/ / Language: Polski / Genre:sf_fantasy,

Kaźń

MarinaISiergiejDiaczenko


Marina i Siergiej Diaczenko

Kaźń

(Kazn')

Przełożył Piotr Ogorzałek

Rozdział 1

Za zakrętem, gdzie szosa zataczała pętlę nad samą przepaścią, Irena się zatrzymała. Wysiadła z samochodu, by popatrzeć na mgłę.

Urwisko zaczynało się zaraz za pasiastymi słupkami oznakowania drogowego. Na jego dnie zalegała najprawdziwsza chmura – nawet z wyglądu gęsta, ścieląca się, powoli przelewająca w samą siebie. Wznosząc się nad skrajem przepaści, szare nibynóżki tajały w promieniach wschodzącego słońca – przez rozpływające się strzępy prześwitywały góry, daleki las i czerwony dach maleńkiej kafejki, do której zostało jeszcze dziesięć minut jazdy.

Zza zakrętu ostrożnie – a w tych górach wszyscy jeżdżą ostrożnie – wyłonił się mały, niebieski samochód. Na widok zapatrzonej Ireny zahamował i zatrzymał się; zza kierownicy wygramolił się łysiejący mężczyzna – Irena gdzieś go już spotkała. Zresztą w tej okolicy wszyscy się kiedyś spotkali, nie mieszka tu zbyt wielu ludzi.

– Jakieś problemy z samochodem? Pomóc pani?

Nad opadającymi strzępami mgły leciał, miarowo machając skrzydłami, biały ptak. Las prześwitywał jaśniej, ciągnąc się z góry na górę niczym niedbale narzucony szal.

– Mm... Proszę wybaczyć, że panią niepokoję...

Ocknęła się.

– Nie, nie... dziękuję. Z samochodem wszystko w porządku.

Mężczyzna z niezdecydowaniem dreptał w miejscu. Najwyraźniej beształ się za niestosowną gorliwość. I bał się, że wyjdzie na durnia.

Mgła rzedła. Wkrótce widoczne będą głazy na dnie przepaści i płynący wśród nich potok.

– Dziękuję – powtórzyła, zagłębiona we własnych myślach.

– Powiadają – rzekł nieoczekiwanie mężczyzna, podążając za jej wzrokiem – powiadają... Zna pani tę wróżbę?

Na czerwony dach kafejki padło słońce, przez co dachówki zabłysły jak mak.

– Powiadają – mężczyzna odkaszlnął – że jeśli ktoś w bezludnym miejscu długo wpatruje się we mgłę, może zobaczyć Stwórcę. Chodzi On we mgle niczym w chmurach. To nie Jego pani przypadkiem wypatruje?

Irenie zachciało napić się kawy. Wyobraziła sobie maleńką, porcelanową filiżankę z wygiętym uszkiem, tak maciupkim, że można go było ująć tylko dwoma palcami.

A do kafejki zostało jeszcze dziesięć minut!

– Proszę wybaczyć – znów rzekł mężczyzna i po chwili za plecami Ireny zawarczał silnik jego niebieskiego samochodu.

– Nie, ja po prostu lubię to miejsce – rzekła Irena w pustkę. – Pięknie tu, prawda?

Niebieski samochód oddalał się, merdając ogonem spalin. Najwyraźniej się z nią zgadzając.

* * *

Katedra filologii mieściła się w głównym gmachu – największym i najbardziej okazałym; z biurami administracji i kamiennymi harpiami strzegącymi wejścia. Irena nie znosiła zarówno administracji, jak i harpii.

Spóźniła się dziesięć minut. Kierowniczka katedry demonstracyjnie spojrzała na zegarek.

– Kiedy pani Chmiel zdąży na czas, uwierzę w rychły koniec świata.

Irena nie odpowiedziała. Usiadła w kącie za stołem, wyjęła zeszyt i zaczęła wodzić długopisem po pustych kratkach.

– ...wyniki dzisiejszej sesji pozwalają wyciągnąć wnioski na temat...

Kierowniczka katedry, młodo wyglądająca blondynka, przypominająca dużego, kędzierzawego anioła, miała przyjemny, głęboki głos, intelekt zaś trzeźwy i w pełni męski; pokolenia studentów przekazywały sobie jej niezmienne przezwisko: Pacyfikatorka. Irena wiedziała, że student, będąc nawet na skraju śmierci – jeśli nie ma nadziei wyzionąć ducha przed początkiem kolejnej sesji – przypełznie do niej na wykład, bojąc się nieuniknionych i niewiarygodnych w swym okrucieństwie sankcji.

Połowa nieudaczników, którzy wylecieli z uniwersytetu już po pierwszym trymestrze, miała pełne podstawy, by winić za to Pacyfikatorkę. Natomiast jeśli chodzi o katedrę, to ci, którzy uchowali się tu przez ostatnie pięć lat, już dawno przyzwyczaili się do wiecznych nieporozumień podczas spotkań kadry.

Irena wodziła długopisem po pustej kartce. Przez blady wzór kratek prześwitywał zarys zamku – połowa baszt zawaliła się i nad dziedzińcem buszował ogień. Wieża oblężnicza, taran u wrót, horda barbarzyńców wspinających się na mury.

Po burzliwej przemowie pani Pacyfikatorki nastąpiła jadowita tyrada chudego jak tyczka profesora orientalistyki; konflikt rozpalił się niczym naoliwiona szmata. Irena skrzywiła się z niesmakiem.

– ...zaś fakt, że dostarczeniem prac na konferencję zajęła się właśnie pani! I jak zrozumieć to, że ja i moi podopieczni dowiedzieliśmy się o tym dopiero przed tygodniem, podczas gdy pani studenci zdążyli już przygotować trzy rozbudowane sprawozdania?!

Irena oderwała wzrok od zamku płonącego na kartce.

W przestronnym pomieszczeniu wrzało od namiętności. Na cherlawych gałązkach pokojowego drzewka cytrynowego spokojnie tkał swoje sieci wątły, chorobliwie wyglądający pajączek – za to profesorowi orientalistyki trzęsły się wargi i z ust ciekła ślina. Irena miała wrażenie, że pomiędzy profesorem i Pacyfikatorka przepływa łuk elektryczny.

– Skończył pan? Pytam, czy pan już skończył? Może by pan teraz przez jakiś czas pomilczał?!

W porównaniu z kłótnią pracowników katedry nawet płonący zamek wydawał się blady, pozbawiony życia, nieprawdziwy. Irena dorysowała w rogu szubienicę z pustą pętlą – tragiczny obrazek ostatecznie przybrał groteskowy wygląd. Irena ze smutkiem pokiwała głową i odwróciła kartkę.

– ...Chociażby pani pisarka!

Irena się zachmurzyła. Milczała przez chwilę, przyglądając się pustej kartce w kratkę, i uniosła wzrok. Wszyscy obecni na zebraniu nie wiedzieć czemu patrzyli na nią – jedynie profesor, trzymając się za serce, wyglądał przez okno. Najwidoczniej liczył, że sam widok świeżego powietrza może go uspokoić.

– Oto komu zazdroszczę – z nutką goryczy oznajmiła Pacyfikatorka. – To wszystko nerwy, moi państwo. To wszystko dotyczy nas. A panią Chmiel interesuje zupełnie co innego. I jeśli pewnego pięknego dnia nasz instytut spłonie na popiół – pani pisarka najprawdopodobniej nawet nie zwróci na to uwagi.

Irena wyobraziła sobie języki płomieni nad częścią administracyjną. Wieża oblężnicza na klombie, taran miażdżący harpie przy wejściu, półnadzy barbarzyńcy, dziesiątkami ginący z rąk pani Pacyfikatorki...

– Szanowni państwo – pulchna pani docent postukała w szkiełko zegarka. – Czas się chyba streszczać.

I dopiero gdy członkowie katedry z westchnieniem ulgi wysypali się do korytarza, Irenie przyszła do głowy ostra i miażdżąca riposta.

* * *

– Pani Ireno, podrzuci mnie pani? – zapytał profesor orientalistyki. Mieszkał na skraju miasteczka uniwersyteckiego i nigdy nie przepuścił okazji, by zabrać się z Ireną.

– Nienawidzę ścierw, Ireno. Och, jak ja nienawidzę tych ścierw. Moja pierwsza żona była ścierwem. Zna pani tę piosenkę: „Skąd się biorą ścierwa z tak miłych dziewczątek?". I tym przyjemniej widzieć obok siebie kobietę, która... ostrożnie, autobus!

Profesor miał irytujący nawyk – z całych sił pomagał Irenie w prowadzeniu samochodu. Za każdym razem podskakiwał na siedzeniu i z przerażeniem wskazywał na nieuniknione jego zdaniem zagrożenie.

Zza zakrętu wyjechały trzy autobusy. Czekano na nie przy bramie akademika: plecaki zwalone jak barykada w poprzek chodnika zagradzały drogę pieszym, a rumiani studenci hałasowali i radośnie wymachiwali barwnymi, sportowymi czapkami.

– Inni mają wakacje – z zawiścią skonstatował profesor.

Irena przyhamowała.

Opuszczenie wykładu pani Chmiel studenci uważali za rzecz oczywistą, za to radość, z jaką witali Irenę, była absolutnie szczera. Gdy wysiadła z samochodu, natychmiast otoczył ją tłumek – młodzi chłopcy, odpychając dziewczyny, błazeńsko walczyli o prawo ucałowania jej rękawiczki.

– Dzień dobry! Dzień dobry! Dzień dobry!

– Proszę jechać z nami, pani Chmiel!

– Serdecznie witamy, pani Chmiel!

Nie była oczywiście w stanie odpowiedzieć wszystkim – ograniczyła się do skinień i uśmiechu. Podniecenie powoli opadło, pierścień młodzieży wokół Ireny przerzedzał się i po kilku minutach towarzyszyło jej tylko dwóch starych wielbicieli – ku swemu żalowi nie mogła przypomnieć sobie ich imion.

– Pani Chmiel – niepewnie zapytał wysoki, chudy okularnik. – Czy można... prosić o autograf? Specjalnie znalazłem to czasopismo... Numer, w którym jest pani opowiadanie...

Zmieszała się, jak zawsze, gdy studenci wspominali o jej publikacjach. Przytaknęła.

– Mówią, że niedługo ukaże się książka? Proszę powiedzieć, pani Chmiel... – okularnik się zawahał. – Dlaczego u pani wszystko tak źle się kończy?

– Aż tak źle? – Uśmiechnęła się, kryjąc zmieszanie. – Główny bohater zginął i jest to rzeczywiście przykre, wiedział jednak, co ryzykuje...

Chłopak się zaczerwienił.

– Nie o to mi chodzi... Źle, że jego dziewczyna wyszła za mąż za barona. Źle, że... no, w ogóle, to...

– Czy świadomie... mmm... zanegowała pani archetyp romantycznej legendy? – zapytał cicho drugi student, barczysty i krępy, choć z dziecięcą, pyzatą twarzą.

– W pełni świadomie. – Spojrzała młodzieńcowi o okrągłej twarzy w oczy, lecz nie speszył się pod tym spojrzeniem. Po dorosłemu wydął wargi.

– Wychodzi na to, że negacja, wypaczenie romantyki... jest pani firmową metodą twórczą?

Zamyśliła się.

Studenci krzątali się wokół autobusów, okularnika ktoś pociągnął za rękaw, a tego z okrągłą twarzą zawołał jakiś kolega; w samochodzie niecierpliwie wiercił się profesor.

– Porozmawiamy o tym w przyszłym trymestrze – rzekła, siadając za kierownicą. – Udanych wakacji.

– Nawzajem, pani Chmiel... Proszę więcej pisać.

– Biedni chłopcy – rzekł profesor, gdy autobusy skrył się z widoku. – Każdy ożeni się ze swą suką i stanie się jak inni... Niech pani sama powie, Ireno. Kiedy otwieram książkę, chcę odpocząć, chcę narkotyku... A suk mam dość na co dzień...

– Nie trzeba się było z nią kłócić – rzekła Irena, przypominając sobie Pacyfikatorkę.

– Nie w tym rzecz... Wie pani, dlaczego nie mogę czytać pani opowiadań? Dlatego, że gdy dama występuje w krynolinach, a mężczyźni w kolczugach i z mieczami, oczekuję na bajkę, Ireno. Na inny, że tak powiem, świat... konstrukcję tego świata... żeby były w nim leśne duchy, przeróżne gnomy, krwawe wojny, surowe prawa... miłość... a nie domowe, proszę wybaczyć, awantury ze smutnym zakończeniem.

– Zastanowię się nad tym – rzekła. I nie była to zdawkowa odpowiedź. Istotnie miała zamiar to przeanalizować, jednak związek jej przemyśleń ze słowami profesora był kwestią drugorzędną.

– Proszę się tylko nie obrażać...

Zahamowała przed domem profesora.

– Bardzo dziękuję, Ireno... Życzę sukcesów twórczych. I niech pani choć trochę odpocznie podczas wakacji.

– Dziękuję, nawzajem.

Profesor postawił jedną nogę na ziemi. Zatrzymał się jednak, jakby w niezdecydowaniu, i odwrócił:

– Niesłusznie uważa pani, że wszyscy mężczyźni na świecie to zapatrzeni w siebie egoiści, Ireno.

– Zastanowię się... – zaczęła z przyzwyczajenia, w porę się jednak zreflektowała – Wcale tak nie uważam.

Profesor ze smutkiem pokiwał głową.

– Wiem.. No cóż. Do widzenia.

* * *

Pierwszą rzeczą, którą zrobiła po powrocie do domu, było wyciągnięcie żółwia spod kanapy i położenie go na dywaniku w świetle nocnej lampki. Żółw, przypominający zakutego w zbroję rycerza, zmierzył Irenę bezmyślnym spojrzeniem paciorkowatych oczu; nie reagował on na swoje imię ani żadne inne komendy. Irena trzymała go tak po prostu, dla kaprysu.

Pies obronny, Sensej, bił ogonem o deski ganku, błagając o wpuszczenie do domu; Irena spełniła jego prośbę i dopiero wtedy podeszła do telefonu, by sprawdzić, kto dzwonił podczas jej nieobecności.

Oho! Dwa telefony od agenta i kolejne trzy z nieznanego numeru. Ciekawe, któż tak uparcie dobijał się rozmowy z panią Chmiel?

