/ Language: Polski / Genre:thriller,

Sąsiad

Lisa Gardner

Ta sprawa gwarantowała szum medialny – młoda atrakcyjna żona i matka znika bez śladu ze swego domu w Bostonie. Czteroletnia córeczka to jedyny świadek, a przystojny, tajemniczy mąż staje się głównym podejrzanym. Kiedy do niewielkiego, przytulnego domu rodziny Jones przybywa sierżant D. D. Warren, od razu wyczuwa coś niepokojącego w pozorach normalności, które para tak bardzo starała się stworzyć. Zegar tyka nieubłaganie, tymczasem Jason Jones zdaje się bardziej zaabsorbowany niszczeniem dowodów i izolowaniem swej córki niż poszukiwaniem „ukochanej” żony. Czy ten idealny mąż próbuje coś ukryć? I czy jedyny świadek zbrodni stanie się następną ofiarą zabójcy? Kolejny, nagrodzony wieloma wyróżnieniami thriller autorstwa amerykańskiej mistrzyni suspensu.

Lisa Gardner

Sąsiad

Tytuł oryginalny: The Neighbor

Tłumacz: Monika Wiśniewska

Rozdział 1

Zawsze mnie ciekawiło, co czują ludzie w kilku ostatnich godzinach swego życia. Czy wiedzą, żelada chwila wydarzy się coś strasznego? Wyczuwają rychłą tragedię, nie odstępują na krok swoichnajbliższych? A może to jedna z tych rzeczy, które po prostu się dzieją? Matka czwórki dzieci kładącaje do łóżek, martwiąca się poranną podwózką do szkoły, czekającym na nią koszem brudnej bielizny idziwnym dźwiękiem, jaki znowu wydaje piec, do której uszu dobiega pełne grozy skrzypnięcie zkorytarza na parterze. Albo nastolatka snująca marzenia o sobotniej wyprawie na zakupy znajlepszą przyjaciółką, która otwiera oczy, by się przekonać, że nie jest już sama w pokoju. Alboojciec wyrwany ze snu i myślący: „Co się, kurwa, dzieje?", tuż przed tym, jak młotek trafia go międzyoczy.

W ciągu sześciu ostatnich godzin świata, jaki znam, daję Ree kolację. Makaron z serem firmy Kraft,a na wierzchu kawałeczki indyka. Kroję w plastry jabłko. Zjada chrupki, biały miąższ, zostawiającpółksiężyce czerwonej skórki. Mówię jej, że to właśnie w skórce znajdują się wszystkie składnikiodżywcze. Przewraca oczami czterolatka, a zachowuje się, jakby miała lat czternaście. Kłócimy sięjuż o ubrania jej się podobają krótkie spódniczki, jej ojciec i ja wolimy długie sukienki, ona chcebikini, my upieramy się przy stroju jednoczęściowym. Tak sobie myślę, że to kwestia tygodni, nimzażąda kluczyków od samochodu.

Potem Ree chce się pobawić na strychu w „poszukiwanie skarbów". Mówię jej, że pora na kąpiel.

Wchodzimy razem do starej wanny na nóżkach w łazience na piętrze, tak jak to mamy w zwyczaju,odkąd była mała. Ree namydla dwie lalki Barbie i jedną gumową kaczuszkę. Ja namydlam ją. Nakoniec obie pachniemy lawendą, a wszystko w czarno białej łazience jest zaparowane.

Lubię nasz po kąpielowy rytuał. Otulamy się wielkimi ręcznikami, a potem wychodzimy na chłodnykorytarz i ruszamy prosto w kierunku Wielkiego Łóżka w sypialni mojej i Jasona, gdzie z bosymistopami kładziemy się obok siebie, lekko się dotykając. Nasz rudy pręgowany kot, Pan Smith,wskakuje na łóżko i przygląda się nam wielkimi bursztynowymi oczami, a jego długi ogon lekkodrga.Co ci się najbardziej podobało w dzisiejszym dniu? pytam córkę.

Ree marszczy nosek.

Nie pamiętam.

Pan Smith odsuwa się od nas, znajduje sobie miłe, wygodne miejsce przy wezgłowiu i zaczyna sięmościć. Wie, co będzie dalej.

Mnie najbardziej podobał się powrót ze szkoły do domu i nasze przytulanki.

Jestem nauczycielką. Mamy dziś środę. W środy wracam około czwartej, Jason wychodzi o piątej.

Ree zdążyła się już przyzwyczaić do takiego cyklu. Tatuś w ciągu dnia, mamusia wieczorem. Niechcieliśmy, aby ktoś obcy wychowywał nasze dziecko, i udało się.

Mogę zobaczyć film? pyta Ree. Zawsze o to pyta. Nie odrywałaby się od telewizora, gdybyśmyjej na to pozwolili.

Żadnego filmu odpowiadam lekko. Opowiedz mi, co w przedszkolu.

Krótki film ripostuje. Po czym dodaje triumfująco: Yeggie Tales!

Żadnego filmu powtarzam, wystawiając rękę spod ręcznika i łaskocząc ją pod brodą. Jużprawie ósma i wiem, że Ree jest zmęczona, choć uparta. Nie chcę dopuścić do napadu złości takkrótko przed pójściem spać. No to opowiedz, co w przedszkolu. Co dziś jadłaś na drugie śniadanie?

Też wystawia ręce i łaskocze mnie pod brodą.

Marchewki!

Tak? Teraz łaskotanie za uchem. Kto je przyniósł?

Heidi!

Próbuje dosięgnąć moich pach. Zręcznie blokuję dostęp.

Plastyka czy muzyka?

Muzyka!

Śpiewanie czy granie?

Gitara!

Zrzuca z siebie ręcznik i skacze po mnie, łaskocząc szybkimi paluszkami, gdzie się tylko da, ostatniprzypływ energii przed wieczornym padnięciem. Udaje mi się strząsnąć ją z siebie i ze śmiechemturlam się w stronę brzegu łóżka. Z głuchym odgłosem ląduję na drewnianej podłodze Ree jeszczegłośniej chichocze, a Pan Smith miauczy w proteście. Czmycha z sypialni, nie mogąc się doczekaćdokończenia naszego wieczornego rytuału.

Znajduję długi T shirt dla siebie i koszulę nocną z księżniczką Ariel dla niej. Myjemy razem zębyprzed owalnym lustrem. Ree lubi, gdy synchronicznie plujemy. Dwie bajki, jedną piosenkę i pół

broadwayowskiego przedstawienia później w końcu otulam ją kołderką. Ree tuli do siebie króliczkamaskotkę, a Pan Smith śpi skulony w nogach łóżka.

Ósma trzydzieści. Nasz mały dom należy oficjalnie do mnie. Rozsiadam się w kuchni. Sączęherbatę, oceniam prace uczniów, siedzę plecami do komputera, żeby mnie nie kusił. Zegar z kotkiem,który Jason kupił kiedyś Ree na Gwiazdkę, o pełnej godzinie wydaje z siebie miauknięcie. Dźwięk tenodbija się echem wśród ścian piętrowego budynku z lat pięćdziesiątych, przez co przestrzeń wydajesię jeszcze bardziej pusta, niż jest w rzeczywistości.

Mam zimne stopy. W marcu w Nowej Anglii dni są jeszcze chłodne. Powinnam założyć skarpetki,ale nie chce mi się wstawać.

Dziewiąta piętnaście. Robię zwyczajowy obchód. Rygluję drzwi od strony ogrodu, sprawdzamdrewniane słupki wciśnięte w każdą ramę okienną. Na koniec podwójny rygiel przy stalowychdrzwiach wejściowych. Nasz dom znajduje się w południowym Bostonie w skromnej okolicyzamieszkałej przez klasę średnią, gdzie są przyjazne rodzinom parki i ulice wysadzane drzewami.

Mnóstwo dzieci, mnóstwo białych parkanów.

Sprawdzam zamki i mimo wszystko rygluję okna. Zarówno Jason, jak i ja mamy ku temu powody.

Następnie znowu staję przed komputerem i ręce mnie świerzbią. Mówię sobie, że pora iść do łóżka.

Zabraniam sobie siadania przed nim. Ale wiem, że najpewniej i tak to zrobię. Tylko na chwilę.

Przeczytam kilka e maili. Co w tym złego?

W ostatniej chwili odnajduję w sobie siłę woli, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Wyłączamkomputer. Kolejna zasada obowiązująca w naszej rodzinie: przed pójściem spać komputer musi byćwyłączony.

Komputer to portal, wiecie, umożliwiający dostanie się do waszego domu. A może nie wiecie.

Niedługo to jednak zrozumiecie.

Dziesiąta. Zostawiam światło w kuchni dla Jasona. Nie zadzwonił, ma więc pewnie pracowitą noc.

Nie szkodzi, mówię sobie. Praca to praca. Wygląda na to, że coraz więcej między nami milczenia. Takjuż czasem bywa. Zwłaszcza, kiedy ma się małe dziecko.

Ponownie myślę o lutowych wakacjach. Rodzinnym wyjeździe, który był albo najlepszą rzeczą,jaka nam się przytrafiła, albo najgorszą, zależnie od punktu widzenia. Chcę to zrozumieć. Zrozumiećswojego męża, siebie. Bywa, że nie da się odkręcić tego, co się zrobiło, nie da się cofnąć razwypowiedzianych słów.

Nie jestem w stanie rozwiązać tego dzisiejszego wieczoru. Prawda jest taka, że nie potrafię tegozrobić od tygodni, co zaczęło mnie napawać coraz większym przerażeniem. Kiedyś szczerzewierzyłam w to, że sama miłość jest w stanie wszystko naprawić. Teraz jestem mądrzejsza.

U szczytu schodów zatrzymuję się przed pokojem Ree, żeby ostatni raz rzucić na nią okiem.

Ostrożnie uchylam drzwi i zaglądam do środka. Pan Smith odpowiada mi spojrzeniem złocistychoczu. Nie podnosi się, za co go wcale nie winię, bo jest mu tam całkiem przytulnie. Ree, skulona podróżowo zieloną kołderką w kwiaty, ssie kciuk, na poduszce leżą rozsypane ciemne loki. Znowuwydaje się malutka jak dziecko, które przysięgłabym, że urodziłam zaledwie wczoraj, a jednakjakimś cudem od tamtego dnia minęły cztery lata i moja córka sama się ubiera, sama je i dzieli się znami swoimi opiniami na temat życia.

Myślę, że ją kocham.

Myślę, że „miłość" to słowo nieadekwatne do tego, co czuję.

Drzwi są uchylone dla Ree. Światło na korytarzu włączone dla Jasona.

Wieczorny rytuał można uznać za zakończony. Wszystko jest tak, jak być powinno.

Kładę się na boku, z poduszką między kolanami, dłonią ułożoną na biodrze. Wpatruję się wewszystko i jednocześnie w nic. Myślę o tym, że jestem zmęczona i że schrzaniłam sprawę, i że szkoda,iż Jasona nie ma w domu, a może jednak dobrze, że go nie ma, i że muszę coś wymyślić, tyle że niemam pojęcia co.

Kocham swoje dziecko. Kocham swego męża.

Jestem idiotką.

I przypomina mi się coś, o czym nie myślałam już od miesięcy. To nie tyle wspomnienie, a zapach:płatki róż, pogniecione, gnijące, rozkładające się pod oknem mojego pokoju w upalecharakterystycznym dla Georgii. Gdy tymczasem zaciemnionym korytarzem płynie głos mamy:

„Wiem coś, o czym wy nie wiecie…"

Ćśś, ćśś, ćśś szepczę teraz. Obejmuję dłonią brzuch i zbyt intensywnie myślę o tym, o czymprzez większą część życia próbowałam zapomnieć. Ćśś, ćśś, ćśś próbuję raz jeszcze.

I wtedy słyszę jakiś dźwięk u dołu schodów…

W ostatnich chwilach świata takiego, jaki znam, chciałabym móc wam powiedzieć, że usłyszałamw ciemnościach pohukiwanie sowy. Albo że zobaczyłam przeskakującego przez płot czarnego kota.

Albo że poczułam, jak włoski na karku stają mi dęba.

Chciałabym móc wam powiedzieć, że dojrzałam niebezpieczeństwo i że stoczyłam zaciętą walkę. W

końcu ze wszystkich ludzi na świecie to właśnie ja powinnam rozumieć, jak łatwo miłość przeradzasię w nienawiść, pożądanie w obsesję. To właśnie ja powinnam to przewidzieć.

Tak się jednak nie stało. Naprawdę.

I niech Bóg ma mnie w swojej opiece, ale kiedy w pogrążonych w półmroku drzwiach sypialnizmaterializowała się jego twarz, moją pierwszą myślą było to, że jest równie przystojny jak wtedy,kiedy się poznaliśmy, i że nadal miałabym ochotę dotknąć jego twarzy, zanurzyć palce w gęstychwłosach…

Następnie pomyślałam, dostrzegając, co się znajduje w jego ręce, że nie wolno mi krzyczeć. Muszęchronić swoją córkę, najdroższą córkę śpiącą spokojnie na drugim końcu korytarza.

Wszedł do sypialni. Uniósł obie ręce. Przysięgam, że nie wydałam z siebie żadnego dźwięku.

Rozdział 2

Sierżant D.D. Warren uwielbiała porządny bar typu „jesz ile chcesz". Nie chodziło jej o makaron zwykły wypełniacz jeśli można było zjeść pieczeń. Nie, na przestrzeni lat wypracowała strategię doskonałą: punkt pierwszy, bar sałatkowy. Nie żeby była zagorzałą fanką sałaty lodowej, ale jako trzydziestoparoletnia singielka i jednocześnie pracoholiczka nie napychała swojej lodówki łatwo psującym się jedzeniem. A więc owszem, pierwszym celem okazywały się zazwyczaj jakieś warzywa, w przeciwnym wypadku zważywszy na jej nawyki żywieniowe pewnie by się nabawiła szkorbutu.

Punkt drugi: cienko krojone mięso. Indyk był w porządku. Pieczona w miodzie szynka jeszcze lepsza.

Ale dopiero krwista pieczeń wołowa zasługiwała na złoty medal. D.D. lubiła, kiedy środek był czerwony i mocno krwisty. Jeśli mięso nie podskakiwało lekko, kiedy kłuła je widelcem, znaczyło to, że ktoś w kuchni popełnił zbrodnię przeciwko wołowinie.

I tak by je oczywiście zjadła. W barze typu "jesz ile chcesz" wygórowane standardy należało zostawić przed drzwiami.

No więc mała sałatka, następnie kilka cienkich plasterków krwistej pieczeni. Teraz bezmyślny ćwok nieuchronnie dorzuciłby do mięsa ziemniaki. Nigdy! Lepiej wybrać smażonego w panierce łupacza, może trzy albo cztery pieczone małże, no i oczywiście krewetkę na zimno. Potem należy się zastanowić nad warzywami saute albo może potrawką z fasolki szparagowej z chrupiącą cebulką na wierzchu.

Dopiero to można nazwać posiłkiem.

Deser stanowił, rzecz jasna, bardzo ważną część procesu barowego. Sernik należał do tej samej kategorii co ziemniaki i makaron taki błąd popełniały tylko żółtodzioby. Lepiej zacząć od puddingu albo chipsów owocowych. No i podobno zawsze się miało w żołądku miejsce na galaretkę. Albo czekoladowy mus. I creme brulee. Z malinami, ekstra.

O tak, chętnie by spałaszowała creme brulee.

To nieco smutne, jako że była dopiero siódma rano, a jedyną jadalną rzeczą, jaką miała w swoim lofcie w North End, była torebka mąki.

D.D. przekręciła się na drugi bok, czując, jak burczy jej w brzuchu, i udawała, że to jedyna część jej ciała, która jest głodna.

Poranek za oknem wyglądał na szary. Kolejny zimny marcowy dzień. Normalnie o tej porze znajdowałaby się już w drodze do pracy, ale wczoraj zakończyła intensywne, trwające dwa miesiące śledztwo w sprawie oddanych z jadącego samochodu strzałów kule trafiły dobrze się zapowiadającego dilera narkotyków oraz matkę i dwójkę jej małych dzieci. Jakby tego było mało, do strzelaniny doszło zaledwie trzy przecznice od centralnego wydziału bostońskiej policji w Roxbury.

Prasa oszalała. Okoliczni mieszkańcy codziennie organizowali pikiety, żądając bezpieczniejszych ulic.

Komisarz natychmiast utworzył liczny oddział specjalny, dowodzony rzecz jasna przez D.D., ponieważ jakimś cudem na ładną białą blondynkę nie spadało aż tyle gromów, co na kolejnego nadętego faceta w garniturku.

D.D. to nie przeszkadzało. Kurczę, ona była wtedy w swoim żywiole. Błyski fleszy, rozhisteryzowani obywatele, czerwoni na twarzy politycy. Proszę bardzo. Poddawała się publicznej chłoście, a potem chowała za zamkniętymi drzwiami i dawała popalić swojej ekipie, ogarnięta prawdziwą gorączką śledczą. Jakiś dupek sądził, że może na jej służbie zmasakrować całą rodzinę? Nie ma, kurwa, mowy.

Sporządzili listę domniemanych podejrzanych i wzięli się ostro do roboty. No i proszę: sześć tygodni później wdarli się do przeznaczonego do rozbiórki magazynu niedaleko nadbrzeża i wyciągnęli swojego ptaszka z ciemnych zakamarków na ostre słońce, gdzie kamerzyści zwijali się jak w ukropie.

Ona i jej ekipa staną się bohaterami na jakieś dwadzieścia cztery godziny, potem pojawi się następny idiota i cały schemat się powtórzy. Taki już był ten świat. Nasrać, wytrzeć, spuścić wodę.

Znowu nasrać.

D.D. westchnęła, przekręciła się na drugi bok, przejechała dłonią po pościeli o grubym splocie i znowu westchnęła. Powinna wstać. Wziąć prysznic. Poświęcić trochę czasu na zrobienie prania i ujarzmienie bałaganu, jaki panował obecnie w jej mieszkaniu.

Znowu pomyślała o barze. I seksie. Takim naprawdę ostrym, głośnym, wyczerpującym seksie. Miała ochotę na to, aby jej dłonie zaciskały się na twardym jak skała tyłku. Pragnęła, aby jej biodra otaczały stalowe ramiona. Chciała, aby jej uda drapał męski zarost, gdy tymczasem ona rozrywałaby paznokciami tę luksusową pościel na strzępy.

Niech to szlag trafi. Odrzuciła kołdrę i wyszła z sypialni, odziana jedynie w T shirt, majtki i uczucie seksualnej frustracji.

Posprząta mieszkanie. Pójdzie pobiegać. Zje tuzin pączków.

Udała się do kuchni, wyjęła z lodówki puszkę z kawą w ziarnach, znalazła młynek i zabrała się do roboty.

Miała trzydzieści osiem lat, na litość boską. Była oddanym oficerem śledczym i zagorzałą pracoholiczką. Czuła się nieco samotna bez mężusia i dwójki biegających po domu bachorów? Teraz już za późno na zmianę reguł.

Wsypała świeżo zmieloną kawę do małego złotego filtra i pstryknęła włącznik. Włoska maszyna obudziła się do życia i unoszący się w powietrzu zapach espresso nieco ją uspokoił. Wyjęła mleko, żeby je spienić.

Ten loft w North End kupiła trzy miesiące temu. Zdecydowanie zbyt fajny jak dla gliniarza, ale takie były uroki załamania na bostońskim rynku mieszkaniowym. Deweloperzy go zbudowali, popytu nie było. Dzięki temu do pracusiów pokroju D.D. nagle uśmiechnęło się szczęście. Podobało jej się tutaj.

Otwarta przestrzeń, przestronnie i widno, minimalistycznie. Kiedy znajdowała się w domu, to wystarczało, aby zaczynała myśleć, że powinna tu przebywać częściej. Co wcale nie znaczy, by tak właśnie robiła.

Skończyła parzyć latte i podeszła do rzędu okien wychodzących na całkiem ruchliwą ulicę. Nadal niespokojna, nadal podminowana. Lubiła ten widok. Ruchliwa ulica, spieszący się ludzie. Mnóstwo przechodniów ze swoimi naglącymi potrzebami, z których żaden jej nie widział, nie przejmował się nią i nic od niej nie chciał. Nie była na służbie, a życie i tak toczyło się dalej. Niezła lekcja dla kobiety jej pokroju.

Dmuchnięciem odsunęła na bok część pianki, wypiła kilka łyków aromatycznego napoju i poczuła, że część napięcia nieco odpuszcza.

W ogóle nie powinna była iść na ten ślub. O to właśnie chodziło. Kobieta w jej wieku powinna bojkotować wszystkie śluby i przyjęcia z okazji narodzin dzieci.

Cholerny Bobby Dodge. Autentycznie nie mógł wydobyć z siebie głosu, kiedy wygłaszał słowa przysięgi małżeńskiej. A Annabelle, taka śliczna w białej sukni bez ramiączek, się popłakała. No i jeszcze Bella, suka, przeszła przez kościół z dwiema złotymi obrączkami przywiązanymi do obroży z ogromną kokardą.

Jak człowiek, do licha, miał się choć trochę nie wzruszyć przy czymś takim? Zwłaszcza, kiedy rozbrzmiała muzyka i wszyscy zaczęli tańczyć w rytm At Last Etty James, oczywiście z wyjątkiem ciebie, ponieważ tak cholernie dużo pracowałaś, że nie miałaś czasu znaleźć osoby towarzyszącej?

D.D. przełknęła więcej kawy, przyjrzała się pędzącym w dole zajętym ludziom i zmarszczyła gniewnie brwi.

Bobby Dodge się ożenił. O to właśnie chodziło. Znalazł kogoś lepszego od niej i teraz był już po ślubie, a ona…

Jasna cholera, naprawdę potrzebowała porządnego seksu.

Zawiązywała sznurowadła przy butach do biegania, kiedy zadzwoniła jej komórka. D.D. zerknęła na wyświetlacz, zmarszczyła brwi i przyłożyła telefon do ucha.

Sierżant Warren rzuciła energicznie.

Dzień dobry, pani sierżant. Z tej strony detektyw Brian Miller, dystrykt C 6. Przepraszam, że przeszkadzam.

D.D. wzruszyła ramionami i czekała. Detektyw jednak nie zaczął mówić dalej, zachęciła go więc: W czym mogę pomóc, detektywie Miller?

Cóż, mam problem… zaczął i ponownie umilkł, a D.D. czekała.

Dystrykt C 6, wydział bostońskiej policji, obejmował południowy Boston. Jako sierżant jednostki zajmującej się zabójstwami D.D. niezbyt często miała okazję pracować z detektywami z C 6. W południowym Bostonie, zwanym przez miejscowych Southie, raczej nie dochodziło do zabójstw.

Kradzieże, włamania, napady owszem. Zabójstwa naprawdę rzadko.

O piątej rano odebrano zgłoszenie odezwał się wreszcie Miller. Mąż po powrocie do domu odkrył, że zaginęła jego żona.

D.D. uniosła brew i usiadła wygodniej na krześle.

Wrócił do domu o piątej nad ranem?

Zgłosił jej zaginięcie o piątej. Mąż to Jason Jones. Coś to pani mówi?

Powinno?

Reporter z „Boston Daily". Jego rewir obejmuje południowy Boston, pisuje też obszerniejsze artykuły o tematyce miejskiej. Podobno pracuje w większość wieczorów. Opisuje posiedzenia rady miejskiej i zarządu, tego typu rzeczy. Wczoraj otrzymał także polecenie zajęcia się pożarem. W każdym razie skończył koło drugiej w nocy i wrócił do domu, gdzie czteroletnia córka spała w swoim pokoju, żony jednak nie było.

Okej.

Najpierw podjęto rutynowe działania kontynuował Miller. Sprawdzono teren wokół domu.

Samochód na ulicy, portfel tej kobiety i kluczyki na kuchennym blacie. Nie ma śladów włamania, ale w sypialni jest potłuczona nocna lampka i brakuje niebiesko zielonego koca.

Okej.

Zważywszy na okoliczności, mama zostawiająca dziecko samo w domu itd., policjanci zadzwonili do swego przełożonego, który z kolei skontaktował się z moim szefem. Kilka ostatnich godzin spędziliśmy, rzecz jasna, na przeczesywaniu okolicy, sprawdzaniu miejscowych sklepów, odnajdywaniu przyjaciół i krewnych itd. Krótko mówiąc, nie mam żadnego tropu.

Macie ciało?

Nie.

Ślady krwi? Odciski palców, zniszczenia?

Tylko potłuczona lampa.

Przeszukano cały dom? Poddasze, piwnicę, niskie korytarze od węzłów sanitarnych?

Staramy się.

Staracie się?

Mąż… nie przeszkadza wprawdzie, ale nie można powiedzieć, żeby współpracował.

Cholera. I nagle D.D. zrozumiała, dlaczego detektyw okręgowy dzwoni do pani sierżant z wydziału zabójstw w sprawie zaginionej kobiety i dlaczego ta pani sierżant nie pójdzie teraz pobiegać.

Pani Jones… jest młoda, biała i piękna, prawda?

Dwudziestotrzyletnia blondynka, nauczycielka. Ma tego rodzaju uśmiech, który rozjaśnia ekran telewizora.

Nie mówcie mi tylko, że rozmawialiście o tym przez radio.

A jak myślicie, dlaczego zadzwoniłem na komórkę?

Co to za adres? Dajcie mi dziesięć minut, detektywie Miller. Już tam jadę.

D.D. zostawiła buty do biegania w pokoju dziennym, spodnie dresowe w korytarzu, a bluzę w sypialni. Dżinsy, biała koszula, zabójcze kozaki i była gotowa do wyjścia. Do paska przypięła pager, na szyi powiesiła identyfikatory, do tylnej kieszeni wsunęła telefon komórkowy.

Ostatnia rzecz to ulubiona kurtka ze skóry w kolorze toffi, wisząca na wieszaku przy drzwiach.

Sierżant Warren ochoczo ruszyła w drogę, aby wykonać swoją pracę.

Południowy Boston o długiej i bogatej historii, nawet jak na standardy bostońskie, z jednej strony otaczała tętniąca życiem dzielnica finansowa, z drugiej zaś oblewały wody oceanu. Posiadał cechy uroczego ośrodka portowego, a jednocześnie żyło się w nim jak w wielkim mieście. Teren ten początkowo zamieszkiwali ludzie usytuowani raczej na niższym poziomie skali socjoekonomicznej.

Ledwo wiążący koniec z końcem imigranci, najczęściej Irlandczycy, upychający trzydzieścioro ludzi do jednego pokoju w pełnych insektów czynszówkach, gdzie wiadro służyło za latrynę, a kupka słomy pełniła funkcję zapchlonego materaca. Życie było ciężkie i każdemu dawały w kość choroby, robactwo i bieda.

Sto pięćdziesiąt lat później Southie oznaczało nie tyle miejsce, co styl życia. Tu przyszedł na świat Whitey Bulger, jeden z najbardziej osławionych baronów bostońskiego półświatka. W latach siedemdziesiątych zamienił tę dzielnicę we własny plac zabaw, jedną połowę populacji uzależniając od narkotyków, a drugą zatrudniając. Mimo to ludzie się nie poddawali, sąsiad opiekował się sąsiadem, każde pokolenie twardych, przemądrzałych dzieciaków produkowało następne pokolenie twardych, przemądrzałych dzieciaków. Osoby z zewnątrz tego nie kumały, a miejscowym w ogóle to nie przeszkadzało.

Niestety, wszystkie style życia prędzej czy później dawało się zmodyfikować. Pewnego roku wielka impreza portowa przyciągnęła tutaj hordy mieszkańców miasta. Przybyli, spodziewając się zapuszczonych ulic i rozlatujących się domów. Odkryli widok na ocean, mnóstwo parków i znakomite katolickie szkoły. Oto dzielnica, dziesięć minut od centrum Bostonu, gdzie najtrudniejszym wyborem w sobotni poranek było to, czy skręcić w prawo i iść do parku, czy skręcić w lewo i poleniuchować na plaży.

Rzecz jasna młodzi yuppie znaleźli agentów nieruchomości i w krótkim czasie stare osiedla przekształciły się w warte miliony apartamenty z widokiem na ocean, a trzypiętrowe domy, zamieszkiwane przez czwarte pokolenie, sprzedano deweloperom za pięć razy tyle, na ile wcześniej liczono.

Społeczność się wymieszała. Inna ekonomia i tożsamości etniczne. Te same wielkie parki i wysadzane drzewami ulice. Doszło kilka kafejek. Irlandzkie puby pozostały.

Więcej profesjonalistów pnących się po szczeblach drabiny społecznej. Nadal mnóstwo rodzin z dziećmi. Dobrze było tu mieszkać, jeśli się zdążyło coś kupić, nim ceny powariowały.

D.D. dzięki GPS owi dotarła pod adres podany przez detektywa Millera. Był to uroczy mały bungalow niedaleko nabrzeża, pomalowany na brązowo kremowo, z trawnikiem wielkości znaczka pocztowego i pozbawionym liści klonem. W jej głowie pojawiły się dwie myśli naraz: ktoś zbudował bungalow w Bostonie? I druga: detektyw Miller był dobry. Pięć i pół godziny minęło od przyjęcia zgłoszenia, a jak na razie żadnej policyjnej taśmy odgradzającej, żadnych radiowozów i jeszcze lepiej żadnych vanów z radia i telewizji. Dom wydawał się spokojny, tak samo ulica. Przysłowiowa cisza przed burzą.

D.D. trzy razy objechała okoliczne przecznice, nim w końcu zaparkowała kilka ulic dalej. Skoro Millerowi tak długo udało się utrzymać wszystko w tajemnicy, nie zamierzała tego psuć.

Idąc w stronę domu, zgarbiona i z rękami wciśniętymi do kieszeni, zobaczyła, że Miller już na nią czeka. Okazał się niższy, niż się spodziewała, miał rzednące brązowe włosy i wąsy w stylu lat siedemdziesiątych. Wyglądał jak gliniarz, który byłby świetnym tajniakiem tak nijaki, że nikt by nie zwracał na niego uwagi, nie mówiąc o podejrzewaniu go o podsłuchiwanie ważnych rozmów. Miał

także bladą cerę kogoś, kto większość czasu spędza w świetle fluorescencyjnym. Biurkowy didżej, pomyślała D.D. i natychmiast wstrzymała się z opiniami.

Miller przeciął trawnik i dołączył do niej. Szedł przed siebie, więc ona także. Czasami praca w policji wymagała nieco aktorstwa. Wyglądało na to, że dzisiaj odgrywali rolę pary, która wyszła na poranny spacer. Pomięty brązowy garnitur Millera był może nieco zbyt formalny, ale D.D., w wąskich dżinsach i skórzanej kurtce, prezentowała się świetnie.

Sandra Jones pracuje w gimnazjum zaczął Miller. Mówił cicho i szybko. Minęli pierwszą przecznicę, kierując się w stronę nabrzeża. Ma z szóstymi klasami naukę o społeczeństwie. Jest tam teraz dwóch naszych, ale nikt jej nie widział, odkąd wczoraj o wpół do czwartej wyszła ze szkoły.

Odwiedziliśmy miejscowe sklepy, knajpy i nic. W zlewie stoją naczynia po kolacji. Stosik sprawdzonych kartkówek obok torebki na kuchennym blacie. Według słów jej męża Sandra zazwyczaj zabierała się za pracę dopiero po położeniu o ósmej ich córki spać. Zakładamy więc, że była w domu razem z córką do jakiejś ósmej trzydzieści, dziewiątej. Telefon komórkowy nie wykazuje żadnej aktywności po szóstej; aktualnie wyciągamy z firmy telekomunikacyjnej rejestr połączeń z linii naziemnej.

A co z rodziną? Dziadkowie, ciotki, wujkowie, kuzyni? zapytała D.D. Słońce zaczęło się w końcu przebijać przez warstwę szarych chmur, temperatura się jednak nie zmieniła, a od wody wiał wiatr, wślizgujący się złośliwie pod jej skórzaną kurtkę.

Żadnej rodziny na miejscu. Jedynie ojciec w Georgii, z którym nie utrzymują żadnych kontaktów.

Mąż nie chciał skonkretyzować, oświadczył tylko, że to stare dzieje i nie mają nic wspólnego z obecną sytuacją.

Jak to miło ze strony męża, że za nas myśli. Dzwoniliście do ojca?

Zrobiłbym to, gdybym znał nazwisko.

Mąż nie chce podać nazwiska? W głosie D.D. słychać było niedowierzanie.

Miller pokręcił głową, wciskając dłonie do kieszeni spodni. Z jego ust wydobywała się para.

Poczekaj tylko, aż go poznasz. Oglądałaś to kiedyś? Taki serial medyczny?

Ostry dyżur?

Nie, ten, gdzie jest więcej seksu.

Chirurdzy?

Właśnie ten. Jak się nazywa ten lekarz? McDuff, McDevon…?

McDreamy?

Właśnie ten. Pan Jones mógłby być jego bratem bliźniakiem. Te zmierzwione włosy, całodzienny zarost… Kurde, w chwili, gdy ta historia trafi do mediów, ten facet zacznie dostawać więcej listów od fanów niż Scott Peterson. Myślę, że mamy jeszcze jakieś dwadzieścia godzin i albo znajdziemy do tego czasu Sandy Jones, albo wpadniemy po uszy w gówno.

D.D. westchnęła głośno. Dotarli do nabrzeża, skręcili w prawo i dalej szli.

Mężczyźni są głupi mruknęła ze zniecierpliwieniem. No bo, na litość boską, ileż można?

Praktycznie co tydzień jakiś przystojny rozpieszczany przez los facet próbuje rozwiązać problemy małżeńskie, zabijając żonę i twierdząc, że zniknęła. I co tydzień media rzucają się na to…

Przyjmowaliśmy zakłady. Pięć do jednego na Nancy Grace. Cztery do jednego na Gretę Van Susteren.

D.D. rzuciła mu spojrzenie z ukosa.

I co tydzień kontynuowała policja powołuje oddział specjalny, ochotnicy przeczesują las, straż przybrzeżna przeszukuje port i wiesz co?

Miller miał minę pełną nadziei.

Ciało żony zostaje znalezione, a mąż dostaje do odsiadki dwadzieścia lat, a nawet dożywocie.

Mogłoby się wydawać, że od tej pory choć jeden z tych facetów wybrałby zwykły staromodny rozwód?

Miller nie miał nic do powiedzenia.

D.D. westchnęła, przeczesała palcami włosy i znowu westchnęła.

No dobra, instynktowna reakcja. Myślisz, że żona nie żyje?

Aha. Miller powiedział to w sposób rzeczowy. Kiedy czekała, dodał: Zbita lampa, brak koca.

Rzekłbym, że ktoś owinął ciało i je usunął. W koc wsiąkła krew, co tłumaczy brak materialnych dowodów.

No tak. Myślisz, że zrobił to mąż?

Miller z wewnętrznej kieszeni brązowej sportowej marynarki wyjął złożoną kartkę żółtego papieru i podał jej.

To ci się spodoba. Choć mąż jest, powiedzmy, niechętny do udzielania odpowiedzi na nasze pytania, bez oporów przedstawił nam przebieg swego wieczoru, podał nawet nazwiska i numery telefonu osób, które mogą potwierdzić miejsce jego pobytu.

Przedstawił listę alibi? D.D. rozłożyła kartkę i przeczytała pierwsze nazwisko na liście, Larry Wade, szef służby przeciwpożarowej, następnie James McConnagal, policja stanowa Massachusetts, potem trzy kolejne, tym razem z policji bostońskiej. Czytała dalej. Jej oczy robiły się coraz większe, a dłonie zaczęły drżeć z ledwie powstrzymywanej wściekłości. Powtórz, kim, u diabła, jest ten koleś?

Reporter „Boston Daily". Wczoraj wybuchł pożar. Twierdzi, że tam był razem z połową bostońskich stróżów prawa i opisywał wydarzenie.

O żesz ty. Dzwoniliście już do kogoś?

Nie, i tak wiem, co usłyszę.

Widzieli go, ale go nie widzieli stwierdziła D.D. Jest pożar, wszyscy zasuwają. Może poprosił

każdego z nich o słówko dla prasy, wtedy zwrócili na niego uwagę, potem się wymknął…

Aha. Jeśli chodzi o alibi, to ten koleś jest nie do pobicia. Pół tuzina naszych ludzi potwierdzi, gdzie był wczoraj w nocy, nawet jeśli przez jakiś czas w ogóle go tam nie było. Znaczy to Miller pogroził jej palcem żebyś nie dała się nabrać na wygląd pana Jonesa. McDreamy to także McSpryciarz. To takie niesprawiedliwe.

D.D. oddala mu kartkę.

Ma adwokata?

Dotarli do końca ulicy, odwrócili się i ruszyli z powrotem. Szli teraz pod wiatr, jego siła przyciskała okrycia do ich piersi, a twarze atakowały słone, kłujące kropelki.

Jeszcze nie. Po prostu nie chce odpowiadać na nasze pytania.

Zaprosiliście go na komisariat?

Chciał, żeby mu pokazać nakaz aresztowania.

D.D. uniosła na te słowa brew. A więc McDreamy rzeczywiście był McSpryciarzem. A przynajmniej więcej wiedział na temat swoich konstytucyjnych praw niż przeciętny obywatel. Interesujące. Opuściła głowę, aby uniknąć wiatru.

Żadnych śladów wtargnięcia z użyciem siły?

Nie, a posłuchaj tylko, zarówno główne, jak i boczne drzwi są zrobione ze stali.

Poważnie?

Aha. Z zasuwami od wewnątrz i na zewnątrz. Och, i znaleźliśmy drewniane kołki powbijane w większość ram okiennych.

Pierdzielisz. Co powiedział mąż?

To jedno z tych pytań, na które odmówił odpowiedzi.

Jest tam system alarmowy? Może kamera?

Nie i nie. Nie ma nawet kamerki sprawdzającej nianie. Pytałem.

Zbliżali się teraz do domu, uroczego bungalowu z lat pięćdziesiątych wyglądało na to, że posiada więcej zabezpieczeń niż Fort Knox.

Zamki od wewnątrz i od zewnątrz mruknęła D.D. Żadnej kamery. Zastanawiam się, czy taka struktura jest po to, aby trzymać kogoś z dala od domu, czy aby trzymać kogoś w środku.

Myślisz, że znęcał się nad żoną?

Nie byłaby to żadna nowość. Wspominałeś coś o dziecku?

Czteroletnia dziewczynka. Clarissa Jane Jones. Mówią na nią Ree.

Rozmawialiście już z nią?

Miller zawahał się.

Mała cały ranek przesiedziała na kolanach ojca, wyglądała na dość zaszokowaną. Nie przypuszczam, aby ten facet pozwolił nam porozmawiać z nią na osobności, więc nie naciskałem.

Uznałem, że pogadamy z obojgiem, kiedy będziemy mieć nieco więcej amunicji.

D.D. pokiwała głową. Przepytywanie dzieci nie należało do przyjemnych zadań. Niektórzy detektywi mieli do tego dryg, inni nie. Po niechęci Millera wnioskowała, że on należy do tej drugiej grupy. I dlatego właśnie to D.D. będzie musiała się tym zająć.

Mąż jest zamknięty? zapytała.

Weszli po schodkach i stanęli przed jaskrawozieloną wycieraczką, na której niebieskie słowo

„Witamy" otaczało mnóstwo zielonych i żółtych kwiatków. Według D.D. taką właśnie wycieraczkę mogła wybrać mała dziewczynka i jej matka.

Ojciec i córka siedzą w pokoju dziennym. Zostawiłem z nimi funkcjonariusza. To jedyne, co mogę zrobić w tej chwili.

W tej chwili zgodziła się. Przeszukaliście dom?

W dziewięćdziesięciu procentach.

Samochody?

Aha.

Budynki gospodarcze?

Aha.

Sprawdziliście miejscowe sklepy, sąsiadów, przyjaciół, krewnych i współpracowników?

W toku.

I nigdzie ani śladu Sandry Jones.

Miller zerknął na zegarek.

Mniej więcej sześć godzin po zgłoszeniu męża nie ma śladu po dwudziestotrzyletniej białej kobiecie Sandrze Jones.

Ale macie potencjalne miejsce zbrodni, czyli sypialnię państwa Jones, potencjalnego świadka w osobie czteroletniej córki Sandry i potencjalnego podejrzanego w osobie męża Sandry, dziennikarza.

Takie jest podsumowanie?

Takie jest podsumowanie. Miller pokazał na drzwi, wykazując pierwsze objawy zniecierpliwienia.

Jak to chcesz rozegrać: dom, mąż czy dzieciak?

D.D. położyła dłoń na gałce u drzwi. Jej reakcja była instynktowna znieruchomiała na moment, aby ją przemyśleć. Tych kilka pierwszych godzin, kiedy miało się zgłoszenie, ale jeszcze nie przestępstwo, zawsze było krytycznych dla śledztwa. Dysponowano podejrzeniami, ale nie było jeszcze mowy o prawdopodobnym motywie; istniała osoba, którą należało się zainteresować, ale jeszcze nie główny podejrzany. Właściwie mieli jedynie wystarczająco dużo sznurka, żeby się powiesić.

D.D. westchnęła, zrozumiała, że nieprędko wróci do domu, i dokonała wyboru.

Rozdział 3

Zawsze byłem dobry, jeśli chodzi o rozpoznawanie gliniarzy. Inni potrafią podczas gry w pokera blefować z parą dwójek. Ja niestety nie. Ale umiem rozpoznawać gliniarzy.

Pierwszego policjanta w cywilu zauważyłem podczas śniadania. Nasypałem do miski płatki Rice Krispies i oparłem się o zmatowiały blat, chcąc się zabrać za jedzenie. Wyjrzałem przez małe okno nad zlewem i dostrzegłem go przez koronkową firankę: biały mężczyzna, jakieś metr siedemdziesiąt cztery, metr siedemdziesiąt sześć wzrostu, ciemne włosy, ciemne oczy, idący chodnikiem w kierunku południowym. Ubrany był w zwykłe spodnie, sportową marynarkę z materiału wyglądającego na tweed i niebieską koszulę. Jego wypolerowane ciemnobrązowe buty miały grube czarne podeszwy. W prawej ręce trzymał niewielki notes w spiralnej oprawie.

Gliniarz.

Włożyłem do ust łyżkę płatków, pogryzłem, przełknąłem, całość powtórzyłem.

Mniej więcej półtorej minuty później pojawił się drugi facet. Wyższy metr osiemdziesiąt dwa, metr osiemdziesiąt pięć, krótko obcięte jasne włosy i mięsista twarz, którą chuderlacy mojego pokroju automatycznie mają ochotę uderzyć. Miał na sobie podobne jasnobrązowe spodnie, inną sportową marynarkę i białą koszulę. Policjant Numer Dwa rozpracowywał prawą stronę ulicy, moją stronę.

Trzydzieści sekund później zapukał do moich drzwi.

Włożyłem do ust łyżkę płatków, pogryzłem, przełknąłem, całość powtórzyłem.

Mój budzik włącza się co rano o szóstej pięć, od poniedziałku do piątku. Wstaję, biorę prysznic, golę się i zakładam stare dżinsy i stary T shirt. Jestem typem faceta, który nosi białe obcisłe slipki.

Preferuję także białe skarpetki do kolan z trzema granatowymi paskami na górze. Jestem taki od zawsze i to się już nie zmieni.

O szóstej trzydzieści jem miskę płatków Rice Krispies, następnie myję miskę i łyżkę i zostawiam je do wyschnięcia na spranej zielonej ścierce do naczyń, rozłożonej obok zlewu ze stali nierdzewnej. O

szóstej pięćdziesiąt wychodzę do pracy w miejscowym warsztacie samochodowym, gdzie zakładam upaćkane smarem niebieskie ogrodniczki i zajmuję swoje miejsce pod maską samochodu. Mam zręczne palce, co oznacza, że zawsze znajdę pracę. Ale zawsze będę tym gościem pod maską, nigdy tym, który ma kontakt z klientami. Nigdy nie dostanę tego typu roboty.

Pracuję do osiemnastej, z godzinną przerwą na lunch. To długo, ale w moim przypadku tylko nadgodziny są w miarę dobrze płatne, no i mówiłem już, że mam zręczne palce i niewiele się odzywam, co oznacza, że nie wadzę przełożonym. Po pracy wracam pieszo do domu. Na kolację najczęściej odgrzewam ravioli. Oglądam w telewizji Kroniki Seinfelda. O dziesiątej jestem już w łóżku.

Nigdzie nie wychodzę. Nie bywam w barach, nigdy nie wyskakuję ze znajomymi do kina. Śpię, jem, pracuję. Każdy kolejny dzień wygląda praktycznie tak samo. Nie można tego nazwać prawdziwym życiem. Już raczej egzystowaniem.

Psychiatrzy mają na to swoje określenie: udawanie normalności.

Tylko w taki sposób umiem żyć.

Biorę do ust kolejną łyżkę płatków, gryzę, przełykam i całą czynność powtarzam.

Znowu pukanie do drzwi.

Światło jest zgaszone. Moja gospodyni, pani H., pojechała na Florydę w odwiedziny do wnuków i nie ma sensu marnować prądu tylko na mnie.

W chwili, gdy odstawiam miskę rozmoczonych płatków, gliniarz decyduje się odwrócić na pięcie i zejść po schodkach. Przechodzę na drugi koniec kuchni, skąd mam widok na to, co robi. Kieruje się do moich sąsiadów i puka do ich drzwi.

Sprawdzanie. Gliniarze sprawdzają ulicę. I nadeszli od północy. Coś się więc stało, prawdopodobnie na tej ulicy, w części północnej.

Przypomina mi się coś, o czym naprawdę nie chciałem myśleć, ale co dryfuje na dnie mojej świadomości od chwili, kiedy rozdzwonił się budzik i poszedłem do łazienki, gdzie przejrzałem się w lustrze nad zlewem. Dźwięk, który usłyszałem zaraz po tym, jak wczoraj wieczorem wyłączyłem telewizor. Wiem, że nie chcę tego wiedzieć, ale nie potrafię wyrzucić tego z głowy.

Daję sobie spokój ze śniadaniem i zamiast tego siadam na krześle w kuchni.

Szósta czterdzieści dwie. Dzisiaj jednak nie będzie udawanej normalności.

Dzisiaj będzie coś prawdziwego.

Mam problemy z oddychaniem. Serce mocno mi wali, czuję, że dłonie zaczynają się pocić. I w mojej głowie pojawia się tyle myśli naraz, że to aż boli, i słyszę, jak ktoś jęczy, i wprawia mnie to w konsternację, dopóki nie uświadamiam sobie, że to ja sam.

Jej uśmiech, jej słodki, słodki uśmiech. To, jak na mnie patrzy, jakbym miał trzy metry wzrostu, jakby w jednej mojej dłoni mieścił się cały świat.

A potem po jej policzkach spływają łzy. „Nie, nie, nie. Proszę, Aidan, przestań. Nie…"

Gliniarze przyjdą po mnie. Prędzej czy później. Pod moimi drzwiami zjawi się dwóch gliniarzy, trzech, cała brygada antyterrorystyczna. Dlatego właśnie istnieją tacy ludzie jak ja. Ponieważ każda społeczność musi mieć swojego łajdaka i nie zmieni tego żadna ilość udawanej normalności.

Muszę pomyśleć. Muszę ułożyć plan. Muszę się stąd, kurwa, wynieść.

Ale dokąd? Na jak długo? Nie mam zbyt dużo kasy…

Próbuję kontrolować oddech. Trochę się uspokajam. Mówię sobie, że wszystko będzie dobrze.

Trzymam się programu. Zero picia, zero palenia, zero Internetu. Chodzę na spotkania, trzymam się z daleka od kłopotów.

Żyć normalnie, być normalnym, no nie?

Jestem cholernie dobrym kłamcą, zwłaszcza gdy w grę wchodzi policja.

D.D. zaczęła od kuchni. Jeśli obróciła głowę w prawo i zerknęła w stronę drzwi, widziała sylwetkę mężczyzny na ciemnozielonej dwuosobowej sofie, której oparcie zakrywał afgan w kolorach tęczy.

Jason Jones siedział nieruchomo, a pod brodę miał wciśniętą znieruchomiałą głowę z kręconymi włosami jego córki, Ree, która chyba zasnęła.

D.D. celowo nie przyglądała się zbyt długo. Nie chciała tak od razu zwracać na siebie uwagi. Instynkt nie mylił Millera: mieli do czynienia z osobą inteligentną, która zdawała się wiedzieć, jak się poruszać wśród meandrów prawa. Co znaczyło, że musieli się spiąć i działać szybko, jeśli chcieli wydobyć jakieś sensowne odpowiedzi od męża albo czteroletniego potencjalnego świadka.

Skupiła się więc na kuchni.

W kuchni, tak jak i w pozostałej części domu, zachowało się nieco starodawnego czaru, a jednocześnie widoczny był jej wiek. Odklejające się linoleum w czarno białą kratę. Sprzęt AGD, który niektórzy określiliby jako retro, a który D.D. uważała za po prostu stary. Pomieszczenie było bardzo małe. Przy zaokrąglonym blacie na czerwonych winylowych stołkach barowych mogły siedzieć dwie osoby. Pod oknem znajdował się mały stolik, stał na nim komputer.

D.D. uznała to za interesujące. Trzyosobowa rodzina i tylko dwa miejsca siedzące. Czy to mówiło coś na temat ich wzajemnych relacji?

Kuchnia była czysta blaty powycierane, pod wyłożoną płytkami ścianą stał rzędem standardowy kuchenny sprzęt ale nie do przesady: w zlewie stały brudne naczynia, a na suszarce czyste, czekające na powrót do właściwych szafek. Nad kuchenką wisiał zabawny stary zegar ze wskazówkami w kształcie widelca i łyżki, a część okien przysłaniały jasno żółte firanki z namalowanymi jajkami sadzonymi. Nienowocześnie, ale przytulnie. Widać, że ktoś się starał.

D.D. dostrzegła wiszącą na haczyku czerwoną kraciastą ścierkę do naczyń i nachyliła się, aby ją powąchać. Miller spojrzał na nią dziwnie, ale ona jedynie wzruszyła ramionami.

Jakiś czas temu spotkała się z przypadkiem przemocy domowej Daleyowie, tak się nazywali gdzie despotyczny mąż, Pat, zmuszał żonę, Joyce, do codziennego szorowania domu z żołnierską precyzją.

D.D. nadal miała w pamięci dojmujący zapach amoniaku, przez który łzawiły jej oczy, gdy chodziła od pokoju do pokoju, dopóki, rzecz jasna, nie dotarła do pomieszczenia na tyłach domu, i woń amoniaku zastąpił mdły zapach wysychającej krwi. Okazało się, że dobra stara Joyce rankiem nie pościeliła należycie łóżka. Więc Pat uderzył ją pięścią w nerki. Joyce zaczęła sikać krwią i uznawszy, że umiera, wyciągnęła śrutówkę z furgonetki męża, chcąc dopilnować, by on odszedł z tego świata razem z nią.

Joyce przeżyła uraz nerek. Mąż, Pat, któremu śrut odstrzelił większą część twarzy, nie miał tyle szczęścia.

Jak na razie kuchnia wydała się D.D. przeciętna. Brak maniakalnego nawyku albo przymusu aby utrzymywać wszystko w sterylnej czystości. Po prostu miejsce, gdzie matka podawała kolację, z pokrytymi okruszkami talerzami czekającymi w zlewie na to, aż ktoś się nimi zajmie.

D.D. przeniosła uwagę na torebkę z czarnej skóry stojącą na blacie. Miller podał jej w milczeniu parę lateksowych rękawiczek. Kiwnęła głową i zaczęła przeglądać zawartość torby.

Na początek zajęła się telefonem komórkowym Sandry Jones. Mąż nie oczekiwał, że telefon jego żony pozostanie nietknięty, mogli więc go oglądać do woli. D.D. sprawdziła wiadomości tekstowe i listę połączeń. W oczy rzucił jej się tylko jeden numer, oznaczony jako DOM. Z pewnością mama dzwoniła, aby skontrolować córkę. Drugim najczęściej wybieranym numerem była KOMÓRKA JASONA, najpewniej żona dzwoniła, aby skontrolować męża.

D.D. nie mogła bez hasła odsłuchać wiadomości głosowych, ale się tym nie przejęła. Miller skontaktuje się z operatorem sieci i każe zapisać wiadomości oraz przedstawić ich wykaz. Operator w swojej bazie danych zachowywał kopie nawet wykasowanych wiadomości, co często okazywało się pomocne. Miller wyciągnie także od operatora wykaz ostatnich kilku rozmów wraz z numerami rozmówców, aby pomóc ustalić ostatnie działania zaginionej.

W torebce znalazła też trzy szminki w odcieniach zgaszonego różu, dwa długopisy, pilnik do paznokci, batonik muesli, czarną frotkę do włosów, okulary do czytania i portfel z czterdziestoma dwoma dolarami, ważnym prawem jazdy wydanym przez stan Massachusetts, dwiema kartami kredytowymi, trzema kartami z supermarketów i jedną z księgarni. Na końcu wyjęła niewielki kołonotatnik, pełen różnych list: rzeczy do kupienia, sprawy do załatwienia, umówione spotkania.

Wydał jej się ważny, więc pozostawiła go na wierzchu, a Miller kiwnął głową.

Obok torebki leżał duży pęk kluczy. D.D. uniosła go pytająco.

Kluczyk z pilotem jest od szarego volvo kombi zaparkowanego na podjeździe. Dwa to klucze od domu. Nie wiemy, od czego są cztery klucze, ale podejrzewamy, że przynajmniej jeden od jej klasy.

Każę to sprawdzić jednemu z moich ludzi.

Sprawdziliście bagażnik kombiaka? zapytała ostro.

Miller posłał jej wymowne spojrzenie.

Tak, psze pani. Żadnych niespodzianek.

D.D. nie zawracała sobie głowy przeprosinami. Odłożyła po prostu klucze i sięgnęła po stertę jakichś szkolnych papierów, opisanych starannie czerwonym długopisem. Sandra Jones zadała swojej klasie krótkie wypracowanie. Każdy uczeń musiał odpowiedzieć na pytanie: „Gdybym zakładał własną wioskę, pierwszą zasadą dla wszystkich kolonistów byłoby… i dlaczego".

Niektórzy wymęczyli tylko zdanie albo dwa. Paru zapełniło prawie całą stronę. Na każdym wypracowaniu widniała przynajmniej jedna albo dwie uwagi, a na górze w kółku ocena. Pismo było kobiece. Niektórzy uczniowie zasłużyli nawet na uśmiechnięte buźki. D.D. uznała, że fałszerz nie pomyślałby o takich szczegółach. Tak więc jak na razie była przekonana, że Sandra Jones siedziała przy tym blacie, oceniając wypracowania, co według męża mogła zrobić dopiero po położeniu małej Ree spać.

Więc mniej więcej o dziewiątej wieczorem Sandra Jones żyła i przebywała we własnej kuchni. A potem…

Spojrzenie D.D. powędrowało w stronę komputera marki Dell, wyglądającego na względnie nowy.

Westchnęła.

Włączony? zapytała z ledwie skrywanym pragnieniem.

Nie chciałem wystawiać się na pokusę odparł Miller.

Z komputerem nie było łatwo. To oczywiste, że chcieli do niego zajrzeć, ale potrzebowali zgody męża, jako że miał prawo do zachowania prywatności. Coś do negocjacji, zakładając, że znajdą jakąś amunicję przeciwko niemu.

D.D. odwróciła się w stronę wąskich schodów biegnących do góry na samym końcu kuchni.

Technicy już tam są? zapytała.

Aha.

Gdzie zaparkowali van?

Pięć przecznic stąd, koło pubu. Jestem ostrożny.

To dobrze. Zajęli się schodami?

To pierwsze, co kazałem im zrobić zapewnił ją Miller. Po czym dodał: Posłuchaj, jesteśmy tu od szóstej rano. Dziesięciu funkcjonariuszy kręciło się po domu, sprawdzając piwnicę, pokoje, szafy i zarośla. Jedyne, co mamy, to jedną stłuczoną lampę i jeden brakujący koc w sypialni. Posłałem więc na górę techników od śladów, aby zajęli się swoją robotą, a resztę ludzi w teren, aby znaleźli albo Sandrę Jones, albo jakiś dowód na to, co się z nią, do diabła, stało. Znamy kwestie zasadnicze.

Donikąd nas nie prowadzą.

D.D. ponownie westchnęła, chwyciła się poręczy i zaczęła wchodzić po pomalowanych na czekoladowo schodach.

Na górze było równie przytulnie jak na dole. D.D. zwalczyła w sobie odruch pochylenia się, gdy dwa stare żyrandole musnęły czubek jej głowy. Korytarz wyłożono drewnem w tym samym odcieniu ciemnej czekolady co schody. Na przestrzeni lat w kącikach desek zebrał się kurz. Na podłodze widniało kilka kłębków jasnych włosów. Jakieś zwierzę, uznała D.D., choć nikt o nim na razie nie wspominał.

Zatrzymała się na chwilę i obejrzała za siebie, na ciąg śladów butów, mieszających się i zlewających ze sobą na zakurzonej podłodze. Pomyślała, że to dobrze, iż podłogę już odfajkowano. Potem zmarszczyła brwi, gdyż w jej głowie pojawiła się inna myśl, która natychmiast ją zaniepokoiła.0

Już, już miała otworzyć usta i coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnowała. Lepiej poczekać.

Wszystko poskładać do kupy. Szybko.

Minęli ciasną łazienkę, urządzoną w podobnym stylu z lat pięćdziesiątych jak kuchnia. Naprzeciwko niej znajdował się niewielki pokój z wąskim, przykrytym różowym kocem łóżkiem, ustawionym pod ścianą ze skośnym dachem. Sufit i skosy pomalowano na jaskrawoniebiesko i ozdobiono chmurkami, ptakami i motylami. Zdecydowanie dziewczęcy pokój, na tyle uroczy, że D.D. poczuła ukłucie w sercu na myśl o małej Clarissie Jane Jones, która zasnęła w łóżku przycupniętym w tak ślicznym pokoiku, a którą obudziła koszmarna parada ubranych na ciemno funkcjonariuszy obchodzących cały jej dom.

D.D. nie została dłużej w tym pokoju, lecz udała się korytarzem do sypialni.

Pod oknami stało dwóch techników. Zdążyli już opuścić rolety, a teraz omiatali pomieszczenie niebieskim światłem. D.D. i Miller czekali grzecznie na korytarzu, gdy tymczasem jedna z odzianych na biało postaci skanowała ściany, sufit i podłogi w poszukiwaniu płynów organicznych. Gdy pojawiały się jakieś ślady, druga postać je zaznaczała do dalszej analizy. Trwało to jakieś dziesięć minut. Nie zajmowano się łóżkiem. Pościel i koce z całą pewnością zostały już poddane starannym oględzinom.

Pierwsza postać podniosła rolety, włączyła nienaruszoną lampkę nocną, po czym przywitała się z D.D. wesołym:

Hejka, sierżancie.

Jak tam batalia?

Jak zawsze wygrana.

D.D. zrobiła krok naprzód, aby uścisnąć najpierw dłoń Marge, a następnie drugiego technika, Nicka Crawforda. Cała trójka znała się od dawna aż za często się spotykali w tego rodzaju okolicznościach.

I co sądzicie? zapytała D.D.

Marge wzruszyła ramionami.

Parę trafień. Sprawdzimy je, oczywiście, ale nic rażącego. W końcu w każdej amerykańskiej sypialni znajdują się gdzieś płyny organiczne.

D.D. kiwnęła głową. Podczas badania pomieszczenia pod kątem płynów organicznych w dwóch sytuacjach zapalało się czerwone światło: jedna to oczywistość w rodzaju jaśniejącej na ścianie plamy albo wielkiej, rozświetlając podłogę kałuży; druga to całkowity brak płynów organicznych, co wskazywało na to, że ktoś nieźle się nasprzątał, przy pomocy chemikaliów. Jak powiedziała Marge, w każdej sypialni coś jest.

Co z rozbitą lampą? zapytała D.D.

Pozbieraliśmy ją z podłogi odezwał się Nick ze wszystkimi leżącymi w pobliżu kawałkami. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że przewróciła się i rozbiła o podłogę, ale mogła też zostać użyta jako broń. Oględziny jej podstawy nie wykazały żadnych śladów krwi.

D.D. kiwnęła głową.

Pościel?

Brakuje niebiesko zielonego koca, ale reszta wygląda na nienaruszoną.

Prześwietliliście łazienkę? zapytała D.D.

Tak.

Szczoteczki do zębów?

Dwie były jeszcze wilgotne, kiedy się tu zjawiliśmy. Jedna to różowa szczoteczka elektryczna z Barbie należąca do dziecka. Druga to szczoteczka elektryczna Braun Oral B, która według męża należała do jego żony.

Piżama?

Według słów męża żona sypiała w długim fioletowym T shircie z rysunkiem małego kurczaka w koronie. Jego los jest na razie nieznany.

Inne ubrania? Walizka?

Wstępne oględziny męża nie wykazały, aby czegokolwiek brakowało.

Biżuteria?

Najważniejsze to zegarek i obrączka, nie ma jednego ani drugiego. Także jej ulubionych złotych kolczyków w kształcie kół, które, jak twierdzi mąż, nosiła codziennie. W kasetce na biżuterię znaleźliśmy jedynie jakieś łańcuszki i dwie ręcznie robione bransoletki, podobno prezent od dziecka.

Mąż uznał, że niczego nie brakuje.

D.D. odwróciła się w stronę Millera.

Zakładam, że brak aktywności na jej karcie kredytowej?

Miller ponownie obdarzył ją spojrzeniem w stylu „nie jestem idiotą". Uznała, że to wystarczająca odpowiedź.

No więc tak zaczęła się głośno zastanawiać. Wygląda na to, że Sandra Jones wróciła wczoraj po południu z pracy, nakarmiła dziecko, położyła je spać, następnie zabrała się za sprawdzanie wypracowań. W którymś momencie umyła zęby, przebrała się w koszulę nocną i udała do sypialni, gdzie…

Miała miejsce jakaś przepychanka, podczas której potłukła się lampa? wtrąciła Marge, wzruszając ramionami. Może ktoś już tam był, urządził na nią zasadzkę. To by wyjaśniało brak plam krwi.Sprawca dokonał napaści uzupełnił Miller. Uduszenie.

Sprawdźcie poszewki na poduszki powiedziała D.D. Mógł ją udusić we śnie.

Udusić, przydusić. Coś cichego i niezbyt brudzącego zgodził się Nick.

Następnie owinął ciało kocem i wywlókł je z domu zakończył Miller.

D.D. pokręciła głową.

Nie, wleczenie odpada. I tu sprawy zaczynają się komplikować.

Jak to wleczenie odpada? zapytał z konsternacją Miller.

Spójrzcie na ten zakurzony korytarz. Widzę na nim ślady naszych butów, i to jest problem, ponieważ gdyby ktoś wlókł zawinięte w duży koc ciało, powinnam teraz widzieć długi ślad prowadzący od tego pokoju aż do szczytu schodów. A nie widzę. Co znaczy, że ciała nie wleczono.

Miller zmarszczył brwi.

Okej, więc sprawca ją wyniósł.

Jeden człowiek wyniósł zwinięte jak burrito ciało dorosłej kobiety przez ten wąski korytarz? D.D.

uniosła sceptycznie brew. Po pierwsze, musiałby to być naprawdę silny człowiek. Po drugie, nie ma takiej możliwości, żeby się wyrobił na zakręcie na schodach. Wszędzie byłoby widać ślady.

Dwóch ludzi? zasugerowała Marge.

Dwa razy tyle hałasu, podwójna szansa na przyłapanie.

No to co się, u licha, stało z tym kocem? zapytał ostro Miller.

Nie wiem odparła D.D. Chyba że… Chyba że nie zabito jej w tym pokoju. Może zeszła na dół.

Może siedziała na sofie i oglądała telewizję, kiedy rozległ się dzwonek. A może do domu wrócił mąż…

Myślała intensywnie, analizując różne scenariusze. Zabił ją gdzie indziej, potem przyszedł tutaj po koc i zrzucił lampę, gdy ściągał go z łóżka. W ten sposób było ciszej. Mniejsze prawdopodobieństwo obudzenia dziecka.

Co znaczy, że nadal nie mamy miejsca zbrodni mruknął Miller, marszcząc jednocześnie brwi.

