieniu, Grager pozostawił na swoim stanowisku — szefa umbarskiej rezydentury.

— Poza tobą, wybacz, nie ma kogo… a poza tym, wiesz, jak tu na Południu się mówi: „Żeby nauczyć się pływać, należy pływać”.

A następnego dnia po powrocie, podeszła do niego kobieta, szczelnie owinięta khandyjskim chałatem. Z gracją odrzuciła kwef i powiedziała z uśmiechem, który rzucił go na kolana:

— Witaj, Tan… Będziesz pewnie się śmiał, ale czekałam na ciebie przez cały ten czas. A jeśli będzie trzeba to poczekam jeszcze raz tyle.

— Ale! Nie poświęciłaś się chyba Walja-Wekcie — usiłował ironizować, usilnie wyrywając się z tej szafirowej topieli.

— Walja-Wekta?

— Jeśli się nie mylę, to w aritańskim panteonie zawiaduje ona cnotą, czy nie tak? A świątynia arkan znajduje się o trzy przecznice od twego domu, tak więc służba w nim nie obciąży cię…

— Ja mówię o czymś innym — wzruszyła ramionami Elwiss. — Oczywiście, przez ten rok spałam z wieloma mężczyznami, ale to była praca i nic więcej… — Popatrzyła na niego i „wystrzeliła prosto między oczy”: — Ale wiesz, Tan, nie miej złudzeń: w oczach ludzi, mieniących się „porządnymi”, moje zajęcie nie wygląda gorzej niż twoje. Mam na myśli to, czym się zajmujesz tu naprawdę…

Przez jakiś czas trawił jej słowa, a potem znalazł w sobie siły, by się roześmiać:

— No, muszę przyznać, że trafiłaś… Cóż, masz rację, Eli. — Z tymi słowami objął ją jak kiedyś za kibić, jakby zamierzając zawirować w tańcu. — A niech ich wszystkich diabli!

— A co ja mam do tego — uśmiechnęła się smutno. — I ty nic nie masz… Po prostu jesteśmy na siebie skazani i nic na to nie poradzimy.

To była święta prawda. Rozstawali się mnóstwo razy — czasem nawet na długo, ale porem wszystko zaczynało się od nowa, od tego samego miejsca. Po tych rozstaniach witany był różnie: czasem od jednego jej spojrzenia w komnacie osiadała warstwa szronu na palec grubości; czasem wydawało się, że Arda pęka aż do swych tajnych głębin i na zewnątrz wylewa się spopielająca wszystko protuberancja Odwiecznego Ognia; a czasem po prostu głaskała go po policzku dłonią i mówiła: „Wchodź. Strasznie schudłeś… Zjesz coś?”, jak godna naśladowania gospodyni domowa, witająca męża po rutynowej podróży w interesach. Oboje już wiedzieli wyraźnie: każde z nich ma we krwi śmiertelną porcję nieusuwalnej trucizny, a odtrutkę, dającą zresztą tylko czasowe uleczenie może otrzymać tylko od tego drugiego.

38

Życie Tangorna w Umbarze wcale nie sprowadzało się tylko do przygód miłosnych. Należy zauważyć, że zawodowe obowiązki barona odbijały się w pewien sposób na jego stosunkach z Elwiss. Ponieważ niedwuznacznie dała mu do zrozumienia, że ma pojęcie o drugiej stronie jego działalności, baron uznał najpierw, że jego przyjaciółka jest w jakiś sposób związana z umbarską tajną służbą. Pomysł okazał się nietrafiony: dwukrotnie „darował” jej informacje przeznaczone do przekazania kolegom i za każdym razem informacje nie przechodziły do nich — przy tym za drugim razem „zatkany kanał” omal nie zawalił zaplanowanej operacji.

— Jak sądzisz, Eli, czy jestem tak mało interesujący dla waszych służb, że ich ludzie nawet nie poprosili cię o obserwowanie mnie?

— Dlaczego nie? Prosili, rzecz jasna. Od razu, gdy tylko wróciłeś… Z czym przyszli, z tym wyszli.

— A ty miałaś z tego powodu kłopoty…

— Nic naprawdę poważnego, Tan. Nie przejmuj się, proszę cię!

— Może lepiej gdybyś się zgodziła, tak dla picu?

— Nie. Nie życzę sobie — ani dla picu, ani tak… Zrozum, żeby kablować na ukochanego, trzeba być wysoce moralną istotą o głębokim poczuciu obywatelskiego obowiązku. A ja jestem tylko sprzedajną dziewką. Ja się do tego nie nadaję… I skończmy z tym tematem, dobrze?

To odkrycie naprowadziło barona na pomysł, żeby samemu wykorzystać obszerne kontakty Elwiss do zbierania informacji, ale nie tajnych — broń Boże! — a zupełnie jawnych. Chodziło o to, że i jego, i Gragera interesowały nie tyle bojowe okręty nowej generacji, budowane w stoczniach Republiki, czy skład „umbarskiego ognia” — zagadkowej mieszanki zapalającej, wykorzystywanej podczas oblężeń i bitew morskich — co taka proza życia, jak obroty handlu karawanowego i wahania cen żywności na targowiskach Umbaru i Barad-Dur. Bardzo interesowały barona również najnowsze technologiczne osiągnięcia, coraz wyraźniej określające oblicze cywilizacji mordorskiej, która zawsze wywoływała u niego najszczerszy zachwyt… Dziwne to było, ale faktem jest, że właśnie na poły amatorska drużyna Faramira (a jej członkowie nie znajdowali się na służbie państwowej i przez wszystkie te lata nie otrzymali z kiesy państwa ani grosza) intuicyjnie doszła to tego stylu pracy, który stał się cechą wywiadów dopiero naszych czasów. Wiadomo ogólnie, że aktualnie niemal całą informację wywiadowczą, w tym tę najpoważniejszą, zdobywają nie zuchwali agenci obwieszeni mikroaparatami i bezgłośnymi pistoletami, a analitycy gorliwie szperający po gazetach, komunikatach giełdowych i w innych jawnych materiałach …

Póki Tangorn zagłębiał się, idąc za radą Elwiss, w działalności umbarskich finansistów, w porównaniu z którą magia Białej Rady wygląda na dziecinną zabawę w „kółko graniaste”, Grager, który stał się w tym czasie kupcem drugiej gildii Algoranem, założył w Khandzie kompanię zajmującą się dostawami do Mordoru oliwy z oliwek w zamian za produkty tamtejszych „wysokich technologu”. Dom Handlowy „Algoran i Co.” kwitł; starannie kontrolując koniunkturę na miejscowym rynku żywnościowym, firma stale rozszerzała swój udział w imporcie żywności i na pewien czas zdołała nawet zmonopolizować import fig. Co prawda, osobiście swojej filii w Barad-Dur szef kompanii nie odwiedzał, mając pewność, że w mordorskim kontrwywiadzie nie pracują same barany, jednakże nie musiał tego czynić, gdyż miejsce dowódcy armii jest nie w pierwszych szeregach atakujących, a na pagórku, w pewnym oddaleniu.

Wynikiem tej działalności stał się dwunastostronicowy dokument, znany dziś historykom jako „Memorandum Gragera”. Łącząc w jedną całość kilka pozornie odległy czynników, jak to, że tendencje do zwiększenia normy zysku z handlu karawanowego (zgodnie z tym, co uwidaczniało się na giełdach Umbaru i Barad-Dur), pojawienie się w mordorskim parlamencie serii protekcjonalistycznych ustaw, zainicjowanych przez lobby rolnicze — wynik gwałtownego wzrostu kosztów rodzimej produkcji rolnej — i chyba z dziesięć innych, Grager z Tangornem udowodnili rzecz matematycznie nie do obalenia: zależny od importu żywności Mordor nie potrafi poprowadzić jakiejkolwiek długotrwałej wojny. Jest na śmierć i życie związany handlem karawanowym z sąsiadami, którego nie da się pogodzić z wojną. Dlatego najbardziej zainteresowany jest utrzymaniem pokoju i, co z tego wynika, nie stanowi zagrożenia dla Gondoru. Z drugiej strony, bezpieczeństwo szlaków handlowych jest dla Mordoru sprawą istotną, dlatego w przypadku zagrożenia ich będzie działał twardo i być może niezupełnie racjonalnie. „Jeśli ktokolwiek ma ochotę wciągnąć Mordor w wojnę — orzekali w podsumowaniu zwiadowcy — to nie ma nic prostszego: wystarczy zacząć terroryzować karawany na Trakcie Ithilieńskim”.

Faramir w specjalnym referacie przekazał te uwagi do wiadomości Królewskiej Rady Gondoru, kolejny raz usiłując udowodnić, że sławetne „mordorskie zagrożenie wojenne” jest niczym innym jak mitem. Rada, jak to miała w zwyczaju, wysłuchała referatu z uwagą, nic z niego nie zrozumiała, a jako rezolucję wysłała do księcia stały zestaw uwag i pouczeń. Sprowadzały się one pokrótce do tego, że „dżentelmeni nie czytają cudzych listów”, a po drugie — „pańscy szpiedzy lenią się bardzo i zupełnie myszy nie chwytają”. Po czym „Memorandum Gragera” zostało przekazane do archiwum, gdzie wraz z innymi Faramirowymi meldunkami pokrywały je kolejne warstwy kurzu, aż do chwili, kiedy wpadły w ręce goszczącemu w Minas Tirith Gandalfowi…

Gdy zaczęta się wojna — dokładnie jak w opisanym przez nich scenariuszu — Tangorn przerażony pojął, że to jego sprawka.

— „Świat jest Tekstem”, chłopcze. Wszystko to pasuje do twych artystycznych gustów. Coś ci się nie podoba? — prychnął drewnianym głosem Grager, niepewną ręką rozlewając do szklanek kolejną porcję ni to tequili, ni to jakiejś innej bimbrowatej berbeluchy.

— Ale my pisaliśmy inny Tekst, zupełnie inny!

— Co to znaczy „inny”? Tekst, mój ty esteto, istnieje tylko wtedy, gdy współdziała z czytelnikiem. Każdy człowiek pisze własną historię Elendeil, a co tam chciał powiedzieć Airufin nie ma żadnego znaczenia. Wynika z tego, że my stworzyliśmy prawdziwie artystyczny tekst skoro czytelnicy — rezydent pokręcił palcem w okolicach ucha, tak więc nie wiadomo było kogo ma na myśli — czy to Rada Królewska, czy jakieś prawdziwie Siły Wyższe potrafiły zinterpretować go w tak przewidywalny sposób…

— Zdradziliśmy ich… Ktoś wykorzystał nas jak niemowlęta, ale to nas nie usprawiedliwia. I tak ich zdradziliśmy… — powtórzył Tangorn, wpatrując się w mętną, jadowicie opalizującą zawartość szklanki.

— Tu się zgadzam — nie usprawiedliwia… No to co? Łykniemy?

Nie mógł określić ile dni trwało ich pijaństwo — na szczęście obaj uważali, że rozwiązali swoje umowy o pracę. Zaczęli pić, gdy, ledwie usłyszawszy o wojnie, szef domu handlowego „Algoran” przyjechał do Umbaru, wykańczając po drodze kilka wierzchowców. Tu dowiedział się szczegółów. Zadziwiające, ale rozdzieleni, jakoś się trzymali, jednak gdy tylko popatrzyli sobie w oczy zrozumieli, że to koniec wszystkiego, co było im drogie. Właśnie oni doprowadzili do tego końca i to własnymi rękami. Dwaj szlachetni idioci… I nastał taki koszmarnie mdlący i ziejący alkoholem świt, kiedy ocknął się po dzbanie lodowatej wody wylanej nań przez Gragera. Grager był dokładnie taki jak wcześniej — precyzyjny i pewny siebie, a jego zalane krwią białka oczu i wielodniowy zarost wydawały się być detalami niezbyt udanego kamuflażu.

— Pobudka! — oświadczył bez cienia litości w głosie. — Jesteśmy znowu w pracy. Wzywają nas do Minas Tirith — osobiście mamy oświecić Radę Królewską co do perspektyw separatystycznego pokoju z Mordorem. Naturalnie jest to pilne i absolutnie tajne… Niech mnie diabli, może coś jeszcze się da naprawić! Jego Królewska Mość Denethor jest w wystarczającym stopniu pragmatycznym władcą, i widocznie wojna ta jest mu potrzebna jak karpiowi parasol.

Pracowali nad dokumentem przez trzy doby, bez snu i jedzenia, pijąc tylko kawę. Włożyli w to zajęcie swoje dusze i zawodowe mistrzostwo, gdyż pomylić się po raz drugi nie mieli prawa. Było to rzeczywiście arcydzieło: Stop nieubłaganej logiki i bezbłędnej intuicji, oparty na wspaniałej znajomości Wschodu, opisane doskonałym literackim językiem, który mógł poruszyć każde serce. To była droga do pokoju z przedmiotowym opisem niebezpieczeństw i pułapek na niej czyhających. Już kierując się do portu, Tangorn znalazł chwilę, by wpaść do Elwiss:

— Ja na jakiś czas wyjadę do Gondoru, nie smuć się beze mnie! Kobieta zbladła i powiedziała niemal niesłyszalnie:

— Idziesz na wojnę. Tan. Rozstajemy się na długo, a najpewniej na zawsze. Czy nie możesz przynajmniej pożegnać się ze mną po ludzku?

— Skąd te przypuszczenia, Eli? — szczerze zdumiał się baron. Wahał się przez kilka sekund, a potem machnął ręką i pękł: — Szczerze mówiąc, jadę właśnie po to, żeby powstrzymać tę kretyńską wojnę… Jest wstrętna w każdym swoim aspekcie, a ja bawić się w te klocki nie zamierzam, klnę się na komnaty Yalinoru!

— Idziesz na wojnę — powtórzyła Elwiss. — Wiem to na pewno. Cóż, będę się za ciebie modlić… I, proszę cię, idź już, nie warto w tej chwili patrzeć na mnie.

A gdy ich statek minął ponure sztormowe nabrzeża południowego Gondoru i wpłynął w ujście Anduiny, Grager rzucił przez zaciśnięte zęby:

— Wyobraź sobie, przyjeżdżamy do Minas Tirith, a tam robią wielkie oczy: „Kim wy jesteście, chłopaki? Co za Rada Królewska? Czy wy jesteście normalni? To byt jakiś żart, nikt was nie wzywał i nie oczekuje”. Ale się uśmiejemy…

Ale nie był to wcale żart i oczekiwano ich niecierpliwie już na przystani Pelargiru:

— Baron Grager i Baron Tangorn? Jesteście aresztowani. Tak łatwo „kupić” najlepszych zwiadowców Zachodu mogli tylko swoi.

39

— A teraz proszę nam opowiedzieć, baronie, jak pan tam, w tym swoim Umbarze zdradzał ojczyznę.

— Może bym ją i zdradził, pomyślawszy przedtem rozsądnie, ale na taką zakichaną ojczyznę nie znajdzie się kupiec.

— Proszę zaprotokołować: oskarżony Tangorn szczerze przyznał się, że planował przejście na stronę wroga i nie zdołał doprowadzić do realizacji pomysłu z powodu niezależnych od niego okoliczności.

— Właśnie tak, tak zapiszcie: „Może i coś planował, ale niczego nie zdążył zrobić”.

— Żeby móc pana poćwiartować, wystarczy aż nadto tego dokumentu, który przywieźliście ze sobą, wszystkich tych waszych „propozycji pokoju”!

— Zostały spisane na bezpośredni rozkaz Rady Królewskiej.

— Słyszeliśmy już tę bajeczkę! Możemy zobaczyć ten rozkaz?

— Diabli nadali, już mam odcisk na języku od tłumaczenia wam, że otrzymałem go z sygnaturą „RUN”, a takie dokumenty zgodnie z instrukcją są niszczone natychmiast po zapoznaniu się z nimi!

— Uważam, panowie, że po prostu nie powinniśmy nawet wnikać w obyczaje złodziei-szpiegów…

Taka gadanina trwała już drugi tydzień. Nie dlatego, że wina wywiadowców, czy wyrok, wywoływały u spierających się stron jakiekolwiek wątpliwości — po prostu Gondor, cokolwiek by się o nim powiedziało, był państwem prawa. Oznaczało to, że niewygodnego człowieka nie da się tu wysłać na szafot na skinienie nawet wysoko postawionej dłoni. Niezbędne było zachowanie pozorów przyzwoitości, dlatego obudowywano sprawę niezbędną liczbą formalności. Najważniejsze, że Tangorn ani razu nie pomyślał, że dzieje się coś niesprawiedliwego. Przeżywał coś takiego, co czasem robi kisiel z mężnego, niby zdrowo myślącego człowieka i który nagle zaczyna pisać haniebne, bezużyteczne „listy do panującego”. Wywiadowcy mieli być skazani nie z powodu błędu czy donosu, a właśnie za to, co zamierzali wykonać — usiłowali powstrzymać wybuch wojny, całkowicie niepotrzebnej ich krajowi. Nie ma się na kogo złościć i ciskać — wszystko odbyło się uczciwie i zgodnie z regułami… I kiedy pewnej nocy obudzono barona krzykiem: „Do wyjścia z rzeczami!”, po prostu nie wiedział co o tym myśleć.

W izbie więziennej kancelarii jego i Gragera powitał naczelnik pelargirskiego więzienia i książę Faramir, ubrany w polowy mundur jakiegoś nie znanego im pułku. Naczelnik był zły i zmieszany — wyraźnie wymuszano na nim jakąś nieprzyjemną decyzję.

— Umiecie czytać? — zimnym głosem zapytał książę.

— Ale w pańskim rozkazie…

— Nie w moim, a w królewskim!

— Tak jest, sir, w królewskim! Tak więc tam jest powiedziane, że formuje pan ochotniczy pułk do szczególnie ryzykownych operacji na tyłach wroga i ma prawo werbowania przestępców, jak tu powiedziano: „nawet wprost spod szubienicy”. Ale nie powiedziano, że mogą to być ludzie oskarżani o zdradę państwa i współpracę z wrogiem!

— Ale też nie powiedziano niczego przeciwnego. Nie zakazane, czyli dozwolone.

— Formalnie tak, sir. — Z tego, że klawisz zwraca się do następcy gondorskiego imperium po prostu „sir”, a nie „Wasza Królewska Mość”, Tangorn wywnioskował, że sprawy księcia kiepsko stoją. — Ale to jest widoczne gołym okiem niedopatrzenie! W końcu, to na mnie spoczywa odpowiedzialność… czas wojny… bezpieczeństwo ojczyzny… — W tym miejscu naczelnik nieco odzyskał kontenans, wyczuwając punkt oparcia. — Jednym słowem: nie mogę wypuścić, aż do pisemnego zezwolenia z góry.

— O, ma się rozumieć. W godzinie próby nie mamy prawa ślepo przestrzegać instrukcji. Należy sprawdzać wszystko z pomocą swego patriotycznego węchu… Jesteście patriotą?

— Tak jest, sir… To znaczy Wasza Królewska Mość! Rad jestem, że moje postępowanie zostało właściwie…

— Posłuchaj mnie zatem uważnie, szczurze więzienny — nie zmieniając tonu, ciągnął książę. — Zwróć uwagę na czwarty punkt mojego pełnomocnictwa. Mogę nie tylko przyjmować do siebie ochotników chłopów pańszczyźnianych, przestępców i innych, ale mam prawo do mobilizowania w imieniu króla urzędników militarnych urzędów, do którego zalicza się i twój. Tak więc albo wyjadę z tymi dwoma, albo z tobą, i przysięgam na strzały Orome, że tam, za Osgiliath, będziesz miał aż za dużo okazji okazania swego patriotyzmu! No to, jak będzie?

Odetchnęli dopiero, gdy mury więzienia zniknęły w oddali. Tangorn na zawsze zapamiętał, jak stał pośrodku nocnej ulicy, opierając się z powodu fali słabości o ramię księcia. Oczy miał zamknięte, a na uniesionej ku górze twarzy osiadła zimna mżawka, nasycona miejskimi dymami… Życie i wolność, czego jeszcze może chcieć człowiek? Faramir, nie tracąc ani chwili, poprowadził ich ciemnymi, tonącymi w błocie ulicami Pelargiru do portu.

— Diabli by to wzięli, panowie, dlaczego złamaliście mój rozkaz? Mieliście siedzieć w Umbarze i nie wysuwać stamtąd czubka nosa? Co to za historia z tym waszym wezwaniem?

— Rozkaz do nas nie doszedł, a co do wezwania… Myśleliśmy, że wytłumaczysz nam wszystko, jako członek Rady Królewskiej.

— Już nie: Radzie Królewskiej deferyści nie są potrzebni.

— Ach tak… Posłuchaj, a ten twój pułk… Wymyśliłeś go, żeby nas wyciągnąć?

— No, powiedzmy, że nie tylko w tym celu.

— Ale przecież podstawiłeś się na całego…

— Kicham na to. Mam teraz wspaniały status — „dalej niż na front nie pogonią, dadzą co najmniej pluton pod bronią”, więc wykorzystuję to, jak tylko się da.

Na nadbrzeżu odnaleźli niewielki stateczek; obok, na pirsie, kimali owinięci w maskujące płaszcze dwaj, dość dziwni żołnierze. Zasalutowali wyraźnie niezgodnie z Regulaminem Faramirowi, obrzucili taksującym spojrzeniem wywiadowców i bez zwłoki zaczęli przygotowywać się do wypłynięcia — na ile mógł ocenić Tangorn, bardzo zręcznie.

— Cóż, książę, ruszamy, nie czekając na świt?

— Wiesz, to, że w rozkazie nie ma wyjątków w postaci przestępców rangi państwowej, to rzeczywiście niedopatrzenie. Chcesz się przekonać, jak szybko się połapią?

Faramir miał świętą rację. „Uzupełnienie Nr l do królewskiego rozkazu Nr 3014-227: Amnestia przestępców, zamierzających wziąć udział w obronie ojczyzny, wyjątki: osoby winne przestępstw państwowych” przybyło do Pelargiru następnego ranka. Stateczek księcia tymczasem był już w połowie drogi do przystani Harlondu, gdzie znajdowały się koszary formującego się Pułku Ithilien. Oczywiście schwytano by ich i tam, ale gdy policyjne szarże z nakazem aresztowania pojawiły się w obozie Ithilieńczyków, okazało się, że poszukiwani — jaka szkoda, dosłownie godzinę temu! — wypłynęli w składzie grupy zwiadowczej na drugi brzeg Anduiny. O tak, wyprawa będzie długa — miesiąc, może i więcej. Och nie, grupa działa w trybie autonomicznym, nie przewiduje się z nią łączności. Zresztą możecie sami udać się za Osgiliath i poszukać ich tam. Orokuenowie też ich poszukują… Ach, no to w niczym nie mogę pomóc, proszę mi wybaczyć. Kapralu, proszę odprowadzić gości. Mają pilne sprawy w Minas Tirith!

Słusznie się mówi, że „wojna wszystko wybieli”, gdyż po jakimś czasie o zdrajcach-rezydentach po prostu zapomniano — inne rzeczy stały się ważniejsze. Całą wojnę Tangorn spędził w Ithilien; walczył bez specjalnego entuzjazmu, ale odważnie i umiejętnie, starał się osłaniać żołnierzy jak mógł — dokładnie tak, jak kiedyś opiekował się agentami swojej siatki. To akurat było normą w ich pułku, a stosunki między oficerami i żołnierzami w oddziale dość różniły się od ogólnie przyjętych. Wieśniacy pracujący za uwłaszczenie, rozbójnicy odrabiający swą amnestię, jegrzy przez cale życie pilnujący jeleni w królewskich lasach, i kłusownicy przez całe życie na te jelenie polujący, arystokraci-awanturnicy wcześniej przyjaźniący się z Boromirem, i arystokraci-intelektualiści z ich byłej, przedwojennej kompanii — wszyscy oni stworzyli zadziwiający stop, niosący piętno osobowości swego demiurga, kapitana Faramira. Nie ma co się więc dziwić, że Aragorn nakazał rozwiązanie pułku następnego dnia po Wiktorii na Polach Pelennoru.