Dała żółwiowi kapusty. Poczochrała Senseja po kosmatym karku, położyła się na kanapie i naciągnęła koc aż do podbródka.

Choć, szczerze mówiąc, powinna była sama zadzwonić do agenta. Kto wie, może jakiś wygodny kontrakt...

„Negacja, wypaczenie romantyki"... „Oczekuję na bajkę, Ireno. Na inny, że tak powiem, świat..."

Trzeba było odpowiedzieć tak: Przecież nikt nie zabrania panu wierzyć, że tam, w innym świecie, jest lepiej i ciekawiej.

W czystym i uczciwym świecie, bez egzaminów, bez Pacyfikatorek, bez kontroli podatkowych... Myli się pan jednak, gdyż...

Zamruczał telefon. Irena westchnęła – wyświetlił się numer agenta.

– Tak, słucham.

– Pani Chmiel? W końcu... Proszę sobie wyobrazić, że mamy kontrahenta na cały cykl o Oblężeniu.

– Ale on nie jest jeszcze napisany...

– Właśnie! Awansem, na zamówienie... Tylko, pani Ireno, na Boga, oni proszą o jak najwięcej magii. Konieczny jest Mroczny Władca, choćby na trzecim planie. Chcą fantazji, czarodziei, artefaktów, niebezpiecznych wyzwań, pojedynków... Sama pani pamięta; nieraz o tym rozmawialiśmy.

– Zastanowię się – rzekła ugodowo.

Agent zamilkł. Zdążył już wystarczająco dobrze poznać swoją podopieczną, by rozróżniać odcienie tej jej zwyczajowej odpowiedzi.

– Nadszedł najwyższy czas na poważną rozmowę, pani Ireno. Gdzie możemy się spotkać?

Westchnęła.

– Zastanowię się...

– Dobrze – głos w słuchawce sposępniał. – Zadzwonię jutro rano.

– Oczywiście – rzekła z ulgą i odłożyła słuchawkę.

Sensej kręcił się wokół kanapy i kładł łapy na kocu, co nie było wskazane, bo miał je oczywiście całe uwalane w błocie.

...Na próżno wierzycie, chłopcy, że w tym uczciwym świecie spotkacie silnych ludzi, znajdziecie godne was miejsce... Gdyż ci, którzy faktycznie potrafią znaleźć takie miejsce, mogą to zrobić w każdym świecie... Wygrywają wybory, obracają milionami i w ogóle nie czytają bajek. Właśnie dlatego sami się oszukujecie, chłopcy... A ja nie będę przykładać do tego ręki.

– Co za bzdury – rzekła na głos. – Też mi problemy. Znów zadzwonił telefon. No nie; jeszcze raz i go wyłączy.

Dzwoniła znajoma. Niezbyt bliska, ale całkiem sympatyczna. Z tych, z którymi ciekawie jest porozmawiać dwa razy w miesiącu i spotkać się dwa razy w roku.

– Jakie masz plany na wieczór, Ireno?

– Śpię – odparła uczciwie.

– Jeśli chcesz, przyjedziemy po ciebie. Dziś jest rocznica ślubu Igora i Janki; chcieliśmy...

Irena z trudem przypomniała sobie, kim są Igor i Janka. Ach tak, równie sympatyczni ludzie...

– ...ciekawe towarzystwo. I kilku twych czytelników i wielbicieli. Jeszcze ich nie znasz... Wszyscy bardzo chcą cię poznać. Przyjedziesz?

Irena milczała. Głos w słuchawce stracił nieco na pewności siebie.

– Chyba nie jesteś chora... Ireno?

Pomyślała, że należy odpowiedzieć „tak". Zasymulować chorobę, by nikt się nie obraził.

Wstawać z kanapy? Ubierać się, robić makijaż? Dokądś jechać, by wrócić po północy z ciężką głową, pachnąc cierpkimi perfumami i cudzymi papierosami?

Żółw pod lampką nocną flegmatycznie poruszał szczękami.

– Wybacz – westchnęła Irena, – ale nie pojadę. Mam zbyt dużo... – chciała powiedzieć „pożywki do rozmyślań", jednak w ostatniej chwili się rozmyśliła. – Mam zbyt dużo... pracy.

– Ale to tylko jeden wieczór – przyjaciółka, sądząc po głosie, jednak się obraziła. – Przecież nie tak znów często cię... niepokoimy!

– Wybacz. – Irena wiedziała, że kilka minut po odłożeniu słuchawki przyjdą jej do głowy wszelakie wyjaśnienia i przemyślne usprawiedliwienia, nie będzie już ich jednak miał kto wysłuchać.

A Sensej i żółw dawno przyzwyczaili się do jej monologów. I być może znali wszystkie jej argumenty z wyprzedzeniem.

* * *

Zamiotła podwórze. Popatrzyła, jak słońce kryje się za górami. Rozpaliła ognisko, spróbowała na podstawie dymu określić jutrzejszą pogodę – i jej się to nie udało. Sensej biegał, odrzucając tylnymi łapami grudy ziemi, i jego podniecenie częściowo udzieliło się Irenie. Koniec końców była już prawie wiosna.

Dzwonek telefonu wyrwał ją ze stanu zadumy. Telefon mruczał długo i uparcie – idąc do niego, Irena naliczyła piętnaście dzwonków.

– Pani Chmiel?

Ten sam nieznany numer. I co ciekawe, podobnie nieznajomy głos. Przecież prosiła, by nikomu nie dawać numeru jej telefonu.

– Nazywam się Peter Nikołan, pani Chmiel; proszę mi wybaczyć, jeśli panią niepokoję...

Zrobił pauzę, jakby specjalnie po to, by mu uprzejmie zaprzeczyła – że to niby nic strasznego, że słucha.

Lecz ona milczała. Gdyż nieznajomy rzeczywiście ją zaniepokoił.

– Chodzi o pani męża, Andrzeja Kromara.

– Mojego byłego męża – poprawiła go automatycznie.

Potem ugięły się pod nią nogi i usiadła na kanapie.

– Żyje?

– Dlaczego od razu wysuwa pani tak tragiczne przypuszczenia, pani Chmiel?

– Żyje?

– Tak, oczywiście... Widzi pani... Tak w ogóle, to jestem z Rady Bezpieczeństwa Publicznego.

Irena głęboko westchnęła. Serce waliło jej jak szalone; zdaje się, że nawet żółw odwrócił swą zakutą w pancerz głowę i błysnął paciorkami bezmyślnych oczu.

– Czy coś przeskrobał?

– Nie, wręcz przeciwnie; możliwe, że zostanie przedstawiony do odznaczenia.

Opierając się o miękki bok kanapy, Irena przysunęła się do stołu i położyła dłoń na ciepłej skorupie żółwia. Zwykle taki dotyk ją uspokajał.

– Więc czemu zwraca się pan do mnie?

– Musimy się spotkać.

Irena zmarszczyła brwi. Ni z tego, ni z owego, przyszła jej do głowy myśl, że jest to na pewno podstęp nowo poślubionych Igora i Janki, którzy postanowili za wszelką cenę wyciągnąć ją dzisiaj na imprezę.

Wyobraziła sobie, jak jedzie na spotkanie z pracownikiem Rady i trafia do grupy bawiących się, podpitych i niewątpliwie miłych ludzi.

– Dzisiaj?

– Jutro rano – niewidoczny Peter udał, że nie słyszy sarkazmu w jej głosie. – Jeśli pani chce, przyślę po panią samochód.

– Jestem bardzo zajęta – oznajmiła ostrożnie.

* * *

Miała osiemnaście lat i była bez pamięci zakochana w chłopaku z roku, Iwoniku, pierwszym mężczyźnie na całym wydziale. Ich miłość przez jakiś czas ograniczała się do przytulania w ciemności sali kinowej; długo krążyli wokół siebie jak namagnesowani, bojąc się jednocześnie oddalić i zbliżyć do siebie – gdy niespodziewanie pewnego wieczoru, odprowadzając Irenę do domu, Iwonik pocałował ją na przystanku autobusowym.

I zaczęło się.

Przystanek był pusty; całowali się długo, kryjąc pod szklanym daszkiem, po czym, wymieniając długie spojrzenia i przysięgając sobie miłość do grobowej deski, przeszli na drugą stronę ulicy i pojechali do Iwonika.

Rzadcy pasażerowie zerkali na nich ze zrozumieniem. Przegapiwszy właściwy przystanek, zakochani wracali pieszo, trzymając się za ręce. Na skrzyżowaniu grała z kapeluszem wędrowna orkiestra – olbrzymia tuba, dwie mniejsze trąby i bęben z talerzami. Także tutaj Iwonik kupił z rąk życzliwej babiny malutki, biały bukiecik.

Okna domu Iwonika były puste i ciemne – rodzice wyjechali. Irena była tak podekscytowana, że przed samym progiem pośliznęła się i wywróciła, upuszczając torebkę i rozsypując na śniegu konspekty, ołówki i kosmetyki.

Zbierali skarby Ireny czworgiem trzęsących się rąk. Potem weszli do domu, nastawili czajnik i natychmiast o nim zapomnieli. Iwonik wyjął kieliszki i wino; na szybko opróżnili butelkę i poczuli się niemal jak bohaterowie.

W sypialni Iwonik najpierw zgasił nocną lampkę, potem zapalił ją i znowu zgasił. Bardzo chciał wyglądać na doświadczonego mężczyznę – a Irena przypomniała sobie, że na koszulce ma naderwany guzik i była w stanie myśleć tylko o tym, by zdążyć zakryć go dłonią.

Iwonik miał gorący oddech. Peszył się, uśmiechał i dygotał – i w końcu wsunął się do niej pod koc; a ona, oszołomiona winem, oddała się w ręce losu – gdy pod samymi oknami zagrzmiała nieziemska orkiestra dęta.

Irena drgnęła – wspomnienie było zbyt realistyczne. Zdjęła rękę z ciepłej skorupy. Wymieniła z żółwiem spojrzenie, posłuchała szumu wiatru za oknem i ze zmęczeniem usiadła w fotelu.

Kanalia... Tego dnia spotkał parkę zakochanych i dziewczyna wpadła mu w oko. Poszedł za nimi. A potem wyciągnął z kieszeni wszystkie drobne i zamówił u nieogolonych muzyków występ.

Stali pod oknem – zuchowaci włóczędzy z miedzianymi trąbami, ci sami, ze skrzyżowania... i grzmieli marsz weselny tak, że w sąsiednich domach zapalały się światła... Przenikliwie łomotały bębny i talerze. Wtedy Irena zaczęła płakać i gorączkowo się ubierać, Iwonik zaś przez chwilę stał jak słup, a potem otworzył okno zrywając lateksowe paski uszczelnienia i cisnął w muzyków okrągłym taboretem.

Cyniczna trąba wydała nieprzyzwoity dźwięk.

Iwonik siedział na podłodze i gorączkowo przypominał sobie wulgarne przekleństwa – wszystkie, jakie znał, jakie kiedyś słyszał i zapomniał, a także takie, których nie znał i nie słyszał – wymyślał je na gorąco, przez co brzmiały jeszcze bardziej żałośnie.

Była idiotką... Czyżby było to nieuniknione i w wieku dziewiętnastu lat wszystkie dziewczęta to idiotki?!

A wtedy oczywiście momentalnie wytrzeźwiała. I uciekała, przy dźwiękach weselnego marsza, uciekała, gdzie oczy poniosą, i niemal wpadła pod samochód.

Następnego ranka, zapłakaną, kilkakrotnie wzywano ją do telefonu, lecz ona nie podchodziła, nie mając ochoty na rozmowę z Iwonikiem... a gdy wywołano ją po raz czwarty i zmusiła się, by zejść do okienka recepcjonistki, okazało się, że wcale nie był to Iwonik. W słuchawce nieznajomy głos przymilnie zapytał:

– Czy rozmawiam z Ireną?

Nie była przygotowana na taki rozwój wypadków, więc zachowała milczenie.

– Halo, Ireno?

– Z kim mam przyjemność? – spytała posępnym głosem.

– Mam na imię Andrzej.

Wkrótce dowiedziała się, że on osiąga każdy wytyczony sobie cel. Każdy bez wyjątku.

– Jaki znowu Andrzej? – nie dbała o to, że wszyscy ją słyszą.

– Ten, który zamówił muzykę.

Milczała.

– Znalazłem pani notes... razem z numerem telefonu.

– I co z tego? – zapytała. I już po sekundzie dodała. – Więc niech pan wsadzi sobie ten notes... wiadomo gdzie!

I trzasnęła słuchawką.

Był od niej o siedem lat starszy. Mieszkał sam w ogromnym pokoju niemal bez mebli, jednak poruszać się po nim można było jedynie bokiem, wzdłuż ściany, gdyż całą przestrzeń zajmowało średniowieczne miasto zbudowane z pudełek po zapałkach.

– A co to takiego?! – zapytała, gdy po raz pierwszy przestąpiła próg jego pokoju.

– A, tak – lekceważąco machnął ręką. – Nic specjalnego...

Taki sobie modelik...

* * *

Spotkali się na neutralnym gruncie – w kawiarni. Nikołan przyszedł w towarzystwie urodziwej, poważnej kobiety – jednej z tych, które do późnej starości regularnie korzystają z siłowni, masażysty i kosmetyczki. Niemniej dama była podenerwowana i Irena ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że źródłem jej napięcia jest niegroźna pani Chmiel.

– ...oraz pani ostatnie utwory. Czytałam je nawet swojemu synowi – jest zachwycony; połowa jego klasy czeka w kolejce na czasopismo.

Najwyraźniej kłamała. Przypuszczalnie dopiero wczoraj wieczorem wręczono jej czasopismo i w pośpiechu przekartkowała opowiadanie Ireny, pragnąc mieć temat do uprzejmej dyskusji z użyteczną rozmówczynią.

Gdyż z jakiegoś powodu pani Chmiel jest im do czegoś potrzebna.

– Zamierzacie rozmawiać ze mną jako przedstawiciele Rady, czy prywatnie?

Dama się uśmiechnęła – czarująco, choć za tym uśmiechem wciąż kryło się napięcie.

– Kameralne warunki... sprzyjają szczerej atmosferze.

