/ Language: Polski / Genre:sf,

Diabelska Maskarada

Marek Hemerling

Tarcza kontynentu falowała jakby stanowiła ją nie skalista równina, lecz powierzchnia wzburzonego oceanu. Jakaś potworna siła napierała od wewnątrz, rozdymając zastygłe od wieków formy geologiczne. Ruchy te miały swoje centrum, w którym upiorny taniec osiągał maksymalne natężenie. Wreszcie kamienna skorupa nie wytrzymała zmiennych naprężeń i poddała się uwalniając gigantyczny gejzer rozgrzanych do czerwoności głazów. Różnica temperatur powodowała, że w zetknięciu z lodowatą atmosferą Gelwony pękały niczym świąteczne fajerwerki. (fragment książki)

Marek Hemerling

Diabelska Maskarada

Moim Rodzicom

0.

Tom Edgins zjawił się na Ziemi po zakończeniu zwycięskiej kampanii Związku Solarnego przeciwko Planetom Rindu. Uznany za zaginionego spędził długi czas w niewoli i dopiero rozejm, na mocy którego przeprowadzono wymianę jeńców wojennych, pozwolił mu wrócić do opuszczonego przed trzema laty domu. Zastał w nim swoją żonę Iris i obcego mężczyznę – bardzo zdziwionych i niezadowolonych z przybycia nieżyjącego przecież bohatera. Nie chcieli go nawet wpuścić za próg, zaryglował więc od zewnątrz wszystkie wyjścia, a następnie podpalił budynek i czekał. Parterowy modułowiec spłonął doszczętnie wraz z dwojgiem zamkniętych w środku ludzi.

Tom Edgins został skazany na śmierć za zbrodnię najwyższego formatu: w czasie pożaru ogień strawił rosnącą w pobliżu domu kępę rachitycznego bzu – jedyną roślinę w promieniu tysiąca metrów. Trybunał Miejski z przysługującego mu prawa łaski nie skorzystał.

1.

W kilkanaście godzin po ogłoszeniu wyroku skazaniec został wprowadzony do kopuły straceń. Oczekiwało go tam pięciu biało odzianych egzekutorów, którzy mieli nadzorować przebieg ceremonii. Jeden z nich wystąpił krok do przodu i nie zdejmując zasłaniającej twarz maski powiedział:

– Tomaszu Edgins. Zgodnie z obowiązującym prawem możesz wyrazić swoje ostatnie życzenie, bądź powierzyć nam słowa, które chciałbyś komuś przekazać.

Skazaniec podniósł wzrok i milczał przez chwilę, zastanawiając się nad sensem tego, co usłyszał. Nie miał nikomu nic do przekazania. Już nie miał. Własnymi rękami obrócił w popiół to, co stanowiło jedyną treść jego życia. A życzenie? Jakie życzenie może mieć człowiek idący na śmierć? Nic mu nie przychodziło do głowy.

– Mam pytanie – odezwał się wreszcie stłumionym głosem.

– Słucham.

– Czy… Czy nie ma już żadnej szansy, to znaczy… Czy możliwe jest… – zawahał się – cofnięcie lub zmiana wyroku?

– W świetle obowiązującego prawa nie ma takiej możliwości.

– A więc załatwmy to jak najszybciej i niech szlag trafi was i wasze pieprzone prawa.

Postać w masce uniosła rękę, dając swoim asystentom sygnał do rozpoczęcia ceremonii. W centralnym punkcie kopuły straceń, na okrągłym cokole, umocowany był fotel, do którego podprowadzono skazańca. Z delikatnym szczękiem metalowe klamry unieruchomiły przeguby rąk i nóg, objęły ramiona i skronie. Milczące sylwetki egzekutorów cofnęły się pod ścianę kopuły, a fotel wraz z cokołem drgnął i uniesiony od spodu kolumną dźwigara rozpoczął powolną wędrówkę w stronę sufitu. Oczekujący tam kolisty otwór sygnalizowała ciemna plama w jednostajnej bieli sklepienia.

– Co za kretyński koniec – pomyślał Tom.

Nigdy bym nie uwierzył…

Wpatrywał się w coraz bliższy otwór, który nagle zapłonął błękitną poświatą, ukazując środek ślepego cylindra. Po krótkiej chwili fotel dotarł na odpowiednią wysokość, a okrągły wlot został szczelnie wypełniony przez uniesiony cokół. Światło zaczęło pulsować zmiennym rytmem, to jaśniejąc, to znów pogrążając w ciemnościach wnętrze pomieszczenia.

Skazaniec czekał. Czekał, aż ktoś znajdujący się na zewnątrz błękitnego cylindra dotknie małego przycisku, uwalniając w ten sposób wiązkę śmiertelnych infradźwięków. W doskonałej ciszy coraz głośniej biło serce, coraz wyraźniejszy był szum krwi pulsującej w skroniach.

– A jednak się boję – stwierdził Tom z goryczą. – Boję się, chociaż nie zostawiłem za sobą nic, do czego bym pragnął wrócić. Jakie to śmieszne.

Gdyby nie krępujące go klamry, z pewnością wzruszyłby ramionami. Mógł jednak tylko zamknąć oczy i czekać.

– Strasznie długo – wymruczał po chwili. – Czy oni tego nie rozumieją? Hej tam, do ciężkiej cholery! – wrzasnął. – Czy wy tego nie rozumiecie?! Banda skurwieli – dodał już ciszej, jakby na własny użytek.

Okropnie powoli mija czas.

Pomiędzy pojedynczymi uderzeniami tętna jest miejsce na retrospekcyjne obrazy z kończącego się życia długie projekcje zastygłych w bezruchu twarzy, zapamiętanych krajobrazów, drobnych, pozornie bezużytecznych przedmiotów, których widok dławi krtań uczuciem niepojętego wzruszenia. Koniec. To wszystko należy już do przeszłości, a chwila teraźniejsza wyklucza możliwość zaistnienia przyszłości.

– Szybciej. Na wszystkie świętości Nieba i Ziemi, nie każcie mi dłużej czekać – błagalny szept wypełnia wnętrze zamkniętego cylindra.

Okropnie powoli mija czas.

Lecz przecież mija.

Błękitne światło zmieniło swoją barwę i twarz skazańca pogrążyła się w upiornej zieleni. Jednocześnie Tom poczuł, jak przez jego ciało przelatuje ledwie zauważalna fala ciepła. Zaraz potem ośrodek równowagi zasygnalizował utratę orientacji przestrzennej i… wszystko wróciło do normy.

– Umarłem?

Stłumiony chichot narastał powoli, przeobrażając się w atak histerycznego śmiechu.

– Koniec, kanalie! Słyszeliście?! Koniec! Tom Edgins jest już trupem, któremu możecie nagwizdać! Zgodnie z literą prawa i sumie…! – dziki okrzyk urwał się jak ucięty nożem.

Ściana cylindra przeszła niezrozumiałą metamorfozę – stała się zupełnie przezroczysta, a po jej drugiej stronie widać było fragment amfiteatralnie ułożonych schodów, których szczyt ginął w półmroku. Kierowany odruchem Tom skręcił głowę w bok, zapominając o krępujących ciało uchwytach. Lecz klamry nie stawiły żadnego oporu! Nie tracąc czasu na niepotrzebne dociekania uwolnił się z objęć fotela i oparł plecami o niewidoczną ścianę cylindra. Serce łomotało rytmem rozbudzonej nadziei.

Dopiero teraz zauważył, że schody są tylko z jednej strony, natomiast z drugiej znajdował się wylot szerokiego tunelu o łukowatym sklepieniu.

– Jakaś awaria – przebiegło mu przez głowę. – Może uda mi się stąd wydostać.

Błyskawicznie obmacał wklęsłą taflę przezroczystej klatki, lecz dłonie wszędzie napotykały litą powierzchnię. Wskoczył na oparcie fotela, by stwierdzić, że od góry wyjście też jest zamknięte niewidzialną pokrywą. Spróbował ją poruszyć, ale spocone dłonie ślizgały się tylko, nie znajdując punktu zaczepienia. W odruchu bezsilnej wściekłości uderzył pięścią w przejrzystą zaporę. Zadźwięczała głucho, nie ustępując ani na milimetr.

– Musi być jakiś sposób – mamrotał Tom. Chaotyczne spojrzenia lustrowały otoczenie, myśli wirowały pod czaszką, analizując w jednej sekundzie tysiące szalonych wariantów ocalenia. Na próżno. Desperacki atak na ścianę cylindra był już tylko ostatnim atakiem skrajnej rozpaczy, która opanowała umysł skazańca. Osunął się bezwładnie i znieruchomiał z twarzą rozpłaszczoną na przezroczystej barierze. Płakał.

Po zewnętrznej stronie cylindra ktoś stał. Tom poczuł na sobie natarczywe spojrzenie i podnosząc głowę ujrzał podkute, sięgające kolan buty, oddalone o metr od jego oczu. Wzrok powędrował wyżej, rejestrując po drodze szczegóły ciemnowiśniowego stroju, ze zdobiącymi naramienniki emblematami borta, by na koniec oprzeć się na twarzy krótko ostrzyżonej kobiety. Była wysoka, na pewno wyższa od Edginsa. W ręku trzymała kształtny kask zwieńczony fantazyjnym pióropuszem. Śmiała się.

Tom nie wytrzymał.

– I z czego się śmiejesz, suko?! – zawył gwałtownie. – Dobij mnie albo idź precz!

Nie odpowiedziała. Nie mogła mu odpowiedzieć przez ściany dźwiękochłonnego cylindra. Wykrzywiła tylko usta w ironicznym grymasie i przesławszy Tomowi gest złośliwego pozdrowienia, odeszła majestatycznym krokiem, niknąc u szczytu amfiteatralnych schodów. Odprowadził ją długim spojrzeniem, pełnym nienawiści.

– Stało się. Już wiedzą. Szlag by trafił… – zagryzł wargi aż do krwi. – Cholernie mało czasu. Za chwilę tu będą. Partacze, nawet ukatrupić… A ja – nic… nic… nic…! Cholerny świat! Cholerne, śmierdzące ścierwa w białych rękawiczkach! Przecież musi być jakieś wyjście!

Obmacał dokładnie fotel. Spróbował oderwać fragment poręczy. Bez rezultatu – tworzywo było bardzo wytrzymałe. Zajrzał pod spód. Konstrukcja stanowiła litą całość wtopioną w podłoże. Najmniejszych szans. Gołymi rękami nic nie zrobi.

Powietrze w cylindrze było coraz cięższe. Tom pojął, że jeśli nie wydostanie się w ciągu kilku minut, grozi mu śmierć przez uduszenie. Zrezygnowany usiadł z powrotem w fotelu, chcąc uspokoić myśli i przeanalizować jeszcze raz całą sytuację. Rozwiązania nie znalazł.

– Pozostaje więc zdechnąć tu na chwałę cywilizowanego kodeksu i celów wyższych – stwierdził z goryczą.

W głębi tunelu zabłysło silne światło. Zbliżało się, rosnąc z każdą sekundą.

– Już są – zamknął oczy i westchnął głęboko. – Szybko się uwinęli.

Niewielki poduszkowiec zastopował kilka metrów przed skazańcem. Wyskoczyło z niego dwóch rosłych facetów w ciemnowiśniowych strojach. Tom obserwował ich spod przymrużonych powiek. Jeden z przybyłych powiedział coś do aparatu umocowanego na przegubie lewej ręki i w chwilę później przezroczysty cylinder zaczął unosić się w górę. Do wnętrza klatki wtargnęła fala świeżego powietrza, przesyconego jakimś dziwnym, nieznanym zapachem.

– Pospieszcie się – dobiegł głos z wnętrza poduszkowca. – Kabina musi być gotowa za kwadrans.

Ciemny pas oznaczający dolną krawędź cylindra znieruchomiał półtora metra nad głową Edginsa. Faceci podeszli bliżej.

– Wstań – powiedział ten z prawej.

– Nie chce mi się.

– Człowieku, nie mamy czasu na jałową dyskusję. Wstawaj.

– Odpieprz się – wycedził powoli Tom, nie zmieniając pozycji. – Jeżeli chcecie mnie wykończyć, zróbcie to tutaj, zaraz. Mam już dość łażenia i czekania na swoją kolejkę do zaświatów.

Faceci spojrzeli na siebie.

– Ale uparty – powiedział ten z lewej. Brakowało mu przednich siekaczy i śmiesznie zniekształcał słowa.

– Człowieku! – zaczął drugi. – Nikt cię nie ma zamiaru wykańczać.

– Nie zalewaj, przecież jest wyrok. Chyba nie dostałem w ostatniej chwili ułaskawienia?

– Wyrok został wykonany.

Tom rozdziawił usta ze zdziwienia.

– Co?!

– Wyrok został wykonany. Na Ziemi. Ale w tej chwili znajdujesz się w przejściówce Gelwony. Komora transforacyjna, kojarzysz?

Nie kojarzył. Nie mogło mu się pomieścić w głowie. Po cóż mieliby go ekspediować na jakąś tam Gelwonę, skoro… Nigdy nie słyszał tej nazwy. Układ, planeta, stacja bazowa czy może jednostka Floty Solarnej? Co tu się w ogóle dzieje?

Nie dali mu pomyśleć.

– Wstajesz sam, czy mamy ci pomóc?

Wyraźnie nie żartowali w ich dłoniach pojawiły się przenikacze.

– Przypuszczalnie nie zależy im na mojej śmierci, skoro mają przy sobie tylko takie zabawki – w głowie Edginsa panował kompletny chaos. – Niech mnie szlag, jeśli cokolwiek z tego wszystkiego rozumiem.

Skołowany do granic możliwości ruszył w kierunku poduszkowca.

2.

Miał sen. Śniło mu się, że umarł. Ciało zamknięte w hermetycznym pojemniku sunęło chybotliwym taśmociągiem, odbywając swa ostatnią wędrówkę do rozpalonego wnętrza pieca kremacyjnego. Wpadając tam uczuł potworny żar i zobaczył, jak topią się ścianki oddzielające go od całkowitego unicestwienia. Chciał krzyczeć, lecz z ust dobył się tylko zdławiony jęk. Runął w szalejące morze płomieni, które spragnionymi żeru jęzorami sięgnęło łapczywie po nową ofiarę. Na moment przed ostateczną utratą świadomości zerwał się roztrzęsiony i zlany potem.

Siedział na twardej, pokrytej cienkim materacem półce, która służyła mu za posłanie. Po przeciwnej stronie kwadratowej celi, na wyrastającym ze ściany blacie, stały naczynia z resztkami nie dokończonego posiłku. Powlókł się tam i z dna płytkiej czarki wylizał ostatnie drobiny wilgoci, które nie zdążyły wyparować w dusznej atmosferze pomieszczenia. Potem załomotał w drzwi. Dopiero po minucie uporczywego stukania rozległ się cichy trzask.

– Czego? – popłynął spod sufitu opryskliwy głos.

Tom zadarł głowę, lecz natychmiast zamknął oczy oślepiony spływającymi z góry potokami światła.

– No! – strażnik był wyraźnie zniecierpliwiony. – Czego sobie życzymy?

– Gorąco… pić – słowa z trudem przeciskały się przez trawione pragnieniem wargi.

– Przycisk nad blatem z lewej – i strażnik wyłączył się.

To nie była woda, jednak Tom trzykrotnie napełniał czarkę i wypijał ją duszkiem. Gdy wrócił na posłanie, natychmiast wessała go czarna przepaść snu.

Wysoki, zawodzący dźwięk pojawił się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd. Wypełnił całą przestrzeń, zacierając granicę pomiędzy tym co poza a tym co w środku. Jak wtedy, na Astaborze, podczas wariackiego rajdu, który skończył się schwytaniem całej formacji w kolapsową pułapkę… i później, gdy otoczony kręgiem rindańskich widm, błagał oprawców o szybszy koniec. O nieba! Czy nie ma już ucieczki przed tym koszmarem?!

Po przebudzeniu czuł się bardzo źle – gorączka, zawroty głowy, wrażenie dziwnego ssania w koniuszkach palców… Nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji spróbował pospacerować po celi i omal nie zwalił się na podłogę. Usiadł ostrożnie na brzegu posłania…

Widocznie znowu zasnął, bo w pewnym momencie stwierdził, że leży wciśnięty w kąt, mając rękę zdrętwiałą od zbyt długiego niedokrwienia. Masował ją uparcie, by jak najszybciej minęło nieprzyjemne mrowienie.

Nie wiedział, ile czasu minęło od chwili, gdy wprowadzono go do tej celi. Wszedł tu prosto z kabiny poduszkowca, eskortowany przez dwóch strażników. Mogło to być kilka godzin albo kilka dni temu. Polecono mu czekać. Cóż innego mógłby robić człowiek zamknięty w tym idiotycznym sześcianie? Czekał więc i myślał, próbując zrozumieć sytuację, w której się znalazł. Z miernym skutkiem.

…pochyliła się nad nim, mówiąc coś pieszczotliwym tonem. Była podobna do jego nieżyjącej matki, ale gdy popatrzył na nią uważnie, dostrzegł twarz swojej żony, którą postanowił zabić. Pamiętał, że zrobiła coś strasznego. Coś, czego nie potrafił jej przebaczyć. Nigdy.

Wytężając wszystkie siły podniósł się, ale ona była ciągle ponad nim. Nie mógł jej dosięgnąć. Śmiała się, zachęcając go do ponowienia próby.

– Ruszaj się! – wołała głosem, który dudnił w uszach powodując bolesne skurcze czaszki. – Szybciej!!!

Pokonując bezwład mięśni stanął na równe nogi, opierając się drżącymi rękami o ścianę celi.

– Idziemy.

Wyszła pierwsza przez otwarte drzwi. Powlókł się za nią, z trudem utrzymując równowagę. Przed oczami latały mu czarne płaty, w głowie szalał orkan splątanych myśli.

– O rany! – jęknął rozpaczliwie. – Wszystko mi się pieprzy…

Na korytarzu stało w równym szeregu kilkunastu mężczyzn. Ubrani byli w identyczne bluzy – pozbawione kieszeni i zasuw – luźne spodnie i niezgrabne chodaki; całość w jednostajnym szarym kolorze. Mieli ogolone głowy, co powodowało, że wszyscy wydawali się do siebie podobni. Tom, pchnięty przez któregoś ze strażników, stanął posłusznie na końcu szeregu. Patrząc na swoich sąsiadów nie mógł powstrzymać się od dotknięcia własnej potylicy – dłoń natrafiła na gładką skórę.

Wysoka kobieta, z naszywkami borta na ramionach, komenderowała grupą pięciu osiłków w ciemnowiśniowych kombinezonach. Otwierali właśnie drzwi do kolejnych celi.

– Lizey Myrmall – odczytał Tom z patki identyfikacyjnej, którą dostrzegł na ozdobionym pióropuszem kasku. Całkiem ładne imię. Lizey, Liz…

Ostro rzucony rozkaz przeciął powietrze, przywracając poczucie rzeczywistości. Kobieta szła wzdłuż szeregu, przyglądając się uważnie poszczególnym twarzom.

– Co za okropna baba – pomyślał Tom. – Zachowuje się tak, jakby cała ta impreza sprawiała jej wyjątkowo dużą przyjemność. Wygląda na to, że ma tutaj sporo do powiedzenia. – Jeszcze raz przejechał palcami po wygolonej czaszce. – Ciekawe, kiedy oni zdążyli mnie tak załatwić? – chciał wsadzić ręce w kieszenie spodni, ale dłonie obsunęły się po szorstkim materiale. – Jasne, ciuchy też zostały zmienione.

Apatycznie przyglądał się, jak z sąsiedniej celi wyprowadzano tykowatego mężczyznę o podkrążonych oczach. Rozbiegane spojrzenie, ruchy pozbawione pełnej synchronizacji; wyglądał jak pijany, a kiedy stanął koło Edginsa, zatoczył się nagle i byłby z pewnością runął na podłogę, gdyby ten nie podtrzymał go ramieniem.

– Dziękuję, bracie. Dziękuję… – spuchnięta twarz zwróciła się w stronę Toma, który skinął tylko głową i wbił wzrok w czubki kretyńskich chodaków. Były o kilka numerów za duże. Czuł się głupio – zupełnie jakby jego wygląd miał teraz jakiekolwiek znaczenie.

W tym momencie strażnicy rozsunęli następne drzwi. Wytoczył się z nich pokrwawiony kształt człowieka i rycząc zwierzęcym głosem runął na najbliższą postać odzianą w ciemnowiśniowy kombinezon. Trwało to zaledwie sekundę, nie dłużej. Tom zdążył tylko dostrzec upadającego strażnika i gotującą się do nowego skoku sylwetkę atakującego. Potworny wrzask zamarł w pół tonu. Kobieta podeszła do leżącego bezwładnie ciała, trzymając odblokowany przenikacz w wypielęgnowanej dłoni. Ironiczny uśmiech zagościł na jej ustach, nadając twarzy wyraz odpychającego okrucieństwa.

– Potwór – wymamrotał stojący obok Edginsa człowiek.

Szereg zafalował, ale w tej samej chwili wyloty pięciu ażurowych emiterów zwróciły się w stronę stojących pod ścianą.

– Nie radzę próbować – twarz kobiety przypominała teraz maskę sfinksa.

Poturbowany strażnik zbierał się powoli. Jedna ręka zwisała mu bezwładnie wzdłuż tułowia, drugą usiłował zatamować krew płynącą z rozciętego policzka. Tom odczuwał przez sekundę coś w rodzaju współczucia dla tego człowieka, ale widok odblokowanych przenikaczy uświadomił mu beznadziejność własnego położenia.

– Mam dosyć – stwierdził w duchu. – Dosyć tej zwyrodniałej kobiety, całego świata i siebie samego. – To wszystko jest jedną wielka paranoją. Powinienem już nie żyć tak by było chyba najlepiej.

Przestał zwracać uwagę na to, co się wokół niego działo. Jego umysł funkcjonował na zwolnionych obrotach; jakby odurzony jakąś trucizną.

Leżący na podłodze człowiek poruszył się i jęknął. Kobieta podeszła do ściennego autofonu.

– Na poziomie adaptacyjnym mieliśmy drobne nieporozumienie – mówiła w mikrofon. – Przyślijcie serwomed z obsługą. Czternastka w stanie szoku; chyba ktoś wpakował mu podwójną dawkę FZ-etów. Ciut za dużo jak na początek. Aha – przypomniała sobie o poturbowanym strażniku – Kleft jest ranny. Nic poważnego, ale pośpieszcie się.

Przerwała połączenie, nie czekając na odpowiedź.

– A wy – zwróciła się do stojącego pod ścianą rzędu milczących postaci – jazda. Subtrowiec czeka za rogiem.

3.

Nic tak nie poprawia samopoczucia jak masaż biognetyczny, dlatego też obel-bort Ubir nuf Dem od niego rozpoczynał każdy nowy dzień swojego życia. Podśpiewując fałszywie melancholijne frazy nowo zasłyszanej melodii, czekał, aż trzy otaczające go służboty zakończą układanie fałd obszernej koszuli. Potem odprawił je ruchem ręki i przeszedł do wspaniałego salonu, którego wnętrze spreparowane było na wzór starogreckiej świątyni. Sprotezowanym wzrokiem ogarnął rzędy smukłych kolumn i marmurowe posągi wymyślonych bogów. Wyglądały imponująco.

– Piękne, cudowne, wielkie – mruczał do siebie, upajając się skarbami antycznego świata. – Prawdziwa sztuka, tak, tak… Popatrz, Chief – powiedział do rozespanego skrzydłaka, który siedział na brzegu ofiarnego stołu. – To wszystko istniało kiedyś naprawdę. Ludzie najpierw wyobrazili sobie te wspaniałe rzeczy, zbudowali je, a potem… – zaśmiał się z jakąś dziwną, żałosną satysfakcją. – No cóż, potem zniszczyli. Zrobili to jednym ruchem ręki. O, tak – nacisnął ledwie widoczny, rubinowy punkt w narożniku kamiennej bryły. Świątynia rozpłynęła się w powietrzu, a jej miejsce zajęło wnętrze przestronnego, niemal pustego pokoju. Ubir nuf Dem stał koło kanciastego mebla, który jeszcze przed chwilą był marmurowym stołem ofiarnym.

– Tak to już jest z tymi ludźmi, Chief – dodał. – Nie ma dla nich nic świętego.

Skrzydłak przyglądał mu się przez moment, kołysząc nieznacznie łbem osadzonym na długiej szyi; wreszcie wydał z siebie przenikliwy syk i wznowił przerwaną toaletę, czesząc ostrym dziobem skołtunioną sierść koloru zwiędłych liści.

– Masz rację – Ubir nuf Dem pokiwał głową, aprobując tym samym reakcję swojego ulubieńca. – Masz zupełną rację. Wszystko to funta kłaków nie warte.

Poprawił aparat optyczny, który miał wmontowany w czaszkę. Czarna, błyszcząca obręcz o szerokości pięciu centymetrów zasłaniała twarz na wysokości oczu, sięgając płatów skroniowych. Kryła w sobie detektor fal świetlnych wraz z przetwornikiem, mającym za zadanie przekazywać obrazy wprost do ośrodków wzrokowych. Na zewnątrz wystawały tylko teleskopowe czujniki, przydając obliczu obel-borta niesamowitego wyglądu. Metalowa płytka wypełniała brakujący fragment potylicy. Kompozycję podkreślały odstające od nagiej czaszki uszy i krzywy, haczykowaty nos.

Ubir nuf Dem przypomniał sobie o codziennych obowiązkach, skutkiem czego na jego twarzy zagościł wyraz posępnej irytacji. Nie cierpiał, gdy cokolwiek odrywało go od ulubionych zajęć, polegających głównie na odkurzaniu olbrzymiej kolekcji rodzinnych klejnotów i segregowaniu dzieł sztuki będących wytworem nie tylko ludzkich rąk. Bowiem Ubir nuf Dem był prawdziwym miłośnikiem piękna, a tajemnice uwięzione w migotliwych kamieniach pobudzały w jego duszy najdelikatniejsze struny skrywanej przed światem wrażliwości. Jedyne zmartwienie obel-borta polegało na tym, że nie mógł nikomu przekazać opieki nad posiadanym skarbem. Potężny ród nuf Demów, sięgający swymi korzeniami czasów sprzed Wielkiej Kolonizacji, rozsypał się po próżniowych szlakach, a jego główna linia miała wygasnąć wraz z bezpotomnym zgonem Ubira, który – mimo stosunkowo młodego wieku – był bezpłodny niczym wypalona gwiazda.

Ostatni z nuf Demów spojrzał na serdeczny palec swojej prawej ręki, opleciony misternie rzeźbioną spiralą rodowego pierścienia. Bezcenny drobiazg, który zniknie z tego świata, jeśli nie zdarzy się cud… Nie ma cudów, nie ma żadnej nadziei. Bolesny skurcz zdławił piersi. Ha, trudno! Będzie, co być musi. Cienie dumnych przodków spoliczkują Ubira bezlitosnym wzrokiem, gdy wkroczy do ich królestwa niosąc na palcu dowód własnej niemocy. I cóż im wtedy odpowie?

– O Gwiazdo Promienna, dlaczego obarczyłaś mnie takim brzemieniem?!

Ponure myśli opanowały obel-borta. Dla poprawienia nastroju włączył muzykę i zasłuchany w wibrujące kaskady dźwięków ruszył w stronę jadalni.

– Chodź, Chief. Pora na śniadanie.

Skrzydłak wzbił się w powietrze i przelatując tuż nad głową Ubira, wpadł do sąsiedniego pomieszczenia. Oczekujący tam służbot, na widok wchodzącego obel-borta odsunął wysokie, ozdobne krzesło stojące u szczytu długiego stołu, wspartego na dwóch przezroczystych kolumnach. Na ścianie, tuż nad miejscem przeznaczonym dla głowy rodu, wisiało godło nuf Demów: symbol nieskończoności otoczony kręgiem, z którego rozbiegały się promieniście tęczowe smugi.

Chief wydał nagle krótki, chrapliwy okrzyk i lądując na stole zaczął nerwowo spacerować po matowym blacie. Ubir spojrzał uważnie na swojego pupila, który machał gwałtownie błoniastymi skrzydłami, ponawiając gniewne sygnały.

– Cóż tak cię niepokoi, Chief? – spytał obel-bort siadając przy stole. – Czy coś się wydarzyło?

Skrzydłak stanął tuż przed nim, przestępując szybko z nogi na nogę. W tej samej chwili mały aparat znajdujący się na przegubie lewej ręki Ubira zaczął migotać pomarańczowym światłem.

– Miałeś rację, Chief. Ktoś nam przeszkadza podczas śniadania. Musiało się wydarzyć coś naprawdę poważnego – obel-bort dotknął błyskającego punktu. – Fatalnie się zaczyna ten nowy dzień – pomyślał. – Na pewno jakieś kłopoty. I jak zwykle zwalą to wszystko na moją głowę.

W milczeniu obserwował wyrastającą z podłogi kolumnę światła, postanawiając w duchu, że pozbędzie się intruza jak najszybciej. Gdy jednak postać rozmówcy przybrała dostrzegalny kształt, przełknął tylko ślinę i nieznacznie skłonił głowę.

– Chwała Słońcu, obel-borcie – usłyszał znajomy, dźwięczny głos.

– I Dzieciom Jego – odpowiedział odruchowo.

Spoglądała na niego z wysoka badawczym, zielonozłym wzrokiem, poprawiając dłonią niesforne, krótko przycięte blond włosy. Kombinezon delikatnie zaznaczał jej kobiece kształty, od których uroku obel-bort, mimo olbrzymich wysiłków, uwolnić się nie potrafił.

– Mam do ciebie małą prośbę – powiedziała po krótkiej chwili milczenia. – Myślę, że mi nie odmówisz.

– Dobrze myśli – skonstatował Ubir nuf Dem w duchu, ubolewając jednocześnie nad swoją słabością. W obliczu tej kobiety czuł się zawsze małym, naiwnym chłopcem, który dla otrzymania ulubionych łakoci gotów jest pokonać najbardziej nawet karkołomne przeszkody.

– Dlaczego się nie odzywasz? Czyżbyś nie chciał już ze mną rozmawiać?

– Nie, skądże – zaprzeczył szybko. O wiele za szybko. Gardził sobą i tym służalczym tonem, z jakim odpowiadał na jej pytania. – Zastanawiałem się tylko…

– Nad czym? – zabrzmiało to jakby mówiła: „Czy ty w ogóle potrafisz się zastanawiać?”.

– Nie przypuszczałem, że zobaczę cię tak szybko…

– Mniejsza o to – nie pozwoliła mu dokończyć, za co był jej nawet wdzięczny. – Kreator Fuertad zjawi się zaraz u ciebie. Osobiście. Ma zamiar złożyć oficjalną skargę na nadzorcę poziomu adaptacyjnego, czyli na mnie.

– Kreator Fuertad! – wykrzyknął Ubir nuf Dem. A czegóż ten bałwan chce od ciebie? – przechadzał się wzdłuż stołu, by uniknąć badawczego wzroku kobiety. – To dobrze, że Fuertad ma dosyć jej wyskoków – myślał. – Stary dziwak, ale tylko on jeden może pomóc mi uwolnić się od niej. Każdego innego omotałaby swoimi sztuczkami. Każdego, z wyjątkiem tej karłowatej zasuszonej mumii. Chwała ci kreatorze!

Zatrzymał się tuż przed przestrzenną projekcją kobiecej postaci.

– Możesz być spokojna, Liz – powiedział patrząc jej prosto w oczy. – Fuertad nic nie zwojuje.

– Przecież nawet nie wiesz, o co mu chodzi – parsknęła gniewnie.

– Stary głupiec – Ubir nuf Dem wzruszył lekceważąco ramionami. – Na pewno czepia się, jak to zwykle on. Nic nowego.

– Oskarży mnie o działanie na szkodę Związku Solarnego – powiedziała spokojnie Lizey. – Jego zdaniem ponoszę odpowiedzialność za śmierć jednego z umrzyków. Musiałam zdekompletować ostatni transport i Fuertad zaczął się pieklić. Dobrze wiesz, jakie on ma wpływy w Radzie.

– Ród nuf Demów zasiadał w Radzie od początku jej istnienia – stwierdził obel-bort z dumą. – A na Gelwonie ja jestem komendantem, a nie Fuertad. Nie powinnaś o tym zapominać.

– Będę pamiętać, obiecuję – skłoniła głowę, a Ubirowi zdawało się, że dostrzega na jej twarzy ironiczny uśmieszek.

4.

Natarczywe światło przebiło się przez powieki i zaatakowało siatkówkę, powodując nieznośny ból. Tom szarpnął głowę w bok i zaraz tego pożałował. Wnętrze czaszki rozchybotało się gwałtownie, zupełnie jakby znudzone osiadłym trybem życia półkule stwierdziły, że pora opuścić dotychczasową siedzibę i poszukać sobie nowego miejsca. W uszach zagościł odgłos wściekłej nawałnicy, zsynchronizowany z falowaniem rozbełtanego mózgu. Tom jęknął i dźwięk ten przyłączył się do ryczącej burzy, zwielokrotniony bezlitosnym echem.

– Masz, wypij – czyjeś ramię objęło go wpół i podtrzymało w pozycji siedzącej. Krztusił się przełykając jakiś płyn o ohydnym smaku.

– Nic innego w tym barze nie serwują, ale pomaga, znam to z autopsji.

Tom wycharczał coś w rodzaju podziękowania i opadł bezwładnie na posłanie. Po kilku minutach stwierdził z zadowoleniem, że nieznośne kołysanie mija, a towarzyszący mu huk rozszalałego oceanu zamienia się w ledwie słyszalny szmer.

– Zupełnie jak klin – pomyślał i bardzo ostrożnie uchylił kurtynę powiek. Światło nie było już tak bolesne, a raczej źrenice zaczęły spełniać swoją funkcję. Pocieszające. Spróbował usiąść.

– Ostrożnie – niewyraźna postać zamajaczyła przed oczami Edginsa. – Nie wyglądasz jeszcze najlepiej – głos znajomy, ale twarz nie mogła wpasować się w żaden fragment postrzępionej przeszłości.

Otoczenie powoli nabierało konkretnych kształtów, rozmazane plamy sygnalizowały swoje, właściwe znaczenie. Niewielka, podłużna sala o półkolistym sklepieniu, obszerne podium spoczynkowe dla kilku osób i majaczący prostokąt wejścia.

– Umeblowanie więcej niż skromne – pomyślał Tom unosząc się na łokciach. Chciał powiedzieć coś na powitanie, ale słowa ugrzęzły w opuchniętej krtani. Z trudem przełknął gęstą ślinę. Trochę lepiej.

Tykowaty mężczyzna z nienaturalnie nabrzmiałą twarzą pomógł mu usiąść, drugi stał oparty o ścianę, przyglądając się temu z obojętną miną. Trzeci był mutantem. Leżał na wznak ze wzrokiem wbitym w sufit. Może spał, bo oczy miał do połowy przysłonięte błonami mrużnymi.

– Gdzie my jesteśmy? wychrypiał Tom, zwracając się do pochylonego nad nim mężczyzny.

– Gelwona – krótka odpowiedź eksplodowała z niezwykłą siłą.

Gelwona! Nazwa, którą usłyszał po raz pierwszy wychodząc z komory transferacyjnej, wydała mu się teraz dziwnie znajoma; jakby tkwiła ukryta gdzieś głęboko w zakamarkach podświadomości, czekając tylko odpowiedniej chwili. I to irracjonalne przeświadczenie, że dotarł do miejsca swego przeznaczenia. Bez sensu, zupełnie bez sensu.

– Co to jest, ta Gelwona?

Wypływający z uciążliwego milczenia chichot był jedyna odpowiedzią. Oparty o ścianę mężczyzna stanął nad Edginsem i wykrzywił twarz w sardonicznym uśmiechu.

– Rzecz w tym, że nikt nie wie – wycedził. – Poza nami. Ale my stąd nie wyjdziemy i dalej nikt nie będzie wiedział. Kapujesz?

– Daj spokój – tykowaty próbował rozładować atmosferę, jednak robił to bez przekonania.

– Pyta, więc odpowiadam – drugi mężczyzna wzruszył gniewnie ramionami. – A może ci się zdaje, że nie mam racji?

Tykowaty nie podjął zaczepki. Zwiesił tylko głowę, a z całej jego postaci biło poczucie klęski i łagodna rezygnacja.

– Niedobrze z nim – pomyślał Edgins. – Facet jest już psychicznym trupem. Oddycha tylko z przyzwyczajenia. – Rozejrzał się po sali. – Gdzie tu jest kibel? – spytał.

– Co? – tykowaty spojrzał na niego nieprzytomnie, a potem wyciągnął przed siebie ręce. Rozcapierzone palce dygotały jak w febrze.

– Dlaczego to wszystko tak się trzęsie?! – krzyknął nagle. – Wyłączcie silniki! Wyłączcie! – przycisnął pięści do skroni i drżał cały, kuląc się pod ścianą.

Tom w pierwszym odruchu chciał przyskoczyć do niego – nie wiadomo właściwie po co, bo i tak nie wiedział jak pomóc – ale gdy spróbował wstać, zakręciło mu się w głowie i klapnął z powrotem na posłanie.

– Czego tak stoisz, bydlaku! – krzyknął do nieruchomej sylwetki drugiego mężczyzny. – Zrób coś!

– Na imię mam Jab – powiedział tamten spokojnym tonem. – Jab Rostman. A wychodek jest tam – wskazał ręką wnękę, która była za plecami Edginsa.

Tykowaty wciąż jęczał – teraz już ciszej, jak skrzywdzony szczeniak. Tom zaklął i pokonując bezwład mięśni dotarł do skulonej postaci. Kiedy układał wstrząsane rytmicznymi drgawkami ciało na własnym posłaniu i okrywał je szorstkim kocem, Jab nawet nie drgnął.

– Wszystko wpadnie w rezonans – mamrotał tykowaty płaczliwie. – Cała sekcja się rozsypie. Wyłączcie, błagam… dlaczego nikt tego nie wyłączy? – wtulił twarz w koc i rozszlochał się na dobre.

– Ścierwa – wysyczał Tom. – Co oni z nim zrobili?

Dostrzegł pełną czarkę stojącą w pobliżu śpiącego mutanta. Wyciągnął rękę.

– Zostaw – wąskie wargi uchyliły się nieznacznie, ale była to jedyna zmiana, jaką zdołał zauważyć. Sięgnął jeszcze raz.

– Powiedziałem: zostaw – powtórzył mutant. Jego okrągłe, lekko wyłupiaste oczy ani na chwilę nie oderwały się od sufitu.

– Ty parszywy jajorodku! – wybuchnął Tom chwytając naczynie. – Powiedz coś jeszcze, a rozwalę ci pysk.

– Chyba nie masz zamiaru go otruć? – sączące się z ust mutanta słowa zabarwione były śliskim akcentem, potęgującym wrażenie inności.

– Otruć?

– Zmieniłem trochę budowę cząsteczek. Niewiele, ale organizm ssaka tego nie zniesie.

Edgins ostrożnie zamoczył język i rozpoznał ten sam obrzydliwy napój, jakim go uraczono w chwili przebudzenia. Jednocześnie poczuł, że ktoś wyrywa mu naczynie z rąk. Mutant stał przed nim kołysząc się na pałąkowatych nogach.

– Żeby nie było niejasności – jednym ruchem chlusnął zawartością na podłogę i oddał Edginsowi pustą czarkę. – Potem mógłbyś mieć do mnie pretensje – wrócił na swoje miejsce i ułożył się wygodnie.

– Gdyby ci doczepić ogon… – zaczął Tom, ale w tym samym momencie koniec języka zapiekł żywym ogniem. Pospiesznie splunął.

– Niepotrzebnie mnie obrażasz – mutant wyciągnął rękę wskazując leżący pomiędzy nimi koc. Edgins przez chwilę przyglądał się bezwłosemu ramieniu, którego błyszcząca, niemal przezroczysta skóra prześwitywała plątaniną żył, ścięgien i mięśni. Dopiero potem przeniósł wzrok na ciemne plamy w miejscach, gdzie upadły krople przeobrażonego płynu. Po plecach przewędrował mu zimny dreszcz.

Obserwujący to wszystko z bezpiecznej odległości Jab zbliżył się teraz i wyjąwszy z rąk Edginsa puste naczynie, wszedł do wnęki. Tykowaty, opatulony po same uszy, ciągle jeszcze drżał popłakując jak niemowlę. Jego nienaturalnie rozszerzone źrenice przypominały dwie czarne studnie, w których Tom bezskutecznie próbował doszukać się przebłysku świadomości. Tym skwapliwiej przyjął od Jaba napełnione naczynie i wspólnymi siłami wmusili kilka łyków w zaciśnięte kurczowo usta.

– Czy naprawdę nie ma tu nic innego? – spytał Edgins krzywiąc się na samo wspomnienie.

Jab pokręcił przecząco głową.

– Za każdym razem pytasz o to samo – powiedział z wyrzutem.

– Jak to „za każdym razem”? – Tom spojrzał na niego podejrzliwie.

– Normalnie. Budzisz się i nic nie pamiętasz. On zresztą też – Jab wskazał na tykowatego, który przestał jęczeć i spał spokojnie z zamkniętymi oczami.

– Wielkie Nieba – jęknął Edgins. – Jak to możliwe?

– Widocznie możliwe, skoro jest.

– A ty?

– Ja w ogóle nie sypiam – wzruszył ramionami Jab. – Chociaż tutaj chętnie bym zamknął oczy – dodał znalem. – Ale nie mogę, rozumiesz? Nie mogę. Taki już jestem… – zawiesił głos, jakby w obawie, że powiedział za dużo.

– Zaprogramowany – dokończył za niego Edgins.

– Zgenotypowany – poprawił go Jab. – Zresztą, nazwij to jak chcesz. W każdym razie jestem bardziej człowiekiem niż ten tam – obaj jednocześnie spojrzeli na leżącego w nie zmienionej pozycji mutanta.

– Rozumiem – uśmiechnął się Tom. – Solidarność ssaków, tak?

Jab nie dostrzegł ukrytej drwiny, a jeśli nawet, to nie dał po sobie poznać.

– On jest niebezpieczny – ciągnął głosem zniżonym do konspiracyjnego szeptu. – Te zdolności, które ujawnił, są już wystarczającym dowodem. A my nawet nie wiemy, co on jeszcze potrafi.

Edgins kiwał głową myśląc zupełnie o czymś innym.

– Ciekawe, dlaczego trzymają nas razem – zastanawiał się – zamiast, tak jak na początku, wpakować każdego do osobnej celi. Chyba nie ze względu na brak miejsca, bo w takim pomieszczeniu bez trudu zmieściłoby się jeszcze kilka osób.

Przypomniał sobie poziom adaptacyjny i długi szereg szaro odzianych postaci. Skoro oni czterej żyją, to w takim razie pozostali też chyba mają się nie najgorzej.

– To wszystko jest dokładnie zaplanowane i zorganizowane – myślał Tom – a zatem musi prowadzić do jakiegoś celu. Inaczej nikt by się nie bawił w taką ciuciubabkę. Transforacja każdego kilograma masy kosztuje setki tysięcy ergów. Nie trwoni się takiej ilości energii bez powodu, jesteśmy więc komuś do czegoś potrzebni. To pocieszające. Żeby tak jeszcze wiedzieć komu i do czego? – powiódł spojrzeniem po gładkich ścianach pomieszczenia, a potem skierował wzrok ku górze.

– Komu i do czego? – powtórzył półgłosem natrętne pytanie.

5.

– Transforacja każdego kilograma masy kosztuje setki tysięcy ergów – mówił skrzekliwie kreator Fuertad. – Nie jesteśmy instytucja charytatywną i pan, obel-borcie, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Ci skazańcy są nam zbyt potrzebni, abyśmy mogli tolerować nieodpowiedzialne wybryki prowadzące do marnowania cennego materiału. Sporządziłem już na ten temat odpowiedni raport i chciałbym, żeby pan zapoznał się z jego treścią.

