/ Language: Polski / Genre:detective,

Głowa Minotaura

Marek Krajewski

Breslau, 1 stycznia 1937 roku, kwadrans na piątą rano. Eberhard Mock niespodziewanie dostaje rozkaz poprowadzenia śledztwa w sprawie morderstwa. Ofiarą jest młoda kobieta – okaleczona, zgwałcona i zabita, jej ciało znaleziono w podrzędnym hotelu, znanym jako miejsce schadzek. Była cudzoziemką, a w jej skromnym bagażu znajdowała się maszyna do pisania z francuskimi znakami. Czy hitlerowskie władze słusznie podejrzewają polityczny charakter zbrodni, przypuszczalnie wymierzonej w III Rzeszę? Jaki związek ze sprawą ma piękna czarnooka kobieta, kilkakrotnie widziana na granicy polsko-niemieckiej? Mock – tym razem w randze kapitana abwery – niechętny nowym porządkom, intrygom gestapo i władzy faszystów, szuka mordercy. Znów jest w swoim żywiole – krąży po pełnych okrucieństwa, przemocy i tajemnic miejscach, spelunkach i zaułkach; ociera się też o mroczny świat wyższych sfer, w którym zdarzają się skandaliczne historie. Dzięki swoim niekonwencjonalnym metodom pracy i przebiegłości trafia na ślad przestępcy, prawdopodobnie jest na tropie seryjnego zabójcy. Losy śledztwa potoczą się jednak bardzo nieoczekiwanie…

Marek Krajewski

Głowa Minotaura

Edward Popielski 1, Eberhard Mock 6, 2009

Mojemu śp. Wujowi, Michałowi Obłąkowi,

który pierwszy opowiedział mi

o Lwowie swojej młodości

Część I

Wejście do labiryntu

Znam pewien labirynt /…/ złożony z jedynej linii prostej. W tej linii zagubiło się już tylu filozofów, że z łatwością może się zgubić zwykły detektyw.

Jorge Luis Borges, Śmierć i busola

(przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski)

Lwów, wtorek 9 maja 1939 roku,

godzina piąta rano

Nad Starym Rynkiem wstawał świt. Różowy blask wdzierał się między nędzne budy, w których baby zaczęły ustawiać swe kociołki z barszczem i pierogami, osiadał na bańkach z mlekiem, które żydowski handlarz targał na dwukołowym wózku z mleczarni Estery Fisch, i załamywał się na daszkach kaszkietów baciarów, którzy stali w bramach i nie mogli się zdecydować, czy pójść spać, czy czekać na otwarcie pobliskiego szynku, gdzie mogliby zaspokoić bombą piwa palące poalkoholowe pragnienie. Poblask jutrzenki układał się na sukienkach dwóch dziewczyn, które – nie doczekawszy się w nocy żadnego klienta – w milczeniu wracały ze swoich stanowisk na Mostkach, by zniknąć w bramach przy Mikołajskiej i Smerekowej, gdzie w ubogich izbach wynajmowały łóżko z parawanem. Mężczyznom, zmierzającym w pośpiechu przez Wysoki Zamek do fabryki wódek Baczewskiego, różowe światło świeciło prosto w oczy, lecz oni je ignorowali, wbijali wzrok w brukowaną jezdnię i przyśpieszali kroku, a od ich szybkich ruchów szeleściły torebki z chlebem i cebulą, które trzymali w dłoniach. Nikt z lwowskich uliczników i robotników nie podziwiał różanopalcej Eos, rzeźbiącej trójkątne dachy szpitala Sióstr Miłosierdzia, nikt się nie zastanawiał nad cyklicznością zjawisk natury, nikt nie analizował subtelnych zmian światła i barwnych niuansów.

Podkomisarz Franciszek Pirożek, podobnie jak jego krajanie, daleki był od homeryckich zachwytów. Jadąc ulicą Kazimierzowską nowiutkim policyjnym chevroletem, patrzył z wytężoną uwagą na mieszkańców tej robotniczej dzielnicy. Szukał u nich jakichś oznak szczególnego niepokoju, wypatrywał grupek ludzi żywo dyskutujących, a nawet zbitych w niebezpieczne kupy i uzbrojonych w jakieś narzędzia. Takich, którzy chcą sami zlinczować zbrodniarza. Nikogo podobnego nie widział wcześniej – ani na ulicy Kopernika, ani na Legionów. Nie widział i teraz. Stopniowo się uspokajał, a jego westchnienia ulgi stawały się coraz głośniejsze. Nie było zwiastunów jakichkolwiek rozruchów. Jakież to szczęście, pomyślał, mijając Teatr Wielki i parkując przed apteką na Żółkiewskiej 4, że tę potworność odkrył farmaceuta, rozsądny racjonalista, który nie miota się po podwórku i nie wrzeszczy, budząc wszystkich dokoła!

Pirożek wysiadł z automobilu, rozejrzał się i poczuł ścisk w gardle. Widok posterunkowego przed apteką nie uszedł uwagi okolicznych mieszkańców, którzy stali wokół i głośno, a nawet dość zuchwale i obcesowo, zastanawiali się nad poranną obecnością stróża prawa w tym miejscu. Ten zaś spozierał na nich surowo spod daszka czapki i raz na jakiś czas robił srogą minę, uderzając dłońmi w pałkę, wiszącą wzdłuż nogawki. W tej dzielnicy policjanci nie wzbudzali respektu. Bywały czasy, że musieli chodzić środkiem ulicy, aby uniknąć wciągnięcia do bramy i pobicia. Toteż posterunkowy z komisariatu III ucieszył się, widząc Pirożka, zasalutował mu i przepuścił do apteki. Podkomisarz wiedział, dokąd ma iść. Skierował się za ladę, na której stał przestarzały telefon, przeszedł przez ciemną sień, potknął się o skrzynkę, w której leżała zardzewiała waga apteczna, i wszedł do kuchni mieszkania na tyłach, zajmowanego przez aptekarza i jego rodzinę.

O ile aptekarz, pan Adolf Aschkenazy, zachowywał się – zgodnie z przewidywaniami Pirożka – bardzo spokojnie, o tyle jego żona nie miała w sobie nawet kropli jego zimnej krwi. Siedziała przy stole, szczupłe palce wciskała w papiloty, otaczające jej czaszkę jak czapka narciarska, i głośno zawodziła, potrząsając głową. Mąż obejmował ją ramieniem i podsuwał pod usta szklankę z naparem waleriany, jak można było poznać po zapachu. Na ogniu podskakiwał czajnik. Para zasnuwała okna, co uniemożliwiało podglądanie jakiemuś gapiowi, którego nie przepędził posterunkowy na zewnątrz. Zaduch był dławiący. Pirożek zdjął kapelusz i otarł czoło. Pani Aschkenazy wpatrywała się w niego z takim przerażeniem, jakby ujrzała diabła, nie zaś rumianego, zażywnego i wzbudzającego ogólne zaufanie funkcjonariusza. Pirożek mruknął słowa powitania i odtworzył w pamięci rozmowę telefoniczną, jaką przeprowadził z panem Aschkenazym pół godziny temu. Aptekarz opowiedział wtedy wszystko bardzo spokojnie i szczegółowo. Pirożek nie musiał go zatem pytać teraz o to samo, i to w dodatku w obecności wystraszonej żony i przyklejonego do szyby ciekawskiego.

– Gdzie jest wyjście na podwórko? – zapytał Pirożek.

– Przez sień i do końca, panie pulicaj – nieoczekiwanie odpowiedziała pani Aschkenazy.

Pirożek, nie zastanawiając się nad nagłą aktywnością aptekarzowej, wszedł z powrotem do ciemnej sieni. Przez drzwi obok słyszał głośne pochrapywanie. Pewnie małe dzieci, pomyślał, one zawsze mają mocny sen, którego nie przerwie nawet panosząca się wokół śmierć.

Błotniste podwórko zabudowane było z trzech stron. Od ulicy oddzielał je żelazny parkan, do którego dostępu bronili posterunkowi. Dokoła stały dwupiętrowe odrapane budynki z wewnętrznymi galeryjkami. Na szczęście większość mieszkańców spała. Jedynie na pierwszym piętrze siedziała siwa kobieta na stołeczku i nie spuszczała oczu z przodownika Józefa Dułapy, który stał nieopodal wychodka i palił papierosa. Wyszedłem za potrzebą, Pirożek odtwarzał w myślach telefoniczną relację Aschkenazego, i znalazłem w ustępie coś strasznego.

– Dzień dobry, panie komisarzu – powiedział Dułapa i zdeptał butem niedopałek.

– Co wy robicie, Dułapa! – krzyknął Pirożek, aż staruszka podskoczyła na galeryjce. – Tu jest miejsce zbrodni! Naplujcie na peta i do kieszeni! Nie zamazujcie mi śladów, do jasnej cholery!

– Tak jest! – odpowiedział Dułapa i zaczął szukać niedopałka pod nogami.

– Gdzie to jest? – Pirożek, kiedy to powiedział, poczuł niesmak. Nie powinien mówić o martwym człowieku „to”. – No, gdzie jest ciało? – poprawił się. – Nie ruszaliście go przypadkiem? Pokazać palcem i dawać mi latarkę!

– W ustępie, niech pan komisarz uważa. Leżą tam bebechi – szepnął przodownik zaniepokojony i dodał jeszcze ciszej, wręczając mu latarkę. – Panie komisarzu, bez urazy, ali to straszna sprawa. Jak raz dla komisarza Popielskiego.

Pirożek nie obraził się. Uważnie zlustrował wilgotną, czarną ziemię, aby nie zadeptać jakichś śladów. Potem podszedł do ustępu i otworzył drzwi. Smród odebrał mu oddech. Widok, jaki ujrzał w różowym świetle świtu, zaburzył mu jasność widzenia. Komisarz kątem oka dojrzał, jak staruszka wychyla się mocno za barierkę, chcąc zajrzeć w głąb wychodka. Zatrzasnął drzwi.

– Dułapa – powiedział, wciągając do płuc zepsute powietrze – usuńcie z galerii tę starą.

Przodownik poprawił haftkę krępującą kołnierz i ruszył z groźną miną w stronę schodów.

– No, drypcia – krzyknął do kobiety – na chawiry, ali już!

– Człowiek za potrzebą wyjść nie moży! – wrzasnęła kobieta, ale posłusznie schowała się do mieszkania, przezornie zostawiając stołek na galerii.

Pirożek otworzył jeszcze raz drzwi i oświetlił bladą bryłę leżącą w ustępie. Ciałko dziecka było tak przekrzywione, jakby ktoś próbował wcisnąć jego główkę pod kolano. Włosy na czaszce były rzadkie i poskręcane. Skóra policzków wzdymała się pod naporem opuchlizny. Na progu leżały jelita, których śliską powierzchnię pokrywały nieregularne strumyki krwi. Całe ciało pokryte było strupami. Podkomisarz miał uczucie, jakby jego krtań stała się czopem blokującym oddech. Oparł się o otwarte drzwi. Nigdy czegoś takiego nie widział. Chore, kostropate, połamane dziecko. Ma, na oko, nie więcej niż trzy lata. Wyprostował się, splunął i jeszcze raz spojrzał na ciało. To nie były strupy.

To były rany kłute.

Pirożek zatrzasnął drzwi wychodka. Dułapa patrzył na niego z niepokojem i zaciekawieniem. Z oddali, od strony Gródeckiej, zadzwonił pierwszy tramwaj. Nad Lwowem wstawał piękny majowy dzień.

Macie rację, Dułapa – podkomisarz Pirożek powiedział to bardzo powoli. – To jest sprawa jak raz dla Popielskiego.

Lwów, wtorek 9 maja 1939 roku,

kwadrans na jedenastą rano

Leokadia Tchorznicka wyszła na balkon swojego mieszkania przy Kraszewskiego 3 i przyglądała się przez chwilę fragmentowi Ogrodu Jezuickiego. Robiła to codziennie, ponieważ uwielbiała tę krzepiącą pewność, że wokół nic się nie zmienia i zajmuje należne sobie miejsce: kasztany, buki, dęby, pomnik Agenora Gołuchowskiego i statua wazy z alegoriami życia. Tego dnia nastąpiła jednak pewna zmiana w porównaniu z minionymi tygodniami. Zakwitły bowiem kasztany i pojawili się maturzyści z pobliskiego gimnazjum Jana Długosza. Z wysokości pierwszego piętra widziała kilku młodzieńców w mundurach gimnazjalnych, którzy szli w górę ulicy z papierosami w dłoniach, dzierżyli pod pachami książki ściśnięte paskiem i kłócili się zażarcie o wzajemne związki, jak dosłyszała, tangensów i sinusów. Przypomniała sobie swoją własną maturę przed czterdziestu laty, a potem szczęśliwe lata studiów romanistycznych na

Uniwersytecie Jana Kazimierza, kiedy jako jedna z czterech panien na wydziale, otoczona była nieustannie adoratorami. Łokcie wsparła na pierzynie leżącej na balustradzie, twarz wystawiła ku słońcu i chętnie przywitała w myślach swe gimnazjalne i studenckie wspomnienia. Pod balkonem z hukiem przejechała ciężarówka ze złomem. To było coś nieoczekiwanego. Leokadia nie znosiła rzeczy nieprzewidywalnych. Kiedy się zdarzały, wyrzucała sobie brak wyobraźni.

Tak było właśnie teraz. Wzdrygnęła się, szybko weszła z powrotem do mieszkania i zamknęła okno balkonowe. Ostatnie, czego by pragnęła, to przebudzenie teraz jej kuzyna Edwarda Popielskiego, z którym mieszkała od lat dwudziestu. Przez te wszystkie lata jedyne spory, jakie wybuchały między nimi, dotyczyły nieoczekiwanych pobudek kuzyna – a to przeciąg trzasnął we framugę niedomkniętym oknem, a to domokrążca donośnym głosem zachwalał na podwórku swe towary, a to służąca zbyt głośno śpiewała w kuchni godzinki. Wszystkie te zdarzenia gwałtownie burzyły sen Edwarda, który kładł się spać o piątej rano i nie zwykł wstawać z łóżka przed pierwszą po południu. Leokadia podeszła zaniepokojona do drzwi sypialni kuzyna, której okna wychodziły na podwórze, podobnie jak okna pokoju jego córki Rity i okno kuchenne. Nasłuchiwała przez chwilę, czy przeraźliwy chrzęst starego żelaza sprzed minuty wywołał taki skutek, jak przypuszczała. Stało się to, czego się obawiała. Jej kuzyn już nie spał. Stał przy drzwiach wejściowych i trzymał w dłoni słuchawkę telefonu. Niepotrzebnie odkładałam słuchawkę na widełki, wyrzucała sobie w myślach, ale co miałam zrobić, kiedy od szóstej rano wydzwaniano do Edwarda z komendy? W końcu obudziłby się i miałabym z nim krzyż pański.

Teraz Edward stał w przedpokoju i milczał, wpatrując się w słuchawkę, jakby tam widział żywego człowieka. Nagle przemówił podniesionym głosem. Weszła szybko do kuchni i zamknęła za sobą drzwi, aby nie podsłuchiwać. Jej dyskretne zachowanie nic jednak nie dało. Edward krzyczał na cały przedpokój i słyszała każde jego słowo.

– Nie rozumie pan po polsku, panie naczelniku?! -Wiedziała już, że rozmawia ze swoim szefem, naczelnikiem urzędu śledczego. – Nie wyraziłem się jasno?! Odmawiam przystąpienia do tego śledztwa i odmawiam podania powodów mojej decyzji! To wszystko, co miałem panu naczelnikowi do zakomunikowania!

Usłyszała łoskot rzuconej słuchawki, trzask desek w salonie pod jego stopami, a potem charakterystyczny odgłos kręcącej się tarczy telefonicznej. Dokądś dzwoni, pomyślała, może chce przeprosić tego Zubika? Teraz mówił znacznie ciszej. Westchnęła z ulgą. Nie lubiła, kiedy się kłócił z przełożonymi. Nigdy jej nie chciał zdradzić powodu kłótni, a ten tkwił w nim jak drzazga i sprawiał, że puchł i czerwieniał od niewyładowanego gniewu, a wszystko to mogło się znów skończyć atakiem. Żeby choć raz się przemógł, pomyślała, i powierzył jej sekret swoich stosunków z tym gburowatym naczelnikiem! Pomogłoby! Dlaczego nie chce porozmawiać na temat tych konfliktów, podczas gdy nie ma przed nią żadnych tajemnic dotyczących nawet najtajniejszych śledztw? Wie, że milczałaby jak kamień!

Ze spiżarki wyjęła pierniki juraszki, które rano kupiła u Zalewskiego, a potem włożyła do dzbanka świeżo utłuczone ziarna kawy i zalała je wrzątkiem. Skrzypnęła deska w podłodze i zaszeleściły kotary. Skończył rozmawiać, wszedł do salonu, przesłonił światło słoneczne kotarami i pewnie siedzi teraz pod zegarem z papierosem i gazetą, pomyślała, stawiając naczynia na tacy.

Prawie wszystkie jej przypuszczenia się sprawdziły – z wyjątkiem gazety, która wciąż spoczywała na stoliku w przedpokoju. W salonie grube zielone kotary były zaciągnięte, a wśród sufitowej sztukaterii palił się żyrandol. Edward Popielski siedział w fotelu pod stojącym zegarem i strzepywał popiół z papierosa do popielniczki w kształcie muszli. Był ubrany w spodnie z grubego sukna, skórzane, lśniące od pasty, domowe pantofle oraz wiśniową bonżurkę z czarnymi, aksamitnymi wyłogami. Na jego łysej głowie widać było ślady mydła do golenia i jedno małe zacięcie. Pociągnięte czernidłem, krótko przycięte wąsy i broda otaczały jego usta.

– Dzień dobry, Edwardzie. – Leokadia uśmiechnęła się i postawiła tacę na stole. – Musiałam być na balkonie, kiedy wstałeś i goliłeś się w łazience. A wtedy zatelefonował Zubik, ty drgnąłeś na dźwięk dzwonka i zraniłeś się w głowę. Tak było?

– Powinnaś pracować razem ze mną w policji – tymi słowami zawsze podsumowywał dedukcje kuzynki. Tak też zrobił i teraz, ale jego słowom nie towarzyszył zwykły w tej sytuacji uśmiech. – Nie ma dzisiaj Hanny?

Leokadia usiadła przy stole i nalała kawy do filiżanek. Czekała, aż usiądzie i odprawi zwykły rytuał śniadaniowy – „primum makagigi, deinde serdelki”, co oznaczało, że zawsze najpierw zjadał ciastka z kawą, a potem parówki z chrzanem i bułeczkami z masłem, popijając to herbatą. Lecz on nie usiadł przy stole; wciąż palił papierosa, którego niedopałek wsadził do bursztynowej cygarniczki.

– Nie musisz tak palić na czczo, zgaś to i siadaj do śniadania. – A zresztą dzisiaj jest wtorek.

– Nie rozumiem – cygarniczka stuknęła o brzeg muszli – związku między jednym a drugim.

Po powolnym tempie jego wypowiedzi poznała, że jest w bardzo złym humorze.

– Bo nie ma związku – rzekła. – Dzisiaj jest wtorek i Hanna ma wolne. Odpowiedziałam po prostu na twoje pytanie.

Edward odstawił popielniczkę na stolik pod zegarem. Obszedł stół dokoła i nagle zatrzymał się za jej plecami. Chwycił ją za skronie i pocałował w głowę, burząc nieco jej staranną fryzurę.

– Przepraszam za mój podły nastrój – powiedział i usiadł za stołem. – Źle się zaczął ten dzień. Telefonował Zubik i…

– Odmówiłeś poprowadzenia śledztwa w sprawie tego chłopca, o którym pospólstwo powiada, że został rytualnie zamordowany przez Żydów? – zapytała, nie licząc wcale na odpowiedź.

– Skąd wiesz? – odparł i przełknął kęs piernika.

– Słyszałam. A nawet gdybym nie słyszała, to mogłabym się tego domyślić… Zawsze przed śniadaniem siadasz pod zegarem, palisz i czytasz gazetę. Dzisiaj tego nie uczyniłeś. „Słowo” i jego dodatek nadzwyczajny leżą nietknięte. Albo byłeś tak wzburzony, że nie miałeś ochoty na lekturę, albo wiedziałeś, co będzie na pierwszej stronie. Założyłam to drugie.

– To prawda – odpowiedział ponuro i nie pochwalił, jak zwykle, jej prawidłowego rozumowania.

– Dlaczego odmówiłeś Zubikowi? Wiesz, że może cię za to spotkać dymisja? A nade wszystko, chcesz, by zbrodniarz uszedł bezkarnie?

Taki zarzut w normalnych okolicznościach wywołałby u Edwarda wybuch złości. Jak śmiesz mnie o to posądzać?!, krzyknąłby. Teraz jednak milczał, a jego szczęka poruszała się rytmicznie, gdy jadł.

– O to samo zapytał mnie Zubik – powiedział niespiesznie, kiedy przełknął – i wtedy podniosłem na niego głos.

– Ale ja nie jestem Zubikiem! – Szczupła postać Leokadii poruszyła się gwałtownie. – I mnie możesz wszystko powiedzieć…

– Nie jesteś Zubikiem – przerwał jej – i dlatego nie podniosę na ciebie głosu.

Wiedziała, że jak zwykle niczego się od niego nie dowie. Dopiła kawę i wstała, aby pójść do kuchni i zagrzać mu serdelki. Edward nagle podniósł się, chwycił ją za przegub i posadził na krześle.

Opowiedziałbym ci wszystko, Lodziu, ale to okropnie długa historia. – Wsadził nowego papierosa do cygarniczki.

Z radością pomyślała, że to oznacza koniec jego wahania i zaraz wszystkiego się dowie.

– Opowiedziałbym ci wszystko, ale nie wiem, od czego zacząć… To ma związek ze sprawą Minotaura.

– A zatem zacznij ab ovo. – Leokadia była cała napięta z ciekawości. – Najlepiej od tego śląskiego miasta i kwadratowego Ślązaka, którego nazywasz swoim przyjacielem, a którego ja nigdy do końca nie polubiłam…

– Tak… – powiedział w zamyśleniu. – Od tego wszystko się zaczęło.

Breslau, piątek 1 stycznia 1937 roku,

godzina czwarta rano

Noworoczne fajerwerki wybuchały nad Teatrem Miejskim, kiedy trzęsąca się dorożka zajeżdżała pod okazałą kamienicę, oznaczoną jako Zwingerplatz numer 1, w której mieszkał kapitan abwery Eberhard Mock ze swoją żoną Karen, owczarkiem niemieckim Argosem i parą starych służących, Adalbertem i Marthą Goczoll. Dorożka trzęsła się z dwóch powodów. Po pierwsze, smagana była porywistym wiatrem, który ostro siekł śniegiem, po drugie, w Mocka po szampańskiej zabawie w Śląskim Muzeum Sztuk Pięknych wstąpiła jakaś niespożyta męska moc, której upust starał się dać już po drodze, nie czekając, aż znajdzie się z żoną w sypialni. Nie przejmując się zbytnio mrozem, słabymi protestami Karen oraz gadatliwością fiakra, usiłował przebić się przez kilka warstw bielizny spowijających ciało żony. Skutek jego usiłowań był jednak mizerny, bo ograniczył się jedynie do zmiany zachowania fiakra, który przyzwyczajony do takich figli w swojej budzie, dyskretnie zamilkł.

– Przyjechaliśmy, Ebi, uspokój się. – Karen delikatnie odepchnęła zasapanego męża.

– Dobrze – mruknął zadowolony Mock, wyciągając ku fiakrowi banknot dziesięciomarkowy. – A tu masz za to, że przyjechałeś po nas punktualnie. – Dołożył jeszcze dwie marki.

Kiedy wysiedli z dorożki, dostali się w zimne wiry wiatru, który zerwał się gdzieś spod Resursy Kupieckiej i dmuchnął suchym śniegiem z chodnika. Siła wichru była tak duża, że zerwała cylinder z głowy Mocka i biały jedwabny szal z jego szyi. Obie części garderoby zawirowały na wietrze, a potem się rozdzieliły – cylinder skakał na torach tramwajowych, kierując się w stronę hotelu „Monopol”, a szal przykleił się do witryny kawiarni Fahriga. Na wpół oślepiony, Mock postanowił najpierw ratować szalik, który był prezentem wigilijnym od Karen. Rzucił się w stronę wystawy, dając znak żonie, aby schowała się przed zadymką. Po sekundzie przyciskał już szalik do szyby i rozglądał się za cylindrem. Karen stała w bramie.

– Idź do sypialni i czekaj tam na mnie! – krzyknął, zawiązując szalik na węzeł.

Karen nie zareagowała. Mock, zasłaniając oczy, ruszył ku rozświetlonemu hotelowi, z którego wnętrza buchała para i majestatyczny rytm walca wiedeńskiego. Wypatrywał cylindra, ale nigdzie go nie widział. Wyobraził sobie, że toczy się gdzieś po bruku, umazany końskimi odchodami. Ten obraz mocno go zirytował. Stanął i rozglądał się dokoła. Jego wzrok zatrzymał się na Karen, stojącej wciąż w bramie. Czemu ona nie idzie do domu, do diabła?! Czyżby stróż się upił i zaspał?! No, to ja go zaraz obudzę! Patrząc na jej bezradną, skuloną postać, poczuł niechęć do alkowianych figli. Otworzył usta i połknął kilka płatków śniegu. Język, wysuszony od nadmiaru alkoholu i cygar, wydal mu się szorstkim, nieoheblowanym klocem. Zapragnął tylko jednego: dużego, schłodzonego dzbana limoniady. Odwrócił się na pięcie i ruszył ku swojej kamienicy, pozostawiając cylinder na pastwę dorożkarskich koni.

Jego drogę przeciął szybkim krokiem wysoki mężczyzna w meloniku wepchniętym na oczy. Mock zareagował instynktownie. Uchylił się przed wyimaginowanym ciosem i ukucnął, obserwując napastnika. Ten jednak nie uderzył, lecz wyciągał w stronę Mocka rękę z jego cylindrem.

– Dziękuję panu bardzo – powiedział Mock uradowany, odbierając swoje nakrycie głowy. – Przepraszam, już myślałem, że chce mnie pan zaatakować, a tutaj taki dobry uczynek…

– Szkoda by było takiego drogiego cylindra – powiedział nieznajomy.

– Jeszcze raz dziękuję. – Mock spojrzał na Karen, która uśmiechała się, patrząc na całą scenkę. – Zdrowego Nowego Roku! – Odwrócił się do mężczyzny.

– Nadsekretarz kryminalny Seuffert, asystent dyrektora kryminalnego Krausa do specjalnych poruczeń, oficer łącznikowy między gestapo a abwerą. – Ten nie odwzajemnił się życzeniami, lecz jakąś absurdalną listą swoich funkcyj, po czym wyciągnął w stronę rozmówcy dłoń z wizytówką. – Herr Hauptmann, jest pilna sprawa polityczna, musi się pan udać ze mną. Na rozkaz pułkownika von Hardenburga. – Nazwisko zwierzchnika Mocka wymówił tak dokładnie i z takim naciskiem, jakby wymieniał długą i specjalistyczną nazwę jakiejś choroby.

Mock otrzepał cylinder ze śniegu, włożył go na głowę i spojrzał na Karen. Już się nie uśmiechała.

Breslau, piątek 1 stycznia 1937 roku,

kwadrans na piątą rano

W nędznym hoteliku „Warszawski Dwór” przy Antonienstrasse 16 panował niemały rozgardiasz. Dwaj mundurowi policjanci dźwigali nosze z jakimś ciałem, przykrytym szarym prześcieradłem z pieczątką instytutu anatomiczno-sądowego; koło portierni Helmut Ehlers, fotograf policyjny i daktylotechnik, składał statyw, a na schodach miotał się medyk sądowy, doktor Siegfried Lasarius, który między jednym i drugim gwałtownym gestem tłumaczył podniesionym głosem asystentowi kryminalnemu Hanslikowi, że nie jest w stanie określić narodowości trupa, chyba że jest on mężczyzną i Żydem. Jedynie stojący na półpiętrze szef VII ekspozytury terenowej abwery w Breslau, pułkownik Rainer von Hardenburg, nie wykonywał żadnych ruchów oprócz regularnego podnoszenia do ust długiej i cienkiej cygaretki. Mock zauważył, że głowy wszystkich mężczyzn zdobią cylindry, jedynie na wydłużonej czaszce Seufferta tkwił melonik. Żadnego nakrycia głowy nie nosił trzeźwiejący portier, który kiwał się za ladą recepcji i co chwila zwilżał twarz wodą z miednicy. Wszyscy obecni, poza przybyłymi Mockiem i Seuffertem, trzymali w dłoniach wysokie szklanki.

– Dobrze, że pan jest, kapitanie Mock! – von Hardenburg powitał swojego podwładnego donośnym głosem, darowawszy sobie noworoczne życzenia. – Niech pan się napije wody sodowej i obejrzy ciało zamordowanej. Pokazać mu dziewczynę! – rzucił dwóm policjantom, którzy, pokonawszy wszystkie stopnie, położyli zwłoki u stóp Mocka.

Zna mnie ten hanowerczyk, pomyślał Mock o swoim szefie, wie, że rano po zabawie sylwestrowej będę miał kaca. Podszedł do lady recepcji, na której stały cztery syfony, ujął mocno w dłoń jeden z nich i trysnął obficie wodą sodową do szklanki. Spojrzał w przekrwione oczy portiera, potem na butle syfonów i zrozumiał, że przecenił troskliwość von Hardenburga. Kto o tej porze w Nowy Rok nie ma kaca? Wszyscy są po balach sylwestrowych, na których wszyscy pili! Wszyscy oprócz tego, z pogardą omiótł wzrokiem Seufferta. Te kanalie z gestapo piją tylko wodę i nie jedzą mięsa, podobnie jak ich bożek, nędzny austriacki feldfebel.

– Ostrzegam pana, kapitanie! – Głos von Hardenburga zelektryzował wszystkich. – Widok jest wstrząsający!

Jeden z mundurowych odrzucił połę prześcieradła i zasłonił oczy. Drugi wyszedł z hotelu w towarzystwie Seufferta i wystawił twarz ku niebu, skąd leciały gęste płatki śniegu. Ehlers odwrócił się tyłem do noszy i zaczął coraz szybciej pakować swój sprzęt do wielkiego skórzanego kufra, von Hardenburg zapalił drugą cygaretkę, a lakierki Hanslika błysnęły szybkim odbitym światłem, kiedy wbiegał na szczyt schodów i stukając obcasami, podążał dokądś. Jedynie doktor Lasarius pochylił się nad ciałem i swym nieodłącznym niedopałkiem cygara, jak wskaźnikiem, zaczął pokazywać różne ważne szczegóły. Mock, słuchając wywodów Lasariusa, miał wrażenie, że język rozrasta mu się w ustach.

– To wcale nietrudne, panie Mock – Lasarius wskazywał niedopałkiem na czerwone mięso między nosem i okiem – wyrwać człowiekowi pół policzka. Mężczyzna o zdrowych zębach może to zrobić bez trudu. Nie musi mieć wcale spiłowanych ostrych zębów jak ludzie lamparty z Kamerunu.

O tak, może zrobić to bez trudu…

Mock wypił haustem całą szklankę wody sodowej. Nie pomogło. Miał wrażenie, że jego usta są wypełnione przez drzazgi.

– To, co tutaj pan widzi – cygaro Lasariusa powędrowało w okolice pachwin dziewczyny – to sklejone krwią fragmenty błony dziewiczej.

Mock podążył wzrokiem za osobliwym wskaźnikiem doktora i w jednej chwili poczuł w ustach wszystkie potrawy, które jadł podczas przyjęcia noworocznego. Najpierw pojawił się smak bułki z łososiem, peklowanych ozorków i roladek śledziowych, potem fileta z sandacza, szparagów z szynką w galarecie i cielęciny z borowikami. Wszystkie te potrawy trąciły teraz w ustach Mocka zjełczałym masłem. Chwycił syfon, włożył kranik do ust i nacisnął cyngiel. Woda sodowa trysnęła na język, po czym syfon zabulgotał i plunął ostatnimi kroplami. Mock spłukał smak zjełczałego masła, przemógł się i spojrzał znów na ciało.

Te krwawe otarcia jak półksiężyce – Lasarius dotknął palcem szyi dziewczyny – pochodzą od palców i paznokci. Ofiara została uduszona. Zgwałcono ją, zżarto jej pół twarzy i uduszono. I to ostatnie uczyniono chyba na końcu. Co się pan tak dziwi, panie Mock? – Lasarius zgrozę na twarzy Mocka odczytał jako zdumienie. – Można to ustalić nawet na pierwszy rzut oka. Widać skutki krwotoku z policzka i krwawe wylewy na narządach płciowych. To znaczy, że gryzł ją i gwałcił, kiedy jeszcze żyła.

W wysuszonych ustach kapitan poczuł smak octu. Kwas rozlał się po języku. Mock rzucił się w stronę recepcji. Zaczął potrząsać syfonami. Wszystkie były puste. Ocet domagał się reakcji organizmu. Skurcze wstrząsały przełykiem Mocka. I wtedy ujrzał, jak portier przesuwa językiem po spieczonych ustach i bez śladu obrzydzenia wpatruje się w białe, chude ciało, którego twarz została wydana na pastwę jakiejś bestii. Olej i ocet odpłynęły w głąb układu pokarmowego Mocka.

– Co tak, kurwa, wytrzeszczasz ślipia?! – wrzasnął Eberhard i chwycił portiera za klapy brudnego uniformu. – To cię podnieca, zboczeńcu? Sodowej mi tu dawać albo piwa, ale migiem, psie!

Portier odwrócił się, aby uciec przed prześladowcą, a Mock mu w tym pomógł. Wymierzył dobrze. Jego lakierek trafił portiera w środek tyłka. W ciągu sekundy nieszczęśnik zniknął za ladą swej recepcji.

Co pan robi, Mock? – Von Hardenburg nie posiadał się z oburzenia. – Tak nie można traktować człowieka! Proszę za mną! Idziemy na górę! Pokażę panu miejsce zbrodni. Seuffert, z nami!

Mock, wchodząc po schodach za swoim szefem, miał wrażenie, że to nie stare deski trzeszczą, ale jakieś spojenia w jego własnym mózgu. Kac rozlewał się po głowie i po żołądku. Do tego doszło okropne ziewanie, przez które załzawiły mu oczy. Potykał się co chwila i klął, patrząc, czy nie zarysował przypadkiem swych lakierków.

W niewielkim pokoju stało żelazne łóżko, wypełnione poduszką i nieobleczoną pierzyną. Przez otwarte okno wpadał śnieg. Pod oknem znajdował się metalowy stojak z poobijaną miską, przysłoniętą częściowo otwartymi drzwiami szafy. Mock podszedł do szafy i zamknął je. Nadaremno. Po krótkiej chwili same się otworzyły, a dźwięk, jaki przy tym wydały, zazgrzytał w skroniach Mocka. Kapitan wychylił się przez okno i spojrzał w dół. Gazowa latarnia przytwierdzona do muru dawała sporo światła. Zaułek był tak wąski, że przejechałby tamtędy tylko sprytny bicyklista, który umiałby slalomem wyminąć przepełnione śmietniki, jakieś szczątki mebli i dziurawe wiadra. Mock spojrzał w górę. Obok okna biegła rynna. Jeden z przytrzymujących ją haków był świeżo wyrwany ze ściany. Kapitan poczuł obok siebie oddech, który podobnie jak jego własny, trącił alkoholem.

Tak, kapitanie Mock – powiedział von Hardenburg i wskazał na krawędź dachu – zbrodniarz dostał się tędy. Być może po rynnie. Musiał mało ważyć. Urwał się tylko jeden hak. Gdyby był postury, nie przymierzając, pańskiej, ze ściany wyszłyby wszystkie haki i on sam leżałby teraz połamany, o tam, wśród tych śmieci.

– Panie pułkowniku – Mock schował się z powrotem do pokoju – i pan, i ja jesteśmy funkcjonariuszami abwery. Pan jest jej szefem w Breslau. A ten tutaj – wskazał głową na Seufferta, który oglądał swoje dłonie – jest z gestapo. Co my tu robimy, do stu piorunów?! Dlaczego nie zajmie się tym policyjna komisja morderstw? W tym pokoju powinien być tylko Hanslik i nikt poza nim. A są wszyscy najważniejsi na Śląsku oficerowie wywiadu, skacowani i ściągnięci na dodatek z balów. No… Z wyjątkiem tego gestapowca… On chyba nie tańczy i nie pije. A bal widział na widokówce noworocznej!

– Na pańskim miejscu – w oczach von Hardenburga pojawiła się wesołość – nie wyrażałbym się tak lekceważąco – o swoim współpracowniku. On jest od dzisiaj pańskim asystentem.

Mock oparł się pośladkami o parapet. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. W roku 1934 odszedł z policji do abwery. Nie mógł patrzeć, jak kanalie gestapowskie wnikają jak krętki blade w jego świat i przewracają wszystko do góry nogami. Nie mógł spojrzeć w oczy dwóm swoim najlepszym ludziom, którzy tylko dlatego musieli pozostawić za sobą całe życie zawodowe, bo byli Żydami. Odszedł, wierząc, że w abwerze nie oblepi go ten cały brud, który wypłynął na powierzchnię po wyborach do Reichstagu i „nocy długich noży”. I nagle, po trzech latach, w pierwszy dzień nowego roku ten szlam go dopadł. Człowiek skalany zawsze będzie skalany, pomyślał, przesuwając językiem po szorstkim jak piasek podniebieniu.

To nie moja decyzja – von Hardenburg był teraz całkowicie poważny. – Podjąłem ją… nie bez pewnego przymusu. Po północy portier, którego pan kopnął w tyłek, poczuł wolę Bożą. Postanowił udać się do dziewczyny, która jak sądził, jest córą Koryntu. Ta dziewczyna została tu zameldowana jako Anna. Tylko tyle, żadnego nazwiska. To hotel na godziny i portiera nie interesuje nic ponad to, czy ktoś ma czym zapłacić. Dla niego gość mógłby nazywać się nawet „Potwór z Frankenstein”. Dziewczyna zjawiła się, ciągnąc ze sobą ten majdan. – Wskazał ręką pod łóżko, gdzie stała wielka kartonowa walizka. – Prawie w ogóle nie mówiła po niemiecku. Ale to nie przeszkadzało pijanemu portierowi, on miał wobec niej zamiary, by tak rzec, niekonwersacyjne.

A zatem kiedy poczuł wolę Bożą, wszedł do pokoju i zobaczył trupa. Zatelefonował natychmiast do prezydium policji, mówiąc, że zamordowana jest cudzoziemką, lecz on sam nie umie stwierdzić, jakiej mianowicie narodowości. Dyżurny wiedział, co ma robić, kiedy ginie jakiś obcokrajowiec. Zatelefonował natychmiast do komisji morderstw, gdzie dyżurnym był Hanslik, a potem na gestapo. Dyżurnym gestapowskim był nadsekretarz kryminalny Seuffert, który… No co? Co pan mianowicie zrobił, Seuffert?

– Zatelefonowałem do dyrektora kryminalnego Ericha Krausa – zameldował służbiście Seuffert, który nagle został oderwany od kontemplacji swoich starannie podpiłowanych paznokci. – A on…

– A on – przerwał mu von Hardenburg – najpierw przyjechał tutaj, a potem na bal do Domu Krajowego Prowincji Śląskiej, gdzie bawiłem się w najlepsze. Zameldował mi, że mamy do czynienia ze sprawą szpiegowską. Podejrzewał, że ta kobieta jest szpiegiem. Osobliwy szpieg, który nie mówi po niemiecku!

Chwycił Mocka za łokieć i przyciągnął do okna. Obejrzał się na Seufferta i dodał szeptem:

– Kraus zrobił tam prawdziwe theatrum. Przerwał muzykę, a potem oznajmił, że doszło do krwawych porachunków szpiegowskich. I wie pan, na kim wtedy spoczęły oczy wszystkich? Na kimś, kto jest specjalistą od spraw szpiegowskich w tym mieście! Na mnie! Musiałem więc naszym śląskim dygnitarzom pokazać, że jestem człowiekiem obowiązku, że mimo nocy noworocznej rzucam wszystko i staję na wysokości zadania. Musiałem porzucić bal i moją rodzinę, aby zająć się jakąś cudzoziemską dziwką! A ja – to powiedział już głośno – do tej sprawy wyznaczyłem pana, kapitanie, jako mojego najlepszego człowieka, który ma wielkie doświadczenie policyjne. Ale nikt niestety nie wiedział, gdzie pan spędza wieczór sylwestrowy, i dlatego zjawił się pan tu tak późno. Przez pana nie mogłem wrócić na bal!!! – von Hardenburg nagle wrzasnął, aż z oka wypadł mu monokl. – No, to do roboty, Mock! Ja idę spać!

Wyszedł, trzaskając drzwiami od numeru.

Minęła chwila. Mock przez rękawiczki otworzył walizkę dziewczyny i przerzucił jej rzeczy. Oprócz ciepłej bielizny, kilku par pończoch, szczotki do włosów, lusterka, talku, pachnącego mydła oraz kilku sukienek w walizce ofiary znajdowała się duża maszyna do pisania marki „Torpedo”. Spojrzał na klawisze. Niektóre były najwyraźniej dorobione, bo widniały na nich francuskie znaki diakrytyczne.

Mock usiadł na parapecie i poczuł mętlik w głowie. Już wiedział, skąd Kraus powziął podejrzenie o francuskiej siatce szpiegowskiej. Nie mógł się jednak skupić na tej myśli. W głowie dźwięczało mu określenie „cudzoziemska dziwka”. Zacisnął zęby. Szkoda, że nie zdążył wypomnieć von Hardenburgowi, że cudzoziemskie dziwki nie raz i nie dwa tuliły szefa abwery do snu w przybytku madame le Goef w podwrocławskim Opperau. Ludzie nie mają prawa umierać, myślał, bo jakaś wysoko postawiona kanalia nie dokończy swojego tanga! Pogryziona, zgwałcona i uduszona, chuda i biedna dziewczyna nie może wyzionąć ducha po strasznych mękach, bo jakiś skurwysyn w binoklach zostawi na talerzyku wpół-nadgryziony keks! Spojrzał na Seufferta, który oglądał swoje wymanikiurowane paznokcie, i poczuł przypływ furii. Żeby się opanować, zaczął w myślach odmieniać łaciński czasownik mordere – gryźć – w trybie łączącym czasu teraźniejszego strony biernej. Miał nadzieję, że ta mantra – mordear, mordearis, mordeatur, mordeamur, mordeamini, mordeantur – go uspokoi, że zaraz zjawi się portier z kolejnym syfonem, a on sam po solidnym łyku będzie mógł zebrać myśli. Zastukano do drzwi. Stał w nich portier.

– Niestety, nie ma piwa ani wody sodowej dla szanownego pana – powiedział wystraszony. – Byłem nawet „Pod Zielonym Polakiem”, ale tam bursze już wszystko wypiły.

Mock wstał z parapetu. Grubiańsko odsunął ramieniem i recepcjonistę, i Seufferta. Potem ruszył ciężko korytarzem i zadudnił na schodach. Nikogo nie było już w hotelu „Warszawski Dwór”.

– Dokąd pan idzie, dyrektorze kryminalny? – krzyknął Seuffert.

– Do domu, napić się czegoś zimnego – odpowiedział Mock powoli.

– A ja? – słychać było, że Seuffert traci panowanie nad swym głosem.

– A pan niech prowadzi śledztwo! Rozkazuję to panu, jako swojemu asystentowi!

Powiedziawszy to, ściągnął z wieszaka płaszcz oraz cylinder i wyszedł z hotelu. Znalazł się w zaśnieżonym zaułku, w którym śmieci przykryte już były warstwą puchu. Ruszył na Reuschestrasse i Wachtplatz, w stronę postoju dorożek. Przed kilku laty wsadziłby łeb do wiadra z zimną wodą i ruszył w poszukiwaniu bestii, która wygryzła dziewczynie pół twarzy. Ale tak bywało dawniej. Teraz Mock miał lat pięćdziesiąt i cztery. I coraz gorzej znosił kaca.

Breslau, piątek 1 stycznia 1937 roku,

godzina szósta rano

Mock nie dotarł do domu. Dochodząc do postoju dorożek, spojrzał w głąb Fischerstrasse i zauważył zasłonięte okna w kawiarni „Cafe Nicolaiplatz” na rogu. Poczuł silny, kłujący, kacowy głód. Z ciekawości zajrzał do lokalu przez okno. Sala była pusta i posprzątana, a o zabawie noworocznej przypominał jedynie wielki zegar ustrojony wygasłymi świecami i czerwonymi kokardami oraz pasma bibuły zwisające z sufitu. Mock wrócił myślami do studenckich czasów, kiedy brudny szynk, w którym gromadziła się głównie niezamożna młodzież uniwersytecka, nie przypominał w niczym dzisiejszej schludnej „Cafe Nicolaiplatz”. W przerwie między wykładami pochłaniał tam skromny obiad, który składał się na ogół ze smażonych kartofli i kiszonej kapusty albo z sałatki śledziowej, parówki i bułki. Głód, który teraz świdrował jego wnętrzności, był taki sam jak przed laty. To dodało mu otuchy. Nie czuł się teraz jak mężczyzna na granicy wieku średniego i starości, który ukojenie znajduje w braku potrzeb, lecz jak młodzieniec, który ma silne potrzeby i pragnie je zaspokoić.

Szarpnął za dzwonek przy drzwiach. Nikt się nie pojawił. Szarpnął jeszcze raz tak mocno, że omal nie urwał sznura. Nad lokalem otworzyło się okno i wyjrzał przez nie starszy mężczyzna w koszuli nocnej i w czarnej bindzie przyciskającej sumiaste wąsy.

– Hej, człowieku, co się tak dobijasz?! – krzyknął. – Nie widzisz, że zamknięte?! Jeszcze ci piwsko ze łba nie wywietrzało?!

– To dla ciebie – Mock uniósł dłoń z banknotem dwudziestomarkowym – za najlepsze noworoczne śniadanie!

– Już schodzę do szanownego pana – powiedział grzecznie człowiek w bieliźnie.

Po chwili Mock siedział w jadłodajni, a sam kierownik lokalu, pan Heinrich Polkert, powiesiwszy jego płaszcz i cylinder, odbierał solidne zamówienie. Gość najpierw dostał w dzbanku kawę i śmietankę w mieczniku. Po kilku łykach poczuł, że jego mięśnie tężeją, a piasek pod powiekami się rozpuszcza. Rozwiązał muszkę, zdjął gors i kołnierzyk, a potem rozpiął trzy guziki koszuli. Na stole pojawiły się potrawy. Najpierw lekko czerstwe bułki i kula masła przystrojona pietruszką. Potem jajecznica rozłożona równomiernie na grubych plastrach przysmażonego boczku. Na niewielkiej salaterce przybyły śledzie marynowane, chrzan, ogórki kiszone, a potem wjechały dwa podłużne półmiski, na których zwijały się rolki szynki i piętrzyły kulki wątrobianki z pietruszką. Na drugim z nich ułożono również piramidę z polskich kiełbasek na gorąco i suchych knackwurstów. Mock był wirtuozem smaku. Metodycznie smarował bułkę masłem, wątrobianką i układał na tym wszystkim plastry szynki. Odgryzał część tej kanapki, po czym napełniał usta jajecznicą, boczkiem i kawałkiem kiełbaski polskiej lub plastrem knackwursta. Kolejny kęs to był śledź z chrzanem i ogórkiem. I tak dalej. Na zmianę. W militarnym porządku, narzuconym przez smakosza pedanta.

Pan Polkert uniósł w dłoni butelkę żytniówki i kieliszek, a jego brwi podjechały na czoło. Mock kiwnął głową, pochłonął ostatnie kęsy sutego śniadania i po chwili stanął przed nim wysoki kieliszek. Ostry, palący płyn w żołądku zmienił się w aksamit. Mock wskazał palcem na kieliszek, który natychmiast się napełnił. Wtedy jeszcze raz opróżnił stopkę, sapnął i rozpiął guzik u spodni. Z kieszeni wyjął złotą papierośnicę wypełnioną papierosami „Muratti”. Zapalił i z rozkoszą puścił w stronę sufitu chmurę dymu.

Powinien teraz pójść do domu i zasnąć spokojnie przy żonie, ale coś go trzymało w tym lokalu, gdzie był jedynym gościem. Poczuł lekki ból brzucha, który kiedy indziej wziąłby za sygnał sytości, ale dziś, w ten noworoczny poranek, wydał mu się on jakimś nieokreślonym bodźcem. Przypomniał sobie lata studenckie, kiedy po zjedzeniu obiadu w tej jadłodajni pędził na łacińskie seminarium z młodym, lecz surowym profesorem Nordenem, gdzie zapalczywie i radośnie ciął na części Plautowe wersety. Skromne posiłki nie przynosiły mu wówczas senności, lecz niespożytą energię. Wtedy, pomyślał, rozbierałem wiersze Plauta, a teraz? Co teraz mam robić? Spojrzał na stół, wciąż zastawiony jadłem. Na brzegu talerzyka leżał nadgryziony plasterek suchej kiełbasy. Skojarzenie było natychmiastowe. Gryzłem knackwursty, bestia gryzła twarz dziewczyny. Żułem śledzie, a on żuł skórę z policzka. Piłem wódkę, a on – krew. Wstał gwałtownie, szurając głośno krzesłem.

– Proszę mi zapakować do jakiejś tyty te resztki śniadania – powiedział, z trzaskiem przyciskając banknot do blatu.

– Aha, i niech pan dołoży ze trzy butelki engelhardta!

– Tak jest, wielmożny panie – powiedział pan Polkert, pobiegł na zaplecze i przyniósł stamtąd dwa kartonowe pudełka po ciastkach, które szybko zapełnił.

Mock doprowadził do porządku swoją garderobę i zdusił papierosa w popielniczce.

– Wiesz, że nie trzeba wcale wiadra lodowatej wody, aby przystąpić do akcji? – powiedział, odbierając od Polkerta pudełka i butelki. – Wystarczy dobre śniadanie i dwie stopki żytniówki.

– Zdrowego i błogosławionego Nowego Roku dla szanownego pana i całej rodziny – odpowiedział właściciel kawiarni, przypuszczając, że jego gość wypił o jednego za dużo.

Breslau, piątek 1 stycznia 1937 roku,

trzy kwadranse na siódmą rano

Portier hotelu „Warszawski Dwór” Max Wallasch nie ucieszył się, kiedy dzwonek przy drzwiach ostro zadzwonił, wyrywając go ze snu. Tym bardziej, że ujrzał tego dnia po raz drugi człowieka o kwadratowej sylwetce, gęstych, ciemnych włosach i pokaźnym brzuchu. Do tej pory czuł ból w kości ogonowej, gdzie szpic buta owego eleganta trafił go dwie godziny temu. Teraz człowiek ten nie miał jednak zaciętej miny, co trochę uspokoiło portiera. Mężczyzna powiesił płaszcz i cylinder na tym samym stojaku, co poprzednio, wyjął z kieszeni płaszcza trzy butelki piwa z browaru Engelhardta, usiadł ciężko przy stole, na którym leżały ulotki reklamujące burdele, i kiwnął ręką na Wallascha.

– Siadaj, chłopie – powiedział i przejechał przedramieniem jak pługiem śnieżnym po stole, zrzucając wszystkie ulotki na podłogę. – Siadaj i zjedz coś dobrego. Nie ma nic lepszego na kaca niż dobre jadło.

Wallasch z niedowierzaniem patrzył, jak człowiek, tytułowany wcześniej kapitanem, otwiera dwa pudła po ciastkach, z których wydobyły się zapachy kiełbasek i boczku. Nie bardzo wiedział, jak się ma zachować. Syknęło otwierane piwo i to go ostatecznie przekonało. Usiadł przy stole i odebrał z rąk kapitana otwartą butelkę. Pienisty płyn był jak lekarstwo.

– Jedz, chłopie. – Kapitan posunął w jego stronę dwa pudełka. – Masz ty tu w ogóle jakąś łyżkę?

Wallasch przyniósł łyżkę ze swojego ślepego kantorka i zabrał się do jedzenia. Kapitan patrzył na niego z uśmiechem. Wallasch błyskawicznie zjadł wszystko, wypił piwo, rozparł się na krześle i donośnie beknął.

– Żołąd przyjął, co? – kapitan wybuchnął śmiechem i nagle jego uśmiech stężał. – A teraz coś ci powiem. Łacińskie przysłowie. Primum edere, deinde philosophari. Wiesz, co to znaczy? Najpierw jeść, a potem filozofować. Właśnie zjadłeś, to pofilozofujemy. Teraz mi wszystko opowiesz, dobrze?

– Ale co, szanowny panie? – Wallasch znów poczuł ból w kości ogonowej. – Co ja mam opowiedzieć? Już wszystko powiedziałem…

– Ale nie mnie. – Kapitan odchylił się wraz z krzesłem, które niebezpiecznie zatrzeszczało. – Innym tak, ale nie mnie. No mów, chłopie! Od początku, wszystko! Od momentu, jak po raz pierwszy zobaczyłeś tę dziewczynę, Annę. – Wyciągnął papierośnicę w jego stronę. – Zapalisz?

– Tak, dziękuję. – Po chwili Wallasch zaciągnął się mocno. – To było tak… Wczoraj wieczór, była chyba dziesiąta, przyszła ta mała z piekielnie wielką walizą. Ledwo ją ciągła. Była zmęczona, ledwo gadała. Wzięła numer na dwa dni na imię Anna.

– Nie zdziwiło cię to? Tylko imię?

– Mnie, szanowny panie, to mało co tutaj dziwi. Ja pytam o nazwisko po to, abym wiedział, co napisać w zeszycie. Ktoś podaje tylko imię? No i dobrze. To ja wtedy dopisuję jakieś nazwisko. I tak jest w zeszycie: i imię, i nazwisko. Tego wymaga właściciel, pan Nablitzke. I on też się niczemu nie dziwi.

– To jakie jej dałeś nazwisko?

– No niby jakie? – Wallasch uśmiechnął się szeroko. -No, Schmidt! Takie jej dałem.

– No dobrze. – Kapitan otworzył dwa piwa i jedno z nich podsunął pod nos Wallascha. – Mówisz, że była zmęczona, że ciągnęła ciężką walizę… No dobrze… Ale jeśli była zmęczona, ciągnąc ją parę metrów od drzwi do twojej budy, to nie mogła jej ciągnąć wcześniej, po ulicy, boby tu padła chyba na twarz z wycieńczenia, prawda?

– No jużci, że prawda! Ona przyjechała dryndą! Jak weszła, to zaraz kobyła zaklekotała po bruku i dryndziarz pojechał.

– Dorożkarz odjechał. – Mock się zamyślił.

– Tak, pojechał. Nawet zapytałem, dlaczego nie pomógł jej z tym kufrem… Ale powiedziała, że to nie moja sprawa.

– Mówiła po niemiecku?

– Tyle tylko. „To nie twoja sprawa”. Tyle tylko. Nic nie rozumiała i wybałuszała tylko te swoje gały.

– Wybałuszała, powiadasz. – Kapitan zmienił się na twarzy i wstał gwałtownie. – Wybałuszała tak jak po śmierci czy trochę inaczej? I też wystawał jej z ust obrzęknięty język, co? No, mów, skurwysynu, jak patrzyła na ciebie tymi wytrzeszczonymi gałami? A miała siną pręgę na szyi, kiedy gapiłeś się na jej małe cycki?!

Wallasch odsunął się wraz z krzesłem i wtedy poczuł na swym policzku palący wypiek. Runął na ziemię, machając bezradnie rękami. Kapitan pochylił się nad nim. Portier poczuł woń piwa i tytoniu.

– Wiesz, za co dostałeś w ryj? Za brak szacunku. Powinieneś pomóc tej biednej dziewczynie dźwigać bagaż.

Wallasch nie wstawał z ziemi, lecz kulił się i obserwował napastnika. Ten podszedł do płaszcza, wyjął z kieszeni jakąś wizytówkę, uniósł słuchawkę telefonu i wykręcił numer.

– Seuffert? Tu Mock… No i co z tego, że śpicie?! – powiedział podniesionym głosem. – Mam dla was zadanie!

Dobrać sobie ludzi tylu, ilu trzeba, i przesłuchać mi wszystkich dorożkarzy i taksówkarzy. Wiem, że razem będzie tego tysiąc ludzi! Macie na to kilka dni! Znaleźć mi tego, który wiózł wczoraj z dworca około siódmej słabo mówiącą po niemiecku dziewczynę do „Warszawskiego Dworu” na Antonienstrasse. Ja wiem, że w wigilię Nowego Roku wszyscy dorożkarze w Breslau praco wali. To przesłuchać wszystkich! Nawet choćby ich było dwa tysiące! Wykonać!

Wallasch wciąż leżał. Kiedy Mock go mijał, portierowi wydawało się, że jego napastnik się roześmiał i powiedział sam do siebie:

– A to gestapowiec jebany! Do roboty, kanalio!

Breslau, niedziela 10 stycznia 1937 roku,

trzy kwadranse na ósmą wieczór

Mock nie przepadał za pastorem Bertholdem Krebsem, który – na zaproszenie Karen – gościł w ich domu średnio raz w miesiącu. Pastor był kaznodzieją z krwi i kości, i to nie tylko na ambonie w zborze Pawła, lecz co gorsza – również przy herbatce ziołowej i drożdżówce z cynamonem. Karen, która była ewangeliczką, w odróżnieniu od katolika Eberharda, przychodziła z porannych nabożeństw w odległym zborze w stanie uniesienia i detalicznie relacjonowała swojemu mężowi wszystkie pointy i retoryczne chwyty, którymi pastor Krebs szafował bez opamiętania. Te egzaltacje i zachwyty, a zwłaszcza informacja, iż pastor pozostaje w stanie bezżennym, sprawiły, że Mock zainteresował się Krebsem, i to w sposób dwojaki. Po pierwsze, sprawdził jego kartotekę na policji, po drugie, zmusił się kiedyś, by wstać wcześnie rano i potajemnie pójść do zboru Pawła, aby przyjrzeć się kapłanowi. Pierwsza czynność nie przyniosła efektów, ponieważ żadna policyjna kartoteka z danymi pastora nie istniała, druga zaś miała dla Eberharda zasadnicze znaczenie. Kiedy bowiem ujrzał niskiego, chudego człowieczka, który rozpaczliwie przyklejał do łysiny resztki farbowanych włosów, uczucie zazdrości zniknęło bez śladu, a żona uzyskała od Mocka zgodę na zaproszenie pastora do ich domu, o co już wcześniej długo i bezskutecznie zabiegała.

I wtedy Eberhard popełnił błąd, bo wraz z pierwszymi odwiedzinami pastora Krebsa znalazł się w kleszczach niemocy. Nie wiedział, jak postąpić, kiedy gość wchodził z namaszczeniem do ich salonu, siadał w fotelu, kładł Biblię na złączonych kolanach i głośnym, dźwięcznym głosem rozpoczynał rzucanie gromów. Co istotne, ostrej krytyce poddawał wszystko, co Mock uważał za normalne i uzasadnione. W spożywaniu alkoholu i mięsa widział pastor Krebs prostą drogę do degeneracji ciała i umysłu, w paleniu tytoniu i piciu kawy – samozatracenie, a w uprawianiu sportu – wychodzenie naprzeciw cielesnym pokusom. Chwalebny wyjątek czynił kaznodzieja dla słodyczy, a ich jedzenie uzasadniał jakąś frazą z Księgi Powtórzonego Prawa. Eberhard, bombardowany krytyką, którą odbierał jako personalny atak, nie mógł wytrzymać we własnym domu. Kiedy zapalał cygaro, czuł się zbrodniarzem, kiedy sączył kawę – degeneratem. Wstrzymywał się zatem od wszelkiej dyskusji, odpowiadał monosylabami, co potem jego żona zarzucała mu jako ostentacyjne okazywanie niechęci tak mądremu człowiekowi. Był w kropce, ponieważ nie chciał ranić uczuć Karen, która w cieniu pastora rozkwitała duchowo, i nie mógł zrobić tego, na co miał największą ochotę, a mianowicie: grubiańsko i ostatecznie przerwać jego moralizatorskie wywody i wyprosić go za drzwi. Siedział zatem przy cienkiej herbatce, bez tytoniu, dłubał widelczykiem w cieście i liczył włosy przyklejone do łysiny pastora oraz kwadranse, które wybijał ich stojący zegar.

Teraz piękny wyrób szwarcwaldzkich mistrzów od Kieningera uderzył trzy razy, zapowiadając, że punktualnie za kwadrans do ich salonu wkroczy chodząca Nieomylność. Martha Goczoll ustawiła na stole zastawę do ciasta i dzbanek z herbatą. Karen spojrzała na Eberharda z uśmiechem i podkręciła głośność radia, które emitowało wiedeńskie walce. Wtedy zadzwonił telefon.

– Może to pastor Krebs? – powiedział Eberhard. – Może chce odwołać wizytę, bo musi pofarbować odrosty?

– Och, Ebi, jesteś nudny z tą niechęcią do pastora. -Karen nie mogła opanować uśmiechu.

Eberhard wyszedł do przedpokoju, usiadł przy aparacie i uniósł słuchawkę do ucha.

– Dobry wieczór, panie kapitanie, mówi nadsekretarz kryminalny Seuffert – usłyszał.

– Dobry wieczór – mruknął do tuby. – Co, pewnie pan dzwoni, że pan nie zdążył sporządzić raportu?

– Niezupełnie, panie kapitanie. Melduję, że przesłuchaliśmy z moimi ludźmi siedmiuset czterdziestu dwóch taksówkarzy i trzystu pięćdziesięciu dorożkarzy. Żaden z nich nie wiózł w noworoczny wieczór z żadnego dworca żadnej dziewczyny…

– Po co mi te liczby, Seuffert? – zapytał Mock, zapalając ostatniego papierosa przed przyjściem szczególnego gościa. – Ja chcę wiedzieć, czy pan zapytał wszystkich dorożkarzy i taksówkarzy z naszego pięknego miasta o to, czy wieźli Annę do „Warszawskiego Dworu”! Wszystkich, a nie ilu!

– Staram się być dokładny – odparł Seuffert urażonym tonem. – Bo słyszałem, że dokładność ceni pan sobie najbardziej… Wszystkich taksówkarzy, natomiast dorożkarzy prawie wszystkich. Zostało dwóch. Dorożkarz numer 36 i numer 84. Obaj często stoją pod Dworcem Głównym. Tych nie zdążyłem przesłuchać. Ale nadrobię to jutro… Mam ich adresy z rejestru fiakrów.

– Nie trzeba, Seuffert – powiedział Mock słodkim głosem i słysząc, że Karen słucha radia, dodał szybko: – Ja się tym zajmę. W końcu wykonaliście kawał dobrej roboty. Ponad tysiąc ludzi w ciągu tygodnia! Ho, ho, nieźle, Seuffert, nieźle…

– Już podaję panu te adresy…

Mock bez słowa odłożył słuchawkę, odstawił mikrofon i zaczął wkładać paltot i melonik z taką szybkością, jakby ktoś go popędzał. Wszedł do salonu i ucałował żonę. W jej oczach dostrzegł zawód.

– Muszę, żabko, muszę – przerwał wszystkie protesty. – Taka praca, niestety…

Pastorowi Krebsowi, który wchodził właśnie po schodach, ukłonił się z wielką galanterią.

Breslau, niedziela 10 stycznia 1937 roku,

wpół do dziewiątej wieczór

Mock wjechał swym czarnym adlerem w zatoczkę parkingową przed Dworcem Głównym i zgasił silnik. Zapalił papierosa i przyjrzał się trzem dorożkom stojącym pod wielkim budynkiem. Żadna z nich nie miała numeru 36 ani 84. Wysiadł z automobilu, włożył paltot i melonik, a potem z dłońmi założonymi do tyłu ruszył wolnym krokiem w stronę głównego wejścia. Tak jak sądził, zimno wymiotło z podjazdu wszystkich żebraków i gazeciarzy. Na zewnątrz spacerowały tylko dwie uszminkowanie kobiety. Mock zatrzymał się przed nimi i zmierzył je wzrokiem. Obie, jak na komendę, rozpięły płaszcze i oparły ręce na biodrach. Jedna była chuda i wysoka, druga niska i zaokrąglona. Przyjrzał im się uważnie i postanowił dać zarobić tej, która wydała mu się ponętniejsza, czyli bardziej zaokrąglonej. Kiwnął na nią, a ona podeszła doń tanecznym krokiem. Spojrzał na jej zsiniałe od zimna usta i wyjął dwie monety dwumarkowe.

– Jak masz na imię?

– Bibi.

– No dobrze. To ja już ciebie znam. A ty mnie znasz? Wiesz, kim jestem?

– A chyba taki elegant to musi być derektorem… -Uśmiechnęła się szeroko.

– Jestem policjantem – odparł. – Kiedyś w młodości zajmowałem się takimi dziewczynami jak ty.

– O, przepraszam. – Uśmiech zamarł na ustach prostytutki.

– Nie przepraszaj, bo jeszcze nie masz za co. – Mock wypluł papierosa i czubkiem buta zgniótł niedopałek tak dokładnie, jakby chciał go wetrzeć w płytę chodnika. – Mówię ci to po to, abyś wiedziała, że mnie nie można oszukać, rozumiesz, Bibi?

Dziewczyna kiwnęła głową bez słowa.

– Jest ci zimno. Chcesz zjeść kolację? – Pokazał jej monety. – No to ci dam na kolację. Teraz dwie marki. A ty tu na razie zostaniesz i będziesz miała oczy szeroko otwarte. Jeśli przyjedzie dorożka numer 36 lub 84, powtarzam 36 lub 84, natychmiast pobiegniesz do restauracji, bufetu albo do klubu karcianego, nie wiem jeszcze, gdzie będę, i mi o tym powiesz. Wtedy dostaniesz kolejne dwie marki. I nie zrobisz mnie w konia, co Bibi?

– A co będzie – spojrzała na niego zuchwale – jeśli trafi mi się klient, a ta drynda 36 nie przyjedzie?

– Moja strata. – Mock poklepał ją po policzku. – Ale wtedy ja tu jeszcze kiedyś przyjdę i przywitam się z tobą. Potem pójdę na karty albo na piwo, a ty będziesz musiała nadal wypatrywać budy numer 36 lub 84. Wzięłaś zaliczkę, to musisz się wywiązać. Adieu!

Ruszył do holu dworca i rozejrzał się za jakimś gazeciarzem, kiedy doszło go szybkie stukanie pantofli.

– Panie komisarzu – usłyszał głos Bibi. – Właśnie przyjechał 36. I co, dostanę resztę?

– Jestem człowiekiem honoru. – Podał jej monetę. – Nie kupuj za to cygaretów ani wódki, bo twój alfons i tak ci zabierze. Dzisiaj zjedz dobrą kolację i wypij jednego sznapsa na rozgrzewkę, ale pamiętaj: tylko jednego!

– A czekoladę dla dziecka to można? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, zastukała obcasami w holu.

Breslau, niedziela W stycznia 1937

roku, trzy kwadranse na dziewiątą wieczór

Mock wiedział, że nic tak nie deprymuje przesłuchiwanego jak nagła bliskość przesłuchującego. Wprawdzie fiakier nie był o nic podejrzany, ale naruszanie niewidocznych granic czyjegoś indywiduum weszło już Mockowi w krew. Podszedł do dorożki numer 36, wskoczył na kozioł obok dorożkarza i spojrzał na niego uważnie z odległości dziesięciu centymetrów. Gruby mężczyzna nieco się odsunął, ale i tak było im obu ciasno. Mockowi jednak zupełnie to nie przeszkadzało.

– Nazwisko? – zapytał, podsuwając furmanowi pod nos swoją legitymację.

– Pohler Heinrich – odparł dorożkarz, patrząc uważnie na Mocka. – Pan mnie chyba…

– Niech pan mi powie, panie Pohler – Mock był przekonany, że zaraz usłyszy odpowiedź negatywną i będzie mógł spokojnie wyskoczyć na skata lub bridża – czy wiózł pan kogoś w wieczór sylwestrowy stąd, z dworca, do hotelu „Warszawski Dwór”?

– Tak – odpowiedział fiakier. – Dwie młode kobiety. Cudzoziemki.

Mock odsunął się od Pohlera, a potem zszedł z kozła. Usiadł w budzie i patrzył uważnie na fiakra, naciągając machinalnie rękawiczki.

– O której to było?

– Około dziesiątej wieczór.

– Dlaczego pan przypuszcza, że były cudzoziemkami?

– Rozmawiały ze sobą szeptem, ale dźwięki jakieś tam słyszałem.

– I jak by pan określił ten język?

– Slonsakisch – odpowiedział fiakier bez wahania. -Mówiły po śląsku.

– Niech mi pan opowie wszystko po kolei, od momentu, jak wsiadły do pańskiej dorożki. I niech pan je opisze.

– No, wsiadły. – Pohler patrzył na Mocka z niepokojem. – Młode. Czy ładne? Obie ładne. Jedna była starsza, wyglądała na dwadzieścia kilka, miała taką urodę… Ciemną… Turecką… Druga młodsza, siedemnaście, osiemnaście może… Blondynka. Starsza pokazała mi kartkę z napisem: Hotel „Warszawski Dwór”. Pojechaliśmy. Młodsza wysiadła pod hotelem, a starsza podała mi inną kartkę ze słowem:

„Morgenzeile”, i jakiś numer, nie pamiętam. I pojechaliśmy. Na Morgenzeile, pod jakąś rezydencją, powiedziała „stop”. Zadzwoniła do bramy. Willa była ciemna. Tylko psy szczekały za płotem. Po chwili wyszedł kamerdyner i zapłacił za cały kurs. To wszystko.

– Co znaczy „turecka uroda”?

– No ja wiem… Ciemna, śniada, czarnowłosa, czarnooka.

Mocka zastanowił przymiotnik „czarnooka”. Rzadko używany, nietypowy, literacki, wystylizowany. Spojrzał na Pohlera. Wyrafinowane słowo jak na furmana.

– No dobrze, ale coś mnie wciąż dręczy. A dlaczego nie pomógł pan tej młodszej zanieść walizki do hotelu? Ponoć była bardzo ciężka.

– Bo zaniosła ta druga. Szarpnęła i raz dwa zaniosła pod drzwi. Potem szybko wskoczyła do budy i pojechaliśmy na Morgenzeile. To wszystko.

Mock zapalił papierosa i zamyślił się głęboko. Dwie młode kobiety rozmawiające po śląsku, o ile można zaufać słuchowi dorożkarza. Jedna poszła do nędznego hotelu, który był w istocie zakamuflowanym burdelem. Druga wytargała jej walizę z dorożki i zaniosła ją pod drzwi. Po co Annie była potrzebna francuska maszyna do pisania? Co w ogóle dziewica robiła w burdelu? Może to rzeczywiście sprawa szpiegowska? Może ten hitlerowiec Kraus miał rację? A potem jakiś chudy zbrodniarz o mocnych zębach wchodzi przez okno, gwałci, morduje i gryzie Annę, choć nie wiadomo, jak to ujął Lasarius, czy robi to wszystko w takiej właśnie kolejności. A ta druga jedzie tymczasem do jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic Breslau.

Mock ocknął się z rozmyślań pod czujnym okiem dorożkarza Pohlera.

– Myślałem, że szanowny pan zasnął – powiedział z uśmiechem fiakier.

– Czemu tam jeszcze nie jedziemy? – Mock patrzył bystrym wzrokiem na Pohlera.

– A dokąd, szanowny panie?

– Na Morgenzeile!

– No to już! – Pohler uniósł bat.

– Czekaj, czekaj! – Mock chwycił go za rękojeść bata. -To sprawa bardzo pilna. Jedziemy moim autem!

Wytoczył się z budy tak gwałtownie, że ta się zakołysała. Podszedł szybkim krokiem do adlera. Pohler patrzył zdumiony na Mocka. Jego bat był wciąż uniesiony.

– No dawaj, dawaj! – krzyknął kapitan.

– A co zrobię z budą? – odkrzyknął dorożkarz. – Jeszcze mi kto konia ukradnie!

Mock rozejrzał się i ujrzał w głównym wejściu na dworzec uśmiechniętą Bibi.

– Hej, Bibi, chodź no tutaj! – zakomenderował donośnym głosem. – Popilnujesz tej dryndy za dwie marki! A niech tylko coś z niej zginie, to będziesz miała ze mną do czynienia!

– Dobra, już idę, panie cacany. – Bibi roześmiała się i zbliżyła do Mocka w zgrabnych podskokach. – A za dychę to mogę ci zrobić dmuchanie balonika.

Pohler patrzył z przerażeniem na Bibi, która miała pilnować jego warsztatu pracy. Ta uśmiechała się, Mocka owiewał jej alkoholowy oddech. Było oczywiste, że tego wieczoru dziecko dziewczyny nie będzie jadło czekolady.

Breslau, niedziela 10 stycznia 1937 roku,

kwadrans na dziesiątą wieczór

Okna potężnej willi przy Morgenzeile wychodziły na ogołocony z liści Scheitniger Park. Szyby w ciemnych oknach odbijały słabe światło latarń. Za parkanem zakończonym szpicami w kształcie płomienia miotały się dwa potężne psy nieznanej Mockowi rasy. Przyciskając długo dzwonek przy bramie wejściowej, kapitan przyglądał się psom; był pewien, że już takie kiedyś widział, ale nie mógł sobie przypomnieć, gdzie to było. Pohler, stojący obok Mocka, spoglądał trwożliwie na obie bestie.

Nad podjazdem do willi zapaliło się światło, w którym pojawił się sztywno maszerujący kamerdyner, dźwigający dużą, wiszącą latarkę. Kiedy podszedł do parkanu i oświetlił Mocka, temu wydało się, że frak służącego zaraz pęknie pod naporem mięśni.

– Słucham pana? Czym możemy służyć? – powiedział powoli kamerdyner, a blask latarki osiadał na jego krótko ostrzyżonej głowie.

– To on? – zapytał Mock Pohlera, wskazując mężczyznę głową.

Widząc potakiwanie dorożkarza, Mock szybko sięgnął po legitymację do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Ten gest sprawił, że kamerdyner odruchowo chwycił się za kieszeń, a psy skoczyły na parkan, zwilżając go pianą ze swych pysków.

– Zabierz te potwory, famulusie! – ryknął Mock i pokazał legitymację. – A potem otwieraj ten pałac! Jestem kapitan Eberhard Mock!

Kamerdyner wykonał tylko pierwsze polecenie Mocka. Gwizdnął na psy, a te opadły na brzuchy i cicho warczały.

Ich poskromiciel podszedł do samego parkanu, oparł się o pręty i wbił wzrok w Mocka. Wzrok zimny i bardzo uważny.

– To jest rezydencja barona Bernharda von Criegern -powiedział cicho. – Państwo von Criegern od tygodnia przebywają w swojej willi Villa Clementina w Schreiber-hau, a tutaj honory gospodarza spełniam ja. Nie chciałbym urazić pana kapitana, ale żeby tu wejść pod nieobecność baronostwa, trzeba mieć nieco wyższą rangę.

– No patrzcie, Pohler – Mock zwrócił się do swojego towarzysza – jak on się ładnie wysławia! Prawdziwy retor!

Kapitan poczuł pustkę w głowie. Zwykle w takich sytuacjach reagował wściekle i zdecydowanie. Kogoś straszył, szantażował lub bil. A tutaj nie mógł zastosować żadnego z tych środków. Nie miał czym straszyć ani szantażować, a wynik ewentualnej bójki byłby z góry przesądzony na korzyść wystrzyżonego jak rekrut osiłka. Splunął obficie na ziemię. Nie znosił być nieprzygotowanym do rozmowy.

– No to nie będę wchodził – odparł. – Pogadamy tutaj. Poza tym nie przyszedłem do baronostwa, tylko do pana. Zechce mi pan otworzyć, panie…

– A ten to też policjant? – Kamerdyner spojrzał z pogardą na stary szynel Pohlera. – Też mam go wpuścić?

– Tak. – Mock nie rozumiał, dlaczego tak powiedział. -To policjant, wachmistrz Pohler, mój współpracownik.