– Czekam na odpowiedź.

– Tak, jesteśmy upoważnieni do prowadzenia oficjalnych rozmów. – Peter, który okazał się korpulentnym, przygnębionym blondynem, westchnął ciężko. – Rozumiemy pani zmieszanie.

– Wiecie oczywiście, że rozwiodłam się z mężem pięć lat temu? – spytała Irena niedbałym tonem.

Peter przytaknął.

– Oczywiście. Proszę wybaczyć, że mimowolnie obudziliśmy w pani niepotrzebne i nieprzyjemne wspomnienia. Jednak Rada... zmuszona jest prosić panią o pomoc. A także o to, by pomogła pani... swemu byłemu mężowi.

Irena milczała.

Zbudowana z drewnianych bali restauracyjka o dziesięciu odseparowanych od siebie przepierzeniami stolikach była o tej porze niemal pusta. Stoły ustawione były w krąg naprzeciwko wejścia, wokół lady, a w centrum, pod szerokim otworem w suficie, mieścił się ruszt. Panował ledwie wyczuwalny zapach dymu i przygotowywany przez gospodarza posiłek dla trojga dopiero zaczął się przekształcać z krwistych, mięsnych kawałków w przyrumienione, apetyczne befsztyki...

– Mamy mało czasu. – Peter Nikołan spoglądał przenikliwie. – A sprawa wygląda w ten sposób. Proszę sobie wyobrazić, że nasz wypełniający swą misję pracownik w trakcie pewnych badań socjologicznych... przeżył ciężki szok, w rezultacie którego stał się... niepoczytalny.

Irena milczała. Nad rusztem unosił się równy, siwy dymek. Jego cienkie smugi zasysał otwór w suficie.

Nawet w ich najlepszym okresie Andrzej nie opowiadał jej niczego o swej pracy. I bez wątpienia zawsze był odrobinę niepoczytalny. Jeśli oczywiście możliwe jest takie zestawienie słów.

– Będzie pani niewątpliwie zaskoczona. – Kobieta westchnęła. – Mężczyźni zaskakują nas nie rzadziej niż my ich. Jednak dane specjalnego testu wykazały, że jedynie silny wstrząs może wyrwać tego człowieka ze stuporu. Na przykład obecność byłej żony.

Irena wciąż milczała. Ta dwójka zasypała ją gradem informacji. Już najwyższy czas, by położyć się na kanapie, naciągnąć koc pod brodę i zastanowić się nad ich słowami.

Ciekawe, co to za „specjalne testy"?

„Zastanowię się nad tym" – chciała powiedzieć, w ostatniej chwili udało jej się jednak powstrzymać.

– Tak. – Peter pochylił się do przodu i jego oczy znalazły się dokładnie naprzeciw twarzy Ireny. – Wygląda to tak, że... od psychicznego zdrowia tego człowieka zależy obecnie los wielu innych ludzi... Można rzec, że to kwestia życia lub śmierci. I Rada zwraca się do pani... jako do odpowiedzialnej obywatelki. Jako do kobiety, pedagoga, humanisty...

Mięso na rożnie powoli przybierało jadalny wygląd. Najwyraźniej pani Chmiel też jest teraz poddawana obróbce, by odpowiednio skruszeć.

Po co ten cały patos?

– Jest w szpitalu? – zapytała Irena i jej głos brzmiał mniej obojętnie, niżby tego sobie życzyła.

Wyglądało na to, że Nikołan i kobieta ledwie powstrzymali się przed wymianą spojrzeń.

– Niestety nie... Nieszczęśliwy wypadek miał miejsce, gdy pan Andrzej Kromar wypełniał naukową misję... był w delegacji.

– O jakiej dziedzinie nauki pan mówi? – zdziwiła się Irena.

– Zawsze uważałam, że Rada...

– O socjologii stosowanej – odparł cicho Nikołan. Jego oczy stały się nieobecne, jakby przyglądał się Irenie z bardzo daleka. – O socjologii eksperymentalnej, ściśle mówiąc. W każdym okresie swej historii ludzkość posiadała coś w rodzaju tajemniczego, zakazanego zakątka. Badań uważanych za nieprzyzwoite, nieetyczne, niehumanitarne... A mimo to niezwykle perspektywicznych. Oczywiście wyłącznie pod nadzorem Rady.

Kawałki mięsa powoli obracały się wokół własnej osi, podstawiając pod ogień to jeden, to drugi bok.

– Co się stało z Andrz... panem Kromarem?

Kobieta westchnęła.

– Przeprowadzał eksperyment. – Peter Nikołan wciąż patrzył Irenie w oczy i jego wzrok przypominał teraz spojrzenie czujnej łani.

– Nieudany?

– Przeciwnie. Niewiarygodnie udany. Talent pana Kromara... zostanie jeszcze doceniony przez kraj i społeczeństwo... później zresztą o tym pomówimy. Rzecz w tym, że gdy pracuje się na granicy prawa... nie chodzi o prawa ludzkie, lecz prawa natury... sukces może zmienić się w tragedię. Jak w tym przypadku.

Irena z nostalgią pomyślała o swym kocu. O kanapie, filiżance herbaty, o gorącej skorupie flegmatycznego żółwia.

– Na pewno męczą już panią – kobieta zdobyła się na wymuszony uśmiech – nasze niedomówienia...

– Czego ode mnie chcecie? – zapytała Irena, ze złością uświadamiając sobie, że od tego pytania należało rozpocząć rozmowę.

– Chcemy poprosić panią – głos Nikołana stał się bardzo przekonujący – by odwiedziła pani pana Kromara tam, gdzie się obecnie znajduje... i wyprowadziła go ze stanu szoku. Dzięki temu uratuje mu pani życie. A także prawdopodobnie życie wielu innych ludzi. Etyka zawodowa zabrania mi zdradzania szczegółów.

Irena milczała.

Gdyby chodziło o przejazd do sąsiedniego miasteczka i odnalezienie tam Andrzeja, ta dziwna rozmowa nie byłaby potrzebna.

– O ile dobrze zrozumiałam... przebywa gdzieś daleko?

– Koszty podróży pokrywa Rada – przygłuszonym głosem oznajmiła kobieta.

– A dokąd konkretnie mam...

Nikołan westchnął. Wyjął spod stołu płaską aktówkę, z niej zaś przygotowaną wcześniej kartkę papieru.

– Proszę... niech pani to przeczyta i podpisze.

Irena przebiegła wzrokiem po tekście – było to zobowiązanie do zachowania tajemnicy państwowej, co, nie wiedzieć czemu, ją rozśmieszyło. Miejsce pobytu Andrzeja jest tajemnicą państwową! Już dawno trzeba było to zrobić. Już dawno należało uznać tego pasożyta za broń o taktycznym przeznaczeniu, a w momentach mrocznego stanu ducha – nawet strategicznym. I doprowadzając go do furii, zrzucać na pozycje potencjalnego przeciwnika. „Po godzinie wrogowie ze szlochem oddadzą się do niewoli".

Peter zmarszczył brwi. Nie rozumiał jej uśmiechu.

Wzruszyła ramionami.

– Z natury unikam waszych tajemnic.

– To jedynie formalność – odparła cicho kobieta. – Lecz bez pani podpisu nie możemy...

„Na kanapę – pomyślała ze znużeniem Irena. – I przez dwa dni nie wysuwać nosa spod koca. Regenerować wewnętrzną ekologię".

Podpisała. Nikołan długo studiował dokument, jakby wątpił w autentyczność podpisu Ireny; potem kelner przyniósł pieczone mięso i dokument trzeba było ukryć – głównie przed tłustym sosem.

– Widzi pani... Główną specjalnością pani byłego męża było modelowanie.

Z czerwonego sosu spływały krople – jakby mięso, przeobraziwszy się nad ogniem, pragnęło znów wyglądać jak surowe, wykorzystując makijaż z krwawego pomidora. Kobiety postępują podobnie... – pomyślała Irena, niezbyt jednak chciało się jej ciągnąć porównania.

– Jest więc modelatorem – głos Nikołana zniżył się do szeptu. – Dokonuje eksperymentów. I doszło do tego, że w trakcie jednego z nich pani mąż stworzył...

– Mój były mąż – poprawiła Irena automatycznie.

– Pani były mąż... stworzył funkcjonujący model czterowymiarowy. W czasowym reżimie dziesięć do jednego...

– I bardzo dobrze – rzekła Irena, gdyż oboje jej rozmówców wyraźnie czekało na jakąś jej reakcję.

Kobieta się zakrztusiła. Nikołan przełknął ślinę.

– Nie zrozumiała pani. On znajduje się wewnątrz modelu. Dysponujemy informacjami, że jest cały i zdrowy... A jednocześnie jego zachowanie przywodzi na myśl szok. Zachwianie percepcji.

Irena wyobraziła sobie Andrzeja siedzącego pośrodku swego miasta z zapałek – najwyższa wieża ledwie sięga mu do ramienia. „A to? Nic specjalnego. Taki sobie modelik..."

– Chyba nie do końca państwa rozumiem – przyznała uczciwie. – Lecz obiecuję, że się zastanowię.

* * *

Jakiś miesiąc wcześniej dostała widokówkę. Nie była podpisana, a tekst był wydrukowany na anonimowej drukarce – ona jednak od razu zorientowała się, kto jest nadawcą.

Na widokówce nie było niczego wyjątkowego – po prostu ładny miejski pejzaż. Jakiś sklep z kolorową witryną. Szyld nad wejściem, coś w rodzaju: „Świąteczne żarty i niespodzianki". Ulica, przechodnie, dzieci, zwykłe rodzajowe scenki.

„To ja lecę – było napisane na odwrocie. – Cześć".

Długo obracała widokówkę w dłoniach. Przez chwilę nawet się zaniepokoiła, że może to być aluzja do samobójstwa. I być może wysyłając podobną informację, każdy inny człowiek rzeczywiście myślałby o odebraniu sobie życia. Każdy – tylko nie Andrzej.

Należał do ludzi, którzy nigdy nie popełnią samobójstwa. Nawet w myślach.

O co mu chodziło? Zastanawiała się nad tym przez kilka dni, a potem przestała. Tak czy inaczej, wszystko to było już odległą przeszłością – Andrzej...

Andrzej.

Usiadła na kanapie. Dom spał; spał na biurku żółw i Sensej też najprawdopodobniej drzemał w swojej budzie – wystarczyło jednak, że jakiś przypadkowy spacerowicz przeszedł wzdłuż płotu, by cała okolica natychmiast dowiedziała się, do czego zdolny jest jej pies.

A widokówkę już dawno wyrzuciła. Razem ze stertą innych papierów.

* * *

Na początku była wartownia. Potem wewnętrzny punkt kontrolny, za nim następny i jeszcze jeden. Zewsząd łypały ruchome oczy kamer; przy wszystkich przejściach Peter Nikołan wsuwał w specjalną szczelinę swoje upoważnienie – zielony, plastykowy identyfikator. I jeszcze jeden identyfikator, czerwony, przygotowany specjalnie dla Ireny; lampki migały, zezwalając na przejście, i skupieni wartownicy zdejmowali blokadę z pancernych drzwi.

– Proszę nam wybaczyć pewne... niedogodności.

Irena uśmiechała się pobłażliwie. Aby ochronić te ich straszliwe tajemnice, wystarczyłoby posadzić przed wejściem Senseja.

Za kolejnymi drzwiami znajdował się obity korkiem, naszpikowany aparaturą pokoik; Irena rozejrzała się z ciekawością.

Peter nerwowo zatarł dłonie.

– Napije się pani kawy?

Największym i najbardziej skomplikowanym urządzeniem stojącym przy drzwiach okazał się automat do kawy. Irena w życiu takiego nie widziała.

– Macie też zmywarkę do naczyń?

Peter nie odpowiedział. Usiadł za miniaturowym monitorem, postukał w klawisze i zmęczonym głosem odezwał się do kogoś niewidocznego:

– Udostępnij nam jego dane fizyczne.

Automat do kawy zasyczał, wypuszczając strużkę aromatycznego płynu. Do jego syczenia dołączył inny dźwięk - jakby ścieżki dźwiękowej z filmu o lekarzach zabójcach.

Miarowe uderzenia serca. Szum powietrza – wdech-wydech... Ekran monitora ożył, rozświetlając się jakimś złożonym diagramem. Świetlne wskaźniki podskakiwały i opadały.

Irena podeszła bliżej i przysiadła na oparciu obrotowego fotela.

– To jest właśnie Andrzej – rzekł z napięciem Peter za jej plecami. – Teraz dane otwierają się w czasie realnym, co jest bardziej obrazowe i wygodniejsze. Choć jak pani może pamięta, model pracuje w reżimie czasowym dziesięć do jednego.

Irena milczała.

Trudno jej było uwierzyć, że samolubne serce Andrzeja bije na pokaz, przez głośniki. Przez chwilę zrobiło jej się nieswojo – jakby jakieś intymne szczegóły zostały wystawione na widok publiczny.

– Jest świadomy – rzekł Peter, przyglądając się trzymanej w dłoniach filiżance z kawą. – Eksperyment trwa już od miesiąca... realnego czasu. Mamy kolosalne zużycie energii. Model musi zostać zamknięty... Jeśli Kromar tego nie zrobi, oznacza to, że oszalał.

Irena przyjęła od niego filiżankę i z przyjemnością pociągnęła łyk kawy. Dotknęła dłonią szyi, wyczuwając własny puls. Serce Andrzeja zawsze biło wolniej. „Dusiciel – mawiała swego czasu Irena. – Zimnokrwiste, syte wężysko".

Odstawiła filiżankę na podstawkę. Nagle ją oświeciło i miarowe uderzenia przestały być fonogramem. To rzeczywiście biło serce konkretnego, znajomego człowieka.

– Sprawa wygląda tak – Peter westchnął. – Mamy możliwość... Możemy przerwać eksperyment, zamknąć model z zewnątrz... Nawet nie biorąc pod uwagę Kromara, który w takim wypadku niewątpliwie zginie. Nawet jeśli nie brać tego pod uwagę – eksplozja potencjalnych anomalii o takiej sile... może... wyrządzić niekontrolowaną szkodę... zainicjować nie do końca zbadane przez nas procesy... Nie wspominając już o międzynarodowym skandalu – mówiąc bez ogródek, czeka nas kataklizm, który...