– Kiedy? – spytał Ubir nuf Dem nie przestając obserwować wnętrza celi, w której przebywał Edgins z trójką współwięźniów. Kopuła inwigilacyjna przepuszczała obraz tylko w jednym kierunku, jednak obel-bort odniósł dziwne wrażenie, że spoglądający w górę człowiek obserwuje go. Na wszelki wypadek wycofał się za barierkę.

– Pan mnie w ogóle nie słucha! – w głosie kreatora zabrzmiała nuta z trudem hamowanej irytacji.

– Och, najmocniej przepraszam – Ubir nuf Dem odwrócił się w stronę zasuszonego starca, który siedział w opływowym fotelu. – Ostatnio bywam roztargniony – dorzucił wyjaśniającym tonem. – A co się tyczy pańskiego raportu, mogę go przejrzeć w każdej chwili. Choćby zaraz.

– Jest tutaj – kreator wyciągnął rękę. Na dziecięco małej dłoni leżał błyszczący krążek mnemogramu. Ubir nuf Dem ujął go ostrożnie w dwa palce, uważając przy tym, by nie dotknąć pomarszczonej skóry. Kreator Fuertad wyglądał tak, jakby miał się rozsypać przy lada podmuchu.

– Dobrze, że tu nie ma przeciągów, prawda Chief? – powiedział obel-bort patrząc na swego ulubieńca. Skrzydłak przekrzywił głowę i przestąpił kilkakrotnie z nogi na nogę, a w powietrzu rozległ się przenikliwy syk.

– Kiedy uzyskam pańską opinię? – przypomniał o swoim istnieniu kreator.

– Sądzę, że można z tym poczekać do jutra – mruknął Ubir nuf Dem. – Niech on się wreszcie odczepi – pomyślał przesyłając w stronę zasuszonej mumii uprzejmy grymas. – Jego głos rozstraja mój system nerwowy, niszcząc efekt porannej kontemplacji. Czuję się coraz gorzej. – Wrzucił krążek mnemogramu do kieszeni i nie zwracając uwagi na kreatora głaskał błyszczącą sierść skrzydłaka.

W drugim końcu obszernej hali grupa ludzi w ciemnowiśniowych strojach krzątała się wokół kanciastej sylwetki wahadłowca. Na kadłubie statku i znikających w ładowni kontenerach widać było okrągłe znaki Związku Solarnego. Stłumiony odległością szum pracujących maszyn działał usypiająco i Ubir nuf Dem z trudem powstrzymał ziewanie.

– Jak tam, moje robaczki? – mruknął zaglądając ponownie do wnętrza celi. – Mam nadzieję, że się wam tutaj podobało. Nie macie zresztą dużego wyboru…

Siedzący na barierce skrzydłak balansował w przód i w tył, a jego przenikliwy wzrok spoczywał na czwórce więźniów. Dłoń obel-borta zbliżyła się do głowy ulubieńca, lecz zatrzymana gniewnym piskiem zawisła w powietrzu.

– Cóż to za humory, Chief? – obruszył się Ubir nuf Dem.

Skrzydłak podskoczył i zatoczywszy krąg nad kopułą inwigilacyjną wylądował mu na ramieniu. Ciągle piszczał.

– Wiem, wiem – obel-bort uśmiechnął się ze zrozumieniem. – Ten stary dureń może każdego wyprowadzić z równowagi. Na szczęście już go nie ma – fotel kreatora znikał właśnie w drzwiach pobliskiej windy – więc nie będziemy sobie zaprzątać nim głowy, prawda?

Ubir nuf Dem ruszył powoli wzdłuż barierki, za którą widać było długi szereg kopuł inwigilacyjnych. Niektóre pulsowały seledynowym blaskiem, ale większość z nich smuciła oczy obel-borta widokiem wygaszonych promienników. Gelwona przeżywała wyraźny kryzys, co stało w jawnej sprzeczności z projektem rozbudowy, jaki kreator Fuertad przedstawił na ostatnim posiedzeniu Rady. Coś trzeba będzie z tym fantem zrobić, ale co, tego Ubir nuf Dem nie wiedział i prawdę mówiąc niewiele go to interesowało.

Kolumna ciemnowiśniowych postaci, prowadzona przez młodszego borta, przemaszerowała w pobliżu, honorując komendanta regulaminowym pozdrowieniem.

– Widocznie jacyś nowi – pomyślał Ubir nuf Dem. – Świeży zapas armatniego mięsa. Poruszają się tak dziarsko, bo nie wiedzą jeszcze, w jakie piekło wpadli. Ciekawe, ilu z nich zostanie przy zdrowych zmysłach?

Doszedł do zastrzeżonego pionu komunikacyjnego i wymówiwszy aktualne hasło, czekał, obserwując pracujących przy wahadłowcu ludzi. Poruszali się ospale, a dowodzący grupą oficer w ogóle nie interweniował, zajęty puszczaniem kółek papierosowego dymu. W pewnej chwili taśmociąg stanął – jeden z kontenerów tkwił zaklinowany w wąskiej prowadnicy. Ludzie klnąc szarpali dźwignie bloku dyspozycyjnego; pomarańczowe światła rytmiczną pulsacją sygnalizowały defekt urządzenia. Sapnęły drzwi windy i Ubir nuf Dem, odgrodziwszy się plecami od panującego w hali rozgardiaszu, wszedł do środka.

– Chyba już czas na południowy posiłek – mruczał pod nosem. – Powinienem coś zjeść, czuję to. Racjonalne odżywianie jest podstawą dobrego samopoczucia.

Wyjął z kieszeni błyszczący krążek mnemogramu i obrócił go w palcach, uśmiechając się do własnych myśli. Kreator Fuertad postawił go w sytuacji bez wyjścia. To dobrze, bardzo dobrze. Obel-bort Ubir nuf Dem musi teraz postępować zgodnie z procedurą. Wszystko obwarowane sztywnymi przepisami – żadnych wątpliwości, wahań, uników. Po prostu idealne rozwiązanie!

Winda zastopowała z głuchym sieknięciem, a przez otwarte drzwi wsączył się ciepły, liliowo-złoty blask poziomu oficerskiego. Rozgałęziony korytarz wabił okruchami szalonych wspomnień.

– Dlaczego tu przyjechałem? – zastanawiał się Ubir nuf Dem. – Przecież wcale nie mam zamiaru do niej iść. W każdym razie nie teraz.

Gdzieś w gardle poczuł drapanie. Pamięć przywoływała obraz namiętnej kochanki, budząc rozpaczliwe kołatanie serca. Bezwolny, okrutnie bezwolny – nawet teraz miał ochotę rozdeptać krążek mnemogramu, zamieniając obarczone pamięcią kryształki w biały miał, który jutro usuną automaty oczyszczające. Mimo tylu doznanych upokorzeń wciąż jeszcze karmił się nadzieją, jak ostatni głupiec. Czy naprawdę nie znajdzie w sobie dość siły?

– Poczciwy, stary Fuertad – uśmiech zagościł na obliczu Obel-borta. – Chyba ofiaruję mu jeden z tetryjskich posążków.

Podświadomość bez kontroli umysłu prowadziła go labiryntem korytarzy, odtwarzając po raz nie wiadomo który tę samą drogę. Zatrzymał się dopiero pod drzwiami znajomego segmentu mieszkalnego. Wyciągnął rękę w kierunku awizora.

– Niezmiernie mi przykro, Liz, ale sprawa wyszła poza moje kompetencje. – Usprawiedliwiające zdania nasuwały się z natrętną gorliwością. – Zbyt późno mnie o wszystkim poinformowałaś. – Będzie udawał współczucie, może nawet zdecyduje się na czułe przygarnięcie jej do siebie. – Daj spokój – powie. Ostatecznie wrócisz na Ziemię bogata jak mało kto, a przecież zawsze o tym marzyłaś…

Wyciągnięta ręka zwisła bezwładnie wzdłuż ciała.

– Nie mogę tam wejść – stwierdził ze smutkiem. – Ona od razu przejrzy całą grę. W ogóle nie będzie chciała ze mną rozmawiać.

Zawrócił i z nisko zwieszoną głową powlókł się pod prąd własnej namiętności. Jakaś część jego umysłu aprobowała takie postępowanie, ale… Właśnie! Jedno małe, śmieszne „ale”!

Skąd te wątpliwości? Dlaczego się waha? Dlaczego nie stać go na podjęcie ostatecznej decyzji? Czekać, zostawiając bieg sprawy obowiązującym paragrafom, to pozbyć się raz na zawsze wszystkich kłopotów związanych z osobą Lizey Myrmall. Ale czy naprawdę tego chce? Czy jej nieobecność nie stanie się męczarnią, kłamstwem rzuconym sobie samemu w twarz? Być szczęśliwym śmieciem znaczy nieraz więcej niż ofiarować mogą zmaterializowane czarodziejskim gestem obietnice wymyślonych bogów.

– Przecież to wszystko da się jeszcze odwrócić – Ubir nuf Dem przystanął i myślał gorączkowo. – Gdybym wprowadził Procedurę Obszaru Zamkniętego… Znajdę jakieś wytłumaczenie, w ostateczności zaaranżuję sytuację o wymaganym stopniu zagrożenia. Żaden problem, wystarczy dobrze to rozegrać… – z każdą chwilą czuł się coraz bardziej przekonany, że należy postąpić w ten, a nie inny sposób. – Lizey będzie mogła zostać na Gelwonie. Dzięki mnie. Wiem, jak jej na tym zależy. Musi tylko obiecać…

Znowu stał przed jej segmentem mieszkalnym i wpatrywał się w szczelinę między framugą a skrzydłem drzwi. Wyszła? Ale dokąd? Musiałby chyba słyszeć…

– A może… – piekące żądło zazdrości zraniło duszę obel-borta. – Może ktoś tam jest?!!

Twarz potomka rodu nuf Demów zamieniła się w posagowa maskę. Krok do tyłu, potem drugi. Krążek mnemogramu przyjemnie zaciążył na dłoni, kojąc rozjątrzoną ranę pewnością nadciągającej zemsty

6.

Opuściwszy wnętrze kabiny regeneracyjnej, Lizey przeszła do głównego pomieszczenia swojego segmentu, zanurzając stopy w puszystym podłożu. Niechętnym spojrzeniem obrzuciła skłębione posłanie widoczne w głębi przytulnej nawy spoczynkowej. To nie był najlepszy pomysł. Nie odczuwała żadnej satysfakcji, a wspomnienie zachłannych pocałunków drażniło tylko wypielęgnowaną dumę.

– Jeszcze jeden wyskok pomyślała z niesmakiem. – Jeszcze jeden dzielny, zaśliniony samiec. Ależ oni są śmieszni! Wystarczy trochę zakręcić tyłkiem, zrobić zachęcającą minkę i całe stado waruje pod drzwiami, czekając na swoją kolejkę. Zawsze gotowi, zawsze chętni do zabawy rozklejającej monotonię lepkiego czasu. Podniecają się tak szybko, by równie szybko zgubić zapał i zainteresowanie. A potem te upokarzające spojrzenia i wyszczerzone w lubieżnym uśmiechu zęby. Żebyś ty jeden z drugim wiedział, jak beznadziejnie to robicie. Władcy świata, twórcy cywilizacji, prokreatorzy nowych istnień, skazanych na powtarzanie tych samych błędów.

Zarzuciła na ramiona przejrzystą tunikę i usiadła przed opływowym pulpitem harmotronu. Fragment konsoli odpłynął w bok, odsłaniając skomplikowaną klawiaturę instrumentu. Delikatne, niemal pieszczotliwe muśnięcie kobiecej dłoni ożywiło szare ekrany plątaniną różnokolorowych linii.

– Za każdym razem to samo – wyszeptała Liz. – Jestem na siebie wściekła, a potem wszystko się powtarza. – Palce uderzyły w klawisze wywołując niski, basowy ton. Przechyliwszy na bok głowę słuchała przez chwilę w skupieniu, rozjaśniając nieco barwę podkładu. – Tak będzie lepiej – mruknęła.

Odchylona do tyłu prowadziła prawą ręką nostalgiczną improwizację. Drżąca ledwie słyszalną wibracją melodia wędrowała niespiesznie po skali, skojarzona z barwną projekcją optycznego przetwornika. Część pomieszczenia zalała błękitna poświata, pocięta misterną pajęczyną pomarańczowych mgnień.

Liz przelewała w tworzoną na poczekaniu muzykę całą swoją gorycz i żal. Lekkimi dotknięciami palców kreowała uczucie rozmarzonego szczęścia towarzyszące pierwszej i jedynej miłości. Mężczyzna, którego imię wykreślone zostało raz na zawsze z pamięci kobiety, wprowadził ją w świat niebotycznych uniesień i porzucił – dysonansowy akord zgrzytliwym cięciem zburzył istniejący nastrój. Melodia rwała się w spazmach nie spełnionego finału i w końcu zginęła, zduszona coraz szybszymi skokami łkających tonów. Zmiana barwy – teraz już zupełnie inne brzmienia, inne motywy. Żaden z tematów nie trwał jednak dłużej niż kilka taktów, tak że nie można było ich w żaden sposób zapamiętać, rozdzielić. Zlały się w jeden chaotyczny ciąg, dając obraz życia kobiety – życia przepojonego wstrętem i rozpaczliwym pożądaniem.

– Nienawidzę ich, nienawidzę… – czoło Lizey przecięła pionowa bruzda, przygryzione wargi zastygły w drapieżnym ugięciu. Zerwała się sprzed harmotronu i pobiegła prosto w migotliwą kurtynę świateł. Chwytając rękami powietrze próbowała złapać drgające w fantomatycznym pląsie barwy, objąć je, przytulić. Wymykały się chciwym dotyku dłoniom, palcom rozwartym w łaknącym geście, wibrując w takt podtrzymywanego przez instrument rytmu.

– Nie potrzebuję was! – krzyknęła zatrzymując się gwałtownie. – Potrafię sama! Sama… – sztywno wyprostowana wyszła z wielobarwnego kręgu i skręciła w stronę nawy spoczynkowej. Obok posłania stała niewysoka szafka, na której pyszniła się kwiecistym ornamentem misternie wykonana szkatułka. Odskoczyło kościane wieko odsłaniając kilkanaście białych krążków rozsypanych na aksamitnym dnie.

– Sama – powtórzyła z głuchą determinacją Liz.

Przez chwilę walczyła jeszcze ze zniewalającą siłą, chwytając powietrze płytkimi oddechami. Wreszcie wyciągnięta ręka zanurzyła się we wnętrzu szkatułki i gorzkawy smak kryształowych drobin wykrzywił twarz kobiety. Czym prędzej popiła białe okruchy aromatycznym nektarem i siedząc, na brzegu posłania czekała ze wzrokiem wbitym w podłogę.

– Już – szepnęła, czując jak koniuszki palców zaczynają sygnalizować swoją obecność wrażeniem dziwnego ssania. – Zaraz będzie dobrze… – głowa chwiała się coraz bardziej, ociężałe myśli pulsowały pod czaszką w rytm przyspieszonych uderzeń tętna. Po krótkiej chwili wszystko wróciło do normy, a umysł pogrążył się w nastroju radosnej beztroski. Wyrzuciwszy ramiona w górę, tanecznym krokiem wybiegła z nawy spoczynkowej, napełniając otoczenie perlistym śmiechem.

Harmotron ciągle jeszcze powtarzał ostatnie takty przerwanej impresji, podtrzymując migotliwe falowanie barwnego korowodu. Liz zasiadła ponownie przed instrumentem i szybkimi ruchami dziwnie lekkich dłoni wyprowadziła zapętlony motyw z martwego kręgu. Rozsadzało ją uczucie szalonej lekkości; była silna – tak silna, że mogłaby powstrzymać wirowanie gwiazd. I chociaż pamiętała gorzki smak kryształowych okruchów, wydawało jej się to zupełnie naturalne – jak lekarstwo zażywane podczas choroby.

Projekcja ożywionych przez muzykę świateł przyciągała wzrok, mamiąc wyobraźnię całą gamą barwnych skojarzeń. Liz opuściła powieki, pragnąc skoncentrować się wyłącznie na dźwięku. Nie mogła. Jakieś wspomnienie uporczywie kołatało do bram świadomości – wspomnienie człowieka zamkniętego w przezroczystym cylindrze. Widziała jego poruszające się usta, pięści uniesione w geście bezsilnej wściekłości i wypełnione śmiertelnym przerażeniem oczy.

– Nie rozumiem – potrząsnęła głową jakby w ten sposób chciała odpędzić natrętny obraz. Znikł, lecz na jego miejscu pojawił się drugi – zmięty strzęp człowieka rozciągniętego na twardej, pokrytej cienkim materacem półce. Szarpie go za ramię, a on patrzy na nią tak jakoś dziwnie, jakby…

– To z tej ostatniej grupy – przypomniała sobie. – Więzień numer coś tam dwanaście – grymas gniewu zeszpecił twarz Lizey. – Dlaczego właśnie on? Przecież nawet nie wiem, jak się nazywa!

Poczuła na sobie ciężar czyjegoś wzroku i czym prędzej poderwała powieki. Skrzydlaty maszkaron spacerował po konsoli harmotronu, przypatrując się spłoszonej kobiecie paciorkowatymi ślepiami. Omal nie krzyknęła.

– Graj dalej – poznała ten głos, spodziewała się go zresztą, rozpoznawszy w obrzydliwym ptaszydle maskotkę Ubir nuf Dema. Celowo nie odwracała głowy czekając, aż obel-bort zasygnalizuje swoją obecność.

– Dlaczego nie grasz? – położył ręce na jej ramionach. – Lubię słuchać twojej muzyki. Jest piękna.

– Kto ci pozwolił tu wejść? – spytała ostro, strącając jego dłonie.

– Drzwi były uchylone, więc myślałem…

– Myślałeś! – zaniosła się szyderczym śmiechem. – Naprawdę to robiłeś? Nie wierzę ci.

– Liz… – zaczął błagalnym tonem.

– Czego chcesz?

– Kreator Fuertad przekazał mi swój raport. Moglibyśmy przesłuchać i wspólnie zastanowić się…

Spojrzała na niego z udawanym zdziwieniem, potem wstała i wzruszając ramionami odparła:

– Przecież obiecałeś, że sam wszystko załatwisz.

– Obiecałem, ale…

– Wije się jak przydeptany robak – myślała Lizey, obserwując śmieszną postać obel-borta. Teleskopowe oczy uciekały na boki, a nagą czaszkę pokryły krople potu. – Denerwuje się – stwierdziła ze złośliwą satysfakcją. Świadoma kuszącego powabu ciała, okrytego jedynie przejrzystą tuniką, prowokowała przestępującego z nogi na nogę mężczyznę, wiedząc, że i tak nie pozwoli mu się dotknąć, jeśli nie będzie miała na to ochoty.

Ubir nuf Dem postąpił krok do przodu. Uciekła w kierunku nawy spoczynkowej, zręcznie umykając z zasięgu jego wyciągniętych rąk.

– No, chodź do mnie, chodź… – wabiła uwodzicielskim szeptem.

Wirowała w rytm nie milknącej muzyki, to zbliżając się, to znów odskakując. Bawiło ją jego zmieszanie i pożądliwy wyraz twarzy. Może jednak spróbować?

– Szkoda, że on nie ma normalnych oczu – stwierdziła z nagłym żalem. – Ale i tak wiem, o czym myśli. Przynajmniej teraz.

Gorzki oddech obel-borta owionął jej policzki. Szybkim ruchem rozpięła mu koszulę, odsłaniając bladą pierś porośniętą rzadkimi kępkami rudych włosów.

– Kiedyś musiał być z niego niezły samiec – uśmiechnęła się rozbawiona. – Teraz zostało tylko stanowisko służbowe. Chodź komendancie – pociągnęła go na skłębione posłanie i zdziwiona nienaturalnym oporem zastygła w bezruchu.

– Hej, co z tobą? – spojrzała za jego wzrokiem. Patrzył na ozdobną szkatułkę, której kościane wieko wciąż jeszcze było podniesione.

– Daj spokój, Ubir. O co ci chodzi? – spróbowała go przyciągnąć, ale stał sztywno jakby kij połknął. – Coś nie w porządku?

– Znowu brałaś to świństwo – powiedział z odrazą.

– Brałam. I co z tego? – poczuła się urażona jego biernością. – Sam mi przynosiłeś, ile razy chciałam.

– Mówiłaś, że przestaniesz. Dałaś słowo!

– Odwal się – spojrzała na niego z góry. Chwilowy gniew tłumił rozsądek, sugerujący utrzymanie obel-borta w roli sprzymierzeńca. – Nie tylko ty masz dostęp do medbloku. Poproszę kogoś innego – specjalnie zaakcentowała ostatnie słowa. – Nie jesteś jedyny – dodała.

– Dziwka. Zwyczajna, podła dziwka – wyjąkał zdławionym głosem Ubir nuf Dem.

Uderzyła go w twarz. Na odlew. Z milczącą pogardą. Nawet się nie skrzywił, mimo że na policzku wykwitła mu czerwona plama. Przyjmował kolejne ciosy z pokorną obojętnością, tak jakby w ten właśnie sposób pragnął zburzyć fundamenty, na których budował swoje marzenia.

7.

– Następny!

Edgins z ociąganiem wstąpił na ciemny kwadrat, rzucając niepewne spojrzenie w stronę osamotnionej sylwetki mutanta. Prostokąt wejścia odsłonił pogrążone w półmroku wnętrze. Tom przekroczył niewysoki próg, a ściana za jego plecami zabliźniła się momentalnie.

– Podejdź do pulpitu.

Wykonał polecenie stając przed masywnym wybrzuszeniem, przeciwległej ściany. Na wprost twarzy zauważył oko kamery. Miał ochotę pokazać język.

– Połóż ręce na wskazanych miejscach.

Ze ściany wysunęła się wąska półka rozświetlana zarysem dłoni. Elastyczna powierzchnia przylgnęła dokładnie do ciała. Tom czekał cierpliwie, czując całe stada delikatnych igiełek badających każdy fragment skóry.

– Ciekawe, co to za zabawka – zastanawiał się. – Nie znam tego typu urządzeń, nigdy nic podobnego nie widziałem.

Środek lewej dłoni załaskotał go i nagły, piekący ból sprawił, że oderwał ręce, odskakując gwałtownie do tyłu.

– Kanalie – syknął przez zaciśnięte zęby.

Kierowany beznamiętnym głosem poszedł w prawo, gdzie czekała otwarta klatka windy. Kilkanaście sekund jazdy w górę i Jab powitał go zrezygnowanym uśmiechem. Tykowaty tylko na chwilę podniósł smętny wzrok – dalej oglądał swoją lewą rękę z wyrazem niedowierzania na twarzy.

– I po co to wszystko, po co? – mamrotał w kółko.

– Spokojnie, Klaud – Edgins położył mu dłoń na ramieniu. – Jeszcze nie jest tak źle – czuł, że brzmi to głupio, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy.

– Chcę umrzeć – tykowaty podniósł proszące oczy. – Pomożesz mi, prawda? Obiecaj, że mi pomożesz.

– Chcesz żyć, Klaud. I właśnie dlatego tak się boisz. Musisz zastąpić strach nienawiścią. To pomaga.

Winda wyrzuciła ze swojego wnętrza poturbowanego mutanta. Gramolił się niezdarnie, tuląc do piersi lewą rękę.

– Jak myślisz, co to może być? – Jab stał koło Edginsa i oglądał obie dłonie pod światło. – Ból już przechodzi, a rana jest ledwie zauważalna.

– Nie mam pojęcia – mruknął Tom. – Chyba coś siedzi tam w środku. Może chcą nas w ten sposób oznaczyć? Jakiś nadajnik z indywidualnym kodem, czyja wiem zresztą… – wzruszył ramionami i rozejrzał się po pomieszczeniu. Metalowe pudło było tak niskie, że z łatwością sięgał ręką sufitu. – Klatka pośrednia – pomyślał. – Goła blacha bez żadnego osprzętu. – Nawet nie ma się gdzie odlać.

Usiadł pod ścianą między Klaudem a mutantem.

– To nie potrwa długo – powiedział.

Czekali w milczeniu – minutę – kwadrans – godzinę…

Nienaturalny spokój opanował umysł Edginsa. Narastało w nim od pewnego czasu wrażenie, że wszystko przebiega zgodnie z jakimś wcześniej ustalonym programem, w którym wyznaczono mu konkretną rolę. To, co się wokół niego teraz działo, było jedynie uwerturą poprzedzającą wykonanie właściwego utworu.

– Bzdury – potrząsnął głową z gwałtowną irytacją. – Jestem zwykłym skazańcem, takim samym jak wielu innych. Trafiłem tu, na mocy kretyńskich; paragrafów, za popełnienie czynu zagrożonego najwyższym wymiarem kary – pragnął zburzyć narastające przeświadczenie, że jego obecność w tym miejscu jest naturalną konsekwencją niezrozumiałej intrygi, która właśnie weszła w stadium realizacji. – Przecież nikt nie mógł przewidzieć, że ten bez spłonie. To był przypadek. Czysty przypadek – wspomnienie wydarzeń poprzedzających egzekucję stanęło jak żywe przed oczami. Dom, do którego wracał, żona… Gwałtowny skurcz serca. – Wielkie Nieba! Jak ona mogła mi coś takiego zrobić? Właśnie ona! Po tym wszystkim, co przeżyłem…

Niewola. Bezczasowa wegetacja na granicy obłędu. Przetrwał. Jakimś cudem przetrwał. Nie miał pojęcia, co się z nim wtedy działo. Pamiętał jedynie wysoki, zawodzący dźwięk wypełniający całą otaczającą go przestrzeń. A potem nie było już granicy pomiędzy tym co poza a tym co w środku i każdy nerw jego ciała drżał w jękliwym rezonansie, błagając oprawców o szybszy koniec. W krótkich przebłyskach świadomości trwał uczepiony cienkiej przędzy marzeń osnutej wokół kształtu parterowego modułowca. Wchodzi po trzech kamiennych stopniach i staje przed drzwiami, które otwiera mu ona… Długie, kasztanowe włosy opadające swobodnym welonem aż na plecy, łagodne spojrzenie miodowych oczu…

– Wyłazić pojedynczo! Wszyscy! – strażnik rozkraczył się na środku pomieszczenia, machając niedbale przenikaczem. Drugi czekał przy wejściu.

– Uwertury ciąg dalszy – pomyślał Edgins, gdy przezroczysta klatka mijała rozmazane w szalonym pędzie kondygnacje.

Eskortowani przez strażników wysiedli z windy i krótkim korytarzem przeszli do jasno oświetlonego hangaru, gdzie czekała otwarta kapsuła transportowa. Kilka ciemnowiśniowych postaci odstąpiło w bok, odsłaniając metalową drabinkę uczepioną wierzchniej platformy.

– Na górę! – mutant popychany przez rosłego dryblasa rozpoczął pospieszną wspinaczkę. Wyżej czekano już na niego. Po chwili tylko fragment głowy wystawał ponad krawędź włazu. Edgins przechwycił niepewne spojrzenie wyłupiastych oczu i postać skryła się we wnętrzu kapsuły.

– Drugi! – wycelowany palec wskazywał Klauda.

Szedł na drżących nogach, popatrując trwożliwie na boki. Chwyciwszy dolne szczeble drabinki, zaszlochał spazmatycznie i przylgnął całym ciałem do metalowych prętów.

– Nigdzie nie pójdę! – krzyczał rozdzierającym głosem. – Zabijcie mnie, bła… – potężne kopnięcie przerwało żałosny skowyt. Tykowaty osunął się na ziemię jak mokry łachman. Edgins drgnął.

– Spokojnie – Jab schwycił go za rękaw i osadził w miejscu. – I tak byś nie dał rady. Nawet gdybym spróbował ci pomóc.

Tom odwrócił ku niemu zmienioną twarz.

– Ale nie zrobiłbyś tego – stwierdził zjadliwie.

– Nie – zgodził się Jab z przepraszającym uśmiechem.

Rozdzielił ich wylot emitera. Edgins spojrzał w stronę kapsuły, gdzie właśnie podnoszono nieprzytomnego Klauda.

– Banda półgłówków!! – pieklił się oficer. – Obedrę was żywcem ze skóry!

– Nic mu nie będzie – próbował oponować strażnik.

– Jeden z twoich poprzedników też był taki dzielny. Gorzko tego pożałował.

– Ale przecież…

– Bez gadania – uciął oficer. – Nie mam zamiaru beknąć za waszą głupotę.

– Boją się, ścierwa – pomyślał Tom z satysfakcją. – Wyraźnie komuś na nas zależy.

Poczuł zdecydowane szturchnięcie w plecy i ruszył w stronę kapsuły. Wspinając się po drabince zbyt mocno chwycił szczebel – lewa ręka przypomniała o swoim istnieniu. Obejrzał wnętrze dłoni, ale nie było tam żadnego śladu.

– Nie marudź tyle – głowa strażnika wynurzyła się zza krawędzi wierzchniej platformy. Edgins zdusił w ustach przekleństwo i ze skrzywioną boleśnie twarzą przebył ostatni odcinek. Nie czekając na zapraszający gest wpuścił nogi w ciemny otwór włazu.

W środku było ciasno i cicho, panował półmrok. Okrągłe wnętrze prawie w całości wypełniały cztery olbrzymie fotele stojące wokół centralnie umieszczonej głowicy, na którą trafiły szukające oparcia stopy. Jedno miejsce zajmował mutant, pozostałe czekały jeszcze na swój ładunek.

– Siadaj – Edgins dopiero po chwili dostrzegł zarys sylwetki, która wydała ten dźwięk. – Tu nie ma rezerwacji – padło z drugiej strony. – Pozostawiamy ci wolny wybór.

– Serdeczne dzięki – skłonił się z przesadną galanterią.

Przyzwyczaił już wzrok do panującego wewnątrz półmroku i wyraźnie widział cztery uzbrojone sylwetki rozstawione za wysokimi oparciami.

– Wyposażenie próżniowe – stwierdził w duchu, oglądając z zainteresowaniem szczegóły konstrukcyjne foteli i blok głowicy sterującej. Urządzenia kontrolne były martwe i to go trochę zmartwiło. – Nawet nie będzie wiadomo, gdzie nas wywalą.

Usiadł naprzeciwko mutanta, wpasowując się wygodnie w łożysko spoczynkowe. Oparcie przywarło szczelnie do ciała. Poczuł, że na stopach i ramionach zaciskają się miękkie uchwyty.

Z góry zszedł Jab, a w minutę po nim Klaud, niezbyt pewnie korzystający z własnych nóg. Cztery uzbrojone cienie opuściły kapsułę, sprawdziwszy uprzednio, czy fotele nie zostawiają pasażerom zbyt dużego luzu. Rozległ się głuchy łoskot zatrzaskiwanego włazu i chrobot dokręcanych oporników odciął więźniów od reszty świata.

– Co teraz będzie? – głos Klauda był drżący i balansował na granicy histerii.

– Temu to się nigdy nie znudzi gadanie – Jab poparł swoją wypowiedź wiązką soczystych określeń.

– Cicho – syknął Edgins.

Przez moment dał się słyszeć przytłumiony zgrzyt, później poczuli lekkie targnięcie, które zapoczątkowało całą serię wstrząsów. Nie trwało to długo. Kapsuła znieruchomiała i tylko od czasu do czasu coś szurało o kadłub. Znowu czekali wytężając słuch, licząc uderzenia tętna.

Basowy grzmot wydał się Edginsowi w pierwszej chwili urojeniem, stworzonym przez zmysły dla ochrony przed ogłuszającą ciszą. Dopiero po kilku sekundach skojarzył ten dźwięk z zagrzebanym w pamięci rykiem przedmuchiwanych dysz próżniowego promu.

Chłodne dotknięcie spływającego na ogoloną głowę hełmu było ostatnim wrażeniem, jakie zarejestrowała jego świadomość. Jeszcze przez moment walczył z napierającą sennością, aż wreszcie poddał się i zapadł w głęboki, hipnotyczny trans.

8.

Przed oczami kreatora rozgrywała się milcząca pantomima procedury przedstartowej. Fuertad, z wyrazem niezadowolenia zastygłym na pomarszczonej twarzy, obserwował każde wskazanie aparatury i każdy gest obsługujących ją operatorów. Ich ruchy wydawały mu się nie dość precyzyjne, reakcje zbyt wolne, a decyzje pozostawiały wiele do życzenia. Najchętniej wygoniłby wszystkich z dyspozytorni i osobiście wyprawił w drogę olbrzymi prom, którego przestrzenny obraz wypełniał większość ekranów. Wpasowane w ażurową konstrukcję kolosa kapsuły zawierały najcenniejszą dla Gelwony rzecz: delikatne ciała ludzkich istot. Kolejny transport oficjalnych nieboszczyków. Skreśleni z listy żyjących, dopiero teraz staną się naprawdę pożyteczni – może nawet bardziej niż niejeden uczciwy obywatel Związku Solarnego.

Kreator Fuertad zawsze osobiście nadzorował przebieg całej operacji. Wychodził z założenia, że jedynym człowiekiem, na którym można w zupełności polegać, jest on sam. Powtarzające się ostatnio wypadki niesubordynacji i jawnego lekceważenia obowiązków utwierdzały go w tym przekonania. A w dodatku ten nieporadny Ubir nuf Dem, wpakowany decyzją Rady na stanowisko komendanta. Gelwona miała już nad sobą wielu idiotów, ale postępowanie obel-borta wyjątkowo działało kreatorowi na nerwy.

– Coś trzeba będzie zrobić z tą nadętą kukłą – myślał Fuertad. – Koniecznie. Inaczej to wszystko się rozleci. Lata pracy, dzieło mego życia… Nie pozwolę! – obciągnięta pergaminową skórą piąstka uderzyła w poręcz fotela.

Siedzący najbliżej kreatora programista zakończył właśnie wirtuozerski pasaż po klawiaturze bloku modelującego. Odetchnąwszy głęboko, wpatrzył się w elipsoidalny monitor, podający w momentalnej projekcji wyniki wykonanych operacji.

– Schemat trajektorii przygotowany do testowania – oznajmił.

– Znowu jesteście spóźnieni – zaskrzeczał Fuertad odsuwając gniewnym gestem zwoje cyfrowych meldunków.

– To nie nasza wina – nieśmiało zaoponował ktoś z boku.

– Milczeć! – sunący na grawitonowej poduszce fotel przemknął między głowicami koderów i kreator zatrzymał się przed tablicą kontrolną hipnotronu. – Co to ma znaczyć? Dlaczego nie rozpoczęto emisji?

– Kilka obiektów znajduje się jeszcze w fazie przejściowej – tłumaczył przestraszony operator. – O, tu i tu… – wskazywał tańczące cyfry w okienkach miernika.

– Zwiększyć stymulację z zastosowaniem bezpiecznika neurostatycznego – zadecydował Fuertad. – Nie potraficie przeprowadzić najprostszej operacji – dodał zirytowany.

Osobiście uruchomił program instruktażowy i skierował fotel na środek dyspozytorni.

– Śpijcie spokojnie – mruknął patrząc na oblepiające rdzeń próżniowego promu kapsuły. – Fuertad pamięta o wszystkim. Śpijcie. Musicie dobrze wypocząć i wiele się nauczyć.

Największy z ekranów testacyjnych zajaśniał właśnie zoptymalizowaną projekcją przestrzeni, uzupełnioną aktualnym stanem zawirowań metryki. Rubinowy krąg symbolizujący satelitarną bazę Związku Solarnego nanizany był na wydłużoną elipsę orbity, w której ognisku pyszniła się różnymi odcieniami fioletu tarcza Gelwony.

– Prognozy negatywnego odchylenia trajektorii rzędu trzech setnych – padło od strony stanowiska nawigacyjnego. – Tolerancja około sześciu sekund bezwzględnych.

– Dokładniej – zażądał Fuertad.

– Sześć koma dwanaście, z inwariantną stopnia pierwszego.

Kreator z zadowoleniem pokiwał głową. Czułym spojrzeniem wypłowiałych oczu ogarnął obraz Gelwony otoczonej ledwie dostrzegalną mgiełką obłoków i pochylony nad dźwignią startera, z widocznym wysiłkiem ujął metalową rękojeść. Kościste palce zacisnęły się kurczowo, trzasnęły przełączniki i prom z majestatyczną powolnością opuścił wnętrze śluzy parkingowej, unosząc z sobą cenny ładunek.

Fuertad jeszcze przez chwilę obserwował pulsującą zmiennymi kolorami kreskę, która wystrzeliła z rubinowego kręgu bazy i łagodną parabolą zmierzała w kierunku planety. Potem zawrócił fotel i bez słowa wyjechał z dyspozytorni. Spieszył się.

– Muszę koniecznie porozmawiać z komendantem – przypomniał sobie raport, który przed kilkoma dniami przekazał obel-bortowi. – To doprawdy skandal, że każdą drobnostkę trzeba uzgadniać z takim dyletantem – parsknął pogardliwie. – On przecież o niczym nie ma pojęcia. Jeżeli jeszcze się nie zdecydował i będzie dalej zwlekać, wykorzystam kanał nadrzędny i nawiążę kontakt z Głównym Modyfikatorem.

Nie przerywając jazdy wystukał na klawiaturze podręcznego autofonu kod kierunkowy kwatery obel-borta. Nikt się nie zgłaszał.

– No proszę! – Fuertad ze wściekłością uderzał w poręcz pędzącego fotela. – Nie ma go! Nigdy go nie ma, jak jest potrzebny! Łazi gdzieś pewnie z tym swoim skrzydłakiem i poza własnym rodowodem nic go nie obchodzi!

Narzekając i pomstując dojechał wreszcie do medbloku. Na widok kreatora dwaj strażnicy z irytującą powolnością zajęli przepisowe miejsca, a gdy dźwiękochłonne drzwi zatamowały wreszcie potok słów wylewających się z ust zasuszonego starca, wrócili do przerwanej gry. Jej stawką były małe, bielusieńkie krążki, których gorzkawy smak znali obaj doskonale. Jedyna rzecz warta pełnego zaangażowania. Cała reszta to po prostu zbiór przypadkowych epizodów, tak jak i ten śmieszny człowieczek w swoim wariackim fotelu czy inni, równie nieszkodliwi ludkowie. Naprawdę nie ma sensu przejmować się takimi drobiazgami. Świat byłby o wiele piękniejszy, gdyby wszyscy to zrozumieli.

Dwie głowy pochyliły się nad wirującą tarczą i dwie pary oczu z zapartym tchem śledziły migające przebiegi losowych funkcji, których wynikowy kształt wskaże zwycięzcę.

9.

Brunatna maź oblepiała ręce, czepiała się nóg, była wszędzie. I ten pot zalewający oczy. Tom niemal po omacku grzebał w warstwie gęstego syropu na wpół zanurzonymi dłońmi, szukając wrzecionowatych zarodników wielkości paznokcia. Pękały przy nieuważnym dotknięciu, wypuszczając mały obłoczek rudawego pyłu, a pusta skorupka rozpuszczała się prawie natychmiast w kleistym błocie pokrywającym dno studni.

– Oszaleć można – pomyślał Edgins, gdy suchy trzask obwieścił utratę kolejnej zdobyczy. Spojrzał z nienawiścią na popielatą gładź pionowej ściany, potem w górę, na mały otwór, przez który wpadała smuga sinego światła. – Jeszcze trochę, a zacznę drapać ten cholerny kamień.

Studnia poszerzyła się minimalnie, by po chwili gwałtownym skurczem powrócić do pierwotnego stanu. Miękkie podłoże zafalowało leniwie i z gęstej berbeluchy, oblepiającej stopy Edginsa, wypłynęło kilka fioletowych bąbli. Pękały powoli, jakby z niechęcią, wydając przy tym odgłos przypominający przeciągłe mlaśnięcie. Jednocześnie brzegi otworu skoczyły ku sobie i zastygły w nowym położeniu, sprawiając, że wewnątrz zrobiło się trochę ciemniej. Studnia zarastała.

– Fatalnie – pokręcił głową Tom. – Coś mi kiepsko idzie – zawieszony u pasa pojemnik wypełniony był zaledwie w połowie. – A niech to wszystko… – chciał splunąć, ale przypomniał sobie o masce, która zasłaniała nos i usta. – Nawet nie można podłubać w zębach, kiedy człowiek ma na to ochotę.

Chwycił zwisającą z góry linę i zaczął wspinać się do wyjścia. Szło mu opornie. Przeszkadzał stelaż ze zbiornikiem powietrza, pojemnik, maska – nawet ciało było jakieś odrętwiałe, obce. Jak pożyczony strój.

– Ubranko na jedno życie – mruknął Tom. – Nawet się do niego przyzwyczaiłem, chociaż jest już trochę sfatygowane.

Z trudem przelazł przez wąski otwór i ostrożnie odpiął od pasa pojemnik z wygrzebanymi tego dnia zarodnikami.

– Mało. Beznadziejnie mało – pokręcił głową z niezadowoleniem. – Trzy studnie i tylko tyle. Wczoraj poszło mi o wiele lepiej.

Odczytał cyfry w okienku manometru. Zapas mieszanki tlenowej wahał się w granicach piętnastu minut. Zmarnował już dwie trzecie czasu przeznaczonego na wyzbieranie codziennej normy wrzecionowatych zarodników. A wszystko przez ten cholerny pośpiech. Człowiek chce jak najprędzej odwalić całą robotę i mieć chociaż z pół godziny spokoju. Ostatnio nie było nawet okazji, żeby się porządnie opłukać. Zresztą przydział wody jest czysto symboliczny. Trzeba będzie pogrzebać przy dystrybutorze…

– O czym ja myślę? – zreflektował się Edgins. – Kombinuję tak, jakbym miał szczery zamiar dożyć tu sędziwego wieku – powiódł przestraszonym wzrokiem po otoczeniu. – Wszystko, tylko nie to!

Łatwo chcieć – trudniej wykonać.

Ruszył powoli w stronę baraku. Nieregularny korytarz prowadził go zygzakowatym szlakiem w dół. Przyzwyczajony do sinej poświaty wzrok błądził po chropowatych ścianach i wyboistym podłożu, na którym kwitły strupy w kolorze bordo, sygnalizując obecność dojrzewających studni. Po natężeniu barwy można było poznać, jak wiele czasu minęło od ostatniego zbioru.

Kolejny zakręt wyprowadził Edginsa na dość stromy odcinek korytarza. Zszedł przytrzymując się lin zawieszonych wzdłuż bocznej ściany i stanął na dnie olbrzymiej pieczary, z której brały początek wszystkie chodniki. Ich poszarpane wyloty były wyraźnie widoczne jako sine bryzgi na jednolitym tle ciemnobrązowych skał. Sklepienie ginęło gdzieś w mroku, mimo dodatkowego źródła światła, jakim promieniowała kanciasta bryła baraku. Przezroczysta konstrukcja, zbudowana w kształcie niskiego graniastosłupa o sześciokątnej podstawie, przypominała na pierwszy rzut oka topornie oszlifowany diament. Widoczne jak na dłoni wnętrze było puste.

– Nie ma ich – pomyślał Tom. – Nikogo nie ma. Siedzą, każdy w innej studni, i zbierają te małe gówienka, jakby to właśnie one stanowiły najważniejszą rzecz w całym Wszechświecie. Prędzej czy później i tak nas szlag trafi, więc czy w ogóle jest sens się wysilać?

Wszedł do śluzy i czekał, aż spełniająca rolę tłoka ciecz wypełni pomieszczenie, wypychając na zewnątrz trującą atmosferę Gelwony. Stał z zaciśniętymi powiekami, czując przebiegające po skórze igiełki drobnych wyładowań w miarę jak selektywna błona powierzchniowa wędrowała najpierw w górę, a potem z powrotem w dół. Dopiero słysząc sygnał bezpieczeństwa otworzył oczy i zerwawszy maskę, odetchnął głęboko.

– A więc jestem w domu – powiedział głośno i bez przekonania. Brzmienie własnego głosu wydało mu się dziwnie obce.

Wzruszył ramionami i przeszedł do pomieszczenia głównego, w którym – oprócz czterech wojskowych prycz – centralne miejsce zajmowała masywna głowica dozownika.