Według niego zajęli się kwestiami zasadniczymi, powinni więc znaleźć ślady krwi.

Cała czwórka popatrzyła na siebie.

Głosuję za piwnicą stwierdziła D.D. Złe rzeczy dzieją się najczęściej właśnie w piwnicy.

Idziemy?

Razem zeszli na dół, mijając pokój dzienny, w którego drzwiach stał umundurowany funkcjonariusz, niezmiennie mający baczenie na Jasona Jonesa i jego śpiące dziecko. Kiedy przechodzili przez hol, Jones uniósł głowę. D.D. przelotnie dojrzała brązowe oczy, a potem Miller otworzył drzwi, ukazując zdradliwe drewniane schodki prowadzące do pachnącej stęchlizną piwnicy, słabo oświetlonej czterema nagimi żarówkami. Zeszli powoli, zachowując ostrożność. Opinia publiczna nie miała pojęcia, jak często funkcjonariusze spadają ze schodów i robią sobie krzywdę. To było krępujące dla wszystkich zainteresowanych. Skoro już stanie ci się coś w trakcie służby, powinieneś mieć przynajmniej niezłą historyjkę do opowiadania.

D.D. omiotła miejsce wzrokiem. Wyglądało po prostu jak piwnica. Kamienne fundamenty.

Cementowa popękana podłoga. Przed nimi stały pralka i suszarka, stara ława, na niej plastikowy kosz na pranie, a obok proszek. Oprócz tego pomieszczenie wypełniał zbiór podniszczonych krzeseł

ogrodowych, stare, pozostałe po przeprowadzce kartony i różne meble, z których dziecko zdążyło wyrosnąć. Zaraz przy schodach stały plastikowe regały, na których poustawiano to, co nie zmieściło się w spiżarni. D.D. dostrzegła pudełka z płatkami zbożowymi, makaron z serem, krakersy, suchy makaron, puszki zupy, takie zwykłe kuchenne różności.

Piwnica była zakurzona, ale nie panował w niej bałagan. Rzeczy uporządkowano pod ścianą, a środek wykorzystywano do czynności związanych z praniem, być może do jazdy na rowerze, sądząc po fioletowym trójkołowym rowerku stojącym obok stromych schodków prowadzących bezpośrednio na zewnątrz domu.

D.D. podeszła do tych schodów i przyjrzała się uważnie pajęczynom w prawym rogu i grubej warstwie kurzu na ciemnej klamce sugerującym, że od jakiegoś czasu nie używano tych drzwi. Teraz jednak, kiedy znalazła się na dole zaczynała zmieniać zdanie. Gdyby zabito kogoś w piwnicy, to czy naprawdę wleczono by ciało na górę? Czemu by nie ukryć go pod stertą kartonów albo zawinąć w stare prześcieradło i pod osłoną nocy wypchnąć przez te drzwiczki?

Przejrzała kolekcję wyrzuconych części kołyski, spacerówek i materacyków. Następnie przeszła do stojących pod ścianą kartonów i butwiejących mebli ogrodowych.

Za nią Nick i Marge oświetlali podłogę przy pomocy reflektora punktowego, gdy tymczasem Miller stał z boku z rękami w kieszeniach. Przeczesawszy już raz piwnicę, czekał jedynie, aż pozostała trójka dojdzie do takiego samego wniosku, jak wcześniej on.

Kilka minut później D.D. zaczynała do niego dochodzić. Piwnica przypominała jej kuchnię, nie za brudną, nie za czystą. Jak najbardziej odpowiednią dla trzyosobowej rodziny.

Dla spokoju sumienia zajrzała do pralki i suszarki. I wtedy zamarło jej serce.

O cholera powiedziała. Przez otwartą klapę pralki dostrzegła niebiesko zielony koc.

Miller podszedł do niej szybko, a zaraz za nim technicy.

Czy to…? Chyba żartujesz. Niech ja dorwę tych dwóch imbecyli, którzy obszukali to pomieszczenie…

Hej, czy to nie ten koc? zapytał raczej niemądrze Nick.

Marge zdążyła się już nachylić i właśnie wyciągała koc z ładowanej od góry pralki, starając się nie dotknąć nim podłogi.

Wyprał go? myślała głośno D.D. Mąż wyprał koc, ale nie miał czasu na to, żeby przed zadzwonieniem na policję go wysuszyć? A może żona przez cały czas miała go w praniu, a my przez kilka godzin goniliśmy w piętkę?

Marge ostrożnie rozkładała koc, trzymając go za jeden koniec, drugi zaś podawszy Nickowi. Koc był pomarszczony jak mokra rzecz, która trochę czasu przeleżała w pralce. Pachniał lekko proszkiem świeżo, czysto. Strzepnęli go raz i na podłogę upadło coś fioletowego.

D.D. nie zdążyła jeszcze zdjąć lateksowych rękawiczek, więc ona to podniosła.

Zakładam, że to koszula nocna Sandry Jones powiedziała, rozkładając mokry T shirt, który rzeczywiście miał z przodu kurczaka w koronie.

Przez chwilę przyglądali się uważnie obu przedmiotom, szukając jasnoróżowych plam, takich, jakie zostają po krwi, albo może rozdarć, które by sugerowały, że doszło do walki. Śladów czegoś.

D.D. ponownie ogarnęło to nieprzyjemne uczucie. Tak jakby widziała coś oczywistego, ale nie do końca łapała, o co w tym chodzi.

Kto się pofatygował, żeby wyprać koc i koszulkę, ale zostawił na widoku rozbitą lampę? Co za kobieta znika, ale zostawia dziecko, portfel, samochód?

I co za mąż po powrocie do domu, przekonawszy się, że żona zniknęła, dopiero po trzech godzinach powiadamia policję?

Poddasze, kanał umożliwiający dostęp do rur? zapytała głośno Millera.

Nick i Marge składali koc, aby go zabrać do laboratorium. Jeśli sprawca nie użył wybielacza, na kocu mogły się jeszcze znajdować jakieś dowody. Wzięli od D.D. fioletową koszulkę i włożyli ją do drugiej torby.Nie ma kanału. Poddasze jest małe i wypełnione głównie ozdobami bożonarodzeniowymi wyjaśnił Miller.

Szafy, lodówki, zamrażarki, budynki gospodarcze, dołki do grilla?

Nie, nie, nie, nie i nie.

Mamy jeszcze, oczywiście, ten wielki niebieski port.

Aha.

D.D. głośno westchnęła. Spróbowała jeszcze z ostatnią teorią:

Samochód męża?

Pikap. Wyszedł razem z nami, żeby zajrzeć na pakę. Nie zgodził się jednak otworzyć przedniej części.

Ostrożny sukinsyn.

Zimny poprawił Miller. Żony nie ma już ładnych kilka godzin, a on nie wziął nawet do ręki telefonu, żeby zadzwonić do rodziny albo przyjaciół.

D.D. podjęła decyzję.

No dobrze powiedziała. Chodźmy poznać pan Jonesa.

Rozdział 4

Kiedy byłam mała, wierzyłam w Boga. Mój ojciec co niedziela zabierał mnie do kościoła.

Uczęszczałam do szkółki niedzielnej i słuchałam opowieści o Jego dziełach. Potem zbieraliśmy się podkościołem na zrzutkowy posiłek, składający się ze smażonego kurczaka, potrawki z brokułów i plackaz brzoskwiniami.

A później wracaliśmy do domu, gdzie moja matka goniła ojca po domu z tasakiem, krzycząc:Wiem, do czego jesteś zdolny! Mam uwierzyć, że te kościelne latawice siadają obok ciebie tylkopo to, abyście korzystali razem z Księgi Psalmów?

I tak biegali po domu, a ja siedziałam skulona w szafie na płaszcze, skąd słyszałam każdewypowiadane przez nich słowo, ale nie musiałam patrzeć, co by się stało, gdyby mój ojciec któregośrazu się potknął, nie wyrobił na zakręcie czy wpadł na krzesło.

Kiedy byłam mała, wierzyłam w Boga. Każdego ranka, gdy się budziłam i mój ojciec nadal żył,uznawałam to za Jego dzieło. Dopiero, kiedy dorosłam, zaczęłam w pełni rozumieć niedzielneporanki w domu rodziców. Dotarło do mnie, że fakt, iż mój ojciec żył, nie miał nic wspólnego z woląBoga. To była oznaka woli mamy. Nigdy nie zabiła ojca, ponieważ nie chciała, aby umarł.

Nie, celem mamy było dręczenie ojca. Sprawianie, aby każdą chwilę swego życia odczuwał niczymcałą wieczność w piekle.

Mój ojciec żył, ponieważ według mamy śmierć byłaby dla niego zbyt dobra.

Znaleźliście Pana Smitha?

Słucham?

Znaleźliście Pana Smitha? Mojego kota. Mamusia poszła go rano szukać, ale jeszcze nie wróciła.

D.D. zamrugała kilka razy oczami. Właśnie otworzyła drzwi na górze schodów prowadzących do piwnicy i przekonała się, że naprzeciwko niej stoi bardzo poważna czterolatka z kręconymi włosami.

Wyglądało na to, że Clarissa Jones się obudziła i to ona prowadziła teraz śledztwo.

Rozumiem.

Ree?

Ciszę przerwał męski baryton. Ree posłusznie się odwróciła, a D.D. podniosła wzrok i zobaczyła, że w holu stoi Jason Jones i przygląda się uważnie im obu.

Chcę Pana Smitha powiedziała płaczliwie Ree.

Jason wyciągnął rękę i dziewczynka podeszła do niego. Nie odzywając się ani słowem do D.D., po prostu zniknął z powrotem razem z córką w pokoju dziennym.

D.D. i Miller weszli tam za nim. Miller skinął lekko głową, odprawiając umundurowanego funkcjonariusza stojącego na straży.

W niewielkim pomieszczeniu stała dwuosobowa mała sofa, dwa drewniane krzesła, skrzynia przykryta papierową serwetką w koronkowy wzór służąca także jako stolik, a w rogu niewielki telewizor. Resztę pokoju zajmowały dziecięcy stolik i rząd pojemników, w których mieściło się wszystko, od stu kredek do kilkunastu lalek Barbie. Sądząc po zabawkach, czteroletnia Ree lubiła kolor różowy.

D.D. nie spieszyła się. Rozglądała się uważnie po pokoju, zatrzymując wzrok na ustawionych na gzymsie kominka ziarnistych zdjęciach oprawionych w ramki: fotografia przedstawiająca niemowlę, tę samą dziewczynkę jedzącą, stawiającą pierwsze kroki, pierwszy raz jadącą na rowerku. Na zdjęciach nie było żadnych innych członków rodziny. Żadnych oczywistych śladów istnienia babć, dziadków, cioć, wujków. Jedynie Jason, Sandra i Ree.

Dostrzegła fotkę małego berbecia ściskającego w objęciach niezwykle tolerancyjnego rudego kota i uznała, że to zapewne sławny Pan Smith.

Przesunęła spojrzenie na kosze z zabawkami, zerkając na stolik, na którym leżała niedokończona kolorowanka z Kopciuszkiem i dwiema myszkami. Normalne rzeczy, pomyślała. Normalne zabawki, normalne przedmioty, normalne meble normalnej rodziny w normalnym domu w południowym Bostonie.

Tyle że ta rodzina nie była normalna, w przeciwnym razie jej, D.D, by tutaj teraz nie było.

Raz jeszcze przeszła obok koszy, starając się objąć spojrzeniem Jasona Jonesa i nie odwracając się przy tym w jego stronę. Większość mężczyzn byłaby w tej chwili mocno ożywiona. Jego żona zaginęła.

Policja panoszy się w jego domu, naruszając jego prywatną przestrzeń, biorąc do ręki osobiste zdjęcia jego rodziny, a obecna jest przy tym czteroletnia córka.

Nie czuła z jego strony niczego. Absolutnie niczego.

Było niemal tak, jakby w ogóle nie znajdował się w tym pomieszczeniu.

W końcu się odwróciła. Jason Jones siedział na sofie, obejmując ramieniem córkę. Spojrzenie miał

utkwione w ciemnym ekranie telewizora. Z bliska jednodniowy zarost, ładnie umięśniony tors podkreślony prostą bawełnianą koszulką w kolorze granatowym. Był kochankiem, ojcem i chłopakiem z sąsiedztwa trzy w jednym. Był erotycznym snem prezenterki wieczornych wiadomości.

Miller miał rację jeśli nie znajdą Sandry Jones przed pojawieniem się pierwszego wozu transmisyjnego, będą mieli przechlapane.

D.D. uniosła jedno drewniane krzesło i ustawiła je na przeciwko sofy, po czym usiadła na nim. Miller z kolei wtopił się w tło. Tak jest lepiej w przypadku zagajania rozmowy z dzieckiem. Dwóch policjantów mogło wywrzeć nacisk na opornego męża. Dla niespokojnego malucha byłoby to jednak zbyt wiele.

Spojrzenie Jasona Jonesa w końcu przesunęło się na nią i zatrzymało na jej twarzy. D.D. wbrew sobie niemal zadrżała.

Jego oczy były puste miała wrażenie, że wpatruje się w pozbawione gwiazd niebo. Tylko dwa razy miała okazję widzieć takie spojrzenie. Raz podczas przesłuchania psychopaty, który przy użyciu kuszy położył kres nieudanej relacji biznesowej poprzez dokonanie egzekucji na swoim wspólniku i całej jego rodzinie. Drugi raz podczas przesłuchania dwudziestosiedmioletniej Portugalki, którą przez piętnaście lat zamożna para z Bostonu przetrzymywała jako seksualną niewolnicę w swej elitarnej kamienicy z elewacją z piaskowca. Dwa lata później ta kobieta już nie żyła. Wyszła na ulicę prosto pod nadjeżdżające samochody na Storrow Drive. Świadkowie twierdzili, że w ogóle się nie zawahała. Po prostu zeszła z krawężnika prosto pod koła toyoty highlander.

Chcę mojego kota odezwała się Ree. Wyprostowała się na sofie, odsuwając lekko od ojca. Nie próbował przyciągnąć jej z powrotem.

Kiedy po raz ostatni widziałaś Pana Smitha? zapytała D.D.

Wczoraj wieczorem. Kiedy położyłam się spać. Pan Smith zawsze śpi ze mną. Najbardziej podoba mu się w moim pokoju.

D.D. uśmiechnęła się.

Mnie też się podoba twój pokój. Te kwiatki i ładne motyle. Pomagałaś je malować?

Nie. Nie umiem. Zrobili to mamusia z tatusiem. Mam cztery lata i dziewięć miesięcy, wiesz? Ree dumnie się wyprostowała. Jestem już duża, więc na czwarte urodziny dostałam pokój dużej dziewczynki.

Masz cztery lata? No coś ty, powiedziałabym, że pięć albo nawet sześć. Ciekawa jestem, co jesz, bo jesteś strasznie wysoka jak na czterolatkę.

Ree zachichotała. Jej ojciec nie odezwał się ani słowem.

Lubię makaron z serem. To moje najbardziej ulubione jedzonko na całym świecie. Mamusia pozwala mi to jeść, jeśli zjem też parówki z indyka. Mówi, że potrzebuję białka. Jeśli zjem dużo białka, to na deser dostaję ciasteczka Oreo.

To właśnie jadłaś wczoraj wieczorem?

Jadłam makaron z serem i jabłka. Bez ciasteczek. Tatuś nie miał czasu, żeby iść do sklepu.

Posłała ojcu wymowne spojrzenie i po raz pierwszy Jason Jones ożył. Zmierzwił córce włosy, a w jego spojrzeniu miłość mieszała się z instynktem opiekuńczym. Następnie odwrócił się od niej i, jakby włączono przycisk, powróciło to martwe spojrzenie.

Kto dał ci wczoraj kolację, Ree?

Mamusia daje mi kolację, tatuś daje mi lunch. Na lunch jem kanapkę z masłem orzechowym i dżemem, ale bez ciasteczek. Nie mogę jeść cały czas ciasteczek. Głos Ree zabrzmiał nieco żałośnie.

Pan Smith lubi Oreo?

Ree przewróciła oczami. Pan Smith lubi wszystko! Dlatego jest taki gruby. Je, je i je. Mamusia i tatuś mówią: żadnego ludzkiego jedzenia dla Pana Smitha, ale jemu się to nie podoba.

Pan Smith pomógł ci wczoraj w zjedzeniu kolacji?

Próbował wskoczyć na blat. Mamusia kazała mu zmykać.

Rozumiem. A po kolacji?

Pora na kąpiel.

Pan Smith się kąpie? D.D. starała się, aby w jej głosie słychać było niedowierzanie.

Ree ponownie zachichotała.

Nie, Pan Smith jest kotem. Koty się nie kąpią. One się same myją.

Ooch. To nawet ma sens. Kto więc się kąpał?

Mamusia i ja.

Czy twoja mama zużywa całą gorącą wodę i całe mydło?

Nie. Ale nie pozwala mi brać mydła. Raz do wanny wlałam całą butelkę płynu. Ale było piany!

To musiało wyglądać super.

Lubię pianę.

Ja też. A po kąpieli?

No jak to? Spłukałyśmy z siebie pianę.

Najmocniej przepraszam. A potem…

Poszłam do łóżka. Mogę wybrać dwie bajki. Lubię książeczki o Fancy Nancy i serię Pinkalicious.

Wybieram także piosenkę. Mamusia lubi śpiewać Migocz, migocz mała gwiazdko, ale ja jestem już na to za duża, więc kazałam jej śpiewać Buchaj ogniem, magiczny smoku.

Twoja mama śpiewała Buchaj ogniem, magiczny smoku? Tym razem D.D. nie musiała udawać zaskoczenia.

Lubię smoki oświadczyła Ree.

Rozumiem. A Pan Smith co sądził na ten temat?

Pan Smith nie śpiewa.

Ale czy lubi piosenki?

Ree wzruszyła ramionami.

Lubi bajki. Zawsze się wtedy zwija w kulkę na moim łóżku.

Potem twoja mama gasi światło?

Pali się nocna lampka. Wiem, że mam cztery lata i dziewięć miesięcy, ale lubię mieć zapaloną lampkę. Może… nie wiem. Może kiedy będę miała pięć lat… albo może trzydzieści, wtedy nie będę mieć lampki.

Okej, więc leżysz w łóżku. Pan Smith jest z tobą…

Śpi w moich nogach.

Okej, leży w twoich nogach. Pali się lampka. Twoja mama gasi światło, zamyka drzwi, a potem…

Ree wpatrywała się w nią.

Jason Jones także, a w jego spojrzeniu dało się rozpoznać wrogość.

Coś się wydarzyło w środku nocy, Ree? zapytała cicho D.D.

Ree wpatrywała się w nią.

Jakieś hałasy. Ludzie rozmawiali ze sobą? Twoje drzwi otworzyły się? Kiedy Pan Smith wyszedł od ciebie?

Dziewczynka pokręciła głową. Nie patrzyła już na D.D. Po upływie kolejnej sekundy wtuliła się w ojca, oplatając go chudymi rączkami w pasie. Jason przytulił ją do siebie i spojrzał beznamiętnie na D.D. Wystarczy powiedział.

Panie Jones… Wystarczy powtórzył.

D.D. wzięła głęboki oddech i policzyła do dziesięciu, rozważając możliwości.

Być może ktoś z rodziny albo jakiś sąsiad zaopiekowałby się przez jakiś czas Clarissą, panie Jones.

Nie.

Nie, nie ma nikogo, kto mógłby się nią zaopiekować, czy też nie, nie poprosi pan nikogo?

Sami opiekujemy się naszą córką, pani detektyw… Sierżant. Sierżant D.D. Warren. Nie mrugnął

okiem, słysząc jej stopień.

Sami opiekujemy się naszą córką, pani sierżant. Jaki ma sens posiadanie dziecka, jeśli się pozwala, aby wychowywali je inni ludzie?

Panie Jones, z pewnością rozumie pan, że jeśli mamy pomóc w odnalezieniu… Pana Smitha…

będziemy potrzebować z pańskiej strony więcej informacji i szerszej współpracy.

Nic nie powiedział, jedynie mocniej przytulił córkę.

Potrzebne nam kluczyki do pańskiego pikapa.

Cisza.

Panie Jones. W głosie D.D. pojawiła się nutka zniecierpliwienia. Im szybciej ustalimy, gdzie Pana Smitha nie ma, tym szybciej ustalimy, gdzie ona jest.

On rozległ się stłumiony głos Ree. Pan Smith to chłopiec.

D.D. nie odpowiedziała, a jedynie dalej przyglądała się uważnie Jasonowi Jonesowi.

Pana Smitha nie ma w kabinie mojego pikapa powiedział cicho.

Skąd pan wie?

Ponieważ kiedy wróciłem do domu, jego już nie było. A na wszelki wypadek sprawdziłem też i samochód.

Z całym należnym szacunkiem, proszę pana, ale to jednak nasze zadanie.

Pana Smitha nie ma w moim pikapie powtórzył cicho Jason. I dopóki nie zdobędziecie nakazu rewizji, będziecie musieli uwierzyć mi na słowo.

Są sędziowie, którym do wydania takiego nakazu wystarczy pański brak współpracy.

W takim razie pewnie szybko tu wrócicie, prawda?

Chcę mieć dostęp do komputera oświadczyła D.D.

Proszę porozmawiać z tym samym sędzią.

Panie Jones, pańskiego… kota nie ma już od siedmiu godzin. Nie ma po niej śladu…

Nim poprawiła Ree.

…nim ani w okolicy, ani w… ulubionych miejscach kotów Sprawa zaczyna się robić poważna.

Sądziłam, że będzie chciał pan pomóc.

Kocham mojego kota rzekł cicho Jones.

W takim razie proszę pozwolić nam zajrzeć do komputera. Współpracować z nami, żebyśmy szybko i sprawnie mogli rozwiązać tę sprawę.

Nie mogę.

Nie może pan? zapytała skwapliwie D.D. Czy nie chce?

Nie mogę.

A dlaczegóż to, panie Jones?

Spojrzał na nią.

Ponieważ bardziej kocham moją córkę.

Trzydzieści minut później D.D. szła razem z detektywem Millerem w stronę swojego samochodu.

Pobrali od Jasona Jonesa i Clarissy Jones odciski palców, ponieważ aby ustalić, czy w domu są jakieś nieznane odciski, najpierw trzeba zidentyfikować te, które należą do jego mieszkańców. Jones nie miał

przed tym oporów, a potem pomagał w pobieraniu odcisków palców od Ree, która uznała to za fajną przygodę. Najprawdopodobniej Jason uznał, że ten jeden akt kooperacji niewiele go kosztuje nie było, bądź co bądź, nic podejrzanego w tym, że w jego domu znajdują się jego odciski.

Jason Jones umył ręce. Potem umył ręce Ree. Następnie praktycznie wyrzucił z domu funkcjonariuszy. Oświadczył, że jego córka musi odpocząć i że na razie wystarczy. Każdego osobiście odprowadził do drzwi. Nie było: Co zrobicie, aby znaleźć moją żonę? Nie było: Błagam, błagam, zrobię wszystko co tylko mogę, aby pomóc. Nie było: Zorganizujemy ekipę poszukiwawczą i przeczesujmy całą okolicę, dopóki nie znajdziemy mojej ślicznej, ukochanej żony.

Nie pan Jones. Jego córka musiała odpocząć. I to by było na tyle.

Zimny? mruknęła teraz D.D. Już prędzej arktyczny. Pan Jones z całą pewnością nigdy nie słyszał o czymś takim jak globalne ocieplenie.

Miller pozwolił jej ciskać gromy.

Mała coś wie. Zwróciłeś uwagę na to, jak ucichła w chwili, kiedy zapytałam o to, co się działo po pójściu spać? Coś słyszała, coś widziała, nie wiem. Ale potrzebujemy psychologa sądowego, kogoś, kto specjalizuje się w dzieciach. I to szybko. Im więcej czasu ta mała spędza w towarzystwie tatuśka, tym trudniej jej będzie przypomnieć sobie to, co niewygodne.

Miller pokiwał głową.

Oczywiście będzie nam także potrzebne pozwolenie tatuśka na przesłuchanie dziecka, i coś mi mówi, że go nie otrzymamy. Fascynujące, nie sądzisz? Jego żona zniknęła w środku nocy, zostawiając córkę samą w domu, a on, zamiast współpracować z nami albo zadawać logiczne pytania na temat tego, co robimy, aby odnaleźć jego żonę, siedzi na tej sofie milczący jak mim. Gdzie jego szok, niedowierzanie, paniczna potrzeba informacji? Powinien wydzwaniać do rodziny i znajomych. Powinien wyszukiwać najświeższe zdjęcia żony, z którymi moglibyśmy obskoczyć okolicę. A już na pewno powinien znaleźć kogoś, kto by się zajął jego córką, tak by on mógł osobiście uczestniczyć w naszych poszukiwaniach. Ten facet… to tak, jakby przełączono przełącznik. W ogóle go to nie interesuje.

Wyparcie zasugerował Miller, idąc obok niej.

Będziemy musieli ostro to rozegrać oświadczyła D.D. Zdobyć nakaz przeszukania samochodu Jasona Jonesa, pozwolenie na przejęcie komputera, no i jeszcze poprosić o wydruk rozmów przychodzących i wychodzących z komórki żony. Kurde, prawdopodobnie powinniśmy uznać cały dom za miejsce popełnienia przestępstwa. To dopiero dałoby Jasonowi Jonesowi do myślenia.

Dzieciak ciężko by to przeżył.

Taa, no i to jest zagwozdka.

Gdyby dom uznano za miejsce popełnienia przestępstwa, Jason i jego córka musieliby go opuścić.

Spakowaliby torbę i przenieśli się do motelu pod eskortą policyjnego radiowozu. D D. zastanawiała się, co by pomyślała mała Ree, porzuciwszy swoją ogródkową oazę na rzecz taniego hotelowego pokoju z brązowymi wykładzinami i zapachem papierosów. D.D. nie poczuła się z tym zbyt dobrze, ale wtedy przyszło jej do głowy coś innego. Zatrzymała się i obróciła w stronę Millera tak gwałtownie, że niemal na nią wpadł.

Jeśli wykurzymy Jasona i Ree z domu, będziemy musieli przydzielić im funkcjonariuszy do całodobowej ochrony. Co znaczy, że mniej osób będzie aktywnie szukać Sandry Jones, a to oznacza, że nasze dochodzenie zwolni, kiedy decydujące znaczenie ma jego przyspieszenie. Ty to wiesz. Ja to wiem. Ale nie Jason Jones.

Miller zmarszczył brwi i musnął wąsy.

Sędzia Banyan kontynuowała D.D., ruszając przed siebie znacznie bardziej dziarsko. Możemy przygotować teraz wnioski i zaraz po lunchu dostarczyć do jej gabinetu. Dostaniemy nakazy na komputer, samochodów i psiakrew, dom zostanie uznany za miejsce popełnienia przestępstwa. Nieźle dokopiemy Panu Arktycznemu.

Chwileczkę, sądziłem, że właśnie powiedziałaś…

I będziemy mieć nadzieję przerwała mu zdecydowanie D.D. że kiedy Jason Jones będzie miał

do wyboru albo opuszczenie własnego domu, albo wyrażenie zgody na to, aby psycholog sądowy porozmawiał z jego dzieckiem, wybierze to drugie.

Zerknęła na zegarek. Było parę minut po dwunastej i jak na zawołanie zaburczało jej w brzuchu.

Przypomniała sobie poranną fantazję na temat baru "jesz ile chcesz" i poczuła się po prostu fatalnie.

Będziemy potrzebować większej ilości osób do wykonania nakazów dodała.

Zgadza się.

I będziemy musieli pomyśleć, jak rozszerzyć poszukiwania, nie alarmując na razie mediów.

Zgadza się.

Dotarli do jej samochodu. D.D. zatrzymała się, spojrzała Millerowi w oczy i ciężko westchnęła.

Ta sprawa śmierdzi oświadczyła.

Wiem odparł życzliwie jej towarzysz. Nie cieszysz się, że zadzwoniłem?

Rozdział 5

O jedenastej pięćdziesiąt dziewięć Jason w końcu pozbył się z domu ostatniego stróża prawa.

Najpierw wyszła pani sierżant, za nią detektyw prowadzący, technicy, a na końcu umundurowani funkcjonariusze. Pozostał tylko rzucający się w oczy detektyw w cywilu, w brązowym fordzie taurusie zaparkowanym przed domem. Jason widział go z okna w kuchni: funkcjonariusz siedział ze wzrokiem wbitym przed siebie i ziewał, ewentualnie popijał łykami kawę z Dunkin' Donuts.

Gdy minęła kolejna minuta, Jason odsunął się od okna. Dotarło do niego, że dom ma znowu cały dla siebie, i niemal się zachwiał pod ciężarem tego, co powinien teraz zrobić.

Ree wpatrywała się w niego tymi wielkimi brązowymi oczami, tak bardzo podobnymi do oczu swej matki.Lunch powiedział Jason, lekko zaskoczony chrypliwością swego głosu. Zjedzmy lunch.

Tatusiu, kupiłeś ciasteczka Oreo?

Nie.

Głośno westchnęła, ale i tak odwróciła się w stronę kuchni.

Może powinieneś zadzwonić do mamusi. Może jest gdzieś blisko sklepu, gdy szuka Pana Smitha, i mogłaby przynieść do domu ciasteczka. Może odparł Jason i jakoś udało mu się otworzyć lodówkę, choć mocno zaczęła mu drżeć ręka.

Przygotował lunch na autopilocie. Znalazł razowy chleb wyjął dwie kromki. Rozsmarował na nich masło orzechowe, a na nim dżem. Odliczył cztery marchewki, dorzucił kilka zielonych winogron. Ułożył

wszystko na talerzu w stokrotki, a kanapki starannie przeciął na ukos.

Ree paplała bez końca o wielkiej ucieczce Pana Smitha, o tym, że na pewno się spotkał z Piotrusiem Królikiem i że być może wrócą do domu razem z Alicją z Krainy Czarów. Ree była w tym wieku, kiedy z łatwością mieszały jej się fakty z fikcją. Święty Mikołaj był jak najbardziej prawdziwy, króliczek wielkanocny przyjaźnił się z dobrą wróżką i nie istniał powód, dla którego pies Clifford nie mógł się bawić razem z Panem Smithem.

Była nad wiek rozwiniętym dzieckiem. Pełna energii, wielkich nadziei i wybujałych żądań. Potrafiła dostać czterdziestopięciominutowego napadu złości dlatego, że nie miała skarpetek we właściwym odcieniu różu. A raz przez cały sobotni ranek nie chciała wyjść ze swojego pokoju, ponieważ była wściekła, że Sandra bez wcześniejszej z nią konsultacji kupiła do kuchni nowe zasłonki.

Jednak ani Sandra, ani Jason nie próbowali w niej tego zmieniać.

On patrzył na nią, Sandra patrzyła na nią i oboje widzieli dzieciństwo, którego nie miało żadne z nich. Widzieli niewinność, wiarę i ufność. Upajali się faktem, że ich córka tak często się do nich przytula. Żyli dla jej zaraźliwego śmiechu. I oboje, już na samym początku, zgodzili się co do tego, że Ree zawsze będzie na pierwszym miejscu. Że zrobią dla niej wszystko.

Wszystko.

Jason zerknął na nieoznaczony samochód policyjny zaparkowany przed domem i poczuł, jak jego dłoń zwija się natychmiast w pięść.

Jest ładna.

Pan Smith to chłopiec odparł automatycznie.

Nie Pan Smith. Ta pani z policji. Podobają mi się je włosy.

Jason skierował wzrok na córkę. Pobrudziła sobie buzię masłem orzechowym i dżemem. I ponownie patrzyła na niego tymi swoimi wielkimi brązowymi oczami.

Wiesz, że możesz powiedzieć mi wszystko rzekł łagodnie.

Ree odłożyła kanapkę na talerz.

Wiem, tatusiu odparła, ale już na niego nie patrzyła. Bez entuzjazmu zjadła dwa winogrona, po czym porozkładała resztę na talerzu wokół płatków stokrotki. Myślisz, że Panu Smithowi nic nie jest?

Koty mają dziewięć żyć.

Mamusie nie.

Nie wiedział, co powiedzieć. Próbował otworzyć usta, próbował rzec coś ogólnikowego i uspokajającego, jednak z jego ust nie wydostało się żadne słowo. Był boleśnie świadomy tego, że ręce znowu mu się trzęsą i że gdzieś głęboko w środku zrobiło mu się zimno, gdzieś, gdzie prawdopodobnie już nigdy nie będzie ciepło.

Jestem zmęczona, tatusiu oświadczyła Ree. Chcę się przespać.

Dobrze.

Udali się na górę.

Jason patrzył, jak Ree myje zęby. Zastanawiał się, czy tak właśnie robiła Sandy.

Przeczytał Ree dwie bajki, siedząc na skraju jej łóżka. Zastanawiał się, czy tak właśnie robiła Sandy.

Zaśpiewał jedną piosenkę, otulił kołdrą córeczkę i pocalował w policzek. Zastanawiał się, czy tak właśnie robiła Sandy.

Ruszył w stronę drzwi, wtedy jednak odezwała się Ree, zmuszając go do odwrócenia się. Miał ręce skrzyżowane na piersi, a zaciśnięte w pięści dłonie chował pod łokciami, aby Ree nie wiedziała ich drżenia.

Zostaniesz, tatusiu? Dopóki nie zasnę?

Dobrze.

Mamusia śpiewała mi Buchaj ogniem, magiczny smoku. Pamiętam, jak to śpiewała.

Dobrze.

Ree poruszyła się niespokojnie.

Myślisz, że już znalazła Pana Smitha? Myślisz, że wróci do domu?

Mam taką nadzieję.

W końcu znieruchomiała.

Tatusiu wyszeptała. Tatusiu, mam tajemnicę.

Wziął głęboki oddech i zmusił głos do tego, by miał lekkie brzmienie.

Naprawdę? Ponieważ istnieje Klauzula Tatusiowa?

Klauzula Tatusiowa?

Jasne, Klauzula Tatusiowa. Bez względu na to, jaka to tajemnica, wolno ci ją zdradzić tatusiowi.

Wtedy on również będzie to trzymał w tajemnicy.

Jesteś moim tatusiem.

Aha, i zapewniam cię, że w dochowywaniu tajemnic jestem naprawdę dobry.

Uśmiechnęła się do niego. A potem, jak nieodrodna córka swojej matki, przekręciła się na drugi bok i zamknęła oczy, nie mówiąc już ani jednego słowa.

Jason poczekał pięć minut, po czym wyszedł z pokoju i na drżących nogach zszedł na dół.

Trzymał to zdjęcie w kuchni, w szufladzie z różnościami, zaraz obok małej latarki, zielonego śrubokrętu, urodzinowych świeczek i pół tuzina zatyczek do wina, których i tak nigdy nie używali.

Sandra przekomarzała się z nim w kwestii tej małej fotki w taniej pozłacanej ramce.

Na litość boską, to tak, jakbyś ukrywał zdjęcie swojej szkolnej miłości. Postaw tę ramkę razem z innymi, Jason Ona jest dla ciebie jak rodzina. Mnie to nie przeszkadza.

Ale kobieta ze zdjęcia nie była krewną. Była stara miała osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt lat, nie pamiętał już dokładnie. Siedziała na fotelu bujanym, jej przypominająca ptaka postać niemal ginęła pod luźnymi, znoszonymi ubraniami: męską koszulą z granatowej flaneli, brązowymi sztruksami, prawie schowanymi pod starą wojskową kurtką. Kobieta uśmiechała się radośnie, tak jak to mają w zwyczaju starsi ludzie, jakby ona także skrywała tajemnicę, i ta jej tajemnica była lepsza od jego sekretu.

Kochał kiedyś jej uśmiech. Uwielbiał, jak się śmiała.

Nie była krewną, ale to jedyna osoba, która przez długi czas sprawiała, że czuł się bezpiecznie.

Teraz ściskał w dłoni jej zdjęcie. Przycisnął je do piersi niczym talizman i wtedy nogi ugięły się pod nim, i osunął się na podłogę w kuchni. Znowu zaczął się trząść. Najpierw dłonie, potem całe ręce i klatka piersiowa, od której drżenie przesunęło się w stronę ud, kolan, kostek, każdego małego palca u nóg.

Nie płakał. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku.

Ale trząsł się tak bardzo, jakby jego ciało miało się zaraz rozpaść, oddzielić się do kości, a kości rozlecieć się na tysiąc kawałków.

Niech to szlag, Sandy wyrzucił z siebie, opierając trzęsącą się głowę na drżących kolanach.

Wtedy uświadomił sobie, nieco poniewczasie, że lepiej będzie, jak zrobi coś z komputerem.

Dziesięć minut później zadzwonił telefon. Jason nie miał ochoty z nikim rozmawiać, ale pomyślał, trochę niemądrze, że to może Sandy dzwoni z… skądś… więc odebrał.

To nie była jego żona. W słuchawce rozbrzmiał męski głos:

Jesteś sam w domu?

Kto dzwoni?

Jest tam twoje dziecko?

Jason rozłączył się.

Telefon zadzwonił ponownie. Na wyświetlaczu pokazał się ten sam numer. Tym razem Jason pozwolił, żeby włączyła się automatyczna sekretarka. Ten sam męski głos oświadczył: Uznaję, że odpowiedź jest twierdząca. Ogród za domem, za pięć minut. Będziesz chciał ze mną porozmawiać. A potem się rozłączył.

Pieprz się powiedział Jason pustej kuchni. Może i było to głupie, ale lepiej się poczuł.

Poszedł na górę, zajrzał do Ree. Prawie cała przykryta była kołdrą i smacznie spała. Zerknął

automatycznie na miejsce, gdzie powinien spać skulony rudy Pan Smith. Nie było go tam i Jason znowu poczuł znajome ukłucie.

Niech to szlag, Sandy mruknął zmęczonym głosem, po czym poszedł po kurtkę i wyszedł

tylnymi drzwiami do ogrodu.

Dzwoniący okazał się młodszy, niż Jason się spodziewał. Miał jakieś dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata. Chudy i tyczkowaty młodzik, który jeszcze się nie zaokrąglił i pewnie nie zaokrągli aż do trzydziestki. Chłopak wspinał się akurat na drewniany parkan otaczający ogród Jasona.

Teraz ześlizgnął się z niego i zrobił kilka kroków, poruszając się niczym szczeniak goldena retrievera z oklapłymi jasnymi włosami i długimi kończynami. Zatrzymał się, kiedy tylko dostrzegł Jasona, po czym wytarł dłonie w dżinsy. Na dworze było zimno, a on miał na sobie jedynie biały T shirt z wyblakłym czarnym napisem. Żadnej kurtki. Jeśli marcowy chłód dawał mu się we znaki, nie pokazywał tego po sobie.

Gliniarz przed domem. Pewnie wiesz. Nie chciałem, żeby mnie widział odezwał się chłopak, jakby to wszystko wyjaśniało.

Jason zauważył, że na lewym nadgarstku ma zieloną gumkę recepturkę, którą pstryka tak, jakby to był nerwowy nawyk.

Kim jesteś?

Sąsiadem odparł chłopak. Mieszkam pięć domów dalej. Nazywam się Aidan Brewster. Nie mieliśmy okazji się poznać. Pstryk, pstryk, pstryk.

Jason nie odezwał się ani słowem.

Ja, eee, trzymam się na uboczu dodał chłopak, znowu takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało.

Jason milczał.

Zaginęła twoja żona oświadczył chłopak. Pstryk, pstryk.

Kto ci o tym powiedział? Wzruszył ramionami.

Nikt nie musiał. Gliny pytają w okolicy, szukając zaginionej kobiety. Detektyw biwakuje pod waszym domem, więc to musi być strefa zero. Ty tu jesteś. Twój dzieciak tu jest. A zatem zaginęła twoja żona. Chłopak zaczął ponownie pstrykać gumką, ale tym razem złapał się na tym i opuścił obie ręce.

Czego chcesz? zapytał Jason.

Zabiłeś ją?

Jason spojrzał na chłopaka. Czemu sądzisz, że ona nie żyje? Chłopak wzruszył ramionami. Tak się to dzieje. Zaczyna się od zaginionej białej kobiety, matki jednego, dwójki, trójki dzieci. Do akcji wkraczają media, organizuje się ekipy poszukiwawcze, przeczesuje okolicę. A potem, mniej więcej od tygodnia do trzech miesięcy później, ciało jest wydobywane z jeziora, lasu, wielkiej zamrażarki w garażu. Pewnie nie masz żadnych dużych, niebieskich, plastikowych beczek, co?

Jason pokręcił głową.

Piły łańcuchowe? Dołki pod grilla?

Mam dziecko. Nawet gdybym posiadał takie rzeczy, obecność małego dziecka ograniczyłaby mi pole manewru.

Chłopak ponownie wzruszył ramionami.

To raczej nie powstrzymywało innych facetów.

Wynoś się z mojego ogrodu.

Nie tak szybko. Muszę wiedzieć: zabiłeś żonę?

Dlaczego myślisz, że powiedziałbym ci o tym?

Wzruszył ramionami.

Nie wiem. Nie znamy się, ale pomyślałem, że zapytam. To dla mnie ważne.

Jason przyglądał mu się przez chwilę. A potem powiedział:

Nie zabiłem jej.

Okej. Ja też nie.

Znasz moją żonę?

Blondynka, duże brązowe oczy, taki nieco dziwny uśmiech?

Tak.

Nigdy jej osobiście nie poznałem, ale widziałem w waszym ogrodzie. Chłopak powrócił do pstrykania zieloną gumką.

Po co tu przyszedłeś? zapytał Jason.

Ponieważ nie zabiłem twojej żony powtórzył. Zerknął na zegarek. Ale mniej więcej za jedną do czterech godzin policja założy, że to zrobiłem.

Dlaczego miałaby to założyć?

Byłem już karany.

Zabiłeś kogoś?

Nie, ale to nie będzie miało znaczenia. Byłem karany i jak mówiłem, wiem, jak to działa. Zaginęła kobieta Policja zacznie od ludzi jej najbliższych, robiąc z ciebie pierwszą „osobę podejrzaną". Jednakże w dalszej kolejności sprawdzą wszystkich sąsiadów. Wtedy właśnie pojawię się ja druga „osoba podejrzana". No i czy jestem bardziej interesujący od ciebie? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, dlatego uznałem, że lepiej będzie, jak tu wpadnę.

Jason zmarszczył brwi.

Chcesz wiedzieć, czy skrzywdziłem swoją żonę, ponieważ wtedy ty miałbyś święty spokój?

To logiczne pytanie odparł neutralnym tonem. No dobrze, twierdzisz, że jej nie zabiłeś. A ja wiem, że to nie ja ją zabiłem, co prowadzi do kolejnego problemu.

To znaczy?

Nikt nam nie uwierzy. A im bardziej będziemy się zarzekać, że jesteśmy niewinni, tym mocniej się nas uczepią. Marnując cenny czas i środki na to, żeby nas zmusić do przyznania się do winy, zamiast próbując się dowiedzieć, co się naprawdę stało z twoją żoną.

Jason nie mógł nie przyznać mu racji. Dlatego właśnie przez cały ranek trzymał gębę na kłódkę.

Ponieważ był mężem, a mąż automatycznie stawał się osobą podejrzaną. A to znaczyło, że za każdym razem, kiedy coś mówi, policja nie doszukuje się w tym dowodu jego niewinności, lecz wskazówek mogących potwierdzić winę.

Dużo wiesz o tym, jak działa ten system powiedział do chłopaka.

Mylę się?

Prawdopodobnie nie.

Okej, więc zgodnie ze starym porzekadłem, że wróg twego wroga jest twoim przyjacielem, gliny to nasz wspólny wróg i teraz jesteśmy przyjaciółmi.

Nawet nie wiem, kim jesteś.

Nie ja odparł Jason.

Ale ona kręciła coś na boku? Jason wzruszył ramionami.

A nie jest tak, że to mąż zawsze dowiaduje się ostatni?

Myślisz, że z nim uciekła?

Nigdy nie zostawiłaby Ree.

Miała więc romans i wiedziała, że nigdy byś jej nie pozwolił zabrać ze sobą córki.

Jason zamrugał oczami, ponownie odczuwając wyczerpanie.

Chwileczkę…

Weź się w garść, człowieku, bo jeszcze wieczorem będziesz gnił w pudle. W głosie chłopaka słychać było zniecierpliwienie.

Nie skrzywdziłbym swojej córki i dałbym żonie rozwód.

Czyżby? Zostawiłbyś ten dom, doskonałą inwestycję w Southie?

Pieniądze nie stanowią dla nas problemu.

Więc jesteście nadziani? No to jeszcze więcej kasy do zostawienia.

Pieniądze nie stanowią dla nas problemu.

Bzdura. Pieniądze dla każdego stanowią problem. Teraz rzeczywiście brzmisz tak, jakbyś był

winny.

Moja żona jest matką mojej córki powiedział cierpko Jason. Gdybyśmy się rzeczywiście rozstali, chciałbym, aby miała środki konieczne do sprawowania opieki nad moim dzieckiem.

Żona, dziecko, żona, dziecko. Sprawiasz, że stają się bezosobowe. Twierdzisz, że tak bardzo je kochasz, że nigdy byś ich nie skrzywdził, a z drugiej strony nie używasz nawet ich imion.

Przestań. Nie mam już ochoty na tę rozmowę.

Zabiłeś żonę?

Wynoś się. Daj mi spokój.

Masz rację. Zmywam się stąd. Rozmawiam z tobą dopiero od ośmiu minut, a już uważam, że jesteś winny jak diabli. Ale to oznacza, że ja nie mam się czym martwić. No to narazka.

Chłopak ruszył w stronę ogrodzenia. Zdążył już zacisnąć dłonie na drewnianych sztachetach, szykując się do skoku, kiedy do Jasona w końcu dotarło to, co umykało mu od samego początku.

Zapytałeś, czy moje dziecko jest w domu zawołał za nim. Zapytałeś o moje dziecko.

Chłopak jedną nogę przerzucił już przez płot. Jason zaczął biec w jego kierunku.

Ty sukinsynu! Byłeś wcześniej karany. Powiedz mi, co zrobiłeś, powiedz, co dokładnie zrobiłeś!

Chłopak przez chwilę się zawahał. Nie wyglądał już jak szczeniak goldena retrievera. Coś w jego oczach uległo zmianie, pojawiła się w nich tajemnica i twardość.

Nie muszę, już się tego domyśliłeś.

Upewniałeś się, psiakrew! Jesteś przestępcą seksualnym, prawda? Twoje nazwisko widnieje w tym pieprzonym rejestrze przestępców seksualnych. Nie minie czternasta, a zapukają do twoich drzwi.

Aha. Ale nie minie piętnasta, a zaaresztują ciebie. Ja nie zabiłem twojej żony. Za stara jak na mój gust…Pieprzony kutas!

I wiem coś, o czym nie wiesz ty. Wczoraj wieczorem słyszałem samochód. I tak sobie myślę, że widziałem pojazd, który wywiózł twoją żonę.

Rozdział 6

Po raz pierwszy się zakochałam, gdy miałam osiem lat. W mężczyźnie, który tak naprawdę był

postacią fikcyjną: Sonnym Crocketcie, policjancie z Miami granym przez Dona Johnsona. Mama była przeciwniczką tego typu bzdur, czekałam więc po prostu, aż padnie po popołudniowej „mrożonej herbacie", a potem otwierałam puszkę Dr. Peppera i z rozradowanym sercem oglądałam powtórki.

Sonny Crockett był silny, zmęczony życiem. Taki typ twardego faceta, który wszystko już przeżył, a mimo to nadal potrafi zboczyć z trasy i ocalić dziewczynę. Pragnęłam takiego Sonny'ego Crocketta.

Pragnęłam, żeby mnie ktoś ocalił.

Kiedy skończyłam trzynaście lat, urosły mi piersi. I nagle się okazało, że całkiem wielu chłopaków ma ochotę mnie ocalić. Przez jakiś czas sądziłam, że to się może udać. Umawiałam się ze wszystkimi jak popadło, preferując starszych chłopców z tatuażami, wyluzowanych i cieszących się złą opinią. Oni pragnęli seksu. Ja pragnęłam, aby mnie ktoś zabrał na przednie siedzenie swego mustanga i popędził

sto sześćdziesiąt, nocą i bez włączonych świateł. Pragnęłam wykrzyczeć swoje imię, podczas gdy wiatr smaga mi twarz i rozwiewa włosy. Pragnęłam czuć się szalona i zuchwała. Pragnęłam czuć się jak ktokolwiek, byle nie ja sama.

Zyskałam sławę dziewczyny, która świetnie robi laskę i jest jeszcze większą wariatką niż jej porąbana matka.

Każde miasteczko ma matkę taką jak moja. I każde miasteczko ma dziewczynę taką jak ja.

Po raz pierwszy zaszłam w ciążę, kiedy miałam czternaście lat. Nikomu o tym nie powiedziałam.

Wypiłam dużo rumu z colą i żarliwie modliłam się do Boga, aby zabrał to dziecko. Kiedy nic z tego nie wyszło, ukradłam pieniądze z portfela ojca i poszłam do kliniki wykonującej tego typu zabiegi.

Nie płakałam. Aborcję potraktowałam jak społeczny obowiązek. Jedno życie mniej do zrujnowania przez moją mamę.

Mówię wam, każde miasteczko ma dziewczynę taką jak ja.

Potem skończyłam piętnaście lat i moja matka umarła, a ojciec i ja byliśmy w końcu wolni i…

Tak długo marzyłam o tym, aby ktoś mnie ocalił. Pragnęłam Sonny'ego Crocketta, zmęczonego życiem człowieka, który pod wyniszczoną powłoką potrafi dojrzeć prawdziwą duszę. Pragnęłam mężczyzny, który mnie przytuli, sprawi, że poczuję się bezpieczna, i nigdy nie pozwoli mi odejść.

Nigdy nie udało mi się znaleźć Sonnyego Crocketta. Zamiast niego dzień przed osiemnastymi urodzinami w miejscowym barze poznałam swego męża. Usiadłam na stołku Jasona, wypiłam jego colę, a potem, kiedy zaczął protestować, przesunęłam dłońmi po jego twardych, odzianych w dżinsy udach. Kazał mi się odpieprzyć. I wtedy już wiedziałam, że nigdy nie pozwolę mu odejść.

Nikt, oczywiście, nie jest w stanie cię ocalić.

Ale wiedząc to wszystko, co wiem na temat Jasona, rozumiem, dlaczego on uznał, że musi spróbować.

O czternastej dwie D.D. była w całkiem dobrym nastroju, jeśli chodzi o śledztwo. Mieli plan działania i dobrze go rozgrywali, biorąc pod uwagę fakt, że poszukiwali dorosłej kobiety której zgodnie z prawem nie można było jeszcze uznać za zaginioną, a którą trzeba było znaleźć tak szybko, jak się tylko da.

O czternastej sześć nadeszła pierwsza zła wiadomość. Sędzia Banyan oddaliła ich wniosek o zajęcie komputera rodziny Jones i nie zgodziła się uznać domu za miejsce popełnienia przestępstwa. Swoją decyzję umotywowała przede wszystkim brakiem fizycznych dowodów na popełnienie przestępstwa.

Stwierdziła także, że na razie minęło za mało czasu. Dziesięciogodzinne zaginięcie to dla osoby dorosłej nic takiego. Może Sandra Jones przebywa w domu jakiejś przyjaciółki. Może miała wypadek, znajduje się teraz w miejscowym szpitalu i nie jest w stanie podać swego nazwiska. Może zaczęła w nocy lunatykować i nadal błąka się otumaniona po mieście. Innymi słowy całe mnóstwo „może".

Jednakże, kontynuowała sędzia, jeśli po upływie dwudziestu czterech godzin Sandra Jones się nie znajdzie, to ona raz jeszcze przeanalizuje ich wnioski. A tymczasem zezwoliła na dostęp do pikapa Jasona Jonesa.

Zrezygnowana D.D. pomyślała, że udała się jedna trzecia. Sprawy komplikowało znalezienie w pralce koca i koszulki nocnej. Brak koca i rozbita lampa wyglądały złowróżbnie. Koc i koszulka w pralce…

D.D. nadal nie miała pewności, co u diabła oznaczały koc i koszulka w pralce. Że mąż próbował

pozacierać ślady, też że żona lubiła robić pranie? Przypuszczenia mogły być niebezpieczne.

O czternastej piętnaście zameldował się detektyw Miller. D.D. przekazała mu złą wiadomość od sędzi Banyan. Miller dostarczył nowiny ze szkoły Sandry Jones. Od dyrektora placówki dowiedział się, że Sandra Jones od dwóch lat uczy tam wiedzy o społeczeństwie najpierw uczyła klasę siódmą w ramach praktyk nauczycielskich, a od września klasę szóstą. Dzieciaki ją lubią, rodzice ją lubią, nauczyciele ją lubią. Sandra niezbyt się udzielała towarzysko, no ale przecież miała w domu małe dziecko i męża, który pracował wieczorami, nikt więc się temu nie dziwił. Dyrektor raz miał okazję spotkać się z mężem i uważał, że jest całkiem sympatyczny. Dyrektor wiele razy widział się z córką, Ree, i uważał, że jest urocza.

Dyrektorowi nie przychodził do głowy żaden powód dla którego Sandra nie pojawiła się w pracy, i owszem, brak choćby telefonu był zupełnie nie w jej stylu. Bardzo się martwił i w każdy możliwy sposób pragnął pomóc w prowadzeniu śledztwa.

W dodatku dyrektor był pięćdziesięcioletnim żonkosiem, który według słów swojej sekretarki zaangażował się w namiętny romans z nauczycielką aktorstwa. Wszyscy o tym wiedzieli, nikt się tym zbytnio nie ekscytował i żadna ilość viagry nie pozwoliłaby temu pięćdziesięciojednolatkowi obracać zarówno rudowłosą nauczycielkę aktorstwa, jak i dwudziestotrzyletni nowy podbój. Wysoce prawdopodobne było to, że dyrektora łączyły z Sandrą Jones wyłącznie relacje służbowe.

Miller dysponował już także wstępnym raportem dotyczącym finansów państwa Jones. Na rachunku oszczędnościowym mieli zaskakującą kwotę stu pięćdziesięciu tysięcy, a kolejne dwa miliony w różnych funduszach w banku inwestycyjnym. Ich miesięczne dochody były skromne, podobnie jak wydatki.

Według niego wyglądało to tak, że za dom zapłacili gotówką i starali się utrzymywać ze swoich zarobków.

Miller podejrzewał, że ich oszczędności pochodzą ze spadku czy wypłaty ubezpieczenia. Detektywi pracowali już nad prześledzeniem drogi tych pieniędzy.

Był też w posiadaniu innych informacji. Państwo Jones wzięli ślub cywilny w Massachusetts w dwa tysiące czwartym roku. Ich córka, Clarissa, przyszła na świat dwa miesiące później. Ani w przypadku Sandry Jones, ani Jasona Jonesa nie było żadnych niezapłaconych mandatów czy nakazów sądowych.

Nie doszukano się niczego, co mogłoby świadczyć o przemocy w rodzinie czy zakłócaniu porządku publicznego.

Według sąsiadów Jonesowie byli spokojną parą, trzymającą się na uboczu. Nie urządzali przyjęć, nie podejmowali gości. Gdy spotkało się ich na ulicy, uśmiechali się i machali ręką, ale nie mieli w zwyczaju przystawać i wdawać się w uprzejmą pogawędkę. Z wyjątkiem Ree. Wszyscy zgadzali się co do tego, że Clarissa Jones była nad wiek rozwinięta i potrafiła człowieka dosłownie zagadać. Podobno szalała także na trójkołowym rowerku. Jeśli widziałeś, że ta mała nadjeżdża, to ty musiałeś się usunąć z chodnika.

Rodzice dużo na nią krzyczą? zapytała D.D.

Rodzice ją hołubią. I cytuję słowo w słowo trzy relacje od trzech sąsiadów: rodzice „hołubią"

córkę.Oczywiście rodziców opisuje się także jako spokojnych i skrytych, a to oznacza, że żaden z sąsiadów nie znał ich zbyt dobrze?

To prawda.

Ubezpieczenia na życie?

Nadal badamy.

Dwa miliony dolarów w banku powiedziała z zadumą D.D. Do tego gotówka, do tego nieruchomość w doskonałym miejscu… o czym mówimy, jakichś trzech i pół milionach dolarów w aktywach? Ludzie zabijają za znacznie mniej.

Standardowy rozwód pozostawiłby mężowi niemal dwa miliony. To dużo pieniędzy dla młodego małżeństwa. A skoro już o tym mowa, to możesz powiedzieć mi raz jeszcze, w którym roku wzięli ślub?W dwa tysiące czwartym.

To ile Sandra Jones miała wtedy lat, osiemnaście? I już była w ciąży?

Aha, biorąc pod uwagę fakt, że Clarissa urodziła się dwa miesiące później.

A Jason Jones ma ile lat, trzydzieści, trzydzieści jeden?

Też tak mi się wydaje. Jeszcze nie dotarliśmy do jego aktu urodzenia.

Zastanówmy się nad tym przez chwilę. Mamy młodą, śliczną, ciężarną dziewczynę i starszego bogatszego? mężczyznę…

Na razie nie wiemy, kto miał pieniądze. Równie dobrze mógł to być Jason, jak i Sandra.

Coś mi się każe skłaniać ku założeniu, że pieniądze należały do niego.

Coś mi się każe skłaniać ku założeniu, że masz rację.

No więc Jason Jones hajta się z ciężarną nastolatką. Rodzi się „urocza" córeczka, a cztery, pięć lat później…

Wiedzie spokojne życie w południowym Bostonie, w domu zabezpieczonym lepiej od Fort Knox, a żaden sąsiad tak naprawdę go nie zna.

D.D. i Miller przez chwilę milczeli.

Wiesz, co najbardziej mnie uderzyło, kiedy obchodziliśmy dom? zapytała nagle D.D. To, jak…

„w sam raz" się wszystko wydawało. Nie za brudne, nie za czyste. Nie za bardzo zagracone, nie za bardzo poukładane. Wszystko było idealnie wyważone. Jak powiedział dyrektor szkoły, Sandra Jones udzielała się towarzysko na tyle, że ludzie ją lubili, ale nie aż tak bardzo, by współpracownicy tak naprawdę ją znali. Jason i Sandra uśmiechali się do sąsiadów, ale nigdy ich u siebie nie gościli.

Machają ręką, ale nie rozmawiają. Wychodzą, ale nigdy nikogo nie zapraszają. Wszystko jest starannie opracowane. Zrównoważone. Tyle że w przyrodzie nie istnieje coś takiego jak równowaga.

Uważasz, że ich życie jest sfabrykowane?

Wzruszyła ramionami.

Uważam, że w prawdziwym życiu panuje nieład, a u nich jest go zdecydowanie za mało.

Miller się zawahał.

Nie sprawdziliśmy jeszcze pracodawcy Jasona…

D.D. się skrzywiła. To znaczy redakcji „Boston Daily", jednego z głównych punktów na mapie miejscowych mediów.

Taa, rozumiem.

Chyba każę tam zadzwonić jednej z moich dziewczyn. Będzie twierdzić, że zbiera informacje do certyfikatu bezpieczeństwa, coś w tym rodzaju. Jakoś mniej podejrzanie to wygląda, kiedy telefonuje kobieta.

Dobry pomysł.

A potem weźmiemy się za przedszkole córki. Zobaczymy, co mają do powiedzenia nauczyciele i personel. Czy małe dziewczynki nie trzymają się razem, mają przyjaciółki i chodzą do nich na noc?

Wydaje mi się, że muszą się znaleźć jacyś rodzice, którzy wiedzą coś więcej na temat tej rodziny.

Mnie to pasuje.

No i w końcu przefaksowano mi odpis aktu małżeństwa. Skoro już mam nazwisko panieńskie Sandry, zacznę szukać jej ojca, wyciągnę więcej informacji z Georgii.

Dobrze. Zakładam, że nadal nie ma ani śladu Sandry ani nikt się nie posługuje jej kartą kredytową?

Dobrze zakładasz. W lokalnych sklepach jej nie widziano. W szpitalach i przychodniach nie ma żadnych niezidentyfikowanych kobiet. Tak samo w kostnicach. Karty kredytowej po raz ostatni użyto dwa dni temu w sklepie spożywczym. Z kartą bankomatową cisza. Jedyne, co mamy, to sześć telefonów na jej komórkę. Pierwszy od męża o drugiej szesnaście, i prawdopodobnie wtedy się zorientował, że telefon jego żony dzwoni tuż za nim na kuchennym blacie. Następnie dwa telefony rano od dyrektora szkoły, no i jeszcze trzy telefony od uczniów. I to tyle.

Dzwonili do niej szóstoklasiści?

Oczywiście z własnych telefonów komórkowych. Witamy w nowym wspaniałym świecie dorosłych dwunastolatków.

Tak się cieszę, że nie mam choćby kwiatka w doniczce.

Miller chrząknął.

Ja mam trzech chłopaków: siedem lat, dziewięć i jedenaście. Przez następnych dziesięć lat planuję brać nadgodziny.

Wcale mu się nie dziwiła.

No więc ty się zajmiesz kwestiami finansowymi, telefonami komórkowymi i dorosłymi dwunastolatkami. Ja przeszukam pikapa i zorganizuję psychologa sądowego.

Myślisz, że pozwoli nam porozmawiać z córką? Nie mamy już nic, czym moglibyśmy go postraszyć.

Myślę, że jeśli Sandra Jones w jakiś magiczny sposób nie znajdzie się do jutra rana, nie będzie miał wyboru.

D.D. zdążyła wstać z krzesła, kiedy zadzwonił telefon na jej biurku. Odebrała go.

Jason Jones na pierwszej linii oświadczyła recepcjonistka.

D.D. z powrotem usiadła.

Sierżant D.D. Warren powiedziała do słuchawki.

Jestem gotowy na rozmowę.

Słucham?

Moja córka śpi. Teraz mogę rozmawiać.

To znaczy chciałby się pan z nami spotkać? Chętnie wyślę po pana dwóch funkcjonariuszy.

Zanim oni tu dotrą, moja córka zdąży się obudzić i nie będę już dostępny. Jeśli chce mnie pani przepytać, musi się to stać teraz, przez telefon. To najlepsze, co mogę zrobić.

D.D. wysoce w to wątpiła. To nie było najlepsze, co mógł zrobić, lecz najbardziej wygodne. Żona tego człowieka dwanaście godzin temu zniknęła, a on tak właśnie wyobrażał sobie współpracę?

Znaleźliśmy specjalistę, który porozmawia z Ree powiedziała.

Nie.

Ta kobieta to profesjonalistka specjalizująca się w przesłuchiwaniu dzieci. Poprowadzi tę rozmowę w sposób delikatny i tak, aby pańska córka przeżyła jak najmniej stresu.

Moja córka nic nie wie.

W takim razie rozmowa będzie krótka.

Nie odpowiedział od razu. D.D. wyczuwała w jego milczeniu mnóstwo kłębiących się emocji.

Czy pańska żona uciekła? zapytała nagle, próbując wziąć go z zaskoczenia. Poznała innego faceta, ruszyła w stronę granicy?

Nigdy nie zostawiłaby Ree.

Co oznacza, że mogła poznać innego faceta.

Nie wiem, pani sierżant. Większość wieczorów i nocy spędzam w pracy. Naprawdę nie wiem, co w tym czasie robi moja żona.

Nie wygląda mi to na szczęśliwe małżeństwo.

To zależy od punktu widzenia. Jest pani mężatką, pani sierżant?

A czemu pan pyta?

Ponieważ gdyby pani była, rozumiałaby pani, że małżeństwo przechodzi różne etapy. Moja żona i ja wychowujemy małe dziecko i jednocześnie oboje pracujemy. To nie jest etap miesiąca miodowego.

To ciężka praca.

D.D. chrząknęła, po czym ponownie zapadła cisza. Uznała za interesujący fakt, że użył czasu teraźniejszego wychowujemy małe dziecko nie potrafiła jednak zdecydować, czy powiedział to rozmyślnie, czy nie. Użył czasu teraźniejszego, ale nie imion żony i dziecka. Ciekawa postać z tego Jasona Jonesa.

Ma pan romans? To i tak wyjdzie na jaw.

Nie zdradziłem żony.

Ale ona zdradziła pana.

Nie mam na to dowodu.

Ale coś pan podejrzewał.