– Co znaczy to: nie brać pod uwagę? – rzekła Irena ze zdziwieniem.

Peter zamilkł.

– To znaczy czego nie brać pod uwagę? Śmierci Andrzeja?

Peter ze zniecierpliwieniem zmarszczył brwi.

– Nie... to znaczy... Widzi pani, eksperyment od samego początku wiązał się z... zagrożeniem życia eksperymentatora. Kromar...

– Kromar nigdy nie miał skłonności do nieprzemyślanych kroków – rzekła Irena powoli. – I nigdy by nie ryzykował życiem tak po prostu... z naukowej ciekawości. Sądzę, że do końca był przekonany, że uda mu się przeprowadzić eksperyment do końca i pozostać przy życiu.

– Tak! – Peter skrzywił się do tego stopnia, że jego twarz zaczęła przypominać materac, z którego uszło powietrze. – Jednak eksperyment okazał się do tego stopnia udany... że graniczy to z katastrofą, pani Ireno. Obawiam się, że nawet Andrzej nie był w stanie przewidzieć...

Serce biło pewnie i miarowo – lecz Irenę nagle zmroziła myśl, że za kilka sekund może się ono zatrzymać. Niewidoczni pracownicy Petera zaczną miotać się i krzyczeć, a on sam wyleje sobie kawę na jasne spodnie i tylko ona, Irena, wciąż będzie siedzieć bez ruchu i nie drgnie nawet filiżanka w jej dłoni.

– Tak więc, pani Ireno, nie możemy zamknąć modelu z zewnątrz... nie możemy też pozwolić, by wciąż funkcjonował. Gdyż każda minuta jego istnienia rodzi problemy... także, proszę wybaczyć, natury etycznej. Gdyż to coś, stworzone przez pana Andrzeja, z każdą chwilą staje się... jak by to ująć... bardziej samodzielne. Natomiast gdy będzie w pełni autonomiczne... Widzi pani... To jak rak na prawdopodobnej strukturze rzeczywistości.

Coś jeszcze mówił – kwieciście i naukowo. Irena piła kawę i słuchała, jak Andrzej oddycha. Zdaje się, że oddech i puls nieco przyspieszyły – być może czymś się emocjonuje, a może biega...

Przy słowie „model" wyobraziła sobie powiększoną kopię zapałczanego miasteczka zapakowaną do hermetycznej kapsuły. Przecież nie mógłby tam nawet pobiegać.

Uśmiechnęła się zjadliwie. Peter zauważył jej uśmiech i umilkł.

– Rozumiem, że wszystko to brzmi dość fantastycznie, czy może nie w pełni przekonująco... lecz naszą jedyną szansą jest znalezienie modelatora wewnątrz modelu i, proszę wybaczyć, skłonienie go... zmuszenie do zakończenia eksperymentu.

Zamilkł. Co dziwne, na jego twarzy malowała się ulga – jakby w końcu przezwyciężył swe wahania i otworzył duszę. Wyznał całą prawdę.

Kawa się skończyła. Irena z żalem zajrzała do pustej filiżanki. A może poprosić o dolewkę?

– Dlaczego do tej misji potrzebujecie właśnie mnie, a nie kogoś innego? Sądzicie, że będę w stanie przekonać Andrzeja? Mylicie się – nawet w lepszych czasach nikt nie miał na niego wpływu.

Peter z rozdrażnieniem postukał w klawisze – w pokoju zrobiło się cicho, ekran monitora zgasł, zabierając ze sobą tajemnicę ciśnienia krwi Andrzeja Kromara, temperatury jego ciała i wielu innych wskaźników, z których Irena, nie będąc lekarzem, niczego nie rozumiała.

– Wyślijcie lepiej oddział komandosów – poradziła Irena z powagą.

Peter sapnął. Wstał, przeszedł się po wąskim korytarzyku między urządzeniami, w charakterystyczny sposób zacierając dłonie.

– Widzi pani... Po pierwsze, wychodzimy z założenia, że Andrzej Kromar jest, delikatnie mówiąc, niepoczytalny wskutek przeżytego wstrząsu... I kobieca delikatność będzie tu znacznie bardziej skuteczna od każdej siły. Po drugie, a właściwie po pierwsze i jedyne... Do modelu prowadzi tylko jeden kanał. Czy była to ironia losu, czy też dziwaczny pomysł Andrzeja... a może przyczyna była jeszcze inna – ale jest to pani kanał, Ireno. Model nie wpuści do środka nikogo oprócz pani.

– Można jeszcze kawy?

– Oczywiście...

Zawirowały kawowe ziarna, zmieniając się w pył. Zasyczał automat do kawy, dusząc się własną parą.

A sławetne zapałczane miasteczko wybudował jej stary przyjaciel.

Zawsze osiągał swój cel. Zawsze. Nie dało się przewidzieć żadnego z jego ekstrawaganckich pomysłów. Na miejscu Petera nigdy nie wiązałaby się z...

Łatwo jest dawać rady innym. A ona sama?! Być może tysiące kobiet od czasu do czasu powtarzają sobie: na miejscu tej Chmiel nigdy bym nie...

– Gdzie znajduje się ten model?

– Słucham? – Peter nie wiedzieć czemu drgnął.

– Gdzie jest ten jego model? – Widzi pani...

Cieniutki, ciemny strumyczek wlewał się w porcelanową otchłań filiżanki.

– Widzi pani, nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. My kontrolujemy tylko wejście do modelu, właśnie ten kanał.

Irena milczała.

– Pani Chmiel. Nie wiem, jak to sobie pani wyobraża... Rzecz w tym, że w trakcie eksperymentu Andrzejowi Kromarowi udało się stworzyć samowystarczalną, samorozwijającą się... rzeczywistość. Proszę tylko pamiętać, że jest pani zobowiązana do zachowania tajemnicy!!!

Automat wypluł ostatnią kroplę świeżej kawy.

Irena milczała.

* * *

Była wtedy na trzecim roku. I była jedyną mężatką wśród wszystkich dziewcząt.

O samobójstwie koleżanki z grupy, Władki, dowiedziała się w południe. Nie do wiary, szczególnie że jeszcze wczoraj przyszedł od Władki kolejny list – całkowicie spokojny, wesoły i beztroski.

Samolot odlatywał punkt dwunasta, co dwa dni, i był to akurat dzień rejsu. Irena rzuciła się do kasy – biletów na dzisiaj nie było. Żadnych; nie pomógł telegram, który wsuwała w okienko – bileterzy wzdychali współczująco i rozkładali ręce. Wszystkie miejsca są zajęte. Absolutnie wszystkie. Można zarezerwować bilet na pojutrze.

Wtedy zadzwoniła do Andrzeja do pracy. Postępowała tak tylko w sytuacjach, kiedy nie miała innego wyjścia.

„Oddzwoń za pół godziny".

Oddzwoniła.

„Mam. Przywiozę ci bilet prosto na lotnisko. Czekaj tam o szóstej".

Podziw dla niego przyćmił nawet na chwilę szok po tragicznej wiadomości. Popędziła do domu, wrzuciła do torby niezbędne rzeczy i pojechała na lotnisko.

O szóstej odprawa była w szczytowym punkcie.

Irena stała z torbą w jednej ręce, telegramem w drugiej i rozglądała się z niepewnością, szukając w tłumie znajomej, beznamiętnej twarzy.

O wpół do siódmej ogłoszono, że odprawa została zakończona.

O siódmej samolot odleciał.

Stała jeszcze przez jakiś czas, jakby z nadzieją, że samolot zorientuje się i zawróci. Potem powlokła się na przystanek autobusu.

Andrzej był w domu. Siedział przed komputerem i nawet nie zauważył jej powrotu. W oknie monitora pływała złożona, trójwymiarowa konstrukcja – Andrzej w ekstazie obracał ją raz w jedną, raz w drugą stronę; w przedpokoju, pod lustrem samotnie leżał bilet lotniczy na dzisiejszy rejs.

Po jakimś czasie Irena dowiedziała się, że Władka skończyła ze sobą z powodu ciągłych nieporozumień z mężem.

„Nic specjalnego. Po prostu kolejny modelik".

* * *

Wyciągnęła żółwia spod kanapy i położyła go na poduszce pod lampą. Żółw nie wyraził zadowolenia ani dezaprobaty – zakuty w pancerz rycerski pysk pozostawał bezmyślny i beznamiętny.

Na podwórku Sensej kruszył zębami kurze kości; słabo dymiło się ognisko z resztek chrustu.

„Podejmiemy wszelkie środki, by pani... podróż była maksymalnie bezpieczna. Niemal tak bezpieczna jak zjazd z góry na nartach... to znaczy zawsze występuje prawdopodobieństwo jakiegoś niepowodzenia... Uczynimy jednak wszystko, aby wyeliminować taką ewentualność..."

„Zastanowię się" – odpowiadała jak w transie. Chciała wrócić do domu. Potrzebowała samotności.

„Pani zadanie jest niezwykle proste – wejdzie pani w świat... przypuszczalnie dokładnie odpowiada on naszemu, mogą występować jedynie pewne przesunięcia czasowe... Punkt, przez który pani wejdzie, odpowiada miejscu pobytu modelatora. Nawiąże z nim pani kontakt. Jeśli to przedsięwzięcie zakończy się sukcesem... rozumie pani, że wszyscy właśnie na to liczymy... A więc w takim przypadku eksperyment zostanie natychmiast zakończony i powróci pani automatycznie – wraz z modelatorem. Natomiast w przypadku... mamy obowiązek to przewidzieć... jeśli nie znajdzie pani modelatora albo jego stan okaże się nieodwracalny... Wówczas powtórnie skorzysta pani ze swego indywidualnego kanału. Miejsce wejścia wykorzysta pani jako wyjście. Pani zdrowiu nic nie zagraża... Spędzi pani wewnątrz modelu najwyżej kilka godzin, a w czasie realnym krócej niż pół godziny..."

„Muszę się zastanowić".

Dzieci sąsiadów ganiały za piłką pośrodku opustoszałej drogi. Żona sąsiada próbowała od czasu do czasu zakończyć tę swawolę. Oto piłka przeleciała nad furtką Ireny – za nią lękliwie zajrzał obszarpany, szczupły wyrostek, Walka, starszy syn sąsiadów.

– Sensej, siad! – rzekła Irena do zjeżonego psa.

Walek nabrał śmiałości. Przeskoczył przez płot, przymilnie uśmiechnął się do Ireny i gdy już wydostał się na zewnątrz, pokazał Sensejowi długi, kpiący język.

– Eee...

Przejechał, rozpaczliwie trąbiąc na piłkarzy, czyjś samochód. Żona sąsiada wyskoczyła na ulicę i od gróźb przeszła do czynów. Chłopcy zaczęli się wydzierać.

Irena pogrzebała w żarze ogniska.

Gdyby zdecydowała się na dziecko z tym szaleńcem... Nie. To znaczy oczywiście, malec biegałby i przełaził przez płoty wraz z innymi urwisami – jednak wówczas byłaby związana z Kromarem czymś znacznie poważniejszym niż tylko wspomnienia.

Z których połowę dobrze by było na zawsze zapomnieć.

„Ireno... Nie mówię o nagrodzie, którą otrzyma pani od Komitetu. Apeluję jedynie do pani wielkoduszności. Jest pani przecież szlachetną osobą. Niepowodzenie eksperymentu doprowadzi do... ucierpią niestety niewinni ludzie. Mamy ostatnią szansę..."

„Muszę się zastanowić".

„I jaka inspiracja dla twórczości!... Podpisała pani zobowiązanie do zachowania tajemnicy... Ale po twórczych przeróbkach... mogłaby pani napisać powieść fantastycznonaukową. Ustalając fabułę z Radą... Mamy kanały umożliwiające szybkie wydanie, marketing i kolportaż... byłby to przełom w pani karierze pisarskiej... Nie wspominając już o niezapomnianych doświadczeniach... Proszę sobie wyobrazić, że proponujemy pani lot w kosmos. Czy odmówiłaby pani?!"

Wróciła do domu. Położyła się na kanapie i naciągnęła koc do samego podbródka.

Pod stołem chaotyczną stertą leżał wydruk jej niedokończonej, napisanej w sześćdziesięciu procentach powieści, która nagle stała się nieistotna, pozbawiona perspektyw.

A czego jej tak naprawdę potrzeba? By ją rozpoznawano na ulicy? Żeby jej nazwisko stało się hasłem? Żeby choć raz w życiu otrzymać Srebrny Wulkan w kategorii „noweli"?

Poszukała wzrokiem żółwia. Nie znalazła i ze znużeniem założyła ręce za głowę.

Chciała tylko mieć powód do dumy. I pragnęła, by przyznano jej do niej prawo.

Skrzywiła się.

Już od dwóch tygodni nie zabierała się do pracy. I nazywała to „odpoczynkiem".

W jakim celu Andrzej wysłał jej tę widokówkę? Zwłaszcza że już od pięciu lat byli dla siebie martwi?

Otwierając łapą niezamknięte drzwi, wszedł do środka milczący Sensej. Położył pysk na brzegu koca i wlepił w Irenę pytające spojrzenie.

– Zobaczymy – rzekła szeptem. – Muszę się jeszcze zastanowić.

* * *

Ekspertów było pięciu. Wymuskani specjaliści, roztaczający woń wody kolońskiej; po kolei przedstawiono ich Irenie – oczywiście nie zapamiętała ani jednego imienia.

– Zsynchronizujmy zegarki.

Peter Nikołan był zdenerwowany i starał się ukryć emocje. Irenie było go troszkę żal.

– Więc tak. Jest dwunasta trzydzieści cztery; znajdujemy się bezpośrednio przy wejściu do kanału... O dwunastej czterdzieści pięć pani Chmiel wejdzie w przestrzeń modelu. Niestety, nie możemy bezpośrednio monitorować jej poczynań... Jednakże pani Chmiel przeszła odpowiednie szkolenie i jest w stanie wypełnić misję całkowicie samodzielnie.

Peter mówił i mówił, a obserwatorzy w milczeniu przytakiwali.

– Czy zostało przewidziane jakieś wyjście awaryjne? – niedbale zapytał najbardziej wypachniony z nich, reprezentujący, zdaje się, jakiś tajny wydział prezydenckiej administracji. – Jeśli na przykład nasz „kontakt" nie wróci w ustalonym czasie?

