/ / Language: Polski / Genre:thriller,

Klub Dantego

Matthew Pearl

Niezwykła powieść kryminalna – uczta dla miłośników fabuł detektywistycznych i wyrafinowanych nawiązań literackich, porównywana z "Imieniem róży" Umberto Eco. Efektowna intryga i wyraziste postacie. Boston, rok 1865. Niespodziewana seria brutalnych morderstw wstrząsa miastem. W tym samym czasie niewielkie grono akademików kończy prace nad pierwszym amerykańskim przekładem Boskiej Komedii Dantego i zamierza odsłonić Nowej Anglii niesamowite wizje zawarte w tym dziele. Przedsięwzięciu temu sprzeciwiają się miejscowe władze, dopatrujące się w papistowskich treściach włoskiego arcydzieła niebezpieczeństwa dla spokoju protestanckiego miasta. Narażeni na groźby i szykany z ich strony członkowie Klubu Dantego – poeci i profesorowie uniwersytetu: Henry Wodsworth Longfellow, Olivier Wendell Holmes, James Russell Lowell i ich wydawca James T. Fields – starają się utrzymać swą translatorską misję w tajemnicy. W tym samym czasie policyjne śledztwo utyka w ślepym zaułku, akademicy zaś niespodziewanie odkrywają, iż zabójstwa wystylizowano zgodnie z "piekielnymi wzorami", uwiecznionymi w dziele włoskiego poety. Zadaniem członków Klubu Dantego stanie się powstrzymanie zabójcy – Nicolas Rey, jedyny czarny policjant w Bostonie, wbrew policyjnym regułom podejmie z nimi współpracę. Morderca okaże się być bliżej niż można było pomyśleć. Przygotuj się na mocne wrażenia, jeśli chcesz go poznać. "Matthew Pearl jest wschodzącą gwiazdą współczesnej literatury – błyskotliwy, pomysłowy, wszechstronnie utalentowany autor "- Dan Brown, autor Kodu Leonarda.

Matthew Pearl

Klub Dantego

Przełożył Andrzej Wojtasik

Dla Lino, mojego profesora,

i Iana, mojego nauczyciela

Tytuł oryginału The Dante Club

Copyright © 2003 by Matthew Pearl

OSTRZEŻENIE DLA CZYTELNIKA

PRZEDMOWA C. LEWISA WATKINSA

PROFESORA CYWILIZACJI I LITERATURY WŁOSKIEJ ORAZ RETORYKI

„Pittsfield Daily Reporter", Wiadomości lokalne, 15 IX 1989 r.

„REWITALIZACJA" NIEBEZPIECZNEGO GATUNKU

OWADÓW ZA SPRAWĄ CHŁOPCA Z LEXINGTON

We wtorek po południu ekipy poszukiwawcze szczęśliwie odnalazły zaginionego Kennetha Stantona, dziesięciolatka z Lexington, w odległym zakątku Gór Catamount. Udzielono mu pomocy lekarskiej w Berkshire Medical Center. Opuchliznę na nodze i złe samopoczucie chłopca spowodowały larwy wyklute z jaj złożonych w jego ranach przez początkowo nie zidentyfikowane owady.

Entomolog doktor K. L. Landsman z Muzeum Instytutu Harve-Bay w Bostonie twierdzi, że dotychczas w stanie Massachusetts nie znano owadów, które odnaleziono przy chłopcu. „Co bardziej godne uwagi – mówi doktor Landsman – muchy i ich larwy zdają się należeć do gatunku, o którym entomolodzy sądzili, że całkowicie wyginął niemal pół wieku temu". Gatunek o łacińskiej nazwie Cochliomyia hominivorax, znany powszechnie w Nowym Świecie jako „mucha śrubowa", został sklasyfikowany w 1859 roku przez francuskiego lekarza na jednej z wysp u wybrzeży Ameryki Południowej. Do końca XIX stulecia obecność tego niebezpiecznego – owada wzrastała w tempie epidemii, powodując śmierć setek tysięcy sztuk bydła na całej półkuli zachodniej. Donoszono również, że ofiarą much śrubowych padło także kilku ludzi. W latach pięćdziesiątych XX wieku zakrojony na wielką skalę program opracowany przez amerykańskich inżynierów poskutkował eliminacją gatunku dzięki wprowadzeniu do populacji sterylnych samców poddanych promieniowaniu gamma, co spowodowało utratę zdolności reprodukcji u samic.

Przypadek Kennetha Stantona może przyczynić się do tak zwanej laboratoryjnie wspomaganej „rewitalizacji" owadów dla celów badawczych. „Chociaż z punktu widzenia zdrowia publicznego likwidacja gatunku była mądrą inicjatywą – mówi dr Landsman – zastosowanie nowych technologii obserwacyjnych w kontrolowanych warunkach pozwoli nam jeszcze wiele się dowiedzieć na jego temat". Zapytany o swoją reakcję na odkrycie, do którego się przyczynił, Stanton, uczeń piątej klasy, odpowiedział: „Moja pani od przyrody mówi, że jestem wspaniały!".

Mając w pamięci stronę tytułową niniejszego tomu, Czytelnik może się zastanawiać, jak powyższy artykuł wiąże się z Dantem, lecz już niebawem ujrzy, że ten związek istnieje i że jest on nader niepokojący. Jako uznany autorytet w dziedzinie amerykańskiej recepcji Boskiej Komedii Dantego zostałem zeszłego lata wynajęty przez wydawnictwo Random House, aby napisać, w zamian za ich jak zwykle liche honorarium, kilka wstępnych uwag do tej książki.

Praca pana Pearla nawiązuje do historycznych początków obecności Dantego w naszej kulturze. W 1867 roku poeta H. W. Longfellow ukończył pierwszy amerykański przekład Boskiej Komedii, rewolucyjnego poematu Dantego, opisującego podróż przez zaświaty. Obecnie istnieje więcej przekładów poezji Dantego na angielski niż na jakikolwiek inny język, a w Stanach Zjednoczonych powstało ich więcej niż gdziekolwiek indziej. Amerykańskie Towarzystwo Dantejskie z siedzibą w Cambridge, w stanie Massachusetts, szczyci się tym, że jest najstarszą na świecie nieprzerwanie działającą organizacją poświęconą badaniu i promocji twórczości Dantego. Jak stwierdził T. S. Eliot, Dante i Szekspir dzielą współczesny świat pomiędzy sobą, a część należącą do Dantego powiększa się z każdym rokiem. Jednakże zanim Longfellow ukończył – swe dzieło, Dante pozostawał w Ameryce całkowicie nie znany. Mało kto władał językiem włoskim ani nigdzie nie można było go się nauczyć; w zasadzie nie podróżowaliśmy za granicę, a w Stanach Zjednoczonych przebywała zaledwie nieliczna garstka Włochów.

Z całą mocą mojego zmysłu krytycznego uznałem, że poza podstawowymi faktami niezwykłe wydarzenia opisane w Klubie Dantego są raczej nowoczesną baśnią niż relacją historyczną. Jednakże przeszukując dla potwierdzenia mojej oceny bazę danych Lexis-Nexis, znalazłem przerażającą notatkę prasową z „Pittsfield Daily Reporter", którą zamieszczam powyżej. Natychmiast skontaktowałem się z doktorem Landsmanem z Instytutu Harve-Bay, co pozwoliło mi uzyskać pełniejszy obraz incydentu, odnotowanego niemal czternaście lat temu.

Kenneth Stanton oddalił się od rodziców, z którymi był na wycieczce połączonej z wędkowaniem w Berkshires, i na zarośniętej ścieżce natknął się na kilka martwych zwierząt: najpierw na szopa pracza z pępkiem nabiegłym krwią, następnie na lisa, a potem na baribala. Chłopiec opowiadał później rodzicom, że gdy dokonał tego upiornego odkrycia, był jakby w stanie hipnozy. Stracił równowagę i upadł na ostre skały, kalecząc sobie kostkę. Na pewien czas stracił przytomność. To wtedy: właśnie dopadły go muchy śrubowe. Pięć dni później, podczas rekonwalescencji w łóżku, chłopiec doznał nagłych konwulsji. Autopsja wykazała obecność w jego ciele tuzina czerwi Cochliomyia hominivorax; jednego z najbardziej morderczych gatunków owadów na świecie – wymarłego, jak sądzono, przed pięćdziesięciu laty.

Odrodzony gatunek much, wykazujący nie notowaną przedtem zdolność do przetrwania w niesprzyjającym klimacie, trafił od tego czasu na Środkowy Wschód, najprawdopodobniej wraz z przewożonymi towarami i, jak pisałem, dziesiątkuje stada bydła i gospodarkę na północy Iranu. W jednym z zeszłorocznych numerów „Abstracts of Entomology" ukazał się artykuł, w którym dowodzono teoretycznie, że dywergentna ewolucja much śrubowych mogła zostać zapoczątkowana w północno-wschodnich stanach USA około 1865 roku.

Na pytanie o przyczynę tego zjawiska nie udzielono dotąd odpowiedzi, z wyjątkiem – jak teraz muszę z rozpaczą stwierdzić – szczegółów przedstawionych w Klubie Dantego. Przez ponad pięć tygodni ośmiu z czternastu wykładowców zatrudnionych w bieżącym semestrze na mojej katedrze, na moje polecenie podjęło się zadania dodatkowego zbadania rękopisu Pearla. Analizowali oni i katalogowali filologiczne i historiograficzne reguły wers po wersie, zauważając z przelotnym zainteresowaniem, że pomniejsze pomyłki są zawinione wyłącznie przez ego autora. Z każdym mijającym dniem odkrywamy kolejne dowody na to, że Longfellow i jego opiekunowie naprawdę przeżyli te straszne i chwalebne chwile w roku sześćsetlecia urodzin Dantego. Zrezygnowałem z wszelkiego wynagrodzenia, ponieważ przestała to już być przedmowa, jaką planowałem napisać, lecz ostrzeżenie. Śmierć Kennetha Stantona otwiera szeroko wrota, dotąd zamknięte, przez które Dante przybył do naszego świata – bramę sekretów wciąż pozostających w stanie uśpienia w naszych czasach. Z tego powodu pragnę Cię jedynie ostrzec, Czytelniku. Jeśli zamierzasz czytać dalej, pamiętaj, proszę, że słowa mogą krwawić.

Profesor C. Lewis Watkins, Cambridge, Massachusetts

***

Część pierwsza

***

1

Naczelnik bostońskiej policji, John Kurtz, siedział w salonie na otomanie pokrytej czarnym obiciem, wciśnięty między dwie pokojówki. Wziął głęboki wdech. Choć w pomieszczeniu nie brakowało krzeseł ani kanap, obie służące usiadły tuż przy nim. Otomana aż dygotała od szlochów kobiet i naczelnik musiał się bardzo starać, żeby nie rozlać herbaty. Po jednej stronie Irlandka, która odkryła zwłoki, zawodziła nie znane Kurtzowi (bo katolickie) i niezrozumiałe (bo zniekształcone łkaniem) modlitwy, od których włosy stawały dęba. Po drugiej stronie cicho pochlipywała jej siostrzenica.

Z racji swej profesji naczelnik nieraz już oglądał ofiary zabójstw, nie na tyle jednak często, by stało się to dla niego rutyną – zwykle raz, dwa razy do roku. Bywało, że przez kilkanaście miesięcy nie zdarzało się w Bostonie żadne godne uwagi morderstwo. Nieliczne ofiary pochodziły zwykle z plebsu, więc Kurtz nie musiał się osobiście fatygować ze złą wiadomością do bliskich. Jako człowiek niecierpliwy, nie sprawdził się w roli pocieszyciela. Znacznie lepszy był w tym jego zastępca, Edward Savage, który czasami pisywał wiersze.

Jednak „to" – naczelnik Kurtz tylko takim mianem potrafił określić owo szokujące odkrycie, które miało odmienić życie miasta – nie było zwyczajnym zabójstwem. Zamordowano jednego z bostońskich braminów, * przedstawiciela arystokratycznej nowoangielskiej kasty, kształconej w Harvardzie, cieszącej się błogosławieństwem Kościoła unitariańskiego * i wiodącej życie na salonach. Nie dość na tym: ofiarą był najwyższy sędzia trybunału w stanie Massachusetts. „To" było czymś więcej niż mordem – było całkowitym, bezlitosnym zniszczeniem człowieka.

Ednah Healey, na którą czekał Kurtz, po odebraniu telegramu wsiadła w pierwszy pociąg, jaki udało jej się złapać w Providence. Choć podróż dłużyła jej się niemiłosiernie, teraz jednak pamiętała ją tylko jak przez mgłę – tak jak wszystko inne, co wydarzyło się wcześniej.

Kobieta ustaliła ze sobą i z Bogiem, że jeśli w domu nie zastanie pastora, będzie to znaczyć, iż wiadomość, jaką otrzymała w telegramie, jest pomyłką. Wprawdzie ta cicha umowa nie miała najmniejszego sensu, Ednah Healey musiała jednak wymyślić coś, co podtrzymałoby w niej wiarę i pozwoliło zachować przytomność umysłu.

Przerażona i bliska załamania pani Healey poruszała się jak po omacku. Wchodząc do salonu, dostrzegła tylko, że nie ma w nim pastora, i zadrżała w irracjonalnym poczuciu wygranej.

Kurtz, dobrze zbudowany mężczyzna z płowym, gęstym wąsem, powstał na widok wchodzącej. Uświadomił sobie, że sam też drży. To, co miał teraz powiedzieć, przećwiczył już wcześniej, w drodze do Wide Oaks.

– Madame, jest nam niezmiernie przykro, że musieliśmy wezwać panią tutaj z powrotem. Proszę zrozumieć, że sędzia Healey…

Nie, nie, tę wiadomość należało poprzedzić wstępem.

– Uznaliśmy, że najwłaściwiej będzie – ciągnął – jeżeli omówimy te tragiczne okoliczności tutaj, w pani domu, gdzie będzie się pani czuła najlepiej.

Był to w jego odczuciu pomysł wielkoduszny.

– Rozumiem, że nie udało się panu odnaleźć sędziego Healeya, naczelniku – stwierdziła kobieta i wskazała, by usiadł. – Tak mi przykro, że stracił pan czas na tę wizytę. Widzi pan, po prostu zaszło nieporozumienie. Mąż zatrzymał się na kilka dni w Beverly, żeby w spokoju popracować, a ja z naszymi dwoma synami pojechałam w odwiedziny do Providence. Oczekujemy go najwcześniej jutro.

Kurtz nie palił się, by wyprowadzać ją z błędu.

– Pani pokojówka – odparł, wskazując wyższą z dwóch służących – znalazła jego ciało, madame. Za domem, przy rzece.

Neli Ranney, ponownie zalewając się łzami, potwierdziła jego słowa. Nie zauważyła, że na kieszonce jej fartucha zostało kilka pokrytych krwią czerwi.

– Można przypuszczać, że stało się to przed kilkoma dniami. Mam wrażenie, że pani mąż w ogóle nie opuścił Wide Oaks – dodał Kurtz, obawiając się, że jego słowa mogły zabrzmieć zbyt obcesowo.

Ednah Healey cicho zaszlochała. Jej płacz był spokojny i opanowany, jak gdyby opłakiwała zgon jakiegoś domowego zwierzątka. Oliwkowobrązowe pióro sterczące z jej kapelusza kiwało się z godnością.

Neli spojrzała z troską na swoją panią, a potem łagodnie powiedziała do Kurtza:

– Powinien pan wrócić później, panie naczelniku… Jeszcze dziś, ale później, jeśli byłby pan tak uprzejmy.

John Kurtz był wdzięczny, że zezwolono mu na ucieczkę z Wide Oaks. Z powagą skierował się w stronę towarzyszącego mu młodego i przystojnego posterunkowego, który opuszczał stopnie policyjnego powozu. Nie było powodu, aby spieszyć się do rozgorączkowanych radnych miejskich i burmistrza Lincolna, który i tak miał Kurtzowi za złe, że nie nękał „jaskiń hazardu i rozpusty" w sposób na tyle skuteczny, by uszczęśliwić dziennikarzy.

Naczelnik nie odszedł daleko, gdy powietrze rozdarł przeraźliwy krzyk. Odwrócił się i ujrzał, jak Ednah Healey, już bez ozdobionego piórem kapelusza, który sfrunął na ziemię, z włosami w nieładzie, wbiega na frontowe schody i ciska czymś – nie rozpoznał czym – prosto w jego głowę. Patrząc z bezmyślną obojętnością na lecący przedmiot, Kurtz zmrużył oczy. Uznał, że nie może zrobić nic więcej, by zapobiec katastrofie.

Było mu wszystko jedno, pogodził się z własną bezradnością. Zabójstwo Artemusa Prescotta Healeya było czymś, co go przerosło. I nie chodziło tu o śmierć w ogóle, bo w Bostonie w 1865 roku była ona powszednim gościem. Żniwo zbierały choroby niemowląt, suchoty, nie zidentyfikowane i bezlitosne gorączki, pożary nie do ugaszenia i krwawe zamieszki uliczne. Młode kobiety umierały podczas porodów tak masowo, że zdawać by się mogło, iż nigdy nie były stworzone do życia. Poza tym, jeszcze pół roku temu toczyła się wojna, na której poległy tysiące bostońskich chłopców. Jedyne, co po nich zostało, to otoczone czarnymi obwódkami nazwiska w korespondencji donoszącej rodzinom o ich śmierci. A jednak to bezwzględne, absurdalne, bezsensowne zniszczenie pojedynczego ludzkiego istnienia przez nieznanego sprawcę…

Ktoś szarpnął go za poły płaszcza. Kurtz padł na miękki, wysuszony słońcem trawnik. Ciśnięta przez panią Healey waza uderzyła o pień dębu i roztrzaskała się na tysiąc błękitnych i białych skorup. Naczelnikowi przeszła przez głowę myśl, że zapewne i tę sprawę trzeba było przekazać Savage'owi.

Posterunkowy Nicholas Rey, woźnica kierujący powozem Kurtza, podał mu rękę i pomógł wstać. Przy końcu podjazdu konie parskały i stawały dęba.

– Starał się jak umiał! Tak jak my wszyscy! Nie zasłużyliśmy na to, cokolwiek by panu mówili, naczelniku! Nie zasłużyliśmy na to! A teraz zostałam sama! – Ednah Healey wzniosła w górę zaciśnięte dłonie, a potem dorzuciła coś, co zaskoczyło Kurtza. – Ja wiem, naczelniku Kurtz! Wiem, kto to zrobił! Ja wiem!

Neli Ranney objęła pulchnymi ramionami roztrzęsioną kobietę, próbując ją uciszyć. Głaskała ją i kołysała tak, jak niegdyś dzieci Healeyów. Ednah Healey zaczęła pluć, wyrywać się i szarpać tak gwałtownie, że aż przystojny posterunkowy Rey musiał zainterweniować. Szał wdowy szybko jednak wygasł, a ona sama spoczęła na rozłożystym podołku swej pokojówki, zapadając się w otchłanie jej czarnej spódnicy.

W Wide Oaks nigdy dotąd nie było tak cicho.

Ednah Healey, jak często miała w zwyczaju, wyruszyła w odwiedziny do Providence, gdzie mieszkali jej krewni, pracowita rodzina Sullivanów, jej mąż zaś pozostał na miejscu, aby zająć się aktami procesu, jaki toczył się pomiędzy dwoma największymi bostońskimi bankami. Sędzia pożegnał się ze swoją rodziną, jak zwykle mamrocząc coś czule, po czym gdy pani Healey znikła z pola widzenia, wspaniałomyślnie odprawił służbę. Jego żona nie poradziłaby sobie bez pomocy, on jednak cieszył się z tych krótkich chwil niezależności. Poza tym lubił od czasu do czasu wypić sobie kropelkę cherry, a mógł być pewny, że o naruszeniu wstrzemięźliwości w mig doniesiono by pani. O ile sędzia był lubiany przez służbę, o tyle jego żony się bano.

Nazajutrz miał wyjechać do Beverly, by tam przez weekend zająć się w spokoju pracą. Następna rozprawa wymagająca jego obecności miała się odbyć dopiero w środę i Healey na ten dzień zaplanował powrót do miasta i do sądu.

Sędzia nie należał do ludzi, którzy przejmowaliby się drobiazgami, lecz Neli Ranney, na służbie od dwudziestu lat, odkąd głód i zaraza wygnały ją z rodzinnej Irlandii, wiedziała, że schludne otoczenie było czymś koniecznym dla osobistości takiej jak Artemus Healey. Z tego powodu służąca zjawiła się w Wide Oaks w poniedziałek, i to właśnie wtedy odkryła pierwsze zaschnięte czerwone plamy w pobliżu spiżarki oraz podejrzany zaciek u podnóża schodów. Uznała, że to jakieś ranne zwierzę wdarło się do domu i zapewne tą samą drogą wydostało się na zewnątrz.

Na jednej z zasłon w salonie Neli ujrzała muchę. Cmokając z irytacją i wymachując pierzastą zmiotką do kurzu, przegnała ją za. okno. Jednak gdy czyściła długi mahoniowy stół w jadalni, mucha zjawiła się ponownie. Służącej przyszło na myśl, że to czarnoskóre dziewczyny zatrudnione niedawno do pomocy w kuchni musiały pozostawić jakieś resztki jedzenia. „Ta kontrabanda [1] – Neli nadal określała w ten sposób wyzwolonych niewolników – nigdy nie dba o to, by było naprawdę czysto, a tylko o to, by zachować pozory".

Mucha brzęczała głośno i natrętnie. Służąca zabiła ją zrolowanym egzemplarzem „North American Review". Rozpłaszczony owad był prawie dwukrotnie większy od zwykłej muchy, a w poprzek jego błękitnawozielonego odwłoka biegły trzy regularne czarne paski. „Co za paskudztwo!" – pomyślała Neli Ranney. Sędzia Healey zapewne mamrotałby z podziwem nad niezwykłą głową stworzenia, zanim cisnąłby je do kosza na śmieci. Wypukłe pomarańczowe oczy zajmowały niemal połowę korpusu owada. Dziwny był ten jaskrawy odcień: coś pomiędzy oranżem a czerwienią, z odrobiną żółci i czerni oraz domieszką ognistej miedzi.

Neli wróciła do Wide Oaks nazajutrz rano, by posprzątać pokoje na piętrze. Gdy tylko przekroczyła próg domu, inna mucha przemknęła niczym strzała tuż przed czubkiem jej nosa. Rozgniewana nie na żarty Irlandka, trzymając w dłoni jedno z ciężkich czasopism sędziego, ruszyła za owadem aż do głównej klatki schodowej. Zawsze używała schodów dla służby, nawet gdy była sama w domu, jednak tym razem sytuacja wymagała zmiany reguł. Zdjęła buty i jej szerokie stopy dotknęły ciepłego dywanu pokrywającego schody. Podążając w ślad za muchą, skierowała się do sypialni państwa Healeyów.

Owad przysiadł na oknie i skulił odwłok. Jakby kpiąco wybałuszał swe jaskrawe oczy, a głowa przez moment wydała się służącej podobna do ludzkiej. Miała to być na długie lata ostatnia chwila, w której monotonne bzyczenie much nie wywoływało u Neli Ranney napadów lęku.

Służąca rzuciła się do przodu, uderzając o szybę egzemplarzem „Review". Podczas ataku nadepnęła na coś bosą stopą. Spojrzała w dół na przeszkodę i podniosła z podłogi dziwny przedmiot, który okazał się górną częścią sztucznej szczęki, z pełnym zestawem zębów.

Upuściła ją natychmiast, wylękniona, jakby spodziewając się nagany za swoje zachowanie.

Healey, pragnąc godniej prezentować się na ławie sędziowskiej, zamówił niegdyś sztuczną szczękę u pewnego znanego nowojorskiego dentysty, który wykonał ją po mistrzowsku. Sędzia był z niej niezmiernie dumny i chwalił się nią każdemu, kto gotów był słuchać. Najwyraźniej nie pojmował, że u podstaw chęci posiadania takich dodatków leży próżność, co powinno zapobiegać wszelkim dyskusjom na ich temat.

Kątem oka Neli dostrzegła na dywanie kałużę zakrzepłej krwi. Obok leżała kupka złożonych porządnie ubrań. Neli Ranney znała je równie dobrze jak własny fartuch, białą bufiastą bluzkę i szeroką czarną spódnicę. Nieraz obszywała kieszenie i rękawy surdutów sędziego, który jeśli nie było to absolutnie niezbędne, nigdy nie zamawiał nowych ubrań od Randridge'a, znakomitego krawca ze School Street.

Dopiero teraz, gdy zeszła na dół po buty, Neli zauważyła smugi krwi na poręczy i ledwie widoczne jej plamy na pokrywającym schody czerwonym pluszowym dywanie. Spojrzawszy przez wielkie owalne okno w salonie na wypielęgnowany ogród na tyłach domu, skąd biegła droga prowadząca na łąki, wyschnięte pola, do lasu i w końcu do rzeki Charles, służąca dostrzegła rój much. Wyszła na zewnątrz, aby zobaczyć, co je tu przyciągnęło.

Muchy kłębiły się nad stertą jakiejś padliny. Od nieznośnego smrodu oczy Neli zaczęły łzawić. Poszła po taczkę, przypominając sobie naraz cielę, które państwo Healey pozwolili tu niegdyś hodować chłopcu stajennemu. To było jednak wiele lat temu; zarówno stajenny, jak i cielę dawno zdążyli już opuścić Wide Oaks.

W powietrzu unosiły się chmary much owej jaskrawookiej odmiany. Nie brakowało też os, wykazujących nadzwyczajne wręcz zainteresowanie cuchnącym ochłapem, który leżał na ziemi. Ale znacznie więcej było białych, połyskliwych robaków, które wiły się – nie, nie wiły, lecz kotłowały, kłębiły na powierzchni i grzęzły w… No właśnie, co kryło się pod tą odrażającą, rozdygotaną gęstwą białego robactwa, ponad którą w lekkim wietrze łopotał poszarpany biały proporczyk na krótkim drzewcu?

Neli znała już prawdę, lecz przerażona uczepiła się myśli, że może dzięki jej modlitwie znalezisko okaże się należącym do chłopca stajennego cielęciem. Jej oczom ukazały się jednak nagie, szerokie, lekko zgarbione plecy, przechodzące w wielkie blade pośladki, po których pełzały białe czerwie fasolkowatego kształtu, wreszcie – nogi, nieproporcjonalnie krótkie, rozrzucone na boki. Nad ciałem krążyły setki much. Cały tył głowy pokrywały białe robaki; musiały być ich nawet nie setki, lecz tysiące.

Neli kopnęła na bok gniazdo os i przeniosła nagie ciało na taczkę. Tocząc i wlokąc je przez ogród, a potem korytarzami domu, dotarła w końcu do gabinetu, gdzie zrzuciła je na stos prawniczych papierów. Ułożyła głowę sędziego na podołku. Z nosa, uszu i obwisłych ust mężczyzny popłynęły strugi czerwi. Neli zaczęła wyrywać je garściami z tyłu głowy. Robaki były ciepłe i wilgotne. Do domu wleciało kilka jaskrawookich much. W akcie zemsty służąca chwytała je, rozgniatała dłońmi i rozrzucała ich strzępy po całym gabinecie. To, co usłyszała i zobaczyła, sprawiło, że z jej gardła wydobył się wrzask, który słychać było chyba w całej Nowej Anglii.

Dwóch stajennych z sąsiedztwa znalazło ją, gdy krzycząc nieprzytomnie, wyczołgiwała się na czworakach z gabinetu sędziego.

– Chryste, Neli, co ci się stało? Jesteś ranna?

Dopiero później Neli Ranney powiedziała swej pani, że sędzia skonał z jękiem na jej ramionach. To właśnie po usłyszeniu tej informacji wdowa wybiegła z domu i rzuciła wazą w Kurtza. Świadomość, że przez te cztery dni jej mąż mógł być przytomny, czy choćby nawet półprzytomny – to było dla niej za wiele.

Naczelnik zjawił się po kilku godzinach, gdy wdowa doszła już jako tako do siebie. Choć nadal twierdziła, że wie, kto jest winny śmierci sędziego, jej rewelacje niewiele pomogły Kurtzowi.

– To Boston go zabił – oświadczyła. – Całe to ohydne miasto. To ono zjadło go żywcem.

Pani Healey nalegała na Kurtza, by pozwolił jej zobaczyć zwłoki męża. Asystenci koronera potrzebowali aż trzech godzin, by oczyścić ciało sędziego z ćwierćcalowych, spiralnie skręconych robaków. Małe, stożkowate otwory gębowe czerwi ustępowały dopiero po podważeniu. Straszliwa opuchlizna z tyłu głowy nawet po ich usunięciu wciąż zdawała się pulsować od robactwa. Twarz nieboszczyka, z obnażoną przez robaki przegrodą nosową, pozbawiona sztucznej szczęki, obwisła luźno jak zdezelowany akordeon.

Najbardziej w tym wszystkim upokarzające, najbardziej godne pożałowania było nawet nie to, że trup Healeya został tak okrutnie stoczony przez czerwie, że pokrywały go muchy i osy, lecz to, że był nagi. Sędzia należał do ludzi, których ciała nie były przeznaczone do tego, aby oglądał je bez ubrania ktokolwiek poza żoną.

W nieświeżym chłodzie kostnicy, w obecności koronera Ednah Healey chłonęła ten widok. W jednej chwili zrozumiała, co znaczy być wdową i jak wielki ból rodzi ten stan. Nagłym ruchem pochwyciła z półki ostre jak brzytwa nożyce. Kurtz, wciąż mając żywo w pamięci epizod z wazą, zrobił krok w tył, kryjąc się za najwyraźniej zmieszanym koronerem.

Ona jednak przyklękła – jej obszerne suknie zasłoniły całą podłogę niewielkiego pomieszczenia – i ze zmierzwionego wianuszka włosów na głowie sędziego odcięła z czułością jedno pasmo. Drobna kobieta opadła na zimne i sine ciało. W jednej, odzianej w ażurową rękawiczkę, dłoni ściskała nożyce, a drugą gładziła uciętą kępkę włosów, gęstych i suchych jak końska grzywa.

– Nigdy jeszcze nie widziałem człowieka tak objedzonego przez robaki – powiedział słabym głosem Kurtz, po tym jak dwóch jego ludzi wyprowadziło panią Healey z kostnicy, aby odwieźć ją do domu.

Koroner Barnicoat spojrzał na naczelnika. W jego bezkształtnej głowie tkwiły niewielkie oczka, przypominające oczy homara. Nozdrza miał zatkane kulkami bawełny.

– Czerwie – poprawił go i skrzywił się.

Podniósł jednego, który spadł na podłogę. Biała fasolka wiła się przez chwilę w jego mięsistej dłoni. Koroner cisnął ją do pieca, gdzie najpierw błyskawicznie sczerniała, a potem zmieniła się w dym.

– Zabójcom nieczęsto zdarza się porzucać zwłoki swych ofiar, aby zgniły na polu. Skrzydlata chmara, jaką przyciągnął Healey, byłaby może czymś zwyczajnym, gdyby chodziło o owcze czy kozie ścierwo – stwierdził Barnicoat.

Ilość czerwi, która karmiła się ciałem sędziego przez cztery dni, kiedy leżał porzucony na swoim podwórku, była wyjątkowa, lecz Barnicoat nie posiadał wystarczającej wiedzy, by móc to stwierdzić. Był politycznym figurantem, a funkcję koronera objął z nadania. Stanowisko to nie wymagało zresztą szczególnych kompetencji medycznych czy naukowych, a jedynie tolerowania widoku martwych ciał.

– Pokojówka, która zawlokła ciało do domu – wyjaśnił Kurtz – próbowała oczyścić ranę z robactwa i zeznała, że widziała… lub wydawało jej się, że widziała, jeśli wolno mi tak rzec…

Barnicoat chrząknął zachęcająco, aby naczelnik kontynuował.

– Otóż słyszała ona, jak sędzia Healey jęczał… – ciągnął dalej Kurtz – zanim oddał ducha. Tak właśnie powiedziała, panie Barnicoat.

– Och, a jakże! – koroner roześmiał się beztrosko. – Czerwie mogą żerować tylko na martwej tkance, naczelniku. To dlatego samice much szukają gnijącego mięsa, aby złożyć tam jajeczka. Nawet jeśli zdarzy im się trafić do rany na ciele żywego zwierzęcia, które jest nieprzytomne lub z innego powodu niezdolne do ich usunięcia, czerwie mogą trawić tylko martwe kawałki tkanki, co powoduje niewielkie szkody. Ta rana na głowie musiała podwoić czy potroić swój obwód, a to oznacza, że cała tkanka była martwa. Zatem w chwili gdy robaki rozpoczęły ucztę, sędzia z pewnością już nie żył.

– A więc umarł od ciosu w głowę? – upewnił się Kurtz.

– A jakże, naczelniku – odparł Barnicoat. – I był to cios na tyle silny, że wypadła mu przy tym z ust sztuczna szczęka. Powiedział pan, że znaleziono go na tyłach domu?

Kurtz skinął głową.

– Przypuszczam, że nie było to zabójstwo z premedytacją – spekulował koroner. – Gdyby ktoś miał zamiar zgładzić sędziego, użyłby jakiegoś skuteczniejszego narzędzia. Pistoletu, siekiery, a choćby i sztyletu. Wydaje mi się bardziej prawdopodobne, że było to zwyczajne włamanie. Zbir zastaje sędziego w sypialni, uderza go pałką w głowę, a następnie nieprzytomnego wywleka na zewnątrz, aby nie przeszkadzał mu podczas przetrząsania domu w poszukiwaniu kosztowności. Potem zapewne już nie zawraca sobie głowy Healeyem, ba, nawet nie domyśla się, że tak mocno go zranił – zakończył Barnicoat tonem, w którym słychać było niemal współczucie dla niefortunnego złodzieja.

Kurtz zmierzył koronera ponurym spojrzeniem.

– Tyle tylko że z domu niczego nie skradziono. Nie zginął ani jeden przedmiot. Co więcej, sędzia został rozebrany do naga, jego odzież zaś była porządnie złożona i nawet schowana w komodzie – naczelnikowi na moment głos uwiązł w gardle, jak gdyby ktoś na nie nadepnął. – Portfel, złoty łańcuszek, zegarek… Wszystko pozostawiono przy ubraniu!

Barnicoat otworzył szerzej swoje oczy homara i skierował wzrok w stronę Kurtza.

– Rozebrano go? I nic nie zginęło?

– To czyste szaleństwo – wyszeptał Kurtz.

– Pomyśleć tylko! – wykrzyknął Barnicoat, rozglądając się wokoło, jak gdyby szukał innych ludzi, którzy mogliby to potwierdzić.

– Pan, koronerze, i pańscy zastępcy macie z rozkazu burmistrza zachować całą sprawę w całkowitej tajemnicy. Czy jest to dla pana jasne, panie Barnicoat? Ani jedno słowo nie ma prawa wydostać się poza te ściany!

– A jakże, naczelniku Kurtz – Barnicoat wybuchnął nagłym, dziecięcym śmiechem. – Cóż, stary Healey to musiał być nie lada ciężar, gdy go tak wlec… Możemy przynajmniej mieć nadzieję, że zabójca nie zrobił sobie przy tym krzywdy.

Odwołując się do logiki i uczuć, Kurtz tłumaczył wdowie, dlaczego potrzebuje czasu, by zbadać sprawę, zanim społeczeństwo będzie mogło poznać prawdziwe okoliczności śmierci sędziego. Ednah Healey siedziała nieruchomo w łóżku i zdawała się całkowicie ignorować obecność naczelnika. Służąca poprawiła kołdry, które opatulały jej panią.

– Proszę mnie zrozumieć – ciągnął Kurtz. – Jeśli wokół sprawy podniesie się zgiełk, jeśli prasa, jak to ma w zwyczaju, nie pozostawi suchej nitki na metodach naszego śledztwa, to co wówczas będzie można odkryć?

Zwykle srogie i gniewne spojrzenie pani Healey było teraz nieruchome i smutne. Nawet służące, które dawniej tak bardzo bały się jej karcącego wzroku, teraz opłakiwały jej stan na równi ze śmiercią sędziego Healeya.

Kurtz cofnął się, niemal gotów się poddać. Zauważył, że kiedy do pokoju weszła z herbatą Neli Ranney, pani Healey zamknęła oczy.

– Pan Barnicoat, koroner, twierdzi, że przekonanie pani pokojówki, jakoby sędzia żył jeszcze w chwili, gdy go znalazła, jest nieuzasadnione z naukowego punktu widzenia. To musiała być halucynacja. Jego zdaniem, liczba czerwi wskazuje na to, że sędzia był już wtedy martwy.

Wdowa popatrzyła na Kurtza pytająco.

– Naprawdę, pani Healey – kontynuował naczelnik, odzyskawszy pewność siebie. – Czerwie żywią się martwą tkanką.

– Zatem być może on nie cierpiał tak bardzo? – spytała kobieta łamiącym się głosem, a Kurtz przytaknął z przekonaniem.

Zanim naczelnik opuścił Wide Oaks, pani Healey wezwała Neli i zabroniła jej kiedykolwiek powtarzać ów najbardziej przerażający szczegół opowieści.

– Proszę pani, przecież ja wiem, że ja… – głos jej zamarł i służąca potrząsała tylko głową.

– Neli Ranney, słyszałaś, co do ciebie powiedziałam?!

Wdzięczna Kurtzowi wdowa zgodziła się nie ujawniać okoliczności śmierci męża.

– Ale jedno musi pan dla mnie zrobić – dodała z naciskiem, chwytając go za rękaw płaszcza. – Musi pan przysiąc, że odnajdzie pan jego zabójcę.

Kurtz skinął głową.

– Pani Healey, nasz wydział postara się zrobić wszystko, na co pozwolą środki, jakimi dysponujemy, oraz obecny stan…

– Nie – blada dłoń wdowy zacisnęła się na płaszczu Kurtza tak kurczowo, że gdyby chciał teraz opuścić pokój, musiałby pociągnąć kobietę za sobą. – Nie, naczelniku. Nie „postara się zrobić". Zrobi. Znajdzie. Musi mi pan to obiecać.

Kurtz nie miał wielkiego wyboru.

– Obiecuję, że go znajdziemy, pani Healey.

Nie zamierzał dodawać nic więcej, lecz zwątpienie przygniatające jego pierś sprawiło, że musiał dopuścić je do głosu.

– Jakoś go znajdziemy.

Wydawca J. T. Fields siedział przy oknie w swoim biurze w New Corner, studiując pieśni, jakie Longfellow wybrał na dzisiejszy wieczór, gdy nagle młody recepcjonista przerwał mu lekturę.

– Doktor Augustus Manning – zapowiedział gościa.

Na progu ukazała się szczupła, uwięziona w sztywnym surducie postać. Doktor Manning rozglądał się po pomieszczeniu, jak gdyby nie miał pojęcia, co sprawiło, że znalazł się nagle na pierwszym piętrze odnowionego budynku przy Tremont Street, który był obecnie siedzibą firmy Ticknor, Fields & Co.

– Wszystko wygląda okazale, panie Fields, nader okazale. Chociaż ja zawsze będę pana pamiętał jako młodszego wspólnika, skulonego za zieloną zasłoną w Old Corner i wygłaszającego kazania do swojej małej pisarskiej kongregacji.

Fields, obecnie właściciel firmy i najlepiej prosperujący wydawca w Ameryce, uśmiechnął się do niego i gestem dłoni skierował go w stronę swojego biurka, jednocześnie dyskretnie szukając stopą jednego z czterech przycisków ukrytych pod krzesłem. W odległym pokoju biurowym zadzwonił cicho mały dzwonek, odpowiadający przyciskowi „C", co oznaczało, że posłaniec miał przerwać spotkanie za dwadzieścia pięć minut; dzwonek „B" nakazywał je przerwać za dziesięć minut, dzwonek „A" – za pięć. Firma Ticknor & Fields była wyłącznym wydawcą oficjalnych publikacji Uniwersytetu Harvarda, broszur, wspomnień i dziejów kolegiów. Doktor Augustus Manning, który sprawował pieczę nad finansami uczelni, tego dnia otrzymał najbardziej hojne „C".

Manning zdjął kapelusz i przesunął dłonią po prawie łysej czaszce.

– Jako skarbnik Korporacji Harwardzkiej [2] – zaczął – pragnę zamienić z panem słowo na temat pewnego problemu, który ostatnio zaprząta naszą uwagę, panie Fields. Jak pan oczywiście rozumie, wydawnictwo związane z Uniwersytetem Harvarda musi cieszyć się absolutnie nieposzlakowaną opinią.

– Doktorze Manning, ośmielę się stwierdzić, że nie ma drugiego wydawnictwa o równie nieposzlakowanej opinii jak nasze.

Manning zaplótł swoje krzywe palce i wydobył z siebie długi, zgrzytliwy dźwięk – ni to westchnienie, ni to kaszlnięcie – Fields nie umiał tego jednoznacznie określić.

– Panie Fields, doszły nas słuchy o nowym przekładzie literackim dokonanym przez pana Longfellowa, który planuje pan opublikować. Oczywiście nie zapominamy o wieloletnim udziale pana Longfellowa w pracach uniwersytetu, nikt z nas nie wątpi również, że jego własne utwory poetyckie są dziełami najwyższej próby. Jednak projekt, o którym słyszeliśmy, wzbudził w nas pewne obawy…

Fields zmierzył Manninga spojrzeniem tak lodowatym, że doktor momentalnie rozplótł palce. Wydawca nacisnął piętą na czwarty, dający najmniej czasu przycisk.

– Wie pan, oczywiście, mój drogi doktorze Manning, jak społeczeństwo ocenia dzieła moich poetów. Longfellowa. Lowella. Holmesa.

Powołanie się na tę trójcę dodało mu sił.

– Panie Fields, występujemy właśnie w imieniu społeczeństwa. Pańscy autorzy wiszą u poły pańskiego płaszcza. Proszę jedynie, by doradzał im pan właściwie. Jeśli byłby pan łaskaw nie wspominać o tym spotkaniu, ja również o nim nie wspomnę. Wiem, że życzy pan sobie, aby pańskie wydawnictwo było szanowane, i nie mam wątpliwości, że rozważył pan wszelkie możliwe reperkusje tej publikacji.

– Dziękuję za pańską wiarę, doktorze Manning – Fields westchnął głęboko, starając się zachować swój słynny dyplomatyczny ton. – Zapewniam pana, że gruntownie rozważyłem wszelkie reperkusje i oczekuję ich z wielką niecierpliwością. Jeśli będzie pańskim życzeniem, abym przerwał prace nad publikacjami uniwersytetu, to pomimo że są już w toku, chętnie natychmiast zwrócę panu płyty drukarskie, bez obciążania pana kosztami. Mam nadzieję, że zdaje pan sobie sprawę z tego, iż mówiąc publicznie cokolwiek lekceważącego o moich autorach, obraża pan mnie osobiście… Och, pan Osgood.

J. R. Osgood, jeden z wyższych rangą pracowników Fieldsa, wszedł do biura, szurając nogami, i zaproponował doktorowi Manningowi, że oprowadzi go po nowych pomieszczeniach.

– Niekoniecznie – ze sztywnej patrycjuszowskiej brody Manninga wysączyło się tylko to jedno słowo.

Doktor powstał z miejsca.

– Przypuszczam, że ma pan nadzieję spędzić wiele miłych chwil w tym miejscu, panie Fields – Manning rzucił zimne spojrzenie na lśniącą orzechową boazerię. – Nadejdą jednak czasy, niech pan to zapamięta, gdy nawet pan nie będzie mógł ochronić swoich autorów przed ich ambicjami.

Skłonił się z przesadną uprzejmością i skierował się ku klatce schodowej.

– Osgood – Fields przymknął drzwi – chcę, aby umieścił pan w „New York Tribune" pewną ploteczkę na temat przekładu.

– A czy pan Longfellow już tego nie zrobił? – spytał Osgood pogodnym tonem.

Fields zacisnął pełne, władcze usta.

– Wie pan, panie Osgood, że Napoleon kazał kiedyś zastrzelić pewnego sprzedawcę książek za to, że zbyt krzykliwie zachwalał swój towar?

Osgood zamyślił się.

– Nie, nie słyszałem o tym, panie Fields.

– Na nasze szczęście żyjemy w demokracji i mamy prawo reklamować nasze książki tak, jak tylko potrafimy, i nie grozi nam z tego powodu żadne niebezpieczeństwo. Chcę, aby do czasu, gdy książka pójdzie do oprawy, każda szanowana rodzina została powiadomiona o tym wydarzeniu.

Fields mówił tak głośno, iż słychać go było w promieniu mili, i tak stanowczo, że nikt, kto go słyszał, nie mógł wątpić, iż dopnie swego.

– „Do pana Greeleya, Nowy Jork, do natychmiastowego zamieszczenia w «Literary Boston»" – wydawca przebierał w powietrzu palcami, jakby szarpał struny niewidzialnej harfy. Podczas pisania doskwierały mu skurcze nadgarstka, dlatego większość jego pism, włączając w to jego strofy poetyckie, była pisana ręką Osgooda.

Tekst przyszedł mu do głowy niemal w skończonej formie.

– „CO PORABIAJĄ LITERACI W BOSTONIE?: Po mieście krąży plotka, że w wydawnictwie Ticknor, Fields & Co. jest już w druku nowy przekład, który wzbudzi wielkie zainteresowanie czytelników. Mówi się, że jest on dziełem pewnego dżentelmena z naszego miasta, którego poezja przez wiele lat wywoływała zachwyt po obu stronach Atlantyku. Co więcej, jak się wydaje, dżentelmen ów zwerbował do pomocy najświetniejszych literatów Bostonu… ". Zatrzymaj się, Osgood. Zmień to na „najświetniejszych literatów Nowej Anglii". Nie chcemy przecież, żeby stary Greene miał potem żal, nieprawdaż?

– Oczywiście, że nie, sir – przytaknął Osgood, nie przerywając pisania.

– „… najświetniejszych literatów Nowej Anglii w celu poprawienia i uzupełnienia nowego, kunsztownego przekładu. Treść dzieła jest na razie nieznana, wiadomo jedynie, że nigdy dotąd nie czytano go w naszym kraju i że radykalnie odmieni ono literacki krajobraz Ameryki". I tak dalej. Niech Greeley podpisze to: „Anonimowe źródło". Ma pan wszystko?

– Wyślę to pierwszą poranną pocztą – powiedział Osgood.

– Nie, nadaj telegram do Nowego Jorku.

– Mają to wydrukować w przyszłym tygodniu? – Osgood uznał, że się przesłyszał.

– Tak, tak! – wydawca, wzburzony jak rzadko kiedy, wyrzucił ręce w górę. – I powiadam ci, że za tydzień będziemy mieli gotowy kolejny tekst!

Osgood odwrócił się ostrożnie, gdy dotarł do drzwi.

– Go sprowadziło tu dziś doktora Manninga, panie Fields, jeśli mogę spytać?

– Nic, czym trzeba by sobie zaprzątać uwagę – długie westchnienie stłumione przez brodę Fieldsa przeczyło jego słowom.

Powrócił do wielkiego stosu rękopisów na swoim biurku przy oknie. W dole widniał Boston Common, po którym spacerowali przechodnie, wciąż jeszcze w letniej lnianej odzieży, kilku nawet w słomkowych kapeluszach. Kiedy Osgood znów zbierał się do wyjścia, Fields zapragnął wyjaśnić sytuację.

– Jeśli będziemy kontynuować prace nad Dantem Longfellowa, Augustus Manning dopilnuje tego, by wszystkie umowy wydawnicze pomiędzy Harvardem a Ticknor & Fields zostały anulowane.

– Ależ one są warte tysiące dolarów, a w najbliższych latach będą warte dziesięć razy tyle! – w głosie Osgooda zabrzmiał niepokój.

Fields cierpliwie pokiwał głową.

– To prawda. Gzy pan wie, panie Osgood, dlaczego odprawiliśmy z kwitkiem Whitmana, gdy przyniósł nam swoje Źdźbła trawy'? - wydawca nie czekał na odpowiedź. – Ponieważ Bill Ticknor „nie chciał sprowadzać na firmę kłopotów" w związku z nieprzyzwoitymi fragmentami poematu.

– Wolno mi spytać, czy pan tego żałuje, panie Fields?

Fields był zadowolony z tego pytania. Bardziej tonem mentora niż pracodawcy odparł:

– Nie, nie żałuję, mój drogi Osgood. Whitman należy do Nowego Jorku, tak jak niegdyś Poe – to nazwisko Fields wypowiedział z goryczą z powodu dawnych żalów. – Pozwoliłem nowojorczykom, by zatrzymali sobie tych nielicznych autorów, jakich mają. Lecz od prawdziwej literatury nie wolno nam się uchylać – nie w Bostonie! I teraz tego nie zrobimy.

Miał na myśli „teraz, gdy nie ma już Ticknora". Twierdzenie, że nieżyjący już William D. Ticknor nie posiadał literackiego smaku, byłoby krzywdzące. Ticknorowie bowiem mieli literaturę we krwi lub przynajmniej w jednym z głównych organów. George Ticknor, kuzyn Williama, był niegdyś wybitną postacią literackiego Bostonu, pierwszym profesorem języków i literatury nowożytnej na Harvardzie. Sam William D. Ticknor zaczął swą działalność w dziedzinie finansów i wykorzystał następnie swój talent bankiera w branży wydawniczej, która podówczas sprowadzała się jedynie do sprzedaży książek. To Fields rozpoznawał geniusz w nie dokończonych rękopisach i monografiach. To Fields przyjaźnił się z wielkimi pisarzami Nowej Anglii, podczas gdy inni wydawcy z braku zysków zamykali firmy lub prowadzili handel detaliczny.

Opowiadano o Fieldsie, że gdy był jeszcze młodym sprzedawcą, przejawiał nadprzyrodzone (lub „bardzo dziwaczne" – jak to ujmowali inni) umiejętności: potrafił wyczytać z zachowania i wyglądu klienta, jakiej książki pragnie. Z początku trzymał tę wiedzę dla siebie, gdy jednak inni sprzedawcy odkryli jego dar, zaczęli robić zakłady, i ci, którzy stawiali przeciwko Fieldsowi, zawsze sromotnie przegrywali. Wkrótce Fields miał przekształcić branżę, przekonując Williama Ticknora, aby zamiast oszukiwać pisarzy, raczej ich nagradzał, i uświadamiając mu, że reklama potrafi zrobić z poetów prawdziwe gwiazdy. Już jako wspólnik w spółce Fields uczynił z „The Atlantic Monthly" i „The North American Review" trybunę swoich autorów.

Osgood nigdy nie był literatem jak Fields i idea Prawdziwej Literatury wzbudziła w nim pewne wątpliwości.

– Dlaczego Augustus Manning tak nam grozi? To szantaż, ot co – stwierdził z oburzeniem.

Fields uśmiechnął się do siebie na te słowa, myśląc, jak wiele jeszcze musi nauczyć Osgooda.

– My też szantażujemy każdego, kogo znamy, Osgood. Inaczej nic by się nie dało zrobić. Poezja Dantego jest tu obca i nieznana. Korporacja czuwa nad dobrym imieniem Harvardu, kontrolując każde słowo, które wychodzi poza bramę uniwersytetu. Wszystko, co nieznane, wszystko, co niewiadome, napawa ich bezgranicznym strachem – Fields zdjął z półki kieszonkową edycję La Divina Commedia, którą nabył w Rzymie. – Między tymi dwiema okładkami mieści się dość rewolucyjnych myśli, aby obrócić to wszystko wniwecz. Duch naszego kraju mknie z prędkością telegrafu, Osgood, a nasze szacowne instytucje wloką się za nim z tyłu w tempie dyliżansu.

– Czemu jednak ich reputacja miałaby doznać uszczerbku w tym przypadku? Nigdy przecież nie mieli zastrzeżeń do przekładów Longfellowa.

Wydawca udał oburzenie.

– Rzecz jasna. Ale mają złe skojarzenia z Dantem, a to jest coś, czego łatwo nie uda się wymazać.

Fields związany był z Harvardem jako wydawca uniwersytecki. Jego przyjaciół łączyły z uczelnią jeszcze silniejsze związki. Zarówno George Washington Greene, Oliver Wendell Holmes, jak i James Russell Lowell byli jej absolwentami. Dwaj ostatni nadal na niej wykładali; Holmes stał na czele katedry anatomii w Kolegium Medycznym, a Lowell kierował katedrą literatury i języków nowożytnych. Stanowisko to piastował niegdyś Longfellow, który do czasu kiedy przed dziesięciu laty odszedł na emeryturę, aby w pełni poświęcić się poezji, był najsłynniejszym profesorem Harvardu. Dwóch pierwszych było szanowanymi wykładowcami na tej uczelni. '

– Wszyscy będą widzieć w tej pracy arcydzieło wyrastające wprost z serca Bostonu i z duszy Harvardu, mój drogi Osgood. Nawet Augustus Manning nie jest na tyle ślepy, by to przeoczyć.

Doktor Oliver Wendell Holmes, profesor medycyny i poeta, spieszył traktem Boston Common w stronę biura swojego wydawcy, jak gdyby ktoś go ścigał. Pośpiech nie przeszkodził mu dwukrotnie przystanąć, gdy jacyś spacerowicze z piórami w dłoniach poprosili go o autograf. Doktor nucił coś nerwowo pod nosem. Przez kieszeń jedwabnej kamizelki palił go złożony na pół niewielki prostokąt papieru. To właśnie on przywiódł doktora do Corner i był źródłem jego strachu.

Zatrzymywany przez wielbicieli, Holmes nabierał werwy, słuchając, które z jego utworów czytelnicy cenią sobie najwyżej.

– Och, ten. Mówiono mi, że prezydent Lincoln recytował ten wiersz z pamięci. Po prawdzie, on sam mi to mówił…

Twarz doktora miała chłopięce rysy, a drobne usta sprawiały wrażenie, jakby ani przez chwilę nie mogły pozostać zamknięte – chyba że kosztem najwyższego wysiłku.

Gdy łowcy autografów odstąpili od niego, Holmes ruszył dalej, zatrzymując się tylko raz, z wahaniem, przed księgarnią Dutton & Company, gdzie naliczył trzy powieści i cztery tomy poezji całkiem nowych i (jak należy przypuszczać) młodych nowojorskich autorów. Każdego tygodnia na łamach gazet recenzenci ogłaszali wydanie kolejnej, najbardziej niezwykłej książki stulecia. „Głęboka oryginalność" była dziś tak powszechna, że ktoś niezorientowany mógłby ją uznać za najbardziej pospolity produkt. A przecież zaledwie kilka lat przed wojną wydawało się, że jedyną ważną książką na świecie był publikowany w odcinkach esej Holmesa, zatytułowany Autokrata śniadaniowego stołu. Dzieło doktora, prezentujące zupełnie nowe spojrzenie na literaturę, wywodzące się z osobistej obserwacji, przerosło wówczas wszelkie oczekiwania czytelników i krytyki.

Holmes wpadł do rozległego frontowego salonu sprzedaży firmy Ticknor, Fields & Co. Niczym Żydzi w Drugiej Świątyni, nadal pamiętający chwałę Pierwszej, doktor czuł się nieswojo w tym luksusowym miejscu. Miał jeszcze żywe wspomnienie ciasnych i stęchłych pomieszczeń księgarni Old Corner na rogu Washington i School Street, gdzie wydawnictwo i związani z nim pisarze tłoczyli się przez dziesięciolecia. Autorzy Fieldsa określali nową siedzibę, znajdującą się na rogu Tremont Street i Hamilton Place, mianem „The Corner" lub „New Corner" – częściowo z nawyku, częściowo zaś dając wyraz swej tęsknocie za starą.

– Dobry wieczór, doktorze Holmes, pan do pana Fieldsa? – panna Cecilia Emory, urocza dziewczyna w błękitnym czepku, stojąca za kontuarem w chmurze perfum, przywitała doktora Holmesa z ciepłym uśmiechem.

Przed miesiącem, po otwarciu nowej siedziby firmy, Fields zatrudnił w New Corner kilka kobiet, pomimo chóru krytyków, którzy potępili obecność płci pięknej w budynku wypełnionym mężczyznami. Idea ta niemal na pewno zrodziła się w głowie żony Fieldsa, upartej i urodziwej (cechy zazwyczaj chodzące w parze) Annie.

– Tak, moja droga – skłonił się Holmes. – Czy go zastałem?

– Ach, czyżby zstąpił do nas wielki autokrata stołu śniadaniowego? – Samuel Ticknor, jeden z pracowników firmy, żegnał się wylewnie z Cecilia Emory, wkładając rękawiczki.

Holmes wymienił z nim uścisk dłoni.

– Cóż za urocze małe gniazdko z tego New Corner, nieprawdaż, mój drogi panie Ticknor? – roześmiał się doktor. – Jestem wręcz zaskoczony, że nasz pan Fields nie zapodział się tu jeszcze.

– A nie zapodział się? – Samuel Ticknor wymamrotał ze śmiertelną powagą, po czym lekko zachichotał.

Przyszedł J. R. Osgood, aby zaprowadzić Holmesa na górę.

– Proszę nie zwracać na niego uwagi, doktorze Holmes – Osgood prychnął pod nosem, spoglądając na Ticknora, który kroczył już po Tremont Street i właśnie rzucił pieniądze stojącemu na rogu handlarzowi orzechów, jakby to był żebrak. – Ośmielam się powiedzieć, że młody pan Ticknor jest przekonany, iż powinien być poważany na Boston Common w tym samym stopniu, co jego ojciec za życia, wyłącznie ze względu na swoje nazwisko. I chce, żeby każdy o tym wiedział.

Doktor Holmes nie miał czasu na plotki – przynajmniej dzisiaj.

Osgood poinformował go, że Fields ma w tej chwili spotkanie, Holmes trafił zatem do czyśćca zwanego Pokojem Pisarzy, przytulnego gabinetu urządzonego dla wygody i przyjemności autorów związanych z wydawnictwem. W zwykły dzień Holmes z pewnością czułby się tu świetnie, podziwiając literackie pamiątki i autografy wiszące na ścianie, w tym również swoje własne. Tym razem jednak jego uwagę pochłaniał czek, który doktor, wzdrygając się, wyciągnął z kieszeni. W napisanych niedbale cyfrach Holmes ujrzał swą klęskę: porażkę poety sponiewieranego wydarzeniami ostatnich lat, niezdolnego dorównać osiągnięciom z przeszłości. Usiadł w milczeniu i gwałtownie pocierał papier palcami, niczym Aladyn swą starą lampę. Doktor wyobraził sobie tych wszystkich nieustraszonych, nowych autorów, do których Fields zalecał się, których przekonywał i których urabiał.

Holmes przemierzył dwukrotnie Pokój Pisarzy, za każdym razem stwierdzając, że biuro Fieldsa wciąż jest zamknięte. Nim jednak odwrócił się ponownie, z gabinetu dobiegł go głos Jamesa Russella Lowella. Lowell mówił coś mocnym jak zawsze, zdecydowanym, wręcz dramatycznym tonem. Doktor Holmes, zamiast zapukać lub odejść, przystanął przy drzwiach i próbował odgadnąć temat rozmowy, był bowiem przekonany, że niemal na pewno dotyczy ona jego osoby.

Mrużąc oczy w skupieniu, Holmes dosłyszał właśnie intrygujące słowo, gdy nagle upadł, uderzony znienacka.

Młody człowiek, który wpadł na niego, wymachiwał teraz rękami, niezdarnie próbując wyrazić skruchę.

^ – To całkowicie moja wina, drogi młodzieńcze – roześmiał się poeta. – Jestem doktor Holmes, a mam przyjemność z…

– Teal, panie doktorze – drżący młody sprzedawca zdołał jedynie wydusić nazwisko, po czym ostatecznie stchórzył i czmychnął.

– Widzę, że spotkał pan Daniela Teala – z korytarza wyłonił się Osgood. – Nie jest to może zbyt bystry chłopak, ale za to bardzo pracowity.

Holmes zawtórował mu śmiechem. Nieszczęsny młodzian, wciąż jeszcze żółtodziób w firmie, a już niemal znokautował samego Olivera Wendella Holmesa! Dzięki niefortunnemu wydarzeniu doktor niespodziewanie odzyskał poczucie własnej ważności.

– Czy mam pana zapowiedzieć panu Fieldsowi? – zapytał Osgood.

Drzwi otwarły się od środka. Na progu ukazał się James Russell Lowell, majestatyczny w swym niechlujstwie. Jego świdrujące szare oczy odwracały uwagę patrzącego od kędzierzawych włosów i brody, którą wygładzał dwoma palcami. Lowell był w biurze Fieldsa sam. W dłoni trzymał dzisiejszą gazetę. Holmes wyobraził sobie, co powiedziałby Lowell, gdyby podzielił się z nim swoją troską: „Mój drogi, nadszedł czas, aby skupić całą naszą energię na Longfellowie, na Dantem, a nie na naszych próżnostkach… ".

– Wejdź, wejdź, Wendell! – Lowell zaczął przygotowywać mu drinka.

– Wydawało mi się – zaczął Holmes – że słyszę głosy dobiegające z pokoju. Czy to duchy?

– Kiedy zapytano Coleridge'a, czy wierzy w duchy, odpowiedział, że nie, po czym dodał, że to dlatego, iż widział ich już zbyt wiele – Lowell zaśmiał się wesoło i oderwał końcówkę swojego cygara. – Och, Klub Dantego powinien dziś wieczór świętować. Właśnie czytałem to na głos, żeby zobaczyć, jak brzmi – Lowell wskazał gazetę leżącą na brzegu stołu. Fields, jak wyjaśnił, zszedł na dół do kawiarni.

– Powiedz mi, Lowell, nie orientujesz się, czy „Atlantic" zmienił politykę płacową? Cóż, nie słyszałem wprawdzie, żebyś dostarczał im jakiś wiersz do ostatniego numeru. Z pewnością dość masz na głowie spraw związanych z „Review… " – Holmes przebierał palcami w kieszeni, w której spoczywał czek.

Lowell nie słuchał go.

– Holmes, musisz dobrze się temu przyjrzeć! Fields przeszedł sam siebie. No, zerknij tylko.

Doktor kiwnął głową i spojrzał na gazetę, otwartą na wiadomościach literackich i pachnącą cygarem Lowella.

– Niemniej jednak chciałbym cię zapytać, mój drogi Lowell – powiedział z naciskiem Holmes, odkładając gazetę na bok – czy ostatnio…

Lowell podał mu szklankę brandy z wodą.

– Och, bardzo dziękuję.

Do pokoju wszedł Fields. Gładził palcami bujną brodę, a na jego twarzy malował się szeroki uśmiech. On również, podobnie jak Lowell, był nadnaturalnie wesoły i tryskał samozadowoleniem.

– Holmes! Nie spodziewałem się dziś tyle przyjemności. Miałem właśnie wysłać po ciebie do Kolegium Medycznego, abyś spotkał się z panem Clarkiem. W niektórych czekach za ostatni numer „Atlantica" nastąpiła fatalna pomyłka. Zdaje się, że dostałeś za swój wiersz czek na siedemdziesiąt pięć dolarów zamiast na sto.

Od czasu gwałtownej inflacji spowodowanej wojną czołowi poeci otrzymywali sto dolarów za wiersz. Wyjątek stanowił Longfellow, którego honorarium wynosiło sto pięćdziesiąt dolarów. Pomniejsi autorzy mogli liczyć na kwoty od dwudziestu pięciu do pięćdziesięciu dolarów.

– Naprawdę? – zapytał Holmes z westchnieniem ulgi, którą natychmiast odczuł jako coś kłopotliwego. – Cóż, nie powiem, żeby mnie to zmartwiło.

– Ci nowi pracownicy to stworzenia, jakich nigdy nie widziałeś – Fields potrząsnął głową. – Stoję u steru ogromnej łodzi, która wpadnie na skały, jeśli nie będę cały czas uważał.

Holmes usiadł zadowolony i wreszcie zerknął na „New York Tribune", którą trzymał w rękach. W osłupieniu zapadł głęboko w fotel.

James Russell Lowell przyszedł do Corner z Cambridge, aby wypełnić długo zaniedbywane obowiązki redaktora „The North American Review", jednego z dwóch czołowych czasopism wydawanych przez Fieldsa. Aż do ostatniej korekty, kiedy jego obecność była już niezbędna, Lowell chętnie powierzał większość prac nad „Review" zespołowi redaktorów pomocniczych, których nazwiska wciąż mu się myliły. Fields wiedział, że Lowell doceni rozgłos bardziej niż ktokolwiek inny, bardziej niż sam Longfellow.

– Wybornie! Masz w sobie coś z Żyda, mój drogi Fields! – powiedział Lowell, wyrywając gazetę z rąk Holmesa.

Jego przyjaciele nie zwrócili szczególnej uwagi na dziwny komentarz Lowella, obaj bowiem byli przyzwyczajeni do jego teorii, że każdy utalentowany człowiek, włączając w to jego samego, w jakiś niepojęty sposób musiał być Żydem lub przynajmniej mieć żydowskie pochodzenie.

– To będzie nie lada kąsek dla moich księgarzy – pochwalił się Fields. – Zbudujemy pałac z samych tylko zysków na sprzedaży książki w Bostonie!

– Mój drogi Fields – zaśmiał się Lowell z werwą. Klepnął gazetę, jak gdyby kryła się w niej nagroda. – Śmiem twierdzić, że gdybyś to ty był wydawcą Dantego, to powrót poety do Florencji świętowano by na ulicach miasta!

Doktor zaśmiał się, po czym dodał:

– Gdyby Fields był wydawcą Dantego, Lowell, Dante nigdy nie zostałby wygnany z Florencji.

Holmes przeprosił ich i oddalił się, aby zanim wyruszą do domu Longfellowa, odszukać pana Clarka zajmującego się finansami. Fields zauważył, że Lowell był lekko poirytowany. Nie wymagało to szczególnej spostrzegawczości; poeta nie należał do tych, którzy kryją się ze swym niezadowoleniem.

– Czy nie sądzisz, że Holmes mógłby być trochę bardziej zaangażowany? – spytał Lowell. – Czytał to jak nekrolog. Swój własny – dorzucił, wiedząc, jak wielką wagę Fields przykładał do kwestii reklamy.

Lecz Fields zbył jego uwagę śmiechem.

– Doktor jest pochłonięty pracą nad swoją nową powieścią, to wszystko. Martwi się, czy krytycy potraktują go tym razem uczciwie. Cóż, zawsze ma mnóstwo spraw na głowie. Wiesz o tym przecież, Lowell.

– No właśnie o to chodzi! Jeśli Harvard będzie nadal starał się nas zniechęcać… – zaczął Lowell, po czym wybuchnął. – Nie chcę, aby ktokolwiek doszedł do wniosku, że nie damy sobie z tym rady, Fields. Czy nigdy nie pomyślałeś, że Wendell mógłby znaleźć sobie jakiś inny klub?

Lowell i Holmes lubili sobie nawzajem dogryzać, a Fields robił co mógł, by ich do tego zniechęcić. Rywalizowali ze sobą głównie o publiczne uznanie. Po ostatnim bankiecie pani Fields doniosła, że słyszała, jak Lowell tłumaczył Harriet Beecher Stowe, dlaczego Tom Jones jest najlepszą powieścią wszech czasów, podczas gdy Holmes udowadniał mężowi pani Stowe, skądinąd profesorowi teologii, że religia jest odpowiedzialna za wszystkie nieszczęścia tego świata. Fields obawiał się nie tyle powrotu napięcia pomiędzy parą swoich najlepszych poetów, ile tego, że Lowell będzie uporczywie próbował udowadniać, iż jego wątpliwości wobec Holmesa były słuszne. Nie miał ochoty tego znosić, tak jak nie potrafił już dłużej wysłuchiwać obaw Holmesa.

Fields był dumny z Holmesa i aby dać temu wyraz, przystanął obok wiszącego na ścianie i oprawionego w ramy dagerotypu doktora. Położył dłoń na mocnym barku Lowella i powiedział do niego szczerze:

– Bez niego nasz Klub Dantego straciłby swój charakter, mój drogi Lowell. Z pewnością Holmes ma swoje słabości, lecz to właśnie dzięki nim jest tak błyskotliwy. Doktor Johnson określiłby go mianem „klubowicza". No i jest z nami od samego początku, nieprawdaż? Z nami i z Longfellowem.

Doktor Augustus Manning został tego wieczoru w budynku uczelni dłużej niż inni członkowie Korporacji. Często odwracał głowę od biurka, spoglądał na ciemniejące okno, które odbijało blask niewyraźnego światła jego lampy, i rozmyślał o niebezpieczeństwach zagrażających każdego dnia fundamentom uniwersytetu. Właśnie tego popołudnia wybrał się na swą zwykłą dziesięciominutową przechadzkę, podczas której natknął się na kilku „przestępców". Nieopodal Grays Hall rozmawiali ze sobą trzej studenci. Gdy go zobaczyli, było już za późno; Manning, niczym widmo, poruszał się bezgłośnie, nawet chodząc po kruchych liściach. Studentów czekało upomnienie od Rady Wydziału za uczestnictwo w „nielegalnym zgromadzeniu" – to jest stanie w bezruchu na dziedzińcu w towarzystwie przynajmniej jeszcze jednej osoby.

Tego ranka, na obowiązkowym nabożeństwie w uczelnianej kaplicy, o godzinie szóstej, Manning wskazał opiekunowi Bradle'emu studenta, który czytał jakąś książkę, ukrywając ją pod Biblią. Delikwent, student drugiego roku, miał otrzymać podwójną naganę: za czytanie podczas nabożeństwa oraz za zajmowanie się myślą niemoralnego filozofa francuskiego. Na następnym spotkaniu władz uniwersytetu miał się odbyć sąd nad młodym człowiekiem, któremu groziła kara wysokości kilku dolarów oraz utrata kilku punktów w rankingu.

Manning rozmyślał teraz nad tym, co zrobić w sprawie Dantego. Sam był zagorzałym zwolennikiem studiów klasycznych i nauki języków. Jak powiadano, niegdyś przez cały rok zawiadywał finansami uczelni i zajmował się sprawami osobistymi, porozumiewając się wyłącznie po łacinie. Jedni w to powątpiewali, zauważając, że jego żona nie władała tym językiem, podczas gdy inni byli zdania, iż fakt ten wręcz potwierdza prawdziwość całej historii. „Żywe języki" – tak określali je członkowie Korporacji – były niczym innym jak tanimi imitacjami, pospolitymi zniekształceniami szlachetnych języków starożytnych. Zwłaszcza włoski, ale podobnie hiszpański i niemiecki reprezentowały nowożytną, dekadencką Europę, z jej brakiem moralności oraz folgowaniem politycznym namiętnościom i cielesnym żądzom. Doktor Manning nie miał zamiaru pozwolić, by pod płaszczykiem literatury te cudzoziemskie trucizny rozprzestrzeniały się dalej.

Siedząc tak, Manning usłyszał naraz dziwny dźwięk dobiegający z przedpokoju. Hałas był niespodziewany o tej porze, gdyż sekretarz Manninga powinien być już w domu. Doktor podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. Drzwi jednak' nie ustąpiły. Manning spojrzał w górę i zobaczył metalowy szpic wbity we framugę, a obok następne, kilka cali w prawo. Raz jeszcze mocno szarpnął drzwi, po chwili znów, jeszcze mocniej, aż poczuł ból w ramieniu. Drzwi rozwarły się opornie. Oczom doktora ukazał się student – uzbrojony w drewnianą tablicę i kilka śrub – który ze śmiechem balansując na taborecie, usiłował zaplombować drzwi Manninga. Jego wspólnicy na widok doktora czmychnęli. Manning chwycił stojącego na taborecie winowajcę.

– Opiekun! Gdzie jest opiekun?! – zawołał głośno.

– To tylko kawał! Niech mnie pan puści! – szesnastolatek, przyszpilony wzrokiem Manninga, najwyraźniej wpadł w panikę i sprawiał wrażenie, jakby odmłodniał o pięć lat.

Próbując się wyrwać Manningowi, student uderzył go kilkakrotnie, a potem nagle zatopił zęby w dłoni doktora, aż ten zwolnił uścisk. Jednak w tym momencie przybył już opiekun i złapał uciekiniera za kołnierz.

Manning podszedł niespiesznie i zmierzył go lodowatym spojrzeniem. Przypatrywał się swej ofierze tak długo, że nawet opiekun poczuł się nieswojo i zapytał głośno, co powinien zrobić. Doktor spojrzał na swoją dłoń, na której widniały ślady po zębach, a nawet pokazały się dwie jasne plamy krwi.

– Niech go pan zmusi, aby podał nazwiska swoich kompanów, panie Pearce. – Słowa zdawały się wydobywać nie z ust Manninga, lecz bezpośrednio z jego sztywnej brody. – I niech się pan dowie, gdzie pił alkohol. Potem proszę przekazać go policji.

Pearce zawahał się.

– Policji, sir? Student zaprotestował.

– Przecież to tylko głupi żart, po co zaraz wzywać policję?!

– Natychmiast, Pearce!

Augustus Manning zamknął za nimi drzwi na klucz. Dysząc z gniewu, ponownie zajął swoje miejsce i usiadł prosto, z godnością. Wziął do ręki „New York Tribune", aby powrócić myślą do spraw, które niewątpliwie zasługiwały na uwagę. Gdy czytał autoreklamę J. T. Fieldsa na stronach poświęconych literackiemu życiu Bostonu, czuł, jak jego dłoń pulsuje w miejscach, w których skóra została przegryziona. Po głowie skarbnika krążyły mniej więcej takie oto myśli: „Fields uważa się za niezwyciężonego w swojej nowej fortecy… Lowell obnosi się dumnie ze swoją arogancją, niczym z nowym płaszczem… Longfellow pozostaje nietykalny… Pan Greene to już od dawna relikt, paralityk umysłowy… Lecz doktor Holmes… Autokrata szuka kontrowersji tylko ze strachu, nie z zasady… Panika na twarzy doktora, gdy widział, co przed laty przytrafiło się profesorowi Websterowi – nie, nawet nie oskarżenie o morderstwo, nawet nie skazanie i powieszenie, lecz utrata należnego miejsca w społeczeństwie, zdobytego dobrym imieniem, nauką i karierą na Harvardzie… Tak, Holmes, doktor Holmes może okazać się naszym największym sojusznikiem".

2

Z rozkazu naczelnika przez całą noc z ulic Bostonu policjanci zgarniali tuzinami „podejrzane osoby". Podczas rejestracji na głównym posterunku policji każdy z funkcjonariuszy popatrywał nieufnie na opryszków doprowadzonych przez swoich kolegów, martwiąc się, czy aby jego „podopieczni" nie zostaną ocenieni niżej. Z podziemnych cel, zwanych katakumbami, co chwila wyłaniali się tajniacy w cywilu. Unikając mundurowych, kręcili się po budynku, wymieniali między sobą ledwie widoczne gesty i rozmawiali przyciszonymi głosami.

Wzorowane na modelu europejskim tajne biuro śledcze powstało dla zapewnienia policji bostońskiej bezpośredniej wiedzy o tym, co dzieje się w miejscowym światku kryminalnym, dlatego większość tajniaków stanowili dawni bandyci. Ich metody śledcze nie były wyrafinowane, ponieważ jednak pragnęli wykazać się w pracy i zasłużyć na swe pensje, chętnie odwoływali się do dawnych, sprawdzonych sposobów. Wymuszanie, zastraszanie i fabrykowanie dowodów należały do ich ulubionych metod. Kurtz zrobił wszystko, co w jego mocy, aby zarówno tajniacy, jak i prasa byli przekonani, że chodzi o morderstwo zwykłego, przeciernego obywatela. Ostatnim zmartwieniem, jakiego teraz potrzebował naczelnik, było, aby podwładni zaczęli kombinować, jak obłowić się na żałobie zamożnych Healeyów.

Niektórzy ze zgromadzonych na posterunku drabów kryli twarze w dłoniach. Paru podśpiewywało obsceniczne piosenki. Jeszcze inni miotali obelgi i groźby pod adresem policjantów, którzy ich tutaj sprowadzili. Kilku stłoczyło się razem na drewnianych ławach, stojących przy jednej ze ścian pomieszczenia. Udało się zebrać przedstawicieli wszystkich sfer kryminalnego światka – od noszących się dumnie klasycznych bandytów aż po łobuzów wybijających szyby, drobnych złodziejaszków i szczeniaków wystawianych na wabia, którzy sprowadzali przechodniów w ciemne alejki, gdzie ich kompani zajmowali się już resztą. Blade irlandzkie urwisy, usadowione na specjalnej galerii, sypały w dół ciepłe fistaszki. Niekiedy spomiędzy szczebli balustrady leciały też ich pociski – zatłuszczone papierowe torebki wypełnione zgniłymi jajami.

– Nie spotkałeś ostatnio kogoś, kto by się przechwalał, że zakatrupił jakiegoś gościa? Hej, słuchasz mnie w ogóle?!

– Skąd wziąłeś ten złoty łańcuszek od zegarka, chłopcze? A tę jedwabną chusteczkę?

– Powiedz mi, bracie, co planowałeś zrobić z tą pałką?

– A co z tobą? Próbowałeś kiedyś, stary, załatwić człowieka, tak po prostu, żeby zobaczyć, jak to jest?

Pytania te wykrzykiwał czerwony na twarzy oficer. Potem naczelnik Kurtz zaczął przedstawiać zgromadzonym szczegóły zgonu Healeya, lawirując zręcznie, aby nie ujawniać tożsamości ofiary. Już po krótkiej chwili mu przerwano.

– Hej, szefuniu – rosły Murzyn o wyłupiastych oczach zakasłał z zakłopotaniem z kąta, w którym siedział. – Szefuniu, co z tym nowym czarnym buldogiem? Gdzie jego mundur? Chcecie rekrutować tajniaków wśród czarnuchów? To może ja też się zgłoszę?

Posterunkowy Nicholas Rey zesztywniał, słysząc gromki rechot, jaki rozległ się po tych słowach. Uświadomił sobie nagle, że ma na sobie cywilne ubranie i że nie bierze udziału w przesłuchaniu.

– Bracie, to chyba nie jest czarnuch – stwierdził szykowny drągal i postąpił do przodu, by zmierzyć Reya spojrzeniem doświadczonego rzeczoznawcy. – Wygląda mi raczej na Mulata. Całkiem dorodny okaz tego gatunku. Matka niewolnica, ojciec robotnik na plantacji. I jak, zgadłem, przyjacielu?

Rey zbliżył się do grupki zbirów.

– A może by tak lepiej skupić się na pytaniach naczelnika, sir? Pomóżmy sobie nawzajem, jeśli to możliwe.

