/ Language: Polski / Genre:sf_fantasy / Series: Wojny świata wynurzonego

Sekta zabójców

Licia Troisi

Pierwszy tom trylogii o losach młodej wojowniczki Dubhe, która ma ocalić „Wynurzony” Świat od Gildii — sekty zabójców, oddających hołd tyranowi o imieniu Aster. Jej zadanie nie jest łatwe, gdyż ciąży nad nią klątwa i dręczą wspomnienia z przeszłości. Jako ośmiolatka, w trakcie zabawy, przypadkowo zabiła swojego kolegę, przez co została usunięta z rodzinnej wsi. Przetrwać pomógł jej wtedy tajemniczy Sarnek, dawny najemnik sekty, od którego nauczyła się fachu. Po jego śmierci Dubhe, jako dojrzała wojowniczka i zwinna złodziejka przyciągnęła uwagę Gildii. Ponieważ zabiła już jako ośmiolatka, sekta uważa ją za Dziecko Śmierci, istotę ludzką z wrodzonym talentem do zabijania. Ona sama przysięga, że po strasznym wypadku z dzieciństwa, który sprawił, że została bezdomną sierotą, nikogo nie zabiła. Sekta wie jednak jak skorzystać z klątwy, która zmieni ją w niewolnicę, gotową zabijać na zawołanie. Dubhe usiłuje uciec, wpada jednak w zasadzkę urządzoną przez jej prześladowców. Czy młodej wojowniczce uda się umknąć członkom morderczej Gildii? Czy uratuje Wynurzony Świat?

Licia Troisi

Sekta zabójców

Breathe in deep, and cleanse away our sins
And we’ll pray that there’s no God
To punish us and make a fuss.

Muse, Fury

Lucii

Prolog

Cała wieża zawaliła się w mgnieniu oka. Rozprysnęła się w miriady odłamków czarnego kryształu, które pokryły całą równinę. Na kilka chwil wszystkich oślepiło.

Następnie pył opadł, a spojrzenie świadków zaczęło błąkać się po niewyobrażalnej scenerii. Twierdzy już nie było. Stała tam przez prawie pięćdziesiąt lat, rzucając cień na egzystencję zgromadzonych teraz wśród jej ruin Przegranych i opromieniając nadzieje Zwycięskich. Teraz nie zatrzymywała już wzroku, który sięgał swobodnie aż po horyzont.

Wielu wydało okrzyk radości. Odrażające gnomy, niegodni ludzie i niewolnicy Wolnych Krain jednym głosem wykrzykiwali swoją euforię.

Yeshol — czarodziej i zabójca — zapłakał.

Potem nastąpiła regularna rzeź.

Ludzie i gnomy, jeźdźcy i rebelianci rzucili się z impetem na ocalałych i mordowali ich bez litości.

Yeshol wziął miecz od jakiegoś poległego żołnierza i stanął do walki, bez żadnej nadziei. Nie chciał przeżyć w świecie bez Tyrana i bez Thenaara.

Na niebie rozbłysnął czerwienią ostatni skrawek słońca. Zachód zastał Yeshola stojącego samotnie pośród stosów trupów, kurczowo ściskającego w ręku swą broń.

Los miał wobec niego inne plany. Jeszcze żył.

I wreszcie zapadła noc. Jego noc.

Uciekł stamtąd, przez wiele dni się ukrywał, nigdy jednak nie oddalając się zbytnio od Twierdzy. Widział, jak zwycięzcy biorą jeńców, widział, jak zuchwale obejmują tę ziemię w posiadanie.

Jeszcze tak niedawno, zaledwie kilka dni wcześniej, Aster obiecywał mu, że Dni Thenaara są bliskie, że świat zostanie skąpany we krwi i że nastąpi nowy początek.

— A potem nadejdzie epoka Zwycięskich — zakończył Aster swoim delikatnym głosem.

— Tak, Mistrzu.

Teraz natomiast jedyny człowiek, w którego kiedykolwiek wierzył Yeshol, nie żył. Jego Wódz, jego Mistrz, Wybrany.

Patrząc na zwycięzców odjeżdżających wozami wypełnionymi zdobyczami z Twierdzy: magicznymi napojami i truciznami z laboratorium oraz cennymi manuskryptami, które Aster kochał bardziej niż własne życie, Yeshol poprzysiągł zemstę.

Cieszcie się tym, póki możecie, bo mój Bóg jest bezlitosny.

Wyszedł ze swojej ostatniej kryjówki. Musiał uciekać, ratować się, bo tylko w ten sposób mógł ocalić kult Thenaara, odbudować potęgę Zwycięskich i zacząć wszystko od początku. Musiał odszukać ocalałych braci.

Ale przedtem jeszcze ostatnia sprawa.

Boso ruszył przez równinę. Odłamki czarnego kryształu wbijały mu się w podeszwy stóp, raniąc je do krwi.

Dotarł do serca Twierdzy. Chociaż zachowały się tylko nieliczne fragmenty murów, wiedział, że tam jest, znał na pamięć plan budynku.

Połamany tron leżał na ziemi. Niemal całe siedzisko było w kawałkach, ale oparcie wciąż majestatycznie wznosiło się nad ziemią. Nie było śladu po Asterze.

Pogładził oparcie tronu. Jego dłonie przebiegły po ornamentach i natrafiły na skrawek zaplamionej krwią tkaniny. Palce zacisnęły się wokół niej. Mimo panującej ciemności, Yeshol ją rozpoznał. To była Jego szata. Ta, którą Aster miał na sobie w dzień upadku.

Relikwia, której szukał.

CZĘŚĆ PIERWSZA

To była Wielka Zimowa Bitwa, podczas której obalono królestwo Tyrana. Ogromna armia, jaką wystawiono na tę okazję, byłaby jednak całkowicie bezużyteczna, gdyby Nihal nie zniweczyła wcześniej czarów Tyrana. Siły Tyrana zostały bowiem stworzone przy użyciu Zakazanej Magii i przeważały liczebnie. To właśnie dlatego Nihal uciekła się do zapomnianych czarów elfickich. W Ośmiu Krainach Świata Wynurzonego zamieszkuje jeszcze osiem pierwotnych duchów czczonych niegdyś przez Elfy, a każdy z nich jest strażnikiem kamienia obdarzonego szczególnymi siłami mistycznymi. Połączenie tych Ośmiu Kamieni zebranych w słynny Medalion, który od dnia zwycięstwa Nihal ma zawsze przy sobie, pozwala znieść wszelkie czary, oddając je w dłonie osoby przyzywającej duchy.

Nadzwyczajna więc była to moc, ale w dniach naszych już utracona. Nihal bowiem, Ostatni Pól-Elf Świata Wynurzonego, wyczerpała całkowicie moc Medalionu, który nie jest już teraz niczym więcej, jak tylko ozdobą.

W ten sposób ze Świata Wynurzonego zniknął ostatni odblask magii elfickiej.

Leona, członek Rady Upadek Tyrana Księga XI

1. Złodziejka

Mel ziewnął, patrząc na rozgwieżdżone niebo. Zwarta, gęsta chmurka oddechu zakrzepła w powietrzu. Było naprawdę bardzo zimno, a przecież to dopiero październik. Mężczyzna owinął się ciaśniej płaszczem. Oczywiście, ta przeklęta nocna warta musiała trafić się właśnie jemu. I to na dodatek w okresie, kiedy panu wiedzie się niezbyt dobrze. Prawdziwa udręka. Kiedyś tam, w ogrodzie, stało ich na straży wielu. Sporo ich było również w środku, w sumie przynajmniej z dziesięciu strażników. Teraz jednak byli tylko we trzech. On w ogrodzie, Dan i Sarissa przed komnatą. Na domiar złego z każdym miesiącem pozbawiano ich ekwipunku.

— Dzięki temu nie jestem zmuszony do obcinania wam poborów — mówił Amanta, członek Rady.

Po niedługim czasie Mel był już wyposażony jedynie w krótki miecz, wytarty skórzany pancerz oraz ten lekki płaszcz, który miał na sobie, a który ani trochę nie grzał.

Mel westchnął. Dawniej, kiedy był najemnikiem, było lepiej.

Wojna postępowała pełną parą, król Krainy Słońca, Dohor, już wyciągnął swoje chciwe ręce do Krain Dni i Nocy, zaś wojna tocząca się w Krainie Ognia przeciwko gnomowi Ido wydawała się zwykłą potyczką. Garstka oberwańców przeciwko najpotężniejszej armii Świata Wynurzonego, jakie mogli mieć nadzieje? Tak, to prawda, Ido przed swoją zdradą był Najwyższym Generałem, a jeszcze wcześniej bohaterem Wielkiej Wojny z Tyranem, ale tamte czasy już minęły. Teraz był już tylko starcem: to Dohor, będący królem, pełnił funkcję Najwyższego Generała.

A jednak było ciężko, bardzo ciężko. I długo to wszystko trwało. Te przeklęte gnomy pojawiały się ze wszystkich stron. Postępowały naprzód dzięki zasadzkom i pułapkom, a wojna polegała już tylko na czołganiu, ukrywaniu i oglądaniu się za siebie na każdym kroku. Ten koszmar trwał dwanaście lat. I dla Mela skończył się źle. Zasadzka, jak zwykle. I przeszywający ból w nodze.

Nigdy już nie wrócił do pierwotnej formy, więc musiał się wycofać. To był trudny okres. W końcu umiał przecież tylko walczyć, czym innym miałby się zająć?

Znalazł pracę u Amanty jako wartownik. Na początku wydawało mu się to przyzwoitym i honorowym rozwiązaniem.

Nie przewidział, że nadejdą dni niczym nieróżniące się jeden od drugiego oraz nuda wynikająca z zajęcia powtarzanego każdej nocy. Przez osiem lat służby u Amanty nigdy nic się nie wydarzyło. A jednak Amanta miał bzika na punkcie bezpieczeństwa. Jego dom, pełen przedmiotów o niezwykłej wartości, a jednocześnie całkowicie bezużytecznych, był strzeżony niczym muzeum, a nawet bardziej.

Mel przeszedł na tyły domu. Nieznośnie długo trwało przemierzenie całego obwodu tego bezsensownego pałacu, który Amanta kazał sobie wybudować. Teraz przez tę ruderę, która tylko przypominała mu o dobrych czasach, kiedy jeszcze był dobrze sytuowanym szlachcicem, siedział po uszy w długach, powoli popadając w nędzę.

Mężczyzna zatrzymał się na kolejne głośne ziewnięcie. I wtedy to się stało. Błyskawicznie i w ciszy. Cios dokładnie wymierzony w głowę. Potem ciemność.

Cień został panem ogrodu. Rozejrzał się wokół, a następnie prześlizgnął się do nisko umieszczonego okna. Trawa pod jego miękkimi krokami nawet nie drgnęła.

Otworzył okno i w mgnieniu oka wsunął się do środka.

Tego wieczoru Lu była zmęczona. Pani narzekała przez cały dzień, a teraz jeszcze to absurdalne polecenie, przez które musiała siedzieć tak długo w nocy. Polerowanie starych sreber… Co niby potem z nimi zrobi?

— Na wypadek, gdyby ktoś przyszedł nas odwiedzić, głupia brzydulo!

A niby kto? Pan już popadł w niełaskę, więc i damy nie ociągały się z opuszczeniem jego domu. Wszyscy bardzo dobrze pamiętali, co prawie dwadzieścia lat wcześniej stało się ze szlachtą z Krainy Słońca, kiedy próbowała buntować się przeciwko Dohorowi, knując przeciw niemu spisek. Mimo iż Dohor, poślubiwszy królową Sulanę, był prawowitym królem, nie był szczególnie kochany. Skupiał w swoich rękach zbyt wielką władzę, a jego ambicje wydawały się nieograniczone. Dlatego próbowano zrzucić go z tronu, jednak bez powodzenia. Amancie udało się wyjść z tego bez szwanku, ale niewiele brakowało. Ugiął się przed wolą swojego króla i zniżył się do lizania mu stóp.

Lu potrząsnęła głową. Niepotrzebne i jałowe rozmyślania. Lepiej to zostawić.

Szelest.

Lekki.

Bardzo delikatny.

Dziewczyna odwróciła się. Dom był duży, zbyt duży i pełen złowrogich hałasów.

— Kto tam? — spytała z lękiem. Cień stał nieruchomo w ciemności.

— Pokażcie się! — zawołała Lu.

Żadnej odpowiedzi. Cień oddychał cicho, spokojnie.

Lu pobiegła piętro wyżej, do Sarissy. Często to robiła, kiedy wieczorem musiała zostać sama przy pracy. Po pierwsze bała się ciemności, a po drugie Sarissa jej się podobał. Był niewiele starszy od niej i miał piękny, dodający otuchy uśmiech.

Cień podążył za nią w ciszy.

Sarissa stał na wpół uśpiony, leniwie opierając się o włócznię. Strzegł komnaty pani.

— Sarissa…

Chłopak otrząsnął się. — Lu…

Nie odpowiedziała.

— Och, do diabła, Lu… znowu?

— Tym razem jestem pewna — rzuciła. — Tam ktoś był… Sarissa parsknął zniecierpliwiony.

— To zajmie tylko chwilkę — nalegała Lu. — Proszę cię… Sarissa poruszył się niechętnie.

— Pospieszmy się.

Cień poczekał, aż plecy chłopca znikną za rogiem schodów, po czym przystąpił do działania. Drzwi nie były nawet zamknięte na klucz. Przemknął się do pokoju. Na środku komnaty stało słabo oświetlone przez księżyc w pełni łoże, z którego dobiegało głośne chrapanie, od czasu do czasu przerywane czymś w rodzaju ponurych rzężeń i jęków. Może Amanta śnił o swych wierzycielach, a może o właśnie takim jak on cieniu, który przybył zabrać mu jedyne, co mu pozostało: cenne cymelia. Cień się nie zdziwił. Wszystko szło zgodnie z planem. Pani spała w oddzielnym pokoju. Drzwi, które go interesowały, znajdowały się przed jego oczami.

Przeszedł do drugiej komnaty, takiej samej, jak poprzednia. Z łoża tym razem nie dobiegało nawet westchnienie. Prawdziwa dama z tej żony Amanty.

Cień w ciszy skierował się do wiadomego miejsca. Pewnym ruchem otworzył szufladę. Małe zawiniątka z brokatu i aksamitu. Nie musiał ich nawet otwierać: doskonale wiedział, co zawierają. Wziął je i włożył do przewieszonego przez ramię chlebaka. Ostatnie spojrzenie na kobietę leżącą w łożu. Owinął się płaszczem, otworzył okno i zniknął.

Makrat, stolica Krainy Słońca, był miastem-polipem, ale jeszcze bardziej przypominał go nocą, kiedy jego profil kreśliły jedynie światła karczm i budynków. W centrum znajdowały się wielkie pańskie pałace, kanciaste i imponujące, natomiast na peryferiach mieściły się małe gospody, nędzne domki i baraki.

Postać poruszała się, wtapiając w mury budynków. Z kapturem opuszczonym na twarz, w ciszy i anonimowo przemierzali opustoszałe ulice miasta. Nawet teraz, po zakończonej pracy, jej kroki nie rozbrzmiewały po bruku.

Doszła do brzegu miasta, aż do położonego na uboczu zajazdu będącego w tych dniach jej domem. Prześpi tam jeszcze tę jedną noc, a potem koniec. Musi zmienić miejsce, przemieścić się, zgubić ślady. I tak już zawsze, wiecznie ścigana.

Cicho weszła do swojego pokoju, gdzie czekało na nią tylko spartańskie łóżko i ława skrzyniowa z ciemnego drewna. Przez okno wpadał metaliczny pobłysk księżyca.

Rzuciła torbę na łóżko, po czym zdjęła płaszcz. Kaskada lśniących kasztanowych włosów spiętych w koński ogon opadła do połowy pleców. W nikłym świetle świecy postawionej na skrzyni pojawiła się napięta i zmęczona twarz, twarz dziecka.

Dziewczynka.

Nie więcej niż siedemnaście lat, poważny wyraz twarzy, ciemne włosy i blada, oliwkowa cera.

Miała na imię Dubhe.

Dziewczyna zaczęła zdejmować z siebie broń. Sztylety, noże do rzucania, dmuchawka, kołczan i strzały. Teoretycznie to wszystko nie było złodziejowi potrzebne, ale ona nigdy nie rozstawała się ze swym orężem.

Zdjęła gorsecik, zostając w samej koszuli i swoich zwykłych spodniach. Rzuciła się na łóżko i popatrzyła na plamy wilgoci na suficie, posępnie rysujące się w świetle księżyca.

Zmęczona. Sama nie potrafiła powiedzieć, czym. Nocną pracą, tą wieczną wędrówką, samotnością. Sen uniósł ze sobą jej myśli.

Wiadomość rozniosła się szybko i już nazajutrz cały Makrat wiedział. Amanta, były Pierwszy Dworzanin, dawny doradca Sulany, został okradziony we własnym domu.

Nic nowego pod słońcem, bogatym często się to zdarzało, a ostatnio szczególnie w okolicach miasta.

Śledztwo jak zwykle nie przyniosło żadnych rezultatów i, jak wielokrotnie w ciągu ostatnich dwóch lat, cień pozostał tylko cieniem.

2. Życie codzienne

Nazajutrz Dubhe opuściła gospodę wcześnie rano. Zapłaciła monetami, które zostały jej z poprzedniej pracy. Była kompletnie spłukana, więc ta wycieczka do domu Amanty była dla niej błogosławieństwem. Zazwyczaj rzadko miała do czynienia bezpośrednio z grubymi rybami; zadowalała się robotą na nieco niższym poziomie, która gwarantowała jej, że nie ściągnie na siebie niczyjej uwagi. Teraz jednak naprawdę miała nóż na gardle, i Zanurzyła się w zaułkach Makratu. To miasto było wiecznie w ruchu i nigdy nie zasypiało. Zresztą było to najbardziej chaotyczne miejsce w całym Świecie Wynurzonym — pełne ludzi, gęsto obstawione szlacheckimi pałacami, walczącymi o ulice i place z chatkami biedaków. Na przedmieściach stały baraki zwyciężonych na wojnie, uciekinierów z Ośmiu Krain Świata Wynurzonego, którzy stracili wszystko w latach, kiedy Dohor dochodził do władzy. Były tam istoty wszystkich ras, a także wielu Famminów. To oni byli prawdziwymi ofiarami: pozbawieni ziemi, ścigani ze wszystkich stron, odizolowani od swoich towarzyszy, niewinni i nieświadomi jak dzieci. Kiedyś było inaczej: podczas panowania terroru Tyrana to oni byli bojownikami. Ich istnienie miało tylko jeden cel: mieli być maszynami wojennymi. Tyran stworzył ich za pomocą swoich czarów, a ich pochodzenie można było jednoznacznie odczytać z ich wyglądu: niezgrabne, pokryte rudawym meszkiem sylwetki o nieproporcjonalnie długich ramionach i ostrych kłach wystających z ust. W tamtych czasach wzbudzali szalony lęk i to z nimi Nihal, bohaterka owego mrocznego okresu prowadziła decydujące walki, a przynajmniej tak śpiewali minstrele na rogach ulic. Teraz jednak Famminowie wzbudzali tylko litość.

Kiedy Dubhe była jeszcze uczennicą, często udawała się razem z Mistrzem na przedmieścia. On je kochał.

— To jedyne miejsce naprawdę pełne życia, jakie zostało na tej gnijącej ziemi — zwykł mawiać, więc chodzili tam na długie spacery.

Dubhe nadal czasami tam zaglądała, nawet po śmierci Mistrza. Kiedy za nim tęskniła i czuła, że nie da rady dalej iść naprzód, zagłębiała się w te dzielnice nędzy i występku, szukając jego głosu kryjącego się jeszcze pośród zaułków. Wtedy się uspokajała.

Miasto zaczynało się ożywiać we wczesnych godzinach rannych. Otwierała się jakaś budka, kobiety czerpały wodę ze źródła, dzieci bawiły się na ulicy, a pośrodku placu wznosił się wielki posąg Nihal.

Dubhe znalazła miejsce, którego szukała. Był to na wpół schowany sklepik, mieszczący się na skraju dzielnicy baraków. Sprzedawano w nim zioła, przynajmniej tak napisane było na szyldzie, ale ona chodziła tam z innych powodów.

Tori, sklepikarz, był gnomem pochodzącym z Krainy Ognia. Znaczna większość jego pobratymców zamieszkiwała właśnie tamte ziemie lub Krainę Skał. Miał ciemną karnację i długie, czarne jak noc włosy posplatane w mnóstwo warkoczyków. Przemieszczał się po swoim sklepiku, drobiąc na krótkich nóżkach, z nieschodzącym z ust uśmiechem.

Wystarczyło jednak jedno proste słowo — słowo znane wielu osobom z odpowiednich kręgów, aby Tori zmienił wyraz twarzy. W takich razach prowadził stałych bywalców na zaplecze. Tam znajdowała się jego świątynia.

Gnom mógł się poszczycić jedną z najbogatszych kolekcji trucizn, jakie można sobie wyobrazić. Był w tej dziedzinie wielkim ekspertem, gotowym dostarczyć każdemu idealne rozwiązanie. Czy chodziło o śmierć powolną i bolesną, czy też o nagły zgon, Tori zawsze dysponował odpowiednim flakonikiem. To jednak nie wszystko: nie zdarzało się, by zdobyty w Makracie łup nie przechodził przez jego ręce.

— Witaj! Znów potrzebujesz mojej pomocy? — przywitał ją gnom, kiedy weszła do sklepu.

— Jak zawsze… — uśmiechnęła się do niego spod kaptura.

— Gratuluję ostatniej roboty… bo to twoja sprawka, prawda?

Tori był jednym z niewielu, którzy wiedzieli coś o niej i o jej przeszłości.

— Tak, to ja — ucięła krótko Dubhe. Jak najmniej reklamy — takie było od zawsze jej motto.

Tori zaprowadził ją na zaplecze, a ona poczuła się tam jak u siebie.

Mistrz wprowadził ją w tajniki wiedzy o ziołach, kiedy jej umiejętności celowania z łuku wciąż pozostawiały wiele do życzenia. W owym czasie szkoliła się jeszcze, aby zostać zabójcą, a była to praktyka dość znana wśród morderców niższego poziomu: jeżeli nie potrafiło się precyzyjnie uderzyć w najważniejsze punkty, trzeba się było uciekać do nasączania strzał lub sztyletów trucizną, tak aby nawet lekka rana okazywała się śmiertelną.

„Trucizna jest dla początkujących” — przypominał jej zawsze Mistrz, ale dla niej zielarstwo stało się pasją.

Całe godziny spędzała pochylona nad książkami. Chodziła po lasach i łąkach, wyszukiwała odpowiednie zioła i szybko zaczęła wymyślać oryginalne mieszanki o różnych stopniach skuteczności: od łagodnych środków nasennych po najbardziej śmiercionośne trucizny. To właśnie pociągało ją najbardziej. Studiować, szukać, zrozumieć. I w końcu Dubhe nauczyła się.

Potem wszystko się zmieniło, zabójstwo stało się piekącym wspomnieniem minionej epoki, a Dubhe poświęciła się przede wszystkim studiom nad środkami nasennymi, które zdecydowanie bardziej mogły jej się przydać w działalności, jaką podjęła, aby przeżyć.

Teraz nie traciła czasu. Rozwinęła na ladzie owoc swojej wyprawy i czekała na werdykt Toriego, który pochylony nad perłami i szafirami, analizował je okiem eksperta.

— Świetna faktura, piękne cięcie… Tylko trochę zbyt łatwe do rozpoznania… Tu trzeba będzie popracować.

Dubhe milczała. To wszystko już wiedziała. Wyuczone arkana zawodu zabójcy tkwiły w niej głęboko i dziewczyna prowadziła swoją pracę złodziejki jak najlepszy z morderców: zawsze przed akcją starannie zbierała wszelkie możliwe informacje.

— To będzie trzysta karoli.

Dubhe zmarszczyła brwi pod kapturem.

— Wydaje mi się, że to mało.

Tori uśmiechnął się dobrodusznie.

— Wiem, ile wysiłku cię to kosztowało, ale musisz zrozumieć i mnie… To będzie trzeba rozmontować, przetopić… Trzysta pięćdziesiąt.

Starczy na następne trzy, cztery miesiące wędrówek. Dubhe westchnęła cicho.

— No dobrze.

Tori uśmiechnął się do niej.

— Takiej jak ty pracy nigdy nie brakuje.

Dziewczyna wzięła to, co jej zaoferował, i odeszła bez pożegnania. Znów pogrążyła się w zaułkach Makratu.

Około południa opuściła miasto. Poszła prosto do swojego domu. Była to tylko grota. Swój prawdziwy dom — ten na brzegu oceanu w Krainie Morza, który dzieliła z Mistrzem — porzuciła po jego śmierci, w dniach bólu, i już nigdy tam nie wróciła. Wszystkim, co udało jej się znaleźć na jego miejsce, była ta dziura. Znajdowała się w Puszczy Północnej, niezbyt daleko od cywilizacji, ale i nie nadmiernie blisko osad ludzkich. Wystarczyło pół dnia piechotą, aby tam dojść.

Kiedy o zachodzie słońca weszła do groty, stęchły zapach pleśni schwycił ją za gardło. Dawno tu nie była, a miejsce nie było zbyt przewiewne.

Za łóżko służyło legowisko zrobione naprędce ze słomy, a palenisko było zaledwie wnęką w skalistej ścianie groty. Pośrodku tego jedynego pomieszczenia stał prosty stół, zaś przy jednej ze ścian kredens, prawie całkiem wypełniony książkami i buteleczkami trucizn.

Dubhe przygotowała sobie skromną kolację z kilku produktów, jakie znalazła w mieście. Na zewnątrz zapadła noc, a wyraźnie widoczne gwiazdy drżały lekko.

Kiedy tylko skończyła jeść — wyszła na zewnątrz. Zawsze lubiła niebo, jego bezkres dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Nie dobiegały jej żadne hałasy, nie było wiatru. Dubhe słyszała jedynie szmer strumienia. Poszła do źródła i spokojnie się rozebrała.

Już w chwili zamoczenia stopy w wodzie przeszył ją mróz, ale nie poddała się i szybko weszła aż po szyję. Poczucie lodowatego zimna nie trwało długo i nagle zmieniło się w niepojęte wrażenie ciepła. Zanurzyła się cała w wodzie, a długie kasztanowe włosy zaczęły tańczyć wokół głowy i przed twarzą.

Dopiero wtedy, kiedy była całkowicie pogrążona w wodzie, udało jej się przez chwilę poczuć ogarniający ją spokój.

3. Pierwszy dzień lata

Przeszłość I

Jest słoneczny dzień. Dubhe wstaje z łóżka podekscytowana. Już w momencie, kiedy otworzyła oczy, dotarło do niej, że nadeszło lato. Może to światło, a może zapach powietrza przenikającego przez podniszczone okiennice.

Ma osiem lat. Żywa dziewczynka o długich kasztanowatych włosach, nieróżniąca się zbytnio od innych. Nie ma braci ani sióstr, rodzice są wieśniakami.

Żyją w Krainie Słońca, niedaleko od granicy z Wielką Krainą. Po zakończeniu wojny ziemie tego obszaru zostały rozdzielone pomiędzy wszystkie Krainy i tylko środkowy rejon pozostał samodzielnym terytorium. Rodzice Dubhe przeprowadzili się do niewielkiej, niedawno założonej wioski — Selvy. Szukali pokoju i wydaje się, że tam go znaleźli. Z wojny Dohora, mającej na celu zagarnięcie wszystkich ziem, do tej wioski w centrum małego lasku, położonej z dala od wszystkiego, dociera jedynie echo. A od kilku lat już nawet i to nie. Dohor podbił znaczną część Świata Wynurzonego i zapanowało coś w rodzaju kruchego pokoju.

Dubhe wpada do kuchni na bosaka, ma jeszcze nieuczesane włosy.

— Jest słońce, jest słońce!

Jej matka, Melna, siedzi przy stole i nie przerywa czyszczenia warzyw.

— Na to wygląda…

To pulchna kobieta o rumianej twarzy. Jest młoda, ma nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, ale — jak przystało na osobę pracującą na roli — jej dłonie są zniszczone i pełne odcisków.

Dubhe krzyżuje ramiona, opiera się nimi na stole i macha zwisającymi nogami.

— Powiedziałaś, że jeśli będzie ładnie, będę mogła pójść pobawić się w lesie…

— Tak, ale najpierw mi pomożesz. Potem możesz robić, co chcesz.

Entuzjazm Dubhe od razu opada. Wczoraj rozmawiała ze swoimi przyjaciółmi. Obiecali sobie, że jeżeli będzie słońce, spotkają się. No i jest słońce.

— Ale to pomaganie zajmie cały ranek! Kobieta odwraca się niecierpliwie.

— No to znaczy, że przez cały ranek będziesz ze mną. Dziewczynka prycha głośno.

Dubhe wyciąga ze studni wiadro pełne wody i myje się pod lodowatym strumieniem. Bardzo to lubi, takie mycie w zimnej wodzie.

A poza tym za każdym razem, kiedy wyciąga wiadro, czuje się silna. Jest dumna z własnej siły: ze wszystkich dziewczynek tylko ona jest w stanie dorównać Gornarowi, najstarszemu z ich grupki. To dwunastoletni gigant, bezdyskusyjny przywódca ich bandy, a swój prymat wywalczył sobie pięściami. Jednak nie udaje mu się podporządkować sobie Dubhe, więc traktuje ją nieufnie, dbając, aby jej za bardzo nie rozdrażnić. Kilka razy pokonała go w siłowaniu na rękę i wie, że bardzo go to zapiekło. Zgodnie z niepisaną umową, Gornar jest pierwszy wśród dzieciaków, ale Dubhe jest zaraz potem. I tym się szczyci.

Moglibyśmy pójść polować na jaszczurki i urządzić terrarium albo po prostu stoczyć walkę. Ale będzie wspaniale! — mówi do siebie, już przeczuwając radości lata. Tymczasem polewa sobie głowę lodowatą wodą, czując przeszywający ją dreszcz przyjemności. Jest szczupła, niemal zbyt szczupła. Jednak niektórzy z jej towarzystwa już patrzą na nią, rumieniąc się, z czego jest zadowolona. W jej sercu znalazł się już pewien nieśmiały chłopiec, Mathon. On co prawda nie raczy na nią spojrzeć, ale ona często o nim myśli. Teraz, po południu, on też na pewno będzie: kto wie może teraz, podczas wspólnie spędzonego czasu, znajdzie odwagę, aby powiedzieć mu, że jej się podoba.

Oczekiwanie na popołudnie rozjaśnia cały poranek. Dubhe pomaga matce, ale z trudem udaje jej się spokojnie czyścić warzywa. Siedzi na krześle i nerwowo macha nogami, co jakiś czas rzucając spojrzenie na zewnątrz.

Czasami wydaje jej się, że widzi, jak przebiega któryś z chłopców, ale dobrze wie, że dopóki nie skończy, za nic na świecie nie będzie jej wolno wyjść.

Lekki ból w palcu i stłumione „Auuć!” zwracają na nią uwagę matki.

— Do diabła, będziesz uważać? Wiecznie z głową w chmurach!

I zaczyna się zwykła śpiewka. Że zamiast biegać z tą bandą dzikusów, którą obrała sobie za przyjaciół, powinna raczej myśleć o lekcjach u starca.

Dubhe słucha w milczeniu. Kiedy mama startuje z tym kazaniem, nie ma sensu ani odpowiadać, ani przytakiwać. A poza tym Dubhe wie, że to wszystko udawanie. Ojciec jej opowiedział.

— Kiedy twoja mama była mała, była tysiąc razy gorsza niż ty. A wiesz, co się potem dzieje? Pojawia się mężczyzna, kobiety się zakochują i przestają biegać po polach w poszukiwaniu myszy.

Lubi Gorniego, swojego ojca. Bardzo. Bardziej niż matkę. Jej ojciec jest szczupły jak ona i dowcipny.

No i tata nie złości się, kiedy ona przynosi do domu jakieś dziwne bestie zabite podczas zabaw, ani nie krzyczy na widok węży, które ona tak lubi. Co więcej, kilka razy nawet sam przyniósł jej jakąś zdobycz. Dubhe ma cały zbiór słoików wypełnionych zwierzątkami. Są tam pająki, węże, jaszczurki, karaluchy — łupy z jej wycieczek na polowanie z przyjaciółmi. Pewien przejeżdżający przez wioskę czarodziej dał jej dziwną ciecz, którą należy rozcieńczyć wodą. Zanurzone w tym płynie nieżywe zwierzęta nie rozkładają się. Tę swoją cenną kolekcję pokazuje wszystkim z wielką dumą. Za to jej matka nie cierpi jej i za każdym razem, kiedy Dubhe wraca do domu z nowym okazem, chce go wyrzucić. Zawsze kończy się na krzykach i płaczach, a ojciec się śmieje.

Jej ojciec kocha zwierzęta i jest ciekawy.

I tak oto, kiedy zmęczony i spocony wchodzi do kuchni przed obiadem, jawi jej się jako wybawienie.

— Tata!

Rzuca mu się na szyję i o mały włos się nie przewracają.

— Ile razy ci mówiłam, żebyś uważała? — wrzeszczy matka, ale ojciec nie widzi żadnego problemu.

Jest bardzo jasnym blondynem o niezwykle ciemnych oczach tak samo czarnych, jak oczy Dubhe. Ma piękne wąsy, drapiące ją przy każdym pocałunku, ale jest to tylko miłe szczypanie.

— No i jak? Cały ranek obierania cukinii? Dubhe przytakuje ze zgnębioną miną.

— No tak, to chyba dzisiaj po południu możemy cię zwolnić…

— Taaak! — krzyczy Dubhe.

Obiad trwa krótko, Dubhe rzuca się na potrawy szybko i łapczywie.

Hałaśliwie pochłania zupę, potem atakuje jajka i kończy je po trzech kęsach. Pożerając jabłko w mniej niż pięć gryzów, ryzykuje zwichnięcie szczęki, i już ucieka.

— Idę się bawić, zobaczymy się wieczorem! — krzyczy, wypadając przez drzwi.

Wreszcie jest na dworze. Biegnie.

Wie, gdzie znaleźć swoich przyjaciół, nie może być mowy o pomyłce. W porze obiadowej zawsze są nad rzeką, gdzie wyznaczyli swoją bazę.

Wołają ją już z daleka.

— Dubhe!

To Pat, druga dziewczynka z grupy — jej najlepsza przyjaciółka Dubhe opowiada jej wszystkie swoje sekrety; nawiasem mówiąc jest to jedyna osoba, która wie o Mathonie. Pat ma rude włosy, jest piegowata i tak samo pełna energii jak ona.

Jak zwykle są w piątkę. Każde z nich mruczy jakieś „cześć”. Gornar leży z boku, wyciągnięty, z długim źdźbłem trawy w ustach są też bliźniacy — Sams i Renni — jeden trzyma głowę na brzuchu drugiego. Wreszcie oparty o pień Mathon wita ją skinieniem.

— Cześć, Mathon — mówi Dubhe z nieśmiałym uśmiechem. Pat chichocze ironicznie pod nosem, ale Dubhe szybko przywołuje ją do porządku spojrzeniem.

— Dlaczego nie przyszłaś rano? Długo na ciebie czekaliśmy — mówi dziewczynka.

— Właśnie… straciliśmy przez ciebie kupę czasu — mówi twardo Gornar.

— Musiałam pomóc mamie… A wy co robiliście?

Odpowiada jej Mathon:

— Bawiliśmy się w wojowników.

Dubhe widzi leżące z boku drewniane miecze.

— A co robimy dzisiaj po południu?

— Ryby — wyrokuje Gornar. — Wędki zostawiliśmy tam, gdzie zawsze.

Zwykłe miejsce to jaskinia po drugiej stronie rzeki — tam zazwyczaj ukrywają swoje łupy. Najczęściej jest to podkradzione z pól albo z domowych spiżarni jedzenie, ale również znalezione dziwne przedmioty, a nawet długi zardzewiały miecz, pewnie pamiątka po Wielkiej Wojnie.

— No, to na co czekamy?

Do zawodów w łowieniu ryb dzielą się na dwie drużyny. Pat i Dubhe ustawiają się razem, trzeci jest Mathon. Dubhe wydaje się to snem. Marzeniem, które się spełnia.

Przez całe popołudnie nie robią nic innego, tylko zajmują się wędkami, haczykami i robakami. Pat udaje się wbić sobie haczyk w palec, a Dubhe symuluje, że strasznie brzydzi się robakami tylko po to, żeby Mathon jej pomógł.

— Przecież wcale nie są takie brzydkie — mówi chłopiec, biorąc jednego z nich w palce i pokazując Dubhe. Stworzonko wije się usiłując się uwolnić, ale Dubhe nie zwraca na to uwagi. Patrzy w zielone oczy Mathona, które nagle wydają jej się najpiękniejsze spośród wszystkiego, co kiedykolwiek widziała.

Dubhe ma doświadczenie w łowieniu, często chodziła na ryby ze swoim ojcem, ale udaje początkującą.

— Ta ryba za bardzo ciągnie… — narzeka, a Mathon musi biec jej z pomocą, zaciskając dłonie na wędce obok rąk Dubhe. Dziewczynce wydaje się, że śni: jeżeli pierwszego dnia sprawy tak dobrze się układają, to może pod koniec lata uda jej się do Mathona przytulić, a kto wie, może i nawet zostać jego dziewczyną.

Na krótko przed zachodem słońca cała trójka oblicza połów. Pat ma dwie nędzne ukleje, Dubhe trzy ukleje i pstrąga, a Mathon małego rekinka psiego.

Nie ma porównania z drugą grupą. Gornar ściska w dłoniach dwa piękne pstrągi, a Renni i Sams obaj mają po rekinku i jakąś dziesiątkę uklejek.

— Zresztą, kiedy z nami jest wódz… — zaczyna Sams.

Gornar mówi Dubhe, że dziś jej kolej na odniesienie wędek na miejsce.

— Przegrałaś, a w dodatku dziś przyszłaś późno. Płacisz.

Niezadowolona Dubhe udaje się do groty, objuczona wszystkimi wędkami i słoiczkiem robaków. Odstawia je ze złością i kieruje się do wyjścia. Nagle coś przyciąga jej uwagę. Szarawe migotanie na skałach wyschniętej części koryta rzeki. Zbliża się, żeby zobaczyć, co to. Potem się uśmiecha.

To wężyk. Wężyk, którego nie ma w swojej kolekcji. Nie żyje, ale jest doskonale zachowany. Ciało o pięknym, szarym i połyskującym kolorze ma czarniawe prążki, z których jeden otacza szyję. Dubhe bez lęku wyciąga dłoń i delikatnie go podnosi. Jest mały. Dziewczynka wie, że te węże mogą osiągać długość półtora łokcia. Ten może mieć co najwyżej trzy szerokości dłoni, ale tak czy inaczej jest wspaniałą zdobyczą.

— Popatrzcie, co znalazłam, spójrzcie! — woła, wracając do pozostałych.

Przyjaciele tłoczą się wokół niej i ciekawie przyglądają wężowi.

Pat czuje pewne obrzydzenie, nie podobają jej się takie bestie, ale oczy chłopców błyszczą.

— To zaskroniec, mój ojciec mi o nich opowiadał. Ile go szukałam…

— Daj mi go.

Słowa Gornera są jak zimny prysznic. Dubhe patrzy na niego pytająco, nie rozumiejąc.

— Powiedziałem ci, daj mi go.

— A niby dlaczego?

— Bo wygrałem zawody w łowieniu i należy mi się nagroda.

Wtrąca się Pat.

— Nie przypominam sobie, żebyśmy mówili o nagrodach… Ścigaliśmy się tylko ot, tak, dla zabawy.

— To ty tak mówisz — ryczy chłopak. — Daj mi go!

— Nawet o tym nie myśl, ja go znalazłam i zatrzymam dla siebie!

Dubhe odsuwa od Gornara rękę, w której trzyma węża, ale chłopak już nad nią stoi. Chwyta ją za ramię i ściska nadgarstek.

— To boli! — krzyczy Dubhe, szamocząc się. — Wąż jest mój! Ty nawet nie lubisz takich rzeczy, a ja mam całą kolekcję!

— Nie obchodzi mnie to, ja jestem wodzem!

— Nie!

— Jak mi nie dasz tego węża, to tak cię spiorę, że jutro nie będziesz mogła wyjść z domu.

— Tylko spróbuj, dobrze wiesz, że nie dasz mi rady.

To ostatnia kropla przepełniająca miarę. Gornar rzuca się na Dubhe i zaczyna się walka. Chłopak próbuje wymierzać jej ciosy, ale Dubhe czepia się jego nóg, gryzie go i drapie z wściekłością.

Wąż upada na trawę. Dubhe i Gornar toczą się po ziemi, on mocno szarpie ją za włosy, doprowadzając ją do łez. Dubhe jednak nie ustępuje. Nie przestaje go gryźć, teraz już płaczą obydwoje ze złości i z bólu. Dzieci wokół nich krzyczą.

Spadają na brzeg potoku, szamoczą się na wysuszonej części koryta, pomiędzy raniącymi ich kamieniami. Gornar wciska głowę Dubhe pod wodę. Dziewczynkę ogarnia nagły strach. Nad wodą i pod wodą, i znowu, jeszcze raz, brakuje jej powietrza, a dłoń Gornara mocno ściska jej włosy, jej piękne włosy, jej chlubę.

Ostatnim rozpaczliwym wysiłkiem udaje jej się obrócić i teraz Gornar jest pod nią. Dubhe działa instynktownie. Podnosi nieco głowę chłopca, uderza nią o ziemię. Ten jeden cios wystarcza Palce Gornara od razu wysuwają się z jej włosów. Jego ciało na chwilę sztywnieje, po czym staje się jakby miękkie.

Dubhe niespodziewanie czuje się oswobodzona i nie rozumie. Nieruchomieje, siedząc okrakiem na chłopcu.

— O, bogowie… — szepcze Pat.

Krew. Strużka krwi barwi wodę potoku. Dubhe jest sparaliżowana.

— Gornar… — próbuje wołać. — Gornar… — krzyczy głośniej, ale nie otrzymuje żadnej odpowiedzi.

To Renni wyciąga ją stamtąd i rzuca na trawę. Sams bierze Gornara i wynosi go z wody na brzeg. Potrząsa nim, woła coraz natarczywiej. Żadnej odpowiedzi. Płacz, płacz Pat.

Dubhe patrzy na Gornara i ten widok wyryje jej się w pamięci na zawsze. Szeroko rozwarte oczy. Małe, nieruchome źrenice. Oczy bez spojrzenia, które jednak i tak na nią patrzą. Oskarżają ją.

— Zabiłaś go! — krzyczy Renni. — Zabiłaś!

4. Szczególne zadanie

Dubhe została u siebie parę dni. Nie było to zbyt rozważne, zwłaszcza że wiedziała z całą pewnością, iż w Makracie widziano kilku Zabójców z Gildii. Sekta mogła wciąż jeszcze jej szukać. Ale ona chciała trochę odpocząć.

Już od dwóch lat nie zatrzymywała się nawet na chwilę. Była w Krainie Morza, następnie Wody, a także w Krainie Wiatru. Kiedy wreszcie postanowiła wrócić do Krainy Słońca, uczyniła to ze ściśniętym gardłem.

Była to nie tylko jej ziemia ojczysta, ale również i miejsce, gdzie wszystko się skończyło, albo zaczęło, w zależności od punktu widzenia.

Była już zmęczona uciekaniem i im dłużej tak żyła, tym silniejsze miała wrażenie, że w Świecie Wynurzonym nie ma dostatecznie odległego miejsca, gdzie mogłaby się schronić. Nie tylko Gildia była wszechobecna; czyhało na nią coś jeszcze. Właśnie podczas tych dwóch dni znienacka owładnęły nią wspomnienia. Na pewno z winy tej całej bezczynności, której jednak potrzebowała. Dopóki bowiem miała do wykonania jakieś prace, jej umysł był nimi zaabsorbowany — brak zajęcia natomiast działał na nią wyczerpująco. Kiedy nie miała nic do zrobienia, jej samotność stawała się prawie namacalna. Powracała bolesna przeszłość.

Znała tylko jedno lekarstwo. Utrzymywać ciało w ruchu.

Poranek był świeży i jasny. Dubhe włożyła swoje najlżejsze ubrania: koszulę bez rękawów i parę spodni. Była bosa — uwielbiała czuć pod stopami trawę. I bez płaszcza.

Zaczęła trening: ten sam, do którego została przyuczona w wieku ośmiu lat, kiedy chciała być silna i śmiercionośna, tak jak Mistrz — trening zabójców.

Była już spocona, kiedy go usłyszała. Od razu też wiedziała kto to. Tylko jedna z osób, które znała, była na tyle głupia, żeby zawsze powtarzać tę samą niedorzeczną zagrywkę.

Odwróciła się i błyskawicznie rzuciła sztyletem. Broń wbiła się w drzewo za chłopakiem.

Mógł mieć jakieś osiemnaście lat, był chudy jak patyk i cały w pryszczach. Teraz zbladł.

Dubhe uśmiechnęła się.

— Uważaj, Jenna, za którymś razem zabiję cię naprawdę.

— Czy ty zgłupiałaś? O mało mnie nie trafiłaś! Dubhe nonszalancko wyciągnęła sztylet z drzewa.

— No to przestań robić takie podchody.

Jenna był kimś w rodzaju przyjaciela — starym znajomym, którego odnalazła, kiedy powróciła do Krainy Słońca. Był drobnym złodziejaszkiem, zupełnie innego kalibru niż ona.

Pracował w Makracie, wyrywał torby przechodniom i tak prowadził życie sieroty wojennego. Poznali się pięć lat wcześniej, kiedy próbował ukraść Mistrzowi kilka monet. Mistrz zagroził mu, że go zabije, a wówczas on zaczął jęczeć, błagając o litość. Widząc jego bystrą twarz, Mistrz wpadł na inny pomysł.

— Jesteś mi winien życie — powiedział i przyjął go jako swojego rodzaju asystenta.

Od tamtej pory Jenna nie próżnował i zawsze udawało mu się załatwić dla Mistrza świetne interesy, znaleźć dla niego klientów, a czasami nawet odbierał od nich zapłatę. Nigdy jednak nie porzucił zawodu kieszonkowca.

Jenna miał bystry umysł, a dłoń jeszcze szybszą niż myśl. Potrafił poruszać się po Makracie i znał tam wszystkich. Ponadto umiał być na swój sposób wierny.

A potem to się stało. Mistrz umarł, wszystko się skończyło, a Dubhe znowu została sama i zrozpaczona. To wtedy rozpoczęła swoją ucieczkę; jej jedynym środkiem utrzymania były pieniądze pochodzące z kradzieży, do których wykorzystywała swoje nabyte podczas treningów umiejętności. Uciekła w takim pośpiechu, że prawie nie miała czasu się z nim pożegnać. Stracili się z oczu, a odnaleźli dopiero, kiedy Dubhe ponownie stanęła na ziemi Krainy Słońca. Od tej pory często się spotykali.

Teraz ruszyli w kierunku jaskini. Jenna skrzywił się, kiedy tylko weszli.

— Nie wiem, jak u diabła możesz żyć w tej norze śmierdzącej pleśnią. I jeszcze nazywasz ją domem? Przecież tu nie ma nawet łóżka! Gdybyś przyszła do mnie…

Jenna często to powtarzał. Chciał, żeby była blisko niego. Dubhe nie bardzo to rozumiała.

— Dość gadania — ucięła krótko i usiadła. — Powiedz mi, czego chcesz.

Jenna rozsiadł się na jedynym pozostałym krześle i położył nogi na stole.

— No cóż, po pierwsze, moich pieniędzy.

Jenna pomagał jej trochę w prowadzeniu rozpoznania przed ostatnią robotą i zwykle żądał za to niewielkiej opłaty. Dubhe szybko podała mu odpowiednią kwotę.

— Mam nadzieję, że nie przebyłeś całej tej drogi tylko dla pieniędzy?

Jenna pokręcił przecząco głową i oparł się łokciami o stół.

— Ktoś chodzi i rozpytuje o najlepszego złodzieja w okolicy potrzebnego do delikatnej roboty. To ma być w jakimś domu, więc — jak dobrze wiesz — nie dla mnie, dlatego powiedziałem sobie, czemu by nie pomóc Dubhe? Trochę podowiadywałem się o obiekcie i odkryłem kilka interesujących rzeczy.

Dubhe zmarszczyła brwi.

— Nie podoba mi się to.

Jenna spojrzał na nią z niedowierzaniem. — Przecież pracowałaś już na zlecenia, nie?

Dubhe w dalszym ciągu siedziała nachmurzona.

— A ty lepiej niż ktokolwiek inny powinieneś wiedzieć, że nie mogę robić sobie reklamy.

Jenna zamilkł na krótką, wystudiowaną chwilę.

— To zaufany człowiek Dohora.

— Wszyscy są zaufanymi ludźmi Dohora. Przypominam ci, że należy do niego znaczna część Świata Wynurzonego.

Była to prawda. Dohor, zacząwszy karierę jako zwykły Jeździec Smoka, dzięki ślubowi z Sulaną został królem, a potem powoli zajął się podbijaniem całego Świata Wynurzonego. Sześć z ośmiu Krain było już mniej lub bardziej bezpośrednio pod jego kontrolą, zaś z ostatnimi całkiem niepodległymi ziemiami — Krainą Morza oraz Marchią Bagien i Marchią Lasów, niegdyś stanowiącymi razem Krainę Wody, prowadził już prawie otwartą wojnę.

Jenna pozwolił sobie na zadowolony uśmieszek.

— To nie jest byle sługus, nie pracuje dla nikogo ze zwykłych ludzi: często widywano go z samym królem.

Dubhe nagle okazała zainteresowanie.

— To jego wierny namiestnik, należący do wąskiego grona.

— Spotkałeś się z nim?

— Tak. Po zdobyciu informacji udało mi się z nim skontaktować. I tu niespodzianka. Po pierwszym kontakcie facet umówił się ze mną w jednej z tych luksusowych gospód w Makracie, pewnie ją znasz. „Fioletowe Sukno”.

Nie można było jej nie znać. Było to miejsce uczęszczane przez generałów i inne grube ryby królestwa.

— Zaprowadził mnie do sali, która była jakieś cztery razy większa niż cały mój dom, i zgadnij, kto tam był?

Jenna zrobił kolejną pauzę.

— Forra.

Dubhe wytrzeszczyła oczy. Forra był szwagrem Dohora, ale przede wszystkim jego prawą ręką. Poznali się w czasach, kiedy Dohor jeszcze tylko marzył o władzy absolutnej, i od tamtej pory byli nierozłączni. Ich więź wzmocniło małżeństwo Dohora z siostrą Forry, a na polu bitwy nigdy nie widziano jednego bez drugiego. Dohor niewątpliwie miał wybitny umysł i cechy uzdolnionego polityka: był nie tylko utalentowanym wojownikiem, ale i dobrym strategiem oraz pozbawionym skrupułów dyplomatą. Forra był czystej krwi wojownikiem. Pojawiał się razem ze swoim olbrzymim, dwuręcznym mieczyskiem wszędzie tam, gdzie tylko trzeba było zabijać.

— Jak możesz sobie wyobrazić, nie czułem się szczególnie komfortowo… — ciągnął Jenna. — Podał mi jednak warunki. Forra a więc naturalnie i Dohor, chociaż jego imię nie zostało wypowiedziane, potrzebuje kogoś do delikatnej roboty: usunięcia jakichś zapieczętowanych dokumentów starannie przechowywanych w pewnym pałacyku. Oczywiście nie chciał powiedzieć nic więcej.

— Jasne.

— Może ci zapłacić nawet pięć tysięcy karoli. Szczegóły jednak pragnie omówić z tobą osobiście.

Była to olbrzymia kwota. Dubhe nigdy nie widziała tyle pieniędzy, a jeżeli już o tym mowa, pewnie nawet jej Mistrz nie operował takimi sumami.

Dziewczyna milczała, wpatrując się w stół. Była to robota wysokiej klasy, jaka jej się jeszcze nie nadarzyła. Byłby to prawdziwy skok jakościowy.

— Na pewno nie powiedział ci nic więcej?

— Nie. Ale dał mi dowód swojej hojności.

Jenna wyciągnął z rękawa koszuli sakiewkę i wysypał na stół jej zawartość. W ciemności groty rozbłysły monety z najczystszego złota. To było przynajmniej dwieście karoli.

Dubhe siedziała nieporuszona. Patrzyła na monety i milczała.

— Poprosił mnie o zorganizowanie spotkania. Powiedział, że tak czy inaczej to jest już dla ciebie.

W grocie zapadło milczenie.

Spotkać się z Forrą. Dubhe go pamiętała, widziała go, kiedy byli razem z Mistrzem w Krainie Wiatru. Wspominała go jako olbrzymiego człowieka z dzikim grymasem mordercy wymalowanym na twarzy. U jego boku stał blady, nieco starszy od niej chłopiec. Ich spojrzenia spotkały się tylko na sekundę. Łączył ich ten sam strach, strach przed tamtym człowiekiem.

— No i co, nic nie powiesz? — nie wytrzymał Jenna.

— Myślę.

— Ale o czym? Dubhe, to życiowa okazja! Jednak Dubhe nie była osobą, która by lekko traktowała cokolwiek, a zwłaszcza robotę, co do której nie miała żadnych informacji. A jeżeli to pułapka? Jeżeli za tym wszystkim stała Gildia.

— Przecież rozmowa z nimi nic cię nie kosztuje, nie? Przecież jeżeli nie zechcesz, możesz odmówić, prawda?

— Jesteś pewien, że Gildia nie ma z tym nic wspólnego?

Jenna zrobił niecierpliwy gest.

— To Dohor, do diabła, powiedziałem ci, że to Dohor! Nie ma ani śladu Gildii.

— Czy podałeś mu moje imię?

— Czy uważasz mnie za idiotę?

Dubhe milczała przez chwilę, po czym westchnęła.

— Za dwa dni przy Ciemnym Źródle, o północy. Tak mu powiedz.

Ciemne Źródło było miejscem raczej odosobnionym, znajdującym się w środku Puszczy Północnej. Jego nazwa pochodzi od małego źródełka krystalicznie czystej wody, maleńkiego jeziorka otoczonego skałami czarnego bazaltu. W ten sposób zawsze, nawet kiedy świeciło słońce, woda wydawała się czarna jak smoła. Miejsce to wzbudzało strach, ale Dubhe często tam chodziła, kiedy chciała się skoncentrować. Tam odnajdowała spokój wewnętrzny i siłę.

Tamtej nocy poszła tam nieco wcześniej. Niebo pokryte było chmurami, a wiatr wiał silniej niż zazwyczaj. Siedziała po ciemku, wsłuchując się w lament drzew i odgłosy wody.

Lubiła ciemność. Jenna zwrócił jej uwagę, że wydawała się urodzona w Krainie Nocy, gdzie zaklęcie rzucone przez pewnego maga podczas Wojny Dwustuletniej, ponad sto lat wcześniej, wywołało wieczną noc. Rzeczywiście, kiedy pracowała z Mistrzem na tamtych ziemiach, czuła się nadspodziewanie dobrze. Ale Kraina Nocy miała w jej oczach również aspekt złowrogi: to tam miała swoją siedzibę Gildia. Gildia, sekta Zabójców, od której Mistrz próbował przez całe życie uciec. Gildia, która tropiła także i ją.

Zanim wreszcie usłyszała kroki, zdążyła już lekko się zniecierpliwić — było sporo po wyznaczonej godzinie. Szło ich dwóch: jeden mężczyzna o chodzie ciężkim i pewnym siebie i drugi, który stąpał niepewnie. Słyszała to w szeleście suchych liści na ziemi.

Spróbowała zgadnąć.

Generał Forra i jakiś sługus, który jest tu tylko jako środek ostrożności.

Opuściła kaptur płaszcza jeszcze niżej na twarz, ściągnęła barki, aby wydawać się bardziej okazała, i postarała się, aby jej głos był bardziej zachrypnięty.

Spośród drzew wynurzyły się dwie postacie. Zza ramion jednej z nich wystawał niepozostawiający wątpliwości kształt dwuręcznego miecza, zaś druga osoba trzymała dłoń na rękojeści broni o znacznie mniejszych rozmiarach. Dubhe zrozumiała, że zgadła.

Była rozemocjonowana. Podniosła się nawet nieco zbyt szybko.

Spokojnie, to robota jak każda inna.

— Spóźniliście się — powiedziała surowo, aby podkreślić swoją pozycję.

— Niełatwo znaleźć to miejsce — odpowiedział drugi z przybyłych.

Zaczęło padać i obydwaj mieli kaptury na głowach, ale i tak mimo panującej ciemności wytrenowane oko Dubhe dostrzegło dosyć wyraźnie twarze dwóch mężczyzn.

Forra był taki, jakim go pamiętała: mocne rysy, duży nos, silna szczęka i wieczny grymas zwycięzcy wyryty na twarzy. Był tylko starszy, ale ani trochę nieokiełznany. Poczuła w ciele ułamek dawnego lęku, jaki odczuwała przed nim jako dziecko.

Drugi przybysz w porównaniu z Forrą był absolutnie nikim. Ten niezbyt wysoki mężczyzna miał na sobie pancerz, a białe kostki dłoni opierał na rękojeści miecza.

— Gdyby łatwo było tu przyjść, nie prosiłabym o spotkanie właśnie w tym miejscu.

— To żaden problem — powiedział Forra spokojnym głosem. Dubhe przytaknęła.

— Może powinnaś zdjąć kaptur — powiedział żołnierz. Dubhe milczała przez chwilę. Dreszcz przebiegł jej po plecach, ale starała się opanować.

— Wolałabym nie pokazywać swojej twarzy, to część mojej pracy.

Mężczyzna wydawał się oburzony, ale Forra położył mu dłoń na ramieniu.

— Chyba wszyscy jesteśmy nieco zdenerwowani, co? A przecież nie ma ku temu żadnego powodu.

— Mój informator wspomniał o robocie — ciągnęła niewzruszona Dubhe. — Jednak przed udzieleniem jakiejkolwiek odpowiedzi pragnęłabym poznać szczegóły.

Głos zabrał znowu niższy z mężczyzn:

— Jest to sprawa bardzo delikatna i dlatego pomyśleliśmy o tobie. Chodzi o okradzenie Thevorna.

Dubhe przełknęła ślinę. Z całą pewnością nie był to byle kto, Thevorn bardzo długo był najwierniejszym towarzyszem Dohora i tak jak on pochodził z Krainy Słońca. Przeciętny jako czarodziej, obdarzony jednak nadzwyczajnym umysłem, natychmiast poznał się na możliwościach tego wychudzonego chłopca o oczach przepełnionych ambicją. Od razu przyłączył się do Dohora i pomógł mu dojść do władzy. Rozłam nastąpił około dziesięciu lat temu w okresie pokoju, który nastąpił po pokonaniu Ida. To wtedy Thevorn zaczął tkać swoją sieć sojuszów ze szlacheckimi rodami Krainy Słońca w nadziei na zdobycie cząstki władzy. Unia z Dohorem była dla niego bardzo wygodna.

Czarodziej ów w zasadzie wycofał się z życia publicznego pięć lat temu, kiedy tylko wykryto spisek na Dohora, w który zamieszany był również Amanta.

Krążyły także słuchy, że Thevorn maczał palce w utworzeniu dziwnego sojuszu pomiędzy głównym nieprzyjacielem Dohora z tamtych czasów — gnomem Gaharem z Krainy Skał, a Idem. Jednak już od dawna nic o starym czarodzieju nie słyszano. — W dworze, który sobie wybudował i z którego nigdy nie wychodzi, przechowywane są pewne dokumenty o znacznej wadze Chciałbym, aby znalazły się one w moich rękach — wyjaśnił Forra.

— To żaden problem — powiedziała Dubhe.

— Dokumenty znajdują się w pokoiku przylegającym do komnaty w której sypia Thevorn. Jest to sekretny pokój i nikt dokładnie nie wie, jak się do niego dostać.

— To też nie jest problem.

Forra uśmiechnął się z grymasem okrucieństwa.

— No tak… wiemy, co jest twoją specjalnością. Nie chcemy trupów, wszystko musi być przeprowadzone dyskretnie, bez żadnych śladów. Thevorn musi dowiedzieć się o kradzieży jak najpóźniej.

Dubhe kiwnęła głową. Nie miała najmniejszego zamiaru zabijać. Przypominało jej to czasy, o których chciała zapomnieć. Jeżeli zaś chodzi o dyskrecję, był to jej znak rozpoznawczy.

— Dostaniesz kolejne dwieście karoli, jeżeli się zgodzisz, a resztę po skończonej robocie i to tylko wtedy, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z naszymi oczekiwaniami.

Dubhe milczała przez chwilę. Wyraźnie czuła powagę tej chwili. I z uczuciem dziwnej nadziei pomyślała, że może dzięki tym pieniądzom uda jej się znaleźć sposób na przerwanie tej wykańczającej ją włóczęgi. Nadzieja ta jednak nie trwała dłużej niż moment. Dubhe nosiła w duszy sprawy, o których nie mogła zapomnieć, winy oraz ból, których nawet najobfitszy łup nie był w stanie zatrzeć. Tak czy inaczej, gra była warta świeczki.

— Dobrze — powiedziała.

— Jest to zatem „tak” — rzucił pogardliwie Forra. — Oczywiście. Kiedy dostanę pieniądze?

— Jutro, tutaj, o tej samej godzinie.

Dubhe już miała zniknąć w gęstwinie, kiedy zatrzymał ją donośny głos Forry.

— Uważaj, aby nie zawieść zaufania, jakie pokładamy w twoich zdolnościach.

Dubhe stanęła, nawet się nie obracając.

— Jeżeli naprawdę znacie moją sławę, nie muszę wam odpowiadać.

Z ciemności dobiegł ją ledwo słyszalny śmiech.

5. Zasadzki

Dubhe zabrała się do pracy od razu, już następnego dnia. Sprawa zapowiadała się złożona i trudna, wymagała zatem skrupulatnych przygotowań.

To była jej ulubiona część całego przedsięwzięcia. Sam akt kradzieży pozostawał zwyczajnym obowiązkiem, interesującym ją tylko z uwagi na lekkie poczucie ekscytacji, jakie w niej wzbudzał, i pieniądze, które w ten sposób zdobywała. Rozpoznanie było natomiast czymś zupełnie innym.

Poza tym była to rzadka okazja do nawiązania kontaktu z ludźmi. Mistrz nauczył ją, jak zabijać człowieka oraz gdzie i w jaki sposób wymierzać ciosy. Przez długi czas było to wszystko, co wiedziała na temat ludzi — o całej tej masie osób poza ich małą rodziną, tworzoną przez nią i przez Mistrza. O tym, jak żyją normalni ludzie, nie wiedziała prawie nic. Przeprowadzanie rozpoznania stało się sposobem na marzenie o życiu, na przyjrzenie się mu i otarcie się o nie przynajmniej przez chwilę.

Początkowo błąkała się wokół domu Thevorna nocą. Na zewnątrz było zazwyczaj dwóch wartowników: jeden ustawiony przy wejściu, a drugi spacerujący wzdłuż pałacowych murów. Dubhe wielokrotnie okrążyła posiadłość, a kiedy już poczuła się pewnie, weszła do obszernego ogrodu. Nauczyła się rozpoznawać każdą roślinę, każdy kamień w murze, sprawdziła, jakim krokiem poruszali się wartownicy, poznała ich zwyczaje. Nawet jej oddech zsynchronizował się z oddechem dwóch mężczyzn.

Z zewnątrz udało jej się zrozumieć wiele rzeczy dotyczących wnętrz. Na podstawie obserwacji dziewczyna wykonała szkic domniemanego rozmieszczenia pokojów.

Następnie stwierdziła, że czas wejść w kontakt z kimś miejscowym, kimś, kto byłby skłonny poopowiadać jej bez skrupułów o domu i jego zwyczajach. Wypatrzyła pewną dziewczynkę, córkę służącej pracującej tam od lat. Miała szczerą, uczciwą buzię i naiwność właściwą osóbkom w jej wieku, wydała się więc idealną osobą.

Zaczepiła ją na jednym z wielkich targów w Makracie, kiedy stała niezdecydowana, które jabłka kupić. Nietrudno było nawiązać rozmowę — były prawie rówieśnicami.

Dziewczynka, Man, nie dała się długo prosić. Wpadły jeszcze na siebie na targu kilka razy, dziwiąc się niepomiernie tym nieoczekiwanym zrządzeniom losu, i tak nawiązały bliższą znajomość.

Jak Dubhe doskonale przewidziała, Man była otwarta i naiwna, gotowa obdarzać wszystkich zaufaniem.

Dubhe podała się za służącą i wymieniła nazwisko bardzo sławnej rodziny, której dom miała okazję zwiedzić podczas pewnego włamania na początku swojej kariery. Bardzo szybko wspólne narzekanie na kaprysy państwa niepostrzeżenie przerodziło się w dyskusję o zwyczajach rodzin, u których służyły.

— Pan czuje się w domu bardzo bezpiecznie, to dlatego nigdy nie wychodzi. Ale zawsze zachowuje środki ostrożności: na przykład ma trzy sypialnie i co noc wybiera, w której będzie spał.

Dubhe tak podejrzewała. Co noc zmieniało się światło, które gasło w domu jako ostatnie. To lekko komplikowało całą sprawę. Będzie zatem musiała przeszukać trzy różne pokoje. Nic wielkiego.

— Tak, to prawda, ma lekką obsesję na punkcie bezpieczeństwa… Właściwie to nie wiem, dlaczego, rozumiesz… Może to starość; moja matka mówi, że w pewnym wieku człowiek… — Man zrobiła wymowny gest, pukając się palcem w skroń. — No i dlatego przed jego pokojem zawsze stoi wartownik.

Dubhe uśmiechnęła się, a jej myśli pędziły jak szalone.

W tym okresie spała bardzo niewiele. Zawsze tak było przed wykonaniem zadania. Noce spędzała na obserwacjach, a dni na urabianiu sobie Man. Wracała do domu o świcie i przez parę godzin odpoczywała. Często nawet wolała wcale nie kłaść się spać, ale raczej trwać na rozmyślaniach. Wtedy udawała się do Ciemnego Źródła i nasłuchiwała. Koncentrowała się na dźwiękach tego ponurego miejsca, dopóki jej umysł całkiem się nie oczyścił i nie słychać było niczego poza przyrodą, jakąś rośliną pośród innych roślin, czy ziemią stapiającą się z ziemią.

Tego ćwiczenia nauczył ją Mistrz, dawno, jeszcze na początku jej szkolenia. Miało ono pomóc wyciszyć się przed robotą.

To zdarzyło się jednego z takich wieczorów. Dubhe postanowiła, że tej nocy nie pójdzie do pałacu. Po ogrodzie mogłaby już poruszać się z zamkniętymi oczami, a zwyczaje pana również były jej raczej znane.

Po kolacji, kiedy zapadł całkowity mrok, poszła do Ciemnego Źródła. Widać było tylko niewyraźne gwiazdy, słabo połyskujące nad jej głową.

Usiadła przed źródełkiem i napiła się trochę wody, aby całkiem się rozbudzić i zachować jasność umysłu. Na ziemi było miękko, pełno suchych liści. Zbliżał się listopad.

Dubhe spróbowała zamknąć oczy, starając się zrelaksować, ale była nadzwyczaj spięta. Wydawało jej się, że jest w jakiś sposób zagrożona, mimo że jedynymi dźwiękami, które słyszała, był jęk drzew targanych wiatrem i powolne kapanie wody.

Wmawiała sobie, że to nic takiego, ale jej szósty zmysł nigdy dotąd jej nie oszukał.

Skoncentrowała się na odgłosach. Miała naturalny dar rozpoznawania rytmicznych dźwięków. Umiejętność tę udoskonaliła przez lata szkolenia. Skrzypienie drewna pod uderzeniami wiatru. Szmer liści jeszcze trzymających się gałęzi. Woda. Woda regularnymi kroplami spadająca do źródełka. Pełny i doskonały dźwięk kropli wpadającej do małego lustra wody, jego słabe echo na czarnych ścianach rozpadliny.

Potem jakiś nagły, zupełnie niepasujący odgłos i jednocześnie lekki ból, jakby ukłucie, na przedramieniu.

Ciało zareagowało zamiast niej. Dłoń błyskawicznie podążyła do noży, które zawsze miała przy sobie. Nie musiała nawet myśleć. Ostrze zabłysło przez moment i zaraz po tym usłyszała stłumiony jęk i cichy, głuchy odgłos upadku.

