/ Language: Polski / Genre:prose_contemporary,

Gawędziarz

Mario Llosa

Zwiedzając we Florencji wystawę fotografii peruwiańskiej Amazonii, Vargas Llosa przywołuje w pamięci postać przyjaciela z czasów studenckich. Saul Zuratas, peruwiański Żyd, pasjonował się bowiem kiedyś Amazonią, jej mieszkańcami, szczególnie zaś nielicznym, wędrującym plemieniem Macziguengów. Opowieść Llosy jest próbą rekonstrukcji losów Saula Zuratasa i zarazem próbą odnalezienia dowodów poświadczających, że wśród Macziguengów żył gawędziarz podtrzymujący więzi plemienne opowieściami o dziejach mitycznych i przekazywaniem wiadomości o życiu poszczególnych rodzin rozproszonych po Amazonii. Losy Zuratasa i Macziguengów okazują się ze sobą sprzęgnięte. Chyba że historia rekonstruowana przez Vargasa Llose jest… kolejną opowieścią nieuchwytnego gawędziarza.

Mario Vargas Llosa

Gawędziarz

Tytuł oryginalny: El hablador

Tłumacz: Marrodán Casas Carlos

I

Przyjechałem do Florencji, by na czas jakiś zapomnieć o Peru i Peruwiańczykach, i trzeba trafu, że właśnie tu, dziś rano, zupełnie niespodziewanie i dziwnie, dopadł mnie ten mój kraj nieszczęsny. Zwiedziłem zrekonstruowany dom Dantego, kościółek San Martino del Vescovo i uliczkę, gdzie, jak mówi legenda, poeta po raz pierwszy ujrzał Beatrycze, kiedy w zaułku Santa Margherita mój wzrok znienacka przyciągnęła witryna: łuki, strzały, ociosane wiosło, dzban z geometrycznymi wzorami i manekin okryty cushmą z dzikiej bawełny. Ale dopiero trzy, może cztery, fotografie przywróciły mi nagle smak peruwiańskiej selwy. Szerokie rzeki, masywne drzewa, kruche czółna, wątłe chaty na palach i zbite grupki półnagich, wymalowanych mężczyzn i kobiet bacznie wpatrujących się we mnie z błyszczących zdjęć.

Oczywiście wszedłem. Nie bez dziwnego dreszczyku i nie bez przeczuć, że oto dla zaspokojenia najzwyklejszej ciekawości popełniam idiotyzm, w pewnej mierze narażając na porażkę tak ładnie obmyślony i do tej pory skrupulatnie realizowany plan – przez parę miesięcy i w całkowitej samotności czytanie Dantego i Machiavellego i oglądanie malarstwa renesansowego – zarazem ściągając na siebie jedną z tych cichych katastrof, które od czasu do czasu wywracają moje życie do góry nogami. Ale oczywiście wszedłem.

Galeria była maciupka. Jedno niskie pomieszczenie, do którego, chcąc wyeksponować wszystkie fotografie, dodatkowo wstawiono dwa panele naszpikowane zdjęciami z obu stron. Chuda, siedząca za stolikiem dziewczyna w okularach popatrzyła na mnie. Czy można zwiedzić wystawę „I nativi delia foresta amazonka”?

– Certo. Avanti, avanti.

W galerii nie było żadnych przedmiotów, wyłącznie zdjęcia, co najmniej pięćdziesiąt, w większości stosunkowo dużego formatu. Pozbawione były podpisów, niemniej jednak ktoś, być może sam Gabriele Malfatti, napisał na paru karteczkach, że zdjęcia zostały zrobione podczas dwutygodniowej podróży po amazońskiej części departamentów Cusco i Madre de Dios, na peruwiańskim Wschodzie. Zamiarem artysty było ukazanie „bez demagogii i estetyzowania” codziennej egzystencji rozproszonego w jedno- lub dwurodzinne grupy plemienia, które jeszcze parę lat temu prawie nie miało kontaktu z naszą cywilizacją. Dopiero w naszej epoce plemię zaczynało grupować się w miejscach udokumentowanych na wystawie, choć wielu jego członków nadal żyło w niedostępnych lasach. Zhispanizowana nazwa plemienia została podana bezbłędnie: Macziguengowie.

Fotografie dość dobrze oddawały intencje Malfattiego. Bo rzeczywiście byli na nich Macziguengowie rzucający z brzegu rzeki harpunem lub pod osłoną zarośli czatujący z łukiem na kapibarę lub pekari; byli tam, przy zbiorze manioku na maleńkich działeczkach rozrzuconych wokół nowych – i przypuszczalnie pierwszych w długiej historii plemienia – osad; przy karczowaniu lasu maczetami i układaniu liści palmowych dla pokrycia nimi domostw. Siedząca wkoło grupka kobiet plotła maty i kosze, inna grupka pracowała przy wieńcach, sczepia-jąc i przystrajając drewniane obręcze okazałymi piórami rozmaitych papug. Byli tam, starannie malując twarze i ciała farbą z acziote, rozpalając ogniska, susząc skóry, fermentując maniok na masato w naczyniach w kształcie kanoe. Zdjęcia nader wymownie ukazywały, jaką są garstką wobec otaczającego ich ogromu nieba, wody i roślinności, przedstawiały ich życie kruche i skromne, ich odosobnienie, ich archaizm, ich bezbronność. I rzeczywiście: bez demagogii i estetyzowania.

To, co powiem, nie jest późniejszym wymysłem ani zafałszowanym wspomnieniem. Jestem pewien, że przechodziłem od jednego zdjęcia do drugiego, doznając emocji, która w pewnej chwili przerodziła się w lęk. Co ci jest? Skąd nagle ten niepokój? Czego spodziewasz się po tych zdjęciach?

Już na pierwszych fotografiach rozpoznałem polany, na których powstały osady Nueva Luz i Nuevo Mundo – byłem tam niespełna trzy lata temu – ba! – do tego stopnia, iż ujrzawszy tę ostatnią osadę na zdjęciu z lotu ptaka, natychmiast odtworzyłem w pamięci poczucie nieuchronnej katastrofy, jakiego tam doznałem przy akrobatycznym lądowaniu cessną Instytutu Lingwistycznego prześlizgującą się pomiędzy dzieciarnią Macziguengów. Przysiągłbym również, że rozpoznaję twarze niektórych mężczyzn i kobiet, z którymi przy pomocy Mr. Schneila rozmawiałem. Nabrałem zaś co do tego całkowitej pewności, gdy na kolejnej fotografii ujrzałem ten sam, zachowany w mej pamięci, wzdęty brzuszek i te same żywe oczka dzieciaka z nosem i ustami zżartymi przez liszajec. Przed obiektywem demonstrował, z tą samą prostodusznością i naturalnością, z jaką i nam ją pokazywał, ową jamę z kłami, podniebieniem i migdałami, przydającą mu wyglądu tajemniczej bestii.

Fotografia, na którą już z chwilą wejścia do galerii miałem nadzieję trafić, wisiała pośród ostatnich eksponowanych zdjęć. Już na pierwszy rzut oka można było dostrzec, iż owa wspólnota mężczyzn i kobiet siedząca w krąg na sposób amazoński – podobny do wschodniego: skrzyżowane, poziomo ułożone nogi, tułów bardzo wyprostowany – i skąpana w zanikającym już świetle zmierzchu przechodzącego w noc, znajdowała się w stanie hipnotycznego skupienia. Jak zaczarowana. W absolutnym bezruchu. Wszystkie twarze kierowały się, niczym promienie koła, ku znajdującej się w samym środku męskiej postaci, która, stojąc w otoczeniu magnetyzowanej przez nią grupy Macziguengów, przemawiała, gestykulując. Mrowie przeszło mi po plecach. Pomyślałem: „Jak ten Malfatti to zrobił, jakim cudem pozwolili mu…?” Pochyliłem się, zbliżyłem twarz do fotografii. Wpatrywałem się w nią, wąchałem, pożerałem ją oczami i wyobraźnią, póki nie poczułem, że dziewczyna z galerii wstaje zaniepokojona, by podejść do mnie.

Usiłując się uspokoić, zapytałem, czy można kupić te zdjęcia. Nie, chyba nie. Są własnością wydawnictwa Rizzoli. Zdaje się, że planują opublikowanie albumu. Poprosiłem, by skontaktowała mnie z autorem zdjęć. To niemożliwe, niestety.

– Il signore Gabriele Malfatti e morto.

Umarł? Tak. Chyba na febrę. Nabawił się w tamtej puszczy jakiegoś wirusa. Biedak! Był fotografem mody, pracował dla „Vogue’a”, dla „Uomo” i tym podobnych pism, fotografował modelki, meble, biżuterię, stroje. Całe życie marzył o zrobieniu czegoś innego, bardziej osobistego, tak jak ta podróż do Amazonii. I kiedy wreszcie marzenie się spełniało i mieli wy-, dać książkę z jego pracami, on umiera! A teraz, dispiaceva, ale zbliża się pora pranzo i musi zamknąć galerię.

Podziękowałem jej. Zanim wyszedłem zmierzyć się po raz kolejny z florenckimi cudami i z hordami turystów, zdołałem rzucić jeszcze po raz ostatni okiem na fotografię. Oczywiście! Nie ma najmniejszej wątpliwości. Gawędziarz.

II

Saul Zuratas miał sinofioletowe znamię zakrywające mu cały lewy policzek i mocno rude, rozwichrzone niczym zużyta szczotka włosy. Znamię z całą bezwzględnością rozciągało się na ucho, usta i nos, pokrywając je również żyłkowatym obrzękiem. Był najbrzydszym chłopakiem na świecie; ale zarazem najsympatyczniejszym i najzacniejszym. Nie poznałem nigdy nikogo, kto już od pierwszej chwili sprawiałby wrażenie osoby tak otwartej, bezpretensjonalnej, prostodusznej i bezinteresownej, nikogo, kto w każdych okolicznościach potrafiłby okazywać tyle szczerości i serca. Poznałem go podczas egzaminów wstępnych na studia i nawet łączyła nas w miarę zażyła przyjaźń -jeżeli można w ogóle przyjaźnić się z archaniołem -szczególnie w okresie dwóch pierwszych lat, kiedy razem studiowaliśmy na wydziale humanistycznym. W dniu, w którym go poznałem, uprzedził mnie, śmiejąc się od ucha do ucha i palcem wskazując na swoje znamię:

– Mówią na mnie Maskamiki, stary. Nie męcz się. I tak nie zgadniesz dlaczego, zakład?

Również na Uniwersytecie San Marcos wszyscy go tak przezywaliśmy. Urodził się w Talarze i przyjaźnił się, kolegował i był na ty z całym światem. W każdym wypowiadanym przezeń zdaniu musiało pojawić się słowo lub powiedzenie z gwary knajackiej, co nawet najpoważniejszym i najintymniejszym rozmowom przydawało kpiarskiego tonu. Mój problem, mówił, polega na tym, że ojciec za dużo zarobił w swoim sklepiku, tam, w Talarze, i to tyle, że nagle postanowił przeprowadzić się do Limy. I ledwie znaleźli się w stolicy, staremu nagle odbiło na punkcie judaizmu. Saul jakoś nie pamięta, żeby tam, na północy, tak przejmował się religią. Owszem, czytywał

Biblię, ale nigdy nie dawał Saulowi do zrozumienia, że ten należy do innej rasy i jest innej wiary niż reszta chłopaków w mieście. A tu, w Limie, proszę bardzo. Cholery można było dostać! Druga młodość, trzecie zęby. A raczej wiara Abrahama i Mojżesza. A co! My, katolicy, farciarze jesteśmy. Katolicyzm to mięta, co niedziela pół godzinki mszy, w każdy pierwszy piątek miesiąca komunia i po krzyku. Za to on w każdą sobotę musiał odsiedzieć ileś tam godzin w synagodze, walcząc z sennością i udając zainteresowanie naukami rabina -których nie rozumiał ni w ząb – żeby nie sprawić przykrości ojcu, który w końcu swoje lata miał, a w ogóle dusza nie człowiek. Ale gdyby Maskamiki mu powiedział, że już dawno przestał wierzyć w Boga i że w sumie przynależność do narodu wybranego obchodzi go tyle co nic, biedny don Salomon mógłby jeszcze dostać apopleksji.

Poznałem don Salomona wkrótce po zaprzyjaźnieniu się z Saulem, gdy ten zaprosił mnie pewnej niedzieli na obiad. Mieszkali w dzielnicy Brena, na tyłach szkoły La Salle, w zapuszczonym zaułku przy alei Arica. W rozległym mieszkaniu pełno było starych mebli i była też gadająca papużka o kafkowskim imieniu i nazwisku, która nieustannie powtarzała przezwisko Saula: „Maskamiki! Maskamiki!” Ojciec i syn mieszkali sami z przybyłą z nimi z Talary służącą, która przygotowywała posiłki i pomagała don Salomonowi w sklepie spożywczym, który otworzył w Limie. „Tym z drucianą siatką z sześcioramienną gwiazdą, stary. Nazywa się «Gwiazda», od gwiazdy Dawida, kapujesz?”

Duże wrażenie wywarły na mnie atencja i szacunek, z jakimi Maskamiki odnosił się do ojca, przygarbionego, nie ogolonego staruszka powłóczącego zniekształconymi przez chorobę stopami w obuwiu przypominającym rzymskie koturny. Mówił po hiszpańsku z silnym akcentem rosyjskim lub polskim, mimo że, jak sam mi powiedział, mieszkał w Peru już od ponad dwudziestu lat. Miał szelmowski i sympatyczny wyraz twarzy. „Jak byłem mały, chciałem występować w cyrku, na trapezie, ale życie zrobiło ze mnie sklepikarza; trudno o większe rozczarowanie, sam pan widzi”. Saul jest jego jedynym synem? Tak, jedynym.

A matka Saula? Zmarła dwa lata po przeprowadzce rodziny do Limy. Przykro mi, stary, sądząc z tego zdjęcia, była młodą kobietą, nie, Saulu? Tak, była młoda. No cóż, z jednej strony, Maskamiki przyjął jej śmierć z bólem. Z drugiej jednak, być może to i lepiej dla niej. Bo biedna mamuśka strasznie cierpiała w Limie. Dał mi znać, bym się nachylił, i zniżył głos (zbyteczna ostrożność, bo pozostawiliśmy don Salomona uśpionego głęboko w fotelu na biegunach i to w jadalni, podczas gdy my rozmawialiśmy w pokoju Saula), by powiedzieć mi:

– Mama była rodowitą talarenką, którą stary sobie przy-gruchał właściwie od razu po zejściu ze statku. Zdaje się, że żyli tylko na kocią łapę, dopóki ja się nie urodziłem. Dopiero wtedy się chajtnęli. Masz pojęcie, co to znaczy dla żyda ożenić się z chrześcijanką, z gojką, jak my to nazywamy? A gdzie tam, zielonego nawet pojęcia nie masz.

Tam, w Talarze, nie było sprawy, bo jedyne dwie rodziny żydowskie zasymilowały się do pewnego stopnia z miejscową społecznością. Ale po przeprowadzce do Limy matka Saula zaczęła przeżywać wiele problemów. Strasznie tęskniła za swoimi stronami, tak za ciepłem, czystym niebem, świecącym przez cały rok słoneczkiem, jak i za rodziną i przyjaciółmi. Z drugiej zaś strony gmina żydowska w Limie nigdy jej nie zaakceptowała, choć biedaczka, chcąc sprawić przyjemność don Salomonowi, starała się jak mogła, poddając się kąpieli oczyszczającej i słuchając nauk rabina, by móc spełnić wszystkie rytuały nawrócenia. A tak naprawdę – i Saul, porozumiewawczo i nie bez lekkiej złośliwości, puścił do mnie oko – gmina nie akceptowała jej nie tyle dlatego, że była gojką, ale dlatego, że była prostą, nieuczoną, ledwie potrafiącą czytać Kreolką z jakiejś tam Talary. Bo żydzi z Limy obrośli, stary, w burżujskie sadełko.

Opowiadał mi to wszystko bez cienia żalu czy sarkazmu, spokojnie pogodzony z czymś, co nie mogło, jak widać, skończyć się inaczej. „Bardzo byliśmy zżyci oboje. Mamuśka też się nudziła w synagodze jak mops, więc w tajemnicy przed don Salomonem, żeby te święte soboty szybciej minęły, graliśmy po kryjomu w Yan-Ken-Po. Na odległość. Ona w pierwszym rzędzie na górze, a ja wśród mężczyzn na dole. Poruszaliśmy dłońmi w tym samym czasie i dość często pękaliśmy ze śmiechu, siejąc panikę i przerażenie wśród pobożnych żydów”.

Zabrał ją rak, nagle, w kilka tygodni. I z jej śmiercią don Salomonowi zawalił się cały świat.

– Ten drzemiący sobie słodko staruszek, którego przed chwilą widziałeś, parę lat temu był tryskającym energią, kochającym życie chłopem na schwał. Śmierć mojej staruszki podcięła mu skrzydła.

Saul, nie chcąc zawieść don Salomona, zdał na prawo. Gdyby to od niego zależało, zostałby raczej w „Gwieździe”, by pomóc ojcu, bo sklep był już dla niego jednym wielkim bólem głowy i wymagał zbyt wiele wysiłku jak na jego lata. Ale don Salomon był stanowczy. Noga Saula nie postanie za sklepową ladą. Saul nigdy nie będzie zajmował się klientami. Saul nie będzie, jak on, sklepikarzem.

– Ale, staruszku, o co ci chodzi? Boisz się, że z moją gębą klientelę ci odstraszę? – opowiadał mi ze śmiechem. – Rzecz w tym, że teraz, gdy już udało mu się odłożyć trochę grosza, don Salomon chce, żeby rodzinka nabrała znaczenia. Już mu się marzy, jak kochany synalek złotymi zgłoskami zapisuje nazwisko Zuratas w historii dyplomacji albo Parlamentu. Nie-doczekanie!

Rozsławienie rodowego nazwiska poprzez wykonywanie wolnego zawodu również nie należało do największych marzeń Saula. A co go w ogóle interesowało? Tego jeszcze tak na mur beton nie wiedział. Dopiero do tego dochodził, właśnie w owych miesiącach i latach naszej przyjaźni, w Peru lat pięćdziesiątych, przechodzącym – gdy dorastał i dojrzewał Maskamiki, ja i całe nasze pokolenie – od kłamliwego spokoju dyktatury generała Odrii do niepewnej nowości odradzającej się w 1956 roku demokracji, kiedy byliśmy z Saulem na trzecim roku.

Wtedy to bez cienia wątpliwości odkrył już, co go rzeczywiście w życiu interesuje. Choć nie nastąpiło żadne objawienie i Saul nie był początkowo tak pewien swojej nowej pasji, mechanizm zauroczenia był już w ruchu i pchając go jednego dnia w tę stronę, następnego w tamtą, powolutku, pomalutku wprowadzał w labirynt, z którego Maskamiki nigdy już nie wyszedł. W 1956 roku jednocześnie z prawem studiował etnologię i kilkakrotnie wyprawił się do selwy. Czy już wtedy odczuwał ślepą fascynację ludźmi lasu i niczym nie zbrukaną

Naturą, maleńkimi kulturami pierwotnymi, rozrzuconymi po górskich kotlinach Andów i nizinie Amazonki? Czy płonął już w nim ów, wzniecony w najgłębszych zakamarkach duszy, ogień solidarności z naszymi ziomkami, którzy od niepamiętnych czasów żyli tam, pośród leniwych, szeroko rozlanych rzek, osaczani wciąż, nękani, nieodmiennie w przepaskach na biodrach, z tatuażami, czcząc duchy drzew, węża, chmurę i błyskawicę? Tak, to wszystko już się zaczęło. A ja zdałem sobie z tego sprawę dzięki awanturze w sali bilardowej, po dwóch, trzech latach naszej znajomości.

Od czasu do czasu w okienku między uniwersyteckimi zajęciami chodziliśmy zagrać partyjkę do nieco ruderowatej, będącej również kantyną sali bilardowej przy Jiron Azangaro. Wędrując z Saulem po mieście, uświadamiałem sobie, jak ludzka nikczemność i bezduszność może uprzykrzać mu życie. Ludzie odwracali się za nim albo wręcz stawali, by przyjrzeć mu się dokładniej, i szeroko otwierali oczy, nie kryjąc zdziwienia lub obrzydzenia, jakie wywoływała w nich jego twarz, posuwając się nawet, i to nierzadko, do wygadywania pod jego adresem chamskich bzdur, w czym celowała szczególnie dzieciarnia. Jemu to jakby nie przeszkadzało; zawsze reagował na impertynencje jakimś dowcipem. Incydent przy wejściu do sali bilardowej nie on sprowokował, ale ja, który z archanioła nie mam nic.

Pijaczek pił przy barku. Ledwie nas zoczył, ruszył ku nam chwiejnym krokiem i stanął przed Saulem, wziąwszy się pod boki.

– O kurwa, ale potwór! Z jakiego żeś zoo nawiał, koleś?

– A jak myślisz? Z naszego, stary, z naszego, bo innego nie mamy – odpowiedział mu Maskamiki. – Jak się pośpieszysz, to jeszcze zobaczysz moją otwartą klatkę.

I spróbował przejść. Ale pijak wyciągnął ku niemu swoje łapska, kiwając palcami jak dzieciaki broniące się przed niesłusznym posądzeniem.

– Ty, potworze, masz szlaban. – Zjeżył się nagle. – Z taką gębą nie powinieneś w ogóle wychodzić na ulicę, ludzi tylko straszysz.

– Ale innej nie mam, człowieku – uśmiechnął się Saul. – Daj se siana i puść nas.

Mi puściły już nerwy. Złapałem pijaka za klapy i zacząłem go tarmosić. Rozpoczęła się przepychanka, pozostali klienci rzucili się na nas, wybuchła awantura i w rezultacie musieliśmy z Saulem opuścić lokal, rezygnując z naszej partyjki bilarda.

Następnego dnia otrzymałem od niego liścik z załączonym doń prezentem. Była to biała kosteczka w kształcie rombu, z wygrawerowanymi figurami geometrycznymi w ceglastym, wpadającym w ochrę kolorze. Figury wyobrażały dwa równoległe labirynty z różnej wielkości, choć położonych w stałej względem siebie odległości, słupków, z których mniejsze jakby chroniły się pod większymi. Liścik, żartobliwy i dość tajemniczy, brzmiał mniej więcej tak:

Stary!

Być może ta magiczna kość uspokoi twoje nerwy i dasz święty spokój biednym pijaczkom. To kość tapira, a rysunek nie jest pierdułką, na jaką wygląda, czyli jakimiś tam prymitywnymi słupkami, ale symboliczną inskrypcją. Podyktował ją Morenancziite, pan pioruna, pewnemu jaguarowi, ten zaś mojemu przyjacielowi, czarownikowi z selwy znad górnego Picza. Jeśli sądzisz, że rysunki te symbolizują wiry rzeczne albo dwa węże boa splecione w słodkiej drzemce, być może masz rację. Ale przede wszystkim obrazują one porządek świata. Ten, kto ulega złości, wprowadza nieład w owe linie, skrzywione zaś linie nie mogą już utrzymać ziemi. Chyba nie chcesz, żeby z twojego powodu życie się nam rozpadło i żebyśmy znowu znaleźli się w pierwotnym chaosie, z którego wydobyli nas, dmuchając, Tasurinczi, bóg dobra, i Kien-tibakori, bóg zła, co, stary? Przestań więc się wkurwiać, a tym bardziej z mego powodu. W każdym razie, dziękuję.

Bywaj Saul

Poprosiłem go, by powiedział mi coś więcej o tym piorunie, jaguarze, skrzywionych liniach, Tasurinczim i Kientibakorim; w rezultacie trzymał mnie przez cały wieczór w swoim domu, by z przejęciem opowiedzieć mi o wierzeniach i zwyczajach plemienia rozrzuconego po selwach Cusco i Madre de Dios.

Leżałem na jego łóżku, on zaś siedział na kufrze z papużką na ramieniu. Ptaszek dziobał jego rude włosy, co chwila przerywając mu swym stanowczym wrzaskiem: „Maskamiki!” „Gregor Samsa, spokój”, strofował go.

Rysunki na ich naczyniach i cushmach, tatuaże na twarzach i ciałach nie są, stary, żadnym widzimisię czy zwykłą ozdóbką. To pismo z kluczem, zawierające tajemne imiona osób i uświęcone formuły chroniące przedmioty przed zniszczeniem i złym urokiem, który za ich pośrednictwem mógłby dotknąć właścicieli. Rysunki dyktowane były przez boską, brodatą i głośną, istotę, Morenancziite, pana pioruna, który ze szczytu góry, pośród burzy, przekazywał wieść jaguarowi. Ten przekazywał ją z kolei znachorowi lub szamanowi podczas „zamroczenia” ayahuascą, tymi halucynogennymi korzonkami, z których wywary pito w czasie wszystkich tubylczych uroczystości. Ów czarownik znad górnego Picza – „raczej mędrzec, człowieku, a mówię czarownik, żebyś mnie lepiej zrozumiał” – zapoznał go pokrótce z filozofią, która pozwoliła plemieniu przeżyć do dziś. Rzeczą dla nich najważniejszą była pogoda ducha. Nigdy nie dać się utopić w łyżce wody ani w odmętach powodzi. Należy powstrzymywać się przed uleganiem jakimkolwiek silnym namiętnościom, istnieje bowiem złowieszczy związek pomiędzy duchem człowieka i duchami Natury, i każda gwałtowna zmiana w tym pierwszym prowadzi do katastrofy w przyrodzie.

– Wybuch wściekłości jakiegoś faceta może spowodować wylew rzeki, a morderstwo spalenie przez piorun całej osady. Być może do zderzenia autobusu w alei Arequipa dziś rano doszło z twojej winy, po wczorajszym rąbnięciu pijaczka. Nie masz wyrzutów sumienia?

Nie mogłem wyjść ze zdumienia, słysząc, jak dużo wie o tym plemieniu. A jeszcze bardziej dostrzegając jego ogromną, bijącą z każdego słowa sympatię. Mówił o owych Indianach, o ich obyczajach i mitach, o ich krajobrazach i ich bogach z tym samym, pełnym podziwu szacunkiem, z jakim ja odnosiłem się do Sartre’a, Malraux i Faulknera, moich ulubionych wówczas pisarzy. Ba, nigdy nie słyszałem, by nawet o swym najukochańszym Kafce rozprawiał z takim podnieceniem.

Już wtedy powinienem był się domyślić, że Saul nigdy nie zostanie adwokatem, jak również zrozumieć, iż jego zainteresowanie amazońskimi Indianami przekracza „etnologiczną” li tylko ciekawość. Bo nie była to dociekliwość profesjonalna, techniczna, ale bardziej osobista, choć trudna do sprecyzowania. Pewnie coś bardziej emocjonalnego niż racjonalnego, raczej przejaw miłości niż intelektualna chęć poznania czy też zew przygody, który wydawał się głównym motorem takich a nie innych zainteresowań wielu jego kolegów z etnologii. Stosunek Saula do jego nowego kierunku studiów, oddanie i nabożność, z jaką traktował świat Amazonii, często stanowiły dla nas, jego przyjaciół i kolegów spotykających się na uniwersyteckim dziedzińcu wydziału humanistycznego, temat rozmów pełnych pytań i przeróżnych domysłów.

Czy don Salomon orientował się, że Saul studiował etnologię, czy też święcie wierzył w to, że syn skupia się wyłącznie na zajęciach z prawa? Bo Maskamiki, choć widniał wciąż na liście słuchaczy wydziału prawa, w rzeczywistości równo olewał wszystkie ćwiczenia i wykłady. Wyjąwszy Kafkę, szczególnie zaś „Przemianę”, którą przeczytał nieskończenie wiele razy i znał niemal na pamięć, wszystkie jego lektury dotyczyły teraz wyłącznie antropologii. Pamiętam konsternację Saula po stwierdzeniu, jak niewiele napisano o plemionach amazońskich, i jego protesty wobec trudności z dostępem do owych pozycji bibliograficznych rozproszonych w separatach czy pismach nie zawsze docierających do biblioteki uniwersyteckiej czy nawet Narodowej.

Wszystko zaczęło się, jak mi opowiedział przy jakiejś okazji, od podróży do Quillabamba, w czasie święta narodowego. Pojechał tam zaproszony przez kuzyna matki, farmera, który w swoim czasie przeniósł się z Piury w tamte strony i zajmował się również handlem drewnem. Facet zapuszczał się w las w poszukiwaniu drzewa mahoniowego lub palisandrowca z pracującymi dla niego tubylczymi przewodnikami i drwalami. Maskamiki zaprzyjaźnił się z tymi autochtonami, w większości oderwanymi już w znacznym stopniu od swych korzeni, którzy brali go ze sobą, udzielając gościny w swych obozowiskach rozrzuconych po całym rozległym obszarze oblewanym wodami górnej Urubamby i górnej Madre de Dios wraz ich dopływami. Przez całą noc relacjonował mi kiedyś, wyraźnie podekscytowany, czym było dla niego przepłynięcie na tratwie Przełomu Mainique, gdzie Urubamba, ściśnięta z obu stron dwoma pasmami górskimi, przeistacza się w plątaninę bystrzyc i wirów.

– Niektórzy tragarze mają takiego pietra, że trzeba ich przywiązywać do tratw, tak jak się robi z krowami na czas spływu Przełomem. Nie wyobrażasz sobie, stary, co to za przeżycie!

Mógł również zobaczyć tajemnicze petroglify rozrzucone po okolicy, które pokazał mu hiszpański misjonarz z misji dominikanów z Quillabamba, i jadł mięso małpie, żółwie, pędraki, i spił się jak nigdy masato z manioku.

– Tamtejsi tubylcy wierzą, że w Przełomie Mainiąue zaczął się świat. I możesz wierzyć lub nie, ale przysięgam, nad tym miejscem wisi w powietrzu jakaś święta aura, i czujesz coś takiego, coś takiego, że włosy ci stają dęba. Nie wyobrażasz sobie, stary. Jajo można znieść!

Przeżycia te zaowocowały skutkami, których nikt nie był w stanie przewidzieć. Nawet on sam, jestem o tym przekonany. Wrócił do Quillabamba na Boże Narodzenie i spędził tam całe lato. Potem pojechał tam w czasie lipcowych wakacji i ponownie w grudniu. Za każdym razem, gdy na uniwersytecie wybuchał strajk studencki, choćby i kilkudniowy, natychmiast wyrywał czymkolwiek w stronę selwy: ciężarówkami, pociągami, autobusami. Wracał z tych wypadów rozemocjonowany i rozgadany, z oczami świecącymi z zachwytu nad odkrytymi przez siebie skarbami. Interesowało go i ponad miarę ekscytowało wszystko, co dotyczyło tamtego obszaru. Na przykład poznanie legendarnego Fidela Pereiry. Syn białego z Cusco i kobiety z plemienia Macziguengów był swoistą mieszanką feudalnego seniora i plemiennego kacyka. W ostatnim ćwierćwieczu dziewiętnastego stulecia kuskańczyk z dobrego domu, uciekając przed sprawiedliwością, schronił się w tamtejszej selwie, gdzie został przygarnięty przez Macziguengów. Ożenił się z kobietą z tego plemienia. Jego syn, Fidel, żył na pograniczu dwóch kultur, uchodząc za białego wśród białych i za Macziguengę pośród Macziguengów. Miał wiele prawowitych żon, nieskończoną liczbę konkubin oraz konstelacje córek i synów, przy pomocy których eksploatował wszystkie plantacje kawy i gospodarstwa między Quillabamba a Przełomem Mainique, gdzie pracowali dla niego niemal za darmo jego współplemieńcy. Ale mimo to Maskamiki czuł do niego pewną słabość.

– Tak, oczywiście, że ich wyzyskuje. Ale przynajmniej nie gardzi nimi. Gruntownie zna ich kulturę i jest z niej dumny. A kiedy inni zaczynają na nich dybać, on ich broni.

W przytaczanych przez Saula opowiastkach najzwyczajniejsze epizody – czyszczenie lasu pod pola czy łowienie ryb – nabierały dzięki jego entuzjazmowi heroicznego wymiaru. Ale wydaje się, iż tym, co naprawdę i całkowicie go urzekło, był przede wszystkim świat tubylców, ich zwykłe, codzienne czynności, ich skromne życie, animizm i magia. Teraz wiem, że owymi Indianami, których języka zaczął się uczyć przy pomocy tubylczych uczniów misji dominikanów w Quillabamba – kiedyś zaśpiewał mi smutną, jednostajną, niezrozumiałą pieśń, akompaniując sobie na instrumencie z tykwy wypełnionej suchymi nasionami – byli Macziguengowie. Teraz wiem, iż zalegające jego mieszkanie stertami plakaty z rysunkami ukazującymi niebezpieczeństwa połowów za pomocą dynamitu sam wydrukował, by rozdawać je białym i Metysom z górnej Urubamby – dzieciom, wnukom, bękartom i pasierbom Fidela Pereiry – z zamysłem ochrony gatunków stanowiących podstawę wyżywienia tych samych Indian, których ćwierć wieku później sfotografował nieżyjący już dziś Gabriele Malfatti.

Patrząc z perspektywy czasu, wiedząc, co przydarzyło mu się później – a wiele o tym myślałem – mogę powiedzieć, że Saul doświadczył nawrócenia. W sensie kulturowym i, być może, religijnym. To jedyne konkretne doświadczenie, które dane mi było obserwować z bliska i które zdawało się nadawać sens, materializować to, co duchowni w mojej szkole usiłowali nam przekazać na lekcjach religii poprzez takie określenia, jak: „otrzymać łaskę”, „doznać łaski”, „wpaść w sidła łaski”. Już z chwilą pierwszego zetknięcia z Amazonią, Maskamiki wpadł w duchową zasadzkę, która uczyniła zeń zupełnie innego człowieka. I nie tylko dlatego, że dał sobie spokój z prawem i zapisał się na etnologię, całkowicie odmieniając charakter swoich lektur i skazując na zapomnienie wszystkich, poza Gregorem Samsą, bohaterów literackich, ale przede wszystkim dlatego, iż od tamtej pory dwiema tylko sprawami potrafił się przejmować, obsesyjnie zadręczać, do tego stopnia, że z czasem stały się one jedynymi tematami jego rozmów: stanem kultur amazońskich i agonią lasów stanowiących tych kultur schronienie.

– Jesteś monotematyczny, Maskamiki. Nie da się już z tobą normalnie pogadać.

– Psiakrew, masz rację, stary, nawet nie dałem ci ust otworzyć. No to teraz ty sobie ponawijaj, jeśli masz ochotę. Może być o Tołstoju, o walce klas, o romansach rycerskich.

– Czy ty aby nie przesadzasz, Saulu?

– Ani trochę, kochany, raczej wprost przeciwnie. Słowo. To, co wyrabia się w Amazonii, jest zbrodnią. Nie ma żadnego usprawiedliwienia, jakkolwiek byś na to patrzył. Uwierz mi, nie śmiej się. Postaw się w ich położenie, choćby na chwilkę. Gdzie się mają podziać? Od wieków wypychają ich z ich własnych ziem, w głąb lasu, coraz głębiej. To cud, że pomimo tylu nieszczęść i przeciwności losu całkiem nie wymarli. Wciąż tam są, wytrzymują wszystko. Czy to nie zasługuje na najwyższy podziw? Cholera, znowu się rozkręciłem. Porozmawiajmy o Sartrze, dawaj. Ale krew mnie zalewa, że gówno wszystkich obchodzi, co się tam dzieje.

Dlaczego tak bardzo się tym przejmował? Nie z przyczyn politycznych, to na pewno. Maskamiki uważał politykę za najnudniejszą rzecz pod słońcem. Kiedy rozmowa schodziła na politykę, natychmiast zdawałem sobie sprawę, że Saul podtrzymuje temat wbrew sobie, nie chcąc mi sprawiać przykrości, bo ja w tym właśnie okresie byłem pełen hurrarewolucyjnych nastrojów, w szale zaczytywania się Marksem i dyskutowania wyłącznie o społecznych stosunkach produkcji. Owe tematy były dla Saula równie nudne jak nauki rabina. Z prawdą mijałoby się także twierdzenie, że jego zainteresowania wynikały z ogólnej wrażliwości na kwestie etyczne, z traktowania szczególnego przypadku plemion amazońskich jako odzwierciedlenia wszystkich społecznych problemów naszego kraju, bo Saul nie reagował identycznie wobec innych rażących, widocznych gołym okiem niesprawiedliwości, być może nawet ich nie dostrzegał. Sytuacji Indian andyjskich na przykład – których było kilka milionów wobec iluś tam tysięcy Indian amazońskich – albo traktowania przez Peruwiańczyków klasy średniej i wyższej swej służby domowej i jej wynagradzania.

Nie, to tylko i wyłącznie owe specyficzne przejawy niewiedzy, nieodpowiedzialności i ludzkiego okrucieństwa spadające na ludzi, drzewa, zwierzęta i rzeki selwy całkowicie przeistoczyły Saula Zuratasa, z przyczyn wówczas dla mnie niezrozumiałych (a może niezrozumiałych również dla niego), zdejmując zeń ciężar jakichkolwiek innych niepokojów i przekształcając go w człowieka ogarniętego obsesją. Do tego stopnia, iż gdyby nie jego zacna, szlachetna, wspaniałomyślna osoba, przypuszczalnie przestałbym go odwiedzać. Bo naprawdę stał się upierdliwy.

Czasami, chcąc sprawdzić, jak daleko jest w stanie zabrnąć w tym swoim „temacie” świadomie go podpuszczałem. To co, koniec końców, proponuje? Czy reszta Peru ma wstrzymać się z prowadzeniem swej gospodarki w Amazonii tylko i wyłącznie po to, żeby nie zakłócać sposobu życia i wierzeń plemion żyjących, w każdym razie w większości, w epoce kamienia łupanego? Czy szesnaście milionów Peruwiańczyków powinno zrezygnować z zasobów naturalnych trzech czwartych swego terytorium, żeby sześćdziesiąt czy osiemdziesiąt tysięcy Indian amazońskich mogło spokojnie strzelać do siebie z łuków, pomniejszać ścięte głowy i otaczać kultem boa dusiciela? Mamy zapomnieć o rolniczych, hodowlanych i handlowych możliwościach tego regionu, tylko po to, żeby etnologowie z całego świata radośnie i naocznie mogli badać potlacz, stosunki pokrewieństwa, rytuały dojrzałości, małżeństwa, śmierci, praktykowane przez te ludzkie osobliwości od setek lat? Nie, nie, Maskamiki, kraj musi się rozwijać. Czy Marks nie powiedział, że postęp okupiony będzie krwią? Może to i przykre, ale trzeba się z tym pogodzić. Nie mamy wyboru. Jeśli dla szesnastu milionów Peruwiańczyków ceną rozwoju i uprzemysłowienia miało być obcięcie włosów przez tych kilka tysięcy golasów, zmycie sobie tatuaży i wymieszanie się z innymi – czy też, żeby użyć słowa najbardziej znienawidzonego przez etnologów: akulturacja – no to cóż, nie ma innego wyjścia.

Maskamiki nie oburzał się na mnie, bo nigdy się za nic i na nikogo nie oburzał, i nie przybierał tonu wyższości, tego wybaczam-ci-bo-nie-wiesz-co-mówisz. Ale kiedy zaczynałem go prowokować, czułem, że go to boli tak samo, jakbym źle mówił o don Salomonie Zuratasie. Ale, trzeba przyznać, nie dawał tego po sobie poznać. Osiągnął już być może idealny dla Macziguengów stan, w którym nie ulegało się, pod żadnym pozorem, jakiejkolwiek złości, by nie doprowadzić do wykrzywienia się równoległych linii utrzymujących świat. A poza tym, nie przystawał na żadną dyskusję na ten czy jakikolwiek inny temat w kategoriach ogólnych, podpartych ideologią. Miał wrodzoną odporność na wydawanie abstrakcyjnych sądów. Dla niego istniały wyłącznie problemy konkretne: to, co widział na własne oczy, i wnioski odnośnie do przyszłych tego konsekwencji, jakie wysnuć mógł każdy, kto ma choć trochę pod sufitem.

– Połowy za pomocą dynamitu, na przykład. Jest to zabronione, jak wiemy. Ale pojedź tam i sam zobaczysz, stary. Nie ma w całej selwie rzeki, nawet potoku, w których górale i wirakocze – tak nas, białych, nazywają – nie oszczędzaliby sobie czasu, łowiąc dynamitem, hurtowo! Oszczędzając czas! Wyobrażasz sobie, co to znaczy? Ładunki dynamitu dniami i nocami wyrzucają na powierzchnię całe ławice. Gatunki wymierają, przestają istnieć, stary.

Dyskutowaliśmy przy stole w barze „Palermo”, na La Colmenie, popijając piwo. Na zewnątrz świeciło słońce, przechodzili wiecznie zaaferowani ludzie, przejeżdżały gruchoty z agresywnymi klaksonami i otaczała nas owa dymna atmosfera kawiarenek centrum Limy o woni smażeniny i moczu.

– Zaraz, zaraz, Maskamiki, a trucizna to co? Łowienie za pomocą trucizny? Czy to nie jest wynalazek Indian? Na dobrą sprawę oni też niszczą Amazonię.

Specjalnie użyłem tego argumentu, żeby mógł strzelić do mnie z grubej rury. I strzelił, oczywiście. To wymysł, całkowity wymysł i fałsz. Owszem, używają barbasco i cumo, ale tylko przy źródłach, odnogach i jeziorkach tworzących się na wyspach po opadnięciu wód. I tylko w określonych porach. Nigdy w czasie tarła, a na tym akurat znają się jak mało kto. Wtedy używają sieci, harpunów, różnego rodzaju więcierzy albo i łowią gołymi rękami, oczy by ci na wierzch wyszły, gdybyś to zobaczył, stary. Za to biali używają barbasco czy cumo przez cały rok i wszędzie. Wody zatruwane tysiące razy, przez dziesiątki lat. Czy zdaję sobie sprawę? Niszczą nie tylko ryby w okresie tarła, ale i powodują butwienie przybrzeżnych drzew i roślin.

Idealizował ich? Oczywiście, jestem o tym przekonany. Jak również, być może nawet nieświadomie, wyolbrzymiał rozmiary szkód, by wzmocnić swoje argumenty. Było jednak oczywiste, że narybek sabalo i bagre, zatruwany pędami barbasco czy cumo, i paiches rozszarpywane wybuchami dynamitu wrzucanego do wody przez rybaków z Loreto, Madre de Dios, San Martin czy Amazonki, martwiły go tak – nic a nic nie przesadzam – jakby ofiarą była jego gadająca papużka. Oczywiście reagował identycznie, gdy wspominał o masowych wyrębach -”Mój wuj Hipolit, ciężko, bo ciężko, ale muszę to przyznać, jest jednym z winnych” – wyniszczających najcenniejsze drzewa. Długo mówił mi o praktykach wirakoczów i górali przybyłych z Andów na podbój selwy, o trzebieniu lasu pożarami spopielającymi ogromne przestrzenie ziemi, które po jednym, dwóch zbiorach, stawały się całkowicie jałowe z powodu erozji gleby i braku próchnicy. A o eksterminacji zwierząt to już nie ma nawet co gadać, stary, o obłędzie zdobywania za wszelką cenę każdej liczby skór, co doprowadziło do tego, że jaguary, pumy, kajmany, węże i dziesiątki innych zwierząt należą już do wymierających rzadkości. Wywód był długi i pamiętam go bardzo dobrze ze względu na coś, co wydarzyło się pod koniec naszej rozmowy, kiedy opróżniliśmy już sporo butelek piwa, pojadając chlebem ze skwarkami (który uwielbiał). Od drzew i ryb zawsze wracał w tyradach do głównego tematu swoich obaw: do plemion. Bo i one, jeśli się nic nie zmieni, skazane są na eksterminację.

– Naprawdę wydaje ci się, Maskamiki, że poligamia, animizm, pomniejszanie głów i czary za pomocą wywarów z tytoniu są wyższą formą kultury?

Mały Andyjczyk posypywał trocinami plwociny i inne brudy walające się na czerwonawej podłodze baru „Palermo”, krok w krok za nim skośnooki pracownik lokalu zamiatał. Saul przez jakiś czas wpatrywał się we mnie, nic nie mówiąc. Wreszcie pokręcił głową.

– Wyższą? Nie. Nigdy tego nie powiedziałem i nigdy tak nie sądziłem, bracie. – Spoważniał strasznie. – Niższą, być może, jeśli mierzyć to skalą umieralności dzieci, sytuacji kobiety, monogamii czy poligamii, rękodzielnictwa i wytwórczości. Nie myśl, że ich idealizuję. Żadną miarą.

Zamilkł, jakby pochłonięty czymś zupełnie innym, może sprzeczką przy sąsiednim stole wybuchającą co i raz od momentu naszego przyjścia. Ale nie. Pochłonęły go wspomnienia. I zdało mi się, jakby nagle posmutniał.

– Wśród wędrujących ludzi i wielu innych plemion istnieją rzeczy, które niewątpliwie by cię zaszokowały. Nie zaprzeczam.

Na przykład to, że Aguarunowie i Huambisi z górnego Marańonu własnymi rękoma wyrywają błonę dziewiczą swoim córkom i zjadają ją, gdy te mają pierwszą miesiączkę, że w wielu plemionach istnieje niewolnictwo, a w niektórych wspólnotach pozostawia się starców własnemu losowi przy pierwszych objawach słabości, skazując ich na pewną śmierć, pod pretekstem, że ich dusze już są oczekiwane, a ich los dopełniony. Ale najgorszą rzeczą, być może najtrudniejszą do zaakceptowania z naszego punktu widzenia, było to, co przy odrobinie czarnego humoru nazwać można by polepszaniem rasy u plemion z rodziny Arawaków. Polepszaniem, Saulu? Tak, coś, co samo w sobie wyda ci się, tak jak mi z początku, czymś okrutnym, stary. Chodzi o to, że dzieci, które rodzą się z jakimiś defektami fizycznymi, kulawe, ślepe, bez rąk, z większą lub mniejszą niż potrzeba liczbą palców albo z zajęczą wargą, są natychmiast zabijane przez własne matki przez wrzucenie do rzeki lub pogrzebanie żywcem. Kogo by takie zwyczaje nie zaszokowały?

Przyglądał mi się badawczo przez jakiś czas, w milczeniu, zamyślony, jakby szukał najodpowiedniejszych słów do kolejnego zdania. Nagle dotknął swego ogromnego znamienia.

– Ja bym nie zdał egzaminu, stary. Zlikwidowaliby mnie natychmiast – szepnął. – Mówią, że Spartanie robili to samo, nie? Że wszystkie potworki, wszystkich gregorów samsów zrzucali z góry Tajget, nie?

Zaśmiał się, też się zaśmiałem, choć obaj wiedzieliśmy, że Saul nie żartuje i że nie ma żadnych powodów do śmiechu. Wyjaśnił mi, że co ciekawe ci nieprzejednani wobec noworodków z wadami fizycznymi są jednocześnie nader ludzcy w stosunku do dzieci, jak i dorosłych, którzy wskutek wypadku lub choroby doznali trwałego kalectwa. Saul przynajmniej nie dostrzegł wśród znanych sobie plemion śladu jakiejkolwiek wrogości wobec inwalidów czy obłąkanych. Jego dłoń wciąż spoczywała na zajmującym pół twarzy ciemnofioletowym znamieniu.

– Tacy już są i powinniśmy to uszanować. Bycie właśnie takimi pomogło im przeżyć setki lat w harmonii ze swoimi lasami. Możemy nie rozumieć ich wierzeń, niektóre z ich zwyczajów mogą nas szokować, ale nie mamy prawa zniszczyć ich całkowicie.

Wydaje mi się, że owego dnia, w barze „Palermo”, po raz pierwszy i ostatni napomknął, nie w żartach, ale całkiem serio, nie unikając nawet dramatycznych tonów o tym, co z taką elegancją potrafił tuszować, choć musiało stanowić w jego życiu prawdziwą tragedię, czyli o swej narośli, która działając na ludzi odpychająco, czyniąc zeń obiekt ustawicznych kpin, musiała zarazem wpływać na jego stosunki z otoczeniem, szczególnie zaś z kobietami. (Działały na niego onieśmielająco; na uniwersytecie, jak zauważyłem, unikał ich, a rozmowy nawiązywał tylko z tymi naszymi koleżankami, które pierwsze się doń odzywały.) W końcu oderwał rękę od twarzy z gestem odrazy, jakby czując wyrzuty, że w ogóle dotknął znamienia, i rzucił się w kolejną tyradę.

– Czy nasze auta, armaty, samoloty, coca-cole, uprawniają nas do zlikwidowania ich dlatego, że oni nic z tego nie mają? A może ty, stary, wierzysz w „cywilizowanie dzikusów”? Ale jak? Pakując ich wszystkich do wojska? Albo zaganiając do roboty w gospodarstwach rolnych, robiąc z nich niewolników takich facetów jak Fidel Pereira? Zmuszając ich do zmiany języka, religii, zwyczajów, jak chcą misjonarze? A co się dzięki temu zyskuje? Tylko i wyłącznie to, że można ich lepiej wyzyskiwać, nic więcej. Że przeistaczają się w zombi, w ludzkie karykatury, jakimi są na pół zakulturowani Indianie z ulic Limy.

Mały Andyjczyk posypujący trocinami podłogę „Palermo”, miał na nogach typowe sandały – podeszwa i dwa gumowe paski – produkowane przez rzemieślników, a spodnie, pocerowane, w łatach, nosił przewiązane w pasie zwykłym sznurkiem. Był to dzieciak o twarzy starca, sztywnych włosach, czarnych paznokciach i czerwonawych strupach na nosie. Zombi? Karykatura? Czy lepiej dla niego byłoby nie ruszać się z andyjskiej wioski, używać łapci i poncho, nigdy nie nauczyć się hiszpańskiego? Nie znałem odpowiedzi i wciąż mam wątpliwości. Ale Maskamiki już wiedział. Mówił o tym bez zapalczywości, bez gniewu, ze spokojną stanowczością. Długo wyjaśniał mi drugą stronę owych okrucieństw („to jest cena”, mówił mi, Jaką płacą za przeżycie”), wszystko, co wydawało mu się w tych kulturach rzeczą godną podziwu. Chodziło mu o coś, co mimo różnic, często olbrzymich, występowało w każdej z nich: rozumny stosunek do otaczającego ich świata, ową zrodzoną z prastarej praktyki mądrość, która, poprzez wypracowany system rytuałów, zakazów, obaw, rutynowych czynności powtarzanych i przekazywanych z ojca na syna, pozwoliła im zachować tę Naturę, pozornie bujną, w rzeczywistości zaś kruchą i nietrwałą, od której zależało ich przetrwanie. Przeżyli, bo ich zachowania i zwyczaje posłusznie dostosowały się do rytmów i wymogów świata naturalnego, bez zadawania mu gwałtu, bez wprowadzania głębokich zmian poza tymi, które okazywały się niezbędne, by oni sami nie zostali przez ów świat zniszczeni. Wprost przeciwnie niż nasza cywilizacja, marnotrawiąca wszystkie te elementy, bez których w końcu zwiędniemy jak pozbawione wody kwiaty.

Słuchałem pozornie zainteresowany jego słowami, bo raczej myślałem o jego znamieniu. Dlaczego ni stąd, ni zowąd skupiłem się na nim, podczas gdy Saul mówił mi, co czuje wobec tubylców z Amazonii? Czy to nie w tym znamieniu właśnie tkwił klucz nawrócenia się Saula? Ci Shipibowie, Huambisi, Aguarunowie, Yaguasowie, Shaprowie, Campasowie, Mashkowie pełnili w społeczeństwie peruwiańskim rolę, której nikt nie mógł pojąć lepiej niż on: byli barwną okropnością, osobliwością wzbudzającą u jednych współczucie, u drugich szyderczy śmiech, nigdy jednak odrobiny choćby szacunku czy zwykłej akceptacji, zastrzeżonych jedynie dla tych, którzy swym wyglądem, zwyczajami i wierzeniami dostosowywali się do „normalności”. I Maskamiki, i tubylcy byli dla reszty Peruwiańczyków anomalią; jego znamię wzbudzało w nich, w nas, uczucia podobne do tych, które w głębi ducha żywiliśmy wobec tych półnagich istot żyjących gdzieś daleko, iskających się i wyjadających wszy, i mówiących niezrozumiałymi językami. Czy nie tu tkwiła przyczyna jego miłości od pierwszego wejrzenia do dzikich? Czy nie utożsamił się podświadomie z tymi spychanymi na margines istotami właśnie ze względu na swoje znamię, czyniące również z niego istotę odrzucaną za każdym razem, gdy pojawiał się na ulicy?

Zaproponowałem mu tę interpretację, by zobaczyć, czy nie poprawi mu to humoru i, rzeczywiście, zaczął się śmiać.

– Zaliczyłeś seminarium z psychologii doktora Guerrity? -zaczął kpić ze mnie. – Bo ja bym cię raczej oblał.

I wciąż śmiejąc się, opowiedział mi, że don Salomon Zuratas, bijący mnie na głowę przebiegłością, zasugerował mu interpretację judaistyczną.

– To znaczy, że identyfikuję Indian amazońskich z narodem żydowskim, zawsze w mniejszości, zawsze prześladowanym z powodu swej religii i praktyk odmiennych od stosowanych przez resztę społeczności. No i jak ci się podoba? Wznioślejsza od twojej, którą można by określić jako syndrom Frankensteina. Co kto lubi, stary.

Odparłem, że obie interpretacje wcale się nie wykluczają. Saul, rozbawiony i potakując mi przewrotnie, dokończył:

– Tak, właściwie masz rację. No bo właśnie dlatego, że ze mnie taki pół żyd, pół potwór, jestem wrażliwszy od ciebie, człowieka przeraźliwie normalnego, na los amazońskich Indian.

– Biedni Indianie! Jakie to wzruszające! Tylko wyjmować chusteczkę i ocierać łzy. Ty w gruncie rzeczy też ich wykorzystujesz.

– Dobra, starczy na dziś. Muszę uciekać na zajęcia – pożegnał się, wstając, bez cienia złości sprzed chwili. – Ale przy najbliższej okazji przypomnij mi, żebym cię wyprowadził z błędu co do tych „biednych Indian”. Opowiem ci takie historie, że padniesz, stary. Na przykład, co z nimi wyprawiano w okresie gorączki kauczukowej. Jeśli to przetrzymali, raczej należałoby mówić o nich, że są supermanami, a nie biednymi Indianami. Sam zobaczysz.

Jak widać poruszał swoje ulubione tematy w rozmowach z don Salomonem. Staruszek pewnie pogodził się wreszcie z myślą, że miast w Pałacu Sprawiedliwości, Saul rozsławiać będzie nazwisko Zuratas w uniwersyteckich aulach jako wybitny antropolog. Czy rzeczywiście tym chciał w życiu zostać? Profesorem uniwersyteckim? Badaczem? Wiedziałem, że nadawałby się do pracy naukowej, bo słyszałem, jak mówił o tym jeden z jego profesorów, doktor Jose Matos Mar, wówczas szef katedry etnologii na Uniwersytecie San Marcos.

– Ten chłopak, Zuratas, to skarb. Trzy miesiące wakacji spędził w Urubambie, pracując wśród Macziguengów, i przywiózł wspaniały materiał.

Mówił to do Raula Porrasa Barrenechei, historyka, z którym pracowałem popołudniami, znanego ze swego wstrętu do etnologii i antropologii, oskarżanych przezeń o zastępowanie człowieka przedmiotem w roli głównego bohatera kultury i o zaśmiecanie prozy kastylijskiej (a sam, nawiasem mówiąc, pisał prozą cudowną).

– Świetnie, panie doktorze, zróbmy więc z tego chłopaka historyka, a nie zbieracza różnych cudeniek. Proszę mi go przekazać na historię, bądźże pan altruistą.

Praca wykonana wówczas wśród Macziguengów, latem 1956 roku, została nieco później przez Saula poszerzona i przedstawiona jako magisterska. Bronił jej, kiedy byliśmy na piątym roku, i bardzo dobrze pamiętam pełną dumy i wewnętrznej radości twarz don Salomona. Odświętnie ubrany, z wykrochmalonym gorsem pod marynarką, przybył na publiczną obronę syna, zajął miejsce w pierwszym rzędzie auli i świeciły mu się oczka, kiedy Saul czytał konkluzje, odpowiadał na pytania komisji – a przewodniczył jej Matos Mar – nadawano mu tytuł i przepasywano odpowiednią wstęgą.

Don Salomon zaprosił mnie i Saula na obiad do „Raimondi”, w centrum Limy, by uczcić wydarzenie. Sam jednak nie wziął nic do ust, być może chcąc uniknąć nieświadomego złamania żydowskich reguł żywieniowych. (To był jeden z ulubionych żartów Saula, gdy zamawiał skwarki albo owoce morza: „A poza tym, to poczucie, że wcinając je, właśnie popełniam grzech, dodaje im bardzo specyficznego smaczku, stary, nawet nie wiesz, co tracisz”.) Don Salomon z okazji synowskiego tytułu nie posiadał się z radości. W połowie obiadu, zwracając się do mnie ze swym powolnym, środkowoeuropejskim akcentem, poprosił gorąco:

– Niech pan przekona swego przyjaciela, by przyjął stypendium. – A widząc moje całkowite zaskoczenie, wyjaśnił: -Nie chce wyjechać do Europy, bo boi się zostawić mnie samego, jakbym nie był dostatecznie dorosły, żeby odpowiednio o siebie zadbać. Powiedziałem mu, żeby się tak nie upierał, bo inaczej zmusi mnie do tego, bym umarł, i w ten sposób będzie mógł spokojnie sobie wyjechać do Francji na specjalizację.

W ten sposób dowiedziałem się, że Matos Mar zdobył dla Saula stypendium doktoranckie na uniwersytecie w Bordeaux. Maskamiki nie przyjął stypendium, by nie zostawiać ojca samego. Czy rzeczywiście z tego właśnie powodu nie wyjechał do Bordeaux? Wtedy tak sądziłem, a teraz jestem przekonany, że kłamał. Teraz wiem, że choćby nikomu się z tego nie zwierzał, trzymając wszystko w największej tajemnicy, owo nawrócenie już w nim dojrzewało, nabierając cech mistycznego uniesienia, być może nawet poszukiwania męczeństwa. Teraz nie mam wątpliwości, że tytuł magistra etnologii zdobył, biorąc na siebie obowiązek żmudnego przygotowania pracy, tylko dla sprawienia ojcu satysfakcji. Sam w owych dniach biegałem jak szalony, załatwiając wszelkiego rodzaju formalności, by uzyskać jakieś stypendium umożliwiające mi wyjazd do Europy, wielokrotnie więc próbowałem przekonać Saula, by nie marnował takiej okazji. „Maskamiki, nikt ci już więcej nie da takiej szansy. Europa! Francja! Człowieku, nie bądź idiotą!” Był stanowczy: nie może jechać, jest jedyną osobą, jaką don Salomon ma na świecie, nie opuści go na dwa, trzy lata, mając na względzie jego podeszły wiek.

Jasne, że mu uwierzyłem. Jego nauczyciel, Matos Mar, ten, który zdobył dlań stypendium, pokładając w nim ogromne nadzieje naukowe, był jedyną osobą, która nie całkiem mu uwierzyła. Pojawił się pewnego wieczoru, jak to zwykł czynić, w mieszkaniu Porrasa Barrenechei na pogawędkę przy herbacie z ciasteczkami i stroskany oznajmił mu:

– Ma pan szczęście, doktorze. W tym roku ze stypendium do Bordeaux może skorzystać wydział historii. Nasz kandydat odrzucił propozycję. No i co pan na to?

– O ile wiem, po raz pierwszy w historii naszego uniwersytetu ktoś odrzuca stypendium we Francji – odparł Porras. -Co tego chłopaka ugryzło?

W tym samym pokoju, nieopodal obydwu profesorów, fiszkowałem właśnie mity o Eldorado i Siedmiu Miastach Cibola u kronikarzy odkrycia i konkwisty Ameryki i nie mogłem się pohamować, by nie wtrącić swoich trzech groszy i wyjaśnić im, że przyczyną odmowy jest don Salomon, którego Saul nie chce zostawiać samego.

– Tak, Zuratas podaje taki powód, i oby rzeczywiście tak było – potwierdził Matos Mar ze sceptycznym gestem. – Ale obawiam się, że tkwi w tym coś znacznie głębszego. Saula ogarnęły wątpliwości co do badań i pracy w terenie. Wątpliwości etyczne.

Porras Barrenechea wysunął podbródek, a w oczkach pojawiły mu się szelmowskie ogniki, jak zwykle wtedy, gdy szykował się do powiedzenia jakiejś złośliwości.

– Jeśli Zuratas spostrzegł się, że etnologia jest pseudonauką wymyśloną przez jankesów w celu zniszczenia humanistyki, oznacza to, że jest inteligentniejszy, niż się tego spodziewałem.

Ale Matos Mar nawet się nie uśmiechnął.

– Panie doktorze, mówię całkiem serio. To wielka szkoda, bo ten chłopak naprawdę spełnia wszelkie warunki. Jest inteligentny, spostrzegawczy, świetny w badaniach, nader pracowity. Wbił sobie do głowy, że nasza praca jest niemoralna.

– Niemoralna? No cóż, skąd ja mogę wiedzieć, co też panowie wyrabiają wśród dobrych dzikusów pod pretekstem badania ich obyczajów – zaśmiał się Porras. – Ja, proszę mi wierzyć, nie dałbym głowy za prawość etnologów.

– Że ich atakujemy, gwałcimy ich kulturę – ciągnął dalej Matos Mar, nie zwracając nań uwagi. – Że z naszymi magnetofonami i piórami wiecznymi jesteśmy jak czerw, który dostaje się do owocu, by go toczyć.

Opowiedział, że wcześniej odbyła się w katedrze etnologii dyskusja. Saul Zuratas zbił wszystkich z tropu, obwieszczająć, że konsekwencje pracy etnologów są podobne do efektów działań zbieraczy kauczuku, drzewiarzy, werbowników wojskowych i pozostałych Metysów i białych dziesiątkujących plemiona. Stwierdził, że podjęliśmy pracę tam, gdzie przerwali ją misjonarze w okresie kolonialnym – dodał. – Że pod płaszczykiem nauki, tak jak tamci ewangelizacji, niesiemy Indianom zagładę.

– No, no, czyżby w murach naszego szacownego uniwersytetu zmartwychwstał fanatyczny indianizm z lat trzydziestych? – westchnął Porras. – Wcale bym się nie zdziwił, bo to wraca co jakiś czas jak katar. Już widzę Zuratasa smarującego pamflety przeciwko Pizarro, hiszpańskiej konkwiście i zbrodniom Inkwizycji. Nie chcę go w swojej katedrze! Niech weźmie to stypendium, przyjmie francuskie obywatelstwo i robi karierę, propagując Czarną Legendę.

Nie przywiązywałem większej wagi do tego, co wówczas powiedział Matos Mar pomiędzy zakurzonymi regałami wypełnionymi książkami i statuetkami don Kichota i Sanczo Pansy w mieszkaniu Porrasa Barrenechei w dzielnicy Miraflores, przy ulicy Colina. A i nie wydaje mi się, bym Saulowi wspominał o tej rozmowie. Ale teraz, tu, we Florencji, gdy powracam pamięcią do tamtych dni, notując sobie to i owo, epizod ów nabiera ogromnego znaczenia. Owa sympatia, poczucie solidarności, zauroczenie czy cokolwiek to było osiągnęło wówczas u Saula apogeum i zmieniło swój charakter. Jeśli Maskamiki podważał pracę etnologów, o których przynajmniej można było powiedzieć, że nawet przy całej swej krótkowzroczności doskonale zdawali sobie sprawę z potrzeby zrozumienia sposobu widzenia świata przez rdzennych mieszkańców serwy zgodnie z ich własnymi kategoriami, czego w końcu bronił? Czy owej chimery, że reszta Peru, uznając niezbywalne prawa Indian do ziem przez nich zamieszkanych, ogłosi selwę obszarem kwarantanny? Czy już nikt, po wsze czasy, nie powinien wkraczać na jej teren, by ochronić te plemiona przed skażeniem degeneracyjnymi miazmatami naszej kultury? Czyżby amazoński puryzm Saula doszedł do takich skrajności?

Przez ostatnie miesiące naszych studiów nie widywaliśmy się nazbyt często, to prawda. Bo i ja zaprzątnięty byłem całkowicie pisaniem mojej pracy. Saul praktycznie zrezygnował z prawa. Spotykałem go od czasu do czasu, gdy pojawiał się z rzadka w katedrze literatury znajdującej się wówczas tuż obok etnologii. Wypijaliśmy kawę albo wypalaliśmy papierosa, rozmawiając pod żółknącymi liśćmi palm przy głównym pawilonie parku uniwersyteckiego. Gdy każdy z nas, zająwszy się własnymi sprawami, poszedł w swoją stronę, nasza zażyła w pierwszych latach przyjaźń zaczęła słabnąć i zamieniać się w zwykłą, sporadyczną i dość powierzchowną znajomość. Pytałem go, jak tam kolejne wojaże, bo Saul zawsze albo właśnie wracał, albo właśnie wyjeżdżał do selwy, a ja, do czasu owego komentarza Matosa Mara skierowanego do doktora Porrasa, kojarzyłem to z jego zajęciami uniwersyteckimi i z pogłębianiem specjalizacji w kulturach amazońskich. Ale prawdą jest, iż nie licząc ostatniej rozmowy – pożegnalnej, z jego filipiką przeciwko Instytutowi Lingwistycznemu i małżeństwu Schneilów – w ostatnich miesiącach chyba nie doszło już między nami do żadnej z owych nie kończących się dysput i najszczerszych wyznań z sercem na dłoni, których tak wiele odbyliśmy pomiędzy 1953 a 1956 rokiem.