Peter zatarł dłonie.

– Panowie... Naszym obowiązkiem jest branie pod uwagę wszelkich ewentualności. A więc przewidzieliśmy wszystko... co mogliśmy. Niestety, specyfika pracy z modelem... Najważniejszy jest czas! Pani Chmiel...

Irena spojrzała na okrągły cyferblat umieszczony nad stalowymi drzwiami o ponurym wyglądzie. Dwunasta czterdzieści pięć.

Peter był coraz bardziej zdenerwowany. Ponury, młody człowiek w uniformie technika – lecz o twarzy doświadczonego ochroniarza – zręcznie otwarł wszystkie zamki, w które zaopatrzone były drzwi.

Eksperci wymieniali spojrzenia. Za drzwiami zaczynał się wąski, brudny korytarz, a z jego wnętrza wyraźnie cuchnęło kocim moczem.

– Powodzenia, pani Chmiel... pani nowa książka osiągnie fenomenalną popularność!

Irena przestąpiła przez wysoki próg. Miała wrażenie, że piętro wyżej zaraz zacznie złorzeczyć jazgotliwa sąsiadka, a spod nóg z miauknięciem wyskoczy...

Absolutna ciemność. I cisza.

Rozdział 2

Po szerokim zakręcie szosy pełzły naprzeciw siebie dwa samochody – żółty i biały. Z tej odległości oba wyglądały jak niegroźne zabawki; i oto wyminęły się i rozjechały w przeciwne strony, nie zwracając na siebie uwagi.

Irena wciągnęła głowę w ramiona. Wiatr był wilgotny i zimny.

Opodal, pod wzgórzem, obojętnie pasło się dwadzieścia krów o obwisłych brzuchach. Irena przeniosła spojrzenie; zagajnik był niemal całkowicie żółty, pośrodku ulicy ganiały za piłką rozwrzeszczane dzieciaki, a z komina domu Ireny unosił się wątły dymek.

Drgnęła. Potrząsnęła głową.

Modelator powinien znajdować się w bezpośredniej bliskości – taka jest konstrukcyjna specyfika tunelu... Proszę natychmiast rozpocząć poszukiwania. Niech pani wykorzysta całą swoją wiedzę o modelatorze najprawdopodobniej model w dużym stopniu jest nasycony cechami jego osobowości...

Z prawej i lewej strony sterczały z ziemi dwa grube pręty z przywiązanymi do nich czerwonymi skrawkami materiału. W podobny sposób prowizorycznie odgradza się dziurę na poboczu lub otwarty luk kanalizacyjny.

Irena ruszyła przed siebie. Pod nogami zaskrzypiały kamyki.

Obejrzała się.

Teraz pręty przypominały jej bramkę własnej roboty na podwórkowym boisku. Było jednak wątpliwe, aby dzieci sąsiadów gramoliły się na pagórek, by rozegrać tu mecz. Tym bardziej że piłka toczyła się tu tylko w jednym kierunku – w dół.

Przestąpiła z nogi na nogę, kolejny raz wpatrując się w znajomy do bólu pejzaż.

No cóż. Część pracy została wykonana, teraz trzeba się zastanowić.

Dym nad kominem jej domu powoli tajał.

Stara topola rosła nie po prawej, lecz po lewej stronie bramy. Gdy Irena to zauważyła, przez chwilę stała bez ruchu, nie mogąc ruszyć się z miejsca.

Przebywanie w tkance modelu jest całkowicie bezpieczne dla zdrowia...

Wiatr pachniał jesienią. Furtka skrzypiała swojsko i znajomo; Irena powoli przeciągnęła dłonią po deskach, upewniając się, że nie są hologramem ani iluzją. Tkanka modelu?

Nie, potem się nad tym zastanowi. Gdy siądzie przy komputerze i napisze: „Rozdział pierwszy".

– Sensej?

Poruszenie w budzie. Wynurzyła się jedna łapa, potem druga.

Przespał jej powrót?!

Radosny pisk. Pies skoczył na jej powitanie – zaspany, dziwnie mały, z obwisłą sierścią, niezgrabny.

– Sensej, to ty?!

Pisk. Porządne psy po osiągnięciu pełnoletności zwykle nie pozwalają sobie na wydawanie podobnych dźwięków.

A może aż tak się stęsknił?

– Czy w domu są jacyś obcy?

Żadnej reakcji. Przymilne ślepia.

Drzwi wejściowe były otwarte. Co więcej, białe drzazgi na podłodze i wyłamany zamek świadczyły o tym, że wejście nie odbyło się w pokojowy sposób.

Oczywiście. Andrzej nie ma klucza, a jeśli chce wejść, nic go przed tym nie powstrzyma.

– Nie wierzę własnym oczom! – stanęła pośrodku przedpokoju, krzyżując ręce na piersiach. – Zaklinałeś się, że już nigdy w życiu tu nie przyjdziesz!

Milczenie. I nietypowy zapach – jakby obecności kogoś obcego albo jakby dom pachniał inaczej.

Irena rozejrzała się z niepokojem. Nie, wszystko wyglądało jak zwykle. Wszystko, do najdrobniejszych szczegółów.

Ale tej plamy pod drzwiami nie było. Co tu rozlał? Atrament? Olej silnikowy?

– Andrzeju – powiedziała ostrym głosem. – Wychodź.

Milczenie.

Otwarła drzwi dużego pokoju; w kominku dymił się popiół. Fotele przed okrągłym stołem były brązowe, a nie niebieskie; Irena zacisnęła zęby.

– Andrzeju!

Zdziwiła ją zawartość kominka. Jakieś zwęglone łachmany.

W kuchni znów zauważyła ślady czyjejś obecności. Długotrwałej, bałaganiarskiej i absolutnie rozpanoszonej. Sensej biegał za nią jak cień i w jego wiernych oczach nie było ani śladu poczucia winy.

– Jak to tak, Sensej?! Był tu obcy człowiek... dlaczego na to pozwoliłeś?

Odpowiedzią było radosne merdanie ogonem.

– Gdzie teraz jest? Gdzie?

Pies podbiegł do drzwi wejściowych. Irena ruszyła za nim; dzieci sąsiadów wciąż przed bramą ganiały za piłką.

– Walek!

Drgnęła mimowolnie. Chłopak z rozwichrzoną czupryną, który do niej podbiegł, był starszy, niż oczekiwała.

– Gdzie jest pan Andrzej... gdzie jest wujek, który tu był?

Chłopak spojrzał na nią z zaskoczeniem.

– Pół godziny temu. W domu. Był wujek. Nie widzieliście, dokąd poszedł?

Walek nie wiedzieć czemu się zawstydził. Pogrzebał w kurzu czubkiem znoszonej tenisówki.

– Ale przecież... ciociu, Ireno... Przecież to była pani...

* * *

Ślub wzięli szybko i bez żadnych uroczystości. Mówiąc tradycyjne „tak", Irena strasznie się peszyła z powodu pantofli z przekrzywionymi flekami: wszystko wydarzyło się tak nagle, że nie zdążyła odwiedzić szewca.

Następnego dnia przyprowadziła młodego męża do grupy znajomych z roku. Z tego powodu z korytarza w akademiku zostały usunięte meble, a troje zdjętych z zawiasów i ułożonych na taboretach drzwi tworzyło improwizowany stół. Dziewczyny pichciły całą dobę. Irena ubrała coś w rodzaju sukni ślubnej; a co do Andrzeja, to był tego dnia szczególnie szarmancki. Irena czuła się trochę jak sztukmistrz, który przed znajomymi wyjmuje królika z kapelusza.

Jeszcze w taksówce wymogła na nim przyrzeczenie, że nie wspomni o orkiestrze dętej pod oknami Iwonika – by nie poddawać biednego chłopca traumie... Andrzej był zgodny, wesoły i żartował tak, że nawet taksówkarz – co widziała Irena – gorączkowo starał się zapamiętać jego dowcipy, by potem rozśmieszyć nimi przyjaciół.

Przyjechali. Siedli za stołem. Irena widziała, jakim wzrokiem patrzyli na Andrzeja jej znajomi z roku – przeczuwając pojawienie się obiecanego królika z kapelusza.

Wypili za nowożeńców – i od tej chwili Andrzej zamilkł.

Siedział obok młodej żony, u szczytu stołu i mroczniał w oczach. Wpatrywał się w obrus przed sobą, wymigiwał się od toastów i coś mamrotał, zerkając ze złością na kieliszek szampana. Za stołem powoli zalegała pełna zakłopotania cisza; Irenie wydawało się, że jest smażona na wolnym ogniu. Biała bluzka bezlitośnie podkreślała czerwoną szyję, purpurowe policzki i płonące uszy; przyjaciółki rzucały wymuszone żarty, zawistnicy demonstracyjnie spoglądali w sufit, a chłopcy marszczyli się i coraz częściej wychodzili na papierosa.

W końcu Andrzej skrzywił się, jakby przeżuł cytrynę. Wstał z kieliszkiem w ręce. Za stołem zapadło napięte milczenie. Andrzej objął obecnych posępnym spojrzeniem – i zapytał, nerwowo postukując kostkami palców w brzeg stołu:

– A tak przy okazji, co sądzicie o karze śmierci?

Od tej pory to zdanie stało się na ich roku hasłem. Gdy nie było co powiedzieć, pytali, spoglądając na siebie wieloznacznie: „A co sądzicie o karze śmierci?".

Irena wyszła z imprezy wcześniej. Andrzej dogonił ją na ulicy, długo szedł obok w milczeniu i nagle rozpoczął dziwny monolog. Początkowo miała wrażenie, że cytuje z pamięci jakichś zapomnianych poetów – potem jednak z przesadnym lękiem zdała sobie sprawę, że jej mąż po prostu prosi o wybaczenie i jego zrytmizowane wyznanie winy nie jest zwykłym rymowanym tekstem, lecz przerażającym w swej doskonałości wierszem.

Mówił przez cały wieczór. Gdy wrócili do domu i położyli się do łóżka. A rankiem – gdyż poranek, o dziwo, mimo wszystko nastąpił – żadne z nich nie mogło sobie przypomnieć ani linijki. Jakby nic się nie wydarzyło. Irena płakała ze złości, a Andrzej pocieszając ją, wzruszał ramionami z poczuciem winy.

– To było olśnienie – nie da się tego odtworzyć.

– A co ty sądzisz o karze śmierci?! – pytała przez łzy złości.

Wzruszał ramionami.

– Teraz nic.

* * *

– Andrzej!

Dom milczał, lecz Irena wcale nie oczekiwała na odzew. Dom był pusty i zawołała odruchowo, dla uspokojenia samej siebie.

Przeszła po pokojach. Zatrzymała się w gabinecie, przysiadła na skraju kanapy i przeciągnęła dłonią po pomarszczonym kocu.

Wyjęła z torebki notes. Wyraźnie napisała pod rysunkiem płonącego zamku: „W domu nikogo nie ma, fotele nie są brązowe, lecz niebieskie. Drzwi zostały otwarte łomem. Pies nie jest zły... i nie jest ułożony. Żółwia nie ma. W domu ktoś mieszkał".

Przeczytała to, co napisała. Skrzywiła się. Nie, za coś takiego nie przyznają Srebrnego Wulkanu.

Która godzina?

Od chwili gdy zauważyła dwa samochody pełznące naprzeciw siebie po szerokim zakręcie szosy, minęło około godziny. I teraz, gdy odtworzyła przed oczami ten obraz, nagle się zachmurzyła.

Schowała notes, wstała i ruszyła do garażu.

Samochód stał na miejscu. Brudny, z zachlapanymi błotem bokami, co wstrząsnęło Ireną bardziej niż niezwykły kształt dachu.

Gdyż samochód, do którego przywykła, nagle zrobił się garbaty jak wielbłąd. Podobnie jak tamte, żółty i biały, które widziała ze wzgórza.

Stała przez chwilę, przestępując z nogi na nogę.

Potem wyjęła notes i dopisała pod płonącym zamkiem: „Samochody są inne. Mój także. Jest garbaty. I brudny".

Wydała długie westchnienie. Spojrzała na zegarek.

– Andrzeju...

Tam, skąd przyszła, minęło siedem minut. Eksperci najpewniej spoglądają po sobie wieloznacznie, udając, że choć trochę rozumieją, co się tu dzieje. A Peter Nikołan zaciera dłonie, zdzierając z nich biały naskórek.

W zasadzie nawet w tym momencie może wejść na wzgórze i przejść przez te improwizowane wrota. Peter będzie w rozpaczy; zresztą materiału na opowiadanie jest już dostatecznie dużo. A może nie wystarczy jej Srebrny Wulkan w kategorii „noweli"?

Uśmiechnęła się. A jeśli ta kanalia, ten mistrz od modelików, w tej chwili ją obserwuje – w jakiś sprytny, modelatorski sposób?

– Andrzeju – rzekła z wyczerpaniem. – Zmęczyłeś mnie.

Kalendarz wisiał na zwykłym miejscu, w sypialni, i był otwarty na grudniowej stronie.

Przysiadła na skraju kanapy. Wyjęła notes, niczego w nim jednak nie zapisała.

Jakie są warianty?

Peter nafaszerował ją narkotykami i żyje teraz wewnątrz wielkiej halucynacji... w takim razie wszystko jest jasne. Tylko po jakiego diabła?

Z rozdrażnieniem odrzuciła poduszkę. Na drugiej stronie powłoczki zauważyła podłużną, szarą plamkę; zmarszczyła się z odrazą.

Co ją podkusiło, żeby wpakować się w to wątpliwe przedsięwzięcie? Tym bardziej że jest w nie zamieszany Andrzej.

Ciekawe.... kiedyś czytała o metodzie, która pozwalała odróżnić halucynację od prawdy.

Ziewnęła. Nie wiedzieć czemu kanapa nie wzbudzała jej zaufania – może z powodu plamy, której nigdy nie było na powłoczce poduszki. Podtrzymując się skrzypiących poręczy, Irena zeszła do gabinetu i włączyła komputer, z nadzieją, że znajdzie na dysku swe wiekopomne dzieło – plik był jednak pusty. Ani starych utworów, ani nawet nieudanej, niedokończonej noweli.