Serce podskoczyło jej do gardła. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, a myśl pobiegła do tamtej nocy sprzed wielu lat, do tych samych noży, które rzuciła i które dosięgnęły celu, a potem jeszcze dalej w przeszłość, aż po widok wytrzeszczonych na nią białych oczu, oczu, których nigdy nie udało jej się zapomnieć, oczy Gornara, które co noc przychodziły, by ją oskarżać.

Dźwięk własnego zdyszanego oddechu sprawił, że się ocknęła. Polanę wypełniała cisza.

Najpierw obejrzała sobie ramię. Z górnej części przedramienia wypływała strużka krwi. Nietrudno było zrozumieć, dlaczego. W ciele tkwiła cieniutka igła. Trucizna. Oczywiście.

Ruszyła w kierunku, z którego dobiegł jęk. Drżała, pewnie z powodu zdenerwowania tymi dwoma gorączkowymi sekundami, a przynajmniej tak sobie mówiła.

Zbliżyła się, zachowując ostrożność. Na ziemi leżała jakaś postać, nieruchoma i blada w świetle księżyca, z nożem tkwiącym w piersi.

Może nie umarł.

Podeszła jeszcze bliżej i przyjrzała się dokładniej. To było prawie dziecko! Chłopak. Już nie oddychał.

Dubhe zacisnęła pięści, zamknęła oczy i odpędziła obrazy, jakie budziło w niej to ciało.

Do diabła.

Odwróciła wzrok od jego twarzy, próbując przeanalizować jego strój. U boku miał sztylet. Czarny, pochwa i rękojeść w formie węża. W dłoni trzymał dmuchawkę. Niewątpliwie próbowano go jakoś zamaskować, ale każdy element wskazywał na Gildię. Broń, której używali tylko Zabójcy z Gildii, młody wiek chłopca, a nawet sposób, w jaki ją zaatakował.

To odkrycie zagłuszyło wszystko inne, nawet drżenie, w jakie wprawiło ją to nieprzewidziane zabójstwo.

Oderwała od niego spojrzenie i co tchu popędziła do groty. Wiedziała, że jeżeli naprawdę została otruta, nie powinna biec jak szalona, ale wszystkie antidota, jakie znała, były właśnie tam.

Kiedy tylko weszła do domu, rzuciła się do półek. Umiała swobodnie poruszać się wśród tych wszystkich buteleczek, rozróżniała je po prostu po kolorze. Znała trucizny używane przez Gildię. Teraz porozstawiała flakoniki na stole i dopiero wtedy się zatrzymała.

Przeanalizowała stan swojego ciała tak, jak zrobiłby czarodziej lub kapłan. Czuła się dobrze. Nadspodziewanie dobrze. Była zadyszana, ale spowodował to tylko bieg; serce biło jej szybko, ale mocno i regularnie. Widziała dobrze, nie bolała jej głowa ani nie miała zawrotów. Nie znała żadnej trucizny, która po kilku minutach od wstrzyknięcia nie dałaby żadnych efektów. Popatrzyła na igłę, którą jeszcze ściskała kurczowo w dłoni. Była ledwo ledwo czerwona na czubku. Jej szkarłatna krew. Nic poza tym.

Na wszelki wypadek i tak zażyła różne antidota, po małej dozie każdego. Tak uczył ją Mistrz, ale nigdy dotąd nie miała okazji wprowadzić tej rady w życie. Modliła się, żeby dobrze przypomnieć sobie dawki i żeby odtrutki zadziałały.

Przez jakiś czas uważnie obserwowała swoje samopoczucie, z niepokojem kontrolując bicie serca i oddech, ale nic się nie stało.

Tajemnica. Prawdziwa tajemnica.

Poszła pochować ciało chłopca. Chętnie darowałaby sobie ten przykry obowiązek, ale musiała to zrobić.

Znowu mu się przyjrzała. Zamknięte oczy, twarz skupiona, prawie pogodna, kręcone włosy pokrywające czoło. O ile lat mógł być od niej starszy? Niewiele. Mistrz opowiadał jej o tym: w Gildii zaczyna się wcześnie. Już od dziecka szkolenie, a w wieku dziesięciu lat pierwsze zabójstwo.

To prawie tak jak ja — pomyślała.

To musiało być jedno z jego pierwszych poważniejszych zadań i tak źle się skończyło… Umarł z zamkniętymi oczami i tylko dlatego Dubhe mogła tak długo mu się przyglądać. Nie potrafiła patrzeć w zgaszone oczy nieboszczyków. Pozbawione życia źrenice przejmowały ją trwogą i za każdym razem, za każdym przeklętym razem widziała w takim spojrzeniu rozpacz pustych oczu Gornara, pierwszej ofiary w jej życiu.

Zabiłam, znowu zabiłam.

Wszystkie hałasy, wiatr, zimno, a nawet strach z powodu owej tajemniczej igły przestały istnieć wobec tej paraliżującej świadomości.

Znowu zabiłam. To moje przeznaczenie.

Starała się o tym nie myśleć, wytłumaczyła sobie, że to było w obronie własnej. Stłumiła swoje myśli dopiero przy rytmicznych ruchach łopaty kopiącej dziurę. Zmęczenie stopniowo ogarniało jej ramiona, dopóki nie zorientowała się, że już nic nie czuje i jest prawie tak nieżywa, jak ten chłopak.

Potem pobiegła do źródła, tak jak tamtej pierwszej nocy, kiedy zabiła, towarzysząc Mistrzowi. Zrzuciła ubranie, z impetem rzuciła się w wodę, zanurzyła się głęboko w obejmującą ciemność wody, z rozpuszczonymi włosami unoszącymi się wokół twarzy.

Długo pozostawała pod wodą, nie oddychając, w nadziei, że woda przeniknie do jej wnętrza, umyje ją, oczyści.

Przysięgała, że już nigdy więcej nie zabije, ślubowała to na śmierć swojego Mistrza. A teraz złamała tę przysięgę.

Owo zdarzenie było niezwykle poważne i Dubhe musiała to wszystko dobrze zrozumieć.

Czy tamten chłopak naprawdę należał do Gildii? I dlaczego wysłali go, aby ją zabił?

Poszła do Makratu, do Jenny. Kiedy wyjaśniła mu, o co chodzi, zrobił zdumioną i przerażoną minę.

— Chcesz, żebym przeprowadził wywiad na temat Gildii?

— Nie chodzi mi o pełen wywiad… Posłuchaj tylko, czy tam krążą jakieś plotki…

Przecież ja nawet nie wiem, gdzie znajduje się Gildia Zabójców, a już na pewno nie chcę mieć do czynienia nawet z jednym z jej członków! Sława Gildii była straszliwa. Oficjalnie była to tylko dziwaczna sekta jakich wiele namnożyło się w tych czasach wojny i rozpaczy, i jedynie dzięki tym pozorom oraz ochronie niektórych możnych mogła wciąż istnieć. Tak naprawdę gromadziła najniebezpieczniejszych morderców Świata Wynurzonego. Mówiono też, że wewnątrz sekty odbywają się dziwne rytuały krwi. Niewielu jednak naprawdę coś na ten temat wiedziało. Gildia potrafiła strzec swoich tajemnic. Mistrz Dubhe był w przeszłości jej członkiem, ale nigdy wiele jej na ten temat nie mówił. Dopiero kiedy wszystko było już skończone, zdobył się na odwagę, aby opowiedzieć jej, w jaki sposób i dlaczego opuścił sektę, i od tamtej chwili dziewczyna nienawidziła tej nazwy. Ostatnie dwa lata spędziła na ciągłej ucieczce, byle z dala od sekty. Dlatego teraz musiała wiedzieć, co się dzieje.

— Proszę cię tylko o wysondowanie sprawy w kręgu twoich kontaktów. Nic więcej. Nawet się o tym nie dowiedzą. Nie mogą wiedzieć.

Twarz Jenny dalej wyrażała strach.

— Proszę cię tylko o pomoc — poddała się w końcu Dubhe. — W tej chwili nie mogę się tym sama zająć, a pilnie muszę się czegoś dowiedzieć.

Jenna nieco złagodniał.

— Zapłacę ci za tę przysługę… Jenna machnął ręką.

— No, dobrze już, dobrze… A co z tamtą robotą?

— Wiesz, że nie mogę ci nic powiedzieć.

— Ale czy zapłata jest tak dobra, jak mówili? Dubhe wymieniła kwotę.

— Wiesz, z tak królewskim wynagrodzeniem mogłabyś pomyśleć o wycofaniu się, nie?

Dziewczyna zdumiała się, że ta sama myśl, która na chwilę nawiedziła ją wtedy, przy Ciemnym Źródle, przyszła do głowy również Jennie.

Kiedy wracała z domu przyjaciela, spróbowała wyobrazić sobie własne życie bez zabijania i kradzieży, jakby to wszystko, co zdarzyło jej się do tej pory, nigdy nie istniało. Normalne życie takie jak to, które podglądała podczas długich spacerów po miastach. Znaleźć sobie mężczyznę, którego by kochała, budzić się zawsze w tym samym łóżku, nie zadowalać się już samym tylko faktem przeżycia, egzystencją bez żadnego celu i byciem wiecznie ściganą.

Ogarnęło ją dziwne poczucie nierealności. A jednak ten obraz miał pewne atrakcyjne aspekty. W końcu, gdzieś tam w środku Dubhe była zmęczona.

Wieczór kradzieży nadszedł zbyt szybko. Dubhe była gotowa, ale nadal gnębił ją niepokój. Tajemnica chłopca z Gildii nie została jeszcze wyjaśniona. Jenna nie dawał znaku życia, z czego wnioskowała, że nie udało mu się niczego dowiedzieć.

Kiedy noc była już późna, wyszła z domu i skierowała się do okazałego pałacu Thevorna. W bladym świetle księżyca wydawał jej się ponury i niezmierzony.

Pokonanie okalającego posiadłość zewnętrznego muru nie było dla niej problemem. Przez jakiś czas siedziała przycupnięta w trawie ogrodu, dopóki nie usłyszała, jak wartownicy mijają ją po raz pierwszy. Było ich dwóch i przemierzali trasę w przeciwnych kierunkach. Dubhe zmierzyła ich kroki i dostosowała się do ich tempa.

Znowu odgłos kroków. Dubhe przywarła do muru, wstrzymując oddech. Żołnierz minął ją, niczego nie zauważając.

Dziewczyna ostrożnie ruszyła wzdłuż muru, dopóki nie dotarła do interesującego ją miejsca, szczególnie łatwego do przeskoczenia, na wpół zasłoniętego przez wysoki cyprys. Dziesięć metrów wyżej był komin, doskonały punkt dostępu do budynku.

Poczekała na kolejne przejście straży i zaczęła wspinać się na cyprys. Strażnik przeszedł raz jeszcze, tym razem głośno ziewając. Kiedy tylko nieco się oddalił, Dubhe skoczyła: dach był odległy o niecałe dwa metry.

Wszystko szło gładko.

Rozpłaszczyła się na dachówkach i czołgając się, dotarła aż do komina Ukryła się za nim. Teraz była już poza zasięgiem strażników.

Przyszła kolej na linę. Zaczepiła harpun w miejscu, które wydawało jej się wystarczająco stabilne, po czym spuściła linę w dół komina. Zagłębiła się w ślad za nią w czarny otwór.

Komin był tak ciasny, że dziewczyna ramionami ocierała o cegły.

Schodziła dalej, powoli i ostrożnie, zapierając się stopami w tej niewielkiej przestrzeni, jaką miała do dyspozycji. Wreszcie dostrzegła blade światło; dotarła do podstawy komina. Wyjrzała na zewnątrz. Tak jak przewidywała, znajdowała się w pustej sali, jednym z wielu salonów, jakim dysponował ten pałacyk.

Dubhe nie musiała nawet zaglądać do mapy, znała na pamięć rozmieszczenie wszystkich pokoi.

Wyszła z kominka i skierowała się ku widniejącym w głębi drzwiom. Przeszła przez ciąg pomieszczeń — wszystkie były obszerne i podobnie umeblowane — aż wreszcie dotarła do początku długiego korytarza na najwyższym piętrze. Teraz następowała najtrudniejsza część zadania.

Thevorn każdej nocy spał w innej sypialni, ale zawsze wszystkie trzy były strzeżone, tak powiedziała jej Man, służąca. Trzeba było je sprawdzić jedna po drugiej, a dostać się tam można było jedynie z zewnątrz, przechodząc przez okno przylegającego pokoju.

Dubhe zobaczyła pierwszego wartownika stojącego sennie przed najbliższymi drzwiami. Szybko i cicho wkradła się do sąsiedniego pokoju. Miał on balkon, więc jej zadanie okazało się łatwiejsze niż przypuszczała.

Wewnątrz nie było Thevorna. Pokój był pusty. To nic, nawet lepiej.

Zaczęła przeszukiwać pomieszczenie. Nie wiedziała dokładnie, czego szukać, ale miała doświadczenie z domami, które „czyściła” już od dwóch lat. Wiedziała tyle o tajnych pokojach i mechanizmach ich otwierania, że w zasadzie szła na pewniaka.

Jej poszukiwania nie przyniosły rezultatów. Żadna ze ścian raczej nie kryła tajemnych pokoi.

Pudło. To nic, noc jest długa.

Dziewczyna zawróciła i podjęła poszukiwania. Było późno w pobliżu nie było służby, a nawet strażnicy ograniczali się do obowiązkowej rundki po głównych korytarzach.

Dubhe nie miała problemów z ich uniknięciem, przechodzili z pokoju do pokoju.

Przy drugiej próbie miała mniej szczęścia. Pokój sąsiadujący z sypialnią był niewiele większy od schowka i miał tylko małe wysokie okienko. Na zewnątrz żadnego balkonu. Na szczęście Dubhe dostrzegła wąski gzyms. Otworzyła okno i poczekała, aż strażnik w ogrodzie minie to miejsce. Następnie przebiegła po gzymsie kilka kroków dzielących ją od następnego okna. Jego otwarcie nie nastręczyło jej trudności i już po chwili była w środku.

Łóżko było zasłonięte ciężkimi, aksamitnymi storami. Dubhe podeszła i sprawdziła, czy ktoś tam leży. I rzeczywiście, ujrzała tam Thevorna, wstrząsanego niespokojnym snem. A miał powody do niepokoju. Tej nocy chodziło tylko o jego dokumenty, a tak naprawdę w niebezpieczeństwie było jego życie. Tego wieczoru przysłano ją, ale następnego prawdopodobnie przyjdzie kolej na zabójcę.

Zabójca — oto, kim naprawdę jestem.

Potrząsnęła głową, jak robiła zawsze, kiedy starała się odpędzić jakąś natrętną myśl.

Rozpoczęła takie samo poszukiwanie, jakie już przeprowadziła w poprzednim pokoju. Tym razem starała się być ostrożniejsza, bo sen mężczyzny wydawał się lekki i niespokojny. Rozejrzała się wokół z uwagą, delikatnie dotknęła murów. Niewiele czasu zajęło jej rozpoznanie pustej ściany.

Oto i ona.

Zaczęła gładzić mur w poszukiwaniu jakiegokolwiek znaku. Wreszcie znalazła. Arras z wytartym brzegiem.

Podniosła go lekko. Uśmiechnęła się. Zobaczyła zamknięte drzwiczki.

Pochyliła się na wysokość zamka i przyjrzała mu się uważnie. Następnie wyjęła to, czego teraz potrzebowała. Był to wytrych pasujący do wielu typów zamków, cenny prezent od Jenny. Włamywanie się było jedyną czynnością, jakiej Mistrz jej nie nauczył. Zresztą mordercy rzadko potrzebna jest ta umiejętność. Jenna wypełnił tę lukę.

Pokoik był prawdziwym schowkiem. Dubhe musiała się skulić żeby tam wejść, bo sufit był bardzo niski. Na pierwszy rzut oka pomieszczenie wydawało się puste. Dziewczyna na wszelki wypadek przymknęła za sobą drzwi i zaczęła obmacywać ściany. Było ciemno, mogła się zdać tylko na zmysł dotyku. Dzięki doskonale wyćwiczonemu słuchowi zza drzwi słyszała ciężki oddech Thevorna.

Jej palce natrafiły na jakąś nierówność. Wyglądało to na jakiś symbol, którego samym dotykiem nie potrafiła wyraźnie rozpoznać. Kiedy nacisnęła to miejsce mocniej, położona obok cegła wysunęła się o kilka cali. Dubhe wyjęła ją delikatnie i wsunęła dłoń w dziurę, która się przed nią otworzyła. Usłyszała szelest pergaminu.

Zrobione — powiedziała do siebie. Czuła się dziwnie zakłopotana, nie mogła doczekać się końca.

Delikatnie wyciągnęła kartki i przygotowała sakwę, która miała je pomieścić. I wtedy to się stało.

Było tak, jakby wewnątrz niej coś się przełamało. Nagle poczuła silny ból w piersi, a oddech zamarł jej w gardle.

Umieram — pomyślała i bardziej niż strach sparaliżowało ją zdumienie. Poczuła ból w przedramieniu, potem już nic, tylko czerń.

Kiedy doszła do siebie, leżała ścierpnięta na ziemi, w absolutnej ciemności izdebki. Za drzwiami wciąż rozbrzmiewało ciężkie posapywanie Thevorna. Spróbowała się podnieść, ale kręciło jej się w głowie i z trudem oddychała.

Oparła się o ścianę, rozpaczliwie starając się złapać oddech. Serce biło jej nieregularnie, a powietrze, które wdychała, wydawało jej się niewystarczające do wypełnienia płuc. Czuła się źle.

Nie potrafiła jednak rozpoznać, co jej dolega. Sama, w domu nieprzyjaciela. Podczas wypełniania zadania. Ogarnęła ją panika.

Głupia, pomyśl lepiej, jak stąd wyjść!

Podniosła się. Nogi jej się trzęsły. Wyszła z pokoiku, rozejrzała się dookoła zamglonym wzrokiem. Musiała wypełnić swoje zadanie do końca.

Dotarła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Gzyms wydał jej się nagle zbyt wąski, żeby można było po nim przebiec. Usłyszała szurgot za drzwiami.

Nie teraz…

Wyszła, postawiła stopy na gzymsie. Zakręciło jej się w głowie i złapała się ściany.

Nie teraz!

Oparła dłonie o mur i zaczęła prześlizgiwać się wzdłuż niego najostrożniej jak potrafiła. Wyjść najszybciej, jak tylko można starając się ograniczyć szkody.

— Kto tam?

Zaniepokojony głos z dołu. Wartownik.

Dubhe spojrzała przed siebie; pokój nie był daleko. Ostatnim wysiłkiem zaczęła biec w kierunku okna.

— Stój!

Nie było czasu. Dubhe nie zatrzymała się, przebiegła na drugą stronę i stłukła szybę dłonią.

Zaczynała czuć się lepiej, ale już było za późno.

Wskoczyła do pokoju, słysząc dobiegające z zewnątrz głosy.

— Tam ktoś jest!

— Co się, u diabła, dzieje?!

— Ktoś tam jest! Widziałem cień wślizgujący się do północnego salonu! Zawiadomcie tych w środku!

Dubhe zaklęła i rozejrzała się. Był tu inny kominek. Mogła spróbować tej samej drogi, którą weszła. Kiedy drzwi pokoju zaczęły się uchylać, rzuciła się ku czarnemu otworowi.

— Kto tam?

Dubhe uchwyciła się palcami cegieł, zaparła stopami i zaczęła się wspinać.

— Jest tam kto?

— Wydaje mi się, że nikogo nie ma, ale lepiej sprawdzić. Dziewczyna starała się przemieszczać, jak mogła najszybciej, ale wylot nagle zwężał się ku górze, czyniąc jej zadanie jeszcze trudniejszym. Ściany zaciskały się wokół niej i znowu miała kłopoty z oddychaniem. Na zewnątrz kominka słychać było głosy, dźwięki dobywanych mieczy i nerwowe kroki po drewnianej posadzce.

Trzymaj się jeszcze, wytrzymaj!

Resztką sił wysunęła się na zewnątrz, ocierając się o cegły i drapiąc sobie ramiona. Spojrzała w dół. Na odległość skoku był balkon, a niżej ogród, niestrzeżony. Dubhe zeskoczyła niżej i wylądowała bez trudu. Przywarła do podłoża, a następnie ześlizgnęła się na balkon.

— Tam! Coś na balkonie!

Nie było czasu do stracenia; w mgnieniu oka przeskoczyła przez balustradę i rzuciła się w pustkę. Tym razem lądowanie było mniej udane i Dubhe mocno uderzyła się w kolano.

Zerwała się i ukryła za żywopłotem. Ogród jeszcze był pusty, ale już nie na długo. Pobiegła do muru i pospiesznie go sforsowała. W ciemnościach nocy miała nieco trudności z odnalezieniem drogi. Kulejąc, skierowała się do jakiegoś zaułka, a kiedy przemierzyła większą jego część, usiadła na ziemi.

Oddychała spokojnie. Czekała. Chłód nocy sprawił, że znów poczuła się sobą. Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą biały, nieruchomy księżyc.

Tym razem naprawdę niewiele brakowało.

Nigdy nie spotkało jej nic podobnego. Ani podczas pracy, ani w żadnym innym momencie jej życia. Zawsze cieszyła się żelaznym zdrowiem. Co, u licha, jej się stało?

Teraz wszystko wydawało się w porządku; serce spokojnie biło Piersi, oddech był powolny i regularny, umysł jasny. Jeszcze przez chwilę posiedziała w zaułku, po czym podniosła kaptur płaszcza i wmieszała się w cienie Makratu.

6. Ostatni kawałek układanki

Yeshol był w bibliotece sam. Jak zawsze. To było jego schronienie, miejsce, o którym wszyscy inni Zabójcy dzielący z nim przestrzeń Domu słyszeli, ale niewielu z nich kiedykolwiek tam weszło. Bo była to jego biblioteka, zgromadzona przez niego tom po tomie, i tylko on był godny studiowania tych ksiąg. Zresztą, Aster też zawsze był sam. Yeshol nigdy się nie łudził, że może uważać się za jego przyjaciela czy nawet powiernika. Od Astera zawsze oczekiwał tylko rozkazów.

Teraz, kiedy sam został przywódcą, teraz, kiedy jako Najwyższy Strażnik stał się jedynym przewodnikiem tych, którzy podzielali wielki sen Astera, pragnął, aby jego ludzie patrzyli na niego w ten sam sposób.

Na stole leżała księga oraz pergamin. Całe życie Yeshola toczyło się wokół książek. W dzieciństwie, kiedy szkolił się w dawnych sposobach zabójstw, połykał je pospiesznie. Później Aster, widząc jego pasję, dał mu trochę swoich ksiąg, chociaż w tamtych latach Yeshol był bardziej wykonawcą niż doradcą.

Były to dawne czasy, które Yeshol już od czterdziestu lat, każdego wieczoru, starał się ożywić swoim piórem.

Ale nie tylko to zajmowało Yesholowi wieczory. Jego projekt był o wiele bardziej ambitny. Jedna po drugiej odszukiwał książki z niezmierzonej biblioteki Astera. Wiedział, że klucz do wszystkiego, podstawa jego planu znajduje się tam, w owych tomach.

W dniu, w którym Twierdza upadła, sądził, że wszystko już stracone.

W ich poszukiwaniu zaczął przemierzać cały Świat Wynurzony wzdłuż i wszerz. Nie było to łatwe. Czasami znajdował tylko luźne kartki, często na wpół zniszczone i nadpalone. Rzadko trafiały się całe, dobrze zachowane tomy; bywały ukryte wśród innych ksiąg w anonimowych prowincjonalnych bibliotekach, a nieraz walały się pomiędzy rozmaitymi rupieciami na stoiskach jakichś handlarzy starzyzną. Niekiedy były to nawet pisma, które wyszły bezpośrednio spod ręki Astera.

Trwało to całe lata, ale teraz część dawnej biblioteki Twierdzy została odtworzona. Oczywiście, była to nieznaczna część księgozbioru, ale i tak znaczyło to wiele w tych czasach niewierzących, którzy nazywali Astera Tyranem i bali się go bardziej niż śmierci.

Każdej nocy Yeshol kartkował księgi jedna po drugiej, szukając odpowiedzi na dręczące go wątpliwości, potwierdzenia słuszności swego mglistego jeszcze, choć wybitnego pomysłu, który pielęgnował między snem, a jawą niczym najcenniejsze ze swych marzeń. Najpierw, kiedy był jeszcze tylko jednym z wielu zabójców: tym, który przyniósł ze sobą Relikwię i który zgromadził rozproszonych braci, ale jeszcze niegodnym większej władzy, były to godziny wydarte czynnościom związanym z zabójstwami. Potem, w latach przywództwa, stało się to jego głównym zajęciem.

I wtedy to odnalazł.

Była to wielka chwila, zarówno dla niego, jak i dla Gildii, więc pobiegł do świątyni, aby wzruszonym głosem modlić się do Thenaara.

— Dziękuję, że wysłuchałeś moich modlitw! Wiem, że uczyniłeś to wszystko nie dla mnie, który jestem tylko Twoim sługą, ale dla Twojej chwały, i ja za ten dar, który mi przekazałeś, przyniosę ci świat. Nadejdzie Twój czas.

Jednak obraz całości nie był jeszcze jasny. Brakowało niektórych fragmentów, nowych ksiąg, a zwłaszcza jednej, będącej podstawą wszystkiego. Materiału, którego należało poszukiwać wszędzie i koniecznie odzyskać: po dobroci lub siłą. Do tej pory jeszcze go nie odnalazł.

Tego wieczoru w drżącym świetle świecy robił notatki z jakiegoś tomu Magii Zakazanej — tak dawnego, że bliskiego epoce Elfów.

Pergamin, nad którym się pochylał, zapełniał się eleganckimi znakami jego drobnej i starannej kaligrafii. W ciągu lat zestarzał się, ale nie tak znowu bardzo. Jakieś pasmo siwizny wśród kędzierzawych włosów, w niebieskich oczach początki krótkowzroczności. Jego ciało jednak pozostało to samo: zrywna maszyna do zabijania, którą konstruował w ciągu wielu lat szkolenia. Zwycięzca zawsze jest przede wszystkim zabójcą.

Pogrążony w pracy, ponownie zanurzył gęsie pióro w kałamarzu.

— Wejdź — powiedział, nie podnosząc głowy znad pracy.

Jego ordynans stał za drzwiami i musiał być zdumiony, bo Yeshol usłyszał, jak się waha. Mógł sobie wyobrazić, jak stoi z podniesioną, gotową do uderzenia w drewniane drzwi pięścią.

Słyszał go już od jakiegoś czasu. Jego ucho było jak zawsze bardzo wyczulone. Słyszał jego kroki, szelest szat i domyślił się, że idzie do niego.

Chłopak pojawił się w drzwiach.

— Wasza Ekscelencjo, jakiś człowiek czeka na was w świątyni.

Delikatnie zamknął za sobą drzwi.

Yeshol odłożył książkę i gęsie pióro na biurko. Na dzisiejszy wieczór koniec studiów, ale naprawdę było warto.

Po wyjściu ze swojego pokoju zanurzył się w pogmatwaną sieć bibliotecznych korytarzy. Orientował się w niej z łatwością, w końcu sam to miejsce zaprojektował i widział, jak powstaje. Następnie przeszedł do kolejnego labiryntu, labiryntu korytarzy Domu — ich nowego domu na czas oczekiwania, aż znów będą mogli osiąść w podziemiach Wielkiej Krainy, kiedy wreszcie nadejdzie pora.

Przemierzał długie, wąskie przejścia i niekończące się korytarze, przecinające się pod dziwnymi kątami. Wreszcie dotarł do ciasnych schodów. Wszedł po nich zdecydowanym krokiem i wkroczył do szerokiej, czarnej pieczary, ledwo rozjaśnionej przez płomień palący się w trójnogu z brązu stojącym obok olbrzymiego, otulonego ciemnością posągu. Nikłe światło obejmowało tylko najbliższe parę metrów i nie dochodziło ani do ścian tej sali ani też do jej niezwykle wysokiego sklepienia.

Nieopodal posągu stał owinięty płaszczem człowiek.

Jego twarz pogrążona była w cieniu, ale widać było, że jest to bardzo wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna. Robił imponujące wrażenie, a jednocześnie rzucała się w oczy zwinność jego ruchów.

— Zawsze mnie dziwi ten brak szacunku, jaki mi okazujesz, oraz lekceważenie, z jakim to robisz: nikt na świecie nie miałby odwagi kazać mi tyle na siebie czekać.

Jego głos był donośny, głęboki i pewny siebie oraz w jakiś sposób fascynujący.

Yeshol uśmiechnął się.

— Dobrze wiecie, Wasza Wysokość, że służę potęgom o wiele wyższym niż wy.

— Toteż cię nie ganię — brzmiała sucha odpowiedź.

Yeshol wystąpił naprzód i lekko się skłonił. Mężczyzna natomiast uniósł obie pięści i skrzyżował je na piersi. Yeshol zdumiał się i odpowiedział tym samym powitaniem.

— Czy mam to uważać za znak? Zaczynacie czuć się częścią naszego Domu?

— Po prostu szanuję wasze zwyczaje i waszego boga.

— Ale w niego nie wierzycie…

— Osoba taka jak ja nie jest stworzona do wiary w boga, ale do bycia nim.

— Teraz to wy zdumiewacie mnie swą impertynencją… Dla mnie jest to w zasadzie bluźnierstwo.

— Thenaar mi przebaczy. Zresztą wydaje mi się, że oddaję mu niemałe usługi.

Yesholowi podobał się ten człowiek. Przenikliwy i obłudny dokładnie tak, jak on sam, a także potężny i ambitny. Wprawdzie nigdy nie mógłby stać się wielką postacią w historii Gildii, taką jak Aster, ale z pewnością był wspaniałym sprzymierzeńcem. Yeshol nigdy całkowicie nie porzucił myśli, aby uczynić z niego Zwycięskiego — przynajmniej w pewnym stopniu, nie zdradzając przed nim wszystkich tajemnic. W każdym razie doceniał jego przychylność. Był to przecież Dohor, najpotężniejszy człowiek Świata Wynurzonego i jego przyszły jedyny monarcha.

Przeszli z cienia do światła. Dohor miał krótkie, jasne, prawie białe włosy, a jego niebieskie oczy były uważne i czujne.

— A zatem? — zapytał.

— Chłopak poszedł wczoraj — odpowiedział Yeshol.

— I co?

— Nie żyje, ale wiemy, że wypełnił swą misję. Oczy Dohora zabłysły.

— Doskonałe. Absolutnie doskonale.

— Mam nadzieję, że rozumiecie, iż nie była to dla nas mała strata. Nie lubimy marnować życia ludzkiego na misje w końcu przecież drugorzędne.

— Obiecałem ci zapłatę i dostaniesz ją. Yeshol uśmiechnął się z zadowoleniem.

— Czy jesteście jednak pewni, że owa Dubhe podoła?

— Uważacie, że ponosiłbym tyle trudów, aby mieć ją tu, w Domu, gdyby nie była w stanie? Nigdy nie widziałem nikogo tak obiecującego. Jest o wiele lepsza od wielu naszych w pełni uformowanych zabójców oraz cieszy się pewną sławą jako złodziejka. Przeszła szkolenie Zwycięskich.

— Wystarczy, żeby przyniosła mi te przeklęte dokumenty. Zresztą mówią one też o was, więc i w waszym interesie jest, żeby wszystko się udało.

— Zaszedłem tam, gdzie jestem, ponieważ potrafię dobierać sobie podwładnych.

Yeshol odczekał kilka chwil.

— A jeżeli chodzi o zapłatę?

Dohor spojrzał na niego spod oka.

— Można powiedzieć o mnie wiele, ale na pewno nie to, że nie spłacam swoich długów.

Yeshol znieruchomiał na chwilę w postawie obronnej. W Świecie Wynurzonym wszyscy wiedzieli, w jaki sposób Dohor spłaca własne długi, a los Ida był tego oczywistym dowodem. Po chwili jednak zobaczył, jak Dohor uśmiecha się z rozbawieniem.

Odsunął fałdę płaszcza i wyciągnął spod niego ciężką sakwę. W środku znajdowała się wielka czarna księga z krwistoczerwonym pentaklem wyrysowanym na skórzanej okładce, z miedzianymi ćwiekami, na wpół zjedzona przez czas.

Yeshol otworzył ją delikatnie. Pergaminowe stronice zatrzeszczały złowieszczo. Każda z nich wypełniona była symbolami i formułami naniesionymi prawie dziecięcym pismem, tu i ówdzie zatartymi przez duże plamy wody i śniedź. To ona. Rozpoznałby ją wśród tysięcy. Musnął jej strony drżącą dłonią, z miłością popatrzył na kaligrafię. Przypomniał sobie pochylonego nad tą książką, zatopionego w pisaniu Astera z jego dziecięcym czołem zmarszczonym z wysiłku i koncentracji. Zobaczył, jak Aster odwraca się do niego i uśmiecha łagodnie mimo zmęczenia.

„To ty?”

„Nie powinniście tak dużo pracować, mój Panie!”

Spojrzenie Astera było smutne i łagodne.

„Robię to przecież dla Thenaara, czyż nie? Opracowałem na nowo dawne Zakazane Formuły. Pomogą nam przywołać jego czas”.

„Mój Panie…”

— A więc?

Głos Dohora przywrócił go do rzeczywistości.

— To ona — powiedział ledwo słyszalnym szeptem.

— Doskonale. Powiedziałbym, że i tym razem doprowadziliśmy sprawę do końca.

Mężczyzna znów owinął się płaszczem. — Teraz wiesz, czego od ciebie oczekuję, prawda?

— Jak najszybciej pokażę wam rezultaty moich badań, ale najpierw muszę dogłębnie przeanalizować ten ostatni fragment, którego brakowało w moim projekcie.

Dohor zbliżył się do Yeshola i nachylił się do wysokości jego twarzy. Jego twarde i przenikliwe oczy przeszyły Yeshola na wskroś.

— Bardzo ci pomogłem, chyba wiesz o tym? — wyszeptał. — Ja i ty jesteśmy nierozerwalnie związani, a teraz odbudowuję ci na nowo tę kryjówkę, na której tak ci zależy.

— Wydaje mi się, że zawsze odpłacałem wam całkowitą lojalnością — powiedział Yeshol, starając się utrzymać zdecydowany ton. W końcu rozmawiał z niewierzącym.

— I nie zapominaj, kiedy nadejdzie czas, obiecałeś mi miejsce obok siebie.

— Tak się stanie.

Yeshol pospiesznie zszedł po schodach. Historia zmieniała się tu, teraz.

Przemierzył korytarze aż do kolejnych schodów, a następnie zszedł w dół, do biblioteki, do zajmowanego wcześniej stołu i do biurka, gdzie nacisnął ukryty pod drewnem przycisk, którego dokładne umiejscowienie znał tylko on.

Usłyszał cichy odgłos dochodzący zza znajdującej się za nim ściany i ujrzał drzwi wyłaniające się zza wypełnionych książkami regałów. Znowu przebiegł na złamanie karku schody prowadzące do ciemnego pokoju, do jego schowka, tam, gdzie krył się i pulsował jego sen. Zatrzymał się w progu z książką ściśniętą w ramionach jak skarb.

Było to niewielkie pomieszczenie o cylindrycznym kształcie. Jego ściany były grubo ciosane, pokryte zielonkawą i białą pleśnią, na której wyraźnie odznaczały się setki nakreślonych krwią symboli. W środku nie było nic poza surowym stołem w jednym rogu oraz małym i niewygodnym taboretem.

Zadyszany Yeshol stał w progu i uśmiechał się.

Przed nim znajdowała się mleczna kula o bladym, martwym, niebieskawym kolorze, rzucająca na ściany posępne światło. Była zawieszona w powietrzu nad postumentem. Nad postumentem szklana gablota, a w niej kula. Wewnątrz niej wirowało cos, co wydawało się niewyraźną sylwetką o zmiennym i nieokreślonym kształcie obracało się to powoli, jakby próbując zakrzepnąć, znaleźć jakąś formę.

Yeshol popatrzył na kulę z zachwytem.

— Oto ona — powiedział, pokazując kuli księgę. — Właśnie tego od lat szukałem, i oto jest! Przyniósł mi ją Dohor. On, niewierzący pomaga nam przywrócić Thenaara. Oto, w jakich czasach przyszło mi żyć! Ale z pomocą tej księgi wszystko się zmieni, rozumiesz? Zapomnij o mojej dawnej porażce, która doprowadziła Cię do tego okropnego stanu, zapomnij o tym, bo będę mógł naprawić swój błąd.

Upadł na kolana i z pełnym uwielbienia wzrokiem utkwionym w kuli podniósł księgę ku niebu.

— Niech będzie chwała Thenaarowi za ten wielki dzień! Niech będzie chwała Thenaarowi!

Jego modlitwa przeniknęła znajdującą się nad nim skałę, przemierzyła puste korytarze Domu i dotarła aż do stóp wielkiego posągu w świątyni.

7. Proces

Przeszłość II

Dubhe siedzi sama na strychu. Nogi oplecione ramionami, broda oparta na kolanach, oczy szeroko otwarte i spuchnięte od płaczu. Nie wie, ile już czasu spędziła ukryta tam, na górze.

Widzi tylko, że jest późna noc, a na niebie świeci wspaniały księżyc.

Gornar nie żyje. To Renni poszedł zawołać dorosłych. Nad rzekę przybiegło ich wielu, przynajmniej dziesięć osób, a wśród nich rodzice Gornara. Jego matka zaczęła wrzeszczeć i płakać, i wcale nie przestawała. Dubhe nie była w stanie zrobić nic innego, tylko też krzyczeć.

— Nie chciałam! Nie chciałam! — Nikt jej jednak nie słuchał. Kiedy przybył kapłan, zaniesiono Gornara do jego domu. To on powiedział, że chłopiec nie żyje.

Nie żyje.

Nie żyje.

Dubhe nie pamięta dokładnie, co się stało potem. Jej matka płakała, a ojciec tulił ją do siebie. Ona sama też z początku rozpaczała, ale z czasem ucichła i na wszystko opadła cisza. Widziała krzyczących ludzi, rwących sobie włosy z głowy, ale wszystko odbywało się w ciszy i wydawało jej się nieskończenie odległe.

To nie są ludzie z Selvy. To nie jest moje życie, to nie jestem ja.

Potem również i myśli jedna po drugiej oddaliły się i pozostał tylko ponury obraz oczu Gornara, dwóch białych, znieruchomiałych plam tkwiących w jej umyśle.

Po powrocie do domu jej rodzice zaczęli dyskutować tym cichym powściągliwym tonem, który przyjmują, kiedy mówią o ważnych sprawach.

Dubhe poszła wtedy na strych, nie wiedząc, dlaczego to robi, i zamknęła się tam. Łzy same spływały jej po policzkach, ale nie była smutna. Po prostu nie czuła nawet, że istnieje. W porze kolacji przyszła do niej matka. — Zejdź do nas, powinnaś coś zjeść. Ten zbolały, zafrasowany i łagodny ton wydawał jej się prawie nieznajomy.

Nie odpowiedziała. Nie mogła. Nie miała już głosu.

— To może później? Zostawić dla ciebie coś dobrego?

Wchodziła jeszcze później, za każdym razem przemawiając tym słodkim głosem. Podeszła do niej, przytuliła ją, płakała na jej ramieniu. Nic nie wzruszyło Dubhe i nawet jej łzy się zatrzymały.

Prawdopodobnie minął cały dzień, bo pamiętała, że słońce całowało ją przez okno, a niebo było błękitne jak nigdy.

Dzisiaj rzeka będzie wspaniała. Przy takim słońcu świetnie łowi się ryby. Mathon i inni będą już przy rzece, będą się bawić. Dołączę do nich, będziemy się razem bawić, pogadam z Pat, powiem jej, że bardzo kocham Mathona. A Gornar jeszcze raz zabierze mi węża, a ja będę protestować, ale nie będę się z nim bić, bo on jest wodzem.

— Dlaczego się nie odzywasz? Dlaczego nic nie mówisz?

Jej matka krzyczy, jest też ojciec.

Matka nią potrząsa, Dubhe czuje ból, ale się nie skarży.

To ciało nie jest moje. Ja jestem nad rzeką, blisko Gornara, a on mi mówi, że go zabiłam.

Ojciec chwyta matkę, siłą odciąga ją od dziewczynki.

— To normalne, że tak jest… Stało się coś strasznego, to normalne.

Nie trzeba długo czekać, aby dom wypełnił się innymi głosami obcymi głosami, które przebijają się przez posadzkę i docierają aż do niej. Burczy jej w brzuchu, przeraźliwie bolą ją nogi, ale nie może się ruszyć.

— Sprawa jest bardzo poważna, chyba tego nie rozumiecie.

To głos starca z wioski, Trarka.

Jej matka tylko płacze.

— To chyba wy nie rozumiecie. — To silny i zbolały głos jej ojca. — Jak możecie choćby nawet pomyśleć, że coś takiego mogło zdarzyć się umyślnie?

— Wcale tak nie twierdzimy, Gorni. To Thom, ojciec Renniego.

— Musisz jednak zdawać sobie sprawę z bólu rodziców Gornara.

— To był nieszczęśliwy wypadek.

— Nie zamierzamy podawać tego w wątpliwość.

— Wobec tego nie rozumiem, o czym jeszcze mamy rozmawiać!

— Sprawa i tak jest poważna. Dubhe zabiła chłopca.

— To był wypadek, do diabła, wypadek!

— Uspokój się, jesteśmy tu po to, żeby porozmawiać.

— Wy nie chcecie rozmawiać, wy chcecie skazać moją córkę, małą dziewczynkę!

Jej ojciec krzyczy. Odkąd Dubhe sięga pamięcią, nie zdarzyło się nic podobnego.

— Renni mówi, że ona zrobiła to umyślnie… że podniosła jego głowę i uderzyła nią o kamień.

— Wy chyba zwariowaliście… po prostu powariowaliście…

— Chyba nie zaprzeczysz, że taka gwałtowność nie jest u dziecka normalna…

— Dzieci się bawią! Dzieci walczą! Kiedyś podczas walki wybiłem ci dwa zęby, pamiętasz? Gdybym źle cię uderzył, mogłeś nawet umrzeć.

— Nie uderza się głową dziecka o skałę, nie chcąc go zabić.

Minęło kilka dni, a dom pogrążony jest w ciszy, jakby był owinięty watą. Dubhe zaczęła już jeść, ale niewiele mówi. Zresztą nikt w domu nie ma wielkiej ochoty na rozmowy. Dubhe prawie cały czas spędza na strychu. To jedyne miejsce, gdzie czuje się dobrze. Kiedy jest na dole, nie może uniknąć nabrzmiałego płaczem spojrzenia matki ani zasępionej i zdenerwowanej twarzy ojca. Piętro niżej wydarzenia nabierają kształtów i stają się rzeczywiste. Na strychu czas nie istnieje i Dubhe może chodzić tam i z powrotem, jak jej się podoba, i całkowicie wymazać tamten dzień nad brzegiem rzeki. I tak robi. Przez krótkie i cenne chwile udaje jej się myśleć o czymś innym, i w głębi serca dalej potrafi kochać Mathona.

Niedługo wszystko się skończy, będę mogła wrócić na zewnątrz. Czeka mnie niezapomniane lato.

Pewnego wieczoru do jej pokoju wchodzi ojciec.

— Śpisz?

Od tamtego popołudnia Dubhe nie może już spać spokojnie. W nocy, kiedy jest w łóżku, boi się, a jeżeli uda jej się zasnąć, z reguły ma przerażające koszmary.

— Nie, nie śpię.

Ojciec siada na brzegu łóżka. Patrzy na nią.

— Jak… jak się czujesz?

Dubhe wzrusza ramionami. Nie wie.

— Ludzie z wioski chcieliby z tobą porozmawiać.

Dubhe sztywnieje. Zebrania ze starcem są sprawą dorosłych. Dzieci nigdy nie mogą w nich uczestniczyć.

— Dlaczego?

— Bo… no wiesz… Z powodu tego, co się stało. Dubhe czuje, jak łzy podchodzą jej do gardła.

— Ja… nie wiem, co miałabym powiedzieć… Ojciec gładzi ją po policzku.

— Wiem, że to trudne i przykre, ale przysięgam ci, że to ostatnia nieprzyjemna rzecz, jaka spotyka cię w tym okresie.

Łzy spływają same.

— Nie chcę…

— Ja też nie chcę, ale wioska zdecydowała, rozumiesz? Nie mogę sprzeciwić się wiosce… Chcą tylko, żebyś opowiedziała im historię. Opowiesz, co się stało, a potem o tym zapomnimy, zgoda?

Dubhe podnosi się na łóżku, przytula do ojca i płacze, płacze — jak tamtego dnia nad brzegiem rzeki, jak od tamtej pory nie płakała.

— Ja nie chciałam, nie chciałam! Bo on zaczął wpychać mi głowę pod wodę, a ja się przestraszyłam! Nie wiem, jak to się stało, ale on w pewnym momencie już się nie ruszał! I była krew, on miał otwarte oczy i patrzył na mnie ze złą twarzą, i krew, krew w wodzie, na trawie…

Ojciec też ją obejmuje.

— Powiesz tylko tyle — mówi złamanym głosem — a oni zrozumieją, bo to była tylko straszna pomyłka, okropna historia, w której nie ma żadnej twojej winy.

Odrywa się i znowu gładzi ją po twarzy.

— Zgoda?

Dubhe kiwa głową.

— Pójdziemy do nich za dwa dni. Ale do tamtego czasu chciałbym, żebyś o tym nie myślała. Obiecaj mi, że się postarasz.

— Tak.

— A teraz śpij.

Ojciec ostatni raz ją ściska i przepełniona nowym spokojem dziewczynka kładzie głowę na poduszce. Po raz pierwszy od wielu nocy nie ma koszmarów.

Pokój jest szary i zadymiony. Z zapachem dymu miesza się woń ludzi, wielu osób stłoczonych w sali o drewnianych ścianach.

Zbiegli się wszyscy. W Selvie już od wielu lat nie ma morderstw, nawet najstarsi mieszkańcy nie pamiętają, kiedy ostatnio zwołano tego typu zebranie.

W pierwszym rzędzie siedzą rodzice Gornara. Zamknięci w swym bólu, unikają spojrzenia Dubhe. Za bardzo przypominają jej własnych rodziców, siedzących po przeciwnej stronie, też w pierwszym rzędzie.

Za nimi tłumy ludzi, którzy nie mają z tym nic wspólnego, ale i tak chcą być obecni, chcą widzieć, uczestniczyć. W wiosce zamieszkanej przez trzysta dusz zabójstwo jest sprawą wszystkich.

Nie ma dzieci. Dubhe jest jedyną osobą poniżej piętnastego roku życia.

Męczący szmer wypełnia przestrzeń sali, oczy wszystkich są zwrócone na nią, a palce wskazują na nią ukradkiem. Dubhe ma tylko nadzieję, że to się szybko skończy.

Czeka mnie wspaniale lato, powtarza sobie niczym jakieś zaklęcie. Kiedy już minie ten straszny wieczór, będzie słońce i zabawy, wystarczy myśleć tylko o nich.

Wchodzą starcy. Jest ich pięciu, a wśród nich Trarek — ten, który rządzi wioską — który razem z równymi sobie podejmie decyzję. Jest stary, a wszystkie dzieci czują wobec niego onieśmielenie i strach. Ma surowy wyraz twarzy. Dubhe nie pamięta, żeby kiedykolwiek widziała, jak się śmieje.

Starcy siadają i w jednej chwili nad całym zgromadzeniem zapada cisza.

Dubhe wykręca spocone dłonie.

Trarek odczytuje jakąś rytualną formułę, dziewczynka nie rozumie, o co chodzi. To pierwszy proces, w którym bierze udział.

Drzwi otwierają się i wchodzą jej przyjaciele. Dubhe jest zdziwiona, ale nie ma odwagi, aby na nich spojrzeć. Opuszcza głowę, a w uszach rozbrzmiewają jej tylko słowa Renniego: „Zabiłaś go! Zabiłaś!”.

Trarek wzywa ich jednego po drugim. Najpierw Pat, potem Mathon, potem Sams. Pyta ich, co wydarzyło się nad rzeką.

Wszyscy mają spięte głosy, uciekający wzrok i wypieki na twarzy. Mruczą pod nosem, a ich wspomnienia wydają się poplątane.

— To on zabrał jej węża — mówi pewnie Pat.

— Zatem uważasz, że Gornar popełnił błąd? Że to dlatego stało się to, co się stało?

— Nie… ja…

— Mów dalej.

Dubhe nie słucha. Dubhe nie chce pamiętać. — Kłóciliśmy się wielokrotnie, wiele razy… Czasami nawet ja i Dubhe się biłyśmy, ale nic się nie stało… a przynajmniej nic poważnego, jakieś siniaki czy zadrapania… To był nieszczęśliwy wypadek!

Teraz Pat patrzy na nią i Dubhe wydaje się, że widzi w jej spojrzeniu zatroskanie i zrozumienie. I jest jej wdzięczna, nieskończenie wdzięczna.

Mathon jest o wiele bardziej neutralny. Opowiada wszystko pospiesznie i bez emocji. Nigdy nie podnosi wzroku, nie przerywa, dokładnie odpowiada na pytania.

Sams jest zmieszany, czasami sobie przeczy. Dubhe sądzi, że on myśli to samo, co ona: że zadaje sobie pytanie, co u diabła robi w tej sali, rozmawiając o sprawach, których nie rozumie i które dotyczą tylko dorosłych.

Potem przychodzi Renni. Jest pewny siebie, zdecydowany i wydaje się zły.

— To ona zaczęła. Wpadła w straszny szał, kopała, gryzła, nie przestawała. Musiałem ich rozdzielić, boby nie przerwała.

— Przecież to nieprawda… — mamrocze Dubhe.

— Nie twoja kolej. Milcz — ucina chłodno Trarek.

Niewzruszony Renni ciągnie dalej.

— Wzięła jego głowę i uderzyła nią o kamienie, ze złością. Chciała zrobić mu krzywdę. I nie płakała nawet przez chwilę, a my byliśmy bardzo przestraszeni.

Jej ojciec porusza się niespokojnie na krześle, chciałby zabrać głos.

Kiedy Renni opisuje tę scenę, matka Gornara zaczyna płakać.

— Zabiła mi go, zabiła mi go…

Dubhe odczuwa zmęczenie, chciałaby już stąd pójść. Zastanawia się, dlaczego Renni jest na nią zły, dlaczego mówi z taką złością.

— Dostaniesz to, na co zasługujesz, możesz być pewna — mruczy do niej przez zęby, odchodząc.

Dubhe zaczyna płakać. Obiecała ojcu, że będzie grzeczną dziewczynką, że wytrzyma, ale nie daje rady. Tamto popołudnie powraca w myślach i Dubhe ogarnia strach.

— Czy nie możemy kontynuować innym razem? Nie widzicie, że jest jej źle? — próbuje bronić jej ojciec.

— Nigdy nie będzie jej tak źle, jak mojemu synowi — mówi z nienawiścią matka Gornara. Trarek przywołuje wszystkich do porządku. Jest zdenerwowany.

— Dzisiaj wyjaśnimy całą tę sprawę, dla dobra wszystkich i dla dobra twojej córki, Gorni. To już i tak za długo trwa. Potem Trarek patrzy na nią. Robi to po raz pierwszy od początku procesu. Ale jego oczy są surowe i tak naprawdę jej nie widzą. Jego wzrok przechodzi przez nią i dociera do tłumu stłoczonego za jej plecami.

— Teraz twoja kolej, opowiadaj!

Dubhe stara się otrzeć łzy, ale jej się to nie udaje. Łkając, opowiada całą historię. Przytacza szczegóły popołudniowych zabaw, jak wszystko dobrze szło, jak świetnie się bawili. A poza tym Gornar zawsze był dla niej niemiły.

— Bo ja jestem silna, a on o tym wiedział. Z naszej grupy tylko mnie się trochę bał.

Następnie opowiada o wężu, o tym pięknym wężu połyskującym wśród traw. Był wspaniałym okazem do jej kolekcji i ona go chciała. A potem kłótnia.

— Ja nie wiem, jak to się mogło stać… Nie wiem, nie pierwszy raz się z kimś biłam.

— Zdarzało ci się to już wiele razy? — pyta Trarek.

— No tak… — odpowiada z wahaniem Dubhe. — Ale ja nie chciałam… Nie wiem, co robiłam… On pociągnął mnie za włosy, wepchnął mi głowę pod…

Łzy są silniejsze i Dubhe nie może już mówić. Ojciec trzyma ją za ramiona.

— Już dosyć. Czy to wam nie wystarczy? — pyta następnie Trarka wyzywającym tonem.

— Tak, to wszystko.

Starcy podnoszą się, wychodzą, a w tym czasie dwójka młodych ludzi oddziela Dubhe od jej ojca.

— Co to, u diabła, znaczy? — pyta ze złością Garni.

— Że twoja córka musi być w bezpiecznym miejscu.

— Do licha, przecież to dziecko! Czy to możliwe, że nikt nie zauważył czegoś tak oczywistego?

Dubhe próbuje uczepić się ojca, ale jej dłonie są słabe, a tamci dwaj młodzieńcy są od niej o wiele silniejsi.

Kiedy ją wyprowadzają, widzi jeszcze swojego ojca przytrzymywanego przez innych mężczyzn, a matkę we łzach leżącą na ziemi.

Umieścili ją w zamkniętym na klucz pokoju znajdującym się obok sali, w której odbył się ten swojego rodzaju proces. W jednym rogu stoi zapalona świeca, a migoczące światło rzuca na ściany zniekształcone cienie. Dubhe czuje się samotna i chciałaby mieć przy sobie ojca. Słońce, lato, przyjaciele — wszystko wydaje jej się stracone i odległe. Jakimś sposobem wie, że nie będzie już więcej zabaw, że może nawet nie będzie już Selvy. Przeczuwa to mgliście, ale czuje, że tak jest. To, co zrobiła nad rzeką, zmieniło wszystko.

Przychodzą po nią w środku nocy. W wielkiej sali są wszyscy, jakby nie minęła nawet chwila od momentu, kiedy ją wyprowadzono. Brakuje tylko jej ojca, a matka płacze rozpaczliwie.

Starcy stoją już rzędem, niewzruszeni niczym posągi.

Przemawia Trarek.

— Niełatwo było nam podjąć decyzję w sprawie tego okropnego wydarzenia. Nasza wspólnota nie pamięta zabójstw. A tu zarówno ofiara, jak i morderca są dziećmi. Rozważyliśmy dogłębnie wszystko, co zostało powiedziane przez osoby obecne w chwili tragedii, i staraliśmy się podjąć decyzję, kierując się sprawiedliwością i umiarkowaniem. Zabójstwo karane jest śmiercią, a Dubhe z całą pewnością splamiła się tą winą, co do tego wszyscy są zgodni. Jest to jednakże tylko dziecko i o ile z jednej strony nie można jej uznać za całkowicie świadomą tego, co zrobiła, z drugiej wszakże, nikt nie może zabić, nie ponosząc żadnych konsekwencji. Wyrządzona została szkoda, naruszono spokój Selvy, a życie Gornara musi zostać w jakiś sposób odkupione. Dlatego postanowiliśmy, że Dubhe zostanie wygnana z Selvy. Jutro oddział zajmie się wyprowadzeniem jej daleko od naszej wioski. Natomiast jej ojciec, odpowiedzialny za zachowanie córki, zostanie zatrzymany w celi tak długo, jak uznamy to za stosowne.

Chaos. Matka Dubhe zaczyna krzyczeć, a matka Gornara nie może się powstrzymać.

— Powinnaś zginąć, powinnaś zginąć i ty, tak jak mój syn!

W ogólnym zamieszaniu Dubhe stoi na swoim miejscu jak skamieniała. Potem jej matka rzuca się na nią, ściska ją i dziewczynka nagle pojmuje. Płacze, krzyczy.

Ten sam chłopak, co wcześniej, szybko ją chwyta, starając się wyrwać z objęć matki.

— Zostawcie mi ją przynajmniej na tę noc, tylko tę noc! Jej ojciec się z nią nie pożegnał, ja się z nią nie pożegnałam!

Ale żołnierz już ją złapał.

Dubhe kopie, wrzeszczy, wymierza ciosy. Jak tamtego popołudnia, z tą samą furią; żołnierz klnie.

— Uspokój się, do licha!

Dubhe gryzie go z całej siły, czuje w ustach smak krwi, chłopak zmuszony jest ją puścić. Ale błyskawicznie łapie ją za włosy i szarpie mocno. Wykręca jej ręce na plecy i dalej ciągnie ją za włosy. I tak wyprowadza ją, ciągnąc za sobą, a stopy dziewczynki uderzają o drewnianą posadzkę.

Dubhe próbowała się buntować, tak się wyrywała, że w końcu zamknęli ją w celi. Tam krzyczy wniebogłosy, aż zaczęło palić ją gardło. Woła tylko jedno: prosi o zobaczenie się z ojcem. Uważa, że tylko on może ją uratować.

Ale nikt nie przychodzi; Dubhe jest sama, sama ze sobą i ze swoją karą.

Budzą ją o świcie. Niebo na zewnątrz jest rozdzierająco różowe. Dubhe jest jeszcze otępiała. Wciąż ten sam chłopak wykorzystuje to, żeby zawiązać jej oczy.

Idzie zrezygnowana, chłopak trzyma ją za rękę. Dziewczynka czuje pod palcami opatrunek na dłoni, którą zraniła mu poprzedniej nocy.

Chłopak bierze ją na ręce i ładuje na coś, co musi być wozem. Dubhe próbuje objąć go za ramiona, ale on niezgrabnie się wywija.

Musi ich być dwóch, Dubhe słyszy inny głos, należący do dorosłego mężczyzny, może jednego ze starców. Rozpoznaje go. To tkacz. Sprzedaje tkaniny w miastach aż po Makrat i prawie nigdy nie ma go w wiosce. Ani razu z nim naprawdę nie rozmawiała, ale to od niego matka bierze materiały na ubrania dla niej.

— Jedźmy, bo nigdy nie dotrzemy.

Wóz rusza z szarpnięciem, a chłopak związuje jej ręce sznurem.

Dubhe płacze w milczeniu. Chciałaby pożegnać się z ojcem przytulić się do niego i przeprosić za to, że jest morderczynią, jak powiedział Trarek. I chciałaby uściskać też matkę, uściskać ją mocno i przeprosić za wszystkie węże i bestie, które zawsze znosiła do domu. Ale przede wszystkim chciałaby się dowiedzieć, dlaczego: dlaczego to wszystko się stało?

Mijają godziny. Wóz cały czas jedzie, dniem i nocą, a Dubhe wciąż ma zawiązane oczy. Przestała płakać. Czuje się otępiała, znowu wydaje jej się, że nie istnieje. Prawdziwa ona jest bardzo daleko stąd, gdzieś w Selvie, obok ojca i matki.

Dopiero trzeciego dnia podróży chłopak nagle się podrywa.

— Co ty robisz? Nie tak ci kazali! — mówi tkacz.

— Cicho bądź… to przecież dziecko.

Chłopak zbliża się do niej, Dubhe czuje na twarzy jego oddech.

— Jesteśmy bardzo daleko od Selvy, rozumiesz? Nawet jeżeli uciekniesz, nie możesz tam wrócić. Teraz rozwiążę ci ręce, ale ty musisz mi obiecać, że będziesz grzeczną dziewczynką.

Dubhe kiwa głową. Czy ma jakiś wybór?

Chłopiec rozwiązuje węzły, a dziewczynka dotyka nadgarstków. Czuje piekący ból. Nie zdawała sobie sprawy, że sznur poobcierał jej ręce.

— Nie ruszaj się, bo będzie gorzej.

Chłopiec polewa jej otarcia wodą. Wkłada jej w dłoń chleb.

— Ty chyba chcesz mieć kłopoty — nie daje za wygraną tkacz. Cicho siedź i nie patrz! To, co robię, to moja sprawa!

Potem Dubhe czuje na swojej dłoni chłód ostrza.

— Co to jest? Nie chcę!

— Weź to i nie marudź — mówi sucho chłopak. — Las, świat… To straszne miejsca. Musisz nauczyć się bronić. I użyj go, jeżeli ktoś będzie chciał cię skrzywdzić, rozumiesz?

Dubhe znowu płacze. Wszystko jest takie absurdalne, poplątane.

— Nie możesz płakać. Musisz być silna. I nie próbuj do nas wracać. Ludzie są źli, to dobrze, że odeszłaś.

Potem głaszcze ją po głowie. Pieszczota szorstka i niezgrabna.

— Zawieź mnie do domu… — błaga go Dubhe.

— Nie mogę.

— Zawieź mnie do taty…

— Jesteś silną dziewczynką, wiem o tym. Dasz sobie radę. Znowu zapada cisza, ale Dubhe ściska teraz w dłoni rękojeść sztyletu.

Kiedy docierają na miejsce, słońce stoi już wysoko. Chłopak wreszcie zdejmuje jej opaskę, a oślepiona Dubhe mruży oczy. Jest ciepło, cieplej niż w Selvie, a w powietrzu unosi się osobliwy zapach.

Chłopiec patrzy na nią nieco zmieszany.

— No to teraz idź sobie.

Dubhe stoi w miejscu z przewieszoną przez ramię torbą i sztyletem w dłoni.

— Musisz odejść. Chcieli cię zabić. A jednak ocalili ci życie! Uciekaj!

Dziewczynka zerka za siebie, gdzie rozciąga się las, którego nie zna.

— Prosto przed tobą jest wioska, idź tam — mówi chłopak, a wóz już rusza.

Dubhe odwraca się nagle do niego, próbuje za nim biec, ale wóz przyspiesza i chociaż mała biegnie, nigdy nie uda jej się go dogonić.

Wóz otacza kurz, a Dubhe zostaje sama w tej obcej puszczy. Stoi nieruchoma.

Nigdy już nie zobaczy Selvy ani swojego życia, teraz pojmuje to jasno.

8. Rzeź w lesie

Dubhe była zdenerwowana. Znajdowała się na zapleczu sklepu Toriego. Pobiegła do gnoma, jak tylko mogła najwcześniej.

Po skończeniu zadania ukryła się u siebie w domu i udało jej się zasnąć. Kiedy się obudziła, czuła się dobrze, ale to jej nie uspokoiło. Wobec tego ruszyła poszukać kogoś, kto mógłby wyjaśnić jej zagadkę tego, co stało się poprzedniego wieczoru, jak również ataku zawodowego zabójcy. Nie znała żadnego kapłana, a jedyna czarodziejka, o której wiedziała, mieszkała zbyt daleko.

Gnom był teraz w laboratorium i badał igłę, której chłopak z Gildii użył przeciw Dubhe. Przyniosła ją ze sobą: był to jedyny dowód, jakim dysponowała.

Tori podszedł do niej swoimi drobnymi krokami, wycierając dłonie w dość brudną szmatkę.

— No i co?

— Nic — powiedział i usiadł. — Na igle nie ma śladu żadnej trucizny. Tylko krew, przypuszczam, że twoja.

— Mogła się jakoś rozłożyć, nie?

Tori potrząsnął głową.

— Jeżeli jest tak, jak mówisz, i chłopak należał do Gildii, to nie ma żadnych wątpliwości. Znam wszystkie trucizny Gildii i każda z nich zostawia przynajmniej jeden ślad…

— A może to jakiś nowy rodzaj? Tori wzruszył ramionami.

— Jeżeli chcemy przerzucać się hipotezami, możemy się tak bawić w nieskończoność. Opisz mi objawy.

Dubhe dużo o tym myślała, ciągle przywoływała tamtą noc, kradzież oraz napad — oba zdarzenia na zawsze wyryły się w jej umyśle, chociaż z różnych powodów. Przez ostatnie dwa lata próbowała umknąć czujnemu oku Gildii, a teraz wydawało się, że nieprzyjaciel i tak ją odnalazł. Do tego wszystkiego dochodzi świadomość, że zawiodła. Pozostawiła zadanie wykonane w połowie i Forra z pewnością będzie miał na ten temat wiele do powiedzenia. Jej marzenia o pięciu tysiącach karoli i być może innym życiu rozwiały się. A poza tym nie mogła zrozumieć, co się stało, i to ją przerażało.

Skrupulatnie opisała mu symptomy. Tori zamyślił się na kilka chwil.

— To wszystko przypomina jakiś rodzaj otrucia, ale fakt, teraz czujesz się dobrze…

Dubhe nie była przekonana.

— Jeżeli Gildia nasłała na mnie tego chłopaka, musi być ku temu jakiś powód.

— Z tego, co mówisz, tylko jego sztylet łączył go z Gildią, a przecież mógł go ukraść.

— Jestem pewna, że był jednym z nich. Ta zwinność, otrzymał szczególne przeszkolenie… to samo, co ja — zakończyła Dubhe z pewnym wahaniem.

Tori potrząsnął głową.

— Nie, nie masz prawdziwych dowodów. A poza tym pomyśl, Gildia wysyła przeciw tobie nowicjusza, skazując go na pewną śmierć, i powiedzmy, że robi to, aby wstrzyknąć ci truciznę. Jednak ta trucizna nie zabija cię od razu. I do tego momentu wszystko mogłoby być jeszcze prawdopodobne, chociaż nie rozumiem, dlaczego mieliby zabijać cię powoli. Ale przypuśćmy nawet, że ma to coś wspólnego z ich dziwnymi rytuałami. Absurdalne jest to, że poczułaś się źle po trzech dniach od ataku, i to tylko przez kilka minut. Potem wszystko mija i czujesz się lepiej niż kiedykolwiek. Nie wydaje ci się to co najmniej śmiesznym sposobem na pozbycie się nieprzyjaciela? A poza tym, czyż Gildia nie szuka cię z innych powodów?

Dubhe wbiła wzrok w ziemię. Tori miał rację, ale w tej historii było coś, czego do końca nie rozumiała.

— No to jak wytłumaczysz ten mój atak?

— Zmęczenie. Czy się mylę, czy to zadanie dostałaś zaraz poprzednim? Zmęczenie, brak snu, te rzeczy. Albo jakiś wasz kobiecy problem. Wydaje mi się to o wiele bardziej racjonalnym wytłumaczeniem niż spisek.

Nie, to nie tak, coś się nie zgadza.

— A zabójca?

— To pewnie przygłupi chłopaczek nasłany przez jakiegoś żółtodzioba. A może złodziejaszek, który postanowił wykluczyć cię z gry. Który zapomniał nałożyć na igłę truciznę.

Tori przez chwilę przyglądał się Dubhe.

— Słuchaj, jeżeli naprawdę chcesz się uspokoić, pokaż mi tę ranę.

Dubhe podciągnęła rękaw. Właśnie zdała sobie sprawę, że nie patrzyła na nią od tamtego wieczoru.

W słabym świetle świecy skóra wydała jej się jeszcze jaśniejsza. Tori z pewną szorstkością uniósł jej ramię i zaczął przyglądać mu się z uwagą.

W miejscu, gdzie igła wbiła się w ciało, została kropka zaschniętej krwi. Wokół tego jakby ciemniejszy cień, nieco kolisty, trochę odsunięty od właściwej rany. Było to coś w rodzaju siniaka z jaśniejszymi i ciemniejszymi miejscami. Dubhe wydawało się nawet, że dostrzega tam jakiś rysunek.

Po chwili Tori puścił jej ramię.

— Wszystko absolutnie w normie.

— Nie wydaje ci się, że ten czarny znak jest trochę niezwyczajny? — Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, żebym go miała zaraz po tym, kiedy mnie ukłuto. — To tylko siniak, nic więcej. Dubhe skrzywiła się. Nienawidziła niepewności. Tak czy inaczej, Tori powiedział jej wszystko, co wiedział. — Bardzo ci dziękuję za pomoc.

— Nie ma za co — uśmiechnął się gnom, po czym klepnął się ręką w czoło i znów zniknął w laboratorium. Wrócił stamtąd z małą ampułką wypełnioną zieloną zawartością.

— Co prawda nie jestem kapłanem, ale o ziołach wiem więcej niż oni. Jeżeli to tylko zmęczenie, to to będzie doskonałym wzmocnieniem. Spróbuj, a zobaczysz, że poczujesz się lepiej.

Dubhe wzięła ampułkę, podziękowała i wyszła.

Teraz powinna być spokojniejsza. Tak jednak nie było. Kiedy jak zwykle starała się wmieszać w tłum na rynku w Makracie, coś wewnątrz niej się burzyło. I przerażało ją.

Czy naprawdę była tylko zmęczona?