– Jestem Bruno Gorsegner i jest mi bardzo przykro – odparł cerber i uczynił taki ruch ręką, jakby odganiał muchę od twarzy – ale zgodnie z zarządzeniem pana barona von Criegern, nikt oprócz służby, rodziny i osób uprawnionych, nie ma prawa przebywać na terenie rezydencji. A pan, panie kapitanie, i wachmistrz – uśmiechnął się lekko – nie należą do żadnej z wyżej wymienionych kategorii. Przecież nie jest pan ani policjantem, ani prokuratorem, ani nawet komornikiem, lecz jedynie wyższym oficerem abwery. Gdybym pana wpuścił, mógłbym równie dobrze udostępnić teren rezydencji na przykład wyższemu oficerowi służby kwatermistrzowskiej. Ale jestem człowiekiem dobrze wychowanym i jeszcze raz zapytam: czy mogę w jakiś sposób być przydatny panu kapitanowi w sytuacji, kiedy rozdziela nas parkan?

Mock pierwszy raz od momentu, kiedy poznał nad-sekretarza Seufferta, pożałował, że nie ma z nim tego gestapowca. Wobec niego elokwentny famulus byłby posłuszny jak te warujące bestie. I wtedy przypomniał sobie, gdzie widział podobne psy. Rozrywały szczury na maneżu przy torze wyścigów konnych, a on wraz z innymi mężczyznami obstawiał, który pies zagryzie więcej szczurów. Odrzucił w myślach te krwawe wspomnienia.

– Może mi pan pomóc, panie Gorsegner – powiedział. – Nawet przez płot. Czy widział pan kiedykolwiek tego tu wachmistrza Pohlera?

– Nie, nigdy – odparł szybko kamerdyner.

– Nieprawda! – krzyknął Pohler. – Przecież płaciłeś mi za kurs tej kobiety, którą przywiozłem tutaj wieczorem!

– Nigdy pana nie widziałem – odpowiedział Gorsegner. – I wypraszam sobie mówienie mi na ty. Przedwczoraj byłem tutaj i nikt mnie nie niepokoił ani nie dzwonił do bramy. Nie płaciłem też za kurs żadnemu dorożkarzowi.

– Panie Gorsegner – warknął Mock – twierdzi pan, że mój człowiek kłamie?

– Panie kapitanie, niczego nie twierdzę – Gorsegner roześmiał się wesoło – tylko stwierdzam. Nie widziałem tego pana ani żadnej kobiety, którą rzekomo miał tu przywieźć. Ani we czwartek, ani nigdy wcześniej, ani później… – Poklepał się po ramionach. – Przepraszam panów bardzo, ale robi się dość zimno, a ja nie jestem tak ciepło ubrany jak panowie… Czy ma pan kapitan jeszcze jakieś pytania? Chętnie na nie odpowiem.

– Nie. – Mock wściekłym wzrokiem spojrzał na Pohlera, który skulił się ze strachu. – Dziękujemy panu, panie Gorsegner. Dobranoc.

– Dobranoc panom – odpowiedział kamerdyner i podążył żwawo ku rezydencji.

Psy, pozbawione pana, rozwyły się i rozszczekały, kiedy Mock ruszył szybkim krokiem, ciągnąc za kołnierz Pohlera. Kiedy zbliżyli się do auta, kapitan wziął zamach jak dyskobol i zakręcił fiakrem, który runął na maskę adlera.

– Może mi to wytłumaczysz, Pohler? – Mock zdjął melonik i otarł czoło z potu. – Kłamiesz ty czy on? Wytłumaczysz mi to czy pojedziemy na gestapo?

Przerażony dorożkarz zdjął czapkę i przygładził włosy. Pochylił głowę i patrzył na Mocka błagalnie. Czapkę ściskał i skręcał w dłoniach. Przypominał Mockowi własnego ojca, ubogiego szewca z Waldenburga, który został kiedyś wezwany do dyrektora gimnazjum. Dyrektor wrzeszczał i groził Willibaldowi Mockowi, gdyż jego syn, ten tu obecny gimnazjalista Eberhard, okazał się zakałą tak wspaniałego zakładu nauczania, bo wraz z dwoma innymi uczniami został złapany przez tajną policję w domu rozpusty.

Zawstydzony szewc, odświętnie ubrany, stal wtedy przed rozsierdzonym dyrektorem j miął w dłoniach czapkę, zupełnie jak teraz Pohler.

– Przecież pan wie, że ja bym pana nie okłamał – po wiedział przez łzy dorożkarz. – Naprawdę pan mnie nie poznaje, panie kapitanie? Ja wiem, to było wiele lat temu, a ja byłem znacznie szczuplejszy i miałem gęste włosy. Byłem pomocnikiem w teatrze…

– No, chyba poznaję – odparł Mock. Błyskawicznie przeszukiwał swe wspomnienia, lecz nie mógł w nich odszukać twarzy Pohlera, nie mówiąc o tym, aby ją skojarzyć z jakimś teatrem. – No i co z tego, że poznaję?! – Znów był wściekły. – Nawet jeśli poznaję, to skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz?!

– Ta kobieta była odmieńcem – szepnął Pohler.

– Kim niby? – Mock włożył melonik i pochylił się nad fiakrem. – Powiedz mi to do ucha!

– Odmieńcem, przebierańcem – trochę głośniej odparł Pohler. – Przywiozłem go do tego kamerdynera. On też jest odmieniec, pederasta. Ukrywa to… Wie pan, jak to jest teraz… Gestapo, obóz koncentracyjny… To nie złote lata dwudzieste.

– A skąd wiesz, że ta kobieta była przebranym mężczyzną? Bo co? Bo sama zaniosła ciężką walizę? Skąd wiesz, że ten kamerdyner jest pederasta? – Mock czuł podniecenie jak pies, który wpadł na trop.

– Ja ich znam, każdego z nich poznam… Przecież pan wie, pan mnie zna… Wtedy, wiele lat temu, był pan radcą kryminalnym, nie kapitanem jak teraz… Potraktował mnie pan jak człowieka.

Mock zamyślił się, spoglądając na czarny Scheitniger Park. Wiatr poruszał nagimi gałęziami. Tu pod tymi drzewami był szalet, gdzie spotykali się odmieńcy… Kapitan przypomniał sobie nagle pewną akcję, w której uczestniczył. Ale do cholery, kiedy sobie przypomni Pohlera, skąd niby go zna?! Sapnął. W gruncie rzeczy wcale nie chciał tego wiedzieć. Nie chciał wysłuchiwać kolejnej historii, banalnej, bolesnej i całkowicie przewidywalnej. Chciał jedynie iść do domu, w którym na pewno nie ma pastora Krebsa, i usiąść przy swoim biurku z kieliszkiem koniaku, by zebrać myśli. A potem, późną nocą, ustawi szachownicę i przypomni sobie różne warianty otwarć zamkniętych, które najbardziej lubił.

– Dobra, wierzę panu, Pohler – mruknął. – Niech pan siada, bo jeszcze Bibi trafi klienta i co będzie z pańską budą?

Zapuścił silnik. Pohler nie ośmielił się usiąść koło Mocka i kulił się zziębnięty na tylnym siedzeniu. Kapitanowi też było zimno. Minąwszy park, Fürstenbrücke i kościół św. Piotra Kanizjusza, widoczny zza nagich drzew, spoglądał w okna wielkich secesyjnych kamienic przy Kaiserstrasse, w których gasły już światła. Po przyjściu do domu najpierw usiądzie przy piecu i będzie tam długo się grzał. Następnie zje spóźnioną kolację. Wątróbkę z cebulką. A potem naleje sobie kieliszek koniaku.

Trochę go zarzuciło na Kaiserbrücke, ale była to jedyna nieprzyjemna niespodzianka na zaśnieżonych ulicach, na których dopiero pojawiały się tu i ówdzie nocne furmanki z piaskiem. Po raz drugi zarzuciło go pod dworcem, ale do tego poślizgu doprowadził celowo. Manewr zwrócił uwagę tylko jednego sennego fiakra i Bibi, która siedziała na koźle dorożki z jakimś mężczyzną. Mock odwrócił się do Pohlera.

– Dobranoc, Pohler!

– Dobranoc, panie kapitanie. – Fiakier ujął klamkę, ale po kilku sekundach ją puścił. – Ja wiem, że mnie pan nie pamięta. Był pan wtedy pod dobrą muchą. Chcę panu kapitanowi podziękować.

– Przecież już mi pan dziękował! – odparł Mock znużonym głosem. – Że potraktowałem cię jak człowieka. Już to mówiłeś… Idź, bo Bibi zamieni twoją budę w zamtuz!

– Nie za to, panie kapitanie. – Pohler jakby nie usłyszał słów Mocka. – Nie za to, ale za to, że pan kapitan nie drążył teraz po drodze, skąd mnie niby zna, jak się spotkaliśmy i tak dalej… Wiedział pan kapitan, że rozmowa o tym to dla mnie udręka. Że mam żonę i dzieci. Za to dziękuję.

Mock się roześmiał. Wyciągnął rękę do Pohlera.

– Niech ci się dobrze dzieje w Nowym Roku!

– Dziękuję i nawzajem, panie kapitanie! – Dorożkarz ściskał mocno dłoń Mocka.

– Ale nie myśl, Pohler – dodał z uśmiechem – że ja jestem taki delikatny, na jakiego wyglądam. Nie wypytywałem cię, bo już mnie nudzą te wszystkie haniebne opowieści. Prywatna historia mieszkańców tego miasta to historia grzechu i kompromitacji. Mam głowę tak pełną tych zdarzeń, że kolejne już się w niej nie mieszczą. Idź z Bogiem, Pohler, i grzesz więcej, tylko po cichu, i nie właź w oczy żadnemu gestapowcowi.

– Dzisiaj też mnie pan potraktował jak człowieka. Powiedział pan nawet temu odźwiernemu, że jestem pańskim człowiekiem. A ja panu powiem, że jak pan zechce, to nim będę. Tu pod dworcem zawsze się dużo dzieje, a ja mam zawsze oczy szeroko otwarte. Ale tylko dla pana.

– No to posłuchaj, Heinrich – powiedział Mock po chwili zastanowienia i podał Pohlerowi swoją wizytówkę – jeśli jakikolwiek odmieniec przyjedzie na Morgenzeile, to dasz mi znać, dobrze? Nieważne, czy będzie mówił po śląsku, czy w języku Apaczów, rozumiemy się?

– Oczywiście. – Pohler otworzył drzwi auta. – Dobranoc, panie kapitanie!

– Dobranoc, Heinrich.

Mock roześmiał się jeszcze głośniej. I jeszcze raz. Jego radosny głos obijał się echem w automobilu. Dzisiaj mimo wszystko szczęście mu sprzyjało. Najpierw uniknął pastora Krebsa, a potem znalazł nowego informatora. Nieźle jak na jeden wieczór! Pal licho jakiegoś bezczelnego famulusa! Dobry duch, eudajmon, podpowiedział mu dzisiaj dwa razy: po raz pierwszy, kiedy nazwał Pohlera „swoim człowiekiem” przy kamerdynerze Gorsegnerze, a po raz drugi, gdy się powstrzymał od wypowiedzenia pewnego zdania, gdy fiakier wciąż się upewniał, czy Mock go poznaje. Powstrzymał się od wygłoszenia pewnego porównania i dzięki tej wstrzemięźliwości zyskał nowego cennego informatora. Gdyby je przytoczył, utraciłby na pewno życzliwość Pohlera. Ta maksyma miała brzmieć: „Co ty się tak dziwisz, że ciebie nie poznaję. Myślisz, że łatwo jest odróżnić w gnojowisku pojedyncze grudki gówna?”

Breslau, niedziela 10 stycznia 1937 roku,

wpół do jedenastej wieczór

Mock nie pojechał do domu, mimo iż wizyta pastora Krebsa na pewno już się skończyła. Siedząc w aucie, bezmyślnie przyglądał się grupie młodych ludzi z nartami i plecakami, pijanej Bibi, która przekomarzała się z Pohlerem, i sprzedawcy kiełbasek, który otwierał co chwila swój kocioł, aby smakowity zapach skusił podróżnych, a jego samego ogrzała gorąca para. Mock wiedział, że te chwile tępego gapienia się na cokolwiek zawsze kończą się gorączkowymi skojarzeniami; że te momenty absolutnego umysłowego bezruchu zaraz uruchomią łańcuchy obrazów. Nie chodziło mu jednak o jakieś oryginalne pomysły, o odkrywcze rozwiązania, nie – jego ambicje były teraz znacznie mniejsze. Chciał po prostu uchwycić jedną tylko myśl, która pojawiła się, gdy Pohler miał opuścić auto, i została przytłumiona przez długie podziękowania fiakra. Spojrzał na zbliżających się do dworca dwóch oficerów w czarnych płaszczach i czapkach z daszkiem. Uderzył się dłonią w czoło. Nie potrafił sobie wyjaśnić, dlaczego właśnie ten widok przypomniał mu tamtą myśl.

Wysiadł z auta i ruszył na dworzec. Nie zwrócił uwagi na uśmiechniętą Bibi, jej chudą koleżankę i sprzedawcę kiełbasek. Rozejrzał się po holu, zamkniętym przez półkoliste sklepienie, i dostrzegł swój cel – maszt z tablicami rozkładu jazdy ze sztywnego lakierowanego kartonu. Wisiały one, przyczepione swymi dłuższymi bokami do ruchomego pierścienia. Podszedł do tablic i zaczął je przerzucać, a one stukały o siebie, wzbudzając zainteresowanie jakiegoś jegomościa, którego głupawy uśmiech i zaczerwienione oczy wskazywały, że nie skończył on jeszcze świętowania Nowego Roku. Mock znalazł właściwą tablicę z popołudniowymi i wieczornymi przyjazdami pociągów na wrocławski Dworzec Główny. Jego wzrok szybko trafił na podkreślone kursy pociągów zagranicznych. Jeden jedyny przybywał do Wrocławia przed dziesiątą wieczór, czyli około godziny, gdy fiakier Pohler zabrał swoje tajemnicze pasażerki. Ekspres, który przyjeżdżał co drugi dzień o wpół do dziesiątej wieczór. Mock wyjął notes opleciony gumką. Starannie wypisał na liniowanej kartce wszelkie informacje o tym pociągu. Podszedł do drugiego masztu z napisem „Odjazdy”, ignorując pijaka, który najwyraźniej chciał od niego pożyczyć na piwo. Tam długo się naszukał, zanim znalazł numer interesującego go ekspresu. Odjeżdżał co drugi dzień z samego rana. Mock zanotował wszystkie stacje pośrednie, a jedną z nich podkreślił, pisząc obok „granica”. Przypomniawszy sobie chwilowe zaćmienie myśli w aucie, dopisał expressis verbis, co ma jutro zrobić: „Zatelefonować na przejście graniczne w Morgenroth”.

Wychodząc z dworca, ujrzał fiakra Pohlera zacinającego konia. Pomachał mu ręką, ale ten go chyba nie zauważył. No cóż, pomyślał z rozbawieniem Mock, nie codziennie przytrafia mu się wieźć pretorianów Hitlera.

W budzie rozparci w niedbałych pozach i z papierosami w dłoniach siedzieli dwaj esesmani, którzy kilka minut wcześniej mijali auto Mocka.

Lwów, poniedziałek 11 stycznia 1937 roku,

godzina siódma wieczór

Mało który porządny i obyczajny mieszkaniec Lwowa wiedział, że w sercu miasta, wśród pięknych i starych kamienic, niedaleko Rynku, prawie pod kopułą kościoła dominikanów, jest miejsce mające niewiele wspólnego z dobrymi obyczajami. Knajpa zwana „Morska Grota” mieściła się na wewnętrznym podwórku okazałej kamienicy przy Dominikańskiej 4. Odwiedzenie tego przybytku wiązało się z dwoma różnymi niebezpieczeństwami. Pierwsze z nich – groźba skręcenia, jeśli nie połamania nóg – czyhało już w nieoświetlonej bramie, prowadzącej na mikroskopijne podwórko. Drugim zagrożeniem byli pijani bywalcy lokalu. Po alkoholu wyznawali miłość całemu światu albo atakowali bliźnich. Co więcej, pijani baciarzy w przypływie agresji chętnie sięgali do kieszeni po nóż sprężynowy albo brzytwę.

Komisarz Edward Popielski nie był obywatelem ani porządnym, ani obyczajnym. Znał dobrze baciarów i zawsze, idąc do tego lokalu, miał przy sobie latarkę, nie mówiąc o rewolwerze browning w kieszeni. Dzisiaj jednak zapomniał i jednego, i drugiego, toteż czuł się dość niepewnie. Trzymał się ściany i usiłował cokolwiek dostrzec w słabym migotaniu poświaty, jaka dochodziła z podwórka od lampy wiszącej nad spelunką. Szedł wolno, krok po kroku, macał stopami śliską powierzchnię i patrzył z troską na swoją lewą rękę, której wciąż nie mógł w pełni rozprostować po fatalnym złamaniu łokcia, którego doświadczył przed dwoma laty. Znacznie mniej się przejmował brakiem broni. Wiedział, że jego pojawienie się w jednej z najgorszych spelun będzie wiadome zaraz wszystkim opryszkom na wschód od placu Halickiego, czyli na Łyczakowie. Działała tu bowiem niezawodna poczta pantoflowa, a charakterystyczną postać łysego komisarza w meloniku i białym szalu znało każde dziecko. Przez szesnaście lat pracy w policji kryminalnej naraził się chojrakom z Łyczakowa nieraz bardzo poważnie, ale żaden bandyta lwowski, pozostający przy zdrowych zmysłach, nie ryzykowałby zamachu na komisarza policji.

Popielski przeszedł przez niebezpieczną bramę bez żadnego poślizgu, ale nie uniknął innego zagrożenia. Jak tylko znalazł się na podwórzu, uczynił krok i poczuł, że jego wypastowany trzewik „Salamandra”, pięknie obszyty dziurkowany but za pięćdziesiąt złotych, zagłębił się w jakąś miękką, kleistą substancję.

– No, do jasnej cholery! – wrzasnął. Ze wstrętem zaczął wycierać podeszwę o bruk i przeklinać w duchu swoją skłonność do ubierania się jak dandys. Gdybym założył grube zimowe buty, a nie te eleganckie trzewiki, pomyślał, kłopot byłby żaden.

Pociągnął podeszwą kilka metrów po bruku, aż znalazł się pod jedyną na podwórzu lampą, słabo oświetlającą wejście do piwnicy, w której była speluna. Popielski uniósł nogę i przyjrzał się obuwiu. Podeszwa była w miarę czysta, natomiast boki mokre i umazane brązową mazią. Wiedział doskonale, w co wdepnął. Mieszkańcy tej kamienicy nieraz skarżyli się policji na odchody, jakie zostawiają bywalcy lokalu na podwórku. Rozejrzał się. Jedyną rzeczą, o którą mógł wytrzeć but, był chropowaty mur, ale to groziło zarysowaniem szlachetnej licowej skóry. Popielski otworzył drzwi do knajpy. Snop światła z sali padł na podwórko. Na skrzynce po piwie leżał stary worek po kapuście. Choć też był chropowaty, to jednak nie groził zniszczeniem skóry. Popielski niczego lepszego nie mógł tutaj znaleźć. Wycierał but i patrzył na kłęby dymu, które waliły z nory. Zszedł powoli po stromych schodach i znalazł się trzy metry pod powierzchnią lwowskiego bruku. Z każdym jego krokiem w „Morskiej Grocie” robiło się coraz ciszej. Stanął w progu, zdjął melonik i napawał się przez chwilę ciszą, jaka nastała, oraz ciepłem buchającym od pieca. Tu i ówdzie usłyszał syczenie. Wiedział, że złodzieje i bandyci powtarzają cicho jego przezwisko: „Łyssy”.

Szedł powoli przez środek knajpy i patrzył na to, co dobrze znał. Widział brudne paznokcie stukające po stole, krzywe spojrzenia spod kaszkietów, sękate palce, spomiędzy których dymiły skręty z najpodlejszego tytoniu, i tłuste włosy oblepiające głowy. Czuł woń parujących szyneli, niepranych od dawna koszul i przemoczonych filcowych butów. Nie przyglądał się dokładnie fizjonomiom. Wiedział, że poszukiwani przez policję bandyci już dawno rozpierzchli się po swoich norach, ostrzeżeni pocztą pantoflową. Zbliżył się do stolika, przy którym siedziało trzech mężczyzn. Wszyscy oni opierali łokcie i przedramiona na stole i nie spuszczali oka z Popielskiego. Akordeonista zagrał skoczną melodię i zaśpiewał:

Na ulicy Kołłątaja,
Fajduli, fajduli, faj,
Biła baba pulicaja,
Fajduli, fajduli, faj,
Bęc go w mordę, kop go w jaja,
Fajduli, fajduli, faj,
Tak się bije pulicaja,
Fajduli, fajduli, faj.

Popielski bił przez chwilę brawo akordeoniście. Choć czynił to przesadnie głośno, ten nie okazał najmniejszej wdzięczności. Policjant powiesił paltot na oparciu wolnego krzesła, które stało przy ich stoliku, poprawił czarną marynarkę i takąż muszkę, po czym usiadł, nie zdejmując melonika. Ręce oparł na stole podobnie jak oni i nagle rozprostował je na boki, skutkiem czego strącił ze stołu łokcie dwóch mężczyzn. Ci odsunęli się od stołu, przygotowani na atak. Trzeci z nich, siedzący naprzeciw Popielskiego, kiwał uspokajająco dłonią.

– Nie znacie zasad dobrego wychowania, chłopaki? -zapytał Popielski i ze zgrozą zauważył, że poplamił sobie rękaw garnituru jakimś płynem, który był rozlany na stole. – Nie wolno się tak rozpychać! – Odetchnął z ulgą, widząc, że przed mężczyznami stoi resztka wódki, która nie plami „munduru i honoru”, jak mawiał jego nieżyjący wuj, austriacki oficer.

– Spokojni, wariaty – powiedział siedzący naprzeciw komisarza. – Un tylko struga funia! Taki bardzij funiasty paniaga!

– Panie starszy! – Popielski już był w lepszym humorze i strzelił głośno z palców. – Panie starszy! Kotlet wieprzowy, ogórki i ćwiartkę! Ale nie napluj pod kotlet – roześmiał się, uderzając dłonią o stół – bo będę jadł z tymi obywatelami!

– My ni głodni – odpowiedział siedzący z prawej strony Popielskiego.

– Ciszej, kurwa – syknął do niego Popielski i chwycił go mocno za ramię. – Przecież ci nie dam żryć, ale on -wskazał oczami na kelnera, który wychodził zza szynk-wasu – nie musi o tym wiedzieć i wtedy mi nie napluje! Dziąsło – zwrócił się do tego z naprzeciwka. – Uspokój swoich kumpli, żeby mi się tu nie wtrącali!

Wypomadowany kelner, ubrany w poplamiony smoking i koszulę bez kołnierzyka, podszedł do stolika i uderzył w niego kilkakrotnie szmatą, którą miał zawsze przewieszoną na przedramieniu. Postawił przed Popielskim małą butelkę z nalepką „Czysta monopolowa”, kieliszek i talerz z bułką, zimnym sznyclem i czterema ogórkami kiszonymi. A potem posunął po blacie stołu stojakiem z serwetkami.

– Płacić z góry – mruknął ponuro kelner.

– Panie starszy! – zawołał Popielski, wręczając mu melonik i monetę jednozłotową. – A kieliszki dla moich przyjaciół?

Kelner podziękował za spory napiwek i odszedł za szynkwas, jakby nie słyszał pytania. Powiesił melonik Popielskiego na haku za ladą i zabrał się za wycieranie blatu. Mężczyzna nazwany przez Popielskiego „Dziąsło” odezwał się, a w ciszy jego głos zabrzmiał potężnie.

– Bez obrazy, panie kumisarzu, ale my z pulicajim ni trzymamy sztamy. My ni chatraki. Nie będziemy jeść razym. Ani ja, ani Walerku, ani Alfonyk. My nie szpiki. Cóś pan chciał ode mni. No to słucham. A Walerku i Alfonyk bendu nas słuchać.

Popielski znał instytucję świadka przy nieformalnych rozmowach policji z podziemiem przestępczym. Takie rozmowy zawsze miały miejsce w zatłoczonej knajpie, a świadkami byli najbardziej tępi i pryncypialni bandyci, którzy nigdy nie kłamali swoim i którzy reagowali gwałtownie, gdy ktoś oskarżał ich o oszustwo. Oni byli gwarancją, iż rozmówca z półświatka nie jest konfidentem policji, i wszyscy im wierzyli.

– No dobrze. – Komisarz rozejrzał się po otaczających go napuchniętych i krościastych twarzach. – Ale świadkami mają być tylko ci dwaj obywatele. – I nagle wstał, obejrzał się i wrzasnął: – A nie cała knajpa! No co?! Mordy w talerze!

Nieprzychylny pomruk i syczenie przetoczyły się przez zadymione wnętrze. Popielski usiadł i wyjął z kieszonki w kamizelce srebrny zegarek. Otworzył kopertę i sprawdził godzinę. Jego organizm dawał, jak zawsze koło siódmej wieczór, niezawodny sygnał, że nadeszła pora obiadu. Nabił kotlet na widelec i najpierw go dobrze obejrzał, a potem odgryzł spory kęs. Knajpiane jedzenie miało jeden jedyny służebny cel – wysubtelnić smak wódki. Kucharz i barman zarazem, który w „Morskiej Grocie” ustawiał nad barem jajka w majonezie, zimną kiełbasę z równie zimną kapustą, śledzie, smażoną wieprzowinę i ogórki kiszone, nie dbał o modną nowoczesną dietetykę. Nie, on chciał jedynie uprzyjemnić przełknięcie alkoholu, choć wielu z gości tego nie rozumiało i piło bez żadnej zagryzki. Te wystawione na ladzie pod szklanymi pokrywami i zawsze nieświeże frykasy kojarzyły się Popielskiemu z dziewczynami stojącymi na Mostkach. Prostytutki tamtejsze też rzadko były zamawiane i nie były już pierwszej świeżości.

Nalał sobie stopkę wódki i przełknął ją, zagryzając ogórkiem. Po chwili w jego zębach zachrzęściła cienka panierka kotleta. Uwielbiał jedzenie w podłych knajpach, choć czasami groziło ono rozstrojem żołądka. Długo nie przełykał kęsów, by czuć smak mięsa. Wypił kolejny kieliszek i rozejrzał się po sali. Panował hałas, choć bardziej przytłumiony niż ten, który ucichł wraz z nadejściem komisarza. Złodzieje i bandyci nie mogą teraz poruszać swych codziennych tematów, pomyślał z rozbawieniem. Odgryzł pół kotleta i pochłonął go tym razem łapczywie.

Otarł usta serwetką. Wyjął papierośnicę i zapalił „Egipskiego”. Nie częstował swoich towarzyszy przy stoliku. Wiedział, jak by zareagowali.

– No to powiem ci, Dziąsło, z czym do ciebie przychodzę. Gadaj, co wiesz o napadzie na tę starą Żydówkę na Gęsiej. – Spojrzał przenikliwie na mężczyznę siedzącego vis-a-vis. – To nie była normalna robota kieszonkowca. Ktoś ją obrabował i pobił.

– Nic o tym nie wiem. Ale wiem co inszegu…

– Niby co?

– To będzi dla pana kumisarza smutny. – Dziąsło zapalił swoją machorkę. – Chodzi o córuniu pana kumisarza. Una wpadła w zatylipany tuwarzystwu.

U Edwarda Popielskiego, kiedy słyszał, iż ktoś ma zamiar powiedzieć coś niedobrego o siedemnastoletniej Ricie, uruchamiał się osobliwy mechanizm obronny. Natychmiast przed jego oczami pojawiała się scena z połowy lat dwudziestych. Spokojny wieczór, miasto wyciszone grubą warstwą śniegu, wieczorna msza w kościele Św. Marii Magdaleny przy bibliotece Baworowskich. On sam stoi w tłoku wraz z trzyletnią Ritą. Cieszy się, że dziecko jest wyjątkowo spokojne, że nie biega po całym kościele i nie krzyczy, narażając jego samego na nieprzyjemne spojrzenia jakichś dam starych jak grzech śmiertelny – jak to powiedział Bolesław Prus. Już nie ma za złe małej tego, że nie śpiewa łacińskich odpowiedzi mszalnych, których ją niedawno uczył, że nie śpiewa kolęd, o co wraz z Leokadią usilnie zabiegali podczas ostatniej kolacji wigilijnej. Jest szczęśliwy mimo dotkliwego kaca po zabawie sylwestrowej, bo Rita stoi grzecznie i nawet nie domaga się dla siebie miejsca w ławce. I wtedy rozlega się kolęda Cicha noc, którą zawsze śpiewał Ricie przed snem, i to przez cały rok, niezależnie od tego, czy to był Wielki Post, Adwent lub Wielkanoc. Była to ulubiona piosenka małej. Kiedy teraz organista wyciąga piękne „nad Dziecio-ątka sne-em”, Popielski czuje, jak dziewczynka przytula się do niego. Po chwili jest już na jego rękach i przyciska do jego świeżo ogolonej twarzy swój rozpalony policzek. Nie śpiewa, nie dokazuje i całuje ojca w policzek mokry od łez.

Kiedy Popielskiego nachodziło to wspomnienie, był gotów wybaczyć córce wszystko, nawet to, że będzie miała pięć dwój na semestr, a w dodatku jedną z nich z łaciny, otrzymaną na własne życzenie od nauczyciela o gołębim sercu, dobrego znajomego jej ojca. Ta dawna chwila, jedna z najpiękniejszych w jego życiu, pozwalała mu przyjąć postawę obronną – kiedy spodziewał się jakiegoś ataku na Ritę, przypominał sobie tę scenę. Była dla niego tarczą. Dotychczas jednak pretensje nadchodziły ze strony nauczycieli, korepetytorów, gimnazjalnego katechety, ewentualnie ze strony sprzedawczyni z pobliskiego sklepu kolonialnego, której Rita po grubiańsku coś odpowiedziała. I wtedy ten obraz sprzed lat miał swoją moc. Wytłumiał ataki, filtrował skargi, wygaszał wszelkie domysły. Teraz ten obraz też nadszedł, ale był zamazany, wykoślawiony, zamglony, słabo widoczny. Mała Rita w tym nowym wspomnieniu nie całowała ojca. Zbliżyła się do jego twarzy, aby go mocno ugryźć. To, co usłyszał, to nie była zwykła skarga, których w ciągu ostatnich kilku lat było wiele. To oskarżenie wyszło z ust Felka Dziąsło, groźnego bandyty, który był podejrzany o utopienie swego nieślubnego dziecka w kloace.

Popielski poczuł strumyki potu na śliskiej skórze głowy i spojrzał na mężczyzn wokół stołu. Uśmiechali się złośliwie. Oni wiedzieli, co Dziąsło miał mu do powiedzenia. Z satysfakcją obserwowali, jak Łysy wyciera serwetką głowę i jak robi się purpurowy.

– No to opowiadaj, Dziąsło. – Popielski odsunął od siebie talerz z nadgryzionym kotletem. – Wszystko po kolei.

– Opowiem jak na spowiedzi. – Dziąsło spojrzał na Wa-lerka i Alfonka, a ci skinęli głowami. – To było w czwartek. Fest my pupili za dnia, a wieczorem kac nadszyd. Z kacem trza walczyć tym samym, co? Klin klinym. – Roześmiał się do wtóru swoich kolegów. – Fajnu. Nu tu hulamy do Wacki na Zamarstynowsku, bo ona daji na borg. A tam hara si leji. Siedzą trzej atleci z cyrku, no z tego, co dawał pokaz na święta, a z nimi dwie binie, o przepraszam, dwie panny. Umalowany, wysztafirowany. A za parawanem śmiechi, piski, krzyki… Nu powidz, Alfonek, dobrzy bałakam?

– Atleta szpuntował tam dziuni, że fest – mruknął Alfonek.

– Jedna z tych panien – powiedział wolno Dziąsło -rychtyg przy stoli, nie za parawanym, to była rodzona córunia pana kumisarza.

Zapadło milczenie. Bandyci patrzyli na Popielskiego z uśmiechem. Wydawało mu się, że wszyscy dokoła podnoszą w górę kieliszki i piją za zdrowie zdegenerowanej siedemnastoletniej Rity Popielskiej. Nalał sobie trzeci kieliszek, opróżniając butelkę. Wypijał go drobnymi łykami. Chciał, by go wódka parzyła, żeby ten surowy smak, który drapał po gardle, był namiastką kary za wszystkie winy, które popełnił jako ojciec. Zapalił kolejnego papierosa, choć poprzedni był dopalony tylko do połowy. Tytoń stał się kwaśny jak ocet. I Popielski wtedy poczuł smród odchodów. Odsunął się od stołu, uniósł świeczkę i spojrzał na podeszwę. Za obcasem tkwiła śmierdząca gruda. Nie wytarł dobrze podeszwy. To było gówno. Odstawił starannie na wpół wypity kieliszek, a potem wytarł serwetką mokre kółka na blacie. A potem zadał cios przez stół.

Usłyszał lekki trzask i ujrzał krew, buchającą z nosa na stół i na talerz z resztkami kotleta. Alfonek i Walerko odskoczyli od stołu i sięgnęli do kieszeni. Popielski nawet na nich nie spojrzał. Chwycił Felka Dziąsło za włosy, przycisnął jego twarz do blatu i oparł się całym ciężarem na jego głowie. Jeśli wcześniej nie uszkodził mu nosa, to zrobił to niewątpliwie teraz. Felek nie wydał z siebie jęku. Leżał cicho na stole, a wokół jego twarzy rozlewała się wolno krew. Poczuł nad uchem alkoholowy oddech komisarza.

– A teraz odszczekaj to, co powiedziałeś – wysyczał Popielski. – Powiedz, że to nieprawda. Że nie było tam mojej córki z tymi cyrkowcami. Powiedz to całym zdaniem.

Komisarz – mimo gwałtownych ruchów – myśli miał już jasne. Potrafił przewidzieć ciąg dalszy. Wiedział, że niczego nie usłyszy od Felka. Nie wziął bowiem jednego pod uwagę. Że Felek Dziąsło, jako charakterny baciar, nigdy nie zaprzeczy temu, co powiedział przy kompanach. Popielski mógł w blacie stołu odcisnąć pośmiertną maskę jego twarzy, a nie usłyszałby odwołania wcześniej wypowiedzianych słów. To była sprawa honoru. Z kolei on sam nie mógł teraz wyjść, bo straciłby u tych ludzi jakikolwiek respekt. To też była sprawa honoru.

Chwycił Felka za kołnierz i pociągnął za sobą do wyjścia. Ten bez oporów wspinał się po schodach. Popielski trzymał go daleko od siebie, aby krwią nie pobrudzić sobie garnituru. Odprowadzały go nienawistne spojrzenia. Nie dziwił im się. Ci wszyscy bandyci zostali dziś przez niego upokorzeni, bo nie mogli pomóc kompanowi, zaatakowanemu brutalnie przez nietykalnego Łysego.

Kiedy znaleźli się na podwórzu, Popielski chwycił Felka za gardło i przycisnął go do ściany knajpy.

– W czwartek upiłeś się do nieprzytomności, prawda? – specjalnie używał starannej odmiany polszczyzny, którą baciary nazywali pogardliwie „funiastą”.

– No – potwierdził Dziąsło i pociągnął nosem.

– Tak mocno, że spałeś cały dzień i obudziłeś się dopiero późną nocą, prawda?

– Nie – wychrypiał baciar. – Ni była noc, a wieczór.

– Było ciemno czy nie?

– Było.

– No to mogła być noc? Nie masz zegarka i widzisz, że jest ciemno. No to mogła być noc czy nie?

– Mogła.

– No to była noc – donośny głos Popielskiego rozległ się w studni podwórka. – Była noc, a moja córka w nocy zawsze jest w domu! W domu!!! – wrzasnął do jakiejś niewiasty, która wychyliła się przez okno zabudowanego balkonu. Odwrócił się do Felka, wycierającego sobie nos w rękaw marynarki. – Idź już do knajpy i przynieś mi płaszcz i melonik.

Kiedy Felek zniknął, Popielski podszedł do worka, który leżał w sieni. Gdy wycierał o niego obcas, myślał o konsekwencjach dzisiejszego incydentu. Po pierwsze, był pewien, że bandyta kłamał, aby go udręczyć na oczach wszystkich. Po drugie, zdawał sobie sprawę, że – wyprowadzając Felka na zewnątrz – zasiewał wśród baciarów ziarno niepewności. Będą się zastanawiali: pękł Felek chojrak na podwórku czy nie? Odszczekał pulicajowi czy nie? Pojawi się wśród nich rysa, pęknięcie, a ci przedstawiciele prawa, którzy naruszają odwieczną solidarność baciarów, są przez nich szczególnie znienawidzeni.

Dziąsło wyszedł na zewnątrz, podał Popielskiemu płaszcz i odwrócony melonik. Komisarz spojrzał w głąb nakrycia głowy, aby sprawdzić, czy nikt nie napluł do środka przepięknego wyrobu skoczowskich kapeluszników. Nie było tam plwociny, lecz leżało świńskie ucho przebite gwoździem. Oznaczało ono szpicla, ale również gliniarza. A gwóźdź miał jednoznaczną wymowę.

– Powiedz, Felek, wszystkim – zbliżył twarz do spuchniętego nosa – że się nie boję, ale dziękuję za ostrzeżenie. I że następnym razem przyjdę tu z bańką nafty. I wypalę was wszystkich. – Pociągnął nosem. – Śmierdzisz. Myj się częściej, niechluju, nie bądź bydlęciem! Nocujesz w chlewie czy co?

Nagle poczuł ból w piersiach i skurcz przepony. To nie był atak serca. To była myśl o Ricie, siedzącej wśród cyrkowych atletów, bandytów i kurew. Paliła papierosy? Piła wódkę? Poszła za parawan? Do jej delikatnych nozdrzy dochodził smród, który wydzielał Dziąsło? Niemożliwe, pomyślał, przecież ten łotr zaprzeczył wszystkiemu! Powiedział, że obudził się późną nocą, a Rita nie spędziła jeszcze – chwała Bogu! – ani jednej nocy poza domem!

Odetchnął z ulgą, włożył płaszcz i melonik. Ruszył przez małe, ciemne podwórko, odprowadzany wzrokiem przez Felka Dziąsło. Kiwnął mu nawet głową na odchodne. Przyjął bandycki komunikat. To była w końcu sprawa honoru.

Lwów, poniedziałek 11 stycznia 1937 roku,

godzina dziesiąta wieczór

Rita Popielska, przebrana już w piżamę i szlafrok, siedziała w swoim pokoju przy biurku. Jasne światło, dochodzące spod zielonej umbry, padało na rozrzucone książki i zeszyty. Oświetlało podręcznik do ćwiczeń pol-sko-łacińskich, mały zeszyt zapisany słówkami z tegoż języka oraz szkolny wybór mów Cycerona z objaśnieniami w przypisach. Obok walał się podręcznik trygonometrii, cyrkiel i ekierka. Lampa oświetlała również otwartą szufladę, w której leżały dwie kartki, zapisane okrągłym dziewczęcym pismem i wydzielające słaby zapach perfum. Był to list od jej przyjaciółki, Jadzi Wajchendlerówny. Rita całą swoją uwagę poświęcała treści listu, który czytała dziś po raz setny. Wraz z każdą kolejną lekturą wzrastał jej niepokój.

Jestem pewna, kochana Rito, że kiedy wychodziłyśmy w czwartek wieczorem z tego okropnego miejsca, na Zamarstynowie, to widział nas znajomy mojego ojca, asenizator Szkowron, który obstalowuje u nas często czapki. Jechał dorożką, był chyba trochę pijany, ale nas widział. Boję się, że może on o wszystkim donieść mojemu ojcu. Musisz koniecznie porozmawiać z panną Deskur i błagać ją (a nawet czymś ją przekupić, brrr… jakie to okropne!), żeby przysięgała przed Twoim tatą, że byłaś w czwartek u niej na lekcjach! Ja już mam alibi. Tyka w razie czego potwierdzi, że pomagałam jej z francuskiego, dostała za to ode mnie całą blachę ciastek od Zalewskiego. Zjada je zresztą po kryjomu, bo co miałaby powiedzieć swojej mamie? Skąd taka bidosia jak Tyka miałaby forsę na ciastka od Zalewskiego? Jeśli tylko Twojej Hannie będziemy mogły zaufać, to wszystko dobrze się skończy. Przyznaj, moja kochana Rito, że warto było! Takiego świata i takich ludzi jeszcze nie widziałyśmy! To był prawdziwy dreszcz nieznanego!

Rita jeszcze raz zastanowiła się nad niebezpieczeństwem ze strony służącej, Hanny Półtoranos. Nie, pokręciła głową, ta poczciwa kobieta nie zdradzi nas! Ona mnie zbyt kocha i zna mnie od małego! Ileż to razy powierzałam jej różne tajemnice! Nie, ona nie powie papie, że poszłam do cyrku, i to bez szkolnego mundurka! A ciotka? Przecież jej nie było. Poszła na bridża do asesora Stańczaka. A w cyrku? No, cóż… Może i ktoś nas widział, ale zdążyłyśmy się wcześniej dobrze uszminkować i umalować, aż ta stara krowa w pierwszym rzędzie splunęła na nasz widok, bo wzięła nas za ladacznice! I nikt na pewno się nie domyślił, że te dwie młode umalowane kobiety to gimnazjalistki od Królowej Jadwigi! Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten przeklęty asenizator! Ale może był pijany i nic nie pamięta?

Drgnęła, kiedy doszedł do niej z przedpokoju chrzęst klucza przekręcanego w zamku. Szybko przysunęła się do biurka, zamykając szufladę. No tak, jest pewnie po dziesiątej i papa wrócił.

Z przedpokoju dobiegły znane odgłosy. Radosne powitanie ojca przez ciotkę. Tak radosne, że aż mdłe. Zawsze to samo! „Edwardzie! Można by wedle twoich przyzwyczajeń zegarki nastawiać! Hanna już śpi, ale zostawiła ci pieczeń na podkurek. Napijesz się herbaty? Jest gorąca i czeka na ciebie. A może teraz odgrzać ci pieczeń?” I znów przekomarzanie się ojca z ciotką. On pozornie zły na rosyjski obyczaj nastawiania samowaru, ona – roześmiana i zadowolona – krytykuje „austriackie gadanie” ojca. On zaraz się przebierze w bonżurkę, zdejmie muszkę, przyjdzie do pokoju córki, ucałuje ją w głowę i zapyta o szkolny dzień, a ona zawsze odpowie to samo: „Wszystko dobrze, papo!” A potem ojciec, uspokojony, że spełnił rodzicielski obowiązek, że poświęcił jej całą minutę ze swojego pracowitego dnia, usiądzie z ciotką Lodzią w salonie i zaczną rozmawiać po niemiecku, aby ona, Rita, nie rozumiała, o czym mówią. Będzie pewnie opowiadał o jakichś strasznych historiach z przedmieść, nieświadom, że jego córka też zna te tajemnicze i złowrogie miejsca! I będą pewnie co chwila rzucać tymi przeklętymi łacińskimi przysłowiami!

Przypuszczenia Rity spełniły się tylko częściowo. Ojciec rzeczywiście trochę się poprzekomarzał z ciotką Lodzią, ale trwało to bardzo krótko i za chwilę był już w jej pokoju, przebrany w bonżurkę. Nie pocałował jej jednak i nie zapytał, co się dziś wydarzyło w szkole.

– Dobry wieczór, Rito – powiedział i usiadł na drugim krześle.

– Dobry wieczór, tatku – odparła nieco zaniepokojona jego nietypowym zachowaniem.

Ojciec patrzył na nią przez chwilę dziwnym wzrokiem, a potem zaczął się przyglądać różnym drobiazgom w jej pokoju: fotosom gwiazd kina, pluszowemu misiowi, którego znalazła pod choinką, kiedy miała trzy lata i od tego czasu gorąco ukochała, zasuszonym kwiatkom, wiszącym na szufladkach sekretarzyka, muszlom zebranym na plaży we Władysławowie, i pudełku po czekoladkach, wypełnionemu przez karteczki z cytatami. Jego łysa głowa przypominała jej głowę atlety, który kilka dni temu najwyraźniej ją adorował. Ojciec jednak nie miał tak zdeformowanych uszu jak tamten. Spojrzała na jego dłoń ozdobioną sygnetem z jakimś kabalistycznym znakiem. I nie miał takich potężnych i brudnych łap jak tamten. Dłonie ojca były mocne, zadbane i zakończone wypukłymi nieco paznokciami. To spostrzeżenie wywołało u niej jakieś ciepło w piersi. Wstała, podeszła do ojca i bez słowa pocałowała go w czoło. Doszła ją woń alkoholu, wody kolońskiej i tytoniu. Kiedy usiadła z powrotem przy biurku, widziała, że zmienił się na twarzy.

Dzisiaj byłem na zebraniu Polskiego Towarzystwa Filologicznego – powiedział cicho ojciec. – I spotkałem tam profesora Sedlaczka.

– Ach, Klaudiusza Ślepego! – Rita stuknęła się w czoło. Zawsze zapominała nazwiska profesora od łaciny, który swój przydomek zawdzięczał manierze zdejmowania okularów i wpatrywania się wypukłymi oczami krótkowidza w chichoczące panny.

– Będziesz miała dwóję z łaciny na semestr u niezbyt wymagającego nauczyciela! Jak mi to wytłumaczysz?

– Niech się papuś nie martwi! – Rita zacisnęła na ołówku swe drobne ładne zęby. – Na pewno poprawię się w przyszłym semestrze. Ja po prostu nienawidzę tych głupich czytanek, które trzeba tłumaczyć na łacinę!

Wolę już Cycerona! O, niech tatuś zobaczy! Na przykład ten durny list od Bronisława do Stanisława.

Wstała z krzesła, ujęła książkę w dłoń, drugą rękę wzniosła jak rzymski retor i zaczęła recytować:

– „Drogi Stanisławie! – Podniosła oczy ku górze. – Byliśmy na wycieczce w Italii z naszym ukochanym nauczycielem. Och, jakichże tam zażywaliśmy rozkoszy!” Przecież to takie głupie, że aż zęby bolą!

Rita przerwała i roześmiała się perliście. Popielski przyznawał w duchu, że czytanki w tym podręczniku odnoszące się do współczesności są pretensjonalne i napuszone. Spojrzał na córkę, stojącą wciąż w pozie retora. Ona ma talent aktorski po matce, pomyślał, powinna grać w teatrze, a nie tłumaczyć czytanki o Bronisławie i Stanisławie. Profesor Sedlaczek skarżył się, że Rita go przedrzeźniała, kiedy pisał na tablicy łacińskie sentencje, i że musiał ją przykładnie ukarać, przepytując o consecutio temporum. Hańbiącą nieznajomością następstwa czasów wykazała się natychmiast, w wyniku czego musiał postawić jej dwóję, która zadecydowała o nocie semestralnej. Popielski wyobraził sobie, jak Sedlaczek stuka pożółkłym od nikotyny palcem w napisane na tablicy Errare humanum est i skrzeczącym, zacinającym się nieco głosem analizuje tę maksymę, dorzucając stosowne starorzymskie exempla. Nagle przypomniał sobie, ile zapału wykazywała Rita, kiedy wiele lat temu zaczął ją sam uczyć łaciny w niedzielne poobiednie popołudnia. Pamiętał, jak w zeszycie podkreślała szlaczkami sentencje. Jaka była szczęśliwa, kiedy za ładne koniugowanie dostawała od ojca juraszki! A on to potem zaniedbał. Wolał czytać gazety niż poświęcać córce te chwile. Czasami leczył wtedy piwem kaca. To wszystko jego wina! Wszystko!

Zacisnął zęby i podszedł do Rity. Pocałował ją w głowę. Poczuł ten sam zapach jej ciemnych włosów, jak wiele lat temu kiedy ją wynagradzał, w swoim oczywiście mniemaniu, pocałunkiem – gdy dobrze deklinowała i z uśmiechem przekomarzała się przy stole: Primum philosophari, deinde edere. Zacisnął zęby jeszcze mocniej i wyszedł z pokoju córki, słysząc jej: „Dobranoc, tatku!”

Lwów, poniedziałek 11 stycznia 1937 roku,

wpół do jedenastej wieczór

Leokadia Tchorznicka przestała układać pasjansa, kiedy Edward skończył opowiadać o swoim spotkaniu z chojrakami z Łyczakowa. Słuchała go uważnie i rozumiała wszystko, choć nie lubiła niemieckiego, nad który zdecydowanie przedkładała francuski. Niemczyzna Edwarda była tak bogata i wyrafinowana, że słuchała jej zawsze z wielką przyjemnością, którą teraz jednak znacznie zmąciła i zaprawiła goryczą treść opowieści. Pasjans „galernik” nie wyszedł Leokadii, jak zwykle zresztą. Odłożyła karty i spojrzała na kuzyna.

– Posłuchaj, Edwardzie – powiedziała, starannie dobierając niemieckie wyrazy. – Nie znasz dziewcząt i sam nigdy nie byłeś siedemnastoletnim dziewczęciem. A ja byłam. I byłam tak ciekawa świata jak Rita. Coś ci opowiem. To było w Stanisławowie. Byłam wtedy o rok młodsza od Rity. Pamiętam, jak wymknęłam się potajemnie w nocy, aby przez okno w restauracji Mikulika na Ormiańskiej zobaczyć huzarów, którzy pili tam wino. Tak pięknie wyglądali, kiedy za dnia paradowali po Sapieżyńskiej! Jeden z nich wyszedł na podwórko, aby odcedzić wodę. – Leokadia użyła dosadnego określenia, które było czymś nieprzyzwoitym w ustach damy. – I ujrzał mnie przy oknie. I zaprosił do stołu, proponując ciastka i tańce. A ja zgodziłam się na to, mimo iż dochodziła druga w nocy, a huzarzy byli pijani i bardzo podekscytowani. A wiesz, dlaczego się zgodziłam? – Leokadia powoli złożyła karty. – Bo myślałam, że naprawdę będę tylko, podkreślam, tylko jadła ciastka i tańczyła. Uwierzyłam w to, zapominając, że u Mikulika nie było już o tej porze ciastek! Ten huzar tak mi się podobał, że mu uwierzyłam w te ciastka!

– I co było dalej? – Edward zapytał z pewnym niepokojem.

– Naturalnie, ciastka żadnego nie zjadłam – uśmiechnęła się Leokadia. – Także nie zatańczyłam. I gdyby nie Mikulik i jego syn, wyszłabym stamtąd zhańbiona. Potem nie chciałam już uwierzyć żadnemu mężczyźnie i może dlatego… jestem dziś sama. No, przepraszam, z wami, z Ritą, z tobą, z Hanną… Nie martw się – powiedziała po chwili zadumy, uspokajającym tonem. – Kiedy w czwartek wróciłam z bridża od asesora Stańczaka, Rita już była w domu. Miała ślady szminki na twarzy, ale przypuszczałam, że się tylko bawiła w malowanie. Kazałam jej to zetrzeć, mówiąc, że będziesz się o to gniewał. Starła i długo rozmawiałyśmy. Była dla mnie bardzo łaskawa, co jak wiesz, jest u niej nieczęste. Śmiała się i dokazywała. Tak nie zachowuje się siedemnastoletnia dziewczyna z dobrego domu, która, przepraszam cię za mocne określenie, wyszła z barłogu śmierdzącego ulicznika.

– To Rita też uwierzyła w ciastka? – zapytał w zamyśleniu Popielski i nieco spokojniej pogładził swoją hiszpańską bródkę, którą Lodzia zwala „tatarską”. – Komu? Bandytom?

– Ojej, Edwardzie… – Leokadia wstała i zaczęła chodzić po pokoju. Ubrana w granatową sukienkę i biały kołnierzyk, wyglądała jak nauczycielka z pensji. Mówiła dobitnie, jak zawołany pedagog. – Razem z Hanną i ze swoją koleżanką Jadzią Wajchendlerówną wyszły z mieszkania…

– Już od dawna nie podoba mi się ta Żydówka… -mruknął Popielski. – Ta przyjaciółeczka…

– Wręcz przeciwnie. – Leokadia się roześmiała. -Zawsze podobały ci się kobiety w typie żydowskim! Zamieniasz się na starość w korporanta? Ale słuchaj, co ci chcę powiedzieć, i mi nie przerywaj! Nasza poczciwa Hanna poszła do kościoła, a dziewczęta do cyrku. Było tak na pewno! Jakąż miały one przyjemność w tym, że się gdzieś po kryjomu w jakiejś bramie umalowały! Po pierwsze, nikt ich nie rozpozna, po drugie będą się czuły dorosłe! Może jeszcze, nie denerwuj się, Edwardzie!, zapaliły papierosa i biedne się zakrztusiły! Usiadły w cyrku na widowni. A ileż to trzeba, żeby się dosiadł do nich jakiś frant, jakiś donżuan z Mościsk? Może był to właśnie atleta, który dostrzegł podziw w ich oczach?

I zaprosił je na ciastko do cukierni. Tyle że cukiernia okazała się jakąś bimbrownią, do której przychodzą baciary. I to wszystko! Ten baciar, co ci dzisiaj to opowiadał, kupował alkohol i nie wiedział, co się działo dalej z dziewczętami! A z nimi nic się nie działo! Wyszły, uciekły, może za nimi się wstawiła właścicielka spelunki, tak jak za mną niegdyś Mikulik? To wszystko, Edwardzie!

Rita była w rozmowie ze mną wyraźnie rozbawiona. Uwierz mi, do żadnego zhańbienia nie doszło! Inaczej zachowuje się dziewczyna, utraciwszy cześć!

Wtedy zadzwonił telefon. Popielski ruszył szybkim krokiem do przedpokoju i uniósł słuchawkę.

– Popielski przy aparacie – powiedział wciąż po niemiecku i zaraz się skonfundował. Chciał to samo powiedzieć po polsku, ale nie zdążył.

– Jak to miło, że pan komisarz czekał na mój telefon i od razu mówi po niemiecku – usłyszał zachrypnięty bas mówiący najczystszą niemczyzną. – A więc przekazano panu komisarzowi informację, że zatelefonuję? We lwowskiej dyrekcji policji, z którą rozmawiałem dziś w południe, powiedziano mi, że jedenasta wieczór to będzie najlepsza pora, aby usłyszeć pana komisarza. Och, przepraszam, zapomniałem się przedstawić. Dyrektor kryminalny Eberhard Mock z prezydium policji w Breslau.

Lwów, środa 13 stycznia 1937 roku,

godzina druga po południu

Naczelnik Urzędu Śledczego, podinspektor Marian Zubik, nie lubił komisarza Edwarda Popielskiego z kilku powodów. Osoba podwładnego przypominała Zubikowi o błędach i brakach jego samego. Maniery arystokraty i tajemniczy sygnet drażniły Zubika, który miał skłonność do prostego ubioru i nieskomplikowanych zachowań. Słyszał wprawdzie, że Popielski potrafi być gwałtowny i ordynarny jak furman, ale on sam nigdy tego nie doświadczył. Popielskiego studia matematyczne i filologiczne w Wiedniu, wprawdzie nieukończone, boleśnie obnażały niekompletną edukację Zubika, który wyleciał z gimnazjum w Chyrowie po niezaliczeniu szóstej klasy, i to przez łacinę, którą jego podwładny nieustannie i nadmiernie się popisywał. Nienaganna, choć nieco dandysowata, elegancja komisarza przypominała Zubikowi o jego rozczłapanych, rzadko pastowanych butach i za ciasnym garniturze. Drażniła go nawet ostentacja, z jaką Popielski obnosił swoją gładko wygoloną głowę, podczas gdy on rozpaczliwie starał się ukryć łysinę, zaczesując włosy znad ucha na czubek głowy. A teraz, kiedy Popielski referował mu rozmowę z tym niemieckim policjantem z Wrocławia, irytował go swoimi okularami – tak ciemnymi, że nie było zza nich widać jego oczu. Zubik wielokrotnie chciał przywołać do porządku swojego podwładnego, ale ten był bezkarny. Pracował, kiedy chciał, w godzinach służby chodził na wywiadówki, załatwiał inne swoje sprawy i mimo to cieszył się poparciem samego szefa, komendanta Władysława Goździewskiego!

– No i co, panie Popielski? – mruknął Zubik. – Co pan tak umilkł?

– Czy mogę prosić pana inspektora o zgodę na przysłonięcie okna? – Popielski z niepokojem wpatrywał się w intensywne styczniowe słońce, które ostro rzeźbiło kontury biblioteki Politechniki, widocznej z okna komendy policji. – Pan inspektor wie, że to mi szkodzi.

– Wyrażam zgodę. – Zubik podpisał jakiś dokument przyniesiony przez sekretarkę i spojrzał niechętnie na Popielskiego, który zasłaniał okno. – No i co dalej z tym dyrektorem kryminalnym, jak mu tam?

– Mock.

– Więc co było dalej, jak ten pan Mock już wiedział, że ten niby-pederasta przyjechał z tą zamordowaną ze Lwowa do Wrocławia?

– Mock pojechał do Chebzia na przejście graniczne i znalazł funkcjonariuszy, którzy pełnili służbę w sylwestra. Celnik zeznał, że tego dnia sprawdzał paszport dziewczynie posiadającej bilet ze Lwowa do Wrocławia. Dziewczyna jechała w salonce wraz z, jak to powiedział nieco ironicznie mój rozmówca, bardzo ślicznym młodzieńcem, którego zresztą celnik dobrze znał z widzenia.

– Niemiecki celnik znał dobrze z widzenia polskiego chłopaka ze Lwowa? – zapytał ze zdziwieniem Zubik, przycinając cygaro.

– Nie powiedziałem, że chłopak był ze Lwowa, ale pan inspektor ma świetną intuicję. – Popielski rozparł się na krześle i uśmiechnął się kącikami ust. – Tak, znał go z widzenia, ponieważ ten chłopak ze Lwowa jeździł kilka razy w roku do Wrocławia. Zawsze w salonce. Z dziewczyną jechał po raz pierwszy. Zwykle towarzyszyli mu Niemcy, dużo starsi od niego mężczyźni, którzy dosiadali się do salonki na granicy, właśnie w Chebziu. Mock przesłuchał też kolejarzy. Jeden z nich dobrze pamięta tego młodzieńca stąd, że bardzo często wracał on do Lwowa tym samym pociągiem, którym przyjechał do Wrocławia. W drodze powrotnej nikt mu nie towarzyszył. Ponieważ ten pociąg wyjeżdża rano następnego dnia, no to ten młodzieniec nocował we Wrocławiu, a potem wracał. Wygląda, według Niemców, na Cygana…

– Co ci Niemcy wiedzą?! To mógł być Cygan, Ormianin, Gruzin, Żyd… Ale nosi on jakieś nazwisko, ten Cygan? Powiedział panu ten Prusak? – Zubik strzepnął popiół do potężnej popielnicy.

– Tak. Celnicy zapisywali je w swych raportach… Zresztą z potwornymi błędami.

– No i?

– Nazywa się Alfons Trębaszczkiewicz…

– No to nic dziwnego, że z błędami… Dziwne nazwisko jak na Cygana… No i co, panie Popielski? Jest u nas taki Trębaszczykiewicz?

– Trębaszczkiewicz. Sprawdziłem to wczoraj u nas i w urzędzie stanu cywilnego. – Popielski odkaszlnął. Nie znosił cygar „Patria”, palonych przez Zubika. – Nie ma człowieka o takim nazwisku. Wczoraj wysłałem telegram do Warszawy. Oto odpowiedź, którą przed chwilą odebrałem z uroczych rączek panny Zosi.

Położył telegram na biurku Zubika. Ten długo czytał jedną linijkę tekstu.

– No tak. – Zdjął okulary i rzekł w zamyśleniu: – Jest tylko jeden w całej Polsce Alfons Trębaszczkiewicz… W Poznaniu… Mistrz krawiecki.

– Paszport był sfałszowany, panie inspektorze, i tak wczoraj powiedziałem przez telefon Mockowi. Bo on mnie prosił jedynie o ustalenie nazwiska. Ale po chwili poprosił również o znalezienie we Lwowie pederasty wyglądającego na Cygana. Wtedy coś mnie tknęło. Mam dobrą intuicję, podobnie jak pan inspektor. Powiedziałem, że nie będę nikogo szukać, chyba że Mock wyjawi mi okoliczności tej sprawy. Długo milczał, ale w końcu wszystko opowiedział. Na dziewczynie, która jechała z tym Cyganem, dokonano potwornej zbrodni. Miała na imię Anna, tak ją zapisał portier w hotelu…

– Ładne porządki w tych Niemczech – sapnął Zubik. – Do ksiąg hotelowych wpisują tylko imiona… Coś takiego!

– Ten hotel to jakaś spelunka, zakamuflowany zamtuz, panie inspektorze. No zatem, proszę się teraz mocno trzymać rękami stołu, bo to, co powiem, będzie…

– No dobra! Mów pan! – Zubik nie czekał, aż Popielski użyje jakiegoś wyszukanego przymiotnika.

– Dziewczyna została zgwałcona i miała wygryziony, wyżarty policzek! I przed gwałtem była dziewicą.

– O, do jasnej cholery! – Zubik nie wytrzymał i zaklął przy podwładnym, czego nigdy wcześniej nie robił. – To też się stało w hotelu…

– Tak, to wygląda jak sprawa Minotaura – powiedział Popielski i umilkł.

W gabinecie naczelnika zapadła cisza. Popielski zdjął okulary, chuchnął w szkła i wytarł je białą chusteczką z wyszytym przez Lodzie tajemniczym znakiem, takim, jaki widniał na jego sygnecie. Zubik odchylił swe potężne ciało na krześle i założył ręce za szyję. Za oknem zazgrzytał tramwaj, cygaro dopalało się w popielnicy.

Obaj przypominali sobie dobrze sprawę sprzed dwóch lat, o której pisały wszystkie gazety w Polsce i której nierozwiązanie ściągnęło odium na lwowską policję. Lato, roku 1935. W odstępie kilku dni znaleziono dwie martwe i zgwałcone dziewczyny. Obie miały wygryzione twarze. Jedna miała lat szesnaście, druga – osiemnaście. Jedną znaleziono w hotelu Frankla w Mościskach, drugą – w hotelu „Europa” w Drohobyczu. W obu wypadkach meldowano dziewczyny na podstawie podanych przez nie nazwisk i więcej nie zawracano sobie nimi głowy. Panny twierdziły, że spóźniły się na pociąg i muszą przenocować.

Oba nazwiska okazały się fałszywe. Nikt nigdy nie zidentyfikował ofiar, mimo iż medyk sądowy z uniwersytetu, doktor Iwan Pidhirny, okazał się niezwykle zdolnym rekonstruktorem twarzy. Pochowano je na koszt państwa. Przez pół roku lwowska policja – w tajnym porozumieniu z baciarami – szukała Minotaura, które to przezwisko wymyślił nie kto inny, lecz Popielski. Wszyscy tropili potwora, jedzącego i gwałcącego dziewice. Nie pomogły dyskusyjne metody hipnotyczne Popielskiego i kontakty z jasnowidzem. Wszystko nadaremnie.

– No i? – Zubik przerwał ciszę i rozgniótł cygaro, które przypominało teraz Popielskiemu ogromnego, zdeptanego karakona.

– No i powiedziałem Mockowi, że to nasza sprawa, i poprosiłem go o przesłanie mi wszystkich akt.

– A on?

– A on – Popielski się uśmiechnął – zachował się tak, jak ja bym się zachował na jego miejscu.

– Znaczy?

– Powiedział, żebym zapomniał o tej rozmowie i pędził, gdzie pieprz rośnie.

Zubik zerwał się z krzesła i zaczął krążyć wokół stołu jak zwierzę. Stał się purpurowy, a jego szyja rozrosła się o dwa numery.

– Co on sobie wyobraża, ten Prusak! – wrzasnął. – To jest moja sprawa! To jest nasza sprawa! – Podniósł słuchawkę. – Panno Zosiu, proszę mnie umówić z komendantem na rozmowę, jak najszybciej! A pan – zwrócił się do Popielskiego – niech natychmiast napisze notatkę z tej rozmowy! Bardzo dokładną! I po polsku. I niech pan przetłumaczy to, co do pana powiedział na końcu.

Żeby pan zmykał, co? A to Szwab jakiś!

– Nie mogę tego przetłumaczyć – odpowiedział Popielski.

– A to niby dlaczego?! – Zubik poluzował kołnierzyk, a jego twarz omal nie pękła.

– Bo to niecenzuralne. – Popielski znów się uśmiechnął. – On do mnie powiedział dokładnie to, co ja bym powiedział na jego miejscu. Powiedział: „Mam cię w dupie, ty Austriaku!”

Zubik stanął jak wryty. Jeszcze nigdy nie słyszał klnącego Popielskiego. Był tak zdumiony, że otworzył usta.

– Panie Popielski, co pan mówi? On tak wulgarnie do pana? Dyrektor kryminalny? Dlaczego „Austriaku”? A pan co na to?

– Mam chyba akcent austriacki. A co ja na to? A ja na to: „Mam cię w dupie, ty Prusaku!”

Breslau, poniedziałek 18 stycznia 1937 roku,

godzina siódma rano

Mock wraz z wiekiem wstawał coraz wcześniej. Może wynikało to stąd, że nie prowadził już tak intensywnego życia nocnego jak choćby dwa, trzy lata temu? Za usilną namową lekarza pil coraz mniej alkoholu i bardzo rzadko bywał w salonie madame le Goef w „Nadślężańskim zameczku”, w podwrocławskim Opperau, gdzie niegdyś w piątki zawsze znajdował wielkie ukontentowanie w ramionach dwóch dziewcząt jednocześnie. Teraz, jeśli już tam zaglądał, to może trzy razy w roku i bardzo często wychodził stamtąd, nie skorzystawszy z damskich wdzięków. Spowodowane to było w dużej mierze nie tyle osłabieniem jego potrzeb i podniet życiowych, ile raczej poczuciem obcości w progach tego ekskluzywnego przybytku. Niegdyś, kiedy był ważnym funkcjonariuszem prezydium policji, bywał tam serdecznie witany, a młode damy, na które padł jego wybór, niezwykle angażowały się w swoją pracę, a przy tym prawiły mu nieustannie komplementy, zachwycone jego kulturą osobistą i dobrymi manierami. On zaś oprócz kompetencji zawodowych wymagał od nich tylko jednego – umiejętności gry w szachy, która to gra od zawsze poprzedzała jego erotyczne ekscesy w „Nadślężańskim zameczku”. Od madame zaś oczekiwał tylko atmosfery dyskrecji i rezerwowania dla niego w piątkowe wieczory wygodnego apartamentu, gdzie mógł jeść, pić, grać w szachy i zapomnieć o całym świecie w ramionach kapłanek Isztar. Niestety, wszystko zmieniło się w momencie, kiedy zdezerterował z policji kryminalnej do abwery. Madame le Goef, zrozumiawszy, że Mock nie jest już tak potężny i wiele mogący jak niegdyś, przestała być usłużna i miła, najładniejsze dziewczęta coraz częściej były zarezerwowane dla wysokich oficerów SS, a sił męskich kapitana nie wzmagały również ukryte w ścianach wizjery, o których doskonale wiedział i które nie raz, nie dwa pozwalały mu, gdy pracował w policji, tego i owego chwycić w imadło szantażu. Postanowił zatem zrezygnować z usług madame. Nie miał też żadnej stałej kochanki, bo ostatnimi czasy trafiał na ogół na kobiety, których kiepskie udawanie zaangażowania miłosnego było dla niego oczywiste od pierwszej chwili. Nie był wprawdzie idealistą i nie wierzył, że jakaś dwudziesto- czy trzydziestoparolatka zakocha się w nim, czyli – według Platona – mężczyźnie stojącym na progu starości, ale lubił pewną grę pozorów. Mock nie prowadził zatem tak wyczerpującego życia nocnego jak jeszcze niedawno, a jego poranki coraz rzadziej były zaprawione kacem. Wstawał codziennie o szóstej rano, spacerował z ukochanym Argosem brzegiem fosy staromiejskiej, kupował „Breslauer Neueste Nachrichten”, a potem spożywał w domu ogromne śniadanie, które nie dopuszczało głodu czasami aż do kolacji.

Szef gestapo w Breslau, abstynent i wegetarianin, dyrektor kryminalny Erich Kraus, nie wiedział, iż w Mocku nastąpiła taka zmiana. Wyznaczając spotkanie na siódmą rano, bez konsultacji terminu z von Hardenburgiem, chciał upokorzyć Mocka, którego szczerze i z wzajemnością nienawidził. Lecz zamiast skacowanego jegomościa z przekrwionymi oczami, otyłego dandysa, pachnącego jeszcze dymem cygar i perfumami niezliczonych kochanek, widział teraz przed sobą zdrowego mężczyznę o sporej, ale wcale nie nadmiernej tuszy, pachnącego mrozem, wiatrem i drogą wodą kolońską.

– Proszę nie strzepywać papierosa do palmy – dyszkant Krausa stał się jeszcze cieńszy.

– Przepraszam, Herr SS-Sturmbannführer. – Mock uśmiechnął się drwiąco, wiedząc, że zadaje dwa ciosy na raz. – Ale u pana nie ma popielniczki.

Kraus nie dał się sprowokować użyciem przez Mocka tytułu SS zamiast oficjalnego policyjnego, „dyrektor kryminalny”. Wiedział doskonale, że tego zwyczaju nigdy nie zaszczepi u starego, upartego policjanta, dla którego czymś niepojętym i hańbiącym było, by policja polityczna używała tytułów policji kryminalnej. Drugi cios – palenie papierosa wbrew wyraźnemu zakazowi wiszącemu na ścianie jego gabinetu – był celny.

– To proszę zgasić tego cuchnącego peta! – wrzasnął Kraus.

– Tak jest – odparł Mock i wsunął papierosa w ziemię wypełniającą doniczkę wielkiej palmy.

Kraus założył ręce do tyłu i przeszedł się po gabinecie wyraźnie uspokojony. Znienacka odwrócił się na pięcie i stanął w rozkroku przed Mockiem.

– Jak tam współpraca z nadsekretarzem kryminalnym Seuffertem?

– Czy po to mnie pan tu wezwał, aby zapytać o pańskiego Seufferta?

– A jak współpraca z prezydium policji w Lemberg? -Kraus uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Przecież pan wie, Herr Sturmbannführer. Odmówiono mi współpracy.

– Bo pan ordynarnie potraktował ich komisarza. – Kraus wciąż się uśmiechał. – No i zresztą dobrze, kapitanie Mock. Z góry na słowiańskie bydlę! Postępuje pan jak dobry członek NSDAP, którym pan jeszcze wprawdzie nie jest, ale chyba niedługo… Co, Mock?

– Lubi pan niedomówienia, Herr Sturmbannführer. – Mock poczuł, że Kraus zaczyna go wyprowadzać z równowagi, i postanowił zagrać na wielkopańskich i intelektualnych kompleksach plebejusza z Frankenstein. -Niedomówienia albo słowne elipsy. Pańska wypowiedź „jak tam współpraca” winna brzmieć: „jak się układa współpraca”, a to ostatnie „chyba niedługo”, co właściwie znaczy? „Chyba niedługo pan nim będzie”, w domyśle „członkiem NSDAP”? Czy możemy używać nie elips, ale zdań z normalnym podmiotem i orzeczeniem?

Kraus odwrócił się od Mocka i podszedł do biurka. Usiadł wolno za szerokim i lśniącym blatem. Udawał spokojnego, lecz jego prawdziwy nastrój zdradzała gruba żyła na czole, która pojawiła się po słowach Mocka.

– Panu się tylko zdaje, Mock, że jest pan podwładnym pułkownika von Hardenburga – syczał cicho Kraus. – Ale naprawdę to nikt nie może pana przede mną ochronić. Wezwałem pana na siódmą rano i co widzimy? Mock przybiega w te pędy. Grzecznie, punktualnie, mimo że wczoraj popił, pochędożył… Jest pan całkiem w mojej dyspozycji…

– Mówi się „do mojej dyspozycji”, Herr Sturmbannführer

– No i ładnie, ładnie… – Kraus zacisnął palce. – Od rana taki przekorny… Kac, co, Mock? Kac męczy! Ale do rzeczy. Tak naprawdę należy pan do mnie i nigdy się pan ode mnie nie uwolni. Na przykład… O, no to, proszę. – Kraus założył okulary i zaczął przeglądać teczkę leżącą na stole. – Tak, mam tu zadanie wprost dla pana… Idealne dla pana…

– Teraz to pan przesadził, panie Kraus – Mock nie użył tytułu służbowego gestapowca i zadając cios na oślep, zdradził niestety swój niepokój. – Pan nie ma prawa przydzielać mi zadań i wydawać rozkazów. Czym innym jest zaproszenie na naradę, choćby o siódmej rano, a czym innym…

– No i co? – Kraus zamknął teczkę i podsunął ją Mockowi pod nos. – Już się denerwujemy, co Mock? A niech pan to zobaczy. – Wskazał głową na teczkę. – Tam jest rozkaz dla pana, podpisany przez pułkownika Rainera von Hardenburga.

Mock nawet nie spojrzał na teczkę. Nie zamierzał dać Krausowi tej satysfakcji.

– Tak, Mock. – Kraus znów wstał i podszedł do okna. -

Na kilka tygodni, jeśli nie miesięcy, koniec z pijaństwem, koniec z dziewczynkami, koniec z wygodnym pięciopokojowym mieszkaniem na Zwingerplatz… Tak… Koniec z cywilizacją, z kulturą… Z przekomarzaniem się… Tak…

Gdyby pan zajrzał do tej teczki, zobaczyłby pan list prezydenta policji Schmelta do szefa policji w Lemberg.

W tym liście jest propozycja współpracy. W teczce tej mamy też odpowiedź. Nasza propozycja współpracy została przyjęta…

Mock wciąż milczał i nie otwierał teczki. To doprowadziło Krausa do wściekłości.

– Jedzie pan – żyła pulsowała mu na czole – do Lemberg, znaleźć cygańskiego pederastę, który z nienawiści do kobiet, z nienawiści do rodziny niemieckiej i do narodu niemieckiego zamordował przed dwoma tygodniami w „Warszawskim Dworze” młodą niemiecką dziewczynę, Annę Schmidt.

Tym razem Krausowi się udało. To był nokaut. Mock każdym nerwem odczuwał swoją bezsilność. Nie to było najgorsze, że kanalia von Frankenstein, jak nazywał Krausa, rozporządza jego osobą, a tchórz i karierowicz von Hardenburg rzuca go do nóg policji politycznej. Najgorsze było to, że popełniono gwałt na umyśle Mocka. Że odmówiono mu prawa do myślenia. Że stał się tępym narzędziem w rękach politycznych manipulatorów, którzy nagle powiedzieli mu, że ziemia jest płaska, a Polka jest Niemką. Że będzie uczestniczył w propagandowej awanturze. Że stanie się heroldem śpiewającym pieśń Ad maiorem Hitleri gloriam.

– Ta zamordowana dziewczyna była Polką – wykrztusił.

– Tu jest rozkaz dla was, Mock. – Kraus stuknął paznokciem w teczkę. – Podpisany przez waszego szefa. W tym tygodniu jedziecie, nie wiadomo, na jak długo – pokazał w uśmiechu zdrowe białe zęby – do dzikiej, zażydzonej krainy podludzi, gdzie na ulicach psy ciągną zaprzęgi. Do kraju barbarzyńców, Mock. To jest miejsce w sam raz dla was. Pojedziecie tam, znajdziecie cygańskiego pederastę i przywieziecie go tutaj. Polakom macie się przedstawiać swoim policyjnym, nie wojskowym stopniem. Nie muszą wiedzieć, że pracujecie w wywiadzie. To wszystko, Mock. Szczegóły wyjazdu ustalicie z von Hardenburgiem.

Mock wstał, zapalił i oparł się pięściami o biurko Krausa. Nie wyciągając papierosa z ust, rozsnuł nad blatem tytoniową chmurę.

– Darujcie sobie te żałosne demonstracje, Mock. – Kraus odsunął się nieco od biurka. – Odmaszerować!

– Jak pan śmie – głos Mocka był nieco zniekształcony przez ściskanego w zębach papierosa – mówić do mnie per „wy” i wydawać mi rozkaz „odmaszerować”! Jestem dla pana „kapitanem Mockiem”, zrozumiano? Znajdę mordercę tej polskiej dziewczyny, nie dlatego, że pan mi kazał, ale dlatego, że taki mam zawód!

Z papierosa Mocka spadł na błyszczący blat słupek popiołu. Kapitan odsunął się od biurka, uniósł papierosa i rzucił go na wypastowany parkiet.

– I wie pan co? – dusił niedopałek podeszwą – ten Lemberg to wcale nie jest taka barbaria. Komisarz Popielski mówi po niemiecku lepiej od pana.