– Pan i władca – pomyślał z nienawiścią o martwym urządzeniu.

Zrzucił na podłogę stelaż i zabrał się do wymontowywania pustego zbiornika. Oblepiająca palce brunatna maź utrudniała pracę, lecz w końcu zdołał wyrwać kanciastą butlę z plątaniny uchwytów. Zaniósł ją na blat dozownika i wkładając lewą rękę w szczelinę identyfikacyjną czekał, aż maszyna zechce z nim rozmawiać.

– Tom Edgins. Można mówić – popłynęło z wnętrza masywnego urządzenia.

– Chcę nowy zbiornik – wyjaśnił uwalniając rękę i wkładając pustą butlę w odkrytą komorę zwrotnika. Po chwili z sąsiedniego otworu wysunęła się identyczna.

– W porządku – mruknął Tom, sprawdziwszy wskazania manometru. – Jeszcze tylko wpisz na moje konto tę drobnicę – z największą ostrożnością wyjmował z pojemnika wrzecionowate zarodniki i układał na specjalnej szalce. – Już – obserwował z mimowolnym napięciem, jak owoc jego katorżniczej pracy znika w gnieździe wartościującym; zawsze się bał, że złośliwa maszyna roztrzaska delikatne skorupy przed dokonaniem oceny.

– Do wypełnienia normy dziennej Toma Edginsa brakuje czterdziestu trzech i dwóch dziesiątych procent – oznajmiło urządzenie.

– Możesz mnie pocałować – warknął.

Pomaszerował w stronę wyjścia, zabierając z sobą cały ekwipunek. W śluzie naciągnął maskę i gdy gotowy do opuszczenia baraku czekał na otwarcie zewnętrznej grodzi, ogarnęło go raptowne znużenie.

– I tak nie zdążę – myślał zniechęcony, czując, jak obolałe ciało nabiera właściwości ołowianej bryły. – Nie dam rady, choćbym się wściekł. Znaleźć dojrzałą studnię, rozkuć otwór, a potem jeszcze grzebać w tym błocku…

A jednak nie miał wyjścia. Za niewypełnienie dziennej normy groziły punkty karne, co było równoznaczne z uszczupleniem racji żywnościowych wydzielanych przez dozownik. System motywacyjny najprostszy z możliwych: chcesz przetrwać musisz jeść; chcesz jeść – musisz robić, co ci każą. Łańcuch, który można przerwać tylko w jeden sposób – negując założenie początkowe.

– Skąd wiem o tym? – zastanowił się nagle. – Skąd znam obowiązujące reguły gry? Przecież żaden z nas nie popełnił jeszcze żadnego wykroczenia, więc wszystko to tkwi już we mnie, zakodowane w podświadomości. Od pierwszej chwili przebudzenia się tu, na Gelwonie, postępujemy zgodnie z zasadami, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia w momencie wejścia do kapsuły transportowej. A jednak wiemy, jak się poruszać w podziemiach, czego szukać w studniach i co z tym dalej robić. Pełzamy sobie wzdłuż wyznaczonej przez kogoś linii, zupełnie o niej nie myśląc. Ważny jest po prostu pełny kałdun, a cała reszta wcale nas nie obchodzi.

Mógł już wyjść na zewnątrz, ale jeszcze przez chwilę zastanawiał się, czy nie byłoby warto, w ramach eksperymentu, zebrać trochę karnych punktów. Powinno to zmusić niewidzialnych opiekunów do reakcji, która zdemaskuje w pewnym stopniu systemy mające uniemożliwić ucieczkę więźniów.

– Nie wierzę, żeby pozwolili nam tak po prostu zdechnąć z głodu – przekonywał sam siebie. – Muszą odkryć karty, przynajmniej część. Obcięcie racji żywnościowych do niczego nie doprowadzi. Skoro zadano sobie tyle trudu, żeby nas tu ulokować, jesteśmy w jakiś sposób potrzebni, i to w dodatku żywi. Z nieboszczyków niewielki pożytek, a chyba nie o użyźnianie Gelwony toczy się ta cała gra. Po stronie minusów jest więc raczej czysto, natomiast po stronie plusów na razie nic nie widać, ale niewykluczone, że tkwi tam istotny element całej szarady…

Pokusa była silna, jednak Tom zdawał sobie sprawę z trudności, na jakie napotkać musi realizacja takiego planu. Sam nie da rady to jasne. A pozostali? Na kogo można by liczyć w ewentualnej rozgrywce? Klaud odpada, Jab nie zaryzykuje w ciemno, mutant… Jak on ma na imię? Nikt go nie pytał, bo i po co? Wiadomo, mutant i tyle – podklasa homo sapiens, sztucznie wyprodukowane monstrum. Chociaż te jego umiejętności…

– Tak – rozważał dalej Edgins wychodząc z baraku i zamykając za sobą klapę zewnętrznej grodzi. – Żaden z nich nie stanowi pewnego punktu oparcia. Przynajmniej na razie. Może z czasem uda mi się ich przekonać… – jakiś dźwięk dotarł do niego poprzez cichy szum pracującego aparatu tlenowego; chyba gdzieś z góry, spod niewidocznego sklepienia pieczary.

– Co tam znowu? – Tom zadarł głowę i próbował zlokalizować źródło dziwnego sygnału. – Przydałby się silny reflektor.

Dźwięk potężniał, dochodził już ze wszystkich stron. Ciemnobrązowe ściany płakały wysokim, zawodzącym głosem, wypełniając swą skarga całą pieczarę.

– Wielkie Nieba! – jęknął Edgins, zaciskając dłońmi uszy. – Nie, tylko nie to… – chciał krzyczeć, ale maska zatykała usta, więc bełkotał coś niezrozumiale, chyląc się na boki jak drzewo podczas huraganu.

Dźwięk narastał, zawieszony na jednej, piskliwej nucie docierał już do najdrobniejszych zakamarków świadomości torturowanego człowieka. I właśnie wtedy Edgins zrozumiał, że to on sam nosi w sobie ten natrętny głos, że to właśnie w nim tkwi źródło znienawidzonego sygnału.

Upadł na kolana i trzymając się oburącz za głowę, z całych sił uderzył czołem w skaliste podłoże. Eksplozja barw wykreowała pod zaciśniętymi powiekami wizję parterowego modułowca – wchodzi po trzech kamiennych stopniach i staje przed drzwiami, które otwiera mu ona… Przecież to było zupełnie inaczej! Jak mogłaś?! Liz śmieje się ironicznie i wkłada na głowę hełm ozdobiony fantazyjnym pióropuszem. Zamiast odpowiedzi, słychać wysoki, zawodzący dźwięk. Dosyć! Na wszystkie świętości, dosyć!!!

Uderzał raz za razem, tarzając się o kilka metrów od przezroczystej konstrukcji baraku. Wył z bólu, lecz nie wiedział o tym. Widział tylko, jak kolejna eksplozja podpala dom, od którego zajmuje się rosnąca w pobliżu kępa rachitycznego bzu. Drzewo umiera, wypełniając jękliwą skargą cały Wszechświat. Przestrzeń kurczy się do rozmiarów krwawiącej bani, będącej głową nieznajomego człowieka. Twarz o ostrych rysach i wystających kościach policzkowych. Atletycznie zbudowany mężczyzna krzyczy rozdzierającym głosem, a wokół niego szaleją w upiornym tańcu skały rozsadzane echem potwornego dźwięku.

Pamiętał ten dźwięk wysoki, zawodzący, wypełniający każdą komórkę, każdy nerw ciała, zacierający granice pomiędzy tym co poza a tym co w środku.

W ostatnim przebłysku świadomości dojrzał jeszcze skrzydlate monstrum, które wlepiało w niego czarne paciorki pozbawionych wyrazu ślepi, przechylając na boki swą ptasią głowę. A potem nie było już nic.

10.

Ani wykwintny obiad, ani widok rodowych skarbów, ani nawet dźwięczne strofy Epody Kolonizatorów nie potrafiły poprawić nastroju obel-borta. Służboty, popychane sprzecznymi rozkazami swego pana, powiększały jedynie zamęt panujący w apartamencie komendanta Gelwony. Ubir nuf Dem przechodził kolejny atak melancholijnej depresji, w związku z czym nic nie było w stanie rozpromienić jego twarzy bodaj skrawkiem uśmiechu.

– Życie straciło dla mnie swój sens – myślał przygnębiony. – Jestem jak ptak, któremu odjęto skrzydła. Każda próba lotu musi się zakończyć upadkiem, a jeden z nich będzie ostatnim, Chief, przyjacielu – zapłakał żałośnie. – Tylko przed tobą mogę obnażyć swoją duszę, choć wiem, że nie potrafisz mi pomóc.

Ulubieniec przydreptał przez cała długość stołu i kołysząc się tuż przed Ubirem, słuchał uważnie, zupełnie jakby rozumiał sens wypowiadanych słów. Potem rozpostarł szeroko swe błoniaste skrzydła i, popiskując cicho, dziobnął delikatnie dłoń obel-borta.

– Ty nieznośny pieszczochu – głos ostatniego z nuf Demów nabrał cieplejszej barwy. – Wiem, że to lubisz, wiem… – zanurzył palce w jedwabistej sierści i drapał ulubieńca, rozkoszując się miękkością jego skóry. Myślami był kilka kondygnacji niżej, w segmencie mieszkalnym Liz. Ona też uwielbiała pieszczoty.

– Uwielbia – poprawił się w duchu, sącząc z masochistycznym upodobaniem gorycz zawartą w formule czasu teraźniejszego. – Na Miłość Słonecznej Rodzicielki, Gwiazdy Macierzystej, co też mi chodzi po głowie?! – podniósł wzrok na zdobiące ścianę godło rodu, jakby tam właśnie spodziewał się znaleźć wyjaśnienie dręczących go wątpliwości. Przodkowie jednak milczeli.

– Sam muszę sobie z tym poradzić – stwierdził Ubir nuf Dem z ponurym wyrazem twarzy. – Nie mogę przecież tak siedzieć z założonymi rękami i czekać – wstał z ozdobnego krzesła i zaczął krążyć wokół stołu, starając się stąpać mocno i zdecydowanie. Skrzydłak wodził za nim paciorkami czarnych ślepi.

– Mógłbym się wreszcie zdecydować, czego ja właściwie chcę – palce obel-borta obstukiwały matową powierzchnię blatu. – Jestem ostatnim głupcem, jakiego widziały gwiazdy. Zamiast przejąć inicjatywę, czekam, aż fala zdarzeń rzuci mnie tam, gdzie jej na to przyjdzie ochota. Sam powiedz, Chief – poszukał wzrokiem skrzydłaka i nie znalazłszy go na stole, rozejrzał się po pomieszczeniu. Było puste.

– Gdzie on jest? – pozbawiony towarzystwa ulubieńca, obel-bort poczuł obezwładniającą samotność, jej niemal fizyczny ciężar, dławiący resztki tlącej się w ciele energii. Tak bardzo pragnął teraz czyjejś obecności!

Wybiegł z jadalni i gdy gasił po drodze miraże wypełniające poszczególne sale, usłyszał gdzieś z daleka krótki, chrapliwy okrzyk. Skręcił w boczny tunel prowadzący z głównego pomieszczenia do miniaturowej śluzy startowej, w której mieściło się stanowisko parkingowe jednoosobowego VAC-a. Ujrzawszy tam ulubieńca, odetchnął z ulgą.

– Co ty tu robisz? – spytał, opierając się o ścianę korytarza i czekając, aż ustanie szalone kołatanie serca. – Wracamy.

Skrzydłak z nie zmąconym spokojem spacerował przed hermetyczną zaporą, spoglądając od czasu do czasu w stronę obel-borta.

– Wracamy – powtórzył Ubir nuf Dem, wyraźnie zniecierpliwiony.

Ulubieniec zaprotestował głośnym skrzekiem.

– Nawet nie próbuj się tłumaczyć. Przestraszyłeś mnie i bardzo cię proszę, żebyś tego więcej nie robił. Chodź już!

Nie zwracając uwagi na prośby obel-borta, skrzydłak zaczął stukać dziobem w cyfrową blokadę z taką pasją, jakby miał zamiar przebić się na drugą stronę. Ubir nuf Dem obserwował to wszystko z narastającym zdziwieniem.

– Co mu się stało? – myślał zaintrygowany. – Nigdy nie był taki uparty – podszedł do ulubieńca i odsunąwszy go delikatnie na bok, zwolnił blokadę hermetycznej grodzi.

Ściany korytarza zapłonęły seledynowym blaskiem, a basowy głos obwieścił gotowość przedstartową.

– Szczerze mówiąc, nawet mi się to podoba – stwierdził obel-bort w duchu. – Widok gwiazd zawsze działał na mnie uspokajająco, a w obecnej chwili nic nie jest mi bardziej potrzebne niż odrobina cichej kontemplacji w otoczeniu prawdziwie niezmąconej natury. Miałeś dobry pomysł, Chief – powiedział z przekonaniem, przekraczając próg śluzy. – Zrobimy sobie mały spacer.

Skrzydłak siedział już na uniesionej pokrywie VAC-a i spoglądając w stronę obel-borta, dreptał zachęcająco. Ubir nuf Dem wsunął się w łożysko pilota i wyjął z kieszeni magnetyczny klucz, który wsunął w szczelinę bloku kontrolnego. Po krótkiej chwili mozaika barwnych prostokątów zasygnalizowała stan biegu jałowego. Można było wydać rozkaz startu.

Ubir nuf Dem opuścił pokrywę i czekał, aż łożysko przyjmie odpowiednią pozycję. Skrzydłak usadowił się na jego kolanach. Wreszcie pęcherz kompensacyjny otoczył ich migotliwą półkulą i obel-bort wdusił pedał wyzwalacza. VAC, uniesiony słupem grawitonowego napędu, opuścił wnętrze śluzy startowej.

– Nareszcie – twarz komendanta rozpromienił chłopięcy uśmiech. Widząc malejącą na wstecznym ekranie kulę satelitarnej bazy czuł, jak wraz ze wzrostem odległości wraca mu dobry nastrój. – Tego mi było trzeba myślał. Przestrzeń i gwiazdy, niczym nie zmącona harmonia trwania.

Zaprogramował szeroką pętlę wokół Gelwony i rozparty wygodnie w łożysku pilota chłonął obraz otaczającego go kosmosu.

Oto wartość naprawdę trwała, doskonałość stanowiąca wzór niedościgniony, piękno w całej swej okazałości – mruczał. – Patrz, Chief. Patrz i ciesz się, że dane ci jest oglądać Absolut w najczystszej postaci.

Zanucił fragment rodowego hymnu. Krew dawnych kolonizatorów rozsadzała arterie, mąciła umysł i było mu z tym wszystkim niewyobrażalnie dobrze. Nawet wspomnienie Lizey nie potrafiło stłumić jego radości.

VAC zbliżył się do Gelwony na taką odległość, że fioletowa płaszczyzna koła nabrała już wyraźnie kształtów kuli, otoczonej cieniutką warstwą atmosfery. Purpurowe obłoki przesłaniały fragmentami powierzchnię planety, snując się leniwie w promieniach błękitnego słońca.

Przelatywali właśnie nad wybrzuszeniem Drugiego Kontynentu, goniąc umykającą w zawrotnym tempie linię terminatora, gdy wskaźnik zawirowań metryki rozjarzył się niebezpiecznie i autopilot skierował pojazd pionową świecą w górę, uciekając z zagrożonego obszaru. Chief gwałtownie załopotał skrzydłami, wydając gniewne okrzyki.

– A to co? – zainteresował się Ubir nuf Dem.

Szybko zmienił kat nachylenia soczewek wizyjnych i w napięciu obserwował przekazywany obraz. Działo się tam coś dziwnego.

Tarcza kontynentu falowała jakby stanowiła ją nie skalista równina, lecz powierzchnia wzburzonego oceanu. Jakaś potworna siła napierała od wewnątrz, rozdymając zastygłe od wieków formy geologiczne. Ruchy te miały swoje centrum, w którym upiorny taniec osiągał maksymalne natężenie. Wreszcie kamienna skorupa nie wytrzymała zmiennych naprężeń i poddała się, uwalniając gigantyczny gejzer rozgrzanych do czerwoności głazów. Różnica temperatur powodowała, że w zetknięciu z lodowatą atmosferą Gelwony pękały niczym świąteczne fajerwerki.

– Gwiazdo Promienna – wyszeptał zbielałymi wargami Ubir nuf Dem.

VAC zastopował na bezpiecznej wysokości i wisiał teraz nad ginącym kontynentem, a obel-bort usiłował uzyskać dokładniejszy obraz tego, co działo się kilkadziesiąt kilometrów niżej. Jednocześnie przez cały czas próbował nawiązać kontakt z satelitarną stacją, bądź z którymkolwiek z Fortów na powierzchni planety.

– Niesamowita historia – powtarzał. – Cóż tam się mogło stać?

11.

– Kreatorze – głos oficera dyżurnego zdradzał z trudem hamowane podniecenie. – Szukamy pana już od pięciu minut – wskazał sygnał łączności dyskretnej. Pilna z Gelwony. Howden…

– Starszy bort Howden – warknął rozwścieczony Fuertad.

Oficer dyżurny zamarł w pozycji zasadniczej.

– Pilna z Gelwony wyrecytował. – Starszy bort Howden do pana albo komendanta.

– Wszystko jest pilne – zrzędził kreator podjeżdżając do bloku konwersacyjnego. Czy oni sądzą, że ja potrafię się rozdwoić?! Do mnie albo do obel-borta! – myślał dalej. – Dobry kawał, bo tego głupca oczywiście nie można nigdzie znaleźć, więc znowu ja…

Połówki transmisyjnego hełmu zrosły się z sobą, zamykając jego głowę w odizolowanej przestrzeni. Po krótkiej chwili na wewnętrznym prostokącie wizyjnym zobaczył nalaną sylwetkę dowódcy jednego z gelwońskich Fortów.

– Chwała Słońcu, kreatorze.

– I Dzieciom Jego – odpowiedział Fuertad, zauważając jednocześnie, że twarz rozmówcy jest pokrwawiona, mundur w strzępach, a głos dziwnie drżący. Co tam się u was dzieje, Howden?

– Już nic, kreatorze, ale było gorąco. Duże straty. Forty B, C i F. Prawie połowa Drugiego Kontynentu. Wyglądało to na ruchy tektoniczne albo coś takiego.

– Ruchy tektoniczne! – Fuertad aż krzyknął. – Na Gelwonie nigdy czegoś podobnego nie zaobserwowano!

– Nie wiem – wzruszył ramionami Howden. – Szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi. Potrzebujemy pomocy. Dużo ciężkiego sprzętu z obsadą.

– Tak, tak – zgodził się Fuertad. – Oczywiście. Natychmiast. Nie wolno tam posyłać ludzi myślał. – W żadnym wypadku. Sprawę trzeba utrzymać w ścisłej tajemnicy. Najlepsze będą chyba cyboty.

– Proszę się pospieszyć. Zbiorniki szlag trafił, ciągniemy na resztkach tlenu. Starczy tylko na sześćdziesiąt, siedemdziesiąt minut.

– Najdalej za pół godziny – kreator przerwał połączenie. – Trzeba będzie zbadać sprawę na miejscu – mruczał. – Trzy Forty zrujnowane, fatalnie… – nagłe skojarzenie rozjaśniło pomarszczoną twarz. – Świetna okazja, żeby przyprzeć wreszcie do muru komendanta. Tak, to naprawdę odpowiedni moment.

Uwolnił się z objęć hełmu i nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenia ekipy łącznościowców, skierował swój pojazd w stronę wyjścia. Spacerowe tempo, w jakim to zrobił, wprawiło wszystkich w zdumienie. Jeszcze dziwniejszy był fakt, że wcale nie miał zamiaru opuścić pomieszczenia.

– Nie ma się dokąd spieszyć – zatrzymał fotel przed olbrzymim prostokątem wideoramy i po raz pierwszy od wielu lat pozwolił sobie na krótką chwilę odpoczynku. – Czas pracuje teraz na moją korzyść – uśmiechnął się do swoich myśli. – Poczekamy więc zachichotał bezgłośnie. – Niedługo. Godzinkę, najwyżej półtorej. Za wysłanie ekipy ratunkowej odpowiadamy obaj. No cóż, komendanta można zmienić, Fuertad jest tylko jeden – aż klasnął z wielkiego ukontentowania.

Obserwujący go strażnicy wymienili porozumiewawcze mrugnięcia i w ułamku sekundy, przywołani do porządku wymownym spojrzeniem kreatora, zamienili się w posągowe bryły.

– Sytuacja jest więcej niż klarowna – analityczny umysł Fuertada rozważał wszystkie „za” i „przeciw” zrodzonego przed chwilą planu. – Ubir nuf Dem będzie niepocieszony – oczami wyobraźni widział już komendanta zamkniętego w kapsule transportowej i siebie wysyłającego kolejną grupę skazańców; wąskie wargi wykrzywiły się w grymasie upodabniającym pomarszczoną twarz do maski złośliwego gnoma.

Sala łączności rozbrzmiewała już odgłosami rutynowej pracy. Kreator ze spokojem, jaki daje podjęcie ostatecznej decyzji, obserwował tarczę chronometru.

– A swoją drogą, tam na dole musiało się zdarzyć coś naprawdę poważnego – myślał. – No cóż, wszystko w swoim czasie. Teraz należy tylko czekać. Nic więcej. Howden z pewnością jeszcze się odezwie, trzeba więc trzymać rękę na pulsie – rozparty wygodnie w fotelu obserwował pulpit łączności dyskretnej, gotów na pierwsze mrugnięcie awizora ruszyć w kierunku bloku konwersacyjnego.

Stało się jednak inaczej.

Zawieszona u stropu kula rozbłysła ostrzegawczą czerwienią. W tym samym momencie – po raz pierwszy w historii gelwońskiej bazy satelitarnej – rozległo się:

– Uwaga, uwaga. Do wszystkich. Ogłaszam Procedurę Obszaru Zamkniętego. Od tej chwili…

Zaskoczeni ludzie spoglądali po sobie z niedowierzaniem; ktoś zaklął nerwowo, ktoś inny próbował uspokoić sąsiadów przypuszczeniem, że to tylko ćwiczebny alarm. Oczy większości zwrócone były na kreatora, który spod nawisu krzaczastych brwi toczył spojrzeniem pełnym wściekłości. On jeden doskonale wiedział: nie ma mowy o żadnych manewrach!

– Skąd ten kretyn Ubir dowiedział się o wszystkim? W jaki sposób? – Znając reguły ogłoszonej Procedury zdawał sobie sprawę, że komendant wymknął się z zastawionej pułapki, mało tego, związał mu ręce, przejmując kontrolę nad kanałem łączności nadrzędnej, który dotychczas był w wyłącznej dyspozycji kreatora. Teraz już żaden raport nie dotrze do Centrum Wybiórczego, jeżeli nie uzyska aprobaty obel-borta. A szkoda. Główny Modyfikator miałby co robić, gdyby poznał niektóre szczegóły z życia kasty oficerskiej i metody, jakimi realizuje się zalecenia Rady.

– Prędzej czy później i tak moje będzie na wierzchu – pomyślał Fuertad, uśmiechając się złośliwie.

Jeszcze nie pogodzony z porażką, ale już zupełnie opanowany, podjechał do pulpitu oficera dyżurnego.

– Połącz mnie z przetrwalnią cybotów – polecił. – I wywołujcie bez przerwy wszystkie Forty.

Odgłos rozsuwających się drzwi kazał mu odwrócić głowę w stronę wejścia. Do sali wkroczył Ubir nuf Dem z nieodłącznym skrzydłakiem na ramieniu.

– Chwała Słońcu, kreatorze – wołał już od progu. – Dobrze, że pana tu spotkałem. Chief wyciągnął mnie na krótki spacer VAC-iem i zupełnie przypadkiem zaobserwowałem niecodzienne zjawisko na powierzchni Drugiego Kontynentu. Chciałem nawet tam wylądować, ale nie mogłem się zorientować w terenie, a urządzenia namiarowe milczały jak zaklęte. To dziwne, nie uważa pan?

– Bardzo dziwne – powiedział Fuertad zduszonym głosem. – Więc on pana „wyciągnął”? – wycelował oskarżycielskim gestem palec w stronę skrzydłaka.

Ubir nuf Dem skinął potakująco głową.

– Musimy wysłać tam specjalną ekipę – mówił dalej. Trzeba będzie nawiązać łączność z planetą, zorganizować…

Kreator nie słuchał obel-borta. Z ogromną uwagą wpatrywał się w nieruchomą sylwetkę skrzydłaka, w czarne paciorki jego małych ślepi, w których – Fuertad dałby sobie rękę uciąć – migotały iskierki zrozumiałego triumfu.

12.

Ktoś płakał. Rozpaczliwy, szarpany szloch obijał się o przezroczyste ściany baraku, kalecząc błogą ciszę regulaminowej nocy…

Ciszę?!

Edgins z niedowierzaniem potrząsnął głową.

– Skończyło się? Naprawdę? – wspomnienie przebytego koszmaru napełniało go lękiem. Wysilony do ostatnich granic słuch łowił najdrobniejsze szmery wypełniające, wnętrze pomieszczenia, lecz im bardziej Tom zagłębiał się w dźwiękowe tło, tym mniejszą miał pewność, że jest już faktycznie po wszystkim. A jeżeli nawet…

– Wielkie Nieba pomyślał. – Przecież cały ten szaleńczy kołowrót może się w każdej chwili zacząć od nowa – ścisnął nerwowo dłonie aż chrupnęły kostki palców. – Załatwili mnie, cholerne rindańskie wysmrodki. Nigdy się od tego nie uwolnię. Zrobili z Toma Edginsa zwykłą szmatę.

Pamięć przywołała z niebytu strzępy obrazów – jakieś mgliste pasma drgających cieni o nieludzkich kształtach, skąpane w mroku, dyszące nienawiścią. Był tam między nimi, bezradny jak nowo narodzone dziecko. Modlił się o śmierć, lecz oni kazali mu żyć – więc trwał, uczepiony pajęczej nitki nadziei, a rozdygotane zjawy zawodziły zgodnym chórem. I ten dźwięk, ten jękliwy, monotonny skowyt…

Ból przywrócił poczucie rzeczywistości. Tom oderwał ręce od twarzy, potem ostrożnie powiódł opuszkami palców po czole zdeformowanym chropowatymi guzami i wyżej, gdzie krótka szczecina odrastających włosów lepiła się od krwi wyciekającej z jakiejś rany.

Ciągle ktoś płakał.

Edgins poczuł nagły gniew na tego człowieka, tak otwarcie demonstrującego swoją rozpacz. Czy on, do ciężkiej cholery, nie może się zamknąć?! Powinien spać albo przynajmniej pozwolić spać innym. – Za kilka godzin znowu trzeba będzie wleźć do tych pieprzonych studni, grzebać w błocie i trząść się nad kruchymi gówienkami zarodników. Zasmarkany chłopczyk pewnie wspomina lepsze czasy. Jakby tylko on miał do tego prawo!

Majacząca w półmroku głowica dozownika przypomniała Edginsowi, że jest głodny i że będzie musiał teraz poczekać na rozpoczęcie fikcyjnego dnia, by napełnić dopominający się swojego udziału kałdun. Przespał jeden posiłek a może nawet więcej; kto wie, jak długo leżał bez przytomności?

– Jab – przypomniał sobie nagle. – On przecież nie śpi, przynajmniej tak mówił. Spytam go.

Przekręcił się na pryczy i przez chwilę uważnie nasłuchiwał – szloch dobiegał z lewej strony, gdzie było miejsce Klauda. Żeby dotrzeć do pryczy, na której leżał Jab, należało przejść przez całe pomieszczenie, aż pod drugą ścianę odległą o kilka niesamowicie długich metrów.

– Okropnie daleko – pomyślał Tom. – Nie wiedziałem, że to taki kawał drogi.

Barak pęczniał w błyskawicznym tempie. Zarysy nielicznych sprzętów uciekały od Edginsa, a on sam czuł się coraz mniejszy i mniejszy – właściwie wcale go nie było. Gdyby nie wrażenie uporczywego ssania w koniuszkach palców, zwątpiłby we własne istnienie.

– A może mnie już od dawna nie ma? – przestraszył się. – Egzekucja została wykonana, a cała reszta jest naturalną konsekwencją śmierci. Wielkie Nieba, czy wszyscy przeżywają taki sam koszmar?! I dlaczego? Jaki to ma cel? – przez chwilę leżał nieruchomo, próbując zebrać rozbiegane myśli i ułożyć je w logiczny ciąg, ale płacz Klauda rozrywał mozolnie budowany łańcuch skojarzeń. Tom psyknął kilka razy, a gdy to nie poskutkowało, zlazł na podłogę i poczłapał boso w kierunku głowicy dozownika.

– Ciebie też nosi po nocy? – Jab pojawił się w polu widzenia jako lekko falująca plama. – Czyżbyście naprawdę nie mieli nic lepszego do roboty? – podszedł bliżej i stanąwszy tuż przed Edginsem, obserwował go z zainteresowaniem. – Co ci odbiło, żeby się tak zaprawić?

– Sprawdzałem wytrzymałość gruntu – burknął Tom.

– I tak nieźle wyglądasz. Jak cię wczoraj znaleźliśmy, pomyślałem sobie, że będą nam musieli chyba dołożyć kogoś do kompletu – wyszczerzył zęby i klepnął Edginsa w ramię. – Idziesz spać czy może razem doczekamy świtu?

Tom spojrzał na pulpit dozownika. Do rozpoczęcia nowego dnia pozostało niecałe pół godziny. Czuł się już nieco lepiej – barak nie wariował, a postać Jaba nabrała konkretnego kształtu. Nawet płacz Klauda nie był już taki natrętny i dokuczliwy. Tylko to nieznośne ssanie w koniuszkach palców…

– I wargi – uświadomił sobie nagle. – To dziwne, zupełnie jakby były za ciężkie i lada chwila miały odpaść.

Wyciągnął rękę w kierunku szczeliny identyfikacyjnej, ale dłoń natrafiła na gładką powierzchnię.

– Musisz poczekać – mruknął Jab. Opiekun włączy się z wybiciem porannego gongu, aby zachęcić nas do pracy. Wtedy sobie z nim pogadasz.

– Jestem głodny – Edgins uderzył pięścią w obudowę głowicy. Zdawał sobie sprawę z bezsensowności tego gestu, tylko że okropnie chciało mu się jeść.

Od strony legowiska Klauda dobiegło głuche stuknięcie, a po krótkiej chwili przerwy spazmatyczny szloch na nowo wypełnił wnętrze baraku.

– Ten facet zawsze działał mi na nerwy, ale teraz przechodzi już samego siebie – Jab zdecydowanym krokiem podszedł do leżącego na podłodze człowieka i szturchnął go nogą. – Ej, ty! Zamknij wreszcie swoją płaczliwą jadaczkę, bo urządzę ci taki bal, że aż sam się boję.

– Daj mu spokój – powiedział Edgins. – Przecież to nie jego wina – pochylił się nad Klaudem.

– A czyja?

– Pomóż mi go posadzić.

Jab mruknął coś wysoce niecenzuralnego i niechętnie podtrzymał bezwładne ciało z drugiej strony.

– Zupełnie niepotrzebny wysiłek – stwierdził, otrzepując demonstracyjnie ręce. – Prędzej czy później i tak wszyscy powędrujemy na śmietnik, a on pokaże nam drogę. Chyba powinniśmy mu raczej zazdrościć, że będzie pierwszy.

– Przestań – powiedział Tom ze złością. – Klaud, słyszysz mnie? – potrząsnął szlochającym mężczyzną. – Odezwij się, Klaud. – Czy można ci jakoś pomóc?

– Dam mu parę klapsów po buzi, to raz dwa oprzytomnieje.

– Klaud!

Owal opuchniętej twarzy znieruchomiał; spod wpółprzymkniętych powiek spojrzały na Edginsa wypełnione tępym strachem oczy.

– Klaud, co z tobą?

Dał się słyszeć niewyraźny bełkot.

– Spokojnie – Tom położył ręce na chudych ramionach. – Już wszystko w porządku. Nie musisz się niczego obawiać.

– Byłby głupcem, gdyby ci uwierzył – wtrącił Jab.

– Zamknij się – warknął Edgins. – On ma rację – skojarzył. – Jedyne co możemy zrobić, to zdechnąć. Właściwie już nas nie ma. Skazani, straceni, zagrzebani w tym zapadłym zakątku Wszechświata – spojrzał na Klauda. – On przecież też myśli i rozumie. Wie dokładnie tyle samo, co każdy z nas. Wmawianie mu, że jest inaczej, niczego nie zmieni. A jednak nie mogę patrzeć obojętnie, jak męczy się, cierpi, gaśnie. Po prostu nie mogę.

Pogryzione wargi uwolniły kolejną falę chaotycznych dźwięków; skamlący głos przypominał teraz skargę skrzywdzonego dziecka.

– …boję się… boję się… boję…

– Czego się boisz? – spytał Tom.

Klaud uniósł lewą rękę i podsunął mu pod oczy rozwarte wnętrze dłoni.

– O co ci chodzi? – nie zorientował się w pierwszej chwili Edgins.

– Nie widzisz? – Jab zaglądał mu przez ramię. – Ładny numer, nie powiem – dodał zmienionym głosem.

Na pobrużdżonej, pokrytej odciskami skórze można było dostrzec niewielkie koło, otaczające środek dłoni cienką, lekko fosforyzującą linią.

– Rozumiesz coś z tego? – spytał Jab.

Edgins nie odezwał się. Wyręczył go Klaud:

– To kara – wybełkotał na wpół zrozumiale. – Kara…

Tom przypomniał sobie zdarzenia poprzedzające zapakowanie więźniów do kapsuł transportowych. Spojrzał na swoją lewą dłoń. Nie było tam żadnego znaku. Chociaż… nie, na pewno nie.

– U mnie – powiedział cicho Jab – niezbyt wyraźne, ale jest. – Pokazał Edginsowi rękę.

– Napiętnowani złoczyńcy – szlochał Klaud.

– Napiętnowani? – zdziwił się Tom. – Dlaczego napiętnowani? Za co? Przestań wreszcie bredzić, bo doprowadzisz mnie do pasji.

– Nie ma kary bez winy – wykrztusiły pogryzione wargi.

– Pieprzysz! – nie wytrzymał Edgins. – Każdy z nas został już wystarczająco ukarany. – Ja, ty, my wszyscy! – zatoczył ręką półkole obejmujące cały barak. – Wszyscy przeżyliśmy egzekucję i nikt nas nie uprzedzał, że będzie to zwykła szopka. A może się mylę? Może tylko dla mnie zabrakło reklamowych folderów Gelwony? No powiedz! Dlaczego nic nie mówisz?!

– A co ma mówić? – Jab wyprostował się. – Nie rozumiesz? To przecież jasne jak Słońce. Tłuste gnojki w dzielnych mundurkach. Żebym ja ich dostał w swoje łapy – zacisnął pięści, a potem rozprostował palce i z nienawiścią spojrzał na wnętrze lewej dłoni. – U ciebie nic nie widać?

– Na razie nic – wzruszył ramionami Edgins. – Ale już niedługo – czuł, że ręka pulsuje falami przejmującego gorąca. – Po jaką cholerę oni to zrobili? – zastanawiał się.

Ciekawe, co z nim? – Jab wskazał głową pryczę, na której leżał mutant. – Chcesz go budzić?

– Ani mi to w głowie. Rzucę tylko okiem.

Podeszli, starając się stąpać jak najciszej. Edgins stanął nieco z boku, a Jab kucnął obok pryczy. Mutant spał na plecach, z ramionami kurczowo przyciśniętymi do piersi.

– Widzisz coś? – spytał Tom stłumionym szeptem.

– Leży tak, jakby chciał mi zrobić na złość.

– Zostaw, niedługo sam się obudzi.

Jab z wyrazem obrzydzenia na twarzy wyciągnął rękę i chciał dotknąć półprzeźroczystego ramienia…

…trzask, krzyk przerażonego człowieka, szeroko otwarte, zdziwione oczy mutanta i charakterystyczna woń ozonu w powietrzu.

Edgins zrobił krok do przodu i zatrzymał się niezdecydowany; Jab, sycząc z bólu, wstawał powoli; mutant usiadł na pryczy i spuściwszy stopy na posadzkę, potrząsnął głową jakby nieco oszołomiony, a potem wlepił wyłupiaste oczy w podnoszącego się człowieka…

– Ty zimnokrwisty wypierdku – mamrotał Jab skrzywionymi wargami. – Już ja cię…

– Masz szczęście, że jestem nieco osłabiony – powiedział mutant spokojnie. – Inaczej już byś nie żył.

– Grozisz…

– Jeżeli stwierdzenie faktu uważasz za groźbę? – Mierzyli się spojrzeniami, spięci do skoku, gotowi walczyć aż do ostatecznego rozstrzygnięcia. Jeszcze czekali…

Edgins wstrzymał oddech. W grobowej ciszy nawet sekundy przerwały swój niezmordowany bieg.

I gdy już wydawało się, że nieuniknione musi nastąpić, zabrzmiał poranny gong.

13.

Podchodzili kolejno do głowicy dozownika i czekali, aż z głębi przegrody aprowizacyjnej pojawią się kolorowe kostki koncentratu. Zawsze ten sam schemat: żółta, pomarańczowa i dwa małe, bielusieńkie krążki. Dwa… Edgins przełknął gęstą ślinę. Gdzieś w okolicy splotu słonecznego narodziła się ognista drzazga i drążąc rozdygotane trzewia szukała żeru. Palce przypominały o swoim istnieniu wrażeniem natarczywego ssania. I jeszcze ten czerwonawy krąg kaleczący wnętrze lewej dłoni!

– To musi być jakiś sen – pomyślał Tom w nagłym przypływie rozpaczy. – Potworny, nierealny koszmar. Zaraz się obudzę i o wszystkim zapomnę. Wielkie Nieba, chciałbym, żeby to już był koniec.

Półprzytomnym spojrzeniem popędzał groteskową sylwetkę mutanta, który marudził przy wylocie dystrybutora, prowadząc z maszyną syczący dialog w swoim języku.

– O czym on tak zawzięcie dyskutuje?

Wyłupiaste oczy zwróciły się w stronę Edginsa. Nie zauważył tego, zaabsorbowany gwałtownymi atakami łaknienia. Całą siłą woli powstrzymywał się od krzyku, którym mógłby wyrzucić z siebie trawiący wnętrzności ból.

– Wydzielasz niezwykle silną aurę – zabarwione śliskim akcentem słowa powoli torowały sobie drogę do jego świadomości.

– Aurę? – potrząsnął głową i wbił wzrok w twarz stojącego przed nim mutanta. Daj mi spokój. Jaką znowu aurę?

– Nie rozumiem… – wyłupiaste oczy zniknęły na chwilę za podwójną gardą powiek. To się nie zdarza wśród Solaryjczyków.

– I co z tego?! – Tom poczuł, jak wściekłość zabarwia mu policzki. – Parszywy odszczepieniec – myślał. – „U Solaryjczyków”! Gdyby nie my, tą, ich zasrana kolonia już dawno by wpadła w strefę wpływów Rindu.

W tym samym momencie spostrzegł, że miejsce przy głowicy dozownika jest wreszcie wolne i jednym skokiem znalazł się obok przegrody aprowizacyjnej. Drżąc z niecierpliwości czekał, aż maszyna zakończy formalności identyfikacyjne. Wreszcie mógł już sięgnąć po pakiet koncentratów. Rozgorączkowanym wzrokiem ogarnął zawartość – żółta, pomarańczowa i…

– Dlaczego tylko jeden?

– Tom Edgins wykonał pięćdziesiąt sześć i osiem dziesiątych procent normy – oznajmiło urządzenie.

– Ale przecież ominęła mnie wczorajsza porcja. Chyba mogę dostać teraz pełny zestaw?

Pulpit głowicy zszarzał.

– Odezwij się! – krzyknął rozpaczliwie Tom pakując rękę do szczeliny identyfikacyjnej. Odpowiedzi nie było. Jeszcze raz rzucił okiem na pakiecik koncentratów, zawierający tylko jeden biały krążek. Tylko jeden!

Nie mógł już dłużej czekać. Chciwe palce rozdarły przezroczyste opakowanie. Gorzkawy smak krystalicznych drobin na języku. Nareszcie! Teraz szybko połknąć… Złośliwy robak buszujący w trzewiach zatrzymał się na moment – chwila niewysłowionej ulgi. Jak dobrze, jak cudownie lekko!

– Ciekawe, czy na długo mi to starczy? – pomyślał przestraszony. – W ogóle nie jestem głodny. A chyba powinienem – spojrzał na kostki koncentratu leżące w poszarpanym opakowaniu. Nie chciało mu się jeść, ale na wszelki wypadek włożył jedną do ust i dokładnie pogryzł. – Woda – przypomniał sobie. – Tego mi chyba nie będą żałować.

Nie żałowali. Wziął pełne naczynie z przegrody dystrybutora i usiadł na pryczy. Pozostali zdążyli skończyć posiłek; Jab, już w pełnym rynsztunku, mrugnął w jego stronę i z uniesionym w górę kciukiem wszedł do śluzy.

– Powodzenia – kiwnął głową Tom uśmiechając się gorzko.

– Idziesz? – spytał ze swego miejsca Klaud.

Edgins spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– A czy mam jakieś inne wyjście?

– Nie, tylko…

– Tylko co?

– Nie wziąłeś świeżej butli – Klaud pokazał komorę zwrotnika, w której czekała pierwsza część przydziałowego tlenu.

– Faktycznie, zapomniałem. Nie ma pośpiechu…

Przez chwilę przyglądali się sobie w milczeniu.

– Wygląda trochę lepiej niż w nocy – myślał Edgins. – Przynajmniej już się tak nie telepie. Te białe krążki chyba wszystkich stawiają na nogi.

– Tom – Klaud zdecydował się wreszcie odezwać. – Chciałem cię przeprosić, Tom – bąkał nieśmiało. – Przeprosić i podziękować – dorzucił pośpiesznie. Ja…

– O co chodzi? – zdziwił się Edgins.

– Ja doskonale wszystko pamiętam. To co mówiłem i… naprawdę jest mi głupio, uwierz mi. Sam nie wiem, co się ze mną działo – przestępował z nogi na nogę. – Chciałem tylko, żebyście wiedzieli. Ty i Jab. Powiesz mu, prawda? – zawiesił błagalny wzrok na twarzy Edginsa.

– W porządku, Klaud. Masz pewne.

– Dzięki. Nawet nie wiesz, jakie to dla mnie ważne – odwrócił się ucieszony i ruszył w stronę wyjścia.

– Pewnie, że nie wiem – mruknął Tom pod nosem. – Niby skąd mam wiedzieć? – obserwował oddalającą się postać: chude plecy, patykowate kończyny, nienaturalnej wielkości baniasta głowa. – Jab ma wyczucie – myślał ze smutkiem. – Ten facet już długo nie pociągnie. Materiał znajduje się na granicy plastyczności i nie wytrzyma dodatkowego obciążenia. Po prostu trzaśnie.

Odnalazł maskę wciśniętą w róg szafki i zaczął dopasowywać szelki stelaża.

– A ja? – zastanawiał się dalej. – Gdzie jest moja granica plastyczności?

Przypomniał sobie gwałtowny finał wczorajszego dmą. Wysoki, zawodzący dźwięk… I potem majakliwe przebudzenie, gorzkawy smak białych kryształków, krążek kaleczący wnętrze lewej dłoni. Przyjrzał mu się z nienawiścią.

– Jesteś tutaj? – aż zgrzytnął zębami ze wściekłości. – Wciąż jeszcze jesteś. A niech cię jasny szlag… klął długo i dosadnie, ale nie przyniosło mu to żadnej ulgi.

Zauważył, że w baraku nie ma już nikogo. Przez przezroczyste ściany dostrzegł sylwetkę Klauda znikającą w wylocie jednego z korytarzy i charakterystyczną postać mutanta, który znajdował się w połowie drogi do najdalej położonego chodnika. Śmiesznie podrygiwał na tych swoich pałąkowatych nogach.