Do Mordoru Tangorn dotarł już sam, jako osoba prywatna — zabójcę ciągnęło na miejsce zbrodni. Bitwa pod Kormallen była już za nimi, więc zdążył tylko na ucztę zwycięzców na ruinach Barad-Dur. „Patrz — nakazywał sobie — i nie odwracaj wzroku. Ciesz się z wyników swej pracy!” A potem przypadkowo trafił do wąwozu Teshgol, akurat kiedy odbywało się tam „czyszczenie” i struna pękła… Od tego momentu żył twardo, mówiąc sobie: „Siła Wyższa darowała mi wtedy drugie życie, ale darowała nie ot tak sobie, na krzywy ryj, a żebyś mógł odkupić to zło, które wyhodowałeś niechcący w życiu poprzednim, przed Teshgolem”. Przeczucie podpowiedziało mu wtedy, że powinien dołączyć do Haladdina, ale jak się przekonać, czy wybór był słuszny? I nagle z absolutną, jakąś nieziemską wyrazistością zrozumiał: owo drugie życie dane mu jest nie na zawsze, a jedynie wypożyczone, i zostanie odebrane, gdy tylko spełni swą misję. Właśnie tak: nie zgadnie (albo uda, że nie zgadł) — będzie żył do głębokiej starości, odgadnie — osiągnie odkupienie za cenę życia. Ma tylko prawo do tego niezbyt wesołego wyboru, ale to prawo to jedyna rzecz, jaka różni go od martwiaków Aragorna. Ostatnia myśl — o Aragornowych martwiakach — spowodowała, że wrócił ze świata wspomnień na przedwieczorne nadbrzeże Trzech Gwiazd. A więc, martwiała… Zapewne nikt i nigdy nie pozna tajemnicy ich pojawienia się, a elfy potrafią strzec swych sekretów. Ale umbarskie statki, które dostarczyły ten koszmarny ładunek pod mury Minas Tirith to zupełnie inna sprawa: one mają właścicieli i załogi, mają listy frachtowe i rachunki ubezpieczeniowe. Elficcy agenci na pewno popracowali i nad tą sprawą. Właściwie już krąży legenda, że była to niby piracka flota, która przybyła grabić Pelargir, ale czasu minęło nie tak znowu dużo i pewne ślady mogły pozostać nie zatarte. Te ślady naprowadzą go na ludzi, którzy wynajęli statki, a ci z kolei na nieznanego jak na razie Elandara. Nie ma po prostu sensu wszczynać tej gry, którą z Haladdinem zamierzali zaproponować Lorien, na niższym poziomie.

Najzabawniejsze, że pomóc mu powinien w poszukiwaniu kontaktu z elfem nie kto inny, ale mordorski wywiad, o kontakty z którym oskarżano kłamliwie Gragera cztery lata temu; oczekując na egzekucję w pelargijskim więzieniu, nawet nie wyobrażał sobie, że kiedyś naprawdę będzie współpracował z tymi ludźmi… Potrafiłby zapewne dojść do tropów siłami swoich ludzi, ale jego siatka została „zakonserwowana” i jej odtworzenie wymagało kilku tygodni, którymi po prostu nie dysponuje. A Mordorczycy najprawdopodobniej są w posiadaniu materiałów dotyczących tego epizodu — nie może być inaczej, albo ich rezydentowi należy się dymisja i kara. Problem tylko w tym, czy zechcą oni podzielić się informacjami, i czy w ogóle zechcą się kontaktować — przecież dla nich teraz jest Gondorczykiem, wrogiem… Dobra, wszystko się wyjaśni jutro. Kontakt jaki przekazał Haladdinowi Sharha-Rana, wyglądał tak: portowa tawerna „Morski konik”, nieparzysty wtorek, to znaczy jutro, jedenasta rano; zamówić butelkę tequili i talerzyk z cząstkami limony, zapłacić złotą monetą, pogadać o czymkolwiek z kimkolwiek, posiedzieć z dziesięć minut przy stoliku w lewym tylnym kącie sali, po czym należy udać się na plac Castamira Wielkiego, gdzie przy prawej kolumnie dojdzie do samego spotkania i wymiany haseł… No to jak? Pospacerować jeszcze po nadbrzeżnych uliczkach, a potem powoli do hotelu?

W tym momencie ktoś go zawołał:

— Przecież czeka pan na dziewczynę, szlachetny panie — kup więc dla niej kwiatek!

Tangorn leniwie odwrócił się i na chwilę stracił oddech: nie chodziło o to, że dziewczyna z kwiatami była po prostu piękna, a o to, że jej koszyczek wypełniały fiolerowo-złociste orchidee z gatunku meotis, niesamowicie rzadkiego o tej porze roku. A meotisy były ulubionymi kwiatami Elwiss.

40

Przez wszystkie te dni pod różnymi pretekstami odkładał spotkanie z nią. „Nigdy nie wracaj tam, gdzie byłeś szczęśliwy…” Od czasu, kiedy tak udanie przewidziała: „Idziesz na wojnę” upłynęło wiele wody i jeszcze więcej krwi… Ani on, ani ona już nie będą tacy, jak wcześniej — czy warto więc chodzić po zgliszczach i organizować seanse nekromancji? Elwiss, jak się dowiedział, jest obecnie w najwyższym stopniu poważną i szacowną osobą, a wspaniała intuicja pozwoliła jej zbić na giełdzie przyzwoity majątek. Chyba nie jest zamężną, ale jakoś tak ni to zaręczona, ni to po słowie z jednym z filarów świata interesów. Po diabła więc jej niespokojne i niebezpieczne widmo przeszłości? I oto teraz cała ta wzmocniona obrona runęła w jednej chwili.

— Ile kosztują twe kwiaty, ślicznotko? Mam na myśli cały koszyk?

Dziewczyna — na oko miała jakieś trzynaście lat — ze zdziwieniem popatrzyła na Tangorna.

— Nie jesteś tutejszy, szlachetny panie! Przecież to meotisy, są drogie.

— Tak, tak, wiem. — Sięgnął do kieszeni i nagle pojął, że wydał całe swoje srebro. — Wystarczy ci dungan?

Jej wspaniałe oczy nagle zgasły, pojawiały się w nich i natychmiast ginęły zaskoczenie i strach, potem zostało tylko zmęczenie i obrzydzenie.

— Złota moneta za kosz kwiatów to zbyt wiele, szlachetny panie… — powiedziała cicho. — Ja wszystko rozumiem… Zaprowadzisz mnie do siebie?

Baron nigdy nie cierpiał na przesadną uczuciowość, ale w tym momencie jego serce ścisnęła żałość i gniew.

— Przestań! Nie potrzebuję niczego prócz twych orchidei, słowo honoru. Przecież nigdy wcześniej nie świadczyłaś takich usług.

Skinęła głową i jak dziecko pociągnęła nosem.

— Dungan to dla nas ogromne pieniądze, szlachetny panie. Mogłybyśmy z mamą żyć za nie przez pół roku…

— No to, żyjcie sobie — mruknął Tangorn, wkładając w jej dłoń złoty okrąg z profilem Saurona. — Pomódl się za powodzenie dla mnie, na pewno będzie mi potrzebne, i to wkrótce…

— Więc nie jesteś szlachetnym panem, a rycerzem Fortuny? — Teraz była to cudowna mieszanka ciekawości, dziecięcego zachwytu i dorosłej kokieterii. — Nigdy bym nie pomyślała!

— Tak jakby — uśmiechnął się baron i, wziąwszy koszyk z kwiatami, skierował się na ulicę Jaspisową. Dogonił go jej srebrzysty głosik:

— Na pewno ci się powiedzie, rycerzu, uwierz mi! Będę się modliła z całych sił, a moje modlitwy są wysłuchiwane, naprawdę!

Tina, stara służąca Elwiss, otworzywszy mu drzwi odsunęła się, jakby zobaczyła upiora. „Aha — pomyślał — wygląda na to, że moje pojawienie się jest prawdziwą niespodzianką i zapewne nie wszystkim będzie w smak”. Z tą myślą skierował się do salonu, skąd dochodziły dźwięki muzyki, obok niego dreptała mamrocząca jakieś skargi staruszka. Wyczuła już chyba, że wizyta z przeszłości nie wyjdzie na dobre… Towarzystwo w salonie tworzyło kilka, ale za to wybitnych osób. Grano Trzecią sonatę Akvino, przy tym grano wspaniale. Na bezgłośnie przystającego w drzwiach barona nikt w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi, więc przez kilka minut mógł wpatrywać się w odwróconą plecami Elwiss, ubraną w granatową suknię. Potem gospodyni odwróciła się, ich spojrzenia skrzyżowały się, w umyśle Tangorna zrodziły się jednocześnie dwie myśli, przy tym jedna głupsza od drugiej. Pierwsza brzmiała: „Są jednak na świecie kobiety, którym wszystko wychodzi na dobre, nawet wiek”, a druga: „Ciekawe, upuści swój kielich, czy nie?”

Ruszyła ku niemu wolno, bardzo wolno, jakby pokonując opór, ale opór — czuło się to od razu — tylko zewnętrzny. Wydawało mu się, że problemem jest muzyka, która zmieniła pokój w przeskakujący z kamienia na kamień górski strumyk i Elwiss musiała iść do niego pod prąd. Potem rytm jej kroków zaczął się zmieniać, Elwiss zmierzała ku niemu, ale muzyka nie poddawała się, z płynącego ruczaju zmieniła się w nieprzebyty kłąb jeżyn. Kobieta musiała przedzierać się przez jej kolczasty gąszcz, co było trudne i bolesne, bardzo bolesne, ale nie widać było tego po niej. A porem wszystko się skończyło: muzyka poddała się, opadała bezwładnymi spiralami do jej stóp, a ona, jakby jeszcze nie wierząc, ostrożnie przejechała opuszkami palców po jego twarzy:

— Tan… Miły mój. Wróciłeś jednak… — Na pewno stali tak objęci całą wieczność, a potem ona wzięła go pod ramię i szepnęła: — Chodźmy.

Wszystko było takie samo — i inne. To była zupełnie inna kobieta, i odkrywał ją na nowo, jak za pierwszym razem. Nie było wulkanicznych namiętności, ani wyrafinowanych pieszczot, zawieszających umysły na drżącej pajęczynie nad przepaściami słodkiego omdlenia. Była ogromna, wszechogarniająca czułość, i oboje rozpuścili się w niej. Nie było już dla nich innego rytmu, prócz drżenia Ardy, przedzierającej się przez rozsypane na firmamencie kłujące gwiazdy… „Jesteśmy skazani na siebie” — powiedziała kiedyś. Cóż, jeśli tak jest, to dziś wyrok został wykonany.

— Na długo przyjechałeś do nas, do Umbaru?

— Nie wiem, Eli. Słowo honoru, nie wiem… Chciałbym na zawsze, ale może tak się stać, że tylko na kilka dni. Tym razem, jak mi się wydaje, nie ja decyduję, a Siły Wyższe.

— Rozumiem… Więc znowu jesteś w pracy. Potrzebujesz pomocy?

— Nie sądzę. Może jakieś drobiazgi…

— Kochany, przecież wiesz, że dla ciebie jestem gotowa na wszystko. Nawet na miłość w pozycji misjonarza!

— No nie, takiej ofiary od ciebie nie będę wymagał — roześmiał się Tangorn, dostosowując się do jej wesołości. — Chyba,że jakiś drobiazg, raz czy dwa zaryzykować życie…

— To co innego. Więc czego potrzebujesz?

— Żartuję, Eli. Wiesz, te gry stały się teraz naprawdę niebezpieczne. To nie są te poprzednie idylliczne czasy. Szczerze mówiąc, nawet przyjście tu było zupełnym szaleństwem, chociaż niby dobrze sprawdzałem czy i kto za mną idzie… Tak więc, łyknę kawy i powlokę się na miękkich nogach do hotelu.

Na chwilę nad pokojem zawisła cisza, potem Elwiss powiedziała dziwnym, bezbarwnym głosem:

— Tan, boję się… Jestem kobietą, wyczuwam przyszłość. Nie odchodź, błagam cię…

Rzeczywiście zbladła straszliwie, nigdy nie widział jej w takim Stanie… Nigdy? W pamięci usłużnie pojawił się obraz sprzed czterech lat: „Idziesz na wojnę, Tan…” „Diabli nadali, czego się dotknę, to się kruszy” — pomyślał niezadowolony. A tymczasem kobieta przylgnęła doń i nie miał szans oderwać się od niej. Powtarzała:

— Zostań ze mną, proszę cię! Przypomnij sobie, przez wszystkie te lata nigdy cię o nic nie prosiłam… Ale ustąp mi raz, tylko raz!

Więc ustąpił, żeby ją uspokoić. Właściwie, co to za różnica skąd pójdzie na kontakt do „Morskiego konika”? A drużyna Ichneumona czekała na niego tej nocy w „Szczęśliwej kotwicy” na próżno.

Cóż, nie pojawił się dziś — pojawi się jutro. Zamiast biegać za nim po całym mieście lepiej urządzić zasiadzkę przy norze, nie ma pośpiechu; a poza tym, nie należy dzielić grupy przechwytującej barona. Wszak był kiedyś „trzecim mieczem Gondoru”, to już nie psi fiut… Co jak co, ale czekać Ichneumon potrafił.

Tajna służba Umbaru, wygodnie i niezawodnie ukryta w przesiąkniętych zapachem tekturowego kurzu, laku i atramentu trzewiach Ministerstwa Spraw Zagranicznych pod umyślnie niezrozumiałym szyldem DSD — „Departament Specjalnej Dokumentacji”, była organizacją niewidzialną. Państwową tajemnicą był nawet adres jej lokalu sztabowego, a jest nim „Zielony Dom” w zaułku Błotnym, który to dom czasem wspominany jest odpowiednio ściszonym głosem w rozmowach „dobrze poinformowanych ludzi” z grona senatorów i wyższych urzędników. W rzeczywistości mieści się tam tylko archiwum z odtajnionymi dokumentami, które wyleżakowały się tu przez zapewniony prawem okres stu dwudziestu lat. Jak się nazywa dyrektor departamentu wiedzą tylko trzy osoby: kanclerz, minister wojny i generalny prokurator Republiki — pracownicy firmy mają prawo zabijać tylko z nakazu prokuratury, z tym że sankcję na mord otrzymują czasem wstecznie, po fakcie. Imion czterech wicedyrektorów nie zna nikt poza samym dyrektorem.

W odróżnieniu od służb specjalnych, tworzonych na bazie policji — te z reguły na zawsze zachowują ciągotki do pompatycznych administracyjnych budynków na głównych ulicach stolic i do zastraszania obywateli legendami o swej wszechpotędze i wszeobecności — DSD powstał raczej jako służba bezpieczeństwa dużej, handlowo-przemysłowej korporacji. Dlatego zapewne bardziej był zainteresowany tym, by w dowolnych okolicznościach pozostawać w cieniu. Organizacyjna struktura departamentu skopiowana została z zamorro — umbarskich przestępczych syndykatów: system odizolowanych komórek, łączących się w sieć tylko poprzez swych dowódców, którzy z kolei tworzą komórki drugiego i trzeciego szeregu. Współpracownicy firmy żyją na specjalnie opracowanych legendach nie tylko za granicą, ale i w domu; nigdy nie noszą broni, chyba, że wymaga tego legenda, i pod żadnym pozorem nie zdradzają swej tożsamości i przynależności do organizacji. Przysięga milczenia i umberto — zasada, którą niegdyś Grager wyjaśnił Tangornowi jako: „Wejście — dungan, wyjście — sto”, łączą jej członków w coś na kształt tajnej rycerskiej kapituły. Trudno w to uwierzyć, znając umbarskie nawyki, ale przez trzy wieki istnienia DSD (nawiasem mówiąc, oficjalną swą nazwę firma zmienia z taką samą regularnością, jak wąż skórę) przypadki zdrady w jego szeregach można było policzyć na palcach jednej ręki.

Zadanie departamentu polega na tym, by „wyposażać władze Republiki w dokładne, aktualne i obiektywne informacje o sytuacji w kraju i za jego granicami” (koniec cytatu). Wiadomo, że obiektywne może być tylko źródło niezależne i nie zainteresowane wynikami swej pracy, i dlatego DSD — zgodnie z prawem — tylko gromadzi informacje, ale nie uczestniczy w wypracowywaniu militarnych i politycznych decyzji na nich bazujących i nie ponosi odpowiedzialności za konsekwencje takich decyzji. Departament jest rodzajem przyrządu pomiarowego, któremu kategorycznie zakazano wtrącania się do obserwowanego procesu. Taki podział funkcji jest naprawdę mądry. W przeciwnym przypadku wywiad zaczyna albo wysługiwać się władzy, komunikując tylko to, co ta chciałaby usłyszeć, albo wychodzi spod kontroli, a wtedy zaczynają się takie cuda, jak zbieranie kompromitujących informacji o własnych obywatelach, prowokacje czy nieodpowiedzialne akcje dywersyjne poza granicami, uzasadnione starannie spreparowanymi komunikatami.

Z punktu widzenia prawa wszystko, co miało miejsce tego letniego wieczora w pewnej nie rzucającej się w oczy willi, gdzie spotkali się dyrektor DSD Almandin, jego pierwszy zastępca Jakuzzi zawiadujący siatką i działaniami operacyjnymi w kraju, i dowódca sztabu admirała Carnero, kapitan flagowy Maccarioni, miało cechy „zdrady państwowej w postaci spisku”. Jego uczestnicy, na tę okazję porzucając odwieczną niechęć „łapsów” do „mundurowych”, nie garnęli się do władzy — wcale nie; po prostu zwiadowcy zbyt dobrze wiedzieli, czym skończy się dla ich małego kwitnącego kraju jego pochłonięcie przez chciwy, despotyczny Gondor, i dlatego nie potrafili spokojnie ulokować się na fali za władzą, obfajdaną na rzadko…

— Jak się ma szef, kapitanie?

— Całkiem dobrze. Sztylet tylko drasnął jego płuco, a plotki, jakoby admirał jest umierający, rozpuszczamy my sami. Jego ekscelencja nie wątpi, że za kilka tygodni będzie już na nogach i nic nie przeszkodzi mu własnoręcznie dowodzić podczas operacji „Sirocco”.

— A my niestety mamy fatalne wieści, kapitanie. Nasi ludzie donoszą z Pelargiru, że Aragorn gwałtownie forsuje przygotowanie floty do agresji. Według ich szacunków, będzie ona gotowa za jakieś pięć tygodni…

— Grom i diabli! Jednocześnie z naszą!

— Właśnie tak. Nie muszę panu objaśniać, że w ostatnich dniach przed pełnym bojowym rozwinięciem armia i flota są zupełnie bezbronne — jak homar podczas linienia. Oni przygotowują się w Pelargirze, my — w Barangarze. Idziemy praktycznie łeb w łeb, można osiągnąć co najwyżej przewagę jakichś dwóch, może trzech dni, ale kto te dwa dni złapie, ten zgarnie przeciwnika cieplutkiego w domowych pieleszach ojczystej przystani. Tylko taka jest różnica, że oni szykują się do wojny otwarcie, a my ukrywamy wszystko przed własnym rządem i dwie trzecie sił tracimy na maskowanie i dezinformację… Proszę powiedzieć, kapitanie, czy może pan jakoś przyspieszyć przygotowanie w Barangarze?

— Tylko za cenę osłabienia ich utajnienia… Ale chyba będziemy musieli zaryzykować, nie mamy innego wyjścia. Najważniejsze jest teraz, jak zamydlić oczy tym z Nadmorskiej 12, ale to, jak rozumiem, raczej pana specjalność…

Kiedy marynarz pożegnał się i wyszedł, szef DSD pytająco spojrzał na swego towarzysza. Wywiadowcy tworzyli zabawną parę — gruby, jakby wiecznie zasypiający w biegu Almandin, i chudy, dynamiczny jak barrakuda Jakuzzi. Przez lata współpracy nauczyli się rozumieć siebie nawet nie w pół słowa, a w pół spojrzenia.

— No?

— Mam tu materiały dotyczące szefa gondorskiej agentury…

— Kapitan Tajnej Straży Marandil, przykrywka — drugi sekretarz konsulatu.

— Właśnie ten. Rzadkie bydlę, nawet na ichnim tle… Ciekawe, czy wszystkie swoje szumowiny spławili do nas, do Umbaru?

— Nie sądzę. W Minas Tirith ci chłopcy działają tak samo jak i tu, to ich maniera. Tyle, że trupy są wrzucane nie do kanałów, a do dołów… Ale, skoncentrujmy się na sprawie.

— Dobrze. Ten Marandil. To jest taki bukiet szlachetności…

— I, jak rozumiem, chcesz go zwerbować za pomocą któregoś z tych kwiatuszków z bukietu…

— Niezupełnie. Na to, co ma za sobą, nie uda się — Aragorn im wszystko darował. A bieżące… Po pierwsze, jest żałośnie nieprofesjonalny, a po drugie, zupełnie bez moralnego trzpienia i na pewno nie wytrzyma uderzenia. Jeśli tylko popełni jakiś błąd, za który można go będzie przydusić — jest ugotowany. A naszym zadaniem jest pomóc mu popełnić taki błąd.

— Cóż, pracuj w tym kierunku… A na razie rzuć im jakąś kość, żeby odciągnąć ich uwagę od zalewu Barangar. Oddaj im, na przykład… a nawet wszystko, co mamy na agenturę Mordoru!

— A na co ona im teraz?

— Na nic, ale jak słusznie zauważyłeś, ponieważ są tak kompromitujące nieprofesjonalni, to zadziała odruch rekina — najpierw potkną, a potem będą się zastanawiać: „Potrzebne nam to było?” Zaczną więc dzielnie patroszyć nikomu już niepotrzebną mordorską siatkę, zapomniawszy o reszcie świata. No i „gest dobrej woli” z naszej strony. To nam da trochę wytchnienia, a sami przygotujemy sidła na Marandila.

Pulchne dossier DSD na siatkę Mordoru w Umbarze zostało tego samego wieczora przekazane na Nadmorską 12 i wywołało tam stan bliski euforii. A między innymi podpuchami była tam i taka: „Tawerna »Morski konik«, jedenasta rano, nieparzysty wtorek: wziąć butelkę tequili z cząstkami limony i usiąść przy stoliku w lewym tylnym kącie sali”.

41

Umbar, tawerna »Morski konik«

3 czerwca 3019 roku

Gdy Tangorn pchnął zbite byle jak z okrętowego poszycia drzwi wejściowe i zaczął schodzić po oślizłych stopniach do sali głównej, przesiąkniętej niemożliwą do usunięcia wonią gorzkiego czadu, starego potu i rzygowin, do jedenastej brakowało kilku minut. Ludzi z powodu wczesnej pory było mało, ale część miała już w czubie. W kącie para Chaldejów niejako z obowiązku tłukła pojękującego oberwańca. Chciał pewnie zniknąć, nie płacąc, a może coś gwizdnął. Na spuszczane mu manto nikt nie zwracał uwagi — czuło się, że takie estradowe numery wchodzą w koszty obsługi. »Morski konik« był lokalem szczególnego typu…

Na barona nikt nie zezował — wybrany przezeń na dziś strój fartownego chłoptasia wykonany był bezbłędnie: czwórka rżnących w kości Pomorzan z niewyobrażalnie wielkimi sygnetami na wytatuowanych łapach wyraźnie usiłowała określić położenie Tangorna w hierarchii świata przestępczego, ale nie mogąc się pogodzić wrócili do przerwanej gry. Tangorn tymczasem niedbale oparł się o kontuar i przyjrzał się sali, po szpanersku przerzucając z jednego kąta ust do drugiego wykałaczkę z drewna sandałowego o gabarytach niemal galerniczego wiosła. Nie miał złudzeń, że uda mu się odkryć, kto prowadzi tu kontrobserwację, w końcu szanował swoich kolegów z Mordom, ale… Przy kontuarze sączyli rum dwaj marynarze, sądząc po wymowie i ubraniu mieszkańcy Anfalas, jeden zupełny młokos, drugi nieco starszy.

— Skąd przypłynęliście, chłopy? — przyjaźnie zagadnął baron.

Starszy popatrzył na szczura lądowego jak na puste miejsce i nie raczył odpowiedzieć. Młodszy nie utrzymał morskiego fasonu i wypalił sakramentalne:

— Pływają gówna i ryby, a marynarze idą w rejs!