Położyła się na kanapie, naciągając koc do podbródka.

Było słychać, jak w przedpokoju Sensej zamiata ogonem.

Trzeba się zastanowić. Potrzebuje trochę czasu... Musi wziąć się w garść. Skoncentrować. Dajcie mi się zastanowić.

Model... Czy to wszystko jest modelem!!.

Sięgnęła po telefon. Z pamięci wybrała numer tyczkowatego profesora orientalistyki. Czekając na połączenie, uśmiechała się do siebie. Coś takiego... Zaraz wszystko się wyjaśni.

– Irena?! W końcu pani wróciła. Świetnie! Usiadła na kanapie, odruchowo otulając się kocem.

– Bardzo się cieszę, że panią słyszę! Studenci na panią czekają... A Pacyfikatorka już nie śpi po nocach, bo nowy trymestr trwa już od pięciu tygodni. Jak udał się wyjazd, Ireno?

– Dobrze – rzekła ze zdziwieniem. – Dziękuję...

– Kiedy pani oczekiwać? Z wrażeniami i prezentami? – w głosie profesora zabrzmiały kokieteryjne nutki.

Irena przełknęła ślinę.

– Właściwie... a kiedy by pasowało?

– Oczywiście jutro, proszę od razu przyjść do instytutu; po co dawać Pacyfikatorce dodatkowy pretekst. Chyba najlepiej od razu do niej zadzwonić.

– Tak, tak – wymamrotała Irena odruchowo. – Tak... ja też się cieszę, że... pana słyszę.

– Może opowie pani coś pokrótce? – profesor uśmiechnął się do słuchawki.

– Nie... proszę wybaczyć, jestem bardzo zmęczona... Jutro.

– W porządku... A więc do jutra. Wszystkiego dobrego...

– Wszystkiego... panu... również... tego samego...

Wstrzymała oddech.

To już było ciekawsze. Czy to wciąż jest model? Wymodelowany profesor?

Znów z pamięci wykręciła stary numer Andrzeja. Coś podobnego, wciąż go pamiętała.

Nikt nie odbierał. Irena zastanowiła się przez chwilę i przypomniała sobie jeszcze dwa telefony, pod którymi Andrzej był niegdyś uchwytny.

Ten sam efekt. Długie sygnały.

Za kilka godzin zrobi się ciemno. Tak, zrobi się ciemno, ponieważ... jak to ujął profesor? Trymestr rozpoczął się już pięć tygodni temu? Październik...

Strach był lodowaty i niespodziewany. Koszulka momentalnie przykleiła jej się do pleców – jak dała się wciągnąć... dlaczego od razu nie odmówiła?! Teraz... to halucynacja – a może znajduje się w „tkance modelu"? Kto jest tu przedmiotem eksperymentu?!

Spod kanapy wypełznął żółw. Łypnął na Irenę bezmyślnym, lśniącym okiem; Irena odruchowo włączyła lampkę nocną i ułożyła żółwia na poduszce.

Czas początku eksperymentu – grudzień. Zgadza się; potwierdza to również kalendarz w sypialni... tam eksperyment trwa miesiąc, tutaj zaś – dziesięć. Wszystko się zgadza.

A kto niby przez cały ten czas karmił Senseja i żółwia?! Kiedy się ściemni, nie będzie sensu iść do bramki na wzgórzu – można łatwo skręcić kark. Co oznacza, że koniecznie trzeba odszukać Andrzeja w ciągu tych kilku godzin światła, które pozostały do zmierzchu. Dlaczego uciekł przy jej pojawieniu się? Bawi się w chowanego?

Irena przeszła się po gabinecie. Oczy mówiły jej, że jest w domu, jednak pozostałe zmysły niezbyt w to wierzyły. Trzeba by pójść do kuchni i otworzyć puszkę jakichkolwiek konserw – przeszkadzała jej jednak myśl o zrobionym cudzymi rękami bałaganie. O porozrzucanych produktach, brudnych naczyniach i jakichś szmatach w kącie.

Łachmany. Podrapała się po czubku nosa.

Zawartość kominka w salonie stanowiła kupka popiołu wymieszana z jakimiś niedopalonymi kawałkami materiału. Co to była za tkanina i czemu Andrzej ją palił?

I czy to był Andrzej?!

Sklęła się za swoją tępotę. „Ciociu Ireno... przecież to była pani".

W tamtej chwili była pewna, że sąsiedzki Walka stroi sobie żarty, zmyśla, albo coś pokręcił.

Co mógł widzieć?! A jeśli w tym... modelu żyje wymodelowana przez Andrzeja Irena?

Westchnęła. Przeszła do kuchni; w kącie walała się sterta szmat o nieokreślonym przeznaczeniu. Irena nie miała zresztą ochoty zbytnio im się przyglądać.

Krzywiąc się z obrzydzenia, wymiotła szmaty na podwórze i wrzuciła do śmietnika. Choćby nawet ten dom był wymodelowany, nie prawdziwy – Irena nie życzyła sobie w kuchni nieapetycznego chłamu.

Zatrzymała się pośrodku podwórka, w zadumie przyglądając się topoli. W porządku, przypuśćmy na chwilę, że nie istnieje żaden model i Nikolan zwyczajnie ogłuszył ją na dziesięć miesięcy, a ona dopiero doszła do siebie... Zakładając oczywiście, że jest to możliwe. Tylko dlaczego topola rośnie po prawej, a nie po lewej stronie bramy?!

Na ile ten model jest rzeczywisty? Gdzie są jego granice? Czy na przykład profesor istnieje? Czy istnieje wyłącznie jego głos w słuchawce?

Zamyślona wróciła do domu, podeszła do telefonu i wybrała numer Pacyfikatorki.

– A więc w końcu, pani pisarko, raczyła się pani odezwać...

Wydawało się, że ze słuchawki wieje lodowatym przeciągiem. Choć Pacyfikatorce ani w głowie było z niej drwić; obojętny chłód w jej głosie wróżył najgorsze z możliwych nieprzyjemności.

Irena obojętnie wysłuchała wykładu o bezczelności i braku odpowiedzialności oraz dowiedziała się, że decyzja o jej, pani Chmiel, zwolnieniu jest już niemal podjęta. Ciekawe, czy to Pacyfikatorkę we własnej osobie słychać teraz w słuchawce, czy też jej pogardliwy głos jest modelowany na poziomie elektronowych impulsów?

– ...niech pani trzyma się z daleka od pedagogiki. I to wszystko, pani Chmiel, czy to jasne?

– A może opowiem pani kawał? – zaproponowała pogrążona we własnych myślach Irena. – Przybiega student do ambulatorium: Szybciej! Panią Pacyfikatorkę ugryzł wąż! A pielęgniarka na to flegmatycznie: niestety, los węża jest już przesądzony.

Rozległy się krótkie sygnały. Okazało się, że po drugiej stronie słuchawki od pięciu minut nie ma już nikogo – mówiła w pustą przestrzeń.

Irena delikatnie odłożyła słuchawkę na widełki.

Podczas tak zwanego instruktażu nie raz i nie dwa pytała Petera Nikołana: do jakiego stopnia model jest rzeczywisty? I za każdym razem otrzymywała tę samą, niejasną odpowiedź: nie bardziej niż dowolny inny model... choć geniusz Andrzeja objawia się właśnie tym, że model, jak by to ująć precyzyjniej... jest wielofunkcyjny, wewnętrznie spójny i w pewnym sensie samowystarczalny. Współczesny etap nauki, mówił, jąkając się, Peter, nie pozwala w pełni współpracować na tym etapie modelowania. Prawdopodobnie modelator sam nie zdaje sobie sprawy, że ten niewiarygodny sukces jest równoznaczny z druzgoczącą klęską.

Zamruczał telefon. Irena odruchowo podniosła słuchawkę.

– Halo!

Milczenie. Cisza.

– Halo, słucham.

Krótkie sygnały.

* * *

Swego czasu – akurat robiła doktorat – do Andrzeja zaczęły masowo wydzwaniać młodziutkie dziewczyny. A wraz z nimi młodzi chłopcy. Irena kilkakrotnie dowcipkowała na ten temat, jednak Andrzej nie zrozumiał żartów. W tym okresie w ogóle nie przejawiał poczucia humoru. Irena nie wiedziała, co ma robić – być zazdrosną, potraktować to z przymrużeniem oka, czy może udawać, że nic się nie dzieje.

A potem ci wszyscy chłopcy i dziewczęta pojawili się w ich domu – dziesięć osób. Irena zrezygnowała z wszelkich prób napojenia gości herbatą i tylko ze zdziwieniem obserwowała, jak młodzież stresuje się, jak przed egzaminem, medytuje po kątach i przekazuje sobie nawzajem jakieś obskurnie wydane skrypty.

Potem na krótko wyszła do kuchni i po powrocie natknęła się na malowniczą sprzeczkę. Dwóch chłopców trzymało trzeciego, nie była to jednak typowa bójka – obok skakała dziewczyna z pejczem ze sznurka, bezlitośnie smagała nim fotel, żądając od jednego z chłopców jakichś wyznań i wykrzykiwała jakieś niezrozumiałe pytania; dwie inne dziewczyny znieruchomiały po obu stronach drzwi, ściskając plastykowe pistolety, a reszta ekipy schowała się pod stołem i stamtąd z napięciem obserwowała rozwój wydarzeń.

Andrzej stał ze skrzyżowanymi na piersi rękami i wydawał się być zadowolony z rozwoju wydarzeń.

Ta obłąkana historia ciągnęła się przez trzy godziny; w końcu młodzieńcy i młódki opadli z sił i, powtórnie odmawiając herbaty, rozeszli się.

– Czy mógłbyś choć raz wymodelować coś pożytecznego? – zapytała, gdy za ostatnim gościem zamknęły się drzwi.

Uniósł brwi.

– Co na przykład?

– Spokojne życie – odparła znużonym tonem. – Chociaż przez miesiąc. Nad morzem. W jakimś ustronnym miejscu, w domku nad brzegiem i żeby krzyczały jedynie mewy.

– Hm...

Wstał i wyszedł, więc uznała, że się obraził. Ale już następnego dnia był pociąg, a po kolejnym dniu snuła się wstrząśnięta po maleńkim domku, sprawdzała stopą temperaturę morskiej wody i podejrzliwie oglądała zawartość lodówki.

– Słuchaj, Andrzeju... Po co traktować wszystko tak dosłownie?!

Rzucał do morza kamyki i nie zauważał jej pełnego wdzięczności uśmiechu.

Był zagłębiony we własnych myślach.

* * *

Na biurku znalazła grudniową gazetę. Przejrzała ją i wstrząśnięta, niemal usiadła na żółwiu.

Spokojna i konserwatywna gazeta „Wieczorne Miasto", którą znała do najmniejszej szpalty, wydała jej się wnioskiem końcowym medyczno-sądowej ekspertyzy.

„Ciało wyłowione ze studni znajdowało się w czwartym stopniu rozkładu i nosiło ślady..."

„Kolejne ofiary. Znaki szczególne: chłopiec w wieku dziewięciu lat ze śladami gwałtownej śmierci, blondyn, ubrany..."

„Nie powinniśmy się odwracać. Z powodu obrzydzenia, strachu czy obojętności... każdego, kto choć raz przekroczy zakreśloną przez społeczeństwo granicę, dosięgnie ręka sprawiedliwości przy aktywnej pomocy... Ty czy twój sąsiad, nikt nie może obojętnie stać z boku i tylko wówczas...".

I w końcu:

„Wczoraj w ratuszu odbyło się posiedzenie rady miejskiej. Rozpatrywano problemy finansowania struktur prawnych... nowych źródeł uzupełnienia budżetu miejskiego... przyjęto projekt, dzięki któremu zostanie zatwierdzona docelowa sprzedaż skazanych – firmom i organizacjom do odpowiednich celów, w tym... rozszerzenie list motywacyjnych związanych z przekazaniem skazanych na karę śmierci obywateli do użytku obywatelom wymagającym różnego rodzaju przeszczepów... biorąc pod uwagę... dokładnie rozpatrując każdy przypadek".

Irena odłożyła gazetę. Wzięła ją znowu, sprawdziła datę wydania i skład kolegium redakcyjnego, przeczytała adres redakcji i drukarni oraz mnóstwo informacji technicznych.

Jeśli model zawiera w sobie odbicie osobowości modelatora, to co musiało wydarzyć się z Andrzejem podczas poprzedzających eksperyment miesięcy?

Irena otrząsnęła się. Zerknęła na zegarek; wkrótce się ściemni. Modelator się nie pojawiał, jej misja była na granicy porażki i coraz bardziej bolała ją głowa.

Na podwórzu zaczął ujadać Sensej. Nie szczekać, lecz właśnie ujadać, jak jakiś nędzny ratlerek.

Ciekawe, czy zmieniony charakter Senseja również jest odbiciem niejasnych zamiarów jej byłego męża?!

Na środku podwórza Walek, syn sąsiadów, próbował wyrwać Sensejowi patyk. Pies szarpał głową, Walek sapał z zacietrzewieniem; jeszcze sekunda i patyk poleciał daleko w krzaki, a za nim z ujadaniem pomknął zadowolony chart irlandzki.

Walek zmieszał się na widok Ireny. Wsadził ręce do kieszeni i zaczął szurać w ziemi butem.

– Waluś – rzekła najspokojniej, jak potrafiła – powiedz mi proszę, czy dostajecie gazety?

Chłopak przytaknął.

– A nie mógłbyś... przynieść mi na minutkę któryś z ostatnich numerów? Tylko go przejrzę.

Sensej w krzakach manipulował patykiem niczym koparka łopatą.

– Poczekam – rzekła Irena łagodnie. – Przez chwilę... pobawię się z psem. Może być?

Walek śmignął za furtkę. Przez pięć minut Irena sądziła, że nie wróci – jednak wraz z dobiegającym z sąsiedniego podwórka piskiem siostry Walka i dźwiękiem rozbitej butelki pojawił się mały, ruchliwy cień.

Zapadał zmierzch. Irena z trudem wczytywała się w tekst; była to gazeta sportowa, choć całą ostatnią stronę zajmowały ogłoszenia w tłustych ramkach: wyroki, wyroki, wyroki...