– Wybornie powiedziane, mości białasku – drągal z uznaniem musnął palcem swój cienki wąsik, który okalał jego górną wargę i opadał w dół, jakby zapowiadając początek brody, lecz urywał się nagle nad podbródkiem.

Giętką pałką o ciężkim końcu naczelnik Kurtz trącił diamentową spinkę zdobiącą tors eleganta.

– Nie igraj ze mną, Peaslee!

– Może by tak ostrożniej, co? – Langdon Peaslee, największy bostoński kasiarz, strzepnął niewidzialny pyłek ze swej kamizelki. – Ta mała błyskotka jest warta osiemset dolarów, naczelniku, i nabyłem ją legalnie!

Śmiech gromady opryszków, którym zawtórowało również paru tajniaków, tylko utwierdził Kurtza w przekonaniu, że dziś nie powinien pozwolić Peasleemu na prowokacje.

– Mam wrażenie, że te rozprute w zeszłą niedzielę sejfy na Commercial Street to twoja sprawka – wycedził. – I jeśli zechcę, zaraz usadzę cię na miejscu choćby za złamanie przykazań szabasu. Jeszcze dziś możesz spać w katakumbach z kieszonkowcami!

Z końca kolejki dobiegł rechot Willarda Burndy'ego.

– Cóż, mogę stwierdzić jedno, drogi panie naczelniku – odparł Peaslee, teatralnie podnosząc swój głos, aby słychać go było w całym pomieszczeniu. – Z pewnością nie było tam naszego przyjaciela, pana Burndy'ego, bo skok na Commercial Street to coś, z czym by sobie nie poradził. No, chyba że te skargobonki należały do towarzystwa dobroczynnego prowadzonego przez starsze damy…

Przekrwione oczy Burndy'ego zwęziły się w szparki, gdy rozsunął na boki stojących mu na drodze ludzi i rzucił się na Langdona. O mały włos, a doszłoby do ogólnej bijatyki. Na galerii wyli i krzyczeli irlandzcy chłopcy w łachmanach. Ta rozrywka była znacznie lepsza niż łapanie szczurów w piwnicach North End (dwadzieścia pięć centów za sztukę).

Policjanci rzucili się, aby powstrzymać Burndy'ego, a w ogólnym rozgardiaszu z kolejki wypchnięto jakiegoś zdezorientowanego osobnika. Zatoczył się i upadłby, gdyby posterunkowy Rey go nie podtrzymał.

Obcy mężczyzna był drobnej budowy, a w jego ciemnych, ładnych, choć nieco znużonych oczach malowała się krnąbrność. Otwarł usta, roztaczając smród taniego rumu i ukazując przetrzebiony rząd nadpsutych zębów, spomiędzy których wydobył się dźwięk przypominający syk. Ubranie miał powalane resztkami zgniłego jaja, lecz najwyraźniej tego nie zauważył albo nie dbał o to.

Kurtz podjął przerwany marsz wzdłuż kolejki opryszków i kontynuował dochodzenie. Mówił o martwym nagim człowieku znalezionym nieopodal rzeki i o tym, że jego ciało roiło się od much, os i czerwi nasiąkniętych krwią ofiary. Stwierdził, że jeden z tu obecnych zabił tego człowieka ciosem w głowę. Wspomniał też o innym, dziwnym szczególe: białym i postrzępionym proporczyku, który ktoś umieścił przy zwłokach.

Rey podtrzymywał oszołomionego, chwiejącego się mężczyznę, który, wskutek jakiegoś dawnego wypadku czy walki, kulał na jedną nogę. Obcy wyciągnął przed siebie wielkie, trzęsące się dłonie i zaczął żywo gestykulować. W miarę jak naczelnik ujawniał kolejne szczegóły zbrodni, ciało mężczyzny opanowywało coraz silniejsze drżenie.

– Och, to ten typek! Rey, nie wie pan, kto go tu sprowadził? – spytał Savage, zastępca Kurtza. – Kiedy fotografowano wszystkich nowych, ten nie potrafił nawet podać swojego nazwiska. Niemy jak egipski sfinks!

Spod czarnej, rozchełstanej apaszki „sfinksa" wystawał niechlujny papierowy kołnierzyk. Mężczyzna spoglądał przed siebie pustym wzrokiem i gwałtownie młócił powietrze, rysując przerośnictymi dłońmi koncentryczne kręgi.

– Próbuje coś naszkicować – skomentował żartobliwie Savage.

Dłonie mężczyzny rzeczywiście coś szkicowały – mapę, która mogłaby pomóc policji w nadchodzących tygodniach, gdyby tylko prowadzący śledztwo wiedzieli, czego szukać. Obcy od dawna znał okoliczności morderstwa Healeya, choć nigdy nie odwiedził wyłożonych kosztowną boazerią salonów Wide Oaks. Nie – to, co szkicował w powietrzu, nie dotyczyło jakiegokolwiek miejsca na ziemi, lecz mrocznego przedsionka tamtego świata. Tam bowiem – jak to pojął, gdy oczami wyobraźni zobaczył śmierć Artemusa Healeya, nabierając co do tego pewności wraz z każdym nowym szczegółem podawanym przez Kurtza – została wymierzona kara.

– Coś mi się wydaje, że jest głuchoniemy – szepnął do Reya zastępca naczelnika, po tym jak obcy wykonał kilka kolejnych całkowicie niezrozumiałych gestów. – A na dodatek, sądząc po zapachu, niezupełnie trzeźwy. Dam mu trochę chleba i sera. Niech pan ma oko na tego typa Burndy'ego, dobrze? – Savage wskazał głową na głównego awanturnika, który, najwyraźniej urzeczony groteskowymi opisami Kurtza, przecierał właśnie swoje przekrwione oczy dłońmi, teraz skrępowanymi w nadgarstkach.

Zastępca naczelnika łagodnie uwolnił drżącego mężczyznę od asysty Reya i poprowadził przez pomieszczenie, lecz ten nagle zaniósł się gwałtownym szlochem, a potem, jakby przypadkowym ruchem, odepchnął od siebie eskortę. Savage runął głową naprzód w stronę ławki.

Obcy doskoczył do posterunkowego, lewym ramieniem obejmując go za szyję i chwytając palcami poniżej prawej pachy. Drugą ręką przekrzywił Reyowi kapelusz, wciskając mu go na oczy. Wykręcił jego głowę ku swojej, tak że ucho policjanta znalazło się tuż przy ustach zionących odorem rumu. Szept mężczyzny był desperacki i gardłowy, a zarazem tak cichy, że tylko Rey mógł go usłyszeć.

W grupie oprychów ponownie wybuchła radosna wrzawa.

Obcy nagle wypuścił posterunkowego ze swych objęć i chwycił się żłobionej kolumny. Okręcił się wokół niej i jak z procy wystrzelił do przodu. Niewyraźnie wysyczane słowa oszołomiły Reya – bezsensowny kod wibrujących dźwięków, wypowiedzianych z taką mocą, że zdawały się sugerować jakiś wyższy, niepojęty sens. Dinanzi… Rey starał się ze wszystkich sił zachować w pamięci ów szept, tak jak starał się (… etterne etterno, etterne etterno…) nie stracić równowagi, gdy rzucił się w pogoń za zbiegiem. Lecz obcy nabrał już takiego rozpędu, że nie zdołałby się zatrzymać, nawet gdyby zapragnął tego w ostatnich sekundach swego życia.

Mężczyzna z impetem zderzył się z grubą szybą wykuszowego okna. Odłamek szkła w kształcie sierpa, zatrzymany w locie przez czarną apaszkę, okręcił się wokół własnej osi niczym we wdzięcznym tańcu i trafił prosto w jego tchawicę. Obcy, z wysuniętą do przodu bezwładną głową, razem z masą rozbitego szkła wypadł na zewnątrz, po czym uderzył ciężko o kamienie dziedzińca.

Wszyscy zamilkli. Szklane okruchy, drobne jak płatki śniegu, zachrzęściły w ciszy pod podeszwami butów Reya, który podszedł do ramy okna i spojrzał w dół. Ciało spoczywało rozpostarte na grubej poduszce z jesiennych liści, układając się wraz z odłamkami szkła w kalejdoskopowy wzór z żółci, czerni i żywej czerwieni. Irlandzcy ulicznicy jako pierwsi znaleźli się na dziedzińcu, gdzie wrzeszczeli, biegali i wskazywali innym leżące ciało. Rey, schodząc na dół, nie mógł uwolnić się od bełkotliwych słów, które mężczyzna z jakiegoś powodu pozostawił mu w spadku: voi eh 'intrate. Voi eh 'intratę…

Profesor James Russell Lowell czuł się niemal jak sir Launfal, poszukiwacz świętego Graala, bohater najpopularniejszego z jego wierszy, gdy przekraczał kamienny portal Harvard Yard. Poeta mógł nawet przypominać walecznego rycerza, gdy tak jechał na swym białym rumaku przez jesienny krajobraz. Sam wygląd Lowella odbiegał jednak od wyobrażeń rycerza: jego broda przystrzyżona była w kształt kwadratu, mniej więcej dwa-trzy cale poniżej podbródka, a długi wąs opadał swobodnie. Niektórzy z krytyków (jak również przyjaciół) wymieniali między sobą uwagi, że nie jest to zapewne najodpowiedniejsza ozdoba jego dumnego oblicza. Sam Lowell twierdził, że brody należy nosić, ponieważ Bóg nie obdarzyłby nimi mężczyzn, gdyby nie były im potrzebne – chociaż nie wyjaśniał przy tym, czy ten konkretny styl również ma jakieś teologiczne uzasadnienie.

Ostatnimi czasy rycerskie fantazje poety znacznie się nasiliły, a Harvard Yard coraz bardziej kojarzył mu się z wrogą twierdzą. Przed kilkoma tygodniami Korporacja próbowała przekonać profesora, by przyjął propozycję reform, które wyeliminowałyby wiele niedostatków jego wydziału, na przykład ten, że zapisując się na kursy języków nowożytnych, studenci otrzymywali o połowę mniej punktów niż przy zapisach na kurs któregoś z języków klasycznych. Jednak w zamian za to Korporacja uzyskałaby prawo do ostatecznego zatwierdzania wszystkich prowadzonych przez Lowella seminariów. Poeta kategorycznie odrzucił tę ofertę. Gdyby członkowie Korporacji chcieli wprowadzić swą reformę oficjalnie, musieliby zdecydować się na długotrwały proces jej zatwierdzania przez dwudziestogłową hydrę zwaną Harwardzką Radą Nadzorczą.

Wkrótce potem Thomas Hill, rektor Harvardu, udzielił Lowellowi rady, dzięki której poeta pojął, że żądanie prawa do zatwierdzania jego kursów było w istocie kpiną ze strony Korporacji.

– Niech pan zrezygnuje przynajmniej z tego swojego seminarium z Dantego, a Manning być może pójdzie panu trochę na rękę – rektor konfidencjonalnie ujął go pod ramię.

Oczy Lowella zwęziły się.

– A więc o to chodzi? Na to mają ochotę? – odwrócił się ze złością. – Nigdy się przed nimi nie ugnę! To oni wygnali Ticknora. Na miły Bóg, to oni sprawili, że nawet sam Longfellow ma do nich żal. Sądzę, że każdy, kto uważa się za dżentelmena, powinien występować przeciwko nim. Ba! Jest to obowiązkiem każdego, kto nie dostał od nich dyplomu z łajdactwa.

– Ma mnie pan za wielkiego łotra, profesorze Lowell, a przecież pan wie, że nie kontroluję Korporacji w większym stopniu niż pan, tak jak wie pan również, że rozmowa z nimi to jak mówienie do ściany. Niestety – zachichotał Hill – jestem tylko rektorem tego uniwersytetu.

Istotnie, Thomas Hill był tylko rektorem Harvardu, a na dodatek nowym – i trzecim w tej dekadzie – co powodowało, że jego władza nie mogła się równać z tą, jaką mieli członkowie Korporacji.

– Dante jest, ich zdaniem, nieodpowiedni dla dalszego rozwoju pańskiego wydziału. To oczywiste. Ukarzą pana przykładnie, Lowell. Manning ukarze pana przykładnie! – dodał ostrzegawczo Hill i ponownie chwycił poetę pod ramię, jak gdyby ten w każdej chwili mógł podryfować w stronę jakiegoś niebezpieczeństwa.

– Nie zniosę, by członkowie Korporacji wyrażali sądy na temat literatury, o której nic nie wiedzą – odparł Lowell.

Hill nawet nie próbował z tym polemizować. Członkowie Korporacji z reguły nie mieli pojęcia o literaturze innej niż klasyczna.

Następnym razem, gdy Lowell spotkał się z Hillem, rektor miał przy sobie świstek błękitnego papieru, na którym wypisał poświęcony poezji Dantego cytat z wypowiedzi dość popularnego brytyjskiego poety, niedawno zmarłego.

– „Co za nienawiść wobec całej rasy ludzkiej! Co za egzaltacja i radość z powodu wiecznych, nie słabnących cierpień! Podczas lektury zatykamy nosy i zakrywamy uszy. Czy ktoś widział kiedy tak wiele zebranych razem odrażających zapachów, plugastwa, ekskrementów, krwi, okaleczonych ciał, jęków cierpienia i okrutnych mitycznych monstrów? Widząc to wszystko, nie mogę uznać tej książki za nic innego, jak za najbardziej niemoralne i bezbożne dzieło, jakie kiedykolwiek napisano" – Hill uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem, jak gdyby przeczytany przezeń tekst wyszedł spod jego pióra.

Lowell roześmiał się.

– A zatem Anglia ma panować nad półkami naszych bibliotek? Dlaczego zatem od razu nie poddaliśmy się „czerwonym kurtkom" pod Lexington, [3] oszczędzając generałowi Waszyngtonowi trudów wojny? – Lowell dostrzegł w oczach Hilla błysk, jaki nieraz widział u studentów, i uznał, że rektor mógł zrozumieć, o co mu chodzi. – Dopóki Ameryka nie nauczy się kochać literaturę nie jako rozrywkę, nie jako szkolną rymowankę, lecz dla jej zdolności uszlachetniania, drogi i czcigodny panie rektorze, dopóty nie osiągnie tej wyższej formy świadomości, która czyni z ludzi naród, a martwemu imieniu nadaje ożywczą moc.

Hill ze wszystkich sił starał się nie dać zbić z pantałyku.

– No, ale cała ta idea podróżowania przez zaświaty, opisy kar piekielnych… Jakież to wszystko drastyczne! I jeszcze ten niestosowny tytuł: Komedia}. To jest średniowieczne, scholastyczne i…

– … katolickie! – Lowell wszedł Hillowi w słowo. – Czy to właśnie ma pan na myśli, czcigodny panie rektorze? Czy Dante jest nazbyt włoski i nazbyt katol icki dla Harvardu?

Hill z szelmowskim uśmiechem uniósł swe siwe brwi.

– Musi pan wszak wziąć pod uwagę, że takie okropne wyobrażenia Boga mogą być nieprzyswajalne dla naszych protestanckich uszu.

Po prawdzie, do tłumu irlandzkich papistów snujących się wzdłuż portowych nabrzeży i gnieżdżących się na przedmieściach Bostonu Lowell był nastawiony równie nieprzyjaźnie jak członkowie Korporacji. Lecz pomysł, aby traktować genialny poemat jako swego rodzaju watykański edykt…

– Tak, my raczej potępiamy ludzi na wieczność, nie informując ich o tym uprzejmie. A Dante nazywa swoje dzieło commedia, mój drogi panie, ponieważ napisał je po włosku, prostym, plebejskim językiem, a nie po łacinie, jak również dlatego, że w przeciwieństwie do tragedii jego fabuła kończy się szczęśliwie: poeta wznosi się do nieba. Zamiast próbować napisać wielki poemat na podstawie tego, co było dlań obce i sztuczne, Dante wysnuł go z własnego życia!

Lowell nie krył zadowolenia, widząc, że doprowadził rektora na skraj rozpaczy.

– Na litość boską, profesorze, czy nie uważa pan za przejaw wielkiej nienawiści i braku życzliwości bezlitosnego torturowania wszystkich, których czyny figurują na liście grzechów? Czy może pan sobie wyobrazić – przekonywał Hill – aby dziś jakaś osoba publiczna deklarowała, że miejsce jej wrogów jest w piekle?

– Mój drogi i czcigodny panie rektorze – odparł Lowell – wyobrażam to sobie nawet teraz, gdy rozmawiamy. I proszę, niech pan mnie źle nie zrozumie. Dante wysyła tam również swoich przyjaciół. Może pan to przekazać Augustusowi Manningowi. Litość bez surowości byłaby jedynie tchórzliwym egotyzmem i czczym sentymentalizmem.

Członkowie Korporacji Harwardzkiej byli nieustępliwi w swoim oddaniu dla ustalonego przed laty programu. Składały się nań greka, łacina, język hebrajski, historia starożytna, matematyka i nauki przyrodnicze. Było dla nich oczywiste, że nowożytne języki i literatura pozostają jedynie nowinką służącą do pogrubienia katalogów kursów. Po odejściu profesora Ticknora Longfellow wprowadził na uczelni pewne zmiany, między innymi zapoczątkował seminarium poświęcone Dantemu i zatrudniał uchodźcę nazwiskiem Piętro Bachi jako nauczyciela języka włoskiego. Kurs ten, z braku znajomości języka i zainteresowania tematem, nie cieszył się wielką popularnością wśród studentów, jednak poecie wystarczał zapał owych kilku biorących w nim udział osób. Jednym z najgorliwszych uczestników kursu był niegdyś James Russell Lowell.

Teraz, po dziesięciu latach utarczek z administracją, Lowell stanął w obliczu wydarzenia, na które czekał tak długo: Ameryka miała wreszcie odkryć Dantego. Jednak nie tylko Harvard robił wszystko, aby zniweczyć ich przedsięwzięcie; Klub Dantego napotkał również przeszkodę wewnętrzną: był nią Holmes i jego niezdecydowanie.

Lowell odbywał czasem spacery po Cambridge z najstarszym synem doktora, Oliverem Wendellem Holmesem juniorem. Dwa razy w tygodniu student prawa opuszczał budynek Dane Law School, w czasie gdy Lowell kończył swoje zajęcia w University Hall. Doktor Holmes nie mógł w pełni docenić szczęścia, jakim było posiadanie takiego syna, swoim zachowaniem doprowadził bowiem do tego, że Junior szczerze go nie znosił – gdybyż ojciec nie tylko pozwalał mu mówić, lecz jeszcze go słucha ł… Pewnego razu Lowell. spytał młodzieńca, czy doktor kiedykolwiek wspominał w domu o Klubie Dantego.

– Och, oczywiście, panie Lowell – odparł Junior, wysoki i przystojny młodzieniec, uśmiechając się złośliwie. – Jak również o Klubie Atlantyckim i Klubie Unijnym, i Klubie Sobotnim, i Klubie Naukowym, i Stowarzyszeniu Historycznym, i Towarzystwie Medycznym…

Podczas niedawnej kolacji w Klubie Sobotnim w Parker House, kiedy wszystkie te złe myśli kłębiły się w głowie Lowella, przysiadł się doń Phineas Jennison, jeden z najbogatszych nowych przedsiębiorców Bostonu.

– Harvard znowu cię nęka – stwierdził Jennison.

Lowell zdumiał się, że z jego twarzy można tak wiele wyczytać.

– Nie wzdrygaj się, mój drogi przyjacielu – roześmiał się Jennison, aż zadrżał „królewski" dołek w jego podbródku.

Ów dołek i włosy koloru złota, w opinii bliskiej rodziny Jennisona, już w dzieciństwie wróżyły mu wielką fortunę. Mówiąc ściśle, musiał to być raczej dołek królobójczy, znak szczególny odziedziczony po przodku, który ściął ponoć Karola I.

– Po prostu miałem okazję rozmawiać wczoraj z jednym z członków Korporacji. Jak wiesz, w Bostonie czy Cambridge nie dzieje się nic, co uszłoby mojej uwagi.

– Niech zgadnę: chodziło o budowę następnej biblioteki? – spytał Lowell.

– W każdym razie członkowie Korporacji wydawali się naprawdę rozgorączkowani, kiedy rozmawiali między sobą o twoim wydziale. Powiedziałbym wręcz: zdeterminowani. Nie chciałbym, oczywiście, wtrącać się w twoje sprawy…

– Mówiąc między nami, mój drogi Jennison, chcą zlikwidować mój kurs o Dantem – przerwał Lowell. – Niekiedy mam obawy, że ich niechęć wobec Dantego jest równie niewzruszona jak moja nim fascynacja. Zaproponowali mi nawet, że przydzielą więcej punktów studentom na moich zajęciach, jeśli tylko pozwolę Korporacji zatwierdzać tematy moich seminariów…

Twarz Jennisona wyrażała zaniepokojenie.

– Oczywiście odmówiłem – dokończył Lowell. Przedsiębiorca błysnął szerokim uśmiechem.

– Naprawdę?

Trzeba było przerwać rozmowę z powodu kilku toastów, zwieńczonych radosną rymowaną improwizacją, jaką bywalcy Klubu wymogli na doktorze Holmesie. Holmes, szybki jak zawsze, zwrócił uwagę zebranych na problem surowości stylu.

Nie trzyma się pamięci nazbyt gładka mowa, Marnie skrobie po plecach kula bilardowa.

– Te poobiednie wierszyki zabiłyby każdego poetę prócz Holmesa – stwierdził Lowell ze zgryźliwym uśmieszkiem, po czym ciągnął dalej: – Czasami czuję, że nie jestem ulepiony z tej samej gliny, co inni profesorowie, Jennison. Lepszy w jednych sprawach, gorszy w drugich. Zbyt wrażliwy i nie dość zarozumiały; fizycznie zarozumiały, powinienem tak to nazwać. Wiem, że to wszystko mnie wykańcza.

Zrobił pauzę.

– I czemu miałbym właściwie tkwić w profesorskim fotelu przez cały ten czas, oderwany od świata? Co musi myśleć o tak marnej egzystencji ktoś taki jak ty, książę przemysłu?

– Dziecinne gadanie, mój drogi Lowell – Jennison zdawał się zmęczony tym tematem, lecz po chwili namysłu odzyskał zainteresowanie. – Masz większy obowiązek wobec świata i wobec siebie niż pierwszy lepszy widz! Nie chcę słyszeć w twoim głosie wahania! Ja być może nie umiałbym stwierdzić, co ma Dante do zbawienia mojej duszy. Ale geniusz taki jak ty, mój drogi przyjacielu, musi wziąć na siebie boską odpowiedzialność, aby walczyć za wszystkich wygnanych z tego świata.

Lowell wymamrotał coś niewyraźnie, pragnąc bez wątpienia zbagatelizować swoje zasługi.

– Hola, hola, Lowell! – zawołał Jennison. – Czy to aby nie ty przekonałeś Klub Sobotni, że byle kupiec jest godzien spożyć obiad z takimi znakomitościami jak twoi przyjaciele?

– Czyż mogliby ci odmówić po tym, jak zaoferowałeś się kupić Parker House? – roześmiał się Lowell.

– Mogliby mi odmówić, gdybym zaniechał starań, by należeć do grona wielkich mężów. Mogę zacytować mojego ulubionego poetę: „A to, o czym oni ośmielają się marzyć, ty miej śmiałość czynić". Och, to naprawdę niezłe!

Lowell ponownie wybuchnął śmiechem, ubawiony pomysłem, że jego poezja może być dla kogoś inspiracją. Tak jednak było w istocie. Bo dlaczegóż właściwie nie miałoby tak być? Wartość poezji, w pojęciu Lowella, polegała na tym, że zwięźle wyrażała to, co w formie niejasnej filozofii tkwiło w umysłach wszystkich ludzi.

Teraz, gdy podążał na kolejny wykład, ziewnął na samą myśl o wejściu do sali pełnej studentów, wciąż jeszcze przekonanych, że można nauczyć się wszystkiego na jakiś temat.

Lowell przywiązał swojego wierzchowca do starej pompy przed Hollis Hall.

– Gdyby przyszli i czegoś od ciebie chcieli, to daj im tęgiego kopniaka, stary – mruknął, zapalając cygaro.

Konie i cygara były zakazane na Harvard Yard.

Jakiś człowiek opierał się leniwie o pobliski wiąz. Miał na sobie jasną kamizelkę w żółtą kratę i sprawiał wrażenie dość posępnego, czy raczej znużonego. Mimo niedbałej pozy górował wzrostem nad poetą. Zbyt stary, jak na studenta, i w stroju zbyt znoszonym, jak na członka grona pedagogicznego, mężczyzna przyglądał mu się ze znaną poecie natarczywością wielbiciela literatury.

Sława nie znaczyła zbyt wiele dla Lowella, którego cieszyła tylko myśl, że przyjaciele uznają to, co napisał, za dobre i że Mabel Lowell będzie dumna z tego, iż jest jego córką, gdy on już odejdzie z tego świata. Myślał o sobie jako o teres atque rotundus: [4] mikrokosmosie, wystarczającym sobie za autora, czytelników, krytyków i potomność. Jednak wyrazy uwielbienia ze strony mężczyzn i kobiet spotykanych na ulicach nie mogły nie sprawiać mu radości. Niekiedy wyruszał na przechadzkę po Cambridge z sercem tak wypełnionym tęsknotą, że obojętne spojrzenie nawet całkowicie obcej osoby powodowało, iż łzy same cisnęły mu się do oczu. Było wszakże równie bolesne, gdy napotykał w czyimś wzroku mętny błysk rozpoznania. Czuł się wtedy całkowicie przezroczysty i odrębny: Lowell, poeta widmo.

Kiedy mijał przyglądającego mu się mężczyznę w żółtej kamizelce, który wciąż opierał się o drzewo, ów dotknął ronda swojego czarnego melonika. Poeta skinął głową w zakłopotaniu. Policzki go piekły. Pędząc przez kampus na spotkanie swych codziennych obowiązków, Lowell nie zauważył, jak dziwnie skupiony pozostał jego obserwator.

Oliver Wendell Holmes sadził susami po schodkach amfiteatralnej sali. Powitał go tupot butów młodzieńców, którzy dzierżyli w dłoniach ołówki i notesy. Z górnej części sali zabrzmiało gromkie „hurra!" zgromadzonych tam „barbarzyńców", jak doktor nazywał swoich studentów. To właśnie tutaj Holmes co semestr, cztery razy w tygodniu, w obecności pięćdziesięciu chłopców, którzy w uwielbieniu czekali na każde jego słowo, odsłaniał tajniki budowy ludzkiego ciała. Nie mógł się wprawdzie pochwalić wybitnym wzrostem (mierzył pięć stóp i pięć cali, [5] a i to gdy miał na sobie szczególnie solidne trzewiki, wykonane przez najlepszego szewca w Bostonie), lecz gdy tak stał u dołu amfiteatralnej sali, czuł się co najmniej trzy razy wyższy.

Doktor Holmes potrafił jako jedyny członek grona pedagogicznego poprowadzić zajęcia o pierwszej po południu, gdy głód i wyczerpanie studentów w połączeniu z duchotą panującą w ceglanym budynku przy North Grove sprawiały, że inni wykładowcy kapitulowali. Niektórzy zazdrośni koledzy twierdzili, że to jego literacka sława zjednywała mu młodzież. Po prawdzie, większość chłopców, którzy zamiast prawa i teologii wybrali medycynę, pochodziła z małych miasteczek i jeśli przed przybyciem do Bostonu zetknęli się z jakąkolwiek prawdziwą literaturą, były to raczej wiersze Longfellowa. Jednak informacja o pisarskiej sławie Holmesa rozprzestrzeniała się pośród nich niczym sensacyjna plotka i któryś ze studentów zdobywał niebawem egzemplarz Autokraty śniadaniowego stołu, podawany później z rąk do rąk, z pełnym zdumienia komentarzem: „Jak to, nie czytałeś jeszcze Autokraty!". Można by rzec, że doktor słynął pośród studentów z tego, iż był sławny.

– Dzisiaj – zagaił Holmes – rozpoczniemy od tematu, z którym, jak chciałbym wierzyć, chłopcy tacy jak wy są jeszcze zupełnie nie zaznajomieni.

Szarpnął płachtą białego płótna, odsłaniając zwłoki kobiety, a potem uniósł w górę dłonie, aby uciszyć tupanie i wrzaski, jakie wywołało jego oświadczenie.

– Szacunek, panowie! Szacunek dla człowieczeństwa i najbardziej boskiego z boskich dzieł!

Doktor był zbyt pochłonięty skupianiem na sobie uwagi studentów, by zauważyć pośród nich intruza.

– Tak. Tematem, który dziś zaczniemy, będzie kobiece ciało – podjął Holmes.

Twarz siedzącego w pierwszym rzędzie nieśmiałego młodzieńca o nazwisku Alvah Smith – jednego z paru słuchaczy, ku którym, jak w każdej klasie, profesor kierował swój wykład, do pozostałych zwracając się jedynie pośrednio – pokryła się szkarłatnym rumieńcem. Sąsiedzi ze śmiechem powitali jego zakłopotanie. Nie uszło ono również uwagi doktora Holmesa.

– A tutaj pan Smith zademonstrował nam właśnie hamujące działanie nerwów naczynioruchowych na tętniczki, których nagły rozkurcz wypełnia krwią naczynia włosowate na powierzchni skóry. To samo miłe zjawisko niektórzy z was mogą zaobserwować na policzkach młodej osoby, którą spodziewacie się odwiedzić dziś wieczorem.

Teraz nawet Smith zawtórował śmiechem pozostałym studentom. Holmes usłyszał również mimowolne parsknięcie, które dobiegło z pewnym opóźnieniem. Zerknąwszy w górę, dostrzegł, ku swojemu zdumieniu, wielebnego doktora Putnama, jednego z niższych rangą członków Korporacji Harwardzkiej. Członkowie Korporacji, chociaż sprawowali najwyższy nadzór nad uczelnią, nigdy nie uczestniczyli w zajęciach na jego wydziale. Wyprawa z Cambridge do budynku Kolegium Medycznego, który, ze względu na bliskość szpitali, znajdował się w Bostonie za rzeką, byłaby poniżej godności większości administratorów.

– A zatem – Holmes zwrócił się w roztargnieniu do swoich studentów, przykładając do zwłok narzędzia chirurgiczne – pora zagłębić się w nasz temat.

Po zakończeniu zajęć, gdy „barbarzyńcy" łokciami utorowali sobie drogę do wyjścia, Holmes poprowadził wielebnego doktora Putnama do swojego biura.

– Mój najdroższy doktorze Holmes, reprezentuje pan idealny wzorzec amerykańskiego literata. Nikt dotąd nie pracował tak ciężko, by osiągnąć sukces w tak wielu dziedzinach. Pańskie imię stało się zarazem symbolem uczoności i talentów pisarskich. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałem z pewnym dżentelmenem z Anglii, który opowiadał mi, jak wielkim poważaniem cieszy się pan również w Starym Kraju.

Holmes uśmiechnął się mimowolnie.

– A cóż takiego powiedział, wielebny doktorze Putnam? Wie pan przecież, jak lubię, gdy ktoś przesadza z pochwałami.

Putnam zmarszczył brwi, niezadowolony z tego, że mu przerwano.

– Pomimo to, doktorze, Augustus Manning wyrażał ostatnio pewne obawy w związku z niektórymi pańskimi działaniami literackimi.

– Czyżby chodziło o pracę nad Dantem? – w głosie Holmesa dało się wyczuć niepokój. – Tłumaczem jest pan Longfellow. Ja pełnię tylko, że tak powiem, funkcję jednego z adiutantów. Proponuję, aby poczekał pan jeszcze trochę i przeczytał ukończone dzieło; z pewnością przypadnie panu do gustu.

– James Russell Lowell, J. T. Fields, George Greene, doktor Oliver Wendell Holmes… Trzeba przyznać, że to całkiem niezły zestaw adiutantów.

Holmes był zirytowany. W ogóle nie zastanawiał się nad tym, że ich spotkania mogą budzić czyjeś zainteresowanie, i nie lubił mówić o tym z kimś z zewnątrz. Spotkania w Klubie Dantego były dla niego jednymi z niewielu nie mających związku z życiem publicznym zajęć.

– Och, w Cambridge, gdziekolwiek rzucić kamieniem, trafi się w jakąś znaną osobistość, drogi doktorze Putnam.

Putnam skrzyżował ramiona i czekał.

– Tymi sprawami zajmuje się pan Fields – dorzucił niepewnie Holmes, wykonując jakieś nieskoordynowane ruchy rękami.

– Proszę i zaklinam, niech pan się usunie z tego niebezpiecznego stowarzyszenia – powiedział Putnam ze śmiertelną powagą. – Niech pan przemówi do rozumu swoim przyjaciołom. Profesor Lowell, na przykład, dopiero co stwierdził…

– Mój drogi doktorze – przerwał mu z nerwowym śmiechem Holmes – jeżeli szuka pan kogoś, kogo Lowell by posłuchał, to pańska wyprawa do Kolegium Medycznego była pomyłką.

– Holmes – przemówił życzliwym tonem Putnam. – Przybyłem głównie po to, aby pana ostrzec, ponieważ zaliczam pana do grona przyjaciół. Gdyby doktor Manning wiedział, że rozmawiam z panem w ten sposób, byłby… – Putnam zrobił pauzę i zniżył głos. – Drogi panie Holmes, pańska przyszłość będzie odtąd na zawsze związana z Dantem. Martwię się o to, co się stanie z pańską poezją i pańskim dobrym imieniem, do czasu gdy Manning odejdzie. W pana obecnej sytuacji…

– Manning nie ma żadnego powodu, by atakować mnie osobiście – odparł doktor – nawet jeśli ma obiekcje wobec zainteresowań naszego małego klubu.

– Rozmawiamy o Augustusie Manningu – powiedział z naciskiem Putnam. – Niech pan to weźmie pod uwagę, doktorze.

Gdy Holmes odwrócił się, wyglądał, jak gdyby się dławił. Putnam wracał wyboistą drogą do Cambrigde, zastanawiając się, dlaczego nie wszyscy mężczyźni noszą brody. Rozpierała go radość, wiedział bowiem, że doktor Manning będzie wielce zadowolony z tego, co ma mu do przekazania.

Pogrzeb Artemusa Prescotta Healeya odbył się na najrozleglejszym zboczu wzgórza, na którym znajdował się cmentarz Mount Auburn. Pośród braminów nadal nie brakowało tych, którzy nie mogli wybaczyć mu tchórzliwych decyzji, jakie podjął przed wojną, wszyscy jednak zgadzali się co do tego, że tylko najskrajniejszy z byłych radykałów mógłby pragnąć obrazić pamięć ich najwyższego sędziego stanowego, lekceważąc uroczystości pogrzebowe.

Doktor Holmes pochylił się ku żonie.

– 1804-1865. Tylko cztery lata różnicy, Amelio.

Pani Holmes krótkim mruknięciem poprosiła, aby mąż sprecyzował, co ma na myśli.

– Sędzia Healey ma, a raczej miał, sześćdziesiąt lat – kontynuował szeptem doktor. – Tylko cztery lata więcej ode mnie, moja droga, niemal co do dnia!

Ściśle rzecz biorąc, niemal co do miesiąca; w każdym razie doktor Holmes naprawdę przejmował się niewielką różnicą wieku między zmarłym a sobą. Amelia Htffmes wzrokiem nakazała mu, żeby nie odzywał się, dopóki trwają mowy pogrzebowe. Doktor umilkł i zapatrzył się gdzieś w przestrzeń ponad cichymi połaciami cmentarza.

Holmes nie mógłby stwierdzić, że był bliskim znajomym zmarłego; po prawdzie niewiele osób, nawet pośród braminów, mogłoby tak o sobie myśleć. Doktor sporadycznie kontaktował się z Healeyem, gdy ten był członkiem Harwardzkiej Rady Nadzorczej. Holmes wielce cenił jego umiejętności jako administratora. Znał też sędziego dzięki swemu członkostwu w Stowarzyszeniu Phi Beta Kappa, któremu Healey przez pewien czas przewodniczył. Doktor Holmes nosił swoją odznakę c &BK przy łańcuszku zegarka. Teraz, gdy ciało sędziego składano do grobu, właśnie szarpał palcami ów łańcuszek. „Biedny Healey – pomyślał Holmes współczująco. – Przynajmniej się nie nacierpiał".

Najdłuższy kontakt Holmesa z sędzią miał miejsce na sali sądowej, w okresie który wstrząsnął doktorem i sprawił, że zapragnął wycofać się całkowicie do świata poezji. To było podczas procesu Johna W. Webstera. Jak w przypadku wszystkich zbrodni zagrożonych karą główną, sprawę prowadził zespół trzech sędziów pod przewodnictwem sędziego najwyższego. Funkcję tę sprawował Artemus Healey. Obrona powołała doktora Holmesa na świadka. To właśnie w toku owego procesu, wiele lat temu, Oliver Wendell Holmes zapoznał się z przyciężkawym, męczącym stylem prawniczych wystąpień sędziego.

Tuż przed Holmesem zeznawał ówczesny rektor Harvardu, który stwierdził krótko, że Webster nie mógł być winny, bo „harwardzcy profesorowie nie popełniają morderstw". A jednak nie miał racji. John Webster zabił doktora Parkmana. Zabójstwa dokonał w laboratorium znajdującym się pod salą wykładową, w której Holmes prowadził akurat zajęcia. Dla doktora szczególnie bolesny był fakt, że gromki śmiech studentów, zwykłe zjawisko na jego wykładach, stłumił odgłosy ćwiartowania ciała. Zarówno morderca, jak i ofiara – doktor doprawdy nie wiedział, którego z nich bardziej opłakiwać! – byli jego przyjaciółmi.

– Człowiek prawy i bogobojny, tak jak cała jego rodzina…

Ostry, przenikliwy głos kaznodziei o zbolałym wyrazie twarzy, obiecujący zmarłemu niebiosa, niezbyt podobał się doktorowi. Obrzędy religijne z reguły nie budziły jego entuzjazmu. Holmes był synem jednego z owych lojalnych i solidnych pastorów, których surowy kalwinizm pozostał niewzruszony w obliczu unitariańskiego zamieszania. Ojciec już od dzieciństwa wtłaczał Oliverowi Wendellowi i jego nieśmiałemu młodszemu bratu, Johnowi, ową straszliwą brednię, która nadal dźwięczała w uszach doktora: „W upadku Adama zgrzeszyliśmy wszyscy". Na szczęście chroniła ich bystra inteligencja matki, szepczącej dowcipnie na boku, gdy wielebny Holmes i pastorzy, których gościł u siebie, wygłaszali płomienne kazania o nieuchronnym potępieniu i grzechu pierworodnym. Obiecywała im, szczególnie Wendellowi, gdy wstrząsnęła nim opowieść o władzy diabła nad duszami, że kiedyś nadejdą nowe idee. I faktycznie – nadeszły, dla Bostonu i dla Olivera Wendella Holmesa. Tylko unitarianie mogli poważyć się na stworzenie takiego miejsca jak Mount Auburn – cmentarza, który był jednocześnie ogrodem.

Podczas gdy doktor, szukając sobie jakiegoś zajęcia, przyglądał się licznym notablom obecnym na pogrzebie, spojrzenia wielu żałobników kierowały się w jego stronę, on sam bowiem należał do grona osobistości znanych jako „Nowoangielscy Święci" lub „Poeci Kominkowi". Niezależnie od nadawanego im miana byli oni najważniejszym ugrupowaniem literackim kraju. Nieopodal państwa Holmesów James Russell Lowell, poeta, profesor i redaktor, leniwie podkręcał długiego wąsa, dopóki Fanny Lowell nie pociągnęła go za rękaw. Po drugiej stronie stał J. T. Fields, wydawca największych poetów Nowej Anglii. Jego pochylona głowa i broda tworzyły razem doskonały trójkąt, co miało zapewne nadać jego postaci wyraz zadumy, silnie kontrastujący z anielsko różowymi policzkami i wdziękiem jego młodej żony. Lowell i Fields nie znali sędziego bliżej niż Holmes, lecz uczestniczyli w uroczystości z szacunku dla statusu Healeya i jego rodziny (z którą Lowellowie byli ponadto daleko spokrewnieni).

Uczestnicy pogrzebu, którzy obserwowali tę trójkę literatów, na próżno wypatrywali najbardziej szacownej osoby z ich grona. Henry Wadsworth Longfellow rozważał co prawda pomysł, by towarzyszyć przyjaciołom na Mount Auburn – cmentarz znajdował się niedaleko od jego posiadłości, Craigie House – lecz ostatecznie, jak zwykle, zdecydował się pozostać przy kominku. Niewiele było spraw w świecie zewnętrznym, które mogłyby wyciągnąć Longfellowa z domu. Po wielu latach poświęconych pracy nad przekładem zbliżający się termin publikacji wymagał pełnego skupienia. Poza tym Longfellow obawiał się (i słusznie), że gdyby pojawił się na cmentarzu, jego obecność odwróciłaby uwagę żałobników od rodziny Healeya. Za każdym razem, gdy poeta szedł ulicami Cambridge, ludzie szeptali do siebie, dzieci rzucały mu się w ramiona, a przechodnie unosili kapelusze.

Holmes przypomniał sobie, jak wiele lat temu, jeszcze przed wojną, jechali gdzieś z Lowellem rozklekotanym powozem. Kiedy mijali Craigie House, doktor dostrzegł w oknie domu Fanny i Henry'ego Longfellowów siedzących przy fortepianie, w pokoju z kominkiem, w otoczeniu piątki pięknych dzieci. Jakże inny był wtedy Longfellow – otwarty na świat, pragnący go oglądać.

– Widok domu Longfellowa przejmuje mnie dreszczem – wyznał wtedy Holmes.

Lowell, który skarżył się właśnie, że musi redagować jakiś kiepski esej na temat Thoreau, odpowiedział lekkim śmiechem, dystansując się od złowieszczego tonu przyjaciela.

– Ich szczęście jest tak doskonałe – kontynuował doktor – że wszelkie zmiany, jakie muszą nadejść, mogą być tylko zmianami na gorsze.

Kiedy oracja wielebnego Younga dobiegła końca i na cmentarzu dały się słyszeć odgłosy pierwszych cichych rozmów, Holmes zmiótł pożółkłe listki ze swojego jedwabnego kołnierza i zaczął swobodniej wędrować wzrokiem po zastygłych w wyrazie powagi twarzach żałobników. Dostrzegł, że wielebny Elisha Talbot, najważniejszy pastor w Cambridge, jawnie wyrażał swą irytację z powodu ciepłego przyjęcia oracji Younga; niewątpliwie powtarzał komuś to, co sam powiedziałby, gdyby to jemu dane było wygłosić mowę na pogrzebie sędziego. Holmes podziwiał opanowanie wdowy po Healeyu. „Te, które najgłośniej płaczą na pogrzebach swych mężów, zawsze najszybciej biorą sobie nowych" – pomyślał doktor. Obok niej dostrzegł również Kurtza. Naczelnik policji odciągał na bok panią Healey, najwyraźniej próbując przekonać ją do czegoś – lecz w sposób tak zwięzły, że musiała to być rekapitulacja jakiejś wcześniejszej rozmowy. Kurtz nie tyle argumentował, co raczej przypominał jej o czymś. Wdowa sztywno kiwała głową – bardzo sztywno, jak zauważył Holmes. Naczelnik zakończył z westchnieniem ulgi tak potężnym, że sam Eol mógłby mu pozazdrościć.

Tego wieczoru kolacja przy Charles Street 21 była cichsza niż zazwyczaj, chociaż tak naprawdę cicho nie było tu nigdy. Goście zawsze opuszczali dom zdumieni tempem, w jakim prowadzono rozmowy w rodzinie Holmesów (by nie wspomnieć o skali ich gadulstwa), i niepewni, czy jej członkowie w ogóle słuchają się nawzajem. Zapoczątkowana przez doktora tradycja kazała nagradzać dodatkową porcją marmolady osobę, która danego wieczoru wykazała największą biegłość w sztuce konwersacji. Dzisiaj córka doktora Holmesa, „mała" Amelia, trajkotała bardziej niż zwykle, opowiadając o zaręczynach panny B. z pułkownikiem F. i o prezentach ślubnych, które przygotują wspólnie z przyjaciółkami.

– Ojcze – stwierdził z uśmieszkiem Oliver Wendell Holmes junior – mam wrażenie, że dziś wieczór nie tobie przypadnie marmolada.

Junior był inny od reszty Holmesów. Spośród ruchliwych, małych osób wyróżniało go nie tylko jego sześć stóp wzrostu *, lecz również stoicki spokój i opanowanie.

Holmes uśmiechnął się z zatroskaniem znad swojej pieczeni.

– Ty, Wendy, także nie byłeś dziś zbyt rozmowny.

Junior nienawidził, gdy ojciec nazywał go „Wendy".

– Och, nie mam szans na tę porcję. Ale ty też nie, ojcze. Słyszałem, że wydział prawa ma nosić imię biednego Healeya. Czy uwierzysz w to, Needle? – Junior zwrócił się do swojego młodszego brata, Edwarda, który bywał teraz w domu tylko okazjonalnie, mieszkał bowiem w internacie na terenie uniwersytetu. – Po tym, jak przez te wszystkie lata unikał zajęcia się Ustawą o zbiegłych niewolnikach. 5 Śmierć to jedyny sposób, aby Boston przebaczył komuś jego przeszłość; tak to widzę.

Podczas spaceru po kolacji doktor Holmes zatrzymał się, aby dać kilku dzieciom grającym w kulki garść drobnych monet, pod warunkiem że uda im się z otrzymanych miedziaków ułożyć na chodniku podane przez niego słowo. Wybrał słowo „knot" (czemu nie?) i gdy udało im się wykonać zadanie poprawnie, pozwolił im zatrzymać monety. Doktor cieszył się, że bostońskie lato pomału dobiegało końca. Wysuszający żar pogarszał jego astmę.

Holmes usiadł pod wysokim drzewem za swoim domem, rozmyślając o „najświetniejszych literatach Nowej Anglii" z reklamy Fieldsa w „New York Tribune". Ich Klub Dantego. Lowell miał misję – wprowadzić poezję Dantego do Ameryki, Fields – własne plany wydawnicze. Tak, bez wątpienia, sprawy akademickie i biznesowe były w Klubie obecne. Lecz dla Holmesa sukces Klubu polegał na tym, że dzięki wspólnym zainteresowaniom łączył on grupę przyjaciół, z których posiadania doktor był niezmiernie rad. Holmes ponad wszystko uwielbiał swobodną paplaninę i ów szczególny rodzaj wigoru, jaki wstępował w nich, gdy wspólnie analizowali poezję Dantego. Klub był uzdrawiającym stowarzyszeniem – po doświadczeniach ostatnich lat, które nagle wszystkich ich postarzyły – jednoczącym Holmesa i Lowella, po tym jak podzieliły ich odmienne opinie na temat wojny, wiążącym Fieldsa z jego najlepszymi autorami w pierwszych latach działalności bez partnera Williama Ticknora, łączącym Longfellowa ze światem zewnętrznym – lub przynajmniej z niektórymi jego ambasadorami o bardziej literackich upodobaniach.

Doktor nie miał jakiegoś szczególnego talentu do przekładów. Dysponował niezbędną dozą wyobraźni, lecz nie potrafił, tak jak Longfellow, otworzyć się w pełni na głos innego poety. Jednak w narodzie prowadzącym tak skromną wymianę myśli z zagranicą Oliver Wendell Holmes był rad uznawać siebie za znawcę Dantego, choć bardziej za dantejczyka niż d a n t o l o g a. Kiedy Holmes był studentem, profesor George Ticknor z coraz większym trudem znosił ciągłe ataki Korporacji Harwardzkiej, nieustannie utrudniającej jego pracę na stanowisku profesora języków nowożytnych. Wendell Holmes, który opanował grekę i łacinę jako dwunastolatek, umierał z nudów na obowiązkowych zajęciach prowadzonych metodą pamięciową. Recytowano na nich godzinami wersy Hekuby Eurypidesa, z których już dawno ulotnił się wszelki sens.

Kiedyś, podczas wizyty w domu Holmesów, wzrok profesora Ticknora spoczął na synu pastora, który nieustannie przestępował z nogi na nogę.

– Nawet przez chwilę nie ustoi spokojnie – westchnął wielebny Holmes.

Ticknor zasugerował, że nauka włoskiego mogłaby zdyscyplinować młodzieńca. W tym czasie wydział nie miał formalnych możliwości, aby Oliver Wendell mógł zapisać się na kurs, Ticknor pożyczył mu jednak opracowane przez siebie podręczniki do nauki gramatyki i słownictwa, a także egzemplarz poematu La Divina Commedia, podzielonego na trzy części: Inferno, Purgatorio i Paradiso.

Doktor Holmes obawiał się teraz, że członkowie Korporacji przypuścili atak na Dantego z prostej ignorancji. Studiując w szkole medycznej, Oliver Wendell Holmes nauczył się cenić nauki przyrodnicze, wolne od przesądów i strachu. Wierzył, że tak jak astronomia zajęła miejsce astrologii, tak też pewnego dnia „teonomia" zastąpi swoją przygłupią siostrę – teologię. Z tą wiarą Holmes rozwijał się jako poeta i jako profesor. Potem znienacka wybuchła wojna, a jego zaatakował Dante Alighieri.

Zaczęło się to pewnego zimowego wieczoru 1861 roku. Holmes siedział w Elmwood, domu Lowella, i wiercił się nerwowo na wieść o wymarszu Dwudziestego Piątego Regimentu Massachusetts, w którym służył Wendell junior. Lowell stanowił idealne antidotum na nerwy doktora. Jeśli ktoś zbytnio narzucał mu się ze swoimi zmartwieniami, potrafił być szyderczy i obcesowo wyrażał swą pewność, że na świecie wszystko dzieje się dokładnie tak, jak on to przewidział.

Od lata tego roku towarzystwu brakowało kojącej obecności Henry'ego Wadswortha Longfellowa. Longfellow wysłał do swoich przyjaciół krótkie listy, w których odrzucał wszystkie zaproszenia. Rozpoczął pracę nad przekładem Dantego i nie miał zamiaru jej przerywać: „Zajmuję się tym, gdy nie jestem w stanie robić niczego innego".

Jak na powściągliwego Longfellowa, listy te były niczym bolesne skargi. Poeta był na zewnątrz spokojny, lecz wewnątrz – śmiertelnie krwawił.

Zatem Lowell wystawał na progu Longfellowa, nalegając, by przyjął jego pomoc. Wszak sam od dawna ubolewał nad tym, że Amerykanie, kiepsko znający języki nowożytne, nie mieli dostępu nawet do tych kilku istniejących już, pożałowania godnych, brytyjskich przekładów Dantego.

– Aby sprzedać taką książkę tępym czytelniczym masom, potrzebuję nazwiska poety! – odpowiadał Fields na lamenty Lowella nad ignorancją Amerykanów, nie znających Dantego.

Gdy Fields chciał zniechęcić swoich autorów do jakiegoś ryzykownego projektu, za każdym razem wskazywał na głupotę ogółu czytelników.

Lowell już wielokrotnie namawiał Longfellowa, aby ten przetłumaczył poemat Dantego, raz nawet grożąc, że zrobi to sam – choć brakowało mu do tego wewnętrznej siły. Teraz więc nie mógł nie zaoferować pomocy. Ostatecznie Lowell był jednym z niewielu amerykańskich uczonych, którzy wiedzieli cokolwiek o Dantem. A właściwie zdawał się wiedzieć o nim wszystko.

Lowell opowiedział Holmesowi, jak nadzwyczajnie Longfellow oddawał ducha Dantego w pieśniach, które przetłumaczył.

– Jestem przekonany, Wendell, że on urodził się do tego zadania.

Longfellow rozpoczął od przekładu Paradiso, następnie zajął się Purgatorio, by na końcu tłumaczyć Inferno.

– W odwrotnej kolejności? – spytał zaintrygowany Holmes.

Lowell skinął głową.

– Ośmielę się twierdzić – wykrzywił twarz – że nasz drogi Longfellow chce być pewny, jak jest w Niebie, zanim zajmie się Piekłem.

– Muszę przyznać, że nigdy nie udało mi się przebrnąć całej drogi, aż do Lucyfera – wyznał Holmes, komentując Inferno. - Czyściec i Raj są czystą muzyką i nadzieją; czujesz, że płyniesz ku Bogu. Lecz srogość i okrucieństwo tego średniowiecznego koszmaru są ponad moje siły! Aleksander Wielki powinien spać z tym pod poduszką.

– Dantejskie Piekło jest częścią naszego świata w takim samym stopniu, w jakim stanowi ono część świata podziemnego, i nie powinno się go unikać, lecz raczej konfrontować się z nim – stwierdził Lowell. – W naszym życiu bardzo często sondujemy jego głębię.

Siła poezji Dantego znajdowała największy oddźwięk wśród niekatolików, teologia autora bowiem musiała budzić pewne zastrzeżenia wierzących. Lecz czytelnikom mniej biegłym w kwestiach doktrynalnych wiara Dantego zdawała się tak doskonała, tak bezkompromisowa, że czuli się zmuszeni przyjąć jego poezję do serca. To dlatego Klub Dantego budził obawy Holmesa: doktor lękał się, że zapoczątkuje on nowe Piekło, uprawomocnione samym literackim geniuszem poetów. Obawiał się, że on sam, po życiu spędzonym na ucieczce przed diabłem z ojcowskich kazań, będzie temu częściowo winny.

Owej zimowej nocy 1861 roku, gdy poeci popijali herbatę w gabinecie Lowella w Elmwood, nagle zjawił się posłaniec.

Doktor Holmes poczuł przytłaczającą pewność, że musi to być telegram, który odesłano tutaj z jego domu – telegram z informacją o śmierci biednego Wendella juniora, zapewne z wyczerpania, na jakimś zamarzniętym polu bitewnym. Ze wszystkich informacji podawanych na listach ofiar właśnie ta adnotacja: „przyczyna zgonu – zmarł z wyczerpania" budziła największe przerażenie doktora. Lecz na szczęście był to tylko służący wysłany przez Henry'ego Longfellowa, którego posiadłość, Craigie House, znajdowała się nieopodal. Przyniósł on liścik, w którym Longfellow prosił Lowella o pomoc przy tłumaczeniu kilku pieśni. Lowell przekonał Holmesa, by mu towarzyszył.

– Trzymam już tak wiele srok za ogon, że obawiam się nowej pokusy – odparł Holmes, wyśmiewając z początku ten pomysł. – Boję się, że złapię tę twoją dantomanię.

Lowell przekonał też Fieldsa, by zajął się Dantem. Wydawca, chociaż nie był italianistą, dzięki podróżom w interesach (to „podróżowanie w interesach" służyło głównie przyjemności jego i Annie, jeżeli bowiem chodzi o książki, wymiana handlowa pomiędzy Rzymem a Bostonem nie była zbyt ożywiona) dość dobrze znał język włoski, teraz więc ochoczo zagłębił się w słownikach i komentarzach. Fields, jak mawiała jego żona, interesował się tym, co interesowało innych. Wkrótce do ich grona dołączył też stary George Washington Greene, który niegdyś sprezentował Longfellowowi pierwszy egzemplarz Commedia, nabyty trzydzieści lat temu podczas wspólnej podróży po Włoszech. Greene odwiedzał Longfellowa za każdym razem, gdy tylko przybywał do Bostonu z Rhode Island, gdzie mieszkał, i oferował swe, cokolwiek naiwne, opinie na temat przekładu. Fields, który lubił mieć przejrzysty harmonogram zajęć, zasugerował, aby spotykać się co środę w gabinecie Longfellowa w Craigie House. Z kolei doktor Holmes, wytrawny słowotwórca, ochrzcił to przedsięwzięcie Klubem Dantego, chociaż on sam zwykle określał wieczorne spotkania jako „seanse" – utrzymując, że gdyby skupić się intensywnie, można by stanąć twarzą w twarz z Dantem przy kominku Longfellowa.

Holmes spodziewał się, że nowa książka, nad którą pracował, przywróci go do łask czytelników. Miała to być prawdziwie amerykańska opowieść, jakiej dotąd nie udało się znaleźć u żadnego księgarza i w żadnej bibliotece. Opowieść, której nie zdołał stworzyć przed śmiercią Hawthorne; opowieść, jaką dobrze zapowiadający się pisarze, choćby Melville, osobliwie zmącili, zanim zaczęła żyć własnym życiem. Dante śmiał uczynić z siebie niemal boskiego herosa, przekształcając własną ułomną osobowość dzięki mocy poezji. Dla swego dzieła florentyńczyk poświęcił dom, życie rodzinne i miejsce w łajdackim mieście, które tak ukochał. W ubóstwie i samotności stworzył swój naród; pokoju mógł doświadczyć tylko w wyobraźni. Doktor Holmes miał zamiar dokonać tego samego, lecz bez tak wielkich poświęceń.

A gdyby jego powieść zaskarbiła mu wdzięczność narodu, to niechby tylko doktor Manning i inne sępy tego świata ośmieliły się szargać jego reputację! Popadając w szczytowe samouwielbienie, Holmes wyobraził sobie, jak sam jeden osłania Dantego przed napastnikami i zapewnia triumf Longfellowowi. Gdyby jednak nazbyt pospieszne wydanie przekładu Dantego wywołało wojnę, której ofiarą padłaby jego, i tak już nadszarpnięta, opinia, amerykańska opowieść Olivera Wendella Holmesa mogłaby przejść bez echa.

Doktor zrozumiał jasno, co powinien zrobić. Musi spowolnić ich pracę nad przekładem w takim stopniu, by móc skończyć swoją powieść, zanim tłumaczenie będzie gotowe. Leżało to nie tylko w interesie Dantego; ważyły się literackie losy Olivera Wendella Holmesa. A poza tym, skoro Dante czekał na zaistnienie w Nowym Świecie dobrych kilkaset lat, czyż kilka dodatkowych tygodni mogłoby mu czynić różnicę?

Za swym biurkiem w holu posterunku policji przy Court Square Nicholas Rey od dłuższego czasu ślęczał nad kartką papieru. Zmrużył oczy w gazowym świetle lampy i podniósł wzrok znad swojego notesu. Przed biurkiem, w wyczekującej pozie, stał zwalisty mężczyzna w mundurze barwy indygo. W dłoniach trzymał mały, papierowy pakunek, który kołysał niczym niemowlę.

– Posterunkowy Rey? Sierżant Stoneweather. Nie chcę przeszkadzać… – mężczyzna postąpił krok do przodu i wyciągnął swoje wielkie łapsko. – Cokolwiek by mówić, to pewnie dość stresujące być pierwszym murzyńskim policjantem. Co pan tam pisze?

– Mogę panu w czymś pomóc, sierżancie? – zapytał Rey.

– Ja tylko tak… Wypytywał pan na posterunkach o tego piekielnego żebraka, który wyskoczył przez okno, prawda? To ja doprowadziłem go na przesłuchanie.

Posterunkowy upewnił się, że drzwi do biura Kurtza są wciąż zamknięte.

– Czy przypomina pan sobie, skąd zabrał go pan na posterunek? – spytał.

– Rozglądałem się za każdym, kto nie umiałby znaleźć sobie wymówki, tak jak nam to przykazano. Knajpy, domy publiczne – sierżant Stoneweather wydobył ze swojej paczki jagodowe ciasto, by się nim posilać podczas rozmowy. – Potem poszedłem do południowobostońskiej zajezdni tramwajów konnych, bo wiem, że kręci się tam zwykle paru kieszonkowców. Ten pana żebrak leżał bezwładnie na jednej z ławek, chyba przysypiał, ale trząsł się przy tym, jakby miał to… no, tremulus demendus, delirius tremendus, czy jak tam się to nazywa.

– Znał go pan?

– Tramwajem konnym wozi się zwykle mnóstwo włóczęgów i pijaczków – odparł Stoneweather, przeżuwając ciasto. – Ten nie wyglądał znajomo. Prawdę mówiąc, początkowo wcale nie chciałem go zgarniać, bo sprawiał wrażenie nieszkodliwego.

Rey był tym zaskoczony.

– Co zatem spowodowało, że zmienił pan zdanie?

– On sam, ten przeklęty żebrak! – wybuchnął Stoneweather, aż trochę okruszków ciasta posypało mu się na brodę.

– Jak tylko zobaczył, że zgarniam kilku zbirów, podleciał do mnie, wyciągając przed siebie łapy, jakby sam chciał, żeby go zakuć w kajdanki i od razu przyskrzynić za morderstwo! Pomyślałem więc sobie, że same niebiosa zesłały mi tego typa, żebym go doprowadził na przesłuchanie. Przeklęty szaleniec! Wszystko przecież zdarza się z Bożej przyczyny. Ja w to wierzę. A pan nie, panie posterunkowy?

Rey miał trudności z wyobrażeniem sobie włóczęgi w innych okolicznościach niż jego śmiertelny lot.

– Czy mówił coś panu w drodze na posterunek? Czy robił coś szczególnego? Rozmawiał z kimś innym? Może czytał gazetę? Książkę?

Stoneweather wzruszył ramionami.

– Nie zauważyłem.

Gdy Stoneweather przetrząsał kieszenie swojego płaszcza w poszukiwaniu chusteczki, którą mógłby wytrzeć sobie dłonie, posterunkowy spojrzał z roztargnieniem na rewolwer wciśnięty za skórzany pas policjanta. W dniu, w którym on sam decyzją gubernatora Andrew został przyjęty w szeregi policji, rada miejska wydała uchwałę nakładającą na niego liczne ograniczenia. Rey nie miał prawa do munduru, nie mógł nosić żadnej broni poza pałką policyjną i – jeśli nie był w towarzystwie oficera – nie wolno mu było aresztować białej osoby.

W pierwszym miesiącu przydzielono go do Dystryktu Drugiego. Komendant posterunku uznał, że Rey może być pomocny jedynie przy patrolowaniu Nigger Hill. Lecz mieszkający tam czarni tak dalece nie znosili policjanta Mulata, że inni funkcjonariusze zaczęli obawiać się zamieszek. Praca na posterunku była niewiele lepsza. Tylko dwóch czy trzech policjantów w ogóle rozmawiało z Reyem. Inni podpisali list do naczelnika Kurtza, proponując zakończenie „eksperymentu z kolorowym posterunkowym".

– Naprawdę chce pan wiedzieć – spytał Stoneweather – co go do tego pchnęło? Czasami człowiek po prostu nie może dłużej znieść tego, jak jest. Tak mi się przynajmniej wydaje.

– Ten człowiek zginął na terenie posterunku, sierżancie Stoneweather – odrzekł Rey – ale w moim odczuciu był zupełnie gdzie indziej, daleko od nas, w wielkim niebezpieczeństwie.

Tego było już za wiele, by Stoneweather mógł pojąć.

– Szkoda, że nie wiem więcej o tym biednym typie.

Tego popołudnia naczelnik Kurtz i jego zastępca Savage odwiedzili Wide Oaks. Posterunkowy Rey, który powoził, był jeszcze cichszy niż zazwyczaj.

– Wciąż myśli pan o tym przeklętym włóczędze? – zagadnął go Kurtz, wysiadając z powozu.

– Nie potrafię dojść, kto to mógł być, naczelniku – odparł Rey.

Kurtz nachmurzył się, lecz spytał łagodnym głosem:

– Ale czegoś już pan się o nim dowiedział?

– Sierżant Stoneweather przyprowadził go z zajezdni tramwajów konnych. Mógł być z tamtej okolicy.

– Zajezdnia tramwajowa! To znaczy, że mógł być skądkolwiek!

Rey nie oponował.

– Mamy również jego podobiznę, naczelniku – rzucił od niechcenia Savage, który przysłuchiwał się tej rozmowie. – Zrobioną tuż przed wypadkiem.

– Słuchajcie uważnie – powiedział z naciskiem Kurtz. – Obydwaj. Ta stara kwoka urwie mi głowę, jeżeli nie dostanie tego, czego pragnie. A pragnie dostać w ręce zabójcę swego męża i zabawić się w kata. Rey, nie chcę, żeby pan teraz węszył za jakimś włóczęgą, zrozumiano? Mamy dość kłopotów bez przetrząsania całego miasta z powodu człowieka, który akurat skonał nam pod nosem.

Okna domu w Wide Oaks były zasłonięte ciężką czarną tkaniną, przez którą jedynie po bokach przedostawały się do wnętrza cienkie paski słabego dziennego światła. Gdy Kurtz wszedł do pokoju w towarzystwie Savage'a, pani Healey podniosła głowę znad stosu poduszek.

– Znalazł pan mordercę, naczelniku – raczej stwierdziła, niż zapytała.

– Droga pani – naczelnik zdjął kapelusz i położył go na stoliku stojącym w nogach łóżka. – Nasi ludzie są na tropie, lecz śledztwo jest wciąż w początkowym stadium…

Kurtz wyjaśnił swoją hipotezę: za zbrodnią stali dwaj mężczyźni winni Healeyowi pieniądze. Oni to zlecili zabójstwo pewnemu kryminaliście, którego sędzia skazał pięć lat wcześniej.

Ednah Healey trzymała głowę nieruchomo, aby nie spadł jej z czoła gorący kompres leżący tuż nad brwiami. Od czasu pogrzebu i paru innych ceremonii upamiętniających sędziego wdowa odmówiła opuszczenia swego pokoju i odprawiała wszystkich przychodzących z wizytą, oprócz członków najbliższej rodziny. Na szyi nosiła kryształową broszę, w której znajdował się splątany pukiel włosów sędziego. Neli Ranney, na prośbę swej pani, nawlekła tę ozdobę na łańcuszek.

Dwaj synowie Healeyów, równie barczyści jak ojciec, lecz zdecydowanie szczuplejsi od niego, siedzieli na fotelach po obu stronach drzwi, niczym dwa granitowe buldogi.

Młodszy z braci, Roland, przerwał wywody Kurtza.

– Nie mogę pojąć, naczelniku, dlaczego śledztwo postępuje tak wolno.

– Gdybyśmy tylko wyznaczyli nagrodę! – zawtórował bratu starszy syn, Richard. – Jestem pewien, że gdyby zaoferować odpowiednio dużą sumę, mielibyśmy już sprawcę w garści. Ludźmi kieruje piekielna chciwość, inaczej nie pomogą.

Naczelnik słuchał go z zawodową cierpliwością.

– Drogi panie Healey, jeśli ujawnimy prawdziwe okoliczności śmierci pańskiego ojca, zaleją pana fałszywe doniesienia tych wszystkich, którzy tylko patrzą, jak capnąć dolara. Musicie państwo zachować całą sprawę w tajemnicy i pozwolić nam dalej działać. Możecie mi państwo wierzyć – dodał – że nie spodobałoby wam się to, co wynikłoby z ujawnienia informacji o morderstwie.

– A mężczyzna, który zginął podczas przesłuchania? – odezwała się wdowa. – Czy dowiedział się pan czegoś na temat jego tożsamości?

Kurtz rozłożył ręce.

– Tak wielu zacnych obywateli naszego miasta okazuje się należeć do tej samej rodziny, kiedy trafiają na policję – uśmiechnął się z lekką kpiną. – Przeważnie przedstawiają się jako Smith albo Jones.

– A ten? – nie ustępowała pani Healey. – Jak się przedstawił?

– Nie podał nam żadnego nazwiska, madame – przyznał się Kurtz ze skruchą, a jego uśmiech znikł pod nie uczesanym wiechciem wąsa – ale nie mamy powodu sądzić, że miał on jakieś informacje na temat zabójcy sędziego Healeya. Był zwykłym drobnym włóczęgą, na dodatek nieco podpitym.

– Prawdopodobnie był głuchoniemy – dodał Savage.

– Czemu zatem tak bardzo chciał uciec, może pan mi to wyjaśni, naczelniku? – spytał Richard Healey.

Było to nader trafne pytanie, choć Kurtz nie chciał tego przyznać.

– Cóż, mógłbym opowiedzieć państwu o wielu ludziach, jakich napotykamy na ulicach Bostonu. Niektórzy święcie wierzą, że są ścigani przez demony, i chętnie przedstawiają nam dokładne opisy swoich prześladowców, nie pomijając takich szczegółów, jak rogi i kopyta.

Pani Healey pochyliła się do przodu i spojrzała z niechęcią na korytarz.

– Naczelniku, to pański służący?

Kurtz gestem dłoni wezwał Reya z korytarza.

– Madame, być może poznała się już pani z panem Nicholasem Reyem. Prosiła pani, abym zabrał ze sobą funkcjonariusza, który był świadkiem tego śmiertelnego wypadku na posterunku.

– Murzyn policjantem? – spytała wdowa z widocznym zażenowaniem.

– Mówiąc precyzyjnie, Mulat, madame – oświadczył z dumą Savage. – Pan Rey jest pierwszym czarnoskórym funkcjonariuszem w naszym stanie. A podobno nawet pierwszym w całej Nowej Anglii.

Wymienił z Reyem uścisk dłoni.

Pani Healey wyciągnęła szyję, aby dobrze mu się przyjrzeć.

– A więc to pan jest policjantem, który zajmował się tym włóczęgą? Tym, który zginął?

Rey skinął głową.

– Niech mi pan zatem powie, co, pańskim zdaniem, sprawiło, że ten człowiek postąpił w taki sposób?

Naczelnik Kurtz kaszlnął nerwowo i posłał posterunkowemu znaczące spojrzenie.

– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, madame – odrzekł szczerze Rey. – Trudno mi stwierdzić, co spowodowało, że czuł się tak bardzo zagrożony.

– Czy coś do pana mówił? – spytał Roland.

– Tak, panie Healey. Przynajmniej próbował. Lecz obawiam się, że z jego szeptu nie dałoby się niczego zrozumieć.

– Nie potraficie nawet ustalić tożsamości próżniaka, który umiera na waszej podłodze! – wybuchła Ednah Healey. – Pan też uważa, że mój mąż zasłużył na to, co go spotkało, naczelniku Kurtz!

– Ależ, madame… – Kurtz spojrzał bezradnie na swojego zastępcę.

– Jestem chorą, stojącą nad grobem kobietą, ale nie dam się oszukiwać! Myśli pan, że jesteśmy głupcami i złoczyńcami, i życzy nam, żebyśmy wszyscy poszli stąd do diabła!

– Madame! – Savage powtórzył jak echo za naczelnikiem.

– Nie dam panu satysfakcji oglądania mnie martwej za życia, naczelniku Kurtz! Ani panu, ani pańskiemu niewdzięcznemu czarnuchowi! Mój mąż zrobił wszystko, co mógł, i nigdy nie wstydziliśmy się za niego.

Kompres zsunął się na podłogę, gdy wdowa zaczęła orać paznokciami swą szyję. Wskutek tego natręctwa jej skórę pokrywały już strupy i czerwone plamy. Palce pani Healey zagłębiały się w ciało, rozdrapując skupiska niewidzialnych czerwi, które tylko czekały, aby wślizgnąć się do jej głowy.

Roland i Richard zerwali się z krzeseł, lecz nie odważyli się podejść do miotającej się matki. Kurtz i Savage bezradnie wycofali się ku drzwiom. Rey odczekał jeszcze chwilę, a potem spokojnie zrobił krok ku jej łóżku.

– Pani Healey…

Podczas napadu rozluźniły się tasiemki jej koszuli nocnej. Rey sięgnął do lampy i skrócił knot, tak że w półmroku było widać tylko sylwetkę kobiety.

– Madame, chciałbym, aby pani wiedziała, że pani mąż kiedyś mi pomógł.

Pani Healey znieruchomiała.

Kurtz i Savage, nadal stojący w drzwiach, wymienili zaskoczone spojrzenia. Rey mówił zbyt cicho, by mogli usłyszeć każde słowo z drugiego końca pokoju, a za bardzo obawiali się nawrotu jej furii, by zbliżyć się do łóżka. Jednak nawet w ciemności mogli dostrzec, jak się uspokoiła. O jej niedawnym wzburzeniu świadczył jedynie przyspieszony oddech.

– Niech mi pan o tym opowie – poprosiła cicho wdowa.

– Do Bostonu przyjechałem jako dziecko. Zabrała mnie tu, wyjeżdżając na wakacje, pewna kobieta z Wirginii. Kilku abolicjonistów zaprowadziło mnie przed oblicze sędziego, który uznał, że w świetle prawa niewolnik staje się wolnym człowiekiem, kiedy przekroczy granice stanu, w którym nie ma niewolnictwa. Do opieki nade mną wyznaczył kolorowego kowala nazwiskiem Rey i jego rodzinę.

– Zanim ta okropna Ustawa o zbiegłych niewolnikach odebrała nam do tego prawo – pani Healey zacisnęła mocno powieki i westchnęła, a jej usta wykrzywiły się boleśnie. – Wiem, co pańscy pobratymcy myślą o moim mężu z powodu tego chłopca Simsów. Sędzia nie lubił, gdy przychodziłam do sądu, ale wtedy przyszłam. Tyle o tym wówczas mówiono… Sims był tak przystojny jak pan, tylko skórę miał ciemniejszą; czarną jak ciemnota w głowach niektórych ludzi. Sędzia nigdy by go nie odesłał, gdyby nie musiał tego zrobić. Nie miał wyboru, rozumie pan? Ale panu dał rodzinę. Czy był pan w niej szczęśliwy? Rey skinął głową.

– Dlaczego pomyłki można naprawić tylko późniejszym i czynami? – ciągnęła pani Healey. – Czemu czasem nie może być tak, że to właśnie coś, co zrobiono wcześniej, rekompensuje czyjś błąd? To wszystko jest takie męczące. Takie męczące…

Wróciła jej świadomość i wiedziała już, co trzeba zrobić, kiedy policjanci sobie pójdą. Od Reya potrzebowała tylko jednej informacji.

– Niech mi pan powie, proszę, czy sędzia mówił coś panu wtedy, gdy był pan chłopcem? On zawsze tak lubił rozmawiać z dziećmi.

Takim zapamiętała męża z rozmów z ich własnymi dziećmi.

– Przed wydaniem rozporządzenia, madame, sędzia spytał mnie, czy chciałbym tutaj zostać. Powiedział, że w Bostonie zawsze będę bezpieczny, lecz że musi to być mój wybór: czy chcę być bostończykiem – kimś, kto staje we własnej obronie i zarazem w obronie swojego miasta – czy też pozostać na zawsze kimś obcym, kimś z zewnątrz. Potem dodał, że gdy bostończyk puka do bramy niebios, wychodzi anioł, aby go ostrzec: „Nie będzie ci się tu podobać, to nie Boston".

Rey słyszał szept obcego mężczyzny, gdy nasłuchiwał, jak pani Healey zapada w sen; słyszał go w swoim pustym pokoju w rozpadającej się czynszowej kamienicy. Każdego ranka budził się z jego słowami na ustach. Mógł je smakować, mógł czuć ich mocny zapach, mógł ocierać się o zeskorupiałe z brudu bokobrody człowieka, który je wypowiadał. Kiedy jednak sam próbował je powtarzać, czy to stojąc przed lustrem, czy jadąc powozem, brzmiały absurdalnie. Wiele godzin przesiedział z piórem w dłoni, zużywał całe kałamarze atramentu, przepisując w nieskończoność to, co usłyszał, lecz na papierze nonsens wyglądał jeszcze gorzej. Widział przed sobą cuchnącego zgnilizną człowieka, jego przerażone oczy, wpatrujące się weń na moment przedtem, zanim rzucił się przez okno. Rey nie mógł oprzeć się myśli, że bezimienny mężczyzna spadł jak z nieba wprost w jego ramiona tylko po to, by zaraz znów z nich wylecieć. Próbował wyrzucić z głowy obraz obcego, spadającego głową w dół na spotkanie usłanego liśćmi dziedzińca. Bezskutecznie. Musiał coś zrobić, aby powstrzymać ten upadek, niech diabli wezmą Kurtza i jego rozkaz. Musi poznać sens słów, które zawisły w martwym powietrzu.

– Nie pozwoliłabym mu iść z nikim innym – Amelia Holmes wykrzywiła swą niedużą twarz, usiłując poprawić kołnierz mężowskiego płaszcza. – Panie Fields, Oliver nie powinien wychodzić dziś wieczorem z domu. Boję się, że wyniknie z tego jakaś bieda. Proszę tylko posłuchać, jak on świszczy przez tę swoją astmę. No dobrze, Wendell, kiedy zamierzasz wrócić do domu?

Znakomicie wyposażony powóz J. T. Fieldsa zajechał przed dom przy Charles Street 21. Chociaż posiadłość wydawcy była zaledwie dwie przecznice dalej, Fields nigdy nie fatygował Holmesa, by ten szedł pieszo. Doktor oddychał z trudem, stojąc na progu. Przyczyny swoich dolegliwości upatrywał tym razem w ochłodzeniu, choć zazwyczaj obwiniał o nie upały.

– Och, nie wiem – odparł lekko zirytowany Holmes. – Oddaję się w ręce pana Fieldsa.

– Dobrze – zgodziła się niechętnie Amelia. – A zatem, panie Fields, o której godzinie zwróci mi pan męża?

Fields rozważył to pytanie z największą powagą. Dobre samopoczucie pani Holmes było dlań równie ważne, jak komfort jej męża, a Amelia Holmes była ostatnio wyraźnie czymś zaniepokojona. Nie dalej jak miesiąc wcześniej, podczas śniadania u Fieldsów, w ich uroczej jadalni, której okna wyglądały na leniwie płynącą rzekę, wyznała wydawcy:

– Chciałabym, aby Wendell nic już więcej nie publikował. Tylko ściągnie na siebie gazetową krytykę. Jaki z tego pożytek?

Fields otworzył usta, aby ją uspokoić, lecz Holmes był szybszy. Gdy coś go wzburzyło lub gdy był spanikowany, nikt nie potrafił go prześcignąć, zwłaszcza gdy miał się wypowiedzieć na swój temat.

– Jak możesz tak mówić, Amelio? Piszę właśnie coś nowego, coś, czym krytycy będą zachwyceni. To będzie prawdziwie amerykańska opowieść, o którą od tak dawna prosił mnie pan Fields. Zobaczysz, moja droga, że to będzie lepsze niż wszystko, co dotąd zrobiłem.

– Och, zawsze tak mówisz, Wendell – Amelia potrząsnęła smutno głową. – Ja jednak chciałabym, żebyś dał już sobie z tym spokój.

Wydawca wiedział, że Amelia znosiła cierpliwie wielkie rozczarowanie Holmesa, gdy kontynuacja Autokraty… - Profesor przy śniadaniowym stole - została zlekceważona przez krytykę jako wtórna, mimo że Fields spodziewał się sukcesu. Nie zrażony porażką, Holmes zaplanował trzecią część serii, pod tytułem Poeta przy śniadaniowym stole, lecz ją również zniszczyły ataki krytyków. Skromny sukces odniosła jedynie jego pierwsza powieść, Elsie Veneer, napisana jednym tchem i opublikowana wkrótce po wojnie.