Gdybyśmy je nadal toczyli – czy zwierzyłby mi się na tyle, bym mógł dostrzec, jakie są jego zamiary? Nie, raczej nie. Tego rodzaju postanowień ani święci, ani szaleńcy nie rozgłaszają. Podejmują je stopniowo, w zakamarkach duszy, wbrew rozsądkowi i z dala od zbyt ciekawskich spojrzeń, nie czekając na aprobatę innych – bo nigdy by jej nie uzyskali – póki swych zamiarów nie wcielą w życie. Wyobrażam sobie, iż w trakcie tego procesu – snucia zamysłu i przekształcania go w czyn -święty, nawiedzony czy szaleniec powoli się odosabnia, obmurowując się w samotności, której nikt nie jest w stanie zakłócić. Ze swej strony nawet nie podejrzewałem, że Maskamiki może przeżywać przez ostatnie miesiące naszego uniwersyteckiego życia – obaj już byliśmy mężczyznami – podobną rewolucję wewnętrzną. Zauważyłem, owszem, że stroni od ludzi bardziej niż reszta śmiertelników czy raczej, że wraz z osiągnięciem dojrzałości, stał się bardziej skryty. Ale przypisałem to wyłącznie jego twarzy, swoją brzydotą odgradzającej go od świata, utrudniającej mu jakiekolwiek kontakty z ludźmi. Czy nadal był owym jowialnym, sympatycznym, dobrodusznymi facetem z poprzednich lat? Spoważniał, powściągnął swój język, stał się mniej luzacki, tak mi się przynajmniej wydaje. Choć co do tego nie ufałbym zanadto mej pamięci. Być może pozostał wciąż tym samym Saulem, wiecznie uśmiechniętym i rozgadanym, jakiego poznałem w 1953 roku, a moja wyobraźnia odmienia go, by dopasować do tego innego nie znanego mi Saula z następnych lat, którego – ulegając przeklętej pokusie pisania o nim – muszę wymyślić.

Ale pamięć, jestem o tym przekonany, nie zawodzi mnie co do jego wyglądu. Płomiennorude włosy, opierające się grzebieniowi, wiecznie rozwichrzone na czubku głowy, zawsze powiewały, tańczyły, migotały nad tą twarzą o dwóch obliczach, której zdrowa strona była blada i piegowata. Miał okrągłe oczy i równe zęby. Był wysoki, chudy i, tego jestem pewny, nigdy nie widziałem go w krawacie, poza dniem obrony pracy magisterskiej. Zawsze chodził w tanich, sportowych podkoszulkach z bawełny, na które w zimie narzucał jakikolwiek pstry sweter, do tego nosił wytarte i pogniecione dżinsy. Jego buty nigdy chyba nie spotkały się ze szczotką. Nie sądzę, by miał jakichkolwiek powierników i by z kimkolwiek łączyła go prawdziwa zażyłość. Przypuszczalnie inne jego przyjaźnie miały ten sam co i nasza charakter, dość serdeczny, ale i naskórkowy zarazem. Znajomych miał bez wątpienia, i to dużo, na uniwersytecie i w swej dzielnicy, ale przysiągłbym, że nikt nigdy od niego nie usłyszał, co się z nim dzieje i jakie są jego zamiary. Chyba że nie tyle sobie wszystko dokładnie zaplanował, ile stawało się to raczej stopniowo, niedostrzegalnie, przypadkiem, a nie wskutek jego świadomego wyboru. Wiele o tym myślałem w ostatnich latach, ale oczywiście nigdy się nie dowiem, jak to było naprawdę.

III

Później ludzie ziemi zaczęli iść prosto ku słońcu, które opadało. Przedtem oni również czekali spokojnie. Słońce, ich oko na niebie, trwało bez ruchu. Czujne, bez chwili snu, ciągle otwarte, spoglądające na nas, ogrzewało świat. Jego światło, choć bardzo mocne, nie wyrządzało Tasurincziemu krzywdy. Nie było zła, nie było wiatru, nie było deszczu. Kobiety rodziły czyste dzieci. Gdy Tasurinczi chciał jeść, zanurzał rękę w rzece i wyciągał trzepocącą alozę; albo po wypuszczeniu na chybił trafił strzały z łuku przebiegał w lesie parę kroków i znajdował przeszytą strzałą indyczkę, kuropatwę lub agami. Nigdy nie brakowało pożywienia. Nie było wojny. W rzekach ryb było pod dostatkiem, a w lasach obfitość zwierzyny. Mashkowie nie istnieli. Ludzie ziemi byli silni, mądrzy, łagodni i zjednoczeni. Byli spokojni, pozbawieni gniewu. Przedtem, nie później.

Ci, którzy odchodzili, wracali, wcielając się w dusze najlepszych. W ten sposób nikt nie umierał. „Muszę odejść”, mówił Tasurinczi. Schodził na brzeg rzeki i ścielił sobie łoże z liści i suchych gałęzi i robił dach z ungurabi. Wokół wznosił palisadę z ostrych trzcin, żeby żerująca przy brzegu kapibara nie zjadła jego zwłok. Kładł się, odchodził i niebawem wracał, i zamieszkiwał w tym, który najwięcej upolował, najlepiej walczył lub szanował zwyczaje. Ludzie ziemi żyli razem. Spokojni. Śmierć nie była śmiercią. Była odejściem i powrotem. Zamiast ich osłabiać, wzmacniała, przysparzając tym, którzy zostawali, wiedzy i siły tych, którzy odchodzili. „Jesteśmy i będziemy”, mówił Tasurinczi. „Wydaje się, że nie umrzemy. Ci, co odchodzą, wrócili. Są tutaj. Są nami”.

Dlaczego więc, jeśli byli tak czyści, ludzie ziemi zaczęli iść?

Bo pewnego dnia słońce zaczęło opadać. Żeby już nie opadało, żeby pomóc mu wstać. Tak mówi Tasurinczi.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Czy słońce miało już swoją wojnę z Kashirim, księżycem? Być może. Zaczęło mrugać, ruszać się, jego światło przygasło i ledwie je było widać. Ludzie zaczęli trzeć swoje ciała rękami, dygocąc. To było zimno. Tak zaczęło się później, zdaje się. Wówczas, w półmroku, nie przyzwyczajeni, przestraszeni, ludzie wpadali w swoje własne zasadzki, jedli mięso jelenia, sądząc, że jest to tapir, i nie rozpoznawali ścieżki powrotnej z poletek manioku do własnego domu. Gdzie ja jestem? – pytali zrozpaczeni, kręcąc się po omacku, potykając się. Gdzie moja rodzina? Co się dzieje na świecie? Zaczął wiać wiatr. Wyjąc, chłoszcząc, porywał korony palm i wyrywał z korzeniami lupuny. Deszcz padał rzęsiście, powodując powodzie. Widać było całe stada zatopionych pekari spływających nurtem kopytkami do góry. Rzeki zmieniały bieg, tratwy rozbijały się o palisady ogrodzeń, sadzawki zamieniały się w rzeki. Dusze utraciły spokój. To już nie było odejście. To była śmierć. Trzeba coś zrobić, mówili wszyscy. I patrząc na prawo i na lewo, mówili: Ale co, co mamy zrobić? „Trzeba zacząć iść”, rozkazał Tasurinczi. Otaczała ich całkowita ciemność i otaczało ich zło. Zaczynało brakować manioku, woda cuchnęła. Ci, którzy odchodzili, już nie wracali, spłoszeni klęskami, zagubieni pomiędzy światem chmur a naszym światem. Pod swoimi stopami słyszeli gęsty nurt Kamabirii, rzeki śmierci. Jakby coraz bliższy, jakby nawołujący ich. Zacząć iść? „Tak”, powiedział seripigari w tytoniowym zamroczeniu. „Iść, iść. I, pamiętajcie, w dniu, w którym przestaniecie iść, odejdziecie całkiem. Ściągając w dół słońce”.

Tak się zaczęło. Ruch, wędrówka. W deszczu i bez deszczu, ziemią i wodą, zboczami w górę i wąwozami w dół. W lasach tak gęstych, że noc trwała mimo dnia, a równiny wydawały się lagunami, bo nie rósł na nich żaden krzew niczym na głowie, którą diabełek kamagarini pozbawił wszystkich włosów. „Słońce jeszcze nie opadło”, dodawał im otuchy Tasurinczi. „Potyka się i wstaje. Uwaga, zaczyna usypiać. Obudźmy je, pomóżmy mu”. Doświadczyliśmy zła i śmierci, ale wciąż idziemy. Starczyłoby wszystkich iskierek na niebie, by zliczyć, ile księżyców już przeszło? Nie. Jesteśmy żywi. Ruszamy się.

Żeby żyć w wędrówce, musieli przedtem stać się lekkimi i pozbyć się wszystkiego, co mieli. Samych siebie. Domów, zwierząt, upraw, obfitości, która ich otaczała. Piaszczystego brzegu, gdzie przewracali żółwie o słonym mięsie; lasu kipiącego od śpiewających ptaków. Pozostawili sobie to, co niezbędne, i ruszyli. Karą była wędrówka przez las? Raczej świętowaniem jak w porze suchej łowienie ryb lub polowanie. Zachowali swoje łuki i strzały, swoje rożki z trucizną, swoje rurki z farbą z acziote, swoje noże, bębny, cushmy, w które byli odziani, sakwy i płócienne pasy do noszenia dzieci. Najmłodsi rodzili się w marszu, starcy w marszu umierali. Gdy wyłaniało się światło, już gąszcz szeleścił poruszony ruchem ich ciał, oni, jeden za drugim, już szli, szli, mężczyźni z bronią gotową do użycia, kobiety z misami i koszami, wszyscy wpatrzeni w słońce. Jeszcze nie zgubiliśmy kierunku i celu. Pewnie upór utrzymywał nas w czystości. Słońce nie opadło i wciąż nie opada. Odchodzi i wraca jak dusze, którym los sprzyja. Ogrzewa świat. Ludzie ziemi też nie upadli. Jesteśmy tutaj. Ja pośrodku, wy dookoła mnie. Ja gawędzę, wy słuchacie. Żyjemy, wędrujemy. To jest szczęście, chyba.

Ale oni przedtem musieli się poświęcić dla tego tu świata. Przeżyć tyle kataklizmów, doznać tylu cierpień i tyle doświadczyć zła. Inne ludy dawno by już zniknęły, pewnie.

Wtedy wędrujący ludzie zrobili postój dla odpoczynku. W nocy zaryczał jaguar i pan pioruna zagrzmiał gromkim głosem. Złe znaki. Motyle wlatywały do domostw i kobiety musiały odpędzać je od mis, trzepiąc matami. Usłyszeli krzyk sowy i chicui. Co będzie? Pytali się wystraszeni. W nocy rzeka tak przybrała, że o świcie okazało się, iż są otoczeni kłębiącymi się wodami, napierającymi pniami, gałęziami, krzewami i trupami rozbijającymi się z hukiem o brzeg. Naprędce ścięli drzewa, związali pnie w tratwy, czółna zrobili, nie czekając aż powódź zaleje przeistoczoną w wysepkę ziemię. Musieli rzucić się w błotniste wody i wziąć do wiosłowania. Wiosłowali, wiosłowali i podczas gdy jedni pchali wiosła, inni krzykiem ostrzegali, wskazując na prawo napierające bale, na lewo leje wirów, a tu, o tu, bryzg i plusk anakondy, która czeka, szczwana, spokojniutko na wywrócenie się czółna, by połknąć wioślarzy. W lesie pan demonów, Kientibakori, szalejący z radości, pił masato, tańcząc pośród tłumu kamagarinich. Wielu odeszło, tonąc w falach, gdy niewidoczny pod wodą pień rozpruwał tratwę, porywając całe rodziny.

Ci nie wracali. Ich ciała, wzdęte, nadgryzione przez piranie, pojawiały się czasem wyrzucane na piasek lub zwisające w strzępach z korzeni przybrzeżnego drzewa. Nie wolno dać się zwieść pozorom. Ci, którzy tak odchodzą, odchodzą. Czy seripigariowie wiedzieli już o tym? Któż może wiedzieć, czy nastał czas mądrości. Z chwilą gdy ptaki i drapieżniki zjedzą łupinę, dusza nie może odnaleźć drogi powrotnej, jak się zdaje. Błąka się zagubiona po jakimś świecie, przeistacza się w złe licho kamagarini i schodzi do tych przebywających w dolnych światach albo przeistacza się w bożka saankarite i ulatuje w górne światy. Dlatego oni, przedtem, nie ufali rzekom, jeziorkom, nawet płytkim źródłom. Wrogo odnosili się do wody. Dlatego też przemierzali ją tylko wtedy, gdy nie było już innej drogi. Pewnie umrzeć nie chcieli. Wody są zdradzieckie, mówią. Odejść wodami to śmierć.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Dno rzeki w Wielkim Przełomie pełne jest trupów naszych. Dużo ich jest, może bardzo dużo. Tam je zdmuchnięto i tam powrócą, by umrzeć. Będą tam, na dole, słuchając płaczu wody ocierającej się o kamienie i rozpadającej się na ostrych skałach. Dlatego nie będzie żółwi za Przełomem, na górzystych ziemiach. Dobrze pływają, a jednak żaden z żółwi nie będzie mógł wypłynąć na tamte wody. Te, które spróbowały, musiały utonąć. Teraz pewnie i one przebywają na dnie, słuchając, jak drży świat na górze. Tam jest nasz początek i tam nas, Macziguengów, czeka koniec, jak się zdaje. W Wielkim Przełomie.

Inni odeszli w walce. Wiele jest sposobów walki. Razu pewnego ludzie, którzy wędrują, zatrzymali się, żeby nabrać sił. Byli tak zmęczeni, że ledwie mogli mówić. Zatrzymali się na skraju lasu, który wyglądał na bezpieczny. Oczyścili zbocze, wznieśli swoje domostwa i liście związali w dachy. Las był wysoko i sądzili, że wody zesłane przez Kientibakoriego, by ich zatopić, nie dotrą do tego miejsca, a jeśli dotrą, ujrzą je na czas i zdążą uciec. Po oczyszczeniu terenu z zarośli i drzew, po wypaleniu go, zasadzili maniok i zasiali kukurydzę, zasadzili bananowce. Rosła tam dzika bawełna do tkania cushm i tytoń, którego woń trzymała węże z daleka. Ary układały się do snu na ramionach ludzi. Małe oceloty ssały piersi kobiet. Matki szły w głąb lasu, tam rodziły, kąpały się i wracały z popłakującymi, poruszającymi nóżkami i rączkami niemowlętami cieszącymi się ciepłem słońca. Nie było Mashków. Kashiri, księżyc, nie wyrządzał jeszcze zła; był już na ziemi i uczył ludzi uprawy manioku. Ale złe ziarno zasiał, być może. Nie wiedzieli. Wszystko wyglądało dobrze.

Wtedy to, pewnej nocy, gdy Tasurinczi spał, ugryzł go wampir. Wbił mu w twarz swoje dwa kły i chociaż Tasurinczi okładał go pięściami, ten nie chciał się oderwać. Musiał go rozszarpać, obryzgując się jego miękkimi kośćmi, lepkimi jak kupa. „To znak”, powiedział Tasurinczi. Ale co ten znak zapowiadał? Nikt go nie zrozumiał. Zagubił się albo jeszcze nie nastąpił czas mądrości. Nie odeszli. Zostali tam, czekali w strachu. Zanim wyrosły krzewy manioku, nim wzrosła kukurydza, nim dojrzały banany, przybyli Mashkowie. Nie zauważyli, jak przyszli, nie usłyszeli bicia w bębny z małpiej skóry. Nagle spadł na nich deszcz strzał, grotów, kamieni. Nagle wielkie płomienie ogarnęły ich domostwa. Nim zaczęli się bronić, wrogowie wiele głów już ścięli i wiele już kobiet porwali. I zabrali z sobą wszystkie kosze z solą, po którą oni wcześniej udali się na Górę. Ci, którzy tak odchodzili – wracali czy umierali? Któż to wie. Umierali, być może. Ich duch dodawał sił i zaciekłości rabusiom, może. Albo są tam nadal i błąkają się po lesie bezradni.

Któż może wiedzieć, ilu nie wróciło. Przeszytych strzałami, trafionych kamieniami, porażonych trucizną grotów i konających w śmiertelnych mdłościach. Po każdym napadzie Mashków i widząc, jak ludzi ubywa, Tasurinczi wskazywał na niebo: „Słońce opada”, mówił. „Coś złego zrobiliśmy. Znikczemnieliśmy, przebywając tak długo w jednym miejscu. Trzeba uszanować zwyczaj. Należy ponownie wrócić do czystości. Wędrujmy dalej”. I szczęśliwie, kiedy już mieli zniknąć, wracała mądrość. Wówczas zapominali o swych uprawach, domostwach, zapominali o wszystkim, co nie mieściło się w sakwach. Nakładali korale, wieńce, palili resztę i bijąc w bębny, śpiewając i tańcząc, ruszali przed siebie. Znowu i jeszcze raz. Wtedy słońce wstrzymywało swe opadanie pośród światów na niebie. Natychmiast czuli, jak się budzi, jak ogarnia je złość. „Znowu ogrzewa ziemię”, mówili. „Żyjemy”, mówili. I wciąż szli przed siebie.

I tak wędrujący ludzie dotarli wówczas do Góry. Była tam. Wysoka, czysta, pnąca się w górę, w górę aż ku Menkoripatsa, białej krainie chmur. Pięć roztańczonych rzek płynęło pośród słonych kamieni. Okalały Górę zagajniki porośnięte żółtą trawą, z gołąbkami i kuropatwami, figlarnymi myszkami i mrówkami o smaku miodu. Skały były z soli, gleba była z soli, dno rzek też było z soli. Ludzie ziemi napełniali kosze, sakwy, sieci, spokojni, pewni, że sól nigdy się nie skończy. Byli zadowoleni, wydaje się. Odchodzili, wracali, a soli przybywało i przybywało. Zawsze była sól dla tego, który po nią wchodził. Wielu wchodziło. Ludzie Ashaninka wchodzili, ludzie Amuesha, ludzie Piro i Yaminahua. Mashkowie wchodzili. Wszyscy znali Górę. Przybywaliśmy tam i wrogowie tam byli. Nie walczyliśmy. Nie było wojen ani polowań, lecz szacunek, mówią. Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem. Tak pewnie było, być może. Tak jak przy wodopojach i przy żerowiskach. Czy w owych leśnych ustroniach, tam gdzie ziemia jest słona, liżące ją zwierzęta walczą ze sobą? Kto widział, by na żerowisku pekari atakowało tapira albo kapibara ugryzła małpę shimbillo? Nic sobie nie robią. Spotykają się tam i tam zostają, każde w swoim miejscu, wylizując spokojnie z ziemi swoją porcję soli, piją wodę, póki nie zaspokoją głodu i pragnienia. Czy znalezienie żerowiska lub odkrycie wodopoju nie jest wspaniałe? Jak łatwo jest wówczas upolować zwierzynę. Jest tam, ufna, nie bacząc na nic, zajęta tylko lizaniem. Nie czuje kamienia, nie słyszy gwizdu strzały. Łatwa zdobycz. Góra była takim ludzkim żerowiskiem, wielkim ludzkim wodopojem. Miała swoją magię, być może. Ashaninkowie mówią, że jest święta, że wewnątrz kamienia rozmawiają duchy. Być może tak jest, być może rozmawiają. Ludzie przychodzili z koszami i sakwami i nikt na nich nie polował. Patrzyli na siebie, nic więcej. Była sól i szacunek dla wszystkich.

Później już nigdy nie można było wejść na Górę. Później zostali bez soli. Później na każdego, kto wchodził, polowano. Związanych zabierano do obozowisk. To był czas wykrwawiania drzew. Do roboty, kurwa! Później ziemia zapełniła się białymi wirakoczami szukającymi ludzi i polującymi na nich. Porywali ich, a oni wykrwawiali drzewa i dźwigali kauczuk. Do roboty, kurwa! Obozy były gorsze od ciemności i deszczy, wydaje się, gorsze od zła i Mashków. Mieliśmy dużo szczęścia. Czyż nie wędrujemy nadal? Sprytni byli wirakocze, mówią. Wiedzieli, że ludzie będą wchodzić z koszami i sieciami po sól Góry. Zastawione już mieli na nich pułapki, czekali z kulami. Kto wpadał, stawał się ich łupem. Ludzie Ashaninka, Piro, Amahuaca, Yaminahua, Mashko. Nie wybierali specjalnie. Każdy był dobry, byle wpadł, byle miał ręce do wykrwawiania drzewa, palce do nacinania kory, podstawiania puszki i zbierania soku, ramiona do dźwigania i nogi do biegania z kulami kauczuku do obozu. Niektórzy uciekali, być może. Niewielu, mówią. Nie było to proste. Nie nóg, a skrzydeł trzeba było, raczej. Giń, kurwa! Kto uciekał, padał od kuli. Macziguenga trup, kurwa! „Nie ma co uciekać z obozów”, mówił Tasurinczi. „Biali mają swoją magię. Coś się dzieje z nami. Coś musieliśmy zrobić nie tak. Duchy się nimi opiekują, nas duchy opuściły. Czymś zawiniliśmy. Lepiej wbić sobie cierń czambiry lub wypić sok cumo. Odchodzącemu z własnej woli, za pomocą ciernia lub trucizny, pozostaje nadzieja na powrót. Kto odchodzi od kuli, nie wraca już, spływa rzeką Kamabirią, martwy pośród martwych, na zawsze”. Wydawało się, że ludzie znikną. Ale czyż nie należymy do szczęśliwców? Ciągle jesteśmy. Wędrując ciągle. Zawsze szczęśliwi. Od tamtej pory już nigdy nie wybrali się po sól na Górę. Ona będzie tam zawsze, wysoka, wysoka, ze swą czystą duszą, patrząca słońcu prosto w twarz.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Tasurinczi, ten, który żyje w zakolu strumienia, a przedtem żył przy lagunie, gdzie dogorywa tyle żółwi nie nadążających za opadającą w porze suchej wodą. Poszedłem i widziałem go. Z daleka zadąłem w róg, by oznajmić mu, że nadchodzę, a gdy podszedłem bliżej, ogłosiłem mu to, krzycząc: „Przybyłem! Przybyłem!” Moja papużka powtórzyła: „Przybyłem! Przybyłem!” Nie wyszedł mi na spotkanie, pomyślałem więc, że być może przeniósł się gdzie indziej, a moja wyprawa była daremna. Ale nie. Jego domostwo nadal wznosiło się przy zakolu strumienia. Stanąłem przed nim odwrócony plecami, czekając, aż Tasurinczi mnie przyjmie. Długo musiałem czekać. Był na dole, nad rzeką, pracował przy dłubaniu czółna. Czekając nań, przypatrywałem się jego kobiecie. Tam, bliziutko, siedząc przy krośnie, farbowała włókna bawełny rozkruszonymi korzonkami. Nie wstała, nawet nie spojrzała na mnie. Nie przerwała pracy, jakbym tam nie stał albo był niewidzialny. Miała więcej naszyjników niż ostatnim razem. „Masz tyle naszyjników, żeby odpędzać diabełki kamagarini czy też po to, żeby czarownik maczikanari nie mógł rzucić na ciebie uroku?” – zapytałem. Ale nie odpowiedziała mi i nadal farbowała włókna, jakby mnie nie słyszała. Miała również dużo ozdób na rękach, na ramionach, na kostkach i z przodu cushmy. Wieniec na głowie był tęczą z piór ary, tukana, papugi, pauji, indyczki kanari.

Wreszcie wrócił Tasurinczi. „Przybyłem”, powiedziałem mu. „Jesteś tam?” „Tu jestem”, odpowiedział zadowolony, że mnie widzi, a moja papużka powtórzyła: „Jestem, jestem”. Wówczas jego kobieta wstała i rozłożyła dwie maty, byśmy mogli usiąść. Przyniosła gar świeżo upieczonych bulw manioku, które wyłożyła na bananowe liście i dzban masato. Wydawało się, że też jest zadowolona, widząc mnie. Rozmawialiśmy aż do następnego księżyca, bez przerwy.

Kobieta jest w ciąży i tym razem dziecko urodzi się w odpowiednim czasie i nie odejdzie. Jeden z bożków powiedział tak seripigariemu podczas tytoniowego zamroczenia. I dał mu do zrozumienia, że jeśli dziecko umrze przed porodem, tak jak poprzednie dzieci, to będzie wina kobiety, a nie któregoś z kamagarinich. Podczas tego zamroczenia seripigari wiele spraw rozwikłał. Poprzednio dzieci rodziły się martwe, bo piła specjalne wywary, żeby zmarły w jej wnętrzu, a ona mogła je wyrzucić z siebie przed czasem. „To prawda?” – zapytałem kobietę. A ona mi odpowiedziała: „Nie pamiętam. Być może tak było. Kto wie”. „Tak, to prawda”, przyznał Tasurinczi. Ostrzegł ją, że jeśli tym razem dziecko urodzi się martwe, to ją zabije. „Jeśli urodzi się martwe, wbije mi zatrutą strzałę i rzuci przy strumieniu, żeby pożarły mnie kapibary”, potwierdziła kobieta. Śmiała się, nie była wystraszona, raczej wydawało się, że z nas kpi.

Zapytałem Tasurincziego, dlaczego tak bardzo chce, żeby kobieta urodziła. Dziecko go nie martwi, jego zmartwieniem jest ona. „Czy to nie dziwne, że wszystkie dzieci rodzi martwe?” – mówi. Znowu ją przy mnie zapytał: „Wydałaś je na świat martwe, bo napiłaś się wywaru?” Powtórzyła mu to, co już mnie powiedziała: „Nie pamiętam”. „Czasami myślę sobie, że ona nie jest kobietą, tylko diablicą, jakąś sopai”, wyznał mi Tasurinczi. Nie tylko sprawa dzieci każe mu podejrzewać, że ona posiada odmienną duszę. Bo i bransolety, naszyjniki, wieńce i ozdoby, które nosi. To prawda. Nigdy przedtem nie widziałem kobiety z tyloma ozdobami na ciele i na cushmie. Jak można chodzić z takim ciężarem? Któż to wie. „Popatrz, co teraz nosi”, powiedział mi Tasurinczi. Kazał kobiecie podejść i zaczął mi pokazywać: brzękadła z nasion, niezliczone naszyjniki z kostek kuropatwy, zębów kapibary, piszczeli małpek, kłów pumy, kokonów larw i wiele innych rzeczy, których już nie pamiętam. „Mówi, że te naszyjniki chronią ją przed maczikanarim, złym czarownikiem”, powiedział mi Tasurinczi. „Ale czasami, kiedy patrzę na nią, wydaje mi się, że to ona jest raczej maczikanarim i szykuje jakieś czary przeciwko komuś”. Ona, śmiejąc się, powiedziała, że nie wydaje jej się, by była wiedźmą czy diablicą, ale po prostu kobietą jak inne.

Tasurinczi mógłby zostać sam, gdyby zabił swoją kobietę, nie przeszkadzałaby mu samotność. „Lepiej tak, niż żyć z kimś, kto może wykraść wszystkie kawałeczki mojej duszy”, wyjaśnił mi. Ale uważał, że tak się nie stanie, gdyż, jak sprawdził seripigari w zamroczeniu, tym razem dziecko urodzi się, wędrując. „Może i tak będzie”, usłyszałem głos jego kobiety, śmiejącej się do rozpuku i nie odrywającej wzroku od bawełnianych włókien. Oboje czują się dobrze. Wędrują. Tasurinczi dał mi tę małą sieć z włókien. „Żebyś mógł coś sobie złowić”, powiedział. Dał mi też manioku i kukurydzy. „Nie boisz się sam podróżować?” – zapytał mnie. „My, Macziguengowie, zawsze idziemy przez las w towarzystwie, bo nigdy nie wiadomo, co nas może spotkać w drodze”. „Ja też podróżuję w towarzystwie”, odpowiedziałem. „Nie widzisz mojej papużki?” „Papużki, papużki”, odpowiedziała papużka.

Opowiedziałem to wszystko Tasurincziemu, temu, który przedtem żył przy rzece Mitaya, a teraz żyje w głębi lasu przy rzece Yavero. Zamyślony, po chwili zastanowienia, powiedział mi: „Nie rozumiem. Obawia się, że jego kobieta może być sopai, bo wydaje na świat martwe dzieci? Przecież kobiety i diablicami mogą być, bo nie martwe dzieci rodzą, ale czasem ropuchy i jaszczurki. Kto uczy, że kobieta jest wiedźmą, kiedy nosi dużo naszyjników? Nie znam tej nauki. Maczikanari jest złym czarownikiem, bo służy Kientibakoriemu, temu, który natchnął demony, a kamagarini, diabełki, pomagają mu w jego czarach, tak jak z kolei dobremu czarownikowi, seripigariemu, pomagają w odczynianiu zła, uroków i w odkrywaniu prawdy bożkowie, których natchnął Tasurinczi. Ale zarówno wszyscy maczikanariowie, jak i wszyscy seripigariowie noszą naszyjniki, o ile mi wiadomo”.

Kobiety, słysząc go, zaczęły się śmiać. To mało prawdopodobne, by rodziły martwe dzieci, bo tam, w domu nad Yavero, roi się od dzieciaków. „Wszystko to trzeba nakarmić”, żalił się Tasurinczi. Przedtem, nad rzeką Mitaya, zawsze ryby wpadały do sieci, choć ziemia tam nie była najlepsza dla manioku. Ale tu, gdzie teraz dotarł, wspinając się wzdłuż jednego z potoków uchodzących do Yavero, nie ma ryb. To ciemne miejsce, pełne ropuch i pancerników. Wilgotna ziemia, w której butwieje każda roślina.

Zawsze wiedziałem, że mięsa pancerników nie należy jeść, bo pancernik ma nieczystą matkę, jego mięso szkodzi, a ciało tego, kto je spożyje, pokrywa się plamami. Ale oni tam jedli je. Kobiety sprawiły pancernika, a następnie upiekły pokrojone mięso. Tasurinczi podał mi do ust kawałek. Przełykałem go długo, z trudem, dręczony różnymi obawami. Wydaje się, że nic mi się nie stało. W przeciwnym razie, pewnie bym tu nie przywędrował.

„Dlaczego odszedłeś tak daleko, Tasurinczi?” – zapytałem go. „Z trudem cię odnalazłem. A poza tym, tu nieopodal żyją Mashkowie”. „Byłeś w moim domu nad Mitaya i nie natknąłeś się na wirakoczów?” – zdziwił się. „Tam są wszędzie. Przede wszystkim na przeciwległym brzegu od miejsca, gdzie mieszkałem”.

Obcy przybysze zaczęli płynąć w górę i w dół rzeki, w dół i w górę, już wiele księżyców temu. Wśród nich przybyli z gór punarunowie i wielu wirakoczów. Nie zjawili się tylko na chwilę, przejazdem. Zostali. Postawili domy, powalili drzewa.

Polują na zwierzynę ze strzelb, których huk długo rozlega się po lesie. Paru wędrujących ludzi też z nimi przybyło. Z tych żyjących tam w górze, z drugiej strony Wielkiego Przełomu, którzy już przestali być ludźmi i z mowy, i z ubioru są też trochę wirakoczami. Przybyli, żeby im pomóc tam, nad Mitaya. Nawet odwiedzili Tasurincziego. Chcieli go namówić, by razem z nimi pracował przy czyszczeniu lasu z drzew i zarośli i noszeniu kamieni przy budowie drogi, tuż przy rzece. „Nic ci nie zrobią”, zachęcali go i dodawali: „Weź też kobiety, żeby przygotowywały ci jedzenie. Przypatrz się nam – czy coś nam zrobili? To już nie jest to samo co przy wykrwawianiu drzew. Tak, wtedy, tamci wirakocze byli diabłami, chcieli wycisnąć z nas wszystkie soki, jak z drzew, chcieli skraść nasze dusze. Teraz jest inaczej. Z tymi, teraz, pracujesz tyle, ile sam chcesz. Dają ci jedzenie, dają ci nóż, dają ci maczetę, dają ci harpun do łowienia ryb. A jeśli z nimi zostaniesz, możesz mieć strzelbę”.

Ci, co dawniej byli ludźmi, wydawali się zadowoleni, być może. „Poszczęściło się nam”, mówili. „Przypatrz się nam, dotknij nas. Nie chcesz, żeby i tobie się poszczęściło? Idź więc w nasze ślady”. Tasurinczi dał się przekonać. „Dobrze”, powiedział. „Pójdę zobaczyć”. I przepłynąwszy rzekę Mitaya, udał się z nimi do obozu wirakoczów. I przybywszy tam, odkrył, że wpadł w pułapkę. Osaczony był przez diabły. Jak na to wpadłeś, Tasurinczi? Bo wirakocza, który mu tłumaczył, w sposób trudny do zrozumienia, co ma robić, nagle pokazał mu, jak brudną ma duszę. A jak, Tasurinczi? Co takiego się stało, powiedz? Pytał go: „Potrafisz używać maczety?” – i zamilkł niespodziewanie, twarz mu się zniekształciła, pomarszczyła. Otworzył szeroko usta i apsik! apsik! apsik! Trzy razy pod rząd, podobno. Czerwone jak ogniki oczy zwilgotniały mu. Tasurinczi nigdy przedtem tak się nie bał. „To kamagarini”, pomyślał. „To jego twarz, jego głos. Dzisiaj mam umrzeć”. I myśląc: „To diabeł, diabeł”, poczuł, jak skóra pokrywa mu się kroplami, jakby wyszedł z wody. Dreszcze zaczęły chodzić mu po kościach i ujrzał siebie od środka, jak w zamroczeniu. Próbował się ruszyć. Nogi tak mu drżały, że odmawiały posłuszeństwa. W końcu się przemógł. Wirakocza znowu coś do niego mówił, nie spostrzegłszy się, że już ukazał mu swoje prawdziwe oblicze. Strużka zielonych smarków wyciekała z jego nozdrzy. Gadał, jakby nigdy nic, gadał tak, jak ja teraz gadam. Musiał się bardzo zdziwić, na pewno się zdziwił, widząc, jak Tasurinczi ucieka co tchu, zostawiając go w pół słowa. Ci, co byli kiedyś ludźmi i znajdowali się w pobliżu, próbowali zagrodzić mu drogę. „Nie przerażaj się, nic ci nie będzie”, zwodzili go. „To tylko kichnięcie. Ich to nie zabija. Mają swoje lekarstwa”. Tasurinczi wskoczył do swojego kanoe, udając, że odpływa tylko na chwilę: „Tak, tak, niedługo przypłynę, zaraz wrócę, czekajcie na mnie”. Jeszcze szczękały mu zęby, podobno. „To diabły”, myślał. „Dziś mam umrzeć, być może”.

Gdy tylko dopłynął na drugi brzeg, zebrał kobiety i dzieci. „Zło już nadeszło, jesteśmy otoczeni przez kamagarinich”, obwieścił. „Musimy pójść jak najdalej stąd. Idźmy, może nie jest za późno, może jeszcze będziemy mogli wędrować”. I tak zrobili, i teraz żyją nad owym potokiem, w głębi lasów nas rzeką Yavero. Wirakocze nie dotarli tam, według niego. Mashkowie również, nawet oni nie przywykliby do takiego miejsca. „Tylko my, wędrujący ludzie, możemy tu żyć”, mówił z dumą. Zadowolony był, że mnie widzi. „Obawiałem się, że nigdy aż tak daleko się nie wyprawisz, żeby mnie odwiedzić”, mówił. Przeczesując i czyszcząc sobie nawzajem włosy, kobiety powtarzały: „Na całe szczęście udało nam się uciec, bo inaczej co byłoby z naszymi duszami”. Wyglądały na zadowolone z tego, że mnie widzą, również. Jedliśmy, piliśmy i rozmawialiśmy wiele księżyców. Nie chcieli, żebym odchodził. „Jak możesz tak odejść”, mówił Tasurinczi. „Jeszcze nie skończyłeś gawędzić. Mów jeszcze, mów, jeszcze masz mi tyle do powiedzenia”. Gdyby to od niego zależało, to jeszcze bym tam siedział nad Yavero i gawędził.

Jeszcze nie skończył swojego domostwa. Ale już oczyścił teren, przyciął pale, ściął liście i przygotował wiązki słomy na dach. Musiał po nie zejść na dół, bo tam, gdzie mieszka, nie ma ani palm, ani traw. Chłopak, który chce się żenić z jedną z jego córek, żyje tam w pobliżu i pomaga Tasurincziemu w poszukiwaniu ziemi pod maniok w najwyższych partiach. Dużo tam skorpionów, więc przepędzają je, wypalając ich gniazda. Nietoperzy też nocą nie brakuje; zdążyły już ugryźć jednego z dzieciaków, który przez sen oddalił się od ogniska.

Mówi, że tutejsze nietoperze żerują nawet podczas deszczu. Rzecz niespotykana w innych miejscach. Tu, nad rzeką Yavero, zwierzęta mają inne obyczaje. „Jeszcze się ich uczę”, powiedział mi Tasurinczi. „Życie robi się trudne, kiedy człowiek się przenosi”, powiedziałem mu. „Tak jest”, odpowiedział. „Mamy szczęście, że przynajmniej potrafimy wędrować. Mamy szczęście, że przez cały czas wędrowaliśmy. Mamy szczęście, że cały czas przenosiliśmy się z miejsca na miejsce. Co stałoby się z nami, gdybyśmy należeli do tych, którzy się nie ruszają! Zniknęlibyśmy nie wiadomo gdzie. Wielu to się przydarzyło podczas wykrwawiania drzew. Nie ma takich słów, żeby wyrazić, jakie nas szczęście spotkało”.

„Kiedy znowu odwiedzisz Tasurincziego, przypomnij mu, że diabłem jest ten, który robi apsik!, a nie kobieta, która rodzi martwe dzieci albo przystraja się w wiele naszyjników z paciorków”, szydził Tasurinczi, wzbudzając śmiech kobiet. I opowiedział mi historię, którą teraz opowiem wam. Zdarzyło się to wiele księżyców temu, kiedy pierwsi Biali Ojcowie zaczęli pojawiać się z tej strony Wielkiego Przełomu. Żyli już z drugiej strony, tam, w górze. Mieli swoje domostwa w Koribeni i w Chirumbia, ale nie dotarli tu, w dół rzeki. Pierwszy, który przepłynął Wielki Przełom, udał się nad rzekę Timpia, wiedząc, że są tam wędrujący ludzie. Nauczył się mówić. Mówił, podobno. Można było zrozumieć, co chce powiedzieć. Zadawał bardzo wiele pytań. Został tam. Pomogli mu w oczyszczeniu terenu, wzniesieniu domu, zbudowaniu zagrody. Odchodził i wracał. Przynosił jedzenie, haczyki i maczety. Wędrujący ludzie żyli z nim w zgodzie. Wydawali się zadowoleni. Słońce spokojnie znajdowało się na swoim miejscu. Ale po jednej z owych podróży Biały Ojciec wrócił z odmienioną już duszą, choć twarz miał tę samą. Przeistoczył się w kamagariniego i przywiódł zło. Ale nikt tego nie dostrzegał i dlatego nikt nie ruszył w drogę. Stracili mądrość, być może. Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Biały Ojciec leżał na swojej macie i zauważyli, jak jego twarz wykrzywia się w dziwnych grymasach. Apsik! Apsik! Kiedy podchodzili doń, by zapytać: „Co ci jest? Dlaczego tak wykrzywiasz twarz? Co to za dziwne dźwięki?”, odpowiadał: „To nic, zaraz mi przejdzie”. Zło przeniknęło do wszystkich dusz. Dzieci, kobiet, starców. A także, mówią, ar, pak, świnek górskich, kuropatw, wszystkich zwierząt, które mieli. One też: Apsik! Apsik! Śmiali się z początku. Myśleli, że jest to jakby wesołe zamroczenie. Klepali się po piersiach i popychali jak w zabawie. I wykrzywiali twarze: Apsik! Z nosów wypływały smarki, ślina ciekła z ust. Pluli i śmiali się. Ale już nie mogli ruszyć w drogę. Minął czas. Już dusze, rozbite na kawałki, zaczęły uchodzić z ich ciał przez czubki głów. Pozostało im tylko pogodzić się z tym, co miało nadejść.

Czuli, jakby w środku ciała rozpalono im ogień. Płonęli, spalali się w płomieniach. Zanurzali się w rzece, ale woda, zamiast ugasić, rozniecała ogień. Później ogarniał ich straszny chłód, jakby przez całą noc stali w ulewnym deszczu. Choć słońce stało tam, gdzie stało, patrząc swym żółtym okiem, oni trzęśli się, zamroczeni, przerażeni, nie widząc tego, co widzieli, nie poznając znanego. Wpadali w złość, zgadując, że zło mają w sobie jak pchłę piaskową pod paznokciem. Nie zrozumieli ostrzeżenia, nie ruszyli po pierwszym apsik! Białego Ojca. Wszy nawet wyginęły, podobno. Mrówki, żuki i pająki, które przechodziły tamtędy, też wyginęły, mówią. Nikt już nigdy nie zamieszkał w tamtych okolicach rzeki Timpia. Choć nie bardzo już wiadomo, które to miejsce, bo las ponownie zarósł wszystko. Lepiej tamtędy nie chodzić, lepiej obejść to miejsce, ominąć z daleka. Można je poznać po białych, cuchnących oparach i przejmującym gwiździe. Czy dusze tych, którzy odchodzą w ten sposób, wracają? Któż to wie. Może wracają. A może spływają Kamabirią, wodną drogą zmarłych.

Czuję się dobrze. Wędruję. Teraz czuję się dobrze. Źle ze mną było jakiś czas temu, myślałem już, że nadszedł czas wybudowania sobie nad rzeką schronienia z gałęzi. Szedłem drogą prowadzącą do domu Tasurincziego, ślepca, tego, który mieszka w okolicach Cashiriari. Nagle w czasie marszu wszystko zaczęło ze mnie wyciekać. Zauważyłem to dopiero, gdy ujrzałem, że mam poplamione nogi. Co to jest? Co za zło wkradło się do mojego ciała? Szedłem dalej, ale czekała mnie jeszcze długa droga nad Cashiriari. Kiedy usiadłem, aby odpocząć, ogarnęła mnie trzęsiączka. Zacząłem się rozglądać, szukając ratunku. W końcu znalazłem krzew bielunia i narwałem liści, ile mogłem. Zaparzyłem je i natarłem wywarem całe ciało. Ostudziłem wodę w naczyniu i zanurzyłem w niej rozgrzany do czerwoności kamień, który otrzymałem od seripigariego. Zacząłem głęboko wciągać opary, dopóki nie ogarnął mnie sen. Leżałem na macie przez wiele księżyców, kto wie ile, i nie miałem sił, by ruszyć nogą, nawet usiąść nie byłem w stanie. Mrówki chodziły po mnie, a ja ich nie odpędzałem; jeśli któraś zbliżała się do moich ust, połykałem ją, i to było całe moje pożywienie. Przez sen słyszałem wzywającą mnie papużkę: „Tasurinczi! Tasurinczi!” Na wpół śpiący, na wpół przytomny, ale ciągle całkiem nieżywy z zimna. Czułem wielki smutek, być może.

I wtedy pojawili się jacyś ludzie. Zobaczyłem pochylające się nade mną twarze. Jeden z nich próbował ruszyć mnie nogą, a ja nie mogłem nawet słowa powiedzieć. Nie byli to wędrujący ludzie. Nie byli to również Mashkowie, na szczęście. Ashaninkowie raczej, tak sądzę, bo mogłem coś niecoś zrozumieć z tego, co mówili. Przyglądali mi się, zadawali pytania, na które nie miałem sił odpowiedzieć, choć słyszałem je jakby z daleka. Wydawało mi się, że rozprawiali, czy aby nie jestem kamagarinim. A i o tym, co należy zrobić, gdy napotka się złe licho w lesie. Rozprawiali. Jeden z nich powiedział, że po ujrzeniu kogoś takiego jak ja spotka ich coś złego, więc najbezpieczniej byłoby mnie zabić. Nie mogli dojść do zgody. Długo rozmawiali i zastanawiali się. W końcu postanowili dobrze się ze mną obejść, na moje szczęście. Zostawili mi trochę bulw manioku, a widząc, że nie mam sił ich unieść, jeden z nich włożył mi kawałek do ust. Nie była to trucizna. To był maniok. Pozostałe bulwy owinęli w bananowe liście i włożyli mu w rękę. Może to wszystko mi się przyśniło. Nie wiem. Ale później, kiedy poczułem się lepiej i siły mi wróciły, bulwy manioku tam były. Zjadłem je i papużka też zjadła. Mogłem podjąć wędrówkę. Szedłem powoli, zatrzymując się co chwila, aby odpocząć.

Kiedy przybyłem do Tasurincziego, ślepca, tego znad rzeki Cashiriari, opowiedziałem, co mi się przydarzyło. Okadził mnie dymem i przygotował wywar z tytoniu. „Twoja dusza podzieliła się na wiele dusz, oto co ci się przydarzyło”, wytłumaczył mi. „Zło dostało się do twojego ciała, bo jakiś maczikanari ci je posłał, albo zagapiwszy się, przeciąłeś mu drogę.

Twoje ciało jest cushmą duszy, niczym więcej. Jak kokon dla larwy. Gdy zło już było w środku, dusza próbowała się ratować. Przestała być jedną duszą i przeistoczyła się w wiele dusz, by zmylić zło. A zło skradło tyle, ile mogło. Jedną, dwie, kilka. Nie za wiele, bo inaczej odszedłbyś całkiem. Dobrze, że wziąłeś kąpiel z wody z tohe i pooddychałeś oparami. Ale powinieneś był zrobić coś sprytniejszego. Wysmarować sobie farbą z acziote czubek głowy, dokładnie, tak żeby cały był mocno czerwony. Wtedy zło obładowane duszami nie mogłoby wyjść z twojego ciała. Bo tamtędy wychodzi, to są jego drzwi. Acziote zamyka mu drogę. A czując, że jest uwięzione, traci swoją siłę i umiera. W ciele jest dokładnie tak samo jak w domach. Czy wkradające się do domów diabły nie porywają dusz, uciekając przez najwyższe miejsce, zwieńczenie dachu? A dlaczego tak starannie wiążemy drewno właśnie tam, na samym czubku dachu? Właśnie po to, żeby diabeł nie mógł uciec, porywając dusze śpiących. Tak samo jest z ciałem. Poczułeś się słaby po utracie dusz. Ale one już do ciebie wróciły i dlatego tu jesteś. Widać uciekły Kientibakoriemu, korzystając z chwili nieuwagi jego kamagarinich. Pewnie wróciły i zaczęły cię szukać, przecież jesteś ich domem, i tam cię znalazły, leżącego w tym samym miejscu, ledwie dyszącego, konającego. Weszły do twojego ciała i wróciłeś do życia. Teraz, już wewnątrz ciebie, wszystkie dusze połączyły się. Teraz ponownie są jedną duszą”.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Tasurinczi, ślepiec, ten, co żyje nad Cashiriari, czuje się dobrze. Choć przez większą część czasu prawie nic nie widzi, może sprzątać swoje gospodarstwo. Wędruje. Mówi, że w zamroczeniu widzi teraz więcej rzeczy niż przed utratą wzroku. Może stan, w jakim się znalazł, jest dobrodziejstwem, kto wie. On uważa, że tak. Oswaja się z rzeczami tak, by ślepota jak najmniej kłopotów sprawiała tak jemu, jak i jego najbliższym. Jego młodszy syn, ten, który już raczkował, kiedy poprzednio tam byłem, odszedł. Żmija ukąsiła go w nogę. Gdy to zauważyli, Tasurinczi przygotował wywar i zrobił, co było w jego mocy, ale upłynęło już zbyt wiele czasu. Zaczął zmieniać kolor, zrobił się czarny jak spalony las i odszedł.

Ale jego rodzicom dane było zaznać radości ponownego ujrzenia swego syna.

A było to tak.

Udali się do seripigariego i powiedzieli mu, że są bardzo przygnębieni odejściem dziecka. Błagali go: „Sprawdź, co się z nim stało, w którym ze światów jest, porozmawiaj z nim. I poproś go, by chociaż raz nas odwiedził”. I seripigari tak zrobił. Jego dusza, w zamroczeniu, prowadzona przez saankarite, przeniosła się aż ku rzece czystych dusz, Meshiareni. Tam odnalazła ich syna. Saankaritowie wykąpali go, urósł, miał dom i niebawem miał mieć żonę. Opowiadając mu, jak bardzo przygnębieni są jego rodzice, seripigari przekonał go, by wrócił na tę ziemię odwiedzić ich po raz ostatni. Przyrzekł i słowa dotrzymał.

Tasurinczi, ślepiec, mówi, że w domu nad Cashiriari nagle stawił się młodzieniec odziany w nową cushmę. Wszyscy go poznali, mimo że nie był już dzieckiem, ale młodzieńcem. Tasurinczi, ślepiec, poznał go po zapachu. Usiadł między nimi, skosztował manioku i napił się parę kropel masato. Opowiedział im o swojej podróży od chwili, gdy jego dusza uciekła z ciała przez czubek głowy. Było ciemno, ale mógł rozpoznać wejście do jaskini, którędy schodzi się do rzeki zmarłych dusz. Rzucił się do Kamabirii i popłynął gęstymi wodami, nie tonąc. Nie musiał ruszać ani nogami, ani rękami. Nurt, srebrzysty jak pajęczyna, niósł go powoli. Wokół niego inne dusze również płynęły Kamabirią, szeroką rzeką, u której brzegów wznoszą się pewnie urwiska bardziej strome niż skały Wielkiego Przełomu. W końcu dotarł do miejsca, gdzie wody się rozdzielają, porywając w swą przepaść kaskad i wirów tych, którzy schodzą cierpieć do Gamaironi. Nurt rzeki sam oddzielał jednych od drugich. Syn Tasurincziego, ślepca, z ulgą poczuł, że wody oddalają go od przepaści; szczęśliwy, wiedział już, że będzie nadal płynąć Kamabirią z tymi, którzy popłyną w górę, rzeką Meshiareni, ku najwyższemu światu, światu słońca, Inkite. Zanim tam dotarł, długo jeszcze podróżował. Musiał przebyć skraj tej ziemi, Ostkiaj, gdzie spływają wszystkie rzeki. Jest to kraina bagnista, pełna potworów; Kashiri, księżyc, schodzi tam czasami, by w owym miejscu knuć swoje niecne podłości.

Odczekali, by niebo rozchmurzyło się i gwiazdy odbiły się w wodach, lśniące i czyste. Wówczas syn Tasurincziego mógł ze swymi towarzyszami podróży wspiąć się rzeką Meshiareni, gwiezdnymi schodami, ku Inkite. Saankaritowie przyjęli ich świętowaniem. Zjadł słodki owoc, po którym urósł, i zaprowadzili go do domu, gdzie miał zamieszkać. Teraz, gdy wróci, przedstawią mu jego przyszłą żonę. Był zadowolony, chyba, w tym świecie na górze. Nie pamiętał o ukąszeniu żmii.

„Nie tęsknisz za niczym stąd?” – zapytali go najbliżsi. Tak, trochę tęskni. Za tym błogim uczuciem, kiedy matka podawała mu pierś do ssania. I wtedy, opowiedział mi ślepiec z Cashiriari, prosząc wpierw o pozwolenie, młodzieniec zbliżył się do matki, rozchylił cushmę i delikatnie zaczął ssać jej piersi jak niemowlę. Czy z jej piersi popłynęło mleko? Kto wie. Ale on był szczęśliwy, chyba. Pożegnał się z nimi zadowolony.

Odeszły również obie młodsze siostry żony Tasurincziego. Jedną z nich porwali punarunowie, którzy pojawili się nad Cashiriari i przez wiele księżyców trzymali pośród siebie, by gotowała im i posługiwała jako kobieta. Było to w okresie, kiedy powinna zachować czystość, mieć obcięte włosy, nic nie jeść, nie rozmawiać z nikim i nie dopuszczać męża do siebie. Mówi Tasurinczi, że on jej nie ganił za to, co się przydarzyło. Aleją to dręczyło. „Nikt nie powinien się do mnie odzywać, bo nie zasługuję na to”, żaliła się. „I nie wiem, czy zasługuję, by żyć dalej”. Wieczorem powoli udała się na brzeg, z gałęzi złożyła swoje legowisko i wbiła sobie cierń czambiry. „Była tak smutna, że podejrzewałem, iż to zrobi”, powiedział mi Tasurinczi, ślepiec. Okryli ją dwiema cushmami, by sępy jej nie rozdziobały, i zamiast puścić w kanoe środkiem rzeki albo pogrzebać, powiesili wysoko na drzewie. Bardzo przemyślnie, bo promienie słońca rano i wieczorem liżą jej kości. Tasurinczi pokazał mi to miejsce i zadziwiłem się. „Ale wysoko! Jak mogłeś aż tam dotrzeć?” „Może jestem ślepy, ale żeby wejść na drzewo, niepotrzebne są oczy, tylko nogi i ręce, a te mam jeszcze silne”, odpowiedział mi.

Inna siostra żony Tasurincziego, ślepca znad Cashiriari, spadła z urwiska, wracając z pola. Tasurinczi kazał jej sprawdzić pułapki zakładane przezeń wokół poletek maniokowych, w które, jak mówi, zawsze wpadają aguti. Mijał już ranek, a ona nie wracała. Poszli jej szukać i odnaleźli na dnie urwiska. Stoczyła się tam, poślizgnąwszy się, być może, albo ziemia usunęła jej się spod nóg. Ale mnie to zdziwiło. Wąwóz nie jest głęboki. Każdy mógłby tam skoczyć lub stoczyć się na samo dno, nie zabijając się. Ona zmarła wcześniej, być może, a jej puste ciało, bez duszy, potoczyło się bezwładnie. Tasurinczi, ślepiec znad Cashiriari, mówi: „Zawsze sądziliśmy, że ta dziewczyna odejdzie w dziwny sposób”. Całe życie śpiewała piosenki, jakich nikt przedtem nie słyszał. Wpadała w dziwne stany, mówiła o nieznanych miejscach i, zdaje się, zwierzęta wyznawały jej sekrety, kiedy w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby podsłuchać. To są oznaki, że ktoś szybko odejdzie, według Tasurincziego. „Teraz, gdy te dwie odeszły, mamy więcej żywności do podziału, szczęściarze jesteśmy”, dowcipkował.

Nauczył swych najmłodszych synów polować. Codziennie z nimi ćwiczy, na wszelki wypadek. Poprosił ich, by pokazali mi, czego dotychczas się nauczyli. Rzeczywiście, posługują się już łukiem i nożem, nawet ci, którzy dopiero zaczynają chodzić. Również bardzo sprawnie łowią i zakładają pułapki. „Jak widzisz, jedzenia im nie zabraknie”, powiedział mi Tasurinczi. Podoba mi się jego usposobienie. To mężczyzna, którego nic nie smuci. Byłem z nim przez wiele dni, towarzysząc przy zakładaniu haczyków, robieniu pułapek i pomogłem przy sprzątaniu gospodarstwa. Zgięty wpół wyrywał trawę, jakby jego oczy widziały. Udaliśmy się również nad jezioro, tam gdzie są sungaro, ale żadnego nie złowiliśmy. Ciągle chciał mnie słuchać. Kazał mi powtarzać te same historie. „Kiedy odejdziesz stąd, sam będę opowiadał to, co mi teraz opowiadasz”, mówił. „Jak ubogie musi być życie tych, co nie mają, tak jak my, ludzi, którzy gawędzą”, zastanawiał się. „Dzięki temu, co opowiadasz, jest tak, jakby to, co kiedyś się wydarzyło, zdarzało się znowu wielokrotnie”. Jedną ze swych córek, która zasnęła, gdy gawędziłem, obudził kuksańcem. „Słuchaj, nie marnuj tych historii, dziecko”, strofował ją. „Poznaj niegodziwości Kientibakoriego. Naucz się zła, jakie nam wyrządzili i jeszcze mogą wyrządzić jego kamagarini”.

Teraz dużo wiemy o Kientibakorim, dużo więcej niż oni, przedtem, wiedzieli. Wiemy, że ma wiele wnętrzności, jak kijanka inkiro. Wiemy, że nas, Macziguengów, nienawidzi. Wiele razy usiłował nas zniszczyć. Wiemy, że to on swoim tchnieniem stworzył wszystko, co podłe i niegodziwe, od Mashków po zło przyniesione przez Białych Ojców. Ostre skały, ciemne chmury, deszcz, błoto, tęcza, to z jego tchnienia. I pchły, wszy, pchły piaskowe, węże i jadowite żmije, myszy i ropuchy. To z jego tchnienia muchy, komary, moskity, nietoperze i wampiry, mrówki i sępy. To z jego tchnienia parzące rośliny, których nie można jeść, i czerwona ziemia, z której można lepić garnki, ale w której nie można zasadzić manioku. Tego się nauczyłem nad rzeką Shivankoreni, z ust seripigariego. Tego, który najwięcej wie o rzeczach i stworzeniach powstałych z tchnienia Kientibakoriego, być może.

Kiedyś prawie już nas zniszczył, a było to tak. To już nie był czas obfitości. I nie był to czas wykrwawiania drzew. To było między jednym a drugim czasem, podobno. Przybył kamagarini przebrany za człowieka i powiedział wędrującym ludziom: „To nie słońce naprawdę potrzebuje pomocy, ale Kashiri, księżyc, który jest ojcem słońca”. Wyłożył swoje racje słowami, które mocno ich zastanowiły. Czy słońce nie jest tak mocne, że razi tych, którzy mają śmiałość patrzenia weń bez zmrużenia, aż im oczy łzawią? Dlaczego więc miałoby potrzebować jakiejkolwiek pomocy. To jego opadanie i wstawanie to zwykły podstęp. Kashiri za to w trudnych warunkach swym słabym, łagodnym światłem zawsze walczył z ciemnościami. Gdyby nocami nie było na niebie księżyca, zerkającego na wszystko, panowałaby całkowita ciemność: człowiek spadłby w przepaść, wlazłby na żmiję i nie mógłby odnaleźć swojego czółna ani uprawiać manioku, ani polować. Byłby więźniem jednego miejsca i Mashkowie mogliby go osaczyć, przeszyć strzałami, uciąć głowę i skraść mu duszę. Gdyby słońce całkiem upadło, być może zapanowałaby noc. Ale dopóki jest księżyc, noc nigdy nie będzie całkiem nocą, a tylko półciemnością, i życie toczyłoby się dalej, być może. Czy ludzie nie powinni raczej pomóc Kashiriemu? Czy nie byłoby to z korzyścią dla nich? Gdyby pomogli, światło księżyca świeciłoby znacznie mocniej, noc zaś byłaby mniej nocą, byłaby półmrokiem niezgorszym do wędrówki.

Ten, co mówił takie rzeczy, wyglądał na człowieka, ale to był kamagarini. Jeden z tych, których swoim tchnieniem stworzył Kientibakori, by rozeszli się po świecie, rozsiewając nieszczęścia. Oni, przedtem, nie rozpoznawali go. Mimo że przybył pośród ogromnej burzy, tak jak zawsze przybywają złe licha do osad. Oni, przedtem, nie rozumieli tego, być może. Jeśli ktoś się pojawia, kiedy grzmi pan pioruna i pada ulewny deszcz, to nie jest człowiek, to kamagarini. Teraz już wiemy. Oni wtedy jeszcze się tego nie nauczyli. Dali się przekonać. I, zmieniając swe obyczaje, zaczęli nocą robić to, co przedtem robili za dnia, a za dnia to, co przedtem robili nocą. Myśląc, że w ten oto sposób Kashiri, księżyc, będzie mocniej świecił.

Ledwie oko słońca zjawiało się na niebie, chowali się pod dach, mówiąc jedni do drugich: „Czas odpocząć”. „Czas rozpalić ogień”. „Czas usiąść i posłuchać tego, który gawędzi”. I tak robili: odpoczywali, gdy słońce świeciło, albo zbierali się, by posłuchać gawędziarza, dopóki nie zaczynało się ściemniać. Wówczas, przeciągając się, mówili: „Nadszedł czas życia”. W nocy wędrowali, w nocy polowali, w nocy wznosili swoje domostwa, w nocy przygotowywali ziemię pod uprawę i czyścili pola manioku z traw i chwastów. Zaczęli przyzwyczajać się do nowego trybu życia. Do tego stopnia, że nie wytrzymywali już przebywania na powietrzu za dnia. Ciepło słońca paliło im skórę, a ogień jego oka oślepiał ich. Przecierając powieki, mówili: „Nic nie widzimy, wstrętne jest to światło, nienawidzimy go”. W nocy za to ich oczy przyzwyczaiły się do ciemności i widzieli w niej tak jak wy i ja widzimy w dzień. Mówili: „Zgadza się. Kashiri, księżyc, dziękuje nam za pomoc, jaką mu służymy”. Nie nazywali się już ludźmi ziemi, ludźmi wędrującymi, ludźmi gawędzącymi. Ludźmi mroku zaczęli się nazywać.

Wszystko było dobrze, być może. Wydawali się zadowoleni, chyba. Życie toczyło się spokojnie. Byli pogodni. Ci, co odchodzili, wracali i, tak czy owak, nie brakowało im pożywienia. „Roztropni byliśmy, robiąc to, co zrobiliśmy”, mówili. Mylili się, chyba. Utracili mądrość. Wszyscy stawali się kamagarinimi, ale nawet tego nie podejrzewali. Póki nie zaczęły przydarzać im się różne rzeczy. Pewnego dnia Tasurinczi obudził się rano pokryty łuską i z ogonem zamiast nóg. Wyglądał jak ogromna carachama. Tak, ta ryba, która żyje w wodzie i na ziemi, ryba, która pływa i pełza. Z trudnością przeczołgał się ku lagunie, zawodząc, że nie może już znieść życia na ziemi, bo tęskni za wodą. Tasurincziemu, gdy się obudził parę księżyców później, urosły skrzydła w miejsce ramion. Podskoczył nieco i ujrzeli, jak unosi się i znika nad drzewami, trzepocząc niczym koliber. Tasurincziemu urosła trąba, a jego synowie, nie poznawszy go, wrzasnęli zuchwale: „Patrzcie, tapir, zjedzmy go”. Gdy usiłował powiedzieć im, kim jest, wydał z siebie warkot i chrząknął. Musiał uciekać truchtem. Niezdarnie biegł na swych czterech łapach, którymi ledwie potrafił się posługiwać, uciekając przed głodnymi ludźmi obsypującymi go strzałami, rzucającymi weń kamieniami i krzyczącymi: „Złapmy go, upolujmy go”.

Na tej ziemi zaczęło ubywać mężczyzn. Jedni stawali się ptakami, drudzy rybami, inni żółwiami, a jeszcze inni pająkami, a wszyscy oni zaczynali żyć życiem diabełków kamagarinich. „Co się z nami dzieje, co za nieszczęście nas spotkało?” -pytali się, otumanieni, ci, co przeżyli. Byli zastraszeni i ślepi, nie rozumieli. Raz jeszcze zatracono mądrość. „Znikniemy”, skarżyli się. Smutni, być może. Wówczas, pośród tak wielkiego zamętu, Mashkowie runęli na nich i dokonali rzezi. Wielu ucięli głowy i zabrali ich kobiety. Wydawało się, że katastrofom nie ma końca. Wówczas, w rozpaczy, jeden z nich rzucił: „Idziemy odwiedzić Tasurincziego”.