Do ostatecznego zakończenia tej całej historii został jeszcze jeden nieprzyjemny obowiązek.

Dubhe była w złym humorze już kiedy udała się do Ciemnego Źródła. W dodatku tego wieczoru padało.

Jakby tego było mało, Forra i jego sługus długo kazali na siebie czekać, podobnie jak przy okazji ich pierwszego spotkania.

Dubhe zobaczyła, jak wyłaniają się spod kurtyny deszczu, obydwaj ukryci pod obszernymi płaszczami.

Na twarzy Forry wyryty był ten lekceważący uśmiech, który Dubhe dobrze znała. Arogancki grymas zwycięzców, który miał na twarzy zawsze, kiedy siedząc na wielkim koniu deptał dymiące ruiny miast.

Teraz ten uśmiech był przeznaczony dla niej. To ona była pokonana. Odpowiedziała złością.

— Pieniądze?

— Najpierw dokumenty.

Dubhe zawahała się. Miała uzasadnione obawy, że po oddaniu dokumentów nie dostanie ani grosza albo i jeszcze gorzej. Na wszelki wypadek położyła dłoń na sztylecie, wyciągnęła dokumenty i podała je słudze. Był to ten sam lękliwy żołnierzyk, co poprzednio. Podał jej torebkę wypełnioną tylko do połowy. Wystarczyło jedno spojrzenie na miękki woreczek w dłoniach mężczyzny, żeby zrozumiała.

— A pozostałe? — mruknęła.

Forra zaśmiał się zadowolony.

— Pieniędzy jest tylko tyle i koniec. Nie dotrzymałaś umowy. — Wypełniłam moje zadanie, macie dokumenty, których chcieliście.

— Tak teraz Thevorn szuka cię po całym mieście. Czy nie mówiliśmy o absolutnej dyskrecji?

— Jeżeli mnie szukają, to moja sprawa. To ja jestem ścigana.

Jak zawsze.

Forra potrząsnął głową. Na jego twarzy dalej panował niewzruszony uśmiech.

— Thevorn nie jest głupi, dobrze wie, kto miał interes w tej kradzieży, na pewno nie pierwszy lepszy złodziej, czy nie?

Dubhe milczała. To prawda. Stała z woreczkiem w dłoniach. Przez kilka sekund deszcz spływał po jej policzkach. Wreszcie schowała mieszek pod płaszcz.

— Dobra, grzeczna dziewczynka. A więc to prawda, że jesteś inteligentna.

— Jeżeli to wszystko, chyba mogę się oddalić.

— Srodze nas zawiodłaś — powiedział Forra. Palce Dubhe zacisnęły się na rękojeści sztyletu.

— Chyba ukaraliście mnie za to wystarczająco. Forra pozwolił sobie na ironiczny uśmieszek.

— Może… A może nie.

Dubhe wróciła do swojego zwykłego życia. Z obiecanych pięciu tysięcy karoli dostała tylko czterysta. Była to śmieszna kwota, zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, co ryzykowała. Poza tym ta częściowa porażka bardzo ją bolała. Dlatego postanowiła znowu rzucić się w wir zajęć. Wiele myśli musiała wymazać z pamięci, a praca była na to najlepszym sposobem.

Wybrała osobę. Tym razem żadnych zleceń, żadnych klejnotów ani nic takiego. Tylko pieniądze, dzięki którym będzie mogła odejść z Krainy Słońca. To miejsce zaczynało być dla niej niebezpieczne.

Musiała zacząć wszystko od początku: zaczaić się, przeanalizować ofiarę, dowiedzieć się wszystkiego o jej zwyczajach. Jednak i tak wciąż tłukły jej się po głowie obsesyjne myśli o chorobie, Gildii i młodocianym zabójcy. Nie potrafiła ich odgonić.

Z Jenną spotkała się tylko raz, pewnego wietrznego wieczoru, ale nie miał dla niej żadnych informacji.

Dalej jednak czuła się dobrze, powiedziała więc sobie, że prawdopodobnie tamto zasłabnięcie naprawdę było tylko nieprzyjemnym epizodem. A może to wzmacniająca mikstura Toriego miała zbawienny wpływ?

Zaplanowanie wszystkiego zajęło jej tydzień. Wybrała dzień, chociaż ciemności były jej o wiele bliższe. Chodziło o wycieczkę pewnego miejscowego paniczyka, który zabierał ze sobą część swoich znacznych bogactw na osobiste wydatki. Jak powiedział jej jeden ze sług, główne źródło informacji dla takiej złodziejki jak ona, karawana miała wyruszyć w kierunku Shilvan.

Dubhe była pewna, że mężczyzna, o którego chodziło, kupiec, zabierze ze sobą obstawę. Spodziewała się trzech osób: stangreta i dwóch ludzi na zewnątrz, prawdopodobnie na koniach. Wyszukała punkt, gdzie miała się zaczaić, i opracowała strategię. Miał to być prawdziwy napad, robota może trochę zbyt rzucająca się w oczy, jak na jej gust, ale mała dawka środka nasennego miała wszystko ułatwić. Przygotowała sobie odpowiednią miksturę.

Rankiem tego dnia, gdy miała to zrobić, obudziła się wcześnie. Czuła się rześka i wypoczęta, a zwłaszcza w pełni zdrowa. Zajęła pozycję i czekała.

Serce bilo jej spokojnie i regularnie. Była maksymalnie skoncentrowana i jakby zespolona z otaczającym ją środowiskiem. Las, dźwięki, zapachy. Był piękny, słoneczny dzień, panował przenikliwy chłód, a niebo miało najczystszy odcień błękitu. Gałęzie ledwo się poruszały, a deszcz żółtych liści łagodnie opadał na drogę.

Potem ciężki turkot kół miażdżących liście.

Ponury odgłos kopyt na gołej ziemi prawie rozbrzmiewał w drzewie, o które się opierała. Dwa konie. Nie, jeszcze dwa. Dokładnie tak. jak przewidziała. Żadnego głosu i napięcie w powietrzu. Strach.

Słyszała, jak hałas narasta, a potem zaczęła rozróżniać brzęk mieczy trzymanych przy boku.

Wydawało jej się, że jej postrzeganie rozszerza się w nieskończoność, aby pochwycić każdy, nawet najmniejszy dźwięk: napinanie się ścięgien i mięśni, tarcie kości, powietrze wypychane z płuc. Teraz go zobaczyła: powoli jadący powóz, cztery konie, trójka mężczyzn.

Pragnienie.

Mięso.

Krew.

Jej odruchy były jeszcze szybsze, niż się spodziewała. Z przestrachem popatrzyła na siebie jakby z zewnątrz, jak ciągnie za linę i w ciągu sekundy rzuca trzy noże.

Spośród suchych liści podniosła się gruba lina, a konie potknęły się o nią i upadły gwałtownie na ziemię. Kareta zatrzymała się w jednej chwili. W tym samym momencie noże precyzyjnie uderzyły w stangreta i konie, zabijając ich. Trzy strumyki czerwonej krwi wytrysnęły z ran, mocząc leżące na ziemi liście.

Ten kolor, a może to zapach krwi.

Krew.

Dubhe zeskoczyła na ziemię i wyciągnęła swoje sztylety. Nie, to nie to miała zrobić, nie to. A jednak nie potrafiła się zatrzymać, wydawało się, że jej ciało już do niej nie należy.

Dwaj mężczyźni, którzy jechali konno, podnieśli się z ziemi i rzucili na nią.

Pierwszy próbował uderzyć ją mieczem, ale Dubhe uniknęła cięcia, pochylając się tak nisko, jak tylko mogła. Złapała go za kostkę i powaliła na ziemię, po czym rzuciła się do jego gardła. Pogrążyła sztylet aż po rękojeść. Widok jego krwi na dłoniach dał jej szaloną rozkosz, upojenie, które jednocześnie radowało ją i przerażało. Wówczas wyciągnęła sztylet i uderzyła jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze.

Mężczyzna wrzeszczał pod jej ciosami, wykręcał się, ale Dubhe nie przestawała. Krzyczała, wyła. Potem silny, piekący ból w plecach.

Dubhe błyskawicznie odwróciła się ze sztyletem w dłoni, ale drugi mężczyzna uskoczył na czas.

Dziewczyna wyczuwała jego strach, jego spojrzenie było przerażone. Pierwszy z mężczyzn, ten leżący pod nią, przestał się ruszać. Drugi żołnierz znowu spróbował zaatakować, ale ona była szybka w rzucaniu sztyletem. Trafiła go w rękę, zmuszając do wypuszczenia miecza.

Wtedy mężczyzna stracił zimną krew. Próbował uciekać, ale Dubhe wbiła mu między łopatki kolejny sztylet. Upadł, ale nie dawał za wygraną, starał się odczołgać jak najdalej.

Dubhe rzuciła się na niego i zaczęła masakrować go sztyletem. W jej postrzeganiu wszystko się mieszało: krew, krzyki. Było to szaleństwo, które ją upajało i którego czuła się widzem. Widziała jak porusza się jej własne ciało, czuła pod palcami krew, jej wzrok wbijał się w oczy ofiary, ale nie mogła się zatrzymać. Z przerażeniem obserwowała tę scenę, podczas gdy wewnątrz niej coś dziko się radowało. Uderzała długo, dopóki nie złamało się ostrze. W dłoni pozostała jej tylko rękojeść.

Wówczas wstała. Wzrok miała zamglony, nogi się pod nią uginały, ale czuła, że jest ktoś jeszcze, czuła jego zapach jak zwierzę.

Zaczęła biec do utraty tchu, podążając jakby po niewidzialnym szlaku; nigdy nie sądziła, że potrafi osiągnąć taką prędkość. Potem zobaczyła przed sobą chude plecy kupca.

Uciekał z odkrytymi kościstymi nogami, przytrzymując swoje szaty, i potykał się, coraz bardziej podrapany, ale nie przerywał swojego rozpaczliwego biegu.

Dogonienie go nie zajęło Dubhe wiele czasu. Chwyciła go za ramiona, odwróciła i miała moment na przyjrzenie się przerażeniu wymalowanemu na jego twarzy. Tkwiąca w niej Bestia napawała się nim dłuższą chwilę, po czym rzuciła się zębami na jego szyję i przegryzła ją.

Krzyk mężczyzny był straszliwy. Upadł na ziemię, bliżej już śmierci niż życia. Pozbawiona broni Dubhe zacisnęła mu dłonie na szyi. Jej wzrok utkwił w oczach ofiary, napawała się każdą chwilą jej agonii. Dopiero kiedy mężczyzna wydał ostatni tchnienie, wszystko nagle się skończyło.

Dubhe poczuła, że opuszczają ją siły. Rozluźniła uścisk dłoni, upadła na kolana. Przeszył ją ból w plecach. Zapach i smak krwi w ustach przyprawiły ją o mdłości. Rozszalały umysł starał się zrozumieć, zrekonstruować wydarzenia, ale kiedy popatrzyła na otaczającą ją scenerię, nie potrafiła sformułować żadnej myśli. Rzeź. Wyglądało to jak pole bitwy. Ciała leżące na ziemi w nienaturalnych pozycjach, oczy wypełnione przerażeniem. Dubhe podniosła dłonie do twarzy, ale zobaczyła, że są czerwone, całkowicie pokryte krwią.

Wówczas to ona zaczęła krzyczeć. Wrzeszczała jak nigdy w życiu zdruzgotana, zszokowana.

Czuła się źle, bardzo źle. Dotknęła swoich pleców i sparaliżował ją palący ból. Zmusiła się do ponownego dotknięcia. Szeroka rana przecinała jej plecy z jednej strony na drugą. Nie mogła sobie dokładnie przypomnieć, kiedy została tak zraniona. Nie mogła myśleć o niczym, co nie było tymi ciałami, a zwłaszcza tymi oczami, jej obsesją, od której nie była w stanie uwolnić się od lat.

Pomocy… muszę szukać pomocy…

Z trudem podźwignęła się na nogi i podniosła z ziemi płaszcz, który jej upadł. Okryła się byle jak i chwiejnie próbowała ruszyć z miejsca. Nie mogła, brakowało jej sil.

Co mi się stało?

Otoczenie wydało jej się snem, a raczej koszmarem. Kontury zaczęły się rozmazywać, światło powoli stawało się coraz ciemniejsze. Wszystko się mieszało i zdawało jej się, że z drzew wyłaniają się dziwne, groteskowe i demoniczne postacie.

Gornar z rozbitą głową, biały jak prześcieradło, a potem jej pierwsza ofiara i chłopak sprzed kilku dni, wszyscy podchodzili ku niej z pochylonymi głowami i próbowali ją pochwycić. Mistrz, wyglądający jak w dniu swojej śmieci, on też w szeregu, z białymi niewidzącymi oczami, które ją oskarżały, a potem ostatnie trzy ofiary, okrutnie okaleczone.

Dubhe próbowała odsunąć je rękami, ale jej ramiona uderzyły w drewno. Chatka. Osunęła się przy ścianie.

Umieram. A moje ofiary przyszły, aby zabrać mnie do piekła.

9. Pieczęć

Dubhe obudziło grzejące ją w twarz słońce. Leżała na brzuchu w łóżku, którego nie znała. Nie pamiętała, dlaczego tutaj jest, co się stało. Spróbowała się podnieść, ale powstrzymał ją silny ból w plecach.

W tym momencie wszystko jej się przypomniało. Otoczył ją zapach krwi, poplątane i okropne wspomnienia polany pełnej zmasakrowanych ciał.

— Dubhe! Wszystko w porządku, Dubhe?

Jenna. Podbiegł. Dubhe drżała.

Chłopak położył jej dłoń na czole.

— Gorączka trochę opadła… Dubhe położyła się z powrotem.

— Już zaczynałem się martwić, od rana się nie ruszasz; nie odzyskałaś przytomności nawet wtedy, kiedy zszywałem ci ranę.

— Szyłeś mnie?

— Masz olbrzymie rozcięcie na plecach, dziękuj niebu, że nie było głębokie.

Jenna był wzburzony, mówił, nie przerywając ani na chwilę. Dubhe nadal drżała.

— Zimno ci? Przyniosę koc. — Podniósł się, aby po niego pójść.

Dubhe odpowiedziała słabym „nie”.

— Zostaw mnie samą — dodała tonem, który Jenna znał aż nazbyt dobrze.

— Jak chcesz… chciałem ci tylko pomóc… — powiedział, wycofując się.

Zamknij mi okno.

Potrzebowała ciemności. Tak było już od dziecka, od tamtego dnia, kiedy zabiła Gornara. Inne dzieci, kiedy się bały, szukały światła. Ona zaś — najgęstszych ciemności.

Kiedy Jenna wreszcie zamknął okiennice i opuścił pokój, Dubhe spróbowała podnieść ramię i pomacać sobie plecy. Nie udało jej się. Była bardzo słaba. Nigdy dotąd nie była ciężko ranna przynajmniej nigdy tak jak teraz. Usiłowała skoncentrować się na swojej ranie, chciała jak zwykle przeanalizować stan swojego ciała, aby się dowiedzieć, jak z nią źle. Starała się też rozeznać w sytuacji i zrozumieć, jak dotarła z polany aż do Jenny. Wszystko na nic. Jej umysł kurczowo trzymał się tych kilku minut, w ciągu których coś, co jednocześnie było nią samą i było jej obce, wzięło w posiadanie jej ręce i spowodowało, że dokonała rzezi.

Pierwsza łza spłynęła jej po policzku bez żadnego dźwięku. Przez te wszystkie lata już zapomniała, jak to się robi. Potem zaczęła szlochać w łóżku jak dziecko, aż w końcu płacz stal się bardziej gwałtowny i pozbawiony wszelkiej nadziei.

Jenna słuchał pod drzwiami.

Dopiero wieczorem Jenna ośmielił się wejść. Uchylił powoli drzwi i Dubhe zobaczyła jego sylwetkę rysującą się w świetle paleniska.

— Mogę?

— Wejdź.

Co prawda już wcześniej zmusiła się do powstrzymania łez, ale dobrze wiedziała, iż Jenna bez trudu zrozumie, że płakała.

Chłopak podszedł do niej i postawił na ziemi tacę z posiłkiem. Pokój wypełnił zapach ciepłego, domowego jedzenia.

Jenna zapalił świeczkę.

— Zaraz sobie pójdę, ale muszę sprawdzić, co z twoją raną.

— Dobrze — zgodziła się potulnie Dubhe.

Jenna przez kilka chwil patrzył na jej twarz, ale nic nie powiedział.

Jego wprawne dłonie podniosły przykrycie oraz szaty i dotknęły jej pleców.

Zamknęła oczy. Zaczęły ją dręczyć odległe i bolesne wspomnienia.

Dłonie Mistrza… Jego uczucie…

Jednocześnie pojawiły się obrazy z czasów jej szkolenia i myśli o zabijaniu, któremu na zawsze powiedziała „nie”, a które jednak wciąż ją prześladowało.

Nie ma wyboru i nie ma ucieczki…

Nagły ból wstrzymał tok jej myśli. To gaza przywarła do rany.

Jenna przerwał oględziny.

— Przepraszam, niestety, nie ma innego wyjścia.

— Co mi jest? — spytała Dubhe.

— Już ci mówiłem. Masz duże rozcięcie biegnące od prawej łopatki po kraniec lewej. Gdyby było choć trochę głębsze, już byś nie żyła. Na szczęście jednak jest powierzchowne, ale kiedy tu przyszłaś, byłaś cała we krwi.

Poczuła ucisk w żołądku, a przed jej oczy znów wdarł się gwałtownie obraz rzezi na polanie.

— Straciłaś mnóstwo krwi i to martwi mnie bardziej niż sama rana.

— Posiadasz też umiejętności kapłańskie? — Dubhe chciała być sarkastyczna, ale kiepsko jej to wyszło.

— Mało znam sztukę kapłanów. Trzeba będzie któregoś z nich wezwać…

— Nie! Jenna zastygł.

— Pomyśl rozsądnie: to prawda, zszyłem cię, ale ja jestem rzeźnikiem, a rana może się zainfekować…

— Nie chcę, żeby ktokolwiek inny wiedział o tej sprawie. Pójdziesz do Toriego.

— Do kogo?

Dubhe wyjaśniła mu wszystko i powiedziała ze szczegółami, o co ma zapytać i o co poprosić. — Opisz mu dokładnie sytuację, ale w żadnym wypadku nie podawaj mojego imienia.

— Ale dlaczego miałbym…

— Bo ja ci tak mówię.

Jenna nie miał wyjścia, musiał się zgodzić. Wyszedł.

Dubhe wychyliła się, żeby zobaczyć, co leży na tacy. Miska pełna zupy jęczmiennej, kawałek chleba i pół pożółkłego jabłka. Prawdopodobnie było to wszystko, co Jenna miał w domu. Wiedziała że musi jeść, jeżeli chce szybko wrócić do zdrowia.

Popatrzyła na tacę. W jej oczach brązowawa ciecz zamieniła się w miskę wypełnioną krwią. Odwróciła wzrok z obrzydzeniem.

— Wczoraj wieczorem ci odpuściłem, ale teraz musisz coś zjeść.

Niewątpliwie Jenna miał rację, ale Dubhe wydawało się, że wszystko ma duszący zapach krwi. Teraz jednak czuła się lepiej. Fizycznie, a przede wszystkim duchowo.

Nocą jeden koszmar przechodził w drugi, dziewczyną wstrząsała gorączka. Były to piekielne godziny, ale potem poczuła się lepiej.

Z wielkim wysiłkiem udało jej się obrócić i oprzeć plecami o łóżko. Wzięła z rąk swojego gospodarza miskę z mlekiem. Kiedy tylko zapach dotarł do jej nozdrzy, poczuła, że żołądek jej się gwałtownie kurczy. W ustach miała jeszcze smak przypominający jej chwilę, kiedy ugryzła kupca.

Zamknęła oczy, zmusiła się, żeby nie wdychać tłustego zapachu mleka i wypiła wszystko jednym haustem.

— No, grzeczna, taką cię lubię. Nie bardzo tylko rozumiem, dlaczego ciągle masz problemy z żołądkiem… — powiedział Jenna.

— Byłeś u Toriego?

Jenna przytaknął i podniósł się. Poszedł do drugiego pokoju i wrócił stamtąd z wielką butlą wypełnioną zielonkawą, oleistą cieczą.

— Dał mi to i kazał smarować tym ranę trzy razy dziennie.

Oliwa z oliwek i sok z ośmiału. Znała tę miksturę — gdyby poprzedniego wieczoru była nieco bardziej przytomna, sama mogłaby wytłumaczyć Jennie, jak ją przygotować.

— Powiedział ci, ile czasu potrzeba?

— Trzy, cztery dni, zanim będziesz mogła wstać, a potem tydzień, aż rana się zagoi. Myślę, że za dziesięć dni będę mógł wyjąć ci szwy.

Dubhe powstrzymała gest irytacji. To za długo. Pierwszą, najpilniejszą sprawą było zrozumienie, co jej się stało w lesie. Co wydarzyło się w ciągu tych kilku strasznych minut? Kim był duch, który ją posiadł? I dlaczego?

Dubhe zaczęła wstawać już trzeciego dnia. Jenna na wszystkie sposoby próbował ją od tego odwieść, ale dziewczyna była nieugięta. Było jasne jak słońce, że te ściany są dla niej za ciasne i że nie może się doczekać, kiedy będzie mogła sobie pójść.

— Nie wydaje mi się, żebym cię źle traktował… A może się mylę? — próbował Jenna, ale Dubhe nie odpowiadała. Nie to było powodem. Nie mogła się do nikogo przywiązać z powodu swojej natury mordercy oraz dlatego, że wiecznie uciekała. To, co wydarzyło się na polanie, jeszcze bardziej powiększyło przepaść pomiędzy nią a kimkolwiek na świecie.

Pewnego dnia Jenna wrócił w dziwnym nastroju. Kiedy tylko wszedł do domu, wbrew swoim zwyczajom nie poszedł do niej, ale zajmował się swoimi sprawami w drugim pokoju. Pora kolacji upłynęła w całkowitym milczeniu.

Dubhe nie przejęła się tym. Już postanowiła, że następnego dnia odejdzie, a takie zachowanie tylko ułatwiało jej sprawę.

Poszli do łóżek otuleni ciążącą ciszą. Dubhe leżała w ciemnościach już kilka minut, kiedy nagle zobaczyła sylwetkę Jenny rysującą się w otwartych drzwiach.

— Słyszałem dzisiaj pewną historię. Wszyscy w mieście o tym mówili.

Dubhe nie poruszyła się.

— W lesie znaleziono czterech mężczyzn. Dubhe nie mogła wydobyć słowa. Zacisnęła dłonie na kocu. Poczucie trwogi schwyciło ją za gardło.

— Jeden z nich miał tylko nóż utkwiony w gardle, ale pozostała trójka…

Dubhe nadal milczała.

— Byli tutaj, niedaleko mojego domu. W odległości, którą może przebyć ranny.

— Cicho bądź, zamilcz!

Dubhe krzyknęła i podniosła się na łóżku.

— To ty? Co się stało tamtego dnia? Kto cię zranił, skąd pochodziła ta krew?

Nie dbając o ból w plecach, Dubhe wyskoczyła z łóżka, złapała Jennę za szyję unieruchomiła go, przyciskając do ściany.

— Powiedziałam ci, żebyś był cicho — wycedziła.

Skamieniały ze strachu Jenna, mimo ostrza przyłożonego do gardła, ciągnął dalej ledwo słyszalnym głosem:

— Chcę tylko zrozumieć, co ci się stało… zaatakowali cię?

Zobaczyła, że chłopak się rumieni i gwałtownie go puściła. Jenna powoli osunął się po ścianie na podłogę.

Dubhe przesunęła dłonią po oczach. Koszmar się nie skończył. Nigdy się nie skończy. Jej ucieczka na nic się nie zdała, nie można uciec przed przeznaczeniem.

— Dlaczego mi nie ufasz? Czego się boisz?

— Moje życie jest tak dalekie od twojego, tak odległe, że nawet nie masz szans zrozumieć. Nie możesz nawet w przybliżeniu wyobrazić sobie tego, co w sobie noszę… Ja… — Dubhe potrząsnęła głową. — Nie zadawaj mi pytań!

— Dlaczego? Przyszłaś pod moje drzwi zakrwawiona, a ja o nic cię nie pytałem, pomogłem ci, przyjąłem cię i uratowałem, do licha uratowałem ci życie! Ale to, co się stało tam… tamto…

Dubhe wzięła swój starannie złożony płaszcz, leżący w kącie.

— Co robisz?

Zarzuciła go na siebie, po czym podniosła ubrania i zakrwawioną broń opartą o ścianę.

— Powiedz mi, co robisz? · Odwróciła się do niego.

— Powiedz tylko słowo, komukolwiek, o tym, że byłam tutaj a bądź pewny, że umrzesz, zanim zdążysz pożałować tego, co zrobiłeś.

Jenna nie poruszył się.

— Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, co się dzieje? Ja chcę ci tylko pomóc, nie rozumiesz tego?!

Jego glos miał w sobie jakąś nową szczerość i ból. Dubhe nie znała go od tej strony.

Poczuła się prawie wzruszona i dlatego czym prędzej ruszyła do drzwi.

— Nikt nie może mi pomóc. Zapomnij o tym, co się stało w ciągu tych kilku dni, i nie szukaj mnie.

Znowu była sama, w wilgotnej ciemności własnego domu. Kiedy tam dotarła, całkiem wyczerpana po ucieczce od Jenny, poczuła się nagłe u siebie. Samotność była jej wyrokiem i jej wybawieniem.

I tak leżała w otępieniu w swojej grocie, w ciemnościach, ścigana przez wspomnienia rzezi w lesie, ale jednocześnie czuła się bezpiecznie.

Myślała o Jennie. Chociaż wiele ją to kosztowało, musiała przyznać, że się do niego przywiązała. Był to duży problem, bo ona też w głębi serca czuła, że chce móc na niego liczyć, tak jak kiedyś było z jej ojcem, a potem przez długi czas z Mistrzem…

Mistrzu, gdybyś jeszcze żył, nie byłabym tak zagubiona i taka samotna!

Nie miała już nikogo. Była tylko ona i Bestia, której istnienie wewnątrz siebie właśnie odkryła.

Kilka następnych dni poświęciła na odpoczynek i leczenie rany. Przygotowała miksturę i nie bez trudu próbowała rozsmarować ją sobie na plecach. Zazwyczaj używała nasączonego nią bandaża, który ściśle owijała sobie wokół piersi i na plecach. To właśnie wtedy, kiedy dokonywała tej operacji, zobaczyła to po raz pierwszy.

Była naga w półcieniu rozświetlanym przez świecę. Rozłożyła przed sobą bandaż i właśnie miała sięgnąć po flakon, gdy jej spojrzenie padło na jakąś ciemną plamę na ramieniu. Przyjrzała się dokładniej — Tam, gdzie wbiła się igła zabójcy z Gildii, teraz widniał jakiś bardzo wyraźny symbol. Były to dwa nałożone na siebie pentakle czarny i czerwony, a wewnątrz nich okrąg utworzony z dwóch splecionych węży, też czerwonego i czarnego. W samym środku tam, gdzie tkwiła igła — była kropka żywej czerwieni, jakby w dalszym ciągu tryskała stąd świeża krew. Dubhe przesunęła po plamie palcem, ale ani krwawa kropka, ani symbol nie znikły.

Szwy ją bolały, ale wkrótce zorientowała się, że jest na tyle silna, by wyruszyć w krótką podróż. Skoro sama nie była w stanie rozwikłać wydarzeń tamtych dni, musiała oddać się w ręce kogoś innego. Jenna miał rację. Potrzebowała kapłana.

Wyruszyła wczesnym rankiem, owinięta w płaszcz, z lekkim workiem podróżnym zawierającym leczniczą miksturę, świeże bandaże i nieco prowiantu.

Będzie musiała nieznacznie przekroczyć granicę, ale nawet nie wyjdzie z lasu. Miejsce, do którego się kierowała, znajdowało się w Krainie Morza i oddalone było od jej domu o dwa dni drogi.

Już dawno tam nie była. Zbyt wiele miała słodkich i gorzkich wspomnień, wspomnień przeszłości, które chciała odsunąć od siebie jak najdalej.

Kiedy umarł Mistrz, wyrzuciła wszystko, co mogło jej go przypominać, i pozrywała kontakty praktycznie ze wszystkimi, których znali.

Dotyczyło to także Magary. Morderca zawsze musi mieć kogoś zaufanego, kto będzie go leczył, bo przecież może się zdarzyć, że podczas wykonywania pracy zostanie zraniony. Magara była kimś pomiędzy czarodziejką a kapłanką, ale żadne ze zgromadzeń nigdy nie uznało jej za swoją. Niektóre praktyki i zainteresowanie duchami natury łączyły ją ze światem czarodziejów, zaś z kapłanami — wiedza o ziołach i praktykach uzdrawiających. Ta wizjonerska heretyczka, jak niektórzy twierdzili obdarzona darem jasnowidztwa, żyła jak pustelnica na swojej rodzinnej ziemi. Mistrz chodził do niej się leczyć, kiedy był chory, oraz po trucizny i po informacje o czarach, na które mógł się natknąć.

Teraz Dubhe miała nadzieję, że kobieta jeszcze żyje. Miała nadzieję, bo była to jedyna osoba, która mogła jej się w tej chwili przydać.

Na miejsce dotarła o zachodzie słońca. Dni stawały się coraz krótsze, a przesilenie zimowe nie było wcale takie odległe. Cienki pas nieba na horyzoncie pod niskimi chmurami był czerwony. Było zimno, ale Dubhe zdawało się, że klimat jest łagodniejszy niż w Krainie Słońca. Może to tylko przesycone solą powietrze, które od wybrzeży przenikało aż w głąb lądu, docierając do dębów i buków nawet w centralnie położonych lasach. Tutaj urodził się Mistrz i tu żył przez lata. Przez bardzo długi czas on i Dubhe mieszkali na tej ziemi, gdzie do każdego miejsca dobiegał odgłos fal rozbijających się o skały.

Przed sobą ujrzała znajomy namiot — ten, który tak dobrze pamiętała, mimo iż od czasu, gdy była tu po raz ostatni, minęły dwa lata. Był to obszerny płat skóry rozciągnięty na czterech palach, ustawiony w środku okręgu wykonanego z rzecznych kamieni, okrągłych i wygładzonych.

Dubhe poczuła u swojego boku obecność Mistrza, dotyk jego pewnej dłoni na ramieniu oraz jego głęboki, spokojny głos, mówiący „Dotarliśmy” za każdym razem, kiedy pojawiali się na tej polanie.

Gdy weszła do namiotu, zakołysały się wietrzne dzwonki. Jak zawsze tak znajomo brzmiący, rozdzierający dźwięk.

Magara była nieruchoma jak kamienny posąg. Zgięta wpół pod brzemieniem lat, z ramionami schylonymi nad skrzyżowanymi kolanami. Twarz zakrywały długie, siwe włosy. Na głowie miała mnóstwo warkoczyków, w które wplecione były dzwoneczki, ale żaden z nich się nie poruszał, jakby staruszka nawet nie oddychała.

Ale przecież żyje.

Magara siedziała na starym wyblakłym dywanie; po jednej stronie namiotu było słomiane legowisko, a obok niego hebanowa ława skrzyniowa; z pali zwisały rozmaite amulety oraz najprzeróżniejsze zioła, świeże i suszone. Z trójnogu wydobywał się aromatyczny dym.

— Wiedziałam, że przyjdziesz. — Jej głos wydawał się stary, przedwieczny, ani kobiecy, ani męski.

Dubhe ograniczyła się do pochylenia głowy, tak jak zawsze czynił przed nią Mistrz.

Magara uniosła nieco głowę i włosy rozsunęły się, odsłaniając twarz. Jej ciemne jak skóra namiotu oblicze naznaczone było głębokimi zmarszczkami. Wcale nie zmieniła się od ostatniego razu, kiedy Dubhe ją widziała — prawdopodobnie zawsze była stara i zawsze taka pozostanie. Te same żywe niebieskie oczy i ten sam wyraz twarzy: łagodny i nieprzenikniony.

Dała Dubhe znak, żeby spoczęła, i dziewczynka usłuchała, przysiadając na piętach.

Stara wzięła papierowy wachlarz i zaczęła kierować ku niej dym z trójnogu, mrucząc niezrozumiałe słowa. Był to rodzaj dawnego, monotonnego zawodzenia, które Dubhe dobrze znała i które w dzieciństwie prawie ją hipnotyzowało. Mistrz mówił, że to coś w rodzaju rytuału oczyszczenia.

Stara położyła jej wreszcie dłoń na głowie i trzymała ją tam długo.

— Jesteś niespokojna i zmęczona. Czułam to w moich snach. Sarnek zapowiedział mi twoje przyjście.

Dubhe drgnęła. Już od lat nie słyszała wypowiadanego imienia Mistrza. Wiedziała, że starej śnili się zmarli, ale Dubhe nie wierzyła w żadne zaświaty. Mistrz nie żył, był prochem pod ziemią i to, że Magara wspomniała o nim w taki sposób, prawie ją rozgniewało.

— Z całą pewnością fakt, że straciłaś wszelką wiarę, nie spowoduje, że duchy przestaną do mnie mówić — uśmiechnęła się łagodnie stara, jakby wszystkiego się domyśliła. Następnie spoważniała.

— Powiedz mi wszystko.

Dubhe pochyliła się tak nisko, że dotknęła czołem ziemi. Tak rytuał był stosowany, kiedy Mistrz musiał prosić o coś staruchę.

— Potrzebuję waszych umiejętności.

Zaczęła od prośby o wyleczenie pleców. Stara bez chwili zwłoki zajęła się tą czynnością. Kazała jej się rozebrać i długo przyglądała się nagiemu, szczupłemu ciału. Cały czas mrucząc, jeden po drugim wyciągnęła jej szwy, a w tym czasie namiot wypełniał się nowym dymem, tym razem o zapachu miętowym.

Magara zakończyła wszystko zaklęciem uzdrawiającym. Taka właśnie była jej sztuka: przechodziła od magii do praktyk kapłańskich, ale nie gardziła również i starymi ludowymi wierzeniami.

— Ale nie przyszłaś tu z tego powodu. Jest coś jeszcze… — powiedziała po skończeniu.

Dubhe włożyła z powrotem koszulę i odwróciła się do niej.

Opowiedziała jej wszystko dokładnie. O młodym zabójcy, o jego tajemniczej igle, na której Toriemu nie udało się odnaleźć nawet śladu trucizny, potem o pierwszym zasłabnięciu podczas włamania do domu Thevorna. Wreszcie, drżącym głosem, wspomniała o rzezi w lesie.

— No i jest jeszcze to, pojawiło się później…

Podciągnęła rękaw i podsunęła Magarze ramię.

Stara ścisnęła je delikatnie powykręcanymi dłońmi i musnęła palcami rysunek. Potem wzięła z trójnogu rozżarzoną głownię i przesunęła nią powoli nad symbolem. Ciepło było bardzo silne, więc Dubhe napięła mięśnie. Dym, początkowo białawy, nagle zaczął nabierać krwistoczerwonej barwy. Stara podjęła swoje niezrozumiałe litanie i coraz bliżej przysuwała głownię do ramienia Dubhe. Dziewczyna zacisnęła zęby, ale kiedy żar dotknął symbolu, ciepło znikło, a Dubhe nie poczuła żadnego bólu.

Otworzyła oczy i zobaczyła, jak żar rozwiewa się między palcami Magary w chmurę dymu.

W namiocie zapanowała cisza, a Dubhe zaczęła oddychać bezgłośnie, prawie niedostrzegalnie. Stara puściła jej ramię.

— To klątwa — orzekła.

— Nic nie wiem o magii, co to znaczy? — spytała Dubhe.

— Ktoś cię przeklął, nakładając na ciebie pieczęć. Dubhe pochyliła się do przodu.

— Na czym polega taka klątwa?

— Chociaż przestałaś zabijać, chociaż po śmierci Sarnka ślubowałaś, że nigdy nie będziesz robić tego, czego on cię nauczył, pragnienie zabijania tak naprawdę wcale w tobie nie zgasło. Dubhe zesztywniała.

— Ja nie lubię zabijania i wcale go nie potrzebuję.

— Zabijanie i krew są jak narkotyki, które oszałamiają człowieka. Jeżeli kiedykolwiek w tym zasmakowałaś, nie będziesz już mogła się bez tego obyć. Żyje w tobie jeszcze chłód zawodowego zabójcy, na jakiego zostałaś wyszkolona. Pragnienie krwi i śmierci były pokarmem dla niepohamowanej Bestii żyjącej w otchłaniach — bestii, której ta klątwa nadaje formę i ciało.

Dubhe wstrząsnął dreszcz. Bestia. Tak właśnie określiła samą siebie, kiedy ugryzła kupca.

— Od tej chwili Bestia żyje w tobie, gotowa pojawić się w każdym momencie. Na razie nie ma siły, żeby nad tobą zapanować, ale czeka w zakamarkach twojej duszy, aby cię pożreć. Będzie się wyłaniać, kiedy będziesz się tego najmniej spodziewała, za każdym razem potężniejsza, i będzie cię popychać do zabijania, do masakrowania. Za każdym razem morderstwo będzie bardziej bezwzględne i nieludzkie, straszliwsze, a twoje pragnienie krwi coraz bardziej nienasycone. Na koniec Bestia całkiem tobą zawładnie.

Dubhe zamknęła oczy, starając się zapanować nad ślepym strachem, który od nóg po czoło mroził każdy centymetr jej skóry.

— Potraficie temu zapobiec?

Magara potrząsnęła głową.

— Pieczęć może zostać złamana tylko przez tego, kto ją nałożył.

Tamten chłopak. To musiał być on.

— A jeżeli ten, kto to zrobił, nie żyje?

— Wówczas nie ma żadnej nadziei. Miała wrażenie, że świat kruszy się pod jej stopami.

— Ale to nie był ten, o którym myślisz.

Dubhe wzdrygnęła się.

— Ów chłopak był tylko wykonawcą, ale pieczęć nałożył czarodziej. To jego musisz odnaleźć.

Młodzieniec. Starszy czarodziej. Gildia. To byli oni.

— Muszę zatem odnaleźć go i zmusić, aby zdjął ze mnie tę pieczęć.

Magara przytaknęła.

— Ale pamiętaj, że on nie może umrzeć, w przeciwnym razie będziesz zgubiona.

10. Strzępy wojny

Przeszłość III

Przez pierwsze dni Dubhe jeszcze wierzy, że może się uratować. Nie zrezygnowała z pomysłu powrotu do Selvy i mówi sobie, że pewnie jest to możliwe, że jej się uda, że przecież jest dobrym piechurem. Nigdy nie zgubiła się w okolicach wioski, więc nie zabłądzi i teraz. Plącze się zatem po lesie, zdzierając buty. Stara się podążać za słońcem, tak jak nauczył ją ojciec, ale nie wie, gdzie się znajduje. Jechali przez trzy dni. Nigdy dotąd nie odbyła tak długiej podróży. Pewnie znajduje się wiele mil od domu. Stara się o tym nie myśleć i idzie dalej.

Od czasu do czasu płacze, wzywa ojca, jakby jej głos mógł dotrzeć aż do Selvy. Przecież powiedział, że zawrze będzie ją chronił, że nigdy nie zostawi jej samej, że nic jej się nie stanie. Dlaczego więc jej głos nie miałby dotrzeć do jego uszu, tak bardzo od niej oddalonych? Usłyszy go i sam po nią przyjdzie, i zabierze do domu.

Żywi się tym, co zostawił jej chłopak, i stara się oszczędzać prowiant. Sypia skulona na drzewach, ale śpi niewiele i kiepsko. Cały czas prześladują ją jej zwykłe koszmary, a poza tym pierwszy raz spędza noce w lesie. W nocy wszystko powiększa się ponad miarę, drzewa wydają się niezdobytymi wieżami, a lekkie szeleszczące odgłosy dnia przekształcają się w przerażające grzmoty. Przez pięć dni Dubhe nie robi nic innego, tylko błąka się, piędź po piędzi przemierza cały las i w końcu nie zmierza już nawet do żadnego celu. Idzie dalej, pozwalając swoim nogom nieść się przed siebie. Jej nadzieja stopniowo słabnie, jedzenia jest coraz mniej, ale dziewczynka nie chce się poddać, chce dalej wierzyć, że powrót będzie możliwy, że jeżeli będzie dość dzielna i silna da radę.

Potem jednak w pewnej chwili dociera do niej, że nie ma już nic do jedzenia, a zmęczenie paraliżuje jej nogi. Nagle pragnienie opieki ojca i chęć powrotu do domu ustępują miejsca zmartwieniom o wiele bardziej konkretnym. Atakuje ją głód. Stopniowo wszystko znika i nie ma już nawet czasu na rozpacz, tylko na poszukiwanie jedzenia. Życie ogranicza się do jedzenia, picia, spania i chodzenia, naprzód i naprzód.

Dubhe próbuje łowić ryby. W którymś momencie zaczyna iść wzdłuż strumienia. Robi to instynktownie. Zresztą łatwiej jest iść wzdłuż wysokiego brzegu, niż torować sobie drogę wśród drzew. Dziewczynka ma poszarpane ubrania, buty też są już zdarte od długiego marszu. Jej nogi mają pełno rozcięć i obtarć. Ale głód przewyższa wszystko, nawet ból skaleczeń. A pluskające w potoku ryby nieodparcie ją przyzywają.

Ściga je ze złością, mocząc się kompletnie w przezroczystej wodzie potoku. Ryby są szybkie, a ona powolna, zbyt powolna, Ale doświadczenie góruje nad otępieniem, które ją ogarnęło. To sztuczka, którą często powtarzała w Selvie. Zanurza dłonie w lodowatej wodzie, czuje, jak ryby przemykają się między jej palcami. Nie poddaje się. Próbuje raz, drugi, kolejny. I w ten sposób wieczorem wreszcie ściska w dłoniach swoją pierwszą zdobycz. Dubhe pamięta wspaniałe ogniska ze smakowicie upieczonymi rybkami, ich tłuste i soczyste mięso między zębami. Ale teraz trzeba by zbyt wiele czasu, aby znaleźć wszystko, co niezbędne do rozpalenia ognia, a poza tym jest to czynność, którą co prawda wielokrotnie widziała, ale sama nigdy jej nie wykonywała. Połyskująca ryba pociąga ją, a z brzucha dobiega gwałtowne burczenie. Zatapia więc zęby w jeszcze żywym stworzeniu. Smak, jaki czuje w ustach, jest ohydny i Dubhe wypluwa cały kęs. Jednak jej żołądek nie słucha żadnych tłumaczeń, potrzebuje tego mięsa. Łzy kapią powoli i mieszają się na twarzy z wodą ze strumienia.

Zamyka oczy i gryzie jeszcze raz, powstrzymuje mdłości i przeżuwa z ogromnym wysiłkiem połyka kęsy jeden po drugim, dopóki ryba się nie skończy.

Kolejny dzień, i jeszcze jeden… Po nieskończenie długim czasie Dubhe wreszcie dociera do krańca lasu. Drzewa stopniowo się rozrzedzały, ale ona tego nie zauważyła. Teraz wszystko jest wręcz zbyt jasne i przez kilka chwil Dubhe nie jest w stanie zobaczyć, gdzie się znajduje. Potem powoli wszystko nabiera w jej oczach kształtu i widzi, że rozciąga się przed nią rozległa nizina. Trawa jest wysoka i ma żywy, zdrowy, zielony kolor. Wydaje się jedną z łąk blisko Selvy i Dubhe przez chwilę może nawet w to wierzy. Potem widzi w oddali podnoszący się z równiny dym. Dym oznacza wioskę. Dym oznacza innych ludzi. A inni ludzie oznaczają pomoc i pożywienie.

Znowu maszeruje, tym razem w słońcu, bez osłony przed gorącem i ciągle bez jedzenia. Ale Dubhe posuwa się naprzód. Czuje wypieki na twarzy, stopy boleśnie pulsują, a żołądek jak zwykle domaga się pokarmu.

Co jakiś czas ziemia wibruje rytmicznie, a niebo przecinają niewielkie stadka ciemnych punktów: dwa, najwyżej trzy, a najczęściej pojedyncze dziwne ptaki o wydłużonym kształcie wiją się na zapierających dech wysokościach. Dubhe zastanawia się, co to za ptaki, i żałuje, że nie ma łuku, aby je ustrzelić i zjeść. Mathon miał wspaniały łuk — wielki jak on sam, stara pamiątka ojca. Był zbyt duży i ciężki, aby dziecko mogło go naciągnąć, ale Mathon zawsze mówił, że pewnego dnia się nauczy.

O zachodzie słońca tajemnica zostaje rozwiązana. Nagle jeden z punktów powiększa się i schodzi ku ziemi w szerokich spiralach. Wydaje się wielkim wężem, wiruje w powietrzu kolistymi ruchami.

Dubhe ze zdumienia otwiera usta i przygląda się olbrzymiemu zwierzęciu. Jest niebieskie, tak jak morze. Jego boki migoczą od pobłysków światła, a jasnoniebieski kolor brzucha przechodzi w ponury granat na usianym mniejszymi i większymi kolcami grzbiecie. Skrzydła są bladoniebieskie, olbrzymie i cienkie: ostatnie promienie słońca wydają się przebijać je na wylot. Na grzbiecie siedzi mężczyzna, cały w lśniącej zbroi.

Dubhe stoi w miejscu jak skamieniała, a do głowy powracają jej legendy, opowieści opowiadane przy ognisku, historie szeptane podczas długich, letnich wieczorów.

„Narodzili się jeszcze przed Wielką Mavernią, kiedy to ziemia Wody, Morza i Słońca stanowiły jedno. Tworzyli kręgosłup wielkiego królestwa, byli najpotężniejszymi rycerzami armii: Jeźdźcy Morza. Dosiadali wielkich niebieskich smoków i utrzymywali w Maverni pokój i porządek. Walczyli w Wielkiej Wojnie i pomogli Sennarowi w jego misji”.

Zwierzę ląduje kilka metrów od niej. Z bliska wydaje się jeszcze bardziej dostojne. Jego oddech burzy morze traw. Potem wbija swe żółte oczy w źrenice dziewczynki i Dubhe czuje się pod tym spojrzeniem naga, nieskończenie samotna i mała.

Jeździec zdejmuje hełm i spogląda na nią.

— Co tu robisz?

Jest dość stary, ma jasną skórę i blond włosy.

— Rozumiesz mnie? Kim jesteś?

Mówi z twardym i surowym akcentem, którego Dubhe nigdy nie słyszała, a jego słowa, suche i kategoryczne, brzmią prawie jak rozkazy.

— Z jakiej wioski pochodzisz?

Dubhe potrząsa głową i kieruje na niego wzrok pełen rozpaczy.

Mężczyzna wzdycha. Zsiada ze smoka i zaczyna iść w jej kierunku.

Dubhe robi krok w tył. Nagle przypomina sobie o sztylecie i instynktownie kładzie dłoń na rękojeści. Nie wie, dlaczego to robi. Jest jednak pewna, że postępuje właściwie.

Jeździec cały czas się zbliża, ale zwalnia kroku. Dubhe czuje jak rośnie w niej panika. Wyciąga więc sztylet i z krzykiem nim potrząsa. Ma zamknięte oczy, macha nożem zamaszyście i nie przestaje wrzeszczeć.

Nie rób tak, nie zrobię ci nic złego. Zobacz, zostanę tutaj, a ty się uspokój.

Dubhe zatrzymuje się.

Przykucnięty jeździec jest na wyciągnięcie ręki. Ma u boku wielki miecz, który dotyka ziemi, ale jest schowany w pochwie.

Dubhe wiele razy marzyła o własnym mieczu, w jej grupie wszyscy mieli takie marzenie. Porównuje lśniącą broń jeźdźca z zardzewiałym mieczem, który leżał w grocie nieopodal strumyka, tam gdzie ona i jej przyjaciele organizowali swoje zabawy.

Jeździec uśmiecha się do niej.

— Odłóż ten sztylet. Nie można rozmawiać z bronią w ręku, prawda?

Dubhe się boi. Nie jest pewna, czy chce zaufać, ale uśmiech jeźdźca wydaje się szczery. Opuszcza broń.

— Bardzo dobrze. Nie chcesz mi powiedzieć, jak się nazywasz? Chciałaby, ale nie może. Nie jest w stanie. Nie potrafi wydobyć głosu.

— Jesteś niema?

Chyba tak.

— Niebezpiecznie tak przebywać na otwartej przestrzeni. Oddziały Dohora od czasu do czasu zapędzają się aż tutaj. Jeśli cię złapią, spotkają cię straszne rzeczy.

Straszne rzeczy. Dubhe jest w stanie myśleć tylko o tym, co wydarzyło jej się do tego dnia. I nic nie wydaje jej się straszniejsze niż cały ten czas, jaki spędziła w lesie.

— No to zróbmy tak. Daj mi tylko znak głową, tak czy nie, dobrze?

Dubhe potakuje. Nie ma już języka, ale może jednak uda jej się jakoś porozumieć.

— Jesteś z pobliskiej wioski? Sama chciałaby to wiedzieć. Gdzie jest Selva? Za dalekim horyzontem, czy może dwa kroki stąd? Nie wie. Potrząsa głową.

Mężczyzna milczy przez kilka chwil, patrzy w ziemię.

— No dobrze — podejmuje w końcu. — To nic nie szkodzi, że nie wiemy. Ale zbliża się noc i będzie lepiej, jeżeli pójdziesz ze mną.

Mężczyzna podnosi się i wyciąga do niej rękę.

Dubhe patrzy na nią z wahaniem. Czy jednak ma inne wyjście? Wreszcie dostanie coś do jedzenia, będzie bezpieczna, a może nawet odprowadzą ją do domu.

Ściska szorstką i suchą, pełną odcisków rękę mężczyzny.

Jeździec znowu się uśmiecha i prowadzi ją w kierunku smoka. Dubhe buntuje się. To zwierzę jest piękne, ale przeraźliwie się go boi, w jego oczach zdają się kryć rozżarzone węgle. Próbuje się wyrwać.

— Nic ci nie zrobi! Słucha tylko mnie, jest dobry!

Podnosi ją siłą, nie bez trudu, i trzyma blisko głowy smoka. Zwierzę odwraca się, a Dubhe widzi samą siebie odbitą w jego źrenicach.

Jeździec gładzi smoka po głowie, a on przymyka oczy, w których kryje się coś pomiędzy przyjemnością a urazą.

Dubhe przestaje się wyrywać.

— Teraz ty.

Jeździec bierze jej dłoń i kładzie na głowie smoka. Jest zimny i wilgotny, ale żywy. Ma twardą skórę, a jego łuski przypominają korę drzew. Bestia wyrzuca z nozdrzy mały kłąb dymu.

— No widzisz? Już się zaprzyjaźniliście.

Jeździec odsuwa ją i sadza na grzbiecie smoka. Jest tam dość obszerne i wygodne siodło. Potem wsiada sam, a Dubhe instynktownie mocno go ściska. Kiedy podnoszą się do lotu, czuje straszną pustkę w żołądku i przez cały czas drży przerażona. Ani razu nie otwiera oczu.

— Nie bój się — mówi jej jeździec.

Nie bój się.

Obozowisko nie jest daleko, docierają tam jeszcze przed zapadnięciem ciemności. Stoi tam wiele namiotów i jedna mała, drewniana chatka. Naokoło gruba palisada. Jest też wielki ogrodzony teren i tam właśnie lądują. Jeździec delikatnie stawia ją na ziemi. Czekają na nich jacyś ludzie.

— A to kto? — pyta jakiś chłopak.

— Znalazłem ją, błąkała się po równinie.

— Kim jesteś? — pyta ktoś inny.

— To na nic, nie mówi. Chyba jest niema. To się dzieciom zdarza podczas wojny. Zaprowadźcie ją do stołówki i dajcie jej jeść, wygląda mi na wygłodniałą.

I rzeczywiście, Dubhe umiera z głodu.

Dają jej chleb żytni i zupę jarzynową, a ona rzuca się na wszystko żarłocznie. Wielkimi kęsami pochłania chleb i pije zupę prosto z miski, bez łyżki. Mgliście przypomina sobie uwagi swej matki jakby pochodziły z poprzedniego życia. ”Ile razy mam ci powtarzać, że przy stole musisz się odpowiednio zachowywać? To podstawowa sprawa dla dobrze wychowanej panienki!”

— Daj jej jeszcze i przynieś coś innego. Pewnie nie jadła od wielu dni — mówi jeździec.

Przynoszą jej ser, potem jeszcze niekończące się dokładki chleba i zupy, ale Dubhe zmiata wszystko do ostatka. Pozostali patrzą na nią, uśmiechając się pod nosem, i głównie o niej rozmawiają.

— To pewnie dziewczynka z którejś z zaatakowanych wiosek. Granica nie jest w końcu tak daleko.

— Mówisz? Widziałeś, jaka jest brudna i obdarta? A te wszystkie zadrapania…

— Pewnie uciekła przed jakimś najazdem. Wszyscy wiecie, że żołnierze Dohora nie bawią się w subtelności…

— Ale nie mówi nawet trochę?

— W poprzednim obozie, gdzie stacjonowałem, były chmary dzieciaków w takim stanie. Chodzą po obozie jak duchy, a niektóre nawet doprowadzają się do śmierci głodowej.

— No tak, wygląda na to, że akurat jej to nie grozi…

— Biedulka, ciekawe, co też musiała widzieć…

Dubhe w końcu przestaje jeść. Czuje, że pęka, i to jest wspaniałe. Nie przypuszczała, że tak rozkosznie jest jeść aż do przesytu po tak długim poście.

Jeździec zabiera ją do siebie. Nie ma już na sobie zbroi i wydaje się mniej imponujący. Znowu ściska ją za rękę i prowadzi do drewnianej chatki. Wnętrze jest niewielkie, ale wygodne. Dubhe wydaje się nierealne, że znowu może przebywać w domu. Zapach drewna wypełnia jej nozdrza i przypomina jej własny pokoik na piętrze, blisko stodoły. Zbiera jej się na płacz.

— No już, nie płacz — mówi jeździec i ociera jej łzę. — Teraz jesteś bezpieczna. Ja będę cię bronił.

To nie o to chodzi, chciałaby powiedzieć mu Dubhe. To nie jest jej miejsce i nawet nie wie, gdzie jest jej dom. To piękna chata, a on jest dobrym człowiekiem, ale nie jest jej ojcem.

Jeździec kładzie ją spać. Koło swojego łóżka przygotował dla niej słomiane legowisko.

— Teraz myśl tylko o tym, żeby odpocząć, dobrze?

Dubhe odwraca się. Słyszy, jak mężczyzna przygotowuje się do snu, a łóżko skrzypi pod jego ciężarem. Potem świeca gaśnie i wreszcie wszystko zapada się w ciemność.

Dubhe zostaje w obozie przez wiele dni. To dziwne miejsce, w swoim życiu jeszcze nigdy takiego nie widziała. Są tu tylko mężczyźni, prawie wszyscy uzbrojeni. Jeździec nazywa się Rin i Dubhe bardzo go lubi. Innych mężczyzn się boi, a on jest jedyną osobą, która potrafi ją pocieszyć. Zresztą uratował jej życie, Dubhe nie może o tym zapomnieć.

Wydaje się, że wszyscy w obozie go lubią, a przez to i na nią patrzą z sympatią. W obecności Rina Dubhe udaje się zbliżyć i do innych żołnierzy. Ktoś jeszcze próbuje pytać ją o imię, ale język nie odnajduje właściwej drogi i Dubhe dalej jest niema. Naprawdę chciałaby móc im wszystko powiedzieć, ale nie jest w stanie.

Kiedy Rin nie musi robić niczego innego, bierze ją ze sobą i prowadzi do pobliskich wiosek. Pokazuje dziewczynkę wielu kobietom i pyta, czy ją znają. Dubhe uważnie przygląda się każdej z nich; wciąż ma nadzieję na znalezienie kogoś, kto okaże się znajomy, ale wszystkie twarze, jakie przed sobą widzi, są obce.

Wieczorem wracają do obozu z niczym, ale Rin nigdy nie wydaje się smutny.

Pozwolił jej dotknąć miecza i nauczył ją karmić swojego smoka, który nazywa się Liwad. Byłoby prawie idealnie, gdyby Dubhe nie była tak nieskończenie daleko od domu. Pewnego wieczoru słyszy, jak Rin rozmawia z kucharzem.

— Myślałem, żeby zatrzymać ją przy sobie.

— Szykuje się wojna…

— Być może… Ale król nie ma odwagi, więc jesteśmy tutaj i tylko patrzymy, czekamy.

Ja ich szpiegowałem, wiem, co knują…

— I właśnie dlatego wybuchnie wojna. Wielu ludzi podobnie jak ty łamie układ i szpieguje nieprzyjaciela. Wcześniej czy później Dohor to wykorzysta.

— Tym bardziej powinienem zatrzymać ją przy sobie.

— Uważam, że obóz nie jest odpowiednim miejscem dla dziewczynek.

— A las nim jest? Albo step? Morze?

— Ona potrzebuje ojca i matki. Źle jej tutaj, nie widzisz? Powinieneś oddać ją komuś z okolicznych wiosek.

— Akurat wioski są najmniej wskazanym miejscem. Przecież żołnierze Dohora czasami wychodzą poza granicę, widzieliśmy ich!

— Dobrze wiesz, że tak jest tylko tutaj, przy granicy. Bliżej morza jeszcze panuje pokój. Mógłbyś wysłać ją tam.

Rin milczy bez przekonania.

— Rin, to nie jest twoja córka.

— Wiem.

— Nie możesz myśleć, że zastąpisz ją tą dziewczynką.

— Wcale tak nie zamierzam.

— Dałeś jej ubrania po córce…

— Nie miała innych. I tak czy inaczej, może to znak bogów. Choroba zabrała mi żonę i córkę, a ona nie ma już rodziców. Bogowie sprawili, że się ze sobą spotkaliśmy, abyśmy się nawzajem pocieszyli. Powiesz mi, co w tym złego?

— Że tu wkrótce nastąpi koniec świata.

— Ja tu będę i ją obronię.

Kucharz prycha, podnosi się i idzie do niej, do sąsiedniego pokoju.

Dubhe skończyła jeść.

Znak bogów. Czyżby to bogowie chcieli, żeby to wszystko się stało? Czy to oni chcieli, żeby wpadła w ten koszmar?

Zbliża się lato. Dubhe zrozumiała, że znajduje się w Krainie Morza. Nie pamięta jasno, gdzie ona leży, wie tylko, że Selva jest w Krainie Słońca. Mówi sobie, że ostatecznie może nie jest to tak daleko, ale Selva to maleńka wioska i z pewnością nikt w tych okolicach nie wie, gdzie jej szukać.

Poza tym zaczyna rozkoszować się spokojem obozowiska a czasami nawet, kiedy jest z Rinem, wymyka jej się uśmiech. Nie jest to to samo, co bycie w domu, ale czuje się mniej samotna. Wieczorami jeszcze popłakuje i czasami zadaje sobie pytanie, dlaczego jej nie szukają, dlaczego jej ojciec nie przychodzi, aby ją zabrać, ale od jakiegoś czasu myśli o tym mniej.

Pewnego dnia jednak na twarzach żołnierzy pojawia się napięcie, a Rin ma dla niej mniej czasu. W obozie panuje poruszenie, Dubhe to czuje. Stała się wrażliwa na takie rzeczy i zaczyna się bać.

Potem Rin znika, a wraz z nim wielu innych mężczyzn. Dubhe zostaje sama na cały tydzień. Na równinie za palisadą zawsze widać było strzeliste kolumny dymu, ale nagle robią się one bliższe i gęstsze.

— Płoną okoliczne wioski. Sprawy wcale nie mają się dobrze — słyszy słowa pewnego żołnierza.

Dubhe jest niespokojna. W każdej chwili spodziewa się czegoś strasznego.

I rzeczywiście, w końcu to nadchodzi. Znienacka budzą ją w nocy. Dubhe podrywa się z krzykiem i dostrzega błyszczącą, pełną twarz kucharza.

— Szybko, wstawaj i ubieraj się.

Dubhe chciałaby spytać, wiedzieć, ale teraz bardziej niż kiedykolwiek gardło zamyka się przed głosem.

— Pospiesz się!

Kucharz jest potwornie przestraszony i jego niepokój udziela się Dubhe. Dziewczynka ubiera się pospiesznie i bez wahania bierze sztylet.

— Nic tym me wskórasz… — rzuca ostro kucharz.

Dubhe jeszcze mocniej zaciska palce. Czuje, jak dusi ją w gardle, a do oczu napływają łzy.

Kucharz chwyta ją za ramiona i patrzy jej w oczy.

— Musisz uciekać, tak szybko, jak potrafisz. Idź na północ, to nasze terytorium, tam są jeszcze bezpieczne wioski. Niedaleko stad są niezbyt gęste zarośla. Ukryj się tam i nie wracaj, dopóki po ciebie nie przyjdę. Zrozumiałaś?

Dubhe zaczyna płakać. Nie chce uciekać, nie chce.

Spoza namiotu dobiega nerwowe dreptanie i brzęk mieczy.

Dubhe stoi nieruchomo.

Nie zostawiaj mnie samej, nie zostawiaj mnie samej…

— Idziesz czy nie? — wrzeszczy kucharz, a jego twarz jest napięta złością i strachem.

Dubhe otrząsa się i ucieka.

Wychodzi w duszące ciepło nocy i próbuje biec, ale już pierwsze dźwięki ranią jej uszy. Krzyki bólu, jakby skargi rannych. To jakiś rodzaj straszliwego wezwania. Dubhe wie, że nie chce się odwracać, wie, że zaraz za nią dzieje się coś przerażającego. Żołnierze Dohora robią straszne rzeczy. Jeżeli się odwróci, zobaczy je. Ale nie może się powstrzymać.

Zatrzymuje się za namiotem i patrzy za siebie. Zaledwie na moment, po czym odwraca się z powrotem. Kilka kroków za nią rozciąga się piekło. Ludzie zarzynają się w bladym świetle księżyca. W powietrzu unosi się wielki zielony smok, a po obozie biegają wrzeszczący dziko ludzie, ludzie w płomieniach. Kto nie ucieka, walczy włócznią i mieczem, a wszędzie jest krew. Wielu rannych leży na ziemi. To ludzie z obozowiska, których znała. I wszędzie szeroko otwarte oczy Gornara.

Potem Dubhe podnosi wzrok ku niebu. Zielony smok przelatuje nad jej głową… i trzyma coś w pysku. Rozpoznaje to aż nazbyt dobrze. To skrzydło Liwada.

Dubhe chciałaby krzyczeć na cały głos, ale wokół niej nie ma powietrza. Stoi jak skamieniała.

— No idź! — wrzeszczy jeszcze jakiś głos i Dubhe w ostatniej chwili dostrzega, jak kucharz zostaje przeszyty włócznią.

Jakimś cudem zaklęcie zostaje złamane. Nogi Dubhe podejmują za nią decyzję i zabierają ją daleko.

Ucieka bez celu, biegnie w kierunku wskazanym przez kucharza, podczas gdy jej umysł jest gdzieś daleko, w utraconym miejscu, razem z tym wszystkim, co do tej chwili posiadała. Nie ma już nic, tylko biel oczu umarłych.

Dubhe cudem dostaje się do puszczy, o której mówił kucharz. Biegła przez całą noc, a kiedy tam dociera, zatrzymuje się tylko dlatego, że wykończona upada na ziemię. Przeraźliwie bolą ją stopy, ramiona nie są w stanie jej podtrzymać. Nie może już się podnieść. Nie ma sił. Świat owinięty jest martwym światłem, pierwszymi odblaskami świtu. Dla Dubhe noc nie ma końca. Jej otwarte oczy patrzą w gęstwinę, ale jej nie widzą. Jest jeszcze w obozowisku, wokół niej same padające ciała. I wtedy krzyczy, krzyczy, krzyczy.

Dubhe zostaje w puszczy. Wyciągnięta na ziemi. W oczekiwaniu.

Mija czas. Dubhe nie zdaje sobie z tego sprawy. Słońce odbywa swój bieg. Świt, południe, zachód i znowu noc. Dubhe nie wstaje Potem znów szklany świt, gwiazda poranka. I mgła w jej głowie rzednie.

Kucharz nie przyjdzie. Rin nie przyjdzie. Wszyscy umarli. Tylko ja jestem żywa…

Znowu jest sama. Czuje się jak złamana.

Nie może płakać. Otacza ją przeraźliwy spokój. Żadnego bólu ani żadnej radości, żadnego strachu. Znowu, tak jak wtedy w lesie, czyste i proste życie.

To pragnienie popycha ją do działania. Podnosi się i pije.

Z tego samego potoku, który obmywał obozowisko, tego samego, którego trzymała się, aby się ocalić. Głód. Dubhe kieruje się na północ, tak jak powiedział jej kucharz.

Nagle wydaje jej się, że nie minęła nawet minuta od jej samotnej wędrówki przez las. Życie w obozowisku, Rin i jego smok, wszystko znikło. Może to wszystko nie było niczym innym tylko snem.

Unosząca się przed nią spirala dymu wskazuje jej drogę do wioski. Jest mała, prawie jak Selva. Kilka drewnianych chatek ze słomianym dachem, ciasne zaułki między jednym domkiem, a drugim, placyk z małą fontanną. Połowa domostw jest spalona. Panuje absolutna cisza. Na ziemi leżą kolejni umarli. Dubhe patrzy na tę scenę, ale wcale jej to nie porusza. Tamtego wieczoru, podczas rzezi w obozowisku, stało się coś, co odebrało jej wszelką formę litości.

Jestem głodna.

Porusza się wśród spustoszenia i smutku.

Wchodzi do domów, zarówno do tych nienaruszonych, jak i tych spalonych. Szuka spiżarni, które byłyby jeszcze pełne, grzebie w skrzyniach, patrzy po półkach i w kredensach.

Wreszcie wchodzi do domu mniej zrujnowanego niż inne. Tym razem trupy leżą w środku, ale Dubhe się nie boi. Wszyscy mają twarze Gornara, ale ona jest głodna, a głód jest silniejszy niż przerażenie.

Idzie w kierunku kredensu. Zobaczyła czerwień jakiegoś jabłka.

Regał jest wysoki, Dubhe wspina się więc na palce, wyciągając rękę jak tylko może. Nie sięga. Wysila się, ale owoc wciąż jest za wysoko. Nagle pojawia się czyjaś dłoń i bierze jabłko.

Dubhe odwraca się przestraszona.

— To chciałaś? — Mężczyzna, który przed nią stoi, jest nienaturalnie chudy i wysoki. Uśmiecha się drwiąco. To musi być żołnierz. Ma wysokie, skórzane buty, a jego pierś pokrywa lekki pancerz. Przy czarnym pasie przywieszony jest wielki miecz w pochwie. Jest coś niepokojącego w nim i w całej jego sylwetce.

— To co, chcesz je?

Dubhe wyciąga rękę, ale mężczyzna podnosi jabłko na niemożliwą dla niej wysokość.

Dubhe stara się wspiąć na palce, ale to nic nie daje. Mężczyzna popycha ją w kierunku kredensu. Odcina jej wszystkie drogi ucieczki. Potem zbliża się do niej z coraz wyraźniej zarysowanym uśmiechem.

— Taka ładna mała dziewczynka nie powinna znajdować się w takim miejscu, wśród tych wszystkich ciał. Bo będzie przechodził ktoś taki jak ja i ją sobie zabierze.

Mężczyzna podchodzi jeszcze bliżej, ale nagle się zatrzymuje.

— Co, u diabła…

— Zamknij oczy, dziecko — mówi spokojny i pewny głos, inny niż głos żołnierza.

Dubhe nawet nie myśli, żeby nie posłuchać. Tym razem trzyma oczy mocno zaciśnięte. Już wystarczająco się napatrzyła. Słyszy zduszony jęk, a potem lekki odgłos upadku.

— Nic ci nie jest? — pyta głos.

Dubhe ostrożnie otwiera najpierw jedno oko, potem drugie. Przed nią stoi mężczyzna całkowicie owinięty w długi, brązowy i wytarty płaszcz. Na głowie ma kaptur, który zupełnie zakrywa mu twarz, w dłoni trzyma cienki sztylet.

Człowiek, który ją zaatakował, leży na podłodze, z twarzą skierowaną do ziemi.

To dziwne, ale teraz Dubhe się nie boi, mimo iż stojący przed nią mężczyzna ma w sobie coś groźnego i jest całkiem zamaskowany.

— Czy dobrze się czujesz?