Nowa grupa związanych z cyganerią nowojorskich krytyków upatrzyła sobie bostoński establishment jako cel ataków, a Holmes reprezentował swoje dumne miasto lepiej niż ktokolwiek inny – to on, bądź co bądź, nazwał Boston pępkiem świata, a klasę, do której należał, „bostońskimi braminami", na wzór tych z egzotycznych krajów. Teraz obwiesie, którzy mieli czelność nazwać się „Młodą Ameryką", przesiadujący w podziemnych tawernach Manhattanu, rozmieszczonych wzdłuż Broadwayu, ogłosili, że zgrupowani wokół Fieldsa „Kominkowi Poeci", utrzymujący od dłuższego czasu swą dominację, są dla następnej epoki nieistotni. „Czy urokliwe staroświeckie rymy i wiejskie obrazki koterii Longfellowa pomogły zapobiec wojnie domowej?" – pytali nowojorczycy. Holmes ze swej strony na kilka lat przed wojną wypowiadał się za kompromisem, a nawet, wraz z Artemusem Healeyem, podpisał rezolucję popierającą wprowadzenie Ustawy o zbiegłych niewolnikach, w nadziei, że powstrzyma to wybuch konfliktu.

– Czy nie pojmujesz, Amelio – kontynuował Holmes przy śniadaniowym stole – że zrobię na tym pieniądze? To byłoby chyba mile widziane?

Nagle spojrzał na wydawcę.

– Fields, jeśli cokolwiek miałoby mi się przytrafić, zanim powieść ujrzy światło dzienne – powiedział poważnym tonem – obiecaj mi, że przekażesz wdowie moje honorarium.

Wszyscy parsknęli śmiechem.

Teraz, stojąc obok swego powozu, Fields spojrzał na burzowe niebo, jak gdyby ono mogło udzielić odpowiedzi, na którą czekała Amelia.

– Około dwunastej – orzekł. – Odpowiada pani godzina dwunasta, droga pani Holmes?

Spojrzał na nią życzliwie swymi łagodnymi brązowymi oczyma, chociaż dobrze wiedział, że będzie to raczej druga niż dwunasta. Poeta wziął wydawcę pod ramię.

– Nasza noc dantejska zapowiada się całkiem nieźle. Amelio, bądź pewna, że pan Fields zatroszczy się o mnie. Moje wizyty u Longfellowa uważam za jeden z największych darów, jakie jeden człowiek może przekazać drugiemu, oczywiście prócz moich wykładów, mojej powieści i smakowitych obiadów.

Fields zdecydował się puścić ten ostatni komentarz mimo uszu.

Około 1865 roku w Cambridge panowało przekonanie, że Henry Wadsworth Longfellow potrafi przewidywać precyzyjnie, kiedy stanąć na progu swojego ciepłożółtego domu w stylu kolonialnym, aby móc powitać przybyłych gości, czy to z dawna oczekiwanych, czy to całkowicie niespodziewanych. Oczywiście, mity tego rodzaju są często źródłem rozczarowań, i zazwyczaj to jeden ze służących poety otwierał gościom masywne drzwi do Craigie House, jak po poprzednich właścicielach zwała się jego posiadłość. W ostatnich latach Longfellow po prostu nie był w nastroju, by osobiście witać kogokolwiek.

Jednak tego popołudnia, jakby dla potwierdzenia legendy, Longfellow stał na progu swego domostwa, gdy konny zaprzęg Fieldsa wtoczył się na podjazd. Siedzący przy oknie powozu Holmes dostrzegł wyprostowaną postać jeszcze z ulicy, zanim wjechali między pokryte białym puchem żywopłoty. Widok Longfellowa, gdy tak stał spokojnie pod lampą w prószącym śniegu, ze swą bujną brodą i w nienagannie dopasowanym surducie, odpowiadał powszechnemu wyobrażeniu poety. Taki obraz utrwalił się po śmierci Fanny Longfellow, kiedy świat zaczął czcić jego pamięć (jak gdyby to on sam zmarł, nie jego żona) jako swego rodzaju zjawy zesłanej ludziom przez Boga. Wielbiciele poety usiłowali uczynić z jego postaci alegorię geniuszu i cierpienia.

Trzy córki Longfellowa wbiegły do holu po zabawie na śniegu, który spadł nieoczekiwanie tego dnia. Zrzuciwszy obuwie, natychmiast popędziły krętymi schodami na górę.

Patrzę z pokoju w świetle lamp,

Jak idą schodami do mnie wraz:

Alicja - z powagą, Allegra - ze śmiechem,

I Edith, co w lokach ma słońca blask. [6]

Holmes minął właśnie te szerokie schody i znalazł się wraz z Longfellowem w jego gabinecie oświetlonym jedynie przez stojącą na biurku lampę. Dziewczynki zdążyły już zniknąć w swoich pokojach. „Wciąż kroczy przez żywy wiersz" – Holmes uśmiechnął się do siebie i chwycił łapkę Trapa, niedużego szkockiego teriera należącego do Longfellowa. Piesek zaszczekał na niego, pokazując wszystkie zęby i trzęsąc otyłym ciałem.

Potem Holmes dostrzegł wątłą postać, która siedziała skulona na krześle przy kominku, przeglądając dużych rozmiarów tom.

– Jak się miewa najżywszy George Washington w kolekcji Longfellowa? – przywitał się doktor.

– Lepiej, lepiej, dziękuję, doktorze. Choć muszę przyznać, niestety, nie na tyle, bym mógł uczestniczyć w pogrzebie sędziego Healeya.

Pozostali członkowie Klubu określali George'a Washingtona Greene'a, historyka i emerytowanego pastora unitariańskiego, jako „starego", choć faktycznie dobiegał on sześćdziesiątki, był więc zaledwie cztery lata starszy od Holmesa, a dwa od Longfellowa. Chroniczna choroba już przed laty nadała mu sędziwy wygląd. Nie przeszkadzało mu to wszakże co tydzień przyjeżdżać do Bostonu koleją z East Greenwich w stanie Rhode Island, aby z wielkim entuzjazmem uczestniczyć w środowych spotkaniach w Craigie House, jak i gościnnie wygłaszać kazania, gdzie tylko go o to poproszono.

– A pan, Longfellow, był obecny?

– Nie, mój drogi Greene – odparł zapytany – mam nadzieję jednak, że na uroczystości zjawiło się liczne grono?

Longfellow nie był na cmentarzu Mount Auburn od czasu śmierci Fanny. W jej pogrzebie też zresztą nie uczestniczył, gdyż był przykuty do łóżka.

– Zeszło się całkiem sporo ludzi – Holmes z namysłem splótł palce na piersi. – Piękny i stosowny hołd.

– Zbyt liczne grono, jak mniemam – Lowell, który wyszedł z biblioteki z naręczem książek, najwyraźniej zignorował fakt, że Holmes już zdążył odpowiedzieć na pytanie Longfellowa.

– Stary Healey sam znał siebie najlepiej – zauważył ostrożnie Holmes. – Wiedział, że jego miejscem jest sąd, a nie barbarzyńska arena polityki.

– Wendell! Nie chodzi ci chyba o to… – zaczął nie znoszącym sprzeciwu tonem Lowell.

– Lowell – Fields spojrzał na niego znacząco.

– … że staliśmy się łowcami niewolników – Lowell dał sobie przerwać tylko na sekundę.

Lowell był dalekim kuzynem Healeyów (Lowellowie byli spokrewnieni ze wszystkimi najlepszymi bramińskimi rodzinami), co tylko wzmagało jego wzburzenie.

– Wendell, czy kiedykolwiek postąpiłeś równie tchórzliwie jak Healey? Gdyby to zależało od ciebie, czy też wysłałbyś tego chłopca Simsów z powrotem w kajdanach na jego plantację? No powiedz, powiedz mi tylko to jedno!

– Musimy uszanować żałobę rodziny – stwierdził spokojnie Holmes, kierując swój komentarz głównie do półgłuchego pana Greene'a, który uprzejmie pokiwał głową.

Wtem z góry dobiegł dźwięk dzwonka i Longfellow przeprosił swych gości. Bez względu na to, czy odwiedziliby go profesorowie, duchowni, senatorzy czy królowie, na ten sygnał poeta udawał się na górę posłuchać wieczornych modlitw swych córek: Alice, Edith i Anny Allegry.

Tymczasem Fields zdążył zręcznie skierować rozmowę ku lżejszym tematom, gdy więc poeta wkroczył znów do gabinetu, powitała go salwa śmiechu, wywołanego anegdotą opowiadaną pospołu przez Holmesa i Lowella. Gospodarz zerknął na stary mahoniowy zegar. Miał do niego słabość nie z powodu wyglądu czy dokładności, lecz dlatego, że jego tykanie zdawało się być delikatniejsze niż innych zegarów.

– Pora do pracy – powiedział łagodnie.

W pokoju zapadła cisza. Longfellow zamknął zielone okiennice. Holmes przyciemnił lampy, podczas gdy inni ustawiali rząd świec. Pokój rozświetlił ciąg nakładających się na siebie migoczących świateł. Pięciu uczonych oraz otyły szkocki terier gospodarza zajęło swoje miejsca.

Longfellow wyjął z szuflady plik papierów i wręczył każdemu z gości kilka stron włoskiego oryginału poematu Dantego, razem z zestawem próbnych odbitek jego przekładu. W chiaroscuro [7] delikatnie utkanym ze świateł kominka, lampy i świec atrament zdawał się unosić znad arkuszy, jak gdyby strona Dantego nagle ożyła pod wzrokiem poety. Dante napisał swój poemat w trójwersowych strofach – terza ńma - w których wiersz środkowy rymuje się z pierwszym i trzecim zwrotki następnej, co nadaje im dynamiczny charakter.

Holmes zawsze rozkoszował się chwilą, gdy Longfellow otwierał ich dantejskie spotkania, recytując pierwszą tercynę Commedia w swej bezpretensjonalnej, znakomitej włoszczyźnie:

Nel mezzo del cammin di nostra vita

mi ritrovai per una selva oscura,

ché la dirttta via era smarrita… [8]

3

Pierwszym punktem porządku spotkania Klubu Dantego było przedstawienie przez gospodarza poprawionych odbitek przekładu z sesji z poprzedniego tygodnia.

– Dobra robota, mój drogi Longfellow – stwierdził doktor Holmes.

Zawsze był rad, gdy któraś z proponowanych przez niego poprawek spotykała się z aprobatą. Tym razem do arkuszy Longfellowa trafiły dwie zmiany sugerowane przez doktora w minioną środę. Holmes skierował swoją uwagę na pieśni omawiane tego wieczoru. Postarał się przygotować do dzisiejszego spotkania ze szczególną troską, musiał bowiem przekonać pozostałych członków Klubu, że przybył z zamiarem ochrony Dantego.

– W siódmym kręgu – mówił Longfellow – Dante opowiada, jak on i Wergiliusz zbliżyli się do ciemnego lasu.

Dante wędrował przez poszczególne rejony Piekła, podążając w ślad za swym uwielbianym przewodnikiem, rzymskim poetą Wergiliuszem. Po drodze poznawał los każdej z grup grzeszników, wyróżniając jednego lub dwóch, aby przemówili do świata żywych.

– Ten las musi w którymś momencie pojawić się w koszmarach każdego z czytelników Dantego – stwierdził Lowell. – Dante pisze tak, jak malował Rembrandt: pędzlem zanurzonym w mroku, a za oświetlenie służy mu blask ognia piekielnego.

Lowell, jak zwykle, przeżywał poezję Dantego całym ciałem i umysłem. Holmes ten jeden jedyny raz w swoim życiu zazdrościł komuś talentu.

Longfellow czytał fragmenty swojego przekładu. Niski głos poety brzmiał łagodnie niczym dźwięk wody szemrzącej pod świeżą pokrywą śniegu. George Washington Greene okazał się w szczególny sposób podatny na tę melodię, wkrótce bowiem zdrzemnął się w swym obszernym zielonym fotelu stojącym w rogu gabinetu, ukołysany do snu cichą recytacją i łagodnym ciepłem kominka. Mały terier Trap, który obrócił się na swój pulchny, miękki brzuch pod fotel Greene'a, również zapadł w drzemkę. Odgłosy ich chrapania tworzyły duet przypominający pomruk basu w symfonii Beethovena.

W pieśni omawianej tego wieczoru Dante opisywał, jak znalazł się w Lesie Samobójców. Tworzyły go drzewa, w które zamienione zostały cienie grzeszników. Skaleczenia na ich korze, zamiast sokami żywotnymi, broczyły krwią. Potem poeta ogląda straszliwą mękę potępionych: oto nadciągają harpie, stwory o twarzach i szyjach kobiet, pierzastych brzuchach i ptasich ciałach, zbrojne w szponiaste łapy. Monstra pędzą przez zarośla, kąsając i rozdzierając pazurami każde napotkane po drodze drzewo, sprawiając przy tym grzesznikom ogromne cierpienia. Jednocześnie tylko z owych rozdarć i ran docierają słowa, w których cienie mogą wyrazić swój ból i opowiedzieć Dantemu swoje dzieje.

– Krew i słowa muszą wydobywać się razem – stwierdził Longfellow.

Po omówieniu dwóch pieśni o karach piekielnych, których świadkiem był Dante, członkowie Klubu zebrali książki, odłożyli papiery i wymienili między sobą wyrazy uznania.

– Koniec zajęć, panowie – ogłosił Longfellow. – Jest wpół do dziesiątej i należy się nam nieco odpoczynku po trudach.

– Nie dalej jak wczoraj – zaczął Holmes – rozważałem temat naszej pracy nad Dantem w zupełnie nowym świetle…

Nagle rozległo się pukanie. Do gabinetu niepewnie wsunął się Peter, służący Longfellowa, i wahając się, szeptem przekazał wiadomość Lowellowi.

– Ktoś do mnie? – zdziwił się Lowell, przerywając Holmesowi. – Któż mógłby mnie tutaj szukać?

Gdy Peter wyjąkał coś niewyraźnie w odpowiedzi, poeta zagrzmiał tak głośno, że słychać go było w całym domu.

– Kto, na litość boską, ośmielił się przyjść tu dziś wieczór i zakłócić spotkanie naszego Klubu?

Peter nachylił się w jego stronę.

– Panie Lowell, ten człowiek mówi, że jest policjantem.

Nicholas Rey, który pozostał w holu, otupał świeży śnieg ze swoich butów, a następnie zastygł, kontemplując rzeźby i obrazy przedstawiające armię Waszyngtona. W pierwszych dniach rewolucji amerykańskiej dom Longfellowa był siedzibą sztabu generała.

Peter, czarny służący w Craigie House, pokręcił z niedowierzaniem głową, gdy Rey pokazał mu swoją odznakę policyjną, po czym odparł, że pan Longfellow nie ma w zwyczaju przerywać środowych spotkań. Każdy – czy to policjant, czy nie policjant – musi zaczekać w salonie na ich zakończenie. Pokój, do którego służący zaprowadził Reya, miał w sobie coś z sanktuarium; jego wystrój łagodziły kwieciste tapety i zasłony w gotyckich oknach. Na gzymsie kominka stało marmurowe popiersie kobiety. Delikatną twarz okalały kędziory włosów wyrzeźbione w kamieniu kremowej barwy.

Rey powstał, gdy do pokoju weszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich miał dostojną, długą brodę. Z jego postawy biła godność, która sprawiała, że wydawał się wyższy, niż był w istocie. Towarzyszył mu dżentelmen krzepkiej budowy ciała, emanujący pewnością siebie. Jego wąsy, długie niczym kły morsa, zwracały na siebie uwagę, jak gdyby miały przedstawić się pierwsze. To był James Russell Lowell, który zatrzymał się na moment, zdziwiony, a potem ruszył do przodu.

– Longfellow, czy dałbyś wiarę, że przeczytałem wszystko na temat tego człowieka w gazecie abolicjonistów? – Lowell zaśmiał się, zadowolony ze swej rozległej wiedzy. – To bohater pięćdziesiątego czwartego, murzyńskiego regimentu. Gubernator Andrew mianował go funkcjonariuszem policji w tym samym tygodniu, w którym zginął prezydent Lincoln. Go za zaszczyt móc spotkać pana tutaj, przyjacielu!

– Pięćdziesiąty piąty, bratni regiment, profesorze Lowell – poprawił go Rey. – Profesorze Longfellow, proszę mi wybaczyć, że odciągam pana od towarzystwa.

– Właśnie zakończyliśmy najważniejszą część spotkania, panie oficerze – odparł z uśmiechem gospodarz – a pan jest u mnie mile widzianym gościem.

Longfellow liczył sobie pięćdziesiąt osiem lat, lecz srebrne włosy i długa broda przydawały mu iście patriarchalnego wyglądu. Tylko błękitne oczy były stale młode. Miał na sobie nienagannie skrojony czarny surdut ze złotymi guzikami i dopasowaną do sylwetki skórzaną kamizelę.

– Profesorską togę zdjąłem już wiele lat temu. Teraz przejął ją po mnie profesor Lowell.

– A ja wciąż nie mogę przywyknąć do tego przeklętego tytułu – wymamrotał poeta.

Posterunkowy zwrócił się w jego stronę.

– Byłem w pańskim domu, skąd wysłała mnie tu pewna uprzejma młoda dama. Stwierdziła, że jeśli bierze pan teraz udział w jakiejś strzelaninie, to skoro mamy środę, z pewnością dzieje się to tutaj.

– Ach, to musiała być moja Mabel – roześmiał się Lowell.

– Nie wyrzuciła pana, prawda?

Rey zaprzeczył z uśmiechem.

– To najbardziej czarująca młoda dama, jaką poznałem, sir. Skierowano mnie do pana, profesorze, z University Hall.

Lowell spojrzał zdumiony.

– Co takiego? – wyszeptał, a jego policzki i uszy pokryły się szkarłatem, po czym wypalił gwałtownie: – Wysłali policję! Ciekawe, z jakim uzasadnieniem? Czy nie potrafią działać sami, bez pociągania za sznurki jakichś marionetek z ratusza?

Lowell aż ochrypł od krzyku.

– Proszę wyjaśnić nam cel swej wizyty, sir!

Rey pozostał równie nieruchomy jak marmurowe popiersie żony Longfellowa na gzymsie kominka. Longfellow położył dłoń na rękawie przyjaciela.

– Widzi pan, oficerze – zaczął – profesor Lowell, wraz z kilkoma innymi naszymi przyjaciółmi, był uprzejmy służyć mi pomocą w pewnego rodzaju przedsięwzięciu literackim, które, by tak rzec, nie spotyka się obecnie z uznaniem członków władz uniwersytetu. Lecz jest tak dlatego…

– Proszę mi wybaczyć – Rey spojrzał na poetę, z którego twarzy gniewny szkarłat znikał równie szybko, jak się na niej pojawił. – To nie uczelnia zwróciła się do mnie z prośbą o pomoc, lecz ja skierowałem się w potrzebie do University Hall. Poszukuję językoznawcy i kilku tamtejszych studentów podało mi pańskie nazwisko.

– Zatem, oficerze, to ja proszę o wybaczenie – odparł skruszony Lowell. – Miał pan szczęście, że skierowano pana do mnie. Władam sześcioma językami tak biegle, jakbym je znał od urodzenia.

Poeta roześmiał się i położył na intarsjowanym palisandrowym biurku Longfellowa kartkę, którą podał mu Rey. Przesunął palcem po pochyłych, kulfoniastych literach.

Rey zobaczył, że wysokie czoło Lowella marszczy się.

– Pewien dżentelmen powiedział do mnie tych kilka zdań – wyjaśnił policjant. – Uczynił to pospiesznie i właściwie…

znienacka, cokolwiek miał zamiar zakomunikować. Sam potrafię jedynie stwierdzić, że to jakiś dziwny i obcy język.

– Kiedy to było? – spytał Lowell.

– Parę tygodni temu – Rey przymknął oczy. – To było dziwne i raczej nieoczekiwane spotkanie.

Nadal nie mógł zapomnieć wwiercającego się w jego czaszkę szeptu. Słyszał wyraźnie każde słowo, nie miał jednak siły, aby powtórzyć którekolwiek z nich.

– Obawiam się, że to tylko przybliżona transkrypcja, profesorze.

– Ciężka sprawa, w istocie! – przyznał Lowell i podał kartkę Longfellowowi. – Przykro mi, lecz niewiele chyba da się odtworzyć z tych hieroglifów. Nie może pan po prostu zapytać tego człowieka, co to znaczy? Albo przynajmniej dowiedzieć się, jakim językiem się posługiwał?

Rey ociągał się z odpowiedzią.

– Panie oficerze – zwrócił się doń Longfellow. – W gabinecie obok czeka na nas gromada wygłodniałych uczonych, których zdołam przekupić jedynie ostrygami i makaronem. Czy byłby pan tak uprzejmy i zostawił nam tę kartkę?

– Będę panu niezmiernie zobowiązany, panie Longfellow – odparł Rey.

Przez moment przypatrywał się obu poetom, po czym dodał:

– Muszę poprosić, abyście panowie nie wspominali nikomu o mojej dzisiejszej wizycie. Chodzi o pewną delikatną sprawę, którą bada policja.

Lowell uniósł sceptycznie brwi.

– Oczywiście – rzekł Longfellow i skinął głową w ukłonie, dając do zrozumienia, że w Craigie House dyskrecja jest czymś oczywistym.

– Mój drogi Longfellow, bądź tak miły i dzisiejszego wieczoru trzymaj z dala ode mnie tego dobrego chrześniaka Cerbera – Fields wpychał chusteczkę za kołnierz swojej koszuli.

Uczeni rozsiedli się wokół biesiadnego stołu. Trap cichym skowytem wyraził swój protest.

– Och, Trap jest wielkim przyjacielem poetów, Fields – odparł Longfellow.

– Drogi panie Greene, trzeba go było widzieć w zeszłym tygodniu – perorował Fields. – Kiedy pan leżał złożony niemocą, a my pracowaliśmy w gabinecie nad Pieśnią jedenastą, ów „przyjaciel poetów" sam jeden rozprawił się z leżącą na stole kuropatwą!

– W ten sposób wyraził jedynie swoje zdanie na temat Boskiej Komedii - stwierdził z uśmiechem Longfellow.

– Dziwne spotkanie – powiedział Holmes z umiarkowanym zainteresowaniem. – Tak to określił ten oficer?

Przez chwilę oglądał zostawioną przez Reya kartkę, trzymając ją w ciepłym świetle kandelabru i obracając w różne strony, po czym podał ją dalej.

Lowell potwierdził skinieniem głowy.

– Wydaje mi się, że to licha próba napisania czegoś po włosku – stwierdził George Washington Greene przepraszającym tonem, po czym wzruszył ramionami i z głębokim westchnieniem przekazał kartkę Fieldsowi.

Historyk na powrót skupił się na potrawach. Odkąd członkowie Klubu Dantego odłożyli książki na półki i rozpoczęli słowne utarczki za stołem, Greene odczuwał narastające skrępowanie, musiał bowiem rywalizować z jasnymi gwiazdami konstelacji Longfellowa. Jego życie wypełniały drobne nadzieje i wielkie niepowodzenia. Jego wykłady nigdy nie były tak porywające, by zapewnić mu profesurę, a jego praca pastora nigdy dość wyrazista, aby wyjednać mu własną parafię (złośliwi mówili, że jego wykłady z historii za bardzo przypominają kazania, a jego kazania są zbyt podobne do wykładów z historii). Longfellow spojrzał przyjaźnie na swego starego druha i posłał mu przez stół danie, które, jak sądził, najbardziej będzie mu smakowało.

– Nicholas Rey – Lowell wymówił to nazwisko z podziwem. – Cóż za postać, nieprawdaż, Longfellow? Niegdyś żołnierz w największej z naszych wojen, a obecnie pierwszy czarnoskóry funkcjonariusz. Niestety, my – profesorowie, stoimy jedynie na nabrzeżu, spoglądając na tych kilku, którzy wybierają się w podróż parowcem.

– Lecz dzięki naszym intelektualnym zajęciom będziemy żyć znacznie dłużej – stwierdził Holmes. – Tak przynajmniej wynika z artykułu w ostatnim numerze „Atlantica" na temat zbawiennych wpływów wysiłku intelektualnego na długowieczność. Gratulacje z powodu kolejnego świetnego numeru pisma, mój drogi Fields.

– Tak, czytałem to! Znakomity kawałek. Zrób szum wokół tego młodego autora, Fields – zawołał Lowell.

– Najwyraźniej powinienem zasięgać twojej rady za każdym razem, zanim pozwolę jakiemukolwiek pisarzowi skalać piórem papier – uśmiechnął się do niego Fields z lekką przyganą. – „Review" szybko rozprawił się z naszym Żywotem Percivala. Ktoś, kto by cię nie znał, mógłby się dziwić, że nie okazałeś mi nieco więcej względów!

– Drogi Fields, nie będę zachwycał się byle gniotem – odparł Lowell. – Sam wiesz najlepiej, że nie warto wydawać książki, która nie dość, że jest kiepska, to jeszcze utrudni publikację lepszej pracy na ten sam temat.

– Pragnę zasięgnąć opinii tu zgromadzonych, czy jest w porządku ze strony Lowella publikować w „The North American Review", jednym z moich periodyków, atak na książkę, która ukazała się w moim wydawnictwie!

– A ja z kolei chciałbym zapytać – rzucił Lowell – czy ktokolwiek tutaj czytał tę książkę i podawał w wątpliwość moje stwierdzenia.

– Zaryzykowałbym głośne „nie" ze strony wszystkich tu. obecnych – odrzekł Fields – muszę cię bowiem zapewnić, że od dnia, gdy twój artykuł ujrzał światło dzienne, nie sprzedał się ani jeden egzemplarz tej książki!

Holmes stuknął widelcem o swój kieliszek.

– Niniejszym oskarżam pana Lowella o morderstwo, ponieważ uśmiercił on Żywot Percivala.

Odpowiedział mu gromki śmiech wszystkich siedzących za stołem.

– Och, to dziecię urodziło się już martwe, sędzio Holmes – bronił się oskarżony. – Ja tylko przybiłem gwoździe do jego trumny!

– Czy ktoś z was – Greene próbował nadać swojemu głosowi zwyczajne brzmienie, powróciwszy do swojego ulubionego tematu – zwrócił uwagę na dantejski charakter dat w tym roku?

– Odpowiadają dokładnie datom w dantejskim roku 1300 – przytaknął mu Longfellow. – Zarówno wtedy, jak i teraz Wielki Piątek wypada 25 marca.

– Gloria! Pięćset sześćdziesiąt pięć lat temu Dante zstąpił do cittd dolente, miasta boleści. Czyż nie będzie to rok Dantego?! To chyba dobry omen dla przekładu? – spytał Lowell z chłopięcym uśmiechem. – Czy też właśnie zły?

Jego własny komentarz przypomniał mu o uporze Korporacji Harwardzkiej i szeroki uśmiech znikł mu z twarzy.

– Jutro z naszymi ostatnimi pieśniami Piekła w garści zejdę pomiędzy „diabły" drukarni Riverside Press – rzekł Longfellow. – Zbliżamy się do kresu naszej pracy. Jeszcze przed końcem roku obiecałem wysłać egzemplarz sygnalny Piekła Komitetowi Florenckiemu, aby w ten sposób zaznaczyć nasz, jakkolwiek skromny, wkład w obchody sześćsetnej rocznicy urodzin Dantego.

– Czy wiecie, moi drodzy przyjaciele – spytał Lowell, marszcząc czoło – że ci przeklęci głupcy w Harvardzie wychodzą ze skóry, żeby przerwać mój kurs na temat Dantego?

– A mnie Augustus Manning przestrzegał przed konsekwencjami wydania przekładu – dorzucił Fields, bębniąc palcami po stole.

– Właściwie dlaczego posuwają się do takich metod? – spytał z niepokojem Greene.

– Tym czy innym sposobem starają się jak najbardziej opóźnić wydanie Dantego – wyjaśnił spokojnie Longfellow. – Obawiają się jego wpływu, jego obcości i katolicyzmu, mój drogi Greene.

– W przypadku niektórych fragmentów poematu jest to, jak sądzę, częściowo zrozumiałe – rzucił Holmes. – Ilu ojców, zamiast odebrać nagrody, poszło w czerwcu [9] na cmentarz Mount Auburn, aby odwiedzić tam swoich synów? Bardzo wielu. Sądzę, że dopiero co wyszliśmy z jednego piekła i nie potrzeba nam kolejnego.

Lowell wlewał w siebie już trzeci czy czwarty kieliszek czerwonego wina. Siedzący po drugiej stronie stołu Fields rzucał mu rozpaczliwie uspokajające spojrzenia. Poeta zabrał jednak głos:

– Gdy raz zaczną wrzucać książki w ogień, niebawem wszystkich nas wsadzą do piekła i nie będzie z niego ucieczki, mój drogi Holmes!

– Och, nie myślisz chyba, że podoba mi się pomysł, aby chronić amerykańskie umysły przed gradem pytań, jaki spada na nas z niebios, mój drogi Lowell. Zapewne jednak…

Holmes zawahał się. Nadarzała się dlań okazja. Zwrócił się do Longfellowa:

– … zapewne jednak powinniśmy rozważyć mniej ambitny harmonogram wydawniczy, mój drogi Longfellow. Może najpierw sygnalna edycja paru tuzinów książek, tak aby nasi przyjaciele i inni uczeni mogli docenić dzieło i poznać jego siłę, zanim obdarujemy nim masy.

Lowell niemal podskoczył na krześle.

– Czy rozmawiał z tobą doktor Manning? A może wysłał kogoś, żeby cię nastraszył, Holmes?

– Lowell, proszę – Fields uśmiechnął się dyplomatycznie. – Manning nie przyszedłby do Holmesa w tej sprawie.

– Co mówiłeś? – doktor udał, że nie dosłyszał.

Lowell wciąż czekał na odpowiedź.

– Oczywiście, że nie, Lowell. Manning to zaledwie jeden z tych grzybów, którymi zawsze porastają starsze uniwersytety. Chodzi mi jedynie o to, żeby nie wywoływać niepotrzebnego konfliktu. To tylko odrywałoby nas od tego, co najcenniejsze. Liczy się przecież poezja, nie walka. Zbyt wielu lekarzy leczy swych pacjentów, wtłaczając im do gardeł tony medykamentów. Tak jak powinniśmy być ostrożni w stosowaniu leków, przepisywanych nam nawet w najlepszej wierze, tak musimy być rozważni w naszych literackich działaniach.

– Im więcej sojuszników, tym lepiej – zwrócił się do zebranych Fields.

– Nie możemy chodzić na paluszkach wokół tyranów! – rzekł z mocą Lowell.

– Ale nie chcemy być także pięcioosobową armią zwróconą przeciwko całemu światu – dodał Holmes.

Był zachwycony, że Fields sprawiał wrażenie, jakby także nie chciał się spieszyć z wydaniem tłumaczenia. Dzięki temu doktor skończyłby swoją powieść, zanim naród usłyszałby o Dantem.

– Pierwej dałbym się spalić na stosie, niż zgodziłbym się na wstrzymanie publikacji – zakrzyknął Lowell. – Co ja mówię?! Dałbym się nawet zamknąć na godzinę z całą Korporacją Harwardzką!

– Oczywiście, nie powinniśmy zmieniać naszych planów wydawniczych – przytaknął Fields.

Pomyślny wiatr przestał wiać w żagle Holmesa.

– Doktor ma jednak rację. Dźwigamy nasz ciężar sami – kontynuował wydawca. – Z pewnością trzeba spróbować rozejrzeć się za jakimiś sojusznikami. Mógłbym na przykład poprosić starego profesora Ticknora, aby użył swoich wpływów, jeśli jeszcze jakieś mu pozostały. Możemy też zapewne liczyć na pana Emersona, który przed laty czytał Dantego. Nie ma takiego jasnowidza, który przed publikacją książki umiałby przewidzieć, czy uda się ją sprzedać w pięciu tysiącach egzemplarzy, czy też nie. Jeśli jednak sprzeda się pierwszych pięć tysięcy sztuk, nie ma nic bardziej pewnego niż to, że znajdą się nabywcy na następne dwadzieścia pięć tysięcy.

– Czy byliby gotowi odebrać panu profesurę, Lowell? – przerwał Greene, nadal zaabsorbowany problemem Korporacji.

– Jamey jest zbyt sławnym poetą, aby się na to odważyli – uspokoił go Fields.

– Nie dbam w najmniejszym stopniu o to, co mi zrobią! – zawołał Lowell. – Nie oddam Dantego tym filistrom!

– Ani żaden z nas! – dorzucił prędko Holmes.

Ku swojemu zaskoczeniu, nie został pokonany. Narosło w nim nawet przekonanie nie tylko o własnej słuszności, lecz również o konieczności ocalenia przyjaciół przed Dantem i ocalenia Dantego przed zapałem przyjaciół. Odpowiedzią na jego słowa były gromkie okrzyki: „Słusznie, słusznie" i „Tak właśnie!". Najgłośniej krzyczał Lowell.

Greene zauważył na końcu swego widelca odrobinę pomidorowego farszu i schylił się pod stół, aby podzielić się tym smakołykiem z Trapem. Z tej perspektywy dostrzegł, że Longfellow wstał z miejsca.

Choć wokół biesiadnego stołu Longfellowa w zaciszu Craigie House zebrało się tylko pięciu starych przyjaciół, widok gospodarza powstającego, aby wygłosić toast, był tu czymś tak rzadkim, że wszyscy umilkli.

– Za zdrowie tu obecnych.

Longfellow nie powiedział nic więcej, lecz oni odpowiedzieli grzmiącym „hurra", jak gdyby ogłosił nową Deklarację Niepodległości. Potem na stole pojawiły się gorący deser wiśniowy i lody, a następnie koniak z płonącymi kostkami cukru. Zebrani zapalali cygara od świec stojących pośrodku stołu.

Zanim wieczór dobiegł końca, Fields zdołał jeszcze przekonać Longfellowa, by ten opowiedział zebranym związaną z cygarami anegdotę. Aby usłyszeć od gospodarza cokolwiek o nim, trzeba było uciec w neutralny temat, taki jak cygara.

– Niedawno wstąpiłem do Corner w jakiejś sprawie – zaczął Longfellow, a wydawca z wyprzedzeniem zawtórował mu śmiechem – i Fields namówił mnie, bym wybrał się z nim do pobliskiego sklepu tytoniowego. Sprzedawca przyniósł z zaplecza pudełko z pewnym gatunkiem cygar, o jakim, mogę przysiąc, nigdy wcześniej nie słyszałem, i oświadczył z wielką powagą, że są to „ulubione cygara pana Longfellowa".

– I jaka była pańska odpowiedź? – zapytał wesoło Greene.

– Spojrzałem na sprzedawcę, spojrzałem na cygara i odparłem: „Cóż, muszę je zatem wypróbować". Zapłaciłem i zleciłem mu dostawę do domu.

– A co teraz o nich myślisz, mój drogi Longfellow? – Lowellowi od śmiechu aż uwiązł w gardle deser.

Longfellow wypuścił ustami kłąb dymu.

– No cóż, sądzę, że ten człowiek miał rację. Są naprawdę niezłe.

– „Zatem słuszne jest, bym uzbroił się w przezorność, jeśli będę wygnany z najdroższego mi miejsca…" [10] – dukał z wahaniem student, pocierając palcami w tę i z powrotem włoski tekst, który tłumaczył.

Już od kilku lat gabinet Lowella w Elmwood pełnił jednocześnie funkcję sali, w której odbywały się zajęcia prowadzonego przezeń kursu na temat Dantego. W pierwszym semestrze, kiedy rozpoczął wykłady, prosił o salę na uczelni. Otrzymał ponure i zimne pomieszczenie w suterenie University Hall, w którym za ławki służyły długie drewniane blaty, a pulpit dla profesora musiał chyba pochodzić z czasów purytanów. Lowell usłyszał, że na kurs nie zgłosiło się dość chętnych, aby mógł liczyć na jakąś lepszą salę. Wyszło to tylko na korzyść. Przeniesienie zajęć do Elmwood zapewniało mu wygody w postaci fajki i kominka, dając jeszcze jeden powód, aby nie ruszać się z domu.

Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu, w dni wybrane przez Lowella – czasami w niedzielę, ponieważ poecie spodobał się pomysł, by spotykać się w ten sam dzień tygodnia, w którym Boccaccio przed wiekami prowadził we Florencji pierwsze wykłady poświęcone Dantemu. Mabel Lowell często przysłuchiwała się lekcjom ojca, siedząc w przyległym pokoju, z którego do gabinetu wiodło otwarte przejście zwieńczone łukiem.

– Przypomnij sobie, Mead – zwrócił się profesor Lowell do studenta, który ostatecznie ugrzązł w tekście – że w piątej strefie Nieba, sferze męczenników, Cacciaguida przepowiedział Dantemu, iż zostanie wygnany z Florencji wkrótce po powrocie do świata żywych, a gdyby ponownie odważył się przekroczyć bramy miasta, czeka go śmierć na stosie. A teraz, mając to w pamięci, spróbuj przetłumaczyć następny wers: „io non perdessi li altri per i miei carmi". [11]

Włoski Lowella był zawsze nienaganny, lecz Mead, student trzeciego roku Harvardu, lubił myśleć, że profesor zdradzał swą „amerykańskość" poprzez skrupulatne wymawianie każdej sylaby, jak gdyby nie miała połączenia z następną.

– „… by nie utracić innych miejsc z powodu moich wierszy".

– Trzymaj się tekstu, Mead! Carmi to pieśni. Nie chodzi tylko o wiersze, lecz o samą melodię jego głosu! W dawnych czasach płaciłeś i mogłeś wybierać, czy chcesz usłyszeć opowieści minstreli w formie pieśni, czy też kazania. Kazanie, które się śpiewa, i pieśń, która głosi kazanie – taka jest właśnie Komedia Dantego. „Abym nie utracił innych miejsc z powodu moich pieśni". Poza tym całkiem przyzwoicie, Mead – słowom Lowella towarzyszył ruch przypominający przeciągnięcie się, co miało wyrażać jego generalną aprobatę.

– Dante się powtarza – orzekł stanowczo Pliny Mead.

Edward Sheldom, siedzący obok drugi ze studentów, zaczął się wiercić, słysząc te słowa.

– Jak sam pan profesor stwierdził – ciągnął Mead – boski prorok przepowiedział już, że poeta znajdzie azyl i ochronę pod Can Grande. Jakich zatem innych miejsc miałby potrzebować Dante? To nonsens dodany ze względów poetyckich.

– Gdy Dante mówi o nowym domu w przyszłości, który miałby być nagrodą za cnotliwe i pracowite życie – wyjaśnił Lowell – gdy mówi o „innych miejscach", których szuka, nie myśli o swoim życiu w roku 1302, kiedy to został wygnany, lecz o drugim, które przez następne stulecia będzie wiódł dzięki swej poezji.

– Lecz tego „najdroższego miejsca" – upierał się Mead – nikt mu nigdy naprawdę nie odebrał. Sam się go pozbawia. Florencja proponowała mu możliwość powrotu do domu, do żony, do rodziny, lecz on odmówił!

Pliny Mead nigdy nie olśniewał swych nauczycieli i rówieśników geniuszem, lecz od dnia, gdy ujrzał na cenzurce swoje stopnie za zeszły semestr – i był nimi boleśnie rozczarowany – zwykł odnosić się z niechęcią do Lowella. Swoją niską ocenę, a w rezultacie spadek w rankingu z pozycji dwunastej na piętnastą, przypisywał temu, że kilkakrotnie nie zgodził się z wykładowcą podczas dyskusji na temat literatury francuskiej. Jego zdaniem profesor nie mógł znieść, że ktoś zarzuca mu pomyłkę. Mead najchętniej zrezygnowałby z zajęć na wydziale języków nowożytnych, lecz zgodnie z regułą Korporacji student, który raz zapisał się na kurs językowy, musiał pozostać na wydziale przez trzy semestry. Był to jeden z forteli mających na celu zniechęcenie chłopców do studiów nad językami nowożytnymi. Tym sposobem Mead był skazany na wielkiego, nadętego Jamesa Russella Lowella. I na Dantego Alighieri.

– A cóż to była za oferta? – roześmiał się Lowell. – Pełne ułaskawienie i przywrócenie należnych praw we Florencji w zamian za prośbę o rozgrzeszenie i ogromną sumę pieniędzy! Johnny Reb [12] wmaszerował z powrotem do Unii mniej poniżony. Dla człowieka, który woła głośno o sprawiedliwość, zgoda na taki żałosny kompromis ze swoimi prześladowcami to doprawdy zbyt wiele.

– Cóż, Dante jest wciąż florentyńczykiem, niezależnie od tego, co tutaj powiemy! – stwierdził Mead, próbując ukradkowym spojrzeniem skaptować wsparcie Sheldona. – Sheldon, czy tego nie widzisz? Dante pisze bezustannie o Florencji i o florentyńczykach, których spotyka i z którymi rozmawia podczas swojej wizyty w zaświatach, a pisze to wszystko na wygnaniu! Jest dla mnie najzupełniej jasne, że tęskni tylko za powrotem. Śmierć Dantego na wygnaniu i w nędzy stanowi jego wielką i ostateczną porażkę.

Edward Sheldon zauważył z irytacją, że Mead uśmiecha się szeroko; udało mu się uciszyć Lowella, który powstał i wcisnął dłonie w kieszenie swej dość wytartej bonżurki. Lecz dostrzegł też ożywienie profesora, który, pykając nerwowo fajkę i depcząc dywan swymi ciężkimi, sznurowanymi butami, zdawał się krążyć myślami gdzieś w innej przestrzeni, z dala od gabinetu w Elmwood. Lowell zazwyczaj nie pozwalał studentom pierwszego roku uczestniczyć w zajęciach dla zaawansowanych. Sheldon był jednak uparty, więc Lowell dał mu szansę. Młodzieniec pozostał mu wdzięczny za pomoc i poczuł, że oto nadarza się okazja, by odwdzięczyć się profesorowi, biorąc Dantego w obronę. Otworzył już usta, lecz Mead posłał mu spojrzenie, które sprawiło, że chłopakowi słowa uwięzły w gardle.

Okazując rozczarowanie, Lowell spojrzał na Sheldona, a potem zwrócił się do Meada:

– Ach, gdzież jest w tobie Żyd, mój chłopcze?

– Go takiego? – krzyknął Mead, urażony.

– Nic, nic. Tematem Dantego jest ludzkość, nie poszczególny człowiek – stwierdził w końcu Lowell z łagodną cierpliwością, którą rezerwował wyłącznie dla studentów. – Włosi zawsze mieli pretensje do Dantego, próbując narzucić mu swoją politykę i sposób myślenia. Ich sposób, zaiste! Ograniczyć Dantego do Florencji czy Włoch, oznacza odciąć go od współczucia, jakie żywił wobec całego rodzaju ludzkiego. Raj utracony czytamy jako poemat, lecz Boską Komedię - niczym kronikę naszego wewnętrznego życia. Pamiętacie, chłopcy, co mówi werset dziesiąty, rozdział trzydziesty ósmy Księgi Izajasza?

Sheldon zadumał się. Mead siedział z twarzą zastygłą w uporze, celowo starając się nie myśleć, czy zna akurat ten werset.

– „Ego dixi: In dimidio dierum meorum vadam ad portas inferi!" – zakrzyknął Lowell, po czym ruszył w stronę swojej imponującej biblioteki, gdzie jakimś sposobem odnalazł łacińską Biblię, a w niej – cytowany fragment.

– Widzicie? – zapytał, umieszczając otwartą księgę na dywanie u stóp swoich studentów, najbardziej zadowolony z tego, że pokazał im, jak dokładnie zapamiętał cytat. – Czy mam przetłumaczyć? „Ja mówię: w połowie moich dni pójdę do bram piekła [13]. Czy jest na świecie cokolwiek, o czym nie pomyśleliby już wcześniej autorzy Pisma Świętego? Mniej więcej w połowie naszego życia każdy z nas odbywa podróż, by zmierzyć się ze swym własnym piekłem. Jak brzmi pierwszy wers poematu Dantego?

– „W połowie drogi poprzez podróż naszego życia… " – zgłosił się Edward Sheldon, który wielokrotnie czytał początko we salvo Piekła w swoim pokoju w Stoughton Hall i żaden inny wers poezji nie zrobił na nim równie piorunującego wrażenia – „… znalazłem się w ciemnym lesie, poprawny szlak bowiem został zgubiony". [14]

– „Nel mezzo del cammin di nostra vita". W połowie drogi poprzez podróż naszego życia – powtórzył Lowell, patrząc tak natarczywym wzrokiem w kierunku kominka, że Sheldon zerknął ponad jego ramieniem, sądząc, że śliczna Mabel Lowell weszła do gabinetu. Jej cień wskazywał jednak, że wciąż siedzi nieruchomo w przyległym pokoju. – Naszego życia. Już od pierwszego wersu poematu Dantego my sami zostajemy wciągnięci w podróż, ruszamy wraz z nim na pielgrzymkę i musimy zmierzyć się z naszym piekłem równie uczciwie i otwarcie, jak mierzy się z nim Dante. Wielka i trwała wartość Komedii leży w tym, że jest ona autobiografią ludzkiej duszy. Być może w tym samym stopniu waszych dusz i mojej duszy, jak duszy Dantego.

Kiedy Sheldon odczytał po włosku kolejnych piętnaście wersów, Lowell pomyślał, jak wspaniale jest poczuć, że uczy czegoś prawdziwego. Jakże głupi był Sokrates ze swoim pomysłem, by wygnać z Aten poetów! Jak nieskończenie szczęśliwy będzie sam Lowell, widząc klęskę Augustusa Manninga, kiedy przekład Longfellowa odniesie olbrzymi sukces.

Następnego dnia Lowell, po wygłoszeniu wykładu o Goethem, opuszczał University Hall. Zdumiał się niepomiernie, gdy nagle stanął oko w oko ze spieszącym w przeciwną stronę krępym Włochem, ubranym w lichy, lecz bardzo porządnie wyprasowany płócienny płaszcz.

– Bachi? – spytał profesor.

Przed laty Longfellow zatrudnił Piętro Bachiego jako lektora języka włoskiego. Korporacji nigdy nie podobał się pomysł, by przyjmować do pracy na uczelni cudzoziemców, szczególnie „włoskich papistów" – a fakt, że Bachi znalazł się na obczyźnie wygnany przez Watykan, nie zmieniał w tym wypadku opinii na jego korzyść. Do czasu gdy Lowell objął kierownictwo wydziału, Korporacja znalazła już uzasadnione powody, by pozbyć się Bachiego: nadużywanie alkoholu i niewypłacalność. W dniu, w którym go usunięto, Włoch odgrażał się Lowellowi, że więcej nie ujrzą go na uczelni, „ani żywego, ani martwego". Lowell, chcąc nie chcąc, trzymał Bachiego za słowo.

– Mój drogi profesorze! – Bachi powitał swojego niedoszłego szefa, ściskając jego dłoń z właściwą sobie żywiołowością.

– Cóż… – zaczął Lowell, niepewny, czy pytać, jak to się stało, że Bachi, najwyraźniej wciąż żywy, pojawił się nagle na Harvard Yard.

– Wybieram się właśnie na przechadzkę, profesorze – wyjaśnił Włoch.

Zdawał się spoglądać z niepokojem gdzieś obok Lowella, zatem profesor postanowił nie przedłużać wymiany uprzejmości. Kiedy odwrócił się za oddalającym się szybko Włochem, z rosnącym zdumieniem dostrzegł, że Bachi kieruje się w stronę postaci jakby mu skądś znanej. Był to mężczyzna w czarnym meloniku i kamizelce w kratę, którego Lowell widział przed paroma tygodniami opartego o wiąz i uznał za wielbiciela swojej poezji. Jakie interesy mógł mieć do Bachiego? Lowell przystanął, aby zobaczyć, czy Bachi przywita się z nieznanym człowiekiem, który sprawiał wrażenie, jakby na kogoś czekał. Jednak w tej właśnie chwili na dziedziniec wysypało się mrowie studentów, wdzięcznych za to, że uwolniono ich wreszcie od greckich recytacji, i osobliwa para – jeśli ci dwaj rzeczywiście mieli zamiar porozmawiać ze sobą – znikła Lowellowi z oczu.

Profesor natychmiast zapomniał o całej scenie i skierował się w stronę Wydziału Prawa, przed którym w otoczeniu innych studentów stał Oliver Wendell junior i wyjaśniał im pomyłkę w którymś z casusów. Lowell pomyślał, że Junior niewiele różni się wyglądem od swojego ojca – wystarczyłoby rozciągnąć doktora dwa razy na kole tortur.

Doktor Holmes stał bezczynnie u podnóża schodów dla służby we własnym domu. Zatrzymał się przed nisko zawieszonym lustrem i odrzucił grzebieniem na bok gęste pasmo brązowych włosów. Pomyślał, że jego oblicze nie przynosi mu szczególnej chwały. „Bardziej wygoda niż ozdoba", zwykł mawiać. Gdyby karnacja była o jeden ton ciemniejsza, nos nieco bardziej kształtny, a szyja odrobinę dłuższa, doktor mógłby wyglądać jak odbicie Wendella juniora. Neddie, najmłodszy syn Holmesa, nie miał tyle szczęścia i odziedziczył po doktorze wygląd oraz problemy z oddychaniem. Jak ująłby to wielebny Holmes, jego ojciec, doktor i Neddie byli Wendellami z krwi i kości; Wendell junior był czystym Holmesem. Ze swoją aparycją Junior bez wątpienia przerośnie sławą ojca: będzie nie tylko „Szanownym Panem Holmesem", lecz zapewne „Jego Ekscelencją Holmesem", a może nawet „Prezydentem Holmesem" [15]… Doktor Holmes ożywił się na odgłos ciężkich kroków i szybko cofnął do sąsiedniego pokoju. Po chwili ponownie wyszedł swobodnym krokiem na klatkę schodową, ze spojrzeniem skierowanym w dół, na jakąś starą książkę. Oliver Wendell Holmes junior wpadł do domu i wielkimi susami zmierzał na piętro.

– Wendy! – zawołał z lekkim uśmiechem Holmes. – To ty? Junior zwolnił w połowie schodów.

– Cześć, tato.

– Twoja matka właśnie pytała mnie, czy widziałem cię dzisiaj, i uświadomiłem sobie, że nie. Skąd wracasz o tak późnej porze, mój chłopcze?

– Ze spaceru.

– Ze spaceru? Sam spacerowałeś?

Junior zatrzymał się niechętnie na półpiętrze. Spiorunował ojca spojrzeniem spod ciemnych brwi, ściskając drewnianą balustradę.

– Mówiąc ściśle, rozmawiałem z Jamesem Lowellem.

Twarz Holmesa przybrała zaskoczony wyraz.

– Lowell? Spędzacie wspólnie czas do tak późna? Ty i profesor Lowell?

Szerokie barki Juniora podniosły się lekko.

– A o czym to rozmawiałeś z naszym drogim wspólnym przyjacielem, jeśli mogę spytać? – kontynuował z uprzejmym uśmiechem doktor.

– O polityce, o czasie, jaki spędziłem na wojnie, o moich zajęciach na prawie… Powiedziałbym, że całkiem dobrze się rozumiemy.

– Cóż, mam wrażenie, że ostatnio zbyt wiele czasu poświęcasz na rozrywki. Życzę sobie stanowczo, abyś zaprzestał tych niepoważnych wycieczek z panem Lowellem!

Junior nie zareagował na jego słowa.

– Trwonisz w ten sposób cenny czas, który powinieneś poświęcić na naukę. Nie możesz sobie pozwalać na takie marnotrawstwo.

Syn doktora roześmiał się.

– Każdego ranka słyszę: „O co chodzi, Wendy? Prawnik nigdy nie może być wielkim człowiekiem, Wendy" – powiedział lekko ochrypłym głosem. – A teraz życzysz sobie, abym z większym oddaniem poświęcił się studiom?

– Tak właśnie, Juniorze. Aby dokonać czegoś godnego uwagi, trzeba się namęczyć i napocić. Podczas następnej sesji Klubu Dantego zamienię słowo z panem Lowellem na temat waszych spotkań. Nie wątpię, że zgodzi się ze mną. Sam był niegdyś prawnikiem, i wie, co to oznacza. – Holmes skierował się ku korytarzowi, raczej zadowolony ze swojej zdecydowanej postawy.

Junior chrząknął. Doktor odwrócił się i przystanął.

– Coś jeszcze, mój chłopcze?

– Tak tylko… – rzekł Junior. – Chciałbym dowiedzieć się czegoś o waszym Klubie Dantego, ojcze.

Wendell junior nigdy nie okazywał żadnego zainteresowania literacką lub zawodową działalnością swego ojca. Nigdy nie czytał wierszy doktora ani jego pierwszej powieści, nie uczęszczał na wykłady na temat postępów nauk medycznych lub o historii poezji, które Holmes prowadził w Towarzystwie Krzewienia Oświaty. Szczególnie bolesny dla doktora przypadek zdarzył się po opublikowaniu w „The Atlantic Monthly" opowiadania Mój pościg za kapitanem. Opisywał w nim swą podróż przez ogarnięte wojną Południe, w którą wyruszył, gdy otrzymał telegram omyłkowo zawiadamiający go o śmierci syna na polu bitwy.

Podczas lektury opowiadania Junior czuł, jak pulsują jego nie zagojone rany. Nie mógł uwierzyć, jak ojcu udało się sprowadzić wojnę do rozmiaru kilku tysięcy słów, z czego większość stanowiły opisy żołnierzy Konfederacji konających na szpitalnych łóżkach i anegdoty o hotelowych recepcjonistach w małych miasteczkach, pytających go, czy autokrata śniadaniowego stołu to aby nie on.

– Zastanawiałem się – kontynuował Junior z krzywym uśmiechem – czy rzeczywiście czujesz się członkiem tego Klubu?

– Przepraszam, Wendy, co to ma znaczyć? Co ty o tym możesz wiedzieć?

– Tylko tyle, że pan Lowell twierdzi, iż twój głos daje się słyszeć głównie przy stole biesiadnym, a nie w gabinecie. Dla pana Longfellowa ta praca jest samym życiem; dla Lowella jego powołaniem. Postępuje zgodnie ze swoimi poglądami, a nie tylko je wygłasza, tak samo jak wtedy, gdy jako prawnik bronił niewolników. Dla ciebie Klub jest tylko kolejnym miejscem, w którym możesz brylować.

– Czy Lowell powiedział… – zaczął doktor. – Juniorze, zaczekaj!

Młody Holmes dotarł na piętro i zamknął się w swoim pokoju.

– Co ty w ogóle możesz wiedzieć o naszym Klubie Dantego! – wykrzyknął doktor.

Holmes w poczuciu bezsilności przemierzył dom, zanim udał się do swojego gabinetu. „Jego głos słyszany głównie przy stole"? Im dłużej powtarzał sobie ten zarzut, tym bardziej stawał się on bolesny: Lowell próbował zachować swoje miejsce jako prawa ręka Longfellowa, deprecjonując Holmesa.

Ze słowami Juniora wciąż dźwięczącymi w uszach doktor pisał zawzięcie przez następne tygodnie, z wielkim wysiłkiem. Praca szła mu opornie. Miał chwile natchnienia, w których nawiedzała go jakaś nowa myśl, lecz akt kompozycji połączony był zwykle z tępym, nieprzyjemnym uciskiem w skroniach, przerywanym napływem całych grup słów lub zaskakujących obrazów. Witał je wybuchem szalonego entuzjazmu i samozadowolenia, niekiedy popadając w dziecinną przesadę w mowie i czynach.

Doktor nie mógł pracować wiele godzin bez przerwy, w każdym razie, nie bez szkody dla zdrowia. Marzły mu stopy, głowę miał rozpaloną i czuł napięcie w mięśniach. Wieczorem, gdy kończył ciężką pracę przed godziną jedenastą, zabierał się do jakiejś lekkiej lektury, aby oczyścić umysł. Zbyt długi wysiłek umysłowy rodził w nim stan niesmaku, podobny do odczucia przejedzenia. Doktor częściowo przypisywał to osłabiającym, drażniącym nerwy cechom klimatu. BrownSequard, zaprzyjaźniony lekarz z Paryża, powiedział kiedyś, że zwierzęta w Ameryce nie krwawią tak bardzo jak w Europie. Czy nie powinno to dawać do myślenia? Jednak pomimo wszelkich fizycznych niedomagań Holmes pisał teraz jak szalony.

– Sądzę, że to ja powinienem porozmawiać z profesorem Ticknorem o jego poparciu dla naszej sprawy – powiedział Holmes do Fieldsa, kiedy odwiedził go w biurze w Corner.

– Co to takiego? – Fields czytał trzy rzeczy naraz: rękopis, umowę i list. – Gdzie są te umowy o honoraria?

J. R. Osgood wręczył mu kolejny plik papierów.

– Jesteś tak bardzo zajęty, Fields, a na głowie masz jeszcze następny numer „Atlantica". Musisz dać odetchnąć swojej zmęczonej głowie – przekonywał doktor. – Profesor Ticknor był, bądź co bądź, moim nauczycielem. Wydaje mi się, że potrafiłbym go przekonać, by ujął się za nami.

Holmes wciąż pamiętał czasy, gdy Boston znany był w światku literackim Nowej Anglii jako „Ticknorville". Ktoś, kogo Ticknor nie zaprosił do swego salonu (i biblioteki), był nikim. Niegdyś pokój ten zwano Salą Tronową Ticknora; obecnie – znacznie częściej – Górą Lodową Ticknora. Były profesor popadł w niełaskę, większość społeczeństwa widziała w nim jedynie wyrafinowanego próżniaka i przeciwnika zniesienia niewolnictwa, choć nadal zachował swoją wysoką pozycję jako jeden z pierwszych literackich mistrzów miasta. Jego wpływ wciąż można było, z korzyścią dla Klubu, ożywić.

– Faktycznie, opadło mnie więcej stworzeń, niż mogę wytrzymać, mój drogi Holmes – przyznał z westchnieniem Fields.

– Każdy nowy rękopis rozdziera mnie na pół.

Przez dłuższą chwilę przyglądał się doktorowi, po czym zgodził się wysłać go w swoim imieniu na Park Street.

– Ale wspomnij mu o mnie łaskawie, dobrze, Wendell?

Holmes wiedział, że wydawca odżyje, mogąc przekazać komu innemu zadanie rozmówienia się z George'em Ticknorem. Profesor Ticknor – wciąż używano wobec niego tego tytułu, choć nie wykładał od czasu przejścia na emeryturę trzydzieści lat temu – nigdy nie miał zbyt dobrego zdania o swoim młodszym kuzynie Williamie D. Ticknorze i tę opinię przeniósł na jego wspólnika, J. T Fieldsa. Profesor dał to jasno do zrozumienia Holmesowi, gdy doktor po dotarciu na Park Street i wspinaczce po krętych schodach znalazł się w jego gabinecie.

– Wszczynanie wrzawy dla pieniędzy, postrzeganie książek w kategoriach zysków i strat – wyschnięte usta Ticknora wykrzywiły się z odrazą. – Na tę przypadłość cierpiał mój kuzyn William i zaraził nią, jak się obawiam, również moich bratanków. Ci, którzy pocą się nad robotą, nie mogą rządzić literaturą. Czy zgodzi się pan ze mną, doktorze Holmes?

– Jednak pan Fields zdradza coś na kształt geniuszu w tej dziedzinie, nieprawdaż? Wiedział, że pańska Historia literatury hiszpańskiej będzie sobie dobrze radzić na rynku. Sądzi również, że Dante w przekładzie Longfellowa zainteresuje szerszą publiczność.

W rzeczywistości książka Ticknora miała niewielu czytelników poza wąskim gronem współpracowników specjalistycznych czasopism, lecz profesor uznał to za wystarczającą miarę jej sukcesu.

Ticknor zignorował hołd złożony przez Holmesa i delikatnie wydobył dłonie z masywnej maszyny. Było to specjalne urządzenie do pisania, jak sam określał, rodzaj miniaturowej prasy drukarskiej. Zbudowano ją, gdy zaczął cierpieć na drżenie rąk, utrudniające pisanie. Już od kilku lat nie widział swojego odręcznego pisma. Gdy przybył Holmes, profesor siedział właśnie nad jakimś listem.

Ticknor, w purpurowej aksamitnej szlafmycy i pantoflach, powtórnie obrzucił krytycznym spojrzeniem krój odzieży Holmesa, oceniając też jakość krawata i chusteczki.

– Obawiam się, doktorze, że choć pan Fields zna się na tym, co czytają ludzie, nigdy w pełni nie zrozumie, dlaczego to robią. Pyszni się, unoszony entuzjazmem bliskich przyjaciół. To niebezpieczna cecha.

– Pan profesor zawsze podkreślał, jak ważne jest, aby zapoznać wykształcone warstwy społeczeństwa z wiedzą na temat obcych kultur – przypomniał mu Holmes.

W pokoju z zaciągniętymi zasłonami, w słabym blasku kominka stary profesor krył w przyćmionym świetle swoje zmarszczki. Holmes delikatnie otarł czoło., – Tak, musimy starać się zrozumieć naszych cudzoziemców, doktorze Holmes. Jeśli nie podporządkujemy sobie tych nowych przybyszów, jeśli nie przyswoją sobie naszych cech narodowych i jeśli nie zastosują się z własnej woli do wymagań naszych instytucji, pewnego dnia zdominują nas.

– A tak między nami, profesorze – nie ustępował Holmes – co pan sądzi o szansach przekładu Longfellowa na sukces wśród szerokich rzesz czytelników?

Z wiekiem profesor rozwinął w sobie, jako obronę przed smutkiem, skłonność do udzielania kilku zawsze tych samych automatycznych odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące jego zdrowia lub stanu świata. Jednak pod wpływem spojrzenia doktora, które było stanowcze i wyczekujące, Ticknor naprawdę zastanowił się nad jego pytaniem.

– Może tak być, nie wątpię w to, że pan Longfellow dokona czegoś zdumiewającego. Czyż nie z powodu jego talentu wyznaczyłem go na mojego następcę na Harvardzie? Proszę jednak pamiętać, że mnie też zamarzyło się niegdyś wprowadzenie tu Dantego, a Korporacja mnie ośmieszyła… – przez twarz Ticknora przemknął cień. – Nie wierzyłem, że dożyję dnia, w którym będę mógł ujrzeć amerykański przekład Dantego, i nadal nie mogę pojąć, jak Longfellow dokona tej sztuki. Ale czy niewykształcone masy przyjmą go, czy nie, to już inna kwestia. Na takie pytanie może udzielić odpowiedzi sam lud, niezależnie od głosu uczonych miłośników Dantego. Nigdy nie byłem tak dalece kompetentny, by móc to rozstrzygnąć.

Ostatnie zdanie Ticknor wypowiedział z nieskrywaną dumą, która rozjaśniła jego oblicze.

– Dochodzę wszakże do wniosku, że jeśli będziemy pokładać zbyt wiele nadziei w tym, iż Dante będzie powszechnie czytany, możemy paść ofiarą złudzenia. Proszę mnie źle nie zrozumieć, doktorze Holmes. Poświęciłem Dantemu wiele lat mojego życia, tak jak Longfellow. Niech pan nie pyta, co doprowadziło Dantego do człowieka, lecz co doprowadziło człowieka do Dantego – do wejścia w tę tematykę, zawsze tak trudną, zawsze tak bolesną.

4

Wielebny Elisha Talbot, pastor Drugiego Kościoła Unitariańskiego w Cambridge, trzymając wysoko w górze lampę naftową, przemierzał podziemny korytarz wijący się pod ulicami miasta. Szedł zygzakiem, omijając szerokim łukiem chwiejące się trumny i stosy połamanych kości. Zastanawiał się, czy lampa jest mu faktycznie potrzebna, przywykł już bowiem całkiem dobrze do ciemności, nie mogąc jedynie przezwyciężyć mdłości wywołanych przez stale obecną w krypcie ohydną woń rozkładu. Dodawał sobie otuchy myślą, że pewnego dnia pokona tę drogę bez pomocy lampy, pokładając jedynie ufność w Panu.

Przez chwilę zdawało mu się, że posłyszał jakiś szelest. Rozejrzał się wokoło, lecz grobowce i ciemnoszare kolumny stały nieporuszone.

– Jest tu kto? – zabrzmiał w ciemnościach słynny melancholijny głos kaznodziei.

Talbot poczuł nagły przestrach, choć zapewne było to uczucie niestosowne dla osoby duchownej. Jak każdy człowiek, którego większość życia upłynęła w samotności, nosił w sobie wiele skrywanych lęków. Myśl o śmierci zawsze budziła w nim szczególne przerażenie; bardzo się tego wstydził. Był to przypuszczalnie jeden z powodów, dla których odbywał wędrówki pomiędzy podziemnymi kościelnymi grobowcami, usiłując w ten sposób przemóc swój grzeszny strach przed śmiertelnością ciała. Gdyby ktoś zapragnął kiedyś napisać jego biografię, zapewne tym samym próbowałby wyjaśnić zapał, z jakim Talbot strzegł racjonalnych zasad unitarianizmu przed demonami wiernych kalwinizmowi starszych pokoleń.

Pogwizdując nerwowo, Talbot mocniej chwycił lampę i niebawem dotarł do klatki schodowej na odległym końcu krypty. Bliskość wyjścia zapowiadała rychły powrót do ciepłych ulicznych świateł gazowych i krótszą drogę do domu.

– Jest tu kto? – powtórzył pastor i omiótł otoczenie światłem rozhuśtanej latarni, tym razem pewny, że coś się obok poruszyło.

Znowu żadnej odpowiedzi.

Dźwięk był głośniejszy od lekkiego chrobotu, jaki czynią gryzonie, a jednocześnie zbyt cichy jak na hałasy ulicznych urwisów. „Co to, na Mojżesza?" – pomyślał Talbot i podniósł kiwającą się lampę na wysokość oczu. Słyszał o bandach złoczyńców, których wojna i rozbudowa miasta wygnały z dawnych siedzib. Ludzie ci od jakiegoś czasu zaczęli gromadzić się w opuszczonych kryptach. Talbot zdecydował, że pośle po policjanta, aby zbadał tę sprawę następnego ranka. Chociaż, z drugiej strony, czy coś wynikło z przekazania, dosłownie wczoraj, informacji o włamaniu do jego domowego sejfu i kradzieży tysiąca dolarów? Pastor był pewny, że policja w Cambridge nie zrobiła w tej sprawie nic. Mógł być tylko rad, że miejscowi złodzieje okazali się równie niekompetentni, zabrali bowiem tylko pieniądze, lekceważąc resztę cennej zawartości sejfu.

Wielebny Talbot zawsze był człowiekiem pełnym cnót i uczciwym względem swoich sąsiadów i kongregacji. Wyjątek stanowiły czasy, gdy przed trzydziestu laty dał się ponieść gorliwości. Na początku swej posługi w Drugim Kościele zgodził się rekrutować protestanckich robotników z Niemiec i Niderlandów do „dobrze płatnej pracy" w Bostonie, obiecując im przy tym możliwość praktyk religijnych w ramach swojej kongregacji. Skoro z Irlandii nadciągały kolejne fale katolików, czemu nie sprowadzić trochę protestantów? Praca przy budowie linii kolejowych była bardzo ciężka i dwudziestu z jego podopiecznych zmarło z powodu wycieńczenia lub wskutek zarazy, pozostawiając sieroty i wdowy bez środków do życia. Talbot po cichu wywinął się ze zobowiązań, a potem spędził długie lata na usuwaniu wszelkich śladów swojego zaangażowania w tę sprawę. Wcześniej przyjmował od robotników opłaty za „konsultacje". Choć obiecywał sobie, że zwróci pieniądze ich rodzinom, nie uczynił tego. Wymazał z pamięci całe to zdarzenie, a każdą kolejną życiową decyzję podejmował ostrożnie, skrupulatnie tropiąc przewrotność innych.

Cofając się niepewnie, Elisha Talbot nagle potknął się o coś twardego. Stanął zmartwiały. W pierwszej chwili pomyślał, że musiał popsuć się jego wewnętrzny kompas i wpadł na ścianę. Ale to nie była ściana. Jeśli pominąć uściski dłoni na powitanie, od wielu lat nie dotykał go żaden człowiek, teraz jednak pastor nie miał wątpliwości, że czuje dotknięcie innej ludzkiej istoty. Ktoś oplótł go ramionami i usiłował odebrać mu lampę. Pastor usłyszał czyjś ciężki, przyspieszony oddech.

Gdy Talbot odzyskał świadomość, w ułamku sekundy zorientował się, że otacza go nieprzenikniony mrok, całkiem innego rodzaju niż przedtem. Nadal czuł cierpki odór krypty, lecz teraz o jego policzek ocierało się coś zimnego i wilgotnego. Po twarzy spływały mu strużki potu, które – dziwna rzecz – jakby pełzły od ust ku czołu. I było zimno, zimno jak w lodowni. Poczuł, że drży, i uświadomił sobie, iż jest nagi. Jednocześnie jego zdrętwiałe ciało trawił jakiś dziwny, nie znany wcześniej żar. Co to za koszmar? Czy to sen? Tak, oczywiście! To tylko ta straszna, głupia książka, którą czytał, zanim udał się na spoczynek, pełna opisów bestii i demonów, tak na niego podziałała. A jednak nie mógł sobie przypomnieć chwili, gdy wychodził z krypty, nie pamiętał, jak dotarł do swego skromnego domu pomarańczowej barwy, ani jak przynosił sobie wodę do mycia… Nagle zrozumiał, że nigdy nie opuścił podziemnych korytarzy. Jego serce biło jak młot, rozpaczliwie pompując krew do głowy. Oddychał, pojękując słabo.

Pastor poczuł jeszcze, jak szaleńczo wierzga stopami trawionymi przez ogień. Wiedział, że to nie sen i że ma zaraz umrzeć. Było to dziwne uczucie. Opuścił go wszelki strach, zapewne zużyty całkowicie za życia. Zamiast tego Talbota ogarnęła wściekłość, że mogło go coś takiego spotkać, że oto ginie jedno z Bożych dzieci, a nikt o tym nie wie i nikogo to nie obchodzi.

W tej ostatniej chwili próbował modlić się płaczliwym głosem: „Boże, przebacz mi, jeśli zbłądziłem", lecz z jego ust wydobył się tylko rozdzierający krzyk, który utonął w coraz głośniejszym łomocie serca.

5

Pierwsza strona popołudniowego niedzielnego wydania „Bostonian Transcript" z 22 października 1865 roku zawierała wyjątkowe ogłoszenie: oferowano nagrodę wysokości dziesięciu tysięcy dolarów. Takiego zamieszania na ulicach, tylu zatrzymujących się przy sprzedawcach gazet powozów nie widziano w Bostonie od dnia (jakże, zdawało się, nieskończenie odległego), gdy miastem wstrząsnęła wiadomość o ataku na Fort Sumter [16], kiedy to wszyscy byli pewni, że dziewięciodniowa kampania zdoła położyć kres dzikiej rebelii Południa.

Pani Healey powiadomiła naczelnika Kurtza o swych planach, wysyłając mu zwykły telegram. Zanim wiadomość dotarła do adresata, wiele par oczu na posterunku policji zdążyło się już z nią zapoznać. Wdowa donosiła Kurtzowi, że zdecydowała się poinformować o wszystkim redakcje pięciu bostońskich gazet. Opisała okoliczności śmierci męża i wyznaczyła nagrodę za informację, która mogłaby doprowadzić do schwytania mordercy sędziego. Po niedawnej aferze korupcyjnej w biurze śledczym radni miejscy przegłosowali wprawdzie przepisy zabraniające policjantom przyjmowania nagród, czemuż jednak nie dać się wzbogacić zwykłym obywatelom? Kurtz zapewne nie będzie zadowolony z takiego obrotu sprawy, lecz jak zaznaczała wdowa, nie dotrzymał złożonej jej obietnicy. Popołudniowe wydanie „Bostonian Transcript" przyniosło nowinę jako pierwsze.

Ednah Healey z lubością snuła teraz wyobrażenia na temat tego, co czeka ujętego złoczyńcę, który miał cierpieć i żałować swej zbrodni. W jej ulubionej wizji morderca trafiał na Gallows Hill, gdzie nie wieszano go jednak, lecz rozbierano do naga i podpalano, pozwalając mu podejmować (oczywiście nieskuteczne) próby ugaszenia płomieni. Wdowa była zafascynowana i przerażona tworami swej wyobraźni. Służyły one ponadto całkiem innemu celowi – dzięki nim jej myśli nie skupiały się tak bardzo na mężu i mogła łagodzić narastającą nienawiść, jaką czuła do niego za to, że ją opuścił.

Rękawiczki, które pani Healey nosiła teraz nieustannie, miały zapobiec dalszemu rozdrapywaniu skóry. Jej mania nasilała się coraz bardziej i ubranie nie maskowało już blizn powstałych w wyniku samookaleczenia. Pewnego wieczoru dręczona koszmarem wdowa wypadła nagle ze swojej sypialni i w akcie desperacji ukryła gdzieś broszę zawierającą pukiel włosów sędziego. Rankiem służące i synowie pani Healey przetrząsnęli całe Wide Oaks, od desek podłogowych po podtrzymujące dach belki, lecz nie zdołali odnaleźć broszki. Tak było nawet lepiej. Z zawieszonymi na szyi wspomnieniami wdowa nigdy nie zaznałaby spokojnego snu.

Na szczęście i tak nie znała całej prawdy o powolnym konaniu męża przez cztery upalne jesienne dni, gdy Artemus Prescott Healey mamrotał nieustannie: „Wielce szanowna ławo przysięgłych… ", a setki głodnych czerwi, zrodzonych ze złożonych w ranie przez muchy jaj, stopniowo pożerały gąbczastą tkankę jego mózgu. Najpierw sędzia nie mógł ruszyć ramieniem. Potem zdołał przebierać palcami, sądząc, że porusza nogą. Po pewnym czasie larwy, którym pokarm nieszczególnie smakował, niemniej potrzebowały go, pochłonęły ten obszar mózgu swej ofiary, który odpowiadał za składnię. „Wielce przysięgła ławo szanownych… " – sędzia słyszał, że to nonsens, ale nie mógł nic z tym zrobić. Gdy na krótko wróciło mu czucie, w bezgranicznej udręce uwierzył, że nie żyje, i modlił się o to, by móc umrzeć ponownie. Healey wpatrywał się ze zdumieniem w rozpięty nad nim brudny proporczyk i niewiele z tego wszystkiego rozumiał.

Późnym popołudniem, po odejściu wielebnego Elishy Talbota, kościelny Drugiego Kościoła Unitariariskiego w Cambridge, nazwiskiem Gregg, notował w świątynnym diariuszu wydarzenia tygodnia. Talbot wygłosił tego ranka pełne pasji kazanie. Później spędził jakiś czas w kościele, grzejąc się w cieple pochwał diakonów. Gregg skrzywił się, gdy pastor poprosił go o otwarcie ciężkich kamiennych drzwi na końcu skrzydła, w którym znajdowały się pomieszczenia biurowe.

Upłynęło zaledwie kilka minut, gdy Gregg usłyszał narastający krzyk. Hałas zdawał się nie dochodzić z jakiegoś konkretnego miejsca, lecz bez wątpienia jego źródło mieściło się gdzieś w kościele. Po chwili, z lekkim zakłopotaniem, Gregg przyłożył ucho do ciemnoszarych drzwi, za którymi kryły się schody wiodące do podziemnych krypt. Choć krzyk zdążył już ucichnąć, kościelny nie mógł oprzeć się wrażeniu, że musiał dobiegać właśnie z tych posępnych katakumb. Sięgnął po brzęczący u pasa pęk kluczy i otworzył zamek. Wstrzymał oddech i zszedł po schodach.

Gregg był kościelnym już od dwudziestu lat. Pierwszy raz słyszał wielebnego Talbota, gdy ten odbywał z biskupem Fenwickiem serię publicznych debat poświęconych niebezpieczeństwom wiążącym się z budową w Bostonie katolickiej świątyni.

Podczas owych dysput pastor z zapałem prezentował swoje trzy główne tezy:

1. Zabobonne rytuały i przepych katolickich kościołów to przejawy bluźnierstwa i bałwochwalstwa;

2. Tendencja, jaką wykazują Irlandczycy, aby skupiać się w sąsiedztwie swoich świątyń i klasztorów, jest wyrazem oporu przed amerykanizacją i może doprowadzić do zawiązania tajnych spisków przeciwko Ameryce;

3. Papiestwo, ta wielka, obca, niebezpieczna siła kontrolująca wszelkie aspekty działalności katolików, poprzez swój prozelityzm zagraża niezależności wszystkich amerykańskich wyznań, a jego celem jest opanowanie kraju.

Oczywiście żaden z nastawionych nieprzychylnie wobec katolicyzmu pastorów unitariańskich nie akceptował postępowania rozwścieczonych bostońskich robotników, którzy niegdyś spalili katolicki klasztor, po tym jak rozniosła się pogłoska, że w jego lochach przetrzymuje się porwane protestanckie dziewczęta, aby uczynić z nich zakonnice. Któryś z uczestników zamieszek napisał na murze kredą: „Papież do piekła!". W istocie jednak nie chodziło tu o niechęć do Watykanu, lecz do Irlandczyków, którzy coraz częściej zabierali im pracę.

Po rozgłosie, jaki przyniósł mu udział w antykatolickiej debacie, wiele osób zachęcało Talbota, aby przejął po profesorze Nortonie posadę na Wydziale Teologicznym Harvardu. Pastor odrzucił jednak tę ofertę. Zbyt wielką przyjemność sprawiało mu wkraczanie w niedzielny poranek do zatłoczonego zboru przy akompaniamencie uroczystego dźwięku organów, gdy odziany w prostą kolegialną togę stawał za pulpitem. Chociaż Talbot był okropnie zezowaty, jego zaś głęboko melancholijny głos przypominał sposób mówienia w domu, w którym dopiero co ktoś oddał ducha, pastor miał zapewnioną obecność na ambonie i lojalność diakonów. To właśnie w tym miejscu władza wielebnego coś znaczyła. Od czasu gdy przed czterdziestu laty jego żona zmarła podczas porodu, Talbot nigdy nie założył nowej rodziny, kongregacja wystarczała mu bowiem w zupełności.

Lampa naftowa Gregga lekko przygasła, gdy kościelny stracił na moment równowagę. Kiedy w końcu musiał zrobić wydech, na jego twarzy i bokobrodach osiadła wilgoć. Chociaż w Cambridge wciąż jeszcze była jesień, w podziemnej krypcie Drugiego Kościoła panował chłód niczym podczas srogiej zimy.