Był to stary już seripigari, który mieszkał sam nad rzeką Timpia, za wodospadem. Wysłuchał ich w milczeniu. Udał się z nimi do miejsca, gdzie mieszkali. Swymi kaprawymi oczami przyjrzał się bezsilności i zamętowi panującym na świecie. Pościł przez wiele księżyców, milcząc, rozmyślając w wielkim skupieniu. Przygotował wywary, by wejść w zamroczenie. Utarł na żarnie zielony tytoń, wycisnął w przetaku liście, wlał wodę i wstawił naczynie do ognia, by wywar zagotował się, zgęstniał i zabulgotał. Utłukł korzeń ayahuaski, wycisnął brunatny sok, zagotował go i odstawił do ostygnięcia. Zgasili ogień, domostwo obłożyli bananowymi liśćmi, by panowała w nim całkowita ciemność. Seripigari okadził wszystkich, jednego po drugim, i zaśpiewał, a oni odpowiedzieli mu śpiewem. Następnie wypił swoje wywary, nieustannie śpiewając. Oni czekali z przejęciem, niecierpliwie. On ciągle wymachiwał pękiem liści i śpiewał. Nie rozumieli jego słów. Wreszcie, gdy przemienił się już w ducha, ujrzeli, jak jego cień wspina się po środkowym palu chaty i przenika dach przez to samo miejsce, przez które diabeł zabiera dusze. Po krótkiej chwili wrócił. Miał swoje ciało, ale to już nie był on, lecz saankarite. Wściekły zaczął ich karcić. Przypomniał im, kim byli, co zrobili, ile ofiar ponieśli od czasu, gdy zaczęli wędrować. Jak mogli dać się tak zwieść podstępnym sztuczkom odwiecznego wroga? Jak mogli zdradzić słońce dla Kashiriego, księżyca? Odmieniając swój tryb życia, zakłócili porządek świata, wprowadzając w błąd dusze tych, co odeszli. Dusze nie były w stanie ich rozpoznać w ciemnościach, w których się poruszali, nie wiedziały – błądzą czy nie błądzą? Stąd brały się nieszczęścia, być może. Duchy tych, co odchodzili i wracali, zwiedzione wszystkimi zmianami, ponownie odchodziły. Błądziły w lesie, osierocone, zawodząc wśród wiatru. W opuszczone ciała, pozbawione wsparcia duszy, przedostawał się kamagarini, by je zniszczyć; dlatego wyrastały im pióra, łuski, ryje, szpony, żądła. Ale jeszcze nie jest za późno. Rozwiązłość i nieczystość sprowadziły na nich diabła, żyjącego pośród nich w ludzkim przebraniu. Ruszyli, by go odnaleźć i zabić. Ale kamagarini już uciekł w głąb lasu. Wówczas zrozumieli. Zawstydzeni zaczęli ponownie robić to, co przedtem robili, aż wreszcie świat i życie stały się z powrotem tym, czym były i być zawsze powinny. Zasmuceni, zawstydzeni ruszyli w drogę. Czy każdy nie powinien robić tego, co do niego należy? Czy to nie do nich należało wędrować, pomagając słońcu w podniesieniu się? Swój obowiązek spełnili, być może. Czy my go spełniamy? Wędrujemy? Żyjemy?

Spomiędzy wszelakiego rodzaju kamagarinich z tchnienia Kientibakoriego, najgorszym lichem jest kasibarenini, podobno. Ten maleńki jak dziecko czort pojawia się w swej cushmie ziemistego koloru tylko w miejscach, gdzie jest jakiś chory. Chce zawładnąć jego duszą, by pchnąć go do popełniania okrucieństw. Dlatego nigdy, nawet na chwilę, nie należy chorych zostawiać samych. Wystarczy moment nieuwagi, by kasibarenini zrobił swoje. Tasurinczi mówi, że jemu się to przydarzyło. Ten, który wrócił, ten, który żyje teraz nad rzeką Cami-sea. Tasurinczi. Według niego jeden z kasibareninich winny był temu, co się wydarzyło tam, w Shivankoreni, gdzie dziś jeszcze ludzie wściekają się na samo wspomnienie. Poszedłem go odwiedzić na łachę przy Camisei, gdzie postawił swój dom. Przestraszył się, gdy mnie zobaczył. Złapał za strzelbę. „Przychodzisz mnie zabić?” – spytał. „Uważaj, zobacz, co trzymam w rękach”. Nie był wściekły, smutny raczej. „Przychodzę cię odwiedzić”, uspokoiłem go. „I pogawędzić, jeśli chcesz mnie słuchać. Jeżeli wolisz, żebym sobie poszedł, odejdę”. „Ja miałbym nie chcieć? Jeszcze by tego brakowało”, odpowiedział, rozkładając dwie maty. „Siadaj, siadaj. Zjedz wszystko, co mam, weź wszystkie bulwy manioku, jakie mam. Wszystko jest twoje”. Zaczął gorzko się żalić, że nie pozwalają mu na powrót do Shivankoreni. Zbliża się, a krewni witają go strzałami i kamieniami, krzycząc: „Diabeł, przeklęty diabeł”.

Poza tym poprosili złego czarownika, maczikanariego, by wyrządził mu krzywdę. Tasurinczi zaskoczył go, jak po kryjomu wkradał się do jego domu nocą, by skraść mu kosmyk włosów albo jakąkolwiek należącą do niego rzecz, a potem sprowadzić nań chorobę i straszną śmierć. Mógłby zabić maczikanariego, ale tylko go przepędził, strzelając w powietrze. To dowodzi, według niego, że jego dusza znowu jest czysta. „To niesprawiedliwe, żeby czuli do mnie taką nienawiść”, mówi. Opowiedział mi, że udał się do domu Tasurincziego, w górę rzeki, zanosząc mu jedzenie i prezenty. Wyrażając gotowość wykarczowania mu i wypalenia części lasu pod nowe pole, poprosił go, by dał mu za żonę jedną ze swych córek. Tasurinczi obrzucił go obelgami: „Gnido, gównojadzie, oszuście, jak śmiesz tu przychodzić, zabiję cię jak nic”. I usiłował zarąbać go maczetą.

Płacząc, poskarżył się na swój los. Powiedział, że to nieprawda, że jest diabłem kasibareninim przebranym za człowieka. Był nim przez jakiś czas, może, przedtem. Ale teraz jest takim samym Macziguengą jak ci z Shivankoreni, którzy nie dopuszczają go do siebie. Jego nieszczęście zaczęło się wtedy, kiedy opadła go zła niemoc. Tak wychudł i osłabł, że nie mógł wstać z maty. Mówić też nie mógł; otwierał usta i nie potrafił wydobyć głosu. „Staję się chyba rybą”, myślał, zdaje się. Ale widział i rozumiał, co się dzieje wokół niego, w innych domostwach Shivankoreni. Bardzo się przeraził, kiedy spostrzegł, że wszyscy w domu zdejmują bransoletki i ozdoby z nadgarstków, ramion i kostek. Słyszał, jak mówią: „Umrze niebawem. Ale zanim odejdzie, jego duch wypruje sobie żyły i, gdy będziemy spać, zwiąże nas nimi w miejscach, w których nosiliśmy ozdoby”. Chciał ich uspokoić, powiedzieć im, że nigdy im tego nie zrobi i że wcale nie umiera. Ale nie mógł głosu z siebie wydobyć. I wtedy zauważył go w strugach deszczu. Kręcił się po osadzie z niewinną minką. Był to dzieciak w cushmie ziemistej barwy. Ziemistej. Wydawał się całkowicie zajęty zabawą ziarnkami kwiatu floripondio i naśladowaniem rękami trzepotu kolibra. Tasurincziemu do głowy nie wpadło, że może to być złe licho. Nie przejął się więc, gdy krewni ruszyli na połów w kierunku starorzecza. Wówczas kasibarenini, widząc, że Tasurinczi został sam, przemienił się w mrówkę i dostał się do jego ciała przez tę dziurkę od nosa, którą wciąga się sok tytoniu. Natychmiast Tasurinczi poczuł się wyleczony, natychmiast wróciły mu siły i utył. Ale zarazem poczuł nieprzepartą chęć zrobienia tego, co zrobił. I bez zwłoki, biegnąc, wrzeszcząc, zaciśniętymi pięściami bijąc się w piersi jak małpa, zaczął podpalać domostwa Shivankoreni. Mówi, że to nie on, ale ten mały bies podpalał słomę i rozrzucał płonące żagwie to w jedną stronę, to w drugą, wyjąc i podskakując radośnie. Tasurinczi pamięta wrzask papug i gryzący w oczy i w gardło dym, podczas gdy z przodu, z tyłu, z prawej strony i z lewej wszystko płonęło. Gdyby nie nadeszła reszta mieszkańców, dziś Shivankoreni nie istniałoby. Mówi, że gdy tylko ujrzał nadbiegających ludzi, pożałował swego uczynku. Musiał, przerażony, uciekać, pytając: „Co się ze mną dzieje?” Chcieli go zabić, biegli za nim krzycząc: „Diabeł, diabeł!”

Ale, jak mówi Tasurinczi, to stara historia. Tego małego biesa, który namówił go do podpalenia Shivankoreni, wessał seripigari z Koribeni: wyjął spod pachy i wyrzygał później. Tasurinczi zobaczył go: wyglądał jak biała kosteczka. Mówi, że od tamtej chwili znowu jest taki jak ja albo jak każdy z was. „Jak myślisz, dlaczego nie pozwalają mi zamieszkać w Shivankoreni?” – zapytał mnie. „Bo ci nie ufają”, wytłumaczyłem mu. „Wszyscy pamiętają dzień, w którym wyleczyłeś się tylko po to, żeby podpalić ich domy. A poza tym wiedzą, że przez jakiś czas żyłeś tam, po drugiej stronie Wielkiego Przełomu, pośród wirakoczów”. Bo Tasurinczi nie był ubrany w cushmę, ale w spodnie i koszulę. „Tam, między nimi, czułem się jak sierota”, powiedział mi. „Marzyłem o powrocie do Shivankoreni. A teraz, gdy już tutaj jestem, moja rodzina też traktuje mnie jak sierotę. Czy zawsze będę tak żył, samotnie, bez rodziny? Jedyne, czego pragnę, to żona, która piekłaby maniok i miała dzieci”.

Byłem z nim trzy księżyce. To człowiek gburowaty i roztargniony, który czasami gada sam do siebie. Ktoś, kto żył z diabłem kasibarenini w swoim ciele, nie może być znowu tym, kim był, chyba. „Twoja wizyta coś zmieni, być może”, powiedział mi. „Myślisz, że wędrujący ludzie pozwolą mi wędrować ze sobą?” „Kto wie”, odpowiedziałem mu. „Nie ma nic smutniejszego, niż poczuć, że już się nie jest człowiekiem”, powiedział mi na pożegnanie. Kiedy odchodziłem brzegiem rzeki Camisea, ujrzałem go z daleka. Wspiął się na wzgórze i odprowadzał mnie wzrokiem. Pamiętałem jego posępną, zbolałą twarz, ale już jej nie widziałem.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

IV

Selwę amazońską poznałem w połowie 1958 roku dzięki zaprzyjaźnionej ze mną Rosicie Corpancho. Jej funkcje na Uniwersytecie San Marcos były niejasne; jej władza – ogromna. Kręciła się wśród profesorów, choć nie była profesorem, i wszyscy spełniali każde życzenie Rosity; jej mistrzowskie fortele otwierały na oścież najbardziej niedostępne drzwi urzędów i doprowadzały do załatwienia w mig wszelkich formalności.

– Jest miejsce w wyprawie po górnym Maranonie, organizowanej przez Instytut Lingwistyczny dla meksykańskiego antropologa – rzuciła mi pewnego dnia, gdy natknąłem się na nią na dziedzińcu wydziału filologii. – Jedziesz?

Właśnie otrzymałem – wreszcie – wymarzone stypendium do Europy i w następnym miesiącu miałem jechać do Hiszpanii. Ale nie zastanawiając się ani sekundy, przyjąłem propozycję Rosity.

Rosita pochodzi z Loreto i, jeśli dobrze się wsłuchać, można jeszcze wyczuć w jej mowie coś niecoś z uroczych zaśpiewów wschodniego Peru. Była – i bez wątpienia jest nadal – protektorką i promotorką Letniego Instytutu Lingwistycznego, instytucji, która w ciągu swego czterdziestoletniego istnienia w Peru była przedmiotem ostrych kontrowersji. O ile wiem, teraz, gdy piszę te słowa, Instytut zwija manatki, by wynieść się z kraju. Nie iżby go wyrzucano (niewiele brakowało, by spotkało go to za dyktatury generała Velasco), bo de motu proprio uważa za skończoną swoją misję, która zaprowadziła go do Yarinacocha, bazy operacyjnej Instytutu, około dziesięciu kilometrów od Pucallpa, skąd objął swą działalnością wszystkie zakątki Amazonii.

Na czym polega misja Instytutu? Zdaniem jego wrogów jest on ramieniem północnoamerykańskiego imperializmu, realizującym pod płaszczykiem badań naukowych zadania wywiadowcze i dokonującym neokolonialnej penetracji kulturalnej wśród rdzennej ludności selwy amazońskiej. Oskarżenia te wysuwa przede wszystkim lewica. Ale i niektóre sektory Kościoła katolickiego należą do adwersarzy Instytutu -w głównej mierze misjonarze działający na obszarze Amazonii – oskarżając go ni mniej, ni więcej jak o to, iż stanowi falangę protestanckich misjonarzy przebranych za językoznawców. Pośród antropologów są i tacy, którzy zarzucają mu wypaczanie kultur tubylczych, próby narzucania im zachodniej cywilizacji i włączanie do gospodarki rynkowej. Niektórzy z konserwatystów krytykują obecność Instytutu w Peru z pozycji nacjonalistycznych i hispanistycznych. Do tych ostatnich należał mój profesor i ówczesny szef, historyk Por-ras Barrenechea, który, dowiedziawszy się, iż wybieram się z tą ekspedycją, ostrzegł mnie: „Proszę mieć się na baczności, ci jankesi będą usiłowali pana kupić”. Żadną miarą nie mógł zaakceptować, że z winy Instytutu rdzenni mieszkańcy selwy przypuszczalnie szybciej zaczną mówić po angielsku niż po hiszpańsku.

Jego przyjaciele, jak Rosita Corpancho, bronili Instytutu, odwołując się do argumentów praktycznych. Praca lingwistów – badanie języków i dialektów Amazonii, opracowywanie słowników i gramatyk poszczególnych plemion – służyła krajowi, a poza tym, teoretycznie przynajmniej, prowadzona była pod auspicjami Ministerstwa Edukacji, które zatwierdzało wszystkie projekty badawcze Instytutu i otrzymywało kopie całego zebranego materiału. Dopóki samo ministerstwo albo peruwiańskie uniwersytety nie podejmą się tego trudu, ktoś powinien, dla dobra kraju, tę pracę wykonywać. Z drugiej strony, infrastruktura stworzona przez Instytut w Amazonii, z niewielką flotyllą hydroplanów i systemem łączności radiowej pomiędzy bazą w Yarinacocha i siecią lingwistów żyjących wśród plemion, wykorzystywana była również przez państwo, nauczyciele bowiem, urzędnicy i wojskowi z rozrzuconych po selwie odległych miejscowości, zwykli byli z niej korzystać i to nie tylko w nagłych i przymusowych wypadkach.

Kontrowersje wokół Instytutu trwają i trwać będą, rzecz jasna.

Owa kilkutygodniowa zaledwie ekspedycja, w której miałem szczęście uczestniczyć, przyniosła mi tyle wrażeń, że mimo upływu dwudziestu siedmiu lat wciąż ją pamiętam w najdrobniejszych szczegółach i nadal muszę o niej pisać. Tak jak teraz, we Florencji. Wpierw przebywaliśmy w Yarinacocha, rozmawiając z lingwistami, następnie zaś w dużej odległości od bazy, bo w regionie górnego Maranonu, odwiedzaliśmy osady i wioski dwóch plemion z rodziny Jibaro: Aguarunów i Huambisów. Później udaliśmy się w górę, nad jezioro Moro-na, odwiedzić Shaprów.

Podróżowaliśmy małym hydroplanem, a w pewnych miejscach indiańskimi czółnami, przez wąziutkie strugi okryte tak gęstą roślinnością, iż mimo dnia wydawało się, że na świecie panuje noc. Potęga i samotność Natury – niebywale wysokie drzewa, gładkie laguny, nieodmiennie płynące rzeki – przywodziły na myśl świat dopiero co stworzony, nieskalany obecnością człowieka, roślinny i zwierzęcy raj. Docierając zaś do plemion, dotykaliśmy prehistorii. Toczyło się tu żywiołowe i proste życie odległych przodków: myśliwych, zbieraczy, łuczników, nomadów, magików, animistów. To też było Peru i fakt ten dopiero wówczas zaczął docierać w pełni do mojej świadomości: świat jeszcze nie ujarzmiony, epoka kamienia, kultury magiczno-religijne, poligamia, zmniejszanie głów (w Moronacocha, miejscowości Shaprów, kacyk Tariri wyjaśnił nam za pośrednictwem tłumacza skomplikowaną technikę wypełniania i poszczególnych etapów gotowania, jakiej wymaga cała operacja), czyli zaranie dziejów ludzkości.

Jestem pewien, że w trakcie całej podróży ciągle myślałem o Saulu Zuratasie. I że dużo o nim rozmawiałem z jego profesorem, Matosem Marem, uczestniczącym w wyprawie, z którym wówczas się zaprzyjaźniłem. Matos Mar opowiedział mi, że zaprosił Sauła, by jechał z nami, ale ten odmówił, bo ostro sprzeciwiał się działalności Instytutu.

Podróż pozwoliła mi zrozumieć zauroczenie Saula tą częścią Amazonii i jej mieszkańcami i w jakiejś mierze samemu doznać mocy owych wrażeń, które w konsekwencji całkowicie odmieniły jego dotychczasowe życie. Wyprawa przyniosła mi ponadto konkretne doświadczenia usprawiedliwiające wiele z moich poglądów na kultury amazońskie, odmiennych od przekonań Saula, choć intuicyjnych bardziej niż opartych na rzeczywistej wiedzy. Co to za mrzonka, by zostawić plemiona żyjące w Amazonii samym sobie, pozwolić im zachować dotychczasowy tryb życia? Przede wszystkim było to niemożliwe. Jedne plemiona wolniej, inne szybciej, ale wszystkie już ulegały wpływom zachodnim i metyskim. Zresztą czy ta złudna ochrona była w ogóle wskazana? Jakie korzyści przyniosłoby samym plemionom pozostanie przy takim życiu, jakie wiodły i jakie, według antropologów purystów pokroju Saula, powinny nadal prowadzić? Ich prymitywizm czynił z nich raczej ofiary najnikczemniej szych grabieży i okrucieństw.

W Urakusie, wiosce Aguarunów, gdzie przybyliśmy pewnego dnia o zmierzchu, ujrzeliśmy przez okienka hydroplanu widowisko, do którego już zdążyliśmy przywyknąć podczas naszych dotychczasowych lądowań przy zamieszkanych przez którekolwiek z plemion brzegach rzek: cała osada, wszyscy mężczyźni i kobiety, półnadzy i pomalowani, zwabieni warkotem silnika, obserwowali ewolucje samolotu, uderzając się obydwiema rękami po twarzy i piersiach (by odgonić insekty). Ale w Urakusie, poza miedzianymi, barwionymi w czarne lub czerwone paski ciałami, zwisającymi piersiami, dziećmi ze wzdętymi od pasożytów brzuszkami, czekało nas coś, czego nigdy nie zapomnę: widok torturowanego niedawno człowieka. Był nim miejscowy kacyk o imieniu Jum.

Ekspedycja białych i Metysów z Santa Maria de Nieva -faktorii leżącej przy rzece Nieva, gdzie również byliśmy, mieszkając w misji katolickiej – przybyła parę tygodni wcześniej do Urakusy. W jej skład wchodzili wszyscy przedstawiciele tamtejszej administracji terenowej oraz wojskowy z posterunku granicznego. Jumowi, który wyszedł im na spotkanie, z miejsca rozbili głowę uderzeniem latarki. Następnie podpalili chaty Urakusy, poturbowali tych Indian, których zdołali schwytać, i zgwałcili kilka kobiet. Jurna zabrali ze sobą do Santa Maria de Nieva, gdzie uwłaczająco ogolili mu głowę, by następnie poddać go publicznym torturom. Biczowali go, poparzyli pachy gorącymi jajkami, a w końcu uwiązali go do drzewa, jak robi się z rybami paiche, by ociekły. Po kilku godzinach puścili go wolno, pozwalając wrócić do jego osady.

Bezpośrednią przyczyną tego bestialstwa był drobny incydent, jaki miał miejsce w Urakusie pomiędzy Aguarunami i grupą przejeżdżających tamtędy żołnierzy. Ale rzeczywisty powód tkwił w tym, że Jum usiłował zorganizować spółdzielnię pomiędzy osadami Aguarunów nad górnym Marańonem. Kacyk był człowiekiem wytrwałym i bystrym, pracujący wśród Aguarunów lingwista z Instytutu namówił go więc, by wziął udział w kursie na dwujęzycznych nauczycieli w Yarinacocha. Kurs ten opracowany został przez Ministerstwo Edukacji we współpracy z Instytutem Lingwistycznym. Wysyłano do Yarinacocha tych członków plemion, którzy, tak jak Jum, wydawali się uzdolnieni do prowadzenia pracy pedagogicznej w swych wioskach. W Yarinacocha przysposabiani byli – wyobrażam sobie, że jednak dość powierzchownie – przez lingwistów i peruwiańskich nauczycieli do tego, by mogli uczyć pisać i czytać swoich w ich własnym języku. Wracali do rodzinnych stron z pomocami dydaktycznymi i nieco zbyt optymistycznym tytułem nauczyciela dwujęzycznego.

Program nie osiągnął postawionego przed nim celu – alfabetyzacji tubylczej ludności Amazonii – ale dla Jurna miał zgoła nieoczekiwane skutki. Pobyt w Yarinacocha, kontakt z „cywilizacją”, pozwolił kacykowi odkryć – już to samemu, już to przy pomocy swych instruktorów – że i on, i jego ludzie byli niecnie wyzyskiwani przez handlujących z nimi kupców. Owi kupcy, biali lub Metysi z Amazonii, co jakiś czas objeżdżali poszczególne plemiona, kupując od nich kauczuk i skóry. Sami ustalali ceny i płacili w naturze – maczetami, haczykami, odzieżą, strzelbami – ceny tych towarów również ustalając według własnego widzimisię. Pobyt w Yarinacocha pozwolił Jumowi zrozumieć, że gdyby Aguarunowie, zamiast handlować z kupcami, zadali sobie trud podróży, by sprzedawać kauczuk i skóry w miastach – na przykład w biurach Banku Hipotecznego – otrzymaliby za swoje towary znacznie lepszą cenę. Tam również mogliby znacznie taniej kupować produkty sprzedawane im przez szefów.

Odkrycie wartości pieniądza było tragiczne dla mieszkańców Urakusy. Jum dał kupcom do zrozumienia, że nie będzie już z nimi handlował. Decyzja ta oznaczała, po prostu i najzwyczajniej, ruinę tych wirakoczów z Santa Maria de Nieva, którzy w swoim czasie tak serdecznie nas przyjęli. Tych nieszczęsnych białych i Metysów, bosonogich półanalfabetów, żyjących w niemal tak samo urągających warunkach jak ich ofiary. Okrutny rozbój dokonywany przez nich na Aguaru-nach wcale ich nie wzbogacał, pozwalał zaledwie na przeżycie. Wyzysk w tym zakątku świata był bardziej niż nieludzki. Dlatego też przeciw Urakusie wyruszyła karna ekspedycja i dlatego podczas tortur Jum słyszał ciągle: „Zapomnij o spółdzielni”.

Zdarzyło się to niedawno. Rany Jurna jeszcze się jątrzyły. Włosy jeszcze mu nie odrosły. Gdy tłumaczono nam tę historię na zacisznej polanie Urakusy – Jum zaledwie wychrząkał kilka zdań po hiszpańsku – myślałem: „Muszę o tym porozmawiać z Saulem”. Co powiedziałby mi Maskamiki? Czy w tym konkretnym przypadku przyznałby, że Urakusie i Jumowi w sposób oczywisty potrzebny jest nie ruch wstecz, lecz krok do przodu? To znaczy stworzenie spółdzielni, handlowanie z miastami, ekonomiczny i społeczny rozwój oznaczający, że „cywilizowani” mieszkańcy Santa Maria de Nieva nie mogliby z nimi zrobić tego, co właśnie zrobili. Nieva. A może Saul odpowiedziałby irracjonalnie, że skądże, że jedynym rozwiązaniem jest odejście wirakoczów, bo pozwoliłoby to urakusanom wrócić do tradycyjnego trybu życia?

Przegadałem całą tę noc z Matosem Marem, rozmawiając o historii Jurna, ukazującej straszliwy los słabych i biednych w naszym kraju. W rozmowie obecny był niewidoczny i niemy duch Saula Zuratasa, którego opinii, rzeczywistego udziału w dyskusji bardzo nam obu brakowało. Matos Mar uważał, że z nieszczęścia Jurna Maskamiki wyciągnąłby wnioski potwierdzające jego tezę. Czy ów przypadek nie udowadnia, że współistnienie jest niemożliwe, że nieuchronnie prowadzi do dominacji wirakoczów nad tubylcami, do stopniowej i systematycznej destrukcji słabszej kultury? Ci zdziczali pijaczkowie z Santa Maria de Nieva nigdy, w żadnym wypadku, nie poprowadzą urakusan ku nowoczesności, a jedynie ku zagładzie; ich „kultura” nie ma większego prawa do wyższości niż kultura Aguarunów, którzy może i są prymitywni, ale zgromadzili – właśnie oni – wiedzę i opanowali sposoby pozwalające im na współżycie z Amazonią. Argumenty wynikające z zasady pierwszeństwa, argumenty historyczne i etyczne przemawiały za uznaniem ich praw do tych ziem i przepędzeniem wszystkich intruzów z Santa Maria de Nieva.

Nie zgadzałem się z Matosem Marem; sądziłem, że przypadek Jurna raczej doprowadziłby Saula do wniosków bardziej praktycznych, do zaakceptowania mniejszego zła. Czy istniała w ogóle najmniejsza choćby możliwość, że jakikolwiek rząd peruwiański, jakiejkolwiek orientacji politycznej by był, przyznałby plemionom prawo ekstraterytorialności na obszarze selwy? To oczywiste, że nie. Dlaczego więc nie zmienić raczej wirakoczów, by odmienili swój stosunek do tubylców?

Spaliśmy na klepisku, pod jedną moskitierą, w chacie przesyconej wonią kauczuku (był to magazyn Urakusy), osaczeni oddechami naszych towarzyszy i nieznanymi odgłosami selwy. Z Matosem Marem łączył mnie w owych czasach również entuzjastyczny stosunek do idei socjalistycznych; w trakcie naszej rozmowy musiały więc, rzecz jasna, pojawić się słynne stosunki produkcji, które niczym magiczna różdżka służyły do wyjaśniania i rozwiązywania wszystkich problemów. A te w wypadku urakusan – w wypadku wszystkich plemion – należało rozumieć jako część ogólniejszego problemu wynikającego z klasowej struktury społeczeństwa peruwiańskiego. Socjalizm, zastępując obsesję ekonomicznego dobrobytu – zysku indywidualnego – pojęciem służby dla zbiorowości jako jedynego bodźca do pracy i przywracając stosunkom społecznym ich solidarny, ludzki charakter, miał pozwolić na współistnienie Peru współczesnego i Peru prymitywnego, co Maskamiki uważał za niemożliwe i niepożądane. W nowym Peru, powstałym dzięki naukom Marksa i Mariategui, plemiona amazońskie mogłyby jednocześnie unowocześnić się i zachować to, co najważniejsze z własnej tradycji wśród mozaiki kultur tworzących przyszłą cywilizację peruwiańską. Czy naprawdę wierzyliśmy, że socjalizm zagwarantuje integralność naszych kultur magiczno-religijnych? Czy nie istniało już zbyt wiele dowodów na to, że rozwój przemysłowy, już to kapitalistyczny, już komunistyczny, oznaczał nieodwracalny ich koniec? Czy istniał na świecie choćby jeden wyjątek od tego okrutnego, nieubłaganego prawa? Zastanowiwszy się dobrze – z perspektywy lat i widokowego tarasu upalnej Florencji – ulegaliśmy mrzonkom i byliśmy równie romantyczni jak Maskamiki ze swą archaiczną i antyhistoryczną utopią.

Ta długa rozmowa z Matosem Marem, pod moskitierą, ze wzrokiem utkwionym w zwisające z ułożonego z liści palmowych sufitu drgające, ciemne torby, które rano zniknęły nagle w tajemniczy sposób – były to, jak się później dowiedzieliśmy, setki pająków zwijających się na noc w kłębek, w cieple rozpalanego w chacie ogniska -jest jednym z nieprzemijających obrazów tej podróży. Kolejnym zaś: wspomnienie więźnia z wrogiego plemienia, trzymanego przez Shaprów znad jeziora Morona na wolności, poruszającego się swobodnie po osadzie. Ale za to jego pies trzymany był w klatce pod ścisłym nadzorem. Nie ulegało wątpliwości, że i schwytany, i ci, którzy go schwytali, byli całkowicie zgodni co do znaczenia tej metafory; wszyscy wierzyli, że zwierzę więzione w klatce uniemożliwiało ucieczkę jeńca, przywiązując go do swych dozorców znacznie skuteczniej – siłą rytuału, wiary, magii – niż żelazny łańcuch. I jeszcze jedno wspomnienie: dochodzące nas przez całą podróż niezwykłe i wręcz niestworzone historie o zabijace, arcyłotrze i panu feudalnym, Japończyku o imieniu Tushia, o którym rozpowiadano, że mieszka na jednej z wysp na rzece Pastaza z haremem dziewczynek porywanych przezeń wzdłuż i wszerz całej Amazonii.

Ale, na dłuższą metę, najsilniejszym i najczęściej powracającym wspomnieniem z całej tej podróży – wspomnieniem, które tego florenckiego wieczoru pali równie natarczywie jak żar letniego słońca Toskanii – miały się okazać opowieści, które w Yarinacocha usłyszałem od małżonków Schneil, lingwistów. Początkowo miałem wrażenie, że po raz pierwszy słyszę nazwę tego plemienia. Nagle jednak zdałem sobie sprawę, iż chodzi o to samo plemię, o którym Saul tylokrotnie opowiadał, zetknąwszy się z nim już w swej pierwszej podróży do Quillabamba: plemię Macziguengów. A mimo to wydawało się, iż poza nazwą, jedno ma z drugim niewiele wspólnego.

Stopniowo zacząłem się domyślać, skąd wzięła się ta nieprzystawalność obu wyobrażeń. Aczkolwiek chodziło o to samo plemię – którego liczebność szacowano na chybił trafił na cztery do pięciu tysięcy – łączność Macziguengów, tak z resztą Peru, jak i pomiędzy sobą była dość zróżnicowana, co wynikało z istniejącego w tym ludzie podziału. Swoista zaś linia tego podziału – a był nią w dużej mierze Przełom Mainique – oddzielała Macziguengów rozrzuconych na obszarze bezpośrednio sąsiadującym już z Andami, w strefie górzystej, z licznie tu obecnymi białymi i Metysami – od Macziguengów ze strefy wschodniej, za Przełomem, tam gdzie zaczyna się nizina amazońska. Geograficzny uskok, ów wąski przesmyk pomiędzy górami, gdzie Urubamba zamienia się w rwącą, spienioną, pełną wirów rzekę, dzielił tych z góry, mających styczność z białym i metyskim światem, poddanych już procesowi akulturacji, od tych drugich, rozsianych po lasach niziny, żyjących w całkowitej niemal izolacji i zachowujących w mniej lub bardziej nietkniętym kształcie swój tradycyjny tryb życia. Dominikanie założyli pośród tych pierwszych kilka misji, jak Chi-rumbia, Koribeni i Panticollo, w strefie tej istniały również gospodarstwa wirakoczów, gdzie pracowali niektórzy Macziguengowie. Były to dominia słynnego Fidela Pereiry i ów maczigueński świat, do którego odnosiły się wspomnienia Saula: bardziej tknięty zachodnią cywilizacją i bardziej otwarty na zewnątrz.

Druga część wspólnoty – ale czy w tych warunkach w ogóle można mówić o wspólnocie? – rozrzucona po rozległym terytorium dolin rzek Urubamba i Madre de Dios, pod koniec lat pięćdziesiątych znajdowała się jeszcze w ścisłym odosobnieniu, unikając jakiegokolwiek kontaktu z białymi. Nie dotarli do niej misjonarze dominikańscy, a i nie było w tej strefie nic takiego, jak na razie, co mogłoby ściągnąć wirakoczów. Ale nawet i ta część nie była jednorodna. Pośród najbardziej prymitywnych Macziguengów istniała mała grupa czy frakcja jeszcze bardziej archaiczna, wrogo nastawiona do reszty. Tych zwano „kogapakori”. Skupieni na obszarze znajdującym się pomiędzy rzekami Timpia i Tikompinia – dwoma dopływami Urubamby – kogapakori chadzali całkowicie nadzy, poza niektórymi mężczyznami noszącymi bambusowe pochwy na członki, i atakowali każdego, kto wtargnął na ich terytorium, nawet jeśli był z tego samego plemienia. Ich przypadek był szczególny, bo w porównaniu z każdym innym plemieniem, Macziguengowie byli tradycyjnie ludem usposobionym pokojowo. Ich łagodny, uległy charakter czynił z nich szczególnie łatwe ofiary w czasach kauczukowej gorączki, gdy odbywały się wielkie polowania na Indian, dostarczające siły roboczej zbieraczom kauczuku – okres, w którym plemię zostało tak przetrzebione, iż znalazło się na skraju całkowitego wyginięcia – stąd też zawsze byli stroną przegrywającą w konfliktach ze swymi odwiecznymi wrogami, Yaminahuami i, szczególnie, ze słynącymi z wojowniczości Mashkami. To o tych Macziguengach opowiadali nam małżonkowie Schneil. Już dwa i pół roku dokładali wszelkich starań, by Indianie ci dopuścili ich do siebie, i wciąż napotykali nieufność, niekiedy wręcz wrogość ze strony tych grup, z którymi udało im się nawiązać kontakt.

Yarinacocha w porze zmierzchu, kiedy ognista kula słońca zaczynała znikać za wierzchołkami drzew, a zielonkawe wody laguny rozpłomieniały się pod ciemnoniebieskim niebem, na którym migotały już pierwsze gwiazdy, to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie dane mi było kiedykolwiek ujrzeć. Siedzieliśmy na tarasie drewnianego domu, wpatrując się ponad ramionami Schneilów w ciemniejący horyzont selwy. Przepiękne zjawisko. Ale wszyscy, jak sądzę, czuliśmy się skonsternowani i przygnębieni. Bo to, co opowiadała nam para młodych jeszcze ludzi, promieniejąca sportowym duchem, prostodusznością, purytańskością i pilnością, obnoszonymi, niczym mundurek, przez wszystkich lingwistów, było ponurą historią. Nawet obaj znajdujący się wśród nas antropologowie – Matos Mar i Meksykanin Juan Comas – zaskoczeni byli rozmiarami depresji i pesymizmu, w jakich, zdaniem Schneilów, znajdowała się rozbita społeczność Macziguengów. Sądząc z tego, co usłyszeliśmy, zdawała się już ona w zasadzie całkowicie dezintegrować.

Badacze niewiele się nimi zajmowali. Poza maleńką książką, opublikowaną w 1943 roku przez dominikanina, ojca Vicentego de Cenitagoya, i paroma artykułami innych misjonarzy na temat ich folkloru i języka, zamieszczonymi w pismach zakonu, nie istniała żadna poważna praca etnograficzna poświęcona Macziguengom. Należeli do rodziny Arawaków i mylono ich nieco z Campasami znad rzek Ene, Perene i Grań Pajonal, języki obu grup miały bowiem zbliżone korzenie. Pochodzenie Macziguengów było całkowitą tajemnicą, a tożsamość dość mglista. Określani czasami jako Antis przez Inków, którzy wyparli ich ze wschodniej części Cusco, choć nigdy nie zdołali opanować terytoriów leżących na terenie selwy ani podporządkować sobie tego plemienia, pojawiają się w kronikach i relacjach z Kolonii pod dowolnymi nazwami – Manariowie, Opatarowie, Pilkozonowie – dopóki w XIX wieku podróżnicy nie zaczęli w końcu używać ich rzeczywistej nazwy. Jednym z pierwszych, którzy o nich wspominają, jest Francuz Charles Wiener. W 1880 roku odnalazł „dwa ciała Macziguengów rytualnie spuszczone rzeką”, którym odciął głowy, by włączyć je do swej kolekcji ciekawostek zebranych w peruwiańskiej selwie. Byli w ruchu od zamierzchłych czasów i przypuszczalnie nigdy nie żyli gromadnie, we wspólnotach. Sam fakt, że co jakiś czas byli spychani przez bardziej wojownicze plemiona i przez białych – w okresach gorączki kauczuku, złota, drewna palisandrowego, kolonizacji rolniczej – ku coraz gorszym i mniej urodzajnym regionom, gdzie przeżycie licznych grup stawało się niemożliwe, wzmogło ich rozproszenie i rozwinęło niemal anarchistyczny indywidualizm. Nie istniała żadna osada Macziguengów. Nie mieli kacyków i zdawali się nie uznawać żadnej władzy poza ojcowską w każdej rodzinie. Byli rozbici na maleńkie grupy liczące co najwyżej dziesięć osób, na niezwykle rozległym obszarze obejmującym selwę na terenie Cusco i Madre de Dios. Ubóstwo całego regionu zmuszało te grupy do ustawicznej wędrówki przy ciągłym zachowywaniu znacznej między sobą odległości, by nie uszczuplać zanadto stanu zwierzyny łownej. Z powodu erozji i wyjaławiania ziemi zmuszeni byli zmieniać miejsca pod uprawę manioku co dwa lata, jeśli nie częściej.

To, czego Schneilowie zdołali się dowiedzieć o ich mitologii, wierzeniach i zwyczajach, dawało już jakieś pojęcie o trudach prowadzonego przez nich życia i odsłaniało fragmenty plemiennych dziejów. Powstali z tchnienia boga Tasurincziego, twórcy całego istnienia, i nie mieli imion własnych. Ich imię zawsze było tymczasowe, względne i przejściowe: ten, który nadchodzi lub odchodzi, mąż tej, która właśnie zmarła, lub ten, który opuszcza czółno, ten, który się urodził lub wystrzelił z łuku. Jedyne liczby, jakie istniały w ich języku, to: jeden, dwa, trzy lub cztery. Wszystkie pozostałe wielkości określane były jako „dużo”. Ich wyobrażenie raju było skromne: to miejsce, gdzie w rzekach są ryby, w lasach zaś zwierzyna łowna. Łączyli swoje wędrowne życie z drogą gwiazd przez firmament. Wskaźnik dobrowolnych śmierci był u nich bardzo wysoki. Schneilowie opowiedzieli nam o paru przypadkach samobójstw wśród mężczyzn i kobiet Macziguengów, z którymi sami się spotkali; pośród tych ostatnich przede wszystkim – poprzez wbicie ciernia czambiry w serce albo w skronie lub spożycie trującego napoju z powodów zupełnie błahych, jak sprzeczka, nieudany strzał z łuku czy reprymenda ze strony kogoś z rodziny. Nic nie znacząca trudność mogła popchnąć Macziguengę do samobójczej śmierci. Tak jakby jego wola życia, jego instynkt samozachowawczy zostały ograniczone do minimum.

Najbłahsza choroba najczęściej okazywała się dla nich śmiertelna. Jak wiele amazońskich plemion panicznie bali się kataru – reagowali przerażeniem na każde kichnięcie w ich obecności – ale, w odróżnieniu od innych, gdy padali ofiarą choroby, nie chcieli zdrowieć. Z pierwszym bólem głowy, krwotokiem, po wypadku już gotowali się na śmierć. Odmawiali zażywania lekarstw czy poddania się kuracji. „Po co, jeśli i tak musimy odejść”, odpowiadali. U swych szamanów czy znachorów – zwanych seripigari – szukali pomocy jedynie w celu wypędzenia z nich złych duchów lub wyleczenia przypadłości duszy; ale wystarczyło im, że zło objawiało się cielesnymi dolegliwościami, by uznać je natychmiast za nieuleczalne. Często można było zaobserwować u Macziguengów, jak chory kładzie się na brzegu rzeki, by tam czekać na śmierć.

Równie skrajny jak fatalizm i bojaźliwość Macziguengów był ich nieufny, przewrażliwiony stosunek do obcych. Ogrom cierpień doznanych przez plemię w okresie gorączki kauczuku, gdy polowali na nich „uzdatniacze” z osad zbieraczy lub Indianie z innych plemion spłacający w ten sposób swoje długi wobec szefów, odcisnęły przerażające piętno na ich mitach i podaniach odnoszących się do tej epoki zwanej przez nich czasem wykrwawiania drzew. Być może Macziguengowie, jak utrzymywał misjonarz dominikański, ojciec Jose Pio Aza – pierwszy badacz ich języka – rzeczywiście byli ostatnim śladem cywilizacji panamazońskiej (zaświadczonej tajemniczymi petroglifami rozrzuconymi w regionie górnej Urubamby), która od pierwszego starcia z Inkami, ponosząc klęskę za klęską, zaczęła stopniowo zanikać.

Nawiązanie pierwszych kontaktów przyszło parze lingwistów z ogromnym trudem. Dopiero po roku usilnych starań rodzina Macziguengów udzieliła Schneilowi gościny. Opowiedział nam o delikatności całego doświadczenia, o przeżywanym tego ranka u źródeł rzeki Timpia niepokoju i nadziejach, kiedy całkowicie nagi ruszył wreszcie ku samotnie stojącej chacie splecionej z kory i pokrytej słomianym dachem, w której był już poprzednio trzykrotnie, zostawiając podarunki – nie spotkawszy wówczas nikogo, ale czując za plecami spojrzenia Macziguengów śledzących go zza krzaków – i zobaczył, że tym razem pół tuzina jej mieszkańców nie ucieka.

Od tamtego czasu Schneilowie jeździli tam często, choć na krótko – razem lub każde z osobna – żyjąc z tą lub z innymi rodzinami Macziguengów z górnej Urubamby i jej dopływów. Towarzyszyli im w okresie pory suchej, wypływając z nimi na połowy lub wyruszając na polowania i zbierając dokumentację, między innymi nagrania, które nam zaprezentowali. Był to zapis ciągu chrzęstów z pojawiającymi się nagle wysokimi dźwiękami, czasami zaś gardłowy zamęt będący, jak nam wyjaśnili, śpiewem. Mieli zapisany tekst jednej z takich pieśni, w transkrypcji i w przekładzie dokonanym przez jednego z misjonarzy dominikańskich w latach trzydziestych, a wysłuchanej ponownie przez Schneilów ćwierć wieku później w jednym z wąwozów rzeki Sepahua. Tekst wspaniale ilustrował stan ducha panujący we wspólnocie, o którym nam opowiadali. Do tego stopnia, że przepisałem pieśń w całości. Od tamtej pory noszę tę kartkę przy sobie, złożoną we czworo, w jednej z przegródek portfela, niczym amulet. Jeszcze można przeczytać:

Opampogyakyena shinoshinonkarintsi

Patrzy na mnie smutek

Opampogyakyena shinoshinonkarintsi

Patrzy na mnie smutek

ogakyena kabako shinoshinonkarintsi

patrzy na mnie uważnie smutek

ogakyena kabako shinoshinonkarintsi

patrzy na mnie uważnie smutek

okisabintsatana shinoshinonkarintsi

bardzo dokucza mi smutek

okisabintsatana shinoshinonkarintsi

bardzo dokucza mi smutek

amakyena tampia tampia tampia

przyniósł mi wiatr, wichurę

ogaratinganaa tampia tampia

przyniósł mi wiatr

okisabintsatana shinoshinonkarintsi

bardzo dokucza mi smutek

okisabintsatana shinoshinonkarintsi

bardzo dokucza mi smutek

amaanatyomba tampia tampia

przyniósł mi wiatr, wichurę

onkisabintsatenatyo shinonka

bardzo dokucza mi smutek

shinoshinonkarintsi

smutek

amakyena popyenti pogyentima pogyenti

przyniósł mi robaczka robaczka

tampia tampia tampia

wiatr, wichurę, wiatr.

Choć Schneilowie wystarczająco opanowali język Macziguengów, to daleko im jeszcze było do całkowitego poznania jego struktury. Był to archaiczny język o wibrującej dźwięczności, aglutynacyjny, w którym jedno tylko słowo złożone z wielu innych mogło wyrażać bardzo rozległą myśl.

Pani Schneil była w ciąży. Dlatego też oboje przebywali obecnie w bazie w Yarinacocha. Po przyjściu na świat ich pierwszego dziecka zamierzali wrócić do Urubamby. Syn czy córka, mówili, wychowa się tam i opanuje język Macziguengów lepiej, a być może i szybciej od nich.

Schneilowie, tak jak pozostali lingwiści, ukończyli studia na uniwersytecie w Oklahomie, byli jednak, przede wszystkim, podobnie jak ich koledzy, istotami ożywionymi duchowym projektem: rozpowszechnianiem Biblii. Nie wiem, jaka była ich konkretna orientacja religijna, bo pośród lingwistów Instytutu znajdują się przedstawiciele różnych Kościołów. Ku badaniu kultur pierwotnych pchał ich impuls religijny: przetłumaczenie Biblii na języki tych kultur, tak by mówiące nimi ludy mogły wysłuchać słowa Bożego w rytmie i modulacji ich własnej muzyki. Tym zamysłem kierował się doktor Peter Townsend – interesująca postać, mieszanka misjonarza i pioniera, przyjaciel meksykańskiego prezydenta Lazaro Cardenasa i autor książki o nim – zakładając Instytut i tymi pobudkami nadal kierują się lingwiści w swej mrówczej pracy. Przypadki silnej, niewzruszonej wiary, dla której człowiek jest w stanie poświęcić całe swoje życie i zaakceptować każdą ofiarę, zawsze mnie poruszały i zarazem przerażały, z takich bowiem postaw rodzą się zarówno heroizm, jak i fanatyzm, czyny altruistyczne, jak i zbrodnicze. Ale w przypadku lingwistów Instytutu, ich wiara wydała mi się podczas owej podróży zupełnie nieszkodliwa. Jeszcze pamiętam kobietę – dziewczynę prawie – od lat już żyjącą pomiędzy Shaprami znad Morony i osiadłą pomiędzy Huambisami rodzinę, której dzieci – rudowłose jankesiki – pluskały się nagie przy brzegu rzeki z miedzianoskórą dzieciarnią z osady, gadając i plując jak ona. (Huambisi plują, kiedy mówią, żeby pokazać, że mówią prawdę. Człowiek, który nie pluje przy mówieniu, jest dla nich kłamcą.)

Prawda, że choćby żyli wśród plemion w najprymitywniejszych nawet warunkach, zawsze do dyspozycji mieli chroniącą ich infrastrukturę: samoloty, krótkofalówki, lekarzy i lekarstwa. Ale mimo to cechowało ich głęboko ugruntowane przeświadczenie co do słuszności ich misji i rzadko spotykane umiejętności przystosowawcze. Spotykani przez nas lingwiści osiadli wśród poszczególnych plemion, poza tym, że w odróżnieniu od swych półnagich gospodarzy byli ubrani, wiedli niemal ten sam tryb życia: mieszkali w identycznych chatach lub prawie pod gołym niebem, okryci pamacari, dzieląc skromną dietę i znosząc spartańskie warunki tubylców. Cechowało ich wszystkich również jakieś szczególne nastawienie do wielkiej przygody – do siły przyciągania, jaką ma wszelka krańcowość -tak często obecne w północnoamerykańskiej mentalności i będące wspólnym mianownikiem dla ludzi przeróżnej kondycji i zawodów. Schneilowie byli młodzi, rozpoczynali swe życie małżeńskie, a w trakcie tej rozmowy dali nam do zrozumienia, że swego przyjazdu do Amazonii nie uważają za coś przejściowego, lecz za ważne, długotrwałe zobowiązanie.

To, co opowiedzieli nam o Macziguengach, nie dawało mi spokoju przez całą naszą podróż po górnym Marańonie. Była to sprawa, o której chciałem porozmawiać z Saulem; musiałem usłyszeć, co sądzi, jakie ma uwagi co do spostrzeżeń Schneilów. A poza tym sprawiłbym mu niespodziankę. Bo na pamięć nauczyłem się tekstu tamtej pieśni i wyrecytowałbym mu ją w języku Macziguengów. Już wyobrażałem sobie jego osłupienie i serdeczny rechot…

Odwiedzane przez nas plemiona znad górnego Marańonu i Moronacocha znacznie różniły się od plemion znad Urubamby i Madre de Dios. Aguarunowie utrzymywali kontakty z resztą Peru, a w niektórych z ich osad już na pierwszy rzut oka widoczne były skutki procesu metysażu. Shaprowie znajdowali się w większej izolacji, a do niedawna – przede wszystkim dlatego, że pomniejszali głowy – cieszyli się sławą porywczych, ale nie dostrzegano w nich żadnego z owych symptomów przygnębienia, moralnej zapaści, jakie przekazali nam Schneilowie w swym opisie Macziguengów.

Gdy ponownie znaleźliśmy się w Yarinacocha, przed powrotem do Limy, ostatnią noc spędziliśmy z lingwistami. Było to spotkanie robocze, na którym pytano Matosa Mara i Juana Comasa o ich wrażenia z podróży. Po zebraniu zapytałem Edwina Schneila, czy moglibyśmy jeszcze porozmawiać. Zaprowadził mnie do swego domu. Jego żona zaparzyła herbaty. Mieszkali na skraju osady, tam gdzie kończył się Instytut, a zaczynała selwa. Jednostajne, harmonijne, miarowe cykanie owadów dochodzące zewsząd, stanowiło tło muzyczne dla naszej długiej rozmowy, w której co jakiś czas brała również udział pani Schneil. To ona opowiedziała mi o kosmogonii rzecznej Macziguengów, gdzie Droga Mleczna była rzeką Meshiareni, którą spływali na ziemię wszyscy bogowie i całe rzesze bożków z ich licznego panteonu, a wpływały do raju dusze zmarłych. Zapytałem, czy mają zdjęcia tych rodzin, z którymi mieszkali. Powiedzieli, że nie. Ale zademonstrowali mi wiele przedmiotów używanych przez Macziguengów. Bębenki i bębny z małpiej skóry, fujarki z trzciny i rodzaj piszczałki z lianowych rureczek, powiązanych od największej do najmniejszej roślinnymi włóknami, która po przyłożeniu do dolnej wargi i dmuchnięciu dawała bogatą skalę dźwięków od skrajnie wysokich po bardzo niskie. Przetaki służące do przesiewania manioku na masato splecione niczym koszyki z trzcinowych liści pociętych w paseczki. Naszyjniki i grzechotki z ziarenek, zębów i kości. Bransolety na ręce i nogi. Wieńce z piór różnych papug, ar, tukanów i amazonek, przypinanych do drewnianych obręczy. Łuki, kamienne groty strzał i rożki, w których przechowywano zarówno kurarę do zatruwania strzał, jak i farby do tatuażu. Schneilowie skopiowali na kartkach wzory malowane przez Macziguengów na twarzach i ciałach. Figury geometryczne, niektóre bardzo proste, inne wijące się niczym zagmatwane labirynty; wyjaśnili mi, że ich kształt zależy od okoliczności i kondycji danej osoby. Miały przyciągać szczęście i oddalać nieszczęścia. Te przysługiwały kawalerom, te żonatym, te malowano przed wyjściem na łowy, co zaś do pozostałych, to nie mieli jeszcze wyrobionego zdania. Symbolika Macziguengów była nader subtelna. Jedną z figur – dwie skrzyżowane kreski w półkolu – malowali sobie przypuszczalnie ci, którzy mieli umrzeć.

Dopiero pod koniec naszego spotkania, gdy czekałem już tylko na odpowiednią chwilę, by pożegnać się moimi gospodarzami, nagle i zupełnie przypadkowo wypłynął temat, który z perspektywy czasu nie tylko zepchnął na plan dalszy wszystkie poruszane tamtej nocy sprawy, ale i prawdopodobnie przyczynił się do tego, że mój pobyt we Florencji poświęcam nie Dantemu, Machiavellemu i sztuce renesansowej, ale próbom powiązania wszystkich wspomnień i fantazji dotyczących całej tej historii. Nie wiem, jak się pojawił. Zadawałem mnóstwo pytań i część pewnie dotyczyła czarowników i znachorów u Macziguengów (istniały wśród nich dwie grupy szamanów: dobrzy – seripigariowie i źli – maczikanariowie). Może właśnie to przesądziło o dalszym biegu rozmowy. A może, gdy zapytałem o mity, legendy, opowieści, jakie przypuszczalnie zebrali w trakcie swych podróży, nagle nastąpiło to skojarzenie. Ich wiedza o praktykach szamańskich seripigarich i maczikanarich była znikoma i ograniczała się do informacji, że i jedni, i drudzy, tak jak szamani w innych plemionach, używają tytoniu, ayahuaski i innych roślin halucynogennych – kory kobuiniri na przykład – w trakcie swych seansów, nazywanych przez nich zamroczeniem, tak jak – ni mniej, ni więcej – najzwyklejsze pijaństwo masato. Macziguengowie, sami z siebie bardzo rozmowni, byli wspaniałymi informatorami, ale Schneilowie nie obstawali zbytnio przy temacie czarowników, nie chcąc od swych rozmówców wyciągać niczego na siłę.

– No a poza seripigarimi i maczikanarimi jest między nimi taka dziwna postać, ni to znachor, ni to kapłan – wtrąciła nagle pani Schneil. I niepewna własnego zdania, zwróciła się ku mężowi. – A może jest po trosze i jednym, i drugim, nieprawdaż, Edwinie?

– Myślisz o…? – odparł pan Schneil i zawahał się. Wydał z siebie mocny, długi, gardłowy, szeleszczący dźwięk. Zamilkł na chwilę, zastanawiając się. – Jak to przetłumaczyć?

Ona wpółprzymknęła oczy i przygryzła zgięty w stawie palec. Miała jasne włosy, bardzo niebieskie oczy, wąziutkie usta i dziecięcy uśmiech.

– Może rozmówca. Albo raczej gawędziarz – powiedziała w końcu. I wydała te same dźwięki: szorstkie, syczące, długie.

– Tak – uśmiechnął się mąż. – Sądzę, że to najodpowiedniejsze słowo. Gawędziarz.

Nigdy żadnego nie spotkali. Przewrażliwieni na punkcie taktowności – stąd ich obawy, by nie rozdrażnić rozmówców -nigdy nie poprosili swych gospodarzy o jakiekolwiek wyjaśnienie funkcji, jakie pełnił wśród Macziguengów, ani o sprecyzowanie, czy chodzi o jednego, czy o wielu lub nawet, choć tę hipotezę raczej gotowi byli odrzucić, czy chodzi nie o konkretnego, współcześnie żyjącego człowieka, ale o istotę baśniową, jak Kientibakori, pana wszystkich demonów i twórcy wszystkiego, co trujące i niejadalne. Całkowicie byli pewni tylko tego, że słowo „gawędziarz” wymawiane było przez wszystkich Macziguengów z oznakami niezwykłego szacunku, jak również tego, że za każdym razem, kiedy ktoś wypowiadał je w obecności Schneilów, pozostali natychmiast zmieniali temat. Nie sądzili jednak, by rzecz dotyczyła tabu. Stwierdzili bowiem, że owo słówko wymykało się Macziguengom bardzo często, co oznaczałoby, że gawędziarz jest nieustannie obecny w ich myślach. Był przywódcą czy nauczycielem całej wspólnoty? Nie, nie posiadał, jak się wydaje, żadnej szczególnej władzy nad tym tak rozproszonym, porozrzucanym archipelagiem, jakim jest społeczność Macziguengów. Zresztą nie istniała u nich żadna władza. Co do tego Schneilowie nie żywili najmniejszej wątpliwości. Mieli tylko narzuconych im przez wirakoczów, kacyków – kuraków – jak w małych skupiskach Koribeni i Chirumbia, założonych przez dominikanów, czy też w okresie hacjend czy gospodarstw kauczukowych, kiedy ich właściciele wyznaczali jednego z członków plemienia na przywódcę dla lepszej kontroli nad resztą. Być może gawędziarz spełniał jakąś rolę wodza duchowego, być może odprawiał praktyki religijne. Ale z wyłapywanych to tu, to tam aluzji, z zasłyszanego u kogoś pojedynczego zdania i z repliki innej osoby wynikało, że podstawowa funkcja gawędziarza sprowadza się do tego, co wpisane jest w jego nazwę: do mówienia.

Parę miesięcy wcześniej, nad brzegami rzeki Kompiroshiato pani Schneil przydarzył się ciekawy wypadek. Rodzina Macziguengów, u której mieszkała – osiem osób: dwóch starych mężczyzn, jeden młodszy, cztery kobiety i dziewczynka – niespodziewanie zniknęła bez słowa. Dosyć ją to zdziwiło, gdyż nigdy wcześniej niczego takiego nie zrobili. Cała ósemka wróciła następnego dnia równie tajemniczo jak odeszła. Dokąd ni stąd, ni zowąd, sobie poszli? „Posłuchać gawędziarza”, odparła dziewczynka. Sens zdania był jasny i pani Schneil na tym musiała poprzestać, nikt bowiem niczego więcej nie dodał, a i ona o szczegóły nie prosiła. Niemniej jednak przez kilka następnych dni ośmioro Macziguengów nieustannie i w podnieceniu cały czas coś między sobą szeptało. A pani Schneil, widząc ich pogrążonych w nie kończących się konwentyklach, wiedziała, że wspominają gawędziarza.

Schneilowie snuli przeróżne domysły, stawiali hipotezę za hipotezą. Gawędziarz lub gawędziarze byli pewnie czymś w rodzaju poczty wspólnoty. Osobami przemieszczającymi się od jednej grupy do drugiej po rozległym terytorium, na którym rozrzuceni byli Macziguengowie, opowiadając jednym, co robią drudzy, informując o przygodach, szczęśliwych i nieszczęśliwych losach tych braci, których widywali rzadko lub nigdy. Nazwa w pełni ich określała. Gawędzili. Ich usta były łącznikiem zlepiającym tę społeczność, którą walka o przetrwanie zmusiła do rozdzielenia się i rozpierzchnięcia na cztery strony świata. Dzięki gawędziarzom ojcowie mieli wieści o synach, bracia o siostrach i dzięki nim dowiadywali się o zgonach, narodzinach i pozostałych wydarzeniach w plemieniu.

– I o czymś jeszcze – powiedział pan Schneil. – Mam wrażenie, że gawędziarz nie tylko przynosi aktualne wiadomości, ale również te z przeszłości. Prawdopodobnie jest zarazem pamięcią wspólnoty. I spełnia funkcję podobną do średniowiecznych trubadurów i wędrownych poetów.

Pani Schneil przerwała mu, by wyjaśnić mi, że trudno to było ustalić. System werbalny Macziguengów był zagmatwany i mylący, między innymi dlatego, że dość łatwo mieszał czas przeszły z teraźniejszym. Tak jak słowo „dużo” – tobaiti -służyło do wyrażenia wszystkich wielkości powyżej czterech, pojęcie „teraz” obejmowało bardzo często dziś i wczoraj, czasownika zaś w czasie teraźniejszym używali nader często w odniesieniu do wydarzeń z nieodległej przeszłości. Tak jakby tylko przyszłość była dla nich czymś jasno określonym. Rozmowa potoczyła się ku tematom językoznawczym i zakończyła wieloma przytoczonymi przez Schneilów przykładami obrazującymi niepokojące i śmieszne implikacje takiego sposobu mówienia, w którym minione i teraźniejsze było trudno rozróżnialne.

Niezwykle mnie poruszyła ta postać, jedna czy też wiele, krążąca po mało przyjaznych człowiekowi lasach kuskańskiego wschodu i Madre de Dios, przemierzająca dniami i tygodniami olbrzymie odległości, by przekazywać jednym Macziguengom historie drugich, przypominająca każdemu z nich, że pozostali żyją, że pomimo dzielących ich odległości tworzą wspólnotę, że łączy ich wspólna tradycja, wierzenia, wspólni przodkowie, wspólne nieszczęścia, ale i co nieco radości; poruszyła mnie myśl o owych tajemniczych, może nawet bardziej należących do świata legend gawędziarzach, którzy prostym i starym jak świat sposobem – zajęciem, potrzebą, ludzką manią czy pasją – polegającym na opowiadaniu historii, stali się ustawicznie krążącą energią czyniącą z Macziguengów społeczność, lud istot solidarnych i mających ze sobą stałą łączność. I wciąż jeszcze wzruszam się, kiedy o nich myślę; nawet teraz, tutaj, gdy piszę te słowa w starej Florencji, w „Caffe, Strozzi”, w lipcowym skwarze, dostaję gęsiej skórki.

– Dlaczego dostajesz gęsiej skórki? – zapytał Maskamiki. -Co cię tak porusza? A cóż to takiego szczególnego mają ci gawędziarze, co?

Rzeczywiście, dlaczego od tamtej nocy nie mogę przestać o tym myśleć?

– To namacalny dowód, że opowiadanie różnych historii może być czymś więcej niż zwykłą rozrywką – odpowiedziałem mu naprędce. – Czymś ważnym, czymś, od czego zależy nawet istnienie i przetrwanie narodu. Pewnie właśnie to tak mnie poruszyło. Przecież nie zawsze wiadomo, dlaczego nagle coś cię wzrusza. Dotyka nagle jakiejś twojej tajemnej struny i już.

Saul zaśmiał się, poklepując mnie po ramieniu. Mówiłem serio, ale on wziął to za dobry żart.

– No tak, tu cię mam, to literacka strona zagadnienia cię pasjonuje – wykrzyknął rozczarowany, jakby ten aspekt obniżał wartość mojego zainteresowania całą sprawą. – Nie rób sobie żadnych złudzeń. Jestem pewien, że to zasrani jankesi opowiedzieli ci bajkę o jakichś tam bajarzach. A wszystko nie może wyglądać tak, jak im się wydaje. Głowę daję, że Amerykańcy rozumieją Macziguengów jeszcze mniej niż misjonarze.

Siedzieliśmy w kafejce przy alei Espana, jedząc bułki ze skwarkami. Od mojego powrotu z Amazonii minęło już sporo dni. Znalazłszy się w Limie, zacząłem szukać Saula na uniwersytecie, zostawiać wiadomości w miejscach, w których bywał, ale bez skutku. I już obawiałem się, że pojadę do Europy, nie pożegnawszy się z nim, kiedy w przeddzień mojego wyjazdu do Madrytu zobaczyłem, jak wysiada z autobusu na rogu alei Espana. Weszliśmy do tej kafejki, gdzie, jak mi powiedział, wyda na moją cześć pożegnalną ucztę z sandwiczami ze skwarkami i zimnym piwem, o której nie dane mi będzie zapomnieć przez cały pobyt w Europie. W pamięci zostały mi raczej uniki, wykręty Saula i całkowity brak zainteresowania sprawą gawędziarzy maczigueńskich, choć wydawało mi się, że właśnie ów temat wywoła jego entuzjazm. Naprawdę go to nie interesowało? Nic a nic. Teraz wiem, że udawał i że okłamał mnie, gdy przyparty do muru moimi pytaniami, zapewnił, że nigdy, przenigdy nie słyszał, aby ktokolwiek choćby słowem napomknął mu o jakichś tam gawędziarzach.

Pamięć jest jedną wielką pułapką: poprawia, delikatnie modeluje przeszłość stosownie do teraźniejszości. Tyle razy próbowałem odtworzyć tę rozmowę z mym przyjacielem Saulem Zuratasem, z sierpnia 1958 roku, w owej knajpce z kiwającymi się stolikami i rozwalonymi krzesłami, że obecnie nie jestem już niczego pewien poza, być może, jego olbrzymim znamieniem koloru mętnego wina, przyciągającym spojrzenia wszystkich obecnych, jego rozwichrzoną rudą czupryną, flanelową koszulą w czerwono-niebieską kratkę i jego buciorami wiecznego wędrowca.

Ale moja pamięć nie mogła całkowicie sfabrykować bezwzględnej tyrady Saula przeciwko Letniemu Instytutowi Lingwistycznemu, którą jakbym ciągle jeszcze słyszał, mimo że minęło dwadzieścia siedem lat, ani mojego osłupienia wobec Saulowego ataku głuchej wściekłości. Po raz pierwszy widziałem go w takim stanie: sinego od furii. Tego dnia dowiedziałem się, że i anielski Saul potrafi jak reszta śmiertelników ulegać złości, która, zdaniem jego przyjaciół Macziguengów, może zachwiać równowagą świata. Powiedziałem mu to, usiłując go rozbroić:

– Maskamiki, ten twój szał doprowadzi do jakiejś apokalipsy, zobaczysz.

Ale on nawet mnie nie usłyszał.

– Ci twoi apostolscy lingwiści są najgorsi ze wszystkich. Wtryniają się jak mendy między plemiona, żeby zniszczyć je od środka. Wciskają się w ich dusze, wierzenia, podświadomość, w samą istotę ich sposobu bycia. Inni zabierają im przestrzeń życiową i wyzyskują ich albo spychają w głąb. W najgorszym wypadku likwidują fizycznie. Twoi lingwiści są subtelniejsi, chcą ich zabić w inny sposób. Tłumacząc Biblię na maczigueński, a jak!

Był tak wzburzony, że nie podjąłem dyskusji. Słuchając go, wielokrotnie gryzłem się w język, by nie zaoponować. Wiedziałem, że obiekcje Saula Zuratasa wobec Instytutu nie są pustymi frazesami i nie kierują nim żadne polityczne uprzedzenia; że choćby nie wiem jak wydawały mi się kontrowersyjne, odzwierciedlały jednak głęboko przemyślany i wyrobiony już punkt widzenia. Dlaczego działalność Instytutu była w jego oczach bardziej szkodliwa niż praca brodatych dominikanów i hiszpańskich siostrzyczek zakonnych z Quillabamba, Koribeni i Chirumbia?

Musiał poczekać z odpowiedzią, bo kelnerka podeszła w tej właśnie chwili z kolejną porcją bułek ze skwarkami. Postawiwszy talerz na stole, zapatrzyła się jak zahipnotyzowana w znamię Saula. Dostrzegłem, że wracając do paleniska, przeżegnała się.