Dubhe nie może odpowiedzieć, tylko lekko kiwa potakująco głową. Jedna dłoń wydobywa się spod płaszcza i zdejmuje jej sztylet z paska, gdzie Dubhe przyzwyczaiła się go trzymać. Mężczyzna bierze go, oślepiające światło słońca odbija się w ostrzu.

— Nie masz go dla zabawy. Następnym razem go użyj.

Tym samym gwałtownym gestem, co wcześniej, mężczyzna odkłada sztylet na miejsce.

— Tak czy inaczej, uciekaj z tego miejsca i kieruj się na północ, Za tym lasem panuje pokój i jest wiele wiosek, gdzie znajdziesz kogoś, kto się tobą zajmie.

Następnie z tą samą dostojną elegancją, z jaką się pojawił, obraca się i znika za kurtyną z dymu.

11. Świątynia Czarnego Boga

Wyruszyła następnego dnia. Zrobiła to świtem, pospiesznie pożegnawszy się z Magarą.

Po powrocie do domu kilka dni poświęciła wyłącznie na leczenie i wypoczynek. Na wszelkie sposoby starała się uciec od widoku symbolu na ramieniu; dopóki go nie widziała, prawie udawało jej się nie myśleć zbytnio o klątwie, ale kiedy już się wydawało, że wreszcie wydobyła się z koszmaru, rękaw podciągał się i odkrywał przed nią prawdę.

Musiała odnaleźć czarodzieja, który nałożył na nią pieczęć.

Podróż miała trwać nie więcej niż sześć dni; to drobiazg dla wytrenowanych nóg Dubhe, ale w końcu była rekonwalescentką, a to komplikowało sprawę.

Świątynia Gildii znajdowała się na najbardziej na północ położonym obszarze Krainy Nocy, na terytorium, które za czasów Wielkiej Wojny było jeszcze zajęte przez Twierdzę Tyrana.

Dubhe nigdy tam nie była. Znała to miejsce tylko ze słyszenia i z tego, co jej opowiedział Mistrz. Pokryta kurzem świątynia, postawiona w zapomnianym miejscu, poświęcona bogu, o którym większość nic nie wiedziała. Niektórzy mówili, że Czarny Bóg — tak nazywali go zwykli ludzie, adeptom Gildii znany był jako Thenaar — pochodził z czasów elfickich. Świątynia prawie zawsze była pusta: nie było w niej nikogo, oprócz jedynego kapłana, który całe swoje życie spędzał między tymi murami, odseparowany w sekretnej izbie.

Ukryty Kapłan był jedyną postacią tego tajemniczego kultu, która wzbudzała zainteresowanie ludzi. Od czasu do czasu jakiś desperat udawał się do świątyni, aby za wstawiennictwem Kapłana prosić Thenaara o łaskę. Zazwyczaj chodziło o osoby, które doszły już do kresu i gotowe były na wszystko, aby tylko spełniła się ich prośba, skłonne były nawet poświęcić się temu mrocznemu kultowi. Kapłan regularnie wybierał spośród Postulantów jakiegoś szczęśliwca i zabierał go ze sobą w najtajniejsze obszary świątyni. Nikt stamtąd nie wracał, ale byli ludzie gotowi przysiąc, że otrzymali łaskę właśnie dzięki poświęceniu tych, którzy zostali wybrani przez Ukrytego Kapłana.

Dubhe nie wiedziała, jakie są prawdziwe rytuały kultu Thenaara. Kiedy była dzieckiem, kilka razy próbowała wypytać o to Mistrza, ale zawsze mówił na ten temat bardzo ogólnie i nie wdawał się w szczegóły. Z pewnością miało to coś wspólnego z krwią i zabójstwem, ale nic więcej nie udało jej się zrozumieć. Mistrz był zawsze bardzo niespokojny, kiedy o tym mówił.

„Rytuały Thenaara i Gildii nie są dla ludzi, a nawet dla zabójców takich jak ja. To sprawy złych demonów, lepiej, żebyś nic o nich nie wiedziała”.

Tylko raz Mistrz okazał się bardziej rozmowny, tamtej nocy, której Dubhe miała nigdy nie zapomnieć. To wówczas zrozumiała, dlaczego Mistrz opuścił Gildię, a opowieść o tym jedynym epizodzie zmroziła jej krew w żyłach.

Dubhe podróżowała niespiesznie, często się zatrzymując. Być może, kiedy już dotrze na miejsce, będzie musiała walczyć, więc chciała być wypoczęta, przygotowana, z jak najbardziej swobodny umysłem. Starała się nie myśleć zbytnio o tym, co ją czeka. Bestia na razie spała, ale w każdej chwili mogła się rozbudzić, a myśl o tym, co stało się ostatnio, była dla niej nie do zniesienia. Przedsmak tego, co ją czeka, poczuła tego ciemnego dnia, kiedy zrozumiała, że zbliża się do Krainy Nocy. Chmury były czarne i pełne deszczu, a powietrzem od czasu do czasu wstrząsał grzmot. Zmierzch nadszedł jeszcze przed południem. Była to ziemia dla miłośników zachodu; można było go zobaczyć o każdej godzinie, wystarczyło stanąć tam, na granicy, i obserwować ów wieczny zmierzch. Gdyby mogła wybrać miejsce ostatecznego pożegnania Mistrza, byłoby to właśnie tam, w czerwieni ostatnich promieni słońca. Tymczasem jednak zdarzyło się to latem pod pogodnym niebem Krainy Słońca.

Nadejście nocy zapowiedziało pojawienie się tych niewielu gwiazd, którym udało się wyjrzeć zza chmur. Tak właśnie było w Krainie Nocy. Przeplatanie się dnia i nocy było zaznaczone tylko obecnością księżyca i gwiazd: w ciągu dnia ciemność była całkowita, przełamana jedynie nienaturalną i lekką mleczną barwą nieba, wywołaną przez zaklęcie, które sprowadziło na to królestwo wieczną noc.

Dubhe kontynuowała swą podróż.

Po kolejnych trzech dniach marszu dotarła do sanktuarium Znajdowało się ono na opuszczonym obszarze, otoczone tylko niepokojącą roślinnością typową dla Krainy Nocy. W miejscu gdzie nigdy nie ma słońca, zwykłe rośliny nie mogły mieć żadnej nadziei na wzrost. Dlatego ta niewielka grupa, jaka przeżyła efekty zaklęcia, wyglądała dość dziwacznie. Wystarczało jej lekkie rozjaśnienie nieba w ciągu dnia, ale jeszcze lepiej radziła sobie w świetle gwiazd. Rośliny te, podobne do kaktusów, miały wielkie, mięsiste i bujne liście, a ich ubarwienie było mroczne: królowała czerń, ale rosły też drzewa o liściach ciemnobrązowych, do złudzenia przypominających barwę zakrzepłej krwi, czy też kwiaty o intensywnym, ciemnogranatowym kolorze. Bardzo wiele owoców wyglądało jak dziwaczne fosforyzujące narośle, zalane bladym, wewnętrznym światłem.

Pośród tej roślinności wznosiła się wysoka budowla z czarnego kryształu, o raczej prostej strukturze. Podstawą był zwykły prostokąt i to nawet niezbyt rozległy; tym, co robiło wrażenie, była raczej nadzwyczajna wysokość konstrukcji, która rozwijała się w trzy wysokie, spiczaste wieżyczki: jedną centralną grubszą i wyniesioną oraz dwie niższe, znajdujące się po obu jej stronach. Zdawały się pochłonięte gwałtownym wyścigiem ku niebu. Wrota były równie smukłe i wąskie, ciasna szpara otwarta w tkance muru. Na środku fasadę zdobiła wielka rozeta jarząca się żywym, czerwonym światłem. Mury były całkowicie pokryte fryzami i cienkimi splątanymi symbolami kryjącymi, kto wie, jakie znaczenia, których gęsta sieć oplatała trzy wieżyczki aż po szczyty. Oprócz czerwonego światła rozety, po obu stronach wejścia znajdowały się dwie świetliste kule umieszczone w pyskach posągów dwóch wielkich potworów. Zza świątyni można było dostrzec słabe światło, jakim emanowały owoce owej Krainy. Dubhe zatrzymała się i nie mogła powstrzymać dreszczy, jakie przebiegły ją na widok tej budowli.

Po tak długim czasie spędzonym na próbach ucieczki wreszcie sama przyszła aż tutaj. Jej strach został wyparty przez gniew.

Nie dość, że mój Mistrz, nie wystarczyło ci zniszczyć jego… teraz też mnie…

Ale jej strach nie był jedynie nienawiścią, jaką odczuwała do Gildii i wszystkiego, co jej dotyczyło, ani też wyłącznie lękiem, wpojonym jej już w dzieciństwie przez nieliczne opowieści Mistrza. Chodziło o coś nikczemnego i mrocznego, co przebijało z wielkich kwadratowych kamieni muru i co wypływało na zewnątrz przez czerwone światło rozety. Przyglądając się tej poświacie, Dubhe poczuła zawroty głowy. Owładnęły nią obrazy rzezi i z bezlitosną jasnością uświadomiła sobie, że całe to zło, ten horror, który niemal wydarł jej samą siebie, musiał mieć korzenie właśnie tu, w tym ponurym miejscu.

Zebrała siły, zamknęła oczy i w ciemności udało jej się opanować. Weszła.

Wnętrze nie było mniej ponure od fasady. Świątynia podzielona była na trzy nawy podtrzymywane surowo ociosanymi kolumnami. Ich trzony były poplamione zakrzepniętą krwią, krwią Postulantów, którzy kładli dłonie na ich tnących krawędziach wyciętych dłutami. Dubhe podniosła oczy; można było rozpoznać zarysy trzech wieżyczek, ale nie dało się zobaczyć ich szczytów, były wzniesione za wysoko i znajdowały się zbyt daleko od spojrzeń wiernych.

W ścianach znajdowały się nisze, każda z nich zajęta przez monstrualną figurę; były tam wielkie smoki o przerażającym wyglądzie, cyklopy, dwugłowe potwory, wszelkie plugawe stwory, jakie tylko potrafiły wyobrazić sobie umysły adeptów. W głębi stał lśniący ołtarz z czarnego marmuru, a za nim olbrzymi czarny posąg z czerwonawymi żyłkami. Przedstawiał on człowieka o długich, potarganych przez wiatr włosach, o dzikim, budzącym strach uśmiechu wyrysowanym na twarzy. W jednej dłoni trzymał on błyskawicę, a w drugiej długi, zakrwawiony sztylet. Krew, która z niego kapała, zdawała się być prawdziwa. Był ubrany jak wojownik i sprawiał wrażenie niezwykle groźnego, ożywianego wewnętrzną, niewypowiedzianą niegodziwością. Ołtarz również był poplamiony krwią, jak wszystko znajdujące się w tym wnętrzu.

W środkowej nawie stały proste, surowe hebanowe ławki wszystkie zakurzone i puste, z wyjątkiem jednej. Zajmowała ją klęcząca kobieta. Pochylała się nad złączonymi dłońmi i wydawała się przytłoczona przez jakiś niemożliwy do wytrzymania ból. Miała bose, poranione stopy, prawdopodobnie od długiej drogi, i mruczała coś w rodzaju modlitwy.

— Weź moje życie i ocal jego, weź moje życie i ocal jego…

Jej głos był pełen rozpaczy, a sposób, w jaki powtarzała tę smętną frazę, odbierał jej cały sens. Była to modlitwa osoby, która nie ma już nic do stracenia, która widziała, jak zabierają jej wszystko, i jest gotowa na śmierć.

Dubhe z trudem oderwała od kobiety wzrok. To widowisko sprawiało, że czuła się nieswojo i narastał w niej lęk.

To tego ode mnie chcecie? Chcecie, żebym się ukorzyła, bo nie uczynił tego Mistrz?

Dubhe przeszła dalej. Dla większości ludzi miejsce to było jedynie świątynią, ale Mistrz nauczył ją, że w rzeczywistości są to tylko wrota. Pod nią na całe metry w głąb ziemi sięgał Dom — miejsce, gdzie mieszkali Zabójcy, gdzie kult był praktykowany naprawdę i gdzie Gildia prowadziła własne interesy. Wszyscy wiedzieli o istnieniu Domu, ale bardzo niewielu miało świadomość. gdzie on się znajduje i jak można się tam dostać.

Dubhe zaczęła uważnie przyglądać się niszom. Znowu przesunęła skupionym wzrokiem po statuach potwornych stworzeń, dopóki nie znalazła rzeźby morskiego węża. Prześlizgnęła się oczami po gładkiej i lśniącej powierzchni czarnego kryształu skupiając uwagę na znajdujących się na grzbiecie kolcach. Spostrzegła jeden, zaznaczony lekkim, ledwie widocznym nacięciem, którego mniej wyćwiczone oko nigdy by nie zauważyło.

Złapała zań zdecydowanie i pociągnęła. Kolec zadrżał leciutko, po czym sam wrócił do pozycji wyjściowej. Kolejne zabezpieczenie. Gdyby ktoś pociągnął to przypadkiem, nigdy nie zorientowałby się, że uruchomił jakiś mechanizm.

Dubhe przygotowała się na oczekiwanie. Otuliła się płaszczem i pozostała koło posągu. W panującej ciszy głos kobiety rozbrzmiewał głośno, obsesyjnie, nie do zniesienia. Nie musiała słuchać jej długo, bo wkrótce zza ołtarza wynurzył się jakiś człowiek. Miał na sobie ogniście czerwoną, opadającą aż do stóp tunikę, ozdobioną wzdłuż brzegów czarnymi wzorami identycznymi jak te na fasadzie świątyni. Na jego widok Dubhe przebiegł dreszcz.

Mężczyzna przyglądał jej się przez kilka sekund, po czym skinął, aby się zbliżyła. Dubhe przeszła cicho po czarno-białej posadzce świątyni aż do ołtarza. Mogła jeszcze odwrócić się i odejść, ale gdyby tak zrobiła, co by się z nią stało? Wiedziała, jaki straszny koniec by ją spotkał.

Mężczyzna czekał tam na nią z irytującym uśmieszkiem wyrytym na twarzy. Yeshol, Najwyższy Strażnik Gildii, jej przywódca i celebrans kultu, ten, który ze swojej podziemnej nory pociągał za wszystkie sznurki. Chociaż przeżył już przynajmniej sześćdziesiąt lat, miał żywotne ciało trzydziestolatka i jędrne mięśnie ledwo skrywane pod tuniką. Był klasycznym przykładem człowieka z Krainy Ciemności: mleczna cera, niebieskie, jasne i przenikliwe oczy, dzięki ciemności przyzwyczajone do dostrzegania nawet najdrobniejszych szczegółów, krótkie czarne, kędzierzawe włosy. Tym, którzy umieli patrzeć, nie uszedł uwagi pełen ironii grymas, jaki często przybierały jego usta. Hipokryta, przyzwyczajony do oszustw i intryg, oczywiście zabójca, ale przywykły do metod polityki.

— Tak myślałem, że przyjdziesz — powiedział z uśmieszkiem. Dubhe poddała się poczuciu podporządkowania, które wzbudzał ten mężczyzna. Musiała być spokojna i pewna siebie. — Muszę z tobą pomówić.

— Chodź za mną.

Poprowadził ją do schodów znajdujących się tuż za ołtarzem, śliskich, kręconych, o bardzo małych i niepołączonych stopniach. Zeszli do ciasnego, słabo rozjaśnionego pochodniami korytarzyka i wędrowali jedno za drugim przez wiele metrów. Ich kroki rozbrzmiewały pod kolebkowym sklepieniem korytarza.

Dubhe wiedziała, dokąd idą, Mistrz mówił jej o tym miejscu. Komnata, gdzie Najwyższy Strażnik spędzał większość swojego czasu, jego gabinet — miejsce, z którego Wielki Starzec organizował życie Gildii i przesądzał o śmierci tych, którzy na nią zasłużyli. To, co się działo, wywoływało w niej dziwne odczucia. Było coś niewłaściwego w tym, że tam była i spokojnie podążała za krokami Yeshola, coś szaleńczego. Starała się pamiętać tylko o tym, co miała w głowie, o niczym więcej.

Wreszcie dotarli do hebanowych drzwi znajdujących się w głębi korytarza. Yeshol otworzył je małym, srebrnym kluczykiem i wszedł jako pierwszy.

Było to czarne, okrągłe jak studnia pomieszczenie, oświetlone przez dwa wielkie trójnogi z brązu. Ściany przysłonięte były regałami wypełnionymi po brzegi książkami, a powietrze dochodziło z wysoko umieszczonego okna. Znajdowali się zatem pod posadzką sanktuarium. Pośrodku pokoju stał spory stół, a za nim posąg Thenaara, identyczny jak ten w świątyni, tyle że o wiele mniejszy. Trochę pachniało tu krwią, a Dubhe poczuła się dziwnie, jakby zagubiona. Zamknęła na moment oczy, poczekała, aż usłyszy odgłos zamykanych drzwi, po czym przystąpiła do działania.

Błyskawicznie wyciągnęła sztylet, wykręciła ramię Yeshola za plecy i nim zdążył odetchnąć, oparła mu ostrze na szyi.

— Chcę wiedzieć, kto to — wyszeptała mężczyźnie do ucha.

Minęło wiele czasu, od kiedy ostatni raz wcielała w życie swoje umiejętności zabójcy, ale jej ciało nawet zbyt dobrze pamiętało przeszkolenie i wszystko przyszło jej z wielką naturalnością.

Jeżeli jest człowiek, którego mogę zabić, to jest to on.

Yeshol nie wydawał się w najmniejszym stopniu zdziwiony ani przestraszony. Jego ciało było nieruchome, a oddech regularny. Pozwolił sobie na śmiech.

— Takie zatem są twoje zamiary? A teraz co chcesz zrobić: Zabić wszystkich, którzy są w środku?

Dubhe poczuła, że dusi ją wściekłość, że nie ma nad sobą pełnej kontroli. Symbol na jej ramieniu pulsował.

— Nie interesuje mnie nic takiego. Chcę tylko wiedzieć kto rzucił na mnie klątwę.

— Wiesz, że ja ci tego nie powiem. Jeżeli Sarnek kiedykolwiek mówił ci o mnie, powinnaś o tym wiedzieć.

— Nie ośmielaj się nawet o nim wspominać!

— Oto twój problem, Dubhe, ten głupi afekt do Przegranego. Ale ty nie chcesz tego zrozumieć…

Dubhe przycisnęła ostrze do jego gardła i poczuła, jak spływający strumyczek krwi moczy jej ramię.

— Nie lekceważ mnie.

Nawet teraz Yeshol nie wydawał się zdenerwowany.

— Krew mnie nie przeraża, śmierć też nie. Są moim żywiołem. Nie powiem ci, kto to był. I chyba nie muszę ci przypominać, że jeżeli mnie zabijesz, nie tylko nie uwolnisz się od klątwy, ale będziesz miała na karku całą Gildię. Zachęcałbym cię zatem do chwili zastanowienia, odłożenia broni i podyskutowania ze mną. Jest wiele do powiedzenia. A poza tym, co chcesz zrobić? Wystarczyła ci tylko lekka woń krwi, a już jesteś wzburzona.

To była prawda. Trudno jej było zachować kontrolę, Bestia mogła się w każdej chwili przebudzić.

Dubhe puściła go ze złością. Yeshol w ostatniej chwili zdążył złapać się stojącego przed nim stołu.

Pozostał tak nieruchomo przez kilka chwil, po czym odwrócił się, a jego twarz przybrała swój zwykły pogardliwy uśmiech. Wskazał jej krzesło.

— Nie ma wątpliwości, jesteś dobra. Lata zmarnowane na pracę w hakterze złodziejki, a tu proszę… Twoje ciało, twa zwinność…

Dubhe zacisnęła pięści i opuściła wzrok. — Siadaj — powiedział jej wreszcie.

Dubhe posłuchała. Jej nogi lekko zadrżały.

— Dlaczego? — spytała.

— A sama nie rozumiesz?

— Może i jestem Dzieckiem Śmierci, ale macie tu chmary zabójców, nie potrzebujecie mnie.

Yeshol uśmiechnął się.

— Czy chcesz przypadkiem udowodnić mi, że podziw, jaki dla ciebie żywię, jest całkowicie bezpodstawny? Dubhe, poświęceni nie mogą uniknąć swego przeznaczenia, a twoje jest pod znakiem Thenaara.

— Ja nie jestem zabójczynią.

— Ależ jesteś, urodziłaś się, aby nią być.

— Ja nie zabijam! — wrzasnęła.

— Zrobiłaś to, i to całkiem niedawno.

Dubhe poczuła zawroty głowy.

— Jesteś jedną z nas i byłaś nią, jeszcze zanim się urodziłaś. Otrzymałaś nasze przeszkolenie i w głębi serca sama wiesz, że niczego innego nie umiałabyś robić. To, czym się zajmujesz teraz, aby przetrwać, to nędzne życie złodziejki, które prowadzisz, jest olbrzymim marnotrawieniem talentu i poniża cię, bo nie jest to twoja droga. Ty należysz do nas i w głębi duszy jesteś tego świadoma. Dubhe zacisnęła pięści. Przypomniała sobie czarnego mężczyznę odcinającego się wyraźnie na tle zachodu słońca, mężczyznę, który przyszedł o nią wypytywać, mężczyznę, który zniszczył jej marzenie o spokojnym życiu z Mistrzem.

Jej gniew narastał. Dlatego, że słowa Yeshola w straszliwy sposób zgadzały się z tymi, które ona sama powtarzała sobie przez długie lata, i potwierdzały wstręt, jaki czuła do samej siebie, oraz poczucie ucisku, które towarzyszyło jej przez wszystkie dni jej życia. Zawsze wierzyła w przeznaczenie.

— Ja nie podzielam waszych barbarzyńskich kultów, Thenaara czy jakiegokolwiek innego głupiego bóstwa, żadne z nich nie istnieje.

Na Yesholu bluźnierstwo to nie zrobiło najmniejszego wrażenia.

— To Thenaar ciebie chce.

Dubhe wykonała gest zniecierpliwienia.

— Wszystko to niepotrzebne i śmieszne pogaduszki. Przejdź raczej do sedna. Czego chcesz za zdradzenie mi tego, co wiesz?

— Widzę, że w dalszym ciągu nie rozumiesz. Ja nigdy nic ci nie powiem, ani teraz, ani w przyszłości.

Dubhe wbiła swój sztylet w drewno biurka.

— Jeżeli taki jest twój zamiar, jestem kobietą martwą, a martwa kobieta niczego się nie boi. Może was całkiem nie unicestwię, ale z pewnością wielu z twoich ludzi, a ty sam jako pierwszy pójdziesz za mną.

— Zabójca jest zimny, Dubhe, a ty dzisiaj mówisz, nie myśląc. Przecież fakt, że nic ci nie powiem, nie oznacza, że nie chcę ci pomóc.

Dubhe siedziała oszołomiona.

— My znamy sposób, aby utrzymać tę klątwę pod kontrolą.

— Kłamiesz. Powiedziano mi, że tak nie jest.

— Ten, kto to zrobił, nic nie zrozumiał. To nie jest pieczęć, to klątwa. A klątwa może zostać zdjęta nawet przez kogoś, kto jej nie rzucił.

— A więc?

— A więc my będziemy ci podawać lekarstwo, które cię wyleczy, ale po trochu. Potrzeba będzie lat, abyś wyzdrowiała. A w ciągu tych lat będziesz nam służyć.

Dubhe pozwoliła sobie na sarkastyczny uśmiech.

— Oto zatem powód wszystkiego…

— Widzę, że zaczynasz myśleć.

— Do diabła…

— Jesteś nierozsądna. Twoje miejsce jest tutaj: twój codzienny ból i wciąż otwarta rana po śmierci Sarnka… odczuwasz to wszystko, bo nie jesteś jeszcze w domu. W tym miejscu odnajdziesz spokój, którego szukasz, bo to tym murom i tej ciemności zostałaś przeznaczona jeszcze przed narodzeniem. Dubhe patrzyła na niego twardo.

— Ty draniu, znalazłeś naprawdę piękny sposób… Ale ja nienawidzę tego miejsca i wolę umrzeć niż oddać się wam w służbę.

— To twój wybór. Ale przemyśl to dobrze. Nie mówimy o śmierci, jaką zawsze widziałaś. Nie mówimy o starcu, który oddaje swą duszę na końcu swoich dni, we własnym łóżku, być może zadowolony ze swojego małego życia. Nie mówimy o truciźnie, która zabije cię po kilku chwilach bólu, albo o ostrzu, które przeniknie twoje ciało, ani o wszystkich innych rzeczach, które pojmujesz i które znasz. Mówimy o otchłani, o miejscu, z którego nie można się wydostać, miejscu mrocznym, którego nikt, zapewniam cię, nikt nie zna. Twój umysł będzie zanikał dzień po dniu, a ty będziesz próbowała odnaleźć samą siebie, będziesz próbowała ze wszystkich sił. Ale Bestia, która w tobie żyje, nie zna spokoju i jest wiecznie wygłodniała. Będzie cię pożerać kawałek po kawałku. Będziesz widziała, jak działa za pośrednictwem twojego ciała, zobaczysz ją tak, jak tamtego dnia, kiedy dokonałaś rzezi w lasku. I tak setki razy. A poza tym nie będzie się to już działo tylko wtedy, kiedy zabijasz. Głód ciała i krwi stanie się twoją obsesją, Dopadnie cię w łóżku lub kiedy będziesz szła, jadła, w każdej chwili twojego dnia. Dopóki nie staniesz się tylko zwierzęciem i nie zaczniesz żyć jak zwierzę. Dopóki samo szaleństwo cię nie zabije. I nie myśl, że będziesz mogła się zabić, zanim to wszystko się dopełni, bo Bestia ci na to nie pozwoli. To nie będzie szybkie. Nie będzie piękne.

Dubhe czuła, jak krople zimnego potu spływają jej po plecach. Mogła zobaczyć to wszystko, co powiedział Yeshol, usłyszeć to i poczuć. Całe życie identyczne jak te koszmarne dni, których nie tak dawno doświadczyła.

Podniosła przerażony wzrok na siedzącego nieruchomo mężczyznę.

— Jak możesz zrobić mi coś takiego… jak mogłeś wykoncypować… — słowa zamarły jej w gardle.

— Dla chwały Thenaara. Kiedy już będziesz z nami, sama też to zrozumiesz.

Dubhe patrzyła w ziemię. Brakowało jej powietrza w tej klitce czuła, że jest zgubiona.

— Pokój dla ciebie jest już gotowy, zaraz za tymi drzwiami. Pierwszego dnia doświadczysz bólu, ponieważ śmierć zamieszkująca to miejsce jest pokarmem Bestii, ale my damy ci lekarstwo i od razu poczujesz się lepiej. Między ocaleniem a straszliwą śmiercią są tylko te drzwi, Dubhe, tylko one. Twoje „tak” lub twoje „nie”.

Dubhe znów spojrzała w ziemię, była wstrząśnięta. Potem wstała i otuliła się płaszczem.

— Nie mogę teraz zdecydować.

— Jak chcesz. Wiesz, gdzie mnie szukać, ale wiesz również, co cię czeka, jeżeli powiesz „nie”.

Dubhe wyciągnęła sztylet ze stołu, poczekała, aż Yeshol otworzy drzwi i wyprowadzi ją na zewnątrz.

— Dobrze się zastanów, Dubhe, dobrze się zastanów — powtórzył jej po raz ostatni, kiedy tylko znaleźli się w sanktuarium.

Kobieta jeszcze modliła się na swoim miejscu, wszystko było identyczne jak wcześniej, i wszystko wydało jej się nie do zniesienia.

Dubhe odwróciła się i ruszyła raptownie, przemierzając nawę coraz szybciej, aż wybiegła ze świątyni.

12. Droga prowadząca w ciemność

Pierwszym odruchem było odejście daleko, ponowna ucieczka do Krainy Słońca. Zrozpaczona Dubhe biegła, nie zatrzymując się ani na chwilę, na granicy własnej wytrzymałości, dopóki nie zobaczyła przed sobą różowiącego się świtu, dopóki nie zobaczyła, jak znika Kraina Nocy.

Była wykończona i bolała ją rana. Doskonale zdawała sobie sprawę z własnej nieroztropności, rozumiała, że w ten sposób tylko wyrządzi sobie krzywdę, ale w tych dniach bardziej niż rozum liczył się strach, ślepy i zimny. Dlatego musiała wrócić do domu. Wrócić do domu, aby o wszystkim zapomnieć.

Dotarła szybko, w zaledwie pięć dni przemierzyła przebytą uprzednio drogę.

Wydawało jej się, że znowu jest dzieckiem, wróciły do niej wszystkie dawne strachy.

Jakby Mistrz nigdy nie istniał, jakbym wciąż szukała Selvy i rodziców.

Z impetem wpadła do groty i kiedy tylko poczuła zapach pleśni wydało się jej, że czuje się lepiej. Odetchnęła pełnymi płucami, zamknęła oczy.

Znowu w domu, sama. Powoli udało jej się odzyskać równowagę. Kilka dni poświęciła na leczenie się. Rana była podrażniona, czerwona i spuchnięta. Dubhe użyła tej samej maści Toriego.

A podczas gdy ciało wracało do zdrowia, mięśnie rozluźniały się, a skóra na plecach stawała się na powrót różowa i elastyczna, myślała.

Wiele godzin spędziła na rozmyślaniach przy Ciemnym Źródle. Nadeszła zima. Jeden długi burzowy wieczór i już następnego dnia zapach powietrza był inny, zmieniła się jego konsystencja i chociaż świeciło słońce, jego promienie nie naruszały kołdry chłodu, która opadła na ziemię. Jednak Dubhe nie bała się zimna, wręcz przeciwnie, szukała go i chodziła do źródła nocą, ubrana w zwykłą koszulę, i tylko płaszcz ją ogrzewał.

Musiała wrócić do jedności ze światem, czuć pod otwartymi dłońmi nagą ziemię. Dopiero, kiedy wszelkie inne wrażenia zostawały unicestwione przez ten kontakt, wiedziała, że może rozumować naprawdę jasno.

Tylko Gildia miała antidotum. Nawet Magara nie mogła nic zrobić. Dubhe dobrze wiedziała, że magia Gildii była szczególna. Mistrz mówił jej o tym. Chodziło o zakazane zaklęcia, nikczemną magię, która bazowała na śmierci i obalaniu praw natury. Owe prastare formuły były jednak reinterpretowane, przywracane w duchu kultu Thenaara. Ale krążyły też głosy, zwłaszcza w Krainie Dni, że Gildia była jedynym prawdziwym depozytariuszem czarów elfickich, najmroczniejszych i najbardziej niegodziwych.

Słowa Yeshola rozbrzmiewały w jej umyśle i w nocy nie mogła powstrzymać się przed wspomnieniem rzezi na polanie. I tak już miałoby być zawsze, aż do najgorszej ze śmierci.

Nie tylko znowu zabiła, chociaż ze wszystkich sił starała się z tego wydobyć, ale była to regularna rzeź — coś, wobec czego jej umysł był bezradny. Takie było jej przeznaczenie poza Gildią, a ona nigdy nie zniesie podobnego końca. Wybór wydawał się wręcz zbyt łatwy.

Z czym jednak wiązało się przyjęcie propozycji Yeshola. Oznaczało zaprzedanie się najgorszemu wrogowi, nieprzyjacielowi, z którym Mistrz walczył aż do śmierci. Dla niej.

Nie mogła zapomnieć tego, co zrobili Mistrzowi. Przyłączenie się do nich oznaczało zdradę jego oraz jego nauczania. Nie wyszkolił jej po to, aby stała się maszyną śmierci podporządkowaną kultowi Thenaara, to nie po to ją ocalił i zatrzymał przy sobie. To nie po to wszystko skończyło się tak, jak się skończyło. To on dał jej życie, w jeszcze większym stopniu niż jej ojciec, któremu nie udało się jej ochronić ani odnaleźć po tym, jak ją stracił. Nie mogła mu czegoś takiego zrobić. A poza tym ona porzuciła drogę zabójstwa — przysięgła to, kiedy Mistrz umarł. Nie, nie miała prawdziwego wyboru. Straszliwa śmierć albo mroczna droga Gildii, od której przez dwa lata starała się uciec. Dubhe pogrążona była w wątpliwościach i tylko jedno rozwiązanie jawiło się na horyzoncie. Śmierć z wyboru, odnaleziona. Śmierć godna, która pozwoliłaby uniknąć tej straszliwej męki, jaką opisał jej Yeshol.

Zawsze odrzucała myśl o samobójstwie. Przeszła przez niezliczone momenty bólu, ale nigdy, przenigdy nie pomyślała, żeby powiedzieć „dość”, odejść najprostszą drogą. Ale teraz nie chodziłoby o tchórzostwo. To nie byłby ostatni czyn nędznika. Chodziło o wybór rodzaju śmierci, bo przecież i tak już była skazana, gdyby odrzuciła propozycję Yeshola.

Dubhe rozmyślała nad tym przez całą noc. Jeżeli miała powiedzieć „nie”, to taka właśnie była jedyna droga. Skończyć z tym, i to zaraz.

A jednak nie mogła. Nigdy nie sądziła, że można ją określić jako kogoś, kto kocha życie. Życie było proste i brutalne, i trudno jej było wyobrazić je sobie jako coś przyjemnego, pięknego. Ale teraz, kiedy pojedynczy gest dzielił ją od zakończenia całej historii, czuła, że nie może tego zrobić. Coś w niej pragnęło jeszcze żyć. Jakby mogła istnieć przyszłość inna od przeszłości, jakby czas przed nią mógł znowu dać jej Mistrza albo jej lata spędzone w Selvie. Rozpaczliwa nadzieja, jak wszystkie nadzieje. Irracjonalne pragnienie, żeby iść dalej, aż do końca.

Nie, nie mogła.

Podczas tych nocy u źródła zrozumiała, że to jej natura, suma jej własnych doświadczeń, a jeszcze bardziej jej przeznaczenie wybrało za nią. Mistrza już nie było, jego ciało zdążyło rozsypać się w ziemi, a jej nie pozostawało nic innego, tylko podążanie za tym czymś w środku niej, co uparcie pragnęło żyć. Ale w tym wyborze nie było żadnej radości ani ulgi.

Gildia zwyciężyła.

Pomału opróżniła dom, pożegnała się na zawsze ze wszystkim. Od tej chwili jej dom miał znajdować się w czeluściach ziemi, przy Yesholu.

Kiedy już zbliżał się moment wyruszenia w drogę, niespodziewanie pojawił się Jenna. Zobaczyła go stojącego na progu groty z zasępioną twarzą, okrytego innym niż zwykle płaszczem. Na zewnątrz prószył delikatny śnieżek.

— Długo cię szukałem.

Dubhe nie potrafiła przed sobą ukryć, że widzi go z przyjemnością. Dlatego starała się być twarda.

— Wydawało mi się, że wyraziłam się jasno.

Jenna wszedł i usiadł przy stole. Był opanowany, nie wykonał żadnego z tych drobnych aroganckich gestów, które robił zwykle.

— Co się z tobą działo?

Dubhe wiedziała, że nie może już unikać pytań.

— Odchodzę.

Jenna siedział w osłupieniu.

— To przez tamto wydarzenie na polanie, prawda? Tam się coś stało, a ty tam byłaś. Ja naprawdę chcę ci tylko pomóc… bo… do cholery, przecież jesteśmy kolegami w interesach, ale i koledzy w końcu trochę się lubią, czy nie?

Opuścił wzrok.

— Bo trochę mnie lubisz… nie?

Dubhe milczała przez chwilę. Sytuacja zaczynała być żałosna bardziej niż sądziła.

— To, o czym słyszałeś, jest skutkiem choroby. Jestem chora.

— No to potrzeba ci kapłana i kogoś, kto ci będzie towarzyszył…

Dubhe potrząsnęła głową.

— Jest tylko jedno miejsce, gdzie mogę się wyleczyć, i lepiej, żebyś nie wiedział, gdzie ono się znajduje. Tam właśnie idę. Oczywiście owo leczenie ma swoją cenę, więc będę musiała za nie zapłacić. Jeżeli chcę żyć, muszę to zrobić.

— Jak długo cię nie będzie? I co mam powiedzieć, jeśli ktoś będzie cię szukał?

— Jenna, już nigdy się nie zobaczymy. Już nie będziemy robić razem interesów. Wracaj do swojej pracy.

Chłopakowi na moment zabrakło słów, a potem uderzył gwałtownie pięścią w stół, tak że Dubhe aż podskoczyła.

— O nie, nie! Już od tak dawna razem pracujemy, widziałem, jak dorastałaś, byłem przy tobie, kiedy sprawy szły źle. Nie możesz mnie tak zbyć bez wytłumaczenia mi powodów. Porzucasz mnie!

— Przecież zawsze łączyła nas praca. Nigdy nie było nic więcej.

— Nieprawda, to nie tylko to!

Poderwał się na nogi.

Dubhe poczuła w sobie jakieś drgnienie. Ciężko było porzucić całe swoje życie, a Jenna do niego należał. Chociaż znów obiecywała sobie, że nie przywiąże się do nikogo, musiała przyznać, że jest jej bliski.

— Nie jest mi łatwo zostawić wszystko dla nowego życia, ale muszę. W przeciwnym razie umrę.

— Tym bardziej mnie potrzebujesz.

Dubhe uśmiechnęła się ze smutkiem.

— Idź, idź już sobie i zapomnij o wszystkim. Już ci powiedziałam tamtego wieczoru: nie możesz mnie zrozumieć, tacy jak ja są zgubieni.

Jenna zacisnął pięści, aż zbielały mu kostki.

— Nie pozwolę ci odejść.

Zrobił to bardzo szybko, z pośpiechem niedoświadczonego dzieciaka. Położył dłonie na jej ramionach i niewprawnie dotknął wargami ust Dubhe. Było to coś tak nieoczekiwanego, że dziewczyna nie miała czasu zareagować. Kiedy poczuła te drżące wargi oparte na swoich, porwała ją rzeka pamięci. Postacie nałożyły się w słodkim i strasznym wspomnieniu, co sprawiło, że się zmieszała. Odskoczyła gwałtownie.

Stali naprzeciw siebie, Jenna z oczami utkwionymi w ziemi czerwony jak nigdy. Dubhe patrzyła na niego zszokowana i z trudem starała się oddzielić jego postać od wspomnień.

— Ja cię nigdy nie kochałam — powiedziała tylko z lodowatym chłodem.

— A ja tak…

Dubhe podeszła do niego blisko i położyła mu dłoń na ramieniu. Rozumiała. Aż nazbyt dobrze.

Jenna był oszołomiony, oczy mu błyszczały. Dubhe odprowadziła go do wyjścia i kawałek w las. Szli obok siebie, nic nie mówiąc. Daleko, w górach, puszczyk rzucał swoje ponure wezwanie.

To kończy się moje życie, tak jak w przeszłości.

Zatrzymała się.

— Zegnaj, Jenna.

Nie znalazł nawet odwagi, żeby na nią spojrzeć.

— To nie może się tak skończyć…

— Ale kończy się tutaj. Wracaj do domu.

Dubhe zostawiła go samego w lesie. Nadszedł czas. Ta noc będzie ostatnią z jej dawnego życia.

Wyruszyła o świcie, zabierając niewiele rzeczy. Spakowała ze sobą całą swoją broń, przede wszystkim sztylet, do którego była bardzo przywiązana.

Popatrzyła na niego innym spojrzeniem.

Znowu będę musiała tego używać.

Przeszył ją dreszcz. Zawsze miała nadzieję, że ta chwila nigdy nie nadejdzie.

Wzięła ze sobą też ubrania na zmianę i trochę prowiantu na drogę. Nawet nie opróżniła całkiem groty. Nie potrafiła powiedzieć. czy to dlatego, że zbyt była do niej przywiązana, czy też dlatego, że w głębi duszy wierzyła w swój powrót. Po prostu odwróciła się plecami do tego miejsca, które tak pokochała, i nie spojrzała za siebie.

Podróż do świątyni zajęła jej sześć dni, dokładnie jak za pierwszym razem. Mogła się pospieszyć i dojść tam wcześniej, ale nie miała na to najmniejszej ochoty. Pomyślała sobie, że prawdopodobnie jest to jej ostatnia okazja, żeby tak długo przebywać na wolnym powietrzu, przynajmniej przez najbliższe miesiące, i chciała się tym nacieszyć. Pragnęła zabrać ze sobą zapachy zimy zanim utraci poczucie czasu, a jej ciało stanie się więźniem tunelu wykutego w skale.

Chciała także wymazać z pamięci to żenujące i smutne wspomnienie Jenny, który ją całował i tym śmiesznym gestem próbował ją zatrzymać, przywiązać do siebie i do Krainy Słońca — ją, która nie była przywiązana do niczego.

Weszła do świątyni, kiedy było już południe. Ciemność Krainy Nocy była gęsta, a chłód przenikliwy. Wiatr wbijał się przez bramę i przebiegał nawy sanktuarium, ponuro dźwięcząc wokół posągu Thenaara. Tym razem ławki stały puste. Dubhe była sama. Wiedziała jednak, że Yeshol na nią czeka.

Oparła dłoń na kolumnie i poczuła, jak tnące krawędzie czarnego kryształu ranią jej ciało. Kropla krwi spłynęła po filarze.

Ból sprawił, że wróciła jej świadomość i to, co miała właśnie zrobić, nabrało wymiaru.

Podeszła do znajomego posągu, przygięła wiadomy kolec i czekała.

Yeshol pojawił się owinięty w swoją czerwoną tunikę. Uśmiechał się ze źle skrywaną satysfakcją.

— Ostatecznie nie musiałaś się długo zastanawiać…

Dubhe nie odpowiedziała. Dałaby wszystko, żeby móc zedrzeć mu z twarzy ten uśmiech, ale jej życie było w rękach tego drania; dokonała wyboru, a ta decyzja nie przewidywała śmierci Yeshola.

Yeshol musiał jednak coś wyczuć, bo szybko skorygował ton wypowiedzi.

— Nigdy w ciebie nie wątpiłem. Thenaar cię wybrał, nie mogłaś postąpić inaczej, tylko przyjść.

Ruszył tą samą drogą, co poprzednio, i tak jak wtedy dotarli do jego gabinetu. Tym razem zaraz po wejściu mężczyzna pociągnął za złocisty sznureczek wiszący z boku posągu Thenaara.

Dał Dubhe znak, żeby usiadła, sam też tak uczynił.

— Przede wszystkim tutaj nie potrzebujesz broni. Połóż ją na ziemi.

Dubhe zawahała się.

— W dalszym ciągu chcesz mnie zabić? Może i poderżniesz mi gardło, ale moi ludzie zabiją cię, a w takim razie jaki będzie z tego pożytek?

To nie o to chodziło.

— Jestem do tej broni przywiązana.

— Nie jest ci potrzebna.

— Obiecaj, że oddasz mi to, kiedy wszystko się skończy.

Yeshol popatrzył na nią prawie z obrzydzeniem, ale się zgodził.

— Dostaniesz ją z powrotem po inicjacji.

Dubhe położyła na ziemi wszystko: łuk, noże do rzucania, strzały. Jako ostatni sztylet. Położenie sztyletu Mistrza na tej przeklętej podłodze wydało jej się prawie bluźnierstwem.

— W stanie, w jakim się teraz znajdujesz, nie wolno ci przystąpić do naszego zgromadzenia, do Domu. Jesteś nieczysta ze względu na zepsute życie bez wiary, jakie prowadziłaś poza tymi murami, a jednocześnie, gdybyś przekroczyła próg, nie trzymając na uwięzi drzemiącej w tobie Bestii, klątwa rozszalałaby się.

Dubhe przerwała mu ruchem głowy.

— To ty wprowadziłeś tę Bestię do mojego serca. Tak czy inaczej chciałabym postawić sprawę jasno. Będę dla was pracować, zrobię to, czego będziecie chcieli, ale nigdy nie dostaniecie mojej wiary. Ja nie wierzę w żadnego boga, a już z całą pewnością nie w takiego, jak Thenaar.

Yeshol uśmiechnął się.

— Tylko Thenaar o tym decyduje. W każdym razie będziesz z nami mieszkała, a życie wśród nas i przynależność do Gildii oznacza udział w kulcie. Nie możesz postąpić inaczej.

Drzwi otworzyły się i weszła zakapturzona postać. Miała na sobie długi czarny habit z surowego materiału. Pokłoniła się przed Yesholem, unosząc dłonie do piersi, a następnie zdjęła kaptur. Był to raczej młody mężczyzna o króciutkich wypłowiałych blond włosach, z oczami równie jasnymi i pozbawionymi wyrazu; miał zaostrzony nos i bardzo jasną cerę. Patrzył na nią, jakby była przezroczysta.

— To Strażnik Inicjantów, ma na imię Ghaan. Zajmuje się młodymi którzy do nas przychodzą, nowymi adeptami. Zazwyczaj chodzi o dzieci, ale w rzadkich przypadkach mamy do czynienia z kimś starszym, jak ty. On wprowadzi cię w tajniki kultu. Od tego momentu aż do ceremonii inicjacji nie zobaczysz nikogo poza Strażnikiem Inicjantów. Nie jesteś godna, żeby ktokolwiek inny z nas odezwał się do ciebie słowem.

Yeshol skinął głową i Ghaan odezwał się:

— Wstań i chodź za mną.

Dubhe posłuchała. Jej życie należało teraz do tych ludzi.

Zanim wyszła, Yeshol przywołał ją jeszcze raz.

— Widziałem twoją dłoń. — Uśmiechnął się. — To kolejny dowód na twoją przynależność do Thenaara, Dubhe, bo pierwsza rzecz, jaką inicjant musi zrobić, to ofiarowanie własnej krwi, a ty już to zrobiłaś.

Dubhe mocno zacisnęła pięść.

Przeszli przez liczne zaułki wykute w skale, wszystkie ciemne i śmierdzące. Jednak zapach krwi, silniejszy w norze Yeshola, prawie całkiem zniknął i Dubhe oddychała swobodniej. Mężczyzna przed nią nic nie mówił, ograniczał się do marszu. Dubhe podążała za nim. Szybko straciła rachubę mijanych odgałęzień i chodników. Wreszcie dotarli do drewnianych drzwi. Ghaan otworzył je długim, zardzewiałym kluczem. Wnętrze kojarzyło się z prawdziwą studnią. Pachniało pleśnią i było bardzo małe. Dubhe oceniła, że ledwo zdoła się w nim położyć, a już na pewno będzie musiała podkulić nogi. Wysoko, bardzo wysoko widać było malutką szparę, przez którą wpadało nieco powietrza.

— To jest cela oczyszczenia. — Głos mężczyzny był piskliwy, mówił, nie patrząc na jej twarz. — Zostaniesz tutaj przez siedem dni. Siedem dni będziesz pościć, aby się oczyścić. Będziesz miała prawo do pół karafki wody dziennie. Każdego dnia przyjdę do ciebie po daninę i będę cię uczyć kultu. Po tym czasie będziesz mogła wstąpić do Domu i odbędzie się twoja inicjacja.

— Ja nie wierzę w waszego boga — wymamrotała Dubhe.

Nagle wszystko wydało jej się szalone. Zadała sobie pytanie, dlaczego się na to zgodziła, i przypomniała sobie przerażenie, z jakim Mistrz mówił o tym miejscu.

Ghaan ją zignorował.

Dubhe weszła do środka. Drzwi zamknęły się za nią gwałtownie, a piskliwy odgłos klucza w zamku odbijał się od jednej ściany do drugiej, aż po szczyt, aż po maleńki otwór wysoko w górze Wydawał się ogłuszającym hałasem.

Dubhe znała zasadzki i ułudy ciemności. W najgorszych chwilach ciemność przyjmowała ją i otaczała, wyciągała ją z rzeczywistości i pocieszała. Drugą stroną medalu było właśnie to. Samotność i ciemność odbierały rzeczom ich realność, pochłaniały to wszystko, co znajdowało się na zewnątrz, fałszowały kontury, Ciemność chroni, ale i oszukuje.

I tak było podczas tych siedmiu dni szaleństwa, obłędu.

Rozum bezskutecznie starał się opierać pojawiającym się wizjom. Przeszłość i teraźniejszość plątały się — czasami Dubhe wydawało się, że jest jeszcze dzieckiem, w domu, czasami znów była w lesie, wypędzona z Selvy, innym razem widziała, jak Mistrz patrzy na nią surowo. Prześladował ją Gornar, podobnie jak inne ofiary tamtych rozpaczliwych lat, kiedy sama przed sobą starała się zaprzeczyć swojemu bezwzględnemu przeznaczeniu.

Pożerało ją pragnienie, głód potęgował nieustanną udrękę, a powietrza — w dodatku zatęchłego — było niewiele. Dubhe wytrwale starała się nie zatracić własnego jestestwa, własnych myśli. Jeżeli uda jej się je ocalić, zawsze będzie miała coś, co nie należy do Gildii; dopóki zachowa świadomość, życie będzie miało jeszcze jakiś sens.

Ghaan przychodził nocą, a Dubhe wiedziała to, bo wtedy nad więzieniem zawsze wschodziła gwiazda, jaśniejąca i czerwona.

Pierwszego wieczoru dał jej nowe ubranie. Była to długa tunika, identyczna jak jego, czarna, uszyta z surowego materiału, który drażnił skórę. Potem obciął jej włosy. Pozwoliła mu na to.

Następnie kazał jej podać mu nieskaleczoną rękę. Kiedy to uczyniła, mężczyzna nożem naciął jej dłoń.

— Dla Miecza, który zarzyna — wymruczał i zebrał krew do małej ampułki.

Na koniec dał jej czysty bandaż do otarcia krwi. Był on wilgotny jakby czymś nasączony.

Rozcięcie było małe, lecz głębokie, a widok krwi sprawił, że Dubhe poczuła niepokój.

Bestia jest spragniona.

Od drugiego wieczoru Ghaan zaczął też kształcić Dubhe. Wchodził do celi, niosąc ze sobą inną dziwną ampułkę, którą kazał jej wąchać, po czym Dubhe na jakiś czas dochodziła do siebie i była bardziej przytomna.

Później jak przez mgłę pamiętała owe nocne godziny, jakie spędziła razem z tym mężczyzną, oszołomiona głodem i pragnieniem, i prawie zahipnotyzowana jego głosem, tak melodyjnym, kiedy opowiadał jej o Thenaarze.

— On jest najwyższym Bogiem, o wiele potężniejszym od tych wszystkich, których czci się w Świecie Wynurzonym…

— Thenaar jest panem nocy. Wschodzi z Rubirą, gwiazdą krwi. To tamta, widzisz? Nad twoją głową. Osiąga szczyt o północy i wówczas panuje nad mrokami. Rubira jest służebnicą Thenaara, idzie przed nim i go zapowiada…

— My, jego uczniowie, jesteśmy Zwycięskimi. Ludzie nazywają nas popularnie Zabójcami, ale my jesteśmy Wybranymi, umiłowanym szczepem Thenaara…

Na koniec każdego spotkania Ghaan ją kaleczył. Co wieczór rana w innym miejscu. Po dłoniach przyszła kolej na przedramiona, potem na nogi. Ostatniego wieczoru naciął jej czoło.

— Siedem znaków, siedem — jak siedmiu Wielkich Braci, którzy naznaczyli naszą historię Zwycięskich, siedem jak dni w roku, kiedy Rubira jest zasłonięta przez księżyc, siedem jak siedem rodzajów broni Zwycięskich: sztylet, miecz, łuk, lasso, dmuchawka, noże i ręce.

Rany szybko się zasklepiały — prawdopodobnie na bandażu była jakaś lecznicza maść — i zostawiały tylko lekki, biały znak. Kiedy Dubhe przyjrzała się swojej dłoni, przypomniała sobie, że Mistrz też miał podobne blizny.

„Pamiętaj, Dubhe, to symbole Gildii. Kiedy je widzisz, znaczy, że masz do czynienia z Zabójcą”.

Jestem Zabójcą, tym, kim od zawsze powinnam być — pomyślała ze zgrozą.

Ósmego dnia drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich postać inna niż wychudzona sylwetka Ghaana. Dubhe z wysiłkiem podniosła oczy do nieba. Czerwona gwiazda, Rubira, jeszcze nie wzeszła.

— Okres oczyszczenia minął.

Spokojny i opanowany głos Yeshola.

— Dziś w nocy, kiedy wzejdzie Gwiazda Krwi, nastąpi twoja inicjacja i od tego momentu będziesz należała do Thenaara.

Zabrali ją z celi, kiedy tylko zrobiło się ciemno. Przyszły dwie kobiety z ogolonymi głowami, też ubrane w czarne habity. Prawdopodobnie były to pomocnice Strażnika Inicjantów, pomyślała Dubhe. Poprowadziły ją do innego pokoju, gdzie zapach krwi stał się wyraźniejszy. Było to okrągłe, obszerne pomieszczenie, oświetlone wielkimi trójnogami z brązu, roztaczającymi dziwny aromatyczny dym i ponure światło tańczące po wykutych w skale ścianach. Oprócz kobiet, które ją przyprowadziły, było też dwóch mężczyzn. Oni również byli ogoleni, ale nie mieli na sobie tunik, tylko szerokie spodnie z czarnego lnu, a ich torsy były nagie i poznaczone białymi bliznami, które rysowały dziwne wzory, podobne do tych w świątyni. U ich stóp leżały grube łańcuchy. Między nimi, na krześle z wysokim oparciem i poręczami, siedział Ghaan. Kobiety kazały jej uklęknąć.

— Co się ze mną stanie? — spróbowała spytać Dubhe.

— Zobaczysz, kiedy to nastąpi. Ghaan podniósł się i opuścił pomieszczenie. Mężczyźni pozostali nieruchomo na swoich miejscach, a kobiety zajęły się dziewczyną. Dały jej nową karafkę z wodą i kawałek chleba, na który Dubhe rzuciła się wygłodniała. Pochłonęła go paroma kęsami. Potem podały jej szklaneczkę pełną fioletowego płynu o bardzo mocnym zapachu. Najpierw kazały jej wdychać głęboko jego opary, a potem wypić. Ciecz była mocna i paliła ją w gardle tak, że łzy stanęły jej w oczach. Kobiety kazały jej usiąść i na kilka chwil zostawiły ją w spokoju.

Dubhe czuła się wykończona, chociaż chleb i woda dodały jej nieco sił, ale też i dziwnie otępiała. Świat chwiał się przed jej oczami w rytm płomieni w trójnogach.

— Co mi dałyście do picia? — wymruczała.

— Ciii — powiedziała jedna z kobiet. — Inicjant nie powinien się odzywać. To pomoże ci znieść wszystko.

Dały jej jeszcze wody, a potem wyszły.

Dopiero wtedy ruszyli się mężczyźni. Dubhe zobaczyła, jak biorą łańcuchy i zbliżają się do niej. Nałożyli je jej na stopy i ręce. Prawie zachciało jej się śmiać. Dotarła aż do tego momentu z własnej, nieprzymuszonej woli, dobrze świadoma swojego wyboru, a teraz skuwali ją tak, jakby była więźniem.

— Przecież nie ucieknę… — próbowała protestować.

— To nie ze względu na ciebie, ale z powodu klątwy.

Dubhe nie pojęła jasno tych słów.

Podnieśli ją, podtrzymali prawie z troską i wyprowadzili.

Znowu znaleźli się w plątaninie długich, ciemnych i wilgotnych chodników. Ściany strasznie falowały, jakby były żywym jelitem, i wydawało jej się, że grożą zawaleniem. Potem do Dubhe powoli zaczął docierać jakiś dźwięk przypominający oddech. Tak, jakby gdzieś tam ukrywało się jakieś dyszące zwierzę. Poczuła zapach krwi, coraz mocniejszy i bardziej przenikliwy, i zaczęła się pocić. Nogi zdawały się odzyskiwać siłę, kroki stawały się coraz pewniejsze, ale jej serce biło coraz mocniej.

To ona. Ściga mnie. Szuka mnie. Bestia!

Mężczyźni wzmocnili uścisk na jej ramionach, a daleki odgłos powoli przekształcał się w ponurą psalmodię, żałobną litanię, jakiej Dubhe nigdy nie słyszała.

Zakręty, odcinki schodzące, a potem wznoszące się, schody. Droga coraz bardziej przypominała labirynt, a teraz i ściany pulsowały tym śpiewem, drżały od słów mruczanych przez wiele osób. Zapach krwi stawał się coraz mocniejszy, przyprawiający o mdłości.

— Nie, nie… — próbowała wyszeptać Dubhe, kiedy przez jej ramiona i nogi przebiegały krótkie skurcze.

Pomruk stawał się głuchym grzmotem, a zapach był nie do wytrzymania. Wreszcie doszli do sali.

Była to olbrzymia naturalna grota ze sklepieniem pełnym zaostrzonych stalaktytów. Połyskujące światło żaru zawieszonego pod sufitem dawało życie złowrogim stworzeniom z cienia na ścianach. Środek sali zajmowały dwa wielkie baseny wypełnione krwią. To stąd pochodził zapach. W basenach moczył stopy wykuty w czarnym krysztale posąg Thenaara, o wiele większy niż ten w świątyni. Statua była taka sama, jak jej kopia w świątyni: tak jak tamta trzymała w dłoni sztylet i błyskawicę, ale jej oblicze, o ile to było możliwe, miało jeszcze bardziej nikczemny wyraz.

Pomiędzy stopami posągu znajdowała się kolejna postać z czarnego kryształu, o mniejszych rozmiarach, ledwo sięgająca kolan Thenaara. Zmieszana Dubhe nie potrafiła jasno rozpoznać, co przedstawia, ale wydawało jej się, że było to ubrane w tunikę dziecko o dziwnie poważnym i smutnym spojrzeniu.

Miejsce u stóp obu posągów, wokół basenów, zajmował tłum mężczyzn i kobiet w czerni. Zwycięscy, jak nazwał ich Ghaan. Zabójcy. To oni recytowali, monotonnie wzywając Thenaara. Ściany rozbrzmiewały tym krzykiem, nawet posadzka drżała.

Kiedy tylko Dubhe dostrzegła krew, wrzasnęła; wydawało jej się, że Bestia rozrywa jej ciało. Chciała pić, nasycić się i zabijać. Zaczęła się miotać i wyrywać, ale towarzyszący jej mężczyźni przytrzymali ją mocno i popchnęli w kierunku basenu.

Tak jak tamtego wieczoru na polanie Dubhe przyglądała się wszystkiemu bezradnie. Widziała własne ciało opętane przez Bestię i była przerażona.

Będzie jak wtedy! Znowu rozszarpię ciała tych ludzi! A Bestia mnie pożre!

Kiedy zanurzyli jej stopy we krwi, poczuła, że mdleje.

Yeshol stał przed nią ze zmienioną w mistycznej ekstazie twarzą, a jego głos dominował nad wszystkimi innymi. Dwóch mężczyzn przytwierdziło ciążące u jej nadgarstków i kostek łańcuchy do odpowiednich pierścieni i Dubhe została sama w basenie. Śliska krew pokrywała jej stopy.

Na znak Yeshola w sali zapanowała cisza i słychać było jedynie krzyk Dubhe. Jej własnym uszom wydawał się nieludzki.

To krzyk Bestii! Uwolnijcie mnie!

Mimo że wrzeszczała, głos Yeshola przebił się przez jej krzyki.

— Potężny Thenaarze, zdobycz, która długo Ci umykała, jest teraz tutaj, przed Tobą, i prosi, aby ją przyjąć w zastępy Twoich. Dla Ciebie porzuci szeregi Przegranych, wyrzeknie się swojego grzesznego życia i podąży drogą Zwycięskich. Yeshol wyciągnął ampułkę pełną czerwonej cieczy.

— Jest już oczyszczona, ofiarowuje Ci swoje cierpienie i swoją krew.

Zgromadzenie podjęło recytację dziwnej modlitwy. Yeshol wlał krew do basenu, a chór głosów podniósł się wyżej i głośniej.

— Krew do krwi, ciało do ciała, przyjmij ofiarę i zabierz ze sobą potomstwo śmierci.

Dubhe upadła na kolana. Była bliska szaleństwa. To, czego starała się uniknąć, miało właśnie nastąpić. Szaleństwo. Ból. Śmierć. Najgorsze z możliwych. Oszukali ją.

Zgromadzenie znów zamilkło i podniósł się czysty i mocny głos Yeshola. — Niech Twoja krew, potężny Thenaarze, oczyści i naznaczy naszą nową siostrę i odciśnie na niej Twój mroczny znak.

Wziął talerz z brązu, zanurzył go w basenie, po czym wylał zebraną krew na głowę Dubhe. Dziewczyna osunęła się jeszcze niżej.

Umieram, wreszcie umieram — powiedziała do siebie, kiedy szpony Bestii ją rozdzierały. Przelotnie zobaczyła, jak twarz Yeshola pochyla się nad nią bliziutko, aż poczuła jego oddech na ustach. Wycedził nikczemnym szeptem:

— Zapamiętaj ten ból, to cierpienie. To właśnie cię spotka, jeżeli nie będziesz nam posłuszna. Ale ponieważ byłaś grzeczna, czeka cię nagroda.

Przysunął do jej ust ampułkę i chłodna ciecz spłynęła jej do gardła. Szpony, które jeszcze chwilę przedtem wczepione były w jej pierś, zdawały się odstępować, a dziewczynę ogarnął dziwny spokój. Potem wszystko stało się czarne.

CZĘŚĆ DRUGA

Życiorys Tyrana w wielu punktach pozostaje jeszcze tajemnicą. Źródła przepadły, a wiele spośród osób, które go poznały, zginęło podczas Wielkiej Zimowej Bitwy, kładącej kres jego panowaniu. Historia, którą zamierzam odtworzyć, jest zatem fragmentaryczna i niezbyt jasna. Nawet czterdziestoletni okres jego panowania pozostaje mroczną epoką i nie mamy na jej temat dokładnych informacji. Wiadomo niezbicie, że urodził się w Krainie Nocy. Równie pewne wydaje się też, że w którymś momencie udało mu się wstąpić do Rady Czarodziejów — tak wynika ze spisów z tamtych lat. Skądinąd jedyną powszechnie znaną cechą charakterystyczną był jego wygląd: miał postać nie więcej niż dwunastoletniego dziecka, co było rezultatem nie do końca wyjaśnionej kary. Wiemy także, że w ciągu czterdziestu lat w porażający sposób udało mu się zagarnąć prawie cały Świat Wynurzony. Kiedy zamierzał podbić również Krainę Morza i Słońca, został powstrzymany przez oddziały Wolnych Krain pod dowództwem Nihal. Niewiele z kolei można powiedzieć o jego celach i o organizacji, jaką zamierzał ostatecznie nadać swemu królestwu. Niektórzy twierdzą, że pragnął jedynie samej władzy, a inni — że dążył wyłącznie do destrukcji. Niektórzy wysuwają przypuszczenia, że to raczej wypaczona miłość do Świata Wynurzonego doprowadziła go do szaleństwa. Wśród takiego natłoku hipotez nie potrafię wyróżnić tej jedynej, odpowiadającej prawdzie; należy pogodzić się z faktem, że prawda umarła wraz z nim.

Therya z Krainy Słońca Opowieści z mrocznego wieku

13. Mistrz

Przeszłość IV

Dubhe widzi, jak dym powoli pochłania tę postać. Jeszcze chwila i mężczyzna całkiem zniknie, jego brązowy płaszcz jest już nie więcej niż kolorową plamą na tle brudnej bieli otaczającej wioskę. Jej wybawca. Dubhe rzuca się ku drzwiom. Idzie za nim, nie wiedząc, dlaczego. Podąża w pewnej odległości, upuściwszy czerwone jabłko, po które weszła do tamtego domu.

Poza wioską dym rzednie, a powietrze przybiera swój zwykły zapach: zapach, który teraz jest dla niej prawie znajomy, zapach czegoś dobrego i czystego. Zapach tego człowieka.

Boi się go, nie może zaprzeczyć. Dlatego nie podchodzi zbyt blisko, pozostaje w pewnej odległości. Ale człowiek, którego postanowiła śledzić, nie jest zwykłą osobą. Czuje to.

Zachód słońca barwi ziemię kwaśnym odcieniem żółci. Niskie chmury znaczą linię między słońcem a niebem. Mężczyzna zatrzymuje się, odwraca. Dubhe chowa się za drzewo. — Wiem, że tam jesteś.

Dubhe milczy, ale oddycha głęboko. Nie czuje już jego obecności boi się, że sobie poszedł, że zostawił ją samą. Wychyla się zza drzewa. Nic. Trawa. Potem jakaś dłoń ląduje na jej ramieniu i dziewczynka wzdryga się, błyskawicznie się odwraca i celuje sztyletem. To on.

— Powiedziałem ci, żebyś poszła na północ, jeżeli nie masz domu.

Dubhe trzyma wyciągnięty przed siebie sztylet. Jej umysł jest pusty, kołacze się w nim tylko jedna, obezwładniająca myśl.

Nie zostawiaj mnie samej.

— Nie mogę zabrać cię ze sobą i wierz mi, tak będzie lepiej dla ciebie. Przestań za mną iść albo cię zabiję.

Nie zostawiaj mnie samej.

Mężczyzna po raz drugi odwraca się i odchodzi. Dubhe patrzy na lekko odstający na plecach płaszcz. Potem znów zaczyna za nim iść.

Nocą mężczyzna robi postój w lesie. Nie rozpala żadnego ogniska. Zresztą jest bardzo gorąco, a na niebie widnieje wspaniały księżyc. Dubhe patrzy w jego stronę przez kilka chwil. Jest pełny, chłodny i gigantyczny.

Mężczyzna je trochę suszonego mięsa, ale nie zdejmuje kaptura. Nie ściąga go nigdy. Dubhe patrzy z pożądaniem na to mięso, a jej żołądek się skręca. Poszła do wioski, aby zdobyć jedzenie, ale jej się nie udało. A teraz jest głodna. Chciałaby podejść do tego człowieka i coś wyżebrać, ale brakuje jej odwagi. Tak więc zostaje na swoim miejscu i czeka, aż on zaśnie.

Mężczyzna nie odsłania twarzy nawet we śnie. Ale Dubhe nie może spać. Dręczy ją głód.

Pójdę tam i wezmę tylko kawałek, malutki kawałek. Potrafię zachowywać się bardzo cicho. Nawet się nie zorientuje.

Jest rozdarta pomiędzy wdzięcznością dla swojego wybawcy a szarpiącym jej wnętrzności głodem. W końcu zwycięża głód. Robi tak, jak wtedy, kiedy bawiła się ze swoimi przyjaciółmi w Selvie, tylko tym razem zabawa jest naprawdę poważna. Kładzie się na brzuchu i pełznie po trawie. Stara się robić jak najmniej hałasu, nie wiedząc, że wobec mężczyzny, z którym ma do czynienia, jej wysiłki są całkowicie zbędne.

Dociera do celu. Są tu dwa pakunki: jeden to pewnego rodzaju drewniana skrzynka, mężczyzna musi ją zwykle nosić na plecach pod płaszczem, bo Dubhe nie zauważyła jej wcześniej. Drugi to płócienny worek; Dubhe otwiera go i wobec uwalniających się zapachów czuje, że słabnie. Jest tu suszone mięso, ale też orzechy, mała gomółka sera, twardy chleb, flaszeczka wina. Korci ją, żeby wziąć wszystko, ale zadowala się kawałkiem sera byle jak uciętym sztyletem.

Oczy mężczyzny w ciemności są otwarte i czujne.

Dubhe śledzi go dalej — od momentu, kiedy wstaje, przez cały dzień.

W porze obiadowej mężczyzna zatrzymuje się nad brzegiem potoku i obmywa twarz lodowatą wodą, ale nawet teraz Dubhe nie może zobaczyć jego oblicza. Zaczyna być ciekawa. Jedząc spokojnie swój kawałek chleba, człowiek nagle wyciąga ser odkrawa kawałek i rzuca w listowie.

— To dla ciebie.

Dubhe podskakuje. Przecież nie robiła hałasu. Nie myślała, że ją usłyszał.

Mężczyzna nie dodaje nic więcej. W ciszy przeżuwa, nie podnosząc nawet głowy.

Dubhe z impetem rzuca się na ser i pochłania go kilkoma wygłodniałymi kęsami.

On rzuca jej jeszcze kawałek mięsa, tak jak to się robi ze zwierzętami. Dubhe wbija weń zęby.

Mężczyzna na nią nie patrzy. Zachowuje się tak, jakby jej nie było, po czym podnosi się i podejmuje wędrówkę.

Spragniona Dubhe pije z potoku, ale wzrok ma utkwiony w nim.

Nagle wie, że nigdy więcej nie może go opuścić.