– Kto tu?! Tutaj nie wolno…

Kościelny miał wrażenie, że w mroku krypty nie słychać jego głosu, i szybko zamknął usta.

Gregg zauważył rozsypane wzdłuż ściany małe białe strzępki. Schylił się, żeby zbadać podłoże, lecz jego uwagę odwrócił nagle ostry, trzeszczący dźwięk dochodzący z góry. Dotarł do niego smród tak ohydny, że stłumił nawet wszechobecną stęchłą woń katakumb.

Kościelny ruszył do przodu z kapeluszem przy twarzy. Przechodził pod ponurymi ciemnoszarymi łukami, lawirując pomiędzy szpalerami trumien. Wzdłuż ścian przemykały chyłkiem ogromne szczury. Drogę przed nim oświetlała migocząca poświata, której źródłem nie była jego lampa. Z tej samej strony dobiegały nieustanne trzaski.

– Jest tam kto? – spytał Gregg ostrożnie, chwytając się brudnych ceglastych ścian, gdy mijał zakręt. – Na litość boską…

Jego oczom ukazały się wystające z ziemi nogi. Tylko łydki i stopy. Reszta ciała tkwiła w głębokiej dziurze. Podeszwy sterczących w górę stóp płonęły. Stawy dygotały tak gwałtownie, że stopy zdawały się poruszać w przód i w tył, jakby w wielkim bólu. Ogarnięte ogniem ciało topiło się, a wściekłe płomienie zaczynały rozprzestrzeniać się na kostki.

Kościelny Gregg odskoczył na bok. Na zimnej ziemi przed sobą ujrzał stertę odzieży. Chwycił pierwsze z brzegu ubranie i począł nim gasić płonące stopy.

– Kim jesteś? – wykrzyknął, zdjęty grozą, lecz człowiek, który nadal pozostawał dlań tylko parą stóp, był martwy.

Po chwili kościelny uświadomił sobie, że fragment garderoby, którego użył do stłumienia ognia, to toga duchownego. Powrócił do starannie złożonych ubrań i przejrzał je: bielizna, znajoma pelerynka, biały halsztuk, szalik i dobrze uczernione buty należały do wielebnego pastora Elishy Talbota.

Oliver Wendell Holmes zamknął drzwi swojego gabinetu na piętrze Kolegium Medycznego i skierował się do wyjścia. Miał nadzieję, że uda mu się porozmawiać z Wendellem juniorem, zanim zjawi się grupa przyjaciół syna, lecz dokończenie pracy zajęło mu nieco więcej czasu, niż planował. Na korytarzu doktor niemal zderzył się z policjantem. Posterunkowy poszukiwał kogoś z władz uczelni i wyjaśnił Holmesowi, że naczelnik policji prosi o udostępnienie jednej z sal Kolegium, w której można by przeprowadzić sekcję zwłok. Chodzi o zbadanie przyczyn zgonu pewnego dżentelmena, którego ciało właśnie odnaleziono. Ponieważ nie udało się skontaktować z policyjnym koronerem, panem Barnicoatem, obdukcji miał dokonać profesor Haywood. Policjant nie dodał, że Barnicoat znany był z tego, iż weekendy spędzał w domach publicznych, i z pewnością nie zdołałby przeprowadzić oględzin zwłok. Stwierdziwszy, że gabinet dziekana jest pusty, Holmes uznał, że on sam, jako były dziekan („Tak, tak, pięć lat za sterem tej łodzi to było dla mnie wystarczająco wiele… Komuż w wieku pięćdziesięciu sześciu lat potrzebna jest tak wielka odpowiedzialność?" – ciągnął w myślach doktor), może podjąć odpowiednią decyzję i spełnić prośbę oficera.

Niebawem policyjnym powozem przybyli naczelnik Kurtz i jego zastępca Savage. Zjawił się również profesor Haywood i jego studentasystent. W sali postawiono nosze przykryte białym prześcieradłem. Haywood wykładał chirurgię i żywo interesował się autopsjami. Niekiedy, gdy znajdywano zamurowane w piwnicy niemowlę lub powieszonego w szafie mężczyznę, policja, pomimo obiekcji Barnicoata, zapraszała profesora do kostnicy, aby wyraził swą opinię.

Zaintrygowany Holmes zauważył, że naczelnik Kurtz umieścił przy drzwiach dwóch posterunkowych. Kto nieproszony chciałby wdzierać się do Kolegium o tej porze? Kurtz odgiął prześcieradło tylko po kolana. I tego było aż nadto. Holmes z trudem powstrzymał jęk na widok bosych stóp mężczyzny – jeżeli to, co ujrzał, można było jeszcze określić tym mianem.

Stopy – same stopy – oblane uprzednio jakąś cieczą, sądząc po zapachu, naftą, strawił ogień. „Wypalone na chrupko" – pomyślał przerażony Holmes. Pozostały tylko dwa bezkształtne kawałki, wystające niezgrabnie z kostek. Skóra, a raczej to, co z niej zostało, wzdęła się i rozpękła pod wpływem ognia, wydobywając na wierzch różową tkankę. Profesor Haywood pochylił się, żeby lepiej widzieć.

Chociaż doktor Holmes rozciął w swym życiu setki zwłok, nie miał żołądka równie odpornego jak jego inni koledzy medycy i musiał odejść od stołu sekcyjnego. Jako nauczyciel nieraz opuszczał swoją salę wykładową, gdy trzeba było uśmiercić chloroformem królika. Błagał wtedy asystenta, by nie pozwolił zwierzęciu choćby pisnąć.

Holmes poczuł, że zaczyna mu się kręcić w głowie. Miał wrażenie, że w pomieszczeniu nagle zabrakło powietrza. Nie wiedział, jak długo może potrwać autopsja, był jednak całkowicie pewien, że nie uda mu się dotrwać do jej zakończenia bez utraty przytomności. Haywood odsłonił całe zwłoki, ukazując obecnym szkarłatne, zastygłe w wyrazie bólu oblicze nieboszczyka. Zmiótł ziemię z jego oczu i policzków. Wzrok Holmesa wędrował po nagim ciele trupa.

Doktor uświadomił sobie, że twarz zmarłego jest mu znajoma. Tymczasem Haywood nachylił się nad ciałem, a naczelnik Kurtz zadawał mu kolejne pytania. Nikt nie prosił Holmesa o milczenie; jako wykładowca anatomii i fizjologii powinien wręcz wnieść swój wkład do dyskusji. Jednak doktor w tym momencie potrafił jedynie skupić się na poluźnianiu jedwabnego halsztuka. Mrugał konwulsyjnie, nie wiedząc, czy powinien raczej wstrzymać oddech, by zachować jak najdłużej to, co zdążył już zgromadzić w płucach, czy też oddychać gwałtownie, wykorzystując tę resztkę powietrza, jaka została jeszcze w pomieszczeniu, zanim inni, najwyraźniej nieświadomi tego, że tlen skończy się lada moment (Holmes był tego więcej niż pewny), padną na podłogę.

Jeden z zebranych, mężczyzna o ciemnej skórze Mulata, łagodnym wyrazie twarzy i błyszczących oczach, spytał doktora, czy nie jest mu słabo. W jego głosie Holmes dosłyszał coś znajomego. Jak przez mgłę rozpoznał w nim policjanta, który przybył do Craigie House podczas spotkania Klubu Dantego, aby zobaczyć się z Lowellem.

– Doktorze Holmes? Czy zgadza się pan z ustaleniami profesora Haywooda? – naczelnik Kurtz pragnął zapewne w uprzejmy sposób zaznaczyć udział doktora w badaniu, chociaż Holmes ani na moment nie podszedł do zwłok na tyle blisko, by dokonać czegoś więcej niż najbardziej pobieżnych oględzin.

Doktor usiłował przypomnieć sobie to, co dotarło do niego z dialogu Haywooda z Kurtzem. Zarejestrował uwagę profesora, że denat żył jeszcze, gdy ktoś podpalił mu stopy. Ofiara musiała jednak znajdować się w pozycji uniemożliwiającej przerwanie tortury. Brak innych obrażeń ciała oraz wygląd twarzy wskazywały na to, że przyczyną zgonu był najprawdopodobniej atak serca.

– Cóż, oczywiście – wyjąkał Holmes. – Tak, zgadzam się, panie naczelniku. – Cofnął się ku drzwiom, jakby chciał uciec przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. – Panowie mogliby zapewne kontynuować przez chwilę beze mnie?

Kurtz zadawał Haywoodowi kolejne pytania, Holmes tymczasem dotarł do drzwi, wyszedł na korytarz, a po chwili znalazł się na zewnętrznym dziedzińcu Kolegium i zaczął łapczywie wciągać w płuca powietrze.

W porze zmierzchu, gdy niebo nad Bostonem zabarwiło się fioletem, doktor Holmes snuł się bez celu po placu targowym. Mijał rzędy straganów, na których wystawiono ciasta z kminkiem i dzbany imbirowego piwa, a biało odziani sprzedawcy ostryg i homarów zachęcali do kupna tych potworów. Doktor nie mógł ścierpieć myśli o swym haniebnym zachowaniu podczas autopsji. Nie otrząsnął się jeszcze z szoku, jaki wywołało odkrycie, że ofiarą morderstwa padł wielebny Talbot, dlatego też nie pobiegł do Fieldsa lub Lowella, by podzielić się z nimi tą sensacyjną wiadomością. Jak mógł – on, doktor Oliver Wendell Holmes, lekarz i profesor nauk medycznych, ceniony wykładowca i reformator medycyny! – drżeć na widok trupa, jak gdyby to była zjawa z jakiegoś sentymentalnego powieścidła? Wendell junior byłby szczególnie zawstydzony jego tchórzostwem. Syn Holmesa nie taił przekonania, że byłby lepszym odeń lekarzem – podobnie zresztą jak lepszym profesorem, mężem i ojcem.

Junior, chociaż nie miał jeszcze dwudziestu pięciu lat, był już na polu bitwy i widział niejedno: ciała rozrywane na strzępy, szeregi żołnierzy koszone ogniem artyleryjskim, kończyny odpadające jak liście, amputacje wykonywane za pomocą pił do drewna przez chirurgów amatorów, którym za stół operacyjny służyły wyjęte z zawiasów drzwi, a wyjących z bólu rannych przytrzymywały podczas zabiegu zbryzgane krwią pielęgniarki wolontariuszki. Zapytany przez kuzyna, jakim sposobem udało mu się zapuścić wąsy, podczas gdy jego własne usiłowania spełzły na niczym, Junior odpowiedział obcesowo: „Moje były podlewane krwią".

Teraz doktor Holmes zmobilizował całą posiadaną wiedzę o procesie pieczenia chleba. Poszukując na bostońskim targu pieczywa najlepszej jakości, nie zaniedbywał też obserwacji takich szczegółów, jak ubranie, zachowanie czy pochodzenie sprzedawców. Obmacywał bochenki pospiesznym, pozornie niedbałym, lecz zdecydowanym dotknięciem dłoni lekarza. Raz po raz przecierał zroszone czoło chusteczką. Na następnym straganie jakaś paskudna stara Irlandka dźgała palcami solone mięso. Doktor nie mógł znieść tego widoku.

Dotarłszy do stoiska irlandzkiej matrony, doktor uświadomił sobie, że wstrząs, jakiego doznał w kostnicy Kolegium Medycznego, miał głębsze podłoże, niż początkowo sądził. Nie chodziło tylko o odrazę na widok zdeformowanego ciała. Przyczyną nie był też fakt, że ofiarą zabójstwa – i to tak okrutnego – padł Elisha Talbot, wrośnięty w pejzaż Cambridge niczym wiąz Waszyngtona [17]. Nie – w tym morderstwie było coś znajomego. Holmes kupił ciepły, brązowy bochenek chleba i ruszył do domu. Zastanawiał się, czy śmierć Talbota mogła mu się kiedyś przyśnić w jakimś dziwnym, proroczym śnie. Lecz doktor nie wierzył w przesądy. Zapewne musiał kiedyś przeczytać opis podobnego makabrycznego czynu, którego szczegóły spadły nań potem bez ostrzeżenia, gdy ujrzał zwłoki. Gdzie jednak mógł natknąć się na opis czegoś równie okropnego? W żadnym piśmie medycznym. Z pewnością nie w „Bostonian Transcript", ponieważ morderstwo dopiero co się wydarzyło. Holmes zatrzymał się pośrodku ulicy i wyobraził sobie kaznodzieję wierzgającego w powietrzu płonącymi stopami.

– Dat calcagni a le punk [18] - wyszeptał.

Tak właśnie przez wieczność płonęli w swych dołach symoniach. [19] Jego serce zamarło.

– Dante! To Dante!

Amelia Holmes weszła do jadalni i postawiła na środku nakrytego stołu zimną potrawkę z dziczyzny. Wydała kilka poleceń służbie, wygładziła suknię i w oczekiwaniu na męża wyjrzała przez frontowe drzwi. Była pewna, że skręcająca w Charles Street postać, którą parę minut temu zobaczyła z okna na piętrze, to Wendell. Miała nadzieję, że nie zapomniał o wyśmienitym chlebie, który miał kupić. Zaprosili na kolację kilku przyjaciół, w tym Annie Fields. A w salonie kogoś, kto chce rywalizować z Annie Fields, wszystko musi być wyśmienite. Jednak Charles Street, jeśli pominąć znikające cienie drzew, była pusta. Zapewne krępy człowiek w długim fraku, którego widziała przez okno, był tylko podobny do jej męża…

Henry Wadsworth Longfellow studiował tekst pozostawiony przez Reya. Chcąc odpędzić myśli o przeszłości, dźgał palcami rzędy liter, przepisywał tekst po wielekroć na oddzielne arkusze, tworzył w różnych zestawieniach anagramy słów zapisanych na kartce przez policjanta. Córki pojechały z wizytą do Portland, do rodziny jego siostry, obydwaj synowie, każdy osobno, podróżowali po świecie, mógł zatem spędzać dni w samotności, za którą – bardziej w teorii niż w praktyce – tęsknił.

Tego samego dnia, gdy zginął wielebny Talbot, poeta obudził się przed świtem i usiadł na łóżku z poczuciem, że w ogóle nie zmrużył oka. Zdarzało mu się to bardzo często. Przyczyną bezsenności Longfellowa nie były koszmarne sny, nie rzucał się ani nie wiercił nerwowo w łóżku. Mgłę, w którą wkraczał nocami, mógłby opisać raczej jako spokojny, analogiczny do snu stan. Poeta był rad, że o świcie, nawet po długim nocnym czuwaniu, czuł się wypoczęty, jak gdyby nie spędził tych godzin bezsennie. Niekiedy jednak miał wrażenie, że w bladej poświacie nocnej lampy dostrzega łagodne rysy twarzy swej żony, przyglądającej mu się z rogu sypialni. Wyskakiwał wtedy gwałtownie z łóżka. Rozczarowanie, które w chwilę później odczuwał, było gorsze od wszelkich sennych koszmarów, jakie mógł sobie przypomnieć lub wyobrazić. Wślizgując się w szlafrok z wielbłądziej sierści, poeta czuł, że srebrne fałdy jego brody są cięższe niż wtedy, gdy kładł się do łóżka.

Kiedy Longfellow zszedł tylnymi schodami na dół, miał na sobie frak, a w butonierce różę. Nie znosił być niechlujny, nawet w domu. Na półpiętrze wisiała reprodukcja portretu młodego Dantego pędzla Giotta. W miejscu jednego oka poety widniała dziura. Giotto namalował swój fresk we florenckim Palazzo Bargello, lecz przez stulecia był on pokryty wapnem i zapomniany. Teraz pozostała tylko litografia zniszczonego malowidła. Dante pozował do tego portretu, zanim dosięgły go bóle wygnania i wojna z losem; był wówczas cichym wielbicielem Beatrycze, młodzieńcem średniego wzrostu, o smagłym, melancholijnym, zamyślonym obliczu. Miał duże oczy, orli nos i wysunięty do przodu podbródek. Łagodna linia jego twarzy była niemal kobieca.

Młody Dante, jak mówią legendy, rzadko odzywał się nie pytany. W czasie gdy kontemplował coś szczególnie mu miłego, nic nie było w stanie go rozproszyć. Podobno, gdy znalazł kiedyś rzadką książkę w jednym z antykwariatów w Sienie, spędził cały dzień na ławce, czytając ją, nie spostrzegłszy nawet, że tuż obok odbywa się uliczna fiesta, grają muzykanci i pląsają kobiety.

Longfellow usiadł w swym gabinecie nad miską płatków owsianych z mlekiem. Tym prostym posiłkiem chętnie zastępował obiad przez większość dni w tygodniu. Nie mógł przestać myśleć o słowach zapisanych przez Reya. Zanim odłożył te, jak je określił Lowell, „hieroglify" do szuflady, rozważył miliony możliwości ich znaczeń w tuzinie języków. Z tej samej szuflady wydobył próbne odbitki Pieśni szesnastej i siedemnastej Piekła, pełne sugestii i uwag z ostatniego „seansu" w Klubie Dantego. Na biurku od dawna już nie gościły jego własne wiersze. Fields wydał wprawdzie jakiś czas temu nową edycję cieszących się największą popularnością utworów Longfellowa i namawiał poetę do skończenia Tales of a Wayside Inn, mając nadzieję, że zachęci go to do stworzenia nowych wierszy. Longfellow jednak był przekonany, że nigdy niczego sam już nie napisze. Nie chciał nawet próbować. Niegdyś tłumaczenie Dantego traktował jako odskocznię od własnej poezji. Rozpoczął tę praktykę przed dwudziestu pięciu laty. Teraz, od ponad czterech lat, Dante stał się dlań poranną modlitwą i codzienną pracą.

Po wypiciu drugiej i ostatniej filiżanki kawy przypomniał sobie przywiezioną z Anglii plotkę, jakoby Francis Child [20] stwierdził w gronie przyjaciół, iż „Longfellow i jego koteria są tak zarażeni toskańską chorobą, że w porównaniu z Dantem Milton to dla nich podrzędny geniusz". Milton był niedoścignionym ideałem zarówno dla angielskich poetów religijnych, jak i dla amerykańskich uczonych. Lecz autor Raju utraconego przyjął bezpieczny punkt obserwacyjny, opisując piekło z góry, a niebo z dołu – nie zaś od wewnątrz. Fields, dyplomata w każdym calu, zaśmiał się, gdy Arthur Hugh Cloungh powtórzył słowa Childa w Pokoju Pisarzy w Corner, lecz Longfellowa ten komentarz rozdrażnił.

Longfellow zanurzył w atramencie gęsie pióro. Z trzech misternie zdobionych kałamarzy, jakie posiadał, ten właśnie cenił najbardziej. Należał on niegdyś do Samuela Taylora Coleridge'a, a potem do lorda Tennysona, który wysłał go Longfellowowi w darze, wraz z życzeniami powodzenia w pracy nad przekładem Boskiej Komedii. Samotnik Tennyson darzył Dantego najwyższym szacunkiem. Był jednym z tych nielicznych w Starym Kraju, którzy naprawdę go rozumieli i czytali coś więcej niż parę epizodów z Pieklą. Przed wiekami Dantego wielce ceniono w Hiszpanii, dopóki uznania tego nie zdusiły oficjalny dogmat i inkwizycja. Wolter zapoczątkował francuską niechęć wobec rzekomego dantejskiego „barbarzyństwa". Nawet w Italii, gdzie poetę znały najszersze kręgi, różne walczące o władzę frakcje wykorzystywały go jedynie dla własnych celów. Longfellow często rozmyślał o dwóch marzeniach, które nawiedzały wygnańca Dantego w czasach, gdy pisał Boską Komedię: pierwszym, by wrócić do Florencji, i drugim, by ponownie ujrzeć Beatrycze. Nie spełniło się żadne z nich.

Dante błąkał się, bezdomny, i by móc tworzyć, musiał niemalże pożyczać atrament, którym pisał. Kiedy zbliżał się do bram obcego miasta, z pewnością myślał, że nigdy nie przekroczy już bram Florencji. Gdy oglądał wieże feudalnych zamków wieńczących odległe wzgórza, musiał odczuwać, jak wielka jest arogancja silnych i krzywda słabych. Każdy strumień i rzeka, jakie napotykał, przypominały mu o Arno. Każdy głos, w którym pobrzmiewał obcy akcent, mówił mu, że jest wygnańcem. Poemat był dlań po prostu poszukiwaniem domu.

Longfellow był metodyczny w organizacji swego czasu i wczesne godziny dnia przeznaczał wyłącznie na sprawy osobiste, aż do godziny dwunastej odmawiając przyjmowania wszelkich gości, z wyjątkiem, rzecz jasna, swoich dzieci.

Poeta posegregował stosy listów, na które trzeba było odpowiedzieć. Przysunął do siebie pudełko z małymi kwadracikami papieru, na których złożył wcześniej swój podpis. Od czasu publikacji Evangeline popularność poety wzrosła i regularnie otrzymywał teraz listy od obcych osób, z których większość prosiła go właśnie o autograf. Młoda kobieta z Wirginii załączyła swój portrecik rozmiarów biletu wizytowego, na którego odwrocie napisała: „Jakąż skazę można w niej znaleźć?", poniżej podając swój adres. Longfellow zmarszczył brew i posłał jej standardowy autograf bez komentarza. „Skazę zbyt wspaniałej młodości" – pomyślał. Po zapieczętowaniu około dwóch tuzinów kopert napisał innej damie uprzejmą odpowiedź odmowną. Nie lubił być niegrzeczny, lecz prośba tej korespondentki była dość szczególna: dama żądała pięćdziesięciu autografów, wyjaśniając, że chce nimi ozdobić nakrycia do stołu dla gości zaproszonych na uroczysty obiad. Serdecznie ubawił go natomiast list od innej pani, która opisywała, jak jej córeczka, znalazłszy na swojej poduszce długonogiego pająka [21], wbiegła do salonu, oznajmiając: „W moim pokoju jest pan Longfellow!".

Longfellow ucieszył się, gdy odkrył wśród świeżej poczty wiadomość od Mary Frere, młodej damy z Auburn w stanie Nowy Jork, którą poznał w czasie ostatniego letniego pobytu w Nahant. Gdy wieczorami dziewczynki szły spać, poeta i panna Frere spacerowali razem wzdłuż skalistego wybrzeża, rozmawiając o nowej poezji lub muzyce. Longfellow napisał do niej długi list, w którym wspomniał, że jego trzy córki często dopytują się, co u niej słychać, i bardzo chcą wiedzieć, gdzie planuje spędzić przyszłe lato.

Na moment oderwał się od korespondencji, ulegając przemożnej pokusie, by spojrzeć za okno, przy którym stało biurko. Wraz z nadejściem jesieni zawsze oczekiwał odrodzenia mocy twórczych. Kominek, wciąż jeszcze bez ognia, wypełniały jesienne liście, które miały imitować płomienie. Longfellow zauważył, że ciepły, jasny dzień przygasał szybciej, niż to się zdawało z wnętrza jego gabinetu o brązowych ścianach. Okno wychodziło na otwarte łąki, ciągnące się aż po lśniące wody rzeki Charles. Poeta niedawno kupił tych kilka akrów ziemi. Szczerze rozbawiła go krążąca pogłoska, że zakupu dokonał po to, by podnieść wartość swej posiadłości. Tak naprawdę chodziło mu tylko o widok.

Na drzewach nie było już liści, lecz jedynie brązowe owoce, a krzaki zdobiły tylko kiście czerwonych jagód. Brzmienie wiatru miało w sobie jakiś ostry, nieprzyjemny, męski ton – był to głos męża, nie kochanka.

Dzień Longfellowa toczył się w niespiesznym tempie. Po kolacji poeta odprawił służbę i postanowił nadrobić zaległości w lekturze gazet. Popołudniowe wydanie „Bostonian Transcript" przynosiło zdumiewające ogłoszenie pani Healey. Artykuł opisywał przerażające okoliczności zabójstwa Artemusa Healeya, do tej pory ukrywane przez wdowę „za radą biura naczelnika policji i innych urzędowych osób". Longfellow przerwał czytanie, jednak – jak uświadomił sobie w dalszych, obfitujących w wydarzenia godzinach – pewne szczegóły z artykułu i tak mimowolnie utkwiły mu w pamięci. Na dalszą lekturę nie pozwoliło mu współczucie, nie tyle dla cierpienia sędziego, ile dla bólu wdowy.

Zdarzyło się to w lipcu 1861 roku. Powinni byli znajdować się już w Nahant, gdzie chłodna morska bryza przynosiła ulgę w czas nieznośnych upałów, lecz z powodów, których nikt nie pamiętał, nie opuścili jeszcze Cambridge.

Longfellow był w swoim gabinecie, gdy nagle z przyległej biblioteki dobiegł go pełen przerażenia krzyk dziewczynek. Fanny Longfellow siedziała tam z małą Edith, która miała wówczas osiem lat, i jedenastoletnią Alice, pieczętując lakiem koperty z puklami włosów dziewcząt, świeżo ściętymi na pamiątkę. Mała Annie Allegra spała smacznie na górze. Fanny otwarła okno, zapewne z nikłą nadzieją na powiew powietrza. To, co nastąpiło potem, pozostaje w sferze domysłów. Nikt nie widział dokładnie, co się stało; nikt nie potrafił zrozumieć czegoś tak nagłego, przypadkowego i nieuzasadnionego. Prawdopodobnie na jej lekką letnią sukienkę skapnął gorący lak i w okamgnieniu cały materiał zajął się ogniem.

Longfellow stał właśnie przy biurku, sypiąc, dla utrwalenia atramentu, odrobinę czarnego piasku na napisany przed chwilą wiersz, gdy do gabinetu wbiegła z krzykiem Fanny, otoczona płomieniami, niczym orientalnym zawojem.

Gdy udało się ugasić ogień, Longfellow zaniósł roztrzęsioną żonę na górę do sypialni. Później, w nocy, lekarze, podawszy eter, przynieśli jej ulgę. Rano, zapewniając męża urywanym szeptem, że prawie nie czuje bólu, Fanny wypiła odrobinę kawy, a potem zapadła w śpiączkę, z której już nie udało się jej obudzić. Czuwanie przy zwłokach w bibliotece w Craigie House przypadło na osiemnastą rocznicę ich ślubu. Ogień oszczędził jedynie głowę Fanny. Jej piękne włosy ozdobiono wieńcem pomarańczowych kwiatów.

Sam poeta nie uczestniczył w uroczystościach żałobnych, przykuty do łóżka z powodu własnych oparzeń. Mógł jednak słyszeć szloch swych przyjaciół, kobiet i mężczyzn, zebranych na dole, w salonie. Wiedział, że płaczą zarówno nad nim, jak nad Fanny. Choć pogrążony w malignie, był jednak na tyle świadomy, że potrafił rozpoznać po odgłosach płaczu poszczególne osoby. Ze względu na oparzenia twarzy zapuszczenie brody stało się dlań koniecznością – chodziło nie tylko o to, aby ukryć blizny, ale także o to, że nie mógł się golić. Pomarańczowe przebarwienia na wiotkich dłoniach poety utrzymywały się boleśnie długo, przypominając mu o tragedii, zanim w końcu całkiem wyblakły.

Longfellow przez tydzień wracał do zdrowia, leżąc w sypialni i wpatrując się w swoje obandażowane dłonie. Przechodząc korytarzem, dzieci mogły słyszeć, jak nieprzytomny, niemal bez ustanku, powtarzał do siebie: „Dlaczego nie zdołałem jej uratować? Dlaczego nie zdołałem jej uratować?". Annie, na szczęście, była za mała, aby zrozumieć cokolwiek.

Gdy w końcu pogodził się ze śmiercią Fanny, gdy mógł już spojrzeć na swoje córeczki bez popadania w rozpacz, otworzył szufladę z notatkami, w której niegdyś schował fragmenty swych przekładów Dantego. Większość z nich powstała jako poetyckie wprawki w dawnych, szczęśliwych czasach. Dziś były dlań bezużyteczne. Wrzucił je do ognia. To nie była poezja Dantego Alighieri; to była poezja Henry'ego Longfellowa – jego język, jego styl, jego rytm – poezja kogoś zadowolonego z życia. Zaczął więc pracę od nowa, począwszy od Raju, tym razem nie szukając właściwego stylu, by wyrazić słowa Dantego. Longfellow szukał teraz samego Dantego. Zaszył się w swym gabinecie pod opieką trzech córek, guwernantki, swoich cierpliwych synów – dziś niespokojnych mężczyzn – oraz wynajętej służby i Dantego Alighieri. Longfellow odkrył, że nie potrafi już tworzyć poezji, lecz nic nie mogło go powstrzymać od pracy nad Dantem. Czuł, jak pióro zamienia się w jego dłoni w kowalski młot. Trudno dzierżyć go pewnie, lecz jakąż moc posiada!

Wkrótce znalazł wsparcie u przyjaciół: najpierw Lowella, potem Holmesa, Fieldsa i Greene'a. Longfellow mawiał często, że utworzyli oni Klub Dantego, aby zabawić się jakoś podczas posępnych, przygnębiających nowoangielskich zim. W istocie jednak spotkania w Klubie były dlań bardzo ważne. Zastrzeżenia i uwagi wobec ułomności jego przekładu nie zawsze były dlań miłe, jednak palącą krytykę studziła późniejsza kolacja.

Gdy Longfellow powrócił do lektury poprawionych przekładów kolejnych pieśni Piekła, z zewnątrz dobiegł go nagle głuchy łomot. Trap szczeknął ostro.

– Mistrzu Trap? Co to może być, mój drogi kolego?

Ale Trap, nie znalazłszy żadnego źródła hałasu, ziewnął tylko i na powrót wcisnął się w ciepły słomiany siennik swojego koszyka. Poeta wyjrzał przez okno nie oświetlonej jadalni, lecz niczego nie zauważył. Wtem z ciemności wyłoniła się para oczu, a potem nastąpił oślepiający błysk światła. Longfellowowi serce podeszło do gardła, nie tyle na widok twarzy (jeśli to była twarz), ile z powodu jej nagłego zniknięcia, gdy na moment zamknął oczy. Odskoczył do tyłu, kopiąc przy tym w szafkę i strącając na podłogę cały komplet rodzinnej zastawy stołowej (podarunek ślubny, tak jak cały Craigie House, od ojca Fanny). Brzęk roztrzaskujących się naczyń odbił się głośnym echem w całym domu. Longfellow odruchowo rzucił się naprzód, z nagłym okrzykiem przerażenia.

Trap miotał się i ujadał ze wszystkich sił. Poeta umknął z jadalni do salonu, a potem do biblioteki, gdzie na kominku leniwie płonął ogień. Liczył, że na zewnątrz ujrzy coś, co wszystko wyjaśni. Miał nadzieję, że w drzwiach staną zaraz Jamey Lowell lub Wendell Holmes i przeproszą za to, iż niepokoją go o tak późnej porze. Lecz gdy Longfellow, z drżącymi dłońmi, zbliżył się do okna, dojrzał za nim tylko ciemność.

Kiedy na Brattle Street rozbrzmiewał krzyk Longfellowa, James Russell Lowell tkwił właśnie zanurzony po uszy w balii i wsłuchiwał się w plusk wody. Powieki miał półprzymknięte i zastanawiał się, gdzie podziała się młodość. Małe okienko nad jego głową było uchylone, a noc była chłodna. Gdyby Fanny weszła do łazienki, niechybnie kazałaby mu wynosić się natychmiast do ciepłego łóżka.

Lowell zdobył sławę, będąc dużo młodszy niż większość uznanych poetów, włączając w to Longfellowa i Holmesa – obydwaj byli od niego starsi około dziesięciu lat – i był tak zadowolony z tytułu Młodego Poety, że w wieku czterdziestu sześciu lat czuł się, jakby stracił go za karę.

Obojętnie wypuścił ustami dym (czwartego tego dnia) cygara, pozwalając popiołowi zabrudzić wodę, w której się kąpał. Przypomniał sobie czasy – to tylko kilka lat temu! – gdy ta sama balia zdawała się znacznie większa. Potem począł zastanawiać się, gdzie mogło się podziać zapasowe ostrze brzytwy, które ukrył przed laty na górnej półce. Czyżby Fanny lub Mab były bardziej spostrzegawcze, niż pozwalał sobie wierzyć, i odgadły czarne myśli, jakie często trapiły go podczas kąpieli? Za młodu, jeszcze nim spotkał swoją pierwszą żonę, Lowell zwykł nosić w kieszeni kamizelki strychninę. Melancholię odziedziczył, jak sam twierdził, po swej biednej matce. W tym samym okresie zdarzyło mu się raz przyłożyć do skroni nabity pistolet, bał się jednak pociągnąć za cyngiel – czego wciąż szczerze się wstydził.

Gdy po dziewięciu latach małżeństwa Maria White Lowell zmarła, jej mąż po raz pierwszy poczuł się stary, jak gdyby nagle stał się posiadaczem przeszłości, czegoś dotychczas obcego jego teraźniejszemu życiu – życiu, z którego został wygnany. W sprawie swych ponurych myśli Lowell postanowił zasięgnąć porady medycznej u doktora Holmesa. Ten zalecił mu regularnie kłaść się spać o wpół do jedenastej w nocy i pić rano raczej zimną wodę niż kawę. „Dobrze się stało – myślał teraz Lowell – że Wendell zamienił stetoskop na profesorski pulpit: nie miał dość cierpliwości, by wytrzymać czyjeś cierpienie".

Fanny Dunlap została guwernantką małej Mabel po śmierci Marii. Zapewne jakiś zewnętrzny obserwator jego życia uznałby za oczywiste, że niebawem zajmie ona u boku Lowella miejsce pierwszej żony, jako jej substytut. Związek z inną, pospolitszą kobietą nie okazał się aż tak trudny, jak się tego obawiał Lowell. Wielu przyjaciół potępiało go za to. On jednak nie obnosił się ze swą żałobą. Brzydził się sentymentalizmem po samo dno duszy. Poza tym, przestał wspominać Marię jako kogoś realnego. Była dlań wizją, ideą, lekką poświatą na niebie, bladą jak światła gwiazd przed zachodem słońca. „Moja Beatrycze" – napisał Lowell w swoim dzienniku. Lecz nawet wiara w ten obraz wymagała od niego maksymalnego wysiłku woli, tak iż w krótki czas potem Maria stała się dlań już tylko mglistym wspomnieniem.

Oprócz Mabel, Lowell miał z Marią trójkę dzieci, z których najzdrowsze przeżyło zaledwie dwa lata. Śmierć najmłodszego z nich, chłopca imieniem Walter, poprzedziła o rok odejście samej Marii. Wkrótce po ślubie Fanny poroniła i odtąd była bezpłodna. A zatem James Russell Lowell miał tylko jedno żywe dziecko, córkę, którą wychowywała jego druga żona.

Gdy Mabel była jeszcze mała, Lowell sądził, że wystarczy, jeśli jego córeczka będzie wspaniałą, zwyczajną dziewuszką, robiącą babki z piasku i wspinającą się po drzewach. Uczył ją pływać, jeździć na łyżwach i wędrować dwadzieścia mil dziennie, jak to sam potrafił.

Jednak w starym rodzie Lowellów z Nowej Anglii od niepamiętnych czasów rodzili się synowie. On sam miał trzech bratanków, którzy służyli w armii Unii i polegli podczas niedawnej wojny. Takie było przeznaczenie. Dziadek Jamesa Russella był autorem pierwszego wymierzonego przeciwko niewolnictwu prawa w stanie Massachusetts. Jednak sam poeta nie spłodził żadnych Jamesów Lowellów juniorów, którzy przyczyniliby się do zwycięstwa tej największej sprawy ich epoki. Przez zaledwie kilka miesięcy swego życia Walt był krzepkim chłopcem. Gdyby żył, byłby z pewnością równie wysoki i dzielny jak kapitan Oliver Wendell Holmes junior.

Lowell skubał z upodobaniem mokre końce swych przypominających kły morsa wąsów. Rozmyślał o „The North American Review" i o tym, jak wiele czasu pochłaniały mu prace redakcyjne. Zamawianie rękopisów i redagowanie wniosków nie licowało z jego talentami poety i już dawno przerzucił te zadania na swojego bardziej skrupulatnego zastępcę, Charlesa Eliota Nortona. Ów jednak, dla podratowania zdrowia swej żony, wybrał się w podróż do Europy. Kwestie stylu, gramatyki i interpunkcji w artykułach obcych ludzi – oraz presja ze strony (zarówno kompetentnych, jak i niekompetentnych) przyjaciół, którzy pragnęli coś opublikować – wszystko to sprawiało, że Lowell nie miał głowy do pisania. Rutyna akademicka jeszcze bardziej osłabiała jego poetyckie natchnienie. Na dodatek czuł, że przez ramię patrzy mu Korporacja Harwardzka, zawsze gotowa grzebać w jego myślach równie pilnie, jak kalifornijscy imigranci grzebali w złotonośnych piaskach. A on, by odzyskać natchnienie, potrzebował jedynie położyć się pod drzewem i przez rok nie poświęcać się żadnemu innemu zajęciu prócz obserwacji plamek światła słonecznego na trawie. Jakże zazdrościł Hawthorne'owi [22], gdy niedawno odwiedził go w Concord! Do wieży, jaką sobie zbudował, można było się dostać tylko tajemnym wejściem, a nad klapą, która doń prowadziła, pisarz umieścił ciężkie krzesło.

Lowell nie usłyszał lekkich kroków na schodach ani nie dostrzegł, kiedy drzwi łazienki uchyliły się szerzej. Wchodząc, Fanny zamknęła je za sobą.

– Kochanie, prawie nie ma tu czym oddychać.

Lowell usiadł w balii z poczuciem winy.

W szeroko osadzonych, orientalnych oczach Fanny malowało się zatroskanie.

– Jamey, przybiegł tu syn dozorcy. Spytałam go, o co chodzi, ale powiedział, że chce rozmawiać z tobą osobiście. Zaprowadziłam go do pokoju muzycznego. Biedactwo, aż nie mógł złapać tchu.

Lowell owinął się w szlafrok i wbiegł na schody, pokonując po dwa stopnie naraz. Niezgrabny młodzieniec, o szerokich końskich zębach wystających spod górnej wargi, stał bezczynnie przy fortepianie, jak gdyby nerwowo przygotowywał się do koncertu.

– Sir, proszę mi wybaczyć, że sprawiam panu kłopot… Przechodziłem właśnie Brattle Street, kiedy wydało mi się, że słyszę hałasy ze starego Craigie House. Pomyślałem, że trzeba by zajrzeć do profesora Longfellowa i sprawdzić, czy wszystko w porządku. Ludziska mówią, że on jest taki dobry…

Serce Lowella zabiło szybciej w panice. Chwycił chłopca za ramiona.

– Co to za hałas, który słyszałeś, młodzieńcze?

– Wielki łomot. Jakby coś grzmotnęło – chłopak usiłował bezskutecznie oddać te odgłosy gestem. – No i ten kundelek… Trap mu jest, no nie?… Szczekał tak, że mógłby pobudzić wszystkich nieboszczyków. A potem coś jakby głośny krzyk. Nigdy wcześniej nie słyszałem tam takiego rwetesu, sir.

Lowell kazał chłopcu zaczekać, a sam popędził do garderoby, gdzie w pośpiechu chwycił pantofle i spodnie w szkocką kratę, które w innych okolicznościach wzbudziłyby u jego żony obiekcje natury estetycznej.

– Jamey, nie będziesz przecież o tej porze wychodził – perswadowała Fanny. – Tyle się ostatnio namnożyło różnych opryszków…

– Chodzi o Longfellowa – odparł krótko Lowell. – Chłopiec sądzi, że coś mu się mogło stać.

Fanny umilkła. Lowell obiecał żonie, że weźmie ze sobą strzelbę myśliwską i z bronią przewieszoną przez ramię wyruszył wraz z synem dozorcy w stronę Brattle Street.

Longfellow wciąż jeszcze drżał lekko, gdy wyszedł otworzyć drzwi Craigie House, lecz prawdziwym wstrząsem był dlań dopiero widok strzelby Lowella. Przeprosił za zamieszanie i opisał incydent bez upiększeń, tłumacząc go chwilowym pobudzeniem wyobraźni.

– Karl – zwrócił się Lowell do syna dozorcy – biegnij na policję po posterunkowego.

– Och, nie ma takiej potrzeby – odparł Longfellow.

– A ta ostatnia fala napadów rabunkowych? Policjanci sprawdzą całe sąsiedztwo i upewnią się, czy jest bezpiecznie. No, nie bądź samolubny.

Lowell spodziewał się, że przyjaciel będzie się sprzeciwiał, lecz Longfellow tego nie zrobił. Skinął zatem głową na Karla, który podekscytowany niezwykłą sytuacją, pognał na posterunek policji w Cambridge. W gabinecie Longfellowa Lowell opadł na krzesło i poprawił szlafrok, który wciąż miał na sobie. Gospodarz przeprosił przyjaciela, że wyrwał go z Elmwood z tak błahego powodu, i nalegał, by wrócił do siebie. Niemniej jednak ochoczo zaproponował mu herbatę.

James Russell Lowell wyczuł, że Longfellow jest przestraszony nie na żarty.

– Fanny jest ci zapewne wdzięczna – stwierdził ze śmiechem. – Mój zwyczaj otwierania okna w łazience, gdy siedzę w balii, nazywa „śmiercią przez wykąpanie".

Nawet teraz Lowell czuł się niezręcznie, wypowiadając imię żony w obecności przyjaciela, i starał się odruchowo zmienić modulację głosu. Rany Longfellowa były nadal świeże. Sam nigdy nie mówił o swojej Fanny. Nie napisał też o niej żadnego sonetu ani elegii, w których upamiętniałby żonę. Nawet w jego dzienniku nie było ani jednej wzmianki o jej odejściu. W pierwszym wpisie dokonanym po tragicznym wypadku Longfellow zacytował kilka wersów z Tennysona: „Spij słodko, czułe serce, w pokoju". Lowell sądził, że całkiem dobrze pojmował powody, dla których jego przyjaciel przez ostatnie lata napisał tak mało nowych wierszy i szukał schronienia w Dantem. Gdyby Longfellow miał sam tworzyć, pokusa, by napisać jej imię, byłaby zbyt wielka, a wówczas Fanny stałaby się zaledwie słowem.

– Zapewne to tylko jeden z tych turystów chcących obejrzeć dom Waszyngtona – Longfellow roześmiał się łagodnie. – Czy mówiłem ci, że w zeszłym tygodniu zjawił się tutaj jeden taki, by zobaczyć, „jeśli byłby pan tak łaskaw", siedzibę sztabu generała?

Kiedy wychodził, zapewne planując swój następny postój, zapytał, czy w sąsiedztwie nie mieszkał przypadkiem Szekspir. Obydwaj wybuchnęli śmiechem.

– Na litość boską! A co ty na to?

– Powiedziałem mu, że nawet jeśli Szekspir przeprowadził się gdzieś w te okolice, to go nie spotkałem.

Lowell oparł się wygodnie na szerokim fotelu.

– Zacna odpowiedź. Myślę, że księżyc nigdy nie zachodzi w Cambridge, i stąd tak wielka liczba miejscowych lunatyków.

Lowell spojrzał na leżące na zielonym stole odbitki, które Longfellow wydobył z szuflady.

– Pracujesz o tej porze nad Dantem? Mój drogi przyjacielu, twoje pióro nigdy nie wysycha. Zamęczysz się całkiem.

– Wcale nie czuję się zmęczony. Oczywiście są chwile, gdy mam wrażenie, że tłumaczenie grzęźnie jak koła powozu w głębokim piasku. Lecz coś wciąż popycha mnie do tej pracy i wiem, że nie da mi to spokoju.

Lowell studiował tekst.

– Pieśń szesnasta – powiedział Longfellow. – Powinna pójść do druku, lecz wciąż nie chcę się z nią rozstawać. Gdy Dante spotyka trzech florentyiiczyków, mówi:,, S'i' fossi stato dal foco coperto… ".

– „Gdybym miał wówczas od żaru osłonę – Lowell czytał przekład przyjaciela, w miarę jak Longfellow recytował włoski oryginał – Między nich skoczyć bym się odważył, / A Mistrz mój widząc, jaką chęcią płonę, / Nie byłby wzbraniał… " [23]. Tak, nie powinniśmy nigdy zapominać o tym, że Dante to nie tylko obserwator piekła, że w drodze grozi mu również fizyczne i metafizyczne niebezpieczeństwo.

– Nie potrafię w angielskim znaleźć właściwego wyrazu. Przypuszczam, że są tacy, którzy powiedzieliby, że słowa obcego autora należy w tłumaczeniu modyfikować dla osiągnięcia poetyckiej gładkości. Tymczasem ja, przeciwnie, jako tłumacz pragnę być niczym świadek zeznający przed sądem: podnieść w górę prawą dłoń i przysiąc, że mówię prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.

Trap zaczął szczekać na swego pana i drapać jego spodnie pazurami.

– Trap był już ze mną w drukarni tyle razy – uśmiechnął się Longfellow – że myśli, iż to on tak naprawdę przetłumaczył Dantego.

Lecz Trap nie obszczekiwał filozofii przekładu Longfellowa. Terier wypadł na korytarz i skierował się ku drzwiom wejściowym. W tej samej chwili ktoś zaczął w nie głośno pukać.

– Ach, policja – Lowell, pod wrażeniem szybkiego przybycia stróżów porządku, zaczął kręcić rozmokłego wąsa.

Longfellow otworzył drzwi.

– Cóż za niespodzianka! – odezwał się najbardziej serdecznym tonem głosu, jaki mógł w tym momencie z siebie wydobyć.

– Jak to? – stojący na szerokim progu domu J. T. Fields ściągnął brwi. – Otrzymałem wiadomość w połowie partyjki wista, że mam przybyć tu natychmiast. Czy wszystko w porządku, mój drogi Longfellow?

– Nie wysyłałem żadnej wiadomości – odparł przepraszająco gospodarz. – Nie było z wami Holmesa?

– Nie, pół godziny czekaliśmy na niego z rozdaniem.

Wtem wszyscy posłyszeli głośny szelest wyschniętych liści.

Po chwili ukazała się krępa postać Olivera Wendella Holmesa, który tratując butami liście, gnał wyłożoną cegłami alejką w kierunku domu Longfellowa. Fields odsunął się na bok, a doktor minął go pędem i zdyszany wpadł na korytarz.

– Holmes? – upewnił się gospodarz.

Rozgorączkowany doktor zauważył ku swemu przerażeniu, że jego przyjaciel trzyma w dłoni plik pieśni Dantego.

– Dobry Boże, Longfellow! – krzyknął doktor Holmes. – Odłóż to natychmiast!

6

Upewniwszy się, że drzwi zostały dobrze zamknięte, Holmes wyjaśnił urywanymi zdaniami, jak po drodze z rynku do domu doznał olśnienia i popędził z powrotem do Kolegium Medycznego, gdzie okazało się, że – Bogu niech będą dzięki! – policjanci pojechali już na posterunek w Cambridge. Holmes posłał wiadomość do Fieldsa, by ściągnąć go od razu do Craigie House.

Doktor chwycił dłoń Lowella i potrząsnął nią gorączkowo, wdzięczny mu za obecność bardziej, niż sam gotów byłby się do tego przyznać.

– Mój drogi, właśnie miałem posłać po ciebie gońca do Elmwood.

– Holmes, czy wspomniałeś coś o policji? – spytał Longfellow.

– Longfellow… i reszta… Proszę, chodźmy do gabinetu. Musicie mi obiecać, że wszystko, co wam powiem, zachowacie w najściślejszej tajemnicy.

Nikt się nie sprzeciwiał. Widok „małego doktora" zachowującego się z taką powagą był czymś niezwykłym; dawno przypisano mu rolę arystokratycznego błazna – tyleż ku uciesze Bostonu, co goryczy Amelii Holmes.

– Dzisiaj odkryto morderstwo – ogłosił doktor słabym szeptem, jak gdyby lękał się, że ktoś może ich podsłuchiwać, lub jakby chciał oszczędzić swojej straszliwej opowieści półkom pełnym cennych foliałów.

Holmes odsunął się od ognia, bojąc się, że jego słowa mogłyby wydostać się przez komin.

– Byłem w Kolegium Medycznym – zaczął w końcu. – Miałem tam coś do zrobienia, gdy zjawiła się policja, aby wykorzystać jedno z naszych pomieszczeń do przeprowadzenia obdukcji. Zwłoki, które wnieśli, były pokryte ziemią, rozumiecie?

Holmes zrobił pauzę, nie dla retorycznego efektu, lecz dla złapania oddechu. Ze wzburzenia zlekceważył głośne oznaki swej astmy.

– Holmes, ale co to ma wspólnego z nami? – spytał Fields. – Dlaczego kazałeś mi się odrywać od partyjki wista?

– Zaczekaj – powiedział Holmes, wykonując gwałtowny ruch dłonią.

Odłożył na bok bochenek chleba kupiony dla Amelii i wydobył z kieszeni chusteczkę.

– Ciało, martwy człowiek, jego stopy… Boże, dopomóż!

W błękitnych oczach Longfellowa zapalił się błysk. Jak dotąd nie mówił zbyt wiele, lecz zwracał najpilniejszą uwagę na zachowanie doktora.

– Napijesz się czegoś, Wendell? – spytał łagodnie.

– Tak. Dziękuję – skwapliwie zgodził się doktor, ocierając zroszone potem czoło. – Wybaczcie mi, proszę. Rwałem tutaj z prędkością strzały, zbyt niespokojny i niecierpliwy, by brać dorożkę, i zbyt przerażony, że kogoś spotkam, by skorzystać z konnego tramwaju!

Longfellow spokojnie skierował się do kuchni. Holmes czekał na drinka. Pozostali dwaj mężczyźni czekali na relację doktora. Lowell z nabożną powagą pokiwał głową, widząc zdenerwowanie przyjaciela. Po chwili gospodarz powrócił z ulubionym trunkiem Holmesa, brandy z lodem.

– Mój drogi Longfellow – rzekł doktor po opróżnieniu szklaneczki jednym haustem – choć niewiasta kusiła Adama, by zjadł fatalny owoc, nigdy nie słyszałem, by musiała namawiać go do picia. Do tego doszedł sam.

– Do rzeczy, Wendell – ponaglił go Lowell.

– Widziałem wszystko bardzo dokładnie, rozumiecie? Widziałem ciało z bliska, jak teraz widzę Jameya – Holmes spojrzał w stronę Lowella. – Ktoś umieścił tego nieszczęśnika głową w dół i podpalił mu stopy. Podeszwy obu stóp, panowie, były doszczętnie spalone, upieczone na chrupko. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego… Cóż, będę miał ten obraz przed oczami, dopóki sam nie spocznę w ciemnej mogile.

– Mój drogi Holmes… – zaczął Longfellow, lecz doktor jeszcze nie skończył i nie dał sobie przerwać.

– Nieboszczyk był bez ubrania. Nie mam pewności, czy nie zdjęła go policja, ale z tego, co mi powiedziano, wydaje mi się, że znaleziono go nagiego. A potem zobaczyłem jego twarz…

Holmes sięgnął ponownie po szklankę, lecz była już niemal pusta. Zacisnął zęby na kawałku lodu.

– To był duchowny – stwierdził Longfellow.

Holmes skierował ku niemu pełne niedowierzania spojrzenie i rozgryzł lód trzonowcami.

– Tak. Właśnie.

– Longfellow, skąd o tym wiedziałeś? – Fields, nagle bardzo poruszony tą historią, która, jak wciąż czuł, nie miała z nim nic wspólnego, odwrócił się ku poecie. – Nie mogłeś przeczytać o tym w żadnej gazecie, skoro Wendell dopiero co uczestniczył w…

Nagle zrozumiał, skąd wiedział Longfellow. W tej samej chwili pojął to również Lowell, który rzucił się w stronę Holmesa, jakby chciał go uderzyć.

– A ty skąd niby wiesz, że ciało znaleziono do góry nogami, Wendell? Powiedziała ci to policja?

– Niezupełnie.

– To wszystko domysły! Szukałeś powodu, żebyśmy przerwali tłumaczenie, tak abyś ty nie musiał się martwić o kłopoty, jakie może sprawić Korporacja.

– Nikt nie będzie mi mówić, co widziałem na własne oczy – odgryzł się doktor. – Akurat medycyna jest tą dziedziną, której żaden z was nie studiował. Ja zaś na studia medyczne poświęciłem najlepszą część mojego życia. Gdybyście teraz – ty lub Longfellow – zaczęli mówić o Cervantesie, poczułbym się jak ignorant. Cóż, z całym szacunkiem, wiem co nieco na temat Cervantesa, lecz powinienem was słuchać, ponieważ to wy zajmowaliście się studiowaniem jego twórczości!

Fields zorientował się, że Holmes jest bardzo zdenerwowany.

– Rozumiemy, Wendell. Proszę, mów dalej.

Gdyby Holmes nie zamilkł na chwilę, aby zaczerpnąć tchu, straciłby przytomność.

– Ten trup tkwił w ziemi głową w dół, Lowell. Widziałem smugi pozostawione przez pot i łzy, które płynęły mu z oczu przez czoło – słyszysz mnie? – w górę, przez czoło. Twarz nabiegła mu krwią. I właśnie wtedy, gdy zobaczyłem to nieruchome przerażenie, rozpoznałem wielebnego Elishę Talbota.

To nazwisko zaskoczyło wszystkich. Stary tyran Cambridge postawiony na głowie, oślepiony ziemią, zrozpaczony, unieruchomiony, mogący tylko bezradnie wierzgać płonącymi stopami – dokładnie tak, jak dantejscy symoniacy, duchowni, którzy dla pieniędzy nadużywali swoich wpływów…

– Jeśli tego wam mało – Holmes gryzł nerwowo kostkę lodu – podczas obdukcji policjant powiedział, że znaleziono go w krypcie Drugiego Kościoła Unitariańskiego. To kościół Talbota! Ciało było zabrudzone mniej więcej od pasa w górę; poniżej nie było śladów ziemi. Talbot był nagi, zakopany głową w dół, ze stopami sterczącymi w powietrzu!

– Kiedy go znaleziono? Kto tam był? – chciał wiedzieć Lowell.

– Na litość boską! – wykrzyknął doktor. – Skąd mam znać takie szczegóły?

Longfellow obserwował, jak krótsza wskazówka jego leniwie tykającego zegara zmierza wolno ku liczbie 11.

– W wieczornej gazecie pani Healey ogłosiła nagrodę. Sędzia Healey nie zmarł z przyczyn naturalnych. Wdowa jest przekonana, że to również było morderstwo.

– Ale w przypadku Talbota nie chodzi tylko o morderstwo! – wykrzyknął Holmes. – Czyż nie jest to dla was wszystkich jasne? To Dante! Ktoś użył Dantego, aby zabić Talbota!

Policzki mu poczerwieniały.

– Czytałeś popołudniowe wydanie „Bostonian Transcript", mój drogi Holmes? – zapytał cierpliwie Longfellow.

– Oczywiście! To znaczy, tak mi się wydaje…

Faktycznie przejrzał tylko pobieżnie gazetę na korytarzu Kolegium Medycznego, gdy szedł przygotować rysunki anatomiczne na poniedziałkowe zajęcia.

– Co tam było?

Longfellow znalazł gazetę. Fields wziął ją od niego, z kieszeni kamizelki wydobył okulary i przeczytał na głos:

– „Nowe rewelacje na temat okoliczności niezwykłej śmierci sędziego Artemusa S. Healeya… " – Fields uniósł wzrok znad prostokątnych szkieł. – Typowy błąd drukarski. Drugie imię Healeya brzmiało Prescott.

– Fields – zwrócił się doń Longfellow – bądź łaskaw i opuść pierwszą kolumnę. Przeczytaj, jak znaleziono jego ciało, na łąkach za domem Healeya, niedaleko od rzeki…

– Zakrwawione… całkowicie pozbawione odzieży… pokryte rojącym się w ogromnych ilościach…

– Dalej, Fields…

– … robactwem?

Muchy, osy, czerwie – gazeta wymieniała poszczególne odmiany owadów. A w okolicy, na podwórku Wide Oaks, odkryto proporczyk, którego obecności nikt nie potrafił wyjaśnić. Lowell chciał odpędzić myśli, które kłębiły mu się w głowie, lecz zamiast tego osunął się tylko w szerokim fotelu. Jego dolna warga drżała, jak zawsze gdy nie wiedział, co powiedzieć.

Mężczyźni wymieniali między sobą pytające spojrzenia, w nadziei, że któryś z nich okaże się mądrzejszy od pozostałych i zdoła wyjaśnić to wszystko jako zbieg okoliczności, że zdoła zaprzeczyć temu, iż wielebny Talbot został upieczony jak symoniacy, a sędzia Healey potraktowany niczym Ignavi - istoty pasywne i neutralne. Każdy kolejny szczegół potwierdzał tylko to, czemu i tak nie byli w stanie zaprzeczyć.

– To wszystko razem pasuje do siebie – stwierdził Holmes.

– Śmierć Healeya była karą za grzech neutralności. Zbyt długo odmawiał zajęcia się Ustawą o zbiegłych niewolnikach. Lecz co z Talbotem? Nigdy nie słyszałem najmniejszej plotki, by komuś się naraził.

Holmes zerwał się nagle, gdy jego wzrok padł na strzelbę opartą o ścianę.

– Longfellow, na Boga, dlaczego trzymasz tu coś takiego?

Lowella przeszedł dreszcz, kiedy przypomniał sobie powód przybycia do Craigie House.

– Widzisz, Wendell, Longfellowowi wydawało się, że spostrzegł czającego się przed domem włamywacza. Posłaliśmy chłopca dozorcy, żeby sprowadził policję.

– Włamywacz? – spytał z niepokojem Holmes.

– Ech, zdawało mi się – Longfellow potrząsnął głową. Z głośnym tupnięciem Fields niezgrabnie wstał.

– Cóż, doskonałe wyczucie czasu – zwrócił się do Holmesa.

– Mój drogi Wendell, przejdziesz do pamięci potomnych jako dobry obywatel. Kiedy zjawi się tu policja, wyjaśnimy im, że mamy informacje dotyczące tych przestępstw, i żądamy, aby wrócili z naczelnikiem.

Fields rozpoczął swą wypowiedź władczym tonem, który łagodniał stopniowo, gdy wydawca szukał wzrokiem poparcia u Longfellowa.

Gospodarz siedział bez ruchu. Jego błękitne oczy spoglądały na bogato zdobione grzbiety tomów księgozbioru. Nie było jasne, czy myślami nie krąży gdzie indziej.

– Tak – zgodził się Lowell, próbując dać wyraz czemuś na kształt zbiorowej ulgi po słowach Fieldsa. – Oczywiście, poinformujemy policję o naszych przypuszczeniach. Są to z pewnością istotne wiadomości, przydatne do rozwiązania tej zagadki.

Holmes westchnął.

– Nie! Nie wolno o tym mówić nikomu, Longfellow – stwierdził kategorycznie. – Musimy to zachować dla siebie! Nikt z nas nie może się wygadać, tak jak obiecaliśmy!

Lowell pochylił się ku krępemu doktorowi.

– To nie czas, by chować głowę w piasek! Dwie osoby zginęły… Dwóch spośród nas!

– A kimże jesteśmy, żeby wtrącać się w takie okropne sprawy? – zawołał błagalnym tonem Holmes. – Policja prowadzi śledztwo i możesz być spokojny, że znajdą winnych tych zbrodni bez naszego udziału!

– Kimże jesteśmy, żeby się wtrącać! – powtórzył Lowell kpiąco. – Nie ma szans, żeby policja wpadła na ten trop, Wendell! Jeśli im nie pomożemy, będą uganiać się jak pies za własnym ogonem!

– Wolałbyś raczej, żeby uganiali się za naszymi szaleńczymi opowieściami, Lowell? Co my wiemy o takiej sprawie jak morderstwo?

– Więc dlaczego robiłeś sobie kłopot, przychodząc z tym do nas, Wendell?

– Abyśmy wiedzieli, jak chronić samych siebie! – odparł doktor. – Abyśmy postąpili jak należy. Abyśmy nie weszli na niebezpieczną drogę!

– Jamey, Wendell, proszę… – Fields stanął pomiędzy nimi.

– Jeśli pójdziesz na policję, możesz mnie z tego od razu wykluczyć – dodał drżącym głosem Holmes, opadając na fotel. – Wyrażam swój stanowczy sprzeciw.

– Spójrzcie oto, panowie – Lowell wykonał demonstracyjny gest dłonią w jego kierunku – doktor Holmes w zwykłej dla siebie postawie, gdy świat go potrzebuje: siedzi na tyłku.

Doktor rozejrzał się po pokoju, w nadziei, że ktoś udzieli mu wsparcia, a potem jeszcze głębiej zapadł w fotel. Potulnie wyjął złoty łańcuszek, spleciony z odznaką Phi Beta Kappa, i porównał czas na swoim zegarku z tym na mahoniowym zegarze Longfellowa, niemal pewny, że wszystkie czasomierze w Cambridge w każdej chwili mogą stanąć.

Lowell był najbardziej przekonujący, gdy w jego głosie brzmiała łagodna pewność siebie. Takim właśnie tonem zwrócił się do gospodarza.

– Mój drogi Longfellow, kiedy przybędzie tu posterunkowy, powinniśmy mieć przygotowane pismo zaadresowane do naczelnika policji. Wyjaśnimy w nim, co, jak sądzimy, odkryliśmy tej nocy. Potem możemy zapomnieć o sprawie, tak jak życzy sobie tego nasz drogi Holmes.

– No to do dzieła – Fields sięgnął do szuflady z przyborami do pisania.

Holmes i Lowell znowu zaczęli się kłócić. Longfellow lekko westchnął. Fields zastygł z dłonią w szufladzie, a Holmes i Lowell umilkli.

– Proszę, nie działajmy na oślep – rzekł Longfellow. – Zacznijmy od tego, kto w Bostonie i Cambridge wie o tych morderstwach.

– Co za pytanie! – Lowell był na tyle przejęty, że gotów był na nieuprzejmość nawet wobec jedynego człowieka, którego tak naprawdę, prócz swego zmarłego ojca, poważał. – Wie o tym każdy mieszkaniec tego zacnego miasta! O śmierci Healeya krzyczą pierwsze strony gazet.

Chwycił ze stołu numer „Bostonian Transcript" z wiadomością o zabójstwie sędziego.

– A zanim kur zapieje, wszyscy będą wiedzieć o śmierci Talbota. Sędzia i kaznodzieja! Równie dobrze mógłbyś próbować zakazać sprzedaży wołowiny i piwa, co starać się zatrzymać tę wiadomość!

– Bardzo dobrze. A kto jeszcze w mieście wie o Dantem? Kto jeszcze wie, że „le piante erano a tutti accese intrambe" [24]? Jak wielu spacerujących po Washington Street i School Street, którzy oglądają witryny sklepów lub przystają, aby podziwiać najmodniejsze w tym sezonie kapelusze, myśli przy tym, że „rigavan lor do sangue ii volto, che, mischiato di lagrime" [25] i wyobraża sobie strach przed „fastidiosi vermi" [26]? Powiedz mi, kto obecnie w naszym mieście – ba, kto w całej Ameryce zna słowa Dantego, jego dzieło, każdą pieśń, każdą tercyne na tyle dobrze, by w ogóle pomyśleć, że można dokonać zabójstwa podług opisów dantejskich kar w piekle?

W gabinecie Longfellowa, gdzie wszak zebrali się najbardziej wymowni oratorzy Nowej Anglii, zapadła grobowa cisza. Nikt nie śmiał się odezwać, ponieważ odpowiedzią byli obecni w gabinecie: Henry Wadsworth Longfellow, profesor James Russell Lowell, doktor Oliver Wendell Holmes, James Thomas Fields, oraz niewielkie grono ich przyjaciół i współpracowników.

– Dobry Boże! – zawołał Fields. – Jest tylko garstka ludzi, którzy potrafią czytać po włosku, nie mówiąc już o radzeniu sobie z włoskim Dantego, a nawet oni nie obeszliby się bez stosu podręczników i słowników. Poza tym większość z nich nigdy nie sięgnęłaby po Dantego!

Fields wiedział, co mówi. Znajomość obyczajów czytelniczych każdego literata i uczonego w Nowej Anglii i wszystkich znaczących postaci spoza tego grona stanowiła podstawę jego profesji.

– I nie sięgnie – ciągnął dalej – dopóki w każdej amerykańskiej księgarni nie pojawi się pełny przekład Dantego…

– Ten, nad którym pracujemy? – Longfellow podniósł odbitki Pieśni szesnastej. – Jeśli rzeczywiście ujawnimy policji precyzję, z jaką te morderstwa były „ściągnięte" z Dantego, kogo jeszcze, posiadającego wiedzę wystarczającą, by popełnić te zbrodnie, dałoby się wskazać? Będziemy nie tylko ich pierwszymi podejrzanymi. Siłą rzeczy będziemy ich głównymi podejrzanymi.

– Ależ mój drogi Longfellow… – Fields roześmiał się nerwowo. – Przestańmy się tym tak bardzo ekscytować, panowie. Rozejrzyjcie się po pokoju: profesorowie, wybitni obywatele stanu Massachusetts, poeci, goszczący u siebie i odwiedzający senatorów, dygnitarzy i uczonych… Komu mogłoby przyjść do głowy, że jesteśmy zamieszani w morderstwo? Naprawdę nie będzie to czczym pochlebstwem, jeśli przypomnę, że zajmujemy w Bostonie dość wyjątkową pozycję!

– Tak jak profesor Webster. Szubienice przypomną nam, że nie ma takiego prawa, które zakazywałoby wieszania osób z Harvardu – odparł Longfellow.

Holmes pobladł jeszcze bardziej. Choć odczuł ulgę, gdy Longfellow stanął po jego stronie, ten ostatni komentarz obudził w nim bolesne wspomnienia.

– Pracowałem już wtedy od kilku lat w Kolegium Medycznym – rzekł, patrząc przed siebie szklanym wzrokiem. – Z początku każdy z wykładowców i pracowników uczelni był podejrzany, nawet poeta, jak ja.

Doktor próbował się roześmiać, lecz wypadło to blado.

– Trafiłem na listę potencjalnych morderców – podjął po chwili. – Policja przyszła do domu, aby mnie wypytywać… Wendell junior i mała Amelia byli jeszcze dziećmi. Neddie był zupełnie maleńki. Nigdy w życiu tak się nie bałem.

– Moi drodzy przyjaciele – powiedział spokojnie Longfellow. – Proszę, zastanówmy się: nawet jeśli policja zechciałaby nam zaufać, nawet gdyby faktycznie nam zaufała i uwierzyła, bylibyśmy podejrzani, dopóki nie złapaliby zabójcy. A potem, nawet gdyby go ujęto, Dante i tak byłby splamiony krwią, zanim Amerykanie zetknęliby się z jego słowami – i to w czasie gdy nasz kraj ma już dość śmierci. Doktor Manning i Korporacja już teraz pragną pogrzebać Dantego, aby zachować swój program nauczania, a to byłby gwóźdź do trumny. Dantego w Ameryce dopadłoby na następne tysiąc lat to samo przekleństwo, co we Florencji. Holmes ma rację: nikomu nic nie powiemy. Fields ze zdumieniem spojrzał na Longfellowa.

– Pod tym samym dachem ślubowaliśmy ochraniać Dantego – rzucił cicho Lowell na widok stężałej twarzy swojego wydawcy.

– Upewnijmy się, że, po pierwsze, chronimy siebie i nasze miasto albo nie będzie miał kto stanąć po stronie Dantego! – odparł Fields.

– Chronić nas samych i Dantego jest teraz jednym i tym samym, mój drogi Fields – stwierdził rzeczowo Holmes, z niejasnym poczuciem, że miał całkowitą rację, przewidując nadejście kłopotów. – Jednym i tym samym. Nie tylko my bylibyśmy potępieni, gdyby sprawa wyszła na jaw, lecz również katolicy, imigranci…

Fields wiedział, że mają rację. Gdyby teraz poszli na policję, znaleźliby się w nader niepewnej, jeśli nie niebezpiecznej, sytuacji.

– Boże, dopomóż! – westchnął wydawca. – Bylibyśmy zrujnowani.

To nie o prawie rozmyślał Fields. W Bostonie zła opinia i plotka mogły zaszkodzić dżentelmenowi daleko skuteczniej niż kat. Niezależnie od tego, jak bardzo wielbiono jego poetów, opinia publiczna zawsze żywiła pewną niezdrową zazdrość w stosunku do znanych osób. Wieści o najdrobniejszych nawet związkach z tak skandalicznym morderstwem rozeszłyby się z szybkością błyskawicy. Fields odczuwał już nieraz niesmak, widząc, jak na podstawie byle plotki nurzano w błocie niewinnych ludzi lub szargano czyjąś reputację.

– Policja może tu być lada moment – powiedział Longfellow. – Pamiętacie to? – wyjął z szuflady kawałek papieru. – Spojrzymy na to teraz? Myślę, że zagadka sama się rozwiąże.

Longfellow wygładził kartkę wnętrzem dłoni. Uczeni pochylili się, aby raz jeszcze przyjrzeć się napisowi. Światło ognia kładło smugi purpury w poprzek ich zdumionych twarzy.

Cień brody Longfellowa padał na zapisane przez Reya słowa: „Deenan see amno atesennone turnay eeotur nodur lasheeato nay".

– To jest w połowie tercyny… – wyszeptał Lowell. – Jak mogliśmy to przeoczyć?

Fields chwycił papier. Nie kwapił się przyznać, że jeszcze niczego nie widzi; ostatnie wydarzenia pozostawiły mu w głowie taki mętlik, że nie był w stanie sięgnąć do swych zasobów włoskiego. Kartka drżała w dłoni wydawcy. Delikatnie odłożył ją na stół i cofnął rękę.

– „Dinanzi a me non fuor cose create se non etterne, e io etterno duro, lasciate ogne… " – recytował Lowell, patrząc na Fieldsa. – Z napisu nad bramami piekła. To właśnie ten fragment! „Lasciate ogne speranza, voi ch'intrate".

Lowell przymknął oczy, gdy tłumaczył:

Starsze ode mnie twory nie istnieją,

Chyba wieczyste - a jam niespożyta!

Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją… [27]

– Włóczęga również ujrzał tajemniczy znak, jak pojawia się przed nim na centralnym posterunku policji. Zobaczył Ignavi - „neutralnych". Roje os i much otaczały ich białe, nagie ciała.

Wraz z każdym zgniłym oddechem z ich ust wypełzały wielkie czerwie, by gromadzić się w chmary u ich stóp i pić ich krew zmieszaną z solą łez. Dusze Ignavi podążały w ślad za pustym proporcem, symbolem ich drogi bez celu. Włóczęga czuł, że muchy karmią się jego własną skórą, latając wokół niego i wyszarpując strzępy ciała. Musiał im uciec… a przynajmniej spróbować ucieczki.

Longfellow znalazł swoją odbitkę poprawionego przekładu Pieśni trzeciej i położył ją na stole dla porównania.

– Wielkie nieba! – sapnął Holmes, chwytając rękaw Longfellowa. – Ten policjant Mulat był przy oględzinach zwłok wielebnego Talbota. On musi już coś wiedzieć!

Longfellow potrząsnął głową.

– Pamiętaj, Lowell jest profesorem języków nowożytnych. Posterunkowy pragnął zidentyfikować nieznany język; my byliśmy wówczas zbyt ślepi, by go rozszyfrować. Jacyś studenci skierowali go do Elmwood w noc sesji naszego Klubu, a Mabel przysłała go tutaj. Nie ma powodu, by sądzić, że ten policjant wie cokolwiek o dantejskim charakterze tych zbrodni lub o naszym projekcie translatorskim.

– Jak to się stało, żeśmy od razu tego nie zauważyli? – spytał doktor. – Greene sugerował, że to może być włoski, ale zignorowaliśmy go.

– I Bogu dzięki! – wykrzyknął Fields. – Policja już by nas zadręczała!

– Kto jednak wyrecytował posterunkowemu napis z portalu? – Holmes poczuł, jak znów narasta w nim niepokój. – To nie może być tylko zbieg okoliczności. To musi mieć coś wspólnego z morderstwami!

– Podejrzewam, że masz słuszność – Longfellow pokiwał spokojnie głową.

– Kto mógł mu to powiedzieć? – naciskał Holmes, obracając w dłoniach kartkę. – Inskrypcja widniejąca nad bramą Piekła jest opisana w Pieśni trzeciej, tej samej, w której Dante i Wergiliusz przechodzą pośród Ignavi - ich męki były „modelem" morderstwa sędziego Healeya!

Na prowadzącej do Craigie House ścieżce zadudniły kroki i Longfellow otworzył drzwi synowi dozorcy, który wbiegł do środka, szczękając wystającymi zębami. Wyjrzawszy przed dom, Longfellow stanął nagle oko w oko z Nicholasem Reyem.

– To on kazał mi się tu przyprowadzić, panie Longfellow – jęknął Karl, widząc zaskoczenie gospodarza, a potem patrząc na Mulata z kwaśną miną.

– Byłem na posterunku w Cambridge w zupełnie innej sprawie – wyjaśnił Rey – akurat wtedy, gdy ten chłopiec przybył zameldować o pańskim kłopocie. Oficer dyżurny znajdował się chwilowo poza posterunkiem.

Rey mógł niemal usłyszeć ciężkie milczenie, które zapadło w gabinecie na dźwięk jego głosu.

– Zechce pan wejść, panie oficerze? – Longfellow nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć.

Wyjaśnił policjantowi przyczynę swojego niepokoju.

Nicholas Rey znów znalazł się na korytarzu pośród pamiątek armii generała Waszyngtona. Dłońmi w kieszeniach spodni ugniatał garść wciąż jeszcze wilgotnych strzępków papieru, zebranych w podziemnej krypcie. Na niektórych widniały pojedyncze litery; inne były zbyt zabrudzone, by dało się je odczytać.

Rey wszedł do gabinetu i zastał tam trzech dżentelmenów. Lowell, o wąsach przypominających kły morsa, siedział w płaszczu narzuconym na szlafrok i w spodniach w kratę, dwaj pozostali goście Longfellowa mieli rozpięte kołnierzyki i poluzowane krawaty. O ścianę stała oparta dwururka, a na stole leżał bochenek chleba. Rey zawiesił wzrok na najwyraźniej podnieconym mężczyźnie o chłopięcych rysach twarzy, który jako jedyny z nich nie nosił brody.

– Doktor Holmes asystował nam dziś po południu przy oględzinach zwłok w Kolegium Medycznym – wyjaśnił Rey Longfellowowi. – W istocie to właśnie ta sprawa sprowadza mnie teraz do Cambridge. Dziękuję raz jeszcze, doktorze, za pańską pomoc.

Doktor skoczył na równe nogi i złożył chwiejny ukłon.

– Nie ma za co, sir – odparł uprzejmie. – Gdyby jeszcze kiedykolwiek potrzebował pan asysty, proszę słać po mnie bez wahania.

Wręczył Reyowi swoją wizytówkę, zapominając na chwilę, że nie był wcale pomocny. Był jednak zbyt zdenerwowany, by mówić do rzeczy.

– Być może to, co brzmi jak łacińska przepowiednia, w jakimś stopniu będzie mogło przyczynić się do ujęcia grasującego po naszym mieście zabójcy.

Rey zatrzymał się i pokiwał głową z uznaniem. Syn dozorcy wziął Longfellowa za ramię i odciągnął go na bok.

– Najmocniej przepraszam, panie Longfellow – powiedział chłopiec. – Nie chciało mi się wierzyć, że to jest policjant. Nie miał munduru ani niczego. Ale inny oficer tam, na posterunku, powiedział mi, że to władze miejskie kazały mu nosić zwyczajne ubranie, żeby nikt się nie wściekał, że czarnuch jest gliniarzem!

Longfellow odprawił Karla, obiecując mu porcję słodyczy.

Tymczasem Holmes, przestępując z nogi na nogę, jak gdyby stał na rozżarzonych węglach, zasłaniał Reyowi środek stołu. Leżały tam gazeta obwieszczająca morderstwo Healeya, obok niej angielski przekład Pieśni trzeciej z „instrukcją" dla tego morderstwa, a między nimi – karteczka, na której Rey zapisał: „Deenan see amno atesennone turnay eeotur nodur lasheeato nay".

Longfellow przekroczył próg gabinetu w ślad za Reyem. Policjant mógł poczuć za sobą jego przyspieszony oddech. Nie uszło jego uwagi, że Lowell i Fields dziwnym wzrokiem wpatrują się w stół za Holmesem.

Szybkim, niemal niezauważalnym ruchem doktor wyciągnął rękę i zabrał ze stołu kartkę pozostawioną przez Reya.

– Och, panie oficerze – oznajmił. – Mogę zwrócić panu karteczkę?

Rey odczuł nagły przypływ nadziei:

– Czy udało się panom?… – spytał cicho.

– Tak, tak – powiedział szybko Holmes. – Częściowo przynajmniej. Badaliśmy słowa każdego znanego nam języka, drogi panie, i jak się wydaje, najprawdopodobniej jest to po prostu łamana angielszczyzna.

Doktor zaczerpnął tchu i spojrzał twardo.

– Część tego da się odczytać jako: „Niechaj z domu dziś nikt się nie rusza, zasuwy niech zawarte będą". Raczej szekspirowskie, choć odrobinę bzdurne, nie sądzi pan?

Rey spojrzał na Longfellowa, który zdawał się równie zaskoczony jak on sam.

– Cóż, dziękuję za pamięć, doktorze Holmes – odparł Rey. – Pozostaje mi życzyć panom dobrej nocy.

Po wyjściu policjanta, gdy postać Reya znikała już na ścieżce, goście Longfellowa zbili się w grupkę na korytarzu.

– „Zasuwy niech zawarte będą"? – spytał Lowell.

– To odwróci jego podejrzenia, Lowell – wykrzyknął Holmes. – Mógłbyś wyglądać bardziej przekonująco. To dobra rada dla aktora, który gra Puncha i Judy, by nie pozwalać widowni oglądać swych nóg!

– Całkiem nieźle to poszło, Wendell – Fields przyjacielsko poklepał Holmesa w plecy.

Longfellow chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Wszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi, zostawiając przyjaciół w korytarzu.

– Longfellow? Mój drogi! – Fields zapukał cicho.

Lowell chwycił wydawcę za ramię i pokręcił głową. Holmes uświadomił sobie, że wciąż coś trzyma w dłoni. Spojrzał. Była to notatka Reya.

– Patrzcie no, oficer Rey zapomniał swojej kartki.