Pani sierżant, mógłbym nakryć ją w łóżku z innym mężczyzną, a i tak bym jej nie zabił.

Nie tego rodzaju człowiek?

Nie tego rodzaju małżeństwo.

Tym razem D.D. zamrugała oczami. Obracała te słowa w głowie, ale jakoś nie chciały się dobrze poukładać.

Jakiego rodzaju jest to małżeństwo?

Pełne szacunku. Sandra była bardzo młoda, kiedy wzięliśmy ślub. Gdyby odczuwała potrzebę, aby poukładać sobie coś w głowie, pozwoliłbym jej na to.

Jakież to z pana strony wyrozumiałe.

Nic nie powiedział.

W głowie D.D. pojawiła się pewna myśl.

Kazał jej pan podpisać intercyzę? Z jakimś paragrafem, że jeśli pana zdradzi, to w przypadku rozwodu niczego nie dostanie?

Nie ma żadnej intercyzy.

Naprawdę? Nie ma? Choć w banku jest tyle pieniędzy?

Te pieniądze pochodzą ze spadku. Nigdy się ich nie spodziewałem, zatem nieszczególnie bym się przejął, gdybym je stracił.

Och, błagam, dwa miliony dolarów…

Cztery. Musicie się postarać o lepsze raporty.

Cztery miliony dolarów…

A mimo to utrzymujemy się z dwóch i pół tysiąca miesięcznie. Pani sierżant, jak na razie nie zadała pani właściwego pytania.

A jak ono brzmi?

Nawet gdybym miał motyw, aby zrobić krzywdę żonie, dlaczego miałbym skrzywdzić Pana Smitha?

Słucham?

Czytała pani o Tedzie Bundym? Zamordował i okaleczył ponad trzydzieści kobiet, a jednak nie był

w stanie ukraść nieubezpieczonego samochodu, ponieważ uważał, że to by było okrutne. No dobrze, mąż, który zabija żonę zamiast wnieść pozew rozwodowy, to bez wątpienia psychopata. Jego potrzeby są najważniejsze. Żona jest dla niego praktycznie tylko przedmiotem ożywionym. Przeszkadza mu.

Pozbywając się jej, czuje się usprawiedliwiony.

D.D. milczała. Próbowała rozgryźć, czy właśnie usłyszała przyznanie się do winy.

Ale kot, pani sierżant? Pan Smith? Nawet gdybym uprzedmiotowił żonę na tyle, że uznałbym, iż lepiej mi będzie bez niej, co mi zrobił ten kot? Może mógłbym jakoś usprawiedliwić odebranie córce matki. Ale zrobienie krzywdy zwierzakowi córki byłoby po prostu okrutne.

W takim razie co się stało z pańską żoną, panie Jones?

Nie mam pojęcia.

Zniknęła już kiedyś?

Nigdy.

Czy zdarzyło się, że nie pojawiła się w umówionym miejscu, nie uprzedziwszy o tym telefonicznie?

Sandra jest bardzo sumienna. Proszę spytać o to w szkole, w której pracuje. Mówi, co zamierza zrobić, robi to, co mówi.

Czy w przeszłości bywała często w barach, dużo piła, a narkotyki? Sam pan przyznał, że nadal jest bardzo młoda.

Nie. Nie pijemy. Nie bierzemy narkotyków.

Lunatvkuje, zażywa jakieś lekarstwa?

Nie.

Udziela się towarzysko?

Prowadzimy niezwykle spokojne życie, pani sierżant. Priorytetem jest dla nas nasza córka.

Innymi słowy jesteście po prostu zwykłymi, niczym nie wyróżniającymi się ludźmi.

Najzwyklejszymi ze zwykłych.

Którzy, tak się akurat składa, że mieszkają w domu z wzmocnionymi oknami i stalowymi drzwiami?

Mieszkamy w mieście. Domowe bezpieczeństwo to coś, czego się nie powinno lekko traktować.

Nie miałam pojęcia, że w Southie jest aż tak niebezpiecznie.

Nie miałem pojęcia, że policja ma problem z obywatelami, którzy zakładają zamki.

Remis. D.D. zawahała się, próbując się rozeznać w tej rozmowie, która powinna była odbyć się twarzą w twarz, a nie przez telefon.

Kiedy zjawił się pan w domu, panie Jones, drzwi były zamknięte?

Tak.

Czy po wejściu do domu zwróciło pana uwagę coś niezwykłego? W kuchni, korytarzu, sieni, gdziekolwiek?

Nic.

Kiedy dotarło do pana, że żony nie ma w domu, co pan zrobił, panie Jones?

Zadzwoniłem na jej komórkę. Jak się okazało, znajdowała się w jej torbie stojącej na blacie w kuchni.

Potem co pan zrobił?

Wyszedłem na dwór, żeby sprawdzić, czy nie wyszła przypadkiem po coś, czy może, na przykład, nie patrzy w gwiazdy. Nie wiem. Nie było jej w domu, więc sprawdziłem na dworze.

Potem co?

Potem sprawdziłem jej samochód.

A potem?

Potem… co?

To, co pan opisał, zabiera jakieś trzy minuty. O ile mi wiadomo, pod 911 zadzwonił pan dopiero trzy godziny później. Do kogo pan dzwonił, panie Jones? Co pan robił?

Do nikogo nie dzwoniłem. Nic nie robiłem.

Przez trzy godziny?

Czekałem, pani sierżant. Siedziałem na sofie i czekałem, aż mój świat się naprawi. Potem, kiedy tak się w żaden magiczny sposób nie stało, zadzwoniłem na policję.

Nie wierzę panu oświadczyła spokojnie D.D.

Wiem. Ale może to właśnie dowodzi mojej niewinności. Czyż winny nie spreparowałby lepszego alibi?

Westchnęła głośno.

Jak więc pan sądzi, co się stało z pańską żoną, panie Jones?

Tym razem to on przez chwilę się wahał, aż w końcu rzekł:

Na naszej ulicy mieszka zarejestrowany przestępca seksualny.

Rozdział 7

Dwudziestego drugiego października tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku chłopiec, który nazywał się Jacob Wetterling, został porwany przez zamaskowanego i uzbrojonego mężczyznę i ślad po nim zaginął. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku miałem zaledwie trzy lata, możecie mi więc wierzyć, kiedy mówię, nie ja to zrobiłem. Ale dzięki uprowadzeniu Jacoba Wetterlinga przed niemal dwudziestu laty moje dorosłe życie na zawsze uległo zmianie. Ponieważ rodzice Jacoba założyli Fundację Jacoba Wetterlinga, dzięki staraniom której w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku ustanowiono prawo Jacoba Wetterlinga w sprawie przestępstw popełnianych na dzieciach i rejestracji przestępców seksualnych; krótko mówiąc, rodzice Bacona pomogli w utworzeniu pierwszego rejestru przestępców seksualnych.

Wiem, co sobie myślicie. Jestem zwierzęciem, no nie? Taki w dzisiejszych czasach panuje popularny pogląd. Przestępcy seksualni to potwory. Nie tylko powinno nam się zakazać wszelkich kontaktów z dziećmi, ale należało by nas także usunąć poza nawias społeczeństwa i zmusić do zamieszkania pod mostem. Spójrzcie tylko, co się stało z Megan Kanką, porwaną z własnego pokoju przez mieszkającego po sąsiedzku przestępcę seksualnego. Albo z Jessicą Lunsford, porwaną z domu przez przestępcę seksualnego, mieszkającego z jej siostrą w przyczepie po drugiej stronie ulicy.

Cóż wam mogę powiedzieć? Według mojej kuratorki sądowej w Stanach Zjednoczonych jest zarejestrowanych prawie sześćset tysięcy przestępców seksualnych. Kilkoro z nich postanawia źle się zachować. A kiedy tak się dzieje, karę ponosimy wszyscy, nawet facet taki jak ja.

Wstaję, chodzę do pracy, biorę udział w swoich spotkaniach, trzymam się z dala od kłopotów.

Jestem przykładem resocjalizacji zakończonej sukcesem. A mimo to teraz, o piątej po południu, kiedy jestem w pracy, tak właściwie czekam, aż zostanę aresztowany przez policję.

Kwadrans po piątej, kiedy na ulicy nie pojawiły się żadne radiowozy z włączonymi kogutami, daję sobie spokój i zaczynam się zbierać do domu. Odtwarzam w myślach wydarzenia dzisiejszego dnia, starając się kontrolować rosnący niepokój. Po tym, jak rano zauważyłem chodzących od domu do domu policjantów, zachowałem się rozsądnie i poszedłem do pracy. Policja i tak mnie przecież niedługo znajdzie, a kiedy do tego dojdzie, głównym tematem naszej rozmowy stanie się to, co robiłem w czasie, jaki upłynął od zaginięcia pani Jones. O pół godziny przedłużyła się moja przerwa na lunch, czego powodem była rozmowa z panem Jonesem. Ta nieprawidłowość wyjdzie w praniu, ale teraz nic już z tym nie mogę zrobić. Musiałem z nim porozmawiać. Moją jedyną nadzieją jest, że to jego aresztują zamiast mnie.

Teraz, zbliżając się do drzwi swego domu i nadal nie widząc śladu ludzi w niebieskich mundurach czy też, co bardziej prawdopodobne, ludzi z brygady antyterrorystycznej w kamizelkach kuloodpornych uświadamiam sobie, że jest czwartek i że jeśli się nie pospieszę, to spóźnię się na spotkanie. Nie mogę sobie pozwolić na kolejne odstępstwo od grafiku, biorę więc ekspresowy prysznic, przebieram się i wychodzę, po czym przywołuję taksówkę, która zawiezie mnie do miejscowego instytutu zdrowia psychicznego; raczej nie wchodzi w grę to, aby ośmiu zarejestrowanych przestępców seksualnych miało cotygodniowe spotkania grupy wsparcia w pobliskiej bibliotece.

Na miejscu zjawiam się o siedemnastej pięćdziesiąt dziewięć. To ważne. W umowie jest zastrzeżone, że nie wolno się spóźnić nawet o minutę, a przewodnicząca naszej grupy ma bzika na tym punkcie.

Pani Brenda Jane, o wyglądzie blondynki z okładki magazynu i z osobowością strażniczki więziennej, jest licencjonowaną pracownicą społeczną. Nie tylko przewodzi naszym spotkaniom, ale także kontroluje każdy aspekt naszego życia, począwszy od tego, co pijemy bądź czego nie pijemy, skończywszy na tym, z kim się umawiamy albo nie umawiamy. Połowa z nas jej nienawidzi. Druga połowa jest jej dozgonnie wdzięczna.

Spotkania te trwają mniej więcej dwie godziny i odbywają się raz w tygodniu. Jedną z pierwszych rzeczy, jakich się uczysz jako zarejestrowany przestępca seksualny, jest odwalanie całego mnóstwa papierkowej roboty. Mam cały segregator wypełniony takimi dokumentami, jak podpisany przeze mnie

„Kontrakt dotyczący programu przestępców seksualnych", opracowany specjalnie dla mnie „Plan bezpieczeństwa na przyszłość", a także pół tuzina „Zasad programowych dla sesji grupowych", „Zasad programowych dla umawiania się/związków" oraz „Zasad programowych dla przestępstw popełnionych w rodzinie". Dzisiejsze spotkanie nie stanowi wyjątku. Każdy z nas zaczyna od sporządzenia cotygodniowego raportu.

Pytanie pierwsze: Jakich uczuć doświadczyłeś w tym tygodniu?

Moją pierwszą myślą jest poczucie winy. Moja druga myśl to, że nie mogę tego wpisać. W przypadku oświadczeń sporządzonych na naszych spotkaniach nie istnieje coś takiego jak poufność. To jeszcze jeden świstek papieru, który wszyscy musieliśmy przeczytać i podpisać. Cokolwiek powiem dzisiejszego wieczoru albo jakiegokolwiek innego, może w sądzie zostać użyte przeciwko mnie. Co jeszcze potęguje paradoks, jakim jest życie przestępcy seksualnego. Z jednej strony muszę pracować nad udoskonalaniem swoich umiejętności w kwestii uczciwości. Z drugiej zaś w każdej chwili mogę zostać za to ukarany.

Wpisuję drugą myśl, jaka się pojawia w mojej głowie: strach. Policja nie może mi tego odmówić, prawda? Zaginęła kobieta. Jestem zarejestrowanym przestępcą seksualnym mieszkającym na jej ulicy.

Mam cholerne prawo się bać.

Pytanie drugie: Jakich pięciu sposobów użyłeś w tym tygodniu w celu uniknięcia niebezpiecznych sytuacji?

To proste pytanie. Podczas pierwszego spotkania otrzymuje się listę około stu czterdziestu

„sposobów" czy też pomysłów, jak przełamać cykl procesu przestępczego. Większość z nas śmieje się, gdy po raz pierwszy widzi tę listę. Sto czterdzieści sposobów na to, aby ponownie nie popełnić przestępstwa? Włączając w to takie perełki, jak telefon na policję, zimny prysznic czy mój osobisty faworyt skok do oceanu w środku zimy.

Piszę to, co zawsze: nie przebywałem sam na sam z dziećmi, trzymałem się z dala od barów, nie jeździłem samochodem bez celu, nie miałem zbyt dużych oczekiwań i pstrykałem gumką.

Czasami wpisuję „unikałem rozczulania się nad sobą", ale nawet ja wiem, że w tym tygodniu mi się to nie udało. "Nie miałem zbyt dużych oczekiwań" stanowi całkiem zgrabne następstwo. Już od lat nie mam żadnych oczekiwań.

Pytanie trzecie: Jakich pięciu sposobów użyłeś w tym aby prowadzić zdrowy tryb życia?

Kolejna wyuczona na pamięć odpowiedź: pracowałem na pełen etat, ćwiczyłem, unikałem narkotyków i alkoholu, dużo odpoczywałem i zachowywałem równowagę. Cóż, może akurat dzisiaj nie zachowywałem równowagi, ale to tylko jeden z siedmiu, a ten formularz jest raportem tygodniowym.

Pytanie czwarte: Opisz wszystkie niestosowne bądź obojętne pragnienia, fantazje lub myśli o tematyce seksualnej, jakie miałeś w tym tygodniu.

Piszę: fantazjowałem o uprawianiu seksu ze związaną i zakneblowaną dorosłą kobietą.

Pytanie piąte: Wyjaśnij, dlaczego według ciebie pojawiła się każda z tych fantazji.

Piszę: ponieważ jestem żyjącym w celibacie dwudziestotrzylatkiem, który jest cholernie napalony.

Zastanawiam się przez chwilę, po czym skreślam „cholernie napalony" i zastępuję to „u szczytu możliwości seksualnych". Pani Brenda Jane, przewodnicząca grupy, ma zasady, jeśli chodzi o używanie stosownego języka podczas spotkań. W naszej grupie nikt nie ma fiutów, kutasów czy chujów. Mamy penisy. Kropka.

Przy pytaniu szóstym muszę opisać swój stan emocjonalny przed masturbacją, w trakcie masturbacji i po masturbacji. Większość pisze, że czuje gniew albo niepokój. Tak silna presja, coraz większa i większa, że w końcu muszą coś z tym zrobić. Niektórzy piszą, że po wszystkim płaczą. Mają poczucie winy, ogarnia ich wstyd, czują się niesamowicie samotni, i to wszystko z powodu walenia konia.

Ja nie piszę niczego takiego. Jestem mechanikiem samochodowym i obecnie masturbację traktuję w podobny sposób jak pojazdy w pracy. Nie pozbywam się napięcia; ja po prostu dopilnowuję, aby wszystkie części ciała utrzymywane były w należytym stanie.

Pytanie siódme: Z jakimi wspólnymi czynnościami seksualnymi miałeś do czynienia w tym tygodniu?

Nie mam nic do napisania.

Pytanie ósme: Jakie relacje (nie seksualne) z osobami w odpowiednim wieku miałeś lub próbowałeś mieć w tym tygodniu?

Nie mam nic do napisania.

Pytanie dziewiąte: W przypadku jakichkolwiek kontaktów z dziećmi podaj imię, nazwisko i wiek dziecka, łączące was relacje, rodzaj kontaktu i nazwisko obecnego przy nim opiekuna.

Nie mam nic do napisania.

No i tak to idzie. Kolejny cotygodniowy raport, kolejne spotkanie grupy wsparcia.

Wiecie, co tak naprawdę robimy na tych spotkaniach? Usprawiedliwiamy się. Ojciec, który przespał się z jedną córką, udaje, że jest lepszy od księdza, który się przespał z piętnastoma ministrantami.

Facet, który obmacywał, udaje, że jest lepszy od tego, który penetrował. Drapieżnicy, którzy wabią swoje ofiary, obiecując słodycze, uczucie lub wyjątkowe przywileje, przekonują, że są lepsi od potworów, którzy uciekają się do przemocy, a potwory, które uciekają się do przemocy, przekonują, że czynią mniej szkody od kusicieli sprawiających, że ich ofiary czują się jak wspólnicy przestępstwa.

Państwo wrzuciło nas wszystkich do jednego worka i jak każda zorganizowana grupa ludzi czujemy desperacką potrzebę odróżnienia się.

Wiecie, dlaczego te spotkania się udają? Ponieważ nikt lepiej nie rozpozna kłamcy niż inny kłamca. A spójrzmy prawdzie w oczy, w tym pomieszczeniu są sami profesjonaliści.

Przez pierwsze trzydzieści minut spotkania omawiamy cotygodniowe raporty, a potem, po raz pierwszy od miesięcy, mam w końcu coś do powiedzenia.

Chyba mnie aresztują.

To kładzie kres dotychczasowej rozmowie. Pani Brenda Jane odkasłuje, poprawia trzymaną na kolanach podkładkę do pisania z klipsem.

Aidan, wygląda na to, że masz nam coś do powiedzenia.

Taa. Na mojej ulicy zaginęła kobieta. Tak sobie myślę, że jeśli w najbliższym czasie jej nie znajdą, winą za to obarczą mnie.

Moje słowa brzmią gniewnie. Jestem tym nieco zaskoczony. Aż do teraz wydawało mi się, że byłem pogodzony ze swoim losem. Ale może mam mimo wszystko jakieś oczekiwania. Przyłapuję się na tym, że pstrykam gumką na nadgarstku, objaw ożywienia. Zmuszam się, żeby przestać.

Zabiłeś ją? pyta Wendell.

Wendell to niesamowicie gruby biały mężczyzna ze starannie przystrzyżonym czarnym zarostem. Jest wykształcony, dość zamożny i ma głos, który wydobywa się prosto z balonu z helem. Wendell to także aktualny mistrz gry w usprawiedliwianie się. On jest jedynie biednym, szykanowanym ekshibicjonistą tylko pokazywanie, bez dotykania. Dla niego przydzielenie go do grupy takich jak my stanowi dowód, jak nieludzki jest w gruncie rzeczy system sprawiedliwości.

Nie wiem, czy Wendell to rzeczywiście tylko pokazywanie, bez dotykania. Teoretycznie, w ramach programu terapii sprawców przestępstw seksualnych, dostarczył kompletny opis wszystkich popełnionych przez siebie przestępstw, a następnie poddano go badaniu wykrywaczem kłamstw, kosztowało sto pięćdziesiąt dolarów. (Sami za to, notabene, płacimy, i musimy płacić tak długo, aż badanie zakończy się sukcesem).

Osobiście uważam, że Wendell to wynaturzony psychopata. Biedny, szykanowany ekshibicjonista, psiamać. Celem Wendella zawsze była specyficzna grupa ofiar. Lubił na przykład wpadać do domów starców i błyskać stu trzydziestoma kilogramami białego dupska przed przykutymi do łóżek pacjentami, którzy ledwie mieli siłę, żeby zasłonić oczy. Następnie jechał do młodzieżowego ośrodka zdrowia, gdzie wymachiwał swoim dzwoneczkiem przed oszołomioną czternastolatką, która się właśnie dowiedziała, że jest w ósmym tygodniu ciąży. Najczęściej jednak lubił działać przed poradniami dla ofiar gwałtów, gdzie mógł prezentować zwaliste cielsko i tak już znerwicowanym kobietom. Jego ostatnia ofiara poszła do domu i się powiesiła. Ale Wendell żywi przekonanie, że nie jest taki zły jak pozostali członkowie naszej grupy.

Nie tknąłem jej odpowiadam teraz, ignorując znaczący uśmieszek Wendella. Nawet jej nie znam. Ale to nie ma znaczenia. Policja zajrzy do rejestru i pojawi się moje nazwisko. Aresztują mnie dla zasady, a nie dam przecież rady zapłacić kaucji. Jak mnie zamkną, to już po mnie.

Znowu pstrykam gumką. Widzę, że pani Brenda Jane mnie obserwuje i po raz kolejny zmuszam się, by przestać.

Wiem już, co sobie myśli: I jak się w związku z tym czujesz, Aidanie Brewster?

Jak w potrzasku, mam ochotę zawołać. Jak w cholernym potrzasku.

Zniknęła kobieta? W Southie? Kiedy to się stało? Pytania te zadaje inny członek grupy, Gary Provost. Gary jest trzydziestosiedmioletnim alkoholikiem, managerem inwestycyjnym, którego przyłapano na niestosownym dotykaniu jedenastoletniej córki przyjaciela. Odeszła od niego żona, zabierając ze sobą dwóch synów. Dalsza rodzina nadal się do niego nie odzywa. A jednak to prawdopodobnie dla niego jest najwięcej nadziei z nas wszystkich. Po pierwsze, wciąż wygląda jak szanowany profesjonalista, a nie jak karany zboczeniec. Po drugie, wydaje się autentycznie pełen skruchy i jest niezwykle oddany swej niedawno odzyskanej trzeźwości. Gary to ten poważny. Cichy, ale inteligentny. Ze wszystkich obecnych na sali osób to jego prawie lubię.

Ta kobieta zniknęła zeszłej nocy.

Nic nie mówili w wiadomościach.

Nie wiem wzruszam ramionami.

Ile ma lat? pyta Wendell, przechodząc od razu do sedna sprawy.

Ponownie wzruszam ramionami.

Jest matką, więc dwadzieścia kilka, coś w tym rodzaju.

To będzie działać na twoją korzyść wtrąca Jim. Że jest dorosła i w ogóle. Poza tym nie masz w aktach przemocy.

Jim uśmiecha się, gdy to mówi. Jim to jedyny przestępca seksualny stopnia trzeciego, co oznacza, że z nas wszystkich to jego państwo obawia się najbardziej. Ekshibicjonista pokroju Wendella może i charakteryzuje się najwyższym stopniem ryzyka recydywy, ale zatwardziały pedofil taki jak Jim to dopiero prawdziwy potwór pod łóżkiem. Jim sam się przyznał, że pociągają go wyłącznie ośmioletni chłopcy i na przestrzeni czterdziestu lat niestosowne relacje łączyły go prawdopodobnie z trzydzieściorgiem pięciorgiem dzieci. Zaczął, kiedy miał czternaście lat i dorabiał do kieszonkowego jako opiekun do dzieci. Teraz, w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, w końcu przystopował go malejący poziom testosteronu. Poza tym lekarze przepisywali mu regularnie antydepresanty, skutkiem ubocznym których było obniżanie libido.

Jim ma zwyczaj ubierać się w rozpinane swetry w szpic i ssać twarde karmelki. Już samo to każe mi sądzić, że nadal snuje fantazje głównie na temat chłopców przed okresem dojrzewania.

Nie sądzę, by to miało znaczenie mówię teraz. Wystarczy, że jestem zarejestrowanym przestępcą seksualnym. Myślę, że najpierw mnie zaaresztują, a dopiero potem będą zadawać pytania.

Nie wtrąca Gary, manager inwestycyjny. Najpierw pójdą do twojego kuratora sądowego. Tak to się odbywa.

Mojego kuratora sądowego. Mrugam z zaskoczeniem oczami. Zupełnie zapomniałem o tej kobiecie.

Już dwa lata jestem na zwolnieniu warunkowym i choć mam obowiązek comiesięcznego meldowania się, moje zachowanie stało się tam monotonne, że przestałem zauważać te spotkania. Po prostu kolejna papierkowa robota i posłuszne podpisywanie formularzy. Facetowi takiemu jak ja wszystko to zajmuje jakieś osiem minut. Kseruję pokwitowania wypłaty, wręczam pismo od swojego terapeuty, udowadniam, że uiściłem cotygodniowe opłaty za terapię itd., i mam spokój na kolejnych trzydzieści dni. Myślisz, że co powie twój kurator? pyta teraz Wendell, mrużąc oczy.

Niewiele jest do powiedzenia.

Byłeś dzisiaj w pracy? pyta pani Brenda Jane.

Tak.

Żadnego picia, narkotyków ani Internetu?

Pracuję. Spaceruję. Trzymam się z dala od kłopotów.

No to nic ci nie grozi. Masz, oczywiście, prawo do adwokata, więc jeśli zaczniesz się czuć nieswojo, powinieneś o niego poprosić.

Myślę, że to mąż to zrobił słyszę wypowiadane przez siebie słowa. Bez żadnego dobrego powodu. To znowu sprawka tego całego usprawiedliwiania się. Widzicie, to nie ja jestem potworem.

On nim jest.

Grupa bierze moją stronę, kiwając głowami.

Pewnie, pewnie mówi kilka osób. To przecież zawsze mąż, no nie?

Wendell nadal uśmiecha się znacząco.

No i ona nie ma czternastu lat… zaczyna.

Wendell przerywa mu pani Brenda Jane.

Wendell udaje niewiniątko. Ja tylko mówię, że to nie jest śliczna nieletnia blondynka.

Panie Harrington… Wendell unosi mięsistą rękę, godząc się w końcu z porażką. Ale potem odwraca się w moją stronę i nareszcie ma do powiedzenia coś użytecznego.

Hej, mały, nadal pracujesz w miejscowej dziupli, no nie? Ze względu na ciebie mam nadzieję, że ta zaginiona kobieta nie serwisowała tam swojego auta.

I w tej chwili przed moimi oczami pojawia się Sandra Jones, stojąca przed szarym przemysłowym kontuarem z długimi jasnymi włosami zatkniętymi za uszy, podająca z uśmiechem kluczyki Vitowi: Jasne, możemy go odebrać o piątej…

Po raz drugi w życiu uświadamiam sobie, że już nie wrócę do domu.

Rozdział 8

Co sprawia, że pewni ludzie są rodziną?

Nad tym pytaniem zastanawiam się przez większą część życia. Wychowywałam się w typowymklanie z Południa. Miałam matkę zajmującą się domem, która słynęła z tego, że zawsze wyglądałanieskazitelnie, a jej ogród różany wygrywał coraz to nowe nagrody. Miałam ogólnie szanowanegoojca, który założył własną kancelarię prawną i ciężko pracował, aby jego dwóm „uroczym damom"

niczego nie brakowało. Miałam dwa tuziny kuzynostwa, całe mnóstwo cioć i wujków. Na tyle dużokrewnych, że doroczne zjazdy rodzinne, organizowane w dużym domu moich rodziców z akramizielonego trawnika i panoramiczną werandą, bardziej przypominały cyrk niż letniego grilla.

Pierwszych piętnaście lat życia spędziłam na posłusznym uśmiechaniu się, gdy grube ciotkiszczypały mnie w policzki i mówiły, jak bardzo jestem podobna do matki. Sumiennie odrabiałampracę domową, tak by nauczyciele mogli klepać mnie po głowie i oświadczać, że ojciec może być zemnie dumny. Chodziłam do kościoła, opiekowałam się dziećmi sąsiadów, po szkole pracowałam wlokalnym sklepie i uśmiechałam się, uśmiechałam i uśmiechałam, aż bolały policzki.

Potem wracałam do domu, z podłogi zbierałam puste butelki po ginie i udawałam, że nie słyszępijackich szyderstw matki płynących wzdłuż korytarza: „Wiem coś, czego nie wiecie. Wiem coś, czegowy nie wiecie…"

Kiedy miałam dwa lata, moja mama zmusiła mnie do zjedzenia żarówki, tak by mogła mnie zabraćdo lekarza i powiedzieć, jak bardzo jestem niegrzeczna. Kiedy miałam cztery lata, kazała miprzyłożyć kciuk do ościeży i trzymać go tam, a sama trzasnęła drzwiami, żeby móc pokazaćlekarzowi, jak bardzo jestem lekkomyślna. Kiedy miałam sześć lat, napoiła mnie wybielaczem, żebylekarze zrozumieli, jak strasznie jest być matką takiego dziecka.

Mama robiła mi krzywdę, raz za razem, i nikt jej nigdy przed tym nie powstrzymał. Czy to czyniło znas rodzinę?

Mój ojciec coś podejrzewał, ale nigdy nie zadawał pytań, nawet kiedy jego pijana żona goniła gowokół domu z nożem w ręku. Czy to czyniło z nas rodzinę?

Wiedziałam, że mama poważnie mnie krzywdzi i liczy na to, że uda jej się skrzywdzić ojca, alenigdy nikomu o tym nie powiedziałam. Czy to czyniło z nas rodzinę?

Mój ojciec ją kochał. Rozumiałam to nawet jako dziecko. Bez względu na to, co zrobiła mama,zawsze brał jej stronę. Na tym polega małżeństwo, tak mi mówił. I dodawał, że ona nie zawsze takabyła. Tak jakby to, że kiedyś była normalna, mogło sprawić, że znowu taka będzie.

Przestrzegaliśmy więc ustalonego porządku. Zaczynaliśmy każdy wieczór od tego, że mamastawiała na stole porządną ciepłą kolację. Każdy posiłek kończył się tym, że rzucała pieczonymkurczakiem albo nie daj Boże kryształowym kieliszkiem w głowę jednego z nas lub nas obojga. Nakoniec ojciec odprowadzał ją do sypialni i zanosił słodką herbatę z ginem.

Wiesz, jaka ona jest mówił do mnie cicho.

Częściowo stanowiło to usprawiedliwienie, częściowo przeprosiny. Przez pozostałą część wieczoruczytaliśmy razem na werandzie przed domem. Oboje udawaliśmy, że nie słyszymy pijackiegozawodzenia mamy: „Wiem coś, czego wy nie wiecie. Wiem coś, czego wy nie wiecie…"

Kiedy matka umarła, przestałam zadawać tyle pytań. Uznałam, że wojna w końcu dobiegła końca.

Mój ojciec i ja byliśmy wolni. Teraz nadeszła pora na „i żyli długo i szczęśliwie ".

Tydzień po pogrzebie rozprawiłam się z cennymi krzakami róż mojej matki. Wrzuciłam je dorozdrabniarki na gałęzie, a ojciec płakał bardziej z powodu tych cholernych kwiatów niżkiedykolwiek z mojego powodu.

Wtedy zaczęłam rozumieć kilka rzeczy dotyczących prawdziwej natury rodzin.

Patrząc teraz wstecz, myślę, że czymś nieuchronnym było to, że zajdę w ciążę, poślubięnieznajomego i zamieszkam w stanie, gdzie nikt nie wymawia „r". Wcześniej ani jednego dnia wżyciu nie spędziłam samotnie. To więc oczywiste, że w chwili, gdy zostałam sama, natychmiastodtworzyłam to jedno, co było mi znane: rodzinę.

Myśl o porodzie napełniała mnie przerażeniem. Dziewięć miesięcy później nadal nie byłam gotowa.

Ledwo zdążył wyschnąć atrament na naszym akcie małżeństwa. Dopiero się rozlokowywaliśmy wnowym domu, maleńkim bungalowie, który cały zmieściłby się na werandzie domu moich rodziców.

Jeszcze nie mogłam zostać mamą. Nie złożyłam łóżeczka. Nie skończyłam nawet czytać podręcznikadla przyszłych rodziców.

Nie wiedziałam, co robię. Nie czułam się kompetentna.

Pamiętam, jak myślałam, idąc z trudem do samochodu, że czuję zapach tych drogocennych różmatki. Zwymiotowałam na trawę. Jason poklepał mnie po plecach i tym swoim spokojnym głosempowiedział, że świetnie mi idzie.

Wrzucił do auta moją torbę, po czym pomógł mi wsiąść na miejsce dla pasażera.

Oddychaj powtarzał. Oddychaj, Sandy. Po prostu oddychaj.

W szpitalu mój uprzejmy nowy mąż trzymał wiadro, gdy wymiotowałam. Podtrzymywał mnie,kiedy jęcząc i dysząc, stałam pod prysznicem. Podał mi ramię, a ja poorałam je do krwi paznokciami,gdy walczyłam, aby wypchnąć z macicy największą bilę na świecie.

Pielęgniarki przyglądały mu się z jawnym podziwem i pamiętam, jak pomyślałam, że mama miałarację świat pełen był suk i ja je wszystkie pozabijam. Jeśli tylko uda mi się wstać. Jeśli tylko ten bólminie.

A potem… sukces.

Moja córka, Clarissa Jane Jones, wyślizgnęła się na świat, obwieszczając swe nadejście gardłowymkrzykiem protestu. Pamiętam, jak jej gorące, lepkie i pomarszczone ciałko położono mi na piersiach.

Pamiętam, jak jej małe usteczka wielkości guzika szukały, szukały, aż w końcu przyssały się do mojejpiersi. Pamiętam to niemożliwe do opisania uczucie, jakie mnie ogarnęło, kiedy moje ciało ją karmiło,a po policzkach płynęły mi łzy.

Dostrzegłam, że Jason nam się przygląda. Stał kawałek od łóżka, z rękami w kieszeniach i z takimsamym jak zawsze nieodgadnionym wyrazem twarzy. I wtedy to do mnie dotarło:Poślubiłam swego męża, aby uciec od ojca. Czy to czyniło z nas rodzinę?

Mój mąż się ze mną ożenił, ponieważ pragnął mojego dziecka. Czy to czyniło z nas rodzinę?

Clarissa stała się naszą córką, ponieważ przyszła na świat akurat wtedy. Czy to czyniło z nasrodzinę?

Może po prostu trzeba od czegoś zacząć.

Wyciągnęłam rękę. Jason zbliżył się do mnie. I powoli, bardzo powoli, wyciągnął palec i dotknął

nim policzka Clarissy.

Ze mną będziesz bezpieczna mruknął. Obiecuję, że już nigdy nie przydarzy ci się nic złego.

Obiecuję, obiecuję, obiecuję.

A potem ścisnął moją dłoń i poczułam prawdziwą siłę jego uczuć, mroczny przypływ tychwszystkich rzeczy, o których mi nigdy nie powie, ale o których wiedziałam, że drzemią gdzieś podpowierzchnią.

Pocałował mnie. Pocałował mnie z Clarissą umoszczoną między nami. Był to pocałunek pełenmocy.

Zawsze będziesz ze mną bezpieczna wyszeptał ponownie, jego policzek przy moim policzku,jego łzy mieszające się z moimi. Obiecuję ci to, Sandy. Nigdy nie zrobię ci krzywdy.

A ja mu uwierzyłam.

O siedemnastej pięćdziesiąt dziewięć, gdy Aidan Brewster meldował się na cotygodniowym spotkaniu grupy wsparcia, Jason Jones włączał film swojej córce i zaczynała go ogarniać panika.

Zadzwonił już do pracy i powiedział, że jest chory. Nie wiedział, co jeszcze zrobić. Nadchodził

wieczór. Nadal ani słowa od Sandry. Nadal ani śladu policji. Ree obudziła się w takim samym wyciszonym nastroju, w jakim była wcześniej. Pobawili się razem w różne gry.

Potem usiedli przy jej malutkim stole do rysowania, on z brodą na kolanach, i kolorowali wielkie obrazki z bajki o Kopciuszku z ulubionej kolorowanki Ree. Pan Smith w żaden czarodziejski sposób nie pojawił się pod drzwiami i Ree przestała pytać i o kota, i o mamę. Zamiast tego przyglądała się Jasonowi poważnymi brązowymi oczami, które zaczynało go prześladować.

Po kolacji klopsikach, spaghetti i plastrach ogórka włączył film. Ree ożywiła się w oczekiwaniu na tę nieczęstą przyjemność i siedziała teraz na zielonej sofie, trzymając w ramionach królika maskotkę.

Chodził tam i z powrotem gdy już zaczął, nie był w stanie przestać.

Kiedy wrócił nocą do domu i przekonał się, że nie ma w nim Sandry, ogarnęła go konsternacja, być może nawet niepokój. Podjął normalne w tej sytuacji kroki: sprawdził piwnicę, sprawdził poddasze, Jason oświadczył, że musi zająć się praniem, i wycofał się pospiesznie do piwnicy, sprawdził starą szopę za domem. Potem zadzwonił na jej komórkę, aby usłyszeć sygnał w jej torbie. Przejrzał bez przekonania zawartość torby, zajrzał do niewielkiego notesu, aby sprawdzić, czy w jakiś magiczny sposób nie pojawił się w nim zapis dotyczący jakiegoś spotkania w środku nocy. Kiedy o drugiej trzydzieści upewnił się, że jego żona nie zaplanowała swojego zaginięcia, zrobił obchód okolicy, wołając szeptem jej imię, tak woła się kota.

Nie było jej w jej samochodzie. Nie było jej w jego samochodzie. I nadal nie było jej w domu.

Usiadł na sofie, żeby wszystko przeanalizować.

Dom był pozamykany, kiedy wrócił z pracy, łącznie z drzwiami i dwiema zasuwami. To sugerowało, że Sandy przed pójściem spać zrobiła to, co zawsze. Na blacie w kuchni znalazł poprawione prace, co znaczyło, że po położeniu Ree do łóżka Sandy zrobiła to, co zawsze.

W którym więc momencie coś poszło nie tak?

Jego żona nie była idealna. Jason doskonale o tym wiedział. Sandy była młoda, a jako nastolatka wiodła szalone i lekkomyślne życie. Teraz, w wieku zaledwie dwudziestu trzech lat, próbowała wychowywać małe dziecko i jednocześnie przyzwyczajać się do nowej pracy i mieszkania w nieznanym sobie stanie. Od początku roku szkolnego wydawała się taka jakaś nieobecna, najpierw zbyt spokojna, a od grudnia niemal zbyt przyjacielska w taki wymuszony sposób. Zaczął myśleć o lutowym wyjeździe właśnie dlatego, że jej nastroje stały się takie poplątane, takie… inne. Pewny był tego, że tęskni za domem, zwłaszcza zimą, choć nigdy nie wspomniała o tym ani słowem. Pewny był tego, że czasami żałuje, że nie może gdzieś sobie wyskoczyć, poczuć się choć przez chwilę młoda, choć nigdy nie wspomniała o tym ani słowem.

On sam zastanawiał się, jak długo Sandy pozostanie jego żoną, choć o tym także nigdy nie wspomniała ani słowem.

Tęsknił za nią teraz. Ta myśl sprawiała mu ból. Zdążył się przyzwyczaić do tego, że po powrocie do domu znajduje ją skuloną w ich łóżku, śpiącą w dokładnie takiej samej pozycji jak ich córka. Lubił jej południowe przeciąganie samogłosek i uzależnienie od napoju Dr Pepper, i to, że kiedy się uśmiechała, w jej lewym policzku pojawiał się dołeczek.

Kiedy zachowywała się spokojnie, była w niej łagodność, która działała na niego kojąco. Kiedy chichotała razem z Ree, była w niej iskra, która go elektryzowała.

Lubił patrzeć, jak czyta ich córce. Lubił słuchać, jak nuci pod nosem, kiedy krząta się po kuchni.

Podobał mu się sposób, w jaki włosy opadały wokół jej twarzy złotą kurtyną loków, i to, jak się rumieniła, kiedy go przyłapywała na obserwowaniu jej.

Nie wiedział, czy go kocha. Nigdy tego nie rozgryzł. Ale przez jakiś czas go potrzebowała, a jemu to wystarczało.

Odeszła ode mnie, taka była jego pierwsza myśl o trzeciej nad ranem, kiedy siedział w pełnym cieni pokoju. W lutym próbował zmienić się na lepsze i zakończyło się to kompletnym fiaskiem. Więc Sandy w końcu od niego odeszła. Ale potem, pół uderzenia serca później, odrzucił od siebie te myśl. Choć Sandy może i miała ambiwalentny stosunek do małżeństwa, nie miała go wobec Ree. Co oznaczało, że gdyby z własnej woli opuściła ten dom, zabrałaby ze sobą Ree i przynajmniej swoją torebkę. Ponieważ tak się jednak nie stało, nasuwał się wniosek, że Sandy nie opuściła domu z własnej woli. Tutaj, w jego własnym domu, wydarzyło się coś złego, podczas gdy na górze spała jego córka. I nie miał

pojęcia co.

Jason był skrytym człowiekiem. Zdawał sobie z tego sprawę. Od emocji wolał logikę, od przypuszczeń fakty. To był jeden z powodów, dla których sprawdzał się jako dziennikarz. Doskonale sobie radził z przeszukiwaniem mnóstwa danych i wyławianiem z nich cennych informacji. Nie grzązł z powodu oburzenia, szoku czy smutku. Nie miał przyjętych z góry założeń na temat mieszkańców Bostonu czy ogólnie ludzkości.

Przez cały czas wierzył w to, że może wydarzyć się najgorsze. Taka była smutna rzeczywistość.

Wmówił więc sobie, raczej niemądrze, że jeśli wystarczająco dużo będzie wiedział, tym razem może się czuć bezpiecznie. Jego rodzina nie ucierpi. Jego córka wychowa się w poczuciu bezpieczeństwa.

Tyle że teraz stanął twarzą w twarz z wieloma wielkimi niewiadomymi i czuł, jak jego opanowanie zaczyna rozpadać się na kawałki.

Policjanci wyszli od niego już niemal sześć godzin temu, został tylko jeden funkcjonariusz w samochodzie przed domem, zmieniony raz, mniej więcej o siedemnastej. Wcześniej Jason uważał, że obecność policji w jego domu przez cały ranek była długa i bolesna. Teraz dotarło do niego, że ich nieobecność była znacznie gorsza. Co ci detektywi robili? Co sobie myślała sierżant D.D. Warren?

Połknęła haczyk w kwestii jego sąsiada, przestępcy seksualnego, czy też nadal to jego uważano za głównego podejrzanego?

Czy zdobyli już nakaz, aby zajrzeć do komputera? Mogli wykopać go z domu, zmusić do pojawienia się na komisariacie? Jaki konkretnie dowód był im potrzebny?

A co gorsza: co by się stało z Ree, gdyby go aresztowano?

Jason chodził w kółko wokół niewielkiej ławy, od czego kręciło mu się w głowie. Nie był jednak w stanie przestać. Nie miał tutaj rodziny, nie miał przyjaciół. Czy policja skontaktowałaby się z ojcem Sandy, wysłałaby Ree do Georgii,a może zaprosiła Maxa tutaj?

A gdyby Max się tu zjawił, jak dużo mógłby powiedzieć czy zrobić?

Jasonowi potrzebna była strategia, jakiś plan awaryjny.

Ponieważ im dłużej Sandy pozostawała zaginiona, tym większe rozpęta się piekło. Policja będzie dalej prowadzić śledztwo, będzie zadawać coraz więcej pytań. I nieuchronnie wieści wyciekną na zewnątrz, i media przypuszczą atak. Współpracownicy Jasona rzucą się na niego niczym kanibale, prezentując jego zdjęcie całemu wolnemu światu. Jason Jones, mąż zaginionej kobiety i ważna postać w toczącym się śledztwie.

Prędzej czy później ktoś rozpozna to zdjęcie. Ktoś zacznie dodawać dwa do dwóch.

Zwłaszcza jeśli policja dorwie się do jego komputera.

Jason zbyt szybko wziął zakręt i uderzył kolanem w róg pralki. Ból wystrzelił aż do uda i wreszcie zmusił go do zatrzymania się. Przez chwilę świat wirował i Jason uczepił się kurczowo klapy pralki, z bólu nie mogąc złapać tchu.

Kiedy w końcu był w stanie ponownie się skupić, pierwsze, co dostrzegł, to pająk, malutki brązowy pająk ogrodowy tuż przed nim na cienkiej nitce. Jason odskoczył, uderzając piszczelem w zdezelowaną ławę. Niemal krzyknął z bólu. Nie przejął się tym jednak. Był w stanie znieść Nie miał nic przeciwko niemu, o ile tylko nie zobaczy już tego pająka. I przez chwilę było już tego wszystkiego za wiele. Na moment jeden malutki pająk zabrał go z powrotem w miejsce, gdzie w ciemnościach widać było jedynie oczy świecące w kilkunastu terrariach okalających pomieszczenie. W miejsce, gdzie krzyki zaczynały się w piwnicy i po ścianach pięły się coraz wyżej i wyżej. W miejsce, gdzie stale czuło się śmierć i zgniliznę i nie mogła tego zmienić żadna ilość amoniaku.

W miejsce, gdzie mali chłopcy i duże dziewczynki umierali.

Jason wsadził sobie pięść do ust. Gryzł własne knykcie, aż poczuł krew. Wykorzystał ten ból, żeby wrócić do rzeczywistości.

Nie stracę kontroli mruknął. Nie stracę kontroli, nie stracę kontroli, nie stracę kontroli.

Na górze zadzwonił telefon. Z wdzięcznością opuścił piwnicę i poszedł go odebrać.

Dzwonił Phil Stewart, dyrektor szkoły Sandy. Wydawał się wyjątkowo jak na niego zmieszany.

Zastałem Sandrę? zaczął Phil.

Nie może podejść do telefonu odparł automatycznie Jason. Mam coś przekazać?

Przez długą chwilę panowała cisza.

Jason? Tak.

Jest w domu? To znaczy czy policja już ją odnalazła? A więc policja rozmawiała z ludźmi z pracy Sandry. Nie ma co się zresztą dziwić. To był logiczny kolejny krok. Po sprawdzeniu tutaj równie dobrze mogli sprawdzić tam. Oczywiście. Jason potrzebował jakiejś inteligentnej odpowiedzi. Oświadczenia, które podsumowywałoby obecny stan rzeczy bez zagłębiania się w szczegóły natury prywatnej.

Nie przychodziło mu do głowy ani jedno cholerne słowo.

Jason?

Odkaszlnął, zerknął na zegarek. Było pięć po siódmej, co oznaczało, że Sandy zaginęła już ile, osiemnaście, dwadzieścia godzin temu? Dzień pierwszy prawie się skończył, dzień drugi prawie się zaczął.

Umm… ona… ona… nie ma jej w domu, Phil. Nadal jest zaginiona stwierdził dyrektor.

Tak.

Przychodzi ci coś do głowy? Policja trafiła na jakiś ślad? Co się dzieje, Jason?

Wczoraj wieczorem pojechałem do pracy odparł prosto. Kiedy wróciłem do domu, jej już nie było.O mój Boże. Phil wydał z siebie długie westchnienie. Masz może jakieś podejrzenie dotyczącego tego, co mogło się stać?

Nie.

Myślisz, że wróci do domu? To znaczy może po prostu musiała odetchnąć albo coś w tym rodzaju.

To właśnie było zagłębianie się w szczegóły natury prywatnej i Jason oczami wyobraźni widział, jak Phil się czerwieni.

Może powiedział cicho.

Cóż. Phil najwyraźniej wziął się w garść. Wygląda na to, że powinienem na jutro znaleźć zastępstwo.

Też mi się tak wydaje. Rano zaczną się poszukiwania? Podejrzewam, że wielu nauczycieli chciałoby w nich jakoś pomóc. Pewnie niektórzy rodzice także. Będzie ci oczywiście potrzebna pomoc w roznoszeniu ulotek, przeczesywaniu okolicy i tym podobne. Kto będzie wszystkim dowodził?

Jason ponownie znalazł się na granicy paniki. Tym razem udało mu się jednak w porę zareagować i zmusił się do tego, aby w jego głosie słychać było zdecydowanie. Dowiem się tego dla ciebie.

Będziemy musieli się zastanowić, co powiedzieć dzieciom oświadczył Phil. I najlepiej zrobić to, zanim usłyszą o wszystkim w wiadomościach. Być może także oficjalnie poinformować rodziców. Nigdy dotąd nie wydarzyło się tutaj nic takiego. Musimy zacząć przygotowywać dzieci.

Dowiem się tego dla ciebie powtórzył Jason.

Jak się trzyma Clarissa? zapytał bez ceregieli Phil.

Mniej więcej tak, jak się można spodziewać.

Jeśli będzie ci potrzebna pomoc, daj znać. Jestem pewny, że nasze nauczycielki chętnie pomogą.

Wszystko da się, oczywiście, załatwić. Potrzebny jest jedynie dobry plan.

Oczywiście zapewnił go Jason. Potrzebny jest jedynie dobry plan.

Rozdział 9

O siedemnastej pięćdziesiąt dziewięć sierżant D.D. Warren była całkiem zadowolona. Dysponowała nakazem przeszukania pikapa Jasona Jonesa. Była umówiona na spotkanie z kuratorem sądowym zarejestrowanego przestępcy seksualnego. A co więcej, rano mieli wywozić śmieci.

Jeździła po południowym Bostonie razem z detektywem Millerem, badając ukształtowanie terenu i planując kolejne działania.

Według detektywa Robera oświadczył Miller Jones przez cale popołudnie trzymał się w cieniu.

Żadnych gości, żadnych spraw do załatwienia, żadnych działań. Wygląda na to, że przez cały czas siedział w domu razem z córką.

Wychodził do samochodu? zapytała z ciekawością D.D.

Nie, nawet nosa nie wystawił na dwór.

Hm. Robił coś przy komputerze? Wasz człowiek powinien go przy nim widzieć przez okno w kuchni.

Pytałem o to i odpowiedź jest niepewna. Popołudniowe słońce utrudniało obserwację akurat tego okna. Ale funkcjonariusz twierdzi, że Jones przez większość dnia zajmował się dzieckiem.

Interesujące powiedziała D.D.

To, co małżonek robił po zaginięciu ukochanej osoby, zawsze stanowiło pożywkę dla dociekliwego detektywa. Czy małżonek szedł do pracy tak jak zwykle? Nagle zapraszał do siebie nową przyjaciółkę, która go „pocieszała"? A może biegał po sklepach, kupując rzadko używane narzędzia elektryczne?

Jeśli chodzi o Jasona, to jego zachowanie można by przede wszystkim zdefiniować tym, czego nie zrobił. Nie pojawili się żadni krewni ani przyjaciele, niosący wsparcie albo pomoc przy opiece nad dzieckiem. Żadnych wycieczek do miejscowych punktów fotograficznych w celu zrobienia dużych odbitek zdjęć zaginionej żony. Żadnych krótkich wizyt w sąsiednich domach, aby zadać standardowe pytania: Hej, nie widzieliście przypadkiem mojej żony? A może w nocy słyszeliście coś niecodziennego?

Och, a tak przy okazji, nie rzucił wam się w oczy rudy kot?

Żona Jasona Jonesa zniknęła, a on nie zrobił absolutnie nic.

Było niemal tak, jakby się nie spodziewał, że zostanie odnaleziona. D.D. uznała to za fascynujące.

Okej powiedziała teraz. Skoro Jason jest twardy, myślę, że najpierw powinniśmy jechać do kuratorki Aidana Brewstera. Mamy już kontrolę nad Podejrzanym Mężem. Pora dowiedzieć się czegoś więcej na temat Zbrodnie Sąsiada.

Mnie pasuje odparł detektyw Miller. Wiesz, tak się akurat składa, że jutro rano zabierane są stąd śmieci. Kiwnął głową w stronę kilku koszy zaczynających się pojawiać przy krawężniku. Śmieci w domu stanowiły własność prywatną i ich zarekwirowanie wymagało nakazu. Ale śmieci przy krawężniku… Powiedzmy o drugiej albo trzeciej w nocy podeślę jakiegoś funkcjonariusza po śmieci Jonesów, co ty na to? Będziemy mieli rano co przeglądać.

Ach, detektywie, czyta pan w moich myślach.

Staram się powiedział skromnie.

D.D. mrugnęła do niego i zawrócili w stronę centrum.

Colleen Pickler zgodziła się z nimi spotkać w nijakim pomieszczeniu, które służyło jej za gabinet.

Podłogę zakrywało jasnoszare linoleum, ściany pomalowane były stalowoniebieską farbą, a szafki na dokumenty miały szare wykończenia Colleen, atletycznie zbudowana kobieta o wzroście metr osiemdziesiąt i intensywnie rudych włosach, miała na sobie czerwoną marynarkę, pod którą widać było T shirt w odcieniach oranżu, żółci i czerwieni. Kiedy na ich widok wstała zza biurka, wyglądało to tak, jakby we mgle rozbłysła nagle pochodnia.

Trzema krokami przecięła gabinet, uścisnęła energicznie ich dłonie, po czym gestem wskazała dwa niebieskie krzesła stojące naprzeciwko biurka.

Proszę wybaczyć ten gabinet oświadczyła pogodnie.

Pracuję głównie z przestępcami seksualnymi, a państwu się wydaje, że jakikolwiek inny kolor niż szary może ich nadmiernie pobudzać. Jak widać pokazała na swój T shirt ja się z tym nie zgadzam.

Pracuje pani głównie z przestępcami seksualnymi? zapytała z zaskoczeniem D.D.

Jasne. To najfajniejsza grupa skazanych na zwolnieniu warunkowym. Dilerzy heroiny i drobni włamywacze biorą nogi za pas od razu, gdy poczują świeże powietrze. Nie da się ich wytropić, nie zmusi się ich do wypełnienia choćby jednego formularza, nie zaciągnie się ich na spotkanie. A przeciętny przestępca seksualny aż się pali, żeby mnie zadowolić.

Miller wpatrywał się w Pickler takim wzrokiem, jakby doznawał przeżycia religijnego. Naprawdę?

zapytał, muskając brązowe wąsy. Jasne. Większość z nich jest koszmarnie przerażona. więzienie było najgorszym, co im się kiedykolwiek przytrafiło i desperacko nie chcą tam wrócić. Są bardzo ulegli, wręcz spragnieni aprobaty. Kurczę, ci naprawdę zatwardziali pedofile meldują się niemal codziennie.

Jestem ich jedynym dorosłym znajomym i chcą, abym była zadowolona.

D.D. uniosła brwi i usiadła na krześle.

Są więc po prostu grupą przeciętnych zjadaczy chleba.

Pickler wzruszyła ramionami.

Tak jak i każdy. Oczywiście nie byłoby was tutaj, gdybyście nie sądzili, że któryś z nich zrobił coś złego. Kto to taki?

D.D. zerknęła do swoich notatek.

Brewster. Aidan Brewster.

Aidan Brewster? powtórzyła za nią Pickler. Ależ skąd!

Ależ owszem.

Tym razem to Pickler uniosła brwi. Potem jednak odwróciła się w stronę pierwszej szarej metalowej szafki z dokumentami.

B… B… Brewster. Aidan. Proszę bardzo. Ale już teraz mogę wam powiedzieć, że to dobry chłopak.

Jak na zarejestrowanego przestępcę seksualnego uzupełniła sucho D.D.

Na litość boską. Widzicie, to właśnie w takich przypadkach system jest swoim największym wrogiem. Po pierwsze, systemowi udaje się szkalować całą klasę sprawców. Po drugie, system stworzył klasę sprawców, która jest zbyt szeroka. Z jednej strony zgwałcisz trzydzieścioro dzieci i jesteś zarejestrowanym przestępcą seksualnym. Z drugiej strony dziewiętnastolatek odbywa z czternastolatką stosunek płciowy za jej przyzwoleniem i on jest także zarejestrowanym przestępcą seksualnym. To tak, jakby do jednego worka wsadzić seryjnego zabójcę i faceta, który podbił żonie oko. Jasne, obaj są śmieciami, ale nie takimi samymi śmieciami.

Jakiego rodzaju przestępcą seksualnym jest więc Aidan Brewster? zapytała D.D.

Dziewiętnastolatek, który odbył stosunek seksualny za przyzwoleniem drugiej strony z czternastoletnią koleżanką przyrodniej siostry.

Jest za to pod nadzorem kuratorskim?

Odsiedział dwa lata w więzieniu. Gdyby ta dziewczyna rok młodsza, dostałby dwadzieścia.

Chłopak będzie miał nauczkę, aby nie rozpinać rozporka.

Czternastolatka jest zbyt młoda na dawanie przyzwolenia odezwał się Miller, siadając w końcu na krześle. Dziewiętnastolatek powinien o tym wiedzieć.

Pickler się nie spierała.

To nauczka, której skutki Brewster będzie odczuwał do końca życia. Bycie przestępcą seksualnym to bilet w jedną stronę. Brewster może być czysty przez trzydzieści następnych lat, a i tak będzie widniał w rejestrze przestępców seksualnych. Co znaczy, że za każdym razem, kiedy będzie się ubiegał

o pracę, szukał mieszkania czy przekraczał granice stanu, jego nazwisko pojawi się w systemie. To niemały bagaż dla dwudziestotrzylatka.

Jak on to znosi? zapytała D.D.

Tak jak się można spodziewać. Dołączył do programu terapii dla przestępców seksualnych i bierze udział w cotygodniowych spotkaniach. Ma mieszkanie, pracę, pozory życia.

Mieszkanie rzekła D.D.

Pickler odczytała adres, który pasował do tego, co ekipa D.D. zdążyła już znaleźć w systemie.

Właściciel wie? zapytała D.D.

Powiedziałam jej odparła Pickler. Nie jest to procedura standardowa przy przestępcach tego formatu, ale ja zawsze uważam, że lepiej tak zrobić niż potem żałować. Gdyby właścicielka dowiedziała się o tym później i niespodziewanie wyrzuciła Aidana z mieszkania, to dopiero byłby dla niego stres i problem. Być może to by go zupełnie rozwaliło. Jako kurator sądowy Aidana uważam, że moim obowiązkiem jest pomoc w unikaniu niepotrzebnego zamieszania.

Jak właścicielka to przyjęła?

Musiała usłyszeć całą historię i chciała mieć mój numer na szybkim wybieraniu w swoim telefonie.

Potem raczej nie miała już obiekcji. Zdziwilibyście się, jak wielu ludzi ich nie ma. Chcą jedynie wiedzieć o wszystkim.

A co z sąsiadami? naciskała D.D.

Nie powiadamiałam sąsiadów ani miejscowego posterunku policji odparła dziarsko Pickler.

Brewster pojawia się oczywiście w rejestrze przestępców seksualnych i uznałam, że to wystarczy, mając na uwadze ocenę i jego obecny poziom programowy.

Co oznacza…? zapytał Miller.

Co oznacza, że Brewster dobrze sobie radzi. Od prawie dwóch lat mieszka w tym samym miejscu, ma tę samą pracę i bierze udział w cotygodniowych spotkaniach tej samej grupy wsparcia. Jeśli chodzi o skazanych na zwolnieniu warunkowym, to chętnie miałabym więcej takich jak Aidan Brewster.

Po prostu sukces życiowy zażartował Miller.

Pickler wzruszyła ramionami.

O tyle o ile. Proszę posłuchać, siedzę w tym już osiemnaście lat. Sześćdziesiąt procent moich podopiecznych jakoś da sobie radę w życiu, może nie przy pierwszym zwolnieniu warunkowym, ale w końcu im się to uda. Pozostałe czterdzieści procent… ponownie wzruszyła ramionami…część wróci za kratki. Część zapije się na śmierć. Kilku popełni samobójstwo. W zasadzie nie popełniają ponownie przestępstw, ale nie jestem pewna, czy można to nazwać sukcesem. No i są też tacy, jak Aidan Brewster. Z perspektywy kuratora sądowego to dobry chłopak i to najlepsze, co wam mogę powiedzieć.

Zatrudnienie? zapytała D.D., marszcząc brwi. Miejscowy warsztat samochodowy. Vito's.

Chłopak ma naprawdę sprawne ręce. Dzięki temu było mu łatwiej niż niektórym z tych ludzi.

D.D. zapisała jej słowa. Mówi pani, że pracuje tam od dwóch lat? To ich najlepszy mechanik dookreśliła Pickler. Jego przełożony, Vito, nie może się go nachwalić. Pod względem zatrudnienia chłopakowi się wiedzie, co nie jest bez znaczenia, zważywszy na jego obecne wydatki.

Jakie wydatki? zaciekawił się Miller.

Programowe. Przestępcy seksualni ponoszą koszty terapii. W przypadku Brewstera to oznacza, że za sesje grupowe buli tygodniowo ponad sześćdziesiąt dolców. No i jeszcze koszt badania wykrywaczem kłamstw, dwieście pięćdziesiąt co dziesięć miesięcy. Gdyby miał bransoletkę na kostce, za nią też by płacił, ale miał szczęście i wyszedł z więzienia rok przed tym, jak GPS stał się standardem. Do tego dochodzą koszty wynajmu mieszkania w Bostonie, koszty komunikacji miejskiej itd., itp. Nietanie życie dla kogoś, kto wchodzi do gry z ograniczonymi możliwościami zatrudnienia.

Chodzi pani o to, że nie może pracować tam, gdzie są dzieci, tak? zapytała D.D.

Właśnie o to. Tak więc nawet w warsztacie samochodowym Brewsterowi wolno pracować tylko przy samochodach, nigdy z klientami. W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się jakaś kobieta z dwójką dzieci. Ale jest dobrym pracownikiem. Najlepszym. Colleen posłała im szeroki uśmiech.

Vito może kazać Brewsterowi urabiać sobie ręce po łokcie i nigdy nie usłyszy z jego ust słowa skargi, ponieważ obaj wiedzą, że nie może tak po prostu odejść i poszukać pracy gdzie indziej. Ludzie sądzą, że przestępcy seksualni mają problem ze znalezieniem pracy. Prawda jest taka, że istnieje grupa

„łebskich" pracodawców, którzy przyjmą ich z otwartymi ramionami.

Miller zmarszczył brwi.

Biedny mały Aidan Brewster? Nie mógł utrzymać rąk z dala od czternastolatki, więc teraz powinniśmy mu wszyscy współczuć?

Tego nie twierdzę odparła ze spokojem Colleen. Prawo jest prawem. Mówię jedynie, że najczęściej w systemie sądowniczym jest tak, że popełniasz przestępstwo i odsiadujesz swoje.

Brewster poszedł do więzienia, ale nadal odbywa karę i tak już będzie do końca jego życia. Na ironię zakrawa fakt, że nieco lepiej byłoby dla niego, gdyby zabił dziewczynę, zamiast się z nią przespać. A jako pracownika systemu sądowniczego wcale mnie nie cieszy taka analiza.

D.D. zastanawiała się już jednak nad czymś innym. Odwróciła się w stronę Millera.

Wiesz, gdzie Jonesowie serwisowali swoje samochody!

Pokręcił głową i zapisał coś w notesie.

Dowiem się tego.

Kim są Jonesowie? zapytała Colleen.

Jason i Sandra Jones. Mieszkają na tej samej ulicy Aidan Brewster. Tyle że ubiegłej nocy Sandra Jones zniknęła.

Ach powiedziała z westchnieniem Colleen. Usiadła na swoim krześle i splotła dłonie za ognistorudymi włosami. Myślicie, że Aidan miał z tym coś wspólnego?

Musimy brać go pod uwagę.

Ile lat ma Sandra Jones?

Dwadzieścia trzy. Jest nauczycielką w gimnazjum. Ma czteroletnią córkę.

A więc sądzicie, że Aidan uprowadził mamę z jej domu w środku nocy, podczas gdy mąż spokojnie spał?

Mąż był w pracy. Pracuje w miejscowej gazecie.

Colleen zmrużyła oczy. Myślicie, że Brewsterowi chodziło o dziecko? Aidan cztery albo pięć razy poddawał się badaniu wykrywaczem kłamstw, gdzie musi przedstawić cały przebieg swego życia seksualnego. Nigdy nie pojawiła się pedofilia.

Nie wiem, co myślę odparła D.D. Z wyjątkiem jednego: z tego, co mówią, Sandra Jones to bardzo piękna kobieta, a spójrzmy prawdzie w oczy, dwadzieścia trzy lata to nie tak wiele. Czy przypadkiem nie jest w tym samym wieku co Brewster?

Colleen kiwnęła głową.

Tym samym.

No więc mamy śliczną młodą mamę i zarejestrowanego przestępcę seksualnego mieszkającego zaledwie kilka domów dalej. Czy Aidan nie jest przypadkiem przystojny?

Jasne. Gęste jasne włosy. Niebieskie oczy. Wygląda trochę jak surfer, ale w taki słodki sposób.

Miller przewrócił oczami.

D.D. dalej jednak rozwijała swoją teorię.