– Niezły dziwoląg – pomyślał Edgins. – Co on takiego powiedział? Aha – że wydzielam nietypową aurę – wzruszył ramionami. – Jeżeli mu na tym zależy…

Obserwował, jak mutant znika za usypiskiem poszarpanych głazów. Po chwili pokazał się z drugiej strony; pomniejszony odległością sprawiał wrażenie owada mozolnie pokonującego pochyłą ścianę.

– Mrówka – stwierdził Edgins. – Jesteśmy jak mrówki. Tam i z powrotem, tam i z powrotem. Nie znając celu ani sensu wykonywanych czynności odwalamy dzień po dniu swoją część radosnej orki. Nieważne, czy kieruje nami ślepy instynkt, czy też łagodna perswazja poparta mocą kodeksu bądź przenikacza. Efekt końcowy jest identyczny.

Mutant przerwał wędrówkę, przez chwilę kręcił się w jednym miejscu, a potem niespodziewanie zawrócił w stronę baraku. Dotarł do śluzy, gdy Edgins walczył jeszcze z ostatnimi paskami uprzęży. Ledwie otwarło się przejście – już wbiegł do wnętrza, niemal przewracając zaskoczonego człowieka. Dopadłszy swojej pryczy, odrzucił starannie poukładane bety na podłogę i wpakował rękę w głąb materaca. Tom dopiero teraz dostrzegł płaty lepkiego śluzu pokrywające przezroczystą skórę na twarzy i ramionach mutanta.

– On się poci – stwierdził ze zdziwieniem i zaintrygowany tak niecodziennym widokiem postąpił krok naprzód. – Poci się, niech mnie drzwi ścisną!

Penetrująca bebechy materaca ręka znieruchomiała, znalazłszy widocznie to, co było celem poszukiwań. Mutant wyszarpnął ją na zewnątrz. Białe krążki rozsypały się po posadzce – z wyjątkiem jednego, który powędrował między wąskie, zniekształcone grymasem bólu wargi. Jeszcze przez chwilę wyłupiaste oczy lśniły chorobliwym blaskiem, a potem błony mrużane zgarnęły z nich mgłę szaleństwa i Edgins aż ugiął się pod naporem przenikliwego wzroku.

– Do tyłu! – użądlił śliski głos.

Pokornie stanął pod ścianą i patrzył, jak tamten zbiera rozsypane krążki, liczy je, a następnie chowa do zawieszonego u pasa pojemnika. Bezwiednie przełknął ślinę…

– Skąd to masz… aż tyle?

– Po prostu lubię oszczędzać – mutant usiadł na pryczy i poprawił przekrzywiony stelaż, nie spuszczając oczu z Edginsa. – Każdy kombinuje jak potrafi – dorzucił wzruszając ramionami. – Tak cię to dziwi?

– Każdy kombinuje jak potrafi – powtórzył Tom w duchu. – A przecież on potrafi o wiele więcej niż ktokolwiek z nas. Może zmieniać strukturę substancji, dostosowując ją do potrzeb swojego organizmu, kontrolować metabolizm i robić całą kupę innych rzeczy, o których nie mamy pojęcia.

Lekceważąc ostrzegawcze syknięcie podszedł bliżej i oparł się o głowicę dozownika, o trzy kroki od mutanta.

– Pamiętasz co spotkało Jaba?

– Pamiętam – skinął głową Edgins. – Myślę jednak, że to był przypadek. Po prostu spałeś. Myślę też, że bardzo niechętnie decydujesz się na taki numer. To chyba trochę wyczerpuje, co?

– Sporo myślisz.

– Każdy kombinuje jak potrafi – zaśmiał się Tom. – Mógłbyś mi pokazać swoją lewą rękę?

– Wścibski jesteś – powiedział mutant wyciągając ramię.

Wnętrze dłoni było puste. Żadnego znaku.

– Tak przypuszczałem – mruknął Edgins. – Dużo odłożyłeś tych białych krążków. Nie boisz się?

– Czego?

– Skoro nam je dają, to znaczy, że są potrzebne. Uodparniają na jakieś tutejsze bakterie, promieniowanie, bo ja wiem co? W każdym razie pomagają, tego jestem pewien.

– Narkotyki też pomagają rzucił krótko mutant.

– Narkotyki?! Chyba nie chcesz powiedzieć, że oni nas…

– Nie, to byłoby za proste.

– Więc o co chodzi?

– O nic – mutant wstał i biorąc do ręki maskę ruszył w stronę śluzy. – To ty zacząłeś pytać.

– Słuchaj – Edgins niepomny ostrzeżenia chwycił go za ramiona. – Co jest w tych białych krążkach? Przecież wiesz. To dla ciebie żadna trudność rozszyfrować budowę dowolnej substancji. Na pewno już to zrobiłeś. Zobacz! – podsunął przed wyłupiaste oczy wnętrze lewej dłoni. – Wszyscy to mamy. Wszyscy, z wyjątkiem ciebie.

Mutant popatrzył na fosforyzujące kółko bez najmniejszego zainteresowania.

– Trzeba iść powiedział cicho. Już czas najwyższy.

– Nigdzie nie pójdziesz – warknął Edgins popychając go z powrotem na pryczę. – Niezbyt cię tu lubią, co? Bądź grzeczny, bo w korytarzach łatwo o nieszczęśliwy wypadek. Ktoś mi mówił, że te jaskinie są bardzo niebezpieczne.

– Aura – wymamrotał mutant. – Zmienia się…

– Przestań pieprzyć! Potrzebuję konkretnych informacji. Te zarodniki w studniach. Nie zbieramy ich chyba bez przyczyny?

– Bez przyczyny… to niemożliwe – zasłonił twarz ramieniem. – Nie świeć tak, błagam!

– Zwariował – pomyślał Tom. – Całkiem mu się pomieszało. A może udaje? – ścisnął pięści aż do bólu. – Nie próbuj mnie kołować swoimi sztuczkami, słyszysz? Chce tylko, żebyś mi pomógł połapać się w tym wszystkim. Przecież możesz to zrobić.

– Kim jesteś? – w głosie mutanta brzmiała nuta autentycznego strachu.

Edginsowi ręce opadły.

– Ażeby cię pokręciło – jęknął.

– Kim jesteś? – pytały przysłonięte błonami oczy.

– Kim jesteś? – powtórzyły ściany baraku.

– Kim jesteś?! – zadudniło echem sklepienie pieczary.

14.

Kunsztownie zdobiona patera przecięła powietrze i roztrzaskała się o ścianę. Lizey w napadzie zwierzęcej furii skoczyła w sam środek potłuczonych skorup i obcasami podkutych butów zmieniła je w różową miazgę.

– Nie potrzebuję twoich upominków – warczała z dziką zawziętością. – Nie potrzebuję twoich zaślinionych westchnień, śmierdzących pocałunków i nieporadnych pieszczot. Zniszczę cię, komendancie! Dopadnę i rozszarpię, choćbyś się zaszył na drugim końcu Wszechświata. Ty, ty… – misternie wykonana szkatułka podzieliła los pozostałych podarunków, którymi Ubir nuf Dem miał zwyczaj obsypywać obiekt swoich uczuć. Spod kościanego wieczka wyprysnęły białe krążki, znikając w puszystym podłożu.

– To już koniec – Lizey stała pośrodku pobojowiska tocząc ponurym wzrokiem po zdemolowanym pomieszczeniu. – Wszystko stracone, nie ma a czym mówić. Za tydzień, najdalej dwa, Rada zapozna się z raportem tego kurdupla Fuertada i trzeba będzie spakować manatki. Wracać na Ziemię? Bzdura! Co ja tam mam do roboty? Usiąść grzecznie w jakimś kącie i czekać na swoją kolejkę do pieca kremacyjnego? Zgoda, ale zanim to się stanie, obel-borcie, przeklniesz dzień, w którym mnie poznałeś. Kiedyś przecież i ty opuścisz Gelwonę, a wtedy… – cichy śmiech wypełnił wnętrze pomieszczenia złowróżbną melodią. – Będę marzyła o tym spotkaniu. Opracuję szczegółowy plan, przygotuję każdy drobiazg i zaczekam. Jestem cierpliwa, Ubirze. Co najmniej tak cierpliwa, jak ty głupi. Mam nadzieję, że to wystarczy.

Chwilę jeszcze stała nieruchomo, pieszcząc umysł wizją przyszłej zemsty, a potem wezwała automaty i zleciwszy im doprowadzenie wszystkiego do porządku, wypełniła korytarz marszowym łomotem podkutych butów.

Ruch dawał złudzenie konkretnego działania i pozwalał zapomnieć o lawinie spowodowanej kretyńską decyzją komendanta. Teraz, kiedy sprawa wymknęła się z zasięgu rąk, pozostawało już tylko bierne oczekiwanie. Trzeba było wypełnić ten czas przynajmniej pozorami aktywnego życia. Prosta metoda samooszukiwania się, zapewniająca, przy umiejętnym stosowaniu, odrobinę komfortu psychicznego, a właśnie tego Liz potrzebowała najbardziej.

Przed wejściem do kantyny oficerskiej przystanęła na chwilę i poprawiła niesforne kosmyki wymykające się spod hełmu.

Howden czekał na nią już wystarczająco długo, bo zdążył uprzyjemnić sobie samotność kilkoma porcjami wytrawnego lentilu.

– Dla mnie to samo – zadysponowała, siadając obok niego na wyściełanym trójnogu.

Karłowaty kelbot realizował zamówienia w błyskawicznym tempie. Liz wychyliła oszroniony pucharek i rozejrzała się po nienaturalnie cichej kantynie.

– Trochę pusto – mruknął Howden, obejmując ją delikatnie w talii. – Powtórzysz? – pstryknął paznokciem w opróżnione naczynie i nie czekając na odpowiedź, przywołał stojącego w pobliskiej niszy kelbota. Automat przy kolebał się skwapliwie i zamarł w wyczekującej pozycji.

– Zamów coś mocniejszego – powiedziała Lizey. – Mam ochotę się napić.

– Wedle życzenia – zarechotał. – Jak za starych, dobrych czasów, co? Już się robi!

Obserwowała jego hałaśliwą krzątaninę z mimowolnym grymasem politowania, wyginającym nieznacznie kąciki warg. Śmieszył ją ten grubawy facet o nalanej twarzy i rozsadzającym mundur cielsku.

– Wiesz Liz, nie widziałem cię już chyba ze dwa miesiące – tokował nieustannie. – Z tymi długimi włosami nawet nieźle wyglądasz, tylko po jaką cholerę zmieniłaś kolor?

Milczała bawiąc się pustym pucharkiem. Światło, rozszczepione kryształowym ornamentem, pieściło wzrok gamą tęczowych błysków. Gadanina Howdena niewiele ją obchodziła. Ważne było, że siedząc tutaj nie musiała myśleć o gromadzących się nad głową chmurach.

Kelbot bezszelestnie zmienił nakrycia. Liz zauważyła przed sobą czarkę z ulubionym koktajlem i posłała w stronę Howdena łaskawy uśmiech.

– A teraz przyznaj się, dlaczego nie odwiedziłaś mnie na Gelwonie? – sapnął, obejmując ją z niedźwiedzią tkliwością. – Urządziliśmy tam sobie taki mały zlot, a ty siedzisz na tej Stacji, jakbyś miała tu coś ciekawego do roboty. Musiałem się nieźle napocić, żeby do ciebie przylecieć. Robię teraz za inwalidę, wiesz? Kazałem sobie założyć kilka szwów w różnych ciekawych miejscach, później ci pokażę – tłuste wargi rozpłaszczyły się na policzku Lizey. – No, skarby moje, co cię zatrzymało na tej skorupie?

Odepchnęła go gwałtownie.

– Musiałeś mi przypomnieć – warknęła, odstawiając z trzaskiem czarkę musującego koktajlu. – Przecież przyszłam tu, żeby o tym nie myśleć.

Howden, spłoszony jej piorunującym spojrzeniem, odsunął się na bezpieczną odległość.

– Może zechcesz mnie uświadomić – zaproponował.

– Uświadomić! – parsknęła gniewnie. – I tak nie potrafisz mi pomóc. Nikt już tu nic nie zrobi, więc po co sobie strzępić język?

– Z twoich słów wnioskuję, że trochę się tu namieszało.

– Od wczoraj przebywam w tymczasowym areszcie, to znaczy, nie mogę nosa wystawić poza Stację i nie mam dostępu do obowiązujących haseł. Ta kanalia Ubir nuf Dem załatwił mnie bez pudła. Nieprędko się zobaczymy, Howden. Będę chyba musiała pożegnać Gelwonę.

Zagwizdał przeciągle, wydymając komicznie wargi.

– Przeskrobałaś coś?

– Fuertad przyczepił się, że mu psuję surowiec. Wypichcił na ten temat jakiś raport, a ten cymbał Ubir zamiast ukręcić łeb całej sprawie, pchnął ją dalej.

– Co mu się stało? Miałaś u niego takie przody…

– Miałam. A teraz on ma u mnie taaaki ogon. Gdybym mogła, wepchnęłabym mu te teleskopowe ślepia do czaszki.

– Kiedy? – zainteresował się Howden.

– Co kiedy?

– Kiedy on to zrobił?

– Przecież mówię, że wczoraj. Zanim poleciał na Gelwonę – drżącą ręką uniosła czarkę do ust.

– No to jeszcze nie jest tak tragicznie. Dopóki obowiązuje Procedura Obszaru Zamkniętego, możesz się niczym nie przejmować. Do odblokowania kanału nadrzędnego potrzebna jest obecność komendanta i kreatora, a Fuertad nieprędko opuści Gelwonę. Każdy z nich zna połowę kodu, więc…

– Masz pewność? – Liz uczepiła się tej informacji jak przysłowiowego źdźbła trawy.

– Absolutną – dla potwierdzenia swoich słów opróżnił jednym haustem pojemną czarkę i dodał: – Co ty byś zrobiła bez starego Howdena?

Wynagrodziła go promiennym uśmiechem. Niech mu będzie – zasłużył sobie.

– No i proszę – pokiwała z uznaniem głową. – Ubir nuf Dem szybko się uczy. Kto by pomyślał, że jest taki zdolny. Niezły blef, naprawdę niezły. O mały włos dałabym się nabrać.

Jeszcze raz uporządkowała wydarzenia. Procedurę wprowadzono przedwczoraj i zaraz potem Fuertad z ekipą ratunkową poleciał na Gelwonę. Komendant miał do niego dołączyć następnego dnia, razem z resztą korpusu oficerskiego. Musiał się z nią skontaktować przed samym odlotem – pamiętała, że był w polowym mundurze, kiedy komunikował jej swoją decyzję. Zabiłaby go chyba na miejscu, ale co można zrobić z przestrzenną projekcją, przez którą wszystko przelatuje jak przez powietrze? Pewnie miał niezły ubaw, gdy tak miotała się po segmencie, próbując go dosięgnąć. Zrobiła z siebie idiotkę, ale teraz następny ruch należy do niej. I zostanie wykonany. Chyba, że…

– Fuertad na pewno siedzi na Gelwonie? Widziałeś go?

– Jak ciebie teraz, skarbie – rozwiał jej obawy Howden. – Nie mogłem się od niego uwolnić. Węszy jakąś grubszą aferę i chciał mi na siłę wmówić, że jestem wszystkiemu winien. A co ja mam do tego? Połowa Drugiego Kontynentu w drzazgach, włosy dęba stają na samo wspomnienie. On ma rację, to nie mógł być przypadek…

Słuchała go jednym uchem, przez cały czas rozwiązując skomplikowaną łamigłówkę, w której postanowiła wziąć udział. Guzik ją obchodziły zagadkowe zjawiska zakłócające spokój Gelwony. Abstrakcyjne boje toczone przez żądnych wrażeń samców stanowiły odległe tło, mogące wprawdzie umilać czas, ale nie mające prawa wpływać w sposób istotny na jej życie. Tym razem jednak sprawa nabrała zupełnie innych wymiarów.

Ironiczny uśmiech zabarwił twarz Lizey. Zrozumiała, że sytuacja, w jakiej się znalazła, pozostawia pewien margines swobody, pozwalający wykonać kolejny manewr. W jej umyśle dojrzewał przewrotny plan, w którym rolę zwierzyny miał odegrać Ubir nuf Dem, myśliwego Fuertad, a nagonki – chwiejący się na sąsiednim trójnogu Howden.

Kolejna porcja musującego koktajlu sprawiła, że wnętrze kantyny okryło się lepką mgłą. Lizey potrząsnęła głową i przecierając zaczerwienione oczy rzuciła czujne spojrzenie w zakrywające pół ściany lustro.

– Szlag by trafił te włosy – pomyślała układając niesforne pukle w zgrabną aureolę. – Trzeba je skrócić, koniecznie…

Odbicie Howdena zafalowało i przez moment miejsce znanego aż do obrzydzenia oficera zajmował zupełnie inny człowiek. Widziała jego poruszające się usta i wyciągniętą dłoń, której wnętrze kaleczył lekko fosforyzujący okrąg.

– Znowu – jęknęła głucho Liz i czarka wraz z resztkami koktajlu uderzyła w lustrzaną taflę.

– Chodźmy stąd! – szarpnęła Howdena za ramię.

Zabełkotał coś niezrozumiale i po zrobieniu dwóch kroków rozciągnął się jak długi.

– Szybciej! – ponaglała go bezskutecznie, aż wreszcie chwyciła za klapy munduru i z trudem doprowadziła bezwładne cielsko do pozycji siedzącej.

– O rany – miauknął rozpaczliwie Howden. – Wszystko mi się pieprzy…

Dostrzegła zmięty łachman człowieka rozciągnięty na twardej, pokrytej cienkim materacem półce. Szarpnęła go za ramię, a on spojrzał na nią tak jakoś dziwnie, jakby…

– Kim jesteś? – padło z jej ust mimowolne pytanie.

15.

– Kim jestem? – kołatało w mózgu Edginsa. – Co ja tu właściwie robię? Po co ta cała maskarada? Dlaczego kazali mi żyć?! – pamięć przywołała obraz pięciu biało odzianych egzekutorów i szczęk metalowych klamer, głoszący rozpoczęcie ceremonii stracenia. – Na wszystkie świętości Nieba i Ziemi, nie wytrzymam ani chwili dłużej!!!

Walczył z narastającym uczuciem łaknienia, zdając sobie sprawę, że z każdą sekundą jest coraz bliżej bariery, za którą oczekuje go pozorne ukojenie. Odczuwał niemal fizyczny ból na wspomnienie gorzkawego smaku kryształowych drobin. Złośliwy robak, gorszy od wszystkiego, bo niematerialny. Nie ustanie w poszukiwaniach, dopóki nie złożysz mu należnej daniny. Wystarczy tylko zgiąć rękę w łokciu, położyć na języku chropawy krążek i zamknąwszy usta, czekać…

– Iris – zaciśnięte na krawędzi pryczy zęby uwolniły jedynie kłąb pozbawionych znaczenia dźwięków. – Pomóż mi…

Zobaczył ją, jak stoi oparta o głowicę dozownika, przyglądając mu się z wyrazem zdziwienia wypełniającym miodowe oczy. Długie kasztanowe włosy rozpuściła w swobodny welon, opadający aż na plecy.

– Dlaczego nie śpisz? – spytała. – Już późno.

Wyciągnął do niej rękę i wtedy zauważył, że postać Iris uległa gwałtownej metamorfozie: stała się nagle przejrzysta, a potem…

Ogarnęła go rozpacz.

…pochylała się nad nim mówiąc coś pieszczotliwym tonem, ale to nie była Iris, tylko jakaś zupełnie obca kobieta. Szarpała go za ramię i kazała gdzieś iść. Dokąd? Przecież tutaj jest jego właściwe miejsce. Gelwona, skąd ta nazwa…?

– Mam halucynacje – uświadomił sobie z trudem. – Mutant mówił prawdę, to coś w rodzaju narkotyku.

Skupił wzrok na twarzy kobiety. Gdzieś w plątaninie korowych tuneli odnalazł jej wizerunek, ale wymykająca się spod kontroli wyobraźnia zaczęła nakładać na siebie dwa niezależne obrazy i już po chwili kojąco chłodna dłoń Iris dotknęła rozpalonego czoła Edginsa.

– Dlaczego to zrobiłaś? – spytał. – Dlaczego nie czekałaś aż wrócę? Przecież obiecałaś… – czuł łzy napływające do oczu i całą siłą woli starał się je powstrzymać. – Musiałem, naprawdę musiałem…

– I co z tego? – wzruszyła, ramionami. – Myślisz, że kogoś to obchodzi? Zamiast się mazać, lepiej byś trochę pospał.

– Pocałuj mnie – poprosił.

– Też pomysły – zarechotał Jab. – Jak pragnę podskoczyć, wszystkim odbija.

– Zrywaj się – warknął Edgins.

Ognista kula eksplodowała gdzieś w piersiach i zamknęła całe ciało w ognistym kokonie. Koniuszki palców zaalarmowały układ nerwowy wrażeniem nieznośnego ssania; zupełnie jakby ktoś próbował oderwać mu paznokcie.

– Co ci właściwie dolega? – spytał Jab.

– Krą-żki – wybełkotał Edgins. – Nie-bra-łem…

– Dlaczego? Przecież odwaliłeś działkę. Nie dostałeś?

– Specjalnie… Ból jakby trochę zelżał… Są tutaj, schowałem…

– Co ci odbiło?

– Ręka – wyciągnął lewą dłoń. – Mutant nie ma tego kółka. A wiesz dlaczego? Chowa wszystko do materaca. Bierze tylko wtedy, kiedy go naprawdę przyciśnie…

– Adziabadzia – zawyrokował Jab. – Uwierzyłeś w te bajki?

– To nie są bajki. Widziałem jego rękę. Ani śladu.

– Może na niego to nie działa? Te zimnokrwiste jajorodki znają różne sztuczki. Mógł coś zamieszać.

– Nie mógł – pokręcił głową Edgins. – Załatwili go zaraz na wstępie, podczas snu. Inaczej nigdy by im się to nie udało. Dożylna dawka preparatu blokującego wrodzone zdolności. Kiedy otworzył oczy, było już po zawodach. Może tylko rozpoznawać substancje.

– Czyżby? – Jab zastanawiał się przez chwilę. – Doskonale pamiętam, jak na początku naszej znajomości…

– Fakt, ale to były resztki jego możliwości – mruknął Tom unosząc się na łokciach. – Teraz już i tego nie potrafiłby zrobić.

Jab wykrzywił twarz w grymasie niedowierzania.

– Jeżeli kupiłeś bajer, to zatrzymaj dla siebie, a nie próbuj opychać innym – powiedział. – Ja w każdym razie nie mam zamiaru tego przyswajać.

Poszczególne słowa docierały do Edginsa z dudniącym pogłosem. Słuch wyczyniał dziwne harce, mieszając rzeczywiste dźwięki z tworami przypadkowych imaginacji. Na moment postać Jaba rozdwoiła się, a każda z nowo powstałych półprzejrzystych sylwetek odgrywała zupełnie inny zestaw min i gestów. Tom nie mógł sobie z tym w żaden sposób poradzić.

– Podwójne widzenie – pomyślał. – Słyszałem o czymś takim.

Wydawało mu się, że lada chwila zleci z pryczy, więc wbił palce w posłanie i rozpłaszczył ciało jak tylko mógł najbardziej. Upadek z takiej wysokości nie dawał szansy na przeżycie. Żeby chociaż ten wiatr ustał, może wtedy…

– Skąd wiatr? – zastanowił się nagle. – Wielkie Nieba, ja chyba oszaleję.

– No to sobie szalej – burknął Jab. – Nie mam zamiaru ci w tym przeszkadzać – chciał odejść, lecz Edgins chwycił go za rękaw i, mimo oporu, posadził z powrotem.

– Przecież to logiczne – próbował tłumaczyć, nie wiedząc, że jego wargi pozostają nieruchome. – Najprościej podporządkować sobie ludzi, karmiąc ich jakimś uzależniającym świństwem. Pozbawieni wolnej woli będą wtedy wykonywać dokładnie to, czego sobie życzą karmiciele. Zrozum, jedyna nasza szansa to wyzwolić się z tej zależności. Może wtedy…

– O co ci właściwie chodzi? – spytał Jab zniecierpliwionym szeptem.

– Nie wiem – jęknął Edgins. – Skąd mam wiedzieć? Chciałem po prostu coś zrobić, żeby nie czekać z założonymi rękami, ale nie potrafię, nie dam rady…

Lodowate ostrza bombardowały jego głowę seriami głębokich, przenikliwych uderzeń. Za każdym razem, gdy wyimaginowany cios sięgał kościanej puszki, rozlegał się cichutki brzęk, przypominający śpiew miniaturowych dzwoneczków. Było ich coraz więcej i więcej aż wreszcie perlista kakofonia wypełniła całą przestrzeń, nie pozostawiając miejsca na nic innego.

…na granicy świadomości trwała walka, której wynik był z góry przesądzony – wystarczyło tylko zgiąć rękę w łokciu i zamknąwszy usta odczekać, aż pierwsze gorzkie drobiny spłyną w głąb trzewi rozszarpywanych uczuciem nieznośnego łaknienia…

Dzwony. Huragan dzwonów. Gdzieś z głębi ogłuszającego grzmotu wypłynął wysoki, zawodzący dźwięk, wypełniający każdą komórkę, każdy nerw katowanego ciała, zacierający granice pomiędzy tym co poza a tym co w środku…

Przez kurtynę powiek przedarł się rozmazany obraz – nieruchoma twarz o ostrych rysach i wystających kościach policzkowych. Atletycznie zbudowany mężczyzna leży zawieszony w pajęczynie siłowych pól, a w tle widać rozsypaną tyralierę ciemnowiśniowych postaci.

– Znam tego człowieka – pamięć Edginsa rozpoczęła gorączkowe poszukiwania, podczas gdy on sam całą siłą woli odpierał kaskady zawodzącego dźwięku. Jak wtedy na Astaborze w czasie wariackiego rajdu, który skończył się schwytaniem całej formacji w kolapsową pułapkę…

Gradienter Tietz – prawa ręka dowódcy Eskadry!

Skojarzenie było tak szybkie, jakby ktoś z boku podsunął mu właściwe rozwiązanie.

16.

Grawitonowy mobil wiózł obel-borta w kierunku ruin Fortu B. Siedzący za sterami młody chłopak w poplamionym kombinezonie z trudem odnajdywał w zdemolowanym pejzażu zarys dawnego szlaku komunikacyjnego. Konfiguracja terenu zmieniła się tu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Ubir nuf Dem nie poświęcał zbyt wiele uwagi obrazom przepływającym za szybą wideoramy. Siedząc w pełnej skupienia pozycji Re-epi próbował po raz kolejny doprowadzić umysł do normalnego stanu, ale natłok wrażeń i rozbicie ustalonego porządku dnia pozostawiło zbyt trwałe ślady w jego delikatnej psychice. A na dodatek jeszcze ta rozmowa z Liz… Okropność!

Zniechęcony bezskutecznym powtarzaniem medytacyjnych formuł obel-bort narzucił na ramiona wzorzystą pelerynę i wydobywszy z kieszeni krążek mnemogramu, pokiwał z zadowoleniem głową.

– Na szczęście mam to już za sobą – mruknął. – Niech się teraz trochę podenerwuje; później będzie mi tym bardziej wdzięczna. Powiem jej, że Rada, za moim wstawiennictwem wydała przychylne orzeczenie, a Główny Modyfikator polecił, bym osobiście nadzorował i oceniał przebieg dalszej służby. To powinno odnieść właściwy efekt – uśmiechnął się do swoich myśli. – Mam nadzieję, że ten dureń Fuertad zapomni o całej sprawie. Tyle się ostatnio wydarzyło…

Stroskanym wzrokiem obrzucił ruiny mijanych budowli, pomiędzy którymi dostrzegł kilku ludzi z ekipy ratunkowej. Wyglądali dziwnie obco na tle gelwońskiego krajobrazu, podobnie jak resztki zburzonych konstrukcji i kanciaste sylwetki ciężkich maszyn metodycznie porządkujących teren.

– Jesteśmy jak robactwo – stwierdził z niechęcią Ubir nuf Dem. – Swoją obecnością kaleczymy tylko naturalną formułę piękna, dając tym samym dowód własnej głupoty. Niewiele pozostało w tych ludziach z dawnych pionierów – tkliwym spojrzeniem objął rodowy pierścień i zwracając się do siedzącego na pulpicie skrzydłaka dodał: – Coraz częściej zdaje mi się, że w tym świecie nie ma już dla nas miejsca.

Ulubieniec przeskoczył na kolana obel-borta i wtulając dziób w poły munduru dopominał się o pieszczotę.

– Tak, tak, Chief – pokiwał głową Ubir nuf Dem. – Rzeczywistości nie można zmienić, można ją tylko zaakceptować albo odrzucić. Z tym że to drugie jest o wiele trudniejsze – wbił wzrok w roztaczający się za szybą wideoramy krajobraz.

Mobil pokonał właśnie ostatnie dzielące go od Fortu gruzowisko i pędził teraz po uprzątniętym szlaku w stronę prowizorycznej konstrukcji, w której mieścił się sztab akcji ratunkowej. Po przekroczeniu trzech stref kontrolnych pojazd zakończył swoją wędrówkę w śluzie, skąd zastrzeżonym tunelem przewieziono obel-borta kilka kondygnacji w dół. Fuertad już tam na niego czekał.

– Chodźmy, komendancie – Ubir nuf Dem zauważył, że kreator zapomniał o regulaminowym pozdrowieniu. Musiał być naprawdę bardzo czymś poruszony.

Minęli wyprężonych jak struna strażników i przez masywne wrota przedostali się do najniżej położonej części Fortu. Korytarze nosiły gdzieniegdzie ślady eksplozji. Obel-bort spostrzegł, że wyloty wielu odgałęzień zostały zablokowane szczelnymi przegrodami.

– Dehermetyzacja – wyjaśnił Fuertad, widząc jego zdziwienie. – Trzeba było odciąć część najbardziej zrujnowanych chodników. Resztę dało się jakoś połatać. Nie ma obawy, tutaj można swobodnie oddychać.

– To jasne – powiedział Ubir nuf Dem. – Inaczej nie podjąłby się pan roli przewodnika.

Kreator pozostawił tę uwagę bez komentarza. Fotel wyskoczył do przodu i obel-bort musiał zdrowo wyciągać nogi, żeby za nim nadążyć.

Wychodząc zza kolejnego zakrętu zauważył ciemnoczerwone plamy szpecące gładź lekko wklęsłej ściany, a nieco dalej zmasakrowane zwłoki ludzi należących do załogi Fortu. Fuertad zamienił kilka słów z oficerem, który wydawał rozkazy trzyosobowej grupie pakującej rozbebeszone szczątki do sześciennych klocków.

– Zginęli na posterunku – pomyślał Ubir nuf Dem. – Oddali swe młode życie w obronie godności ludzkiej i zaszczytnych ideałów – podrapał siedzącego mu na ramieniu skrzydłaka. – Jak sądzisz, Chief – zagadnął – czy i dla nas przygotowano już taki gustowny sześcianik?

Ulubieniec odpowiedział cichutkim popiskiwaniem.

– Proszę tędy, komendancie – Fuertad skręcił gdzieś w bok i po chwili wkroczyli do olbrzymiej pieczary, której dno zalegały hałdy wrzecionowatych zarodników. Większość z nich była popękana, a w nieruchomym powietrzu zastygły tumany rudawego pyłu.

– Trzeba by tu co nieco posprzątać – skrzywił się obel-bort, zatykając palcami nos i przyśpieszając kroku. – I pomyśleć, że z czegoś tak nieprzyjemnego można robić najbardziej poszukiwane kosmetyki, o które walczą mieszkańcy wszystkich cywilizowanych światów. Powinieneś to zapamiętać, Chief. Nieraz warto poświęcić trochę czasu, by z odrażających pozorów wydobyć ukryte piękno.

Ażurowym pomostem biegnącym tuż pod masywnym stropem przeszli nad składowiskiem – przystając na moment wśród resztek stanowiska dyspozycyjnego.

– Nasi odbiorcy będą musieli zadowolić się tym, co zostało – zaskrzeczał Fuertad z nie ukrywanym żalem. – Całe wyposażenie do wymiany. Minie wiele tygodni, zanim zdołamy doprowadzić to wszystko do pierwotnego stanu. Obecny poziom produkcji…

– Żeby to doprowadzić naprawdę do pierwotnego stanu, należałoby oczyścić planetę z ludzi i pozostawić własnemu losowi – stwierdził obel-bort w duchu, a głośno powiedział: – Nie pogłaszczą pana po głowie, Fuertad. W końcu to pan jest odpowiedzialny za produkcję, do mnie należy tylko ochrona.

– Sprawa się wyjaśni, gdy rozpoznamy przyczynę tego wydarzenia – obciągnięte pergaminową skórą palce kreatora przypominały szpony drapieżnego ptaka zaciśnięte na ciele ofiary. – Podejrzewam dywersję, komendancie, a to już chyba pański resort? – zawiesił głos na drwiącej nucie.

– Za co on mnie tak nienawidzi? – zastanowił się Ubir nuf Dem.

Fuertad odczekał chwilę, tak jakby sycił wzrok widokiem zapędzonej w pułapkę zdobyczy, a potem poprowadził obel-borta półkolistym korytarzem, nad którego wylotem widniały trzy współśrodkowe okręgi wymalowane jaskrawoczerwoną, fosforyzującą farbą. Znak ten uświadomił komendantowi, że zbliżają się do najważniejszej części skalnego labiryntu.

– Podejrzewa dywersję – Ubir nuf Dem powtórzył w myślach ostatnie zdanie kreatora. – Ciekawe, jak on to sobie wyobraża? Gelwona jest przecież obiektem o zerowej klasie tajności. Nawet ja nie miałem pojęcia o jej istnieniu, dopóki Rada nie powierzyła mi tej trupiarni. Nikt z zewnątrz nie mógł się do niej dostać, to pewne. Przyczyna musi być ukryta gdzieś tutaj.

Wartownicy stojący przed barierą pionu komunikacyjnego wykonali z małpią precyzją serię zgodnych z rytuałem gestów. Ubir nuf Dem uśmiechnął się widząc, z jakim nabożeństwem Fuertad ignoruje ich pozdrowienia.

– Popatrz, Chief, tak niewiele trzeba, by usatysfakcjonować człowieka – szepnął do ucha swego ulubieńca. – I pomyśleć, że ta zasuszona mumia trzyma w rękach nitki, od których szarpnięcia zależy, być może, istnienie całej rasy. Śmieszne, ale prawdziwe. Tak prawdziwe, że aż się wierzyć nie chce.

Łopot błoniastych skrzydeł zabrzmiał niemal jednocześnie z cichym świstem pokonywanej różnicy poziomów. Fuertad obdarzył maskotkę obel-borta zirytowanym spojrzeniem.

– Jesteśmy na miejscu – warknął i ledwie przejście stało się wystarczająco szerokie, wyjechał na środek rzęsiście oświetlonego korytarza. – Bardzo proszę, komendancie. To już tutaj – wykonał dłonią zapraszający gest.

– Poziom odbioru – pomyślał Ubir nuf Dem i postąpił krok naprzód.

Wymalowane na przeciwległej ścianie trzy współśrodkowe okręgi stanowiły pierwszy szczegół, na którym zatrzymał się wzrok obel-borta. Następnym była grupa nieruchomych cybotów, stojących w głębi lewej części korytarza. Karykaturalne sylwetki stanowiły istną parodię ludzkich kształtów, a widok manipulatorów zaciśniętych na kolbach ciężkich miotaczy sprawił, że Ubir nuf Dem czym prędzej odwrócił głowę w drugą stronę.

Fuertad zajęty był likwidacją ostatniej zapory. Skierował pyszczek deszyfratora w samo centrum skalnego monolitu, którego gładką, jakby wypolerowaną, płaszczyznę przebiegały błędne ogniki, sygnalizujące obecność bariery biotronicznej.

– Tylko szaleniec mógłby zdecydować się na próbę pokonania tych wszystkich przeszkód: począwszy od budynków na powierzchni planety aż na sam dół – stwierdził Ubir nuf Dem w duchu. – Szaleniec albo ktoś doskonale znający labirynt przejść, zabezpieczeń, szyfrów i haseł, odmiennych przecież dla każdego z kilkudziesięciu gelwońskich Fortów.

W samym środku nieskazitelnie gładkiej tafli pojawiła się pierwsza skaza – ciemny punkt, z którego wybiegło kilka ledwie widocznych, promienistych pęknięć. Zaraz potem zapora drgnęła, a wzdłuż wyraźnych już teraz szczelin przeniknęły różańce tęczowych wyładowań. W niemal doskonałej ciszy poszczególne bloki rozjechały się na wszystkie strony i tylko końcowe ich fragmenty wystawały ze ścian i sklepienia, upodabniając przejście do zębatej paszczy monstrualnego drapieżnika.

– Nie jest to najprzyjemniejszy widok – pomyślał Ubir nuf Dem, wkraczając za kreatorem w głąb zawiesistej ciemności.

Gdy się obejrzał, przejście było już zasklepione i w tym samym momencie z góry spadły potoki różowego światła.

– Spokojnie, Chief – uspokoił ulubieńca, który gniewnym popiskiwaniem dawał znać, jak bardzo mu się to wszystko nie podoba. – Powinieneś być bardziej powściągliwy w okazywaniu swoich uczuć.

Wolnym krokiem podszedł do najbliższego pojemnika, stojącego w długim szeregu identycznych, kanciastych brył. Pod przezroczystą pokrywą leżał nagi mężczyzna. Jego lewa ręka spoczywała tak, by widać było wnętrze dłoni naznaczone trzema fosforyzującymi kręgami. Rzut oka na ekran bloku kontrolnego uświadomił obel-bortowi, że człowiek ten jest martwy.

– Wszyscy – zaskrzeczał ze swego fotela Fuertad. – Wstrząsy uszkodziły system witalny. Cała przygotowana do obróbki grupa, około trzystu sztuk.

– Dla nich to nawet i lepiej – myślał Ubir nuf Dem idąc wzdłuż galerii nieboszczyków. – Wreszcie udało im się uciec.

W którymś z pojemników dostrzegł zupełnie młodą dziewczynę; podziwiając jej harmonijną budowę, próbował zgadnąć, cóż takiego mogła zrobić ta tak niewinnie wyglądająca istota, że skazano ją na życie najgorsze z możliwych.

– Sam widzisz, Chief, jakie to wszystko jest skomplikowane – mruknął. – Brak klarownej reguły sprawia, że miotamy się w kilku wymiarach, popędzani nieubłaganym prądem czasu i nigdy nie mamy pewności, czy naszej gonitwy nie zwieńczy równie bezsensowny finał. Zresztą, czy którykolwiek z możliwych finałów można nazwać sensownym?

Wrócił na początek ponurej galerii i puszczając mimo uszu monolog kreatora, szedł ze wzrokiem wbitym w oparcie fotela. Pragnął teraz znaleźć się zupełnie gdzie indziej i gdyby miał możliwość modelowania sytuacji według własnych pragnień, siedziałby sobie spokojnie u boku Liz, sycąc zmysły samą jej obecnością. Gdyby tylko mógł… Serce zabiło przyspieszonym rytmem i blady uśmiech przysiadł na wargach obel-borta.

– Fort B poniósł największe straty – zgrzytliwy głos Fuertada skutecznie burzył błogi nastrój, w jakim pogrążyła się świadomość komendanta. – Centrum eksplozji było gdzieś tutaj – kościsty paluch uderzył w rozpostartą na ścianie mapę skalnego labiryntu. – Na styku Fortów B, C i F. Skutki odczuła prawie połowa Drugiego Kontynentu.

– Czy udało się kogoś uratować? – wpadł mu w słowo Ubir nuf Dem. – Tam, z dołu.

– Chodzi panu o dawców? Nie, żaden nie ocalał. Nie dotarliśmy wprawdzie jeszcze do wszystkich grup, ale już teraz można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć stopień zniszczenia. Został nam do spenetrowania najbardziej zrujnowany rejon. Chyba sam pan rozumie…

– Rozumiem, pewnie, że rozumiem – pomyślał obel-bort ze złością, a głośno powiedział: – Chyba sam pan rozumie, kreatorze, że właśnie tam należy szukać przyczyn tej dziwnej eksplozji. Dziwi mnie pańska opieszałość. Wysłanie grupy badawczej do centrum zniszczeń powinno mieć miejsce na samym początku. Zaniedbał pan swoje obowiązki, Fuertad.

Kreator zupełnie nie speszony wbił wzrok w twarz komendanta.

– Na samym początku, powiada pan? – wycedził z podejrzaną słodyczą. – A gdzie pan wtedy był, obel-borcie, że mi pan o tym nie przypomniał?

– Cóż ten parweniusz sobie wyobraża? – przemknęło przez głowę ostatniego z nuf Demów. – Nie mam obowiązku się przed panem tłumaczyć, kreatorze – powiedział głośno i wyraźnie, starannie akcentując poszczególne słowa.

– Nikt od pana tego nie wymaga – wzruszył ramionami Fuertad. – Jednakże mój raport dotyczący Lizey Myrmall…

– Dość! – nie wytrzymał obel-bort i niemal natychmiast pożałował swojej reakcji. – Co ty możesz wiedzieć, staruchu, o namiętnościach trawiących moją jaźń? – myślał rozwścieczony. – O tym, że zrobię wszystko, byle zatrzymać ją przy sobie? – z trudem hamował rozbudzoną nagle furię, której istnienia nigdy by u siebie nie podejrzewał. – Gdybym posiadał choć odrobinę twojego sprytu i bezwzględności, kreatorze, nie prosiłbym, lecz zdobywał. A tak pozostaje mi tylko czekać i mieć nadzieję. O Gwiazdo Promienna, jak ja się za to nienawidzę!

Przypomniał sobie niedawną rozmowę z Liz. Potrzebował całego dnia, żeby zebrać dość odwagi, a teraz coraz bardziej żałował tego, co jej wtedy powiedział. Niepotrzebnie ją przestraszył, zupełnie niepotrzebnie. Tak się tym wszystkim przejęła.

– To może nie był najlepszy pomysł, ale czy w ogóle istnieje jakieś rozsądne wyjście? Łudziłem się, że Fuertad zapomni – z nienawiścią spojrzał na pokurczoną sylwetkę kreatora. – On nie zapomina o niczym! – uświadomił sobie z przerażającą jasnością. – A ja… Ja nawet nie wiem, czego naprawdę chcę.

Zazdrościł galerii nagich ciał ich martwego spokoju, którego żadne ludzkie moce zakłócić już nie mogły.

17.

Fuertad z niechęcią uniósł głowę znad stosu meldunków i czujnym wzrokiem objął stojącego w wejściu Howdena.

– Chwała Słońcu, kreatorze – odezwał się intruz, zamykając za sobą starannie drzwi i podchodząc bliżej. – Mam nadzieję, że nie jest pan zbytnio zajęty.

– I Dzieciom… – burknął Fuertad z pozornym trudem maskując udawane ziewnięcie. – O co chodzi, Howden? Najpierw stajecie na głowie, żeby dostać kilka dni urlopu, a zaraz potem przychodzicie, domagając się natychmiastowej rozmowy.

– Ważna sprawa, kreatorze. Można by powiedzieć: gardłowa. – Oficer rozwalony w zbyt wąskim jak na jego potrzeby fotelu, ugniatał metodycznie papierosa i nie zapytawszy o pozwolenie, zapalił. – Dotyczy naszego komendanta – dodał wydmuchując chmurę gryzącego dymu.

– Cóż tam znowu? – spytał leniwie Fuertad, wszystkimi siłami tłumiąc narastające podniecenie.