Idzie za nim przez trzy dni. Zawsze trzyma się raczej daleko, ale nigdy tak, aby stracić go z oczu. Śpi i je razem z nim.

Przy każdym posiłku mężczyzna pozornie ją ignoruje, ale zawsze w końcu rzuca jej coś do jedzenia. Wydaje się, że jej nie chce, ale i nie odrzuca jej. Nie zmienia kroku, aby ją zgubić, ani nie biega między drzewami, żeby zmylić ślady.

Dubhe ze swej strony nie myśli o niczym. Nie ma żadnego powodu do myślenia. Musi iść za tym człowiekiem, bo to on, oraz dlatego, że ją uratował.

O zachodzie trzeciego dnia zbliżają się do jakiegoś obozowiska. Wygląda na bardzo duże. Widać tylko zewnętrzną drewnianą palisadę, ale jest ona znacznie większa niż ta z obozu Rina.

Dubhe jest zmęczona. Będąc z Rinem odbudowała nieco swoje siły, ale teraz jest wykończona. Mężczyzna nigdy się nie zatrzymuje, idzie nieprzerwanie. Dubhe opuszcza wzrok na ziemię, na wpół spaloną słońcem trawę, a kiedy podnosi oczy, już go nie ma. Mężczyzna zniknął. Rozgląda się wokół, szuka go. Od razu chce jej się płakać.

To niemożliwe.

Nagle jakaś dłoń zakrywa jej twarz i chłód ostrza opiera się o jej gardło. W tej chwili wszystko się zatrzymuje.

To mężczyzna szepcze jej do ucha, a jego ciepły oddech łaskocze jej policzek.

— Tu kończy się twoja podróż. Wiesz, kim jestem? Wiesz? Jestem zabójcą, a ty nie możesz dłużej za mną iść. Idź umrzeć, gdzie ci się podoba. Jeżeli jeszcze raz zobaczę, że depczesz mi po piętach, zabiję cię, jasne?

Dubhe nie wie, co odpowiedzieć. Ale jej serce jest spokojne. To on. Nie zgubiła go. To on. I nie boi się jego chłodnego głosu, jego ręki, która zaciśnięta na jej ustach nie drży, ani jego sztyletu. To on, więc ona nie jest już sama.

— Idź sobie — szepcze jej wreszcie i znika. Naprawdę.

Po jednej stronie obozowiska są zarośla, niezbyt oddalone Dubhe idzie tam instynktownie. Zrozumiała, że tutaj nigdy nie można przebywać na otwartej przestrzeni. Powiedział jej to Rin. Mężczyzny nie widać od momentu, kiedy jej zagroził, ale Dubhe się nie martwi. Jest z nim nierozerwalnie związana. Nigdy go nie straci. Należy do niego.

Siada na skraju lasu, pomiędzy drzewami. Jest głodna, ale wie, że mężczyzna jej coś zostawił. Ma ciężką kieszeń, w środku coś musi być. Wsuwa tam dłoń i wyciąga to, co znajduje. To, co pozostało z sera. Dubhe uśmiecha się. Po tak długim czasie znowu potrafi się uśmiechać.

Nie porzucił mnie i nigdy nie porzuci.

Noc jest późna, a księżyc prawie w pełni. Brakuje mu tylko cienkiego czarnego sierpa połkniętego przez noc. Dubhe patrzy na niego przez chwilę i czuje coś w rodzaju odległego spokoju, czarnego sierpa połkniętego przez noc. Dubhe patrzy przesz chwilę i czuje coś w rodzaju odległego spokoju, który ją ogrzewa. słyszy głosy. Szmery pochodzące z głębi lasku. Zbliża się ostrożnie, podążając za dźwiękami.

— Spóźniłeś się. Powiedziałeś, że to będzie wczoraj.

— Najważniejsze, że tu jestem, nie? Dubhe staje za drzewem i wychyla się.

Tak!

To on i jego płaszcz. Obok niego żołnierz z długim mieczem u boku.

— A więc? Dowody? — Masz pieniądze? Żołnierz coś wyciąga.

— Chyba nie sądzisz, że dam ci je, zanim dostanę dowody.

Teraz kolej na mężczyznę. Wyciąga drewniany pojemnik, otwiera go. Po równinie rozchodzi się odór nie do zniesienia i Dubhe widzi coś strasznego. Głowę mężczyzny z półprzymkniętymi oczami. Zabójca, powiedział mężczyzna. Oto, co miał na myśli. Przerażona przykłada rękę do ust.

Żołnierz też unosi dłoń do ust i tłumi odruch wymiotny.

— To jest dowód, teraz twoja kolej — mówi mężczyzna. Żołnierz milczy przez chwilę, gładzi się po brodzie, udając zamyślenie.

— To nie on — konkluduje.

— Nie próbuj mnie przechytrzyć.

Głos mężczyzny wibruje nutą groźby, ale żołnierz chyba jej nie wychwycił.

— To nie on, jestem tego pewien. Nie dostaniesz pieniędzy.

Mężczyzna nie rusza się z miejsca.

— Igrasz z ogniem.

Żołnierz śmieje się nerwowo.

Dubhe czuje, że coś jest nie tak. Przez przypadek patrzy w prawo, za mężczyznę, i widzi nagły błysk. To ostrze oświetlone księżycem.

Zaczyna wrzeszczeć.

Ile ma tchu w piersiach, a teraz ma go wiele. Gardło odblokowuje się, język rozwiązuje. Nie może mówić, ale krzyczy.

Mężczyzna jest bardzo szybki. Odwraca się i pochyla. Ostrze chwyta tylko skrawek kaptura, który opada mu na ramiona.

— Przeklęta dziewucha! — wrzeszczy żołnierz, ale wszystko dzieje się błyskawicznie.

Mężczyzna wyciąga sztylet i wbija go w pierś napastnika, który zaszedł go od tyłu. Ten pada bez słowa skargi.

Mężczyzna odwraca się, jeszcze pochylony, i podnosi dłonie do piersi. W tym czasie żołnierz dobył swojej broni i przystępuje do ataku. W ciemności słychać szelest i żołnierz osuwa się, jęcząc. Próbuje się zebrać, podejmuje rozpaczliwy szturm. Na nią.

Dubhe widzi, jak rusza ku niej z przekrwionymi oczami. Miecz przesuwa się przed nią w obszernym kręgu. Zaciska powieki. Ból. W ramieniu. Otwiera oczy.

Mężczyzna trzyma stopę opartą na ramieniu przygwożdżonego do ziemi żołnierza.

Po raz pierwszy słychać, jak dyszy.

— Co by ci przyszło z zabicia jej?

Nie daje mu czasu na odpowiedź. Zanurza miecz w plecach. Żołnierz nie żyje.

Dubhe odwraca wzrok. „Zamknij oczy”, powiedział jej ten mężczyzna za pierwszym razem.

Osuwa się do siadu. Coś ciepłego spływa jej z ramienia. Żeby nie patrzeć na martwego żołnierza, podnosi wzrok na mężczyznę.

Po tak długim okresie śledzenia go, wreszcie po raz pierwszy widzi jego twarz. Jest młody, jeszcze młodszy niż jej ojciec. Ma czerwonawe włosy, które luźnymi lokami okalają mu twarz, opadając niemal na ramiona. Głębokie niebieskie oczy i surowa twarz, nieogolona broda. Dubhe nie może oderwać od niego spojrzenia, jednocześnie czując, że jej wzrok stopniowo słabnie, a intensywny i rozdzierający ból przeszywa jej ramię.

Mężczyzna przygląda się małej. Siedzi oparta o drzewo. Ocaliła mu życie. Ona, mały pasożyt, któremu pomógł. Jest ranna w ramię i patrzy na niego tak, jak robią psy. Ale widziała jego twarz, a przecież na to zabójca nie może sobie pozwolić. Nikt z tych, którzy zobaczyli jego twarz, nie przeżył i tak musi być również z nią — nieważne, że to dziecko.

Bierze jeden z noży do rzucania, wystarczy na miękką szyję dziewczynki. Kiedy się zbliża, ona się nie boi, mężczyzna to czuje. Zaraz zemdleje, ale się nie boi. Patrzy na niego oczami, które mówią wszystko. Pomóż mi. O to go prosi. Robi zamach ręką, po czym się zatrzymuje. Dziewczynka zamknęła oczy. Zemdlała.

Do licha, to dlatego zostawiłem Gildię…

Mężczyzna pochyla się nad nią, bada jej puls. Poprosiła go o pomoc i on jej pomoże.

Dubhe dochodzi do siebie, kiedy słońce pali ją w twarz. Może to ciepło ją budzi, a może kołysanie, które czuje całe jej ciało. Słony zapach, ten co zawsze, i mocne ramiona zaciśnięte na jej brzuchu.

Tato…

Potem wymiotuje. Osoba, która trzyma ją na ramieniu, gwałtownie stawia ją na ziemi. Dubhe już nie może, jest wykończona.

Ktoś wchodzi w pole jej widzenia: to on, mężczyzna. Patrzy na nią. Jego twarz nic nie wyraża, ale już sam jego widok rozgrzewa Dubhe serce.

— Jak tam?

Dubhe wzrusza ramionami.

Mężczyzna daje jej pić. Ona najpierw płucze usta, a potem pije tylko jest w stanie. Jest jej piekielnie gorąco, a myśli kłębią się jak oszalałe. Jedyną pewną rzeczą jest to, że on tu jest, więc nie ma się czego bać.

Mężczyzna znów bierze ją na ramiona i podejmuje bieg.

— Pokój dla mnie i mojej córki.

— Nie chcę problemów.

— Nie będziesz ich miał.

— Zawsze byliśmy szanującym się lokalem, żadnych włóczęgów.

— Dziewczynka jest chora. Daj mi pokój, mam pieniądze. Metaliczne brzęknięcie na ladzie.

— Ja tu nie chcę umierających…

Teraz chrzęst ostrza, błyskawicznie wyślizgującego się z pochwy, a potem inny odgłos, kiedy wbija się w drewno.

— Daj mi ten pokój, a nie będziesz miał problemów.

— Na… na górze… pierwsze… piętro.

Drzwi skrzypią. Dubhe udaje się dostrzec miły pokoik, nawet z kilkoma kwiatkami w wazonie, ale jest zmieszana, czuje się oszołomiona.

Mężczyzna układa ją na łóżku, a świeżość lnu i kołder wywołują jej uśmiech. Zapach czystości, zapach domu.

Dubhe poddaje się temu nowemu uczuciu dobrobytu. Ramię boli ją przeraźliwie i mimo że jest jej ciepło, ma dreszcze. Przez przymknięte powieki widzi krzątającego się mężczyznę. Grzebie w torbie, a potem coś wyciąga, wkłada do ust i żwawo przeżuwa.

Podchodzi do niej i delikatnie wyciąga spod kołdry jej ranne ramię. Dubhe widzi, że jest ono przewiązane szorstkim kawałkiem czerwonego od krwi materiału. Kiedy mężczyzna odwija bandaż, Dubhe krzyczy. Strasznie ją boli.

— Ciii, ciii… to nie potrwa długo — mówi niewyraźnym głosem.

Pod bandażem jest rozległe rozcięcie. Wypełnione zastygłą i świeżą krwią, z postrzępionymi krawędziami i bardzo głębokie. Dubhe zaczyna płakać.

Umrę… i tak strasznie mnie boli…

Mężczyzna wyjmuje z ust dziwną zieloną papkę i pewnymi siebie ruchami zaczyna rozsmarowywać ją na ranie. Na początku boli i Dubhe tłumi okrzyk, ale potem czuje świeżość i ulgę.

— Wytrzymaj — mruczy mężczyzna. — W końcu jesteś bardzo odważną dziewczynką, prawda? Ten drań zranił cię mieczem, rozcięcie to nic, zobaczysz, że się zagoi.

Dubhe uśmiecha się. Jeżeli on tak mówi, to musi być prawda.

Mężczyzna bandażuje ją ciasno, co wywołuje kilka drobnych jęków. Potem zabieg się kończy, a Dubhe czuje się wyczerpana. Oczy same jej się zamykają, a umysł podąża za dziwnymi myślami. Na krawędzi snu dochodzi do niej uspokajający głos:

— Odpocznij sobie.

Przez parę dni Dubhe i mężczyzna zostają w zajeździe. Jego nie ma prawie nigdy, z reguły wraca późną nocą, ale nie jest to problemem, bo Dubhe przesypia niemal całe dnie. Zaraz po przyjściu mężczyzna zawsze zmienia jej opatrunek. Za każdym razem boli mniej niż poprzednio. Stan rany też się poprawia; to brzydkie rozdarcie, ale już nie krwawi.

Mężczyzna nie mówi do niej wiele, dopytuje się tylko o zdrowie.

— Dzisiaj lepiej?

Jego głos nigdy nie jest serdeczny czy zasmucony. Ton jest zawsze zimny i wyrachowany, tak jak wszystkie jego gesty. Mężczyzna cały czas chodzi z zakrytą głową i kaptur zdejmuje tylko wieczorem, przy niej.

Dubhe patrzy, jak porusza się po pokoju, i myśli, że przypomina jej kota. Jest zamknięty w sobie, jak to zwierzę, i elegancki, dokładnie tak, jak tego wieczoru, kiedy padł ofiarą zasadzki. Nie zrobił nawet jednego zbędnego gestu, wyglądało to tak, jakby wykonywał od dawna znany taniec. I tak było z każdym jego ruchem.

Ma ze sobą wiele rodzajów broni. Prawie całe wieczory spędza na ich polerowaniu. Są tam noże, łuk, który nosi zawsze pod płaszczem razem z lekkim kołczanem wypełnionym kilkoma strzałami, a potem seria igieł, których używa do dmuchawki.

Ze wszystkich rodzajów broni mężczyzny Dubhe najbardziej podziwia sztylet. Ma on czarną, rzeźbioną rękojeść ze spiralnym motywem przypominającym węża z pyskiem otwartym przy gardzie, prostej i białej jak ostrze ze świecącej stali. Już sam jego widok wzbudza lęk, a jeszcze bardziej śmiercionośny wydaje się kiedy mężczyzna trzyma go w dłoni. Często wieczorem używa go, kiedy trenuje. Wykonuje pośrodku pokoju dziwne ćwiczenia i przeszywa pustkę ostrzem. Jego zwinne kroki wydają na drewnianej posadzce ledwo słyszalny odgłos.

Pewnego wieczoru sztylet jest splamiony krwią. Jej metaliczny i przenikliwy zapach wypełnia pokój, a Dubhe czuje mdłości Mężczyzna rozumie to i uśmiecha się z pewną nutką smutku.

— Człowiek przyzwyczaja się do tego, kiedy zabija, ale ty nie wiesz, co to znaczy.

Wyruszają wieczorem. Dubhe już poprzedniego dnia zrozumiała, że szybko się stąd wyniosą, kiedy mężczyzna po raz pierwszy zmusił ją do wstania. To nie było miłe. Okropnie kręciło jej się w głowie i wydawało się, że nogi nie są w stanie jej udźwignąć, ale on był nieubłagany. Podtrzymywał ją, kiedy niemal upadła na ziemię, ale nie zachęcał jej ani nie wyszeptał ani jednego słowa wsparcia. Po prostu zmusił ją do utrzymania się na nogach.

Mężczyzna zbiera swoich kilka rzeczy, po czym wręcza jej jakieś zawiniątko.

Dubhe otwiera je. Stary i wyblakły brązowy płaszcz.

— Ja nie mogę zostać rozpoznany, nie chcę też, żeby ktoś zapamiętał twoją twarz. Kiedy będziemy podróżować, będziesz go mieć na sobie i nigdy nie zdejmiesz kaptura, dopóki nie będziemy pewni, że jesteśmy sami.

Dubhe kiwa głową i po raz pierwszy wkłada płaszcz.

Długo wędrują, głównie w nocy, i jak najrzadziej śpią w gospodach. Odpoczywają, obozując pod gwiazdami. Zresztą jest pełnia lata, Dubhe czuje to w łagodności powietrza.

Czasami, kiedy patrzy w niebo, powraca myślą do wieczorów, które spędzała ze swoim ojcem czy z przyjaciółmi. Wydają się jej niezmiernie dalekie i w stosunku do tych wspomnień nie odczuwa nic szczególnego. Wszystko otoczone jest mgłą. Zadaje sobie pytanie, kim był Mathon, jak mogła go kochać. Z tego uczucia nic już nie zostało.

Kiedy w jej głowie pojawiają się te myśli, odwraca się do mężczyzny, patrzy, jak lekko śpi, owinięty płaszczem. Dubhe czuje, że ten człowiek jest teraz wszystkim, co ma.

Z każdym dniem zapach ziemi, którą przemierzają, staje się stopniowo coraz bardziej przenikliwy, aż wreszcie całkowicie wypełnia powietrze, jest delikatny i jakby znajomy.

— Jesteśmy na miejscu — mówi spokojnie mężczyzna.

Podróż trwała dziesięć dni z koniecznymi postojami i Dubhe jest dość zmęczona. Ciekawi ją jednak, gdzie się znajduje. Kroki mężczyzny stały się mniej pospieszne.

Jego dom. Jesteśmy w jego domu — mówi do siebie Dubhe.

Okolica jest raczej opustoszała. Mimo lata niebo ma kolor ołowiu, jest nabrzmiałe wilgocią i deszczem. Nad wszystkim ciąży warstwa upału, a krajobraz wokół nich złożony jest prawie wyłącznie z usypanych przez wiatr wydm. Tu i tam sterczą kępki wysokich traw o przygaszonym zielonym kolorze.

Potem otwiera się przed nią nieoczekiwany widok, coś niezmierzonego, strasznego i wspaniałego. Długi pas drobnego piasku, który wpada do nieskończonej przestrzeni w kolorze ochry. Jak okiem sięgnąć aż po horyzont — woda, woda poruszana wiatrem, załamująca się na piasku wielkimi falami białymi od piany Z jednej strony, prawie na granicy między piaskiem a morzem, stoi podniszczona chatka ze słomianym dachem i ścianami z sześciennych głazów. Mężczyzna kieruje się w tamtą stronę, ale nie Dubhe.

Dubhe biegnie po plaży, wiatr smaga jej twarz. Pędzi do wody. Zatrzymuje się w odległości kilku metrów i patrzy na nią jak zaczarowana. Zapach, który czuła przez całą drogę, teraz jest bardzo silny. To woń tego nieskończonego bezmiaru wody, czegoś, czego umysł nie może ogarnąć. Nigdy nie widziała niczego podobnego ani tym bardziej czegoś, co wzbudzałoby w niej tak wielki lęk.

Fale, wysokie na dwa metry, są najpotężniejszym zjawiskiem, jakie kiedykolwiek miała okazję zobaczyć. Dubhe obserwuje to widowisko z mieszaniną bojaźni i zachwytu.

Dłoń opadająca na jej ramię zaskakuje ją. Jak zawsze mężczyzna bezszelestnie podszedł do niej od tyłu i nawet nie wyczuła jego obecności.

— Co to jest? — mruczy Dubhe.

— Ocean, mój dom — odpowiada człowiek.

Wieczorem Dubhe nieoczekiwanie zamienia się w rwącą rzekę. Zupełnie tak, jakby chciała nadrobić długie dni milczenia. Mężczyzna przygotował pieczone mięso i stopiony ser, i na widok smakowitej kolacji zastawionej na spartańskim stole Dubhe zaczyna mówić.

Mężczyzna pyta ją po prostu o imię, a Dubhe zaczyna. Opowiada mu wszystko, nie zatrzymując się nawet na chwilę, o swoim życiu w Selvie, już tak odległej, potem znajduje nawet odwagę i mówi mu o Gornarze i o tym, jak go zabiła. Nie potrafi niczego przemilczeć. A potem życie podczas tamtych dni spędzonych w lesie, krótka przerwa w obozowisku, noc jego zniszczenia, aż wreszcie dzień, w którym się poznali.

Wydaje się, że mężczyzna nawet nie słucha, ale dla Dubhe nie ma to znaczenia, liczy się tylko mówienie.

Kiedy wreszcie milknie, jest późna noc. Na stole resztki kolacji. Mężczyzna powoli pali fajkę. Tytoń to nowy zapach dla Dubhe; w Selvie nie znała nikogo, kto by palił.

Po kilku sekundach mężczyzna uśmiecha się gorzko.

— Dużo mówisz — zauważa z pewną irytacją. Potem poważnieje. — Uciekam z miejsca, gdzie dorastają tacy jak ty i gdzie robią z nich takich jak ja.

Dubhe nie rozumie.

Mężczyzna zaciąga się jeszcze raz, po czym podejmuje wątek:

— Ten, kto tak jak ty zabija w młodości, jest predestynowany, przeznaczony do zabójstwa. Od chwili, kiedy po raz pierwszy przelewa czyjąś krew, jego droga jest naznaczona: nie może zrobić nic innego, tylko poświęcić się mordowaniu. To jego nieuniknione przeznaczenie. Ale zwykli ludzie nie mogą tego zrozumieć; dla zwykłych ludzi tacy jak ja i ty są zagrożeniem. To dlatego cię wygnali. Nawet twoja matka i twój ojciec nienawidzą cię, bo siła która jest w tobie, siła, która popchnęła cię do zabicia twojego przyjaciela, przeraża ich.

Dubhe patrzy na niego szeroko otwartymi oczami. Nie wie, co powiedzieć. A przecież tym razem doskonale rozumie, co ten człowiek do niej mówi. To coś strasznego. Coś, o czym już sama myślała. Jest zatem zła, to dlatego ją wygnali. Urodziła się zła, bogowie tego chcieli i nic nie może odmienić tej strasznej prawdy.

A więc?

Patrzy na mężczyznę i ma nadzieję, że powie on coś, co rozwieje jej obawy. Ale on dalej spokojnie pali.

— Tak mówią wielbiciele Thenaara — dodaje, i w jego głosie słychać nutkę pogardy. — Ty zaś możesz w to wierzyć lub nie.

— A ty w to wierzysz? — pyta Dubhe z wahaniem.

— Ja w nic nie wierzę.

Dym skręca się w powolne spirale wzdłuż belek chatki.

— Ja jestem zabójcą. Zabójca żyje z morderstw i w samotności. Pomogłem ci, bo ocaliłaś mi życie, więc ci się odpłaciłem. Ale nie mogę wlec ze sobą głupiej dziewczynki. Dam ci czas na dojście do zdrowia, a potem będziesz musiała odejść. Każdy idzie swoją drogą. Moja jest drogą samotną. Ty musisz znaleźć swoją.

Mężczyzna opróżnia fajkę. Następnie wstaje i wychodzi do swojego pokoju, zgasiwszy świecę.

14. W czeluściach Domu

Dubhe obudziła się w półcieniu. Leżała na brzuchu na raczej niewygodnym łóżku przykrytym pościelą z surowego lnu i skórami wydzielającymi odrzucający smród.

Przeraźliwie bolała ją głowa i czuła się oszołomiona. Dokładnie jednak pamiętała to, co się działo, zanim zemdlała. Rytuał ból.

Tym razem też żyję.

Obróciła się z wysiłkiem. Znajdowała się w obszernej, wykutej w skale sali; wysoko na suficie umieszczony był zwykły szyb dostarczający powietrze, a na ścianach zawieszone były pochodnie z brązu. Światła było mało. Dojrzała inne łóżka, ale nie miała ani siły, ani ochoty patrzeć, czy są pełne, czy puste. To musiało być coś w rodzaju infirmerii, izby chorych.

— Dzień dobry.

Młody i świeży głos kobiecy zaskoczył ją. Odwróciła głowę i zobaczyła siedzącą przy jej łóżku dziewczynę. Była niewiele starsza od niej i ubrana zgodnie z modą Zabójców. Miała na sobie czarną koszulę z szerokimi rękawami i skórzany gorset. Giemzowe, dość obcisłe spodnie też były czarne i włożone w wysokie buty. W jej stroju były tylko dwa kolorowe akcenty: posrebrzany pas i krwistoczerwone guziki gorsetu.

Dziewczyna była bladą blondynką o kręconych włosach. Miała delikatne piegi wokół nosa i długie, smukłe dłonie.

— Kim jesteś? — zapytała Dubhe.

— Strażniczką, która nauczy cię życia Zwycięskich. Mam na imię Rekla, ale dla ciebie jestem po prostu twoją Strażniczką.

Nauczycielka zatem.

Taka młoda…

— Co to za miejsce?

— Infirmeria. Przyprowadzili cię tu po twojej inicjacji. Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni spodni ampułkę i podsunęła jej pod nos.

— Widzisz to?

Dubhe nie tylko widziała, ale i rozpoznawała. Był to ostatni obraz jaki zarejestrowały jej oczy przed zapadnięciem się w ciemność: Yeshol dał jej pić z tej ampułki.

— Tak się składa, że jestem Strażniczką Trucizn.

Strażniczka Trucizn, kolejne dość wysokie stanowisko, może nawet zbyt wysokie, jak na dziewczynę, która wyglądała na mniej niż dwadzieścia lat.

— To jest lekarstwo na twoją klątwę, ten płyn jest cienką linią oddzielającą cię od szaleństwa.

Uśmiechnęła się prawie szczerze. Dubhe natychmiast poczuła, że jej nienawidzi.

— Tylko ja tutaj znam jego recepturę i jedynie ja mam prawo ją trzymać. I tylko dzięki temu Bestia nie zabije cię w przyszłości. Dam ci jedną buteleczkę tygodniowo, nie więcej, i zawsze tylko mnie będziesz mogła prosić o kolejną. Wyłącznie od mojej niepodważalnej decyzji zależy, czy ci ją dam, czy nie.

Dubhe zgrzytnęła zębami.

— Grozisz mi?

Uśmiech nie znikł z warg Rekli.

— Ależ skąd. Podaję ci tylko warunki twojego przebywania tutaj, warunki, które uzgodniłaś z Najwyższym Strażnikiem, zanim poświęciłaś swoje życie Thenaarowi. Przypominam ci też, że jesteś uczennicą: nie wolno ci traktować mnie z taką poufałością. Dubhe była zbyt zmęczona, aby odpowiedzieć, a zresztą jej umysł był jeszcze przyćmiony po rytuale inicjacji. Niespodziewanie w jej głowie zaczęły wynurzać się strzępki wspomnień.

— Czy zawsze tak będzie? — spytała. — Czy będę się źle czuła za każdym razem, kiedy dostanę eliksir?

— Czujesz się źle, bo klątwa została pobudzona, a nie przez moją miksturę. Nie bój się, będziesz w stanie wypełniać swoje obowiązki Zwycięskiej.

Rekla odłożyła buteleczkę i znowu spojrzała na Dubhe.

— Będę twoim cieniem przez wiele dni. Nie wiesz nic o kulcie Thenaara z wyjątkiem tego, co powiedział ci Strażnik Inicjantów. Jest wiele innych rzeczy, które musisz wiedzieć; musisz też wytrenować swoje osłabione przez przywary Przegrywających ciało w technikach Zwycięskich. Ale na wszystko jest czas.

Uśmiechnęła się znowu. Często to robiła.

— Dzisiejszy dzień możesz poświęcić na odpoczynek; wieczorem zaprowadzę cię do twoich pokojów i rozpoczniesz życie Zwycięskiej.

Podniosła się, po czym pochyliła się nad Dubhe.

— Odpocznij — powiedziała, ale ton jej głosu był dziwny, a kiedy Dubhe spojrzała jej w oczy, dostrzegła w nich błysk nikczemności.

Rekla wróciła do niej wieczorem. Dubhe cały dzień przysypiała; jednak o ile jej ciało wypoczęło, nie mogła powiedzieć tego samego o swoim umyśle.

Jej sen był lekki i niespokojny, dręczony wizjami.

Rekla podeszła do łóżka znowu uśmiechnięta.

— Czujesz się gotowa?

Dubhe przytaknęła. Wolałaby zostać tam jeszcze trochę, ale nie mogła odsuwać momentu stawienia czoła decyzji, którą podjęła. Zeszła z łóżka.

Rekla podała jej zawiniątko.

— Tu są twoje ubrania.

Dubhe wzięła je do ręki. Były identyczne jak strój Strażniczki, jedynie guziki gorseciku były czarne, a nie czerwone.

— Yeshol…

Kobieta natychmiast ją uciszyła.

— Jak śmiesz — powiedziała, a jej twarz stała się nagle surowa. — Nikt z nas nie jest godzien wypowiadać imienia Najwyższego Strażnika, a już ty najmniej ze wszystkich. Zdarza ci się to pierwszy raz, więc będę wyrozumiała, ale jeżeli jeszcze raz przyłapię cię z tym imieniem na ustach, każę cię ukarać. Dla nas wszystkich jest to Jego Ekscelencja. Dubhe skrzywiła się.

— Jego Ekscelencja powiedział mi, że dostanę mój sztylet.

— Dostaniesz go w swoim pokoju. Teraz się ubieraj.

Znowu szły przez wąskie tunele i korytarze. Rekla bez żadnego wahania obierała jeden za drugim, a Dubhe starała się zapamiętać wszystkie zakręty, jakie mijały. Było to jednak trudne. Jedynym elementem, jaki mógłby pomóc w orientacji, był odór krwi. Przesycał każdy kąt, ale czasami był silniejszy, a czasami słabszy. Był to ulotny ślad, ale Dubhe, tak jak nauczył ją Mistrz, zawsze ćwiczyła również i węch. Dziwiła się, że zapach ten wywołuje w niej tylko mdłości, a nie pobudza Bestii. Oczywiście, czuła się niespokojna, jakby coś w niej miało zaraz eksplodować, ale była pewna, że jest w stanie się kontrolować.

A zatem twoje trucizny działają, przeklęta.

Wreszcie Rekla się zatrzymała.

— Tutaj mieszkają Zwycięscy.

Dubhe była zdumiona; wyobrażała sobie, że ludzie ci śpią w jakimś wspólnym dormitorium, a tutaj okazało się, że mają wręcz oddzielne pokoje.

Rekla wyciągnęła stary, zardzewiały klucz i włożyła go do zamka. Drzwi otworzyły się. Strażniczka zatrzymała się w progu i pokazała jej klucz.

— To jest twoja kwatera, a to twój klucz. Ale Strażnik Cel ma klucz, który otwiera wszystkie drzwi, więc może wejść, kiedy chce.

Kobieta weszła, a Dubhe za nią. Pokój był nadzwyczaj mały. Nie miał żadnego okna poza tradycyjnym niewielkim otworem prowadzącym na zewnątrz, zakończonym w głębi małym szklanym okienkiem, które można było zamknąć w razie deszczu, czy śniegu. W rogu — mała wnęka z wszechobecnym posążkiem Thenaara z czarnego kryształu. Przy ścianie stało stare i zniszczone drewniane łóżko. Na nim trochę byle jak rzuconej słomy, poduszka. złożona i gotowa do użytku pościel i koce. W nogach łóżka ustawiono mahoniową ławę skrzyniową, na której Dubhe zobaczyła błyszczący sztylet. Yeshol nie kłamał. Obok sztyletu stał dzbanek prosty gliniany kubek i wielka klepsydra z ciemnego drewna.

— To jest twój pokój. W skrzyni są ubrania na zmianę.

Dubhe podeszła do skrzyni i przypięła sztylet do pasa.

Pamiętaj, jesteś tu gościem. Pewnego dnia stąd odejdziesz.

— No już, idziemy.

Rekla wyszła z pokoju, a Dubhe podążyła za nią. Znów przemierzyły szereg przenikniętych zapachem krwi korytarzy. Po kilku minutach dotarły do obszernego salonu.

— Tutaj jadają Zwycięscy: przychodzi się tu w pierwszej godzinie po świcie, w południe i godzinę po zachodzie słońca. Przysługują nam te trzy posiłki, ani mniej, ani więcej.

Była to prostokątna sala pełna ciemnych ławek ustawionych porządnie wokół hebanowych stołów. Przy długiej ścianie mieściło się coś w rodzaju ambony podtrzymywanej przez zniekształcony posąg cyklopa.

— Musimy się pospieszyć, do posiłku została niecała godzina.

Rekla przyspieszyła kroku, a Dubhe prawie straciła ją z oczu, tak szybko i pewnie poruszała się wśród korytarzy.

— Dzisiaj po kolacji dam ci plan tego miejsca. W ciągu dwóch dni będziesz musiała się nauczyć lokalizacji wszystkich pomieszczeń, czy wyrażam się jasno?

Dubhe nie odpowiedziała, ograniczyła się do podążania za nią.

Dotarły do schodów, zeszły po nich i znalazły się w obszernej okrągłej, całkowicie pustej sali. W ścianie otwierała się seria czarnych jak smoła drzwi.

— Tam są sale treningowe. Ja będę cię uczyć wszystkiego o kulcie, ale ćwiczenia będziesz wykonywać pod okiem innego Strażnika.

Rekla szybko ruszyła przez sale. W niektórych stały manekiny, w innych tarcze i rozmaite cele. Wszystkie ściany poobwieszane były wszelkimi rodzajami broni: łukami, dmuchawkami, sztyletami o różnych kształtach. Dubhe zobaczyła tam również wiele mieczy, a była to broń, którą ledwie znała, ponieważ Mistrz zawsze mówił jej, że mordercy jest ona zbędna.

W wielkim pośpiechu przemierzyły z powrotem drogę. Którą dopiero co przeszły, a kiedy znajdowały się na schodach, ponury dzwon wybił dwa razy.

— To sygnał kolacji. Są cztery uderzenia: za czwartym drzwi się zamykają i nikt nie może już wejść.

Sala była już pełna i na pierwszy rzut oka Dubhe oszacowała, że w środku znajduje się przynajmniej jakieś dwieście osób. Dwustu najbardziej niebezpiecznych zabójców Świata Wynurzonego, dwustu zabójców, którzy nagle stali się jej kolegami. Byli tam mężczyźni i kobiety oraz dość znaczna grupa dzieci siedzących przy oddzielnym stole, ubranych w czarne tuniki i pilnowanych przez jakąś dziesiątkę odzianych na czerwono kobiet.

— Chodź za mną.

Rekla i Dubhe zajęły miejsca przy końcu jednego ze stołów, a kiedy Dubhe usiadła, poczuła na sobie kilka zainteresowanych spojrzeń. Wytrzymała je pewnie. Nie zamierzała dać się traktować jako ciekawostka. Szybko przestano przyglądać się jej natarczywie.

— Nie powinnam tu z tobą być — wymruczała Rekla. — Strażnicy jedzą razem przy tamtym stole. — Wskazała na oddzieloną część, gdzie siedzieli inni mężczyźni i kobiety, z takimi jak ona kolorowymi guzikami przy gorsetach. — Ale jesteś nowa i zostałaś mi powierzona. Thenaar wybaczy mi to niewielkie odstępstwo od reguł.

Lekki szmer wypełniał salę, ale ucichł nagle, kiedy tylko przy ambonie ukazała się czerwona sylwetka. Dubhe rozpoznała ją od razu. Był to Yeshol.

Jednocześnie w głębi sali pojawiły się byle jak ubrane i bose postacie o podkrążonych oczach i pokrytych głębokimi bruzdami twarzach ludzi cierpiących głód i pracę ponad siły. Jedni trzymali w rękach wielkie garnki, inni zaś nieśli gliniane talerze i sztućce, które zaczęli rozkładać przed każdym stołownikiem.

Rekla ponownie zwróciła się do niej i szepnęła jej na ucho:

— To Postulanci. Przychodzą do świątyni modlić się za swoich bliskich i oczekują na ofiarę; niektórzy z nich to dzieci, przyjaciele lub krewni poświęceni przez Postulantów dla otrzymania tego, o co prosili Thenaara, a inni to dzieci różnych zabitych przez Przegranych.

Niewolnicy — powiedziała do siebie Dubhe. Tak jak i ona. Jedynym powodem, dla którego nie znajdowała się wśród nich była po pierwsze ochrona Mistrza, a po drugie zabójstwo dokonane przez nią w wieku ośmiu lat, które w oczach Gildii czyniło z niej wybraną.

Wychudzony i smutny chłopczyk podał jej miskę, łyżkę i nóż Dubhe na kilka sekund napotkała jego spojrzenie, ale chłopiec szybko odszedł.

Nadeszła kolej na osoby z garnkami; każdemu stołownikowi nalano trochę czerwonawej cieczy śmierdzącej kapustą, jednocześnie kładąc przy każdym kawałek suchego chleba orzechowego. Dubhe miała niemiłe wrażenie, że obsługują ich duchy. Pomyślała o kobiecie, której lamenty widziała za pierwszym razem, kiedy weszła do sanktuarium. Może ona też tu była.

Kiedy zakończyło się rozdawanie posiłku, w sali nikt już nie mówił. Wtedy w powietrzu uniosły się wyraźne słowa Yeshola, wypowiedziane potężnym i ożywianym czymś w rodzaju ledwie, powstrzymywanego mistycznego zapału głosem, dokładnie jak w dzień inicjacji.

— Złóżmy dziękczynienie Thenaarowi za ten długi dzień pracy, a jeszcze bardziej za dar tej sprzyjającej zabójstwom ciemności, tak drogiej Jego Dzieciom.

Audytorium odpowiedziało jednym głosem.

— Krew do krwi, ciało do ciała, niech będzie chwała imieniu Thenaara.

Dubhe czuła, jak brzęczy jej w uszach. Yeshol podjął przemowę.

— Nastały szczęśliwe czasy: dołączyła do nas nowa adeptka, Zwycięska, która przez długie lata umykała przed swoim przeznaczeniem, ale wreszcie powróciła do Thenaara. Dzisiaj siedzi wśród nas i własnym życiem załata wreszcie rozdarcie, jakie wiele lat temu powstało w naszej wspólnocie przez odejście Sarnka, który, postanowił poświęcić się sprawie Przegranych.

Dubhe podniosła na Yeshola ogniste spojrzenie. Była pewna, że mężczyzna ją zobaczył, bo przez kilka chwil na nią patrzył, ale jak zawsze go to nie wzruszyło.

— Teraz Sarnek nie żyje, a pamięć o jego haniebnej postawie została starta z powierzchni ziemi. Dubhe przybywa do nas i rekompensuje nam to, co odjęto nam w przeszłości.

Z widowni podniósł się aplauz. Dubhe trzymała oczy przyklejone do talerza. Wybór, którego dokonała, coraz bardziej jej ciążył, ale wspomnienie Bestii rozszarpującej jej pierś, aby się wydostać, było silniejsze niż kiedykolwiek.

— I wreszcie, nadchodzi czas. Długo usychaliśmy na wygnaniu w tym miejscu, z dala od naszego prawdziwego Domu. Ale ja poprzysiągłem, że nie umrę, zanim nie ujrzę triumfu Thenaara, i tak będzie. Pamiętajcie o tym, nadchodzi czas.

Tym razem z widowni podniósł się okrzyk radości. Dubhe cały czas patrzyła w swoją zupę. Nie interesowały jej te szaleństwa. Starała się tylko odizolować od tego zgromadzenia jak mogła najbardziej.

— A teraz jedzcie w oczekiwaniu na dzień poświęcony Thenaarowi.

Ponad dwieście łyżek zaczęło jednocześnie uderzać o gliniane miski. Nie było słychać innego odgłosu.

Dubhe patrzyła przez kilka chwil na ciecz. Nie miała najmniejszej ochoty na jedzenie. Zapach krwi wypełniał jej nozdrza również i tutaj.

— No co, nie jesz? — skarciła ją Rekla.

Dopiero wtedy Dubhe podniosła łyżkę i zaczęła połykać zupę. Robiła to z obrzydzeniem, ale się przemogła. Po raz kolejny powiedziała sobie, że musi wypić swój kielich do końca.

Kolacja zakończyła się po godzinie z okładem. Znowu słudzy sprzątnęli brudne naczynia. Mieli puste oczy i poruszali się mechanicznie.

— Nie ma powodu, aby patrzeć na Przegranych Postulantów, nie zasługują na twoje spojrzenie — ostrzegła ją kwaśno Rekla.

Dubhe odwróciła wzrok. Czuła, że te twarze w dziwny sposób ją pociągają. Podczas wojny widziała wielu takich, jak oni.

Twarze ofiar są zawsze takie same, wszędzie.

Przypomniała sobie siebie samą jako dziecko.

Rekla już się ruszyła, więc Dubhe zmuszona była przyspieszyć kroku, aby ją dogonić.

— Pamiętasz drogę?

— Dwa razy to mało, żeby zapamiętać tak skomplikowaną trasę.

Na twarz Rekli wypełzł drwiący uśmiech.

— Zwycięski nie potrzebuje niepotrzebnych powtórzeń. Zwycięski zapamiętuje trasę po jednym razie. Nie będzie z tobą łatwo, dziewczynko…

— Nie lekceważ mnie: ja w Świecie Wynurzonym przynajmniej wyrobiłam sobie sławę jako złodziejka. Twojego imienia nikt nie pamięta.

Dubhe ledwo zdążyła skończyć zdanie, kiedy kobieta rzuciła ją na ścianę, wykręcając jej ramię na plecy i przyciskając swój nóż do jej krtani. Dubhe poczuła irytację, którą szybko stłumił mocny ból ramienia.

Ta kobieta ma błyskawiczne odruchy…

W półcieniu korytarza, o włos od jej ucha zadźwięczał nabrzmiały gniewem głos Rekli.

— Jestem twoją Strażniczką, nie ośmielaj się więcej mówić do mnie tym tonem, albo cię zarżnę i ofiaruję twoją krew Thenaarowi. To, że Yeshol cię wybrał, nie daje ci praw do niczego.

Puściła ją nagle, rzucając na ziemię. Dubhe leżała na zimnej posadzce korytarza.

— Pamiętaj, że jestem Strażniczką Trucizn i kwestia twojego przeżycia leży w moich rękach. Nie dostaniesz flakonika, klątwa cię rozerwie. A teraz wstań.

Dubhe zacisnęła palce na nierównościach podłoża. Była przepełniona złością, ale nic nie mogła zrobić. Podniosła się i z opuszczoną głową poszła za kobietą.

Szybko dotarły do pokoju. Rekla otworzyła go, po czym wręczyła jej klucze oraz plan.

— Jutro rano przyjdę cię obudzić. Do tego czasu masz znać na pamięć połowę obszaru Domu. Uśmiechnęła się dziko, a Dubhe wydarła jej z rąk kartkę.

— Nie wątp… — syknęła.

— Nie wątpię — Strach może wiele, a zapewniam cię, że jeżeli nie będziesz wypełniać moich rozkazów, zakosztujesz strachu we wszystkich jego formach.

Odwróciła się i odeszła, nie czekając na odpowiedź.

Dubhe została sama na progu.

Weszła i zatrzasnęła za sobą drzwi. Duszny zapach chwycił ją za gardło. Nie było żadnej ucieczki z tego zatopionego w czeluściach ziemi miejsca, ani okna, aby mogła przyglądać się niebu i marzyć o niemożliwej wolności.

Nie dostaną mojej duszy, powtarzała sobie nieustannie, aby dodać sobie sił. Ale tam, w drżącym świetle jedynej świecy, jaką wolno jej było mieć, nawet to zdanie wydawało się pozbawione sensu.

Straciłam moją duszę wiele lat temu.

Usiadła ze złością na łóżku i rozłożyła gęsto wypełniony napisami i czarnymi symbolami plan. Wysoko nad nią zimno połyskiwała czerwona gwiazda jej więzienia.

15. Pod okiem Thenaara

Dubhe przebudziła się nagle. Ktoś gwałtownie pukał do drzwi. Chwilę zajęło jej zorientowanie się w miękkiej ciemności pokoiku. Podniosła oczy, zobaczyła szyb i przypomniała sobie. Gildia. Uświadomiła sobie też, kto to puka: Rekla, która przyszła na poranną lekcję.

— Już idę — wybełkotała i zeszła z łóżka.

Wzięła ubrania i otworzyła drzwi. Ciemność przecięło świetliste ostrze, które zadrapało jej pierś. Dubhe błyskawicznie wyciągnęła sztylet.

— Zwariowałaś czy co? — wrzasnęła.

Tamta przystawiła jej broń do gardła. Miecz.

— Masz być punktualna. Zapowiedziałam ci, że jeśli nie będziesz robić tego, co ci powiem — ukarzę cię.

Dubhe przez kilka chwil stała w pozycji obronnej z wyciągniętym ostrzem.

— Schowaj to — syknęła Strażniczka Trucizn.

Dubhe posłuchała.

Kobieta spojrzała na nią z pogardą.

— Musisz się umyć. Chodź za mną.

Przemierzyły zwykłą krętą drogę, ale tym razem Dubhe wiedziała już, gdzie idą. Nocna nauka okazała się owocna, teraz rozpoznawała poszczególne chodniki, chociaż nigdy w nich nie była. Zuchwale stanęła u boku Rekli. Kobieta uśmiechnęła się szyderczo.

— Wypełniłaś tylko swój obowiązek.

Doprowadziła ją do term. Dubhe widziała je wcześniej wyrysowane na planie. Znajdowały się obok sal ćwiczeń i były zasilane podziemnym źródłem ciepłej wody. Dom nie był bardzo oddalony od Krainy Ognia, którą cechowała obecność wielkiej liczby wulkanów; najwyraźniej Thal, największy wulkan tej ziemi sięgał swoim ognistym oddechem aż tutaj, ogrzewając źródła.

Termy były wielkim, okrągłym salonem, jak wszystkie pomieszczenia tego miejsca topornie wyciosanym w skale. W rogu królował wielki posąg Thenaara z czarnego kryształu.

Znowu, podobnie jak w Wielkiej Sali, gdzie odbyła się inicjacja, u jego stóp znajdowała się inna postać, mniejsza. Tym razem Dubhe udało się przyjrzeć jej wyraźniej. Było to rzeczywiście dziecko, ale jego twarz miała wyraz pełen powagi zabarwionej smutkiem, przez co wydawało się ono dorosłym w miniaturze. Twarz ta była niepokojąco piękna, a kręcone włosy były wyrzeźbione z taką maestrią, że wydawały się miękkie i lśniące. Po obu stronach głowy spod włosów wystawało coś spiczastego, czego Dubhe nie potrafiła bliżej zidentyfikować. Dziecko miało na sobie opadającą aż do stóp tunikę z szerokim kołnierzem, a jego ramiona były otwarte, jak gdyby chciały objąć całą salę.

Dubhe zdumiała się i zaczęła się zastanawiać, kogo może przedstawiać ta rzeźba.

Salę prawie w całości zajmował obszerny basen z ciepłą wodą, której opary wypełniały całe pomieszczenie. Z kilku monstrualnych twarzy porozmieszczanych wzdłuż ścian wypływały strumienie wody. W środku przebywało dużo ludzi, zarówno mężczyzn, jak i kobiet.

— Tym razem ja cię przyprowadziłam, ale od tej chwili, zanim staniesz przed moim obliczem, sama będziesz tutaj przychodzić, aby się umyć. Zobaczymy się w refektarzu przy pierwszym uderzeniu dzwonu — powiedziała Rekla i odeszła. Dubhe spojrzała na rojące się w basenie ciała i wydały jej się one larwami żywiącymi się ciemnością. Wszyscy ludzie byli bladzi, dzięki ćwiczeniom mieli gibkie ciała i robili wrażenie identycznych.

Dziewczyna rozebrała się pospiesznie, odłożyła swoje ubranie w jednej z wnęk specjalnie w tym celu wyżłobionych w skale, po czym wskoczyła do wody i dłuższy czas spędziła pod powierzchnią. Ciepło wprawiło ją w odrętwienie. Nagle przypomniała sobie poranki w Krainie Słońca, kiedy chodziła się myć do Ciemnego Źródła. Tam woda była lodowata i wzmacniająca, i już sam jej chłód sprawiał, że czuła się czysta.

Trochę popływała, chociaż okazało się to trudne z uwagi na to bezsensowne ciepło, po czym stanęła pod strumieniem jednej z kaskad. Koło niej znajdował się mężczyzna. Zerknął na nią, ale zdała sobie sprawę, że robi to bez złych intencji. Patrzył na nią tak, jak się spogląda na innego człowieka, a w jego oczach była tylko ciekawość dla nowo przybyłej. Dubhe jednak poczuła się zawstydzona. Przemierzyła basen z powrotem, wyszła i wytarła się. Kiedy zapięła ostatni z guzików kamizeli, dzwon zabrzmiał po raz pierwszy. Nawet gdyby nie uczyła się tak dokładnie planu, nie byłoby jej trudno znaleźć drogę do refektarza. Wszyscy szli w tamtym kierunku i wystarczyło podążyć za rzeką ludzi, aby dotrzeć do obszernej sali.

Tym razem na stołach już leżało to, co trzeba: kawałek czarnego chleba i miska mleka.

Wszyscy zajęli swoje miejsca, po czym zapadła zwykła cisza. Dubhe spodziewała się, co może zaraz nastąpić: religijność żywi się rytuałami. I rzeczywiście, przy ambonie pojawił się Yeshol.

— Prośmy Thenaara, aby podarował nam długi dzień pracy, na którego zakończenie będziemy mogli cieszyć się darem ciemności, sprzyjającej zabójstwom i tak drogiej Jego Dzieciom…

Powtórzył inwokację z poprzedniego wieczoru i po raz kolejny audytorium odparło jednym głosem:

— Krew do krwi, ciało do ciała, niech będzie chwała imieniu Thenaara.

Yeshol wydawał się zadowolony.

— Jedzcie. Jedzcie i posilajcie się.

Wszyscy rzucili się na to, co mieli przed sobą. Dubhe szybko wypiła mleko i w kilku kęsach pochłonęła chleb.

— No i co teraz? — zapytała, kiedy skończyła.

Rekla miała jeszcze przed sobą połowę swojego mleka.

— No i nie wyglądasz na zabójczynię. Nikt nie nauczył cię cierpliwości?

— Rzeczywiście, jestem złodziejką.

Rekla uśmiechnęła się drwiąco.

— Jesteś Dzieckiem Śmierci i to jest twoje przeznaczenie. — Zamilkła na chwilę, tylko po to, aby zdenerwować Dubhe. — Naucz się rozróżniać, kiedy jest czas na oczekiwanie, a kiedy na działanie.

Po śniadaniu poszły do świątyni. Była milcząca i ponura, jak zawsze. Rozbrzmiewała dźwiękami wiatru i deszczu: na zewnątrz musiała szaleć burza z prawdziwego zdarzenia. Dubhe wsłuchała się w te odgłosy. W czeluściach ziemi mieszkała dopiero nieco ponad tydzień, ale już tęskniła za wszystkim, co było na zewnątrz. Już prawie pomyślała, żeby wyjść, zaledwie na ułamek chwili, aby nacieszyć się deszczem i chłoszczącym twarz wiatrem, ale natychmiast porzuciła tę myśl. Rekla już klęczała przed ołtarzem.

— Uklęknij.

— Ja nie wierzę w Thenaara.

Nie rozumiała, dlaczego to robi. Yeshol wyraził się jasno: życie tutaj oznaczało przystosowanie się do kultu, a życie w Gildii było jedynym sposobem na uniknięcie straszliwej śmierci. A jednak nie chciała. W jakiś sposób Mistrz zakazywał jej tego.

Rekla odwróciła się powoli.

— Każdy twój niepotrzebny akt buntu, każde twoje zbędne słowo oznacza cierpienie. Ty teraz nie zdajesz sobie z tego sprawy, bo jesteś napełniona eliksirem, ale przypomnij sobie wieczór swojej inicjacji i swoje własne nieludzkie wrzaski. Przeżyjesz to jeszcze raz, Dubhe, jeżeli nie uklękniesz.

Dubhe zacisnęła pięści, ale uklękła. Wspomnienie Bestii prześladowało ją i uniemożliwiało jej twardą odmowę.

— Ja nie mam żadnego interesu, żebyś tu z nami była. Dla mnie jesteś i pozostaniesz Przegraną, bo jak taka się zachowujesz. Ale Jego Ekscelencja w ciebie wierzy, a on jest wyobrażeniem Thenaara na ziemi, przynajmniej dopóki nie wróci Syn Umiłowany Jeżeli nie podrzynam ci gardła tu i teraz, to tylko ze względu na moją wiarę, wiedz o tym.

— A jeżeli ja cię nie zabijam, to tylko ze względu na eliksir — odcięła się Dubhe.

Rekla uśmiechnęła się spod oka.

Nauczyła ją modlitwy.

— Potężny Thenaarze, bogu błyskawicy i ostrza, panie krwi, oświeć moją drogę, abym mógł dokonać zabójstwa i ofiarować Ci krew Przegranego.

Rekla wyjaśniła jej, że to właśnie recytuje Zabójca przed misją, i kazała jej powtórzyć.

Dubhe musiała zaczerpnąć powietrza. Coś wewnątrz niej uniemożliwiało jej powtórzenie tego głupiego zaklęcia. Przemogła się i udało jej się to zrobić, ale wygłosiła modlitwę tonem tak poirytowanym i pełnym nienawiści, że Rekla natychmiast się zasępiła. W odróżnieniu od Yeshola, ta kobieta była bardziej uwrażliwiona na bluźnierstwo, ale choć w jej oczach zapłonęły ognie, nic nie zrobiła.

Dubhe zaczynała rozumieć, jak daleko może się posunąć. Była tylko jedna osoba, która mogła ją zabić, i był to Yeshol, który uknuł spisek, aby mieć ją w swoich szeregach. Przy Rekli mogła jeszcze pozwolić sobie na jakieś małe radości.

Kiedy skończyła, podniosły się i usiadły w jednej z ławek. Rekla zaczęła ją kształcić. Wiele rzeczy Dubhe już wiedziała; niektóre pamiętała, bo Ghaan mówił jej o nich podczas długich dni oczyszczenia, inne znała, bo były to pogłoski krążące wśród ludzi, inne jeszcze zdradził jej Mistrz. Rekla zaczęła od opowieści o dzieciach. Thenaar jest bogiem okrutnym, kochającym śmierć, ale przede wszystkim jest bogiem, który wybiera: po jednej stronie stoją jego wybrańcy — Zwycięscy, a po drugiej Przegrani. Przegrani to zwykli ludzie: ci, którzy nigdy nie zabili albo uczynili to podczas wojny, z woli innych; są oni niegodni Thenaara. On ich nienawidzi i pragnie zgnieść, ponieważ są owocem ohydnego aktu twórczego innych bogów, mających zbyt łagodne serce. Zwycięscy są mordercami, Zabójcami Gildii.

— My nie jesteśmy jak żołnierze, którzy zabijają innych z powodu nienawiści, ani nawet nie jak normalni zawodowi zabójcy, którzy mordują dla pieniędzy i sprzedają szlachetną sztukę zabójstwa za kawałek chleba — mówiła Rekla z błyszczącymi oczami. — My zabijamy na chwałę Thenaara, uwalniamy świat od Przegranych, aby pewnego dnia nadszedł Jego Czas: świat, w którym będą żyć tylko stworzenia przez niego wielbione, my — Zwycięscy, lepszy świat.

Dubhe powstrzymała uśmiech. Gildia, która zabija dla lepszego świata… A przecież Yeshol kazał sobie dawać pieniądze za korzystanie z usług swoich Zwycięskich, a przez ręce Gildii przepływały niesamowite ilości pieniędzy!

Prawda była taka, że życie na tym świecie nie było nic warte, a Dubhe zrozumiała to już od momentu, kiedy została wygnana ze swojego domu, a własny ojciec jej nie ocalił.

Rekla opowiadała dalej. Zwycięskich wyznacza los: to ci, którzy zabili w młodym wieku. Dzieci urodzone przez kobiety umierające przy porodzie albo ludzie tacy jak ona, którzy zabijają przyjaciela podczas zabawy, albo dzieci, które zabijają świadomie, ot tak, bez powodu.

Dubhe pokręciła leciutko głową. To nie było z powodu Thenaara. Czuła to. Gornar nie umarł z powodu Thenaara. To się stało, bo takie było przeznaczenie, nic poza tym. I tak w milczeniu słuchała opowieści, ale w nią nie uwierzyła. Będzie słuchała dalej, przez wszystkie następne dni, ale na pewno w nic nie będzie wierzyć, tak jak zawsze.

Ja nie jestem taka jak oni i nigdy taka nie będę.

Po obiedzie Dubhe miała godzinę wolnego.

— Potem pójdziemy do sali ćwiczeń, a nie można dobrze trenować z pełnym żołądkiem.

Rekla dała jej gruby, oprawiony w czarną skórę tom z ciężkimi zardzewiałymi ćwiekami.

— Chcę, żebyś do jutra przeczytała przynajmniej połowę — powiedziała, po czym odeszła, znikając w ciemności korytarzy.

Dubhe nie miała najmniejszej ochoty krążyć po domu. W końcu zamknęła się w swoim pokoju, gdzie spędziła nudną godzinę, czytając niektóre fragmenty z książki. Był to sekretny tekst dla inicjantów na temat organizacji społecznej Domu. Dubhe nigdy nie sądziła, że Gildia może mieć tak złożoną strukturę: przypuszczała, że istnieje jakiś podział obowiązków, ale nie miała pojęcia, ile kast i klas było koniecznych, aby pozwolić pracować i żyć sekcie takiej jak ta, liczącej kilkaset osób.

Odkryła, że było wielu Strażników o stopniu Rekli: strażnicy nadzorujący kuchnie, ofiary, zajmujący się nowicjuszami, salami ćwiczeń czy czystością świątyni. Setki stanowisk.

Dowiedziała się także, iż Gildia miała swoje odgałęzienia również poza Domem. Swoją działalność prowadziła za pośrednictwem ludzi, którzy nie byli w pełni wtajemniczeni, ale w jakiś sposób pozwalali jej rozszerzyć zasięg swych macek na cały Świat Wynurzony. Byli to w większości kapłani w tajemnicy wyznający ten kult, jak również wielu czarodziejów. Znalazła tu nawet ich listę. Dubhe sporo umieszczonych na niej osób znała, ale nikogo z nich nigdy by o coś takiego nie podejrzewała. Wielu zajmowało stanowiska doradców królów i hrabiów. Wiedziała, że Gildia jest potężna, ale nie sądziła, że aż tak.

Upłynięcie godziny zasygnalizowała jej klepsydra. Odczuta to niemal jako uwolnienie i z ulgą udała się wreszcie do sali ćwiczeń.

Kiedy tam weszła, z trudem ją rozpoznała. Pomieszczenia poprzedniego wieczoru puste i na wpół ciemne, teraz były jasne prawie jak w dzień za sprawą wielkich trójnogów z brązu, wydzielających lekki, owocowy aromat. Zapach potu był jednak bardzo silny i mieszał się z wonią krwi. Dubhe poczuła lekki zawrót głowy, ale szybko jej przeszło. Znalazła czekającą na nią Reklę.

Sale były pełne ludzi, głównie dzieci i młodzieży, zarówno chłopców, jak i dziewcząt. Przebywały tam też bardzo małe dzieci. Wszyscy pogrążeni byli w najprzeróżniejszych ćwiczeniach, mających na celu wzmocnienie i wydłużenie mięśni, trenowanie równowagi czy zdolności koncentracji. Niektórzy ćwiczyli użycie broni, inni walczyli gołymi rękami, próbowali różnych chwytów i uczyli się, w jakich miejscach ciało ludzkie jest najbardziej czułe. Inni uwijali się wokół manekinów. Mieli twarze skoncentrowane na wysiłku i całkiem brakowało im tej żywości, jaką pamiętała u siebie w dzieciństwie. Byli to dorośli pozamykani w drobnych ciałkach. Niespodziewanie przyszła jej na myśl statua obok posągu Thenaara, dziwne dziecko z twarzą dorosłego.

Idąc za Reklą, przemierzyła kilka sal. Wszystkie wypełnione były dziećmi i nastolatkami.

— Gdyby to zależało ode mnie, zatrzymałabym cię tutaj, z młodzieżą w twoim wieku, ale Jego Ekscelencja jest przekonany, że jesteś warta więcej.

Wreszcie dotarły do pomieszczeń, gdzie ćwiczyli dorośli. Wszyscy mieli płynne, zwinne ruchy i trenowali samodzielnie. Dubhe powiedziała sobie, że co prawda nie jest to Ciemne Źródło, przy którym tak przyjemnie się ćwiczyło, ale przynajmniej będzie miała gdzie szukać koncentracji i wrócić nieco do siebie, odnaleźć trochę samotności.

Rekla jednak zdecydowanym krokiem podeszła do stojącego na uboczu mężczyzny. Opierał się o ścianę, a w dłoni trzymał coś w rodzaju szpicruty. Był wysoki i wychudzony, szczupły aż do przesady. Jego ogolona głowa lśniła w intensywnym świetle padającym z trójnogów. Miał spłaszczoną twarz, zakrzywiony nos, szerokie i cienkie usta, niewyraźnie zarysowany podbródek.

Kiedy tylko Rekla się do niego zbliżyła, porzucił pozycję, w jakiej się znajdował, a która miała w sobie coś obraźliwie zuchwałego, i opuścił ramiona wzdłuż boków. Były nienaturalnie długie. Nie patrzył żadnej z obu kobiet w oczy, ale pochylił głowę, taksując je spod oka. Jego głos doskonale odpowiadał jego wyglądowi: był lepki i cienki, prawie piskliwy.

— Witaj, Rekla. To nowy nabytek, jak mniemam — przeniósł spojrzenie na Dubhe. Jego oczy były czarne, dwie mroczne studnie, ruchliwe i umykające.

Rekla ograniczyła się do kiwnięcia głową. Zdawało się, że traktuje go z pewną zarozumiałością i źle skrywanym obrzydzeniem.

— Jego Ekscelencja pragnie, abyś dzisiaj wypróbował jej umiejętności i zdał mu relację.

— Jak Jego Ekscelencja sobie życzy — odpowiedział mężczyzna z niemal drwiącym ukłonem. Nie wydawał się żarliwy jak Rekla Powodowało nim coś innego, a nie fanatyzm, jak innymi. Strażniczka Trucizn obróciła się na pięcie i odeszła. Dubhe została sama przed tym mężczyzną. On długo się w nią wpatrywał. Niechętnie pozwoliła mu na siebie patrzeć i poczuła silną tęsknotę za swoim płaszczem. Nie była przyzwyczajona do chodzenia bez niego, z odkrytą twarzą i ciałem.

— Ja jestem Sherva, Strażnik Sali Ćwiczeń. Twoje imię?

— Nie znasz go? — spytała Dubhe. Mężczyzna przywołał na twarz koślawy uśmiech.

— Chcę je usłyszeć z twoich ust.

Dubhe zadowoliła go.

— Ciało zabójcy wiele o nim mówi, a twoje jest dobrze wyćwiczone w technikach wymagających zwinności i skrytości. To dobrze. Nie masz jednak wprawy w zabójstwie gołymi rękami a miecz jest ci praktycznie nieznany. Dobrze strzelasz z łuku, ale tylko jedną ręką, i wolisz sztylet. To też dobrze, bo Zwycięscy pragną krwi, a sztylet jest umiłowaną bronią Thenaara.

— Nie zaimponowałeś mi.

— Nie było to moim zamiarem. Od jak dawna nie praktykujesz?

Koszmar nabierał nowego wymiaru.

— Nigdy nie praktykowałam. Zostałam tylko przeszkolona. Sherva pogładził się po brodzie, omiatając ją krytycznym spojrzeniem.

— Jasne… ty jesteś złodziejką, prawda?

Dubhe przytaknęła, prawie z ulgą.

— Jak dawno zakończyło się twoje szkolenie?

— Dwa lata temu.

— I do tamtego momentu asystowałaś Sarnkowi, prawda? Ale nie tylko. Przez te dwa lata dalej ćwiczyłaś się w technikach, których on cię nauczył. Zabójca bez krwi, morderca bez ofiar.

Dubhe nie wiedziała, co powiedzieć. Po sztywności Rekli rozmowa z tym mężczyzną wydała jej się o wiele bardziej interesująca. Było w nim coś chorego, jak we wszystkim tu w środku, ale również coś fascynującego.

— Tak czy inaczej — podsumował — z pewnością nie wystarczy spojrzeć na twoje ciało, żeby mieć pewność, co umiesz robić. Trzeba to sprawdzić w praktyce.

Ruszył się, a Dubhe poszła za nim. Jego kroki nie wydawały żadnych odgłosów. Jego ruchy miały płynność, której Dubhe nigdy u nikogo nie widziała, nawet u zwierząt. Miała wrażenie, że powietrze otwiera się przed nim, po czym zamyka za nim bez ruchu. Nawet sprawne zmysły Dubhe nie potrafiły wyczuć żadnego śladu jego przejścia.

— Nie dziw się tak — rzucił Sherva, nie odwracając się, jakby czytał w jej myślach. — Moja zwinność to owoc wielu lat treningu i jest już moją specjalnością.

Dubhe zaczynała czuć do tego człowieka dziwną sympatię.

Dotarli do zakurzonego i ciemniejszego niż inne pomieszczenia leżącego z dala od zgiełku największej sali. Było ono dość małe, ale niczego w nim nie brakowało: znajdowały się tu manekiny i wszelkiego rodzaju broń. Sherva wlał oleju do lampy, po czym zapalił ją rozżarzoną głownią.

— Jak możesz się domyślić, zazwyczaj zajmuję się dziećmi, ale Yeshol chce, abym dzisiaj, jak i w przyszłości, poświęcił się tobie, Dubhe zdumiała się prostotą, z jaką mężczyzna wypowiedział imię Najwyższego Strażnika.

— Człowiek trenuje przez całe życie, a poza tym są techniki, których nie znasz. Popracujemy nad nimi. Pod pewnymi względami Dubhe czuła się, jakby znowu była małą dziewczynką. Trenowanie i nauka nowych technik były czymś, co zawsze bardzo lubiła.

— Nie zabiłaś nikogo jako płatny morderca? — zapytał znienacka.

— Nie — odpowiedziała sucho Dubhe. Jej myśli powędrowały do jej pierwszego morderstwa.

Sherva patrzył na nią spod oka z uśmiechem jak zawsze oślizgłym i nikczemnym.

— A może tak. W sumie nie interesuje mnie to. Jeżeli to zrobiłaś, uczyniłaś to dla pieniędzy, a nie zabija się dla pieniędzy nie zabija się z żadnego innego powodu, jak tylko dla zabijania samego w sobie.

— Rekla tak nie uważa. I Yeshol też nie. Zabija się dla Thenaara, tak mówią.

Dyskusja obrała ciekawy kierunek i Dubhe chciała ją pogłębić.

— Ja aspiruję do osiągnięcia doskonałości techniki. Być może jest to mój sposób na służbę Thenaarowi. A teraz koniec z pogaduszkami. Pokaż mi, co potrafisz.

To było jak powrót do dzieciństwa. Musiała pokazać, ile jest warta, próbując sił z różnymi rodzajami broni, udając zasadzki, pokazując swoją zwinność w ćwiczeniach i akrobacjach. Sherva był skąpy w komentarzach i przez cały czas zachował milczenie, ale Dubhe uznała, że zrobiła na nim dobre wrażenie zarówno w próbie łuku, jak i ze sztyletem. Wydawał się też zadowolony z jej zwinności. Gorzej poszło jej z mieczem. Dubhe wiedziała, że mężczyzna miał słuszność, kiedy mówił o jej umiejętnościach, po prostu na nią patrząc. Zresztą jej mięśnie mówiły same za siebie, zdawała sobie z tego sprawę.

Kiedy przyszło do pokazania technik zabijania gołymi rękami, Sherva ją zaskoczył.

— Tym razem żadnych kukieł, spróbuj ze mną. Dubhe przez kilka chwil stała zdumiona.

— Mogę ci zrobić krzywdę. Mistrz wiele mnie nauczył.

— Rób, co ci powiedziałem, i basta.

Dubhe westchnęła i postanowiła działać na poważnie.

Próbowała wszystkiego: złamać mu kręg szyjny, udusić go rękami i nogami, a nawet użyła pięści. Jednak on był nienaturalnie zwinny i zdawał się wyślizgiwać z jej rąk jak piskorz. Za każdym razem, kiedy już była pewna, że trzyma go w mocnym uchwycie, on się uwalniał. Wydawało się, że ma naruszone wszystkie stawy, bo był w stanie wyciągać z nich ręce i nogi, a także zginać je pod niemożliwymi kątami. Dubhe ani razu nie udało się wpędzić go w kłopoty, a nawet nie zrobiła mu siniaka. Pod koniec próby ona była zadyszana, a Sherva oddychał w zwykłym tempie.

— To czary… — wymruczała Dubhe.

Sherva uśmiechnął się złośliwie.

— Też ale nie tylko. To jest zakazane lekarstwo, ćwiczenie i ból, i ty też możesz taka być za kilka lat. Chcesz?