Teraz jednak patrzyli na nią inaczej. Nie był to już papier, lecz zimny kamień nad rozwartymi wrotami Piekła, przed którymi Dante zatrzymał się z wahaniem, ponaglany przez Wergiliusza.

Lowell zmiął ze złością kartkę i cisnął ją w płomień stojącej na korytarzu lampy.

7

Oliver Wendell Holmes szedł na kolejne spotkanie Klubu Dantego – spotkanie, które, jak wiedział, będzie jego ostatnim. Był już spóźniony. Nie skorzystał z możliwości jazdy powozem Fieldsa, chociaż niebo ponad miastem było ciemne od chmur. Poeta-doktor westchnął ciężko, kiedy rączka jego parasola pękła pod naporem ulewy, podczas gdy on ślizgał się na pokrytej mokrymi liśćmi ścieżce prowadzącej do Craigie House. Za dużo było zła na świecie, by jeszcze przejmować się takimi błahostkami. W nieruchomych oczach Longfellowa, który wyszedł go powitać, doktor nie znalazł pocieszenia, pogody ducha ani odpowiedzi na dręczące go pytanie: „Jak mamy sobie z tym dalej radzić?".

Powie im podczas kolacji, że rezygnuje z udziału w dalszych pracach nad przekładem Dantego. Lowell będzie może nawet zbyt zdezorientowany ostatnimi wydarzeniami, aby potępić go za dezercję. Holmes nie chciał uchodzić za dyletanta. Nie było jednak sposobu, aby dalej udawał, że może jak dawniej czytać Dantego, gdy wokół unosi się swąd spalonego ciała wielebnego Talbota. Dławił w sobie niejasne poczucie, że w jakiś sposób to oni byli odpowiedzialni za tę śmierć, że poszli za daleko, że ich cotygodniowe spotkania i beztroska wiara w moc poezji wyzwoliły piekielne moce grasujące teraz w Bostonie.

Pół godziny wcześniej u drzwi Longfellowa ktoś zatupał głośno niczym stutysięczna armia. James Russell Lowell. Był cały przemoczony, chociaż miał blisko do Craigie House; poeta kpił z parasoli, uznając je za zbędne wynalazki. Łagodne ciepło ognia, który karmił się węglem i polanami hikorowego drewna, promieniowało z dużego kominka, sprawiając, że wilgotna broda poety rozbłysła, jak gdyby oświetlona wewnętrznym światłem.

Kiedy w tym samym tygodniu Lowell odwiedził Fieldsa w Corner, odciągnął wydawcę na stronę i wyznał, że nie może dłużej żyć w ten sposób. Ich milczenie wobec policji było konieczne – bardzo dobrze. Należy chronić dobre imię i reputację – bardzo dobrze. Należy chronić Dantego – również bardzo dobrze. Jednak żadne z tych znakomitych racjonalnych uzasadnień nie mogło zatrzeć oczywistego faktu, że toczyła się gra, w której stawką było życie ludzi.

Fields odparł, że spróbuje wymyślić coś sensownego. Longfellow przyznał, że nie wie, co zamierza Lowell. Holmesowi udawało się skutecznie unikać przyjaciół. Lowell zaś robił co w jego mocy, aby zorganizować wspólne spotkanie całej czwórki, jednak do wczoraj unikali się nawzajem jak ognia.

Teraz, gdy siedli w kręgu – tym samym kręgu, w którym siadywali przez ostatnie dwa i pół roku – był tylko jeden powód, który powstrzymywał Lowella przed potrząśnięciem każdym z nich po kolei: George Washington Greene. „Powód" przycupnął w swym ulubionym szerokim zielonym wyściełanym fotelu, przytłoczony foliałami Dantego. Pozostali członkowie Klubu obiecali sobie wzajemnie nie mówić mu nic o swoim odkryciu.

Greene ułożył na piersi drobne dłonie, tuląc je przy sercu. Wszyscy wiedzieli, że przy swym kruchym zdrowiu stary historyk i emerytowany kaznodzieja mógłby nie znieść ciężaru wiedzy, jaką posiedli. Greene uskarżał się wprawdzie na to, że z powodu decyzji o zmianie wcześniejszych ustaleń dotyczących wyboru omawianych pieśni, podjętej przez Longfellowa w ostatniej chwili, nie miał dość czasu, by się przygotować, lecz i tak był tego środowego wieczoru jedynym członkiem zgromadzenia, któremu dopisywał humor.

Longfellow powiadomił przyjaciół, że zajmą się Pieśnią dwudziestą szóstą, w której Dante spotyka płonącą duszę Ulissesa, greckiego bohatera wojny trojańskiej. Był to jeden z tych fragmentów Boskiej Komedii, który wszyscy lubili, istniała więc nadzieja, że praca nad nim ponownie ich ożywi.

– Dziękuję wszystkim za przybycie – zaczął gospodarz.

Holmes przypomniał sobie pogrzeb Fanny, który, jak się okazało, miał dać początek pracom nad nowym przekładem Dantego. Gdy rozeszła się wieść o śmierci żony Longfellowa, niektórzy bostońscy bramini poczuli cichą satysfakcję – do której nigdy by się nie przyznali, nawet sami przed sobą – że oto nieszczęście przytrafia się komuś, komu los był dotąd tak niebywale przychylny. Zdawać by się mogło, że dobrobyt i t, alent Longfellowa nie kosztowały go żadnego wysiłku. Dla Holmesa śmierć Fanny była niezmiernie bolesna; jeśli towarzyszyło temu jakieś inne uczucie, to zapewne można by je nazwać zdumieniem czy ekscytacją, że oto godzien jest pomagać Henry'emu Wadsworthowi Longfellowowi w czasie, gdy poeta potrzebował opieki lekarskiej.

Klub Dantego pomógł przywrócić Longfellowa do życia. A teraz w dantejskim kostiumie popełniono dwa przerażające morderstwa. Można przypuszczać, że niebawem nastąpi trzecie, a może i następne, podczas gdy oni będą siedzieli przy ogniu z odbitkami przekładu w dłoniach.

– Jak możemy ignorować… – wyrzucił z siebie James Russell Lowell, lecz w porę ugryzł się w język, spoglądając na nieświadomego niczego Greene'a, który zapisywał właśnie jakąś uwagę na marginesie swojej kartki.

Longfellow czytał i omawiał Pieśń dwudziestą szóstą, nie zadając sobie trudu, by zareagować na urwany komentarz przyjaciela. Zawsze obecny na jego twarzy uśmiech był dziś słaby i wymuszony, jak gdyby pozostał mu z poprzedniego spotkania.

Ulisses znalazł się w Piekle jako jeden ze Złych Doradców w postaci bezcielesnego widma, falującego niczym płomień na wietrze. Niektórzy grzesznicy nie chcieli opowiadać Dantemu swoich dziejów; inni wykazywali niestosowne gadulstwo. Ulisses był zarówno ponad jedną, jak i drugą skrajnością. Opowiedział poecie, jak po wojnie trojańskiej, będąc już podstarzałym wojownikiem, nie pożeglował z powrotem do Itaki, do swojej żony i rodziny, lecz przekonał kilku pozostałych członków załogi, aby popłynęli dalej na zachód, poza granicę, której żaden śmiertelnik przekraczać nie powinien, lekceważąc przeznaczenie i pragnąc posiąść wiedzę, nagle jednak nadeszła trąba powietrzna i pochłonęło ich morze.

Greene jako jedyny miał ochotę powiedzieć coś więcej na ten temat. Przyszedł mu do głowy wiersz Tennysona [28], oparty na tym epizodzie z Dantego. Uśmiechnął się smutno i skomentował:

– Sądzę, że analizując tę scenę, powinniśmy wziąć pod uwagę inspirację lorda Tennysona Dantem. „Stanąć, nie iść dalej – zaczął recytować z pamięci fragment wiersza. – Nie błysnąć w czynie, rdzewieć jak miecz w pochwie – / Wstrętne. Oddychać – to jeszcze nie życie. / Choćbyś nad życiem życie piętrzył, nigdy / Nie będzie dosyć. A z tego jednego… – Zrobił pauzę, a oczy zaszły mu mgiełką. – Ile zostało?" Niech Tennyson będzie naszym przewodnikiem, drodzy przyjaciele, bo on sam pośród swych trosk żył trochę jak Ulisses, z pragnieniem triumfu w ostatniej podróży życia.

Longfellow i Fields skwapliwie zgodzili się z jego komentarzem, lecz już w tej samej chwili rozległo się chrapanie. Wyraziwszy swą opinię, osłabiony Greene zapadł w drzemkę. Lowell milczał z miną krnąbrnego ucznia, mocno ściskając w dłoniach swoje odbitki. Wraz z frustracją narastał w nim gniew na wszystkich zebranych.

Ponieważ nikt więcej nie chciał zabrać głosu, Longfellow zwrócił się proszącym tonem do Lowella:

– Czy masz jakiś komentarz do tej tercyny?

W gabinecie nad jednym z luster stała biała marmurowa statuetka Dantego. Puste oczy patrzyły na nich obojętnie.

– Czy sam Dante nie napisał kiedyś – wymamrotał Lowell – że żadnej poezji nie da się przełożyć? My jednak spotykamy się razem co tydzień i radośnie mordujemy jego słowa.

– Lowell, uspokój się! – sapnął Fields, posyłając przepraszające spojrzenie Longfellowowi. – Robimy to, co do nas należy.

Wydawca wypowiedział te słowa ochrypłym szeptem, na tyle głośnym, aby skarcić Lowella, lecz nie tak głośnym, by obudzić Greene'a.

Lowell pochylił się ku niemu.

– Musimy coś zrobić… Musimy się zdecydować…

Holmes oczami przypomniał o Greenie, a dokładniej o jego kosmatych uszach. Stary profesor mógł się obudzić w każdej chwili. Ruchem dłoni doktor dał znak, że lepiej zamilknąć.

– A właściwie to co chciałbyś, żebyśmy zrobili? – spytał.

Pragnął, aby zabrzmiało to wystarczająco niepoważnie, by rozładować panujące w gabinecie napięcie. Lecz to retoryczne pytanie wisiało nad nimi niczym sklepienie katedry.

– Nic nie możemy zrobić, niestety – sam wymamrotał odpowiedź, próbując ratować sytuację. Na próżno.

Holmes mimo woli wywołał burzę. Postawił ich przed wyzwaniem, przed którym nie mogli się już uchylić, skoro zostało wypowiedziane na głos w obecności wszystkich.

Twarz Lowella pokrył rumieniec. Spojrzał na posapującego rytmicznie Greene'a i poczuł, jak w jego głowie rozbrzmiewają raz jeszcze słowa i odgłosy towarzyszące ich spotkaniu: Longfellow dziękujący im serdecznie za przyjście, Greene recytujący Tennysona, astmatyczne świsty Holmesa, pełne mocy słowa Ulissesa, najpierw wypowiedziane z pokładu jego skazanej na zagładę łodzi, a potem powtórzone w Piekle. Wszystko to wymieszało się w jego mózgu i ułożyło w nową całość.

Doktor Holmes zobaczył, jak Lowell przyciska palce do czoła. Spodziewał się, że przyjaciel krzyknie, aby ich zbudzić: w pewnym sensie miał nawet nadzieję, że tak właśnie się stanie. Dlatego słowa Lowella tak go zaskoczyły.

Lowell zaczął cichym szeptem, a z każdym słowem z twarzy ustępowało mu napięcie:

– „Żeglarze, / Którzyście trudem i troską, i męką / Trwali w jedności ze mną… ".

Tb był wers z wiersza Tennysona o Ulissesie. Stary heros wzywał swoją załogę, aby rzuciła wyzwanie śmierci.

Lowell pochylił się, uśmiechnięty, i kontynuował z powagą, która pochodziła w tym samym stopniu z jego dźwięcznego głosu, co z samych słów:

– „Jużeśmy niemłodzi. / Ale i starość ma swą cześć i pracę. / Wszystkie zamyka sprawy śmierć, lecz przedtem / Rozbłysnąć jeszcze może czyn szlachetny… ".

Holmes był zdumiony, choć nie mocą słów, bo wiersza Tennysona nauczył się na pamięć dawno temu. Przytłoczyło go znaczenie, jakie dla niego miały. Poczuł wewnętrzne drżenie. To nie była zwykła recytacja: Lowell mówił do nich. Longfellow i Fields również patrzyli z zachwytem i lękiem, i dla nich bowiem sens słów był jasny. Lowell, recytując z uśmiechem, właśnie ośmielił ich do tego, aby dążyli do poznania prawdy ukrytej za dwoma morderstwami.

W okna wraz ze skowytem wiatru uderzały fale deszczu. Zdawały się smagać z całą mocą jedno, tylko po to, by po chwili przenieść swój atak na drugie. Nastąpił błysk zapowiadający grzmot i zagrzechotały okiennice. Hałas zagłuszył na chwilę głos Lowella i poeta przerwał recytację.

Potem przemówił Longfellow, płynnie podejmując wiersz tym samym błagalnym szeptem:

– „Głębina jęczy wieloma głosami. / Nie jest za późno, moi przyjaciele, / By świata jeszcze innego poszukać".

Następnie gospodarz odwrócił się ku swemu wydawcy z pytającym spojrzeniem:

– Twoja kolej, Fields.

Fields, z brodą spoczywającą na rozchylonym surducie, w odpowiedzi na zaproszenie pochylił głowę i zaczął pocierać palcami łańcuszek przy swej kamizelce. Holmes drżał, że Lowell i Longfellow gotowi są porwać się na to szaleństwo, dlatego Fields był jego ostatnią nadzieją. Wydawca był wszak aniołem stróżem swoich poetów i nie pozwoliłby im rzucić się głową naprzód na zatracenie. Fields nie doświadczył traumy w osobistym życiu, nigdy nie miał rodziny, nie zaznał zatem troski o dzieci, które nie dożyły swych pierwszych lub drugich urodzin, ani o ich matki, które oddały ducha w czasie porodu. Wolny od domowych ograniczeń, skierował instynkt opiekuńczy ku swoim autorom. Niegdyś spędził całe popołudnie, kłócąc się z Longfellowem o wiersz, który opowiadał o wraku „Hesperusa". Kłótnia sprawiła, że Longfellow nie zdążył na planowaną wycieczkę luksusową łodzią Corneliusa Vanderbilta. Łódź kilka godzin później stanęła w ogniu i zatonęła. Holmes modlił się, aby i tym razem Fields spierał się z nimi, aż niebezpieczeństwo przeminie.

Wydawca musiał wiedzieć, że nie są ludźmi czynu, lecz literatami, a do tego posuniętymi w latach. Szaleństwo wojowników wyruszających w niemożliwy do wygrania bój to była tylko poezja, coś, o czym można poczytać lub opowiedzieć wierszem dla nasycenia złaknionej publiczności.

Fields otwarł usta, potem jednak zawahał się, jak ktoś, kto próbuje mówić przez sen, który go męczy. Wyglądał, jakby walczył z atakiem morskiej choroby. Holmes westchnął współczująco, przesyłając mu spojrzeniem swoją aprobatę dla jego sprzeciwu. Lecz oto nagle wydawca, patrząc spod zmarszczonych brwi najpierw na Longfellowa, a potem na Lowella, powstał energicznie z fotela i godząc się na to, co ma nadejść, wyszeptał:

– „I chociaż / Już nie jesteśmy mocą tą, co niegdyś / Ziemią i niebem trzęsła, czym jesteśmy, / Jesteśmy:".

Czy jesteśmy dość silni, by rozwikłać zagadkę tych zabójstw? – zastanawiał się Holmes. – Mrzonki, nic więcej! Popełniono dwa okropne morderstwa, lecz traktując rzecz ściśle naukowo, nie da się udowodnić, że za nimi pójdą dalsze. – Ich zaangażowanie w sprawę mogło być wysoce niestosowne lub, co gorsza, ryzykowne. Doktor żałował, że uczestniczył w oględzinach zwłok w Kolegium Medycznym i że w ogóle powiedział o swoim odkryciu przyjaciołom. Nie mógł się jednak obronić przed pewną natrętną myślą: – Co zrobiłby Junior? Kapitan Holmes? Doktor oglądał życie z tak wielu perspektyw, że mógł z łatwością przyjmować różne punkty widzenia. Junior przyjmował zawsze jeden punkt widzenia. Tylko ograniczeni mogą być prawdziwie dzielni. Holmes zacisnął mocno powieki.

Co zrobiłby Junior?… – Doktor przypomniał sobie, jak odwiedził Wendella juniora w jego kompanii, gdy odziani w błękitne mundury chłopcy opuszczali obóz ćwiczeń. Życzył mu wtedy powodzenia i wyraził żal, że sam jest już zbyt stary, by walczyć. Ale tak naprawdę wcale tego nie żałował. Dziękował niebiosom, że nie jest już młody.

Lowell pochylił się ku Holmesowi i łagodnym, pobłażliwym tonem powtórzył słowa Fieldsa:

– „Czym jesteśmy, / Jesteśmy:".

Owszem, jesteśmy tym, czym jesteśmy – wybraliśmy nasze role. To uspokoiło odrobinę Holmesa. Trzej czekający na niego przyjaciele zgadzali się z nim. Mógł odejść zobojętniały. Wziął głęboki, astmatyczny wdech, taki, po którym następował donośny wydech ulgi. A jednak zamiast wypuścić powietrze, Holmes podjął decyzję. Początkowo nie rozpoznał własnego głosu, który zabrzmiał tak, jakby przemówiło samo szlachetne widmo Ulissesa, rozmawiające z Dantem. Wiedział jedynie, co stało za decyzją, którą oznajmił słowami Tennysona:

– „Czym jesteśmy, / Jesteśmy: związkiem mężnych serc, osłabłych / Pod ciężkim czasu i losu brzemieniem, / Silnych pragnieniem, by się z losem zmagać, / Szukać, znajdować, wędrować – zrobił pauzę – do końca".

– Szukać – szepnął Lowell w zamyśleniu, po kolei, metodycznie badając twarze towarzyszy i zatrzymując wzrok na Holmesie – wędrować, znajdować…

Zegar wybił pełną godzinę i Greene poruszył się, ale nie było już potrzeby dalej o tym mówić: Klub Dantego odrodził się.

– Och, stokrotnie przepraszam, mój drogi Longfellow – Greene ocknął się z parsknięciem, obudzony niespiesznymi uderzeniami starego zegara. – Gzy ominęło mnie coś ważnego?

Część druga

***

8

Tydzień, w którym odnaleziono ciało wielebnego Talbota, przyniósł niewiele zmian w robotniczej dzielnicy Bostonu. Był to nadal ten sam trójkąt ulic, ze wszechobecnymi ruderami, knajpami, burdelami i tanimi hotelikami, których obecność sprawiła, że mieszkańcy, mogący sobie na to pozwolić, już dawno opuścili to miejsce. Biała para wciąż buchała z kominów hut szkła i żelaza, chodniki nadal były zaśmiecone skórkami pomarańczy, a ulice o dziwnych porach nieodmiennie wypełniał wesoły śpiew i taniec. Tramwaje konne przywoziły gromady czarnych. Przybywały młode kobiety – praczki z chustkami w krzykliwych kolorach na głowach i pomoce domowe przystrojone biżuterią, która kołysząc się, pobrzękiwała. Niekiedy trafiał się też wciąż rzadki obrazek: czarnoskóry żołnierz lub marynarz w mundurze. Podobnie niecodzienny widok stanowił pewien Mulat, spacerujący ulicami w pozie pełnej godności. Jedni go ignorowali, inni wyśmiewali, zasuszeni starcy przyglądali mu się bacznie, wiedząc w swej mądrości, że Rey to policjant, co tak samo czyniło go innym, jak fakt, że jest mieszańcem. Czarni w Bostonie czuli się bezpiecznie, wolno im było nawet uczęszczać do szkół, mogli bez przeszkód korzystać z komunikacji miejskiej i dlatego zachowywali się spokojnie. Gdyby jednak posterunkowy uczynił w trakcie służby jakiś fałszywy krok lub stanął na drodze niewłaściwej osobie, łatwo mógłby wywołać wybuch nienawiści. Murzyni wygnali go ze swego świata, a ponieważ powody, dla których to uczynili, uznawali za słuszne, Rey nie doczekał się nigdy żadnych wyjaśnień ani przeprosin.

Kilka gawędzących kobiet, niosących koszyki na głowach, zatrzymało się, by przyjrzeć mu się z ukosa. Piękna brązowa skóra Mulata zdawała się pochłaniać całe światło latarni, kiedy przechodził obok. Po drugiej stronie ulicy kręcił się jakiś rosły mężczyzna. Policjant rozpoznał go. Był to drobny złodziej, zwany Hiszpańskim Żydem, który nieraz był już przesłuchiwany na głównym posterunku. Nicholas Rey wspiął się na wąskie schody domu, gdzie mieszkał. Drzwi pokoju, który wynajmował, znajdowały się na pierwszym piętrze. Chociaż lampa była stłuczona, gdy posterunkowy dotarł na półpiętro, zauważył podejrzany cień. Ktoś stał na progu jego kwatery, zagradzając wejście.

Ten tydzień obfitował w wydarzenia. Kiedy Rey zawiózł Kurtza na oględziny zwłok wielebnego Talbota, odnalezionych właśnie w Drugim Kościele Unitariańskim, kościelny powiódł naczelnika i kilku sierżantów ku schodom prowadzącym do podziemi. Kurtz przystanął i ku zaskoczeniu posterunkowego nakazał mu, aby do nich dołączył. Przez dłuższą chwilę Rey jak urzeczony przypatrywał się ciału wciśniętemu do góry nogami w otwór w ziemi, zanim dostrzegł w półmroku wystającą stopę ofiary: spaloną, pokrytą pęcherzami i zdeformowaną. Kościelny opowiedział im o okolicznościach swego makabrycznego odkrycia.

Wydawało się, że palce nieboszczyka lada chwila odpadną od różowych, pozbawionych skóry, bezkształtnych stóp, i trudno było odróżnić tę część stopy, której trzymały się palce, od tej, która niegdyś była piętą. Ów szczegół – stopy spalone „od pięt po palce" – który okazał się tak znaczący dla członków Klubu Dantego, policjantom jawił się jako czyste szaleństwo.

– Podpalono tylko stopy? – Rey końcem palca delikatnie dotknął zwęglonego, kruszącego się ciała. Spalone mięso tliło się jeszcze i posterunkowy szybko cofnął dłoń, w obawie że się poparzy. Był zdumiony, jak wiele gorąca może przyjąć ludzkie ciało, zanim całkowicie utraci swój kształt. Kościelny Gregg patrzył ze łzami w oczach, jak dwaj policjanci wynoszą zwłoki Talbota. Nagle coś sobie przypomniał.

– Papier! – zawołał, chwytając pod rękę Reya, jedynego funkcjonariusza, jaki pozostał na dole. – Wokół grobów są wszędzie skrawki papieru. Nie wiadomo skąd… On nie powinien tutaj wchodzić! A ja nie powinienem go tu wpuszczać!

Znów wybuchnął niepowstrzymanym szlochem. Rey obniżył swoją latarnię i ujrzał pokryte drukiem strzępki papieru, niczym nie wypowiedziany wyrzut sumienia.

Gazety tak często pisały o zamordowaniu sędziego i kaznodziei, że dla czytelników stali się oni nierozłączną parą; w czasie rozmów prowadzonych na rogach ulic często wspominano o „zabójstwie Healeya i Talbota". Czy to właśnie tej powszechnej skłonności do łączenia ich razem dał wyraz doktor Oliver Wendell Holmes w owej dziwnej uwadze, poczynionej w domu Longfellowa tego wieczoru, gdy znaleziono ciało Talbota? Holmes zaoferował Reyowi swoje usługi z nerwowością studenta medycyny. „Być może coś, co brzmi jak łacińska przepowiednia, w jakimś stopniu przyczyni się do ujęcia grasującego po naszym mieście zabójcy… " Słowo „zabójca" ukłuło Reya. Doktor zakładał, że obu zbrodni dokonała ta sama osoba. Nic jednak, prócz niesłychanej brutalności, nie łączyło przecież tych morderstw w oczywisty sposób. Może jeszcze tylko to, że w obu wypadkach ciała były nagie, a zdjęte z nich ubrania – schludnie poskładane, ale tej informacji nie było jeszcze w gazetach, kiedy posterunkowy rozmawiał z Holmesem. Być może był to jedynie lapsus zarozumiałego doktora. Być może.

Gazety okraszały główną sensacyjną informację o morderstwach mnóstwem doniesień o innych przestępstwach i aktach przemocy: uduszeniach, napadach rabunkowych, wysadzaniu sejfów, maltretowanym dziecku w pensjonacie Fort Hill, na wpół uduszonej prostytutce znalezionej kilka kroków od posterunku policji. Pośród tych sensacji była też wzmianka o dziwnym incydencie z włóczęgą, którego doprowadzono na przesłuchanie na główny posterunek i któremu policja pozwoliła wyskoczyć przez okno i zabić się na oczach, bezsilnego naczelnika Kurtza. Nagłówki gazet krzyczały: CZY POLICJA BIERZE JAKĄKOLWIEK ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA BEZPIECZEŃSTWO OBYWATELI?

Rey zatrzymał się na półpiętrze ciemnej klatki schodowej swojego domu i upewnił się, że nikt za nim nie idzie. Zacisnął dłoń na pałce ukrytej pod płaszczem i ruszył dalej.

– Jestem tylko ubogim żebrakiem, łaskawy panie – usłyszał.

Nietrudno było rozpoznać człowieka, który wypowiedział te słowa ze szczytu schodów, gdy zza rogu ukazała się para nóg w wąskich spodniach i podkutych butach. Langdon Peaslee, najlepszy z bostońskich kasiarzy, nonszalancko polerował szerokim mankietem koszuli diamentową szpilkę zdobiącą jego krawat.

– Co tam słychać dobrego, mości białasku? – Peaslee wyszczerzył w uśmiechu ostre zęby. – Przybij no piątkę. – Chwycił dłoń Reya. – Nie widziałem twojej cudnej facjaty od czasu tamtego przesłuchania. Powiedz no, czy tam na górze to przypadkiem nie twój pokój? – Niewinnym gestem wskazał na drzwi za sobą.

– Witam pana, panie Peaslee. Jak rozumiem, to pan przed dwoma dniami obrabował Lexington Bank? – Nicholas Rey chciał pokazać, że też wie o nim niejedno.

Na miejscu włamania Peaslee nigdy nie zostawiał po sobie żadnych śladów, które mogłyby mu zaszkodzić w sądzie. Starannie wybierał i upłynniał tylko te kosztowności, których nie dawało się wytropić.

– Skądże znowu! Kto w dzisiejszych czasach byłby na tyle stuknięty, żeby całkiem w pojedynkę robić skok na bank?

– Jestem pewien, że pan byłby na tyle stuknięty. Czy przyszedł pan oddać się w ręce sprawiedliwości? – spytał Rey z poważną miną.

Peaslee roześmiał się szyderczo.

– Ależ nie, mój drogi chłopcze. Tak sobie myślę o tych restrykcjach, jakie na ciebie nałożyli… No wiesz, brak munduru, to, że nie możesz aresztować białych i tak dalej… To doprawdy wielka, krzycząca niesprawiedliwość. Ale jest coś na pociechę. Stałeś się tak bliskim kumplem naczelnika Kurtza, że może nawet uda ci się postawić przed sądem jakichś zbirów. Na przykład tych, którzy ukatrupili sędziego Healeya i wielebnego Talbota, niech spoczywają w spokoju… Słyszałem, że diakoni z kościoła Talbota kwestują na nagrodę.

Rey kiwnął głową, manifestując brak zainteresowania, i skierował się w stronę swojego pokoju.

– Jestem zmęczony – powiedział cicho. – Jeśli nie ma pan nikogo konkretnego, kogo można by postawić przed sądem, zechce mnie pan nie fatygować.

Peaslee chwycił w garść halsztuk Reya i zatrzymał go w miejscu.

– Policjanci nie mogą przyjmować nagród, ale zwykły obywatel, taki jak ja, z pewnością może. I jeśli tylko jakoś dotrze do zacnych policyjnych drzwi…

Twarz Mulata pozostawała obojętna. Zniecierpliwiony Peaslee stracił cały swój wdzięk. Szarpnął mocno halsztukiem posterunkowego, jakby zaciągał pętlę.

– Czyż nie tak właśnie skończył ten durny żebrak? Słuchaj mnie uważnie, mości białasku. Jest jeden głupek w naszym mieście, którego bardzo łatwo można wrobić w zabójstwo Talbota. Pomóż mi w tym, a połowa kasy będzie twoja – powiedział bez ogródek. – Wystarczająco dużo, aby nabić kabzę i ruszać stąd, gdzie zechcesz. Tama puściła; w Bostonie wszystko się zmieni. Wojna usłała to miejsce pieniędzmi. Czasy są zbyt mętne, by chadzać w pojedynkę.

– Pan wybaczy, panie Peaslee – odparł Rey ze stoickim spokojem.

Peaslee odczekał chwilę, a potem zaniósł się śmiechem, uznając się za pokonanego. Strzepnął wyimaginowany pyłek z tweedowego płaszcza policjanta.

– No dobrze, mości białasku. Powinienem wiedzieć od razu, że nosisz płaszcz Józefa [29]. Żal mi cię tylko, mój przyjacielu, bardzo żal. Czarni nienawidzą cię za to, że jesteś biały, a cała reszta za to, że jesteś czarny… Ja oceniam faceta po tym, czy ma tutaj – wskazał na głowę – po kolei. Byłem raz w jednym miasteczku w Luizjanie, gdzie połowa murzyńskich dzieciaków miała domieszkę białej krwi. Ulice były pełne mieszańców. Tak sobie myślę, że pewnie wolałbyś mieszkać w podobnym miejscu, nieprawdaż?

Rey zignorował go i sięgnął do kieszeni po klucze.

– Ależ proszę się nie fatygować! – zawołał Peaslee i jednym pchnięciem szczupłego palca otworzył drzwi.

Po raz pierwszy od początku spotkania posterunkowy wydawał się zmieszany.

– Mam straszną słabość do zamków – wyznał Peaslee, zawadiacko przekrzywiając kapelusz, po czym udał, że poddaje się Reyowi, łącząc uniesione nadgarstki. – Może mnie pan teraz zamknąć za włamanie, panie władzo. O rany! Nie, zdaje się, że wcale pan nie może, nieprawdaż? – Posłał Reyowi pożegnalny uśmiech i znikł.

Z mieszkania nic nie zginęło. Ta ostatnia sztuczka była tylko pokazem siły wielkiego kasiarza, na wypadek gdyby Reyowi przyszły do głowy jakieś niemądre pomysły.

Dla Olivera Wendella Holmesa było to dziwne doświadczenie wyjść z Longfellowem i obserwować, jak poeta zanurza się w tłumie zwykłych ludzi, świecie miejskich hałasów i paskudnych woni ulicznych, jak gdyby był częścią tego świata na równi z człowiekiem kierującym zaprzęgiem konnym z polewaczką. Poecie zdarzało się, oczywiście, opuszczać w ostatnich latach Craigie House, lecz jego eskapady były zazwyczaj krótkie i ograniczały się do podrzucenia kilku stron odbitek korektorskich do drukarni Riverside Press czy kolacji z Fieldsem w Revere lub Parker House, w porze gdy było tam niewielu gości. Holmes czuł się winny, że to on właśnie pierwszy natknął się na coś, co mogło w tak niepojęty sposób zakłócić stan spokojnego zawieszenia, w którym tkwił Longfellow. To powinno przytrafić się Lowellowi! On nigdy nie pomyślałby nawet o poczuciu winy, wepchnąwszy Longfellowa w sam środek tego Babilonu, który rodził tylko zamęt w duszy. Doktor zastanawiał się, czy z tego powodu Longfellow nie ma do niego żalu. Czy potrafi żywić do kogoś urazę, czy też uczucie to, tak jak wiele innych niskich uczuć, było mu całkiem obce?

Holmes przypomniał sobie sprawę Edgara Allana Poego, który napisał artykuł Longfe//ow i inni plagiatorzy. Oskarżał w nim Longfellowa i innych bostońskich poetów o to, że kopiują wszystkich żyjących i nieżyjących autorów, włącznie z nim samym. Było to w czasie, gdy Longfellow pomagał Poemu wyjść z tarapatów finansowych, udzielając mu pożyczek. Rozwścieczony Fields zakazał publikowania w wydawnictwie Ticknor & Fields jakiegokolwiek tekstu autorstwa Poego. Lowell zasypał gazety listami, w których demaskował wołające o pomstę do nieba błędy nowojorskiego pisarza. Holmes bardzo się przejął zarzutem, źe każde słowo, jakie napisał, mogło być w istocie skradzione innemu, lepszemu odeń poecie, i w snach nieraz napotykał ducha jakiegoś starego mistrza, który domagał się zwrotu swojej poezji. Tymczasem Longfellow w ogóle nie wypowiedział się publicznie na temat artykułu, prywatnie zaś wyrażał pogląd, że działania Poego należy przypisać jakiemuś poirytowaniu wrażliwej natury, rozdrażnionej nieokreślonym poczuciem naruszenia zasad etycznych. Ponadto – co również nie uszło uwagi Holmesa – Longfellow autentycznie przeżywał żałobę po przedwczesnej śmierci Poego.

Obaj poeci, niosąc pod pachą bukiety kwiatów, dotarli do tej części Cambridge, która przypominała już bardziej miasto niż wieś. Obeszli kościół Elishy Talbota, szukając miejsca jego zgonu, schylając się pod drzewami i badając ziemię pomiędzy nagrobkami. Kilku przechodniów poprosiło ich o autografy na chusteczkach lub wewnątrz kapeluszy (od Longfellowa za każdym razem, od doktora Holmesa – niemal za każdym razem). Chociaż pora nocna mogła im zapewnić upragnioną anonimowość, Longfellow uznał, że najlepiej będzie, jeśli pojawią się na cmentarzu jako żałobnicy, a nie przesadnie wystrojeni rabusie zwłok, szukający ciała.

Holmes był wdzięczny Longfellowowi, że ten objął przywództwo po tym, jak zgodzili się, żeby… No właśnie, na co właściwie się zgodzili, wygłaszając płomienne strofy Ulissesa? Lowell, jak zawsze wypinając pierś do przodu, użył słowa „śledztwo". Holmes wolał nazywać to „zbieraniem informacji" i rozmawiając z Lowellem, zawsze trzymał się tej formy.

Oczywiście oprócz nich było jeszcze kilku innych znawców Dantego, których należało uwzględnić. Paru czasowo lub stale przebywało w Europie, w tym sąsiad Longfellowa, Charles Eliot Norton, dawny student poety, oraz William Dean Howells, młody akolita Fieldsa, mianowany wysłannikiem do Wenecji. Poza tym był jeszcze siedemdziesięcioczteroletni profesor Ticknor, samotnie spędzający czas w swojej bibliotece przez ostatnie trzy dekady, Piętro Bachi, który za kadencji Longfellowa i Lowella był lektorem włoskiego na Harvardzie, a z posady został zwolniony przez władze uczelni, oraz wszyscy byli studenci seminariów z Dantego prowadzonych przez Longfellowa i Lowella (a także garstka jeszcze z czasów Ticknora). Sporządzi się listy i ustali prywatne spotkania. Holmes modlił się wszakże, aby rozwiązanie znalazło się szybciej, zanim on sam i jego przyjaciele zrobią z siebie głupców przed ludźmi, których szanują i którzy, przynajmniej do tej pory, również darzyli ich szacunkiem.

Wkrótce stało się jasne, że jeśli miejsce morderstwa znajdowało się na zewnątrz budynku Drugiego Kościoła Unitariańskiego w Cambridge, jego odnalezienie było już niemożliwe. Jeśli ich domysły były słuszne i dziura, w której zakopano Talbota, znajdowała się na dziedzińcu kościoła, to diakoni pośpiesznie pokryliby ją świeżą trawą. Martwy kaznodzieja, sterczący z ziemi nogami w górę przed kościołem, z pewnością nie byłby najlepszą reklamą dla kongregacji.

– No to zajrzyjmy do środka – zaproponował Longfellow, najwyraźniej zupełnie nie zrażony całkowitym brakiem śladów.

Holmes szedł tuż za nim.

W zakrystii na tyłach kościoła, gdzie mieściły się biura i przebieralnie, na jednej ze ścian natknęli się na wielkie kamienne odrzwia, które nie wiodły do żadnego innego pomieszczenia ani skrzydła świątyni. Longfellow zdjął rękawiczki i wodził dłonią po zimnym kamieniu. Za drzwiami panował przenikliwy chłód.

– Tak – wyszeptał Holmes. Przeszyło go dojmujące uczucie zimna. – Krypta, Longfellow! Krypta poniżej…

Jeszcze jakieś trzy lata temu wiele kościołów w okolicy posiadało krypty, w których dokonywano pochówków. Mieściły się w nich zarówno bogate grobowce zamożnych rodzin, jak i proste mogiły publiczne, w których za skromną opłatą składano ciała zwykłych członków kongregacji. Przez lata uważano to rozwiązanie za roztropne wykorzystywanie przestrzeni w zatłoczonych miastach z ciągle rozrastającymi się cmentarzami. Kiedy jednak bostończycy zaczęli umierać setkami z powodu żółtej febry, Komisja Sanitarna orzekła, że przyczyną zarazy jest bliskość rozkładających się zwłok, i surowo zakazała dalszych pochówków pod gruntami kościelnymi. Rodziny, które dysponowały odpowiednimi środkami, przeniosły trumny swych bliskich na Mount Auburn i w inne nowo utworzone idylliczne miejsca wiecznego spoczynku. Mimo to ukryte pod ziemią krypty ze szczątkami mniej zamożnych wiernych nadal wypełniały rzędy nie oznaczonych trumien, zmurszałe groby i ubogie cmentarne kwatery.

– Dante znajduje symoniaków wewnątrz pietra livida [30] - odezwał się Longfellow.

– Mogę w czymś panom pomóc? – przerwał mu czyjś drżący głos.

Kościelny, który pierwszy zauważył płonącego Talbota, był wysokim, chudym mężczyzną, odzianym w długą czarną szatę. Siwe włosy sterczały mu na wszystkie strony niczym szczecina szczotki. Oczy kościelnego były nieco wyłupiaste, przez co zawsze wyglądał jak ktoś, kto właśnie zobaczył ducha.

– Moje uszanowanie. – Holmes podszedł doń, wymachując dwornie kapeluszem. Jakże pragnął, by byli z nim teraz Lowell lub Fields, dysponujący przyrodzonym autorytetem. – Drogi panie, ja i mój przyjaciel bylibyśmy niezmiernie zobowiązani, gdyby umożliwił nam pan wejście do krypty.

Kościelny nie dał po sobie poznać, czy przyjmuje tę propozycję.

Doktor zerknął za siebie. Longfellow stał obok, obejmując dłońmi rączkę laski, spokojny, jakby był tu tylko przypadkowym obserwatorem.

– Jak już powiedziałem, szanowny panie, jest dla nas bardzo ważne, abyśmy… Pan pozwoli, że się przedstawię. Jestem doktor Oliver Wendell Holmes. Przewodzę Katedrze Anatomii i Fizjologii w Kolegium Medycznym. Właściwie, biorąc pod uwagę zakres przedmiotów, jest to bardziej wydział niż katedra. Być może czytał pan również moje wiersze…

– Proszę pana! – piskliwy głos kościelnego przypominał krzyk bólu. – Czy pan wie, dobrodzieju, że nasz pastor został znaleziony za późno? – zająknął się, a potem wzdrygnął na wspomnienie swego przerażającego odkrycia. – Doglądałem terenu i nie było tu żywej duszy! Na Boga Wiekuistego, jeśli to się zdarzyło podczas mojej służby, gotów jestem uznać, że uczynił to demon, nie człowiek! – Kościelny zamilkł. – Stopy… – wydukał po chwili, wpatrując się przed siebie szklistym wzrokiem. Wyglądał tak, jak gdyby nie był w stanie wydobyć z siebie ani słowa więcej.

– Jego stopy… – powiedział Holmes zachęcająco, gdyż chciał o tym usłyszeć, chociaż wiedział z pierwszej ręki, co stało się ze stopami Talbota. – Cóż z nimi?

Czterech członków Klubu Dantego, z wyłączeniem Greene'a, zebrało wszelkie dostępne informacje prasowe na temat śmierci Talbota. Podczas gdy prawdziwe okoliczności śmierci Healeya ukrywano przez kilka tygodni, śmierć Elishy Talbota opisywano na szpaltach gazet na wszystkie możliwe sposoby, z niedbalstwem, które Dantego – uznającego każdą karę za wyraz Bożej miłości – przyprawiłoby o zgrozę. Kościelny nie potrzebował znajomości Dantego. Był świadkiem prawdy i przekazywał ją z siłą i prostotą starotestamentowego proroka.

– Stopy, dobrodzieju – odezwał się po długiej przerwie – stały w płomieniach. W ciemnościach krypty wyglądały niczym rydwany ognia. Proszę, panowie.

Przygnębiony, pochylił głowę i skinął na nich, aby sobie poszli.

– Drogi panie – zwrócił się doń łagodnie Longfellow. – To właśnie odejście wielebnego Talbota sprowadziło nas tutaj.

Spojrzenie kościelnego od razu złagodniało. Holmes nie był pewien, czy mężczyzna rozpoznał w okolonej srebrną brodą twarzy swego ukochanego poetę, czy też Longfellow okiełznał go niczym dziką bestię uspokajającym brzmieniem swego głosu. Doktor uświadomił sobie, że jeśli Klub Dantego poczyni jakikolwiek postęp w zadaniu, jakiego się podjął, stanie się tak dzięki Longfellowowi, który panował nad ludźmi z tą samą niebiańską łatwością, co nad swoim piórem i angielszczyzną.

– Chociaż jedynie słowami możemy zyskać wiarygodność w pańskich oczach – ciągnął Longfellow – chcielibyśmy, drogi panie, zwrócić się z prośbą o pomoc. Proszę, by zaufał nam pan bez dalszych dowodów z naszej strony, ponieważ, jak się obawiam, jesteśmy jedynymi osobami, które mogą dociec sensu tego, co się tu zdarzyło. Więcej ponad to nie wolno nam ujawnić.

Schodzili małymi, ostrożnymi krokami do wąskiej krypty. Ogromną ślepą rozpadlinę wypełniała mgła. Doktor Holmes wachlował się bezustannie, lecz cuchnące powietrze nadal paliło jego oczy i uszy niczym chmura pieprzu. Longfellow oddychał mniej więcej swobodnie. Jego zmysł węchu był korzystnie ograniczony – pozwalał cieszyć się zapachem wiosennych kwiatów i innych przyjaznych aromatów, lecz odsiewał wszystkie niezdrowe wonie.

Kościelny Gregg wyjaśnił im, że publiczna krypta rozciąga się w obu kierunkach pod ulicami kilku kwartałów.

Longfellow podniósł latarnię i oświetlił łupkowe kolumny, a potem obniżył ją, aby przyjrzeć się prostym kamiennym mogiłom. Gregg chciał coś powiedzieć na temat wielebnego Talbota, ale się zawahał.

– Niech szanowni panowie źle o nim nie pomyślą, kiedy o tym powiem – zastrzegł się. – Jeśli mam być szczery, nasz drogi pastor chadzał tym przejściem w krypcie nie w sprawach kościelnych.

– Dlaczego zatem tutaj przychodził? – zapytał Holmes.

– Krótsza droga do domu. Prawdę mówiąc, osobiście bardzo jej nie lubiłem.

Jeden z przeoczonych przez Reya skrawków papieru – z literami a i h - znalazł się pod butem Holmesa i utonął w gęstej mazi.

– Czy ktoś inny mógł wejść do krypty z ulicy, w miejscu gdzie wychodził pastor? – spytał Longfellow.

– Nie – odparł kościelny stanowczo. – Te drzwi otwierają się tylko od wewnątrz. Policja to sprawdzała i nie znalazła śladów, by ktoś przy nich majstrował. Nie było żadnego znaku wskazującego na to, że wielebny Talbot w ogóle dotarł do drzwi prowadzących na ulicę tego ostatniego wieczoru.

Holmes odciągnął Longfellowa na bok, tak aby kościelny nie mógł go usłyszeć.

– Myślisz, że to istotne – spytał szeptem – że pastor używał tego przejścia jako skrótu? Musimy zadać więcej pytań kościelnemu. Ciągle nie wiemy niczego o symonii Talbota, a to może być wskazówka!

Do tej pory nie znaleźli jeszcze żadnych dowodów na to, że Talbot był kimś innym niż dobrym pasterzem swego stada.

– Sądzę, iż bezpiecznie można uznać – odparł Longfellow – że przechadzek po krypcie nie sposób zakwalifikować jako grzechu, jakkolwiek jest to zachowanie dość nietypowe, nieprawdaż? Poza tym wiemy, że symonia musi mieć związek z pieniędzmi, braniem ich lub płaceniem nimi. Gregg uwielbia swego kaznodzieję, podobnie jak cała wspólnota, i zbyt wiele pytań na temat zwyczajów duchownego pozbawiłoby nas jakichkolwiek informacji, którymi mógłby nam służyć kościelny. Nie zapominaj, że zarówno on, jak i cały Boston jest przekonany, że śmierć Talbota to wyłącznie wynik grzechu innej osoby, a nie jego samego.

– Zatem jak nasz Lucyfer zdołał się tu dostać? – zapytał doktor. – Jeśli wyjście z krypty na ulicę otwiera się tylko od wewnątrz, a Gregg mówi, że był w kościele i nie widział nikogo przechodzącego przez zakrystię…

– Być może złoczyńca czekał, aż Talbot wejdzie po schodach i wydostanie się z krypty, i wtedy wepchnął go z powrotem pod ziemię z ulicy? – spekulował Longfellow.

– Nie sądzę, żeby tak szybko udało mu się wykopać w ziemi dziurę na tyle głęboką, by pomieściła człowieka – zauważył Holmes. – Bardziej prawdopodobne, że łajdak zaczaił się tutaj na Talbota. Wykopał dziurę, czekał na niego, a potem schwytał go, wepchnął do dziury, polał naftą jego stopy…

Kościelny, który szedł przed nimi, nagle się zatrzymał. Skulił się i zaczął gwałtownie dygotać. Próbował coś powiedzieć, lecz wydobył z siebie tylko suchy, bolesny szloch. Ruchem podbródka zdołał wskazać grubą pokrywę leżącą na ziemi i zawrócił do wyjścia.

Miejsce zbrodni było już blisko.

Longfellow i Holmes użyli całej siły, by podnieść pokrywę. W ziemi widniał okrągły otwór, wystarczająco duży, by pomieścić człowieka średniej budowy. Fetor spalonego ciała, przypominający woń zgniłego mięsa i smażonej cebuli, do tej pory skryty pod pokrywą, a teraz uwolniony, buchnął prosto na nich. Doktor przysłonił twarz halsztukiem. Longfellow przyklęknął i chwycił garść ziemi z okolic otworu.

– Masz rację, Holmes. Ten otwór jest głęboki i dobrze uformowany. Musiał być wykopany wcześniej. Zabójca zapewne czekał tu na Talbota. Dostał się do środka, w jakiś sposób zwodząc naszego roztrzęsionego kościelnego, i ogłuszył pastora – dywagował Longfellow głośno – a potem umieścił go głową w dół i dokonał swego strasznego czynu.

– Wyobraź sobie tylko tę potworną mękę! Talbot przed śmiercią musiał być świadomy tego, co się dzieje. Uczucie, że twoje ciało płonie żywcem… – Holmes ugryzł się w język, przypomniawszy sobie o śmierci Fanny Longfellow. – To jest, chciałem tylko powiedzieć, że… – Przeklął swoje gadulstwo i ostatecznie zamilkł w pół zdania.

Longfellow zdawał się go nie słyszeć. Grudka ziemi wyśliznęła się z jego palców. Ostrożnie położył jasny bukiet kwiatów nieopodal otworu.

– „Siedźże tu, wpadłeś bowiem, gdzieś wycelił" [31] – powiedział, cytując wers z Pieśni dziewiętnastej, jakby czytał z rozpostartej przed sobą księgi. – To właśnie Dante wykrzykuje do symoniaka, z którym rozmawia w Piekle, mój drogi Holmes.

Holmes myślał już tylko o tym, żeby wyjść na zewnątrz. Stęchłe powietrze paliło mu płuca, a słowa, które nieopatrznie wypowiedział, sprawiały mu ból w sercu. Longfellow skierował jednak światło gazowej latarni nad dziurę, która pozostała nie naruszona. Jeszcze nie skończył.

– Musimy kopać głębiej, poniżej tego, co możemy zobaczyć w dziurze. Policja nigdy nie wpadłaby na ten pomysł.

Holmes popatrzył na niego z niedowierzaniem.

– Ani ja! Talbota umieszczono w dziurze, nie pod nią, mój drogi Longfellow!

– Przypomnij sobie – odparł Longfellow – co Dante powiedział do grzesznika, który miotał się w swej jamie.

– „Siedźże tu, wpadłeś bowiem, gdzieś wycelił – wyrecytował Holmes. – I niech ci mile kruszec w uchu dzwoni" [32]. – Zrobił krótką pauzę. – „I niech ci mile kruszec w uchu dzwoni" – powtórzył. – Ale czy przez Dantego nie przemawia po prostu sarkazm, kiedy wypomina nieszczęsnemu grzesznikowi jego chciwość?

– Zaiste, ja sam zwykłem tak właśnie odczytywać tę linijkę – przyznał Longfellow. – Ale Dantego da się też odczytać dosłownie. Można dowodzić, że fraza Dantego w istocie pokazuje, iż częścią contrapasso symoniaków jest to, że zostają pogrzebani do góry nogami, z pieniędzmi, które w sposób niegodny zgromadzili za życia, umieszczonymi poniżej ich głów. Z pewnością Dante mógł myśleć o słowach, jakie święty Piotr wypowiedział do Szymona Maga: „Niech pieniądze twoje przepadną razem z tobą". [33] W tej interpretacji jama, w której tkwi grzesznik u Dantego, jest jego wieczną sakiewką.

W odpowiedzi na tę interpretację Holmes wydał z siebie jedynie serię niezrozumiałych gardłowych dźwięków.

– Jeśli będziemy kopać – dodał Longfellow z lekkim uśmiechem – może uda się rozwiać twoje wątpliwości. – Wsunął w otwór swoją laskę, chcąc dosięgnąć dna, ale dół okazał się zbyt głęboki. – Chyba się nie zmieszczę – Longfellow ocenił wymiary dziury. Potem jego wzrok padł na drobnego doktora, który dusił się od astmy. Holmes znieruchomiał jak głaz.

– Ależ Longfellow… – doktor spojrzał w głąb jamy. – Dlaczego natura nie spytała mnie o radę w sprawie moich cech fizycznych?

Nie było sensu się spierać. Z Longfellowem właściwie nie dało się spierać – był niewzruszenie spokojny. Gdyby był tu Lowell, kopałby już w dziurze jak królik.

– Dziesięć do jednego, że złamię sobie paznokieć – poskarżył się Holmes.

Longfellow skinął tylko głową. Doktor zacisnął powieki i zsunął się w otwór.

– Jest zbyt wąski, nie mogę się pochylić. Nie skulę się na tyle, aby móc kopać.

Longfellow pomógł Holmesowi się wydostać. Doktor wszedł do wąskiego otworu ponownie, tym razem głową w dół, a Longfellow trzymał go za nogi w kostkach. Poeta miał mocny i pewny chwyt lalkarza operującego marionetką.

– Ostrożnie, Longfellow! Ostrożnie!

– Czy widzisz dostatecznie dobrze? – spytał Longfellow.

Holmes ledwie go słyszał. Grzebał w ziemi rękami; mokra gleba, najpierw obrzydliwie ciepła, a po chwili zimna i twarda jak lód, wchodziła mu pod paznokcie. Najgorszy był smród, duszący, ohydny odór spalonego ciała, który zachował się w ciasnym dole. Holmes usiłował wstrzymać oddech, lecz ta taktyka w połączeniu z coraz silniejszymi objawami astmy sprawiała, iż czuł, że jego głowa staje się lekka, tak lekka, jakby gotowa była lada moment ulecieć niczym balon. Był tam, gdzie jeszcze niedawno tkwił wielebny Talbot – zwisając głową w dół, dokładnie tak jak on. Lecz zamiast karzącego ognia na swoich stopach czuł tylko pewny uchwyt Longfellowa. Przyjaciel zapytał go o coś zatroskanym tonem, lecz jego głos był zbyt odległy, a doktor zbyt osłabiony, by cokolwiek zrozumieć. Holmes zastanawiał się, czy jeśli zemdleje, Longfellow zwolni uchwyt i pozwoli mu runąć gdzieś w piekielne otchłanie. Nagle pojął niebezpieczeństwo, w jakie się wpakowali, próbując mierzyć się z książką. Korowód myśli zdawał się nie mieć końca, gdy nagle jego palce natrafiły na jakiś przedmiot. Holmes momentalnie odzyskał jasność umysłu. To był kawałek ubrania! Nie, to była torebka. Satynowa torebka.

Holmes zadrżał. Próbował coś powiedzieć, ale smród i ziemia uniemożliwiały mu to skutecznie. Na chwilę uległ panice, lecz zaraz otrzeźwiał i zaczął zapamiętale wierzgać. Longfellow pojął, że to sygnał skierowany do niego, i wydobył z jamy ciało przyjaciela. Doktor, plując i parskając, usiłował złapać oddech, podczas gdy Longfellow przyglądał mu się z troską. Roztrzęsiony Holmes opadł na kolana.

– Na miłość boską, Longfellow, zobacz, co to jest!

Doktor pociągnął za sznurek, jaki oplatał znalezisko, i rozrywając zesztywniały od brudu materiał, otworzył torebkę. Longfellow patrzył, jak Holmes wydobywa z niej banknoty. Na twarde podłoże krypty wysypało się tysiąc dolarów.

„I niech ci mile kruszec w uchu dzwoni… "

Neli Ranney prowadziła dwóch gości długim korytarzem posiadłości Wide Oaks, od trzech pokoleń należącej do rodziny Healeyów. Obaj byli dziwnie powściągliwi w ruchach, tylko ich oczy były bystre i ruchliwe. Służąca większą uwagę zwróciła jednak na ich ubrania, rzadko bowiem zdarzało jej się oglądać dwa tak kontrastowe style.

Jeden z gości, o charakterystycznej krótkiej brodzie i długich zwisających wąsach, nosił nieco wytartą, krótką, dwurzędową marynarkę oraz wytworny, acz nie wyszczotkowany jedwabny kapelusz, który w zestawieniu z niewyszukanym ubraniem zakrawał na kpinę. Jego krawat, związany w marynarski węzeł, zdobiła spinka z gatunku tych, które dawno już wyszły z mody w Bostonie. Drugi mężczyzna, o gęstej, spływającej kaskadą czerwonawobrązowej brodzie, ściągnął jaskrawe rękawiczki i schował je do kieszeni nienagannie skrojonego surduta ze szkockiego tweedu. Jego korpus opinała zielona kamizelka z kieszonką, z której, niczym choinkowa ozdoba, zwisał błyszczący złoty łańcuszek od zegarka.

Neli z ociąganiem opuszczała pokój, podczas gdy Richard Sullivan Healey, najstarszy syn sędziego, witał swoich gości.

– Przepraszam za zachowanie pokojówki – powiedział Healey, odesławszy Neli. – To ona odnalazła ciało ojca i zabrała je do domu. Od tamtego czasu w każdym widzi potencjalnego winowajcę. Obawiamy się, że biedaczka roi sobie coś strasznego, niemal tak jak matka w ostatnich dniach.

– Mamy nadzieję zobaczyć się z twoją drogą matką, jeśli pozwolisz, Richardzie – odezwał się uprzejmym tonem Lowell. – Pan Fields uważa, że moglibyśmy z nią omówić sprawę wydania przez firmę Ticknor & Fields księgi pamiątkowej poświęconej sędziemu Healeyowi.

O ile krewni, nawet odlegli, mogli osobiście odwiedzać rodzinę zmarłego, o tyle wydawca potrzebował pretekstu. Richard Healey skrzywił swoje wydatne usta w uprzejmym grymasie.

– Obawiam się, że wizyta u niej nie będzie dziś możliwa, drogi kuzynie. Matka ma dzisiaj zły dzień. Położyła się do łóżka.

– Cóż to, nie mów, że jest chora. – Lowell pochylił się do przodu z wyrazem niezdrowej ciekawości na twarzy.

Richard Healey rozpaczliwie zamrugał powiekami.

– Zdaniem lekarzy fizycznie matce nic nie dolega – odezwał się z wahaniem. – Ale rozwinęła się u niej pewna mania, która, jak się obawiam, w ostatnich tygodniach nasiliła się do tego stopnia, że można mówić o chorobie. Matka nieustannie czuje na ciele obecność robaków… Wybaczcie, panowie, jeśli brzmi to wulgarnie. Zdaje się jej, że ciągle pełzają po niej, i z tego powodu bez przerwy się drapie i rani sobie skórę, choć wszyscy wokół mówią jej, że to tylko urojenia.

– Czy jest jakiś sposób, abyśmy mogli jej pomóc, drogi panie Healey? – spytał Fields.

– Odnajdźcie mordercę ojca – syn sędziego uśmiechnął się smutno.

Z niepokojem zauważył, że zamiast odpowiedzi obaj mężczyźni posłali mu tylko chłodne i niewzruszone spojrzenia.

Lowell chciał zobaczyć, gdzie znaleziono ciało Artemusa Healeya. Richard Healey opierał się zrazu tej dziwnej prośbie, ale ostatecznie uznał ekstrawagancję kuzyna za przejaw jego poetyckiej natury i poprowadził obu gości na zewnątrz. Wyszli tylnymi drzwiami rezydencji, minęli ogród kwiatowy i ruszyli przez łąkę prowadzącą nad brzeg rzeki. Healey zauważył, że jak na poetę, James Russell Lowell szedł niespodziewanie szybkim, zamaszystym krokiem. Silny wiatr dmuchał drobnymi ziarenkami piasku w jego brodę i usta. Z nieprzyjemnym posmakiem na języku i skurczem w gardle Lowell brnął naprzód, a wizja śmierci sędziego stawała się dlań coraz bardziej klarowna.

Ignavi z Pieśni trzeciej nie wybierali za życia ani dobra, ani zła, przeto wzgardziło nimi zarówno Niebo, jak i Piekło. Trafiali zatem do przedsionka Piekła. Ponieważ niegdyś tchórzliwie odmówili działania, ich nagie cienie unosiły się teraz w powietrzu, podążając za pustym proporczykiem. Bez przerwy kąsały ich muchy i osy, a krew cieknąca z ran zadawanych przez owady mieszała się z solą ich łez, stanowiąc pokarm dla gromadzących się u ich stóp ohydnych robaków. Jeszcze więcej much i robactwa lęgło się na ich gnijących ciałach. Zarówno muchy, osy, jak i czerwie odnaleźć można było na ciele Artemusa Healeya.

Dla policji i gazet był to tylko skutek uboczny okrutnego pozostawienia ciała na zewnątrz i tylko pośrednio wiązano go z samym morderstwem. Lecz członkowie Klubu Dantego wiedzieli, że obecność robactwa była kluczowa dla tej zbrodni.

– Nasz Lucyfer wiedział, jak przenieść te insekty – stwierdził Lowell, gdy pierwszego dnia ich „dochodzenia" zebrali się w Craigie House.

Niewielki gabinet był usłany gazetami. Od przewracania zbyt wielu stron palce przyjaciół splamiła farba drukarska. Fields przeglądał notatki, które sporządził Longfellow, chcąc dociec, dlaczego Lucyfer, jak nazwał ich przeciwnika Lowell, wybrał Healeya na jednego z Ignavi.

Lowell skubał w zamyśleniu sumiasty wąs. Gdy przyjaciele stawali się jego audytorium, sam przeistaczał się w wykładowcę.

– No cóż, Fields, jedynym cieniem, który Dante wyróżnia z tej grupy „neutralnych", czy też „obojętnych", jest ten, który, jak mówi, dokonał gran rifuto, „wielkiej odmowy". Musi to być Poncjusz Piłat, on bowiem właśnie dopuścił się najstraszniejszego aktu obojętności w dziejach chrześcijaństwa, kiedy to ani nie zatwierdził, ani nie powstrzymał ukrzyżowania Zbawiciela. Sędziego Healeya z kolei poproszono niegdyś o zadanie śmiertelnego ciosu Ustawie o zbiegłych niewolnikach, on jednak nie zrobił w tej sprawie nic. Odesłał Thomasa Simsa z powrotem do Savannah, gdzie uciekiniera, ledwie chłopca, czekała okrutna kara: został wychłostany do krwi, a potem paradował ze swoimi ranami przed całym miastem. A stary Healey mruczał cały czas, że nie jego sprawą było obalanie ustawy uchwalonej przez Kongres. Nie! Na litość boską! To była sprawa nas wszystkich!

– Nie ma jednoznacznego rozwiązania tej łamigłówki – wtrącił Longfellow, rozganiając gęsty obłok dymu z cygara Lowella. – Dante nie podaje imienia tej postaci.

– Dante nie mógł podać imienia grzesznika – Lowell z pasją bronił swojej koncepcji. – Te cienie, które, jak mówi Wergili, „bez hańby żyły i bez części" [34], muszą pozostać zapomniane po śmierci, gnębione bez końca przez najmarniejsze spośród marnych stworzeń. Na tym właśnie polega ich contrapasso, ich wieczna kara.

– Pewien holenderski uczony sugerował, że tą postacią nie jest Poncjusz Piłat, mój drogi przyjacielu – zauważył Longfellow – lecz raczej młodzieniec z rozdziału 19 Ewangelii Mateusza, werset 22, który odrzuca żywot wieczny ofiarowany mu przez Jezusa. Z kolei pan Greene i ja skłaniamy się ku jeszcze innemu odczytaniu „wielkiej odmowy". Twierdzimy mianowicie, że chodzi tu o papieża Celestyna V. Wybrał on ścieżkę obojętnych, zrzekając się biskupstwa Rzymu, co wyniosło do godności papieskiej skorumpowanego Bonifacego, który doprowadził ostatecznie do wygnania Dantego.

– To ogranicza poemat Dantego do tematyki włoskiej – zaprotestował Lowell. – Typowe podejście naszego drogiego Greene'a. Jestem przekonany, że to Piłat. Niemalże widzę go, jak marszczy gniewnie brwi. Tak właśnie musiał go widzieć Dante.

Fields i Holmes milczeli podczas tej wymiany zdań.

– Nasza praca nie może się stać kolejną sesją Klubu – stwierdził wreszcie wydawca uprzejmym, lecz pełnym wyrzutu tonem. – Trzeba znaleźć lepszy sposób zrozumienia tych morderstw i dlatego musimy nie tylko czytać pieśni związane z zabójstwami, ale także wkroczyć w nie.

W tym momencie Lowell po raz pierwszy przestraszył się tego, co mogło nastąpić.

– Co zatem sugerujesz? – zapytał.

– Musimy sami – odparł Fields – zobaczyć te miejsca, w których wizje Dantego zostały wcielone w życie.

Teraz, przemierzając posiadłość Healeya, Lowell chwycił swojego wydawcę za ramię.

– „Come la rena quando turbo spira" – wyszeptał.

Fields nie zrozumiał.

– Czy mógłbyś to powtórzyć, Lowell?

Lowell popędził naprzód i zatrzymał się w miejscu, gdzie pośród ciemnej błotnistej wyściółki lśniło koło z gładkiego, jasnego piasku. Pochylił się.

– To tutaj! – zawołał z triumfem.

Richard Healey, który pozostał nieco z tyłu, potwierdził, a kiedy dotarło do niego, że Lowell nie miał prawa tego wiedzieć, na jego twarzy odmalował się wyraz zdumienia.

– Skąd to wiedziałeś, kuzynie? Skąd wiedziałeś, że tutaj znaleziono zwłoki mojego ojca?

– Och – powiedział Lowell nieszczerze. – Przecież to było pytanie, a nie stwierdzenie. Wydawało mi się, że zwolniłeś, więc zapytałem: „To tutaj?" Prawda, że zwolnił? – Lowell wzrokiem szukał pomocy u Fieldsa.

– Tak sądzę, panie Healey. – Fields skwapliwie skinął głową, robiąc głęboki wdech.

Richard Healey skłonny był sądzić inaczej.

– Cóż, odpowiedź brzmi: t a k… – odparł, starając się nie ukrywać tego, że intuicja Lowella nie tylko zrobiła na nim wrażenie, lecz również wzbudziła jego podejrzliwość. – Właśnie tutaj to się stało, kuzynie. Najbardziej zaniedbana część naszych włości – dodał z goryczą. – Był to jedyny skrawek łąki, na którym nic nie chciało wyrosnąć.

Lowell wodził palcem po piasku.

– To tutaj – powtórzył jak w transie.

Po raz pierwszy poczuł prawdziwe, narastające współczucie dla Healeya. To w tym miejscu nagi sędzia został wydany na żer robactwu. A najgorsze w tym wszystkim było to, że spotkał go koniec, którego nigdy by nie zrozumiał, podobnie jak jego żona i synowie.

Richard Healey sądził, że Lowell jest bliski łez.

– Ojciec zawsze darzył cię wielką sympatią, kuzynie – powiedział, klękając obok poety.

– Co takiego? – rzucił Lowell, który szybko otrząsnął się ze współczucia.

Healey wzdrygnął się, słysząc tę szorstką odpowiedź.

– Ojciec. Sędzia. Byłeś jednym z jego ulubionych krewnych. Czytywał twoją poezję z wielki podziwem i dumą. I zawsze gdy przychodził nowy numer „The North American Review", nabijał fajkę i czytał go od deski do deski. Mawiał, że posiadasz wyższe wyczucie prawdy.

– Tak twierdził? – spytał nieco oszołomiony Lowell. Unikając rozbawionego wzroku Fieldsa, poeta wymamrotał wymuszony komplement o wyrafinowanym guście sędziego.

Kiedy wrócili do domu, zjawił się posłaniec z przesyłką pocztową. Richard Healey przeprosił na chwilę gości. Fields szybko odciągnął Lowella na stronę.

– Skąd, u diabła, wiedziałeś, gdzie zabito Healeya? Nie dyskutowaliśmy o tym na naszych spotkaniach.

– U każdego szczerego dantejczyka bliskość rzeki Charles musi budzić jednoznaczne skojarzenia. Przypomnij sobie, że Dante spotyka Ignavi nieopodal Acheronu, pierwszej rzeki Piekła.

– Zgoda, ale gazety nie wspominały o tym, w której części posiadłości znaleziono Healeya!

– Gazety, mój drogi, nie nadają się nawet do tego, żeby zapalać od nich cygara – wykręcił się Lowell, umyślnie opóźniając swoją odpowiedź, by nacieszyć się zniecierpliwieniem Fieldsa. – To piasek mnie naprowadził.

– Piasek?

– Tak, tak. „Come la rena quando turbo spira". Zważ, co mówi Dante – napomniał Fieldsa. – Wyobraź sobie wejście w krąg obojętnych. Co widzimy, kiedy spoglądamy na masę grzeszników?

Fields był czytelnikiem materialistą i przypominał sobie zwykle cytaty poprzez numery stron, gramaturę papieru, układ czcionki, zapach cielęcej skóry. Czuł niemal, jak złocone rogi jego egzemplarza Dantego muskają mu palce.

– „Okropne gwary, przeliczne języki – recytował powoli Fields, przekładając w myślach odpowiedni fragment. – Jęk bólu, wycia, to ostre, to bledsze" [35]

Dalej nie pamiętał. Dałby wiele, aby przypomnieć sobie, co było dalej, aby zrozumieć to, co Lowell już wiedział i co czyniło sytuację odrobinę jaśniejszą. Wyjął kieszonkowe włoskie wydanie Dantego i zaczął je kartkować.

Lowell odebrał mu książkę.

– No, dalej, Fields! „Facevano un tumulto ii qual s'aggira sempre in quell' aura sanza tempo tinta, come la rena quando turbo spira… Czyniły wrzawę, na czarne powietrze / Lecącą wiru wieczystymi skręty, /Jak piasek, gdy się z huraganem zetrze" [36].

– A zatem… – przerwał mu Fields.

– Łąki za domem to głównie połacie trawy, błoto i kamienie – rzucił Lowell niecierpliwie. – Ale w pewnej chwili wiatr cisnął nam w twarze drobne ziarenka luźnego piasku i dlatego poszedłem w tamtą stronę. Kaźni Ignavi towarzyszy wrzawa, co jest „jak piasek, gdy się z huraganem zetrze". Ta metafora luźnego piasku nie jest pustą gadaniną, Fields! To alegoria pokrętnych i niestałych umysłów tych grzeszników, którzy wybierają bierność, kiedy mają moc działania, i którzy tracą tę moc w piekle!

– Daj spokój, Jamey! – powiedział Fields odrobinę za głośno.

Wzdłuż pobliskiej ściany przemykała pokojówka z miotełką do kurzu. Ale Fields tego nie zauważył.

– Daj spokój! Piasek? Huragan? Trzy rodzaje owadów, proporczyk, pobliska rzeka… I tego aż nadto. Ale piasek? Jeśli nasz przyjaciel potrafi wykorzystać nawet tak drobną aluzję do Dantego, to…

Lowell przytaknął ponuro.

– To znaczy, że jest naprawdę wielkim znawcą Dantego – stwierdził z nutką podziwu w głosie.

– Proszę panów… – Obok poetów jak spod ziemi wyrosła Neli Ranney. Obaj odskoczyli do tyłu.

– Podsłuchiwałaś?! – ryknął na nią Lowell.

Służąca pokręciła głową.

– Nie, wielmożny panie. Przysięgam. Ale zastanawiam się, czy… – Neli nerwowo spojrzała przez jedno, a potem przez drugie ramię. – Wy, szanowni panowie, jesteście inni niż ci, co przychodzą złożyć kondolencje. To, jak oglądaliście dom… i podwórko, gdzie… Czy przyjdziecie jeszcze kiedy? Bo ja muszę…

Lecz w tym właśnie momencie powrócił Richard Healey i pokojówka, która najwyraźniej po mistrzowsku opanowała właściwą służbie sztukę znikania, w środku zdania przeniosła się na drugą stronę ogromnego korytarza.

– Od kiedy ogłosiliśmy nagrodę, każdego ranka daję się nabrać na niemądre nawroty nadziei, rzucam się na listy, szczerze ufając, że gdzieś pośród nich czeka prawda, którą ktoś pragnie się z nami podzielić. – Healey westchnął tak, że jego beczułkowata pierś straciła niemal połowę swojej objętości. Podszedł do kominka i wrzucił do niego najświeższy plik listów. – Nie mam pojęcia, czy ci ludzie są okrutni, czy też po prostu obłąkani…

– Mój drogi kuzynie – zwrócił się doń Lowell – czy policja nie ma żadnych informacji, które mogłyby ci pomóc?

– Czcigodna bostońska policja – powiedział Healey z przekąsem. – Opowiem ci historię o bostońskiej policji. Zebrali tylu kryminalistów, ilu tylko mógł pomieścić główny posterunek, żeby ich przesłuchać, i wiesz, co z tego wyszło?

Richard najwyraźniej oczekiwał odpowiedzi. Lowell przyznał głosem nieco ochrypłym z napięcia, że nie wie.

– A więc ci powiem. Jeden z nich zabił się, wyskakując przez okno. Czy możesz to sobie wyobrazić? Posterunkowy, Mulat, który prawdopodobnie próbował go uratować, wspomniał coś o tym, że nieszczęśnik wyszeptał wtedy słowa, których nie można było zrozumieć.

Lowell skoczył naprzód i chwycił Healeya, jakby chciał wytrząsnąć z niego więcej informacji. Fields szarpnął Lowella za surdut.

– Posterunkowy Mulat, powiadasz? – dopytywał się Lowell.

– Czcigodna bostońska policja – powtórzył Richard z ledwie skrywaną goryczą. – Zatrudnilibyśmy prywatnych detektywów, ale panuje wśród nich prawie taka sama korupcja, jak wśród policjantów.

Z pokoju na górze dobiegły ich jęki. Na schodach pojawił się Roland Healey. Zbiegł na półpiętro i krzyknął do brata, że matka znów ma atak. Gdy Richard ruszył po schodach w górę, Neli Ranney zrobiła kilka kroków w kierunku Lowella i Fieldsa. Healey zauważył to kątem oka.

– Neli – przechylił się nad szeroką poręczą – dokończ pracę w piwnicy, dobrze?

Zaczekał, aż znikła, i dopiero wtedy podjął przerwaną wspinaczkę po schodach.

– A więc posterunkowy Rey prowadził śledztwo w sprawie morderstwa Healeya, kiedy usłyszał ten szept – rzekł Fields, gdy zostali sami z Lowellem.

– Kimkolwiek był ten, kto skonał tego dnia na policyjnym posterunku, wiemy już przynajmniej, co szeptał. – Lowell zastanowił się przez chwilę. – Musimy dowiedzieć się, co tak przestraszyło pokojówkę.

– Ostrożnie, Lowell. Będzie z nią krucho, jeśli syn sędziego nas nakryje.

Obawy Fieldsa powstrzymały poetę.

– W każdym razie Healey powiedział, że służąca roi sobie różne rzeczy.

W tej samej chwili dobiegł ich łoskot z pobliskiej kuchni. Lowell upewnił się, że ciągle są sami, i skierował się w stronę kuchennych drzwi. Zapukał delikatnie. Nie było odpowiedzi.

Popchnął drzwi i usłyszał słabnący hałas, dochodzący od strony pieca. To wibrowała winda kuchenna, używana do dostarczania posiłków. Podajnik wrócił właśnie z piwnicy. Lowell otwarł drewniane drzwiczki. Uznał, że podajnik jest pusty. Dopiero po chwili zauważył kawałek papieru. Pospieszył w kierunku Fieldsa.

– Co to jest? Co się dzieje? – spytał wydawca.

– Właśnie przyszła do nas przesyłka z piwnicy. Muszę znaleźć gabinet sędziego. Zostań tu i obserwuj, czy Healey nie wraca – odparł Lowell.

– Ależ Lowell! – zawołał Fields. – Co mam zrobić, kiedy się pojawi?

Lowell nie odpowiedział. Podał wydawcy liścik.

Poeta ruszył korytarzem, zaglądając do kolejnych otwartych pomieszczeń, aż w końcu dostrzegł drzwi zastawione kanapą. Przesunął ją na bok i wszedł ostrożnie do środka. Pokój był posprzątany, ale tylko pobieżnie, jak gdyby przebywanie w nim przez dłuższy czas było zbyt bolesne dla Neli Ranney czy którejś z młodszych służących – i to nie tyle dlatego, że tu właśnie umarł sędzia, ale z powodu wciąż żywych wspomnień o nim, trwałych jak zapach skóry, w którą oprawiono książki w jego bibliotece.

Lowell słyszał nad sobą jęki pani Healey, które narastały w potwornym crescendo. Starał się nie myśleć o tym, że znalazł się w trupiarni. Fields, pozostawiony w korytarzu, stał i czytał list od Neli Ranney:

Mówią, że muszę zachować to dla siebie, ale nie mogę i nie wiem, komu to powiedzieć. Kiedy wzięłam Sędziego Healeya do jego gabinetu, to on jęczał w moich ramionach, zanim skonał. Czy ktoś mi pomoże?

– O mój Boże. – Fields bezwiednie zmiął kartkę. – On jeszcze wtedy żył!

W gabinecie Lowell uklęknął i przyłożył głowę do podłogi.

– Ty ciągle żyłeś – wyszeptał. – Wielka odmowa. To dlatego zostałeś zabity – zwrócił się łagodnie do Artemusa Healeya. – Co ci mówił Lucyfer? Próbowałeś coś powiedzieć swojej pokojówce, kiedy cię znalazła. A może próbowałeś ją o coś poprosić?

Na podłodze wciąż widoczne były plamki krwi. Lowell ujrzał na brzegach dywanu coś innego: zmiażdżone larwy, strzępy owadów, których nie rozpoznawał, skrzydła i odwłoki jaskrawookich much, które Neli Ranney zgładziła w ataku rozpaczy przy ciele Healeya. Zaczął szperać w przedmiotach leżących na zagraconym biurku sędziego, aż znalazł to, czego szukał: kieszonkową lupę. Przyjrzał się dokładnie owadom. One także nosiły ślady krwi sędziego.

Nagle spod pliku papierów za biurkiem wyleciały trzy lub cztery wielkie muchy. Ruszyły w kierunku Lowella.

Odskoczył odruchowo, potykając się o ciężkie krzesło. Silnie uderzył nogą o żeliwny stojak na parasole i przewrócił się. Żądny zemsty, metodycznie uśmiercił wszystkie owady ciężką prawniczą książką. „Niech wam się nie wydaje, że jesteście w stanie wystraszyć Lowella" – pomyślał i w tym samym momencie poczuł delikatne ukłucie powyżej kostki. Mucha, która przypadkiem wślizgnęła się do nogawki jego spodni, zdezorientowana wyfrunęła na zewnątrz, próbując ucieczki. Z dziecięcą radością Lowell wdeptał ją obcasem w dywan. Wtedy właśnie zauważył czerwone otarcie naskórka tuż powyżej kostki, w miejscu gdzie uderzył się w stojak.

– Niech was diabli – powiedział do martwego potomstwa much.

Fields mruknął przez drzwi, żeby się pospieszył. Lowell, oddychając ciężko, ignorował ostrzeżenia, póki nie usłyszał kroków i głosów dochodzących z góry.

Wyjął chusteczkę z wyhaftowanym przez Fanny Lowell inicjałem JRL i zebrał owady, które właśnie zabił, a także inne części insektów, które znalazł, po czym wepchnął pakunek do kieszeni marynarki i wybiegł z gabinetu. Fields pomógł mu przesunąć kanapę z powrotem na miejsce. Głosy udręczonych kuzynów stawały się coraz bliższe.

Wydawca umierał z ciekawości.

– No i jak? Znalazłeś coś? Lowell poklepał się po kieszeni.

– Świadków, mój drogi, świadków.

9

Tydzień po pogrzebie Elishy Talbota każdy pastor w Nowej Anglii wygłosił płomienną mowę pochwalną na jego cześć. Następnej niedzieli homilie koncentrowały się na przykazaniu „Nie zabijaj". Kiedy okazało się, że ani w sprawie Talbota, ani Healeya nie poczyniono żadnych istotnych postępów, bostońscy duchowni zaczęli wygłaszać kazania o wszelkich możliwych grzechach, sięgając po przykłady jeszcze do czasów przedwojennych. Kazania te kulminowały się z siłą Sądu Ostatecznego w tyradach przeciwko jałowej pracy policji. Zapał kaznodziejów napełniłby dumą Talbota, starego tyrana ambony w Cambridge.