Ta para chyba była prawdziwa…

Wypełniwszy w ten sposób punkt dotyczący „rozmowy”, Tańcom królewskim gestem cisnął na szynkwas złotą wendotenijską njanmę:

— Tequili mi daj, gospodarzu, ale najlepszej! Karczmarz z obwisłymi wąsami, które nadawały mu wygląda morsa prychnął:

— A my mamy, chłopcze, jedną. Jest ci ona i najlepsza, i najgorsza zarazem. Bierzesz?

— A co mam zrobić… Do tego, skoro już tak idzie, nastrugaj limony na zagrychę.

Gdy usiadł ze swą tequilą przy lewym narożnym stole, kątem oka zauważył jakiś ruch w sali i natychmiast, nawet nie szacując układu, zrozumiał: koniec, wpadka. Byli tu już przed nim, daje za to głowę, a to znaczy, że nie on przywlókł ich na „ogonie”. Sam kontakt jest „zaświetlony”, oczekiwali tu mordorskiego łącznika — i doczekali się… Ależ wpadł, najgłupiej jak można. Czwórka „Pomorzan” rozdzieliła się — dwaj zajęli pozycje przy drzwiach wejściowych, a pozostali dwaj już kierowali się do niego niedbałym kołyszącym krokiem, omijając stoły i nie wyjmując prawych rąk spod poły kamizel. Gdyby miał przy sobie Usypiacz, to oczywiście załatwiłby tych chojraków bez problemu i nawet by ich za bardzo nie pokroił. Ale bezbronny — miecz wyraźnie nie pasował do dzisiejszego przebrania — stał się ich zdobyczą. Ot, masz te swoje: „Prawdziwi zawodowcy nie noszą broni”! Przemknęła przez głowę kretyńska myśl: trzepnąć butelką o stół i… „Co ty pleciesz — obsztorcował siebie — »tulipan« to nie miecz, czterech ludzi nim nie potniesz. Możesz liczyć tylko na głowę… Na głowę i na Fortunę. Ale przede wszystkim należy zmącić ich scenariusz i zyskać na czasie…” Tak więc nie zaczai nawet podnosić się im na spotkanie. Poczekał aż przy uchu zabrzmiało złowieszcze: „Ręce na stół, i siedź jak mysz pod miotłą”, i odwróciwszy się do mówiącego, syknął, jakby spluwając przez zęby:

— Idioci! Taką operację zafajdaliście… — Po czym westchnął i poradził zmęczonym głosem temu z prawej: — Zamknij paszczę, durniu, bo ci Nazgul wleci.

— Zaraz wstaniesz i pójdziesz z nami, i bez żartów — odparł tamten, ale w głosie jego już rozbrzmiała nutka niepewności: twarda minastiritska wymowa wyraźnie nie była tą, której się spodziewali z ust schwytanego orokuena.

— Oczywiście, że z wami, a z kim jeszcze. Dostaniecie po lewatywie z terpentyny za to, że pchacie się gdzie popadnie, nie powiadamiając Ośrodka, barany… Ale, jeśli pozwolicie — dodał z szyderczą uprzejmością — dopiję to: za swoje niedoszłe kapitańskie pagony… Nie sterczcie tak nade mną, jak Białe Wieże! Gdzie wam mogę uciec! Broni nie mam — możecie mnie ostukać.

Prawy z „Pomorzan”, jak wyczuł, już był gotów zasalutować. Na lewego jednakże nie podziałało. Albo i podziałało, tylko lepiej znał instrukcje. Przycupnął przy stoliku, naprzeciwko barona, i dał znak towarzyszowi, by zajął miejsce za plecami Tangorna.

— Trzymaj ręce na stole, bo… sam rozumiesz. — Z tymi słowami nalał baronowi szklaneczkę tequili i wyjaśnił: — Sam cię obsłużę. Dla pewności.

— Wspaniale — uśmiechnął się baron. W rzeczywistości nie czuł się wspaniale — od frontu jeden, wpatruje się w twarz i oczy, drugi za plecami, niewidoczny, w każdej chwili może przygrzać po łbie. Nic miłego. — A palec też mi sam poliżesz?

A gdy w oczach tamtego błysnęła złość i obietnica: „Pogadamy jeszcze sobie…” , pokojowo roześmiał się, jak gdyby dopiero teraz zrozumiał:

— Wybacz, chłopie, nie miałem nic obraźliwego na myśli. Do mnie nie dotarło: przecież jesteś pewnie w tym mieście od niedawna i nie wiesz, jak się pije tequilę. Pewnie myślisz — bimber, świństwo! — ale nie, nic podobnego. To znaczy — tak, jeśli ktoś żłopie szklankami i bez zakąski, to rzeczywiście nie do przyjęcia. Ale tak naprawdę to znakomita rzecz, byle pić umiejętnie. Co jest najważniejsze? — Tangorn rozparł się na krześle i przymknął powieki. — Najważniejsze przełożyć jej smak solą i kwaskiem. Patrz: nakładasz na paznokieć kciuka szczyptę soli, a żeby nie spadła, należy to miejsce uprzednio polizać. — Z tymi słowami sięgnął do stojącego na środku stołu talerzyka z solą i papryką; „Pomorzanin” przy tym ruchu sięgnął za pazuchę, ale nie wrzeszczał „Ręce na stół!” Wyglądało, że uczciwie pobiera lekcję. — Teraz dotykasz soli samym koniuszkiem języka, i… hopla-a! Och, diabli-diabli-diabli! Co za świństwo dają w tym lokalu?! A teraz limonką ją, limonką… Dos-skonała!

— Albo inny, też dobry sposób… Nalej drugiego, skoro już robisz za kelnera! To już nie z solą będzie, a z papryczką. — Znowu sięgnął do solniczki, ale znieruchomiał w pół drogi i z rozdrażnieniem odwrócił się do drugiego „Pomorzanina”: — Słuchaj, koleś, daj do tyłu kapkę, co? Nie mogę jak ktoś tak wali czosnkiem prosto w moje ucho!

— Stoję zgodnie z instrukcją — odpowiedział tamten rozeźlony.

„Głupcze — pomyślał baron — »zgodnie z instrukcją« to nie wolno ci przede wszystkim wszczynać ze mną rozmowy. Ta wymowa: »instrukc-jom«… musi być urodzony w Lebennin… Zresztą, nieważne. Ważne jest to, że stoi nie dokładnie za mną, a o krok w lewo, i mierzy sześć stóp bez dwóch cali… Wszystko? Tak, wszystko: głowa zrobiła co mogła, teraz kolej na Fortunę…” Sekundę później Tangorn, wciąż niedbale rozwalony na krześle, sięgnął palcami do talerzyka z czerwoną papryką i, nie patrząc, lekkim ruchem przerzucił go przez ramię za plecy — dokładnie w twarz Lebennijczyka, a jednocześnie pod stołem gwałtownie wsadził czubek buta w goleń swojego rozmówcy.

Wiadoma rzecz: zaskoczony człowiek wykonuje wdech — tak więc teraz ten za plecami miał paprykę w płucach i nie pozbędzie się jej w najbliższej przyszłości. Osobnik z naprzeciwka bąknął coś jak: „U-łoj, sukinsyn!” i, zwinąwszy się z bólu, runął pod stół, ale chyba nie na długo — nie udało się złamać kości. Od drzwi już pędzili, wywracając krzesła, dwaj pozostali — jeden z umbarskim sztyletem, drugi z kiścieniem, a Tangorn dopiero szperał za pazuchą temu wijącemu się na podłodze. Spokojnie myślał, że jeśli ten ukrył tam jakieś gówno typu kastet czy rzucawki, to koniec… Ale nie — chwała Tulkasowi! To był wielki umbarski sztylet z tych, jakie noszą przy pasach górale Półwyspu: długości pół jarda, płynnie przechodzące w stożek ostrze, którym można zadawać nie tylko sztychy, ale i cięcia. Żadne tam nie wiadomo co. Broń mężczyzny, nie złodzieja.

Jednakże spotkawszy się z parą spod drzwi pojął, że tak łatwo się nie wyrwie. Chłopcy nie pękali, a bronią władali co najmniej tak dobrze jak on. I gdy już lewą rękę odjęło mu po trafieniu kiścieniem, a z tyłu pojawił się trzeci, kulejący, ale już zdolny do walki, baron uznał, że sprawy stoją kiepsko. Zupełnie kiepsko. I zaczął walczyć poważnie, bez wygłupów.

Ponury gondolier, otrzymawszy srebrną castamirkę, przybił do zrujnowanej towarowej przystani i pojawił się po kilku minutach z nowym odzieniem dla pasażera — prawdziwymi łachmanami, jeśli porównać je z eleganckim papuzim strojem „fartownego chłopca”, ale za to nie było na nich krwi. Tangorn, przebrawszy się w biegu — żeby nie tracić czasu, ukrył zdobyczny sztylet i srebrny żeton zdjęty z szyi jednego z „Pomorzan”. „Karanir, kapral Tajnej Straży Jego Królewskiej Mości Elessara Kamienia Elfów”. Kapralowi żeton już się nie przyda… „Trzeci miecz Gondoru” uszedł, pozostawiwszy po sobie zabitego i dwóch rannych. Zresztą o rannych, jak można sądzić, zatroszczono się odpowiednio — tajną policję w „Morskim koniku” kochano nie bardziej, niż w jakiejkolwiek innej portowej spelunie dowolnie wybranego Świata…

Sam otrzymał dwie rany — lekkie zadrapania; gorzej sprawa się miała ze sparaliżowaną od uderzenia ręką, ale i to nie była najważniejsza ze spraw zaprzątających w tej chwili umysł barona. W końcu ma na tę okoliczność coś z Haladdinowej apteczki. Reasumujmy… Czwórka „Pomorzan” zawinęła się i kropka, dopiero za jakieś dwie, trzy godziny ktoś się zainteresuje ich rozpłynięciem w Umbarze. Ale ten odcinek czasu, to chyba jedyny plus w jego sytuacji. Wkrótce zacznie na niego polować cała gondorska siatka i, co jest o wiele poważniejsze, miejscowa policja. Są straszliwie skorumpowani, ale znają się na swojej robocie — wyśmienicie. To, że w „Morskim koniku” zaatakował ich stary znajomy baron Tangorn będą wiedzieli przez swoich informatorów już za kilka godzin, przez co zaraz zablokują port, a potem, pod wieczór, zaczną metodycznie przeczesywać miasto. W gwarze zwiadowców taką sytuację, jak jego określa się mianem „trędowaty z dzwoneczkiem”: nie ma prawa zwrócić się o pomoc do ludzi ze swojej starej „zakonserwowanej” siatki, ponieważ jego przedwojenne materiały mogły zostać przekazane Ośrodkowi w Minas Tirith, ani oddać się pod ochronę umbarskiej tajnej służby, bo ci mogą go osłaniać tylko, jeśli przyzna się, że jest „człowiekiem Faramira”, a tego na pewno nie zrobi. Najsmutniejsze jest to, że stracił bezpowrotnie łączność z mordorskimi agentami, jednymi ludźmi, którzy mogli pomóc mu odnaleźć Elandara… Krótko mówiąc, zawalił robotę, a teraz sam nosi piętno śmierci, i to że nie ponosi żadnej winy jest bez znaczenia — misja Haladdina nie może się spełnić.

Tak więc, nie ma ani jednego agenta, ani jednego kontaktu, ani jednego punktu kontaktowego. Co więc ma? Pieniądze, dużo pieniędzy: ponad czterysta dunganów w sześciu skrytkach, do tego dobrze ukryta kolczuga z mithrilu, którą dał mu Haladdin do sprzedania, gdyby zawiodły skrytki Sharha-Rany. Ma też kilka rezerwowych norek wcześniej przygotowanych „domowym sposobem” bez powiadamiania przełożonych — mogą je wygrzebać dopiero za kilka dni — i są pewne stare, ale czynne kontakty w świecie przestępczym. I to chyba wszystko… Nie ma nawet Usypiacza — miecz pozostał w domu Elwiss, a o powrocie na ulicę Jaspisową, jak i do „Szczęśliwej kotwicy”, nie ma co marzyć.

A gdy gondolier wysadził go w pobliżu portowych magazynów, jasne już było, że jedyna racjonalna taktyka w takim supernieprzyjemnym układzie to blefować na całego. Nie chować się po karaluszych szczelinach, a uderzyć samemu.

42

Umbar, ulica Nadmorska 12

4 czerwca 3019 roku

Ichneumon wolnym krokiem przemierzał korytarze konsulatu. Im cięższa i niebezpieczniejsza była sytuacja, tym bardziej flegmatyczny, rzeczowy i uprzejmy — przynajmniej na oczach ludzi — powinien być dowódca. Tak więc, sądząc po spokojnym, trwale przyklejonym do oblicza Ichneumona uśmiechu, sprawy miały się fatalnie, albo i jeszcze gorzej.

Rezydenta, kapitana Marandila, zastał w jego gabinecie.

— Życzę zdrowia, panie kapitanie! Porucznik Ichneumon, oto mój żeton. Wykonuję u was, w Umbarze, całkowicie tajną misję Ośrodka. Żałuję, ale powstały pewne komplikacje…

Marandil nawet nie raczył oderwać oczu od swoich paznokci; całym sobą dawał do zrozumienia, że zadra na małym palcu lewej ręki zajmuje go znacznie bardziej niż komplikacje jakiegoś przyjezdnego agenta. W tym momencie drzwi otworzyły się i porucznika bezceremonialnie odsunął na bok chłoptyś o niemal siedmiu stopach wzrostu.

— Pora zaczynać, szefie! Dziewczyna, palce lizać!

— A wy już tam polizaliście czegoś słodziutkiego… — niby ganił, ale w gruncie rzeczy zachowywał taką niewymuszoną, domową atmosferę kapitan.

— Ależ skąd! „Prawo pierwszej nocy” ma senior, a my już tam po kolei… Ale panienka już jest rozebrana i czeka niecierpliwie.

— No to chodźmy, bo jeszcze zmarznie, czekając! Chłoptyś zarechotał, a kapitan zaczął wyłazić zza biurka, ale natknął się na spojrzenie Ichneumona i zobaczył w tym wzroku coś takiego, że nagle zechciał wyjaśnić:

— To z nocnego połowu, z agentury Mordoru! I tak, ścierwo, w kanale wyląduje…

Ichneumon obojętnie oglądał kaflowy sufit gabinetu („Co za brak gustu!”) i poważnie obawiał się, że nie powstrzyma zalewającej go fali szału, która wypłynie przez źrenice. Oczywiście — wywiad to okrutna zabawa, a przesłuchanie trzeciego stopnia, to przesłuchanie trzeciego stopnia; „dziewczynka” powinna wiedzieć, na co się waży, kiedy wplątywała się w te gierki, to jest uczciwe i zgodne z regułami… Ale niezgodne z regułami, absolutnie niezgodne z regułami jest to, jak zachowują się jego koledzy po fachu, ta „słodka para”: jakby nie pod pagonami służyli, a pod… Zresztą, diabli by ich wszystkich — zaprowadzenie porządku w regionalnych sieciach nie wchodzi w zakres obowiązków „Feanora”. Przynajmniej na razie. Więc porucznik ponownie zwrócił się do Marandiła, przybierając tak przekonujący ton, że każdy choć trochę myślący człowiek zrozumiałby, że to koniec, dalej już nie można.

— Proszę o wybaczenie, panie kapitanie, ale to sprawa nie cierpiąca zwłoki — może mi pan wierzyć na słowo. A z tym zajęciem — skinął w kierunku chłoptysia — pańscy podwładni znakomicie poradzą sobie i bez pana.

Chłoptyś aż się zachłysnął rechotem i, wyraźnie popierany uśmieszkiem szefa, leniwie rzucił:

— Daj spokój, poruczniku! Wiadoma sprawa — trzy czwarte spraw rozwiązują się same, a reszta jest po prostu nierozwiązywalna. Wal lepiej z nami do piwniczki. Tobie, jako gościowi dziewczątko da poza kolejką. Chcesz — to ona ci poliże, a jak nie, to ty jej…

Marandil z niemą rozkoszą obserwował, jak się załatwia stołecznego wizytanta. Oczywiście, trzeba będzie mu pomóc, nic się nie poradzi, ale niech najpierw poczuje jak należy: w Umbarze jesteś, gościu miękki, nikim, a nazywasz się — nikt…

— Jak ty stoisz w obecności starszych stopniem? — odezwał się bezbarwnym głosem Ichneumon. Zmierzył spojrzeniem chłopaka i zatrzymał spojrzenie na czubkach jego butów.

— A bo co? Normalnie chyba stoję — nie padam z nóg!

— Niezły pomysł… — oświadczył w zamyśleniu porucznik i lekkim jak tanecznepas krokiem ruszył do przodu. Był niższy od swego przeciwnika o głowę i niemal dwukrotnie węższy w ramionach, tak więc tamten uderzył nie z całej siły — pięść miał wielkości odważnika, odrobinę za mocno stuknie i zatłucze jak muchę… Uderzył i zamarł zdumiony: Ichneumon nie to, żeby się uchylił od uderzenia czy wycofał — po prostu zniknął, dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Chłoptyś stał z wytrzeszczonymi oczami, póki z tyłu ktoś nie klepnął go w ramię: „Hej!”, a ten odwrócił się, bęcwał…

Ichneumon przekroczył rozpostarte na podłodze ciało — z obrzydzeniem, jakby to był stos nawozu — zatrzymał się przed odruchowo cofającym się za biurko Marandilem, w oczach którego kotłowała się wyraźna panika, i oschle zauważył:

— Coś podwładni się tu wywracają z byle powodu. Nie dajecie im jeść, czy co?

— Ostry z ciebie gość, poruczniku! — zdobył się na uśmiech zapytany. — Nie złość się: po prostu chcieliśmy zobaczyć cię w akcji…

— Tak właśnie to odebrałem. Czy uważamy temat za zamknięty?

— A czy ty nie jesteś przypadkiem z tych… jak ich tam ninjokwe.

— To inna technika, choć zasada jest taka sama… Wróćmy jednak do naszych spraw. Co do piwnicznych rozrywek: obawiam się, że przyjdzie panu tu posiedzieć, bo — proszę wybaczyć płaski kalambur — tam pana nie stanie. Proszę polecić swoim ludziom, zęby zaczynali bez pana. I niech też zabiorą stąd tego chamowatego młodzieńca.

Za wino, jak i za kawę Ichneumon podziękował, i od razu przeszedł do sedna sprawy:

— Wczoraj wasi ludzie usiłowali ująć w „Morskim koniku” barona Tangorna. Co to ma znaczyć? Czy pan aby czasem nie zapomniał, że Ithilien jest wasalem gondorskiej korony?

— Ależ nie mieliśmy pojęcia, że to Tangorn! Po prostu on się pojawił na przechwyconym przez nas kontakcie, więc chłopcy zdecydowali, że to jest ten łącznik.

— Aha… — Ichneumon na krótką chwilę przymknął powieki. Cóż, to zmienia postać rzeczy… Teraz już nie ma żadnych wątpliwości, że baron jest mocno związany z Mordorem. Zresztą, dla Mordoru też już jest nieprzydatny…

— Proszę się nie niepokoić, ujmiemy go jeszcze przed wieczorem. W poszukiwaniach uczestniczą nie tylko nasi ludzie, ale również policja Umbaru. Znaleźli już jedną jego norę, porzucił ją dosłownie pół godziny przed ich przyjściem.

— To właśnie jest celem mojej wizyty. Natychmiast proszę przerwać poszukiwania barona Tangorna. Policji proszę nakłamać, że niby doszło do nieporozumienia, brak łączności dwóch bratnich służb specjalnych. Jednym słowem: „Kto się czubi — ten się lubi”. Zwłaszcza, że to w pewnym stopniu odpowiada rzeczywistości.

— Nie rozumiem pańskiego poczucia humoru!

— Wcale pan nie musi, kapitanie. Zna pan tę sygnaturę „RUN”? — Marandil zerknął na jedwabny papier w ręku porucznika i wyraźnie zbladł. — Baronem zajmuję się ja, i pańskich ludzi to zupełnie nie dotyczy. Proszę ich odwołać, a co najważniejsze — powtarzam — natychmiast powiadomić umbarską policję: jeśli Tangorn trafi w ich ręce, a nie w moje, to będzie to katastrofa, za którą obaj odpowiemy głowami.

— Ale, panie poruczniku… On już zabił czworo moich ludzi!

— Słusznie zrobił — wzruszył ramionami Ichneumon. — Durnie, którzy zaczynają się kumplować z zatrzymanymi należy zabijać. Na miejscu… Teraz tak: pan ucina wszelkie aktywne poszukiwania Tangorna i spokojnie czeka. Niewykluczone, że w najbliższym czasie on się sam ujawni…

— „Ujawni się sam”? Przecież nie jest psychiczny.

— Wcale nie. Po prostu, sądząc z okoliczności, trafił w sytuację bez wyjścia. A baron — jak go sobie wyobrażam — należy do ludzi skłonnych do gry na całego… Tak więc, jeśli dojdzie do pana coś takiego natychmiast proszę powiadomić mnie. Podnieście na maszcie konsulatu proporczyk Dol Amroth, i wkrótce pojawi się ktoś po informacje, po czym na zawsze zapomnicie o tym, że słyszeliście takie imię — Tangorn. Jasne?

— Tak jest! Proszę posłuchać, panie poruczniku, wygrzebaliśmy, że miał tu wcześniej kobietę…

— Jaspisowa 7, o tej mówimy?

— Tak… — przyznał rozczarowany Marandil. — Więc pan już wie?

— Oczywiście. Wydaje mi się, że spędził tam przedwczorajszą nockę. I co dalej?

— No to trzeba nią potrząsnąć?

— Tak? I co pan ma nadzieję wytrząsnąć? — Ichneumon skrzywił się. — W jakich pozycjach uprawiali miłość i ile razy w nocy miała orgazm? Co ona jeszcze może panu opowiedzieć? Tangorn nie jest idiotą, żeby wprowadzać kochankę w swoje służbowe sprawy.

— Ale mimo wszystko…

— Kapitanie, powtórzę raz jeszcze: proszę wyrzucić z głowy wszystko, co wiąże się z Tangornem — to są teraz moje problemy, nie pańskie. Jeśli spotka pan Tangorna na ulicy proszę przejść na drugą stronę, a potem po prostu wciągnąć na maszt dol amrotskiego Łabędzia, dobrze? I przy okazji — co do pańskich problemów: pan teraz wytrząsa, tak zrozumiałem, starą mordorską siatkę. Proszę mi wybaczyć głupie pytanie, ale po co?

— Jak to „po co”?

— Tak. W czym, proszę mi wytłumaczyć, przeszkadzała panu? A jeśli nawet, to dlaczego zaczął ich pan wyłapywać, zamiast trzymać od kloszem i „wyświetlić” kontakty?

— Spieszyliśmy się, bo gdyby DSD prowadził podwójną grę…

— DSD?! Więc to oni wam cisnęli tę mordorską siatkę?

— No tak! „Gest dobrej woli”.

— Kapitanie, przecież to bajki dla umysłowo opóźnionych dzieci! Czy nie zechce pan jeszcze raz pomyśleć, po co zrobili wam taki królewski prezent? Czego od was chcą w zamian? Dobra, to już — jak powiedziałem — wasze problemy, róbcie co chcecie. Żegnam uprzejmie!

Ichneumon skierował się do drzwi, ale w połowie drogi nagle odwrócił się:

— I jeszcze jedno. Uprzedzając pańską służbową gorliwość, kapitanie… — Zawahał się na chwilę, jakby wyszukiwał odpowiedniego słowa. — Tak więc, jeśli ktokolwiek z twoich ludzi podejdzie do domu na Jaspisowej bliżej, niż na trzy strzały z łuku, nakarmię cię omletem z własnych jaj. Rozumiesz mnie?

Skrzyżowali spojrzenia tylko na chwilę, ale Marandilowi wystarczyło to, by zrozumieć, że z całkowitą pewnością nakarmi.