Lwów, wtorek 19 stycznia 1937 roku,

godzina piąta po południu

Jadzia Wajchendlerówna, będąc po raz pierwszy w życiu w czytelni Ossolineum, siedziała nad pierwszym tomem Historii filozofii Władysława Tatarkiewicza i wypisywała do zeszytu co ważniejsze informacje na temat myśli stoickiej. W bibliotece, do której mieli dostęp tylko studenci, profesorowie gimnazjalni i akademiccy, znalazła się dzięki protekcji profesora Sedlaczka. Początkowo była dumna i onieśmielona, później zaś wszystko jej zobojętniało. Nie mogła się skupić na zwięzłych i trafnych charakterystykach Chryzypa i Zenona, ponieważ informacje te śmiertelnie ją nudziły. Co chwila jej wzrok biegł po zielonych stołach, po regałach zastawionych książkami, po ubranej w fioletowy fartuch sylwecie bibliotekarza i po ośnieżonych drzewach na górze Wronowskich, widocznej za oknami. Coraz częściej jej wzrok zatrzymywał się na postaci szczupłego studenta, który siedział naprzeciwko niej przy stole zawalonym kilkoma tomami „Dziennika Ustaw” i czytał równie nieuważnie jak ona sama, z tą jednak różnicą, że zupełnie inną lekturę. Leżał też przed nim Kodeks postępowania karnego Buczmy-Czaplińskiego. Panna Jadzia była w duchu zła na stetryczałego łacinnika, profesora Sedlaczka, który chyba za karę zadał jej referat o stoikach, i z rozrzewnieniem wspominała przystojnego młodego suplenta, prowadzącego lekcje łaciny na początku roku szkolnego.

Dzwonek, oznaczający przerwę, zabrzęczał w dłoniach przygarbionego bibliotekarza. Westchnęła z ulgą. Kątem oka zauważyła, że student ukradkowo przypatruje się jej spod daszka czapki z czarnym otokiem. Wychodząc na korytarz, obmyślała sposób, jak mocniej zainteresować studenta swoją osobą. Nagle wyrósł przed nią mężczyzna, który udaremnił jej plan. Potężny, łysy, ubrany na czarno, z melonikiem w dłoni. Natychmiast rozpoznała w nim komisarza Edwarda Popielskiego, ojca jej serdecznej przyjaciółki Rity, którego widziała tylko raz w życiu, ale nigdy go nie zapomniała. Już wtedy, kiedy z jej ojcem został wezwany do dyrekcji gimnazjum, budził w niej przerażenie. Wyobrażała sobie, że człowiek taki jak on codziennie w swej pracy spotyka ludzi opanowanych przez dybuki, którymi w dzieciństwie straszyła ją babcia.

– Dobry wieczór pannie Jadwidze – odezwał się komisarz niskim głosem, dochodzącym jakby ze studni.

– Dobry wieczór. – Jadzia dygnęła i spuściła oczy. Głos Popielskiego dotarł aż do jej brzucha.

– Czy mógłbym porozmawiać z panną Jadwigą? -Wpatrywał się w nią rozszerzonymi źrenicami. – O, tutaj, przy tym stoliku z rewersami.

– Naturalnie, panie komisarzu – odpowiedziała i spojrzała we wskazane miejsce. – Ale tam już siedzi jakiś pan…

– Ten pan to mój kolega z pracy. – Popielski ujął ją lekko za szczupły łokieć. – Będzie przy naszej rozmowie. Obiecuję pannie, że zajmie nam to wszystko niewiele czasu.

Kiwnęła głową i podeszła do stolika, na którym leżały czyste biblioteczne rewersy. Kolega z pracy wstał, uchylił kapelusza i podsunął jej krzesło. Przyjęła ten gest z wdzięcznością. Nogi trzęsły się jej ze strachu. Komisarz Popielski usiadł na innym krześle, które przysunął mu jego, jak sądziła, podwładny. Był to zażywny jegomość z siwymi, nastroszonymi wąsami i szeroką, uśmiechniętą twarzą. Wydał się jej sympatyczny. W tej chwili wszyscy wydali się jej sympatyczniejsi od pana komisarza, który wpatrywał się w nią wzrokiem osoby opanowanej przez wędrującą duszę.

– Wiem wszystko – poczuła od niego woń tytoniu i korzennej wody kolońskiej, kiedy pochylił się nad nią i mówił szeptem. – O tym, że byłaś wraz z moją córką w spelunce na Zamarstynowskiej w towarzystwie bandytów, uliczników i prostytutek. Nie od Rity to wiem, ale od jednego z drani, którzy tam byli. A twój ojciec, jak myślę, nic o tym nie wie, prawda?

Przerwał, kiedy do stolika podeszła studentka i wzięła rewers do wypełnienia. Jadzia Wajchendlerówna miała łzy w oczach.

Twój ojciec nic o tym nie wie – ciągnął Popielski. – I niczego się nie dowie, jeśli – przysunął jej wizytówkę – jeśli będziesz mnie informowała o waszych planach i poczynaniach.

Uczennica rozpłakała się. Jej szloch rozległ się w pustej przestrzeni korytarza. Zaniepokojony student prawa przyglądał się uważnie całej scenie. Ruszył w stronę Popielskiego. Zaremba zaszedł mu drogę i wyciągnął charakterystyczną odznakę z orłem i wieńcami laurowymi. Chłopak odskoczył jak oparzony. Popielski i Zaremba wyszli z budynku. Komisarzowi trzęsły się ręce, kiedy zapalał papierosa.

– Edek, jak tak mogłeś? Przecież ta gimnazistka jest nieprzytomna ze strachu! – powiedział zatroskany Zaremba. – Wiesz ty, co przed chwilą zrobiłeś? Uczyniłeś z tego dziewczęcia szpicla, rozumiesz? I odebrałeś swojej córce przyjaciółkę! To właśnie zrobiłeś!

Popielski chwycił Zarembę za ramiona i przyciągnął do siebie.

– Nie rozumiesz, Wilek – jego łamiący się głos nie wzbudziłby teraz przerażenia u panny Jadzi – że ta bestia znowu uderzyła i chyba znów tu jest? Zagryzła dziewicę we Wrocławiu i przyjechała tu z powrotem. Ona zagraża wszystkim pannom… I tej Żydówce, i mojej Ricie! Mojej Ricie! To monstrum gdzieś krąży między nami. – Odwrócił się i obrzucił wzrokiem przechodniów, galerię Lubomirskich i wąską, ciemną uliczkę, wspinającą się na stok Cytadeli. – Może już gdzieś rozrywa kłami dziewczęcy policzek! Ja nie mogę do tego dopuścić!

Zostawił Zarembę i odszedł kilka kroków. Wziął potężny zamach i uderzył się pięścią w udo. Cała ulica Ossolińskich usłyszała coś, co Zaremba, kolega gimnazjalny Popielskiego, słyszał z jego ust tylko kilka razy w życiu:

– Kurwa jego mać!!!

Wyrzuciwszy to z siebie, Popielski wbiegł z powrotem do Ossolineum. Zbliżył się do pustego stolika, przy którym przed chwilą siedziała Jadzia Wajchendlerówna. Wciąż leżała tam jego wizytówka. Popielski przedarł ją, napluł na nią i wyrzucił do kosza z pustymi rewersami.

Zanim wsiadł do chevroleta, za którego kierownicą siedział Zaremba, zdjął melonik i podszedł do niskiego murku, otaczającego zakład naukowy. Zgarnął rękawicą garść śniegu i przyłożył go sobie do głowy i do karku. Potem oparł głowę o żelazne pręty, zakończone szpicami. Kiedy wsiadł do auta, Zaremba spojrzał na niego i zapuścił motor.

Obaj mężczyźni milczeli. Pojechali ulicą Kopernika obok seminarium greckokatolickiego i skręcili w Leona Sapiehy, obok dobrze im znanego gmachu policji na Łąckiego. Z lewej strony minęli przepiękną narożną kamienicę z wielkimi, półokrągłymi tarasami, w której mieściła się słynna kwiaciarnia Heleny Bodnar, i pojechali dalej, wzdłuż potężnego gmachu Politechniki. Minęli kościół Św. Teresy, ukraińskie gimnazjum akademickie i dojechali do kościoła św. Elżbiety. Za brudnymi fasadami rozpościerał się niebezpieczny świat baciarów. Wielu z nich stało w bramach niewysokich domostw przy placu Bilczewskiego, a spod daszków kaszkietów unosiły się smugi papierosowego dymu. Ponure spojrzenia osiadały na lśniącej karoserii auta. Poza miejscem narodzin w tej dzielnicy nie mieli oni wiele wspólnego z wesołym Szczepciem, który ku uciesze całej Polski przekomarzał się ze swoim kompanem Tońciem w audycji Na wesołej lwowskiej fali. Na ich twarzach było tyle wesołości, ile trucizny na zapałce.

Chevrolet zatrzymał się pod Dworcem Głównym. Popielski uścisnął dłoń Zaremby obiema rękami, wyszedł na śnieg i wiatr, i zniknął w monumentalnym wejściu. Skierował się prosto do kasy i kupił bilet na sobotni pociąg do Krakowa oraz bilet powrotny na niedzielę. Zaremba patrzył na przyjaciela zza szyby. Popielski nie mówił mu, dokąd ma go podwieźć. Nie musiał. Obydwaj wiedzieli, jakiego remedium potrzebuje komisarz w chwilach wielkiego wzburzenia.

Pociąg relacji Kraków-Lwów,

niedziela 24 stycznia 1937 roku,

godzina druga po południu

To remedium poznał także ktoś inny – Eberhard Mock. Wcześniej jednak przeszedł drobiazgową kontrolę osobistą i raz się przesiadał. Przeszukania jego kieszeni i bagażu dokonali polscy funkcjonariusze na kolejowym przejściu granicznym w Chebziu, a zmiana składu pociągu nastąpiła w Mysłowicach, gdzie kończyła się linia dawnej pruskiej Żelaznej Kolei Górnośląskiej. Mock i wszyscy inni podróżni przesiedli się do nowego składu jadącego do Krakowa i dalej do Lwowa. Pociąg ten, jak oznajmił mu z dumą konduktor, był ciągnięty przez nadzwyczaj szybką i nowoczesną lokomotywę, odznaczoną złotym medalem na jakichś targach w Paryżu.

Mock już po kilku chwilach odniósł wrażenie, że znalazł się w innym świecie. Stał przy oknie i nie mógł się nadziwić chatom krytym strzechą, małym stacyjkom, na których przyciągały wzrok drewniane budki z wyciętymi pod okapem serduszkami oraz uroda młodych kobiet, wychodzących na perony, aby sprzedawać kapustę i herbatę. Dał się skusić polskim smakowitościom w Trzebini, gdzie pociąg miał dłuższy postój, i przyjął od rumianej od mrozu chłopki blaszany talerz wypełniony gorącą, aromatyczną i gęstą kapustą ze skwarkami. Smakowała mu tak nadzwyczajnie, że wytarł talerz chlebem, czym wzbudził złośliwe komentarze swoich współpasażerów w pierwszej klasie. Było to małżeństwo w średnim wieku, które uparcie zwracało się do Mocka po francusku, mimo iż ten odpowiadał im na migi. Małżeństwo prychało pogardliwie i mówiło tylko coś, co Mocka niezwykle dziwiło. A mianowicie określali go jako „Szwaba”. Na jakiej podstawie sądzili, że urodził się on w Szwabii, tego zupełnie nie rozumiał, tym bardziej że nie znali niemieckiego i nie mogli wyłapać dialektalnych szwabskich osobliwości. Próbował ich o to zapytać, ale wtedy wywoływał chichoty. Porzucił zatem wszelkie próby rozmowy z tymi zarozumiałymi ludźmi, stał na korytarzu, palił i wyglądał przez okno. Jego uwagę na stacjach przykuwali przede wszystkim Żydzi, którzy – rozpoznawalni po charakterystycznych chałatach, okrągłych czapkach z daszkiem i długich brodach – w niczym nie przypominali Żydów z Breslau, odróżniających się od swoich niemieckich współobywateli jedynie pewnymi cechami antropologicznymi. Tutaj, w Polsce, odznaczali się oni również innym strojem i językiem. Mock wiedział, że używają jakiegoś średniowiecznego dialektu niemieckiego, ale nigdy wcześniej go nie słyszał. Toteż z wielką ciekawością przysłuchiwał się handlarzom żydowskim na peronach. Ich kłótnie i dyskusje były dla Mocka widomym znakiem, że znalazł się w jakimś kraju przejściowym, na pograniczu Europy i Wschodu, gdzie osobliwi ludzie językiem swym należą na Zachodu, zaś gestykulacja i ekspresja sytuują ich raczej na jakichś targowiskach Orientu.

Za oknem rozbuchane życie nawet w zimie, na mrozie, myślał, a wewnątrz luksusowego pociągu ekspresowego – szepty, uprzejme szczebioty i zadzieranie nosa. Z niechęcią pomyślał o powrocie do przedziału, gdzie elegancko odziany pan co chwila cmoka panią w dłoń, a pani szczerzy swe małe i nierówne zęby, potrząsając głową. Spojrzał na zegarek. Czekało go jeszcze prawie sześć godzin jazdy. Dobrze, że zabrał ze sobą Golema, fantastyczną powieść

Gustava Meyrinka. Będzie musiał jedynie poszukać przedziału, w którym ludzie okażą się mniej gadatliwi i pozwolą mu się skupić.

Myśl ta była swoistym wyprzedzeniem sytuacji, w której chciał się znaleźć. Bo oto z naprzeciwka szli dwaj konduktorzy, którzy mówili trochę po niemiecku i mogli mu wskazać jakiś wolny przedział. Patrzył na nich z radością, ale kiedy już się do niego zbliżyli, usłyszał coś, co sprawiło, że osłupiał i nie zapytał o przedział. Z ust jednego z nich padło nazwisko, które znał: „komisarz Popielski”. Kiedy konduktor oddał mu już kilkakrotnie kasowany bilet, Mock zapytał go uprzejmie, nie chcąc spłoszyć zwiastuna słabej nadziei:

– Powiedział pan „komisarz Popielski”?

– Tak – odpowiedział konduktor zdziwiony. – Powiedziałem „komisarz Popielski”. Nie rozumiem, dlaczego pan o to pyta.

– Czy komisarz policji Edward Popielski ze Lwowa podróżuje tym pociągiem? – Mock użył polskiej nazwy „Lwów”, bo „Lemberg” nie byłby znany obsłudze pociągu.

Milczący konduktor stuknął w ramię kolegę rozmawiającego z Mockiem i powiedział coś po polsku.

– Przepraszam pana – rozmówca Mocka próbował go wyminąć – ale mam obowiązki.

– Najmocniej pana przepraszam. – Mock wyjął legitymację. – Jestem niemieckim policjantem i jadę właśnie do Lwowa w odwiedziny do mojego kolegi, komisarza Edwarda Popielskiego. Jeśli on jest w pociągu, to byłoby wspaniale…

Konduktorzy spojrzeli po sobie i znów zamienili kilka słów w szeleszczącym, dzwoniącym języku, który Mock słyszał często na bazarze na Neumarkt w Breslau. Postanowił przyśpieszyć ich decyzję i wyjął z kieszeni dwuzłotówkę, wydaną jako resztę przez polską chłopkę wśród innego bilonu. Kolejarz przyjął monetę bez wahania.

– Tak – odrzekł. – Pan komisarz Popielski, jak zwykle, zajmuje salonkę wraz ze swoją córką, panienką Ritą.

To tutaj, proszę za mną!

Mock nie wierzył własnemu szczęściu. Szedł za konduktorem i śmiał się w głos. Po pierwsze, nie będzie skazany na wykwintne towarzystwo chichoczących szyderców, po drugie, pozna człowieka, z którym przyjdzie mu być może długo pracować, i będzie miał teraz świetną okazję, aby wyjaśnić telefoniczne nieporozumienie oraz omówić ewentualne szczegóły śledztwa, o ile oczywiście Popielski będzie chciał o tym rozmawiać przy swojej córce, panience Ricie. Stanęli przed drzwiami salonki.

– Konduktor! – zawołał mężczyzna, pukając.

– Proszę – usłyszeli zza drzwi donośny głos.

Konduktor otworzył drzwi i zameldował:

– Panie komisarzu, co za zbieg okoliczności! Spotkałem pańskiego przyjaciela, Niemca, na korytarzu!

Odsunął się, by przepuścić Mocka. Ten zobaczył elegancką salonkę obitą tapetą w żółte i bladoniebieskie pasy. Okna były zasłonięte. Wnętrze słabo oświetlała zapalona lampka pod oknem. Na stole stała karafka z czerwonym winem, dwa kielichy i srebrna taca przykryta pokrywą, pod którą znajdowały się obiadowe talerze. Na kanapie rozpierał się potężny łysy mężczyzna z małą bródką, w rozpiętej koszuli i kamizelce. W kąciku ust dymił papieros zatknięty w cygarniczkę.

Na stoliku obok stały szachy i otwarta książka. Rzut oka wystarczył Mockowi, aby zauważyć, że były to wiersze łacińskie, których charakterystyczne rozpisanie mogło wskazywać na Horacego. Konduktor wziął tacę i cicho zamknął drzwi od zewnątrz.

– Dyrektor kryminalny Eberhard Mock, z Breslau. -Oczy Mocka przyzwyczajały się do półmroku.

– Komisarz Edward Popielski ze Lwowa. – Łysy mężczyzna wstał i wyciągnął rękę. – Nie ma chyba jeszcze między nami takiej konfidencji, abyśmy byli nazywani przyjaciółmi. Zwłaszcza koniec naszej jedynej i ostatniej rozmowy telefonicznej nie był zgoła koleżeński.

Mock patrzył na Popielskiego i czuł, że nie będzie mu się dobrze pracowało z polskim policjantem. Był pewny siebie, odpychający i mało gościnny. Nie zaprosił go do zajęcia miejsca w przedziale, wciąż stał i milczał znacząco, jakby chciał mu powiedzieć: przyszedłeś pan nie w porę! To jest mój czas prywatny, niedziela, dzień świąteczny, o sprawach służbowych będziemy rozmawiać jutro, w dzień powszedni! Mock od tego wyniosłego i milczącego Polaka wolał już lożę szyderców w swoim przedziale. Spojrzał na szachownicę i zobaczył ustawienie, które już gdzieś widział. Na moment zapomniał o gorzkim powitaniu.

– Przepraszam pana, komisarzu, za tamto dosadne określenie. – Mock zbliżył się do szachownicy i nie czekając na jakieś „nie szkodzi”, które zresztą nie padło, zapytał: – Mat w ilu ruchach?

– W siedmiu – odparł Popielski i wciąż stał.

Mock uznał, że zagadka szachowa jest bardzo trudna. Mógł jeszcze wykorzystać wiersze Horacego do nawiązania jakiegoś bliższego kontaktu. Spojrzał na stojącego Popielskiego.

Wyraz jego twarzy był na wpół drwiący, na wpół odpychający. Mocka ogarnęło dubeltowe zniechęcenie.

– No to ja już pójdę – powiedział. – Miło mi było poznać pana komisarza. Do zobaczenia we Lwowie!

Nagle otworzyły się drzwi oddzielające salonkę od jakiegoś pomieszczenia i Mock usłyszał kobiecy okrzyk przestrachu. Kątem oka zobaczył, że naga postać chowa się za drzwi. Nie był pewien, czy w tym mroku rzeczywiście dostrzegł, czy tylko sobie wyobraził ciężkie, dorodne piersi, które się gwałtownie zakołysały. Młoda blondynka, której modnie ostrzyżone włosy oplatała opaska, wystawiała zza drzwi jedynie głowę i krągłe ramię. Powiedziała coś dźwięcznym głosem, a Popielski sapnął, podszedł do kobiecego sakwojażu, którego Mock nie dostrzegł w półmroku, i wyjął stamtąd lniany woreczek z kosmetykami. Szukał w nim czegoś i nie mógł znaleźć. Z mocą wypowiedział polski wyraz, który brzmiał podobnie jak niemiecka nazwa epidemicznej choroby. Dziewczyna uśmiechnęła się do Mocka, czym go momentalnie zelektryzowała. W jednej chwili zrozumiał zły nastrój Popielskiego i jego wyczekujące spojrzenie, które mówiło: „Może byś tak już poszedł!”

– Panie komisarzu – Mock uśmiechnął się radośnie. -

Homo sum et nil humani a me alienum esse puto.

Słuchał krótkiej wymiany zdań między Popielskim a dziewczyną. Potem Polak spojrzał na Niemca uważnie i bez tego niepokoju, jaki wykazywał wcześniej, mocno napinając mięśnie twarzy.

– Kultura wymaga – lekko się uśmiechnął – abym przetłumaczył panu dyrektorowi kryminalnemu moją krótką rozmowę z tą młodą damą. Poprosiła mnie o przełożenie słynnej frazy Terencjusza, a ja jej odpowiedziałem, iż stwierdził pan, że należymy do tego samego klubu miłośników starożytności i kobiecego ciała. Czyżbym się mylił?

– A co ona na to?

– „Lubię mężczyzn z tego klubu”. Tak właśnie powiedziała.

Lwów, poniedziałek 25 stycznia 1937 roku,

godzina druga po południu

W komendzie wojewódzkiej policji, zwanej „gmachem na Łąckiego”, kłębił się tłum pismaków. Wszyscy oni czekali na koniec narady, jaką zorganizował naczelnik Urzędu Śledczego, podinspektor Marian Zubik. W naradzie tej, o czym dziennikarze byli od rana powiadomieni poprzez tylko im znane kanały informacyjne, uczestniczył dyrektor kryminalny policji z niemieckiego Wrocławia, Eberhard Mock. Już w południowej prasie ukazały się artykuły, nazywające go „legendą niemieckiej kryminologii” i opisujące jego wyczyny w latach dwudziestych. Gdyby Mock znał język polski i przeczytał te artykuły, mocno by się zdziwił, gdyż nigdy nie rozwiązał opisywanych tam zagadek. Dziennikarze, świadomi dobrego wynagrodzenia, wypisywali, co im tylko przyszło do głowy w chwili twórczego natchnienia. Czekali więc z fotografami, aby w wieczornym wydaniu gazety obok tekstu zamieścić również zdjęcie owej „gwiazdy wrocławskiej policji”.

Mock, po dobrze przespanej nocy w hotelu „Grand”, solidnym śniadaniu oraz przechadzce Hetmańską i Akademicką, siedział wraz z kilkoma polskim policjantami, oraz medykiem sądowym i psychologiem zarazem, doktorem Iwanem Pidhirnym, w gabinecie podinspektora Zubika. Z uwagą słucha! przemówienia naczelnika działu śledczego, które Popielski tłumaczył mu na ucho.

– Moi panowie – Zubik wzniósł obie ręce do góry i z hukiem opuścił je na biurko – dzięki raportom dyrektora Mocka możemy odnowić śledztwo w sprawie Minotaura. Głównym podejrzanym jest człowiek, którego nie będzie nam chyba trudno znaleźć. Komisarzu – zwrócił się do Popielskiego – oddaję panu głos ze względu na pańską lepszą znajomość niemczyzny.

Popielski wstał, poprawił na nosie ciemne okulary i stanął za biurkiem Zubika. Naczelnik nie posunął się nawet o milimetr, aby pokazać, że tylko na chwilę oddaje mu przewodzenie zebraniu.

– Głównym podejrzanym… – Popielski starał się mówić wolno; wprawdzie wszyscy obecni w gabinecie lwowscy policjanci, oprócz Stefana Cygana, swe szlify wojskowe zdobywali za cesarza Franciszka Józefa, a doktor Pidhirny studiował na uniwersytecie w Czerniowcach, jednak nieużywana na co dzień niemczyzna mogła utrudnić zrozumienie ważnych instrukcji, które chciał wydać. – Głównym podejrzanym jest śniady brunet lat najwyżej trzydziestu, o skłonnościach pederastycznych. To wszystko wiemy dzięki dyrektorowi Mockowi. Ów podejrzany w dniu zamordowania niezidentyfikowanej Polki, Anny, ubrany był jak kobieta. Ma kontakty z wrocławskim światem odmieńców. Niemiecki celnik z Chebzia pamięta, że często przekraczał on granicę polsko-niemiecką. Zawsze podróżował salonką, w towarzystwie starszych, zamożnych Niemców.

– Męska dama – powiedział po polsku komisarz Wilhelm Zaremba. – Znałem takie za Franza, co jeździły koleją, ale to były wyłącznie dziunie. – Spojrzał wymownie na Popielskiego. – Nie chłopaki. Jeden kurs do Wiednia z zamożnym klientem i nie trzeba było kręcić się przez tydzień na Wałach Hetmańskich.

Spojrzenia Popielskiego i Mocka spotkały się szybko.

– Nie odbiegajmy od tematu, panowie – powiedział z wyrzutem Zubik. – Ad rem. Mamy coś, czego wcześniej nie mieliśmy. Punkt wyjścia. Proszę dalej, komisarzu Popielski.

– Tak – ciągnął wymieniony. – Po dwóch mordach w roku 1935 Minotaur znów się zaktywizował. Zabił po dwóch latach i zrobił to w Niemczech. Jak by pan to wytłumaczył, doktorze?

– To świadczy o tym – niewysoki doktor Pidhirny wstał i podrapał się paznokciem po swej pooranej po-trądzikowymi bruzdami twarzy, o której złośliwi mówili, że jest wyżarta trupim jadem – że on staje się ostrożniejszy. Dwa wcześniejsze morderstwa w okolicach Lwowa, a teraz daleko, w Niemczech, we Wrocławiu… W dodatku zamaskowany kobiecym przebraniem. Na pewno panowie chcieliby zapytać, czy to jest możliwe, aby człowiek o skłonnościach pederastycznych mógł zgwałcić kobietę. Ja jestem zdania, że wiele tu mówi słowo „skłonności”. Być może on uprawia akty dwojakiego rodzaju, jest ich biernym lub czynnym uczestnikiem. W tym drugim wypadku może być normalnym mężczyzną, w pierwszym: może jest tylko beznamiętnym i pasywnym obiektem, który znalazł sobie taki, a nie inny sposób zarobkowania. Na pewno ma ponad normalne potrzeby płciowe. Być może były z nim jakieś perturbacje moralne, w szkole, w bursie, w domu akademickim… To tyle ode mnie.

– Dziękuję bardzo, doktorze. – Popielski kiwnął głową Pidhirnemu, gdy ten siadał. – Oto ważne cechy poszukiwanego: śniadość, jakby cygańska uroda, silnie rozbudzona płciowość i skłonności pederastyczne. W porozumieniu z inspektorem Zubikiem przydzielam panom zadania. Środowisko mężczyzn o gustach greckich spenetruje pan aspirant Stefan Cygan. – Popielski skrupulatnie wymieniał tytuły i nazwiska, bo wiedział z doświadczenia, że niełatwo się zapamiętuje cudzoziemskie nazwiska, a chciał, aby Mock dobrze wiedział, z kim pracuje. – Zacznie pan od chłopców Szaniawskiego i od niektórych bywalców lokalu Atlasa. Szaniawski to znany tancerz, baletmistrz z Teatru Wielkiego – wyjaśnił Mockowi. – Wokół niego jest sporo takich odmieńców, a oni, jeśli już gdzieś są w jakiejś większej gromadzie, to u Atlasa. To tam przychodzą literaci, artyści, a wśród nich czasami pederaści. Atlas to najczęściej…

– Miejsce ich rendez-vous – dokończył Zaremba i zwrócił się z uśmiechem do Cygana. – No, no, Stefciu, ty uważaj na siebie w tym Atlasie. Jesteś taki ładniutki, szczuplutki… To dla nich łakomy kąsek… Jak precli…

Wszyscy z wyjątkiem Mocka i Zubika zachichotali. Aspirantowi Cyganowi, smukłemu, młodemu szatynowi w szaliku wokół szyi, nie było wcale do śmiechu. Obruszył się pogardliwym prychnięciem na insynuacje Zaremby.

– Tak, tam się umawiają. – Popielski wrócił do swojego wątku, poganiany surowym spojrzeniem naczelnika. – Pan aspirant Walerian Grabski zajmie się najpierw aktami w obyczajówce naszych dwóch komend, miejskiej i wojewódzkiej. A potem pójdzie tropami znalezionymi w aktach i przepyta dyrektorów oraz woźnych, zwłaszcza woźnych, bo oni wszystko wiedzą!, burs męskich i akademików.

Grabski, niewysoki i otyły, o wyglądzie poczciwiny, mrużył oczy przed dymem z papierosa i zapisywał w notesie polecenia Popielskiego. Jego nijakość i brak jakichkolwiek wyraźnych właściwości predestynowały go do pracy w charakterze tajnego wywiadowcy i zmyliły już niejednego złoczyńcę.

– Środowisko żydowskie w poszukiwaniu śniadego bruneta odmieńca zinfiltruje pan aspirant Herman Kacnelson – kontynuował komisarz. – Proszę nie zapomnieć, panie aspirancie, również o naszych Ormianach oraz o uchodźcach z sowieckiej Armenii i Gruzji. Dyrektor kryminalny Eberhard Mock, komisarz Wilhelm Zaremba i ja odwiedzimy wszystkie sierocińce i szkoły w województwie.

– Przepraszam, że się wtrącam. – Doktor Pidhirny zerwał się jak sprężyna. – Ale zapomniał pan, panie komisarzu, o Rusinach.

– O kim? – zapytał zdziwiony Mock.

– Rusini. – Popielski starannie dobierał słowa. – To są nasi współobywatele narodowości ukraińskiej i wyznania głównie greckokatolickiego, rzadziej prawosławnego. We Lwowie i w województwach południowo-wschodnich stanowią znaczny odsetek ludności. Obecny tu doktor Iwan Pidhirny jest właśnie Rusinem.

– Rozumiem – powiedział Mock wbrew temu, co się działo w jego głowie. – Ale czy są ważni dla naszego śledztwa? Są śniadzi?

– No i widzi pan, doktorze? – Popielski roześmiał się wesoło. – Pan wszędzie doszukuje się dyskryminacji Rusinów. Nawet jeśli wśród nich nie chcę szukać mordercy. A ja po prostu wymieniam wszystkie inne narodowości, a o Rusinach nie wspominam ani słowem! Dlaczego? Dyrektor kryminalny Mock postawił bardzo dobre pytanie! Nie, panie dyrektorze Mock, śniada cera nie jest znakiem rozpoznawczym Rusinów. Nie różnią się oni niczym od nas.

– Jaka to dyskryminacja, to ja sam wiem najlepiej! -Pidhirny nie zwykł tak szybko ustępować.

– A co takiego pana spotkało? – znów zainteresował się Mock.

– Wie pan – powiedział Pidhirny – że zmuszano mnie do zmiany nazwiska na polskie. Na „Jan Podgórny”! Wykładowca uniwersytetu nie może nazywać się Iwan Pidhirny! I to ma nie być dyskryminacja!

– Niech pan nie przesadza, panie doktorze – oburzył się Grabski, mówiąc po polsku. – W końcu kilku Rusinów pracuje na uniwersytecie, choćby ten archeolog, docent Styrczuk, który walczył u Strzelców Siczowych! A ponadto…

– Panowie, panowie – przerwał mu Zubik – nie zamęczajmy dyrektora Mocka naszymi krajowymi sprawami. Panie doktorze – zwrócił się do Pidhirnego – jest pan jednym z najlepszych medyków sądowych w Polsce i bez pana ekspertyz nic byśmy nie zrobili. I to jest teraz najważniejsze, nie zaś konflikt polsko-ukraiński! Panowie, mam teraz pytanie. – Zubik poprawił się w fotelu, aż ten niepokojąco zaskrzypiał. – Po co mają panowie we trzech przeszukiwać sierocińce? W poszukiwaniu podejrzanego i jego odchyleń moralnych? Przecież tym może się zająć tylko pan

Grabski. A swoją drogą, to po co w ogóle te sierocińce?

– Dyrektor kryminalny Mock wszystko panom wyjaśni. – Popielski spojrzał na Niemca.

Mock wstał z krzesła i spojrzał na zgromadzonych. Tego mu brakowało od trzech lat. Odpraw, koncentracji, trafnych pytań, przerzucania się sugestiami przyprawionymi dyskusjami politycznymi. W Breslau już nie można było dyskutować o polityce. Można było wyznawać jedyne słuszne poglądy i czcić austriackiego kaprala. Mock odetchnął. Tak brakowało mu tego zadymionego świata narad, przekleństw i wyszukiwania tropów! W dalekim Lwowie odnalazł to, za czym tęsknił w swoim sterylnym gabinecie, gdzie dokonywał analiz informacyj i pisał bez końca raporty i sprawozdania.

– Moi panowie – mówił wolno i wyraźnie. – My nie będziemy w sierocińcach szukać śladu podejrzanego. My tam będziemy szukać śladów ofiar. Musimy je zidentyfikować, bo ten trop może doprowadzić nas do mordercy. Wczoraj przy szachach dużo o tym rozmawialiśmy z komisarzem Popielskim. Zadaliśmy sobie pytanie, dlaczego nikt nie rozpoznał zamordowanych dziewczyn mimo znakomitej rekonstrukcji ich twarzy, dokonanej przez obecnego tu doktora Pidhirnego? Dlaczego nikt nie zgłosił ich zaginięcia?

– Bo mogły być sierotami! Rzeczywiście! – wszedł mu w słowo Pidhirny. – To mogły być wychowanki jakiegoś sierocińca.

– Do roboty, panowie! – krzyknął Zubik. – Wszyscy wiemy, co mamy robić?

W pokoju rozległo się szuranie krzeseł, wertowanie kartek, zasyczały papierosy gaszone w mokrej popielnicy. Mock odetchnął pełną piersią. Tego mu brakowało. Po raz pierwszy w życiu pomyślał z wdzięcznością o Krausie, który chciał go zesłać na wygnanie, a zamiast tego obudził w nim coś, czego chyba już nikt w nim nie wykorzeni: radosne podniecenie śledczego, który na swoim sztandarze mógł wypisać hasło investigo, ergo sum, tropię, więc jestem.

Lwów, poniedziałek 25 stycznia 1937 roku,

godzina trzecia po południu

Mock, Popielski i Zaremba stali na schodach gmachu na Łąckiego i patrzyli pewnym siebie, twardym wzrokiem w fotograficzne flesze, które co chwilę omiatały ich sylwetki przeraźliwie białym światłem. Wysuwali przed siebie szczęki, wypinali piersi w stronę obiektywów, wciągali brzuchy, słowem robili wszystko, aby czytelnicy lwowskich gazet zobaczyli dziś w wieczornym wydaniu trzech wielkomiejskich kowbojów, zdecydowanych i gotowych na wiele, byleby tylko ująć ludożercę i gwałciciela dziewic.

Popielski dal znak woźnemu, który poprawił czapkę i szynel, po czym ochoczo ruszył w stronę żurnalistów i naparł na nich swym wielkim brzuchem.

– No, wystarczy, panowie, wystarczy! Koniec! Tu się pracuje! – powtarzał cieć tubalnym głosem i rozpościerał ramiona, zgarniając wszystkich w stronę obrotowych drzwi.

Nagle policjanci usłyszeli za sobą tupot damskich pantofli. Obejrzeli się i każdy z nich inaczej popatrzył na sekretarkę naczelnika: Zaremba z pobłażliwym uśmiechem,

Popielski z niepokojem, a Mock z pożądaniem. Panna Zosia zarumieniła się pod ich wzrokiem, choć w tym męskim świecie pracowała od dwóch lat i znała różne przejawy zainteresowania jej osobą – od nieśmiałych spojrzeń po zakamuflowane propozycje.

– Panie komisarzu – wyciągnęła w stronę Popielskiego kartkę – przepraszam, dopiero teraz zdążyłam to przepisać. Szef chciałby, aby pan spojrzał na depeszę, którą zaraz wyślę do wszystkich komend wojewódzkich…

– Dziękuję. – Popielski wziął kartkę i ex abrupto przetłumaczył ją na niemiecki. – Uprasza się wszystkich naczelników wydziałów policyjno-śledczych o zebranie informacji na temat mordów dokonanych ze szczególnym okrucieństwem z cechami praktyk ludożerczych. Informację prosimy przesłać na podany niżej adres. Podpisany naczelnik i tak dalej…

Popielski spojrzał na Mocka. Ten w jednej chwili z satyra zamienił się w czujnego wywiadowcę.

– Wydaje mi się – Mock zamyślił się – że coś należałoby dodać…

– Chyba wiem, o co panu chodzi, dyrektorze kryminalny. – Popielski spojrzał na Zarembę. – Odwróć się, Wilek, i zgarb się trochę! Nie ma tu pulpitu, napiszę to na twoich plecach.

– A teraz będę wielbłądem z Arabii. – Zaremba zaczął horyzontalnie poruszać szczękami, udając egzotyczne zwierzę.

Panna Zosia wybuchnęła śmiechem. Zaremba zdjął kapelusz i robił do niej głupie miny, kiedy komisarz swoim watermanem wypisywał na jego plecach dłuższą notkę.

– Uprasza się też o poinformowanie o wszelkich wypadkach pogryzień dokonanych przez ludzi, nawet jeśli nie mamy do czynienia z wypadkami śmiertelnymi, pod tym wszakże warunkiem, że obrażenia nastąpiły w okolicach twarzy. – Popielski mówił, co pisze, a następnie postawił kropkę tak mocno, że omal nie przebił stalówką papieru. – Proszę tak właśnie uzupełnić, panno Zosiu. I proszę powiedzieć naczelnikowi, że wyjaśnię mu przy okazji ten dopisek.

Panna Zosia pobiegła, prosząc, aby chwilę poczekali, a jej szczupłe zgrabne łydki migały w mroku korytarza. Mock nie spuszczał z nich wzroku.

– Hejże, dyrektorze kryminalny! – Popielski spojrzał na Mocka surowo. – Niech się pan ocknie! O taki dopisek panu chodziło?

– Tak, właśnie o coś takiego. – Mock machnął ręką, jakby odganiał osę. – Wyczytał to pan chyba w moich myślach… I dajmy już spokój z tymi tytułami, dobrze?

Mock wciąż patrzył w zamyśleniu w czeluść korytarza.

– Nikt mi nigdy nie mówił, że w Polsce są takie piękne kobiety! – Uśmiechnął się lubieżnie.

– Daj pan spokój. – Popielski zdjął melonik i przyglądał się Mockowi nieruchomym wzrokiem. – Panna Zosia mogłaby być pańską córką!

Mock również zdjął nakrycie głowy. Przeczesał kościanym grzebykiem gęste, falujące włosy. Potem poprawił swój płaszcz, naciągnął mocno rękawiczki na palce, stanął w rozkroku przed Popielskim i oparł pięści na biodrach. Był od niego niższy, ale mocniej zbudowany. Wysunął szczękę i wycedził przez zęby:

– Drogi panie, wypraszam sobie takie uwagi! Nie ma pan prawa być moralistą! To nie ja jeżdżę z dziuniami – użył polskiego słowa zasłyszanego u Zaremby – pociągiem! I nie ja chędożę je w salonce jak byk!

Popielski patrzył na Mocka długo. Musiał szybko zareagować, aby pokazać temu Szwabowi, że nie jest u siebie, że jest tutaj tylko pomocnikiem. Czeladnikiem w polskiej Policji Państwowej. Ale gdyby nie Mock i jego ustalenia, Popielski załamywałby teraz ręce nad swoją bezradnością wobec monstrum, które w Drohobyczu i w Mościskach wpełzło przez dach do pokojów zajmowanych przez panny, pozbawiło je czci, zmasakrowało ich twarze i udusiło. I to wcale nie wiadomo, jak podkreślał Mock, czy w takiej właśnie kolejności. Gdyby ten niemiecki policjant nie przyjechał tu z dalekiego Wrocławia, on sam patrzyłby codziennie rano z bólem i bezsilnością na piękną, jeszcze dziecinną twarz śpiącej Rity i zastanawiał się, kiedy jego córka stanie się ofiarą bestii. Przez głowę przelatywały mu szybkie obrazy: salonka pełna westchnień i jęków Blondi, jego dłonie zaciśnięte na jej biodrach, obrona sycylijska w szachach, doktor Pidhirny pochylony nad zwłokami zszywa twarz dziewczyny, recepcjonista w żydowskim hotelu w Mościskach szlocha rozdzierająco, Rita pali papierosa w spelunce na Zamarstynowskiej, jego dłonie zaplątane we włosach Blondi, Mock uśmiecha się znacząco, Homo sum et nil humani a me alienum esse puto. Te obrazy nakładały się na siebie i zwiastowały atak. Ale to on panował nad epilepsją, a nie ona nad nim! On był władny pozwolić jej na chwilę zaczernić i jednocześnie rozjaśnić umysł. Ale jeszcze nie teraz. Chędożył jak byk. Jak byk. Ta fraza bardzo mu się spodobała. Nagle wybuchnął śmiechem.

Muszę panu powiedzieć – oparł dłonie na kolanach i wył ze śmiechu – że to właśnie przez pana nie pochędożyłem, ile chciałem. A tyle jeszcze miałem czasu do Lwowa…

– Wciąż kursują pociągi między Lwowem a Breslau! -odparł Mock, zmrużył oczy, wysunął język i zacisnął pięść, a jego przedramię ruszało się w przód i w tył, przypominając tłok lokomotywy. – Zapraszam pana do nadodrzańskiej metropolii. W towarzystwie jakichś dwóch młodych dam z Polski! Zwiedzimy to i owo!

– Panowie, panowie! – wysyczał Zaremba. – Nie wstyd wam deprawować młodzież? Ileż wy macie lat? Łyssy, nie dokazuj!

Przed nimi stała zarumieniona panna Zosia z depeszą do ostatecznej akceptacji. Nie znała niemieckiego, ale wiedziała doskonale, co oznacza ruch przedramienia wykonany przez Eberharda Mocka.

Lwów, poniedziałek 25 stycznia 1937 roku,

godzina piąta po południu

Ulica Słowackiego tonęła w ciszy mimo pory wzmożonego ruchu ulicznego. Na miasto spadła zadymka tak gęsta, że nie można jej było przebić wzrokiem więcej niż na kilka metrów. To ona wyciszyła miejskie odgłosy. Zatykała rury wydechowe automobili i pokrywała lepką wilgocią chrapy koni ciągnących sanie. Witryny sklepów jarzyły się kolorowymi lampkami, dozorca posypywał piaskiem chodnik przed gmachem Poczty Głównej, a zdenerwowany policjant, kierujący ruchem na skrzyżowaniu, zdejmował co chwila czapkę, obleczoną ceratą, i strzepywał z niej rosnące w oczach mokre warstwy śniegu. Studenci z pobliskiego uniwersytetu czekali na tramwaj i klaskali dłońmi sinymi od zimna.

Popielski, Mock i Zaremba siedzieli w chevrolecie, który stał w długiej kolejce aut i furmanek. Milczeli i marzli, choć nie tak bardzo jak podskakująca studenteria. Każdy z nich myślał o czym innym. Wilhelm Zaremba o przepysznej leguminie, którą służąca, nie mogąc się go doczekać, już pewnie wstawiła do lekko podgrzanego piekarnika; Edward Popielski o Ricie, która za kilka dni wyjeżdżała z ciotką Leokadią na narty do Worochty, a Mock o dwóch sierocińcach, które mieli jeszcze do sprawdzenia.

Dzisiaj odwiedzili już dwa takie zakłady. Reakcje wszędzie były takie same. Najpierw przestrach na widok delegacji trzech policjantów, którzy między sobą rozmawiali po niemiecku, a potem oburzenie z powodu zadawanych pytań.

– Nie, to niemożliwe, żeby ofiara była z naszego sierocińca. Nasze wychowanki są obyczajnymi pannami i przez całe swoje dorosłe życie odwiedzają nasz zakład albo przynajmniej wysyłają nam życzenia świąteczne. Cały czas mamy ze sobą łączność.

Tak mówiła pani Aniela Skarbkówna, dyrektor Zakładu Wychowawczego im. Abrahamowiczów. Pan Antoni Świda, dyrektor Miejskiego Domu Sierot, trochę inaczej to ujął, lecz treść jego wywodów była identyczna. Popielski zareagował wtedy gniewem.

„Przecież panny te były dziewicami, podnosił głos Łysy, a zatem były obyczajne!” „Żadna przyzwoita panna nie nocuje sama w hotelu!”, tak na ogół chcieli zamknąć rozmowę szefowie instytucji dobroczynnych.

Popielski im na to nie pozwolił. Z jakąś dziką satysfakcją wypytywał ich o wychowanków wykazujących odchylenia w swej płciowości, niespokojnych, sprawiających kłopoty moralne. Tutaj oburzenie było tak gwałtowne, że policjantom nie pozostawało nic innego, jak odejść z kwitkiem.

Wycieraczka w chevrolecie zgarniała płaty śniegu. Jej guma piszczała po szybie. Para oddechów osiadała od wewnątrz na szkle. Kolorowe żarówki w sklepie z konfekcją męską Markusa Ludwiga zaczęły migotać. Popielski nasunął melonik na głowę i zamknął oczy. Mimo okularów i zaciśniętych powiek widział szybkie błyski, oświetlające eleganckie kapelusze, laski i krawaty. Zaczął się pocić. Nagle wstał, otworzył gwałtownie drzwi auta i wysiadł. Ruszył przed siebie, potykając się o grudy śniegu.

– Dokąd on poszedł? Do domu? – Mock wychylił się, ale masywna postać komisarza już zniknęła w bocznej ulicy. – Chyba niedaleko stąd mieszka? Co mu się stało? Źle się poczuł?

– On nie poszedł do domu. – Zaremba odwrócił się i spojrzał na Mocka z powagą. – Ja wiem, dokąd on poszedł. A pan nie. I długo nie będzie pan wiedział. Coś panu powiem. Aby wiedzieć o niektórych sprawach różnych ludzi, nie wystarczy zagrać z nimi w szachy.

Lwów, poniedziałek 25 stycznia 1937 roku,

wpół do szóstej po południu

Popielski zwolnił kroku, kiedy już oddalił się znacznie od automobilu. Minął swój dom i poszedł alejkami Ogrodu Jezuickiego – bardzo powoli, aby się nie pośliznąć. Jego ruchy nabrały szybkości, kiedy zdjął ciemne okulary. Słabe mruganie gazowych latarń było dla niego równie niegroźne jak chybotanie płomienia świecy lub lampy naftowej.

Szedł ulicami Mickiewicza, Zygmuntowską i Gródecką. Po drodze minął potężny gmach dyrekcji kolei, pałac Gołuchowskich i kościół Św. Anny. Przeskoczył dziurawy bruk ulicy i po chwili był na rogu Janowskiej i Kleparowskiej, na którym znajdował się szynk, zwany „na rogu Kliparoskiej i Janoskiej”. W lokalu tym groziło mu inne niebezpieczeństwo niż w „Morskiej Grocie”, gdzie sponiewierał kilka dni temu Felicjana Kościuka, zwanego Felkiem Dziąsło. Tutaj, w szynku na rogu, nie dostałby żadnego ostrzeżenia w postaci świńskiego ucha przebitego gwoździem. Tutaj byłby wyszydzony i wysmagany obelgami. Przegrałby każdą pyskówkę i kłótnię. Tutaj dostałby piwem po twarzy, a w jego melonik ktoś by nacharkał.

To wszystko spotkało go zresztą przed kilkoma laty, kiedy chcieli wraz z Zarembą zakończyć w tym lokalu jakąś nocną alkoholową rundę. Rozwścieczony, wyjął wtedy pistolet i zaczął nim wymachiwać. Śmiech był tak potężny, że Popielski od razu odczuł groteskowość całej sytuacji. Rozejrzał się po lokalu przekrwionymi oczami, zapluty melonik włożył na głowę jakiegoś najgłośniej śmiejącego się studenta i wyszedł. Próbował zemścić się później na właścicielach lokalu, ale napotkał nieoczekiwane przeszkody w referacie politycznym Urzędu Śledczego. Wytłumaczono mu, że nic złego nie może spotkać gospodarzy lokalu, w którym jest możliwe spore zagęszczenie szpiclów. Tam bowiem gromadzili się członkowie i sympatycy Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, biedni gruźliczy studenci, wściekli radykałowie i zapici przedstawiciele lwowskiej bohemy ze swoimi przechodnimi muzami.

Popielski odrzucił wspomnienia, minął knajpę i wszedł do pierwszej bramy na Kleparowskiej. Cicho stąpając, znalazł się na pierwszym piętrze. Stuknął palcem w żarówkę, która rozjarzyła się na moment słabym światłem i zaraz zgasła. Ta chwila wystarczyła jednak, żeby Popielski dostrzegł jakąś całującą się namiętnie parę. Ludzie ci stali w zagłębieniu muru, pod kolumienką, która do tego budynku pasowała równie dobrze jak gotyckie sklepienie do obory. Zapukał mocno w drzwi oznaczone numerem 3. Niebawem otworzyły się one ze zgrzytem. Stał w nich wysoki mężczyzna w długim białym płaszczu i z papierosem w dłoni.

– O, pan komisarz! – uśmiechnął się. – Dawno u nas pana nie było!

– Ale to chyba nie pierwsze dzisiaj spotkanie z policją, co, panie Szaniawski? – Popielski podał mu rękę, którą ten mocno uścisnął.

– Rzeczywiście. – Szaniawski zamknął drzwi i szybkim ruchem podłożył pod brodę wysmukłe palce, co miało oznaczać zadumę. – Był dzisiaj ten pański młody współpracownik i wypytywał o jakiegoś śniadego chłopaka. Przekazałem mu dwie informacje…

Popielski rozejrzał się po mieszkaniu Szaniawskiego, które ten od kilku lat wynajmował od właściciela knajpy na rogu. Było ono umeblowane kiczowato, ze sztucznym przepychem lwowskiego przedmieścia. Taki styl tancerz uwielbiał – szczególne upodobanie znajdował w tandetnych dekoracjach rodem z tingel-tangla i w sztucznych chryzantemach. Mieszkanie służyło mu do tajemnych spotkań z młodymi bandytami i artystami, których narajali mu różni pośrednicy. W swoim domu nie mógł tego czynić z obawy przed utratą dobrej reputacji, o której utrzymanie bardzo dbał. Szaniawski pozwalał tu nocować i przyprowadzać znajomych różnym chłopcom. Był wyrozumiały, zawsze w dobrym humorze i z pieśnią na ustach. Do momentu, aż kiedyś jeden z takich uliczników roztrzaskał mu głowę świecznikiem i go okradł. Popielski znalazł złodzieja tego samego dnia. Szaniawski, gdy już wygrał ze śmiercią w klinice chirurgicznej na Pijarów i po tygodniu ujrzał skradziony portfel, gdzie trzymał drogocenne precjozum – pierścionek swojej uwielbianej śp. mamy – poprosił komisarza o spotkanie, podczas którego cichym, łamiącym się głosem zapewnił, że jest zawsze do jego usług. Popielski szybko dał Szaniawskiemu okazję do odwzajemnienia uprzejmości. Kilka tygodni później poprosił go o udostępnienie mu mieszkania, w którym mógłby dać upust swoim, jak to określił, nieszkodliwym dziwactwom.

To dobrze, że pan udzielił informacji mojemu młodszemu koledze. – Popiełski jeszcze raz rozejrzał się po mieszkaniu i wydało mu się ono zupełnie puste. – Dziękuję w imieniu policji. Sprowadza mnie dzisiaj do pana to, co zwykle. Moje małe dziwactwo.

– Proszę bardzo. – Szaniawski wskazał palcem na drzwi, znajdujące się obok wejściowych. – Pański pokój kąpielowy jest wolny. I mój kozaczek napalił w piecu. Jakbym wiedział!

– Dziękuję – Popielski nacisnął klamkę i wszedł do ciemnego, długiego pomieszczenia z małym oknem; na środku stała wąska wanna i sporych rozmiarów waterklozet.

Od pieca biło gorąco. Zamknął drzwi i zapalił światło. Rozebrał się do naga i złożył ubranie na krześle. Następnie sięgnął po kartonik z ługiem stojący na wannie. Starannie umył jej powierzchnię, i spłukał ją. Potem zgasił światło, zasłonił okno i zapalił kilka długich, cienkich świec. Wszedł nagi do wanny, nie napuściwszy wody. I czekał.

Lwów, poniedziałek 25 stycznia 1937 roku,

godzina ósma wieczór

Mimo dotkliwego zimna Popielskiemu zamykały się oczy. Siedział w chevrolecie, który został podstawiony przez Zarembę na ulicę Zieloną, szczypał się w policzek, palił papierosy, wietrzył co chwila wnętrze – nic nie pomagało. Tak zawsze było po seansach u Szaniawskiego. Po tych granicznych i nieopisywalnych zupełnie przeżyciach, pełnych udręki, bólu i gwałtownych napięć mięśni, nachodziło nań tak głębokie odprężenie, że najchętniej wróciłby do domu i zrobił to, co lubi najbardziej: otworzył na oścież okno, a po dwóch kwadransach wpełzł pod pierzynę i rozgrzewał pościel ciepłem swego ciała. Nie mógł jednak nigdy tak postąpić, ponieważ zaśnięcie wczesnym wieczorem gwarantowało poranne przebudzenie, a to zburzyłoby jego stary tryb życia i pracy i – co więcej – naraziłoby go na ataki epilepsji spowodowane ostrym porannym światłem. Toteż zwykle po seansach u Szaniawskiego wracał do swoich codziennych policyjnych obowiązków, lecz nie wykonywał ich, jak należy. Znikała gdzieś przenikliwość myśli, był ospały i wyrozumiały dla świata.

Teraz też odpędzał senność i zmuszał się, aby nie odwracać załzawionych oczu od budynku gimnazjum żeńskiego Królowej Jadwigi przy Zielonej 8. Było to o tyle nieoczekiwane, że zazwyczaj piętnastominutowa drzemka u Szaniawskiego przedłużyła się do trzech kwadransów; wyrwał go z niej jakiś dziwny dźwięk, przypominający ni to rozruch silnika, ni to warczenie psa. Spał zbyt długo, i dlatego nie zdążył na przedstawienie żywych obrazów, w którym występowała Rita. Nie chciał wchodzić podczas spektaklu, bo na pewno by go zauważyła i nie szczędziłaby mu przy okazji jakiejś kłótni kąśliwych uwag. Nie pozostawało mu nic innego, jak tylko cierpliwie czekać, kiedy wyjdzie z przedstawienia.

Widząc gazeciarza, wysiadł z auta i kiwnął na niego. Wręczył mu pięć groszy i otworzył dodatek nadzwyczajny do „Lwowskiego Ilustrowanego Expressu Wieczornego”. Na pierwszej stronie widniała fotografia trzech asów policji. „Spółka detektywów Popielski, Mock i Zaremba prowadzi śledztwo”, głosił napis. Tak, pomyślał, to brzmi bardzo dobrze. Dobra, rytmiczna nazwa dla firmy. Popielski, Mock i Zaremba. Jakie to metrum? Wyjął watermana i zaczął na gazecie, na której osiadały rzadkie płatki śniegu, wypisywać sylaby i akcenty: Po-piel-ski-Mock-i-Za-rem-ba. Jakiś człowiek potrącił go i uchylił kapelusza, przepraszając.

Popielski, wyrwany z filologicznych rozważań, zauważył, że z gimnazjum wychodzą rodzice ze swoimi córkami. Złe wspomnienia i myśli obudził w nim widok jakiejś matki, która tuliła swoją rozpromienioną i szczęśliwą latorośl. Odprowadził je wzrokiem aż do wylotu ulicy Jabłonowskich, gdzie objęte zniknęły pośród słabego światła latarń gazowych. Oto idzie Rysia Tarnawska, szydził w myślach, prymuska w klasie Rity, najlepsza z łaciny! Ciekawe, czy to dziewczę wie, że jej dumny ojciec, inżynier Marceli Tarnawski, który ledwie mi się teraz odkłonił, siedział kiedyś przed moim biurkiem zapłakany i błagał – powołując się na wspólną znajomość z wywiadówek! – o zatuszowanie sprawy samobójstwa pewnej młodej manikiurzystki? Gazety napisały, że powodem samobójstwa kobiety, uzależnionej zresztą od kilku lat od morfiny, był zawód miłosny. Pan inżynier bał się, że przy tej okazji wypłyną na jaw jego kilkumiesięczne figle z ową manikiurzystką. A teraz wdowa Zacharkiewicz ze swoją córką Beatą, zwaną „Tyką”, udała, że go nie widzi. Jakżeż była oburzona, kiedy pomylił kiedyś klasy i usprawiedliwiał przed wychowawcą swoje spóźnienie na wywiadówkę. Trafił do sali klasy trzeciej „a”, podczas gdy Rita chodziła do „b”! „Coś niesłychanego, proszę pani”, powiedziała wdowa do swojej sąsiadki, jakoś ją tytułując, „Żeby ojciec nie wiedział, do której klasy uczęszcza jego dziecko! Nic dziwnego…” Tego Popielski jednak nie dosłyszał.

I nagle przez głowę przeszła mu straszna myśl. Tak potworna, że nie chciał sam przed sobą się do niej przyznać.

Na szczęście z budynku gimnazjum wyszła Rita, co w jednej chwili wymiotło z jego głowy wszelkie złe przeczucia. Była zarumieniona i roześmiana. Wiedział, dlaczego. Jej talent teatralny docenił nowy polonista, który od tego roku wykładał im romantyzm. Poprzednia nauczycielka, nudna i pedantyczna panna Mąkosówna, nie pozwalała Ricie uczestniczyć w szkolnych przedstawieniach teatralnych, ponieważ odbiłoby się to na jej i tak słabych wynikach w nauce. Pan profesor Kasprzak natomiast nie brał pod uwagę tak nieistotnych dla teatru szczegółów.

– Dobry wieczór, papo – powitała go radośnie Rita. – I jak się to wszystko podobało tatusiowi?

– Bardzo, moja mała. – Pocałował ją w czoło, mocno wciągając nosem powietrze.

Odetchnął z ulgą. Ani śladu zapachu papierosów.

– O, cześć, kochana Jadziu – zawołała Rita i wyciągnęła rękę do swojej przyjaciółki, która podeszła bliżej i dygnęła przed Popielskim.

Kiedy dziewczęta się pocałowały, uświadomił sobie, że Jadzia Wajchendlerówna wyszła wcześniej ze szkoły, stanęła niedaleko niego, pod okrąglakiem z gazetami, i już mu się kilkakrotnie kłaniała, ale wtedy nie zareagował. Jej osoba była dla niego wyrzutem sumienia. A wyrzutów sumienia miał już na dzisiaj dość.

– Widziałam wcześniej pana komisarza. – Jadzia uśmiechnęła się do niego. – Ale nie chciałam przeszkadzać. Był pan komisarz taki zamyślony… Jakaś kolejna fascynująca zagadka…

– Tatusiu, niech tata powie – przerwała jej Rita, ku pewnej uldze swojego ojca – która scena najbardziej się tacie podobała? No która?

Domagała się tego tonem, jaki często u niej słyszał, kiedy jako dziecko prosiła go o zabawki. Nie mogli przejść razem obok sklepu „Aptawag” na Sykstuskiej, aby nie przyklejała nosa do szyby, a potem ust do jego policzka. Nigdy nie musiała go terroryzować, tupać nogami ani padać na chodnik. Zawsze jej wszystko kupował. „Zanadto ją rozpieszczasz, Edwardzie”, mawiała Leokadia. Wtedy ranił swoją kuzynkę. „A kto ją ma rozpieszczać, jeśli nie ja? Ty bardziej kochasz bridża, książki i koncerty niż moją córkę!” Kiedy później przepraszał Lodzie, widział w oczach kuzynki błysk niepokoju, ale i pewnego rozbawienia, w jakie wprowadzał ją, jak mawiała, „ojciec zakochany do szaleństwa w córce”.

– No, tatusiu, która scena?

Popielski czuł mętlik w głowie. Przez ten przeklęty seans u Szaniawskiego nie mógł sobie przypomnieć, jakie to żywe obrazy miały być dzisiaj przedstawiane. Na pewno Matejko. Ale gdzie u niego występują młode panny?

No przecież był pan taki zachwycony – zawołała Jadzia – kiedy Marek Winicjusz odwiedził w więzieniu ukochaną Ligię!

– Ależ oczywiście! – udawał entuzjazm. – Wspaniale to zagrałaś, kochanie! Ale wiesz co? Czekam, aż zagrasz nie tylko pantomimę. Masz taki dźwięczny i piękny głos.

– Dziękuję za komplement, papo. – Rita spojrzała na drobny śnieg, który sypał w świetle latarni.

– No to co, dziewczęta? – Popielskiemu udzieliła się pogodna atmosfera. – Jedziemy na ciastka do pana Masełki?

Uśmiech Jadzi był pełen akceptacji, lecz Rita zawahała się, co oznaczało, że ta propozycja nie napawa ją zbytnim entuzjazmem. Przypomniał sobie te wszystkie wymuszone cukierniane rozmowy z córką, przerywane kłopotliwą ciszą. Wszystkie one nieuchronnie prowadziły do konkluzji: kiepskie wyniki w nauce, karygodne zachowanie, i kończyły się dąsami, a raz nawet płaczem. Wspomniał, jak wznosiła oczy, kiedy proponował jej w niedzielę wspólny wyskok do kawiarni „Europejskiej” na ptysie. „No nie, znowu!” To mówiła jej mina. I wtedy, i teraz.

– Rozumiem, jesteś zmęczona – powiedział ze sztucznych uśmiechem. – No to jedziemy do domu. Proszę, wsiądź, Jadziu, do automobilu. Podwiozę cię.

– A nie możemy wrócić same piechotą? – w oczach Rity była prośba. – Jadzia mnie odprowadzi. Proszę, papo!

– Nie. – Podszedł do samochodu i otworzył drzwi. -Proszę wsiadać.

Kiedy dziewczęta posłusznie wsiadły, Popielski zapuścił silnik i odwrócił się do tyłu.

– Muszę wam coś ważnego powiedzieć. We Lwowie jest teraz bardzo niebezpiecznie…

– To dlatego tata przyjechał na przedstawienie – wykrzyknęła Rita. – Nie dlatego, aby mnie zobaczyć, ale aby mnie niby chronić. Tak? To dlatego! Ileż to razy ja słyszałam o tych niebezpieczeństwach, które tylko czyhają na młode panny!

– Rito, jak śmiesz tak się do mnie odzywać! – powiedział zimno. – I to w dodatku przy twojej koleżance!

– Ależ, Rito – Jadzia, mówiąc to, wpatrywała się w niego wzrokiem prymuski, zawsze gotowej do odpowiedzi – przecież twój tato chce dobrze…

Popielski odwrócił się i ruszył. Dziewczęta milczały. W lusterku widział, jak Rita wpatruje się w mijane sklepy i budynki, a Jadzia czyta dodatek nadzwyczajny, który rzucił na tylne siedzenie, wychodząc z auta przed szkołą. Nie odrywała wzroku od pierwszej strony. Popielskiego przez całą drogę dręczyła jedna myśl. Minotaur mordował i gwałcił tylko dziewice. Można by uchronić Ritę przed bestią, gdyby… I tu Popielski rzucał w bok głową, aby tylko nie dopuścić do wyartykułowania tej potworności. „Gdyby nie była dziewicą”, powiedział jakiś demon.

Lwów, poniedziałek 25 stycznia 1937 roku,

godzina ósma wieczór

Aspirant Stefan Cygan siedział u Atlasa i przeklinał swój efebowaty wygląd. W tym wystawnym lokalu na rogu Rynku bywali literaci i artyści, a wśród nich także mężczyźni o zdecydowanie greckich gustach. Ci ostatni zbierali się zwykle w dni nieparzyste w Sali Szarej. Nikt o tym nigdy nie mówił expressis verbis, no, może poza policjantami, którzy nie mogli kierować się drobnomieszczańską pruderią i musieli nazywać rzeczy po imieniu. Z grona mężczyzn hołdujących greckiemu nałogowi bywali tutaj i baletmistrz Juliusz Szaniawski, i bogaty marszand, właściciel antykwariatu, Wojciech Adam, i dyrektor Banku Narodowego, Jerzy Chruśliński. Często towarzyszyły im dla niepoznaki kobiety, zawsze skore do żywej dyskusji i wygłaszające głośno niekonwencjonalne lub zgoła rewolucyjne poglądy na tematy obyczajowe. Nie-lwowiakowi, który by tu zaszedł po raz pierwszy, mogłoby się wydawać, że jest w ekskluzywnej restauracji, która jeśli już się czymś wyróżnia, to jedynie przepychem. Dopiero gdyby się przyjrzał uważnie wypomadowanym, szczupłym i wyprostowanym jak struna kelnerom, zobaczyłby, że są oni młodzi i odznaczają się niezwykłą urodą. Nie-lwowiak nie miałby pojęcia, że pracę w tej luksusowej restauracji niektórzy z kelnerów dostali za protekcją swoich zamożnych kochanków.

Aspirant Cygan był lwowiakiem od urodzenia i ani trochę się nie dziwił greckim gustom niektórych kelnerów i klientów. Od razu po wejściu napotkał aż dwa powłóczyste spojrzenia. Widział doskonale w lustrach te karesy, którymi obdarzali go i niemłody już brunet o farbowanych włosach, pijący jakiś alkohol w szerokim i płytkim kieliszku, i trzydziestoletni może mężczyzna o budowie atlety i tubalnym głosie, wychylający stopkę za stopką i zagryzający wódkę – o zgrozo! – ciastkami z kremem.

Cygan nie odwzajemniał spojrzeń ani uśmiechów, lecz spokojnie palił papierosa, pił małymi łykami zmrożoną setkę, zajadając do wódki wspaniały tatar, który doprawił sobie nadzwyczaj ostro, i cierpliwie czekał. Wiedział od Szaniawskiego, którego dzisiaj przesłuchiwał, że w jego środowisku pojawili się ostatnio dwaj młodzi mężczyźni, którzy – ze względu na swoją smagłą cerę i nadzwyczaj piękne czarne oczy – natychmiast znaleźli się na czułym celowniku niektórych bywalców Atlasa. Mówili oni – jak się wyraził Szaniawski – „mieszaniną polsko-rosyjską”, co w jego oczach, nie wiedzieć czemu, dodawało im atrakcyjności. Cygan siedział zatem przy drzwiach i wypatrywał młodych brunetów o śniadej cerze. Po godzinie czekania, które skracał sobie wódką, tatarem i lekturą tygodnika „Sygnały”, ujrzał młodzieńców odpowiadających opisowi baletmistrza. Najpierw usłyszał tupanie przed drzwiami, a potem zobaczył ich wewnątrz, jak otrzepują płaszcze ze śniegu i wręczają je szatniarzowi. Po chwili przeszli obok Cygana i usiedli pod oknem, z którego rozpościerał się widok na fontannę Adonisa. Kelner zjawił się natychmiast i odebrał zamówienie: dwie szklaneczki dżynu i szarlotka ze śmietaną.

Wraz z kelnerem do ich stolika podszedł Stefan Cygan i ukłonił się im z wielką galanterią. Usiadł, nie czekając na zaproszenie i powiedział cicho coś, co sprawiło, że obaj przestali się uśmiechać i odstawili swe szklanki na marmurowy blat.

– Policja kryminalna – powiedział słodkim głosem. -Nie będę teraz wyjmować odznaki, bo wszyscy na nas patrzą. Nasza rozmowa ma wyglądać na przyjacielską pogawędkę, zrozumiano? No to proszę podnieść szklanki do ust i ładnie się uśmiechać.

Przy stole zapadła cisza.

– Nazwiska panów? – zapytał Cygan, kiedy uczynili to, co im polecił.

– Iwan Czuchna.

– Anatol Grawadze.

– We Lwowie od niedawna?

– Od dwóch lata.

– I ja, tak jak mój drug.

– Razem panowie przybyli do naszego miasta?

– Tak, toczno. Wmiestie pryjechali.

– Skąd?

– Iz Odessy, a potem iz Stambuła.

Cygan umilkł i zastanowił się, czy któryś z nich mógł być poszukiwanym przez policję człowiekiem. Obaj byli bardzo elegancko i wytwornie ubrani. Garnitury z bielskiej wełny, diamentowe szpilki w krawatach. Nie sądził, że będą mówić tak słabo po polsku. Niemiecki celnik na granicy i dorożkarz we Wrocławiu odróżniliby język polski od rosyjskiego, zwłaszcza po śpiewnym akcencie. Ale czy na pewno? A on odróżniłby duński od szwedzkiego? Chyba nie, ale czy kiedykolwiek słyszał te języki? Nie. Lecz celnik na granicy musiał wielokrotnie słyszeć polską mowę. Ale któryś z tych Rusków mógł mówić do celnika niemieckiego po polsku. A wtedy celnik musiałby naprawdę dobrze znać język polski albo mieć muzykalne ucho, by odróżnić polszczyznę literacką od używanej przez obcokrajowca. Cygan postanowił nie liczyć na muzykalność niemieckich funkcjonariuszy i dokładnie sprawdzić znajomość polszczyzny obu przesłuchiwanych.

– Czemu zawdzięczamy ten zaszczyt, iż panowie z Odessy zechcieli odwiedzić nasz gród nad Pełtwią – zapytał elegancko i zawile i czekał na reakcję.

Obaj jak na komendę pokręcili głowami i zafrasowali się. Najwyraźniej nie zrozumieli.

– Uśmiechać się – powiedział słodkim tonem, lecz z naciskiem. – Dlaczego wyjechaliście z Odessy?

– U nas płocha – odpowiedział Iwan Czuchna. – U was łuczsze. My tam grali i tańczyli. A tu, do Lwiwa, przyjechali na scenę. I tu tańczyli i śpiewali. A potem tu zostali i poprosili naczalstwo Lwiwa, czy mogli zostać. No i dostali pozwoleństwo. No i tak, dwa lata tu są.

– A co tutaj robicie?

– Ot, co i w Odessie – wymawiał nazwę miasta z rosyjska: w „Odessje”. – Tańczym prysiudy, śpiewajem w „Bagateli” dwa raza w niedieli.

Z tańca i śpiewu nie żylibyście tak dobrze, pomyślał, i nie stać by was było na drogie ubrania i na dżyn u Atlasa, choć szef „Bagateli”, powszechnie znany pan Scheffer, nie należy do skąpców. Odwrócił się i zaraz miał odpowiedź na swoje pytanie. Ujrzał bowiem kilku mężczyzn, dla których niewielkim wydatkiem byłoby utrzymywanie tych wschodnich królewiczów.

– A w Sylwestra też tańczyliście w „Bagateli”?

– Kiedy? – Grawadze najwyraźniej nie zrozumiał.

No tak, pomyślał Cygan, u Sowietów to tylko urodziny się obchodzi. Nie mają pojęcia, że w kraju katolickim każdy dzień ma swojego świętego. Nawet ostatni dzień w roku. No nie bądź taki zajadły, zganił sam siebie, ci dwaj nie są członkami sodalicji mariańskiej.

– No, w Nowy Rok, kiedy o dwunastej pije się szampańskie! Gdzie wtedy byliście?

– Ach, szampańskie my pili na balu w „Cyganerii” -odpowiedział Czuchna. – Na którym my byli z naszymi narzeczonymi.

– Z którymś z nich? – Cygan wykonał krótki ruch głową, jakby chciał się obejrzeć do tyłu. – Który z nich może to potwierdzić?

– Nie. – Grawadze zrobił oburzoną minę. – My nie taki. My byli z diewuszkami naszymi.

– Nie okłamuj mnie, cioto! – Cygan wysunął dolną szczękę. – Bo inaczej porozmawiamy na komisariacie i wrócicie wy do tej swojej Odessy!

– My nie kłamiemy, pan połkownik. – Czuchna miał łzy w oczach. – One tiepier tańczą w „Bagateli”. Pojdiem wmiestie, pan z nimi pogada, a nawet nie wejdziemy tam, żeby wcześniej nic z nimi nie knuć.

– Tak powiadasz. – Cygan wstał, choć targała nim niepewność co do sensowności podjętej decyzji. – No to idziemy do „Bagateli”!

Powiedział to na tyle głośno, że usłyszeli to nie tylko jego rozmówcy. Kiedy wychodzili we trzech z Atlasa, odprowadzało ich kilka zazdrosnych spojrzeń i szmer głosów powtarzających wieść o najnowszym młodym przyjacielu przystojnych tancerzy.

Lwów, środa 27 stycznia 1937 roku,

godzina dziesiąta rano

Aspirant Walerian Grabski zasmucił się, kiedy wyszedł z archiwum komendy policji. Należał on do ludzi bardzo obowiązkowych, solidnych i zrównoważonych. Raz tylko w życiu opuścił go spokój – było to wtedy, gdy spotkał na swej drodze pewnego księdza katechetę. Podpadł mu kiedyś srogo za parodiowanie jego kazania rekolekcyjnego. Ksiądz, gdy przyłapał Grabskiego na tej zbrodni, stał się wobec niego surowy niczym Katon Starszy dla Kartagińczyków. Podczas gdy przymykał oczy na niewiedzę innych uczniów i promował ich wszystkich bez wyjątku tylko na podstawie własnego przekonania o ich mszalnej religijności, Grabskiego wypytywał szczegółowo o dekrety poszczególnych synodów i soborów, o poglądy Ojców Kościoła, o reformy liturgiczne i homiletyczne. Grabski uczył się tego wszystkiego na pamięć i recytował jak katarynka, ale i tak nie mógł zadowolić katechety. Po dwóch miesiącach udręki nie wytrzymał. Pewnego dnia, kiedy scharakteryzował relacje z Soboru Nicejskiego pióra Atanazego Wielkiego i Sokratesa Scholastyka, za co nie doczekał się pochwały, lecz dezaprobaty, nie wytrzymał. Podszedł do kapłana i tak go spoliczkował, że ten spadł z krzesła. W ten sposób Walerian Grabski opuścił gimnazjum klasyczne po sześciu latach nauki i omal nie trafił do więzienia. Wilczy bilet pozwolił mu jedynie na zdobycie zawodu buchaltera. Właśnie w kantorze buchalterskim na początku lat dwudziestych wypatrzył go Marian Zubik, wówczas szef referatu osobowego we lwowskiej komendzie policji. Poruszony akrybią i punktualnością buchaltera, zaproponował mu pracę w swojej jednostce. Grabski chętnie się zgodził. Potem wędrował po różnych działach, a nawet po różnych miastach, wraz z kolejnymi awansami swojego dobrodzieja. Był człowiekiem mrówczej pracy i miał szczególne upodobanie do archiwaliów. Dlatego trochę się zasmucił, kiedy – trzymając się kolejności zadań wyznaczonej przez Popielskiego – musiał zdjąć zarękawki i chroniący oczy przed kurzem daszek, opuścić archiwa policyjne i udać się na przepytywanie woźnych do internatów. Jego smutek był tym większy, że w aktach policji wszyscy mężczyźni, którzy mieli na sumieniu obyczajowe delikty, byli albo zbyt starzy na to, by udawać młodą kobietę, albo siedzieli w więzieniu, albo opuścili już dawno Lwów. Tych ostatnich było tylko dwóch i żaden z nich nie wyglądał na Cygana.

Bursa na Issakowicza była pierwszą na liście, którą precyzyjnie ułożył, począwszy od zakładów znajdujących się najbliżej gmachu na Łąckiego. Szedł powoli ulicą Potockiego i po raz nie wiadomo który gratulował sobie, że nie zdecydował się na przeniesienie do Lublina, co mu proponowano wraz z awansem. Nie oglądałby tak wspaniałych budowli – jak choćby teraz – pałacu Biesiadeckiego, stylizowanego na średniowieczną warownię – nie spacerowałby po rozległych i zadbanych parkach i nie mógłby odwiedzać swoich ulubionych lokali, ze słynną restauracją pani Teliczkowej na czele, która oferowała na śniadanie chrupiące bułki cebulaki, gotowaną szynkę z chrzanem, a skacowanemu filiżankę barszczu na „ukojenie żołądkowych humorów”.

Aspirant Grabski z żalem porzucił przyjemne myśli i zagłębił się w zadrzewioną uliczkę, gdzie stał potężny gmach bursy zwanej Domem Techników.

Pedel siedział w dyżurce, w której stała wąska kozetka, miednica i maszynka spirytusowa. Już po chwili wiadomo było, że jest charakternym, starym lwowiakiem. W odróżnieniu od właścicieli bursy, którzy dawali tu schronienie męskiej młodzieży bez względu na wyznanie czy pochodzenie, pedel nie był zbyt tolerancyjny. Z miejsca skrytykował „Rusinów zapieczonych, którym państwo daje tu spanie, a oni nic nie robią, tylko knują coś na Polskę”. To określenie nie przysporzyło mu przychylności Grabskiego, który powinien być pokazywany na wszystkich naradach komendantów wojewódzkich jako okaz całkowitej i absolutnej apolityczności, wymaganej przecież przepisami od policjantów.