– Mylisz się, wcale nie wydaje mi się szkodliwsza – odparł wreszcie sarkastycznie, wciąż wściekły. – Bo, oczywiście, oni też chcą im ukraść dusze. Ale misjonarzy selwa w końcu pożera jak Artura Covę z „Otchłani”. Nie spotkałeś ich w czasie twej podróży? Są wycieńczeni, półżywi z głodu, a do tego jest ich bardzo mało. Żyją w takim osamotnieniu, że już nikogo nie mogą ewangelizować, na szczęście. Opuszczenie stępiło w nich ducha katechizacji. Wegetują, to wszystko. Selwa przycięła im skrzydła. A jak sprawy w Kościele katolickim będą się nadal miały tak, jak się mają, to niedługo nie będzie ani jednego księdza w Limie, a co dopiero w Amazonii.

Lingwiści to co innego. Mają za sobą ekonomiczną potęgę i nieprawdopodobnie skuteczną machinę, która być może pozwoli im zaszczepić swój postęp, swoją religię, wartości, kulturę. Nauczyć się tubylczych języków, co za bezczelne oszustwo! Po co? Żeby Indian amazońskich przerobić na dobrych, ucywilizowanych na modłę zachodnią ludzi, dobrych, nowoczesnych obywateli, dobrych kapitalistów, dobrych, zreformowanych chrześcijan? Nawet nie to. Tylko wymazać z mapy ich kultury, ich bogów, ich instytucje i zbałamucić nawet ich sny. Tak jak zrobili z czerwonoskórymi i z innymi, tam, u siebie w kraju. Tego właśnie życzę naszym ziomkom z selwy? By stali się tym, czym teraz są potomkowie rodowitych mieszkańców Ameryki Północnej? By stali się służącymi i pucybutami wirakoczów?

Na chwilę zawiesił głos, bo zauważył, że trzech mężczyzn przy sąsiednim stoliku zaintrygowanych jego znamieniem i złością, przerwało rozmowę, by przysłuchiwać się temu, co mówi. Zdrowa połowa jego twarzy nabiegła krwią; usta miał wpółotwarte, a dolna, wysunięta warga drżała. Wstałem, by udać się do toalety, choć nie czułem potrzeby; pomyślałem tylko, że moja chwilowa nieobecność uspokoi go. Gdy przechodziłem obok pani przy palenisku, ta zapytała mnie, zniżając głos, czy to, co mój przyjaciel ma na twarzy, to coś groźnego. Szeptem odpowiedziałem jej, że skądże, że to tylko pieprzyk, niczym, ale to niczym nie różniący się od pieprzyka na pani ramieniu, proszę pani. „Biedaczek, aż żal na niego patrzeć”, wymamrotała. Wróciłem do stolika, Maskamiki zaś, unosząc swoją szklankę, usiłował się uśmiechnąć.

– Twoje zdrowie, stary. Przepraszam, chyba mnie zanadto poniosło.

Tak naprawdę wcale się nie uspokoił i widać było, że wciąż jest spięty i w każdej chwili może znowu wybuchnąć. Powiedziałem mu, że jego słowa przywodzą mi na pamięć pewien poemat, i wyrecytowałem mu po maczigueńsku zapamiętane przeze mnie wiersze z owej pieśni o smutku.

Udało mi się przynajmniej sprawić, że uśmiechał się przez chwilę.

– Mówisz po maczigueńsku z lekkim akcentem kalifornijskim – zakpił. – Niech no tylko zgadnę, skąd ci się to wzięło?

Ale po jakiejś chwili znów przystąpił do ataku przeciwko temu, co nie dawało mu spokoju. Zupełnie niechcący poruszyłem w nim coś tkwiącego głęboko, dręczącego, raniącego. Mówił bez chwili przerwy, jakby jednym tchem. Dotychczas nikomu się nie udało, ale może tak się stać, że tym razem lingwiści wyjdą na swoje. Przez cztery, pięć wieków nieustannych wysiłków wszyscy ponosili klęski. Nigdy nie zdołali podbić tych maleńkich plemion, którymi głęboko gardzili. Musiałem o tym pewnie czytać w kronikach, które fiszkowałem u Porrasa Barrenechei, nie, stary? O tym, co za każdym razem spotykało Inków, gdy wysyłali wojska do Antisuyo. A szczególnie Tupaca Yupanqui – nie czytałem? Jak jego wojownicy w selwie przestali istnieć, jak Antisowie przemknęli im między palcami. Nikogo nie podbili, ani jednego plemienia, więc cywilizowani kuskańczycy, rozzłoszczeni, zaczęli nimi pogardzać. Dlatego też wymyślili w keczua takie pejoratywne określenia na amazońskich Indian, jak dzikusy, degeneraci. A tymczasem, co się przydarzyło Tahuantinsuyo, kiedy musiało stawić czoło silniejszej cywilizacji? Barbarzyńcy z Antisuyo przynajmniej pozostali tym, kim byli, no nie? A może Hiszpanie odnieśli większy sukces niż Inkowie? Czy wszystkie ich „wejścia” nie skończyły się całkowitym fiaskiem? Zabijali Indian, jeśli udawało im się ich złapać, ale to zdarzało się nader rzadko. Czy tym wszystkim żołnierzom, awanturnikom, uciekinierom, misjonarzom, którzy pokonawszy Andy, schodzili na Wschód, pomiędzy 1500 a 1800 rokiem udało się przyłączyć choćby jedno plemię do prześwietnej cywilizacji chrześcijańskiej i zachodniej? Czy to wszystko nic mi nie mówi?

– Powiedz mi raczej, Maskamiki, co to mówi tobie? – odparłem.

– Że te kultury należałoby uszanować – powiedział cicho, jakby wreszcie zaczynał się uspokajać. – A można to zrobić, jedynie pozostawiając je w spokoju. Nie zbliżać się do nich, nie tykać. Nasza kultura jest za silna, zbyt agresywna. Czego dotknie, wszystko pożera. Trzeba zostawić tych ludzi w spokoju. Czy nie udowodnili, i to aż nadto, że mają pełne prawo bycia nadal tym, kim są?

– Toż to z ciebie jest wojujący, zażarty indianista, Maskamiki – zakpiłem sobie. – Wypisz, wymaluj jak ci z lat trzydziestych. Jak doktor Luis Valcarcel za młodu, kiedy prosił o wyburzenie wszystkich kościołów i klasztorów kolonialnych, bo symbolizują Anty-Peru. To jak? Mamy wskrzesić Tahuantinsuyo? I ofiary z ludzi, kipu, trepanacje czaszek kamiennymi nożami? Żeby ostatni walczący indianista w Peru był Żydem, to więcej niż zabawne, Maskamiki.

– No, wiesz, akurat Żyd jest najlepiej przygotowany do tego, żeby bronić prawa kultur mniejszościowych do istnienia -odparował natychmiast. – Co jak co, ale jak mówi mój stary, problem Borów, Shaprów, Pirów jest naszym problem od trzech tysięcy lat.

Tak powiedział? Czy z tego, co mówił, można było w ogóle wysnuć podobny wniosek? Nie jestem pewien. Być może najzwyczajniej w świecie sam to później wymyśliłem. Saul nie był praktykującym żydem, nawet nie był wierzący, wielokrotnie wyznawał mi, że chodzi do synagogi tylko po to, żeby nie sprawiać przykrości don Salomonowi. Z drugiej strony, takie skojarzenie, mniej lub bardziej głębokie, musiało powstać. Już samo słuchanie – w domu, w szkole, w synagodze, przy nieuniknionych kontaktach z innymi członkami gminy – tylu historii o prześladowaniach, o diasporze, o próbach podporządkowania wiary, języka i żydowskich obyczajów przez silniejsze kultury, o próbach, którym naród żydowski za cenę olbrzymich poświęceń oparł się, zachowując swą tożsamość: czy nie tłumaczyło to, przynajmniej w części, uporu, z jakim Saul bronił Peruwiańczyków żywcem wziętych z epoki kamiennej?

– Nie, nie jestem indianistą na modłę tych z lat trzydziestych. Oni chcieli przywrócić Tahuantinsuyo, a ja zdaję sobie sprawę, że dla potomków Inków nie ma powrotu do czasów minionych. Pozostaje im tylko integracja. Przyspieszyć to, co zostało w pół drogi, całkowicie włączyć się w cywilizację zachodnią, a im szybciej się to dokona, tym lepiej. Dla nich obecnie to mniejsze zło. Sam widzisz, nie jestem utopistą. Ale w Amazonii wszystko ma się zupełnie inaczej. Tam nie doszło jeszcze do wielkiego psychicznego urazu, który z Inków uczynił naród wasali i lunatyków. Zadaliśmy amazońskim plemionom wiele ciosów, ale ich nie pokonaliśmy. Teraz już wiemy, jakie potworności kryją się za niesieniem postępu, za unowocześnianiem na siłę ludów prymitywnych. Po prostu ich zagłada. Nie popełniajmy tej zbrodni. Zostawmy tych ludzi z ich strzałami, piórami, przepaskami na biodra. Kiedy udaje ci się do nich zbliżyć, kiedy możesz ich poobserwować, z szacunkiem, z odrobiną sympatii, zdajesz sobie sprawę, jak krzywdzące jest nazywanie ich barbarzyńcami i ludźmi zacofanymi. W środowisku, w którym żyją, w warunkach, w jakich żyją, ich kultura całkowicie im wystarcza. A ponadto posiadają głęboką i wnikliwą wiedzę o tym wszystkim, o czym my już dawno zapomnieliśmy. Na przykład o związkach człowieka z naturą. Człowiek i drzewo, człowiek i ptak, człowiek i rzeka, człowiek i ziemia, człowiek i niebo. A także: człowiek i Bóg. O owej harmonii pomiędzy nimi a wszystkim, co ich otacza, nie mamy nawet pojęcia, bo zniszczyliśmy ją na zawsze.

To powiedział na pewno. Może nie dokładnie tak samo, ale powiedział. Inaczej, ale coś w tym kształcie. O Bogu też mówił? Tak, jestem pewien, że mówił o Bogu, bo pamiętam, jak zaskoczony jego słowami i usiłując przemienić w żart coś, co było całkiem serio, zapytałem, czy teraz powinniśmy również zacząć wierzyć w Boga.

Zamilkł z pochyloną głową. Zabłąkany w kafejce bąk obijał się przerażony o powalane ściany. Stojąca przy barze pani nie spuszczała oka z Saula. Kiedy Maskamiki podniósł wzrok, wydawał się zakłopotany. Głos mu spoważniał.

– Właściwie to ja już sam nie wiem, czy wierzę, czy nie wierzę w Boga. To jeden z problemów naszej potężnej kultury. Doprowadziła do sytuacji, w której Bóg wydaje się zbyteczny. Dla nich Bóg to powietrze, woda, jedzenie, życiowa konieczność, wszystko, bez czego życie nie byłoby możliwe. Możesz nie wierzyć, ale mają bogatsze życie duchowe od nas. Nawet Macziguengowie, którzy w porównaniu z pozostałymi wydają się nastawieni dość materialistycznie. Dlatego tak wielką krzywdę wyrządzają plemionom ci z Instytutu, zabierając im ich bogów, by zastąpić ich swym abstrakcyjnym Bogiem, całkowicie nieprzydatnym w ich codziennym życiu. Lingwiści są burzycielami bałwochwalstwa naszych czasów. Używają do tego samolotów, penicyliny, szczepionek i wszystkiego, co niezbędne do pokonania selwy. A że są fanatykami, więc kiedy przydarza im się to, co przydarzyło się tym jankesom w Ekwadorze, czują się jeszcze bardziej natchnieni. A dla podkręcenia fanatyzmu nie ma nic lepszego od męczeństwa, nie, stary? W Ekwadorze, parę tygodni wcześniej, trzech północnoamerykańskich misjonarzy któregoś Kościoła protestanckiego, zostało zamordowanych przez jedno z plemion Jibaro, gdzie żył jeden z trzech zabitych. Pozostałych dwóch przebywało tam czasowo. Nieznane były szczegóły wydarzenia. Ciała, bez głów, przeszyte strzałami, zostały odnalezione przez wojskowy patrol. A że Jibarowie znani są przede wszystkim z tego, że pomniejszają głowy, powód dekapitacji był oczywisty. To z kolei wywołało niesamowitą wrzawę w prasie. Ofiary nie należały do Instytutu Lingwistycznego. Zapytałem Saula, przeczuwając jego odpowiedź, co sądzi o tych trzech trupach.

– Jedno mogę ci powiedzieć na pewno – odparł. – Odcięto im głowy bez najmniejszego okrucieństwa. Nie śmiej się! Tak było, możesz mi wierzyć. Bez zadawania im cierpień. Pod tym względem wszystkie plemiona, mimo istniejących między nimi różnic, postępują bardzo podobnie. Zabijają tylko z konieczności. Kiedy czują zagrożenie. Kiedy jest to sprawa życia lub śmierci. Albo kiedy umierają już z głodu. Ale Jibarowie nie są kanibalami, nie zabili tych misjonarzy, żeby ich zjeść. Coś może powiedzieli nie tak, zrobili coś, co Jibarowie odebrali jako zapowiedź grożącego im niebezpieczeństwa. Przykra sprawa, nie ma co. Ale nie wyciągaj zbyt pochopnych wniosków. Nie ma porównania z komorami gazowymi hitlerowców czy z bombą atomową zrzuconą na Hiroszimę.

Długo rozmawialiśmy, trzy, może cztery godziny. Zjedliśmy masę sandwiczów, a pod koniec właścicielka kafejki podała nam deser „na koszt firmy”. Gdy już opuszczaliśmy lokal, pani, nie mogąc się już powstrzymać, zapytała Saula, wskazując na znamię, „czy ta nieszczęsna przypadłość bardzo go boli”.

– Nie, proszę pani, na całe szczęście nic nie boli. Nawet nie zdaję sobie sprawy, że ją tam mam. – Saul uśmiechnął się do niej.

Przeszliśmy się jeszcze kawałek, ciągle rozmawiając na jedyny frapujący nas tego dnia temat, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Gdy żegnaliśmy się na rogu placu Bolognesi i alei Colon, uściskaliśmy się.

– Muszę cię prosić o wybaczenie – powiedział mi ni stąd, ni zowąd, strapiony. – Rozgadałem się jak nakręcony i nawet nie dałem ci dojść do słowa. Nawet nie mogłeś mi opowiedzieć, co będziesz porabiać w Europie.

Umówiliśmy się, że będziemy do siebie pisać od czasu do czasu, choćby i pocztówki, żeby nie stracić kontaktu. Trzykrotnie do niego pisałem w następnych latach, ale nigdy mi nie odpowiedział.

Wtedy widziałem Saula Zuratasa po raz ostatni. Nienaruszony obraz jego postaci wyłania się z nawałnicy lat. Na tle szarego powietrza, zachmurzonego nieba i przenikliwej wilgoci limańskiej zimy. Za nim morze samochodów, ciężarówek i autobusów zapętlonych wokół pomnika Bolognesiego i Maskamiki ze swą ogromną, ciemną plamą na twarzy, płomiennymi włosami, w koszuli w kratkę, machający ręką na pożegnanie i krzyczący:

– Może uda ci się nabrać madryckiej ogłady i akcentu. Aha, i szczęśliwej podróży! Wszystkiego najlepszego, stary!

Minęły cztery lata, podczas których nie miałem o nim żadnych wiadomości. Nigdy nikt spośród przejezdnych Peruwiańczyków, tam, w Madrycie lub w Paryżu, gdzie mieszkałem po zrobieniu doktoratu, nie potrafił mi przekazać żadnej o nim informacji. Wspominałem go często, przede wszystkim w Hiszpanii, i to nie tylko ze względu na sentyment do niego, ale i za przyczyną Macziguengów. Historia o gawędziarzach opowiedziana mi przez Schneilów nieustannie chodziła mi po głowie, wciąż pobudzając moją wyobraźnię, ekscytując niczym piękna dziewczyna. Na uniwersytet chodziłem tylko do południa; popołudniami zwykłem spędzać parę godzin w Bibliotece Narodowej, przy alei Castellana, czytając powieści rycerskie. Pewnego dnia przypomniałem sobie nazwisko misjonarza dominikanina, który pisał o Macziguengach: brat Vicente de Cenitagoya. Poszukałem w katalogu i znalazłem książkę.

Przeczytałem jednym tchem. Była niewielka i naiwniutka, a Macziguengowie, których dobroduszny dominikanin często nazywał dzikusami, strofując po ojcowsku za ich zdziecinniałe natury, lenistwo, pijaństwo i czary – uznawane przez brata Vicentego za „nocne sabaty” – ukazani byli w niej jakby z zewnątrz i z bardzo odległej perspektywy, mimo że misjonarz mieszkał wśród nich ponad dwadzieścia lat. Ale brat Vicente sławił ich prawość, szacunek dla raz danego słowa i delikatność manier. Poza tym jego książka potwierdzała pewne informacje, które ostatecznie mnie przekonały. Mieli nieomalże chorobliwą skłonność do wysłuchiwania i opowiadania różnych historii, byli niepoprawnymi pleciuchami. Ciągle ich nosiło, nie czuli najmniejszego przywiązania do miejsca, w którym żyli, i można by powiedzieć, że byli opętani przez demona ruchu. Las miał nad nimi magiczną władzę. Misjonarze, stosując wszelakiego rodzaju przynęty, próbowali ściągnąć ich do ośrodków w Chirumbii, Koribeni i Panticollo. W pocie czoła starali się przykuć ich do jednego miejsca. Obsypywali ich lusterkami, jedzeniem, nasionami, nauczali o korzyściach płynących z życia we wspólnocie przez wzgląd na ich zdrowie, wykształcenie, zwykłą możliwość przeżycia. Wydawali się przekonani. Wznosili domy, budowali zagrody i gospodarstwa, zgadzali się posyłać dzieci do szkółki misyjnej, a i sami, wymalowani, pojawiali się punktualnie na wieczornym różańcu i porannej mszy. Już sądzono, że wkroczyli na ścieżkę chrześcijańskiej cywilizacji. I nagle, pierwszego lepszego dnia, bez słowa podziękowania czy pożegnania, rozpływali się w lesie. To było silniejsze od nich: odwieczny instynkt pchał ich ku życiu koczowniczemu, rozpraszał po gęstwinie dziewiczych lasów.

Tej samej nocy napisałem do Saula, komentując książkę ojca Cenitagoya. Zwierzyłem mu się, że „postanowiłem napisać opowiadanie o gawędziarzach maczigueńskich, stary”. Pytałem, czy mogę liczyć na jego pomoc. Tu, w Madrycie, z nostalgii być może albo i dlatego, że często wracałem do naszych rozmów, jego idee nie wydawały mi się już ani tak niedorzeczne, ani nierealne. W każdym razie przy pisaniu opowiadania dołożyłbym wszelkich starań, by ukazać jak najrzetelniej życie Macziguengów. Wesprze mnie swoją wiedzą?

Pełen entuzjazmu rzuciłem się w wir pracy. Ale efekty były mniej niż skromne. Jak można napisać opowieść o gawędziarzach, nie mając zielonego pojęcia o ich wierzeniach, mitach, obyczajach, dziejach? W klasztorze dominikanów, przy ulicy Claudia Coello, udzielono mi daleko idącej i nader praktycznej pomocy. W swych zbiorach mieli pełną kolekcję „Misji Dominikańskich”, organu misjonarzy z Zakonu w Peru, i tam znalazłem obfitość artykułów o Macziguengach, jak również cenne prace ojca Josego Pia Azy o ich języku i folklorze.

Ale być może najbardziej pouczającą lekcją była rozmowa z brodatym misjonarzem w wysokiej, okazałej, akustycznej bibliotece klasztornej, gdzie wracało echem każde wypowiadane przez nas słowo; brat Elicerio Maluenda przeżył wiele lat nad górną Urubambą i interesował się mitologią Macziguengów. Był to dziarski staruszek o wielkiej erudycji i szorstkawym sposobie bycia kogoś, kto niemal całe życie spędził w słocie i błocie, dzieląc z mieszkańcami selwy wszystkie trudy i niedostatki. Co chwila, jakby chcąc mi jeszcze bardziej zaimponować, przetykał swą najczystszą hiszpańszczyznę maczigueńskimi zwrotami.

Oczarował mnie swoimi informacjami o kosmogonii plemienia Macziguengów, przebogatej w symetrie, gdzieniegdzie współbrzmiące – odkrywam to teraz, we Florencji, czytając po raz pierwszy „Boską komedię” po włosku – ze światem dantejskim. Ziemia była centrum kosmosu, dwie krainy znajdowały się nad nią, dwie pod nią. Każdy z tych światów miał własne słońce, własny księżyc i gąszcz własnych rzek. W najwyższym z nich, Inkite, żył Tasurinczi, ten, który może wszystko, ten, który swym tchnieniem stworzył ludzi, i tam, wzdłuż żyznych brzegów porosłych drzewami uginającymi się pod ciężarem owoców płynęła Meshiareni albo rzeka nieśmiertelności, którą można było dostrzec z ziemi, była to bowiem Droga Mleczna. Pod Inkite unosiła się lekka kraina chmur albo Menkoripatsa ze swą przezroczystą rzeką Manaironczaari. Ziemia, Kipacza, była siedliskiem Macziguengów, wędrującego ludu. Poniżej mieściła się posępna kraina zmarłych, niemal cała pokryta wodami rzeki Kamabirii, którą płynęły dusze przed zamieszkaniem w swych nowych siedzibach. I wreszcie wzbudzająca najwięcej bojaźni, leżąca najgłębiej, kraina Gamaironi, rzeka o czarnych wodach, bez ryb, płynąca pośród równin, gdzie też nie było nic do jedzenia. To było królestwo Kientibakoriego, twórcy wszelkiego paskudztwa, złego ducha i władcy całego legionu demonów: kamagarinich. Słońca z coraz niższych krain traciły w stosunku do swych poprzedników na mocy i blasku. Słońce Inkite świeciło stale białym, promiennym światłem. Słońce Gamaironi było ciemne i mroźne. Niepewne słońce Ziemi przychodziło i odchodziło: jego żywot był mitycznie uzależniony od postępków Macziguengów.

Ile prawdy było zarówno w tych, jak i w innych informacjach przekazanych mi przez brata Maluendę? Czy przemiły misjonarz nie dokonał w zebranym przez siebie materiale zbyt wielu uzupełnień i adaptacji? Zapytałem o to Saula w mym drugim liście. I na ten list nigdy nie otrzymałem odpowiedzi.

Trzeci wysłałem mniej więcej rok później, już z Paryża. Wytknąłem jego uparte milczenie i wyznałem, że zarzuciłem opowiadanie o gawędziarzach. Zagryzmoliłem ileś tam zeszytów, spędziłem masę godzin na Trocadero, w bibliotece i przy gablotach Muzeum Człowieka, usiłując ich zrozumieć, wejść w ich skórę, wszystko na próżno. Wymyślone przeze mnie głosy gawędziarzy brzmiały fałszywie. Oddałem się więc pisaniu innych historii. A on, co porabia, jak mu idzie, co robił przez cały ten czas, jakie ma plany?

Wieści o nim dotarły do mnie dopiero pod koniec 1963 roku, kiedy w Paryżu pojawił się Matos Mar, zaproszony na kongres antropologiczny. To, co usłyszałem, wprawiło mnie w stan osłupienia.

– Saul Zuratas wyjechał na stałe do Izraela?

Siedzieliśmy w Old Navy, na Saint-Germain-des-Pres, popijając grog, by przetrzymać chłód i smętne popielate popołudnie grudnia. Paliliśmy, a ja zasypywałem go pytaniami o przyjaciół i sprawy odległego Peru.

– To ma coś wspólnego z jego ojcem – wyjaśnił mi Matos Mar, kuląc się i opatulając tak ogromniastym szalem i tak wielkim paltem, iż wyglądał jak Eskimos. – Don Salomon, talareńczyk, znałeś go? Saul bardzo go kochał. Pamiętasz, jak nie przyjął stypendium do Bordeaux, żeby nie zostawić go samego? Umrzeć w Izraelu, ot, co staruszkowi strzeliło do głowy, jak się wydaje. No i miłość synowska znowu zwyciężyła, bo Maskamiki oczywiście postanowił spełnić życzenie ojca. Jak postanowili, tak zrobili, i to natychmiast, z dnia na dzień. Bo kiedy Saul mi to powiedział, już sprzedali „Gwiazdę”, ten sklepik na Brenii, i siedzieli na walizkach.

Taką frajdę mógł sprawić Saulowi pomysł osiedlenia się w Izraelu? Przecież tam będzie musiał nauczyć się hebrajskiego, odbyć służbę wojskową, całe swoje życie ułożyć na nowo. Matos Mar sądził, że wojsko mu przypuszczalnie nie grozi z powodu tego znamienia. Pogrzebałem w pamięci, usiłując sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek mówił o syjonizmie, o alii. Nigdy.

– Może to i dobrze dla Saula, że musiał zaczynać wszystko od zera – zaczął rozmyślać Matos Mar. – Pewnie już się przystosował do życia w Izraelu, bo minęły cztery lata, a jakoś nie słyszałem, żeby wrócił do Peru. Nawet go sobie wyobrażam w kibucu. Tak naprawdę to Maskamiki nic w Limie nie robił. Rozczarował się do etnologii i do uniwersytetu, i to z powodów, których nie jestem w stanie do końca zrozumieć. Nie dokończył swojego doktoratu. Sądzę nawet, że przeszła mu miłość do Macziguengów. „Nie będzie ci żal twoich nagusów znad Urubamby?” – zapytałem go, gdy się żegnaliśmy. „Ani odrobinę”, odpowiedział mi. „Potrafię się przystosować do wszystkiego. Tam, w Izraelu, na pewno też jest sporo nagusów”.

W przeciwieństwie do Matosa Mara pomyślałem, że Saulowi alija wcale nie poszła tak łatwo. Bo był zbyt mocno zrośnięty z Peru, przesycony nim do szpiku kości, zbyt emocjonalnie, do bólu i do buntu przeżywał peruwiańskie problemy – a przynajmniej jeden z nich – żeby nagle, z dnia na dzień, zrzucić to z siebie, ot tak, po prostu, jakby chodziło wyłącznie o zmianę koszuli. Wielokrotnie próbowałem go sobie wyobrazić na Bliskim Wschodzie. Znając go, można było przewidzieć, że obywatel izraelski, Saul Zuratas, w swej nowej ojczyźnie niewątpliwie stanął wobec różnorakich dylematów moralnych dotyczących kwestii palestyńskiej i terytoriów okupowanych. Spróbowałem wyobrazić go sobie w nowych dlań warunkach, w nowym środowisku i otoczeniu, bąkającego coś w swym nowym języku, pracującego w swym nowym zawodzie – jakim? – i poprosiłem boga Tasurincziego, by, dopóki Maskamiki będzie żyć w Izraelu, nie dotknęła go żadna kula.

V

Gdy Tasurinczi sikał, złośliwy kamagarini, przebrany za osę, użądlił go w koniuszek członka. Tasurinczi chodzi i wędruje. Jak? Nie wiem. Ale wędruje, sam widziałem. Nie zabili go. Mógł stracić oczy i głowę, dusza mogła mu ulecieć za to, co zrobił, tam, pośród Yaminahuów. Nic mu się nie stało, zdaje się. Ma się dobrze, wędruje, zadowolony. Nie czuje złości, śmieje się raczej. „Nie ma powodów do takiej wrzawy”, mówi. Gdy szedłem ku rzece Mishahua odwiedzić go, myślałem sobie: „Nie spotkam go. Jeśli rzeczywiście zrobił to, co zrobił, pewnie uciekł jak najdalej, gdzie Yaminahuowie go nie znajdą. Albo może już go zabili, i rodzinę, i krewnych”. Ale był tam, razem z rodziną i z żoną, którą ukradł. „Jesteś tam, Tasurinczi?” „Ehej, ehej, tu jestem”.

Ona uczy się mówić. „Pokaż, co umiesz, niech gawędziarz zobaczy, że ty też mówisz” rozkazał jej. Trudno było zrozumieć, co ta Yaminahuanka mówi, reszta zaś kobiet pokpiwała sobie: „A cóż to za dziwny chrobot słychać?” – i rozglądały się, jakby czegoś szukały. „Cóż to za zwierzak wślizgnął się do domu?” – i zaglądały pod maty. Źle ją traktują, zmuszają do pracy. „Kiedy rozwiera nogi, pewnie ryby z niej wyłażą jak z Pareni”, mówią. I gorsze jeszcze rzeczy. Ale to prawda, że uczy się mówić. Z tego, co mówiła, coś niecoś zrozumiałem. „Człowiek wędruje”, zrozumiałem.

„A więc to prawda, że ukradłeś sobie Yaminahuankę”, rzekłem do Tasurincziego. Mówi, że jej nie ukradł. Wymienił ją za tapira, worek kukurydzy i worek manioku, raczej. „Yaminahuowie powinni się cieszyć, bo to, co im dałem, jest więcej warte niż ona”, zapewnił. Przy mnie zapytał kobietę: „Czy nie jest tak?” A ona przytaknęła. „Jest tak”, powiedziała. To też zrozumiałem.

Od czasu gdy złośliwy kamagarini uciął go żądłem w członek, Tasurinczi musi robić to, co ni stąd, ni zowąd przychodzi mu do głowy. „Słyszę rozkaz i muszę go wypełnić”, mówi. „Pewnie wydaje mi go jakiś bożek albo diabełek, albo coś co wlazło we mnie głęboko przez to użądlenie, i tak to pewnie jest”. Kradzież tej kobiety była jednym z takich rozkazów, chyba.

Teraz jego członek jest taki jak przedtem. Ale w duszy utkwił mu jakiś duch, co każe mu być innym i robić rzeczy, których ludzie nie rozumieją. Pokazał mi miejsce, gdzie sikał, kiedy uciął go kamagarini. Ojej, ojej, musiał wrzasnąć, musiał skoczyć i już nie mógł dalej sikać. Odpędził ręką osę i usłyszał jej chichot, zdaje się. Po chwili jego członek zaczął rosnąć. Co noc puchł i puchł, a rankiem puchł jeszcze bardziej. Wszyscy się z niego śmieli. Zawstydzony kazał utkać sobie obszerniejszą cushmę. Jej fałdami okrywał sobie członek. Ale on rósł i rósł, i nie dało się go już ukryć. Przeszkadzał mu przy każdym ruchu, ciągnął go jak zwierzę ciągnie swój Ogon. Czasami ludzie nadeptywali go tylko po to, żeby usłyszeć, jak wyje: Auu! Aauu! Musiał go jakoś zwinąć i zarzucić na ramię, by siedział tam sobie jak papużka na mym ramieniu. I tak wędrowali, głowa przy głowie, towarzysząc sobie w wędrówce. Tasurinczi gadał do niego, żeby się rozerwać. A tamten słuchał go w milczeniu, uważnie, tak jak wy mnie słuchacie, łypiąc nań swoim wielkim okiem. Jednooki! Cudeńko jednookie! Uważnie mu się tak przyglądał. Strasznie urósł. Myśląc, że to drzewo, ptaki na nim siadały, świergocąc. Kiedy Tasurinczi sikał, tryskała z paszczy kaskada ciepłej wody pieniącej się jak katar akty Wielkiego Przełomu. Tasurinczi mógłby się w tych wodach wykąpać, i to z całą rodziną, pewnie. Za siedzisko mu służył, kiedy Tasurinczi przystawał, by odpocząć. A w nocy za posłanie. A gdy szedł na łowy, za procę i oszczep. Mógł z niego strzelić na samiutkie szczyty drzew, by strącić małpki shimbillo, albo zabić nim pumę jak kamiennym ostrzem.

Żeby go oczyścić, seripigari owinął Tasurincziemu członek w rozgrzane nad ogniem liście paproci. Kazał mu powoli, małymi łyczkami pić zawiesinę i śpiewać przez całą noc, podczas gdy sam popijał tytoń i ayahuascę, tańczył, znikał przez sufit i wracał przeistoczony w saankarite. I wtedy mógł już mu wyssać i wypluć zarazę. Była żółta, gęsta i śmierdziała pijackimi rzygami. O świcie członek zaczął flaczeć i w parę księżyców później znowu stał się malusieńki jak przedtem. Ale od tamtej pory Tasurinczi słyszy różne rozkazy. „W jednej z moich dusz siedzi jakaś rozkapryszona matka”, mówi. „Dlatego sprowadziłem sobie tę Yaminahuankę, ot co”.

Wygląda na to, że przyzwyczaiła się do swego nowego męża. Siedzi tam, nad Mishahua, spokojna, jakby zawsze była żoną Tasurincziego. Ale pozostałe za to zgrzytają zębami, znieważają ją i z byle powodu biją. Widziałem je i słyszałem. „Ona nie jest taka jak my”, wciąż mówią, „do ludzi to niepodobne, więc kimże jest. Może małpą, może rybą, która Kashiriemu utkwiła w gardle”. Ona wciąż żuje maniok, jakby ich nie słyszała.

A kiedyś niosła w dzbanie wodę i zderzyła się z dzieciakiem, niechcący, bo go nie widziała, i przewróciła małego. I wtedy wszystkie się na nią rzuciły. „Zrobiłaś to specjalnie, chciałaś zabić dzieciaka”, krzyczały na nią. To nie była prawda, ale tak jej mówiły. Ona złapała za kij i pogroziła im, bez złości. „Kiedyś ją zabiją”, powiedziałem do Tasurincziego. „Umie się bronić”, odpowiedział mi. „Poluje na zwierzynę, a nie słyszałem jako żywo, żeby kobiety potrafiły polować. Kiedy znosimy maniok z pola, ona na swoich plecach dźwiga go najwięcej. Raczej się boję, żeby ona pozostałych nie zabiła. Yaminahuowie to bitni ludzie, tak jak Mashkowie. Ich kobiety też, może”.

Powiedziałem mu, że właśnie dlatego powinien być niespokojny. I przenieść się w inne miejsce jak najszybciej. Yaminahuowie są pewnie rozwścieczeni tym, co im zrobił. A jeśli przyjdą się zemścić? Tasurinczi zaczął się śmiać. Wszystko jest załatwione, ponoć. Mąż Yaminahuanki, w towarzystwie dwóch innych, przyszedł się z nim zobaczyć. Porozmawiali, popijając masato. Dogadali się więc. Nie chcieli kobiety, tylko strzelbę, poza tym tapirem, kukurydzą i maniokiem, który od niego już dostali. Biali Ojcowie powiedzieli im, że on ma strzelbę. „Poszukajcie jej”, zaproponował. „Jeśli ją znajdziecie, jest wasza”. W końcu poszli sobie. Zadowoleni, chyba. Tasurinczi nie odda Yaminahuanki jej krewnym. Bo ona już zaczyna uczyć się mówić. „Tamte przyzwyczają się do niej, jak urodzi dziecko”, mówi Tasurinczi. Bo dzieci już się przyzwyczaiły. Traktują ją już jak człowieka, wędrującą kobietę. „Matko”, nawet mówią.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Kto tam wie, czy tego Tasurincziego znad Mishahua owa kobieta obdarzy szczęściem. Bo może również sprowadzić nań nieszczęście. Księżyc, Kashiriego, gdy zszedł na ten świat, żeby ożenić się z Macziguenką, spotkało nieszczęście. Tak przynajmniej mówią. Nie powinniśmy się nad tym użalać, raczej. Dzięki nieszczęściom Kashiriego mamy co jeść i ogrzać się możemy. Czyż to nie księżyc jest ojcem słońca z kobiety Macziguenki?

To było kiedyś.

Młody, silny, pogodny Kashiri nudził się w niebie wyższej krainy, Inkite, gdzie jeszcze nie było gwiazd. Ludzie, zamiast manioku i bananów, jedli ziemię. To było ich jedyne jedzenie. Kashiri spłynął rzeką Meshiareni, wiosłując ramionami, bez tyczki. Kanoe omijało wiry i kamienie. Spływał coraz niżej i niżej. Świat zalegały jeszcze ciemności i wiał silny wiatr. Lało jak z cebra. W Oskiaje, gdzie ta ziemia łączy się z krainami nieba, tam, gdzie żyją potwory i gdzie umierają wszystkie rzeki, Kashiri wyskoczył na brzeg. Rozejrzał się wokół. Nie wiedział, gdzie się znajduje, ale wyglądał na zadowolonego. Zaczął iść. Niedaleko uszedł, gdy zobaczył siedzącą Macziguenkę tkającą matę, śpiewającą cichutko piosenkę przepłaszającą węża, tę Macziguenkę, która miała go obdarzyć szczęściem i przynieść nieszczęście. Miała pomalowane policzki i czoło; dwie czerwone kreski wznosiły się od ust aż ku skroniom. Była więc panną; a to znaczyło, że nauczy się gotować i przygotowywać masato.

By się jej odwdzięczyć, Kashiri, księżyc, nauczył ją, co to jest maniok, co to banan. Pokazał jej, jak się je sadzi, zbiera i zjada. Od tamtej pory na świecie jest pożywienie i masato. To się zaczęło później, ponoć. Następnie Kashiri stawił się w domu ojca dziewczyny. Objuczony był upolowaną dlań zwierzyną i złowionymi rybami. A na koniec zaproponował mu, że zagospodaruje poletko w najwyższej części wzgórza i będzie na nim pracował, siejąc, czyszcząc z trawy, póki maniok nie wyrośnie. Tasurinczi zgodził się, by Kashiri wziął jego córkę.

Ale musieli poczekać na pierwszą krew dziewczyny. Trochę to trwało, więc tymczasem księżyc wykarczował, wypalił i wyczyścił las i zasiał banany, kukurydzę, maniok dla swojej przyszłej rodziny. Wszystko szło pomyślnie.

Wtedy dziewczyna zaczęła krwawić. Siedziała w zamknięciu, nie odzywając się słowem do swoich krewnych. Opiekująca się nią staruszka nie opuszczała jej dzień i noc. Dziewczyna przędła i przędła bawełniane włókna, bez chwili wytchnienia. Ani razu nie zbliżyła się do ognia, ani papryki nie skosztowała, żeby na siebie i swą rodzinę nie sprowadzić nieszczęścia. Ani razu nie spojrzała na tego, który miał zostać jej mężem, i ani razu słowem się do niego nie odezwała. I tak żyła, dopóki nie przestała krwawić. Później obcięła włosy, a stara kobieta pomogła jej się wykąpać w ciepłej wodzie; oblewała jej ciało strużkami z dzbana. Wreszcie dziewczyna mogła odejść z Kashirim. Wreszcie mogła być jego żoną.

Wszystko żyło swoim życiem. Świat był spokojny. Stada hałaśliwych, radosnych papużek przelatywały nad nimi. Ale w wiosce żyła inna dziewczyna, która, być może, nie była kobietą, lecz przewrotnym diabełkiem itoni. Teraz przebiera się za gołąbkę, ale wtedy przebrana była za kobietę. Złość ją zalała, ponoć, gdy ujrzała prezenty Kashiriego dla nowych krewnych. Chciała więc, żeby on został jej mężem, a więc chciała urodzić słońce. Bo żona księżyca urodziła to krzepkie dziecko, które dorastając, da ciepło i światło naszemu światu. Żeby wszyscy wiedzieli ojej złości, pomalowała sobie twarz na czerwono farbą z acziote. I zaczaiła się przy drodze, którą Kashiri miał wracać z pola. Przykucnięta opróżniła ciało. Mocno parła, nadymając się. Następnie zanurzyła ręce w nieczystościach i czekała, opętana złością. Gdy ujrzała nadchodzącego Kashiriego, skoczyła nań spomiędzy drzew. I zanim księżyc zdołał uskoczyć, wymazała mu twarz wysraną przed chwilą kupą.

Kashiri od razu poczuł, że plamy te nigdy mu nie zejdą. Jak można żyć na tym świecie z podobną sromotą? Zasmucony wrócił do Inkite, wyższej krainy. I tam został. Światło mu przygasło od tych plam. Ale jego syn promienieje raczej. Czy słońce nie błyszczy? Nie grzeje? Pomagamy mu, wędrując. Wstańże, mówiąc mu co noc, kiedy opada. Jego matką była więc Macziguenka.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Ale seripigari z Segakiato opowiada to inaczej.

Kashiri zszedł na ziemię i spostrzegł dziewczynę w rzece. Kąpała się i śpiewała. Podszedł i rzucił w nią garścią ziemi, trafiając w brzuch. Zagniewana zaczęła ciskać weń kamieniami. Nagle zaczął padać deszcz. Kientibakori pewnie bawił w lesie, tańcząc, przesiąknięty masato. „Głupia kobieto”, mówił księżyc dziewczynie, „rzuciłem w ciebie gliną, żebyś miała syna”. Wszystkie diablęta buszowały szczęśliwe pośród drzew, co i raz popierdując. I tak się też stało. Dziewczyna zaszła w ciążę. Ale kiedy nadszedł czas porodu, zmarła. I zmarł też jej syn. A Macziguengowie pewnie w złość wpadli. I złapać musieli za swoje strzały i noże. I ruszyć ku Kashiriemu, i krzycząc nań: „Musisz zjeść to martwe ciało”, otoczyć go. Grozili mu pewnie swoimi łukami, kamienie swoje dali mu do powąchania. Księżyc opierał się struchlały. A oni: „Zjedz ją, musisz zjeść umarłą”.

Ostatecznie, płacząc, nożem musiał pewnie otworzyć brzuch swojej żony. I tam znalazł dziecko gasnące. Wyjął je, a ono zmartwychwstało, ponoć. Ruszało się i wrzeszczało, pełne wdzięczności. Było żywe. Klęcząc, Kashiri zaczął połykać ciało swej małżonki, poczynając od stóp. „Starczy już, możesz sobie iść”, powiedzieli mu Macziguengowie, kiedy dotarł do brzucha. Wówczas księżyc, zarzuciwszy sobie na ramiona resztki ciała, wrócił do wyższej krainy, wędrując. I tam pewnie jest, przygląda się nam. I słuchając mnie, pewnie tam jest. Jego plamy to kawałki ciała, których nie zjadł.

Rozsierdzone tym, co zrobili z Kashirim, jego ojcem, słońce nie ruszało się i spalało nas. Wysuszało rzeki, puszczało z dymem pola i lasy. Przez nie zwierzęta padały z pragnienia. „Już nigdy się nie ruszy”, mówili Macziguengowie, wyrywając sobie włosy. Strach ich ogarnął. „Umrzeć nam przyjdzie”, śpiewali, smutni. Wówczas seripigari wzniósł się do Inkite. Porozmawiał ze słońcem. Przekonał go, ponoć. Ruszy się znowu, wobec tego. „Będziemy razem wędrować”, mówią, że powiedział. Od tamtej pory życie potoczyło się tak, jak toczy się teraz. Tam skończyło się przedtem i zaczęło potem. Dlatego wciąż wędrujemy.

„To dlatego takie słabe jest światło Kashiriego?” – zapytałem seripigariego znad rzeki Segakiato. „Tak”, odparł. „Księżyc jest tylko na wpół człowiekiem. Inni mówią, że gdy jadł rybę, w gardle stanęła mu ość. I że wtedy przygasł”.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Kiedy wędrowałem, zgubiłem się, choć znałem drogę. Pewnie z winy Kientibakoriego albo jego diablików lub jakiegoś maczikanariego obdarzonego dużą mocą. Nagle rozpętała się ulewa, ni stąd, ni zowąd, ani się niebo nie zachmurzyło przedtem, ani powietrze nie zaniosło się zapachem soli. Szedłem brodem, a ulewa była tak potężna, że nie mogłem wejść na stromy brzeg. Co podszedłem dwa albo trzy kroki, ślizgałem się, ziemia obsuwała się pod moimi stopami i znowu lądowałem na dnie wąwozu. Przerażona papużka zaczęła bić skrzydłami i krzycząc, uciekła. Urwisty brzeg nagle przemienił się w rwący potok. Błoto i woda, kamienie, gałęzie, krzewy, połamane drzewa, martwe ptaki i owady. Wszystko pędziło ku mnie. Niebo poczerniało; tylko co jakiś czas błyskawice rozwidniały je swoimi płomieniami. Grzmiało, jakby wszystkie zwierzęta zaczęły ryczeć naraz. Kiedy pan pioruna wpada w taki gniew, to znaczy, że coś strasznego się dzieje. Wciąż próbowałem wspiąć się na stromy brzeg. Dam radę? „Jeśli nie wejdę na jakieś wysokie drzewo, odejdę”, myślałem. Zaraz wszystko zostanie porwane przez jeden wielki wir spadającej z nieba wody. Walczyłem resztką sił, a od ciągłych upadków ręce i nogi miałem całe w ranach. Woda wlewała mi się do nosa i do ust. Nawet chyba do oczu i do tyłka wlewała mi się woda. To twój koniec, Tasurinczi, dusza twoja ucieknie, kto wie dokąd. I dotykałem czubka głowy, żeby poczuć, jak będzie ulatywać.

Nie wiem, jak długo tak wchodziłem, staczałem się, znów się wspinałem i znowu staczałem. Połknąwszy brzegi, potok przeistoczył się w szeroko rozlaną rzekę. Zmęczony dałem się w końcu porwać wodom. „Odpocznę”, mówiłem sobie, „dość mam już tej niepotrzebnej walki”. Ale czy odchodząc w ten sposób, można odpocząć? Czy utopienie się nie jest najgorszym sposobem odejścia? Niebawem unosić mnie będzie rzeka zmarłych, Kamabiria, ku otchłani bez słońca i ryb, tam, gdzie najniższy ze światów, mroczna kraina Kientibakoriego. I wtem moje dłonie bezwiednie chwyciły zwalony do rzeki pień, być może. Nie wiem, jak udało mi się nań wleźć. I nie wiem też, czy zasnąłem w tej samej chwili. Słońce upadło. Ciemność była zimna. Krople waliły mnie po plecach niczym kamienie.

We śnie odkryłem pułapkę. Bo wcale nie pnia się trzymałem, ale kajmana. Ta twarda, ostra skorupa nie mogła być przecież korą. To grzbiet kajmana, Tasurinczi. A czy kajman spostrzegł się, czy się nie spostrzegł, że dźwiga mnie na sobie? Zacząłby walić ogonem, pewnie. Albo zanurzyłby się głęboko, żebym go puścił, a on wtedy mógłby mnie chapnąć pod wodą, jak to kajman. A może zdechł? Ale gdyby zdechł, to unosiłby się brzuchem do góry. I co teraz zrobisz, Tasurinczi? Zsuniesz się powoli do wody i popłyniesz do brzegu? W taką burzę nigdy nie dopłynę. Drzew nawet nie było widać. Może na świecie nie ma już najmniejszego choćby skrawka lądu? A może spróbujesz zabić kajmana? Nie miałem czym. Tam, w wąwozie, próbując pokonać stromy brzeg, zgubiłem tobołek, nóż i strzały. Lepiej spokojniutko, bez ruchu, trzymać się kajmana. Lepiej poczekać, może ktoś coś poradzi.

Płynęliśmy zdani na łaskę i niełaskę wody. Okrutnie mi było zimno, trząsłem się cały, zęby mi szczękały. „Gdzie też podziewa się papużka?” – myślałem. Kajman, nie ruszając ani ogonem, ani łapami, dał się nieść rzece. Powoli jaśniało. Muliste wody, trupy zwierząt, resztki dachów, chat, gałęzi i czółen. Od czasu do czasu ciała ludzi na wpół zżarte przez piranie i inne wodne drapieżniki. I chmary komarów, i pająki wodne pełzające po mnie. Czułem, jak mnie kąsają. Byłem bardzo głodny i, być może, mógłbym sięgnąć ręką po jedną ze zdechłych ryb spływających rzeką, ale jeśli zwrócę tym na siebie uwagę kajmana? Piłem więc tylko, żeby zaspokoić pragnienie, nie musiałem się wcale ruszać, wystarczyło, że otwierałem usta. A deszcz napełniał mi je świeżutką wodą.

I wtedy na mym ramieniu usiadł ptaszek. Po czerwono-żółtym czubku, po piórach i złoconej piersi sądząc, mógł to być kirigueti. Ale równie dobrze mógł to być jakiś diabełek kamagarini albo i saankarite. Bo któż to widział, żeby ptaszki gadały? „Jesteś w sytuacji nie do pozazdroszczenia”, zabrzmiał jego piskliwy głosik. „Puścisz się, kajman cię zauważy. Jego zezujące oczy daleko sięgają. Trzepnie cię ogonem, ogłupi, za brzuch złapie, kłapnie i zje. Do ostatniej kosteczki, do włoska ostatniego cię połknie, bo i jemu doskwiera głód. I co? Przez całe życie będziesz się tak trzymał tego kajmana?”

„Wiem aż za dobrze, w co się wplątałem, więc daruj sobie”, odpowiedziałem mu. „Mógłbyś raczej posłużyć mi jakąś radą. Co mam zrobić, żeby wydostać się z wody?”

„Pofruń”, zapiskał, potrząsając swym czerwono-żółtym czubkiem. „Innej możliwości nie ma, Tasurinczi. Tak jak twoja papużka przy stromym brzegu albo jak ja teraz”. Podskoczył i zataczając w powietrzu kręgi, odleciał.

Tak łatwo jest latać? Seripigariowie i maczikanariowie, gdy się zamroczą, latają. Ale oni posiadają wiedzę; wspomagają ich wywary, bożkowie i diabliki. A ja? Co ja mam? Co mi opowiedzą inni i co sam opowiadam, to wszystko. A to, jak przypuszczam, chyba jeszcze nikomu nie pomogło we fruwaniu. I przeklinałem diabełka kamagariniego przebranego za kirigueti, kiedy poczułem, że coś drapie mnie w stopę.

Na ogonie kajmana siadła sobie czapla. Zobaczyłem jej długie, różowawe nogi i zobaczyłem jej krzywy dziób. Grzebała w moich stopach, szukając w nich robaków albo może i biorąc moje nogi za pożywienie. Też jej głód doskwierał, nie ma co. Mimo że cały byłem w strachu, śmiech zaczął mnie ogarniać. I nie mogłem się powstrzymać. Zacząłem się śmiać. I śmiałem się, tak jak wy teraz się śmiejecie. Skręcając się i wijąc ze śmiechu. Tak jak ty, Tasurinczi. I kajman, oczywiście, się obudził. Od razu zrozumiał, że na jego plecach dzieją się dziwne rzeczy, których ani widzieć, ani pojąć nie był w stanie. Otworzył paszczę, ryknął, wściekle ogonem machnął, a ja, nie wiedząc nawet, co czynię, już trzymałem się czapli. Jak małpeczka małpy, jak niemowlę karmiącej je matki. Przerażona uderzeniami ogona czapla usiłowała wzbić się w powietrze, by uciec. A że nie mogła, bo trzymałem się jej mocno, więc strasznie wrzeszczała. Kajman, coraz bardziej przestraszony jej wrzaskami, ryczał wniebogłosy, a i ja wrzeszczałem. Cała nasza trójka wrzeszczała, chyba. Darliśmy się ile sił.

I nagle zobaczyłem, jak oddalają się ode mnie, zostając w dole: kajman, rzeka, błoto. Silny wiatr ledwie pozwalał mi oddychać. Byłem w górze. Unosiłem się w powietrzu. Tasurinczi, gawędziarz, odlatywał. Czapla leciała, a ja leciałem z nią, trzymając się mocno jej szyi, oplótłszy nogami jej nogi. W dole widać było ziemię o świcie. Wszędzie błyszczała woda. Te ciemne plamki to pewnie były drzewa; a te żmije to rzeki. Zimno było strasznie. Opuściliśmy ziemię? To znaczy, że znajdowaliśmy się w Menkoripatsa, w krainie chmur. Ale nie było rzeki. Gdzie się podziała Manaironczaari, rzeka o wodach z bawełny? Leciałem? Naprawdę leciałem? Czapla musiała chyba urosnąć, żeby mnie utrzymać. Albo może ja skurczyłem się do rozmiarów myszki. Któż może wiedzieć, jak to było. Czapla leciała spokojnie, machając skrzydłami i szybując na wietrze. Mój ciężar może jej nawet nie przeszkadzał. Zamknąłem oczy, żeby nie widzieć, jak daleko pod nami została ziemia. Jak nisko, jak głęboko w dole. Może nawet i smutno mi się zrobiło, jakby mi jej żal było. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem białe, zaróżowione na brzegach skrzydła czapli, uderzające miarowo w powietrzu. Ciepło jej piór chroniło mnie przed chłodem. Czapla czasem coś zabulgotała, wyciągając szyję, unosząc dziób, jakby gadała sama ze sobą. A więc to jest kraina Menkoripatsa. Do tej krainy wzlatywali seripigariowie podczas swoich zamroczeń; to tutaj, pośród chmur, radzili z bożkami saankarite, jak zapobiec szkodom wyrządzanym przez złe duchy i ich knowaniom. Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałem tam zobaczyć takiego seripigariego unoszącego się w powietrzu. „Pomóż mi, wyciągnij mnie z tarapatów, Tasurinczi”, powiedziałbym mu. Bo, prawdę mówiąc, czy tam, w górze, lecąc między chmurami, nie byłem w większych tarapatach niż siedząc okrakiem na kajmanie?

Ile czasu leciałem, trzymając się czapli? Któż to może wiedzieć. I co teraz, Tasurinczi? Długo nie wytrzymasz. Ręce i nogi już ci ścierpły. Puścisz się, twoje ciało w powietrzu zacznie się rozpływać i kiedy dotrze na ziemię, będziesz już wodą. Przestało padać. Słońce zaczynało się podnosić. Dodało mi to sił. Śmiało, Tasurinczi! Zacząłem czaplę kopać, szarpać, bić, nawet ją ugryzłem, żeby zmusić do zniżenia lotu. Czapla nic z tego nie rozumiała. Przestraszona już nie burczała; zaczęła krzyczeć, walić dziobem na lewo i prawo, kręcić się, o tak, o tak, żeby mnie zrzucić. I niewiele brakowało, a parę razy bym się puścił. I nagle zdałem sobie sprawę, że kiedy ściskam ją za skrzydła, opadamy gwałtownie, jakby potykała się w powietrzu. Być może to mnie uratowało. Resztką sił owinąłem się nogami wokół jednego ze skrzydeł i unieruchomiłem je. Nie mogła już prawie nim machać. Dalej, Tasurinczi! I wtedy stało się to, co sobie zamyśliłem. Bijąc tylko wolnym skrzydłem, choćby nie wiem jak szybko, już nie leciała tak jak przedtem. Zmęczyła się, zaczęła zniżać się ku ziemi. Coraz niżej i niżej, krzycząc i krzycząc; może nawet i zrozpaczona. Za to ja cały szczęśliwy. Ziemia była już bliziutko, bliziutko. Ale masz szczęście, Tasurinczi. Wreszcie już jest. Kiedy musnęły mnie korony drzew, puściłem się. Spadając, spadając, patrzyłem na czaplę. Gadając, trzepocząc ponownie skrzydłami, unosiła się szczęśliwa. Spadałem, uderzając się boleśnie, kalecząc co chwila. Obijałem się o gałęzie, łamałem je, zdzierałem korę z pni, czując, że sam także łamię się i rozpadam. Próbowałem przytrzymać się rękami i nogami. „Och, gdyby tak mieć ogon, żeby móc chwytać się wszystkiego -szczęściary z tych małp”, myślałem. Może liście i gałęzie, liany, pnącza i pajęczyny wyłapią mnie, gdy będę spadał. Kiedy trzasnąłem o ziemię, nie zabiłem się, chyba. Wielka to radość poczuć ziemię pod sobą. Była miękka, cieplutka. I wilgotna. Ehej, jestem tutaj, dotarłem. To jest mój świat. To jest mój dom. To najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała – życie tutaj, nie w wodzie, nie w powietrzu, ale na tej ziemi.

Kiedy otworzyłem oczy, przy mnie był Tasurinczi seripigari, przyglądał mi się. „Twoja papużka długo na ciebie czekała”, powiedział. I rzeczywiście, papużka też tam była i chrypiała. „A skąd wiesz, że to moja papużka?” – drwić zacząłem. „Papug w lesie zatrzęsienie”. „Ale tylko ta jest podobna do ciebie”, odpowiedział. Tak, to była moja papużka. Paplała radośnie, szczęśliwa, że mnie widzi. „Spałeś, sam nie wiem, ile księżyców”, powiedział mi seripigari.

„Dużo rzeczy mi się przydarzyło w tej podróży, gdy szedłem do ciebie, Tasurinczi. Trudno było tu dotrzeć. Nigdy bym nie dotarł, gdyby nie kajman, ptaszek kirigueti i czapla. Może ty mi wytłumaczysz, jak to było możliwe”.

„Podczas swej przygody zachowałeś spokój, nie dałeś się ponieść wściekłości i to cię uratowało”, wyjaśnił mi, gdy opowiedziałem mu to, co przed chwilą i wam opowiedziałem. I tak pewnie jest. Gniew i wściekłość to nieład w świecie, jak się wydaje. Gdyby ludzie nie wpadali w gniew, życie byłoby znacznie lepsze. „To przez wściekłość pojawiają się na niebie komety – kacziborerine”, zapewnił mnie. „Przez te ogniste ogony pędzące na złamanie karku, czterem krainom Wszechświata stale grozi nieład”.

Oto historia o Kacziborerine.

To było przedtem.

Kometa była wpierw młodym Macziguengą. Młodym i spokojnym. Wędrował. Zadowolony był pewnie. Zmarła mu żona, zostawiając syna, który rósł na zdrowego i dorodnego młodzieńca. Wychował go i pojął za żonę młodszą siostrę tej, którą stracił. Pewnego dnia, kiedy wracał z połowu, zastał młodzieńca dosiadającego jego drugą żonę. Oboje dyszeli z zadowolenia. Kacziborerine odszedł spod chaty zmartwiony i przejęty. „Muszę zdobyć kobietę dla syna”, myślał. „Bo potrzebuje żony”.

Poszedł poradzić się seripigariego. Ten porozmawiał z saankarite i wrócił. „Jedyne miejsce, gdzie możesz zdobyć żonę dla swego syna, znajduje się w regionie zamieszkanym przez Czonczoitów”, powiedział mu. „Ale miej się na baczności, dobrze wiesz dlaczego”.

Kacziborerine poszedł tam, bardzo dobrze wiedząc, że Czonczoici ostrzą sobie zęby nożami i jedzą ludzkie mięso. Ledwie pokonał jezioro, od którego zaczynało się ich terytorium, poczuł, jak połyka go ziemia. Mrok go otoczył. „Wpadłem w tseibarintsi”, pomyślał. Tak, rzeczywiście, znalazł się w pułapce na tapiry i kapibary, wykopanej w ziemi, przykrytej gałęziami, liśćmi i oszczepami. Czonczoici wyciągnęli go stamtąd, przerażonego i pokiereszowanego. Mieli na sobie diabelskie maski, spod których widać było ich zgłodniałe gardziele. Zadowoleni byli, obwąchując go i liżąc. Wszędzie wtykali swój nos i swoje języki. Nie zwlekając, wyrwali mu wnętrzności jak rybie. I natychmiast zaczęli go piec na rozżarzonych kamieniach. Podczas gdy Czonczoici, odurzeni, szczęśliwi, zajadali się jego wnętrznościami, na wpół opróżniona powłoka Kacziborerinego wymknęła się i uciekła przez jezioro.

Wracając do domu, przygotował wywar z tytoniu. Seripigarim był, być może, również. Dzięki zamroczeniu dowiedział się, że jego żona podgrzewa właśnie napój z trucizną, żeby go zabić. Nie dając się jeszcze ponieść wściekłości, wysłał do niej posłańca z dobrą radą. „Dlaczego chcesz zabić swego męża?” – mówił jej. „Nie rób tego. Wiele wycierpiał. Przygotuj raczej wywar, by przywrócić mu wnętrzności zjedzone przez Czonczoitów”. Słuchała, nic nie mówiąc, kątem oka spoglądając na młodzieńca, który teraz był jej mężem. Zadowoleni byli oboje, żyjąc razem.

Niebawem Kacziborerine dotarł do domu. Zmęczony długim wędrowaniem; zasmucony swą porażką. Żona podała mu naczynie. Żółtawy napój wyglądał jak masato, ale to była czicza z kukurydzy. Zdmuchnąwszy piankę, spragniony wypił napój. Ale płyn wymieszany ze strużkami krwi wypłynął natychmiast z jego ciała, które składało się tylko ze skóry. Kacziborerine, płacząc, zrozumiał, że jest pusty; płakał, że jest człowiekiem bez wnętrzności i bez serca.

I wówczas ogarnęła go wściekłość.

Deszcz lunął, zagrzmiały pioruny. Wszystkie diabły chyba zleciały się do lasu na tańce. Przerażona kobieta rzuciła się do ucieczki. W górę, ku poletkom, co chwila potykając się, uciekała. Tam ukryła się w pniu drzewa, które jej mąż wydrążył na kanoe. Kacziborerine szukał jej, wrzeszcząc z wściekłości: „Na kawałki ją rozszarpię”. Pytał o nią krzewy manioku z poletek maniokowych, a że nie umiały mu odpowiedzieć, wyrwał je z wściekłością. Pytał kwiaty maguny i floripondia: nie wiemy. Ani rośliny, ani drzewa nie potrafiły mu powiedzieć, gdzie ukrywa się żona. A wtedy ścinał je maczetą i deptał. W głębi lasu, pijąc masato, Kientibakori tańczył szczęśliwy.

W końcu, zmęczony poszukiwaniami, ślepy od wściekłości i nienawiści, Kacziborerine wrócił do domu. Złapał bambusową trzcinę, zmiażdżył jeden z jej końców, nasączył żywicą z drzewa ojee i zapalił. Kiedy płomień buchnął, złapał trzcinę za drugi koniec i wsadził ją sobie w tyłek, głęboko. Patrzył na ziemię, patrzył na las, wyjąc i skacząc. W końcu, już bez tchu, wyczerpany wściekłością, wskazując na niebo, krzyknął: „I gdzie mam teraz pójść, jeśli nie chcę zostać na tym przeklętym świecie? Tam, w górę sobie pójdę, tam będzie mi lepiej, może”. Już diabłem bfclse, „zaczął unosić się w górę i unosić. I od owej pory przebywa tam. Od owej pory jest tym, którego widzimy od czasu do czasu w krainie Inkite: Kacziborerine, kometa. Nie widać jego twarzy. Nie widać jego ciała. Tylko płonącą trzcinę wystającą mu z tyłka. Pewnie zawsze będzie latać wściekły.

„Dobrze, że nie natknąłeś się na niego, kiedy leciałeś, trzymając się czapli”, wyśmiewał się ze mnie Tasurinczi seripigari. „Spaliłby cię swoim ogonem, na pewno”. Według niego, Kacziborerine schodzi czasem na ten świat, by znad rzek zebrać zwłoki Macziguengów. Zarzuca je sobie na plecy i unosi się z nimi tam, w górę. Przemienia je w spadające gwiazdy, mówią.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem. Gawędziłem w owych stronach, gdzie jest tyle świetlików. Noc zapadła, gdy gadałem z Tasurinczim seripigarim. Las zapalał się tu i ówdzie, tu i ówdzie gasł i znowu zapalał się w innym miejscu. Jakby mrugał do nas. „Nie wiem, jak możesz żyć w takim miejscu, Tasurinczi. Ja bym tutaj nie zamieszkał. Chodząc z jednego miejsca w drugie, dużo rzeczy widziałem wśród wędrujących ludzi. Ale zapewniam cię, że nigdzie nie widziałem tylu świetlików. Wszystkie drzewa się iskrzą. Czy nie jest to zapowiedź nieszczęść? Zawsze, gdy zachodzę do ciebie, drżę na samą myśl o tych świetlikach. Jakby nas obserwowały i podsłuchiwały wszystko, co ci opowiadam”.

„Jasne, że nas obserwują”, zapewnił mnie seripigari. „Jasne, że uważnie słuchają tego, co mi opowiadasz. Równie niecierpliwie jak ja czekają, aż przyjdziesz. Cieszą się, widząc, że nadchodzisz, i słuchając twych opowieści. Mają dobrą pamięć, w przeciwieństwie do mnie. Bo ja, tracąc siły, tracę również całą moją wiedzę. One zachowują młodość, zdaje się. Kiedy odchodzisz, zabawiają mnie, przypominając zasłyszane od ciebie opowieści”.

„Chyba kpisz ze mnie, Tasurinczi. Wielu seripigarich odwiedziłem i każdy miał mi coś nadzwyczajnego do opowiedzenia. Ale nigdy nie słyszałem, żeby któryś z nich rozmawiał ze świetlikami”.

„No to właśnie masz go przed sobą”, powiedział mi Tasurinczi, zaśmiewając się z mojego zaskoczenia. „Żeby słuchać, trzeba umieć słyszeć. Ja się nauczyłem. W przeciwnym razie dawno już przestałbym wędrować. Wiesz przecież, że miałem rodzinę. Wszyscy odeszli, zabiło ich zło, rzeka zabiła, piorun, jaguar. Jak mogłem znieść tyle nieszczęść, co? Jak ci się wydaje? Słuchając, gawędziarzu. Tutaj, w to leśne ustronie, nigdy nikt nie zachodzi. Może od czasu do czasu, ale rzadko, jakiś Macziguenga z leżących niżej progów rzecznych przyjdzie po pomoc. Przyjdzie, pójdzie sobie, i znowu zostaję sam. Nikt tu nie przyjdzie mnie zabić; nie ma takiego wirakoczy, Mashka, punaruny, diabła nawet nie ma takiego, który by się wspiął do tego lasu. Ale życie tak samotnego człowieka szybko się kończy.