Przewidywania Ichneumona spełniły się następnego dnia. Marandil otrzymał wiadomość, że pilnie chce się z nim spotkać jeden z pracowników operacyjnych policji Umbaru, inspektor Waddari. Inspektor nie znajdował się w gronie tych policjantów, co to, nie kryjąc się, pracowali dla konsulatu Gondoru, ale miał niezłe wyobrażenie o wszystkich tych gierkach. Był to stary i doświadczony wywiadowca zorientowany w podszewce życia jak mało kto. Zarówno z powodu wieku, jak i kwalifikacji od dawna już powinien nosić pagony komisarza — z tego też powodu „brał w łapę” bez najmniejszych skrupułów. Należy zauważyć, że korupcja w policji umbarskiej w ogóle uświęcona była wielowiekową tradycją, a policjant czy celnik, nie biorąc łapówek, wywoływał zaniepokojenie nie tylko kolegów i przełożonych, ale i uczciwych obywateli. „Nie, chłopaki, do tego gada nie można się plecami odwrócić”. Waddari jednak różnił się od swych kolegów po fachu tym, że otrzymane honorarium odpracowywał uczciwie i do końca, bez uciekania się do tekstów o „obiektywnych trudnościach”.

— Wasi ludzie, panie sekretarzu, szukali niejakiego Tangorna, ale wczoraj poszukiwania zostały niespodziewanie przerwane. Czy pana jeszcze interesuje ten człowiek?

— N-no-o… Chyba tak — ostrożnie wychylił się w jego kierunku Marandil.

— Jestem gotów podać panu dokładne miejsce jego pobytu dzisiejszego wieczoru. Jeśli dogadamy się co do ceny…

— Czy mogę wiedzieć, skąd ma pan tę informację?

— Może pan. Przysłał do mnie list i wyznaczył mi spotkanie.

— A dlaczego postanowił pan zdradzić swego potencjalnego klienta?

— Nawet mi to nie przyszło do głowy. Po prostu w opisanych przez niego warunkach spotkania nigdzie nie jest powiedziane, że nie mogą o nim wiedzieć osoby postronne. A skoro Tangorn nie przewiduje takiej ewentualności, to jest zwyczajnym głupcem, z którym nie warto mieć do czynienia.

— Hmm… I ileż pan chce?

— Trzy dungany.

— Ile?! Chłopie, chyba zupełnie zwariowałeś?! Zerwała ci się przekładnia na realia?

— Ja proponuję, a…

— Ja, jeśli chcesz wiedzieć, w ogóle na to kładę i dalej jadę…

— A ty mi tu kitu nie wciskaj — jestem operem, a nie jakimś frajerem! Półtorej doby ryjecie ziemię nosami, a potem nagle: „Ach, zmyłeczka-pomyłeczka!” Każdy dureń wie, że tego kaczora poszukuje teraz inna drużyna, a umbarska policja została na boku… Tak więc, będę musiał sam się skoncentrować i wywiedzieć, kto tam depcze temu facetowi po piętach. Ale czas ucieka!

— Dobra: dwa.

— Powiedziane trzy, znaczy trzy. Co to, o fistaszki na bazarze się targujemy? I nie zaciskaj tak dupy, przecież to nie twoje prywatne pieniążki lecą.

— Dobra, dobra! Dwa z mety, a trzeci — jak go weźmiemy, według twego namiaru.

— O, nie! Ja powiem gdzie i kiedy, a cala reszta to już twój problem. Mnie to zwisa i trzepoce. Trzy, i to już.

— Fajnie, a jak po prostu mnie kiwniesz?

— Posłuchaj, jesteśmy poważnymi, dorosłymi ludźmi. Nie jestem portowym menelem, co za butelkę sprzedaje mapę ze współrzędnymi pirackiego skarbu.

Schowawszy monety do kieszeni, Waddari zaczął instruować Marandila:

— Wiesz, gdzie jest plac Castamira?

— To ten, gdzie na środku jest jezioro z trzema wpadającymi do niego kanałami?

— Właśnie ten. Jezioro jest okrągłe, sto pięćdziesiąt jardów średnicy, kanały wpadają pod kątem stu dwudziestu stopni — na dwunastej, czwartej i ósmej godzinie według cyferblatu, jeśli liczymy od rostralnych kolumn. Nabrzeże jeziora jest poprzecinane schodami schodzącymi do wody — po dwie pary na każdym odcinku między kanałami, łącznie sześć. O siódmej wieczorem mam być na tych schodach, które stykają się z kanałem na godzinie ósmej, ubrany w purpurową pelerynę i kapelusz z czarnym plumażem. Na jednym z kanałów pojawi się wynajęta gondola — wodny przewoźnik. Gondolier zabierze mnie, i dalej będzie płynął zgodnie z moimi wytycznymi. Ja mam poruszać się gondolą od schodów do schodów, ale nie kolejno, wzdłuż brzegu, a przecinając jezioro: siódma godzina — jedenasta godzina — trzecia godzina, i tak dalej. Wszystko jasne?

— Najzupełniej.

— O tym czasie nie ma praktycznie ruchu na jeziorze, jeśli pojawią się inne gondole, to mam przycumować i poczekać, póki nie wpłyną do kanałów. Tangorn zejdzie z którychś schodów — jeśli, rzecz jasna, przekona się, że nie ma zasadzki — i wsiądzie do mojej gondoli. Będzie przebrany i ucharakreryzowany. Poznamy go, gdy wyjmie z zanadrza fioletową chusteczkę i dwukrotnie nią machnie. I to wszystko. Ster w twoje ręce, sekretarzu. Powodzenia.

Waddari wstał i ruszył do wyjścia z kawiarni, gdzie odbyło się spotkanie. Po drodze przemknęła mu myśl: „Głowę dam sobie obciąć, że owinie ich dokoła palca…”

Kapitan zaś, wróciwszy do konsulatu, po pierwsze, wypełnił księgowy dowód wypłaty na wydatki agenturalne: 4 (słownie — cztery) dungany. Zamierzał napisać „pięć”, ale powstrzymał się: chciwość może frajera zgubić, natomiast ptaszęta po ziarnku dziobią, a syte są… No to jak, podnosić flagę Dol Amroth i oddać Tangorna na tacy temu stołecznemu cwaniakowi? „A wiesz co? Jeż ci w zadek, a nie koronną operację — zdecydował niespodziewanie. — Taki rozkład jaki dziś wypadł, przychodzi raz w życiu. Schwytam go sam, a zwycięzców się nie sądzi”. Przypomniał sobie nagle oczy Ichneumona i wstrząsnął nim dreszcz. A może, niech go diabli? „Nie — uspokoił siebie. — Sprawa jest czysta i pewna, bez pudła: mam dokładny czas i miejsce spotkania, mam trzydziestu dwóch pracowników operacyjnych i pięć godzin na przygotowania — a w ciągu pięciu godzin, jak pamiętam. Demiurg Aritan stworzył Ardę z całym jej nadzieniem: wodę z rybami, powietrze z ptakami, ziemię ze zwierzętami, ogień ze smokami i człowieka z wszystkimi jego ohydztwami…”

43

Umbar, plac Castamira Wielkiego

5 czerwca 3019 roku

— Ile naliczyłeś, Jakuzzi?

— Trzydziestu dwóch.

— A ja widzę tylko tuzin…

— Wolałbym nie wskazywać ich palcem…

— Ależ, niech cię Jedyny broni, kochaneczku! W końcu jesteś operem, a ja tylko analitykiem, już chociażby z tego powodu masz o wiele więcej atutów w ręku, niż ja. — Almandin spokojnie odchylił się na oparcie plecionego krzesła, smakując wino; siedzieli pod pasiastym płóciennym dachem jednej z licznych małych kafejek na placu Castamira, niemal pod rostralną kolumną całą naszpikowaną odciętymi dziobami gondorskich okrętów, i leniwie obserwowali przepływ wieczornego tłumu. — Cóż, jeśli naprawdę jest ich trzydziestu dwóch, to Marandil wyprowadził na akcję cały skład rezydentury, prócz ochrony obiektu… A — nawiasem mówiąc — naszego solenizanta nie widzisz czasem?

Jakuzzi jeszcze raz obrzucił spojrzeniem wypełnione tłumem nadbrzeżne deptaki brudnawego, okrągłego jeziora. Szlachetni panowie i morscy oficerowie, Straganiarze i wymalowane ulicznice, muzykanci i wróżbiarze, żebracy i złodziejaszki… Pracowników gondorskiej rezydentury rozpoznał wśród nich błyskawicznie, choć niektórzy zamaskowani byli, trzeba im przyznać, nadzwyczaj udanie, ale barona ku swojemu wyraźnemu niezadowoleniu, nie potrafił wykryć. Chyba, że… Nie, to głupie.

— Wygląda, że go tu nie ma. Pewnie też oszukał tych chłopaków i cichuteńko dał nogę.

— Owszem, tak by postąpił profesjonalista — skinął głową Almandin. — Ale baron będzie działał inaczej. Założymy się?

— Zaraz… — Zastępca dyrektora do spraw operacyjnych zatroskany popatrzył na swego przełożonego. — Więc pan uważa, że Tangorn jest dyletantem?

— Nie dyletantem, drogi mój Jakuzzi, a amatorem. Wyczuwa pan ten niuans?

— Przyznaję, że nie bardzo…

— Profesjonalista to nie ten, kto w stopniu doskonałym posiadł technikę rzemiosła, bo to akurat baron ma opanowane bezbłędnie, a ten, kto otrzymawszy zadanie, zawsze doprowadzi do pożądanego wyniku bez względu na zaistniałe okoliczności… A baron — tak wyszło — nigdy nie pracował za pieniądze. Nie jest związany ani przysięgą, ani umberto i przyzwyczajony jest do niesłychanego komfortu: robienia wyłącznie tego, co uważa za słuszne. I jeśli okaże się, że rozkaz przeczy jego wyobrażeniom o honorze i sumieniu, to on po prostu nie będzie go wykonywał. Będzie miał w nosie konsekwencje dla siebie osobiście i dla sprawy. Sam pan rozumie — miejsce takiego człowieka jest nie w szeregach służby wywiadowczej, a w wendotenijskim klasztorze…

— Chyba rozumiem, co pan ma na myśli — skinął w zamyśleniu głową Jakuzzi. — Baron żyje w świecie moralnych stereotypów i zakazów, nie do pomyślenia dla nas, zawodowców… Wie pan co? Odświeżałem sobie w pamięci jego dossier i natknąłem się na ciekawą rozmowę — przyjacielska rozmowa po pijaku. Zapytano go, czy jest zdolny uderzyć w razie konieczności kobietę? On przez jakiś czas zastanawiał się, i to zupełnie serio, a potem przyznał, że zabić może by i dał radę, ale uderzyć — nigdy, w żadnej sytuacji… Zresztą, jego teczka w ogóle jest zabawna. Powiem panu, że to nie dossier, a jakiś literacki pamiętnik: niemal połowa tego to wiersze i artystyczne przekłady. Pomyślałem wtedy, że takiego pełnego wydania takato Tangorna, jak ma nasz departament, nie znajdziesz nigdzie na świecie…

— Szkoda tylko, że będziemy mogli je opublikować nie wcześniej niż za sto dwadzieścia lat, zgodnie z prawem o odtajnieniu… O! Gondola… No to jak? Zakładamy się, że wykręci jakiś szalony numer i ostatecznie okręci sobie wszystkich dokoła palca?

— Mnie się wydaje, że raczej powinniśmy się modlić o przychylność Fortuny, a właściwie o błąd Marandila…

Mała trzymiejscowa gondola przycumowała do schodzących ku wodzie stopniom, żeby wziąć na pokład jegomościa w purpurowym płaszczu i kapeluszu z czarnym pióropuszem, a następnie zaczęła wolno przecinać toń jeziora. W tym momencie na twarzy Jakuzziego pojawił się jakiś senny wyraz; wyjął z kieszeni złocony sangwinowy ołóweczek, nakreślił nim kilka słów na serwetce, odwrócił ją tekstem do dołu i mówiąc: „Dobra. Można obstawiać…”, przekazał ołówek Almandinowi. Ten również coś napisał i obaj, nie odzywając się do siebie, zaczęli przyglądać się rozwojowi wypadków.

Gondola opisała niezupełnie zamknięty trójkąt i wróciła do schodów, sąsiadujących z tymi, skąd zaczęła swoją trasę. Miejsce to było okupowane przez grupę trędowatych, okutanych w pasiaste chałaty — tu żebrali o wsparcie. „Zimny trąd” jest chorobą śmiertelną i nieuleczalną, jednakże w odróżnieniu od „gorącego” praktycznie nie zakaźną — można się nią zarazić tylko zgniatając jeden z tych małych wyprysków, którymi pokryte są twarz i ręce chorego, lub na przykład pijąc mleko z tego samego kubka. Dlatego chorzy nigdy nie byli usuwani ze skupisk ludności, a khandyjscy hakimianie uważali ich nawet za szczególnie miłych Bogu. Dzień po dniu te żałosne postacie owinięte w pasiaste chałaty, bezgłośnie domagały się litości przechodniów i jakby przypominały im: porównajcie to z tym, co się wam wydaje nieszczęściem w waszym codziennym życiu… Trędowaci trwali w takim bezruchu, że wydawało się, iż tworzą jakąś architektoniczną kompozycję, coś jakby wymyślne pachołki do cumowania gondol. Dlatego, gdy jedna z tych owiniętych tkaniną postaci wstała i, nieco kulejąc, ruszyła po schodach, stało się jasne — oto, zaczęło się…

Trędowaty wszedł na górny stopień, w jego dłoni pojawiła się wyciągnięta z rękawa fioletowa chusteczka. W tej samej chwili grupa gapiów, kręcących się wokół ulicznego sztukmistrza, który żonglował trzema sztyletami o jakieś dwadzieścia jardów od schodów, rozpadła się: dwaj runęli w prawo i w lewo, odcinając człowiekowi w chałacie drogę ucieczki, a dwaj inni i sam sztukmistrz, chwyciwszy fruwające w powietrzu kindżały, rzucili się wprost ku zdobyczy. Teraz stało się jasne, że człowiek ów trochę źle obliczył odległość: zaczął schodzić ku wodzie, gdy gondola była za daleko — jakieś piętnaście jardów od brzegu. Zresztą, może by i zdążył wskoczyć do łódki i uratować się, ale przeszkodziło tchórzostwo pasażera w płaszczu i kapeluszu, który, widząc trzech uzbrojonych prześladowców, wystraszył się tak mocno, że gondolier, ulegając jego panicznej gestykulacji, zaczął wiosłować do tyłu, porzucając wspólnika pasażera na brzegu. Człowiek w chałacie rozpaczliwie miotał się na najniższym stopniu schodów — ratunku znikąd… Po kilku sekundach dopadli go „gapie”. W mgnieniu oka wykręcili mu ręce na plecy, a „żongler” niemal bez zamachu przysolił mu w wątrobę i natychmiast, jednym jakby ruchem, kantem dłoni w szyję. I już, po wszystkim. „Za tyłek, i do suki”.

Jednakże, gdy „trędowatego” zaczęli wlec ze schodów na nadbrzeże, dokoła zgromadził się oburzony tłum: do takiego traktowania chorych żebraków mieszkańcy Umbaru nie byli przyzwyczajeni. Dwaj przypadkowi hakimianie w żółtych tiubietiejkach pielgrzymów natychmiast zaczęli bronić „bożego człowieka” i awantura zaczynała powoli przeradzać się w bójkę. Ludzie Marandila ze wszystkich końców placu walili — ramię do przodu — przez gęstniejący tłum do miejsca wydarzeń, a gdzieś w oddali już rozlegał się szarpiący nerwy trel policyjnego gwizdka… Człowiek w purpurowej pelerynie w tym czasie wysiadł na brzeg, o trzy pary schodów od miejsca awantury, opuścił gondolę i niespiesznie zaczął się oddalać. Z daleka widać było, że los fałszywego trędowatego wcale go nie obchodzi.

— No, jak się panu podobał spektakl, drogi mój Jakuzzi?

— Wspaniały. Naprawdę w osobie Tangorna straciliśmy znakomitego reżysera…

W wyrazie twarzy zastępcy dyrektora do spraw operacyjnych nic się niby nie zmieniło, ale Almandii znał tego człowieka od wielu lat, i dlatego widział, że straszliwe napięcie, w jakim ten przebywał przez ostatnie dziesięć minut, rozmyło się, a w kącikach ust pojawił się nawet cień triumfującego uśmiechu. Cóż, to w końcu i jego zwycięstwo… Jakuzzi tymczasem zatrzymał przechodzącego obok kelnera:

— Przyjacielu, butelkę nurneńskiego!

— Nie boisz się wystraszyć Fortuny?

— Wcale. Wszystko już się dokonało, i mamy już Marandila w kieszeni.

Oczekując na wino, z zainteresowaniem przyglądali się, jak rozwija się sytuacja na nadbrzeżu. Bójka niespodziewanie się skończyła, choć rejwach chyba nawet się nasilił, a na miejscu awantury utworzyła się wolna przestrzeń, pośrodku której leżał człowiek w chałacie, usiłując wstać na nogi. „Gapie” i „żongler” całkowicie stracili zainteresowanie swą zdobyczą: nie tylko wypuścili ją z rąk, ale gwałtownie odskoczyli do tyłu. Jeden z nich oglądał swoje dłonie, a na twarzy miał wypisane przerażenie.

— Widzi pan, do chłopaków dotarło w końcu, że trędowaty jest prawdziwy! A nie jest to ten przypadek, o którym się mówi „lepiej późno, niż wcale”… Łapiąc go, na pewno rozgnietli masę ropni na rękach i wysmarowali się po czubki głów osoczem, tak więc — cała trójka już jest martwa… Reagują bardzo emocjonalnie, ale trudno mi ich osądzać… Dowiedziawszy się, że zostało im kilka miesięcy życia, jeśli to w ogóle można nazwać życiem, mogli stracić głowy. Trudno jest zachować kamienny spokój.

— Trędowaty, mam nadzieję, nie został pokrzywdzony?

— Och, na pewno nie! Sądzę, że każdy szturchaniec zaowocował co najmniej castamirką: Tangorn nie jest z tych bęcwatów, co to usiłują zaoszczędzić na drobiazgach… Jak to się mówi u nich, tam na Północy, nie próbuje się „z gówna zbierać śmietany”, czy tak?

Gdy złote nurneńskie małymi gejzerami zakipiało w kieliszkach, Jakuzzi bezczelnie — mógł sobie na to dziś pozwolić — zapytał:

— Kto płaci?

Almandin skinął głową i odwrócił swoją serwetkę, potem porównał oba zapisy i uczciwie przyznał:

— Będę musiał ja.

Na jego serwetce napisane było jedno słowo: „Gondolier”, a jego zastępca napisał: „Gondolier — T. Na brzegu odbędzie się akcja osłonowa”.

44

Gdy na nadbrzeżu ucichły ostatnie odgłosy awantury, a trędowaty zajął swe normalne miejsce, Almandil zapytał:

— Słuchaj, a gdybyś to ty był na miejscu tego bałwana Marandila? Nie pytam: czy potrafiłbyś ująć barona, bo to uwłaczające pytanie, ale ciekawi mnie, ilu ludzi byś potrzebował? W porównaniu do tych trzydziestu dwóch?

Jakuzzi milczał pół minuty, obliczał coś, przypatrując się nadbrzeżu, a potem orzekł:

— Trzech. Przy tym wcale nie trzeba by było angażować jakichś wspaniałych fechmistrzów czy innych mistrzów walki wręcz. Musieliby tylko mieć podstawy pracy z jedwabną siecią. Widzi pan — wszystkie trzy kanały wpadają do jeziora pod niskimi mostkami: ich prześwity to mniej niż dziesięć stóp. Stawiam na każdym z nich po jednym człowieku. To, że przedmiotem akcji jest gondolier, wiadomo, ale i tak mielibyśmy umówiony system sygnalizacji… Gdy przepływa pod mostkiem, oper rzuca sieć, potem skok na dół, do gondoli, i ukłucie igłą zanurzoną wcześniej w soku mancenilli… Pan miał całkowitą rację, szefie: ten jego zamysł to najczystsza afera obliczona na durnia. Manewr osłonowy z trędowatym był niezły, ale to nie zmienia sedna sprawy… Żaden zawodowiec nie wsadzi w ten sposób łba w pętlę. To rzeczywiście amator — wspaniały i fartowny. Uda mu się raz, drugi, ale za trzecim skręci sobie kark…

— Popatrz — przerwał mu Almandił, wskazując palcem na przeciwległy koniec placu — nasz niezastąpiony Waddari już chwyta biednego Marandila za różne takie czułe miejsca… Ten nie odpuści nikomu! A przy okazji. Sam pójdziesz werbować kapitana, czy poślesz kogoś ze swych ludzi?

Kafejka była identyczna jak ta, w której siedziało szefostwo DSD: takie same plecione krzesła, taki sam pasiasty dach — tylko atmosfera przy stoliku była znacznie mniej świąteczna. Gondorski rezydent był po prostu załamany: nie odrywając spojrzenia od leżącego na obrusie żetonu — „Karanir, kapral Tajnej Straży Jego Królewskiej Mości Elessara Kamienia Elfów” — kiwał głową, wsłuchując się w słowa Waddariego:

— Tak więc, baron dziś po prostu sprawdzał czy w „Morskim koniku” łapano go przypadkowo, czy to zaplanowana akcja. Teraz już wie wszystko i przekazuje panu ten żeton, a słowami oto dosłownie co: „Ja was nie ruszałem, ale skoro chcecie wojny, to ją macie. A skoro mało wam siedmiu nieboszczyków, to otwieram sezon polowań na waszych ludzi w całym Umbarze. Jeszcze zobaczycie, co to znaczy samotny mistrz przeciwko zgrai obdartych darmozjadów”. Zresztą, to już pana z nim rozliczenia, mnie to nie rusza. Ale my mamy jeszcze pewną sprawę…

— Jaką znowu sprawę? — Marandilowi, jak się wydaje, było już wszystko jedno. Nawet jego „goryle”, sterczący dla asekuracji przy pobliskim stoliku, widzieli, że z szefem nie jest dobrze.

— Bardzo prostą. Jeśli Tangorn nie przyszedł na spotkanie ze mną to pół biedy. Ale jeśli przyszedł, a wyście wszystko spartolili i nie skumali kim jest gondolier — to już zupełnie inna działka. Nie wiem czy głowę, ale oficerskie sznury za taką wpadkę na pewno ci zdejmą… Ale ja mam zaraz pisać protokół ze spotkania — list Tangorna przyszedł na policję zwykłą pocztą i został zarejestrowany w kancelarii… Hej, przestań mi tu durnia strugać! Ja ci dam sygnał do „goryli”! Ja też tu nie jestem sam… Myślisz, że mnie sprzątniesz i sprawa przyschnie? No właśnie, siadaj sobie spokojniutko… Co to za jakieś północne obyczaje? Zabierać siłą, to, co ci proponują żebyś kupił? Uwierz, jest mi wszystko jedno, kto w moim raporcie będzie siedział w gondoli… Co tak milczysz?

— Nie rozumiem…

— Chłopie, tyś chyba ze smutku zupełnie zgłupiał. To proste jak świński ogon: pięć dunganów — i nie było żadnego gondoliera. To znaczy był, ale nie Tangorn. Wart jest kapitański żeton pięciu dunganów, jak sądzisz?

Gdy inspektor wrócił do swego nieprzytulnego kawalerskiego mieszkania, zdążył już oszacować propozycję Tangorna. Oczywiście, baron nie ryzykował dzisiaj życia tylko po to, żeby wykończyć trzech gondorskich operacyjnych i oficjalnie oświadczyć Marandilowi: „Oko za oko!” Prawdziwym celem było, choć to może brzmi dziwnie, spotkanie z Waddarim, którego chciał wynająć do pewnego delikatnego zadania. Praca nie była specjalnie skomplikowana, (problemem mógł być tylko termin — zaledwie tydzień), ale bardzo niebezpieczna: każdy błąd zaprowadzi inspektora prosto do śmierdzącej krwią, spalonym mięsem i przedśmiertnymi torsjami piwnicy na Nadmorskiej 12. W przypadku zaś sukcesu baron gotów był wyasygnować sto pięćdziesiąt dunganów — wynagrodzenie komisarza policji za dwanaście lat uczciwej służby. Waddari oszacował ryzyko i uznał, że sprawa jest tego warta. Waddari nigdy nie był tchórzem i skoro podjął się zadania, to zawsze doprowadzał je do końca.

— Sądząc po triumfującej minie, można panu pogratulować zwycięstwa, mój drogi Jakuzzi.