– Arystokraci to dziwni ludzie – Howden jakby zupełnie zapomniał o zasadach dobrego wychowania i kreator odniósł wrażenie, że jego niespodziewany gość lada chwila położy nogi na zasypanym meldunkami blacie. – Bardzo dziwni – kontynuował rozwlekle. – Mają swoje odchyły i…

– Do rzeczy, Howden, do rzeczy – Fuertad miał wyrobioną opinię na temat rodowych słabostek nuf Demów i im podobnych. – Więc?

– Są osoby, które mogłyby coś niecoś wyjaśnić.

– Konkretnie.

– Co konkretnie? Osoby czy wyjaśnienia?

Fuertad miał ochotę wyrzucić na zbity pysk zadowolonego ze swojej roli oficera, ale wyczuwał w jego postawie coś, co kazało mu powstrzymać gniewny komentarz i wysłuchać dalszego ciągu. Chodziło przecież o obel-borta. Jeżeli Howden faktycznie przyniósł jakieś konkrety – a wszystko na to wskazywało – należało dać mu się wygadać. Nie trzeba było nawet długo czekać.

– Odnieśliśmy wielki sukces, kreatorze. Naprawdę, mocna rzecz. A byliśmy o włos od klęski…

– My? – zdziwienie Fuertada stanowiło czystą formalność. Oczekiwał po prostu dalszego ciągu.

– Pan, ja – Howden zatoczył ręką szeroki krąg – wszyscy. Cała ludzkość.

– Duże słowa – uśmiech na twarzy kreatora miał zachęcić oficera do dalszych zwierzeń. – A jakiego rodzaju jest ten… sukces?

– Zdusiliśmy w zarodku próbę buntu, który miał lada godzina wybuchnąć w podziemiach Fortu B – szepnął Howden pochylając się nad blatem.

– Bzdura – parsknął gniewnie Fuertad. – Nikt w to nie uwierzy. Przecież skazańcy znajdują się przez cały czas pod działaniem preparatu FZ, co uniemożliwia im zorganizowanie jakiejkolwiek sensownej akcji.

– Skutki działania FZ-etów można zneutralizować za pomocą antidotum. Sam pan wie, kreatorze, jak często giną materiały z medbloków. Proszę mi wierzyć, to była cała siatka: skazańcy, część strażników i ktoś z samej góry.

– I komendant – pomyślał z radością Fuertad. – Sam obel-bort Ubir nuf Dem. To zaczyna być ciekawe.

– Wszyscy, niestety, stali się ofiarami własnej lekkomyślności Howden wyraźnie nabierał tempa. – Ten wybuch, kreatorze… To doprawdy okropne, musieliśmy jednak jakoś przeciwdziałać. Jako komendant Fortu B informowałem pana na bieżąco o rozwoju sytuacji i w krytycznym momencie wspólnie podjęliśmy decyzję. Kontakt z Głównym Modyfikatorem był niemożliwy ze względu na Procedurę. Groziłby dekonspiracją.

– Pańska opowieść, Howden, brzmi doprawdy bardzo interesująco, to wszystko jednak trzeba jakoś udowodnić – kościste palce kreatora wybijały monotonny rytm na poręczy fotela. – O ile się orientuję, z całej siatki dywersyjnej pozostał w naszych rękach jedynie organizator i przywódca spisku. Żeby go postawić w stan oskarżenia i udowodnić słuszność pańskiej tezy…

– Trzeba mieć kogoś, kto złoży odpowiednie zeznania. Taki ktoś istnieje, kreatorze. – Howden, wyraźnie z siebie zadowolony, zapalił nowego papierosa i wbił wzrok w pomarszczoną twarz swego rozmówcy. Czekał.

– Precyzyjny plan – myślał z uznaniem Fuertad. – Niektóre szczegóły wymagają wprawdzie dopracowania, ale całość… No, no – omal nie cmoknął z radości, lecz widok rozanielonej gęby Howdena zburzył wewnętrzny spokój kreatora. – On ma w tym jakiś interes, jakiś konkretny cel.

– Po co pan z tym do mnie przyszedł, Howden? – spytał.

– Żeby maluczkim było lepiej – brzmiała natychmiastowa odpowiedź.

Fuertad aż podskoczył.

– To jest poważna sprawa, a pan tu sobie robi kpiny! – zapiał na najwyższej nucie.

– Jakie kpiny? O co panu chodzi? – Howden zdusił niedopałek na podłodze i wstając z fotela, dodał: – Najlepiej, żeby pan to sobie spokojnie przemyślał i sam zdecydował, co dalej. – Zrobił krok w stronę drzwi.

– Chwileczkę – powstrzymał go Fuertad. – Jak brzmi nazwisko pańskiego świadka? Muszę przecież wiedzieć…

– Liz Myrmall, kreatorze. Czy to coś panu wyjaśnia?

Wyjaśniało, a jakże! Figurki zajęły swoje pozycje i sytuacja wymagała tylko jednego posunięcia, po którym można będzie ogłosić zakończenie rozgrywki. A ruch ten należał do Fuertada.

– Zeznanie obciążające obel-borta w zamian za mój raport. Ja pozbywam się komendanta, ona unika wyroku Rady, Howden… – kreator spojrzał na oficera z wyraźną niechęcią. – No cóż, ten chyba odbierze swoją należność w naturze. Nieistotne. Ważne, że Gelwona pozbędzie się wreszcie tego bałwana nuf Dema. O niczym innym nie marzę.

– A jeżeli to pułapka? – przebiegło mu nagle przez głowę. – Przynęta, na którą dam się złapać jak pierwszy lepszy żółtodziób?

Usiłował wyczytać cokolwiek z twarzy Howdena, ale ku swojemu zmartwieniu nie znalazł na niej nic prócz beztroskiego wyczekiwania. Chociaż… Ten ledwie dostrzegalny odcień drwiny przyczajony w kącikach warg…

– I jak pan to widzi, kreatorze?

– Dam panu znać za pół godziny – Fuertad zadbał, by barwa głosu nie zdradziła jego podniecenia i przez cały czas obserwował twarz oficera. – Proszę być gdzieś w pobliżu.

– W porządku – oblicze Howdena w dalszym ciągu niepokoiło brakiem jakiejkolwiek reakcji, nawet gdy wyszedł i jego pucołowata gęba wypełniła ekrany podglądu, w które kreator wpatrywał się chciwym wzrokiem.

Kościste palce ze wściekłością uderzyły w poręcz fotela.

– Oto gwarancja mojego bezpieczeństwa – myślał Fuertad, wyjmując ze szczeliny mnemoreksu kryształ zawierający wierny zapis całej rozmowy. – W każdej chwili będę mógł zeznać, że zgodziłem się tylko po to, by zdobyć bardziej konkretne dowody przeciwko tej bandzie intrygantów.

Zaakceptowawszy w ten sposób przedstawioną przez Howdena propozycję, wygasił ekrany podglądu i wrócił do przerwanej pracy, od której oderwał go dopiero meldunek o niespodziewanym odkryciu w rejonie dotkniętym eksplozją.

Gdy w godzinę po zakończeniu rozmowy zniecierpliwiony wysłannik Liz stanął ponownie przed drzwiami gabinetu, kreatora już tam nie zastał. Nie było też strażników ani nikogo takiego, kto mógłby mu powiedzieć, że Fuertad opuścił przed kwadransem Gelwonę, zabierając na pokładzie swojego statku jedynego skazańca, który przeżył wybuch, chociaż znajdował się w samym centrum kataklizmu.

Skazańcem tym był gradienter Konrad Tietz.

18.

Kolejny etap katorżniczej udręki. Edgins był tak wyczerpany, że nie chciało mu się nawet spojrzeć na wypełniony zarodnikami pojemnik. Miał wyjątkowe szczęście: dwie studnie wystarczyły do zaspokojenia wymagań dozownika, a mimo to pot zalewał mu oczy i czuł się słaby jak niemowlę. Leżąc obok zarastającego otworu, niemal przemocą wtłaczał powietrze do odmawiających posłuszeństwa płuc.

– I tak w kółko, aż do samego końca – pomyślał z tępą obojętnością.

Mógł już właściwie wracać do baraku, ale nie chciało mu się ruszać z miejsca. W końcu to chyba wszystko jedno – tu czy parę metrów dalej…

Przez chropowatą opokę znużenia przebijała się od czasu do czasu iskra rozpaczliwego buntu, który rozpalał na moment wyobraźnię Edginsa, każąc ogarniać otoczenie nienawistnym spojrzeniem. W takich chwilach zdawało mu się, że wystarczy uderzyć pięścią w kamienne ściany, by utorować sobie drogę do wolności. I zaraz potem bolesny grymas wykrzywiał twarz skazańca, a znużony umysł popadał w jeszcze głębsze odrętwienie.

Zapas powietrza w zbiorniku wystarczał na jakieś pół godziny. Można by pokusić się o zbadanie korytarza, ale po co? Jab spenetrował dwa, za każdym razem natrafiając na sztuczną przegrodę uniemożliwiającą dalszą wędrówkę. Nie tędy droga – ktoś już się o to zatroszczył. Zresztą, czy w ogóle istnieje jakieś wyjście?

O Nieba, jak duszno! Tom odwrócił się na plecy i wbił wzrok w nieregularne sklepienie korytarza. Ciemne odcienie brązu poprzecinane gęstą pajęczyną sinych nitek. Świadomość skazańca bezwiednie zamieniała plątaninę kresek w znajome kształty, wyłuskując z niebytu zarys twarzy, rąk, całych sylwetek…

Co za idiotyzmy! To wszystko jedynie majaki, bezsensowne fantasmagorie. Rzeczywistością jest lita gładź skały i żadna siła nie potrafi przeobrazić jej w nic innego. Kamienny grobowiec, w którym pogrzebani za życia oczekują kresu swej wędrówki. Żeby choć odrobina wody!

Burza. Potworna burza wypełniona dudniącym śpiewem gromów. Brzuchate chmury rodzące rzęsiste strugi deszczu i błyskawice przecinające odległy horyzont. Wyobraził sobie, jak stoi z uniesioną do góry twarzą, a chłodne krople zmywają z jego ciała skorupę zeschniętego brudu.

Wciągnął głęboki haust powietrza przesiąkniętego zapachem syntetyków. Jaki mają sens marzenia, jeśli ich nie można zrealizować? Więc nie marzyć?!

Podniósł upapraną brunatnym błockiem rękę i metodycznie, kawałek po kawałku odrywał fragmenty popękanej skorupy razem z wierzchnią warstwą skóry. Bolało jak jasna cholera, nie ustawał jednak w pracy, czerpiąc z zadawanego sobie bólu jakąś osobliwą satysfakcję. Gdy dotarł do dłoni i oczyścił jej wnętrze, oczom jego ukazały się dwa wspołśrodkowe okręgi, szpecące ciało czerwonawą obecnością.

– Już dwa – myślał trąc wściekle poranioną pęcherzami skórę. – Niedługo pewnie znajdę trzeci albo i czwarty. Całe mnóstwo! Ciekawe tylko, jak się pomieszczą? A może łapa mi urośnie? Będzie taka wielka, że nie dam rady jej udźwignąć – zachichotał, lecz zaraz twarz mu spoważniała. – Mutanta też to wzięło. Więc wszyscy, bez żadnego wyjątku. Marna pociecha, ale zawsze coś.

Nie chciało mu się wracać. Błogi bezruch opanował całe ciało, przytępione zmysły pozwoliły na chwilę całkowitego zapomnienia. Ale tylko na chwilę.

Paskudnie gorąco.

Szeleszczący monolog górskiego strumienia, z którego można zaczerpnąć odrobinę krystalicznej wody, zimnej i orzeźwiającej. Wydawało mu się, że słyszy łoskot strugi torującej sobie drogę pomiędzy śliskimi głazami.

– Nie marzyć! – przebiegło przez głowę Edginsa. – Zapomnieć o wszystkim, do czego nie można wrócić.

Lecz jak to zrobić, skoro zbiór wspomnień oznacza konkretną osobowość. Popełnić psychiczne samobójstwo?

A potok szumiał, kusząc obietnicą rzeźwiącego dotyku.

– Przecież to niemożliwe – Tom uniósł się na łokciach i nasłuchiwał uważnie, a wszystko co do niego docierało, przeczyło zdrowemu rozsądkowi.

Wydawało mu się, że w tym odległym chlupotaniu pobrzmiewa znienawidzona, jękliwa nuta. Ścisnął rękami głowę. Wspomnienie rindańskich widm – bezcielesnych i bezosobowych cieni osaczających zniewolony umysł pozostającego na ich łasce człowieka…

To było jednak coś innego!

Tom oderwał dłonie od uszu i drżąc całym ciałem, stanął na uginających się nogach. Szum dochodził z nie zbadanej jeszcze części korytarza – tak wyraźny, że skazaniec niemal widział kręte języki górskiego strumienia i czuł ożywczy chłód spienionej wody.

– Nie pójdę tam – myślał przerażony. – To przecież niemożliwe, żeby… Wszystko jest jednym wielkim kłamstwem. Nawet Iris – zaniósł się spazmatycznym szlochem. – Co za podły świat.

Przez moment chciał zerwać maskę i raz na zawsze skończyć z tym całym oszustwem, w jakie zamieniono jego życie. W tej samej chwili zobaczył ją – stała w odległej perspektywie korytarza i bawiąc się swoimi kasztanowymi włosami, przesłała mu promienny uśmiech. Zacisnął powieki, a gdy je rozsunął, nie było już tam nikogo.

Przebiegł te kilkadziesiąt metrów tak błyskawicznie, że aparat tlenowy nie nadążał z dostarczaniem świeżego powietrza ze zbiornika. Przystanął za załomem korytarza i tuląc ręce do piersi czekał, aż ustąpi duszący ból. A gdy ucichło już wysilone pulsowanie tętnic, usłyszał znowu szmer strumienia liżącego kamienne koryto – tym razem jednak bliżej i wyraźniej. Zaintrygowany zrobił kilka kroków i ostrożnie wyjrzał zza kolejnego załomu. Zobaczył…

– Woda! Najprawdziwsza woda!!!

W pierwszym odruchu radosnego uniesienia chciał rzucić się do przodu, coś go jednak powstrzymało. Znowu zacisnął powieki, odczekał chwilę – to samo. Zdziwiony ponowił próbę, zatykając jednocześnie palcami uszy, ale ciągle czuł orzeźwiający chłód i osiadające na skórze drobne kropelki rozpylonej wody.

– Czy każde szaleństwo jest aż tak namacalne? – zastanowił się. – Czy wolno mi uwierzyć w niemożliwość i pozostać przy zdrowych zmysłach? Na wszystkie świętości Nieba i Ziemi, co to ma znaczyć?!

Otworzył oczy – żadnych zmian. Woda wciąż wypływała wartką strugą z niewielkiej, nisko usytuowanej wyrwy i po przebyciu półmetrowej różnicy poziomów rozbijała się o kamienne podłoże. Pod ścianą leżały odłamki dotkniętej erozją skały, podszedł bliżej i kucnął, by je dokładniej obejrzeć. Rozsypywały się w palcach, pozostawiając na dłoni drobny miał. Jednocześnie odpryski głównego nurtu zmoczyły ręce Edginsa, a ich chłodna pieszczota sprawiła, że rzucił się na kolana i zanurzył ramiona w rwącej strudze. Potem obmył sobie twarz – na tyle, na ile było to możliwe bez zdejmowania maski.

– Szaleństwo powinno sprawiać przyjemność – pomyślał. – Przecież człowiek stwarza je sam dla siebie. Kto wie, może to jest jakieś wyjście?

Czuł jednak ciężar zbiornika, ucisk stelaża i niemiłą obecność aparatu tlenowego. Gdyby naprawdę oszalał, usunąłby chyba te wszystkie niedogodności. Więc co? Ma uwierzyć, że na Gelwonie występują naturalne zbiorniki wodne? Tak po prostu?

– A jeśli istnieją? – przeszył go nagły impuls. – Jeśli to jest właśnie sposób, żeby stąd uciec? Przypadek, szczęśliwy zbieg okoliczności, szansa, która trafia się raz na miliard albo i rzadziej…

Ręce mu latały, kiedy klęcząc przed wyrwą próbował ją powiększyć. Szło nadspodziewanie łatwo – skała była tak zwietrzała, że aż go to zdziwiło. Wokół otworu pojawiały się głębokie rysy; z każdą sekundą uderzenia rozdygotanych dłoni kruszyły kamienną przeszkodę, podsycając nikły promyk nadziei w sercu skazańca. Któreś z rzędu szarpnięcie obudziło tumany brunatnego pyłu i Edgins ledwie zdążył uskoczyć przed walącą się ścianą. Skalne drobiny zawirowały w powietrzu, woda popłynęła szerszą strugą, a gdy kurzawa wreszcie opadła i Tom stanął z powrotem na chwiejnych nogach, zobaczył wylot przestronnego korytarza, z dnem uformowanym na podobieństwo obszernych, kwadratowych tarasów. Przypominały schody dla wielkoluda – miały koło metra wysokości i z cztery razy tyle w głąb. Promieniowały dziwnie delikatną, błękitną poświatą, przydając spływającej po nich wodzie bajkowego kolorytu.

Gdy minęła fala zaskoczenia, Edgins zanurzył się w postrzępionym otworze, wstępując na powierzchnię pierwszego tarasu. Przez dłuższą chwilę obserwował spływającą z góry wodę, która obmywała czubki jego więziennych chodaków, szemrząc przy tym tak zawzięcie, jakby chciała przekazać intruzowi jakąś niezwykle ważną wiadomość. Dopiero po minucie odważył się przyjrzeć dokładniej ścianom i sklepieniu nowo odkrytego korytarza. Zadziwiła go geometryczna doskonałość zawarta w smukłym przekroju budowli – bo nie mógł to być przecież przypadkowy twór natury!

Czujnik manometru błysnął ostrzegawczą czerwienią.

– Wejdę tylko kawałek i zaraz wracam – postanowił Edgins.

Ostrożne kroki doprowadziły go na środek tarasu, spojrzenie powędrowało kawałek dalej, gdzie spadająca z następnego stopnia woda tworzyła linię biało-błękitnej piany.

PRZYBYSZU Z RINDU – CZEKAM NA CIEBIE

Zatrzymał się jak wryty, pożerając wzrokiem ognisty napis, który dostrzegł na błękitnym tle, tuż przed kreską miniaturowej kipieli. Wypukłe litery wielkości otwartej dłoni wyglądały jak pleśń pokrywająca nagą skałę.

Przeczytał raz, drugi, dziesiąty. Podszedł bliżej i znowu czytał. Potem nachylił się i dotknął – napis, ułożony był z chropowatych pączków wyrastających z gładkiej powierzchni, twardych jak pancerz próżniowca. Spróbował oderwać najbliższą literę, ale tylko obtarł sobie boleśnie palce. Odsunął się nieco, by objąć wzrokiem całość, i jeszcze raz przeczytał – powoli, zgłoska po zgłosce.

– Ciekawe, dla kogo przygotowano te napisy. Rindańczycy nie posługują się przecież alfabetem. Poza tym skąd oni tutaj, w bebechach Gelwony? – wzruszył ramionami i kucnął nad różańcem ognistych liter, których wygląd z czymś mu się kojarzył. Przypominały… – Jak koralowce! – pokiwał głową. – Tysiące pokoleń wegetujących na szkieletach poprzedników. Po wielu latach powstają z nich takie właśnie twory. Ale one, do ciężkiej cholery, nie układają się w napisy! Chyba że… Jeśliby odpowiednio pokierować rozwojem wapiennych zwierzątek…

– Bzdura – wstał z klęczek. – Iść czy wracać? – nadzieja rozbudzona perspektywą ucieczki walczyła ze strachem, który przykuwał stopy, ołowianym ciężarem.

I wtedy spostrzegł, że na drugim tarasie również jest jakiś napis. Czym prędzej wskoczył na górę.

TWÓJ GNIEW ZRODZIŁ BURZĘ

– WODA TORUJE DROGĘ

– Burzę? – Dudniący śpiew gromu przedarł się przez szelest płynącego potoku. Tom wbił wzrok w głąb korytarza, gdzie błękitne światło ustąpiło na moment przed błyskiem kolejnego wyładowania, uwidoczniając paraboliczny zarys wyjścia. I już drugi grzmot trzepotał wśród kamiennych ścian, budząc w duszy Edginsa mieszaninę lęku i ciekawości.

Wyobraźnia podsunęła wizję brzuchatych chmur rodzących strugi rzęsistego deszczu. Wizję, która gdzieś tam, na szczycie gigantycznych schodów, znalazła swoje rzeczywiste odbicie.

Nie zastanawiając się nad tym co robi, Tom wstąpił na trzeci taras. I właśnie wtedy…

Bez najmniejszego ostrzeżenia, bez żadnego znaku poprzedzającego zwykle poprzednie ataki, spadła na niego lawina potępieńczych dźwięków. Wysoki, zawodzący jęk ogłuszał, drążył świadomość do najgłębszych pokładów, zacierał granice pomiędzy tym co poza a tym co w środku. I gdy Edgins, pełznąc cały czas naprzód, dotarł wreszcie do kolejnego napisu, ogniste litery zamazały mu się przed oczami, zupełnie jakby spływająca z góry woda spłukiwała wymalowany kiepską farbą tekst.

Wodząc palcami po chropowatych wypukłościach odcyfrowywał treść kamiennego przekazu:

JESTEŚ TYLKO NARZĘDZIEM

– MUSISZ STAĆ SIĘ WŁADCĄ

Rindańskie widma kołowały wokół Edginsa, chcąc go porwać w wir upiornego tańca. Bronił się, bronił się ze wszystkich sił, wczepiony całym ciałem w zimną gładź tarasu. Płynąca nieprzerwaną strugą woda przynosiła ulgę, pozwalała uporządkować szalejące zmysły, uporządkować rozdygotany obraz rzeczywistości. Gdzieś z boku pojawiała się i gasła czerwona plama.

– Wracać! – ta jedna myśl kołatała teraz w głowie Edginsa, podsycana alarmującym pulsowaniem czujnika manometru. – Jeśli nie chcę się udusić… – na czworakach dotarł do brzegu tarasu, lecz metrowa wysokość wzbudziła w nim paniczny strach. – To te białe krążki – stwierdził w duchu, a pewność, z jaką sformułował ów wniosek, wprawiła go w zdumienie.

W tej samej chwili najniższy stopień przestał istnieć – kawałki zwietrzałej skały runęły w dół, pociągając za sobą w bezdenną ciemność strugę błękitnej wody. Droga do postrzępionego otworu, którym wszedł, była odcięta – chyba że zaryzykowałby skok przez czterometrową rozpadlinę…

Nie zdążył nawet rozważyć takiej możliwości.

Tuż przed nim otworzyła się przepastna wyrwa – drugi taras zamieniony w lawinę kamiennych okruchów, z ogłuszającym łoskotem spadał w głąb planety. Jednocześnie powierzchnię tego, na którym Tom klęczał, przecięła siatka wyraźnych pęknięć. Woda dopełniała swego niszczycielskiego dzieła.

– Na górę! Szybko na górę! – nim zdołał to pomyśleć, już był metr wyżej.

MUSISZ POZNAĆ SIEBIE

– BRAK ODWROTU PRZYBLIŻA CEL

– Brak odwrotu… – przez chwilę wydawało się Edginsowi, że kamienny napis przeznaczony jest dla niego, ale zaraz odpędził tak absurdalne przypuszczenie.

Odgłos pękających skał smagnął grzbiet biczem strachu. Tom biegł już teraz, a gdy pokonywał kolejną przeszkodę, dręczyła go tylko jedna myśl: czy to szaleństwo dzieje się naprawdę.

PRAWDĄ JEST AURA

– KALECZYSZ MASKĘ ŚWIATA

Ostatnia informacja oszołomiła Edginsa. Czuł się jak uderzony obuchem w głowę. Strzępy poprzednich, już nie istniejących napisów, przebiegły mu przed oczami. Chaos, kompletny chaos, setki pytań bez odpowiedzi. Paraboliczny zarys wyjścia zajaśniał oślepiającą bielą i zgasł tak nagle, jak się pojawił.

– Burza – przypomniał sobie Edgins. – To już niedaleko… – ciężko dysząc wdrapywał się na następny taras.

WYTYCZONO CI DROGĘ

– WĘDROWIEC DEPCZE SKAŁĘ

– Nie rozumiem – stwierdził Tom z rozpaczą. Nic nie rozumiem…

Miał dosyć wszystkiego napisów, schodów i całej reszty tego zwariowanego świata. Czuł, że wplątał się w coś, co przerasta jego możliwości pojmowania. Marzył o odpoczynku, ale łomot pękających schodów nie ustawał ani na chwilę. Zdobył się na jeszcze jeden wysiłek…

RATUJ SWÓJ BLASK

– WALKA NACJI GASI GWIAZDY

Wszystko dygotało, jakby cały korytarz wpadł w rezonans. Tom zataczał się – szukające oparcia ręce trzepotały bezradnie, nogi odmawiały posłuszeństwa. Zamglonym spojrzeniem jeszcze raz ogarnął rząd ognistych liter.

– Wojna – pomyślał przerażony. – Nawet tutaj, w tym zapadłym zakątku Wszechświata – chciało mu się śmiać i płakać zarazem. – Nic mnie to nie obchodzi – powtarzał w duchu, dźwigając ciało o kolejny metr w górę.

WIATR NIE PYTA PYŁU O ZGODĘ

– NADSZEDŁ TWÓJ CZAS

– Śmierć – wyszeptał zbielałymi wargami Edgins.

Stopy ślizgały się po wypolerowanej przez wodę powierzchni, pierś rozrywały potworne uderzenia pracującego z najwyższym wysiłkiem serca. W każdej sekundzie bloki zwietrzałej skały głosiły światu hymn zagłady i w każdej sekundzie gwałtowny rzut wyczerpanych mięśni odsuwał oszalały ze strachu strzęp człowieka od krawędzi przepaści.

Kant kamiennego progu zdarł skórę z kolan Edginsa. Nie czuł bólu, nie miał na to czasu. Wejście na następny taras było dziełem chwili.

TŁUMISZ ŚPIEW PRZYSZŁOŚCI

– WIDZĘ ZAPACH BZU

Lawina wspomnień, kalejdoskop zdarzeń zaszłych…

Płomienie sięgają drgającymi jęzorami powierzchni brudnoszarego nieba. Gdzieś z boku ogień pożera kępę rachitycznych drzewek. Ostry trzask pękających gałęzi miesza się z hukiem rujnowanego tarasu.

Skoczył do przodu, na oślep, byle dalej, wyżej… Mięśnie nie utrzymały ciężaru ciała – runęło na poznaczoną głębokimi rysami gładź, rozchlapując pióropusze wody. Kamienne litery znalazły się tuż przed twarzą Edginsa.

– Kim jesteś? – spytał bezgłośnie. – Powiedz mi, kim jesteś? Skąd wiedziałeś, że przyjdę?

Widmo nieuniknionej śmierci zmusiło go do kontynuowania wspinaczki. Metr wyżej odczytał:

NAZYWACIE MNIE GELWONĄ

– MOJE IMIĘ TRWA GŁĘBIEJ

Gelwona! – upiorny jęk rindańskich cieni – Gelwona! – długi szereg zobojętniałych na wszystko skazańców – Gelwona! – brunatna maź oblepiająca wrzecionowate skorupki zarodników – Gelwona! – czerwonawe kręgi kaleczące wnętrze lewej dłoni – Gelwona! – o Nieba, jak długo jeszcze…?

I to irracjonalne przeświadczenie, że dotarł do miejsca swego przeznaczenia. Bez sensu, zupełnie bez sensu.

MUSISZ STĄD ODEJŚĆ

…odejść… odejść… odejść…

– Nic łatwiejszego! – maska stłumiła szaleńczy skowyt, który był śmiechem. – Po prostu odejść – Tom dławiąc się, wskoczył na następny taras…

POTRAFISZ TO ZROBIĆ

Dźwięk gromu na moment zagłuszył łoskot pękających skał. W migawkowym ujęciu pojawił się paraboliczny zarys wyjścia – tak bliski, że wystarczyło sięgnąć ręką. Jeszcze tylko jeden stopień, ostatni szaleńczy zryw…

I wtedy zapanowała cisza. Cisza wprost niewiarygodna.

Dopiero po chwili słuch wyłowił z nicości chlupot błękitnej strugi i delikatny szum padającego deszczu. Ale przecież…

Stał na progu kamiennej krypty, oblewany potokami rzęsistej ulewy. W górze kłębiły się szare chmury, lepkie, brzemienne wilgocią. Zygzaki błyskawic oświetlały przeciwległą ścianę, na której widniała olbrzymia płaskorzeźba – podobizna ludzkiej twarzy. Edgins miał wrażenie, że zna tego człowieka, że już go kiedyś widział. Zaintrygowany postąpił kilka kroków naprzód.

– Musisz stąd odejść – szeptała woda obmywająca bose, poranione stopy. – Musisz stąd odejść! – oznajmił ponurym głosem kolejny grom. -…odejść… odejść… – powtórzyło echo.

– Jak mam to zrobić? – spytał w duchu. – Pomóżcie mi, pokażcie drogę.

– Potrafisz – usłyszał w odpowiedzi. Wydawało mu się, że usta kamiennej maski drgnęły, ale mogło to być złudzenie.

Upadł na kolana. Po policzkach spływały mu łzy zmieszane z kroplami deszczu. Wyciągnął ręce w stronę płaskorzeźby. Lewa dłoń pulsowała falami tępego bólu; czerwonawe kręgi były wyraźnie widoczne w panującym półmroku.

– Pomóż mi – wyszeptał. – Pomóż…

– Potrafisz – powtórzyły ściany deszczowej krypty.

– Kłamiesz! – krzyknął prawie. – Nic nie mogę zrobić! Nic!!!

Wpatrywał się w znienawidzone piętno. O Nieba, gdyby tylko mógł! Gdyby tylko…

– Potrafisz!

Palcami prawej ręki potarł fosforyzujące kręgi, jakby jeszcze raz chciał się przekonać o ich niezniszczalności. Tarł i tarł, i nie wierzył własnym oczom – gwałtowne ruchy rozmazywały koliste piętno w czerwone smugi, które zaraz spłukiwał deszcz. Krew? Skąd krew, przecież nic…

Ręka była czysta. Bez najmniejszego śladu, bez skrawka znienawidzonych znaków. I bez bólu. Gapił się na nią przez chwilę, niedowierzająco, niepewnie. Potem spróbował wstać. Nogi miał jakieś obce, kołkowate. Poniosły go w stronę kamiennej maski.

Seria błyskawic rozproszyła mrok. Edgins zatrzymał się w pół kroku, czując, jak lepka breja strachu podchodzi mu do gardła i dławi oddech.

To była jego twarz.

19.

Cień zazdrości pojawił się na pergaminowej masce Fuertada, gdy objął wzrokiem ciało spoczywające w łożysku infiltratora. Uśpione zwały mięśni, wsparte na kościanym stelażu tworzyły konstrukcję tak harmonijną, że kreator czym prędzej rozkazał zatrzasnąć glensilowe wieko i zajął się przeglądaniem dostarczonej przed sekundą dokumentacji.

– Gradienter Konrad Tietz – mruczał, tłukąc z wściekłością w klawisze czytnika. – Zawodowy oficer, skazany za… – sękate palce wybijały na poręczy fotela nerwowy rytm. – Uczestnik ostatniej kampanii przeciwko Planetom Rindu, Czterdziesta Ósma Eskadra, jeniec wojenny…

Ponownie spojrzał na glensilowy pojemnik. Za szybą widać było głowę zamkniętego w środku człowieka, oplecioną pajęczyną kolorowych przewodów, naszpikowaną igiełkami przekaźników. Na wysokości skroni, nie dotykając ogolonej skóry, czaiły się dwie elipsoidalne elektrody.

– Co za idiota podłączył rekorder?! – Fuertad zauważył pęk kabli biegnących od głowicy infiltratora do urządzenia zapisującego. – Przecież mówiłem! – fotel pchnięty gwałtownym impulsem runął w głąb laboratorium, gdzie kreator własnoręcznie wyrwał wiązkę przewodów i cisnął nią o ścianę.

– Zgodnie z Procedurą… – zaoponował któryś z asystentów.

– Milczeć! – rozsierdził się Fuertad. – Milczeć i słuchać! Nie dyskutować! – wrócił do czytnika, lecz jeszcze przez chwilę rozpamiętywał niesubordynację podwładnych. – Każdy się tu mądrzy, jakby był nie wiadomo kim – mruczał gniewnie, a spostrzegłszy bezczynnie stojącą obsługę, zmarszczył brwi. – Co tam znowu?

– Wszystko gotowe – usłyszał w odpowiedzi.

– No to na co czekacie?!

Odetchnął z ulgą, kiedy drzwi zasunęły się za ostatnią sylwetką w żółtym kombinezonie. Banda darmozjadów. I tak trzeba będzie po nich poprawiać. Mamrocząc pod nosem, podjechał do infiltratora i zaczął sprawdzać końcówki przyłączy. W połowie roboty zatrzymał się i rzuciwszy spłoszone spojrzenie w stronę wyjścia, nasłuchiwał uważnie. Potem ostrożnie uniósł ciężką pokrywę i chciwym wzrokiem ogarnął atletyczną postać pogrążonego w letargu człowieka.

– Piękne ciało – pokiwał głową i piskliwy chichot wypełnił wnętrze laboratorium. – Wspaniałe ciało – śmiał się jak uczniak, który ma zamiar spłatać komuś psikusa. – Szkoda, wielka szkoda, że musimy je zniszczyć. To się nazywa racja stanu – zatarł pomarszczone dłonie; puszczona pokrywa opadła z głośnym hukiem. – No i bardzo dobrze.

Podjechał do pulpitu sterującego pracą urządzenia. Wskaźniki stały na pozycjach roboczych, ekrany pokazywały kontrolne projekcje pełnej gotowości. Jeszcze tylko drzwi – klawisz magnetycznej blokady trafiony piąstką kreatora odciął laboratorium od reszty świata – i można się zabrać do roboty.

Wiązka leżących pod ścianą przewodów powędrowała do przystawki mnemoreksu w fotelu Fuertada.

– Po co przeciążać informacjami oficjalne bloki pamięci? – diaboliczny grymas wykrzywił pomarszczoną twarz. – Zobaczymy najpierw, co z tego wyniknie. Może to tylko fałszywy alarm?

Wnętrze pomieszczenia pogrążyło się w ciemności.

– Spytamy teraz naszego pięknisia, cóż takiego ukrywa w tej swojej zgrabnej główce? – pieszczotliwy ton głosu kontrastował z wyrazem twarzy kreatora, ledwie widocznej w słabej poświacie pulpitu operacyjnego. – Na początek stan wyjściowy.

Uderzenia kościstych palców ożywiły wskaźniki i ekrany.

– Rozumiem – Fuertad z dobrotliwym uśmiechem przekrzywił głowę na lewe ramię, obserwując efekt swoich poczynań. – Chłopczyk sobie grzecznie śpi i wcale nie ma zamiaru się budzić. Żałuj, mój drogi – coś na kształt satysfakcji przemknęło po pomarszczonym obliczu. Już więcej nie będziesz miał okazji.

Szybkie jak myśl ruchy sękatych dłoni wydarły z pamięci zamkniętego w infiltratorze człowieka obraz poprzedzający katastrofę.

Największy, wypukły ekran – świat widziany oczami gradienteta Tietza. Z boku – czas, jaki upłynął od rekonstruowanego wydarzenia. Dołem – szeregi wskaźników informujących o stanie emocjonalnym obiektu w odtwarzanym momencie.

Fuertad zobaczył palce skazańca grzebiące w brunatnym błocku i wrzecionowate skorupki zarodników odkładane pieczołowicie do pojemnika. Obraz normalnej pracy gelwońskich więźniów. Nic ciekawego. Delikatnym ruchem przesunął potencjometr czasowy do przodu, uważając, by nie przegapić żadnego istotnego szczegółu.

– Jest! – wskaźniki emocji skoczyły gwałtownie w górę.

To był strach. Ale czego mógł się bać człowiek, który od kilku tygodni przebywa w jednym, doskonale sobie znanym miejscu?

Skrzywiony profil kreatora zawisł nad pulpitem, a jego dłonie zespoliły się z aparaturą. Na ekranie chodnik – jeden z wielu. Wzrok gradientera błądzi po kamiennym stropie, pod którym – Fuertad dopiero teraz to usłyszał – rodzi się wysoki zawodzący dźwięk.

Do katastrofy brakowało kilkunastu minut.

Dźwięk rósł, potężniał, stawał się tak nieznośny, że kreator ściszył podsłuch i zaniepokojonym wzrokiem obrzucił ekrany pomocnicze. Krzywe encefalogramów dawno już przekroczyły pasmo wahań optymalnych – w piłowatych przebiegach następowały ciągłe przeszeregowania, a ich szybkość obrazowała burzę, jaka rozpętała się w umyśle badanego.

Fuertad na moment zapomniał, że cała ta projekcja dotyczy czasu przeszłego i z dziecięcą ciekawością chłonął kolejne sekwencje zdarzeń. Oczami gradientera zobaczył upiorny krąg pląsających cieni, otaczający bezbronnego człowieka, który nie mógł się od nich w żaden sposób uwolnić. Były wszędzie – niematerialne zjawy, płody bezsensownych halucynacji.

– To wariat – zachichotał bezgłośnie kreator.

– Bardzo ciekawe symptomy – z wrażenia przygryzł sobie wargę, ale nawet tego nie zauważył. – Nie myśl, że w ten sposób mnie oszukasz – ostrzegł mrukliwie. – Wszystko z ciebie wywlokę, słyszysz? Do ostatniego skrawka.

Umilkł, bo wskaźniki na pulpicie zaczęły wykonywać dziwaczny, niezrozumiały taniec. Fuertad chwilę trwał w bezruchu, wreszcie odwołał się do pomocy bloku analizującego.

– Interpretacja – zażądał.

– Strach przechodzi w nienawiść – szczeknął głośnik.

– Przyczyna?

– Presja urojonych komponentów otoczenia.

Fuertad skontrolował czas – niecała minuta do katastrofy. Wychylony do przodu, z grymasem potwornego wysiłku na zasuszonej twarzy śledził bieg pamięciowej projekcji.

Wysoki, zawodzący dźwięk osiągnął maksymalne natężenie. Gradienter biegł przed siebie, zataczając się i potykając. Widocznie upadł, bo na kilka sekund obraz spowiła całkowita ciemność, a potem…

Leżący na plecach człowiek ma przed sobą sklepienie chodnika. Z boków ekranu pojawiają się jego ręce – jakby odpychały gigantyczny ciężar wtłaczający skazańca w kamienne podłoże. Fuertad wstrzymał oddech. Strop, na którego tle pląsają urojone zjawy, pęka i unosi się…

– Dość! – chrapliwy protest kreatora zginął w przerażającym wyciu, jakie dochodziło z głębi wskrzeszonej przeszłości. Nie pomogło ściszenie podsłuchu – wnętrze laboratorium wibrowało zgodnie z rytmem pulsującej kakofonii, a obraz na ekranie był tak rozmazany, że niemożliwe stało się obserwowanie jakiegokolwiek szczegółu. Jedynie ten dźwięk – rozdzierający jaźń, łamiący wszelkie bariery, zacierający granice pomiędzy tym co poza a tym co w środku.

Blok analizujący, w odpowiedzi na gorączkowe pytania kreatora, objawił swą bezradność serią urywanych szczęknięć.

– To niemożliwe! – zapiał Fuertad, mocując się z zablokowaną dźwignią semantycznego bezpiecznika. – Żądam natychmiastowej interpretacji! To rozkaz!

Suchy trzask oznajmił, że przeciążone wskaźniki emocji zostały odłączone od źródła sygnałów. Lawina dźwięków wtłoczyła kreatora w oparcie fotela, a szalejące w upiornym tańcu skały niemalże rozsadzały ekran.

I nagle, gdy zdawać by się mogło, że nic już nie jest w stanie pogłębić obserwowanego kataklizmu, nad wszystkim zapanował krzyk, jaki może z siebie wydobyć tylko człowiek stojący w obliczu śmierci.

Nagła czerń wypełniła ekrany, a wnętrze laboratorium utonęło w bezdennej ciszy. Fuertad, z przekornym wyrazem twarzy, pochylił się nad wygaszonym pulpitem.

– A jednak nie umarłeś – zasyczał. – I już, moja w tym głowa, żebyś nie opuścił nas za szybko.

Precyzyjnymi uderzeniami kościstych palców ożywił aparaturę i zagłębił się we wspomnieniach gradientera, przeszukując okres poprzedzający katastrofę. Rekonstruowane wydarzenia pochodziły teraz z dalszej przeszłości, w miarę jak infiltrator sczytywał z pamięci badanego coraz głębsze pokłady neuronowych zapisów. Praca na dnie gelwońskiej studni, jakieś luźne epizody z życia skazańców, poziom adaptacyjny, na którym poddawano wszystkich więźniów wstępnej obróbce, faszerując ich uderzeniowymi dawkami preparatu FZ.

– To jeszcze nie to – mruczał Fuertad, manipulując z pasją potencjometrami. – Nie próbuj mnie oszukać – monologował zawzięcie. – To twój ostatni występ, więc nie możesz sprawić mi zawodu.

Ekran pokazywał wnętrze komory transformacyjnej, kopułę straceń, fragment jakiegoś miasta, po którym gradienter odbywał nie kończące się spacery. Kreator komentował wszystko gniewnym szarpnięciem ramion i bez ustanku cofał parametr czasu, mając przeczucie, że musi wreszcie trafić na brakujący element rozwiązywanej łamigłówki.

Intuicja go nie zawiodła.

Wymiana jeńców wojennych – rindański śmigacz zawieszony w obszarze neutralnej próżni oczekuje na przybycie ziemskich wahadłowców. Gradienter Tietz w grupie szczęśliwców, którzy za chwilę znajdą się wśród swoich. Wynędzniałe twarze, obłąkane spojrzenia, cień obawy, czy aby na pewno…

I w tle, jako cichy, ledwie słyszalny podkład unosi się ten dźwięk.

– Kto by pomyślał – w głosie kreatora zabrzmiała nuta prawdziwego uznania. – Zupełnie nieźle to wykombinowali, zupełnie nieźle – radosny chichot sięgnął najdalszych zakamarków laboratorium. – Zapomnieliście tylko o jednym – obwieścił triumfalny skrzek. – Z Fuertadem jeszcze nikomu nie udało się wygrać. Słyszycie? Nikomu!

20.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie te włosy.

Po jaką cholerę zapuściła takie długie? I jeszcze ten kasztanowy kolor, w którym wyglądała jak jakaś durnowata koza. Co jej właściwie strzeliło do głowy? Przecież to czysta paranoja!

Liz, ubrana w przejrzystą tunikę i wysokie, sięgające kolan buty o podkutych podeszwach, siedziała w niedbałej pozie na konsoli harmotronu, zabawiając się celowaniem z przenikacza do fantomatycznych postaci wyskakujących ze strzeleckiego trenażera. Co jakiś czas wiązka fosforyzującego powietrza łączyła emiter broni z zarysem ludzkiej sylwetki, która pękała z cichym bzyknięciem. Każde trafienie komentowane było pogardliwym skrzywieniem twarzy, aż wreszcie Liz, znudzona i wyrażanie czymś zniecierpliwiona, odrzuciła przenikacz i zeskoczyła na podłogę.

– Howden mógłby już wreszcie wrócić – pomyślała. – Siedzę tu jak kretynka i nic nie mogę zrobić. Tłuścioch za dużo sobie pozwala. Śmieszny gość, tyle zachodu z tym jego kałdunem. I cały jakiś taki miękki, ciastowaty – wzdrygnęła się na samo wspomnienie. – Przyjemność żadna, a w dodatku zmusza mnie, żebym na niego czekała. Nie łudź się, kochasiu, nie pohasasz. Przynajmniej nie ze mną.

Wiedziała jednak, że Howden jest jej teraz niezbędny – dopóki nie ułoży się z Fuertadem i nie uzgodni szczegółów. Potem… – wzruszyła ramionami.