Dubhe nie wiedziała. Nie wstąpiła tam, aby robić postępy i stawać się doskonałym zabójcą. Wolała nawet nie myśleć o tym, że będzie musiała zabijać, i to zawodowo. Była tam tylko po to, aby przeżyć, sprzedała swoje ciało, aby nie wpadło w szpony Bestii.

— Ty jesteś nauczycielem — odpowiedziała.

Sherva rozmyślał przez kilka chwil, po czym odezwał się:

— Podtrzymuję to, co powiedziałem wcześniej. Musisz nauczyć się posługiwać mieczem, a twoja zwinność, chociaż wspaniała, może się jeszcze poprawić. Musisz nauczyć się technik ataku bez broni. No i oczywiście tego, czego najbardziej chce Yeshol: musisz nauczyć się rytuału zabójstwa Gildii.

Spędzili tam jeszcze godzinę. Sherva nie marnował czasu i zadawał jej bolesne ćwiczenia na rozluźnienie stawów. Mistrz też kazał jej takie wykonywać, a Dubhe zastanawiała się, czy to nie Sherva go ich nauczył, i kusiło ją, aby go o to zapytać. Ćwiczenia Mistrza nie były jednak tak zaawansowane i bolesne. Sherva doprowadzał ją do granic możliwości, do granicy złamania, po czym następowało wycofanie. W jakiś sposób było to jednak przyjemne. Mięśnie napinały się, stawy trzeszczały. Przy trudach ciała, w bólu, niknęło przerażenie i poczucie dręczącego niepokoju, i Dubhe znowu była wolna. Kiedy przerwali, chociaż każdy pojedynczy mięsień bolał ją do szaleństwa, wydawało jej się, że odzyskała nieco spokoju ducha.

16. Tak, Mistrzu!

Przeszłość V

Chata mężczyzny jest mała, tak jak wszystkie domy, które Dubhe do tej pory znała. Zaledwie dwa pokoje, zawieszone na krawędzi linii wody. W pierwszym jest kominek i stół, a drugi dziewczynka widziała tylko przelotnie zza drzwi. To pomieszczenie, w którym śpi mężczyzna, i dla Dubhe jest to trochę jak pokój mamy i taty w Selvie, miejsce dziwne i tajemnicze, gdzie nie może wejść.

Mężczyzna położył na ziemi trochę słomy i dał jej pościel. Dubhe nie kładzie się od razu. Przez dłuższy czas nie wstaje od stołu, przy którym siedzi po ciemku. Z pokoju obok nie dochodzi żaden dźwięk. Tak jakby jego tam nie było, ale jego słowa pozostały zawieszone nad stołem, wokół niej.

Ten, kto tak jak ty zabija w młodości, jest predestynowany, przeznaczony do zabójstwa.

Trwa lato, ale jest zimno. Na zewnątrz panuje ogłuszający hałas. Wiatr sprawia, że belki dachowe skrzypią, jakby zaraz miały się zerwać, ale to przede wszystkim nieustający huk morza niepokoi Dubhe.

Zaczyna się trząść i chce jej się płakać. To właśnie w takich chwilach, jak ta, szła do swojego ojca, a on, na wpół zaspany, zawsze znajdował sposób, aby ją pocieszyć. Cokolwiek jej powiedział, zawsze w końcu wracała do łóżka pogodniejsza.

Wreszcie wstaje z krzesła.

Pójdę do niego, obudzę go, a on mi powie, że wszystko będzie dobrze. Tylko chwileczka i będę spokojna.

Nie idzie jednak do niego. Automatycznie bierze płaszcz, wkłada go na siebie i kieruje się w stronę drzwi. Chwilę zajmuje jej ich otwarcie, bo wiatr na zewnątrz jest silny i dociska je do framugi. Dubhe udaje się wreszcie zwyciężyć, ale z wielkim trudem.

Zaraz po wyjściu opada ją piasek i zaczynają piec oczy. Przez kilka sekund paniki czuje się całkowicie ślepa z powodu ciemności i uderzającego ją po twarzy piachu. Potem się przyzwyczaja.

Wszystko jest bardzo ciemne, ale nad nią wisi jeszcze ubywający księżyc otoczony orszakiem szybko biegnących chmur. Dziewczynka idzie mimo wiatru, z wysiłkiem zatapiając stopy w piasku, i kieruje się w stronę oceanu, który wzbudza w niej taki strach.

Czuje, że już stanowczo zbyt długo ucieka od siebie samej i przede wszystkim od Gornara. Jest tym zmęczona. Idzie więc do linii wody i zatrzymuje się tam, gdzie stała kilka godzin wcześniej, kiedy tylko przybyli. Fale są wysokie i z wściekłością uderzają o piasek, woda wyciąga swoje macki, pożerając szerokie kawałki plaży, a kiedy się cofa, wydaje się dłonią spadającego człowieka albo umierającego, który czepia się nawet leżących na drodze kamyczków, byle tylko przeżyć. To woda czarna, ciemna, i Dubhe mówi sobie, że przypomina krew. Dziwi się jasności piany na tle tego całego atramentu. Wydaje się ożywiana jakimś rodzajem czarów, bo połyskuje, chociaż ciemność jest naprawdę gęsta. Patrzy jak zaczarowana.

Morze grzmi, jest silne, ale niesie ze sobą coś tak delikatnego jak pianka…

Siada na plaży i już się nie boi.

Mężczyzna budzi się i od razu czuje, że coś jest inaczej.

Ta smarkula…

To lata treningu w czeluściach ziemi uczyniły go tak bystrym wobec świata, tak wyostrzyły jego zmysły. Wystarcza mu najmniejszy szczegół i od razu rozumie, co jest nie tak. Ta umiejętność ocaliła mu życie niezliczoną ilość razy. Jednak nie lubi jej. Prowadzi go to znów do Gildii, do lat, które chciałby wymazać ze swojej pamięci.

Podnosi się i widzi puste legowisko. Prawie ma nadzieję, że sobie poszła. Zresztą poprzedniego wieczoru z całą pewnością nie był dla niej czuły. Fakt, że powiedział jej tylko prawdę. Nie żyją w czasach, kiedy dzieci mogą długo pozostać nieświadome. Mówi sobie, że w końcu wyświadczył jej przysługę. Im prędzej wejdzie w kontakt z rzeczywistością, tym lepiej.

Chociaż chce czuć się zadowolony, że jej nie znalazł, prawie nieświadomie szuka jej śladów. Nie ma płaszcza, w wejściu znajdują się ślady piasku.

Czego, u diabła, szukam? Odeszła i to najlepsze, co mogła zrobić. Jeden kłopot mniej.

Wychodzi. Mówi sobie, że chce zaczerpnąć nieco powietrza, ale w głębi duszy wie, że tak nie jest.

Przeciąga się w wejściu i wdycha gęste od jodu powietrze. Jest piękny dzień, czysty dzięki silnemu wiatrowi z poprzedniego wieczoru. Niebo jest bez skazy, a słońce grzeje mocno. Pełnia lata, ale bez duszących upałów. To dlatego właśnie ma dom nad brzegiem morza.

Rozgląda się wokół z roztargnieniem i dostrzega ją. Punkcik na piasku.

Zbliża się powoli. Dziewczynka jest owinięta płaszczem, opuszczony kaptur zakrywa prawie całą jej twarz, nogi obejmuje ramionami. Kiedy podchodzi bliżej, widzi, że pogrążona jest we śnie. Zastanawia się, co tutaj robi i dlaczego spędziła noc pod gołym niebem, zwłaszcza przy tym strasznym wietrze i o krok od fal, mimo słońca wciąż jeszcze gwałtownych. Naprawdę jednak wie. Ta dziewczynka jest do niego bardziej podobna, niż myśli.

Kusi go, aby obudzić ją kopnięciem, ale z jakiegoś niejasnego dla niego powodu woli przy niej ukucnąć. Ma zmarszczone czoło i poważny, skupiony wyraz twarzy.

Potrząsa ją za ramię nieco niezgrabnie, a ona budzi się z drgnieniem. Nie zdążyła jeszcze oprzytomnieć, a już ściska w dłoniach sztylet.

Urodzona zabójczyni… — zauważa mężczyzna.

Jej oczy, początkowo przerażone, prędko wypełniają się ulgą.

— Tutaj spędziłaś noc?

Rumieni się.

— Chciałam popatrzeć na ocean, a potem zasnęłam.

Mężczyzna podnosi się.

— Jak chcesz, przygotowuję śniadanie.

Odwraca się i nie czeka na nią. Wie, że nie ma takiej potrzeby. Nagle, kiedy słyszy nieskładne szuranie dziewczynki po piasku, ogarnia go dziwna melancholia. Coś się zaczęło tej nocy — coś, co nie przyniesie nic dobrego ani jemu, ani jej. Po raz pierwszy kusi go, aby uwierzyć w przeznaczenie.

Mężczyzna dotrzymuje słowa. Powiedział, że da jej czas, aby wydobrzała, i tak też jest. Nie pospiesza jej, pozwala jej zostać w domu. Co jakiś czas ogląda ranę, już prawie całkiem zabliźnioną, i przygotowuje dziewczynce jedzenie. Gdyby nie ogłuszająca cisza między nimi, byłoby prawie tak jak w Selvie.

Mężczyzna prawie nigdy się nie odzywa. Od kilku dni zaś wygląda bardziej ponuro. Nie ma już tego pewnego siebie wyrazu twarzy, jak podczas podróży. Wydaje się więdnąć w bezczynności i długie godziny spędza, leżąc na łóżku i paląc fajkę. Zaniedbuje też swoje ćwiczenia, co bardzo dziwi Dubhe. Zawsze miała wrażenie, że są dla niego ważne, a poza tym lubiła patrzeć na elegancję jego ruchów. W tańcu sztyletu jest coś, co ją pociąga. Mówi sobie, że chciałaby się nauczyć.

— Nie trenujesz? — pyta go pewnego razu, znajdując wreszcie odwagę, aby znów otworzyć przy nim usta.

Mężczyzna siedzi przy stole z fajką w ustach.

— A co ty o tym wiesz?

— W podróży to robiłeś.

— Czekam.

Tak. Ona też czeka, chociaż nie bardzo wie, na co. Już nie na swojego ojca, jak kiedyś. Czeka na coś innego, czego nie potrafi określić.

— A na co czekasz?

— Na pracę. A tymczasem odpoczywam. Tak czy inaczej, ciebie to nie dotyczy.

Dubhe cichnie. Mieszkają razem od niedawna, ale uczy się poznawać jego sposób zachowania. Kiedy staje się taki gburowaty, dziewczynka woli milczeć i wycofać się do kącika, aby się mu przyglądać.

Pewnego dnia rozlega się pukanie do drzwi. Dubhe podskakuje. Już prawie zaczynała wierzyć, że ich dwójka mieszka samotnie na krawędzi świata — tej, o której czasami rozmawiała ze swoimi przyjaciółmi.

„Świat Wynurzony oparty jest na czymś w rodzaju stołu a wokół wszystkich Ośmiu Krain biegnie krawędź” — mówił Gornar.

„To dziecinna bzdura — orzekała prawie zawsze Pat. — Mama powiedziała mi, że na zachodzie jest wielka rzeka, a na wschodzie pustynia”.

Gornar potrząsał głową: „Mówią ci tak, żeby cię nie przestraszyć. Tak naprawdę wokół nic nie ma, tylko krawędzie, a tam mieszkają pustelnicy i czarodzieje, ot tak, zawieszeni nad otchłanią.

„A Nihal i Sennar, którzy polecieli za Saar?”.

„Odeszli w pustkę, tam, dokąd odchodzą zmęczeni bohaterowie”.

Dubhe nie potrafiła powiedzieć, czy naprawdę w to wierzy, ale to miejsce wydawało jej się właśnie tym, o którym mówił Gornar. Czasami wyobrażała sobie nawet, że inni ludzie już nie istnieją, że w tym miejscu żyje już tylko ona i ten mężczyzna, którego imienia nawet nie znała.

Kiedy tylko mężczyzna słyszy pukanie, wkłada płaszcz, a Dubhe wykorzystuje to, żeby iść otworzyć. Mężczyzna odsuwa ją niezgrabnie.

— To nie do ciebie — mówi jej. Otwiera drzwi, a w progu pojawia się coś, co od razu wzbudza w Dubhe lęk. To spłaszczona twarz z nieproporcjonalnym nosem i wielkimi, popękanymi od upału wargami. Przybysz ma długie, bardzo czarne włosy; jego broda i wąsy również są bardzo długie. Czoło ma wysokie i pełne zmarszczek, a małe oczy przypominają świńskie. Ta straszna głowa osadzona jest na nie mniej groteskowym ciele: jest ono nie wyższe niż połowa jej gospodarza, ma bardzo długi korpus, a nóżki krępe i krótkie. Dubhe instynktownie chowa się za mężczyzną. A on jeszcze mocniej przyciska ją do swojego ciała.

— Kim jesteś?

— Czy ty jesteś zabójcą?

Głos gościa jest ochrypły, głęboki i mroczny. Dubhe ściska w palcach płaszcz mężczyzny.

— Wejdź.

Mężczyzna odwraca się i wypycha Dubhe na zewnątrz, po czym przymyka drzwi i mówi do niej:

— Ty nie możesz słuchać.

— Ale ten człowiek…

— To nie człowiek, to gnom.

Dubhe niewiele o nich wie. Tylko tyle, że mieszkają na Południu, wśród całkiem czarnych gór i wulkanów. Słyszała głównie o Idzie — zdrajcy, straszliwym gnomie, który wielokrotnie próbował zabić ich dobrego króla. Teraz boi się jeszcze bardziej.

— Idź nad morze — mówi człowiek — i nie wracaj, dopóki cię nie zawołam.

Po czym odwraca się i zostawia ją na zewnątrz.

Dubhe znowu jest sama, przed drzwiami. Z ciężkim sercem i łzami, które cisną się jej do oczu, wypełnia polecenie i siada na brzegu morza. Czuje się wykluczona i boi się o mężczyznę.

Wieczorem mężczyzna znów jest aktywny. Po kolacji wyciąga swoją broń i zaczyna ją polerować. Dubhe siedzi i patrzy na niego. Zawsze lubiła oglądać ludzi robiących strzały. Głównie z powodu piór, a na stole leży ich teraz wiele; mężczyzna ostrym nożem przycina je do odpowiednich rozmiarów.

— Mogę wziąć jedno?

Mężczyzna pozwala.

— Kim był ten gnom?

— Tym, na co czekałem.

— Czyli?

— Praca, Dubhe. Ten gnom mieszka w Randarze, niezbyt daleko stąd, i jego córka została zamordowana. Chce, abym zabił tego, kto to zrobił.

Dubhe milczy przez kilka chwil. Potem decyduje się.

— Ty tym się w życiu zajmujesz? Zabijasz?

Mężczyzna przytakuje, nie przerywając pracy.

— Trochę tak jak żołnierz…

— Żołnierz zabija na wojnie. Razem z wieloma innymi ludźmi, którzy zabijają. Rozumiesz różnicę?

Dubhe przytakuje.

— Ja staję za plecami ludzi w ich domu, w ich łóżku. Wtedy, kiedy są pewni, że nic nie może im się zdarzyć.

Dubhe czuje dreszcz.

— Mówili mi, że zabijanie to coś brzydkiego. Dlatego mnie wygnali.

— To prawda.

— No to dlaczego to robisz?

Mężczyzna uśmiecha się sarkastycznie.

— To moja praca. Nie umiem robić niczego innego. Nauczyli mnie tego, kiedy byłem jeszcze młodszy niż ty. Urodziłem się pośród zabójców.

Dubhe bawi się piórem, przesuwając je między palcami.

— Ile tym razem płaci ci gnom?

Mężczyzna zatrzymuje się, patrzy na nią.

— A co cię to obchodzi?

Dubhe opuszcza wzrok i rumieni się.

— Tak tylko…

Mężczyzna podejmuje zajęcie, wydaje się prawie poirytowany.

— Dwieście nautili.

To moneta, której nie zna.

— To dużo?

Mężczyzna prycha.

— Równowartość trzystu karoli. Dubhe dziwi się…

— To naprawdę dużo…

Cały czas obraca pióro w palcach.

— A kiedy go zabijesz?

Mężczyzna ciska gwałtownie ostrzem o stół, tak mocno, że Dubhe aż podskakuje.

— Przestań zadawać pytania. Moja praca nie powinna ci w ogóle interesować. Wbij to sobie do głowy raz na zawsze: jesteś tutaj tak długo, dopóki całkiem nie Wydobrzejesz. W dniu, kiedy dostanę porządną pracę i sobie pójdę, ty też odejdziesz. Wyrywa jej z rąk pióro i zaczyna je strugać. Żadne z nich już nic nie mówi, ale Dubhe dalej przygląda się mężczyźnie spod oka, szpiegując jego ruchy.

Pewnego dnia będę taka, jak on.

Mężczyzna wyrusza. Mówi, że nie będzie go przez dwa lub trzy dni.

— Chcę iść z tobą.

— Idę pracować, to nie jest wycieczka dla przyjemności.

— Byłam z tobą, kiedy pracowałeś, a nawet ci pomogłam.

— Zostaniesz tutaj i kropka.

Dubhe się dąsa. Nie ma najmniejszej ochoty na przebywanie w samotności. Była sama już nawet zbyt długo, a teraz, kiedy wreszcie kogoś znalazła, za nic na świecie nie chce pozwolić mu odejść. Mężczyzna jest jednak nieugięty.

— W tych dniach będą moje urodziny…

To prawda. Pierwsze urodziny jej nowego życia.

— A dlaczego miałoby mnie to interesować?

Mężczyzna wyrusza nocą, a Dubhe zostaje w chatce. Zostawił jej wszystko, czego może potrzebować. Ma jedzenie, chleb i ser, ale też trochę suszonego mięsa i owoców, nic, co wymagałoby gotowania, bo nie ufa jej na tyle, żeby pozwolić jej na samodzielne używanie kominka. Ma też maść na ranę, która jest już prawie tylko czerwonym znakiem na ramieniu.

Naprawdę niczego jej do życia nie brakuje. Ale dom jest bez niego pusty. Bez mężczyzny, który pali fajkę, bez jego broni, bez jego wieczornych ćwiczeń ten dom jest pusty, opuszczony.

Przez trzy dni czeka na niego w udręce i znowu pojawiają się jej dawne strachy. W nocy powracają koszmary: twarz Gornara i jego oczy po raz kolejny zaczęły odradzać się w twarzach wielu zmarłych, których widziała w ostatnich czasach.

W dzień schodzi do morza, patrzy na nie, a kilka razy się kąpie. Woda strasznie ją pociąga i Dubhe lubi czuć, jak fale ciągną ją w górę i w dół. Chciałaby, żeby on tam był i na nią patrzył.

Ale o zachodzie słońca samotność jej ciąży. Znowu cisza jest wieczną towarzyszką dni, które wloką się nie do zniesienia. Znowu wszystko pozbawione jest sensu i zredukowane do minimum jak w lesie.

Dubhe już wie, jeszcze zanim jest w stanie to zrozumieć. Ta świadomość ją poraża. Jej domem jest ten mężczyzna, a jej droga, — każda droga, jaką on obierze. Ona do niego należy i nigdy nie pozwoli mu się odpędzić. Wyzdrowiała, teraz to wie, a kiedy on wróci, jeżeli kiedykolwiek wróci, prawdopodobnie powie jej, żeby sobie poszła. Ona tego nie zrobi. A jeżeli ją wygna, ona zacznie go śledzić.

Po tak długim czasie wreszcie znowu ma swoje miejsce.

Mężczyzna wraca w nocy i cicho otwiera drzwi, ale Dubhe słyszy go od razu, podobnie jak natychmiast nabiera pewności, że to nie może być nikt inny, tylko on.

Podnosi się z legowiska i staje przed drzwiami.

On zatrzymuje się w progu. Jest tylko czarnym kształtem rysującym się w słabym świetle księżyca, ale dla Dubhe jest to sylwetka, co do której nie może się pomylić.

— Jest późno, śpij.

— Nie zostawiaj mnie już więcej samej. Wypowiedzenie tego wiele ją kosztowało i jest to zdanie, które wymaga odpowiedzi. Która nie pada. Mężczyzna wchodzi do środka przymyka drzwi, po czym idzie do swojego pokoju i zamyka się w nim.

Dubhe i tak jest zadowolona. On wrócił, a ona teraz też wie, co ma robić.

Przez kilka dni sprawy toczą się po staremu. Mężczyzna wygląda na spokojniejszego niż wcześniej, ale jest odpychający i milczący jak zawsze, Dubhe nawet ma wrażenie, że jej unika. Stara się być pomocna, chociaż jeszcze niewiele potrafi. Kiedy była w Selvie jej matka ciągle się złościła, bo dziewczynka nigdy nie pomagała jej w domowych obowiązkach.

Porządkuje legowisko, trochę zamiata pokój i próbuje pomóc mężczyźnie, kiedy ten przygotowuje posiłki. On jednak zdaje się nie dostrzegać jej wysiłków i prowadzi swoje życie jak dotychczas. Czasami znika i nie mówi jej, dokąd idzie, ale wraca w ciągu dnia i przynosi ze sobą coś do jedzenia. Za każdym razem, kiedy Dubhe widzi, że on wychodzi, boi się, że mógłby już więcej nie wrócić.

Prawdziwy dramat rozpoczyna się wieczorem. Zresztą jest to jedyny moment w ciągu dnia, kiedy nierozmawianie staje się prawie niemożliwe. Mężczyzna ma w ustach fajkę i siedzi zamyślony z jednej strony stołu. Dubhe właśnie skończyła starannie myć i odkładać talerze, których użyli, a teraz i ona siada i wygląda na zewnątrz, na spokojne morze.

— Wydaje mi się, że lepiej się czujesz…

Dubhe natychmiast pojmuje, dokąd ma doprowadzić ta rozmowa.

— No nie wiem, jeszcze czasami mnie boli. Mężczyzna opróżnia fajkę. Nie wydaje się zły, jak przy innych okazjach, tylko raczej zmęczony.

— Trzymałem cię tu ze mną, żebyś wyzdrowiała, i pomogłem ci tamtej nocy i potem, bo ocaliłaś mi życie. Wiesz o tym, prawda?

Dubhe przytakuje i czuje, że tym razem nie da rady nie płakać.

— Praca poszła dobrze, ale nie mogę zostać tu na miejscu, dużo dłużej. To raczej Kraina Skał jest dobrym terenem. Mnożą się intrygi, wiatr się zmienia.

Dubhe nie rozumie, co mężczyzna ma na myśli, nie chce nic wiedzieć o wojnach i innych głupich rzeczach świata możnych. Pojmuje tylko jedno: on mówi jej, że to koniec.

— Kraina Skał jest teraz niebezpieczna. Nie możesz pójść ze mną.

Dubhe prowadzi palec po rysunku drewna na stole. Cisza jest ciężka jak ołów.

— Jutro zabiorę swoje rzeczy i się rozdzielimy.

— Ja nie mam dokąd pójść.

— Przeżyłaś sama w lesie. Zobaczysz, że uda ci się znaleźć dla siebie jakieś miejsce, a może ja coś dla ciebie znajdę. Ale musisz o mnie zapomnieć, jakbyśmy się nigdy nie poznali. Nikt z żywych, z wyjątkiem ciebie, nigdy nie widział mojej twarzy. Ty jesteś jedyną osobą i powinienem cię za to zabić. Ale nie mogę… Zapomnij o mnie i o naszym spotkaniu. Tak będzie lepiej, również dla ciebie.

— Nie będzie lepiej! Jak możesz mówić, że będzie lepiej? Wypędzili mnie z mojego domu, widziałam wojnę i zabiłam! Nigdy nie będę miała dokąd pójść!

Dubhe zerwała się na nogi i krzyczy ze łzami w oczach. Mężczyzna nie szuka jej spojrzenia, trzyma wzrok wbity w ziemię.

— Zabójca nie może mieć z nikim żadnych związków. Nie ma żadnych uczuć ani przyjaciół, co najwyżej sprzymierzeńców lub uczniów, ale to nie w moim przypadku. Jesteś dla mnie ciężarem.

Mogę ci pomagać, jak przez te ostatnie dni. Nie widziałeś, jak mi dobrze idzie? Mogę nauczyć się wszystkiego, czego potrzebujesz, pomagać ci na tysiąc sposobów…

Mężczyzna potrząsa głową.

— Nie chcę nikogo przy sobie, a już na pewno nie małej dziewczynki.

— Ja już nie jestem małą dziewczynką…

Dubhe błaga. Czas dowieść, jak silna jest jej determinacja, jak naprawdę głębokie jest jej przywiązanie i uczucie do tego człowieka.

— Ze mną nie ma nic innego poza śmiercią, dlaczego nie chcesz tego pojąć? Nie widziałaś, co robię, aby się utrzymać? I już zawsze tak będzie; jeżeli zostałabyś ze mną, w końcu ty też zaczęłabyś zabijać, tak nie może być.

— Ale ja już zabiłam, a ty powiedziałeś, że nawet moi rodzice mnie nienawidzą. I rzeczywiście, zostawili mnie, mój ojciec nie przyszedł mnie szukać. Ty jesteś wszystkim, co mam, i jeżeli mnie porzucisz — umrę, wiem o tym.

Mężczyzna wstaje. Dalej na nią nie patrzy.

— Dlaczego na mnie nie patrzysz, dlaczego? Nie będę ci przeszkadzać, przysięgam! Będę dobra i grzeczna, i nigdy nie będziesz miał powodów, żeby na mnie narzekać!

Mężczyzna odwraca się i idzie w kierunku swojego pokoju.

— Jutro się pożegnamy, nie mam już nic do dodania.

Mężczyzna nie może zasnąć. Już przygotował te kilka rzeczy, które weźmie ze sobą w podróż, i czuje się zmęczony, spragniony snu. Ale sen nie przychodzi. Słyszy smarkulę za ścianą i przeklina swoje wyostrzone zmysły. Ona szlocha. Nie jest to jednak płacz dziecka, to nie kapryszenie. Płacze z gniewem, tłumiąc łkanie, jak dorośli.

Mężczyzna ze złością przewraca się w łóżku. Chciałby móc o tym nie myśleć, ale nie może. Czuje ją, jakby była klinem wbijającym mu się w skronie, i odbiera jej strach, taki obecny i prawdziwy, strach utraty wszystkiego, a z tym wszystkim również i siebie samej. Rozumie aż za dobrze, że to on przywrócił jej głos, że ocalił ją nie tylko od tamtego mężczyzny i od śmierci, ale i od szaleństwa. Dlatego nie jest w stanie już go zostawić. A on może nawet potrafiłby znieść jej obecność, tak, może nawet byłby zadowolony, widząc ją zawsze w pobliżu, podskakującą i szczęśliwą. Radość, na którą nie może sobie pozwolić. A poza tym, może dalej zabijać tylko, jeżeli nikt inny go nie widzi, jeżeli nie ma nikogo, z kim mógłby dzielić ciężar win. Jej obecność przy nim oznaczałaby zawsze pamięć o życiu, które często niszczył, albo jeszcze gorzej: o latach w Gildii i tej, którą musiał opuścić, a która teraz nie żyje.

Nie może, nie może. Myśląc to, znowu gwałtownie się przewraca, a skrzypienie łóżka na moment tłumi płacz Dubhe.

Dubhe przygotowała mu śniadanie. Ciepłe mleko i czarny chleb. Jak każdego ranka. Ale kiedy on wychodzi ze swojego pokoju, jest już ubrany do wyjścia. Zwyczajny stary płaszcz, ten w którym zobaczyła go po raz pierwszy, drewniana skrzynka i worek podróżny. Twarz znów ukryta jest pod kapturem.

— Nie będę jadł. Wyruszam od razu.

— No to ja też nie będę.

Dubhe bierze swój płaszcz z krzesła i wkłada go, opuszczając kaptur na twarz.

— Już na ten temat rozmawialiśmy.

— Ty powiedziałeś, że zabójca nie ma przyjaciół. Ja nie jestem twoją przyjaciółką i nigdy nią nie będę i wiem też, że skoro jestem taka mała, nie mogę być twoim sojusznikiem. Wobec tego będę twoją uczennicą.

Mężczyzna kręci głową.

— Nie chcę nikogo uczyć.

— Ale ja chcę się nauczyć. W dniu, kiedy odezwałam się do ciebie po raz pierwszy, opowiedziałeś mi historię o dzieciach, które zabijają. Spytałam cię, czy w to wierzysz, i powiedziałeś, że w nic nie wierzysz. Ja natomiast tak. I chcę, żebyś nauczył mnie, jak zostać zabójcą.

Mężczyzna siada, odkrywa twarz, a ten widok prawie ją przeraża. Jest blady. Opiera czoło o stół. Nie ma w sobie nic z silnego i pewnego siebie mężczyzny, którego Dubhe zna. Podnosi głowę i wbija w jej twarz wzrok podszyty tak głębokim smutkiem, że dziewczynka prawie żałuje tego, co powiedziała.

— Nie zostawiam cię dlatego, że cię nie chcę, tylko po to, aby oszczędzić ci okropnej drogi. Nie możesz tego pojąć?

Dubhe podchodzi do niego i po raz pierwszy od początku znajomości dotyka go. Kładzie dłoń na jego ramieniu i patrzy na niego z powagą.

— Ocaliłeś mi życie i ja należę do ciebie. Bez ciebie nie mam gdzie się podziać. Chcę iść z tobą i uczyć się od ciebie. Nie ma dla mnie nic straszniejszego, niż bycie samą. Samotność jest gorsza niż bycie zabójcą.

— Mówisz tak, bo nie wiesz.

Dubhe składa dłonie na stole i kładzie na nich głowę.

— Proszę cię, Mistrzu, przyjmij mnie jako swoją uczennicę. Mężczyzna patrzy na nią długo, potem opiera dłoń na jej głowie. Kiedy wreszcie się odzywa, jego głos jest niski, ochrypły i pełny smutku.

— Weź swoje rzeczy, idziemy.

Dubhe podnosi głowę i uśmiecha się szczęśliwa. Przez moment jej twarz wydaje się tak radosna i niewinna, jak kiedyś.

— Tak, Mistrzu!

17. Prorok dziecko

Dubhe nie było łatwo przystosować się do nowego życia To było silniejsze od niej; wszystko w Gildii ją odrzucało. Nie cierpiała zapachu krwi, którym przesycony był cały Dom, nie tolerowała Zwycięskich, tak nieprawdopodobnie identycznych jeden z drugim, z tymi zgaszonymi oczami, które rozpalały się tylko w zapale modlitwy; nienawidziła samej modlitwy, monotonnej i powtarzanej do oszołomienia. Było to zanegowanie wszystkiego, czego kiedykolwiek nauczył ją Mistrz. Teraz zaczynała rozumieć, dlaczego tak uparcie starał się trzymać ją z daleka od tego miejsca.

Myślała o nim wieczorami, sama w swoim pokoju, podczas tych niewielu godzin całkowitej samotności, które były jej dozwolone. On też mieszkał w tym miejscu i musiał znosić to wszystko, co teraz ona. Ale on się tu urodził i zrobił wszystko, żeby stąd uciec. A ona? Aby żyć, zaprzedała się, oddała swoje ciało tym ludziom, razem ze swoją bronią i umiejętnościami.

Powietrze Domu dusiło ją i wtedy marzyła o ucieczce.

Spróbuję się dowiedzieć, jak się robi eliksir, i ucieknę.

Ale Rekla była o wiele twardszym orzechem do zgryzienia, niż Dubhe myślała.

To wydarzyło się już w pierwszym tygodniu, kiedy Dubhe jeszcze trudno było wejść w kontakt z tym wilgotnym i ciemnym miejscem i czuła się zagubiona, otoczona zaciekawionymi spojrzeniami.

Wszystko zaczęło się bardzo dyskretnie. Obudziła się przeniknięta jakimś rodzajem niejasnego złego samopoczucia, ale nie przywiązała do tego większej wagi. Kiedy tylko wyszła z pokoju, poczuła potężny zawrót głowy. Zapach krwi wydawał jej się bardziej przenikliwy niż zwykle. Oparła się o framugę drzwi i dolegliwości ustąpiły.

W świątyni o poranku wszystko wydawało się iść ku dobremu i Dubhe słuchała bredzenia Rekli ze zwykłym miernym zainteresowaniem Kobieta jednak miała na twarzy wyrysowane coś w rodzaju źle skrywanego uśmiechu i co jakiś czas zerkała na nią spod oka. Wieczorem sytuacja zaczęła się pogarszać. Po zakończeniu ćwiczeń z Shervą, obolała Dubhe poczłapała do term, aby zażyć ożywiającej kąpieli.

Poczuła to w wodzie. Nagły ucisk w piersi. Zatrzymała się przerażona. Było to uczucie mgliste, jeszcze dalekie, ale Dubhe znała je aż nazbyt dobrze. Od razu przyszły jej na myśl obrazy inicjacji, jeszcze bardzo świeże.

W nocy Dubhe bardzo się męczyła. Chociaż okno było otwarte, prześladował ją zapach krwi. Czuła go wszędzie, drażnił jej nozdrza intensywniej niż kiedykolwiek.

Przewracała się w łóżku, ale nic nie mogła poradzić. Powoli ogarniał ją strach.

Bestia powracała. Klątwa nie została stłumiona, efekty eliksiru rozwiewały się.

Chwiejnie podniosła się z łóżka, dotarła do drzwi i otwierając je, upadła na zewnątrz. Cisza była absolutna, a korytarze rozbrzmiewały tylko jej przyduszonym oddechem.

Rekla. Ona wiedziała. Według wszelkiego prawdopodobieństwa była to wręcz jej wina. Dubhe mgliście przypomniała sobie jej z trudem powstrzymywany uśmiech i indagujący wzrok.

Przeklęta wiedźma.

Jej umysł drżał, Bestia szeptała jej do ucha słowa śmierci i nagle Dubhe poczuła się zagubiona w labiryncie zaułków i korytarzy, które tworzyły Dom. Infirmeria. Gdzie jest? A pokój Rekli? Nigdy tam nie była.

Pospiesznymi krokami zaczęła przemierzać korytarze, podczas gdy Bestia dręczyła ją coraz bardziej. Wydawało się niemal, że ściga ją jej szybki i jednocześnie ciężki krok.

Nie taki jak tamtego wieczoru, nie tak, jak tamtego wieczoru…

Symbol na ramieniu był wyraźniejszy niż kiedykolwiek wcześniej i pulsował boleśnie.

Dubhe zaczęła błądzić. Nie mogła przypomnieć sobie drogi. więc szła naprzód siłą bezwładności, biegnąc i potykając się. Jednocześnie zapach krwi stawał się coraz silniejszy, nieznośny, jak dzikie wezwanie, któremu nie będzie w stanie się oprzeć.

Bez skrupułów rzuciła się na najbliższe napotkane drzwi waląc pięściami w drewno. Z trudem zobaczyła osobę, która zza nich wyszła. Po prostu wpadła na nią, czując, że opuszczają ją wszystkie siły.

— Pomocy… — zamruczała Dubhe ochrypłym, jak gdyby nienależącym do niej głosem.

Nie słyszała, co powiedział ten mężczyzna, czy też kobieta, poczuła tylko, że gdzieś ją ciągną, i że towarzyszy jej stłumiony pomruk.

Położyli ją na czymś miękkim i z tego, co Dubhe mogła dostrzec, mimo swojego delirium, zrozumiała, że jest w infirmerii.

Nagle obraz Rekli wypełnił jej całe pole widzenia.

— Co do diabła mi zrobiłaś, przeklęta? — zapytała zduszonym i pełnym cierpienia głosem.

Rekla trzymała ją na wyciągnięcie miecza i uśmiechała się spokojnie.

— Jesteś naprawdę głupia. I nawet ośmieliłaś się do mnie porównywać… Chce mi się śmiać.

Stłumiła ironiczny wybuch śmiechu.

— Nie liczyłaś dni? Minęło ich osiem od inicjacji… a przecież wyraźnie ci mówiłam…

Dubhe zaczynała rozumieć. Eliksir.

Rekla pomachała nim przed nią; niebieskawy i przejrzysty płyn mieszał się w buteleczce jak fatamorgana. Dubhe instynktownie wyciągnęła ręce, ale Rekla podniosła go poza jej zasięg.

— Daj mi to.

— O jeden raz za dużo potraktowałaś mnie bez szacunku, i cały czas to robisz… Uprzedzałam cię, prawda? Dla niegrzecznych dzieci, które nie wypełniają swoich obowiązków, jest odpowiednia kara.

— Daj mi to! — powtórzyła z krzykiem Dubhe. — Źle się czuję, do licha, jeżeli mi tego nie dasz, skończy się to rzezią, wiesz o tym!

Rekla potrząsnęła głową.

— Nie sądzę.

Dubhe rzucała się na legowisku, spadła na ziemię, uderzając się boleśnie i wiła się na posadzce. Rekla unieruchomiła ją tylko jedną stopą. Miała nienaturalną siłę, jak na kobietę o jej posturze.

— Bądź grzeczna.

Zawołała tych samych gigantów, których dziewczyna znała z wieczoru inicjacji, i to oni wyciągnęli ją na zewnątrz.

Dubhe wrzeszczała, ból rozdzierał jej pierś coraz gwałtowniej, a kiedy przemierzała korytarze Domu, dalej i dalej od jego pulsującego serca, zaspani Zabójcy ukazywali się na progach swoich pokojów. Dubhe mierzyła te twarze błagalnym wzrokiem, ale nie znalazła żadnego gestu litości, który mógłby ją wesprzeć w jej upadku, tylko zimną ciekawość.

Cela też była ta sama, Dubhe ją rozpoznała. Panowała tam doskonała cisza, przerywana tylko jej gwałtownym oddechem. Wrzucili ją do środka, przywiązali do posadzki łańcuchami i zamknęli drzwi. A ona została sama ze wszystkimi swoimi demonami.

Z perspektywy czasu Dubhe stwierdziła, że Rekla była w sumie nawet litościwa. Pozwoliła jej gnić w łańcuchach tylko przez jeden — ale za to piekielny dzień. Bestia miotała się i na kilka niekończących się chwil prawie przejęła panowanie nad jej ciałem.

Koszmarne twarze zaludniały gęstą ciemność pokoju, a Dubhe niemal błagała o jakikolwiek koniec, byle tylko uwolnić się od tej męczarni.

Potem weszła Rekla. Dubhe leżała na ziemi, na brzuchu, a kobieta zatrzymała się przy niej z rozstawionymi nogami, aby zdecydowanie nad nią górować.

— Nauczyła cię czegoś ta lekcja, tak czy nie?

Wykończona Dubhe patrzyła na nią z nienawiścią.

— Jak możesz robić mi coś takiego? — wyszeptała głosem zachrypniętym od nadmiaru krzyku.

Rekla skrzywiła swoje doskonałe wargi w uśmiechu.

— To nie ja, tylko Thenaar.

Potem znów zrobiła się poważna.

— Od tej chwili będziesz odpowiadała na wezwania podczas posiłków i każdego ranka będziesz modlić się ze mną w świątyni. A co ważniejsze, już nigdy nie ośmielisz się traktować mnie bez odpowiedniego szacunku. Powiedz: „Tak, moja Strażniczko”, a twoja udręka skończy się w sekundę.

Dubhe dalej patrzyła na nią z pogardą. Czuła się upokorzona, ale przede wszystkim pokonana przez zmęczenie i przerażenie. Doprowadzili ją tam, gdzie nie miała już obrony, gdzie czuła się naga i rozebrana przez strach.

Zamknęła oczy i wyrzekła:

— Tak, moja Strażniczko…

Kiedy tylko Dubhe doszła do siebie, próbowała prosić o wyjaśnienia Yeshola. O posłuchanie poprosiła za pośrednictwem Shervy, do tamtej chwili będącego jedyną osobą, z którą udało jej się nawiązać jakikolwiek kontakt podczas długich, spędzonych w milczeniu godzin poświęconych szkoleniu.

O dziwo, Yeshol nie robił problemów, tylko przyjął ją raczej szybko.

Najwyższy Strażnik siedział pochylony nad książkami przy swoim stole, z delikatnymi okularami w złotych oprawach na nosie. Dubhe pokłoniła się, podnosząc dłonie do piersi w pozdrowieniu Zabójców, po czym spojrzała mu w oczy.

Yeshol powoli podniósł wzrok znad tomu, którym się zajmował.

— A więc?

— W umowie nie było tego wszystkiego.

— Czego wszystkiego?

Udawał. I wiedział, że udaje. Bawił się z nią.

— Strażniczka Trucizn odmówiła podania mi eliksiru i zostawiła mnie zamkniętą w celi na cały dzień. Yeshol kiwnął głową.

— Wiem o tym.

— Oddałam wam moje ciało, a wy powiedzieliście, że w zamian mnie wyleczycie. Wydaje mi się, że to, co robicie, wcale do tego nie prowadzi.

Yeshol potrząsnął głową.

— Dubhe, ty należysz do Domu. Całkowicie. Już nie jesteś osobą, która istniała poza tym miejscem: drobną złodziejką, wyszkoloną przez zdrajcę.

Dubhe wzdrygnęła się, ale milczała. Nie miała wystarczająco mocnej pozycji, aby móc sobie pozwolić na dyskusje.

— Jeżeli wydaje ci się, że jesteś jeszcze poza tym miejscem i możesz kierować się prawami rządzącymi światem, jesteś w błędzie. Wybrałaś życie Zwycięskich, a to wiąże się z szeregiem spraw, między innymi z posłuszeństwem Strażnikom i wypełnianiem kultu. W zamian za to będziesz żyła.

— To się nazywa tortura — wymamrotała Dubhe.

Yeshol uczynił zniecierpliwiony gest ręką.

— No to odejdź, tak jak uczynił to Sarnek. Odejdź, a tam na zewnątrz nie przeżyjesz dłużej niż kilka miesięcy, po czym czeka na ciebie śmierć: już wiesz, jaka.

— Dlaczego nie zadowolicie się po prostu moimi usługami?

— Bo my zabijamy dla Thenaara. A ty bez mrugnięcia okiem będziesz robić to wszystko, co ci powiemy, a jeżeli tego nie zrobisz, podobnych nocy, które spędzisz w celi sam na sam z Bestią, będzie wiele.

Dubhe znowu zamilkła, przepełniona gniewem. Jak zawsze, po raz kolejny, stała się niewolnicą.

Jakiś czas potem, pewnego ranka Rekla wezwała ją do siebie.

Strażniczka Trucizn wydawała się dziwnie spięta, ale — podekscytowana. Dla Dubhe był to po prostu kolejny nudny poranek, jak wiele innych, spędzony w towarzystwie osoby, którą pogardzała.

— Dzisiaj zostaniesz dopuszczona do jednej z najgłębszych i najważniejszych tajemnic naszej wiary. Tylko niewielu zna szczegóły naszego kultu, a większość ludzi nie wie, kim jest Thenaar i co to znaczy służyć mu i go wielbić, ale to, co zaraz ci powiem, jest prawdą, którą starannie ukrywamy, jedną z podstaw naszego credo.

Dubhe nadstawiła uszu. Nie, żeby w jakiś sposób interesowało ją przeniknięcie tajemnic sekty, ale im więcej znała szczegółów, tym więcej miała broni, aby walczyć z wpływem, który wywierała na nią Gildia.

Rekla zaczęła opowiadać o Rubirze, Gwieździe Krwi. Dubhe nie miała problemów ze zidentyfikowaniem jej jako gwiazdy. która towarzyszyła jej podczas dni oczyszczenia.

— Czerwona gwiazda ulega zaćmieniu siedem razy w roku — siedem, jak siedem broni Thenaara. Są to Noce Nieobecności, wspomnienie siedmiu dni, podczas których bogowie położyli podwaliny świata Przegranych, kalając doskonałe dzieło Thenaara. To on na początku stworzył Zwycięskich, których jesteśmy potomkami, i świat zamieszkany tylko przez nich. Inni bogowie, ci fałszywi, którym oddają cześć Przegrani, byli zazdrośni o doskonałość tego dzieła i na wszelkie sposoby starali się je zniszczyć. Na siedem dni zakuli więc Thenaara w łańcuchy i dali życie Przegranym. Kiedy Thenaarowi udało się uwolnić, rozpoczął długą wojnę przeciwko innym bogom, toczącą się w czasach nazwanych epoką Chaosu. Jednak nie udało mu się ich zwyciężyć, ponieważ mieli przewagę liczebną. Ponownie zatem skuto go łańcuchami w czeluściach ziemi, tutaj, wiele mil pod naszym dawnym Domem — tym, do którego wreszcie powrócimy, znajdujący się w Wielkiej Krainie. Ale Thenaar zasiał w sercu Zwycięskich ziarno przemocy i zlecił im zadanie przygotowania swojego przyjścia, poprzez oczyszczanie świata z nieczystych owoców zrodzonych z innych bogów. Na znak swojej dobroci w każdym pokoleniu miał przysyłać Dzieci Śmierci: dzieci takie jak ty, aby ród Zwycięskich wzrastał zdrowo, a także pozostawił na niebie Rubirę, aby przypominała Zwycięskim o ich nadziei. Zaćmienie Rubiry jest momentem bólu, dlatego spędzamy tę noc na modlitwie, aby wybłagać odrodzenie Thenaara, a zarazem i Rubiry. Odrodzenie Rubiry pozwoli na następne pięćdziesiąt dni obfitości, w oczekiwaniu na kolejne zaćmienie.

Rekla intensywnie wpatrywała się w Dubhe, milcząc przez chwilę. Potem podjęła temat:

— Byłoby to jednak bardzo niewiele, gdyby całym dziedzictwem Thenaara była tylko Rubira, gdyby jego obietnica sprowadzała się do zwyczajnej gwiazdy. Nie, obietnica Thenaara sięga o wiele, wiele dalej. Zesłał on siedmiu ludzi, po jednym z każdej z siedmiu krain Świata Wynurzonego, siedmiu — jak zaćmienia Rubiry. To oni pojawiali się na kartach historii, przynosząc na ziemię przesłanie Thenaara.

Rekla pokrótce nakreśliła portret każdego z nich.

— Wszystko to znajdziesz w książce, którą ci dałam, i chcę, abyś nauczyła się dokładnie ich biografii.

Dubhe przytaknęła, niezbyt przekonana. Jeżeli to miał być ten wielki sekret Gildii, to się naprawdę rozczarowała…

— Ale najważniejszy z nich to ostatni, ósmy.

Dubhe ocknęła się i nastawiła uszu.

— Przyszedł jako ostatni, aby zamknąć cykl. Nie odpowiada żadnemu zaćmieniu Rubiry, ale przychodzi z ziemi, gdzie wszystko się zaczęło — z Krainy Nocy. I jest powód, dla którego nie jest do niego przypisane żadne zaćmienie: nie przychodzi on, aby ukrywać — on reprezentuje triumf Thenaara, odrodzenie jego i Rubiry, która na wieki i bez zaćmień będzie błyszczeć w świecie Zwycięskich. Dubhe pomyślała o tajemniczej statuetce dziecka. Któremu z ośmiu wielkich ludzi odpowiadało to dziecko? A może to coś innego?

— On jest chorążym Thenaara, jego umiłowanym posłańcem, Wysłanym. Ma na imię Aster.

To imię zabrzmiało w jej uszach złowrogo, ale Dubhe nie potrafiła wytłumaczyć, w jakim sensie.

— To dziecko? — zapytała słabym głosem.

Rekla przytaknęła.

— A jeżeli jesteś sprytna, być może już nawet zrozumiałaś, o kim mówimy.

Dubhe była zmieszana.

— Aster nie tylko rozprzestrzenił słowo Thenaara; Aster, jedyny wśród wielkich osobistości naszego kultu, naprawdę starał się odtworzyć królestwo Zwycięskich, i to nie tak, jak robimy to my poprzez wiele pojedynczych zabójstw, ale za pomocą wielkiego, wyzwalającego holokaustu. To on był naszym przywódcą przez czterdzieści lat, to on był najbardziej bezpośrednim odbiciem Thenaara na ziemi. Długo wierzyliśmy, że nasz czas jest bliski i że Thenaar dotrzymał swojej obietnicy.

Dubhe poczuła, jak delikatny chłód przenika jej kości. Rekla uśmiechnęła się dziko.

— Nie rozumiesz, prawda? To jasno ukazuje, jak daleka jesteś od drogi Zwycięskich. Ale tak czy inaczej, nie możesz nie czuć potęgi, którą emanuje jego postać, nawet kiedy zostaje tylko przywołana w słowach, tak jak właśnie zrobiłam. Czuję, że się boisz. czuję, że pojmujesz całą jego wielkość.

Dubhe ledwo mogła mówić.

— Kto to?

— Tyran.

Słowo to padło w świątyni niczym głaz. W Świecie Wynurzonym nie było nikogo, kto nie bałby się tego imienia bardziej niż czegokolwiek innego. Minęło czterdzieści lat od jego upadku czterdzieści — tyle, ile lat terroru pod jego panowaniem. Wojna, podczas której został obalony, Wielka Wojna, wspominana była jako jeden z najmroczniejszych okresów Świata Wynurzonego. Nihal i Sennar, którzy go pokonali, weszli do historii, a ich posągi znajdowały się na rogach ulic i placów.

— A raczej ten, którego niewykształceni ludzie określali mianem Tyrana z taką natarczywością, że w końcu on sam pogrzebał pod tym epitetem swoje prawdziwe imię: imię, które teraz tylko tacy jak my Zwycięscy, mogą ośmielić się wymówić.

— Nie mówisz chyba serio…

— Tak. Nazywał się Aster i był dzieckiem, właśnie takim, jakie przedstawiają posągi. To jego głupi nieprzyjaciel rzucił na niego taką klątwę, aby na zawsze pozostał w ciele chłopca. Dziecko Śmierci. Rozumiesz, Dubhe? Rozumiesz?

Oczy Rekli błyszczały jak nigdy, rozpalone wewnętrznym ogniem.

— Przez lata walczył, zabijał, masakrował, po kolei podporządkowując sobie królestwa, aby odtworzyć na ziemi królestwo Thenaara. W czeluściach jego pałacu Gildia wzrastała i rozkwitała.

Yeshol był jego prawą ręką.

— Tyran był najgorszym nieszczęściem, jakie kiedykolwiek wydarzyło się w Świecie Wynurzonym… — spróbowała zauważyć Dubhe.

— Milcz! — wrzasnęła Rekla z twarzą ściągniętą gniewem. — Co ty o tym możesz wiedzieć? Tak właśnie mówi plebs, który nic nie rozumie; to są plotki rozsiane przez Nihal i Sennara, którzy go zabili, przeklęci! Prawda jest inna.

Dubhe siedziała przygwożdżona do ławki, zbielałymi kostkami trzymała się krawędzi.

— Nie… wszyscy wiemy, co zrobił… i do czego doprowadził Świat Wynurzony…

Rekla wymierzyła jej policzek.

— Proś o przebaczenie! Proś Thenaara o przebaczenie za to obrzydliwe bluźnierstwo! Aster był świętym tych czasów.

Dubhe otrząsnęła się i podniosła.

— Niestety, Asterowi nie udało się doprowadzić do końca planów Thenaara. Yeshol był przy tym, kiedy upadł, kiedy Nihal zwyciężyła, kiedy Twierdza rozkruszyła się w naszych dłoniach.

Rekla była wzruszona. Musiała otrzeć sobie łzę z kącika oka.

— Ale on powróci — ciągnęła dalej pewnym głosem. — Jego pobyt na tej ziemi był tylko preludium do tego, co się stanie. Powróci, razem z pozostałą Wielką Siódemką, a Thenaar będzie nad nimi górował. Wtedy wszystko będzie tak, jak na początku.

Rekla zatrzymała się, aby zaczerpnąć oddechu.

Dubhe była jak sparaliżowana.

— To jest wielki sekret naszej wiary. Teraz musimy ukrywać go przed głupcami. Ale czas już nadchodzi, a nasza potęga i nasza siła stają się stopniowo coraz większe.

Rekla wróciła na swoje miejsce, usiadła i znowu zamieniła się w dobrze Dubhe znaną, zimną i okrutną kobietę.

— Chcę, żebyś wiedziała wszystko o życiu Siedmiu Wielkich i Astera. Po obiedzie dam ci książkę napisaną własnoręcznie przez Jego Ekscelencję Yeshola. Zbliża się Noc Nieobecności jedno z zaćmień Rubiry, i chcę, żebyś się tego nauczyła do tego czasu.

Podniosła się i już chciała odejść, ale Dubhe pozostawała przykuta do swojego miejsca. Wówczas Rekla zbliżyła się do niej opuściła swą impertynencką, dziewczęcą twarz na wysokość ucha Dubhe i przemówiła szeptem:

— Dubhe, teraz jesteś nasza, bez możliwości ucieczki. Kiedy ktoś z nas poznaje tę prawdę, nie może już odejść…

18. Praca godna Zwycięskiego

Minęły tygodnie, a Dubhe próbowała zapomnieć, a przynajmniej zignorować to, o czym powiedziała jej Rekla. Dopóki nie wymyśli, jak się stąd wydostać i ocalić siebie, należało robić dobrą minę do złej gry.

Usiłowała przekonać samą siebie, że ucieknie, że znajdzie sposób na uratowanie się, może nawet zanim zostanie zmuszona do pracy dla tych ludzi. Na razie starała się nie podporządkowywać ich wierze. Kiedy refektarz wypełniały modlitwy, ona udawała, że je recytuje, ale myślała o czymś innym. Gdy Rekla klękała w świątyni, Dubhe w myślach przeklinała tego boga i jego podłych wyznawców.

Zaczęła prowadzić drobne śledztwa. Poświęciła się przeszukiwaniu Domu, wykradając czas przeznaczony na korzystanie z term i na posiłki. Koniecznie chciała odnaleźć laboratorium Rekli; to był pierwszy krok. Albo spróbować dostać się do jej kwatery.

Rekla jednak była do niej przyklejona jak pasożyt i nawet kiedy nie były razem, Dubhe mogła wyczuć na sobie jej spojrzenie, jakby kobieta ciągle ją szpiegowała. I prawdopodobnie tak właśnie było; Rekla nie była głupia, z pewnością zaczęła się domyślać, że Dubhe coś knuje.

Jednocześnie, aby nie wzbudzać dalszych podejrzeń, dziewczyna starała się być zgodna i sprawiać wrażenie pilnej we wszystkim, co tylko zlecała jej Strażniczka Trucizn. Posłuszeństwo okazywane tej, którą postrzegała jako swojego osobistego nieprzyjaciela, wiele ją kosztowało.

Ja jestem inna i zawsze taka będę.

Długo nie miała żadnych relacji z innymi Zabójcami. Lata samotności uczyniły ją zamkniętą w sobie i generalnie nie odczuwała zainteresowania nikim z tych, których zdarzało jej się spotkać w korytarzach. Byli jej kolegami, niczym więcej, a z przyzwyczajenia była skłonna postrzegać ich jako przeciwników.

Jedyną osobą, na którą patrzyła z pewną ciekawością, był Sherva. Nie, żeby dużo rozmawiali podczas treningów, ale Dubhe uważała, że jest inny niż pozostali. Z jego ust rzadko można było usłyszeć imię Thenaara.

Szkolenie szło raczej dobrze. Dubhe zaczynała dostrzegać pierwsze oznaki poprawy własnych ruchów. Czuła, że staje się zwinniejsza, a nawet cichsza, chociaż jej umiejętności nie były nawet w małym stopniu porównywalne z kunsztem Shervy. Zapoznała się z technikami duszenia, których nie znała, i poprawiła też szermierkę, w której miała tak wiele braków. Zresztą teoria ją bawiła. Liczyła tylko na to, że te nauki będzie musiała wprowadzić w życie jak najpóźniej, a może nawet nigdy. Wiedziała, że ta nadzieja jest absurdalna, ale również ona była sposobem na niepoddawanie się Gildii.

Jednocześnie czuła nieustanne napięcie. Zlecenie mogło nadejść w każdym momencie, a takie oczekiwanie strasznie ją męczyło.

— Dlaczego nie dali mi jeszcze żadnego zadania? — spytała pewnego dnia Shervy.

— Dla nich nie jesteś jeszcze Zwycięską, a dopóki nie poczują, że jesteś jedną z nich, nie pozwolą ci zabijać. Nie wzięli cię wyłącznie dlatego, że mają o tobie dobrą opinię, ale dlatego, że naprawdę uważają cię za Dziecko Śmierci.

— Dlaczego mówisz „oni”? — zapytała Dubhe z zaskoczenia — W Domu zajmujesz wysokie stanowisko, a jednak mówisz o nich, jakbyś ty sam nie był Zwycięskim.

— Już ci powiedziałem, że każdy służy Thenaarowi na swój sposób. Ja nie jestem całkowicie jednym z nich ze względu na mój szczególny sposób gloryfikowania zabójstwa. — Nie sądzę, żeby Yeshol był zadowolony, słysząc, że tak mówisz.

Sherva uśmiechnął się.

— A jednak mnie tu trzyma. Moje usługi są cenniejsze niż moja wiara.

Dubhe zebrała się na odwagę i ciągnęła dalej.

— Powód, dla którego ja się tu znalazłam, jest aż nazbyt oczywisty. Nie rozumiem jednak, dlaczego ty tu jesteś…

Sherva uśmiechnął się ponownie.

— Ponieważ szczyty w dziedzinie zabójstwa znajdują się tutaj, a ja aspiruję do szczytów. A skoro, aby tam dotrzeć, muszę wielbić jakiegoś boga i zmarłego przed czterdziestu laty chłopczyka, to tak robię. Yeshol powiedziałby, że Thenaar tak we mnie działa, chociaż ja nie zdaję sobie z tego sprawy. Ja ci mówię, że tylko tutaj mogę doskonalić moje umiejętności, i dlatego wciąż tu jestem.

Szybko zmienił temat, zupełnie jakby żałował tego niespodziewanego wybuchu szczerości.

— W każdym razie nie sądzę, abyś długo musiała czekać. Ostatnio Rekla nie ma żadnych powodów do narzekania, więc naprawdę myślę, że wkrótce dostaniesz swoje zadanie.

Nie zrozumiał. Nie zrozumiał, że Dubhe wcale się nie niecierpliwiła. Ta rozmowa była jednak bardzo przydatna. Sherva był taki jak ona, ślepy na ten cały przesycający Dom fanatyzm, trzeźwy i wyrachowany, samotna istota poświęcona wyłącznie własnym interesom i dlatego w przyszłości jego przyjaźń mogła okazać się cenna.

Niestety, było tak, jak powiedział Sherva: nie musiała długo czekać na zlecenie.

Pewnego dnia podczas kolacji Yeshol do swojego zwykłego przemówienia dorzucił kilka słów więcej.

— Jutro jest Pierwsza Noc Nieobecności; będziemy ją celebrować przez całą noc, zebrawszy się w świątyni. W szczególności będziemy się modlić za powodzenie najbliższych zadań, do których zostaną zaangażowani nowi uczniowie.

Dubhe natychmiast pojęła, że chodzi o nią. Przygryzła wargi. Zresztą po to tam była, zawsze miała tego świadomość.

Po kolacji Rekla zatrzymała ją.

— Jego Ekscelencja pragnie, abyś później do niego poszła.

Kiedy Dubhe weszła do gabinetu, zorientowała się, że Najwyższy Strażnik nie jest sam. Jakiś mężczyzna stał oparty o ścianę w dość zuchwałej pozycji.

Dziewczyna od razu rozpoznała go jako swojego krajana; miał bursztynową skórę mieszkańców jej ziemi i kruczoczarne włosy jak najstarszy ród Krainy Słońca. Z krótkimi wąsami wyglądał raczej atrakcyjnie. Nie patrzył jej w oczy i po jej wejściu pozostał nieruchomo na swoim miejscu z irytującym uśmiechem wyrytym na twarzy.

Dubhe przyjrzała się jego ubiorowi: zwykły Zabójca, jak ona.

Yeshol uśmiechnął się do niej prawie sympatycznie. Wyraz jego twarzy nie wzbudził zaufania dziewczyny.

— Wyobrażam sobie, że wiesz, dlaczego tu jesteś?

— Postanowiliście skorzystać z moich umiejętności zabójcy. Starała się panować nad napięciem i chyba jej się udało, bo Yeshol znów uśmiechnął się z zadowoleniem.

— Właśnie. Pojutrze w nocy, pod auspicjami odnowionej Rubiry, otrzymasz zadanie zabicia człowieka z tych ziem. Chodzi o kapłana, na którego Dohor krzywo patrzy, ponieważ długo udawał on jego szpiega, a następnie zdradził go za plecami. Będziesz miała na to tydzień. Po jego upływie musisz przynieść tutaj głowę tego człowieka, abym mógł pokazać ją zleceniodawcy. Nazywa się on Dunat, mieszka w Narbecie i praktykuje w świątyni Raxy.

Dubhe słyszała o nim. Raxa był pomniejszym bogiem, opiekunem handlu i złodziei. Jenna zawsze nosił ukryty pod koszulą jego medalik wotywny, w dodatku skradziony na ulicach Makratu. Kiedyś jej też podarował jeden, ale pewnie gdzieś go zgubiła Kapłan…

Zacisnęła pięści. Wcale jej to się nie podobało.

— Będzie jak zechcecie.

Już miała odejść, kiedy Yeshol ponownie zabrał głos.

— Nie będziesz sama przy tym zadaniu.

Dubhe zamarła.

Yeshol wskazał na mężczyznę, który wreszcie podniósł głowę. Niebieskie oczy. Intensywnie niebieskie oczy, patrzące na nią ironicznie. Nawet nie powiedziałaby, że to ktoś z Gildii.

— Toph będzie towarzyszył ci podczas misji. To świetnie przygotowany Zabójca i będzie umiał wskazać ci najlepszy sposób działania.

Mężczyzna szybko skierował do niej gest pozdrowienia Zabójców, ale Dubhe mu nie odpowiedziała.

— Zostałam wyszkolona tak, aby wiedzieć, jak postępować.

— Teoria to jedno, a praktyka to drugie. Poza tym nie możemy zapominać, że w gruncie rzeczy będzie to twoje pierwsze zabójstwo.

— Będzie, jak chcecie — powtórzyła Dubhe, powstrzymując złość.

Pożegnała się raptownie, po czym ruszyła ku wyjściu. Usłyszała, że Toph za nią idzie.

— Powinieneś poruszać się ciszej — skarciła go.

Odpowiedział stłumionym śmiechem.

— Nie marnuję moich zdolności dla równych mi stopniem.

Dubhe szła dalej w swoją stronę, ale niezrażony Toph podążał za nią.

— Nie uważasz, że powinniśmy umówić się co do szczegółów? — spytał, zatrzymując ją, kiedy już zmęczył się gonieniem jej po korytarzach.

— Wszystko w swoim czasie.

— Czyli jutro.

— A więc jutro.

Wzruszył ramionami.

— Jak chcesz — i puścił ją.

Odeszła, machając ręką.

Toph przyszedł jej zawracać głowę, kiedy ćwiczyła. Właśnie zmagała się z atakiem Shervy, kiedy zobaczyła sylwetkę mężczyzny rysującą się w drzwiach. Tylko jej się przyglądał, ale robił to tak irytująco natrętnie, że Dubhe straciła koncentrację i została rozbrojona.

— Idź do niego, Yeshol mnie uprzedził.

Przeszli do pustej salki ćwiczeń i usiedli na ziemi. Toph zaczął dumnie rozkładać pergaminy wypełnione planami świątyni i notatkami na temat rozkładu dnia i zwyczajów Dunata. Dobrze się przygotował, wiedział naprawdę wszystko. Zabrał jej nawet przyjemność z prowadzenia rozeznania, które w całej tej okropnej historii mogło być jedynym, choć trochę przyjemnym elementem.

— Widzę, że przeanalizowałeś wszystko co do najmniejszego szczegółu.

Toph uśmiechnął się z głupkowato dumnym wyrazem twarzy.

— Zależy mi, aby dobrze służyć Thenaarowi.

— I jaka miałaby być według ciebie moja rola w tym wszystkim? Chcesz mi coś zostawić, czy pragniesz być w tej sztuce primadonną?

Była ironiczna, ale nie do końca. Byłaby to ulga, gdyby rzeczywiście sam wszystko zrobił.

— Najwyższy Strażnik mówi, że to ty musisz zabić. Ja będę ci tylko towarzyszył i wskażę ci, jak to zrobić.

Piastunka.

— To niezbyt godna rola…

Toph znowu się uśmiechnął. Ciągle to robił.

— Gdybyś tylko dobrze się zachowywała w stosunku do Rekli, nie musiałbym plątać ci się pod nogami.

— A ty co o tym wiesz?

— Ja wiem wszystko. Ty jesteś ślepa na Dom, ale Dom cię obserwuje. Wszyscy o tobie wiemy, obserwujemy cię i przyglądamy się, aby zrozumieć, czy jesteś z nami, czy też nie.

— I jestem?

Toph uniósł ramiona.

— Zobaczymy, kiedy zabijesz. Mnie to nie obchodzi. Interesuje mnie tylko Thenaar i to, aby dowieść, że jestem wielkim zabójcą. Toph zebrał wszystkie swoje notatki i wstał.

— Wyruszymy o świcie, przyjdę do twojego pokoju. Miłej ceremonii dziś wieczorem.

I tak nadeszła Noc Nieobecności. Był to pierwszy prawdziwy masowy rytuał w Domu, w którym Dubhe uczestniczyła. Dano jej czarny płaszcz i sztylet. Rekla wytłumaczyła jej, że to podczas Nocy Nieobecności nowi Zabójcy dostają swoją broń. Dubhe wsunęła go do buta, ale już wiedziała, że go nie użyje. Nie mogła rozstać się ze sztyletem, który podarował jej Mistrz: nie było innej broni, której chciałaby używać.

Na krótko przed północą wszyscy zaczęli gromadzić się w świątyni. Wyższa część lewej wieżyczki została zdjęta, dzięki czemu widać było Rubirę. Świątynia wkrótce wypełniła się Zabójcami, a wyprostowany na ołtarzu Yeshol przewodniczył ich modlitwie. Powietrze przesycał zapach kadzidła, od którego Dubhe prawie od razu zaczęły łzawić oczy i kręciło jej się w głowie. Litania, którą recytowali Zwycięscy, była powolna i hipnotyczna, a po krótkim czasie również i ona zaczęła powtarzać ją razem z innymi, kołysząc się lekko i podnosząc dłonie ku niebu.

Potem Yeshol wydał z siebie ostry krzyk i wszyscy razem odwrócili wzrok ku otworowi w suficie. Przy akompaniamencie krzyków Rubira powoli znikła z ich pola widzenia, zostawiając czarne niebo. Wówczas rozpoczęła się główna część rytuału. Każdy Zabójca podchodził do ołtarza ze sztyletem w dłoni i nacinał sobie ramię, pozwalając licznym kroplom krwi spłynąć do miseczki wypełnionej zielonkawym, gęstym płynem. Yeshol mieszał potem krew kilkoma namaszczonymi gestami.

Przyszła jej kolej. Otępiała Dubhe zbliżyła się do ołtarza, trzymając w dłoni sztylet, który dała jej Rekla. Doszła przed Yeshola, podniosła sztylet i opuściła go na ramię. Nagle jej dłoń zatrzymała się w małej odległości od skóry. Wydawało jej się, że ktoś ją powstrzymuje. Litania ciągnęła się dalej w swej rozdzierającej monotonii, a ona próbowała się przemóc. Nie było rady. Coś uniemożliwiało jej zranienie się, coś, czego nie potrafiła przezwyciężyć, i im bardziej próbowała opuścić ostrze, tym bardziej jakieś dziwne, delikatne i niewyraźne uczucie rozprzestrzeniało się w jej wnętrznościach. Dłoń Dubhe zadrżała i w końcu sztylet wypadł jej z ręki.

Yeshol uśmiechał się na widok jej pytającego spojrzenia. Pochylił się i podniósł sztylet. Sam naciął jej ramię i krew wytrysnęła z rany do miski.

— Klątwa nie pozwala ci się zranić ani się zabić. Pragnie krwi, ale nie twojej — powiedział jej.

Następnie oddał jej sztylet i kazał wrócić na miejsce. Dubhe uśmiechnęła się gorzko. Nie było ucieczki. Jej jedyną szansą było znalezienie sposobu na wytworzenie eliksiru.

Kiedy Toph zapukał do jej drzwi następnego ranka, Dubhe była już gotowa. Z tobołkiem zarzuconym na ramiona i kapturem płaszcza opuszczonym na twarz, była sylwetką czarniejszą niż noc. Nie zasnęła, z lękiem myśląc o nadchodzącym dniu, kiedy jej wszystkie wysiłki ostatnich dwóch lat miały okazać się daremne. Podczas tych kilku chwil, kiedy udało jej się zdrzemnąć, śnił jej się Mistrz. Nic do niej nie mówił. Po prostu patrzył na nią, a to cierpiące spojrzenie było więcej warte niż tysiąc słów.