No więc mąż Sandry większość wieczorów spędza w pracy. Co znaczy, że ona często bywa sama, mając za towarzystwo wyłącznie dziecko. Może któregoś wieczoru bawi się przed domem z córką i akurat przechodzi Aidan, nawiązują rozmowę. Może ta rozmowa prowadzi do głębszej relacji, która z kolei prowadzi do tego, że…

Ona z nim ucieka? zasugerowała Colleen.

Albo kończy się to kłótnią. Dowiaduje się o jego przeszłości, wpada w szał. Brewster przebywał w końcu blisko jej dziecka, a wszyscy zgodnie twierdzą, że Sandra Jones zrobiłaby wszystko dla swego dziecka. Więc ją zabija powiedziała rzeczowo Colleen. Sama pani mówiła, że ci ludzie desperacko nie chcą wrócić do więzienia.

Więc Aidan Brewster uwodzi samotną, mieszkają po sąsiedzku gospodynię domową, następnie ją zabija, aby zatrzeć za sobą ślady.

Tym razem to D.D. wzruszyła ramionami.

Dziwniejsze rzeczy się zdarzały.

Colleen westchnęła. Wzięła do ręki ołówek i kilka razy uderzyła w blat biurka końcówką zakończoną gumką.

No dobrze. Tak między nami to uważam, że się mylicie. Aidan już raz był w związku podwyższonego ryzyka i nieźle za to oberwał. Dlatego też sądzę, że gdyby zobaczył przed domem kobietę taką jak Sandra Jones, odwróciłby się i pobiegł w przeciwnym kierunku. Po co kusić los, no nie? Faktem jednak pozostaje to, że Sandra Jones zaginęła, a Aidan Brewster jest pechowym przestępcą seksualnym mieszkającym na tej samej ulicy. Protokół to protokół, lepiej więc go sprawdźmy.

Cieszę się, że pani to mówi.

Colleen jeszcze dwa razy uderzyła ołówkiem w blat.

Czas?

Raczej prędzej niż później. Próbujemy uzyskać tyle informacji, ile się tylko da. Jutro o siódmej rano Sandry Jones nie będzie już od ponad dwudziestu czterech godzin, oznacza, że oficjalnie zostanie uznana za zaginioną, a media…

Będą do was ciągnąć niczym pszczoły do miodu.

Właśnie tak.

Colleen chrząknęła.

Mówiliście, że jest ładną, młodą mamą, miejscową nauczycielką.

Aha.

Macie przechlapane.

Na całej linii.

No dobrze. Przekonaliście mnie. Jeszcze dziś wieczorem zajrzę do Brewstera. Rozejrzę się po mieszkaniu, popytam o to, co ostatnio robił. Zobaczę, czy uda mi się wywęszyć coś, co uzasadni dalsze dochodzenie.

Chcielibyśmy pani towarzyszyć.

Colleen przestała stukać ołówkiem.

Nie ma mowy oświadczyła stanowczo.

Nie reprezentuje pani sądu zripostowała D.D. Jeśli zobaczy pani w jego mieszkaniu krew, bałagan, dowody na użycie siły, nie może pani tego zająć jako materiału dowodowego.

Mogę zadzwonić po was.

Co ostrzeże Brewstera przed nami.

W takiej sytuacji usiądę razem z nim na sofie i zaczekamy. Proszę posłuchać, jestem kuratorem sądowym Aidana, a to znaczy, że od dwóch lat buduję z nim relację. Kiedy ja mu zadam pytania, dwa lata kontaktów przekonają go do udzielenia odpowiedzi. Kiedy wy mu zadacie pytania, zamknie się w sobie. Nic z niego nie wyciągniecie.

D.D. zacisnęła usta, czując jednocześnie upór i rezygnację.

To dobry chłopak przekonywała łagodnie Colleen. Naprawdę wątpię, aby to zrobił.

Miała już pani z tym do czynienia? zapytał ze spokojem Miller. Czy któryś z pani podopiecznych ponownie popełnił przestępstwo?

Colleen skinęła głową.

Trzy razy.

Przewidziała to pani?

Pickler ponownie westchnęła. Nie przyznała cicho. We wszystkich trzech przypadkach… nawet mi to nie przyszło do głowy. Tym ludziom dobrze szło. Radzili sobie z presją. Aż pewnego ranka… coś pękło. Potem nie było już odwrotu.

Rozdział 10

Zawsze fascynowały mnie sekrety. Wychowywałam się w kłamstwie, oczywiste więc, że węszępodstęp, gdziekolwiek spojrzę. To dziecko w mojej klasie, które zawsze nosi bluzy z długim rękawemnawet w ciepłe dni jest przez ojczyma. Ta starsza pani, która pracuje w pralni chemicznej i mawynędzniałą twarz i kościste ramiona jest maltretowana przez syna brutala kręcącego się pozapleczu.

Ludzie kłamią. To coś równie instynktownego jak oddychanie. Kłamiemy, ponieważ nic niejesteśmy w stanie na to poradzić.

Mój mąż kłamie. Patrzy mi prosto w oczy i kłamie. Wychodzi mu to naprawdę pierwszorzędnie.

Wydaje mi się, że znaliśmy się już od sześciu tygodni, kiedy odkryłam, że pod tą jego fasadąpowściągliwości kryje się głęboki ocean złego voodoo. Dostrzegałam to najpierw w drobiazgach.

Sposób, w jaki czasami przeciągał samogłoski, zwłaszcza wieczorem, kiedy był zmęczony i nie takuważny. A czasami mówił, że wstaje, żeby pooglądać telewizję, tyle że kiedy rano włącza odbiornik,pojawiał się kanał Dom i Ogród, który oglądałam jako ostatni i który Jasona w ogóle nieinteresował.

Czasami w żartobliwy sposób próbowałam wydobyć z niego prawdę:Hej powiedziałeś właśnie „coca cola". Myślałam, że prawdziwy Południowiec prosi o „coca colę"

zamiast po prostu „colę".

Pewnie dlatego, że za dużo z tobą przebywam odpowiedział, ale w kącikach jego oczuwidziałam już czujność.

A czasami od razu przechodziłam do sedna.

Powiedz mi, co się stało z twoją rodziną. Gdzie są twoi rodzice, rodzeństwo?

Próbował się wykręcać.

A czy to ważne? Teraz mam ciebie i Clarissę. To jedyna rodzina, jaka się dla mnie liczy.

Pewnego wieczoru, kiedy Ree miała pięć miesięcy i słodko już spała, poczułam się podenerwowanai niespokojna, tak jak się może czuć dziewiętnastolatka, która siedzi obok ciemnowłosegoprzystojnego mężczyzny i patrzy na jego dłonie, myśląc, w jak delikatny sposób potrafią one kołysaćniemowlę. Następnie przyłapałam się na myśleniu, jak by to było czuć je na swoich nagich piersiach,i postanowiłam podejść do sprawy w sposób bardziej bezpośredni.

Prawda czy wyzwanie? zapytałam.

Nareszcie uniósł głowę znad czytanej przez siebie gazety.

Słucham?

Prawda czy wyzwanie. No wiesz, taka gra. Kiedy byłeś nastolatkiem, to na pewno bawiłeś się wprawdę czy wyzwanie.

Jason wpatrywał się we mnie, ale jego spojrzenie pozostawało równie niezgłębione jak zawsze.

Nie jestem nastolatkiem.

Ale ja tak.

To chyba w końcu wzbudziło jego zainteresowanie. Poskładał gazetę i ją odłożył.

Czego chcesz, Sandro?

Prawda czy wyzwanie. Po prostu wybierz. To nie takie trudne. Prawda czy wyzwanie.

Przysunęłam się bliżej niego. Po położeniu Ree spać wykąpałam się. Następnie w całe ciałowtarłam balsam o zapachu pomarańczy. To był subtelny aromat, lekki, czysty, ale wiedziałam, żemój mąż go wyczuł, ponieważ zadrżały mu płatki nosa, tak minimalnie, a zaraz potem się odsunął.

Sandro…

Pobaw się ze mną, Jason. Jestem twoją żoną. Nie proszę o zbyt wiele.

Zrobi to. Widziałam to po sposobie, w jaki wyprostował plecy i ramiona. Zbywał mnie od miesięcy.

Musiał sobie przecież zdawać sprawę z tego, że w pewnym momencie będzie musiał mnie jakośzauważyć. Nie mogło chodzić tylko o Ree.

Wyzwanie rzekł w końcu.

Pocałuj mnie poleciłam. Rób to przez jedną minutę.

Zawahał się. Myślałam, że się wycofa, i nawet się już przygotowałam na odrzucenie. Ale wtedyJason westchnął, bardzo cicho. Nachylił się i zaciśniętymi wargami dotknął moich ust.

Ten pocałunek miał być niewinny. Do tej pory zdążyłam na tyle poznać swego męża. I wiedziałam,że gdybym próbowała zachowywać się w sposób agresywny czy wymagający, on zamknąłby się wsobie. Jason nigdy nie krzyczał. Jason nigdy nie unosił z wściekłością ręki. On po prostu znikał,zamykał się gdzieś w sobie, gdzie nie docierało do niego nic, co powiedziałam czy zrobiłam. Równiedobrze mogłam zostać wtedy sama.

Mój mąż mnie szanował. Traktował mnie z życzliwością. I ze współczuciem. Bardzo się starał

przewidywać wszystkie moje potrzeby.

Z wyjątkiem potrzeby seksu. Byliśmy razem już niemal od roku, a on mnie nawet nie dotknął.

Doprowadzało mnie to do szaleństwa.

Nie otworzyłam ust. Nie chwyciłam go za ramiona, nie zatopiłam palców w jego gęstych, ciemnychwłosach. Nie zrobiłam niczego, czego tak pragnęłam. Zamiast tego zacisnęłam dłonie w pięści iniezwykle powoli odpowiedziałam na jego pocałunek.

Dawał mi delikatność, więc odpowiadałam mu słodyczą, mój oddech szeptał na jego zamkniętychustach. Dawał mi współczucie, przekazywałam je więc kącikowi jego ust i pełnej dolnej wardze.

Obdarzał mnie szacunkiem, więc ani razu nie przekroczyłam ustanowionych przez niego granic. Alewiem, że to był najlepszy pocałunek, jaki kiedykolwiek dzieliły dwie osoby z zamkniętymi ustami.

Kiedy minuta minęła, odsunął się. Ale oddychał ciężej i widziałam, że coś się czai w jego spojrzeniu.

Coś mrocznego, poważnego. Pragnęłam siąść mu na kolanach, przyszpilić do sofy i ostro się z nimbzykać.

Zamiast tego szepnęłam:

Prawda czy wyzwanie. Twoja kolej. Zapytaj mnie. Prawda czy wyzwanie.

Wyczuwałam w nim sprzeczne emocje. Pragnął powiedzieć wyzwanie. Pragnął, abym znowu godotknęła. Albo może zdjęła swoją ładną jedwabną koszulkę. Lub też przesunęła dłonie po jegotwardym torsie.

Prawda powiedział schrypniętym głosem.

Pytaj.

Czemu to robisz?

Bo się nie mogę powstrzymać. Sandy. Zamknął oczy i przez chwilę czułam jego ból.

Prawda czy wyzwanie powiedziałam ostrym tonem. Prawda niemal jęknął.

Jaka jest najgorsza rzecz, jaką w życiu zrobiłeś?

Co masz na myśli?

Jaka jest najgorsza rzecz, jaką w życiu zrobiłeś? No, dalej. Skłamałeś? Ukradłeś? Uwiodłeśmłodszą siostrę najlepszego przyjaciela? Zabiłeś kogoś? Powiedz mi, Jason. Chcę wiedzieć, kim jesteś.

Jesteśmy małżeństwem, na litość boską. Jesteś mi to winien.

Spojrzał na mnie dziwnie.

Sandro…

Nie. Żadnego marudzenia, żadnych negocjacji. Po prostu mi odpowiedz. Zabiłeś kiedyś kogoś?

Tak.

Co? zapytałam, autentycznie zaskoczona.

Tak, zabiłem kogoś powiedział Jason. Ale nie jest to najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiekzrobiłem.

Po tych słowach mój mąż wstał z sofy, wziął gazetę i zostawił mnie samą w pokoju.

Siedzący na sofie Jason chyba zasnął, ponieważ krótko po pierwszej w nocy obudził go jakiś dźwięk.

Wyprostował się, rejestrując niezbyt głośne walenie. Zdawało się, że dźwięk ten dochodzi sprzed domu. Wstał, podszedł do okna, zrobił dwucentymetrową szparę w zasłonach i wyjrzał na dwór.

Dwóch umundurowanych funkcjonariuszy zdążyło już zdjąć wieka z koszy na śmieci. A teraz przenosili białe worki do bagażnika radiowozu.

Cholera, pomyślał i już, już miał otworzyć drzwi i zawołać, aby przestali. Powstrzymał się jednak.

Błąd żółtodzioba. Z przyzwyczajenia wyniósł śmieci, praktycznie wkładając je w ręce policji.

Gorączkowo myślał, próbując przewidzieć, ile ta pomyłka może go kosztować. Nic mu nie przychodziło do głowy, więc się w końcu odprężył i opuścił ramiona, wypuszczając długo trzymane powietrze jednym głośnym westchnieniem.

No dobrze. A więc policja zagarnęła sobie jego śmieci. I teraz co?

Sierżant D.D. Warren i jej pomagier detektyw Miller zjawili się ponownie krótko po dwudziestej trzydzieści z nakazem przeszukania jego pikapa. Jason otworzył im drzwi, przebiegł wzrokiem po nakazie, po czym posłusznie wręczył kluczyki.

Następnie w sposób ostentacyjny zatrzasnął drzwi, zamknął je na klucz i resztę wieczoru spędził w domu razem z Ree. Niech się wkurzają, pomyślał. Guzik go obchodził pikap. Potrzebował jedynie czegoś, co ich zajmie, tak by nie skupiali się wyłącznie na jego komputerze.

A skoro o nim mowa… Zerknął na zegarek. Pierwsza pięćdziesiąt dwa. Teraz albo nigdy, uznał, i poszedł cicho na górę.

Z bólem serca obudził Ree. Wyrwana ze snu dziewczynka, emocjonalnie wyczerpana zaginięciem matki i kota, spojrzała na niego zapuchniętymi oczami, półprzytomna i zdezorientowana. Jason posadził ją na łóżku, po czym wsadził jej ręce w rękawy zimowej kurtki, a na bose stopy włożył

kozaczki. Nie protestowała, jedynie położyła mu głowę na ramieniu, gdy niósł ją na dół. W rączkach trzymała króliczka maskotkę i swój kocyk.

Przed drzwiami zatrzymał się, aby zabrać ciemnozielony worek marynarski. Przerzucił go przez ramię. Umieścił Ree i jej koc tak, by osłaniały worek przed ciekawskimi spojrzeniami. Następnie otworzył drzwi i zaniósł zarówno

worek, jak i córkę do volvo Sandry. Czuł na sobie wzrok policjanta. Niewątpliwie wziął on do ręki notes i pisał szybko: 1:56, obiekt pojawia się przed domem ze śpiącym dzieckiem na rękach. 1:57, obiekt zbliża się do samochodu żony…

Jason zapiął Ree w foteliku, położywszy dyskretnie worek na podłodze u jej stóp. Potem zamknął

tylne drzwi i ruszył prosto do nieoznaczonego radiowozu.

Zapukał w szybę od strony kierowcy. Policjant opuścił ją nieco.

Muszę jechać do pracy oświadczył Jason. Zamknąć parę spraw, nim wezmę wolne. Chce pan adres czy zostaje pan tutaj?

Widział, jak policjant się zastanawia. Obserwować obiekt czy obserwować dom? Jak brzmiało polecenie służbowe?

Późno jak na wyjście z dzieckiem stwierdził, wyraźnie grając na zwłokę.

Ma pan dzieci? Nie po raz pierwszy ciągnę córkę ze sobą do pracy. Dobre jest to, że potrafi przespać praktycznie wszystko.

Gdy tylko Jason wypowiedział te słowa, pożałował, że nie może ich cofnąć. Było już na to oczywiście za późno, o czym świadczył znaczący uśmieszek funkcjonariusza.

Dobrze wiedzieć rzekł gliniarz i zabrał się za sporządzanie bardzo długiego wpisu w swym notesie.

Jason dał sobie spokój, wrócił do volvo i uruchomił silnik. Gdy jechał ulicą, nie widział, aby policjant ruszył za nim. Ale potem, jakieś sześć przecznic dalej, z bocznej uliczki wyłonił się nagle radiowóz.

Uznał, że to jego kolejny ogon i zasalutował w milczeniu przedstawicielom bostońskiej policji.

Redakcja „Boston Daily" przypominała wszystkie inne tego typu miejsca, to znaczy w ciągu dnia panowało tam szaleńcze rozgorączkowanie, a kilku oddanych pracowników nie dawało za wygraną nawet nocą. Pisano artykuły, przygotowywano wydanie i składano strony nawet wtedy, być może zresztą z lepszym rezultatem, ponieważ dopiero po północy robiło się tu na tyle cicho, że można było spokojnie myśleć.

Jason wszedł do budynku z przytulonym do piersi drzemiącym dzieckiem, workiem marynarskim przewieszonym przez ramię, skutecznie zakrytym dużym polarowym kocykiem w misie. Wyglądało, że niesie niemały ciężar, ale wystarczyło jedno spojrzenie na całkiem sporą czterolatkę w jego ramionach, aby się temu nie dziwić. Wkładając dziennikarski identyfikator do kolejnych czytników przy drzwiach, w końcu znalazł się w swoim azylu.

Większość dziennikarzy pisała zarówno w domu, jak i w redakcji, więc pracownicy tacy jak Jason dzielili miejsce z więcej niż jedną osobą. Wszędzie stały biurka i komputery szukało się więc wolnego miejsca i tam sadowiło. Dzisiejsza noc nie stanowiła wyjątku.

Jason znalazł spokojnie kąt w narożnym boksie. Nogą wsunął zielony worek pod biurko, a Ree ułożył

na podłodze, robiąc jej posłanie z koca. Nie spała, lecz wpatrywała się w niego ponuro.

Wszystko w porządku szepnął. Tatuś musi trochę popracować, a potem pojedziemy do domku.

Gdzie mamusia? zapytała Ree. Chcę do mamusi.

Śpij, kochanie. Niedługo będziemy w domu.

Ree posłusznie zamknęła oczy, poddając się zmęczeniu.

Jason przyglądał jej się przez chwilę. Cieniom, jakie ciemne rzęsy rzucały na blade policzki.

Fioletowawym plamom wyczerpania, widniejącym na zamkniętych powiekach. Wydawała mu się mała.

Delikatna. Niesamowity ciężar, który był jednocześnie najważniejszy w jego życiu.

Nie zaskoczył go fakt, że tak dobrze się trzyma. Dzieci nie uzewnętrzniały skrywanych głęboko lęków. Maluch potrafił płakać przez dziesięć minut z powodu małego guza, jakiego nabił sobie na placu zabaw. To samo dziecko zamknęłoby się w sobie, stanąwszy twarzą w twarz z uzbrojonym nieznajomym. Pojmowały instynktownie to, że są małe i bezbronne, dlatego w chwilach kryzysu większość starała się być jeszcze mniejsza, licząc na to, że gdyby zupełnie zniknęły, ten niedobry człowiek zostawiłby je w spokoju.

A może jeśli czterolatka wystarczająco dobrze się wyśpi, to po przebudzeniu przekona się, że jej mamusia i kot się odnaleźli, a życie w magiczny sposób wróci do normalności.

Jason skupił się na swoim biurku. W pokoju redakcji informacyjnej o tej porze było spokojnie i nikt nie zajmował sąsiednich miejsc. Uznał, że lepszej pory nie będzie i powoli rozpiął worek, w którym znajdował się komputer ze stołu w kuchni.

W zasadzie Jason posiadał trzy komputery: laptop, którego używał do pracy; stacjonarny, który znajdował się w kuchni i z którego korzystała cała rodzina; i jeszcze starszy, służący kiedyś jako komputer rodzinny, wyniesiony jednak przed rokiem do piwnicy, kiedy kupili nowszego Della. Jason nie przejmował się laptopem. Używał go wyłącznie w celach służbowych. Zdawał sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie ze sobą korzystanie z przenośnego sprzętu w każdej chwili mógł zostać zgubiony albo paść łupem złodzieja. Nieco bardziej przejmował się tym starym komputerem z piwnicy. Zgoda, użył

oficjalnego programu Departamentu Obrony, który nadpisał twardy dysk pozbawionymi znaczenia ciągami jedynek i zer, ale temu programowi nie ufał już nawet rzeczony departament. Aby chronić naprawdę tajne informacje, po prostu palono twarde dyski, zamieniając je w popiół. Jason nie miał

pod ręką żadnego pieca, wykonał więc podstawowe czynności. W dziewięćdziesięciu pięciu procentach przypadków okazywało się to wystarczające.

Niestety komputer rodzinny, względnie nowy Dell z pamięcią pięciuset gigabajtów, z którego korzystał we wczesnych godzinach porannych, gdy Sandra jeszcze spała, napawał go prawdziwym przerażeniem. Nie mógł dopuścić, aby policja go zajęła; dlatego też dał im na przynętę swojego pikapa. Zerknął na zegarek i ocenił, że ma jakieś trzy godziny na zmniejszenie strat.

Na początek wsunął kartę pamięci do napędu E. Potem zaczął na nią przenosić kolejne pliki. Pliki programowe, pliki internetowe, pliki z dokumentami, pliki w formatach JPEG i PDF. Było ich całe mnóstwo, więcej niż był w stanie przenieść w ciągu trzech godzin, starannie je więc selekcjonował.

Gdy pliki zaczęły się kopiować, zalogował się do Internetu, żeby w nim trochę poszperać. Zaczął od Aidana Brewstera. zarejestrowanego przestępcy seksualnego. Zawsze dobrze znać sąsiadów, no nie?

Znalazł trochę podstawowych informacji i mnóstwo żargonu w rodzaju „pliki zamknięte". Ale był

przecież dziennikarzem, a nie kimś, kto zatrzymuje się za każdym razem, kiedy napotka zamknięte drzwi. Zanotował kilka numerów telefonów, poszperał w sieci jeszcze trochę, co dało mu całkiem interesujące wyniki.

Zakończywszy pierwszą misję, otworzył stronę AOL i zalogował się jako swoja żona. Już kilka lat temu domyślił się, jakiego używa hasła; zdecydowała się na LilBun1, imię ulubionej maskotki Ree.

Gdyby jednak nie udało mu tego odgadnąć, skorzystałby z któregoś z komputerowych programów śledczych, takich jak Forensic Toolkit Produkcji AccessData czy ProDiscover produkcji Technology Pathways. Takimi właśnie rzeczami się zajmował. Takim właśnie był mężem.

Czy Sandy to w końcu odkryła? Czy dlatego odeszła? Nie znal odpowiedzi na to pytanie, dlatego zaczął przeglądać jej e maile w poszukiwaniu wskazówek dotyczących kilku ostatnich godzin, jakie jego żona spędziła w domu.

W jej skrzynce znajdowały się sześćdziesiąt cztery wiadomości, większość to były oferty implantów penisa albo prośby o pomoc w transferze środków finansowych z krajów Trzeciego Świata. Patrząc na to, można było sądzić, że Sandra albo ma obsesję na punkcie męskich genitaliów, albo lada chwila wzbogaci się, pomagając jakiemuś zamorskiemu pułkownikowi w przelewie pieniędzy.

Przekopał się najpierw przez spam, potem przez phishing, aż w końcu dotarł do sześciu e maili zaadresowanych chyba rzeczywiście do jego żony. Jeden był z przedszkola Ree i przypominał rodzicom o zbliżającej się imprezie dobroczynnej. Kolejny od dyrektora szkoły, przypominającego nauczycielom o zbliżających się warsztatach. Pozostałe cztery to odpowiedzi na e mail zbiorczy od jednego nauczyciela, w którym pytał innych nauczycieli, czy nie byliby zainteresowani utworzeniem grupy chodzącej razem po szkole na spacery.

Jason zmarszczył brwi. Kiedy zaglądał tu po raz ostatni kilka miesięcy temu, Sandra miała co najmniej dwadzieścia pięć e maili osobistych, od wiadomości od uczniów do łańcuszków dla mam.

Sprawdził folder ze starymi wiadomościami. Znalazł w nim jedynie usunięty przed chwilą spam.

Zajrzał do folderu „wysłane". Także pusto. I wtedy, z rosnącym uczuciem strachu, zaczął szukać na poważnie. Książka adresowa: wyczyszczona. Ulubione miejsca: wyczyszczone. Znajomi z AOL: wyczyszczone. Historia odwiedzanych ostatnio stron internetowych: wyczyszczona.

Jasna cholera, pomyślał i przez chwilę nie był w stanie oddychać. Był jeleniem schwytanym w potrzask samochodowych reflektorów; czuł, jak wzbiera w nim coraz większa panika, grożąc wymknięciem się spod kontroli.

Dzień i godzina, pomyślał gorączkowo. Ustalić dzień i godzinę. Wszystko się sprowadzało do dnia i godziny.

Kliknął ponownie w folder ze starymi wiadomościami, po czym dłonią, która znowu zaczynała drżeć, zabrał się za przeglądanie stron od najnowszych do najstarszych. Sześćdziesiąt cztery kliknięcia później już wiedział: najstarszy wysłany e mail został dostarczony we wtorek o szesnastej czterdzieści dwa, nieco ponad dwadzieścia cztery godziny przed tym, jak Sandra zniknęła.

Jason oparł się o krzesło, trzymając dłonie na ściśniętym z emocji brzuchu i próbując zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.

Ktoś dokładnie wyczyścił konto Sandry na AOL u. Gdyby zdarzyło się to w środę w nocy, wtedy gdy zniknęła, nasuwałby się logiczny wniosek, że zrobił to ktoś, kto ją zabrał prawdopodobnie w celu zatarcia śladów.

Ale cała operacja odbyła się wcześniej, jakąś dobę. Co to oznaczało?

Zasada ekonomii myślenia, no nie? Najprostsze wytłumaczenie bywa najczęściej tym właściwym. Co oznacza, że najprawdopodobniej to sama Sandra wyczyściła swoje konto. Najpewniej dlatego, że robiła w sieci coś, co według niej powinna ukryć. Flirtowanie w Internecie? Prawdziwy fizyczny związek? Coś, czego nie chciała ujawnić przed nim lub kimkolwiek innym.

To wytłumaczenie było mniej złowieszcze niż wizja zagadkowego mężczyzny, który najpierw zrobił

krzywdę Sandrze, a potem siedział zadowolony przy stole w kuchni i zacierał za sobą ślady, gdy tymczasem Ree przypuszczalnie spała na górze.

A jednak akurat to bardziej go zabolało. Sugerowało premedytację. Sugerowało, że Sandra wiedziała, iż odchodzi, i chciała mieć pewność, że on nie będzie jej w stanie znaleźć.

Jason uniósł zmęczoną dłoń. Zasłonił oczy i przez chwilę czuł zaskoczenie z powodu przypływu uczuć, jakie zaciskały mu gardło.

Nie ożenił się z Sandrą z miłości. Nie był człowiekiem, który wobec życia żywił tego rodzaju oczekiwania. A jednak, przez jakiś czas bardzo przyjemnie było się czuć jak część rodziny. Przyjemnie było czuć się normalnie.

W lutym wszystko spieprzył. Pokój w hotelu, kolacja, szampan… Nie powinien był zrobić tego, co wtedy zrobił.

Odchrząknął, potarł oczy. Odepchnął od siebie własne wyczerpanie i zerkając na śpiące dziecko, zmusił się, aby wrócić do pracy.

Sandra nie była tak sprawna w systemach komputerowych jak on. Zakładał, że jeśli to ona wyczyściła swoje konto, zrobiła to przez czyszczenie pamięci podręcznej co oznaczało, że te informacje nadal są na twardym dysku, usunięto jedynie katalog określający lokalizację wszystkich usuniętych danych. A wykorzystując kilka całkiem prostych programów śledczych, był w stanie przywrócić większość usuniętych informacji.

Problem stanowił czas. Co najmniej godzinę zajęłaby praca takiego programu i kilka kolejnych przeczesanie odtworzonych danych, dopóki nie znalazłby tego, czego szukał. Nie miał kilku godzin.

Zerknął na zegarek. Miał trzydzieści minut. Cholera.

Ponownie potarł twarz zmęczonymi dłońmi i wziął głęboki oddech.

No dobrze, pora na plan B.

Karta pamięci zapełniła się w stu procentach. Wyjął ją, wrócił do menu systemowego i przejrzał

zawartość. Podsuwał zbyt dużo i jednocześnie zbyt mało. Wybrał kolejnych kilka plików do skasowania, ponownie zerknąwszy na zegarek.

Początkowo miał nadzieję zgrać, co się tylko da, a potem uruchomić oficjalny program czyszczący.

Teraz jednak nie potrafił ot tak zniszczyć twardego dysku, skoro mógł on zawierać wskazówki dotyczące ostatnich godzin Sandry w domu. Co sprawiło, że pojawił się interesujący dylemat. Ten komputer miał potencjalną moc, aby zarówno odnaleźć jego żonę, jak i wsadzić go na zawsze do więzienia.

Zastanowił się nad tym. A po chwili już wiedział, co zrobi.

Przeniesie stary komputer z piwnicy do kuchni, wgra całe oprogramowanie z nowego komputera.

Przeniesie na niego podstawowe pliki ze swojej karty pamięci, wystarczająco dużo śmieci, aby stary komputer wyglądał na używany.

Dobry technik od śladów i tak w końcu odkryje prawdę. Że w pamięci komputera widnieją luki związane z datami. Być może połapią się w tym nawet sierżant D.D. i detektyw Miller. Miał jednak nadzieję, że tak się nie stanie. Większość ludzi zwracała uwagę na monitor i może jeszcze klawiaturę, ale raczej nie na samo pudło, funkcjonalną wieżę, która najczęściej stoi sobie pod biurkiem. Mogli jedynie zauważyć, że ma komputer Della tak więc w tym przypadku opłaci się jego wierność jednej marce.

Dzięki temu, że stary komputer stanie się obecnie używanym, on zyska trochę czasu.

Pozostawał jednak problem, co zrobić z aktualnie używanym komputerem. Nie mógł ukryć go w domu, bo ten najpewniej jeszcze kilka razy zostanie przeszukany. Z tego samego powodu równie ryzykowne było pozostawienie go w samochodzie. Miał jedno wyjście. Zostawi komputer właśnie tutaj, podłączony tak jak teraz, na biurku, w pomieszczeniu pełnym podobnego sprzętu. Podłączy go nawet do sieci, dzięki czemu stanie się w pełni funkcjonalny i niemożliwy do odróżnienia od sprzętu „Boston Daily". Ukryje go po prostu na widoku.

Gdyby nawet policji przyszło do głowy przeszukanie redakcji, szczerze wątpił w to, aby udało im się zdobyć nakaz zajęcia komputerów tak dużego gracza z branży medialnej jak "Boston Daily". Już samo naruszenie poufności informacji… Poza tym przy współczesnym systemie pracy Jason nie posiadał

swojego biurka. Co znaczyło, że ani żadnego komputera, ani biurka policja nie mogła umieścić w nakazie jako należące do niego. W zasadzie korzystał ze wszystkich komputerów, a w dzisiejszych czasach żaden sędzia nie pozwoli policji zabrać całego sprzętu należącego do gazety. Tak się po prostu nie stanie.

Przynajmniej miał taką nadzieję.

Jason wstał od biurka. Zgniótł worek marynarski i wcisnął go za metalową szafkę na dokumenty.

Następnie podniósł śpiącą córkę i bardzo delikatnie zaniósł ją z powrotem do samochodu.

Piąta czterdzieści pięć. Pomyślał, że niedługo wzejdzie słońce. Zastanawiał się, czy Sandra je także zobaczy.

Rozdział 11

Pracuję nad listem. Aby ukończyć mój program terapii, muszę napisać list do ofiary, w którym biorę odpowiedzialność za swoje czyny i wyrażam skruchę. Ten list nie zostanie nigdy wysiany; podobno nie byłoby to fair w stosunku do ofiary. Przywoływanie złych wspomnień i tym podobne. Niemniej jednak muszę go napisać.

Jak na razie mam dwa słowa: Droga Rachel.

Rachel to oczywiście nie jest prawdziwe imię żadnych tajemnic na terapii grupowej, pamiętacie? No więc po sześciu tygodniach pracy mam w zasadzie dwa słowa, z których jedno jest kłamstwem.

Dzisiaj jednak chyba posunę się do przodu z tym listem. Dzisiaj się dowiaduję, jak to jest czuć się ofiarą.

Miałem ochotę uciec. Myślałem o tym. Odgrywałem w swojej głowie. Nie bardzo wiedziałem, jak by to mogło wyglądać. W świecie po jedenastym września, w którym Wielki Brat zawsze patrzy, ucieczka wiąże się z poważnymi przygotowaniami logistycznymi. Bez zezwolenia nie wolno mi podróżować samolotem ani pociągiem, a samochodu nie mam. I co ja mam zrobić? Pieszo przekroczyć granicę stanu Massachusetts?

Prawda jest taka, że nie mam kasy ani czterech kółek, żeby zabawić się w zniknięcie. Płacę za badania wykrywaczem kłamstw i spotkania grupy wsparcia, nie wspominając o stówce, jaką wysyłam co tydzień bezpośrednio do Jerry'ego. On to nazywa rekompensatą. Ja zabezpieczeniem, aby nie przyjechał za mną do południowego Bostonu i nie połamał wszystkich kości w moim nieszczęsnym ciele.

Mam zdecydowanie za mało środków na koncie bankowym, żeby myśleć o ucieczce.

Co mogę zrobić? Po spotkaniu grupy wsparcia udałem się do domu.

Zaledwie trzydzieści minut później do moich drzwi puka Colleen.

Mogę wejść? pyta moja kuratorka sądowa, bardzo grzeczna, bardzo stanowcza.

Jej nastroszone rude włosy nie odwracają jednak uwagi od poważnej miny.

Jasne mówię i otwieram szeroko drzwi.

Colleen była tu raz, na samym początku, kiedy potwierdzała mój adres. Od tego czasu minęły dwa lata, ale niewiele się zmieniło. Nie jestem zbyt dobry, jeśli chodzi o wystrój wnętrz.

Przechodzi przez zagracony korytarz do tylnej części domu, gdzie moja gospodyni, pani Houlihan, przekształciła pokój dzienny i osłoniętą werandę w czterdziestopięciometrowe mieszkanie. Płacę co miesiąc osiemset dolców za korzystanie z tej niesamowitej przestrzeni. Panią H. stać dzięki temu na opłacenie podatku od nieruchomości za dom, którego jest właścicielką od pięćdziesięciu kilku lat i którego nie chce stracić tylko dlatego, że jakieś japiszony w końcu odkryły tę okolicę i przez to ceny wystrzeliły ostro w górę.

Prawda jest taka, że nawet lubię panią H., mimo że porozwieszała koronkowe firanki w każdym cholernym oknie, a na wszystkich obitych tapicerką meblach porozkładała szydełkowe serwetki (które przytwierdza szpileczkami, o czym wiem, ponieważ przynajmniej co drugi dzień któraś z nich mnie kłuje). Po pierwsze, pani H. wie, że jestem zarejestrowanym przestępcą seksualnym, a mimo to pozwala mi tu mieszkać, choć jej własne dzieci skrzyczały ją za to (słyszałem ich ze swojego mieszkania; ten dom nie jest specjalnie duży). Po drugie, na okrągło ją przyłapuję w moim pokoju.

Zapomniałam czegoś warczy wtedy, zrzucając winę na swój wiek.

Pani H. ma osiemdziesiąt lat i posturę krasnala ogrodowego. Nie jest ani trochę wątła, roztargniona ani zapominalska. To jasne, że mnie sprawdza, i wiemy o tym oboje. Ale nie poruszamy tego tematu i to mi się także podoba.

Specjalnie dla niej wciskam pisemka pornograficzne pod materac, tam, gdzie na pewno je znajdzie.

Tak sobie myślę, że lepiej się czuje, wiedząc, że jej lokator, „młody człowiek", lubi przeglądać czasopisma dla dorosłych. W przeciwnym razie mogłaby się o mnie martwić, a tego akurat nie chcę.

Może przydałaby mi się matka, gdy dorastałem. Może to by mi pomogło. Nie wiem.

Prowadzę Colleen do mego małego skrawka raju. Lustruje spojrzeniem niewielki aneks kuchenny i część jadalną z różową sofą w kwiatki, łaskawie wstawioną przez panią H. Jakieś sześćdziesiąt sekund spędza w dużym pokoju, po czym przechodzi do sypialni. Widzę, jak marszczy nos i przypominam sobie, że już dość dawno nie prałem pościeli.

I co z tego? Teraz już nic z tym nie zrobię. Świeżo wyprana pościel zostałaby z pewnością zinterpretowana jako przejaw poczucia winy. Colleen wraca do pokoju dziennego, siada na różowej sofie. Serwetka drapie ją w szyję. Prostuje się na chwilę, wpatruje w nią, po czym wzrusza ramionami i ponownie się opiera.

Co u ciebie, Aidan?

Praca, spacery, grupa wsparcia. Wzruszam ramionami, nie siadając. Nic nie jestem w stanie na to poradzić.

Jestem zbyt podenerwowany, żeby siedzieć. Pstrykam zieloną gumką na nadgarstku. Colleen patrzy, jak to robię, ale nic nie mówi.

Jak w pracy?

Nie mogę narzekać.

Masz jakichś nowych przyjaciół, nowe hobby?

Nie.

Byłeś ostatnio w kinie?

Nie.

Wypożyczałeś książki z biblioteki?

Nie.

Przechyla głowę na bok.

A może jakieś grille u sąsiadów?

W marcu?

Uśmiecha się do mnie.

Wygląda na to, że żyjesz spokojniej niż mysz pod miotłą.

O tak zapewniam ją. Rzeczywiście tak jest.

W końcu przechodzi do sedna sprawy. Nachyla się, odrywając plecy od serwetki, i kładzie łokcie na kolanach.

Słyszałam, że było jakieś poruszenie w okolicy.

Widziałem policjantów mówię. Chodzili rano od drzwi do drzwi.

Rozmawiałeś z nimi, Aidan?

Kręcę głową.

Musiałem iść do pracy. Vito złoiłby mi skórę, gdybym się spóźnił. Poza tym dorzucam obronnym tonem ja nic nie wiem.

Uśmiecha się, ale niemal słyszę jej myśli: Och, szkoda, że nie dostaję pięciu centów za każdym razem, gdy to słyszę.

Zaczynam przemierzać pokój. Krótkie kroki sugerujące wzburzenie.

Piszę list mówię nagle, ponieważ Colleen wpatruje się we mnie tym znaczącym spojrzeniem kuratora sądowego, a w takiej sytuacji trzeba po prostu coś powiedzieć.

Tak?

Do Rachel. Nie wie, kim jest Rachel, bo to nieprawdziwe imię, ale kiwa ze zrozumieniem głową.

Muszę ubrać w słowa, jak to jest czuć bezradność. Trudne to było, wie pani? Nikt nie lubi czuć się bezradny. Ale myślę, że robię się w tym teraz dobry. Myślę, że sporo czasu spędzę na przekonywaniu się, jak to jest czuć bezradność.

Porozmawiaj ze mną, Aidan.

Nie zrobiłem tego! Okej? Nie zrobiłem. Ale ta kobieta zniknęła, a ja mieszkam pięć domów dalej i widnieję w tym pieprzonym rejestrze przestępców seksualnych, a to wystarczy. Gra skończona. Mają zboczeńca, to go aresztują. Przecież nikt mi nie uwierzy.

Znałeś tę kobietę?

Nie bardzo. Kilka razy ją widziałem i tyle. Ale mieli dziecko. Je też widziałem. I przestrzegam zasad. Nie potrzeba mi dalszych kłopotów. Mają dzieci, więc trzymam się z daleka.

Z tego, co wiem, jest bardzo ładna. Miała dziecko mówię stanowczo, niemal jak mantrę.

Jesteś przystojny. Colleen przechyla głowę, gdy to mówi, niemal tak, jakby mnie oceniała, ale nie daję się zwieść Prowadzisz spokojne życie, mało wychodzisz. Mogę sobie wyobrazić, jak bardzo to musi być dla ciebie frustrujące.

Proszę mi wierzyć, codziennie walę konia. Wystarczy spytać terapeutkę z grupy wsparcia. Każe nam o tym opowiadać. Colleen nie wzdryga się, słysząc mój język. Jak się nazywa? pyta nieoczekiwanie.

Kto?

Ta kobieta.

Chyba Jones. Coś tam Jones.

Przygląda mi się uważnie, próbując ustalić, ile wiem albo ile uda jej się ze mnie wyciągnąć. Czy na przykład przyznam się do tego, że spotkałem się z mężem tej zaginionej kobiety, choć dziecko było w domu? Tak sobie myślę, że to szczegół, który powinienem zachować dla siebie. Praktyczna zasada, kiedy jest się przestępcą nie mów nic z własnej woli, niech całą robotę wykonuje stróż prawa.

Z tego, co wiem, nazywa się Sandra Jones mówi w końcu. Uczy w pobliskim gimnazjum. Mąż pracuje nocami. Ciężka sprawa. Ona pracuje w ciągu dnia, mąż nocą. Tak sobie myślę, że ona także mogła się czuć sfrustrowana.

Pstrykam gumką na nadgarstku. Nie zadała pytania, więc nie mam zamiaru odpowiadać.

Dziecko jest całkiem fajne.

Nic nie mówię.

Podobno mała jest nad wiek rozwinięta. Uwielbiała jeździć po okolicy na trójkołowym rowerku.

Może widziałeś ją kiedyś?

Widzę dziecko, przechodzę na drugą stronę ulicy odparowuję. Pstryk, pstryk, pstryk.

Co robiłeś wczoraj wieczorem, Aidan?

Już mówiłem: nic.

Masz alibi na to nicnierobienie?

Jasne, proszę zadzwonić do Jerryego Seinfelda. Spotykam się z nim co wieczór o siódmej.

A potem?

Poszedłem spać. Mechanicy wcześnie wstają.

Sam poszedłeś spać?

Myślę, że odpowiedziałem już także i na to pytanie.

Colleen unosi brew.

Naprawdę, Aidan, nie próbuj na mnie swojego czaru. Jeśli nie zmienisz postawy, policja w trymiga wsadzi cię za kratki.

Niczego nie zrobiłem!

W takim razie przekonaj mnie o tym. Porozmawiaj ze mną. Opowiedz mi wszystko o tym niczym, co robiłeś, ponieważ masz rację, Aidan, jesteś zarejestrowanym przestępcą seksualnym, który mieszka na tej samej ulicy co zaginiona kobieta, i jak na razie nie za ciekawie to wygląda.

Oblizuję wargi. Pstrykam gumką. Oblizuję wargi. Pstrykam gumką.

Chcę jej powiedzieć o samochodzie, nie robię tego jednak. To by na pewno sprowadziło do mojego domu policję. Lepiej poczekać, wykorzystać tę informację jako kartę przetargową, kiedy już mnie przesłuchają i przymkną w wolnej celi. Lepiej mówić, kiedy będę mógł wymienić tę informację na wolność. Nigdy nie dawaj niczego w zamian za nic, kolejna niepisana zasada karanego przestępcy.

Gdybym rzeczywiście coś zrobił mówię w końcu to nie sądzi pani, że ułożyłbym sobie znacznie lepszą historyjkę?

Brak alibi to twoje alibi stwierdza wesoło Colleen. Taa, coś w tym rodzaju.

Wstaje z sofy i przez krótką chwilę czuję prawdziwą ulgę. Jakoś to jednak przetrwam.

Wtedy pyta: Możemy się przejść? A ja czuję, jak mój dobry humor pryska jak bańka mydlana.

Czemu?

Przyjemny wieczór. Mam ochotę na trochę świeżego powietrza.

Nie przychodzi mi nic do głowy, wychodzimy więc na dwór, ona metr osiemdziesiąt w kozakach na platformach, ja skulony w dżinsach i białym T shircie. W końcu przestałem pstrykać gumką. Zdrętwiał

mi nadgarstek i zrobił się czerwony. Wyglądam jak niedoszły samobójca. Sprawa do przemyślenia.

Colleen przechodzi na tył domu. Widzę, jak uważnie wpatruje się w ziemię. Porozrzucane zakrwawione narzędzia? Być może świeżo przekopany grunt?

Mam ochotę powiedzieć „Pieprz się". Nic, oczywiście, nie mówię. Głowę mam spuszczoną. Nie chcę na nią patrzeć. Nie chcę niczego zdradzić.

Później mi powie, że robi to dla mojego dobra. Rozgląda się dla mnie, próbując mnie chronić.

Pragnie mi jedynie pomóc.

A ja nagle wyobrażam sobie siebie siedzącego na tej głupiej różowej sofie w kwiatki i piszącego szybko:

Droga Rachel!

Przepraszam Cię za to, co zrobiłem. Przepraszam za te wszystkie razy, kiedy mówiłem Ci, że chcę jedyniepogadać, gdy tymczasem oboje wiedzieliśmy, że chciałem po prostu rozebrać Cię do naga. Przepraszam zate wszystkie razy, kiedy nachodziłem Cię w łóżku, a potem mówiłem, że chcę jedynie dla Ciebie tego, conajlepsze.

Przepraszam, że Cię posuwałem, a potem mówiłem, że to wszystko Twoja wina. Że tego chciałaś. Że tegopotrzebowałaś. Że zrobiłem to dla Ciebie.

I przepraszam za to, że nadal myślę o Tobie każdego cholernego dnia. O tym, jak bardzo Cię pragnę. Jakbardzo potrzebuję. Że zrobiłaś to tylko dla mnie.

W momencie, gdy naprawdę zaczynam się rozkręcać, ciszę nagle przerywa głos Colleen.

Hej, Aidan woła. To twój kot?

Rozdział 12

Zebranie rozpoczęło się punktualnie o szóstej rano. Najpierw wypisali na tablicy, co mają. Mieli Osobę Podejrzaną A: pana Jasona Jonesa, relacja małżonek. Mieli Osobę Podejrzaną B: Aidana Brewstera, relacja zarejestrowany przestępca seksualny mieszkający na tej samej ulicy. Od nich odchodziły strzałki w kierunku środków, motywów i sposobności.

Środków brak, jako że nie posiadali informacji na temat tego, co dokładnie przytrafiło się Sandrze Jones. Została zabita, porwana? Uciekła? Nie ma co czynić założeń na tak wczesnym etapie śledztwa, przeszli więc do kolejnego punktu.

Motywy. Jones zyskałby miliony dolarów, które mógłby utracić w razie rozwodu, plus prawo do opieki nad córką. Brewster był drapieżcą seksualnym, być może działającym pod wpływem wzmagających się od dawna impulsów.

Sposobności. Jones miał alibi na rzeczony wieczór i noc, ale trudno je było nazwać niepodważalnym.

Brewster brak alibi, ale czy mogli łączyć Brewstera z Sandrą Jones? Jak na razie nie mieli żadnych wiadomości telefonicznych czy tekstowych ani e maili, które mogłyby ich łączyć. Ale na ich korzyść przemawiała geografia. Podejrzanego i ofiarę dzieliło zaledwie pięć domów. Ława przysięgłych mogła słusznie założyć, że Brewster i ofiara w jakimś stopniu się znali. I jeszcze pozostawała kwestia warsztatu, w którym pracował Brewster. Być może Sandra Jones serwisowała tam swój samochód planowali dowiedzieć się tego z samego rana.

Przeszli do kwestii ogólnych. Jones był dziennikarzem wolnym strzelcem i „oddanym" ojcem, który ożenił się z bardzo młodą dziewczyną w ciąży z Atlanty w stanie Georgia i przeprowadził z nią do południowego Bostonu. Miał w aktywach kilka milionów dolarów pochodzących z niewiadomego źródła.

Zarówno przez detektywa Millera, jak i sierżant Warren został uznany za „niechętnego do współpracy", co oczywiście nie przemawiało na jego korzyść. Wyglądało także na to, że ma obsesję na punkcie rygli i stalowych drzwi.

Brewster z kolei był zarejestrowanym przestępcą seksualnym, którego w przeszłości łączyły intymne relacje z czternastolatką. Od dwóch lat miał tę samą pracę, mieszkał pod tym samym adresem. Jego kuratorka sądowa go lubiła i wczoraj zadzwoniła o dwudziestej pierwszej, aby im przekazać, że w jego mieszkaniu nie znalazła niczego podejrzanego. Plus dla niego.

Sama ofiara nie znajdowała się w grupie podwyższonego ryzyka. Oddana mama i świeżo upieczona nauczycielka, w jej przeszłości nie było narkotyków, alkoholu czy seksualnej rozwiązłości. Dyrektor gimnazjum opisał ją jako osobę punktualną, solidną i sumienną. Mąż twierdził, że nigdy z własnej woli nie zostawiłaby swojej córki. Z drugiej jednak strony była młoda, mieszkała we względnie obcym mieście i raczej nie miała wsparcia ze strony bliskich przyjaciół czy krewnych. Mieli więc dwudziestokilkuletnią towarzysko wyizolowaną śliczną mamę, która większość wieczorów spędzała sama ze swoim małym dzieckiem.

Miejsce przestępstwa: brak śladów wdarcia się siłą. Żadnych śladów krwi czy wyraźnych oznak przemocy. Mieli jedną stłuczoną lampę w sypialni, ale żadnego dowodu na to, że została ona użyta jako broń lub uległa zniszczeniu w trakcie szamotaniny. Mieli niebiesko zielony koc, który wcześniej leżał na łóżku, ale który ktoś włożył do pralki razem z fioletową koszulą nocną. Mieli jeszcze torebkę żony, telefon komórkowy, kluczyki od samochodu i samochód. Nie brakowało żadnych ubrań, biżuterii czy bagażu. Pikap męża został przeszukany, ale okazał się czysty. W laboratorium kry minalistycznym badano właśnie śmieci rodziny Jones. RBCW Regionalne Bostońskie Centrum Wywiadowcze bardzo by chciało zajrzeć do rodzinnego komputera.

Na koniec D.D. dopisała: i zaginiony rudy kot.

Odsunęła się od białej tablicy. Wszyscy przyglądali jej się uważnie.

Kiedy nikt nie miał już niczego nowego do dodania, odłożyła pisak i odwróciła się do zastępcy komisarza wydziału zabójstw.

Sandry Jones nie ma już od ponad dwudziestu czterech godzin oświadczyła. Nie leży w żadnym tutejszym szpitalu ani kostnicy. W tym czasie nikt nie użył też jej kart kredytowych.

Przeszukaliśmy dom, podwórze, dwa pojazdy i okolicę. W tej chwili nie mamy ani jednego tropu co do miejsca jej pobytu.

Telefon komórkowy? warknął zastępca komisarza. Od jej operatora staramy się uzyskać dostęp do wszystkich usuniętych wiadomości w poczcie głosowej i wiadomości tekstowych, jak również do listy wszystkich połączeń przychodzących i wychodzących. W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin z telefonu komórkowego korzystała jedynie w sprawach zawodowych: próbowali się do niej dodzwonić różni członkowie grona pedagogicznego i uczniowie.

E mail? ciągnął

Clemente.

Wczoraj bez powodzenia próbowaliśmy uzyskać nakaz zajęcia rodzinnego komputera. Sędzia uzasadniła odmowę tym, że Sandra Jones za krótko jest zaginiona. Dziś rano ponownie złożymy wniosek, skoro upłynęły już wymagane dwadzieścia cztery godziny.

Strategia?

D.D. wzięła głęboki oddech, zerknęła na detektywa Millera. Przebywali tutaj już od piątej, przegrupowawszy się po zaledwie kilku godzinach desperacko potrzebnego snu. Przekroczenie granicy dwudziestu czterech godzin było czymś zarazem najlepszym i najgorszym, co im się mogło przytrafić.

Z jednej strony mogli oficjalnie otworzyć sprawę Sandry Jones. Z drugiej jednak szanse na odnalezienie kobiety, które do tej pory były jednak spore, zdążyły zmaleć o połowę. Teraz czekał ich wyścig z czasem, jako że z każdą kolejną minutą wszystko malowało się w coraz czarniejszych barwach.

Musieli ją znaleźć w ciągu następnych dwunastu godzin. W innym wypadku najprawdopodobniej będą szukać już tylko jej ciała.

Uważamy, że są dwa sensowne tryby postępowania oświadczyła D.D. Po pierwsze, sądzimy, że dziecko, Clarissa Jones, może mieć informacje dotyczące tego, co tamtej nocy wydarzyło się w jej domu. Musimy zmusić Jasona Jonesa do wyrażenia zgody na przesłuchanie dziewczynki, abyśmy mogli określić, co wie.

Jak macie zamiar to zrobić?

Zamierzamy mu powiedzieć, że albo pozwoli nam przesłuchać Clarissę, albo uznamy jego dom za miejsce przestępstwa i wyrzucimy stamtąd jego wraz z córką. Prawdopodobnie zgodzi się na przesłuchanie, chcąc zapewnić swemu dziecku stałe środowisko.

Clemente spojrzał na nią.

Nie, jeśli jest przekonany, że córka może zdradzić szczegóły, które go mogą obciążyć.

D.D. wzruszyła ramionami.

Tak czy inaczej zdobędziemy jakieś nowe informacje.

Clemente przez chwilę się zastanawiał.

Zgoda. Drugi tryb postępowania?

Wzięła kolejny głęboki oddech.

Zważywszy na obecny brak tropów, musimy zaapelować publicznie o pomoc. Minęły dwadzieścia cztery godziny. Nie wiemy, co się stało z Sandrą Jones. Najpewniejszym sposobem na zdobycie jakichkolwiek informacji jest zaangażowanie społeczeństwa. W tym celu chcielibyśmy utworzyć oficjalny oddział specjalny, który się zajmie tym mnóstwem tropów, jakie się pojawią. Potrzebna by nam była także pomoc innych agencji, aby wytypować osoby dowodzące lokalną ekipą poszukiwawczą, jak również inne możliwości prowadzenia śledztwa. Na koniec, o dziewiątej rano chcielibyśmy zwołać konferencję prasową, na której zaprezentowalibyśmy zdjęcia Sandry Jones, jak również numer linii specjalnej, pod którym czekalibyśmy na informacje. Istnieje oczywiście możliwość, że sprawa tego rodzaju zwróci na siebie uwagę całego kraju, no ale przecież może się to okazać przydatne.

Clemente przyglądał jej się z powątpiewaniem.

D.D. lekko rozluźniła napięte mięśnie, na tyle, żeby wzruszyć ramionami.

Kurde, Chuck, media i tak to w końcu zwietrzą. Równie dobrze możemy to zrobić na naszych warunkach. Clemente westchnął, wziął do ręki leżącą przed nim szarą papierową teczkę i zastukał nią kilka razy w stół.

Programy na kablówkach będą zachwycone. Będzie nam potrzebny specjalny funkcjonariusz odpowiedzialny za public relations stwierdziła D.D. Dziewięćdziesiąt pięć procent „wskazówek i informacji" będzie pochodzić od samotnych ludzi w czapeczkach z folii aluminiowej, sypiącymi jak z rękawa opowieściami o porwaniach przez UFO.

Już dość dawno nie mieliśmy od nich żadnych wieści powiedziała poważnie D.D. Może wyznaczylibyśmy drugiego funkcjonariusza do zaktualizowania ich adresów.

Clemente prychnął.

Nie mam na to budżetu, a oni i tak nigdy się nie ruszają z piwnic swoich matek. Ujął teczkę w obie dłonie. prasa będzie was pytać o męża. Co zamierzacie powiedzieć?

W obecnej chwili zajmujemy się wszystkimi tropami.

Zapytają, czy współpracuje z policją.

Co oznacza, że zadzwonię do niego o ósmej trzydzieści i zasugeruję, aby pozwolił nam przesłuchać córkę, tak bym mogła na to pytanie odpowiedzieć twierdząco i oszczędzić mu zmartwień.

A zarejestrowany przestępca seksualny?

D.D. się zawahała.

W obecnej chwili zajmujemy się wszystkimi tropami.

Clemente pokiwał głową.

Zuch dziewczyna. I żadnych odstępstw od tej linii postępowania. Ostatnie, czego nam trzeba, to przeciek, że mamy dwóch podejrzanych. Zaraz zaczną przedstawiać adwokatom uzasadnione wątpliwości.

D.D. kiwnęła głową. Nie miała ochoty wyrywać się z tym, że Jason Jones już to robi. Taki właśnie problem wiązał się z przedstawianiem sylwetek dwóch podejrzanych, i dlatego zapisali wszystko na ścieralnej białej tablicy, a nie w oficjalnym policyjnym raporcie. Kiedy już dojdzie do aresztowania, adwokat obrony ma prawo wglądu do wszystkich policyjnych raportów, a wtedy mógłby kusić ławę przysięgłych, że za całą sprawą stoi drugi podejrzany. No i proszę, zasiane ziarnko uzasadnionych wątpliwości, a to wszystko dzięki drobiazgowemu śledztwu skrupulatnego detektywa. Czasami jest się przednią szybą, a czasami rozbijającym się o nią robakiem.

A więc mówisz, że konferencja prasowa o dziewiątej? Clemente zerknął na zegarek, po czym wstał od stołu. Lepiej bierzmy się do roboty.

Stuknął teczką po raz ostatni, niczym sędzia odraczający rozprawę, A potem skierował się do drzwi, gdy tymczasem D.D. i Miller, nareszcie oficjalnie upoważnieni do utworzenia oddziału specjalnego i przyciśnięcia podejrzanego, rzucili się w wir pracy.

Telefon zadzwonił parę minut po ósmej. Jason odwrócił lekko głowę i spojrzał na aparat leżący na małym stoliku pod oknem. Powinien wstać i odebrać. Nie potrafił jednak znaleźć w sobie energii, żeby się ruszyć.

Przed nim na dywanie siedziała Ree z opróżnioną do połowy miską płatków Cheerios i wzrokiem przyklejonym do telewizora. Oglądała Smocze opowieści, przed nimi Clifforda wielkiego czerwonego psa, a jeszcze wcześniej Ciekawskiego George'a. Nigdy dotąd nie było jej wolno oglądać aż tyle telewizji, co w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Wczorajszego wieczoru obietnica obejrzenia bajki sprawiła, że dziewczynka była cała podekscytowana. Dziś rano miała po prostu tak samo szkliste spojrzenie jak jej ojciec.

Nie przybiegła korytarzem o szóstej trzydzieści i nie wspięła się na niego, śpiącego na brzuchu, i nie zapiszczała z radością czterolatki: Obudź się! Obudź się, obudź się, obudź się!Taaaaa tuuuuu siuuuu.

Obudź. Się!

To on pojawił się w jej pokoju o siódmej, by się przekonać, że leży w łóżku z szeroko otwartymi oczami. Wpatrywała się w sufit, jakby zapamiętywała deseń ptaszków i motyli fruwających po pomalowanym skosie. Podniósł roletę, wpuszczając do pokoju kolejny chłodny marcowy dzień.

Wyjął z szafy szlafrok z różowego polaru. Bez słowa wstała z łóżka, założyła szlafrok, poszukała kapci i zeszła za nim na dół. Odgłos wysypywanych z pudełka płatków wydał się niezwykle głośny.

Także i mleko ze strasznym hałasem wlało się do miski w stokrotki. Jason nie wiedział, jak wytrzymają odgłos uderzającej o miskę łyżki, ale jakoś dali radę.

Ree poszła ze swoją miską do pokoju dziennego i bez pytania włączyła telewizor. Tak jakby wiedziała, że on jej tego nie zabroni. I nie zabronił. Nie mógł się jakoś przemóc, żeby powiedzieć: Siadaj przy stole, młoda damo. Telewizja cię ogłupi, dziecko. No dalej, zjedzmy prawdziwy posiłek.

Jakoś jednak ogłupienie wydawało się mniejszym problemem w porównaniu z tym, co ich czekało dziś rano drugi dzień bez Sandry. Drugi dzień bez mamy Ree i jego żony, kobiety, która trzydzieści sześć godzin temu celowo wyczyściła swoje konto internetowe. Kobiety, która najprawdopodobniej od nich odeszła.

Raz jeszcze zadzwonił telefon. Tym razem Ree odwróciła się i wpatrywała w ojca. Jej spojrzenie było lekko oskarżycielskie. Mówiło, że jako osoba dorosła powinien być mądrzejszy.

W końcu więc zwlókł się z sofy i poszedł po słuchawkę. To była oczywiście sierżant Warren.

Dzień dobry, panie Jones.

Nie taki dobry odparł.

Jak mniemam, spędził pan produktywną noc w pracy.

Zrobiłem to, co musiałem. Wzruszył ramionami.

Jak się ma dzisiaj pańska córka?

Znaleźliście moją żonę, pani sierżant?

Cóż, nie…

W takim razie do rzeczy.

Usłyszał, jak bierze głęboki oddech.

No dobrze, jako że minęły już więcej niż dwadzieścia cztery godziny, powinien pan wiedzieć, że pańska żona została oficjalnie uznana za osobę zaginioną.

Szczęściara z niej mruknął.

W pewnym sensie owszem. Teraz możemy otworzyć sprawę i zaangażować większe środki.

Zatem o dziewiątej organizujemy konferencję prasową, na której ogłosimy zaginięcie pańskiej żony.

Zesztywniał. Poczuł, jak jej słowa uderzają go między oczy, silny, celny cios. Otworzył usta, żeby zaprotestować, po czym je zamknął. Zacisnął palce na grzbiecie nosa i udawał, że kłucie w oczach to coś innego niż łzy.

W porządku powiedział cicho. Dotarło do niego, że powinien zacząć dzwonić. Zatrudnić prawnika.

Zacząć planować, co z Ree. Wcisnął bezprzewodową słuchawkę głębiej między ramię i ucho i poszedł

do kuchni, z dala od nasłuchującego dziecka.

Otworzył lodówkę, przyłapał się na tym, że przygląda się puszkom ulubionego napoju Sandry, Dr.

Peppera, i z powrotem ją zamknął.

Oczywiście mówiła właśnie sierżant Warren byłoby świetnie, gdyby to pan zaapelował do społeczeństwa. Nadałoby to sprawie osobisty charakter i tym podobne. Moglibyśmy zorganizować tę konferencję przed waszym domem. Mógłby w niej wziąć udział zarówno pan, jak i Ree zakończyła uprzejmie. Nie, dziękuję.

Nie, dziękuję? W jej głosie słychać było zaskoczenie, ale oboje wiedzieli, że jest udawane.

Troszczę się przede wszystkim o córkę. Nie sądzę, aby korzystnie podziałał na nią ten cały medialny cyrk. Uważam także, że widok dziennikarzy biegających po naszym ogródku i wtracających się w nasze prywatne sprawy byłby dla niej mocno traumatyczny. Dlatego też jestem zdania, że najlepiej będzie, jeśli zostanę w domu i przygotuję ją na to, co się wydarzy.

A sądzi pan, że co się wydarzy? zapytała sierżant Warren, wyraźnie się z nim drażniąc.

Pokażecie zdjęcie mojej żony w telewizji i gazetach. Jego kopie zostaną rozdane i porozwieszane w całym mieście. Zorganizuje się ekipy poszukiwawcze. Zgłoszą się do nich na ochotnika ludzie ze szkoły Sandry. Sąsiedzi będą zaglądać z czymś do jedzenia i nadzieją na informacje samego źródła.

Poprosicie o odzież dla ekip z psami. Poprosicie o włosy dla testów DNA, gdybyście mieli odkryć ludzkie szczątki. Poprosicie o zdjęcie całej rodziny, ponieważ takie mediom spodoba się bardziej niż ujęcie samej Sandy. Następnie wozy transmisyjne zaczną parkować przed moim domem z lampami studyjnymi zapalanymi codziennie od czwartej rano. I będziecie musieli wyznaczyć mundurowych do niedopuszczania hord poza linię graniczną mojej posiadłości, które będą stać przez osiemnaście godzin na dobę, wykrzykując pytania w nadziei, że w jakiś magiczny sposób im odpowiem. Jeśli stanę się własnym rzecznikiem, wszystko, co powiem, zostanie w sądzie użyte przeciwko mnie. Z drugiej jednak strony, jeśli wynajmę prawnika, będzie to wyglądało tak, jakbym coś ukrywał. Pod moim domem zacznie powstawać pomnik. Ludzie będą podrzucać kwiaty, liściki, maskotki, wszystko oczywiście dla Sandy. Następnie rozpoczną się czuwania ze świeczkami, w trakcie których pełne dobrych chęci duszyczki będą się modlić za bezpieczny powrót mojej żony. Prawdopodobne jest też to, że swoje usługi zaoferuje kilku jasnowidzów. No i jeszcze pojawią się młode damy, które zaczną mi przysyłać kartki z kondolencjami, jako że dziwnie uwodzicielski wyda im się urok samotnego ojca, szczególnie, że nie wiadomo,czy to ja zrobiłem krzywdę swojej żonie, czy nie ja. Nie przyjmę, rzecz jasna, ich propozycji darmowej opieki nad dzieckiem.