Dziennikarze pytali, jak to możliwe, że zabójcy dwóch tak wybitnych obywateli byli bezkarni. „Co stało się z pieniędzmi, które Rada Miejska przyznała na poprawę skuteczności działań policji? Czyżby jedynym efektem hojności władz były błyszczące srebrne cyfry na mundurach policjantów?" – pytała ironicznie jedna z gazet. „Dlaczego miasto przyjęło wniosek Kurtza i zezwoliło jego funkcjonariuszom na noszenie broni palnej, skoro policjanci nie potrafią znaleźć kryminalistów, przeciwko którym mogliby jej użyć?" – wtórowała jej inna.

Nicholas Rey czytał z zainteresowaniem te i inne krytyczne uwagi, siedząc przy swoim biurku na głównym posterunku. W istocie wydział policji wprowadził pewne usprawnienia. Zainstalowano na przykład dzwonki alarmu przeciwpożarowego, wzywające całe siły policyjne lub jakąś ich część do dowolnego punktu miasta. Naczelnik nakazał również posterunkowym i detektywom dostarczanie stałych raportów do głównego posterunku, gdzie wszyscy policjanci gotowi byli odpowiedzieć na każde, nawet mało poważne wezwanie.

Kurtz spytał prywatnie posterunkowego Reya o jego przypuszczenia dotyczące morderstw. Rey rozważył sytuację. Posiadał rzadką umiejętność powstrzymywania się od udzielania natychmiastowej odpowiedzi, dzięki czemu zawsze mówił dokładnie to, co miał na myśli.

– Kiedy chwytano zbiegłego żołnierza, cały oddział otrzymywał rozkaz wyjścia w pole, gdzie był otwarty grób i trumna. Dezerter szedł z przodu, razem z kapelanem. Tam zmuszano go, by usiadł w trumnie, przewiązywano mu oczy przepaską, a potem pętano stopy i ręce. Pluton egzekucyjny, złożony z żołnierzy z jego oddziału, ustawiał się w szeregu i czekał na komendę. „Gotowi, cel… " Wraz z komendą „ognia" dezerter padał martwy wprost do trumny, którą od razu zakopywano. Nie stawiano nagrobka. Potem oddział wracał do obozu z bronią na ramieniu.

– Uważasz, że Healeya i Talbota sprzątnięto dla przykładu?

– Kurtz był nieco sceptyczny.

– Uciekiniera można by równie dobrze zastrzelić w namiocie generała lub gdzieś w lesie albo postawić przed sądem polowym. Publiczna egzekucja miała nam pokazać, że dezerter, który porzucił swoje szeregi, także zostanie porzucony. Właściciele niewolników używali podobnej metody do zastraszania Murzynów – przykładnie karali zbiegów. To, że Healey i Talbot zostali zamordowani, może mieć drugorzędne znaczenie. W moim odczuciu chodziło przede wszystkim o ukaranie tych ludzi. A my powinniśmy ustawić się w szeregu i patrzeć.

Kurtz był pod wrażeniem, lecz nadal miał wątpliwości.

– Powiedzmy, że masz rację. Zostali ukarani. Ale przez kogo? I za jakie przewinienia? Jeśli ktoś chciał, abyśmy potraktowali ich los jako przestrogę, czyż nie powinien ukarać ich w sposób dla nas zrozumiały? Nagie ciało porzucone obok proporczyka. Spalone stopy. To całkiem bez sensu!

„Ale dla kogoś musi to mieć sens" – pomyślał Rey. Być może on i Kurtz nie są po prostu właściwymi adresatami tego komunikatu.

– Co pan wie o Oliverze Wendellu Holmesie? – spytał Rey Kurtza podczas innej rozmowy, na schodach budynku Domu Stanowego, kiedy szli razem do czekającego na nich powozu.

– Holmes? – Kurtz wzruszył obojętnie ramionami. – Poeta i lekarz. Mucha uprzykrzona. Przyjaciel starego profesora Webstera, zanim go powieszono. Był chyba jednym z ostatnich, którzy uznali w końcu jego winę. Z tego, co pamiętam, nie okazał się zbyt pomocny podczas oględzin zwłok Talbota.

– To prawda – zgodził się Rey, przypominając sobie nerwowe zachowanie doktora, wywołane widokiem spalonych stóp kaznodziei. – Sądzę, że źle się poczuł, ponieważ cierpi na duszności.

– Owszem, na duszności umysłu – zauważył Kurtz sarkastycznie.

Wkrótce po odkryciu zwłok pastora Rey pokazał naczelnikowi Kurtzowi kilkadziesiąt skrawków papieru, które zebrał w krypcie, nieopodal ustawionej pionowo „mogiły" Talbota. Były to maleńkie kwadraciki, nie większe od gwoździa tapicerskiego, zawierające przynajmniej jedną drukowaną literę. Niektóre ukazywały ledwie dostrzegalny druk na drugiej stronie. Część liter była całkiem rozmazana z powodu wilgoci panującej w krypcie. Kurtz zastanawiał się, dlaczego Rey interesuje się śmieciami, i musiał przyznać, że zaufanie, jakie miał do posterunkowego, nieco teraz zmalało.

Niezrażony Rey ostrożnie rozłożył skrawki na stole. Był przekonany, że kryły w sobie tajemne znaczenie, podobnie jak szept samobójcy. Potrafił rozpoznać litery z dwunastu skrawków: e, di, ca, t, I, vie, B, as, im, n, y i jeszcze jedno e. Jeden z zabrudzonych kawałków zawierał literę g, chociaż tak naprawdę równie dobrze mogło to być q.

Kiedy Rey nie musiał wieźć naczelnika Kurtza na rozmowy ze znajomymi ofiar lub na spotkania z kapitanami posterunków, wykorzystywał wolne chwile i wyjmował z kieszeni spodni skrawki papieru, a następnie rozsypywał litery na stole. Czasem udawało mu się ułożyć z nich słowa. W notatniku zapisywał frazy, które z nich tworzył. Zaciskał mocno powieki, by po chwili je rozewrzeć i przypatrywać się skrawkom w nadziei, że litery zechcą ułożyć się same i wyjaśnić mu, co się stało lub co należy zrobić, podobnie jak wędrujące talerzyki spirytystów przekazywały ponoć słowa zmarłych, jeśli posługiwało się nimi odpowiednio uzdolnione medium. Pewnego popołudnia Rey dodał do nowej mieszaniny liter ostatnie słowa samobójcy z posterunku w takiej formie, w jakiej je zapisał, mając nadzieję, że obydwa niezrozumiałe teksty w jakiś sposób przemówią jednym głosem.

Pośród wielu układów luźnych skrawków miał ulubione: / cant die as im… [37] Rey zawsze utykał w tym punkcie, lecz miał wrażenie, że coś w tym było. Próbował też inaczej, na przykład: Be vice as I… [38] Cóż jednak zrobić z owym strzępkiem papieru z g czy też Główny posterunek policji codziennie zalewały dziesiątki listów. Przekonanie ich autorów, że potrafiliby wyjaśnić wszystkie nie rozwiązane zagadki, było z reguły odwrotnie proporcjonalne do ich wiarygodności. Naczelnik Kurtz zadanie przeglądania tej korespondencji wyznaczył Reyowi, częściowo po to, żeby oderwać go od zajmowania się „śmieciami".

Pięciu ludzi utrzymywało, że widziało sędziego Healeya w filharmonii tydzień po tym, jak w Wide Oaks odkryto jego stoczone przez czerwie ciało. Rey wyśledził rzekomego sobowtóra Healeya dzięki numerowi miejsca na sezonowym bilecie do filharmonii; był to pewien malarz powozów z Roxbury, którego gęstwina zmierzwionych włosów czyniła nieco podobnym do sędziego. Anonimowy informator pisał, że morderca wielebnego Talbota, znajomy i odległy krewny autora listu, wsiadł na statek płynący do Liverpoolu w płaszczu pożyczonym bez pozwolenia. Na pokładzie statku postąpiono z nim w sposób haniebny i słuch po nim zaginął (wraz z płaszczem, który prawdopodobnie nigdy nie wróci do prawowitego właściciela). Inny list stwierdzał, że pewna kobieta podczas wizyty u krawca spontanicznie przyznała się do zamordowania sędziego Healeya w szale zazdrości. Uczyniwszy to wyznanie, uciekła pociągiem do Nowego Jorku, gdzie można ją znaleźć w jednym z czterech wymienionych hoteli.

Kiedy jednak Rey rozrywał kopertę kolejnego anonimowego listu, składającego się z dwóch zdań, poczuł się jak odkrywca. Papier był znakomitej jakości, a wiadomość została napisana kulfoniastymi literami, które miały ukryć prawdziwy charakter pisma autora.

List głosił, co następuje:

Kop głębiej w dole wielebnego.

Coś pominięto pod jego głową.

Z poważaniem

obywatel naszego miasta

– Coś pominięto? – powtórzył Kurtz drwiąco.

– Nie ma tu niczego do udowadniania, żadnej wymyślonej historii – przekonywał Rey z nietypowym dla siebie entuzjazmem. – Autor po prostu ma coś do powiedzenia. I niech pan pamięta: gazety bardzo się różniły w opisach tego, co przydarzyło się Talbotowi. Teraz musimy to wykorzystać. Ta osoba zna prawdziwe okoliczności śmierci pastora lub przynajmniej wie, że Talbot był pogrzebany w jamie, głową w dół. Niech pan spojrzy tutaj, naczelniku: „pod jego głową".

– Rey, wiesz, ile mam kłopotów? Pismacy z „Bostonian Transcript" znaleźli w ratuszu kogoś, kto potwierdził, że ubranie Talbota, podobnie jak Healeya, znaleziono starannie złożone na kupce. Wydrukują to jutro i całe to przeklęte miasto będzie wiedzieć, że mamy do czynienia z tym samym mordercą. Wtedy ludzie przestaną przejmować się zbrodnią; zażądają konkretnego nazwiska. – Kurtz wrócił do listu. – Czemu zatem list nie mówi o tym, co takiego możemy znaleźć w dole Talbota? I dlaczego twój „obywatel naszego miasta" nie może przyjść na nasz posterunek i powiedzieć mi osobiście tego, co wie?

Rey nie odpowiadał.

– Proszę mi pozwolić zajrzeć do krypty, naczelniku.

Kurtz pokręcił głową.

– Słyszałeś, jaką nagonkę urządzają na nas z każdej przeklętej ambony w okolicy, Rey. Nie możemy, ot tak sobie pójść i kopać w krypcie Drugiego Kościoła, aby wydobyć jakieś wydumane pamiątki.

– Pozostawiliśmy otwór nie naruszony, na wypadek gdyby potrzebna była dalsza obserwacja – przekonywał Rey.

– Owszem. Posterunkowy, ani słowa więcej na ten temat, jasne?

Mulat skinął głową, ale pewność siebie nie zniknęła z jego twarzy. Odmowa naczelnika nie była przeszkodą dla niewzruszonej milczącej niezgody podwładnego.

Jeszcze tego samego dnia po południu Kurtz złapał swój gruby płaszcz i podszedł do biurka Reya.

– Posterunkowy – rozkazał – jedziemy do Drugiego Kościoła Unitariańskiego w Cambridge.

Nowy kościelny, podobny do kupca jegomość z rudymi bokobrodami, wprowadził ich do środka. Wytłumaczył, że jego poprzednik, Gregg, po tym, jak odkrył ciało Talbota, zaczął się uskarżać na rozstrój nerwowy i w końcu zrezygnował z pełnienia funkcji kościelnego, aby zatroszczyć się o swe zdrowie. Prowadząc ich przez nawę, mężczyzna szukał niezgrabnie kluczy do krypt.

– Lepiej, żeby coś tam było – ostrzegł Kurtz Reya, kiedy uderzył w ich nozdrza stęchły zapach krypty.

Było.

Po kilku zaledwie ruchach łopatą Rey odkopał worek z pieniędzmi dokładnie tam, gdzie pogrzebali go z powrotem Longfellow i Holmes.

– Tysiąc. Równe tysiąc dolarów. – Posterunkowy policzył pieniądze w blasku gazowej latarni. Nagle coś go tknęło. – Naczelniku, czy przypomina pan sobie ten wieczór na posterunku w Cambridge, kiedy znaleziono ciało Talbota? Czy pamięta pan, co nam powiedziano? Pastor zgłaszał dzień wcześniej, że ktoś włamał się do jego sejfu.

– Ile mu wtedy skradziono?

Rey wskazał głową plik banknotów.

– Tysiąc – wykrztusił Kurtz z niedowierzaniem. – Cóż, nie wiem, czy to nam pomoże, czy też jeszcze bardziej skomplikuje sprawę. Niech mnie diabli, jeśli Langdon W. Peaslee lub Willard Burndy jednej nocy obrabowaliby sejf duchownego, następnej go ukatrupili i potem zostawili mu pieniądze, żeby cieszył się nimi w grobie!

W tym samym momencie Rey niemal nadepnął na bukiet kwiatów, pamiątkę pozostawioną tam przez Longfellowa. Podniósł je i pokazał Kurtzowi.

– Nie, nie, nie wpuszczałem nikogo innego do tej krypty – zapewniał ich nowy kościelny, kiedy wrócili do zakrystii. – Była zamknięta od czasu… tego wydarzenia.

– Więc może uczynił to pański poprzednik? Czy wie pan, gdzie możemy znaleźć pana Gregga? – zapytał naczelnik Kurtz.

– Tutaj – odparł kościelny. – To pobożny człowiek, zjawia się tu co niedziela.

– Kiedy zatem będzie tu następnym razem, niech go pan poprosi, aby natychmiast do nas przyszedł. Oto moja wizytówka. Jeśli pozwolił komuś tutaj wejść, powinniśmy o tym wiedzieć.

Na posterunku czekało ich wiele pracy. Konieczne było ponowne przesłuchanie policjanta z Cambridge, któremu wielebny Talbot zgłosił rabunek. Należało skontaktować się z bankami, aby ustalić, czy odnalezione pieniądze faktycznie pochodziły z sejfu pastora, a także przeczesać okolice domu Talbota w Cambridge, żeby zdobyć jakieś informacje dotyczące nocy, gdy dokonano włamania. Poza tym grafolog musiał przeanalizować anonimowy list, który dostarczył informacji policjantom.

Rey zauważył, że w Kurtza wstąpił prawdziwy optymizm, prawdopodobnie po raz pierwszy, od kiedy powiedziano mu o śmierci Healeya. Naczelnik był wręcz oszołomiony.

– To jest właśnie to, czego potrzeba, by być dobrym policjantem, Rey – odrobina instynktu. Czasami ma go każdy z nas. Ale obawiam się, że traci się go wraz z każdym rozczarowaniem życiem lub pracą. Wyrzuciłbym ten list razem z innymi śmieciami, gdyby nie ty. Powiedz mi w takim razie, co powinniśmy zrobić, co do tej pory przeoczyliśmy?

Rey uśmiechnął się z wdzięcznością.

– Musi być coś takiego. No, dalej… – zachęcał Kurtz.

– Nie będzie się panu podobało to, co powiem – odparł posterunkowy.

Naczelnik wzruszył ramionami.

– Jeśli tylko nie chodzi o te twoje cholerne strzępki papieru…

Rey generalnie nie lubił, gdy ktoś okazywał mu szczególne względy, ale to było coś, na co długo czekał. Podszedł do okna, zza którego roztaczał się widok na drzewa rosnące przed posterunkiem, i wyjrzał na zewnątrz.

– Istnieje niebezpieczeństwo, którego nie umiemy dostrzec, naczelniku. Zagrożenie, które ktoś, kogo niegdyś przyprowadzono na nasz posterunek, odczuwał jako tak przemożne, że doprowadziło go to do targnięcia się na własne życie. Chcę wiedzieć, kim był ten, kto zginął na naszym dziedzińcu.

Oliver Wendell Holmes cieszył się, że miał przed sobą zadanie, które mu odpowiadało. Nie był ani entomologiem, ani przyrodnikiem i naukowe badania nad zwierzętami interesowały go tylko w takiej mierze, w jakiej odsłaniały wiedzę na temat wewnętrznego funkcjonowania ludzi, a szczególnie jego samego. Ale w ciągu dwóch dni, które minęły od przyniesienia przez Lowella mieszanki zmiażdżonych much i czerwi, zgromadził wszystkie książki o owadach, jakie mógł znaleźć w najlepszych bibliotekach naukowych Bostonu, i rozpoczął intensywne poszukiwania.

W tym samym czasie Lowell zorganizował spotkanie ze służącą Healeyów w domu jej siostry, na obrzeżach Cambridge. Neli opowiedziała mu, jak to naprawdę było ze znalezieniem sędziego i że odniosła wrażenie, iż przed śmiercią chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie niczego więcej prócz bulgotu. Słysząc głos Healeya, służąca upadła na kolana, jakby rażona jakąś boską siłą, i wyczołgała się z pokoju.

Co do odkrycia w kościele Talbota, Klub Dantego zdecydował ostatecznie, że policja powinna odnaleźć pieniądze zakopane w krypcie. Zarówno Holmes, jak i Lowell byli temu przeciwni: Holmes z powodu lęku, a Lowell z zaborczości. Longfellow przekonywał przyjaciół, by nie postrzegali policji jako rywali, nawet jeśli jej wiedza o ich działaniach mogłaby być niebezpieczna. Wszyscy mają ten sam cel: chcą zapobiec kolejnym morderstwom. Tyle że Klub Dantego poszukuje głównie śladów literackich, a policja – materialnych. Zatem po ponownym zakopaniu woreczka z tysiącem dolarów Longfellow ułożył prosty list, w którym doradzał, by kopać głębiej, i zaadresował go do biura naczelnika policji. Mieli nadzieję, że jakiś bystry policjant dostrzeże go, zrozumie dostatecznie dobrze i, być może, dowie się czegoś więcej o morderstwie.

Kiedy doktor ukończył swoje badania nad owadami, Longfellow, Fields i Lowell spotkali się w jego domu. Chociaż Holmes widział przez okno gabinetu wszystkich gości przybywających do jego domu przy Charles Street 21, lubił, jak jego irlandzka pokojówka sadzała odwiedzających w małym przedpokoju i szła przekazać mu ich nazwiska. Dopiero wtedy doktor zbiegał ze schodów.

– Longfellow? Fields? Lowell? Jesteście? Wejdźcie na górę! Pozwólcie, że pokażę wam to, nad czym pracowałem.

W wytwornym gabinecie panował większy porządek niż w większości pokojów pisarzy. Od podłogi do sufitu ciągnęły się rzędy książek. Wiele z nich, biorąc pod uwagę wzrost Holmesa, było dostępnych tylko dzięki przesuwanej drabinie, którą doktor sam zbudował. Holmes pokazał im swój ostatni wynalazek: podręczną biblioteczkę umieszczoną na rogu biurka, tak że nie trzeba było wstawać, by coś odnaleźć.

– Bardzo dobrze, Holmes – powiedział Lowell, zerkając na mikroskopy.

Holmes przygotował preparat.

– Aż do naszych czasów natura opatrywała wszystkie swoje wewnętrzne pracownie napisem obwieszczającym zakaz wstępu. Jeśli jakiś ciekawski obserwator ośmielił się zgłębiać tajemnicę jej gruczołów, kanałów i płynów, przesłaniała swą pracę oślepiającą mgłą i oszałamiającym blaskiem, niczym stare bóstwa.

Doktor wytłumaczył, że znalezione okazy to larwy muchy plujki. Do tego samego wniosku doszedł koroner Barnicoat w dniu, kiedy odkryto ciało. Ten gatunek much składa jaja na martwej tkance. Z jaj wykluwają się czerwie, które zjadają rozkładające się ciało, a następnie przeistaczają się w muchy i cykl rozpoczyna się na nowo.

– Ale według służącej Healey usiłował jej coś powiedzieć – stwierdził Fields, kiwając się w jednym z foteli Holmesa. – To znaczy, że ciągle żył! Chociaż, jak sądzę, jego życie ledwie się tliło. Cztery dni po tym, jak został zaatakowany… Poza tym czerwie wypełniały dosłownie każdą szczelinę jego ciała.

Holmes poczułby odrazę na myśl o takim cierpieniu, gdyby ten pomysł nie był zupełnie niedorzeczny. Pokręcił głową.

– Na szczęście dla sędziego Healeya i ludzkości to niemożliwe. Albo była tam tylko garść czerwi, może cztery lub pięć w okolicach rany na głowie, gdzie mogła być jakaś martwa tkanka, albo sędzia nie żył. Gdyby czerwie karmiły się nim od środka w takich ogromnych ilościach, jak donoszono, cała tkanka musiałaby być martwa. A zatem i on byłby martwy.

– Być może pokojówka uległa złudzeniu – zasugerował Longfellow, widząc rezygnację na twarzy Lowella.

– Gdybyś mógł ją widzieć, Longfellow – powiedział Lowell. – Gdybyś mógł zobaczyć blask w jej oczach… Fields, byłeś tam ze mną!

Fields kiwnął głową, lecz teraz nie miał już tej pewności.

– Widziała coś okropnego lub myśli, że widziała.

Lowell skrzyżował ręce z dezaprobatą.

– To jedyna osoba, która coś w i e, na miłość boską. Wierzę jej. Musimy jej wierzyć.

Holmes mówił z pełnym przekonaniem. Jego badania wprowadzały przynajmniej jakiś porządek do ich działań.

– Przykro mi, Lowell. Z pewnością widziała coś strasznego: Healeya w koszmarnym stanie. Ale za moją tezą stoi nauka.

Lowell wrócił do Cambridge tramwajem konnym. Spacerował pod purpurowym baldachimem klonów, sfrustrowany tym, że nie zdołał zapobiec podważeniu słów pokojówki, kiedy Phineas Jennison, wielki książę bostońskiego handlu, przejechał obok niego swoim luksusowym powozem. Lowell zmarszczył brwi. Nie miał ochoty na towarzystwo, jednak w głębi duszy pragnął jakiejś rozrywki.

– Hej! Podaj mi rękę! – Jennison wysunął dobrze skrojony rękaw przez okno, podczas gdy jego lśniące gniade konie zwolniły kroku.

– Mój drogi Jennison – powitał go Lowell.

– Och, jakie to miłe uczucie! Dłoń starego przyjaciela – powiedział Jennison z wyuczoną szczerością.

Chociaż milioner nie miał mocnego jak imadło uścisku Lowella, witał się w dość wylewny, typowy dla siebie sposób, ruchem przypominającym wstrząsanie butelką. Wysiadł i zastukał w zielone drzwi dwukółki, aby woźnica pozostał na miejscu.

Błyszczący biały płaszcz Jennisona był luźno zapięty i odsłaniał ciemnokarmazynowy surdut na kamizelce z zielonego welwetu. Przedsiębiorca wziął Lowella pod ramię.

– W drodze do Elmwood?

– Trafiony, mój panie – odparł poeta.

– Powiedz mi, czy przeklęta Korporacja zostawiła już w spokoju twoje zajęcia z Dantego? – zapytał Jennison, podkreślając swą troskę ściągnięciem brwi.

– Przypuszczam, że uspokoili się trochę, dzięki Bogu – rzekł Lowell, wzdychając. – Mam tylko nadzieję, że nie uznają za swoje zwycięstwo faktu, że zawiesiłem zajęcia z Dantego.

Jennison zatrzymał się na środku ulicy z pobladłą twarzą. Po chwili przemówił cichym głosem, podpierając dłonią swój podbródek z dołkiem.

– Lowell? To jest ten Jemmy Lowell, który został wygnany do Concord za nieposłuszeństwo, kiedy był na Harvardzie? A co z przeciwstawieniem się Manningowi i Korporacji w imieniu przyszłych geniuszy Ameryki? Musisz wytrwać, przyjacielu, bo w przeciwnym razie oni…

– To nie ma nic wspólnego z Korporacją – zapewnił go poeta. – Jest coś, co muszę wyjaśnić, a co wymaga mojej całkowitej uwagi. W tej chwili nie mogę zawracać sobie głowy zajęciami seminaryjnymi. Mam tylko wykłady.

– Kot domowy to nie to samo co tygrys bengalski! – Książę bostońskiego handlu zacisnął dłoń w pięść. Najwyraźniej spodobało mu się własne poetyckie porównanie.

– To nie mój styl, Jennison. Nie wiem, jak radzisz sobie z takimi ludźmi. Na każdym kroku masz do czynienia z próżniakami i tumanami.

Twarz przedsiębiorcy rozjaśnił szeroki uśmiech.

– Gzy myślisz, że w biznesie może być inaczej? Tu tkwi sekret, Lowell. Awanturujesz się, dopóki nie dostaniesz tego, co chcesz. I o to właśnie chodzi. Wiesz, co jest ważne, co trzeba zrobić, a wszystko inne może iść do diabła! – dodał z zapałem. – Cóż, jeśli mogę być jakoś pomocny w twojej walce, jeśli w ogóle mogę być pomocny…

Lowell przez krótką chwilę odczuwał pokusę, aby opowiedzieć Jennisonowi o wszystkim i poprosić o pomoc, chociaż nie wiedział dokładnie dlaczego. Poeta nie radził sobie zupełnie w sprawach finansowych, raz po raz chybiając z inwestycjami, dlatego też przedsiębiorca odnoszący sukcesy był w jego oczach obdarzony nadnaturalną mocą.

– Nie, nie, zwerbowałem już więcej pomocników, niż pozwala na to sumienie. Niemniej, dziękuję. – Lowell poklepał elegancki angielski materiał na ramieniu milionera. – Poza tym młody Mead będzie wdzięczny za wakacje od Dantego.

– Każda dobra bitwa wymaga silnego sprzymierzeńca – powiedział rozczarowany Jennison.

Lowell odniósł wrażenie, że jego rozmówca chce mu wyjawić coś, czego wyjawiać nie powinien.

– Obserwowałem doktora Manninga. On nie zatrzyma swojej kampanii, więc i tobie nie wolno się zatrzymać. Nie ufaj temu, co ci mówią. Pamiętaj, że cię ostrzegałem.

Lowell poczuł nad sobą czarną chmurę ironii po rozmowie na temat zajęć, o których zachowanie walczył przez tyle lat. To samo kłopotliwe zmieszanie owładnęło nim jeszcze raz tego dnia, kiedy przechodził przez białą drewnianą bramę Elmwood, w drodze do Longfellowa.

– Profesorze!

Obrócił się i ujrzał młodego mężczyznę w studenckim surducie, biegnącego z łokciami przy ciele i z surowym wyrazem twarzy.

– Sheldon? Co pan tu robi?

– Muszę z panem natychmiast porozmawiać. – Chłopak dyszał z wysiłku.

Longfellow i Lowell spędzili ostatni tydzień na układaniu listy wszystkich swoich byłych studentów seminarium z Dantego. Nie mogli korzystać z oficjalnych rejestrów Harvardu, ponieważ mogłoby to zwrócić uwagę niepowołanych osób. Było to szczególnie trudne zadanie dla Lowella, który prowadził luźne zapiski i pamiętał tylko garść nazwisk. Nawet student sprzed kilku lat mógł zostać powitany przezeń na ulicy okrzykiem: „Mój drogi chłopcze!", po czym zwykle słyszał prośbę: „Przypomnij mi, jeśli możesz, swoje nazwisko".

Na szczęście jego dwóch obecnych studentów – Edward Sheldon i Pliny Mead, znalazło się natychmiast poza wszelkimi podejrzeniami, ponieważ Lowell prowadził z nimi seminarium z Dantego w Elmwood właśnie w tym czasie (według ich obliczeń), kiedy zamordowano wielebnego Talbota.

– Profesorze, otrzymałem pocztą tę wiadomość! – Sheldon wsunął w dłoń Lowella kartkę papieru. – Czy to pomyłka?

Lowell spojrzał na nią obojętnie.

– Nie, to nie pomyłka. Mam kilka pilnych spraw, dlatego muszę wziąć urlop. Tylko na tydzień lub coś koło tego, mam nadzieję. Nie wątpię, że jest pan wystarczająco zajęty, by na chwilę zapomnieć o Dantem.

Sheldon z niepokojem pokręcił głową.

– A co z tym wszystkim, o czym pan mówił? Co z nowym kołem wielbicieli, w końcu poszerzającym się, by ukoić wędrówkę Dantego? Nie poddał się pan Korporacji? Nie jest pan chyba zmęczony Dantem? – naciskał student.

Lowella przeszedł dreszcz, gdy usłyszał ostatnie pytanie.

– Nie znam myślącej osoby, która mogłaby się zmęczyć Dantem, drogi panie Sheldon! Niewielu ludziom starczyło mądrości, aby przeniknąć życie i dzieło o takiej głębi. Z każdym dniem doceniam go coraz bardziej jako człowieka, jako poetę i jako nauczyciela. On daje nadzieję na drugą szansę w naszej najciemniejszej godzinie. I dopóki nie spotkam samego Dantego na pierwszym tarasie czyśćca, dopóty, na mój honor, nigdy nie ustąpię ani na krok przed tymi przeklętymi tyranami z Korporacji!

Sheldon z trudem przełknął ślinę.

– Więc będzie pan pamiętał o mojej gotowości, by kontynuować studia nad Komedią}

Lowell położył rękę na ramieniu Sheldona i szedł obok niego.

– Wiesz, mój chłopcze, jest taka opowieść u Boccaccia o kobiecie, która mijała dom w Weronie, gdzie zatrzymał się Dante podczas swego wygnania. Zobaczyła poetę po drugiej stronie ulicy i wskazała go innej kobiecie, mówiąc: „To jest Alighieri, człowiek, który odwiedza Piekło, kiedykolwiek chce, i przynosi wieści od zmarłych". A druga odparła: „To bardzo możliwe. Czy nie widzisz, jaką ma poskręcaną brodę i ciemną twarz? To pewnie z powodu gorąca i dymu!".

Student zaśmiał się głośno.

– Ta wymiana zdań – kontynuował Lowell – sprawiła ponoć, że Dante się uśmiechnął. Czy wiesz, dlaczego wątpię w wiarygodność tej historii, mój drogi chłopcze?

Sheldon zastanawiał się nad pytaniem z tym samym poważnym wyrazem twarzy, jaki przyjmował podczas zajęć.

– Być może dlatego, profesorze, że kobieta z Werony nie mogła znać poematów Dantego – podsunął student – ponieważ w jego czasach tylko nieliczni wybrańcy, przede wszystkim protektorzy, widzieli rękopisy przed jego śmiercią. A nawet oni tylko w niewielkich fragmentach.

– Nie wierzyłem ani przez chwilę, że Dante się uśmiechnął – odparł Lowell z wyraźną przyjemnością.

Sheldon chciał coś odpowiedzieć, lecz Lowell uniósł kapelusz i ruszył ku Craigie House.

– Niech pan pamięta o moim zapale! – krzyknął za nim student.

Doktor Holmes, siedząc w bibliotece Longfellowa, zauważył uderzającą rycinę wydrukowaną w gazecie za namową Nicholasa Reya. Ilustracja przedstawiała człowieka, który zginął na podwórzu głównego posterunku. Notatka w gazecie nie odnosiła się do tego zdarzenia, pokazano tylko zmiętą twarz samobójcy, z zapadniętymi policzkami, tak jak wyglądała na krótko przed przesłuchaniem, i zamieszczono prośbę o przekazanie informacji o rodzinie tego człowieka do biura naczelnika policji.

– Kiedy ma się nadzieję znaleźć raczej rodzinę człowieka niż jego samego? – zapytał Holmes i sam udzielił sobie odpowiedzi: – Kiedy ten ktoś nie żyje.

Lowell przestudiował podobiznę.

– Nie sądzę, żebym kiedykolwiek widział smutniej wyglądającą twarz. I ta sprawa jest wystarczająco ważna, by angażować szefa policji. Wendell, myślę, że masz rację. Syn Healeya powiedział, że policja nie zidentyfikowała jeszcze człowieka, który szeptał coś do posterunkowego Reya, zanim rzucił się z okna. Wydaje się zupełnie prawdopodobne, że to oni zamówili ogłoszenie w gazecie.

Redaktor naczelny gazety był winny Fieldsowi pewną przysługę, więc wydawca wstąpił do jego biura w centrum miasta. Tam dowiedział się, że ogłoszenie zamieścił policjant, Mulat.

– Nicholas Rey? – zdumiał się Fields. – Biorąc pod uwagę zamieszanie wokół Healeya i Talbota, wydaje się dosyć dziwne, że jakiś policjant zajmuje się martwym włóczęgą.

Jedli właśnie kolację u Longfellowa.

– Czy policja może wiązać ten wypadek z morderstwami? Czy to możliwe, aby posterunkowy wydedukował sam, co wyszeptał ten człowiek?

– Wątpię – odrzekł Lowell. – Gdyby tak było, doprowadziłoby go to do nas.

Holmes bardzo się tym zaniepokoił.

– Musimy zatem ustalić tożsamość tego człowieka, zanim uda się to policji!

– Cóż, zatem sześciokrotny okrzyk na cześć Richarda Healeya. Wiemy teraz przynajmniej, dlaczego Rey przyszedł do nas z tymi hieroglifami – powiedział Fields. – Samobójcę przyprowadzono na posterunek wraz z bandą innych włóczęgów i złodziei. Policjanci przesłuchiwali go w sprawie morderstwa Healeya. Możemy domniemywać, że ten nieszczęśnik rozpoznał Dantego, wystraszył się, wlał w ucho Reya kilka wersów po włosku z tej właśnie pieśni, która inspirowała mordercę, i wybiegł, a ucieczka zakończyła się upadkiem z okna.

– Czego mógł się tak przestraszyć? – zastanawiał się Holmes.

– Możemy być pewni, że sam nie był zabójcą, ponieważ zmarł dwa tygodnie przed morderstwem wielebnego Talbota – zauważył Fields.

Lowell skubnął z namysłem wąs.

– Tak, ale mógł znać mordercę i obawiać się go. Być może znał go bardzo dobrze.

– Bał się własnej wiedzy, tak jak my. Jak więc dowiemy się, kim był, i to wcześniej niż policja? – zapytał Holmes.

Podczas tej wymiany zdań Longfellow milczał. Teraz stwierdził:

– Nasza przewaga nad policją, jeśli chodzi o szansę na poznanie tożsamości tego człowieka, jest dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, wiemy, że w okropnych szczegółach morderstwa nieszczęśnik rozpoznał inspirację Dantem. Po drugie, w krytycznej chwili wersy Dantego same zaczęły mu się cisnąć na usta. Zatem możemy się domyślać, że prawdopodobnie był oczytanym włoskim żebrakiem. I katolikiem.

Mężczyzna, z szorstkim trzydniowym zarostem i kapeluszem wciśniętym na oczy i uszy, leżał u wejścia do kościoła pod wezwaniem Świętego Krzyża, jednej z najstarszych katolickich świątyń w Bostonie, ułożony tak bezwładnie, jakby był rzeźbą świętego. Wyciągnięty w najbardziej swobodnej pozycji, na jaką pozwalają ludzkie kości, jadł z glinianego naczynia swoją kolację. Mijający go przechodzień zapytał go o coś. Nędzarz nie odwrócił głowy ani nie odpowiedział.

– Proszę pana. – Nicholas Rey uklęknął obok niego, podsuwając mu bliżej gazetową podobiznę samobójcy. – Czy rozpoznaje pan tego człowieka?

Teraz włóczęga zatoczył błędnym wzrokiem i zerknął na gazetę. Rey wydobył odznakę zza pazuchy swojego płaszcza.

– Proszę pana, nazywam się Nicholas Rey, jestem funkcjonariuszem policji. Muszę znać nazwisko tego człowieka. On nie żyje. Nie można mu już zaszkodzić. Czy zna pan jego lub kogoś, kto mógłby go znać?

Mężczyzna wetknął palce do miski, chwycił kąsek, a następnie włożył go do ust. Potem zaprzeczył krótkim, spokojnym ruchem głowy. Posterunkowy Rey ruszył wzdłuż ulicy, mijając rząd hałaśliwych sklepów kolonialnych i wózków rzeźników.

Zaledwie dziesięć minut później z tramwaju konnego, który zatrzymał się przy pobliskiej rampie, wysiadło dwóch pasażerów. Podeszli do nieruchomego włóczęgi. Jeden z nich trzymał tę samą gazetę, otwartą na tej samej ilustracji.

– Dobry człowieku, możesz nam powiedzieć, czy znasz tego mężczyznę? – zapytał uprzejmie Oliver Wendell Holmes.

Włóczęga, słysząc ponownie to samo pytanie, niemal przerwał swoje rozmyślania. Lowell pochylił się nad nim.

– Proszę pana?

Holmes znów podsunął mu pod nos gazetę.

– Dobry człowieku, powiedz nam, czy ten mężczyzna kogoś ci przypomina, a natychmiast zostawimy cię w spokoju.

Żadnej reakcji. Lowell krzyknął:

– Czy potrzebuje pan trąbki do ucha?

Ale i to nic nie dało. Człowiek wydobył ze swojej miski kawałek nierozpoznawalnego jedzenia i wsunął go do gardła, wyraźnie nie zawracając sobie głowy przełykaniem.

– Pomyślałbyś? – powiedział Lowell do Holmesa. – Trzy dni i nic. Ten człowiek nie miał wielu przyjaciół.

– Wyszliśmy już poza Słupy Herkulesa modnej dzielnicy. Nie poddawajmy się jeszcze. – Holmes ujrzał coś w oczach włóczęgi, gdy podsuwali mu gazetę. Zauważył także medalik zawieszony na jego szyi, na którym rozpoznał świętego Paolino, patrona toskańskiej Lukki. Lowell podążył za wzrokiem Holmesa.

– Skąd pan pochodzi, signore? – spytał poeta po włosku.

Indagowany nędzarz nadal patrzył przed siebie obojętnym wzrokiem, ale tym razem otworzył przynajmniej usta.

– Da Lucca, signore.

Lowell zaczął się rozwodzić nad urokami przywołanego regionu. Włóczęgi nie zdziwiło bynajmniej, że jego rozmówca posługiwał się włoskim. Człowiek ten, jak każdy dumny Włoch, urodził się z przekonaniem, że każdy powinien mówić jego językiem, ci zaś, którzy tego nie robili, nie byli godni, by prowadzić z nim konwersację. Lowell ponowił pytanie o człowieka z ryciny w gazecie.

– Chcemy znać jego imię, aby odnaleźć jego rodzinę i urządzić mu godny pochówek – wyjaśnił poeta. – Sądzimy, że ten nieszczęśnik także pochodził z Lukki – dodał smutnym tonem. – Zasługuje na pochówek na katolickim cmentarzu, ze swoimi.

Po dłuższej chwili leżący nędzarz powoli przekręcił łokieć w inną pozycję, tak by móc wskazać wydłubującym kąski palcem na masywne drzwi do kościoła tuż za nim.

Katolicki prałat, który słuchał ich pytań, choć otyły, był pełen godności.

– Lonza – rzekł, zwracając gazetę. – Tak, bywał tutaj. Myślę, że Lonza to jego nazwisko. Tak, Grifone Lonza.

– Zatem znał go ksiądz osobiście? – spytał Lowell z nadzieją.

– Odwiedzał czasem nasz kościół, panie Lowell – wyjaśnił prałat z dobrotliwym wyrazem twarzy. – Dysponujemy funduszem na rzecz imigrantów, ustanowionym przez Watykan. Udzielamy pożyczek, czasem bezzwrotnych, na podróż dla tych, którzy pragną wrócić do swej ojczyzny. Oczywiście możemy pomóc tylko nielicznym. – Chciał powiedzieć coś więcej, ale się pohamował. – Z jakiego powodu panowie go poszukują? Dlaczego jego podobiznę zamieszczono w gazecie?

– Obawiam się, że ten człowiek nie żyje, ojcze. Sądzimy, że policja stara się go zidentyfikować – powiedział Holmes.

– Och, wydaje mi się, że wśród wiernych mojego Kościoła z naszej okolicy nie znajdziecie zbyt wielu chętnych do rozmowy z policją. Jeśli się nie mylę, policja nie zrobiła nic, aby znaleźć winnych, kiedy spłonął doszczętnie klasztor Urszulanek. A kiedy dojdzie do zbrodni, nęka się biednych irlandzkich katolików – dodał gniewnie tonem wprawnego kaznodziei. – Irlandczycy poszli na wojnę, aby umierać za Czarnych, którzy teraz zabierają im pracę, a zamożni Anglosasi wykupili się od wojska za niewielkie pieniądze.

Holmes chciał powiedzieć: „Drogi ojcze, nie wszyscy. Mój syn nie", ale faktycznie próbował przekonać Juniora, by właśnie tak postąpił.

– Czy pan Lonza pragnął wrócić do Włoch? – zapytał Lowell.

– Nie mnie sądzić o tym, czego ktoś pragnie w swoim sercu. Jeśli dobrze pamiętam, ten człowiek przychodził po jedzenie, które wydajemy regularnie, i kilkakrotnie otrzymał drobne pożyczki, aby utrzymać się przy życiu. Gdybym był Włochem, pragnąłbym wrócić do swoich. Większość naszych wiernych to Irlandczycy. Obawiam się, że Włosi nie czują się wśród nich dobrze. W całym Bostonie i okolicach jest, według naszych danych, mniej niż trzystu Włochów. To grupa nędzarzy, którzy potrzebują naszego współczucia i dobroczynności. Ale im więcej imigrantów, tym mniej pracy dla tych, którzy są tutaj… Rozumiecie więc, panowie, nasz dylemat.

– Może orientuje się ksiądz, czy pan Lonza miał rodzinę? – zapytał Holmes.

Prałat pokręcił głową w zamyśleniu, a potem powiedział:

– Był jeden pan, który czasami mu towarzyszył. Lonza był niestety pijakiem i wymagał obserwacji. Tak, jak on się nazywał? To było nazwisko brzmiące bardzo z włoska. – Ksiądz ruszył w stronę swojego biurka. – Powinniśmy mieć go w dokumentach, ponieważ też przyjął od nas jakieś drobne sumy. O, jest. Nauczyciel języka. Otrzymał od nas pięćdziesiąt dolarów w ciągu ostatniego półtora roku. Pamiętam, jak twierdził kiedyś, że pracował na Harvardzie, chociaż bym w to wątpił. Tutaj. – Przeczytał imię z dokumentu: – Piętro Bachi.

Nicholas Rey, przepytując kilkoro obdartych dzieci, taplających się w korycie dla koni, ujrzał, jak dwóch mężczyzn w cylindrach wychodzi statecznym krokiem z kościoła pod wezwaniem Świętego Krzyża i znika za rogiem. Ich nakrycia głowy nawet z tej odległości wyglądały osobliwie w tej nędznej i szarej okolicy. Rey wszedł do świątyni i poprosił o widzenie z prałatem. Ten, usłyszawszy, że jego gość jest policjantem szukającym nie zidentyfikowanego mężczyzny, przestudiował ilustrację z gazety, spoglądając na Mulata znad okularów w ciężkiej złotej oprawce.

– Niestety, nigdy w życiu nie widziałem tego nieszczęśnika, panie oficerze – oświadczył przepraszającym tonem.

Rey, myśląc o dwóch postaciach w cylindrach, spytał z kolei, czy ktoś inny był tu w okolicy i wypytywał o tajemniczego człowieka. Prałat, wkładając papiery Bachiego do szuflady, uśmiechnął się łagodnie i zaprzeczył.

Rey udał się do Cambridge. Centralny posterunek otrzymał depeszę, w której informowano, że ktoś w środku nocy próbował wykraść doczesne szczątki Artemusa Healeya z jego trumny.

– Mówiłem im, co wyniknie z podania do prasy informacji o morderstwie – skomentował doniesienie naczelnik Kurtz, mając na myśli rodzinę Healeyów.

Zarząd cmentarza Mount Auburn umieścił teraz ciało sędziego w stalowej trumnie i zatrudnił dodatkowo stróża nocnego, tym razem uzbrojonego w strzelbę. Na stoku wzgórza, niedaleko mogiły Healeya, nad miejscem pochówku wielebnego Talbota wznosiła się rzeźba nagrobna ufundowana przez jego kongregację. Pełna gracji kamienna figura była ulepszoną wersją postaci duchownego. W jednej ręce marmurowy kaznodzieja trzymał Biblię, a w drugiej okulary. W ten sposób uwieczniono jeden z jego dziwnych nawyków; pastor zdejmował mianowicie wielkie okulary, kiedy czytał fragmenty Pisma z ambony, i wkładał je ponownie, kiedy głosił improwizowane kazanie, niejako sugerując w ten sposób, że po to, by czytać wprost z Ducha Bożego, potrzebny jest ostrzejszy wzrok.

Nicholas Rey na polecenie naczelnika Kurtza udał się na Mount Auburn, aby dokonać oględzin na miejscu przestępstwa. W drodze na cmentarz zatrzymał się, zaintrygowany widokiem grupki wzburzonych osób. Powiedziano mu, że pewien stary człowiek, który wynajmował pokój na pierwszym piętrze pobliskiego budynku, nie pojawił się w domu od ponad tygodnia. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, ponieważ czasami podróżował, tyle że mieszkańcy domagali się, by zrobić coś ze smrodem, jaki dochodził z jego pokoju. Rey zapukał, rozważył wyłamanie zamkniętych drzwi, potem zaś pożyczył drabinę i wyszedł z nią przed budynek. Wspiął się na wysokość pierwszego piętra i otworzył okno pokoju, ale ohydny fetor z wnętrza niemal powalił go na ziemię.

Kiedy do środka napłynęła wystarczająca ilość świeżego powietrza, by można było tam wejść, Rey i tak musiał się przytrzymać ściany. Dopiero po upływie kilku sekund zdołał pojąć, że nic już nie można zrobić. Na środku pokoju wisiał sztywno wyprostowany człowiek. Jego stopy dyndały tuż nad podłogą, a wokół szyi miał owinięty sznur, umocowany do haka ponad głową. Twarz o zastygłych rysach była już w stanie zaawansowanego rozkładu, Rey poznał jednak nieszczęśnika po ubraniu i nadal wyłupiastych, wystraszonych oczach – był to poprzedni kościelny pobliskiego Kościoła Unitariańskiego. Później na fotelu znaleziono kartkę. Było to wezwanie, które Kurtz zostawił dla Gregga. Na jej odwrocie kościelny napisał wiadomość dla policji, zapewniając, że spostrzegłby każdego, kto chciałby wejść do krypty, aby zabić wielebnego Talbota. W Bostonie – ostrzegał – zjawiła się dusza demona i on nie może dłużej znieść lęku, że niebawem znów zaatakuje.

Piętro Bachi, włoski dżentelmen i absolwent uniwersytetu w Padwie, z kwaśną miną wykorzystywał wszystkie – choć rzadkie i mało atrakcyjne – możliwości, jakie oferował mu Boston jako prywatnemu nauczycielowi. Po zwolnieniu z Harvardu próbował uzyskać inną posadę akademicką.

– Może znalazłoby się miejsce dla zwykłego nauczyciela francuskiego lub niemieckiego – powiedział, śmiejąc się, dziekan jednej z nowych uczelni w Filadelfii. – Ale włoski? Przyjacielu, nie mamy zamiaru uczynić z naszych chłopców śpiewaków operowych.

Inne uniwersytety Wschodniego Wybrzeża także nie wykazywały wielkiego zainteresowania. Były wystarczająco zajęte („Dziękujemy, panie Bakey!") prowadzeniem kursów greki i łaciny, by brać pod uwagę kształcenie w niepotrzebnym, gorszącym, papieskim i wulgarnym żywym języku.

Na szczęście, pod koniec wojny w niektórych dzielnicach Bostonu pojawiło się umiarkowane zapotrzebowanie na jego usługi.

Kilku jankeskich kupców chciało podbić nowe rynki zbytu, w związku z czym pragnęli władać tyloma językami, na ile tylko mogli sobie pozwolić. Marzeniem klasy nuworyszy, wzbogaconych dzięki wojnie i spekulacjom, stało się także wszechstronne wykształcenie córek. Niektórzy uważali za słuszne, by młode damy nauczyły się, prócz francuskiego, podstaw języka włoskiego, na wypadek gdyby należało je wysłać do Rzymu, kiedy nadejdzie dla nich czas podróżowania (najnowsza moda wśród rozkwitających bostońskich piękności). Zatem Piętro Bachi, pozbawiony posady na Harvardzie, wypatrywał przedsiębiorczych kupców i rozpieszczonych panienek. Jeżeli chodzi o tę ostatnią kategorię, często trzeba było szukać nowych klientek. Nauczyciele śpiewu, rysunku i tańca byli zbyt atrakcyjni, by Bachi mógł sobie stale rościć pretensje do pięciu kwadransów w wypełnionym zajęciami tygodniu młodych dam.

Takie życie przerażało Piętro Bachiego. Nie tyle jednak męczyły go same lekcje, ile konieczność proszenia o zapłatę. Americani z Bostonu zbudowali sobie Kartaginę, kraj zamożny, lecz pozbawiony kultury, którego przeznaczeniem było zniknąć bez śladu. Co Platon powiedział o mieszkańcach Argigentum? Ci ludzie wznoszą takie budowle, jakby byli nieśmiertelni, a jedzą, jakby mieli zaraz umrzeć.

Jakieś dwadzieścia pięć lat wcześniej w pięknej okolicy Sycylii Piętro Batalo, jak wielu Włochów przed nim, zakochał się w niebezpiecznej kobiecie. Jej rodzina należała do przeciwnego obozu politycznego niż familia Batala, dzielnie walcząca z kontrolą papieża nad państwem. Kiedy wybranka jego serca poczuła się skrzywdzona przez Piętro, jej krewni z radością doprowadzili do ekskomuniki i wygnania. Piętro przez pewien czas walczył jako najemnik w różnych armiach, a potem wraz z bratem, kupcem, który pragnął wyzwolić się od destrukcyjnej atmosfery politycznoreligijnej, zmienił nazwisko na Bachi i uciekł za ocean. W 1843 roku Piętro trafił do Bostonu, który był wówczas malowniczym miastem pełnym przyjaznych twarzy, jakże innym od tego z 1865 roku, kiedy to nasiliły się lęki natywistów [39] przed wzmożonym wpływem obcokrajowców, a witryny wypełniły ogłoszenia: OBCOKRAJOWCÓW NIE PRZYJMUJEMY. Bachi bez trudu znalazł pracę na Harvardzie i na jakiś czas, podobnie jak młody profesor Henry Longfellow, zamieszkał w urokliwej części Brattle Street. Potem Piętro przeżył namiętność, jakiej wcześniej nie zaznał, zapaławszy miłością do irlandzkiej dziewczyny, która niebawem została jego żoną. Ale wkrótce po ślubie pani Bachi znalazła sobie dodatkowych adoratorów, a w końcu zostawiła go, jak to określił jeden z jego studentów, „w samej koszuli" i z silnym pociągiem do alkoholu. Tak rozpoczął się powolny, lecz stały upadek Bachiego…

– Rozumiem, że ona jest… cóż, jak by to powiedzieć… – rozmówca Bachiego szukał delikatnego określenia, spiesząc za schodzącym po schodach Włochem -… trudna.

– Ona jest trudna? – odparł Bachi, nie zatrzymując się. – Ha! Ona nie wierzy, że jestem Włochem. Mówi, że nie wyglądam jak Włoch!

Młode dziewczę pojawiło się u szczytu schodów i ponuro patrzyło, jak ojciec biegnie za drobnym nauczycielem.

– Och, jestem pewien, że moje dziecko nie miało tego na myśli – zapewnił mężczyzna najpoważniejszym tonem, na jaki potrafił się zdobyć.

– Właśnie że miałam to na myśli! – zapiszczała panna ze swojej sceny na podeście schodów, przechylając się tak daleko przez barierkę z orzecha, jakby za chwilę miała spaść na dziergany kapelusz Bachiego. – On wcale nie wygląda na Włocha, ojcze! Jest o wiele za niski!

– Arabello! – krzyknął mężczyzna.

Odwrócił się znowu z poważnym, zabarwionym żółcią uśmiechem, jakby skąpał usta w złocie, do migotającego blaskiem świec westybulu.

– Proszę poczekać jeszcze chwilę, drogi panie! Niech pan pozwoli, że wykorzystamy tę okazję, aby przejrzeć pana należności, dobrze, signor Bachi? – zaproponował z brwią ściągniętą w napięciu niczym drżąca strzała czekająca na cięciwie łuku.

Bachi, zaczerwieniony z emocji, odwrócił się na moment w jego stronę. Trzymając mocno swoją torbę na ramię, starał się opanować narastający gniew. Sieć zmarszczek na jego twarzy powiększyła się w ciągu ostatnich kilku lat i każda mała porażka sprawiała, że wątpił w wartość swojego istnienia.

– Amari cani! [40] – to było wszystko, co powiedział.

Arabella patrzyła w dół ze zmieszaniem. Jej włoski nie był jeszcze na tyle dobry, by zrozumiała podwójne znaczenie jego słów.

O tej porze tramwaj konny był wypełniony ludźmi niczym wóz wiozący bydło do rzeźni. Tramwaje konne, które kursowały w Bostonie i na jego przedmieściach, były zamkniętymi dwutonowymi wagonikami, przystosowanymi do przewozu w komforcie około piętnastu pasażerów. Ci, którzy zdołali zapewnić sobie siedzące miejsca, patrzyli z obojętnym zainteresowaniem, jak trzy tuziny innych pasażerów, pomiędzy którymi był Bachi, walczą o miejsce, rozpychając się i wpadając na siebie, kiedy dosięgali skórzanych pasków zwisających z sufitu. Zanim konduktor przepchał się między pasażerami, by zebrać opłatę za przejazd, przystanek był już wypełniony ludźmi czekającymi na następny pojazd. Dwóch pijaków, cuchnących niczym śmietnik, usadowiło się w środku przegrzanego wagonu, usiłując śpiewać na głosy piosenkę, której słów nie znali. Widząc, że nikt nie patrzy, Bachi przysłonił usta dłonią, próbując oddychać.

Kiedy dojechał na swoją ulicę, zanurzył się w piwniczny półmrok domu czynszowego zwanego Half Moon Place, ciesząc się na myśl o tym, że za chwilę znajdzie się sam w pokoju. Lecz na ostatnim stopniu schodów, wyglądając dziwnie bez swoich foteli, siedzieli James Russell Lowell i doktor Oliver Wendell Holmes.

– Pensa za pańskie myśli, signore. – Lowell przybrał czarujący uśmiech, kiedy uścisnął rękę Bachiego.

– Nie są warte tej sumy, professore – powiedział Bachi. Jego zwisająca dłoń była jak mokra szmata w uścisku Lowella. – Zabłądził pan w drodze do Cambridge? – spojrzał podejrzliwie na Holmesa, lecz choć próbował nadrabiać głosem, nie wyglądał wcale na zdziwionego ich wizytą.

– W żadnym razie. – Lowell zdjął kapelusz, ukazując wysokie, blade czoło. – Zna pan doktora Holmesa? Obaj chcielibyśmy zamienić z panem parę słów, jeśli pan pozwoli.

Bachi skrzywił się i pchnął drzwi swojego mieszkania. Przywitał ich brzęk garnczków zawieszonych na kołkach tuż za drzwiami. Pokój mieścił się w suterenie; kwadrat dziennego światła padał z połówki okna wystającej ponad ulicę. Z wiszących w każdym rogu ubrań, które nigdy nie mogły dostatecznie wyschnąć z powodu panującej tu wilgoci, unosił się zapach pleśni. Kiedy Lowell przekładał garnki na drzwiach, aby powiesić swój kapelusz, Bachi niedbałym ruchem wsunął do torby plik papierów leżących na biurku. Holmes starał się, jak mógł, by pochwalić nędzny wystrój wnętrza.

Bachi postawił czajnik z wodą na kracie występu kominka.

– Co panów do mnie sprowadza? – zapytał krótko.

– Przyszliśmy prosić pana o pomoc, signor Bachi – powiedział Lowell.

Grymas rozbawienia przemknął po twarzy Bachiego, kiedy nalewał herbatę. Włoch na moment poweselał.

– Co na wzmocnienie? – Ruszył w kierunku stolika, na którym stało sześć brudnych szklanek i trzy karafki z napisami: RUM, GIN i WHISKEY.

– Wystarczy zwykła herbata – powiedział Holmes, a Lowell mu przytaknął.

– Och, dajcie spokój! – nalegał Bachi, podając Holmesowi jedną z karafek.

By ułagodzić gospodarza, doktor wlał kilka kropli whisky do filiżanki z herbatą, lecz Bachi powstrzymał go za łokieć.

– Myślę, że przykry klimat Nowej Anglii będzie dla nas wszystkich zabójczy, doktorze – stwierdził – jeśli nie zaaplikujemy sobie od czasu do czasu kropli czegoś na rozgrzanie.

Bachi udawał, że zastanawia się, czy samemu również nie napić się herbaty, ale ostatecznie zdecydował się na pełną szklankę rumu. Goście przysunęli krzesła, uświadamiając sobie jednocześnie, że są im skądś znajome.

– Wziął je pan z uczelni! – zawołał Lowell.

– Uniwersytet jest mi winien przynajmniej tyle, nie sądzi pan? – powiedział Bachi z rozbawieniem. – Poza tym, gdzie indziej mógłbym znaleźć siedzenie równie niewygodne, hę? Ludzie z Harvardu mogą uważać się za unitarian, ale w głębi ducha pozostali kalwinistami. Odczuwają przyjemność z własnego cierpienia i cierpienia innych. Powiedzcie mi, panowie, jak znaleźliście mnie tutaj, w Half Moon Place? Sądzę, że w promieniu kilku mil nie ma tu oprócz mnie nikogo, kto nie pochodziłby z Dublina.

Lowell rozwinął egzemplarz „Daily Courier" i otworzył go na stronie z ogłoszeniami. Jedno z nich było zakreślone kołem.

„Włoski gentleman, absolwent Uniwersytetu w Padwie, posiadający wysokie kwalifikacje dzięki swym rozlicznym talentom i długoletniej praktyce w nauczaniu hiszpańskiego i włoskiego, udzieli prywatnych lekcji lub podejmie zajęcia w szkołach dla chłopców, żeńskich uczelniach etc. Referencje: czcigodny John Andrew, Henry Wadsworth Longfellow i James Russell Lowell, profesor Harvardu. Adres: Half Moon Place 2, Broad Street".

Bachi zaśmiał się do siebie.

– My, Włosi, nie lubimy się obnosić ze swoimi zaletami. W mojej ojczyźnie jest takie przysłowie: „Dobry towar sam się chwali". Ale w Ameryce to musi być In bocca chiusa non entran mosche: do zamkniętych ust mucha nie wleci. Jak mogę oczekiwać, że ludzie przyjdą coś kupić, jeśli nie wiedzą, że mam coś do sprzedania? Zatem otwieram usta i dmę w moją trąbkę.

Holmes wzdrygnął się od łyku wzmocnionej alkoholem herbaty.

– John Andrew dał panu referencje, signore? – zapytał.

– Niech pan mi powie, doktorze Holmes, który uczed poszukujący nauczyciela włoskiego zgłosi się do gubernatora, aby o mnie spytać? Podejrzewam, że profesora Lowella nikt w tej sprawie nie niepokoił.

Lowell potwierdził. Nachylił się, aby przyjrzeć się piętrzącym się na biurku tekstom Dantego i krytycznym komentarzom, rozrzuconym niedbale po całej powierzchni blatu. Nad biurkiem wisiał portrecik żony Bachiego – Irlandki, która go opuściła. Miękkimi ruchami pędzla malarz taktownie zatarł twardość jej spojrzenia.

– A zatem, w jaki sposób mogę panu pomóc, skoro kiedyś potrzebowałem pańskiej pomocy, professore? – zapytał Włoch.

Lowell wydobył zza pazuchy gazetę.

– Czy zna pan tego człowieka, signore Bachi? Lub powinienem raczej powiedzieć: czy znał go pan?

Spojrzawszy na podobiznę Lonzy, Bachi poczuł smutek. Ale gdy podniósł wzrok, na jego twarzy malował się gniew.

– Czy pan przypuszcza, że znam każdego obdartusa?

– Prałat w kościele Świętego Krzyża przypuszczał, że jego akurat pan znał – wykazał się sprytem Lowell.

Gospodarz sprawiał wrażenie zaskoczonego. Obrócił się do Holmesa, jakby był osaczony.

– Zdaje się, że pożyczył pan stamtąd jakąś nieznaczną sumę – dorzucił poeta.

Włoch wyglądał na szczerze zawstydzonego. Spuścił oczy z potulnym uśmiechem.

– To są amerykańscy księża, nie tacy jak ci we Włoszech. Mają głębsze sakiewki niż sam papież. Gdybyście byli na moim miejscu, nie pogardzilibyście pieniędzmi nawet od klechy. – Wysączył do dna swój rum, uniósł głowę i zagwizdał. Popatrzył znów na gazetę. – Więc chcecie wiedzieć coś o Grifonie Lonzie. – Przerwał na chwilę, a potem wskazał kciukiem na stertę tekstów Dantego na biurku. – Tak jak panowie literaci, zawsze znajdowałem swoich najmilszych kompanów raczej wśród zmarłych niż żywych. Ma to taką zaletę, że kiedy autor staje się nudny lub mętny albo po prostu przestaje bawić, można zawsze kazać mu się zamknąć. – Ostatnie słowa Bachi wypowiedział dobitnym tonem. Wstał i nalał sobie ginu. Pociągnął spory łyk. – W Ameryce to raczej samotne zajęcie. Większość moich współziomków, którzy zmuszeni byli tu przybyć, nie czytała gazet, nie wspominając nawet o La Commedia di Dante, która zgłębia prawdę o duszy człowieka zarówno w całej jej rozpaczy, jak i radości. Przed laty było nas tutaj kilku, ludzi słowa, ludzi umysłu: Antonio Gallenga, Grifone Lonza, Piętro D'Alessandri. – Nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, jakby przywoływani przez niego ludzie byli teraz wśród nich. – Siedzieliśmy w naszych pokojach i czytaliśmy na głos Dantego, najpierw jeden, potem drugi, przechodząc w ten sposób przez cały poemat, który zawiera w sobie wszystkie tajemnice. Lonza i ja byliśmy ostatni. Reszta wyprowadziła się lub umarła. Teraz męczę się tu sam.

– Niech pan da spokój i nie pogardza Bostonem – powiedział Holmes.

– Tylko nieliczni są warci tego, by spędzić całe życie w Bostonie – odparł Bachi z ironiczną szczerością.

– Czy wiedział pan, signore Bachi, że Lonza umarł na posterunku policji? – spytał doktor łagodnie.

Gospodarz skinął głową.

– Dotarły do mnie pogłoski.

– Signor Bachi – Lowell spojrzał na książki Dantego leżące na biurku Włocha – co by pan odrzekł na to, gdybym powiedział panu, że Lonza, zanim wyskoczył przez okno i zginął, wyrecytował pewnemu policjantowi wers z Pieśni trzeciej Piekła?

Bachi nie wydawał się wcale zdziwiony. Zaśmiał się beztrosko. Większość uchodźców politycznych z Italii trwała zajadle przy swoich racjach, nawet ze swoich grzechów czyniąc znaki świętości. W ich przekonaniu papież był nędznym psem. Ale Grifone Lonza doszedł do wniosku, że w pewnym sensie zdradził swoją wiarę i powinien znaleźć sposób, aby odpokutować za grzechy w oczach Boga. Kiedy osiadł w Bostonie, pomagał rozwijać misję katolicką przy klasztorze Urszulanek, pewien, że papież dowie się o jego pobożności, co pozwoli mu wyjednać zgodę na powrót. Później klasztor spłonął doszczętnie podczas zamieszek.

– Lonza, co typowe, zamiast zapałać oburzeniem, załamał się, przekonany, że kiedyś w swoim życiu uczynił coś bardzo złego i zasłużył na najgorsze kary ze strony Boga. Jego pobyt w Ameryce, na wygnaniu, stracił sens. Lonza przestał w ogóle mówić po angielsku. Wedle mojego przekonania jakaś jego część zapomniała tego języka i znała tylko język włoski.

– Ale dlaczego Lonza miałby recytować wers z Dantego przed wyskoczeniem z okna, signore? – zapytał Holmes.

– Miałem w swojej ojczyźnie przyjaciela, doktorze Holmes, jowialnego jegomościa, który prowadził restaurację i odpowiadał na wszystkie pytania dotyczące jedzenia cytatami z Dantego. Cóż, to było nawet zabawne. Lonza zwariował. Dante stał się dla niego sposobem na przeżywanie wszystkich grzechów, jakie w swojej wyobraźni popełnił. W końcu obwiniał się o wszystko, cokolwiek mu wmówiono. W zasadzie przez ostatnie kilka lat nie czytywał już Dantego. Nie musiał. Każdy wers i każde słowo, ku jego przerażeniu, tkwiły w głowie nieszczęśnika. Nigdy nie miał zamiaru uczyć się tego na pamięć; przyszło to do niego, jak do proroków przychodzą napomnienia od Boga. Najdrobniejszy obraz czy słowo mogły spowodować całkowite pogrążenie się w poemacie. Czasami mijały dni, zanim udało się go wyciągnąć z tego stanu i sprawić, że zaczynał mówić o czymś innym niż Dante.

– Nie zaskoczyło pana, że popełnił samobójstwo? – zauważył Lowell.

– Nie wiem, czy to było samobójstwo, professore – odburknął Bachi. – Ale nie ma znaczenia, jak pan to nazwie. Całe życie Lonzy było samobójstwem. W jego duszy stopniowo narastał lęk, aż w końcu w całym wszechświecie nie pozostało już nic poza Piekłem. W swej wyobraźni Lonza stał nad przepaścią wiecznej udręki. Nie dziwi mnie, że skoczył. – Przerwał na chwilę. – Czy tak bardzo różnił się od pańskiego przyjaciela Longfellowa?

Lowell skoczył na równe nogi.

– Panie Bachi, co pan może wiedzieć o takim człowieku jak Henry Longfellow?

Holmes próbował uspokoić przyjaciela.

– Z tego, co rozumiem – upierał się Włoch – profesor Longfellow też od pewnego czasu zatopił swoje cierpienie w Dantem… Ile to już będzie? Trzy lub cztery lata.

– Sądząc po pańskim biurku, signore, wydaje się, że ostatnio Dante pochłonął również pana – zauważył Lowell. – Ciekaw jestem, czego dokładnie pan szuka. Dante poszukiwał w swoim pisaniu spokoju. Ośmielę się przypuszczać, że pańskie motywy są mniej szlachetne! – Przerzucił kilka kartek, lecz Bachi wyrwał mu książkę z rąk.

– Proszę nie dotykać mojego Dantego! Mogę mieszkać w czynszowej kamienicy, ale nie muszę się tłumaczyć z moich lektur przed nikim, bogatym czy biednym, professore!

Lowell zaczerwienił się ze wstydu.

– To nie tak… Jeśli pan potrzebuje pożyczki, signor Bachi…

Włoch zachichotał.

– Och wy, amari cani\ Czy sądzi pan, że przyjmę jałmużnę od kogoś takiego jak pan, kto stał bezczynnie, kiedy Harvard rzucił mnie na pożarcie wilkom?

Lowell osłupiał.

– Niech pan posłucha, Bachi! Walczyłem wytrwale o pana posadę!

– Wysłał pan jedynie notę do Harvardu z prośbą, aby wypłacono mi odprawę. Gdzie pan był, kiedy nie miałem się do kogo zwrócić? Gdzie był wielki Longfellow? Nie walczył pan o nic w swoim życiu. Pisze pan wiersze i artykuły o niewolnictwie i mordowaniu Indian, mając nadzieję, że to coś zmieni. Walczy pan tylko o coś, co nie dotyczy pana osobiście, professore. – Jakby uznawszy, że uprzejmość nakazuje, aby włączyć do dyskusji również Holmesa, Bachi skierował atak na oszołomionego doktora. – Odziedziczyliście wszystko w swoim życiu i nie wiecie, co to znaczy przymierać głodem! Właściwie czegóż innego mogłem się spodziewać, przybywając do tego kraju? Na cóż tu się skarżyć? Największy poeta też nie miał domu, był wygnańcem. Może jednak, zanim opuszczę ten padół, stanę jeszcze na ojczystym brzegu, obok prawdziwych przyjaciół.

W ciągu następnych trzydziestu sekund Bachi wypił dwie pełne szklaneczki whisky. Drżąc mocno, zapadł się w fotel stojący przy biurku i kontynuował:

– To interwencja cudzoziemca, Karola Walezjusza, doprowadziła do wygnania Dantego. Dante jest naszą ostatnią własnością, ostatnim popiołem duszy Italii. Nie będę klaskał, kiedy pan i ubóstwiany przez pana Longfellow wyrywacie go z miejsca, do którego należy, i robicie z niego Amerykanina! Pamiętajcie, on zawsze będzie do nas wracać! Duch przetrwania Dantego jest zbyt potężny, by ulec komukolwiek!

Holmes próbował spytać Bachiego o lekcje, których udziela, a Lowell chciał się dowiedzieć czegoś na temat człowieka w meloniku i kamizelce w kratę, którego widział w towarzystwie Włocha na Harvard Yard, lecz niczego więcej nie mogli już z niego wyciągnąć. Kiedy opuścili mieszkanie w suterenie, otoczyło ich dokuczliwe zimno. Schylili głowy, przechodząc pod koślawymi zewnętrznymi schodami. Lokatorzy zwali je drabiną Jakuba, ponieważ prowadziły do nieco lepiej wyposażonej kamienicy czynszowej przy Humphrey's Place.

Czerwony na twarzy Bachi wychylił się przez okno. Jego głowa zdawała się wyrastać z ziemi. Wykręcił szyję i, wyraźnie już pijany, zawołał:

– Chce pan rozmawiać o Dantem, professore?! Niech pan uważa na swoje zajęcia z Dantego!

– Co pan ma na myśli, Bachi?! – odkrzyknął Lowell.

Ale Włoch w odpowiedzi tylko gwałtownie zatrzasnął okno drżącymi rękami.

10

Henry Oscar Houghton, wysoki i pobożny mężczyzna z krótką kwakierską bródką, przeglądał rachunki leżące na biurku, zapełnionym papierami ułożonymi w schludne stosy. Blat lśnił w przyćmionym świetle lampy. Dzięki pedanterii właściciela drukarnia Riverside Press, położona nad rzeką Charles od strony Cambridge, stała się główną firmą w branży i obsługiwała wiele znaczących oficyn, w tym również najbardziej prestiżowe miejscowe wydawnictwo, spółkę Ticknor & Fields.

W otwarte drzwi zapukał jeden z chłopców na posyłki. Houghton nawet nie drgnął, dopóki nie zapisał do końca rzędu cyfr w swojej księdze przychodów i rozchodów. Był godnym spadkobiercą pracowitych purytańskich przodków.

– Wejdź, chłopcze – powiedział w końcu, patrząc sponad ksiąg.

Posłaniec wręczył mu przesyłkę. Drukarza zaintrygował zrazu ciężki i twardy papier. Czytając odręczne pismo w świetle lampy, Houghton zesztywniał. Coś całkowicie zburzyło jego pilnie strzeżony spokój.

Policyjny powóz zastępcy naczelnika zajechał przed wejście do głównego posterunku. Po chwili wysiadł z niego Kurtz. Rey czekał na niego na schodach.

– No i co? – spytał Kurtz.

– Dowiedziałem się, że człowiek, który wyskoczył przez okno, miał na imię Grifone. Tak utrzymuje drugi włóczęga, który podobno miał go czasem widywać w pobliżu zajezdni tramwajowej.

– To jakiś postęp – stwierdził Kurtz. – Wie pan, rozmyślałem trochę o tym, co pan powiedział, Rey. Że te morderstwa to jakiś rodzaj kary…

Rey spodziewał się teraz słów sprzeciwu. Kurtz zaś tylko westchnął.

– Myślałem o sędzim Healeyu.

Posterunkowy skinął głową.

– Cóż, wszystkim nam zdarza się robić rzeczy, których później żałujemy, Rey. Podczas procesu Simsa oddziały naszej policji drewnianymi pałkami zmusiły tłum Czarnych do odwrotu spod samego progu sądu. To my ścigaliśmy Toma Simsa jak psa, a po procesie przewieźliśmy chłopca na wybrzeże, aby odesłać go jako niewolnika do jego właściciela. Rozumie pan, o czym mówię? To była jedna z najczarniejszych godzin naszej policji, a wszystko to za sprawą postanowienia sędziego Healeya, albo raczej braku decyzji, by uznać ustawę Kongresu za nieważną.

– Tak, naczelniku.

Kurtz jakby posmutniał pod wpływem tych myśli.

– Proszę mi znaleźć najbardziej szanowanych ludzi w Bostonie, posterunkowy, a zapewniam pana, że nie będą to święci. Nie w naszych czasach. Bywali chwiejni, angażowali się w złe sprawy, pozwolili, by ostrożność zastąpiła odwagę… – Kurtz otworzył drzwi do swego biura i przerwał w pół zdania, spostrzegłszy nagle przed swoim biurkiem trzech mężczyzn w czarnych płaszczach.

– Co się tutaj dzieje?! – wykrzyknął naczelnik, a potem poszukał wzrokiem sekretarza.

Mężczyźni rozstąpili się, ukazując postać Fredericka Walkera Lincolna, który siedział za biurkiem Kurtza. Kurtz zdjął czapkę i lekko się skłonił.

– Panie burmistrzu…

Burmistrz Lincoln zaciągnął się leniwie, dopalając cygaro.

– Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko temu, że rozgościliśmy się w pańskim gabinecie, kiedy tak czekaliśmy na pana – kaszlnięcie zniekształciło ostatnie słowa burmistrza.

Obok Lincolna siedział radny Jonas Fitch. Świętoszkowaty uśmieszek nie znikał z jego twarzy co najmniej od kilku godzin. Radny odprawił dwóch tajniaków w płaszczach. Jeden pozostał.

– Zechce pan poczekać w przedpokoju, Rey? – powiedział Kurtz.

Naczelnik usiadł ostrożnie naprzeciw biurka. Poczekał na odgłos zamykania drzwi.

– O co zatem chodzi? Dlaczego zgromadził pan tu te kanalie?

Jedyna obecna kanalia, detektyw Henshaw, nie wydawała się obrażona słowami Kurtza.

– Z pewnością ma pan różne policyjne zadania, które zaniedbał pan ostatnimi czasy, naczelniku. Zadecydowaliśmy, że sprawa tych morderstw powinna zostać przekazana detektywom.

– Nie dopuszczę do tego! – podniósł głos Kurtz.

– Niech pan pozwoli im wykonać swoją robotę, naczelniku. Są odpowiednio przygotowani, by szybko i sprawnie rozwiązywać takie sprawy jak ta – rzekł Lincoln.

– Szczególnie gdy w grę wchodzą pokaźne nagrody – dodał radny Fitch.

Lincoln zmarszczył brwi na te słowa.

– Nagrody? – Kurtz spojrzał z ukosa. – Detektywi nie mogą przyjmować nagród, zgodnie z prawem, które sami uchwaliliście. O jakie nagrody chodzi, panie burmistrzu?

Burmistrz zgasił cygaro, udając, że zastanawia się nad pytaniem Kurtza.

– W chwili gdy rozmawiamy, Rada Miejska Bostonu głosuje nad rezolucją wysuniętą przez radnego Fitcha, uchylającą zakaz przyjmowania nagród przez pracowników biura śledczego. Zostanie też nieco podwyższona ich wysokość.

– O ile? – spytał Kurtz.

– Naczelniku… – zaczął burmistrz.

– O ile zostaną podwyższone?

Kurtzowi wydało się, że radny Fitch uśmiechnął się, zanim udzielił odpowiedzi.

– Wyznaczono nagrodę w wysokości trzydziestu pięciu tysięcy za aresztowanie mordercy.

– Na Boga! – krzyknął Kurtz. – Ludzie zaczną popełniać morderstwa, żeby położyć łapy na takich pieniądzach. Szczególnie nasze przeklęte biuro śledcze!

– Zajmujemy się pracą, którą ktoś musi wykonać, naczelniku Kurtz – zauważył detektyw Henshaw – kiedy nikt inny nie ma zamiaru kiwnąć palcem.

Frederick Lincoln wypuścił powietrze i jego twarz zwiotczała. Chociaż burmistrz nie przypominał właściwie swego dalekiego kuzyna, świętej pamięci prezydenta Lincolna, był podobny do niego z postawy i wyglądał jak niebywale kruchy szkielet obciągnięty skórą.

– Zamierzam odejść na emeryturę po następnej kadencji – powiedział burmistrz łagodnie. – I chcę być pewien, że moje miasto będzie wspominać mnie z szacunkiem. Musimy szybko wytropić zabójcę albo rozpęta się piekło. Od zakończenia wojny gazety nie skosztowały krwi i teraz, daję słowo, pragną jej bardziej niż kiedykolwiek. Studiowałem razem z Healeyem, naczelniku. Jestem pewien, że niemal oczekują, iż wyjdę na ulicę i sam znajdę tego szaleńca albo, jeśli mi się nie uda, zawisnę na stryczku w bostońskim magistracie! Proszę, niech pan pozwoli detektywom zająć się tą sprawą i trzyma Murzyna z dala od niej. Nie ścierpimy następnego upokorzenia.

– Bardzo przepraszam, panie burmistrzu. – Kurtz wyprostował się na krześle. – Co do tego ma posterunkowy Rey?

– Podczas przesłuchania w sprawie sędziego Healeya doszło do burdy na posterunku – radny Fitch z wyraźną przyjemnością udzielił szczegółowej odpowiedzi. – A pewien żebrak wyskoczył przez okno. Proszę mi przerwać, kiedy coś pan sobie skojarzy, naczelniku.

– Rey nie ma z tym nic wspólnego – rzekł zdecydowanie Kurtz.

Lincoln pokręcił współczująco głową.

– Pan radny wszczął dochodzenie, by ustalić jego rolę w tych zajściach. Otrzymaliśmy skargi od kilku funkcjonariuszy, że to obecność pana woźnicy wywołała poruszenie. Powiedziano nam, że kiedy doszło do wypadku, właśnie Mulat sprawował opiekę nad tym włóczęgą, naczelniku, a niektórzy myślą, hm… podejrzewają, że mógł przyczynić się do samobójstwa przesłuchiwanego. Prawdopodobnie przypadkowo…

– Przeklęte łgarstwa! – Kurtz poczerwieniał na twarzy. – Próbował zaprowadzić porządek, jak my wszyscy! Ten włóczęga był po prostu szaleńcem! Detektywi próbują zatrzymać nasze śledztwo, by dobrać się do nagród. Henshaw, co wiesz o tym wszystkim?