— To było nawet łatwiejsze niż sądziłem — pękł natychmiast. — „Jeśli powiadomimy minastirirski Ośrodek o historii gondoliera, który zwiał trzydziestu dwóm wywiadowcom, to stanie się jasne, że dwukrotnie miał pan Tangorna w ręku i dwukrotnie go pan wypuścił. Żaden kontrwywiadowca nie uwierzy w takie przypadki. „Pracuje pan z baronem w parze i na dodatek, kryjąc wspólnika, z zimną krwią zamordował siedmiu swoich podwładnych — Oto jak to będzie wyglądało podczas śledztwa. Skierują pana do piwnicy, wytłuką przyznanie o pracy dla Emyn Arnen, a następnie zlikwidują”. Ten logiczny łańcuch wydał mu się niepodważalnie trafny, i podpisał zgodę na pracę dla nas. Tak więc, niech sobie Maccarioni forsuje prace w Barangarze — gondorska rezydentura ogłuchła i oślepła… A wie pan, czego zażądał jako zapłatę? Okazało się, że teraz w Umbarze, oprócz ludzi Marandila, pracuje specjalna drużyna, podporządkowana bezpośrednio Ośrodkowi…

— Ach tak?

— Barangarem na szczęście się nie zajmują. Nie wiadomo dlaczego gonią Tangorna, odsunąwszy od tej sprawy miejscowe siły. Dowodzi nimi niejaki porucznik o ksywie Ichneumon, mający mandat z sygnaturą „RUN”. Jak twierdzi Marandil — profesjona lista najwyższej klasy…

— Bardzo interesujące…

— Marandil złamał jego bezpośrednie polecenie — miał zapomnieć o istnieniu Tangorna, i może zostać aresztowany, gdy tylko wiadomość o niewykonaniu rozkazu dotrze do porucznika. Tak więc, kapitan życzy sobie — „w celu uniknięcia kolizji interesów” — byśmy zlikwidowali swoimi siłami tego Ichneumona i jego ludzi. Wydaje mi się, że jego prośba nie jest pozbawiona sensu. Musimy wszak teraz tego bydlaka chronić jak źrenicę oka — przynajmniej do chwili rozpoczęcia „Sirocco”. Jednym słowem, szefie, nie uda się panu uniknąć zdobywania w prokuraturze generalnej sankcji. Nasz najdroższy Almaran wielce przestrzega przepisów i zawsze miota się jak smród po spodniach z powodu likwidacji, ale w tym przypadku musi nam pójść na rękę…

— A nie boisz się, że zapyta siebie: „Człowiek, opatrujący zgodą wniosek o zlikwidowanie kadrowego oficera gondorskiego wywiadu. Czy długo potem jeszcze pożyje i jaka śmierć mu pisana?”

— Almaran to czyścioszek i maracz, ale nie tchórz. Pamięta pan sprawę Arreno, kiedy miał w nosie pogróżki i naciski dwóch senatorów i wysłał na szubienicę trzech przywódców zamorro? A w przypadku Ichneumona wszystko jest jasne: nielegalny, do Umbaru przybył na lewych papierach, sam przygotowywał porwanie i zabójstwo… Nie, nie powinno być żadnych problemów.

— Słusznie: od tego końca — nie. Prawdziwy problem polega na tym, że tych ludzi należy jeszcze zlokalizować…

— Znajdziemy! — zuchowato obiecał zastępca do spraw operacyjnych. — W tym mieście na razie my rządzimy. Odnalezienie Tangorna to kwestia jednego, dwóch dni, a na tę przynętę wyłapiemy i tych, co na niego polują.

— No, no…

To „no, no” Almandiia było prorocze. Operacyjni z DSD przeszukali Umbar, co się zowie — od kila do jabłka masztu, ale nie znaleźli ani Ichneumona, ani Tangorna: obaj porucznicy jakby się zapadli… A zresztą, dlaczego „jakby”? Czwartego dnia poszukiwań stało się jasne: obu poszukiwanych nie ma w mieście i najprawdopodobniej ciało barona kisi się w którymś z kanałów, a Ichneumon już zszedł z pokładu gdzieś w Pelargirze, by zameldować o pomyślnym wykonaniu zadania… No i, niech ich obu diabli — niebezpieczne dla Marandila chwile minęły, a wpychać nosa w ich sprawy wcale nie miał zamiaru.

Najciekawsze jest jednak, że meldunek umbarskiej tajnej służby, w którym donosiła ona o nieobecności Tangorna w mieście, dokładnie odpowiadał prawdzie. Baron w tym czasie dawno już przebywał na pokładzie zakontraktowanej przez niego feluki „Latająca rybka”, która przez wszystkie te dni dryfowała o jakieś dziesięć mil od wybrzeża na trawersie przylądka Djurindjol — na południe od Umbaru, poza głównymi szlakami wodnymi. Trzej przemytnicy, załoga feluki — Wujaszek Sarakesz z parą swych „bratanków” — uważali podobne spędzanie czasu za dziwne, jednakże opinie te zachowali dla siebie, słusznie uważając, że człowiek, płacący pół setki dunganów za trzytygodniowy fracht ma prawo do dziwactw i spokoju. Nawet jeśli niechcący wpakowali się w jakąś poważną aferę typu ubiegłorocznego napadu na złoty transport skarbca Republiki, to te dungany warte są ryzyka. Zresztą, pasażer mało był podobny do człowieka interesu, choć polecał go sam Kulawy Vittano, którego żartem i nie w oczy nazywano „Książę Harmiański”. Ubiegłej nocy, z dwunastego na trzynasty czerwca, załoga miała w końcu okazję zademonstrowania zleceniodawcy swych zawodowych umiejętności. „Latająca rybka” pod nosem szybkich galer straży przybrzeżnej przemknęła w koronkowe wybrzeże szkierowe, otaczające zachodni kraniec zalewu Harmiańskiego; w jednym z nie rzucających się w oczy zalewów wzięli na pokład — po towarzyszącej tego typu operacjom wymianie sygnałów — pocztę dla barona, a następnie ponownie wycofali się za Djurindjol.

Autorem jednego z listów był Waddari. Inspektor powiadamiał, że zadanie zostało wykonane: ustalił adresy dwóch zakonspirowanych mieszkań, które posiada w mieście rezydentura Gondoru, i zebrał pełną informację o ich najemcach i systemie ochrony. A co do drugiej pozycji, jak przewidywał Tangorn, nie udało się nic załatwić: wszystkie osoby, biorące udział w historii z okrętami dla Aragorna, albo umarły — w wyniku szybko przebiegających chorób i nieszczęśliwych przypadków, albo doznały dogłębnej utraty pamięci, a dokumenty kancelarii portu zostały poprawione i to bez jakichkolwiek widocznych śladów. Krótko rzecz ujmując, wyglądało na to, że cała flota umbarskich okrętów w ogóle nie istniała. Dalej było jeszcze śmieszniej: owszem, obaj przesondowani na tę okoliczność senatorowie jednogłośnie twierdzili, że sami wprawdzie nie pamiętają tego posiedzenia, na którym zapadła decyzja o wystąpieniu po stronie Gondoru w Wojnie o Pierścień, ale wszystko to na pewno można odnaleźć w protokołach Senatu z dnia dwudziestego dziewiątego lutego. Natomiast próba uświadomienia prawodawcom, że obecny rok zgoła przestępnym nie jest, przyjęta została przez nich jako głupi żart. Z całej tej historii sączył się jakiś swąd siarki, i Tangorn z całego serca ucieszył się z decyzji Waddariego, by nie ujawniać się z powodu przesadnego zainteresowania okrętową aferą i nie sprowokować kolejnego nieszczęśliwego wypadku.

Tym cenniejsza stawała się druga informacja — wiadomości zebrane przez Elwiss i przesłane przez Waddariego, a potem przez ludzi Vittano. Rozmawiała z wieloma spośród swoich przyjaciół w artystycznych kręgach i kręgach ludzi interesu. Temat rozmów był zupełnie niewinny i nie powinien zaniepokoić tych, którzy mogli jej pilnować w tym czasie — i z DSD, i z Nadmorskiej 12. Najważniejsza informacja, jak to często bywa, leżała na samym wierzchu, a sytuacja wyglądała tak…

Mniej więcej trzy lata temu, gdy na północy zaczynała dojrzewać wojna, wśród umbarskiej młodzieży niespodziewanie rozkwitło powszechne zainteresowanie elfami. Dla niektórych, tych o nieskomplikowanych umysłach, skończyło się to modą na elfickie symbole i pieśni, a osobniki bardziej inteligentne zostały zainteresowane ich ideologią, a ta, przynajmniej w streszczeniu Elwiss, wyglądała jak najdziksza mieszanka nauk khandyjskich derwiszów („Nic nie mieć, niczego nie pożądać, niczego się nie bać”) i mordorskich anarchistów („przebudowa społeczeństwa na bazie całkowitej wolności jednostki i społecznej równości”), doprawiona sielankowymi bredniami o „powszechnym jednoczeniu się z Przyrodą”. Można się tylko dziwić, jak mogli dać się złapać na taką kretyńską paplaninę młodzi umbarscy intelektualiści. Ale łapali się, łapali! Nawet więcej — po jakimś czasie okazało się, że nie być nosicielem tej ideologii jest po prostu nieprzyzwoite i wręcz niebezpieczne: osoby, wypowiadające opinie w innym tonie niż zachwyt i rozczulanie, poddawane były ostracyzmowi i jawnej nagonce — „dzieci są zawsze okrutne”.

A po roku wszystko się skończyło — tak samo niespodzianie, jak się zaczęło. Z całego tego ruchu, a był to bez wątpienia zorganizowany ruch, została tylko artystyczna szkoła elfinarów, bardzo ciekawy wariant prymitywizmu, a do tego dziesięciu półgłówkowatych guru, wygłaszających natchnione przepowiednie, według których wkrótce całe Sródziemie miało się stać jednym wielkim Złotym Lasem. Głównym ich jednakże zajęciem było obgadywanie kolegów i dymanie oszołomionych trawką małolat ze swego stada… Poważni młodzi ludzie oderwali się od tych wszystkich zabaw i wrócili na łona swych rodzin, z którymi przez rok byli bez kontaktu. Ich wyjaśnienia nie były specjalnie oryginalne — od „diabli mnie skusili” do „kto w młodości nie był rewolucjonistą jest pozbawiony serca, a kto następnie nie został konserwatystą — pozbawiony jest mózgu”, a zresztą, jakie szczegółowe wyjaśnienia potrzebne są rodzicom, którzy ponownie mają swą latorośl przy rodzinnym stole? Wszystko to można by uważać za jakąś bzdurę, nie zasługującą na specjalną uwagę — w końcu młodzież zawsze musi się jakoś wyszumieć — gdyby nie jedna jedyna okoliczność.

Chodziło o to, że nawróceni — a wśród nich były dzieci najznakomitszych rodów Republiki — co do jednego gwałtownie zainteresowali się służbą państwową, czego w środowisku „złotej młodzieży” nigdy wcześniej nie obserwowano. Przemiana spędzającego połowę życia w środowisku cyganerii marzyciela albo salonowego lenia we wzorowego urzędnika jest dziwna, ale gdy takich przypadków są dziesiątki, a nawet setki, to jest w tej prawidłowości coś niepokojącego. Jeśli jeszcze dodamy, że w ciągu ostatnich dwóch lat wszyscy zrobili fantastyczne kariery (demonstrując przy tym zadziwiającą solidarność i pomoc wzajemną, mocniejszą od więzów zamorro) i wyraźnie wspinali się po szczeblach administracyjnych stanowisk, to sytuacja ta zaczynała wręcz przerażać. Nie pozostawało najmniejszych złudzeń: za siedem, osiem lat właśnie ci ludzie zajmą kluczowe stanowiska we wszystkich umbarskich urzędach — od MSZ do Admiralicji, od Skarbu do tajnej służby i bez rozlewu krwi, nie łamiąc żadnych przepisów, przejmą wszystkie sfery realnej władzy w Republice. Najdziwniejsze zaś było to, że nikogo w Umbarze to nie obchodziło, chyba, że jakiś stetryczały urzędas rozczuli się i wy mamrocze: „O, narzekamy na naszą młodzież, a ona, oho-ho! Orły! Dla dobra ojczyzny…”

Tangorn odłożył wykonany przez Elwiss wykaz mniej więcej trzydziestu „nawróconych na łono” i głęboko zamyślony patrzył na wiszącą w powietrzu za rufą „Latającej rybki” mewę. Zastygła w błękicie przestworzy, przypominając „ptaszka” na marginesie; tego „ptaszka”, którym powinien zaznaczyć zaraz jedno z nazwisk na liście — tej osoby, którą trzeba będzie rozpracować. Nie chodziło o trudności konkretnego wyboru, smutne było to, że ci ludzie — sądząc z tego, co o nich wiedział — byli naprawdę mu mili. Idealiści, których uczciwość porównywalna jest co najwyżej do ich naiwności… Niestety, było wręcz niemożliwe wytłumaczyć im, że w samym Lorien, w tym prawdziwym, a nie tym wytworzonym w ich młodzieńczych wyobrażeniach, jeśli można sądzić, ani wolnością, ani bezklasową społecznością nawet nie pachnie, i że owa „sprzedajna zgniła pseudodemokracja”, która ich na swoje nieszczęście wychowała, ma cały szereg zalet w porównaniu z teokratyczną dyktaturą.

Tak więc, szuka najbardziej sympatycznych i być może najbliższych mu duchowo ludzi w Umbarze.

Szuka ich, żeby zabić.

Jak to mawiał Haladdin? „Czy cel uświęca środki? Problem, w sumie, nierozwiązywalny”.

45

Umbar, ulica Latarniowa

Noc z 14 na 15 czerwca 3019 roku

Umbarczycy jednogłośnie twierdzą, że człowiek, który nie widział Wielkiego Karnawału, nie widział niczego w swoim życiu; brzmi to może przesadnie bezapelacyjnie, ale taka opinia jest w pewnym sensie uzasadniona… Nie chodzi nawet o piękno nocnych fajerwerków i pochodów przebierańców, choć i te są wspaniałe. Niezmiernie ważne jest co innego. Druga niedziela czerwca to dzień, kiedy walą się wszystkie bariery społeczne: uliczne dziewki stają się szlachetnymi pannami z dobrych domów, a panienki — dziewkami, natomiast w parze komediantów, którzy na role odgrywają na ulicy scenki z życia słynących z tępoty górali Półwyspu, równie dobrze jeden może być senatorem, a drugi — członkiem gildii żebraków. To jest bowiem dzień, kiedy czas zaczyna się cofać, i każdy może wrócić do swej wspaniałej, lekkomyślnej młodości i posiąść ciepłe, czułe usta nieznajomej w czarnej maseczce, którą udało się porwać w tanecznym wirze. To dzień, kiedy grzechem jest bogacić się, a kraść — świństwem. Tego dnia wolno wszystko, prócz jednego — naruszać incognito partnera.

W tym sensie działania pary szlachetnych panów, którzy odłączyli się od owiniętego serpentynami korowodu oddalającego się przy akompaniamencie huku petard od skrzyżowania ulicy Latarniowej i Zaułka Miętowego, należy uznać za niegodne, choć działali oni w szlachetnym celu. Ci dwaj, jeden w różnokolorowym trykocie cyrkowego akrobaty, drugi cały obwieszony dzwoneczkami błazna, pochylili się nad leżącym na ziemi człowiekiem ubranym w granatowo-złoty płaszcz astrologa. Niezbyt umiejętnie usiłowali doprowadzić go do przytomności — „Hej, co tam?” — zdjąwszy z niego przy tym srebrną maskę. Wyczuwało się, że „ratownicy” sami ledwo utrzymują się na nogach.

Z zaułka wyfrunęło w ich kierunku stadko trzech dziewczyn w dominach różnego koloru.

— Kawalerowie, kawalerowie! — zaszczebiotały, klaszcząc w dłonie. — Akurat po jednym dla każdej! Zaklepuję sobie akrobatę! Pójdziesz ze mną, chłopczyku?

— Uważaj na zakrętach, koleżanko! — warknął nagabnięty. — Nie widzisz, że nasz koleś zupełnie wysiadł…

— Och, biedny… Przesadził, tak?

— A kto to wie. Niby zupełnie dobrze tańczył w korowodzie, i nagle ni stąd, ni zowąd — łup — i już „zdrewniały”. I wcale tak dużo nie pił…

— A może się ocknie, jak go pocałuję? — kokietowało niebieskie domino.

— Proszę bardzo, skarbie! — uśmiechnął się błazen. — Jak się zhaftuje to, wiadomo, ulży mu…

— Fuj, ale z ciebie… — obraziła się dziewczyna.

— Dobra, dziewczyny, nie obrażajcie się jak myszy na ser — ugodowo powiedział akrobata i twardą ręką objął bordowe domino nieco powyżej talii. Usłyszał za to namiętne: „Ach, bezczelny!” — Dziewczyny, jesteście wspaniale, kochamy was do szaleństwa, i tak dalej… Macie coś do wypicia? Szkoda. Zróbmy tak — wy ruszajcie po Miętowym na nadbrzeże, weźcie tam nurneńskiego dla całego towarzystwa… — z tymi słowami podał dziewczynie portmonetkę nabitą drobnymi srebrnymi monetami — … i, najważniejsze, zdobądźcie miejsca blisko kapeli. A my was dogonimy za jakieś pięć minut. Tylko odciągniemy tego zielonego pijusa tam na skwerek, niech się zdrzemnie na trawce… Ach, żeby go licho, przyczepił się…

A kiedy dziewczyny, stukając obcasikami po kocich łbach, zniknęły w przecznicy, błazen, jakby jeszcze nie wierząc samemu sobie, pokręcił głową i odetchnął:

— Uff! Już myślałem, że to koniec i przyjdzie im sprzedać kosę…

— Tak, wiadomo: jesteś miłośnikiem prostych i szybkich rozwiązań — mruknął akrobata. — Trzeba cię pilnować jak dziecka. A gdzie byśmy te trzy trupy ukryli? Nie pomyślałeś, prawda, mądralo?

— Nie pomyślałem — uczciwie rozłożył ręce błazen. — No to jak, panie szefie? Jedziemy dalej?

— Jasne. Ale — kosa, nie kosa, trza będzie za nimi potuptać… Nie wiadomo, co to za dziewuchy, chociaż na osłonę nie wyglądają. Ruszaj za nimi na nadbrzeże, a jakby co, zaraz z powrotem.

— A pan? Sam tu?

— Mancenilla nie zawodzi. Chłop się ocknie najwcześniej za godzinę. Narzuć mi go na grzbiet. — Akrobata przyklęknął na jedno kolano obok nieruchomego astrologa. — Te sto jardów jakoś poradzę sobie sam.

Astrolog wynurzał się ze swego narkotycznego oszołomienia wolno i z trudem; gdy tylko ujawnił pierwsze oznaki życia, ktoś zacisnął mu nozdrza i wlał do otwartych ust zawartość flakonika — stymulator na bazie coli. Czas naglił, należało spieszyć się z przesłuchaniem. Mężczyzna rozkaszlał się i otworzył oczy. Od pierwszego spojrzenia pojął gdzie się znajduje, zresztą — nie było to trudne… Pomieszczenie bez okien, ale raczej niski parter niż piwnica, dwaj ludzie w karnawałowych kostiumach — cyrkowego akrobaty i błazna. Zaraz… No tak, przecież tańczyli razem w jednym korowodzie, a potem — tak! — właśnie ten akrobata dał mu łyknąć wina ze szklanej manierki z wytłoczonymi na niej wesołymi dalekowschodnimi smokami… Wino było dobre, tylko po kilku łykach wycina w pień, a potem człowiek odzyskuje przytomność nie wiadomo gdzie, ręce ma przywiązane do podłokietników fotela, a na taborecie przed nim stoi blaszana miska z narzędziami, na widok których wszystkie wnętrzności jakby zanurzyły się w lodowatym śluzie… Ale o co chodzi? Przecież dobrze pamięta, że akrobata też łykał z tej samej butli… odtrutka? A, diabli, co to teraz za różnica… Ważne kim są… DSD? Czy może Nadmorska 12? Przeniósł wzrok na rozjaśniane purpurowymi rozbłyskami oblicze błazna, który rzeczowo gmerał w węglach wypełniających duży piecyk, i wzdrygnął się — i to tak, że niemal chwycił go skurcz mięśni grzbietu.

— Pan Algali, młodszy sekretarz MSZ, jeśli się nie mylę? — przerwał ciszę akrobata; siedział nieco dalej, uważnie przypatrując się swemu jeńcowi.

— Nie mylicie się. Z kim mam honor? — Ofiara opanowała się już i na zewnątrz nie ujawniała strachu, tylko zdziwienie.

— Moje imię nic panu nie powie. Reprezentuję Tajną Straż Odrodzonego Królestwa i mam nadzieję, że uda nam się nawiązać współpracę z panem. Tu otoczenie nie jest tak miłe jak na Nadmorskiej 12, ale piwnica nasza nie ustępuje specjalnie tamtej…

— Dziwnie pan werbuje agentów, słowo honoru — wzruszył ramionami Algali; w jego wzroku pokazała się na chwilę ulga. — Może już czas zrozumieć, że tu, na Południu, każdą rzecz można kupić, a to łatwiejsze niż odbieranie siłą. Chce mnie pan zwerbować do swojej siatki? Ależ, proszę bardzo! Po co zatem było urządzać ten kretyński spektakl?

— Spektakl nie jest taki głupi jak się panu wydaje. Przecież potrzebujemy nie dokumentów o sytuacji w Khandzie, do których ma pan dostęp w pracy, a czegoś zupełnie innego.

— Nie rozumiem… — Sekretarz uniósł brew.

— Może już dajmy sobie spokój z tymi wygłupami! Przecież już wszystko zrozumiałeś, jeśli nie jesteś durniem… Potrzebna nam jest elficka siatka, w której siedzisz: imiona, kontakty, hasła. No?!

— „Elficka siatka”? Czy wyście się koknary nawąchali? — prychnął Algali, chyba odrobinę za bardzo niedbale niż należałoby w jego sytuacji.

— Posłuchaj mnie teraz uważnie. Okropnie mi się nie chce sięgać do tego wszystkiego — akrobata szerokim gestem wskazał piecyk i miskę — okropnie… Są zatem dwa warianty, albo powiesz wszystko, co wiesz, po czym wracasz do domu i spokojnie pracujesz dla nas. Albo powiesz wszystko, ale już z naszą pomocą — znowu skinął na piecyk — i wtedy już stąd nie wyjdziesz. Twój wygląd — sam rozumiesz — mógłby porazić uczucia elfickich przyjaciół. Mnie się bardziej podoba pierwszy wariant, a tobie?

— Mnie też. Ale nie mam nic do powiedzenia i tak, i siak. Spudłowaliście. Po prostu nie jestem tym, kogo potrzebujecie.

— To twoje ostatnie słowo? Mam na myśli — ostatnie zanim zaczniemy?

— Tak. To pomyłka, nawet nie słyszałem o jakiejś elfickiej sieci.

— No i tu wpadłeś, chłopcze — głos akrobaty ociekał zadowolonym śmiechem. — Rozumiesz, gdybyś był zwyczajnym umbarskim urzędnikiem, to tłukłbyś się teraz w histerii z gębą zlaną smarkami, albo zacząłbyś tę siatkę tworzyć z głowy. My, oczywiście, łapalibyśmy ciebie na kłamstwie, ty byś zaczynał od nowa… Ale ty nawet nie próbujesz zyskać na czasie. Tak więc, nawet jeśli miałem jakieś wątpliwości, co do twojej osoby — to już ich nie mam. Masz jakieś kontrargumenty?

Algali milczał — nie miał co odpowiedzieć. A najważniejsze — spłynęła nań nie wiadomo skąd dziwna obojętność. Siła, za której cząstkę uważał siebie, przyszła mu na pomoc, poczuł niemal fizycznie jej obecność — jakby dotknięcie czułych matczynych dłoni: „Wytrzymaj, synku! Trzeba cierpieć, ale to nie potrwa długo, i nie będzie takie straszne… Nie bój się, jestem tu, z tobą!” I — dziwna sprawa — niewidzialną obecność tej siły wyczuł również akrobata; wystarczyło mu tylko jedno spojrzenie na obojętny uśmiech Algalego, by zrozumieć: koniec! Umknął, bydlak, przeciekł między palcami. Teraz już nie jest w jego władzy, można z nim robić co się chce — umrze i nie powie ani słowa. To się zdarza, nieczęsto, ale się zdarza… I wtedy po prostu uderzył w twarz przywiązanego do krzesła człowieka, wkładając w ten cios całą swą wściekłość:

— Ty gnoju, ty elficka szmato! — rzucił, przyznając się tym samym do porażki.