A jeśli kreator się nie zgodzi? Nigdy nie wiadomo, co mu odbije. Teoretycznie wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Układ czysty jak łza – obie strony wychodzą na plus. Każdy normalny… Właśnie! Dlaczego ten Howden nie wraca?! Czas bije na korzyść Ubira. Jeszcze gotów dogadać się z Fuertadem, a wtedy – strach pomyśleć.

W głębi nawy spoczynkowej było ciepło i przytulnie. Leżała na brzuchu, bawiąc się kosmykami kasztanowych włosów. Cicho i spokojnie. I czysto. Po ostatniej wizycie Howdena śmierdziało tu jak w prolskim sraczu. Ten wieprz chyba nigdy nie pomyślał o zmianie gaci, a poci się w rekordowym tempie. Trudno – tyle już zniosła, wytrzyma jeszcze trochę.

Rozbolała ją głowa. Wszystko z tych nerwów. Spokojnie, musi się udać. Fuertad na pewno złapie przynętę, a ona będzie miała wreszcie trochę luzu. Przecież o to jej właśnie chodzi.

– Baby są głupie – uśmiechnęła się do swoich myśli. – Nie potrafią wykorzystywać daru natury. Samiec, jak ma chuć, zrobi wszystko, czego zażądasz. Zawsze potem można go wyśmiać i wykopać…

Kreator jednak pozostawał poza zasięgiem tej praktycznej maksymy. Niestety, stare próchno potrzebowało innej zachęty. Czy znalazła jego słaby punkt? Do jasnej cholery, ile można czekać?!

Do tego wszystkiego dołączyło się uporczywe ssanie w koniuszkach palców. Poszukała wzrokiem szkatułki i przypomniała sobie, jak roztrzaskała ją o ścianę.

– To był jednak kiepski dowcip – stwierdziła wstając. – Obawiam się, że nie znajdę ani jednego krążka.

Zawędrowała przed lustro, gdzie po raz kolejny, postanowiła zrobić porządek z włosami. Howdena ciągle nie było.

Przyjrzała się uważnie swojemu odbiciu. Ze wzrokiem chyba coś nie bardzo. Nie, to FZ-ety albo raczej ich brak. Przetarła dłonią oczy i spojrzała znowu. Do licha, co tu się wyrabia? Twarz jakaś inna, obca. Właściwie podobna, ale…

– Iris – usłyszała ledwie zrozumiały szept. – Iris, pomóż mi…

Zmoknięty strzęp człowieka w poszarpanym kombinezonie skazańca, wyciągnięte w błagalnym geście ręce, trawione gorączką oczy.

– Ten sam – omal nie krzyknęła z przerażenia. – Ten sam co wtedy – najchętniej uciekłaby, sprzed lustra, ale nogi miała jak z ołowiu.

21.

Obraz Iris rozpłynął się i Tom stał pod zachmurzonym sklepieniem kamiennej krypty, mając przed sobą monstrualnych rozmiarów płaskorzeźbę. Była zrobiona z tych samych narośli, co napisy na zrujnowanych schodach. Setki, tysiące lat, by stworzyć podobiznę człowieka, którego życie jest drobnym wycinkiem minionego czasu. I komu to potrzebne?

– Musisz stąd odejść – kołatało natrętne przesłanie. Potrafisz… Musisz…

Twarz. Jego własna twarz. Jego – Toma Edginsa.

Deszcz młócił skaliste podłoże i drobną figurkę zabłąkanego człowieka. Spod nawisu ciężkich chmur strzeliło światło błyskawicy, a groteskowe cienie na moment ożywiły kamienne rysy. Tom utkwił wzrok w monstrualnym obliczu, potem rzucił niepewne spojrzenie na swoje dłonie – czyste, bez żadnej kolistej skazy. Jeszcze nie dowierzał.

Z każdym gorączkowym oddechem mijał czas ograniczony pojemnością zbiornika. Strzaskany wskaźnik manometru dawno przestał sygnalizować konieczność powrotu. Wreszcie płuca przetrawiły ostatnią już porcję powietrza i…

Runął jak podcięte drzewo. Wykrzywione w śmiertelnym grymasie usta bezskutecznie walczyły o możliwość oddechu. Trzewia, dławione potwornym ciężarem, zapadły w głąb, by po chwili skoczyć do gardła. Serce dudniło coraz gwałtowniejszym rytmem. Przed oczami pojawiły się czarne plamy. Palce darły skałę aż do bólu zerwanych paznokci. Każdą komórką, każdym nerwem łaknął odrobiny tlenu.

– Koniec – przerażająco jasna sytuacja nie pozostawiała cienia wątpliwości.

Marzył tylko o jednym: wypełnić rozdygotane płuca czymkolwiek, byle uwolnić się od tortury powolnego duszenia się. Zrobić to jak najszybciej, natychmiast, już!

Zerwana maska poleciała gdzieś w bok. Spazmatyczny haust – ulga! Charkotliwy oddech…

Powoli docierało do niego, że wciąż jeszcze żyje. Wbrew logice, wbrew wszelkim oczywistym faktom. Niech szlag trafi logikę! Oddychał. I to w tej chwili było najważniejsze. Nie myślał o niczym, niczego nie próbował analizować. Po co, skoro jest tak jak jest?

– Musisz stąd odejść – plątało się gdzieś pod sklepieniem czaszki.

Uciekać! Tak, teraz można to zrobić. Nie jest związany koniecznością wymiany zbiornika, znalazł drogę. I pomyśleć, że chodzili przez cały czas w maskach, kiedy dookoła… Oszustwo – jeszcze jedno, pewnie nie ostatnie. Musi wrócić, powiedzieć im. Potem spróbują się stąd wyrwać. W czwórkę szybciej znajdą jakiś sposób.

– Trzeba biec do baraku – pomyślał, ale zaraz przypomniał sobie o zrujnowanych schodach. – Jak? Którędy? – utkwił pytające spojrzenie w kamiennym obliczu.

Ponury łoskot gromu i oślepiająca wstęga błyskawicy godząca w sam środek olbrzymiej maski. Chropowate drobiny prysnęły na wszystkie strony. Płaskorzeźba przestała istnieć, odsłaniając wylot ciasnego chodnika.

Edgins zagłębił się w nieznaną przyszłość.

Widząc przed sobą nieregularną plamę światła, zaczął biec. I nie zmniejszył tempa, chociaż wielokrotnie potykał się w ciemnościach, kalecząc boleśnie ciało. Wreszcie dopadł zbawczego wylotu i aż krzyknął z radości, gdy zobaczył kanciastą bryłę baraku. Musiał tylko zleźć w dół po postrzępionej grani. Chyba wszyscy są w środku. Bardzo dobrze. Będzie można zaraz zacząć działać.

Zsuwał się po kilka metrów, szorując całym ciałem o kanciaste głazy. Z ubrania zostały strzępy. Nieważne. Ogarnęła go taka euforia, że nie był w stanie przejmować się błahostkami. Byle jak najszybciej…

Nim stanął na dnie pieczary, minęło trochę czasu. Zobaczyli go. Przez przezroczyste ściany widział wyraźnie trzy postacie wymachujące gorączkowo rękami. Krzyknął, najgłośniej jak tylko mógł. Ktoś rzucił się do śluzy – Klaud, na pewno on! Tom wciąż biegł, był już całkiem blisko.

Klapa zewnętrznej grodzi odskoczyła pchnięta niecierpliwym ramieniem. Z odległości kilkunastu metrów Edgins widział sylwetkę człowieka, który wyskoczył mu na spotkanie. Jakiś radosny krzyk, wyciągnięte ramiona i nagły paroksyzm bólu kaleczący opuchniętą twarz. Klaud, z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia w zachodzących mgłą oczach, wali się na zaścielający dno pieczary drobny żwir. Gwałtowny skurcz mięśni wypręża całe ciało w agonalnym zgięciu. Edgins czuje na sobie szklisty wzrok konającego więźnia, smutny, pełen cichego wyrzutu. I stoi z bezradnie opuszczonymi rękami i pustką w głowie.

Umarł człowiek.

Fakty opornie torowały sobie drogę do zablokowanego umysłu. Oczadziałe myśli kołowały bez celu jak zatrute smogiem ptaki. Zatrute… Tom, nabrał pełną pierś powietrza i wypuszczał je powoli. Nic, zupełnie nic. A jednak Klaud… Zachodzące bielmem oczy wciąż patrzą, mimo że skóra zaczyna już zmieniać kolor – sine plamy rosną w zastraszającym tempie. Zaraz tu będzie smród, duszący fetor gnijącego ciała. Edgins czuje żołądek skaczący do gardła, potworne skurcze wyrzucają na zewnątrz resztki przetrawionego pokarmu. Już lepiej, dużo lepiej…

Umarł człowiek, trzeba go pochować.

Szedł jak w lunatycznym śnie. Zatrzymał się dopiero we wnętrzu baraku. Jab patrzył na niego przerażonym wzrokiem. Mutant siedział w dziwacznej pozie tuż przed głowicą dozownika, mrucząc coś monotonnym głosem; rękami uniesionymi w kontemplacyjnym geście kreślił w powietrzu powikłane wzory.

– Czego tu szukasz?! – nie wytrzymał Jab, gdy Edgins minął go kierując się w stronę schowka z narzędziami. – Idź sobie stąd! – krzyk wibrujący na granicy histerii. – Słyszysz?! Wynoś się!!!

– Muszę go pochować – powiedział Tom spokojnie. – Przecież nie może tak leżeć…

– Pochować! – dziki śmiech urwał się raptownie. – Najpierw go zabiłeś, a teraz idziesz grzebać. Podziwu godna konsekwencja.

– Zamilcz.

Coś było w brzmieniu głosu, w krótkim spojrzeniu – coś takiego, że Jab zatkał się momentalnie i cofnął pod ścianę.

Edgins, trzymając w obu rękach narzędzia, potraktował go jak powietrze. Byłby pewnie wyszedł bez słowa, gdyby nie mutant, który zagrodził mu drogę, wyrzucając z siebie całą serię syczących dźwięków. Widząc, że Tom nic nie zrozumiał z tej przemowy, wskazał dłońmi jego głowę.

– Gorejąca aura każe mi słuchać twoich prawd – powiedział.

– Aura? – zdziwił się Edgins. – Daj mi spokój – wyciągnął rękę chcąc odsunąć mutanta, ale ten, jakby wyczuwając jego zamiar, pokornie zszedł mu z drogi.

– Tom, zaczekaj! – Jab stał ciągle w tym samym miejscu, a na kwadratowej twarzy strach mieszał się ze wściekłością. – Nie bądź idiotą, Tom, weź maskę. Wystarczy jeden trup. Czy wyście zupełnie powariowali?

Edgins był już w śluzie, gdy rozległy się słowa mutanta: – Moja rasa postawiłaby go wśród najdostojniejszych. Jesteś ślepy, jeżeli tego nie dostrzegasz.

– Zamknij się błaźnie! Tom, wracaj!

Jab jeszcze coś krzyczał, ale jego wrzaski zupełnie nie docierały do świadomości Edginsa. Odciął się od zewnętrznego świata tak dokładnie, że nie czuł nawet bolesnych ukąszeń żwiru kaleczącego poranione stopy.

Stanął nad zwłokami Klauda i zamknął mu oczy, a potem, nakreśliwszy odpowiednich rozmiarów prostokąt, zaczął kopać. Skała dziwnie łatwo poddawała się jego woli. Kruszył ją bez trudności, tkwiąc po kolana, po pas, po pierś w wyrytym otworze. Wokół powstającego grobu rosły hałdy wyrzuconego gruzu. Gdy uznał, że już wystarczy, wyszedł na zewnątrz, gdzie czekał hermetyczny pojemnik, w którym spoczywało ciało nieboszczyka. Fakt ten nie zrobił na Edginsie najmniejszego wrażenia – podświadomie tego właśnie oczekiwał. Nie mógłby przecież pogrzebać niczym nie osłoniętych zwłok.

Ktoś schwycił go za ramię. Twarz Jaba zakryta do połowy maską. Pokazywał coś, gestykulował, potrząsał głową. Wreszcie pobiegł w stronę śluzy.

Nadjeżdżali ze wszystkich stron – odkryte droblery wypełnione ciemnowiśniowymi sylwetkami. Otoczyły szerokim kręgiem barak, siejąc na prawo i lewo ludzkim ładunkiem. Tyraliera czujnie zgiętych postaci, wysunięte przenikacze, groteskowo wyolbrzymione kształty bojowych hełmów.

– Po co tu przyleźli? – zdenerwował się Edgins. – Nie są mi do niczego potrzebni. Jazda stąd.

Zatrzymali się – niepewni, oczekujący rozkazu. Dowódca stał w najbliżej zaparkowanym droblerze i zwlekał z podjęciem decyzji. Edgins poczuł narastającą falę złości. Zrobił krok do przodu, potem drugi. Idealna linia tyraliery drgnęła.

Wiązki kilkunastu przenikaczy trafiły go niemal jednocześnie.

22.

Środek hangaru zajmował masywny wacopter, z którego wysypało się kilkanaście postaci w ciemnowiśniowych kombinezonach. Utworzyły najeżony bronią szpaler, a oficer, rozsunąwszy przyłbicę olbrzymiego bojowego hełmu, ruszył w kierunku galerii widokowej, gdzie czekał komendant z kreatorem w towarzystwie paru sztabowców.

Ubir nuf Dem dostrzegł moment wahania w zachowaniu dowódcy grupy, gdy przyszło do składania pierwszego meldunku. Aby rozwiązać dylemat kaleczący mało inteligentną twarz wyrazem wysiłku przerastającego granice poznania, wysunął się do przodu, wyprzedzając nieco fotel kreatora. Oblicze oficera jakby pojaśniało – stanął przed obel-bortem w regulaminowej odległości i, zezując co chwila na zajmującego swoje stałe miejsce skrzydłaka, obwieścił przybycie roty eskortującej.

– Cóż za niezwykłe spostrzeżenie – pokiwał głową Ubir nuf Dem. – Jaka pogoda na Gelwonie? – spytał.

– Melduję, że bez zmian – wybąkał oficer.

– No myślę – uśmiechnął się komendant. – Jeszcze by tego brakowało.

– Macie go? – Fuertad postanowił przypomnieć, o swojej obecności i jego fotel zatrzymał się o krok od dowódcy roty.

– Jest tam – oficer wskazał wacopter. – Cała czwórka. Jeden nie żyje, reszta pod narkozą. Tu są ich numery kontrolne – wyciągnął z kieszeni mały prostokąt raptogramu, na którym natychmiast zacisnęły się szponiaste palce kreatora.

Ubir nuf Dem zajrzał mu przez ramię. Cztery długie kombinacje cyfr skojarzone z parami czterech imion i nazwisk. Jedno z nich, obwiedzione tłustą ramką, brzmiało: Tom Edgins, przy drugim pysznił się symbol oznaczający definitywnego nieboszczyka. W prawym dolnym rogu widniał podpis komendanta Fortu L na Trzecim Kontynencie.

– Tom Edgins? – zastanowił się Ubir nuf Dem. – Brzmienie dziwnie znajome, jakbym już kiedyś słyszał coś podobnego. Co o tym myślisz, Chief? – spytał szeptem ulubieńca. Skrzydłak poruszył się niespokojnie.

Od strony wacoptera nadjeżdżały cztery platformy transportowe. Zastopowały tuż przed galerią, a Fuertad, wsunąwszy raptogram do skrytki w poręczy fotela, popędził im na spotkanie.

– Szybszy od komety – Ubir nuf Dem ukrył rozbawienie pod maską śmiertelnej powagi i poszedł w ślady kreatora, pociągając za sobą milczącą asystę sztabowców. – Edgins…Edgins… – mruczał pod nosem. – Skąd ja znam to nazwisko? – łopot błoniastych skrzydeł zabrzmiał niemal jednocześnie ze zdziwionym okrzykiem Fuertada.

– Niech pan zobaczy, komendancie!

Leżący na skrajnej platformie hermetyczny pojemnik był właściwie litą bryłą przezroczystego tworzywa, w którym zatopiono zwłoki tykowatego skazańca o opuchniętej twarzy.

Ubir nuf Dem spojrzał pytająco na stojącego obok oficera.

– Tak to już znaleźliśmy – usłyszał w odpowiedzi. – Przy grobie, który kopał tamten – palec wskazał jeden z trzech kanciastych przetrwalników na sąsiednich platformach. – Pozostali dwaj siedzieli w baraku.

– Tom Edgins – zaskrzeczał Fuertad porównując numer wybity na pokrywie z treścią raptogramu.

– Tom Edgins – powtórzył Ubir nuf Dem powoli. – Jak ci się to podoba, Chief? – zagadnął.

– Więzień chodzący bez maski po podziemiach i grzebiący swojego współtowarzysza w pojemniku, którego na pewno nie znalazł ani nie dostał od nikogo w prezencie. Ciekawe, bardzo ciekawe.

– Dostarczyć do laboratorium – zadysponował Fuertad i odwracając się w stronę obel-borta dodał:

– Należy nawiązać kontakt z Głównym Modyfikatorem. Centrum Wybiórcze na pewno jest zaniepokojone przedłużającą się izolacją Gelwony. A jeszcze w dodatku to… – wykonał nieokreślony ruch ręką.

– Blokada wywozu sprawia, że jest kłopot z magazynowaniem produktu końcowego – wtrącił któryś ze sztabowców. – Mimo zmniejszonej mocy produkcyjnej składy są przepełnione, a z planety ciągle idą nowe dostawy.

– I niespodzianki – stwierdził Ubir nuf Dem w duchu. – Bawimy się w wojnę, a tu nagle coś bawi się nami. Co myśli dowódca ołowianych żołnierzyków, gdy zacznie zdawać sobie sprawę, że sam jest również odlany z metalu?

Ruszył w stronę zastrzeżonego pionu komunikacyjnego i po minucie stanął przed wejściem do komendanckiej kwatery.

– Jak by to powiedzieć, Chief? Nie czuję się dziś najlepiej – mruknął przekraczając próg apartamentu. – Wygląda na to, że męczy mnie rzeczywistość, ludzie i cały ten kosmiczny bałagan, który rozpętaliśmy. Wojna z Rindu, tajna broń, podchody… Coś zawsze będzie stało nad nami, choćbyśmy wyleźli ze skóry. Coś, czego nie zrozumiemy ani jutro, ani za miliard lat. O ile oczywiście będziemy jeszcze wtedy istnieć – dodał po chwili zastanowienia.

Skrzydłak zeskoczył z ramienia obel-borta i przycupnąwszy na brzegu stołu, czochrał się z pasją mogącą rozbawić największego mruka. Ubir pogłaskał skudloną sierść ulubieńca i zasiadł w olbrzymim fotelu, który otulił go i delikatnie rozkołysał. Do szczęścia brakowało tylko…

– Moja droga Liz – smutek zagościł na twarzy ostatniego z nuf Demów. – Gdybyś wiedziała, jak bardzo cię teraz potrzebuję.

Poczucie beznadziejności rosło z każdą chwilą. Nie pokazała się, nie dała znaku życia. A przecież zrobił to wszystko dla jej własnego dobra. Czy ona nie potrafi tego zrozumieć? A może nie chce? Pójść tam? Nie! Na to się po prostu nie odważy. Dwukrotnie wysyłane służboty wracały bez odpowiedzi. Nie miała ochoty otworzyć albo w ogóle jej nie było. Okropnie się to wszystko skomplikowało.

Spojrzenie obel-borta wędrowało po okrytych wzorzystymi kobiercami ścianach, bajecznie kolorowych posągach i mozaikowych płaszczyznach telewibrazów, które czekały tylko muśnięcia świetlnych promieni, by wyczarować ze swego wnętrza przestrzenną wizję uśpionego piękna. Na koniec wzrok Ubira zatrzymał się na godle nuf Demów. Wargi – drgnęły, a pamięć przywołała dźwięczne strofy Epody Kolonizatorów. W wykonaniu obel-borta brzmiały one jednak jak pogrzebowy rapsod.

Krótki, chrapliwy okrzyk dobiegł od strony stołu, gdzie Chief – podobny teraz do wielkiej, kosmatej kuli drapał pazurami marmurowy blat. Błoniaste skrzydła wystrzeliły na boki i zaczęły młócić powietrze, wydając przy tym furkoczący odgłos.

– Jesteś głodny – domyślił się Ubir nuf Dem. – Niestety, chyba nie będę ci towarzyszył przy kolacji. Nie mam apetytu – podniósł się z fotela i przewędrował kilka pomieszczeń, by stanąć przed ścianą, za którą ukryto starannie zamaskowany sejf. Rodowy pierścień wciśnięty w cokół niewielkiej statuetki z czarnego śrutowca uruchomił mechanizm – posążek obrócił się wokół swojej osi, a imitacja ceglanego muru po prostu przestała istnieć. W płytkiej wnęce, na podwyższeniu obitym szkarłatną materią, leżała masywna księga w skórzanej oprawie, ze złoconymi, okuciami na rogach… Godło nuf Demów zdobiło geometryczny środek antycznej okładki.

– Pokłon wam oddaję czcigodni przodkowie moi – wyszeptał Ubir w nabożnym skupieniu, wyciągając rękę po wiekowe dzieło.

Z ciężkim tomiskiem pod pachą ruszył w stronę najbliższego stołu. Tam z drżeniem, jakie zawsze u niego wywoływał widok rodowej kroniki, zabrał się do wertowania pożółkłych, szeleszczących kart.

Mijały godziny.

Ubir nuf Dem nie zauważył nawet cichego przybycia ulubieńca. Chief usadowił się na szczycie pregijskiej kompozycji, tuż za plecami obel-borta. Otulony błoniastymi skrzydłami wyglądał jakby zmorzył go sen.

Ostatnia część kroniki zawierała powikłaną genealogię rodu, z jej licznymi, odgałęzieniami i ślepymi uliczkami. Błądząc po labiryntach pokrewieństwa Ubir nuf Dem odwracał stronę za stroną, a teleskopowe oczy przesuwały się gorączkowo nad podkręconymi wężykami ręcznego pisma:

– Niemożliwe, żebym się pomylił – mruczał do siebie. – To musi gdzieś tu być. Z całą pewnością.

I nie pomylił się. Nazwisko Edgins widniało w rodowej kronice nuf Demów jako boczna, ale wcale nie najdalsza linia.

– Tom Edgins – Ubir wymówił te dwa słowa – przywracające jego egzystencji zatracony sens i pozwalające bez obawy spoglądać w niepewną przyszłość. Oto znalazł spadkobiercę. Człowieka, który przejmie rodowy pierścień i będzie kontynuował rozpoczęte przed setkami lat dzieło. Wielkie dzieło.

Pogrążony w pozornym śnie skrzydłak uniósł nieco głowę i paciorkami czarnych ślepi wpatrywał się w idealnie czystą stronicę, nad którą obel-bort doznawał największego wzruszenia w swoim smutnym życiu. Bo gdyby Ubir nuf Dem mógł płakać, z jego oczu niewątpliwie trysnęłyby obfite łzy – łzy szczęścia.

23.

Ubrała się najskromniej jak mogła. Żadnych ozdób – sam mundur, w dodatku nienagannie ułożony. Nawet swój ulubiony hełm z fantazyjnym pióropuszem zamieniła na regulaminowe nakrycie głowy, pod którym starannie ukryła kasztanowe włosy spięte w olbrzymi kok. Sprawdziwszy w lustrzanej ścianie efekt końcowy stwierdziła, że w tym stroju bardziej przypomina obojnaka niż normalną kobietę.

– Świat staje na głowie stwierdziła w duchu. – Kto to widział, żeby samica, mająca wokół siebie stado napalonych kretynów, maskowała swoje wdzięki, zamiast używać do woli i pławić się w komplementach. Gotowi pomyśleć, że jestem jakaś zboczona albo coś jeszcze gorszego.

Zgrzytnęła zębami w bezsilnej wściekłości. Nie ma rady, musi odegrać tę komedię do końca. Howden – bodaj go własne sadło zalało – jeszcze się nie raczył pokazać, a Fuertad z Ubirem od kilku już godzin łażą po Stacji i w każdej chwili może im przyjść do głowy coś głupiego.

Nie potrafiła biernie czekać. Jeżeli da się jeszcze coś zrobić – zrobi to, choćby miała sięgnąć językiem własnego kręgosłupa.

Bezwiednie poprawiła niesforny kosmyk włosów i z twarzą skażoną grymasem wściekłej determinacji ruszyła do kwatery Fuertada.

Nie chcieli jej wpuścić. Smarkate gnojki – pewnie jacyś nowi. Dopiero znajomy oficer szepnął parę słów dowódcy straży i z uśmiechem, zza którego wyzierało porozumiewawcze zmrużenie powiek, utorował drogę do samego laboratorium.

– Nie mam pojęcia, do czego ten stary pryk może ci być potrzebny, ale jakby co, będę w pobliżu – mruknął na odchodnym, oblizując lubieżnie wargi.

– Bujaj się – skosiła go chłodnym spojrzeniem.

Tego towaru jest tu aż nadto. Nie przypominała sobie, żeby byli na „ty”. – Cholernie zarozumiały – pomyślała. – Warto by takiemu dać trochę w kość, może przestałby się puszyć. Zresztą to normalne. Tokują, póki jest się czym wykazać. Taka ich samcza natura. Fuertad, niestety, dawno już wypadł z obiegu. Że też to próchno jeszcze chodzi po świecie!

Najgorsze jednak, że od kaprysu owego próchna zależało jej dalsze życie, a przynajmniej pobyt na Gelwonie.

Z niechęcią przekroczyła próg laboratorium.

Fuertada nigdzie nie było widać. Dwóch asystentów w nieskazitelnie żółtych kombinezonach krzątało się przy pulpitach zajmujących ponad jedną trzecią sali. W tle majaczyły karykaturalne sylwetki uzbrojonych cybotów. Na wprost wejścia, na stole sekcyjnym najeżonym wiązkami najróżniejszych aparatów, leżał jakiś człowiek. Poznała go od razu.

– Tutaj? – powodowana zdziwieniem podeszła bliżej, by nasycić oczy widokiem postaci, która od tylu dni męczyła ją niezrozumiałymi wizjami. – Tom Edgins – odczytała na tabliczce informacyjnej.

– Ani kroku! – Fuertad pojawił się tak niespodziewanie, że zamarła w nagłym przestrachu, zapominając na moment o celu swojej wizyty. Dopiero po chwili, mając przed sobą pomarszczoną niczym wyschnięty owoc gębę kreatora, powitała go regulaminowym pozdrowieniem.

– Proszę stąd wyjść! Natychmiast! – chrapliwy skrzek stawał się nie do zniesienia.

– Czy mógłby mi pan poświęcić pięć minut? – zdziwiona własną cierpliwością pozwoliła mu się wykrzyczeć, a gdy opadł z sił, dodała z naciskiem: – To sprawa najwyższej wagi. Starszy bort Howden…

– Wiem – przerwał jej bezceremonialnie Fuertad. – Zostałem poinformowany.

– Więc ten grubas rozmawiał z nim – uczucie ulgi odmalowało się na twarzy Lizey. – Czy podjął już pan decyzję, kreatorze? – spytała przymilnie.

Popełniła błąd: nie należało wypadać z raz obranej roli. Niewybaczalny kiks, który przeważył szalę. Zrozumiała to w sekundę później.

– Owszem, postanowiłem – Fuertad wychylił się do przodu jakby chciał skoczyć i dopaść do gardła niczego nie świadomej ofiary. – Trybunał otrzyma odpowiednie materiały. Oboje zgnijecie w podziemiach Gelwony.

Jeszcze nie wierzyła. Rozkojarzone spojrzenie skakało po ścianach laboratorium, nieruchomych sylwetkach cybotów, migotliwych pulpitach sprzętów. Fuertad uśmiechnął się jadowicie. Spod krzaczastych brwi kłuły szpileczki starczych oczu. Niemożliwe! To jakiś okrutny żart, kaprys durnego pokurcza!

– Osobiście będę czuwał nad dochodzeniem – głos kreatora dochodził do niej niewyraźnie, jakby przez ścianę. – A teraz niech się pani stąd wynosi i przekaże dowódcy straży, że zarobił dziesięć dni bunkra.

– Jak to? – wykrztusiła. – Pan nie może… Pan… Pan nie ma dowodów…

Na znak Fuertada asystenci chwycili ją za ramiona i pociągnęli w stronę wyjścia.

– Precz z łapami! – ryknęła odtrącając ich od siebie. Nie spodziewali się tego. Odskoczyli na boki spoglądając niepewnie to na nią, to na kreatora. Ruszyła w jego kierunku.

– Posłuchaj gnido – mówiła ściszonym głosem. – Któregoś dnia zaduszę cię gołymi rękami i nic mi w tym nie przeszkodzi. Zastanów się, ja nie żartuję.

– Posłuchajmy razem – zaproponował Fuertad wbijając kościsty paluch w klawiaturę swojego fotela.

Wnętrze laboratorium wypełnił odtwarzany z mnemoreksu bas Howdena: „ – Najlepiej, żeby pan to sobie spokojnie przemyślał i sam zdecydował, co dalej. – Chwileczkę (poznała głos Fuertada). Jak brzmi nazwisko pańskiego świadka? Muszę przecież wiedzieć… – Lizey Myrmall, kreatorze. Czy to coś panu wyjaśnia?”

Trzask wyłącznika, triumfująca mina złośliwego gnoma.

– Wszystko na ten temat – obwieścił z satysfakcją. – Reszty dowie się pani w trakcie trwania sesji Trybunału.

Miała wrażenie, że podłoga umyka jej spod stóp.

– Parszywy impotent pomyślała. – Dopiął swego. Od samego początku rył i kopał, a teraz… – przez moment wydawało się jej, że wybuchnie płaczem. – To jakaś pomyłka – zaczęła ugodowym tonem. – Zwykłe oszustwo – w miarę jak mówiła, coraz bardziej wierzyła w swoje słowa. – Ktoś chce mnie wrobić, a pan, kreatorze…

Fuertad demonstracyjnie odwrócił się plecami i zniknął za rzędem głowic pamięciowych. Zamarła pod bezosobowym spojrzeniem trzech cybotów, które zastąpiły jej drogę. Lufy ciężkich miotaczy stanowiły argument nie do odparcia. Cofała się powoli, bardzo powoli, najwolniej jak tylko mogła. Bez sensu. Nie chcąc przedłużać tego w nieskończoność, wybiegła na korytarz.

– Hola, panienko! – znajomy oficer złapał ją wpół i zatrzymał. Dokąd ci tak spieszno? – wyszczerzył zęby w przymilnym uśmiechu.

– Zrywaj się, gówniarzu – warknęła. – Nic tu po tobie.

– Zobaczymy – przekrzywił głowę, łobuzersko mrużąc oczy. – Krótką masz pamięć, laleczko.

Kolanem w jądra, z całej siły! Zwinął się jak ochłap. Poprawiła łokciem, biorąc na cel gładko wygolony pysk. Będzie miał pamiątkę. Poleciał w bok, prosto pod nogi zdurniałych strażników.

– Buźka – cmoknęła w ich stronę i ruszyła korytarzem, nie oglądając się do tyłu.

Rozładowanie napięcia przyniosło jej ulgę. Już w windzie, oparta plecami o ścianę metalowej klatki, uśmiechnęła się do podobizny w lustrze.

Liliowozłoty blask poziomu oficerskiego zmienił tło zwierciadlanego obrazu. Zbliżyła twarz do szklistej tafli i przez chwilę przyglądała się swojemu odbiciu jakby miała przed sobą zupełnie nieznajomą osobę.

– Nie chcę cię straszyć, moja mała, ale chyba ktoś zamierza zrobić ci jakieś świństwo. – powiedziała wreszcie obojętnym tonem, wzruszając przy tym ramionami.

Twarz w lustrze powtórzyła wiernie ruchy warg, mimikę, gesty. Palec skierowany na zwierciadlaną taflę znieruchomiał. Liz wpatrywała się weń, mrużąc oczy i marszcząc gniewnie czoło. Ten palec celował przecież w nią!

Dopiero teraz zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. Zabawa przestała być zabawą. Zagrożenie jakby zmaterializowało się w formie owego palca, którym postać w lustrze wskazywała na jej twarz. A więc to tak?!

– Niedoczekanie – warknęła głucho. – Myślicie, że dam się tak po prostu zapuszkować? – kopnęła podkutym butem w ścianę i znowu jej ulżyło. – Spróbujcie, ale nie ręczę za siebie. Mogę zrobić coś głupiego. Coś, czego będziecie później gorzko żałować…

Zdawała sobie jednak sprawę, że z tej pułapki trudno się będzie wywinąć.

24.

Była to pierwsza noc, której obel-bort Ubir nuf Dem nie poświęcił na odpoczynek. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że można by udać się do przytulnej sypialni i utonąć w objęciach zabytkowego łoża. Wielkimi krokami przemierzał komnaty swego apartamentu, wiodąc wzrokiem po zgromadzonych w każdym zakątku skarbach. Posągi, obrazy, klejnoty – wszystko to nabierało w jego oczach nowego życia; zupełnie jakby nieruchome przedmioty wyczuwały, że stało się coś, co diametralnie zmienia ich dotychczasową wegetację u boku ostatniego z nuf Demów. Były znowu potrzebne – jako dowód świetnej przeszłości i zapowiedź nie mniej godnej przyszłości.

– Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności – powtarzał Ubir spoglądając po raz nie wiadomo który na rodowy pierścień. – Niemożliwe stało się faktem, zadając kłam prawom rachunku pewności. Jakże mały jest świat – zwrócił się do skrzydłaka drzemiącego na szczycie pregijskiej kompozycji. – Czy potrafisz zrozumieć moją radość, Chief? Czy potrafisz ją pojąć?

Pytanie trafiło w pustkę. Ulubieniec pozwolił sobie zignorować wypowiedź obel-borta.

– Masz rację, przyjacielu, zupełną rację – pokiwał głową Ubir nuf Dem. – Zachowuję się jak najgłupszy z moich służbotów – opadł na fotel, a na jego czole rozterka wyryła dwie pionowe bruzdy. – Przecież Tom jest jeszcze wciąż w dyspozycji kreatora, a ja nie zrobiłem nic, by go stamtąd wydobyć.

Spadkobierca nuf Demów zwykłym więźniem, skazańcem zrzuconym na samo dno ludzkiego piekła! Kto śmiał w tak okrutny sposób osądzić człowieka, którego pochodzenie więcej jest warte niż wszystkie zgromadzone tu skarby?! Zuchwalcy dopuszczający się czynu tak haniebnego powinni zostać surowo ukarani i obel-bort Ubir nuf Dem osobiście dopilnuje, by zapłacili za swój postępek cenę odpowiednio wysoką.

– To doprawdy cud, że dowiedziałem się o jego istnieniu – mamrotał. – Cud prawdziwy. Biedny Tom… – imię zostało wypowiedziane ciepłym, współczującym głosem. – Krew z krwi, kość z kości naszej. Ileż on musiał wycierpieć?

Grymas gniewu stężał na twarzy Ubira. Potomek nuf Demów zepchnięty do roli bezwolnego dawcy – karmiony preparatami, wystawiony na zabójcze promieniowanie Gelwony, a wszystko po to, by na poziomie odbioru bezduszne automaty wyssały z jego organizmu produkt końcowy: Fuertadral. Ta zasuszona mumia pomyślała o każdym szczególe. Perweniusz, który chce przejść do historii nazywając swoim imieniem najpotężniejszą broń, jaką kiedykolwiek dysponował rodzaj ludzki.

– Jakże to okrutnie żałosne – stwierdził obel-bort w duchu. – I jakie prawdziwe – chciał podzielić się ową refleksją z ulubieńcem, ale Chief, otulony błoniastymi skrzydłami, posapywał tylko leciutko przez sen.

– Trzeba działać – Ubir nuf Dem zerwał się z fotela – działać jak najszybciej. – Przez chwilę stał nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w rodowym godle. – Do was się zwracam, czcigodni przodkowie, abyście użyczyli mi swej mądrości i siły – wyszeptał drżącymi wargami.

Wyobraźnia obel-borta wypełniła pomieszczenie cieniami wielu ludzi. Stali z dumnie uniesionymi głowami, otaczając go ciasnym kręgiem. Sylwetki bohaterów, których czyny sławiono w pieśniach i zapisywano złotymi zgłoskami w historycznych księgach – te twarze, tak skupione i smutne, spoglądały na Ubira domagając się czynu.

Zrozumiał. Odczytał prośbę zawartą w niewidzących oczach. Teraz już wierzył, że uda mu się spełnić obowiązek narzucony chlubnym dziedzictwem. Obowiązek, który traktował jako wyróżnienie.

Puszysta wykładzina znowu ugięła się pod krokami obel-borta, a jego głos rozbił ciszę przytulnego wnętrza. Z sąsiedniego pomieszczenia wybiegły dwa służboty. Minęło trochę czasu zanim ubrały Ubira w paradny, obwieszony platyną mundur i przytroczyły do pasa rzadko otwieraną kaburę. Sprawdziwszy swój wygląd, ostatni z nuf Demów spojrzał jeszcze na rodowy herb – chwila kontemplacji przed rozpoczęciem decydującej batalii. Dobrze, zupełnie dobrze. Czuł się silny – po raz pierwszy od wielu już lat stawał do walki, o której słuszności był przekonany w stu procentach. A może nawet bardziej.

Wyprostowany, spokojnym, pewnym krokiem ruszył w kierunku sali łączności.

Ze szczytu pregijskiej kompozycji obserwowały go uważnie paciorki czarnych ślepi. Chief, obudzony krzątaniną służbotów, spoglądał za wychodzącym aż do momentu, w którym postać komendanta skryła się w cieniu roślinopodobnej kolumnady. Przekrzywiwszy na lewą stronę swój ptasi łeb, ulubieniec balansował przez kilka sekund, przestępując z nogi na nogę, a potem rozwinął błoniaste skrzydła i poszybował śladem opiekuna. Poruszał się bezszelestnie, toteż obel-bort, pochylony nad klawiaturą kodera, nie zauważył jego przybycia. Dopiero delikatny syk zwrócił uwagę Ubira na puszystą kulę, która usadowiła się na brzegu jednego z pulpitów.

– A, to ty – komendant nie odrywał oczu od szachownicy programatora i tylko kątem oka zanotował obecność ulubieńca. – Sam widzisz, Chief, jak mi to nieporadnie idzie – mówił dalej, a palce niepewnie wybierały właściwe przyciski. – Brak wprawy, ot i wszystko.

Dopiero za trzecim podejściem udało się obel-bortowi zmusić urządzenie do uległości. Bilokator zasygnalizował obecność kreatora w laboratorium. Ubir nuf Dem wdusił klawisz wywołania.

– Nawet w środku nocy nie opuszcza swojego śmietnika – myślał z irytacją. – Pracowita mumia. On po prostu nie ma czasu umrzeć.

Kanał łącza bezpośredniego ciągle jeszcze pozostawał zamknięty. Fuertad wyraźnie nie kwapił się do rozmowy. Ubir nuf Dem poczuł, że wilgotnieją mu dłonie.

– Tylko spokojnie – mruknął wycierając je w taszyftową chusteczkę. – Uda się, musi się udać.

Stawka planowanej rozgrywki była jednak tak wysoka, że przez moment obel-borta ogarnął paniczny strach. I może nawet uciekłby sprzed wypukłości monitora, gdyby nie obraz, który pojawił się nagle na szarej powierzchni. Ubir nuf Dem zauważył postać w żółtym kombinezonie.

– Chwała Słońcu, obel-borcie. Czym mogę panu służyć?

– Nawet nie raczył się osobiście pofatygować, tylko przysyła mi tu swoich laborantów – pomyślał, a głośno rzucił: – Fuertad! Natychmiast!

Zdumiony brzmieniem własnego głosu, z satysfakcją odnotował, że monitor poszarzał, a w powietrzu unosi się jeszcze pokorne: „Rozkaz, komendancie”.

Nie czekał nawet minuty. Relacja asystenta musiała przekonać kreatora, że przeciąganie spektaklu może się nie najlepiej dla niego skończyć. Gdy ekran ponownie przekazał obraz z drugiego końca łącza, do uszu obel-borta dobiegło regulaminowe pozdrowienie, a zaraz potem:

– Historia nie notowała pańskiej wizyty w mojej skromnej pracowni. Nawet w tak nie zobowiązującej formie.

– Kpi w żywe oczy – stwierdził Ubir nuf Dem w duchu. – Historia wielu rzeczy jeszcze nie notowała, Fuertad – powiedział cierpko, kładąc nacisk na słowie „jeszcze”. – Jakim prawem dopuszcza pan swoich asystentów do końcówki zastrzeżonego łącza? – zaatakował z marszu, a nie słysząc odpowiedzi dodał: – Takie traktowanie regulaminu podczas Procedury Obszaru Zamkniętego powinno być nagrodzone sądem doraźnym, z natychmiastowym wykonaniem wyroku.

– Ależ komendancie… – twarz kreatora poczerwieniała.

– Dosyć. Nie przyjmuję żadnych tłumaczeń.

– Chciałem tylko…

– Ani słowa! – uniesiona władczym gestem prawica najpewniej speszyła Fuertada, bo zdusił w sobie nie dokończoną kwestię, a wściekłe błyski wyblakłych oczu upodobniły go do zdziczałego psa, którego łańcuch pozbawił możliwości kąsania.

– Niech się wreszcie dowie, kto tu naprawdę rządzi – pomyślał Ubir nuf Dem. – Pora przywrócić na Gelwonie właściwą hierarchię.

– Pan mnie oderwał od prac mających ścisły związek z ustanowieniem Procedury Obszaru Zamkniętego – zaczął kreator głosem ledwie tłumiącym narastającą furię. – Pan sobie nie zdaje sprawy z konsekwencji moich badań.

– Właśnie dlatego pana wezwałem, Fuertad. Należy zebrać wszystkie posiadane informacje i skonsultować się z Głównym Modyfikatorem. Dosyć już zmarnowaliśmy czasu. Chcę wiedzieć, co zostało ustalone i jakie ma pan zamiary w stosunku do więźniów, których dostarczono dzisiaj na Stację. Ci ludzie mogliby chyba niejedno wyjaśnić?

– Niestety, komendancie. Badania przeprowadzone na infiltratorze…

– Co takiego? – obel-bort poczuł, że robi mu się słabo. – Kto panu pozwolił stosować infiltrator?!

– Przecież to tylko więźniowie – zdziwienie kreatora było naturalne.

– Koniec – pomyślał z rozpaczą Ubir nuf Dem. Ostatnia szansa bezpowrotnie zaprzepaszczona. Gwiazdo Promienna, żeby zginąć z ręki takiego zera – oparł się o brzeg pulpitu i szeroko otwartymi ustami łowił powietrze. – Zamorduję tego pokurcza, zakatuję na śmierć, a potem rozwalę tę cholerną Stację. Och, Tom… – rozluźnił ciasną stójkę; skrzypiące słowa omijały go jakoś bokiem. Z trudem skupił uwagę, by zrozumieć ich sens.

– …w jednym przypadku nie udało się zestroić infiltratora z falowaniem zapisu pamięciowego – mówił Fuertad. – A właśnie ten zapis mógłby najwięcej…

– O kim pan mówi? – Ubir nuf Dem wpił wzrok w twarz starca, który długo, okrutnie długo szukał czegoś w poręczy fotela.

– Tom Edgins – zaskrzeczał wreszcie kreator.

Nie wiedział, że te dwa słowa uratowały go od niechybnej śmierci.

25.

Ból stanowi dowód istnienia. Jeżeli możesz czuć ból – żyjesz.

Najpierw były palce. Wrażenie uporczywego ssania dobijało się do sparaliżowanego mózgu, kołatało do bram świadomości. W chwilę później pojął, że ma również klatkę piersiową, w której szaleje rozjuszone zwierzę.

– To serce – pomyślał z trudem.

Chciał poruszyć palcami, bo nie dawały mu spokoju, ale seria rozkazów wysłana do mięśni zaginęła w gęstej pustce, otaczającej go ze wszystkich stron. Spróbował jeszcze raz. Piekący ból uświadomił mu istnienie kręgosłupa – od nasady czaszki po ostatni skrawek kości ogonowej. Nawet nie mógł jęknąć. Czekał wiedząc, że teraz przyjdzie najgorsze.