— Przed wyjściem trzeba wypełnić rytuał — powiedział Toph, kiedy wchodzili do świątyni.

Głupia modlitwa. Dubhe niechętnie na to przystała. Świątynia była jak zwykle pusta, a posąg Thenaara bardziej imponujący niż kiedykolwiek. Toph gorliwie ukląkł u jego stóp. Dubhe pomodliła się z nim, ale wszystkie jej myśli były skoncentrowane na drzwiach, wielkich hebanowych wrotach znajdujących się za jego plecami. Za każdym razem, kiedy tam była, w ciągu tego z górą miesiąca, patrzyła na nie jako na jedyną, kruchą, a zarazem nietykalną barierę oddzielającą ją od wolności.

Szybko ucięła ostatnie słowa.

— Idziemy powiedziała i podniosła się raptownie.

— Prawdziwy Zabójca — uśmiechnął się ironicznie Toph. — Nie możesz się doczekać zabijania… Zobaczymy, czy dotrzymasz obietnicy.

Dubhe nawet nie słyszała, co on bełkocze. Kiedy szła przez długą i pustą nawę świątyni, odgłos jej marszowego kroku odbijał się od ścian.

Położyła dłonie na drzwiach, popchnęła i wyszła. Był wiatr. W ciemności nocy otoczyła ją feeria zapachów. Lód, woń drewna, zimna. Mech i liście rozkładające się pod śniegiem. Dziwny i tajemniczy zapach jaśniejących roślin, które kwitły również w zimie.

Życie, nareszcie.

Toph wyprzedził ją, skrzypiąc butami po śniegu.

— Znasz drogę? — spytał, odwracając się.

Dubhe nie odpowiedziała. Zaczęła iść.

19. Podróż szkoleniowa

Przeszłość VI

Sytuacja Dubhe staje się coraz trudniejsza. Teraz, kiedy już oficjalnie została uczennicą Mistrza, wszystko jest w pewien sposób inne, czuje to. Mężczyzna zmienił zachowanie w stosunku do niej, jest mniej opiekuńczy niż wcześniej, a może po prostu jest zły z powodu jej decyzji, jej zarozumiałości.

Najpierw, kiedy wędrowali, czekał na nią, dawał jej czas na dogonienie go i w jakiś sposób dopasowywał do niej swój krok. Teraz już nie. Idzie naprzód szybko, a Dubhe ma trudności, żeby za nim nadążyć, do tego stopnia, że czasami musi biec.

Wieczorami zawsze jest zmęczona i wykończona rzuca się obok ognia. On wydaje się wiecznie świeży i wypoczęty. Przyrządza posiłki eleganckimi i oszczędnymi ruchami, jak zawsze.

— Myślałem, że jesteś przyzwyczajona do długich marszów — mówi jej pewnego wieczoru, widząc, jak opada na głaz.

Dubhe uśmiecha się nieśmiało.

— Tak, zanim cię spotkałam, dużo chodziłam, ale nigdy z taką prędkością.

— Musisz zawsze mieć wytrenowane nogi, to dla zabójcy niezwykle ważne.

Dubhe nadstawia uszu: to pierwsza lekcja jej szkolenia.

— Zabójca musi być cichy i błyskawiczny, musi umieć szybko uciekać, a jednocześnie nie dać się usłyszeć.

Dubhe przytakuje poważnie.

Nie chcę więcej słyszeć narzekań na szybkość mojego kroku, jasne? Masz za mną nadążać i tyle, żadnych ale. To tylko kwestia wyćwiczenia.

— Tak, Mistrzu.

Ich dyskusje dotyczą tylko tego i zawsze kończą się w ten sam sposób dźwięcznym: „Tak, Mistrzu”. Dziewczynka często to powtarza. Podoba jej się brzmienie słowa „Mistrz”, ale przede wszystkim podoba jej się poczucie, że do niego należy.

Przez całą drogę Mistrz nie uczy jej niczego szczególnego. Nie robią nic innego, tylko całymi dniami idą w milczeniu. Kiedy o zachodzie słońca zatrzymują się, Dubhe pada wykończona na ziemię i w mgnieniu oka zasypia z tobołkiem ubrań pod głową, Ale jednocześnie każdy dzień jest mniej męczący od poprzedniego, a jej nogi przyzwyczajają się do rytmu marszu.

Dubhe przemierza praktycznie całą drogę, którą już przeszła sama podczas pierwszych dni z dala od Selvy. Mijają okolice, gdzie jeszcze trwa wojna, a to zmusza ich do poruszania się głównie nocą.

Pewnego wieczoru Dubhe orientuje się, że dotarli do rejonu, gdzie znajdował się obóz Rina. Doskonale pamięta to miejsce i ostatnią noc, kiedy je widziała.

— Tu blisko było obozowisko — mówi nagle, po czym ciągnie dalej, opowiadając o Rinie i jego towarzyszach, o okresie, jaki tam spędziła i o tym, jak zginęli.

— Kucharz nigdy nie przyszedł. To było wtedy, kiedy mnie znalazłeś, Mistrzu.

— Wyobrażałem sobie coś w tym stylu — odpowiada jej lakonicznie.

Może dlatego, że gubi się, podążając za wspomnieniami, może dlatego, że obrazy teraźniejszości mieszają się z tamtymi z nocy, kiedy wszyscy zginęli, a może to jeszcze wina wiatru, który zagłusza już i tak ledwo słyszalny odgłos kroków Mistrza. W każdym razie Dubhe nagle czuje, że jest sama. Zatrzymuje się i rozgląda wokół. Ciemność jest prawie całkowita, z wyjątkiem bladej poświaty letniego nieba. Wokół niej tylko gwałtownie szumią liście i skrawek nieba na górze. Mistrza już nie ma.

— Mistrzu?

Wszystko jest tak, jak tamtej nocy. Nagle w jej pamięci wszystko powraca żywe i okropne. Niewiele wcześniej, o zachodzie słońca znów widziała pióropusze dymu podnoszące się ponuro z niziny. Obozowiska, żołnierze, jak ludzie, którzy zabili Rina, jak człowiek, od którego ocalił ją Mistrz.

— Mistrzu?

Nagle wydaje jej się, że słyszy kroki i odgłos kopyt, jak tamtej nocy, szczęk mieczy i zbroi, a w oddali krzyki śmierci.

— Mistrzu, gdzie jesteś, gdzie jesteś?

Jak oszalała biega pośród drzew, raniąc się o krzewy i pokrzywy, które chłoszczą jej ramiona, aż jakaś dłoń chwyta ją brutalnie za ramię i usuwa na bok.

— Czego, u diabła, krzyczysz?

Dubhe poznaje jego zapach, jeszcze zanim słyszy jego glos. Rzuca mu się na pierś, ściska go i płacze.

— Tu są żołnierze, a ja cię zgubiłam.

Mistrz nie obejmuje jej. Nie głaszcze jej po głowie, nie pociesza.

— W okolicy nie ma żadnych żołnierzy, słyszałbym ich — stwierdza w końcu sucho, kiedy Dubhe już tylko szlocha.

Ona podnosi się i ociera łzy.

— Wydawało mi się… wszystko jest tak, jak tamtej nocy…

Twarz Mistrza robi się poważna.

— Popełniłaś bardzo wielką nieostrożność: nie możesz tak sobie wrzeszczeć w miejscu takim, jak to, w sercu nocy.

— Przepraszam, ale ta ciemność…

— Do tej pory szłaś za mną bez problemów. Potrzeba ci koncentracji. Jeżeli mnie zgubiłaś, to tylko dlatego, że zaczęłaś podążać za niepotrzebnymi fantazjami.

Upokorzona Dubhe opuszcza wzrok.

— Twoje szkolenie już się rozpoczęło, nie zapominaj o tym. Twoja decyzja, żeby ze mną iść, niesie ze sobą wiele konsekwencji, nie jesteś już małą dziewczynką, a co ważniejsze: przeszłość to przeszłość, jest za tobą i nie może cię dotknąć. Istnieje tylko teraźniejszość, i tą teraźniejszością jestem ja. Nie chcę już widzieć, jak płaczesz, czy niepotrzebnie narzekasz. Pewnego dnia będziesz zabójcą, a zabójcy nie pozwalają sobie na takie słabości.

”Tak Mistrzu” brzmi tym razem smutno. Dubhe wygania z umysłu i wszystkie wspomnienia tego miejsca, obraz Rina i majestatycznego Liwada, jego smoka. Jednak aby pokonać strach, nie stara się uczynić swojego serca twardym, jak chciałby Mistrz, ale myśli o nim.

Tamte czasy minęły, a teraz, kiedy on jest przy mnie, nie mam się już czego bać.

Dubhe robi postępy. Poruszanie się w ciemności staje się dla niej łatwiejsze. Świat przepełniony jest dźwiękami, a ona uczy się ich słuchać: każdy z nich niesie dla niej jakąś wiadomość. Noc nie jest już mroczna, ale przeniknięta ścieżkami utworzonymi z zapachów i dźwięków, które mieszają się ze sobą.

Jej nogi potrafią teraz zwinnie posuwać się po poszyciu leśnym, czyniąc niewiele hałasu. Już nie parzy się pokrzywami, nie łamie też gałęzi zbyt ciężkim krokiem. Idzie naprzód szybko i pewnie, plecy Mistrza zawsze są przed nią, jak przestroga, a zarazem cel do osiągnięcia.

Mistrz nigdy nie mówi wiele. Prawie zawsze milczy, nawet podczas kolacji, i nigdy nic jej nie tłumaczy. To ona sama zrozumiała, jak nie męczyć się zbytnio podczas marszu, i ona też znalazła sposób, jak orientować się w nocy.

Tak naprawdę nie sądzi, żeby faktycznie interesowało ją zostanie płatnym zabójcą, ale nauka wydaje jej się jedynym sposobem, aby nie umrzeć, aby nie zostać sama, aby móc dalej być z Mistrzem.

— Kiedy nauczysz mnie posługiwać się bronią? — pyta pewnego dnia.

To jeden z ich ostatnich nocnych marszów, bo są już wystarczająco oddaleni od strefy wojny.

Mistrz pozwala sobie na swego rodzaju uśmiech, pierwszy od czasu, kiedy wyruszyli z domu.

— Pierwszą cnotą zabójcy jest cierpliwość. Zabójca jest myśliwym. Polowałaś kiedykolwiek?

Dubhe ogarnia wiele przyjemnych wspomnień.

— Oczywiście! Polowałam na świetliki i z procy na ptaki. Umiem złapać ropuchę gołymi rękami.

Mistrz znowu się uśmiecha.

— To niewiele, ale zawsze coś. Kiedy polujesz, musisz umieć czekać na odpowiedni moment. Ze szkoleniem jest tak samo Przygotowujesz się. Uczysz się używać pierwszej i najważniejszej broni zabójcy.

Oczy Dubhe błyszczą.

— Jakiej?

— Ciała. A to dopiero początek. Będziesz musiała stać się naprawdę doskonała jak broń: nieubłagana, gotowa do uderzenia z zaskoczenia i zdecydowanie.

Dubhe myśli o sztylecie Mistrza, umocowanym tam, przy pasie, w bezpośrednim kontakcie z jego brzuchem. Ona stanie się bronią w jego dłoniach. Sztyletem należącym wyłącznie do niego.

Po pewnym czasie lasy rzedną, a przed oczami wędrowców ukazuje się niezmierzona nizina spalona słońcem. Pustynia ziemi i czarnego piasku, leciutko pofałdowana łagodnymi pagórkami zrównanymi przez jakiś kataklizm, i nicość rozciągająca się. dokąd sięgnąć wzrokiem.

— Co to za miejsce? — pyta Dubhe Mistrza.

Panuje tu totalna pustka i doskonała cisza przerywana jedynie krzykiem kilku kruków w oddali.

— To Wielka Kraina.

Dubhe pamięta. Ta nazwa jest jej dobrze znana. To miejsce, gdzie historia pozostawiła swój znak, wielokrotnie cytowane w opowieściach, które słyszała od dorosłych i starców w Selvie Prawie sto lat wcześniej mieściła ona Enawar, bajeczne i bogate miasto, leżące na dwóch radosnych pagórkach i całkowicie zanurzone w zieleni traw i lasów. Tam znajdowała się siedziba rządu Złotego Wieku w czasach, kiedy wojna była tylko bolesnym wspomnieniem.

Enawar został zrównany z ziemią wraz ze swoim bezcennym księgozbiorem, którego rozproszone fragmenty do dziś przechowywane są niczym relikwie w innych bibliotekach albo w siedzibach królów i dygnitarzy, z bliźniaczymi pałacami — białym i czarnym — jednym dla Rady Czarodziejów, drugim dla Rady Królewskiej, oraz ze wspaniałymi, przebogatymi ogrodami, z fontannami i bajecznymi grami wodnymi.

Mówiono, że tak właśnie zaczęły się Mroczne Lata Tyrana — zniszczeniem Enawaru.

Podczas Mrocznych Lat Wielka Kraina stała się całkowicie poddana Tyranowi, który rozkazał wybudować tam swój potężny pałac, Twierdzę, niezwykle wysoką wieżę z czarnego kryształu. Ponieważ to materialne świadectwo aroganckiego wyzwania wobec bogów było wyższe niż jakakolwiek inna konstrukcja kiedykolwiek wzniesiona w Świecie Wynurzonym, Twierdza była widoczna przynajmniej z jednego miejsca każdej z ziem. Z wieży odchodziło osiem bardzo długich ramion, każde wysunięte w kierunku jednej Krainy — dokładnie tak samo, jak palce Tyrana wyciągnięte, aby mógł pochwycić w swe szpony cały Świat Wynurzony. Twierdza niczym rak wyssała z tego miejsca wszelką żywotną limfę. Żadnych lasów, żadnej trawy; nie uchowały się nawet pagórki, które zrównano, aby zrobić miejsce dla budowli. Z Wielkiej Krainy nie zostało nic poza obszerną pustą równiną, rozdartą w środku przez bryłę Twierdzy.

Potem przyszła Wielka Wojna i Nihal i Sennar zniszczyli Tyrana. Twierdza rozsypała się i rozpadła na równinie, zabierając ze sobą czterdzieści lat terroru i panowania despoty.

Od tamtej pory Wielka Kraina przechodziła różne koleje. Przez jakiś czas, zaraz po Wielkiej Wojnie, kiedy Nihal i Sennar nie opuścili jeszcze Świata Wynurzonego, myślano, aby zostawić ją tak jak jest, wyniszczoną i pełną pozostałości po Twierdzy, aby świat pamiętał o tym, co się wydarzyło. Potem chciano wybudować tu Nowy Enawar, ale również i ten pomysł porzucono. Wówczas terytorium rozdzielono pomiędzy różne krainy zostawiając jedynie wolną część środkową, gdzie odbudowano oba budynki Rady Królewskiej i Rady Czarodziejów. Usunięto cale złomowisko z wyjątkiem tronu, który wystawiono przy wejściu do Pałacu Rady Królewskiej, obok dwóch gigantycznych posągów Nihal i Sennara.

Jeśli chodzi o terytoria przyznane różnym krainom w większości pozostały one martwe. Mimo wysiłków nie udaje się tam doprowadzić do wzrostu żadnych roślin. Ziemie te wydają się nieodwracalnie jałowe. Ludzie jeszcze nazywają je Wielką Krainą, chociaż teraz należą do innych terytoriów. Ich natura jest tak odmienna od pozostałych ziem, że wszędzie są postrzegane jako miejsca obce, należące do dawnej epoki i innego świata.

Mistrz pochyla się, bierze w dłonie garść ziemi. Jest sucha, wysypuje mu się z ręki jak piasek. Potem otwiera dłoń i pokazuje Dubhe jej zawartość.

— Widzisz te czarne odłamki? Tyle zostało z Twierdzy.

Dubhe patrzy na nie wystraszona i pełna podziwu. Ona też bierze garść ziemi i pozwala, aby zostały jej w dłoni tylko kawałki czarnego kryształu. Wkłada je do sakwy, wiszącej u boku jej pasa, pod płaszczem.

— Co chcesz z tym zrobić? To tylko głupie okruchy. Wyrzuć je.

Mistrz wydaje się prawie rozgniewany.

— To historyczne kryształki… Tyle opowiadano mi o Tyranie… Dziwne wrażenie wywołuje na mnie fakt, że mogę trzymać coś, czego on dotykał.

— W Tyranie nie ma nic godnego podziwu, nic! Uważał się za nieśmiertelnego i łudził się, że może według własnego uznania dysponować wszystkim, co istnieje na świecie. Takimi biednymi szaleńcami, jak on, należy tylko gardzić. Wyrzuć to.

Dubhe zamiera w zdumieniu, więc Mistrz siłą wyciąga jej sakwę i gwałtownie ją opróżnia.

Przepraszam, Mistrzu, nie wiedziałam, że źle robię… Mistrz nie odpowiada, ale idzie dalej równym i szybkim krokiem.

Przez całe dni przemierzają tę opuszczoną równinę. Upał jest prawie nieznośny. Wargi Dubhe pierzchną od wiatru i słońca, pękają i krwawią. Kiedy wieczorem rzuca płaszcz przy ognisku, zadaje sobie pytanie, jak pierwszego dnia mogła pragnąć nieść ze sobą kawałki czarnego kryształu. Teraz wciskają jej się pod ubrania, kłują i drażnią jej skórę.

— A to przecież nic w porównaniu z Wielką Pustynią na wschodzie. Jesteś naprawdę do niczego — drwi z niej Mistrz.

Dubhe rumieni się, ale nic nie może na to poradzić.

Dopiero o zachodzie słońca ten ogromny, opustoszały teren rozpala się. Zachody nie kojarzą się Dubhe miło. Wszystkie przywodzą jej na myśl Gornara. Ale w tej absolutnej szarości, którą przemierzają, zachód słońca ma inny sens. Jest jedynym kolorowym momentem w ciągu dnia, rozpala równinę dziwnymi odblaskami. A potem, nagle, kiedy wydaje się, że słońce naprawdę znikło za płaskim horyzontem, często widać pojedynczą błyskawicę. Przez chwilę jest tak, jakby Wielka Kraina ponownie rozkwitała, jakby trawa rozprzestrzeniała się po tej jadowitej równinie, aby chwilę potem wycofać się niczym miraż.

Mistrz widzi, jak Dubhe prawie wzruszona kontempluje niebo, już nieodwracalnie zmierzające ku nocnej ciemności.

— Widziałaś zielony promień, czy tak?

Dubhe otrząsa się.

— Nie wyobraziłam go sobie, prawda?

Mistrz potrząsa głową.

— Nie. Mówią, że tylko dzieci mogą go zobaczyć, bo nie są jeszcze skażone przez zło świata. Mówią, że to nośnik wiadomości Elfów, ich ostatnie przesłanie dla świata, doprowadzone przez Słońce do tego, kto nigdy nie splamił swoich rąk krwią.

Śmieje się cicho i ironicznie. Dubhe czuje, jak przepełnia ją smutek.

— No to dlaczego ja…

— Ja też go widzę — ucina krótko Mistrz. — Widziałem go tutaj, na pustyni, mnóstwo razy i nigdy nic mi nie powiedział. I choćbym nie wiem, ile osób zmasakrował, zielony promień jest tutaj zawsze: czeka na mnie za każdym razem, kiedy przechodzę przez tę ziemię. Pewien mędrzec któregoś razu powiedział mi, że widać go tutaj z powodu czystego powietrza. Gdzie indziej powietrze jest ciężkie i zakrywa promień. To tylko tyle, nic więcej nie ma.

Na pustyni jej szkolenie ulega zmianie. Tym razem Mistrz zadaje jej dziwne ćwiczenia.

— Chcę, żebyś została na straży.

— Czego? Przecież jesteśmy sami…

— Nie dyskutuj z moimi poleceniami, zrób, co ci mówię i basta. Musisz zostać na straży i czuwać przez dwie godziny, dopóki cię nie zawołam. Przysłuchuj się dźwiękom, wszystkim. Biada ci jeżeli zaśniesz.

Jednak za pierwszym razem Dubhe zasypia i budzi ją uderzenie w policzek.

— Nie chciałam, Mistrzu, przebacz mi…

— Koncentracja, Dubhe, koncentracja! Musisz się nauczyć narzucać sobie własną wolę, aby umysł zapanował nad zmęczeniem, nad głodem, czy nad jakimkolwiek innym przesłaniem od twojego ciała, czy to jasne?

Medytacja. Godziny spędzone wśród nocy, często w najgęstszej ciemności, kontemplowanie nicości, bez żadnego punktu, gdzie myśli mogłyby zatrzymać się podczas swojego biegu, bez żadnego oparcia, którego można by się uczepić, aby nie paść ofiarą senności.

— To dlatego, że nie patrzysz uważnie. Nie ma dwóch identycznych chwil, świat nieustannie płynie, przemienia się, zmienia kształt, ale ty jesteś za bardzo rozkojarzona, żeby zdać sobie z tego sprawę. Odgłos wiatru jest jak śpiew, to powolny, to znów gwałtowny. Daleki grzmot. Metaliczne kroki owadów na ziemi. Odłamki czarnego kryształu toczące się w oddali. Naucz się słuchać.

I tak noc po nocy. Uchwycić każdą najmniejszą wibrację. Raczej usłyszeć świat, niż go zobaczyć; stać się z nim jednością.

— Koncentracja idzie w parze z cierpliwością, z umiejętnością czekania. Chodzi o odczytywanie świata jak książki, zespolenie się z nim. Czucie go w kościach i interpretowanie jego sygnałów aż do znalezienia chwili, jedynej, kiedy można skutecznie uderzyć. Oto istota zabójstwa.

Dubhe próbuje, chce się poprawić. Potem nieodmiennie pada i zasypia.

— Wytrzymałam dłużej niż zwykle, przysięgam!

— Wiem, ale dopóki nie osiągniesz celu, nie możesz czuć się zadowolona. Ja nie będę.

Mistrz nigdy nie śpi naprawdę, Dubhe teraz jest tego pewna. Do takiego stopnia wysublimował to ćwiczenie, którego ona nie jest w stanie wykonać, że nawet w półśnie potrafi być w jakimś stopniu świadomy świata. Nawet kiedy przysypia na kilka minut, jego zmysły zawsze pozostają czujne i gotowe. Ona też musi się taka stać, czuje to. W tych dniach zaczyna rozumieć sens szkolenia.

Po jakimś czasie także równina ustępuje i po raz pierwszy od wielu dni spojrzenie, starające się przeniknąć horyzont, napotyka na jakąś przeszkodę. Z daleka wznosi się jasny profil wysokich gór.

— Już prawie doszliśmy. Jeszcze jakieś dziesięć dni i będziemy mogli odpocząć.

To Daress, Góry Północne, wyjaśnia jej Mistrz. Kraina Skał.

— Pełno tu gnomów, niemal tylko one tu mieszkają.

Dubhe przypomina sobie okrutne i niskie indywiduum, które zapukało do ich drzwi jakiś czas wcześniej.

— Wszyscy są tacy? — pyta zaniepokojona.

— Co w tym złego?

Dubhe pochyla czoło. Wstydzi się powiedzieć, że się ich boi.

Wreszcie znów napotykają lasy, teraz drzewa są wszędzie. Na horyzoncie śnieżnobiałe i ostre szczyty gór pokryte śniegiem a u ich stóp dywan z zielonego aksamitu, w którym Dubhe z przyjemnością się zanurza.

Podoba jej się spanie w cieniu drzew, a nawet ćwiczenia, które jej zadaje Mistrz, w lesie wydają się mniej nieprzyjemne, łatwiejsze do wypełnienia.

Pewnego razu udaje jej się nie zasnąć przez pełne dwie godziny zalecone przez Mistrza, a kiedy on się budzi, natychmiast go atakuje:

— Udało się, udało mi się! Widzisz? Nie śpię!

Mistrz nie rozdrabnia się w pochwałach. Ogranicza się do kiwnięcia głową.

Potem pewnego ranka Dubhe widzi, jak mężczyzna przygotowuje łuk.

— Dziś polujemy.

Dubhe czuje ucisk w sercu. Powracają do niej wspomnienia z Selvy, wciąż żywe i obecne.

— Chodź za mną.

Krążą po lesie, ale Mistrz od razu coś krytykuje.

— Robisz za dużo hałasu, w ten sposób zwierzęta uciekną.

Zaczajają się, czekają, wsłuchują się w odgłosy, których Dubhe nie potrafi uchwycić, obserwują szczegóły, które jej umykają.

Jej ojciec nigdy nie polował. Jej matka kupowała dziczyznę, a czasami dostawała ją od jakiejś przyjaciółki. Jej rodzina była wieśniacza i Dubhe nie ma w polowaniu doświadczenia. Dlatego nie rozumie.

— Patrz na mnie uważnie — mówi Mistrz, a ona wykonuje to polecenie. Naśladuje go, ale sens jej umyka.

— Za czym konkretnie idziemy? — szepcze.

— Za śladami — ucina krótko mężczyzna i pokazuje jej coś na ziemi.

Dubhe je rozpoznaje. Blisko lasów Selvy też takie były. Ślady jelonka. Kiedyś nawet jednego widziała.

— Nie jest daleko.

Kucają, pełzają po ziemi. — Słyszysz go? — głos Mistrza nie jest głośniejszy od szeptu.

— Nie.

— Skoncentruj się.

Dubhe zamyka oczy, dokładnie tak, jak robi wieczorem, kiedy ma wykonywać ćwiczenia. Wówczas cisza przemawia do niej, a rytmiczny szelest kopytek w gęstwinie teraz wydaje jej się oczywisty.

— Tak!

Mistrz szorstko kładzie jej dłoń na ustach.

— Nie wrzeszcz, głupia!

Prześlizgują się dalej, potem Mistrz się podnosi. Wskazuje na coś w gąszczu.

Jelonek. Wydaje się czymś zaniepokojony i rozgląda się wokół z nastawionymi uszami. Dubhe myśli, że jest bardzo ładny. Już nie pamiętała, że te zwierzęta są tak piękne i doskonałe.

Mistrz zachowuje się tak cicho, że Dubhe nawet go nie słyszy. Jelonek tymczasem chyba się uspokoił, bo zaczyna jeść, pochyliwszy szyję.

Dubhe odwraca się i widzi, że Mistrz jest gotowy. Skoncentrowany i skupiony wyraz twarzy, naciągnięty łuk i założona strzała. Jego ramiona są nieruchome, a cięciwa napięta do granic możliwości.

— Mistrzu, czy ty chcesz…

Nie zdążyła skończyć. Strzała odrywa się od łuku, cięciwa lekko jęczy. W ciszy lasu gwałtownie rozbrzmiewa odgłos upadającego jelonka. Dubhe widzi, jak zwierzątko się rzuca, słyszy, jak popiskuje, i stoi jak wryta w miejscu, przejęta zgrozą.

— No co? Rusz się, to kolacja, Mistrz rusza naprzód, schyla się, ale Dubhe za nim nie idzie, — Powiedziałem ci, żebyś tu przyszła! — powtarza mężczyzna, a Dubhe przyspiesza kroku, aby do niego dołączyć. Pochylony nad jelonkiem Mistrz już wyciągnął nóż.

— Jeżeli nie jest jeszcze martwy, musisz dobić go nożem. Oprzyj ostrze na szyi i zrób jedno zdecydowane cięcie, rozumiesz?

Mistrz pokazuje to gestem, a Dubhe czuje, jak tysiące małych dreszczy przebiegają jej po plecach. Przytakuje.

— Zrób to.

— Słucham?

Mistrz wręcza jej sztylet.

— Ty go zabij.

Jelonek miota się, porusza nogami, ale coraz słabiej. Oddycha z wysiłkiem, cierpi i jest przerażony.

— Nigdy nie używałam sztyletu.

— Ale już zabiłaś, tak? I nie chodziło wtedy o zwierzę, ale o chłopca.

Dubhe wzdryga się, jakby uderzono ją w policzek.

— Tak, ale…

— Chodzi o to samo. A poza tym nie widzisz, że cierpi? I tak umrze.

— Ja…

— Zrób to!

Głos Mistrza przypomina ryk, a Dubhe podskakuje. Łzy podchodzą jej do oczu, a jednak jej dłoń bierze sztylet. Na rękojeści czuje ciepło dłoni Mistrza.

— Przestań płakać i zrób, co musisz. Powiedziałaś, że chcesz zostać moją uczennicą, czy tak? No więc zabójca zabija. Zabić albo umrzeć, Dubhe! Tacy jak my mają tylko jeden wybór. A ty zaczniesz od tego zwierzęcia.

Dubhe pociąga nosem, stara się otrzeć sobie łzy, ale nic to nie daje. Jelonek patrzy na nią oczami przepełnionymi bólem i przerażeniem, i miota się, nadaremnie próbując ucieczki. Sztylet w jej dłoni trzęsie się.

— Rusz się albo sobie pójdę i przysięgam ci, że już nigdy więcej mnie nie zobaczysz.

Dubhe szlocha, ale zbliża się do zwierzątka. Łzy zaciemniają jej widok, więc nie widzi dobrze głowy jelonka. Czuje tylko, że miota się spazmatycznie pod uchwytem jej palców. Opiera drżące ostrze. Zamyka oczy.

— Otwórz te przeklęte oczy i wbij ostrze!

— Mistrzu, proszę…

— Wykonaj!

Dubhe krzycząc z zamkniętymi oczami, czyni to, co musi, a kiedy tylko czuje, jak krew zalewa jej rękę, puszcza zwierzę i rzuca się do ucieczki.

Mistrz chwyta ją i ściska, nic nie mówiąc.

Chociaż Dubhe została przez niego zmuszona do zrobienia czegoś strasznego, nie nienawidzi go, ale opiera głowę na jego piersi, a jego ciepło i spokojny oddech uspokajają ją. Mistrz wciąż milczy, ale jest tam z nią.

Dubhe nie chciała patrzeć, jak przygotowywał mięso jelonka. Jest głodna, ale pozostaje w oddaleniu nawet wtedy, kiedy pod wieczór w powietrzu rozchodzi się wyborny zapach mięsa.

— Nic innego nie ma, opłaca ci się jeść — mówi Mistrz.

Dubhe z obrzydzeniem patrzy na kawałek mięsa.

— Mówię to dla twojego dobra.

Mistrz jest milczący. Wydaje się prawie przygnębiony.

— Nie powinnaś była zamykać oczu.

— Przebacz mi, Mistrzu, ale to było straszne… ja… przypomniałam sobie Gornara… tego chłopca… co wtedy… tego od wypadku… i wtedy… on na mnie patrzył, a jego oczy…

Mistrz wzdycha.

— Ta praca nie jest dla ciebie. To nie twoja droga.

Dubhe podnosi się nagle.

— Dlaczego tak mówisz? To nieprawda! Staram się, nauczyłam się wielu rzeczy i… podobają mi się, bardzo!

Mistrz patrzy na nią ze smutkiem.

— To niedobrze, żeby mała dziewczynka uczyła się takich rzeczy, a fakt, że nie chciałaś tego zrobić, że nie chciałaś zabić jelonka, jest normalny. Nie jest natomiast normalne, żebyś była ze mną, żebyś ze mną szła.

— Ja chcę być zabójcą! Chcę być taka jak ty!

— To ja nie chcę, żebyś była taka jak ja.

Mistrz patrzy w żar, a Dubhe czuje jego ból, przeraża ją to i wzrusza.

— To było dla zdobycia pożywienia, wiem o tym. Widziałam jak w mojej wiosce zabija się świnie, i nie było inaczej niż teraz Pewnego dnia sama bym to zrobiła. Byłam głupia.

Mistrz dalej patrzy w ogień, wydaje się nieobecny, ale Dubhe wie, że jej słucha.

— Od tej chwili obiecuję ci, że będę silniejsza i będę robić to, co mi powiesz. Już nigdy nie będziesz musiał się za mnie wstydzić.

Mistrz uśmiecha się.

— Ja się wcale nie wstydzę.

Dubhe odwzajemnia uśmiech. Czuje ulgę. Niepewną ręką bierze kawałek mięsa, który wcześniej podawał jej Mistrz. Zdecydowanym ruchem podnosi go do ust i odrywa zębami wielki kęs. Jest dobre, a chociaż napawa ją wstrętem, dziewczynka zmusza się, żeby go przełknąć, i patrzy na Mistrza. Nie potrafi rozszyfrować jego spojrzenia, które przenika ją do głębi i przeszywa na wylot.

20. Stary kapłan

Wszystko było przykryte śniegiem, a przenikliwe zimno wciskało się pod szaty, szukając najmniejszego nawet skrawka skóry, który mogłoby zażarcie zaatakować. Koszula, którą miała na sobie Dubhe, ledwie starczała, aby nie zamarznąć, i gdyby nie płaszcz, nie dałaby rady iść naprzód.

Ona i Toph przez cały dzień szli w milczeniu. Nie, żeby Toph nie próbował jej zaczepiać.

— Mało jesteśmy rozmowni, nieprawdaż? — zaczął po raz kolejny mężczyzna w porze obiadowej.

— Nigdy w życiu zbyt wiele nie mówiłam — podsumowała Dubhe.

— To źle. To nadaje ci ponury wygląd, a to nic dobrego dla dziewczynki, a już zwłaszcza dla takiej uroczej, jak ty.

— Nie popełniaj tego błędu i nie oceniaj mnie zbyt nisko. Nie jestem dziewczynką.

Toph uniósł dłonie do góry.

W porze obiadu podzielili się małą gomółką sera i bochenkiem chleba. Żołądek Dubhe był całkiem ściśnięty, więc zjadła bardzo mało. Toph zalał wszystko obfitą dawką wina. Z tego, co Dubhe wiedziała, nadużywanie alkoholu nie było w Gildii mile widziane i zwróciła mu na to uwagę.

Toph Wzruszył ramionami:

— Pierwsze morderstwo popełniłem, kiedy byłem kompletnie spity. Mój nauczyciel tak mi nagadał, że od tamtej pory nauczyłem się miarkować, ale zapewniam cię, że kiedy jego zabijałem byłem całkowicie trzeźwy.

Zaśmiał się prostacko, a Dubhe zrobiło się niedobrze i wbiła spojrzenie w ziemię. Słyszała już, że Zwycięscy zabijają swoich nauczycieli, kiedy ci stają się zbyt starzy i zmęczeni, ale ani Mistrz, ani Rekla nigdy nie mówili jej o tym w sposób wyraźny.

— A ty? — podjął nie zniechęcony Toph. — Ty wstąpiłaś do Gildii, bo zabiłaś jako dziecko, prawda? Jesteś Dzieckiem Śmierci…

Opowiedz.

— Nie jest to coś, o czym bym chętnie mówiła.

Toph stał się dziwnie poważny.

— Co ty, do diabla, mówisz? Do licha, powinnaś być z tego dumna! Przecież właśnie to kwalifikuje cię jako Zwycięską i gdyby nie to, przez całe życie byłabyś Przegraną, dorabiając sobie drobnymi kradzieżami.

Dubhe spojrzała mu lodowato w oczy.

— Znasz Amantę?

— Tego, co popadł w niełaskę? Dawnego pupilka Dohora z Krainy Słońca?

Dubhe przytaknęła.

— To ja przetrzepałam jego dom, a po nim przyszła kolej na Thevorna, którego też z pewnością znasz. To właśnie moje „drobne kradzieże” — wzruszyła lekceważąco ramionami.

— A więc to zabójstwo w dzieciństwie? — podjął Toph.

— To był wypadek. Mój przyjaciel. Biliśmy się, a on uderzył głową.

— Czyli dziecko.

Toph znowu się zaśmiał.

Wcześnie podjęli marsz, a wieczorem przybyli w okolice jakiejś wioski, nie bardzo odległej od Narbetu, stolicy Krainy Nocy. Tam znaleźli nędzną, prawie całkiem pustą gospodę — całe szczęście bo pogoda się zepsuła i rozszalała się prawdziwa burza.

Jedli kolację, przyciszonym głosem prowadząc dyskusję o czekającym ich przedsięwzięciu i o ich obiekcie. Dubhe brała w niej udział wbrew sobie. Nie mogła się doczekać, kiedy ta przeklęta historia się skończy. Toph przybrał pozę konspiratora i nachylił się ku niej, aby nie usłyszał ich gospodarz i inni wędrowcy znajdujący się w gospodzie. — Jak sądzisz, komu jest posłuszny Nerla, ten durny syn kapłana Berli?

Nerla był obecnym władcą Krainy Nocy. Prawdziwy król, Rewar został stracony trzydzieści siedem lat wcześniej, pod koniec wojny z Dohorem. Nerla był młodzieńcem bez charakteru i nie było tajemnicą, że stał za nim Dohor. Zresztą Dohor stał prawie za wszystkimi obecnymi władcami, z wyjątkiem panujących w jeszcze wolnych Krainach Morza i Wody. Postać Dohora była o wiele mniej dramatyczna niż Tyrana: podczas gdy ten ostatni robił wokół siebie wiele hałasu i bez zbytnich ceregieli podbił jedna po drugiej wszystkie Osiem Krain, Dohor sprawiał wrażenie osoby dystyngowanej, stającej w obronie pokoju.

Pierwszym jego ruchem było poślubienie królowej Krainy Słońca, Sulany. Następnie, kiedy Rewar najechał na Krainę Dni, Dohor w mig pochwycił nadarzającą się okazję. W ciągu pięciu lat zmusił Rewara do uległości. Kraina Nocy stała się pierwszym protektoratem Krainy Słońca. Potem nadeszła kolej na Krainę Dni, z której Rewar zdążył już wysiedlić Famminów. Najtwardszym orzechem do zgryzienia była Kraina Ognia. Ido, jego dawny mistrz, oraz królowa Krainy Ognia, Aires, oskarżyli go o prześladowanie Famminów, co było jak najbardziej słuszne. Jednak dzięki przekupstwom i różnym przyjaźniom Dohorowi udało się przekonać Radę, że to Aires i Ido knuli przeciw niemu i całemu Światowi Wynurzonemu. Królowa została zdjęta z tronu, władzę powierzono kolejnemu potulnemu królowi, Ido został wyrzucony w niesławie z Zakonu, a Dohor zajął stanowisko Najwyższego Generała. W tym momencie historia wydawała się dramatycznie łatwa do przewidzenia. Czasy były ciężkie i potrzebowano silnego przewodnictwa; któż mógł być lepszy niż Dohor — bohater, Najwyższy Generał, który nawet Radę ocalił przed nikczemnym planem perfidnego Ida? Po pięciu latach wojny Kraina Ognia dostała się pod wspólny protektorat Krainy Skał i Krainy Słońca. Nastąpiło jeszcze pięć lat oporu prowadzonego przez Ido, ale wszystko ustało wraz z wejściem do gry Forry. Mówiono, że wojna zakończyła się bezsensowną krwawą rzezią. Ostatnim aktem była wojna przeciwko Krainie Skał, w której zginął Gahar, przez lata wierny sprzymierzeniec Dohora. w ten sposób w ciągu czterdziestu lat ambitny i bardzo młody Jeździec Smoka zgromadził w swoich rękach prawie cały Świat Wynurzony, w każdej krainie zachowując pozory wolności, zezwalając im na niezależną administrację i własnego panującego. Jego ostatnią troską były jeszcze ziemie Przymierza Wód, łączącego dawne terytoria Krain Wody i Morza, dotychczas całkowicie wolne.

— Dobrze wiem, że faktycznie należą do Dohora — odpowiedziała Dubhe.

— A zatem do nas — podsumował Toph.

Dubhe była zdumiona. Krążyły takie pogłoski, ale nikt nie uważał, aby mogły być one prawdziwe. Dohor z pewnością nie był porządnym człowiekiem, ale sprzymierzyć się z Gildią… Nawet Mistrz nigdy jej o tym nie wspomniał podczas długich i nudnych wykładów o intrygach ożywiających owe czterdzieści lat wewnętrznych walk, jakie nastąpiły po Wielkiej Wojnie.

— Co masz na myśli?

— Niemało przysług oddaliśmy Jego Wysokości, a on potrafił je nam sowicie wynagrodzić.

— Ale… do jakiego stopnia?

Toph potrząsnął głową.

— Takie rzeczy wie tylko Yeshol.

Wyruszyli z gospody bardzo wcześnie. Pogoda była brzydka, a burzę z poprzedniego dnia zastąpiło zdradzieckie prószenie wilgotnego śniegu moczącego płaszcze.

Dubhe była całkowicie pogrążona we własnych myślach. To miało nastąpić tego wieczoru, a ona się bała. Tak naprawdę nigdy nie zabiła z zimną krwią. Nauczono ją tego, jasne, pamiętała każde słowo Mistrza, jakie wypowiadał do niej podczas ćwiczeń, ale nigdy żadnego z nich nie wprowadziła w życie. A poza tym przecież przysięgała i to na wszystko, co kiedykolwiek miała najdroższego. To wszystko właśnie miało się roztopić niczym śnieg w słońcu. Ogarnął ją niezmierzony smutek i lęk.

Około południa Toph ją szturchnął.

— No, Dubhe, jesteśmy w domu: to wielka Asteria. Dubhe spojrzała na niego spod oka. Nikt już tak nie nazywał tego miasta. To Tyran narzucił mu tę nazwę, ale po jego porażce miastu przywrócono jego dawne miano: Narbet. To pod tą nazwą znała je Dubhe.

Popatrzyła na rozległe, poszczerbione mury, porośnięte pnączami o mlecznych kwiatach, teraz okrytych cienkim welonem śniegu. Rok po roku miasto upadało coraz bardziej. Coraz liczniejsze wyrwy w murach, coraz gęstszy rysunek atakujących roślin wspinających się po kwadratowych głazach, ale przede wszystkim coraz bardziej zaniedbani i smętni wartownicy przed wrotami.

— Kim jesteście? — spytał jeden z nich, opuszczając włócznię.

— Dwójką posłańców z Krainy Słońca — Toph był na to pytanie przygotowany: odsunął płaszcz, aby pokazać im pergamin, który wzięli ze sobą w tym celu.

— Tak, tak… dobrze… przechodźcie…

Miasto otworzyło się przed nimi w milczeniu. Narbet zawsze taki był: miejsce pełne żebraków po obu stronach ulic i siedziba najbardziej nieprawdopodobnych interesów, gdzie targi były nagie i smutne, a w sklepach brakowało niemal wszystkiego. Jedzenia było niewiele, po pierwsze dlatego, iż Kraina Nocy od zawsze potrzebowała magii, aby uprawiać nigdy niecałowaną przez słońce ziemię, a poza tym te niewielkie plony, które zbierano, były przekazywane na front, szlachcie Krainy Słońca albo przeznaczano je dla szlachty lokalnej. Domy bogaczy niczym kwiaty wykwitały pośród pustyni chałupek, stanowiących typowy pejzaż miasta. Były to siedziby otoczone nader rozległymi ogrodami, bogatymi w rzeźby i polichromowane stiuki. Bogactwo kapało z każdej cegły. Kulminacją tej orgii ostentacji był majestatyczny pałac Nerli — króla. Był to dawny pałac królewski, przywrócony do przepychu swoich najlepszych czasów. Nerla kazał dobudować do niego nowe skrzydło, a przede wszystkim bardzo wysoką wieżę, na którą wszyscy patrzyli złym okiem, bo zbytnio przypominała Twierdzę.

Dubhe obserwowała te wszystkie pałace i cały ten luksus swoim zwykłym, pozbawionym złudzeń spojrzeniem. Uważała, że wszystko to stanowi obelgę dla ubóstwa tej ziemi. Kiedyś nawet wytknęła to Mistrzowi, gwałtownie buntując się przeciwko takiemu stanowi rzeczy.

„Dlaczego ludzie się nie burzą?”.

„Świat podzielony jest na silnych i słabych. My w każdym razie służymy bogatym, jesteśmy wykonawcami zleceń pochodzących z najciemniejszych stron systemu: to oczywiste, że z nimi nie walczymy”.

Dubhe przeniosła wzrok z wielkich i pięknych pałaców na miasto ubogich. Składały się na nie również imponujące budowle, kiedyś z pewnością bardzo piękne, ale teraz naruszone przez czas i zaniedbania. Stare arystokratyczne pałace możnych i wpływowych postaci stały się przytułkami dla ubogich, którzy ze wsi przybywali szukać szczęścia w mieście, prawie zawsze bez sukcesu. Pomiędzy budynkami niedawno sklecono drewniane chatki, ubogie tawerny i lazarety, w których szukali schronienia chorzy i niedożywieni.

Toph i Dubhe zjedli obiad w oberży niewiele lepszej niż inne. a po posiłku dziewczyna poprosiła, żeby zostawił ją samą.

— Ale po co? — spytał zdziwiony Toph.

— Każdy ma swoje metody. Ja potrzebuję skoncentrować się przed pracą.

Toph wzruszył ramionami.

— Zobaczymy się tu na kolacji.

Dubhe szukała bardzo konkretnego miejsca — miejsca, gdzie kiedyś była ze swoim Mistrzem. Była to jeszcze inna gospoda, już całkowicie opuszczona. Tak, to tam chciała iść. Weszła do środka i błądziła po różnych pomieszczeniach, dopóki nie dotarła do owego pokoju, który kilka lat wcześniej dzieliła z Mistrzem. Usiadła na podłodze i zamyśliła się, jak to miała w zwyczaju. Przypomniała sobie słowa, które zostawił jej Mistrz.

”Powiedziałem ci to wiele lat temu, kiedy się spotkaliśmy. To nie dla ciebie, Dubhe. Popatrz, co stało się ze mną, i zmień drogę. Zapomnij o mnie i o tym, czego cię nauczyłem, i żyj inaczej. A jeżeli nie chcesz zrobić tego dla siebie, zrób to dla mnie i za moje poświęcenie”.

Zamknęła oczy i przywołała w myślach tę sylwetkę dobrze zbudowanego mężczyzny o mocno zarysowanych barkach i wytrenowanym ciele.

Dubhe podniosła dłonie do twarzy.

Co ja robię?

Nie miała jednak wyboru. Prawdopodobnie wszystko zostało postanowione wiele lat wcześniej, kiedy nad brzegiem rzeki ścisnęła w palcach włosy Gornara i uderzyła jego głową o kamienie. Jej droga została wtedy nakreślona i nic nie mogła na to poradzić.

— Nie wydaje mi się, żebyś była w dobrej formie… — zauważył Toph podczas kolacji w ich oberży. — Masz czerwone oczy.

Dubhe szybko opuściła wzrok.

— To z zimna. Zostanę sama tutaj, w swoim pokoju, do czasu naszego spotkania przed świątynią.

— Nie radzę ci brać antidotum na krótko przed wykonaniem zadania. Rekla powiedziała mi, że najlepiej by było, gdybyś wypiła je z wyprzedzeniem, inaczej nie da efektu.

— Dasz mi je, kiedy tylko skończymy — powiedziała zdecydowanie Dubhe.

Kiedy dzwon osławionej wieży pałacu wybił ostatni ton, Dubhe była gotowa. Wzięła głęboki oddech i postarała się oczyścić umysł. Nie było to jednak łatwe. Rzuciła ostatnie spojrzenie na swoją broń. Nagle sztylet przestał już być pamiątką po Mistrzu, ale stał się orężem, którego wkrótce miała użyć na poważnie.

Otulona płaszczem ruszyła ulicami Narbetu. Śnieg przestał padać, teraz w zaułkach hulał mroźny wiatr. Dziewczyna szła powoli, a jej kroki tłumił ubity śnieg; przepełniała ją lodowata determinacja. Dopiero kiedy na horyzoncie dostrzegła zarys świątyni, jej serce zatrzepotało gwałtownie.

Kler Krainy Nocy był raczej bogaty, ale to akurat była świątynia trzeciej kategorii, mała i na wpół rozsypująca się. Dubhe potrząsnęła głową.

Toph czekał na nią w zaułku.

— Punktualna. Świetnie.

Widać było, że jest podekscytowany, ale jako profesjonalista potrafił zapanować nad podnieceniem.

— Sama wszystko zrobisz, ja będę tylko szedł za tobą.

Delikatnie otworzyli drzwi i weszli do środka. Przez kilka chwil wiatr zawodził w pomieszczeniu, potem zaś drzwi się zamknęły i powróciła cisza.

Wnętrze świątyni idealnie odpowiadało temu, co było widać na zewnątrz. Była to po prostu prostokątna sala o niskim stropie, z dziesiątką rozstawionych w bezładzie, zakurzonych ławek oraz na wpół połamanym, ale bardzo lśniącym ołtarzem. Najwyraźniej Dunat wypełniał rytuały również pod nieobecność wiernych.

Stojący za ołtarzem posąg przedstawiający Raxę był bardzo prosty; drewniana rzeźba przedstawiała mężczyznę trzymającego w dłoniach kij i woreczek monet. Tu i tam widać było odpryski wyblakłego lakieru.

Dubhe powiedziała sobie, że ów Dunat prawdopodobnie jest tylko zwykłym nieszczęśnikiem. Z pewnością nie kimś, kto zasługuje na śmierć.

— Do dzieła. Czy nie mówiłaś, że nie ma czasu? — skarcił ją cicho Toph.

Dubhe skoncentrowała się, ale mimo to poruszała się ociężale, jakby na zwolnionych obrotach. Nie chciała, nie chciała tego robić.

Mimo gęstej ciemności dotykiem znalazła drzwi, których szukała. Były na wpół spleśniałe i spęczniałe od wilgoci. Użyła noża, aby delikatnie je uchylić, i udało jej się przy tym zrobić jak najmniej hałasu. Weszła ostrożnie, trzymając w dłoni sztylet. Za drzwiami znajdowało się skromne pomieszczenie, oświetlone jedną tylko świecą: pokoik ze zgrzebnym siennikiem i małym ołtarzykiem umieszczonym w rogu. Stała tam miniaturowa wersja posągu Raxy, a przed nią klęczał Dunat. Niespokojnym głosem mruczał nieprzerwaną modlitwę. Miał na sobie tylko koszulę nocną, na której biel opadały jego rzadkie, białawe włosy starego zaniedbanego człowieka.

Strach, szalony strach. Dubhe czuła go bardzo silnie. Ten człowiek siedział, co się wkrótce stanie, wyobrażał to sobie i szukał pocieszenia w tej rozpaczliwej modlitwie, którą bełkotał półgłosem.

Nie mogę, do licha, nie mogę!

Sztylet zadrżał jej w dłoni i upadł.

— Na co czekasz? — zamruczał ze złością Toph.

Dunat musiał coś usłyszeć, bo nagle odwrócił się i z oczami pełnymi przerażenia wrzasnął wibrującym głosem „Nie!”, jednocześnie podrywając się na nogi i szukając ucieczki.

Dubhe usłyszała, jak stojący za nią Toph przystępuje do akcji, i zobaczyła, jak nóż wbija się w nogę starca, który upadł na ziemię we łzach.

— Zabij go! — ryknął Toph.

W jej sercu odległy głos Bestii odpowiedział identycznym rykiem i to dodało jej sił. Ciało zadziałało samo, odpowiadając na to dawne wezwanie, które pogrzebała w swoim sercu i które Bestia wydobyła na świat. Podeszła do Dunata, chwyciła jego głowę i skręciła ją jednym ruchem. Mężczyzna zamilkł nagle, a Dubhe nie była w stanie rozluźnić chwytu. Jej oczy utkwione były w ołtarz i posąg, które splamiła krew wypływająca z uda starca.

Zrobiłam to. To już koniec.

Czuła się odrętwiała. Kiedy wreszcie udało jej się wypuścić starca i podnieść wzrok, to, co zobaczyła, zmroziło ją. W progu stała dziewczyna. Nieruchoma, z podniesionymi do białej twarzy rękami, z otwartymi ustami, niezdolna do wypowiedzenia słowa. Była w koszuli nocnej. Może to ordynans świątynny, o którym Toph nie dowiedział się w czasie swojego rozeznania. Kto wie. Była młoda, jak ona. i patrzyła na nią, jak się patrzy na potwory.

Nie…

Toph rzucił się błyskawicznie, dziewczyna zrobiła to samo. Próbowała przekroczyć próg, usiłowała krzyczeć. Toph złapał ją za włosy — długie, rozpuszczone na ramiona, i pociągnął gwałtownie, aż upadła na ziemię. Krzyknęła.

Dubhe ruszyła się, chciała stanąć pomiędzy Tophem a dziewczyną, aby udaremnić mu… Ale chłopak był szybszy. Jednym ruchem wyciągnął sztylet i wymierzył dziewczynie cios w gardło.

— Co za piekielna noc… wszystko idzie źle.

Białe, otwarte oczy. Oczy bez spojrzenia. Oczy oskarżające Dubhe tym razem spojrzała w otchłań. Jej życie było tam na dnie.

Ręką ścisnęła Topha za szyję i cisnęła nim o ścianę.

— Dlaczego ją zabiłeś?

Nie była sobą, oszalała ze złości tak, że nie zdawała sobie sprawy z głupoty swego pytania.

— Zabierz tę przeklętą rękę, bo cię zabiję.

Dubhe puściła go. Brakowało jej powietrza. Toph wymierzył jej głośny policzek.

Złość wyparowała. Teraz Dubhe czuła się jakby uszło z niej życie.

Toph uspokoił się i po tym wybuchu gniewu spojrzał na nią z większym zrozumieniem.

— Tym lepiej: będzie więcej krwi dla Thenaara.

Dubhe poczuła, że kręci jej się w głowie.

— Można wiedzieć, co z tobą? Powinnaś być zadowolona…A poza tym, już zdarzyło ci się zabijać.

Aż zbyt wiele razy. Ale nigdy tak, nigdy w taki sposób!

— Teraz trzeba dopełnić rytuałów, rusz się — powiedział Toph. Dubhe zamknęła oczy. Wszystko nagle stało się zbyt żywe, nie do zniesienia.

Toph podszedł do ciała dziewczyny, po czym wyjął szklany flakonik zawierający zieloną ciecz.

— Teraz ja wykonam rytuał na niej, po czym ty powtórzysz to samo na twojej ofierze.

Wyciągnął sztylet i zdecydowanym ruchem przebił pierś dziewczyny.

— Teraz wlewasz krew do buteleczki… — zrobił to z uwagą — a potem powtarzasz modlitwę: „Dla Thenaara, Ojca Zwycięskich, w oczekiwaniu na Jego dzień”. A na koniec trochę wypijasz.

Podniósł buteleczkę do ust i napił się, czyniąc to niemal z zachłannością. Dubhe poczuła, jak jej żołądek protestuje, ale jednocześnie w głębi tych mdłości było coś, co trzepotało radośnie, coś, co rozpoznawało się w tym makabrycznym rytuale.

Bestia.

Toph podsunął jej flaszeczkę.

— Teraz ty.

Uśmiechał się do niej. Potworny uśmiech.

Dubhe wzięła ją. Podeszła do trupa starca. Wyciągnęła sztylet.

Przypomniała sobie słowa Mistrza.

„Przebijanie ciał zmarłych, profanowanie ich szczątków jest aktem bestialskim, niezgodnym z regułami zabójstwa. Zabójca uderza, a kiedy ofiara jest martwa, sprawa jest zakończona. Okaleczanie trupa oznacza rozładowanie własnej złości i sadyzmu. To wszystko jest przeciwne temu, co robi płatny zabójca”.

Ale nie mogła tego uniknąć. Z daleka Bestia podnosiła swój głos.

Zresztą teraz ja też już jestem Bestią.

Dubhe powtórzyła to, co zrobił Toph. Napełniła flakonik krwią kapłana.

— Wypij łyk i napełnij ją ponownie. Popatrzyła na buteleczkę.

To pokarm Bestii, wiesz, że tego chcesz, bo to ty jesteś Bestię.

Zbliżyła usta do flaszeczki, a Bestia zakrzyknęła.

Zawahała się.

Nie mogę…

Zawahała się jeszcze przez chwilę.

Potem raptownie, nie pijąc, oddała buteleczkę Tophowi.

— Chodźmy stąd.

Nawet nie zaczekała na jego odpowiedź. Owinęła się płaszczem i przeszła przez drzwi. Przebiegła przez świątynię i wypadła na zewnątrz, gdzie uderzył ją lodowaty podmuch wiatru. Oczy i umysł miała przepełnione obrazem tamtego pokoju, starca jeszcze pochylonego przed ołtarzem i młodej dziewczyny na ziemi, obydwojga w morzu krwi. Dziewczyna niewiele starsza od niej, dziewczynka bez żadnej winy. Szła naprzód, nie widząc nic innego, wiatr ją ogłuszał. Ledwo słyszała wołający ją głos, głos pełen złości, a potem prawie zaniepokojony.

21. Misja samobójcza

Drzwi do Rady Wód były zaryglowane, a Lonerin wpatrywał się w nie, wykręcając sobie dłonie. Nie pierwszy raz asystował przy posiedzeniu Rady. Zresztą, pozycja ucznia czarodzieja z Krainy Morza oznaczała niemal automatyczne zaangażowanie w ruch oporu przeciw Dohorowi. Ale tym razem było inaczej, tym razem napięcie w powietrzu było namacalne.

— Powiedz, czy nie siedzą tam już za długo?

Theana, siedząca obok niego smukła, jasnowłosa dziewczyna, była zmartwiona tak samo jak on, albo i bardziej.

— W końcu sytuacja jest dramatyczna.

— Ale wyjdziemy z tego, Lonerin? A jeżeli to koniec?

Lonerin zrobił niecierpliwy ruch. Lubił Theanę; mimo że była od niego bardziej zaawansowana w szkoleniu, często czuła się niepewna, a on ją uspokajał. Teraz jednak nie mógł znieść jej rozdygotania.

— Denerwowanie się tutaj nie ma najmniejszego sensu, możemy tylko czekać — powiedział szorstko.

Theana zamilkła udręczona, zalękniona i znowu cisza zapadła w poczekalni. Było ich tam wielu. Wszyscy ci, którzy nie należeli do Rady, ale którzy w jakiś sposób związani byli z ruchem oporu.

Zresztą były powody do niepokoju. Jeden z najlepszych szpiegów, któremu udało się przeniknąć do bliskich Gildii środowisk, zginął nagłą śmiercią wkrótce po wysłaniu Radzie dramatycznego sprawozdania pełnego mrocznych zapowiedzi.

Zawartość owego raportu nie została całkiem rozpowszechniona, ale z pewnością chodziło o coś bardzo poważnego, o jakieś ostateczne posunięcie planowane przez Dohora.

Lonerin dobrze pamiętał szpiega. Był to młody czarodziej, niegdyś uczeń tego samego nauczyciela, co on, i przez jakiś czas nawet się spotykali. Aramon, tak się nazywał. Często pomagał mu przy różnych zaklęciach, które nie wchodziły mu do głowy Ten pulchny chłopak o twarzy niewyrośniętego dziecka był bardzo bystry, a przede wszystkim nadzwyczaj uzdolniony w dziedzinie sztuki magicznej.

Zabójcy pozwolili im znaleźć jego ciało w pobliskich zaroślach, z poderżniętym gardłem.

Lonerin zacisnął zęby. Z pewnością była to Gildia. Wszyscy wiedzieli, że Aramon prowadził rozpoznanie w tej sprawie. Przypomniał sobie, że kilka dni wcześniej mistrz Folwar wypytywał go o Gildię.

— Ty znasz ją najlepiej z nas wszystkich. Lonerin wzdrygnął się.

— Chodziło o moją matkę, mistrzu…

— Ale może ona ci coś powiedziała…

— Byłem bardzo mały.

— Rozumiem twój ból, Lonerinie, ale kiedy przyszedłeś do mnie, powiedziałeś, że chciałbyś, aby to twoje cierpienie mogło przynieść owoce, aby mogło stać się czymś pożytecznym… Teraz nadszedł odpowiedni moment.

Lonerin zorientował się, że tak zacisnął dłonie, aż zbielały mu knykcie. Ze złością zdał sobie sprawę, że wspomnienie matki wciąż wywołuje w nim zbyt silny gniew.

— Popatrz!

Głos Theany przerwał potok jego myśli i skłonił go do skierowania wzroku na drzwi do Sali Rady. Powoli się otwierały.

W świetle, które przebijało się ze środka, zobaczył króla i czarodziejów zgromadzonych wokół wielkiego kamiennego stołu. Jego udręczony nauczyciel, siedzący po przeciwnej stronie sali, prawie osunął się na swoim fotelu.

Ordynans, który otworzył drzwi, zwrócił się teraz do oczekujących:

— Możecie wejść. Wszyscy obecni starali się zachować pewną godność, ale nie potrafili powstrzymać się przed bezładnym wtargnięciem do środka.

— Widzę, że jesteście wymęczeni — zwrócił się Lonerin do swojego mistrza.

Starzec sprawiał wrażenie skrajnie kruchego. Jego dłonie były kościste, a skóra tak przezroczysta, że przebijała spod niej siatka żył; na chudej czaszce rosło niewiele już długich do ramion, białych włosów. Jego ciało spoczywało luźno na wysokim fotelu wyposażonym w parę drewnianych kół.

Z wielkim wysiłkiem odwrócił się do swojego ucznia, popatrzył na niego niebieskimi, niesamowicie głębokimi oczami i uśmiechnął się do niego łagodnie.

— Jestem tylko trochę zmęczony, Lonerinie, nic poza tym. Było ciężko — powiedział Folwar.

Chłopak położył mu dłoń na ramieniu, a staruszek ją uścisnął. Lonerin nagle poczuł się spokojny. Teraz dowie się prawdy.

Kiedy wszyscy zajmowali miejsca w wielkiej okrągłej sali, Lonerin rozejrzał się wokół. Szybko znalazł osobę, której szukał — tego, który wzbudzał jego pełen podziw — Ido. Siedział on w kącie, w swoim zwykłym wojennym stroju, który nosił stale, nawet poza polem bitwy: stary i wyblakły skórzany pancerz, zawsze przymocowany u boku miecz, na ramionach prosty płaszcz z kapturem na wpół opuszczonym na twarz, ale nie na tyle, aby całkiem przysłonić upiorną biel blizny przebiegającej przez połowę lewej strony twarzy. Lonerin długo na niego patrzył. Był to bohater dawnych czasów, jak sam często siebie określał, „weteran niezdolny do nadążania za światem”, legendarna postać wyjęta z historii, których chłopak uwielbiał słuchać. Chociaż Ido miał ponad sto lat, wiek słuszny nawet jak na gnoma, wcale nie wyglądał staro. Gdyby nie dziesiątki małych zmarszczek znaczących jego twarz i biel długich włosów, wydawałby się jeszcze w pełni sil, dzięki ciału pełnemu wigoru oraz spojrzeniu, które każdego potrafiło przewiercić na wylot. Ponad czterdzieści lat temu był mistrzem Nihal i osobiście brał udział w walce przeciw Tyranowi, dla którego w jeszcze odleglejszych czasach nawet walczył i dopiero potem sprzymierzył się z Wolnymi Krainami. Po Wielkiej Wojnie długo piastował też stanowisko Najwyższego Generała, zanim Dohor rzucił się na podbój Świata Wynurzonego.

Rozmyślania Lonerina zostały przerwane przez Dafne. Obecna władczyni Marchii Lasów, wnuczka owej Astrei, która oddała życie podczas Wielkiej Wojny, podniosła się, aby przemówić. Lonerin przez chwilę pomyślał, że jeżeli coś dobrego mogło narodzić się z tej kolejnej wojny, to byłoby to ponowne zjednoczenie Krainy Wody, teraz podzielonej na należącą do ludzi Marchię Bagien i Marchię Lasów — zamieszkiwaną przez nimfy.

Nimfa podniosła dłoń, aby zarządzić ciszę.

Była blada i przezroczysta, jakby stworzona została z czystej wody, i lekka jak powietrze, a jednak piękna urodą pozaziemską i bulwersującą. Bladość jej ciała przechodziła w przejrzystość wody w jej falujących wokół głowy włosach.

— Rada podjęła decyzje — powiedziała głosem przypominającym dźwięk fletu, powtarzając rytualne słowa — i przedstawi je teraz komitetowi Przymierza Wód.

Zrobiła krótką pauzę, po czym ciągnęła:

— Jak już zapewne wiecie, straciliśmy naszego brata Aramona. Zanim został sprzedany Gildii, przesłał nam ostatni raport na temat tego, co odkrył na terytorium Krainy Nocy. Jego słowa są bardzo niejasne, nakreślone w pośpiechu. Pozwalają nam się jednak domyślać, że rzeczywiście — jak już podejrzewaliśmy — istnieje sojusz między Gildią i Dohorem.

Przez salę przebiegł pomruk zdumienia i niepokoju.

— Już sam ten fakt jest bardzo niepokojący, zważywszy na władzę, jaką Gildia ma już nad większą częścią Świata Wynurzonego. Jednak sytuacja staje się jeszcze bardziej niepokojąca: Aramon pisze, że słyszał o jakimś gigantycznym rytuale, który miałaby przeprowadzić sekta, o czymś bardzo wielkim. Wspomniał mu o tym jeden z Zabójców, z którym Aramon rozmawiał. W swoim ostatnim sprawozdaniu napisał, że Zabójca mówił o „końcu czasów” i ”przyjściu Thenaara”…

Prawie wszyscy poruszyli się niespokojnie; Lonerin zauważył, że Ido wygląda na niewzruszonego. Siedział na miejscu, swoim jedynym okiem wpatrując się w Dafne.

— Wiemy o podróżach Dohora do Krainy Nocy, ale to nie musi o niczym świadczyć. Jednocześnie dostajemy wiadomości o dziwnych ruchach w Wielkiej Krainie i o poszukiwaniach ksiąg prowadzonych przez zaufanych ludzi Dohora na targach i w bibliotekach. Coś się szykuje, a takie raptowne zniknięcie Aramona każe obawiać się najgorszego.

Na słuchaczy opadła grobowa cisza.

— W obliczu tak niepokojących znaków Rada postanowiła, że trzeba będzie przeprowadzić jeszcze głębsze dochodzenie. Za wskazówką generała Ido nasze następne poszukiwania będą skierowane bezpośrednio do wnętrza Gildii.

Tym razem Ido poruszył się i dał znak Dafne, która natychmiast usiadła. Teraz on się podniósł. Jego ochrypły głos wypełnił salę.

— Skoro propozycja wyszła ode mnie, to spokojnie sam mogę wam o tym powiedzieć. Naszym prawdziwym problemem jest Gildia.

— Ale nikt z nas nie wie, gdzie ona się znajduje — zauważył jakiś głos.

— Wiemy jednak, jakie oblicze pokazuje ludziom: ową zagubioną w Krainie Nocy świątynię — odparł Ido z przekonaniem. — To stamtąd musimy rozpocząć. Tam przeprowadzić poszukiwania.

— Już to robiliśmy, a do niczego nie doszliśmy — zauważyła ta sama osoba, co wcześniej.

— Powiedzmy sobie szczerze, przez cały ten czas nie docenialiśmy Gildii — ciągnął dalej Ido. — Byliśmy tam, obserwowaliśmy, jak załatwia własne interesy, jak rozwija się niczym przeklęty rak. Teraz jednak nadeszła pora, aby przyjrzeć się jej jeszcze uważniej.

— Co zatem proponujesz?

— Plan podzielony na dwie fazy: odszukanie bazy Gildii i znalezienie sposobu, aby się tam dostać, oraz przeniknięcie do jej wnętrza.

— Z całym szacunkiem, który jest wam należny, generale — rzucił z głębi sali jeden z dowódców. — Uważam, że przeniknięcie do Gildii jest zupełnie niemożliwe. To sekta zamknięta, oni nie przyjmują ludzi z zewnątrz.

— Są jeszcze Postulanci — zabrał głos Lonerin.

Przemówił odruchowo i poczuł drgnienie serca, kiedy zobaczył, że Ido utkwił w nim swoje oko.

— To znaczy? — spytał generał.

Lonerin odczekał chwilę, czując mocny uścisk dłoni mistrza.

— Niewielu o tym wie. Głównie my, mieszkańcy Krainy Nocy i kilku innych desperatów. Kiedy ktoś ma jakąś prośbę do bogów i wyczerpał już wszystkie możliwości, zwraca się do Czarnego Boga, do Thenaara, jak nazywany jest w moich stronach. Tylko że wielu z tych, którzy tam poszli, potem już nie wraca…

Cisza stała się cięższa.

— A zatem? Po co nam kolejny martwy szpieg? A poza tym skąd mamy wiedzieć, czy to Gildia ich zabiera? — zapytał ten sam dowódca, który przeciwstawiał się Idowi.