Przez dłuższą chwilę panowała cisza.

Wygląda na to, że ten proces jest panu dobrze znany odezwała się w końcu D.D.

Należę do świata mediów. Oczywiście, że jest mi dobrze znany.

Tańczymy, pomyślał leniwie. Oczami wyobraźni zobaczył sierżant D.D. Warren wirującą wokół niego w różowej sukni do flamenco, podczas gdy on stoi w miejscu, ubrany na czarno, próbując wyglądać na silnego i spokojnego, a tak naprawdę nie zna kroków.

Oczywiście teraz, kiedy śledztwo przyspiesza powiedziała D.D. ważne jest, abyśmy jak najszybciej zdobyli jak najwięcej informacji. Rozumie pan, że z każdą mijającą godziną maleją szanse na odnalezienie pańskiej żony.

Rozumiem, że nieodnalezienie jej wczoraj zmniejszyło te szanse niemal do zera.

Chce pan coś do tego dodać? zapytała cicho sierżant Warren.

Nie, psze pani odparł i natychmiast tego pożałował. Jak zwykle, kiedy używał zwrotów z rodzinnych stron, przeciągnął samogłoski na południowy sposób.

Sierżant Warren przez chwilę milczała. Zastanawiał się, czy to znaczyło, że ona także wychwyciła tę południową naleciałość.

Będę z panem szczera powiedziała nagle. Szczerze w to wątpił, ale uznał, że nie musi wypowiadać tego na głos.

Niezwykle ważne jest to, abyśmy przesłuchali Ree. Zegar tyka, a możliwe, że córka jest jedynym świadkiem tego, co się przydarzyło pańskiej żonie. Wiem.

W takim razie z całą pewności zgodzi się pan na umówione na dziesiątą spotkanie z psychologiem sądowym. Nazywa się Marianne Jackson i jest znakomita w tym, co robi.

Zgoda.

Cisza.

Zgadza się pan?

Tak.

Usłyszał długie westchnienie. A potem pani sierżant nie mogła się powstrzymać, by nie zapytać: Panie Jones, kiedy prosiliśmy o to pana wczoraj, pan odmówił. Skąd ta zmiana zdania?

Ponieważ się o nią martwię.

O żonę?

Nie. O córkę. Myślę, że niezbyt dobrze to znosi. Być może pomoże jej rozmowa ze specjalistą. Nie jestem potworem, pani sierżant. I na sercu leży mi dobro mojej córki.

W takim razie o dziesiątej. U nas. Lepszy jest neutralny teren.

Tatusiu?

Nie musi mnie pani o tym przekonywać rzekł do słuchawki, po czym odwrócił się i zobaczył, że w drzwiach stoi Ree, wpatrując się w niego z takim wyrazem twarzy, jaki mają dzieci, kiedy wiedzą, że mówi się właśnie o nich. Dziś rano porozmawiamy z pewną miłą panią powiedział, odsuwając słuchawkę od ust. Nie martw się, kochanie, wszystko będzie dobrze.

Coś słychać przy drzwiach, tatusiu.

Co?

Coś słychać. Przy drzwiach. Nie słyszysz?

Wtedy usłyszał. Odgłos szurania, drapania, jakby ktoś próbował się dostać do środka.

Muszę kończyć rzucił do słuchawki. A potem, nie czekając na reakcję D.D., rozłączył się i odłożył

telefon. Do pokoju dziennego. Natychmiast, kochanie, mówię poważnie.

Gestem pokazał Ree, aby siadła na podłodze przy sofie, a sam stanął pomiędzy nią a ciężkimi stalowymi drzwiami wejściowymi. Znowu usłyszał drapanie i przylgnął płasko do ściany obok okna, starając się nie wyglądać na zaniepokojonego, gdy tymczasem każdy nerw jego ciała podskakiwał w panice. Pierwsze, co dostrzegł, kiedy wyjrzał na dwór, to nieoznaczony samochód policyjny stojący przy krawężniku; dyżurujący policjant siedział spokojnie, sącząc poranną kawą. Stwierdził także brak jakiegokolwiek śladu człowieka przed domem.

Ale ponownie usłyszał ten dźwięk. Szuranie, drapanie, a potem…

Miau.

Ree zerwała się na równe nogi.

Miau…

Popędziła do drzwi. Poruszała się szybciej, niż mógłby to sobie wyobrazić. Chwyciła za gałkę rozgorączkowanymi paluszkami i szarpała, szarpała, szarpała, gdy tymczasem on zmagał się z zamkami.

Ree otworzyła drzwi i do środka wpadł Pan Smith.

Miauuu!

Pan Smith, Pan Smith, Pan Smith! Dziewczynka otoczyła ramionami rudą bestię i ścisnęła tak mocno, że Pan Smith głośno zaprotestował.

A potem równie szybko go puściła, rzuciła się na podłogę i wybuchła płaczem.

Ale ja chcę do mamusi! zawodziła błagalnie. Ja chcę do mamy!

Jason przykucnął i wziął córkę na kolana. Gładził jej ciemne kręcone włoski i tulił mocno, gdy tymczasem ona zanosiła się płaczem.

Rozdział 13

Po raz pierwszy zdradziłam Jasona, kiedy Ree miała jedenaście miesięcy. Nie mogłam już dłużejwytrzymać. Bezsennych nocy, wyczerpującego rytuału karmienia, doglądania, przewijania,karmienia, doglądania, przewijania. Wcześniej zapisałam się na internetowy kurs w college'u i kiedytylko nie opiekowałam się dzieckiem, pisałam wypracowanie, szukałam materiałów na dany temat,próbowałam sobie przypomnieć matematykę.

Byłam zarówno niesamowicie wycieńczona, jak i niewiarygodnie spięta. Podenerwowana, jakbyskóra głowy uciskała mi mózg. Dostrzegałam wszystko, od jedwabistości różowego kocyka Ree doostrego bólu pod prysznicem, gorących igiełek wody kłujących mi piersi.

Co gorsza miałam uczucie, jakby w mojej głowie panowała coraz większa ciemność. Aż w końcu wkażdym kącie mego własnego domu zaczęłam czuć przesłodzony zapach gnijących róż i bałam sięzasnąć, ponieważ wiedziałam, że obudzę się, słysząc płynący przez korytarz głos matki: „Wiem coś, oczym wy nie wiecie. Wiem coś, o czym wy nie wiecie…"

Pewnego dnia złapałam się na tym, że stoję przy zlewie w kuchni i szoruję dłonie drucianą szczotką.

Próbowałam usunąć własne odciski palców, próbowałam zdrapać ze skóry DNA. I dotarło do mnie,że tym właśnie jest ta ciemność to moja matka, moja własna matka zapuszczająca korzenie w mojejgłowie.

Są tacy ludzie, których nie wystarczy zabić jeden raz. Powiedziałam Jasonowi, że muszę wyjechać.

Na dwadzieścia cztery godziny. Może do hotelu, gdzie mogłabym się porządnie wyspać, zamówićjedzenie do pokoju, złapać oddech. Pokazałam mu broszurkę spa przy hotelu Four Sasons w centrum,wraz z listą zabiegów. Wszystko było absurdalnie drogie, ale wiedziałam, że Jason mi tego nieodmówi. I tak właśnie się stało.

Wziął wolne na piątek i sobotę, żeby zostać z Cłarissą. Nie spiesz się do domu powiedział mi.

Zrelaksuj się. Ja to rozumiem, Sandy, naprawdę.

Pojechałam więc do hotelu kosztującego czterysta dolarów za dobę, a potem na Newbury Street,gdzie za pieniądze przeznaczone na spa kupiłam zamszową mini, czarne szpilki Kate Spade i srebrną,wyszywaną cekinami bluzkę z odkrytymi plecami, do której nie zakładało się stanika. Następnieobrałam sobie za cel Armani Bar i dalej poszło już łatwo.

Pamiętacie, wciąż miałam jedynie dziewiętnaście lat. Przypomniałam sobie wszystkie sztuczki, awierzcie mi, dużo ich znam. Dziewczyna taka jak ja w bluzce bez pleców i szpilkach. Zaczęłamwieczór, przyciągając męską uwagę, i tak też było do drugiej w nocy: wychylałam kolejne kieliszkiwódki Grey Goose i wykonywałam taniec erotyczny dla sprośnych starszych facetów i młodziutkichstudentów z bostońskiego uniwersytetu.

Swędziała mnie skóra. Czułam, że zaczyna płonąć, im więcej tańczyłam, im więcej kręciłambiodrami, gdy dłonie jakiegoś nieznajomego zaciskały się na moich pośladkach, gdy jego kroczeocierało się o moje strategicznie rozchylone nogi. Miałam ochotę całą noc tańczyć.

Miałam ochotę pieprzyć się tak mocno, aż zapomnę własne imię, aż będę krzyczeć z wściekłości ipragnienia.

Miałam ochotę pieprzyć się tak mocno, aż eksploduje mi głowa i ta ciemność w końcu zniknie.

Nie spieszyłam się z ostatecznym wyborem. Na pewno niejeden z tych starszych gości. Oni bylidobrzy do kupowania drinków, ale padliby pewnie na zawał, próbując dotrzymać tempa dziewczynietakiej jak ja. Wyszłam w towarzystwie jednego z młodych studentów. Same mięśnie, rozszalałytestosteron i niemądry uśmiech w stylu „nie mogę uwierzyć, że ona naprawdę wychodzi ze mną".

Pozwoliłam się zabrać do jego akademika, gdzie mu pokazałam, co można zrobić, zwisając z dolnejpryczy piętrowego łóżka. Kiedy skończyłam z nim, bzyknęłam się także z jego współlokatorem.

Kawaler numer jeden był zbyt oszołomiony, żeby się skarżyć, a jego kolega, z wyglądu maniakkomputerowy, zupełnie pozbawiony mięśni, okazał się niezwykle wdzięczny i na swój sposóbużyteczny. Wyszłam krótko po nadejściu świtu. Na klamce w ramach małej pamiątki zostawiłamróżowe stringi, po czym poszłam na przystanek i wróciłam metrem do hotelu. Portier niemal wpadł

w szał na mój widok. Pewnie sądził, że jestem dziwką czy też, przepraszam najmocniej, luksusowącall girl, co, gdyby się nad tym dłużej zastanowić, wcale nie byłoby dla mnie taką złą pracą. Aleponieważ dysponowałam kluczem do pokoju, nie miał wyjścia i musiał mnie wpuścić.

Poszłam do swojego pokoju, umyłam zęby, wzięłam prysznic, jeszcze raz umyłam zęby, a potempadłam na łóżko i spałam pięć godzin bez żadnego ruchu. Leżałam jak nieżywa. A kiedy sięobudziłam, po raz pierwszy od miesięcy czułam, że jestem przy zdrowych zmysłach.

A więc zrobiłam coś sensownego. Zawinęłam razem spódniczkę, szpilki i bluzkę i wyrzuciłam je.

Jeszcze raz wzięłam prysznic, szorując dłonie, które czuć było spermą i potem, i wódką z limonką.

Następnie posmarowałam pachnącym pomarańczami balsamem posiniaczone żebra, podrapanemęskim zarostem uda, ugryzione ramię. I założyłam szare sztruksy i lawendowy golf, i wróciłam domęża.

Będę grzeczna, mówiłam sobie przez całą drogę do Southie. Od teraz będę grzeczna. Ale już wtedywiedziałam, że to powtórzę.

Prawda jest taka, że wcale nietrudno żyć w kłamstwie.

Na powitanie pocałowałam męża w policzek. Jason również mnie cmoknął i zapytał uprzejmie, jakmi minął weekend.

Czuję się teraz znacznie lepiej odparłam zgodnie z prawdą.

Cieszę się powiedział.

A ja zrozumiałam, patrząc w jego ciemne oczy, że wie dokładnie, co zrobiłam. Nie dodał jednak nicwięcej, i ja też nie. To właśnie stanowi część życia w kłamstwie człowiek się do niego nie przyznaje.

Pozwala mu pozostać i obchodzi go niczym słonia na środku pokoju.

Poszłam na górę. Rozpakowałam się. Wzięłam na ręce córkę i przytuliłam ją do siebie. I gdy taksiedziałam, czytając jej Uciekającego króliczka i całując delikatnie w czubek głowy, odkryłamdziwka czy nie, cudzołożnica czy nie że moja córka jest dokładnie taka sama jak wcześniej, pachniedokładnie tak samo, kocha mnie dokładnie tak samo.

Z powodu zwykłej grzeczności przez cały następny tydzień ubierałam się i rozbierałam tylko wtedy,gdy byłam sama. Jason z kolei spędził go przy komputerze korzystał z niego praktycznie aż do rana,wyraźnie mnie unikając. Gdzieś w okolicach siódmego czy ósmego wieczoru, kiedy ślady pougryzieniach praktycznie zniknęły, a ja nadal budziłam się w pustym łóżku, uznałam, że to się ciągnieza długo. Kochałam Jasona. Naprawdę go kochałam wierzyłam, że on mnie także kocha. Że mnienaprawdę kocha. Po prostu nie zamierzał nigdy uprawiać ze mną seksu. Cóż za ironia. Ten jedynymężczyzna, który w końcu obdarzył mnie szacunkiem, współczuciem i zrozumieniem, był zarazemtym, który w ogóle nie pragnął mojego ciała. Ale miłość to jednak miłość, no nie? A według Beatlesówto przecież jedyne, czego nam trzeba.

Założyłam szlafrok i zeszłam po cichu na dół. Chciałam poprosić męża, aby wrócił do łóżka.

Znalazłam go jak zwykle pochylonego nad rodzinnym komputerem.

Zauważyłam, że policzki ma zarumienione, a oczy błyszczące. Miał otwarte przed sobą różnegorodzaju dokumenty finansowe, włącznie z internetowym wnioskiem o wydanie karty kredytowej.

Wynoś się stąd oświadczył ostro, a zważywszy na ton jego głosu, zrobiłam dokładnie to, co mikazał.

Cztery godziny później siedzieliśmy obok siebie w kuchni, jedząc na śniadanie płatki. Reegaworzyła w automatycznej huśtawce. Żadne z nas nie odezwało się ani słowem.

On gryzł. Ja gryzłam. A potem on wyciągnął rękę i bardzo powoli ujął moją dłoń. I znowu wszystkobyło dobrze, tak po prostu. Pewnie aż do następnego razu, kiedy będę musiała zniknąć w hotelowympokoju. Do następnego razu, kiedy on będzie musiał zniknąć w komputerze.

Ciekawe, czy w jego głowie rosła ciemność. Ciekawe,czy kiedykolwiek czuł zapach gnijących róż iprzeklinał kolor swoich oczu i gładkość swej skóry. Nie pytałam go o to. Nigdy bym go o to niezapytała.

Pierwsza zasada kłamstwa, pamiętacie? Człowiek nigdy się do niego nie przyznaje.

I uświadomiłam sobie nad miską rozmiękłych płatków, że potrafię tak żyć. Rozczłonkowana. Tutaj,ale osobno. Razem, ale sama. Kochająca, lecz wyizolowana. Bądź co bądź tak właśnie żyłam przezwiększość swoich dni. W domu, gdzie moja matka mogła pojawić się w środku nocy, aby wyczyniaćnieopisane rzeczy ze szczotką do włosów. W którym kilka godzin później siedziałyśmy naprzeciwkosiebie, dzieląc się przy śniadaniu talerzem maślanych ciasteczek.

Moja matka dobrze mnie przygotowała na takie życie. Zerknęłam na mego męża chrupiącegoCheerios. Zastanawiałam się, kto przygotował jego.

Konferencja prasowa bostońskiego wydziału policji zaczęła się trzy minuty po dziewiątej. Jason wiedział, kiedy dokładnie się zakończyła, ponieważ wtedy zadzwoniła jego komórka.

Nie oglądał briefingu. Kiedy już otarł córce łzy i nakarmił mocno wygłodniałego Pana Smitha, zapakował oboje do volvo Sandy. Kot ułożył się w miejscu, gdzie docierało słońce, i natychmiast zasnął to niezwykle rzadkie, ale on rzeczywiście lubi! jazdę samochodem. Dziewczynka z kolei siedziała w swoim foteliku i tuliła do piersi króliczka Lil'Bunny, wpatrując się jednocześnie w Pana Smitha, jakby siła woli zmuszała go do pozostania na miejscu. Jason siadł za kierownicę jedynie dlatego, że musiał się jakoś dostać na miejsce. Miał wrażenie, jakby znajdował się na otwartych równinach Kansas i obserwował zbliżające się tornado, nie mogąc usunąć mu się z drogi. Mógł jedynie patrzeć, jak niebo ciemnieje, czuć pierwsze podmuchy wiatru na twarzy.

Policja zwołała konferencję prasową. Machina medialna powoli, ale nieubłaganie ruszała. Nie mógł

nic na to poradzić. Ani on, ani nikt inny.

Ponownie zadzwonił jego telefon. Zerknął na wyświetlacz ogarnięty coraz większym uczuciem fatalizmu.

Spojrzał na odbicie córki w lusterku wstecznym i zauważył poważny wyraz jej twarzy, gdy próbowała się cieszyć obserwowaniem śpiącego kota, podczas gdy tak naprawdę najbardziej na świecie pragnęła przytulić się do swojej matki.

Otworzył telefon i przyłożył go do ucha.

Witaj, Greg.

Kurwa mać wykrzyknął mu do ucha główny redaktor działu wiadomości w „Boston Daily".

Czemu nam nic nie powiedziałeś, Jason? Kurczę, jesteśmy jak rodzina… Przecież byśmy zrozumieli.

To trudny czas odparł automatycznie Jason, mając wrażenie, jakby te słowa mówił z pamięci, tak jak kiedyś, dawno temu. Chcesz być na pierwszej stronie? Będzie cięto tylko kosztować życie.

Twoje albo może twojego dziecka. Albo twojej żony.

O co tu chodzi, Jason? I nie pytam jak redaktor dziennikarza. Wiesz, że nie zrobiłbym ci tego.

Kolejne kłamstwo. Następne dni będą obfitować w łgarstwa. Mówię jako członek dziennikarskiej rodziny, facet, który widział zdjęcia twojej rodziny, i wie, jak bardzo ją kochasz. Trzymasz się jakoś?

Staram się myśleć tylko o dniu dzisiejszym wyrecytował spokojnie Jason.

Jakieś wieści? Muszę przyznać, że policja mówiła cholernie ogólnikowo.

Mamy nadzieję, że upublicznienie sprawy dostarczy jakichś tropów odparł Jason.

A twoja córka? Clarissa? Jak ona się trzyma? Potrzebna ci pomoc, Jason?

Dzięki za propozycję. Staramy się myśleć tylko o dniu dzisiejszym.

Jason… Jason, chłopie.

Nie będę mógł przyjechać dziś wieczorem do pracy, Greg.

Oczywiście! Kurwa mać, oczywiście, że to rozumiemy. Musisz wziąć tydzień wolnego, może nawet więcej. Powiedz tylko słowo, a możesz na nas liczyć. Tylko o nas nie zapominaj, okey, chłopie? News na pierwszą stronę, wywiad z mężem na pierwszej stronie, okey, chłopie?

Dziękuję za zrozumienie.

Możesz na nas liczyć, Jason. Powiedz tylko słowo, a zrobimy. jak zechcesz. Wierzymy w ciebie, chłopie. No bo przecież myśl, że miałbyś w jakikolwiek sposób skrzywdzić Sandrę…

Dziękuję za zrozumienie. Jason się rozłączył.

Kto to? zapytała Ree.

Były szef tatusia odparł Jason. I naprawdę tak uważał.

Siedziba głównego bostońskiego wydziału policji mieściła się w wielkim szkaradzieństwie ze szkła i granitu, wybudowanym w samym środku dzielnicy mieszkaniowej Roxbury z nadzieją, że przytłaczająca obecność stróżów prawa pomoże procesowi podnoszenia statusu tej podupadłej części śródmieścia. Jednak zarówno pracownicy budynku, jak i jego goście najczęściej obawiali się o własne życie.

Jason z niepokojem przyjrzał się parkingowi. Nie spodziewał się, że po wyjściu z przesłuchania zastanie volvo w stanie nienaruszonym. No i oczywiście martwił się o kota.

W ciągu ostatnich trzydziestu sześciu godzin Pan Smith z całą pewnością wykorzystał co najmniej jedno ze swoich dziewięciu żyć. Kto wie, ile jeszcze mu ich zostało? Nie powinniśmy tu być, tatusiu odezwała się Ree, kiedy wysiadła z samochodu, ściskając w dłoni króliczka. Popękany w wielu miejscach asfalt na parkingu otaczały betonowe bariery.

Wystrój wnętrz był rodem z Bejrutu. Jason zastanawiał się przez chwilę, po czym sięgnął do samochodu po swój notes i czerwony mazak Ree. Wyrwał dwie kartki i napisał na nich dużymi literami: KWARANTANNA: Wściekły kot. Uwaga. Nie dotykać.

Jedną kartkę umieścił z przodu auta, drugą z tyłu. Następnie spojrzał na Pana Smitha, który otworzył

jedno leniwe bursztynowe oko, ziewnął i wrócił do spania.

Bądź grzecznym wściekłym kotem mruknął Jason, po czym zdecydowanie ujął Ree za rękę i poszli razem w stronę przejścia dla pieszych.

Gdy się zbliżali do olbrzymiego szklanego budynku, zwolnił kroku. Nic nie mógł na to poradzić.

Spojrzał na rączkę córki bezpieczną w jego dłoni i pomyślał, że pięć ostatnich lat minęło zbyt szybko i jednocześnie zbyt wolno. Pragnął cofnąć czas. Pragnął cofnąć wszystkie przeżyte chwile i przycisnąć je mocno do siebie, ponieważ zbliżało się tornado. Coraz szybciej. A on nie był w stanie usunąć mu się z drogi.

Przypomniał sobie pierwszy raz, kiedy córka chwyciła jego palec, zaledwie godzinę po przyjściu na świat: jej niemożliwie maleńka rączka zaciskała się z determinacją na jego absurdalnie dużym palcu wskazującym. Przypomniał sobie te same paluszki rok później, doznające pierwszego oparzenia, kiedy Ree chwyciła za świeczkę na swoim urodzinowym torcie, nim on czy Sandy zdążyli ją ostrzec, że jest gorąca. I przypomniał sobie pewne popołudnie, kiedy sądził, że mała śpi i zalogował się do Internetu, przeczytał zbyt wiele smutnych historii o smutnych dzieciach i zaczął płakać pochylony nad stołem w kuchni. Nagle obok niego znalazła się Ree, a jej dwuletnie rączki zaczęły ocierać łzy z jego twarzy.

Nie bądź smutny, tatusiu wyszeptała spokojnie. Nie bądź smutny.

A widok jego łez na malutkich palcach córki niemal znowu doprowadził go do płaczu.

Chciał z nią teraz porozmawiać. Chciał powiedzieć, że ją kocha. Chciał powiedzieć, żeby mu zaufała, że z nim będzie bezpieczna. Jakoś to zrobi. Jakoś sprawi, że świat znowu będzie przyjazny.

Chciał jej podziękować za cztery piękne lata, za to, że najlepszą dziewczynką na świecie. Za to, że była jego słoneczkiem, radością i miłością jego życia. Dotarli do szklanych drzwi. Jej palce drgały nerwowo w jego dłoni.

Jason spojrzał na córkę.

Ostatecznie nie powiedział jej nic z tego, o czym myślał. Zamiast tego dał najlepszą możliwą radę.

Bądź dzielna rzekł i otworzył drzwi.

Rozdział 14

Po konsultacji z Marianne Jackson, psychologiem sądowym, D.D. zaanektowała pomieszczenie z wydziału przestępstw gospodarczych. Było tam ładniej niż w jakimkolwiek pokoju w wydziale zabójstw i miała nadzieję, że dziecko nie będzie w nim aż tak przestraszone. Marianne przyniosła ze sobą dwa dziecięce składane krzesełka, kolorowy dywanik w kształcie kwiatu i kosz pełen rozmaitych samochodów, lalek i przyborów do rysowania. Nie minęło dziesięć minut, a przekształciła to miejsce w całkiem fajny dziecięcy pokoik. Na D.D. zrobiło to wrażenie.

Była zadowolona z porannej konferencji prasowej. Celowo jej nie przeciągała. Na tym etapie mniej znaczyło więcej. Mniej insynuacji mogących prześladować ich później, gdyby zdecydowali, że to zarejestrowany przestępca seksualny jest ich podejrzanym, a nie mąż albo oby nie jeszcze ktoś inny, na razie niezidentyfikowany. Poza tym ich głównym celem było zwiększenie liczby oczu i uszu aktywnie szukających Sandry Jones. Znaleźć żonę żywą i wszystkim oszczędzić bólu głowy. Po trzydziestu siedmiu godzinach śledztwa D.D. miała jeszcze nadzieję. Nie żeby wielką. Ale jednak.

Teraz skrzętnie ułożyła notes i dwa długopisy na stole w pokoju obserwacyjnym. Miller już tam był; siedział na krześle stojącym najbliżej drzwi i sprawiał wrażenie zatopionego w myślach, sądząc po rytmicznym gładzeniu wąsów. Pomyślała, że powinien je zgolić. Tego typu wąsy praktycznie aż krzyczały o jasnoniebieski garnitur sportowy, a naprawdę nie miała ochoty oglądać detektywa Briana Millera w jasnoniebieskim garniturze sportowym. Nic jednak nie powiedziała. Mężczyźni bywali bardzo drażliwi na punkcie swojego zarostu.

D.D. zaczęła pstrykać długopisami. Głośniki włączone, dzięki czemu słyszeli, co się dzieje w pokoju przesłuchań. Z kolei Marianne dostała maleńką słuchawkę, aby oni mogli przez bezprzewodowy mikrofon zadawać jej dodatkowe pytania. Marianne zdążyła już ich ostrzec, aby byli skupieni.

Niepisaną zasadą przesłuchiwania dzieci było pięć minut na rok wieku dziecka, co znaczyło, że mieli jakieś dwadzieścia minut na odkrycie wszystkiego, co wiedziała Clarissa Jones, czteroletni potencjalny świadek.

Zawczasu ustalono strategię: najpierw pytania kluczowe w celu określenia wiarygodności i potencjału Clarissy jako świadka, następnie coraz bardziej szczegółowe, dotyczące ostatnich godzin Sandry Jones w środę wieczorem. To było sporo jak na przewidziany czas, ale Marianne położyła nacisk na skrupulatność kolejne spotkania z dziecięcym świadkiem niosły ze sobą ryzyko. Adwokat obrony może wtedy argumentować, że kilka przesłuchań, które się okazały potrzebne dla zdobycia bardziej szczegółowych informacji, stanowiły jedynie okazję do zasypywania pytaniami, przymilania się i przekupywania młodej podatnej na wpływy osoby. Marianne dała im maksymalnie dwa podejścia, jeśli chodzi o rozmowę z dzieckiem, a D.D. zdążyła już jedno wykorzystać, wypytując Clarissę w jej domu w czwartek rano. A więc to by było na tyle. Dyżurujący na dole sierżant powiadomił ich, że zjawili się Jason i jego córka. Marianne od razu zeszła, aby ich przyprowadzić na górę, nim Ree poczuje się przytłoczona samą obecnością w siedzibie policji. Niektóre dzieci fascynowali mężczyźni i kobiety w mundurach. Wiele jednak czuło onieśmielenie i strach. Rozmowa z nieznajomą osobą była wystarczająco trudna i bez tego.

D.D. i Miller usłyszeli kroki na korytarzu. Oboje odwrócili się wyczekująco w stronę drzwi i pomimo najlepszych intencji D.D. ogarnęło zdenerwowanie. Przesłuchiwanie dziecka było dwadzieścia razy gorsze niż stawanie twarzą w twarz z przedstawicielami mediów czy nowym zastępcą komisarza. Nie przejmowała się dziennikarzami i nowym zwierzchnikiem najczęściej też nie. W przypadku dzieci czuła jednak coś innego.

Gdy po raz pierwszy przesłuchiwała dziecko, jedenastoletnia dziewczynka zapytała, czy chce zobaczyć jej menu; następnie wyjęła z tylnej kieszeni spodni karteczkę złożoną w niesamowicie mały kwadrat. To było menu czynności seksualnych sporządzone przez ojczyma dziecka: robota ręczna dwadzieścia pięć centów, seks oralny pięćdziesiąt centów, bzykanie jeden dolar. Jakiś czas temu dziewczynka zabrała dwadzieścia dolarów z portfela ojczyma. W ten sposób pozwalał jej spłacić dług.

Tyle że kiedy ostatnim razem wykonała „usługę", on odmówił zapłaty, i to tak ją wkurzyło, że poszła na policję. Och, te wszystkie smutne historie opowiedziane w tym pokoju…

Kroki zatrzymały się przed drzwiami. D.D. usłyszała Marianne.

Clarisso, byłaś już kiedyś w magicznym pokoju?

Brak odpowiedzi, D.D. założyła więc, że Ree pokręciła głową.

Zabiorę cię teraz do wyjątkowego pokoju. Jest w nim ładny dywanik, dwa krzesła, może jakieś zabawki, które byś chciała obejrzeć. Ale to także bardzo wyjątkowy pokój z wyjątkowymi zasadami.

Opowiem ci o nich, ale najpierw musisz pożegnać się z tatusiem. On będzie na ciebie czekał w pokoju obok, bardzo blisko, gdybyś go potrzebowała, ale ten magiczny pokój jest tylko dla mnie i dla ciebie.

Nadal żadnej odpowiedzi. A jak ma na imię ten tu kolega? Och, przepraszam, to panienka Lil'

Bunny? Powinnam była od razu się domyślić po różowej sukience, że to dziewczynka. No dobrze, Lil'

Bunny, lubisz wielkie różowe kwiaty? Bo wyglądasz mi na króliczkę, której spodoba się taki naprawdę wielki różowy kwiat. No po prostu olbrzymi. Taki kwiat, który trzeba zobaczyć na własne oczy.

Naprawdę? Cóż, chodź, pokażę ci. I wytłumaczę, o co chodzi w magii.

Drzwi się otworzyły. Do środka wszedł Jason Jones. Ojciec Clarissy szedł sztywno, jakby poruszał się na autopilocie. Jego twarz ponownie pozbawiona była wyrazu i D.D. nie potrafiła się zdecydować, czy to skończony psychopata, czy też najbardziej opanowany człowiek, jakiego miała okazję poznać.

Zamknął za sobą ciężkie drzwi, następnie popatrzył nieco nieufnie na D.D. i Millera. D.D. przekręciła wydrukowane pozwolenie i przesunęła po stole w jego stronę, razem z czarnym piórem.

To dokument, w którym wyraża pan zgodę, aby wykwalifikowany psycholog sądowy przepytał

pańskie dziecko w imieniu bostońskiej policji.

Jason posłał jej takie spojrzenie, jakby go zaskoczył fakt, że jego pozwolenie w ogóle coś znaczy.

Bez słowa podpisał jednak dokument, oddał go jej, po czym zajął miejsce pod ścianą, najdalej od okna obserwacyjnego. Oparł się o nią z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Jego wzrok powędrował ku oknu, przez które widział, jak Marianne i Ree wchodzą do pokoju przesłuchań. Dziewczynka ściskała w dłoni brązowego królika, tak mocno, jakby od tego zależało jej życie. Marianne zamknęła drzwi.

Przeszła na środek pokoju, ale zamiast zająć jedno z czerwonych składanych krzesełek, usiadła po turecku na skraju różowego dywanu. Kilka razy przesunęła po nim dłonią, jakby zapraszała dziewczynkę, aby także siadła.

D.D. wzięła do ręki mikrofon i odezwała się:

Zgoda została podpisana. Może pani zaczynać.

Marianne kiwnęła lekko głową, muskając palcami umieszczoną w uchu słuchawkę.

I co myślisz? zapytała głośno Clarissę Jones, pokazując na różowy dywan. Ładny kwiat? Dla mnie wygląda jak słonecznik, tyle że chyba nie ma różowych słoneczników.

To stokrotka powiedziała cicho Ree. Moja mamusia je hoduje.

Stokrotka? Oczywiście! Dużo wiesz na temat kwiatów.

Ree nadal stała, ściskając w dłoni wysłużoną maskotkę. Jej palce odnalazły jedno długie ucho i rytmicznie je głaskały. Ten nieświadomy gest sprawił D.D. ból. Ona też tak robiła, gdy była mała.

Miała wypchanego psa. I głaskała jego uszy odstające od wytartej głowy.

Jak już mówiłam na dole, nazywam się Marianne Jackson odezwała się pogodnie specjalistka.

Moja praca to rozmawianie z dziećmi. Tym się właśnie zajmuję. Rozmawiam z małymi chłopcami i dziewczynkami. I musisz wiedzieć, Ree, że to nie takie proste, jakby się mogło wydawać.

Ree po raz pierwszy zareagowała, marszcząc lekko czoło.

Dlaczego?

Choćby dlatego, że istnieją specjalne zasady podczas rozmawiania z chłopcami i dziewczynkami.

Wiedziałaś o tym?

Ree nieco się przysunęła i pokręciła głową. Czubkiem stopy dotykała różowego kwiatka. Sprawiała wrażenie, jakby przyglądała się uważnie dywanowi.

Cóż, jak już wspomniałam na korytarzu, to magiczny pokój, a podczas rozmowy w magicznym pokoju obowiązują cztery zasady. Marianne uniosła cztery palce i zaczęła odliczać Po pierwsze, mówimy tylko o tym, co się naprawdę wydarzyło. Nie o tym, co mogło się wydarzyć, ale co się naprawdę wydarzyło.

Ree ponownie zmarszczyła czoło, przysunęła się ciut bliżej.

Rozumiesz różnicę pomiędzy prawdą a kłamstwem, Clarisso? Marianne sięgnęła do kosza z zabawkami i wyjęła z niego wypchanego psa. Jeśli powiem, że to kot, jest to prawda czy kłamstwo?

Kłamstwo odparła automatycznie Ree. To jest pies.

Bardzo dobrze! No więc taka jest zasada numer jeden. Mówimy tylko prawdę, okej?

Ree kiwnęła głową. Chyba zmęczyło ją stanie, ponieważ przysiadła tuż za krawędzią dywanu, kładąc królika na kolanach.

Druga zasada kontynuowała Marianne jest taka, że jeśli ja ci zadaję pytanie, a ty nie znasz odpowiedzi, mówisz po prostu, że nie wiesz. Rozumiesz?

Ree kiwnęła głową.

Ile mam lat, Clarisso?

Dziewięćdziesiąt pięć odparła Ree. Marianne uśmiechnęła się z lekkim żalem.

No dobrze, Clarisso, czy wiesz, ile mam lat? Pytałaś albo ktoś ci to powiedział? Ree pokręciła głową.

Więc tak naprawdę to nie wiesz, ile mam lat. A co powinnaś mówić, jeśli czegoś nie wiesz?

Nie wiem odparła posłusznie Ree.

Grzeczna dziewczynka. A gdzie ja mieszkam?

Ree otworzyła usta, po czym się zawahała.

Nie wiem! wykrzyknęła.

Tym razem w jej głosie dało się słyszeć nutkę triumfu. Marianne uśmiechnęła się szeroko.

W przedszkolu idzie ci pewnie świetnie. Jesteś dobrą uczennicą?

Jestem nad wiek rozwi rozwanięta oświadczyła z dumą Ree. Wszyscy tak mówią.

Rozwinięta? W pełni się z tym zgadzam i jestem ciebie bardzo dumna. Okej, zasada numer trzy.

Jeśli czegoś nie pamiętasz, spokojnie możesz mówić, że nie pamiętasz. No więc ile miałaś lat, kiedy zaczęłaś chodzić?

Chodzę, odkąd się urodziłam zaczęła Ree, po czym się zmitygowała, przypomniawszy sobie zasadę numer trzy. Puściła króliczka i radośnie klasnęła w dłonie. NIE PAMIĘTAM! pisnęła zachwycona. Nie. Pamiętam.

Jesteś najlepszą uczennicą, jaką miałam powiedziała Marianne, nadal siedząc po turecku na dywanie. Uniosła cztery palce. No dobrze, świetna uczennico, ostatnia zasada. Wiesz, jaka jest zasada numer cztery?

NIE WIEM! zawołała radośnie Ree.

Ależ ty jesteś dobra. No więc zasada numer cztery, jeśli nie rozumiesz czegoś, co mówię czy o co pytam, możesz powiedzieć, że nie rozumiesz. Capisce?

Capisce! odkrzyknęła Ree. To po włosku znaczy „rozumiem"! Znam włoski. Pani Suzie uczy nas włoskiego.

Przez chwilę Marianne mrugała oczami. Najwyraźniej nawet w świecie psychologa sądowego bywały dzieci nad wiek rozwinięte i bywały dzieci rzeczywiście nad wiek rozwinięte. Prawdę mówiąc, D.D.

miała problem z zachowaniem powagi. Zerknęła w kierunku Jasona, ale jego twarz pozostawała bez wyrazu. Wyłącznik, pomyślała ponownie. Znajdował się w tym pokoju, ale wyłączony.

Przyszło jej coś do głowy i szybko zapisała w notesie pytanie.

Tymczasem Mariannę Jackson doszła już do siebie.

W takim razie dobrze. Znasz zasady. A więc powiedz mi, Clarisso…

Ree. Wszyscy mówią na mnie Ree.

Dlaczego mówią na ciebie Ree? Bo kiedy byłam mała, nie umiałam powiedzieć Clarissa. Mówiłam Ree. A mamusi i tatusiowi się to spodobało, więc też mówią na mnie Ree. Chyba że narobię sobie kłopotów. Wtedy mamusia mówi: „Clarisso Jane Jones" i mam za karę przerwę na schodku. Przerwę na schodku?

Tak. Muszę siedzieć na najniższym schodku przez cztery minuty. Nie lubię przerwy na schodku.

A ta dziewuszka, którą trzymasz? Lil' Bunny. Ona też miewa kłopoty?

Clarissa spojrzała na Marianne.

Lil' Bunny to zabawka. Zabawki nie mają kłopotów. Tylko ludzie.

Bardzo dobrze, Clarisso. Spryciara z ciebie. Dziecko uśmiechnęło się promiennie.

Podoba mi się Lil' Bunny kontynuowała swobodnym tonem Marianne. Kiedy byłam w twoim wieku, miałam Kubusia Puchatka. Miał w środku pozytywkę i kiedy się ją nakręciło, grała Migocz, migocz, mała gwiazdko.

Ja też lubię Puchatka powiedziała z powagą Ree. Zdążyła się przesunąć jeszcze bliżej, na dywan, zaglądając przez ramię Marianne do kosza z wikliny. Gdzie jest pani Puchatek? W koszu?

Prawdę mówiąc, u mnie w domu, na półce z książkami. Był dla mnie wyjątkową zabawką, a nie uważam, żeby z takich zabawek się wyrastało.

Marianne przesunęła kosz na dywan, bliżej Ree, która wyraźnie była zainteresowana tym, co się znajduje w magicznym pokoju.

D.D. zerknęła ukradkiem na Jasona Jonesa. Nadal zero reakcji. Zadowolony, smutny, zmartwiony, niespokojny. Nic. Zapisała w notesie coś jeszcze.

Ree, wiesz, dlaczego tu dzisiaj jesteś?

Z dziewczynki uszło nieco entuzjazmu. Przygarbiła się lekko i zaczęła głaskać swojego króliczka.

Tatuś mówił, że jest pan miła. Mówił, że jeśli z panią porozmawiam, to będzie dobrze.

Teraz D.D. wyczuła, że Jason się spina. Nie poruszył się, nie odezwał, ale żyły na jego szyi nagle się powiększyły.

Co będzie dobrze, kochanie?

Odnajdziesz moją mamusię? zapytała cicho Ree. Pan Smith wrócił. Dziś rano. Drapał w drzwi i go wpuściliśmy, i kocham go, ale… Odnajdziesz moją mamusię? Tęsknię za mamusią.

Marianne nie odpowiedziała od razu. W milczeniu przyglądała się współczująco dziewczynce. Przez okno obserwacyjne D.D. patrzyła na różowy dywan, składane krzesełka, kosz z zabawkami, na wszystko, byle nie na udrękę widoczną na twarzy Ree. Miller poruszył się skrępowany na krześle. Ale Jason Jones nadal nie zmienił pozycji i nie odezwał się ani jednym słowem.

Opowiedz mi o swojej rodzinie powiedziała Marianne. D.D. rozpoznała technikę przesłuchania.

Odejście od drażliwego tematu. Zdefiniowanie szerszego świata dziecka. Następnie powrót do tego, co boli. Kto jest w twojej rodzinie?

Jestem ja i mamusia, i tatuś zaczęła Ree. Ponownie tarła ucho Lil' Bunny. I Pan Smith, oczywiście. Dwie dziewczyny i dwóch chłopaków.

D.D. poczyniła kolejne zapiski, genealogia rodziny widziana oczami czteroletniego dziecka.

A inni krewni? zapytała Marianne. Ciocie, wujkowie, kuzyni, dziadkowie albo ktoś jeszcze?

Ree pokręciła głową.

D.D. zapisała: Dalsza rodzina??? Dziecko najwyraźniej nic nie wiedziało o swoim dziadku. Być może potwierdzało to zapewnienie Jasona, że Sandra nie utrzymuje kontaktów z ojcem, albo też Jason Jones wykonał kawał dobrej roboty, izolując swą znacznie młodszą żonę. A opiekunki? Ktoś jeszcze pomaga w opiece nad tobą, Ree?

Ree spojrzała z zaskoczeniem na Marianne.

Mamusia i tatuś się mną opiekują.

Oczywiście. Ale jeśli są w pracy albo może muszą gdzieś wyjść?

Tatuś pracuje, mamusia mnie pilnuje odparła Ree. Potem tatuś wraca do domu, a mamusia idzie do pracy, ale tatuś musi się przespać, więc ja chodzę do przedszkola. Potem tatuś mnie odbiera i mamy czas dla taty i córki.

Rozumiem. Gdzie chodzisz do przedszkola, Ree?

Chodzę do przedszkola. W budynku z cegieł, gdzie chodzą też duże dzieci. Moja sala nazywa się Małe Kwiatki. Jednak za rok, kiedy będę miała pięć lat, pójdę do dużej klasy do zerówki.

Kto cię uczy?

Panna Emily i pani Suzie.

Najlepsze przyjaciółki?

Bawię się z Mimi i Olivią. Lubimy bawić się we wróżki. Ja jestem Wróżką Ogrodową.

Masz więc przyjaciółki. A twoja mamusia i tatuś, kim są ich przyjaciele?

To kolejne rutynowe pytanie, powszechnie zadawane w przypadku przestępstw seksualnych popełnianych na dzieciach, kiedy podejrzewa się, że osoba, która popełniła przestępstwo nie jest krewnym, ale sąsiadem albo przyjacielem rodziny. To ważne, aby dziecko określiło swój własny świat, żeby później, gdy osoba przesłuchująca poda jakieś nazwisko, nie wyglądało to na naprowadzanie świadka.

Ree jednak pokręciła głową.

Tatuś mówi, że ja jestem jego przyjaciółką. poza tym dużo pracuje, więc chyba nie ma czasu na przyjaciół. Tatusiowie są bardzo zajęci.

Tym razem to Miller spojrzał na Jasona. Ojciec Ree stał jednak pod ścianą nadal w bezruchu, patrząc spokojnie przez szybę, tak jakby oglądał jakiś program telewizyjny, a nie wyszkoloną specjalistkę przepytującą jego jedynaczkę. Po chwili Miller z powrotem się odwrócił.

Lubię panią Lizbet powiedziała niepytana Ree. Ale ona i mamusia nie bawią się razem. Są nauczycielkami.

Co masz przez to na myśli? zapytała Marianne.

Pani Lizbet uczy siódme klasy. Rok temu pomagała uczyć mamusię, jak być nauczycielką. Teraz mamusia uczy szóste klasy. Ale nadal spotykamy panią Lizbet na meczach koszykówki.

Naprawdę?

Tak, lubię koszykówkę. Mamusia mnie na nią zabiera. Tatuś pracuje. Więc co wieczór jest czas dla mamy i córki. Taaak!

Na chwilę Ree najwyraźniej zapomniała, dlaczego znalazła się w tym pokoju. Ale chwilę później D.D.

zobaczyła, jak jej się wszystko przypomina, a oczy rozszerzają. Zgarbiła się, pochylając jeszcze bardziej nad wypchanym króliczkiem, trąc uszy biednej maskotki.

Stojący za D.D. Jason Jones w końcu się wzdrygnął.

Kiedy ostatni raz widziałaś mamusię? zapytała łagodnie Marianne.

Padła zduszona odpowiedź:

Położyła mnie spać.

Znasz dni tygodnia, Ree?

Niedziela, poniedziałek, wtorek, środa zanuciła cichutko Ree. Czwartek, piątek, sobota, niedziela.

Bardzo dobrze. Wiesz więc, jaki to był dzień, kiedy mamusia położyła cię spać?

Ree spojrzała na nią nierozumiejącym wzrokiem. A potem znowu zaczęła nucić: Niedziela, poniedziałek, wtorek, środa…

Marianne kiwnęła głową i porzuciła temat; było oczywiste, że dziewczynka zna piosenkę o dniach tygodnia, ale nie same dni. Na szczęście istniały inne sposoby na ustalenia daty i godziny. Marianne zaczęłaby pytać o programy w telewizji, piosenki w radiu, tego rodzaju rzeczy. Dzieci może i niewiele wiedzą z perspektywy osoby dorosłej, ale mają w zwyczaju dużo obserwować, dzięki czemu można od nich uzyskać konieczne informacje, często z bardziej wiarygodnym skutkiem niż od świadka mówiącego po prostu: „Środa, ósma wieczorem".

Powiedz mi więc o tym wieczorze z twoją mamą, Ree. Kto był w domu?

Ja i mamusia.

A Pan Smith, Lil' Bunny, twój tatuś albo ktoś inny? Słowa „ktoś inny" były kolejną standardową techniką. Podczas przedstawiania dziecku listy możliwości ostatni zawsze musiał być „ktoś inny" albo

„coś innego", albo „gdzieś indziej"; w przeciwnym razie naprowadzało się świadka.

Pan Smith odparła Ree. I Lil' Bunny. Ale nie tatuś. Tatuś jest w ciągu dnia, mamusia wieczorem.

Ktoś jeszcze? Ree zmarszczyła brwi. Wieczór to czas dla mamusi i dla mnie. Mamy wtedy babski wieczór.

D.D. coś sobie zanotowała.

Co więc robiłyście w babski wieczór? zapytała Marianne.

Puzzle. Lubię puzzle.

Jakie puzzle?

Eee, najpierw układałyśmy puzzle z motylkiem, a potem z księżniczką, takie, które są takie duże, jak cały dywan. Ale było trudno, bo Pan Smith ciągle nam chodził po puzzlach, a ja się denerwowałam, więc mamusia powiedziała, że może powinnyśmy porobić coś innego.

Lubisz muzykę, Ree?

Dziewczynka zamrugała oczami.

Lubię muzykę.

Czy ty i twoja mamusia słuchałyście muzyki, kiedy układałyście puzzle, a może był włączony telewizor albo radio, albo coś innego?

Ree pokręciła głową.

Lubię słuchać Toma Petty'ego stwierdziła rzeczowo ale puzzle układamy w ciszy. Zrobiła minę, być może jak jej matka rozpoczynająca wykład: „Dzieciom potrzebna jest cisza. Wtedy właśnie ich mózg się rozwija!".

Rozumiem. Mariannę powiedziała to głosem sugerującym, że jest oczywiście pod wrażeniem. A więc ty i twoja mama w ciszy układałyście puzzle. A potem co robiłyście?

Kolację.

Kolację? Och, lubię kolację. Jaka jest twoja ulubiona kolacja?

Makaron z serem. I żelki w kształcie robaków. Uwielbiam żelki, ale nie można ich jeść na kolację, dopiero na deser.

To prawda rzekła współczująco Marianne. Moja mama nigdy nie pozwalała mi jeść żelków na kolację. Co ty i twoja mama jadłyście na kolację?

Makaron z serem odparła Ree bez wahania. Z małymi kawałeczkami parówki z indyka, a potem jabłka. Nie bardzo lubię parówki, ale mamusia mówi, że potrzebuję białka, żeby rosły mi mięśnie, więc jeśli chcę makaron z serem, muszę jeść też parówki. Głos dziewczynki brzmiał żałośnie.

D.D. zanotowała sobie menu, pozytywnie zaskoczona nie tylko ilością zapamiętanych przez Ree szczegółów, ale także konsekwencją w stosunku do jej pierwszego oświadczenia z czwartkowego poranka. Detektywa zawsze cieszyła konsekwencja świadka. A zakres szczegółów oznaczał, że mogły one potwierdzić relację Ree z pierwszej połowy wieczoru, utrudniając ławie przysięgłych niebranie pod uwagę, co dziecko powie o wydarzeniach z drugiej połowy wieczoru. Tak czy inaczej czteroletnia Clarissa Jones była lepszym świadkiem niż osiemdziesiąt procent dorosłych, z którymi D.D. miała do czynienia.

Co robiłyście po kolacji? zapytała Marianne.

Pora na kąpiel! zanuciła Ree.

Pora na kąpiel?

Aha. Ja i mamusia kąpiemy się razem. Chce pani wiedzieć, kto się z nami kąpał? Ree najwyraźniej rozpoznała już schemat.

Okej.

Cóż, nie Pan Smith, bo on nie znosi wody, i nie Lil' Bunny, bo ona kąpie się w pralce. Ale trzeba było wykąpać Kaczuszkową Księżniczkę i Barbie Mariposę i Barbie Księżniczkę Wyspy, poszły więc razem z nami. Mamusia mówi, że mogę myć tylko trzy rzeczy, bo inaczej zużywam całą gorącą wodę.

Rozumiem. Co robiła twoja mamusia?

Myje sobie włosy, potem myje moje włosy, potem krzyczy na mnie, że zużywam za dużo mydła.

Marianne ponownie zamrugała oczami. Lubię pianę wyjaśniła Ree. Ale mamusia mówi, że mydło kosztuje, a ja go używam za dużo, nalewa więc je dla mnie do małego kubeczka, ale nigdy nie starcza.

Lalki Barbie mają dużo włosów.

Ree, jeśli ci powiem, że mam niebieskie włosy, to jest prawda czy to jest kłamstwo?

Ree uśmiechnęła się szeroko, rozpoznając zabawę. Uniosła jeden palec.

To kłamstwo, a w magicznym pokoju mówimy tylko prawdę.

Bardzo dobrze, Ree. Świetnie. A więc ty i twoja mamusia jesteście w wannie i ty zużywasz dużo mydła. Co czujesz, kiedy się kąpiesz, Ree?

Ree zmarszczyła brwi, po czym coś zdawało się kliknąć w jej głowie. Uniosła cztery palce.

Nie rozumiem oświadczyła dumnie.

Marianne uśmiechnęła się.

Znowu świetnie. Spróbuję wyjaśnić. Kiedy ty i mamusia bierzecie kąpiel… lubisz to czy nie lubisz?

Co wtedy czujesz?

Lubię się kąpać odparła z powagą Ree. Nie lubię tylko mycia włosów.

D.D. wyczuła wahanie Marianne. Z jednej strony wspólną kąpiel matki i jej czteroletniej córki trudno było uznać za coś niestosownego. Z drugiej jednak Marianne Jackson nie miałaby pracy, gdyby wszyscy rodzice zachowywali się w sposób stosowny. W tej rodzinie wydarzyło się coś niedobrego. Jej zadaniem było pomóc Ree w znalezieniu sposobu na powiedzenie im co.

Dlaczego nie lubisz mycia włosów? zapytała Marianne.

Bo moje włosy się plączą. Moje włosy nie są wcale krótkie. Nie, kiedy są mokre, sięgają mi do połowy pleców! Mamusia strasznie długo musi spłukiwać szampon, a potem musi nałożyć odżywkę, inaczej całe się poplączą i wcale nie lubię swoich włosów. Chciałabym mieć proste włosy, tak moja przyjaciółka Mimi. Ree westchnęła ciężko.

Marianne uśmiechnęła się.

Co robiłyście po kąpieli?

Wytarłyśmy się do sucha odparła dziewczynka. A potem poszłyśmy do Wielkiego Łóżka, gdzie mamusia chce, żebym jej opowiadała, co robiłam w ciągu dnia, ale najczęściej ja ją wtedy łaskoczę.

Gdzie się znajduje Wielkie Łóżko?

W pokoju mamusi i tatusia. Tam właśnie chodzimy po kąpieli. I wskakuje do nas Pan Smith, ale ja lubię się siłować, a jemu się to nie podoba.

Lubisz się siłować?

Aha odparła dumnie Ree. Jestem silna! Zepchnęłam mamusię na podłogę i się z tego śmiałam.

Uniosła ramiona, próbując naprężyć mięśnie. Mamusia też się śmiała Lubię, jak mamusia się śmieje.

W jej głosie pojawił się smutek. Myśli pani, że mamusia jest zła, że zepchnęłam ją z łóżka? Nie wydawała się zła, ale może… Kiedyś w szkole Olivia podarła obrazek, który narysowałam, i powiedziałam jej, że nie szkodzi, ale tak naprawdę byłam na nią zła. Byłam zła przez cały dzień! Myśli pani, że tak właśnie było? Czy moja mamusia była zła przez cały dzień?

Nie wiem, kochanie odparła szczerze Marianne. Co się działo po tym, jak siłowałyście się z mamą?

Dziewczynka wzruszyła ramionami. Wyglądała teraz na zmęczoną, wypompowaną. D.D. zerknęła na zegarek. Przesłuchanie trwało już czterdzieści cztery minuty, o wiele dłużej niż zakładane dwadzieścia minut.

Czas iść spać mruknęła Ree. Ubrałyśmy piżamy…

Co miałaś na sobie, Ree?

Zieloną koszulę nocną z księżniczką Ariel. A twoja mama?

Nosi fioletową koszulę. Jest bardzo długa, prawie do kostek.

D.D. to sobie zapisała, kolejny detal, który można było potwierdzić, zważywszy na obecność fioletowej koszuli nocnej p pralce.

A po ubraniu się w piżamy?

Mycie zębów, siusiu i do łóżka. Dwie bajki. Piosenka. Mamusia śpiewała Buchaj ogniem, magiczny smoku. Jestem zmęczona oświadczyła nagle dziewczynka, lekko rozdrażniona. Chcę już skończyć.

Skończyłyśmy?

Już prawie, skarbie. Naprawdę świetnie sobie radzisz.Jeszcze kilka pytań, a potem ty możesz zapytać mnie, o co tylko chcesz. Chciałabyś tak? Zadać mi pytanie?

Ree przez chwilę przyglądała się Marianne. A potem westchnęła zniecierpliwiona i kiwnęła głową. Na kolanach dziewczynki znowu znajdował się królik. Pocierała mu obydwa uszy.

Jak już twoja mama położyła cię spać, to co zrobiła?

Nie rozumiem.

Czy zgasiła światło, zamknęła drzwi, zrobiła coś innego? Jak nocą sypiasz, Ree? Możesz mi opisać swój pokój?

Mam nocną lampkę powiedziała cicho dziewczynka. Jeszcze nie mam pięciu lat. Myślę, że kiedy ma się cztery lata, to można mieć lampkę. Może kiedy będę jeździć do szkoły autobusem… Ale jeszcze nie jeżdżę, więc mam lampkę. Ale drzwi są zamknięte. Mamusia zawsze zamyka drzwi. Mówi, że mam lekki sen.

Więc drzwi są zamknięte, masz włączoną lampkę. Co jeszcze jest w twoim pokoju?

Lil' Bunny oczywiście. I Pan Smith. Zawsze śpi na moim łóżku, bo ja pierwsza chodzę spać, a koty są prawdziwymi śpiochami.

Czy jest coś jeszcze, co ci pomaga zasnąć? Muzyka, nawilżacz powietrza, coś innego?

Ree pokręciła głową.

Nie.

Jak ma na imię mój kot, Ree?

Ree uśmiechnęła się szeroko.

Nie wiem.

Bardzo dobrze. Gdybym ci powiedziała, że te krzesełka są niebieskie, mówiłabym prawdę czy byłoby to kłamstwo?

Nieee! Te krzesła są czerwone! Zgadza się. A w magicznym pokoju mówimy tylko prawdę, tak?

Ree pokiwała głową, ale D.D. ponownie wyczuła napięcie w ciele dziewczynki. Marianne krążyła wokół tematu. Krążyła, krążyła, krążyła.

Zostałaś w łóżku, Ree? A może wstałaś, żeby zajrzeć do mamy albo zrobić siusiu, albo coś innego?

Dziewczynka pokręciła głową, ale nie patrzyła przy tym na Marianne.

Co robi twoja mama po twoim pójściu spać, Ree? zapytała łagodnie Marianne.

Musi pracować. Sprawdzać wypracowania. Spojrzenie dziewczynki przesunęło się do góry. Tak mi się wydaje.

Czy zdarza się, że słyszysz z dołu jakiś hałas, może telewizor albo radio, albo odgłosy kroków mamy albo coś innego?

Słyszałam czajnik szepnęła Ree.

Słyszałaś czajnik?

Zagwizdał. Na kuchence. Mamusia lubi herbatę. Czasami urządzamy podwieczorek i wtedy robi mi prawdziwą herbatkę jabłkową. Lubię herbatkę jabłkową. Dziewczynka nadal mówiła, jednak jej głos uległ zmianie. Była teraz opanowana, cień wcześniejszej Ree.

D.D. zmierzyła spojrzeniem Jasona Jonesa nadal stojącego pod ścianą. Nie poruszył się, ale na jego twarzy widać teraz surowość. Och tak, dobrze celowali.

Ree, co usłyszałaś po czajniku?

Kroki.

Kroki?

Tak. Ale nie były miłe. Były głośne. Gniewne. Gniewne kroki na schodach. U hu zanuciła dziewczynka. U hu, tatuś jest zły.

Jason wzdrygnął się po raz drugi. D.D. zobaczyła jak zamyka oczy, przełyka ślinę, nadal jednak nie odezwał się ani słowem.

W pokoju przesłuchań Mariannę również milczała. Pozwoliła, by panowała cisza, aż nagle Ree znowu zaczęła mówić, kołysząc się w przód i w tył, paluszkami gładząc uszy swej maskotki.

Coś spadło. Potłukło się. Usłyszałam to, ale nie wstałam z łóżka. Nie chciałam wyjść z łóżka. Pan Smith to zrobił. Zeskoczył z łóżka. Stanął przy drzwiach, ale ja nie chciałam wyjść z łóżka. Trzymałam Lil' Bunny. Kazałam jej być cicho. Musimy być cicho. Dziewczynka na chwilę umilkła, po czym odezwała się nagle cichym, wysokim głosem: Proszę, nie rób tego. W jej głosie słychać było smutek. Proszę, nie rób tego. Nikomu nie powiem. Możesz mi wierzyć. Nigdy nie powiem. Kocham cię. Wciąż cię kocham…

Spojrzenie Ree pobiegło ku górze. D.D. gotowa była przysiąc, że dziecko spojrzało prosto przez lustro weneckie w twarz swego ojca.

Mamusia powiedziała: „Wciąż cię kocham". Mamusia powiedziała: „Nie rób tego". Potem wszystko zaczęło hałasować, a ja już nie słuchałam. Zasłoniłam uszy Lil' Bunny i przyrzekam, że już nie słuchałam i nie wyszłam, nie wyszłam, nie wyszłam z łóżka. Proszę, możecie mi wierzyć. Nie wyszłam z łóżka.

Skończyliśmy? zapytała dziewczynka dziesięć sekund później, kiedy Marianne milczała. Gdzie mój tatuś? Nie chcę już być w magicznym pokoju. Chcę jechać do domu.

Skończyliśmy odparła łagodnie Marianne, dotykając lekko ramienia dziecka. Byłaś bardzo dzielną dziewczynką, Ree. Dziękuję, że ze mną porozmawiałaś.

Ree tylko kiwnęła głową. Miała szkliste spojrzenie, widać było, że ta pięćdziesięciominutowa rozmowa ją wyczerpała. Kiedy próbowała wstać z podłogi, zachwiała się. Marianne ją podtrzymała.

W pokoju obserwacyjnym Jason Jones zdążył się już oderwać od ściany. Miller dotarł do drzwi tuż przed nim i wpuścił do środka jaskrawe, fluorescencyjne światło z korytarza.

Pani Marianne? W pokoju przesłuchań rozbrzmiał głos Ree.

Tak, skarbie?

Mówiła pani, że mogę zadać pytanie…

Zgadza się. Tak powiedziałam. Chciałabyś zadać mi jakieś pytanie? Pytaj, o co tylko chcesz.

Marianne także już wstała. D.D. zobaczyła, jak kuca teraz przed dzieckiem, żeby ich oczy znajdowały się na tym samym poziomie. Psycholożka zdążyła już odpiąć miniaturowy mikrofon i trzymała go w dłoniach.

Kiedy miała pani cztery lata, to pani mamusia wyjechała?

Marianne odsunęła z policzka dziewczynki brązowy lok. Jej głos wydawał się odległy.

Nie, skarbie, kiedy miałam cztery lata, moja mamusia nie wyjechała.

Ree kiwnęła głową.

No to miała pani fajnie.

Ree wyszła z pokoju przesłuchań. Gdy tylko dojrzała czekającego na nią za drzwiami ojca, rzuciła mu się w ramiona. D.D. patrzyła, jak przez długą chwilę przytulają się: czterolatka oplatająca ciasno chudymi rączkami swego ojca. Słyszała jak Jason mruczy coś cicho i uspokajająco. Widziała, jak lekko gładzi drżące plecki Ree. Pomyślała, że rozumie, jak bardzo Clarissa Jones kocha oboje rodziców. I zastanowiło ją, jak to często w jej pracy, dlaczego dla tylu rodziców bezwarunkowa miłość ich dziecka nie okazywała się wystarczająca.

Dziesięć minut później, kiedy Marianne odprowadziła Jasona i Ree do drzwi wyjściowych, wymienili się opiniami i spostrzeżeniami. Miller miał własne zdanie na temat tego, co się wydarzyło, Mariannę i D.D. swoje.

W środę wieczorem ktoś wszedł do domu zaczął Miller. Doszło do konfrontacji tej osoby z Sandrą i mała Ree jest przekonana, że tym kimś jest jej ojciec. Jasne, mogła tak założyć. Usłyszała kroki i stwierdziła, że to jej tata wracający z pracy.

D.D. pokręciła głową.

Nie powiedziała nam wszystkiego.

Nie zgodziła się Marianne.

Miller spiorunował obie wzrokiem.

Ree wstała w środę wieczorem z łóżka wyjaśniła D.D. Czego dowodzi fakt, że niemal wyszła ze skóry, zapewniając, że tego nie zrobiła.

Wyszła z łóżka zawtórowała Mariannę i zobaczyła coś, o czym nie jest jeszcze gotowa rozmawiać.

Swego ojca rzekł Miller z powątpiewaniem w głosie. No ale to, w jaki sposób się do niego na koniec przytuliła…

Nadal jest jej ojcem powiedziała łagodnie Marianne. A ona jest bezbronna i straszliwie przerażona tym, co się dzieje w jej świecie.

Dlaczego w takim razie pozwolił jej tu przyjść? zapytał Miller. Gdyby weszła w środę wieczorem do sypialni i zobaczyła, jak jej ojciec siłuje się z matką, nie chciałby, aby zeznawała.

Może nie widział, jak pojawiła się w drzwiach zasugerowała D.D., wzruszając ramionami.