Aspirant już po chwili wiedział, że pedel jest tak wrogo nastawiony do Ukraińców, że na pytanie o jakieś skrzywienia moralne na pewno odpowie, że wszyscy wychowankowie bursy tegoż pochodzenia mają wybujałą płciowość i popełniają po kilka razy dziennie grzech nieczystości. Postanowił jego wrogość wykorzystać.

– Hej, panie obywatelu! – powiedział groźnie. – A wie pan, że w tej chwili popełnia pan wykroczenie?

– A jakie to niby? – Pedel skulił się.

– Wie pan, że przed przedstawicielem prawa, właśnie tak!, przed funkcjonariuszem państwowym, sieje pan nienawiść narodowościową?

– Ja wcale nie… Jak ich nawet lubię, tych Rusinów… Niejedyn z nich to szac chłopaka!

– No, a wie pan, że ja sam jestem Rusinem? – Grabski zrobił srogą minę i założył na nos binokle.

– Nu, ja nic… Nic… – Woźny był najwyraźniej zakłopotany.

– No dobrze, dobrze, panie… panie…

– A Źrebik ja jestem, Józef na chrzcie mi dali…

– No, panie Źrebik – aspirant pogroził mu palcem – żeby mi to było ostatni raz! Niech pan nie mówi nic, tylko szczerą prawdę!

– Jawol, panie komisarzu. – Stary najpewniej służył za Franciszka Józefa, bo stuknął obcasami w swej dyżurce.

– No to teraz niech pan mi powie, bo pan to wie najlepiej, panie Źrebik. – Grabski pochylił się nad pedlem. – Jak się zachowują ci studenci i uczniowie rusińscy. I nie tylko rusińscy… Polscy, żydowscy, może jeszcze inni… Wie pan, o co mi chodzi… Dziewczynki i takie inne sprawy…

– Ja nikogo tu nie wpuszczam, panie komisarzu. – Źrebik zrobił urażoną minę. – Nikogo obcego! Jestem stary feldfebel i słucham zwierzchności!

– To bardzo dobrze, to się chwali. – Wyciągnął do pedla prawicę. – Niech uścisnę rękę tak dobrego funkcjonariusza państwowego. Ja jestem też niejako pańską zwierzchnością. Ale łagodną i wyrozumiałą…

Źrebik aż pokraśniał z zadowolenia, kiedy podawał rękę Grabskiemu, a ten szykował się do zadania trudniejszych pytań.

– No niech mi pan powie jedną rzecz. Przecież to są młodzi mężczyźni, oni potrzebują kobiecego towarzystwa, wie pan, ja w ich wieku to dnia nie mogłem wytrzymać, żeby… No wie pan…

– Panie komisarzu, myśmy to takiego w wojsku mieli, za kowala robił w Sanoku, co jak rano wstawał, to wiaderku z wodą mógł na zbóju nosić! Tak mu stał!

– No widzi pan. – Grabski roześmiał się szczerze. -Myśmy wszyscy tacy… Z niewiastami trudno, ale bez nich jeszcze gorzej…

– Ja tu zawszy mojej Mani mówię…

– No widzi pan… A tutaj te chłopaki… Żaden z nich na dziunie nie wyskoczy, bo może go nie stać, bo za drogie, prawda, panie Źrebik?

– Ni zichyr. Jedna dziunia kosztuji tyli, co niektórzy czasym na miesiąc maju…

– No to co? Zdarza się chyba, że oni… Wie pan, co mam na myśli… Muszą sobie ulżyć…

– A zdarza, si zdarza – westchnął pedel. – Nieraz to taki kolejki do wychodka, że aż strach, bo jedyn taki owaki zajął kibel na dłużyj… Nu to co un tam robi, jak nie wali kapucyna…

Aspirant przez chwilę się zastanawiał, czy zadając najważniejsze pytanie, nie odwołać się do doświadczeń wojskowych rozmówcy. Uznał jednak, że wprowadzenie typu: „Panie Źrebik, zna pan życie, no to ja pana zapytam wprost…”, może urazić starego, jeśli poczułby się posądzony o skłonności pederastyczne.

– A zdarzało się, żeby wzajemnie sobie robili zadość? – Grabski zadał najważniejsze pytanie bez wstępów. – To się rzadko zdarza, ale się zdarza…

Źrebik ku zaskoczeniu Grabskiego nie żachnął się wcale ani nie zapałał świętym oburzeniem. Jedynie ściszył trochę głos.

– A był tu taki. – Pedel spojrzał uważnie na policjanta spod nastroszonych brwi. – Wyjątkowo na kulegów zajadły. Tu nie Rusin, to rychtyg nasz ze Zdołbunowa. Syn… Żal to mówić, ali to syn pulicaja. Nocą na stryszku chodził i namawiał młodych ze sobu chodzić… On jedyn, inszego nie pamiętam.

– Jak się nazywa ten wychowanek? Ile ma lat? I co teraz robi?

– A to ja już muszy sprawdzić – powiedział pedel i wyciągnął zatłuszczony zeszyt. Poprzewracał kartki i jedną z nich przygwoździł żółtym od nikotyny palcem. – On, mam tegu… Zając Antoni, rocznik dziesiąty…

– Tysiąc dziewięćset dziesiąty, tak? No to ma teraz dwadzieścia siedem lat.

– Tak, tak by to było.

– A co robi, gdzie pracuje?

– Tego to nie wim. Studiował prawo, taki syn, i gdzieś się wyprowadził. Z pięć lat będzi. Nic więcej nie wim.

– A jak on wyglądał?

– A nieduże to było, ale silne, żylaste…

– Brunet, blondyn…

– A czarny…

– Ładny był?

– A bo ja wim? – Źrebik się zamyślił. – Czy to ja wim, kiedy jedyn z drugim ładny czy brzydki?

Grabski, kiedy już znalazł się na odśnieżonym chodniku, świeżo posypanym piaskiem, poczuł dawno nie-odczuwany dreszcz emocji i zrozumiał, że jego żal za archiwaliami jest śmieszny i niewytłumaczalny.

Lwów, środa 27 stycznia 1937 roku,

południe

Aspirant Herman Kacnelson nie był zachwycony zadaniem, jakie otrzymał. Wiele już razy próbował wytłumaczyć naczelnikowi Zubikowi, że sam fakt żydowskiego pochodzenia nie predestynuje go bynajmniej do pracy – jak to mawiał jego szef – „na odcinku mniejszości narodowe”. Kacnelson pochodził z dawno zasymilowanej żydowskiej rodziny, której przedstawiciele od dwóch pokoleń byli lwowskimi prawnikami. Ich stosunek do religii mojżeszowej był – delikatnie mówiąc – dość oziębły, podczas gdy do socjalizmu i niepodległości Polski – wręcz entuzjastyczny. Kacnelsonowie mówili wyłącznie po polsku i nosili tylko polskie imiona. On sam otrzymał wyjątkowe w rodzinie imię „Herman” na pamiątkę po pewnym austriackim oficerze, który pod Sadową uratował życie jego dziadkowi i którego portret wisiał w ich salonie obok portretu najjaśniejszego pana, Franciszka Józefa. Imię „Herman” było zresztą bardzo rozpowszechnione wśród polskich Żydów i aspirant z tego właśnie powodu szczerze go nienawidził, gdyż uważał je za nieznośne piętno żydowskie, za niepotrzebny balast, niegodny nowoczesnego człowieka, który sam decyduje o swojej przynależności narodowej. Nie mógł go jednak zmienić w obawie przed wydziedziczeniem, bo właśnie tak pewnie zareagowałby jego ojciec, gdyby dowiedział się o takim pomyśle. Nic zatem dziwnego, że zadania „narodowościowe”, przydzielane zasymilowanemu aspirantowi przez naczelnika, ten wykonywał niechętnie i czekał na lepsze czasy, kiedy jego szefem zostanie – w co głęboko wierzył – komisarz Edward Popielski, który doceniał jego talent śledczy, a nie dbał o pochodzenie narodowe.

Rozmowy z przedstawicielami religijnych środowisk żydowskich, w których pieczy leżały bursy, napawały go niechęcią. Widząc brudne salki modlitw przy synagogach, chłopców kiwających się w chederowych ławkach, wyświechtane chałaty i jarmułki starozakonnych oraz peruki pobożnych Żydówek, słuchając wywodów w nieznanym mu jidysz, czuł, że się cofa w mrok nieznanego świata, a jego logiczny i racjonalny umysł, wyćwiczony na nieukończonych studiach politechnicznych, zalewają męty jakichś odwiecznych zabobonów.

Z ulgą zatem odhaczył w swym policyjnym notesie wszystkie instytucje religijne, oferujące niezamożnej młodzieży mojżeszowej dach, wikt i opierunek. Było ich raptem kilka i wszędzie na swoje pytania uzyskiwał podobne negatywne odpowiedzi. Nikt ze zwierzchności sierocińców żydowskich nie chciał nawet słyszeć o tym, że w ich internacie mógłby się znajdować jakiś meszuge, który popełniałby grzech Onana lub – nie daj Boże! – sodomitów. Herman Kacnelson – mimo braku jakiegokolwiek tropu – odetchnął z ulgą, odprawił swojego dalekiego kuzyna, którego zatrudniał jako tłumacza z jidysz, i udał się do świeckich żydowskich zakładów wychowawczo-noclegowych.

Pierwszym z nich był Dom Sierot Żydowskich przy placu Strzeleckim. Po dłuższej chwili został dopuszczony przed oblicze jego dyrektora, pana Wolfa Tyśminicera. Policjant przedstawił się, wyjął notes i ołówek, po czym z ciężkim westchnieniem rozpoczął kolejne przesłuchanie. Zadał kilka pytań i poczuł, że jego tętno zaczyna żwawiej bić. Po kwadransie rozmowy Herman Kacnelson przestał przeklinać inspektora Mariana Zubika za to, że ten przydziela mu wyłącznie „żydowskie zadania”.

Lwów, poniedziałek 25 stycznia 1937 roku,

godzina dziewiąta wieczór

Aspirant Stefan Cygan wraz z dyrektorem restauracji i dancing-klubu „Bagatela”, Wasylem Pohorylcem, szedł labiryntem wąskich korytarzyków, jakie znajdowały się na tyłach tego znakomitego i znanego lwowskiego lokalu. Za nimi dreptali Czuchna i Grawadze. Nie mógł ich zostawić na zewnątrz w obawie, by któryś nie zatelefonował na zaplecze do „dziewuszek” i nie ustalił szybko wspólnej wersji. Wszyscy czterej zatrzymali się przed drzwiami z napisem „Garderoba”, których górny róg był ozdobiony kwiatkiem z bibuły.

– To tutaj – powiedział dyrektor Pohorylec. – Wraz z innym tancerkami przebierają się tu panna Stefcia i panna Tunia z naszej rewii. Ale usilnie upraszam pana aspiranta o pośpiech. Obie panny zaraz występują na scenie! A teraz niech sam pan aspirant spojrzy, jakie u nas tańczą śliczne dziewczyny. Może to zachęci pana aspiranta do odwiedzenia naszego lokalu? Nigdy pana aspiranta u nas nie widziałem!

A szkoda, wielka szkoda… Proszę posłuchać, jak na górze ładnie śpiewają!

Powiedziawszy to, dyrektor lokalu wskazał palcem na sufit. Z pomieszczenia nad nimi wyraźnie słychać było słowa skocznej piosenki:

Hulaj braci, fajnu.
Gdy harmonia gra.
Bier baby pod pachi,
Bóg ci zdrowia da.
Wszendzi braci hulaj,
Gródyk, Kliparów,
Pu sali katulaj,
Ni majak nasz Lwów.

Pohorylec pokiwał głową, jakby potwierdzał słowa piosenki, i otworzył bez pukania drzwi garderoby. Z pomieszczenia dobiegł śmiech i okrzyki udanego przestrachu. Cygan spojrzał surowo na Czuchnę i Grawadzego, którzy stali w niszy prowadzącej do toalety.

No już – warknął. – Nie ruszać się z tej dziury i czekać na mnie!

– A ja już pójdę, panie aspirancie – powiedział Pohorylec. – Wie pan aspirant, obowiązki czekają, teraz pełnia karnawału, usilnie upraszam o pośpiech…

Cygan powstrzymał się od zwrócenia uwagi dyrektorowi, że jego gadanina jest zupełnie czcza, skinął głową, wszedł do garderoby i zamknął za sobą drzwi.

Policjant miał już lat dwadzieścia osiem, był od niedawna zaręczony i nie pamiętał dobrze czasów, kiedy gimnazjalistę Stefcia Cygana niepokoiły erotyczne sny i marzenia o tancerkach z tingel-tangla. Ten niepokój i fantazje teraz powróciły. Widok tuzina półnagich kobiecych ciał, falbanek i pończoch, zapach perfum i pudru – wszystko to spadło na Cygana nieoczekiwanie i wyprowadziło go na moment z równowagi. W powrocie do niej nie pomagały mu bynajmniej uśmiechy, trzepotanie długimi rzęsami i zalotne, zaciekawione spojrzenia tancerek. Postanowił zastosować niezawodne remedium przeciwko płciowej ekscytacji – przypomniał sobie fotografie kobiecych genitaliów zdeformowanych przez choroby weneryczne, które oglądał na zajęciach z medycyny sądowej podczas szkolenia policyjnego w Tarnopolu. Pomogło. Spojrzał na tancerki ze sztuczną powagą.

– Które z was mają na imię Stefcia i Tunia? – zapytał.

– My. – Dwie dziewczyny, brunetka i blondynka, wystąpiły spośród innych.

– Nazwiska, nie pseudonimy!

– Ja jestem Stefania Mazur – powiedziała szczupła blondynka. – A to Antonina Kaniewska, czyli nasza Tunia. – Wskazała na swoją czarnowłosą koleżankę.

– Macie narzeczonych? – Cygan wyjął ołówek i zganił się w myślach za głupie pytanie.

– A bo to jednego, panie komisarzu? – roześmiała się w głos tancerka, która właśnie poprawiała pończochę.

– Milcz, głupia małpo! – krzyknęła do niej Stefcia i uśmiechnęła się do Cygana. – Mamy, ale przy panu komisarzu to każdy z nich słabowaty…

Plebejski komplement podziałał na Cygana elektryzująco. Przenosił wzrok ze Stefci, która oparła dłonie na wąskich biodrach i przypatrywała mu się z sympatią, na tancerkę, która rolowała pończochę na swoim kształtnym udzie.

Wyobraźnia pokonała go. Zamiast strasznych obrazów wciąż widział oplatające go lubieżne kobiece ciała. Na szczęście w garderobie rozległ się dzwonek wzywający tancerki na scenę.

– Z kim panna Stefcia i panna Tunia spędziły Sylwestra? – zapytał rozpaczliwie.

Wtedy otworzyły się drzwi i stanął w nich zaniepokojony dyrektor Pohorylec. Zza jego szczupłej sylwetki doskonale widoczni byli Czuchna i Grawadze.

– O, z nimi – krzyknęła z radością panna Tunia, wskazując palcem na obu cudzoziemców. – Z tymi ślicznymi Kozakami! Jakie oni robią piękne prysiudy!

Lwów, środa 27 stycznia 1937 roku,

godzina druga po południu

Aspirant Walerian Grabski siedział w poczekalni Banku Komercjalnego przy ulicy Legionów i wyglądał przez okno, czekając na pracującego w bankowym zespole jurystów pana Antoniego Zająca. Policjant był bardzo zadowolony ze swojego dnia pracy. Po uzyskaniu ważnej informacji od pedla Józefa Źrebika udał się natychmiast do sekretariatu Wydziału Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza. Tam leciwa kierowniczka biura, panna Eugenia Koczurówna, założyła zarękawki i przeprowadziła skrupulatne poszukiwania w studenckich aktach. Znalazła bez trudu studenta o nazwisku „Antoni Zając”, urodzonego w roku 1910. Wynotowała numer indeksu onego i przejrzała akta absolwentów. Po tych sumiennych eksploracjach, które wprawiły Grabskiego w prawdziwy urzędniczy podziw, kierowniczka oznajmiła, iż pan magister Antoni Zając ze Zdołbunowa ukończył studia prawnicze rok temu i postanowił odbyć bezpłatną roczną praktykę w intendenturze uniwersytetu. Aspirant Grabski wygłosił wyrazy podziwu dla akrybii panny Koczurówny i udał się do intendentury, gdzie dowiedział się, iż praktykant o takim nazwisku pracuje od kilku tygodni w Banku Komercjalnym.

Grabski był teraz w owym banku, stał – bardzo z siebie zadowolony – przy oknie na korytarzu prowadzącym do gabinetów bankowych jurystów i z nudów przyglądał się pracownikom odśnieżającym chodnik przed cukiernią Bienieckiego, gdzie zamierzał w nagrodę za swoje dzisiejsze sukcesy zjeść kilka ciastek z kremem.

Szczęknęły drzwi i na korytarzu rozległy się powolne kroki. Grabski odwrócił się i ujrzał zbliżającego się ku niemu młodego mężczyznę w ciemnym ubraniu. Był on niewysoki, śniady, czarnowłosy, o dużych czarnych oczach.

– Pan Antoni Zając, rocznik 1910? – zapytał.

– Tak, to ja – odpowiedział mężczyzna. – O co chodzi? Z kim mam przyjemność?

– Aspirant Walerian Grabski. – Odsłonięta odznaka policyjna zrobiła na Zającu duże wrażenie. – W jakiej bursie pan mieszkał podczas studiów?

– W Domu Techników na Issakowicza – odparł urzędnik.

Grabski uchylił kapelusza na pożegnanie i przecisnął się z trudem obok Zająca, ocierając się o jego potężny wystający brzuch.

Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,

południe

Dziękuję panu, panie Grabski, za relację – powiedział Zubik po polsku i zapalił ulubione cygaro „Patria”. – Ten Zając okazał się słoniem, a słonie nie chodzą po hotelowych rynnach…

Kacnelson i Grabski uśmiechnęli się wymuszenie, Zaremba wybuchnął szczerym i głośnym śmiechem; jedynie Mock milczał, nie zrozumiawszy ani słowa z dowcipu Zubika.

– Niedobrze, moi panowie, niedobrze – powiedział naczelnik. – Ci dwaj Ruscy mają alibi, kolejny podejrzany jest gruby, zbyt gruby, aby uprawiać akrobacje na dachu. – Tu przeszedł na niemiecki. – W sierocińcach i szkołach też nic, co zrelacjonował nam pan Zaremba. A co z mniejszościami narodowymi, panie Kacnelson? Mamy tu jakiś trop?

Herman Kacnelson skrzywił się, słysząc „mniejszości narodowe”, i opowiedział o swoich nieudanych poszukiwaniach w żydowskich środowiskach religijnych. Mimo jego kwaśnej miny koledzy słuchali w napięciu raportu, ponieważ wiedzieli, że ich „Gudłajek” – jak nazywali go po kryjomu – lubi niespodzianki tak bardzo jak szachową grę kombinacyjną i po niewinnym, niczego niezwiastującym początku nie raz i nie dwa potrafił na końcu swej relacji uderzyć prawdziwą bombą.

Po przesłuchaniu wszystkich ortodoksów – tak zawsze Kacnelson określał zaangażowanych religijnie staro-zakonnych – wziąłem na celownik świeckie bursy i te prowadzone przez żydowskie organizacje społeczne.

Dyrektor Domu Sierot Żydowskich, pan – spojrzał do notesu – Wolf Tyśminicer, podał mi interesujący trop. Dwudziestoletni mieszkaniec bursy, niewysoki i szczupły brunet o nazwisku Izydor Drescher, nader chętnie grywał role niewieście w przedstawieniach szkolnych. Po ukończeniu szkoły kupieckiej pracował w firmie drzewnej „Ingber i Wiener” i miał warunkowo mieszkać w bursie, dopóki nie znajdzie jakiegoś samodzielnego lokum. Pan Tyśminicer zastał go kiedyś pijanego na schodach bursy. Natychmiast wymówił mu miejsce. Drescher przeprowadził się na Zieloną. Wypytałem tam stróża o niego. Dowiedziałem się, że inwigilowany już nie pracuje w firmie drzewnej, lecz nadużywa alkoholu i jest artystą estradowym w pobliskiej knajpie Kanarienfogla. Przedwczoraj wieczorem obejrzałem program artystyczny pokazywany w tej spelunie. Doprawdy, było co oglądać! – Prychnął pogardliwie. – Drescher z obfitą brodą, w sukience, na scenie kręci się w kółko w żydowskim tańcu i wrzeszczy do klezmerskej muzyki: „Aj, waj!” A wokół ryczący z uciechy tłum żołnierzy i podoficerów z koszar na górze św. Jacka. Po występie podszedłem do Dreschera i przesłuchałem go szczegółowo. Nade wszystko chciałem sprawdzić, czy ta broda jest prawdziwa.

– Po co? – zapytał Zubik.

– Podejrzany odznacza się kobiecą urodą, tak? – Kac-nelson spojrzał przeciągle na naczelnika. – Gdyby miał brodę, to chyba nie zostałby we Wrocławiu porównany do kobiety, prawda?

– No i co się stało z tą brodą – dopytywał się Mock. -Urwał mu pan tę brodę?

– Coś się stało. Z moją twarzą. – Kacnelson dotknął swojego policzka, na którym widniał duży siniec. – Nie chciałem panom wyjaśniać, kiedy panowie dzisiaj pytali o siniak, bo panowie wiedzą, jak lubię niespodzianki. – Uśmiechnął się cierpko. – A zatem kiedy pociągnąłem Dreschera za jak najbardziej prawdziwą brodę, rzucił się na mnie jakiś drab, jego przyjaciel, który myślał, że chcę tancerzowi zrobić krzywdę. I dostałem fangę pod oko.

– A gdzie jest ten przyjaciel i jak się nazywa? – zapytał Mock.

– Nie wiem. – Kacnelson pogardliwie wzruszył ramionami. – Uciekł, a ja nie mogłem go zatrzymać. Akurat tego dnia nie wziąłem ze sobą broni.

Mock po każdym wygłoszonym dziś raporcie czerwieniał coraz mocniej, osobliwie na karku, a po wypowiedzi Kacnelsona jego szyja nabrała koloru purpury. Wyciągnął w górę krótkopalczastą dłoń – sygnet z onyksem błysnął – i spojrzał w oczy Zubikowi.

Bardzo proszę. – Naczelnik skinął głową. – Udzielam panu głosu!

– Dziękuję, panie inspektorze. – Mock wstał i rozejrzał się po zebranych. – Nie chciałbym panów urazić, ale żałuję, że nie ma z nami komisarza Popielskiego. Mam coś ważnego do powiedzenia, a on by to dobrze przetłumaczył…

– Nie ma go – powiedział Zubik z irytacją – bo dla niego jest za wcześnie. Świeci dziś słońce. Mógłby ulec atakowi choroby, której nikt nigdy nie widział…

– O, przepraszam pana naczelnika. – Zaremba zerwał się z krzesła. – Ja widziałem i zaręczam…

– Panowie! – przerwał mu Mock. – Przepraszam, że się wtrącam, ale nie czas na kłótnie. Czy pozwolą panowie, że wygłoszę kilka uwag krytycznych o panów pracy?

– Proszę! – Zubik obrócił się gniewnie w stronę Mocka, omal nie zrzucając z biurka przepełnionej popielnicy.

– Po pierwsze – Mock mówił już spokojnie – wszyscy z panów prowadzą samodzielne działania, a powinno się chodzić we dwóch! To policyjny elementarz! Pan Kacnelson został zaatakowany. A co by było, gdyby ten Drescher był rzeczywiście mordercą? Uciekłby razem ze swoim obrońcą, a policjant leżałby nieprzytomny gdzieś w kącie sali. Po drugie – nabrał tchu – panowie są zbyt łatwowierni i przepraszam, zbyt naiwni. Jak można iść do podejrzanego i nie wiedzieć, ani kim on dokładnie jest, ani jakie ma słabości, ani jak go można przycisnąć, by do wszystkiego się przyznał! Zaoszczędziliby panowie mnóstwo czasu, gdyby wypytali świadków o wygląd podejrzanego, czy jest chudy, czy gruby, czy ma brodę, czy też nie…

– Proszę nas nie pouczać! – warknął Zubik. – Co to znaczy „przycisnąć”? Szantażować? My nie stosujemy szantażu wobec przesłuchiwanych, my działamy zgodnie z prawem! To, co pan nam proponuje, to są jakieś… To są jakieś… Tortury – przypomniał sobie niemieckie słowo. I powiedział z naciskiem: – To są metody faszystowskie, może dobre w Niemczech, ale nie u nas, rozumie pan, szanowny panie dyrektorze kryminalny?

Zanim Mock zdołał ochłonąć i zebrać myśli po ostrej ripoście, uchyliły się drzwi i do gabinetu weszła panna Zosia. Jej widok i łagodny uśmiech podziałały kojąco na wszystkich mężczyzn. Zubik obciągnął kamizelkę na wydatnym brzuchu, Zaremba zaczął przewracać oczami, Grabski oderwał się od notatek, Kacnelson przestał masować policzek, a Mock zapomniał w jednej chwili o tym, że nie wprost został nazwany „faszystą”.

– Pukałam – powiedziała sekretarka – ale panowie byli chyba zbyt zaabsorbowani naradą i nie słyszeli. Mam ważny telegram z Katowic. Właśnie go rozszyfrowali.

– Proszę przeczytać, panno Zosiu. – Zubik przybrał władczą pozę. – A pan, panie Zaremba, niech przetłumaczy wszystko naszemu szanownemu gościowi!

– W zakładzie dla obłąkanych w Rybniku, stop, kobieta pogryziona na twarzy przez psa, stop, Maria Szynok, lat dwadzieścia, stop, twierdzi, że pogryzł ją jakiś hrabia – panna Zosia odczytała treść depeszy i spojrzała na obecnych.

– Dziękujemy pani. – Zubik nie krył rozczarowania, kiedy odbierał od sekretarki druk z podpisem policyjnego deszyfranta. – No i co, moi panowie? – Obrócił się do policjantów, kiedy już wyszła. – Który z panów ma ochotę pojechać na Śląsk, przesłuchać chorą psychicznie kobietę i dowiedzieć się, czy ugryzł ją hrabia, czy tygrys? Może pan chciałby, panie dyrektorze kryminalny Mock? Stamtąd jest tak blisko do Wrocławia…

– Nie wypędzi mnie pan stąd – odparł Mock przez zaciśnięte zęby i oparł się pięściami o blat biurka Zubika – dopóki nie znajdę tej świni! A pojadę do Katowic, bo ja nie lekceważę żadnego tropu, rozumie pan, wielce szanowny i wielce moralny panie inspektorze?

– Powinien pan powiedzieć „znajdziemy”, a nie „znajdę”! – Zubik wstał i również oparł pięści o biurko. – To nie jest pańska prywatna sprawa!

Żuchwy obu policjantów ruszały się, jakby młócili w ustach przekleństwa i obelgi. Obaj wyglądali jak goryle, które szykują się do ataku. Trwali w tej pozie dobre piętnaście sekund. Ani jeden, ani drugi nie mrugnął nawet okiem. Zapadła ciężka cisza.

Pierwszy ustąpił Mock. Odszedł od stołu, włożył płaszcz i melonik, po czym powiedział bardzo powoli:

– Tak, ma pan rację. Powinienem był użyć liczby mnogiej. „Znajdziemy” tę świnię. Ale to „znajdziemy” dotyczy mnie i jeszcze kogoś. Żadnego z panów tu obecnych! Z tym kimś znajdziemy we dwóch tego potwora i przyniesiemy tu jego głowę. Per fas et nefas. Wie pan, co to znaczy? Wnioskując z pana miny, sadzę, że pan nie wie. Ale ten ktoś będzie wiedział, bo zna łacinę.

Powiedziawszy to, Mock wyszedł z gabinetu naczelnika.

Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,

godzina pierwsza po południu

Na stole w zaciemnionym salonie stała patera z dużymi kawałkami sernika i makowca, a obok niej talerze z sałatką jarzynową, sztangielkami, przyozdobionymi grubą solą i kminkiem, i ze śledziami, owijającymi połówki jajek. Określenie poczciwej Hanny Półtoranos: „śledzie z beczki”, od lat co piątek korygował Edward Popielski, mówiąc: „Zawsze myślałem, że śledzie są z morza”. To żartobliwe poprawianie służącej należało do piątkowej tradycji domowej i wywoływało u domowników zawsze te same reakcje: u Hanny – pobłażliwe kiwanie głową, u Leokadii – lekki uśmiech, a u Rity – znudzone i pogardliwe wydęcie warg.

Dzisiaj Popielski z nikim się nie przekomarzał. Siedział przy stole w swej wiśniowej bonżurce z aksamitnymi wyłogami, w jego ustach dymił papieros w bursztynowej cygarniczce, a świeżo ogolona głowa wydzielała zapach wody kolońskiej, kupionej zeszłego dnia przez Leokadię w perfumerii „Pod Czarnym Psem”. Nie tknął ani ciastek, ani sałatki, ani ulubionych śledzi. Zastygł w osobliwej pozie dalekowidza, któremu się nie chce założyć binokli: w jednej wyprostowanej ręce trzymał jakiś list, a w drugiej gazetę, i co chwila przenosił wzrok między oboma tekstami.

Leokadia wiedziała, jaka jest przyczyna fatalnego humoru Edwarda. Był nią mały, adresowany do niego liścik z wystukanym na maszynie nazwiskiem, który ktoś około pierwszej w nocy wsunął w szparę na listy. Kuzynka położyła mu go na biurku; kiedy niosła list, czuła bijącą od koperty woń tanich perfum. Najpierw myślała, że nadawczynią jest jedna z jego dziewczynek, z którymi – w obawie przed nadszarpnięciem swej i tak wątpliwej reputacji – udawał się sleepingiem w nocne podróże do Krakowa. Odrzuciła jednak tę myśl. Po pierwsze, żadna z nich nie pisze na maszynie, a po drugie, wszystkie zdziry są ładne i mają kochanków na tyle bogatych, że używają lepszych perfum. Obawiała się, że liścik ten związany jest z jedyną tajemnicą w życiu Edwarda, której – mimo wielu zabiegów – nigdy jej nie wyjawił.

Kiedy patrzyła teraz na zachmurzonego kuzyna, który nawet nie tknął śniadania, czuła wzbierającą złość. Miała dosyć jego porannych humorów, ponurych spojrzeń przy śniadaniu, neurotycznych wybuchów i szalonej miłości do Rity, przy której udawał apodyktycznego tyrana, choć tak naprawdę był psem, skamlącym o drobne pieszczoty.Najbardziej jednak nie znosiła jego fałszywej tajemniczości. Wiedziała doskonale, że i tak jej wyjawi powód swojego dzisiejszego rozstroju, lecz najpierw się z nią trochę podroczy, porobi różne gesty i pantomimy, będzie sapać i syczeć, by w końcu wybuchnąć i wszystko opowiedzieć ab ovo. Jego reakcje i prawie wszystkie sekrety znała tak dobrze, jak bridżową rozgrywkę na przebitki. Atoli ten pachnący tandetnymi perfumami liścik wyprowadził ją trochę z równowagi. Obawiała się, że wiąże się on z czymś mrocznym i nieznanym, czego Edward jej nigdy nie powiedział i chyba nie powie. Była prawie pewna, że liścik ten ma związek z tajemniczymi wizytami w mieszkaniu tego baletmistrza Szaniawskiego, o czym powiedziała jej w magazynie sztucznych kwiatów na Halickiej sprzedawczyni, która często w tym lokum bywała w ramach, by tak rzec, obowiązków zawodowych.

Leokadia z irytacją rozrzuciła karty, które znów odmówiły ułożenia galernika, i podzieliła je na cztery odkryte kupki, a potem starannie ułożyła bridżowe rozdanie. To zwróciło uwagę Edwarda. Odłożył list i gazetę. Zapomniał na chwilę o swoim kłopocie, odkroił widelczykiem kostkę sernika i pochłonął go z wyraźną przyjemnością.

– Zobacz, Edwardzie – powiedziała, rozłożywszy karty. – Takie było wczoraj rozdanie. Asesor zalicytował jeden pik. Asesorowa spasowała. Co byś powiedział na moim miejscu? Oto moje karty – wskazała jedną kupkę szczupłą, wypielęgnowaną dłonią. – Uzgodniłbyś piki czy pokazał trefle? Jedno i drugie wątpliwe… Zaraz ci opowiem, co się stało, tylko najpierw spójrz uważnie na karty.

Leokadia nic jednak nie zdążyła opowiedzieć, a Popielski przeanalizować kart, bo zadzwonił dzwonek u drzwi. Po dziesięciu mniej więcej sekundach do salonu weszła Hanna.

Panie kumisarzu – powiedziała służąca wielce strapiona – jakiś aligancki spuchlak do pana.

– Ileż to razy Hannę prosiłem – powiedział ze złością Popielski – żeby Hanna nie wygłaszała jakichkolwiek uwag o gościach! Przecież ten pan mógł to usłyszeć!

– Ludzi ratujci! – Hanna nie poddawała się łatwo. – Ta on zichyr pu naszemu ni kapuji.

Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,

kwadrans na drugą po południu

Mock nie zrobił najlepszego wrażenia na Leokadii, co Popielski od razu zauważył. Uznał, że jego kuzynka -maniaczka bridża – jest zła, ponieważ nie mogła mu dokończyć opowieści o wczorajszych licytacyjno-rozgryw-kowych perypetiach. Niemiecki policjant nie zyskał też wiele w jej oczach, kiedy zrobił wielce zdziwioną minę, gdy Popielski mu oznajmił, że przed Leokadią nie ma żadnych tajemnic i mogą śmiało rozmawiać przy niej o sprawach służbowych. Na widok grymasu niedowierzania u Mocka kuzynka demonstracyjnie zebrała karty ze stołu i wyszła pod jakimś pretekstem. Popielski nie przejmował się jej fumami, milczał, a jego myśli znów krążyły – jakby Mock w ogóle nie istniał – wokół gazety i listu leżących na stole. Niemiec również milczał, uważnie przypatrywał się Popielskiemu i nie mógł się skupić na tym, co miał mu zakomunikować. Powodem dekoncentracji Mocka były śledzie, które uwielbiał i które mu przypominały, że od śniadania nie miał nic w ustach. Hanna postawiła filiżankę przed gościem, który jej za to podziękował szerokim, nieszczerym uśmiechem.

– Czemu zawdzięczam pańską wizytę w moich progach? – Brzęk filiżanki, stawianej na spodeczku, wyrwał Popielskiego z zamyślenia. – Coś nowego pojawiło się na naradzie u naczelnika Zubika?

– Jest taki stary zwyczaj uniwersytecki – Mock ujął szczypczykami kostkę cukru i wrzucił ją do kawy – pochodzący z czasów, kiedy studia nie były tak masowe jak dzisiaj. Student pojawiający się na nowej uczelni odwiedza w domu swoich profesorów. Dlatego jestem tu u pana.

– Och, bardzo pan łaskaw dziś dla mnie. – Popielski podsunął gościowi paterę z ciastem. – Ale to porównanie jest grubo przesadzone. Nie będę robił zalotów i nie będę panu schlebiał, że to pan jest profesorem, a ja studentem. Nie, to byłaby nieprawda. My jesteśmy sobie równi. O, widzi pan? W gazetach piszą „Spółka Popielski, Mock i Zaremba”.

– Ładnie brzmi. – Mock łakomie włożył do ust kawałek makowca. – Popielski, Mock i Zaremba…

– Nawet zastanawiałem się przez chwilę, jakie to może być metrum. – Komisarz postukał rytmicznie paznokciem w blat stołu.

– To dymetr jambiczny z kataleksą, a ostatni jamb jest anapestem – powiedział Mock, przełknąwszy kęs ciasta.

– Interesuje się pan metryką? – Na twarzy Popielskiego odbiło się zdumienie pomieszane z radością. – Ja też się tym kiedyś bardzo interesowałem, zwłaszcza niezgodnościami akcentuacyjnymi w początkach wierszy dialogowych u Plauta. Zdaje się, że jakiś wasz uczony z Breslau pisał na ten temat.

– Być może, nie wiem… – Mock zamyślił się przez chwilę. – Na studiach rozebrałem metrycznie całą Casinę i Aulularię Plauta. – Wyjął złotą papierośnicę i podsunął ją swojemu rozmówcy.

– Łącznie z partiami chóralnymi? Naprawdę? – Popielski oglądał przez chwilę niemieckiego papierosa „Juno”, po czym znów spojrzał z radością na Mocka. – Zwłaszcza te rozbiory są fascynujące! To jak opisywanie nowych roślin i owadów!

Przez chwilę obaj milczeli, uśmiechali się do siebie, a ich myśli krążyły wokół dawnych lat gimnazjalnych i studenckich, kiedy obaj kroili ostrymi ołówkami wiersze starożytnych poetów i wycinali z nich całostki czyste i krystaliczne jak równania trygonometryczne.

– Ten dymetr z naszymi nazwiskami – Mock przerwał milczenie – ładnie brzmi, ale jest nieprawdziwy. My przecież tworzymy o wiele większą grupę pod wodzą naczelnika Zubika. Jest nas razem sześciu: pan, Zaremba, Grabski, Cygan, Kacnelson i ja. Dobrze pamiętam nazwiska? To trochę za dużo. Taka duża załoga jest nieco bezwładna, działa niesprawnie… – Zaciągnął się papierosem i spojrzał uważnie na swojego rozmówcę. -

Coś panu powiem… W zaufaniu… Coś mi przyszło na myśl na dzisiejszej naradzie… My dwaj, wie pan, tylko my dwaj, musimy w tej grupie stworzyć dwuosobową brygadę do specjalnych poruczeń. Brygadę uprzywilejowaną, o wyjątkowych uprawnieniach. Tylko pan i ja.

Bez konieczności składania raportów i ciągłych narad.

To przecież strata czasu! Jeśli ktoś z pozostałych dowie się czegoś istotnego, to nam na pewno powie. Co pan o tym sądzi?

Zanim jednak zdumiony Popielski zdążył pomyśleć i wyrazić swoje zdanie, Niemiec zaczął relacjonować w porządku chronologicznym poranną naradę u naczelnika Zubika, aż doszedł do swojej z nim kłótni na temat „metod faszystowskich”. Popielski słuchał tego bardzo uważnie aż do momentu, kiedy w wypowiedzi Mocka pojawiły się liczne przykłady zastosowania metody nacisku, zwanej przez niego samego „imadłem”. Słuchał, jak wrocławski policjant ścisnął niegdyś w owym imadle pewną prostytutkę morfinistkę, i czuł, że w jego gardle wzbiera gorycz. Przypomniał sobie siebie, szantażującego w Ossolineum niewinną dziewczynę. Wszystko to ujrzał w jednej chwili: strach, zapłakane, przerażone oczy, oplutą, przedartą w pół wizytówkę obok skrzynki z rewersami. Jak podarty szkolny mundurek na miejscu gwałtu.

– Dość, panie Mock! – przerwał mu gwałtownie. -Czyżby pan, tak szeroko opisując mi owo hiperskuteczne imadło i krytykując moich współpracowników, proponował mi po cichu stosowanie metod przestępczych?! A nade wszystko niehonorowych! I to w dodatku w tajemnicy przed moim zwierzchnikiem! To niby miałyby być te nasze specjalne uprawnienia?

– Nie sądziłem, że jest pan takim służbistą. – Mock położył na blacie stołu splecione dłonie, a jego spinki przy mankietach brzęknęły cicho. – Czyżby w Polsce policjanci byli szlachetnymi rycerzami, którzy walczą zawsze z otwartą przyłbicą?

– Ma pan dzieci?

– Niestety, nie. – Mock poprawi! się nerwowo na krześle, jakby był zły na siebie za zbytnią szczerość widoczną w słowie „niestety”. – Nie rozumiem pańskiego pytania.

– A ja mam. – Popielski obie dłonie oparł na wysokim czole i zza nich patrzył na Mocka poirytowanym wzrokiem. – Siedemnastoletnią córkę. Ukochaną Ritę, którą wychowałem sam. Bez matki. I wychowałem ją bardzo źle. A teraz muszę ją chronić przed Minotaurem i przed wieloma innymi mężczyznami, którzy chcieliby z nią zrobić to, co on! No może poza zamordowaniem i zjedzeniem… Mam wybór: albo zawrzeć z panem spółkę „Popielski & Mock” i tropić bestię per fas et nefas, albo nie przejmować się śledztwem, prowadzić je opieszale, a całą moją energię poświęcić na ochranianie córki!

Popielski zaciągnął się papierosem tak mocno, jakby chciał go połknąć, i rzucił go z wściekłością na podłogę. Opamiętał się jednak, nie zdeptał niedopałka na wypastowanym parkiecie, lecz chwycił list ze stołu, zebrał nań czerwone kruszyny żaru i wsypał je do popielnicy.

– Niech pan posłucha, Mock. – Popielski usiadł, otarł pot z czoła i spojrzał w oczy swojego rozmówcy. – Wybrałem to drugie. Będę chronić moją córkę. Nie będę ścigać bestii. A teraz przepraszam, ale muszę się ubrać. Idę wkrótce do pracy.

– Bardzo szanuję pańskie uczucia rodzinne – Mock udał, że nie rozumie sugestii Popielskiego – ale zamiast odpowiedzi na moje pytanie, czy polska policja to rycerze honoru, usłyszałem o pańskich lękach przed… tragedią, jaka oby nigdy nie spotkała pańskiej córki!

– No tak, mówię dość chaotycznie… Jestem panu winien wyjaśnienie – dłoń Popielskiego klasnęła o łysinę.

– Już mówię! Otóż chwyciłem w takie właśnie imadło koleżankę mojej córki, chcąc, aby mi donosiła, co robi Rita i z kim się widuje, kiedy nie mam nad nią kontroli. Ta koleżanka, niezwykle delikatne i subtelne dziewczę, popłakała się i przeżyła wstrząs. Chciałem z niej zrobić konfidentkę, donosicielkę! Zbrukałem ją! To tak, jakbym ją zgwałcił! Oto, do czego prowadzi pańskie imadło! A teraz coś panu przeczytam!

Popielski wstał, włożył binokle i zaczął powoli tłumaczyć pachnący liścik, na który przed chwilą zgarniał żar i popiół z papierosa.

– „Szanowny Panie Komisarzu! Po ostatnim naszym spotkaniu, kiedy ujrzałam w gazecie fotografię Pana Komisarza, zrozumiałam, jak ważną społecznie misję Szanowny Pan spełnia, szukając tej bestii, która morduje i zagryza niewinne dziewice. Gazetę z Pańską fotografią schowałam do szuflady mojego sekretarzyka i zawsze tam zaglądam, kiedy się czuję przez coś zagrożona. Wtedy patrzę na Pana Komisarza i jest mi tak dobrze, tak bezpiecznie… O wiele lepiej wygląda Pan Komisarz w rzeczywistości niż na tej fotografii, ale tutaj i tak lepiej od tego otyłego pana Niemca”…

– Niech pan pokaże tę gazetę! – przerwał mu Mock. -Rzeczywiście tak grubo wyszedłem na tej fotografii?

– No… – zawahał się Popielski i podał Mockowi gazetę. – Za szczupły to pan tu rzeczywiście nie jest… Ale w rzeczywistości dużo chudszy… To taka nieudana fotografia… No dobrze, ale czytam dalej: „Po naszym ostatnim spotkaniu zrozumiałam, jakie śmieszne miałam opory przed współpracą z Panem Komisarzem i że Pańska propozycja, ba!, nawet ostre żądanie, jest dla mnie zaszczytem. Niniejszy list jest dowodem mojej zgody.

Śpieszę donieść, że Ricie może zagrażać niebezpieczeństwo ze strony naszego polonisty, pana profesora Jerzego Kasprzaka. Jest to młody nauczyciel, który nastąpił po pani profesor Mąkosównie. Jest on kierownikiem kółka dramatycznego i uważa, że Rita ma olbrzymi talent aktorski. Nieustannie jej o tym mówi i proponuje jej role w szkolnych przedstawieniach. Jest to, moim zdaniem, szkodliwe, bo odciąga ją od nauki i od ważniejszych przedmiotów. A jeszcze większa szkodliwość jest w tym, że Rita skrycie się chyba kocha w profesorze Kasprzaku. Często rozmawiają ze sobą na przerwach, co oczywiście wszystkie koleżanki komentują. Z wyrazami szacunku, Jadwiga Wajchendlerówna”.

Popielski usiadł wyczerpany na fotelu pod zegarem. Szare smugi dymu snuły się pod jasno świecącym żyrandolem. Rozpalony piec ział gorącem. Obaj byli zmęczeni i czuli się jak zagorzali gracze po całonocnej grze w karty, którzy nie mają pojęcia, że nadszedł już nowy dzień i wciąż siedzą w dymie przy zasuniętych storach. Popielski rozpiął dwa guziki koszuli i wierzchem dłoni otarł pot z głowy. Mock wachlował się gazetą.

– Niechże pan otworzy okno, drogi panie – powiedział – bo się tu podusimy od gorąca.

Popielski zdjął haczyk oberluftu i do salonu wpadło świeże, mroźne powietrze. Mock najchętniej otworzyłby cały balkon, ale, jak zauważył, było to niemożliwe, ponieważ wszystkie okna oprócz małego lufcika były uszczelnione pakułami, a ich brzegi zalepione taśmą.

– Pozwoli pan, że podsumuję. Postaram się również oddalić pańskie obawy – powiedział Mock, znów łakomie patrząc na śledzie. – Jest pan teraz bardzo zdenerwowany. Rozumiem doskonale pana zaniepokojenie tym frantem nauczycielem, choć ja sam nie mam dzieci. Ale po kolei. Najpierw sprawa tej koleżanki. Cóż, została donosicielką, bo pewnie durzy się w panu, o czym świadczą niektóre passusy tego listu. Wyrzuca pan sobie, że ją pan zepsuł? Trudno, to już się stało. Jakaś dziewczyna złamała święte więzy przyjaźni – ironia w jego głosie była bardzo wyraźna – ale dzięki temu pan kontroluje córkę. Tylko że pan ma wciąż wyrzuty sumienia. Niepotrzebnie! Ta mała Hedwig prędzej czy później sprzeniewierzyłaby się jakimś zasadom! Co ona w ogóle pana obchodzi?! Ważna jest pańska córka! Pańska krew!

Mock, wygłosiwszy swoją tyradę, uderzył pięścią w stół, aż brzęknął dzbanek z resztką kawy. Popielski odniósł wrażenie, że reakcja jego rozmówcy nie była autentyczna, lecz przemyślana i trochę wystudiowana.

– A teraz rzecz następna – ciągnął Mock. – Nie chce pan prowadzić śledztwa w sprawie Minotaura, bo nie ma pan na to czasu? Rozumiem, sam kiedyś byłem w takiej sytuacji, że nie obchodzili mnie seryjnie mordowani ludzie, bo przeżywałem silne nieporozumienia z moją pierwszą żoną. Rozumiem zatem! Cały czas musi pan przeznaczać na chronienie córki przed różnymi Minotaurami. To jasne! Ale na Boga! Niech pan działa zapobiegawczo! Niech pan usunie wszelkie obawy dodatkowe i drugorzędne, jakieś lęki o belfra uwodziciela! Niech pan po prostu ostudzi jego amory, niech pan go chwyci w imadło, a córkę niech pan odda pod opiekę jakiegoś policjanta, który nie zawaha się przed użyciem w jej obronie rewolweru albo chociaż pięści! A potem z czystym sumieniem i jasnym umysłem poświęci się pan naszej sprawie… – Mock zawahał się. – Ale teraz… Muszę jeszcze o coś pana zapytać. Przepraszam za bezpośredniość tego pytania… Czy pańskie obawy o córkę nie są przypadkiem…

Rozległo się pukanie do drzwi salonu, a po gromkim „Proszę!” Popielskiego w progu pojawiła się wysmukła sylwetka Rity, która w piątki właśnie o tej porze kończyła lekcje. Był to jej przedostatni dzień w szkole przed zimowymi wakacjami. Pod rozpiętym płaszczem miała na sobie granatowy mundurek z białym marynarskim kołnierzem, a jej kruczoczarne włosy ukryte były pod ciepłym beretem. Jeden kosmyk wymknął się spod nakrycia głowy i kręcił się jak spirala na zarumienionym od mrozu policzku. Była piękna, tak jak może być piękna młoda dziewczyna, która nie potrafi ukryć zmiennych uczuć, przenikających ją jednocześnie: od radości z powodu końca gimnazjalnego semestru, poprzez zdziwienie na widok Mocka, po lekki przestrach spowodowany chmurnym obliczem ojca. Bąknęła: „Przepraszam”, i zniknęła w przedpokoju. Mock zapatrzył się w drzwi, które za sobą zamknęła.

– No i widzi pan – widok córki rozpromienił Popielskiego – jak ja ją wychowałem? Dorosła panna, a ucieka jak sarna zamiast się grzecznie panu przedstawić! No, ale skończmy naszą rozmowę, a potem dokonam prezentacji. Coś chciał pan powiedzieć o tym, że dla rodziców ich dzieci są zawsze najpiękniejsze…

– Już nic… – Mock zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał. – To jest… Chciałem powiedzieć, że doskonale rozumiem pańskie obawy o córkę. Doskonale. Ale, ale! Wróćmy do sedna. Najważniejsze jest to, że Proponuję panu spółkę. „Popielski & Mock”. Tylko my dwaj. Jednak najpierw niech pan usunie swoje wszelkie obawy o córkę. To jest najważniejsze.

– Dobrze – powiedział twardo Popielski. – Ale zrobię to po swojemu. Po rycersku! Nie żadne imadło! Ten nauczyciel to szanowany człowiek, profesor gimnazjalny! Zrobię to, a pan, panie Mock, będzie się przyglądał moim metodom i udowodnię panu, że są lepsze od przemocy!

– No dobrze. – Mock westchnął z rezygnacją. – Ale jak pańskie metody nie okażą się trafne, stawia mi pan dużą wódkę, dobrze?

– Dobrze – odpowiedział machinalnie Popielski.

– No to co? Firma „Popielski & Mock”?

Niemiec wyciągnął do niego prawą dłoń. Komisarz wahał się przez chwilę i podjął decyzję, kierując się wyłącznie intuicją. Uśmiałby się ktoś, komu wyjawiłby, co przeważyło i skłoniło go do przystąpienia do tej osobliwej spółki. Był to sygnet Mocka, ozdobiony onyksem, podobnie jak jego własny. Należymy do jednego klubu, pomyślał Popielski, przypominając sobie scenę z salonki, kiedy się poznali. Do klubu miłośników starożytności i kobiecego ciała. „Lubię członków tego klubu”, powiedziała wtedy Blondi.

Popielski i Mock – powiedział komisarz, podając mu rękę. – To też dobrze brzmi. Jamb i anapest, o ile się nie mylę. A teraz chcę przedstawić panu moją córkę.

Popielski wyszedł, a Mock nasunął jednego śledzia z jajkiem na łyżeczkę i łapczywie go połknął, po czym odgryzł kawał sztangielki. Następnie wstał, spojrzał krytycznie na swoje odbicie w oszklonej biblioteczce i wciągnął mocno brzuch.

Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,

godzina czwarta po południu

Profesor Kasprzak poprawiał w pustym pokoju nauczycielskim wypracowania na temat Wielkiej Improwizacji Mickiewicza. Wprawiło go to w zły nastrój. Syczał złośliwie i trzaskał zeszytami. Czy te idiotki, myślał o swoich uczennicach, muszą używać zawsze stylu tak nieznośnie patetycznego, tak barokowo przegadanego! Od pół roku staram się wybić im z głowy te głupie przyzwyczajenia, które im wpoiła ta stara sklerotyczka Mąkosówna. O Reju pisały językiem Reja, a o Mickiewiczu językiem Mickiewicza! Ale ja to wyplenię! Przeczytają kilka analiz Kleinera i będą pisać takim stylem jak on!

Polonista przypominał sobie w takich chwilach swoje magisterium, które napisał o dramacie romantycznym i obronił dziesięć lat temu summa cum laude właśnie u profesora Juliusza Kleinera. Te chwalebne momenty wbijały go w wielką dumę i były – jak to stwierdził po latach – preludium do jego błyskotliwej kariery. Dzięki protekcji dyrektora Teatru Wielkiego, samego Wilama Horzycy, u którego zresztą kilkakrotnie asystował, otrzymał natychmiast po studiach, jako dwudziestotrzylatek, posadę profesora literatury polskiej w gimnazjum Królowej Jadwigi. Protekcja ta była wyjątkowo skuteczna, bo złamała opory pani dyrektor Ludmiły Madlerowej, która na wakujące miejsce najchętniej przyjęłaby jakąś starszą i stateczną osobę, nie zaś przystojnego młodzieńca, udrapowanego w płaszcz hidalga, który mógł zawrócić w głowie niejednej uczennicy. Profesor Kasprzak – ku wielkiej uldze dyrektorki – ożenił się po roku pracy w gimnazjum, a jego żona, starsza od niego przechrzczona Żydówka, w ciągu dziesięciu lat pożycia urodziła czworo dzieci. Jego osiągnięcia pedagogiczne, a zwłaszcza dramatyczne, były tak duże, że dyrektor Madlerowa zgodziła się na jego prośbę, by zawsze uczył klasy siódme i ósme, gdzie wykładał romantyzm i modernizm. Nauczyciel, aby utrzymać rozrastającą się rodzinę, podjął współpracę z kilkoma znanymi sobie reżyserami teatralnymi. Była ona na wpół tajna i polegała na dostarczaniu teatrom widowni. Kasprzak chodził ze swoimi uczennicami na spektakle – nierzadko na te same – po dwa razy w tygodniu, a inspicjenci teatralni wypłacali mu po cichu należne honorarium – złotówkę od uczniowskiej głowy. Polonista nieźle zatem profitował, cieszył się estymą i znakomitymi znajomościami w środowisku teatralnym, a ponadto wielkim poważaniem u władz oświatowych ze względu na swoją niestrudzoną aktywność pozalekcyjną, polegającą na wystawianiu kilku sztuk dramatycznych rocznie w gimnazjum Królowej Jadwigi. Te sukcesy mocno go odmieniły. Stał się butny, pewny siebie i arogancki. Poza teatrem świata nie widział i zaczął zaniedbywać swoje obowiązki nauczycielskie. Całymi miesiącami nie poprawiał klasówek i zadań domowych, na co uprzejmie, acz stanowczo zwróciła mu uwagę dyrektor Madlerowa, zaniepokojona skargami rodziców. Wtedy Kasprzak znienawidził rodziców oraz pracę nauczycielską i wypatrywał już końca roku szkolnego i najbliższych wakacji, po których czekała na niego ciepła posada w kuratorium.

Z ulgą rzucił na kupkę ostatni zeszyt z poprawioną klasówką, wiedząc, że przed nim jeszcze tylko jeden dzień pracy, a potem cale dwa tygodnie zimowych wakacyj! Poświęci je na opracowywanie koncepcji nowego przedstawienia, które – jak mu to obiecano – mimo zaangażowania aktorek gimnazjalistek będzie miało premierę na normalnej scenie teatralnej i ujrzy je cały Lwów. Ubrał się, chwycił laskę i kapelusz i wyszedł z gimnazjum, ledwo skinąwszy woźnemu.

Na Piłsudskiego wskoczył w biegu do „trójki”. Widząc surową minę konduktora, uświadomił sobie, że wskakiwanie do tramwajów nie licuje z godnością profesora gimnazjalnego. Wysiadł przy palcu Halickim i ruszył Hetmańską w stronę Teatru Wielkiego, za którym rozciągał się właściwy cel jego wędrówki – labirynt wąskich uliczek zamieszkanych prawie wyłącznie przez Izraelitów. To tu odbywały się Krakidały, pchli targ, na którym można było stracić wszystko – grając w rozmaite gry hazardowe, wśród których królowały „trzy karty” – oraz kupić wszystko: od końskiego mięsa po niełamiące się grzebienie. W piątkowe popołudnie te uliczki były jednak nieco wyludnione z powodu przygotowań do szabasu i sprawiały w zapadającym już zmierzchu wrażenie dość niebezpiecznych. Potęgowała je obecność nielicznych ponurych handlarzy, którzy nie zdołali sprzedać swojego towaru i obwiniali o to cały świat. Patrzyli spode łba na przechodniów i zwijali swoje kramy. To jednak nie zrażało profesora, był bowiem umówiony z bukinistą zwanym Nachumem Rudym, który miał od niego stałe zlecenie wyszukiwania starych wydań dramatów romantycznych i programów teatralnych. Kasprzak minął ukochany Teatr Wielki, przeszedł przez plac Gołu-chowskich i zanurzył się w wąską Gęsią. Stąd było już niedaleko do Zakątnej, gdzie Nachum miał swój stragan. Spojrzał na zegarek i przyśpieszył kroku. Wtedy usłyszał za sobą donośny głos:

– Panie profesorze! Najmocniej przepraszam pana profesora!

Odwrócił się zaskoczony i ujrzał zdyszanego mężczyznę, którego natychmiast rozpoznał. Był to komisarz Edward Popielski, ojciec jednej z jego uczennic, Rity. Mężczyzna oparł dłonie na kolanach i sapał przez chwilę. Kasprzak go nie lubił. Drażniła go jego tężyzna fizyczna, połączona ze sławą brutala, alkoholika, oraz z estymą pogromcy bandytów. Nauczyciel nie lubił go z jeszcze jednego powodu. Podejrzewał go o donoszenie dyrekcji gimnazjum. Ponadto zupełnie nie w smak mu było, iż ktokolwiek go spotyka na Krakidałach, które – z powodu hazardu, prostytucji i pokątnej sprzedaży kartek pornograficznych – nie cieszyły się uznaniem w kręgach magistrackich, do jakich aspirował.

– Najmocniej przepraszam, że ośmielam się zaczepiać pana profesora na ulicy – rozpoczął Popielski. – Byłem w gimnazjum i woźny mi powiedział, że poszedł pan profesor w stronę teatru. Pobiegłem i udało mi się go spotkać. Mam niezwykle pilną sprawę. Jestem ojcem pańskiej uczennicy, Rity Popielskiej. Poznaje mnie pan profesor?

– Słucham pana komisarza – powiedział sucho Kasprzak, spoglądając na zegarek.

– Nie zajmę wiele czasu panu profesorowi. – Popielski już się wyprostował. Górował znacznie wzrostem nad nauczycielem. – Wiem od córki, że projektuje pan profesor w najbliższym czasie wystawienie Medei Eurypidesa. Stąd mój wielki pośpiech. Żeby zdążyć przedstawić moją prośbę przed wakacjami zimowymi. Otóż upraszam łaskawie pana profesora, aby Rita nie grała w tym przedstawieniu. Aktorstwo to dla niej nagroda, a ta się jej raczej nie należy, zważywszy na jej semestralną cenzurkę. To wszystko i już nie zajmuję więcej czasu. Czy mogę liczyć na łaskawą zgodę?

Kasprzak zdębiał. Odebrało mu mowę. Nie mógł przetrawić absurdalności tego całego zdarzenia. Oto na Krakidałach zaczepia go słynny komisarz Popielski i stawia mu jakieś żądania! Rozejrzał się wokół, jakby szukał świadków tej gorszącej i groteskowej sceny. Jego oburzony wzrok opacznie jednak zrozumiał jakiś typek w starym austriackim szynelu, dźwigający koszyk, z którego wystawały główki kudłatych szczeniaków. Spojrzał on na obu mężczyzn i zapytał:

– Całuji rączki, czy paniagi szanowni winszuju sobi szczeniaczki prawi rasowy?

– Nie – warknął Popielski, bo wiedział, że nie tak łatwo odpędzić zdesperowanego handlarza na Krakidałach.

To warknięcie, to obcesowe, pewne siebie warknięcie rozdrażniło jeszcze bardziej Kasprzaka. Co? Temu łysemu kutasowi wydaje się, że wszystkim może narzucać swoją wolę? Temu degeneratowi, o którym całe miasto mówi, że współżyje z własną bliską kuzynką?

Panie komisarzu – powiedział Kasprzak z trudem opanowując irytację – to przedstawienie ma być wielkim wydarzeniem teatralnym. A wie pan komisarz, dlaczego? Między innymi dlatego, że rolę Medei zagra pańska córka. Jest fenomenalnie uzdolniona aktorsko. Powinien być pan z niej dumny!

– Mój przełożony, naczelnik Zubik, wspominał mi już kiedyś o tym przedstawieniu. – Popielski uśmiechnął się słodko. – Wiele mówi się o panu profesorze w wyższych lwowskich kręgach urzędniczych… Wiele…

– No, nie dziwi mnie to. – Kasprzak otrzepał śnieg z rękawów palta i na chwilę zapomniał o Nachumie Rudym. – Co nieco uczyniłem dla tego miasta…

– Ma pan profesor talent tak wielki – Popielski rozpływał się w zachwytach – że nawet policjanci go podziwiają, o których opinio communis mówi, że są tępi i w ogóle nie chodzą do teatru…

– No nie wiem, nie wiem – Kasprzak delektował się komplementami. – Swoją drogą ciekaw jestem, czy jacyś policjanci chodzą do teatru. Nie znam oprócz pana komisarza nikogo w tych interesujących kręgach władzy wykonawczej, a pana komisarza nigdy nie widziałem w teatrze…

– Tak wielki talent – Popielski chwycił profesora pod łokieć i odchylił głowę w zachwycie – że na pewno docenią go różne wyższe władze, z którymi mam całkiem dobre kontakty…

Kasprzak spojrzał na policjanta bardzo uważnie i milczał przez chwilę. Zastanawiał się w pośpiechu. Ewentualne poparcie Popielskiego nijak nie mogło zrównoważyć prawie pewnego sukcesu Medei. Poza tym ten typ mógłby stawiać nowe żądania, aby na przykład Kasprzak protegował tę jego głupią, choć niewątpliwie bardzo ładną gęś u innych profesorów albo aby przepuścił ją za rok na maturze. O nie! On, profesor Jerzy Kasprzak, miałby mieć jakieś konszachty z takimi policyjnymi kreaturami, które na swych rękach mają pewnie krew niejednego? Co to, to nie!

– Ona zagra w tym przedstawieniu, panie komisarzu – powiedział z mocą Kasprzak. – Bez niej będzie ono porażką. A człowiek z moją pozycją na porażkę nie może sobie pozwolić.

– Zagra – Popielski przestał się uśmiechać – jeśli jej na to pozwolę. Kto ma głos decydujący w wychowaniu mojego dziecka? Ja czy szkoła? Ojciec czy nauczyciel?

– Panie komisarzu, proszę się nie denerwować – Kasprzak zmienił ton, lecz szykował się do decydującego ciosu. – Niech się pan zgodzi na udział córki w tym przedstawieniu! Nawet pan nie wie, jak wielką wdzięczność pan sobie zaskarbi. Odzyska pan Ritę całkowicie! Ona mi wiele mówiła o panu, o swej zmarłej mamie, której nie znała…

Kasprzak urwał, widząc, jak szczęki Popielskiego poruszyły się pod napiętą skórą. Komisarz pochylił się ku nauczycielowi i szepnął mu do ucha:

– Teraz zdeprawował pan mnie, ale Rity nie zdeprawuje pan.

Popielski odszedł. Wysoko, w wyciągniętej prawej ręce trzymał melonik, a rzadki śnieg osiadał na jego łysej głowie.

Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,

godzina czwarta po południu

Eberhard Mock przecierał oczy ze zdumienia. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widział. Gdyby nie śnieg i mróz, byłby pewien, że oto znalazł się na jakimś tureckim albo arabskim targu. Brodaci Żydzi, zionący wonią czosnku, zamykali swe stragany i podtykali mu pod nos rozmaite przedmioty. Opędzanie się od natrętów za pomocą niemieckich przekleństw przyniosło skutek odmienny od zamierzonego. Przekupnie przeszli na osobliwy dialekt niemiecki i zaczęli jeszcze goręcej zachwalać swe towary.

I oto przed oczami Mocka rozpostarła się prawdziwa panorama tandety: zapalniczki, metalowe centymetry, spinki, kalendarze, osełki do żyletek, gumowe szelki, zegarki, maszynki do wiązania krawatów i do podpinania nogawek, podwiązki, pachnące mydełka i ramiączka do ubrań. Mock poczuł się całkowicie bezradny wobec handlarzy. Postanowił zatem nie reagować i pozwalał im obstępować się i dotykać. Miał nadzieję, że w końcu znudzi im się to molestowanie.

Znudziło się im szybciej, niż myślał. Po chwili nie było już wokół niego przekupniów. Spoglądał zatem teraz z jakąś fascynacją na brudne domy z hebrajskimi szyldami, psy wybiegające z bram, wrzeszczące dzieci w okrągłych czapeczkach i z długimi kosmykami włosów, zwisającymi w okolicach uszu. Teraz dla odmiany obstąpili go dwaj muzykanci, z których jeden grał na akordeonie, a drugi na mandolinie. Mimo zimna ubrani byli jedynie w marynarki, a zamiast krawatów szyje oplatały im kolorowe szaliki.

Z wąskich ulic napływały tumany mgły, zapadał zmrok, a muzykanci podchodzili coraz bliżej. Wydzielali z siebie woń alkoholu, a z ich oczu wyzierała zuchwałość. Skoczna melodia w połączeniu z mrokiem, mgłą i złymi zamiarami tych ludzi sprawiała upiorne wrażenie. Mock coś sobie nagle przypomniał. Walczyk na pustej, zardzewiałej i kręcącej się karuzeli w Breslau. A pod karuzelą zamordowane dziecko. Poczuł się nieswojo i rozejrzał się za Zarembą. I wtedy dostrzegł Popielskiego, który znikał u wylotu ulicy. Komisarz miał odkrytą głowę, a w wysoko uniesionej dłoni niósł swój melonik.

Mock rozepchnął zaskoczonych muzykantów i ruszył za człowiekiem, z którym przed chwilą rozmawiał Popielski.

Za sobą słyszał szybkie kroki zdenerwowanych i pijanych mężczyzn, lecz zaraz zagłuszył je warkot silnika. Mock obejrzał się.

Podobnie uczynił Kasprzak. I wtedy zobaczył oddalonego o kilka kroków mężczyznę średniego wzrostu, krępej i jakby kwadratowej budowy. A za nim dwóch rozwścieczonych muzykantów. A jeszcze dalej szybko biegł w śnieżnej zadymce jakiś jeszcze jeden. Wszyscy ci ludzie kierowali się w jego stronę, a wzdłuż chodnika sunął czarny samochód. Zaniepokoiło to nauczyciela, który skręcił nagle w ulicę Bóżniczą i chciał ją przeciąć szybkim krokiem.

Nie zdążył. Automobil przystanął i zablokował mu przejście. Wtedy ów kwadratowy mężczyzna zbliżył się do niego i uczynił gwałtowny ruch nogą. Kasprzak poczuł przenikliwy ból w piszczelu. Ogarnęła go niepohamowana wściekłość, że ktoś w centrum Lwowa ośmiela się napadać na niego. Nie dotknął bolącej nogi, lecz rzucił się na napastnika. Wtedy ten uniósł drugą nogę i wraził mu obcas w kolano. Kasprzak stęknął i machnął dłonią zaciśniętą w pięść. Napastnik uchylił się, a pięść profesora trafiła w dach samochodu. Wtedy otworzyły się drzwi od strony pasażera. Kasprzak schylił głowę i spojrzał odruchowo w głąb pojazdu. Wtedy otrzymał cios w potylicę, który go niemal wrzucił do auta. A potem już z bliska dostał w twarz od kierowcy. Jego usta wypełniły się krwią. Kiedy był wciągany do pojazdu za klapy paltota i krawat, trzasnęły szwy w przyciasnej marynarce. Nagle poczuł wszędzie ból, w piszczelu, kolanie, dłoni, w tyle głowy i w nosie.

– Ratunku! – wrzasnął Kasprzak. – Gwałtu! Mordują!

Wtedy usłyszał głos Edwarda Popielskiego:

– Policja! Rozejść się! Nie widzicie, że złapaliśmy smy-tracza?

Uniósł z trudem głowę i przez tylną szybę samochodu ujrzał, jak jeden z muzykantów plunął Popielskiemu pod nogi. Wtedy kierowca, który wciągnął Kasprzaka do wnętrza, narzucił pedagogowi na jego głowę jakiś śmierdzący smarem koc. Ktoś chwycił go pod pachy, wyciągnął z auta, otworzył tylne drzwi, wepchnął na kanapę, a potem ciężko zwalił się obok. Ostatnie, co nauczyciel usłyszał, to osobliwie wymówione słowo „łysy”, jakby z podwojeniem lub nawet potrojeniem głoski „s”. Wydawało mu się, że to słowo padło z ust muzykantów.

Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,

godzina piąta po południu

Chevrolet minął róg Kleparowskiej i Janowskiej i zatrzymał się. Kleparowska była oświetlona tylko nikłym światłem dochodzącym z mieszkań oraz żółtym blaskiem jednej jedynej latarni, która kołysała się w podmuchach wiatru trzy metry nad nierównym brukiem. Popielski, siedzący obok Zaremby, z niepokojem spojrzał na okna szynku. Podniesione głosy, a nawet jakieś śpiewy, potwierdziły jego obawy co do licznej frekwencji pijanej i rozpolitykowanej klienteli, która na widok policjantów natychmiast zareaguje wściekłością.

– Wiluś – zwrócił się do Zaremby – my z panem Mockiem zabieramy tego obywatela, a ty, bracie, jedź czym prędzej do domu, aby ta hałastra z knajpy nie rozpoznała naszego wozu. W domu czekaj, aż zatelefonuję. Na pewno będziesz jeszcze dzisiaj potrzebny – wskazał głową Kasprzaka, którego Mock przyciskał do oparcia kanapy – żeby gdzieś wyrzucić jego ścierwo.

Zaremba skinął głową i czekał, aż Popielski uczyni to, co zapowiedział. Komisarz wysiadł, otworzył drzwiczki, chwycił Kasprzaka za nogi i mocno pociągnął. Ten szarpnął gwałtownie rękami w kajdankach i choć zakneblowany, wydobył z siebie jakiś bulgot. Dobrze go obezwładnił, Popielski pomyślał o Mocku z pewnym uznaniem. Ten, siedząc wciąż obok Kasprzaka, podkurczył nogi, oparł stopę na ramionach leżącego obok nauczyciela i przeklinając swój brzuch, wypychał delikwenta z auta, głośno dysząc. Kiedy już prawie całe ciało Kasprzaka – oprócz głowy – spoczywało na bruku, Mock wyskoczył z auta, obszedł je dokoła i chwycił pod pachy leżącego, który rzucał się jak ryba, zawieszony między kanapą a jezdnią. Wtedy Popielski chwycił go za nogi i kiwnął głową. Na tę niemą komendę unieśli go obaj i z trudem zatargali w stronę bramy. Kiedy już wkroczyli do wnętrza budynku, Mock poczuł, że śliska skóra jego rękawiczek i materiał płaszcza Kasprzaka tracą ze sobą kontakt. Usiłował jedną ręką sięgnąć głębiej pod pachę mężczyzny, ale była to próba całkowicie nieudana.

Uderzenie głowy Kasprzaka o pierwszy drewniany schodek było głośne, jak się im zdawało, niczym mała eksplozja. Otworzyły się wtedy drzwi mieszkania na parterze. Popielski zrozumiał, że stanie się teraz najgorsze – zostaną zdemaskowani. W jednej chwili w jego umyśle pojawiła się wizja: oto stoi w gabinecie komendanta Goździewskiego i odbiera z jego rąk dymisję z dożywotnim zakazem pełnienia jakichkolwiek obowiązków państwowych. Zastygli wraz z Mockiem w oczekiwaniu na rozwój wypadków.

Tymczasem w drzwiach mieszkania stali w rozpiętych płaszczach dwaj chwiejący się na nogach mężczyźni. Jednemu z nich kaszkiet zjechał na potylicę, drugiemu druciane okulary – na czubek nosa. Obaj byli pijani.

– Ta, Józku, daj pyszczydła – wrzasnął jeden z nich.

– Ty byku krasy – odwrzasnął drugi. – Tylku nas dwóch jest na tym świeci, ty i ja!

Mężczyźni padli sobie w objęcia, a ich pijackie całusy były jak klaśnięcia dłoni o policzek. Popielski mrugnął do Mocka. Obaj chwycili pod pachy Kasprzaka i zaczęli go ciągnąć po schodach, szybko znikając z plamy światła, dochodzącego z otwartych drzwi. Kasprzak coś za-bełkotał. Ten odgłos oraz ruch na schodach nie uszedł uwagi dwóch pijaków.

– A co si dzieji? – Jeden z nich nasunął okulary na nos i wciąż się chwiejąc, starał się coś dojrzeć, wpatrując się w ciemne sylwety na schodach.

– A mój kulega fest dał du wiwatu – powiedział Popielski bałakiem – i niosy go na chawiry!

Buty Kasprzaka zadudniły o schody. Poły jego płaszcza wycierały kurz i zmiatały niedopałki. Znaleźli się na półpiętrze. Po drewnianych stopniach potoczył się urwany guzik. Zardzewiały gwóźdź, wystający z tralki, zaczepił o kieszeń spodni Kasprzaka. Mocno wdarł się w materiał i uniemożliwił dalszy transport. Szarpnęli. Nie pomogło. Pijacy wciąż spoglądali ku górze, lecz półmrok i wódka mąciły im wzrok. Popielski znów szarpnął. Usłyszał trzask materiału, lecz ciało ani drgnęło na zakręcie schodów.

– Zamykaj te drzwi! – wrzasnął ktoś ze środka mieszkania. – Bo zimno i muchi leco!

– Ta już zamykam! – Okularnik wpatrywał się w pół-piętro. – Ali trzeba tu jednemu oświecić, co kirusa kulege taszczy.

– Komu oświecić? – W knajpie rozległo się szuranie krzeseł i butów po trocinach pokrywających podłogę. – Pokaż no, kto si tam tarabani! Mozy to Tadziu? On nigdy fasonu ni trzyma!

Popielski i Mock szarpnęli. Na darmo. „Szanowany profesor gimnazjalny, skatowany przez sławnego policjanta”, takie nagłówki gazet widział już Popielski oczami wyobraźni. Na dole potężniały głosy ludzi poirytowanych zimnem dochodzącym z otwartych drzwi lokalu. „Dożywotni zakaz pełnienia obowiązków państwowych”. Poczuł jedyne w swoim rodzaju swędzenie w szczękach – znak nadchodzącej furii. Sięgnął ręką w stronę brzucha Kasprzaka i namacał pasek. Zaparł się piętą o stopień, zacisnął zęby i pociągnął. Wtedy zauważył gwóźdź, który zahaczał o spodnie profesora. Nie odczepił go. Spojrzał na Mocka ze wściekłością. Szarpnęli. Gwóźdź rozdarł materiał spodni, przebił kalesony i skórę. Jęk bólu wydostał się przez knebel. Ciało przesuwało się ku górze, a szpic gwoździa przecinał materiał i orał naskórek. Głowa Kasprzaka zadudniła na posadzce pierwszego piętra.

Na dole trzasnęły drzwi. Zapadła ciemność. Mock i Popielski ciężko oddychali, a Kasprzak znieruchomiał na ziemi. Po chwili Popielski wstał i kopnął w jedne z drzwi. Otwarły się i w smudze czerwonego światła stanął Juliusz Szaniawski. Miał na sobie bujną perukę, obcisłe majtki i sterczącą spódniczkę baletnicy. Z wnętrza mieszkania dochodził zapach tureckich kadzidełek oraz czerwone światło.

Ktoś głośno grał na gramofonie czardasza z Jeziora łabędziego.

Nie uprzedził mnie pan komisarz o swojej wizycie. -Tancerz poruszył dłonią, a dym z palonego przez niego papierosa zakręcił się w piekielnym poblasku. -Ani o swym towarzystwie… – Spojrzał obojętnie na Mocka i na człowieka z workiem na głowie, leżącego pod drzwiami. – Ale witam, witam, jak zwykle serdecznie. Pańskie gniazdko jest wolne.

Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,

godzina szósta po południu

W łazience Szaniawskiego, zwanej szumnie przez gospodarza „pokojem kąpielowym” albo „gniazdkiem Popielskiego”, paliło się światło. W wannie leżał Kasprzak w bieliźnie. Jego ubranie było zwinięte w kłębek i wepchnięte w kąt łazienki. Mock siedział na krześle, a Popielski na zamkniętym waterklozecie. Siedzieli bez marynarek, palili papierosy i wpatrywali się w Kasprzaka ciężkim, nieruchomym wzrokiem. Rękawy ich koszul były podwinięte, a krawaty – poluzowane. Było im duszno, ciężko oddychali, a przed chwilą ledwo zdołali uniknąć zdemaskowania. Patrzyli ponuro na mężczyznę w wannie. W oczach mieli złość. Nie musieli jej udawać. – Powiedziałeś, Kasprzak – Popielski mówił wolno i z naciskiem – że nie widziałeś mnie nigdy w teatrze. To prawda, bywam tam rzadko. A wiesz, czemu? Bo aktorzy za głośno krzyczą i zbyt mocno tupią na scenie. Mam kiepską wyobraźnię i jakoś nie mogę uwierzyć, że jestem na przykład w pałacu

Capulettich, gdy jakaś deska sceny tak potwornie skrzypi…

Kasprzak sprawiał wrażenie, jakby nie słyszał słów Popielskiego. Syczał i jęczał z bólu, ślinił palec i próbował nim dotknąć rany na udzie. Krew spływała na dno wanny cienkim strumykiem, kalesony wisiały w strzępach po obu stronach nogi i odsłaniały chudą, kosmatą łydkę. Niezbyt czysta skarpetka opadła na kostkę, a pod kolanem kiwała się gumowa podwiązka. Drżał, jakby znajdował się w eskimoskim igloo, a nie w gorącej łazience.

– Napiszesz list, który ci podyktuję. – Popielski uniósł klapę waterklozetu, wrzucił niedopałek do wody i pociągnął rączkę rezerwuaru. – Zachowam go sobie na pamiątkę. A kiedy się dowiem, że rozmawiasz z moją córką poza klasą, kiedy się dowiem, że wciąż chcesz ją angażować do jakichś przedstawień, kiedy się dowiem, że rozpływasz się nad jej talentem aktorskim, wtedy pójdę z tym listem do dyrektor Madlerowej. A jeśli to nie pomoże, to pokażę go w magistracie, a „Sprawiedliwość” wydrukuje go w najbliższą sobotę pod tytułem Spóźnione amory belfra. A pierwsze, co masz zrobić, to zwolnić moją córkę z gry w Medei. Powiedz, że zrozumiałeś, co mówię!

Kasprzak nie zareagował. Popielski mrugnął do Mocka, a ten wstał ciężko z krzesła i pochylił się nad wanną.

– Tak, wiem! – wrzasnął Kasprzak, patrząc na Mocka. – Wszystko zrozumiałem!

Popielski wstał, podsunął krzesło kolegi do wanny. Z wewnętrznej kieszeni marynarki Kasprzaka wyciągnął jego bilet wizytowy oraz wieczne pióro. Następnie podał mu marynarkę.

– Wytrzyj o to ręce! – mruknął – bo poplamisz wizytówkę. I pisz!

– Co mam pisać? – Kasprzak z sykiem bólu przekręcił się w wannie i zdjął skuwkę.

– Już ci dyktuję. – Popielski był tak zdumiony szybką zgodą Kasprzaka, że przez chwilę nie mógł zebrać myśli. – „Droga i kochana Rito! Nie mogę przestać o tobie myśleć. Twój talent jest ogromny i niepowtarzalny. Och! Jak marzę o dotknięciu twojej dłoni! O dotknięciu ust nawet marzyć nie śmiem, choć to tylko marzenie…”

– Od słów „choć to tylko marzenie” już się nie zmieści – w oczach Kasprzaka była gorliwość lizusa. – Poproszę o nową wizytówkę!

Popielski deliberował przez chwilę. Samo przypuszczenie o pocałowaniu Rity przez tego chudego, włochatego kozła napawało komisarza wstrętem. Wciąż swędziały go szczęki. Tej wściekłości nie rozładowała ani krew Kasprzaka, ani jego psia gotowość do spełniania wszelkich żądań. Wciąż miał przed oczami słoneczne, wrześniowe popołudnie, kiedy szczęśliwa Rita wpada do domu po pierwszym dniu w szkole i woła radośnie: „Tatku, już mnie nie uczy polskiego ta ciocia drypcia Mąkosówna, mam nowego nauczyciela, który przepięknie wykłada i kocha teatr!”. Leokadia uśmiecha się nad kartami i pyta: „A przystojny jest ten nowy polonista?”

Popielski wstał i zbliżył się do wanny. Kasprzak nawet nie jęknął, kiedy kant dłoni komisarza trafił go w szczękę. Pióro upadło na kafelki podłogi, bakelit pękł na kilka małych części.

– Taki niby jest pan przystojny, panie profesorze? – wysyczał Popielski i uniósł znów dłoń, przez którą przeszedł mu silny ból od uderzenia. – Taki niby Casanova?

Nie zdążył jednak uderzyć, bo jego przegub znalazł się w silnej dłoni Mocka. Niemiec chwycił go również za drugą dłoń i rozkrzyżował na ścianie.

– Niech się pan uspokoi, do stu piorunów! – Mock przyciskał przeguby Popielskiego i patrzył, jak pod skórą jego twarzy przesuwają się jakieś guzy. – Chce pan go zatłuc? Przecież już osiągnęliśmy cel! Mamy go w garści! W imadle, z którego nie wyjdzie aż do matury pańskiej córki! Tak działa firma Mock & Popielski!

– Jestem zdeprawowany, jestem zdeprawowany – powtarzał Popielski półprzytomnie.

– Wszyscy jesteśmy zdeprawowani! – krzyknął Mock. – Patrz, zobacz, co to znaczy prawdziwa deprawacja!

Powiedziawszy to, otworzył w ścianie klapkę, o której Popielski dotychczas nie miał najmniejszego pojęcia. Przez to małe okienko wychodzące do salonu wpadły do łazienki dym kadzidełek i dźwięki muzyki. Za okienkiem widać było współczesną Sodomę i Gomorę. Szaniawski zrzucił już z siebie majtki i tańczył na stole Taniec małych łabędziątek. Miał na sobie jedynie sterczącą spódniczkę baletnicy i perukę. Roztrącał stopami puste butelki po winie. Pod stołem trzej nadzy mężczyźni chodzili na czworakach. Każdy z nich miał pawie pióra wpięte we włosy.

Popielski osunął się na krzesło. Mock wyjął papierosa, zapalił go i podał komisarzowi. W wannie rzęził profesor Kasprzak. Mock otarł pot z czoła.

– Najwyższy czas, abyśmy napili się wódki, nie sądzi pan? – wysapał.

Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,

godzina jedenasta wieczór

Stuknęli się kieliszkami, przełknęli z przyjemnością kminkówkę Baczewskiego i zakąsili, Mock – rolmopsem, Popielski – pasztetem z borówkami. Siedzieli w lokalu dancingowym „Palais de Dance” koło Teatru Wielkiego i patrzyli na okrągły obracający się powoli parkiet, na którym tańczono figlarny dość, angielski taniec lambeth walk. Na ich stoliku stała salaterka ze „studzininą”, półmisek ze śledziami, pasztetem i szyjkami gęsimi nadziewanymi wątróbką. Z wiaderka wypełnionego lodem wynurzała się butelka szampana, a pośród talerzyków pyszniła się wysmukła i zmrożona karafka wódki.

Milczeli. Mock nie był zadowolony z tego, że Popielski odprawił dwie młode fordanserki, które się do nich przed chwilą chciały dosiąść. Ten zaś przypominał sobie – już całkiem beznamiętnie – wypadki minionego dnia: upodlenie Kasprzaka, przyjazd Zaremby do Szaniawskiego i wyrzucenie nauczyciela na rogu Rzeźni i Starozakonnej w worku na głowie, potem cztery godziny bezskutecznych przesłuchań w urzędzie policyjno-śledczym przedstawicieli mniejszości ormiańskiej i gruzińskiej, którymi Herman Kacnelson nie zdążył się zająć, zanim został pobity w knajpie Kanarienfogla, następnie wspólne z Mockiem odprowadzenie Rity i Lodzi na sleeping do Kołomyi, a potem ukłony samego pana Zehnguta, właściciela „Palais de Dance”, który zaoferował im w swoim lokalu lożę dyrektorską. Mock pierwszy przerwał milczenie.

– Napijmy się jeszcze. Mam ochotę na tę wspaniałą galaretę. – Wskazał dłonią na „studzininę”. – A bez wódki nie mogę.

– Dlaczego? – Popielski zapytał machinalnie, nie patrząc na niego. – Nie smakuje panu?

– Wręcz przeciwnie. – Mock sięgnął po butelkę. – Za bardzo mi smakuje. Ale nie chcę więcej przytyć.

– Ale co wódka ma z tym wspólnego?! – Popielski starał się przekrzyczeć muzykę.

– Mój znajomy medyk sądowy – Mock zbliżył się do ucha komisarza – doctor rerum naturalium, twierdzi, że tłuszcz jest rozpuszczany przez alkohol. I wtedy on nie idzie w brzuch, lecz gdzieś tam się rozmywa nieszkodliwie w organizmie. – Poklepał się po brzuchu i wybuchnął sztucznym śmiechem.

Popielski mu nie zawtórował. Z wysokości loży patrzył na parkiet bez najmniejszego zainteresowania, ściskał mocno w dłoni kieliszek i zataczał nim małe koła na obrusie. Mock poczuł wzbierającą złość. Nie był jednak zły na to, że ten karnawałowy wieczór ciągnie się w nudzie i upływa im na nieznośnym wspólnym milczeniu. Chodziło o coś innego. Nie mógł po prostu uwierzyć, że ten człowiek, którego prawie przyłapał w pociągu na figlach z piękną dziewczyną, wprowadził go do jakiejś pieczary sodomitów, gdzie czuł się jak u siebie w domu i gdzie miał „własne gniazdko”. Nie wiedział, jak ma Popielskiemu powiedzieć, że ich spółka nie może istnieć bez całkowitego zaufania, bez wyznania sobie nawet mrocznych tajemnic. Ale bał się jednak, że Popielski mu wyzna jakiś straszny sekret własnej płciowości, którego nie chciał znać, bo obawiał się, że zrujnuje on ich policyjną spółkę.

– Muszę coś panu wyznać. – Orkiestra przestała już grać, a Popielski patrzył w ciszy na Mocka, jakby czytał w jego myślach. – Pewną moją wstydliwą tajemnicę…

– Zapomniałem o czymś panu powiedzieć – przerwał mu Mock. – Dostaliśmy dziś telegram z Katowic. Dwudziestoletnia kobieta w szpitalu psychiatrycznym. Pogryziona na twarzy. Twierdzi, że pogryzł ją jakiś arystokrata…

– Niech mi pan nie przerywa, proszę! – Popielski wypił gwałtownie wódkę i niczym nie zakąsił. – Co nas obchodzi jakaś wariatka ze Śląska! Niech pan słucha, co chcę panu powiedzieć…

– Musimy tam jechać – Mock nie pozwalał mu dokończyć – to może być ważne!

– Niech mi pan nie przerywa, do stu piorunów! -Popielski wrzasnął i wstał, szurając głośno krzesłem ku zaniepokojeniu kelnera.

– Nic mnie, kurwa, nie obchodzi – Mock również wstał i oparł się o stół – pańska intymna zażyłość z tym ciepłym bratem Szaniawskim! On nie ma związku z naszym śledztwem! Niech pan nie będzie Hamletem, do cholery! Najpierw pan rozpacza nad jakimś belfrem, a teraz chce mi pan zdradzić swój sekret seksualny! Nie chcę, nie chcę o tym słyszeć! Niech się pan bierze do śledztwa, a nie będzie miękkim jajem!

Słowa Mocka słychać było wyraźnie w sali podczas przerwy dla orkiestry. Popielskiego ocuciła ta cisza. Oprzytomniał. Miał nadzieję, że szybkość, z jaką Niemiec wyrzucił je z siebie, uniemożliwiła ludziom ich zrozumienie, tym bardziej że najistotniejsze słowa w tej wypowiedzi było niejasne nawet dla niego samego. Orkiestra zagrała tango, a Popielski usiadł spokojnie przy stole.

– Nie zrozumiałem pana. – Wyjął papierosa „Egipskiego” i postukał nim o stół. – Co to znaczy „z ciepłym bratem”?

– Nie tak się mówiło w Austrii na pederastów? – Mock wciąż stał, lecz zmienił ton.

– Niech pan słucha. – Popielski zaciągnął się głęboko. – Za chwilę będzie pan wiedział, co mnie łączy z Szaniawskim. – Podniósł rękę, kiedy Mock znów chciał mu przerwać. – Z nim nic, ale z jego mieszkaniem wiele. Udostępnia mi łazienkę zawsze i natychmiast, kiedy tylko sobie tego zażyczę. A ja chcę tego, kiedy zbliża się mój atak. Tak, drogi panie, jestem chory na epilepsję, o czym chyba już pan wie. Ale nie wie pan, że podczas ataków miewam wizje. Korzystał pan w swej policyjnej pracy z usług jasnowidza?

– Nie, nigdy.

– Ja też nie. Nie muszę. Sam jestem jasnowidzem, choć chyba najgorszym w tym państwie. Miewam podczas ataków wizje, ale nigdy nie potrafię ich dobrze i natychmiast zinterpretować. No, przesadzam. Parę razy mi się udało. Ale najczęściej jest tak, że dopiero po jakimś morderstwie, po jakimś porwaniu, uderzam się w czoło i mówię sobie: ja to już widziałem!

Orkiestra grała, Mock milczał, Popielski odsunął kieliszek, nalał sobie wódki do szklanki i jednym łykiem wypił chyba z półtorej setki. Otarł usta i patrzył na Mocka przytomnym wzrokiem.

– Cierpię na łagodną odmianę epilepsji, panie Mock.

Lekarstwa, które zażywam, prawie zupełnie ją neutralizują. Ale kiedy chcę mieć wizje, nie biorę lekarstw i wywołuję atak. I do tego potrzebne jest mi mieszkanie

Szaniawskiego, a ściśle mówiąc: jego wanna.

Mock otworzył szeroko usta, a Popielski odetchnął z ulgą. Wykroił widelcem duży trójkąt „studzininy” i wycisnął nad nim ósemkę cytryny. Włożył do ust połówkę trójkąta i przeżuwał, przymknąwszy z błogością powieki.

A nie może pan wywołać ataków w swoim własnym mieszkaniu? We własnej łazience? – Mock miał oczy okrągłe ze zdziwienia.

– Nie. – Popielski przełknął kęs galarety i spojrzał na

Mocka z pewną wesołością, choć to właśnie teraz miał mu wyznać najgorszą tajemnicę swojej epilepsji. – Niestety, przy ataku dochodzi czasami do mimowolnego oddania moczu i kału, a potem zasypiam. Ten sen trwa zwykle około kwadransa, ale bywa i dłuższy. Jak pan to sobie wyobraża, drogi panie Mock? Niech pan ujrzy taką oto scenę: zajmuję na długo łazienkę, moja kuzynka i córka zaczynają się niepokoić, stukają, a potem dobijają się do drzwi. Ja im nie otwieram, no to wzywają dozorcę. Ten wyważa drzwi i co wszyscy widzą? Popielskiego śpiącego we własnym gównie.

Przerwał i wpatrywał się w Mocka, szukając z trwogą u swojego rozmówcy oznak jakiejkolwiek wesołości. Nie znalazł ich i odetchnął z ulgą.

– Dlatego potrzebuję czasami dyskretnej łazienki, rozumie pan teraz? Jest pan drugą osobą oprócz Wilka Zaremby, która wie, po co chodzę do Szaniawskiego. Nie wie tego nawet moja kuzynka, a z nią mieszkam od dwudziestu lat!

Mock napełnił kieliszki. Pragnął nadrobić stracony czas. Wypili, zakąsili i Mock natychmiast nalał znowu. Wypili, jeszcze zanim dobrze spłynął im do żołądka alkohol. Obaj już czuli działanie wódki: lekkie pieczenie policzków, rozleniwienie, przyjemne zmęczenie mięśni.

– Jestem zaszczycony, że mi pan o tym powiedział -Mock przerwał milczenie. – Zachowam to na pewno w tajemnicy. Rozumiem pana doskonale i przepraszam za moje podejrzenia. Bardzo interesują mnie te pańskie wizje. Co pan widział podczas ostatniego seansu u Szaniawskiego? Niech pan powie, może jakieś kolory, może symboliczne postaci? Rozszyfrujemy to we dwóch. W końcu nie takie zawiłości składni łacińskiej potrafiliśmy rozwikłać!

– Nic. – Mock na to posmutniał. – Czasami tak jest. Nic nie widziałem. Chociaż coś słyszałem.

– Co? Ja naprawdę panu wierzę. Kilka lat temu miałem w Breslau przypadek pewnego Żyda jasnowidza, który wieszczył ludziom śmierć w jakimś transie.

– Widzę, że pan mi wierzy, no to panu powiem. Warczenie psa. Dochodziło ono spod wanny. A Szaniawski nie ma psa i w ogóle nienawidzi zwierząt. Tam nie było psa. To było chyba w mojej wizji.

Mock odsunął się od stołu i strzelił z palców.

– Płacić! – krzyknął.

– Zaraz, zaraz, po co ten pośpiech? – Popielski położył w serdecznym geście dłoń na przedramieniu Mocka. – Wyznałem panu tajemnicę, no to teraz możemy porządnie się napić! A pan chce już uciekać!

– Za godzinę mamy pociąg do Katowic. – Mock wciąż rozglądał się za kelnerem. – Sprawdziłem to dziś na dworcu.

– A po co mamy jechać do Katowic? I dlaczego tak nagle? Do jakiejś wariatki, która mówi, że pogryzł ją arystokrata? Przecież tam, w Katowicach, mogą wszystko na miejscu sprawdzić i przesłać nam szczegółowy raport.

– Jej rany zostały opisane jako zadane przez psa – powiedział Mock z naciskiem – a panu śnił się pies.

Popielski lustrował uważnie twarz Mocka. Szukał oznak szyderstwa, ironii. Niczego takiego nie dostrzegł. Niemiec czekał na jego decyzję, siedział skamieniały jak sfinks, jedynie jego palce poruszały się po stole, wybijając jakiś rytm.

– To wbrew logice. – Popielski oparł łokcie na stole. -Te moje wizje nie mają nic wspólnego z logiką śledztwa.

– Pan ma swoje metody, a ja mam swoje. Pan dzisiaj zawierzył mi, a potem ja panu. To wszystko. – Mock spojrzał na swojego rozmówcę z szelmowskim uśmiechem. – Popielski, niechże już pan nie nudzi! Niechże pan ode mnie nie wymaga, żebym to ja pana przekonywał do pańskich własnych metod! Osiągnął pan znaczącą pozycję w świecie policyjnym. Nawet jeśli to się stało dzięki wróżbom z kryształowej kuli, to powiem panu krótko: chcę mieć taką kulę. A ponadto ma pan jakiś lepszy, co ja mówię!, jakiś inny trop niż ten śląski?

– No to jedziemy do Katowic. – Komisarz spojrzał na parkiet, wciągnął nosem woń perfum, zamknął oczy i poruszył lekko głową. – Ale chyba nie sami, co? Dość się już dzisiaj wynudziliśmy w swoim towarzystwie.

Sobota 30 stycznia 1937 roku,

pociąg relacji Lwów-Katowice,

godzina ósma rano

Popielski, Mock i dwie żydowskie prostytutki, których imion nie pamiętali, siedzieli w salonce i jedli śniadanie. Dziewczęta odpoczywały nieco przepite i osowiałe, a rozmowa co chwilę się im rwała. Mężczyźni milczeli. Byli zmęczeni i niewyspani. Ich ponadpięćdziesięcioletnie organizmy nie regenerowały się tak szybko, jak to było dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Nie męczył ich jednak poalkoholowy spleen – wódka Baczewskiego była najlepszej jakości, a zakąski tłuste i obfite – ani wyrzuty sumienia z powodu rozpusty. Przyczyną ich kiepskiego samopoczucia nie był też widok obu dziewcząt, które wczoraj wydawały się powabne i atrakcyjne, a dzisiaj ostre białe światło poranka obnażało bezlitośnie porowatą skórę ich twarzy, tusz sklejający rzęsy, tłuste włosy, zbytnią obfitość kształtów i braki w uzębieniu. Nie, nie to wszystko stanowiło powód markotnego nastroju obu mężczyzn. Byli zakłopotani zupełnie z innego powodu – przed dwiema bowiem godzinami, na krakowskim dworcu, odwiedził ich w salonce inspektor Marian Zubik, który przypadkowo tymże pociągiem odwoził swoich synów na wakacje zimowe do Zakopanego.

Ta wizyta była ostatnią, jakiej by oczekiwali po burzliwych wypadkach wieczoru i nocy. Poprzedniego dnia po wyjściu z „Palais de Dance” pojechali natychmiast na Dworzec Główny i kupili bilety do Katowic. Salonka była już niestety zajęta. Jednoosobowe przedziały sypialne również. Musieli się zatem zadowolić przedziałem, w którym dwa łóżka były umieszczone nad sobą. Jak na złość, karnawałowa noc wymiotła z okolic dworca wszystkie prostytutki i w drogę do Katowic ruszyli sami, sfrustrowani i zawiedzeni. W Przemyślu jednak salonkę zwolnił przemysłowiec, pan prezes Bronisław Bromberg, który wracał z targów zimowych w rumuńskich Czerniowcach. Mock i Popielski natychmiast się przenieśli do zwolnionego przez niego luksusowego przedziału, i to w towarzystwie dwóch młodych dam, o które na przemyskim dworcu postarał się przedsiębiorczy i hojnie opłacony konduktor. Potem już tylko lał się alkohol, salonka trzeszczała w szwach, części garderoby fruwały, młode damy oblewały szampanem swe nagie ciała, krzyczały i jęczały, a Mock i Popielski wznosili się na wyżyny sił witalnych, a nad ranem wymienili się partnerkami, wypijając przy tym bruderszaft.

Aż nadeszła ta chwila, która ich obu wprawiła we wspomniany nastrój. Usłużny konduktor wszedł do nich o szóstej nad ranem i zameldował, że przed chwilą rozmawiał z inspektorem Marianem Zubikiem, który życzy sobie odwiedzić ich salonkę. Pan inspektor, jak donosił kolejarz, wysiadł w Krakowie i ujrzał nieoczekiwanie Popielskiego, który stał w oknie i delektował się porannym papierosem. Wizyta miała być krótka, zapewniał konduktor, pociąg zaraz odjeżdża.

Mock i Popielski błyskawicznie posprzątali salonkę. Dziewczętami się nie przejmowali, gdyż obie smacznie spały w pomieszczeniu obok. Zubik wszedł, ceremonialnie się z kolegami przywitał, wypytał o cel podróży, pochwalił ich pracowitość, a potem zaniemówił ze wzrokiem wbitym w sufit. Popielski powoli powędrował za jego spojrzeniem.

Z żyrandola zwisała pończocha oraz dwie zużyte prezerwatywy.

Rybnik, sobota 30 stycznia 1937 roku,

południe

Zastępca dyrektora szpitala psychiatrycznego, doktor Ludwika Tkocz, nie znosiła, kiedy ją adorowali mężczyźni. Dlatego w obejściu z nimi była stanowcza, małomówna, dość obcesowa i przerywała ich zaloty natychmiast, skutecznie i nieodwołalnie. Takie postępowanie zaleciła sobie jeszcze na studiach medycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kiedyś jeden z jej kolegów grubiańsko sobie zażartował przy innych studentach, że profesor Władysław Heinrich nagrodził jej pracę seminaryjną publikacją w „Przeglądzie Psychiatrycznym” nie z powodu lekkiego pióra koleżanki Tkocz, lecz przez wzgląd na jej lekkie obyczaje. Pominąwszy już fakt, że była to zwykła, podła i nieuzasadniona potwarz, Tkocz zrozumiała wtedy jedno – że odwoływanie się do płci w naukowej dyskusji jest rozpaczliwe, bezsilne i stosowane przez miernoty i zawistników. Owemu studentowi mocno przywaliła z kolana w genitalia i kiedy zwijał się z bólu, wygłosiła wobec wszystkich swój manifest potępiający ograniczoność płciowych rozróżnień. Zgodnie z nim postępowała do dziś. Nie wyszła za mąż, aby nie być niczyją niewolnicą, nie używała kredki ani szminki, by żaden samiec nie ślinił się na jej widok, ubierała się po męsku, aby nikt nie traktował jej, jako kobiety, w sposób uprzywilejowany.

W ciągu dziesięciu lat od ukończenia uniwersytetu zrobiła błyskotliwą karierę. Z wielkim sukcesem zaliczyła trzy lata psychiatrycznych studiów uzupełniających na Sorbonie, zrobiła świetnie oceniony doktorat, a po objęciu – za drobną jednak protekcją – stanowiska wicedyrektora szpitala psychiatrycznego przygotowywała pracę habilitacyjną. Nie natrafiła nigdy na mężczyznę swojego życia, który byłby jednocześnie stanowczy wobec innych, a cierpliwy i uległy wobec niej samej, błyskotliwie inteligentny i potrafiący, kiedy trzeba, być jedynie tłem dla jej wywodów. Wręcz przeciwnie, przyciągała do siebie jednostki słabe i zagubione, które szukały u niej wsparcia i niemal matczynej troskliwości. Nie znosiła takich mężczyzn. Kiedy uświadomiła sobie, że nie znajdzie już swej platońskiej drugiej połówki, przestało jej w ogóle zależeć na jakichkolwiek związkach z płcią brzydką. Na plotki i złośliwości, wśród których nie brakowało podejrzeń o hołdowanie przez nią namiętności safickiej, prychała pogardliwie i załatwiała je śląskim przekleństwem: „A niech wos dunder świśnie!”, jakie nieraz słyszała u swojego ojca, sztygara w rybnickiej kopalni „Emma”. Stała się jeszcze bardziej zdecydowana i pewna siebie, spódnicę ostatecznie zmieniła na spodnie, a z łazienki wyrzuciła wszystkie kosmetyki oprócz mydła i proszku do zębów.

Mimo tych antypielęgnacyjnych działań i bezlitosnego upływu lat nie udało się Ludwice Tkocz ukryć swej urody. Tę delikatną blondynkę o porcelanowej cerze omijały najgorsze kataklizmy niewieściej aparycji – wszelkie burze hormonalne oraz przed- i poporodowe otyłości. Nie dziwiła się ona zatem, że dwaj siedzący w jej gabinecie mężczyźni pożerają ją wzrokiem. Była do tego przyzwyczajona. Dziwiła się raczej temu, że wpatrują się w nią mimo jej szorstkiego zachowania przy powitaniu, kiedy wyrwała jednemu z nich rękę, gdy już podnosił ją do ust, i ostro zapowiedziała, że nie znosi takich czułości. Ci dwaj byli chyba przypadkami beznadziejny mi, które nigdy nie zrozumieją istoty damsko-męskiego partnerstwa. Dwaj typowi policjanci, którym się zdaje, że świat do nich należy, a kobiety jedynie czekają na ich skinięcie. Dwa puszące się pawie po pięćdziesiątce, wydzielające zapach najlepszej wody kolońskiej i świecące jej w oczy sygnetami, zapalniczkami i brylantami, zatkniętymi w krawatach. Wypchane portfele są ich pryncypium, a pomarszczone robaki w kalesonach jedynym ich zmartwieniem! Co najgorsze, odniosła natychmiast wrażenie, że u tych dwóch mężczyzn nastąpiła gwałtowna zmiana, kiedy znaleźli się przed jej obliczem. Od słowa do słowa wzrastała między nimi jakaś niezgoda. Zaczęli się wzajemnie krytykować i stroić z siebie nawzajem coraz bardziej złośliwe żarty. Poczuła gorycz w ustach. To o nią nieświadomie rywalizowali, to ona miała się nabrać na perkal i koraliki ich przeciętnej inteligencji! Popatrzyła na nich z nieukrywaną pogardą, lecz pohamowała się szybko. Nie chciała, żeby rozszyfrowali jej prawdziwe uczucia. Nie chciała być bezbronna. Z zawodowego nawyku zaczęła rejestrować różne szczegóły ich stroju i zachowania.

Łysy mężczyzna po jakiejś – jak mu się pewnie zdawało – celnej ripoście, wymierzonej w jego tęższego, ciemnowłosego kolegę, patrzył na nią w nadziei na akceptację swoich słów. Jego piękne i wysmukłe palce były gotowe do każdej akcji, jego dobrze uformowane ciało było pełne napięcia, a piwnozielone oczy – przewrotnego oczekiwania.

Mój drogi panie – zwróciła się do łysego mężczyzny po niemiecku, którego to języka nadzwyczaj nie lubiła. -Zanim jeszcze pan zaatakował swojego kolegę tym kiepskim dowcipem o gryzieniu z namiętności… A zatem, zanim pan pokazał, jaki jest błyskotliwy, zapytał pan, czy ta pacjentka, Maria Szynok, ma rodzinę. Otóż nie. Nie ma ona żadnej rodziny. Jest wychowanką – zajrzała do kartonowej teczki – Sierocińca Mielęckiego w Katowicach. To takie typowe dla tego państwa i jego społecznych instytucyj! – Zza okularów spojrzała surowo na swoich rozmówców, jakby to oni właśnie byli owym krytykowanym państwem. – Wychowana przez siostry w niechęci i w pogardzie do swojego ciała! Nauczona, że jej jedynym celem jest wyjść za mąż i urodzić pięcioro dzieci… Nic dziwnego, że kiedy tego celu z jakichś tam powodów nie mogła osiągnąć, oddała się marzeniom. U niektórych na tym się kończy, u niej te marzenia przeszły w paranoję. Bardzo ostrą zresztą, ujawnioną natychmiast pod wpływem tego tajemniczego zdarzenia, po którym znalazła ją policja. Może to był gwałt? Stąd jej zmyślenia o małżeństwie z jakimś mitycznym hrabią, z jakimś księciem na białym koniu. Nie mogę tylko zinterpretować tych ran na twarzy… – Zamyśliła się na chwilę. – Nie do końca wierzyłabym tutejszemu medykowi policyjnemu, który uznał je za ugryzienia psa. To człowiek nieodpowiedzialny. Nawet nie zbadał jej ginekologicznie i nie wiemy, czy została zgwałcona, czy też nie. Ja te rany interpretuję zupełnie inaczej niż on…

– A jak, pani doktor? – Ciemnowłosy mężczyzna miał również piwnozielone oczy. – Jak pani to interpretuje? Bardzo jesteśmy ciekawi!

– Ty nie bądź taki ciekawy! – ofuknął go wesoło łysy. -Bo sprowokujesz panią doktor do wykładu naukowego, takiego jak po naszym przyjściu. A ja, jeśli jeszcze raz usłyszę o chorobie afektywnej i manii depresyjnej, to naprawdę oszaleję… To zresztą nie byłoby takie złe. Być pacjentem pani doktor i móc ją codziennie widywać… – Jego usta rozsunęły się, ukazując równe, mocne zęby.

– Moja interpretacja – Tkocz dopiero teraz zwróciła uwagę na starannie wypielęgnowaną bródkę łysego policjanta – jest następująca. Te rany to samookaleczenie, samoukaranie albo wstęp do przyszłej racjonalizacji. Krótko mówiąc, ona się okaleczyła niejako na przyszłość, aby sobie tak oto tłumaczyć swoje niepowodzenia w próbach zdobycia męża: nie mogę znaleźć męża? Nic dziwnego, jestem taka brzydka… Oczywiście, będzie tak sobie tłumaczyć, kiedy stąd wyjdzie i zaleczy się jej chorobę. To może być nawet za dziesięć lat!

– A wtedy znajdzie sobie jeszcze jeden powód do racjonalizacji. – Łysy założył nogę na nogę i pokazał swoje błyszczące trzewiki, na których nie było śladu śniegu z błotem, zalegających ulice po ostatniej odwilży. – Będzie sobie mówiła: jestem brzydka i stara…

– Nie sądzę – Tkocz poczuła, że się czerwieni, czego najbardziej nienawidziła – żeby kobieta trzydziestoletnia była stara!

– No i widzisz, Eduardzie – brunet poprawił swój perłowy krawat, który świetnie kontrastował z ciemnym prążkowanym garniturem – potwierdziły się twoje domysły. Ta Maria Szynok jest obłąkana, a jej opowieść o arystokracie to czysta fantazja… Miałeś rację, to wszystko moglibyśmy stwierdzić we Lwowie bez przyjeżdżania tutaj, choć ja – i tu się uśmiechnął do lekarki – wcale nie żałuję tej podróży…

– Ja też nie żałuję. – Węzeł krawata łysego mężczyzny pod śnieżnobiałym kołnierzykiem koszuli był, jak zauważyła, bardzo staranny i zawiązany a la Windsor. – Ale nie zgadzam się z państwem. Sądzę, że można tej pacjentce wierzyć.

– Żartujesz? – Jego kolega w geście rozpaczy podniósł ręce ku górze, odsłaniając bursztynowe spinki. – Rozumiem, że śnił ci się pies, ale uwierz mi, Eduardzie, ten trop jest fałszywy! Przecież gdyby to pogryzienie było sprawką Minotaura, to on by ją później zabił! A dlaczego jej nie zabił? Dlaczego naraził się na takie niebezpieczeństwo? Przecież mogłaby go rozpoznać!

– On nie był na pewno stąd. – Łysy wstał i sięgnął po drogie wieczne pióro, którym zaczął wymachiwać jak wskaźnikiem. – Po morderstwach w Mościskach i Drohobyczu stał się ostrożny. Zabija już w innych miastach, a nawet w innych państwach. W Breslau, w Katowicach…

– Panowie, panowie! – przerwała im Tkocz. – Może mi coś wyjaśnicie?! Jaki pies, jaki Minotaur? Ten, o którym kilka lat temu pisały gazety? Jeśli tak, to tu, w Katowicach, nie było żadnego zabójstwa popełnionego przez Minotaura!

– No widzisz? – Brunet roześmiał się triumfalnie. – Nie zabił tu nikogo! A ja się wciąż pytam: dlaczego nie zabił, choć niby pogryzł?

– Odpowiadam ci. – Łysy zaczął krążyć po gabinecie, omiatając obojętnie wzrokiem dyplomy Ludwiki Tkocz, wiszące na ścianach. – Może ona nie była już dziewicą? Przecież Minotaur morduje tylko dziewice!

– A była czy nie była dziewicą? – Brunet spojrzał na Ludwikę Tkocz.

Pani dyrektor roześmiała się donośnie.

– Czy była dziewicą? Chodźcie panowie za mną, coś panom pokażę! Czas, żeby panowie w końcu poznali pacjentkę, która tak ich interesuje!

Rybnik, sobota 30 stycznia 1937 roku,

kwadrans na pierwszą po południu

Szli wraz z doktor Ludwiką Tkocz długim korytarzem budynku z czerwonej cegły. Wicedyrektor szła przodem, szybko i energicznie, a jej wydatne pośladki poruszały się pod zbyt obszernymi spodniami. Popielski, słuchając objaśnień pani doktor, myślał o dniu powszednim w zakładzie dla obłąkanych. Mock, przechodząc przez kolejne pomieszczenia, pytał o historię szpitala, który bardzo mu przypominał wrocławskie budynki użyteczności publicznej. Jak się dowiedział, w czasach niemieckich też mieścił się tu szpital. I wtedy, i teraz słychać było chrapliwe okrzyki chorych, ich głośnie dyskusje lub monologi, obelgi, przekleństwa i wyzywanie Boga na pojedynek. I wtedy, i teraz szczękały metalowe talerze wypełnione kaszą ze skwarkami, a pielęgniarze stali wzdłuż ścian.

– Pora obiadu – powiedziała Tkocz. – Jesteśmy w stołówce, a za nią są separatki dla szczególnie niebezpiecznych chorych. Proszę dalej za mną!

– Maria Szynok jest niebezpieczna? – zapytał Popielski.

Tkocz zignorowała to pytanie i władczym gestem kiwnęła dłonią na krępego pielęgniarza, na którego karku odkładały się trzy fałdy tłuszczu. Podreptał przed nimi. Przeszli przez stołówkę, oddzieloną od kuchni jedynie długą ladą. Na suficie i ścianach pomieszczeń wykwitały jakieś fantazyjne brudne zacieki. Nie brakowało ich również w małym korytarzyku, do którego zeszli po wąskich schodach.

– Tu są separatki – powiedziała Tkocz i wskazała ręką na pierwsze drzwi. – Poznajcie, panowie, pacjentkę Marię Szynok. Na razie przez wizjer.

Popielski odsunął klapkę i spojrzał w głąb separatki. Odsunął się i pokręcił przecząco głową.

Znów gówno w judaszu. – Pielęgniarz spojrzał pytająco na wicedyrektor. – Auf?

– Jesteście, panowie, mocnymi mężczyznami? – zapytała Tkocz, uśmiechając się drwiąco do policjantów. -

Mocnymi, pewnymi siebie, którzy już wiele w życiu widzieli i nic ich nie przerazi? To najpierw coś powiem.

Nie zoperowano dobrze ran na policzku Marii Szynok.

Wdało się zakażenie i tak zwane dzikie mięso. Ropa szukała gdzieś ujścia. Pojawiły się małe dziury, przetoki wokół rany. Woń z jej ust czuć z odległości dwóch metrów. Jesteście panowie silnymi mężczyznami? Jeśli tak, to otwieramy drzwi. Jeśli nie, to lepiej nie otwierać.

Otwieramy?

Mock i Popielski spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.

– Proszę otworzyć – odpowiedzieli prawie jednocześnie, a w ich głosie słychać było lekką urazę.

– Piotrze, otwierajcie – rozkazała pielęgniarzowi.

Drzwi uchyliły się ze skrzypieniem. Smród wydzielin odebrał im oddech. Policjanci ścisnęli sobie nosy i ustami wdychali zatrute miazmatami powietrze. Jedynie doktor Tkocz była nieporuszona, jakby z separatki dochodził zapach jej ulubionych karbinadli, nie zaś fetor urynału i kloaki. Pielęgniarz Piotr sprawiał wrażenie, iż ten widok bawi go niezmiernie.

Kobieta wewnątrz zaczęła tańczyć, unosząc nogi wysoko, jakby przechodziła przez jakiś niewielki płot. Jedną dłonią przyciskała do skroni dolny rąbek koszuli, zasłaniając sobie pierś i pół twarzy. Reszta jej ciała pozostawała odsłonięta. Jej zaczerwienione łono było doskonale widoczne.

Obfite owłosienie rozrastało się na uda i było czymś zlepione. Pełna, duża pierś ciężko się kiwała pod wpływem osobliwych skoków. Ze skóry wokół sutka wyrastały trzy długie czarne włosy. Nagle opuściła koszulę, jakby się zawstydziła. Sztywna materia opadła na jej ciało i ujawniła całą gamę okrągłych, ciemnożółtych zacieków. Pacjentka obie ręce włożyła między nogi i zaczęła się cofać, aż oparła się o ścianę. Mimo tej odległości zobaczyli dziurę w policzku. Skóra na jej brzegach była fioletowo-brunatna, połyskliwa i nieruchoma, nawet kiedy Maria Szynok się uśmiechała, zamykała oczy, a swe pięści coraz szybciej wpychała między uda.

Popielski odwrócił się od drzwi i usunął na bok. Mock zrobił natychmiast to samo. Oparł dłonie na kolanach i ciężko oddychał. Doktor Tkocz dała znak pielęgniarzowi, a ten zatrzasnął drzwi.

– Na widok rozkładającego się trupa powieka by wam nawet nie drgnęła. – Tkocz podciągnęła swoje opadające spodnie. – Ale nie możecie patrzeć na to, do czego doprowadziła tę nieszczęsną kobietę pogarda dla własnego ciała! Zrobiło to obłudne społeczeństwo, na którego straży stoicie!

– Zaraz mi pani powie, że to ja zrobiłem! – Mock patrzył na doktor równie przyjaźnie jak rano na Zubika. – Już mam się czuć winny?

– A pani doktor – Popielski przysunął się tak blisko lekarki, żeby poczuła jego perfumy – nie wychowała się przypadkiem w sierocińcu? W niechęci do własnego ciała?

– Nie. – W oczach psychiatry odbiło się pomieszanie. – Jak pan śmie! Co to w ogóle pana obchodzi?

– Bo ubiera się pani – Popielski znów się przysunął, a Tkocz odskoczyła jak oparzona – jakby gardziła pani swym ciałem. A ja jestem pewien, że jest ono nie do pogardzenia…

Dał znak Mockowi i ruszyli z powrotem do stołówki, gdzie przywitał ich nieznośny hałas metalowych misek. Doktor Tkocz stała w korytarzyku i płonęła z gniewu.

Katowice, sobota 30 stycznia 1937 roku,

godzina czwarta po południu

W narożnym apartamencie hotelu „Monopol” Popielski siedział pod oknem i tłumaczył Mockowi raport ze znalezienia pogryzionej Marii Szynok, które nastąpiło równo pięć miesięcy temu:

– Dnia 30 sierpnia 1936 roku posterunkowy III komisariatu Pampusz Karol podczas swojego służbowego obchodu został zaalarmowany przez Raburę Józefa, lat 12, iż u pani Wozignój Gertrudy, lat 60, zamieszkałej w Katowicach, przy ulicy Mieroszewskiego 4, znajduje się w stanie ciężkim jej sublokatorka i pomoc domowa, Szynok Maria, lat 20. Pani Szynok, ubrana w samą tylko bieliznę, była nieprzytomna i objawiała liczne krwawe rany na twarzy. Wedle pani Wozignój Gertrudy, pani Szynok Maria w takim stanie została znaleziona na progu domu przez wyżej wymienioną. Oprócz tego ranna miała przy sobie torebkę, której zawartość opisano poniżej. Pani Szynok Maria była jeszcze w przytomności, kiedy oznajmiła, iż rany na twarzy pochodzą od „hrabiego, który ją pogryzł”. Podjęto konieczne działania. Podpis nieczytelny.

– To wszystko? – Mock leżał na szezlongu, opierając obie stopy na jego oparciu.

– Nie, są jeszcze trzy adnotacje. Pierwsza od medyka. „Stwierdzono silne obrażenia prawego policzka oraz liczne sińce i potłuczenia całego ciała. Rany szarpane na policzku, połączone z naruszeniem tkanek, są najprawdopodobniej zwierzęcego pochodzenia, od kłów psa. Pani Maria Szynok po przebudzeniu wykazuje objawy choroby psychicznej. Doktor Zygmunt Mierzejewski, lekarz policyjny”. Kolejna adnotacja jest z października, pochodzi od sędziego śledczego Manfreda Dwornioka i brzmi: „Z powodu braku możliwości jakiegokolwiek porozumienia się z chorą, która po wypadku wciąż przebywa w Zakładzie dla Umysłowo Chorych w Rybniku, i wobec sprzecznych informacji podawanych przez sąsiadów i znajomych, których spis poniżej, umarza się śledztwo”. I ostatnia adnotacja. „Zawartość torby podręcznej: grzebień, różaniec, igła i nitka, woreczek ze sztucznej skóry, zawierający monety na sumę złotych czterech groszy piętnastu oraz kamyk po goleniu, ponadto obrazek Matki Boskiej Piekarskiej, szminka, zapałki, chusteczka do nosa i trzy papierosy grand-priksy”. To wszystko, Ebi.

– Po co tej nieszczęsnej kobiecie kamyk po goleniu? -Mock poruszył się na szezlongu i ułożył się z ramieniem pod głową.

– Może chciała udawać dziewicę? – Popielski założył obie dłonie na łysinę i zaczął lekko kołysać się na krześle.

– W jaki sposób miała niby udawać dziewicę? – ożywił się Mock.

– Nie wiem, to tylko taka pierwsza myśl. – Popielski nadal się kołysał, a jego rozpięta kamizelka falowała. -Wszystko mi się kojarzy z jednym… Kiedyś znałem pewną młodą damę, która smarowała sobie łono kamykiem po goleniu, czyli ałunem. Skóra jakoś się jej kurczyła, zwierała i wejście do antrum amoris było naprawdę niełatwe.

– Poczekaj, poczekaj. – Mock zerwał się na równe nogi. – Mamy następującą sytuację. Maria Szynok w sposób przerażający, godny ubolewania i wyzywający czyniła sobie zadość na naszych oczach. Tak nie postępuje dziewica. Tak postępuje kobieta wyuzdana… No, nie przymierzając tak robiła jedna z naszych towarzyszek w pociągu… Ale do rzeczy. To po pierwsze…

– To, co mówisz, wcale nie jest pewne. – Popielski wstał, podszedł do okna i długo się przyglądał Hali Targowej, spod której odjeżdżały furmanki. – Przecież jest obłąkana. A obłęd może zrobić z mniszki kurtyzanę.

– Po drugie, używa ałunu. – Mock szedł uparcie torem swojego rozumowania, jakby nie słyszał zastrzeżenia Popielskiego. – Załóżmy, że używa go do fałszowania dziewictwa… Najważniejsze jest pytanie: po co kobieta udaje dziewicę?

– Nie-dziewice są w trudnej sytuacji na rynku usług małżeńskich. Odpowiedź jest prosta: kobieta miała lat dwadzieścia i chciała wyjść za mąż!

– Dobrze. W torebce miała ałun. Do czego on służy? No, powiedzmy do fałszowania dziewictwa. A co się nosi w torebce? Artykuły pierwszej potrzeby: papierosy, chusteczkę do nosa, igłę, różaniec… Do tych wszystkich rzeczy ałun pasuje jak pięść do nosa. Nie jest artykułem pierwszej potrzeby, chyba że była prostytutką i udawała dziewicę na życzenie klienta, tak jak ta twoja…

– Masz rację, Ebi. – Popielski odwrócił się od okna. -Ałun pasuje jak pięść do nosa. A jednak miała go w torebce, czyli był jej do czegoś potrzebny. Chusteczkę do nosa nosisz zawsze, bo nie znasz dnia ani godziny, kiedy wystąpi u ciebie katar, ale chyba nie zawsze masz przy sobie prezerwatywy, tylko zabierasz je wtedy, kiedy idziesz na dziewczynki! Kataru na ogół nie możesz przewidzieć, a fiku-miku to i owszem! Miała przy sobie ałun, bo szła na obcowanie, podczas którego miała odgrywać rolę dziewicy!

– Tak jest! – Mock uderzył dłonią o swoje udo. – Masz rację! A Minotaur ją pogryzł, lecz nie zabił, bo była już zdeflorowana. A on zabija tylko kobiety nienaruszone.

Mężczyźni zaczęli nerwowo krążyć wokół stołu, kilkakrotnie wpadając na siebie. Bladozielone tapety ciemniały, mrok powoli pokrywał kanapę, szezlong, stół i zegar stojący w rogu salonu. Nie przeszkadzało im to. Mocka bolała głowa od intensywnego myślenia, Popielski biegał wokół stołu, jakby chciał złapać jakieś ważne przeczucie, które zapaliło się i natychmiast zgasło podczas ostatniej wypowiedzi niemieckiego kolegi. Nagle się zatrzymał.

– Szła na spotkanie? Tak. Szła na obcowanie? Tak. Z kim? Powiedzmy, że z jakimś amantem. Ale teraz jest najważniejsze pytanie: gdzie się zetknęli? Gdzie poznała tego człowieka? Jeśli nazywała go „hrabią”, to musiał on być jej przedstawiony jako „hrabia”. A gdzie prosta dziewczyna może poznać hrabiego?

– W burdelu. – Mock usiadł przy stole, zapalił papierosa, a papierośnicę popchnął odruchowo po stole, tak mocno, że zleciała na podłogę. – Tak jest! W burdelu! I tam udawała dziewicę! Musimy przeszukać wszystkie burdele w tym mieście.

– Nie tylko w burdelu mogli się spotkać – powiedział Popielski w zamyśleniu. – Pamiętasz wypowiedź tej sawantki w szpitalu psychiatrycznym? Powiedziała, że Szynok roiła coś o małżeństwie z hrabią, z rycerzem na białym koniu… Pamiętasz?

– Tak, pamiętam.

– Może poznali się nie w burdelu, lecz w biurze matrymonialnym? Może tam Minotaur szukał swojej ofiary?

– Idziemy! – Mock wstał, poprawił krawat i założył marynarkę.

– Biura matrymonialne są już nieczynne. – Popielski zapali! w końcu światło i spojrzał na Mocka, który aż tryskał energią.

– Biura sprawdzimy w poniedziałek. – Mock stęknął, wzuwając buty przy pomocy długiej łyżki. – A burdele można odwiedzić zawsze.

– Jeszcze ci mało? – zapytał Popielski z uśmiechem.

– Polska, mój drogi – Mock uśmiechnął się szeroko -słynie z pięknych kobiet. Czy ja mogę w końcu spróbować tego specjału, czy mam się zadowolić kiepskim erzacem, tymi dwoma szczerbatymi kocmołuchami z pociągu?

Katowice, poniedziałek 1 lutego 1937 roku,

godzina dziesiąta rano

Mock i Popielski jechali dorożką ulicą Marszałka Piłsudskiego. Ich nogi zostały przez fiakra bardzo troskliwie okryte szubą, ich policzki tryskały zdrowym rumieńcem, a mózgi pracowały na różnych, zupełnie odmiennych obrotach. Mock, przeżarty alkoholem, tytoniem i rozpustą, jakiej się oddawał w niedzielny wieczór, siedział teraz w milczeniu pod baranim kożuchem, przyglądał się mijanym gmachom i kamienicom i ze zdumieniem stwierdzał u siebie zaskakujący wzrost ciepłych uczuć do tego miasta. Było ono niezwykle podobne do Breslau. Piwiarnia „Zdrój Okocimski” przy Stawowej, od której zaczął sobotnią rundę po przybytkach wszelkiego nieumiarkowania, przypominała mu piwiarnię Kisslinga przy Junkernstrasse w Breslau. I tu, i tu był dyskretny stryszek z pokojami, gdzie panowie mogli spędzić kilka upojnych chwil w ramionach dam, i tu, i tu można było skosztować frankfurterek w sosie musztardowym, i tu, i tu podawano wyśmienitego pilznera. Te podobieństwa dostrzegł Mock nie tylko we wszystkich jedenastu domach publicznych, których część w sobotę odwiedził wraz z Popielskim, a w niedzielę resztę – już bez Eduarda. Widział podobieństwa również w okolicach swojego hotelu – pewien gmach na Piłsudskiego do złudzenia przypominał mu kamienicę przy Tiergartenstrasse, budynek gimnazjum przy Mickiewicza był bliźniaczo podobny do Elisabeth-Gymnasium, różniąc się od tego ostatniego jedynie kolorem, a ceglasta szkoła na Stawowej wybudowana została w tym samym stylu, co setki szkół w Breslau i w całych Niemczech. Mock czuł się w Katowicach jak u siebie w domu, a nawet lepiej, ponieważ kobiety były tu znacznie ładniejsze. W jednym z odwiedzonych burdeli dyrektor kryminalny tak się bowiem zachwycił urodą młodej damy, że nie ograniczył się tylko do rutynowego przesłuchania. Popielski nie zachwycał się Katowicami, ponieważ żadne z miast, które widział do tej pory – no, może poza Wiedniem – nie wytrzymywało porównania z jednym wielkim ogrodem, jakim był jego ukochany Lwów. A cóż dopiero to górnicze miasto o domach być może i ładnych, lecz pokrytych czarnym pyłem, który wciskał się w każde miejsce ściany! Poza tym był w kiepskim nastroju, ponieważ o tej porze zwykle przewracał się w łóżku na drugi bok.

W odróżnieniu od Mocka, spędził niedzielę bardzo przyzwoicie i pracowicie. Śniadanie zjadł w samotności, ponieważ jego niemiecki kolega spał snem człowieka wielce utrudzonego alkoholem. Komisarz był sobotniego wieczoru mocno podminowany całym tym katowickim śledztwem, które prowadzili w szaleńczym tempie oraz bez najmniejszych nawet uzgodnień ze śląską policją. Wyrzucał sobie, że w ogóle powiedział Mockowi o psim warczeniu, jakie słyszał po epileptycznym seansie. Pił niewiele i nie podzielał wesołości Ebiego, który na widok każdego psa pytał, czy to właśnie ten tak warczał w epileptycznej wizji. Popielski był więc w niedzielę rześki jak wiatr znad lwowskiego Kajzerwaldu i po południowym spacerze, kiedy Mock dochodził do siebie, komisarz przystąpił do dalszych działań śledczych. Przejrzał „Księgę adresową Województwa Śląskiego” i wynotował z niej dane dwóch istniejących w Katowicach biur matrymonialnych. Potem razem z Mockiem zjedli potężny obiad w niemieckiej restauracji „Zur Eisenbahn” na ulicy Dworcowej i udali się – już osobno – do pozostałych burdeli. W jednym z nich Mock gościł do rana.

Popielski siedział nieco pochmurny, nie kontemplował miasta, lecz zastanawiał się nad dalszym śledztwem i nad udziałem w nim katowickich policjantów. Był po bardzo nieprzyjemnej i nerwowej rozmowie telefonicznej z komisarzem Zygfrydem Holewą, który w ostrych słowach potępił kontrolowanie bez jego wiedzy katowickich domów publicznych i zagroził wyrzuceniem z Katowic tych dwóch natrętów, z których ani jeden nie był funkcjonariuszem Policji Województwa Śląskiego! Dopiero obietnica uzyskania specjalnego pełnomocnictwa, złożona przez Popielskiego, uspokoiła Holewę. Na domiar złego śledztwo po wizycie w przybytkach rozpusty ani drgnęło. W domach publicznych nie słyszano nigdy o odwiedzinach jakiegokolwiek arystokraty, a za najwyższe warstwy społeczne, z jakimi katowickie kurtyzany miały kontakt cielesny, uważano urzędników z hut i kopalń lub ajentów i komiwojażerów. W biurze matrymonialnym „Hestia”, w którym byli dziś rano, bardzo miły i uprzejmy urzędnik przewracał tylko oczami, a nawet się nieco wzruszył, słysząc o jakimś hrabim i biednej dziewczynie z ludu. Żałował, że nic podobnego nie zdarzyło się w jego firmie, ponieważ wykorzystałby to w jej reklamowaniu. Nic dziwnego, że Popielski po dotychczasowym katowickim śledztwie był ponury i jadąc do drugiego biura o nazwie „Matrimonium”, myślał o wspólnych i pewnie beznadziejnych działaniach, które będzie musiał prowadzić wraz z niechętnym mu komisarzem Holewą. Ten Ślązak będzie mi wszystko torpedował, myślał Popielski, to przecież on zamknął śledztwo w sprawie Szynok. Nie ma więc najmniejszego interesu, by nowa inwestygacja obnażyła jakiś jego błąd.

Myśląc o tym, jakimi słowami udobruchać komisarza Holewę, z którym mieli spotkanie w samo południe, Popielski wyskoczył ze stojącej już od kilku sekund dorożki na ośnieżony chodnik. Mock obudził się z lekkiej drzemki i mrugał powiekami. Stali przy bramie kamienicy na ulicy Stawowej. Nad wejściem do bramy oznaczonej numerem 10 znajdował się szyld z napisem: Zakład pośrednictwa małżeńskiego „Matrimonium”, i rysunkiem gołębia w absurdalnym koronkowym kołnierzyku, który w dziobie trzymał połączone obrączki.

Biuro mieściło się na pierwszym piętrze, a jego okna wychodziły na małe podwórko. Pani Klementyna Nowo-ziemska, powiadomiona przez Popielskiego o wizycie telefonicznie, już na nich czekała. Była to dama około pięćdziesiątki, bardzo starannie uczesana i uszminkowana, korpulentna i odziana w drogi kostium z wełny w prążki. Pod jej szyją widniał podobny koronkowy kołnierz jak u gołębia. Jej głos był cichy i kojący, a uśmiech subtelny, lecz pełen godności. Trudno wyobrazić sobie lepszą osobę na czele biura „Matrimonium”. Siedziała przy solidnym mahoniowym biurku; za nią znajdowała się sporych rozmiarów szafa z segregatorami, których rogi były wzmocnione fantazyjnymi złoconymi okuciami. Biurową atmosferę osładzały dwa wazony z goździkami.

Ponieważ pani Nowoziemska nie mówiła po niemiecku, Mock chciał natychmiast pożegnać Popielskiego i poczekać nań w jakiejś okolicznej knajpie, gdzie mógłby zagasić płomień kaca bardzo mu smakującym piwem okocimskim. Popielski, mimo iż z Mockiem łączył go bruderszaft, nie znał go jednak zbyt dobrze i nie wiedział, czy można mu ufać i czy poprzestanie na jednym lub dwóch piwach.

Wręcz przeciwnie, sądził, że Niemiec może się na dobre rozochocić i znowu gdzieś mu zniknie, jak w niedzielę. Uprosił zatem Mocka, by pozostał w biurze. Pani Nowoziemska, widząc zafrasowanie Popielskiego, wpadła na wspaniały pomysł zainteresowania „niemieckiego przyjaciela” ofertą samotnych pań. Ten ochoczo przystał na to, usiadł w małym, jasnym saloniku, wypełnionym wonią jakichś perfum, i zaczął z wielkim zainteresowaniem przeglądać anonse i fotografie kobiet.

– Dziękuję pani za znakomity pomysł. – Popielski uśmiechnął się szczerze uradowany.

– Och, mężczyźni są jak dzieci. – Pani Nowoziemska odwdzięczyła się pięknym uśmiechem. – Dać im jakiś album z powabnymi niewiastami, a natychmiast się uspokoją, jak mali chłopcy przy oglądaniu znaczków.

– Tak… Tak… – Popielski założył nogę na nogę. – Wie pani, co mnie tutaj sprowadza, prawda? Wyjaśniłem to pani telefonicznie. Szukamy z panem dyrektorem kryminalnym Eberhardem Mockiem z Wrocławia groźnego przestępcy, który podając się za arystokratę, bałamuci skromne, dobre dziewczyny z ludu. Czy był w pani zakładzie ktoś taki?

– Możliwe, że źle pana zrozumiałam. – Uśmiech znikł z twarzy pani Nowoziemskiej. – Ale już podczas naszej rozmowy telefonicznej nie robiłam panu nadziei, że zdradzę mu jakieś poufne wiadomości o moich klientach. A pan mimo to przyszedł mnie o nich wypytywać! No to teraz mówię jasno: nie udzielę panu żadnych informacji. To wszystko.

Pani Nowoziemska wstała, dając Popielskiemu znak, że audiencję uważa za skończoną. Komisarz również powstał.

Był pewien, że zadał jej niewłaściwe pytanie, idiotycznie długie i niejasne. A przecież powinien zapytać znacznie krócej i prościej. Tak właśnie zrobił.

– Czy Maria Szynok, kobieta lat dwudziestu, była pani klientką?

– Pan mnie chyba nie zrozumiał, panie komisarzu -odpowiedziała zimno właścicielka biura. – Nie poinformuję pana o moich klientach ani klientkach! Żegnam pana!

– Naprawdę? – Popielski z trudem panował nad sobą. – No to ja pani w ogóle nie będę o to prosić, tylko zarekwiruję akta z pani biura. Zabiorę je ze sobą na komendę, przejrzę i dowiem się wszystkiego, czego potrzebuję. Tak właśnie zrobię – podniósł głos – i to zaraz! Po pani reakcji już wiem, że pani coś ukrywa! I nie będę już teraz w ogóle z panią rozmawiał, bo podejrzewam, że będzie pani kłamać! Zabieram akta i już! A mogło być tak prosto i spokojnie…

– Jeśli chce pan zarekwirować akta – Nowoziemska nie podniosła głosu ani o ton, lecz zastawiła swoją korpulentną osobą oszkloną szafę – to musi pan użyć wobec mnie przemocy. Bo ja panu dobrowolnie niczego nie dam! Poza tym zaraz wezwę policję! U nas policja spoza Śląska nie ma nic do gadania!

Popielski klepnął się w świeżo wygoloną głowę. Nie wiedział, jak wygląda komisarz Zygfryd Holewa, ale go sobie dobrze wyobraził. Jest na pewno gruby, ponury i łatwo wpada we wściekłość. Nosi za małe kołnierzyki i pozłacaną dewizkę od zegarka. Teraz pewnie ociera wąsy po wypiciu szklanki piwa do śniadania i ostrzy sobie zęby na jakiegoś policjanta ze Lwowa, który na nie swoim terenie wsadza nos w nie swoje sprawy. Popielski wyobraził sobie następującą scenę: wraz z Mockiem wchodzą do gabinetu komisarza Holewy. Są obładowani segregatorami pani Nowoziemskiej, a za nimi ona, na pewno wielce tu szanowana obywatelka, wrzeszczy i jeszcze rzuca się z pazurami na swoich prześladowców. A potem Popielski komunikuje Holewie: będziemy razem prowadzić umorzone śledztwo. Otrząsnął się z ponurych wizji. Nowoziemska triumfująco się uśmiechała, a Mock wychylał głowę z saloniku, zaintrygowany podniesionym głosem kolegi. Na jego kolanach spoczywał tom akt z ofertami pań. Popielski spojrzał na Mocka i usiadł na kanapce. Zapalił papierosa i uśmiechnął się poprzez dym do pani Nowoziemskiej.

– Ile wynosi pani honorarium, madame? – zapytał. – Honorarium za wyswatanie takiego mężczyzny jak ja.

– Chce mnie pan przekupić? – Właścicielka biura mimo srogiej miny również usiadła.

– Nie. Ja chcę być pani klientem. Jestem bardzo dobrą partią. Samotny, zamożny wdowiec, lat pięćdziesiąt dwa…

– I co dalej? – lekki uśmiech znów pojawił się na twarzy jego rozmówczyni.

– Otóż właśnie! Co dalej… – Popielski dmuchnął dymem w stojącą obok palmę. – Proponuję pani układ handlowy. Pozwolę, aby pani wpisała mnie do swoich ksiąg, a potem przejrzę album, który ma teraz pan dyrektor kryminalny. Może wybiorę jakąś panią? Może się z nią spotkam tutaj, w tym gustownie urządzonym saloniku? Jestem dobrze sytuowany. Zapłacę solidnie za moje przyszłe małżeńskie szczęście… Ale najpierw musi pani coś o mnie wiedzieć. No niechże pani pyta! Ale po każdym pani pytaniu ja postawię swoje pytanie, a pani mi odpowie. Pytanie za pytanie, szanowna pani.

– Przecież i tak mi pan nie uwierzy! Na wszystkie pana pytania odpowiem: nie wiem, nie znam. I co pan mi wtedy zrobi?

– Zostanę pani klientem tylko w tym wypadku, jeśli pani odpowiedzi będą pozytywne. Niczego pani nie ryzykuje. Albo mi pani pomoże, a ja dam pani szansę wyswatania mnie, albo nie. To bardzo proste.

Pani Nowoziemska w milczeniu wpatrywała się w Popielskiego. Tymczasem rozdzwoni! się telefon na jej biurku, ale nie podnosiła słuchawki. Znudzony Mock odłożył album ze zdjęciami. Śnieg sypał za oknem i pokrywał białym całunem pryzmę węgla, który jakiś mężczyzna wsypywał szuflą do okienka piwnicy. Telefon znowu zadzwonił. Nowoziemska podniosła słuchawkę i chwilę rozmawiała po francusku.

– Przepraszam pana, komisarzu, muszę jeszcze gdzieś zatelefonować, bo mam dzisiaj bardzo pilne spotka nie. – Wykręciła numer i przez kilka minut rozmawiała znów w języku Kartezjusza.

Potem usiadła i splotła dłonie.

Najmocniej pana przepraszam, panie komisarzu. Pewien cudzoziemiec właśnie przyjechał do Katowic, szuka żony Polki i chyba coś dla niego mam. – Uśmiechnęła się nieśmiało. – Mam też coś dla pana. Ważne, jak sądzę, informacje na temat Marii Szynok. Ale wyjawię je dopiero jutro o szóstej wieczór. Po trzech spotkaniach, które pan odbędzie z moimi trzema klientkami. Trzeba dać szansę Amorowi.

– Przecież pani nic o mnie nie wie – zaoponował Popielski. – Jak mnie pani przedstawi tym klientkom?

– Wiem o panu komisarzu wystarczająco dużo. – Pani Nowoziemska znów była słodka i łagodna. – Wydaje się panu, że po dwudziestu latach pracy w tym zawodzie nie znam się na mężczyznach? No to co? Zapraszam pana jutro o trzeciej po południu. Pierwszą panią jest pani doktor Fryderyka Przybilla, czterdziestoletnia dentystka. Proszę, pokażę zdjęcia jej i jeszcze innych pań.

Popielski wstał, zgasił papierosa i podszedł do biurka właścicielki. Potrafił unosić górną wargę, odsłaniając – jak pies – ostre kły, potrafił mrużyć oczy tak, że jego twarz przypominała maskę wściekłości, potrafił nawet rozszerzać nozdrza swojego złamanego nosa, i wtedy jego twarz stawała się podobna do mordy goryla. Wszystko to potrafił robić na zawołanie, czym często zresztą bawił małą Ritę. Teraz te wszystkie umiejętności ujawniły się wbrew jego woli.

– Nie wie pani o mnie jednego, madame – głos dochodzący z jego krtani był dziwnie świszczący – tego, że teraz już stąd nie odejdę. I albo zaraz wszystko mi pani powie, albo rozwalę w proch tę szafę! Rozumiesz, ty stara rajfurko?

Pani Klementyna Nowoziemska powiedziała mu więc o Marii Szynok i o zainteresowanym nią panu. Wiedziała, co by się stało, gdyby odmówiła. W ciągu dwudziestu lat swojej pracy dobrze poznała mężczyzn.

Katowice, poniedziałek 1 lutego 1937 roku,

południe

Mocka i Popielskiego łączyło wiele podobieństw. Obaj byli skorzy do gniewu i pedantyczni, obaj władali językami klasycznymi, uwielbiali szachy, bridża, obżarstwo oraz nie stronili od towarzystwa upadłych kobiet. Mieli jeszcze jedną wspólną cechę: niecierpliwość. Najczęściej ujawniała się u nich wtedy, gdy musieli długo czekać na realizację zamówienia w restauracji. Wtedy sapali z irytacją, wypalali mnóstwo papierosów, stukali palcami o blat stołu, zaczepiali co chwila kelnera, drapali się nerwowo po karku, słowem: byli w stanie przed-wybuchowym.

Teraz jednak, kiedy siedzieli w restauracji „Eldorado” przy ulicy 3 Maja, nie tylko zapomnieli o upływającym czasie, lecz nawet nie pamiętali, co zamówili na obiad. Mock wpatrywał się w Popielskiego i starał się nie uronić ani słowa z jego wypowiedzi:

Maria Szynok przyniosła pani Nowoziemskiej jakieś oszczędności w swoim woreczku i poprosiła o wpisanie jej do rejestru i zamieszczenie w prasie ogólnopolskiej ogłoszenia o następującej treści – i tu Popielski spojrzał na jedną z dwu kartek papieru, które wypożyczyła mu właścicielka biura. – „Kopciuszek szuka swojego księcia z bajki. Skromna, pracowita i urodziwa panna, lat dwudziestu, poszukuje statecznego, zamożnego i kulturalnego w obejściu pana, któremu jest gotowa dać wszystko, co najbardziej sobie ceni admirator domowego ogniska”. Dwa tygodnie później do biura przyszedł ten oto list – i tu zaczął czytać kartkę bloku listowego, pokrytą pismem maszynowym.

– „Wielmożna Pani! Bardzo zainteresował mnie anons «Kopciuszka», ogłoszenie numer 142/37. Chętnie zapoznałbym tę pannę. Ponieważ jednak od kilku lat szukam odpowiedniej kandydatki na małżonkę, jestem dobrze obeznany z oszustwami, jakie stosują niektóre bardzo sprytne i zdeterminowane młode osóbki, chcące zdobyć męża takiego jak ja – z koligacjami, majątkiem i tytułem szlacheckim. To z całą pewnością nie dotyczy renomowanego zakładu matrymonialnego Wielmożnej Pani, wolałbym jednakowoż zaoszczędzić sobie żmudnej, dalekiej podróży i późniejszych rozczarowań. Dlatego jestem zobligowany do postawienia Szanownej Pani dwóch pytań: 1. Czy «Kopciuszek» jest sierotą? 2. Czy jest czysta i nienaruszona cieleśnie? Abym miał przyjemność oglądania Pani oblicza oraz zapoznania się z «Kopciuszkiem», na oba pytania powinienem otrzymać odpowiedzi twierdzące. W przeciwnym razie będę zmuszony zrezygnować z tej arcyciekawej oferty matrymonialnej. Odpisywać proszę na Poste Restante w najbliższym urzędzie pocztowym. Z wyrazami głębokiego szacunku, hrabia…” – i tu wymienił jakieś osobliwe i z niemiecka brzmiące nazwisko, po czym aż cmoknął ze zdziwienia.

– Czemu tak się dziwisz? – zapytał Mock.

– Nic, nic… – Popielski zamyślił się na chwilę.

– Skąd ten list przyszedł?

– Nie wiadomo. Klementyna Nowoziemska znalazła go pod drzwiami swojego biura. Ktoś go tam wrzucił z korytarza.

– Żmudna, daleka podróż… – powtórzył Mock w zamyśleniu słowa listu.

– Poczekaj, teraz dopiero się zacznie. – Popielski aż uniósł się na krześle, jak sprinter startujący do biegu. -Nowoziemska odpowiedziała na oba pytania twierdząco…

– A jak sprawdziła dziewictwo, dozorcę poprosiła o przysługę?

– Nie. – Popielski parsknął śmiechem. – Też o to zapytałem. Powiedziała mi, że to najmniejsze zmartwienie… Chyba można jej wierzyć, wbrew swoim nienagannym manierom wygląda mi ona na byłą burdelmamę… Zatem odpisała hrabiemu, że dziewczyna jest sierotą i dziewicą, a on kilka dni później przyjechał…

– No i? – Mock był tak skoncentrowany, że nawet nie spojrzał na kelnerkę, która postawiła przed nimi po bombie piwa żywieckiego.

– Niski, chudy, około czterdziestki, bardzo elegancko odziany…

– Idealny pan Nikt – przerwał mu Mock. – Człowiek bez żadnych właściwości.

– Mylisz się. – Popielski łyknął piwa. – Pani Nowoziemska zmartwiła się niewymownie na jego widok. Gdy wszedł do biura, natychmiast sobie uzmysłowiła, że na tym panu to ona nie zarobi. „Niewyobrażalnie brzydki”, tak powiedziała. Pozwól, że ją jeszcze zacytuję. Zapisałem wszystko, co mówiła. A zatem: „Mężczyzna nie musi być piękny. Powinien być nieco ładniejszy od diabła. Ale nie może być diabłem”. Tak go scharakteryzowała. A oto dokładniejszy opis: „Gęste, grube i siwiejące włosy, jak czapka zaczynały się nad brwiami. Siny, wygolony zarost podjeżdżał aż pod oczy, które były małe i jakby wepchnięte w głowę. Kwadratowa szczęka, nierówne zęby, wąskie wargi”. Wzięła od niego wpisowe i umówiła go z Marią Szynok tego samego dnia, nie wierząc ani przez chwilę w matrymonialny sukces tego spotkania. I nawet odetchnęła, kiedy on nie przyszedł. Więcej już go nie widziała.

– Nie przyszedł… – powtórzył Mock w zamyśleniu.

– A teraz słuchaj uważnie. Spotkanie tego hrabiego z Klementyną Nowoziemską nastąpiło 30 sierpnia 1936 roku… I tegoż popołudnia miał się on spotkać z Marią Szynok. Mówi ci coś ta data?

– To wtedy znaleziono ją pogryzioną?

– Tak! – Popielski uderzył ręką w stół, aż rozlało się piwo – To on, Ebi! On przyszedł na to spotkanie, lecz nie wszedł do biura. Poczekał, aż z niego wyjdzie ta dziewczyna. I poszedł za nią. A ona może płakała, bo była zawiedziona, że nie zjawił się na spotkanie. Szła, nic nie widząc z powodu łez, a w swej nędznej torebce nadaremnie nosiła ałun, który miał przywrócić jej utracone dziewictwo. A to monstrum szło za nią… I gdzieś ją dopadło…

Podeszła kelnerka i rozstawiła przed nimi talerze. Przerwali rozmowę, lecz nie odrywali od siebie wzroku. Nie interesowała ich sztywna i przyrumieniona skórka, która lekko odstawała od różowego, wilgotnego mięsa, ani białe pryzmy klusek śląskich, ani małe kopce grochu i czerwonej, gęstej, parującej kapusty. Żaden z nich nie spojrzał nawet na kelnerkę, która nie odchodziła od stołu i patrzyła na nich wyczekująco.

– Czego ona chce? – Mock nie wytrzymał. – Napiwku? Daj jej, Eduardzie, bo ja nie mam drobnych!

– Nie chodzi o napiwek – odpowiedziała kelnerka po niemiecku, a jej twarz wyrażała oburzenie. – Dowiedziałam się o to, o co pan prosił – do Popielskiego zwróciła się już po polsku. – Właśnie przyszedł mój kolega, który obsługiwał wtedy tego brzydkiego pana.

– Może go pani zawołać? – Popielski wręczył jej pięćdziesiąt groszy napiwku.

– Helmut! – zawołała. – A pódź sam, synek!

– O co tu chodzi? – Mock nabił kluskę na widelec i zastygł. – Widziałem, że o czymś z nią długo konferowałeś, kiedy tu wchodziliśmy… Myślałem, że pytałeś o wolny stolik… Może mi wytłumaczysz w końcu…

Popielski przeniósł wzrok na kelnera Helmuta, który zbliżył się do ich stolika. Był to barczysty młodzieniec o twarzy ze śladami po ospie.

– Służę szanownemu panu. – Stanął obok nich w przepisowej pozie.

– Niech się pan napije, panie Helmucie, za moje zdrowie. – Popielski jemu też wręczył pięćdziesiąt groszy. -Możemy mówić po niemiecku?

– Mówić tak, napić nie – kelner wydukał po niemiecku, rozejrzał się po sali, lecz schował monetę do kieszeni. – Teraz nie mogę pić.

– A kto mówi, że teraz? – Popielski odkroił gruby plaster golonki i przesunął po nim nożem, zostawiając gruby nalot chrzanu. – Napije się pan później, a teraz to nam pan coś powie. Pańska koleżanka wspomniała, że pół roku temu był u państwa klient o odrażającej urodzie. A pan go obsługiwał… To może być bardzo ważne, ten człowiek może być niebezpiecznym mordercą – ostatnie słowa Popielski wypowiedział prawie szeptem, pokazując kelnerowi policyjną odznakę. – Może jest pan w posiadaniu niezwykle cennych informacji. Zechce pan nam je przekazać?

– Nie rozumiem jednego słowa. „Odrażający”? – Helmut był najwyraźniej zaaferowany.

– Brzydki jak małpa – wtrącił się Mock.

– Pamiętam go. – Kelner rozpromienił się. – Był rzeczywiście brzydki jak małpa i zabrudził całą serwetę… Coś na niej pisał… Zwróciłem mu uwagę. Przeprosił i nawet zapłacił za pranie. To wszystko, co pamiętam.

– Ejże, panie starszy – Popielski uśmiechnął się przyjaźnie – na pewno pan pamięta o wiele więcej… Niechże pan z nami usiądzie, napije się piwka albo wódeczki…

– Nie mogę przysiadać się do gości. – Helmut znów obejrzał się w stronę baru.

– Co zamówił ten klient? – zapytał Mock.

– Nie wiem, ale chyba to, co na ogół. Kluski śląskie i roladę. A potem poszedł. Więcej nie pamiętam. To było tak dawno…

– A co pisał na tej serwecie, pamięta pan? – Popielski podniósł do ust trzęsąca się skórkę, zbrązowiałą od musztardy.

– Nie, nie pamiętam. Zapisał całą serwetę. Nie do użytku.

– No co? List? Jakieś słowa? – Mock w odróżnieniu od Popielskiego nie przełknął ani kęsa.

– A gdzie tam! – Helmut potarł się w czoło. – Nie, on coś obliczał. Pisał liczby! I to atramentem! Serweta się nie chciała sprać!

– I pewnie ją wyrzuciliście? – zapytał Mock z rezygnacją w głosie.

– No tak. Co było robić? Przepraszam, ale muszę do gości.