Co miałem zrobić? Wściec się? Rozpaczać? Odejść nad rzekę i wbić sobie kolec czambiry? Porozmyślałem, porozmyślałem i przypomniałem sobie o świetlikach. Też budziły we mnie pewien niepokój. Bo dlaczego tak dużo ich tutaj? Dlaczego nie ma ich aż tyle w innym zakątku lasu? W zamroczeniu przebadałem rzecz całą. Zapytałem o to duszę pewnego saankarite, tam, na dachu mej chaty. «A nie jest tak z twojego powodu?» – zapytał mnie. «A może zbierają się, żeby ci towarzyszyć? Człowiek potrzebuje rodziny, żeby wędrować*. I zostawił mnie na rozmyślaniach. Wtedy przemówiłem do nich. Dziwnie się czułem, gadając do światełek, które gasły i zapalały się, nie odzywając się do mnie. «Wiem, że jesteście tutaj, żebym nie czuł się samotny. Saankarite mi to wytłumaczył. Że też wcześniej nie odgadłem, głupiec ze mnie. Jestem wam bardzo wdzięczny, że przybyliście tutaj i towarzyszycie mi». Jedna noc minęła, druga i następna. Za każdym razem, gdy las mroczniał i zaludniał się światełkami, oczyszczałem się wodą, przygotowywałem tytoń, wywary i odzywałem się do nich, śpiewając. Całe noce im śpiewałem. I chociaż nie odpowiadały mi, ja ich słuchałem. Uważnie. Z szacunkiem. Dość szybko nabrałem pewności, że mnie rozumieją. «Rozumiem, rozumiem. Sprawdzacie, na ile cierpliwy jest Tasurinczi». Milcząc, bez ruchu, spokojny, z przymkniętymi oczami, czekając. Słuchałem ich, nie słysząc. W końcu, pewnej nocy, po wielu nocach, stało się. Tam, teraz. Dźwięki inne od dźwięków lasu, gdy zmierzch zapada. Słyszysz? Szepty, pomruki, jęki. Kaskada cichutkich głosów. Wiry głosów, głosów zderzających się, mijających głosów ledwo słyszalnych. Słuchaj, słuchaj, gawędziarzu. Zawsze tak jest na początku. Jakby gmatwanina głosów. A później już zaczynasz rozumieć. Zdobyłem ich zaufanie, być może. Szybko mogliśmy już rozmawiać. A teraz to moi krewni i powinowaci”.

Tak było, jak się zdaje. Przyzwyczaiły się świetliki, przyzwyczaił się i Tasurinczi. Teraz rozmawiają całymi nocami.

Seripigari opowiada im o wędrujących ludziach, a świetliki opowiadają mu swą odwieczną historię. Nie są zadowolone świetliki. Przedtem może były. Utraciły szczęście wiele księżyców temu, choć nadal świecą. Bo wszystkie świetliki tutaj są samcami. I to jest właśnie ich nieszczęście. Ich samicami są światełka tam, w górze. Tak, gwiazdy krainy Inkite. A co robią one w tamtym świecie na górze, a oni w tym? Oto, według Tasurincziego, opowiadana przez nich historia. Przyjrzyjcie im się, przyjrzyjcie. Światełka, które zapalają się i gasną? To ich słowa, być może. Choćby teraz, tutaj, wokół nas, opowiadają sobie pewnie, jak stracili swoje żony. Wciąż o tym opowiadają, niezmordowanie, mówi Tasurinczi seripigari. Żyją, wspominając wciąż swoje nieszczęście i przeklinając Kashiriego, księżyc.

Oto historia świetlików. To było przedtem.

W owym czasie byli jedną rodziną, oni mieli swoje samice, one miały swoich samców. Panował spokój, nie brakowało jedzenia, a te, które odchodziły, wracały dzięki tchnieniu Tasurincziego.

My, Macziguengowie, jeszcze nie zaczęliśmy wędrować. Księżyc żył pośród nas, mając za żonę Macziguenkę. Nienasycony był, ciągle chciał jej dosiadać, zejść z niej nie chciał. Zapłodnił ją i urodziło się słońce. A Kashiri dosiadał jej i dosiadał. Seripigari ostrzegł go: „Coś złego się stanie, na tym świecie i w tych na górze, jeśli się nie powstrzymasz. Daj swojej kobiecie odpocząć, nie bądź taki głodomór”. Kashiri puścił jego słowa mimo uszu, ale Macziguengowie przestraszyli się nie na żarty. A może słońce straci swoje światło, kto wie. Ziemia pogrąży się w ciemnościach, chłód zapanuje; życie zacznie zanikać, być może. I tak się stało. Do góry nogami się wszystko nagle wywróciło. Świat zadrżał, rzeki wystąpiły z brzegów, z Wielkiego Przełomu wynurzyły się potworne istoty, które spustoszyły całe regiony. Wędrujący ludzie, zagubieni, wprowadzeni w błąd, żyli w mrokach nocy, uciekłszy przed dniem, byle zadowolić Kashiriego. Bo księżyc, zazdrosny o syna, nienawidził słońca. Śmierć nas wszystkich czekała? Na to się zanosiło. Wówczas Tasurinczi dmuchnął. I jeszcze raz dmuchnął. I jeszcze raz, i jeszcze. Nie zabił Kashiriego, ale go zgasił, pozostawiając mu nikłe światełko, którym teraz świeci. I wygnał go z powrotem do Inkite, skąd kiedyś księżyc zszedł w poszukiwaniu żony. I tak zacząć się miało później.

Ale żeby księżyc nie czuł się osamotniony: „Zabierz ze sobą kogoś do towarzystwa, możesz wybrać, kogo chcesz” – powiedziało mu słońce, jego syn. Wówczas Kashiri wskazał na samiczki świetlików. Bo świeciły własnym światłem? Przypominały mu światło, które utracił, być może. Kraina Inkite, dokąd został wygnany ojciec słońca, jest pewnie krainą nocy. Gwiazdy świecące tam, w górze, to samiczki naszych świetlików. Tam, w górze pewnie przebywają. Dosiadane nieustannie przez księżyc, nienasyconego samca. A świetliki tutaj, bez swoich żon, wciąż na nie czekają. Może dlatego, kiedy widać przelatującą spadającą gwiazdę, świetliki dostają szału? Może dlatego zaczynają wpadać na siebie, na drzewa, trzepoczą na oślep? „To jedna z naszych żon”, myślą pewnie. „Uciekła od Kashiriego”, pewnie mówią. I marzą wszystkie samczyki: „Ta, która ucieka i nadlatuje, to moja żona”.

Tak zacząć się miało później, chyba. Słońce też żyje samotnie; świeci i ogrzewa. Przez Kashiriego stała się noc. Słońce chciałoby mieć rodzinę, czasami. Być blisko swego, złego, bo złego, ale ojca. Idzie go szukać. I wtedy spada raz i drugi. Spadanie słońca stąd się bierze, chyba. Dlatego pewnie zaczęliśmy wędrować. Żeby światu ład przywrócić i zapobiec zamętowi. Tasurinczi seripigari czuje się dobrze. Jest zadowolony. Wędruje. Otoczony jest świetlikami.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

W każdej podróży wiele się uczę, słuchając. Dlaczego mężczyźni mogą siać i zbierać maniok na polach maniokowych, a kobiety nie mogą? Dlaczego kobiety mogą siać i zbierać bawełnę, a mężczyźni nie? I wreszcie kiedyś dowiedziałem się, tam, w pobliżu rzeki Poguintinari, słuchając Macziguengów, i zrozumiałem. „Bo maniok jest samcem, a bawełna samicą, Tasurinczi. Roślina lubi mieć do czynienia z kimś sobie podobnym”. Samiczka z samiczką, samiec z samcem. Na tym polega mądrość, jak się zdaje. Prawda, papużko?

Dlaczego kobieta, która straciła męża, może łowić, lecz nie może polować, jeśli nie chce narażać porządku świata? Mówią, że kiedy trafia strzałą jakieś zwierzę, cierpi matka wszystkiego. Pewnie cierpi. O zakazach i o niebezpieczeństwach sobie myślałem podczas wędrówki. „Nie boisz się tak samotnie wędrować, gawędziarzu?” – pytają mnie. „Lepiej byłoby, gdybyś wziął sobie kogoś do towarzystwa”. Czasem mam towarzystwo. Jeśli ktoś idzie w tym samym co i ja kierunku, wędrujemy razem. Gdy spotykam jakąś wędrującą rodzinę, wędruję z nimi. Ale nie tak łatwo o towarzystwo. „Nie boisz się, gawędziarzu?” Przedtem się nie bałem, bo nie wiedziałem. Teraz się boję. Teraz wiem, co mogę napotkać w kanionie czy przy źródle, a to jakiegoś kamagariniego, a to jednego z potworów Kientibakoriego. Co bym wtedy zrobił? Nie wiem. Czasami, gdy już przygotuję sobie nocleg, wbiję pale przy brzegu rzeki, przykryję palmowymi liśćmi, zaczyna padać deszcz. I myślę sobie: a jeśli tak pojawi się jakiś diabełek, co wtedy zrobisz? I całą noc czuwam. Jak dotąd nie pojawił się. Może odstraszają go zioła z mojej sakwy; może naszyjnik, który zawiesił mi seripigari, mówiąc: „Będzie cię chronić przed demonami i podstępnymi sztuczkami maczikanariego”. Od tamtej pory nigdy go nie zdjąłem z szyi. Wielu zapewnia, że kto zobaczy w lesie zagubionego kamagariniego, natychmiast umiera. Pewnie żadnego jeszcze nie widziałem, być może.

Niedobrze jest również wędrować samotnie przez las ze względu na zakazy związane z polowaniem, wyjaśnił mi seripigari. „Co zrobisz, jeśli upolujesz małpę albo ustrzelisz indyczkę?” – pytał. „Bo kto ma podnieść zdobycz? Jeśli dotkniesz zabite przez siebie zwierzę, zostaniesz zbrukany”. To niebezpieczne, ponoć. Słuchając, nauczyłem się, co należy robić. Wpierw oczyścić krew trawą lub wodą. „Starannie czyścisz zwierzę z krwi i wtedy możesz już go dotknąć. Bo nie w mięsie i nie w kościach znajduje się nieczystość, którą możesz się zbrukać, ale we krwi nieżywego”. Tak też czynię i tutaj jestem. Gadając. Wędrując.

Dzięki Tasurincziemu seripigariemu od świetlików nigdy się nie nudzę, kiedy wędruję. I nie odczuwam też smutku. „Po ilu to jeszcze księżycach napotkam pierwszego wędrującego człowieka”, myślę sobie. I raczej nadstawiam uszu i słucham. I uczę się. Słucham uważnie, tak jak on to robił. Słuchając z zaciekawieniem, z szacunkiem. Po jakimś czasie ziemia zaczyna mówić. Tak jak i w zamroczeniu rozwiązują się języki wszystkim. Bo mówią nawet rzeczy, których nikt by o to nie podejrzewał. Są tu i tam: gadając. Kości i ciernie. Kamyki i pnącza. Małe krzewy i wschodzące listki. Skorpion. Szereg mrówek ciągnących żuczka do mrowiska. Motyl z tęczą na skrzydłach. Koliber. Gada mysz przycupnięta na gałęzi i gadają kręgi wody. Leżąc na ziemi, bez ruchu, z zamkniętymi oczami, gawędziarz słucha i słucha. Myśląc: „Niech wszyscy o mnie zapomną”. I wtedy jedna z moich dusz odchodzi. I przychodzi mnie odwiedzić matka jednej z rzeczy, które są tuż-tuż. Słyszę, zaczynam słyszeć. Już zaczynam rozumieć. Wszyscy mają coś do opowiedzenia. Tego, być może, nauczyłem się, słuchając. Chrząszcz też. I ledwie widoczny, ledwie wystający z błota kamyk też. Nawet wesz, którą rozgniatamy paznokciem, ma swoją historię do opowiedzenia. Gdybym to ja mógł zapamiętać wszystko, co słyszę. Pewnie byście mnie słuchali bez końca.

Niektóre z rzeczy znają swoją historię i historię innych; inne zaś wyłącznie swoją. Ten, który zna wszystkie historie, posiada mądrość i wiedzę, bez wątpienia. Od niektórych zwierząt nauczyłem się ich historii. Wszyscy byli ludźmi, przedtem. Urodzili się, mówiąc, albo lepiej powiedziawszy, z mówienia. Słowo istniało przed nimi. Później to, co mówiło słowo. Człowiek mówił, i to, co mówił, pojawiało się. Tak było przedtem. Teraz gawędziarz mówi i nic. Zwierzęta i rzeczy już istnieją. To było później.

Pierwszym gawędziarzem byłby wobec tego Paczakamue. Tasurinczi dmuchnął i zrodził Pareni. To była pierwsza kobieta. Wykąpała się w Wielkim Przełomie i nałożyła białą cushmę. Oto ona: Pareni. Istniejąca. Następnie Tasurinczi dmuchnął i zrodził brata Pareni, Paczakamuego. Wykąpał się w Wielkim Przełomie i nałożył cushmę w kolorze błękitnawej glinki. Oto on: Paczakamue. Ten, który mówiąc, zrodzi tyle zwierząt. Nie zdając sobie z tego sprawy, być może. Obdarzał ich imieniem, wymawiał słowo, a mężczyźni i kobiety stawali się tym, co mówił Paczakamue. Nie chciał tego robić. Ale miał taką moc.

Oto historia Paczakamuego, z którego słów rodziły się zwierzęta, drzewa i skały.

To było przedtem.

Pewnego razu poszedł odwiedzić swoją siostrę, Pareni. Kiedy zaczęli popijać masato, siedząc na matach, zapytał o jej dzieci. „Bawią się tam, na drzewie”, powiedziała. „Uważaj, żeby nie zamieniły się w małpki”, zaśmiał się Paczakamue. I ledwie to powiedział, a dzieci, już owłosione, już z ogonami, rozdarły się małpimi wrzaskami na całą okolicę. Uwieszone ogonami na gałęziach huśtały się rozradowane.

Odwiedziwszy innym razem swoją siostrę, Paczakamue zapytał Pareni: „A twoja córka?” Dziewczyna właśnie miała swoją pierwszą krew i oczyszczała się w szałasiku z liści i trzcin na tyłach domu. „Trzymasz ją w zagrodzie jak tapira”, zażartował Paczakamue. „Co to znaczy tapir?”, wykrzyknęła Pareni. W tej samej chwili usłyszeli ryk i chrobot grzebiących w ziemi racic. I ich oczom ukazał się drepczący w stronę lasu, przerażony, węszący wokół tapir. „No, to właśnie, to znaczy”, wymamrotał Paczakamue, pokazując tapira.

Wówczas Pareni i jej mąż Yagontoro przestraszyli się. Czy Paczakamue nie łamie porządku świata wypowiadanymi przez siebie słowami? Trzeba go zabić, na wszelki wypadek. Kto wie, ile zła może wyrządzić swoim gadaniem! Zaprosili go na masato. Kiedy już był pijany, udało im się wywabić go na brzeg stromego wąwozu. „Popatrz, popatrz!” – powiedzieli mu. Spojrzał w dół i wtedy go popchnęli. Paczakamue staczał się i staczał. Kiedy dotarł na dno, nawet się nie obudził. Wciąż spał i bekał w obrzyganej cushmie.

Kiedy otworzył oczy, bardzo się zdziwił. Pareni obserwowała go ze skraju wąwozu. „Pomogłabyś mi się stąd wydostać”, poprosił ją. „Zmień się w jakieś zwierzę i wydostań się sam z przepaści”, odpowiedziała mu drwiąco. „Przecież z Macziguengami potrafisz to robić, prawda?” Idąc za jej radą, Paczakamue wypowiedział słowo „sankori”. I od razu przeistoczył się w mrówkę sankori, tę, która buduje wiszące chodniki na pniach i na skałach. Ale tym razem budowle mrówki zachowywały się dość tajemniczo; sięgając już prawie brzegu przepaści, rozpadały się same. „I co mam teraz zrobić?” – zajęczał zrozpaczony gawędziarz. Pareni poradziła mu: „Powiedz, żeby coś wyrosło spod kamieni. I będziesz się mógł po tym wspiąć”. Paczakamue powiedział „trzcina” i wzeszła, i wyrosła trzcina. Ale co się wspiął, łodyga pękała na pół i gawędziarz staczał się w przepaść.

Wówczas Paczakamue odwrócił się i ruszył przed siebie dnem przepaści. Wściekły był. „Widać muszę sprowadzać nieszczęścia”, mówił sobie. Yagontoro ruszył za nim, żeby go zabić. Trudna to była pogoń i długa. Mijał księżyc za księżycem, a ślady Paczakamuego były coraz mniej widoczne. Pewnego ranka Yagontoro natknął się na rosnącą kukurydzę. Podczas zamroczenia dowiedział się, że wyrosła ona z prażonych ziaren, które Paczakamue miał w sakwie; widać nie zauważył, jak mu wypadły. Już niedługo dogoni go wreszcie. I rzeczywiście, niebawem dostrzegł Paczakamuego. Przegradzał rzekę, rzucając drzewa i tocząc kamienie. Chciał zmienić jej bieg, by zalać osadę i zatopić Macziguengów. Wściekły, co i raz puszczał bąki. A tam, w lesie, Kientibakori i jego diabełki pewnie tańczyli i tańczyli, pijani ze szczęścia.

Yagontoro wówczas przemówił doń. Kazał mu się zastanowić i przekonał go, jak się zdaje. Zaprosił, by wrócili razem do Pareni. Ale ledwie ruszyli w drogę powrotną, zabił go. Zerwała się burza, która rzeki wzburzyła i wyrwała z korzeniami wiele drzew. Lało strumieniami, huczały pioruny. Yagontoro, jakby nigdy nic, dalej odcinał głowę od ciała Paczakamuego. Później przebił głowę dwoma kolcami palmy czonta, jednym pionowo, drugim poziomo i zakopał ją w tajemnym miejscu. Ale zapomniał mu uciąć język i za ten błąd dotąd płacić musimy. Dopóki nie obetniemy mu języka, wciąż będzie nam grozić niebezpieczeństwo, podobno. Bo język ten czasami przemawia, wprowadzając zamęt i odwracając porządek rzeczy. Ale gdzie pogrzebana jest głowa, nie wiadomo. Nad miejscem tym, jak mówią, unosi się smród zgniłej ryby. A paprocie wokół cały czas dymią jak gasnące ognisko.

Yagontoro, po odcięciu Paczakamuemu głowy, wyruszył w drogę do Pareni. Zadowolony był, bo sądził, że uwolnił ten świat od zamętu. Teraz wszyscy będą żyć spokojnie, myślał sobie pewnie. Ale ledwie ruszył, poczuł się jakiś ociężały. I dlaczego szło mu się jakoś tak koślawo? Przestraszony poczuł, że zamiast nóg ma łapki, zamiast rąk czułki, a zamiast ramion skrzydełka. I zamiast być wędrującym człowiekiem, był żuczkiem, jak wskazuje jego imię. A tam, pod leśną darnią, krztusząc się ziemią, mimo wbitych kolców, język Paczakamue widać powiedział: „yagontoro”. I Yagontoro stał się wtedy żuczkiem yagontoro.

Martwy, z obciętą głową, Paczakamue nadal przeistaczał rzeczy, by upodabniały się do jego słów. I co wobec tego stanie się ze światem? Wtedy Pareni miała już innego męża i wędrowała zadowolona. Pewnego ranka, gdy tkała cushmę, przeplatając i splatając włókna bawełny, mąż zbliżył się do niej, by zlizać pot ściekający jej po plecach. „Wyglądasz jak pszczółka spijająca nektar z kwiatów”, odezwał się głos z głębi ziemi. Ale on nie mógł już tego usłyszeć, bo właśnie unosił się lekko i bzycząco w powietrzu, pszczółka szczęśliwa.

Pareni niebawem wyszła za mąż za Tzonkiriego, który wówczas był jeszcze człowiekiem. Tzonkiri spostrzegł, że za każdym razem, kiedy wraca z odchwaszczania pola maniokowego, żona podaje mu do jedzenia nie znane ryby: bystrzyki. Z jakiej rzeki, z jakiego jeziora pochodziły? Pareni nigdy ich nie kosztowała. Tzonkiri zaczął podejrzewać, że coś tu jest nie w porządku. Zamiast pójść na pole, ukrył się w zaroślach, by podejrzeć żonę. Strasznie się przeraził tym, co zobaczył: bystrzyki wypływały Pareni spomiędzy nóg. Rodziła je jak dzieci. Wściekł się Tzonkiri. I rzucił się na nią, żeby ją zabić. Ale nie zdołał tego zrobić, bo głos daleki, dochodzący z ziemi, wypowiedział jego imię. A czy możliwe jest, by koliber mógł zabić kobietę? „Nigdy już nie będziesz jadł bystrzyków”, drwiąco zaśmiała się Pareni. „Teraz będziesz latał od kwiatka do kwiatka i pyłki spijał”. Tzonkiri jest od tamtej pory tym, kim jest.

Pareni już nie chciała mieć następnego męża. W towarzystwie córki ruszyła w drogę. Wsiadła do kanoe i niejedną rzeką spłynęła, niejedną stromizną się wspięła, przez gęste lasy się przedarła. Po wielu księżycach dotarły do Solnej Góry. I tam dobiegły ich z dalekiej dali słowa wypowiedziane przez zakopaną głowę. I usłyszawszy je, skamieniały. Teraz są dwiema olbrzymimi, szarymi, pokrytymi mchem skałami. Jeszcze tam pewnie stoją. W ich cieniu siadali Macziguengowie, by napić się masato i pogadać, zdaje się. Kiedy wchodzili na Górę po sól.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Tasurinczi, zielarz, ten znad rzeki Tikompinia, nadal wędruje. Zioła, które noszę w mojej sakwie, dostałem od niego właśnie z wyjaśnieniem, na co pomaga każdy Usteczek lub garść ich cała. Ten z przypalonymi brzegami nos zatyka jaguarowi i w ten sposób nie może już zwęszyć wędrującego człowieka. A ten żółtawy osłania przed żmiją. Tyle ich, że już mi się mylą. Każdy służy do czegoś innego. Na zło każde i na obcych. Żeby ryby z jeziora wpłynęły do sieci. Żeby strzała trafiła w cel. A ten, żeby się nie potknąć i nie spaść na dno wąwozu.

Poszedłem odwiedzić zielarza, wiedząc, że w regionie pojawiło się pełno wirakoczów. To prawda; jeszcze tam są. I jest ich wielu. Kiedy szedłem ścieżką, widziałem warkoczące łodzie, sunące w górę i w dół rzeki, pełne wirakoczów. Na piaskowych ławicach, gdzie w nocy wyłaziły żółwie, by składać swoje jaja i gdzie przybywali ludzie, by przewrócić je do góry nogami, teraz żyją wirakocze. I tam, gdzie stała chata zielarza. A ci nie przybyli tutaj dla żółwi ani dla zakładania gospodarstw, ani dla wyrębu, jak się zdaje. Tylko dla żwiru i piasku z rzeki. Dla złota, jak się zdaje. Nie podszedłem, nie pokazałem się. Ale, choć z daleka, zdałem sobie sprawę, że jest ich bardzo dużo. Postawili swoje domy. Żyją tam, żeby już tam zostać na zawsze, być może.

Nie natrafiłem w tamtej okolicy na żaden ślad po Tasurinczim, zielarzu, ani po jego krewnych, ani po wędrujących ludziach. „Niepotrzebnie żeś się nawędrował”, pomyślałem. Niespokojny byłem, czując wokół obecność tylu wirakoczów. A jeśli natknę się na któregoś z nich, co wtedy? Ukryłem się więc, by z nastaniem zmroku oddalić się od Tikompinia. Wdrapałem się na drzewo i schowany pośród gałęzi podglądałem ich. Na obu brzegach rzeki wygrzebywali ziemię i żwir, rękoma, palami i motykami. I przepuszczali je przez wielkie sita, tak jak przesypuje się maniok na masato. I mielili kamyki na tacach. Niektórzy z nich zapuszczali się w las na polowanie i słychać było wystrzały. Drzewa drżały od huku i ptaki podrywały się z wrzaskiem. Jeśli będą robić wciąż tyle hałasu, to niebawem w tamtych okolicach nie będzie ani jednego zwierzęcia. Odejdą tak jak Tasurinczi, zielarz. Kiedy noc zapadła, zszedłem z drzewa i szybko się oddaliłem. Kiedy znalazłem się już daleko, zrobiłem szałasik z liści ungurabi i zasnąłem.

Kiedy się obudziłem, ujrzałem jednego z synów zielarza. „Co tutaj robisz?” – zapytałem go. „Czekam, aż się obudzisz”, odpowiedział. Szedł moim tropem od wczoraj, kiedy zauważył mnie na ścieżce, gdy zbliżałem się do rzeki, gdzie przebywają wirakocze. Jego rodzina przeniosła się o trzy księżyce drogi stąd, w górę strumienia spływającego do Tikompinii. Wędrowaliśmy powoli, żeby nie natrafić na obcych. Las w tamtym miejscu trudny jest do przejścia. Nie ma żadnej ścieżki. Drzewa rosną jedno przy drugim, okręcają się wokół siebie, walczą ze sobą. Ręce bolą od machania maczetą i wycinania gałęzi i krzewów, które natychmiast zamykają się, jakby mówiąc: „Tędy nie przejdziesz”. Wszędzie błoto. Brnęliśmy i co chwila staczaliśmy się po śliskich od deszczu stokach. Zaśmiewaliśmy się, widząc, jak jesteśmy obłoceni i podrapani. Doszliśmy w końcu. A więc tutaj był Tasurinczi. „Jesteś tam?” „Ehej, tutaj jestem”. Jego żona rozłożyła maty. Zjedliśmy maniok i wypiliśmy masato.

„Tutaj na pewno wirakocze nie dojdą – tak głęboko się zaszyłeś”, powiedziałem mu. „Dojdą”, odpowiedział mi. „Może to potrwa trochę, ale i tutaj się pojawią. Musisz się tego nauczyć, Tasurinczi. Oni zawsze dochodzą tam, gdzie przebywamy. Tak było od początku. Ile razy musiałem odchodzić, bo oni się pojawiali? Zanim się jeszcze urodziłem, chyba. I tak będzie, gdy odejdę i wrócę, jeżeli moja dusza nie zostanie na jednym z tamtych światów. Zawsze odchodziliśmy, bo ktoś przychodził. W ilu miejscach żyłem? Któż to wie, ale dużo ich było. «Musimy poszukać tak trudno dostępnego miejsca, takiej gęstwiny, by nigdy nie mogli tam dqjść» mówiliśmy. «A nawet jeśli dojdą, to żeby odechciało im się zostać». A oni zawsze dochodzili i zawsze chcieli pozostać. To sprawdzone. Nie ma się co oszukiwać. Przyjdą, a ja odejdę. To źle? Raczej dobrze. Bo takie jest chyba nasze przeznaczenie, Tasurinczi. Czyż nie jesteśmy wędrującymi ludźmi? Wobec tego musimy być chyba wdzięczni Mashkom i punarunom. I wirakoczom też. Zajmują miejsca, w których żyjemy? Zmuszają nas do wypełniania naszych obowiązków. Bez nich zgnuśnielibyśmy. Słońce upadłoby, być może. Świat byłby ciemnością; ziemia należałaby do Kashiriego. Nie byłoby ludzi, tylko okrutne zimno”.

Tasurinczi, zielarz, gada jak gawędziarz.

Najgorszym czasem był czas wykrwawiania drzew, według niego. On sam tego nie przeżył, ale jego ojciec przeżył i jego matki. I tylu historii się nasłuchał, że jakby sam to przeżył. „Tylu, że czasami wydaje mi się, że też raniłem drzewa, żeby wyciągnąć z nich sok, i że mnie też schwytano jak kapibarę, by zabrać do obozowiska”. Kiedy takie rzeczy się dzieją, to już nie znikają. Zostają w jednym z czterech światów i seripigari może im się przyjrzeć w zamroczeniu. A ci, którzy zdołają im się przyjrzeć, wracają pewnie rozdygotani i zęby im szczękają z obrzydzenia. Strach był tak wielki i tak wielki był zamęt, że znikło zaufanie. Nikt nikomu nie wierzył, synowie posądzali ojców, że ci na nich polują, a ojcowie podejrzewali, że synowie, korzystając z chwili nieuwagi, rzucą się na nich, zwiążą i związanych zaniosą do obozowisk. „Nie potrzebowali magii, żeby wykradać potrzebnych im ludzi. Wyłącznie sprytem dostali to, co chcieli. Wirakocze mają widać swoją mądrość”, mówi Tasurinczi z podziwem.

Z początku sami chodzili po lasach, polując na ludzi. Wpadali do osad, strzelali ze swoich strzelb. Ich psy szczekały i gryzły: też polowały. Wędrujący ludzie, spłoszeni hukiem i hałasem, wpadali w przerażenie jak ptaki, które widziałem nad rzeką. Ale oni nie mogli pofrunąć. Chwytali ich na lasso w domach; chwytali na ścieżkach i na rzece, jeśli próbowali uciekać w kanoe. Do roboty, kurwa! Do roboty, Macziguengo! Tych, którzy mieli ręce zdatne do wykrwawiania drzew, zabierali ze sobą. Starców i niemowlaków nie chcieli. „Ci się nie nadają”, mówili. Kobiety też zabierali, do gotowania i do prac w gospodarstwie. Do roboty! Do roboty! Powróz na szyję i pędzili do obozowisk. Kto tylko wpadł w ich ręce, tam był zaganiany. Do roboty, Macziguengo! Do roboty, Piro! Do roboty, Yaminahuo! Do roboty, Ashaninko! I tam zostawali, wymieszani ze sobą. Dobrze im służyli, jak się zdaje. Zadowoleni byli wirakocze. Z obozowisk niewielu wychodziło. Szybko odchodzili, może wściekli albo smutni, że ich dusze już nie wrócą, być może.

Ale najgorsze, opowiada Tasurinczi, zielarz, nastąpiło, kie dy zaczęło brakować ludzi, bo tylu ich odchodziło. Do roboty kurwa! Ale już nikogo nie było do roboty. I sił do roboty też już nie było. Nie mogąc nawet rąk unieść, umierali. Wirakoczów ogarniała wściekłość. „Co zrobimy bez rąk?” – mówili. „Co mamy teraz zrobić?” Wówczas wysłali z obozowisk pojmanych, by polowali na ludzi. „Kup sobie wolność” – mówili. „I prezenty możesz dostać. I jedzenie. I strzelbę. Chcesz?” Wszyscy chcieli, zdaje się. I namawiali Pira: „Złapiesz trzech Macziguengów i możesz wrócić do siebie na zawsze. Masz tu swoją strzelbę”. I do Mashka: „Upoluj kilku Pirów i będziesz mógł wrócić do domu, wziąć ze sobą żonę i jeszcze te prezenty. I masz tu psa, żeby ci pomógł”. Szczęśliwi byli, być może. Żeby wyjść z obozowiska, zostawali łowcami ludzi. I tak jak drzewa, rodziny zaczęły krwawić. Wszyscy polowali na wszystkich. Strzelbą, łukiem, pułapkami, lassem, nożem. Do roboty, kurwa! I pojawiali się w obozowiskach. „Masz, upolowałem ci ich. Oddaj mi żonę”, mówili. „Daj mi strzelbę. Daj mi prezent. A teraz sobie idę”.

I tak zanikło zaufanie. Wszyscy stali się wrogami wszystkich. Kientibakori szalał, tańcząc z radości? Ziemia może zadrżała? Rzeki może zalały i porwały wszystkie domy? Któż to wie. „Wszyscy musimy odejść”, mówili przestraszeni. Rozum też stracili. „Bo robiliśmy wszystko, żeby się skalać i zwyrodnieć”, płakali. Codziennie dochodziło do rzezi. Rzeki pewnie spływały krwią, a drzewa krwią były zbryzgane. Kobiety rodziły martwe dzieci; odchodziły, zanim się urodziły, nie chcąc żyć tam, gdzie wszystko było złem i zamętem. Wielu było wędrujących ludzi, przedtem; później mało. Taki był czas wykrwawiania drzew. „Świat przemienił się w chaos”, wściekali się. „Słońce upadło”.

Czy to, co się wtedy zdarzyło, może jeszcze raz się wydarzyć? Zielarz mówi, że tak. „To wszystko jest, przebywa w jednym ze światów i, tak jak dusze, może powrócić. Jeśli tak się stanie, to będzie nasza wina, być może”. Lepiej zachować ostrożność i czujną pamięć.

Troje dzieci Tasurincziego, zielarza, odeszło od czasu kiedy żyje, tam, na górze. Widząc, jak mu odchodzą jedno po drugim, pomyślał: „Czyżby wracało zło, które zabierało całe rodziny?” Nie mógł się dowiedzieć, czy ich dusze wróciły. „Jak to wobec tego będzie?” – powiedział mi. Nie poznał jeszcze dobrze miejsca, w którym teraz żyje, i nie wie, jakie są przyczyny pewnych zdarzeń. Wszystko w owym miejscu jest jeszcze dla niego bardzo tajemnicze. Ale jest tam również dużo ziół. Jedne już znał; innych nie. Uczy sieje rozpoznawać. Zbiera je, obserwuje je długo, porównuje, wącha, a czasem próbuje. Gryzie, przeżuwa i wypluwa albo połyka. „To jest dobre”, mówi.

Troje jego dzieci odeszło w ten sam sposób. W gorączce się budząc, drżąc, pocąc się. I tak słabe, jakby pijane były. Na nogach nie mogły ustać. Próbowały chodzić, tańczyć i natychmiast upadały. Nawet mówić nie mogły, zdaje się. Kiedy przydarzyło się to najstarszemu, Tasurinczi pomyślał, że to ostrzeżenie, aby stąd odszedł. Że nie jest to dobre miejsce do zamieszkania, może. „Nie mogłem się tego dowiedzieć”, mówi. „To była choroba niepodobna do innych, nie było na nią ziela”. Złe czary kamagariniego, może. Te diabełki zawsze wyłażą ze swymi diabelstwami, kiedy pada. Kientibakori śledzi ich na skraju lasu, zaśmiewając się. Poprzedniego dnia pioruny grzmiały i padał ulewny deszcz, a wiadomo, że wtedy zbliża się jakiś kamagarini.

Kiedy to dziecko odeszło, rodzina Tasurincziego przeniosła się nieco wyżej. Niebawem drugie dziecko zaczęło tracić przytomność i upadać. A więc tak samo jak pierwsze. Kiedy i ono zmarło, znowu zmienili miejsce. I wtedy to samo przydarzyło się trzeciemu. Postanowił już się nie ruszać. „Ci, co odeszli, zajmą się czymś, zatroszczą się, by nas uchronić przed tym kamagarinim, który chce nas stąd wypędzić”, mówi. I tak się pewnie stało. Nikt już od tamtej pory nie stracił przytomności i nie upadał.

„To musi mieć swoją przyczynę”, mówi zielarz. „Wszystko ma swoją przyczynę. Polowania na ludzi w czasie wykrwawiania drzew również. Ale niełatwo jest ją znaleźć. Nawet seripigari nie zawsze ją znajduje. Może cała trójka odeszła, żeby porozmawiać z matkami tego miejsca. Z trójką tutaj zmarłych nie będą na nas patrzeć jak na intruzów. Teraz jesteśmy stąd. Czy nie znają nas te drzewa, te ptaki? Czy nas nie zna tutejsza woda i powietrze? Może to jest wytłumaczenie. Od czasu, kiedy dzieci odeszły, nie odczuliśmy żadnej wrogości. Jakby nas przyjęto, tutaj”.

Dużo księżyców z nim spędziłem. Niewiele brakowało, a pozostałbym tam, w pobliżu zielarza. Pomagałem mu zakładać pułapki na indyczki i chodziłem nad jezioro łowić bystrzyki. Pracowałem z Tasurinczim, karczując las pod nowe poletko, żeby to, które ma teraz, mogło odpocząć. Wieczorami rozmawialiśmy. Podczas gdy kobiety iskały się, przędły, tkały maty i cushmy, przeżuwały i wypluwały maniok, przygotowując masato.

Zielarz prosił, żebym opowiadał mu o wędrujących ludziach, o tych, których znał, ale i o tych, których nigdy nie widział. Mówiłem mu o was, tak jak wam o nim. Księżyce mijały i nie miałem ochoty stamtąd odchodzić. Działo się ze mną coś, czego nigdy przedtem nie doświadczyłem. „Zmęczony już wędrowaniem?” – zapytał mnie. „Wielu odczuwa to zmęczenie. Nie musisz się tym przejmować, gawędziarzu. Jeśli tak jest, zmień obyczaje. Zostań w wybranym miejscu, załóż rodzinę. Zbuduj dom, wykarczuj las, uprawiaj maniok. Będziesz miał dzieci. Zostaw wędrowanie i zostaw gawędzenie. Tu nie możesz zostać, moja rodzina jest liczna. Ale możesz pójść w górę, wzdłuż rzeki, dwa, trzy księżyce stąd. Tam jest wąwóz, który tylko czeka na ciebie, jak myślę. Mogę ci tam towarzyszyć. Chcesz rodzinę? Też ci mogę pomóc, jeśli tego chcesz. Weź ze sobą tę kobietę. Stara jest i spokojna i pomoże ci, bo potrafi gotować i prząść jak mało która. Albo, jeśli wolisz, tam masz najmłodszą z moich córek. Nie będziesz mógł jej dotknąć, bo jeszcze nie krwawiła. Gdybyś teraz ją dosiadł, mogłoby zdarzyć się jakieś nieszczęście, najpewniej. Ale poczekaj trochę, a ona w tym czasie nauczy się być twoją żoną. Matki ją nauczą. A po jej pierwszej krwi przyniesiesz mi kapibarę, trochę ryb, ziemnych płodów, okazując mi szacunek i uznanie. Tego chcesz, Tasurinczi?”

Myślałem o jego propozycji. Miałem ochotę ją przyjąć. Nawet śniło mi się, że ją przyjąłem i zmieniłem swoje życie. Moje życie, to, które wiodę, to przyzwoite życie, wiem o tym. Wędrujący ludzie przyjmują mnie z radością, częstują jedzeniem i schlebiają mi. Ale żyję, podróżując, a ile jeszcze czasu dam radę to robić? Odległości pomiędzy rodzinami są coraz większe. Ostatnio podczas wędrówki często myślę o tym, że pewnego dnia siły odmówią mi posłuszeństwa. Prawda, papużko? Wyczerpany padnę i tam, na ścieżce, zostanę. Żaden Macziguenga nie przejdzie obok, pewnie. Moja dusza odejdzie i moje puste ciało zacznie gnić, rozdziobywane przez ptaki i zadeptywane przez mrówki. Trawa wyrośnie pośród moich kości, być może. Kapibara zje odzienie mojej duszy, również. Kiedy człowieka opadają takie lęki, czy powinien zmienić swoje zwyczaje? Tak wydawało się Tasurincziemu, zielarzowi.

„Zgoda, wobec tego przystaję na twoją propozycję”, powiedziałem mu. Towarzyszył mi do miejsca, które na mnie czekało. Dwa księżyce tam szliśmy. Trzeba było schodzić i wchodzić lasami, w których zanikały ścieżki, a gdy pokonaliśmy jeden ze stoków, małpy shimbillo, podnosząc straszliwy wrzask, obrzuciły nas skorupami. W wąwozie natknęliśmy się na młodego jaguara zaplątanego w ciernisty krzew. „To jaguarzątko coś oznacza”, zafrasował się zielarz. Ale nie był w stanie wybadać co. Dlatego, miast zabić i zedrzeć z niego skórę, puścił zwierzę wolno. „Czyż nie jest to dobre miejsce do życia?” -zapytał, pokazując mi okolicę. „Tam, w tym wysokim lesie, możesz mieć pole pod maniok. Tam nigdy woda nie sięgnie. Jest dużo drzew, mało trawy, więc ziemia będzie dobra i maniok będzie dobrze rósł”. Tak, to było miejsce, w którym można było żyć. Choć nigdy i nigdzie nie było mi tak zimno jak tam, w nocy. „Zanim się zdecydujesz, zobaczmy, czy są tu zwierzęta, na które mógłbyś polować”, powiedział Tasurinczi. Zrobiliśmy pułapki. Złapały się w nie kapibara i paka. Później, z zasadzki zrobionej na szczycie drzewa, ustrzeliliśmy indyczkę kanari. Postanowiłem tu zostać i postawić dom.

Ale kiedy już się brałem do ścinania drzew, pojawił się syn zielarza, ten sam, który poprowadził mnie do jego nowego domu. „Coś się zdarzyło”, powiedział. Wróciliśmy. Stara, którą Tasurinczi miał mi dać za żonę, nie żyła. Utarła barbasco, przygotowała wywar, mrucząc: „Nie chcę, żeby wygadywali na mnie: «Przez nią zostaliśmy bez gawędziarza*. Będą gadać, że go omotałam, że urok na niego rzuciłam, by wziął mnie za żonę. Wolę odejść”.

Pomogłem zielarzowi spalić dom, cushmę, garnki, naszyjniki i wszystko, co należało do kobiety. Owinęliśmy ją w kilka mat i ułożyliśmy na tratwie z palmowych deszczułek. Popchnęliśmy i czekaliśmy, aż prąd rzeki porwie ją ze sobą.

„To ostrzeżenie, które musisz przyjąć albo odrzucić”, powiedział mi Tasurinczi. „Gdybym był tobą, nie odrzucałbym go. Każdy człowiek ma swoje obowiązki, przecież. Po co wędrujemy? Żeby istniało światło i ciepło, żeby wszędzie panował spokój. Taki jest porządek świata. Ten, który rozmawiał ze świetlikami, robi to, co powinien robić. Ja przeprowadzam się w inne miejsce, kiedy pojawiają się wirakocze. Takie moje przeznaczenie, być może. A twoje? Odwiedzać ludzi i gadać do nich. Niebezpiecznie jest robić coś wbrew przeznaczeniu. Pomyśl tylko, odeszła już kobieta, która miała zostać twoją żoną. Gdybym był tobą, ruszyłbym natychmiast w drogę. Co zrobisz?”

Zrobiłem to, co radził mi Tasurinczi, zielarz. I następnego dnia rano, kiedy oko słońca zaczęło patrzeć na ten świat z Inkite, ja już wędrowałem. Teraz myślę o tej kobiecie, która odeszła, żeby nie zostać moją żoną. Teraz gadam do was, gawędzę. Jutro niech będzie, jakie ma być.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

VI

W 1981 roku przez sześć miesięcy miałem w telewizji peruwiańskiej program zatytułowany „Wieża Babel”. Właściciel stacji, Genaro Delgado, stary przyjaciel, wpuścił mnie w tę przygodę, omamiwszy moje oczy trzema paciorkami: potrzebą podniesienia poziomu programów, które w poprzednich dwunastu latach, gdy telewizja poddana była przez dyktaturę wojskową całkowitej kontroli państwa, sięgnęły dna głupoty i trywialności; wizją podniecającego doświadczenia, jakim mogła być praca z jedynym – w takim kraju jak Peru – środkiem przekazu, zdolnym dotrzeć jednocześnie do bardzo różnej publiczności; dobrą pensją.

Rzeczywiście, było to niezwykłe dla mnie doświadczenie, choć zarazem najbardziej męczące i denerwujące, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się przeżyć. „Wystarczy, że się dobrze zorganizujesz i poświęcisz programowi pół dnia”, czarował mnie Genaro. „A wieczorami będziesz mógł nadal pisać”. Ale i w tym wypadku praktyka rozminęła się z teorią. W istocie musiałem „Wieży Babel” poświęcić w owych miesiącach wszystkie przedpołudnia, popołudnia i noce, a przede wszystkim godziny, podczas których pozornie nic specjalnego nie robiłem, jedynie zamartwiałem się, co wyszło na opak w poprzednim programie, i usiłowałem przewidzieć, co może wyjść jeszcze gorzej w następnym.

Robiliśmy „Wieżę Babel” we czterech: Luis Llosa, odpowiedzialny za produkcję i realizację; Moshe don Furgang, redaktor; operator Alejandro Perez i ja. Luisa, dla bliskich Lucha, i Moshego sam przyprowadziłem do telewizji. Obaj mieli doświadczenie w kinie – i jeden, i drugi realizowali filmy krótkometrażowe – ale, tak jak i ja, nigdy przedtem nie pracowali w telewizji. Tytuł programu ujawniał jego niewygórowane ambicje: zmieścić wszystko, pokazać cały kaledejdoskop tematów. Zamierzaliśmy udowodnić widzom, że program kulturalny nie musi być siłą rzeczy usypiający, ezoteryczny i erudycyjny, ale że może być zabawny i dla każdego, bo kultura nie jest synonimem nauki, literatury czy jakiejkolwiek wiedzy specjalistycznej, ale raczej sposobem zbliżania się do różnych problemów, punktem widzenia otwartym na wszystkie ludzkie sprawy. Zamiarem naszym było w ciągu nadawanego raz w tygodniu programu, który trwał godzinę – a często przedłużał się do półtorej – zająć się dwoma, trzema tematami jak najodleglejszymi od siebie, tak, by udowodnić publiczności, że program kulturalny nie kłóci się, powiedzmy, z piłką nożną czy boksem ani z salsą bądź z rozrywką, a reportaż polityczny albo dokument o plemionach amazońskich może być przyjemny i zarazem pouczający.

Kiedy z Lucho i Moshem przygotowywaliśmy listę tematów, osób i miejsc, którymi „Wieża Babel” powinna się zająć, i obmyślaliśmy sposób najudatniejszego ich pokazania, wszystko funkcjonowało cudownie. Kipiało w nas od pomysłów i od chęci odkrycia twórczych możliwości najpopularniejszego środka przekazu naszych czasów.

Ale odkryliśmy raczej niemożności zacofania i wszelkie jego subtelne sztuczki, dzięki którym wykoślawia najlepsze intencje i niweczy najbardziej heroiczne wysiłki. Mogę powiedzieć bez najmniejszej przesady, że większość poświęconego przez nas „Wieży Babel” czasu zeszła – została zmarnowana – nie na pracy twórczej i rozważaniu, jak wzbogacić program intelektualnie i artystycznie, ale na ustawicznych próbach rozwiązywania problemów wydawałoby się nieznaczących, niewartych nawet, by brać je pod uwagę. Co, na przykład, zrobić z samochodami telewizji, by wreszcie przyjeżdżały po nas punktualnie o ustalonej godzinie, tak byśmy bezpowrotnie nie tracili umówionych spotkań, samolotów, wywiadów? Otóż jedynym rozwiązaniem było udać się osobiście do mieszkań kierowców, obudzić ich, pojechać z nimi do stacji telewizyjnej, by tam odebrać sprzęt nagraniowy, wreszcie na lotnisko czy gdziekolwiek indziej. Ale i to rozwiązanie miało swoje mankamenty, bo po pierwsze nie dosypialiśmy, a po drugie wcale nie gwarantowało sukcesu, mogło bowiem zdarzyć się również, że w cholernych samochodach wyczerpał się akumulator albo że dział techniczny nie zdążył wydać dyspozycji o wymianie skrzyni biegów, rury wydechowej czy koła, które dzień wcześniej przestały istnieć na morderczych wybojach alei Arequipa…

Już po pierwszym nagranym przez nas reportażu zauważyłem, że film zeszpecony jest jakimiś dziwnymi plamami. Co to za brudne smugi? Alejandro Perez wyjaśnił nam, że jest to problem filtrów w obiektywie kamery. Miały już swoje lata, były zużyte i należało je wymienić. Dobra, poprosimy o wymianę. Co by tu zrobić, żeby to osiągnąć? Poza morderstwem próbowaliśmy wszystkiego – bezskutecznie. Wysyłaliśmy pismo za pismem do działu technicznego, błagaliśmy, dzwoniliśmy do kogo trzeba i z kim trzeba rozmawialiśmy bezpośrednio, z inżynierami, technikami, administratorami, interweniowaliśmy nawet u samego właściciela stacji. Wszyscy przyznawali nam rację, wszyscy się oburzali, wszyscy wydawali polecenie natychmiastowej wymiany filtrów. Być może nawet je wymieniono. Ale szarawe smugi obecne były we wszystkich naszych programach, od pierwszego do ostatniego. Jeszcze je, wraże cienie, widuję czasami, nie bez pewnej melancholii, gdy włączam telewizor i myślę: „Aha, kamera Alejandra Pereza”.

Nie wiem, kto w telewizji postanowił, że Alejandro Perez będzie pracować z nami. Ale była to dobra decyzja, bo – mając oczywiście na uwadze wszelkie wynikające z zacofania niedogodności, które on przyjmował z filozoficznym spokojem – Alejandro, kiedy bierze kamerę do rąk, okazuje się człowiekiem nader sprawnym. To talent całkowicie samorodny, z wrodzonym poczuciem kompozycji obrazu, ruchu, kąta, odległości. Bo Alejandro został kamerzystą przypadkowo. Był malarzem pokojowym przybyłym z Huanuco i któregoś dnia ktoś zaproponował mu, by dorobił sobie parę groszy, pomagając na stadionie, w dni rozgrywanych tam meczy, w noszeniu kamer telewizyjnych. Tyle się ich nadźwigał, że w końcu nauczył się je obsługiwać. Pewnego dnia zastąpił nieobecnego kamerzystę, drugiego dnia innego i, chcąc nie chcąc, okazał się nagle gwiazdą kamerzystów stacji telewizyjnej.

Na początku jego małomówność wyprowadzała mnie z równowagi. Tylko Lucho potrafił z nim rozmawiać. W każdym razie jakoś się tam porozumiewali, bo nie przypominam sobie, abym w ciągu tych sześciu miesięcy usłyszał Alejandra wypowiadającego pełne zdanie z podmiotem i orzeczeniem. Jedynie krótkie chrząknięcia aprobaty lub rozczarowania i okrzyk, którego bałem się jak dżumy, bo oznaczał on, że zostaliśmy – kolejny raz – pokonani przez przeogromne, wszechmocne i wszechobecne: „No i rozpierdoliło się!” Ile razy „rozpierdolił się” magnetofon, reflektor, akumulator, monitor? Wszystko mogło „się rozpierdolić” nieskończenie wiele razy, bo taka była właściwość wszystkich używanych przez nas w pracy przedmiotów i być może jedyna, wobec której wszyscy zawsze dochowywali psiej wierności. Ileż to razy diabli wzięli drobiazgowo opracowywane, przebadane projekty, wywiady umówione wreszcie po wielu wyczerpujących rozmowach, bo lakoniczny Alejandro wychrząkał swoje złowieszcze: „No i rozpierdoliło się!”?

Przede wszystkim pamiętam, co nam się przydarzyło w jednym z miast Amazonii, Puerto Maldonado, dokąd udaliśmy się, by przygotować niewielki dokument o śmierci poety i partyzanta Javiera Herauda. Alain Elias, towarzysz Herauda i dowódca rozbitego lub ujętego w dniu zabicia Herauda oddziału partyzanckiego, zgodził się opowiedzieć przed kamerami o wszystkim, co wówczas się wydarzyło. Jego świadectwo było ciekawe i wzruszające – znajdował się z Javierem Heraudem w kanoe, gdzie poetę dosięgły śmiercionośne kule, a sam Alain został w czasie strzelaniny ranny – i postanowiliśmy dopełnić je obrazami z miejsc zdarzenia i, jeśliby się nam udało, relacjami mieszkańców Puerto Maldonado pamiętających epizod sprzed dwudziestu lat.

Nawet Moshe – dotąd zawsze pozostający w Limie, by czuwać nad przygotowywaniem programu do emisji – pojechał ze mną, Luchem i Alejandrem Perezem do selwy. W Puerto Maldonado wielu świadków zgodziło się na przeprowadzenie wywiadów. Naszym wielkim odkryciem był policjant, który wpierw wziął udział w incydencie w centrum miasta, ujawniającym władzom obecność partyzantów w Puerto Maldonado – wtedy zginął jeden z żandarmów – następnie zaś w pościgu za Javierem Heraudem i w strzelaninie. Ów człowiek wycofał się już ze służby i obecnie pracował w gospodarstwie wiejskim. Namawianie go na wystąpienie w naszym programie szło nam bardzo opornie, ekspolicjant pełen był bowiem podejrzeń i obaw. Przekonaliśmy go w końcu. Nawet udało nam się uzyskać zezwolenie na przeprowadzenie tej rozmowy w komisariacie, skąd wówczas wyjechały na miasto patrole.

Dokładnie w tej samej chwili, w której zacząłem przeprowadzać wywiad z byłym policjantem, reflektory Alejandra Pereza zaczęły pękać niczym baloniki na odpuście. A gdy wszystkie wybuchły, żeby już nie było najmniejszej wątpliwości, że amazońscy bogowie piekieł byli przeciwko „Wieży Babel”, padł akumulator naszego przenośnego silnika, a urządzenia nagraniowe całkowicie ogłuchły. No i rozpierdoliło się! Jak najbardziej, razem z tematem-bombą i wyłącznością na wywiady. Wróciliśmy do Limy z pustymi rękami.

Wyolbrzymiam wszystko, żeby problemy były lepiej widoczne? Być może. Ale chyba nie za bardzo. Mógłbym przytoczyć dziesiątki takich anegdot. Jak również innych, by zilustrować to, co przypuszczalnie jest wyznacznikiem niedorozwoju: ustawiczne rozmijanie się teorii z praktyką, chęci z faktami. Podczas owych sześciu miesięcy doświadczaliśmy tej nieuleczalnej choroby na każdym etapie naszej pracy. Istniała tablica z dokładnie rozpisaną siatką rezerwacji sal montażowych i studiów dla poszczególnych realizatorów. W rzeczywistości jednak to nie od owych tablic, ale od sprytu i siły przebicia każdego z producentów lub techników zależał czas dysponowania studiami, stołami montażowymi i najlepszym sprzętem.

Błyskawicznie nauczyliśmy się, rzecz jasna, wszystkich forteli, chwytów, wybiegów i sztuczek, do których należało się uciec, by dopuszczono nas nie do żadnych specjalnych przywilejów, ale po prostu do rzeczy, które umożliwiałyby nam robić w miarę przyzwoicie to, za co nam płacono. Nie były to zabiegi wymagające szczególnych umiejętności, miały jednak tę wadę, że zabierały nam zbyt dużo cennego czasu, który moglibyśmy poświęcać na twórcze przygotowanie programu. Ponieważ mam takie a nie inne doświadczenia, kiedy zdarza mi się czasami obejrzeć w telewizji sprawnie zrealizowany, oryginalny, inteligentny program, mój podziw nie ma granic. Bo wiem, że za tym wszystkim stoi coś znacznie więcej niż talent czy pracowitość: magia i cud. Czasami, przeglądając przygotowywany do emisji program, by ewentualnie jeszcze coś poprawić, mówiliśmy sobie: „Dobra, wreszcie wyszło nam tak jak trzeba”. Ale w niedzielę, już na ekranie telewizora, nagle zanikał dźwięk, obraz skakał, pojawiały się nieprzewidziane dziury… Co tym razem „się rozpierdoliło”? Ano to, że dyżurny technik od emisji właśnie się upił albo zaspał, nacisnął nie ten guzik lub zaprogramował wszystko na odwrót… Dla kogoś, kto do swojej pracy ma przesadnie perfekcyjny stosunek, telewizja jest nader ryzykowna, grozi bezsennością, arytmią, wrzodami żołądka, zawałami…

A jednak był to w sumie okres pasjonujący i pełen intensywnych przeżyć. Ze wzruszeniem wspominam rozmowę z Borgesem w jego położonym w centrum Buenos Aires domu – nigdy mi nie wybaczył, zdaje się, moich słów o tym, że mieszkanie jest skromne, a ściany pełne zacieków – w którym pokój matki zachowany był w takim stanie, w jakim pozostawiła go w dniu swojej śmierci (fioletowa suknia starszej pani rozłożona na łóżku), i portrety pisarzy namalowane przez Sabato, które autor pozwolił nam sfilmować w swym małym domku w Santos Lugares, gdzie go odwiedziliśmy. Od czasu gdy zamieszkałem w Hiszpanii na początku lat siedemdziesiątych, marzyłem o przeprowadzeniu wywiadu z autorką melodramatów i romansów, Corin Tellado, której opowieści były pożerane w postaci książek, słuchowisk, fotonowel i telenowel przez nieprzebrane rzesze odbiorców w Hiszpanii i w Ameryce Łacińskiej. Zgodziła się wystąpić w „Wieży Babel” i spędziłem z nią całe popołudnie nieopodal Gijon w Asturii – pokazała mi piwnicę zawaloną tysiącami swoich książeczek: co dwa dni kończyła jedną, zawsze stustronicową – w której ukrywała się przed jakąś grupą polityczną czy też zwykłymi przestępcami, do końca nie wiadomo, którzy wówczas usiłowali wymusić na niej haracz.

Z mieszkań pisarzy przenosiliśmy się z kamerami na piłkarskie stadiony – zrobiliśmy program o Flamengo, jednym z najlepszych brazylijskich klubów futbolowych, i przeprowadziliśmy w Rio de Janeiro wywiad z Zico, ówczesną gwiazdą – albo do Panamy, gdzie odwiedzając amatorskie i zawodowe sale bokserskie, próbowaliśmy dojść, dlaczego z tego małego środkowoamerykańskiego kraju pochodzi tylu latynoamerykańskich i światowych mistrzów w niemal wszystkich kategoriach. W Brazylii odwiedziliśmy ekskluzywną klinikę atletycznego doktora Pitangui, którego skalpele przywracały urodę i młodość kobietom z całego świata wystarczająco bogatym, by mogły sobie pozwolić na skorzystanie z jego usług, a w Santiago de Chile rozmawialiśmy z Chicago Boys Pinocheta i z przedstawicielami chadeckiej opozycji, starającej się w warunkach surowych represji przeciwstawiać dyktaturze.

Udaliśmy się do Nikaragui, by w drugą rocznicę rewolucji przygotować reportaż o sandinistach i ich przeciwnikach, i do uniwersytetu Berkeley w San Francisco, gdzie w skromnym gabinecie katedry języków słowiańskich pracował wielki poeta Czesław Miłosz, wspaniały laureat literackiej Nagrody Nobla. Byliśmy w Coclecito w Panamie, w znajdującym się tam domu generała Omara Torrijosa, który, mimo że formalnie nie pełnił już żadnych funkcji w państwie, w rzeczywistości nadal był jego panem i władcą. Spędziliśmy z nim cały dzień i choć zachowywał się wobec mnie bardzo miło, nie wywarł na mnie tak wspaniałego wrażenia, jakie odnieśli inni goszczeni przez niego pisarze. Wydał mi się typowym niesławnej pamięci latynoamerykańskim caudillo, opatrznościowym „silnym człowiekiem”, autorytarnym maczistą, któremu cała świta cywili i wojskowych (przez cały dzień przewijali się przez dom) nadskakiwała z taką służalczą gorliwością, że aż mdliło. Osobą najbardziej rzucającą się w oczy w domu w Coclecito była jedna z kochanek generała, kształtna blondynka, którą zastaliśmy w hamaku. Leżała tam niczym jeszcze jeden mebel, bo generał ani się do niej słowem nie odzywał, ani nie przedstawiał żadnemu z wchodzących i wychodzących gości…

W dwa dni po naszym powrocie z Panamy do Limy, Lucho Llosa, Alejandro Perez i ja struchleliśmy: Torrijos właśnie zginął w awionetce, którą polecił nas odwieźć z Coclecito do stolicy. Samolot prowadził ten sam pilot, z którym i my lecieliśmy.

Pewnego dnia w Puerto Rico, skończywszy już nagranie niewielkiego reportażu o cudownej rekonstrukcji starego San Juan, po którym oprowadzał nas animator całego przedsięwzięcia, Ricardo Alegria, padłem zemdlony. Mój organizm był całkowicie odwodniony z powodu zatrucia, którego się nabawiłem w jednej z knajpek w Catacaos, małym mieście w północnym Peru, dokąd się udaliśmy, by przygotować program o wytwórcach słomkowych kapeluszy – sztuki kultywowanej tam od wieków – jak również o sekretach miejscowego tańca ludowego, tondero, dobrej cziczy i mocno pikantnych potraw (oczywiście zatrułem się właśnie tymi ostatnimi). Brak mi słów wdzięczności dla wszystkich mych przyjaciół z Puerto Rico, którzy praktycznie sterroryzowali przemiłych lekarzy ze szpitala San Jorge, by natychmiast postawili mnie na nogi, a „Wieża Babel” mogła zostać w niedzielę punktualnie wyemitowana.

Programy rzeczywiście nadawano co tydzień i biorąc pod uwagę warunki, w jakich przyszło nam pracować, był to wyczyn naprawdę godny podziwu. Pisałem scenariusze w samochodach lub samolotach, z lotnisk udawałem się prosto do studia albo do sal montażowych, a z nich prosto do następnego samolotu, by przemierzyć następne setki kilometrów tylko po to, żeby spędzić w jakimś mieście lub kraju czasami mniej godzin, niż zabrało mi dotarcie tam. W ciągu sześciu miesięcy zapomniałem o spaniu, jedzeniu, czytaniu i, oczywiście, o pisaniu. A że budżet, jakim dysponowała stacja telewizyjna, był dość ograniczony, wiele z zagranicznych podróży łączyłem z jakimś zaproszeniem już to na kongres pisarzy, już to na wygłoszenie wykładu, odciążając telewizję z kosztów mojego przejazdu i pobytu. System ten jednak zmuszał mnie do schizofrenicznego rozdwojenia jaźni, musiałem bowiem w kilka sekund przeistaczać się z wykładowcy w dziennnikarza, z pisarza, któremu podsuwano mikrofon, by powiedział cokolwiek, w reportera przepytującego w odwecie swych niedawnych przepytywaczy.

Choć zrobiliśmy całkiem pokaźną liczbę programów zagranicznych, większość poświęcona była jednak tematom peruwiańskim. Tańce i ludowe święta, problemy uniwersyteckie, wykopaliska archeologiczne z okresu prekolumbijskiego, stary lodziarz, którego trycykl po pół wieku ciągle przemierzał ulice dzielnicy Miraflores, legenda pewnego burdelu w Piurze, sekretny świat więzień. Dzięki docierającym do nas rekomendacjom i naciskom wywieranym przez wysoko postawione osobistości i różnego rodzaju instytucje pragnące, byśmy się nimi zainteresowali, odkryliśmy, że „Wieża Babel” zdołała odnieść jakiś sukces. Najbardziej nieoczekiwany był chyba kontakt z policją śledczą (PIP). Któregoś dnia stawił się w moim gabinecie pewien pułkownik z propozycją, by jeden z programów „Wieży Babel” poświęcić policji śledczej z okazji jakiejś tam rocznicy: żeby program ożywić, instytucja przeprowadzi symulację akcji rozbicia grupy handlarzy kokainą, ze strzelaniną i ze wszystkim, co tylko będzie trzeba…

Jedną z takich interwencji był telefon od nie widzianej już wieki całe przyjaciółki, Rosity Corpancho, która zadzwoniła, gdy moja sześciomiesięczna umowa ze stacją telewizyjną powoli dobiegała końca. Ze słuchawki buchnął, jak za mych studenckich lat, jej ciepły głos z nieomylnym loretańskim zaśpiewem. I buchnął niezmienny, może tylko jeszcze większy niż kiedyś entuzjazm Rosity Corpancho wobec Letniego Instytutu Lingwistycznego. Pamiętam Instytut, nieprawdaż? Ależ Rosito… To świetnie. Właśnie obchodzi ileś tam lat działalności w Peru, a poza tym niebawem zacznie już zwijać manatki w związku z zakończeniem misji w Amazonii. Czy byłoby możliwe, żeby „Wieża Babel”…? Przerwałem jej, by powiedzieć, że tak. Z wielką przyjemnością przygotuję dokument o pracy lingwistów misjonarzy. A poza tym skorzystam z podróży do selwy, żeby zrobić reportaż o jednym z mniej znanych plemion, co było w naszych planach od początku realizowania programu. Rosita, uszczęśliwiona, powiedziała, że podejmie się skoordynowania wszystkiego z Instytutem, tak abyśmy mogli swobodnie poruszać się po selwie. Czy wiem już mniej więcej, o jakie plemię by chodziło? Nie zastanawiając się ani chwili, odparłem: „O Macziguengów”.