— „Elficka szmato”? Interesujące!

Nikt nawet nie zauważył, że przez drzwi przeniknął czwarty przebieraniec, w kostiumie zbója-masztanga. Zresztą, miecz masztanga miał cechy wyraźnie nie karnawałowe, a uderzenie rękojeści w skroń akrobaty natychmiast wyłączyło tamtego z dalszego ciągu wydarzeń. Błazen tymczasem zdołał odskoczyć w bok i obnażyć swoją klingę, ale mało co mu to pomogło: zbyt wielka była różnica w klasie szermierzy, tak więc gość potrzebował nie więcej niż dziesięciu sekund, by długim ukośnym cięciem otworzyć pierś błazna — tak, że trykająca we wszystkie strony krew chlapnęła też na astrologa. Starannie wytarłszy ostrze miecza podniesioną z podłogi szmatą, masztang przez chwilę przyglądał się z niezadowoleniem jeńcowi.

— Jeśli dobrze zrozumiałem, szlachetny panie, to ci chłopcy usiłowali przykleić pana do elfickiego podziemia. Czy nie tak?

46

— Nie rozumiem, o czym pan mówi. — Wymowa Algalego pozostawiała wiele do życzenia: obmacywał teraz językiem ruszające się zęby i usiłował oszacować straty.

— Do diaska, młodzieńcze, nie jestem durniem, który pyta czy należy pan do podziemia! Ja pytam, czego chcieli ludzie z Tajnej Straży Aragorna?

Algali milczał, usiłując rozeznać się w sytuacji. Wszystko to wyglądało na kiepski spektakl, gdzie odważny wybawiciel, „cały na biało”, wyskakuje z komina akurat w chwili, kiedy księżniczka już trafiła w owłosione łapska herszta zbójów, ale jeszcze nie straciła cnoty… Dokładniej — wyglądałoby, gdyby nie szereg okoliczności: miecz, którym masztang rozciął krępujące go rzemienie był prawdziwy, cios w pierś błazna — sądząc po odgłosie — również prawdziwy, a krew, której krople otarł Algali ze swego policzka, była rzeczywiście krwią, a nie sokiem z porzeczek… W sumie, wyglądało, że rzeczywiście niechcący trafił w jakieś obce machinacje. Cóż, gorzej niż było nie będzie.

— Przy okazji — jestem baron Tangorn. A pan jak ma na imię, chłopcze?

— Algali, młodszy sekretarz MSZ, do usług.

— Bardzo mi miło. Przeanalizujmy zatem położenie. Moje pojawienie się tu wygląda jak „fortepian w krzakach” — takie przypadki zdarzają się tylko w książkach, przez co wydaję się panu osobnikiem niewątpliwie podejrzanym…

— O, dlaczego. Jestem panu bardzo wdzięczny, baronie. — Algali aż przesadnie skłonił się przed wybawcą. — Gdyby nie pańska szlachetna interwencja, na pewno czekałby mnie dość fatalny koniec. Ci ludzie, uwierzy pan lub nie, wbili sobie do głowy, że przynależę do jakiejś elfickiej organizacji…

— No to teraz rozpatrzmy to z mojego punktu widzenia. Ja — proszę mi wybaczyć — założę, że moi gondorscy koledzy nie pomylili się… I proszę mi nie przerywać! — Tu w głosie masztanga wyraźnie zgrzytnął metal oficerskiego tonu. — Tak więc, przybyłem do Umbaru z Ithilien z misją specjalną: nawiązać kontakt z elfami i przekazać im pewną ważną informację — jasna sprawa, że nie za darmo. Niestety, o misji tej dowiedział się Aragorn, który zamierza przeszkodzić mi w przekazaniu tych informacji. Dla niego to też sprawa życia i śmierci. Jego Tajna Straż zaczęła na mnie polowanie. Trzeciego czerwca usiłowali ująć mnie w tawernie „Morski konik”, i od tamtej pory gramy ze sobą w kotka i myszkę po całym mieście. Co prawda, w trakcie zabawy myszka stała się skorpionem — te rozgrywki kosztowały ich siedmiu nieboszczyków a, licząc tego — niedbale skinął głową w stronę błazna — już ośmiu… Tak więc, dziś wieczorem w końcu wymacałem jeden z ich konspiracyjnych lokali, Latarniowa 4. Składam im rzecz jasna wizytę i co się ukazuje oczom moim? Ludzie z Tajnej Straży z oddaniem, zupełnie zapomniawszy o zewnętrznej ochronie willi, przepytują człowieka z jakoby elfickiej siatki — tej właśnie, której od dwóch tygodni szukam… Więc jak mój „fortepian w krzakach”? Który z naszych „przypadków” jest bardziej podejrzany?

— Hm, jeśli rozpatrywać je teoretycznie…

— Och, oczywiście, że teoretycznie! Przecież się umówiliśmy, że pańska przynależność do elfickiej siatki jest niczym innym jak tylko warunkowym założeniem… No więc, nie bacząc na to wszystko, jestem skłony uwierzyć w pańską opowieść. Jeśli mam być szczery, to po prostu nie mam wyboru. Najpierw musi się pan ukryć…

— Nawet mi nie w głowie! Mnie te wasze szpiegowskie gierki…

— Słuchaj, jesteś idiotą, czy co? Skoro już wpadłeś w oko ludzi z Nadmorskiej 12 to koniec, jesteś załatwiony! Udowodnisz im, że nie należysz do elfickiej siatki tylko umierając w torturach. Wtedy rozłożą ręce i powiedzą: „A to ci historia, pomyliliśmy się…” Nawet jeśli naprawdę nie jesteś w tej siatce, ani na jawie, ani we śnie — szukaj dziury, w której uda ci się ukryć, a mnie — zauważ — zupełnie nie interesują twoje problemy i nie mam zamiaru proponować własnych dziurek… Ale jeśli naprawdę jesteś z elfickiego podziemia, będziesz musiał po takim „cudownym uwolnieniu” długo i mętnie tłumaczyć się przed własną służbą bezpieczeństwa — czy jak tam się ona u was nazywa. Powiesz im po prostu: baron Tangorn z Ithilien szuka kontaktu z Elandarem…

— Pierwszy raz słyszę to imię.

— Nie dziwota — to nie twoja szarża. Tak więc, jeśli twoi przełożeni uznają, że sprawa jest godna uwagi, czekam na ciebie o siódmej wieczorem w piątki w restauracji „Zielona makrela”. Ale koniecznie przekaż, że nie będę rozmawiał z nikim innym tylko z Elandarem. Z płotkami nie zawieram umów.

A kiedy masztang wyprowadził astrologa na ganek willi, w noc przenicowaną wybuchami karnawałowych fajerwerków, zatrzymał swego podopiecznego i dodał jeszcze:

— Poczekaj. Po pierwsze, zapamiętaj dom, numer i całą resztę — to ci się przyda. Po drugie, kiedy uda mi się wyciągnąć z tego akrobaty, w jaki sposób Nadmorska 12 dopadła młodszego sekretarza MSZ Algalego, zapieczętuję te zeznania w kopercie, która czekać będzie na ciebie w Harmiańskiej Wólce, w domu mamuni Madino… No, ruszaj, chłopcze, a ja idę pogadać z naszym wspólnym znajomym, póki jeszcze węgle nie wygasły do końca…

Nie wyglądało jednak, by młodszy sekretarz poważnie przejął się ostrzeżeniami masztanga. Przez jakiś czas szwendał się po ciemnych ulicach, zapewne usiłując wykryć „ogon” — śmiechu warte, przy jego wprawie. Potem wszedł do baru „Spadająca gwiazda”, ulubionego miejsca wszelkiego rodzaju artystycznej i prawie artystycznej elity, gdzie zawsze było gwarno, a już tej nocy nie dało się nawet szpilki wetknąć. Tu, w świetle, od razu stało się widoczne, że przygoda kosztowała sekretarza trochę nerwów. Jedną z oznak były bardzo wyraźnie drżące ręce. Czekając przy kontuarze, aż barman zmiesza mu „Niezapominajkę” — skomplikowany koktajl z jedenastu komponentów — mechanicznie układał słupek z monet, ale palce nie słuchały go i słupek dwukrotnie się rozsypał. Barman, który zauważył te architektoniczne ćwiczenia, chrząknął, odstawił koktajl i oznajmił:

— Dam ci, chłopie, szklankę rumu — to ci prędzej pomoże…

Kilka godzin Algali spędził przy stoliku w kącie sali, nie rozmawiając z nikim, potem zamówił drugi koktajl, a następnie wyszedł na zewnątrz i ciasnymi uliczkami dotarł na zupełnie bezludny o tej godzinie most Spełnionych Życzeń. I zniknął.

Jeśli ktoś śledził Algalego, to pewnie w tym momencie powołałby się na siły nieczyste: przed chwilą był tu człowiek, a teraz nie ma… W zasadzie można wysnuć przypuszczenie, że skoczył do przepływającej pod mostem gondoli, ale most Spełnionych Życzeń ma prześwit trzydzieści stóp; urzędnicy MSZ raczej nie mają kwalifikacji do takich cyrkowych numerów, a i synchronizacja działań musiałaby być niesamowita. A poza tym, kto i jak by ją uzgodnił? Zresztą, inne warianty wyjaśnień były wcale nie mniej fantastyczne. Można też powiedzieć znacząco: „Elficka magia!”, ale i te słowa raczej niczego nie wyjaśniają. Krótko mówiąc, w jaki sposób Algali znalazł się w niepozornym rybackim domku na brzegu zalewu Barangarskiego pozostało zagadką.

Po kilku godzinach stał on na środku chaty, zupełnie nagi, rozłożywszy na boki ręce, z zamkniętymi oczami. Szczuplutka czarnowłosa dziewczyna, podobna trochę do smutnego ptaszka vivino, wolno, niemal nie dotykając go, przesuwała dłonie wzdłuż pleców Algalego. Zbadawszy w ten sposób całe jego ciało, dziewczyna pokręciła przecząco głową i rzekła:

— Czysty, żadnego magicznego pyłu.

— Dziękuję ci, malutka! — Człowiek, siedzący w kącie na wyschniętej baryłce, miał spokojną, ogorzałą twarz kapitana stojącego na mostku miotanego sztormem statku. — Zmęczona jesteś?

— Nie bardzo — usiłowała się uśmiechnąć, ale blady to był uśmiech.

— Odpocznij z godzinkę…

— Nie jestem zmęczona, naprawdę!

— Odpocznij, to rozkaz. Potem jeszcze raz sprawdzisz jego ubranie — każdą niteczkę. Obawiam się, że wsadzili mu gdzieś „wahadełko”… No, a co ty nam powiesz? — Odwrócił się do chłopaka w karnawałowym kostiumie nietoperza.

— Kontrobserwacja nie wykazała „ogona”, w każdym razie od „Spadającej gwiazdy” do mostu. Szedłem za nim, bo i tak musiałem odwiązać drabinkę sznurową, po której schodził do gondoli. Wszystko czyste.

— Były jakieś problemy?

— Żadnych. Jak tylko dostałem sygnał alarmu — koktajl „Niezapominajka” plus rozsypujący się słupek monet — uruchomiłem grupę osłonową. Barman przy drugim koktajlu przekazał mu, na którym słupku ma szukać drabinkę, i wszystko odbyło się gładko i cicho.

— Dobrze. Na razie jesteście wolni. A pan, Algali, proszę coś na siebie włożyć, siadać i opowiadać. Słucham was uważnie.

Odprowadziwszy wzrokiem oddalającego się po Latarniowej MSZ — owskiego sekretarza, człowiek, który przedstawił się jako baron Tangorn — rzeczywiście był to baron Tangorn — wrócił do budynku. Na półpiętrze wrzała praca: akrobata i błazen — żywi i zdrowi — starannie sprzątali pomieszczenia. Błazen już zdążył zdjąć zakrwawione ubranie, a także wyrzucić resztki wypełnionego świńską krwią pęcherza, który trzymał pod pachą, gdy rozciął go miecz barona. Krzywiąc się z bólu, zdejmował właśnie mithrilową kolczugę. Widząc Tangorna, ustawił się bokiem, żeby zademonstrować ogromny siniec.

— Szefie, jak pragnę podskoczyć — żebro mi złamałeś!

— Za te dungany, coś zarobił, można cierpieć. Jeśli to była aluzja do podwyżki — obejdziesz się smakiem.

— No wiesz?! Mogłeś delikatniej. Dźgnąć lekko i już, ale nie, ty musiałeś grzmotnąć z całej siły! A jakby kolczuga nie wytrzymała?

— Ale wytrzymała — obojętnie odparował baron. — Daj ją tu. Kolczuga została wcześniej pomalowana czarną emalią, tak więc nie różniła się w tej chwili na oko od starej mordorskiej kolczugi; w planach barona nie przewidywano wtajemniczania wspólników w sekrety jej wykonania.

— Inspektorze — zawołał akrobatę, starannie zmywającego krwawe plamy z oparcia krzesła — proszę nie zapomnieć odłożyć na miejsce piecyk.

— Baronie — odezwał się tamten rozdrażnionym tonem — nie należy mnie pouczać jak się zaciera ślady! — Po czym przypomniał znane powiedzonko o synku, co to uczy ojca dzieci robić, i o tym, że nie należy uprawiać miłości na nadbrzeżu Trzech Gwiazd, przede wszystkim dlatego, że widownia zadręczy parę swoimi głupimi radami.

— A gdzieście to wszystko zdobyli? — Tangorn pokręcił w dłoni złowieszczo wyglądające szczypce, wyjęte na chybił trafił ze sterty w misce.

— Kupiłem za trzy castamirki od targowego wyrwizęba wszystkie jego manele i dodałem co nieco z narzędzi ślusarskich. Zachlapałem trochę krwią i zupełnie dobrze wyszło, na oko się nie odróżni…

— Świetnie. Dzięki za współpracę — mówiąc to, podał Waddariemu i jego pomocnikowi po sakiewce ze złotem. — Ile jeszcze potrzebujecie czasu na sprzątanie? Dziesięć minut wystarczy? — Inspektor pomyślał chwilę i skinął głową. — Dobrze. Twój statek — baron zwrócił się do błazna — odpływa o świcie. Na tych ziemiach pięćdziesięciu dunganów wystarczy, żeby założyć jakąś gospodę czy zajazd, i na zawsze zapomnieć o Umbarze i o umbarskich wywiadowcach, prawda? Tylko nie radzę ci publikować memuarów o dzisiejszej nocy…

— A co to znaczy „publikować memuary”, szefie?

— To znaczy, że ktoś po pijaku zaczyna sypać opowieściami ze swego żywota. Albo, uważając się za mądrego, wysyła liścik na policję…

— Nie gadaj głupot, szefie! — obruszył się tamten. — Żebym ja kiedykolwiek brata wsypał?!

— I tak postępuj dalej. Pamiętaj: Kulawy Vittano jest mi coś winien i uważa mnie za swego krewniaka, tak więc, jakby co, dostanie cię nie tylko w Wendotenii, a nawet w Błogosławionych Królestwach.

— To mnie obraża, dowódco…

— Nie obrażam cię, tylko przestrzegam. Bo wiesz, ludzi czasem kusi takie coś — dwa razy skasować za tę samą robotę… No, żegnam was, orły. Powodzenia. Mam szczerą nadzieję, że się już nie spotkamy.

Powiedziawszy to, baron odwrócił się i ruszył ku drzwiom, ale zaraz zatrzymał się i stał kilka sekund, jakby niezdecydowany. Żeby zabrać się do tej pracy, która go czekała na górze, na pewno należało się przygotować.

47

Dom na Latarniowej 4 był naprawdę konspiracyjnym lokalem gondorskiej rezydentury, tyle że prawdziwi jego gospodarze, dwaj kaprale Tajnej Straży, nie brali udziału w opisanych powyżej wydarzeniach. Cały ten czas spędzili w salonie na górze — ze skrępowanymi rękoma i nogami, z kneblem w ustach. Kaprale zostali zaskoczeni w toku błyskawicznej operacji, zaplanowanej przez Waddariego oraz Tangorna i zrealizowanej przez mężczyznę o przezwisku Tłuczek, któremu bardzo zależało na zmianie klimatu. Trzeci wspólnik potrzebny był baronowi nie tylko z powodu swych zawodowych nawyków, ale również po to, by liczba porywaczy Algalego odpowiadała liczbie rzeczywistych mieszkańców Latarniowej 4. A ponieważ w toku inscenizacji jeden z porywaczy został „zabity” przez Tangorna, to teraz jeden z kaprali powinien rozstać się z życiem w ten właśnie sposób… „Zaiste, Świat jest Tekstem — pomyślał baron, pchnąwszy drzwi do salonu — i nie da się od tego uciec”.

— No to jak, poznajecie mnie? — Tangorn pozbył się maski i póki uwalniał swych jeńców z knebli, ci mogli dokładnie mu się przyjrzeć, porównując to co widzą z opisem operacyjnym. Sądząc z tego, jak zjeżyt się jeden i skamieniał drugi, było jasne, że go poznali, i niczego dobrego nie oczekują. — Pogadamy od serca, czy od razu siekać was na gulasz?

Ten, który się najpierw skulił, teraz wybuchnął przekleństwami — widać było, że rozpaczliwie stara się zagłuszyć swój strach. A drugi, to rzucało się w oczy, był człowiekiem opanowanym: patrzył przed siebie prosto i twardo, a potem rozkleił wargi i powiedział ostro, jakby jednym uderzeniem wbił gwóźdź:

— Rób swoje, gadzie! Ale pamiętaj, wcześniej czy później dopadniemy cię. I powiesimy za nogi, tak jak należy powiesić zdrajcę…

— Tak, pewnie tak się stanie… za jakiś czas — wzruszył ramionami baron, wyciągając z pochwy miecz. Teraz wybór był już jasny. — Tylko ciebie wśród „my” nie będzie, gwarantuję ci.

Mówiąc to, wbił klingę w pierś jeńca i natychmiast wyszarpnął. Krew trysnęła wspaniale… Przez te lata wojen „trzeci miecz Gondoru” poszlachtował w walkach wielu ludzi, ale nigdy jeszcze nie musiał z zimną krwią zarzynać bezbronnego i skrępowanego człowieka, niech nawet i śmiertelnego wroga. Zrozumiał, że wykonał jeszcze jeden krok poza tę rubież, spoza której nie ma powrotu, ale nie miał już wyboru. Jedyna rzecz, na jaką sobie pozwolił, to zadanie ciosu dokładnie w prawą górną część piersi: taka rana, jeśli chłopak przyjaźni się z Fartuną, może nie być śmiertelna. Trup, jako taki, baronowi nie był potrzebny — jednakże rana musiała być prawdziwa, by elfy nie nabrały podejrzeń, co do wiarygodności przedstawienia.

Gdy zaś, trzymając zakrwawiony miecz w ręku, odwrócił się do drugiego kaprala, ten spazmatycznie zaczął kopać związanymi nogami w podłogę, usiłując odsunąć się od oprawcy. „Pękł — jak by to określił Tłuczek — aż do samej dupy, a niby mówi się, że suma nie zależy od zmiany miejsc składowych… Zmienia się, i to jeszcze jak!” Tangorn musiał przerwać strumień jego wyznań, ponieważ wszystkie te wiadomości o sprawach i sprawkach Nadmorskiej 12 aż tak bardzo go w tej chwili nie interesowały.

— Dobrze. A od kiedy wasza siatka ma rozpracowywać elfickie podziemie?

— Ja o takim czymś nic nie słyszałem. Może inni…

— Jak to „nie słyszałem”? To po co elfa porywaliście?

— Jakiego elfa? — zgłupiał tamten.

— No, może nie elfa, ale człowieka z elfickiego podziemia… tego, którego dopiero co wypuściłem z waszej piwnicy.

— Ja… ja nie rozumiem! My nawet nie słyszeliśmy o żadnych elfach!

— Aha! — złowieszczo uśmiechnął się Tangorn. — Mam omamy, znaczy się… Czy może ktoś go wam podrzucił do piwnicy, co?

— Proszę posłuchać, opowiedziałem wszystko, co wiem. Jeśli wpadnę w ręce Marandila, to koniec ze mną. Po co miałbym kłamać?

— Przestań mi tu kręcić! Jeśli chcesz wiedzieć, to znalazłem tę waszą norę, obserwując chłopaka z elfickiego podziemia — Algalego, młodszego sekretarza MSZ-u. Tak więc na własne oczy widziałem, jak dwaj chłopcy w karnawałowych strojach poczęstowali go jakąś trucizną, a potem tu przywlekli. No to, postanowiłem złożyć wam wizytę… Czy może za tymi portierami kryje się jeszcze kilku waszych?

— Ależ nie, przysięgam! Nie porywaliśmy nikogo! — W oczach kaprala błysnęło szaleństwo, miał ku temu powody.

— Tak… Wydaje mi się, że wreszcie trafiłem na coś sensownego w tej stercie odpadków, które usiłujesz mi wcisnąć. Należy sądzić, że jest to wasza podstawowa operacja, i dla jej osłonięcia jesteście gotowi na każdą ofiarę… Tyle, że teraz właśnie zainteresowałem się tą historią na serio: nie myśl, że uda ci się umrzeć tak samo łatwo i szybko jak twojemu wspólnikowi! Wiesz, od czego zacznę?

Kapral należał do tych ludzi, którym ze strachu głowa zaczyna pracować lepiej niż w normalnych warunkach. Żeby uniknąć tego koszmaru, jaki obiecywał mu baron, błyskawicznie zmontował swoją wersję: że niby rzeczywiście schwytano młodszego sekretarza MSZ Algalego, działając według ustnego, nie potwierdzonego żadną dokumentacją polecenia Marandila… Tangorn na gorąco wyłapywał wszystkie chwiejne punkty w wersji kaprala, a ten natychmiast wprowadzał do swej opowieści odpowiednie korekty i trwało to tak długo, aż historia stała się logicznie podbudowana i wiarogodna. W rzeczywistości baron, zadając odpowiednie naprowadzające pytania, po prostu zmusił kaprala do zbudowania tej samej wersji, którą on opracował kilka dni wcześniej…

Kiedy opowieść została spisana na papierze — przy tym dwukrotnie — Tangorn związał go na nowo, zabrał żetony obu kaprali (gadatliwy nazywał się Arawan, o ten ostry — Morimir; zdejmując łańcuszek z jego szyi baron dotknął tętnicy szyjnej — puls, jak na razie, dawał się wyczuwać) i opuścił dom, odprowadzany przeraźliwymi wrzaskami swego rozmówcy: „Rozwiąż mnie! Pozwól mi uciec!” W planach barona leżało, by w łapy swoich kolesi z Nadmorskiej 12 trafił kapral możliwie późno, dlatego nie lenił się, odszukał posterunkowego, choć to niełatwe zadanie w noc karnawałową, i przekazał mu, że dom na Latarniowej 4 ma otwarte drzwi, a z wewnątrz dochodzą wołania o pomoc: „Nie wygląda to na żart, może ktoś po pijaku rozrabia?” Następnie zamknął w kopercie, przeznaczonej do Harmiańskiej Wólki, zeznania Arawana wraz z jego żetonem. Kopię zeznań jutro rano otrzyma konsul Odrodzonego Królestwa: niech sobie z Marandilem łamią głowy, co to ma znaczyć. Niepewność, jak powszechnie wiadomo, rodzi brak działania.

Na pokład „Latającej rybki” Tangorn wrócił dopiero o świcie i natychmiast zasnął kamiennym snem. Co miał zrobić — zrobił, teraz zostało mu tylko czekać. Zarzucona przynęta — prawdziwe imię jednego z przywódców podziemia — jest tak smakowita, że elfy po prostu nie mogą nie doprowadzić do spotkania: muszą przyjść, chociażby po to, by go sprzątnąć… Należy sądzić, że sprawdzenie tej historii zajmie elfom kilka dni, tak więc w „Zielonej makreli” powinien się pokazać dopiero w następny piątek, dwudziestego. Teraz zaś ma trochę czasu, by przemyśleć rozmowę z Elandarem, osłonę oraz trasy ucieczki.