Helmut ukłonił się i odszedł. Mock westchnął, zjadł kluskę, a potem wbił widelec w golonkę. Nie zdążył jejjednak podnieść do ust. Jego przedramię Popielski mocno przycisnął do stołu. Był cały napięty. Niemiec przyglądał mu się z otwartymi ustami, w których nie dane było zniknąć kawałkowi mięsa. Z golonki spływał teraz tłuszcz i kapał na obrus.

– Przyjechał tu z daleka, powtarzam „z daleka”, fałszywy hrabia, spotkał się matroną Nowoziemską, która poleciła mu ten lokal, powypisywał jakieś liczby na serwecie – Popielski przyciskał rękę Mocka do stołu, a żyły nabrzmiewały na jego czole – i w przerwie pogryzł Marię Szynok. A dwie pierwsze pogryzione ofiary znaleziono w okolicy Lwowa. Wiesz, jaka jest europejska stolica matematyki?

– Co to ma do rzeczy?

– Wiesz czy nie wiesz?

– No nie wiem… Chyba Getynga. Albo Paryż, Berlin?

– Nie, mój drogi – w głosie Popielskiego zabrzmiała duma. – Lwów. Właśnie moje miasto.

– Wiem, co chcesz powiedzieć. Że Minotaur jest matematykiem, który kreślił na serwecie wzory. A w liście do biura matrymonialnego pisał, że przyjedzie z daleka. Połączyłeś te dwa fakty. Ale przecież równie dobrze mógł być człowiekiem interesu i mieszkańcem Warszawy, który w wolnej chwili podlicza zyski… Wasza stolica też jest chyba daleko. I daj mi w końcu zjeść tę golonkę, do jasnej cholery!

– Wiesz, że we Lwowie jest słynna kawiarnia „Szkocka”, gdzie spotykają się matematycy? – Popielski puścił przedramię Mocka. – I wiesz, że przez całe lata pisali oni tam na serwetach albo po blacie stolika tak jak ten fałszywy hrabia? Może on też tam bywał i ten nawyk mu został?

– No może… – Mock żuł ze smakiem kęs golonki. – Rozumiem, że chcesz wracać do swojego miasta… I nie masz ochoty tłumaczyć się przed tym komisarzem Holewą, czy jak mu tam… Ale to tylko dwie informacje i twoja intuicja. I z tego powodu mamy wracać? Przecież tu jeszcze mamy wiele do roboty. Na przykład wypytać sąsiadów tej dziewczyny…

– Powiedziałeś, że połączyłem przypadkowo dwie informacje. Ale jest jeszcze fakt trzeci i najważniejszy. Powinienem od niego zacząć. To dlatego pojedziemy najbliższym pociągiem do Lwowa. Wiesz, jak się nazywa nasz hrabia? Jak się przedstawił w liście? „Hrabia Hugo Dionizy von Banach”. A wiesz, kim są profesor Hugo Dionizy Steinhaus i profesor Stefan Banach?

– Nie.

– Właśnie tak! – Popielski starannie ułożył resztki kapusty na ocalałych kawałkach golonki. – Są lwowskimi matematykami i bywalcami tej knajpy, gdzie się pisze po serwetach. Jedźmy, wstąpimy jeszcze na chwilę do „Matrimonium” i może tam zdobędziemy inne wiadomości. Żałuję, że nie wypytaliśmy pani Nowoziemskiej o akcent tego goryla, bo jestem pewien, że ta spostrzegawcza kobieta zauważyła w nim jakieś lwowskie osobliwości.

Katowice, poniedziałek 1 lutego 1937 roku,

godzina druga po południu

Pani Klementyna Nowoziemska miała zwyczaj jeść obiad około drugiej w pobliskiej restauracji „Teatralna”. Zamykała wtedy biuro, a na jego drzwiach wywieszałainformację „Przerwa obiadowa. Biuro czynne od 15.30”. Tak też zrobiła i dzisiaj. Włożyła futro z soboli i mały kapelusik z kwiatkiem, umocowanym na fantazyjnej pętelce, po czym ruszyła ku drzwiom z torebką pod jedną pachą, z kartonową wywieszką – pod drugą. Drzwi się otworzyły. Stanął w nich niewysoki mężczyzna w płaszczu i kapeluszu oraz z laską.

Właśnie idę na obiad. – Pani Klementyna stuknęła pomalowanym na czerwono paznokciem w lakierowaną wywieszkę. – Chce mi pan towarzyszyć? Równie dobrze tam możemy porozmawiać.

Pierwszy cios, który otrzymała, omal nie złamał jej oczodołu. Ciepła krew zalała oko, na czole wyrosła czerwona pręga, która szybko zaczęła sinieć. Uderzenie odrzuciło panią Nowoziemską na ścianę pokoju. Zsunęła się po niej z wyprostowanymi nogami i ciężko upadła na kość ogonową. Napastnik odkręcił dolną część swojej laski, uwalniając dziesięciocentymetrowy stalowy szpic. Podniósł ręce i wbił jej w głowę stalowy szpikulec, który z równą łatwością przeszedł przez kości czaszki, jak i przez kapelusz. Wcisnął i wkręcił szpikulec do oporu. Był miłosierny. Nie chciał, aby widziała, jak pochyla się nad nią, wbija nóż w jej policzek, głęboko go nacina, a potem w miejsce nacięcia wsuwa górne zęby. Nie chciał, by widziała, jak odrzuca głowę i czerwony miąższ kląska o posadzkę.

Część II

Komnata Minotaura

/…/ każde zaniedbanie jest świadome, każde przypadkowe zetknięcie jest uplanowanym spotkaniem, każde upokorzenie – karą, każde fiasko – tajemniczym zwycięstwem, każda śmierć – samobójstwem.

Jorge Luis Borges, Deutsches Requiem (przeł. Zofia Chądzyńska)

Worochta, poniedziałek 8 lutego 1937 roku,

godzina czwarta po południu

Rita Popielska szusowała po Jelenim Stoku, który prowadził od niedawno wybudowanego schroniska po ciemny pas buków. Jej zgrabna sylwetka, jasna, porcelanowa cera oraz policzki, które od mrozu i wiatru nabrały barwy rumianych jabłek, zwracały powszechną uwagę. Podczas schroniskowych posiłków starsze panie patrzyły na Ritę z lekką pogardą, zakładając, iż każda piękna dziewczyna prędzej czy później zostanie ulicznicą lub utrzymanką, młodsze – z zazdrością, panowie zaś – albo z pożądaniem, albo z bezsilną rezygnacją. Ona sama, nie zdając sobie nawet sprawy, iż wywołuje tak różnorodne uczucia, oddawała się śnieżnym rozrywkom z takim zapamiętaniem, jakby każdy dzień był ostatnim dniem zimowych wakacyj. Z ciotką Leokadią, która nieustannie grała w bridża, miała kontakt tylko w restauracji przy posiłkach. Nawet jednak wtedy nie musiała znosić jej ironicznych spojrzeń ani mędrkowatych uwag, ponieważ przy ich stoliku od pierwszego dnia wywalczyli sobie miejsce dwaj bracia, panowie Krzemiccy, z których młodszy, Adam, był studentem Politechniki Lwowskiej, a starszy, Zygmunt – podchorążym z Pułku Strzelców Kresowych w Stanisławowie. Rita z radością rzucała się podczas posiłków w błyskotliwą i pełną flirtów rozmowę z oboma młodzieńcami, zwłaszcza gdy ciotka Leokadia, przełknąwszy zaledwie kilka kęsów, biegła w stronę zastawionego palmami foyer, skąd dochodził zapach cygar i szelest tasowanych kart. Rita – dziewczę płoche i niestałe w zainteresowaniach – bardzo często z beztroskim uśmiechem przerywała rozmowę z braćmi, którzy jeden po drugim czerwienili się jak uczniacy, porzucała ich w pół słowa i biegła do swojego pokoju, aby tam przebrać się w ciepłe majtki, grube pończochy, wąskie narciarskie spodnie oraz dwa zakopiańskie swetry; czapki nigdy nie nosiła, gdyż wełna gryzła ją i drapała w głowę. A potem pędziła z nartami na stok i zjeżdżała w szalonym tempie w dół, z rozwianym czarnymi włosami, pozostawiając za sobą i braci Krzemickich, i kilku innych gimnazjalistów czy studentów, którzy na darmo starali się dorównać wysportowanej pannie. Było to prawie niewykonalne – dogonić dziewczynę, która na nartach jeździła od piątego roku życia i każde wakacje zimowe spędzała w Karpatach.

Myliłby się jednak ktoś, kto by sądził, że Rita Popielska rzuca się w wir wiatru i śniegu tylko z atawistycznej, młodzieńczej potrzeby wyładowania energii. Czyniła to z zupełnie innego powodu. Uznała bowiem, skądinąd bardzo słusznie, że im szybciej mija dzień, im bardziej zmęczona zanurza się wieczorami w chłodną, pachnącą pościel, tym szybciej upłynie jej cały dwutygodniowy pobyt w Worochcie i tym rychlej powróci do Lwowa. A tam chciała już być za wszelką cenę. Bo tam ktoś na nią czekał. Tajemniczy mężczyzna, który przez konduktora podał jej w pociągu liścik, kiedy nocą, otulona grubym pikowanym szlafrokiem, wracała z ustępu do sleepingu, dzielonego z chrapiącą ciotką. Konduktor uchylił wtedy czapki, wręczył jej pachnącą męskimi perfumami kopertę i powiedział, iż na dworcu we Lwowie pewien zamaskowany młodzieniec prosił go o tę przysługę, którą właśnie spełnia.

Rita dlatego między innymi uwalniała się od towarzystwa różnych adoratorów, bo chciała być sama. Pragnęła stanąć pomiędzy starymi świerkami i bukami i po raz setny przeczytać ów list, po którym czuła przyjemny mętlik w głowie.

Niepokojąca Panno Rito!

Zanim Pani nie ujrzałem w pewnym zakazanym miejscu na Zamarstynowie, w towarzystwie jakiejś panny oraz cyrkowych atletów, byłem zupełnie innym człowiekiem – znudzonym i cynicznym bon vivantem, który wszystko już przeżył i wszystko widział. Człowiekiem, który poznał i zło, i dobro w najczystszej postaci. Aby Pani udowodnić, że nie są to czcze słowa, dodam tylko, że byłem poszukiwany przez policje trzech krajów, siedziałem w więzieniu i doszedłem do ogromnego majątku. Dla przeciwwagi dodam, że jestem wysoko wykształcony i mam lat dwadzieścia siedem. W tej chwili nie muszę już pracować na mój byt, nie muszę robić niczego. W moje życie wkradła się potężna i obezwładniająca nuda. Aż do tego styczniowego dnia, kiedy Panią ujrzałem. Jeśli wcześniej poznałem zło i dobro w postaci czystej, to teraz w Pani osobie zobaczyłem najwyższe piękno. Słaby mężczyzna napisałby: – „Nie mogę spać ani jeść, marzę o jednym Pani spojrzeniu, o jednym uśmiechu

Pani cudownych ust”. Ja tak nie napiszę, ja jestem mocnym mężczyzną, typem zdobywcy, który cały świat może rzucić Pani do stóp, i dlatego powiem coś śmiałego i zuchwałego: marzę o Pani całej. Pani obecność w tej spelunce na Zamarstynowie świadczy, że jest Pani również osobą zdecydowaną i drwi sobie z tego, co społeczeństwo uważa za przyzwoite. Rito! Jeśli tylko zdobędzie się Pani na tak śmiały krok i zgodzi się otrzymać ode mnie następny list (do którego dołączę moje zdjęcie), to niechże Pani zechce którejś niedzieli w samo południe stanąć pod zegarem kawiarni „Wiedeńskiej” na Hetmańskiej. Co niedziela w samo południe będę stał w pobliżu i patrzył na przechodzących tamtędy ludzi. Wiem, że którejś niedzieli i Ty będziesz między nimi.

Lwów, środa 17 lutego 1937 roku,

godzina szósta po południu

Popielski od dłuższego czasu był stałym gościem kawiarni „Szkockiej” na rogu ulic Łozińskiego i Fredry i zdołał już przyzwyczaić personel do swoich dziwactw. Niczego nigdy nie zamawiał poza niezliczonymi szklankami gorzkiej mocnej herbaty, gdyż – jak oznajmił pierwszego dnia – przechodzi właśnie okres diety, która ma oczyścić organizm ze zbędnych trucizn. Nie dodawał już, że te trucizny są głównie alkoholowego pochodzenia, bo i po co miał się zbytnio spoufalać z kelnerami i kelnerkami, którzy w tym lokalu i tak wykazywali sporą dezynwolturę wobec gości. Z każdym dniem głodówki czuł, jak jego waga spada, a irytacja na cały świat rośnie: na Hannę, której poranne śpiewanie godzinek coraz częściej wybudzało go z dopiero rozpoczętego snu, na swoich kolegów z urzędu połicyjno-śledczego, którzy zbyt opieszale szukali ludzi o uderzającej brzydocie, i na matematyków, bywalców „Szkockiej”, którzy traktowali go z góry i nieco ironicznie.

Zdążył już poznać większość z nich i zorientować się w problemach, które ich zajmowały. Jednakże jego wiedza matematyczna, zdobywana onegdaj w Wiedniu u znakomitego Wielkopolanina, Franciszka Mertensa, i u posępnego Wilhelma Wirtingera, była już mocno zwietrzała, więc wybuchy entuzjazmu lwowskich matematyków nad jakimiś zagadnieniami, które nosiły osobliwe, a czasami i poetyckie nazwy, wydawały mu się szczenięcą ekscytacją. Kiedy profesor Stefan Banach unosił ręce – a nierzadko w każdej z nich jednocześnie dymił papieros – i zachwycał się nowym przyczynkiem do „kanapki Steinhausa”, „gry Mazura” lub „trójnogu i kostki Hilberta”, Popielski miał wrażenie, że przeniósł się w swoje lata gimnazjalne, gdy z kuzynką Leokadią grał w szachy i różne posunięcia określali nazwiskami bohaterów czytanych właśnie książek, w wyniku czego zrodził się „mat Winnetou” i „gambit Kmicica”. Kiedy Stanisław Ulam, skacząc jedną nogą po krześle, a drugą po podłodze, wywodził o „zagęszczaniu osobliwości” albo o „przestrzeniach niby-gęstych”, Hugo Dionizy Steinhaus i Stefan Kaczmarz rozlewali kawę, a niekiedy i wódkę, i każdy na swój sposób krytykował jakąś najnowszą pracę francuską o szeregach ortogonalnych, a Stanisław Mazur epatował liniowymi metodami summacji, komisarz – może pod wpływem skręcającego go głodu – popadał w coraz większą mizantropie i w głęboki kompleks swoich niewykorzystanych szans. Przypominał sobie szczęśliwe lata wiedeńskie i kochaną niegdyś matematykę, którą porzucił dla filologii z powodów zdrowotnych – wykłady i seminaria filologiczne na Uniwersytecie Wiedeńskim odbywały się zwykle wieczorami, wobec czego mógł unikać słonecznego światła. Nie zdążył zatem poznać skomplikowanych zagadnień, o których dyskutowali. Przychodził do „Szkockiej” w porze obiadu, siedział w ponurym milczeniu, sam, w pierwszej sali, pod kotarą wejścia prowadzącego w głąb lokalu, i przypatrywał się bardzo uważnie wchodzącym. Wiedział, że morderca zna doskonale z gazet jego aparycję i czekał, aż zobaczy na jakiejś twarzy przestrach na swój widok. Zdarzyło się tak tylko raz, lecz twarz wchodzącej osoby była niestety niebrzydka i na dodatek kobieca. Należała do pewnej prostytutki, która niegdyś wyśmiała dotkliwie jego męską poalkoholową niemoc. Nudził się więc Popielski haniebnie. Gazet nie czytał, a szachów nawet nie rozkładał, gdyż obawiał się, że jeszcze któryś z geniuszy matematycznych zechce z nim zagrać i spotka go natychmiastowa i nieunikniona klęska.

Pewne spostrzeżenie, jakie poczynił pierwszego dnia, obaliło powszechny lwowski mit, któremu on sam również uległ – a mianowicie przekonanie, iż uczeni ci pisali na obrusach. Otóż wcale tak nie było – matematycy zaczerniali chemicznymi ołówkami albo marmurowe blaty stolików, albo stronice specjalnej księgi, która zawsze znajdowała się u szatniarza. Ta obserwacja sprawiła Popielskiemu głęboki zawód, bo przecież mit ten był jednym z filarów jego rozumowania, iż człowiek o twarzy goryla, piszący po obrusie katowickiej restauracji „Eldorado”, jest lwowskim matematykiem. Szybko jednak pozbierał się po tym chwilowym niepowodzeniu i rozpoczął dokładnie zaplanowane śledztwo.

Przez cztery pierwsze dni obserwował matematyków i co chwila żądał od kelnera podawania ich nazwisk. Urozmaicał to sobie upartym podsumowywaniem dotychczasowego śledztwa, analizowaniem po raz tysięczny okoliczności, w jakich znaleźli z Mockiem zamordowaną Klementynę Nowoziemską, oraz rozmowami z pewną niewiastą lekkich obyczajów, która – na jego prośbę – przychodziła do kawiarni po to, aby „kobiecym okiem” ocenić ewentualną brzydotę jakiegoś mężczyzny.

Kiedy po tygodniu już poznał luminarzy i pretendentów do matematycznych wyżyn i z bólem nie stwierdził u żadnego z nich uderzającej brzydoty, rozpoczął szukanie takich spośród nich, którzy odznaczaliby się na tyle bogatą fantazją językową, żeby wymyślić bardzo zgrabne fikcyjne nazwisko „Hugo Dionizy von Banach”. W tym celu porzucił swoje dotychczasowe incognito i przeprowadzał z nimi długie i nudne rozmowy, na podstawie których wyrabiał sobie niezawodny pogląd o bogactwie ich słownictwa i asocjacjach językowych. Po czterech następnych dniach wytypował głównego podejrzanego, którego jednak szybko musiał wymazać ze swojego spisu. Był to bowiem Hugo Dionizy Steinhaus, człowiek, który operował przepiękną polszczyzną, pełną niezwykłych i bardzo trafnych skojarzeń. Po pierwsze, nie był on brzydki, po drugie, trudno byłoby przypuszczać, aby morderca przybrał pseudonim składający się z dwóch własnych imion!

Kiedy Popielski wykreślił wszystkich bywalców „Szkockiej” ze swojej listy podejrzanych, przystąpił do indywidualnego wypytywania o ich „brzydkich” kolegów i studentów. I wtedy się zaczęło!

– W jakim sensie „brzydki”? – pytał Meier Eidelheit.

– Wiem, panie komisarzu, jak się ma geometria wy-kreślna do pięknego, artystycznego przedstawiania przestrzeni u włoskich mistrzów – zamyślał się Kazimierz Bartel. – I stąd wnioskuję o pięknie. A mówiąc o brzydocie, musiałbym poprowadzić rozumowanie odwrotne.

Kiedy Popielski spekulacje te starał się zawęzić przez porównanie poszukiwanego do małpy, jego rozmówcy wciągali go na głębokie wody abstrakcji.

– Czy rzeczownik „małpa” jest definiowalny za pomocą skończonej liczby słów? – zasępiał się Mark Kac.

– Proszę pana – rozpierał się przy stole Leon Chwistek – mogę brzydotę definiować tylko jako brak piękna. A piękno dostrzegam w sztuce, która zrzuciła z siebie nieznośny balast naśladowania natury. Zatem obrazy małpy i Wenus z Milo są jednakowo brzydkie, bo obie są elementami natury, zaś piękna w przedstawieniach natury nie ma.

Po trzech tygodniach Popielski przerwał dietę, postanowił opuścić „Szkocką” i już więcej tam nie wracać. Ze słynnej kawiarni nie prowadził żaden trop. To, co zaplanował na następne dni, było jeszcze mniej absorbujące. Miał uczestniczyć w kilku najbliższych posiedzeniach Oddziału Lwowskiego Polskiego Towarzystwa Matematycznego i tam szukać Minotaura. Tych zebrań było niewiele: jedno w marcu, jedno w kwietniu, dwa w maju i jedno w czerwcu. Jak tu dalej tropić bestię? Miał w głowie straszną pustkę, jaką nazajutrz odczuje po przyjściu do swojego gabinetu w urzędzie policyjno-śledczym. Chciał jak najdalej odsunąć od siebie myśl o wściekłych współpracownikach, którzy chodzą po Lwowie, rozpytują się o ludzi „brzydkich” i wystawiają się na głupawe dowcipy. Nie mógł znieść myśli o Marianie Zubiku, który go jutro zapyta o postępy w śledztwie. To wszystko postanowił zagłuszyć alkoholem. Koniec diety, powiedział w myślach. Po wypiciu kilku wódek rozłożył szachy i – w przypływie odwagi – postanowił zaprosić do gry któregoś z dyskutujących matematyków. Zbliżył się do ich stolika, ale oni nawet na niego nie spojrzeli. Dyskutowali kwestię istnienia automatów, które mogłyby same o sobie dać odpowiedź, skoro byłaby dana pewna liczba bezwładnego materiału w ich otoczeniu.

Popielski machnął ręką, usiadł sam do szachowych zagadek z „Deutsche Schachzeitung”, który abonowano w „Szkockiej”, i zamówił jeszcze jedną wódkę. Zatęsknił za Mockiem. Chętnie by z nim zagrał. Eberharda jednak nie było.

Katowice, środa 17 lutego 1937 roku,

godzina szósta po południu

Eberhard Mock, po znalezieniu ciała Klementyny Nowo-ziemskiej, został w Katowicach z trzech powodów. Po pierwsze, nie wierzył w lwowski ślad, tak mocno forsowany przez Popielskiego, po drugie, z Katowic było blisko do Breslau i Karen, do której jego tęsknota wzrosła wprost proporcjonalnie do wyrzutów sumienia, jakie nim targały po erotycznych ekscesach. Po trzecie i najważniejsze, zabójstwo właścicielki biura „Matrimonium” domagało się wyjaśnienia, a jego okoliczności wskazywały na Minotaura, którego Mock zaczynał nienawidzić równie mocno jak Popielski. Wprawdzie w osobie Nowoziemskiej Minotaur nie zamordował dziewicy, ale rozszarpanie i wyrwanie policzka ofiary było jego znakiem rozpoznawczym. Poza wszystkim mógł objawić się jakiś jego obłąkany naśladowca albo dziewictwo poprzednich ofiar było przypadkowe. Śledztwo zapowiadało się jako nadzwyczaj żmudne, ponieważ z biura matrymonialnego zniknęły wszystkie segregatory. Policja miała do wyboru dwie drogi: inwigilować środowisko przestępcze w poszukiwaniu ewentualnych kontaktów zamordowanej lub szukać ciemnych sprawek w jej przeszłości. Żadna z tych dróg nie wyglądała zbyt poważnie, ponieważ pani Klementyna Nowoziemska była osobą szanowaną i cieszyła się nieskazitelną opinią. Mockowi wciąż jedna myśl nie dawała spokoju, a mianowicie sugestia Popielskiego, iż właścicielka biura musiała być niegdyś burdelmamą. Wrocławski policjant po przepracowaniu wielu lat w decernacie obyczajowym znał doskonale świat zakamuflowanych prostytutek, którymi były często ubogie kobiety z ludu. Świadczyły one skrycie usługi cielesne, a przy tym wykonywały zupełnie inne zawody – były na przykład robotnicami lub służącymi. Ukryta prostytucja stanowiła intratne zajęcie. Z jednej strony nie ryzykowały zetknięcia z policją obyczajową i wpisania na odpowiednią listę, co zrujnowałoby im reputację i spowodowało zwolnienie z pracy, z drugiej zaś, mogły uskładać sporo grosza na ewentualny posag. Ponieważ nigdy nie stały na ulicy, korzystały z różnych pośrednictw. Wprawdzie Mock przedtem nie słyszał, aby biuro matrymonialne było takim pośrednikiem, ale porównanie Nowoziemskiej do burdelmamy nie dawało mu spokoju i ten trop wydawał mu się nadzwyczaj kuszący. Był prawie pewien, że „brzydki hrabia” nie jest żadnym lwowskim matematykiem, lecz zwykłym śląskim przemysłowcem, który po kryjomu korzysta z pośrednictwa Nowoziemskiej i wydaje swe pieniądze na kryptoprostytutki. Choć była to tylko intuicja, musiał jednak ją sprawdzić – Mock był jak najdalszy od tego, aby pogardzać swoją śledczą intuicją.

Miał zatem co robić i, co najważniejsze, mógł śmiało działać. Rozstanie z Popielskim też niczego nie utrudniało – znajomość niemczyzny w Katowicach była powszechna, nawet wśród prostego ludu. Popielski wystarał mu się ponadto o stosowne pełnomocnictwa, dzięki którym mógł samodzielnie działać na terenie śląskim jako przedstawiciel komendy policji we Lwowie. Mock niechętnie pożegnał Popielskiego, lecz chętnie rzucił się w wielkomiejski żywioł stolicy Śląska. Czuł się znakomicie w mieście, które przypominało mu Breslau.

Już jednak na samym początku komisarz Zygfryd Holewa wylał na Mocka wiadro wody. Policjant katowicki, który okazał się okropnym cholerykiem, wypisz, wymaluj odpowiadającym wyobrażeniom Popielskiego, powiedział dosadnie, gdzie ma pełnomocnictwa Mocka, i zakazał mu kategorycznie prowadzenia śledztwa w sprawie Marii Szynok. Zdawał sobie sprawę, że Niemiec nie będzie w stanie interweniować u polskich władz policyjnych i wznowić tego dochodzenia. Aby nie próbował jednak prowadzić go na własną rękę, dał mu pomocnika w postaci przodownika Franciszka Wybrańca, który miał natychmiast informować swojego zwierzchnika o jakiejkolwiek niesubordynacji Mocka.

Wybraniec – jako szpieg Holewy – samodzielne poczynania Mocka śledził bardzo uważne, nie przywiązywał jednak najmniejszej wagi do ich wspólnych działań, sądząc, iż Mock nie ośmieli się wraz z nim przy boku poprowadzić prywatnego śledztwa. I, kiedy przy wieczornym piwie Niemiec oznajmił mu, że nazajutrz idą do niejakiego Michała Boreckiego, który był posłańcem Nowoziemskiej, kiwnął zgodnie głową, nie pytając nawet, skąd Mock o tym wie. Ten przemilczał oczywiście, że jeszcze przed ograniczeniami nałożonymi przez Holewę przesłuchiwał Gertrudę Wozignój, u której Szynok wynajmowała łóżko, i od gospodyni dowiedział się o niejakim Michale Boreckim, narzeczonym dziewczyny. Oczywiście funkcja posłańca była wytworem fantazji Mocka.

Przesłuchanie Boreckiego było ostatnim zadaniem, jakie sobie na ów dzień wyznaczyli. Po wizycie u rewizora ksiąg handlowych firmy „Matrimonium”, pana Jana Sławińskiego, który zresztą nie miał im nic ciekawego do powiedzenia, stali pod komisariatem na Młyńskiej, skąd mieli udać się do dzielnicy Bogucice. Nie było nigdzie dorożki, a wszystkie służbowe chevrolety znajdowały się w użyciu. Wtedy dostrzegł ich przechodzący akurat tamtędy Sławiński i zaproponował pożyczenie dwóch rowerów. Pogoda była mroźna i sucha, śnieg dawno wywiało z chodników, a zatem śmiało mogli skorzystać z tego środka lokomocji.

Wjechali na rowerach w brukowaną uliczkę. Dyrektor kryminalny, człowiek słusznej wagi, od dawna nie jeździł na rowerze i bardzo uważał na początku, aby zachować równowagę. Szybko jednak stwierdził, że rower „Eboco” miejscowej produkcji jest bardzo solidny, a opony „Dunlop” czyniły go jeszcze bardziej niezawodnym. Przestał zatem zwracać uwagę na pojazd i rozglądał się wokół podczas jazdy.

Dojechali do biednej górniczej dzielnicy, która jednak wyglądała zupełnie inaczej niż ubogie kwartały Lwowa, które Mock zdążył już trochę poznać. Tu ulice były gęsto obstawione dwupiętrowymi lub trzypiętrowymi nieotynkowanymi budynkami z czerwonej cegły, a okna malowane głównie na zielono mieściły się we wnękach. Wprawdzie i tam, i tu całe rodziny zajmowały jednopokojowe na ogół lokale ze wspólnymi wygódkami na podwórkach, ale na polskim Śląsku mieszkania były znacznie większe, ulice wybrukowane i szerokie, choć – w odróżnieniu od Lwowa – w mieście rosło niewiele drzew.

Minęli duży kościół i szpital, po czym skręcili w wąską uliczkę i zatrzymali się przed pierwszym domem, którego adres Mock wypisał z raportu o znalezieniu Marii Szynok jako adres Boreckiego. Ulica Piotra numer 1. Główną aleją szły duże grupy ludzi, rozmawiających ze sobą językiem, który Niemcy pogardliwie zwali Wasserpolnisch. Mężczyźni byli ubrani w długie czarne kapoty i w kapelusze, a kobiety – w obszerne kolorowe spódnice i czepki z koronkami. Zmierzali dokądś całymi gromadami, oglądając się z ciekawością na obu mężczyzn na rowerach. Wybraniec szybko coś policzył i stuknął się w czoło.

– Środa Popielcowa – powiedział do Mocka. – Dzisiaj jest Środa Popielcowa, możemy go teraz nie zastać, a niech to piorun strzeli!

– No to poczekamy w jakiejś knajpie, aż wróci – odparł Mock. – Nie ma pan ochoty na małego sznapsa? Zimno dzisiaj!

– Pan nie zna tutejszych obyczajów. – Wybraniec się lekko zaperzył. – U nas żadna knajpa nie jest czynna w Środę Popielcową.

Mock pokręcił z niedowierzaniem głową i spojrzał w ciemne okna. Rzeczywiście, wyglądało na to, że nie ma nikogo ani na parterze, ani na piętrze. Wszedł do bramy, czysto wypucowanej i pachnącej proszkiem. Zbliżył się do drzwi opatrzonych numerem 1 i przyłożył do nich ucho. Uśmiechnął się do siebie, wyszedł na zewnątrz i kiwnął głową na Wybrańca. Ten wszedł do bramy i stanął przy drzwiach mieszkania obok Mocka. Posłuchał, a po chwili jego szerokie oblicze również rozjaśnił uśmiech.

– Ta kobitka, co tam jęczy, na pewno nie zdąży dziś do kościoła – szepnął Mock.

– No to co? Pukamy i wchodzimy? – zapytał Wybraniec.

– Poczekaj, niech skończą. – Mock znów przyłożył ucho do drzwi. – Przerwał ci ktoś kiedy w takim momencie?

Katowice, środa 17 lutego 1937 roku,

trzy kwadranse na siódmą wieczór

Michał Borecki siedział w pokoju, ubrany w spodnie na szelkach i w podkoszulek. Na kafelkowym piecu kuchennym, od którego biło gorąco, stał garnek. Na podłodze walały się dziecięce zabawki. Na ścianie wisiało zdjęcie ślubne, na którym Borecki miał sumiastego wąsa. Teraz wąs był wąsikiem i jego posiadacz przypominał Mockowi Hitlera. Mimo tego nieprzyjemnego skojarzenia Mock uśmiechał się od ucha do ucha. Aspirant Wybraniec co chwilazerkał przez okno na rowery, które ustawił na podwórku tak, by mieć je na oku.

– Ale sobie fajnie podupcyłeś, co Borecki? – Mock wsadził wskazujący palec jednej ręki w pierścień uczyniony z palców drugiej, i kilkakrotnie nim poruszył. -Tylko pytanie, jaką kobitkę tak dupcyłeś? Ja tu w kuchni nikogo nie widzę. – Mock zajrzał pod stół.

– Nie rozumiem po niemiecku – odparł po polsku Borecki.

Mock wstał i ruszył w stronę drzwi prowadzących do jedynego pokoju. Borecki był szybszy. Zastawił drzwi własnym ciałem. Był dobrze zbudowany. Potężne mięśnie przedramion napinały się pod skórą ozdobioną tatuażami. Mock odsunął się od niego, podszedł do okna i przyjrzał się futrynie. Była zalepiona plastrami i zapchana pakułami – jak w mieszkaniu Popielskiego. Ktoś, kto chciałby uciec z pokoju przez okno na podwórko, nie uczyniłby tego bez hałasu. Mock zbliżył się do pieca kuchennego. Podniósł pokrywę garnka i powąchał.

– O, coś dobrego, ładnie czosnkiem pachnie – mlasnął językiem. – A ja taki jestem głodny…

Ku całkowitej konsternacji Boreckiego i Wybrańca nalał sobie zupy do metalowej miski, postawił ją na stole i zaczął jeść. W połowie przerwał i spojrzał na Boreckiego.

– Jeśli w tym pokoju jest twoja żona, Borecki – powiedział powoli, czekając, aż Wybraniec przetłumaczy – to zaraz się ubierze, wyjdzie stamtąd i się z nami przywita. A jeśli tam nie ma twojej żony, to sobie na nią poczekamy, prawda Wybraniec? Poczekamy, aż wróci z dziećmi z kościoła.

– Czego chcesz? – zapytał Borecki.

– Chcę wiedzieć wszystko o Marii Szynok.

– Ależ panie dyrektorze kryminalny – zaprotestował Wybraniec, nie przetłumaczywszy kwestii Mocka – pan nie ma prawa prowadzić śledztwa w tej sprawie!

– Idź, popilnuj rowerów! – krzyknął na niego ze złością dyrektor kryminalny. – Jestem twoim zwierzchnikiem i wydaję ci rozkaz!

– No i pójdę. – Wybraniec zrobił urażoną minę. -A pan i tak się niczego nie dowie, bo on nie mówi po niemiecku!

– Przypomni sobie. – Mock siorbnął aromatyczną zupę czosnkową, w której pływały kawałki chleba. – To ty go tak niepokoisz, że zapomniał języka w gębie!

Wybraniec wyszedł czerwony jak indor. Mock zjadł zupę i nalał sobie dokładkę. Na stole położył dwa złote.

Nie chcę odbierać twoim dzieciom od ust – powiedział i dalej energicznie machał łyżką.

Za ścianą coś się poruszyło. Zegar wybił wpół do siódmej. Mock wyciągnął paczkę polskich papierosów, „Egipskie”, które mu nadzwyczaj smakowały, i przesunął ją po stole w stronę Boreckiego. Za ścianą rozległ się szmer i lekko zaskrzypiały uchylające się drzwi.

Serdecznie witamy! – krzyknął Mock. – I zapraszamy do nas, pani Borecka!

– Czego pan chce? – zapytał po niemiecku mężczyzna w podkoszulku.

– No widzisz! – Mock roześmiał się jeszcze szerzej. – A nie mówiłem, że ten dureń cię niepokoił? Mówisz po niemiecku jak ta lala!

– Czego? – warknął Borecki.

– Dowiedziałem się, że byłeś narzeczonym Marii Szynok. Osobliwy narzeczony, który jest żonaty. Ale może po polsku „narzeczony” to „kochanek”?

Borecki milczał, a Mock, nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuował:

– Nieważne, czy ty byłeś jej narzeczonym, czy ona twoją kochanką. Ważne, że ją chędożyłeś, tak?

– Tak.

– No wreszcie coś powiedziałeś! – Mock klasnął w dłonie. – No to teraz mi powiedz, jak bardzo chciała wyjść za mąż, jak szukała męża, czy była w jakimś biurze matrymonialnym, czy spotkała jakiegoś mężczyznę, który by się chciał z nią ożenić. Wiesz coś o tym?

– Nie ośmieliłaby się mi powiedzieć. – Borecki uśmiechnął się do siebie. – Wiedziała, żebym jej za to wpierdolił. Była moja albo niczyja!

– Kiedy ją miałeś pierwszy raz, była dziewicą?

– A gdzie tam! – Borecki wybuchnął głośnym ponurym śmiechem, który odbił się echem o ściany kuchni. – Ona już się skrobała kilka razy!

– W szpitalu?

– Nie, w szpitalu nie. W Polsce idzie się za to do ciupy.

Mocka coś tknęło. Powróciła jego intuicja o kryptopro-stytucji, której się oddawała Szynok, i o jakimś pośrednictwie w tym procederze. Poczuł szybkie bicie serca. Jeszcze nigdy nie słyszał, aby szanowane biura matrymonialne pośredniczyły na rynku usług cielesnych. Że były nimi babki aborcyjne – o tym słyszał bardzo często i nawet kilka razy sam się z tym zetknął. Umiały one łatwo przekonać swe zrozpaczone i na ogół ubogie klientki, że jedna noc z zamożnym panem nie jest żadnym wstydem.

No to gdzie się pozbyła płodu? – Mock zauważył, że Borecki nie zrozumiał tego pytania, więc ze wstrętem użył poprzedniego czasownika. – Gdzie się wyskrobała? U kogo?

– A bo ja wiem? To było przede mną!

Mock zdjął płaszcz i kapelusz. Machnął na stojącego przy rowerach Wybrańca, aby wszedł do środka. Rozłożył ręce na znak, że niczego się nie dowiedział. Spojrzał chłodno i spokojnie na Boreckiego. Bez uśmiechu.

– Podaj mi nazwisko kobiety, która robi skrobanki w tym mieście, w tej dzielnicy. Nie wsadzę jej do ciupy. Muszę z nią tylko porozmawiać.

– Nie wiem! Nie znam nazwisk żadnych babek, które skrobią!

– Mamy czas. Mamy bardzo dużo czasu.

Lwów, niedziela 21 lutego 1937 roku,

trzy kwadranse na południe

W „Wiedeńskiej” przy placu Mariackim w niedzielne przedpołudnia panował duży ruch. Dzisiaj kawiarnię zapełniali głównie zamożni Żydzi, którzy w odróżnieniu od swoich chrześcijańskich współobywateli nie śpieszyli do lwowskich kościołów, gdzie odbywały się uroczyste sumy. Bywalcy lokalu spożywali o tej porze czekolady, ciastka i owoce w rodzinnym gronie i na ogół należeli do zamożnej i liberalnej inteligencji. Pobożnych Żydów nie było tu wielu, ponieważ unikali oni wszelkich kontaktów ze swoimi wolnomyślicielskimi pobratymcami. Nie przychodzili tam również kupcy, którzy niedzielne przedpołudnia spędzali w „Grand Cafe” przy ulicy Legionów. Za to lekarzy i adwokatów była w „Wiedeńskiej” prawdziwa obfitość.

Edward Popielski nie szukał żadnego z przedstawicieli tych zawodów. Jedyna profesja, która go interesowała od prawie trzech tygodni, to matematycy. Przebywał w tym lokalu tylko dlatego, aby ujrzeć fizjonomię mecenasa Eisiga Nussbauma, którego pewien informator scharakteryzował następująco: „gość z mordu jak koczkodan”. Nazwisko tego adwokata było ostatnim na liście sporządzonej przez aspiranta Kacnelsona i różniło się tym od innych, iż nie zostało podkreślone. Lista ta powstała jako wynik żmudnej, dwutygodniowej pracy Kacnelsona i Cygana. Obejmowała ludzi uzdolnionych matematycznie, którzy jednak nie wybrali tego kierunku studiów. Aby zdobyć te informacje, Kacnelson obszedł wszystkie szkoły żydowskie, a Cygan – chrześcijańskie i państwowe. Rozmawiali nie tylko z dyrektorami i nauczycielami matematyki i fizyki, ale również wypytywali bibliotekarzy o byłych uczniów, którzy wykazywali szczególne zainteresowanie szaradami i grami logicznymi. Grabski z kolei wykonał tytaniczną pracę, zdobywając wiadomości o różnych prywatnych nauczycielach, którzy żyli z korepetycyj, oraz o guwernerach w bogatych domach. Tym razem wszyscy funkcjonariusze pytali o tuszę. Powstała całkiem pokaźna lista pięćdziesięciu dwóch nazwisk, którymi podzielili się po równo – jak w bridżowym rozdaniu. Trzynastym nazwiskiem na liście Popielskiego był właśnie mecenas Eisig Nussbaum, którego fizjonomii nie dane mu było obejrzeć, gdyż przebywał on do soboty w podróży służbowej w Tarnopolu. Informator Popielskiego, który porównał adwokata do koczkodana, zapewniał go, że może się walić i palić, a prawnik zawsze przyjdzie do „Wiedeńskiej” w niedzielne południe. I rzeczywiście, kiedy do lokalu wkroczył szczupły, niewysoki mężczyzna, z którego wyraźną brzydotą kontrastowała wspaniała, śródziemnomorska uroda jego towarzyszki, zegar w sali wybił południe. Kelner mrugnął do Popielskiego, że oto właśnie pojawił się mecenas, o którego komisarz przed chwilą wypytywał i za którego wskazanie ofiarował mu całe dwadzieścia groszy. Policjant wstał, aby podejść do prawnika, lecz zaraz zaniechał tego zamiaru. Ciężko westchnął, kiedy ujrzał, iż zamiast lewej ręki ma on protezę zakończoną drogą zamszową rękawiczką.

Popielski zaklął w duchu. Powinien był powiedzieć swoim ludziom, aby sporządzając listy, wypytywali nie tylko o tuszę, ale i o wszystko, co mogłoby dyskwalifikować podejrzanego jako akrobatę, który skacze po wrocławskich dachach. Z irytacją spojrzał w okno i zaraz się uspokoił. W jednej chwili zapomniał o swoim śledztwie.

– Boże, jakaż ona jest piękna – szepnął.

Jego córka, która wolno spacerowała tuż obok i rozglądała się w jakimś rozmarzeniu, rzeczywiście była zjawiskowo piękna. Popielski uświadomił sobie nagle, że pod zegarem przy „Wiedeńskiej” umawiają się zakochani. Schował się za firankę i czekał, aż podejdzie jakiś adorator. Po dłuższej chwili Rita odeszła w stronę Teatru Wielkiego, a Popielski wypadł z kawiarni i pobiegł za nią. Musiał poznać powód tego spaceru, choć w głębi ducha wiedział, że i tak nie usłyszy prawdy.

Prawdziwy powód jej spaceru znał autor uwodzicielskich listów, który spod pomnika hetmana Sobieskiego patrzył bardzo uważnie przez lornetkę na ojca i córkę.

Lwów, piątek 26 lutego 1937 roku,

dwa kwadranse na siódmą wieczór

Gorzkie żale w kościele św. Mikołaja gromadziły zawsze sporą grupę gimnazjalistek. Przyciągała je tutaj nie tylko niewątpliwa pobożność, lecz również osoba księdza Konstantego Kierskiego, który głosił wstrząsające nauki. Oprócz ognistego talentu kaznodziejskiego natura nie poskąpiła młodemu kapłanowi również męskiej urody. Kiedy stał na ambonie i rzucał głową w gniewie, aż gęste czarne włosy sypały mu się na czoło, albo ronił łzy szczerego żalu, które płynęły po policzkach jego pociągłej uduchowionej twarzy, wzbudzał u większości młodych dziewcząt jednocześnie lęk i oczarowanie. Nic dziwnego zatem, że gimnazjalistki tłumnie przybywały na gorzkie żale i zapełniały swe zeszyty do religii – ku radości szkolnych katechetów – pobożnymi obrazkami, które można było otrzymać jako dowód uczestnictwa w wielkopostnych nabożeństwach.

Rita Popielska nie podzielała poglądu swoich koleżanek na temat duchowego i cielesnego piękna kapłana. Kiedyś nawet, nie mogąc znieść ekstatycznego niemal zachwytu jednej z nich, wypaliła ostro, iż ksiądz Kierski to na pewno „ciota”. Mimo tego negatywnego nastawienia, bywała jednak u św. Mikołaja ze względów towarzyskich, ponieważ tam było zawsze najwięcej jej koleżanek i mogły potem długo wspólnie wracać do domu, odprowadzając się wzajemnie.

Tego dnia jednak nie miała zamiaru wracać z koleżankami do domu. Stała blisko wyjścia, ściskała w kieszeni obrazek, który przed końcem nabożeństwa zdobyła swym czarującym uśmiechem, i czekała na stosowną okazję, by zmylić czujność ich katechetki, siostry Bonifanty.

Ach, ja Matka tak żałosna! Boleść mnie ściska nieznośna, Miecz me serce przenika. Czemuś Matko ukochana, Ciężko na sercu stroskana? Czemu wszystko truchlejesz?

Kiedy wybrzmiały już słowa polskiego odpowiednika Stabat Mater, siostra Bonifanta podeszła do grupy młodszych gimnazjalistek, by wprowadzić tam zakłócony chwilowo porządek. Wtedy Rita, uścisnąwszy na pożegnanie dłoń swojej nowej przyjaciółki, Beaty Zacharkiewicz, zwanej „Tyką”, wyszła szybko z kościoła, zbiegła w dół i skręciła w prawo. Tu już jej nie ujrzy siostra Bonifanta.

Na Mochnackiego panował mrok, przecinany tu i ówdzie żółtymi strugami światła bijącego od gazowych latarń. Pod starym kasztanem na rogu stał baciar w kapeluszu nasuniętym na oczy i palił papierosa. Zrobiło się jej nieswojo. Poszła pod górę dość stromą ulicą Mochnackiego, ślizgając się na oblodzonym bruku. Baciar oderwał się od drzewa i ruszył za nią. W pustej ulicy nie było nikogo.

Biblioteka Uniwersytecka była już zamknięta. U góry ulicy widać było drzewo szarpane wiatrem, pod którym stał jakiś inny człowiek. Rita chciała wrócić do kościoła, ale na jego wysokości był już baciar. Stał przez chwilę i patrzył na nią, po czym usunął się w cień bramy. Rita odetchnęła pełną piersią i ruszyła jeszcze szybciej w górę ulicy. Zaraz skręci i po kilku minutach znajdzie się na placu Akademickim, pod pomnikiem Fredry, w przyjaznym wielkomiejskim szumie, wśród świateł, wystaw i ludzi budzących zaufanie.

Człowiek stojący u góry pod drzewem nagle ruszył w stronę Rity. Znów poczuła skurcz w gardle. Miała dwie możliwości: albo iść w jego stronę, albo wrócić pod kościół, gdzie być może czekał na nią drugi baciar, ten w kapeluszu. Wybrała trzecie wyjście. Skręciła w boczną uliczkę Chmielowskiego. Tu latarń było bardzo mało. Na tle nielicznych oświetlonych okien siekła mżawka. Za sobą Rita zobaczyła człowieka spod drzewa. Stał i szukał jej wzrokiem. Pobiegła szybko w stronę Kaleczej Góry. Wskoczyła w zaułek, a potem do bramy, z której bił smród kociego moczu. Pogrążyła się w ciemności.

Gdy była mała, w chwilach wielkiego strachu odmawiała pacierz. Teraz nie wierzyła już w modlitwę i milczała w mroku. Przez głowę przemknęła jej zuchwała myśl. Ojciec na pewno nie zmartwiłby się, gdyby tu ją zabili, bo dla niego są ważne tylko noty z łaciny i niemieckiego! On by się tylko wściekł na widok fotografii, którą miała przy sobie, schowaną w kieszonce gimnazjalnego płaszczyka. Napisano na niej te oto słowa:

Ujrzałem Cię pod zegarem. Uczyniłaś zatem pierwszy krok. Przed tobą następne. Chcesz się czegoś o mnie dowiedzieć? Napisz do mnie. Poste restante, numer 192. Mam piękne oczy. Szkoda, że na fotografii nie są najlepiej widoczne.

Zdjęcie przedstawiało młodego mężczyznę, ubranego jedynie w spodnie i w podkoszulek. Był szczupły, lecz doskonale umięśniony. Pod napiętym materiałem rysowały się pagórki mięśni brzucha. Na głowie miał kapelusz. Jego twarz zakryta była białą chustą.

Mężczyzna dotarł do zaułka i minął bramę, kryjówkę Rity. Okrążył kamienicę i po chwili znalazł się na podwórku. Stał przez chwilę nieruchomo pod wielkim dębem. Od strony podwórka wszedł do bramy, w której Rita się schowała. Pociągnął nosem. Nie znosił kotów. Nacisnął klamkę drzwi od piwnicy. Były otwarte. Minął je i wszedł cicho po schodkach na podest. Teraz ją widział. Nikłe światło padało z okienka w którychś drzwiach i oświetlało jej plecy. Cała drżała. Ruszył w jej kierunku. Wtedy usłyszał na ulicy ciężkie kroki.

– Rito, jak można tak ryzykować i chodzić po zakazanych ulicach! – usłyszał donośny głos. – Co by na to powiedział twój tatuś!

– Śledził mnie pan, panie Zaremba? – wrzasnęła Rita. – Nienawidzę mojego ojca! Nigdy mnie nie zostawi w spokoju i zawsze będzie mnie śledził!

Po chwili dziewczyny już nie było. Na schodku leżała jej rękawiczka. Podniósł ją i długo wąchał.

Lwów, sobota 13 marca 1937 roku,

trzy kwadranse na czwartą po południu

Popielski wyszedł ze „Szkockiej”, gdzie chyba po raz pierwszy przebywał wyłącznie w charakterze gościa i gdzie wypił przed chwilą cały dzbanek gorącej herbaty z konfiturami malinowymi, wzmocniony szklanką wódki. Czuł się nie najlepiej, dopadła go grypa, która już skosiła całą jego rodzinę, włącznie ze służącą Hanną Półtoranos. Stosował zatem profilaktycznie malinowo-alkoholową miksturę, którą uważał za skuteczne remedium na wszystko.

Szedł za grupą matematyków ulicą św. Mikołaja w stronę uniwersytetu i – aby się z nimi nie zrównać i uniknąć konieczności sztucznej rozmowy – co chwilę zwalniał kroku, który od dzieciństwa miał nadzwyczaj szybki. Spotkanie z nimi i tak było nieuniknione, ponieważ zmierzał tam, dokąd oni; nie widział jednak potrzeby przyśpieszania tej kłopotliwej sytuacji. Szedł bardzo wolno w deszczu i w błocie i rozglądał się wokół, chcąc sprawić wrażenie człowieka zainteresowanego tą niezwykłą wyspą nauki w samym sercu Lwowa. Niestety, nie poczuł żadnej duchowej atmosfery. Wszystko natychmiast kojarzyło mu się z jakimiś dawnymi i całkiem świeżymi sprawami kryminalnymi. Zamiast biblioteki uniwersyteckiej widział zmasakrowane ciało studenta, który niegdyś stamtąd skoczył, zamiast bezlistnych o tej porze drzew na Mochnackiego – przerażoną twarz młodej pielęgniarki, którą zhańbiono na jednym z podwórek, a zamiast klasztoru trynitarzy – zamarznięte niemowlę, które podrzucono pod jego furtę. Wszystko wokół było złe. Nawet w zgarbionych i gestykulujących ludziach, którzy przed nim szli, nie widział największych luminarzy światowej matematyki, lecz złośliwych dystraktów o chorych ambicjach.

Wszedł za nimi do gmachu tak zwanego „starego uniwerku”, sąsiadującego z kościołem św. Mikołaja. Podobnie jak oni, oddał płaszcz i kapelusz do szatni i wszedł na pierwsze piętro, gdzie w jednej z sal wykładowych o szesnastej miało się odbyć zebranie Koła Lwowskiego Polskiego Towarzystwa Matematycznego. Oprócz spraw bieżących przewidziano również odczyt doktora Bronisława Kulika pod tytułem: Logika nazw i logika zdań.

Popielski usiadł pod oknem i oparł się plecami o parapet. W ten sposób widział dokładnie wszystkich wchodzących. Matematycy obrzucali go spojrzeniami ludzi nieobecnych duchem i zasiadali w ławkach. Niektórzy z zazdrością patrzyli na jego starannie dobrany strój: śnieżnobiałą koszulę, czarny krawat w białe grochy, kupiony w sklepie „The Gentleman”, i garnitur uszyty u Dajewskiego na Akademickiej. On z kolei spoglądał na nich zmęczonym wzrokiem i wiedział, co nastąpi o tej ponurej porze deszczowego dnia – zaraz zamknie oczy, a szelest groźnych wyrazów, takich jak „operatory sprzężone” i „przestrzenie dualne”, ukołysze go do snu. Nagle drgnął, bo zobaczył małego i pękatego człowieka o nosie zadartym jak u prosiaka. Człowiek ten, niedbale ubrany i nieogolony, wszedł do sali jako ostatni i nie zamknął za sobą drzwi. Popielski poczuł silne bicie serca.

Nieznajomy rozejrzał się, wzbudzając ogólne zainteresowanie, a jego wzrok zatrzymał się na łysej głowie Popielskiego. Podszedł do niego cicho i wręczył mu list w kopercie.

– Jestem bratem woźnego Majdy Józefa. – Popielski aż się wzdrygnął przed silnym smrodem czosnku, jaki wydostał się z ust człowieka podobnego do świni. – Mój brat chory i kazał to przekazać panu komisarzowi.

Na sali gwar już ucichł. Wszyscy patrzyli na Popiel-skiego i miłośnika czosnku, włącznie z profesorem Stefanem Banachem, który przewodniczył zebraniu.

– Już możemy zaczynać? – powiedział z irytacją przewodniczący, adresując te słowa wyraźnie do Popielskiego.

– Dziękuję – szepnął Popielski, odsunął się z odrazą od posłańca i machnął ręką, jakby odganiał muchę.

– Witam panów bardzo serdecznie na marcowym zebraniu Koła Lwowskiego Polskiego Towarzystwa Matematycznego – rozpoczął Banach. – Dzisiaj mamy przyjemność gościć pana doktora Bronisława Kulika z Krakowa, który wygłosi odczyt z zakresu logiki formalnej pod tytułem Logika nazw i logika zdań. Już sam tytuł pozwala sądzić, że mamy tu do czynienia z jakąś interesującą propozycją metodologiczną. Zapraszam, panie doktorze.

Rozległy się ciche brawa, a na katedrę wszedł szczupły, elegancko ubrany i urodziwy mężczyzna przed trzydziestką i rozpoczął od zapewnień, jaki to dla niego wielki zaszczyt występować przed tak znakomitymi uczonymi i że zanotuje wszystkie uwagi, lecz nie jest pewien, czy będzie w stanie od razu się do nich ustosunkować. Dwaj mężczyźni siedzący za Popielskim rozpoczęli rozmowę.

– Kto to w ogóle jest ten Kulik? – Popielski usłyszał za sobą szept. – Ktoś z Jagiellonki? Ktoś od Lei?

– Nie – odparł jego interlokutor. – Nie, Leja nie zajmuje się logiką. To świeży doktor od Łukasiewicza, jest chyba prywatnym docentem w Krakowie, zrobił niedawno doktorat i jeździ z odczytami po Polsce. Chce się wcisnąć do środowiska. Ponoć na dzisiejsze zebranie protegował go u Banacha sam Łukasiewicz. To jakiś miglanc, jak wszyscy ci logicy!

Popielski uśmiechnął się w duchu, stwierdzając, że plotki i zawiść mają wstęp również do świata abstrakcji. Obejrzał się dyskretnie za siebie i ujrzał dwóch matematyków, których nigdy nie widział w „Szkockiej”. Przed jednym z nich stała teczka, z której wysypywały się zeszyty. Nauczyciele gimnazjalni, pomyślał Popielski, i wyjął list z koperty. Ucieszył się jak zwykle, widząc równe i staranne pismo Mocka. Miał z policjantem z dalekiego Wrocławia szybką linię korespondencyjną. Mock dostarczał list konduktorowi pociągu Katowice-Lwów, ten po przyjeździe do Lwowa wysyłał z listem dworcowego gońca, który przynosił przesyłkę na Łąckiego. Tam zaś woźny albo dostarczał ją Popielskiemu osobiście, albo wiedział, gdzie ma go szukać. Popielski zaczął czytać list z nadzieją na jakieś nowe wieści i z radością, iż będzie miał zajęcie na nudnym posiedzeniu.

Kattowitz, 12 marca 1937 r. Drogi Eduardzie, już ci relacjonuję, co się zdarzyło od czasu mojego ostatniego listu. Jak Ci w nim pisałem, złapałem w imadło rzekomego narzeczonego Marii Szynok, niejakiego Michała Boreckiego, a ten wyjawił mi nazwisko kobiety spędzającej płody w dzielnicy, w której mieszkała ta nieszczęsna obłąkana.

Zapytasz pewnie, po co mi to w ogóle było potrzebne. Otóż idę tropem „pośrednictwa cielesnego”. Sądzę, że Szynok była ukrytą prostytutką. Najpierw myślałem, że zamordowana Nowoziemska to stręczycielka, choć nie mogłem na to znaleźć żadnego dowodu. Myśl ta jednak była moją monomanią. Nazwałem ją „tropem kryptoprostytucji”. W rozmowie z Boreckim przyszło mi do głowy, że stręczycielkami są często kobiety dokonujące spędzania płodu. Uświadomił mi to niechcący on sam, kiedy wyjawił, iż Szynok miała przed nim wielu kochanków i – jak powiedział – „skrobała się”. Przycisnąłem zatem Boreckiego, a ten podał mi nazwisko. Brzmiało ono: „Monika Halaburda”. Jak się okazało, w tej dzielnicy, owszem, mieszka kobieta o takim nazwisku, tyle że jest ona bardzo szanowaną krawcową, a prywatnie – teściową owego donżuana z przedmieścia. Zakpił on sobie okrutnie ze mnie, a moje imadło już chyba nadaje się tylko na złom. Nie zrażam się jednak, choć komisarz Holewa wciąż wkłada mi kij między szprychy. Na razie jednak ten truteń jest nieskuteczny, a ja prowadzę prywatne śledztwo na jego oczach. Jak to robię? Otóż uparcie podążam tropem „kryptoprostytucji”, odwiedzam katowickie kapłanki Afrodyty i wypytuję je o babki spędzające płody. Chodzę do nich oczywiście jako klient, a wtedy nie towarzyszy mi mój cień w postaci tego szpicla, aspiranta Wybrańca. Holewa wścieka się na mnie, wygłasza moralizatorskie tyrady, ale nie może mi przecież zabronić mojej nieszkodliwej słabostki. A ja już widzę światełko w tunelu. Czuję, że niedługo będę coś wiedział. Wiesz, że potrafię rozmawiać z dziewczynkami i że jestem dla nich hojny. Nie płacę im zresztą tylko za rozmowę. Pamiętasz, mój drogi? Homo sum et nil humani… To wszystkie wiadomości na dzisiaj.

Z najlepszym pozdrowieniem, Twój Eberhard

P.S. W sprawie morderstwa Nowoziemskiej nic nowego.

Popielski trzykrotnie przeczytał list i spojrzał na salę. Referent już chyba zbliżał się do końca odczytu, a słuchacze kręcili się niecierpliwie. Podnosił się stłumiony gwar. Popielski, który do dziś nie zdradził całkiem łaciny i często bywał na naukowych zebraniach filologicznych, wiedział, co oznacza ten odgłos. Referat albo się spotka z zachwytem, albo z miażdżącą krytyką.

– Ależ co on opowiada?! – usłyszał za sobą sceniczny szept. – Przecież to zdrada metodologiczna!

– Zabierze pan głos, profesorze? – zareagował drugi szepczący.

– Ja nawet nie splamię się udziałem w tej dyskusji!

– Oj, niechże pan profesor nie przesadza! Kiedyś już pan proesor zabrał głos po podobnym referacie…

– Nigdy! – zaperzył się profesor. – Nigdy! Co też pan kolega opowiada!

– A wtedy, kiedy miał referat ten amator, to co? Nie dyskutował pan profesor? Nie skrytykował go pan potężnie?

– Jaki amator?

– Nie pamiętam nazwiska… Takie krótkie… No ten taki brzydki jak diabli! Ten ekscentryk, wyglądający, jakby go wypuścili z Tworek. Ten, co pomylił kapelusze z Auerbachem!

– Kapelusze? Z Auerbachem?

– Nie zna pan proesor tej anegdotki? Naprawdę pyszna!

– Panowie, panowie! – zareagował Banach ex cathedra, patrząc surowo w stronę obu nauczycieli i stukając ołówkiem w blat. – Nasz prelegent zmierza do konkluzji. Proszę mu na to pozwolić!

Popielski znów poczuł bicie serca. Amator brzydki jak diabli, myślał szybko, nie pamiętają nazwiska, kapelusz Auerbacha, kanapka Steinhausa, trónóg Hilberta, brzydki jak diabeł, brzydki jak małpa, jak koczkodan. Wyglądający na chorego psychicznie. Jakby uciekł z Tworek. Te gorączkowe myśli przyśpieszyły mu puls. W okolicach prawego ucha poczuł jakieś drganie. Kapelusz Auerbacha. Rozejrzał się po sali. Prelegent skończył, a siedzący w pierwszej ławce Herman Auerbach zgłosił się jako pierwszy dyskutant. Popielski wstał z hukiem z ławki. Wszyscy na niego spojrzeli.

– Proszę poczekać na swoją kolej – upomniał go Banach z pewnym zdziwieniem. – Teraz głos ma docent

Auerbach.

Drganie pod uchem zamieniło się w łomot. Popielski podszedł do Auerbacha i chwycił go za łokieć. Uchwyt był mocny.

– Zaraz pan zada pytanie – powiedział w ciszy sali – ale ja muszę coś wiedzieć, i to już teraz!

– Co to ma znaczyć! – krzyknął Leon Chwistek do Popielskiego. – Jak pan śmie zakłócać autonomię uniwersytetu?! Jak pan śmie ściągać nas z krystalicznych wyżyn logiki w kloakę?!

– Idziemy! – powiedział Popielski do Auerbacha. -Sprawa jest najwyższej wagi!

– Jak panowie widzą – Auerbach był wyraźnie rozbawiony – jestem vi coactus.

– Cloactus – westchnął Steinhaus, patrząc na Chwistka.

Popielski wyszedł wraz Auerbachem na korytarz, a potem przestał nad sobą panować. Chwycił matematyka za wątłe bicepsy i przycisnął do ściany.

– Miał tutaj kiedyś odczyt jakiś amator, potwornie brzydki. Pan go zna, bo pomylił z panem kapelusz! Proszę mi o nim wszystko powiedzieć!

– Tak, wiem, o kogo chodzi – odpowiedział spokojnie Auerbach. – Ale najpierw niechże mnie pan puści. To logik i matematyk, właściwie samouk, studiów nie skończył, nie wiem, skąd pochodzi i czy w ogóle studiował – kontynuował, gdy Popielski zwolnił chwyt. – Nazywa się Zdzisław Potok. Był jeden jedyny raz w „Szkockiej”. Byłem tam wtedy tylko ja i Staszek Ulam, który kilka dni temu wyjechał do Ameryki. Potok chwilę rozmawiał z nami, miał nawet jakiś ciekawy pomysł w zakresie twierdzenia Dirichleta, a potem poszedł. Pomylił kapelusze. Szelma wziął mój nowy, a swój stary zostawił. Potem zniknął. No to nosiłem jego stary kapelusz. Wolałem taki niż żaden. Mniej więcej po roku przyszedł do mnie na uniwersytet, oddał mi kapelusz z przeprosinami i zapytał, czy może mieć u nas referat z logiki. Akurat wypadł z planu wykład gościa zagranicznego, profesora Lebesgue'a, i mieliśmy dziurę. Wypytałem go dokładnie o treść tego wykładu. Wydał mi się sensowny i koherentny. Zgodziłem się. I wygłosił ten referat przed prawie pustą salą. Pamiętam, był tylko Ulam, ja i ktoś jeszcze. Oberwało mi się potem od mojego szefa, że dopuszczam amatorów i nie ma frekwencji. To wszystko, co o nim wiem. Ach, wiem też, gdzie mieszka, bo tam mu odesłałem jego stary kapelusz. Żulińskiego 10, mieszkania 12.

– Był brzydki?

– Chyba tak, bo przestraszył nawet jedną studentkę, która wtedy u mnie zdawała kolokwium.

– Czemu pan docent odesłał mu kapelusz, a nie oddał go od razu, gdy przyszedł zwrócić pański?

– Akurat było lato i nie miałem go ze sobą.

– Mam jeszcze ostatnie pytanie. – Popielski czuł, jak w jego organizmie coś się odrywa i staje się coraz lżejszy, jak po wyczerpującej diecie. – Dlaczego nie powiedział mi pan o tym brzydkim człowieku, kiedy o to pana pytałem w „Szkockiej”?

– Bo nie pytał pan o kapelusz, tylko o jakieś odrażające monstrum – uśmiechnął się Auerbach. – Wyraz „kapelusz” jest definiowalny, a „odrażające monstrum” już nie. Do widzenia, panie komisarzu. Idę zadać to moje pytanie.

Podał rękę Popielskiemu i odwrócił się do drzwi. Kiedy naciskał klamkę, poczuł dłoń komisarza na swoim ramieniu.

– Teraz już naprawdę ostatnie pytanie. – Twarz Popielskiego była tak rozradowana, jak twarze studentów Auerbacha, kiedy zdali u niego trudny egzamin. – Co to za anegdota o zamianie kapeluszy, której pan docent jest bohaterem?

– Ach to. – Auerbach zdjął rękę z klamki. – Ten stary kapelusz Potoka nosiłem prawie rok i wcale go nie czyściłem. Któryś z kolegów zapytał, dlaczego go nie czyszczę. „A co będę czyścił złodziejowi”, odpowiedziałem.

Katowice, sobota 13 marca 1937 roku,

godzina szósta rano

Mock wklepał w świeżo ogolone policzki wodę kolońską, wylał kilka jej kropel na dłonie i przygładził włosy. Strzelił szelkami o brzuch i cicho pogwizdując, wyszedł z łazienki. Mimo wczesnej pory czuł się wyspany i odprężony. Włożył koszulę, zapiął bursztynowe spinki i zawiązał krawat przed lustrem. Usiadł przy stole w saloniku i wyjął notes. Na pierwszej stronie było napisane starannym kobiecym pismem: Ernestyna Nierobisch, ul. Żogały 4m. 1. Następną kartkę Mock wyrwał z notesu. Mrużąc oczy przed dymem z papierosa, napisał na niej:

Nie budziłem Cię, bo tak pięknie spałaś… Czuj się jak u siebie w domu. Zaufanie za zaufanie.

Podszedł do łóżka i położył kartkę na poduszce, na której był jeszcze ciepły odcisk jego głowy. Blondynka, którą poznał dzień wcześniej, zamruczała coś cicho przez sen. Mock chciał ją pogłaskać po lekko wilgotnym czole, ale porzucił tę myśl w obawie, że obudzi dziewczynę.

Zgasił lampkę nocną, zamknął cicho drzwi, wyszedł na korytarz i nacisnął guzik windy. Windziarz, znający jego hojność, przywitał go wylewnie i uniżenie.

– Masz tutaj dwa złote. – Mock wręczył mu monetę. – Nakup czerwonych róż za złotówkę, a złotówka będzie dla ciebie za fatygę.

– A co mam zrobić z tymi kwiatami, szanowny panie?

– Zanieś je do mojego pokoju i połóż koło łóżka. – Pogroził mu palcem. – Ale tak, żeby nie obudzić tej pani, która tam jeszcze śpi!

Katowice, sobota 13 marca 1937 roku,

wpół do siódmej rano

Mock pojechał pod adres zapisany przez dziewczynę, z którą spędził noc. Ulica Żogały leżała w tej samej dzielnicy Bogucice, w której mieszkał Borecki. Otworzyła mu niechlujna, tęga kobieta koło sześćdziesiątki. Ubrana była w różowy szlafrok, a jej wydatny brzuch owijał brudny, aksamitny, żółty pasek. Nad jej czołem prawie pod kątem prostym sterczały długie włosy. Wyglądało to tak, jakby je ktoś zgarnął z karku i przerzucił nad głową. W zmarszczkach wokół oczu miała ślady czarnego tuszu.

– Czygo? – warknęła.

Mock wyjął z kieszeni banknot dwustuzłotowy i pokazał go kobiecie.

– Mam ważną życiową sprawę do pani. – Zamachał banknotem przed jej oczami. – Jestem zamożnym przemysłowcem. Przyjechałem z Niemiec i szukam ładnej dziewczyny na kilka dni!

– Ni rozumia! – wrzasnęła. – Tu już ni Nimcy! Po naszymu godoć!

Zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Mock westchnął i wyszedł na ciemną jeszcze ulicę. Ruszył wolnym krokiem i nagle obrócił się na pięcie. W mieszkaniu Ernestyny Nierobisch poruszyła się firanka. Wrócił na główną ulicę i gwizdnął na przejeżdżającą dorożkę. Wsiadł do budy i kazał fiakrowi jechać ulicą Żogały, a potem zawrócić. Ten zrobił, jak mu polecono. Kiedy zbliżali się do bramy, w której mieszkała Nierobisch, Mock nakazał mu zatrzymać się i czekać. Dorożkarz upewnił się, że jego klient wie, że za czekanie się płaci, i zadrzemał na koźle.

Mock zapalił papierosa i postawił kołnierz paltota. Gdzieś prysł jego dobry humor. Komisarz liczył się wprawdzie z takim przyjęciem u spędzającej płody, ale w swym porannym zadowoleniu nie obmyślił skutecznej strategii i postanowił ewentualnie działać ad hoc. A teraz nie wiedział, co ma robić. Był zły na swoją nonszalancję. Żadna kobieta spędzająca płody i stręcząca swe klientki nie jest łatwowierna. Nie da się nabrać na jakąś niepewną rekomendację ani wysoki nominał. Zbyt wiele ryzykuje, zdradzając swój proceder. Mock wiedział o tym doskonale. Wiedział też, że – z braku innych możliwości – musi chodzić po tajnych spędzarniach płodu, przestraszyć tę właściwą szwarcmamę i zmusić ją do zdradzenia ewentualnego klienta Marii Szynok. Nie chciał bowiem dopuścić myśli o porażce. Wielkie zadowolenie z dotarcia do pierwszej stręczycielki przyćmiło jego zwykły sceptycyzm. I dopiero wówczas zrozumiał, iż nie ma żadnego narzędzia, którym by zmusił ją do wyjawienia nazwiska klienta Szynok. W Katowicach Mock nie miał do dyspozycji imadła. Ale cóż mam lepszego do roboty, myślał z goryczą, wracać do Breslau i stanąć przed rozgniewanymi obliczami moich zwierzchników? Czy jechać do Lwowa, by tropić jakiegoś rzekomego matematyka? To już lepiej siedzieć w tej dryndzie i patrzeć, czy ta stara czarownica dokądś wyjdzie. A potem przeszukać jej mieszkanie…

Fiakier zachrapał. Na Żogały ziało pustką. Była to martwa poranna godzina, kiedy mężczyźni już dawno wyszli do pracy na kopalnie, a ich żony nie budziły jeszcze dzieci do szkoły. Mock poczuł zmęczenie w kościach, które świadczyło o jego sporej aktywności fizycznej ostatniej nocy. Poprawił kołnierz. Nawet nie zauważył, kiedy z rąk wyślizgnął mu się papieros, a ciężkie powieki się zamknęły.

– Hej, mój panie! – Fiakier potrząsał Mockiem. – To jedziemy czy nie jedziemy? Tu nie hotel, tu się nie śpi!

– Wyszła z tej bramy gruba i brzydka kobieta? – Mock przetarł oczy i poczuł złość na samego siebie.

– A wyszła, wyszła! – Dorożkarz patrzył na niego zdziwiony. – Dobre dziesięć minut temu.

Mock wcisnął mu do ręki jakąś monetę i przebiegł przez zabłocony trotuar. Stanął pod drzwiami Nierobisch i nasłuchiwał. Mijały minuty. Na pierwszym piętrze rozległy się gniewne kobiece okrzyki i piskliwe prośby dziecka. Mock z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyjął wytrych i przekręcał go w zamku pod różnym kątem. Mijały minuty. Babsko mogło zaraz wrócić, jeśli na przykład poszło do sklepu. Mimo zimna pod melonikiem Mocka pojawiła się wilgoć. W domu robiło się coraz hałaśliwiej. Trzaskały talerze, dzieci się przekomarzały. Stalowa pętelka wytrycha o coś zahaczyła. Mock usłyszał szczęk zamka. Gdzieś na górze drzwi się otworzyły i zbiegające dzieci zatupały głośno na schodach.

Z korytarza wchodziło się bezpośrednio do kuchni, tak jak to było w mieszkaniu Boreckiego. Mock ostrożnie przesuwał się między różnymi przedmiotami, które leżały na podłodze. W mieszkaniu panował smród i nieopisany bałagan. Na podłodze pod piecem walały się szczapy drzewa i węgiel. Na piecu stał garnek. Mock podniósł pokrywkę i powąchał. Mimo że jeszcze nie jadł, za nic nie skosztowałby zupy z tego garnka. Nie dość, że przenikliwie śmierdziała rozmoczonym czosnkiem, to samo naczynie wyglądało, jakby przechowywano w nim pomyje. Na jego błyszczących od tłuszczu ścianach zastygły ohydne jęzory jakiejś gęstej cieczy. Woń ścierki rzuconej na piec przypominała Mockowi czasy Wielkiej Wojny, kiedy w okopach pod Dyneburgiem zamiast skarpet nosił onuce. Na podłodze stała miednica z brudną wodą. Mock, mijając ją, oparł się o stół i poczuł, że jego dłoń przykleja się do ceraty. Był. wściekły.

– Kiedy już mam tyle szczęścia – powiedział do siebie ze złością – że w ogóle się tutaj dostałem, to… kurwa, co za jaskinia! Wszyscy ludzie Holewy razem wzięci nie byliby w stanie jej zrewidować!

Sapiąc ze złości, szuka! wzrokiem szafki, jakiejś skrytki, sam nie wiedząc, co miałby w niej znaleźć. Minął łóżko, na którym leżała nieobleczona w poszwę, czerwona pierzyna. Nacisnął klamkę drzwi prowadzących do pokoju.

W pomieszczeniu, którego okna wychodziły na ceglaną ścianę małego podwórka, Ernestyna Nierobisch dokonywała prawdopodobnie zabiegów. Na jego środku stała jednoosobowa kozetka, spod której wystawała szufelka na śmieci. Mock wyjął z kieszeni płachtę „Kattowitzer Zeitung” i położył ją na poplamionym dywaniku, na którym snuły się pasma waty. Podniósł brzeg kapy okrywającej kozetkę i ujrzał małą, poobijaną miednicę w kształcie nerki. Jej ścianki pokryte były rdzawą, zaschniętą cieczą. Wstał gwałtownie, zatkał nos i przez chwilę szybko oddychał.

I wtedy zdało mu się, że przeżywa deja vu. Naprzeciwko niego, w kredensie za szklaną szybą, stał segregator. Był czarny, a jego rogi ozdabiały fantazyjne, złocone okucia. Mock podbiegł do kredensu i go wyjął. Znajdowały się w nim grube kartonowe kartki, do których były przyklejone

pocztówki z egzotycznymi widokami. Jedna z nich, z napisem „Pozdrowienia z Breslau”, przedstawiała doskonale znany Mockowi ogród zoologiczny. Zadrżał z podniecenia i spojrzał na grzbiet segregatora. Zza przymocowanej tam gumki zniknęła kartka informująca o zawartości, lecz na miękkim grzbiecie pozostały wyżłobienia po napisie, który najprawdopodobniej widniał na tej kartce. – Pa-no-wie – wysylabizował Mock.

Ten polski wyraz był jednym z nielicznych dobrze mu znanych. Widniał on wszędzie tam, gdzie płeć jest istotną informacją. Na przykład nad wejściem do każdej męskiej toalety. Albo na segregatorach w biurze matrymonialnym zamordowanej Klementyny Nowoziemskiej.

Lwów, sobota 13 marca 1937 roku,

trzy kwadranse na piątą po południu

Popielski znał dobrze okolice ulicy Żulińskiego. Bywał tu niegdyś dość często – w knajpie weteranów na ulicy Ochronek, gdzie pracowały prostytutki tak stare, że lwowska ulica śpiewała o nich:

Jakaś menda
po sali się szwenda
i nadaji się tylko
do Babiczka na szmelc.

Popielski miał w pamięci tę piosenkę i nie było dla niego tajemnicą – tak jak dla żadnego lwowiaka – że Babiczek sprzedawał koninę i najgorsze wędliny, a zatem porównanie kogokolwiek do wyrobów tegoż masarza było obelgą. Choć piosenka huczała mu jeszcze, kiedy znalazł się na Łyczakowie, myślał tylko o swojej akcji, która miała zwieńczyć trudne i czasochłonne śledztwo.