A może ufał jej na tyle, że wiedział, iż nic nie powie dodała Marianne. Od najwcześniejszych lat dzieci dowiadują się, co to są rodzinne sekrety. Obserwują, jak rodzice okłamują sąsiadów, funkcjonariuszy, ukochanych spadłam ze schodów, oczywiście, że wszystko w porządku i przyswajają te kłamstwa, aż w końcu coś takiego staje się dla nich równie naturalne jak oddychanie.

Bardzo trudno jest przekonać dzieci, aby doniosły na własnych rodziców. To tak jakby je poprosić o danie nura do bardzo głębokiego basenu bez nabierania powietrza.

D.D. westchnęła i zerknęła na swoje notatki. To nie wystarczy do nakazu oświadczyła, przechodząc do kolejnej sprawy.

Nie zgodził się Miller. Potrzebny nam pistolet z jeszcze ciepłą lufą. Albo przynajmniej zwłoki Sandry Jones.

Cóż, zacznijcie naciskać poradziła Marianne. Ponieważ jest jasne, że to dziecko wie więcej. Ale także bardzo się stara zapomnieć o tym, co wie. Za kilka dni albo tydzień nic z niej nie wydobędziecie, jeśli dalej będzie przez cały czas przebywać w towarzystwie kochanego tatusia.

Marianne zaczęła zbierać zabawki w pokoju przesłuchań. Miller i D.D. odwrócili się i właśnie wtedy odezwał się pager przypięty do paska D.D. Zerknęła na wyświetlacz i zmarszczyła brwi. Próbował ją przywołać jeden z detektywów z policji stanowej. Jasne. Wystarczy urządzić małą imprezkę z udziałem mediów i nagle wszyscy chcą się przyłączyć. Rozsądnie zignorowała sygnał i razem z Millerem poszła z powrotem do wydziału zabójstw.

Chcę wiedzieć, skąd pochodzi Jason oświadczyła D.D., wchodząc po schodach. Facet jest tak opanowany i zrównoważony, i w ogóle. Pracuje jako podrzędny reporter, siedzi na czterech milionach, a według słów własnego dziecka nie ma przyjaciół. Co, do diabła, powoduje tym facetem?

Miller wzruszył ramionami.

Każmy dwóm detektywom pogrzebać trochę w jego przeszłości kontynuowała D.D. Chcę wiedzieć wszystko na temat Jasona Jonesa, Sandry Jones i ich rodzin. Już teraz ci mówię, że coś się pojawi.

Ja chcę jego komputer mruknął Miller.

Hej, mamy przynajmniej jego śmieci. Jakieś wieści?

Ekipa właśnie je rozpracowuje. Za parę godzin otrzymamy raport.

Miller? zapytała z zatroskaną miną.

No?

Ja wiem, że Ree tamtego wieczoru coś widziała. Ty wiesz, że Ree tamtego wieczoru coś widziała.

A co, jeśli sprawca także to wie?

To znaczy Jason Jones?

Albo Aidan Brewster. Albo niezidentyfikowany podejrzany trzysta sześćdziesiąt siedem.

Miller nie od razu odpowiedział, ale na jego twarzy także pojawił się wyraz zatroskania. Marianne Jackson miała rację: Ree była teraz bardzo, ale to bardzo bezbronna.

No to lepiej się pospieszmy stwierdził w końcu ponuro.

Też tak myślę.

Rozdział 15

W nocy śniła mi się Rachel. Mówiła: „Nie, nie, nie", a ja odnajdywałem te wszystkie odpowiednie miejsca na jej ciele, zmieniając „nie, nie, nie" w „tak, tak, tak".

„To nie moja wina" tak mówiłem w tym śnie. „Masz takie doskonałe piersi. Bóg nie obdarzyłby cię takimi doskonałymi piersiami, gdyby naprawdę chciał, abym dał ci spokój".

Następnie ściskałem palcami jej brodawki, a ona odchylała się i ciężko oddychała i wiedziałem, że wygrywam. Oczywiście, że wygrywałem. Byłem większy, silniejszy, mądrzejszy. Pocierałem więc i gładziłem, i przypochlebiałem się, aż nadeszła ta magiczna chwila, kiedy się w niej zanurzyłem, a ona może i trochę popłakiwała, ale czy to miało znaczenie Oddychała ciężko i wiła się, i robiłem jej dobrze.

Przysięgam, że robiłem dobrze.

We śnie wszystko czułem tak wyraźnie. Jej nogi oplatające mnie w pasie. Jej piersi ocierające się o mój tors. I byłem podniecony. O Boże, tak bardzo podniecony. I wtedy… Wtedy się obudziłem. Sam.

Twardy jak skała. Oszalały jak diabli.

Ciężko oddychając, zwlokłem się z łóżka. Poszedłem pod prysznic, puściłem wodę, najbardziej gorącą jak się dało. Otoczony parą zrobiłem to co trzeba, dlatego że to jedyne, na co może liczyć dwudziestotrzyletni zarejestrowany zboczeniec.

Tyle że ja tak nie chcę. W wyobraźni nadal dotykam i smakuję dziewczynę, której pragnę.

Dziewczynę, której zawsze pragnąłem. Dziewczynę, która nigdy nie będzie moja.

Trzepię więc kapucyna, nienawidząc każdej poświęcanej tej czynności sekundy. Dotykanie Rachel było czystością. To jest aberracja. Czyste pożądanie, nic ponadto.

Kończę, myję się, wycieram.

Ubrałem się przy zgaszonym świetle, nie patrząc w lustro, i nim zdążyłem opuścić dom, wiedziałem, że to będzie kiepski dzień. Prawdziwie gówniany. Moja cicha egzystencja dobiegła końca. Czekam teraz, by się przekonać, kto mi zada śmiertelny cios.

Wczoraj wieczorem Colleen skończyła naszą sesyjkę zaleceniem, abym nie przerywał swojej codziennej rutyny. Jasne, odwiedzi mnie policja. Trudno ich za to winić. I przysługuje mi, naturalnie, konstytucyjne prawo poproszenia o wyznaczenie obrońcy, kiedy tylko uznam, że jest ku temu potrzeba. No ale co tam, dobrze mi idzie. Jestem przykładem udanej resocjalizacji. Zbyt łatwo się tego nie wyrzekaj, oto, co mi mówi.

Chodzi jej o to, że ucieczka będzie gorsza niż pozostanie. Sam zdążyłem się tego domyślić, wielkie dzięki.

No więc idę do roboty. O siódmej trzydzieści mam na sobie niebieski kombinezon, a głowę pod maską starego chevroleta i sprawdzam zapłon. Spójrz tylko na mnie, Joe, walczę jak należy. Tak jest, Bob.

Zajmuję się pracą, naprawiam, zaciskam, udaję, że moje umazane smarem dłonie nie drżą z prędkością stu kilometrów na godzinę, że moje ciało nie jest nadal twarde jak skała, że nie doprowadziłem się po raz pierwszy w życiu do takiego wzburzenia, iż autentycznie modlę się, aby w warsztacie nie pojawiła się żadna kobieta, ponieważ wtedy nie ręczę za siebie. Mam przerąbane.

Pięknie i równo przerąbane, a jeszcze nie minęła dziewiąta.

W części dla klientów znajduje się radio. Lokalna stacja. Muzyka z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Dużo Britney Spears i Justina Timberlake'a. Dziewiąta piętnaście, wiadomości i po raz pierwszy słyszę oficjalny komunikat o zaginięciu kobiety w południowym Bostonie. Młoda żona, ukochana nauczycielka szóstych klas zniknęła w środku nocy, zostawiając małe dziecko. Jakaś policjantka zdrowo przesadza.

Kończę chevroleta, zabieram się za wielkiego suburbana, który potrzebuje nowych hamulców. Inni mechanicy prowadzą teraz ściszone rozmowy.

W Southie? Nie ma mowy.

To dragi, to na pewno dragi. Zawsze o nie chodzi.

No co ty. To mąż. Dwanaście do jednego, że ma na boku mały romansik i nie chce płacić alimentów. Kutas.

Mam nadzieję, że tym razem go przyskrzynią. Był taki w zeszłym roku, zniknęły dwie jego żony, ale i tak nie można było go zapuszkować…

No i dalej w tym stylu. Ja się nie odzywam. Po prostu dobieram się do nakrętek, a potem z wysiłkiem zdejmuję dwa tylne koła. Stary suburban ma hamulce bębnowe. Co za sukinsyn.

Niejasno staję się świadomy szeptów i pokazywania palcami. Moja twarz automatycznie robi się czerwona. Próbuję coś powiedzieć. Wtedy dociera do mnie, że nikt nie pokazuje na mnie. Mechanicy patrzą w stronę drzwi, gdzie Vito stoi w towarzystwie dwóch gliniarzy. Mam ochotę schować się do wielkiego suburbana. Mam ochotę zniknąć pośród metalu, plastiku i chromu. Zamiast tego dalej zajmuję się samochodem, zdejmuję przednie opony, jakbym zamierzał przyjrzeć się także przednim hamulcom, choć na formularzu zamówieniowym nic na ten temat nie napisano.

Jesteś przykładem udanej resocjalizacji mruczę pod nosem. Ale nawet ja już tego nie kupuję.

Kończę suburbana. Gliniarze sobie poszli. Zerkam na zegar, uznaję, że zostało wystarczająco mało czasu do przedpołudniowej przerwy. Idę po pudełko z lunchem i przekonuję się, że przed moją szafką stoi Vito. Ręce ma skrzyżowane na piersi.

Moje biuro. Teraz wydaje polecenie.

Nie kłócę się z Vito. Zdejmuję niebieski kombinezon, bo po jego minie widzę, że już mi nie będzie potrzebny. Nie odzywa się ani słowem, a jedynie przygląda mi się przez cały czas, pilnując, abym nie zniknął mu przypadkiem z oczu. Nic złego nie ma prawa się wydarzyć podczas warty pełnionej przez Vito.

Kiedy jestem już czysty, w dłoni mam pudełko z lunchem, a przez ramię przewieszoną bluzę, Vito w końcu chrząka i prowadzi mnie do swojej kanciapy. Vito wie, czego się dopuściłem. To jeden z tych pracodawców, którzy nie mają nic przeciwko zatrudnianiu przestępców seksualnych. Praca u niego nie wiąże się z kontaktami z klientami, a ponieważ jest potężnym i krzepkim facetem, prawdopodobnie żywi przekonanie, że utrzyma w ryzach chłoptasia takiego jak ja. Jeśli mam być szczery, bywają chwile, kiedy jest całkiem sympatyczny. Kurde, może zatrudnianie przestępcy to jego sposób na służbę społeczeństwu. Bierze pod swoje skrzydła niedotykalnych i zmienia ich w produktywnych członków społeczeństwa i tym podobne. Nie wiem.

Przyłapuję się na myśleniu, że w towarzystwie Vito nigdy nie czułem się tak podle jak teraz, kiedy z ramionami skrzyżowanymi na piersi patrzy na mnie z mieszaniną rozczarowania i odrazy. Wchodzimy do zagraconej kanciapy. Siada za pokrytym kurzem biurkiem. Ja stoję, ponieważ w pomieszczeniu brak drugiego krzesła. Wyciąga książeczkę czekową i zaczyna pisać.

Była tu policja mówi rzeczowo.

Kiwam głową, po czym uświadamiam sobie, że Vito na mnie nie patrzy i zmuszam się do powiedzenia:

Widziałem.

Zaginęła kobieta. Na pewno słyszałeś o tym w wiadomościach. Przeszywa mnie spojrzeniem.

Słyszałem.

Policja chciała wiedzieć, czy serwisowała tu swój samochód. Chciała wiedzieć, czy ona albo jej uroczy czteroletni dzieciak miały okazję cię poznać.

Milczę.

Jak sobie radzisz, Aidan? pyta nagle Vito.

Dobrze odpowiadam szeptem.

Chodzisz na te swoje spotkania, trzymasz się programu?

Tak.

Pijesz? Choćby trochę? Powiedz mi prawdę, bo i tak będę wiedział, jeśli skłamiesz. To moje miasto. Całe Southie to moja sprawa. Robisz krzywdę komukolwiek w tym miecie, robisz krzywdę mnie.Jestem czysty.

Naprawdę? Policja tak nie uważa.

Wykręcam dłonie. Nie chcę tego robić. Ten gest mnie zawstydza. Oto ja, dwudziestotrzylatek płaszczący się przed mężczyzną, który może mnie powalić jednym pacnięciem swojego w wielkiego łapska. On siedzi. Ja stoję. On trzyma w rękach władzę. Ja się modlę o litość. W tej chwili nienawidzę swojego życia. A zaraz potem nienawidzę Rachel, ponieważ gdyby nie była taka ładna, taka ponętna, taka dostępna, możliwe, że nigdy by do tego nie doszło. Może zakochałbym się w jednej z tych zdzirowatych cheerleaderek z boiska, a może w dziewczynie z lekko wystającymi zębami pracującej w miejscowych delikatesach. Nie wiem. W kimś bardziej odpowiednim. W kimś, kogo w oczach szacownego społeczeństwa dziewiętnastolatek mógłby bez problemu posuwać. I nie znalazłbym się w tym bagnie. Zamiast tego miałbym szansę stać się prawdziwym mężczyzną.

Nie zrobiłem tego słyszę własne słowa.

Vito jedynie chrząka i wpatruje się we mnie tymi swoimi małymi oczkami. Jego arogancja w końcu mnie wkurza. Poddano mnie sześciu badaniom wykrywaczem kłamstw. Za cholerę nie złamię się przed jakąś tłustą małpą.

Patrzę mu w oczy. Nie odwracam wzroku. I widzę, że on widzi, że jestem zły, ale to akurat go bawi, co z kolei jeszcze bardziej mnie wkurwia. Dłonie zaciskam w pięści i przez sekundę myślę, że jeśli coś się zaraz nie wydarzy, walnę go w twarz. A może nie. Może w ścianę. Chyba że nie w ścianę. Może w szybę. Poharatałbym sobie wtedy dłoń, może nawet pogruchotał kości. I tego właśnie mi trzeba: porządnego wybudzenia z tego koszmaru.

Vito patrzy na mnie spod przymrużonych powiek, po czym chrząka i wyrywa z książeczki czek.

Wypłata za ostatni tydzień oświadcza. Weź to. Tutaj już skończyłeś.

Dłonie mam nadal zaciśnięte w pięści.

Nie zrobiłem tego powtarzam.

Vito kręci jedynie głową.

Nie szkodzi. Pracujesz tutaj, ta kobieta serwisowała tutaj samochód. Prowadzę biznes, chłopie, a nie gabinet osobliwości. Nie mam czasu na poranne pranie twoich brudów.

Kładzie czek na biurku i jednym palcem przesuwa go w moją stronę.

Chcesz to bierz, nie to nie. Tak czy inaczej tutaj już nie pracujesz.

No więc oczywiście biorę czek. Wychodzę, słysząc, jak Vito ryczy na innych mechaników, aby wracali do pracy, a potem, jak zaczynają między sobą szeptać. Wtedy uświadamiam sobie, że to nie koniec.

Vito powie im prawdę, trzech męskich facetów dowie się, że dzień w dzień pracowali w towarzystwie zboczeńca. A teraz zaginęła kobieta i w ich głowach zaczną się pojawiać równania typu dwa plus dwa równa się pięć.

Przyjdą po mnie. Niedługo. Bardzo niedługo. Próbuję wykonywać obliczenia we własnej rozgorączkowanej, pulsującej głowie.

Ucieczka równa się aresztowaniu przez policję, wsadzeniu do paki na dożywocie.

Pozostanie równa się pobiciu przez bandę zbirów, prawdopodobnie wykastrowaniu.

Głosuję za ucieczką, po chwili jednak dociera do mnie, że to nie ma znaczenia, dlatego że nawet doliczając nędzny czek od Vito, i tak nie mam potrzebnej na coś takiego kasy. Wtedy znowu zaczyna wzbierać we mnie wzburzenie, aż w końcu niemal biegnę ulicą, wpadam na jakąś laskę spryskaną kwiatowymi perfumami i biegnę jeszcze szybciej z jej perfumami w nosie i tuzinem bezbożnych fantazji w głowie, i nie uda mi się. Nie uda.

Najbardziej udana resocjalizacja systemu zaraz się złamie. Tak jest, Bob. Ten dzieciak wybuchnie.

Rozdział 16

Wiecie, czego ludzie pragną najbardziej? Bardziej niż miłości, bardziej niż pieniędzy, bardziej niżpokoju na świecie? Czuć się normalnie. Chcą mieć świadomość, że ich uczucia, ich życie, ichdoświadczenia są takie same jak innych ludzi.

To właśnie kieruje nami wszystkimi. Korporacyjni prawnik, typowy pracoholik, który odwudziestej trzeciej zaczyna wędrówkę po barach, wychyla kolejne cosmopolitany i wyrywabezimienną laskę, wstaje o szóstej rano, zmywa z siebie wszystkie dowody nocnej rozpusty i wbija sięw elegancki garnitur Brooks Brothers. Ogólnie szanowana mama, znana ze swych domowych ciast iwystroju domu w stylu Marthy Stewart, która w tajemnicy łyka ritalin swego syna, aby dać sobie zewszystkim radę. Albo poważany lider polityczny, który w tajemnicy posuwa swego sekretarza, ale itak pojawia się przed wiadomościami o jedenastej, aby powiedzieć reszcie nas, że musimy braćwiększą odpowiedzialność za swoje życie.

Nie chcemy czuć się wynaturzeni, inni czy odosobnieni. Chcemy czuć się normalnie. Chcemy być poprostu tacy jak wszyscy inni, a przynajmniej tacy, jak nakazują telewizyjne reklamy viagry, botoksuczy kredytów konsolidacyjnych. Dążąc do normalności, będziemy ignorować to,co musimyignorować. Będziemy tuszować to, co musimy tuszować. I będziemy lekceważyć wszystko, co musimylekceważyć, abyśmy mogli podtrzymywać iluzję perfekcyjnie wyregulowanego szczęścia.

I może, ogarnięci przemożnym pragnieniem bycia normalnymi na nasz własny sposób, Jason i jatacy się właśnie staliśmy.

Tak więc co sześć do dziewięciu miesięcy robiłam sobie wychodne na jedną albo dwie noce.

Pracującym mamom potrzebna jest chwila oddechu, prawda? Jakież to miłe i taktowne ze stronymojego męża, że pozwala mi na takie wypady do „spa". Tak więc on przesiadywał do późna,nachylony nad komputerem, szaleńczo stukając w klawiaturę. Godziny pracy pisarzy często bywajądługie i nieregularne, prawda? Jakież to z mojej strony miłe i wyrozumiałe, że nigdy nie narzekamna wymagającą pracę mojego męża.

Dawaliśmy sobie nawzajem przestrzeń. Ignorowaliśmy to, co musieliśmy ignorować. A wmiędzyczasie staliśmy ramię w ramię i przyglądaliśmy się, jak Ree jedzie niepewnie po chodniku naswoim pierwszym trójkołowym rowerku. Głośno dopingowaliśmy ją do pierwszego skoku do basenu.

Śmialiśmy się, kiedy po raz pierwszy weszła na paluszkach do lodowatego Oceanu Atlantyckiego i zkrzykiem wybiegła z powrotem na piasek. Wielbiliśmy naszą córkę. Czciliśmy jej każdy chichot,śmiech, beknięcie i słowo, jakie wydostawało się z jej ust. Uwielbialiśmy jej niewinność, wolnegoducha, ikrę. I może kochając ją, nauczyliśmy się także kochać siebie nawzajem. A przynajmniej takmi się wydawało. Pewnego wieczoru pod koniec tego lata, kiedy Ree we wrześniu miała zacząćchodzić do przedszkola, a ja podjąć pierwszą pracę jako nauczyciel stażysta, siedzieliśmy z Jasonemdo późna. Nastawił płytę George'a Winstona. Coś łagodnego i melodyjnego. Ree i ja nieustannietorturowałyśmy go rock and rollem, on jednak zawsze skłaniał się ku muzyce klasycznej. Zamykał

oczy i medytował byłam pewna, że mocno śpi, by po chwili się przekonać, że nuci cicho pod nosem.

Dzisiejszego wieczoru siedzieliśmy na małej sofie. Lewe ramię miał przerzucone przez oparcie,palcami dotykał mojego karku i delikatnie nimi przesuwał. Robił to coraz częściej. Lekki, delikatnydotyk, niemal roztargnione pieszczoty. Na początku zdumiał mnie ten kontakt fizyczny. Od tamtejpory nauczyłam się siedzieć nieruchomo, nie odzywać ani słowem. Im dłużej tak się zachowywałam,tym dłużej mnie dotykał. Och, jakże lubiłam czuć stwardniałe opuszki jego palców muskające mojebarki, przeczesujące włosy. Czasami głaskał mnie po głowie, a ja wyginałam się pod jego dłonią jakmały kociak.

Raz próbowałam odwzajemnić pieszczotę i podrapać go po plecach. Jednak w chwili, gdy mojadłoń zaczęła unosić jego koszulę, Jason wstał i wyszedł z pokoju. Już więcej do tego nie wracałam.

Mąż gładzący żonę po szyi, gdy siedzą razem na sofie, z drugiej jednak strony… Witajcie w naszymmałym skrawku normalności.

Wierzysz w niebo? zapytałam lekko. Wcześniej tego wieczoru oglądaliśmy film z HarrisonemFordem, w którym mściwy duch pierwszej żony sial w rodzinie spustoszenie.

Może.

Ja nie.

Jego palce delikatnie muskały moje ucho. Zdecydowany erotyczny dotyk. Przysunęłam sięminimalnie, starając się go nie wystraszyć. Jednak miałam coraz większy problem z siedzeniemnieruchomo. Kto by pomyślał, że uszy mogą być strefą tak bardzo erogenną? Moje były, oj, były.

Dlaczego? zapytał, przesuwając palce od ucha w dół szyi, a potem z powrotem do góry. Mążdotykający żonę. Żona przytulająca się do męża. Normalne. Zachowanie najzupełniej normalne.

Tak normalne, że podczas niektórych nocy, kiedy budziłam się sama w naszym małżeńskim łóżku,miałam wrażenie, jakby moje serce rozpadało się na tysiąc kawałków. A mimo to wstawałamnazajutrz i po raz kolejny robiłam to wszystko. Czasami słyszałam nawet w głowie głos mojej matki:

„Wiem coś czego wy nie wiecie. Wiem coś, czego wy nie wiecie…"

A jednak miała rację. W dojrzałym wieku dwudziestu jeden lat w końcu dostrzegałam wszystkiewielkie życiowe prawdy. Można być zakochanym, a mimo to czuć się niesamowicie samotnie. Możnamieć wszystko, czego się kiedykolwiek pragnęło, by uświadomić sobie, że pragnęło się nie tego, cotrzeba. Można mieć męża tak inteligentnego, seksownego i pełnego współczucia jak mój, ajednocześnie w ogóle go tak naprawdę nie mieć. A czasami można patrzeć na własną śliczną,drogocenną córeczkę i być autentycznie zazdrosną o to, jak bardzo kocha ją zamiast ciebie.

No bo nie odparłam teraz. Nikt nie chce umrzeć i tyle. Więc aby odegnać strach, wymyśla sięhistoryjki o wiecznym życiu po życiu. Jeśli się jednak nad tym zastanowić, to jest pozbawione sensu.

Bez smutku nie może istnieć szczęście, co znaczy, że stan wiecznej szczęśliwości tak naprawdę niebędzie tak błogi. Prawdę powiedziawszy, to byłby irytujący. Nic, czego można pragnąć, nic, czegomożna wyczekiwać, nic do roboty. Zerknęłam na niego.

Nie wytrzymałbyś tam ani minuty.

Jason uśmiechnął się leniwie. Nie golił się dzisiaj. Lubiłam te dni, kiedy trzymał się z dala odmaszynki, zarost pasował do jego ciemnobrązowych oczu i wiecznie zmierzwionych włosów. Podobał

mi się, gdy wyglądał jak niegrzeczny chłopiec.

Żałowałam, że nie mogę dotknąć jego brody, przesunąć palcami po linii żuchwy, aż dotarłabym dopulsu na szyi. Żałowałam, że nie wiem, czy jego serce bije równie szybko jak moje.

Kiedyś widziałem ducha powiedział.

Naprawdę? Gdzie? Nie uwierzyłam mu i on o tym wiedział.

Ponownie się uśmiechnął.

W starym domu w pobliżu miejsca, gdzie kiedyś mieszkałem. Wszyscy mówili, że jestnawiedzony.

A więc zajrzałeś tam, żeby to sprawdzić? Przetestować swoją męską odwagę?

Poszedłem odwiedzić właścicielkę. Niestety, dzień wcześniej zmarła. Znalazłem jej ciało na sofie,a obok siedział jej brat, co było interesujące, jako że zmarł pięćdziesiąt lat przed nią.

Nadal miałam wątpliwości.

Co zrobiłeś?

Podziękowałem.

Dlaczego?

Bo kiedyś, dawno temu, jej brat uratował mi życie.

Skrzywiłam się poruszona lakonicznością jego odpowiedzi i tym, że pobudził do życia dziesięćtysięcy zakończeń nerwowych.

Zawsze tak będzie między nami? zapytałam nieoczekiwanie.

Jak? odpowiedział pytaniem i jego dłoń zaczęła się cofać, a na twarz wracała maska.

Półodpowiedzi. Półprawdy. Zadaję proste pytanie, ty wydzielasz mi skrawek informacji, aresztę zostawiasz dla siebie.

Nie wiem odparł cicho czy zawsze tak będzie między nami.

Jesteśmy małżeństwem! W moim głosie słychać było zniecierpliwienie. Minęły trzy lata, nalitość boską. Powinniśmy umieć sobie zaufać. Podzielić się najmroczniejszymi sekretami alboprzynajmniej podstawowymi informacjami na temat naszego pochodzenia. Czy małżeństwo niepowinno być rozmową, która trwa całe życie? Nie powinniśmy się o siebie troszczyć, ufać, że ze sobąbędziemy bezpieczni?

Kto tak twierdzi? Zaskoczona pokręciłam głową.

To znaczy?

To znaczy kto tak twierdzi? Kto wymyśla te zasady, ustala te oczekiwania? Mąż i żona powinniczuć się ze sobą bezpieczni. Rodzic powinien opiekować się dzieckiem. Sąsiad powinien opiekować sięsąsiadem. Kto ustala te zasady i co ostatnio dla ciebie zrobił?

Jego głos był łagodny, ale wiedziałam, co ma na myśli, i jego słowa sprawiły, że się wzdrygnęłam.

Opowiedz mi o swojej matce, Sandy powiedział delikatnie.

Przestań.

Twierdzisz, że chcesz poznać wszystkie moje tajemnice, ale swoje zachowujesz dla siebie.

Moja matka zmarła, kiedy miałam piętnaście lat. I tyle.

Na zawał stwierdził, powtarzając moje wcześniejsze wyjaśnienia.

Tak już bywa. Odwróciłam się. Po chwili opuszki palców Jasona omiotły mój policzek, szepcząccoś do opuszczonych rzęs.

Między nami zawsze tak będzie rzekł cicho. Ale w przypadku Ree nie.

Bywają rzeczy, których nie da się odzyskać, gdy raz się je straci szepnęłam.

Wiem.

Nawet jeśli się ich pragnie. Nawet jeśli się szuka i modli, i zaczyna wszystko od początku. To niema znaczenia. Istnieją rzeczy, których nie da się odzyskać. Nie można być nie świadomym tego, co sięmiało okazję poznać.

Rozumiem.

Wstałam z sofy. Byłam wzburzona. Przysięgam, że czułam róże. Wprost nienawidziłam ichzapachu. Dlaczego nie zostawią mnie w spokoju? Opuściłam dom rodziców, opuściłam miastorodziców. Te cholerne róże powinny dać mi w końcu spokój.

Była umysłowo chora wyrzuciłam z siebie. Szalona alkoholiczka. Robiła… szalone, szalonerzeczy, a my ją kryliśmy. Ja i mój ojciec. Pozwalaliśmy jej torturować nas każdego dnia i nigdy nieodezwaliśmy się ani słowem. Życie w małym mieście, no nie? Trzeba zachowywać pozory.

Biła cię.

Zaśmiałam się, ale to nie był przyjemny dźwięk.

Nakarmiła mnie trutką na szczury, żeby móc potem patrzeć, jak lekarze robią mi płukanieżołądka. Byłam dla niej narzędziem. Śliczną laleczką, którą mogła psuć za każdym razem, kiedypragnęła zwrócić na siebie uwagę.

Munchhausen.

Prawdopodobnie. Nigdy nie zasięgnęłam opinii eksperta.

Czemu?

Ona nie żyje. Po co?

Spojrzał na mnie, ale ja nie połknęłam haczyka.

Twój ojciec? zapytał w końcu.

Odnoszący sukcesy prawnik, bardzo dbający o reputację. Nie mógł przecież przyznać, że jegożona co drugi wieczór rozbija mu na głowie butelki po ginie. Mogłoby to zaszkodzić jego interesom.

Godził się z tym?

Czyż nie tak to się dzieje?

Niestety tak. Powiedz mi jeszcze raz, Sandy, jak ona umarła?

Zacisnęłam usta, odmawiając odpowiedzi.

Zatrucie tlenkiem węgla powiedział w końcu. Było to stwierdzenie, nie pytanie. Znaleziona wgarażu w swoim samochodzie. Najpewniej samobójstwo. A może zbyt dużo wypiła i straciłaświadomość? Nie rozumiem jednak, dlaczego władze się tym nie zainteresowały. Zwłaszcza że tomałe miasto i ktoś gdzieś musiał wiedzieć, jak cię traktowała.

Wpatrywałam się w niego ze zdumieniem. Nie mogłam się powstrzymać. Wpatrywałam iwpatrywałam, i wpatrywałam.

Wiedziałeś?

Oczywiście. Inaczej bym się z tobą nie ożenił.

Ty mnie sprawdziłeś?

Rozsądnie to zrobić, nim się poprosi dziewczynę o rękę. Dotknął mojej dłoni. Tym razemodskoczyłam. Myślisz, że ożeniłem się z tobą z powodu Ree. Zawsze tak uważałaś. Ale to nieprawda.

A przynajmniej nie cała prawda. Ożeniłem się z tobą z powodu twojej matki, Sandy. Ponieważ ty i jajesteśmy do siebie w tym względzie podobni. Wiemy, że potwory istnieją i że nie wszystkie mieszkająpod łóżkiem.

To nie była moja wina usłyszałam własne słowa.

Milczał.

Ona była niezrównoważona. Samobójstwo najpewniej było jedynie kwestią czasu. Ostatnimsposobem na dokopanie nam i tym podobne paplałam. Nie potrafiłam przestać. Byłam już nieco zaduża na ciąganie mnie po pogotowiu, więc zamiast tego wzięła i się zabiła. Po zaplanowaniunajwiększego pogrzebu, jakie widziało nasze miasto, rzecz jasna. Och, te róże, jakich zażądała naceremonię… Całe mnóstwo pieprzonych róż… Dłonie zacisnęłam w pięści. Wpatrywałam się w męża.

Rzucałam wyzwanie, aby nazwał mnie dziwolągiem, niewdzięczną córką, białym śmieciem. Popatrzna mnie, miałam ochotę zawołać. Moja matka żyła i nienawidziłam jej. Umarła i nienawidziłam jejjeszcze bardziej. Nie jestem normalna.

Rozumiem powiedział.

Po wszystkim sądziłam, że będę szczęśliwa. Sądziłam, że w końcu ojciec i ja będziemy mogli żyćw spokoju.

Jason przyglądał mi się teraz uważnie.

Kiedy się poznaliśmy, powiedziałaś, że chcesz uciec i nie patrzeć za siebie. Nie żartowałaś,prawda? Minęło kilka lat, a ty ani razu nie zadzwoniłaś do ojca, nie powiedziałaś mu, gdziemieszkamy, nie powiedziałaś o Ree.

Nie.

Tak bardzo go nienawidzisz?

Tak bardzo i jeszcze bardziej.

Uważasz, że twoją matkę kochał bardziej niż ciebie stwierdził Jason. Nie chronił cię. Zamiasttego krył ją. I nigdy mu tego nie wybaczyłaś.

Nie od razu odpowiedziałam. Dlatego że w tamtym momencie oczami wyobraźni ponowniezobaczyłam ojca, jego czarujący uśmiech, zmarszczki, jakie pojawiały się w kącikach jego błękitnychoczu, przypomniałam sobie jego dotyk na ramieniu, który sprawiał, że czułam się centrumwszechświata. I ogarnęła mnie taka wściekłość, że ledwie byłam w stanie mówić.

Wiem coś, o czym nie wiecie. Wiem coś, o czym wiecie…

Miała rację. Miała cholerną rację.

Powiedziałeś, że jesteśmy inni szepnęłam ochryple. Powiedziałeś, że wiemy, iż nie wszystkiepotwory mieszkają pod łóżkiem.

Jason kiwnął głową.

No to mi obiecaj: jeśli kiedykolwiek zobaczysz mojego ojca, jeśli kiedykolwiek pojawi się naprogu naszego domu, najpierw go zabijesz, a dopiero potem będziesz zadawać pytania. On nigdy nietknie Ree. Obiecaj mi to, Jason.

Mój mąż spojrzał mi prosto w oczy. I odparł:

Masz to jak w banku.

Ree zasnęła w foteliku, nim Jason zdążył wyjechać z parkingu. Pan Smith leżał teraz skulony na fotelu dla pasażera, liżąc łapkę, pocierając pyszczek, liżąc łapkę, pocierając pyszczek. Jason jechał bez celu w kierunku autostrady, nie wiedział, co robić.

Był zmęczony. Wykończony. Najbardziej na świecie pragnął schronić się w swoim domu i pozwolić, aby świat zniknął. Zasnąłby jak kamień, a kiedy by się obudził, Sandy siedziałaby obok łóżka, uśmiechając się do niego.

Obudź się, śpiochu powiedziałaby, a on wziąłby ją w ramiona i tulił tak, jak powinien był to robić przez pięć ostatnich lat. Tuliłby swoją żonę, i razem z Ree znowu mogliby być szczęśliwi. Byliby rodziną.

Nie mógł jechać do domu. Będą tam czekać wozy transmisyjne. Rozbłysną flesze aparatów, reporterzy będą wykrzykiwać pytania, na zrozumienie których Ree jest za mała. Wystraszą ją, a po tym, co przeszła dzisiejszego ranka, nie mógł na to pozwolić.

Policja uważała go za winnego. Zobaczył to w ich oczach w chwili, gdy zakończyło się przesłuchanie.

Pogrążyła go własna córka, ale nie winił jej za to. Ree zrobiła to, o co ją poproszono; powiedziała to, co uważała za prawdę. Przez cztery lata wbijał córce do głowy, aby nie kłamała. Nie mógł się teraz złościć na nią za to, że postąpiła zgodnie z wartościami, jakich on i Sandra tak starannie jej uczyli.

Dumny był z Ree i to napawało go smutkiem, dlatego że im dłużej się nad wszystkim zastanawiał, tym szybciej dochodził do tego samego wniosku: zostanie aresztowany. Podejrzewał, że może się to stać w każdej chwili. Policja dodawała w tym momencie dwa do dwóch, budowała swoją sprawę, dopinała ją na ostatni guzik. Zabrano jego śmieci. Przesłuchano jego dziecko. Następne w kolejności będzie ponowne przeszukanie domu, a zaraz potem nakaz przeczesania komputera.

Zaczną grzebać coraz głębiej w jego przeszłości, będą próbować się skontaktować z jego współpracownikami czy przyjaciółmi; to ich na trochę przystopuje. Nigdy nie bratał się z kolegami z pracy i nie zawracał sobie głowy przyjaźniami. Poza tym od czasu do czasu sprawdzał swoje

„firewalle"; trzymały się mocno. Jednak wszystko można było w końcu pokonać, zwłaszcza wtedy, gdy do pracy przystąpi prawdziwy ekspert, a ich akurat w bostońskiej policji nie brakowało. Z pewnością nie miał do czynienia ze zwykłymi kmiotkami.

Oczywiście, że przyjrzą się uważnie temu zarejestrowanemu przestępcy seksualnemu. To będzie wymagało dodatkowego czasu i środków. Może ten koleś się przyzna, ale poznawszy go osobiście, Jason nie sądził, by tak się stało. Aidan sprawiał wrażenie gościa, który już to wszystko zna. Policja nieźle się z nim będzie musiała nabiedzić.

Tak więc policję czekało jeszcze całe mnóstwo rutynowych prac, zwłaszcza przy dwóch potencjalnych podejrzanych. Może da mu to jakieś trzy dni, może pięć. Tyle że z każdą mijającą godziną dramatycznie malały szanse na znalezienie żywej Sandy. Wczoraj możliwe jeszcze było szczęśliwe zakończenie. Albo dziś rano…

Jeśli nadejdzie wieczór, a Sandy wciąż się nie pojawi…

Kiedy tylko odnajdą ciało Sandy, będzie po nim. Przyjdą po niego do domu. Odbiorą mu Ree. Jego córka znajdzie się pod kuratelą państwa. Mała dziewczynka, którą kochał nad życie, trafi do rodziny zastępczej.

Ponownie usłyszał Ree w pokoju przesłuchań, jej śpiewny głos recytujący: Proszę, nie rób tego.

Nikomu nie powiem. Możesz mi wierzyć. Nie powiem. Kocham cię. Nadal cię kocham…

Jego dłonie na kierownicy lekko zadrżały. Zmusił się, aby powstrzymać to drżenie. To nie była odpowiednia chwila na coś takiego. Musiał myśleć. Musiał jechać dalej. Przed sobą miał media, za sobą policję, no i musiał mieć na względzie dobro córki. Odsunąć to, umieścić na dnie świadomości. W

tym był najlepszy.

Myśleć, jechać dalej. Dowiedzieć się, co się przytrafiło Sandy, szybko, nim policja odbierze mu córkę.

Wtedy, w następnej sekundzie, ponownie pomyślał o tym, co powiedziała Ree, o wszystkim, co powiedziała, i pojawił się pierwszy przebłysk nadziei. Pogrążony w rozpaczy mąż nakazał sobie.

Pogrążony w rozpaczy mąż.

Ruszył w stronę szkoły Sandy.

Rozdział 17

Pewnego razu, kiedy Jason miał czternaście lat, późnym wieczorem usłyszał, jak rozmawiają o nim rodzice. Sądzili, że ich syn już śpi.

Zwróciłeś uwagę na jego oczy? tak mówiła jego matka. Nieważne, czy bawi się z Janie, dziękuje za miseczką lodów czy prosi o pozwolenie na włączenie telewizora, jego spojrzenie jest zawsze takie samo. Obojętne. Puste. Jakby niczego nie czuł. Martwię się, Stephen. Mówię poważnie, naprawdę bardzo, ale to bardzo się o niego martwię.

„I słusznie" tak pomyślał wtedy Jason. „Naprawdę bardzo, ale to bardzo powinnaś się martwić".

Teraz dorosły Jason wjechał na parking przed gimnazjum, znalazł wolne miejsce i zgasił silnik. Ree poruszyła się w foteliku, budząc się dzięki wewnętrznemu czujnikowi pozwalającemu dzieciom na rejestrację faktu, że pojazd się zatrzymał. Będzie teraz potrzebować paru chwil, więc opuści osłonę przeciwsłoneczną i przejrzał się w lusterku.

Pod zapadniętymi oczami widniały ciemne cienie. Zapomniał się ogolić i zarost stal się nagle zaskakująco gęsty. Wyglądał na zmęczonego, mocno znużonego. Ale także ostro, być może nawet niebezpiecznie, jak człowiek, który mógłby być wybuchowy i w tajemnicy bić żonę i dziecko.

Układał usta na różne sposoby, wykrzywiał się. Pogrążony w rozpaczy mąż, powtarzał w myślach.

Pogrążony w rozpaczy mąż.

Jego matka miała rację potrafił przerobić całą swoją twarz, a tak go zdradzały. Wyglądał jak człowiek o niewidzącym spojrzeniu.

Postanowił, że głowę będzie miał spuszczoną. Spuszczoną z rozpaczy. To najlepsze, co mógł zrobić.

Z tyłu Ree w końcu ziewnęła i przeciągnęła się. Spojrzała na niego, potem na Pana Smitha, a następnie wyjrzała przez szybę.

Rozpoznała budynek i natychmiast się ożywiła.

Jest tu mamusia? Przyjechaliśmy po mamusię?

Jason się skrzywił.

Pamiętasz, jak policja przysłała funkcjonariuszy, aby pomogli nam znaleźć Pana Smitha? zapytał, starannie dobierając słowa.

Aha.

No cóż, tak samo zrobimy w przypadku mamy. Policja przyśle funkcjonariuszy, żeby jej szukali, ale nasi znajomi także chcą pomóc. Porozmawiamy więc ze znajomymi mamusi i zobaczymy, czy mogą nam pomóc w jej odnalezieniu. Dokładnie tak samo, jak zrobiliśmy w przypadku Pana Smitha.

Pan Smith wrócił do domu powiedziała Ree.

No właśnie. I jeśli nam się uda, mamusia także wróci.

Ree pokiwała głową. Wydawała się zadowolona. To była pierwsza prawdziwa rozmowa, jaką odbyli na temat zaginięcia a Sandy, i poszła całkiem dobrze. Dzieci oczywiście łatwo doświadczały silnych uczuć. W tej chwili Ree czuła jeszcze wyczerpanie po porannych przejściach i ochoczo dawała się uspokoić. Później, kiedy wrócą rozpacz i wściekłość… Wysiadł z samochodu i wypiął dziewczynkę z fotelika. Pana Smitha zostawili w aucie z tą samą kartką „Wściekły kot" za przednią i tylną szybą. Jason nie ufał gimnazjalistom w takim samym stopniu jak gangom z Roxbury.

Poszli prosto do sekretariatu, Jason z opuszczoną głową, Ree ściskająca w dłoni Lil' Bunny.

Pan Jones! Adele, szkolna sekretarka, natychmiast się z nimi przywitała.

Współczucie w jej głosie, smutne spojrzenie, jakim obdarzyła Ree, uderzyło go w splot słoneczny i przez chwilę po prostu stał, autentycznie oszołomiony, walcząc z falą wilgoci, jaka napłynęła mu do oczu. Niczego nie musiał udawać, ponieważ w tej właśnie chwili po raz pierwszy zniknięcie Sandy stało się rzeczywiste. Zniknęła, a on był pogrążonym w rozpaczy mężem, sam ze swoim skołowanym dzieckiem.

Zadrżały mu kolana. Niemal się przewrócił w samym środku szkoły swojej żony, patrząc na linoleum, które przemierzała pięć dni w tygodniu, ściany, które widywała pięć dni w tygodniu, biurko, które mijała pięć dni w tygodniu.

Wcześniej nikt nie zaoferował mu współczucia. Aż do tej chwili pochłaniały go wybiegi w kontaktach z policją, pracodawcą, zboczeńcem z tej samej ulicy. Teraz pojawiła się Adele, która wyszła zza biurka, poklepała go po plecach, a Ree mocno do siebie przytuliła. W tym momencie uznał, w typowy dla siebie sposób, że nienawidzi sekretarki Adele. Jej współczucie paliło. Wolał się trzymać wybiegów.

Jestem pewna, że Phil bardzo by chciał z panem porozmawiać. Adele miała na myśli dyrektora szkoły. Ma w tej chwili spotkanie. Rety, od porannych wiadomości jego telefon dzwoni non stop.

Zatrudniliśmy, oczywiście, stosownego terapeutę, no i cały personel chce pomóc. O czwartej mamy specjalne zebranie, gdzie omówimy organizację jutrzejszych poszukiwań. Phil uznał, że moglibyśmy utworzyć centrum dowodzenia w sali gimnastycznej, zaangażować do pomocy okolicznych mieszkańców… Adele urwała nagle. Najwyraźniej dotarło do niej, że być może zbyt wiele mówi przy dziecku. Miała na tyle przyzwoitości, aby się zarumienić, po czym ponownie mocno przytuliła Ree.

Zechciałby pan zaczekać? zapytała uprzejmie. Może przynieść panu kawy albo wody? Albo jakieś kredki dla Ree?

Prawdę mówiąc, zastanawiałem się, czy nie mógłbym najpierw zajrzeć do klasy pani Lizbet. Tylko na chwilkę, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu…

Oczywiście, że nie, oczywiście. Za jakieś trzy minuty zacznie się przerwa na lunch. Jestem pewna, że będzie chciała z panem porozmawiać.

Jason wyprodukował uśmiech pełen wdzięczności, po czym wyciągnął rękę do Ree. Ruszyła razem z nim korytarzem. Chwilę później rzeczywiście rozległ się dzwonek i z klas zaczęli się wysypywać uczniowie. To nagłe zamieszanie odwróciło uwagę Ree, ratując go przed wieloma pytaniami, jakimi, był pewien, zamierzała go zasypać.

Za rzędem pomalowanych na niebiesko szafek skręcili w prawo, a potem, za szafkami intensywnie pomarańczowymi, w lewo. Elizabeth Reyes, alias pani Lizbet, miała z siódmymi klasami naukę o społeczeństwie. Jej klasa znajdowała się na samym końcu korytarza. Ta pięćdziesięciokilkuletnia nauczycielka była elegancko szczupła, a długie przetykane siwizną włosy upinała w ciasny kok. Kiedy on i Ree weszli do klasy, wycierała akurat tablicę.

Pani Lizbet! zawołała Ree i natychmiast do niej podbiegła, żeby się przytulić.

Pani Lizbet uściskała ją mocno, kucając, tak żeby się znaleźć na linii wzroku Ree.

Ree Ree! Jak się masz, kochanie?

Dobrze odparła nieśmiało, ponieważ nawet w wieku czterech lat już pojmowała, że to jedyna grzeczna odpowiedź, jakiej się w takich przypadkach udziela.

Hej, a to kto? Lil' Bunny.

Cześć, Lil' Bunny. Ładna sukienka!

Ree zachichotała i ponownie nachyliła się w stronę pani Lizbet, obejmując ją w talii. Takie zachowanie wobec innych dorosłych nie było w stylu Ree i Jason widział w oczach córki, że tęskni za matką, tęskni za znajomą pociechą, jaką zapewnia kobiecy uścisk. Pani Lizbet napotkała ponad głową Ree jego spojrzenie starał się nie wzdrygnąć pod jej oceniającym wzrokiem. Wyglądało na to, że przyznała mu status neutralny, krok powyżej natychmiastowej nieufności policji, krok poniżej fali współczucia ze strony Adele.

Kochanie powiedziała pani Lizbet, odsuwając się od Ree. Pamiętasz Jennę Hill z drużyny koszykówki? Tak się akurat składa, że Jenna ma teraz przerwę na lunch i strasznie by chciała, żeby ktoś z nią poćwiczył. Jak myślisz? Mogłabyś z nią trochę porzucać?

Oczy Ree rozbłysły. Pokiwała z entuzjazmem głową.

Pani Lizbet wyciągnęła rękę.

Dobrze, no to chodź ze mną. Zaprowadzę cię do Jenny i poćwiczycie razem. Twój ojciec i ja przez chwilkę porozmawiamy, a potem do ciebie dołączymy.

W ten uprzejmy sposób kupiła im nieco czasu na szczerą rozmowę i Jason był pod wrażeniem.

Jego córka poszła za panią Lizbet w stronę drzwi, wahając się tylko w ostatniej chwili. Patrzył na uczucia widoczne na jej twarzy. Potrzeba bycia blisko niego, jej jedynej kotwicy w szybko rozpadającym się świecie, walczyła z pragnieniem gry z Jenną, prawdziwą gwiazdą koszykówki, w świecie czterolatki zajmującej pozycję równą gwieździe rocka.

Następnie Ree wyprostowała się i wyszła z klasy razem z panią Lizbet. Jason zostawszy sam, już tęsknił za córką dziesięć razy bardziej, niż ona byłaby w stanie tęsknić za nim, i zastanawiał się, dlaczego musi być taki pokręcony, że nienawiść go wzmacnia, gdy tymczasem miłość wprost przeciwnie.

Elizabeth Reyes w zeszłym roku była instruktorką Sandy, a tym samym jej mentorką. W owym czasie Jason spotkał się nią co najmniej kilkanaście razy. Kiedy przyprowadzał Ree, aby raz na jakiś czas zjadła razem z Sandy lunch. Kiedy podrzucał Sandy do szkoły albo po nią przyjeżdżał. Machał wtedy ręką, podobnie jak Elizabeth. Tyle spotkań, a jednak miał pewność, że ona przyznałaby mu rację, iż praktycznie w ogóle się nie znają.

Wróciwszy do klasy, zamknęła za sobą drzwi. Jason patrzył, jak zerka na zegar, po czym nerwowo wygładza spódnicę. Ta kobieta przetrwała jednak dwadzieścia lat lekcji z siódmoklasistami.

Wyprostowała się i stawiła czoła nowemu wyzwaniu.

No więc odezwała się, przechodząc na początek klasy. Jason podejrzewał, że tam czuje się najswobodniej. Phil ogłosił dziś rano, że w środę wieczorem Sandy zaginęła. Powiedział, że policja nie ma pewności, co się stało. Nie ma żadnych tropów.

W środę wieczorem wysłano mnie do pożaru wyjaśnił Jason. Kiedy około drugiej wróciłem do domu, Ree spała w swoim pokoju, ale reszta domu była pusta. Portfel i komórka Sandy leżały w kuchni. Jej samochód stał na podjedzie. Ale nigdzie nie było śladu mojej żony.

Mój Boże. Elizabeth zrobiła chwiejny krok w tył, po czym oparła się o krawędź biurka. Drżały jej dłonie. Kiedy ogłosił to rano, trudno było wziąć jego słowa na poważnie. No bo to przecież Sandy, nie kto inny. Uznałam, że to jakaś pomyłka. Brak porozumienia, być może nawet kłótnia między wami.

Spojrzała mu śmiało w oczy. Jesteście młodą parą. Czasami młode pary potrzebują czasu na ostudzenie emocji.

Nie zostawiłaby Ree powiedział zwięźle.

Kobieta ponownie przygasła.

Nie mruknęła. Racja. Nigdy nie zostawiłaby Ree. Westchnęła, po czym widać było, że próbuje wziąć się w garść. Phil załatwił terapeutów dla dzieci i personelu. Istnieją specjalne protokoły dla tego rodzaju zdarzeń. Mieliśmy coś w rodzaju apelu, ujawniliśmy, co się stało. Lepiej, żeby dzieciaki usłyszały to od nas niż jakichś plotkarzy.

Co powiedział?

Tylko tyle, że pani Jones zaginęła, że wszyscy intensywnie pracują nad jej znalezieniem i że jeśli dzieci mają jakieś pytania, śmiało mogą porozmawiać z nauczycielami. Że policja robi wszystko, co w jej mocy, i że ma nadzieję, iż wkrótce pojawią się dobre wieści itd., itp.

Z tego, co się dowiedziałem, jutro po zebraniu na sali gimnastycznej organizują poszukiwania.

Spojrzała na niego.

Masz zamiar pomóc?

Nie jestem pewny, czy policja doceniłaby moje starania. Jestem mężem, standardowym podejrzanym.

Elizabeth nie spuszczała z niego spokojnego wzroku, co odebrał jako aluzję.

Pogrążony w rozpaczy mąż, pogrążony w rozpaczy mąż. Rozłożył ręce, spojrzał na nie.

Nie wiem, co się stało mruknął. Pojechałem do pracy jako mąż i ojciec, a wróciłem do prawdziwego koszmaru. Czy ktoś uprowadził moją żonę? Nie było żadnych śladów włamania. Czy uciekła z innym? Nie potrafię sobie wyobrazić, aby zostawiła Ree. Potrzebowała po prostu nieco czasu, żeby wszystko przemyśleć? Mam nadzieję i modlę się o to, Elizabeth. Mam nadzieję i modlę się.

Wobec tego ja będę robić to samo.

Wziął oddech, wczuwając się w rolę, czując potrzebę dokończenia swej misji.

Rzeczywiście jesteśmy młodą parą rzekł. Niełatwo nam godzić pracę z wychowywaniem dziecka. Zrozumiałbym, gdyby Sandy była nieszczęśliwa. Gdyby zwróciła uwagę na kogoś innego.

Elizabeth milczała, nie spuszczając z niego wzroku.

Dla mnie to nie ma znaczenia dodał pospiesznie. Jeśli potrzebuje przestrzeni, do diabła, nawet jeśli znalazła kogoś innego… poradzę sobie z tym, Elizabeth. Nie będę miał innego wyjścia. Chcę jedynie, aby wróciła. Jeśli nie dla mnie, to przynajmniej dla Ree.

Uważasz, że kogoś poznała powiedziała otwarcie Elizabeth. I że mi o tym powiedziała.

Wzruszył bezradnie ramionami.

Kobiety rozmawiają ze sobą.

Nie twoja żona poinformowała go ostro. I nie ze mną.

W takim razie z kim? Z tego, co mi wiadomo, jesteś jej najlepszą przyjaciółką.

Elizabeth ponownie westchnęła, odrywając od niego wzrok, by zerknąć na zegar. Jason przyłapał się na tym, że napina mięśnie brzucha, jakby szykował się na otrzymanie ciosu. Odwróciła wzrok z jednego powodu ponieważ miała coś do powiedzenia.

Posłuchaj, bardzo szanuję Sandy zaczęła Elizabeth. Jest doskonałą nauczycielką. Cierpliwą w stosunku do uczniów, ale także… opanowaną. W dzisiejszych czasach to rzadka cecha u nauczycieli.

Zwłaszcza kobiet. Przynoszą do pracy osobiste problemy i może do pewnego stopnia przydaje się to w kontaktach z uczniami, ale nie zaskarbia życzliwości personelu. Sandy była inna. Zawsze spokojna, zawsze niezawodna. Nie wyobrażam jej sobie siedzącej i plotkującej z kimkolwiek, także ze mną. Poza tym kiedy miałaby czas na coś takiego?

Jason kiwnął głową, również się nad tym zastanawiając. Najprostszym wytłumaczeniem zaginięcia Sandy był, rzecz jasna, inny mężczyzna. Uciekła z kochankiem albo miała kochanka, który nagle się rozmyślił.

Nie rób tego. Nadal cię kocham. Proszę…

Ale Jason nie miał pojęcia, jak do czegoś takiego mogłoby dojść. No więc jego żona raz na pół roku robiła wypady do "spa". Rozumiał, że nie zaspokaja wszystkich jej potrzeb jako mąż. Ale to były tylko dwie noce w roku. Nawet kobieta tak atrakcyjna jak Sandy nie stworzyłaby związku na dwa dni w roku.Po szkole? mruknął.

Elizabeth pokręciła głową.

Sandy zostawała wyłącznie na zebrania grona pedagogicznego. Potem spieszyła odebrać Ree, z którą zakładam, że spędzała większość wieczorów.

Jason pokiwał głową. Poza wypadami do spa, popołudniami i wieczorami Sandy opiekowała się Ree.

A czterdzieści osiem ostatnich godzin świadczyło o tym, że czterolatka to doskonała przyzwoitka.

Lunch? zapytał.

Udałoby się to tylko wtedy, gdyby ten inny mężczyzna był także nauczycielem i gdyby zaanektowali schowek na szczotki odparła z powątpiewaniem Elizabeth.

A tutejsi nauczyciele?

Nigdy nie zauważyłam, aby bratała się z kimś szczególnie, czy to z mężczyzną, czy z kobietą.

Kiedy Sandy tu przebywała, zajmowała się uczniami.

A okienko, czy jak się na to teraz mówi?

Każdy nauczyciel ma jedno okienko wyjaśniła. Większość z nas spędza je na sprawdzaniu prac albo przygotowywaniu się do kolejnych zajęć, choć nie znaczy to wcale, że Sandy nie mogła opuszczać wtedy szkoły. Ale jeśli się nad tym zastanowić… Zawahała się i ponownie zmierzyła go wzrokiem.

We wrześniu Sandy rozpoczęła specjalny projekt. Pracowała z jednym z ósmoklasistów, Ethanem Hastingsem, nad modułem nauczania.

Modułem nauczania?

W ramach zaliczenia z informatyki Ethan miał stworzyć przewodnik po Internecie dla początkujących, który miał być testowany w szóstych klasach na nauce o społeczeństwie. Stąd zaangażowanie Sandy. Projekt zakończył się kilka miesięcy temu, ale nadal widuję ich razem w pracowni komputerowej. Sandy coś tam przebąkiwała, że Ethan pracuje teraz nad czymś większym, a ona mu pomaga.

Sandy… i uczeń? Coś takiego Jasonowi nie mieściło się w głowie. To było niewyobrażalne.

Elizabeth uniosła brew.

Nie odparła zdecydowanie. Po pierwsze, Sandy Jones, choć młoda i ładna, nigdy nie wykazałaby się takim brakiem profesjonalizmu. Po drugie, cóż, gdybyś zobaczył Ethana Hastingsa, zrozumiałbyś punkt drugi. Próbuję ci natomiast powiedzieć, że Sandy każdego dnia miała tylko jedno okienko, które było zajęte.

Jason pokiwał powoli głową, wpatrując się w podłogę. Jednak coś się za tym kryło. Musiał w to wierzyć, choćby dlatego, że było lepsze od innych jego opcji.

A co z czwartkowymi wieczorami? zapytał nagle. Kiedy Sandy i Ree przychodziły na mecze koszykówki?

To znaczy?

Siadała w tym samym miejscu? Może obok tego samego mężczyzny? Być może poznała kogoś podczas tych wieczorów, innego rodzica.

Elizabeth wzruszyła ramionami.

Nie wiem, Jason. Nigdy niczego nie zauważyłam. No ale w tym sezonie nie pojawiłam się na zbyt wielu meczach. Pokazała na swoje siwe włosy. Jestem już babcią, możesz w to uwierzyć? W

listopadzie moja córka urodziła pierwsze dziecko. Większość czwartkowych wieczorów spędzam na kołysaniu wnuka, nie na śledzeniu zalotów. Chociaż mogę ci powiedzieć, kto mógłby to wiedzieć.

Drużyna koszykówki wybrała nowego statystyka na ten sezon: Ethana Hastingsa.

Rozdział 18

Sierżant D.D. Warren ani trochę nie przejęła się tym, co Colleen Pickler powiedziała na temat przestępców seksualnych: że na zwolnieniu warunkowym zachowują się wzorowo, są pełni skruchy i aż się palą, aby zadowolić swe wyznaczone przez sąd nianie. D.D. od ośmiu lat nosiła mundur i jako świadek zbyt wielu scen z udziałem rozhisteryzowanych matek i dzieci o szklistych spojrzeniach żywiła przekonanie, że jeśli chodzi o przestępców seksualnych, to i piekło stanowiłoby dla nich niewystarczająco dotkliwą karę.

W jej świecie zabójstwa pojawiały się i znikały. Ale wykorzystywanie seksualne dzieci zawsze zostawiało po sobie ślad. Wciąż miała w pamięci wezwanie do szkoły po tym, jak pięcioletni chłopiec wyznał nauczycielce, że napadnięto na niego w łazience. Domniemany sprawca kolega chłopca, inny pięciolatek. Dalsze dochodzenie ujawniło, że podejrzany mieszka nie z jednym, ale z dwoma zarejestrowanymi przestępcami seksualnymi. Pierwszy to ojciec, drugi starzy brat. D.D. i jej partner sumiennie zgłosili ten incydent do stosownej placówki zajmującej się chronieniem dzieci przed wykorzystywaniem ze strony dorosłych, naiwnie wierząc, że to coś da.

Nie. Placówka ta wydała opinię, że w interesie chłopca nie leży rozbijanie rodziny. Zamiast tego został wyrzucony z przedszkola za niestosowny kontakt z kolegą z grupy i nie wydarzyło się absolutnie nic innego aż do dnia sześć miesięcy później, kiedy D.D. znowu miała z nim styczność. Tym razem był

świadkiem potrójnego zabójstwa dokonanego przez starszego brata.

D.D. nadal czasem się śniło puste spojrzenie szarych oczu tego dziecka. I to, w jak beznamiętny sposób relacjonował, jak jego szesnastoletni brat zajechał pod minimarket, jak on poszedł za bratem do środka, sądząc, że dostanie batonik. Zamiast tego brat wyciągnął broń, a potem, kiedy dziewiętnastoletnia sprzedawczyni się zawahała, otworzył ogień zarówno do niej, jak i dwóch innych dzieciaków, które tak się akurat złożyło, przebywały w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie.

D.D. zanotowała zeznania chłopca. Następnie odesłała go do domu do ojca, przestępcy seksualnego.

System nie zezwoliłby jej na nic innego.

To się wydarzyło dwanaście lat temu. Co jakiś czas D.D. kusiło, aby sprawdzić nazwisko chłopca, zobaczyć, co się z nim stało. Ale w gruncie rzeczy wcale nie musiała. Taki dzieciak, który w wieku lat pięciu był już ofiarą wykorzystywania seksualnego, sprawcą wykorzystywania seksualnego, a następnie świadkiem potrójnego zabójstwa… Cóż, na prezydenta to on raczej nie wyrośnie, no nie? Były, oczywiście, także i inne historie. Raz D.D. przyjechała do rozpadającego się dwupiętrowego domu, gdzie znalazła żonę stojącą nad zwłokami męża, nadal z nożem w ręce, na wypadek, gdyby po otrzymaniu kilkudziesięciu ciosów mimo wszystko udało mu się wstać. Okazało się, że znalazła w komputerze sekretny folder męża, w którym przechowywał domowe filmiki, jakie co wieczór kręcił z sobą w roli głównej, jak uprawia seks z ich dwiema córkami.

Co interesujące, córki po raz pierwszy ujawniły ten fakt, gdy miały siedem i dziewięć lat, kiedy jednak policja zbadała sprawę, nie znalazła żadnych dowodów na wykorzystywanie.

Dziewczęta spróbowały ponownie po ukończeniu dwunastu i czternastu lat, ale wtedy, zważywszy na ich upodobanie do mikrominiówek i bluzek bez ramiączek, nawet własna matka nie uznała ich za wiarygodne.

Filmiki z kolei odniosły skutek. Tak więc matka wyfiletowała męża, a potem, kiedy tylko wyznaczony przez sąd obrońca wyciągnął ją z aresztu, pogrążyła się w głębokiej depresji. Jeśli chodzi o te dwie dziewczyny ofiary kazirodztwa, odkąd skończyły cztery i sześć lat obszerny materiał filmowy z powtarzającymi się atakami został rozpowszechniony w Internecie i już nigdy nie uda się go wycofać…

Cóż, żadna z nich także nie wyrośnie na prezydenta, no nie?

D.D. i Miller zatrzymali samochód przed domem, którego adres otrzymali od Colleen Pickler. D.D.

ćwiczyła już głębokie oddechy i starała się nie dopuszczać do tego, aby jej dłonie automatycznie zwijały się w pięści. Kuratorka poradziła im, aby byli mili.

Większość przestępców seksualnych jest z natury tchórzliwa i ma niską samoocenę. Dlatego właśnie zaczajają się na dzieci albo w wieku dziewiętnastu lat najlepiej się czują w towarzystwie czternastoletniej dziewczyny oświadczyła. Jeśli zwalicie się na Aidana niczym tona cegieł, on tego nie udźwignie. Zamknie się w sobie, a wy znajdziecie się na drodze wiodącej donikąd. Najpierw zostańcie jego przyjaciółmi. Potem go przemaglujcie.

D.D. wiedziała, że to całe zaprzyjaźnianie się nigdy jej nie wyjdzie, dlatego za jej milczącą zgodą to Miller miał przejąć dowodzenie. Wysiadł pierwszy z samochodu, a ona poszła za nim do drzwi skromnego domu z lat pięćdziesiątych. Miller zapukał. Cisza.

Tego się właśnie spodziewali. Zdążyli się już dowiedzieć od dwóch funkcjonariuszy w cywilu, że Sandra Jones serwisowała swój samochód w warsztacie, w którym Pracował Aidan Brewster. Godzinę później zadzwoniła do nich Colleen Pickler z wiadomością, że właściciel warsztatu, Vito Marcello, wręczył Aidanowi Brewsterowi wypowiedzenie. Oboje czuli, że Aidan jest wystraszony. Lepiej dorwać go teraz, nim pójdzie w siną dal.

Miller ponownie zapukał, po czym przyłożył swoją odznakę do szyby.

Aidanie Brewster zawołał. Policja bostońska. Otwórz, chłopie. Chcemy tylko porozmawiać.