– Dziękuję, Waleczku – rzekła Irena nieswoim, odpychająco-obłudnym głosem. – A powiedz mi, chodzisz do szkoły?

Walek przytaknął.

– A kto karmił Senseja, kiedy mnie nie było?

Walek uśmiechnął się ze zmieszaniem.

– Ty?

Skinięcie głową.

– A nie widziałeś, kto był w moim domu? Pan? Czy pani?

Chłopiec się zasępił. Zaczął dłubać noskiem buta w ziemi, w kurzu przed sobą nakreślił nierówną linię.

– I ty będziesz mieszkać w tym nienormalnym świecie? – zapytała szeptem Irena, zwracając się nie tyle do chłopca, ile do samej siebie. – Modelik.

Walek szybko błysnął wzrokiem. Spuścił głowę.

– No, zachodź, jakbyś chciał – zaproponowała Irena drewnianym głosem. – Zachodź... z psem się pobawisz... herbaty napijesz...

Walek przytaknął, nie podnosząc wzroku.

– No, leć już.

Chłopak zniknął w mgnieniu oka. Sportowa gazeta pozostała w dłoni Ireny.

Niezręcznie...

Położyła gazetę na ławeczce przed sąsiednią furtką.

Andrzej, Andrzej...

Zwalczając zmęczenie, które nagle ją ogarnęło, Irena przestąpiła próg niby-swojego domu. Poczłapała do niby-swojego gabinetu i usiadła na jakby znajomą kanapę.

Wystarczy, panie Nikołan. Mam już dość.

I po co wdepnęła w tę awanturę? Pojawiają się problemy, także natury etycznej... model jest wielofunkcyjny, spójny wewnętrznie i w pewnym stopniu samowystarczalny...

Beze mnie.

Irena sięgnęła po telefon. Ostatni raz – z pamięci – wybrała jeden z numerów pana Kromara: cisza. A może umyślnie zwabił ją do swego obłąkanego świata i teraz złośliwie ją obserwuje?

„Niestety, panie Nikołan, wykonanie pańskiego zadania wydaje się niemożliwe. Co... spróbować jeszcze raz? Nie. Nie będzie drugiej ani trzeciej próby. Mam inną specjalizację. Nie jestem tajnym agentem; wykładam literaturę. Mam już wystarczająco dużo materiałów na kolejną nowelę – a powieść niech pan pisze sam, panie Nikołan, wraz z obłąkanym Andrzejem Kromarem, jestem nawet gotowa odstąpić wam swój Srebrny Wulkan..."

Zapadał zmrok. Jeszcze pół godziny i nie odnajdzie w ciemności dwóch prętów z zawiązanymi na nich skrawkami materiału.

Ile czasu minęło tom? Godzina? Eksperci znów spoglądają po sobie i wciąż tak samo gorączkuje się Peter.

Wstała. Zapaliła światło w przedpokoju i znalazła na wieszaku swoją starą, sportową bluzę – na wzgórzach jest teraz zimno.

„Pod żadnym pozorem nie wolno pani przenieść z powrotem żadnego przedmiotu z wymodelowanego środowiska".

Bluzę wyrzuci potem.

Szkoda żółwia. Wzięłaby go ze sobą... Natomiast Senseja w żadnym wypadku. To zupełnie inny pies, obcy, jest mu tu nawet dobrze.

I to wszystko.

Irena poprawiła torebkę na ramieniu i otwarła drzwi wejściowe.

Promienie kilku latarek jednocześnie uderzyły ją w twarz, oślepiły, sprawiły, że potknęła się o próg.

– Radziłbym nie stawiać oporu... Jesteśmy z policji. Proszę podnieść ręce.

* * *

I w ten oto sposób, oślepioną i zdezorientowaną, dostarczono ją do ciasnego pomieszczenia z niewygodną pryczą i pozostawiono tam na noc.

Gdy pozwalała się zrewidować – zaskakująca, niewiarygodna procedura – ze zobojętnieniem zastanawiała się, że teraz i tak jest za ciemno. Odnalezienie prętów na szczycie wzgórza bez latarki jest niemożliwe.

Przez zakratowane okienko samochodu pobieżnie przyglądała się miastu. Było całkowicie zwyczajne. Dokładnie takie samo jak tam.

Myślała, że nie zaśnie, wystarczyło jednak, że dotknęła głową płaskiej poduszki, by świat – zarówno realny, jak i wymodelowany – przestał istnieć. Zamienił się w sen.

W tym śnie był Andrzej, znajdował się jednak poza polem jej widzenia. Potykając się, sapiąc, coraz bardziej się gubiąc, szukała go i wołała – lecz on, szydząc, wymykał się jej i zostawiał za sobą jedynie złe wspomnienia, zapach, poruszenie powietrza.

A jednocześnie był. Bezustannie. Obok, na wyciągnięcie ręki.

* * *

Gabinet śledczego przypominał tysiące podobnych gabinetów.

– Może pani zażądać obecności adwokata, pani Chmiel.... Ma pani adwokata?

– Po co? – spytała po chwili.

– Ponieważ prawnie on pani przysługuje... – śledczy, chłopięco piegowaty, nie spuszczał z niej nieprzyjemnego, świdrującego spojrzenia. – Nie wiem, kto by się podjął pani bronić, pani Chmiel, chociaż pewna ilość pieniędzy...

Zamilkł wyczekująco. Irena wzruszyła ramionami:

– A dlaczego... o co jestem., właściwie podejrzana?

Właśnie mijały dwadzieścia dwie godziny, odkąd weszła w tkankę modelu. Natomiast prawdziwego czasu tylko trochę ponad dwie godziny. Najprawdopodobniej eksperci piją kawę, a Peter nie wie, co o tym wszystkim sądzić. Śledczy zmarszczył brwi.

– Proszę mi powiedzieć, pani Chmiel... Gdzie pani spędziła ostatnie dziesięć miesięcy? Mniej więcej od dziesiątego grudnia?

Milczała. Siedzi tutaj i coraz bardziej wplątuje się w tę brednię, podczas gdy na wzgórzu czeka na nią powrót do domu.

– Przypomniała sobie pani?

– Na delegacji – odparła głucho. – A o co chodzi?

– Gdzie? Widzi pani, to bardzo ważne... Kto wysłał panią w delegację? Przecież nie instytut.

– Była to delegacja twórcza – rzekła już pewniejszym tonem. – Jestem pisarką...

Śledczy zrobił kwaśny grymas.

– Wiem o tym. Zdaje się, że nawet coś czytałem... tak, ciekawe, robi wrażenie... Gdzie jednak pani była? Kto tam panią widział? Nie zatrzymała pani przypadkiem biletów kolejowych? Hotelowego prospektu?

– A o co chodzi? – uparcie powtórzyła Irena.

Śledczy westchnął.

– Chodzi o to, że nasz wydział prowadzi sprawę seryjnego zabójcy. Rzecz w tym, że w okolicy przez ostatnie dwa miesiące została zamordowana trójka dzieci – najwyraźniej przez tego samego człowieka... Najwyraźniej nie robił tego dla korzyści. I najprawdopodobniej zabójcą jest kobieta.

– Ale co ja mam z tym wspólnego? – zapytała po chwili Irena.

Śledczy zmierzył ją posępnym wzrokiem. I położył przed nią na stole protokół, jak się okazało, rewizji jej domu.

Jej wymodelowanego przez Andrzeja domu.

W piwnicy – topór ze śladami krwi.

W kominku – resztki spalonej odzieży.

W śmietniku – również zakrwawione ubranie.

W samochodzie – kurtka należąca do zamordowanego trzy dni wcześniej chłopca... oraz jego prawy but.

Samochód to zupełnie inna sprawa. Oprócz przylepionej do opon gliny, oprócz plam krwi w bagażniku było jeszcze charakterystyczne wgniecenie, przy czym fragmenty emalii, które odprysnęły podczas zderzenia, pozostały na miejscu przestępstwa.

Irena milczała.

– Pani Chmiel, czy rozumie pani całą powagę... bezsporność dowodów?

– Mam alibi – rzekła Irena, wstrząśnięta faktem, że tak szybko znalazła odpowiednie słowo. – Nie było mnie tu przez dziesięć miesięcy.

– Gdzie pani była? Kto może potwierdzić pani alibi?

Irena milczała.

– Widzieli panią sąsiedzi. Trzy dni temu widział panią chłopak z sąsiedztwa. Po co temu zaprzeczać.

Patrzył na nią, krzywiąc się boleśnie. Irena spojrzała na siebie jego oczami i opanowało ją przerażenie: przecież on wierzy w te wszystkie brednie... siedzi przed nim istota z piekła rodem, kobieta, która z zimną krwią zamordowała troje dzieci.

Wstrząsnął nią mimowolny dreszcz. Wzrok śledczego stał się jeszcze bardziej przenikliwy.

– Rozmawiała pani wczoraj z chłopakiem sąsiadów? Dziesięcioletnim Walentynem Jelnikiem?

– Tak – odparła odruchowo.

– Czy zapraszała go pani do domu? Na herbatę?

Irena milczała. Teraz w ogóle przestała cokolwiek rozumieć; pod świdrującym wzrokiem śledczego jej tradycyjnie niespieszne myśli w ogóle znieruchomiały. Osłupiały.

– Będzie lepiej, jeśli przyzna się pani od razu, pani Chmiel. Będzie to korzystne dla sprawy, dla mnie i dla pani.

– Jestem niewinna – rzekła szeptem.

– Może pani wyjaśnić, gdzie była trzy dni temu? Miesiąc temu? Pół roku?

Irena milczała.

Jeszcze wczoraj... Nie, jeszcze trzy godziny – trzy zewnętrzne godziny temu – wyszła z domu... Ze swego prawdziwego domu... Zamknęła bramę... Odprowadzał ją Sensej – normalny, groźny chart irlandzki, bez kołtunów na brzuchu i nawyków głupawego pudla.

Co za czort ją podkusił? Dlaczego wplątała się w...

Myśli jeszcze przez chwilę skrzypiały i zatrzymały się jak zardzewiała karuzela.

– Milczenie nic tu nie pomoże, pani Chmiel. Wręcz przeciwnie... Powtarzam pytanie: gdzie pani była podczas ostatnich dziesięciu miesięcy i kto może potwierdzić, że rzeczywiście pani tam była?

– Jestem niewinna – rzekła Irena i głos jej drgnął. Śledczy pochylił się do przodu – najwyraźniej podczas swej pracy bardzo często słyszał to zdanie i teraz szukał w oczach podejrzanej oznak bezwstydnego kłamstwa.

– A jak pani wyjaśni te wszystkie znaleziska w pani domu i samochodzie?

– Jestem niewinna... To ktoś inny.

– Ktoś inny mieszkał w pani mieszkaniu i korzystał z samochodu?

– Tak...

– Zdaje pani sobie sprawę, że nie brzmi to zbyt przekonująco?

Zdawała sobie z tego sprawę.

Przyglądała się swym dłoniom, lecz przed oczami miała dwie tyczki na wzgórzu – dwa pręty niczym piłkarska bramka własnej roboty.

Ciekawe, czy jeśli przejdzie przez nią krowa, to znajdzie się w laboratorium, z panem Nikołanem i ekspertami? Nie... Tunel reaguje tylko na nią, na Irenę, właśnie tak urządził ten świat pan modelator – umyślnie bądź nie.

– Jestem niewinna – rzekła, nie podnosząc wzroku. – Moje alibi... może potwierdzić pan Andrzej Kromar.

Skorzystała z prawa do telefonu. Jednego.

I wykręciła numer Andrzeja.

Długie sygnały. Pięć, dziesięć, piętnaście.

– Jeszcze raz; nie dodzwoniłam się! – rzekła z rozpaczą do śledczego.

Ten zrobił posępną minę.

– Proszę próbować... ma pani minutę.

Patrzyła na telefon i przebierała w pamięci wszystkie znane jej numery; czas uciekał.

Wykręciła numer tyczkowatego profesora orientalistyki; zajęte, krótkie sygnały.

Co za tragiczny bałagan.

Wykręciła numer Pacyfikatorki – i z jakiegoś powodu od razu się uspokoiła. To, co dzieje się wewnątrz modelu, jest jedynie grą, w prawdziwym życiu nigdy nie zdecydowałaby się na tak desperackie posunięcie.

– Mówi Irena Chmiel – oznajmiła w odpowiedzi na obojętne „halo". – Dzwonię z policji... podejrzewają, że jestem morderczynią. Nie mogłaby pani wyjaśnić tym ludziom, że ja...

Zacięła się. I milczała przez dziesięć sekund – dopóki Pacyfikatorka bez słowa nie odłożyła słuchawki.

W celi była na szczęście sama. I miała wystarczająco dużo czasu na rozmyślania; leżała na twardej pryczy, naciągając pod brodę szary, szorstki koc.

Andrzej wymodelował to wszystko... w celu, który jest znany tylko jemu samemu. Być może także Peterowi, jednak Irena jakoś w to nie wierzyła. Andrzej zmodelował... a więc to oznaczał napis na widokówce: „To ja zmykam... Cześć". Widokówce, którą znalazła w swojej skrzynce pocztowej.

Też mi widokówka. Przypomnienie.

Do wewnątrz modelu prowadzi tylko jeden kanał... albo jest to dziwaczny wymysł Andrzeja... albo istnieje jakaś inna przyczyna –jest to jednak pani kanał, Ireno. Model nie wpuści nikogo, oprócz pani.

No dobrze. Andrzej zostawił to przejście, wiedząc najprawdopodobniej, że w krytycznym momencie Peterowi nie pozostanie nic innego poza wepchnięciem tam niczego nie podejrzewającej Ireny... Podczas gdy wyjście z jej osobistego tunelu prowadzi prosto w pułapkę. Dom naszpikowany dowodami zbrodni, świat przesycony wymiarem sprawiedliwości. Co to jest; mała zemsta?!

Irena usiadła na pryczy.

Ich rozstanie z Andrzejem odbyło się przyzwoicie i skromnie. Bez skandali i scen; wszystko to, co mówi się w takich sytuacjach, zostało już dawno powiedziane. Ona sama, pierwsza, zażądała rozwodu. Powoli uwalniała się od zrogowaciałych okruchów dawnej miłości – niemal bezboleśnie, jak podczas rutynowego zabiegu higienicznego.