Od czasów mych nieudanych prób napisania jakiejś historii o gawędziarzach maczigueńskich, na początku lat sześćdziesiątych, temat ten wciąż za mną chodził. Wracał co jakiś czas niczym stara, niewygasła miłość, ponownie wybuchająca płomieniem. Nieustannie notowałem pomysły, zapisywałem całe zeszyty, by je następnie drzeć. I czytałem opracowania i artykuły o Macziguengach ukazujące się w różnych pismach specjalistycznych, jeżeli tylko mogłem do nich dotrzeć. Przeróżne informacje o nich zaczęły zastępować całkowitą niewiedzę. Francuska badaczka France-Marie Casevitz-Renard i amerykański antropolog Johnson Allen kilkakrotnie, i to przez dłuższy czas przebywali wśród Macziguengów, by następnie opisać ich organizację, metody pracy, system pokrewieństwa, symbolikę i koncepcję czasu. Szwajcarski etnolog Gerhard Baer, który również żył pośród nich, dogłębnie zbadał ich religię, a ojciec Joaąuin Barriales zaczynał właśnie publikować przetłumaczone na hiszpański bogate zbiory dotyczące mitów i pieśni maczigueńskich. Również niektórzy antropologowie peruwiańscy, koledzy Saula, jak Camino Diez Canseco i Victor J. Guevara, przestudiowali zwyczaje i wierzenia plemienia.

Jednak w żadnej z tych współczesnych prac nie znalazłem najmniejszego choćby napomknienia o gawędziarzach. Zastanawiające, że ostatnie informacje o nich pochodziły z lat pięćdziesiątych. Czyżby rola gawędziarza zaczęła tracić na znaczeniu, by zniknąć całkowicie właśnie w okresie, w którym Schneilowie ją odkryli? W tekstach misjonarzy z zakonu dominikanów piszących o Macziguengach w latach trzydziestych i czterdziestych – ojca Pio Azy, ojca Vicentego de Cenitagoya i ojca Andresa Ferrero – znaleźć można było sporo wzmianek o gawędziarzach. Przedtem zaś w relacjach niektórych dziewiętnastowiecznych podróżników. Jedna z pierwszych zawarta jest w książce odkrywcy Paula Marcoya, opisującego swoje spotkanie nad Urubambą z pewnym orateur, który na oczach francuskiego podróżnika dosłownie zahipnotyzował na wiele, wiele godzin audytorium „antisów”. „Sądzisz, że tymi antisami byli Macziguengowie?”, zapytał antropolog Luis Roman – pokazując mi cytat. Byłem pewny, że tak. Dlaczego współcześni antropologowie ani razu nie wspomnieli o gawędziarzach? Pytanie to nurtowało mnie zawsze, gdy po dotarciu do moich rąk jednego ze studiów lub prac źródłowych, po raz kolejny stwierdzałem, że i w nich nie wspomniano nawet mimochodem o wędrujących opowiadaczach różnych historii, stanowiących dla mnie najsubtelniejszy i najpiękniejszy rys owego maleńkiego ludu, rys, dzięki któremu w każdym razie powstała owa zdumiewająca więź uczuciowa pomiędzy Macziguengami a moim powołaniem (żeby nie powiedzieć po prostu moim życiem).

Dlaczego przez te wszystkie lata nie byłem w stanie napisać opowiadania o gawędziarzach? Za każdym razem, gdy wrzucałem do kosza kolejny poroniony rękopis tej umykającej mi historii, tłumaczyłem sobie porażkę trudnościami wynikającymi z konieczności obmyślenia po hiszpańsku, przestrzegając logicznych konstrukcji intelektualnych, takiej formy literackiej, która z dużym prawdopodobieństwem sugerowałaby sposób opowiadania człowieka o magiczno-religijnej mentalności. Wszystkie moje próby kończyły się zawsze na stylu tak ewidentnie fałszywym, tak mało przekonywającym jak język, który w XVIII wieku, kiedy w Europie zapanowała moda na „dobrego dzikusa”, filozofowie i powieściopisarze Oświecenia wkładali w usta swych egzotycznych bohaterów. Ale mimo tych porażek, a może właśnie dzięki nim, pokusa wciąż czyhała i co jakiś czas nasilała się, potęgowała, a rozgadana, krążąca, leśna postać gawędziarza opanowywała mój dom i moje sny. Jak wobec tego miała nie być emocjonująca perspektywa ujrzenia wreszcie twarzy Macziguengów?

Od tamtej podróży w połowie 1958 roku, dzięki której odkryłem peruwiańską selwę, byłem wielokrotnie w Amazonii: w lquitos, San Martin, nad górnym Maranonem, Madre de Dios, Tingo Maria. Ale do Pucallpa nigdy już więcej nie powróciłem. W ciągu dwudziestu trzech lat ta mała, pokryta kurzem miejscowość, którą pamiętałem jako pełną zakładów pogrzebowych i kościołów, przeżyła boom przemysłowy i handlowy, następnie kryzys, a w owo wrześniowe południe 1981 rok\\, kiedy Lucho Llosa, Alejandro Perez i ja wylądowaliśmy tam, by zrealizować przedostatni program „Wieży Babel”, zaczynała przeżywać kolejny boom, tym razem jednak z innych przyczyn: chodziło o przemyt kokainy. Fala żaru i ogniste światło, w którym nagle dostrzega się wszystkie osoby i rzeczy tak wyraźnie i jasno (w odróżnieniu od Limy, gdzie nawet najpromienniejsze słońce ma w sobie coś szarego), zawsze sprawiają, iż ledwie staję na amazońskiej ziemi, a już czuję ogarniający mnie entuzjazm.

Ale jeszcze większe wrażenie niż amazoński pejzaż i upał zrobił na mnie widok oczekujących nas owego dnia na lotnisku w Pucallpie osób przysłanych przez Instytut: państwa Schneilów. Jak nic oni, we własnej osobie. Minęło właśnie ćwierć wieku ich pobytu w Amazonii i nieustannej pracy wśród Macziguengów. Zdziwili się, że ich jeszcze pamiętam – mam przeczucie, że oni z kolei w ogóle mnie nie kojarzyli -i że potrafiłem sobie przypomnieć tyle szczegółów z tego, co mi opowiedzieli podczas naszych dwóch rozmów w bazie w Yarinacocha. Gdy jechaliśmy trzęsącym niemiłosiernie jeepem w kierunku Instytutu, pokazali nam zdjęcia swoich dzieci, czeredy młodych ludzi, część z nich już po studiach, mieszkających w Stanach Zjednoczonych. Wszyscy mówią po maczigueńsku? Oczywiście, to drugi język w rodzinie, przed hiszpańskim nawet. Poczułem radość, gdy dowiedziałem się, że to właśnie państwo Schneilowie będą nam służyć za przewodników i tłumaczy w osadach, które mieliśmy odwiedzić.

Jezioro Yarina nadal wyglądało jak z pocztówki, a zachody słońca nad nim były jeszcze piękniejsze. Nad brzegiem rozmnożyły się bungalowy Instytutu. Ledwie wyszliśmy z jeepa, od razu przystąpiliśmy z Luchem i Alejandrem do pracy, umawiając się, że wieczorem, przed podróżą do selwy górnej Urubamby, Schneilowie przekażą nam informacje o miejscach i osobach, które mieliśmy tam zobaczyć.

Poza Schneilami w Yarinacocha nie przebywał już żaden z lingwistów poznanych przeze mnie w czasie poprzedniej podróży. Część z nich wróciła do Stanów, część kontynuowała swoją pracę w innych częściach selwy, puszczach lub dżunglach, niejeden, jak fundator Instytutu, doktor Townsend, zmarł. Ale poznani tym razem lingwiści, z którymi przeprowadziliśmy wywiady, kręcąc zarazem zdjęcia z miejsca naszego pobytu, wydawali się kropla w kroplę tacy sami jak ich zapamiętani przeze mnie poprzednicy. Oni – z krótko ostrzyżonymi włosami, o silnym, zdrowym wyglądzie osób ćwiczących codziennie, odżywiających się zgodnie ze wskazówkami dietetyka, niepalących, niepijących alkoholu ani kawy, one – przyodziane tyleż prosto, co obyczajnie, bez grama makijażu, cienia kokieterii, za to z bijącym z całej postaci przytłaczającym wyrazem skuteczności. A wszyscy razem z tymi wciąż radosnymi i jakby niezłomnymi spojrzeniami ludzi, którzy święcie wierzą, że robią to, w co święcie wierzą, i którzy zawsze mnie fascynowali i przerażali.

Przez cały czas, na ile pozwalało na to światło i widzimisię sprzętu Alejandra Pereza, zbieraliśmy materiał do programu o Instytucie. Odbywające się w tych dniach seminarium dwujęzycznych nauczycieli z różnych osad; abecadła i gramatyki opracowane przez lingwistów; ich wypowiedzi i panorama małego miasta, jakim była baza w Yarinacocha, ze szkołą, szpitalem, boiskiem sportowym, biblioteką, kościołami, ośrodkiem łączności i lotniskiem.

Wieczorem, po kolacji, również roboczej, kończącej część programu poświęconą Instytutowi, przystąpiliśmy do przygotowywania części drugiej, którą mieliśmy rejestrować w następnych dniach: do tematu Macziguengów. W Limie odkopałem i przejrzałem całą zbieraną przeze mnie latami dokumentację na ich temat. Ale to przede wszystkim rozmowa Schneilami – znów w ich chacie, znów przy herbacie i ciasteczkach podanych przez panią Schneil – dostarczyła nam informacji z pierwszej ręki na temat obecnej sytuacji tej wspólnoty, którą znali na wylot, przez ostatnie dwadzieścia pięć lat była bowiem ich domem.

Od dnia, kiedy rozebrany do naga Edwin Schneil zbliżył się do owej rodziny, która nie uciekła, w życiu Macziguengów znad górnej Urubamby i Madre de Dios nastąpiły znaczące zmiany. Czy na lepsze? Byli stanowczo przekonani, że tak. Jak na razie, a dotyczy to również Macziguengów zza Przełomu Mainique, w dużej mierze ograniczone zostało rozproszenie, w jakim przedtem żyli, owa diaspora rozrzuconych tu i tam koczowniczych grupek, prawie nie utrzymujących między sobą kontaktu, zaciekle, każda na swój sposób, walczących o przetrwanie, co przy dalszym zachowaniu tego trybu życia oznaczało po prostu dezintegrację wspólnoty, zubożenie języka, wchłonięcie członków plemienia przez inne grupy i kultury. Po wielu staraniach ze strony władz, misjonarzy katolickich, antropologów i etnologów, i samego Instytutu, Macziguengowie stopniowo zaczęli przyswajać sobie zamysł zakładania osad, skupiania się w miejscach nadających się do uprawy, hodowania zwierząt i rozwijania handlu z resztą Peru. Wszystko przybierało bardzo szybki obrót. Istniało już sześć osad, z których część dopiero co powstała. Mieliśmy odwiedzić dwie: Nuevo Mundo i Nueva Luz.

Z pięciu tysięcy Macziguengów – dane przybliżone – niemal połowa żyła już w osadach. Jedna z nich zaludniona była ponadto w połowie przez Macziguengów, w połowie przez Indian

Campa (Ashaninków) i, jak dotąd, współżycie pomiędzy członkami obu plemion nie nastręczało żadnych problemów. Schneilowie byli optymistami i uważali, iż reszta Macziguengów, nie wyłączając nawet tych najbardziej nieposkromionych spośród nich – tak zwanych kogapakori – widząc, że założenie stałych wspólnot przynosi ich braciom konkretne korzyści – pewniejsze życie, możliwość otrzymania pomocy w nagłym przypadku, również zacznie opuszczać swoje odludzia w głębi lasów, żeby zakładać kolejne osady. Z prawdziwym entuzjazmem małżonkowie Schneil przytoczyli nam szczegóły konkretnych przedsięwzięć podjętych w osiedlach celem zintegrowania ich z krajem. Na przykład szkoły i spółdzielnie rolnicze. Zarówno w Nuevo Mundo, jak i w Nueva Luz działały szkoły dwujęzyczne prowadzone przez plemiennych nauczycieli. Sami zobaczymy.

Czy miało to znaczyć, że Macziguengowie przestają być owym prymitywnym, izolującym się od innych, pesymistycznym, pognębionym ludem, jakim opisali mi go w 1958 roku? W pewnej mierze tak. Daje się w nich dostrzec, przynajmniej wśród Macziguengów skupionych obecnie w osiadłej wspólnocie, mniej uprzedzeń wobec doświadczania czegoś nowego, wobec postępu, nawet więcej radości życia. Ale jeśli chodzi o izolowanie się, trudno jeszcze mówić o radykalnej zmianie. Bo choć przybędziemy do tych osad w dwie, trzy godziny samolotami Instytutu, dotarcie do nich rzeką z jakiejkolwiek ważniejszej miejscowości Amazonii nadal jest sprawą wielu dni, nawet tygodni. Połączenie z Peru nie jest więc dzisiaj czymś aż tak nierealnym jak niegdyś, ale i nie jest jeszcze faktem dokonanym.

Czy będę mógł z niektórymi z Macziguengów przeprowadzić wywiad po hiszpańsku? Tak, ale z nielicznymi. Na przykład kacyk czy zarządca Nueva Luz mówi płynnie po hiszpańsku. Jak to? To teraz Macziguengowie mają kacyków? Czy brak zhierarchizowanej organizacji, z przywódcami i podwładnymi, nie był właśnie największym wyróżnikiem plemienia? Tak, to prawda. Przedtem. Ale ten charakterystyczny dla nich system anarchistyczny tłumaczył się ich rozproszeniem; teraz, gdy skupieni są w osadach, potrzebne im są władze. Administrator lub szef Nueva Luz to człowiek młody, wspaniały przywódca wspólnoty, absolwent Szkoły Biblijnej w Mazamari. To znaczy pastor protestancki? No, w pewnej mierze można tak powiedzieć. Istnieje już przekład Biblii na maczigueński? Oczywiście, to ich dzieło. W Nuevo Mundo i w Nueva Luz będziemy mogli sfilmować ezgemplarze Nowego Testamentu w języku Macziguengów.

Przypomniał mi się Maskamiki, nasza ostatnia rozmowa w kafejce przy alei Espana. Znów usłyszałem jego tyrady i przepowiednie. To, co owego wieczoru opowiadali nam Schneilowie, zaczynało potwierdzać obawy Saula Zuratasa. Podobnie jak inne plemiona, Macziguengowie byli w trakcie procesu akulturacji: Biblia, szkoły dwujęzyczne, protestancki przywódca, własność prywatna, wartość pieniądza, handel, stroje białych na pewno też… Dobrze to czy źle? Czy przyniosło im to konkretne korzyści, tak każdemu z nich indywidualnie, całej grupie, o czym z emfazą zapewniali Schneilowie? A może raczej wolne i niezależne „dzikusy” zaczynały właśnie przeistaczać się w „zombi”, karykatury białego człowieka, według określenia Saula? Czy kilkudniowa zaledwie wizyta wystarczy, żebym mógł to dostrzec? Nie, oczywiście, nie wystarczy.

Owej nocy w bungalowie w Yarinacocha nie spałem przez dłuższy czas, rozmyślając o tym i owym. Przez metalową siatkę w oknie widziałem skrawek jeziora ze złotą smugą, ale księżyc – okrągły i świetlisty w mojej wyobraźni – zakryty był gąszczem drzew. Dobry to czy zły znak, że Kashiri, to męskie ciało astralne z mitologii maczigueńskiej, zło czyniące czasami, czasami zaś dobro, kryje przede mną swe oblicze pokryte plamami? Minęły dwadzieścia trzy lata od czasu, gdy po raz pierwszy spałem w jednym z tych bungalowów i przez cały ten okres nie tylko ja się zmieniłem, przeżyłem tysiące doświadczeń, zestarzałem się. Również w życiu Macziguengów, znanych mi zaledwie z dwóch krótkich relacji północnoamerykańskiego małżeństwa, z mej madryckiej rozmowy z dominikaninem i z iluś tam prac etnologicznych, nastąpiły ogromne zmiany. Z tego, co się dowiedziałem, nie pasowali już do wykreowanego przeze mnie obrazu. Nie byli już tą garstką nieposkromionych i tragicznych istot, rozbitą na maleńkie rodziny społecznością wciąż i wciąż uciekającą przed białym, Metysem, góralem, przed innymi plemionami, stoicko przystającą na nieuchronną zagładę każdego z osobna i całego plemienia, ale w żadnym momencie jednak nie rezygnującą ze swego języka, bogów i zwyczajów. Nie mogłem oprzeć się smutnemu wzruszeniu na myśl, że ta społeczność w drobny pył rozbita po wilgotnych, bezkresnych lasach, której wędrowni opowiadacze przeróżnych historii służyli za krążące soki żywotne, powoli już zanikała.

Ileż to razy w ciągu tych dwudziestu trzech lat myślałem o Macziguengach? Ileż razy usiłowałem ich przejrzeć, odgadnąć, opisać, z iloma nosiłem się projektami, by do nich pojechać? Z ich winy wszystkie postaci lub instytucje, które cechować się mogły jakimś podobieństwem do maczigueńskiego gawędziarza lub w jakikolwiek sposób kojarzyć się z nim, w jakimkolwiek zakątku świata by to było, natychmiast mnie urzekały i fascynowały. Jak wędrowni truwerzy z rozległych pustkowi Bahii, którzy po zakurzonych wioskach brazylijskiego Nordestu, przy akompaniamencie burdonów swej gitary, przeplatali średniowieczne romance najnowszymi plotkami z całego regionu. Wystarczyło mi pewnego wieczoru ujrzeć jednego z nich na targu w Uaua, by dostrzec nakładającą się na osobę ubranego w kamizelkę i w skórzany kapelusz caboclo wyśpiewującego przed rozbawionym kręgiem słuchaczy historię księżniczki Magalony i dwunastu parów Francji, zielonka-wożółtą, ozdobioną symetrycznymi, czerwonymi paseczkami i ciemnymi plamami, skórę półnagiego gawędziarza, który daleko stąd, na piaszczystej łasze ocienionej drzewami lasów Madre de Dios, zdawał sprawę siedzącej w kucki i zasłuchanej rodzinie z kłótni pomiędzy Tasurinczim a Kientibakorim, kiedy to jeden dmuchał, potem dmuchał drugi i z tych dmuchnięć wzięły się wszystkie dobre i złe istoty tego świata.

Ale to irlandzki seanchai jeszcze bardziej niż brazylijski truwer przywiódł mi na pamięć – i to jak – maczigueńskich gawędziarzy. Seanchai: „ten, który mówi stare historie”, „ten, który wie różne rzeczy” – tak ktoś mimochodem przetłumaczył w jednym z dublińskich barów. Jak, jeśli nie pamięcią o Macziguengach, wytłumaczyć to nagłe wzruszenie, przyspieszone bicie serca, które pchnęło mnie do wtrącenia się, do zadawania pytań, a nieco później do zadręczania, doprowadzania do szału irlandzkich znajomych i przyjaciół, póki nie postawili mnie przed takim seanchai? Przed żywą relikwią starych aojdów Hibernii, który współcześnie, tak jak i jego przodkowie ginący w mrokach czasu pośród mitów i legend celtyckich, kulturowych podwalin Irlandii, nadal opowiada – w zadymionej duchocie pubu, na zabawie nagle przerwanej magią jego słowa czy też w domu rodzinnym, przy kominku, podczas gdy na zewnątrz pada deszcz i grzmi burza – prastare opowieści, historie epickie, straszliwe miłości, niepokojące cuda. To właściciel baru, kierowca ciężarówki, pasterz, żebrak, ktoś tajemniczo dotknięty czarodziejską różdżką mądrości i sztuki opowiadania, wspominania, wymyślania na nowo i wzbogacania znanych już od wieków opowieści, posłaniec przedhistorycznych czasów mitu i magii, wciąż przez współczesnych Irlandczyków słuchany całymi godzinami, z zapartym tchem. Nigdy nie miałem wątpliwości, że owa głęboka ekscytacja, jaką przeżyłem w trakcie podróży do Irlandii dzięki seanchai, była w gruncie rzeczy metaforyczną możliwością wysłuchania, poprzez niego, gawędziarza i poddania się złudzeniu, że oto ściśnięty między innymi słuchaczami stanowię część audytorium maczigueńskiego.

A następnego dnia, wreszcie, cudem jakimś i mając za przewodników ni mniej, ni więcej jak samych małżonków Schneil, miałem w końcu poznać Macziguengów. Że niby w życiu jak w powieści? Ano tak, proszę pana. „Alejandro, mówiłem ci setki razy, że chcę skończyć zoomem, kurwa mać”, przewracając się pod moskitierą na sąsiednim łóżku zamajaczył Lucho Llosa.

Wyruszyliśmy o świcie dwoma jednosilnikowymi cessnami Instytutu, po trzech pasażerów w każdej. Pilot mojej awionetki, mimo że wyglądał młodo, pracował dla lingwistów misjonarzy już od wielu lat, przedtem latając w środkowoamerykańskich selwach i na Borneo. Niezwykle przejrzysty dzień umożliwiał dokładne śledzenie z pokładu samolotu wszystkich meandrów najpierw Ukajali, a następnie Urubamby – wysepek, łodzi z pyrkoczącymi silniczkami, kanoe, strumieni, katarakt, dopływów – i maleńkich wiosek, co jakiś czas wyłaniających się z bezkresnej zieleni polanami czerwonawej ziemi pokrytej chatkami. Przelecieliśmy nad kolonią karną w Sepie i nad misją dominikanów w Sepahua, następnie zboczyliśmy od biegu górnej Urubamby, by lecieć nad wijącym się, błotnistym wężem rzeki Mipaya i mniej więcej około godziny dziesiątej dostrzegliśmy nad jej brzegami pierwszy cel naszej podróży: Nuevo Mundo.

Mipaya miała już swoją historię. W tym zielonym gąszczu zaczęły przed stu laty powstawać, jeden za drugim, obozowiska zbieraczy kauczuku. Choć gorączka kauczuku zdziesiątkowała całkowicie bierne plemię, zrujnowani ekszbieracze, usiłując w latach dwudziestych stworzyć w tym regionie hacjendy, sięgnęli ponownie po wypróbowany ongiś system pozyskiwania siły roboczej przez polowanie na Indian. To właśnie tutaj, nad brzegami Mipai, miał wówczas miejsce jedyny znany w historii przypadek czynnego oporu Macziguengów. Kiedy jeden z okolicznych właścicieli hacjend przybył z zamiarem zabrania wszystkich kobiet i młodych ludzi, Macziguengowie zaczęli strzelać z łuków i nim dokonano na nich masakry, zdołali zabić i ranić wielu wirakoczów. Selwa pokryła miejsce zdarzeń gęstwiną zarośli, pni, gałęzi, zbutwiałych liści i nie istniał już najmniejszy ślad tamtej zbrodni. Przed wylądowaniem pilot krążył przez jakiś czas nad kilkunastoma chatkami o stożkowych dachach, by Macziguengowie z Nuevo Mundo zabrali dzieciaki z jedynej uliczki osady służącej zarazem za lądowisko.

Leciałem razem ze Schneilami, więc gdy wylądowaliśmy, mogłem zobaczyć z bliska, jak setka mieszkańców, ujrzawszy wychodzącą z samolotu parę, natychmiast ją otoczyła, nie kryjąc podniecenia i radości. Wszyscy pchali się, by ich dotknąć, poklepać, przekrzykując jedni drugich w języku rytmicznym, chropawym, pełnym skrajnych modulacji. Poza nauczycielką, ubraną w spódnicę, bluzkę i sandały, wszyscy Macziguengowie chodzili boso, mężczyźni w skąpych przepaskach na biodrach albo w cushmach, kobiety zaś w charakterystycznych dla wielu plemion bawełnianych tunikach koloru ochry lub szarych. Tylko niektóre stare kobiety owinięte były cieniutkim kocem przewiązanym w pasie i odsłaniającym piersi. Niemal wszyscy, i mężczyźni, i kobiety, nosili czerwonawe lub czarne tatuaże.

A więc wreszcie ich zobaczyłem. Więc to właśnie byli Macziguengowie.

Nawet nie miałem czasu, by się wzruszyć. Pragnąc maksymalnie wykorzystać światło, natychmiast przystąpiliśmy do pracy i na całe szczęście żadna katastrofa nie przeszkodziła nam w sfilmowaniu bliźniaczo podobnych do siebie chat: prosta platforma z bali stojąca na palach, cieniutkie ścianki z trzciny osłaniające połowę każdego boku, dach ze snopu liści palmowych i skromne wnętrza, w których były jedynie zwinięte maty, półmiski, sieci, łuki, strzały, kilka garści manioku, kukurydzy i parę tykw, ani w przeprowadzeniu wywiadu z nauczycielką, jedyną, która, choć nie bez trudności, potrafiła wypowiedzieć się po hiszpańsku. Prowadziła jednocześnie sklepik w osadzie, do której dwa razy w miesiącu zawijała łódź z towarem. Moje próby wydobycia z niej jakiejkolwiek informacji o gawędziarzach spełzły na niczym. Czy była w stanie zrozumieć, o kogo ją pytam? Chyba nie, takie przynajmniej sprawiała wrażenie. Patrzyła na mnie zaskoczona, lekko spłoszona, jakby błagając mnie, bym wyrażał się jaśniej.

Choć z resztą Macziguengów rozmawiać mogliśmy wyłącznie za pośrednictwem Schneilów, okazali się oni nader chętni do współpracy, dzięki czemu mogliśmy nagrać kilka pieśni i tańców oraz subtelną operację malowania twarzy geometrycznymi figurami farbą z acziote przez jedną ze starych kobiet. Sfilmowaliśmy wschodzące zasiewy, zagrody z ptactwem, szkołę, nauczycielka zaś koniecznie chciała, byśmy wysłuchali uczniów śpiewających hymn narodowy po maczigueńsku. Jedno z dzieci miało twarz zniszczoną przez rodzaj trądu, jakim jest liszajec uta – Macziguengowie przypisują go ukąszeniu przez różowawego świetlika o odwłoku pokrytym lśniącymi punkcikami – a z naturalnej swobody i śmiałości, z jaką sobie poczynał, śpiewając wśród reszty dzieciaków, wnosić można było, przynajmniej na pierwszy rzut oka, iż nie jest obiektem jakiejkolwiek dyskryminacji czy docinków z powodu swej choroby.

Kiedy po południu ładowaliśmy wszystkie nasze rzeczy przed podróżą do osady, w której mieliśmy nocować – Nueva Luz -dowiedzieliśmy się, że Nuevo Mundo czeka niebawem zmiana lokalizacji. A co się stało? Jeden z częstych geograficznych kaprysów, w selwie to chleb powszedni. Rzeka Mipaya po ostatniej porze deszczowej z powodu dużego przyboru wód zmodyfikowała dość radykalnie swe łożysko, na tyle oddalając się od Nuevo Mundo, iż po opadnięciu wód do stanu zimowego, mieszkańcy musieli odbywać dłuższy marsz, żeby dostać się na brzeg. Wobec tego poszukiwali nowego miejsca, nie wystawionego już na podobne ryzyko, by tam przenieść osadę. Nic skomplikowanego dla tych, którym całe życie upływało na przenoszeniu się z miejsca na miejsce – ich miasta, jak widać, również rodziły się pod atawistycznym znakiem wiecznego marszu, przeznaczenia w wędrówce – z drugiej zaś strony te chaty z pali, trzciny i palmowych liści łatwiej było rozebrać i ponownie postawić niż domki o bardziej cywilizowanej konstrukcji.

Wyjaśniono nam, byśmy nie dali się zwieść dwudziestu minutom lotu z Nuevo Mundo do Nueva Luz, idąc bowiem przez selwę, trzeba na pokonanie tej odległości co najmniej tygodnia, a w kanoe parę dni.

Nueva Luz była najstarszą osadą maczigueńską – niedawno obchodziła drugą rocznicę istnienia – i liczyła nieco ponad dwukrotnie więcej chat i mieszkańców niż Nuevo Mundo. Także tutaj jedynie Martin, miejscowy kacyk i zarazem nauczyciel w szkole dwujęzycznej, używał koszuli, spodni, obuwia, a włosy ostrzyżone miał na sposób zachodni. Był dość młody, drobny, potwornie poważny i mówił hiszpańszczyzną płynną, swobodną, synkopowaną, pełną apokop. Tak jak i w poprzedniej wiosce, również w Nueva Luz Macziguengowie przyjęli Schneilów wylewnie i hałaśliwe i widzieliśmy, jak przez resztę dnia i sporą część nocy cierpliwie czekają grupkami lub pojedynczo, aż przyjdzie ich kolej, by podejść do małżonków i podjąć chrzęszczącą rozmowę ozdabianą przeróżnymi gestami i minami.

W Nueva Luz też nagraliśmy tańce, śpiewy, solo na bębnie, tatuaże i rozmowę z przywódcą wyedukowanym przez Szkołę Biblijną w Mazamori, młodym, bardzo chudym człowiekiem o ceremonialnych gestach, z przystrzyżonymi niemal do skóry włosami. Okazał się nader pilnym uczniem swych nauczycieli, bo miast o Macziguengach, wolał mówić o Słowie i Duchu Świętym. Potrafił bez najmniejszej żenady uciekać w bok i zapędzać się w biblijne deliberacje za każdym razem, kiedy nie chciał odpowiedzieć na pytanie. Dwukrotnie usiłowałem pociągnąć go za język na temat gawędziarzy i dwukrotnie, patrząc na mnie nic nie rozumiejącym wzrokiem, zaczynał tłumaczyć mi, że ta oto książka, którą trzyma na kolanach, to właśnie Słowo Boga i Słowo Jego Apostołów w języku Macziguengów.

Skończywszy pracę, poszliśmy wykąpać się w pobliskim -piętnaście minut spacerkiem – wąwozie, dokąd poprowadzili nas piloci Instytutu. Zaczynał już zapadać zmierzch, najbardziej tajemnicza i najpiękniejsza godzina Amazonii, jeżeli nie ma ulewy. Miejsce było cudowne. Podwodne skały zmieniały bieg jednego z odgałęzień Mipai, tworząc coś w rodzaju zatoki, w której można było pływać w spokojnych i ciepłych wodach albo, jak kto wolał, pod osłoną skalnych grzebieni zmagać się z rwącym nurtem. Nawet taki mruk jak Alejandro Perez zaczął się pluskać i śmiać szaleńczo, rozradowany niczym dziecko kąpielą w amazońskim jacuzzi.

Gdy wróciliśmy do Nueva Luz, młody Martin (jego uprzejmość była niewiarygodna, a gesty naprawdę eleganckie) zaprosił mnie do swej chaty sąsiadującej ze szkołą i sklepikiem na napar z lippi. Miał tam radiostację, dzięki której utrzymywał łączność z bazą w Yarinacocha. Byliśmy sami w pokoju równie schludnym jak sam Martin; w tym czasie Lucho Llosa i Alejandro Perez pomagali pilotom wyładowywać nasze hamaki i moskitiery. Światło gwałtownie zaczęło ustępować, a wokół nas rozrastały się mroczne cienie. Cała selwa, jak zwykle o tej porze, rozbrzmiała równomiernym cykaniem, przypominając nam, że światem władają teraz miriady owadów ukryte w jej zielonej gęstwinie. Niebawem niebo roziskrzy się gwiazdami.

Czy rzeczywiście Macziguengowie wierzą, że gwiazdy są blaskiem rozsiewanym przez świetliste kręgi otaczające dusze? Martin bez namysłu kiwnął głową. A spadające gwiazdy to ogniste strzały tych dziecięcych bożków, Ananeriite, a poranna rosa to ich siuśki? Tym razem Martin zaśmiał się: tak, wierzą w to. A czy teraz, kiedy Macziguengowie przestali już wędrować, żeby zapuścić korzenie w osadach, słońce całkowicie się zapadnie? Pewnie nie: Bóg zajmie się jego podtrzymaniem. Przez chwilę przyglądał mi się rozbawiony: skąd wiem o tym wszystkim? Odparłem mu, że Macziguengowie interesują mnie od ponad ćwierć wieku, że od tamtego czasu staram się czytać wszystko, co się na ich temat pisze. I opowiedziałem mu, dlaczego. W trakcie mej opowieści jego oczy, z początku uśmiechnięte i życzliwe, zaczęły poważnieć i patrzeć coraz nieufniej. Wysłuchał mnie do końca w ogromnym skupieniu, z kamienną twarzą.

– Sam pan widzi, że moje pytania na temat gawędziarzy nie wynikają ze zwykłej ciekawości, ale z czegoś znacznie poważniejszego. To dla mnie bardzo ważna sprawa, Martinie, może tak samo ważna jak dla Macziguengów. – Siedział nieruchomy i milczący, jedynie w głębi źrenic jarzył mu się czujny ognik. – Dlaczego nie chciał mi pan nic o nich powiedzieć? Nauczycielka z Nuevo Mundo też nie pisnęła ani słowa. Skąd tyle tajemnicy wokół gawędziarzy, panie Martinie?

Zapewnił mnie, że nie ma pojęcia, o czym mówię. O co tu chodzi z tymi „gawędziarzami”? Nigdy o nich nie słyszał ani w tej wiosce, ani w żadnej innej osadzie wspólnoty. Może istnieją wśród innych plemion, ale nie u Macziguengów. Właśnie mi to wyjaśniał, kiedy weszli Schneilowie. Chyba nie wypiliśmy całej lippi, najbardziej aromatycznej lippi w całej Amazonii, nie? Martin szybko zmienił temat, a ja uznałem, że lepiej nie kontynuować.

Ale godzinę później, kiedy pożegnaliśmy się z Martinem, a ja po rozłożeniu hamaku i moskitiery w udostępnionej nam chacie wyszedłem jeszcze raz ze Schneilami zażyć świeżego powietrza, w czasie spaceru po otwartym polu otoczonym chatami Nueva Luz, temat znowu mi się wymsknął.

– Przebywając wśród Macziguengów tylko kilka godzin, wielu rzeczy nie mogłem zauważyć – powiedziałem im. – Ale z jednej niewątpliwie zdałem sobie sprawę. I to bardzo ważnej.

Niebo było przeogromnym lasem gwiazd, ale plama chmur zakrywała księżyc i tylko rozproszony blask pozwalał się go domyślać. Na jednym z krańców Nueva Luz rozpalono ognisko i można było dostrzec migotliwe cienie ludzkich sylwetek. We wszystkich domach panowała ciemność. Jedynie udostępniona naszej ekipie, oddalona o pięćdziesiąt metrów od nas chata, oświetlona była zielonkawym światłem lampy. Schneilowie czekali, bym kontynuował. Szliśmy powoli po miękkiej, porosłej wysoką trawą ziemi. Mimo wysokich butów zaczynałem czuć już na kostkach i podbiciu stóp ukąszenia moskitów.

– A z jakiej? – zapytała wreszcie pani Schneil.

– Że wszystko to jest bardzo względne – zacząłem, pełen wątpliwości. – To znaczy ochrzczenie tego miejsca jako Nueva Luz, a kacyka imieniem Martin. Nowy Testament po maczigueńsku, wysyłanie tubylców do szkół dwujęzycznych, by wracali stamtąd jako pastorzy. Gwałtowne przejście od życia koczowniczego do osiadłego. Przyspieszona chrystianizacja i poddanie wpływom kultury zachodniej. Wynikające stąd unowocześnienie. Zauważyłem, że to wyłącznie pozory. Choć zaczęli handlować, posługiwać się pieniędzmi, siła ich tradycji jest znacznie od tego wszystkiego silniejsza.

Przerwałem. Może ich obrażam? Sam nie wiedziałem, jaki wniosek wypływa z tego rozumowania.

– Tak, to nie ulega wątpliwości – zakasłał Edwin Schneil, nieco zmieszany. – Oczywiście. Setki lat wierzeń, pewnych obyczajów nie są w stanie zniknąć tak z dnia na dzień. To musi potrwać. Najważniejsze, że zaczęli się zmieniać. Obecni Macziguengowie nie przypominają Macziguengów z czasów, kiedy tu przyjechaliśmy, mogę pana zapewnić.

– Zauważyłem, że pewne sprawy są dla nich jeszcze nietykalne – przerwałem mu. – Zapytałem nauczycielkę w Nuevo Mundo i tutaj Martina o gawędziarzy. I reakcja obojga była identyczna: zaprzeczyli, jakoby tacy istnieli, udali, że w ogóle nie rozumieją, o czym mówię. Oznacza to, że nawet ci Macziguengowie najbardziej związani z cywilizacją zachodnią, jak nauczycielka i Martin, zachowują pewną zasadę lojalności w stosunku do własnych wierzeń. Pewne tabu, których nie mają zamiaru się wyrzec. Dlatego chronią je szczelnie przed obcymi.

– Gawędziarze? – zapytał Edwin Schneil. Wydawał się szczerze zaskoczony.

Zapadło długie milczenie, w którym cykanie niewidzialnych owadów zdało się ogłuszające. Czy on też zaraz mnie zapyta, kim są gawędziarze? Czy również Schneilowie mi powiedzą, jak nauczycielka i kacyk-pastor, że nigdy o nich nie słyszeli? Pomyślałem, że pewnie gawędziarze nie istnieją: sam ich wymyśliłem i hołubiłem w zafałszowanych wspomnieniach, żeby ich urealnić.

– Ach, gawędziarze! – wykrzyknęła w końcu pani Schneil.

I wyszeleściła owo słowo czy zdanie niczym deptane liście. Wydawało mi się, że nadleciało ku mnie, pokonując czas, od bungalowów znad brzegów starorzecza Yariny, gdzie usłyszałem je po raz pierwszy, kiedy byłem dorastającym młodzikiem.

– Ach – powtórzył Edwin Schneil, nie bez pewnego zakłopotania, szeleszcząc za żoną raz i drugi.

– Gawędziarze. Speakers. Tak, tak też można to przetłumaczyć.

– A skąd pan o nich wie? – zapytała pani Schneil, obracając nieco ku mnie głowę.

– Od pani, od państwa – wymamrotałem. Domyśliłem się, że w ciemnościach szeroko otwierają oczy i wymieniają między sobą spojrzenia, nic nie rozumiejąc. Wyznałem im wówczas, że od tamtej nocy w ich bungalowie na brzegu jeziora Yarina, kiedy to opowiedzieli mi o nich, maczigueńscy gawędziarze żyli ze mną, intrygując mnie i niepokojąc, i że tysiące razy usiłowałem wyobrazić ich sobie w trakcie leśnych wędrówek, jak zbierają i zanoszą historie, opowieści, plotki, zmyślenia od jednej maczigueńskiej wysepki do drugiej, dryfując po amazońskim morzu na przekór wszelkim przeciwnościom. Powiedziałem im, że z trudnych do wytłumaczenia powodów istnienie gawędziarzy, zastanawianie się nad tym, co robią i jakie funkcje spełniają w życiu Macziguengów, stanowiło przez ostatnie dwadzieścia trzy lata ogromny bodziec dla mojej własnej pracy, źródło inspiracji i wzór, który bardzo chciałbym uznać za godny naśladowania. Zdałem sobie nagle sprawę, że gadam nazbyt egzaltowanie, i zamilkłem. Odruchowo, nie uzgadniając tego ze sobą, zatrzymaliśmy się przed stosem pni i gałęzi zebranym na środku polany jakby na ognisko. Usiedliśmy czy też oparliśmy się o nagromadzone drewno. Teraz widać było żółtawo-pomarańczowy sierp Kashiriego, otoczony rozległym haremem migocących iskierek. W powietrzu unosiły się nie tylko drobne moskity, ale i chmary długonogich komarów, więc nieustannie opędzaliśmy się przed nimi.

– No, no, to ciekawe, kto by przypuścił, że będzie pan o tym pamiętał i że na dodatek nabierze to takiego znaczenia w pańskim życiu – powiedział w końcu, żeby coś powiedzieć, Edwin Schneil. Wydawał się zaskoczony i nieco zmieszany. – Ja nawet nie pamiętałem, że wówczas poruszyliśmy temat opowiadaczy. Nie, gawędziarzy, prawda? Ciekawe, ciekawe.

– Wcale się nie dziwię, że Martin i nauczycielka z Nuevo Mundo nie chcieli panu o nich mówić – wtrąciła po jakimś czasie pani Schneil. – To temat, którego nie lubi poruszać żaden Macziguenga. To jakby bardzo prywatna sprawa, bardzo sekretna. Nawet z nami go nie poruszają, mimo że znamy ich już tyle lat, mimo że byliśmy przy narodzinach wielu z nich. Nie rozumiem tego. Bo o wszystkim chętnie opowiadają, o swoich wierzeniach, o swoich rytuałach z ayahuascą, o szamanach. Bez żadnych oporów. Poza gawędziarzami. To jedyny temat, którego zawsze unikają. Wielokrotnie zastanawialiśmy się z Edwinem, skąd to tabu.

– Tak, dziwna sprawa – przytaknął Edwin Schneil. – To zupełnie niezrozumiałe, bo oni są bardzo komunikatywni i nigdy nie mają najmniejszych oporów, żeby odpowiedzieć na jakiekolwiek pytanie. To najlepsi informatorzy na świecie, proszę zapytać pierwszego lepszego antropologa, który tutaj trafił. Może nie lubią o nich mówić i nie chcą, żebyśmy ich poznali, bo gawędziarze są powiernikami sekretów rodzinnych. Znają wszystkie najintymniejsze sprawy Macziguengów. Jak brzmi to powiedzonko? Że brudy należy prać we własnym domu? Być może tabu obejmujące gawędziarzy odpowiada czemuś takiemu.

W ciemnościach rozległ się śmiech pani Schneil.

– A mnie ta teoria zupełnie nie przekonuje – powiedziała. – Bo Macziguengowie nie mają najmniejszych zahamowań co do intymnych spraw. Gdyby pan wiedział, ile razy stawiali mnie w sytuacji, w której głupiałam i twarz mnie paliła, kiedy słyszałam, co opowiadają…

– W każdym razie mogę zapewnić, że myli się pan, sądząc, iż jest to tabu religijne – stwierdził Edwin Schneil. – Bo nie jest. Gawędziarze nie są szamanami ani kapłanami jak seripigariowie albo maczikanariowie. Są tym, czym są, po prostu gawędziarzami.

– To wiem – odparłem. – Wytłumaczył mi to pan już wtedy. I właśnie dlatego tak mnie to porusza; że najzwyklejsi opowiadacze przeróżnych historii są tak ważni dla Macziguengów, iż ich istnienie musi być utrzymywane w tajemnicy.

Od czasu do czasu przemykał obok nas bezgłośny cień, odzywał się króciutkim chrzęstem, Schneilowie odchrzęszczali czymś, co odpowiadało pewnie „dobrej nocy”, i cień znikał w ciemnościach. Z chat nie dochodził żaden hałas. Cała osada już spała?

– I przez te wszystkie lata nigdy nie udało się państwu usłyszeć gawędziarza? – zapytałem.

– Ja nie miałam tego szczęścia – odparła pani Schneil. -Jak do tej pory nie dali mi takiej szansy. Ale Edwinowi tak.

– I to dwukrotnie – zaśmiał się. – Choć jak na ćwierć wieku to niewiele, co? Mam nadzieję, że to, co powiem, nie rozczaruje pana, ale wydaje mi się, że wolałbym, aby kolejne takie doświadczenie mnie ominęło.

Pierwsze spotkanie było zupełnie przypadkowe, mniej więcej dziesięć lat temu. Schneilowie od paru miesięcy mieszkali w małym obozowisku maczigueńskim nad rzeką Tikompinia i pewnego dnia Edwin, zostawiwszy tam swoją żonę, popłynął odwiedzić jedną z rodzin wspólnoty, kilka godzin kanoe w górę rzeki. Pojechał w towarzystwie chłopca, który pomagał mu wiosłować. Kiedy dopłynęli, miast pięciorga lub sześciorga żyjących tam i znanych Edwinowi Schneilowi Macziguengów, zastali co najmniej dwudziestkę przybyłych nawet z odległych wiosek. Przykucnięci starcy i dzieci, mężczyźni i kobiety, otaczali półkolem siedzącego na wprost nich ze skrzyżowanymi nogami, perorującego mężczyznę. Był to gawędziarz. Nikt się nie sprzeciwił, by Edwin Schneil z chłopcem przyłączyli się do grona słuchaczy. Gdy się przysiadali, gawędziarz nawet nie przerwał swej opowieści.

– Dość już był stareńki i mówił tak szybko, że ledwie nadążałem ze zrozumieniem go. Od jakiegoś czasu już chyba gawędził. Nie było po nim widać żadnego zmęczenia. A całe widowisko trwało jeszcze kilka godzin. Od czasu do czasu podawali mu tykwę z masato, żeby przepłukał sobie gardło. Nie, nigdy przedtem nie widziałem tego gawędziarza. Dość stary, na pierwszy rzut oka, choć wie pan pewnie, że tu, w selwie, człowiek szybko się starzeje. Stary u Macziguengów może oznaczać i trzydziestolatka. Był niski, krępy, bardzo wyrazisty. Gdyby ktokolwiek z nas, ja, pan, wszystko jedno kto, gadał i gadał przez tyle godzin, to byśmy zachrypli i padli. A ten nie.

Gadał i gadał, z nieprawdopodobną energią. No cóż, to jego praca i niewątpliwie wykonywał ją znakomicie.

O czym mówił? Naprawdę trudno spamiętać. Co za chaos! O wszystkim po trochu, co mu do głowy wpadło. O tym, co robił wczoraj, i o czterech krainach maczigueńskiego kosmosu, o swych podróżach, magicznych ziołach, poznanych przez siebie ludziach i o bogach, bożkach i baśniowych stworach z plemiennego panteonu. O zwierzętach, które widział, i o niebiańskiej geografii, labiryncie rzek, których nazw nie da się zapamiętać. – Edwin Schneil w ogromnym skupieniu z trudem usiłował podążać za tym potokiem słów przeskakującym od zbiorów manioku do armii demonów Kientibakoriego, ducha zła, by nagle przejść do narodzin, ślubów i zgonów w poszczególnych rodzinach lub do ponurych czasów wykrwawiania drzew, jak nazywają okres gorączki kauczuku. Dość szybko uwaga Edwina Schneila przeniosła się z gawędziarza na oniemiały zachwyt, z jakim Macziguengowie go słuchali, przyjmując każdy jego dowcip salwami śmiechu lub zasmucając się razem z nim. Łapczywie weń wpatrzeni, z rozdziawionymi ustami, wyciągniętymi szyjami, chwytali każdą najmniejszą przerwę, najdrobniejszą zmianę modulacji w głoszonej przez mężczyznę opowieści.

Jak Macziguengowie gawędziarza, tak ja słuchałem lingwisty. Tak, naprawdę istnieli i podobni byli do tych z moich urojeń i snów.

– Bogiem a prawdą, niewiele pamiętam z jego opowieści -powiedział Edwin Schneil. – To, co mówię, podaję wyłącznie jako przykład. Co za galimatias! Przypominam sobie, tak, to pamiętam, że opowiadał o prowadzonej przez seripigariego ceremonii inicjacji młodego szamana z użyciem ayahuaski. Mówił o wizjach, jakie wtedy miał. Dziwnych, mało spójnych jak niektóre nowoczesne wiersze. Mówił też o przymiotach pewnego ptaszka: cziobiburiti; zakopanie stłuczonych kosteczek skrzydeł w podłodze domu gwarantuje rodzinną zgodę.

– Zastosowaliśmy się do tej rady i, prawdę mówiąc, nie bardzo się nam sprawdziła – zażartowała pani Schneil. – Nie sądzisz, Edwinie?

Zaśmiał się.

– Zajmują ich tymi opowieściami, są ich filmami, ich telewizją – dodał, już poważnie, po jakiejś chwili. – Ich książkami, cyrkami, tymi wszystkimi rozrywkami, które posiadamy w naszej cywilizacji. Dla nich istnieje wyłącznie jedna rozrywka. Są nią gawędziarze, którzy żadnej innej roli nie spełniają.

– Ale przecież to w gruncie rzeczy wiele ról – ośmieliłem się delikatnie wtrącić.

– Tak? – powiedział zbity z tropu. – No tak, zgoda. Ale mimo wszystko, i proszę wybaczyć, że tak uparcie do tego wracam, nie sądzę, by krył się tu jakiś aspekt religijny. Dlatego tak zwraca uwagę owa zagadkowość, tajemniczość, jaką ich otaczają.

– Otacza się tajemnicą coś, co jest dla człowieka bardzo ważne – przyszło mi na myśl.

– To nie ulega wątpliwości – potwierdziła pani Schneil. – Dla nich gawędziarze są bardzo ważni. Ale nie odkryliśmy, dlaczego.

Minął nas kolejny skryty cień, zachrzęścił i Schneilowie odchrzęścili. Zapytałem Edwina, czy wtedy rozmawiał ze starym gawędziarzem.

– Czasu mi nie starczyło. Kiedy skończył gadać, ja, prawdę mówiąc, byłem wykończony, kości już nie czułem. Od razu poszedłem więc spać. Niech pan tylko pomyśli, cztery, może pięć godzin siedzenia, w tej samej pozycji po niemal całodziennym wiosłowaniu pod prąd. I jeszcze przysłuchując się tym fajerwerkom anegdot. Nie miałem siły. Padłem, a kiedy się obudziłem, gawędziarz już odszedł. A że Macziguengowie nie lubią poruszać tego tematu, niczego więcej się nie dowiedziałem.

Był tam. W otaczającej mnie hałaśliwej ciemności Nueva Luz ujrzałem go: o skórze miedziano-zielonkawej, pooranej przez lata tysiącem zmarszczek; policzki, nos, czoło przyozdobione kółeczkami i pasami, które miały go chronić od drapieżnych pazurów i kłów, od bezlitosnych mocy wszystkich żywiołów i magii, i od strzał wrogów; niziutki, o kabłąkowatych nogach, przepasany na biodrach kawałkiem sukna i, niewątpliwie, z łukiem i kołczanem w ręku. Był tam: wędrując pośród zarośli i pni, ledwie w gąszczu widoczny, wędrując, wędrując, po przegadaniu dziesięciu godzin, ku swemu najbliższemu audytorium, by gadać dalej. Ile lat już to robił? Jak zaczął? Czy to dziedziczne zajęcie? Ktoś go wybierał? Inni to na nim wymogli?

Głos pani Schneil zdmuchnął obraz.

– Opowiedz panu o tym drugim gawędziarzu – powiedziała. – O tym, który się tak agresywnie zachował. O „Albinosie”. Na pewno pana zainteresuje.

– Tak naprawdę to nie wiem, czy był albinosem – zaśmiał się w ciemnościach Edwin Schneil. – Między sobą mówiliśmy też na niego gringo.

Tym razem spotkanie z gawędziarzem nie było przypadkowe. Edwin Schneil przebywał w obozowisku nad rzeką Timpia z zaprzyjaźnioną od dawna rodziną, kiedy ku jego zaskoczeniu zaczęły tam przybywać okoliczne rodziny w stanie niebywałego wręcz podniecenia. Edwin zwrócił uwagę na potajemne dyskusje; jak wskazują go sobie, jak odchodzą, żeby się naradzić. Odgadł przyczynę niepokoju. Powiedział, żeby się nie przejmowali, bo zaraz odpłynie. Ale w wyniku nalegania gospodarzy doszło widać do szybkiego porozumienia, bo dali mu znać, że może zostać. Kiedy jednak przybył oczekiwany przez nich gość, dyskusja wybuchła na nowo, długa, burzliwa, bo o ile gawędziarz kategorycznie zażądał, gestykulując wymownie, by obcy odszedł, o tyle miejscowa rodzina upierała się, by został. Edwin Schneil postanowił pożegnać się ze swoimi gospodarzami, mówiąc im, że nie chce być przyczyną kłótni. Zwinął w tobołek swoje rzeczy i ruszył. Szedł już ścieżką ku następnemu obozowisku, kiedy dogonili go maczigueńscy gospodarze. Mógł wrócić i zostać. Przekonali gawędziarza.

– Prawdę mówiąc, ani jedni, ani drudzy nie byli wcale aż tak przekonani, że powinienem zostać, a już najmniej przekonany był gawędziarz – dodał. – Bo moja tam obecność była mu najwyraźniej nie w smak. I okazał mi swoją niechęć, ani razu nie spojrzawszy w moją stronę. To sposób Macziguengów: uczynić kogoś niewidzialnym swoją nienawiścią. Ale więzi między nami a tą rodziną znad Timpii były naprawdę bardzo bliskie, coś w rodzaju duchowego pokrewieństwa, zwracaliśmy się do siebie „ojcze” i „synu”…

– Czy silne jest prawo gościnności wśród Macziguengów?

– Raczej prawo pokrewieństwa – odparła pani Schneil. – Jeśli „krewni” goszczą u kogoś w domu, traktowani są jak udzielni książęta. Nieczęsto się to zdarza z uwagi na dzielące ich ogromne odległości. Dlatego zawrócili Edwina i przystali na to, by mógł wysłuchać gawędziarza. Nie chcieli obrazić „krewnego”.

– Lepiej, gdyby byli mniej gościnni i pozwolili mi odejść -westchnął Edwin Schneil. – Jak tylko przypomnę sobie tę noc, to natychmiast czuję ból w kościach, a jeszcze bardziej w szczękach od ciągłego ziewania.

Gawędziarz zaczął swoje opowieści tuż przed zmierzchem, zanim słońce się skryło, i gadał przez całą noc bez przerwy. Kiedy skończył, światło rozpalało czubki drzew. Było już dawno po świcie. Edwinowi Schneilowi tak ścierpły nogi i czuł się cały tak odrętwiały, że musieli mu pomóc wstać, podtrzymać przy stawianiu pierwszych kroków, na nowo nauczyć go chodzić.

– Nigdy w życiu się tak źle nie czułem – zajęczał. – Nie mogłem już wytrzymać ze zmęczenia, z niewygodnej pozycji. Przez całą noc walczyłem z sennością i bólem mięśni. Gdybym wstał, poczuliby się bardzo urażeni. Tylko przez pierwszą godzinę, może przez dwie, wsłuchiwałem się w opowieści. A później wyłącznie toczyłem walkę z samym sobą, żeby nie zasnąć. A i tak, pomimo moich starań, głowa leciała mi to w jedną stronę, to w drugą, jak serce dzwonu.

Zaśmiał się cichutko, pogrążony we wspomnieniach.

– Do tej pory po nocach mu się śni ten koszmar z bezsenną nocą, masowaniem nóg i powstrzymywaniem ziewania – zaśmiała się pani Schneil.

– A gawędziarz? – zapytałem.

– Miał takie duże znamię – powiedział Edwin Schneil. Zamikł na chwilę, przetrząsając wspomnienia albo szukając słów do ich opisania. – I włosy jeszcze bardziej ryże od moich. Dziwny typ. Macziguengowie nazywają takich serigorompi. Oznacza to kogoś ekscentrycznego, odmieńca. A z powodu tych marchewkowych włosów my między sobą nazwaliśmy go albinosem, gringo.

Kostki miałem już pocięte przez moskity do żywej krwi. Czułem ich żądła, przed oczyma stawał mi widok igiełek zatapiających się w moją puchnącą już, pokrywającą się małymi, piekącymi nie do wytrzymania wrzodzikami skórę: to cena, jaką przychodziło mi płacić podczas każdej podróży do selwy. Amazonia nigdy mi tego nie oszczędziła.

– Duże znamię? – wymamrotałem z niejakim trudem. – Chce pan powiedzieć liszajec, utę? Taki jak ten chłopczyk, którego widzieliśmy dzisiaj rano w Nuevo Mundo…?

– Nie, nie, znamię, duże, ciemne znamię – przerwał mi Schneil, unosząc rękę. – Pokrywało mu całą prawą stronę twarzy. Niesamowity widok, zapewniam pana. Nigdy przedtem nie widziałem człowieka z takim znamieniem, nigdy i nigdzie, ani wśród Macziguengów, ani wśród innych. A i potem nie zdarzyło mi się już zobaczyć.

Na twarzy, szyi, ramionach, dłoniach, na wszystkich nie osłoniętych częściach ciała również poczułem ukąszenia owadów. Chmury rozproszyły się i Kashiri, dotychczas nimi przykryty, wisiał nad nami jasny, choć nie w całości widoczny, i przypatrywał się nam.

– Miał ryżawe włosy? – wycedziłem. W ustach mi zaschło, za to dłonie spływały mi potem.

– Nieporównanie bardziej od moich – zaśmiał się. – Prawdziwy gringo, słowo daję. Może i albinos, jakby się tak dokładniej przypatrzyć. Ja nie miałem zbyt dużo czasu, żeby mu się dobrze przyjrzeć. Mówiłem już, do jakiego stanu się doprowadziłem, uczestnicząc w tym gawędziarskim seansie. Byłem jak znieczulony. A kiedy się obudziłem, on już oczywiście odszedł. Żeby uniknąć rozmowy ze mną i spojrzenia mi w twarz.

– Ile lat mógł mieć? – wydobyłem z siebie głos z ogromnym trudem, jakbym to ja mówił przez całą noc.

Edwin Schneil wzruszył ramionami.

– A któż to wie – westchnął. – Zdążył już pan pewnie zauważyć, jak trudno jest odgadnąć ich wiek. Oni sami nie wiedzą, nie liczą tego tak jak my, a poza tym bardzo szybko osiągają ten średni wiek. Wiek maczigueński, powiedzmy. Ale pewnie był młodszy ode mnie. W pańskim wieku, chyba, może trochę młodszy.

Zakasłałem bez żadnej potrzeby, chcąc jedynie pokryć narastający niepokój. I nagle poczułem, jak ogarnia mnie dzikie, niepohamowane pragnienie, żeby natychmiast zapalić papierosa. Jakby wszystkie pory ciała rozwarły się nagle, żądając zachłyśnięcia się kłębem dymu, zaciągnięcia się tysiącem kłębów. Przed pięciu laty zapaliłem ostatniego, jak mi się wówczas zdawało, papierosa i byłem pewien, że na zawsze uwolniłem się od tytoniu, już od dawna drażnił mnie sam zapach papierosa i nagle, tutaj, nocą, w Nueva Luz, z nie wiem jakich tajemniczych głębokości, wyłoniła się przemożna, gwałtowna chęć palenia.

– Dobrze mówił po maczigueńsku? – usłyszałem własny, cichutki głos.

– Jak to dobrze? – zapytał Edwin Schneil. – No, mówił, gadał przez cały czas, nieustannie, bez przerwy, bez kropek. – Zaśmiał się nienaturalnie. – Tak jak gadają gawędziarze. Opowiadając wszystko, co się zdarzyło i co się jeszcze zdarzy. Był przecież tym, kim był.

– Tak – powiedziałem. – Ale chodzi mi o to, czy po maczigueńsku dobrze mówił. Czy nie mógł być…?

– Proszę? – zapytał Edwin Schneil.

– Nie, nic – odparłem. – Głupstwo. Nic, naprawdę. Jeszcze jak przez sen, sądząc, że myślę wyłącznie o tnących mnie moskitach i komarach i o zapaleniu papierosa, musiałem zapytać Edwina Schneila, czując dziwny ból szczęk i języka, jakbym je miał osłabione od ciągłego gadania, kiedy to miało miejsce. „Och, ze trzy i pół roku temu”, odpowiedział. Spytałem, czy zdarzyło mu się go jeszcze słyszeć albo spotkać, albo czy dotarły jakieś wieści o nim, i usłyszałem, jak odpowiada „nie” na wszystkie trzy pytania: przecież jak mi wiadomo, to temat, przy którym Macziguengowie są mało rozmowni.

Kiedy pożegnałem się ze Schneilami – spali w domu Martina – ruszyłem do chaty, gdzie rozwieszony był mój hamak, i obudziłem Lucha Llosę, żeby poprosić go o papierosa. „Od kiedy palisz?” – zdziwił się, niezgrabnie podając mi papierosa, wyrwany ze snu.

Nie zapaliłem go. Przez całą długą noc trzymałem go w palcach, przytykałem do ust, naśladując gesty palacza, kołysząc się lekko w hamaku, słysząc miarowe oddechy Lucha, Alejandra i pilotów, słysząc cykanie lasu i czując, jak mijają, jedna za drugą, opieszałe, majestatyczne, nieprawdopodobne, przepełnione zgrozą sekundy.

Do Yarinacocha wróciliśmy bardzo wcześnie. W połowie drogi musieliśmy nieoczekiwanie lądować, chroniąc się przed burzą. W maleńkiej osadzie Campów nad brzegami Urubamby spotkaliśmy amerykańskiego misjonarza, przypominającego jako żywo którąś z Faulknerowskich postaci opętanych jedną ideą, zuchwale upartych i przerażająco heroicznych. Od lat żył na tym odludziu z żoną i czeredą małych dzieci i wciąż jawi mi się w pamięci w strugach deszczu, energicznie wymachujący rękami, dyrygujący chórkiem Campów śpiewających hymny, które sam dla przykładu intonował, wydzierając się na całe gardło pod trzeszczącym od naporu ulewy i targanym przez wiatr daszkiem, który lada chwila mógł ulecieć. Dwudziestka Campów ledwo otwierała usta, sprawiając wrażenie, że nie wydają z siebie żadnych dźwięków, ale wpatrywała się w niego z ogromnym skupieniem, czujnie i z namaszczeniem, z jakim najpewniej Macziguengowie spoglądali na swych gawędziarzy.

Kiedy ponownie wystartowaliśmy, Schneilowie zapytali mnie, czy dobrze się czuję. Odpowiedziałem, że doskonale, choć jestem trochę zmęczony, bo krótko spałem. W Yarinacocha szybko przesiedliśmy się do jeepa, który zawiózł nas do Pucallpy, by tam z kolei złapać lot do Limy. W samolocie Lucho zapytał: „Coś taki ponury? Co tym razem nawaliło?” Już chciałem mu się zwierzyć, skąd ta moja mrukliwość i lekkie otępienie, już otwierałem usta, kiedy zdałem sobie sprawę, że nie dam rady. Za dużo tego jak na anegdotę; zbyt to nierealne i literackie, by mogło mieć pozory prawdopodobieństwa i zbyt poważne, żeby dowcipkować, jakby chodziło o zwykły i śmieszny przypadek.

Znałem już przyczyny tabu. Znałem? Tak. Mogło tak być? Owszem, mogło. Właśnie dlatego unikali mówienia o nich, właśnie dlatego ukrywali ich tak skrzętnie przed antropologami, lingwistami, misjonarzami przez ostatnie dwadzieścia lat, dlatego nie pojawiali się w pracach współczesnych etnologów dotyczących Macziguengów. Nie chronili instytucji gawędziarza w ogóle. Jego chronili. Niewątpliwie na jego prośbę. By nie budzić ciekawości wirakoczów co do tego nadzwyczajnego przeszczepu w plemieniu. Gorliwie i od wielu lat robili tylko to, o co ich prosił, obejmując jego osobę tabu, które z czasem rozrosło się na całą instytucję i na gawędziarza w ogóle. Jeśli rzeczywiście tak było, to znaczyło, że darzyli go ogromnym szacunkiem. Jeśli tak było, dla nich był już jednym z Macziguengów.

Tego samego dnia o północy zaczęliśmy montować program w studiu. Wpadliśmy przedtem do naszych domów, by wykąpać się i przebrać i, w moim wypadku, zajrzeć do apteki w poszukiwaniu maści i lekarstw antyalergicznych przeciw ukąszeniom moskitów. Postanowiliśmy nadać programowi formę dziennika podróży, w którym będę łączyć komentarze i wspomnienia z wywiadami przeprowadzonymi w Yarinacocha i nad górną Urubambą. Jak zwykle, Moshe przeglądając materiał, co chwila warczał na mnie, że nie sfilmowałem czegoś w inny sposób albo że sfilmowałem to właśnie tak. Wtedy przypomniałem sobie, że on też jest Żydem.

– Jak ci się żyje z narodem wybranym, tutaj, w Peru?

– Jak psu z kotem, oczywiście – odpowiedział mi. – A co? Chcesz się obrzezać?

– A mógłbyś wyświadczyć mi pewną przysługę? Dałoby się sprawdzić, co się dzieje z rodziną żydowską, która wyjechała do Izraela?

– Będziemy robić „Wieżę Babel” o kibucach? – zapytał Lucho. – To od razu szykuj się do zrobienia kolejnej o uchodźcach palestyńskich. Zaraz, zaraz, a nie kończymy całej zabawy w przyszłym tygodniu?

– Rodzina Zuratasów. Ojciec, don Salomon, miał sklepik na Brenii. Przyjaźniłem się z jego synem Saulem. Wyjechali do Izraela chyba z początkiem lat sześćdziesiątych. Gdyby można było dostać ich adres w Izraelu, moja wdzięczność nie miałaby granic.

– Zobaczę, co się da zrobić – odpowiedział Moshe. – Chyba w gminie prowadzą rejestr tego typu rzeczy.

Program o Instytucie Lingwistycznym i Macziguengach wyszedł nam dłuższy niż przewidziano w ramówce. Gdy przekazaliśmy go Kontroli, przestrzegli nas, że w tę niedzielę jest sporo czasu antenowego sprzedanego, a tym samym nietykalnego, więc jeśli sami nie skrócimy naszego programu do godziny, zrobi to dyżurny realizator, przerywając bezlitośnie emisję, gdzie popadnie. Musieliśmy skracać program na gwałtu rety i z pianą na ustach, bo czas nas gonił. W tych samych dniach realizowaliśmy bowiem ostatnią „Wieżę Babel” na następną niedzielę. Uzgodniliśmy, że będzie to przegląd wszystkich dwudziestu czterech zrealizowanych dotychczas programów. Ale, jak zwykle, musieliśmy zmienić plany. Już od początku realizowania „Wieży Babel” usiłowałem namówić Doris Gibson na wywiad i przekonać, by pomogła nam w przygotowaniu materiału o sobie i swoim życiu kobiety, przedsiębiorcy, założycielki i zarazem szefowej wielu pism, ostrej przeciwniczki i ofiary dyktatur – pewnego przesławnego razu zdzieliła po pysku policjantów przybyłych do redakcji „Caretas”, by zarekwirować najnowsze wydanie pisma – i przede wszystkim kobiety, która w społeczeństwie o wiele bardziej niż obecnie przesiąkniętym męskim szowinizmem i konserwatywnymi uprzedzeniami, potrafiła utorować sobie drogę i odnieść sukces w dziedzinach zastrzeżonych wyłącznie dla mężczyzn. Doris była również jedną z najpiękniejszych kobiet w Limie, adorowaną przez milionerów i muzą sławnych malarzy i poetów. Porywcza, a tak naprawdę bardzo wstydliwa Doris odrzucała moje prośby, twierdząc, że kamera ją onieśmiela. Ale w ostatnim tygodniu naszej telewizyjnej przygody nagle zmieniła zdanie, przesyłając wiadomość, że zgadza, się na wystąpienie w programie.