D.D. uniosła brew i syknęła ze zniecierpliwieniem. Według niej wyważenie drzwi byłoby o wiele lepsze, nawet jeśli sędziowie krzywo patrzyli na tego rodzaju działania.

Kiedy już myślała, że może i do tego dojdzie, rozległ się dźwięk odsuwanej zasuwy. Następnie drzwi uchyliły się lekko.

Chcę policyjnej ochrony oświadczył Aidan Brewster. Stał tak, że widać było tylko jego twarz i dzikość w jego oczach. Chłopaki z warsztatu mnie zabiją. Wiem to.

Miller nie zrobił kroku naprzód. Podobnie jak D.D. nieznacznie się poruszył, prawą rękę trzymając pod marynarką blisko schowanej w kaburze broni.

A może wyjdziesz zza tych drzwi powiedział spokojnie żebyśmy mogli porozmawiać twarzą w twarz?

Widzę twoją twarz odparł z konsternacją przestępca seksualny. I próbuję rozmawiać. Mówię wam, Vito mnie sypnął. Powiedział chłopakom, że jestem zarejestrowanym zboczeńcem. I są wściekli.

Faceci ich pokroju nie bratają się z cipami takimi jak ja. Jak nic jestem trupem.

Czy ktoś powiedział coś jednoznacznego? odezwała się D.D., starając się, aby jej głos brzmiał

równie spokojnie jak głos Millera, nawet jeśli stojąc krok za nim, muskała opuszkami palców glocka

.40. Powiedział? Chłopak wydawał się jeszcze bardziej ożywiony. To nie jest coś, co trzeba mówić.

Słyszałem ich szepty. Wiem, na co się zanosi. Dzięki waszym pachołkom wszyscy uważają, że zabiłem tę kobietę. W końcu wyszedł zza drzwi, ukazując niechlujne ubranie i puste ręce. Pokazał palcem na Millera. To wasza wina, że znalazłem się w tym bagnie oświadczył starszemu detektywowi.

Musicie mi teraz pomóc. Choć tyle jesteście mi winni.

Może o tym porozmawiamy, co? Miller w końcu zrobił krok naprzód, popychając butem drzwi.

Następnie delikatnie popchnął Aidana w głąb korytarza. Chłopak nie wydawał się świadomy niepokoju, jaki wywoływał w policjantach. Zdążył się już odwrócić i zaczął iść w głąb domu, gdzie z tego, co wiedzieli znajdowało się jego małe mieszkanie.

Okazało się rzeczywiście małe. Aneks kuchenny, sofa w kwiaty, stary telewizor. D.D. uznała, że to gospodyni, pani April Houlihan, jest odpowiedzialna za wystrój, ponieważ nie mieściło jej się w głowie, aby dwudziestokilkuletni mężczyzna tak się lubował w szydełkowych serwetkach. Aidan nie usiadł, lecz stanął obok kuchennego blatu. Na lewym nadgarstku miał zieloną gumkę i kompulsywnie nią pstrykał.

Kim są ci ludzie i co ci powiedzieli? zapytała, patrząc, jak skóra na jego nadgarstku robi się czerwona, i zastanawiając się, dlaczego chłopak nie wzdryga się z bólu.

Nic więcej nie powiem odparł pospiesznie Aidan. Im więcej wam mówię, tym bardziej jestem trupem. Po prostu… przydzielcie mi ochronę. Radiowóz, miejscowy motel. Coś. Musicie coś zrobić.

D.D. uznała, że Colleen Pickler miała rację z Aidana Brewstera była niezła jęczydupa.

Jako zły glina czuła się upoważniona do powiedzenia:

Jeśli będziesz chciał złożyć formalną skargę na któregoś z twoich współpracowników, wtedy chętnie przyjrzymy się tej sprawie. Jednak do tego czasu nic nie możemy zrobić.

Spanikowanemu Aidanowi oczy niemal wyskoczyły z orbit. Miller rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie.

Zacznijmy może od początku rzekł uspokajającym tonem dobry glina, wyjmując dyktafon.

Pogadamy i od razu rozwiążemy problem. Nieco współpracy z twojej strony, Aidan, a może będziemy się mogli odwdzięczyć, informując kogo trzeba, że w tej sprawie jesteś czysty. Okej?

Okej szepnął chłopak. Pstryk, pstryk, pstryk gumką.

No dobrze. Miller przysunął dyktafon bliżej Aidana. Uwaga chłopaka skupiała się na nim, więc D.D. miała okazję rozejrzeć się po mieszkaniu. Bez nakazu wolno jej było jedynie patrzeć na to, co znajdowało się na wierzchu, ale zawsze to coś. Poszła do sypialni, skrzywiła się z powodu panującego w niej zaduchu.

Czy znałeś Sandrę Jones? pytał właśnie Miller.

D.D. zobaczyła niezasłane łóżko, stertę brudnych ciuchów głównie niebieskie dżinsy i białe T shirty kosz ze zużytymi chusteczkami higienicznymi. Spod materaca wystawał róg jakiejś gazety. Pewnie pornograficznej, no bo co innego można chować pod materacem?

Taa, to znaczy miałem okazję ją widzieć. Ale jej nie znałem odpowiedział Aidan. Widywałem ją czasami na ulicy, bawiącą się ze swoim dzieciakiem. Ale zawsze przechodziłem na drugą stronę.

Przysięgam! I okej, pamiętam, raz przyszła do warsztatu. Ale ja nie pracuję z przodu. Siedzę tylko i wyłącznie na zapleczu. Vito zna warunki mojego zwolnienia.

Jakiego koloru ma włosy? zapytał Miller.

Chłopak wzruszył ramionami.

Blond.

Oczy?

Nie wiem.

Jest młoda. Mniej więcej w twoim wieku.

Nie wiem nawet tyle.

D.D. czubkiem długopisu wysunęła gazetę kawałek dalej. Okazało się, że to „Penthouse". Nic wielkiego. Dała mu spokój, ale zdążyła się już zacząć zastanawiać, co jeszcze Aidan Brewster może chować pod materacem.

Opowiedz mi o środowym wieczorze mówił Miller. Wyszedłeś na miasto, spotkałeś się z przyjaciółmi? Robiłeś coś konkretnego?

D.D. zbliżyła się do czegoś, co wyglądało na szafę. Widziała wystające z niej ubrania, białe skarpetki, brudną bieliznę. Drzwi były uchylone na dziesięć centymetrów. Zwiększyła to do piętnastu. Zobaczyła zwisający z góry łańcuszek i pociągnęła za niego, włączając światło.

Nie mam przyjaciół zaprotestował Aidan. Nie chodzę do barów, nie spotykam się z kolegami.

Oglądam telewizję, głównie powtórki. Lubię Seinfelda, czasami Prawo i porządek.

Powiedz mi, co oglądałeś w środę wieczorem.

Seinfeld był mistrzem w swojej dziedzinie odparł cierpko Aidan. A McCoy prowadził sprawę przeciwko pewnemu przywódcy sekty, który twierdził, że jest Bogiem.

D.D. zobaczyła kolejne sterty ciuchów. Zmarszczyła brwi, cofnęła się, po czym się zawahała.

Zerknęła ponownie na leżące na podłodze brudne ubrania, następnie na stertę ciuchów w szafie. Ile par niebieskich dżinsów i białych T shirtów może posiadać jeden facet?

Tylko to, co na widoku, tylko to, co na widoku.

Kopnęła w stertę w szafie. No i proszę bardzo, trafiła na coś twardego. Pomyślała, że to metal. Coś prostokątnego. Całkiem sporego. Komputer? Domowy sejf? Komputer stanowiłby naruszenie warunków zwolnienia. Interesujące.

Znowu się cofnęła, przygryzając dolną wargę, zastanawiając się, co dalej.

Nie pogrywaj ze mną rzekł Miller. Mogę sprawdzić, co puszczano w środę wieczorem. Jeśli kręcisz, dostaniesz wezwanie na komisariat i wtedy nie będziemy już sympatyczni.

Niczego nie zrobiłem! wybuchnął Aidan.

Zaginięcie kobiety na twojej ulicy jest tylko i wyłącznie zbiegiem okoliczności?

To dorosła kobieta. Dajcie spokój, widzieliście moje akta. Czego, u diabła, mógłbym chcieć od mamy?

Ach, ale to młoda, ładna mama. W tym samym wieku co ty. I także samotna. Mąż, który pracuje po nocach. Może chciała jedynie porozmawiać. Może zaczęło się od luźnej znajomości. Dowiedziała się o tym, co zrobiłeś, Aidan? Dowiedziała się o twojej pierwszej miłości i się wkurzyła?

Nigdy z nią nie rozmawiałem! Zapytajcie, kogo chcecie. Jeśli ta kobieta była na dworze, to zawsze ze swoim dzieckiem. A ja trzymam się z dala od dzieci!

Straciłeś pracę, Aidan. To cię musiało wnerwić.

No pewnie, kurde!

Wszystkim pasujesz na sprawcę. Warsztat jest pełen facetów, którzy chcą ci dać nauczkę. Nie winię cię za to, że się wkurzasz.

No pewnie, kurde!

Boli nadgarstek? zapytał niespodziewanie Miller.

Co?

Boli nadgarstek? Pstrykasz tą gumką już od dziesięciu minut. Powiedz mi o niej, Aidan. To część twojego programu? Pstrykasz gumką za każdym razem, kiedy w twojej głowie pojawiają się nieczyste myśli związane z małymi dziećmi? O rety, musisz mieć naprawdę nieczysty dzień.

Hej, zostawcie mnie w spokoju! Nie macie o niczym pojęcia. Nie pociągają mnie dzieci. Nigdy nie pociągały.

A więc dwudziestotrzyletnią mamę można brać pod uwagę?

Dość tego! Wkłada pan w moje usta słowa, których nie powiedziałem. Zakochałem się w niewłaściwej dziewczynie, okej? Nic złego więcej nie zrobiłem. Zakochałem się w niewłaściwej dziewczynie, a teraz moje życie to bagno.

D.D. wyszła z sypialni. Jej nagłe pojawienie się zaskoczyło Aidana. Widziała, że dopiero teraz dotarło do niego, dokąd wcześniej poszła. Spojrzenie wbił natychmiast w podłogę. Lubiła, kiedy kłamcy byli przewidywalni.

Hej, Aidan. Może mnie oprowadzisz po sypialni?

Uśmiechnął się do niej z goryczą.

Wygląda na to, że już się pani sama oprowadziła.

Owszem, ale coś mnie zastanawia. Może zajrzymy tam razem?

Nie.

Nie? Udała zdziwienie. No wiesz, Aidan, a tak dobrze współpracowałeś. Jak mówił Miller, im prędzej wszystko wyjaśnimy, tym prędzej będziemy mogli o tym rozpowiedzieć. Jestem pewna, że Vito chętnie się dowie, że jego ulubiony mechanik może wrócić do pracy.

Aidan nie odpowiedział. Przestał pstrykać gumką. Zamiast tego błądził spojrzeniem po pomieszczeniu, tam i z powrotem, tam i z powrotem. Szukał drogi ucieczki. Nie w sensie fizycznym.

Ale kłamstwa, wymówki. Magicznych słów, które sprawiłyby, że jego problem zniknie.

Niczego nie wymyślił i D.D. patrzyła, jak się garbi, jakby się szykował na nadejście ciosu.

Chcę, żebyście sobie poszli powiedział.

Aidan… zaczął Miller.

Wcale nie zamierzacie mi pomóc przerwał mu chłopak. Wszyscy wiemy, że tak jest, skończcie więc z tymi bzdetami. Dla was także jestem zboczeńcem. I tak naprawdę nie ma znaczenia to, że odsiedziałem swoje ani że jestem skazany na program i warunki zwolnienia. Zboczeniec już zawsze będzie zboczeńcem, czy nie tak to działa? Nie tknąłem tej kobiety. Powiedziałem to Vito, powiedziałem to mężowi…

Powiedziałeś mężowi? podchwyciła D.D.

Taa. Aidan uniósł wojowniczo głowę. Uciąłem sobie małą pogawędkę z mężem. Sprawiał

wrażenie mocno zainteresowanego faktem, że na tej samej ulicy mieszka zarejestrowany przestępca seksualny. Właściwie teraz spojrzenie chłopaka było wyrachowane założę się, że to on wam o mnie powiedział. D.D. nie odpowiedziała.

To dla niego dość wygodne, no nie? No bo przecież to, że jesteście tutaj i mnie przesłuchujecie, oznacza, że nie możecie być tam i przesłuchiwać jego. Taa, rzekłbym, że moja obecność to najlepsze, co się kiedykolwiek przytrafiło panu Jonesowi. Ciekawe, ile minie czasu, nim powie o mnie prasie, hm?

Wtedy dopiero zrobi się wesoło. No więc jeśli się nad tym zastanowić, nie tylko w moim interesie leży oczyszczenie mnie z tych paskudnych oskarżeń, ale także w waszym, czyż nie? No bo dopóki przyglądacie się mnie, nie możecie się zwrócić przeciwko niemu. I założę się, że on o tym wie. Sprytny gość, ten pan Jones. Założę się, że wie naprawdę mnóstwo rzeczy.

D.D. nie odezwała się ani słowem. Zachowywała pozorny spokój. Tylko dłonie za plecami zacisnęła w pięści.

Pokaż mi swoją szafę, Aidan.

Nie, wielkie dzięki.

Albo mi teraz pomożesz, albo cię później aresztuję. Mina zwierzęcia w pułapce zniknęła. Teraz chłopak był otwarcie pewny siebie.

Zaryzykuję.

Wiesz, Aidan, nie jestem stronnicza względem swoich ofiar. Ty, pan Jones, Potwór w szafie.

Zaaresztuję was wszystkich i niech sąd się tym zajmie. Mnie to rybka.

Nie wierzę. Mnogość podejrzanych prowadziłaby do uzasadnionych wątpliwości.

Owszem, ale mogą minąć całe miesiące, nim dojdzie do procesu. Miesiące, podczas których będziesz siedział w pudle bez możliwości wyjścia za kaucją, a tymczasem rozejdą się wieści, że w celi numer jedenaście mieszka przestępca seksualny.

Zbladł. Przestępcy seksualni nie mieli w więzieniu łatwego życia. Współwięźniowie kierowali się własnymi zasadami etycznymi i według ich systemu wartości łojenie skóry zboczeńcowi stanowiło doskonały sposób na ulepszenie świata.

Aidan miał rację jego życie było gówniane, podobnie jak jego możliwości wyboru.

Ale chłopak ją zaskoczył. Wykazał się hartem ducha, jakiego wcześniej mu brakowało.

Nie skrzywdziłem tej kobiety powiedział sztywno. Ale coś widziałem.

To przykuło uwagę D.D. Miller także znieruchomiał. Ciut późno jak na wyjawienie tego typu informacji, co sprawiło, że oboje natychmiast zrobili się podejrzliwi.

W środę wieczorem usłyszałem jakiś hałas. Coś mnie obudziło. Musiałem się wysikać. Wstałem więc z łóżka. Wyjrzałem przez okno…

Które okno? wtrąciła D.D.

W kuchni. Nad zlewem. Aidan pokazał ręką.

D.D. przeszła do aneksu kuchennego. Większość domów w Southie była usytuowana jeden przy drugim. Jednak budynek sąsiadujący z domem Aidana był nieco cofnięty, dzięki czemu z okna rozciągał się całkiem dobry widok na ulicę.

Widziałem, jak przejeżdża samochód, powoli, jakby dopiero co ruszył. W normalnych okolicznościach w ogóle bym się nad tym nie zastanawiał, ale pierwsza w nocy to dziwna pora na to, by ktoś tu przyjeżdżał albo stąd odjeżdżał.

D.D. nic nie powiedziała, mimo że sąsiad Aidana, Jason Jones, nagminnie przyjeżdżał i odjeżdżał w późnych godzinach nocnych.

Ten samochód wyglądał dziwnie dodał Aidan. Z dachu wystawało mnóstwo anten. Jak w limuzynie, jednym z tych pojazdów usługowych.

Jaki kolor? zapytał Miller.

Chłopak wzruszył ramionami.

Ciemny.

Numer rejestracyjny?

O pierwszej w nocy? Kurde, nie mam w oczach rentgena.

Skąd jechał ten samochód?

Od strony domu Sandry Jones.

Wiesz, jak ona się nazywa odezwała się ostro D.D.

Aidan posłał jej cierpkie spojrzenie.

Wszyscy wiedzą. Sami to ogłosiliście w tych cholernych wiadomościach.

Pogrywasz sobie z nami, Aidan? Coś za wygodne jest to, że nagle raczysz nas relacją naocznego świadka.

Oszczędzałem to. Nie można dawać czegoś za nic, no nie? Cóż, wy chcecie mnie aresztować, więc uznajcie to za nagrodę pocieszenia. Ja nie skrzywdziłem tej kobiety, ale może kiedy znajdziecie ten samochód, znajdziecie też tego, kto to zrobił. Wydaje mi się, że już wspominałem, iż coś takiego byłoby w moim i waszym interesie. D.D. nie mogła nie przyznać mu racji. Rzeczywiście chciała go udupić, a on nie pozwolił jej przeszukać swojej szafy.

Zerknęła na Millera, zobaczyła w jego oczach, że wyciągnął takie same wnioski. Koniec rozmowy.

Prawdziwy czy nie, ton opis tajemniczego pojazdu był jedyną rzeczą, jaką mogli uzyskać od tego gościa.

Będziemy w kontakcie z twoją kuratorką poinformowała Aidana.

Chłopak skinął głową.

Oczywiście dasz nam znać, jeśli nastąpi jakakolwiek zmiana miejsca twojego pobytu.

Oczywiście zapewnicie mi policyjną ochronę kiedy już zostanę zbity na kwaśne jabłko zripostował.

No to się zgadzamy.

Ona i Miller ruszyli w stronę drzwi. Aidan także, po czym zdecydowanie je za nimi zamknął.

Cóż, no to mieliśmy ubaw po pachy powiedział Miller, kiedy szli chodnikiem.

Ma coś schowanego w szafie. Komputer, sejf, coś.

Tyle nakazów przeszukania, tak mało rzeczywistych powodów westchnął Miller.

Co ty nie powiesz.

Dotarli do samochodu i D.D. odwróciła się, żeby po raz ostatni rzucić okiem na dom. Przyjrzała się wąskiemu budynkowi, drzewom na jego tyłach, stanowiącym barierę zapewniającą nieco prywatności sąsiadującym ze sobą budynkom.

Czekaj chwilę zawołała. Muszę coś sprawdzić.

Pobiegła za dom, gdy tymczasem Miller patrzył za nią z konsternacją. Zajęło jej to tylko minutę czy dwie. W dzieciństwie zawsze lubiła się wspinać na drzewa, a ten stary dąb nadawał się do tego wprost idealnie. Rozejrzała się, po czym szybko zsunęła się na ziemię.

Posłuchaj tylko zawołała, wracając spiesznie do samochodu. Otworzyła drzwi i wsiadła, a Miller uruchomił silnik. Z drzewa na tyłach domu rozciąga się idealny widok na sypialnię Sandy i Jasona.

Kłamliwy sukinsyn mruknął Miller.

No. Ale czy to nasz kłamliwy sukinsyn?

Jakoś nie mam dobrych przeczuć.

D.D. pokiwała z namysłem głową, a Miller zjechał z krawężnika. Nie zdążyli dotrzeć do mostu, kiedy odezwało się radio. Miller odebrał zgłoszenie, po czym włączył koguta i wykonał szaleńczy zwrot, by znowu ruszyć w stronę Southie.

D.D. przytrzymała się deski rozdzielczej.

Co u diabła…

To ci się spodoba oświadczył z podekscytowaniem Miller. Zgłoszenie incydentu. W gimnazjum Sandry Jones.

Rozdział 19

Jason zdążył wyjść z Elizabeth Reyes z klasy, kiedy otrzymał od tyłu cios czymś twardym. Potknął

się, prawie odzyskał równowagę, po czym nastąpił drugi cios, tym razem w nogę za lewym kolanem.

Padł na twarz, czując, jak z płuc uchodzi mu powietrze. Wtedy dopadło go coś niewielkiego i wściekłego i zaczęło okładać po karku, policzkach, głowie. Dłonie miał uwięzione pod brzuchem.

Próbował oprzeć się na łokciach, żeby jakoś się podnieść i obrócić, ale w twarz oberwał podręcznikiem z twardymi rogami.

Zabiłeś ją, zabiłeś, zabiłeś! Ty draniu, ty sukinsynu. Ostrzegała mnie przed tobą. Ostrzegała!

Ethan! Na litość boską, Ethanie Hastings, przestań!

Ethan Hastings w ogóle nie zważał na polecenie pani Lizbet. Z tego, co udało się dostrzec zszokowanemu Jasonowi, ten komputerowy maniak dzierżył szkolny podręcznik i wiedział, jak się nim posługiwać. Jego róg trafił go w oko; Jason otrzymał kolejny cios i poczuł, jak po skroni cieknie mu krew.

Rozległ się odgłos biegnących nóg. Zjawili się inni, zwabieni tym nagłym zamieszaniem.

Ethan, Ethan! wołał z końca korytarza męski głos. Zejdź z niego. Natychmiast!

Wstawaj, wstawaj, wstawaj, wstawaj, pomyślał Jason. Na litość boską, wesprzyj się na rękach i WSTAWAJ.

Kochałem ją. Kochałem ją. Kochałem ją. Jak śmiałeś? Jak śmiałeś? Trzeci cios trafił Jasona tuż za uchem. Ujrzał gwiazdy. Miał wrażenie, jakby oczy obracały mu się do środka głowy. W piersi tak go ściskało, że nie mógł złapać tchu. Paliło go w płucach. Zaraz zemdleje. Nie mógł sobie na to pozwolić.

Tak cię, kurwa, nienawidzę!

I wtedy skończyło się to równie nagle, jak zaczęło. Pojawiła się jakaś postać, silne męskie ramiona złapały za wściekłe ciało ósmoklasisty i ściągnęły je z pleców Jasona. Wykorzystał ten moment, aby się obrócić, walcząc o oddech niczym wyrzucony na brzeg wieloryb. Bolała go klatka piersiowa. Głowa, plecy, noga za kolanem, gdzie oberwał encyklopedią. Kurwa mać.

Pani Lizbet przyglądała mu się, marszcząc z niepokojem brwi.

Nic ci nie jest? Nie ruszaj się. Wezwiemy karetkę.

Nie, próbował powiedzieć, ale to słowo nie wydostało z jego ust. W końcu udało mu się zaczerpnąć tchu i jego klatka piersiowa poruszyła się z wdzięcznością. I jakoś wyrzucił z siebie, cicho i żałośnie: Nie.

Nie bądź niemądry…

Nie! Wsparł się na dłoniach i kolanach, głowę trzymając opuszczoną. Nadal mu w niej dzwoniło.

Bolała noga. Bolała twarz. Z klatką piersiową było lepiej. Widzicie, prawdziwy postęp.

Powoli wstał i wtedy stał się świadomy otaczających go co najmniej kilkunastu wybałuszających oczy nastolatków i kilku bardzo zaniepokojonych dorosłych. Ethana Hastingsa trzymał mężczyzna, jak się okazało, nauczyciel WF u. Rudowłosy piegowaty chłopak, całe sześćdziesiąt kilo, nadal próbował

się wyrwać, patrząc na Jasona z autentyczną nienawiścią.

Jason dotknął dłonią twarzy i otarł pierwszą strużkę krwi. Następnie drugą. Ten dzieciak nieźle mu przyłożył, tuż przy lewym oku, ale nie było to coś, co by nie miało się zagoić.

Co tutaj… W końcu pojawił się dyrektor. Phil Stewart spojrzał tylko na posiniaczoną i zakrwawioną twarz Jasona, następnie na rozwścieczonego Ethana, i zaczął wydawać rozkazy. Ty pokazał palcem na Ethana do mojego gabinetu. A reszta pokazał palcem na gapiące się dzieciaki z powrotem do klas.

Dyrektor przemówił. Uczniowie rozpierzchli się równie szybko, jak się wcześniej pojawili. Jason ruszył

korytarzem za Ethanem Hastingsem, podtrzymywany za łokieć przez zatroskaną panią Lizbet.

Próbował pojąć, co mu się właśnie przytrafiło, ale kiepsko mu szło.

Ree? zapytał cicho.

Na sali gimnastycznej. Każę Jennie zabrać ją na zajęcia z gospodarstwa domowego. Przez połowę czasu pieką tam ciasteczka. To powinno ją zająć.

Dziękuję.

Dotarli do gabinetu pielęgniarki. Elizabeth pokierowała go do środka, gdzie napotkał zszokowane spojrzenie korpulentnej kobiety w stroju chirurgicznym.

W pańskim wieku gra pan w dwa ognie? zapytała.

Wie pani, jak na takiego drobnego chłopca, komputerowy maniak potrafi być okropnie szybki.

Zaskoczona pielęgniarka popatrzyła na Elizabeth.

Mieliśmy sprzeczkę wyjaśniła nauczycielka. Niestety, pan Jones został zaatakowany przez ucznia.

Pielęgniarka otworzyła oczy jeszcze szerzej. Z jakiegoś powodu fakt ten stanowił afront dla męskości Jasona. Poczuł się w obowiązku dodać:

Miał podręcznik!

To w końcu sprawiło, że zaaferowana kobieta zajęła się jego okiem, po czym przyłożyła lód do szybko rosnącego guza na głowie.

Musi pan zażyć dwie aspiryny poinformowała go a potem spać przez osiem godzin. Miał ochotę się roześmiać. Osiem godzin? Dobrze by mu zrobiło spanie przez osiem dni. O tym mógł jednak tylko pomarzyć.

Wyszedł chwiejnym krokiem z gabinetu i ruszył w stronę części administracyjnej gimnazjum był

pewny, że dopiero tam zacznie się przygoda.

Phil Stewart siedział za wielkim dębowym biurkiem, meblem, który miał wywoływać respekt zarówno w uczniach, jak i dorosłych. Lewą część biurka zajmował niewielki płaski monitor, obok którego stał

wyglądający na skomplikowany aparat telefoniczny. Poza nimi leżała na nim tylko duża podkładka i złożone ręce Phila.

Ethan Hastings siedział na krześle w przysłowiowym kącie. Uniósł głowę, kiedy do gabinetu wszedł

Jason, i przez chwilę wyglądał tak, jakby mógł znowu przystąpić do ataku.

Jason uznał, że postoi.

Zadzwoniłem po rodziców Ethana oświadczył rzeczowo dyrektor. Po policję także. Napaść ucznia to bardzo poważna sprawa. Poinformowałem już rodziców Ethana, że zostaje zawieszony na pięć następnych dni, a dyrektor kuratorium podejmie decyzję w sprawie ewentualnego wydalenia. Pan może oczywiście wnieść oskarżenie przeciwko Ethanowi.

Chłopak zbladł, po czym buntowniczo zacisnął dłonie w pięści i opuścił wzrok na wykładzinę.

Nie sądzę, aby to było konieczne odezwał się Jason.

Patrzył pan w lustro? zapytał cierpko Phil.

Jason wzruszył ramionami.

Rozumiem siłę uczuć, targających w takiej sytuacji Ethanem i mną.

Jeśli miał nadzieję, że dzięki temu nawiąże jakąś więź z rudowłosym chłopakiem, spudłował. Ethan obdarzył go kolejnym groźnym spojrzeniem, a wtedy otworzyły się drzwi gabinetu i pojawiła się w nich głowa Adele.

Przyjechała policja.

Wpuść ich.

Drzwi otworzyły się szerzej i Jason doznał nieprzyjemnego szoku na widok wchodzących do gabinetu sierżant D.D. Warren i jej pomagiera detektywa Millera. Czy przy tego typu drobnych incydentach nie powinni reagować szeregowi funkcjonariusze? Chyba że, oczywiście, detektywi dowiedzieli się o tym przez radio i dodali dwa do dwóch.

Jason zerknął z żalem na Ethana Hastingsa, rozumiejąc teraz, że wcześniejsze ciosy to nic w porównaniu ze szkodami, jakie ten chłopiec miał zaraz wyrządzić.

Sierżant D.D. Warren przedstawiła się, a zaraz po niej Miller. Uścisnęli dłoń Phila, skinęli głową Ethanowi, po czym obdarzyli Jasona tego rodzaju kamiennymi spojrzeniami, jakie większość gliniarzy rezerwuje dla gwałcicieli czy seryjnych zabójców.

Pogrążony w rozpaczy mąż, nakazał sobie w myślał ale dzisiaj naprawdę nie miał już ochoty na granie.

Słyszeliśmy o incydencie odezwała się Warren.

Phil wskazał na Ethana siedzącego z głową schowaną między kościstymi ramionami.

Ethan? zapytał cicho.

To jego wina wybuchnął chłopak, podnosząc głowę i celując palcem w Jasona. Pani Sandra ostrzegała mnie przed nim. Ostrzegała mnie.

D.D. obdarzyła Jasona spokojnym spojrzeniem, w którym można było dostrzec cień triumfu.

Co ci mówiła pani Sandra?

Wyszła za mąż bardzo młodo odparł z powagą Ethan. Miała osiemnaście lat. W sumie była niewiele starsza ode mnie.

Dorośli nie odezwali się ani słowem.

Ale już go nie kochała. Chłopak uśmiechnął się szyderczo, patrząc śmiało na Jasona.

Powiedziała mi, że już cię nie kocha.

Czy te słowa zabolały? Jason nie wiedział. Przebywał w swojej strefie, a tam nic nie było w stanie go zranić. Taki był sens tej strefy. Powód jej utworzenia? Powstała, kiedy był zbyt młody i zbyt słaby, aby robić cokolwiek innego w celu uchronienia się przed bólem.

Sandy mówiła mi, że pracuje z tobą nad pewnym projektem odezwał się łagodnie Jason.

Mówiła, że jesteś świetnym uczniem, Ethan, i że bardzo lubi z tobą pracować.

Ethan zarumienił się i ponownie spuścił głowę.

Od jak dawna ją kochasz? zapytał Jason, świadomy tego, że stojąca obok niego D.D.

zesztywniała, a oczy Phila Stewarta rozszerzyły się ze zdumienia.

Nie… zaczął dyrektor.

Nie zasługujesz na nią! wyrzucił z siebie Ethan. Przez cały czas pracujesz. Zostawiasz ją samą.

Ja bym ją lepiej traktował. Gdybym mógł, spędzałbym z nią każdą chwilę. Pomagam jej przy module nauczania. Chodzę na mecze koszykówki, tylko dla niej. Ponieważ to właśnie powinno się robić, jeśli się kogoś kocha. Powinno się przebywać z tą osobą, rozmawiać z nią.

Jak często przebywałeś w towarzystwie pani Sandry? zapytała go sierżant Warren.

Codziennie. Podczas okienka. Uczyłem ją nawigacji po Internecie, jak to wyjaśniać szóstoklasistom. Jestem bardzo dobry, wiecie, jeśli chodzi o komputery.

Cholera, pomyślał Jason. Cholera jasna.

Ethan, czy ty i pani Sandra wychodziliście gdzieś razem? zapytała Warren.

Widywałem się z nią w każdy czwartek podczas meczów koszykówki. Czwartkowe wieczory to moje ulubione wieczory w całym tygodniu.

Chodziłeś do jej domu albo może gdzie indziej?

Dyrektor Stewart wyglądał tak, jakby miał zaraz dostać zawału.

Ale Ethan pokręcił głową.

Nie powiedział żałośnie, po czym przeniósł nadmiernie ożywione spojrzenie z powrotem na Jasona. Mówiła, że nie mogę przychodzić do niej. Że to by było zbyt niebezpieczne.

Co jeszcze pani Jones mówiła na temat swojego męża? zapytała Warren.

Chłopak wzruszył ramionami.

Takie tam. Różne rzeczy. Ale nie musiała wszystkiego mówić. Sam widziałem. Była taka samotna.

Smutna. Pewnego dnia to nawet się popłakała. Widać było, że chce od niego odejść. Ale była przerażona. No bo tylko na niego popatrzcie. Też byłbym przerażony.

Wszyscy posłusznie spojrzeli na Jasona, jego podkrążone oczy, kilkudniowy zarost. Wbił wzrok w podłogę. Pogrążony w rozpaczy mąż, pogrążony w rozpaczy mąż.

Ethan, wygląda na to, że ty i pani Sandra dużo ze sobą rozmawialiście. Wysyłałeś może do niej e maile albo dzwoniłeś na jej komórkę czy kontaktowałeś się z nią w jakiś inny sposób? zapytała pani sierżant.

Taa, jasne. Ale powiedziała, żebym nie dzwonił ani nie pisał za często. Nie chciała, aby jej mąż nabrał podejrzeń. Kolejne wściekłe spojrzenie.

A więc ty i pani Sandra spotykaliście się poza szkołą odezwał się dyrektor Stewart. Wyglądał na mocno zatroskanego.

Ale Ethan pokręcił głową.

Już to mówiłem, spotykaliśmy się podczas jej okienek. I w czwartkowe wieczory. Na meczach koszykówki.

Co jeszcze robiliście podczas tych meczów? zapytała Warren.

To znaczy?

Policjantka wzruszyła ramionami.

Chodziliście razem na spacery, może wokół szkoły, albo siedzieliście w klasie i rozmawialiście, a może coś innego?

Chłopak zmarszczył brwi.

Oczywiście, że nie. Miała ze sobą swoją córkę. Nie mogła tak po prostu odejść i zostawić Ree samej. Pani Sandra to bardzo dobra mama!

Warren zerknęła na Jasona.

Pracuję w czwartkowe wieczory wyjaśnił cicho. A więc owszem, była z nią wtedy Ree.

Lekko skinęła głową i widział, że zastanawia się nad tymi samymi pytaniami, co i on. Ethan Hastings wyraźnie uważał, że łączy go z Sandy jakiegoś rodzaju związek. Ale jak daleko ten związek się posunął? Prawdziwa relacja fizyczna pomiędzy nauczycielką a uczniem? Czy jedynie pobożne żytnia nastoletniego chłopca?

Sandy o jasnych włosach i młodzieńczym wyglądzie nie różniła się zbytnio od innych młodych, ładnych, jasnowłosych nauczycielek, które ostatnimi czasy aresztowano za niestosowne relacje z nastoletnimi uczniami. A Ethan prawdopodobnie właściwie odczytał jej sygnały Sandra bez wątpienia czuła się samotna, zaniedbywana, przerastało ją godzenie pracy i obowiązków rodzicielskich. Ethan był

pełną uwielbienia widownią, szybko zasypującą ją pochwałami i poświęcającą jej całą swoją uwagę, Niemniej jednak był tylko chłopcem. Jason chciał wierzyć w to, że gdyby żona rzeczywiście go zdradziła, nie zrobiłaby tego z trzynastolatkiem. No ale ci pozostali mężowie myśleli najpewniej tak samo.

Ponownie rozległo się dyskretne pukanie do drzwi. I ponownie pojawiła się w nich głowa Adele.

Przyjechali rodzicie Ethana Hastingsa powiedziała.

Dyrektor Stewart skinął głową i drzwi otworzyły się szeroko, ukazując mocno zaszokowanych i przygnębionych rodziców.

Ethan zawołała kobieta, przeciskając się obok stojących w gabinecie dorosłych, aby dotrzeć do syna.

Ethan mocno przytulił się do mamy, natychmiast zmieniając się z obiecującego Don Juana w przerażonego małego chłopca. Jason pomyślał, że mają takie same włosy. Krótki rudawy paź matki zlewał się ze zmierzwionymi włosami syna. Byli dwoma ziarnami grochu w jednym strąku. Idealnie dopasowani.

Wycofał się z powrotem do strefy, tego magicznego miejsca, gdzie nic nie było w stanie go zranić.

Ja tego nie rozumiem zaczął ojciec, po czym dostrzegł bandaż na twarzy Jasona. On zaatakował pana? Mój syn zaatakował dorosłego mężczyznę?

Ma obiecujący prawy sierpowy wyjaśnił Jason, a kiedy ojciec Ethana pobladł, dodał: Proszę się nie martwić, nie zamierzam wnieść oskarżenia.

Sierżant Warren przyjrzała mu się ze świeżym zainteresowaniem.

Ethan był wytrącony z równowagi kontynuował Jason. Potrafię to zrozumieć. Dla mnie ten tydzień też jest paskudny.

Na twarzy ojca pojawiła się jeszcze większa konsternacja, ale Jasonowi nie chciało się już niczego wyjaśniać. Koniec tego dobrego. Pora wracać do domu.

Nie zawracał sobie głowy pożegnaniami, po prostu wyszedł z gabinetu, gdy tymczasem dyrektor Stewart zaczął wyjaśniać „domniemany incydent" i konsekwencje dyscyplinarne dwojgu rodzicom, którym najpewniej w ogóle nie przyszło do głowy, że ich pochłonięty komputerami syn mógłby skrzywdzić choćby muchę.

Przy wyjściu ze szkoły Jasona dogoniła sierżant Warren Nie zaskoczyła go. Był zmęczony i wykończony, więc to oczywiste, że zamierzała wykorzystać taki stan.

Tak szybko pan wychodzi? zawołała za nim.

Muszę odebrać córkę.

W końcu znalazł pan kogoś nadającego się do opieki nad nią?

Odwrócił się spokojnie, nie połykając haczyka.

Jest na zajęciach z gospodarstwa domowego. Z tego, co wiem, pieką tam ciasteczka.

Tęskni za matką, prawda? Nic nie odpowiedział.

To musi być trudne. Mieć tylko cztery lata i być ostatnią osobą, która widziała matkę żywą.

Nic nie odpowiedział.

D.D. skrzyżowała ramiona na piersiach i podeszła bliżej. Krok miała agresywny. Jak samiec alfa mierzący wzrokiem ofiarę.

Jak się ma pański kot?

Jak to kot.

Odnalezienie się Pana Smitha z pewnością bardzo uszczęśliwiło pańską córkę.

Prawdę mówiąc, rozpłakała się z tęsknoty za matką.

I taka jest właśnie pańska linia obrony: że ciepły, kochający ojciec, taki jak pan, nigdy nie skrzywdziłby zwierzęcia swego dziecka. Jason milczał.

D.D. podeszła jeszcze bliżej, odwracając głowę w stronę gabinetu dyrektora szkoły.

No więc co pan myśli o swoim rywalu? Może i jest młody, ale wygląda na to, że Ethan Hastings spędza z pańską żoną więcej czasu niż pan.

Powinniście porozmawiać z panią Lizbet odparł Jason.

Czyżby? Wie o relacji Sandy z Ethanem?

Owszem, o jej prawdziwej naturze.

A jaka ona jest?

Zadurzenia ze strony uczniów to ryzyko zawodowe. Proszę spytać jakiegokolwiek nauczyciela.

Dla mnie brzmi to jak coś więcej niż zadurzenie.

Może w przypadku Ethana Hastingsa tak właśnie jest.

Dowiedział się pan o tym? Zrobił zazdrosny? Poczuł pan, że musi pokazać Sandy, gdzie jej miejsce?

Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nie jestem typem zazdrośnika.

D.D. uniosła brew, nie kryjąc sceptycyzmu.

Każdy jest typem zazdrośnika. Nawet trzynastoletni Ethan Hastings, sądząc po guzie na pańskiej głowie.

Miał podręcznik odparł automatycznie Jason. Dopadł mnie z tyłu.

D.D. uśmiechnęła się do niego, prawdziwe uosobienie życzliwości.

Proszę dać już spokój. To wystarczająco długo trwa. Proszę nam powiedzieć, co się wydarzyło w środę wieczorem. Pary kłócą się ze sobą, wszyscy to rozumiemy. Zwłaszcza młoda para godząca pracę zawodową z rodzicielstwem. No a Sandy, młoda, śliczna i w większość wieczorów samotna… A więc wpadł pan w szał. Być może powiedział coś, czego nie powinien. Może zrobił coś, czego nie powinien.

Im prędzej nam pan powie, tym prędzej to wszystko zakończymy. W pewnym sensie zamkniemy tę sprawę dla pana i pańskiego dziecka. Proszę sobie tylko wyobrazić, jak bardzo Ree jest w tej chwili przerażona. Proszę sobie wyobrazić, jak to jest budzić się każdego ranka z ostatnimi słowami matki w głowie… Nic nie powiedział.

D.D. przysunęła się jeszcze bliżej, aż poczuł zapach mydła jakiego użyła podczas porannego prysznica. Miała jasne kręcone włosy, nieco podobne do Sandy. Śliczne włosy, tak powiedziała Ree, niewątpliwie już tęskniąc za matką.

Proszę mi powiedzieć, gdzie ona jest wyszeptała D.D. wprost do jego ucha. Proszę mi po prostu powiedzieć, gdzie jest, a ja sprowadzę ją do domu dla Ree.

Nachylił się ku niej, tak blisko, że ustami musnął jej policzek. Poczuł, że odruchowo się wzdrygnęła.

Proszę o to spytać Ethana Hastingsa szepnął. D.D. się cofnęła.

Obwinia pan trzynastoletniego chłopca? zapytała z niedowierzaniem.

Nie można nie doceniać młodych odparł z kamienną twarzą. To, co ja robiłem w jego wieku…

D.D. spoważniała.

Jak na bystrego mężczyznę zachowuje się pan bardzo głupio oświadczyła lapidarnie.

Dlatego, że nie pozwalam wam się aresztować?

Nie, dlatego, że nie potrafi pan dodać dwóch do dwóch. Powiem to tak: według pana to nie pan jest osobą, która skrzywdziła Sandrę…

Zgadza się.

Ale według pańskiej córki w środę wieczorem ktoś wszedł do waszego domu i skrzywdził Sandy.

Zgadza się. Jego głos był tym razem ostrzejszy.

Pańska córka coś wie. Więcej niż ma ochotę powiedzieć. Marianne Jackson ma co do tego pewność. Ja także. I mówię to panu teraz, że jeśli tej dziewczynce spadnie z głowy choć jeden włos, wyślę pana do piekła i z powrotem.

Tym razem nie odpowiedział. Głównie dlatego, że był zbyt zaszokowany, by mówić.

Chodzi pani o to… o to…

Obserwujemy pana. W każdej minucie, w każdej godzinie, każdego dnia. Proszę zapewnić tej małej bezpieczeństwo.

Wtedy dotarło do niego, nie jedynie groźba, ale przekazane w sposób bardziej subtelny ostrzeżenie.

Ree była ostatnią osobą, która widziała Sandy żywą. Ree wiedziała więcej niż obecnie chciała bądź

była w stanie powiedzieć. Ree stanowiła klucz do tej łamigłówki.

Co znaczyło, że ten, kto skrzywdził Sandy, miał iście diabelską motywację…

Jason nie potrafił dokończyć tej myśli. W piersi zaczęło go zbyt mocno ściskać. Ze strachu czy wściekłości? Trudno powiedzieć. Może w przypadku człowieka takiego jak on te emocje były jednym i tym samym.

Nikt nie skrzywdzi mojego dziecka usłyszał własny głos. Ze mną będzie bezpieczna.

D.D. popatrzyła na niego.

Czyżby? A ile razy myślał pan tak samo w odniesieniu do żony?

Jason Jones odszedł sztywnym krokiem. D.D. nie ruszyła za nim. Wróciła do gabinetu dyrektora, gdzie wraz z Millerem po raz kolejny przypuścili atak na Ethana, mniej więcej z takim samym skutkiem.

Ethan Hastings był przekonany, że Jason Jones to wcielone zło, i jednocześnie nie był w stanie przedstawić choćby jednego przekonującego powodu, dla którego Sandra Jones mogła uważać męża za niebezpiecznego. Chłopiec znalazł swoją księżniczkę, a w osobie Jasona Jonesa widział smoka, broniącego do niej dostępu.

Jego rodzice byli zrozpaczeni. Ojciec posunął się nawet do tego, że na boku wspomniał D.D. o bracie żony, wujku Ethana, pracującym dla policji stanowej…

D.D. nie miała serca mówić temu człowiekowi, że koneksje rodzinne z policją stanową raczej nie zapewniają dodatkowych punktów u policji bostońskiej.

Ona i Miller zanotowali zeznania Ethana, zajęli jego telefon komórkowy, aby poszukać obciążających wiadomości pomiędzy nim a dwudziestotrzyletnią nauczycielką, po czym wzięli się za Elizabeth Reyes, alias panią Lizbet, która miała bardziej bezstronną ocenę zdarzeń.

Kiedy skończyli, była już piąta i D.D. miała ochotę na lasagne.

Ale jesteś ożywiona stwierdził Miller.

Dobry dzień przyznała.

Nadal nie odnaleźliśmy Sandry Jones i doszedł nam trzeci podejrzany, trzynastoletni Romeo.

Nie sądzę, aby Sandra Jones sypiała z Ethanem Hastingsem. Choć fajnie będzie przeszukać jego telefon.

Miller spojrzał na nią z ukosa.

Jak możesz być tego taka pewna? Oglądasz te same wiadomości co ja? Wygląda na to, że wszystkie ładne nauczycielki romansują w dzisiejszych czasach z ósmoklasistami.

To prawda. D.D. zmarszczyła nos. I nie, dla mnie nie ma to żadnego sensu. No bo przecież kobieta, która wygląda jak Sandra Jones, nie miałaby problemu z przyciąganiem męskiej uwagi.

To kwestia dominacji zapewnił ją Miller. Te kobiety nie pragną związku partnerskiego, ale takiego, w którym mężczyzna będzie robił to, co mu każą. A jako że ci z testosteronem nie słyną z chęci do współpracy, panie skłaniają się ku młodszym.

A więc, to testosteron należy winić? D.D. uniosła brew. Ha, może powinnam więcej czasu spędzać w lokalnym gimnazjum. Odetchnęła głęboko. Niemniej jednak nie uważam, aby Sandy sypiała z Ethanem Hastingsem. No bo i jak? Z tego, co nam wiadomo, zawsze miała ze sobą Ree.

Miller zastanawiał się przez chwilę.

Może był to jeden z tych, jak to się mówi, „romansów emocjonalnych"? Sandy w zasadzie uwiodła Ethana za pośrednictwem telefonu, e maili itd. Wtedy jej mąż natrafił na te wiadomości i zabił ją w przypływie pełnej zazdrości furii.

Albo wspomniała o tym miejscowemu zboczeńcowi, Aidanowi Brewsterowi, i on ją zabił w przypływie pełnej zazdrości furii. Masz rację, mamy zbyt wielu podejrzanych. Ale jest i dobra strona tego wszystkiego.

Dobra strona?

Domniemany związek Sandry Jones z uczniem daje nam uzasadniony powód zajęcia jej komputera.

Miller się ożywił.

Dobry dzień zgodził się.

Rozdział 20

Ludzie przechodzą przez życie, przygotowując się na ważne chwile. Planujemy huczne świętowaniegłównych wyznaczników kolejnych etapów w życiu imprezę z okazji dwudziestych pierwszychurodzin, przyjęcie zaręczynowe, wesele, pępkowe. Świętujemy, opijamy, głośno o tym trąbimy istaramy się uczcić te ważne wydarzenia, ponieważ, no cóż, ponieważ to są ważne wydarzenia.

Podobnie przygotowujemy się na potężne ciosy. Miejscowa społeczność, wspierająca ofiarystraszliwego pożaru. Rodzina, która zjawia się razem na pogrzebie pokonanego przez raka młodegoojca. Przyjaciółka, która dotrzymuje ci towarzystwa w twój pierwszy weekend jako rozwódki isamotnej matki. Dostrzegamy nadchodzące wielkie rzeczy i szykujemy się do odegrania głównych rólw naszych własnych, prywatnych dramatach. Lepiej się wtedy czujemy. Silniej. Popatrzcie na mnie,dałem sobie radę.

I oczywiście przegapiamy to wszystko, co się dzieje pomiędzy „ważnymi rzeczami". Codzienneżycie, zwyczajne i tyle. Nic, co można świętować. Nic, nad czym można się użalać. Po prostu zadania,które trzeba wykonywać. Jestem przekonana, że to właśnie te chwile albo nas ostateczniewzmacniają, albo zabijają. Jak fala obmywały każdego dnia tę samą skałę, prowadząca do jej erozji,kształtująca linię brzegową, zwykłe drobiazgi naszego życia mają prawdziwą moc, a co za tym idziekryje się w nich niebezpieczeństwo. To, co robimy albo czego nie robimy, każdego dnia, nie mającświadomości długofalowych konsekwencji takich mało ważnych czynności.

Na przykład świat, jaki ja znałam, skończył się sobotę trzydziestego sierpnia, w dniu, w którymkupiłam Jasonowi iPoda na urodziny.

Wybrałyśmy się razem z Ree na zakupy. Ona potrzebowała ubrań do szkoły, ja chciałam kupićparę drobiazgów, aby skończyć urządzać swoją pierwszą klasę. Weszłyśmy do Targetu,zobaczyłyśmy iPody i od razu pomyślałam o Jasonie. Uwielbiał słuchać muzyki, a niedawno zaczął

biegać. Mając iPoda, mógłby łączyć jedno z drugim.

Do domu przeszmuglowałyśmy to małe cacko wielkości karty kredytowej, ukrywszy je w moichszkolnych zakupach. Później, kiedy on i Ree bawili się razem w pokoju dziennym, przeniosłam iPodado szuflady w kuchni i schowałam pod rękawicami do piekarnika, bliżej komputera.

W drodze do domu Ree i ja wszystko już zdążyłyśmy obmyślić. Zamierzałyśmy w tajemnicyzapełnić iPoda mnóstwem rockowych kawałków, w miejsce jego ukochanej muzyki klasycznej. Dziękifilmowi Wpuszczony w kanał Ree zapoznała się z twórczością Billy'ego Idola i Fatboya Slima. W

niedzielne poranki, kiedy bezsenność Jasona czasami dawała za wygraną i spał do dziewiątej,najnowszym ulubionym sposobem Ree na budzenie ojca było puszczanie na cały regulator Dancingwith Myself. Dlatego że nic nie wyciągnie miłośnika George'a Winstona z łóżka szybciej niż brytyjskagwiazda rocka.

Bardzo byłyśmy z siebie zadowolone.

Sobotni wieczór był wieczorem rodzinnym, więc trzymałyśmy buzie na kłódkę. W niedzielę kołopiątej Jason oświadczył, że musi pojechać do redakcji. Miał do przeanalizowania kilka nowychinformacji, musiał napisać szkic artykułu o irlandzkim pubie w Southie itp., itd. Ree i ja praktyczniewygoniłyśmy go z domu. We wtorek miał urodziny. Chciałyśmy być przygotowane. Zaczęłam odwłączenia rodzinnego komputera. Pan Smith wskoczył na stół i zajął miejsce obok ciepłego monitoraskąd mógł mnie z zadowoleniem obserwować złotymi szparkami oczu.

Jak większość urządzeń elektronicznych, iPod wymagał specjalnego oprogramowania, któretrzeba było zainstalować. Nie znam się na komputerze tak jak Jason, ale większość tego typuinstalacji jest tak prosta, że nawet ja jestem w stanie sobie z tym poradzić. No i proszę, pojawiło sięokienko instalacyjne, a ja zaczęłam klikać „Zgadzam się", Jak" i „Dalej".

Widzisz, jestem mądrzejsza niż ci się wydaje poinformowałam Pana Smitha. Ziewnął.

Ree przekopywała się przez swoją kolekcję płyt. Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym większegonabierała przekonania, że oprócz Billy'ego Idola Jasonowi przydałoby się parę piosenek z filmówDisneya. Być może szybciej by mu się biegło przy utworze Eltona Johna z Króla Lwa. Albo PhilaCollinsa produkującego się w Tarzanie.

Komputer oznajmił zakończenie instalacji oprogramowania iTunes. Ree przybiegła z naręczempłyt. Przeczytam instrukcję obsługi, a potem pokazałam jej, jak możemy włożyć płytę do napędukomputera i całą zawartość na iPoda tatusia. Totalnie ją to zafascynowało. Później musiałyśmy,rzecz jasna, zajrzeć do internetowego sklepu muzycznego i ściągnąć trochę klasyków Led Zeppelin iRolling Stonesów. Moim faworytem był zawsze utwór Sympathy for the Devil. No i okazało się, żejest już ósma i pora kłaść Ree spać. Schowałam iPoda z powrotem między rękawice. Ree migiempozbierała płyty i odłożyła je z powrotem na półkę. Potem nastąpiła szybka kąpiel, mycie zębów,siusianie, dwie bajki, jedna piosenka, pożegnalne drapanie kota za uszami, no i w końcu nastałacisza.

Wróciłam do kuchni i zaparzyłam herbatę. Jutro było Święto Pracy, zasadniczo ostatni dzieńwakacji dla mnie i Ree. Po nim zacznie się tygodniowy kierat odwożenia Ree do przedszkola, a potemudawania się do gimnazjum. Jason będzie ją odbierał o pierwszej, a ja przed piątą będę musiaławracać do domu, żeby z kolei on mógł jechać do swojej pracy. Mnóstwo bieganiny i zamieszania. Mójmąż i ja będziemy dwoma statkami mijającymi się nocą.

Byłam zdenerwowana. Podekscytowana. Przerażona. Tak bardzo chciałam mieć pracę. Cośswojego. Kiedy zdecydowałam się na nauczanie, byłam tym równie zaskoczona jak inni, ale ubiegłyrok bardzo mi się podobał. Dzieciaki otrzymywały ode mnie wiedzę, ale także życzliwe słowa.

Lubiłam te chwile, kiedy zrobiłam coś, dzięki czemu klasa nastolatków uśmiechała się radośnie.

Lubiłam, jak wołali: „Pani Jones, pani Jones"; prawdopodobnie dlatego, że nie było to nazwiskomatki i „pani Jones" wydawała mi się kimś wysoce kompetentnym i godnym szacunku.

Kiedy stałam przed tablicą, czułam się mądra i sprawowałam nad wszystkim kontrolę.

Dzieciństwo się wtedy oddalało i w oczach uczniów widziałam osobę dorosłą, którą pragnęłam być.

Cierpliwą, wnikliwą, zaradną. Córka mnie kochała. Uczniowie mnie lubili.

A mąż… Nigdy nie miałam w tej kwestii pewności. Potrzebował mnie. Szanował moje pragnienieposiadania pracy, choć wiedziałam, że wolałby, abym została w domu z Ree. Zachęcał mnie dopowrotu na uczelnię, mimo że po całej rodziny nie było to łatwe. Powiedziałam mu, że potrzebujęmieć coś swojego, a on natychmiast wypisał czek na czesne w internetowym college'u.

Dawał mi przestrzeń. Ufał moim decyzjom. Okazywał życzliwość.

Jest dobrym człowiekiem, tak powiedziałam sobie w myślach, jak to często robiłam podczas tychnocy, kiedy cienie się wydłużały i znowu czułam się taka samotna. No więc w naszym małżeństwiebrak było seksu. Żadne małżeństwo nie było idealne, prawda? Na tym polegała dorosłość.

Rozumieniu, że romantyczne marzenia z dzieciństwa się nie spełnią. Osiągało się kompromisy.

Poświęcało dla rodziny.

Robiło się to, co należało, i było się wdzięcznym za wszystkie noce, jakie się przesypiało, nie czującprzesłodzonego zapachu więdnących róż.

Myślenie o Jasonie przypomniało mi, że Ree i ja rano musimy upiec tort. Być może już terazpowinnam zapakować iPoda, dopóki nie ma go w domu. Wtedy moje spojrzenie padło na komputer iuświadomiłam sobie słaby punkt naszego planu.

Jason co wieczór korzystał z komputera. Co znaczyło, że dziś. kiedy wróci z pracy i go uruchomi,pierwsze, co zobaczy, to nową ikonkę iTunes na środku paska menu.

A więc to by było na tyle, jeśli chodzi o niespodziankę.

Usiadłam przed komputerem, próbując coś wymyślić. Mogłam odinstalować program.

Ściągnęłyśmy już na iPoda nasze ulubione piosenki, więc tymczasowe usunięcie oprogramowaniaiTunes niczego nie powinno zmienić. Albo…

Mgliście pamiętałam, że można usunąć coś z komputera, przenosząc to do kosza. I że to cośpozostanie w nim do czasu, aż wyda się polecenie opróżnienia kosza. Co by znaczyło, że mogłabymwrzucić ikonkę iTunes do kosza, żaby zniknęła z oczu Jasonowi, i tam ją zostawić. Voila.

Postanowiłam najpierw sprawdzić swoją teorię na jakimś starym szkolnym dokumencie.

Znalazłam nazwę pliku, zaznaczyłam go i przeciągnęłam do kosza. Następnie dwa razy kliknęłam wikonkę kosza, aby zobaczyć, co się stanie.

Kosz otworzył się, no i proszę, znajdował się w nim mój szkolny plik. I jeszcze jeden element,zatytułowany Foto1.

Kliknęłam więc w niego.

Na ekranie pojawiło się ziarniste czarno białe zdjęcie.

A ja wcisnęłam pięść do ust, żeby moja śpiąca córka nie słyszała, jak krzyczę.

Odległość od gimnazjum do domu Jasona i Sandry wynosiła mniej więcej siedem kilometrów. Osiem minut jazdy samochodem. Ten krótki dystans był idealny podczas codziennej bieganiny, kiedy Ree trzeba było podrzucić do miejsca A lub z niego odebrać, gdy tymczasem Sandra czy Jason musieli szybko dojechać do miejsca B.

Teraz Jason odhaczał w myślach każdą przecznicę. Ściskając dłońmi kierownicę i uważał, że osiem minut to za mało. W osiem minut nie był w stanie odzyskać spokoju. W osiem minut nie potrafił

zrozumieć ataku Ethana Hastingsa. W osiem minut nie był w stanie dojść do siebie po ponurym ostrzeżeniu sierżant D.D. Warren dotyczącym jego dziecka. W zaledwie osiem minut nie potrafił się przygotować na to, co miało się zaraz wydarzyć.

Ree była ostatnią osobą, która w środę wieczorem widziała matkę żywą. Policja o tym wiedziała. On o tym wiedział. I najpewniej wiedziała o tym jeszcze jedna osoba.

Osoba, która zrobiła krzywdę jego żonie. Osoba, która mogła wrócić, aby skrzywdzić Ree.

Jestem zmęczona, tatusiu marudziła Ree, trąc oczy. Chcę jechać do domu.

Nawet Pan Smith porzucił wylegiwanie się i teraz siedział, patrząc wyczekująco na Jasona. Kot z pewnością chciał obiadu, nie mówiąc o świeżej wodzie i kuwecie.

Jedziemy do domu, tatusiu? Chcę do domu.

Wiem, wiem.

On nie chciał. Zastanawiał się nad zabraniem ich na obiad do restauracji, a na noc do jakiegoś taniego motelu. Albo nawet nad zatankowaniem do pełna i ruszeniem ku granicy z Kanadą. Ale w obecnych czasach, kiedy istniał Amber Alert*, ucieczki nie dało się zorganizować na poczekaniu, zwłaszcza z czteroletnią dziewczynką i rudym kotem. Kanada? Pomyślał ponuro, że miałby szczęście, gdyby udało mu się dotrzeć do granicy stanu Massachusetts.

*America's Missing: Broadcast Emergency Response, czyli system szybkiej informacji o zaginionych dzieciach,wykorzystujący różne dostępne media (przyp. tłum.)

Ree chciała do domu. W tej chwili prawdopodobnie było to najbezpieczniejsze miejsce. Miało stalowe drzwi, wzmocnione okna. Zawczasu ostrzeżony uzbroi się na czas. Wcześniej może nie wiedział o wszystkim, co się dzieje w świecie jego żony, nie wyczuł zagrożenia. Cóż, teraz zwracał

baczną uwagę na każdy szczegół. Nie ma mowy, aby ktoś tknął jego córkę.

A przynajmniej tak sobie powtarzał.

Powrót do domu oznaczał także poradzenie sobie z brakiem wesołego powitania ze strony Sandy.

Albo, co gorsza, spotkanie z ludźmi mediów, którzy niewątpliwie koczowali pod drzwiami.

W jaki sposób zabiłeś żonę, Jason? Nóż, pistolet, garota? Pewnie to była łatwizna, zważywszy na twoje doświadczenie…

Pomyślał, że powinien mieć własnego rzecznika. Czyż nie tak się w obecnych czasach dzieje? Stajesz się ofiarą przestępstwa, zatrudniasz własną świtę. Prawnika do reprezentowania interesów, rzecznika do przemawiania w imieniu twojej rodziny i, rzecz jasna, agenta do zajęcia się przyszłymi umowami na książkę i scenariusz filmowy. Prawo do prywatności? Samotne przeżywanie żałoby? Nikt w tych czasach nie certolił. Twoja ciężarna córka została porwana i zamordowana. Twoją ukochaną żonę zabito w metrze. Ciało twojej dziewczyny znaleziono poćwiartowane w walizce. Twoje życie nagle stawało się częścią wiadomości w kablówkach. Zapomnij o planowaniu pogrzebu, musiałeś się zjawić u Larry'ego Kinga. Zapomnij o próbach wyjaśnienia swemu dziecku, że mamusia nie wróci już do domu, musiałeś się udać na kanapę do Oprah.

Zbrodnia oznaczała sławę, czy ci się to podobało, czy nie.

Jasona ogarnął gniew. Nagły, ogromny. Nie chciał tęsknić za żoną. I nie chciał tak bardzo się bać o swoją jedynaczkę.

Zmusił się do tego, aby zrobić głęboki wdech, a potem powoli wypuścić powietrze z płuc. Odsuń to od siebie. Zamknij na trzy spusty. A potem uśmiechnij się, ponieważ jesteś w ukrytej kamerze.

Skręcił w swoją ulicę. No i jakże by inaczej, przy krawężniku zaparkowane zderzak w zderzak stały cztery wozy transmisyjne. A przed samym domem radiowóz. Dwóch umundurowanych funkcjonariuszy na chodniku z rękami na biodrach przyglądało się grupie elegancko ubranych dziennikarzy i niechlujnie wyglądających kamerzystów, reprezentujących lokalne stacje; historia jeszcze nie trafiła do mediów ogólnokrajowych.

Niech no tylko usłyszą o Ethanie Hastingsie. Wtedy się dopiero zacznie.

Siedząca z tyłu Ree otworzyła szeroko oczy.

To jakieś przyjęcie, tatusiu? zapytała z podekscytowaniem.

Może się cieszą, że znaleźliśmy Pana Smitha.

Zwolnił przed domem i od razu rozbłysły flesze. Wjechał na podjazd i wyłączył silnik. Mediom nie wolno wkraczać na teren prywatny, miał więc mnóstwo czasu na to, aby rozpiąć pasy, zająć się dzieckiem i Panem Smithem.

Pogrążony w rozpaczy mąż, pogrążony w rozpaczy mąż. Do aparatów dołączone były przecież teleobiektywy.

Zaniesie Pana Smitha do domu, jednocześnie trzymając za rękę Ree. To była okazja na dobre ujęcie posiniaczony i zabandażowany mąż niosący ładnego rudego kota i trzymający za rękę śliczną dziewczynkę. Jak nic zacznie otrzymywać listy od fanek.

Ponownie poczuł się pusty. Nie wściekły, nie smutny, nie rozgniewany. Odnalazł swoją strefę.

Pan Smith stał na kolanach Jasona, patrząc przez szybę na zgromadzonych ludzi. Uszy miał

postawione, ogon drgał mu nerwowo. Ree zdążyła już rozpiąć pasy i teraz przyglądała się Jasonowi z wyczekiwaniem.

Możesz wysiąść z tej strony samochodu, skarbie? zapytał cicho.

Pokiwała głową, patrząc na tłum nieznajomych na chodniku.

Tatusiu?

Wszystko w porządku, skarbie. To są dziennikarze. Ich zadaniem jest zadawanie pytań, trochę tak jak w pracy tatusia. Tyle że ja piszę artykuły do gazet, a ci dziennikarze mówią o tym w telewizji.

Ponownie na niego spojrzała, wyraźnie coraz bardziej niespokojna.

Odwrócił się na fotelu kierowcy i dotknął jej dłoni.

Muszą pozostać na chodniku, kochanie. Takie jest prawo. Nie mogą więc wejść do naszego domu.

Kiedy jednak wysiądziemy z samochodu, zrobi się głośno. Wszyscy naraz zaczną zadawać różne dziwne pytania i wiesz co, oni nie podnoszą rąk.

Tym przykuł jej uwagę.

Nie podnoszą rąk?

Nie. Przekrzykują się nawzajem. Nie mówią po kolei, nie mówią przepraszam, nic.

Ree zamrugała oczami.