Krótka ulica Żulińskiego leżała na obrzeżach Łyczakowa i zaczynała się na Łyczakowskiej, sto metrów od kościoła klarysek. Wrotami do niej były dwie narożne knajpy – Einsteina i Krebsa – a ulica kończyła się na Piekarskiej. Była zabudowana dwu- oraz trzypiętrowymi domami i pozbawiona prawie zupełnie drzew. Dwupiętrowa kamienica opatrzona numerami 10 i 10a zajmowała jej środek. Była mocno zaniedbana. Tu i ówdzie odpadał tynk, a właściciel budynku mocno chyba oszczędzał na stróżu, ponieważ przed bramą leżały różne odpadki kuchenne, które zostały wyrzucone z okna przez jakąś beztroską gospodynię lub złośliwe dziecko. Popielski ze wstrętem rozsunął czubkiem trzewika ziemniaczane obierki i ogryzki jabłek i wszedł do bramy. W ślad za nim poszli Stefan Cygan i Herman Kacnelson. Popielski wskazał temu drugiemu wejście na podwórze, skąd dochodził dudniący dźwięk trzepania dywanu, a sam skinął na Cygana i ruszyli po schodach. Mijali drzwi, zza których dochodziły odgłosy i zapachy domowej sobotniej krzątaniny: stukot garnków, chlupot wody spływającej ze ścierek do wiader, przenikliwa woń terpentynowej pasty do podłóg. Gdzieniegdzie dochodził do tego płacz dziecka lub rozeźlony głos, wzmocniony alkoholem.

Weszli na drugie piętro. Nie było tu drzwi z numerem 12. Popielski nie wydawał się jednak zaniepokojony. Ufał, że matematyk nie pomylił numeru. To mieszkanie musiało mieć wejście od podwórka. Popielski spojrzał przez okno. Kacnelson, stojący obok trzepaka, zauważył swojego szefa i uniósł palec w stronę poddasza. Po chwili znaleźli się w miejscu wskazanym przez Kacnelsona – na najwyższej podwórkowej galerii. Drzwi z numerem 12 były wypaczone i w kilku miejscach między nimi a framugą widać było spore szpary. Popielski zastukał niezbyt mocno. Cisza. Powtórzył. Z wnętrza nie dochodził najmniejszy nawet odgłos. Popielski położył dłoń na klamce i nacisnął. Drzwi były zamknięte. Spojrzał przez jedną ze szpar. Ciemność.

– Idź, Stefciu, popytaj sąsiadów – szepnął do Cygana, do którego z racji młodego wieku czasami zwracał się na ty. – Może któryś z nich ma klucze. Tak często bywa, kiedy brak stróża w kamienicy. Udawaj brata Potoka. On nie może się dowiedzieć, że pytała o niego policja.

– Tak jest, panie komisarzu. – Cygan odwrócił się i ruszył w stronę sąsiednich drzwi.

Popielski wszedł na boczną półokrągłą klatkę schodową i obserwował całą scenę. Zdawał sobie sprawę, że Cygan ze swoją aparycją amanta filmowego jest niezbyt wiarygodny jako brat Potoka, którego uderzające podobieństwo do małpy było powszechnie znane. Jeszcze bardziej niewiarygodny w tej roli byłby jednak sam Popielski ze swoim wyglądem dandysa czy Kacnelson, z semickim pochodzeniem wypisanym na twarzy.

Drzwi otworzyły się i stanął w nich niski mężczyzna w kurtce, którego braki w uzębieniu Popielski widział aż z tej odległości.

– Dzień dobry. – Cygan uchylił kapelusza.

– A dobry, dobry – odpowiedział mężczyzna i przyglądał się nieufnie nieznajomemu.

– Najmocniej pana przepraszam, nazywam się Kazimierz Potok i jestem bratem Zdzicha Potoka, pańskiego sąsiada. Nie ma go teraz w domu, a ja przyjechałem z daleka. Nie wie pan, gdzie on może być?

– Nie mówił, że ma brata. – Zza ramienia sąsiada wychyliła się jakaś zaniedbana kobieta.

– On w ogóle wiele nie mówi – roześmiał się Cygan.

– Co recht, to recht – odparł sąsiad. – Un ni bajtluji za bardzu. Nu ali nie ma gu, un wyjechał dzisiaj, nie gadał, gdzie… Wróci w przyszłu niedzieli.

– Wiedziałem, że ma dzisiaj wyjechać, ale nie wiedziałem, o której… No i nie zdążyłem – zafrasował się Cygan. – No nic… W przyszłą niedzielę, powiada pan… Niedobrze… Myślałem, że z nim posiedzę do odjazdu mojego pociągu do Przemyśla. Bo ja mam pociąg dopiero za dwie godziny…

– No to siadaj pan u mni. – Mężczyzna otworzył szeroko drzwi. – Wieli nie mam, ali dla brata pana Zdzisława herbata i sumyr z cybulu zawszy si znajdzi.

– Nie chciałbym panu robić kłopotu… Może pan wie, kto ma klucze do jego mieszkania… U niego przeczekam te dwie godzinki…

– Ta oj, ja durnowaty. – Sąsiad uderzył się w czoło. -Ta ja mam kluczy! Chodź pan, otworzym!

Sąsiad wrócił z kluczami i otworzył drzwi mieszkania Potoka. Wszedł tam razem z Cyganem. Popielski słyszał, jak gościnny sąsiad pełni honory domu i każe Cyganowi „rozpłaszczyć się, szapoklak wieszać” i „siadać przy stoli”. Za chwilę wrócił do swojego mieszkania. Kiedy zamykał drzwi, jego żona stwierdziła:

– Ten gościuniu za ładny jak na brata pana Zdzisława.

– Mozy przyrodni – usłyszał Popielski i drzwi się zamknęły.

Zapadła cisza. Po minucie Popielski był w mieszkaniu Potoka. Było to zwykłe kawalerskie mieszkanie z ciemną kuchnią, oddzieloną od przedpokoju cienką ceratową kotarą, wiszącą na drucie. W pokoju znajdowało się żelazne łóżko, stół, dwa krzesła i niewielka szafa. Wszystkie te przedmioty zawalone były kartkami, pokrytymi niedbałym pismem. Gdzieniegdzie atrament się rozlewał na kiepskim papierze i zapisy stały się zupełnie nieczytelne. Jedno było pewne – kartki pokrywały matematyczne i logiczne zapisy lub działania.

Pominąwszy ten naukowy nieład, mieszkanie sprawiało wrażenie schludnego i wysprzątanego. W kuchni oprócz żeliwnego zlewu, maszynki spirytusowej, małego blatu, umocowanego przy ścianie, szafki na naczynia i produkty oraz wiadra na śmieci niczego więcej nie było. Popielski sprawdził tę szafkę i ujrzał w niej kilka okruchów chleba i słoik z resztką smalcu. Wszedł do pokoju i otworzył szafę na ubrania. Znalazł w niej kilka brudnych koszul i odpinanych kołnierzyków. Najwidoczniej Potok miał tylko jeden garnitur i jeden płaszcz, i właśnie w tym ubraniu wyjechał. Na dnie szafy leżała gruba kartonowa teczka. Popielski odwiązał tasiemki i wyjął z niej plik około stu kartek pokrytych pismem maszynowym. Była to praca logiczna pisana po francusku. Popielski ze zdziwieniem zauważył, że jest w niej wiele starogreckich cytatów. Intensywnie myślał, a na jego skroni pulsowała żyła. Praca jest pisana po francusku, po francusku. Przerzucił kilka kartek. Ani znaki akcentuacyjne, ani inne francuskie diakryty i abrewiatury nigdzie nie były dopisane ręcznie.

– Kolego. – Wręczył teczkę Cyganowi. – Proszę to wysłać do Wrocławia, aby sprawdzili, czy ta praca była pisana na tej samej maszynie, którą znaleziono przy zamordowanej w Nowy Rok. Za godzinę proszę do mnie zadzwonić do domu, to podam panu dokładny adres.

– Tak jest. – Cygan w roztargnieniu przeglądał pościel Potoka. – Oj nieładnie, nieładnie – uśmiechnął się młody policjant, sięgając pod poduszkę. – Trzymamy tu chyba jakieś grube nieprzyzwoitości…

Cygan wyrzucił spod poduszki kilka zwiniętych fotografii. Nie spełniły się jego przypuszczenia. Nie były to pocztówki pornograficzne. Gra cieni i jakieś akcesoria typu wachlarz, szpada i sombrero świadczyły o tym, iż zdjęcia zrobiono w specjalistycznym atelier. Widniała na nich twarz – jedna i ta sama – fotografowana z profilu i en face. Z wyszczerzonymi zębami, z buzią w ciup oraz z rozchylonymi wargami.

– Panie komisarzu – Cygan już się nie śmiał – rzeczywiście nie jest on za ładny.

Lwów, sobota 20 marca 1937 roku,

godzina dziewiąta rano

Kiedy Rita weszła do bramy, znalazła się na granicy światła i cienia. Granica ta – wyjątkowo, nienaturalnie ostra – cięła jej twarz wzdłuż nosa. Światło padało ze świetlika, który wycięty w dachu, wznosił się nad stromą spiralą schodów. Stała tak, wyprostowana i nieruchoma, między białym i jaskrawym światłem poranka a gęstym i wilgotnym światłem mroku. Nagle jej twarz przesunęła się o centymetr do przodu, mięśnie lekko zwiotczały, broda opadła, a powieki zaczęły się zamykać. Wyglądała, jakby dopadł ją nagle sen. Spod jednej powieki zaczął wypełzać i rozchodzić się po całym policzku rozdwojony język krwi. Pływała w niej żółć i resztki ścian oczu. Jej ciało runęło na deski podłogi, lecz głowa została na swoim miejscu, jedynie zakołysała się nieznacznie. Wisiała w powietrzu, a jakaś dłoń trzymała w zaciśniętej pięści oba warkocze Rity.

Z ust Popielskiego wydarł się dźwięk, który przypominał jednocześnie łkanie, kaszel i bulgot wymiotów. Komisarz usiadł na łóżku i położył dłoń na piersi pod jedwabną piżamą. Czuł, jak pod skórą bije mu serce. Spojrzał na swoją sypialnię, jakby ją widział po raz pierwszy w życiu. Minęła chwila, zanim przeniósł się w końcu z ciemnej bramy, w której Ricie odrąbano głowę, do swojego mieszkania przy Ogrodzie Jezuickim. Mimo zasuniętych ciężkich kotar w pokoju było jasnoszaro. Na zewnątrz musiało świecić jaskrawe słońce, które cieszyło wszystkich spragnionych wiosny, a u niego jątrzyło jakieś epileptyczne nerwy w mózgu. Spojrzał na zegarek. Była dopiero dziewiąta.

– Dlaczegom się obudził? – zapytał sam siebie.

Jego organizm, przyzwyczajony od wielu lat do rygorystycznie przestrzeganych pór spoczynku, prawie nigdy nie buntował się bezsennością ani gwałtownymi przebudzeniami. Zawsze o piątej rano Popielski zapadał w kamienną niepamięć, a w samo południe podnosił swą głowę, obolałą od snu i tytoniowego zaduchu w sypialni. Niekiedy cierpiał na ból z powodu koszmarów nocnych, a raczej porannych. Zmory te przewalały się przez uśpiony umysł Popielskiego, nie czyniąc mu żadnej krzywdy, a pierwszy papieros rozpraszał skutecznie ich wspomnienie. Kilka razy w życiu zdarzyło mu się jednak, że budził się natychmiast pod ich wpływem. I tych kilka wypadków gwałtownych przebudzeń nauczyło go traktować nocne koszmary jak ostrzeżenia. Tak było podczas zesłania w Rosji, kiedy banda muzyków – pijanych, brodatych i oszalałych od wypitego spirytusu – wtargnęła do zajazdu, w którym odpoczywał po karcianej nocy, i rudymi od krwi siekierami zaczęła w czaszkach śpiących carskich oficerów wycinać osobliwe kliny. Tak było w czasach wiedeńskich, kiedy obłąkany szachista, który przegrał z nim partię o swoją kochankę, wdarł się do jego nędznego studenckiego pokoiku, unosząc w gołych dłoniach taflę szyby jak wojenny topór. Tak też było, gdy miał lat dziesięć i spał smacznie w domu swojej ciotki, gdzie zjawił się posłaniec z wieścią o jego ojcu, którego tatarscy bandyci zatłukli cepami pod Kijowem, i matce, która powiesiła się nazajutrz na kijowskim dworcu.

Takie sny były zawsze ostrzeżeniami albo zwiastunami nadchodzącego zła. Najczęściej występowały w nich jakieś zwierzęce stwory, które wychodziły z kątów pokoju i kręcąc długimi pyskami siadały mu na piersi. Tym razem, co jeszcze nigdy się nie zdarzyło, przyśniła mu się osoba, którą znał: w koszmarze pojawiła się Rita. Sklejone włosy, głowa oddzielona od tułowia, wyłupane oko.

Zerwał się z łóżka i zaczął się ubierać. Wzgardził ubraniem, które przygotował sobie – jak zawsze przed snem – na stojaku. Nie spojrzał nawet na koszulę i marynarkę od garnituru, do których był dobrany odpowiedni krawat. Aby zaoszczędzić czasu, jaki by zużył na wiązanie krawata i mocowanie się ze spinkami do mankietów, narzucił wprost na piżamę bluzę od swojego galowego munduru i zapiął ją pod szyję. Z butami w ręku, z płaszczem przewieszonym przez ramię i w przeciwsłonecznych okularach wyskoczył z mieszkania. Zapomniał tylko kapelusza.

Słysząc jeszcze biadolenie służącej i okrzyki zdziwienia, wydawane przez Leokadię, wskoczył do chevroleta, który stał pod domem. Ruszył szybko ulicą Kraszewskiego, potem skręcił w prawo, w Słowackiego. Błyskawicznie minął gmach Poczty Głównej i Ossolineum, po czym skręcił w Chorążczyzny. Ludzie pijący wodę ze starej studni przy placu Dąbrowskiego gapili się na auto z takim natężeniem, jakby było ono jakimś fantastycznym wehikułem. Na ulicy Sokoła Popielski zatrąbił na grupę młodzieńców, którzy tarasowali przejazd i najwyraźniej zmierzali do sali gimnastycznej. Młodzi ludzie pierzchli z głośnymi i niezbyt życzliwymi komentarzami. Skręcił w lewo, w ulicę Zimorowicza, i ujrzał przed sobą gmach Giełdy Towarowej i pomnik Ujejskiego. Akademicką przemknął błyskawicznie, wymijając furgon z węglem. Minął „Szkocką” i pomnik Fredry. Po chwili hamował przy Zielonej 8, pod gimnazjum Królowej Jadwigi.

Lwów, sobota 20 marca 1937 roku,

wpół do dziesiątej rano

Dyrektor żeńskiego gimnazjum Królowej Jadwigi, pani Ludmiła Madlerowa, nie lubiła komisarza Edwarda Po-pielskiego. Poznała go podczas kilku przykrych rozmów, jakie musiała z nim przeprowadzić na temat jego nieznośnej córki. Siedział wtedy chmurny i zamyślony, jakby nieobecny duchem, i dyrektorka czuła, jak wzrasta w nim wściekłość. Takie reakcje widziała nieraz w swojej długiej karierze pedagogicznej, ale u Popielskiego – wyczuwała to doskonale – ta wściekłość wcale nie była skierowana ku własnej córce i nie zwiastowała sprawiedliwego rozprawienia się z rozwydrzoną pannicą; nie, ta furia była skierowana ku niej samej, ku zasłużonemu pedagogowi i długoletniej nauczycielce, która swoje najlepsze lata oddała wychowaniu dziewcząt i znała ich niepokoje i tajemnice lepiej niż własne sekrety! Popielski słuchał wszystkiego w pozornym spokoju, a potem szybko wychodził z gabinetu. Przez okno widywała wtedy jego potężną sylwetkę, jego melonik i lśniąco biały szalik. Krążył wówczas jak dzikie zwierzę po niewielkim placyku przed protestanckim kościołem św. Urszuli, okolonym drzewami i wciśniętym między dwie kamienice. Otoczony obłokiem dymu, wzbudzał ekscytację u młodej nauczycielki rysunków, panny Heleny Majerówny, którą kiedyś pani dyrektor przyłapała na bacznym przyglądaniu się policjantowi.

– Jakiż to mocny mężczyzna! – powiedziała wówczas w zachwycie panna Majerówna, myśląc, że stanęła za nią jej przyjaciółka, nauczycielka gimnastyki. – Pewnie rozmyśla nad jakąś ważną sprawą kryminalną!

– Nie, pani koleżanko – odparła dyrektor, wprawiając swoją pracownicę w straszną konsternację. – On myśli o tym, by pod naszą szkołę podłożyć bombę. Najlepiej wtedy, kiedy ja w niej będę!

Popielski stał przed dyrektorką, nieogolony, w ciemnych okularach i w płaszczu zapiętym pod szyję mimo wiosennego ciepła. Pani Madlerowa przypomniała sobie niesławę, jaką się cieszył – te wszystkie plotki o jego brutalności i niezliczonych romansach. Jej nie wydawało się to osobliwie ekscytujące. Patrząc na jego zmęczoną twarz i okulary maskujące oczy, widziała w tych plotkach – o ile było w nich trochę prawdy – raczej znak życiowej nieporadności, osamotnienia…

– Dobrze, że pan przyszedł, panie komisarzu – powiedziała twardo. – Właśnie pańska córka pozwoliła sobie dzisiaj pójść na wagary! Jej wychowawca, pan profesor Paklikowski, przed chwilą mi powiedział, że widział ją na ulicy Piłsudskiego! Była z nią razem…

Popielski zachował się inaczej niż zwykle. Do tej pory zawsze wysłuchiwał do końca pedagogicznych tyrad dyrektorki. Do tej pory, wychodząc, zawsze mówił: „Do widzenia!” I nigdy nie trzaskał tak mocno drzwiami.

Lwów, sobota 20 marca 1937 roku,

trzy kwadranse na dziesiątą rano

Gdyby Rita Popielska miała szczerze powiedzieć, co sprawia jej równie wielką przyjemność jak jazda na nartach, odpowiedziałby: „wiosenne wagary”. Nigdy nie czuła się tak dobrze jak wtedy, kiedy udawało się jej ujść czujnym oczom nauczycieli, woźnego oraz innych szkolnych prześladowców. Rozpierała ją radość, kiedy wymykała się z gimnazjum i po kwadransie znikała w Parku Stryjskim, by tam w spokoju zaszyć się wśród krzewów i dzielić się sekretami z jakąś towarzyszką jej przestępstwa. Do tej pory była to Jadzia Wajchendlerówna, ale Rita zraziła się do niej mocno, kiedy spostrzegła, że w sporach z ojcem, jakie jej relacjonowała, Jadzia trzyma zawsze stronę „pana komisarza”. Od pewnego czasu powierniczką jej tajemnic i wspólniczką wagarów stała się Beata Zacharkiewicz, wysoka i niezbyt urodziwa dziewczyna, mało pochlebnie zwana „Tyką”.

Pierwszy dzień wiosny nieliczni i co odważniejsi uczniowie uczcili wagarami. Przypadał on w niedzielę. Rita uznała jednak, że ma prawo ten dzień obchodzić wcześniej, i namówiła do tegoż świętowania swoją nową przyjaciółkę. Tyka zrazu się opierała, ale natychmiast uległa, kiedy Rita obiecała jej wyjawić największy sekret swego życia.

Dziewczęta przygotowały się do wagarów starannie. Rita podkradła ojcu cztery papierosy, Tyka natomiast z butli z winem, stojącej w piwnicy, odlała niewielki słoik. Obie wzięły tego dnia do szkoły większy prowiant niż zwykle. Rita kilka dni wcześniej wystukała na maszynie fałszywy dokument, upoważniający je do przebywania tegoż dnia poza szkołą pod pretekstem organizowania wycieczki klasowej. Dokument podpisały wspólnie podrobionym podpisem swojego wychowawcy, profesora Paklikowskiego i wyposażone w to wszystko, spotkały się przed ósmą rano na Bazarze Stryjskim.

Stamtąd szybko doszły do parku. Aby uniknąć ciekawskich przy wejściu głównym, wspięły się w górę ulicy

Stryjskiej i dotarły wejściem zachodnim, koło domku ogrodnika. Zeszły w dół i pobiegły obok pomnika Kilińskiego. Potem wspięły się w górę. Za chwilę znalazły kryjówkę w krzakach. Choć pogoda była przepiękna i prawdziwie wiosenna, to jednak nikogo nie było wśród parkowych krzewów i półdzikich alejek. Obie panny, nie niepokojone przez nikogo, usiadły na zwalonym drzewie, zjadły po bułce z szynką, wypaliły po papierosie i wypiły po dużym łyku wina. Na darmo Tyka już od rana dopraszała się wyjawienia sekretu. Rita była nieustępliwa. Zdecydowanie stwierdziła, że wszystko opowie jej po drodze do pewnego tajemniczego miejsca, gdzie miała być dzisiaj o dziesiątej. Tyce aż oczy się zaokrągliły z ciekawości i postanowiła być cierpliwa.

Rita nie mogła jej zdradzić sekretu w tramwaju numer 3, którym jechały w stronę Łyczakowa, ponieważ było w nim zbyt wielu ludzi. Nie mogła go wyjawić również na Piekarskiej, ponieważ przeszkadzali jej w tym studenci pobliskiego Wydziału Lekarskiego uniwersytetu, którzy owego przepięknego dnia chyba masowo urwali się z wykładów, falowali na chodnikach i zaczepiali wszystkie panny. Dopiero kiedy weszły w ulicę Żulińskiego, zrobiło się wokół nich pusto. Słońce schowało się nieco za chmurami i tylko jego blady poblask osiadał na oknach i balkonach. Dziewczęta szły szybko, trzymały się pod ręce, rozglądały nieustannie w poszukiwaniu ewentualnych szpiegów i wymieniały szepty oraz westchnienia.

– I napisałam do niego na poste restante, wiesz?

– No i co? No i co?

– W liście tym okazałam chłodne zainteresowanie jego osobą. Napisałam wręcz: „Ma pan chyba zbyt duże wyobrażenie o swoich oczach. Może pan nimi uwodzić inne panny, ale nie mnie”.

– A on co na to?

– W kolejnym liście, tydzień temu, znów wspomniał o pięknie swoich oczu. Jest chyba bardzo pewny siebie. No bo zobacz, który mężczyzna wysłałby kobiecie zadedykowaną fotografię, na której widnieje jego tors…

– Co takiego?

– Tors, tors, Beatko, co cię tak dziwi? Nie widziałaś męskiego torsu?

– Ależ widziałam. – Tyka się nadąsała. – No ale mów dalej, co ci odpisał.

– Napisał, że proponuje mi spotkanie, oczywiście w miejscu publicznym, gdzie będę je mogła, wyobraź sobie!, gdzie będę je mogła podziwiać.

– Co, jego oczy? Czy tors?

– No przecież nie miejsce publiczne!

Przerwały na chwilę, ponieważ wszystko zagłuszyły okrzyki ulicznego handlarza, który objuczony workami, wchodził do jakiejś bramy i darł się wniebogłosy: „Han-dełe! Handełe!”

– No i gdzie jest to miejsce publiczne?

Rita stanęła i spojrzała z uśmiechem na koleżankę. Napawała się jej gorącym zaciekawieniem.

– Właśnie tam idziemy, głuptasko.

– Co? Idziemy tam?

– Nie chcesz? – Rita stała się poważna i wskazała na wewnętrzną kieszeń płaszczyka. – Mam tu adres. Wszystkie jego listy noszę przy sobie, aby nie znalazł ich mój stary. To publiczne miejsce to klub bilardowy… Chcę, żebyś mi towarzyszyła… Oczywiście nie dlatego, że się boję iść sama, ale żebyśmy potem wymieniły uwagi o tych jego niby pięknych oczach…

– Dziękuję ci, kochanie! – Tyka ucałowała ją w oba zarumienione policzki. – Dziękuję ci stokrotnie za twoje zaufanie!

– Cicho – syknęła Rita. – Lepiej dowiedzmy się, która godzina. Bo już prawie jesteśmy na miejscu. Ale najpierw obejrzymy sobie tę kamienicę.

Minęły bramę opatrzoną numerem 10, a potem numerem 10a i po chwili znalazły się na rogu Łyczakowskiej. Weszły do knajpy Krebsa. Z powodu zasłoniętych okien było w niej całkiem ciemno. Zobaczyły tylko jakiegoś pijaka i barmana o twarzy tak ponurej i zasępionej, że mógłby być głównym szwarccharakterem miejskich ballad. Pijak, który zapewne przesadził z leczeniem kaca, kołysał się nad stopką wódki i usiłował ugryźć śledzia, którego dwoma palcami trzymał za ogon.

– A czegóż tu taki paniunci sobi u nas winszuju? -zahuczał barman potężnym głosem.

– Chciałybyśmy wiedzieć, która będzie godzina -powiedziała Rita, znacznie odważniejsza od Tyki.

– A będzi to i północ, a jest przed dzisiątu – roześmiał się barman.

– Dziękujemy. – Rita dygnęła grzecznie.

Na ulicy było pusto. Wyszły z knajpy, po czym Rita wciągnęła koleżankę do najbliższej bramy.

– No, daj jeszcze wina, Beaciu!

– Już! – odparła Tyka.

Wypiły po sporym łyku. Mrużąc oczy, wychyliły się z bramy i rozejrzały po ulicy. Było nadal pusto, tylko kilka metrów dalej parkował właśnie czarny automobil.

– Który to dom, Rito, który to dom? – Beatka była aż blada z podniecenia. – Ten, przed którym stoi to auto?

– Nie! – Teraz Rita też była blada. – Chwyciła koleżankę mocno za łokieć: – Musimy wracać. Natychmiast! Tędy, przez podwórko!

– Jak to wracać? Teraz? Już mi nie ufasz? – Tyka ze łzami w oczach biegła za szybko idącą Ritą, która kierowała się przez tylną bramę na podwórze.

Dogoniła ją dopiero po kilkunastu metrach. Zaskoczony ich widokiem handlarz przestał wykrzykiwać swoje „Hadełe” i przyglądał się obu pannom.

– Jak mogłaś? – płakała Beata. – Wiesz, co to znaczy być odepchniętą, sponiewieraną? Takiej mi narobiłaś nadziei!

– To auto prowadził mój stary, rozumiesz?! – Oczy Rity były pełne furii. – Nie wiem, jak odkrył moją tajemnicę, ale to dla niego pestka! – Parsknęła szyderczym śmiechem. – Dla tego asa polskiej policji…

– Posłuchaj, Rito. – Beata nagle się uspokoiła. – A może twój tato przyjechał po tego człowieka? Sam napisał ci w liście, że ścigała go policja wielu krajów. Może twój tato go tropi?

– O Boże, Boże. – Rita włożyła swe szczupłe, długie palce we włosy. – To może być prawda! Muszę to wiedzieć! Chodź wracamy do tej knajpy i będziemy patrzeć przez witrynę!

– Ale tam jest jakiś pijak i ten straszny barman!

– Nie bój się, w razie czego…

– Zawołasz twojego tatę?

Rita patrzyła na Beatkę długo, jakby chciała swym spojrzeniem wypalić jej oczy.

– Nawet tak nie myśl! – powiedziała powoli. – Nigdy nie poproszę o pomoc tego gada, który mnie śledzi na każdym kroku! Który moje życie zamienił w piekło! Wiesz, że przez niego nie będę grała w Medei? Kasprzak odsunął mnie od tej roli i dał ją Jadźce! Kiedy go zapytałam, dlaczego, odpowiedział, żebym o to dowiadywała się u swojego ojczulka! Rozumiesz? Czy ty myślisz, że go kiedykolwiek o coś poproszę?!

Lwów, sobota 20 marca 1937 roku,

pięć minut na jedenastą przed południem

Zaremba usłyszał kroki na schodach. Przyłożył oko do małej dziury w firance, wiszącej w drzwiach ustępu. Po galeryjce wolno wchodził mężczyzna w kapeluszu i z plecakiem. Ubrany był w znoszoną i za dużą jesionkę. Minął ustęp, spojrzał uważnie na kartkę z napisem „Awaria” i powlókł się na ostatnie piętro noga za nogą. Był młody, a poruszał się jak starzec. Był szczupły, a sapał jak grubas. Był człowiekiem, a wyglądał jak zwierzę. Zaremba, przebrany za hydraulika, usiadł na zamkniętej muszli i połą robotniczego fartucha otarł twarz z potu. Usłyszał chrobot klucza w zamku i trzaśniecie drzwiami. Nie miał wątpliwości. To był Potok. Właśnie wszedł do swojego mieszkania.

Policjant usiłował zebrać myśli. Obława na Potoka miała się odbyć nazajutrz. Wszak sąsiad wyraźnie zapowiedział jego powrót na niedzielę. Tymczasem Potok wrócił dzień wcześniej. Zarembie zimno się zrobiło na myśl, co by było, gdyby przybył do swojego mieszkania pół godziny temu, kiedy on sam sprzeniewierzył się środkom ostrożności i wyskoczył na dół po papierosy.

Jeśli coś miało nie wypalić w misternym planie policji, to mogło to nastąpić jedynie z winy ludzkiego błędu. Nie zaniedbano bowiem żadnych środków ostrożności. Wyszykowano ustęp – jako punkt obserwacyjny – a zaopatrzony w aparat pobliski sklep galanteryjny Wassermanna na rogu Żulińskiego i Łyczakowskiej stanowił punkt łączności z komendą. Aby umożliwić szybką komunikację, na centrali telefonicznej poprowadzono specjalną linię między owym sklepem a komendą. Pułapka, zastawiona na Potoka w jego kamienicy, miała być niezawodna. Aby smród nie przeszkadzał wywiadowcom w obserwacji mieszkania podejrzanego, ustęp zamknięto pod pretekstem naprawy hydraulicznej. Do niedzieli mieszkania Potoka dzień i noc miał pilnować jeden policjant i legitymować, i przesłuchiwać każdego, kto by go odwiedził. Na podstawie tych relacji chcieli dowiedzieć się o Potoku czegoś, co by umożliwiło ujęcie go, gdyby jakimś szóstym zmysłem wyczuł obławę i nie wrócił do swojego mieszkania. W niedzielę wszystko się zakończy. O czwartej rano na Żulińskiego miało się zaroić od policjantów. Wśród nich powinni być wszyscy czterej funkcjonariusze urzędu policyjno-śledczego oraz dwunastu tajniaków z IV komisariatu na Kurkowej. Sześciu cywilnych funkcjonariuszy miało czekać na dworcu. A tymczasem Potok przyjechał dzień wcześniej!

Zaremba powoli się uspokajał i zastanawiał, co powinien uczynić. Nie mógł opuścić swojego punktu obserwacyjnego i zatelefonować ze sklepu Wassermanna na komendę, ponieważ wiązało się to z ogromnym ryzykiem.

Potok mógł w tym czasie odwiedzić sąsiada, dowiedzieć się, że był u niego brat – kto wie, czy w ogóle go miał – i najzwyczajniej w świecie zbiec. Zarembie pozostawało albo czekać na zmiennika, którym o wpół do jedenastej miał być Kacnelson, albo samemu zaaresztować Minotaura. Zdecydował się na to drugie. Pod pachą wymacał browninga i zaczął zdejmować fartuch hydraulika.

Wtedy na schodach usłyszał kroki. Na galeryjkę wszedł Popielski. Był nieogolony i osobliwie ubrany, w kurtkę od munduru galowego. Na jego szyi rozlewała się jakaś malinowa plama. Zaremba otworzył mu i Popielski wślizgnął się do ustępu.

– Jest, Edziu, właśnie Mino… – rozpoczął gorączkowo Zaremba, zapominając, że jego kolega bardzo nie lubi zdrobnienia „Edzio”.

– Poczekaj – przerwał mu Popielski. – Mów, gdzieś widział Ritę parę dni temu, jak wyszła z kościoła, mów szybko, miałem sen, nie ma jej w szkole, muszę ją znaleźć…

– Przestań bałakać – szept Zaremby zabrzmiał jak krzyk rozkazu. – Potok jest u siebie.

– Idziemy. – Popielski natychmiast się uspokoił, ale jego malinowy wypiek na szyi zaczął się powiększać. – Idziemy po to zwierzę.

Wyszli z ustępu. Zaremba po drodze zapinał fartuch. Stanęli cicho pod drzwiami opatrzonymi numerem 12. Zaremba zapukał.

– Kto tam? – z mieszkania rozległ się dziwny, piskliwy głos.

– Ta hydraulik – odpowiedział Zaremba. – W kiblu coś si popsuwału, muszy u pana rury sprawdzić.

Drzwi uchylały się powoli. Pojawiło się w nich oko. Małe, okrągłe i wciśnięte w głąb oczodołu. Oko od góry otoczone było potężnymi brwiami, których zakręcone kłaki zwijały się nad napuchniętymi czerwonymi powiekami. Poniżej na policzku widniały sztywne pasma niegolonej szczeciny, między którymi wykwitały strupy z białym łojotokiem. Oko pokręciło się w oczodole i dojrzało Popielskiego z browningiem.

Popielski z boku uderzył lufą w to oko. Nie trafił precyzyjnie, ale ostry metal rozciął skórę czoła. Potok chwycił się obiema rękami za ranę. Spomiędzy jego palców trysnęła krew. Zupełnie tak jak krew z oka Rity w sennym koszmarze. Popielski odepchnął Zarembę i wpadł do mieszkania. Potok usiłował przed nim uciekać. Miotał się między wąskimi ścianami przedpokoju, brocząc krwią. Popielski poślizgnął się na urwanej częściowo zasłonie, oddzielającej kuchnię od przedpokoju. Potok był już na progu. Odwrócił się i spojrzał na Popielskiego. Uśmiechnął się. Krew spływała po jego nosie i policzkach. Kapała z warg na zęby. Popielski zobaczył zakrwawione dziąsła i kły. Potok szczękał nimi, jakby chciał zademonstrować coś Popielskiemu. Jak na wizji lokalnej. Tak gryzłem ofiary, tak przedzierałem się przez ich tkanki, tak żułem galaretę policzka.

Popielski zerwał ceratową zasłonę. Metalowe kółka potoczyły się po kuchni. Jednym szybkim ruchem szpicem trzewika kopnął bestię między nogi. Potok opadł na kolana, ściskając się za jądra. Wtedy Popielski obwiązał mu głowę ceratową zasłoną i zaczął go dusić.

– Edziu, zostaw go! – krzyknął Zaremba, łapiąc Popielskiego za ramiona. – Zabijesz bydlaka, a pójdziesz siedzieć za człowieka! Zostaw go, do cholery!

Popielski ujrzał krew Potoka, zmieszaną z jakąś wydzieliną, na rękawie kurtki swojego galowego munduru. Poczuł obrzydzenie. Odsunął się ze wstrętem od rzężącego ciała. Potem przemógł się jeszcze, chwycił Potoka za przegub i przykuł go do nogi od łóżka. Głowę bestii wciąż owijała cerata. Wznosiła się pod urywanym oddechem.

Popielski usiadł na łóżku i zapalił papierosa.

– Idź, Wilek, do naszego punktu i zadzwoń po samochód transportowy – powiedział, wypuszczając chmurę dymu – bo nam całe auto zabrudzi juchą. Ja go popilnuję.

– Lepiej ty idź, Edziu. – Zaremba uśmiechnął się wesoło. – Jak cię z nim zostawię, to go jeszcze zabijesz! Koniecznie chcesz się przeprowadzić na Brygidki?

Popielski wytarł pościelą krew z rękawa kurtki i wstał. Zniknął malinowy wykwit na szyi. Popielski chwycił ramę łóżka i poruszył nią kilkakrotnie. Śmiał się jak opętany.

– Mamy go! – wrzasnął, a potem powiedział z uśmiechem: – Zaraz tu będę, a ty dobrze go pilnuj! No jak tam, panie ładny? – kopnął lekko Potoka i wybiegł na schody.

Potok poruszył głową i zrzucił z niej ceratę. Spojrzał na swój unieruchomiony przegub. Kajdanki stanowiły istotnie przeszkodę, ale przecież noga łóżka nie była przymocowana do podłogi.

Lwów, sobota 20 marca 1937 roku,

kwadrans na jedenastą przed południem

Rita siedziała w ciemnej knajpie przy samym oknie, obserwowała przez witrynę ulicę Żulińskiego i zastanawiała się, co ma robić dalej. Nie mogła się nawet poradzić Tyki w tej sprawie, gdyż ta uciekła do domu, wystraszywszy się i ponurego barmana, i zapijaczonego klienta, który wysysał słone mięso z kolejnego śledzia. Ani jeden, ani drugi nie zaczepiał Rity. Barman wycierał kufel i słuchał nadawanego właśnie przeboju Hanki Ordonówny A kogo nasza miłość obchodzi? Pijak drzemał z czołem opartym o dłonie.

Nagle Rita ścisnęła stojącą przed nią szklankę letniej herbaty. Ujrzała ojca. Szedł w jej stronę. Zrobiło się jej słabo na myśl, że tu przyjdzie, że zaraz ją znajdzie. Ojciec jednak skręcił i wszedł do sklepu galanteryjnego dwadzieścia metrów wcześniej. Rita wyszła z knajpy, podeszła do okna sklepu i spojrzała jednym okiem zza załomu muru. Dostrzegła łysą głowę ojca. Wytarł kark chusteczką z monogramem, który mu kiedyś wyszyła – w dawnych czasach, kiedy siedząc mu na kolanach, zwierzała się ze swoich dziecinnych sekretów. Zrobiło się jej smutno na wspomnienie tamtych lat i na widok bezradnego gestu ojca, gdy wycierał pot. Potrząsnęła głową, odpędzając sentymenty, i pobiegła szybko ulicą. Musiała koniecznie sprawdzić, czy jej nieznajomy jest ścigany przez ojca.

Kiedy znalazła się w bramie, rozejrzała się dokoła. Nigdzie nie było szyldu klubu bilardowego. Z bijącym sercem zaczęła wspinać się po schodach. Jej pantofle stukały po stopniach. Weszła na galeryjkę ostatniego piętra. Jedne drzwi były uchylone. Popchnęła je, lekko zaskrzypiały. Nagle poczuła strach. Chciała się wycofać i uciec stamtąd. Nie mogła. Ktoś za nią stał.

Lwów, sobota 20 marca 1937 roku,

dwadzieścia minut na jedenastą przed południem

Popielski otarł kark i schował chustkę do kieszeni.

– Niedługo będzie tam dwóch mundurowych z komisariatu IV i niezależnie od nich Kacnelson, który idzie zmienić Zarembę – usłyszał w słuchawce głos aspiranta Stefana Cygana.

– Dobrze, Stefek, no to ja idę do Wilka.

– Proszę poczekać, panie komisarzu. – Cygan był podekscytowany. – Mam dla pana ważną wiadomość z Wrocławia. Tamtejsi technicy stwierdzili, że praca naukowa została pisana na tej maszynie, którą znaleziono przy zamordowanej.

– A niech to! – Popielski zaniemówił z wrażenia. – No to żadna papuga już go nie wybroni!

– I ostatnia rzecz: dzwonił Mock. Ma sensacyjną wiadomość o tej katowickiej szwarcmamie… Baba jest zamieszana w handel żywym towarem…

– Stefciu – Popielski się roześmiał – czy ty musisz mi teraz zawracać głowę? Mamy Minotaura, rozumiesz to, mamy go!

– Ale Mock będzie za chwilę telefonował. Co mu powiedzieć?

– To mu powiedz: przyjeżdżaj do Lwowa! Czas oblać nasze śledztwo!

Cygan chciał jeszcze coś dodać, ale Popielski odwiesił słuchawkę. Mrugnął wesoło do zaaferowanej sprzedawczyni i wyszedł na ulicę. Spojrzał z niechęcią na jasne światło i zasłonił oczy okularami. Do bramy domu przy Żulińskiego 10 weszli już dwaj mundurowi i Kacnelson. Żaden z nich nie dostrzegł Popielskiego.

Galeryjka rozbrzmiewała ciężkim odgłosem kroków. Skrzypnęły drzwi na ostatnim piętrze. To policjanci weszli do mieszkania Potoka. Popielski szedł po schodach uśmiechnięty, trzymając się poręczy. Był piętro pod nimi. Na poręczy wisiał jakiś brudny chodnik. Dotknął go i natychmiast otrzepał dłonie. Popatrzył na swoje trzewiki, oparł nogę na stopniu, po czym wytarł z czubka plamę po kapuście na gęsto, która leżała na schodach. Spojrzał do góry i poczuł silny niepokój. Nie usłyszał słów powitania ani odgłosu rozmów, żadnych żartów między policjantami, którym się udało po dwóch latach ująć bestię. Ruszył szybko do góry.

Z mieszkania wypadł Kacnelson.

– Niech pan tam nie wchodzi, błagam! – Kacnelson wyciągnął ręce, jakby chciał odepchnąć Popielskiego. – Pan nie może tego widzieć!

Odepchnął swojego kolegę i wbiegł do mieszkania. Łóżko przestawione było w poprzek pokoju, a okno otwarte na oścież. Jeden z mundurowych wychylił się na zewnątrz, długo patrzył w górę i w dół, a potem pokręcił głową. Drugi minął Popielskiego i ruszył na boczną klatkę schodową, a stamtąd na dach. Po chwili jego ciężkie kroki zadudniły nad ich głowami i ucichły. Kacnelson chwycił Popielskiego za rękaw, jakby chciał go wyprowadzić z mieszkania. Ten wyszarpnął mu się. Patrzył i patrzył. Pod łóżkiem ktoś leżał. Cerata okrywała ciało, sięgała do szyi. Głowa była odsłonięta. Nie była to głowa Potoka.

Lwów, sobota 20 marca 1937 roku,

godzina jedenasta przed południem

Głowa Zaremby leżała na kolanach Popielskiego, który trzymał przyjaciela za policzki. Bał się, że głowa ta odpadnie od poderżniętej szyi. Płakał. Zaremba usiłował się uśmiechać. Otworzył i zamknął powieki, a nawet lekko poruszył głową, jakby chciał powiedzieć: wszystko w porządku, Edziu.

Jego policzki nagle zafalowały jak u pływaka po skoku na główkę. Znów otworzył powieki, ale już ich nie zamknął. Zrobił to za niego Popielski.

Lwów, środa 24 marca 1937 roku,

godzina szósta po południu

Eberhard Mock wysiadł z pociągu na Dworcu Głównym, postawił walizkę i zaczął się rozglądać po peronie. Szukał oczami wysokiej, ubranej na czarno postaci Popielskiego. Na darmo jednak wypatrywał jego łysej głowy, ciemnych okularów lub białego szalika. Z dymu i pary bijącej od lokomotywy wynurzali się tragarze, bagażowi, gazeciarze i sprzedawcy lemoniady. Para opadła, a Popielskiego nie było. Mock naciągnął mocniej rękawiczki i z paczki „Egipskich” wyciągnął zębami jednego papierosa. Podskoczył do niego jakiś usłużny tragarz, przypalił mu i zabrał walizkę.

Mock szedł za nim, zamyślony i niespokojny. Znał Popielskiego od niedawna, lecz był stuprocentowo pewien, że Polak dotrzymuje słowa nie tylko w sprawach ważnych, ale i w drobiazgach. Jego nieobecność na dworcu, mimo iż kilka dni temu wyraźnie zapowiadał osobiste powitanie Mocka, mogła świadczyć o jakimś niespodziewanym wypadku, o jakimś złym zdarzeniu. Myśli Mocka krążyły wokół sobotniej klęski Popielskiego. Wiedział dobrze o wszystkim – o śmierci Zaremby i ucieczce Potoka po dachu. Wiedział, że dwaj mundurowi oraz Kacnelson rzucili się w nieudany pościg za mordercą, podczas gdy Popielski skamieniał nad zwłokami Zaremby. Relację z sobotnich wydarzeń jeszcze tego samego dnia wieczorem Popielski złożył mu telefonicznie. Już wtedy miał jakiś dziwny głos. Zamyślał się długo, przerywał i szukał słów, jakby dopiero uczył się niemieckiego, a nie władał nim jak rodowity wiedeńczyk. Te nieoczekiwane problemy Popielskiego z wysławianiem się Mock zrzucił na karb porażki i wstrząsu po śmierci Zaremby. To mógł być też powód jego nieobecności na dworcu. Ale jak długo, pytał Mock sam siebie, można przeżywać taki wstrząs, kiedy bestia jest wciąż na wolności? Jak długo można rozpamiętywać przegraną, kiedy zwierzę cały czas się kryje w jakichś zaułkach i miejskich matecznikach?

Wsiadł do dorożki, zapłacił tragarzowi, a fiakrowi podstawił pod nos wizytówkę z prywatnym adresem Popielskiego. Drynda ruszyła. Mock nie podziwiał już Dworca Głównego, którego harmonia i odpowiednie dozowanie architektonicznych ozdobników przewyższały – jego zdaniem – bombastyczny dworzec w Breslau. Nie przyglądał się po drodze ani kościołom, ani fasadom gimnazjów i uczelni. Zwrócił jedynie uwagę na łaciński napis na budowli wyglądającej na bibliotekę, kiedy już skręcał z głównej ulicy w stronę parku, przy którym mieszkał Popielski. Hic mortui vivunt et muti loquuntur.

Tutaj martwi żyją, a niemi przemawiają. Oby zmarli potrafili mówić, pomyślał z goryczą, nie miałbym wtedy nic do roboty na tym świecie. Mock poczuł coś w rodzaju pocieszenia.

Przypominał sobie niedawne wypadki katowickie i wciąż nie mógł zrozumieć, jaką rolę odegrał w nich Zdzisław Potok. Po znalezieniu u Ernestyny Nierobisch segregatora pochodzącego z biura zamordowanej Klementyny Nowoziemskiej śledztwo ruszyło jak z kopyta. Komisarz Zygfryd Holewa, czując, że ma oto sprawę, która może decydować o jego awansie, zapomniał natychmiast o zakazie wydanym Mockowi i ruszył ostro do akcji w stylu, który wrocławianin lubił. Nie patyczkował się specjalnie z Nierobisch w pokoju przesłuchań i po dwóch dniach uzyskał od obolałej od ciosów i kopniaków kobiety wszystkie potrzebne informacje. Potwierdziły się przeczucia i Mocka, i Popielskiego. Spędzająca płody okazała się stręczycielką, podobnie jak Nowoziemska. Obie ściśle współdziałały: Nierobisch wyszukiwała zdesperowane dziewczyny – służące, które pozwoliły panu na zbytnie spoufalenie, kelnerki i pomywaczki, którym właściciel stawiał propozycje nie do odrzucenia, czy w końcu zwykłe prostytutki, którym ciąża przeszkadzała w uprawianiu zawodu. Nierobisch doskonale wiedziała, że dla wszystkich tych kobiet spędzenie płodu oznaczało jeszcze większą ruinę wszelkich zasad i wartości. Zapisywała skrupulatnie ich dane i przekazywała Nowoziemskiej, która po jakimś czasie zjawiała się u tych dziewczyn jako szacowna kapłanka małżeństwa i obiecywała egzotyczną podróż do Argentyny lub mniej egzotyczną – do Niemiec – gdzie będzie na nie czekał dużo starszy bogacz, spragniony słowiańskiej piękności. Bogacz okazywał się oczywiście właścicielem burdelu, a dziewczyny prędzej czy później godziły się na swój niewolniczy los. Wiele z nich, o dziwo, po jakimś czasie bardzo cieszyło się z odmiany swego życia i wysyłało do Nierobisch widokówki z serdecznymi pozdrowieniami. Nowoziemska hojnie płaciła babce za każdą dziewczynę i dawała jej często dodatkowe prezenty, na przykład komplet – co prawda używany – luksusowych segregatorów. Sama na tym procederze niezwykle profitowała, choć nie wszystkie kobiety udawało się oszukać i wyekspediować do Niemiec lub Argentyny. Nie zdołała tego dokonać w wypadku Marii Szynok. Nierobisch z kolei nie znała jej losów ani nazwisk rzeczywistych czy wydumanych narzeczonych. O nieszczęsnej obłąkanej dziewczynie, której spędziła płód, wiedziała tylko tyle, że dla Nowoziemskiej Szynok była ważnym towarem matrymonialnym, nie zaś burdelowym, i że miała być wyswatana za jakąś dużą sumę zamożnemu klientowi, któremu szczególnie przypadła do gustu. Mimo gróźb i bicia Nierobisch nie powiedziała już nic więcej.

Mock, dowiedziawszy się tego wszystkiego, pożegnał Holewę, Wybrańca i Śląsk, który zresztą z rozrzewnieniem potem wspominał. Kupił bilet na najbliższy pociąg do Lwowa. Był pewien, że teraz będzie potrzebny Popielskiemu. Razem znajdą bestię i poprowadzą śledztwo w sprawie gangu handlarzy żywym towarem, który musiał mieć jakieś międzynarodowe powiązania, skoro dziewczyny lądowały w Argentynie i w Niemczech. Z tym procederem powiązany był jakoś Potok, a to z kolei – ze względu na jego ostatnią ofiarę – kieruje śledztwo w stronę Breslau i barona von Criegern. Przecież ciągle nie został odnaleziony, myślał Mock, piękniś, który przywiózł do Breslau Annę Schmidt! Sprawa ta jest jakąś gigantyczną aferą na skalę europejską, a nawet światową! W ciągu dwóch, trzech dni wszystko dokładnie przemyślimy z Popielskim, zrobimy precyzyjny plan, a potem pojadę na Wielkanoc do Breslau. A po świętach wszystko się zacznie na nowo! Investigo ergo sum! Mock zapłacił dorożkarzowi i wysiadł. W bramie kamienicy drogę zastąpił mu stróż i uprzejmie o coś zapytał. Mock pokazał wizytówkę Popielskiego i zobaczył, jak na twarzy mężczyzny odmalowuje się przerażenie. Policjant minął go i coraz bardziej zaniepokojony, wbiegł na pierwsze piętro. Nacisnął guzik dzwonka. Otworzyła mu panna Leokadia Tchorznicka. Oczy miała zapuchnięte od płaczu. Zostawiła drzwi otwarte i cofnęła się bez słowa. Mock, wchodząc do mieszkania, poczuł, jakby był na miejscu zbrodni. Tyle że zamiast trupiego fetoru rozchodziła się woń waleriany. Z kuchni doszedł go nagły krzyk, a potem szarpiący i dławiący szloch. Ktoś się krztusił, charczał i kaszlał jednocześnie.

Mock znalazł się tam natychmiast. Służąca siedziała przy stole i opierała czoło o blat. Jej ciałem wstrząsały drgawki, a łzy kapały na podłogę. Mock rozejrzał się wokoło przerażony. Drzwi do gabinetu i jednocześnie sypialni Popielskiego były otwarte. Podszedł tam ostrożnie i zajrzał.

Edward Popielski siedział w fotelu przy stoliku, na którym stała potężna, wypełniona niedopałkami popielniczka. Jego policzki pokrywał kilkudniowy zarost. Miał na sobie granatową kurtkę od policyjnego munduru; pod nią widać było rozchełstaną koszulę od piżamy.

Nie spojrzał nawet na Mocka, lecz wpatrywał się w swoje dłonie, które opierał na stole.

– W sobotę Rita nie wróciła do domu – powiedział po niemiecku. – A oto, co w niedzielę podrzucono mi na balkon!

Wskazał dłonią na swoje biurko. Leżał na nim bardzo starannie złożony gimnazjalny mundurek Rity i śnieżnobiały, sztywny kołnierz marynarski.

– Hanna tak pięknie wyprasowała ten kołnierz. – Popielski uniósł głowę, a w jego przekrwionych od nie wyspania oczach pojawiły się łzy. – Wyprasowała jak na pogrzeb.

Pochylił głowę, aby Mock nie widział, jak płacze. Jego łysa głowa spurpurowiała, całym ciałem szarpały spazmy. Spomiędzy palców, którymi przyciskał policzki i oczy, płynęły łzy. Mock usiadł obok niego na poręczy fotela i z trudem otoczył ramieniem barczyste plecy przyjaciela. Siedział tak długo, dopóki Popielski nie znieruchomiał. Potem wstał i udał się do salonu. Leokadia wpatrywała się w tarczę stojącego zegara. Przed nią dymił papieros.

– Zamieszkam tu z państwem przez kilka dni – powiedział cicho Mock.

– Nie jedzie pan do swojej żony na święta? – zapytała Leokadia.

– Nie. Zostaję tutaj, z Eduardem.

– Nawet pan nie wie, co się tu będzie działo! Nawet nie zdaje sobie sprawy, jak wyglądają ataki jego rozpaczy!

– Nie wiem? No to się dowiem – powiedział Mock i wrócił do gabinetu.

Część III

Głowa Minotaura

Tezeusz kroczy przez ocean skrwawionych kolumn liści w czas odnowy unosi w zaciśniętej pięści trofeum oskalpowaną Minotaura głowę

Gorycz zwycięstwa okrzyk sowy odmierza świt miedzianą miarką by słodką klęskę ciepły oddech do końca życia czuł na karku

Zbigniew Herbert, Głowa

Lwów, środa 13 października 1937 roku,

godzina siódma wieczór

Edward Popielski siedział w „Morskiej Grocie” i popijał małymi łykami drugą setkę wódki. Lokal był pustawy, a nieliczni patrzyli ukradkiem na komisarza i wiedzieli bardzo dobrze, o czym myśli.

O Ricie od pół roku nie było żadnych wiadomości. Całe miasto rozważało, czy została porwana, czy zamordowana, czy jej zniknięcie ma jakiś związek ze sprawą ucieczki Minotaura. Snucie takich przypuszczeń w obecności Edwarda Popielskiego było niebezpieczne, o czym przekonał się kiedyś Herman Kacnelson. Wszyscy policjanci wiedzieli, że Popielski obwinia się o śmierć Zaremby. Każdy wiedział, że przykucie bestii do nogi łóżka, które łatwo mogło zostać uniesione, było karygodnym zaniedbaniem. Zbieżność między ucieczką Potoka a zniknięciem Rity Popielski interpretował prosto i osobiście: jeśli jest winny ucieczki Minotaura, która ma związek z zaginięciem Rity, to jest również winny zaginięcia swojej córki. Analiza tej zbieżności, dokonana kiedyś przez Kacnelsona, została przez Popielskiego uznana za nienawistny atak. Jak rozwścieczony byk rzucił się na kolegę, powalił go na ziemię i wziął go na obcasy. Może nawet uczyniłby mu krzywdę, gdyby Kacnelson nie krzyknął: „Chcesz mnie zabić, tak jak Zarembę?” To momentalnie uspokoiło Popielskiego i sprawiło, że zaraz usiadł na krześle. Przez następną godzinę trzymał twarz w dłoniach i milczał. Następnego dnia publicznie przeprosił Kacnelsona, a ten potraktował to z pełnym zrozumieniem, podobnie jak inspektor Marian Zubik, który ani myślał o wszczęciu procedury dyscyplinarnej.

Edward Popielski od Niedzieli Palmowej, kiedy zawiniątko z rzeczami Rity wylądowało na jego balkonie, był innym człowiekiem. Zmiany, które w nim zaszły, inaczej ujawniały się w domu, a inaczej poza nim. W domu był tak niezwykle czuły i troskliwy wobec Hanny i Leokadii, iż ta pierwsza w rozmowach z innymi służącymi wynosiła go pod niebiosa, a ta druga wyczuwała w nim jakiś fałsz. Leokadia nie mogła uwierzyć, że jej kuzyn – dotąd prawie wyłącznie skoncentrowany na swoich myślach, hipotezach i śledztwach – nagle zaczął wypytywać o jej codzienne sprawy, rozmawiać z nią nieustannie o jej bridżowych rozgrywkach oraz o lekturach, stał się uprzedzająco grzeczny i nadskakująco pomocny. Nigdy się nie unosił, co wydawało się nienaturalne. Czasami tylko niebezpiecznie błyskały jego oczy, czerwone od bezsenności i alkoholu. Leokadia wprawdzie wiele razy słyszała, iż cierpienie uszlachetnia człowieka, ale sztuczny uśmiech kuzyna nie był znakiem szlachetności, lecz jakąś maską, pod którą Edward ukrywał swe prawdziwe uczucia.

Poza domem Popielski zachowywał się zupełnie inaczej. Jeśli do tej pory był gwałtowny i porywczy, teraz stał się rozdrażnionym szerszeniem, atakującym wszystkich dokoła. Jego wściekłość i agresję odczuli głównie baciarzy i chojraki z przedmieść. Popielski był bowiem przekonany, że Minotaur ukrywa się gdzieś wśród nich, najpewniej na Łyczakowie, i czeka na stosowną okazję, aby niepostrzeżenie opuścić miasto; co z jego fizjonomią, widoczną na obwieszczeniach na każdym słupie ogłoszeniowym, stanowiło poważną trudność. Nie bestia była jednak najważniejszym powodem wściekłości Popielskiego wobec lwowskich łotrzyków i bandytów. Dręczyła go inna monomania: porwanie Rity. Popielski był pewien, że porwali ją dla okupu ludzie z półświatka. Brak jakichkolwiek żądań okupu miał świadczyć jego zdaniem o chęci podbicia ceny. Komisarz sądził, że lwowscy bandyci niedługo zażądają za Ritę czegoś, co zrujnuje mu życie – na przykład odejścia z policji.

Komisarz zaczął więc swoją prywatną i – co gorsza – samotną krucjatę wśród lwowskiego półświatka, a prowadził ją w sposób sobie właściwy. Wpadał do jakiejś mordowni – jawnej lub tajemnej, z szyldem lub bez – zamawiał wódkę, zakąski i wodził rozjątrzonymi bezsennością oczami po baciarach, którzy wówczas najczęściej pierzchali. Nie wszyscy jednak, niektórym z nich na to nie pozwalał, zatrzymywał ich i sadzał przy swoim stole. Częstował wódką i uprzejmie wypytywał o Ritę i o Minotaura. Kiedy baciarzy odmawiali poczęstunku, a na pytania o Ritę bezradnie potrząsali głowami, Popielski lał im wódkę w gardło i poniewierał nimi na oczach innych.

Nic dziwnego zatem, że nad jego głową gromadziły się czarne chmury – coraz gęstsze i coraz bardziej złowrogie.

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej, zaraz po zniknięciu Rity, przyszła do niego delegacja z legendarnymi królami podziemia, Mosze Kiczałesem i braćmi Żelazny. Ten pierwszy, ubrany w nieskazitelnie jasny garnitur, złożył mu serdeczne wyrazy współczucia z powodu zaginięcia córki i przysiągł, że żadna z lwowskich grup przestępczych nie ma z tym nic wspólnego, ba! – obiecał nawet pomoc w ujęciu porywaczy. Popielski zarzucił mu kłamstwo i walnął pięścią w stół z taką siłą, że wylał Moszemu kawę na garnitur. Kiczałes i bracia Żelazny odeszli bardzo zagniewani, ale mimo wszystko nakazali swoim ludziom tolerować wybryki Popielskiego przez jakiś czas – aż do momentu, kiedy podejmie się w jego sprawie ostateczną decyzję. Nie wszyscy jednak słuchali królów, a ekscesy komisarza zaczęły być dla bandytów nie do zniesienia. W kolejnych knajpach dostawał ostrzeżenia w postaci świńskich uszu przebitych gwoździem, ale drwił sobie z tego. Wyjmował je nie raz, nie dwa i wszystkim podstawiał pod nos z okrzykiem: „No co, skurwysynu, ty mi to sprezentowałeś?”

Pedantyczny elegant o ironicznym poczuciu humoru, kiedyś uprzejmy w obejściu, zadbany i pachnący drogą wodą kolońską, stał się wulgarnym abnegatem. Zapominał zażywać leków na epilepsję i nie chodził do Szaniawskiego. Pewnego dnia w którejś knajpie upadł w drgawkach na podłogę i oddał mocz. Ulicznicy z obrzydzeniem wyrzucili go na podwórko, a jeden z nich wsadził mu twarz w końskie gówno, licząc, że komisarz się nim udławi.

Zdarzało się, że tygodniami nie zmieniał koszuli, a jego łysa głowa zarastała po bokach kępkami rzadkich włosów. Wódkę pił szklankami, ale jego potężny organizm przewrotnie się jej opierał. Komisarz nie mógł się upić, zagłuszyć swych myśli, usnąć jak kamień. Wracał do domu nad ranem, chwiejąc się na nogach, uśmiechał się sztucznie do wystraszonej Leokadii, wypytywał ją rozespaną o codzienne sprawy i bridżowe zagrania, całował z uszanowaniem w dłoń, po czym szedł do swojego pokoju, walił się w pościel i nie spał do południa. Wtedy wstawał, opłukiwał twarz i podziękowawszy stokrotnie za pyszne śniadanie, które ledwie tykał, szedł do pracy. Listy od Mocka piętrzyły się nieczytane na jego biurku, a telefony – na jego rozkaz – odbierała wyłącznie Hanna, która słysząc niemczyznę, po prostu odkładała słuchawkę.

Gdyby żył Wilhelm Zaremba, wiedziałby, jak się zająć przyjacielem. Już kiedyś go widział w takim stanie – po śmierci jego żony Stefanii, znanej aktorki lwowskiej, która po wydaniu na świat Rity doznała krwotoku w łonie i umarła. Niestety, Zaremba, podobnie jak Stefania Gor-gowicz-Popielska, spoczywał na Cmentarzu Łyczakowskim, a inni ludzie, których by Popielski dopuścił do siebie – Leokadia i Eberhard Mock – albo nie wiedzieli, jak z nim rozmawiać, albo byli zbyt daleko.

W to smutne i zalane deszczem październikowe popołudnie był na jednej ze swoich eskapad, które opisywał w raportach jako „działania rozpoznawcze”. Siedział w „Morskiej Grocie” i czekał nie wiadomo na co. Tym razem był wyjątkowo czysto ubrany. Miał na sobie nową prążkowaną koszulę ze sklepu „Poland” z Gródeckiej, którą od Leokadii dostał tego dnia z okazji imienin. Również w związku z imieninami, które zapowiadały się na smutną, dwuosobową kolację, został zmuszony do kąpieli oraz ogolenia się. Krawata jednak nie założył, podobnie jak sygnetu i spinek do mankietów. Butów również nie wypastował. Pił małymi łykami drugą setkę i czekał. Kiedy ludzie wchodzili, przypatrywał im się uważnie, lecz niezaczepnie. Oni również na niego patrzyli, kiwając głowami. Ci o lżejszym sumieniu siadali, ci o cięższym wychodzili, nie chcąc mieć żadnego kontaktu ze stróżem prawa.

Dwaj mężczyźni, którzy weszli do lokalu, gdy Popielski wysuszył już stopkę, nie zachowali się tak jak inni. Żaden z nich nie usiadł ani nie wycofał się. Uderzając mocno butami o schody i o klepisko podłogi, podeszli do stolika, przy którym samotnie siedział komisarz. Patrzyli na niego przez chwilę zza motocyklowych okularów. Jeden z nich sięgnął za pazuchę długiego skórzanego płaszcza, wyjął jakąś fotografię i położył na stole. Widniał na niej Popielski, młodszy i uśmiechnięty. Dziesięcioletnia może Rita również się uśmiechała i opierała głowę na ramieniu ojca. To zdjęcie nosiła przy sobie zawsze.

Znaleźliśmy to przy twojej córce – powiedział jeden z mężczyzn, wskazując na fotografię. – Chcesz ją zobaczyć, to chodź!

Nie czekając na odpowiedź, obaj ruszyli do wyjścia. Popielski patrzył przez chwilę na ich wojskowe buty, po czym wstał od stolika.

Lwów, środa 13 października 1937 roku,

godzina ósma wieczór

Popielski nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Odtworzył wypadki od momentu, gdy wychylił drugą wódkę i spotkał motocyklistów. Kiedy ujrzał fotografię, a tajemniczy mężczyźni opuścili lokal, zerwał się na równe nogi. Chciał oznajmić wszystkim, że ci dwaj są porywaczami jego córki i należy ich ująć. Nie zrobił tego jednak. Powstrzymały go nie tyle obojętne miny baciarów, ile głos rozsądku. Zdał sobie sprawę, że ważniejsze jest dla niego ujrzenie córki niż złapanie jej porywaczy. Wyszedł na podwórko, roztrzęsiony i blady. Mężczyźni czekali na niego. Siedzieli jeden za drugim na motocyklu „Sokół”. Jeden z nich wskazał Popielskiemu miejsce w koszu i podał okulary. Komisarz nałożył je na oczy. Od wewnątrz były wyłożone czarnym aksamitem.

– Jeśli będziesz próbował patrzeć, dokąd jedziemy -usłyszał – to wyrzucimy cię, rozumiesz?

– Rozumiem – odparł.

Jechali dość długo. Popielski naliczył dwadzieścia zakrętów, a potem coś mu się pomyliło i przestał liczyć. Po dwóch, jak mu się zdało, kwadransach motocykl zadudnił głucho w jakimś podwórku i zgasł. Poczuł, że biorą go pod ramiona i wyciągają z kosza. Weszli razem do jakiegoś pomieszczenia, które śmierdziało odczynnikami chemicznymi. Posadzili go na krześle, które niebezpiecznie zatrzeszczało pod jego ciężarem. Czuł, jak jego ramiona wsuwają pod oparcie krzesła. Skuli go z tyłu kajdankami. Nie protestował. Czekał.

Wtedy zdjęto mu okulary. Najpierw myślał, że jest w teatrze. Siedział w ciemności, a przed nim rozpościerała się punktowo oświetlona ciemnowiśniowa kurtyna. Rozejrzał się i zobaczył, iż nie ma żadnej widowni, jego krzesło jest jedyne w pomieszczeniu, a kurtyna jest bardzo niewielka i powieszona na stojącym półokrągłym stelażu parawanu. Wokół kurtyny znajdowały się statywy z lampami, z aparatami fotograficznymi oraz z lampami błyskowymi. Usłyszał szczęk żabek i kurtyna się rozsunęła. W rzęsistym świetle siedział na krześle młody mężczyzna, który wydał się Popielskiemu znajomy. Ubrany był w jasnoszary garnitur z drogiej wełny, z którym mocno kontrastowały krawat w kolorze wina i czerwona róża w klapie marynarki. Wysoko zadarta noga obuta była w trzewik do gry w golfa. Rysy twarzy miał niezwykle regularne, wargi pełne, twarz szczupłą i pociągłą. Gdyby nie krótkie zaczesane na bok włosy, męska sylwetka i cień zarostu na twarzy, mógłby uchodzić za kobietę. Piękną kobietę.

– Chce pan zobaczyć Minotaura, komisarzu? – Głos miał gruby i wyrazisty. – Mamy go. Jest żywy i czeka na swojego Tezeusza. A pan…

Popielski nie wiedział, skąd zna tego mężczyznę. Czy to możliwe, by człowiek przed nim był księdzem Kier-skim, duszpasterzem młodzieży, który swym potężnym głosem kaznodziei rozpalał dziewczęce serca? To wydawało się niemożliwe, a jednak…

– Czy pan jest księdzem? Czy ksiądz Konstanty Kierski? – przerwał mu w pół zdania.

– O ile wiem, to nigdy nie byłem księdzem – mężczyzna odparł z powagą. – Choć niegdyś bardzo dobrze znałem jednego. Czy ma pan jeszcze jakieś pytania, czy też pozwoli mi kontynuować?

– Co to znaczy „mamy Minotaura”? Ja nie przyszedłem tu dla Minotaura! Gdzie jest moja córka? – Popielski szarpnął się na krześle.

Mężczyzna wstał i podniósł z podłogi jakiś podłużny przedmiot. Był to kij do gry w golfa. Podszedł do Popiel-skiego, pochylił się nad nim i przyglądał się przez chwilę jego małżowinie. Komisarz nie dostrzegł ruchu, lecz poczuł ból, który wbił mu się w głowę jak kolec. Ucho zapulsowało i szybko się powiększało. Przeraźliwy pisk wibrował mu w czaszce. Mężczyzna podszedł z drugiej strony i zaczął oglądać drugie ucho jak laryngolog. Wziął zamach. Głową Popielskiego targnął drugi cios. Komisarz wolno runął wraz z krzesłem. Pisk podnosił się. Był tylko jeden sposób, żeby go zagłuszyć. Samemu trzeba było krzyczeć. Popielski darł się z bólu jak ranne zwierzę. Tarzał się po podłodze i wierzgał nogami. Zamiast uszu miał dwie ciepłe, wilgotne i obolałe galarety.

Poczuł perfumy. Otworzył oczy. Mężczyzna kucał nad nim z kijem golfowym w dłoni. Popielski spodziewał się kolejnego ciosu. Przestał krzyczeć. Musiał zachować trochę sił na kolejne uderzenia.

– Już mi pan nie przerwie więcej, prawda, komisarzu? – powiedział cicho mężczyzna. – To, co teraz pan usłyszy, to historia pewnego chłopca, a potem młodzieńca. Koherentna jak ciąg. Prawdziwa jak ekstremum paraboli.

Mężczyzna wyciągnął z kieszeni marynarki gruby, oprawiony w słoniową skórę notes i zaczął czytać.

Chłopiec urodził się w roku 1910 w zamożnej i arystokratycznej rodzinie Woronieckich w majątku Baranie Peretoki w powiecie sokolskim. Był późnym dzieckiem swoich rodziców. Jego ojciec, Juliusz hrabia Woroniecki, właściciel wielkich dóbr ziemskich, był absolwentem matematyki Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Drzemała w nim wielka pasja społecznikowska, którą realizował, ucząc wiejskie dzieci matematyki. Jeśli w którymś odkrywał umysł ścisły, zaczynał się nim opiekować. Opłacał dziecku gimnazjum, aby talent się nie zmarnował. Dwaj starsi, już dorośli, bracia chłopca też byli matematykami. Obaj polegli na Wielkiej Wojnie pod Gorlicami. Chłopiec prawie ich nie pamiętał. Od małego wychowywano go na wybitnego matematyka. Zamiast bajek przed snem czytano mu matematyczne zagadki, zamiast żołnierzyków ustawiał na podłodze figury geometryczne, zamiast zamków z piasku budował czworokąty na bokach trójkąta, zamiast latawcami bawił się trójmianami kwadratowymi. Był genialnie uzdolniony. W wieku lat sześciu rozwiązywał układy równań, a w wieku lat dziesięciu badał już przebieg funkcji.

Wszystko to przestało mieć dla niego znaczenie, kiedy pewna rusińska wiejska dziewczyna odkryła przed nim świat fizycznych doznań, który pochłonął go bez reszty. Od układów równań wolał układy cielesne, funkcje wykładnicze kojarzyły mu się już wyłącznie z wykładaniem przez kobiety piersi ze stanika. W Sokalu, gdzie chodził do gimnazjum, podglądał wraz kolegami, jak dyrektor kina „Świt”, pan Karol Poliszuk, nocami przypiera do ściany swojego kantorka miejscowe kurtyzany. Któregoś dnia został przyłapany na podglądaniu. Dyrektor kina wcale się na niego nie gniewał i zaproponował mu współudział. Matematyka nudziła chłopca coraz bardziej, a jej lekcje przerywał bieganiem do szkolnego ustępu. Dwukrotnie repetował klasę i raz leczył się z rze-żączki. Ojciec wpadał w furię, lecz w jej interwałach zakładał, że buntowniczy wiek dojrzewania – który brał za przyczynę całego zła – prędzej czy później minie, a jego syn wróci w objęcia królowej nauk. Postanowił odseparować go od wszelkich złych wpływów i oddał pod żelazną opiekę swojego brata, byłego oficera, Stanisława hrabiego Woronieckiego, który w śląskim Skoczowie był właścicielem dużej fabryki parasolów i lasek „Palus”. Niestety, stryj Stanisław miał dwudziestoletniego syna Janusza, który był zdeprawowany w stopniu nie mniejszym niż jego kuzyn. Chłopiec, już wówczas osiemnastoletni młodzieniec, zapoznał przez Janusza mądrą i znającą życie kobietę, byłą właścicielkę burdelu, podówczas szefową biura matrymonialnego, Klementynę Nowoziemską. Ona szybko mu podpowiedziała, jak ma wykorzystać swoją nadzwyczajną urodę i jak dobrze może prosperować, robiąc na dodatek to, co najbardziej lubi.

Młodzieniec posłuchał madame. Nie szczędził swych wdzięków paniom i panom, a wszyscy hojnie mu się odpłacali. W wieku lat dziewiętnastu wyprowadził się od stryja i zamieszkał u pani Nowoziemskiej. Ojciec, nieszczęśliwy i zrozpaczony, wyklął swojego jedynego syna i zerwał z nim wszelkie stosunki, co winowajcy nie zmartwiło, nawiasem mówiąc, w stopniu najmniejszym. Bez żalu zapomniał o ojcu, który był dla niego personifikacją matematyki, i o matce, która poza swoją migreną nie widziała świata. Żył tak, jak chciał. Pieniędzy mu nie brakowało, gdyż – dzięki kontaktom pani Nowoziemskiej – bywał dawcą rozkoszy i częstym towarzyszem podróży bogatych niemieckich ekscentryków, z którymi przemierzał luksusowymi salonkami trasę

Katowice-Wrocław-Berlin. Najczęściej podróżował w towarzystwie wrocławskiego barona von Criegern, który wtajemniczał go w różne swoje plany i zamiary. Jeden z nich spodobał się młodzieńcowi nadzwyczajnie. Baron von Criegern zamierzał założyć we Wrocławiu dom publiczny dla bogaczy. Największym problemem, zdaniem barona, była rotacja personelu, prostytutki bowiem bardzo często zmieniały miejsca swojej pracy. Był tylko jeden skuteczny sposób na zatrzymanie ich na stale – nielegalne przemycenie i przetrzymywanie w zamknięciu w stanie półniewolniczym. Ponieważ Polki i Czeszki były kobietami nadzwyczaj pięknymi, a przemycenie ich oznaczałoby pokonanie tylko jednej granicy, stały się one, siłą rzeczy, najodpowiedniejszym towarem. Młodzieńcowi aż zaiskrzyły się oczy, kiedy baron von Criegern przedstawił mu ten pomysł. Doszli szybko do porozumienia – baron wykładał pieniądze i udzielił swojemu wspólnikowi dwuletniej bezodsetkowej pożyczki, a młodzieniec wnosił swoje bezcenne kontakty. Kilka dni później we Wrocławiu zarejestrowano firmę przewozową „Woroniecki und von Criegern”.

Działalność ich nie była skomplikowana. Klementyna Nowoziemska w porozumieniu z Ernestyną Nierobisch zajmowały się wynajdowaniem młodych kobiet. Szukały przede wszystkim sierot i pań ocierających się o półświatek, których zniknięcia nikt by nie zauważył, a na pewno by się nim nie przejął. Woroniecki nawiązywał z tymi kobietami kontakt jako kandydat na męża. Mało która nie dała się uwieść pięknemu hrabiemu i mało która odmawiała wspólnej romantycznej wycieczki do Niemiec. A tam już czekał na nie przedsiębiorczy baron von Criegern.

Firma prosperowała znakomicie. Von Criegern nawiązał międzynarodowe kontakty, zwłaszcza ze swoimi argentyńskimi odpowiednikami, wśród których wielu pochodziło z jego rodzinnego miasta. W kwitnącym interesie pojawiła się jednak rysa. Minęły dwa lata i baron zażądał zwrotu pożyczki. Woroniecki miał takie dochody, że odkładając ich drobną część, zebrałby potrzebną sumę w ciągu kilku miesięcy. Ale on nie znał słowa „oszczędność”. Pieniędzmi szastał równie nieprzyzwoicie, jak się prowadził, a kiedy baron zażądał szybkiego zwrotu pożyczki, akurat przepuścił cały swój zapas pieniędzy w katowickim kasynie. Zniecierpliwiony baron nie ustawał w ponagleniach. Woroniecki starał się o kredyt, ale nie wiedzieć czemu, bankierzy kręcili nosem nad wypłacalnością firmy spedycyjnej, której był właścicielem. Wówczas von Criegern po cichu nawiązał kontakty z Nowoziemską i postawił młodemu człowiekowi ultimatum – jeśli nie odda pieniędzy w ciągu miesiąca, to on rozwiąże firmę i poszuka sobie innego uwodziciela. Co najgorsze, baron zademonstrował mocno swoją determinację. Któregoś dnia Woronie-ckiego odwiedziło dwóch Niemców i złamało mu rękę. Przybysze zagrozili, że jeśli nie odda pieniędzy, złamią mu drugą. Nadto Nowoziemską zerwała z nim kontakty i młodzieniec spadł bardzo nisko – znów został zmuszony do zarobkowania własnym ciałem, ale warunki znacznie się zmieniły: wyrzucano go z dobrych lokali, a klientki i klienci w tych podlejszych nie płacili już tak dużo. Ręka się źle zrastała i bardzo bolała. Pewnego dnia Woroniecki dowiedział się od kuzyna Januszka, iż jego ojciec umiera. Posypał głowę popiołem i udał się do Baranich Peretok.