Przeprowadziłem więc z nią wywiad i rozmowa ta, razem z podsumowaniem naszych poprzednich programów, zakończyła „Wieżę Babel”. Program, który wraz z Moshem, Luchem, Alejandrem oglądałem u siebie w domu, przy stole zastawionym chińskimi daniami i zimnym piwem – do końca pozostał wierny swemu przeznaczeniu, padając znowu ofiarą nieuniknionych usterek technicznych. Z tajemniczych jak zwykle przyczyn – przez niebiański sabotaż – stanowiących w naszej stacji telewizyjnej chleb powszedni, w chwili emisji pojawiła się ni stąd, ni zowąd muzyka jazzowa i pozostała jako dźwięczne tło dla opowiadanych przez Doris anegdot o dyktaturze generała Odrii, policyjnych rekwizycjach „Caretas” czy malarstwie Servula Gutierreza.

Po obejrzeniu programu, gdy piliśmy toast za jego śmierć, bezpowrotną śmierć, rozległ się dźwięk telefonu. Dzwoniła Doris, żeby zapytać, czy nie lepiej było zamiast tej cokolwiek niesamowitej muzyki jazzowej ożywić rozmowę rytmami arekipeńskiego yaravi (a pośród wielu innych przymiotów Doris jest zagorzałą patriotką i miłośniczką swojej Arequipy). Kiedy Lucho, Moshe i Alejandro przestali wreszcie rechotać z wyjaśnień, które wymyślałem, by usprawiedliwić obecność jazzu w naszym programie, Moshe powiedział:

– Ach, słuchaj, póki pamiętam. Sprawdziłem to, o co mnie prosiłeś.

Minął już ponad tydzień, a ja mu się nie przypominałem, bo na dobrą sprawę przeczuwałem, jaka będzie odpowiedź, i ostateczne jej potwierdzenie co nieco mnie przerażało.

– Zdaje się, że wcale nie wyjechali do Izraela – powiedział. -Skąd ty to wyciągnąłeś?

– Zuratasowie? – zapytałem, świetnie wiedząc, co mi odpowie.

– A przynajmniej nie wyjechał don Salomon Zuratas. Umarł tutaj. Pochowany jest na cmentarzu żydowskim w Limie, na tym przy alei Colonial. – Moshe wyjął z kieszeni karteczkę i przeczytał: – 23 października 1960 roku. I tego dnia został pogrzebany, jeśli już chcesz wiedzieć. Mój dziadek znał go i był na jego pogrzebie. A co do jego syna, tego twojego przyjaciela, mógł nawet pojechać do Izraela, ale nie zdołałem się niczego dowiedzieć. Nikt nie umiał mi nic powiedzieć na jego temat.

Ale ja tak, pomyślałem. Ja wiem wszystko.

– On miał takie duże znamię na twarzy, nie? – zapytał Moshe. – Mój dziadek nawet i to pamięta. Miał takie przezwisko: Upiór w Operze, tak?

– Miał ogromne znamię. Przezywaliśmy go Maskamiki.

VII

Dzieją się rzeczy dobre i rzeczy złe. Złą rzeczą jest to, że ginie mądrość i wiedza. Przedtem nie brakowało seripigarich i jeśli wędrujący człowiek nie wiedział, co jeść, a czego nie jeść, jak wyleczyć się z dolegliwości lub które kamienie chronią przed Kientibakorim i jego diablętami, po prostu przychodził i pytał. Zawsze w pobliżu był jakiś seripigari. Popalając, popijając wywar, zastanawiając się i rozmawiając z saankarite w wyższych krainach, rozmyślał nad odpowiedzią. Teraz jest ich niewielu, a co poniektórzy nie zasługują nawet na miano seripigarich, bo pomyślcie tylko, czy potrafią oni udzielić jakiejkolwiek rady. Ich mądrość zaschła niczym zrobaczywiały korzeń, być może. To powoduje wiele zamętu. Tak mówią, wszędzie gdzie przybywam, wędrujący ludzie. Może za mało się ruszamy? Pytają. Może żeśmy się zanadto rozleniwili? Uchybiamy naszym świętym obowiązkom, może.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Najmądrzejszy seripigari, jakiego znałem, odszedł. Może wrócił, może i nie wrócił. Żył po drugiej stronie Wielkiego Przełomu, nad rzeką Kompiroshiato. Zwał się Tasurinczi. Nie istniał dlań żaden sekret ani na tym, ani w tamtych światach. Potrafił rozróżniać robaki, które można jeść, po kolorze ich pierścieni i sposobie pełzania. Przypatrywał im się swym głębokim spojrzeniem, mrużąc oczy, o tak. Długo im się przypatrywał. I nagle już wiedział. Wszystko, co wiem o robakach, wiem dzięki niemu. Ten, który wylęga się w trzcinie, czakokieni, jest dobry, niedobry za to jest ten, który żywi się lupu-ną. Dobry jest ten z gnijących pni, shigopi, i ten z liści manioku. Zupełnie niedobry jest ten, który gnieździ się w skorupie żółwia. Najlepszy i najsmaczniejszy jest ten z wytłoczyn po manioku i kukurydzy przygotowanych na masato. Ten robak, kororo, pozostawia słodki smak w ustach, czyści żołądek, zabija głód i łagodnie usypia. Za to ten ze zdechłego kajmana wyrzuconego na brzeg pali ciało i przyprawia o wizje jak z niedobrego zamroczenia.

Dzięki Tasurincziemu znad Kompiroshiato ludziom żyło się lepiej. A znał on wszystkie możliwe rady na wszystko. Wielu z nich mnie nauczył. Przypominam sobie teraz jedną. Człowieka, który umiera od ukąszenia żmii, trzeba natychmiast spalić; w przeciwnym razie z jego szczątków narodzą się gady i cały las wokół aż kipieć będzie od jadowitych zwierząt. I taką też pamiętam. Nie wystarczy spalić domu tego, który odchodzi, ale trzeba odwrócić się wtedy plecami. Patrzenie na płomienie przynosi nieszczęście. Strach było rozmawiać z tym seripigarim. Nagle okazywało się, jak wielu rzeczy nie wiemy. Z niewiedzy narażamy się na niebezpieczeństwa, być może. „Jak zdążyłeś nauczyć się tylu rzeczy?” – pytałem go i mówiłem: „Bo wygląda to, jakbyś już żył w czasach, kiedy jeszcze nie zaczęliśmy wędrować i że wszystko widziałeś i wszystkiego skosztowałeś”.

„Najważniejsze jest uzbroić się w cierpliwość i pozwolić, by to, co ma się stać, po prostu się stało”, odpowiadał mi. „Jeśli człowiek żyje spokojnie, bez zniecierpliwienia, ma czas na zastanowienie się, zapamiętanie i rozpamiętanie wszystkiego”, mówił. W ten sposób napotka swoje przeznaczenie, być może. Będzie żyć zadowolony, przypuszczalnie. Czego się nauczy, nie zapomni. Jeśli się niecierpliwi, chcąc przegonić czas, świat się gmatwa, ponoć. I dusza wpada w glinianą pajęczynę. To jest zamęt. Zło najgorsze, mówią. Na tym świecie i w duszy wędrującego człowieka. Bo wtedy nie wie, co robić, dokąd iść. Nie potrafi również się bronić. Co ja pocznę? Co powinienem robić? – pyta ciągle. Wówczas diabły i diablęta wtrącają się w jego życie i nawet jego życiem igrają. Jak dzieci zmuszające żaby do skakania pewnie igrają. Błędy zawsze popełnia się z zamętu, ponoć.

„Co należy robić, żeby nie tracić spokoju ducha, Tasurinczi?” „Jeść, co należy, i przestrzegać zakazów, gawędziarzu”. W przeciwnym razie każdemu może przydarzyć się to, co przydarzyło się Tasurincziemu, wtedy.

A co mu się przydarzyło?

Oto, co mu się przydarzyło. To było przedtem.

Był wielkim myśliwym. Wiedział, jakiej trzeba pułapki na każde zwierzę, jakiego węzła na jakiego ptaka. Potrafił dobrze zamaskować klatkę, by znalazła się w niej kapibara. Ale przede wszystkim umiał świetnie strzelać z łuku. Jego strzały trafiały w cel za pierwszym strzałem, zawsze.

Pewnego dnia, gdy wyszedł na polowanie, przestrzegając przedtem postu i odpowiednio wymalowany, usłyszał poruszające się nieopodal liście. Domyślił się, że za nimi jest coś dużego, i zatrzymał się, myśląc sobie: „To musi być wielkie zwierzę!” Zbliżało się powoli, nie zachowując czujności. Tasurinczi, nie sprawdzając, co to może być, bez namysłu wystrzelił z łuku. Pobiegł. Leżało tam zabite. Co też ustrzelił? Jelenia. Bardzo się przeraził, oczywiście. Teraz czeka go jakieś nieszczęście. Co czeka kogoś, kto zabija zakazane zwierzę? W pobliżu nie było żadnego seripigariego, który mógł coś poradzić. Jego ciało pokryje się pęcherzami? Zacznie mu dolegać okropny ból? Kamagarini tej nocy wyrwą mu duszę i zawieszą ją na czubku drzewa sępom na pożarcie? Minęło wiele księżyców i nic mu się nie stało. Wtedy Tasurincziemu pycha pewnie uderzyła do głowy. „Ten zakaz zabijania jeleni jest oszustwem”, słyszeli, jak gadał, jego krewni. „To tylko gadanina tchórzy”. „Jak śmiesz tak mówić!” – strofowali go, rozglądając się na boki, w górę i w dół, śmiertelnie przerażeni. „Zabiłem jednego i czuję się spokojny i szczęśliwy”, odpowiadał im.

Od słowa do słowa i Tasurinczi jak zapowiadał, tak zaczął polować na jelenie. Szedł ich tropem aż do miejsca, gdzie chodziły lizać słoną ziemię. Szedł ich tropem do spokojnych zatoczek służących im za wodopoje. Szukał grot, gdzie łanie rodziły jelonki. Czatował w kryjówce i zoczywszy jelenia, przeszywał go strzałą. Konały, patrząc nań swymi wielgachnymi oczami. Z ogromnym smutkiem, jakby pytając: „Co mi zrobiłeś?” Zarzucał je sobie na ramiona. Zadowolony może nawet. Nie przejmując się tym, że spływa krwią upolowanej zwierzyny. Niczym się już pewnie nie przejmował. Niczego się nie obawiał. Przynosił zwierzę do domu i mówił żonie: „Przyrządź go. Jak tapira go przyrządź”. Żona potulnie dawała mu posłuch, trzęsąc się ze strachu. Czasami próbowała go przestrzec. „To mięso sprowadzi na nas nieszczęście”, popłakiwała. „Na ciebie, Tasurinczi, na mnie i być może na wszystkich. Przecież nie jesteśmy Czonczoitami? Od kiedy to Macziguenga spożywa ludzkie mięso?” Wyśmiewał się z niej. Łapczywie pożerając kęs za kęsem, gryząc i przeżuwając, mówił: „Jeśli jelenie są przemienionymi ludźmi, Czonczoici mają rację. To jest jedzenie, to jest smaczne. Spójrz, jaka to dla mnie uczta, spójrz, jaką mi to sprawia radość”. I puszczał głośne wiatry. A w lesie Kientibakori pił masato, tańczył i świętował. Każde jego pierdnięcie było niczym grzmot, a beknięcie niczym ryk jaguara.

I rzeczywiście, mimo że polował na jelenie i spożywał ich mięso, Tasurinczi żył zdrów i cały. Część rodzin była zatrwożona, część, idąc za jego przykładem, zaczęła jeść zakazane mięso. W świecie zapanował więc zamęt.

Pewnego dnia Tasurinczi natrafił w lesie na trop. Uradował się bardzo. Trop był wyraźny i można było bez żadnych trudności podążać za nim. Doświadczenie mówiło Tasurincziemu, że to stado jeleni. Przez wiele księżyców, z bijącym sercem, pełen nadziei, podążał za nimi. „Ile ich upoluję?” – marzył sobie. „Może tyle, ile mam strzał przy sobie. Jednego po drugim zaciągnę do domu, poćwiartuję, zasolę i będziemy mieli jedzenia na bardzo długo”.

Ślady prowadziły do maleńkiego jeziora o ciemnych wodach; w jednym z jego zakątków spływała kaskada ukryta za gałęziami i liśćmi. Roślinność zagłuszała szum wody, a całe miejsce wydawało się z Inkite, a nie z tego świata. Taki tam spokój panował, ponoć. Tutaj stado miało swój wodopój. Tu pewnie gromadziły się jelenie, by pożywić się zdobytym w ciągu dnia jedzeniem. Tu pewnie spały, grzejąc się nawzajem. Podniecony swoim odkryciem Tasurinczi rozejrzał się po okolicy. Znalazł; to drzewo będzie najodpowiedniejsze. Stamtąd będzie miał najlepszy widok, stamtąd wystrzeli ze swego łuku. Wspiął się na drzewo, okrył swą kryjówkę gałęziami i liśćmi. Cichuteńko, cichuteńko, jakby wszystkie jego dusze uleciały, a ciało było jedynie pustym workiem, zaczął czekać.

Nie czekał długo. Po chwili do jego czułych trop, trop uszu wielkiego myśliwego doszły z daleka werble jelenich racic trop, trop, trop. Niebawem go ujrzał: był to wysoki, dumny jeleń o smutnym spojrzeniu człowieka, którym był przedtem. Tasurincziemu rozbłysły więc oczy. Ślinę być może nawet przełknął, „jaki świeży, jaki pyszny” myśląc. Wycelował i strzelił. Ale strzała ze świstem przeszła obok jelenia, jakby specjalnie zmieniając lot, żeby nie trafić zwierzęcia, i zniknęła w głębi lasu. Ile razy może umierać człowiek? Wiele razy, ponoć. Ale ten jeleń nie umarł. I nie spłoszył się. Co się dzieje? Zamiast uciekać, zaczął pić. Stanął nad brzegiem jeziora i wyciągając szyję, zanurzając i wynurzając pysk, chłepcząc językiem, pił, chłyp, chłap. Chłyp, chlap, zadowolony. Jakby nie czuł czyhającego niebezpieczeństwa. Spokojny. Głuchy może? Może to jeleń bez węchu? Tasurinczi już przygotował drugą strzałę. Trop, trop. Dostrzegł, że rozsuwając gałęzie, poruszając liśćmi, nadchodzi drugi jeleń. Stanął obok pierwszego i zaczął chłeptać wodę. Bardzo zadowolone wydawały się oba pijące wodę jelenie. Chłyp, chłap. Tasurinczi naciągnął łuk. I tym razem nie trafił. Co się dzieje? Oba jelenie spokojnie popijały, niczego się nie bojąc, nie uciekając. Więc co się z tobą dzieje, Tasurinczi? Ręka może ci drży za bardzo? Może tracisz wzrok? Nie potrafisz ocenić odległości? Co miał począć. Wątpił i nie dowierzał. Dla niego świat spowiły ciemności. I strzelał przez cały czas. Wszystkie strzały wystrzelił. Trop, trop. Trop, trop. A jeleni przybywało. Jeden po drugim, coraz więcej i więcej. W uszach Tasurincziego wciąż rozbrzmiewał werbel ich racic. Trop, trop. Wydawało się, że przychodzą nie z tego, ale z dolnego lub z górnego świata. Trop, trop. Wtedy pewnie zrozumiał. Być może. I kto tu wpadł w pułapkę, Tasurinczi, jelenie czy ty?

Jelenie stały tam, spokojne i pogodne. Popijając, pojadając, odpoczywając, łącząc się w pary. Pocierały się szyjami, bodły się. Jakby nic się nie stało i nic stać się nie miało. Ale Tasurinczi wiedział, że one wiedzą, że on tam jest. Tak chciały pomścić swoich zmarłych? Zamęczając go tym oczekiwaniem? Nie, to pewnie dopiero początek. To, co miało się zdarzyć, nie zdarzy się w słońcu Inkite, ale później, w godzinę Kashiriego. Urażonego, splamionego. Ściemniło się. Niebo pokryło się gwiazdami. Kashiri posłał swe blade światło. Tasurinczi widział, jak w oczach jeleni polśniewa tęsknota za czasem, kiedy były ludźmi, i smutek, że już nie mogą wędrować. Nagle zwierzęta ruszyły, jak na rozkaz. Jednocześnie, zdaje się. Wszystkie szły ku drzewu Tasurincziego. Gromadziły się u jego stóp. Było ich bez liku. Wyrósł więc cały las jeleni. Jeden za drugim, po kolei, nie pchając się, nie przeszkadzając sobie, bodły drzewo. Wpierw jakby dla zabawy, później mocniej. I jeszcze mocniej. Smutny był Tasurinczi. „Zaraz spadnę”, mówiąc sobie. Nigdy by nie uwierzył, że nim odejdzie, będzie jak małpa shimbillo trzymał się z całych sił gałęzi, by nie utonąć w tych jelenich ciemnościach. Całą noc jednak wytrzymał. Zalewając się potem i jęcząc, wytrzymał, nim ramiona i nogi odmówiły mu posłuszeństwa. O świcie, całkowicie wyczerpany, zsunął się. „Trzeba mi pogodzić się z losem”, mówiąc.

I teraz jest jeszcze jednym jeleniem, jak pozostałe. Wędruje pewnie to w górę, to w dół lasu, trop, trop. Ucieka przed jaguarem, boi się węża. Trop, trop. Kryje się przed pumą i przed strzałą myśliwego, który z niewiedzy lub z podłości zabija i zjada jego braci.

Zawsze kiedy spotykam jelenia, przypominam sobie historię seripigariego znad rzeki Kompiroshiato. A może ten jest Tasurinczim, myśliwym? Któż to może wiedzieć. Ja, przynajmniej, nie mógłbym stwierdzić, czy ten akurat jeleń był przedtem, czy też nie był wędrującym człowiekiem. Ustępuję tylko i przyglądam mu się. Może mnie rozpoznaje; może widząc mnie, myśli sobie: „Byłem taki jak on”. Kto wie.

Podczas niedobrego zamroczenia maczikanari znad tęczowej rzeki, Yoguieto, zamienił się w jaguara. A skąd o tym wiedział? Bo nagle poczuł gwałtowną chęć zabijania i zjadania jeleni. „Wściekłość mnie oślepiła”, mówił. I rycząc z głodu, puścił się w las tropem jeleni. Aż natrafił na jednego i go zabił. Kiedy na powrót stał się maczikanarim, w zębach miał włókienka mięsa, a paznokcie krwawiły mu od szarpania. „Kientibakori chyba nie posiadał się z radości”, mówił. Pewnie tak.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Tak jak i jeleń, każde leśne zwierzę ma pewnie swoją historię. Małe zwierzę, średnie i duże. I latające jak koliber. I pływające jak bystrzyk. I zawsze biegające w stadzie jak pekari. Wszystkie przedtem były kimś innym. Wszystkim musiało przydarzyć się coś, co dałoby się opowiedzieć. Chcielibyście poznać historie o nich? Też bym chciał. Wiele z tych, które znam, opowiedział mi seripigari znad Kompiroshiato. Gdyby to tylko ode mnie zależało, jeszcze bym ich słuchał, tam, tak jak wy teraz tutaj. Ale pewnego dnia wyrzucił mnie z domu. „Jak długo chcesz tu siedzieć, Tasurinczi?” – zganił mnie. „Musisz iść, ty jesteś gawędziarzem, a ja seripigarim, a ty nic tylko pytasz i pytasz, i każesz mi tyle gadać, że w siebie mnie przemieniasz. Chciałbyś stać się seripigarim? Musiałbyś raczej na nowo się urodzić. Przejść wszystkie próby. Oczyścić się. Przeżyć wiele zamroczeń, dobrych i niedobrych, i przede wszystkim dużo się nacierpieć. Wiedza i mądrość wymagają olbrzymich trudów. Stary już jesteś, nie sądzę, żeby ci się to udało. A poza tym, kto wie, jakie naprawdę jest twoje przeznaczenie. Odejdź już, zacznij wędrować. Zacznij mówić, gawędzić. Nie zmieniaj porządku świata, gawędziarzu”.

To prawda, wciąż zadawałem mu pytania. Wiedział wszystko i to podsycało moją ciekawość. „Dlaczego wędrujący ludzie malują sobie ciała farbą z acziote?” – zapytałem go raz. „Dzięki moritoni”, odpowiedział. „Chcesz powiedzieć, że dzięki temu ptaszkowi?” „Tak, właśnie dzięki niemu”. I wtedy kazał mi się zastanowić. Jak sądzisz, dlaczego Macziguengowie unikają zabijania moritoni, co? Dlaczego, kiedy spotykają go na pastwiskach, uważają, żeby go nie zdeptać? A dlaczego, gdy pojawia się na drzewie i dostrzegasz jego białe nóżki i czarną pierś, odczuwasz wdzięczność? Dzięki roślinie acziote i ptaszkowi moritoni wędrujemy, Tasurinczi. I bez niej, i bez niego wędrujący ludzie zniknęliby. Zagotowaliby się, poparzyli od pęcherzy, pękających bąbelków.

To było wcześniej.

Moritoni był wówczas wędrującym dzieckiem. Jedną z jego matek była Inaenka. Tak, tak, choroba, od której psuje się ciało, była wtedy kobietą. Zła choroba, która pali twarz i zostawia w niej same dziury. Ona była tą chorobą i ona też była matką moritoni. Wyglądała tak samo jak wszystkie inne kobiety, ale kulała. Wszystkie diabły kuleją? Zdaje się, że tak. Mówią, że Kientibakori też kuleje. Zła była Inaenka na tę swoją kulawość; nosiła długą, bardzo długą cushmę, tak długą, że nigdy nóg nie było jej widać. Niełatwo było ją rozpoznać, wiedzieć, że nie jest kobietą, ale tym, kim jest.

Tasurinczi łowił przy brzegu. Nagle ogromny sungaro wpadł w sieć. Ucieszył się Tasurinczi. Z tykwę tłuszczu będzie mógł wycisnąć, być może. W tej samej chwili ujrzał naprzeciw siebie przemierzające wody rzeki kanoe. Dostrzegł wiosłującą kobietę i gromadkę dzieci. Seripigari, który wdychał tytoń, siedząc w chacie Tasurincziego, od razu odgadł niebezpieczeństwo. „Nie wołaj jej”, ostrzegł go. „Nie widzisz, że to Inaenka?” Ale niecierpliwy Tasurinczi już gwizdnął, już ją pozdrowił. Wiosła pchające kanoe uniosły się. Tasurinczi ujrzał przybijającą łódź. Kobieta wyskoczyła na brzeg, zadowolona.

„Jakiego pięknego sungaro złowiłeś, Tasurinczi”, powiedziała doń, zbliżając się. Szła powolutku i nie zauważył, że kuleje. „Śmiało, zanieś go do swego domu, ja ci go przyrządzę. Dla ciebie go przyrządzę”.

Tasurinczi, wbity w dumę, posłuchał. Zarzucił rybę na ramię i ruszył ku swej chacie, nie wiedząc, że spotkał swoje przeznaczenie. Wiedząc, co go czeka, seripigari patrzył nań ze smutkiem. Gdy Tasurinczi już niemal dochodził do chaty, sungaro ześlizgnął się z jego ramienia ściągnięty przez niewidzialnego kamagarini. Tasurinczi zobaczył, że ryba, znalazłszy się na ziemi, zaczęła tracić skórę, jakby polano ją wrzątkiem. Tak był zaskoczony, że nie był w stanie wezwać seripigariego ani się ruszyć. To był strach. Może zęby mu szczękały nawet. Otumanił go chyba strach, pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, że i z nim zaczyna się dziać to samo co z rybą. Dopiero kiedy poczuł, że go piecze, a w nozdrza uderzył zapach spalonego mięsa, spojrzał na swoje ciało: z niego też schodziła skóra. W niektórych miejscach mógł już dostrzec swe krwawiące wnętrzności. Padł na ziemię przerażony, wrzeszcząc. Wierzgając nogami i płacząc, leżał na ziemi Tasurinczi. Wówczas podeszła doń Inaenka i spojrzała nań swą prawdziwą twarzą, którą był pęcherz wrzącej wody. Dokładnie oblała go wrzątkiem, z zadowoleniem przyglądając się, jak Tasurinczi, tak samo jak sungaro, traci skórę, gotuje się cały w pęcherzykach i umiera od złej choroby.

Inaenka zaczęła tańczyć, rozradowana. „Jestem panią choroby, która natychmiast zabija”, krzyczała, urągając ludziom. Wrzeszczała ze wszystkich sił, żeby cały las ją usłyszał. „Zabiłam ich, a teraz ugotuję, przyprawię acziote i zjem”, krzyczała.

Kientibakori i jego diabliki też tańczyli, rozradowani, popychając się i gryząc w lesie. „Ehej, ehej, to Inaenka”, śpiewając.

Wówczas dopiero kobieta z twarzą z wrzącego pęcherza zauważyła, że jest tam również seripigari. Patrzył spokojnie na to, co się działo, bez strachu, wdychając przez nos swój tytoń. Kichał jakby nigdy nic, jakby jej tam nie było i jakby nic się nie stało. Inaenka postanowiła go zabić. Podeszła doń i już chciała go skropić wrzątkiem, kiedy seripigari, opanowany, pokazał jej dwa białe kamienie dyndające u jego szyi.

„Póki mam te kamienie, nic mi nie możesz zrobić”, przypomniał jej. „Chronią mnie przed tobą i przed każdym złem na świecie. A może o tym nie wiesz?”

„To prawda”, odpowiedziała Inaenka. „Poczekam tu, u twego boku, aż zaśniesz. Wtedy zabiorę ci kamienie, rzucę je do rzeki i skropię twoje ciało do woli. Nic cię nie uratuje. Tak samo zejdzie ci skóra jak rybie sungaro i pokryje się pęcherzami jak Tasurincziemu”.

Pewnie tak się miało stać, może. Choćby i z całych sił się opierał, seripigari nie był w stanie pokonać senności. W nocy, otumaniony kłamliwym światłem Kashiriego, poplamionego, zasnął. Inaenka, kulejąc, podeszła doń. Z ogromną delikatnością zdjęła mu obydwa kamienie i rzuciła w nurt rzeki. I wtedy mogła go już pokropić wodą z dużego pęcherza, którym była jej twarz, i z radością zaczęła się przyglądać, jak ciało seripigariego się gotuje, pokrywa nieskończoną liczbą pęcherzyków, jak skóra zaczyna z niego złazić, pękać zaczyna.

„Ale mnie teraz uczta czeka”, słychać było, jak krzyczy, skacząc i tańcząc. Z czółna stojącego przy brzegu jej dzieci widziały wszystkie nieszczęścia czynione przez Inaenkę. Przejęte były, pewnie. Smutne, być może.

W pobliżu rosła roślina acziote. Jeden z synów kobiety-choroby dostrzegł, że roślinka wyciąga gałązki i potrząsa ku niemu Usteczkami. Może chciała mu coś powiedzieć? Chłopczyk podszedł do niej i schronił się pod płonącymi oparami jej owoców. „Ja jestem Potsotiki”, usłyszał jej drżący głos. „Inaenka, twoja matka, wyniszczy wędrujący lud, jeśli czegoś nie zrobimy”. „A co możemy zrobić?” – zasmucił się chłopczyk. „Ona ma tę moc, ona jest chorobą, która natychmiast zabija. Jeśli chcesz pomóc mi uratować wędrujących ludzi, to damy radę. Jeśli oni znikną, słońce upadnie. Przestanie grzać ten świat. A może wolisz, żeby wszystko było mrokiem i żeby wszystkim zawładnęły diabły Kientibakoriego?” „Pomogę ci”, odpowiedział chłopiec. „Co mam zrobić?”

„Zjedz mnie”, odparła roślina. „Twarz ci się odmieni i matka cię nie pozna. Podejdziesz do niej i powiesz: «Znam pewne miejsce, gdzie niedoskonali stają się doskonałymi; potwory -ludźmi. Tam twoje nogi staną się takie jak nogi innych kobiet*. I wtedy zaprowadzisz ją w to miejsce”. Mądrze poruszając liśćmi i gałęźmi w radosnym tańcu i potrząsając owocami, Potsotiki wytłumaczyła dziecku, w którym kierunku ma się udać.

Inaenka zajęta rozszarpywaniem szczątków tych, których zabiła, patrząc na wypływające trzewia i serca, nie zdawała sobie sprawy, co też tam knują. Kiedy wszystko już poćwiartowała, upiekła mięso i przyprawiła swym ulubionym acziote. W tym czasie chłopiec zjadł już Potsotiki. Stał się dzieckiem czerwonym, glinianoczerwonym, czerwonym czerwienią acziote. Podszedł do swej matki, a ta go nie poznała. „Ktoś ty?”, zapytała go. „Jak śmiesz podchodzić do mnie, nie trzęsąc się ze strachu? Czyżbyś nie wiedział, kim jestem?”

„Jasne, że wiem”, powiedział chłopczyk-acziote. „Przyszedłem po ciebie, bo znam takie miejsce, gdzie będziesz mogła być szczęśliwa. Wystarczy stanąć na tej ziemi i wykąpać się w jej rzekach, a wszystko, co człowiek ma krzywe, natychmiast się prostuje. I wszystkie utracone członki mu odrastają. Zaprowadzę cię tam. Przestaniesz kuleć. Będziesz szczęśliwa, Inaenko. Chodź, idź za mną”.

Z takim przekonaniem mówił, że Inaenka, oczarowana chłopcem o dziwnym kolorze, który nie bał się jej i przyrzekał to, czego najbardziej pragnęła – normalne nogi – poszła za nim.

Odbyli nie kończącą się podróż. Niejeden las przeszli, niejedną rzekę i jezioro przepłynęli, niejeden przełom pokonali; na niejedną górę weszli i z góry zeszli, by przejść przez kolejne lasy. Wiele razy zmoczył ich deszcz. Piorun błyskał nad ich głowami, a burza ogłuszała swoim grzmotem. Jeszcze tylko przejść musieli dymiące bagnisko z gwiżdżącymi motylami i dotarli. Byli w Oskiaje. Tu łączą się wszystkie rzeki z tego świata i z innych; Meshiareni spływa tam z nieba pełnego gwiazd i Kamabiria, której wody niosą dusze zmarłych ku najgłębszym światom, też tamtędy przepływa. I były tam najprzeróżniejsze, wszelkiej postaci i wielkości, potwory, przywołujące Inaenkę swymi trąbami i szponami. „Chodź, chodź, jesteś jedną z nas”, mruczące.

„Po co mnie tutaj przyprowadziłeś?” – wyszeptała Inaenka, niespokojna, zła, wyczuwszy wreszcie podstęp. „Stąpnęłam na tej ziemi, a moje nogi nadal są krzywe”.

„Przyprowadziłem cię tutaj za radą Potsotiki, rośliny acziote”, wyjawił jej syn. „Żebyś przestała niszczyć wędrujący lud. Słońce nie może upaść z twojej winy”.

„Dobrze więc”, powiedziała Inaenka, pogodzona ze swym losem. „Uratowałeś ich, być może. Ale ciebie prześladować będę dniem i nocą. Dniem i nocą, dopóki nie skropię cię ogniem mojej wody. Pęcherzami cię pokryję. Będę się przyglądać, jak wierzgasz nogami i złazi ci skóra. I z twoich cierpień będę się śmiać. Nie będziesz mógł uwolnić się ode mnie”.

Ale uwolnił się. Co prawda, żeby uciec od Inaenki, jego dusza musiała zrezygnować ze swej ludzkiej powłoki. Opuściła ją i błądząc, błądząc w poszukiwaniu schronienia, wcieliła się w tego białonogiego, czarnego ptaszka. I teraz jest ptaszkiem moritoni. Teraz żyje nad rzeką, a śpi na łąkach, opatulony trawą. Dzięki niemu i Potsotiki wędrujący ludzie zostali uratowani od choroby, która zdziera skórę, pali i zabija natychmiast. Dlatego malujemy ciała farbą z acziote, zdaje się. Bo w Potsotiki szukamy ochrony. Napotkawszy śpiącego w trawie moritoni, nikt go nie depcze; omija go raczej. Kiedy jakiś moritoni wpada w pułapkę z rozwidlonych i nasączonych żywicą gałęzi rozmieszczanych przy wodopojach, myśliwy odlepia go, chucha nań, by przestał drżeć z przerażenia i z zimna, a kobiety tulą go między piersiami, póki nie nabierze sił do lotu. To bierze się z tego, pewnie.

Nic nie dzieje się ot, tak sobie tylko, mawiał Tasurinczi seripigari znad Kompiroshiato. Wszystko ma swoje wytłumaczenie, wszystko jest przyczyną i skutkiem czegoś. Być może. Więcej jest bożków i diabląt niż kropel wody w największym jeziorze i w rzece największej, mawiał. Są wszędzie i pośród wszystkiego. Potomstwo Kientibakoriego, żeby wprowadzać w świecie bałagan, i synowie Tasurincziego, żeby porządek świata zachować. Kto zna przyczyny i skutki, ten mądrość posiada, być może. Ja jeszcze do niej nie doszedłem, mawiał, choć wiem coś niecoś i potrafię robić rzeczy, których reszta nie potrafi. A jakie, Tasurinczi? Latać, rozmawiać z duszą zmarłego, odwiedzać światy z dołu i z góry, wchodzić w ciała żywych, przepowiadać przyszłość i rozumieć język niektórych zwierząt. To dużo. Ale wielu innych rzeczy nie potrafię.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Prawda, odgadł to: gdybym nie był gawędziarzem, chciałbym być seripigarim. Mądrze kierować zamroczeniami, żeby zawsze były dobre. Pewnego razu, tam, nad rzeką tapira, Kimariato, miałem złe zamroczenie i przeżyłem w nim historię, której wolałbym nie rozpamiętywać. Ale, mimo wszystko, wciąż ją pamiętam.

Oto ta historia.

To było później, nad rzeką tapira.

Byłem człowiekiem. Miałem rodzinę. Spałem. I obudziłem się nagle. Ledwo otworzyłem oczy, zrozumiałem, aj, Tasurinczi! A więc przeistoczyłem się w owada. W karalucha macza-kuj, być może. Tasurinczim-gregorem byłem. Leżałem na plecach. Świat wtedy stał się pewnie większy. Docierało do mnie wszystko. Te włochate nogi w pierścienie, to były moje nogi. Te skrzydła w kolorze gliny, przezroczyste, trzeszczące przy każdym moim ruchu, sprawiające mi ból, przedtem były pewnie moimi ramionami. Otaczający mnie odór – moim zapachem? Widziałem ten świat zupełnie inaczej: dół jego i jego górę, przód jego i tył widziałem jednocześnie. Bo teraz, będąc owadem, miałem wiele oczu. Co ci się takiego stało, Tasurinczi-gregorze? Zły czarodziej, zjadłszy kosmyk twoich włosów, odmienił cię? Diablę kamagarini, wchodząc w ciebie przez oko twoich pośladków, tak cię przeistoczyło? Poczułem wielki wstyd, rozpoznając się. Co powie moja rodzina? Boja miałem rodzinę jak inni wędrujący ludzie, zdaje się. Co pomyślą, ujrzawszy mnie przemienionego w takie paskudztwo? Takiego karalucha maczakuj rozdeptać tylko, nic więcej. A bo to można go zjeść? A może z dolegliwości jakiejś leczy? Pewnie nawet maczikanari do swych brudnych mikstur go nie używa.

Ale moi krewni nic nie mówili. Jakby nigdy nic, przychodzili i wychodzili z chaty, odpływali i przypływali rzeką, jakby nie dostrzegali nieszczęścia, jakie mnie dotknęło. Pewnie ich też wstyd ogarniał. Mówiąc: „Ale go odmieniono!” I dlatego chyba nawet nie wymawiali mego imienia. Kto wie. A tymczasem ja widziałem wszystko. Świat wydawał się równie zadowolony jak przedtem. Widziałem dzieci, jak unosiły kamienie z mrowisk i wyjadały ze smakiem mrówki o słodkiej skorupce, walcząc o nie, wyrywając je sobie. Mężczyzn udających się na poletka manioku, by oczyścić je z traw lub malujących się acziote i huito przed ruszeniem na łowy. Kobiety, które kroiły maniok, przeżuwały go, wypluwały i zostawiały w tykwach na masato lub rozplątywały bawełnę, żeby tkać cushmy. O zmierzchu starzy przygotowywali ogień. Widziałem, jak rozcinali lianę na dwie części, wydziobywali dziurkę przy końcówce mniejszego kawałka, stawiali na ziemi przytrzymując stopami, opierali drugi kawałek liany o dziurkę i kręcili nim, kręcili cierpliwie, póki nie zaczynał wydobywać się wątły dym. Widziałem, jak w liść banana zbierali popiół, owijali bawełną i potrząsali, dopóki nie buchał ogniem. Wówczas rozpalali ogniska i wokół nich spały rodziny. Mężczyźni i kobiety wchodzili i wychodzili, żyjąc swoim życiem, zadowoleni, być może. Słowem nie wspominając o mojej przemianie, nie okazując ani gniewu, ani zdziwienia. Pytał ktoś o gawędziarza? Nikt. Czy ktoś zaniósł torbę manioku i torbę kukurydzy seripigariemu, mówiąc „Zamień go znowu w wędrującego człowieka”? Nikt. Wielu się tu krzątało. Unikając spojrzenia w stronę kąta, gdzie leżałem. Tasurinczi-gregorze, och, biedaku! Wściekle więc poruszałem skrzydłami i nogami. Usiłując się odwrócić, walcząc o to, żeby wstać, aj, aj!

Jak poprosić o pomoc, nie mogąc słowa powiedzieć? Nie wiedziałem. To pewnie była moja największa męka, być może. Wiedząc, że nikt nie przyjdzie, żeby mnie postawić na nogi, musiałem chyba bardzo cierpieć. Nigdy już nie będę chodzić? Przypominały mi się żółwie. Kiedy chodziłem je łapać na łachę, gdzie wychodzą z wody, by zagrzebać w piasku swoje jaja. Jak przewracałem je na grzbiet, chwytając za skorupę. A teraz ja tak wyglądałem jak one, machając nogami, machając w powietrzu, nie mogąc wstać. Byłem karaluchem maczakuj i czułem się żółwiem. Tak jak one pewnie chciałem pić, jeść, a później miała odejść moja dusza. Dusza karalucha maczakuj wraca? Być może mogłaby wrócić.

Nagle zdałem sobie sprawę. Zamknęli mnie. Który z nich? Którzy? Moja rodzina, nie kto inny, tylko oni. Zamknęli chatę, zatkali wszystkie szpary, przez które mógłbym uciec. Trzymali mnie jak dziewczyny, gdy pojawia im się pierwsza krew. Ale kto przyjdzie umyć Tasurincziego-gregora, by wynieść go później do życia, już nieskażonego, już czystego? Nikt nie przyjdzie, raczej. Dlaczego tak ze mną postąpili? Ze wstydu pewnie. Żeby nikt z przybyłych w gości mnie nie zobaczył i nie poczuł obrzydzenia na mój widok, i nie zaczął się z nich wyśmiewać. Czy to moja rodzina wyrwała mi kosmyk włosów i zaniosła go do maczikanariego, żeby ten przemienił mnie w Tasurincziego-gregora? Nie, to raczej diablę jakieś albo może sam Kientibakori. Czymś zawinić pewnie musiałem, jeśli nie tylko tak okrutna kara mnie dotknęła, ale i zamknięto mnie jeszcze jak wroga. Dlaczego nie sprowadzili raczej seripigariego, by przywrócił mi moją postać? Może nawet i poszli do seripigariego, być może mnie zamknęli, żebym sobie krzywdy jakiejś nie zrobił, opuszczając dom?

Ta nadzieja pomagała mi. Nie poddawaj się, Tasurinczi-gregorze, jeszcze się nie poddawaj, to promyczek słońca pośród burzy był. A tymczasem nadal próbowałem się przewrócić. Nogi mnie bolały od machania nimi w jedną stronę i w drugą i skrzydełka od ustawicznego wysiłku trzeszczały mi, jakby zaraz miały pęknąć. Ile to już czasu mogło minąć, kto wie. Ale nagle udało mi się. Z całych sił Tasurinczi-gregorze! Może jeden ruch był energiczniejszy, może jedną z nóg udało mi się wyciągnąć jak mogłem najdalej. Nie wiem. Ale moje ciało się skurczyło, przewróciło na bok, odwróciło i wtedy to coś poczułem pod sobą, twarde. Mocne, nieruchome. To był grunt. Zamknąłem oczy, pijany. Ale radość z tego, że stanąłem na nogi, od razu zniknęła. A ten silny ból w plecach? Jakby mnie poparzono. Gwałtownie się przekręcając, rozbiłem sobie skrzydło w drzazgi, albo przedtem, gdy jeszcze się mocowałem. Zwisało teraz rozdarte na pół, wlokąc się za mną. To było moje skrzydło, być może. Zacząłem również czuć głód. Bałem się. Świat stał się nieznany. Niebezpieczny, być może. W każdej chwili mogli mnie zgnieść. Rozgnieść. Mogli mnie zjeść. Och, Tasurinczi-gregorze! Jaszczurki! Trzęsąc się, trzęsąc. A może nie widziałeś, jak pożerały karaluchy, żuki, każdego złowionego owada? Złamane skrzydło bolało mnie coraz bardziej i bardziej, utrudniając mi jakikolwiek ruch. I ciągle ten dokuczliwy, szarpiący trzewia głód. Spróbowałem przełknąć wystające ze ściany suche źdźbło, ale nie dało się rozgryźć, tylko usta mi podrapało, więc je wyplułem. Zacząłem grzebać to tu, to tam w wilgotnej ziemi, dogrzebując się wreszcie do siedliska larw. Malusieńkie, wiły się, szukając ucieczki. To były larwy poco, czerwia toczącego drewno. Połykałem je powoli, zamykając oczy, szczęśliwy. Czując, jak w moje ciało powracają kawałki duszy, które już odchodziły. Tak, szczęśliwy.

Przełykałem ostatnie larwy, kiedy nieznany, obcy odór spłoszył mnie, nastroszył, niemal poderwał do lotu. Czułem w pobliżu obcy dech. Jego żar bił prosto w moje nozdrza. Cuchnął, zapowiadał niebezpieczeństwo, być może. Jaszczurka! A więc pojawiła się. Jej łeb był tam, łeb trójkątny, między dwiema spróchniałymi ściankami. Tam jej kaprawe ślepia, wpatrzone we mnie. Z głodu błyszczące. Mimo bólu biłem skrzydłami, nie mogąc się unieść, próbując, próbując. Podskoczyłem parę razy niezdarnie, chyba. Tracąc równowagę, kulejąc. Ból pogłębiał się. Już, już się szykowała. Wijąc się jak wąż, przechylając się na bok, przecisnęła swoje ciało między ściankami i weszła. A więc już tu się znalazła! Jaszczurka! Podchodziła do mnie powolutku, nie spuszczając ze mnie wzroku. Ale wydawała się ogromna! Na swych dwóch nóżkach biegła ku mnie szybko, szybko. Ujrzałem, jak otwiera paszczę. Ujrzałem dwa rządki białych, zakrzywionych zębów i jej oddech zamroczył mnie. Poczułem kłapnięcie, poczułem, jak odgryza mi zranione skrzydło. Byłem tak przerażony, że przestałem czuć ból. Coraz bardziej byłem zamroczony, jakbym zasypiał. I widziałem jej zieloną, pomarszczoną skórę, poruszające się w trakcie przełykania podgardle i przymknięte ślepia, kiedy pożerała kawałek mnie. Pewnie poddałem się swemu losowi. Raczej. Ze smutkiem, chyba. Czekając, aż zje mnie do końca. Później, już zjedzony, mogłem zobaczyć z jej wnętrza, z jej duszy, poprzez jej wyłupiaste oczy, jakie zielone jest wszystko i jak wraca moja rodzina.

Wchodzili do chaty równie podejrzliwie jak przedtem. Już go nie ma! Gdzie się więc podział? – pytając. Podchodzili do kąta karalucha maczakuj, rozglądając się, szukając. Pusto! Oddychali z ulgą, jakby wybawiono ich z niebezpieczeństwa. Uśmiechali się, zadowoleni. „Chyba już pozbyliśmy się tego ogromnego wstydu”, myśleli. Już niczego nie będą musieli ukrywać przed gośćmi. Będą już chyba mogli normalnie i zwyczajnie żyć.

Tak skończyła się historia Tasurincziego-gregora znad Kimariato, rzeki tapira.

Zapytałem Tasurincziego seripigariego, o znaczenie tego, co przeżyłem w złym zamroczeniu. Zastanawiał się przez chwilę i wykonał ręką ruch, jakby usuwając kogoś niewidzialnego. „Tak, to było złe zamroczenie”, przyznał w końcu, wciąż zamyślony. „Tasurinczi-gregor! Co za dziwny stwór! To nic dobrego. Przemiana w karalucha maczakuj musi być chyba dziełem kamagariniego. Nie jestem w stanie powiedzieć ci tego z całą pewnością. Musiałbym wznieść się przez pal w suficie i zapytać o to saankarite w świecie chmur. On mógłby wiedzieć, być może. Najlepiej będzie, jak o tym zapomnisz. Co wspominane, żyje i może ponownie się zdarzyć”. Ale nie potrafiłem zapomnieć i wciąż to opowiadam.

Nie zawsze byłem taki, jakim mnie widzicie. Nie mówię o mojej twarzy. Tę plamę w kolorze zsiniałej kukurydzy miałem zawsze. Nie śmiejcie się, przecież mówię prawdę. Urodziłem się z nią. Naprawdę nie ma powodu do śmiechu. Wiem, że i tak mi nie wierzycie. Wiem, co sobie myślicie. „Gdybyś się taki urodził, Tasurinczi, twoje matki rzuciłyby cię do rzeki, przecież. Jeśli tu jesteś, jeśli wędrujesz, urodziłeś się czysty. Dopiero później ktoś albo coś uczynił cię takim, jaki dziś jesteś”. Tak sobie myślicie? Sami widzicie, odgadłem, nie będąc wróżbitą, bez dymu, bez zamroczenia.

Wielokrotnie pytałem o to seripigariego: „Jak się ma taką twarz jak moja – co to może znaczyć?” Żaden saankarite nie potrafił tego wyjaśnić, zdaje się. Dlaczego Tasurinczi nadmuchał mnie właśnie takiego? Spokojnie, spokojnie, nie złośćcie się. Co krzyczycie? Dobrze, to nie był Tasurinczi. To może Kientibakori? Też nie? Dobrze. To nie był również Kientibakori. Czy seripigari nie twierdzi, że wszystko ma swoją przyczynę? Jeszcze nie trafiłem na odpowiedź, skąd się wzięła moja twarz. To znaczy, że niektóre rzeczy nie mają pewnie swej przyczyny. Po prostu się zdarzają. Nie zgadzacie się z tym, wiem, wiem. Wystarczy, że spojrzę wam w oczy, żeby to zgadnąć. Tak, to prawda, nieznajomość przyczyny nie oznacza, że ona nie istnieje.

Przedtem tą plamą bardzo się przejmowałem. Nikomu o tym nie mówiłem. Sobie tylko, moim duszom. Chowałem to w sobie i sekret ten mnie zżerał. Tak powolutku mnie zżerał, od środka. Smutny żyłem, chyba. Teraz mnie to już nie obchodzi. Tak przynajmniej sądzę. Dzięki wam tak pewnie jest. Tak się pewnie stało, być może. Bo zdałem sobie sprawę, że tych, których odwiedzałem, żeby im pogawędzić, też to nie obchodziło. Po raz pierwszy zapytałem o to, wiele już księżyców temu, rodzinę, z którą żyłem nad rzeką Koshireni. „Możecie na mnie patrzeć? Czy mój wygląd was obchodzi? Czy to dla was ważne?” „To, co człowiek robi i czego człowiek nie robi, jest ważne”, wytłumaczył mi Tasurinczi, najstarszy w rodzinie. Mówił: „Ważne, czy wędruje zgodnie ze swym przeznaczeniem. Czy myśliwy nie dotyka tego, co upolował, a rybak tego, co złowił. Szacunek dla zakazów, znaczy. Ważne jest, czy potrafią wędrować, żeby słońce nie upadło. Żeby ład świata był zachowany. Żeby ciemności nie wróciły i zło. To jest ważne. Plamy na twarzy nie, być może”. Oto jest mądrość, mówią.

Chciałem wam raczej powiedzieć, że nie byłem przedtem tym, kim jestem teraz. Zanim zostałem gawędziarzem, byłem tym, kim teraz wy jesteście, czyli słuchaczami. Tym byłem: słuchaczem. Stało się to niechcący. Powolutku, pomalutku to się stało. Nawet nie zdając sobie z tego sprawy, zacząłem odkrywać swoje przeznaczenie. Powoli, spokojnie. Po kawałku objawiało mi się. Nie z sokiem tytoniu ani z wywarem z ayahuaski. Ani z pomocą seripigariego. Sam do tego doszedłem.

Chodziłem to tu, to tam, szukając wędrujących ludzi. Jesteś tam? Ehej, tutaj jestem. Zachodziłem do ich domów i pomagałem im czyścić z chwastów poletka manioku i zakładać pułapki. Co się dowiedziałem, że nad tą rzeką, przy tym wąwozie pojawiła się rodzina wędrujących ludzi, natychmiast szedłem do nich w odwiedziny. Nawet jeśli musiałem odbyć bardzo długą wędrówkę i pokonać Wielki Przełom, szedłem. I docierałem w końcu. I spotykałem ich tam. Przyszedłeś? Ehej, przyszedłem! Niektórzy mnie znali, inni zaczęli mnie poznawać. Wpuszczali mnie do siebie, jeść dawali, pić dawali. Posłania z maty użyczali. Przez wiele księżyców przebywałem z nimi. Czułem się członkiem rodziny. „A po co przywędrowałeś aż tutaj?” – pytali mnie. „Nauczyć się, jak przygotowuje się tytoń do wciągania przez dziurki od nosa”, odpowiadałem im. „I nauczyć się, jak skleja się dziegciem kosteczki ze skrzydła indyczki kanari, by wciągać tytoń”, mówiłem im. Pozwalali mi słuchać wszystkiego, o czym mówili, uczyć się tego, kim są. Bo chciałem poznać ich życie. Z ich ust usłyszeć o ich życiu. Jacy są, co robią, skąd przychodzą, jak się rodzą, jak odchodzą, jak wracają. Wędrujący ludzie. „Dobrze”, mówili mi. „Wędrujmy więc”.

Słuchałem ich jak zaczarowany. Pamiętałem wszystko, co mówili. O tym świecie i o innych. O tym, co było przedtem i potem. Wyjaśnienia i przyczyny pamiętałem. Z początku seripigariowie nie mieli do mnie zaufania. Ale później już tak. Też pozwalali mi słuchać. Historii Tasurincziego. Niegodzi-wości Kientibakoriego. O sekretach deszczu, pioruna, tęczy, kolorów i rysunków malowanych przez mężczyzn przed wyjściem na polowanie. Każde słowo zapamiętywałem. Czasami opowiadałem odwiedzanej przeze mnie rodzime o tym, co widziałem i czego się nauczyłem. Nie wszyscy wszystko wiedzieli, a nawet jeśli wiedzieli, to chętnie jeszcze raz słuchali. Tak jak i ja. Gdy po raz pierwszy usłyszałem historię Morenancziitego, pana pioruna, bardzo mi się spodobała. Wszystkich o nią pytałem. I na moją prośbę opowiadali mi ją raz jeszcze i wiele razy. Czy pan pioruna ma łuk? Tak, ma łuk. Ale zamiast strzał pioruny z niego wypuszcza. Przebywa w otoczeniu jaguarów? Tak. I w otoczeniu pum, ponoć. I nie będąc wirakoczą ma brodę? Ma brodę. Powtarzałem więc historię Morenancziitego wszędzie, gdzie docierałem. Słuchali mnie i chyba ich to cieszyło, być może. „Opowiedz to nam od nowa”, mówiąc. „Opowiedz, opowiedz”. Powoli, nie wiedząc, co się też dzieje, zacząłem robić to, co teraz robię.

Pewnego dnia, przybywszy do jednej z rodzin, usłyszałem za plecami: „Gawędziarz nadchodzi. Pójdźmy go wysłuchać”. Doszło to do moich uszu. Byłem zaskoczony. „Mówicie o mnie?” – zapytałem ich. Wszyscy zaczęli poruszać głowami. „Aha, aha, o tobie mówimy”, przytakując. Ja byłem więc gawędziarzem. Zdziwienie moje nie miało granic. Stanąłem jak wryty. Moje serce przypominało bęben. Waliło mi w piersi: bum, bum. Znalazłem swoje przeznaczenie? Może. Tak wtedy mogło być. W małym wąwozie nad rzeką Timpshia, gdzie byli Macziguengowie, to się zdarzyło. Już nie ma tam żadnego Macziguengi. Ale zawsze, gdy przechodzę w pobliżu tego wąwozu, moje serce znowu zaczyna tańczyć. „Tu urodziłem się po raz drugi”, myśląc. „Tutaj wróciłem, wcale nie odchodząc”, mówiąc. Tak zacząłem być tym, kim jestem. To była najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała, być może. Nigdy nie przydarzy mi się nic lepszego, sądzę. Od tamtego czasu gawędzę. Wędrując. I będę gawędzić, dopóki nie odejdę, chyba. Bo jestem gawędziarzem. Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem. Czy taka twarz jak moja jest złem? Czy urodzić się z większą lub mniejszą niż normalnie liczbą palców jest złem? Nieszczęściem – wyglądać jak potwór, nie będąc potworem? Może jest to i nieszczęście, i zło zarazem. Być może. Wyglądać, nie będąc nim, jak jeden z tych pokrzywionych, wzdętych, garbatych, owrzodziałych, uzbrojonych w kły i szpony, których wydmuchał Kientibakori w dniu stworzenia, tam, w Wielkim Przełomie. Wyglądać jak demon albo diablę, będąc tylko człowiekiem nadmuchanym przez Tasurincziego, to pewnie jest i zło, i nieszczęście. Tak wobec tego być musi.

Kiedy zaczynałem wędrować, słyszałem, że jakaś kobieta utopiła w rzece dopiero co narodzoną córeczkę, bo brakowało jej nóżki albo nosa, bo miała plamy albo dlatego, że urodziło się dwoje dzieci zamiast jednego. Nie rozumiałem, chyba. „Dlaczego to robisz? Dlaczego je zabiłaś?” „Bo było niedoskonałe. Musiało odejść”. Nie rozumiałem. „Tasurinczi nadmuchał tylko kobiety i mężczyzn doskonałych”, tłumaczyły mi. „A potwory nadmuchał Kientibakori”. Nigdy tego pewnie dobrze nie zrozumiem, chyba. Będąc takim, jaki jestem, mając taką twarz, a nie inną, trudno mi będzie zrozumieć. Kiedy słyszę: „Rzuciłam ją do rzeki, bo urodziła się diablicą, zabiłam go, bo urodził się demonem”, ciągle nie rozumiem. Z czego się śmiejecie?

Jeśli niedoskonali są nieczystymi dziećmi Kientibakoriego, to dlaczego żyją ludzie, którzy kuleją, są ślepi, mają ręce znieruchomiałe albo skórę splamioną? Jak to jest, że są, że wędrują? Dlaczego nikt ich nie zabił? Dlaczego mnie nie zabijają mimo takiej twarzy? Pytałem ich. Ale oni też się śmiali. „Jak mogą być dziećmi Kientibakoriego, jak mogą być diabłami czy potworami! Czy urodzili się takimi, jakimi są teraz? Są czyści; urodzili się doskonali. Dopiero później stali się tacy. Albo z własnej winy, albo z winy jakiegoś kamagariniego czy innego diabła Kientibakoriego. Kto tam wie, dlaczego ich odmienili. Tylko na zewnątrz wyglądają jak potwory, bo wewnątrz ciągle są czyści”.

Choć i tak w to nie uwierzycie, to nie diablęta Kientibakoriego mnie przemieniły. Urodziłem się potworem. Moja matka nie rzuciła mnie do rzeki, pozwoliła mi żyć. To, co przedtem wydawało mi się okrucieństwem, teraz wydaje mi się szczęściem. Zawsze, gdy mam odwiedzić nie znaną mi jeszcze rodzinę, wydaje mi się, że się przestraszą i: „To jest potwór, to jest diablę”, zaczną krzyczeć, ujrzawszy mnie. Znowu się śmiejecie. Wszyscy się tak śmieją, kiedy zadaję im pytanie: „Jestem może diabłem? Czy taka twarz właśnie to oznacza?” „Nie, nie, nie jesteś. Potworem też nie jesteś. Jesteś Tasurinczim, jesteś gawędziarzem”. W ten sposób czuję się spokojny. Radosny, być może.

Dusze dzieci topionych przez matki w rzekach i jeziorach schodzą na dno Wielkiego Przełomu. Tak mówią. W dół, głęboko. Do samej głębi wirów i kaskad brudnej wody, do grot pełnych krabów. Tam pewnie przebywają, pośród olbrzymich skał, ogłuchłe od hurgotu, cierpiące. Tam pewnie spotykają się dusze tych dzieci z potworami nadmuchanymi przez Kientibakoriego, kiedy walczył z Tasurinczim. Taki był początek, ponoć. Przedtem świat, po którym wędrujemy, był widać pusty. Czy ten, który tonie w Wielkim Przełomie, wraca? Zanurza się, zalewany jest hukiem wód, wir chwyta jego duszę i obracając nią, kręcąc i kręcąc, porywa w dół. Aż na samo ciemne, muliste dno porywa ją pewnie, gdzie żyją potwory. A tam siada między duszami innych utopionych dzieci. Słyszeć będzie diabły i potwory rozpaczające na wspomnienie owego dnia, kiedy Tasurinczi zaczął dmuchać. Owego dnia, w którym pojawiło się tylu Macziguengów. Oto historia stworzenia.

Oto walka pomiędzy Tasurinczim a Kientibakorim. To było przedtem.

Tam to się zdarzyło, w Wielkim Przełomie. Tam zaczął się początek. Tasurinczi spłynął z Inkite rzeką Meshiareni z pewnym pomysłem w głowie. Wciągnie w piersi powietrze i zacznie dmuchać. Zaczną pojawiać się dobre ziemie, rzeki pełne ryb, lasy zasobne, tyle zwierząt do jedzenia. Słońce tkwiło na niebie, ogrzewając świat. Zadowolone, patrząc na wszystko, co się pojawiało. Kientibakoriego ogarnęła złość wielka. Rzygnął plugastwem wszelkim, widząc, co się tam na górze dzieje. Tasurinczi dmuchał i również Macziguengowie zaczęli się pojawiać. Wówczas Kientibakori opuścił Gamaironi, świat mrocznych wód i chmur i popłynął ku górze rzeką kupy i szczyn. Trzęsąc się ze złości, buchając wściekłością. „Ja to lepiej zrobię!” – wrzeszcząc. Ledwie dotarł do Wielkiego Przełomu, od razu zaczął dmuchać. Ale z jego dmuchnięć nie wychodzili wcale Macziguengowie. Zgniłe ziemie, na których nic nie rosło, raczej; bagniste jeziora, gdzie tylko wampiry mogły wytrzymać cuchnące strasznie powietrze. Węże wychodziły. Żmije, jaszczurki, myszy, komary i nietoperze. Mrówki, sępy. Wszystkie rośliny wywołujące gorączkę wychodziły, te które parzą skórę i których się jeść nie daje. I tylko to. Kientibakori dmuchał i dmuchał i zamiast Macziguengów pojawiali się kamagarini, diabełki o krzywych, cieniutkich nogach z ostrogami. Diablice się pojawiały z oślimi twarzami, karmiące się ziemią i mchem. I czworonożne kurduple, kosmate i krwiożercze. Kientibakori nie posiadał się z wściekłości. Tyle było tej wściekłości, że wszystkie istoty, które nadmuchiwał, wychodziły, jak choroby i szkodniki, coraz bardziej nieczyste i nikczemne. Kiedy przestali dmuchać i wrócili, Tasurinczi do Inkite a Kientibakori do Gamaironi, ten świat był już tym, czym jest teraz.

Tak zaczęło się potem, ponoć.

Tak zaczęliśmy wędrować. W Wielkim Przełomie. Od tamtej więc pory wciąż wędrujemy. Znosząc zło, doświadczając okrucieństw diabłów i diabląt Kientibakoriego. Wielki Przełom był zakazany, przedtem. Tylko zmarli tam powracali, dusze, które odchodziły i nie wracały. Teraz wielu tam idzie: wirakocze i punarunowie tam idą. Macziguengowie również. Lękliwie, z szacunkiem iść muszą. Myśląc pewnie: „Ten straszliwy hałas to tylko woda uderzająca o skały? To tylko rzeka ściśnięta kamiennymi ścianami?” Chyba nie. To również hałas dobiegający z dołu. Płacz i lament utopionych dzieci, pewnie. Dobiega z leżących na dnie jaskiń. W księżycowe noce go słychać. Jęczą pewnie, smutne. Potwory Kientibakoriego muszą je męczyć, chyba. Zadając cierpienia, każą im płacić za to, że się tam znalazły. Nie uważają ich za istoty nieczyste, ale za Macziguengów, być może.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Pewien seripigari powiedział mi: „Urodzić się z taką twarzą jak twoja nie jest wcale najgorszym złem: bo najgorszym jest nie znać swojej powinności”. To znaczy nie dopasować się do swego przeznaczenia? Tak ze mną było, zanim zostałem tym, kim jestem teraz. Byłem tylko powłoką, skorupą, ciałem, z którego dusza uleciała przez czubek głowy. Również dla rodziny i dla ludu złem najgorszym będzie nie znać swojej powinności. Rodziną potworem, ludem potworem będą ci, którym brakuje rąk, nóg lub mają ich za dużo. My wciąż wędrujemy, słońce jest w górze. Taka widać jest nasza powinność. Spełniamy ją, chyba. Dlaczego potrafimy przeżyć tyle zła zadawanego przez diabły i diablęta? Właśnie dlatego. I dlatego pewnie jesteśmy tutaj, ja gawędząc, a wy słuchając. Kto wie.

Wędrujący lud jest teraz moim ludem. Przedtem wędrowałem z innym ludem i myślałem, że to mój lud. Nie narodziłem się jeszcze. Naprawdę się narodziłem, kiedy zacząłem wędrować jako Macziguenga. Tamten lud pozostał gdzieś tam, z tyłu. Miał również swoją historię. Był to mały lud i żył bardzo daleko stąd, w miejscu, które kiedyś należało do niego, ale nagle już nie do niego, ale do kogoś innego należało. Bo zostało zajęte przez silnych i podstępnych wirakoczów. Jak w czasie wykrwawiania drzew? Właśnie tak. Mimo obecności wrogów w ich lasach, oni nadal poświęcali się polowaniu na tapira, uprawie manioku, przygotowywaniu masato, tańczeniu i śpiewaniu. Duch potężny ich wydmuchał. Nie miał ani twarzy, ani ciała. To był Tasurinczi-Jahwe. Chronił ich, chyba. Nauczył ich, co powinni robić i zakazów też ich nauczył. Znali więc swoją powinność. Życie musiało upływać im w spokoju. Zadowoleni i bez złości pewnie musieli żyć.

Aż dnia któregoś, w zagubionym, małym wąwozie dziecko się urodziło. Było inne. Serigorompi? Tak, być może. Zaczął mówić: „Jestem tchnieniem Tasurincziego, jestem synem Tasurincziego, jestem Tasurinczim. Jestem i jednym, i drugim, i trzecim naraz”. Tak mówił. I że zszedł z Inkite na ten świat, wysłany przez swego ojca, który był nim samym, żeby zmienić zwyczaje, bo ludzie znikczemnieli i nie potrafili już wędrować. Słuchali go pewnie zaskoczeni. „To chyba gawędziarz”, mówiąc. „Bajki nam pewnie opowiada”, mówiąc. On wędrował z jednego miejsca do drugiego, jak ja. I opowiadał, i gawędził wszędzie. Wikłał różne rzeczy i rozwikływał, dając rady. Posiadał inną mądrość, chyba. Chciał wprowadzić nowe zwyczaje, bo według niego te, które panowały, były nieczyste. Były złem. Sprowadzały nieszczęście. I wszystkim powtarzał: „Jestem Ta-surinczi”. I widać go słuchano, i szanowano go chyba. I tylko jego, nikogo więcej poza nim. Inni nie byli bogami, tylko diabłami i diablętami nadmuchanymi przez Kientibakoriego.