Pani Suzie by się to nie spodobało oświadczyła.

W pełni się z tym zgadzam. A kiedy wysiądziemy z samochodu, przekonasz się, dlaczego w szkole tak ważne jest podnoszenie ręki, ponieważ kiedy się tego nie robi…

Pokazał na hałaśliwy tłum na chodniku, a Ree westchnęła z irytacją. Zdenerwowanie zniknęło. Teraz była gotowa wysiąść z samochodu, choćby po to, aby pokręcić głową na widok grupy źle wychowanych dorosłych.

Jason także czuł się lepiej. Prawda była taka, że jego czteroletnia córka wiedziała więcej niż ci szakale, i tego miał zamiar się trzymać.

Wepchnął Pana Smitha pod lewe ramię i otworzył drzwi od strony kierowcy. Powietrze przecięło pierwsze pytanie, a zaraz potem kolejne:

Jason, Jason, gdzie jest Sandy? Masz jakieś wiadomości na temat miejsca jej pobytu?

To prawda, że policja dziś rano przesłuchała waszą czteroletnią córkę? Jak sobie radzi mała Ree?

Pyta o to, gdzie jest mama?

Jesteś ostatnią osobą, która widziała Sandy żywą?

Co masz do powiedzenia na temat tego, że jesteś uznawany za osobę podejrzaną?

Jason zamknął za sobą drzwi, po czym otworzył drzwi Ree. Z opuszczoną głową i z kotem przytulonym do piersi wyciągnął rękę do córki. Wyszła śmiało z samochodu. Popatrzyła na dziennikarzy i Jason usłyszał migawki i flesze pół tuzina aparatów. Dotarło do niego, że jego córka, śliczna, odważna córka właśnie go uratowała przed pojawieniem się jego twarzy w wiadomościach o piątej.

Masz rację, tatusiu. Ree spojrzała na niego. Oni nigdy nie dostaliby medalu za dobre zachowanie.

Uśmiechnął się. I poczuł, jak puchnie z dumy, gdy ujął dłoń córki i odwrócił się od pokrzykujących dziennikarzy w stronę azylu, jaki stanowił ogródek przed domem.

Pokonali ogródek, Pan Smith się wyrywał, Ree przeszła zdecydowanym krokiem. Weszli po schodach i Jason musiał puścić dłoń Ree, aby się skupić na panikującym kocie. Jason, Jason, zorganizowałeś ekipę poszukiwawczą Sandy?

Odbędzie się czuwanie dla twojej żony?

Co ty na to, że torebkę Sandy znaleziono na kuchennym blacie?

To prawda, że będzie cię reprezentował Alan Dershowitz?

W jednej ręce miał klucze. Z trudem trzymał Pana Smitha, szukając właściwego. Do środka, do środka. Spokój i samokontrola.

Jakie były ostatnie słowa Sandy?

Wtedy tuż za nim rozległ się trzask deski.

Jason natychmiast uniósł głowę. Z cienia na końcu werandy wyłonił się jakiś mężczyzna. Jason od razu zasłonił sobą córkę, w jednej ręce trzymając kota, w drugiej pęk kluczy.

Mężczyzna pokonał dzielące ich trzy stopnie. Miał na sobie zmięty garnitur z jasnozielonego lnu, a w dłoni trzymał kapelusz. Nad pooraną zmarszczkami twarzą znajdowały się szokująco białe włosy.

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i Jason niemal upuścił tego przeklętego kota.

Białowłosy mężczyzna otworzył ramiona, uśmiechnął się do Ree i wykrzyknął jowialnie: Witaj, kwiatuszku. Chodź do dziadzia!

Rozdział 21

Jason szybko otworzył drzwi i wepchnął do środka Pana Smitha. Położył dłoń na ramieniu Ree.

Do domu.

Ale, tatusiu…

Do domu. Natychmiast. Kotu trzeba dać jeść. Oczy Ree rozszerzyły się, ale rozpoznała ton jego głosu i zrobiła to, co kazał. Gdy przekroczyła próg, Jason zamknął za nią drzwi, przekręcił klucz w zamku i odwrócił się w stronę białowłosego mężczyzny.

Wynoś się z mojego terenu.

Nowo przybyły przechylił głowę, wyglądał na skonsternowanego. Jason tylko raz miał okazję widzieć ojca Sandy i zaskoczyły go teraz, tak samo jak wtedy, jego błękitne oczy i szeroki uśmiech.

Jason, czy tak się wita teścia?

Max wyciągnął rękę. Jason zignorował ją i oświadczył stanowczo: Wynoś się z mojego terenu albo każę cię aresztować. Max się nie ruszył. Mina mu jednak zrzedła.

Obracał kapelusz w dłoniach, wyraźnie rozważając możliwości.

Gdzie twoja żona, synu? zapytał w końcu sędzia odpowiednio ponurym głosem.

Policzę do pięciu odparł Jason. Jeden…

Słyszałem, że nie ma jej już ponad dobę. Zobaczyłem ją w wiadomościach i od razu pognałem na lotnisko.

Dwa.

To moja wnuczka? Ma oczy swojej babci. Śliczna dziewuszka. Szkoda, że nikt nie pomyślał o tym, żeby mnie powiadomić o jej narodzinach. Wiem, że między mną a Sandrą były nieporozumienia, ale nie zrobiłem przecież nic, co by zasługiwało na odsunięcie mnie od tak słodkiego dziecka.

Trzy.

Przyjechałem pomóc, synu. Naprawdę. Może i nie jestem już młodzieniaszkiem, ale zostało we mnie jeszcze trochę siły.

Cztery.

Max zmrużył oczy.

Zabiłeś moją jedyną córkę, Jasonie Jones? Bo jeśli się okaże, że skrzywdziłeś moją Sandrę, że przez ciebie spadł z jej głowy choćby jeden włos…

Pięć.

Jason zszedł z werandy. Max nie poszedł za nim. Jasona to nie zaskoczyło. Według słów Sandry jej ojciec żył sobie niczym przysłowiowa duża ryba w małym stawie. Był ogólnie szanowanym sędzią, życzliwym dżentelmenem z Południa. Ludzie odruchowo mu ufali, dlatego też nikt nigdy nie interweniował, aby pomóc jego jedynej córce, nawet wtedy, gdy matka poiła ją wybielaczem.

Dziennikarze zobaczyli, jak się zbliża, i optymistycznie wyciągnęli w jego stronę mikrofony, krzycząc jeszcze głośniej.

Gdzie jest Ree?

Kim jest człowiek na waszej werandzie? Chcesz coś przekazać osobie, która mogła uprowadzić Sandrę?

Jason zatrzymał się obok umundurowanego funkcjonariusza stojącego najdalej od ludzi mediów i kiwnął na niego palcem. Na plakietce z nazwiskiem miał napisane „Hawkes".

Doskonale. Jasonowi przydałby się jastrząb*.

*Hawk ang. jastrząb (przyp. tłum.).

Policjant posłusznie się zbliżył tak jak i Jason nie miał ochoty, aby ich rozmowę słyszało szersze grono.

Ten człowiek na werandzie mruknął Jason nie jest mile widziany na moim terenie. Poprosiłem go, aby się oddalił. Odmówił.

Policjant uniósł brew. W niemym pytaniu przeniósł spojrzenie z Jasona na dziennikarzy, a potem z powrotem na Jasona.

Jeśli on chce urządzić scenę, jego sprawa odpowiedział ściszonym głosem Jason. Uważam go za zagrożenie dla mojej córki i chcę, aby zniknął.

Policjant skinął głową i wyjął kołonotatnik.

Jak się nazywa?

Maxwell Black z Atlanty w Georgii.

Relacja?

Technicznie rzecz ujmując, to ojciec mojej żony.

Na twarzy funkcjonariusza pojawiło się zaskoczenie.

Jason wzruszył ramionami.

Moja żona nie życzyła sobie, aby jej ojciec obecny był w życiu naszej córki. Fakt, że Sandry… nie ma, to nie powód, aby ignorować jej polecenia.

Coś powiedział? Zagroził w jakiś sposób panu albo pańskiej córce?

Samą jego obecność uważam za zagrożenie.

To znaczy ma pan nakaz sądowy? zapytał z konsternacją policjant Hacker.

Jutro z samego rana, obiecuję. Było to kłamstwo, dlatego że Jason potrzebowałby dowodu na niebezpieczne zachowanie, a sąd najpewniej wymagałby czegoś bardziej przekonującego od stwierdzenia Sandy, że Max bardziej kochał żonę psycholkę niż gnębioną przez nią córkę.

Nie mogę go aresztować zaczął policjant.

Uważam, że bezprawnie wkroczył na mój teren przerwał mu Jason. Proszę o usunięcie go poza jego granice. To jedyne, o co proszę.

Policjant nie zaprotestował, a jedynie wzruszył ramionami, jakby mówił: „To wasz pogrzeb z pierwszej strony gazet", i odwrócił się, aby pójść na werandę. Max jednak wyczuł pismo nosem. Sam zszedł po schodkach, nadal jowialnie się uśmiechając, choć ruchy miał nerwowe, jak człowiek, który robi to, co musi, a nie to, na co ma ochotę.

Chyba pojadę teraz zameldować się w hotelu powiedział z godnością, skinąwszy głową Jasonowi.

Dziennikarze się uciszyli. Najwyraźniej połączyli obecność umundurowanego funkcjonariusza z czynnościami białowłosego mężczyzny i z uwagą przyglądali się przedstawieniu.

Oczywiście rzekł Max do Jasona już się nie mogę doczekać, jak z samego rana przyjadę odwiedzić wnuczkę.

Możesz o tym zapomnieć odparł spokojnie Jason, po czym ruszył z powrotem w stronę domu, gdzie czekała na niego Ree.

Synu, na twoim miejscu bym tak nie mówił zawołał za nim Max.

Wbrew wcześniejszym zamiarom Jason przystanął, odwrócił się i zmierzył teścia wzrokiem.

Wiem coś powiedział starszy pan na tyle cicho, aby usłyszał go tylko Jason i policjant. Na przykład wiem, kiedy poznałeś moją córkę i znam datę przyjścia na świat mojej wnuczki.

Wcale nie. Sandy nie zadzwoniła do ciebie, kiedy urodziła się Ree.

Państwowe archiwa notarialne, Jasonie Jones. Państwowe archiwa. No dobrze, nie sądzisz więc, że czas, abyśmy puścili w niepamięć urazy?

Możesz o tym zapomnieć powtórzył zdecydowanie Jason, mimo że serce waliło mu jak młotem.

Po raz trzeci tego samego dnia odkrywał niebezpieczeństwo tam, gdzie wcześniej go nie było.

Odwrócił się do Maksa plecami, wszedł po schodkach i wsunął klucz do zamka. Otworzył drzwi i przekonał się, że Ree stoi na środku korytarza, drży jej dolna warga, a w oczach błyszczą łzy.

Zamknął drzwi, a ona rzuciła mu się w ramiona.

Tatusiu, boję się. Tatusiu, boję się!

Ćśś, ćśś, ćśś. Tulił ją mocno. Głaskał po włosach, wdychając kojący zapach szamponu No More Tears. Kocham cię szepnął do czubka jej głowy, zastanawiając się, czy Max mu ją odbierze.

Jason zrobił gofry. Śniadanie na kolację stanowiło uświęconą zwyczajem przyjemność, znajomy rytuał ubijania wody i mieszanki do gofrów działał na niego uspokajająco. Wylał rzadkie ciasto na parującą płytę. Ree siedziała na brzegu blatu, niezłomnie obserwując czerwone światełko w gofrownicy. Kiedy zgaśnie, wtedy nadejdzie pora jedzenia. Poważnie traktowała swoje obowiązki.

Jason wyjął syrop. Do dwóch szklanek nalał sok pomarańczowy, po czym wygrzebał z lodówki dwa ostatnie jajka, aby jego dziecko zjadło na kolację coś jeszcze oprócz chleba moczonego w cukrze.

Niemal słyszał teraz Sandy: „Gofry z syropem klonowym są niewiele lepsze od pączków. Naprawdę, Jason, dołóż przynajmniej jajko na twardo albo coś w tym rodzaju".

Ree nigdy jednak za bardzo nie narzekała. Jej ulubionym daniem było spaghetti z różowym sosem, które jadła za każdym razem, kiedy bywali w North End. Różowy makaronik, tak go nazywała. Oboje wciągali go z mlaskaniem, jedząc z zadowoleniem z jednej miski.

Jasonowi lekko zadrżała ręka. Zbyt mocno zamieszał jajko i żółta maź skapnęła na podłogę. Pan Smith zbliżył się, aby wybadać sprawę.

Światełko się wyłączyło zanuciła Ree.

No to fajnie. Bierzemy się za jedzonko! powiedział, naśladując głos Jima Carreya, i Ree zachichotała. Jej śmiech działał na niego kojąco. Nie znał wszystkich odpowiedzi. Bardzo, ale to bardzo niepokoiło go, co wydarzyło się dzisiaj, nie mówiąc o tym, co może się jeszcze wydarzyć. Ale miał tę jedną chwilę. Ree miała tę chwilę.

Chwile były ważne. Inni ludzie nie zawsze zdawali sobie z tego sprawę. Ale Jason owszem.

Usiedli obok siebie przy blacie kuchennym. Zjedli gofry. Wypili sok. Ree przesuwała kawałki jajecznicy po talerzu, maczając je w sosie klonowym, a dopiero potem wkładając do buzi.

Jason poczęstował się jeszcze jednym gofrem. Zastanawiał się, kiedy się zjawi policja, aby zarekwirować rodzinny komputer. Pociął gofra na małe kawałki. Rozważał, jak dużo Ethan Hastings nauczył Sandy, jeśli chodzi o komputery, i dlaczego nigdy nie wspomniała Jasonowi o swoich podejrzeniach. Przełożył kilka kawałków gofra na talerz Ree. Myślał teraz, co okazałoby się trudniejsze czy gdyby policja zabrała jego córkę i oddała pod opiekę zastępczą, a jego aresztowała za zabójstwo Sandy, czy też gdyby opiekę nad dziewczynką uzyskał ojciec Sandy, po oświadczeniu w sądzie rodzinnym, że Jason Jones nie jest biologicznym ojcem Clarissy Jane Jones i dlatego nie powinien być dłużej obecnej życiu.

Ree odłożyła widelec.

Jestem pełna, tatusiu.

Zerknął na talerz w stokrotki.

Jeszcze cztery kawałki gofra, no bo masz cztery lata.

Nie. Zeskoczyła ze stołka barowego. Złapał ją za ramię, marszcząc brwi.

Cztery gryzy, a potem będziesz mogła odejść od stołu.

Nie jesteś moim szefem.

Jason zamrugał oczami i odłożył widelec.

Jestem twoim ojcem, a więc owszem, jestem twoim szefem.

Nie, mamusia nim jest.

Oboje jesteśmy.

Nie, tylko mamusia.

Clarisso Jane Jones, możesz zjeść cztery kawałki gofrów albo możesz usiąść za karę na schodku.

Ree spojrzała na niego wyzywająco.

Chcę do mamusi.

Cztery kawałki.

Dlaczego na nią krzyczałeś? Dlaczego ją zdenerwowałeś?

Wracaj na krzesło, Ree.

Tupnęła nóżką.

Chcę do mamusi! Powiedziała mi, że wróci do domu. Mamusia powiedziała, że mnie nie zostawi.

Ree…

Mamusia chodzi do pracy, a potem wraca do domu. Chodzi do sklepu, a potem wraca do domu.

Mamusia mi mówiła, obiecała mi, że zawsze wróci do domu!

Jason poczuł ucisk w piersi. Ree przechodziła jakiś czas temu etap przywiązania, płacząc za każdym razem, gdy Sandy wychodziła z domu. Więc Sandy rozpoczęła pewną o której przeczytała w podręczniku dla rodziców. Zawsze powiadamiała Ree o wyjściu z domu i zawsze ją przytulała od razu po powrocie. Widzisz, spójrz na mnie, Ree. Wróciłam do domu. Zawsze wracam do domu. Nigdy bym cię nie zostawiła. Nigdy.

Mamusia położy mnie spać oświadczyła teraz Ree, nadal uparcie wysuwając brodę. To jej zadanie. Ty jeździsz do pracy, ona kładzie mnie spać. Jedź do pracy, tatusiu. Jedź. Jedź!

Ree…

Nie chcę cię już tutaj. Musisz jechać. Jeśli wyjedziesz, to mamusia wróci do domu. Jedź do pracy.

Musisz.

Ree…

Idź sobie, idź sobie. Nie chcę cię już widzieć. Jesteś wielkim psujem.

Clarisso Jane Jones.

Przestań, przestań! Zakryła sobie dłońmi uszy. Przestań krzyczeć, nie chcę słuchać, jak krzyczysz.

Nie krzyczę. Ale głos miał coraz głośniejszy.

Jego córka kontynuowała, jakby w ogóle go nie słyszała:

Gniewne kroki, gniewne kroki. Słyszę twoje gniewne kroki na schodach. Odejdź, odejdź, odejdź.

Chcę do mamusi! To niesprawiedliwe, to niesprawiedliwe, chcę do mojej mamusi!

A potem się odwróciła i z płaczem pobiegła na górę. Jason nie poszedł za nią. Słuchał, jak Ree biegnie przez korytarz. A potem zatrzaskuje drzwi do swego pokoju. Został sam w kuchni, z niedojedzonym gofrem i sercem pełnym żalu.

Dzień drugi zaginięcia jego żony, a ich córka już rozpada się na kawałki.

W przypływie goryczy pomyślał, że lepiej dla Sandy, żeby nie żyła, bo inaczej zabije ją za to.

Policja wróciła dokładnie o dwudziestej czterdzieści pięć. Jason stał pośrodku kuchni, wpatrując się w rodzinny komputer, który nie był już rodzinnym komputerem, kiedy rozległy się kroki na schodkach.

Otworzył drzwi. Ekipą kierowała sierżant Warren. Zamachała mu przed oczami nakazem przeszukania, odklepując szybko formułkę w żargonie prawniczym mówiącą o tym, gdzie wolno im zajrzeć i co wolno zająć. Zgodnie z jego wcześniejszymi podejrzeniami zabiorą komputer, a także różnorakie urządzenia elektroniczne, włącznie z narzędziami do gier, iPodami, BlackBerry i Palm Pilotami.

Co to są narzędzia do gier? zapytał ją, kiedy do jego domu wkroczyli umundurowani funkcjonariusze i technicy sądowi. Po przeciwnej stronie ulicy rozbłysły flesze, gdy dziennikarze dostrzegli, że coś się dzieje, i przystąpili do pracy.

Xbox, Gameboy, PlayStation 2, Wii itd., itp.

Ree ma Leapstera podpowiedział. Jeśli chcecie znać moje zdanie, to gra Auta jest lepsza niż Księżniczka Disneya, ale technicy mogą to, oczywiście, sami ocenić.

D.D. zmierzyła go chłodnym spojrzeniem.

Dzięki temu nakazowi wolno nam zarekwirować wszystkie urządzenia elektroniczne, jakie będziemy chcieli, proszę pana. A więc owszem, sami to ocenimy.

To „proszę pana" go zabodło, ale nie dał się sprowokować.

Ree śpi powiedział. Miała dziś bardzo długi i męczący dzień. Gdyby mogła pani poprosić swoich ludzi o cichą pracę…

Starał się, aby zabrzmiało to grzecznie, ale możliwe, że pod koniec zdania jego głos lekko zadrżał.

Jego dzień także był długi i miał się przekształcić w długą noc.

Jesteśmy profesjonalistami poinformowała go sztywno pani sierżant. Nie zamierzamy splądrować pańskiego domu. Naszym zamiarem jest grzeczne i ciche rozłożenie go na czynniki pierwsze.

D.D. przywołała gestem umundurowanego funkcjonariusza. Wyglądało na to, że to on wylosował

najkrótszą słomkę i podczas tego wieczoru będzie pełnił funkcję niańki Jasona. Policjant zaprowadził

go do pokoju dziennego, gdzie Jason zajął miejsce na sofie, tak jak dzień wcześniej. Tyle że tym razem nie było przy nim Ree. Nie tuliło się do niego małe, ciepłe ciałko potrzebujące go, nie pozwalające mu na głośny krzyk frustracji.

Tak więc zamknął oczy, położył ręce za głową i zasnął. Kiedy czterdzieści pięć minut później otworzył oczy, przekonał się, że z milczącą wściekłością wpatruje się w niego sierżant D.D. Warren.

Co pan, u diabła, robi?

Odpoczywam.

Odpoczywa pan? Tak po prostu? Pańska żona zaginęła więc pan ucina sobie drzemkę?

Nie znajdę jej przecież w czasie, gdy jestem przykuty do sofy, no nie?

Na twarzy D.D. widać było odrazę.

Z panem jest naprawdę coś mocno nie tak. Wzruszył ramionami.

Proszę zapytać o to kiedyś człowieka z brygady antyterrorystycznej. Co się robi, kiedy zostało się już postawionym w stan gotowości, ale nie ma się jeszcze wyznaczonego celu? Śpi się. A kiedy nadejdzie stosowny moment, jest się gotowym.

Tak właśnie pan to postrzega? Jest pan elitarnym żołnierzem, który został postawiony w stan gotowości, ale nie ma wyznaczonego celu? W jej głosie słychać było powątpiewanie.

Moja rodzina jest w stanie kryzysu i jedyne, co mogę zrobić, to być z córką. Postawiony w stan gotowości, ale bez wyznaczonego celu.

Mógłby zostawić ją pan z dziadkiem. Pani sierżant wypowiedziała te słowa tonem neutralnym, ale w jej oku pojawił się błysk. A więc słyszała. To zresztą oczywiste. Wyglądało na to, że przez dwa ostatnie dni wszyscy policjanci zdawali sierżant Warren relacje dotyczące wszystkich szczegółów jego życia. Nie, dziękuję bardzo odparł.

A to czemu?

Nie podobają mi się lniane garnitury.

Ale D.D. nie miała zamiaru tak łatwo odpuścić. Usiadła na krześle dokładnie naprzeciwko niego, oparła łokcie na kolanach i wyglądała jak uosobienie zwykłej ludzkiej ciekawości. Tymczasem z kuchni dochodziły odgłosy zamykanych i otwieranych szafek, wysuwanych i wsuwanych szuflad. Podejrzewał, że komputer został już zarekwirowany. Podobnie jak iPod z szafki obok łóżka. Może zabrali także radio z budzikiem. W dzisiejszych czasach wszystko było wyposażone w chipy, a każdy taki chip mógł zostać wykorzystany jako magazyn danych. W zeszłym roku głośna była sprawa pewnego dyrektora korporacji, który przechowywał tony obciążających go dokumentów finansowych na Xboksie syna.

Jason doskonale rozumiał warunki nakazu przeszukania. Nie miał jedynie ochoty ułatwiać życia tej ładnej, jasnowłosej pani sierżant.

Powiedział pan, że Sandy i jej ojciec nie utrzymywali ze sobą kontaktów.

Zgadza się.

Dlaczego?

To już musiałaby opowiedzieć Sandy.

Cóż, w tej chwili jej nie ma, więc być może pan mógłby mi pomóc.

Musiał się nad tym chwilę zastanowić.

Myślę, że gdyby zapytała pani o to ojca Sandy, odparłby, że jego córka była młoda, uparta i lekkomyślna, kiedy mnie poznała.

Ach tak?

I myślę, że jako wytrawny detektyw mogłaby się pani zastanawiać, co się musiało wydarzyć, że stała się taka lekkomyślna i szalona.

Bił ją?

Nie mam co tego pewności.

Wyzywał? D.D. uniosła brwi.

To raczej mama prała ją na kwaśne jabłko, a on nigdy nie zrobił nic, aby ją powstrzymać. Mama umarła, więc Sandy nie musi jej już nienawidzić. Ojciec, z drugiej strony… Nigdy mu nie wybaczyła?

Wzruszył ramionami.

Jak już mówiłem, to ją musiałaby pani o to zapytać.

Dlaczego macie kołki w oknach?

Spojrzał na nią.

Ponieważ świat pełen jest potworów i nie chcemy, aby dopadły naszą córkę.

Wydaje się to dość ekstremalne.

To, że reagujesz paranoicznie, nie znaczy wcale, że cię nie dopadną.

Uśmiechnęła się lekko. W kącikach oczu pojawiły się zmarszczki, ujawniając jej wiek. Sprawiły, że nagle stała się łagodniejsza. Bardziej przystępna. Jason zdawał sobie sprawę. że D.D. Warren to doświadczony oficer śledczy. A on był zmęczony, przez co powiedzenie jej wszystkiego wydawało mu się coraz lepszym pomysłem. Złożenie problemów u stóp bystrej, ślicznej pani sierżant. I pozwolenie, aby się wszystkim zajęła.

Kiedy Sandy po raz ostatni rozmawiała z ojcem? zapytała D.D.

W dniu, kiedy wyjechała ze mną z rodzinnego miasta.

Nigdy do niego nie zadzwoniła? Ani razu od przeprowadzki do Bostonu?

Nie.

Ani z okazji waszego ślubu czy narodzin córki?

Nie.

D.D. zmrużyła oczy.

Dlaczego więc teraz się tu zjawił?

Twierdzi, że usłyszał w wiadomościach o zaginięciu Sandry i pognał na lotnisko.

Rozumiem. Jego żyjąca z dala od niego córka zaginęła, a więc teraz składa wizytę?

To jego musiałaby pani zapytać.

D.D. przechyliła głowę.

Kłamie pan. A wie pan, skąd to wiem?

Nie odpowiedział.

Patrzy pan w dół i na lewo. Kiedy ludzie próbują sobie coś przypomnieć, patrzą w górę i na prawo. Kiedy jednak unikają mówienia prawdy, patrzą w dół i na lewo. Interesujących drobiazgów uczą nas w szkole dla detektywów.

I ile tygodni zabrało pani jej ukończenie?

Na jej twarzy ponownie pojawił się półuśmiech.

Agent Hawkes zrozumiał to tak kontynuowała. Maxwell Black ma swoje zdanie na temat wnuczki. Uważa na przykład, że nie jest pan jej prawdziwym ojcem.

Jason nie odpowiedział. Chciał to zrobić. Chciał wykrzyczeć, że to oczywiste, iż Ree jest jego córką, że zawsze będzie jego córką, że nigdy nie mogłaby być dla niego kimś innym niż córką, ale dobra pani sierżant nie zadała pytania, a pierwszą zasadą przesłuchania jest nieodpowiadanie na pytania, na które nie musi się odpowiadać.

Kiedy urodziła się Ree? naciskała D.D.

W dniu określonym w jej akcie urodzenia odparł rzeczowo. Który, jestem pewny, już sprawdziliście.

Ponownie się do niego uśmiechnęła.

Z tego, co mi wiadomo, to dwudziestego czerwca dwa tysiące czwartego.

Milczał.

A kiedy poznał pan Sandy?

Wiosną dwa tysiące trzeciego. Pilnował się, aby patrzeć jej prosto w oczy i pod żadnym pozorem nie opuszczać wzroku.

D.D. ponownie uniosła sceptycznie brwi. Sandy miała wtedy zaledwie siedemnaście lat.

Nigdy nie twierdziłem, że jej ojciec nienawidzi mnie bez powodu.

Dlaczego więc Maxwell uważa, że nie jest pan ojcem Ree?

Proszę spytać o to jego.

No niech mi pan ustąpi. Zna go pan przecież lepiej niż ja.

Nie mogę powiedzieć, abym go znał. Sandy i ja nie przeszliśmy etapu zalotów w stylu „poznaj moich rodziców".

Ale miał już pan okazję poznać jej ojca?

Tylko przelotnie.

Przyglądała mu się uważnie.

A co z pańską rodziną?

Nie mam.

Przyszedł pan na świat dzięki niepokalanemu poczęciu?

Cuda się zdarzają.

Przewróciła oczami.

No dobrze, w takim razie wróćmy do ojca Sandy. Dziadzio Black. Odebrał mu pan córkę oświadczyła. Przeprowadził się razem z nią do zapomnianego przez Boga i ludzi jankeskiego stanu, a potem nie powiadomił o narodzinach wnuczki.

Jason wzruszył ramionami.

Uważam, że sędzia Black ma dobry powód, aby złościć się zarówno na pana, jak i Sandy. Może właśnie dlatego się teraz zjawił. Jego córka zaginęła, a zięć jest głównym podejrzanym. Tragedia jednego człowieka bywa sposobnością dla drugiego.

Nie zezwolę mu na kontakty z Ree.

Ma pan nakaz?

Nie zezwolę mu na kontakty z Ree.

A jeśli zażąda badania na ustalenie ojcostwa?

Nie może. Czytała pani akt urodzenia.

Widnieje pan w nim jako ojciec, a zatem nie dysponuje on uzasadnionym powodem. Linia obrony Howarda K.Sterna.

Kolejne wzruszenie ramion.

D.D. uśmiechnęła się do niego.

O ile sobie przypominam, ten drugi facet wygrał.

Proszę mnie spytać o to, kto umieścił kołki w oknach.

Słucham?

Proszę mnie spytać o to, kto umieścił kołki w oknach. Ciągle pani wokół tego krąży.

No dobrze. Kto umieścił kołki w waszych oknach?

Sandy. Na drugi dzień po przeprowadzce. Była w dziewiątym miesiącu ciąży i mieliśmy do urządzenia cały dom, a pierwsze, co zrobiła, to zabezpieczyła wszystkie okna.

D.D. przez chwilę myślała.

I tyle lat później nadal nie wpuszcza tatusia?

Pani to powiedziała, nie ja.

D.D. w końcu wstała z krzesła.

Cóż, nie udało się, ponieważ tatuś wrócił i ma większe wpływy, niż pan sądzi.

Jak to?

Okazuje się, że studiował razem z jednym z naszych sędziów sądu okręgowego. Zamachała trzymanym w dłoni dokumentem. Jak pan myśli, kto podpisał nakaz?

Jasonowi jakoś udało się nic nie powiedzieć, ale to najprawdopodobniej nie miało znaczenia, jako że zdradziła go nagle pobladła twarz.

Nadal pan nie wie, gdzie się znajduje pańska żona? zapytała D.D., stojąc w drzwiach.

Pokręcił głową.

To niedobrze. Naprawdę najlepiej by było dla wszystkich, gdybyśmy ją znaleźli. Zwłaszcza mając na uwadze jej stan.

Jej stan?

D.D. po raz kolejny tego wieczoru uniosła brew. Tym razem błysk triumfu w jej oczach był nie do pomylenia.

To jeszcze jedna umiejętność, jakiej uczą w szkole dla detektywów. Jak zająć czyjeś śmieci i jak odczytać test ciążowy.

Co? To znaczy, że…

Zgadza się. Sandy jest w ciąży.

Rozdział 22

Bzykanie się z nieznajomymi nie stanowi dla kobiety prostego przedsięwzięcia. Mężczyznom jestłatwiej. Wyjmują, wycierają, idą dalej. W przypadku kobiet cały ten proces wygląda inaczej. Z

natury jesteśmy pojemnikami mającymi przyjmować mężczyzn do środka, witać ich, zatrzymywać.

Trudniej jest wszystko wytrzeć. Trudniej pójść dalej.

Często o tym myślę podczas moich wieczorów „spa", na ogół wtedy, kiedy wymeldowuję się zhotelu, po czym wracam do domu i próbuję przeistoczyć się z rozpustnej zdziry w szanowaną mamę.

Zbyt wiele siebie oddałam? Czy dlatego czuję się tak przezroczysta, jakby miał mnie zdmuchnąćpowiew wiatru? Biorę prysznic. Namydlam się, szoruję, spłukuję, powtarzam. Próbuję zmyć z ciałaodciski palców zbyt wielu mężczyzn, podobnie jak próbuję wyrzucić z myśli ich pełne pożądaniatwarze.

Nie jestem w tym zła. Szczerze mówiąc, to jeśli chodzi o tych dwóch chłopaków z pierwszej nocy…

nawet bym ich nie poznała na ulicy. Tak samo w przypadku kolejnego epizodu i kolejnego. Dośćłatwo potrafię o nich zapomnieć. Ale nie potrafię im wybaczyć, a to przecież pozbawione jest sensu.

Podczas wypadów „spa" zainicjowałam nową tradycję. Kiedy wracam do hotelowego pokoju, kładęsię na łóżku zwinięta w kulkę i histerycznie szlocham. Nie wiem, z czyjego powodu plączę. Siebie idawnych marzeń o przyszłości? Mojego męża i nadziei, jakie prawdopodobnie z nami wiązał?

Mojego dziecka, które patrzy na mnie tak słodko, nie mając pojęcia, co mamusia robi, kiedy mawychodne? Może płaczę z powodu mojego dzieciństwa, chwil pełnych czułości i poczuciabezpieczeństwa, których nigdy nie doświadczyłam, tak że teraz jakaś zdeprawowana część mniemusi nieustannie mnie karać, jakbym przejmowała pałeczkę od zmarłej matki.

Pewnego dnia, kiedy stałam przed hotelowym lustrem i patrzyłam na wielkie sińce powoliciemniejące na żebrach, w mojej głowie pojawia się myśl, że już tego nie chcę. Że jakimś sposobemzakochałam się w swoim mężu. Że ponieważ nigdy mnie nie dotknął, tak naprawdę stał sięnajbardziej wyjątkowym mężczyzną w moim życiu. Chcę zostać w domu. Chcę się czuć bezpieczna. Todobre przyrzeczenie, nie sądzicie? Niestety, nie jestem dobra, jeśli chodzi o czysty, zdrowy styl życia.

Muszę ranić. Muszę być karana.

Jeśli nie przez siebie samą, to przez kogoś innego.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam na ekranie komputera to zdjęcie, tę czarno białą fotografięprzedstawiającą niewypowiedzianą przemoc wobec takiego małego bezbronnego chłopczyka,powinnam była spakować Ree i odejść. To by było rozsądne.

A nie marnować czas na wyparcie. A więc Jason był troskliwym, czułym i wyjątkowym ojcem. Noale przecież nie było tak, że szanowani ojcowie rodziny nie mieli żadnych ciemnych sekretów, no nie?

Kto jak kto, ale ja powinnam dobrze o tym wiedzieć. Czy to przemoc zatoczyła pełne koło? W swojejwyrachowanej próbie ucieczki od rodziny, wybrania mężczyzny, który według mnie stanowił

przeciwieństwo mego ojca, wpadłam w ramiona innego potwora? Może ciemność przemawia dociemności. Nie poślubiłam mojego męża dlatego, że uważałam, iż mnie ocali; poślubiłam go po to,aby pozostać ze złem, które znałam.

Wiem, że w chwili, w której ujrzałam to zdjęcie, coś się poruszyło w niedobrej części mnie. Naglemój idealny mąż nie był lepszy ode mnie i, niech Bóg ma mnie w swojej opiece, ta świadomość mi sięspodobała. Naprawdę bardzo spodobała.

Powiedziałam sobie, że potrzebuję więcej informacji. Powiedziałam sobie, że mój mąż zasługuje nawątpliwości. Jedno zdjęcie w koszu nie czyni z niego od razu potwora. Może otrzymał je przezprzypadek i natychmiast usunął. Może pojawiło się na jakiejś stronie internetowej, a on się go pozbył.

Mogło przecież istnieć jakieś racjonalne wytłumaczenie? Prawda?

Prawda jest taka, że Jason wrócił tamtego wieczoru do domu, a ja nie byłam w stanie spojrzeć muw oczy. Prawda jest taka, że kiedy zapytał, jak minął mi wieczór, odpowiedziałam, że dobrze.

Jestem ekspertem od kłamstwa. Celuję w udawaniu normalności.

A jakaś straszna, pełna gniewu część mnie cieszyła się, że po raz kolejny sprawuję kontrolę.

Zawiozłam Ree do szkoły. Zaczęłam z szóstymi klasami naukę o społeczeństwie. Rozważałammożliwości.

Cztery tygodnie później wykonałam swój ruch. Przeprowadziłam analizę populacji uczniów i mojakochana przyjaciółka, pani Lizbet jak zawsze okazała się pomocna.

Znalazłam Ethana Hastingsa w pracowni komputerowej. Kiedy weszłam, uniósł głowę.

Natychmiast się zaczerwienił, a ja już wiedziałam, że to się okaże jeszcze łatwiejsze, niż sądziłam.

Ethan powiedziałam. Ja: ładna, szanowana pani Jones. Ethan, mam dla ciebie projekt. Chcę,żebyś nauczył mnie wszystkiego, co wiesz na temat Internetu.

D.D. była wkurzona. Opuściła dom Jasona, wsiadła do swego auta i zaczęła wystukiwać numer w komórce. Była już prawie jedenasta, zdecydowanie nie pora na towarzyskie telefony, no ale przecież dzwoniła do detektywa stanowego, a on był do takich rzeczy przyzwyczajony.

Co? Detektyw stanowy Massachusetts warknął do telefonu. Wydawał się poirytowany, co współgrało doskonale z jej nastrojem.

Obudziłam cię, skarbie?

Tak. I się rozłączył.

D.D. ponownie wybrała jego numer. Ona i Bobby znali się od dawna, kiedyś byli nawet kochankami.

Lubiła dzwonić do niego w środku nocy. On lubił się rozłączać. Taki system im odpowiadał.

D.D. jęknął tym razem. Miałem służbę przez cztery ostatnie noce. Daj mi odsapnąć.

Małżeńskie życie robi z ciebie mięczaka poinformowała go.

Sądzę, że politycznie poprawne określenie to „zrównoważony styl życia".

Błagam cię, w świecie gliniarzy zrównoważony styl życia oznacza po puszce piwa w każdej dłoni.

W końcu się roześmiał. Usłyszała szelest pościeli i odgłos przeciągania się. Przyłapała się na tym, że nadstawia uszu, wsłuchując się w ciche pomrukiwanie jego żony. Zarumieniła się, czując się jak podglądacz, wdzięczna za fakt, że to nie telekonferencja.

Miała do Bobby'ego Dodge'a słabość, której nawet ona nie potrafiła wytłumaczyć. Wyrzekła się go, ale nie potrafiła o nim zapomnieć. Oto przykład na to, że inteligentne, ambitne kobiety są swoimi najgorszymi wrogami.

No dobra, D.D., widzę, że coś ci nie daje spokoju.

Kiedy byłeś snajperem w Operacjach Specjalnych, to spałeś?

To znaczy więcej niż teraz?

Nie, chodzi mi, to, czy kiedy nie miałeś jeszcze wyznaczonego celu, to ucinałeś sobie drzemkę?

D.D., o czym ty, u licha, gadasz?

Oglądałeś wiadomości? Zaginiona kobieta w Southie?

Poranną konferencję prasową przespałem, ale Annabelle mi mówiła, że miałaś superfryzurę.

D.D. poczuła się tym udobruchana, co było przecież niemądre.

Taa, no cóż, jestem dzisiaj w tym domu, zajmuję komputer, bla, bla, bla i słuchaj dobrze, w trakcie przeczesywania domu mąż uciął sobie na sofie drzemkę.

Poważnie?

Aha. Po prostu zamknął oczy, odchylił głowę i zasnął. No i powiedz mi, kiedy ostatni raz widziałeś członka rodziny zaginionej osoby, który ucina sobie drzemkę w samym środku śledztwa?

Uznałbym to za dziwne.

Właśnie. No więc mówię mu to, a on raczy mnie jakąś przyśpiewką rodem z brygady antyterrorystycznej, że kiedy jest się w stanie gotowości, ale nie ma się jeszcze wyznaczonego celu, rozsądnie jest spać, żeby być gotowym do działania.

Cisza. Po chwili:

A powiedz mi, czym się zajmuje ten gościu?

Jest dziennikarzem. Pracuje jako wolny strzelec „Boston Daily".

Hm.

Hm co? Nie zadzwoniłam, żeby słuchać twoich pomruków, ale ze względu na twoją znajomość tematu.

Wyobrażała sobie, jak właśnie przewraca oczami.

No dobra, wygląda to tak. W większości policyjnych sytuacji taktycznych stan gotowości i wyznaczenie celu są równoczesne. Ale wiem, o co mu chodzi; paru ludzi w mojej ekipie należało wcześniej do wojskowych sił specjalnych. Komandosi z Navy SEALs, Marine Force Recon i tym podobnych. I owszem, widziałem, jak ci faceci zasypiają na samym środku pastwisk, sal gimnastycznych czy ciężarówek z platformą. Chyba jest nawet jakaś taka zasada dla wojskowych: jeśli nic nie robisz, to lepiej śpij, żebyś mógł się wykazać później.

Cholera powiedziała D.D. i przygryzła dolną wargę.

Myślisz, że jest byłym trepem?

Myślę, że byłby w stanie grać w pokera z samym diabłem. Sukinsyn.

Ziewnięcie.

Chcesz, żebym się nim zajął? zapytał Bobby.

Hej, nie potrzebuję, aby jakiś stanowy garniturek wtykał nos do mojego śledztwa zjeżyła się D.D.

Spokojnie, blondie. To ty do mnie zadzwoniłaś.

Oto zagwozdka kontynuowała, jakby go nie usłyszała. Żona zaginęła, no i to oczywiste, że podejrzewamy męża, więc zajęliśmy jego śmieci. Znaleźliśmy test ciążowy. Wynik pozytywny.

Naprawdę?

Naprawdę. Postanawiam więc zasadzić się z tym dzisiaj na niego. Zobaczyć, jaka będzie jego reakcja. Dlatego, że nie wspomniał o tym ani słowem, a można by sądzić, że mąż by powiedział, gdyby jego zaginiona żona była w ciąży.

A skoro o tym mowa…

Umilkła. Zamrugała oczami. Poczuła ściskanie w żołądku.

Kurka wodna powiedziała w końcu. To znaczy kiedy, jak, gdzie?

Zaśmiał się.

Jak i gdzie raczej nie muszę mówić, ale Annabelle ma termin na pierwszego sierpnia. Jest podenerwowana, ale poza tym czuje się dobrze.

Cholera. To znaczy gratulacje. Dla was obojga. To… niesamowite. I było. I rzeczywiście tak myślała Albo by myślała. Do diaska, potrzebowała ostrego seksu.

No dobrze. Odkaszlnęła, starając się, aby jej głos brzmiał dziarsko i rzeczowo. Tu sierżant D.D.

Warren, zawsze profesjonalistka. Wracając do mojej osoby podgrzanej. Dzisiejszego wieczoru zasadzam się na niego z tą wiadomością…

Powiedziałaś mu, że jego żona jest w ciąży.

Właśnie tak.

Ale skąd wiadomo, że test robiła jego żona?

Nie wiadomo. Ale to jedyna dorosła kobieta w domu, a nie miewają gości, naprawdę nigdy, więc to bezpieczne założenie. Laboranci przeprowadzą testy DNA, żeby mieć pewność, ale na wyniki trzeba czekać trzy miesiące, a powiedzmy sobie szczerze, Sandra Jones nie ma trzech miesięcy.

Tylko pytam.

No więc, wracając do tematu, spuszczam tę małą bombę podczas naszej rozmowy.

I?

I zero reakcji. Nic. Jego twarz była tak pozbawiona wyrazu, jakbym mu powiedziała, że pada deszcz.

Hm.

Taa. Gdyby go to zaskoczyło, no cóż, powinien się poczuć ogłuszony, ponieważ teraz niebezpieczeństwo grozi zarówno jego żonie, jak i nienarodzonemu dziecku. Powinien zeskoczyć z tej sofy, zacząć zadawać pytania, cholera, zacząć się domagać odpowiedzi. Coś zrobić, a nie siedzieć jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.

Innymi słowy prawdopodobnie o tym wiedział uzupełnił Bobby. Jego żona zaszła w ciążę z innym, zabił ją, a teraz zaciera ślady. To nie fizyka jądrowa, D.D. To narodowy trend.

Gdybyśmy rozmawiali o normalnym człowieku, przyznałabym ci rację.

Zdefiniuj pojęcie „normalny" powiedział Bobby. Westchnęła ciężko. Tu się właśnie zaczynało robić nieciekawie.

Okej, mam do czynienia z tym facetem od dwóch dni. I jest chłodny. Arktycznie zimny. Poplątany w jakiś głęboko fundamentalny sposób, który najpewniej wymaga chodzenia do końca życia na terapię, zażywania sześciu rodzajów farmaceutyków i przeszczepu osobowości. Ale jest jaki jest i zauważyłam pewien schemat w tym jego zamrożeniu.

To znaczy? W głosie Bobby'ego pojawiło się zniecierpliwienie. No dobrze, w końcu była już prawie północ.

Im bardziej chodzi o coś osobistego, tym bardziej się w sobie zamyka. Tak jak dziś rano.

Przesłuchujemy przy nim jego czteroletnią córkę. Mała przytacza ostatnie słowa swojej matki, które, mówię ci, nie brzmią wcale obiecująco. A ten koleś opiera się o ścianę, jakby wyłączono w nim jakiś przycisk. Jest tam, ale go nie ma. Tak właśnie pomyślałam dzisiaj, kiedy mu powiedziałam, że jego żona jest w ciąży. Zniknął. Ot tak. Byliśmy razem w pokoju, ale on zniknął.

Jesteś pewna, że nie mogę się za niego wziąć?

Pieprz się poinformowała go D.D.

Ja ciebie też kocham, mała. Usłyszała, jak ponownie ziewa, a potem pociera twarz. No dobra, więc masz jednego naprawdę zimnego klienta, który prawdopodobnie ma jakiegoś rodzaju taktyczną przeszłość i wie, jak działać w ekstremalnych okolicznościach. Sądzisz, że należał kiedyś do sił

specjalnych?

Sprawdziliśmy jego odciski w systemie, ale na nic nie natrafiliśmy. No bo nawet gdyby zajmował

się tymi supertajnymi bzdetami w stylu Jamesa Bonda, jego misje nie zostałyby wprowadzone do systemu, ale służba wojskowa owszem no nie? Znaleźlibyśmy ten fragment układanki.

No tak. Jak on wygląda?

D.D. wzruszyła ramionami.

Trochę jak Patrick Dempsey. Gęste faliste włosy, ciemne oczy…

Och, na litość boską. Szukam podejrzanego, a nie kandydata na randkę w ciemno.

Zarumieniła się. Koniecznie, koniecznie musi się z kimś bzyknąć.

Metr siedemdziesiąt osiem wzrostu, siedemdziesiąt pięć kilo, trzydzieści parę lat, ciemne włosy i oczy, żadnych cech wyróżniających ani zarostu.

Sylwetka?

Wysportowana.

No widzisz, ten opis pasuje do kogoś z sił specjalnych. Duzi faceci nie dadzą sobie rady podczas treningu wytrzymałościowego i dlatego właśnie zawsze się powinno szukać mniejszego. W głosie Bobby'ego słychać było zadowolenie. Były snajper idealnie wpasowywał się w te kryteria.

Ale widniałby w aktach zanuciła.

Kurde. No dobrze, jakiego rodzaju dokumenty rzeczywiście się pojawiły?

Akt małżeństwa, prawo jazdy, numer ubezpieczenia zdrowotnego i rachunki bankowe. Podstawy.

Akt urodzenia?

Nadal szukamy.

Mandaty za przekroczenie prędkości, wezwania od straży miejskiej?

Nic.

Karty kredytowe?

Jedna.

Kiedy została wydana?

Hm… D.D. musiała się zastanowić, spróbować przypomnieć sobie, co przeczytała w raporcie.

W ciągu ostatnich pięciu lat.

Niech zgadnę, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy otwarto konta w banku? zapytał Bobby.

Teraz, kiedy o tym mówisz, rzeczywiście wygląda na to, że większość aktywności finansowej mniej więcej przypada na okres, kiedy Jason i jego żona przeprowadzili się do Bostonu.

Jasne, ale skąd pochodziły pieniądze?

Tego też na razie szukamy.

Tym razem dłuższa pauza.

Podsumujmy odezwał się powoli Bobby. Masz nazwisko, prawo jazdy i numer ubezpieczenia zdrowotnego, ale żadnej wcześniejszej aktywności niż sprzed pięciu lat.

D.D. się ożywiła. Do tej pory nie patrzyła na to w ten sposób, ale kiedy Bobby to powiedział…

Taa. Okej. Jedyna aktywność miała miejsce w ciągu ostatnich pięciu lat.

No dalej, D.D., ty mi powiedz. Co jest nie tak z tym wszystkim?

Jasna cholera! wykrzyknęła D.D. Uderzyła dłonią w kierownicę. „Jones" to fałszywe nazwisko, no nie? Wiedziałam. Po prostu wiedziałam. Przez cały czas to mówiłam. Im więcej się dowiadujemy o tej rodzinie, tym bardziej się wszystko wydaje… po prostu należyte. Nie za bardzo zajęci, nie za bardzo nudni. Nie za bardzo towarzyscy, nie za mało towarzyscy. Wszystko jest jak należy. Niech to szlag trafi! Jeśli się okaże, że należą do programu ochrony świadków, to się pochlastam.

To niemożliwe zapewnił ją Bobby.

A to czemu? Naprawdę nie chciała, aby jej sprawa była częścią programu ochrony świadków.

Bo gdyby rzeczywiście tak było, do tyłka dobieraliby ci się już federalni. Minęło czterdzieści osiem godzin i informacja o zaginięciu żony pojawiła się w mediach. Niemożliwe, aby się o tym nie dowiedzieli.

Poczuła się lepiej, ale nie wszystko było jasne.

No to co mamy?

On coś zrobił. Albo ona. W każdym razie jedno z nich ma nową tożsamość. Dowiedz się, które.

Wypowiedziane przez Bobby'ego słowa o prawdopodobnym fałszywym nazwisku D.D. uznała za radę eksperta. W końcu ożenił się z kobietą, która w przeszłości nosiła co najmniej dwanaście nazwisk, a może i więcej. Wtedy ją olśniło.

Pan Smith. Kurwa. Pan Smith!

Szczęściarz z tego Pana Smitha powiedział Bobby, przeciągając samogłoski.

To kot. Ich kot. Wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Ale pomyśl tylko. Rodzina to pan i pani Jones, a ich kot to Pan Smith. To taki prywatny żart, psiakrew! Masz rację, kpią z nas.

Głosuję na Pana Lodówkę.

Cholera jęknęła D.D. Ja to mam pecha. Wszystko wskazuje na to, że mój główny podejrzany to poczciwy dziennikarz z sekretną tożsamością. Wiesz, kogo to przypomina, no nie?

Nie wiem. Kogo?

Pieprzonego Supermana.

Rozdział 23

Kiedy Jason miał czternaście lat, jego rodzina wybrała się do zoo. Był wtedy już zbyt duży i cyniczny na tego rodzaju rozrywki, ale jego młodsza siostra, Janie, szaleńczo kochała wszystko, co miało futerko, więc dla jej dobra zgodził się.

Większość rzeczy robił właśnie dla dobra Janie, który to fakt jego matka wykorzystywała z zapamiętaniem.

No więc robili rundkę wokół zoo. Oglądali śpiące lwy, śpiące niedźwiedzie polarne, śpiące słonie. „No naprawdę" pomyślał Jason. „Ile śpiących zwierząt trzeba zobaczyć?" Bez słowa ominęli ekspozycję z owadami, ale skręcili do Świata Gadów. Dziesięcioletnia Janie tak naprawdę nie lubiła węży, niemniej jednak lubiła piszczeć podczas patrzenia na nie, więc miało to w sumie jakiś pokręcony sens.

Niestety, najważniejszy eksponat pyton birmański był zakryty i na kartce napisano: Wyszłam na lunch. Najmocniej przepraszam, Polly.

Janie zachichotała, uważając to za całkiem zabawne. Jason wzruszył ramionami, dlatego że dla niego ten pyton byłby po prostu kolejnym śpiącym zwierzakiem. Ruszył więc za siostrą i ojcem w stronę wyjścia. Jednak w ostatniej chwili obejrzał się i dostrzegł, że karton nie zakrywa całej szyby.

Pod tym kątem mógł zajrzeć do środka i się przekonać, że Polly nie wyszła na lunch, Polly jadła lunch.

Lunch był zresztą bardzo uroczy drżał na podłodze, gdy tymczasem olbrzymi wąż otworzył pysk i rozpoczął powolny, mozolny proces wciągania królika do swego podłużnego żółtego cielska.

Jason stanął jak wryty. Przez minutę, a może dwie stał w totalnym bezruchu, nie będąc w stanie odwrócić wzroku, gdy tymczasem uduszone ciałko centymetr po puszystym centymetrze znikało w przełyku pytona.

Pomyślał wtedy, wpatrując się w nieżywego króliczka: Dokładnie wiem, jak się czujesz.

Wtedy ojciec dotknął jego ramienia, a on ruszył za nim do wyjścia, ku gorącemu powietrzu lata w Georgii.

Jego ojciec aż do wieczora uważnie mu się przyglądał. Wypatrywał oznak czego? Psychozy?

Nieuchronnie zbliżającego się załamania nerwowego? Wybuchu pełnego przemocy?

Nie doszło do tego. Nigdy nie doszło. Jason przeżywał każdy dzień tak jak i poprzedni, krok za pełnym bólu krokiem, chwilę za pełną bólu chwilą, chudy, boleśnie mizerny chłopiec uzbrojony wyłącznie w kamienne spojrzenie.

Aż do dnia, kiedy skończył osiemnaście lat i nabył prawa do spadku po Ricie. Czy rodzice zaplanowali dla niego przyjęcie? Janie kupiła mu prezent?

Nigdy się tego nie dowie. Dlatego że rankiem w dniu osiemnastych urodzin udał się prosto do banku, wypłacił dwa przecinek trzy miliona dolarów i zniknął.

Już raz powrócił ze świata martwych. Nie miał w planach ponownego skrzywdzenia swojej rodziny.

Sandy była w ciąży.

Powinien coś zrobić.

Myśl o ciąży Sandy była dziwna. Unosiła się tuż nad nim. To było coś, co mógł wypowiedzieć na głos, co mógł powtórzyć, ale co wcale nie brzmiało jak słowa w ojczystym języku.

Sandy była w ciąży.

Powinien coś zrobić.

Policjanci wyszli. Zwinęli się krótko po pierwszej w nocy. Razem z nimi zniknął komputer. Jego iPod, Leapster Ree. Także kilka kartonów z piwnicy, pewnie te ze starym oprogramowaniem. Nie wiedział.

Miał to gdzieś. Podpisał się tam, gdzie mu kazano, ale nie miało to dla niego większego znaczenia.

Zastanawiał się, czy dziecko jest jego.

Pomyślał, że zabierze Ree i ucieknie. Na strychu pod grubą warstwą izolacji miał schowane metalowe pudełko, a w nim dwa komplety fałszywych dokumentów i jakieś dwadzieścia pięć tysięcy dolarów w banknotach o dużych nominałach. Plik banknotów był zaskakująco mały, a metalowe, zamykane na klucz pudełko nie większe od powieści w twardej oprawie. Wiedział, że policja go nie znalazła, w przeciwnym razie od razu by go o to zapytali.

Wszedłby po schodach na strych, wyjął pudełko, schował do torby na laptopa. Obudziłby Ree, obciął

jej długie brązowe loki, a resztę włosów zakrył czerwoną bejsbolówką. Ubrałby ją w dżinsowe ogrodniczki i niebieską koszulkę polo i byłaby doskonałym Charliem podróżującym ze swym świeżo ogolonym ojcem.

Musieliby wymknąć się tyłem, aby uniknąć prasy. Przeskoczyć przez płot. Parę przecznic dalej znalazłby jakiś samochód i odpalił go z kabli. Policja spodziewałaby się, że pojadą na stację South, wobec tego on by ich zawiózł na Amtrak. Tam zaparkowałby pierwszy skradziony samochód i poczęstował się drugim. Policja miałaby na oku wszystkie pociągi zmierzające na południe, ponieważ tak właśnie robili ludzie, prawda? Udawali się na południe, może do Nowego Jorku, gdzie łatwo jest przepaść jak kamień w wodę. Zatem on pojechałby drugim skradzionym samochodem prosto na północ, aż do Kanady. Ukryłby „Charliego" w bagażniku i przywdział sportową marynarkę i grube okulary w czarnych oprawkach. Po prostu kolejny biznesmen przekraczający granicę, aby zrobić sobie laserową operację oczu Lasik. Patrol graniczny był do czegoś takiego przyzwyczajony.

Potem, kiedy on i Ree wjechaliby już do Kanady, zniknęliby. To duży kraj, mnóstwo pustkowia i gęstych zielonych lasów. Mogliby znaleźć jakieś miasteczko i zacząć wszystko od nowa. Z dala od Maksa. Z dala od podejrzeń bostońskiej policji.

Ree mogłaby wybrać sobie nowe imię. On znalazłby pracę, może w sklepie wielobranżowym.

Mogliby tak żyć przez wiele lat. O ile tylko nigdy nie zajrzałby już do komputera.

Sandy była w ciąży.

Powinien coś zrobić.

Nie wiedział co.

Po dłuższym zastanowieniu uznał, że nie może uciec. Jeszcze nie teraz. Musiał uratować Ree.

Zawsze wszystko będzie się sprowadzało do Ree. Ale chciał, musiał się dowiedzieć, co się stało z Sandy. I chciał, musiał się dowiedzieć prawdy odnośnie do dziecka.Mógł być jego ojcem.

Albo Sandy rzeczywiście go nienawidziła.

Skoro nie mógł uciec, to potrzebny był mu komputer. Prawdę powiedziawszy to potrzebny był mu jego komputer i musiał się dowiedzieć, co konkretnie zrobiła Sandy. Ile nauczył ją trzynastoletni Ethan?

Z tego, co mu było wiadomo, rodzinny komputer spoczywał bezpiecznie w redakcji „Boston Daily".

Ale jak go odzyskać? Mógł pojechać tam razem z Ree. Tym razem w ślad za nim udałaby się policja i pewnie także albo trzech dziennikarzy. Już sama jego obecność napełniłaby ich podejrzeniami. Który pogrążony w rozpaczy mąż budzi dziecko w środku nocy, aby jechać do pracy drugą noc z rzędu?

Gdyby policja nabrała wystarczająco dużych podejrzeń, mogłaby nawet sprawdzić komputery w

„Boston Daily". Zwłaszcza jeśli Ethan Hastings nadal miał coś do powiedzenia. Jak wiele dowiedziała się Sandy? Jakie fragmenty złożyła w jedną całość, w ogóle nie doprowadzając do konfrontacji z nim?

Na pewno była zła. Wściekła. Przerażona. Ale nie wspomniała na ten temat ani słowem. Zdążyła do tego czasu wziąć sobie kochanka? Czy do tego się to wszystko sprowadzało? Znalazła kochanka, a potem, kiedy natrafiła na te pliki w komputerze, podjęła decyzję o odejściu od Jasona. Tyle że wtedy odkryła, że jest w ciąży. Z nim? Z tym drugim mężczyzną? Może próbowała zerwać z kochankiem.

Może to go rozsierdziło i podjął pewne kroki.

A może w środowy wieczór, uzbrojona w zdobytą od Ethana Hastingsa wiedzę, Sandy odkryła pliki komputerowe Jasona. I wtedy zdała sobie sprawę z tego, że nosi w sobie dziecko potwora. Więc… co?

Wybiegła z domu, nie zabierając choćby portfela czy ciuchów na zmianę? Postanowiła ocalić jedno dziecko, porzucając drugie? To nie miało żadnego sensu.

Co sprowadziło go z powrotem do jedynego innego nowego mężczyzny w życiu Sandy, o którym wiedział Ethana Hastingsa. Być może ten chłopiec założył, że jego relacje z Sandy są bardziej zażyłe.

Być może ona próbowała mu powiedzieć, że się myli. Ze względu na te wszystkie godziny, jakie spędził w jej towarzystwie, próbując jej pomóc przechytrzyć męża, Ethan odebrał to bardzo osobiście. Przyszedł więc do domu w środku nocy i… Najmłodszy zabójca w Ameryce został skazany za podwójne zabójstwo w wieku dwunastu lat, więc Jason był przekonany, że Ethan Hastings spełniał

wymogi wiekowe dla potencjalnego niebezpiecznego przestępcy. Jednak logistyka morderstwa wydawała się mocno skomplikowana. Jak trzynastolatek dostałby się do domu Jasona? Przyjechał na rowerze? Przyszedł pieszo? I jak chłopak tak mizernej postury jak Ethan Hastings pozbyłby się ciała dorosłej kobiety? Wyciągnął ją za włosy? Przerzucił przez kierownicę roweru?

Jason usiadł w kuchni, cały skołowany. Był zmęczony. Totalnie wykończony. W takich właśnie momentach musiał zachowywać szczególną ostrożność, żeby jego myśli nie zboczyły i nagle nie znalazły się w pomieszczeniu, w którym zawsze było czuć świeżo skopaną ziemią i gnijącymi liśćmi.

Słyszałby szepty setek pająków ocierających się o jego policzki i włosy. Potem zobaczyłby szybko poruszającego się dużego włochatego owada, albo dwa czy trzy mknące po jego tenisówce lub nogawce spodni albo po ręce, gorączkowo szukające drogi ucieczki.

Ponieważ trzeba było uciec. W tej ciemności kryły się rzeczy o wiele gorsze od nieśmiałych, spanikowanych pająków.

Pragnął myśleć o Janie. O tym, jak tylko ona powitała go w domu, mocno się do niego przytulając.

Pragnął pamiętać o tym, jak siedział obok niej na podłodze, posłusznie rysując jednorożce, gdy tymczasem ona szczebiotała na temat ważności koloru fioletowego czy też powodów, dla któryś chciała mieszkać w zamku, gdy dorośnie.

Pragnął pamiętać minę siostry w dniu jej dwunastych urodzin, kiedy po miesiącach oszczędzania zabrał ją na cały dzień na konie, ponieważ nie byli rodziną, którą byłoby stać na własnego kucyka.

I pragnął wierzyć, że rankiem w dniu jego osiemnastych urodzin, kiedy się obudziła i odkryła, że jego pokój jest znowu pusty, nie płakała i nie tęskniła. Że po raz kolejny nie złamał młodszej siostrze serca.

Ponieważ ostatnie dwa dni wiele go nauczyły. Przekonywał się, że bycie rodziną osoby zaginionej jest na swój sposób równie straszne jak bycie tą zaginioną osobą. Przekonywał się, że życie z tak wielką ilością pytań jest trudniejsze niż bycie osobą, która zna wszystkie odpowiedzi. I przekonywał

się, że w głębi duszy koszmarnie się boi, iż Burgerman nadal żyje i ma się dobrze. Że jakimś cudem potwór z dzieciństwa Jasona wrócił, aby odebrać mu rodzinę.

Jason przemierzał kuchnię przez dziesięć kolejnych minut. A może dwadzieścia albo i trzydzieści.

Zegar tykał, z każdą minutą zbliżając go do kolejnego poranka bez żony.

Max wróci.

Policja także.

I więcej dziennikarzy. Tym razem z kablówek. Tacy jak Greta Van Susteren czy Nancy Grace. Będą wywierać własny rodzaj presji. Piękna żona, która zaginęła kilka dni temu. Ciemnowłosy tajemniczy mąż z podejrzaną przeszłością. Pokażą światu jego życie. A gdzieś w Georgii niektórzy ludzie dodadzą dwa do dwóch i sięgną po telefon…

Wtedy zarówno Max, jak i policja znajdą się w posiadaniu prawdziwej amunicji pozwalającej odebrać mu córkę. Ile miał czasu? Do południa? Do czternastej? Może ujawnią tę historię tak, aby trafiła na czołówki o siedemnastej. To by zwiększyło oglądalność. Jakiś prowadzący program zacząłby nieźle punktować.

A Jason… Jakże byłby w stanie pożegnać się z córką?

A co gorsza, co by się z nią stało? Matka zniknęła, a teraz zabrano by ją od jedynego ojca, jakiego znała… Tatusiu, tatusiu, tatusiu…

Musiał pomyśleć. Musiał działać.

Sandy była w ciąży.

Musiał coś zrobić.

Nie mógł dostać się do swojego komputera. Nie mógł doprowadzić do konfrontacji z Ethanem Hastingsem. Nie mógł uciec. Co robić? Co robić?

Olśniło go tuż po drugiej w nocy: jego ostatnia deska ratunku.

Oznaczało to, że śpiącą na górze córkę musiałby zostawić samą. W ciągu czterech lat ani razu nie zrobił czegoś takiego. A gdyby się obudziła? Odkryła, że dom ponownie jest pusty, i zaczęła histerycznie krzyczeć?