– Wiem, że Murzyn nie ocali Bostonu przed tym, co się dzieje, panie naczelniku.

– Może gdy gubernator dowie się, że mianowany przez niego funkcjonariusz rozkłada cały Departament Policji, rozważy ponownie swoją decyzję i zrobi to, co należy zrobić – powiedział radny.

– Posterunkowy Rey jest jednym z najlepszych policjantów, jakich miałem przyjemność poznać – zaoponował Kurtz.

– Co przypomina mi o jeszcze jednej sprawie… Dano mi do zrozumienia, że widują pana z nim w całym mieście, naczelniku. – Zmarszczki na czole burmistrza pogłębiły się. – Także na miejscu śmierci Talbota. Nie tylko w roli pańskiego woźnicy, ale jako równorzędnego partnera w prowadzonym przez pana śledztwie.

– To prawdziwy cud, że za każdym razem, gdy ten czarnuch pokazuje się na ulicach, nie ściga go żądny linczu tłum z kostkami bruku w dłoniach! – zaśmiał się radny Fitch.

– Wprowadziliśmy w życie wszelkie ograniczenia, jakie wobec posterunkowego Reya zasugerowała Rada Miejska, i… co jego osoba może tu mieć do rzeczy?!

– Działamy pod presją ohydnej zbrodni – powiedział burmistrz Lincoln, kierując sztywny palec w stronę Kurtza. – A Departament Policji rozpada się w kawałki. Nie pozwolę, by Nicholas Rey angażował się w jakimkolwiek stopniu w tę sprawę. Jeszcze jeden błąd i zostanie zwolniony ze służby. Odwiedziło mnie dzisiaj kilku stanowych senatorów, naczelniku. Jeśli nie uda nam się doprowadzić sprawy do końca, mają zamiar zorganizować komisję, by przedstawić projekt likwidacji miejskich departamentów policji w całym stanie. Chcą je zastąpić policją metropolitalną, zarządzaną przez władze stanowe. Ręczę, że gotowi są to zrobić. I nie pozwolę, by stało się to przed moim nosem, niech pan zrozumie! Nie będę patrzył, jak rozwalają Departament Policji w moim mieście.

Jonas Fitch zauważył, że Kurtz był zbyt oszołomiony wieścią, by odpowiedzieć. Radny pochylił się i spojrzał mu prosto w oczy.

– Gdyby wprowadził pan w życie nasze ustawy prohibicyjne i przeciw rozwiązłości, być może wszyscy złodzieje i inne łotry czmychnęliby już dawno do Nowego Jorku!

Wczesnym rankiem biura firmy Ticknor & Fields pulsowały ruchliwą obecnością młodszych subiektów i chłopców na posyłki – niektórych rzeczywiście w wieku chłopięcym, innych o skroniach przyprószonych siwizną. Doktor Holmes był pierwszym członkiem Klubu Dantego, który zjawił się w New Corner. Idąc wolniutko korytarzem, aby nie przybyć zbyt wcześnie, Holmes zdecydował się usiąść w prywatnym gabinecie J. T. Fieldsa.

– Och, proszę mi wybaczyć, drogi panie – powiedział, gdy dostrzegł kogoś w jego wnętrzu, i zaczął zamykać drzwi.

Koścista, skryta w cieniu twarz zwrócona była w stronę okna. Upłynęła sekunda, nim doktor zdołał ją rozpoznać.

– Mój drogi Emerson! – uśmiechnął się szeroko.

Ralph Waldo Emerson, wysoki mężczyzna o orlim profilu, odziany w błękitny płaszcz i czarną pelerynę, otrząsnął się z zadumy i pozdrowił Holmesa. Niecodzienną rzeczą było spotkać Emersona, poetę i profesora, poza Concord. Ta mała wioska przez pewien czas rywalizowała z Bostonem nagromadzeniem literackich talentów, szczególnie po tym, jak Harvard zakazał Emersonowi przemawiania w kampusie, za to, iż w mowie do studentów teologii ogłosił, że Kościół Unitariański jest martwy. Emerson był jedynym pisarzem Ameryki, który cieszył się takim uznaniem wśród czytelników jak Longfellow, i nawet Holmes, pozostający w centrum literackiego światka, czuł się zaszczycony, mogąc przebywać w jego obecności.

– Właśnie powróciłem z mojego dorocznego Lyceum Express, zorganizowanego przez naszego mecenasa młodej poezji. – Emerson wzniósł rękę nad blatem biurka Fieldsa, jakby udzielał błogosławieństwa; ślad po czasach, kiedy był pastorem. – Naszego obrońcy i protektora. Mam dla niego nieco rękopisów.

– Najwyższy czas, byś wrócił do Bostonu – stwierdził doktor. – Brakowało nam ciebie w Klubie Sobotnim. Niemal zwołano zebranie, aby zażądać twojego towarzystwa.

– Na szczęście nigdy nie będę pożądany tak bardzo – uśmiechnął się Emerson. – Wiesz, że zawsze brak nam czasu, by pisać do bogów lub przyjaciół, jedynie do prawników, którzy chcą ściągać z nas wierzytelności, lub do człowieka, który ma pokryć dachówką nasz dom.

Zapytał wreszcie Holmesa, co u niego słychać. Doktor odpowiedział obszernymi, pełnymi dygresji anegdotami.

– Myślę również o napisaniu nowej powieści – zakończył.

Wolał umieścić ten fakt w przyszłości, bo bał się siły i nagłości opinii Emersona, ktdre często sprawy innych pozbawiały wartości.

– Och, mam nadzieję, że uda ci się zrealizować swój plan, drogi doktorze – odrzekł Emerson szczerze. – Twój głos zawsze sprawia przyjemność. Ale powiedz mi o swym dzielnym kapitanie. Ciągle ma zamiar zostać prawnikiem?

Holmes zaśmiał się nerwowo na wzmiankę o Juniorze, jakby temat jego syna był sam w sobie zabawny. Nie było w tym ani krzty prawdy, Juniorowi zupełnie brakowało poczucia humoru.

– Sam kiedyś próbowałem liznąć nieco prawa, ale okazało się, że to orka na ugorze. Junior pisał również niezłe poezje, nie tak dobre jak moje, ale zupełnie w porządku. Teraz znów mieszka w domu, siaduje w bujanym fotelu w bibliotece, niczym biały Otello, i imponuje opowieściami o swoich ranach skupionym wokół niego młodym desdemonom. Ale czasem mam wrażenie, że mną gardzi. Czy twój syn był również powodem takich odczuć, Waldo?

Poeta milczał kilka długich chwil.

– Nie ma pokoju dla dzieci tego świata.

Emerson miał twarz skupioną jak człowiek, który przekracza strumyk, ostrożnie stąpając po kamieniach. Jego powaga odciągnęła Holmesa od własnych trosk. Chciał, by rozmowa miała dalszy ciąg, a wiedział dobrze, że spotkanie z Emersonem może się skończyć nagle, bez specjalnego ostrzeżenia.

– Mój drogi Waldo, czy mogę zadać ci pytanie? – Doktor rzeczywiście pragnął zapytać o radę, choć Emerson nigdy ich nie udzielał. – Co myślisz o tym, że my, to znaczy ja, Fields i Lowell, pomagamy Longfellowowi w jego pracy nad przekładem Dantego?

Emerson uniósł przyprószone siwizną brwi.

– Gdyby tu był Sokrates, moglibyśmy wyjść, by rozmawiać z nim na ulicach. Ale z naszym drogim Longfellowem nie możemy rozmawiać. Oto pałac, słudzy i rząd butelek różnokolorowych win, kieliszki i piękne nakrycia. – Emerson pochylił głowę w zadumie. – Myślę czasem o dniach, gdy czytałem Dantego pod kierunkiem profesora Ticknora, tak jak i ty, ale nie mogę się pozbyć uczucia, że Dante jest ciekawostką, jak mastodont, reliktem, który trzeba postawić w muzeum, a nie w czyimś domu.

– Ale sam powiedziałeś mi kiedyś, że wprowadzenie Dantego do Ameryki byłoby jednym z najznaczniejszych osiągnięć naszego wieku – naciskał Holmes.

– Owszem – zgodził się Emerson. Gdy tylko było to możliwe, lubił rozważać każde zagadnienie z kilku stron. – I to też jest prawdą. Jednak, jak wiesz, Wendell, wolę towarzystwo jednej godnej zaufania osoby od tłumu paplaczy, którzy, bardziej niż o cokolwiek, zabiegają o wzajemny podziw.

– Czymże byłaby jednak literatura bez towarzystwa? – uśmiechnął się doktor, pilnie strzegący jedności Klubu Dantego. – Pomyśl tylko – kontynuował – jak wiele zawdzięczamy towarzystwu wzajemnej adoracji Szekspira i Bena Jonsona z Beaumontem i Fletcherem albo spotkaniom przy kominku Johnsona, Goldsmitha, Burke'a, Reynoldsa, Beauclerca i Boswella.

Emerson wygładził papiery, które przyniósł Fieldsowi, by pokazać, że cel jego wizyty został spełniony.

– Pamiętaj, że tylko wtedy gdy geniusz przeszłości wcieli się we współczesną moc, spotkamy pierwszego prawdziwie amerykańskiego poetę. Spotkamy też gdzieś pierwszego prawdziwego czytelnika, wychowanego raczej na ulicach niż w ateneum. Podejrzewa się, że duch Amerykanina jest lękliwy, skory do naśladownictwa, oswojony, a duch uczonego przyzwoity, leniwy, zgodny. Umysł naszego kraju, przywykły, by mierzyć nisko, żywi się sam sobą. Bez czynu uczony nie jest jeszcze człowiekiem. Idee muszą działać poprzez kości i ramiona dobrych ludzi, inaczej to tylko mrzonki. Kiedy czytam Longfellowa, czuję się do głębi uspokojony. Jestem bezpieczny. To nie przybliży nas do przyszłości.

Gdy Emerson odszedł, Holmes poczuł, że powierzono mu zagadkę Sfinksa, na którą tylko on może znaleźć odpowiedź. Poczuł się właścicielem rozmowy; nie chciał podzielić się nią z innymi, gdy nadeszli.

– Czy to rzeczywiście możliwe? – zapytał Fields, gdy przyjaciele zakończyli opowieść o spotkaniu z Bachim. – Czy ten żebrak Lonza był tak szalony, że wydawało mu się, że poemat zawładnął całym jego życiem?

– To nie byłby pierwszy ani ostatni przypadek pokonania słabowitego umysłu przez literaturę – rzekł Holmes. – Gdy John Wilkes Booth zastrzelił Lincolna, wykrzyknął po łacinie: „Niech tak giną tyrani!". To słowa Brutusa zadającego śmiertelny cios Cezarowi. Lincoln, w umyśle Bootha, b y ł cesarzem Rzymu. Booth, jak pamiętacie, pasjonował się Szekspirem. Tak jak nasz Lucyfer jest wybitnym znawcą Dantego. Czytanie, rozważanie, analizowanie, które podejmujemy każdego dnia, wywołało w nim coś, o czym sami sekretnie marzymy, działało przez kości i mięśnie tego człowieka.

Słysząc to, Longfellow podniósł brwi.

– Tylko że, jak się wydaje, z Boothem i Lonzą stało się tak bez ich woli.

– Bachi musi coś ukrywać na temat Lonzy! – stwierdził Lowell z frustracją. – Widziałeś, jaki był niechętny, Wendell. Co o tym myślisz?

– Przypominało to głaskanie jeża – przyznał Holmes. – Kiedy człowiek zaczyna atakować Boston, kiedy zazna goryczy opodal Żabiego Stawu albo Domu Stanowego, możesz być pewien, że niewiele już z niego zostaje. Biedny Edgar Poe zmarł w szpitalu wkrótce po tym, jak zaczął mówić w ten sposób, więc z pewnością, jeśli człowiek się do tego ucieka, lepiej przestać mu pożyczać pieniądze, bo długo już nie pociągnie.

– Wierszokleta – mruknął Lowell na wzmiankę o Poem.

– W Bachim zawsze było coś mrocznego – powiedział Longfellow. – Biedak. Utrata pracy jeszcze bardziej go załamała, a bez wątpienia źle ocenia nasz udział w jego nieszczęściu.

Lowell nie spojrzał Longfellowowi w oczy. Świadomie nie przytoczył szczegółów tyrady Bachiego przeciw niemu.

– Myślę, że szczera wdzięczność jest jeszcze rzadszą rzeczą na tym świecie niż dobre wiersze, Longfellow. Bachi nie ma w sobie więcej uczucia niż kawałek chrzanu. Możliwe, że Lonza bał się tak bardzo na posterunku, ponieważ wiedział, kto zabił Healeya. Wiedział, że Bachi był sprawcą, a może nawet pomagał Bachiemu w zabójstwie.

– Wzmianka o pracy Longfellowa nad przekładem Dantego podziałała na niego jak iskra na beczkę prochu – przyznał Holmes, ale pozostał sceptyczny. – Morderca musi być człowiekiem wielkiej siły fizycznej, skoro przeniósł Healeya z sypialni na podwórko. Bachi, ze swoją skłonnością do mocnych trunków, z trudem może postawić prosto jeden krok. Zresztą nie natknęliśmy się na żaden związek między nim a ofiarami Lucyfera.

– I nie potrzebujemy go! – zakrzyknął Lowell. – Pamiętaj, Dante umieszcza w Piekle masę ludzi, których nigdy nie spotkał. Na Bachiego wskazują dwie mocniejsze poszlaki niż osobisty związek z Healeyem czy Talbotem. Po pierwsze: błyskotliwa znajomość Dantego. Jest jedyną osobą spoza Klubu, nie licząc, jak sądzę, starego Ticknora, która nie ustępuje nam poziomem zrozumienia poety.

– Zgoda – przytaknął Holmes.

– Po drugie: motyw – ciągnął Lowell. – Jest biedny jak mysz kościelna. Opuszczony w naszym mieście, znajduje pociechę jedynie w alkoholu. Dorywcze prywatne lekcje to wszystko, co trzyma go przy życiu. Nie znosi nas, bo uważa, że Longfellow i ja nie kiwnęliśmy palcem, gdy go zwalniali. A Bachi wolałby raczej sprawić, że Dante przepada na wieki, niż oglądać, jak ratują go zdradzieccy Amerykanie.

– Ale dlaczego, mój drogi Lowell, Bachi miałby wybrać Healeya i Talbota? – zapytał Fields.

– Mógł wybrać kogokolwiek, byle tylko ten ktoś pasował do grzechów, które miał zamiar ukarać, i byle Dante mógł zostać na końcu ujawniony jako powód zbrodni. Chce skalać imię Dantego w Ameryce, zanim jego poezja zyska tu uznanie.

– Czy Bachi mógłby być naszym Lucyferem? – zapytał Fields.

– Czy musi być naszym Lucyferem? – poprawił Lowell, krzywiąc się i łapiąc za kostkę.

– Lowell? – zaniepokoił się Longfellow, patrząc na nogę przyjaciela.

– Och, nie ma powodu do zmartwień, dziękuję. Musiałem się uderzyć w metalowy stojak, kiedy przedwczoraj byliśmy w Wide Oaks, teraz sobie przypominam.

Holmes schylił się do nogi Lowella, by podwinąć nogawkę jego spodni.

– Czy rana się powiększyła? – spytał doktor.

Czerwone otarcie, jeszcze niedawno rozmiaru jednopensówki, było wielkości monety jednodolarowej.

– Skąd mam wiedzieć? – Lowell nigdy nie traktował swoich dolegliwości zbyt poważnie.

– Być może powinieneś poświęcić sobie nie mniej uwagi niż Bachiemu – zganił go Holmes. – Nie wygląda mi to na gojącą się ranę. Wprost przeciwnie. Po prostu się uderzyłeś, powiadasz? Zakażenie to chyba nie jest… Czy dokucza ci ból, Lowell?

Nagle kostka wydała się poecie bardziej obolała.

– Od czasu do czasu. – Potem coś mu się przypomniało. – Możliwe, że kiedy byłem u Healeya, jedna z tych much dostała się do mojej nogawki. Może to przez to?

– Nie sądzę – odparł Holmes. – Nigdy nie słyszałem o musze, która żądli. Może to był jakiś inny owad?

– Nie, z pewnością bym rozpoznał, że to nie mucha. Rozgniotłem ją jak ostrygę. – Lowell uśmiechnął się szeroko. – To była jedna z tych, które ci przyniosłem.

Doktor zastanowił się.

– Longfellow, czy profesor Agassiz wrócił z Brazylii?

– Zdaje się, że wraca właśnie w tym tygodniu.

– Proponuję, byśmy posłali cząstki owada, które zachowałeś, do muzeum Agassiza – powiedział Holmes do Lowella. – Nie ma drugiego człowieka, który wiedziałby tyle o ziemskich stworzeniach.

Lowell miał już dość rozmów na temat swojego samopoczucia.

– Jeśli to konieczne… A teraz proponuję przez kilka dni śledzić Bachiego, pod warunkiem że nie zapił się jeszcze na śmierć. Zobaczymy, czy nie doprowadzi nas do czegoś interesującego. Dwóch z nas będzie czekać przed jego mieszkaniem w powozie, podczas gdy reszta zostanie tutaj. Jeśli nie ma sprzeciwów, poprowadzę grupę śledzącą Bachiego. Kto pójdzie ze mną?

Nikt nie odpowiedział. Fields nonszalancko wyciągnął kieszonkowy zegarek.

– No, dalejże! – Lowell klepnął wydawcę w ramię. – Fields, ty pójdziesz.

– Przykro mi, Jamey. Po południu Longfellow i ja umówiliśmy się na obiad z Oscarem Houghtonem. Wczoraj wieczór otrzymał liścik od Augustusa Manninga z ostrzeżeniem, że albo przestanie drukować Dantego, albo straci zlecenia z Harvardu. Musimy szybko coś zrobić, zanim ugnie się pod naciskiem.

– A ja mam umówiony odczyt w Odeonie na temat najnowszych osiągnięć homeopatii i allopatii, którego nie mogę odwołać, nie narażając organizatorów na poważne straty finansowe – rzucił Holmes pospiesznie. – Wszystkich oczywiście serdecznie zapraszam.

– Być może właśnie wpadliśmy na trop sprawcy! – zaprotestował Lowell.

– Jamey – odparł Fields. – Jeżeli pozwolimy Manningowi zablokować druk Dantego, gdy my będziemy pochłonięci śledztwem, to cała nasza praca nad tłumaczeniem i wszystkie nadzieje, jakie z nim wiązaliśmy, zostaną zaprzepaszczone. Uspokoimy Houghtona w godzinę, a potem możemy robić, co chcesz.

Tego samego dnia po południu Longfellow stał naprzeciw kamiennej greckiej fasady Revere House, a ze środka docierały doń stłumione wesołe odgłosy gości jedzących obiad oraz ciężka woń steków. Posiłek z Oscarem Houghtonem będzie przynajmniej godzinnym wybawieniem od rozmów o mordach i owadach. Fields, opierając się o kozioł swojego powozu, nakazywał woźnicy, by wrócił na Charles Street – Annie Fields musiała dojechać do swojego Klubu dla Pań w Cambridge. Fields był jedynym członkiem z kręgu przyjaciół Longfellowa, który posiadał własny powóz nie tylko dlatego, że był z nich najbogatszy, ale też dlatego, że cenił luksus bardziej niż bóle głowy wywoływane przez kapryśnych woźniców i chorowite konie.

Longfellow zauważył zamyśloną damę z ciemną woalką na twarzy, przechodzącą przez Bowdoin Square. Kobieta trzymała w dłoni książkę i kroczyła powoli, z uwagą, ze spuszczonym wzrokiem. Pomyślał o dniach, gdy spotykał Fanny Appleton na Beacon Street, jej uprzejme skinienia głowy… Nigdy nie zatrzymywała się, by z nim pomówić. Zetknął się z nią wcześniej w Europie, kiedy studiował języki, przygotowując się do objęcia profesury. Była dla niego, jako uczonego i przyjaciela brata, całkiem miła. Ale tu, w Bostonie, było tak, jakby Wergiliusz szeptał jej do ucha radę, której udzielił Dantemu, gdy dotarli do kręgu Ignavi: „Nie mówmy o nich; popatrz i pójdź dalej" [41]. Nie mogąc rozmawiać z piękną młodą kobietą, Longfellow stworzył w swoim Hyperionie wzorowaną na niej postać pięknej dziewicy.

Ale minęły miesiące, a młoda dama nie odpowiedziała na gest człowieka, którego tytułowała profesorem, mimo że z pewnością, jeżeli czytała poemat, rozpoznała w nim siebie. Kiedy w końcu znowu ją spotkał, Fanny dała mu jasno do zrozumienia, że pomysł uwięzienia jej w książce profesora i wystawienia na widok publiczny nie przypadł jej do gustu. Nie myślał o przeprosinach, ale w trakcie następnych miesięcy otworzył przed nią swe serce tak, jak nigdy wcześniej tego nie uczynił, nawet wobec Mary Potter, swej młodej żony, która zmarła, roniąc dziecko, kilka lat po ślubie. Panna Appleton i profesor Longfellow zaczęli się spotykać regularnie. W maju 1843 roku napisał list, w którym złożył jej propozycję małżeństwa. Tego samego dnia otrzymał zgodę. „Och, na wieczność niech będzie błogosławiony dzień, który przyniósł tę La Vita Nuova, to Nowe Zycie w szczęściu!" – powtarzał te słowa raz po raz, aż przybrały kształt, uzyskały wagę, aż można je było objąć jak dzieci.

– Gdzie też jest ten Houghton? – spytał Fields, gdy jego powóz odjechał. – Byle tylko nie zapomniał o naszym obiedzie.

– Może coś zatrzymało go w Riverside. Witam panią. – Longfellow uniósł kapelusz na widok mijającej ich korpulentnej niewiasty, która uśmiechnęła się nieśmiało w odpowiedzi.

Kiedy tylko Longfellow zwracał się do kobiety, choćby przelotnie, było to tak, jakby darował jej bukiet kwiatów.

– Kto to był? – Fields ściągnął brwi.

– To – wyjaśnił Longfellow – jest dama, która czekała na nas na kolacji u Copelanda dwie zimy temu.

– Ach tak, tak. W każdym razie, jeżeli zatrzymali go w Riverside, niech lepiej pracuje nad naszymi matrycami do Piekła, które musimy przesłać do Florencji.

– Fields – przerwał mu ostro Lonfellow.

– Wybacz, Longfellow – rzekł Fields. – Następnym razem, gdy ją zobaczę, obiecuję unieść kapelusz.

Poeta pokręcił głową.

– Nie o to chodzi. Spójrz tam.

Fields podążył za wzrokiem Longfellowa, aż natrafił spojrzeniem na dziwnie pochylonego mężczyznę ze lśniącą torbą z nieprzemakalnego płótna, który szedł szybkim krokiem po drugiej stronie ulicy.

– To Bachi!

– Uczył kiedyś w Harvardzie? – zdziwił się wydawca. – Nos ma czerwony jak jesienny zachód słońca.

Obserwowali, jak włoski nauczyciel przyspiesza krok do truchtu i nagle zatrzymuje się przy drzwiach narożnego sklepu z nisko zwieszonym dachem i niewyraźnym szyldem: „Wade and Son & Co. ".

– Znasz ten sklep? – spytał Longfellow. Fields zaprzeczył ruchem głowy.

– Wygląda, jakby mu się bardzo spieszyło, nieprawdaż?

– Pan Houghton chyba się nie obrazi, jeśli będzie musiał zaczekać kilka chwil. – Longfellow wziął Fieldsa za ramię. – Chodź, możemy się dowiedzieć o nim czegoś więcej, jeżeli go zaskoczymy.

Kiedy przeszli na róg, by przekroczyć ulicę, obaj zauważyli nagle George'a Washingtona Greene'a ostrożnie wychodzącego z apteki Metcalfa z naręczem pakunków. Człowiek ten, trapiony wieloma dolegliwościami, pochłaniał nowe leki tak jak inni lody. Przyjaciele Longfellowa często narzekali, że mikstury Metcalfa przeciw newralgii, dyzenterii i tym podobnym, sprzedawane z etykietą przedstawiającą mędrca z powiększonym nosem, przyczyniały się walnie do tego, że podczas ich sesji translatorskich Greene'a dopadał często czar Ripa van Winkle'a [42].

– O Boże, toż to Greene – powiedział Longfellow do wydawcy. – Nie możemy pozwolić, żeby spotkał się z Bachim.

– A to dlaczego? – spytał Fields.

Nadejście starego pastora uniemożliwiło dalsze wyjaśnienia.

– Kogóż widzę! Mój drogi Fields. I Longfellow! Co was tu dziś przywiodło, panowie?

– Drogi przyjacielu – powitał Greene'a Longfellow, rzucając niespokojne spojrzenie na ocienione daszkiem drzwi sklepu Wadę and Son & Co. – Właśnie przyszliśmy na obiad w Revere House. Czy jednak nie powinieneś być dzisiaj w East Greenwich?

Greene skinął głową i westchnął jednocześnie.

– Shelly chce, bym pozostał pod jej opieką, dopóki nie poprawi się moje zdrowie. Ale nie będę tkwić cały dzień w łóżku, mimo że jej doktor na to nalega! Ból wprawdzie nikogo nie zabił, lecz jest najmniej upragnionym towarzyszem w łożu.

Stary pastor rozpoczął bardzo szczegółowy opis najnowszych symptomów choroby, a Longfellow i Fields patrzyli uważnie na drugą stronę ulicy. Greene paplał bez przerwy.

– Ale nie powinienem zanudzać was historiami moich dolegliwości. Wszystkie są niczym w porównaniu do tęsknoty za następną sesją dantejską, a od tygodni nie mam od was żadnych wieści. Zacząłem się martwić, że porzuciliście projekt. Proszę, powiedz mi, drogi Longfellow, że to nieprawda!

– Ależ nie, to po prostu krótka przerwa – odpowiedział poeta, wyciągając szyję, by obserwować przeciwległą stronę ulicy, gdzie widział Bachiego stojącego w drzwiach sklepu. Włoch gwałtownie gestykulował.

– Bez wątpienia niebawem znów podejmiemy pracę – dodał Fields.

Jakiś powóz zatrzymał się przy przeciwległym rogu skrzyżowania, zasłaniając wystawę i Bachiego.

– Obawiam się, że musimy już iść, panie Greene – powiedział nagle Fields, ściskając ramię Longfellowa i ciągnąc go naprzód.

– Straciliście orientację, panowie! Minęliście Revere House i zmierzacie w złym kierunku!

– Cóż, rzeczywiście… – Fields szukał wiarygodnej wymówki, gdy czekali na przejazd dwóch dużych powozów, by przekroczyć ruchliwe skrzyżowanie.

– Greene – przerwał Longfellow. – Musimy najpierw coś załatwić. Może zechce pan pójść do restauracji i zjeść obiad z nami i panem Houghtonem?

– Obawiam się, że moja córka będzie zła jak osa, jeśli zaraz nie wrócę – zmartwił się Greene. – O, a któż to znowu nadchodzi!

Stary pastor cofnął się i zakołysał na krawędzi wąskiego chodnika.

– Panie Houghton!

– Najmocniej przepraszam, panowie. – Niezgrabny mężczyzna, ubrany w czerń niczym przedsiębiorca pogrzebowy, pojawił się obok nich i wyciągnął nieprawdopodobnie długie ramię, by podać dłoń pierwszemu z napotkanych, którym okazał się George Washington Greene. – Właśnie zmierzałem do Revere House, kiedy kątem oka spostrzegłem waszą trójkę. Mam nadzieję, że nie czekaliście zbyt długo. Panie Greene, czy zechce się pan do nas przyłączyć? Jak się pan miewa, drogi panie?

– Zupełnie wycieńczony – odpowiedział Greene, nadając głosowi patetyczne brzmienie. – Dotąd życie podtrzymywały we mnie przede wszystkim nasze środowe dantejskie wieczory.

Longfellow i Fields wypatrywali Bachiego na przemian, zmieniając się co piętnaście sekund. Wejście do Wadę and Son & Co. ciągle zastawiał powóz, którego woźnica siedział cierpliwie na koźle, jakby jego zadaniem było zasłanianie widoku Longfellowowi i Fieldsowi.

– Powiedział pan „podtrzymywały"? – zapytał Greene'a zaskoczony Houghton. – Panie Fields, czy to ma coś wspólnego z doktorem Manningiem? A co z obchodami we Florencji, które ma uświetnić specjalne wydanie pierwszego tomu? Muszę wiedzieć, czy zmienią się daty publikacji. Nie możecie mnie trzymać w niewiedzy!

– Oczywiście, że nie, Houghton – odparł wydawca. – Po prostu trochę zwolniliśmy tempo.

– A co ma robić człowiek przyzwyczajony do tego cotygodniowego przedsmaku raju, któremu nic nie dano w zamian? – żalił się Greene dramatycznie.

– Tego nie wiem – odpowiedział Houghton. – Martwię się jednak o wysokie koszty druku naszej książki… Muszę spytać, czy pański Dante jest w stanie sprostać przeszkodom, które Manning i Harvard stawiają na jego drodze?

Ręce Greene'a trzęsły się, kiedy wzniósł je w powietrze.

– Gdyby można było wyrazić trafnie ideę Dantego w jednym słowie, panie Houghton, słowem tym byłaby „potęga". Obraz świata, który tworzy, już na zawsze zajmuje miejsce w ludzkiej pamięci, obok świata rzeczywistego. Nawet dźwięki, które opisuje, trwają w uszach jako wzory szorstkości, głośności czy słodyczy i powracają natychmiast, kiedy tylko słucha pan ryku fal, wycia wichury albo słodkiego śpiewu ptaków.

Bachi wyszedł ze sklepu i literaci mogli teraz obserwować, jak z oznakami wielkiego podniecenia ogląda zawartość własnej torby. Stary pastor przerwał swój monolog:

– Hm, o co chodzi? Zachowujecie się tak, jakby po drugiej stronie ulicy miało się coś wydarzyć.

Longfellow popukał się w nadgarstek, dając znak Fieldsowi, by zajął przez chwilę ich rozmówcę. Byli jak dwaj wspólnicy, którzy w krytycznej sytuacji znajdują sposób, by porozumiewać się za pomocą najdrobniejszych gestów. Fields postarał się odwrócić uwagę starego przyjaciela, obejmując lekko jego ramiona.

– Widzisz, Greene, na rynku wydawniczym pojawiło się od końca wojny kilka ciekawych nowinek…

Longfellow odciągnął Houghtona na bok i powiedział szeptem:

– Obawiam się, że musimy przełożyć nasz obiad na stosowniejszą porę. Tramwaj konny do Back Bay odjeżdża za dziesięć minut. Proszę, zabierz do niego pana Greene'a. Wsadź go do środka i nie odchodź, aż ruszy. Dopilnuj, by nie wysiadł – Longfellow powiedział to z lekko uniesionymi brwiami, by podkreślić wagę sprawy.

Houghton po wojskowemu skinął głową, nie żądając dalszych wyjaśnień. Czyż mógł odmówić prośbie Henry'ego Longfellowa? Właściciel drukarni Riverside ujął Greene'a pod rękę.

– Panie Greene, czy mogę odprowadzić pana do tramwaju? Jeśli się nie mylę, najbliższy zaraz odjeżdża. Nie powinno się wystawać tak długo na tym listopadowym chłodzie.

Po pospiesznych pożegnaniach Longfellow i Fields poczekali, aż dwa wagoniki przetoczą się ulicą, dzwoniąc ostrzegawczo. Poeci przeszli szybko na drugą stronę i spostrzegli, że włoskiego nauczyciela nie ma już na rogu. Sprawdzili przecznicę wstecz i przecznicę naprzód, lecz nigdzie nie było go widać.

– Gdzie, do diaska… – zaczął Fields.

Longfellow wskazał dłonią i Fields zdążył jeszcze zobaczyć Bachiego, usadowionego wygodnie na tylnim siedzeniu tego właśnie powozu, który zasłaniał im widok. Konie człapały dostojnie, nie podzielając najwyraźniej niecierpliwości pasażera.

– I jak na złość ani jednej dorożki w okolicy! – zawołał Longfellow.

– Możemy go jeszcze dopaść – odrzekł Fields. – Stajnia dorożkarza Pike'a jest kilka przecznic stąd. Łajdak żąda dwudziestu pięciu centów za miejsce w swoim wozie, a nawet pół dolara, gdy obudzi się w nim szczególna chciwość. Nikt w kamienicy nie może go ścierpieć oprócz Holmesa, a i on sam nie znosi nikogo poza doktorem.

Fields i Longfellow ruszyli raźnym krokiem przed siebie, lecz nie znaleźli Pike'a w stajni. Zastali go za to naprzeciw ceglanej rezydencji przy Charles Street 21, gdzie najwyraźniej oczekiwał na pasażera, siedząc na koźle swej dorożki. Razem poprosili go o usługę, a Fields pokazał mu pełną garść monet.

– Nie mogę pomóc nawet za całą forsę, jaka jest w Massachusetts – odparł Pike gburowato. – Mam wieźć doktora Holmesa.

– Posłuchaj nas uważnie, Pike – zaczął Fields władczym tonem. – Jesteśmy bardzo bliskimi znajomymi doktora Holmesa. On sam kazałby ci nas zabrać.

– Jesteście panowie przyjaciółmi doktora? – spytał dorożkarz podejrzliwie.

– Oczywiście! – wykrzyknął Fields z ulgą.

– No to przyjaciele nie podbieraliby mu dorożki. Mam wieźć doktora Holmesa – powtórzył obojętnie Pike i począł kościaną wykałaczką wydłubywać z zębów resztki jedzenia.

– No proszę! – rozpromienił się Oliver Wendell Holmes, wychodząc dumnym krokiem na próg domu z torbą w ręku, odziany w ciemny czesankowy garnitur z cudną białą różą w butonierce i z białą jedwabną chustą pod szyją, związaną w zgrabny węzeł – Fields, Longfellow. A więc mimo wszystko przybyliście, by posłuchać o allopath!

Konie Pike'a pognały Charles Street i wpadły na brukowane ulice śródmieścia, ocierając się o latarnie i wpychając przed rozgniewanych dorożkarzy. Pike jeździł rozwalającą się czterokołową dorożką, z kabiną pozwalającą siedzieć czterem pasażerom bez narażania ich na wzajemne obtłukiwanie sobie kolan. Doktor Holmes ustalił z woźnicą, aby ten przybył punktualnie za piętnaście pierwsza, by dowieźć go do Odeonu, lecz teraz, najwidoczniej wbrew woli doktora, cel podróży został zmieniony, a liczba pasażerów zwiększyła się do trzech. Pike był zdecydowany dowieźć ich tak czy inaczej do Odeonu.

– Co z moim wykładem? – Holmes spytał Fieldsa. – Sprzedano już bilety!

– Pike dowiezie cię tam w mgnieniu oka, skoro tylko znajdziemy Bachiego i zadamy mu kilka pytań – powiedział Fields. – A ja sprawię, by gazety nie doniosły, że się spóźniłeś. Gdybym nie odesłał mojego wozu po Annie, nie zostalibyśmy z tyłu!

– Ale co właściwie chcesz zrobić, jeżeli faktycznie go znajdziemy? – spytał Holmes.

– Widać wyraźnie, że Bachi jest dziś niespokojny – wyjaśnił Longfellow. – Jeżeli rozmówimy się z nim poza domem i jeśli nie będzie pijany, może się okazać mniej oporny. Gdyby nie napatoczył się Greene, z pewnością nie musielibyśmy się tak spieszyć, aby spotkać sir Bachiego. Żałuję, że nie możemy po prostu powiedzieć biednemu Greene'owi o wszystkim, co się wydarzyło, ale prawda mogłaby zagrozić jego słabemu zdrowiu. Spotkały go wszelkie możliwe nieszczęścia i wierzy, że cały świat sprzysiągł się przeciw niemu. Nic nie zostało mu oszczędzone, chyba tylko porażenie piorunem.

– Tam jest! – wykrzyknął Fields, wskazując na powóz znajdujący się jakieś pięćdziesiąt prętów [43] przed nimi. – Longfellow, czyż to nie ten?

Poeta wysunął głowę przez okno dorożki i czując podmuch wiatru rozwiewający mu brodę, skinął na znak zgody.

– Dorożkarz! Skręcaj w prawo! – wykrzyknął Fields.

Pike strzelił z bicza i rozklekotana dorożka ruszyła w dół ulicy, znacznie przekraczając dozwoloną prędkość, którą Bostoński Komitet Bezpieczeństwa ustalił jako „umiarkowany stęp".

– Jedziemy na wschód! – głos Pike'a przebił się przez tętent kopyt uderzających o bruk. – To spory kawał drogi od Odeonu, panie doktorze!

– Dlaczego musieliśmy ukrywać Bachiego przed Greene'em? – zapytał Fields Longfellowa. – Nie sądziłem, że się znali.

– Dawno temu – przytaknął Longfellow. – Pan Greene spotkał Bachiego w Rzymie, zanim najgorsze skłonności tego ostatniego wyszły na jaw. Obawiałem się, że jeżeli spotkamy się z Bachim w obecności Greene'a, ten powie mu zbyt wiele o naszym projekcie związanym z Dantem, jak to ma w zwyczaju wobec każdego, kto zechce go słuchać! A to mogłoby zniechęcić Bachiego do rozmowy z nami, uświadamiając mu jeszcze mocniej nędzę jego obecnego położenia!

Pike kilkakrotnie tracił z oczu ściganą dorożkę, ale dzięki szybkim zwrotom, galopom w szczególnie odpowiednich momentach i cierpliwemu zwalnianiu odrabiał dystans. Drugi dorożkarz również się spieszył, lecz nie sprawiał wrażenia, by wiedział, że ktoś go goni. Na zwężających się drogach w okolicach portu powóz Bachiego znikał im z oczu, a potem zjawiał się ponownie, co sprawiało, że Pike bluźnił okropnie, by po chwili przepraszać. W pewnym momencie rozpędzona dorożka musiała przystanąć, a w efekcie Holmes wylądował na kolanach Longfellowa.

– Tam jest! – wykrzyknął Pike, kiedy dorożkarz wiozący Bachiego skierował swój pojazd w ich kierunku, oddalając się od przystani. Ale miejsce dla pasażera było już puste.

– Musiał wysiąść w porcie – stwierdził Fields.

Pike podjechał jeszcze kawałek i jego pasażerowie opuścili dorożkę. Trójka przyjaciół przepchnęła się przez tłumek, który spoglądał na znikające w gęstej mgle łodzie i powiewał chusteczkami, życząc ich pasażerom szczęśliwej podróży.

– Większość statków o tej porze zmierza w kierunku Długiej Przystani – powiedział Longfellow.

Dawniej często przychodził tutaj oglądać wielkie okręty przybywające z Niemiec czy Hiszpanii, słuchać mężczyzn i kobiet mówiących w swoich ojczystych językach. Nie było w Bostonie większego Babilonu języków i kolorów skóry niż doki.

– Wendell?! – zawołał Fields, który z trudem nadążał za przyjaciółmi.

– Tutaj, Fields! – odkrzyknął Holmes z tłumu.

Doktor znalazł Longfellowa, jak ten opisywał Bachiego czarnemu tragarzowi, ładującemu na statek beczki. Wydawca zdecydował, że rozpyta wśród pasażerów, i podążył w przeciwnym kierunku, lecz wkrótce przystanął, aby odpocząć na skraju mola.

– Hej ty, eleganciku! – Potężnie zbudowany mężczyzna z tłustą brodą, najpewniej strażnik pilnujący mola, bezceremonialnie złapał Fieldsa za ramię i odepchnął go brutalnie. – Stań no z dala od tych, co wchodzom, jak ni masz biletu!

– Drogi panie! – odrzekł wydawca. – Potrzebuję natychmiast pomocy. Niewysoki człowieczek w pomiętym błękitnym surducie, z przekrwionymi oczyma. Widział go pan?

Strażnik zignorował go, zajęty ustawianiem kolejki pasażerów zgodnie z klasą i przedziałem bagażowym. Fields obserwował, jak mężczyzna zdjął czapkę (zdecydowanie za małą jak na jego mamucią głowę) i zmierzwił szybkim ruchem splątane włosy. Wydawca przymknął oczy, jakby był w transie, słuchając dziwnych, nerwowych poleceń rzucanych przez strażnika. Przed jego oczami pojawił się mroczny pokój z niewielką świecą płonącą na kominku.

– Hawthorne – wykrztusił niemal bezwiednie.

– Co? – mężczyzna przerwał swe zajęcie i zwrócił się w stronę Fieldsa.

– Hawthorne – uśmiechnął się wydawca, wiedząc, że ma rację. – Jest pan gorącym wielbicielem pisarstwa pana Hawthorne'a.

– He, zgadza się… – Strażnik zaklął pod nosem. – A ty skąd to wiesz? Mów zaraz!

Pasażerowie, których dzielił na kategorie, także przystanęli, by posłuchać.

– Nieważne – odparł Fields, czując przypływ dumy z powodu zachowania umiejętności odczytywania ludzkich upodobań, która przynosiła mu korzyści dawno temu, gdy był młodym sprzedawcą w księgarni Ticknora. – Proszę napisać swój adres na tej kartce, a każę panu wysłać nowy zbiór wszystkich wielkich dzieł Hawthorne'a z serii niebieskozłotej, autoryzowany przez wdowę po pisarzu. – Wyciągnął papier, a potem schował go na powrót w dłoni. – Jeśli mi pan pomoże.

Strażnik skinął głową na znak, że się zgadza, przepełniony nagle zabobonnym strachem z powodu nadzwyczajnej mocy Fieldsa. Wydawca stanął na palcach i dostrzegł nadchodzących przyjaciół.

– Tu, na molo! – wykrzyknął.

Holmes i Longfellow dopadli strażnika. Opisali mu Bachiego.

– A wyście co za jedni? – spytał olbrzym podejrzliwie.

– Jego dobrzy przyjaciele! – wykrzyknął Holmes. – Niech nam pan powie, dokąd poszedł.

Fields przypomniał mu o swojej ofercie.

– Widziałem go, jak przyszedł na przystań – odpowiedział miłośnik Hawthorne'a z irytującą powolnością. – Chyba wbiegł na pokład tamtej barki, a był w nerwach jak nie wiem co…

Wskazał małą łódź kołyszącą się w oddali. Mogło się w niej pomieścić nie więcej niż pięciu pasażerów.

– Dobrze! Ta łupina nie może płynąć daleko. Dokąd zmierza? – spytał Fields.

– To tylko łódź przewozowa. „Anonimo" jest zbyt duży, żeby się zmieścić przy nabrzeżu, więc czeka przy ujściu rzeki. Widzicie?

Choć zarys parowca ledwie majaczył we mgle, przyjaciele nie mieli wątpliwości, że to jeden z największych okrętów, jakie kiedykolwiek widzieli.

– O, zdaje się, że waszemu przyjacielowi było bardzo pilno dostać się na pokład. Ta łódka, w której siedzi, właśnie zabiera ostatnich spóźnionych pasażerów. Zaraz potem „Anonimo" odpływa.

– Gdzie odpływa? – zapytał Fields słabym głosem.

– No, przez Atlantyk, proszę pana. Zatrzymuje się w Marsylii, a potem… Aha, już sobie przypominam: płynie dalej do Włoch!

Doktor Holmes dotarł do Odeonu i zdążył wygłosić gładki, dobrze przyjęty wykład. Publiczność uznała go za tym ważniejszego mówcę, że przybył spóźniony. Longfellow i Fields słuchali z uwagą, siedząc w drugim rzędzie obok rodziny Holmesa: młodszego syna Neddiego, obydwu Amelii, a także Johna, brata doktora. W drugim z trzyczęściowej serii płatnych wykładów urządzonych przez Fieldsa Holmes omawiał medyczne zagadnienia wiążące się z wojną.

– Leczenie jest żywym procesem – doktor zwrócił wzrok ku swoim słuchaczom – i pozostaje pod wielkim wpływem stanów psychicznych. Często stwierdzano, że taka sama rana otrzymana w bitwie leczona była z powodzeniem u zwycięskich żołnierzy, lecz okazywała się śmiertelna u pokonanych. Tak jawi się nam sfera pośrednia między nauką a poezją, którą tak zwani rozsądni ludzie zajmują się bardzo niechętnie.

Holmes spojrzał w kierunku rzędu, w którym siedziała jego rodzina i przyjaciele, na puste krzesło zarezerwowane na wypadek, gdyby Wendell junior również zechciał przybyć.

– Mój najstarszy syn otrzymał kilka takich ran w czasie wojny, póki Wuj Sam nie odesłał go do domu z kilkoma nowymi dziurkami na guziki w kamizelce.

Rozległy się śmiechy.

– Wiele też serc przeszytych zostało w trakcie wojny, choć nie noszą śladu po kuli, który można by pokazać.

Po wykładzie, gdy doktor odebrał już niezbędną ilość pochwał, Longfellow i Holmes w towarzystwie swego wydawcy wrócili do Pokoju Pisarzy w New Corner, aby zaczekać tam na Lowella. Zadecydowano, że spotkanie ich klubu translatorskiego odbędzie się w domu Longfellowa w następną środę.

Planowana sesja miała służyć dwóm celom. Po pierwsze, chodziło o uspokojenie Greene'a, obawiającego się o postępy w tłumaczeniu, i odwrócenie jego uwagi od dziwnego zachowania, którego był niedawno świadkiem. W ten sposób mieli zmniejszyć ryzyko wystąpienia nowych przeszkód w rodzaju tych, które kosztowały ich utratę informacji będących w posiadaniu Bachiego. Po drugie, co było może ważniejsze, ich spotkanie miało się przyczynić do dalszych postępów w pracy nad tłumaczeniem. Longfellow miał zamiar dotrzymać obietnicy i wysłać gotowy przekład Inferno na uroczyście obchodzone we Florencji sześćsetlecie urodzin Dantego.

Longfellow nie chciał przyznać, że jeśli nie nastąpi jakiś cudowny przełom w ich śledztwie, zamknięcie przekładu przed końcem roku jest mało prawdopodobne. Niemniej nadal pracował nocami nad przekładem, prosząc Dantego o mądrość, która pozwoliłaby mu wyjaśnić zagadkę śmierci Healeya i Talbota.

– Czy jest pan Lowell? – zapytał cichy głosik, któremu towarzyszyło stukanie w drzwi Pokoju Pisarzy.

– Obawiam się, że go nie ma! – odkrzyknął Fields niewidocznemu interesantowi, nie kryjąc zniecierpliwienia.

– Znakomicie! – Książę bostońskich kupców Phineas Jennison, jak zwykle elegancki w swoim białym ubraniu i kapeluszu, wślizgnął się do środka i jak najdelikatniej zamknął za sobą drzwi. – Jeden z pańskich pracowników powiedział, że pana tu zastanę, panie Fields. Chciałbym swobodnie porozmawiać o Lowellu i mogę to zrobić, skoro poczciwca tu nie ma. – Rzucił wysoki, obciągnięty jedwabiem kapelusz na żelazny wieszak Fieldsa. – Pan Lowell ma kłopoty.

Gość westchnął ze zdumieniem, spostrzegłszy dwóch poetów. Niemal nabożnie przyklęknął, gdy ściskał dłonie Holmesa i Longfellowa, obchodząc się z nimi jak z butelkami najrzadszych i najwykwintniejszych trunków.

Jennison dzięki swej hojności stał się patronem artystów i często obracał się w ich gronie, nigdy jednak nie przestał czuć się niepewnie, obcując ze znakomitościami literackiego światka.

– Panie Fields. Panie Longfellow. Doktorze Holmes. – Przedsiębiorca wymówił ich nazwiska z namaszczeniem, sadowiąc się na krześle. – Wszyscy jesteście drogimi przyjaciółmi Lowella i znacie go o wiele bliżej niż ja, bo tylko geniusz może prawdziwie poznać geniusza.

– Panie Jennison, czy coś się stało Jameyowi? – przerwał mu nerwowo Holmes.

– Już wiem, doktorze – Jennison westchnął ciężko. – Wiem o tych przeklętych wydarzeniach związanych z Dantem i jestem tu, bo pragnę pomóc wam uczynić to, co jest konieczne, by im zapobiec.

– O wydarzeniach związanych z Dantem? – powtórzył Fields łamiącym się głosem.

Jennison skinął z powagą.

– O przeklętej Korporacji i chęci likwidacji seminarium na temat Dantego, jak również o staraniach, by przeszkodzić wam w tłumaczeniu, drodzy panowie! Lowell powiedział mi o tym wszystkim, lecz jest zbyt dumny, by prosić mnie o pomoc.

Trzy stłumione westchnienia ulgi wyrwały się z trzech piersi odzianych w kamizelki.

– Zatem, jak na pewno panowie wiecie, Lowell odwołał na razie swoje zajęcia – powiedział Jennison, okazując rozczarowanie na widok ich oczywistej nieświadomości. – Cóż, tak nie można, powiadam. To nie przystoi geniuszowi pokroju Jamesa Russella Lowella i nie wolno do tego dopuścić bez walki. Boję się, że Lowellowi grozi niebezpieczeństwo, jeśli wejdzie na drogę pojednania! A wszędzie na uniwersytecie słyszę, że Manning promienieje – zakończył posępnie.

– Co powinniśmy według pana zrobić, drogi panie Jennison? – zapytał Fields z udaną uległością.

– Trzeba dopomóc mu zebrać całą odwagę. – Jennison podkreślił swój punkt widzenia, uderzając pięścią w rozwartą dłoń. – Ocalcie go przed bojaźnią albo nasze miasto straci jedno ze swych najdzielniejszych serc. Mam jeszcze jeden pomysł. Stwórzcie panowie trwałą instytucję poświęconą studiom nad Dantem, a ja sam zwerbuję Włocha, by wam pomagał.

Milioner wyszczerzył usta w szerokim uśmiechu, otwierając schowek na pieniądze w skórzanym pasie, z którego zaczął odliczać banknoty o wysokich nominałach.

– Rodzaj stowarzyszenia dantejskiego, poświęconego ochronie poezji tak panom drogiej. Cóż odpowiecie? Nikt nie musi wiedzieć, że jestem w to zaangażowany, a wy przyciągniecie rzesze sympatyków.

Zanim którykolwiek zdołał odpowiedzieć, drzwi do Pokoju Pisarzy otworzyły się gwałtownie. Stanął przed nimi pobladły Lowell.

– Jamey, co się stało?! – zawołał Fields.

Lowell zaczął mówić, gdy nagle spostrzegł Jennisona.

– Phinny? Cóż ty tu robisz?

Zapytany spojrzał na wydawcę, oczekując pomocy.

– Pan Jennison i ja mamy pewną sprawę do załatwienia – powiedział Fields, wciskając pas z pieniędzmi z powrotem do rąk przedsiębiorcy i wypychając go za drzwi. – Ale i tak właśnie już wychodził.

– Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w porządku, Lowell. Wkrótce cię odwiedzę, przyjacielu! – zdążył jeszcze zawołać Jennison.

Fields znalazł w holu Teala, chłopaka pracującego w sklepie na wieczornej zmianie, i polecił mu, by sprowadził ich gościa na dół. Potem zatrzasnął drzwi do Pokoju Pisarzy.

Lowell nalał sobie drinka przy barze.

– Och, nie uwierzycie, jakiego miałem pecha, przyjaciele. Niemal skręciłem sobie kark, rozglądając się za Bachim w Half Moon Place, i jak pewnie się domyślacie, wiem tyle, co na początku! Nigdzie się nie pokazał i nikt w okolicy nie wiedział, gdzie go szukać. Nie sądzę, aby którykolwiek z tamtejszych dublińczyków odezwał się do Włocha, nawet gdyby znalazł się z nim w przeciekającej szalupie, a ten miał czym ją zaczopować. Mogłem równie dobrze odpoczywać jak wy wszyscy tego popołudnia.

Fields, Holmes i Longfellow siedzieli w milczeniu.

– Co tam? Co się stało? – zapytał Lowell.

Longfellow zaproponował, by zjedli kolację w Craigie House. Po drodze wyjaśnili Lowellowi, co stało się z Bachim. W trakcie posiłku Fields opowiedział, jak wrócił do strażnika, który pilnował mola i za pomocą ozdobionej amerykańskim orłem złotej jednodolarówki przekonał go, by pozwolił mu sprawdzić odpoWiednie księgi w poszukiwaniu informacji o rejsie „Anonimo". Nazwisko Bachiego faktycznie figurowało na liście pasażerów parowca. Z zapisów wynikało, że Włoch nabył przeceniony bilet w dwie strony, który wszakże nie zezwalał na powrót przed styczniem 1867 roku.

Kiedy znaleźli się z powrotem w salonie Longfellowa, oszołomiony Lowell opadł bezwładnie na krzesło.

– Wiedział, że byśmy go znaleźli! Pozwoliliśmy mu odgadnąć, że wiemy o Lonzie! Nasz Lucyfer prześlizgnął się nam przez palce jak garstka piasku.

– W takim razie powinniśmy się cieszyć – zaśmiał się Holmes. – Nie rozumiecie, co to znaczy, jeżeli macie rację? Widzicie tylko ciemną stronę zdarzeń, a przecież…

Fields nachylił się ku Lowellowi.

– Jamey, jeżeli Bachi był mordercą…

– To w takim razie jesteśmy bezpieczni! – dokończył Holmes z jasnym uśmiechem. – I miasto też. I Dante! Jeżeli przepędziliśmy go dzięki naszej wiedzy, to znaczy, że go pokonaliśmy, Lowell.

Fields powstał, promieniejąc.

– Ach, panowie, wydam taką kolację dantejską, że zawstydzę cały Klub Sobotni. Baranina będzie tak delikatna jak brzmienie poezji Longfellowa! Szampan Moet będzie błyszczał jak dowcip Holmesa, a noże do mięsa będą tak ostre jak satyry Lowella!

Trzykrotnie wzniesiono wiwaty na cześć wydawcy.

Wszystko to przyniosło Lowellowi pewną ulgę, podobnie jak wieści o następnym „seansie" Klubu. Na nowo rozpoczęły się czasy normalności, powróciła czysta radość z pracy nad przekładem. Poeta miał nadzieję, że nie popsuli sobie tej radości, wykorzystując swoją dantologiczną wiedzę do tak odpychających celów.

Longfellow odgadywał, co martwiło Lowella.

– W czasach Waszyngtona – powiedział – na kule przetapiano nawet piszczałki organów, drogi Jamesie. Nie było wyboru. – Podnosząc świecę ze stołu, zapytał: – A teraz, Lowell, Holmes, czy zejdziecie ze mną do piwnicy na wina, podczas gdy Fields dopilnuje pracy w kuchni?

– Ach, piwnica z winami to prawdziwy fundament każdego zacnego domu. – Lowell aż podskoczył w fotelu. – Masz dobry wybór win, Longfellow?

– Znasz moją zasadę, przyjacielu:

Gdy jednego druha prosisz na biesiadę,

Wino daj najlepsze, taką dam ci radę.

Jeśli jednak dwóch pragniesz poić gości,

Stawiaj na stół trunek drugi co do jakości.

Kompania wybuchła zgodnym śmiechem, w którym dało się odczuć ulgę.

– Ale tu trzeba ugasić cztery spragnione gardła! – zauważył Holmes.

– W takim razie nie ma co liczyć na zbyt wiele, kochany doktorze – poradził Longfellow.

Holmes i Lowell zeszli za nim do piwnicy, podążając za płomykiem jego świecy. Lowell starał się śmiechem i rozmową odciągnąć swą uwagę od ostrego bólu promieniującego z nogi.

Phineas Jennison, w białym surducie, żółtej kamizelce i zwracającym uwagę białym kapeluszu o szerokim rondzie, zszedł po schodach swej rezydencji w Back Bay. Pogwizdując, ruszył na przechadzkę. Zakręcił złoconą laską i roześmiał się serdecznie, jakby usłyszał świetny dowcip. Przedsiębiorca często śmiał się sam do siebie podczas cowieczornych spacerów po Bostonie, mieście, które zdobył. Pozostał mu jeszcze jeden świat do podbicia, ten, w którym same pieniądze nie wystarczały, ten, w którym o statusie osoby w dużym stopniu decydowało pochodzenie. Lecz i ten cel miał się spełnić niebawem, gdy usunięte zostaną ostatnie przeszkody.

Od momentu gdy Jennison opuścił rezydencję, z drugiej strony ulicy ktoś śledził każdy jego krok. „Następny cień, ktdry trzeba ukarać. Patrzcie, jak chodzi, gwiżdżąc i śmiejąc się, jakby nie był świadomy zła i nigdy go nie czynił. Hańba miasta, ktdre dłużej nie potrafi wytyczać biegu swej przyszłości. Miasto, ktdre zatraciło duszę. Trzeba poświęcić tego, kto mdgł ich wszystkich zjednoczyć".

– Panie Jennison!

Milioner zatrzymał się, pocierając brodę ze sławnym dołkiem. Zmarszczył brwi i wpatrzył się w ciemność nocy.

– Ktoś mnie wołał?

Odpowiedziała mu cisza.

Jennison przeszedł na drugą stronę ulicy i spojrzał przed siebie z uczuciem ulgi.

– Ach, to ty. Pamiętam cię. Czego chcesz? – Nagle poczuł na plecach dotknięcie ostrza. – Weź pieniądze, weź je wszystkie! Proszę! Ile chcesz? Co mówisz?

– „Przeze mnie droga w nardd zatracenia" [44]. Przeze mnie…

Kiedy Fields wsiadał następnego ranka do swojego powozu, ostatnią rzeczą, jaką spodziewał się tego dnia oglądać, było martwe ciało.

– Jedź prosto – nakazał woźnicy.

Wydawca wraz z Lowellem wyszli z powozu i skierowali się do drzwi, nad którymi widniał szyld „Wade and Son & Co. ".

– To tu wszedł Bachi, zanim popędził do przystani – poinformował Fields przyjaciela.

Nie znaleźli wzmianki o sklepie w żadnym z miejskich katalogów.

– Niech mnie powieszą, jeśli nie załatwiał tu jakichś ciemnych sprawek – rzekł poeta.

Zastukali cicho, lecz nie usłyszeli odpowiedzi. Po chwili drzwi otworzyły się i stanął w nich mężczyzna w policyjnym mundurze. Trzymał wypełnione po brzegi pudło z różnymi towarami.

– Bardzo przepraszam – powiedział Fields.

W tym momencie nadeszli dwaj inni policjanci, którzy szerzej otworzyli drzwi do sklepu, wpychając Lowella i Fieldsa do środka. Pomieszczenie wyglądało na zupełnie ogołocone z przedmiotów. Oczom przyjaciół ukazał się starszy mężczyzna o wystającej dolnej szczęce; oparty o ladę, zaciskał w dłoni pióro, jakby coś pisał. Lowell podszedł bliżej i stwierdził, że mężczyzna jest martwy. Wokół szyi trupa zaciskał się stalowy drut. Poeta patrzył zafascynowany na pozory życia, jakie zachowało ciało.

– On nie żyje! – Fields doskoczył do Lowella i pociągnął go za ramię w stronę drzwi.

– Martwy jak nieboszczyk Holmesa w Kolegium Medycznym – zgodził się poeta. – Boję się, tak pospolitego morderstwa nie mógł dokonać nasz wielbiciel Dantego.

– Lowell, chodźmy już! – Fields panikował na widok kolejnych nadchodzących policjantów. Stróże porządku na razie jednak nie zwracali uwagi na obu intruzów.

– Widziałeś? Obok trupa stoi walizka. Facet przygotowywał się do ucieczki, tak jak Bachi. – Lowell zerknął na pióro w dłoni zmarłego. – Ale wcześniej, rzekłbym, próbował skończyć jakąś sprawę.

– Jamey, błagam! – zawołał wydawca.

– Już dobrze.

Lowell obszedł ciało i przystanął przy znajdującym się na biurku pojemniku na pocztę. Sięgnął po leżącą na wierzchu kopertę i ukrył ją w kieszeni płaszcza.

– Chodźmy więc – rzekł i ruszył wreszcie w stronę drzwi.

Fields poszedł przodem, ale zatrzymał się i obejrzał, kiedy poczuł, że Lowell nie idzie za nim. Poeta stał na środku sklepu z twarzą wykrzywioną bólem.

– Co się stało, Lowell?

– Ta przeklęta kostka.

Kiedy Fields zwrócił się znów do drzwi, wyjście zastawił im policjant, który skierował ku nim pytające spojrzenie.

– Szukaliśmy naszego przyjaciela, panie oficerze, którego widzieliśmy wczoraj, jak wchodził do tego sklepu.

Wysłuchawszy ich opowieści, funkcjonariusz zdecydował się zapisać ją w swoim notatniku.

– Jak się nazywał ten przyjaciel?

– Bachi. B-a-c-h-i – przeliterował wydawca.

Kiedy pozwolono im odejść, do pomieszczenia wszedł Henshaw z dwoma innymi detektywami z biura śledczego i koronerem, panem Barnicoatem. Odprawili większość policjantów.

– Zakopcie go na cmentarzu dla nędzarzy z resztą tego brudu – powiedział Henshaw, kiedy zobaczył ciało. – To Ichabod Ross. Straciłem tylko czas. Mogłem dalej spokojnie jeść śniadanie.

Fields zwlekał z odejściem, dopóki detektyw nie spojrzał na niego przenikliwym wzrokiem.

Wieczorna prasa poświęciła jedynie niewielką notkę zabójstwu Ichaboda Rossa, drobnego kupca, który zginął podczas rabunku.

Na kopercie, którą zabrał ze sklepu Lowell, widniał napis: „Czasomierze Vane'a". Był to lombard na jednej z najgorszych ulic wschodniego Bostonu.

Kiedy Lowell i Fields zjawili się następnego ranka w pozbawionym okien sklepie, zastali tam człowieka ogromnej postury, ważącego co najmniej trzysta funtów [45], o twarzy czerwonej jak pomidor w środku lata i z zielonkawym zarostem na brodzie. Na szyi mężczyzny wisiał sznur z wielkim pękiem kluczy, który dzwonił przy każdym jego ruchu.

– Pan Vane?

– A któż by inny – odpowiedział olbrzym, lecz jego uśmiech zgasł, kiedy przyjrzał się uważnie ubraniu pytającego. – Powiedziałem już tajniakom z Nowego Jorku, że nie ja puściłem w obieg te podrobione banknoty.

– Nie jesteśmy detektywami – powiedział Lowell, kładąc na ladzie kopertę. – Myślę, że to należy do pana. To od Ichaboda Rossa.

Na twarz mężczyzny powrócił szeroki uśmiech.

– No, cudownie! Do kroćset, myślałem, że dziadek pójdzie gryźć ziemię, nie rozliczywszy się ze mną.

– Panie Vane, przykro nam, że stracił pan przyjaciela. Czy wie pan, dlaczego postąpiono z nim w ten sposób? – zapytał Fields.

– O! Poszukujecie ciekawostek? No to trafiliście pod właściwy adres. Ile możecie mi zapłacić?

– Przynieśliśmy zapłatę od pana Rossa – przypomniał Fields.

– Która zgodnie z prawem i tak mi się należy! – odrzekł Vane. – Chyba pan nie zaprzeczy?

– Czy wszystko trzeba robić dla mamony? – zapytał Lowell.

– Lowell, proszę… – szepnął Fields.

Z oblicza Vane'a znów zniknął uśmiech. Olbrzym wytrzeszczył oczy na poetę.

– Lowell? James Russell Lowell?

– Hm, cóż, tak, to ja… – wyznał poeta, nieco speszony.

– „Nad dzień czerwcowy cóż jest wspanialszego?" – zapytał właściciel lombardu, a potem zaśmiał się, zanim powiedział dalszy ciąg:

Nad dzień czerwcowy cóż jest wspanialszego?

Z jego świetnością cóż porównać da się,

Gdy ponad głową opiekuńcze niebo,

A pod stopami ziemia w pełnej krasie.

Jak okiem sięgnąć, wszędy błyszczy życie,

Słuchaj uważnie: szepce nam coś skrycie. [46]

– W piątym wersie jest „iskrzy" – poprawił go Lowell z pewną urazą w głosie. – „Wszędy iskrzy życie"…

– Niech mi nikt nie mówi, że w Ameryce nie ma wielkich poetów. Klnę się na Boga i Szatana, mam także pański dom – ogłosił Vane, wyciągając spod lady oprawny w skórę album Domów i siedzib naszych poetów, i przekopawszy się przez kolejne stronice, dotarł do rozdziału o Elmwood. – O, mam nawet pański autograf w moim katalogu. Muszę przyznać, że obok Longfellowa, Emersona i Whittiera osiąga pan u mnie najwyższe ceny. Ten łajdak Oliver Holmes jest tu także, a kosztowałby jeszcze więcej, gdyby nie podpisywał się na tak wielu książkach.

Mężczyzna, którego twarz z podniecenia nabrała rumieńców godnych szekspirowskiego Bardolfa, otworzył szufladę jednym z dzwoniących kluczy i wyłowił świstek papieru, podpisany odręcznie nazwiskiem Jamesa Russella Lowella.

– Ależ to wcale nie jest mój podpis! – oświadczył poeta. – Ktokolwiek to pisał, nie potrafił dobrze przyłożyć pióra do papieru. Żądam, by wydał mi pan natychmiast wszystkie oszukańcze autografy wszystkich pisarzy, które pan ma, drogi panie, albo jeszcze dzisiaj zwróci się do pana pan Hillard, mój adwokat!

– Jamey! – Fields odciągnął przyjaciela od lady.

– Nie będę mógł spokojnie spać tej nocy, wiedząc, że taki praworządny obywatel posiada książkę, w której jest tyle ilustracji mojego domu! – krzyknął Lowell.

– Ten człowiek może nam pomóc!

– Tak… – zreflektował się poeta i wygładził poły swojego surduta. – W kościele przestawajmy ze świętymi, w tawernie z grzesznikami.

– Za pozwoleniem, panie Vane – wydawca zwrócił się znowu do właściciela lombardu i otworzył portfel. – Chcemy się dowiedzieć czegoś o panu Rossie, a potem pana opuścimy. Ile życzy pan sobie za podzielenie się z nami swoją wiedzą?

– Niech pan schowa te pieniądze! – roześmiał się serdecznie olbrzym. – Czy wszystko trzeba robić dla mamony? Myślę, że czterdzieści autografów pana Lowella będzie wystarczającą zapłatą.

Fields podniósł brwi i spojrzał w stronę poety, który niechętnie ustąpił i zabrał się do pracy.

– Znakomita partia towaru – stwierdził z uznaniem właściciel lombardu, biorąc do rąk arkusz papieru i przyglądając się dwóm słupkom podpisów Lowella.

Vane powiedział Fieldsowi, że Ross był niegdyś drukarzem gazetowym, który przekwalifikował się na fałszerza pieniędzy. Popełnił jednak błąd, sprzedając podrobione banknoty hazardzistom, którzy używali ich, oszukując w miejscowych szulerniach, a nawet wykorzystywali niektóre lombardy jako nieświadomych paserów dóbr nabytych za pieniądze zdobyte w tych operacjach (wymawiając słowo „nieświadomych", Vane wykonał niezwykły grymas, niemal zwilżając sobie nos językiem). To że padnie ofiarą własnych machinacji, było tylko kwestią czasu.

Po powrocie do Corner Fields i Lowell powtórzyli wszystko Longfellowowi i Holmesowi.

– Nietrudno się domyślić, co było w torbie Bachiego, kiedy opuścił sklep Rossa – powiedział Fields. – Podrobione banknoty, wprost od producenta. Ale co Bachi mógł mieć wspólnego z fałszowaniem pieniędzy?

– Jeżeli pieniędzy nie można zarobić, przypuszczam, że trzeba je zrobić – stwierdził Holmes sentencjonalnie.

– Cokolwiek sprowadziło go do Rossa – rzekł Longfellow – wygląda na to, że signor Bachi zdecydował się opuścić sklep w samą porę.

Kiedy nadszedł środowy wieczór, Longfellow starym zwyczajem powitał swoich gości przed drzwiami Craigie House. Gdy znaleźli się w środku, nastąpił moment powitań z rozszczekanym Trapem. George Washington Greene wyznał, jak poprawiło się jego zdrowie, gdy dowiedział się o sesji Klubu, i wyraził nadziejc, że będą się znowu spotykać regularnie. Do wyznaczonych pieśni przygotował się tak pilnie jak zawsze.

Wszyscy zajęli swoje miejsca. Gospodarz rozdał kartki z włoskim tekstem pieśni i odpowiednie odbitki angielskiego tłumaczenia. Trap z żywym zainteresowaniem obserwował poczynania członków Klubu, po czym usadowił się na swoim zwykłym stanowisku: pod aksamitnym fotelem Greene'a. Staruszek żywił do czworonoga szczególną sympatię, czemu dawał wyraz zwłaszcza podczas kolacji, zawsze częstując go smakowitymi kąskami. Poza tym rozłożysty mebel stał najbliżej ciepłego kominka.

W tyle na drodze stoi diabła czata;

ona to duchy okropnym koncerzem

siecze [47]

Po opuszczeniu głównego posterunku policji Nicholas Rey, jadąc konnym tramwajem, walczył z ogarniającą go sennością. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest zmęczony, choć zarządzenie burmistrza Lincolna skazało go na bezczynne tkwienie za biurkiem. Kurtz znalazł nowego woźnicę, żółtodzioba z posterunku w Watertown. W krótkim śnie wśród gwałtownych poruszeń pojazdu zbliżył się do niego upiór i wyszeptał: „Nie mogę umrzeć, będąc tutaj". Nawet kiedy spał, Rey wiedział, że słowo „tutaj" nie było częścią domniemanej układanki, jaką zostawił mu morderca na miejscu śmierci Elishy Talbota. „Nie mogę umrzeć, będąc… ". Obudzili go dwaj mężczyźni, uczepieni uchwytów zwisających z sufitu wagonu, którzy kłócili się zajadle o dokonania sufrażystek. Wtedy przyszło olśnienie: upiorna postać ze snu miała twarz włóczęgi samobójcy, choć powiększoną trzy – lub czterokrotnie. Wkrótce rozległ się dzwonek i konduktor wykrzyknął:

– Mount Auburn! Mount Auburn!

Odczekawszy, aż ojciec wyjedzie na spotkanie Klubu Dantego, Mabel Lowell, która niedawno skończyła osiemnaście lat, stanęła nad francuskim mahoniowym biurkiem, zdegradowanym przez Lowella do roli przechowalni papierów. Poeta wolał pisać na starym tekturowym pulpicie, siedząc w narożnym fotelu.

Mabel tęskniła za ojcowskim dobrym humorem w Elmwood. Nie interesowało jej uganianie się za chłopcami z Harvardu ani siedzenie w małym kółku robótek ręcznych Amelii Holmes i rozmawianie o tym, kogo przyjęłyby do niego, a kogo odrzuciły (z wyjątkiem cudzoziemek, których odrzucenie nie wymagało dyskusji), jakby cały cywilizowany świat pragnął jedynie dostać się do ich grona i zająć wyszywaniem. Mabel chciała czytać i podróżować po świecie, by zobaczyć na własne oczy to, o czym czytała w książkach ojca i innych pisarzy.

Na biurku jak zwykle panował nieporządek, co zmniejszało ryzyko, że jej postępek zostanie wykryty, lecz wymagało szczególnej ostrożności, nierówne stosy bowiem mogły się zawalić w jednej chwili. Mabel znajdowała pióra zużyte tak, że zostały z nich kikuty, i wiele rozpoczętych wierszy, z rozczarowującymi skreśleniami wyznaczającymi koniec tam, gdzie chciała przeczytać ciąg dalszy. Ojciec często przestrzegał ją przed pisaniem wierszy, ponieważ większość okazywała się zła, a tych naprawdę dobrych nie sposób było skończyć. Był tam również dziwny rysunek – szkic ołówkiem na liniowanym papierze. Odniosła wrażenie, że ktoś wykonał go z pieczołowitością badacza odwzorowującego hieroglify, który usiłuje dociec ich ukrytego sensu. Gdy Mabel była dzieckiem, a ojciec dużo podróżował, listy, które słał do domu, zawsze ozdabiał na marginesach portretami napotkanych ludzi. Teraz, myśląc o tym, jak rozśmieszały ją te humorystyczne obrazki, doszła najpierw do wniosku, że rysunek przedstawiał nogi mężczyzny z powiększonymi łyżwami na stopach i rodzaj płaskiej płyty w miejscu, gdzie powinna się zaczynać talia. Niezadowolona z tej interpretacji, Mabel odwróciła kartkę na bok, a potem do góry nogami. Zauważyła, że poszarpane linie na stopach przypominają raczej płomienie niż łyżwy.

Longfellow odczytywał fragment tłumaczenia Pieśni dwudziestej ósmej w miejscu, gdzie zakończyli ostatnią sesję. Z zadowoleniem myślał o tym, że zostawi u Houghtona ostatnie odbitki tej pieśni i odkreśli je z listy trzymanej w Riverside Press. Było to jedno z najgorszych miejsc w Dantejskim Piekle. W pieśni tej Wergili doprowadza Dantego do rozległego dziewiątego jaru, znanego jako Malebolge albo Złe Doły. Tu cierpieli schizmatycy, ci, którzy za życia podzielili narody, religie i rodziny i teraz sami zostali cieleśnie rozdzieleni w Piekle: okaleczeni i rozdarci na dwoje.

– „Mniej pluszcze – Longfellow czytał swój przekład słów Dantego – kiedy klepka zeń wypadnie, / Ceber niż mara, co stała rozryta / Na skroś od brody aż po części zadnie" [48].

Zaczerpnął głęboko powietrza, zanim przeszedł dalej:

Między nogami wisiały jelita,

Widniały płuca z owym smutnym worem,

Gdzie w kał się zmienia potrawa spożyta [49].

Dante skamieniał na ten widok. Pieśń ukazywała jego szczerą wiarę w Boga. Tylko ktoś z najsilniejszą wiarą w nieśmiertelną duszę mógł wymyślić tak obrzydliwą torturę, której poddawane jest śmiertelne ciało.

– Ohyda niektórych z tych ustępów – skomentował Fields – obraziłaby uszy nawet najbardziej zapitego handlarza koni.

Longfellow kontynuował:

A wtem duch, co miał gardziel wielką raną,

Nozdrza wydarte u samej nasady

I jedną muszlę ucha w szczęt wyrwaną,

W pośrodku stojąc zdumionej gromady

Na oścież dłońmi rozwarłgwałtownemi

Szyję czerwoną od okropnej szpady [50].

A wszystkich tych ludzi Dante znał osobiście! Cień z nosem i uchem odciętym, Pier da Medicina z Bolonii, sam nie skrzywdził Dantego, ale siał niezgodę wśród obywateli Florencji za życia poety. Dante nie mógł przestać myśleć o swoim mieście, kiedy opisywał podróż w zaświaty. Chciał widzieć bohaterów odkupionych w Czyśćcu i nagrodzonych w Raju, pragnął też spotkać się z występnymi w kręgach piekielnych. Poeta nie wyobrażał sobie Piekła jako możliwości, lecz odczuwał je jako coś rzeczywistego. W dziewiątym jarze Dante dostrzegł nawet jednego ze swoich krewniaków, który żądał od niego pomszczenia swej śmierci.

Do kuchni znajdującej się w piwnicy Craigie House przydreptała z hallu mała Annie Allegra, próbując pocieraniem oczu pozbyć się senności. Peter dorzucał z wiadra węgiel do kuchennego piecyka.

– Panienko Annie, czy pan Longfellow nie ułożył już panienki do snu?

Dziewczynka próbowała powstrzymać opadanie powiek.

– Chciałabym kubek mleka, Peter.

– Zaraz podam panience – powiedział jeden z kucharzy śpiewnym głosem, przyglądając się pieczeniu chleba. – Niech panienka pije na zdrowie.

Z frontowej części domu dobiegło słabe pukanie. Rozbudzona Annie postanowiła sprawdzić, kto to. Zawsze lubiła zadania, w których mogła się okazać pomocna, a witanie gości należało do najprzyjemniejszych spośród nich. Dziewczynka wybiegła do przedsionka i otworzyła na oścież masywne drzwi.

– Sza! – szepnęła Annie Allegra Longfellow, zanim jeszcze dojrzała przystojną twarz gościa.

Mężczyzna się ukłonił.

– Dziś jest środa – powiedziała z namaszczeniem, jakby obwieszczała sekret. – Jeżeli chce się pan zobaczyć z tatusiem, musi pan poczekać, aż skończy spotkanie z panem Lowellem i innymi. Takie są zasady, wie pan. Może pan czekać tu lub w saloniku, jeżeli pan woli.

– Przepraszam za najście, panno Longfellow – odrzekł gość.

Annie Allegra skinęła ślicznie główką i walcząc znowu z opadającymi powiekami, poszła ociężale na górę kręconymi schodami, zapominając, dlaczego w ogóle wybrała się na dół.

Nicholas Rey, bowiem to on był owym nocnym gościem, stał w przedsionku Craigie House wśród portretów Waszyngtona. Wyjął strzępy papieru z kieszeni. Zamierzał raz jeszcze poprosić o pomoc Longfellowa i jego przyjaciół, tym razem pokazując skrawki papieru, które pozbierał z ziemi na miejscu śmierci Talbota, w nadziei że dostrzegą oni jakiś związek między nimi a słowami samobójcy. Na przystani spotkał kilku cudzoziemców, którzy rozpoznali samobójcę, gdy pokazał im podobiznę w gazecie. Wzmocniło to przekonanie Reya, że nieszczęśnik nie był Amerykaninem, a to, co wyszeptał do jego ucha, nie było w języku angielskim. A to przekonanie znów przypomniało Reyowi, że doktor Holmes i inni wiedzieli więcej, niż mogli mu powiedzieć.

Rey ruszył w kierunku salonu, ale zatrzymał się, zanim wyszedł z przedsionka. Odwrócił się zdumiony. Coś kazało mu przystanąć. Co takiego usłyszał? Zawrócił, a potem podszedł do drzwi gabinetu.

– „Che le ferrite son richiuse prima ch'altri dinanzi li rivada… " [51].

Rey zadrżał. Zrobił jeszcze trzy bezgłośne kroki w stronę gabinetu. „Dinanzi li rivada". Wyrwał kartę z notatnika z kieszeni marynarki i znalazł słowo: „Deenanzee". Słyszał, jak słowo to drwiło z niego od czasu, gdy żebrak wypadł przez okno posterunku, jak wybijało swój rytm w snach i biciu serca. Rey oparł się o drzwi gabinetu i przycisnął ucho do chłodnego białego drewna.