Miał dar przekonywania, mówią. Był seripigarim obdarzonym wieloma mocami. Posiadał też swoją magię. A może był złym szamanem – maczikanarim? A może dobrym – seripigarim? Któż to wie. Potrafił trochę manioku i parę bystrzyków przemienić w wielką ilość manioku i ryb, żeby wszyscy mogli się najeść. Jednorękim przywracał brakujące ramię, ślepym wzrok, a nawet oddawał ciałom dusze, które odeszły. Na niektórych wywarło to takie wrażenie, że poszli za nim i zaczęli mu być we wszystkim posłuszni. Zapominali o swych dotychczasowych obyczajach, nie przestrzegali odwiecznych zakazów. Pewnie stawali się innymi ludźmi, kto wie.

Seripigariowie zaniepokoili się tym bardzo. Ruszyli w podróż i spotkali się u najstarszego z nich. Siadłszy w kręgu na matach, wypili masato. Mówiąc: „Ludowi naszemu grozi zagłada”. Jak chmura się rozpierzchnie, być może. W końcu wiatrem tylko zostanie. „Co nas będzie od innych odróżniać?” -pytali zatrwożeni. Będą jak Mashkowie? Przeistoczą się w Ashaninków albo w Yaminahuów. Nikt nie będzie wiedział, kto jest kim, ani oni sami, ani tamci. „Czyż nie jesteśmy tym, czym nam się zdaje, paskami, które na sobie malujemy, naszym własnym sposobem zakładania pułapek?” – rozmyślali. Jeśli, dając posłuch temu gawędziarzowi, wszystko zaczną robić inaczej, na opak, to słońce nie upadnie? Co będzie ich trzymało razem, jeśli nic nie będzie ich odróżniać od innych? Nic i nikt. Wszystko zamęt ogarnie? I wówczas, za zmącenie jasności świata, seripigariowie skazali go. „To szalbierz”, mówiąc. „Oszust i kłamca; to maczikanari jest najpewniej”.

Możni wirakocze też byli zaniepokojeni. Wszędzie panował bałagan, ludzie byli jacyś rozgorączkowani i pełni rozterek, a wszystko przez gadanie tego gawędziarza. „Prawda to czy kłamstwo? Mamy go usłuchać?” I rozmyślali nad tym, co im opowiadał. I wtedy ci, co rządzili, sądząc, że w ten sposób uwolnią się od niego, zabili go. Zgodnie ze swoimi zwyczajami, jak wtedy, gdy ktoś popełniał jakąś niegodziwość, kradł lub łamał zakazy, wirakocze wychłostali go i nałożyli mu koronę z cierni czambiry. Później, tak jak się robi z rzecznymi paiczami, żeby woda z nich ściekła, przybili go do dwóch skrzyżowanych pni, by się wykrwawił. Pomylili się. Bo gawędziarz ten odszedł, ale później wrócił. Żeby jeszcze większy wprowadzić nieład, wrócił pewnie. Zaczęli mówić między sobą: „To prawda. To jest syn Tasurincziego, pewnie jest i tchnieniem Tasurincziego, i samym Tasurinczim. Wszystkimi trzema naraz, w takim razie. Przyszedł. Odszedł i wrócił”. I wówczas zaczęli robić to, czego ich nauczył i przestrzegać jego zakazów.

Od czasu kiedy ów seripigari albo bóg umarł, jeżeli umarł, straszne nieszczęścia dotknęły lud, pośród którego się urodził. Lud powstały z tchnienia Tasurincziego-Jahwe. Wirakocze wygonili go z lasu, gdzie dotychczas żył. Precz, precz! Tak jak Macziguengowie, lud ten musiał zacząć wędrować po lasach. Rzeki, jeziora i przełęcze tego świata widziały, jak przychodził i odchodził. Nie mając pewności, czy będzie mógł długo przebywać w miejscu, do którego docierał, również ten lud przyzwyczaił się do życia w wędrówce. Życie stało się niebezpieczne, jakby w każdej chwili mógł wyskoczyć jaguar albo nadlecieć strzała wystrzelona przez Mashka. Żyli pewnie w ciągłym przerażeniu, oczekując wszystkiego, co najgorsze. Czarów maczikanarich oczekując. Nad swoim losem użalając się, być może.

Ze wszystkich miejsc, gdzie rozbijali swoje obozowiska, wypędzano ich. Ledwie stawiali swoje chaty, a już na nich spadali wirakocze. Punarunowie, Yaminahuowie spadali, oskarżając ich. O każde zło, o każde nieszczęście ich oskarżali. Nawet o zabicie Tasurincziego. „On stał się człowiekiem, przyszedł na ten świat, a wy go zdradziliście”, mówili im, ciskając w nich kamieniami. Jeśli w jakimś miejscu pojawiała się Inaenka, opryskując ludzi swym wrzątkiem, a z nich schodziła skóra i umierali, nikt nie mówił: „To ten przeklęty wrzątek, to kichanie i pierdnięcia Inaenki”. „To przez tych przeklętych przybłędów, którzy zabili Tasurincziego”, mówili. „Teraz rzucili zły urok, żeby usłużyć swemu panu, którym jest Kientibakori”. I wiara w to obiegła wszystkie ziemie: że pomagają diabełkom, tańcząc z nimi i pijąc z nimi masato, być może. I wtedy ruszali ku chatom tych pochodzących z tchnienia Tasurincziego-Jahwe. I wtedy bili ich; zabierali im wszystko, przeszywali strzałami, palili żywcem. A oni musieli zacząć biec. Uciekając, ukrywając się. Rozrzuceni po lasach całego świata wędrowali. „Kiedy przyjdą nas zabić?” – myśleli pewnie. „Kto nas tym razem zabije? Wirakocze? Mashkowie?” Nigdzie nie chciano udzielić im gościny. Kiedy zjawiali się z wizytą i pytali gospodarza: „Jesteś tam?”, zawsze otrzymywali tę samą odpowiedź: „Nie, nie ma mnie”. Żeby nie zostać odrzuconymi, poszczególne rodziny, tak jak wśród wędrującego ludu, musiały się rozdzielić. Jeśli było ich mało, jeśli nie przeszkadzali, inne ludy zostawiały im miejsce na uprawę, na łowy i połowy. Czasami wydawano im zakaz: „Możesz tu zostać, ale nie wolno ci nic uprawiać. Albo polować. Taki jest zwyczaj”. I tak żyli przez parę księżyców; może i więcej. Ale zawsze źle się to kończyło. Jeśli padały zbyt ulewne deszcze lub nastawała susza, jeśli zdarzało się jakiekolwiek nieszczęście, zaczynano ich nienawidzić. „To wy jesteście winni”, mówiono im. „Precz stąd!” Znowu ich wyrzucano i wydawało się, że na zawsze znikną.

Bo to powtarzało się w wielu miejscach. Zawsze tak samo, jak historia seripigariego, który nie może wrócić ze złego zamroczenia i kręci się, kręci, błądząc w chmurach. A jednak mimo tylu nieszczęść lud ten nie zniknął. Pomimo tylu cierpień przeżył. Nie był to lud bitny, nigdy nie wygrywał wojen, ale jest, trwa. Żył w rozsypce, jego rodziny w rozproszeniu po lasach świata całego i przetrwał. Większe ludy, ludy wojowników, silniejsze, Mashków, wirakoczów, mądrych seripigarich, ludy, które zdawały się niezniszczalne, odchodziły. To znaczy znikały. Ślad najmniejszy po nich nie został na tym świecie; nikt ich nie pamiętał, później. A ten lud wciąż trwał. Wędrując, przychodząc i odchodząc, uciekając. A więc żywi i wędrując. Od dawien dawna, po całym świecie.

Być może, mimo wszystko, co ich spotkało, lud Tasurincziego-Jahwe żył zgodnie ze swym przeznaczeniem. Może spełniał swój obowiązek, zawsze. Przestrzegając również zakazów. Może nienawidzono go dlatego, że różnił się od innych? Może dlatego odrzucany był przez ludy, pośród których żył? Któż to wie. Ludzie nie lubią żyć z ludźmi różniącymi się od nich. Nieufni są, może. Inne zwyczaje, inny sposób mówienia może ich przeraża, jakby świat stawał się nagle niejasny i zagmatwany. Ludzie chcieliby, żeby wszyscy byli tacy sami, żeby inni zapomnieli o swoich zwyczajach, zabili swoich seripigarich, złamali swoje zakazy i przejęli ich obyczaje. Gdyby lud Tasurincziego-Jahwe tak uczynił – zniknąłby. Nie zostałby po nim ani jeden gawędziarz, żeby opowiedzieć jego dzieje. Ja nie stałbym tu przed wami i nie gawędził, być może.

„Dobrze jest, jeśli wędrujący człowiek wędruje”, mówi seripigari. To jest mądrość, jak myślę. Tak jest dobrze. To znaczy, aby człowiek był tym, kim jest. Czyż nie jesteśmy wciąż takimi samymi Macziguengami jak dawno, dawno temu? Jak owego dnia nad Wielkim Przełomem, kiedy Tasurinczi zaczął dmuchać, jesteśmy. I dlatego nie zniknęliśmy. Dlatego wciąż wędrujemy, pewnie.

Tego nauczyłem się od was. Zanim się narodziłem, myślałem: „Lud powinien się zmieniać. Uczynić własnymi zwyczaje, zakazy, czary silnych ludów. Za swoich uznać bogów i bożków, diabły i diabełki mądrych ludów. Wtedy wszyscy staną się czyściejsi”, myślałem. Szczęśliwsi, też. Nie miałem racji. Teraz wiem, że nie miałem. Nauczyłem się tego właśnie od was. Bo kto jest czyściejszy i szczęśliwszy, odstępując od własnego przeznaczenia? Nikt. Bądźmy, kim jesteśmy, lepiej. Kto przestaje spełniać własne obowiązki, by zacząć spełniać obowiązek cudzy, straci swoją duszę. I powłokę swoją również, być może, jak Tasurinczi-gregor, co przeistoczył się w karalucha maczakuj podczas złego zamroczenia. Pewnie jest tak, że kiedy ktoś traci duszę, to najobrzydliwsze istoty, najgorsze robactwo z pustego ciała czynią swe legowisko. Muchę bąk pożera; bąka ptaszek pożera; ptaszka żmija. Chcemy, by nas pożarto? Nie. Chcemy zniknąć bez śladu? I tego nie chcemy. Lepiej nadal wędrować. Jeśli my zginiemy, to i świat zginie. Lepiej nadal wędrować, chyba. A więc podtrzymując słońce na niebie, rzekę w jej łożysku, drzewo przy korzeniu i las przy ziemi.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

U Tasurincziego wszystko w porządku. Wędruje. Właśnie szedłem odwiedzić go w jego chacie przy rzece Timpinia, kiedy napotkałem go na ścieżce. Ze swoimi dwoma synami wracał od Białych Ojców, tych, co żyją przy brzegach Sepahua. Zaniósł im swoje zbiory kukurydzy. Robi to już od pewnego czasu, powiedział mi. Biali Ojcowie dają mu ziarno, maczety do karczowania, łopaty do przekopywania ziemi i sadzenia ziemniaków, batatów, kukurydzy, tytoniu, kawy i bawełny. Później sprzedaje im to, co mu zbywa, i w ten sposób kupuje inne rzeczy. Pokazał mi te, które ma: ubranie, jedzenie, lampę na olej, haczyki, nóż. „Może następnym razem będę mógł kupić sobie strzelbę”, mówił i że wtedy będzie mógł polować na wszystko, co żyje w lesie. Ale nie był zadowolony Tasurinczi. Zmartwiony raczej; bo czoło w zmarszczkach i oczy twarde. „Na tych ziemiach przy Timpinii można sadzić w tym samym miejscu tylko parę razy, nie więcej”, żalił się. „A są i miejsca, że tylko raz. To niedobra ziemia, chyba. Ostatnie zbiory manioku i ziemniaki były bardzo słabe”. To ziemia, która szybko się męczy, jak się wydaje. „Chce, żeby ją zostawić w spokoju”, mówił Tasurinczi. Wyznał mi z goryczą. „Leniwe są te ziemie nad Timpinia”, powtarzał. „Ledwie je do pracy nakłonisz, już proszą o wypoczynek. Takie są”.

Rozmawiając o tym i owym doszliśmy do chaty. Jego żona wyszła nam naprzeciw bardzo czymś poruszona. Pomalowała sobie twarz na znak żałoby i machając rękoma i pokazując, powiedziała, że rzeka jest złodziejką. Bo ukradła jej jedną z trzech kur. Ona trzymała tę kurę w ramionach, żeby ją ogrzać, bo kura wyglądała na chorą, i nabierała wody do dzbana. I nagle wszystko zaczęło drżeć. Ziemia, las, dom, wszystko drżało. „Jakby nieszczęście niosąc”, mówiła. „Jakby tańcząc, wszystko drżało”. Cała przerażona wypuściła kurę z rąk i zobaczyła, jak prąd ją porywa i wchłania tak szybko, że nawet nie zdążyła nic zrobić, by spróbować ją wyratować. W tym miejscu nurt Timpinii jest bardzo porywisty. Bo nawet przy samym brzegu woda się burzy.

Tasurinczi zaczął ją okładać, wściekły. „Nie biję cię za to, że pozwoliłaś jej wpaść do rzeki, bo to każdemu może się zdarzyć”, mówił. „Za kłamstwo cię biję. Dlaczego zmyślasz, że ziemia drży, nie powiesz prawdy, że po prostu zasnęłaś? Wymsknęła ci się z rąk, prawda? Albo zostawiłaś ją na brzegu i zsunęła się do wody. Albo wrzuciłaś ją do rzeki, bo się wściekłaś. Niczego nie zmyślaj. Nie jesteś przecież gawędziarzem. A może jesteś? Przecież kłamstwa tylko przynoszą rodzinom szkodę. Kto ci uwierzy, że ziemia zaczęła tańczyć. Przecież ja też bym to poczuł”.

I kiedy Tasurinczi tak na nią wrzeszczał, okładając ją wściekle, ziemia zaczęła drżeć. Nie śmiejcie się. To żaden wymysł i wcale mi się to nie przyśniło. Tak było. Zaczęła tańczyć. Najpierw usłyszeliśmy pomruk, głęboki, jakby pan pioruna znajdował się tam, pod nią i kazał warczeć swoim jaguarom. Wojenny to był pomruk, bębny bijące wszystkie naraz, tam, niżej, w samych wnętrznościach ziemi. Głęboki, bardzo głęboki pomruk i groźny. I od razu poczuliśmy, że świat już nie zaznaje spokoju. Ziemia poruszała się, tańczyła, podskakiwała, jakby się upiła. Poruszały się drzewa, chata Tasurincziego, wody rzeki gulgotały wzburzone niczym gotujący się maniok. Może nawet w powietrzu czuć było wściekłość. Niebo zasnuło się spłoszonymi ptakami, papużki na drzewach wrzeszczały, a z lasu dochodziły pohukiwania, gwizdy i ryki przerażonych zwierząt. „Zaczęło się, znowu się zaczęło”, krzyczała żona Tasurincziego. A my, zbici z tropu, patrzyliśmy to w jedną, to w drugą stronę, nie wiedząc, czy zostać, czy uciekać. Dzieciaki zaczęły płakać; trzymając się Tasurincziego, płakały. On przestraszył się nie na żarty, ja też. „Świat się kończy?” – pytał. „Znowu zapadną ciemności, chaos nastanie?”

Kiedy w końcu przestało drżeć, niebo zasnuło się ciemnościami, jakby słońce zaczęło upadać. Raptownie się ściemniło, w mgnieniu oka. I kurzawa się uniosła ze wszystkich stron, pokrywając ten świat barwą popiołu. W chmurze prawie nie mogłem dostrzec Tasurincziego i jego rodziny. Wszystko było szare. „Tu dzieje się coś strasznie groźnego, a my nie wiemy, co to jest”, mówił Tasurinczi, bardzo przestraszony. „A może to koniec nas wszystkich wędrujących? Może pora już odejść. Słońce upadło. A więc już nie wstanie”.

Wiem już, że nie upadło. Wiem już, że gdyby upadło, nie byłoby nas tutaj. Kurzawa opadła, niebo znowu się rozjaśniło, a ziemia w końcu była spokojna. Unosił się zapach solanki i woń zgniłych kwiatów, od której zbierało się na mdłości. Świat nie był zadowolony, być może. „Sam widzisz, że nie kłamałam, sam widzisz, że zadrżała. I dlatego rzeka pożarła kurę”, mówiła żona Tasurincziego. Ale on uparł się i powtarzał: „To nieprawda”. Wściekły był. „Skłamałaś”, krzyczał do swojej żony. „Może dlatego ziemia teraz zadrżała”. Znowu ją uderzył, nadymając się, wyjąc z wysiłku, jaki w to wkładał. Tasurinczi, ten znad Timpinii, to bardzo uparty człowiek. To nie był jego pierwszy napad wściekłości. Bo byłem świadkiem innych. Pewnie dlatego tak mało ludzi go odwiedza. Nie przyznał, że się omylił, aleja zdałem sobie sprawę, bo każdy zdałby sobie z tego sprawę, że jego żona mówiła prawdę.

Zjedliśmy, poszliśmy odpocząć na maty, i niebawem, a daleko jeszcze było do świtu, poczułem, że Tasurinczi wstaje. Zobaczyłem, że poszedł i usiadł na kamieniu w pobliżu domu. Tam siedział Tasurinczi, w świetle księżyca, podejrzliwy. Wstałem w półmroku i poszedłem z nim porozmawiać. Kruszył tytoń do wdychania. Zobaczyłem, jak układa zmielony tytoń w zagłębieniu indyczej kostki. Poprosił mnie, bym mu wdmuchnął. Wpierw włożyłem mu do jednej dziurki w nosie odrobinę tytoniu i wdmuchnąłem; wdychał mocno, pożądliwie, z zamkniętymi oczyma. Później zrobiłem to samo z drugą dziurką. Następnie on wdmuchnął mi w nos resztkę tytoniu. Niespokojny był Tasurinczi. Wzburzony był. „Nie mogę spać”, mówił głosem bardzo zmęczonego człowieka. „Zdarzyły się dwie rzeczy, które dają dużo do myślenia. Rzeka ukradła jedną z moich kur, a ziemia zaczęła drżeć. Na dodatek niebo się ściemniło. Co mam robić?” Sam nie wiedziałem, bo byłem tak samo zakłopotany jak i on. Dlaczego, Tasurinczi, pytasz mnie o to? „Bo to, że zdarzyło się to wszystko jedno za drugim, niemal w tym samym czasie, oznacza, że coś muszę zrobić”, powiedział. „Ale nie wiem co. Tutaj nie ma kogo się poradzić. Seripigari jest wiele księżyców drogi stąd. W górę rzeki Sepahua”.

Tasurinczi cały dzień spędził na tym kamieniu, z nikim nie rozmawiając. Nie pijąc i nie jedząc. Kiedy żona zaniosła mu siekane banany, nawet nie pozwolił jej się przybliżyć; pogroził jej ręką, jakby znowu chciał ją zbić. I tej nocy nie wszedł do chaty. Kashiri świecił mocno tam, w górze, a ja patrzyłem, jak

Tasurinczi siedzi bez ruchu, z głową opuszczoną na pierś, usiłując zrozumieć wszystkie nieszczęścia. Co z nich wynika i co ma zrobić? Któż może wiedzieć. Cała rodzina siedziała cicho, pełna niepokoju, nawet dzieciaki. Obserwując go ukradkiem, cichuteńko, czekając niecierpliwie. I myśląc: „Co też się stanie?”

Koło południa Tasurinczi, ten znad rzeki Timpinia, wstał z kamienia. Szybkim krokiem ruszył ku chacie; widzieliśmy, jak się zbliżał, przywołując nas rękoma. Wiedział już, co ma zrobić, chyba.

„W drogę ruszamy”, powiedział głosem poważnym, rozkazującym. „Ruszamy. Od razu. Trzeba odejść jak najdalej stąd. O to właśnie chodzi. Jeśli zostaniemy, zdarzą się same nieszczęścia i katastrofy. Oto znak. W końcu zrozumiałem ostrzeżenie. To miejsce ma nas dość. Musimy więc odejść”.

Trudno mu się było zdecydować. Wystarczyło popatrzeć na twarze kobiet i mężczyzn, ujrzeć smutek wszystkich krewnych, żeby zrozumieć, jak trudno przychodzi im opuszczenie tego miejsca. Sporo już czasu przebywali nad rzeką Timpinia. Dzięki zbiorom sprzedawanym Białym Ojcom znad Sepahua, kupowali różne rzeczy. Wydawali się zadowoleni, pewnie. Może znaleźli swoje przeznaczenie? Ale chyba nie było tak. Czy ogarniało ich zepsucie od nieruszania się z miejsca przez tyle czasu? Któż to wie. Zostawić wszystko tak nagle, nie wiedząc ani gdzie pójdą, ani czy kiedykolwiek zdołają odzyskać to, co zostawią tutaj, pewnie było wielkim poświęceniem. A więc bólem dla wszystkich.

Ale żaden z członków rodziny nie protestował; nikt nie biadolił – ani żona, ani dzieci, ani chłopak, który mieszkał nieopodal, bo chciał ożenić się ze starszą córką Tasurincziego. I dorośli, i dzieci natychmiast zaczęli przygotowywać się do drogi. „Szybko, szybko, trzeba natychmiast stąd ruszyć, to miejsce stało się nam wrogie”, przynaglał Tasurinczi. Ożywiony był i bardzo już zniecierpliwiony. „Tak, tak, szybko, ruszajmy w drogę, uciekajmy stąd”, mówił, sam siebie ponaglając, sam siebie popychając.

Pomogłem im w przygotowaniach i ruszyłem z nimi, również. Przedtem spaliliśmy dwie chaty i wszystko, czego nie dało się wziąć, jakby ktoś umarł. „Tutaj zostają wszystkie nieczyste rzeczy, jakie mamy”, zapewnił Tasurinczi swoją rodzinę. Szliśmy wiele księżyców. Jedzenia było niewiele. Zwierzęta nie wpadały w pułapki. Wreszcie w jednym z jezior złowiliśmy trochę ryb. Zjedliśmy. W nocy usiedliśmy i gawędziliśmy. Przez całą noc gawędziłem, chyba.

„Teraz czuję się spokojniejszy”, powiedział mi Tasurinczi, kiedy żegnałem się z nimi parę księżyców później. „Już mnie więcej wściekłość nie ogarnie, myślę. A ogarniała mnie często ostatnio. Teraz już może nie. Dobrze zrobiłem, że ruszyłem, chyba. Tutaj, w piersi to czuję”. „A jak poczułeś, że musisz stąd odejść?” – zapytałem. „Przypomniałem sobie o czymś, co już wiedziałem, zanim się urodziłem”, odpowiedział. „Albo nauczyłem się podczas zamroczenia, być może. Jeśli coś złego dzieje się z ziemią, to dlatego, że ludzie już o niej zapominają, bo nie troszczą się o nią, jak należałoby się troszczyć. Czy ziemia może mówić tak jak my? Żeby powiedzieć to, co chce powiedzieć, musi coś zrobić. Zadrżeć, może. Nie zapominajcie o mnie, jakby mówiąc. Ja też żyję, mówiąc. Nie chcę, żeby mnie źle traktowano. I pewnie takie były jej żale, gdy zaczęła tańczyć. Być może wymęczyłem ją zanadto. Być może Biali Ojcowie nie są tymi, za których uchodzą, ale są kamagarinimi związanymi z Kientibakorim i radząc mi, żebym na stałe tu osiadł, chcieli ziemi wyrządzić zło. Któż to wie. Ale jeśli ziemia zaczęła się skarżyć, musiałem coś przecież zrobić. Jak pomagamy słońcu, rzekom? Jak pomagamy temu światu, wszystkiemu, co żyje? Wędrując. Spełniłem swą powinność, myślę. Zobacz, już chyba coś to daje. Posłuchaj ziemi pod swoimi stopami; stawiaj mocno stopy, gawędziarzu. Jaka spokojna, a jaka mocna! Pewnie zadowolona teraz, gdy znowu czuje, jak po niej wędrujemy”.

Gdzie teraz może być Tasurinczi. Nie wiem. Został w tych stronach, gdzie się rozstaliśmy? Któż to może wiedzieć. Dowiem się któregoś dnia. Dobrze mu jest, pewnie. Zadowolony jest. Wędruje, być może.

Ja przynajmniej właśnie tego się dowiedziałem.

Kiedy rozstałem się z Tasurinczim, skręciłem w bok i zacząłem iść w stronę rzeki Timpinia. Nie odwiedzałem tam Macziguengów już od dawna. Ale zanim doszedłem, spotkało mnie parę niespodzianek i musiałem pójść w innym kierunku. Dlatego jestem tutaj, z wami, być może.

Próbując przeskoczyć gęste pokrzywy, cierń sobie wbiłem. Tu, w stopę. Wyssałem go sobie i wyplułem. Ale w stopie musiało pozostać coś złego, bo niebawem zaczęło mnie boleć. I to bardzo. Przerwałem wędrówkę i usiadłem. Dlaczego mi się to przydarzyło? Przeszukałem swoją sakwę. Wciąż miałem tam zioła, które dał mi seripigari przeciwko ukąszeniu żmii, przeciwko chorobie, przeciwko dziwnym rzeczom. I miałem w torbie iserepit, który chroni przed złym urokiem. Kamień ten więc wciąż noszę zawieszony. Dlaczego ani zioła, ani iserepit nie uchroniły mnie przed diabełkiem pokrzywy? Stopa spuchła mi strasznie; wyglądała, jakby należała do kogoś innego. W potwora się przeistaczam? Rozpaliłem ognisko i ułożyłem stopę blisko płomieni, żeby razem z potem wypłynęło z niej złe choróbsko. Bardzo bolało; wyjąc, próbowałem nastraszyć ból. Od krzyków i pocenia się zasnąłem, chyba. I przez sen słyszałem papuzi gwar i śmiechy.

Musiałem zostać w tym miejscu wiele księżyców, czekając, aż zejdzie mi opuchlizna ze stopy. Próbowałem chodzić i, ojej, bardzo mnie bolało. Nie brakowało mi jedzenia na szczęście; w sakwie miałem maniok, kukurydzę i trochę bananów. A poza tym szczęście mi pewnie dopisywało. W tymże miejscu, bez potrzeby wstawania, podpełzając trochę, wbiłem miękki kawałek drewna i wygiąłem go sznurem zakończonym pętlą, który ukryłem w ziemi. Niebawem w zasadzkę wpadła przepiórka. Miałem jedzenia na parę dni. Ale były to dni pełne katuszy, nie z powodu ciernia, ale z powodu papug. Bo dlaczego tyle ich tu jest? I na co tak czatują? Całe stada; obsiadły wszystkie gałęzie i krzewy wokół. Z każdą chwilą zlatywało się ich coraz więcej i więcej. I wszystkie wpatrywały się we mnie. Dzieje się coś? Dlaczego tak wrzeszczą? Ten cały gwar ma ze mną coś wspólnego? O mnie gadają? Co jakiś czas wybuchały papuzim śmiechem, który brzmiał jak ludzki śmiech. Drwią sobie ze mnie? Zostaniesz już tu na zawsze, gawędziarzu, przygadując? Zacząłem kamieniami rzucać, żeby je spłoszyć. Wszystko na nic, bo na chwilę wzbijały się w powietrze i wracały na swoje miejsca. I siedziały tam, mnóstwo ich siedziało, nad moją głową. Czego chcą? Co tu się dzieje, co się dziać będzie?

Drugiego dnia nagle odleciały. Strasznie przerażone odleciały papugi. Wszystkie naraz, wrzeszcząc, gubiąc pióra, zderzając się w powietrzu, jakby wróg się zbliżał. Niebezpieczeństwo zwąchały, chyba. Bo skacząc z drzewa na drzewo, przeleciała właśnie nade mną gadająca małpa. Yaniri. Tak, tak, właśnie ta, czerwona, duża, wrzaskliwa małpa. Yaniri. Ogromna, hałaśliwa, otoczona stadem samic. A te skakały wokół swego samca, wymachiwały łapami, całe szczęśliwe, że są z nim. Szczęśliwe, że są jego samicami, być może. „Yaniri! Yaniri!” -krzyknąłem doń. „Pomóż mi! Nie byłeś przedtem seripigarim? Zejdź do mnie, wylecz mi stopę, chcę ruszyć dalej w drogę”. Ale gadająca małpa w ogóle nie zwróciła na mnie uwagi. Prawda to czy nie, że była przedtem wędrującym seripigarim? Dlatego nie należy na nią polować ani jeść jej mięsa, być może. Kiedy gotuje się gadającą małpę, w powietrzu wokół zaczyna unosić się zapach tytoniu, mówią. Tego samego, który wdychał i pił seripigari, którym była w poprzednim wcieleniu.

Ledwie zniknął yaniri ze swą trzodą samic, wróciły papugi. Ciągnąc za sobą jeszcze więcej papug. Zacząłem im się przyglądać. Przeróżne to były papugi. Duże, małe i maciupeńkie; o dziobach długich i zakrzywionych i dziobach perkatych; były tam i papużki, i tukany, i ary. Ale przede wszystkim gadatliwe amazonki. Wszystkie gaworzyły jednocześnie, głośno, bez przerwy, w uszach rozbrzmiewał mi nieustanny papuzi grzmot. Niepokój coraz większy mnie ogarniał, gdy im się tak przyglądałem. To jednym, to drugim się przyglądałem, niespiesznie. Co one tam robią? Coś wisiało w powietrzu, na pewno, pomimo moich ziół przeciwko dziwnym dziwnościom. „Czego chcecie, o czym to tak gadacie”, zacząłem do nich krzyczeć. „O czym mówicie, z czego się tak śmiejecie”. Wystraszony, ale i strasznie ciekawością zżerany zarazem. Nigdy nie widziałem tylu papug naraz. To nie przypadek, to nie było ot tak, po prostu. Wobec tego skąd się ich tyle wzięło i dlaczego? Kto mi je przysłał?

Przypomniawszy sobie Tasurincziego, przyjaciela świetlików, zacząłem próbować zrozumieć jazgot papuzi. Jeśli tyle ich się tu zleciało, gadając i gadając, czy nie dla mnie się zleciały? Chcą mi coś powiedzieć? Zamykałem oczy, wsłuchiwałem się uważnie, skupiałem na ich gadaniu. A więc próbując poczuć się papugą. Nie było łatwo. Ale dzięki temu wysiłkowi zapominałem o bólu w stopie. Zacząłem naśladować ich krzyki, ich gruchanie, ich pomruki zacząłem naśladować. Wszystkie ich dźwięki. I między jednym dźwiękiem a drugim, powolutku, słówka poszczególne, światełka w ciemnościach zacząłem słyszeć. „Uspokój się, Tasurinczi”. „Nie masz się czego bać, gawędziarzu”. „Przecież nikt nie zrobi ci nic złego”. Rozumiejąc, co mówią, być może. Nie, nie śmiejcie się, nie śniło mi się to. Naprawdę tak mówiły. Coraz wyraźniej rozumiałem. Ogarnął mnie spokój. Ciało przestało mi dygotać. Nie czułem już zimna. To znaczy nie przysłał ich tu Kientibakori. I nie były to czary maczikanarich. A może z ciekawości tu przyleciały? Dotrzymać mi towarzystwa?

„Otóż to, Tasurinczi”, odezwał się głos, przebijając się przez papuzi jazgot. Nie było już żadnej wątpliwości. Przemawiał, a ja go rozumiałem. „Jesteśmy tu właśnie po to, żeby dotrzymywać ci towarzystwa, dodawać animuszu, dopóki się nie wyleczysz. Będziemy tutaj, dopóki znowu nie zaczniesz wędrować. Dlaczego przestraszyłeś się nas? Zęby ci szczękały, gawędziarzu. Widziałeś ty kiedy, żeby papuga zjadła jakiegoś Macziguengę? Za to my widziałyśmy niejednego Macziguengę zjadającego papugi. Uśmiechnij się, Tasurinczi, raczej. Od dawna już ci towarzyszymy. Gdziekolwiek idziesz, tam i my jesteśmy. Dopiero teraz to zauważyłeś?”

Dopiero teraz. Drżącym głosem zapytałem: „Kpisz sobie ze mnie?” „Prawdę gadam”, powtórzyła papuga w trzepoczącym listowiu. „Trzeba ci było wbić sobie cierń w stopę, żeby odkryć, kto ci towarzyszy, gawędziarzu”.

Przeprowadziliśmy długą rozmowę, chyba. Przez cały czas, który w tamtym miejscu spędziłem, czekając, aż zagoi się moja noga, rozmawialiśmy. Trzymałem ciągle stopę przy ognisku, żeby ból wypocić, i rozmawialiśmy. Z tą papugą, ale i z innymi. W jazgocie wszystkie się przekrzykiwały. Czasami nie byłem w stanie zrozumieć, co do mnie mówią. „Przestańcie, przestańcie mówić wszystkie naraz. Mówcie powoli i osobno”. Nie słuchały mnie. Jak wy, dokładnie tak jak wy. Z czego się tak śmiejecie? Jak papugi się zachowujecie. Nie czekały, aż jedna skończy, by następna mogła zacząć. Uradowane były, że wreszcie możemy się zrozumieć. Trzepocząc, wpadały na siebie. Czułem ulgę. Radość czułem. „A to dziw nad dziwy”, myślałem sobie.

„No, wreszcie zdałeś sobie sprawę, że też potrafimy gawędzić”, powiedziała nagle jedna z nich. I wszystkie pozostałe zamilkły. W lesie zaległa głucha cisza. „Teraz wreszcie zrozumiesz, dlaczego tu jesteśmy, dotrzymując ci towarzystwa. Teraz wreszcie pojmiesz, dlaczego od chwili, gdy ponownie się narodziłeś i zacząłeś wędrować, gadać i gawędzić, wciąż ci towarzyszymy. Dniem i nocą; w lasach i na rzekach. Przecież ty też jesteś gawędziarzem, nieprawdaż, Tasurinczi? Czy nie jesteśmy do siebie podobni?”

Przypomniałem sobie wówczas. Każdy wędrujący człowiek ma zwierzę, które mu towarzyszy, przecież. Nawet jeśli go nie widzi albo nie wie o jego istnieniu. W zależności od tego, kim jest i co robi, matka zwierzęcia wybiera go i mówi do swego małego: „Ten człowiek jest dla ciebie, opiekuj się nim”. I zwierzę staje się jego cieniem, zdaje się. I moim miałaby być papuga? Tak jest, właśnie papuga. Czyż nie jest to gadające zwierzę? Wreszcie się dowiedziałem i wydało mi się, że już od dawna o tym wiedziałem. Bo gdyby było inaczej, to skąd u mnie wzięłaby się sympatia do papug? Wiele razy w swoich wędrówkach przysłuchiwałem się ich gawędzeniu, śmiejąc się z ich wrzawy i trzepotu. Spokrewnieni więc jesteśmy, być może.

Dobrze było dowiedzieć się, że moim zwierzęciem jest papuga. Teraz wędruję z większym poczuciem bezpieczeństwa. Nigdy już nie będę czuł się samotny, pewnie. Jeśli ogarnie mnie zmęczenie, strach, wściekłość mnie na coś ogarnie, wiem już, co mam robić. Wzrok unieść ku drzewom i czekać. I nigdy mnie to nie zawiedzie, jak sądzę. Niczym deszczyk po upale zabrzmi gaworzenie. Bo tam będą już papugi. „Tak, tak, tutaj jesteśmy, nie opuściłyśmy cię”, mówiąc. Dlatego pewnie tak długo mogłem sam wędrować. Bo wcale nie wędrowałem sam.

Kiedy zacząłem nakładać cushmę i malować się huito i acziote, i wdychać tytoń nosem, i ruszać w drogę, wielu dziwiło się, że sam wędruję. „Strach tak samemu”, ostrzegali mnie. „Przecież las pełen jest strasznych demonów i diablic plugawych, które Kientibakori nadmuchał. Co zrobisz, jak staną ci na drodze? Wędruj jak każdy Macziguenga, raczej. Z jakimś dzieciakiem i przynajmniej z jedną kobietą. Upolowane przez ciebie zwierzęta nieść będą, z pułapek wyjmować je będą. Nie zbrukasz się dotknięciem zabitych zwierząt. Będziesz miał z kim rozmawiać, poza tym. Kilkoro lepiej sobie radzi, gdy pojawiają się diabły. A gdzieżeś to widział samotnego Macziguengę w lesie!” Nie zwracałem na to gadanie uwagi, bo nigdy nie czułem się sam w swoich wędrówkach. Bo tam, wśród gałęzi, skryte w liściach, przyglądając mi się swoimi zielonymi oczyma, będą wędrować za mną moje towarzyszki. I czułbym ich obecność, nawet gdybym o tym nie wiedział, być może.

Ale wcale nie dlatego mam swoją papużkę. To jest zupełnie inna historia, jak się wydaje. Mogę ją opowiedzieć teraz, kiedy zasnęła. Jeśli nagle zamilknę albo zacznę gadać głupstwa, nie myślcie, że straciłem głowę. Po prostu papużka się obudzi. To historia, której nie lubi słuchać, jedna z tych, które sprawiają jej ból, tak jak mnie sprawiał ból ów cierń pokrzywy.

To było później.

Szedłem nad Cashiriari odwiedzić Tasurincziego i złapałem w pułapkę pakę. Ugotowałem ją i zacząłem jeść, kiedy usłyszałem tuż przy mojej głowie jakieś gaworzenie. Pośród gałęzi dojrzałem gniazdo, całe prawie przysłonięte ogromną pajęczyną. Toto właśnie się wykluło. Jeszcze miała ślipia zamknięte; jeszcze opatulona była swoją śluzowatą, białą błonką, jak wszystkie pisklęta po przebiciu skorupki. Nie ruszając się, siedząc cichutko, podglądałem ją, żeby nie spłoszyć samicy, żeby nie rozjuszyć jej, przybliżając się zbyt do pisklęcia. Ale papuga wcale nie zwracała na mnie uwagi. Dokładnie, z niezmierną powagą, przyglądała się swemu pisklęciu. Wyglądała na niezadowoloną. I nagle zaczęła okładać je dziobem. Tak, tak, okładała je swoim zakrzywionym dziobem. Chciała je oczyścić ze śluzowatej błonki? Nie. Chciała zabić. Głodna może była? Wziąłem ją za skrzydła, nie pozwoliłem się uderzyć dziobem, odsunąłem od gniazda. I żeby ją uspokoić, rzuciłem jej resztki paki. Zadowolona zaczęła jeść; pogadując sobie, trzepocząc skrzydłami zaczęła jeść. Ale jej oczy wciąż pałały wściekłością. Kiedy już skończyła jeść, z powrotem poleciała do gniazda. Poszedłem popatrzeć, a ona znowu okładała pisklę dziobem. Śpisz jeszcze, papużko? Śpij, śpij, pozwól mi dokończyć twoją historię. Dlaczego chce zabić swoje pisklę? Przecież nie z głodu. Złapałem papugę za skrzydła i z całej siły rzuciłem ją w powietrze. Krążyła, krążyła i znowu wróciła.

Rzucając się na mnie. Wściekła, dziobiąc, jazgocząc, wróciła. Uparła się, że zabije swoje małe, chyba.

Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego. Nie wykluło się takie, jakiego oczekiwała, być może. Łapkę miało skrzywioną i trzy paluszki zrośnięte. Do tamtej pory nie wiedziałem o tym, o czym wy wszyscy wiecie: że zwierzęta zabijają te małe, które rodzą się inne. Dlaczego puma wbija szpony w swe kulawe albo jednookie kocię? Dlaczego krogulec rozszarpuje pisklę ze złamanym skrzydłem? Pewnie domyślają się, że trudne będzie życie tych małych i niedoskonałych stworzeń, pełne cierpień, bo nie będą umiały się bronić, latać, polować, uciekać ani spełniać swych powinności. Że żyć będą krótko, bo inne zwierzęta szybko je zjedzą. „To już lepiej sama je zjem, przynajmniej się pożywię”, jakby mówiąc. A może, tak jaki Macziguengowie, nie przystają na niedoskonałość? Może i one wierzą, że małe, które nie jest doskonałe, zostało nadmuchane przez Kientibakoriego? Któż to wie.

Taka jest historia papużki. Zawsze siedzi skulona na moim ramieniu. A co mnie obchodzi, że czegoś jej brakuje, że ma łapkę wykoślawioną, że kuleje, że ledwie wzniesie się na taką, o, właśnie taką wysokość, natychmiast spada. Bo i skrzydełka jej wyrosły za krótkie, zdaje się. A czy to ja jestem doskonały? Podobni do siebie rozumiemy się i dotrzymujemy sobie towarzystwa. Wędruje na tym ramieniu i od czasu do czasu dla zabawy, wdrapując mi się na głowę, przechodzi na drugie ramię. Przechodzi i wraca, i znów przechodzi, i znowu wraca. Czepia się moich włosów, kiedy się wspina. I ciągnie mnie za kosmyki, jakby ostrzegając: „Ostrożnie, bo spadnę, ostrożnie, bo będziesz musiał zbierać mnie z ziemi”. Wcale mi nie ciąży, nawet jej nie czuję. Śpi tutaj, w mojej cushmie. A że nie mogę nazywać jej ani matką, ani siostrą, ani Tasurinczim, więc wołam ją imieniem, które dla niej wymyśliłem. Takie papuzie dźwięki. No, powtórzcie za mną. Obudźmy ją, zawołajmy ją. Ona nauczyła się swego imienia i bardzo ładnie je powtarza: Mas-ka-mi-ki, Mas-ka-mi-ki, Mas-ka-mi-ki…

VIII

Florentyńczycy cieszą się we Włoszech złą sławą ludzi aroganckich i nie cierpiących turystów zalewających ich każdego lata niczym amazońska rzeka. W tej chwili trudno stwierdzić, ile w tym prawdy, bo rodowitych florentyńczyków o tej porze roku we Florencji nie uświadczysz. Niespiesznie opuszczali miasto w miarę narastania upałów, zanikania wieczornej bryzy, opadania wód Arno i opanowywania miasta przez komary. Przez chmary komarów, tysiące chmar zwycięsko opierających się wszelkim środkom owadobójczym, dzień i noc atakujących swe bezbronne ofiary, z zajadłością zaś szczególną – muzealną publiczność. Czy florenckie zanzare są totemicznymi zwierzętami, aniołami stróżami Leonardów, Cellinich, Botticellich, Lippich, Fra Angeliców? Na to wychodzi. Bo przed tymi właśnie rzeźbami, freskami i obrazami atakowany byłem z największą furią, a moje pokąsane ręce i nogi były równie obolałe jak podczas każdej mojej podróży do peruwiańskiej selwy.

Równie dobrze komary mogą być bronią używaną przez nieobecnych florentyńczyków w celu zmuszenia znienawidzonych najeźdźców do odwrotu. W każdym razie jest to broń nieskuteczna. Ani te latające bydlaki, ani upały, nic, absolutnie nic nie jest w stanie zatamować inwazji tłumów. Czy wyłącznie obrazy, pałace, kamienie krętej starówki ściągają do Florencji mimo tylu dokuczliwych plag kanikuły nas, hordy cudzoziemców? A może ów przedziwny amalgamat fanatyzmu i przebierania miary, dewocji i okrucieństwa, uduchowienia i zmysłowego wyrafinowania, politycznej korupcji i intelektualnej odwagi, obecny we florenckiej przeszłości, trzyma nas w tym buchającym żarem mieście opuszczonym przez jego własnych mieszkańców?

W ciągu tych dwóch miesięcy wszystko stopniowo zamykano: sklepy, pralnie, niewygodną Bibliotekę Narodową przy rzece, kina, w których znajdowałem schronienie w nocy, i w końcu kawiarnie, dokąd chodziłem czytać Dantego i Machiavellego, myśleć o Saulu i Macziguengach znad górnej Urubamby i Madre de Dios. Najpierw zamknięta została urokliwa, a do tego klimatyzowana „Caffe Strozzi”, z wnętrzem w stylu art deco, cudowna oaza w skwarne popołudnia; następnie zamknięto „Caffe Paszkowski”, gdzie na piętrze, choć spływając potem, można było jednak odizolować się w staroświeckiej nieco i niemodnej atmosferze pośród skórzanych foteli i krwawo-czerwonych zasłon z aksamitu; później zamknięto „Caffe Gillio” i wreszcie najbardziej turystyczną i zatłoczoną „Caffe Rivoire” na Piazza delia Signoria, gdzie kawa macchiato kosztowała mnie tyle, co kolacja w zwykłej trattorii. A że nieprawdopodobieństwem jest czytanie lub pisanie w gelaterii czy w pizzerii (a są to jedne z niewielu otwartych i udzielających gościny enklaw), chcąc nie chcąc musiałem czytać i pisać w moim pensjonacie Borgo dei Santi Appostoli, zlany siódmym potem, w wątłym świetle lampy zaprojektowanej jakby z myślą o jak największym utrudnieniu lektury lub pokaraniu upartego czytelnika nagłą ślepotą. Są to niewygody, które, jak by powiedział okrutny braciszek od świętego Marka – bo nieoczekiwanie mój pobyt we Florencji uzmysłowił mi również, a to dzięki biografowi Rodolfo Ridolfiemu, iż tak spotwarzany na wszelkie sposoby Savonarola był mimo wszystko postacią nader ciekawą i przypuszczalnie człowiekiem znacznie, znacznie lepszym od swych oprawców – usposabiają ducha do lepszego zrozumienia, niemal przeżycia na własnej skórze dantejskich katuszy podczas piekielnej wędrówki lub do przemyślenia, z odpowiednią rozwagą, owych przerażających wniosków, jakie w odniesieniu do człowieczego miasta i rządów nad nim wysnuł na podstawie własnych doświadczeń Machiavelli, urzędnik tejże republiki i chłodny analityk historii Florencji. Zamknięta została, a jakże, również maleńka galeria na ulicy Santa Margherita, gdzie, między sklepem optycznym a sklepikiem spożywczym, twarzą w twarz z tak zwanym kościołem Dantego, wystawione były maczigueńskie zdjęcia Gabriele Malfattiego. Ale zdołałem obejrzeć je jeszcze wielokrotnie przed chiusura estivale. Pracująca w galerii chuda dziewczyna w okularach ujrzawszy mnie po raz trzeci, nie omieszkała dać mi do zrozumienia i to zdecydowanie, że ma swojego fidanzato. Musiałem ją zapewnić w kulejącej włoszczyźnie, iż moja nadgorliwość względem wystawy jest całkowicie bezinteresowna, w pewnym sensie nawet patriotyczna, i że nie ma nic wspólnego z jej urodą, a wyłącznie z fotografiami Malfattiego. Nigdy nie zdołała do końca przełknąć tego, że mogę przez tyle minut przyglądać się zdjęciom wyłącznie z nostalgii za moim krajem. A dlaczego najwięcej uwagi poświęcam fotografii grupy Indian siedzących w pozycji podobnej do kwiatu lotosu i słuchających w zachwyceniu tego gestykulującego mężczyzny? Jestem przekonany, że nigdy nie potraktowała poważnie moich zapewnień, że fotografia ta jest skończonym dziełem sztuki, czymś, co należy smakować niespiesznie, tak jak w Galleria degli Uffizi kontempluje się „Wiosnę” lub „Bitwę pod San Romano”. Wreszcie jednak, widząc mnie po raz piąty czy szósty w pustej galerii, stała się mniej nieufna, a pewnego dnia zdobyła się nawet na miły gest i poinformowała mnie, że naprzeciwko kościoła świętego Wawrzyńca każdego wieczoru „zespół Inków” gra na instrumentach ludowych muzykę peruwiańską: mógłbym pójść tam, posłuchać ich i w ten sposób również przywołać wspomnienia ojczyzny. (Dałem się namówić, poszedłem i stwierdziłem, że Inkami są dwaj Boliwijczycy i dwaj Portugalczycy z Rzymu ćwiczący zgrzytliwą mieszaninę fados i carnavalitos z boliwijskiego Santa Gruz.) Tydzień temu galeria przy Santa Margherita została zamknięta, a chudziutka okularnica spędza urlop w Ankonie, u swych genitori.

Tej fotografii w każdym razie nie muszę już oglądać. Nauczyłem się jej na pamięć, każdego szczegółu, milimetr po milimetrze. I tyle razy o niej myślałem, że, o dziwo, wiem, iż te nagie, siedzące postaci o długich, prostych włosach, stojąca sylwetka przemawiającego i horyzont koron masywnych i gęstych drzew pod zwałami szarych, skłębionych chmur, będą najtrwalszym wspomnieniem tego florenckiego lata. Silniejszym i bardziej wzruszającym być może niż architektoniczne i plastyczne wspaniałości Renesansu, harmonijny szum dantejskiej tercyny czy dzikie ritornella (jak zawsze w parze z szatańską inteligencją) prozy Machiavellego.

Jestem pewien, że fotografia przedstawia maczigueńskiego gawędziarza. To jedyna rzecz, co do której nie mam najmniejszej wątpliwości. Perorujący przed owym zachwyconym audytorium mężczyzna, kimże innym mógłby być, jeśli nie tą właśnie postacią, od dawien dawna zajmującą się rozpalaniem ciekawości, wyobraźni, pamięci, tęsknoty do marzeń i kłamstw u ludu Macziguengów? Jak udało się Gabrielle Malfattiemu być obecnym na tym spotkaniu i uzyskać zgodę na robienie zdjęć? Równie dobrze przyczyna tajemnicy spowijającej gawędziarzy w czasach nam współczesnych – obcy przeistoczony w Macziguengę – mogła przestać już istnieć w okresie pobytu włoskiego fotografa w tamtych stronach. Albo w ostatnich latach sytuacja nad górną Urubambą tak drastycznie się odmieniła, że gawędziarze nie pełnią już swej odwiecznej funkcji, utracili autentyczność i stali się, niczym rytualne ceremonie z ayahuascą i uzdrawianie przez szamanów w innych plemionach, jeszcze jedną pantomimą dla turystów.

Wątpię jednak, by mogło do tego dojść. Życie zmieniło się w tamtym regionie, owszem, ale na pewno nie w sposób sprzyjający rozwojowi turystyki. Najpierw pojawiły się szyby naftowe i obozowiska, gdzie ściągnięto do prac fizycznych wielu Campów, Yaminahuów, Pirów i pewnie Macziguengów. Później, albo i w tym samym czasie, handel narkotykami począł rozszerzać się na Amazonię niczym biblijna plaga, ze swymi plantacjami koki, laboratoriami i tajnymi lotniskami, a w następstwie krwawymi porachunkami pomiędzy rywalizującymi bandami Kolumbijczyków i Peruwiańczyków, paleniem zasiewów, policyjnymi obławami. Wreszcie – a równie dobrze i w tym samym czasie, dopełniając ów przerażający trójkąt – terroryzm i antyterroryzm. Rewolucyjne oddziały Świetlistego Szlaku, zwalczane z całą bezwzględnością w Andach, zeszły do selwy, prowadząc swe operacje również w tej części Amazonii, która tym samym jest regularnie przeczesywana przez wojska lądowe, a mówi się, że nawet bombardowana przez lotnictwo.

Jaki wpływ miało to wszystko na Macziguengów? Przyspieszyło ich dezintegrację i rozproszenie? Istnieją jeszcze wioski, w których zaczęto ich pięć, sześć lat temu osadzać? Rzecz jasna, osady te musiały się znaleźć w zasięgu burzycielskich mechanizmów tej pełnej sprzeczności cywilizacji reprezentowanej przez dobre płace Shella i Petro Peru, skrzynie pełne dolarów pochodzących z handlu koką i przez zagrożenia wynikające ze znalezienia się w samym środku krwawych wojen handlarzy narkotyków, partyzantów, policji i wojska, nie rozumiejąc nic a nic z tego, co się dzieje. Tak jak wtedy, gdy zaatakowały członków plemienia wojska Inków, hiszpańscy odkrywcy, konkwistadorzy i misjonarze, później peruwiańscy zbieracze kauczuku i handlarze drewna, w wieku XX zaś poszukiwacze złota i imigranci z gór. Dla Macziguengów historia ani nie postępuje, ani się nie cofa: obraca się, powtarza. Przypuszczalnie jednak, mimo ogromnych spustoszeń, jakich wszystkie te wydarzenia mogły dokonać pośród wspólnoty, znaczna część plemienia zareagowała na zamęt ostatnich lat tradycyjnym odruchem: rozproszeniem. I ruszyła na kolejną wędrówkę, jak w swym najtrwalszym micie.

Czy wędruje z nimi tym swoim drobnym krokiem płetwonoga stawiającego od razu całą stopę, typowym chodem mężczyzn z plemion amazońskich, mój były przyjaciel, były Żyd i były biały – Saul Zuratas? Postanowiłem, że gawędziarzem z fotografii Malfattiego będzie właśnie on. Bo nie mam najmniejszej możliwości tego stwierdzić. Prawdą jest, że na twarzy stojącej postaci – na prawym policzku, gdzie Maskamiki miał znamię – dostrzec można ciemniejszą plamę, która mogłaby dopomóc w ustaleniu jej tożsamości. Ale z tej odległości wrażenia mogą być całkowicie złudne, bo równie dobrze może to być zwykły cień (kadr jest tak uchwycony, że światło zmierzchu padając z przeciwnej strony, rzuca cień na prawą stronę ludzi, drzew i chmur). Być może najpewniejszym śladem jest budowa ciała postaci. Choć znajduje się daleko, nie ma wątpliwości: to nie jest typowa sylwetka Indianina z selwy, mężczyzny zazwyczaj niskiego, o krótkich, pałąkowatych nogach i szerokiej klatce piersiowej. Przemawiający mężczyzna ma sylwetkę wydłużoną i przysiągłbym, że skórę – a jest obnażony od pasa w górę – dużo jaśniejszą niż jego słuchacze. Ale jego włosy obcięte są, to nie ulega wątpliwości, niczym średniowieczny kaptur, równo dookoła głowy jak u Macziguengów. Postanowiłem również, że kształt widoczny na lewym ramieniu gawędziarza z fotografii to papuga. Czy nie można przyjąć za rzecz najnormalniejszą pod słońcem, że gawędziarz krąży po lasach ze swym totemem, papugą, towarzyszem podróży lub pomocnikiem?

Po żmudnym przemyśleniu wszystkich możliwych rozwiązań i kombinacji, po próbach połączenia jednych z drugimi, części łamigłówki w końcu zaczynają pasować do siebie. Zarysowują historię mniej lub bardziej spójną, pod warunkiem skoncentrowania się wyłącznie na samej anegdocie i zrezygnowania z pytań dotyczących tego, co Fray Louis de Leon określał jako „własną i ukrytą zasadę rzeczy”.

Już podczas owej pierwszej podróży do Quillabamba, dokąd pojechał odwiedzić krewnego swej matki, Maskamiki zetknął się ze światem, który go zaintrygował i pociągnął. To, co z początku wynikało ze zwykłej sympatii dla charakteru Macziguengów i zainteresowania ich zwyczajami, przeobraziło się z czasem – w miarę coraz lepszego ich poznawania, uczenia się języka, wgłębiania się w ich dzieje i coraz to dłuższego przebywania z nimi – w konwersję, zarówno w kulturowym, jak i religijnym znaczeniu tego pojęcia, w pełne utożsamienie się z ich obyczajami i tradycjami, w których – z przyczyn odczuwanych przeze mnie raczej intuicyjnie, bo nie do końca pojmowanych – Saul odnalazł duchową pożywkę, podnietę, sens życia, powołanie, to wszystko, czego nie był w stanie znaleźć w innych peruwiańskich plemionach – u żydów, chrześcijan, marksistów itp. – pośród których żył.

Przemiana następowała pewnie bardzo powoli i bezwiednie właśnie w owym czasie, gdy studiował etnologię na Uniwersytecie San Marcos. Że studia go rozczarowały? Że w naukowej działalności etnologa dostrzegł zagrożenie dla tej kultury prymitywnej i archaicznej (już wówczas nie zaakceptowałby tych określeń), wtargnięcie w nią niszczycielskiej siły nowoczesności, poddanie jej swoistemu zafałszowaniu? To mogę zrozumieć. Idea równowagi pomiędzy człowiekiem a ziemią, świadomość destrukcji środowiska przez przemysł i nowoczesną technologię, docenienia mądrości człowieka archaicznego zmuszonego pod groźbą całkowitego wyginięcia do respektowania swego habitat, choć w owych latach nie były jeszcze intelektualną modą, już zaczynały kiełkować wszędzie, nawet w Peru. Maskamiki musiał to wszystko przeżyć dość szczególnie, widząc na własne oczy zarówno ogromne spustoszenia czynione przez cywilizowanych ludzi w selwie, jak i harmonijne współżycie Macziguengów ze światem natury.

Decydującym momentem do zrobienia wielkiego kroku stała się bez wątpienia śmierć don Salomona, jedynej osoby, z którą Saul był związany i wobec której czuł się zobowiązany zdać rachunek ze swego życia. Bardzo możliwe, wnosząc z jego zachowań na drugim lub trzecim roku studiów, że już przedtem postanowił, iż z chwilą śmierci ojca porzuci wszystko, by udać się nad górną Urubambę. Do tego momentu nie ma w jego historii jeszcze nic nadzwyczajnego. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – w latach studenckiej rewolty przeciw moralności konsumpcyjnej – wielu młodych z klasy średniej, gnanych z jednej strony pragnieniem przygody, z drugiej zaś odrazą do wielkomiejskiego życia, opuściło Limę i ruszyło w góry lub do selwy, by pędzić tam życie nierzadko w bardzo trudnych warunkach. Jeden z programów „Wieży Babel” – na nieszczęście w dużej mierze zmarnowany przez chroniczne awarie kamery Alejandra Pereza – poświęcony był właśnie takiej grupie limańskiej młodzieży, która przeniosła się do Cusco, gdzie utrzymywała się jako tako, uprawiając przedziwne zawody. Więc w tym, że i Maskamiki postanowił odrzucić mieszczańską przyszłość i udać się do Amazonii w poszukiwaniu przygody – wrócić do wartości podstawowych, do korzeni – nie ma nic szczególnego.

Ale Saul nie odszedł jak tamci. Zniknął, zacierając ślady swego odejścia i swych zamiarów, dając do zrozumienia wszystkim znajomym, że wyjeżdża do Izraela. Bo co innego mogłaby oznaczać owa zasłona dymna z Żydem powracającym do ojczyzny, jeśli nie to, że Saul Zuratas, opuszczając Limę, postanowił już nieodwracalnie zmienić skórę, imię, zwyczaje, tradycję, Boga, wszystkie swoje dotychczasowe znaki tożsamości? To oczywiste, że wyjechał z Limy, wiedząc, że już nigdy tu nie wróci i zamierzając stać się na zawsze kimś zupełnie innym.

Z trudem, bo z trudem, ale do tego momentu jestem jeszcze w stanie śledzić tok jego rozumowania. Sądzę, że jego utożsamienie się z nielicznym i marginalnym wędrownym plemieniem Amazonii musiało mieć coś wspólnego – raczej wiele, bardzo wiele wspólnego – jak przewidywał to jego ojciec, z faktem bycia Żydem, przynależenia do innej, też wędrownej i też przez całą swą historię spychanej na margines wspólnoty-pariasa, żyjącej pośród innych społeczności, ale, tak jak Macziguengowie w Peru, nie zintegrowanej z innymi i nigdy tak do końca przez innych nie zaakceptowanej. I być może na ów odruch solidarności wpłynęło również, jak zwykłem mu żartobliwie tłumaczyć, owe ogromne znamię czyniące zeń istotę najbardziej odrzucaną pośród wszystkich odrzucanych, człowieka, którego los zawsze będzie napiętnowany stygmatem brzydoty. Mogę się nawet zgodzić, że pomiędzy czcicielami ducha drzewa i pioruna, pośród praktykujących rytuał tytoniu i wywaru z ayahuaski, Maskamiki mógł czuć się bardziej akceptowany – wtopiony w byt kolektywny – niż pomiędzy żydami czy chrześcijanami swego kraju. We właściwy sobie, subtelny sposób Saul zrealizował swą aliję, odchodząc nad górną Urubambę, by urodzić się na nowo.

Przeszkodą jednak nie do pokonania – przeszkodą frustrującą mnie i zasmucającą -jest dla mnie kolejne stadium: transformacja konwertyty w gawędziarza. Jest to oczywiście ten element, który najbardziej mnie porusza w całej historii Saula, który zmusza mnie do nieustannego rozmyślania o niej, do jej splątywania i rozplątywania po tysiąc razy. To właśnie ów element spowodował, że postanowiłem całą historię napisać, licząc, iż wreszcie się od niej uwolnię.

Bo przeistoczenie się w gawędziarza było dodaniem tego, co niemożliwe, do tego, co było jedynie mało prawdopodobne. Cofnięcie się w czasie – od spodni i krawatu do przepaski na biodrach i tatuażu, od języka hiszpańskiego do monotonnego chrzęstu maczigueńskiego, od racjonalizmu do magii i od monoteizmu lub zachodniego agnostycyzmu do pogańskiego animizmu – jest trudne do przełknięcia, ale przy pewnej dozie wyobraźni jeszcze możliwe. Ale tamto jest dla mnie mrokiem tym mocniej gęstniejącym, im bardziej staram się go rozjaśnić.

Mówić tak, jak mówi gawędziarz, oznacza bowiem dotarcie do odczuwania i przeżywania najgłębszych pokładów tej kultury, przeniknięcie do jej najżywotniejszych soków, dotarcie do samego szpiku jej historii i mitologii, wchłonięcie każdego tabu, odruchu, pragnienia i każdego odwiecznego lęku. To znaczy być – jak tylko można najbardziej – Macziguengą, do szpiku kości, z dziada pradziada, współplemieńcem pradawnego rodu, który w epoce, kiedy Florencja, gdzie teraz piszę, tryskała porażającym gejzerem idei, obrazów, budynków, zbrodni i intryg, już wędrował lasami mojego kraju, zanosząc i przynosząc anegdoty, kłamstwa, zmyślenia, plotki i dowcipy czyniące z tego ludu żyjących w rozproszeniu istot jedną wspólnotę i wciąż utrzymujące pośród nich poczucie bycia razem, tworzenia razem czegoś spójnego i braterskiego. Myśl, że mój przyjaciel Saul Zuratas zrezygnować mógł ze wszystkiego, czym był, i stać się, przemierzając od ponad dwudziestu lat lasy Amazonii, stać się na przekór wszelkim przeciwnościom – i przede wszystkim wbrew samym pojęciom nowoczesności i postępu – przedłużeniem tradycji tego niewidzialnego rodu wędrownych opowiadaczy wszelakich opowieści, jest myślą powracającą co jakiś czas w mej pamięci i tak jak owego dnia, kiedym się o tym dowiedział w rozgwieżdżonych ciemnościach osady Nueva Luz, wprawiającą moje serce w stan, w jaki nigdy nie wprawił go ani strach, ani miłość.

Ściemniło się i na nocnym niebie Florencji też się pojawiły gwiazdy, choć nie tak lśniące jak w selwie. Czuję, że w każdej chwili może skończyć mi się atrament (sklepów, w których mógłbym nabyć wkład do mojego pióra, również nie ominęła, jakżeby inaczej, chiusura estivale). Skwar jest nie do wytrzymania, a w pokoju pensjonatu Alejandra aż kipi od bzykających i pikujących wokół mej głowy komarów. Mógłbym wziąć prysznic i wyjść na ulicę, pospacerować, by czymś się rozerwać. Możliwe, że nad Lungarno wieje jakaś bryza, a jeśli przejdę się tamtędy, zawsze piękny widok oświetlonych nabrzeży, mostów i pałaców wyprowadzi mnie prosto ku zupełnie innemu i przerażającemu widowisku Cascine, za dnia miejscu uświęconej przechadzki pań i dzieci, o tej zaś porze siedlisku kurew, pedałów i handlarzy narkotyków. Mógłbym pójść i wmieszać się między młodzież odurzoną muzyką i marihuaną na Piazza del Santo Spirito lub na Piazza delia Signoria, teraz przemienionej w istny jarmark cudów, gdzie rozgrywają się jednocześnie cztery spektakle, pięć, a nierzadko i dziesięć: trupy karaibskich perkusistów, tureckich ekwilibrystów, marokańskich połykaczy ognia, śpiewających serenady studentów hiszpańskich, francuskich mimów, amerykańskich jazzmanów, wróżek cygańskich, niemieckich gitarzystów, węgierskich klarnecistów. Czasem miło jest zagubić się na chwilę w tym pstrokatym i młodym tłumie. Ale tej nocy, dokądkolwiek bym poszedł, wszystko na nic. Wiem, że na mostach z ciemnożółtego kamienia nad Arno, pod lupanarowymi drzewami Cascine czy pod muskulaturą fontanny Neptuna i pod obsranym przez gołębie brązem Perseusza Celliniego, gdziekolwiek bym się skrył, usiłując znaleźć chwilową ulgę przed upałem, komarami i nazbyt podminowaną duszą, wciąż będę słyszał, tuż obok, bez przerwy chrzęszczącego, odwiecznego, maczigueńskiego gawędziarza.

Mario Vargas Llosa

***