— Rozmawiać będzie tylko z samym Elandarem, płotki go nie interesują…

— Zwariowaliście! — spojrzenie Wielkiego Magistra płonęło. — On nie może znać tego imienia, a zresztą, nikt poza Lorien nie może tego wiedzieć!

— Tym niemniej, tak to wygląda, mistrzu. Czy powinniśmy pakować się w kontakt z nim?

— Oczywiście. Tylko nie ty, a ja sam. Sprawa jest zbyt poważna. Albo rzeczywiście ma jakąś ważną informację — a wtedy należy ją zdobyć za wszelką cenę, albo nas prowokuje. W tym drugim przypadku należy go zlikwidować, póki nie jest za późno… Ile czasu potrzebuje pańska służba bezpieczeństwa, żeby sprawdzić tę dziwną historię z cudownym ocaleniem?

— Sądzę, że cztery dni wystarczy, mistrzu. W zasadzie, już w ten piątek można by pójść do „Zielonej makreli”.

— Jeszcze jedno. Ten Algali… Słyszał imię, którego znać nie powinien. Postarajcie się, żeby nie wypaplał tego nigdy i nikomu.

— Tak jest, mistrzu. — Szef służby bezpieczeństwa na sekundę odwrócił spojrzenie. — Jeśli uważa pan to za konieczne…

— Tak uważam. Ten chłopak został ujawniony i „zaświetlony” na całego. Niedługo zacznie na niego polować i Tajna Straż, i DSD, a my me mamy prawa narażać na ryzyko całego podziemia… Wiem, wiem, co pan sobie teraz pomyślał: „Gdyby chodziło nie o człowieka, a o elfa, to pewnie werdykt byłby inny…” Dobrze mówię?

— Wcale nie, mistrzu — odparł zapytany głosem bez emocji.

— Bezpieczeństwo organizacji jest najważniejsze, to podstawa wszystkiego. Chciałem tylko przypomnieć, że na kontakt z Tangornem powinien iść właśnie Algali, odebrać przesyłkę w Harmiańskiej Wólce — też on. Tak więc z tą akcją powinniśmy się powstrzymać przynajmniej do piątku…

„Tak — z pewną dumą pomyślał Wielki Magister — wspaniale ich wychowaliśmy, i to w ciągu niecałych dwóch lat. Wypowiadasz magiczne zdanie: »Jest takie słowo — trzeba!«, i nikt już o nic nie pyta. Kto by pomyślał, że ci humaniści i miłośnicy wolności będą gorliwie trzaskać obcasami i salutować, znajdując w tym głęboki sakralny sens, niedostępny ich słabym cywilnym umysłom… Zresztą, ten Algali to jeszcze ma szczęście. Przecież cała siatka to nieboszczycy, wszyscy co do jednego, tyle że on umrze szczęśliwy, przepełniony iluzjami i wiarą w jasną przyszłość, a pozostali przed śmiercią będą musieli napatrzeć się na dzieło swych rąk i zrozumieć, dla kogo przygotowali grunt…”

— Beka z gnojem!!! Na tych gondorskich niedorozwojach nie ma co polegać, ale gdzie pan był, Jakuzzi?

Zastępca dyrektora do spraw operacyjnych rzadko widywał szefa w takim stanie. Raport o nalocie Tangorna na Latarniową 4 doprowadził Almandina do najwyższego stopnia szału; przy tym dotarły przed chwilą od Aktinidisa, trzeciego zastępcy — wywiad polityczny — wiadomości o sytuacji w Minas Tirith, i też nie poprawiły mu humoru. — Czy pan przynajmniej rozumie, że ten psychol ze swoją wendettą, jak nie dziś, to jutro zabije Marandila, a wraz z nim całą operację „Sirocco”?!

— Obawiam się, że nie jest to żadna wendetta, a Tangorn wcale nie jest psycholem, tylko my nie możemy przeniknąć do sedna jego pomysłu. Może to brzmi fantastycznie, ale ten amator wygrywa stawkę po stawce! Można sądzić, że pomagają mu jakieś Siły Wyższe…

— Dobra tam! Niech pan przestanie bawić się w jakieś mistyczne rozważania! Co się dzieje z kapitanem?

— Jeśli baron chciał go złamać, to udało mu się całkowicie. A pisemne zeznania Arawana dobiły biedaka: przysięga, że nie wydawał żadnego rozkazu porwania Algalego, i że ani mu takie coś w głowie nie powstało. To jakieś szaleństwo! Może jakieś światło rzucą zeznania tego elfinara, gdy go odnajdziemy…

— Zostawcie Algalego w spokoju! — rzucił Almandii. — On nie ma wpływu na zagwarantowanie bezpieczeństwa pańskiego agenta Marandila. Jasne?

— Tak jest! — odparł oper.

Znowu wali łbem w tę samą ścianę. Dwa lata temu, kiedy położył na biurku pierwsze materiały o proelfickich organizacjach Umbaru, nakazano mu natychmiast zwinąć działania operacyjne wszczęte przeciwko tym ugrupowaniom i „zakonserwowanie” już wprowadzonych agentów. Od tego momentu dosłownie wszędzie natyka się na ślady tych konspiracyjnych struktur, jak na ślady mysich odchodów w starej komodzie, ale za każdym razem otrzymuje polecenie nie pchania swego psiego pyska w sekrety Wysokiej Polityki: „To jest po linii Aktinidisa”. Należy sądzić, że szefa wywiadu politycznego w podobnie wyszukany sposób informowano, że to jest „po linii Jakuzziego”, jednakże nie dało się tego sprawdzić poprzez jakieś prywatne konsultacje: tego typu kontakty między dwoma wicedyrektorami, tak samo jak inne podobnego typu kontakty między współpracownikami (poza tymi narzuconymi przez podporządkowanie służbowe) były kategorycznie zakazane Regulaminem Departamentu — karano to jako odstępstwo od umberto… „Dobra — zdecydował w pewnej chwili, odczuwając przy tym dziwną ulgę — pewnie Almandin ma jakieś swoje powody, niewidoczne z mojego stopnia dostępności — tajny strategiczny sojusz z elfami przeciwko Gondorowi, czy coś takiego… W końcu ja, wywiadowca, swoją robotę wykonałem, a dalej niech się męczy kierownictwo z analitykami pospołu. Jak mawiał niezapomniany Blacharz: »Ja mam wrzasnąć: Ku-ku-ry-ku!, a czy słońce wzejdzie, to już nie moja broszka…«”

— Jak pan uważa, Jakuzzi, czy kapitan może nadal działać?

— Jest całkowicie rozbity, to strzęp człowieka — jęczy i błaga, żebyśmy mu pozwolili natychmiast uciekać — tak jak się umawialiśmy…

— Właśnie! — i dyrektor trzasnął dłonią w poranny zaszyfrowany komunikat ze sztabu Carnero. — Marandil i tak nie zdoła już osłaniać tego, co się dzieje w zatoce Barangarskiej, jego podwładni nie są ślepi…

„»Podwładni nie są ślepi…« Czy to nie o mnie i elfach?” — poruszyła się myśl w głowie Jakuzziego, a on szybko wyrzucił ją z pamięci.

— A do tego kupa wpadek z trupami z lekkiej ręki tego ithilieńskiego awanturnika. Jak nie dziś, to jutro odbiorą kapitanowi oficerskie akselbanty i oddadzą pod sąd… Krótko mówiąc, natychmiast znajdźcie Tangorna i odizolujcie go za wszelką cenę, za wszelką — jasne? Jak się uda bez rozlewu krwi — wspaniale, jak nie — likwidujcie go w diabły, i pogrzebmy wreszcie tę sprawę! Teraz co do siatki Gondoru… Czy możemy po prostu zablokować ich łącza z Kontynentem, ale naprawdę wszystkie kanały? A potem utrzymać tę blokadę aż do drugiej dekady czerwca, kiedy zacznie się „Sirocco”?

— Sądzę, że tak. Zamkniemy szlaki lądowe przez Chewelgar, Maccarioni połączy się ze strażą przybrzeżną, a ci przejdą na alarmowy tryb służby.

— Tak. Teraz jeszcze jedno: skoro Tangorn jednak jest w mieście, to i Ichneumon, gdzieś tu się czai. Co wiemy na ten temat?

— Jak by to panu powiedzieć… Pojawił się pewien ślad, na razie bardzo mętny. Moi ludzie od kilku dni nie spuszczają z oka przyjaciółki Tangorna, Elwiss. Tak więc, wpadł nam w oko pewien drobny szczegół, niby nic takiego, ale…

Najbardziej banalne przedsięwzięcia — takie, na przykład, jak zwiększenie częstotliwości patrolowania — doprowadzają czasem do nieoczekiwanych wyników. Przeglądając rankiem dwudziestego codzienną paczkę komunikatów, Jakuzzi natknął się na raport straży przybrzeżnej: w nocy z dziewiętnastego na dwudziestego, podczas próby wejścia do zalewu Harmiańskiego przechwycona została feluka znanego przemytnika Wujaszka Sarrakesza „Latająca rybka”. Prócz samego szypra na pokładzie znajdowała się dwuosobowa załoga; ładownia była całkowicie pusta, tak więc nie było formalnych przesłanek do aresztowania, przed wieczorem trzeba będzie Sarrakesza wypuścić. W raporcie jednakże odnotowano, że „Latająca rybka” usiłowała ujść przed strażniczą galerą, niemal ocierając się o obfitujące w mielizny i rafy wybrzeże Półwyspu. Możliwe, pisali w podsumowaniu pogranicznicy, że na feluce był jeszcze jeden pasażer, który, korzystając z ciemności, skoczył za burtę i wpław przedostał się na brzeg.

Trudno powiedzieć, co w tej banalnej portowej historii przyciągnęło uwagę wicedyrektora DSD — najprawdopodobniej jakieś przeczucie… Wujaszek Sarrakesz, o ile pamiętał, związany jest z zamorro Kulawego Vittano i specjalizuje się w zakazanych przez prawo dostawach do Haradu stalowej broni w zamian za orzechy cola, sprowadzanie których jest z kolei zmonopolizowanym przywilejem Republiki. Cola — rzecz droga, i objętość zwrotnej kontrabandy zazwyczaj jest niewielka, nie więcej niż dziesięć worków; wyrzucić je za burtę, gdy tylko zaśmierdziało przypaloną sierścią to kwestia dwóch, trzech minut. Puste ładownie nie zdziwiły więc wicedyrektora. Dziwne było co innego: specjalnie tresowany policyjny pies naprawdę nie wyczuł na pokładzie zapachu coli, a to już zmuszało do poważnego rozważenia wersji strażników o nieznanym pasażerze. Kiedy indziej byłoby to zwyczajnym głupstwem, ale nie teraz, kiedy departament nadzwyczaj skrupulatnie przymykał wszystkie kanały łączności placówki z Nadmorskiej 12 i wyszukiwał gondorskich agentów z drużyny Ichneumona. Jakuzzi uważał, że w tej krytycznej dla kraju chwili skończyły się żarty — nakazał poddanie całej trójki schwytanych przemytników aktywnemu przesłuchaniu. Po kilku godzinach jeden z „bratanków” Sarrakesza pękł i opisał pasażera, który uciekł wpław. Opis wystarczył Jakuzziemu — bez trudu rozpoznał w nim barona Tangorna.

Rozpoznał — zaklął krótko, ale soczyście „z marynarskimi zawijasami”, ponieważ zrozumiał, że w najbliższym przewidywalnym czasie nie da się schwytać barona. Sarrakesz jest z Półwyspu, i zapewne Tangorna skierował do któregoś z rozlicznych górskich osiedli, do swoich krewniaków. Nawet gdyby ktoś wiedział, gdzie ukrył się baron, to co z tego — górale nigdy nie wydadzą zbiega policji. Prawo gościnności jest dla mieszkańców Półwyspu święte, targi o zdradę nie mają sensu, a żeby wyrwać barona siłą należy zmontować małą operację wojskową, a tej nikt nie zaaprobuje… Może wysłać w góry zabójców — ninjokwe? Jakby nie było innego wariantu, to jeszcze, ale… Dobrze, zaryzykujemy, poczekamy, niech baron wróci na Wyspy. W końcu po coś tu przybył ubiegłej nocy, mimo oczywistego niebezpieczeństwa, pchał się na „Latającej rybce” do zalewu. Na jakiś czas stracił łączność z przemytnikami Vittano, droga wodna do miasta została odcięta, a zablokowanie Długiej Grobli nie będzie problemem.

— Znajdźcie mi wszystko, co mamy o rodzinnych i przyjacielskich kontaktach Wujaszka Sarrakesza — zadysponował wicedyrektor, zawoławszy swego referenta. — Raczej nie mamy na niego specjalnego dossier, więc trzeba będzie przeczesać wszystkie materiały o zamorro Kulawego Vittano. Teraz druga sprawa: kto u nas zarządza siatką wśród górali Półwyspu — Rashua?

48

Umbar, okolice osady Uguatalpa

24 czerwca 3019 roku

Orzech, pod którym urządzili postój, miał około dwustu lat, co najmniej. Jego korzenie utrzymywały spory kawałek gruntu na zboczu, nad ścieżką prowadzącą z Uguatalpy do przełęczy i jak się wydawało, radziły sobie z tym problemem znakomicie: wiosenne deszcze, nader obfite w tym roku, nie spowodowały tu ani osypisk, ani nowych wypłuczysk. Słaby wiaterek od czasu do czasu mierzwił rozległą koronę, a wtedy plamki słonecznego blasku bezszelestnie przesiąkały przez nią na kremowożółty dywan z opadłych liści, zalegający u podnóża pnia, między żyłami grubych korzeni. Tangorn z rozkoszą wyciągnął się na tym cudownym legowisku — w końcu dla jego zranionej nogi tutejsze ścieżki nie są łatwe — oparł się na lewym łokciu, i od razu wyczuł pod nim jakiś przedmiot. Gałązka? Kamyczek? Przez kilka sekund baron leniwie rozważał dylemat: rozgrzebywać tę stertę w poszukiwaniu uwierającego przedmiotu, czy przesunąć się nieco dalej. Rozejrzał się i przemieścił swoje ciało, gdyż poruszanie czy przesypywanie czegokolwiek tu wydało mu się świętokradztwem.

Otwierający się przed jego wzrokiem obraz przesycony był spokojem; nawet wodospad Uruapan, trzystustopowa ucieleśniona złość rzecznych bogów, schwytanych w pułapkę przez swych górskich braci, wydawał się z tej odległości po prostu sznurem srebrzystego haftu, wykonanym na ciemnozielonym suknie zalesionego zbocza. Nieco bardziej po prawej stronie, w centrum kompozycji wznosiły się nad mglistą przepaścią wieże klasztoru Uatapao — starodawny kandelabr z ciemnej miedzi, zaśniedziały szlachetną patyną bluszczu. „Ciekawa architektura-myślał Tangorn. — Wszystko, co swego czasu widziałem w Khandzie, wyglądało zupełnie inaczej. Zresztą, nie dziw: miejscowy wariant hakimiańskiej wiary bardzo się różni od khandyjskiej ortodoksji. A w większości górale jak byli, tak i pozostali barbarzyńcami. Dwa wieki temu przeszli na hakimiaństwo — najsurowszą i najbardziej fanatyczną ze światowych religii — i to tylko po to, by móc jeszcze w tej materii przeciwstawić się mięczakom, mieszkańcom Wysp, żałosnym robakom, które całe swoje życie zmienili w ciągły targ »sprzedaj-kup« i zawsze przedkładali wygodę nad honor, a zadośćuczynienie materialne nad wendettę”. W tym momencie leniwe rozmyślania barona zostały przerwane co najmniej bezceremonialnie, ponieważ towarzysz jego, który zdążył już opróżnić worek i rozłożyć na nim, jak na obrusie, jeszcze ciepły gliniany garnek z przygotowanym rano ryżem i bukłaczek z winem, odłożył nagle sztylet, którym strugał płatki twardego, zapieczonego z przyprawami mięsa w kolorze czerwonego witrażowego szkła, podniósł głowę i, nie odrywając wzroku od zakrętu ścieżki, niedbałym ruchem przyciągnął ku sobie leżącą obok kuszę.

Zresztą, tym razem był to fałszywy alarm. Kilka chwil później przechodzień siedział już z podwiniętymi nogami przy ich rozścielonym worku i wygłaszał toast — długi i skomplikowany, jak pętle pnącej się pod obłoki serpentyny. „Krewniak — przedstawionego Tangornowi, a ten tylko wzruszył ramionami, gdyż w tych górach wszyscy byli jakoś spokrewnieni, a jeśli nie spokrewnieni, to spowinowaceni lub, w najgorszym przypadku, zaprzyjaźnieni — z Irapuato, za tą doliną”. Następnie górale wszczęli długą, rzeczową rozmowę o widokach na urodzaj kukurydzy i o sposobach hartowania klingi, praktykowanych w Iguatalpie i Irapuato. Baron natomiast, którego udział w dyspucie ograniczał się do uprzejmych uśmiechów, zaczynał składać daninę miejscowemu winu — niewiarogodnie cierpkiemu i gęstemu, kryjącemu w swej bursztynowej głębi pomrugujące różowawe błyski — dokładnie jak pierwszy słoneczny odblask, kładący się na wilgotną od rosy ścianę z żółtawego muszlowca.

Wcześniej Tangorn nie doceniał tego wspaniałego trunku, czemu nie można się dziwić: wino to zupełnie nie nadaje się do transportu — ani w butlach, ani w beczkach. Tak więc wszystko, co się sprzedaje na dole, to nic innego jak podróbka. Tutejsze wino należy pić na miejscu, przez kilka pierwszych godzin po zaczerpnięciu dzbankiem na drewnianej rączce z pitosu, w którym brodziło. Porem można nim już tylko gasić pragnienie. Sarrakesz w czasie ich wymuszonego wylegiwania się na pokładzie „Latającej rybki” z przyjemnością wprowadzał barona w tajniki miejscowego winiarstwa: opowiadał jak winne grona miażdży się w drewnianych kadziach razem z kiściami (stąd bierze się owa niezwykła cierpkość tych win) i rowkami odprowadza do zakopanych w sadach pitosów, jak potem po raz pierwszy otwiera się naczynie, starannie zahaczywszy szpunt dwoma hakami i odwracając twarz, by wyrywający się stamtąd zwarty i żywiołowy winny zapach dzini nie uderzył w człowieka i nie doprowadził go do pomieszania zmysłów…

Większa część wspomnień starego przemytnika nie wyróżniała się szczególną uczuciowością. To był dość specyficzny świat, gdzie mężczyźni, będąc ciągle w pogotowiu, nie rozstają się z bronią, a odziane w czerń kobiety zmienione są w milczące cienie, zawsze przemykające pod najbardziej odległą od mężczyzny ścianą, gdzie malutkie okienka w grubych murach domów to w rzeczywistości strzelnice dla kusz, a najważniejszy produkt miejscowej ekonomiki to trupy, pojawiające się w wyniku nie kończącej się bezsensownej wendetty. Świat, gdzie czas się zatrzymał, a każdy krok jest przewidywalny na dziesiątki lat do przodu. Nic dziwnego, że radosny awanturnik Sarrakesz, wtedy noszący zupełnie inne imię, od dzieciństwa czuł się tam jak ciało obce. A tuż obok było morze, otwarte dla wszystkich i wszystkich ze sobą równające… Teraz, gdy twardą ręką kierował felukę przez spienione sztormowe wały, rycząc na zbyt powolną załogę: „R-ruszać się! R-r-ręka, noga, mózg na kilu!” każdy wiedział, że to jest człowiek na właściwym dla siebie miejscu. Właśnie dlatego wilk morski uparł się, gdy Tangorn postanowił dwudziestego pojawić się w mieście:

— Nawet nie myśl o tym! Wpadniemy, jak pragnę zawisnąć.

— Jutro muszę być w mieście.

— Posłuchaj mnie, dobry człowieku, przecież wynająłeś mnie nie jako gondoliera, żebym cię powoził po Kanale Obwodowym. Potrzebowałeś zawodowca, prawda? I skoro ten zawodowiec ci mówi: „Dzisiaj się nie przebijemy”, to tak właśnie jest.

— Ja muszę trafić do miasta — uparcie powtórzył baron. — Żebym zdechł!

— Na pewno trafisz, i to prosto do celi. Straż przybrzeżna dwa dni temu przeszła na tryb alarmowy, rozumiesz czy nie? Gardziel laguny jest zatkana tak, że nawet delfin nie przedostanie się niezauważony. Musimy przeczekać, w tym trybie oni sami długo nie wytrzymają. Przynajmniej do początku następnego tygodnia, żeby trochę księżyca ubyło.

Przez jakiś czas Tangorn zastanawiał się.

— Dobra. Jeśli wpadniemy, co ci grozi? Pół roku?

— Więzienie to betka, najważniejsze, że skonfiskują statek.

— A ile kosztuje ta twoja „Latająca rybka”?

— No, co najmniej trzydzieści dunganów.

— Świetnie. Kupuję ją, za pół setki. Przybijasz?

— Zwariowałeś — machnął ręką przemytnik.

— Może. Ale monety, jakimi płacę były bite nie w domu wariatów.

A potem wszystko poszło dokładnie tak, jak prorokował Sarrakesz. Gdy pięćdziesiąt sążni przed dziobem feluki wzbiła się w górę przenicowana promieniami księżyca fontanna — to doganiająca ich galera oddała strzał ostrzegawczy z katapulty — szyper, mrużąc oczy, ocenił dystans do wrzącej po lewej stronie kipieli, odwrócił się do barona i polecił:

— Wal za burtę! Do brzegu nie więcej niż jeden kabel, nic ci nie będzie. W osadzie Iguatalpa odszukasz mojego kuzyna Botaszaneanę i przesiedzisz u niego. Pięćdziesiąt dunganów oddasz jemu. No, skacz, uparciuchu…

„No i co na tym zyskałem — myślał baron — skacząc na łeb na szyję w tę aferę? Dobrze ludzie mówią: »krócej nie znaczy szybciej«, i tak straciłem tydzień. Dobra, mądry jestem teraz, po szkodzie…”

W tym momencie w rozmowie przy winie pojawiło się nowe słówko „algwasile”, i od tej pory Tangorn zaczął przysłuchiwać się bardziej niż uważnie.

Właściwie nie algwasile, a miejscy żandarmi, i dowodzi nimi nie wiejski korrehidor, a własny oficer. Dziewięcioro ludzi — oficer dziesiąty, pojawili się w Irapuato przedwczoraj. Jakoby pętają się w celu pojmania słynnego rozbójnika Uanaco, ale wykonują to zadanie jakoś dziwnie: patroli nie rozesłali, a szwendają się po domach i rozpytują — nie było aby we wsi obcych? A kto im, wyspiarskim szakalom, cokolwiek powie, nawet gdyby coś wiedział? A z innej strony, jakby się tak zastanowić, można ich zrozumieć: „walkę z rozbójnictwem”, jak tego chciało dowództwo, wykonują — i fajnie. W końcu oni też nie są ostatnimi durniami — za żebracze wynagrodzenie skakać po turniach i osypiskach, podstawiając czerep pod bełt kuszy, a ich kolesie w tym czasie strzygą karawany na Długiej Grobli…

Kiedy gość się pożegnał, towarzysz Tangorna, Cecorello, powiedział zamyślony:

— To ciebie łapią.

— Dokładnie — skinął głową Tangorn. — Czyżbyś szacował, czy nie lepiej by było oddać mnie w Irapuato?

— Zgłupiałeś?! Przecież jedliśmy chleb z jednego bochenka! — Góral zamilkł, a po chwili dodał: — Wiesz, ci na dole, zawsze o nas mówią, że my niby jesteśmy tępi, na żartach się nie znamy. Może tak i jest: tu mieszkają ludzie prości, i za taki żarcik łatwo mogą ci gardło rozpłatać… A poza tym — rozciągnął wargi w chytrym uśmiechu, zupełnie jak dziadek obiecujący wnukom pokazanie sztuczki z „odrywaniem kciuka” — za twoją głowę i tak nie dadzą więcej niż pięćdziesiąt dunganów, które jesteś winien naszej rodzinie. Lepiej już doprowadzę cię do miasta, jak umawialiśmy się, i uczciwie odbiorę swoje pieniążki, może być?