I przyszło.

Gdzieś w okolicy splotu słonecznego narodziła się ognista drzazga i drążąc rozdygotane trzewia, szukała żeru. Złośliwy robak, gorszy od wszystkiego, bo niematerialny. Nie ustanie w poszukiwaniach, dopóki nie złożysz mu należnej daniny. Trzeba przeczekać – zaraz odezwie się poranny gong i głowica dozownika wydzieli każdemu po dwa małe, bielusieńkie krążki. Zbawienna trucizna, która pozwoli przetrwać następny katorżniczy dzień. Być może ostatni. Kiedyś przecież musi nadejść koniec, opadnie kurtyna…

– O Nieba, jak bardzo chce się pić!

Pod sklepieniem czaszki szemrze strumień życiodajnej cieczy. Woda toruje drogę – komu? Jesteś tylko narzędziem, choć kaleczysz maskę świata. Co to było? Skąd pojawiają się te dziwne myśli? Pamięć faluje jak soczysta mgła, w której majaczą niewyraźne strzępy zdarzeń. Trzeba rozpędzić nierealne opary, wydobyć ukrytą w nich treść. Jaką treść? Czy można zrozumieć coś, co jest wytworem doprowadzonego do obłędu umysłu? Nie, po stokroć nie! Można tylko czekać, wierząc, że szaleństwo samo ustąpi. Ale to się nie zdarza prawie nigdy. Więc co robić, skoro wytyczono ci drogę i ze wszystkich stron dobiega śmiech tych, którzy nie pytając o zgodę, przekreślili całe twoje życie. Wpasujesz się w wyznaczone miejsce, odegrasz jakąś rolę nie wiedząc nawet, czy robisz za statystę czy za pierwszoplanową postać. A potem, gdy już zgaśnie reflektor śledzący każdy gest śmiesznej dwunogiej istotki, pozwolą ci odejść…

Gorzkawy smak kryształowych drobin – marzenie bez szansy spełnienia. Trzeba czekać. Jak długo? Ból staje się dokuczliwszy, ogarnia coraz to nowe rejony. Od palców po nadgarstki, łokcie, ramiona. Złośliwy robak, buszujący w trzewiach, dotarł już do gardła. Kiedy to, się stało? Nieważne. Słychać szalony stukot galopującego tętna, korytarzami żył pędzą potoki rozpalonego żelaza. Dlaczego jest tak ciemno? Przecież w baraku zawsze było trochę światła.

– Jab! – chciał zawołać, lecz usta nie zareagowały na myślowy sygnał, chociaż czuł odrętwiałe wargi i wielki, kołkowaty język. Dlaczego?

Ledwie słyszalny chichot przetoczył się w niespodziewanej ciszy, której istnienie uświadomił sobie dopiero wtedy, kiedy została zburzona. I jakiś głos:

– Najpierw go zabiłeś, a teraz idziesz grzebać.

Kto to powiedział? Twarz Jaba zakryta do połowy maską – hermetyczny pojemnik, w którym spoczywa ciało nieboszczyka – tyraliera czujnie zgiętych postaci – ból – pustka…

– Przecież nie chciałem jego śmierci – myślał z rozpaczą. – To był przypadek. Głupia, bezsensowna pomyłka. Jak wszystko.

– Musisz stąd odejść – obraz kamiennej maski pojawia się na moment i zaraz znika, zasłonięty upiornym wirowaniem rindańskich cieni. I ten dźwięk…

– Zostawcie mnie! – krzyknął bezgłośnie. – Odpieprzcie się! Dajcie mi wreszcie spokojnie zdechnąć!!!

Widma cofają się, lecz tylko na chwilę. Trzeba całej siły woli, by utrzymać je na dystans, by nie stłumiły resztek świadomości, której na imię Tom Edgins.

– Czy to na pewno ja? – zastanawiał się przez moment.

– Jestem o tym przekonany, komendancie – zaskrzypiał tuż nad uchem starczy głos. – Posiadam niezbite dowody.

– Pan nie może sam decydować, Fuertad – dobiegło z drugiej strony. – Od tego jest Centrum Wybiórcze i Główny Modyfikator. Kategorycznie zabraniam podejmowania jakichkolwiek kroków, słyszy pan? Ka-te-go-rycz-nie!

– Pan sobie nie zdaje sprawy z powagi sytuacji. Przewiduję najgorsze. Ci ludzie to żywe zapalniki, mogące w każdej chwili…

– Nonsens. Przecież to jednak są ludzie. Sam pan powiedział. A może się przesłyszałem?

– To byli ludzie – skrzypienie zmienia się w chrapliwy szept. – Czy widział pan człowieka, który nie ginie przebywając w trującym środowisku? Czy widział pan człowieka, który nie poddaje się infiltracji pamięci?

– Może to wada aparatury? – upiera się drugi głos. – Przecież ten… jak mu tam… Gradienter Konrad Tietz…

…twarz o ostrych rysach i wystających kościach policzkowych. Atletycznie zbudowany mężczyzna krzyczy rozdzierającym głosem, a wokół niego szaleją w upiornym tańcu skały rozsadzane echem potwornego dźwięku.

MUSISZ STĄD ODEJŚĆ… odejść… odejść…

Odgłos walących się schodów tłumi jękliwy skowyt. Trzeba stąd wiać i to jak najszybciej! Przecież już znalazł drogę! Wystarczy…

– Dokąd chcesz uciec? – pytanie, na które nie mógł znaleźć odpowiedzi. Świat podzielony między Rindu i Związek Solarny. Gelwona – czyż nie powiedziano mu wyraźnie, że nie ma tu dla niego miejsca? Można zaszyć się w jakimś zapomnianym przez wszystkich kącie, zmienić nazwisko, przeszłość, wygląd… I co dalej, naiwny kretynie? Przedłużysz tylko agonię, bo przecież nie masz już o co walczyć, do czego dążyć. Sam, własnymi rękami…

– Dlaczego to zrobiłeś, ty głupia dziwko? Mogłaś mnie oszukiwać trzymając wszystko w tajemnicy. Gdybym nic nie wiedział, kochałbym cię dalej i może znalazłbym sens w tym zafajdanym życiu. Och, Iris, gdziekolwiek jesteś…

…pochylała się nad nim, mówiąc coś pieszczotliwym tonem. Długie, kasztanowe włosy opadały jej na oczy, więc odrzuciła je do tyłu tym wdzięcznym gestem, który tak mu się zawsze podobał. Potem nałożyła na głowę kształtny kask zwieńczony fantazyjnym pióropuszem. Zauważył, że jest ubrana w ciemnowiśniowy strój z emblematem borta na ramionach. Zdziwił się, ale odpowiedział na jej uśmiech i spojrzał w kierunku, który mu wskazała. Zobaczył parterowy modułowiec spięty migotliwą klamrą ognia, z ciężką czapą tłustego dymu i małą kępą rachitycznego bzu, pożeraną przez chciwy płomień.

– Bez? – chciał podejść bliżej, ale żar stawał się nie do wytrzymania. – To wszystko przez ten bez – myślał gorączkowo. – Gdyby można było…

Burza. Potworna burza wypełniona dudniącym śpiewem gromów. Brzuchate chmury rodzą strugi rzęsistego deszczu, który gasi pożar i zmywa z oblicza świata ostatnie ślady wrogiego żywiołu. Pracowita ziemia wypuszcza ze swego wnętrza delikatne zielone kiełki. Rosną szybko, rozwijają się. Kiść fioletowych drobin, o odurzającym zapachu, ginie w dłoni Edginsa.

– To dla ciebie – odwraca się w stronę Iris, która potrząsa głową jakby odpędzała natrętnego owada, a potem zrywa ukwieconą gałązkę i po trzech kamiennych schodkach wchodzi do wnętrza domu. Domu, do którego tak bardzo chciał wrócić.

I ten dźwięk – jękliwy, monotonny, rozdzierający jaźń skowyt.

Przecież to nieprawda – uświadomił sobie nagle. – Jeszcze jedno kłamstwo, którym próbują mnie oszukać. Komu jest to wszystko potrzebne?

Czuł, że ponownie – który to już raz? – zapada w nieistnienie, że jego świadomość gaśnie jak ten ogień zduszony fragmentem rozpętanej przez kogoś burzy W ostatnim przebłysku majakliwego snu dojrzał jeszcze skrzydlate monstrum, wlepiające w niego czarne paciorki pozbawionych wyrazu ślepi. – Kim jesteś? – chciał spytać, lecz ledwie zdążył o tym pomyśleć, widzenie prysło i wszystko pogrążyło się w bezlitosnej czerni.

26.

Niewesoło. Właściwie tragicznie. Ma przeciwko sobie wszystkich, nie licząc oczywiście tego kretyna Howdena, który siedzi od godziny w tym samym miejscu, trzęsie się jak galareta i wpatruje baranim wzrokiem w podłogę. Ciekawe, ile Fuertadralu będzie z takiego grubasa?

– Musimy coś zrobić – powiedział, przypalając kolejnego papierosa od parzącego palce peta. – Przecież nie możemy pozwolić…

– Nie musimy na nic pozwalać – zaśmiała się nieszczerze. – Nikt nas nie będzie pytał o zdanie.

– Wymyśl coś – jęknął. – To był twój pomysł.

– Ale twoja realizacja – pokiwała z politowaniem głową. – O Nieba, co za mięczak – pomyślała, wydymając pogardliwie wargi. – Jak to się poci ze strachu, jak dygoce. Przypomina rozdeptaną żabę, tłustą i obleśną.

– Nie mam pojęcia, co mu się właściwie stało – relacjonował po raz nie wiadomo który. – Wszystko szło jak najlepiej, myślałem…

Rzuciła w jego stronę kryształową czarkę. Koktajl zostawił na ścianie krzykliwe bryzgi. Sięgnęła po nowe naczynie, napełniła po brzegi i obserwując spod przymrużonych powiek pechowego wspólnika, umoczyła wargi w ulubionym napoju.

– Nie jest dobrze – myślała, przełykając cierpki, musujący płyn. – Jest gorzej niż źle.

Była pewna, że Fuertad jej nie popuści, a dotychczasowy punkt oparcia, jaki miała w osobie komendanta, straciła ostatecznie i nieodwracalnie. Błędem okazało się zignorowanie przysłanych przez niego służbotów. Teraz już nie ma o czym mówić – najprawdopodobniej kreator zdążył wychlapać Ubirowi o całej aferze. A jeśli nawet tego nie zrobił, faktem jest, że obel-bort minął ją na korytarzu bez słowa, zupełnie jakby jej nie zauważył.

– Widocznie nie chciał – wzruszyła ramionami. – Bodaj go szlag najjaśniejszy trafił, razem z rodowym godłem i całą resztą.

– Musimy coś postanowić – zaczął znowu swoje Howden.

– Napisz testament – zaproponowała. – To się może przydać, a później nie będziesz miał okazji. W podziemiach ciężko znaleźć coś do pisania.

– Nieprawda. On tylko straszy. Nigdy tego nie zrobi, nie odważy się…

– Spokojna głowa. Kreator zawsze dotrzymuje danego słowa – zaśmiała się złośliwie. – Może trafisz do własnego Fortu? To by dopiero było, co?!

Nie odpowiedział. Skulił się tylko bardziej i drżącymi palcami odpalał następnego papierosa. Model bezkształtnej, śliskiej ameby powiększony do rozmiarów dorosłego człowieka. Niby-nóżki, niby-rączki… Proszę popatrzeć, jak to się dzielnie skręca, podryguje, mlaska.

– To nie potrwa długo – kontynuowała z mściwym błyskiem w oczach. – Gdzieś po tygodniu pojawi się na twojej łapie pierwsze czerwone kółko, potem drugie, trzecie i jazda na poziom odbioru. Bez obawy, przecież byłeś tam tyle razy. A przy okazji, dla zabicia czasu, zbierzesz parę garści zarodników. Ten zapach, który cię tak zawsze podniecał, pamiętasz? To właśnie z nich. Mam kilka flakoników, chcesz może zobaczyć?

– Przestań – zaskowyczał nieswoim głosem.

– Boi się, tłusta świnia – stwierdziła z satysfakcją. – Powinien się bać, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie. Po co tyle krzyku? – pokręciła z dezaprobatą głową. – Fuertadral to bardzo cenna substancja, sam mi kiedyś tłumaczyłeś. Przyczynisz się do zwycięstwa solaryjskiej cywilizacji nad barbarzyństwem Rindu – zanuciła początek Hymnu Słońca. – Pogrzeb, rzecz jasna, na koszt umiłowanej Ojczyzny.

Papierowa twarz Howdena zrobiła się niemal zupełnie przezroczysta. Liz spoglądała wyzywająco w jego przekrwione oczy, znajdując przyjemność w drobiazgowej analizie uczuć malujących się na obleśnym pysku jedynego wspólnika. Było to fascynujące zajęcie.

– A teraz do rzeczy – powiedziała wstając. – Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać. Znasz rozkład Stacji nie gorzej ode mnie., więc powinieneś skojarzyć. Musimy… – urwała raptownie; badawcze spojrzenie przesunęło się po ścianach segmentu. – Musimy opanować skład Fuertadralu – szepnęła Howdenowi do ucha.

– Opan…! – dostał pod żebra i opadł z powrotem na fotel.

– Nie tak głośno – upomniała go pieszczotliwym tonem. – To jedyna sytuacja, w której będzie można stawiać warunki i wytargować życie – mówiła tak swobodnie, jakby chodziło o wypożyczenie z magazynu dodatkowego kompletu umundurowania. – A teraz rusz się, grubasie. Szkoda czasu – poklepała go po sflaczałym policzku.

Był tak rozklejony, że nawet nie próbował oponować.

– Daj mi coś do picia – zabełkotał.

– Cykor cię obleciał – powiedziała z naganą w głosie. – Jeśli nie spartaczymy, będziesz miał jeszcze niejedną okazję, żeby się przydymić. W przypadku przegranej zaaplikują nam solidną dawkę FZ-etów. Ręczę ci, że nic mocniejszego, jak dotąd, nie wynaleziono.

Coś tam zamamrotał pod nosem, ale nie słuchała, wpatrzona w podłogę za jego plecami. Puszystą wykładzinę przebijało kilka delikatnych, zielonych kiełków. Rosły szybko, rozwijały się i na jej oczach jedna z gałązek zakwitła kiścią fioletowych drobin.

– To dla ciebie – usłyszała ciepły, męski głos. Tom Edgins stał koło zielonej kępy i przyglądał się jej tak jakoś dziwnie, jakby…

– Czegoś tu nie rozumiem – potrząsnęła głową, chcąc odegnać natarczywy majak. – Czegoś tu, do ciężkiej cholery, naprawdę nie rozumiem.

– Cco… to? – tłusty paluch Howdena bezbłędnie zlokalizował rozpływającą się postać. – Znasz tego faceta?

– Nie wiem, chyba nie – bąknęła zdezorientowana. Fakt, że nie tylko ona dostrzegła nieproszonego gościa był pocieszający, ale i tak niczego nie wyjaśniał. I ten krzak sterczący tak po prostu na środku pomieszczenia. Dlaczego akurat bez? Podeszła bliżej i ułamawszy obsypaną kwieciem gałązkę, zanurzyła twarz w pachnącym fiolecie. – Tom Edgins – mruknęła w zadumie, odwracając się w stronę Howdena.

– Coś ty powiedziała?! – podskoczył jakby ktoś go dźgnął w tłuste pośladki. – Ten więzień, którego… Przecież on…

Cwaniaczek – zdążył wykorzystać moment jej nieuwagi i wlać w siebie z pół czarki koktajlu.

– Żebyś tak się zwijał przy innej okazji, byłaby może z ciebie jakaś pociecha – powiedziała drwiącym tonem. – Wiesz coś o tym Edginsie?

– Tyle co wszyscy – jednym łykiem osuszył naczynie; grdyka skasowała dostarczony płyn, głośnym bulgotem objawiając swoje zadowolenie. – Podobno niebezpieczny. W kantynie plotą niestworzone rzeczy. Oszaleć można.

– Niebezpieczny – pomyślała ze zdziwieniem. – Pewno tak, inaczej Fuertad nie trzymałby go u siebie. W takim razie te majaki… – poczuła nagły lęk, lecz kiedy spojrzała na trzymaną w ręku kiść bzu, zagadkowy uśmiech ozdobił jej twarz.

– Liz, co z tobą? – zaniepokojony głos Howdena przywrócił ją do rzeczywistości. – Wyglądasz co najmniej dziwnie.

– Aleś się naprał – znalazła kwiat o pięciu płatkach i połknęła go. – To na szczęście. Poszukaj, może ci się trafi.

– Przecież tego nie ma! – ryknął miętosząc w łapach fioletową kiść. – Nie ma, nie ma… – skoczył na wyrastający z podłogi krzak i deptał z pasją.

– Dosyć – szarpnęła go do tyłu; nie wiadomo, dlaczego wydał się jej jakiś większy i cięższy. – Mógłbyś przestać robić z siebie idiotę.

Stał przed nią z tak durną miną, że z trudem powstrzymała wybuch śmiechu. Żałosny typ. Trudno, szkoda czasu. Wyjęła ze schowka kaburę z draserem. Dziwne, że obel-bort nie odebrał jej tego, nakładając tymczasowy areszt. Gdyby wiedział, co ona nią zamiar zrobić… Fuertad by nie zapomniał – to stare próchno pamięta o wszystkim. Dlatego należy się śpieszyć!

– Jestem gotowa – powiedziała chowając broń pod bluzę. – Teraz pójdziemy do ciebie. Weźmiesz co trzeba i…

– Zastanów się – znowu go wzięła jakaś drżączka. – Może…

– Jeśli jeszcze raz usłyszę…

Nie usłyszała. W jej wzroku było tyle złości, że Howden skulił się tylko i mieląc w ustach bezsilne klątwy, ruszył w stronę wyjścia.

27.

Palce kreatora wędrowały niespokojnie po poręczach fotela, a ich właściciel, ze wzrokiem utkwionym w jakiś szczegół laboratoryjnego osprzętu, trawił gorycz przeżytego upokorzenia. Nie potrafił zrozumieć, co spowodowało tak wielką zmianę, w zachowaniu komendanta. Obel-bort groził, cytował paragrafy, stawiał warunki i żądał wyjaśnień. Niebywałe! Ten nadęty, arystokratyczny bałwan ośmielił się wsadzać nos w sprawy, o których pojęcie ma mniej więcej takie, jak on – kreator Fuertad – a skomplikowanej genealogii nuf Demów. Skandal, prawdziwy skandal, żeby taki dyletant w ogóle zabierał głos, nie mówiąc już o podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. I to właśnie teraz – w chwili, kiedy ważą się losy solaryjskiej potęgi, kiedy cała, z takim trudem wzniesiona budowla drży w posadach – przychodzi obwieszony orderami kretyn i wyraża swoje wątpliwości oraz zastrzeżenia. Nie podoba się? Proszę bardzo! On – kreator-Fuertad – podporządkuje się rozkazom ignoranta. On – kreator Fuertad – nie kiwnie nawet palcem. Przecież takie było życzenie jaśnie wielmożnego pana komendanta. Ciekawe, co na to powie Rada. Bardzo, bardzo ciekawe.

– Ubir nuf Dem własnymi rękami zakłada pętlę na swoją szyję – zachichotał. – Zapowiada się niezłe przedstawienie.

Obel-bort nie rozumie albo zrozumieć nie chce. Obel-bort zresztą nie wie wszystkiego. On – kreator Fuertad – nie ma zamiaru podawać w wątpliwość kompetencji komendanta. Niech zdarzenia mówią same za siebie. Niech Główny Modyfikator oceni, niech się zapozna z faktami. A fakty są wystarczająco wymowne!

– Tak – pomarszczona twarz skrzywiła się w diabolicznym grymasie, a pergaminowa dłoń, oparta o pulpit czytnika, ożywiła szarą powierzchnię ekranu. – Fakty. Tylko fakty. Wystarczy popatrzeć.

Skład osobowy Czterdziestej Ósmej Eskadry. Eskadry wciągniętej w kolapsową pułapkę Rindu. Ponad setka nazwisk. Obok druga lista, o połowę krótsza – ci z nich, którzy w wyniku wymiany jeńców powrócili do domów. Trzeci spis zawiera tylko sześć pozycji. Gradienter Konrad Tietz figuruje na pierwszym miejscu, Toni Edgins na drugim, niżej – czwórka skazańców przebywająca aktualnie na poziomie adaptacyjnym. Wszyscy z tej samej jednostki, wszyscy byli w niewoli. I wszyscy trafili na Gelwonę. Zadziwiający zbieg okoliczności. Koronkowa robota. Po prostu majstersztyk.

Starzec był pełen uznania dla nieznanego przeciwnika, którego mózg uknuł tak precyzyjną intrygę. Tym bardziej że on – kreator Fuertad – zdołał ją rozwikłać.

– Nie znali lokalizacji Gelwony, więc zrobili to w taki sposób, byśmy sami dostarczyli spreparowanych skazańców we właściwe miejsce. Tietz był pierwszy, Edgins drugi, na poziomie adaptacyjnym czterech nowych. Nieźle, zupełnie nieźle. Z chwilą odwołania Procedury Obszaru Zamkniętego pojawią się następni. Jeden rozwalił pół kontynentu, dziesięciu poradzi sobie z całą planetą. A będzie ich na pewno więcej.

Główny Modyfikator na pewno to zrozumie. Za godzinę Gelwona wywoła Centrum Wybiórcze i on – kreator Fuertad – przedstawi wszystkie swoje dowody. Koniec obel-borta, koniec tego napuszonego arystokraty, któremu się zdaje, że ma tu coś do powiedzenia. Za paraliżowanie akcji kontrującej nie pogłaszczą go po głowie. To przecież nie są żarty. Klęska Gelwony stawia pod znakiem zapytania przyszłość Związku Solarnego. Strach pomyśleć, co by się mogło zdarzyć.

– Jeszcze godzina – mruknął kreator, spoglądając z obawą na kanciasty przetrwalnik, w którym spoczywał Tom Edgins. – Chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego jego pamięć nie poddaje się infiltracji – drobna piąstka uderzyła w klawiaturę pulpitu, a ekrany odpowiedziały serią nie skoordynowanych błysków. – Musi być przecież jakiś powód.

Żywe zapalniki z zakodowanym programem działania. Przypadek Tietza podsunął kreatorowi właściwe rozwiązanie. To, co początkowo brał za halucynacje, musiało być impulsem popychającym skazańca do zniszczenia znienawidzonego otoczenia. Fuertad nawet domyślał się, jaki rodzaj uszkodzeń podkorowych może dać podobne efekty. Jeszcze tylko godzina.

– Sami uruchamialiśmy reakcję, pakując w nich FZ-ety i wystawiając na działanie gelwońskiego promieniowania – głowa starca osunęła się na oparcie fotela. – Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno. Wystarczy zlikwidować całą podesłaną grupę i wyłuskiwać następnych, w miarę jak będą się pojawiać.

Gdyby nie rozkaz komendanta, on – kreator Fuertad – już dawno wykonałby odpowiednie posunięcia. Niestety, decyzja obel-borta – decyzja kretyna, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości – wydana podczas Procedury Obszaru Zamkniętego, stanowiła prawo. Prawo, któremu nie sposób się przeciwstawić.

– A zatem: rozkaz, panie komendancie – wąskie wargi zastygły w drapieżnym ugięciu. – Jestem pewien, że Główny Modyfikator wykaże więcej rozsądku. Musi wykazać. A wtedy…

Wyraz triumfu prześlizgnął się po pomarszczonej twarzy. Fotel, poderwany gwałtownym uderzeniem sękatych palców, ruszył w stronę wyjścia. Już niedługo. Za niecałą godzinę on – kreator Fuertad – zajmie miejsce obel-borta i uratuje Gelwonę, udowadniając po raz kolejny swoją niezastąpioność.

– Tak było zawsze, tak jest i będzie – myślał z satysfakcją, mijając już na korytarzu sylwetki wyprężonych strażników. – I biada tym, którzy tego w porę nie zrozumieli.

Hermetyczne drzwi zamknęły się za nim bezgłośnie, a w pustym laboratorium zapanowało grobowe milczenie. Porozstawiane w płytkich wnękach cyboty trwały w nieruchomym oczekiwaniu, obejmując swoim polem kontroli kanciasty przetrwalnik z majaczącą wewnątrz sylwetką uśpionego człowieka.

Rozrywające gładź posadzki zielone kiełki nie wywołały żadnej reakcji ze strony bezrozumnych strażników. Ich program nie przewidywał takiego zjawiska, nie wszczęto więc alarmu, nie zniszczono zaczątków nowej rzeczywistości, nie zrobiono nic.

A w odległości kilku metrów od przetrwalnika Toma Edginsa wyrastał krzak najprawdziwszego bzu – obsypany rojem zielonych liści, zwieńczony bukietem pachnących kwiatów. Kaleczył maskę świata.

28.

Wychodząc na korytarz, natknęli się na kolejne krzaki bzu, wokół których widać było grupki zdziwionych ludzi.

– Ładny kocioł – pomyślała Liz torując sobie drogę wśród rozgadanego personelu Stacji. – Dzieje się tu coś dziwnego i niech mnie szlag trafi, jeżeli zgadnę do czego to wszystko zmierza.

Była jednak zdecydowana doprowadzić swoje zamierzenia do końca. Po prostu nie miała innego wyjścia. Zamieszanie, jakie wywołał bez, zwiększało szansę realizacji szalonego przedsięwzięcia. Na pierwszym punkcie kontrolnym nikt nie zwrócił na nich uwagi. Dowódca posterunku wydzierał się do ściennego autofonu, a jego podkomendni podziwiali grubiejące z minuty na minutę pnie karłowatych drzewek.

– Zwariowało. Wszystko zwariowało – mamrotał Howden, nie odstępując Liz ani na krok.

Przepychali się przez ciągle rosnący gąszcz i stłoczonych na korytarzach ludzi. Stanęli dopiero przy szybach komunikacyjnych. Windy były przepełnione, niektóre nie działały. Liz pociągnęła Howdena w stronę awaryjnych schodów.

– Szkoda czasu – mruknęła przez ramię. – To zamieszanie ułatwi nam robotę, ale musimy się śpieszyć.

Zbiegając w dół zobaczyli na podeście kolejny krzak. Majaczyła koło niego sylwetka jakiegoś człowieka.

– To on! – krzyknął Howden wyrywając broń z kabury. – Uważaj! – odepchnął Liz pod ścianę i strzelił. Ognista smuga przeszła przez widmową postać, nie czyniąc jej żadnej krzywdy. Gałęzie zamigotały języczkami płomieni.

– Iris – wyciągnięta ręka prawie rozmywała się w powietrzu. – Czy mi przebaczysz?

Ryk syreny alarmowej. Sufit pulsujący gamą ostrzegawczych kolorów. Trzask ognioodpornych grodzi.

– Ty idioto! – Liz biła Howdena pięściami po piersi, twarzy, gdzie tylko się dało. – Ty skończony idioto!!!

Upadł prosto w płonącą kępę i rycząc z bólu stoczył się po blaszanych schodach w dół.

– Odcinają poziomy – myślała gorączkowo Liz. – Ten eunuch przez swoja głupotę spowodował pożar. Wszystko stracone.

Stała przez chwilę nieruchomo, skupiona, ze zmarszczonym czołem, a potem pobiegła z powrotem na górę, zagłuszając łomotem podkutych butów rozpaczliwe wrzaski Howdena.

Paliło się wszędzie. Każdy krzak, każda gałązka bzu otoczona była aureolą migotliwych płomieni. Ludzie próbowali tłumić pożar. Pod nogami walały się zużyte gaśnice. Ktoś wołał o pomoc, ktoś inny wydawał rozkazy. Nikt nie zwrócił uwagi na Liz, przebijającą się uparcie w jednym kierunku – do laboratorium.

– To jedyna okazja – myślała torując sobie drogę w pląsającym piekle. – Zabić Fuertada. W tym burdelu nikt tego nie zauważy, a ja będę miała wreszcie spokój.

Jakiś nadgorliwiec próbował zagrodzić jej drogę. Wrzeszczał jak opętany. Zrozumiała tylko jedno słowo: ewakuacja. Dostał w nos i więcej go nie widziała.

Ostatnia krzyżówka. Korytarz wiodący do laboratorium był względnie spokojny – pojedyncze źródło ognia ominęła bez trudu. Wszędzie pełno dymu, za to ani śladu strażników. Chyba dotarła do nich wiadomość o ewakuacji. A Fuertad? Ogarnął ją strach.

– Mam nadzieję, że jest w środku – pocieszała się. – Musi być w środku – mruczała stojąc przed zamkniętym wejściem do pracowni kreatora.

– Gdzież indziej mógłby się podziewać – pełen politowania uśmiech wykrzywił poplamioną sadzą twarz kobiety. – Tylko jak się tam do niego dostać?

Odruchowo poprawiła mundur i odrzuciła do tyłu włosy. Znowu zapomniała je przyciąć. Nieważne. Szkoda każdej sekundy.

Wdusiła przycisk awizora. Nic. Jeszcze raz. I znowu.

– Zamknął się – wiązka przekleństw stłumiła dobiegające z tyłu krzyki i nie ustający ryk syren. – Na pewno tam jesteś, gnido, i na pewno cię dostanę.

Odstąpiła dwa kroki do tyłu i mierząc z drasera w spojenie dwuskrzydłowych drzwi, w miejsce, gdzie powinien być cyfrowy zamek, wywaliła pełny ładunek.

Drzwi ustąpiły. Pojawiła się wąska szczelina. Jednocześnie za plecami Liz zabrzmiał tupot biegnących ludzi. Klnąc na czym świat stoi, schowała się za pierwszym dogodnym załomem.

To był trzyosobowy patrol w pełnym rynsztunku próżniowym, prowadzony przez dwóch nie uzbrojonych asystentów Fuertada. Zauważyli uszkodzone drzwi. Wcisnęła się jeszcze głębiej; najchętniej wlazłaby w ścianę. Na szczęście płonący krzak był tak usytuowany, że pozostawała w cieniu. Uważnie obserwowała przybyłą grupę, której dowódca, wspomagany przez jednego z asystentów, rozsuwał właśnie nadpalone skrzydła drzwi.

W tej samej chwili ze środka buchnął skoncentrowany ogień kilku miotaczy. Dwóch ludzi stojących na progu laboratorium zamieniło się w pokrwawione, osmalone ochłapy żywego mięsa, przemieszane z resztkami sprzętu bojowego.

– To cyboty! – wrzasnął histerycznym głosem pozostały przy życiu asystent.

– Ładnie bym się wpakowała – pomyślała Liz i ciarki przeszły jej po grzbiecie, gdy spojrzała na to, co leżało na podłodze.

– Wyłącz je! – krzyczał wyższy z pozostałej dwójki. – Dlaczego nas nie uprzedziłeś?! Chyba potrafisz je jakoś unieruchomić?!

– Może się zmyjemy? – bąknął nieśmiało jego kumpel. – Zaraz zablokują cały moduł…

– Trzeba zabrać tego Edginsa – warknął wyższy z niechęcią; Liz wytężyła słuch. – To rozkaz – dobiegły dalsze słowa. – Główkuj bracie, bo cię zaraz postawię na progu i nie zdążysz się nawet zesrać ze strachu.

– Coś musiało uruchomić system alarmowy. Te drzwi były uszkodzone…

– Opowiesz to swojej cioci – przerwał mu wyższy.

– Ale ktoś się próbował włamać – asystent wymachiwał rękami, rzucając na wszystkie strony spanikowanym spojrzeniem. Liz niemal przestała oddychać. Plecami wyczuwała każdą nierówność chropowatej ściany.

– Fuertada nie ma w środku – myślała i przyprawiało ją to o rozpacz. – Taka okazja, jedyna okazja… – najgorsze, że nie mogła ruszyć się z miejsca.

Asystent minął ją w odległości zaledwie metra. Ścisnęła mocniej broń – na swoje szczęście patrzył w inną stronę. Pogrzebał coś przy tablicy rozdzielczej, którą otworzył za pomocą magnetycznego klucza, i odwróciwszy się do obserwującej go dwójki, zakomunikował:

– Gotowe. Są zablokowane.

– Idź pierwszy – rozkazał wyższy, wskazując lufą półotwarte drzwi.

Asystent wszedł do laboratorium, unosząc wysoko nogi nad popalonymi zwłokami.

– Wchodźcie – rozległo się po chwili ze środka. – Wszystko w porządku. Nawet nie ma pożaru.

Korytarz opustoszał.

Zajrzała ostrożnie do środka, spięta, gotowa w każdej chwili uskoczyć. Faktycznie – jedyny krzak, jaki wyrastał z podłogi laboratorium, był nietknięty. Dziwne.

Zauważyła, że asystent manipulował coś przy pulpitach, a dwaj pozostali chwycili kanciasty przetrwalnik, niosąc go, nie bez wysiłku, w stronę śluzy, która błyskała seledynową poświatą.

– Ten sam stół – myślała Liz obserwując nerwową krzątaninę. – On tam musi być. Wywożą go. Nie wiedziałam, że stąd można odlecieć. Fuertad to jednak cwane bydlę.

Skoro tak bardzo troszczą się o tego Edginsa, jego osoba musi stanowić jakąś konkretną wartość. Tylko jaką?

Ryk syren zamarł jak ucięty nożem. Spojrzała w głąb korytarza. Tam krzak jeszcze się palił, wszędzie było pełno dymu. Gdzieś z daleka dobiegły odgłosy detonacji. Ciekawe, co z Howdenem? Skończona oferma, tylko by zawadzał.

Upewniwszy się, że z tyłu nic jej nie zagraża, Liz odbezpieczyła draser. Tamci dwaj wracali już do asystenta – bez bagażu.

– Przetrwalnik załadowany – powiedział wyższy. – Możemy się zwijać.

– No to jazda – mruknęła celując w jego pierś.

Pojedynczy ładunek. Starczy. Nawet nie obserwowała efektu. Przymierzyła w drugiego. Osunął się z ręką na odpiętej kaburze. Trzeci. Ten musi żyć. Tylko niech stoi z dala od pulpitów. Dwa skoki, kolbą na odlew – koniec.

Rozejrzała się po pobojowisku. Nieruchome cyboty obserwowały ją wylotami martwych soczewek. Bzdura. Asystent coś zamamrotał, z ust pociekła mu krew, wypadły kawałki zębów. Chwyciła go za kołnierz. Nie wiadomo, co mu bardziej zaszkodziło, lufa wbita w kręgosłup, czy widok trupów. Nieistotne. Popchnęła go w kierunku śluzy.

W gnieździe startowym czekał gotowy do odlotu kolapter. Wciągnęła swoją ofiarę na trap i przez owalny właz wrzuciła do środka. Kilka foteli, prosty układ sterowania. Kanciasty przetrwalnik leżał na podłodze. Za półprzeźroczystą pokrywą dostrzegła znajomą twarz Edginsa. Nawet się ucieszyła.

– Bez paniki, mały – mruknęła. – Zabieram cię na wycieczkę.

Ulokowała asystenta w fotelu obok łożyska pilota. Wygrzebała ze schowka rezerwowe pasy bezpieczeństwa i skrępowała starannie jeńca. Nawet nie jęknął. Pluł tylko od czasu do czasu krwią i patrzył na nią przerażonym wzrokiem.

– Grzeczny chłopiec – wyciągnęła mu z kombinezonu pęk magnetycznych kluczy. – Który z nich?

Ruchem głowy wskazał inną kieszeń. Uśmiechnęła się, gdy szczelina kontrolna dała pozytywny rezultat.

– Muszę cię zarekwirować – powiedziała z troską w głosie. – Będziesz mi bardzo potrzebny. Kto was przysłał?

– Fuertad z komendantem – bąknął niewyraźnie.

– Obaj? – zdziwiła się. – A więc jednak chodzą w jednym zaprzęgu – pomyślała. – To było do przewidzenia.

Migotliwa półkula pęcherza kompensacyjnego otoczyła kolapter.

– Dlaczego przyszliście po niego? – spytała Liz. – Co on takiego zrobił? Powinien chyba siedzieć w podziemiach?

Asystent milczał. Spojrzała mu prosto w oczy – uciekł wzrokiem w bok. Uderzyła go niedbale w nabrzmiałą twarz. Jęknął.

– Nie wygłupiaj się – szepnęła pieszczotliwym tonem.

– Ja nie wiem – wybełkotał. – Fuertad osobiście… – znowu pluł krwią; bluza kombinezonu przypominała rzeźnicki fartuch.

– Dokąd go mieliście zabrać?

– Ewakuacja – mówił z trudem. – Pożar na całej Stacji.

– Nie pytam: dlaczego? Pytam: dokąd?

– Czasowe rozśrodkowanie.

Kolapter zadrżał. Seledynowy poblask śluzy zaczął przygasać.

– Robi się nieciekawie – pomyślała Liz i zaczęła programować parametry startu.

– Dobrze, że jesteś, Iris – poznała ten głos, ale nikogo prócz niej i asystenta w kabinie nie było. – Tak się cieszę… – spojrzała na przetrwalnik. Rysy twarzy pod pokrywą nawet nie drgnęły.

– Ja też się cieszę – syknęła Liz, siadając na miejscu pilota.

Nachylona nad pulpitem sterowniczym zauważyła kątem oka rozsuwającą się kopułę komory startowej.

– Teraz dam wam popalić, ludkowie – ironiczny grymas złamał klarowną linię warg. – Zatańczycie według mojego scenariusza – wyobraziła sobie miny kreatora i obel-borta, gdy dotrze do nich jej ultimatum. – Żałuję, że nie będę mogła obejrzeć tego z bliska.

Przez moment w błyszczącym prostokącie bocznego lidaru zobaczyła własne odbicie, którego jednak nie poznała. Długie, kasztanowe włosy, delikatnie rzeźbione rysy… Szarpnęła się do tyłu.

– Przywidzenia – pomyślała ze złością. – Mam już tego dosyć – z całej siły kopnęła pedał wyzwalacza.

Ponowne spojrzenie w bok przywróciło jej spokój. Powierzchnię lidaru pokrywały teraz wiązki różnobarwnych, drgających linii. Kolapter odrywał się od gniazda. Ścisnęła dłonie na sterach i skupiając całą uwagę na wskazaniach przyrządów, poprowadziła go wprost w rozgwieżdżoną przestrzeń.

29.

– Gwiazdo Promienna – wyjąkał Ubir nuf Dem. – Czyste szaleństwo. Po co ona to zrobiła?

– Udało jej się wylądować w pobliżu Fortu T, gdzie wysadziła mojego asystenta wraz z tym mnemogramem – mówił Fuertad zgrzytliwym tonem. – Zdążyła gdzieś ukryć kolapter zanim dowiedzieliśmy się, o co jej chodzi. Jak na improwizację wypadło to zupełnie przyzwoicie.

Obel-bort jeszcze raz cofnął końcowy fragment zapisu i po chwili z głębi mnemoreksu popłynął głos Liz:

– …macie dość rozsądku. Jeżeli w godzinę po otrzymaniu tego tekstu nie zagwarantujecie mi powrotu na Ziemię, wypuszczam Edginsa z przetrwalnika. Zamknięty omal nie rozglebił Stacji, gdy będzie wolny, szlag trafi całą Gelwonę. Pański asystent, kreatorze, nie był wprawdzie zbyt rozmowny, ale w końcu to z niego wydusiłam. Teraz pozostawiam wam prawo wyboru. Oficjalny Immunitet dla Lizey Myrmall, potwierdzony przez Głównego Modyfikatora albo ogólna czapa. Chyba wyrażam się jasno. Ja nie mam już nic do stracenia, wy możecie stracić wszystko. Dokładnie o ósmej czasu uniwersalnego oczekuję odpowiedzi w paśmie…

– To pańska wina, obel-borcie – zaskrzeczał Fuertad, jednym uderzeniem sękatych palców przerywając odtwarzanie zapisu. – Gdyby nie pański upór, byłoby już po kłopocie. Wystarczyło zlikwidować tego Edginsa…

– O Nieba Bezkresne – wyszeptał zbielałymi wargami Ubir nuf Dem. – O czym on mówi? Zlikwidować…

– Z trudnością opanowaliśmy pożar. Czy to panu nie wystarcza? Teraz w niebezpieczeństwie jest cała planeta. Najważniejsza planeta w całej Galaktyce. Czy pan tego nie rozumie?

– A cóż mnie obchodzi Galaktyka – myślał Ubir nuf Dem. – Tom jest moim spadkobiercą i tylko to się liczy. Tylko to!

Fuertad spoglądał na niego, pogardliwie milcząc.

– Mniejsza o winę – słowa obel-borta zabrzmiały sucho i nienaturalnie. – Sądzę, że powinniśmy przyjąć te warunki – obserwował z niepokojem kreatora, który niecierpliwie bębnił palcami po poręczy fotela. – Odzyskamy w ten sposób Edginsa i pozbędziemy się Lizey Myrmall – to drugie powiedział z wyraźnym żalem.

– Nie można jej darować – warknął Fuertad. – Stworzylibyśmy pożałowania godny precedens. Zapanowała cisza, w której obel-bort wyczuwał czające się niebezpieczeństwo.

– Pan ma jakąś propozycję? – spytał ostrożnie.

– Owszem w głosie kreatora dominował odcień wyższości. – Powiedziałem, że jak na improwizację wypadło to zupełnie przyzwoicie, przetrwalnik jednak wysyła sygnały. Szybko zlokalizujemy miejsce, w którym jest ukryty.

– Chce pan spenetrować całą planetę? – Ubir nuf Dem gorączkowo szukał luki w tym rozumowaniu. – Czas! – z trudem stłumił wybuch radości. – Mamy, za mało czasu.

– Nie sądzę. Niełatwo ukryć kolapter. Większość Gelwony to równina. Wystarczy przelecieć nad górami. Jeden solidny atak z powietrza załatwi sprawę ostatecznie.

– Wszystko się wali, ciągle nowe przeszkody – Ubir nuf Dem był kompletnie zdruzgotany. – Nie potrafię sobie z tym poradzić – popatrzył z zazdrością na kreatora. – Mimo formalnego zwierzchnictwa nie mogę nad nim zapanować. A jeśli on postawi na swoim… – narastał strach ściskający żołądek, dławiący oddech. – Nie wolno mi do tego dopuścić.

Chief, jakby wyczuwając fatalny nastrój opiekuna, wsunął mu łeb pod pachę i znieruchomiał. Ubir nuf Dem machinalnie gładził skołtunioną sierść, błądząc wzrokiem po wypalonych ścianach apartamentu. Pożar strawił większą część zgromadzonych tu skarbów. Spłonęły piękne gobeliny, kobierce, niektóre meble i posągi. Migotliwe niegdyś płaszczyzny tełewibrazów zalała stopiona, szklista masa. Nawet godło Nuf Demów, pokryte płatami sadzy, wyglądało raczej żałośnie niż dumnie.

– To straszne – stwierdził obel-bort w duchu. – Straszne i przygnębiające. A teraz ten zasuszony szaleniec chce mi jeszcze odebrać nadzieję – z trudem panował nad sobą i z tym większą nienawiścią spoglądał na kreatora.

– Więc jak, komendancie? – skrzypiące słowa zraniły świadomość Ubira. – Grupa operacyjna czeka. Sześć bojowych szturmowców z kompletem ludzi na pokładach.

– Pan już wszystko przygotował?! – obel-bort wyprostował się gwałtownie.

– Oczekuję na pańskie zezwolenie – wycedził Fuertad. – W końcu to pan jest komendantem Gelwony – dodał z ledwie wyczuwalną ironią.