– Betrand de Born, który naruszył więzi syna z ojcem, wywołując między nimi wojnę, podnosi w górę własną odrąbaną głowę, którą trzyma w ręce jak latarnię. Oderwana od ciała głowa przemawia do florenckiego pielgrzyma – zabrzmiał łagodny głos Longfellowa.

– Jak bezgłowy jeździec Irvinga. [52] – Uwadze tej towarzyszył tubalny, rozpoznawalny natychmiast śmiech Jamesa Russella Lowella.

Rey odwrócił kartkę na drugą stronę i zapisał to, co słyszał.

Ze taka jedność była roztargniona

Z mej winy, własny mózg obnoszę w ręce,

Którego korzeń wewnątrz tego trzona.

Przeciwcierpienie widzisz w mojej męce [53]

„Przeciwcierpienie"? Rey posłyszał naraz dziwny dźwięk, który dopiero po chwili skojarzył z chrapaniem. Policjant zreflektował się i ściszył oddech. Zza drzwi dobiegały go teraz tylko odgłosy skrzypiących piór.

– Najdoskonalsza kara Dantego – to znów głos Lowella.

– Sam Dante by się z tym zgodził – odpowiedział ktoś inny.

W głowie Reya kłębiło się zbyt wiele myśli, by skupiał się na rozróżnianiu poszczególnych mówiących. Dialog stał się dla niego zgodnym chórem głosów.

– To jedyny moment, kiedy Dante tak dosłownie przywołuje ideę contrapasso, terminu, dla którego nie mamy dokładnego tłumaczenia ani precyzyjnej angielskiej definicji, ponieważ samo to słowo stanowi swoją definicję… Cóż, drogi Longfellow, określenie „przeciwcierpienie" jest dobre… Mówi o tym, że każdy grzesznik musi zostać ukarany, kierując zniszczenia, jakie niesie jego wina, przeciwko sobie samemu… Tak jak rozcięci na dwoje schizmatycy…

Rey cofnął się aż do frontowych drzwi.

– Koniec pracy, panowie.

Książki zostały zamknięte i zaszeleściły papiery, a Trap zaczął szczekać w stronę okna, na co nikt nie zwrócił uwagi.

– Zasłużyliśmy na kolację za nasze trudy…

– A cóż to za gruby bażant?! – James Russell Lowell szturchał zaciekle szeroki korpus dziwnego szkieletu i jego ogromną płaską głowę.

– Nie ma stworzenia, którego Agassiz nie rozebrałby na części i nie złożył z powrotem w całość – zauważył Holmes ze śmiechem i, jak pomyślał Lowell, z nutką drwiny w głosie.

Wczesnym rankiem następnego dnia po zebraniu Klubu Dantego Lowell i Holmes byli w laboratorium profesora Louisa Agassiza w harwardzkim Muzeum Zoologii Porównawczej. Agassiz powitał ich i spojrzał na ranę Lowella, zanim wrócił do swego biura, by skończyć jakąś sprawę.

– Z listu profesora Agassiza wynikało, że przynajmniej próbki owada wydały mu się interesujące – Lowell starał się, aby jego głos zabrzmiał nonszalancko.

Był teraz pewien, że mucha z gabinetu Healeya rzeczywiście go ugryzła, i niepokoił się bardzo, co powie Agassiz o przeraźliwych skutkach ugryzienia: „Och, nie ma nadziei, drogi panie, cóż za szkoda". Lowell nie ufał twierdzeniom Holmesa, że ten rodzaj owadów nie mógł żądlić. Cóż to za owad, co nie żądli? Nie powiedział przyjacielowi, jak bardzo rana się powiększyła przez ostatnie dni, jak często czuł wewnątrz nogi gwałtowne pulsowanie i jak ból narastał z godziny na godzinę. Nie mógł zdradzić przed Holmesem takiej słabości.

– Ach, czy się to panu podoba, Lowell? – Louis Agassiz nadszedł z próbkami owadów w mięsistych dłoniach, które zawsze pachniały oliwą, rybami i alkoholem, nawet po dokładnym umyciu.

Lowell zapomniał, że stoi obok szkieletu, który przypominał zniekształconą kurę. Agassiz ogłosił z dumą:

– Nasz konsul na Mauritiusie przywiózł mi dwa szkielety ptaka dodo, kiedy byłem w podróży! Prawdziwy skarb, nieprawdaż?

– Myśli pan, że był z niego smaczny posiłek? – spytał Holmes.

– O tak. Co za szkoda, że nie mogliśmy zjeść ptaka dodo podczas spotkania Klubu Sobotniego. Dobry obiad jest największym błogosławieństwem ludzkości. Co za szkoda. No cóż, jesteśmy gotowi?

Lowell i Holmes podeszli za nim do stołu i usiedli. Agassiz ostrożnie wyjął owady z probówek z roztworem alkoholu.

– Po pierwsze, niech pan powie, gdzie znalazł pan te szczególne stworzonka, doktorze Holmes?

– Właściwie to Lowell je znalazł – odpowiedział Holmes ostrożnie. – W pobliżu Beacon Hill.

– Beacon Hill – powtórzył Agassiz, ale z powodu szwajcarskoniemieckiego akcentu zabrzmiało to jak całkiem inne słowa. – Niech pan powie, doktorze Holmes, co pan o tym myśli?

Holmes nie lubił praktyki zadawania pytań, które miały doprowadzić do niewłaściwych odpowiedzi.

– To nie moja specjalność. Ale to muchy mięsne, prawda, Agassiz?

– O tak. Gatunek? – spytał Agassiz.

– Cochliomyia - odpowiedział Holmes.

– Rodzaj?

– Macellaria.

– Aha! – zaśmiał się Agassiz. – Wyglądają na takie, jeżeli wierzy się książkom, nieprawdaż, drogi doktorze Holmes?

– Więc to nie one? – zapytał Lowell.

Wydawało się, że cała krew odpłynęła mu z twarzy. Jeżeli Holmes się mylił, to wbrew jego zapewnieniom muchy mogły się okazać groźne.

– Istnieją dwa gatunki much prawie identycznych pod względem budowy – wyjaśnił Agassiz, a potem westchnął w sposób, który wykluczył jakąkolwiek wątpliwość. – Prawie. – powtórzył.

Uczony skierował się w stronę półki z książkami. Szerokie rysy twarzy i masywna sylwetka sprawiały, że wyglądał raczej na popularnego polityka niż biologa i botanika. Stanowisko w nowym Muzeum Zoologii Porównawczej było uwieńczeniem całej jego kariery, bo w końcu otrzymał wystarczające środki, by dokonać klasyfikacji niezliczonych, wciąż bezimiennych gatunków zwierząt i roślin.

– Niech pan pozwoli, że coś panu pokażę. Jest około dwóch tysięcy pięciuset gatunków północnoamerykańskich much, które umiemy nazwać. W mojej ocenie jednak lata wśród nas obecnie około dziesięciu tysięcy gatunków.

Położył przed nimi jakieś rysunki. Były to niewprawne, raczej groteskowe przedstawienia twarzy ludzi z dziwacznymi, nagryzmolonymi czernią dziurami zamiast nosów.

– Kilka lat temu – wyjaśnił Agassiz – chirurg na służbie francuskiej marynarki wojennej, doktor Coquerel, został wezwany do kolonii na Diabelskiej Wyspie w Gujanie Francuskiej. Pięciu kolonistów trafiło do lazaretu z dziwnymi objawami. Jeden z nich umarł wkrótce po przybyciu doktora. Kiedy Coquerel dokonał sekcji zwłok, odkrył w jamie nosowej pacjenta trzysta larw muchy mięsnej.

Holmes był zdumiony.

– Robaki były wewnątrz człowieka? Żywego człowieka?

– Nie przerywaj, Holmes! – krzyknął Lowell. Agassiz przytaknął w milczeniu.

– Ale Gochliomyia macellaria może trawić tylko martwą tkankę – zaprotestował Holmes. – Nie ma czerwi zdolnych do pasożytnictwa.

– Proszę pamiętać o ośmiu tysiącach nie odkrytych gatunków, o których wcześniej mówiłem, doktorze – zganił go Agassiz. – To nie była Cochliomyia macellaria. To był zupełnie inny gatunek, przyjaciele. Taki, którego wcześniej nie widzieliśmy albo w którego istnienie nie chcieliśmy wierzyć. Samica tego gatunku złożyła jaja w nozdrzach pacjenta, a wyklute z nich larwy rozwinęły się w czerwie, wżerając się prosto w jego głowę. Jeszcze dwóch ludzi na Diabelskiej Wyspie zmarło z tego powodu. Doktor ocalił resztę tylko dzięki temu, że wyciął czerwie z ich nosów. Czerwie Cochliomyia macellaria mogą się żywić tylko martwą tkanką; najbardziej lubią trupy. Ale larwy tego gatunku owada, Holmes, mogą przeżyć tylko w tkance żywej. – Agassiz odczekał, by zobaczyć reakcje swoich gości. Potem mówił dalej: – Samica muchy może składać jaja co trzy dni, dziesięć lub jedenaście razy w miesięcznym cyklu życiowym, i to w olbrzymich ilościach, nawet około czterystu. Muchy odnajdują ciepłe rany zwierząt lub ludzi, by złożyć tam jaja. Wyklute z nich czerwie wgryzają się w ranę, pogłębiając ją. Im więcej czerwi w ciele, tym bardziej przyciąga to następne dorosłe osobniki. Czerwie karmią się żywą tkanką, aż odpadną, i kilka dni później zmieniają się w muchy. Mój przyjaciel Coquerel nazwał ten gatunek Cochliomyia hominivorax.

– Homini… vorax? - powtórzył Lowell ochrypłym głosem. Patrząc na Holmesa, przetłumaczył nazwę: – Ludożerca.

– Właśnie – odparł Agassiz z entuzjazmem naukowca, który ma oznajmić przerażające odkrycie. – Coquerel ogłosił to w naukowych czasopismach, ale niewielu wierzyło jego świadectwu.

– Ale pan tak?

– Owszem – odparł Agassiz poważnie. – Od czasu gdy Coquerel przesłał mi te szkice, przeszukałem medyczne historie i zapiski z ostatnich trzydziestu lat, by znaleźć wzmianki o podobnych przypadkach. Isidore SainteHilaire odnotował przypadek znalezienia larwy pod skórą niemowlęcia. Doktor Livingstone, według Cobbolda, znalazł kilka larw diptera w ramieniu rannego Murzyna. W Brazylii, w czasie moich podróży, dowiedziałem się, że pewne muchy, tam zwane waregami, są postrachem ludzi i zwierząt. W relacjach z wojny meksykańskiej można przeczytać o muchach zwanych mięsnymi, które składały jaja w ranach żołnierzy pozostawionych na noc na polu bitwy. Czasem czerwie nie powodowały szkody, żywiąc się tylko martwą tkanką. To były zwykłe muchy, zwykłe czerwie macellaria, które zna pan tak dobrze, doktorze Holmes. Ale zdarzało się, że ciało pokrywały obrzmienia i dla rannych żołnierzy nie było już ratunku. Zostali wyjedzeni od środka. Rozumiecie? To były hominivorax. Muchy te muszą polować na bezbronne ranne stworzenia, ludzi bądź zwierzęta. Tylko w ten sposób ich potomstwo przeżyje. By żyć, muszą zjadać żywą tkankę. Badania nad nimi dopiero się rozpoczynają i są bardzo ekscytujące. Zebrałem moje pierwsze okazy hominivorax podczas podróży do Brazylii. Z wyglądu te dwa rodzaje much są bardzo podobne. Aby dostrzec różnicę, trzeba precyzyjnych instrumentów. – Agassiz przysunął jeszcze jeden stołek. – No, panie Lowell, a teraz zobaczmy raz jeszcze tę pana biedną nogę, dobrze?

Poeta próbował odpowiedzieć, lecz wargi zbyt mu drżały.

– No, niech się pan tak nie martwi! – Agassiz wybuchnął śmiechem. – Jak to było? Poczuł pan owada na nodze, a potem go pan strącił?

– I zabiłem go! – przypomniał Lowell.

Agassiz wyjął z szuflady skalpel.

– Dobrze. Doktorze Holmes, chcę, żeby przeciął pan ranę przez środek, a potem wyciągnął z niej to, co tam jest.

– Jest pan pewien, Agassiz? – spytał Lowell nerwowo.

Holmes przełknął ślinę i przyklęknął. Przyłożył skalpel do kostki przyjaciela, a potem zerknął na jego twarz. Lowell wpatrywał się w doktora z otwartymi ustami.

– Nawet tego nie poczujesz, Jamey – obiecał Holmes ze spokojem.

Agassiz, choć stał tuż obok, uprzejmie udawał, że nie słyszy.

Lowell skinął głową i zacisnął dłonie na poręczach fotela. Holmes naciął środek nabrzmienia. Kiedy cofnął skalpel, ujrzał twardego białego czerwia, długiego na cztery milimetry, który wił się na końcu ostrza.

– Tak, tak! Piękny okaz hominivorax\ - zaśmiał się Agassiz z triumfem. Sprawdził, czy w ranie Lowella nie ma więcej czerwi, a potem założył poecie opatrunek na kostkę. – Widzi pan, Lowell – rzekł, z czułością kładąc czerwia na dłoni. – Biedaczka miała tylko kilka sekund, zanim pan ją zabił, mogła więc złożyć tylko jedno jajo. Rana nie jest głęboka i zagoi się błyskawicznie, a pan będzie zupełnie zdrów. Proszę jednak zauważyć, jaką opuchliznę na pańskiej nodze wywołała obecność zaledwie jednego czerwia, jaki ból sprawiały panu jego ruchy, gdy przegryzał się przez tkankę. A teraz niech pan sobie wyobrazi setki takich stworzeń, setki i tysiące czerwi rozpychających się w pańskim ciele.

Lowell uśmiechnął się szeroko.

– Słyszysz, Wendell? Nic mi nie będzie! – zaśmiał się i serdecznie uścisnął Agassiza, a potem Holmesa.

Dopiero teraz zaczął pojmować znaczenie ich odkrycia dla Klubu Dantego i dla Artemusa Healeya. Aggasiz wytarł dłonie ręcznikiem i również spoważniał.

– Jeszcze jedna sprawa, drodzy przyjaciele. Naprawdę niezmiernie dziwna. Te małe stworzenia… One nie są stąd, nie pochodzą z Nowej Anglii ani z jej okolic. Żyją na tej półkuli, to wydaje się pewne. Ale tylko w gorącym, wilgotnym klimacie. Widziałem ich roje w Brazylii, ale nie powinno ich być w Bostonie. Nigdy nie stwierdzono tu ich obecności ani pod ich właściwą nazwą, ani pod żadną inną. Nie mam pojęcia, jak się tu dostały. Być może przypadkowo wraz z transportem bydła albo… – Agassiz poczuł rozbawienie sytuacją -… nieważne. W północnym klimacie, takim jak nasz, w tej pogodzie i otoczeniu te stworzonka nie mogą przeżyć. I całe szczęście. Lepiej nie mieć waregów za sąsiadów. Ale okazy, które tu przybyły, z pewnością już wymarły z zimna.

Dzięki temu, że strach łatwo się ulatnia, Lowell całkiem zapomniał o nieuchronności swojego przeznaczenia, czerpiąc radość z faktu, że przeżył. Kiedy jednak w milczeniu wracał z Muzeum u boku Holmesa, mógł myśleć tylko o jednym.

Holmes przemówił pierwszy:

– Byłem ślepy, gdy zgadzałem się z wnioskami Barnicoata. Healey nie zmarł od ciosu w głowę! Owady nie były po prostu dantejskim tableau vivant, jakimś dekoracyjnym pokazem, który miał pomóc nam rozpoznać rodzaj kary. Muchy były bronią mordercy! Wypuścił je po to, by sprawiły ból.

– Lucyfer pragnie nie tylko śmierci swoich ofiar, ale chce, by cierpiały tak jak cienie w Piekle, zawieszone w stanie pośrednim między życiem i śmiercią. – Lowell zwrócił się do doktora i chwycił go za ramię. – Mogę o tym zaświadczyć własnym cierpieniem, Wendell. Czułem, że ten owad wgryza się w moje ciało. Pokojówka mówiła prawdę.

– Na Boga, tak – rzekł Holmes przerażony. – A to znaczy, że Healey…

Żaden z nich nie mógł rozmawiać o cierpieniu, które przeżywał Healey. Sędzia miał wyjechać do domu na wsi w sobotę rano, a jego ciało znaleziono dopiero we wtorek. Przez cztery dni jego życia zajmowały się nim tysiące hominivorax, pożerających jego wnętrzności… mózg… cal po calu, godzina za godziną. Holmes zajrzał do szklanego słoja z próbkami owadów, które zabrali od Agassiza.

– Lowell, muszę coś powiedzieć, ale nie chcę wywołać kłótni.

– Piętro Bachi. Holmes skinął niepewnie.

– To nie pasuje do tego, co o nim wiemy, prawda? – zapytał poeta. – A więc wszystkie nasze teorie nadają się na śmietnik.

– Pomyśl o tym: Bachi był rozgoryczony, nieopanowany, lubił pić. Ale takie metodyczne, dogłębne okrucieństwo? Dostrzegasz to w nim? Przyznaj uczciwie… Bachi mógł próbować uknuć jakąś intrygę, aby udowodnić, jakim błędem było wygnanie go do Ameryki. Ale żeby odtwarzać dantejskie sceny tak dosłownie i szczegółowo? Zrobiliśmy tyle pomyłek, Lowell, że roją się jak salamandry po deszczu. I nowa wychodzi spod każdego listka, który poruszymy.

Holmes zamachał szaleńczo rękami.

– Co robisz? – spytał Lowell.

Dom Longfellowa był niedaleko i mieli tam wrócić.

– Widzę przed nami wolną dorożkę. Chcę raz jeszcze przyjrzeć się tym okazom pod mikroskopem. Szkoda, że Agassiz zabił tego czerwia; natura odsłania swe tajemnice chętniej, gdy nie skazuje się jej na śmierć. Nie wierzę w to, że te owady zginęły. Możemy się dowiedzieć od nich więcej o morderstwie. Agassiz nie uznaje teorii Darwina, a to wypacza jego poglądy.

– Wendell, on jest zawodowcem.

Holmes zignorował sceptycyzm przyjaciela.

– Wielcy naukowcy czasami mogą być przeszkodą na ścieżce nauki, Lowell. Rewolucji nie dokonują ludzie w okularach, a pierwszych podszeptów nowej prawdy nie wychwytują ci, którzy używają trąbek do uszu. Właśnie w ubiegłym miesiącu czytałem w książce na temat Sandwich Islands o starym mieszkańcu Fidżi, którego losy zagnały pośród cudzoziemców. Modlił się, żeby mógł wrócić do domu po to, by jego syn własnymi rękami mógł rozłupać mu czaszkę, zgodnie ze zwyczajem tych krain. Czy syn Dantego, Piętro, nie mówił wszystkim po śmierci ojca, że poeta nie miał na myśli tego, że naprawdę przeszedł Piekło i Niebo? Synowie całkiem często rozłupują czaszki swoich ojców.

– Niektórzy częściej od innych – mruknął do siebie Lowell, myśląc o Oliverze Wendellu Holmesie juniorze.

Lowell szedł szybkim krokiem w kierunku Craigie House, żałując, że nie jest konno. Przechodząc przez ulicę, aż cofnął się w osłupieniu na widok, który obudził w nim czujność.

Wysoki mężczyzna ze zniszczoną twarzą, w meloniku i kamizelce w kratę – ten sam człowiek, który obserwował Lowella, wychylając się zza wiązu na Harvard Yard, i który podszedł do Bachiego w kampusie – stał na wypełnionym ludźmi rynku. Poeta być może nie zwróciłby nań uwagi, mając wciąż żywo w pamięci rewelacje, jakie przyniosła wizyta u Agassiza, ale mężczyzna rozmawiał z Edwardem Sheldonem, studentem Lowella. Młodzieniec nie tyle nawet mówił, ile rugał mężczyznę, jakby nakazywał krnąbrnemu służącemu wykonać jakąś zaniedbaną robotę.

Wreszcie Sheldon odszedł w gniewie, opatulając się ciasno czarnym płaszczem. Lowell nie potrafił się zdecydować, za którym pójść. Ostatecznie uznał, że Sheldona zawsze może znaleźć na uniwersytecie, postanowił więc, że powinien śledzić nieznajomego, który torował sobie drogę wśród pieszych i wozów jadących wzdłuż ronda. Lowell przebiegł przez kilka straganów. Jakiś kramarz niemal cisnął mu homarem w twarz. Poeta odtrącił go. Drogę zastąpiła mu dziewczynka rozdająca zadrukowane kartki.

– Ulotkę, proszę pana? – spytała i nie czekając na zgodę, wcisnęła mu jedną do kieszeni jego płaszcza.

– Nie teraz! – krzyknął Lowell.

W następnej chwili dostrzegł swoje „widmo" po drugiej stronie ulicy. Mężczyzna wszedł do zatłoczonego tramwaju konnego i właśnie oczekiwał na resztę od konduktora. Lowell pobiegł, chcąc wskoczyć do tylnego wagonu, kiedy konduktor zadzwonił i tramwaj ruszył w stronę mostu. Lowell nie miał trudności z dogonieniem wlokącego się pojazdu. Właśnie sięgnął dłonią poręczy schodków przy tylnym wagonie, gdy konduktor odwrócił się w jego stronę.

– Leany Miller?

– Proszę pana, nazywam się Lowell. Muszę pomówić z jednym z pasażerów. – Lowell postawił właśnie jedną stopę na krawędzi wystających schodków, kiedy koński zaprzęg przyspieszył.

– Leany Miller? Znowu bawisz się w swoje sztuczki? – Konduktor wyciągnął laskę i zaczął uderzać nią w dłoń poety odzianą w rękawiczkę. – Nie poplamisz znowu naszych pięknych wagonów, Leany! Nie, dopóki ja ich pilnuję!

– Nie! Proszę pana, nie mam na imię Leany! – wrzasnął Lowell, lecz laska konduktora zmusiła go do rozluźnienia chwytu. Wylądował znowu na torach.

Lowell starał się przekrzyczeć tętent kopyt i dzwonki, by przekonać wzburzonego konduktora o swojej niewinności. Lecz nagle pojął, że dzwonienie dochodzi zza jego pleców, gdzie nadjeżdżał właśnie następny tramwaj. Kiedy poeta odwrócił się, by na niego spojrzeć, zwolnił kroku i pojazd przed nim oddalił się. Nie chcąc zostać stratowanym przez konie, Lowell odskoczył na bok.

W tym samym momencie w Craigie House Longfellow wprowadził do saloniku niejakiego Roberta Todda Lincolna, syna zmarłego prezydenta i jednego z trzech studentów, którzy w 1864 roku uczestniczyli w poświęconych Dantemu zajęciach, organizowanych przez Lowella. Ten ostatni obiecał spotkać się z nimi w domu po wizycie u Agassiza, a ponieważ spóźniał się, gospodarz postanowił sam przeprowadzić rozmowę z Lincolnem.

– Kochany tatusiu – Annie Allegra wbiegła do pokoju, przerywając im. – Prawie skończyłyśmy najnowszy numer „Sekretu"! Czy chciałbyś go od razu zobaczyć?

– Tak, kochanie, lecz obawiam się, że jestem teraz zajęty.

– Ależ proszę, panie Longfellow – powiedział młodzieniec. – Nie spieszy mi się.

Longfellow wziął ręcznie pisaną gazetkę, „publikowaną" w odcinkach przez trzy dziewczynki.

– Ten numer wygląda na jeden z najlepszych, jakie zrobiłyście do tej pory. Bardzo ładne, Panzie. Przeczytam jeszcze dziś od początku do końca. Czy tę stronę ty rysowałaś?

– Tak – odparła Annie Allegra. – Tę kolumnę i tę. I jeszcze tę zagadkę. Potrafisz odgadnąć odpowiedź?

– „Jezioro w Ameryce, wielkie jak trzy stany". – Longfellow uśmiechnął się i przebiegł wzrokiem resztę strony.

Był tam rebus i artykuł opisujący „pełen ciekawych wydarzeń dzień wczorajszy (od śniadania do pójścia spać)", autorstwa A. A. Longfellow.

– Cudownie, moja droga – pochwalił poeta córkę. Jego wzrok przykuł jeden z elementów listy. – Panzie, tu jest napisane, że wczoraj wieczorem, przed pójściem spać, wpuściłaś do domu jakiegoś gościa.

– Aaa… tak. Musiałam zejść na dół napić się mleka. Czy powiedział, że byłam miłą gospodynią, tato?

– Kiedy to było, Panzie?

– W czasie spotkania Klubu, oczywiście. Zawsze mówisz, że nie wolno wam wtedy przeszkadzać.

– Annie Allegra! – krzyknęła Edith ze schodów. – Alice chce przerobić spis treści. Musisz natychmiast przynieść swój egzemplarz.

– Ona jest zawsze redaktorem naczelnym – poskarżyła się Annie Allegra, zabierając pisemko z rąk Longfellowa.

Poeta ruszył do hallu za Annie, która biegła do siedziby redakcji „Sekretu", mieszczącej się w sypialni jednego ze starszych braci.

– Panzie, kochanie! – zawołał za córką. – Kim był ten wczorajszy gość, o którym pisałaś?!

– Co takiego, tato? Nie wiem, kto to był, nigdy go wcześniej nie spotkałam.

– A pamiętasz, jak wyglądał? Może tę informację trzeba zamieścić w „Sekrecie". Może powinnaś przeprowadzić z nim wywiad, by dowiedzieć się czegoś o nim.

– To byłoby cudowne! Wysoki Murzyn w płóciennym płaszczu, bardzo przystojny. Kazałam mu zaczekać na ciebie, tatusiu, naprawdę. Nie zaczekał? Musiał się znudzić, kiedy tak tam stał, więc sobie poszedł. Znasz go, tato? Longfellow skinął głową.

– To posterunkowy Nicholas Rey z bostońskiej policji.

W tej właśnie chwili w drzwiach frontowych stanął zdyszany Lowell.

– Mam ci wiele do opowiedzenia… – przerwał, widząc bladość na twarzy przyjaciela. – Longfellow, co się stało?

Nieco wcześniej tego dnia posterunkowy Rey odwiedził University Hall. Stojąc przed Salą Korporacji, spoglądał przez okno na szarpane wiatrem wiązy, które ocieniały dziedziniec.

Grupa siwowłosych mężczyzn zaczęła z wolna opuszczać salę. Ich długie do kolan płaszcze i wysokie kapelusze sprawiały wrażenie tak jednolitych jak mnisie habity.

Rey wszedł do Sali Korporacji, z której wychodzili mężczyźni. Kiedy przedstawiał się rektorowi, wielebnemu Thomasowi Hillowi, ów rozmawiał właśnie z jednym z członków Korporacji, który pozostał dłużej w sali. Był to doktor Manning, skarbnik, który na wzmiankę Reya o policji zastygł w bezruchu.

– Czy to dotyczy jednego z naszych studentów? – Jego biała jak marmur broda zwróciła się w stronę ciemnej twarzy policjanta.

– Mam kilka pytań do rektora Hilla. Dotyczą właściwie profesora Jamesa Russella Lowella.

Żółte oczy Manninga rozszerzyły się i skarbnik uparł się, by zostać przy rozmowie. Zamknął podwójne drzwi i usiadł przy okrągłym mahoniowym stole obok rektora, a naprzeciw funkcjonariusza policji. Rey zauważył od razu, że Hill, choć niechętnie, godzi się na władzę doktora.

– Jestem ciekaw, panie rektorze, co pan wie o projekcie, nad którym pracuje pan Lowell – zaczął Rey.

– Pan Lowell? Jest, oczywiście, jednym z najznakomitszych poetów i satyryków Nowej Anglii – odparł Hill, uśmiechając się lekko. – Pisma Big/owa, Wizja sir Launfala, Bajka dla krytyków… wyznaję, moja ulubiona. Poza tym jego praca w „North American Review". Czy wie pan, że pan Lowell był pierwszym redaktorem „Atlantica"? Cóż, jestem pewien, że nasz trubadur pracuje nad wieloma rzeczami.

Nicholas Rey wyjął z kieszeni marynarki niewielką kartkę i zaczął ją rozprostowywać.

– Mówię w szczególności o poemacie, który pomaga tłumaczyć z języka obcego.

Manning złożył dłonie o wykrzywionych palcach i zaczął się wpatrywać w kartkę trzymaną przez posterunkowego.

– Drogi panie, czy pojawił się jakiś problem? – Doktor całą swoją postawą jednoznacznie wyrażał pragnienie, aby odpowiedź brzmiała „tak".

Dinanzi. Rey studiował twarz Manninga, sposób, w jaki giętkie kąciki ust skarbnika wykrzywiały się w oczekiwaniu. Mężczyzna przesunął dłonią po lśniącym czubku czaszki. Dinanzi a me.

– Miałem zamiar zapytać… – zaczął Manning, próbując innego sposobu. Był teraz spokojniejszy. – Czy stało się coś nieprzyjemnego? Wpłynęła jakaś skarga?

Rektor Hill skubnął króciutką brodę, żałując, że Manning nie opuścił sali wraz z pozostałymi członkami Korporacji.

– Zastanawiam się – rzucił – czy nie powinniśmy posłać po samego profesora Lowella, by to omówić.

Dinanzi a me nonfuor cose create

Se non etterne, e io etterno duro [54].

Co to znaczyło? Jeżeli Longfellow i poeci rozpoznali słowa, dlaczego tak bardzo starali się to przed nim zataić?

– Nonsens, szanowny rektorze – odparł Manning ostro. – Nie możemy niepokoić profesora Lowella każdą błahostką. Panie oficerze, nalegam: jeżeli pojawił się jakiś problem, niech pan opowie nam o nim od razu, byśmy mogli rozwiązać go możliwie szybko i ze stosowną dyskrecją. – Doktor pochylił się w stronę policjanta. – Proszę zrozumieć, panie posterunkowy – dodał życzliwym tonem. – Wiemy, że profesor Lowell i kilku jego kolegów po piórze pragną wprowadzić do naszego miasta pewne dzieło, które tu nie pasuje. Jego nauki stanowią zagrożenie dla spokoju milionów niewinnych dusz. Jako członek Korporacji mam obowiązek bronić dobrego imienia uniwersytetu przeciw takim haniebnym zakusom. Motto uczelni brzmi: Christo et ecclesiae, proszę pana, i jesteśmy zobowiązani sprostać chrześcijańskiemu duchowi tego ideału.

– Kiedyś brzmiało ono: Veritas - rzekł Hill cicho. – Prawda.

Manning spojrzał na niego ostro. Posterunkowy Rey zwlekał jeszcze chwilę, a potem schował kartkę do kieszeni.

– Zainteresowałem się nieco poezją, którą pan Lowell tłumaczył. Profesor uważał, że panowie możecie wskazać mi właściwe miejsce, gdzie mógłbym ją studiować.

Policzki doktora Manninga poczerwieniały.

– To znaczy, że cel tych odwiedzin jest czysto literacki? – zapytał z odrazą.

Kiedy Rey nie odpowiedział, Manning zapewnił policjanta, że Lowell chciał zakpić z niego i z uczelni. Jeżeli Rey chce studiować diabelską poezję, może to zrobić u stóp diabła.

Rey przeszedł przez Harvard Yard, gdzie pomiędzy starymi budynkami z cegły gwizdały zimne wichry. Poczuł niepewność co do celu, który chce osiągnąć. Wtem usłyszał alarm pożarowy. Dzwonienie zdawało się rozbrzmiewać z każdego zakątka uniwersytetu. I Rey pobiegł.

11

Oliver Wendell Holmes, poeta i lekarz, podświetlał preparaty owadów świeczką stojącą obok jednego z kilku mikroskopów. Pochylił się i spojrzał w okular, poprawiając ustawienie szkiełka, pod którym badany owad drgał i szamotał się, jakby miotany gniewem.

Jednak nie. To nie owad. Samo szkiełko podstawowe drżało od grzmotu kopyt końskich, który wzmagał się, by nagle się urwać. Holmes skoczył do okna i rozsunął zasłony. Z hallu weszła Amelia. Z budzącą lęk powagą Holmes polecił jej zostać na miejscu, lecz mimo to podążyła za nim do drzwi wejściowych.

Granatowa sylwetka krzepkiego policjanta odcinała się na tle nieba, gdy nie schodząc z kozła, ściągnął z całej siły cugle, usiłując powstrzymać niespokojne dereszowate klacze zaprzęgnięte do powozu.

– Doktor Holmes? Musi pan natychmiast jechać ze mną. Amelia wyszła przed drzwi.

– Wendell? Co się stało?

Holmes zaczynał już mieć trudności z oddychaniem.

– Amelio, gdybyś mogła, prześlij liścik do Craigie House. Napisz im, że coś mi wypadło i żeby czekali na mnie w Corner za godzinę. Przepraszam najmocniej, że tak cię zostawiam, ale nie mogę nic na to poradzić.

Zanim pani Holmes zdążyła zaprotestować, doktor wspiął się po stopniach policyjnego powozu i zniknął w jego wnętrzu. Konie ruszyły galopem, pozostawiając za sobą unoszące się w powietrzu liście i pył. Oliver Wendell Holmes junior spoglądał przez zasłony pokoju na drugim piętrze, zastanawiając się, jakim to nowym głupstwem zajmował się teraz ojciec.

Powietrze było chłodne. Z szarego nieba padały płatki śniegu. Drugi powóz podjechał pędem i zatrzymał się na właśnie zwolnionym miejscu. Był to kryty powóz Fieldsów. James Russell Lowell otworzył z rozmachem drzwiczki i zasypując panią Holmes potokiem słów, poprosił ją o sprowadzenie męża. Amelia dostrzegła, że w powozie siedzą Henry Longfellow i J. T. Fields.

– Nie mam pojęcia, gdzie teraz może być. Ale zabrała go policja. Kazał mi przesłać list do pana do Craigie House i prosił, żeby na niego czekać w Corner. James, chcę wiedzieć, co się tu dzieje!

Lowell rozejrzał się bezradnie. Na rogu Charles Street dwóch chłopców rozdawało ulotki, krzycząc: „Poszukiwanie zaginionego! Proszę wziąć ulotkę! Proszę pana, proszę pani!".

Lowell sięgnął ręką do kieszeni luźnego surduta; nagły lęk ścisnął mu gardło. Wyciągnął zgniecioną ulotkę, którą wetknęła mu dziewczynka na targu w Cambridge zaraz po tym, jak ujrzał Edwarda Sheldona rozmawiającego z niepokojącym „widmem", i rozprostował ją na rękawie.

– O mój Boże – wyszeptał drżącymi wargami.

– Od czasu morderstwa pastora Talbota patrolowaliśmy całe miasto. Nikt niczego nie zauważył! – krzyknął z kozła sierżant Stoneweather.

Srokate konie pędziły po Charles Street; mięśnie prężyły się im pod skórą. Policjant co kilka chwil energicznie kręcił terkotką.

Holmesowi zaczęło wirować w głowie od hałasu kłusujących koni i żwiru chrzęszczącego pod kołami powozu. Jedyną zrozumiałą rzeczą, jaką policjant mu przekazał, a w każdym razie jedyną, jaką pojął przestraszony pasażer, było to, że posłał po niego posterunkowy Rey.

Powóz gwałtownie zatrzymał się w porcie. Łódź policyjna zabrała Holmesa na jedną z sennych wysp portu, gdzie stał Fort Warren – forteca bez okien, zbudowana z bloków granitu z Quincy, nie wykorzystywana teraz i opanowana przez szczury. Nad opuszczonymi wałami i działami zwisał bezsilnie sztandar Stanów Zjednoczonych. Weszli do fortu. Doktor kroczył tuż za sierżantem wzdłuż szpaleru bladych jak duchy policjantów, którzy oczekiwali na miejscu zbrodni, potem przez labirynt pomieszczeń w dół, do pozbawionego światła, zimnego kamiennego tunelu i w końcu do pustego magazynu.

Niski doktor potknął się i niemal przewrócił. Przypomniał sobie nagle młodość. Gdy studiował w Ecole de Medecine w Paryżu, widział raz combats des animaux, barbarzyński pokaz buldogów, które walczyły z sobą i rozszarpywały przywiązane do słupa zwierzęta: wilka, niedźwiedzia, dzika, byka i osła. Holmes wiedział nawet wówczas, w czasach zuchwałej młodości, że nigdy nie wyzwoli swej duszy z piętna kalwinizmu, niezależnie od tego, jak wiele wierszy napisze. Ciągle kusiło go, by uwierzyć, że świat jest tylko pułapką zastawioną na słabego człowieka, by schwytać go w sidła grzechu. Ale grzech, jak sądził, był tylko niezdolnością niedoskonałego bytu do przestrzegania doskonałego prawa. Dla jego przodków wielką tajemnicą życia była obecność grzechu, dla doktora Holmesa była nią obecność cierpienia. Nigdy się nie spodziewał, że jest go aż tyle. To ponure wspomnienie nieludzkich wrzasków i śmiechów powróciło natychmiast, gdy doktor stanął na progu magazynu.

Na środku pomieszczenia, z haka przeznaczonego do wieszania worków z solą lub innymi artykułami, patrzyła na niego twarz. Albo raczej coś, co niegdyś było twarzą. Nos został odjęty jednym czystym cięciem, od kości nosowej aż do wąsów, tak że obwisła skóra zakrywała część rany. Oba policzki zostały przecięte, aż dolna szczęka opadła, jakby gotując się do przemowy; z ust ciekła czarna krew. Prosta krwawa linia biegła od podbródka z głębokim dołkiem aż do narządu płciowego, który też został ohydnie rozcięty na pół. Mięśnie, nerwy i żyły były obnażone w niezmiennej anatomicznej harmonii i niezrozumiałym splątaniu. Ręce wisiały bezradnie po bokach ciała. Dłoni nie było; w ich miejscu straszyły kikuty owinięte zakrwawionymi bandażami.

Po chwili doktor zorientował się, że ta okaleczona twarz jest mu skądś znajoma. Minęła następna chwila, nim – po głębokim dołku uparcie tkwiącym w podbródku – rozpoznał, kim jest zmasakrowana ofiara.

Holmes zrobił krok do tyłu. Jego but pośliznął się na wymiotach, które pozostawił odkrywca ciała, włóczęga szukający schronienia. Doktor rzucił się na pobliskie krzesło, ustawione jakby do obserwacji zwłok. Dyszał, nie mogąc złapać tchu i niewidzącym spojrzeniem wpatrywał się w leżącą u jego stóp kamizelkę jaskrawego koloru, schludnie złożoną na eleganckich białych spodniach. Obok, na podłodze, walały się strzępki papieru.

Usłyszał swoje nazwisko. Posterunkowy Rey stał obok. Nawet powietrze w pomieszczeniu zdawało się drżeć.

Holmes stanął chwiejnie na nogach i oszołomiony potrząsnął głową. Detektyw w cywilnym ubraniu, o szerokich ramionach i gęstej brodzie, podszedł do Reya, krzycząc, że ta sprawa nie należy do niego. Naczelnik Kurtz odciągnął tajniaka na bok.

Gdy atak duszności i mdłości minął, doktor uświadomił sobie, że znalazł się dużo bliżej zmasakrowanego ciała, niż tego pragnął. Kiedy już miał się cofnąć, poczuł, że coś mokrego trąca jego dłoń. Dotknął go krwawy, obwiązany bandażem kikut. Ale Holmes nie poruszył się – tego był pewien. Czuł się jak w koszmarze, z którego nie można się obudzić.

– Boże, zlituj się nad nami! To żyje! – zawył detektyw głosem stłumionym przez wzbierające mdłości i wybiegł z pomieszczenia.

Naczelnik Kurtz także uciekł z krzykiem.

Holmes odwrócił się i spojrzał w puste, wybałuszone oczy okaleczonego, nagiego ciała Phineasa Jennisona; zobaczył nieszczęsne członki poruszające się w powietrzu. Był to tylko moment, ułamek sekundy – zanim opadły, aby już więcej się nie poruszyć; Holmes jednak nigdy nie wątpił, że widział t o naprawdę. Stał jak wryty. Jego drobne wargi były suche i drżące, oczy mu łzawiły, a palce dygotały jak u szaleńca. Doktor Oliver Wendell Holmes powtarzał sobie, że to, co widział, nie było świadomym ruchem przytomnego człowieka, lecz tylko przedśmiertnymi konwulsjami; wiedza ta jednak nie uspokajała.

Trupi dotyk zmroził mu krew w żyłach; Holmes był półprzytomny, wracając łodzią przez wody portu, a potem, policyjnym powozem, tak zwaną „Czarną Marią", którą jechali z ciałem Jennisona do Kolegium Medycznego; tam wyjaśniono mu, że Barnicoat, biegły sądowy, leży w łóżku z ciężkim zapaleniem płuc (związanym być może z jego staraniami o podwyżkę) i że nie udało się znaleźć profesora Haywooda. Holmes kiwał głową, jakby rzeczywiście słuchał. Studentasystent Haywooda zaproponował, że pomoże mu przy sekcji. Holmes ledwie zarejestrował pospieszną wymianę pytań i odpowiedzi, w wyobraźni widział jednak, jak jego dłonie tną już i tak rozprute ciało w ciemnej sali na piętrze Kolegium Medycznego.

„Przeciwcierpienie widzisz w mojej męce".

Holmes raptownie podniósł głowę, jakby usłyszał właśnie wołanie dziecka o pomoc. Reynolds, studentasystent, obejrzał się na niego, podobnie jak Rey, Kurtz i dwóch innych oficerów policji, którzy weszli do pokoju, nie zauważeni przez Holmesa. Doktor znowu spojrzał na szeroko rozwarte usta Phineasa Jennisona.

– Doktorze Holmes? – spytał asystent. – Dobrze się pan czuje?

Ten głos, który słyszał, ten szept, polecenie – były tylko wybrykiem fantazji. Ale ręce Holmesa trzęsły się tak, że nie rozkroiłyby nawet indyka, musiał więc pozostawić dokończenie sekcji asystentowi Haywooda i wyjść z sali. Trafił na przecznicę Grove Street. Z trudem chwytał oddech. Usłyszał, jak ktoś podchodzi do niego. Rey zaciągnął go w głąb ulicy.

– Przepraszam, nie mogę teraz mówić – wydusił Holmes, wbijając wzrok w ziemię.

– Kto zaszlachtował Phineasa Jennisona?

– Skąd mam to wiedzieć?! – wykrzyknął Holmes.

Makabryczny widok nadal stał mu przed oczami. Zachwiał się jak pijany.

– Proszę mi to przetłumaczyć, doktorze Holmes. – Rey siłą otworzył dłoń Holmesa i wetknął w nią kartkę z notatnika.

– Przepraszam pana, panie oficerze. Już… – ręka Holmesa drżała gwałtownie, gdy niezdarnie trzymał papier.

– „Że taka jedność była roztargniona / z mej winy – Rey powtórzył to, co usłyszał poprzedniej nocy – własny mózg obnoszę w ręce, / Którego korzeń wewnątrz tego trzona. / Przeciwcierpienie widzisz w mojej męce". To właśnie widzieliśmy, nieprawdaż? Przeciwcierpienie?

– Contrapasso… Nie ma dokładnego… skąd pan… – Holmes ściągnął z szyi jedwabny halsztuk i przytknął sobie do twarzy. – Ja nic nie wiem.

Rey mówił dalej:

– Czytał pan o tym zabójstwie w poemacie. Wiedział pan o nim, zanim się zdarzyło, i nie zrobił pan nic, żeby mu zapobiec.

– Nie! Zrobiliśmy wszystko, co się dało! Próbowaliśmy! Proszę, panie Rey, nie mogę…

– Zna pan tego człowieka? – Rey wyjął z kieszeni gazetowy wizerunek Grifone Lonzy i wręczył go doktorowi. – Wyskoczył przez okno na posterunku.

– Proszę! – dusił się Holmes. – Nie teraz! Proszę dać mi spokój!

– Ej tam! – Trzech studentów medycyny, wiejskich typów, których Holmes nazywał „barbarzyńcami", przechodziło przecznicą, kopcąc tanie cygara. – Czarnuchu! Odczep się od naszego profesora!

Holmes próbował coś im powiedzieć, lecz nie był w stanie wydobyć głosu z zaciśniętego gardła. Najszybszy z „barbarzyńców" rzucił się na Reya, celując pięścią w jego żołądek. Mulat złapał młodzieńca za lewe ramię i rzucił go na ziemię, starając się złagodzić upadek. Dwóch pozostałych skoczyło na policjanta, ale wtedy doktor odzyskał głos.

– Nie, nie, chłopcy! Spokój! Zmykajcie stąd natychmiast! To mój przyjaciel! Jazda stąd!

Studenci zmyli się jak niepyszni.

Holmes pomógł Reyowi wstać. Czuł, że musi go jakoś przeprosić. Podniósł gazetę i otworzył ją na stronie z portretem.

– To jest Grifone Lonza.

W oczach posterunkowego doktor dostrzegł błysk zadowolenia.

– Czy mógłby pan teraz przetłumaczyć te słowa? Proszę, panie doktorze. Lonza powiedział to tuż przed śmiercią. Niech pan mi powie, co to znaczy.

– To po włosku. W dialekcie toskańskim. Co prawda brak tu kilku słów, ale jak na kogoś, kto nie zna języka, to bardzo dobra transkrypcja. „Dinanzi a me… Dinanzi a me non fuor cose create se non etterne, e io etterno duro" znaczy: „Starsze ode mnie twory nie istnieją, / Chyba wieczyste – a jam niepożyta". „Lasciate ogni speranza, voi ch'intrate" to: „Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją".

– „Żegnaj się z nadzieją" – powtórzył Rey. – Ostrzegał mnie.

– Nie… nie sądzę. Pewnie myślał, że czyta to na bramach piekieł, sądząc po jego stanie psychicznym.

– Powinien pan podzielić się swoją wiedzą z policją! – krzyknął Rey.

– Gdybyśmy to zrobili, powstałoby jeszcze większe zamieszanie! – Holmes też krzyczał. – Pan nie rozumie, pan nie może zrozumieć, panie oficerze. Tylko my możemy go znaleźć! Myśleliśmy, że się nam udało, że uciekł! Policja wie tyle co nic! Tylko my możemy go powstrzymać!

W usta wpadł mu płatek śniegu. Doktor wytarł zroszone potem czoło i kark.

– Czy nie zechciałby pan wejść do środka? – zapytał Mulata. – Opowiem panu coś, w co być może trudno będzie panu uwierzyć.

Oliver Wendell Holmes i Nicholas Rey siedzieli w pustej sali wykładowej.

– Był rok 1300. „W życia wędrówce, na połowie czasu", poeta, zwany Dantem, obudził się w głębi ciemnego lasu i stwierdził, że jego życie „zeszło z niemylnej drogi". James Russell Lowell lubi mówić, panie oficerze, że my wszyscy wchodzimy dwa razy do ciemnego lasu, raz gdzieś w połowie życia i później, gdy spoglądamy za siebie w chwili śmierci…

Ciężkie, pokryte panelami drzwi do Pokoju Pisarzy uchyliły się o cal; trzech mężczyzn w środku poderwało się na nogi. Stopa w czarnym bucie wsunęła się ostrożnie do środka. Holmes zaczynał się obawiać rzeczy, które może znaleźć za zamkniętymi drzwiami. Posępny na twarzy doktor usiadł na sofie obok Longfellowa, naprzeciw Lowella i Fieldsa, z nadzieją, że skinienie głowy wystarczy im jako odpowiedź na ich powitania.

– Wpadłem do domu przed przyjściem tutaj. Amelia nie chciała mnie wypuścić, przerażona moim wyglądem – Holmes zaśmiał się nerwowo, a w kąciku oka zadrżała mu łza. – A tak na marginesie, dalibyście wiarę, że mięśnie, których używamy do śmiechu i płaczu, znajdują się tuż obok siebie? Moich młodych „barbarzyńców" zawsze to fascynuje.

Czekali, aż Holmes przemówi. Lowell podał mu zmiętą ulotkę, w której obiecywano tysiące dolarów za pomoc w odnalezieniu Phineasa Jennisona.

– A więc już wiecie – rzekł Holmes. – Jennison nie żyje.

Zaczął splątaną, przerywaną dygresjami opowieść od niespodziewanego przyjazdu policyjnego powozu pod jego dom na Charles Street.

– Fort Warren – rzekł Lowell, nalewając sobie trzecią lampkę porto.

– Przemyślny ruch naszego Lucyfera – stwierdził Longfellow. – Cóż, Pieśń osiemnastą, traktującą o schizmatykach, mamy świeżo w pamięci. Aż trudno uwierzyć, że skończyliśmy ją tłumaczyć dopiero wczoraj. Malebolge to szerokie pole kamieni, opisane przez Dantego jako forteca.

– I znowu widzimy – powiedział Lowell – że naszym przeciwnikiem jest przenikliwy umysł uczonego, który z uderzającą trafnością oddaje szczegóły scenerii opisywane przez Dantego. Lucyfer docenia precyzję jego poezji. Piekło Miltona to jeden wielki chaos, lecz Dantejskie jest podzielone na kręgi, zakreślone precyzyjnym cyrklem i tak realne jak nasz świat.

– Teraz tak – odparł Holmes łamiącym się głosem.

Fields nie miał ochoty na prowadzenie literackiej dyskusji.

– Wendell, powiedziałeś, że w czasie gdy popełniono morderstwo, w całym mieście było pełno policji? W jaki sposób Lucyfer mógł ujść ich uwagi?

– Trzeba by mieć dłonie wielkie jak Briareus [55] i tysiąc oczu jak Argus, aby dotknąć czy ujrzeć go – rzekł cicho Longfellow.

Holmes kontynuował relację:

– Jennisona znalazł pijak, który od czasu demobilizacji niekiedy sypia w forcie. Był tam w poniedziałek i nic złego się nie działo. Gdy wrócił w środę, zastał ten potworny widok. Był tak przerażony, że doniósł o tym dopiero następnego dnia, to znaczy dzisiaj. Jennisona widziano ostatni raz we wtorek wieczorem. Tej nocy zostawił łóżko nietknięte. Policja przesłuchała każdego, kogo mogła znaleźć. Prostytutka, która była w porcie we wtorek wieczorem, zeznała, że widziała we mgle postać jakiegoś mężczyzny. Próbowała iść za nim, jak przypuszczam, w celach zawodowych, ale gdy tylko doszła do kościoła, mężczyzna zniknął jej z oczu.

– Więc Jennisona zabito we wtorek wieczorem, a policja nie widziała ciała do czwartku – rozważał Fields. – Ale, Holmes, mówiłeś, że Jennison ciągle… czy to możliwe, że po upływie takiego czasu?…

– Że został zabity we wtorek i żył jeszcze dzisiaj rano, kiedy go widziałem? – zapytał Holmes z rozpaczą. – Ciało było w takich konwulsjach, że gdybym wypił całą Lete, nie mógłbym o tym zapomnieć! Biedny Jennison, został okaleczony tak, że nie mógł przeżyć, to na pewno, ale pocięto go i opatrzono, aby tracił powoli krew, a z nią życie. Przypominało to oglądanie wypalonych fajerwerków piątego lipca, ale stwierdziłem, że nie naruszono żadnego z organów, które mogły spowodować szybki zgon. To była staranna robota, mimo całej tej rzeźni, i robił to ktoś znający się dobrze na ranach wewnętrznych… – Zawahał się. – Być może lekarz – dodał przez zaciśnięte gardło. – Posługiwał się długim, ostrym nożem. Karząc Jennisona, Lucyfer zastosował najdoskonalsze contrapasso. Te ruchy, które widziałem, mój drogi Fields, nie były przejawem życia, ale ostatecznym, śmiertelnym spazmem nerwów. Chwila godna wyobraźni Dantego. Śmierć będąca błogosławieństwem.

– Ale żeby po takich morderczych ciosach… – upierał się Fields. – Chodzi mi o to, że z medycznego punktu widzenia… na Boga, to niemożliwe!

– „Przeżycie" oznacza tutaj niedopełnioną śmierć, a nie choćby częściowe życie. Jennison tkwił uwięziony pomiędzy życiem i śmiercią. Gdybym miał tysiąc języków, nie zdołałbym opisać ogromu jego cierpienia!

– Jaki jest powód karania Phineasa jako schizmatyka? – Lowell starał się zachować naukowy chłód. – Kogo z potępionych spotkał w tym kręgu Dante? Mahometa, Bertranda de Borna, złego doradcę, który poróżnił króla i księcia, ojca i syna, na wzór Absaloma i Dawida… Tych, którzy dokonywali rozłamu w religiach, w rodzinach… Ale dlaczego Phineas Jennison?

– Mimo naszych wysiłków nie dowiedzieliśmy się tego w przypadku Elishy Talbota – zauważył Longfellow. – Czym była jego domniemana tysiącdolarowa symonia? Dwa razy contrapasso i dwa nie wiadomo jakie grzechy. Dante przynajmniej mógł zapytać grzeszników, za co trafili do Piekła.

– Znałeś się przecież z Jennisonem – Fields zwrócił się do Lowella. – Czy nic nie przychodzi ci na myśl?

– Był moim przyjacielem… – Lowell pochylił głowę. – Nie szukałem u niego wad! Słuchał, jak skarżyłem się na zniżki akcji, na wykłady, na doktora Manninga i przeklętą Korporację. Zawsze zagrzewał mnie do boju. To prawda, czasem ponosił go zapał; od lat brał udział w każdym głośnym przedsięwzięciu. Koleje, fabryki, huty… ale jak wiesz, Fields, nie znam się zbytnio na prowadzeniu interesów.

– Posterunkowy Rey ma umysł ostry jak brzytwa – westchnął Holmes – i chyba od początku podejrzewał, że coś wiemy. W sposobie zabicia Jennisona dostrzegł analogię z tym, co przypadkiem usłyszał podczas spotkania Klubu. Powiązał zasadę contrapasso i schizmatyków z Jennisonem, a gdy wyjaśniłem mu więcej, od razu skojarzył wpływ Dantego z zabójstwami sędziego Healeya i wielebnego Talbota.

– Grifone Lonza także to zauważył, zanim popełnił samobójstwo na posterunku – powiedział Lowell. – Biedak, widział Dantego wszędzie i tym razem się nie pomylił. Często myślałem podobnie o przemianie Dantego. Umysł poety, bezdomnego na tej ziemi za przyczyną swoich wrogów, zwraca się ku straszliwym zaświatom. Czyż nie jest naturalne, że pozbawiony wszystkiego, co kochał w tym życiu, rozmyślał już tylko o następnym? Wychwalamy go za jego zdolności, lecz tak naprawdę Dante Alighieri nie miał innego wyboru, musiał napisać to, co napisał, i to krwią serdeczną. Nic dziwnego, że zaraz po ukończeniu poematu umarł.

– A co Rey zrobi teraz, gdy wie o naszym udziale w sprawie? – spytał Longfellow.

Doktor wzruszył ramionami.

– Ukrywaliśmy informacje, utrudnialiśmy śledztwo w sprawie dwóch, a teraz już trzech najstraszliwszych mordów w dziejach Bostonu! Rey może choćby w tej chwili złożyć doniesienie na nas i na Dantego! Dlaczego się przejmować jakimś tomem poezji? I dlaczego my przejmujemy się nim aż tak bardzo? – Holmes z trudem wstał z fotela i podciągnąwszy swe szerokie spodnie, zaczął nerwowo chodzić po pokoju.

Gdy Fields zorientował się, że doktor zbiera się do wyjścia, podniósł głowę, którą do tej pory opierał na rękach.

– Chciałem przekazać to, czego się dowiedziałem – odezwał się Holmes stłumionym głosem. – Nie mogę już dłużej.

– Odpocznij sobie teraz… – zaczął Fields.

– Nie, kochany Fields – doktor potrząsnął głową. – Nie tylko teraz.

– Co mówisz?! – krzyknął Lowell.

– Holmes – dołączył się Longfellow. – Wiem, że to brzmi nieodpowiedzialnie, ale musimy walczyć!

– Nie możesz się teraz wycofać! – krzyczał dalej Lowell.

– Gdy jego głos wypełnił pokój, poczuł się znowu silny. – Jesteśmy już za daleko, Holmes!

– Od początku byliśmy za daleko – odparł cicho doktor.

– Za daleko od naszego właściwego miejsca. Przykro mi, James, nie wiem, co posterunkowy Rey zamierza zrobić, ale ja będę mu pomagał, cokolwiek postanowi, i chcę, żebyście postąpili podobnie. Mam tylko nadzieję, że nie aresztują nas za utrudnianie śledztwa albo nawet za współudział w zbrodni. Czyż nie jesteśmy współwinni? Każdy z nas przyczynił się do tego, że zabójstwa trwają nadal.

– Więc nie powinieneś donosić na nas Reyowi! – Lowell poderwał się z siedzenia.

– A co ty byś zrobił na moim miejscu? – spytał Holmes.

– Nie możesz tego tak zostawić, Wendell! Mleko się rozlało. Przyrzekłeś chronić Dantego, jak my wszyscy, w domu Longfellowa, choćby świat miał się zawalić!

Ale doktor nałożył już kapelusz i dopinał płaszcz.

– Qui a bu boira - powiedział Lowell. – Pijak zawsze wróci do wódki.

– Wy tego nie widzieliście! – wszystkie skrywane dotąd uczucia Holmesa wybuchły, gdy został zaatakowany przez Lowella. – To ja musiałem oglądać dwa straszliwie okaleczone ciała, a nie wy, śmiali uczeni! To ja zszedłem do jamy Talbota, to ja wąchałem zapach śmierci! To ja musiałem to przeżyć, podczas gdy wy możecie analizować wszystko, siedząc bezpiecznie przy kominku, przepuszczając wszystko przez słowa!

– Bezpiecznie! Zaatakowały mnie rzadkie, ludożercze owady; nie powinieneś zapominać, że niemal zginąłem! – krzyknął Lowell.

Holmes zaśmiał się szyderczo.

– Wolę tysiąc much mięsnych niż jeden taki widok!

– Holmes – powiedział błagalnym tonem Longfellow. – Pamiętaj, co Wergiliusz mówi pielgrzymowi: to lęk jest największą przeszkodą w drodze.

– Nic mnie nie obchodzi, co mówi Wergiliusz! Dosyć, Longfellow! Rezygnuję! Nie my pierwsi usiłujemy zmierzyć się z poezją Dantego, i być może to zadanie będzie zawsze skazane na porażkę! Czy choć raz pomyślałeś, że Wolter miał rację: Dante był tylko wariatem, a jego dzieło to monstrum. Dante utracił Florencję, lecz zemścił się, tworząc dzieło, w którym uczynił z siebie Boga. A teraz my rozpętaliśmy piekło w mieście, które podobno kochamy, i będziemy musieli za to zapłacić!

– Dosyć, Holmes! Dosyć! – wrzasnął Lowell, stając przed Longfellowem, jak gdyby chciał go zasłonić przed słowami.

– Sam syn Dantego uważał go za szaleńca, który twierdzi, że zwiedził Piekło. Przez całe życie próbował wyzwolić się od wierszy ojca! – ciągnął nieubłaganie doktor. – Czemu my mielibyśmy ryzykować, aby go ocalić? Commedia to nie list miłosny. Dante miał za nic Beatrycze i Florencję! Dał upust swoim frustracjom, wyobrażając sobie, jak jego wrogowie wiją się z bólu i błagają o litość! Czy choć raz wspomniał swoją żonę? Choć raz? Tak mścił się za niepowodzenia! Chcę tylko ocalić nas przed stratą wszystkiego, co cenimy! Tylko tego chciałem od początku!

– Nie chcesz przyjąć do wiadomości, że ktokolwiek może być winny – odparł Lowell. – Tak jak nie chciałeś wierzyć, że Bachi jest winny, jak uważałeś, że profesor Webster jest bez skazy, nawet gdy już wisiał!

– Nie, to nie tak! – zaprotestował Holmes.

– Nieźle się nam przysłużyłeś, Holmes, nieźle! – Lowell podniósł głos do krzyku. – Lepiej byśmy zrobili, biorąc do Klubu twojego syna! Mielibyśmy przynajmniej jakąś szansę na zwycięstwo!

Chciał mówić dalej, ale dłoń Longfellowa, zwykle tak delikatna, zacisnęła się w stalowym uścisku na ramieniu poety.

– Nie zaszlibyśmy tak daleko bez ciebie, drogi przyjacielu – powiedział cicho Longfellow. – Proszę, odpocznij trochę; przekaż nasze pozdrowienia pani Holmes…

Doktor wyszedł z Pokoju Pisarzy. Gdy Longfellow rozluźnił chwyt, Lowell podążył za przyjacielem do drzwi. Holmes spiesznie zszedł do westybulu, oglądając się na Lowella, który wydawał się go śledzić, wbijając weń zimny wzrok. Gdy Holmes skręcił za róg, wpadł na wózek z papierem popychany przez Teala – pracującego u Fieldsa nocnego subiekta, którego usta wiecznie się poruszały, jakby coś przeżuwał. Holmes upadł na podłogę, wózek wywrócił się, zasypując papierami westybul i leżącego doktora. Teal odsunął nogą papiery i z wyrazem szczerej życzliwości na twarzy podszedł do niego, aby pomóc mu wstać. Lowell także odruchowo ruszył w stronę przyjaciela, lecz nagle zatrzymał się, a jego gniew wybuchł z nową siłą, podsycony wstydem za chwilę słabości.

– Tak, teraz jesteś szczęśliwy, Holmes! Longfellow potrzebował nas! Zdradziłeś go w końcu! Zdradziłeś Klub Dantego!

Teal, gapiąc się w przestrachu na krzyczącego Lowella, zdołał wreszcie podnieść Holmesa.

– Bardzo pana przepraszam – wyszeptał.

Choć całe zdarzenie nastąpiło z jego winy, Holmes z trudem wykrztusił słowa przeprosin. Dostał tym razem niezwykłego ataku astmy, połączonego z charczeniem i sapaniem – czuł, jak kurczą mu się gardło i płuca. Zazwyczaj miał wrażenie, że potrzebuje więcej powietrza, aby złapać oddech; teraz zdawało mu się, że powietrze jest dla niego zabójczą trucizną.

Lowell wpadł z powrotem do Pokoju Pisarzy, zatrzaskując za sobą drzwi. Pierwsze, co dostrzegł, to tajemniczy wyraz twarzy Longfellowa. Poeta miał zwyczaj zamykać wszystkie okiennice na każdy zwiastun burzy; wyjaśniał, że nie znosi takich gwałtownych odgłosów. Teraz także wyglądał, jakby chciał się schować. Najwyraźniej Longfellow powiedział właśnie coś do Fieldsa, gdyż wydawca zastygł pochylony do przodu, w oczekiwaniu na dalsze słowa.

– Longfellow – jęknął Lowell. – Powiedz, jak on mógł nam to zrobić? Jak mógł to zrobić właśnie teraz?

Fields potrząsnął głową.

– Lowell, Longfellow sądzi, że zauważył coś nowego – powiedział, tłumacząc zagadkowy wyraz jego twarzy. – Pamiętasz, że zaledwie zeszłej nocy zaczęliśmy się zajmować pieśnią, w której mowa o schizmatykach?

– Oczywiście. A co ty o tym myślisz, Longfellow? – spytał Lowell.

Longfellow zaczął ściągać płaszcz z wieszaka, równocześnie wyglądając przez okno.

– Fields, czy zastaniemy pana Houghtona w Riverside?

– Houghton jest zawsze w Riverside; wychodzi tylko do kościoła. Na cóż on może się nam przydać?

– Musimy tam iść niezwłocznie – odparł poeta.

– Zauważyłeś coś szczególnego? – Serce Lowella wypełniła nadzieja.

Zdawało mu się, że Longfellow zastanawia się nad odpowiedzią, lecz nie odezwał się ani słowem w drodze przez rzekę do Cambridge.

Gdy znaleźli się w olbrzymim ceglanym budynku mieszczącym drukarnię Riverside Press, Longfellow poprosił jej właściciela, pana Houghtona, o jego zapiski dotyczące przygotowań do druku poematu Dantego. Mimo nietypowego tematu, przekład, który miał przerwać wieloletnie milczenie najbardziej wielbionego poety w całej historii Stanów Zjednoczonych, był z niecierpliwością oczekiwany przez miłośników literatury. Dzięki reklamie, jaką planował Fields, pierwsze pięć tysięcy egzemplarzy powinno było się sprzedać w ciągu miesiąca. Przewidując to, Oscar Houghton przygotowywał matryce drukarskie z poprawionych przez Longfellowa korekt i skrupulatnie odnotowywał daty każdej czynności.

Trzej uczeni rozsiedli się w prywatnym kantorku drukarza.

– Nic z tego nie rozumiem – powiedział Lowell, który nie potrafił się skupić nie tylko na cudzych, ale nawet na własnych planach wydawniczych.

Fields pokazał mu harmonogram.

– Longfellow oddaje poprawione korekty tydzień po naszych spotkaniach. Tak więc spotkania naszego Klubu odbywają się zawsze w środę poprzedzającą oddanie korekt. Ich dokładne daty łatwo ustalić na podstawie zapisków, które skrupulatnie prowadzi pan Houghton. Pieśń trzecią, o Ignavi, „obojętnych", tłumaczyliśmy jakieś trzy, cztery dni po zabójstwie sędziego Healeya. Zabójstwa wielebnego Talbota dokonano trzy dni przed spotkaniem, które miało być poświęcone tłumaczeniu pieśni od siedemnastej do dziewiętnastej. W tej ostatniej znajdował się opis kary symoniaków.

– Ale wtedy dowiedzieliśmy się o morderstwie! – zauważył Lowell.

– Tak, i zmieniłem plan, wybierając w ostatniej chwili pieśń, w której Dante spotyka Ulissesa, tak abyśmy mogli przygotować się duchowo do tamtych, i sam zabrałem się do pominiętych pieśni. Wreszcie, według wszelkich danych, Phineas Jennison został zmasakrowany we wtorek, dzień przed wczorajszym tłumaczeniem wierszy, które stały się inspiracją dla tej ohydnej zbrodni.

Lowell zbladł i zaraz gwałtownie poczerwieniał na twarzy.

– Teraz rozumiem, Longfellow! – krzyknął Fields.

– Każda zbrodnia – powiedział Longfellow – każda zdarzyła się tuż przedtem, zanim nasz Klub przetłumaczył pieśń, na której wzorował się morderca.

– Jak mogliśmy tego nie zauważyć? – zawołał wydawca.

– Ktoś się z nami bawi! – zahuczał Lowell i ściszając głos, wyszeptał: – Ktoś obserwował nas od początku, Longfellow! To musiał być ktoś, kto słyszał o naszym Klubie! Kimkolwiek jest, synchronizuje zbrodnie z postępami naszego tłumaczenia!

– Poczekaj, to może być po prostu tragiczny zbieg okoliczności – Fields spojrzał znowu na wykaz. – Zobaczcie. Przetłumaczyliśmy niemal dwa tuziny pieśni Piekła, a były tylko trzy zabójstwa.

– Trzy tragiczne zbiegi okoliczności – zauważył Longfellow.

– Nie ma żadnych zbiegów okoliczności – upierał się Lowell. – Lucyfer ścigał się z nami, aby zobaczyć, co będzie pierwsze: tłumaczenie Dantego krwią czy atramentem! I za każdym razem przegrywamy wyścig o dwie lub trzy długości!

– Ale kto mógłby znać nasz plan z góry? – zaprotestował wydawca. – I dysponować wystarczającym czasem, aby zaplanować tak skomplikowane zbrodnie? Przecież nie mamy żadnego programu. Czasami nie spotykamy się co tydzień. Bywa, że Longfellow opuszcza pieśń czy dwie, bo nie jesteśmy do nich jeszcze przygotowani, i tłumaczymy nie po kolei.

– Moja Fanny nie wiedziałaby, do której pieśni siadamy, nawet gdyby to ją interesowało – przyznał Lowell.

– Kto mógłby znać takie szczegóły, Longfellow? – spytał Fields.

– Gdyby to była prawda – Lowell wpadł mu w słowo – znaczyłoby to, że pośrednio przyczyniliśmy się do tych morderstw!

Zamilkli. Fields spojrzał na Longfellowa, jakby chcąc go bronić.

– Brednie! – krzyknął. – Czyste brednie, Lowell!

Lepsze argumenty nie przychodziły mu na myśl.

– Nie będę udawał, że rozumiem ten dziwny układ zdarzeń – wyznał Longfellow, wstając zza biurka Houghtona – ale nie możemy dłużej uciekać od ich skutków. Niezależnie od tego, co postanowi posterunkowy Rey, nie możemy uważać naszego udziału w Klubie jedynie za przywilej. Trzydzieści lat minęło od szczęśliwych czasów, kiedy pierwszy raz siadłem za biurkiem, aby tłumaczyć Komedię. Traktowałem poemat z takim nabożeństwem, że niekiedy mnie to paraliżowało. Ale teraz musimy się spieszyć, aby zakończyć pracę, zanim zdarzy się następna tragedia.

Gdy Fields odjechał powozem do Bostonu, Lowell i Longfellow w sypiącym śniegu ruszyli piechotą do swoich domów. Wiadomość o śmierci Phineasa Jennisona błyskawicznie rozeszła się po mieście. Cisza pod wiązami na Cambridge Street była ogłuszająca. Wieńce białego jak śnieg dymu, który unosił się z kominów, znikały jak duchy. Okna o nie zasuniętych okiennicach były zasłonięte od środka wilgotnymi ubraniami. Na zewnątrz panowała zbyt niska temperatura, by je suszyć. Domy, z nowymi żelaznymi zamkami i metalowymi łańcuchami, szczelnie zamknięto, zgodnie z zaleceniem miejscowych stróżów porządku. Niektórzy z mieszkańców zmajstrowali nawet rodzaj alarmu przy drzwiach, używając elektrycznych urządzeń sprzedawanych przez domokrążców z Zachodu. Dzieci nie bawiły się w puszystych zaspach. Po trzech zabójstwach nie dało się już ukryć, że dokonał ich jeden człowiek. Gazety szybko rozpowszechniły wiadomość, że ubranie każdej z ofiar leżało schludnie złożone na miejscu zbrodni; całe miasto nagle poczuło się nagie. Przerażenie, które zapanowało od śmierci Artemusa Healeya, zeszło teraz z Beacon Hill, wzdłuż Charles Street, Zatoki Back i przez most dotarło do Cambridge. Nagle wydało się, że jest wiele irracjonalnych, ale nieodpartych powodów, aby wierzyć w gniew Boży, w apokalipsę.

Longfellow zatrzymał się, gdy mijali przecznicę od Craigie House.

– Czy nie jesteśmy za to odpowiedzialni? – własny głos wydawał mu się przeraźliwie cichy.

– Nie nabijaj sobie tym głowy. Nie wiedziałem, co mówię, Longfellow.

– Bądź ze mną uczciwy, Lowell. Czy nie myślisz?…

Słowa Longfellowa przerwał pisk dziewczynki, który wydawał się wstrząsać fundamentami okolicznych budynków. Pod Longfellowem ugięły się nogi, gdy zorientował się, że głos dobiega z jego domu. Wiedział, że będzie musiał biec wzdłuż Brattle Street, przez całun śniegu. Na jedną krótką chwilę sparaliżowały go własne wspomnienia, jak wtedy, gdy budząc się z koszmaru, szukał śladów nieszczęścia we własnym spokojnym pokoju. „Dlaczego nie zdołałem jej uratować?"

– Biec po strzelbę? – krzyknął w panice Lowell.

Longfellow bez słowa rzucił się naprzód.

Obaj dobiegli do progu Craigie House niemal równocześnie, co stanowiło nie byle jakie osiągnięcie dla Longfellowa, który, w odróżnieniu od Lowella, nie był przyzwyczajony do fizycznego wysiłku. Wpadli razem do przedsionka. W salonie ich oczom ukazał się Charley Longfellow, jeden z synów poety, który klęczał obok małej Annie Allegry. Usiłował uspokoić piszczącą z radości dziewczynkę, zachwyconą prezentami, które właśnie dostała od brata. Trap poszczekiwał i radośnie merdał krótkim, grubym ogonem. Alice Mary weszła do pokoju, by ich przywitać.

– Och, tatusiu – zawołała. – Charley właśnie przyjechał do domu na Święto Dziękczynienia. Przywiózł nam francuskie kurtki w czerwonoczarne pasy! – Dziewczynka zaprezentowała im na sobie jedną z nich.

– Bosko wyglądasz! – zawołał Charley. Objął ojca. – Ależ tato, jesteś blady jak prześcieradło! Źle się czujesz? Chciałem zrobić ci małą niespodziankę! Może zbyt szybko się starzejesz? – zaśmiał się.

Jasna skóra Longfellowa po chwili odzyskała kolor. Poeta odciągnął Lowella na bok.

– Charley wrócił do domu – szepnął konspiracyjnym tonem, jakby przyjaciel sam tego nie widział.

Później tego wieczoru, gdy dzieci już spały na piętrze, a Lowell wrócił do domu, Longfellow poczuł głęboki spokój. Oparł się na pulpicie i przesunął dłonią po gładkim drewnie, na którym napisał większość swoich tłumaczeń. Gdy po raz pierwszy brał się do lektury Dantego, nie wierzył w wielkość poety. Miał obawy, czy tak wspaniałemu początkowi dorówna zakończenie. Jednak Dante nie obniżał lotów przez cały poemat, a Longfellow podziwiał coraz bardziej jego nie tylko wielką, lecz nieustającą siłę. Styl zmieniał się razem z treścią, przybierał jak przypływ, tak że w końcu jego wzbierające wody unosiły czytelnika, obciążonego wątpliwościami i strachem. Poeta starał się być wierny florentyńczykowi, lecz niekiedy Dante zdawał się kpić z niego, a jego myśl wybiegała poza słowa, poza granice języka. Longfellow czuł się wtedy jak rzeźbiarz, który nie mogąc oddać w zimnym marmurze piękna ludzkiego oka, używa sztuczek: osadza głębiej oko lub wysuwa czoło do przodu.

Ale Dante opierał się mechanicznym chwytom, ukrywał się, żądał cierpliwości. Kiedy tłumacz i poeta grzęźli w tym impasie, Longfellow zatrzymywał się i myślał: Tu Dante odłożył pióro – dalej jest tylko czysta karta. Jak będzie wypełniona? Jakie nowe postaci się pojawią? Jakie nowe nazwiska? Wtedy poeta znów sięgał po pióro – z wyrazem radości lub oburzenia pisał dalej – a Longfellow podążał za nim bez lęku.

Czujne uszy Trapa, który leżał zwinięty w kłębek u stóp Longfellowa, pochwyciły cichy chrobot, podobny do dźwięku, jaki wydaje paznokieć skrobiący o tablicę. Pewnie zaskrzypiał lód na szybie smaganego wiatrem okna.

O drugiej nad ranem Longfellow nadal tłumaczył. Choć w kominku buzował ogień, rtęć w termometrze nie chciała się wznieść powyżej 60° Fahrenheita [56] i zrażona zaraz spadała. Poeta postawił świeczkę przy jednym z okien i wyjrzał przez drugie na piękne drzewa, ozdobione pióropuszami śniegu. Noc była bezwietrzna i oświetlone drzewa wyglądały jak wielkie, ozdobne choinki pod gołym niebem. Gdy Longfellow zamykał okiennice, zauważył jakieś dziwne znaki na jednym z okien.

Ponownie otworzył okiennice. Dźwięk, który słyszał wcześniej, nie był więc skrzypieniem lodu, ale odgłosem noża rysującego szkło. A zatem był tylko o kilka stóp od przeciwnika. Z początku znaki wycięte na szybie wyglądały niezrozumiale:

ENOIZUDART AIM AL

Longfellow po chwili pojął ich znaczenie, ale mimo to włożył kapelusz, szalik i płaszcz i wyszedł przed dom, gdzie mógł już z łatwością przeczytać pogróżkę, przesuwając palcami po ostrych krawędziach liter:

LA MIA TRADUZIONE

MOJE TŁUMACZENIE

12

Naczelnik Kurtz wywiesił na tablicy na głównym posterunku obwieszczenie, że za kilka godzin wyrusza pociągiem na objazd Nowej Anglii z cyklem wykładów o nowych metodach pracy policji.

– Mam ratować reputację miasta, jak twierdzą radni – Kurtz wyjaśnił Reyowi. – Kłamcy.

– Więc po co pana wysyłają?

– Aby usunąć mnie z drogi detektywom. Zgodnie z uchwałą jestem jedynym oficerem policji w departamencie, który ma prawo nadzorować biuro śledcze. Te łotry będą miały odtąd wolną rękę. Śledztwo należy teraz tylko do nich; nie będzie tu nikogo, kto mógłby ich powstrzymać.

– Ale, panie naczelniku, oni szukają nie tam, gdzie trzeba. Chcą tylko pokazowego aresztowania.

Kurtz wbił w niego wzrok.

– A pan, panie posterunkowy, ma tu zostać i robić, co panu kazano. Czy to jasne? Aż sprawa zostanie wyjaśniona. Co może zająć wiele czasu.

Rey zamrugał powiekami.

– Panie naczelniku, mam panu wiele do powiedzenia…

– Wszystko, czego się pan dowiedział albo co pan sobie wymyślił, ma pan powtórzyć detektywowi Henshawowi i jego ludziom.

– Panie naczelniku…

– To wszystko, Rey! Mam pana sam zaprowadzić do Henshawa?

Rey zawahał się, ale pokręcił głową. Kurtz chwycił Mulata za ramię.

– Czasami trzeba się zadowolić wiedzą, że nic więcej nie da się już zrobić.

Gdy wieczorem Rey wracał do domu, spostrzegł w pewnym momencie, że podchodzi do niego odziana w płaszcz, zakapturzona postać. Gdy kobieta zdjęła kaptur, przez ciemną woalkę przebiła się mgiełka przyspieszonego oddechu. Mabel Lowell podniosła welon i utkwiła wzrok w policjancie.

– Panie posterunkowy, pamięta mnie pan? Spotkał mnie pan, gdy szukał pan profesora Lowella. Mam coś dla pana. Powinien to pan zobaczyć – wyjęła spod płaszcza grubą paczkę.

– Jak mnie pani znalazła, panno Lowell?

– Mam na imię Mabel. Czy myśli pan, że tak trudno znaleźć jedynego Mulata w policji bostońskiej? – Jej usta wygięły się w wymuszonym uśmiechu.

Rey po sekundzie wahania otworzył pakunek i wyjął kilka kartek.

– Chyba nie powinienem brać tego od pani. Czy to własność pani ojca?

– Tak – przyznała Mabel.