— Generał powiedział, że świątynia jest fasadą Gildii, tak? No więc ja też tak sądzę, wiem o tym.

— To bardzo interesujące… — powiedział Ido i Lonerin poczuł się mile połechtany.

— Co zatem proponujesz… Jak się nazywasz? — spytał Ido.

— Lonerin. Jestem uczniem mistrza Folwara.

— Dobrze, Lonerinie, co zatem proponujesz?

— Aby ktoś poszedł jako Postulant do świątyni Czarnego Boga. Postulanci biorą udział w rytuałach Gildii, tak przynajmniej mówi się w moich stronach. Oni wezmą tego człowieka i zaprowadzą go do kryjówki.

— Przypuśćmy nawet, że Gildia przyjmuje owych Postulantów — odezwał się Asthay, członek Rady pochodzący z Krainy Morza. — Kto nas zapewni, że zabierają ich do swojego gniazda? A nawet jeżeli ich tam prowadzą, skąd możemy wiedzieć, że nie zabija się ich od razu? Toż to samobójstwo.

— Wiem że tak nie jest — Lonerin poczuł, jak zimny pot pokrywa jego czoło.

— Ale skąd, na boga?

— Bo… bo poznałem pewnego Postulanta i widziałem jego… ciało… po… po jakimś czasie… długim… po tym, jak wszedł do środka.

Mężczyzna zamilkł, a wraz z nim całe audytorium.

— Ja nie znam ich rytów i nie chcę ich znać. Ale Postulanci zostają przy życiu… przynajmniej przez jakiś czas. Wszyscy jednak znikają w przeciągu roku. W naszych okolicach… czasami… znajdowaliśmy ciała… — Starał się nie myśleć o tamtym ciele, które widział i którego wspomnienie do tej pory przepełniało go ślepym strachem.

To Ido przerwał milczenie.

— Być może to i samobójstwo, ale my jesteśmy zdesperowani. Jeżeli miałaby to być misja ochotnicza, to ja nie znajduję w tym nic złego. W latach, kiedy byłem bywalcem tysięcy pól bitew, robiłem i gorsze rzeczy. Niestety, czasami trzeba podjąć ryzyko.

Lonerin milczał. Nie chciał w tym momencie powiedzieć nic niewłaściwego. Pozwolić zakwitnąć własnemu bólowi… Powód, dla którego wybrał drogę magii… I oto nadarza się okazja.

Ido ciągnął dalej:

— Ja bym poszedł, ale moja twarz jest zbyt znana, a Dohor oddałby swoje ramię lub nogę, aby móc własnoręcznie posiekać mnie na kawałki. Nie przydałbym się na nic. Potrzeba nam kogoś, o czyim istnieniu Gildia nic nie wie, nowej twarzy dla Donora i jego ludzi. Ochotnika.

Wszyscy wstrzymali oddech, a Ido przemierzył salę spojrzeniem.

— Nie jest to decyzja łatwa, jestem tego świadomy, i dlatego daję wam czas. Ktokolwiek zechce wziąć na siebie ciężar tego zadania niech do końca tygodnia przyjdzie do jednego z członków Rady i go o tym powiadomi. Zamykam posiedzenie.

Najtrudniej było zapukać do tych drzwi. Lonerin wielokrotnie widział Ida podczas wszystkich posiedzeń, przy których asystował, ale nigdy nie miał odwagi, by do niego podejść ani by z nim porozmawiać. Teraz czuł, jak trzęsą mu się nogi. Zwlekał kilka chwil, po czym podniósł pięść.

— Czyżbyś mnie szukał?

Lonerin podskoczył i odwrócił się gwałtownie. Ido stał za nim.

— Ja…

— Poszedłem się przejść. Zbyt wiele czasu w moim życiu spędziłem pod ziemią, a ten cholerny pałac odbiera mi oddech.

Minął Lonerina i otworzył drzwi.

— Wejdź. Spodziewałem się, że to ty przyjdziesz.

Pokój był dość skromny. Ido rozsiadł się za stołem, wskazując Lonerinowi krzesło.

— Przyszedłeś tu, aby zaoferować się jako szpieg? Lonerin przytaknął.

— Znam Gildię lepiej niż ktokolwiek inny.

Ido nadstawił uszu i oparł łokcie na stole, wychylając się w kierunku chłopca.

— Tak wyczułem. Wyjaśnij mi wszystko.

— Poznałem jednego Postulanta. Wiem, jak to się robi. I znam świątynię. Dobrze. Byłem tam wielokrotnie.

— Jak to?

Lonerin poczuł się zażenowany.

— Dla tego Postulanta, którego znałem… Bo… ona zabierała mnie ze sobą, dopóki jej nie wzięli.

— Mówisz, że Postulanci umierają?

— Tak.

— Skąd wiesz?

Lonerin odczekał chwilę, zanim otworzył usta.

— Jest zbiorowy grób… niedaleko świątyni… a tam… ciała… po jakimś czasie… zależy…

Ido oparł się na krześle.

— A dlaczego chcesz tam iść właśnie ty?

— Żeby się przydać! Do tej pory niewiele zrobiłem i…

— Kim był Postulant, którego poznałeś? — spytał nieoczekiwanie Ido.

Lonerin wzdrygnął się.

— Moja matka — szepnął.

Ido podniósł się i podszedł do ognia.

— Nie wydajesz mi się najodpowiedniejszą osobą do tego zadania. Lonerin odwrócił się.

— a to dlaczego?

— Ponieważ twoja matka umarła z winy Gildii.

— To wszystko nie ma nic do rzeczy!

— Ach nie? Nie wydaje mi się. My tu nie potrzebujemy męczennika ani mściciela.

— Nie, ja nie…

Ido spojrzał na niego z uśmiechem.

— Posłuchaj… Lonerinie, jesteś młody i przepełniony szalonymi myślami o heroizmie, co więcej, podsycanymi przez delikatną sprawę twojej matki, ale zapewniam cię, że nie warto umierać w taki sposób.

Lonerin opuścił głowę.

— Tak, jasne, to wszystko związane jest z moją matką, nie może być inaczej, ale w inny sposób, niż wam się wydaje. Oczywiście, tkwi we mnie pokusa zemsty, ale staram się ją zwalczyć i to od zawsze, od kiedy tamto się stało. Dlatego obrałem drogę magii i oddałem się na służbę mistrzowi Folwarowi i tej Radzie. Teraz jednak uważam, że mogę zrobić więcej; że to, co było strasznym epizodem w historii mojego życia, mogę przekształcić w coś pożytecznego. Widziałem moją matkę w tamtej świątyni, widziałem ludzi, którzy ją zabrali, widziałem, jak to się robi, i mógłbym to zrobić jeszcze raz. Może inni też potrafiliby to zrobić, gdybym ich nauczył, ale dlaczego nie wykorzystać bezpośrednio mnie? Któż lepiej niż osoba, która widziała, może dać sobie radę z tym zadaniem?

Ido znowu się uśmiechnął.

— Przywodzisz mi na myśl piękne czasy… Minione lata… osoby, które kochałem…

Lonerin nie odpuścił.

— Dajcie mi tę szansę…

Ido westchnął.

— Jutro pójdziemy przed Radę. Nie sądzę, żeby mieli coś przeciwko twojej osobie, ale ty staraj się być przekonujący, tak jak byłeś dla mnie. — Puścił do niego oko.

I Lonerin był. Powtórzył przed Radą to, co powiedział gnomowi, a jego nauczyciel patrzył na niego nieprzeniknionym spojrzeniem.

Kiedy usiadł, Dafne przyglądała mu się przez jakiś czas.

— Folwar, co ty o tym myślisz? — spytała w końcu.

Słaby głos starca rozbrzmiał dziwną pewnością.

— On już jest czarodziejem, a jego zdolności magiczne są znaczne. Z drugiej strony, od dawna pracuje dla Przymierza Wód, asystując mi i wykonując drugorzędne zadania. Był w kontakcie z Gildią i to jest bardzo ważne, a poza tym jest to młodzieniec bardzo zdeterminowany. Nie mam żadnych zastrzeżeń co do jego decyzji, poza tymi, które dyktuje mi głębokie uczucie, jakie do niego żywię.

Lonerin uśmiechnął się, a mistrz odwzajemnił uśmiech ze smutkiem.

— A ty, Ido? Ido przez chwilę gładził ręką brodę.

— Uważam, że się nadaje ze względu na jego znajomość Gildii oraz na powodujące nim cele, które uważam za bardzo wzniosłe. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że uda mu się wykonać to zadanie i powróci do nas żywy.

— Dobrze, Lonerinie — powiedziała powoli Dafne. — Teraz wyjdź i daj Radzie czas na rozważenie sprawy.

Lonerin wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Po drugiej stronie zwykły tłum, a w pierwszym rzędzie Theana.

— To prawda?

Była zdenerwowana: złożone na piersi dłonie, oczy bliskie łez.

Lorinen nie wiedział, co powiedzieć. W ciągu tych lat nauki i znajomości wiele wspólnie przeżyli i coś ich łączyło — coś, co Theana z pewnością uważała za więcej niż przyjaźń. A jednak nic jej nie powiedział. Wziął ją delikatnie za ramiona i zabrał w bardziej odosobnione miejsce.

— Tak — wymruczał.

Theana od razu się rozpłakała.

— Jak mogłeś… i dlaczego mi nie powiedziałeś? Dlaczego?

Lonerin poczuł, jak coś ściska mu wnętrzności.

— Ja…

— Czy kiedykolwiek pomyślałeś, że mógłbyś nie wrócić? Pomyślałeś o tym? A ta cała nienawiść, jaką czujesz do tamtego miejsca? Zastanowiłeś się nad tym?

— Nienawiść nie ma z tym nic wspólnego.

— A o mnie, o mnie pomyślałeś? Och, Lonerinie…

Powoli oparła się na jego piersi i zaczęła szlochać. Niespiesznie, tłumiąc jęki na tkaninie jego tuniki. Lonerin nigdy jej takiej nie widział. Wyglądało to tak, jakby z niepewnej dziewczyny nagle przeobraziła się w kobietę.

To ból sprawia, ból uczynił tak i ze mną wiele lat temu.

Łagodnie pogładził ją po głowie, złożył na jej włosach delikatny pocałunek, ale ona nie uspokajała się.

— Ja nie chcę umrzeć — wyszeptał Lonerin. — Nie myśl, że chcę się poświęcić. Jeżeli to robię, to dlatego, że wierzę w siebie i w swoje umiejętności.

Drzwi otworzyły się nagle i ten krótki moment wspólnoty między dwójką młodych został przerwany.

Lonerin popatrzył na salę za drzwiami i kiedy tylko Dafne go zawołała, wszedł.

— Lonerin… — błagała Theana. Ucałował jej ręce.

— Wrócę. — I poszedł wysłuchać swojego przeznaczenia.

Wyruszył z Laodamei, stolicy Krainy Wody, następnego dnia.

— Będę czekał na twoje magiczne sprawozdania. Tylko pamiętaj, mają być częste. Ale przede wszystkim, Lonerinie, nie rozdrabniaj się. Aprobuję to, co zrobiłeś, i sądzę, że możesz wyjść z tego cało, ale nie wolno ci się zagubić, rozumiesz mnie?

Lonerin popatrzył na Folwara wzruszony.

— Nie zrobię tego, mistrzu, nie zrobię. Wy nauczyliście mnie mojej drogi.

W tobołku na plecach miał trochę prowiantu na drogę i ubranie. To wszystko planował porzucić w pobliżu świątyni, aby lepiej odegrać swą rolę. Tylko w saszetce zaszytej pod szatą skrywał kamienie do przekazywania magicznych wiadomości. W środku coś jeszcze. Pukiel włosów.

— Weź to — powiedziała Theana cała we łzach. Obcięła całkiem swoje jasne włosy. — Uczyniłam ślub.

Lonerin poczuł się prawie zawstydzony. Nie był przygotowany na taką scenę.

— Ja…

— Weź to, a ja będę trochę pewniejsza twojego powrotu.

Zacisnął saszetkę gwałtownie w dłoni. Gdyby miało mu się nie udać, może wiele stracić. Kolejny powód, aby nie dać się pokonać pragnieniu zemsty.

— Wrócę — powiedział zdecydowanie.

Wrócę i może dla nas coś jeszcze będzie.

Rzuciła mu się na szyję i łzami zmoczyła tunikę.

Lonerin przycisnął ją do siebie.

Pocałunek, który złożyła mu na ustach, był czysty i słodki. A on jej na to pozwolił, zmieszany i ukontentowany, z dziwnym zamętem w sercu.

Teraz, przemierzając konno pierwsze mile długiej podróży w kierunku świątyni Czarnego Boga, myślał właśnie o tym.

Wrócę za wszelką cenę.

22. Zabójstwo w lesie

Przeszłość VII

Dubhe i Mistrz zatrzymali się niedaleko Czarnych Gór. Stolica Krainy Skał, Reptha, nie jest odległa.

— Położona jest w górach, wkrótce tam pójdziemy — tam jest praca.

Mistrz musiał już być w tych okolicach, bo dokładnie wie, jak się poruszać, a po przybyciu do miasta od razu znaleźli zakwaterowanie.

Ich nowy dom jest wykuty w skale, dokładnie tak samo, jak domy w Reptha, i prawdopodobnie musiał być od dawna opuszczony, bo wewnątrz, wśród wyblakłych ścian, znajduje się tylko kilka pokrytych pleśnią mebli.

Dubhe patrzy na wszystko z uwagą. Ta nowa kwatera nie ma nic wspólnego z domem w Selvie i dziewczynka zdaje sobie sprawę, jak bardzo oddaliła się od wioski i od tamtego życia.

— Oczekuję, że będziesz zajmować się tym miejscem — mówi chłodno Mistrz. — W końcu jesteś kobietą i te sprawy należą do ciebie.

— Nie martw się, zaufaj mi — mówi Dubhe, chociaż w głębi serca przeklina siebie, że nigdy nie słuchała matki, kiedy ta mówiła jej, żeby bardziej zainteresowała się pracami domowymi. Ale nauczy się i da z siebie wszystko.

Początki są trudne i absorbujące, i Dubhe z trudem znosi nowy rytm życia.

Kiedy kończy zajmować się domem, nawet do późnej nocy wykonuje swoje ćwiczenia. Mistrz zaczął ją uczyć naprawdę, jest nieugięty i surowy, i w żadnym wypadku nie lituje się nad nią.

— To nie zabawa, musisz się przyłożyć — mówi, kiedy ją karci.

Snu jest zawsze za mało, a poranna pobudka to dramat. Dubhe stara się być od razu aktywna i myje się lodowatą wodą, dokładnie tak, jak robiła w Selvie. Ale tutaj wszystko jest inne łącznie z klimatem. W Krainie Skał lato jest krótkie i po kilku gwałtownych ulewach dotkliwy chłód zapowiada przybycie jesieni. Dubhe oczywiście nie potrzebuje wiele, aby się rozchorować.

Mistrz kuruje ją z oddaniem, ale nigdy się zbytnio nie rozczula. Ogranicza się do tego, co jest ściśle niezbędne dla jej wyzdrowienia, nic poza tym.

— Nigdy nie byłaś w górach? — pyta, przygotowując jeden ze swoich ziołowych okładów.

Dubhe potrząsa głową, a przez twarz Mistrza przebiega cień uśmiechu.

— Tu nie jest tak, jak w twojej wiosce: tu jesteśmy wysoko, a zima nadchodzi wcześniej. Musisz nauczyć się dobrze okrywać i nie narażać się na zmarznięcie. Tak czy inaczej, przyzwyczaisz się.

Kiedy tylko Dubhe jest w stanie stanąć na nogi, Mistrz podejmuje trening i niedługo potem postanawia iść do Reptha, pulsującego serca regionu, według niego najlepszego miejsca na znalezienie pracy.

Od roku Dohor stracił zaufanie do Gahara, króla Krainy Skał. i pragnie definitywnie zawładnąć jego królestwem. W konsekwencji stolica stała się miejscem intryg i ciemnych interesów, gdzie zabójcy mają łatwe życie.

Miasto nie jest bardzo odległe od ich domu — aby tam dotrzeć, wystarcza pół dnia drogi — i otwiera się w wąskiej stromej dolinie po drugiej stronie górskiego grzbietu. Dubhe po przyjściu tam zauważa, że prawie wszystkie domy pomalowane są na żywy czerwony kolor, ale w murach niektórych z nich widać żyły czarnego kryształu, który w całym Świecie Wynurzonym tylko tutaj przenika do skał. Rzeczywiście, niewiele dalej znajduje się kopalnia, która rozwinęła się w latach Tyrana i która jest czynna do tej pory. W wietrzne dni z ziemi podnosi się czarny pył, który uderza w ulice miasta i wciska się pod ubrania. Kiedy tak się dzieje, ludzie zamykają się w domach, ponieważ jest to bolesne. Wówczas atmosfera robi się złowroga, całe powietrze wokół staje się ciemne i pył przesłania zachód słońca.

Dubhe potrzebuje trochę czasu, aby przyzwyczaić się do tych wszystkich gnomów, których napotykają na swej drodze. Za pierwszym razem, kiedy ich widzi, jest strwożona i czepia się płaszcza Mistrza. On odsuwa ją oschle.

— Nie zachowuj się jak dziecko. Raczej walcz ze swoimi lękami.

W Reptha mieszkają też ludzie, ale po drodze spotyka się przede wszystkim owych niskich i drobiących ludzików, bardzo owłosionych i z gęstą brodą. Natomiast kobiety gnomów nie są takie straszne. Dubhe jeszcze ich nie widziała, ale mówi się, że mają niezwykłe proporcje, inne niż mężczyźni, i że nie są takie okrutne, jak ich towarzysze. Wieść niesie nawet, że niektóre z nich są naprawdę bardzo piękne.

Na pierwszy rzut oka Dubhe ocenia Reptha jako miejsce ogromne i dziwaczne. Dziewczynka nigdy praktycznie nie widziała nic poza lasami i wioskami, więc teraz miasto wydaje jej się czymś w rodzaju niekończącej się puszczy z domami zamiast drzew. Są one tak liczne, że wyglądają, jakby stały spiętrzone jedne na drugich, a ulice są zaledwie wąskimi i krętymi zaułkami.

Dubhe jest jednocześnie zafascynowana i przestraszona. Wyraźnie wyczuwa powiew spisku i intryg wdzierający się w te zakątki i dochodzący aż do pałacu. Reptha jest tylko z pozoru spokojnym i pracowitym miastem, jest tego pewna, a fakt, że Mistrz zabronił jej iść do pałacu, oznacza, że istnieje ku temu jakiś konkretny powód.

— Jest to miejsce, w którym Gildia robi interesy. My musimy trzymać się z daleka od pałacu i zadowolić się drobniejszymi pracami.

Pewnego dnia Dubhe pyta go o powody tylu tajemnic i Mistrz, nie bez pewnej niechęci, opowiada jej o Gildii. Dubhe zauważa, że mówi o niej z nutą lęku i bardzo ją to przejmuje. Historia Gildii jest złożonym systemem intryg i rytów, rozpalających jej żarliwą wyobraźnię, zwłaszcza kiedy dowiaduje się, że Gildia ma swoją siedzibę pod ziemią.

— To tam mnie wyszkolili — kończy Mistrz prawie niedbale.

Dubhe przez chwilę patrzy na niego ze strachem.

— A dlaczego odszedłeś?

— To cię nie dotyczy — ucina krotko. Przez kilka sekund milczy, po czym dodaje: — Gildia to coś, o czym lepiej mówić niewiele, a w każdym razie nie wspominam jej z przyjemnością. Jej członkowie to nie ludzie, tylko bestie. Jeżeli ci o tym powiedziałem, to wyłącznie dlatego, abyś się ich strzegła. Życie poza Gildią wcale nie jest łatwe, zawsze to oni dostają najlepsze prace. Należy nauczyć się wynajdować nisze, gdzie można się wcisnąć. Dlatego nas samodzielnych zabójców, jest tak niewielu. Ale najważniejsze to nie mieszać się w ich interesy i nie stawać im na drodze. Utrudnianie im czegokolwiek oznacza śmierć, i to najgorszą z możliwych.

Po pierwszych wyprawach do Reptha rozpoczyna się prawdziwa praca i sytuacja Dubhe się zmienia.

— Przez czas trwania szkolenia będziesz moją asystentką — mówi pewnego wieczoru Mistrz, a Dubhe czuje, jak serce rośnie jej z dumy.

— Będziesz mi towarzyszyć w negocjowaniu zleceń, przygotowywać mi broń, a kiedy staniesz się sprawniejsza, zaczniesz chodzić ze mną. Będziesz moim cieniem.

Lekcje o broni rozpoczynają się, kiedy tylko nadchodzi zima. Na razie są to nauki głównie teoretyczne, a Dubhe właściwie uważa je za nudne. Jak zbudowany jest sztylet, jak go się naprawia, to samo jeśli chodzi o łuk, strzały, dmuchawki i lassa. Interesują ją tylko trucizny. Dubhe nie tylko wie, jak wygląda wiele z roślin, o których Mistrz wspomina podczas lekcji, ale także zna ich zastosowanie.

Jest zafascynowana botaniką, bawi ją destylowanie i mieszanie substancji.

— Cóż trucizna to broń dla początkujących, ale jeżeli tak ci się podoba…

Dubhe rumieni się.

— To jest ciekawe…

— No to ucz się, ile tylko chcesz, na pewno nie przyniesie ci to szkody.

Jest tak zainteresowana, że Mistrz podarowuje jej książkę przyniesioną z Reptha, a dziewczynka każdego wieczoru zachłannie studiuje jej zawartość przy świetle świecy.

Po wyjaśnieniach dotyczących broni Mistrz uczy ją jej utrzymania i od tego momentu to zawsze Dubhe poleruje sztylety, naciąga łuk, a nawet przygotowuje strzały.

Wszystkie nauki chłonie niczym gąbka. Pojmuje wagę spokoju, zimnej krwi i stopniowo bolesny supeł ściskający jej wnętrzności rozluźnia się. Czas pielgrzymowania bez celu, okres strachu i porzucenia chyba się skończył. Teraz ma dom, a wkrótce będzie miała również zapewnioną pracę.

W środku zimy Mistrz po raz pierwszy każe jej naprawdę zabić.

Kiedy to czyni, Dubhe aż podskakuje. Przypomina sobie białe oczy Gornara i odkrywa, że szaleńczo się boi. Ale w głębi duszy jest też podekscytowana. Chce udowodnić Mistrzowi, że nauczyła się wszystkich lekcji, że fakt, iż za nim poszła, nie był kaprysem. W pewnym sensie chce mu podziękować za to jego dziwne i milczące oddanie.

— Nie rób takiej miny — mówi Mistrz, jakby czytał jej w myślach. — Nie musisz nikogo zabijać. Chodzi o polowanie: nauczysz się, że człowiek i zwierzę są bardzo podobni, kiedy walczą o przetrwanie.

I Tak Dubhe zaczyna oswajać się z krwią. Jest połowa zimy, góry są. pobielone kołdrą śniegu, a powietrze jest lodowate. Widać niewiele zwierząt, dlatego zadanie zlecone jej przez Mistrza jest tym bardziej skomplikowane.

Pierwsze kilka razy wychodzą razem, prawie zawsze o zachodzie słońca lub nocą, i często wszystko sprowadza się do szukania śladów lub do niezliczonych zasadzek w pozycji leżącej.

— Mistrzu, zwierząt jest zbyt mało…

— Gdyby to było łatwe, nawet bym cię o to nie prosił. to jest szkolenie, Dubhe, to normalne, że jest trudne i męczące.

Pierwszą ofiarą Dubhe jest zając. Dziewczynka od niedawna zaczęła oswajać się z łukiem i nie ma szczególnie precyzyjnego oka, chociaż Mistrz kazał jej trenować za domem strzelanie do celu przez długie godziny. Łuk jest twardy, a ona ledwo jest w stanie go naciągnąć.

— Dobrze ci to zrobi na mięśnie — brzmi komentarz Mistrza.

Aby uczynić swoje strzały bardziej śmiercionośnymi i zrekompensować marne osiągnięcia w celowaniu, Dubhe nauczyła się smarować ich czubki trucizną.

— Pozwalam ci na to tylko dlatego, że dopiero zaczynasz, jasne? Trucizna to sztuka początkujących i tchórzliwych. To metoda, do której się ucieka dopiero wtedy, kiedy wszystkie pozostałe zawiodły lub nie mogą zostać użyte.

Trochę czasu zajmuje Dubhe przyjęcie odpowiedniej pozycji, strzały plączą jej się niezgrabnie i musi podjąć dwie próby, aby jedną założyć. Zając nadstawia uszu, zrozumiał.

— Rusz się albo ci ucieknie — szepcze Mistrz.

Dubhe stara się, ale ręka jej się trzęsie, źle wycelowała i strzał w końcu okazuje się za słaby. Zając zostaje tylko draśnięty.

— Nie martw się, nawet taki strzał wystarczy — mówi do niej Mistrz.

Kieruje się do miejsca, gdzie znajduje się zając, a Dubhe idzie za nim. Zwierzątko tam leży. Rozcięcie zaledwie zaczerwieniło sierść na lewej łapie, ale cierpienie ofiary jest wyraźnie widoczne.

Dubhe po raz pierwszy widzi efekty działania swoich trucizn i obraz agonii tego zwierzęcia na zawsze zostaje wyryty w jej umyśle.

Mistrz chyba się zorientował, bo uśmiecha się do niej gorzko.

Gdybyś lepiej wyćwiczyła celność, nie potrzebowałabyś trucizny, a to zwierzę umarłoby od razu.

Zając jest tylko pierwszą z długiej serii ofiar. Początkowy strach powoli przeobraża się w przyjemność z zasadzania się i polowania, a przerażenie na widok krwi słabnie i przychodzi przyzwyczajenie. Pod koniec zimy Mistrz zaczyna zabierać ją ze sobą na spotkania z klientami.

— Jesteś moją prawdziwą asystentką, jasne? Pójdziesz więc ze mną. Zawód zabójcy nie polega jedynie na zabijaniu, ale również na umiejętności szukania pracy i rozmawiania z tym, kto ją zleca.

I tak, mniej więcej raz w tygodniu, Dubhe wkłada płaszcz i razem z Mistrzem kieruje się do Reptha. Klienci prawie zawsze pochodzą z miasta i z reguły chodzi im o osoby w jakiś sposób związane z Dohorem.

Przed jej oczami defilują ludzie zrozpaczeni lub ambitni, przestraszeni lub wypełnieni nienawiścią, a Dubhe nagle zdaje sobie sprawę, że przez wiele lat poznała tylko bezpieczną Selvę. Teraz natomiast weszła w kontakt z ciemną stroną Świata Wynurzonego, ze światem, który wydaje jej się chaotyczny, zdradziecki i niepewny. Traci wiele z pewników, w jakie wierzyła, dobro i zło mieszają się ze sobą i wszystko zdaje się zawrotnie wirować.

Jedynym solidnym punktem jest on, Mistrz.

— Nasza praca nie zna moralności, Dubhe. Oczywiście, obowiązują pewne reguły, ale nie ma dobra i nie ma zła. Istnieje tylko czyste i proste przeżycie, jest sztylet i człowiek do zabicia. Albo to, albo bieda, nasza własna śmierć…

Dubhe słucha i przyswaja sobie jego słowa.

— Wobec klienta trzeba być pewnym i zdecydowanym. Nigdy nie wolno pokazywać twarzy. Zabójca to człowiek, który nie istnieje, nikt nie może znać jego rysów, nawet osoby, które musi zabić. Przy kliencie nie można mieć momentów zawahania i nie należy przystawać na cenę niższą niż ta, którą ustaliłaś. Cena jest taka i nie ma żadnych odstępstw. Twoja postać musi wzbudzać strach, rozumiesz? Tylko wtedy klient ci zaufa.

Mistrz uczy ją nie tylko zawodu, uczy ją życia.

Czasami jednak Dubhe z trudem rozpoznaje samą siebie. Wydaje jej się, że umarła, a potem zmartwychwstała, że przeżyła dwa różne życia. Jedyna nikła nić łącząca ją z jej przeszłością. to Gornar — to on zabił dziewczynkę, która w niej była, i sprawił, że narodziła się morderczyni.

To za pierwszym razem, kiedy Mistrz zabiera ją ze sobą do pracy, Dubhe rzeczywiście pojmuje, że następuje prawdziwy przełom.

Mówi jej to wieczorem, niespodziewanie.

— Jutro pójdziesz ze mną do pracy. Pora, abyś zaczęła być moją asystentką.

Dubhe zastyga z łyżką w połowie drogi. Jej serce jakby się zatrzymało.

— No? Co ci jest?

Stara się opanować.

— Nic, Mistrzu. Świetnie. Jutro.

Tymczasem jednak czuje, jak serce eksploduje jej w piersi, Przyszła chwila, żeby zobaczyć naprawdę, jak się pracuje, a Mistrz chce wręcz, żeby mu asystowała. Jest rozdarta pomiędzy strachem a dumą.

Przez całą noc nie myśli o niczym innym i zastanawia się, co będzie musiała zrobić, jaką rolę odegra.

W ciągu dnia jest spięta i sprawnie poleruje broń, napina łuk, a nawet przygotowuje trucizny.

Wydaje jej się, że pora obiadu nigdy nie nadejdzie, a kiedy wreszcie przychodzi czas, Dubhe ma ściśnięty żołądek. Jest zbyt rozemocjonowana.

— Jedz. Przed pracą zawsze trzeba się dobrze najeść — mówi Mistrz, obserwując ją uważnie.

Dubhe bierze łyżkę i przełyka trochę zupy. Potem zbiera się na odwagę.

Co będziemy dzisiaj robić?

Mistrz uśmiecha się sarkastycznie.

— Masz taką wielką ochotę na zabijanie?

— Nie… to znaczy…

Dubhe rumieni się gwałtownie.

— Ty tylko pójdziesz ze mną i będziesz mnie obserwować. Wydaje mi się, że doszłaś do dobrego poziomu, zarówno w zwinności, jak i w znajomości różnych technik. Czas, abyś zaczęła się przyglądać, jak się naprawdę pracuje.

Dubhe przytakuje. Ze złością łapie się na tym, że czuje niemal ulgę, w końcu to byłoby zbyt wcześnie, mówi do siebie, ale bez zbytniego przekonania.

— Jak to się wszystko odbędzie?

— To będzie zasadzka. Chodzi o orszak kilku osób podążający na południe. Droga, którą będą szli, na pewnym odcinku przebiega przez las i właśnie tam będziemy działać. Pewien punkt tej drogi jest dość zakryty — będzie dla nas w sam raz. Ukryjemy się na drzewach, a ja użyję łuku. Ty po prostu będziesz się przyglądać. Ten człowiek będzie przejeżdżał wczesnym popołudniem, więc już prawie czas.

Dubhe już czuje adrenalinę.

Ostatnią czynnością jest sprawdzenie strzał. Przygotowała je Dubhe, ale Mistrz je jeszcze kontroluje. Obraca nimi w palcach, a dziewczynka czeka na wyrok. W końcu mężczyzna odkłada jedna po drugiej do kołczana.

— Świetna robota, dobrze się spisałaś.

Dubhe czuje, jak rośnie z dumy, i prawie zapomina o strachu. Kiedy wszystko jest gotowe i równo ułożone na stole, Mistrz siada na podłodze i każe Dubhe zrobić to samo. — Przed wykonaniem zadania należy się skoncentrować. Trzeba opróżnić umysł ze wszystkiego: litość, strach i każda inna myśl muszą zniknąć. Ma pozostać tylko determinacja zabójcy. Najważniejsze jest to, żeby sprowadzić swoje istnienie do broni. Być łukiem, być strzałą i nie myśleć o niczym innym. Człowiek, którego mamy zabić, nie jest osobą, zrozumiałaś mnie? Jest niczym. Musisz na niego spojrzeć, jakbyś patrzyła na zwierzę albo coś jeszcze niższego, kawałek drewna lub kamień. Nie myśl o nim, o jego rodzinie czy innych. On już nie żyje.

Dubhe stara się. Zna to ćwiczenie, wykonywała je już przy innych okazjach. Patrzy na siedzącego Mistrza i próbuje go naśladować. Ale jej umysł nie opróżnia się, emocje są zbyt silne.

Mistrz otwiera wreszcie oczy i patrzy na nią. Jest spokojny. Nawet się do niej uśmiecha.

— Nic nie szkodzi, jeżeli za pierwszym razem ci się nie uda. Staje się poważny.

— Ale tylko tym razem. Ona przytakuje.

Zaczajają się na drzewie. Mistrz jest u jej boku, milczący. Ledwo oddycha, porusza się bardzo niewiele.

Z kołczana wyjmuje trzy strzały. To z ostrożności. Dubhe wie o tym. Tak naprawdę do dyspozycji jest tylko jeden strzał. Gdyby jednak znacznie chybił, będzie miał jeszcze możliwość drugiej szansy. Dwie z nich wbija lekko w drewno pod sobą, jedną bierze do ręki. Najpierw sprawdza elastyczność łuku. Naciągnęła go dobrze. Dubhe czuje się dumna ze swej pracy.

Potem czekają. Teraz ona też oddycha cicho, ale jej serce bije jak oszalałe. Może nawet Mistrz je słyszy.

Niespodziewanie on bierze jej dłoń i kładzie sobie na piersi. Dubhe na chwilę się rumieni.

— Czujesz? — mówi, jakby się w niczym nie zorientował. — Czujesz moje serce?

— Tak, Mistrzu.

— Jest spokojne. Kiedy zabijasz, nie możesz pozwolić żadnej emocji, żeby nad tobą zapanowała. To praca. Praca i kropka.

— Tak, Mistrzu. — Dubhe jednak nie potrafi się naprawdę skoncentrować. Jest mocno poruszona tą chwilą fizycznego kontaktu ze swoim Mistrzem, jedną z niewielu, od kiedy się znają, bo Mistrz jest typem raczej nieprzystępnym. Kiedy puszcza jej dłoń zawstydzona Dubhe odrywa ją od jego piersi prawie natychmiast. Myśli o spokojnym biciu jego serca i porównuje je ze swoim własnym zadyszanym sercem, którego nie potrafi utrzymać na uwięzi.

— Skoncentruj się — szepcze do niej Mistrz. — Po prostu słuchaj lasu i jego odgłosów. Słuchaj.

Dubhe skupia się. Teraz jej się udaje. Serce zwalnia, wokół niej wyłaniają się wyraźnie dźwięki.

Dlatego słyszy szurgot koni, kiedy są jeszcze daleko. Mierzy ich kroki, słucha szmeru głosów rozmawiających z roztargnieniem. Łapie się na tym, że o nich myśli. Ci ludzie nawet niczego nie przeczuwają. Ostatnie chwile życia człowieka, a on spędza je na niepotrzebnych dyskusjach. Wybuch śmiechu, może ostatni.

Dubhe marszczy czoło i patrzy na Mistrza. Wydaje się, że jego determinacji nie naruszają tego rodzaju myśli. Jego ręka jest pewna, a wyraz twarzy skoncentrowany. Z elegancją zakłada strzałę i napina łuk.

Rozmowy już są głośne, przełamują jesienny spokój lasu.

— Gdyby tylko potrwało to dłużej…

— Mój panie, będziecie mogli wrócić, kiedy chcecie.

— Wojna źle idzie, Balak, nie sądzę, żebym mógł w przyszłości pozwolić sobie na takie luksusy.

— Ale przecież przynajmniej na ślub waszej siostry — tak.

Plany na przyszłość. Skazane na wieczne niezrealizowane, myśli Dubhe.

Głosy dalej słychać w tle, ale dziewczynka słyszy je słabiej, gwiżdże jej w uszach.

Mężczyzna pojawia się w oddali za listowiem. Dubhe ledwo potrafi dostrzec jego twarz. I oto moment rozciąga się w nieskończoność, do tego stopnia, że zawiera wieczność. Mężczyzna porusza się jakby w zwolnionym tempie i Dubhe ma mnóstwo czasu, aby obserwować to, co się dzieje. Palce prawej dłoni Mistrza nagle puszczają.

Zaklęcie pryska wraz z brzęknięciem wracającej na miejsce cięciwy. Suchy odgłos wydany przez łuk miesza się z wyciem z bólu mężczyzny, z rzężeniem, które już pachnie śmiercią.

Zdziwiona Dubhe widzi, jak mężczyzna niepotrzebnie podnosi dłoń do gardła, krew płynie gwałtownie, jaskrawoczerwona. lepka. On osuwa się na bok i powoli upada, a Dubhe nie potrafi oderwać od tej sceny oczu. Podąża za parabolą jego upadku, towarzyszy jego krótkiej agonii.

— Do licha! — krzyczy jeden z dwóch żołnierzy eskorty, po czym słychać piskliwy odgłos wyciąganego miecza.

Dłoń na jej ramieniu.

— Musimy uciekać, rusz się.

To Mistrz. Jednym susem zeskakują z drzewa, po chwili odzyskują równowagę i uciekają, pędzą przez las jak strzały, nikt ich nie zatrzymuje i nikt ich nie słyszy.

Po wyjściu z lasu przykryci płaszczami idą spokojnie w kierunku domu. Już nie ma się czego obawiać.

Zrobione. Mistrz milczy, a Dubhe znowu jest oszołomiona. Czuje, że powinna coś odczuwać, ale nie bardzo wie, co takiego. Pamięta tylko głos mężczyzny i ulotne pogaduszki, jakie odbył tuż przed śmiercią.

Wieczorem w łóżku wraca do tego myślą. Myśli o pochwałach Mistrza za łuk i strzały, myśli o mężczyźnie, o Gornarze, o wszystkich umarłych, jakich widziała, i o tym, jak niewiele potrzeba, aby zabić człowieka.

Przewraca się w łóżku i nie może zasnąć. Po raz kolejny czuje się zagubiona, rozdarta pomiędzy pożerającymi ją przeciwstawnymi uczuciami.

W końcu zatapia twarz w poduszce i wybucha potokiem łez.

23. Krew ofiarna

Podróż powrotna była prawdziwą ucieczką. Dubhe szła tak szybko, jak tylko potrafiła, pozostawiając Topha daleko za sobą. Co jakiś czas mężczyzna wołał ją poirytowany, ale ona nie zatrzymywała się. Mroczna wściekłość, połączona z głuchym poczuciem winy, kipiała jej w piersiach. Za każdym razem, kiedy zabijała, miała wyrzuty sumienia, ale teraz było inaczej. Może dlatego, że w tej dziewczynie, którą Toph zabił z taką lekkością, odnajdowała samą siebie, a może dlatego, że mieszkająca w niej Bestia radowała się z tego widowiska.

— Przestań tak pędzić! Zatrzymaj się, do licha!

Głos Topha przyprawiał ją o mdłości, a te sumowały się z obrzydzeniem, które już i tak czuła do siebie samej i do całego świata. Oraz do tej przeklętej Gildii, która odebrała jej wolność i godność, i która dzień po dniu spychała ją na dno.

Poczuła, że ktoś chwyta ją gwałtownie.

— Powiedziałem ci, żebyś nie biegła.

Musiała się powstrzymać, aby nie skoczyć mu do gardła.

— Gonią nas, idioto.

Toph ścisnął jej ramię. Zabolało, ale przygryzła sobie wargi, żeby nie krzyczeć.

— Nie ośmielisz się mnie znowu tak nazwać. A teraz zwolnij, bo za tobą nie nadążam.

Dubhe zwolniła kroku, ale uparcie nie podnosiła głowy. Nigdy tak bardzo nie odczuwała własnego zniewolenia, jak teraz.

Znajdowali się już z powrotem w pobliżu Domu. Przez całą drogę Dubhe była bardzo cicha, teraz też milczała. Szła powoli ciężkimi krokami. Długi marsz ją wykończył. Znowu zaczął padać gęsty śnieg.

— Nikomu nic nie powiem o tym, co się stało — wymruczał Toph.

Dubhe odwróciła się i spojrzała na niego ze zdumieniem.

— Dla mnie też pierwsze zabójstwo nie było łatwe… I chociaż ty już zabijałaś, no wiesz, co innego zabijać samemu, a co innego robić to dla jakiegoś wyższego planu, dla Thenaara. No i Rekla nie dałaby ci eliksiru… A widziałem cię podczas inicjacji… no wiesz… to pewnie nie jest miłe.

Dubhe wbiła wzrok w swoje czarne wysokie buty posuwające się po śniegu.

— No nie jest.

— Rekla jest okropna, wiem o tym — podjął Toph. — Ale to geniusz rozumiesz? Bardzo wiele robi dla Thenaara, dla jego chwały.

Mężczyzna wyciągnął ampułkę z krwią, którą zebrali w wieczór zabójstwa.

— Popatrz na to.

Dubhe uczyniła to niechętnie. Nie miała najmniejszej ochoty na przypominanie sobie tamtego wydarzenia. Zerknęła spod oka, ale od razu zrozumiała. Krew była jeszcze płynna.

— Widzisz? — Toph potrząsnął flakonikiem, a krew zatańczyła w środku. — To ten zielony płyn, który był tam wcześniej: ten sam, którego używamy podczas Nocy Nieobecności albo w basenie u stóp posągu Thenaara. To mikstura jej pomysłu, pozwalająca krwi nie krzepnąć. To dzięki temu krew, którą zebraliśmy, dotrze do basenu w stanie płynnym. Jednocześnie, jeśli trzeba, jest to straszliwa trucizna. Umierasz z upływu krwi.

Dubhe przez chwilę wyobraziła sobie tę straszną śmierć i mocniej otuliła się płaszczem. Ocknęła się w niej dusza botanika, więc w myślach szybko przejrzała znane sobie rośliny o właściwościach przeciwzakrzepowych.

— A to jeszcze nie wszystko. Jak myślisz, ile lat ma Rekla?

Dubhe stanęła, zbita z tropu. Nigdy się nad tym nie zastawała.

— Chyba… jakieś kilka lat więcej niż ja… Toph się uśmiechnął.

— Jest starsza ode mnie… i odkąd pamiętam, zawsze była taka jak teraz… Sam nawet nie wiem, ile ma lat, ale jest jakby… niezmienna.

Dubhe nie wiedziała, co powiedzieć.

— Nikt dobrze nie wie, jak ona to robi, ale z pewnością to jakiś z jej specyfików. Wiem coś o tym, bo była moją nauczycielką, tak jak teraz twoją. A ja… chyba go widziałem. Przypuszczam, że to niebieskawy eliksir, który od czasu do czasu przyjmuje. Daje dziwne efekty. Może się nie zorientowałaś, ale Rekla czasami znika na kilka godzin, rzadziej na kilka dni. Myślę, że źle się czuje. Raz zdarzyło mi się ją widzieć podczas takiego okresu i była… nierozpoznawalna…

Dubhe natychmiast odnotowała tę wiadomość, która mogła jej się przydać podczas planowania ucieczki.

— W jakim sensie nierozpoznawalna?

Toph nagle wydał się mniej skłonny do rozmowy.

— Widziałem ją tylko z daleka… Była przygięta, a jej skóra… jakby odzyskała swoje lata, nagle. Tak, sądzę, że to coś w tym stylu.

— A gdzie ją widziałeś?

— Dlaczego chcesz to wiedzieć?

— Z ciekawości… W końcu to moja nauczycielka, nie?

— Niedaleko sali z basenami, biegła gdzieś w stronę rogu.

Zatem tam musiała szukać. Zdobycie eliksiru było pierwszym krokiem na drodze do ucieczki.

Dubhe zatrzymała się, a razem z nią Toph.

Nagle zarysowała się przed nimi sylwetka świątyni, obszerna i ponura, a jej brązowe drzwi niewyraźnie połyskiwały w ciemności.

Ciężkie wrota otworzyły się, po czym powoli zatrzasnęły za Dubhe i dziewczyna znowu poczuła woń zamknięcia, która stała się już dla niej zapachem Gildii. Z głębi świątyni posąg spoglądał na nią spod brwi. Ale tym razem był tu ktoś jeszcze.

Jakaś osoba tkwiła w jednej z ławek, jak zawsze na klęczkach Postulant. Dubhe natychmiast przypomniała sobie kobietę, którą widziała w dniu, kiedy po raz pierwszy postawiła nogę w tym miejscu, kiedy jeszcze wierzyła, że może uwolnić się od klątwy po prostu grożąc Yesholowi.

Przemierzając nawę razem z Tophem, miała czas, aby przyjrzeć się pochylonej sylwetce. Jej ramiona były wyprostowane i należały do młodej osoby. Jedna z opartych na czarnej posadzce świątyni stóp poruszała się lekko i nerwowo. Złożone dłonie były zaczerwienione od zaschniętej krwi. Przybysz dopełnił rytuału.

Postać mruczała coś cicho, ale Dubhe nie udało się usłyszeć wypowiadanych słów.

Jej twarz zobaczyła tylko przez moment, kiedy ona i Toph kierowali się na tyły posągu.

Jedwabiste czarne włosy, twarz chłopca, który dorósł zbyt szybko, i dziwna, wyprostowana postawa osoby, która nie wyzbyła się całkiem nadziei.

Kiedy tylko przeszła obok niego, chłopiec podniósł lekko głowę i ich spojrzenia się skrzyżowały. Głębokie zielone oczy i kilka malutkich piegów na zaróżowionych policzkach wieśniaka. Jego wzrok wcale nie był przepełniony rozpaczą, lecz żywy i zdecydowany.

Co tu robi ktoś taki jak on? — zastanowiła się Dubhe.

Potem chłopak opuścił głowę i znowu oddał się modlitwie tym razem głośniejszej, bardziej żarliwej. Dubhe cały czas na niego patrzyła, dopóki nie doszli pod posąg Thenaara.

Toph złapał ją za ramię.

— No co? Co się tak patrzysz? To Przegrany, nie jest godny twojego zainteresowania. Pomódl się raczej.

Dubhe przytaknęła roztargniona, uklękła i pomyślała o czymś innym, podczas gdy jej towarzysz powtarzał zwyczajową modlitwę.

Potem wstali.

Chłopak wciąż tam był, w tej samej pozycji, co wcześniej.

Życie powróciło do swojej zwykłej monotonii. Toph dotrzymał słowa i Rekla o niczym się nie dowiedziała. Ustalonego dnia, kiedy były w świątyni na codziennej lekcji, kobieta wyciągnęła zza gorsetu buteleczkę.

— Twój eliksir.

W ten sposób Dubhe oszczędziła sobie cierpień, których doświadczyła w przeszłości, kiedy zdarzyło jej się nieposłuszeństwo.

Przede wszystkim jednak kontynuowała swoje rozpoznanie. Teraz miała już wskazane miejsce, gdzie mogła szukać.

Zaczęła zapisywać wszystko, co już wiedziała o strukturze Domu. Do tej chwili postępowała bez żadnej prawdziwej metody błąkając się nocą tu i ówdzie. Nadszedł czas, aby przestać się wygłupiać i w pełni wykorzystać swoje umiejętności.

Wzięła plan, który Rekla dała jej pierwszego dnia.

W rogu Wielkiej Sali, sali z basenami, nie było nic zaznaczone. Dom zaczynał się i kończył na tym jednym, nieskończenie rozległym piętrze, które miała przed oczami. A jednak coś musiało tam być, może jakieś ukryte drzwi, kto wie…

Na planie nie było zaznaczone laboratorium Rekli, co wskazywało na to, że rysunek nie był kompletny.

Pozostawało zatem zrobić dwie rzeczy: postarać się zrozumieć, co znajduje się w rogu Wielkiej Sali, dokąd biegła Rekla, oraz odnaleźć jej pokój. Najprawdopodobniej obie te kwestie były ze sobą związane.

Dubhe zaczęła od Wielkiej Sali. Za pierwszym razem poszła tam w ciągu dnia, po obiedzie.

Nie było w niej wielu ludzi. Ktoś wlewał owoce swojej pracy do basenu, a z boku kilka osób poruszało się w rytm modlitwy. Dubhe usiadła w rogu.

Sufit musiał być przynajmniej na dwudziestu metrach wysokości i był pokryty stalaktytami. Posadzka była gładka i wypolerowana, ale przy krańcach groty znajdowały się różne powykręcane stalagmity, podnoszące się ku zwisającym z sufitu siostrom.

Wzdłuż ścian były proste siedziska i tam Dubhe znalazła miejsce dla siebie.

Nikt na nią nie patrzył, ale i tak uznała, że ostrożniej będzie udawać modlitwę. Dlatego przymknęła oczy i zaczęła nucić monotonną melodię. Spod półprzymkniętych powiek dalej przyglądała się pomieszczeniu.

Prawie całą przestrzeń sali zajmowały dwa olbrzymie baseny. Były one owalne, a posąg Thenaara moczył jedną stopę w jednym, a drugą w drugim z nich. Był przeogromny i sięgał sufitu W porównaniu z nim statua Astera wydawała się figurą krasnala, chociaż była przynajmniej trzy razy większa niż normalna osoba. Oba posągi stały przy ścianie, która nie była przez to widoczna.

Który dokładnie róg sali miał na myśli Toph?

Głos Rekli przerwał strumień jej myśli.

— Bardzo dobrze. Cieszy mnie, że zastałam cię na modlitwie. Dubhe podskoczyła. Bez żadnego powodu poczuła się nakryta.

— No co? Co to za mina? Dziewczyna szybko postarała się zapanować nad sobą. — Wybacz mi, byłam bardzo skupiona.

Rekla przytaknęła poważnie.

— Grzeczna dziewczynka. Nadchodzi czas i dobrze, że się modlisz.

— Nadchodzi czas na co?

— Dowiesz się w odpowiedniej chwili. Teraz chodź ze mną.

Dubhe wyszła z sali, rzucając jej ostatnie inkwizytorskie spojrzenie.

Wróciła tam w nocy, kiedy panowała zupełna cisza. Korytarze byty niemal całkiem ciemne, a każdy krok zdawał się odbijać od ściany tysiąckrotnym echem. Wydawało jej się, że wszyscy mogą ją usłyszeć.

Nie denerwuj się, nie robisz nic złego… idziesz pomodlić się w Sali, to coś, co wszyscy uważają za chwalebne…

Tym razem nie ograniczyła się do oglądania sali z kąta. Teraz przemierzyła ją całą. Przeszła wzdłuż ścian, okrążyła brzegi basenów. Zapach krwi wywołał w niej mdłości nie do zniesienia, także musiała oprzeć się o ścianę.

Chcesz stąd wyjść czy nie? Dalej!

Podjęła poszukiwania. Ponownie okrążyła baseny, aż do końca, chociaż zimny pot spływał jej po plecach. Nic. Nie było tam innych przejść, ściany były doskonale gładkie. Tylko te trzy korytarze, nic innego. Może nie było żadnego prawdziwego powodu, dla którego Rekla, kiedy efekt eliksiru już się kończył, biegła właśnie w tamtą stronę. Może zgodnie ze swoim fanatyzmem po prostu poszła się pomodlić. Może laboratorium było gdzie indziej.

Nagłe ukłucie zaskoczyło Dubhe. Podniosła dłoń do piersi. Zakręciło jej się w głowie, po czym nowe ukłucie, znów szpony zatopione w jej ciele. Serce zgubiło rytm.

Zrobiła to bez zastanowienia. Odruchowo odsunęła się od basenu. Poczucie ucisku nieco zelżało. Ale nie ślepa trwoga. Wzięła eliksir nie dalej niż trzy dni temu, dlaczego Bestia była już tak silna? Może Rekla dała jej mniejszą dawkę, nic jej nie mówiąc?

Zamknęła oczy i starała się uspokoić.

Wszystko jest w porządku.

I rzeczywiście, szpon się wycofał.

Powoli wróciła do swojego pokoju, zachowując te same środki ostrożności, co w tamtą stronę. Jednak kiedy się położyła, udało jej się zasnąć dopiero po dłuższym czasie. Bestia drzemała, ale wydawała się być niedopuszczalnie blisko.

Niedługo po tej nocy Dom znowu zaczął się ożywiać. Na korytarzach było więcej poruszenia, a Rekla chodziła wręcz rozgorączkowana.

— Nadszedł moment ofiary.

To jedno słowo wystarczyło, aby Dubhe poczuła lód w plecach.

— Co to znaczy? — spytała z wahaniem.

— Krwi w basenie jest niewiele, pewnie zauważyłaś to tamtego dnia, kiedy poszłaś się modlić.

Dubhe kiwnęła słabo głową.

— Czas ofiarować Thenaarowi nową krew i wkrótce wybrany zostanie Postulant. Tym razem to Toph dokona rytuału. Wielki zaszczyt. To będzie jego pierwszy raz.

Dłonie Dubhe zaczęły lekko drżeć. Tym razem nie wytrzyma. Czuła się przepełniona potwornościami, a przecież już wystarczająco trudna dla niej była misja z Tophem.

— Drżysz — zauważyła z pogardą Rekla. — Nie jesteś jeszcze Zwycięską, do tego ci jeszcze daleko… mimo całego zaangażowania, jakie wkładasz w to zadanie. Powinnaś trząść się z radości…

Dubhe utkwiła wzrok w ziemi.

— Za trzy wieczory będzie nów i noc będzie kompletnie ciemna. Wtedy weźmiesz udział w ofierze i zrozumiesz.

Były to trzy niekończące się dni. Dubhe modliła się, aby nigdy nie minęły, aby czas rozciągnął się w nieskończoność, ale choćby nie wiem jak starała się czerpać z każdej chwili, wydłużać godziny, czas wciąż biegł zdecydowanie zbyt szybko.

— Nie jesteś skoncentrowana — zwracał jej uwagę Sherva, marszcząc czoło.

— Przepraszam… — mruczała Dubhe, ale jej głowa była gdzie indziej.

Sherva był jedyną osobą, z którą łączyła ją swego rodzaju zażyłość, jedyną, która w pewnym stopniu wzbudzała jej zaufanie.

— Co wydarzy się w noc nowiu?

Mężczyzna uśmiechnął się gorzko.

— To o to chodzi? To dlatego jesteś rozkojarzona?

Dubhe wykręcała dłonie.

— Jeżeli to wszystko jest dla ciebie tak bardzo nie do zniesienia, musisz nauczyć się postępować tak jak ja. Wyrzuć to ze swojej głowy, wyklucz. Ten dom, ludzi, którzy tu mieszkają, a nawet Thenaara. Niech będą tylko środkami do osiągnięcia twoich celów.

Celów? Jakich celów? Czy ona kiedykolwiek miała cel? A co było nim teraz?

— Ale jeżeli ty też nienawidzisz tego wszystkiego, to dlaczego tu jesteś? — spytała zbolała.

— Bo ja mam cel i nie ma niczego, czego bym nie zrobił, aby go zrealizować. Chcę przekroczyć własne ograniczenia, stać się najlepszy. Poszedłem tam, gdzie była wojna, potem pobierałem nauki u najznakomitszych mistrzów dotąd, aż byłem w stanie ich zabić. A kiedy stałem się tak potężny, że nikt poza ludźmi stąd nie mógł się ze mną równać, wstąpiłem do Gildii jako Dziecko Śmierci. To tu są najlepsi, to tu są ludzie, z którymi muszę się porównywać. I nie interesuje mnie to, jakie bestialstwa popełniają. To wszystko jest poza mną, nie ma znaczenia. A ty, Dubhe — ty, która co chwilę drżysz, która nienawidzisz tego miejsca? Dlaczego tu jesteś?

Dubhe patrzyła w ziemię. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. To, co wyznał jej Sherva, było poza możliwością jej pojmowania i czyniło go nagle bardzo odległym. Nie był fanatykiem, nie, ale może kimś jeszcze gorszym.

— A więc?

— Aby ocalić swoje życie — odpowiedziała instynktownie.

— No więc myśl tylko o tym i wytnij całą resztę. Jeżeli tylko jesteś naprawdę przekonana, że chcesz żyć. Jesteś?

Dubhe popatrzyła na niego skonsternowana.

— Oczywiście…

Sherva uśmiechnął się do niej.

— Dziś już nie ma sensu kontynuować. Możesz wrócić do pokoju na rozmyślania.

Ruszył w kierunku wyjścia.

— Ale co wydarzy się w noc nowiu?

Jej głos zgubił się w pustym pomieszczeniu.

Nów nadszedł zbyt szybko.

— Dzisiaj przez większą część dnia poświęcamy się modlitwie: wszystkie zajęcia zostają zawieszone, nawet nasze lekcje — powiedziała jej Rekla w refektarzu.

Dubhe mieszała w misce z mlekiem, nie znajdując w sobie chęci do picia.

— To będzie dziś wieczorem?

— Właśnie tak.

Dzień minął powoli i przez cały czas Dubhe czuła się jak w transie.

Poranek spędziły w świątyni na modlitwie. Młodzieniec, który zwrócił jej uwagę tamtego wieczoru, kiedy wracała z Tophem, zniknął: ciekawe, czy przyjęto go do grona Postulantów, czy też odgoniono. Ławki były wypełnione owiniętymi w czarne płaszcze ludźmi. Wszyscy poruszali się równocześnie, powoli kołysząc głowami w rytm modlitwy. Morze głów niczym łuski jednego ciała. Litania wypełniała powietrze, gęsta i porywająca, deformując kontury rzeczy. Dubhe jak zawsze zajęła miejsce koło Rekli.

— Módl się — zarządziła kobieta, a Dubhe po prostu usłuchała. Toph nie był razem z innymi. Siedział przed ołtarzem obok Yeshola.

— Składa dziękczynienie za wzniosłe zadanie, jakie przypadło mu w udziale od losu, i modli się, aby Thenaar dał mu siłę — mruknęła Rekla.

W połowie popołudnia Strażniczka Trucizn dała jej zwykłą buteleczkę, tym razem wypełnioną bardziej niż zwykle.

Dubhe wzięła ją do ręki i spojrzała pytająco.

— Będziesz tego potrzebowała. Bestia kocha nasze rytuały.

Na twarzy Rekli pojawił się nikczemny uśmiech.

Dubhe zacisnęła palce wokół flakonika. Drżącymi dłońmi odkorkowała go i chciwie wypiła aż do ostatniej kropli. Lodowata ciecz spłynęła jej po gardle.

— Dalej, chodź za mną.

Znowu było tak jak rano. Godziny monotonnej modlitwy. Identycznie wyglądały ciała stłoczone w świątyni, identyczna była pozycja Yeshola i Topha przed ołtarzem, jakby w ogóle się stamtąd nie ruszyli.

Potem nagle masa zafalowała.

— Pospiesz się, to będzie w Wielkiej Sali — ponagliła ją Rekla.

Dubhe podążyła za strumieniem ludzi płynącym w jedynym kierunku przez wilgotne korytarze Domu.

Przed jej oczami otworzyła się Wielka Sala: niezmierzona i groźna. Przepełnił ją przenikliwy zapach kadzidła, który od raz uderzył jej do głowy; zaczęła się pocić z powodu temperatury wszystkich stłoczonych tam ciał oraz ciepła emitowanego przez wielkie trójnogi ustawione w każdym rogu sali, aby ją rozjaśnić. Na każdym z trójnogów udrapowano osłonę z cienkiej czerwonej tkaniny, dzięki czemu sala, zgromadzone w niej osoby i wszystko inne przybrało kolor krwi.

Rekla mocno trzymała ją za ramię. Zaprowadziła ją do pierwszych rzędów, skąd można było widzieć lepiej. Przed basenami na hebanowym tronie siedział pogrążony w myślach Yeshol. Zewsząd dobiegały podniecone i szczęśliwe głosy. Szmer był ogłuszający. Potem Yeshol powstał i od razu zapadła cisza.

— Po długich nocach oczekiwania ponownie nadszedł moment ofiary. Ostatnie miesiące były dobre. Powrót dawno zaginionej siostry, wiele nowych interesów dla Gildii, mnóstwo krwi. Dzień po dniu zbliża się godzina, w której Herold Thenaara powróci do nas, by wskazać nam drogę.

Zrobił teatralną przerwę i wszyscy, nawet Dubhe, wstrzymali oddech.

— Ofiara dzisiejszej nocy będzie złożona w następującej intencji: podziękowanie Thenaarowi za to, że nie porzucił nas podczas długich lat wygnania i że wreszcie podarował nam odrodzenie. Modlimy się, aby dalej udzielał nam swojej łaski, aby pomógł nam w dokonaniu ostatniego kroku, który oddziela nas od ostatecznego zwycięstwa, aby Jego chwała w końcu zajaśniała.

Wreszcie zamilkł i znowu usiadł.

Dubhe nie udało się zidentyfikować, skąd wyłonili się dwaj szaleńcy — ci sami, którzy uczestniczyli w jej inicjacji. Wlekli za ramiona jakiegoś mężczyznę. Dubhe rozpoznała go. Widywała go wśród Postulantów. Był ubrany w nieskalaną tunikę, a jego ciało w rękach dwóch mężczyzn było całkiem bezwładne. Jego stopy ciągnęły się po ziemi, a głowa opadała przy każdym kroku. Nie był jednak całkiem nieprzytomny. Jego usta poruszały się powoli, jakby coś bełkotał. Miał przymknięte oczy.

Za mężczyzną szedł Toph z długim czarnym sztyletem zaciśniętym w dłoni.

Dubhe zrozumiała. Pochyliła głowę, ale Rekla chwyciła ją za podbródek i podniosła go.

— To wielka chwila. Patrz i módl się.

Grupka szła, dopóki nie dotarła przed dwa baseny. Toph zatrzymał się i uklęknął przed Yesholem.

— Niech cię błogosławi Thenaar, który wybrał cię do tego wielkiego zadania — powiedział Najwyższy Strażnik uroczystym głosem — i niech prowadzi twoją dłoń podczas składania ofiary.

Toph znowu się podniósł i odwrócił plecami do tłumu. Yeshol odszedł na bok i zaczął kierować modlitwą.

Tym razem było inaczej niż podczas modlitwy porannej i popołudniowej. Głosy brzmiały donośnie, a całe zgromadzenie było wyraźnie ożywione.

Z jednej z rąk posągu Thenaara zwisały dwa łańcuchy. Mężczyźni zawlekli Postulanta aż tam, gdzie jego stopy już zanurzyły się we krwi wypełniającej basen, i przymocowali go do łańcuchów. Człowiek nie buntował się. Łagodnie pozwalał robić ze sobą wszystko, czego chcieli ci olbrzymi. Jego wargi dalej poruszały się nieustannie, a głowa była pochylona, jakby pokonana skrajnym zmęczeniem. Nawet nie rozglądał się wokół, tylko pozostał pogrążony w swoim oszołomieniu.

Dubhe przypomniała sobie młodzieńca, którego widziała w świątyni, jego żywe oczy, jego pewność siebie. Wyobraziła sobie jego na miejscu tego człowieka i w jednej chwili zobaczyła siebie samą przykutą do statui i stojącą przed nią Bestię, gotową ją pożreć.

Zakręciło jej się w głowie, ale żelazny uchwyt Rekli na jej ramieniu nie pozwolił jej upaść.

— Puść mnie… — zamruczała.

Strażniczka ścisnęła ją aż do bólu.

— Patrz, patrz na triumf Thenaara!

Modlitwa podniosła się jeszcze głośniej, była już prawie krzykiem. Mężczyzna zwisał samotnie u stóp posągu. Toph zaczął iść w jego stronę powolnymi krokami, ze sztyletem w dłoniach. Wyraz lekceważenia, który miał zazwyczaj wymalowany na twarzy przeobraził się w szaleńczą radość, w pewność, która miała w sobie coś z delirium.

Wymierzył cios w pierś. Mistrzowski, godny prawdziwego Zabójcy. Mężczyzna nie wydał nawet jęku. Podniósł tylko czoło z oszołomionym wyrazem twarzy. Przez moment wszystko się zatrzymało. Krew na ostrzu, sztylet, glosy. Kiedy Toph wyciągnął ostrze z ciała, tłum eksplodował razem z krwią, która zaczęła tryskać, wpadając do basenu.

To było szaleństwo. Wokół niej wszyscy krzyczeli z radości, a Rekla puściła ją, aby przyłączyć się do świętowania razem z resztą zgromadzenia. Dubhe mogła wyraźnie poczuć Bestię, jak porusza się jednocześnie z tłumem, a jej oczy nie były w stanie oderwać się od tego widowiska, które zarazem odpychało ją i przyciągało. Była rozdarta pomiędzy pragnieniem krwi, a wstrętem do wszystkiego i litością nad zabitym bez powodu człowiekiem.

Zwyciężył prawdopodobnie strach przed Bestią, bo ostatnim wysiłkiem Dubhe znalazła w sobie siłę, aby oderwać stopy od podłogi, odwrócić się i rzucić szaleńczo do ucieczki. Potykała się o świętujące ciała obecnych, odsuwała je od siebie ze złością i rozpaczą, dopóki nie dotarła do wyjścia z sali. Biegła i biegła, aż trafiła w ślepy korytarz i uderzyła w kolejny posąg Thenaara, jeden z wielu, jakimi udekorowany był Dom.

Jego nikczemny grymas był przeznaczony tylko dla niej. Lekceważący uśmiech zwycięzcy.

Dubhe upadla na kolana i rozpłakała się bez zahamowań.

24. Dzień Postulanta

Kiedy Lonerin zgłosił się do Ida na misję, był pewien tego, co robi.

Teraz nie był już taki przekonany. Były chwile, kiedy wydawało mu się, że pragnienie zemsty, które przez wiele lat udawało mu się utrzymywać pod kontrolą, teraz wyłania się z nową mocą i rzuca ponury cień na całą jego misję. Innym razem natomiast myślał, że przecież już nigdy nic nie będzie takie jak wcześniej, bo w końcu minęło wiele lat, bo mistrz Folwar dobrze go wyszkolił, bo teraz była Theana. Wreszcie czasami niespodziewanie nawiedzała go myśl o śmierci: coś, z czym nigdy nie umiał się rozprawić. Nieubłaganie powracał mu w myślach jedyny obraz śmierci, jakim dysponował: to udręczone ciało wyrzucone do dołu razem z innymi. Czy z nim też tak będzie? Może wręcz tego właśnie chciał, tego zawsze nieświadomie pragnął, od kiedy jego matka powzięła decyzję, która miała zmienić jego życie?

Przejście przez uśpioną przyrodę Krainy Wody, następnie w dół, ku Wielkiej Krainie, a potem dalej, w wieczną ciemność Krainy Nocy… Krok po kroku jego wyprawa przekształcała się w podróż w czasie, wstecz. To było tak, jakby znowu był dzieckiem; przypominał sobie rzeczy, które uważał już za dawno zapomniane.

Dopiero kiedy dotarł do Krainy Nocy, wszystko stało się wyraźniejsze i bardziej nieznośne. To była jego ziemia, ale nie był tam od wielu lat. Wkrótce po śmierci matki jego krewni, wieśniacy, wysłali go na północ, do Krainy Morza. Miał osiem lat i od tamtej pory nigdy nie postawił nogi w swoim kraju rodzinnym.

Niespodziewanie zaskoczył go zachód słońca. Wędrował pogrążony w swoich myślach, a kiedy podniósł oczy znad drogi, zobaczył, że słońce zachodzi za ostatnim odcinkiem niziny.

Mężczyzna, którego ani razu wcześniej nie widział, który zaledwie dwa dni temu przedstawił mu się jako wuj, teraz zabiera go swoim wozem. Lonerin nigdy w swoim życiu nie widział słońca, a jeżeli nawet widział, to był zbyt mały, aby móc to pamiętać. Zamglone od płaczu oczy dostrzegają krąg oślepiającej czerwieni z wysiłkiem podnoszący się nad opustoszałym krajobrazem.

— Przestań marudzić, naprawdę tak ci szkoda tej przeklętej ciemnej ziemi? Zobaczysz, jaka piękna jest Kraina Morza! Morze to najpiękniejsza rzecz na świecie.

Jak mu wytłumaczyć, że to nie tęsknota za tą ziemią, ani za jej wieczną nocą. To raczej złość. I ból, że musi opuścić to miejsce, w którym umarła jego matka, nie pomściwszy jej w żaden sposób.

A tymczasem słońce nieubłaganie się podnosi i rani mu oczy, tak bardzo, że musi je zamknąć. To natrętne światło przebija się nawet przez zaciśnięte powieki: wszystko staje się krwistoczerwone, a ciepło pali skórę twarzy.

Lonerin postanowił nie pozwolić się zdekoncentrować nostalgii, tylko zebrał się w sobie. Ciemność otulała go jak stary koc. Było to w jakiś sposób uspokajające, jakby wreszcie naprawdę wrócił do domu. Ale prawdziwy dom już nie istniał, Lonerin wiedział o tym, a jego miejsce zajmowała wściekłość, która powoli przebijała się do jego świadomości.

Dobrze pamiętał drogę do świątyni.