– Nic bardziej złudnego – pomyślał Ubir nuf Dem. – Moim zdaniem powinniśmy jednak zgodzić się na stawiane warunki – powiedział słabo, bez przekonania. – Nie akceptuję pańskiego planu, Fuertad, z tego prostego powodu, iż nie daje on stuprocentowej gwarancji – czuł, że plecie bzdury, ale musiał mówić cokolwiek, bo milczenie było stokroć gorsze. – Powinniśmy przekazać Edginsa do Centrum Wybiórczego. Dokładne zbadanie jego przypadku mogłoby wiele wyjaśnić, a jeśli zginie…

– W porządku, komendancie – powiedział Fuertad, układając wargi w coś, co od biedy można by uznać za uśmiech. – Nadamy ten komunikat – spojrzał na chronometr. – Dokładnie za czterdzieści dwie minuty.

Skrzydłak wysunął łeb spod pachy obel-borta i wyrzucił z siebie chrapliwy okrzyk. Kreator znikał już w drzwiach.

– Spokojnie, Chief – Ubir nuf Dem podrapał ulubieńca po grzbiecie. – Wszystko będzie dobrze – pomyślał. – Musi być dobrze. Pomóż mi w to uwierzyć.

Ogarnął wzrokiem zdemolowane wnętrze i poczuł się okrutnie samotny. Wtulił twarz w skołtunioną sierść.

– Gdyby tak można było zasnąć na wiele, wiele długich lat – szeptał – i wstać dopiero wtedy, gdy wszystkie troski, które cię teraz gnębią, przestaną być troskami, a staną się jedynie dalekim, zamazanym wspomnieniem.

Fuertad zostawił uchylone drzwi. Widać zależało mu na czasie. Ubir nuf Dem wstał i wolno podszedł do wyjścia, omijając po drodze nadpalone szkielety sprzętów. W powietrzu unosił się jeszcze zaduch spalenizny, z którym nie mogły dać sobie rady pracujące pełną mocą wentylatory. Okropność.

– Trzeba tu posprzątać – pomyślał obel-bort patrząc z niechęcią na tak niegdyś przytulne wnętrze apartamentu. – Ale po co? – nie znalazłszy odpowiedzi na to pytanie, wyszedł na korytarz. – Mikroskopijny, sztuczny ład w oceanie chaosu – mruczał pod nosem. – Śmiechu warte.

Usłyszał za plecami łopot błoniastych skrzydeł i po chwili poczuł na ramieniu ciężar ulubieńca.

– Dobrze, że jesteś, Chief – powiedział z nutą żałosnej melancholii.

Mijali grupki ludzi i maszyn, pracujące przy usuwaniu niezliczonych uszkodzeń. Wszędzie widać było ślady pożaru. Niektóre korytarze spowijała ciemność i w te obel-bort skręcał najchętniej.

Dopiero gdy zatrzymał się przed wejściem do znajomego segmentu, zrozumiał, że szedł właśnie tutaj. Sięgnął do awizora, potem zastukał w umówiony sposób, aż wreszcie pchnął delikatnie drzwi. Nie były zamknięte.

– Nie wiedziałem, że śpisz, Liz – powiedział półgłosem. – Nie, nie zapalaj światła. Tak jest o wiele lepiej.

Odnalazł w ciemności jakiś fotel i usiadł ostrożnie na brzegu. Puszysta kula wskoczyła mu na kolana.

– Powiedz, czy naprawdę nie miałaś innego wyjścia? – pytał łamiąc w zdenerwowaniu palce. – Powinnaś chociaż uprzedzić, wyjaśnić… Ten tymczasowy areszt to był głupi pomysł, przyznaję, ale chciałem ci tylko pokazać, że moja cierpliwość ma swoje granice – milczał przez chwilę jakby szukał właściwych słów. – Pogódźmy się, Liz. Bardzo cię proszę. Nie musisz mi od razu odpowiadać. Poczekam – mówił drżącym, niepewnym głosem. – Przemyśl to. A teraz zagraj coś. Wiesz, że lubię, kiedy dla mnie grasz.

Skrzydłak zeskoczył z kolan obel-borta.

Zabrzmiała muzyka – dzika, nieludzka. Wibrujące dźwięki harmotronu z pasją biły powietrze, płosząc ukrytą w zakamarkach ciszę. Ubir nuf Dem z uczuciem niewysłowionej ulgi osunął się na oparcie fotela i słuchał, słuchał, słuchał…

– Jest zagniewana – pomyślał w pewnej chwili. – Ale to nic. Wszystko będzie dobrze, musi być dobrze.

Muzyka wznosiła się coraz wyżej i wyżej…

Gdyby nie panujące w segmencie ciemności, Ubir nuf Dem zobaczyłby skrzydłaka stojącego na konsoli harmotronu. Ulubieniec wpatrywał się nieruchomo w klawiaturę instrumentu, paciorkami czarnych ślepi wybierając dźwięki i łącząc je w skomplikowaną całość – grał.

Ale wzrok obel-borta tonął w gęstym mroku. Ubir nuf Dem słuchał cudownej, niezrozumiałej muzyki i cieszył się. Wszystko będzie dobrze, musi być dobrze.

30.

Wysoki, zawodzący dźwięk nie ustaje ani na moment. Czasami tylko przez jękliwą kurtynę przedzierają się jakieś słowa, oderwane, pozbawione sensu. Zaraz potem giną w monotonnym podkładzie i znowu przez minutę?, godzinę? nie ma nic prócz upiornego wycia rindańskich cieni. Koszmar.

– Powinieneś być zadowolony – znajomy głos; głos, którego nie spodziewał się już usłyszeć. – Skaczą koło ciebie jakbyś był nie wiadomo jaką figurą. Kto by pomyślał?

– Muszę ją zobaczyć – rozpaczliwa próba rozklejenia powiek. – Muszę z nią porozmawiać.

– Nie przypuszczałam, że z ciebie taki chojrak – kontynuował głos. – Sfajczyłeś Stację nie wychodząc z przetrwalnika. Ciekawe, co by się stało, gdybym cię z niego wypuściła. Ale to ostateczność, chociaż nawet interesująca…

– O czym ona mówi? – nie czuł żadnego bólu. Jakby jego ciało przestało istnieć, pozostawiając sterylny mózg z podłączonymi receptorami słuchu. – Nie mogę otworzyć oczu. Może już ich w ogóle nie ma?!

Przestraszył się i skoncentrowawszy resztki woli, rozpędził wszechobecne ciemności. I zobaczył! Zobaczył…

Fragment sinofioletowego nieba. Chmury. Poszarpana linia horyzontu, zza której wypadają cienie dwóch bojowych szturmowców. Znajome kształty, przyjazne. Na takich jednostkach służył kiedyś – kiedy to było?

– Nikt mnie tu nie znajdzie – ten głos. – Iris, gdzie jesteś? – Świetna kryjówka. Nie mają szans, żeby nas zatłuc przed terminem. Jeszcze dziesięć minut i będę wolna. Wolna! – radosny śmiech.

Szturmowce są już blisko. Zataczają badawcze kręgi – słychać dostojny pomruk grawitonowych trzewi. Spod ich opasłych brzuchów odrywają się miniaturowe ważki, które po krótkiej chwili bezwładnego pikowania zaczynają używać własnego napędu. Jednocześnie na dziobach dwóch głównych jednostek rozkwitają żywym ogniem gniazda plazmowych dział i złociste smugi śmierci godzą wprost w oczy Edginsa.

– Iris, uciekaj!!!

Wiotka sylwetka o długich, kasztanowych włosach rzuca się do pulpitów kolaptera. Za szybą wideoramy miękną ściany stromego kanionu, muśnięte żarem płomienistej broni. Skała topi się, strumienie gorącej lawy przeobrażają kamienną kryjówkę w płynące piekło.

– Skurwysyny! – Edgins widzi, jak Iris odwraca się w jego stronę. – Cholerne skurwysyny! Znaleźli nas! Jakim cudem?!

Podłoga ucieka jej spod stóp. Odgłos głuchego uderzenia miesza się z chlupotem kamiennej rzeki, która zaczyna zalewać stojący w najniższym punkcie kanionu kolapter. Gorąco, potwornie gorąco. Złowieszcze wycie rindańskich cieni przybiera na sile. Presja urojonych komponentów otoczenia. Strach przeobraża się w nienawiść.

– Tooom!

MUSISZ STĄD ODEJŚĆ

…skrzydlaty maszkaron siedzi w absolutnym bezruchu, wbijając w Edginsa paciorki czarnych ślepi…

POTRAFISZ TO ZROBIĆ.

Obraz kamiennej maski…

– Dość!!!

Półprzeźroczysta bariera ustępuje pod naciskiem dłoni Edginsa. Iris patrzy na niego przerażonym wzrokiem, cofa się, wyciąga ręce w obronnym geście. Podłoga tańczy, za szybą wideoramy kłębowisko ognia i parujących skał. Złociste smugi przeczesują przestrzeń, są coraz bliżej…

Nagła eksplozja bloku zasilania – fragmenty tylnej ściany z olbrzymią siłą wbijają się w ciało Iris.

Jakby czas stanął w miejscu…

Edgins widzi kochaną twarz wykrzywioną paroksyzmem śmierci. Ale długie kasztanowe włosy otaczające głowę kobiety nikną – widać krótko przyciętą, jasną fryzurę. Rysy ulegają coraz szybszym przekształceniom. To już nie Iris. Iris sięgała mu zaledwie do ramienia. Ta kobieta jest wyższa, dużo wyższa. Jej zielonozłe oczy patrzą na Edginsa z przerażeniem. Lecz trwa to tylko chwilę.

– Lizey Myrmall – przypomniał sobie Tom, zbliżając się do martwego ciała. – Co ja tutaj robię? Jak to możliwe, że… – kolejny wstrząs rzucił go na potrzaskany pulpit sterowniczy. – Przecież oni chcą mnie zabić!

Skafander. Gdzieś tu powinien być. W przejściu koło śluzy znalazł kompletne wyposażenie. Pasowało jak ulał – aż dziwne… W zdenerwowaniu ledwie udało mu się podopinać klamry i zakręcić oporniki hełmu. Właz. Pierwsze podejście. Psiakrew! Jeszcze raz, masą całego ciała… Poszło!!!

Pancerz był cały rozgrzany, miejscami zdeformowany – nadtopione stateczniki godziły bezradnie w niebo. W górze przesunął się kadłub szturmowca, wciskając między strome jeszcze ściany kanionu wiązkę plazmowych ciosów. Jeden z nich uderzył dziesięć metrów przed zniekształconym dziobem kolaptera.

– Precz! – wrzasnął Edgins, wbijając wzrok w zawracającą jednostkę. – Nic wam nie zrobiłem, bydlaki! Spieprzać stąd!

Szturmowiec był już na powrotnym kursie. Pojawił się drugi. Szły teraz równolegle – masywne, ziejące ogniem potwory. Za chwilę przejdą tuż nad jego głową i…

Wpatrywał się z nienawiścią w złowrogi tandem. Wysoki, zawodzący dźwięk doprowadzał go do pasji.

POTRAFISZ TO ZROBIĆ – krzyczało wspomnienie kamiennej maski.

– Zostawcie mnie w spokoju – wyszeptał błagalnie.

Otworzyły ogień. Zasłonił twarz ramieniem.

– Niee…

Zderzyły się z sobą. Nie słyszał huku. Widział tylko nagły, oślepiający błysk. Gdy przejrzał na oczy, było już po wszystkim. Ani śladu szturmowców. Posępne, sinofioletowe niebo nad rozmiękłym kanionem, w którym resztki roztopionych skał pochłaniały wrak kolaptera.

– Co dalej? – Edgins rozejrzał się na boki, dostrzegając wszędzie grzęzawisko krzepnącej magmy. – Jak wnętrze wulkanu. Kiedy to ostygnie? Przecież muszę stąd wiać! Na wszystkie świętości Nieba i Ziemi, jak mam to zrobić?

Popędzany strachem wypatrzył fragment, który zdawał się być najmniej gorący. Ryzykowne. Przydałby się deszcz, żeby to wszystko schłodzić. Burza…

Zewnętrzne mikrofony, pochwyciły melodię zwycięskiego grzmotu. Tom uniósł głowę – przyłbicę hełmu pokryły ślady rozbryzganych kropel. Padał deszcz.

– Jak w bajce – pomyślał patrząc na stygnące złomy magmy. Ciecz parowała z głośnym sykiem, spowijając kanion oparami sinofioletowej mgły. – Chyba już…

Ostrożnie postawił but na szklistej powierzchni. Powinna wytrzymać. Po kilku krokach obejrzał się. Kolapter, na wpół zanurzony w ostudzonej magmie, wyglądał jak owad pochwycony przez żywiczną strugę.

Edgins ciągle miał w pamięci obraz desantowych pojazdów, odrywających się od szturmowców na krótko przed rozpoczęciem frontalnego ataku. Znał ich szybkość i skuteczność. Gnany falą strachu wdrapywał się po gładkiej stromiźnie, chcąc jak najszybciej wyjść z kanionu, który nazbyt przypominał pułapkę.

Docierając po nadtopionym, śliskim zboczu do górnej krawędzi, zauważył, że szczelina, będąca miejscem ostatecznego postoju kolaptera, znajduje się na dnie dość rozległego zapadliska o poszarpanej, pełnej niespodziewanych załamań i uskoków powierzchni. Miejscami widać już było łaciate pancerze, pędzące na najwyższej rozsądnej prędkości. Waliły wprost na niego; od czasu do czasu kontrolna smuga przecinała kurtynę gelwońskiego deszczu i na krawędzi kanionu w przypadkowych punktach, rozkwitały małe gejzery ognia.

– Gnoje! Co ja wam zrobiłem?! – krzyknął Edgins. Dźwięk jego głosu załomotał wewnątrz hełmu. Ciągle lało. To dobrze. Kiepska widoczność, może się uda prześlizgnąć.

– Regularna obława – pomyślał obserwując coraz bliższe sylwetki pojazdów. – Jasne, przecież jestem więźniem. Jakim cudem się tu znalazłem? Ta kobieta… Nic nie pamiętam. Jakieś strzępy, fragmenty bez ładu i składu. Trzeba się śpieszyć. Tylko dokąd mam uciekać? Nie znam terenu, nie wiem kompletnie nic. Prędzej czy później i tak mnie dopadną albo zabraknie tlenu w plecaku – ogarnęła go rozpacz.

– Przecież nie mogę tu zostać! – wspomnienie gigantycznych schodów nie dawało mu spokoju. Ogniste napisy na błękitnym tle. Pomoc będąca jednocześnie prośbą, rozkazem. Gdzieś tam pod powierzchnią planety istniało coś, co przewidziało jego przybycie i postanowiło wskazać mu drogę. Dlaczego akurat jemu? Czyżby był wyjątkiem pośród tysięcy gelwańskich skazańców? Co za bzdura!

– Aura! – przypomniał sobie. – PRAWDĄ JEST AURA – obraz kamiennej maski przedstawiającej jego twarz. – Wydzielasz nietypową aurę – słowa mutanta, dziwne, niezrozumiałe.

Pojazdy zacieśniają pierścień obławy.

Strach, podsycany nieustającą obecnością zawodzącego dźwięku. Jak długo jeszcze? O Nieba, gdyby można było rozerwać tę upiorną pętlę, wydostać się z zaklętego kręgu…

POTRAFISZ – rzeźwiący dotyk chłodnej wody – czerwonawe kręgi znikające pod dotykiem palców – rozpaczliwy haust trującej atmosfery, przeobrażający się w łyk ożywczego powietrza – hermetyczny pojemnik, w którym spoczywa ciało Klauda…

Czy to wszystko zdarzyło się naprawdę? Czy wolno wierzyć w coś, co mogło być wytworem obłąkanej wyobraźni?

Niebezpiecznie blisko rozkwita kielich śmiercionośnego żaru. To fakt pierwszy. Drugim jest coraz bliższa tyraliera łaciatych pancerzy. I to wycie, zagłuszające nawet brzmienie własnych myśli. I obrazy – poszarpane, chaotyczne strzępy wspomnień, o których nie wiadomo, czy są fragmentami rzeczywistości czy majakliwych snów. Czyste szaleństwo. Musisz je po prostu zaakceptować, jeśli zostałeś na nie skazany. Nieważne przez kogo i po co. Noworodek nie zadaje takich pytań przychodząc na świat. Noworodek nie zadaje żadnych pytań. Wchodzi w życie, mimo że też jest ono pewnym rodzajem szaleństwa.

– A jeśli tak właśnie ma być? Nigdy się tego nie dowiem, nigdy nie zrozumiem do końca…

Czas nagli.

Rozpaczliwy skok – szczelina – czołganie się. Kawałek odkrytej przestrzeni. Trzeba zaryzykować…

Eksplozja – grad skalnych odłamków, żar. Tom poleciał w bok, chwilę szorował po pochyłości. Stabilizacja. Z drugiej strony kpiący pysk łaciatego pojazdu. I jeszcze jeden. Krótki wylot emitera wolno zwraca się w kierunku doskonale widocznej ofiary. Edgins, rozpłaszczony na brzuchu, czeka na strzał…

– Gdybym miał broń – szepce. – Cokolwiek, byle nie ginąć tak głupio…

Celne trafienie – bliższy pojazd zakręcił w miejscu jak dziecinny bąk, zahaczając ognistą wiązką o sąsiada. Droga wolna. Edgins patrzy ze zdziwieniem na swoje dłonie i widzi kolbę atatronu wpasowaną w rękawicę skafandra.

KALECZYSZ MASKĘ ŚWIATA

– Ja chyba zwariuję.

Wprawnym ruchem zarepetował broń i klucząc jak ścigane zwierzę, pobiegł w nieznane. Wszystko już dawno przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczył się tylko on sam – Tom Edgins – a raczej to, co z niego zostało: cierpienie, strach, nienawiść. I chęć odwetu.

– Zobaczymy teraz, jacy jesteście odważni – myślał dopadając do szczytu upatrzonego rumowiska. – Banda gówniarzy, polująca na bezbronnego. Parszywe, zadowolone z siebie skurwiele!

Miał ich jak na dłoni. Naliczył szesnaście pojazdów. Strzelały na oślep, kierując się w stronę kanionu.

– Pudło – mruknął Edgins, biorąc na cel łaciaty bok najbliższego. – Już mnie tam nie znajdziecie. Gdybym mógł was wytłuc jedną salwą…

Zamknął obwód eksplodera. Grzmotnęło aż miło. Błyskawicznie przerzucił wizjer celownika na następny pojazd, potem oderwał broń od ramienia i wyprostował się powoli. Było już po wszystkim.

Przewiesił atatron przez plecy i odwrócony tyłem do miejsca potyczki, zaczął schodzić ze szczytu rumowiska. Osiemnaście płonących wraków otaczało kanion ognistym różańcem. Koniec. Załatwił ich. Nie miał tu już nic do roboty.

– To nie było wcale takie trudne – myślał. Ogarnęło go coś w rodzaju zadowolenia. Uczucie tępego triumfu i satysfakcji.

Kawałek dalej wyszedł na gładki teren. Ciągle padał deszcz, czy jak to tam nazwać. Burza, która pojawiła się w najbardziej odpowiednim momencie. I ten atatron – ciągle czuł jego ciężar. Masywna kolba waliła w plecy, przypominając z każdym krokiem o swojej krzepiącej obecności.

Na tle sinofioletowych chmur przesunął się mały, czarny punkcik. Basowy pomruk rósł w miarę jak nowy obiekt zmniejszał dystans dzielący go od miejsca niedawnego starcia.

– Następny – pomyślał Edgins, a broń nie wiadomo kiedy mile zaciążyła w dłoniach. Nawet nie przyszło mu do głowy, żeby się ukryć. Wziął intruza na cel. W powiększającej szczelinie wizjera rozpoznał sylwetkę spacerowego VAC-a. Na takich jednostkach nie było miejsca na zainstalowanie uzbrojenia. Uspokojony opuścił miotacz i ruszył swoją drogą.

31.

Fuertad oszukał. Zlekceważył wolę obel-borta i wydał ten nieszczęsny rozkaz. Ubirowi nawet nie dano okazji do wyrażenia protestu – cyboty nie dopuściły go do dyspozytorni, z której kreator zawiadywał poszukiwaniami. Bunt, rebelia, wszystko stracone.

Nie bardzo wiedząc po co to robi, Ubir nuf Dem ubrał się w skafander i czym prędzej uruchomił VAC-a. Tego mu nie mogli zabronić. Nie mogli też porozumiewać się inaczej niż za pomocą uniradu. Śledząc tok rozmów, obel-bort znał każdy ruch kołujących szturmowców i katował pięściami pulpit łączności. Fuertad pomyślał o wszystkim. Dowódcy sześciu bojowych jednostek respektowali jedynie rozkazy docierające ze Stacji, poprzedzone w dodatku zmiennym kodem, którego zasady ustalania Ubir nuf Dem nie znał i nie potrafił rozszyfrować. Gdy jednak mimo to wtrącił się do rozmowy polecając natychmiastowy powrót, otrzymał pełną ozdobników odpowiedź informującą, że jego podkomendni też mogą udawać obel-borta i jeżeli żartowniś nie pokaże na ekranie swojej twarzy, nikt nie uzna go za tego, za kogo chce być uważany. Prawdziwy komendant Gelwony jest chwilowo niedysponowany i w związku z powyższym kreator Fuertad sprawuje pełnię władzy. A VAC – mały, spacerowy VAC – nie miał urządzeń transmitujących wizję. Na tym polegało całe nieszczęście. Obel-bort mógł tylko słuchać. I słuchał chciwie.

– Co za podłość! – wybuchał od czasu do czasu. – Co za perfidia! – zaraz jednak nakazywał sobie spokój, wyłapując z drżeniem serca płynące nieprzerwanym ciągiem komunikaty. – Może ich nie znajdą przed wyznaczonym terminem. O Nieba, jakby to było wspaniale!

Znaleźli. Radosny głos informował, że poszukiwany kolapter znajduje się w trudno dostępnym paśmie górskim, na styku Trzeciego i Czwartego Kontynentu.

– Zlikwidować – padła natychmiastowa komenda Fuertada.

– Morderca! – krzyknął Ubir nuf Dem. – Nie wolno wam tego zrobić! Ja… ja rozkazuję… – umilkł, zorientowawszy się, że nikt go nie słucha. Widocznie kreator zmienił pasmo łączności. Obel-bort, nie próbując nawet odszukać nowych parametrów rozmowy, pognał we wskazanym kierunku, wyciskając z grawitonowego silnika cały zapas mocy.

Wiedział, że i tak nie pomoże żadnej z tych dwóch istot, stanowiących całą treść jego życia. Właściwie pragnął tylko jednego: zginąć razem z tymi, których kochał i niech to się już wreszcie skończy.

Gdy zszedł pod pułap deszczowych chmur, zobaczył kilkanaście dogasających wraków, otaczających coś, co kiedyś było malowniczym kanionem o stromych, postrzępionych ścianach, a obecnie stanowiło ledwie zabliźnioną ranę na ponurym obliczu planety. I ani śladu szturmowców. Czyżby stał się cud?! Nadzieja załopotała w piersiach obel-borta.

– To on – wyszeptał, dostrzegając w dole miniaturową figurkę otoczoną świetlistą aureolą. – To na pewno on!

Lądowanie w tak trudnym terenie było niesłychanie ryzykowne, zwłaszcza dla kogoś, kto, tak jak obel-bort; od dawna nie miał do czynienia z przyrządami ręcznego sterowania. Minio to postanowił spróbować. Mało tego – próba musiała dać wynik pozytywny. Inne rozwiązanie po prostu nie wchodziło w rachubę.

Posadził VAC-a na stoku tak stromym, że pojazd zsuwał się przez kilkanaście niesamowicie długich sekund zanim kotwy znalazły solidne oparcie. Ubir nuf Dem z namaszczeniem zdjął z palca rodowy klejnot i włożył go do zewnętrznej kieszeni skafandra. Potem czym prędzej wciągnął rękawice i założył hełm. Wychodząc na zewnątrz przestraszył się, że nie zdoła w tym konglomeracie poszarpanych skał odnaleźć świecącej sylwetki Edginsa. Nie, to byłoby okropne! Pełen obaw, pokonując niechęć ciała nie nawykłego do tak intensywnego wysiłku, wdrapał się na najwyższe wzniesienie. Przyspieszone bicie serca i ogromna ulga. Jest!

W dole przesuwała się otoczona świetlistą aureolą postać. Już za chwilę, już za parę sekund…

Ubir nuf Dem sam nie wiedział, w jaki sposób znalazł się naprzeciw Edginsa. Poznał go od razu. To był ten sam człowiek, którego twarz widział pod pokrywą przetrwalnika. Następca, spadkobierca… – słowa plątały się w umyśle obel-borta, więc tylko wyciągnął rękę w geście pozdrowienia.

– Czego chcesz? – zabrzmiał w hełmie Ubira schrypnięty głos. – Zejdź mi lepiej z drogi.

– Dokąd idziesz? – wzruszenie tamujące gardło nie pozwoliła na wypowiedzenie obszerniejszej kwestii. Zresztą nic bardziej sensownego nie przychodziło obel-bortowi do głowy.

– Muszę stąd odejść – usłyszał w odpowiedzi. – Kaleczę maskę świata. Nie ma tu dla mnie miejsca.

Chwila niezręcznej ciszy. Edgins postąpił krok naprzód jakby chciał wyminąć Ubira, lecz ten pospiesznie nawiązał dialog:

– Uciekasz… Tak, rozumiem.

– Nic nie rozumiesz – przerwał mu Tom z nutką zniecierpliwienia w głosie. – Ja nie uciekam. Ja odchodzę. Mógłbym tu zostać i rozwalić całą tę zafajdaną planetę razem z obstawą, ale nie mam na to ochoty. Odchodzę, bo tak będzie lepiej.

– Ale jak? – wykrzyknął Ubir nuf Dem, przestraszony jego nierozważnymi słowami. – To ci się nigdy nie uda. Fuertad zarządził polowanie, nie mogłem go powstrzymać.

– Bez obawy – za przyłbicą hełmu przemknął ledwie zauważalny uśmiech. – Poradzę sobie. Potrafię to zrobić.

– Tak – pomyślał obel-bort z ulgą. – Niewykluczone, że mu się uda. Jeżeli zdołał wyjść z przetrwalnika i unieszkodliwić obławę… Wspaniały chłopak – fala czułości ogarnęła Ubira. – Kiedyś też byłem taki – wyjął pierścień i podając go na wyciągniętej dłoni powiedział: – Weź to i idź swoją drogą. Ja wprawdzie nie potrafię ci pomóc, jestem zbyt słaby, ale ty… głos mu się załamał.

– Co tu jest grane? – spytał Edgins, oglądając ze wszystkich stron otrzymany klejnot.

– Pospiesz się. Może weźmiesz mojego VAC-a?

– Za słaby. Potrzebuję czegoś większego. Mam przed sobą długą drogę – wskazał ręką skłębione, wciąż siąpiące deszczem chmury. – Zresztą już po kłopocie. Spójrz.

Ubir nuf Dem odwrócił się posłusznie. Nowiutki model skoczka transforacyjnego stał na szczycie najbliższego wzniesienia, mrugając światłami gotowości.

– Skąd… – nie dokończone pytanie utknęło w gardle obel-borta. Edgins wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia – powiedział. – Po prostu jest i kwita. Wszystko, czego potrzebuję, pojawia się natychmiast. Jak w bajce.

– Jak w bajce – powtórzył Ubir nuf Dem. – Ale przecież życie to nie bajka – myślał oszołomiony. – Szkoda. Może wtedy świat wyglądałby zupełnie inaczej. A może nie?

– Idę – Edgins wyciągnął w jego stronę dłoń. Obel-bort pochwycił ją obiema rękami. Gdyby mógł, rozpłakałby się ze szczęścia. Wszystko będzie dobrze, musi być dobrze.

– Powodzenia, Tom – szepnął. – I pamiętaj o pierścieniu. Bądź mu wierny i przekaż go kiedyś godnemu następcy.

Chwilę trwali złączeni męskim uściskiem. Wreszcie Edgins pierwszy wyzwolił się z objęć. Ubir zobaczył jego oddalające się plecy i przez moment, ogarnięty strachem, chciał za nim pobiec, zatrzymać, wytłumaczyć wszystko dokładnie…

Znowu był sam. Nawet skrzydłak – gdzież on się podział? Przez ten okropny młyn całkiem o nim zapomniał.

Wolnym, spokojnym krokiem ruszył w stronę kanionu. Misja spełniona. Prawowity następca może kontynuować dzieło – wielkie dzieło – zaś obel-bort Ubir nuf Dem powinien wreszcie pomyśleć o sobie. Już czas. Czas najwyższy. Wszystko będzie dobrze, musi być dobrze.

Odnalazł kolapter zanurzony do połowy w zestalonej magmie i wszedł do środka, zamykając za sobą starannie zewnętrzną klapę. Śluza działała. – można było zdjąć niewygodny hełm. W zdemolowanej kabinie, za szeregiem porozpruwanych foteli, odnalazł swoją Liz. Nawet pobieżny rzut oka wystarczał do stwierdzenia, że jest martwa.

– Przecież to było czyste szaleństwo – powiedział Ubir nuf Dem ciepłym głosem. – Zawsze miałaś zwariowane pomysły.

Kucnął koło pokrwawionych zwłok i długo uważnie wpatrywał się w nieruchomą twarz. Potem podniósł stygnące ciało, ułożył delikatnie na fotelu i wyjąwszy z kieszeni taszyftową chusteczkę, starł czerwoną plamę z jej policzka.

– Biedactwo – myślał z tkliwością. – Jest teraz taka bezradna. Muszę się nią opiekować.

Gładził krótko ostrzyżoną głowę, całował nieruchome, blade wargi, zimne powieki.

– Nic nie mów Liz, to zupełnie niepotrzebne – szeptał żarliwie. – Co za wspaniała chwila. Móc patrzeć na ciebie, dotykać twojego ciała. Zawsze razem… Już nie będziesz się ze mną droczyć, prawda? Nie zostawisz mnie, nie zrobisz tego. Wierzę ci, zawsze ci wierzyłem. Kochanie, jestem taki szczęśliwy.

Klęcząc u stóp swej wybranki, oparł głowę o jej kolana. Martwa dłoń obsunęła się z poręczy fotela i znieruchomiała na ramieniu Ubira. Wszystko będzie dobrze, musi być dobrze…

32.

Satelitarny przekaźnik ciągłe jeszcze nadawał w kierunku Stacji sygnały przetrwalnika. Cieniutki, przerywany pisk informował Fuertada, że w środku nie ma już ciała poszukiwanego więźnia. Zmiana modulacji nastąpiła na krótko przed rozpoczęciem frontalnego ataku szturmowców na kanion, w którym ta zwariowana dziwka ukryła porwany kolapter. A teraz? Teraz zamilkły nawet desantowe ważki!

– Przeklęte żółtodzioby! – kreator z całej siły wyrżnął w pulpit aż zajęczały delikatne instrumenty. – Pięknie się spisali, szkoda gadać – fala zimnego strachu przebiegła mu po plecach. – Ten szaleniec gotów teraz zniszczyć całą planetę. A przecież o to właśnie chodziło tym rindańskim wypierdkom.

Pomyślał o nich nie bez podziwu, a jednocześnie ze wściekłością. Wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. I cóż z tego, że pchnął cztery pozostałe szturmowce w rejon starcia? Dla Edginsa nie ma rzeczy niewykonalnych. Może przejść po całej armadzie jak po miękkim dywanie. Teraz już go nic nie powstrzyma.

– Gdyby nie tępy upór komendanta… – Fuertad obrzucał obel-borta najgorszymi wyzwiskami, jakie mu przychodziły do głowy. – Mam nadzieję, że zginął razem z tą swoją flamą. Zresztą za chwilę i tak wszystko szlag trafi i nie będzie o czym dyskutować.

Koniec jednak nie nadchodził i w miarę jak cztery mordercze kolosy zbliżały się do miejsca niedawnej potyczki, w kreatorze rosła nadzieja. Nadzieja podsycana irracjonalnym przekonaniem, że przecież Gelwona – jego umiłowane i wypieszczone dziecię – musi przetrwać. Choćby po to, by on – kreator Fuertad – mógł utrwalić się w pamięci pokoleń jako ten, którego dzieło zapewniło ludzkości prymat w galaktycznym biegu.

Z zaciśniętymi zębami, z paznokciami przebijającymi pergaminową skórę zwiniętych w piąstki dłoni, z wyrazem tytanicznego wysiłku na pomarszczonej twarzy śledził obraz przekazywany przez kamery szturmowców. Każda sekunda wyrwana przyszłości zbliżała go do nieśmiertelnej sławy. Każda minuta przeobrażała nadzieję w pewność, a pewność w zwycięski chichot. Strach, chwilowe załamanie – to wszystko już minęło. On – kreator Fuertad – uratuje Gelwonę, ocali swoją rasę. Byle tylko zniszczyć tego Edginsa, byłe się go pozbyć…

Satelitarny przekaźnik naprowadził szturmowce na właściwe miejsce. I w chwili gdy miały właśnie zejść pod powłokę sinofioletowych chmur, od powierzchni planety oderwał się smukły kształt transforacyjnego skoczka. Przez moment wisiał nieruchomo pomiędzy zaskoczonymi kolosami, a potem, ignorując skoncentrowaną nawałę pokładowych plazmerów, pognał przed siebie – wprost na spotkanie niewidzialnej bariery.

– Niech Nieba błogosławią głupocie obel-borta, że wprowadził Procedurę Obszaru Zamkniętego – Fuertad poderwał ręce w dziękczynnym geście. – Przerwać ogień! – krzyknął do mikrofonów. – Za chwilę sam się rozwali!

Niemal przywarłszy do wypukłości ekranu, pożerał wzrokiem samobójczy manewr Edginsa. Skoczek szedł wprost na spotkanie zagłady. Nie ma takiej siły, która mogłaby przebić proceduralną barierę. Jeszcze chwila, zaledwie kilka sekund…

Rozgwieżdżone niebo pokryła siatka bladoróżowych wyładowań. Uciekinier przeniknął przez niewidzialną przeszkodę bez najmniejszego szwanku – zupełnie jakby to był obszar normalnej próżni. Kawałek dalej smukły kształt skoczka otoczył się tęczową sferą – urządzenia transforacyjne zaczęły swoją pracę.

– To niemożliwe – jęknął Fuertad. – To po prostu niemożliwe – powtarzał bez sensu, łapiąc się co chwila za głowę.

Fakty przeczyły logice i nie było na to żadnej rady. Uciekinier znalazł się poza zasięgiem ścigających go szturmowców, ukryty bezpiecznie za proceduralną barierą. Jeszcze moment i z tęczowej sfery nie zostanie nawet wspomnienie.

Świat zwariował, miało to jednak swoje dobre strony.

– Gelwona jest bezpieczna – pomyślał Fuertad i uczucie błogiego spokoju rozlało się na jego twarzy szeroka struga. To moja zasługa, tylko moja. Główny Modyfikator z pewnością zauważy ten istotny szczegół – zachichotał triumfalnie. – Sprawię ci godny pogrzeb, obel-borcie, a jeśli przez przypadek wyniosłeś z tego piekła cało głowę, postaram się, by przyozdobiono ci ją koroną szaleństwa.

Szturmowce wracały do swojego legowiska. Na pokładzie jednego z nich starszy bort Howden drżącą ręką wystukiwał treść zupełnie niepotrzebnego raportu, który miał w pełni zadowolić kreatora, a autorowi zapewnić spokojną egzystencję u boku zwycięzcy. Mózg jest przecież takim samym wynalazkiem ewolucji jak pazury i kły – ma ułatwić przeżycie.

33.

Tom Edgins nie miał pojęcia o istnieniu nieprzekraczalnej bariery, która otaczała Gelwonę wraz ze Stacją od momentu wprowadzenia Procedury Obszaru Zamkniętego. Nie wiedział więc, że dokonał rzeczy niemożliwej. Po prostu wystartował z powierzchni planety i przebiwszy warstwę siąpiących deszczem chmur, trafił między cztery szturmowce. Powitały go salwą pokładowych plazmerów. Przyjemniaczki.

– Igracie z ogniem, dzieci – myślał klucząc między złotymi smugami zniszczenia. Nie bał się. Miał pewność, że z ich strony nie zagraża mu żadne niebezpieczeństwo. Mógł unicestwić prześladowców drobnym odpryskiem myśli, ale nie zrobił tego, mimo gwałtownego nasilenia zawodzących dźwięków. Aż mu łeb pękał.

Pokonał ten obcy impuls – umiał już przeciwstawiać się woli swoich animatorów. A gdy odskoczył na bezpieczną odległość, włączył aparaturę transforacyjną.

– Parametry celu – przez chwilę palce Edginsa spoczywały nieruchomo na kołpaku programatora. – Wszystko jedno, byle dalej…

Zdecydował się na „ślepy skok”. Rozwiązanie równie dobre jak każde inne. I tak musi uciec z tego świata i stworzyć gdzieś indziej swój własny – taki, w którym da się jakoś żyć. Tutaj nie znajdzie już dla siebie miejsca. Choćby pękł. A więc – naprzód!

– Swój własny świat – mruknął układając się wygodnie w łożysku spoczynkowym. – Pojęcia nie mam, jak to będzie – wyglądało.

Perspektywa zabawna, miejscami nawet interesująca. Własny świat… A może to wcale nie jest tak, jak myśli? Może te bezsensowne schody kłamały, chcąc się go tylko pozbyć. Zamiast sielankowego raju – śmierć.

– Śmierć! – nie mógł powstrzymać gwałtownego śmiechu. – Na dobrą sprawę jestem martwy od samego początku tej wariackiej historii. Któż to zresztą może wiedzieć na pewno?

Licznik transforatora dobijał do zera. Edgins wyciągnął z kieszeni skafandra pierścień i jeszcze raz go sobie obejrzał.

– Całkiem ładny drobiazg – stwierdził w duchu, wsuwając podarunek Ubira na serdeczny palec prawej ręki. Pasował, jakby był robiony na miarę. Odruchowe spojrzenie na wnętrze lewej dłoni – czyste, bez śladu niewolniczych kręgów. Więc to jednak prawda…

Przeskok. Tom poczuł, jak przez jego ciało przelatuje ledwie zauważalna fala ciepła. Zaraz potem ośrodek równowagi zasygnalizował utratę orientacji przestrzennej i to było wszystko. Kurtyna zaciśniętych powiek uchyliła się – tyle tylko, by wzrok mógł dotrzeć do pulpitów sterowniczych.

– Już?

Na ekranach dalekie gwiazdy – ani śladu Gelwony z jej niszczycielską eskortą. I drugie pytanie: – Gdzie jestem? – I strach, że to z czym wiązał tyle nadziei, okaże się totalną bzdurą.

– Przecież nie żądam wiele – myślał z trwogą. – Chcę mieć tylko własny kąt, coś takiego, co pozwoli mi normalnie żyć…

I nagle ekrany zakryła lepka mgła.

– A dalej? – w zdenerwowaniu dygotały mu ręce, serce kołatało wysilonym rytmem. – Powinienem chyba coś zrobić, tylko co? – bał się o czymkolwiek pomyśleć, ale wiedział, że jego podświadomość nie próżnuje, kreując za mglistym całunem świat, w którym przyjdzie mu żyć do samego końca.

– Jeżeli w ogóle okaże się to możliwe – mruknął. – Projekcje lęków, niepokojów, nadziei. O Nieba, co z tego wyniknie?!

Jakby w odpowiedzi na jego pytanie lepka zasłona uniosła się nieco, odsłaniając fragment piaszczystego terenu. Zwlekał z wyjściem, choć wiedział, że prędzej czy później będzie musiał to zrobić. Wreszcie zewnętrzna klapa ustąpiła, pchnięta desperackim gestem ramienia. Edgins napełnił płuca powietrzem, wiatr cisnął mu w oczy garść piachu.

– Pustynia? – zdziwił się Tom schodząc po metalowym trapie. – Niemożliwe, żeby to było moim podświadomym marzeniem – stał, nie bardzo wiedząc, w którą stronę powinien teraz pójść. – To przecież nie powinno mieć najmniejszego znaczenia. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Mgła rzedła, odsłaniając coraz większy obszar – kilkusetmetrowy krąg piaszczystego terenu. Liczne garby ruchomych wydm upodabniały krajobraz do powierzchni leniwego oceanu.

– Dlaczego właśnie tak? – zastanawiał się Edgins brnąc po kostki w pustynnym pyle. – Czysta paranoja albo kolejne oszustwo. Powinienem zastać tu coś przyzwoitszego – nie potrafił wyjaśnić co, w ogóle niewiele potrafił powiedzieć. Szedł zamaszystym krokiem, skupiając całą uwagę na pokonywaniu odległości. Nie zauważył, że mgła ustąpiła już zupełnie, a kiedy podniósł wzrok, zobaczył osiedle parterowych modułowców, skupionych obok siebie, brzydkich i nie pasujących do otoczenia.

– Dzięki ci składam, Gwiazdo Promienna – wyszeptał ochryple i, biegnąc już, wpadł na utwardzony trakt prowadzący do osady.

– Tam, za tym kanciastym obeliskiem, powinien wisieć szyld starego Nicolsa – myślał z niepokojem. – A dalej centrum radiestezyjne i knajpa… – z każdym kolejnym krokiem odkrywał nowe szczegóły i cieszył się jak dziecko, gdy trafiał na następny znajomy fragment swojego miasteczka. Nie zwracając uwagi na pozdrowienia sennych mieszkańców, pędził tam, gdzie powinien być jego dom…

Stał na starym miejscu, otoczony niezliczonymi kępami kwitnącego bzu. Drewniany płot, skrzypiąca furtka… Trzeba naoliwić zawiasy – pomyślał i zrobiwszy kilka kroków w stronę wejściowych drzwi, zatrzymał się na drżących nogach. Jeszcze chwila i…

Wszedł po trzech kamiennych stopniach jak skazaniec wstępujący na szafot. Ręka nie mogła trafić w przycisk awizora…

Stała w otwartych drzwiach, uśmiechając się pobłażliwie.

– Iris… – tylko tyle zdołał powiedzieć.

– Wróciłeś – cofnęła się, dając mu wolne przejście. Pochłaniał ją spragnionym wzrokiem.

Była piękna, cudownie piękna. Taka, jaką pamiętał. Drobna, harmonijna sylwetka, delikatnie rzeźbione rysy twarzy, miodowe oczy i krótkie, kasztanowe kosmyki…

– Dlaczego ścięłaś włosy? – spytał zdziwiony i jakby z lekka rozczarowany.

– Zawsze miałam krótkie – powiedziała wzruszając ramionami. – Ach, prawda, to już trzy lata. Teraz taka moda, rozumiesz? – poszła w głąb pokoju i po chwili wróciła, niosąc w ręku kształtny kask zwieńczony fantazyjnym pióropuszem. – Jak ci się podobam? – spytała, założywszy go na głowę.

– Nie… nie wiem – bąknął niezdecydowanie. – Mam nadzieję, że się przyzwyczaję.

– Chyba będziesz musiał – powiedziała z rozbrajającym uśmiechem. – Nie masz wyboru – dodała, ale tej kwestii Tom już nie usłyszał. Siedział właśnie u szczytu długiego stołu, wspartego na dwóch przezroczystych kolumnach.

Z sąsiedniego pomieszczenia wleciał skrzydłak i wylądowawszy na kolanach Edginsa, rozpoczął pełne radosnych popiskiwań powitanie. Iris podeszła bliżej.

– Pewno jesteś zmęczony i głodny – klasnęła w dłonie. – Najpierw coś zjesz – trzy służboty pojawiły się bezszelestnie i, z charakterystyczną dla automatów powagą, przystąpiły do wykonywania poleceń pani domu. Strofowała je ostrym, nie znoszącym sprzeciwu głosem.

Skrzydłak delikatnie dziobnął Edginsa w palec opleciony misternie rzeźbioną spiralą rodowego pierścienia.

– Ty nieznośny pieszczochu – mruknął Tom, czochrając skołtunioną sierść ulubieńca. – Nareszcie jestem w domu – myślał, a uczucie bezgranicznego szczęścia tamowało oddech. – Wszystko będzie dobrze, musi być dobrze.

0.

Tom Edgins wrócił na Ziemię…

1985 r.