— Może być. A nie zastanawiałeś się nad jakimiś bocznymi ścieżkami?

— Tak. Do Irapuato nie da się wejść, więc i tak trzeba będzie dokoła…

— Dokoła… Wszystko jest poważniejsze, niż ci się wydaje. W Uahapanie pojawili się dziwni domokrążcy. Chodzą we czworo obwieszeni bronią od stóp do głów, a w Koalkoman trzy tygodnie przed czasem zjawił się poborca podatkowy z aigwasilami. Teraz zaś to — Irapuato… To mi się bardzo nie podoba.

— No tak… Uahapan, Koalkoman, Irapuato — otoczyli ze wszystkich stron. Chyba, że…

— Jeśli masz na myśli Guanohato — machnął ręką baron — możesz się nie łudzić. Tam na pewno już się ktoś pojawił: albo wędrowni cyrkowcy zabawiający publikę gaszeniem świecy bełtami swoich kusz, albo przecinający jataganami podrzuconą w powietrze pestkę moreli. Ale to niechby sobie było, gorsze jest coś innego. Otoczyli — masz rację — ze wszystkich stron, i tylko do naszej osady nikt nosa nie wściubia. Co by to mogło znaczyć?

— Może po prostu na razie tu jeszcze nie dotarli?

— Odpada. Do Uahapanu można przedostać się tylko przez Iguatalpę, prawda? Lepiej powiedz mi co innego. Jeśli taka drużyna pojawiłaby się w naszej wsi, mogliby mnie schwytać?

— W życiu! Przecież zwróciłeś naszą uwagę na przechodniów, uważamy na nich jak należy. Gdyby nawet setkę żandarmów przygnali, i tak bym cię zdążył wyprowadzić tyłami domów i ogrodami. A dalej są góry, szukaj wiatru w polu… Jak przyjdą z psami to mamy na nie tabakę z papryczką…

— Prawda. Oni to wiedzą nie gorzej, niż ja i ty. No to, po co to wszystko?

— Chcesz powiedzieć… — Góral zmrużył oczy i zacisnął ręce na rękojeści sztyletu tak, że kostki palców zbielały. — Chcesz powiedzieć, że zwąchali gdzie jesteś? W Iguatalpie?

— Na pewno. Jak — nieważne. To po pierwsze. A po drugie, to, co mi się naprawdę nie podoba to to, że strasznie nieporadnie się zachowują… Wydaje się, że wszyscy ci „domokrążcy”, „łowcy rozbójników” i „poborcy podatkowi” spletli dokoła nas coś na kształt zaciągającego się niewodu. Ale to tylko na oko niewód: tak naprawdę to jest to łańcuch naganiaczy, którzy hałasując i wrzeszcząc zapędzają zwierzynę na strzelców…

— Coś nie kumam…

— To bardzo proste. Oto na przykład usłyszałeś o żandarmach w Irapuato, o czym pomyślałeś w pierwszym momencie? Słusznie: o ścieżce. A teraz powiedz, czy bardzo trzeba być mądrym, żeby posadzić na tej ścieżce kilku kuszników w maskujących pelerynach?

Cecorello milczał długą chwilę, potem wykrztusił sakramentalne: „No to co robimy?”, oficjalnie uznając w ten sposób Tangorna za dowódcę.

— Myślimy — wzruszył ramionami baron. — A co najważniejsze, nie czynimy żadnych gwałtownych ruchów, bo tego właśnie od nas oczekują. Wiemy, że ci z Uahapan, Koalkoman i Irapuato to tylko „zaganiacze”. Teraz pomyślmy, gdzie czają się prawdziwi „strzelcy”, i jak można obok nich przemknąć.

„Tak więc — dedukował — zadanie standardowe: ponownie poluję na niejakiego barona Tangorna, szatyna około trzydziestu dwóch lat, typ nordycki, sześć stóp wzrostu, który to baron posiada jeszcze znak szczególny w postaci lekkiego utykania… Może to dziwne, ale zadanie nie jest prościutkie, jak się początkowo wydaje. Gdzie powinienem ustawić swoich »strzelców«? A przy okazji: skąd ich wziąć? Nie, to proste: muszą to być agenci operacyjni, którzy mogą go rozpoznać, i żebym tu nie widział żadnych bandziorów obwieszonych bronią na trzy strzały z łuku dokoła! Baron na pewno będzie przebrany i tak ucharakteryzowany, że rozpoznanie go nawet dla ludzi pamiętających jego twarz, nie będzie łatwym zadaniem. A czy dużo jest takich ludzi? Nie więcej niż tuzin, a najpewniej siedmiu, ośmiu. W końcu minęły cztery lata. Robimy tak — dzielimy ich na cztery zmiany, po sześć godzin pracy, bo potem oko się męczy… Nie jest to za dużo… Dzielić tę drużynę w ogóle nie ma sensu, trzeba ich zebrać w jedną pięść, ani włączyć do oddziału »strzelców«, ani do »zaganiaczy« absolutnie nie można. Gdy podzielimy. … Tfu! Czy ja zupełnie zgłupiałem?! Jak można ich pakować do »zaganiaczy« skoro — z góry to wiadomo — że ci nie spotkają się z baronem, jeśli nie jest zupełnym durniem, a i wcale nie muszą znać szczegółów operacji, tylko łażą po krzakach i hałasują… Znaczy, tak: przydatnych ludzi mam mało, dzielić ich nie mogę, muszę więc skoncentrować ich wszystkich… Oczywiście!”

— Będą na nas czekali na Długiej Grobli. Nie da się jej ominąć — poinformował baron pół godziny później siedzącego cicho i zastanawiającego się Cecorello. — A my przejdziemy przez nią takim sposobem…

— Zwariowałeś! — wykrztusił góral wysłuchawszy szczegółów jego planu.

— Mówiono mi już to wiele razy — rozłożył ręce baron. — Jeśli więc jestem wariatem, to szczęśliwym wariatem… Idziesz ze mną? Miej na uwadze, że nie będę cię długo prosił, gdyż — samemu będzie mi jeszcze łatwiej.

— Wszystko się zgadza, mistrzu. Ludzie z Nadmorskiej 12 rzeczywiście usiłowali go ująć w „Morskim koniku” i potem jeszcze raz — na placu Castamira. Dwa razy udało mu się im ujść. W „Koniku” — czworo zabitych, na Castamira — troje zarażonych trądem. Dość wysoka cena, według mnie, jak na osłonę jednorazowej dezinformującej operacji. Latarniowa 4 to rzeczywiście konspiracyjny lokal gondorskiej Tajnej Straży, i naprawdę dokonał na ten lokal nalotu: jeden z kaprali — mieszkańców tego lokalu, jest ciężko ranny mieczem w pierś, opowiadanie Algalego potwierdza leczący rannego lekarz. Żeton Tajnej Straży oryginalny, pismo owego Arawana dokładnie odpowiada temu z raportu na posterunku policji. A Algalego szuka obecnie cała gondorska siatka. Ryją nosami w ziemi jak krety… Słowem — nie wydaje się, żeby to była jakaś zmytka.

— Dlaczego więc nie pojawił się w „Zielonej makreli”?

— Może przyuważył pod knajpą naszych ludzi z grupy osłonowej i słusznie uznał, że złamaliśmy warunki umowy. Ale to w najlepszym przypadku, a w najgorszym — capnęli go ludzie Aragorna… Miejmy nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży, mistrzu, i czekajmy następnego piątku, dwudziestego szóstego. A osłonę przyjdzie nam wycofać, gdyż w przeciwnym przypadku znowu nic z tego nie wyjdzie.

— Masz rację. Jedna rzecz jest jednak absolutnie pewna — nie może wyjść z „Zielonej makreli” o własnych siłach…

49

Umbar, ulica Nadmorska 12

25 czerwca 3019 roku

Ichneumon wolnym krokiem przemierzał korytarze konsulatu. Nie skradał się wzdłuż ścian jak błyskawiczny cień, a właśnie przemierzał — tak, że jego krokom towarzyszyło echo, rodzące się i zamierające w zakątkach śpiącego budynku, a naścienne lampiony co chwilę wychwytywały z półmroku czarny paradny mundur ze srebrnymi oficerskimi akselbantami na lewym ramieniu. Zresztą, Marandil od razu zrozumiał, że to tylko złudzenie powstałe z powodu niepewnego oświetlenia: w rzeczywistości porucznik był w cywilnym ubraniu, a „srebro” na jego piersi i ramieniu to po prostu plamy jakiejś białej pleśni… Nie, nie pleśni — to szron! Szron na ubraniu… Skąd miałby się wziąć? I w tej właśnie chwili twarz kapitana owiał słaby, ale wyraźny podmuch — jakby lodowate tchnienie grobowca. Języczki płomieni w kagankach zgodnie kiwnęły się, jakby potwierdzając, że to nie halucynacje, nie łudź się! Mury konsulatu, przekształconego w niezdobytą twierdzę, dwa pierścienie po psiemu wiernej ochrony, DSD z jego niedoścignionym systemem poszukiwań — wszystko nadaremno…

Można było fizycznie wyczuć grobowe zimno wiejące od zbliżającej się postaci, i chłód ten, trwale przytwierdził do podłogi podeszwy kapitańskich butów, od razu zmieniając paniczny wicher w jego głowie w gęstą galaretę: „No i koniec. Przecież od początku wiedziałeś, że tak to się właśnie skończy… Otrzymawszy zeznania Arawana, wiedziałeś już — kiedy, a teraz na dodatek wiesz — jak, i już…” Porucznik tymczasem na jego oczach zmieniał się w najprawdziwszego Ichneumona, który niespiesznie, nieco kołysząc się na boki, zbliża się do kobry — płaski trójkątny łeb z położonymi na głowie uszami, sam w jakiś sposób przypominający głowę węża, rubinowe koraliki oczu i śnieżnobiałe zęby pod nastroszonymi wąsami. A kobrą jest on, Marandil… Stara zmęczona kobra z wyłamanymi zębami jadowymi. Oto zaraz szczęki mangusty zewrą się na jego gardle, uderzą fontanny krwi z przebitych tętnic i zachrzęszczą koronki kości kręgosłupa… Cofnął się, na próżno osłaniając się rękami od zbliżającego się koszmaru, i nagle zwalił na plecy: zaczepił obcasem o brzeg dywanika.

Właśnie ból — upadając mocno uderzył się łokciem — uratował kapitana, przywracając go do rzeczywistości. Paniczny strach nie wiadomo dlaczego zmienił swoje właściwości — z paraliżującego stał się mobilizującym, i Marandil, błyskawicznie poderwawszy się na równe nogi, pobiegł mrocznym korytarzem, tak szybko, że przerywana linia szeregu lampek zlała się w ciągłą ognistą linię. Schody… na dół… skok przez poręcz na następny marsz schodów… jeszcze raz… Tu już powinien stać wartownik. Gdzież on jest? Korytarz prowadzący do gabinetu rezydenta… ochrona, gdzie jest cała ochrona, żeby ich licho?! A za plecami kroki — miarowe, jakby tnące na dokładne plasterki zwartą i grząską ciszę korytarza… Aaaa!!! Przecież to ślepy korytarz! Dokąd teraz, dokąd? Do gabinetu — nie ma wyboru… klucz… nie włazi do dziurki, gadzina! O, kretyn, przecież to od sejfu… Spokojnie, spokojnie… O, Wielki Aule, pomóż, ten diabelski zamek wiecznie się zacina… A kroki coraz bliżej i bliżej — jak padające lodowate krople na wygoloną głowę… A ciekawe, dlaczego nie biegnie? Zamknij się, idioto, nie wykracz! Spokojnie, przekręć… jest, w porządku!!!

Jak jaszczurka przemknął przez szczelinę nie do końca otwartych drzwi do gabinetu, naparł na nie całym ciałem i zdążył przekręcić klucz w tej samej chwili, kiedy kroki odmieńca dały się słyszeć na progu. Kapitan nie zapalał światła — nie miał na to sił. Dygocący i zlany potem usiadł na parkiecie na środku pokoju, w obszernym kwadracie księżycowego światła, przekreślonego kratą okna. Dziwna sprawa: racjonalnie myśląc, Marandil wiedział, że koszmarny prześladowca nigdzie się nie rozpłynął, ale tu, siedząc na tym posrebrzonym dywaniku, jakoś poczuł się bezpiecznie, jak podczas dziecinnej zabawy, kiedy wystarczy krzyknąć: „Zamawiam!” Roztargnione spojrzenie przemknęło po rysunku księżycowych cieni na podłodze, i dopiero wtedy domyślił się, że należy popatrzeć na okno. Domyślił się i niemal zawył ze strachu i rozpaczy.

Na zewnętrznym parapecie, prawie z nosem, na szybie, stał jakiś dziwnie przypominający hienę człowiek. Ten drugi odmieniec mógł z łatwością rozbić nogą szybę i wskoczyć do pokoju, ale nie ruszał się z miejsca i tylko patrzył na Marandila okrągłymi, blado fosforyzującymi oczami… Z tyłu natomiast, dał się słyszeć słaby metaliczny chrobot — to Ichneumon już się zajął zamkiem drzwi. „Dobrze, że klucz został w dziurce” — przemknęło przez głowę kapitana, i w tej samej sekundzie drzwiami wstrząsnęło straszliwe uderzenie. Obok zamka został wybity szarpany, owalny otwór o średnicy jakichś sześciu cali, przez który to otwór z korytarza wlała się struga mętnego światła. Struga ta niemal natychmiast „wyschła” do kilku promyków — otwór został czymś z zewnątrz zasłonięty — a potem nagle rozległ się szczęk zasuwy i drzwi gabinetu Stanęły otworem… Dopiero wtedy Marandil zrozumiał, że porucznik po prostu wywalił pięścią otwór w drzwiach, wsunął przezeń rękę i spokojnie przekręcił sterczący od wewnątrz klucz. Kapitan rzucił się do okna, obawiając się człowieka-hieny znacznie mniej niż Ichneumona, a wtedy z mrocznych kątów pokoju z bezszelestną gracją wynurzyła się kolejne para napastników — wilki.

Wywlekły go za nogi spod biurka, pod którym usiłował się schować, i stały teraz nad zdobyczą, szczerząc kły i nasycając powietrze ostrym zapachem psiej sierści, a ich oddechy były przesiąknięte „mięsnym” zapachem. On zaś, uświadomiwszy już sobie całkowitą nieodwracalność zapłaty za swoją zdradę, skowyczał na podłodze, spazmatycznie usiłując osłonić rękami gardło i pachwinę… A potem nagle wszystko się zmieniło, rozwiało… Podporządkowując się obojętnemu głosowi Ichneumona: „Kapitanie Marandil, w imieniu Jego Królewskiej Mości jesteś aresztowany. Kapralu, odbierzcie mu broń, żeton i klucze do sejfu. Do lochu go!”

Nie! Nie! Nie-e-e!!! To nieprawda, to nie może być… Każdemu to się mogło przydarzyć, ale nie jemu, nie kapitanowi Tajnej Straży Marandilowi, szefowi umbarskiej rezydentury! Ale oto już go wloką na dół po stromych wyszczerbionych stopniach, a on nagle przypomina sobie z przeraźliwą dokładnością, że stopni jest dwadzieścia, a czwarty od dołu jest mocno odłupiony, a potem, już w lochu, jednym ruchem wytrząsają go z ubrania i gołego wieszają za związane kciuki na haku wbitym w belkę sufitu… Wtedy pojawia się ponownie oblicze Ichneumona — oko w oko:

— Twoje układy z umbarskimi tajnymi służbami mnie nie interesują. Chcę wiedzieć, kto ci podsunął pomysł napuszczenia na naszą grupę elfów, skłócając ich podziemie z Tajną Strażą Jego Królewskiej Mości. Dla kogo z Minas Tirith pracujesz? Dla ludzi Arweny? Co ci wiadomo o misji barona Tangorna?

— Nic nie wiem, przysięgnę na co tylko chcesz! — chrypi, zwijając się z bólu wyszarpniętych stawów i świetnie rozumiejąc, że to tylko lekka rozgrzewka. — Nie wydawałem żadnych poleceń porwania tego Algalego. Arawan albo zwariował, albo pracował na własne konto…

— Proszę przystąpić, kapralu… Więc kto kazał ci „zaświetlić” mnie przed elfami?

Oprawcy znają się na rzeczy i bardzo dokładnie dozują ból, nie dając mu umknąć w prawdziwe omdlenie, a trwa to długo, nieskończenie długo… Potem wszystko się skończyło: zaiste wielka jest miłość Yalarów, i czułe dłonie Vaire unoszą go do najpewniejszego ze schronień — do mrocznych pokoi Mandosa.

Słoneczne promienie uderzały prosto w twarz Marandila — zbliżało się południe. Z jękiem poderwał ciężką jak z kamienia głowę — jakby wcale nie zaznał snu — ze zwiniętego w rulon, zastępującego poduszkę płaszcza, bezskutecznie usiłując ni to przełknąć, ni to odcharknąć ugrzęzły w zaschniętym gardle krzyk. Wypracowanym ruchem wyszukał stojącą obok kanapy nie dopitą butelkę rumu i, wyrwawszy zębami korek, łyknął obficie. Tak naprawdę, to alkohol już mu nie pomagał — żeby naprawdę dojść do siebie musiał niuchnąć koknary: przez tych kilka dni przerażenie wyżarło mu trzewia, zostawiając tylko żałosną, pomarszczoną otoczkę. Kapitan przestał wychodzić poza bramy konsulatu, a spał tylko w dzień, nie rozbierając się. Z jakiegoś powodu przekonał sam siebie, że Ichneumon przyjdzie po niego dokładnie o północy, jak w prześladujących go koszmarach.

Koszmary były wyrafinowane i różnorodne. Speckomando Ichneumona albo przenikało do wnętrza jego gabinetu niczym cienie — ninjokwe, albo pojawiało się jak zupełnie zwyczajne widma wprost z dużego ściennego zwierciadła wykonanego przez khandyjskich mistrzów — ocknąwszy się pewnego razu, rozbił je natychmiast na drobne kawałki. Czasem po prostu wyłamywali drzwi, jak zwyczajny oddział policji z wszelkimi możliwymi odznakami i dokumentami. Najbardziej jednak utkwił mu w pamięci ten sen, w którym napadły na niego cztery ogromne, wielkości psa, nietoperze. Nieuchwytne i zwinne ganiały kapitana po całym budynku i, złośliwie popiskując, chlastały go po głowie swymi skórzastymi skrzydłami, usiłując sięgnąć oczu. Dłonie, którymi osłaniał twarz, czubek głowy i szyję były już poszarpane na krwawy farsz ich małymi ostrymi kłami — i dopiero wtedy następował nieodmiennie fabularny koniec: „Kapitanie Marandil, w imieniu Jego Królewskiej Mości jesteś aresztowany. Kapralu, odbierzcie mu broń, żeton i klucze do sejfu. Do lochu go!”

— Panie sekretarzu! Panie sekretarzu, proszę się obudzić! — Dopiero teraz pojął, że obudził się nie sam z siebie. W drzwiach gabinetu stoi przestępujący z nogi na nogę łącznik. — Pilnie wzywa pana pan konsul.

„Pilnie wzywa” — to coś nowego. Otrzymawszy jakieś dziesięć dni temu w porannej poczcie przesyłkę z zeznaniami Arawana, Nadzwyczajny i Pełnomocny Konsul Odrodzonego Królestwa sir Eidred zażądał od rezydenta wyjaśnień. Otrzymawszy zaś zamiast tego żałosny bełkot w stylu: „To nie ja, i nic o tym nie wiem”, zaczął uciekać przed kapitanem jak przed zadżumionym, demonstracyjnie zerwawszy z nim wszelkie kontakty. Najgorsze zaś było to, że wersja wydarzeń, podyktowana Arawanowi przez Tangorna, wyglądała tak przekonująco, że Marandil zaczął wątpić we własny rozsądek: a może naprawdę sam wydał taki rozkaz, będąc w jakimś zamroczeniu umysłu? Przekonał sam siebie tak mocno, że zlikwidował rannego Morimira, bo mógłby po wyzdrowieniu potwierdzić polecenie porwania Algalego. Usunął go pospiesznie, niechlujnie, zostawiając wiele śladów i przez to odciął sobie wszelkie możliwości wycofania się. Marandil fizycznie odczuwał duszną pustkę, jaka tworzyła się wokół niego w całej siatce: podwładni, jak jeden mąż, unikali z nim nawet kontaktu wzrokowego, a w pomieszczeniach, do których wchodził, natychmiast zamierały wszelkie rozmowy. Rozumiał, że najwyższy czas uciekać, ale jeszcze bardziej bał się samotności w mieście. Została mu tylko wiara w skuteczność DSD, w wariant, w którym dobierze się on do Ichneumona wcześniej, niż ten do niego. Już nie wierzył natomiast w to, że własna ochrona zatrzyma porucznika, choć otrzymała taki rozkaz.

— Pali się, czy co? — rzucił ze złością do gońca, usiłując doprowadzić do porządku solidnie wymiętoszone podczas snu ubranie.

— Jakiegoś trupa znaleźli i powiadają, że to pana domena. Znaki szczególne: mnóstwo drobniutkich blizn na wargach…

Do gabinetu konsula Marandil niemal wbiegł i od razu został pochwycony pod pachy przez dwóch zajmujących pozycje przy drzwiach oberwańców w wysmarowanych błotem ubraniach. Sir Eidred stał nieopodal. W jego postawie i wyrazie twarzy dziwnie mieszały się znieważona arystokratyczna wyniosłość i służbowa uniżoność — czuło się, że Jego Ekscelencji dopiero co zaaplikowano legendarną lewatywę z trzech wiader terpentyny. W fotelu konsula zaś, założywszy nogę na nogę rozwalił się Ichneumon, we własnej osobie — tak samo wybrudzony jak jego podwładni.

— Kapitanie Marandil, w imieniu Jego Królewskiej Mości jesteś aresztowany. Kapralu, odbierzcie mu broń, żeton i klucze do sejfu. Do lochu go! — I, wstając, rzucił przez ramię: — A panu, panie konsulu, stanowczo radzę skopać tyłek dowódcy ochrony. W sumie to można do was przeniknąć na cztery sposoby, ale żeby wejścia do kanalizacji burzowej nie były przesłonięte kratami… Takie niedbalstwo nie mieści się w głowie! Tak więc, proszę się nie zdziwić, że pewnego ranka zauważy pan w ogrodzie konsulatu cygański tabor, a w westybulu kilku chrapiących włóczęgów…

Nie! Nie! Nie-e-e!!! To nieprawda, to nie może być… Każdemu to się moglo zdarzyć, ale nie jemu — kapitanowi Tajnej Straży Marandilowi, szefowi umbarskiej rezydentury! Ale oto już go wloką na dół po stromych wyszczerbionych stopniach, a on nagle przypomina sobie z przeraźliwa dokładnością, ze stopni jest dwadzieścia, a czwarty od dołu jest mocno odlupany, a potem, już w lochu, jednym ruchem wytrząsają go z ubrania i gołego wieszają za związane kciuki na haku wbitym w belkę sufitu… Wtedy pojawia się ponownie oblicze Ichneumona — oko w oko:

— Twoje układy z umbarskimi tajnymi służbami mnie nie interesują. Chce wiedzieć, kto ci podsunął pomysł napuszczenia na naszą grupę elfów, sklecając ich podziemie z Tajną Strażą Jego Królewskiej Mości. Dla kogo z Minas Tirith pracujesz? Dla ludzi Arweny? Co ci wiadomo o misji barona Tangorna?

— Nic nie wiem, przysięgnę na co tylko chcesz! — chrypi, zwijając się z bólu wyszarpniętych stawów i świetnie rozumiejąc, że to tylko lekka rozgrzewka. — Nie wydawałem żadnych poleceń porwania tego Algalego. Arawan albo zwariował, albo pracował na własne konto…

— Proszę przystąpić, kapralu… Więc kto kazał ci „zaswietlic” mnie przed elfami?

Oprawcy znają się na rzeczy i bardzo dokładnie dozują ból, nie dając wa umknąć w prawdziwe omdlenie, a trwa to długo, nieskończenie długo…