Ojciec, rzeczywiście dożywający już swoich dni, przywitał syna marnotrawnego ze łzami i bez szemrania wręczył mu czek na sumę żądaną przez barona von Criegern. Młodzieniec ucieszył się nie tylko tym, że w końcu spłaci swój dług i uwolni się od gangstera, lecz przede wszystkim tym, że oto kończą się szaleństwa i nadchodzi czas stabilizacji. Ojciec umrze, a on, jako jedyny spadkobierca, obejmie zarząd dobrze prosperującego majątku ziemskiego, ustatkuje się, ożeni, osiądzie w Baranich Peretokach, no może czasami tylko odwiedzi jakiś tajny klub w dużym mieście… Juliusz hrabia Woroniecki przejrzał najwyraźniej plany syna i pokazał mu swój testament. Był w nim zapis, iż majątek przejdzie na rzecz potomka tylko wtedy, gdy ten w ciągu dwóch lat zdobędzie tytuł doktora filozofii w zakresie matematyki lub logiki. „Twój geniusz nie może zostać zmarnowany”, tak brzmiały ostatnie słowa starego hrabiego.

Woroniecki bez większego trudu podniósł krzesło wraz z Popielskim. Postawił je i znów wszedł na prowizoryczną scenę. Usiadł okrakiem na odwróconym krześle, oparł brodę na jego oparciu i wpatrywał się w fioletowe uszy komisarza.

– Byłem załamany – powiedział – ale mam w sobie chyba coś z księdza, jak pan zauważył, bo Bóg nade mną czuwał. Na pogrzeb mojego ojca przyjechał jego dawny uczeń, chłopiec z ludu, który wykazywał wielkie zdolności matematyczne. Była to właśnie taka wiejska perła, którą wyłowił szlachetny hrabia i której zapewnił edukację. Tak… Wtedy właśnie, na pogrzebie ojca, spotkałem Minotaura.

Woroniecki wstał i wyszedł przez drzwi, których Popielski nie widział, ponieważ zasłaniał je parawan. Po chwili deski podłogi zadudniły. Hrabia znów się pojawił na scenie. Nie był sam. Przy jego kolanach warowała bestia.

Woroniecki w lewej dłoni dzierżył gruby łańcuch. Drugi jego koniec obwiązywał szyję Zdzisława Potoka. Nagi więzień miał skrępowane ręce na brzuchu, a nogi – w kostkach. W jego ustach tkwił knebel. Czapa gęstych włosów była pokryta jakimś smarem. Na białawym, zarośniętym włosami ciele były widoczne czerwone ślady otarć, strupy ran i skórnych wyprysków. Pod skórą napinały się potężne i dobrze wyrobione mięśnie. Potok, pochylony, patrzył spode łba na Popielskiego. W jego ustach poruszył się lekko knebel. Minotaur się śmiał. Komisarz na chwilę zapomniał o Ricie. Poczuł, jak pulsuje mu krew w skroniach. Nie wytrzymał i rzucił się wściekle do przodu wraz z krzesłem.

– Niech się pan nie denerwuje, komisarzu – uśmiechnął się hrabia Woroniecki. – Zaraz pan dostanie tego potwora w swoje ręce. Ale najpierw historia o młodzieńcu, którego życie jest dowodem na istnienie boskiej opatrzności. Otóż, jak panu mówiłem, spotkałem Potoka na pogrzebie mojego ojca. Zaintrygował mnie swoją brzydotą, bo lubię wszelkich odmieńców. Zaprosiłem go na stypę i długo rozmawialiśmy. Dowiedziałem się o nim wszystkiego. Że studiował matematykę w Krakowie, że chciał się naukowo poświęcić logice, że krakowscy uczeni go nie doceniali i wyśmiewali jego pomysły. Nie chcieli wyjść poza swoje wąskie poletka naukowe. A Potok zamierzał, idąc w ślad za pracami Łukasiewicza, badać teksty starożytnych logików przy zastosowaniu matematycznego instrumentarium. Krakowscy uczeni odsyłali go do filologów, ci z kolei nie chcieli z nim rozmawiać, nie mając pojęcia o matematyce.

Potok rozczarował się ciężko, przerwał studia, wyjechał z Krakowa i został jakimś guwernerem w majątku koło Brodów. Ale wróćmy do rzeczy. Po pogrzebie mojego ojca rozmawiałem z Potokiem długo w noc i zaproponowałem mu, by napisał za mnie pracę doktorską. Obiecywałem mu za to złote góry, ale on nie chciał. Chciał tylko kobiet. Parsknąłem w myślach śmiechem. To nie był dla mnie żaden kłopot. Ale po chwili przestałem się śmiać. Potok chciał tylko dziewic. Zażądał ich trzech: jednej na początku pisania pracy, jednej w połowie i jednej niejako na deser – Woroniecki roześmiał się ze swojego dowcipu – po napisaniu pracy. Nie wytłumaczył mi zresztą, skąd takie zachcianki, ale ja jestem tolerancyjny. Wiele dziwactw w życiu widziałem.

Przerwał, usiadł w fotelu i zapalił papierosa.

– Widzę, że jest pan bardzo zainteresowany, komisarzu. – Uśmiechnął się do Popielskiego. – No to niech pan słucha. Teraz dopiero się zacznie! Wynająłem dla Potoka mieszkanie na Żulińskiego, niedaleko mojej tajnej garsoniery, w której raz na jakiś czas odbywałem dyskretne spotkania. Moja dawna znajoma, Klementyna Nowoziemska, obiecała mi pomóc w całej sprawie, oczywiście nie za darmo. Zażądała jednak takiego honorarium, że aż mnie zatkało. Ale nie targowałem się. Po miesiącu znalazła mi najprawdziwszą dziewicę z Tarnowa. Spotkałem się z nią kilkakrotnie i co tu kryć, rozkochałem ją w sobie dość szybko. Zaproponowałem jej wspólną wycieczkę w Karpaty i zabrałem ją tam moim autem. Po drodze, pod Mościskami, udałem, że auto mi się zepsuło. Zapadał wieczór. Wysłałem ją do hotelu. Niby ze względów obyczajowych kazałem jej zameldować się pod fałszywym nazwiskiem.

Miała tam na mnie czekać. A doczekała się Minotaura.

Woroniecki zmienił się na twarzy. Zerwał się na równe nogi, chwycił kij golfowy i zaczął nim bić Potoka. Ten upadł na twarz. Dudniły żebra bitego, końcówka kija zagłębiała się w jego ciało jak w ciasto. Na kneblu pojawiły się wykwity krwi i piany.

– I przyszedł do niej kanibal, monstrum, ludożerca! – wrzeszczał Woroniecki, bijąc Potoka w głowę. – I zeżarł ją, zamiast tylko wyruchać, jak obiecał! Tak, zwierzaku?

Tak zrobiłeś, pokrako, pokurczu?

Minął dobry kwadrans, zanim Woroniecki się uspokoił. Potok leżał na boku i sapał ciężko w knebel. Na jego nagim, białawym ciele wyrastały czerwone plamy.

– Nie miałem wyjścia. – Woroniecki ciężko westchnął. -

Oczywiście, mogłem go wydać policji. Ale kto by wtedy za mnie napisał pracę? Nawet gdybym kogoś znalazł, to zawsze istniałby cień niepewności, czy ten ktoś mnie nie wyda… A ten bydlak nigdy by mnie nie zdradził, bo wydałby sam siebie. Tak czy inaczej, byłem zdany na niego. – Otarł pot z czoła. – Przyniósł mi wkrótce połowę pracy i zażądał nowej dziewicy. Już nie miałem złudzeń.

Wiedziałem, co się z nią stanie… – Znów westchnął. -

I powtórzyliśmy wszystko, z tą różnicą, że dziewczyna była z Kielc, a Potok ją… zabił w Drohobyczu. Cała Polska huczała, wszyscy szukali Minotaura. – Uśmiechnął się dziwnie do Popielskiego. – To pan wymyślił, zdaje się, tak? Zgrabne. Mitologiczne. W każdym razie stało się. Minotaur tymczasem napisał resztę pracy i zażądał ostatniej ofiary. I tutaj coś się zacięło w naszej sprawnie naoliwionej maszynerii. Nowoziemska nie mogła znaleźć dziewicy. Wtedy zjawiła się u niej Maria Szynok, wysłana tam przez starą Nierobisch. Nowoziemska, jako była burdelmama, wiedziała, jak imitować dziewictwo. Spotkałem się z tą Szynok… Nie była zła… Sam nawet miałem na nią ochotę… Ale cóż. Złożyłem ją w kolejnej, już ostatniej, jak myślałem, ofierze. I tu pojawił się problem. Potok odkrył, że jest fałszywą dziewicą… Nie mógł jej posiąść, bo to byłoby niezgodne z jego zasadami… – Woroniecki roześmiał się perliście. – No to tylko ją pokąsał! – Spoważniał nagle, jakby zmiany nastrojów były jego specjalnością. – Na wszystkich z nas padł blady strach. Wszak dziewczyna ocalała, pamiętała moją twarz i twarz Potoka. Musieliśmy ją zlikwidować. Na nasze szczęście oszalała. No co, niech pan powie! Czyż nie czuwa nade mną opatrzność?

Patrzył przez chwilę na Popielskiego, ale ten niczego nie potwierdził.

– Ale zwierzątko chciało jeszcze papu. – Woroniecki zaczął cmokać, jakby wysyłał całusy. – Ostatnia dziewczynka była naprawdę dziewicą. Pochodziła ze Śląska.

Wychowanka sierocińca. Bojaźliwe, trochę zapłakane dziecko… Takie do przytulania, pocieszania…

Woroniecki zaczął chodzić wokół Potoka, co chwila lekko go kopał szpicem buta i kłuł kijem golfowym. Bawiło go to niezmiernie.

– Nic nie mogło przeszkodzić w złożeniu ostatniej ofiary – powiedział. – Musiałem wszystko dokładnie przewidzieć. To nie mogło stać się w Polsce. Tu było zbyt niebezpiecznie. Skontaktowałem się z baronem von Criegern i przebaczyłem mu moją złamaną rękę. Widzi pan, jaki byłem wielkoduszny! Salonką przyjechałem do Wrocławia z dziewicą, a kilka przedziałów za nami siedział Potok. Pod Wrocławiem przebrałem się za kobietę. Nietrudno mi zresztą udawać niewiastę. – Poprawił sobie kokieteryjnie nieistniejące włosy i zaczął się wdzięczyć do Popielskiego. – Zawiozłem ją do hotelu, który mi polecił von Criegern. Przy okazji pozbyłem się maszyny do pisania, na której Potok napisał moją, swoją pracę. To tak na wszelki wypadek… Przecież pisałem listy do Nowoziemskiej na tejże maszynie, jako fikcyjny hrabia von Banach. Przezorna kobieta, kazała mi pisać te durne listy, aby zmylić ewentualne śledztwo… -Nagle zmienił temat: – Ale we Wrocławiu było bardzo przyjemnie. Ja spędziłem sylwestra u von Criegerna, a Potok przy ostatniej ofierze.

Woroniecki zaczął kręcić głową i robić dziecinne miny, jak kiepski aktor.

– Och, jakaż ona była wystraszona! – mówił cienkim głosem. – Wciąż pytała, po co mi ten kobiecy strój… A ja jej na to: „Kochanie, idziemy na sylwestrowy bal przebierańców. Poczekaj tylko na mnie w tym hotelu. Niedługo po ciebie przyjadę”.

Popielski zamknął oczy. Nie mógł patrzeć na Woronieckiego, nie mógł już słuchać jego modulowanego głosu, który raz był zdławionym basem, raz ciętym falsetem.

– No i zrobiłem doktorat u Łukasiewicza – Usłyszał jakby z oddali. – Ale, ale! Wracajmy do naszej lektury!

Nie obyło się to bez pewnych istotnych posunięć ze strony doktoranta. Zanim przystąpił do wstępnych rozmów z promotorem, zmienił nazwisko. Przybrał pierwsze, które mu przyszło do głowy. Nie mogło w żaden sposób się kojarzyć z Juliuszem hrabią Woronieckim, który był w środowisku naukowym powszechnie znany i szanowany za fundowanie stypendiów niezamożnej młodzieży. Jego syn nie chciał, by kojarzono go z ojcem. To mogło grozić pewną sensacyjnością, zainteresowaniem prasy, etc. A on chciał uzyskać tytuł w miarę cicho i bez rozgłosu. Najpierw musiał zażegnać niebezpieczeństwo demaskacji. Fałszywy doktorant nie mógł sobie pozwolić na indywidualne dyskusje ze swoim promotorem nad pracą in statu nascendi. Te konsultacje bowiem mogły obnażyć jego niewiedzę. Na kilku nielicznych spotkaniach z profesorem Łukasiewiczem w Warszawie Woroniecki rzucał głową na boki, śmiał się sam do siebie, klaskał w dłonie, słowem: udawał ekscentryka i dystrakta. Mówił bardzo niewiele, ale wszystkie uwagi promotora zapisywał nader skrzętnie. „Niech moja praca mówi za mnie”, powtarzał. Ponieważ w tym środowisku nie brakowało wybitnych uczonych zachowujących się jeszcze bardziej osobliwie niż doktorant, Łukasiewicz i dwaj recenzenci pracy wzięli to motto za dobrą monetę, tym bardziej że praca była rzeczywiście znakomita i odkrywcza.

I wszystko skończyło się tak, jak to sobie zaplanował. Woroniecki został doktorem filozofii w zakresie logiki matematycznej. Wykonawca testamentu, słynny lwowski adwokat, doktor Przygodzki-Nowak, nie robił problemu z nowej tożsamości spadkobiercy, tym bardziej iż procedura zmiany nazwiska została przeprowadzona w jego kancelarii. Syn marnotrawny stał się więc jedynym dziedzicem ogromnego majątku. Postanowił osiąść w Baranich Peretokach i zacząć nowe życie. I tak pewnie by zrobił, gdyby nie strach, który objawiał się najpierw lekkim ukłuciem, a potem rozrósł się jak rak. Woroniecki bał się panicznie, że zbrodnie wyjdą kiedyś na jaw. Istotnym zagrożeniem były dla niego trzy osoby, trzy najważniejsze dramatis personae: Nowoziemska, Nierobisch i Potok. Najpierw wbił w głowę Nowoziemskiej ukryty w lasce śmiercionośny szpic. Zamierzał to samo zrobić z głową Nierobisch, ale nie było to łatwe. Ją wciąż ktoś odwiedzał. Nawet ktoś się do niej włamywał, kiedy nie było jej w domu. I w końcu, kiedy już Woroniecki miał wymarzoną sytuację, pod mieszkanie Nierobisch, na ulicę Żogały, zajechał policyjny furgon i niedoszła ofiara zastała aresztowana. Całe Katowice huczały od plotek na temat babki spędzającej płody w jakiejś norze. Wiele kobiet drżało na myśl, co ona może wyznać w śledztwie. Drżał też Woroniecki. Ale Nierobisch niczego nie wyznała w jego sprawie, za co hojnie się jej odwdzięczył, przekazując skrycie sporą sumę pieniędzy, dzięki którym mogła ułożyć sobie nie najgorzej więzienne bytowanie.

Dostałem niedawno telegram od von Criegerna. – Głos Woronieckiego znów dochodził z bliskiej odległości. -Naprzykrza mu się we Wrocławiu pański przyjaciel, niejaki Eberhard Mock. Ale von Criegern nie takie trudne sprawy załatwiał, sam odstręczy go skutecznie od śledztwa. – Machnął ręką lekceważąco. – Zagrożenie stanowił więc już tylko głodny amator dziewic. Ale i tu Bóg nade mną czuwał. Kiedy Potok zabił policjanta w swoim mieszkaniu, miał podczas obławy jedną drogę ucieczki: po dachu do sąsiedniej bramy, a potem skok na galeryjkę, gdzie z kolei ja wynajmowałem tajne mieszkanko. Akurat tam byłem, bo umówiłem się z pewną uroczą młodą damą. Ugościłem zatem Potoka w mojej garsonierze. Siedział w tym mieszkaniu przez dwa tygodnie, nie ruszał się stamtąd, nawet do ustępu. Gównem napełniał wiadro, a szczynami zlew. Fe! Wie pan, jak śmierdziało?! Niemcy mówią: „śmierdziało bestialsko”. Bestia śmierdziała bestialsko! – Znów się – roześmiał. – Po dwóch tygodniach wyprowadziłem go ciemną nocą i przywiozłem tutaj. Tu mieszkał przez pół roku. A dziś wydam go w pańskie ręce, komisarzu. Koniec opowieści. Czas na Tezeusza.

Woroniecki odetchnął po długiej przemowie i milczał przez chwilę. Potem wstał, lekko przesunął parawan i skierował światło na pieniek do rąbania drewna, w którym tkwił duży topór. Pieniek był ustawiony na podłodze wyłożonej gumowymi fartuchami.

– Wiesz, co wymyśliłem, Edziu? – Hrabia spoglądał tona jednego, to na drugiego związanego. – Wymyśliłem, jak rozwiązać problem Potoka i Nierobisch jednocześnie. Jestem w końcu doktorem matematyki, potrafię rozumować logicznie i oryginalnie. Pamiętasz z mitologii, jak Tezeusz zabił Minotaura? Tak, pamiętasz. Odciął mu głowę, Edziu. A teraz odegramy ten mit na nowo. Ty będziesz nowym Tezeuszem, a ja to upamiętnię na taśmie filmowej.

Chodził dokoła i zapalał dodatkowe reflektory. Był bardzo podekscytowany – jak dyrektor przed teatralną premierą. Nastawił kamerę i zaczął kręcić. Obiektyw kierował to na Popielskiego, to na Potoka.

– Zrobisz to, Edziu, zrobisz – mówił Woroniecki, jakby do siebie – a ja to wszystko zarejestruję. Będę miał na taśmie pięknego Tezeusza i pięknego Minotaura. A potem taśmę schowam w moim sejfie i będę ci wydawał rozkazy. A ty będziesz je spełniał. Jeśli nie będziesz chciał, usłyszysz magiczne zaklęcie. Brzmi ono: „Wyślę taśmę do Mariana Zubika”. Będziesz mój, Edziu… Będziesz wykonywał rozkazy i prosił o więcej. A oto pierwszy:

wydostaniesz z więzienia Nierobisch i oddasz mi ją w prezencie.

Dość mam płacenia tej starej, brudnej czarownicy…

– Nikogo nie zabiję – wycharczał Popielski.

– Nie zabijesz? – Woroniecki z łatwością wyciągnął topór z pnia. – No to trudno. Moi ludzie, moi wierni przyjaciele z katowickich czasów, wywiozą cię do brzuchowickiego lasu. Wykopią tam dół, wrzucą cię do środka i przykryją naszym żyznym czarnoziemem. A twoja ukochana Rita nie przyjdzie na twój grób… Nie zapali świeczki tatusiowi, do którego się tak pięknie przytulała, jak na tym zdjęciu…

Popielski patrzył na Woronieckiego jak skamieniały.

– Nie przyjdzie… – Hrabia przesunął palcem po ostrzu topora. – Bo będzie daleko stąd. Będzie królową piękności. W burdelu w Buenos Aires!

Podszedł do Popielskiego, wziął zamach i wbił topór u jego stóp. Na trzonek zarzucił gumowy fartuch.

– A jeśli zabijesz Minotaura – powiedział – ujrzysz

Ritę, która jest całkiem niedaleko. Przez te pół roku jeszcze wypiękniała. Jest, jest tutaj… Tak bardzo ci chciała złożyć życzenia imieninowe! Jeśli zechcesz, to możesz z nią nawet wrócić do domu. Ale czy ona zechce? Przy mnie będzie aktorką, a ty chciałeś z niej zrobić łacinniczkę! Myślisz, że nie mam wielu przyjaciół w branży filmowej? Wielu z nich kręciło po cichu niegrzeczne filmy, w których występowały niektóre moje dziewczęta. Ale nie bój się! Nie Rita! Ona jest prawdziwą artystką! No to jak? Załóż fartuch! Topór czeka.

Krzyknął: „Zaczynamy!”, i do pomieszczenia weszli dwaj ludzie, którzy przywieźli Popielskiego. Jeden wycelował w niego browninga, a drugi uwolnił go z kajdanek.

Popielski czuł w głowie pustkę, wykonywał ruchy jak automat. Założył fartuch.

– Zaczynam filmować! Akcja! – wrzasnął Woroniecki zza kamery.

Popielski chwycił za łańcuch owijający szyję bestii i pociągnął ciało w stronę pieńka. Minotaur zaczął się miotać na wszystkie strony, jak ryba wyrzucona z wody. Gumowe fartuchy zwijały się i piszczały okropnie w zetknięciu z jego mokrą od potu skórą.

– Ogłusz go najpierw! – krzyknął hrabia. – Bo inaczej nie położysz mu mordy na pieńku!

Popielski uniósł topór. Pod nim wiło się ludzkie ciało. Nie zwierzęce. To nie była bestia, to był człowiek, który nie może zostać zaszlachtowany jak tucznik. Powinien być sprawiedliwie osądzony i powieszony w majestacie prawa. A jeśli jakiś złotousty spryciarz, jakiś mecenas dwojga nazwisk, go wybroni? Sąd ogłosi wyrok: oskarżony zostaje oddany na leczenie do zakładu zamkniętego! A Popielski będzie tego słuchał, mając przed oczami wygryzione twarze dziewcząt, strupy na ciele Marii Szynok i bąble krwi na wargach Zaremby. Uniósł topór i obuchem uderzył w skroń Potoka. Ten szarpnął się i zwiotczał. Popielski nasunął kark Potoka na pieniek, ale bezwładne ciało spadło. Kopnął ze złością pieniek i uniósł nad głowę ręce, w których tkwił topór.

– Poczekaj, poczekaj! – wrzasnął Woroniecki. – Na Boga, nie wyłaź mi z kadru!

Po chwili Popielski już nic nie słyszał ani nie czuł. Poza krwią bestii na swoich nogach.

Lwów, czwartek 14 października 1937 roku,

godzina szósta po południu

Rita Popielska siedziała w swoim wspaniałym apartamencie w kamienicy Rohatyna na rogu Kościuszki i 3 Maja. Niespokojnie chodziła po luksusowo urządzonym pokoju, którego wystrój znany architekt i dekorator, Dionizy Czyczkowski, oparł na spokojnej i eleganckiej kremowej tonacji. Miotała się między zegarem a stołem, między nowoczesnym kredensem a antycznym fotelem, który stanowił zamierzoną ekstrawagancję w tym modernistycznym i ascetycznym w formie apartamencie. Serce podeszło jej do gardła, kiedy usłyszała dzwonek w drzwiach, a służący wszedł do pokoju i otworzył usta, aby oznajmić nadejście jakiegoś gościa.

Nie zdążył tego zrobić. Zachwiał się pod naporem silnej ręki i oparł o ścianę. Do pokoju wtargnął jej ojciec i zaraz przegnał służącego. Na jego widok Rita upadła na kolana. Czuła, jakby ziemia usuwała się jej spod stóp. Jej szczupła kibić zakołysała się jak w transie i dziewczyna runęłaby na podłogę, gdy nie pochwyciła jej ojcowska dłoń. Rita przycisnęła do niej swoje usta. Płakała cicho, bez szlochu i spazmów. Po dłoni Popielskiego płynęły łzy. Klęczał w milczeniu nad córką i gładził jej włosy koło uszu. Było to miejsce, które najbardziej lubił całować, gdy była dzieckiem. Wciągał wtedy powietrze i czuł w jej lokach zapach lasu spod Sokolnik, gdzie spędzali wakacje, albo słoną woń morza i władysławowskiej plaży. Teraz też chciał ją tam pocałować, lecz nie zrobił tego. Czuł jakiś obcy zapach, nieznane mu ostre perfumy. „Będzie królową piękności w burdelu w Buenos Aires!”

Popielski otarł oczy, sapnął, odsunął delikatnie córkę, wstał i usiadł przy stole. Splótł palce, jakby chciał odgrodzić się od uczuć, które nim szarpały. Rita też wstała i usiadła naprzeciw ojca. Położyła na jego ręce swą wiotką dłoń z drogocennym brylantem na palcu.

– Błagam, tatusiu, niech mi tatuś wybaczy. – Dwie łzy w jej oczach powiększyły się i spadły na policzki. – Niech tatuś przebaczy mi, wczoraj miał imieniny! Muszę dziś usłyszeć od taty słowa przebaczenia!

– Wybaczam ci – szepnął, zacisnął powieki, lecz nie zdołał zatrzymać dwóch łez, które przedarły się przez jego gęste rzęsy.

– Byłam potworną, głupią egoistką. – Rita wyjęła koronkową chusteczkę i przytknęła do oczu; potrafiła w jednej chwili opanować się, jak jej matka. – Ale niech tatuś nie myśli, że porzuciłam dom rodzinny, bo uważałam go za nieznośnego tyrana! Nie, tak nie było! Ojcze, wysłuchaj mnie! Bronisław do mnie pisał i uwodził mnie listownie. Korespondowaliśmy: oczarował mnie. Wysłał mi swoją fotografię z dedykacją… Wtedy, w święto wiosny, poszłam na umówione z nim spotkanie. Towarzyszyła mi Tyka. Bałam się sama iść. To było na Żulińskiego. Mieliśmy się spotkać w klubie bilardowym! Nagle ujrzałam ciebie i zdenerwowałam się, że mnie śledzisz. A ty wtedy ścigałeś tego Minotaura. Był to kompletny przypadek, że cię zobaczyłam! Tyka uciekła ze strachu, a ja pobiegłam do tego klubu, który zresztą nie był żadnym klubem!

Wstała i zasunęła zasłony, by ojca nie raziło zachodzące słońce. Patrzyła na niego w milczeniu. Zmienił się, zmizerniał, w jego ubraniu nie było zwykłej staranności. Głowa i policzki wyglądały na niedbale ogolone. Ricie zrobiło się przykro.

– On się zakochał we mnie od pierwszego wejrzenia. -Przełknęła gorycz. – I niesiony tym uczuciem, porwał mnie. Jest szlachcicem, właścicielem wielkich dóbr, potomkiem arystokratycznej rodziny. Twierdził, że jego przodkowie też często popełniali raptus puellae.

– Mówisz po łacinie. – Popielski drgnął i uśmiechnął się lekko.

– Nie, po prostu powtarzam słowa Bronisława. Porwał mnie do swoich włości i zakazał kontaktowania się z tobą. Niech tato nie myśli, że mnie zniewolił… Co to, to nie! Jest na to zbyt wielkim dżentelmenem! Dał mi dwa miesiące na podjęcie decyzji, czy chcę z nim zostać i robić aktorską karierę, on ma wszędzie znajomości i mi to umożliwi!, czy wrócić do domu, do tej przeklętej szkoły… Odwiedzał mnie codziennie, spacerowaliśmy po jego parkach i lasach… Po dwóch tygodniach służba przestała mnie pilnować. Nie musiała… Nie chciałam stamtąd odchodzić… Pragnęłam tam być, słuchać jego słów i patrzeć mu w oczy. – Rita drgnęła. – Och, przepraszam, papo! Z takimi szczegółami wszystko papie opowiadam, jakby był kobietą!

– Dlaczego do mnie nie napisałaś? – zapytał głucho.

Podeszła szybko do ojca, pocałowała go w głowę i oparła policzek na jego łysinie.

– Przepraszam, tatusiu, przepraszam… Ja nie byłam sobą… Żyłam jak we śnie. Nic się dla mnie nie liczyło.

Ale już doszłam do siebie. Znów jestem opanowana i rozsądna! Już zawsze będziemy razem, tato, zawsze…

Ja już nie dam tacie powodu do zmartwień… – W jej oczach znów pojawiły się łzy i spłynęły po jego łysinie. – Ojcze, ja ciągle miałam przy sobie tę naszą fotografię sprzed lat… Kocham cię, tato!

Popielski wstał i przytulił córkę mocno. Nagle oderwał się od niej, chwycił ją za drobne ramiona i odsunął od siebie. Na jego szyi pojawiały się malinowe wykwity.

– Tak, ojcze – powiedziała twardo i zdecydowanie. – Jestem brzemienna. A Bronisław jest ojcem mojego dziecka.

Komisarz usiadł przy stole i wbił wzrok w tarczę zegara. Dopiero teraz Rita zauważyła, że jego uszy są nienaturalnie wielkie i purpurowe.

– Tatusiu, przecież tata ma za nic mieszczańskie konwenanse. – Podbiegła do ojca i chwyciła go za obie dłonie. – Sam tata żył z mamą bez ślubu, a całe miasto huczało od świętego oburzenia! Czym się tato martwi?

Najważniejsze, że się kochamy z Bronisławem! A oto za proszenie na nasz ślub. Za trzy tygodnie w katedrze!

Komisarz spojrzał na zaproszenie. „Rita Popielska i dr Bronisław Kulik mają przeogromny zaszczyt zaprosić Wielmożnego Pana…” Dalej już nie czytał. Przeniósł się w czasie. Oto zebranie Koła Lwowskiego Polskiego Towarzystwa Matematycznego. Profesor Stefan Banach mówi: „Dzisiaj mamy przyjemność gościć pana doktora Bronisława Kulika z Krakowa, który wygłosi odczyt z zakresu logiki formalnej pod tytułem „Logika nazw i logika zdań”.

Rita biegała po pokoju jak mała dziewczynka i klaskała w ręce.

– Tatusiu, jestem pewna, że tyle będzie miał tatuś wspólnych tematów z Bronisławem! Czuję to! On jest matematykiem tak jak tatuś i świetnie gra w szachy!

Teraz, kiedy już jestem samodzielna, wiem, jak bardzo tatę kocham! Będziemy wszyscy razem jeździli na wycieczki!

Tatko, ciocia, tatki wnuk, ja i Bronisław. On tak lubi Karpaty!

Lwów, dnia 22 listopada 1938 r.

Drogi Eberhardzie,

bardzo Cię przepraszam za moje milczenie, przerywane jedynie zdawkowymi życzeniami świątecznymi. W tym czasie przeżyłem bardzo wiele – zwłaszcza między śmiercią a zmartwychwstaniem Rity. Twoje listy piętrzyły się na moim biurku jak wyrzuty sumienia, a jak sam wiesz, wyrzuty sumienia, gdy je wytłumić pracą lub alkoholem, w końcu cichną, by całkiem umilknąć. I ja chciałem się pozbyć wyrzutów sumienia. Któregoś dnia w pijackiej irytacji zgarnąłem wszystkie Twoje listy do popielnicy i spaliłem. Nie chciałem nic wiedzieć o śledztwie, które prowadzisz, i o sprawach jakiegoś barona. Nic mnie to nie interesowało, bo zamknąłem się w swoich kłopotach. Ale słyszałem, że moja kuzynka Leokadia korespondowała z Tobą i wszystko Ci opisała: powrót brzemiennej Rity i jej ślub z doktorem i hrabią w jednej osobie, Bronisławem Woronieckim-Kulikiem. Rita go kocha, Leokadia go lubi, a ja – nienawidzę. Nie wiem, dlaczego moja córka go pokochała. Może dlatego, że byli do siebie podobni, bo i ona, i on zawiedli nadzieje swoich rodziców? A może on był szatanem i kusicielem, który ją opętał? Nie będę Ci więcej o nim pisał, bo sama myśl o jego zwyrodnieniach napełnia mnie obrzydzeniem. Powiem tylko jedno: jest to potwór i obłąkany zbrodniarz. Tak, nie oszalałem, Eberhardzie. Powtarzam to w pełnej świadomości: jest to szalony morderca, który nigdy nie będzie osądzony za swoje zbrodnie. Wiesz dlaczego? Bo tylko ja je znam, nie licząc jego dwóch pretorianów. A ja nie wystąpię przeciwko niemu! Przecież nie zabiorę ojca Jerzykowi, mojemu ukochanemu wnukowi, który szczęśliwie narodził się w lutym tego roku! Pewnie jesteś ciekaw, skąd wiem o łotrostwach mojego zięcia. Otóż od niego samego! Powiedział mi to zupełnie świadomie. Wysłuchać go i nie zamknąć – to tak, jakby samemu być jego wspólnikiem. A ja się nim stałem. Wysłuchałem go i puściłem wolno. Wiesz dlaczego? Bo mnie zaszantażował. Po pół roku nieobecności Rity, kiedy już ją w myślach pogrzebałem, zjawił się u mnie jaśnie wielmożny pan hrabia i powiedział: twoja córka jest ze mną, możesz ją odzyskać, kiedy mnie wysłuchasz, lub stracić, jeśli wzgardzisz moją opowieścią. Wybieraj. A ja wybrałem córkę. I opowiedział mi o swoich przerażających zbrodniach, o których muszę milczeć.

Mój drogi, pragnę odejść na emeryturę. Zubik nawet nie chce o tym słyszeć i błaga mnie, bym został. Stałem się jeszcze sławniejszy i cieszę się względami samego komendanta wojewódzkiego policji. A to dlatego, że Zdzisław Potok się znalazł: moja to niby zasługa, że policja w ogóle wpadła na jego ślad. Tak, znalazł się we wsi Strzelczyska w powiecie Mościska, w województwie lwowskim. Martwy, z odrąbaną głową. Do ciebie nie docierają raczej wieści z Polski, to może o tym nie wiesz, chyba że Ci Leokadia donosiła. Nasz medyk sądowy i psycholog, doktor Iwan Pidhirny, znalazł psychologiczne wytłumaczenie zboczenia i kanibalizmu Potoka. Doktor sądzi, że zbrodniarz ten, naznaczony potworną brzydotą, był wyśmiewany przez kobiety i mścił się na nich. Pozbawiając dziewictwa i oszpecając, naznaczał je po prostu. To tylko hipoteza Pidhimego. Potok zabrał swą tajemnicę do grobu.

Eberhardzie, piszę ten list, żeby podziękować za Twoją pomoc. Za to, że mogłem zawsze na Tobie polegać. Piszę ten list też po to, aby się z Tobą pożegnać. Nie mogę się z Tobą widzieć ani korespondować, bo muszę wyrzucić ze swojej pamięci wszystko, co przypomina mi sprawę Minotaura. Była ona dla mnie krwawą łaźnią, dantejskim piekłem i czyśćcem. Pozostawiła wspomnienia, które muszę usunąć. Żegnając się z Tobą, żegnam się z pracą w policji, o czym już wyżej pisałem. Nie mogę być policjantem, nie mogę reprezentować prawa, jednocześnie zapewniając nietykalność mordercy. On zabił we mnie policjanta, zdeprawował mnie – na zawsze i bez przebaczenia. Żegnaj, mój drogi, i wybacz mi to hamletyzowanie.

Twój Eduard

PS. Składam Ci serdeczne życzenia spokojnych i błogosławionych Świąt. Ty mi nie składaj. Te święta spędzę w towarzystwie mordercy. Czego się nie robi dla własnego dziecka?

Breslau, dnia 20 grudnia 1938 r.

Drogi Eduardzie,

zasmucił mnie Twój list bardzo. Nade wszystko boleję nad tym, że chcesz zerwać nasze stosunki z powodu, który rozumiem, ale który nie może być rozstrzygający.

Bo czas leczy wszelkie rany i będziesz się jeszcze śmiał ze sprawy Minotaura. Na razie proszę Cię tylko o jedno. Gotów byłem nawet przekonywać Cię na miejscu, we Lwowie – bo byłem zatroskany o Ciebie – lecz z powodu nawału pilnych spraw nie mogłem tego dokonać. Zaklinam cię, nie odchodź z policji. Uwierz nieco starszemu koledze, paradoksalnie, siedząc przy jednym stole z mordercą, masz okazję, by być jeszcze lepszym policjantem, niż jesteś. Patrz na niego cały czas i zapamiętuj dobrze jego twarz – bezczelną, pewną siebie, bezkarną. Ta twarz musi Ci się wryć w pamięć nieodwołalnie, tak jak się niegdyś w niej odcisnęły greckie czasowniki nieregularne. Musisz ją umieć przywołać w każdym momencie. A zwłaszcza wtedy, kiedy będziesz ścigał innego mordercę. W chwili zwątpienia, gdy ręce będą Ci opadać z bezradności, a zbrodniarz wciąż będzie Ci się wymykał, przypomnij sobie twarz, którą widzisz dziś u boku Twej córki. Niech ten pysk będzie pyskiem wszystkich morderców tego świata, niech ta morda będzie mordą szatana albo Minotaura – jak wolisz. Przeżywając szczyt nienawiści, staniesz się pogromcą szatana, prawdziwym psem gończym, który albo zagryzie mordercę, albo się udławi jego juchą. Przyjmij, Eduardzie, moją wskazówkę, lecz zrób, jak chcesz. Jeśli stary Ebi przypomina Ci sprawę Minotaura, to zapomnij na jakiś czas o starym Ebim. Ale nie na zawsze, na Boga! Z kim się wódki napiję i pójdę na dziewczynki, jak nie z Tobą?

Twój Eberhard

Post scriptum: l pamiętaj – zawsze możesz na mnie polegać.

Lwów, Wigilia, 1938 rok,

godzina szósta po południu

Przy wigilijnym stole siedziała cała rodzina Popielskich: Edward, Leokadia, Rita oraz jej mąż, doktor Bronisław hrabia Woroniecki-Kulik. Był jeszcze jeden, najmniejszy członek rodziny, liczący sobie dziesięć miesięcy Jerzyk Woroniecki-Kulik, którego służąca Hanna nazywała „mucko najsłodsze”. Dziecko rozwijało się prawidłowo, a apetyt odziedziczyło chyba po dziadku, bo za pożywienie uważało wszystko, co napotykało na swej drodze. A ponieważ Jerzyk poruszał się głównie na czworakach, jadł więc te rzeczy, które były dostępne pół metra od ziemi. Atakował zatem – jak mały psiak wszystkie nogi od krzeseł i stołów oraz koronkowe serwety, zwieszające się z różnych szafek i stolików. Niedobrze było wtedy, kiedy „hrabczuk” – bo i tak go nazywała poczciwa służąca, która go nadzwyczaj ukochała wraz z serwetą ściągał jakieś naczynia. Pół biedy, gdy był to talerzyk z ciastkami, natychmiast zjadanymi, gorzej, kiedy mały z równym zapałem zajmował się zawartością dziadkowej popielnicy.

W czasie swej pierwszej w życiu wigilijnej kolacji dziecko było bardzo niespokojne. Najpewniej nastrój powszechnego pośpiechu, napięcia i bieganiny wybił je z normalnego rytmu dnia, bo nie chciało zasnąć po południu i w związku z tym było marudne i nieznośne. Nie dawało się uspokoić nawet dziadkowi, który miał na nie zawsze kojący wpływ. Nie tyle zresztą sam dziadek, ile jego łysina. Jerzyk zwykle dotykał dziadkowej głowy z takim zapamiętaniem, jakby odkrywał nieznane lądy. Pomruki, które Edward przy tym wydawał, sprawiały, iż niemowlę radośnie piszczało i odsłaniało w uśmiechu swoje dziąsełka – najpierw bezzębne, potem ozdobione dwoma ostrymi mleczakami.

Niestety, w Wigilię na Jerzyka ani dziadkowa łysina, ani jego mruczenie nie miały kojącego wpływu. Chłopiec, ubrany jak dziewczynka w sukienkę z koronkowym kołnierzem, wyginał się na jego kolanach, wrzeszczał, wkładał do buzi pulchną rączkę, wierzgał, aż w końcu kopnął w wazę z czerwonym barszczem. Z talerza trysnęła fontanna kropel. Ich większa część osiadła na obrusie, a kilka – na śnieżnobiałej koszuli dziadka. Popielski nawet nie zwrócił na to uwagi; wziął wnuczka na ręce i zaczął z nim chodzić po pokoju, co – nawiasem mówiąc – trochę uspokoiło małego.

Zebrani patrzyli na tę sielankową scenę rodzinną i myśli każdego z nich krążyły w innych rejonach. Rita uśmiechała się. Coraz częściej rodziła się w niej nadzieja, że w końcu dobrze się ułożą stosunki ojca z jej mężem. Po smutnym dniu ślubu, na którym ojciec był nieobecny, po pierwszych lodowatych miesiącach, kiedy nie dostrzegał swojego zięcia na ulicy, po Wigilii, którą po raz pierwszy w życiu spędzili osobno, wszystko się zmieniło, kiedy urodził się wnuczek, a dziadek oszalał na jego punkcie. Nastąpiło w końcu tak upragnione przez Ritę zaproszenie na wieczerzę wigilijną. Cieszyła się jak dziecko, kiedy ojciec do niej zatelefonował i zaprosił „pod choinkę”, jak zawsze nazywał tę uroczystość. Nie wiedziała, że to zaproszenie zawdzięcza mężowi, który posłużył się nazwiskiem Mariana Zubika.

Leokadia przecierała oczy ze zdumienia. Sama bezdzietna, nie potrafiła w sobie wykrzesać tyle miłości do

Jerzyka, który ją drażnił swoją płaczliwością i częstymi zmianami nastrojów. Nigdy zatem nie sądziłaby, że dziecko może tak odmienić człowieka. Popielski, który kiedyś na widok kropli po zupie na krawacie czy marynarce dostawał szału, wstawał od stołu, miotał się, szukając jakiejś ścierki i tłumiąc w ustach koszarowe przekleństwa, teraz w ogóle nie zwrócił uwagi na poplamioną koszulę i tańczył z wnuczkiem po pokoju, a ten, przytulony do dziadka, pobrudził mu jeszcze kołnierzyk. Leokadię cieszyła ta zmiana u Edwarda. Cieszyłoby ją zresztą każde inne zachowanie kuzyna, byle nie jego straceńcze eskapady po knajpach i nienaturalny uśmiech rano po nieprzespanej nocy.

Bronisław Woroniecki-Kulik, mimo że siedział spokojnie, w głębi ducha był rozdrażniony. Milczał jak zaklęty, głowę spuścił na piersi, złośliwie się uśmiechał i jedynie strzelał dokoła wściekłym wzrokiem. Nie mógł wybaczyć Popielskiemu jego ostentacyjnej niechęci. Nie mógł zrozumieć, iż ten nie cieszy się ze szczęścia swojej córki, która żyje w przepychu i co ważniejsze – dzięki jego stosunkom – zaczyna robić karierę, występując pod pseudonimem „Rita Pop”. Już zagrała małą rolę w filmie Ogień w sercu u samego Henryka Szaro. A ten łysy skurwysyn wciąż nie podaje mu ręki na powitanie i nie uściskał go przy składaniu życzeń świątecznych. Kiwnął mu tylko głową i coś mruknął – tak jak teraz mruczy do tego cholernego bachora, który ciągle drze mordę!

Dziecko się uspokoiło i Popielski usiadł do stołu wraz z wnukiem.

– Może już tak wzięlibyśmy te prezenty spod choinki. -Woroniecki-Kulik uśmiechał się wymuszenie. – To mały dostałby prezent i byłby spokojny, co? Mogę już mu dać?

– Broniu – Rita spojrzała niespokojnie na ojca i pogłaskała męża po dłoni – to tylko na chwilę go uspokoi. Główny powód to niewyspanie. Nie spał dzisiaj w dzień. Zaraz go położę, a Hanna zaśpiewa mu kołysankę. Jeszcze chwilę go przemęczmy, to szybciej uśnie.

Jerzyk przestał się interesować łysiną dziadka, wypluł na podłogę smoczek, zmrużył oczy i zaczął się drzeć wniebogłosy.

– Niech mu pan da ten prezent – hrabia łypnął wściekle na Popielskiego – albo ja mu dam!

– Nie zna pan, młody człowieku – Popielski podrzucał wnuczka na kolanie – zwyczajów tego domu. U nas się najpierw je kolację, a potem najstarszy, czyli ja, powtarzam: ja, rozdaje prezenty. I tak będzie zawsze.

– Zaraz… zaraz… Zwyczaje zwyczajami… – Woronie-cki-Kulik ściskał w ręku łyżkę tak mocno, że aż mu zbielały kostki.

– Niech tatuś mi poda Jerzyka – przerwała mu szybko Rita. – Może teraz u mnie się trochę uspokoi…

– Chciał pan coś powiedzieć, młody człowieku? – Popielski podał wnuka córce. – Coś o zwyczajach mojego domu?

– Tatusiu, proszę – wyszeptała Rita i odebrała syna z rąk ojca.

Hrabia zacisnął usta i przepołowił łyżką uszko pływające w barszczu. Podniósł je do ust i żuł powoli. Nie połknął jednak, lecz wypluł z powrotem na łyżkę. Leokadia patrzyła na niego z obrzydzeniem. Jerzyk znów krzyczał przeraźliwie, a kiedy matka go przytulała, bił ją piąstkami po twarzy.

– Dajesz mu ten prezent czy nie? – wysyczał Woroniecki-Kulik w stronę Popielskiego.

– Jak śmiesz tak się zwracać do mojego ojca?! – krzyknęła Rita. – I co ty robisz, na Boga, z tym uszkiem?

– Chyba go zęby bolą. – Popielski uśmiechał się krzywo i odłożył sztućce. – Musi jeść miękkie…

– Edziu, nie denerwuj się. – Leokadia patrzyła na niego błagalnie. – Jeszcze ci to zaszkodzi… Masz takie wysokie ciśnienie…

– Proszę cię, nie mów do mnie „Edziu”! – Popielski z kamienną miną przekrzykiwał rwetes, jaki wszczął wnuczek. – Po śmierci Wilhelma nie chcę, by ktokolwiek tak do mnie mówił…

Woroniecki-Kulik przechylił łyżkę i zsunął sobie na dłoń przeżutą masę. Wstał, podszedł do Popielskiego i podsunął mu ją pod nos. Jerzyk się uspokoił, patrząc na swojego ojca.

– Żryj, łysy! – Hrabia uśmiechał się szeroko. – Przecież ci mówiłem, że z ręki mi będziesz jadł!

Wszyscy zastygli. Wykorzystał to Jerzyk, który błyskawicznie wspiął się z kolan matki na stół i sięgnął po kryształowy dzban z kompotem z suszu. Dzban runął na obrus jak w zwolnionym tempie, a jego zawartość chlusnęła na beżową sukienkę Leokadii. Dziecko, widząc skutki swojego zachowania, wybuchnęło płaczem. Tarło przy tym piąstkami oczy. Krzyk wibrował. Takiego natężenia decybeli w mieszkaniu Popielskiego jeszcze nie było. Nawet dziadek przykrył dłońmi zdeformowane jak u zapaśnika uszy.

Bronisław rzucił przeżute uszko na dywan, podskoczył do stołu i przycisnął dziecko do blatu. Chwycił obiema rękami jego główkę i zaczął wciskać kciuki w oczy syna.

– Co tak trzesz te oczy, ty bękarcie! – syczał. – Wyłupię ci te gały…

Popielski rzucił się na niego. Kiedy Woroniecki-Kulik, zdziwiony, odwrócił głowę w stronę szarżującego teścia, dostał pięścią w skroń. Zatoczył się, zrobiło mu się ciemno przed oczami. Wtedy poczuł tak silny cios w podbródek, że runął na zegar stojący w salonie. Padając na podłogę, usłyszał, jak maszyneria dzwoni i wybija jakieś fałszywe kuranty. Jego broda, rozdarta sygnetem Popielskiego, paliła z bólu i broczyła krwią. Komisarz pochylił się nad nim. Chwycił go za kołnierz garnituru i wytargał do przedpokoju. Nie zwracając uwagi na płaczącą Ritę, która czepiała się jego rąk, otworzył drzwi i wywalił przez nie szczupłe ciało swojego zięcia. Wyrzucił za nim jego płaszcz, kapelusz i laskę.

Woroniecki-Kulik siedział pod poręczą i uśmiechał się drwiąco do Popielskiego.

– Edziu – zawołał – szykuj się do kryminału!

– Pociągnę cię tam za sobą! – krzyknął Popielski. Klatka schodowa rozbrzmiewała śpiewem kolędników.

– 

Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi. Wstańcie pasterze, Bóg się nam rodzi…

Popielski zamknął drzwi, wszedł do zdemolowanego salonu i usiadł ciężko na fotelu przy przewróconym zegarze. Płakała Leokadia i Rita. Płakała i Hanna, która nosiła Jerzyka po pokoju, śpiewając mu kołysankę Bałam-bałam. Tylko Popielski nie płakał.

Lwów, poniedziałek 13 marca 1939 roku,

godzina druga w nocy

Ritę obudził stukot zamykanych drzwi. Od roku, od narodzin Jerzyka, jej sen był czujny jak sen ptaka. Budziła się, kiedy śpiące dziecko westchnęło, gdy wiatr zawył za oknem, a nawet kiedy jakiś pijak awanturował się na ulicy. Wiedziała, że wrócił Bronisław. Zamknęła oczy. Nie chciała, by dostrzegł, że nie śpi. Nie miała teraz ochoty na spełnianie małżeńskiej powinności, natomiast jej mąż miał na to ochotę wszędzie i zawsze. A najbardziej, kiedy wracał późną nocą z różnych, jak twierdził, spotkań w interesach. Patrzył na nią uważnie, rozbierał się do naga i domagał się od niej rzeczy, których nie lubiła. Dlatego od pewnego czasu, by tego uniknąć, udawała, że śpi, a nawet pochrapywała, co przy jej aktorskim talencie łatwo wprowadzało w błąd niespożytego męża.

Teraz też słyszała, jak się rozbiera, rzuca swe ubranie byle gdzie i jak staje nad nią. Czuła na sobie jego wzrok. Zachrapała cicho. Bronisław odszedł. Usłyszała, jak lekko trzeszczy pod nim krzesło. Ten trzask stawał się regularny. Uchyliła powieki – zamarła. Jej mąż siedział na krześle, sięgał dłonią między nogi i czynił sobie zadość. Nie to ją jednak przeraziło. Roczny Jerzyk obudził się i uśmiechał się do ojca.

– Co się tak patrzysz – szept Bronisława stawał się coraz bardziej gorączkowy. – Chcesz zobaczyć, jak krówka mleka daje?

– Co ty robisz! – wrzasnęła Rita, a Jerzyk zaczął płakać.

– No co? – Jej mąż wstał i zrobił niewinną minkę. -To przecież ludzkie… Wiesz, że ja muszę po dwa razy dziennie…

Musiałem sobie ulżyć… A ty spałaś… Ale teraz już nie śpisz.

Lwów, niedziela 16 kwietnia 1939 roku,

godzina jedenasta wieczór

Rita siedziała przed toaletką i kremowała sobie twarz i dekolt. Była bardzo szczęśliwa, że wreszcie opuszczają Lwów i po świętach jadą na lato do Baranich Peretok. Zrozumiała, że nie aktorstwo jest dla niej ważne, lecz jej syn. Kiedy wracała skonana z różnych prób i przeglądów, Jerzyk wyciągał do niej rączki i płakał zamiast się cieszyć na jej widok. Jakby miał do niej żal, że zostawia go na całe dnie pod opieką ukraińskiej mamki, która choć kochała chłopca szczerze, to nie mogła mu zastąpić matki.

Lwów miał jakiś zły wpływ na Bronisława. Stawał się on coraz bardziej ponury, tajemniczy i okrutny. Nie mógł ani chwili być z dzieckiem, by go nie uderzyć albo nie krzyknąć. Przy każdym posiłku wylewał pomyje na jej ojca i obserwował ją, jak zareaguje. Rita powoli traciła przy Bronisławie całą swoją dawną porywczość i niezależność. Wiedziała, że jej raptowne i zdecydowane zachowania nie dadzą żadnego efektu, ponieważ zderzały się z żywiołem o wiele gwałtowniejszym i groźniejszym, który ją przerażał i którego nie rozumiała. Starała się więc ataki męża tłumaczyć sobie na różne sposoby. Patrzyła na niego z miłością, jak krzyczy i zalewa się złością, przypominała sobie jego wspomnienia z dzieciństwa i mówiła w duchu: „Jaki to straszny ciężar od małego być wychowywanym na geniusza! To może mieć zgubny wpływ na całe życie! Ja tak Jerzyka nie wychowam! Ten błąd popełniał też mój ojciec, ale w mniejszej skali. On nie chciał, bym była genialna, lecz jedynie, abym zdała maturę. A mój nieżyjący teść domagał się od Bronia genialności. Nic dziwnego, że mój mąż jest znerwicowany! Po zimie wyjedziemy na wieś i wszystko wróci do normy. Bronek znajdzie wytchnienie na łonie natury, a Jerzyk będzie miał lepsze powietrze”. Kiedy jej mąż oznajmił tydzień temu, podczas śniadania wielkanocnego, iż za tydzień wyjeżdżają na wieś, Rita aż podskoczyła z radości.

Gdy wieczorem czesała swe długie gęste włosy, zastanawiała się, kiedy najlepiej byłoby spotkać się z ojcem przed wyjazdem. Przebaczyła mu atak na Bronia, który w Wigilię był wyjątkowo podminowany. Widziała się z nim kilkakrotnie, na ogół podczas umówionych spacerów w Parku Stryjskim. Czasami też odwiedzała go w porze jego śniadania, czyli około południa, i piła kawę z nim oraz ciotką Leokadią, a Jerzyk bawił się w tym czasie z Hanną. Gdy rozmawiali, nie istniał temat Bronisława. Rita musiała się pogodzić z tym, iż nigdy wspólnie nie wyjadą w Karpaty, a Popielski przystał na to, iż widuje się z córką tylko w chwilach wykradzionych znienawidzonemu zięciowi.

Rita uśmiechnęła się na myśl, że nazajutrz ujrzy zielone pola i jeszcze bezlistne buki Baranich Peretok. W sypialni usłyszała szczęk drzwi. „Czekaj na mnie naga”, powiedział jej przed wyjściem, „a ja też wejdę nagi do sypialni. Dziś odprawimy nasze święto wiosny!” Poprawiła włosy i zsunęła szlafrok. Nie odczuwała nigdy fałszywej skromności na widok swojego nagiego ciała. Wiedziała, że jest piękna.

Weszła do sypialni, kołysząc biodrami. I wtedy krzyknęła. Na łóżku leżał nagi Bronisław, a obok niego jakiś równie nagi, nieznany jej młody mężczyzna. Wybiegła z powrotem do buduaru i nałożyła szlafrok. Usłyszała szmer. Obaj mężczyźni stali w drzwiach.

– Nie zrobię tego – powiedziała cicho, lecz zdecydowanie. – Wynoś się z mojego buduaru! – wrzasnęła na męża. – Ty zboczona świnio!

Woroniecki-Kulik ruszył w jej stronę. W ręku trzymał kij golfowy. Uderzał nim rytmicznie o swoją otwartą dłoń.

– Albo to zrobisz z nami dwoma – powiedział – albo z tym kijem.

Lwów, poniedziałek 17 kwietnia 1939 roku,

godzina czwarta nad ranem

Popielski postanowił, że wcześniej się położy. Następnego dnia miał ważne spotkanie z dyrektorem ukraińskiego Ziemskiego Banku Hipotecznego, panem Mykołą Sawczukiem, który podejrzewał o malwersację jednego ze swoich pracowników. Szykowała się zatem długa, nudna rozmowa o transakcjach bankowych, z której Popielski i tak niewiele będzie rozumiał.

Westchnął i odłożył na półkę stare wydanie Pieśni Horacego. Był zły na siebie. Wielu łacińskich słówek już zapomniał, musiał często zaglądać do słownika. Zapalił przedsennego papierosa i wyszedł do łazienki, aby wetrzeć krem w swoją wciąż jędrną skórę twarzy. Kiedy był w przedpokoju, przy drzwiach rozległ się dzwonek. Popielski podszedł zdziwiony do drzwi, spojrzał przez wizjer i otworzył usta z przerażenia. Papieros wypadł i potoczył się po posadzce.

Otworzył drzwi. Rita weszła do mieszkania. W ramionach trzymała śpiącego i otulonego kocykiem Jerzyka. Sama była ubrana w naprędce zarzucony zakopiański sweter i szlafrok. Szła bardzo wolno, powłócząc nogami. Za nią ciągnęło się ciemne pasmo krwi.

Breslau, poniedziałek 17 kwietnia 1939 roku,

godzina siódma rano

Mock siedział w fotelu i usiłował założyć buty. Było mu bardzo niewygodnie z powodu brzucha, który ostatniego wieczora w „Piwnicy Świdnickiej” napełnił przepysznymi, lecz ciężkostrawnymi sznyclami wiedeńskimi. Mimo przejedzenia podziękował zdecydowanie Marcie za dobre chęci i uparł się, że sam wyprowadzi na spacer swojego Argosa. Ciężko dysząc, przekładał sznurowadła między palcami dłoni. Kątem oka widział, jak jego owczarek niemiecki stoi pod drzwiami i trzyma w pysku smycz.

– Zaraz wychodzimy na spacer, psiaku. – Mock uśmiechnął się, widząc, jak Argos na dźwięk słowa „spacer” wspina się na dwie łapy i kręci ogonem.

Już miał prawie zawiązany but, kiedy zadzwonił telefon. Mock, przeklinając wszelkie sprawy, które są tak pilne, że nie mogą poczekać do godziny przynajmniej dziewiątej, zostawił sznurówki i podniósł słuchawkę.

Rozmowa międzynarodowa – informował miły kobiecy głos. – Łączę!

– Dziękuję – mruknął i przycisnął słuchawkę do ucha.

Po kilku sekundach szmerów i pisków usłyszał głos: męski i mało przyjemny.

– Wciąż mogę na tobie polegać, Eberhardzie?

– Oczywiście – odpowiedział z radością, ale zaraz poskromił swój wesoły ton; słysząc głos Popielskiego, oczekiwał złych wieści. – Co się stało?

– Musisz poznać całą prawdę – Popielski powiedział to po długim milczeniu. – Ale nie przez telefon… Jak najszybciej! Gdzie się spotkamy? I kiedy?

– Kiedy? Choćby jutro! – odparł Mock.

– Gdzie?

– To już gorzej – zamyślił się Mock i pogłaskał Argosa po głowie. – Ale już wiem! Wiem! Jest takie miejsce, gdzie przyjaciele się spotykają przy golonce i butelce zmrożonej wódki. Pamiętasz jeszcze restaurację „Eldorado” w Katowicach?

– Przyjedź do Lwowa. Proszę.

Lwów, piątek 28 kwietnia 1939 roku,

godzina trzecia w nocy

Peron trzeci lwowskiego dworca głównego był pusty. Oprócz sennego zawiadowcy i gazeciarza, który rozkładał dzienniki na swym stelażu, widać było tylko jednego mężczyznę: ubranego na czarno, w meloniku na głowie i w białym szaliku owijającym mu szyję; drugim jasnym elementem jego garderoby były zamszowe rękawiczki.

Patrzył w zamyśleniu na mgłę kłębiącą się nad torami i pod szklano-stalowym dachem hali peronów. Pół godziny wcześniej, jadąc na dworzec, minął majaczący w ciemności kościół św. Elżbiety. Ten monumentalny gmach, będący repliką wiedeńskiej katedry św. Stefana, obudził w nim na chwilę wspomnienia szczęśliwych czasów młodości w mieście nad Dunajem. Teraz znajdował się w mieście nad rzeką podziemną, a ostatnie jego wspomnienia były równie martwe i nierealne jak lwowski Styks. Popielski spojrzał jeszcze raz na tablicę informującą, że za pięć minut wjedzie na peron dalekobieżny pociąg z Berlina przez Breslau, Oppeln, Katowice, Rzeszów i Przemyśl.

Pociąg wyjechał z mgły, zwielokrotnionej jego parą, jakby był widmem. Popielski aż podskoczył, kiedy lokomotywa huknęła i zasyczała dwa metry od niego. Stał i czekał. Pociąg po chwili się zatrzymał i zaczęły trzaskać drzwi. Ludzie wysiadali i taszczyli kufry i walizy. Jakaś dama rozglądała się za bagażowym i mocno narzekała na jego brak. Na peronie piętrzyły się góry pakunków. Jedynie mężczyzna średniego wzrostu, lecz masywnej kwadratowej postury nie posiadał żadnego bagażu oprócz małego kuferka, który przypominał torbę lekarską. Podszedł do Popielskiego i serdecznie się przywitali. Widzieli się wprawdzie niewiele ponad tydzień temu w Katowicach, ale ucieszyli się na swój widok niezmiernie.

Popielski jeszcze nie zdążył się nacieszyć Mockiem, kiedy ujrzał za jego plecami potężnego mężczyznę. Odsunął się od niemieckiego kolegi i przyjrzał się kolejnemu mężczyźnie, niewysokiemu, o wąskiej, lisiej twarzy.

– Panowie pozwolą. – Mock odwrócił się do obu mężczyzn. – Eduardzie, to są panowie Cornelius Wirth i Heinrich Zupitza, moi ludzie do specjalnych poruczeń.

Lwów, wtorek 9 maja 1939 roku,

południe

Popielski skończył opowieść, odsapnął i wstał z fotela. Leokadia siedziała oniemiała i bała się spojrzeć na kuzyna. Jeszcze nigdy nie wywołał w niej takiego lęku. Nie mogła uwierzyć, że oprócz tego dobrze jej znanego świata – bridżowych czwartków u asesorostwa Stańczaków, porannych lektur, odwiecznych domowych rytuałów, godzinek wyśpiewywanych przez Hannę, pierników Juraszków i cukierni Zalewskiego – jest jeszcze inny świat: ciemne i ukryte rejony sadystów, ludzi obłąkanych, zdeformowanych moralnie szaleńców, oddanych brutalnym żądzom, monstrów, które wygryzają dziewicom policzki lub samogwałcą się nad kołyską własnego dziecka. Jej kuzyn znał ten świat minotaurów, hybryd i sodomitów, a nawet usiłował go naprawiać. Wchodził jak Tezeusz do labiryntu, lecz w odróżnieniu od mitycznego herosa, nie wracał w chwale do ojczyzny z Ariadną u swego boku, ale do swej lodowatej samotności, dzielonej ze zdziwaczałą starą panną.

Leokadia drgnęła. Zadzwonił telefon.

– Dzień dobry ponownie, panie naczelniku – usłyszała głos Edwarda. – Najmocniej przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie, kiedy pozwoliłem sobie rzucić słuchawkę na widełki. – Ja wiem, że to straszne, co się stało z tym chłopcem… Heniem Pytką. Tak, to straszne i politycznie bardzo niebezpieczne…

– …

– Tak, wiem… Niestety, jestem zmuszony podtrzymać moją decyzję… Nie… Nie wycofam się z tego… Podaję się do dymisji i odchodzę na emeryturę…

– …

– Muszę pomóc córce i zająć się wnuczkiem, po tym, jak ciało jej męża, a mojego zięcia, doktora Woronieckiego-Kulika, znaleziono w podziemnych korytarzach nad Pełtwią… Nie musi mi pan naczelnik tego przypominać. Wiem, wiem przecież… Taki skandal w rodzinie…

– …

– Naprawdę to decyzja ostateczna! Jutro przyniosę dymisję na papierze. Żegnam pana naczelnika. Adieu!

Ostatnie słowa wypowiedział prawie żartobliwie. Odłożył słuchawkę i wrócił do salonu. Przysunął sobie krzesło i usiadł koło Leokadii. Położył dłoń na jej drobnym ramieniu.

– Nie jestem już policjantem, moja droga. – Pocałował ją w skroń. – Stałem się sędzią i katem. A nie można być jednocześnie i sędzią, i katem, i policjantem.

– To teraz będziesz uprawiał tylko te dwa pierwsze zawody? – Spojrzała na niego z pewnym zainteresowaniem.

– Niezupełnie. – Wstał i zaczął chodzić dokoła stołu w przypływie nagłej energii. – Nie, teraz będę wykonywał inny zawód. Będę tropicielem i myśliwym. Taki człowiek to prywatny detektyw. Tylko to umiem poza łaciną. A czy na starość mam uczyć łaciny?

– A kto będzie twoją pierwszą zwierzyną? – Leokadia wpatrywała się w kuzyna z takim zainteresowaniem, jakby grała z nim w bridża i czekała na jego odpowiedź po swoim pytaniu o asy.

– A jak myślisz?

– Morderca małego Henia Pytki?

– To będzie pierwsza moja sprawa. Nawet jeśli nikt mi za to nie zapłaci…

– I co zrobisz z tym mordercą, jak go złapiesz? Spotka go to samo, co twojego zięcia?

Lwów, piątek 28 kwietnia 1939 roku,

godzina piąta rano

Doktor Bronisław Woroniecki-Kulik słyszał wiele fantastycznych historii o Pełtwi, lwowskiej niewidzialnej rzece, która zamknięta jeszcze przez Austriaków w kamiennym korycie, płynęła cicho pod miastem. Powiadano, że rzeczne podziemia to tajny przestępczy świat, kolonia trędowatych i ladacznic, azyl morderców i sodomitów. Jako dziecko wyobrażał sobie, że tam przy płonących rzekach siedzą krwawe Furie, a piekielne psy napełniają otchłanie swym wyciem. Jako człowiek dorosły wielokrotnie chciał tam wejść i poznać to przeklęte miejsce, które było, wedle miejskiej legendy, godne pióra Dantego.

Kiedy się tam w końcu znalazł, rozczarował się. Nie był to żaden przedsionek piekła, lecz raczej wielka, cuchnąca latryna, z której tu i ówdzie wypełzał i zaraz uciekał jakiś nędzarz, co Woroniecki dobrze widział w świetle latarek. Był ciekaw, czy ludzie tu mieszkający są, jak mówiono, w ostatnim stadium syfilitycznego rozkładu. Nie mógł jednak tego sprawdzić. Nie miał na to czasu. Ludzie, którzy go prowadzili, opacznie brali jego pasję poznawczą za próbę opóźniania marszu. Nie mógł im wytłumaczyć, iż jest ciekaw świata podziemnego. Ciężko mu było mówić z kneblem w ustach.

Zupełnie nie bał się trzech ludzi, którzy w nocy wtargnęli do jego mieszkania w kamienicy Rohatyna. Był przekonany, że to dowcip jednego z jego kolegów, który zdradzał skłonność do osobliwych żartów i już raz kiedyś wkradł się przez okno do jego mieszkania i przebrany za zjawę, wyrwał go ze snu. Woroniecki-Kulik szedł zatem spokojnie i mimo knebla i związanych rąk był dobrej myśli. Czekał, aż gdzieś z mroku wynurzy się jego kolega dowcipniś. Do głowy by mu nie przyszło, że ktoś w tym mieście ośmieli się podnieść rękę na zięcia komisarza Edwarda Popielskiego. Poza tym jeden z porywaczy zabrał ze sobą jego laskę. Ktoś, kto chce zrobić krzywdę, nie dba przecież o takie szczegóły.

Stanęli. Znajdowali się za załomem jakiegoś muru. Zgasili latarki. Zrobiło się zupełnie ciemno. Woroniecki-Kulik poczuł na twarzy czyjś oddech, który trącił nikotyną i alkoholem. To był czwarty napastnik. A potem poczuł zapach wody kolońskiej. Rozpoznał go. Takich perfum nie używał jego kolega. I wtedy zaczął się bać. Nikt we Lwowie nie odważy się podnieść ręki na zięcia komisarza Edwarda Popielskiego. Chyba że sam Edward Popielski.

Snop światła padł na twarz matematyka. Nie oślepiło go jednak. Dobrze widział, że z ciemności wynurzyła się ręka w eleganckiej rękawiczce. W dwóch palcach trzymała jego laskę.

– Tym skaleczyłeś moją córkę? – usłyszał głos Popiel-skiego. – Taką laskę włożyłeś jej w łono?

Woroniecki-Kulik zaczął się trząść. Dziwiło go to o tyle, że w ogóle nie odczuwał strachu. Jego analityczny umysł pracował bez zarzutu, bez najmniejszych emocji. Ale ciało nie słuchało umysłu. Drżało w panicznym lęku i oblewało się potem. Miał wrażenie, że cały smród podziemnej kloaki wydziela on sam.

– Tę laskę włożyłeś w łono, które wydało na świat twojego syna?

Jakaś inna ręka wynurzyła się z ciemności i wyrwała mu z ust knebel. Usłyszał plusk wody. Wiedział, że będzie żył tak długo, jak długo nie odpowie twierdząco na to pytanie. Odetchnął. Nie odpowie i będzie żył. Jego logiczny umysł był niezawodny.

Nagle poczuł, że ktoś zdziera z niego płaszcz, a potem piżamę. Napięty jedwab pękł. Zrobiło mu się zimno. Potężny nacisk na kark sprawił, że ukląkł, a potem runął na twarz. Wtedy jeszcze wyraźniej poczuł smród kanałów. Ktoś usiadł mu na plecach, a ktoś inny rozsuwał jego gołe nogi.

– Będziesz cierpiał tak jak ona – usłyszał głos Popiel-skiego – tyle że twoje cierpienie będzie większe. Beznadziejne i ostateczne.

Woroniecki-Kulik usłyszał stukot laski. Kątem oka widział światła latarek na swoich łydkach. Mocniej związano mu ręce. I wtedy już wiedział, że przecenił swój matematyczny umysł. Nie przewidział, że Popielski zna odpowiedź na pytanie, które mu dwukrotnie zadał. A potem już nie myślał o niczym. Zamienił się w jeden palący ból.

Kiedy po kwadransie ze związanymi rękami został wrzucony do Pełtwi, a śmierdząca woda wypełniła mu płuca, przyjął to jak wybawienie.

Dodatek

Nazwy wrocławskich ulic, mostów i placów

Antonienstrasse – ul. św. Antoniego

Fischerstrasse – ul. Rybacka

Furstenbrücke – Most Szczytnicki

Junkerstrasse – ul. Ofiar Oświęcimskich

Kaiserbrücke – Most Grunwaldzki

Kaiserstrasse – pl. Grunwaldzki (przedłużenie pl. Grun- waldzkiego do Mostu Szczytnickiego)

Morgenzeile – ul. Różyckiego

Neumarkt – pl. Nowy Targ

Reuschestrasse – ul. Ruska

Wachtplatz – pl. Solidarności

Zwingerplatz – pl. Teatralny

Nazwy lwowskich ulic i placów

ul. 3 Maja – wuł. Siczowych Strilciw

ul. Akademicka – Prospekt Szewczenka, wuł. Wirmenśka, wuł. Hruszewśkoho

ul. Bóżnicza – wuł. Sianśka

ul. Chmielowskiego – wuł. L. Hlibowa

ul. Czarnieckiego – wuł. W. Wynnyczenka

ul. Dominikańska – wuł. Stawropihijśka

ul. Fredry – wuł. O. Fredra

ul. Gęsia – wuł. Staromiśka

ul. Gródecka – wuł. Horodoćka

ul. Halicka – wuł. Hałyćka, wuł. Kniazia Romana

ul. Hetmańska – Prospekt Swobody (część)

ul. Issakowicza – wuł. I. Horbaczewśkoho

ul. Jabłonowskich – wuł. Sz. Rustaweli

ul. Janowska – wuł. T. Szewczenka

ul. Kazimierzowska – wuł. Horodoćka (część)

ul. Kleparowska – wuł. Kłepariwśka

ul. Kopernika – wuł. Kopernyka

ul. Kościuszki – wuł. Kostiuszka

ul. Kraszewskiego – wuł. S. Kruszelnyćkoji

ul. Legionów – Prospekt Swobody (część)

ul. Łozińskiego – wuł. O. Hercena

ul. Mickiewicza – wuł. Lystopadowoho Czynu

ul. Mikołajska – wuł. O. Fredra, wuł. Pylnykarśka

ul. Mochnackiego – wuł. M. Drahomanowa

ul. Ossolińskich – wuł. W. Stefanyka

ul. Piekarska – wuł. Pekarśka, wuł. Teatralna

ul. Piłsudskiego – wuł. I. Franka (część)

ul. Potockiego – wuł. Henerała Czuprynki

ul. Rzeźni – wuł. Rizni (obecnie nie istnieje)

ul. Sapiehy – wuł. S. Bandery

ul. Słowackiego – wuł. Słowaćkoho, wuł. Uniwersytetśka

ul. Smerekowa – wuł. Smerekowa

ul. Sokoła – wuł. P. Kowżuna

ul. Starozakonna – wuł. M. Udatnoho

ul. Sykstuska – wuł. P. Doroszenka

ul. Zakątna – wuł. Zakutna (obecnie nie istnieje)

ul. Zielona – wuł. Zełena

ul. Zimorowicza – wuł. D. Dudajewa

ul. Zygmuntowska – wuł. M. Hohola

ul. Żółkiewska – wuł. B. Chmelnyćkoho

pl. Bilczewskiego – Pł. M. Kropywnyćkoho

pl. Dąbrowskiego – Pł. Jewhena Małaniuka

pl. Halicki – Hałyćka Płoszcza

pl. Mariacki – Pł. A. Mickewycza

pl. Strzelecki – Pł. D. Hałyćkoho

Słowniczek dialektu lwowskiego

aligancki – elegancki

baciar – spryciarz, ulicznik, łobuz

bajgieł – słodki wypiek

bajtlować – mówić

bałakać – mówić

bidosia – biedna kobieta

binia – młoda dziewczyna, prostytutka

borg – kredyt

chatrak – agent policyjny

chawira – mieszkanie, dom

dać do wiwatu – upić się

drypcia – starsza kobieta

dziunia – młoda dziewczyna, prostytutka

fason trzymać – zachowywać się jak należy

fest – mocno

funiasty – ważny, nadęty

gościunio – mężczyzna

hara – wódka

kapować – rozumieć

kirus – pijany

kużden – każdy

makagigi – ciastka, słodycze

paniaga – pan

paniuńcia – pani

pod chajrem – pod słowem honoru

prysiudy – przysiady w wielu ukraińskich i rosyjskich

tańcach ludowych

pulicaj – policjant

pyszczydlo – twarz

recht – prawda

rychtyg – z pewnością, akurat

smytracz – złodziej

spuchlak – grubas

strugać funia – udawać ważniaka

sumyr – chleb

szapoklak – kapelusz

szpuntować – wcisnąć korek (euf. uprawiać seks)

tarabanić – gramolić się

wysztafirować – ubrać się elegancko

trzymać sztamę – bratać się

zatylipany – podejrzany, zły

zichyr – na pewno

Podziękowania

Niech moje najserdeczniejsze podziękowania przyjmą: doktor Jerzy Kawecki, wybitny medyk sądowy, dzięki któremu zdobyłem tak istotne w powieści kryminalnej wiadomości patomorfologiczne; Robert Makłowicz, miłośnik i znawca przeszłości, który mi służył nieocenioną konsultacją w zakresie obyczajów – zwłaszcza kulinarnych – dawnej Galicji; Marcin Wroński, autor powieści retrokryminalnych i znawca historii polskiej policji, który był mi przewodnikiem w labiryncie nieustannych reorganizacji międzywojennej Policji Państwowej; Leszek Duszyński, Zbigniew Kowerczyk i Przemysław Szczurek, miłośnicy filologicznego szczegółu, którzy bezlitośnie i precyzyjnie tropili wszelkie moje błędy w tekście tej książki, zanim znalazła się ona na biurku wydawcy. Nie mógłbym osadzić akcji mojej powieści we Lwowie, gdybym na własne oczy nie ujrzał tego pięknego miasta i nie poznał jego tajemnic, zaułków, parków, pomników i imponujących budowli. Moje intensywne dwutygodniowe badania terenowe nie byłyby możliwe, gdyby nie uprzejmość i szczodrobliwość mera Lwowa, pana Andrija Sadowego, za co składam Mu w tym miejscu szczególne wyrazy wdzięczności. Nie byłyby one efektywne, gdyby nie życzliwi lwowianie, zafascynowani historią swojego miasta: Irina Kotłobułatowa, Ilko Łemko, Petro Radkowec, Serhij Tereszczenko oraz Jurij Wynnyczuk, którym jestem ogromnie wdzięczny za wszelaką pomoc. Dziękuję również Barbarze Wroń-skiej za trafne uwagi psychologiczne. Za wszystkie ewentualne błędy winę ponoszę tylko ja.

Marek Krajewski

W powieści Głowa Minotaura są cytowane fragmenty próz Jorge Luisa Borgesa, Śmierć i busola ze zbioru Opowiadania (przełożył Andrzej Sobol-Jurczykowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978) oraz Deutsches Requiem z tomu Alef (przełożyła Zofia Chądzyńska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2003), a także wiersz Zbigniewa Herberta Głowa, pochodzący z tomiku Epilog burzy (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1998).

Marek Krajewski

***