Co do Andrzeja, to był on zaprzątnięty nowym pomysłem i chyba nie od razu zauważył, że obok niego nie ma już żony.

Zresztą po miesiącu pojawił się u niej bez zaproszenia – spięty i zły. Wsunął jej w dłoń bukiet kolczastych róż, odwrócił się i odszedł, rzucając przez ramię, niczym klątwę: „Zapamiętam cię".

Już lepiej, żeby zapomniał. Gdyż jeśli wszystko to, co się jej przydarzyło, nie jest splotem przypadków, a od dawna zaplanowaną zemstą?

To ci pytanie – czyżby człowiek, z którym przeżyła długich siedem lat, był zdolny do czegoś takiego?

Odpowiedź brzmiała: tak. Jeśli tym człowiekiem jest Andrzej Kromar.

On jest zdolny do wszystkiego.

Irena ze znużeniem zamknęła oczy.

* * *

Do schroniska jechała niechętnie – ale Andrzejowi nagle zachciało się „prawdziwych gór". Irena nie znosiła gór – i może dlatego niemal codziennie się kłócili, wyłącznie z powodu drobiazgów.

Tego ranka ścięli się szczególnie ostro. A już po godzinie okazało się, że maleńki autobus, który wiózł grupę turystów do ruin starych fortyfikacji, jest zupełnie nieprzygotowany do trudnej górskiej szosy.

Za przełęczą wysiadły hamulce. A turyści, z których połowa nie miała nawet dziesięciu lat, nie od razu zrozumieli, co się dzieje – droga pędziła im na spotkanie coraz szybciej, kamienie, pnie wyschniętych drzew, wyboje, kępy traw i we wstecznym lusterku białe z przerażenia oczy kierowcy.

Irena kompletnie nie zdążyła zorientować się w sytuacji – i właśnie spowolniona reakcja pozwoliła jej zachować zimną krew i uchroniła przed nieuniknioną paniką.

Minęli po kolei dwie ślepe, boczne drogi – najwyraźniej kierowca po prostu nie zdążył ich zauważyć. Krzyk. Dziki wrzask z dwudziestu gardeł. – Siedzieć na miejscach!!

Kierowca nagle znalazł się na podłodze w przejściu – Irena zapamiętała jego twarz. Gumową, jak u zabawkowej ryby.

Autobus pędził, grzechocząc wszystkimi swymi żelaznymi, niestworzonymi dla wyścigów wnętrznościami; matki wczepiły się w dzieci, pragnąc ochronić je żywym pancerzem, zamknąć w sobie. Lot donikąd, lot przechodzący w upadek.

A potem wszystko się skończyło. Autobus zwolnił, zabrzęczał i zatrzymał się.

Irena wczepiła się w poręcz. Miejsce obok niej było puste; puste już od dawna.

Andrzej odwrócił się z fotela kierowcy.

Oparcie fotela było rozerwane, ze szpary niechlujnie zwisał kłąb waty. Andrzej w milczeniu wpychał go z powrotem, w dermowe obicie – gdy jednocześnie jego lewa ręka wciąż nie puszczała kierownicy.

Potem był płacz, histeryczny śmiech i ogólne bratanie się. Niemal wszystkie siedzenia w autobusie okazały się mokre. Turyści całowali się i tańczyli pośród nieopisanego piękna gór, w ciszy, obok stojącego na ślepej drodze autobusu; dwudziestu ludzi wiodło korowody wokół swego wybawcy, dwoje zaś siedziało obok – kierowca o wciąż sinej twarzy i Irena, do której dopiero teraz dotarło.

Po tym wydarzeniu Andrzej i Irena byli jak w skowronkach – przez cały wspaniały tydzień.

* * *

Drugiego dnia postawiono jej oficjalne oskarżenie.

– Jestem niewinna – powtarzała niczym zaklęcie.

Nikt jej nie słuchał.

Pół godziny później spotkała się ze śledczym.

Śledczy był posępny.

– Pomyślała pani o adwokacie?

– Nie.

Milczenie. Śledczy przekładał dokumenty – wyraźnie bezmyślnie. Na coś od niej czekał.

– A więc... pani Chmiel. Kiedy po raz ostatni widziała pani Andrzeja Kromara? Pani byłego męża, który według pani może potwierdzić pani alibi?

Pani, pani, pani... Śledczy przydawał temu słowu niejasne, dwuznaczne znaczenie.

– Jakiś czas temu – rzekła Irena. – Dokładnie nie pamiętam.

Śledczy wpił się spojrzeniem w jej twarz.

– Muszę panią zmartwić. Pan Andrzej Kromar nie żyje już od niemal miesiąca – zginął w wypadku samochodowym.

Milczała.

Za plecami śledczego, w wąskim oknie, widniał błękitny skrawek jesiennego nieba.

– Przypuszczam, pani Chmiel, że zwracając się do pana Kromara jako do świadka pani alibi, wiedziała pani o jego śmierci? Chce pani przeszkodzić w śledztwie takim prostym chwytem? Czy warto?

– To niemożliwe – rzekła powoli.

Śledczy się skrzywił.

– Pani Chmiel...

– To niemożliwe! Jeszcze przedwczoraj był... słyszałam...

Ugryzła się w język. Według tutejszego czasu działo się to przed miesiącem... Miesiącem?!

Równy puls Andrzeja w głośnikach.

– Wypadek samochodowy?!

Nie, trzeba się zastanowić.

Pochyliła się nad stołem. Zgarbiła, ukrywając przed śledczym twarz.

– Przykro mi, pani Chmiel, jeśli pani rzeczywiście nie wiedziała... Być może dopuściłem się nietaktu... Lecz może jest jeszcze ktoś inny, kto mógłby potwierdzić pani alibi?

Milczała.

Na kancelaryjny stół wbrew jej woli kapały ciężkie, bezsilne łzy.

* * *

Wieczorem wyprowadzono ją z celi, jednak nie na przesłuchanie. W maleńkim pokoiku czekał na nią tyczkowaty profesor orientalistyki.

– Irena, w końcu! Źle pani wygląda... Nie, proszę się nie załamywać. To straszliwe nieporozumienie zostanie wyjaśnione w ciągu kilku dni... Tak, tak. Proszę to potraktować jak zbieranie materiałów do nowego opowiadania.

Uśmiechnęła się krzywo.

– Cała katedra... co tam, cały instytut... jest pewien pani niewinności. Rozwiązujemy problem adwokata...

Nagle przerwał swe optymistyczne trajkotanie. Kaszlnął, obejrzał się na milczącego śledczego, pochylił do przodu.

– Widzi pani, Ireno... Jako że sprawa jest jednak poważna... Może spróbujemy zaangażować Wampira? To kosztowne... lecz jeśli weźmie się za to on.... sprawę można uznać za wygraną. Doskonale rozumiem, zmiana nastawienia, być może nawet przesądy... jednak obecnie nie ma lepszego adwokata. Byłoby to... rozumie pani?

– Dziękuję – rzekła Irena, wzdychając ciężko. – Proszę zaangażować, kogo pan uważa.

Profesor był najwyraźniej zdziwiony, ukrył jednak zaskoczenie za radosnym uśmiechem.

– No i wspaniale... Proszę się nie martwić o psa. Wzięła go Pacyfikatorka. Razem z żółwiem.

Irena milczała przez chwilę. Podrapała się po czubku nosa.

– Więc nie jestem już w stanie pomóc temu psu.

– Ależ nie! – profesor się uśmiechnął. – W obliczu niesprawiedliwości katedra zjednoczyła się jak nigdy. A Pacyfikatorka... okazało się, że kocha zwierzęta. Już umyła Senseja szamponem przeciw pchłom.

Profesor się zasępił. Najwyraźniej przypomniał sobie, że podczas dziesięciomiesięcznego przypuszczalnego wojażu Ireny pies żył praktycznie na łasce sąsiadów.

Wstyd...

Irena opuściła głowę.

– Proszę jej przekazać wyrazy wdzięczności. Chętnie by popatrzyła na Pacyfikatorkę skrobiącą szczotką tego prawdziwego Senseja. Bardzo chciałaby to zobaczyć.

Czy modelator może zginąć wewnątrz modelu, niczym robak w jabłku? Najwyraźniej tak. Lecz czy w takim przypadku model może kontynuować swe istnienie, jakby nic się nie stało?

Irena leżała na pryczy przykryta do podbródka szarym kocem. Przed snem przyszło jej do głowy przeczytanie tych kilku marnych linijek w swym notesie i z żalem kręcąc głową, przekonała się, że nowego opowiadania nie będzie.

Według jej obliczeń od momentu wejścia do modelu minęło sześćdziesiąt godzin. Co oznacza, że eksperci są już zmęczeni i jedzą kolację. Co oznacza, że Peter obmyśla warianty awaryjne.

Niech pan to zwija, panie Nikołan, myślała, przewracając się na pryczy. Niech pan zwija w diabły ten kretyński model. Gdyż jeśli Andrzej faktycznie... jeśli go nie ma, to moja misja także nie ma sensu. A jeśli...

Zagryzła wargi. Jaki był sens okłamywania jej? Żaden. Po co Andrzej miałby udawać nieboszczyka?

A dlaczego?...

Czyżby można było przewidzieć, co strzeli Andrzejowi do głowy?

Pewnego razu – na plażowym pikniku – zanurkował pod wodą w zarośla trzcin i stamtąd obserwował, jak cała kompania z Ireną na czele szuka go, powoli trzeźwiejąc i wpadając w histerię, jak wołają i miotają się, przeszukując kijami dno.

Irena pamiętała, jak biały piasek przed jej oczami robił się czarny. Cóż to takiego – czarny piasek?

Najwidoczniej chciał zażartować. Chciał schować się najwyżej na minutę – lecz tam, w trzcinach, nawiedził go kolejny genialny pomysł i po prostu zapomniał o upływie czasu, o przyjaciołach, o żonie...

Czego można więc oczekiwać od takiego człowieka?!

Irena westchnęła przez zęby i naciągnęła na głowę przysługujący jej koc.

* * *

Śledczy pokazał jej fotografie z miejsc przestępstw. Zerknęła na nie i z przerażeniem odwróciła wzrok.

– Nie... nie mogę na to patrzeć.

Śledczy sceptycznie podwinął wargę.

– Naprawdę jest pani aż tak wrażliwa?

– Nie zmusi mnie pan, bym to oglądała – powtórzyła, czując, jak drętwieją jej policzki, z których odpłynęła krew. – To jest...

Zamilkła.

Coś ty narobił, potworze?! Nie usprawiedliwia cię fakt, że w naszym „zewnętrznym", prawdziwym świecie dzieją się nie takie rzeczy... Stworzyłeś model – i jesteś za to odpowiedzialny... także za te fotografie...

Irena uniosła wzrok ku białemu sufitowi. Jakby oczekiwała, że napotka ironiczne spojrzenie byłego męża.

– Jestem niewinna – rzekła z wysiłkiem. Chyba już setny raz.

Śledczy przyglądał jej się z uwagą i po raz pierwszy od czasu ich znajomości jego wzrok nie był świdrujący. Ciężki – owszem, choć na dnie oczu pojawiło się coś w rodzaju... wątpliwości. Jakby nagle dopuścił do świadomości niewiarygodną myśl: a jeśli ona nie kłamie?

* * *

Wprowadzono ją do niewielkiego pokoju, w którym dzień wcześniej czekał na nią profesor orientalistyki; już ucieszyła się z kolejnego spotkania – okazało się jednak, że tym razem w skórzanym fotelu siedzi zupełnie inny człowiek.

Ochroniarz wprowadził ją i wyszedł. Irena obejrzała się ze zdumieniem; przez ostatnie kilka dni przywykła do tego, że samą zostawiają ją jedynie ze śledczym.

– Dzień dobry, pani Chmiel... Proszę usiąść.

Usiadła w fotelu naprzeciw. Mężczyzna przyglądał się jej w milczeniu, nie starając się udawać, że jego badawczy wzrok jest odpowiednikiem uprzejmej pogawędki.

Miał około czterdziestki. Niezwykle gładka skóra, bardzo twarde, lśniące włosy, dokładnie wygolone policzki. Odświeżony, wypoczęty jegomość. Jak po powrocie z zimowego kurortu.

I jednocześnie było w nim coś z Andrzeja. Ciekawość badacza. Bezinteresowne zainteresowanie, urok pracownika prosektorium. Szczera sympatia dla preparowanej istoty.

Milczeli przez pięć minut.

– Nazywam się Jan Semirol. Być może słyszała pani mój profesjonalny przydomek: Wampir. Jestem adwokatem... Pani koledzy, wśród których znajdują się znani i szanowani ludzie, poprosili, bym podjął się pani obrony.

Irena milczała. Ułożony i nienaganny pan Semirol budził w niej instynktowny niepokój. Który powoli zamieniał się w strach.

– Moje usługi są dość kosztowne. – Adwokat się uśmiechnął. – Poza tym zanim wezmę się za sprawę, muszę zapoznać się z materiałami i oskarżeniami... Materiały widziałem. Teraz chcę z panią porozmawiać.

Irena pochyliła głowę.

– Jestem niewinna.

– Muszę panią zmartwić. Bardzo wielu oskarżonych twierdzi dokładnie to samo. A zatem była pani nieobecna przez dziesięć miesięcy. Dlaczego nie chce pani powiedzieć, gdzie pani wtedy była?

Irena przez chwilę milczała.

Podczas długich godzin spędzonych w celi zdążyła wymyślić kilka wersji odpowiedzi na to pytanie. Najprostszym wyjściem było udawanie amnezji, utraty pamięci; wszak jeśli wierzyć telewizyjnym serialom, około połowy dorosłej populacji dowolnego kraju przynajmniej raz w życiu traci pamięć.

Jednak po pierwsze, każdy lekarz będzie w stanie przyłapać ją na kłamstwie. A po drugie... ta wersja poniekąd pozbawiała Irenę prawa głosu. „Nikogo nie zamordowałam". „A skąd pani to wie? Przecież straciła pani pamięć!"

Wciągnęła głowę w ramiona. Nieznośna była dla niej już sama myśl, że ktoś – nawet ten adwokat – może uważać, że jest zdolna do zrobienia czegoś takiego... Co więcej, że faktycznie to zrobiła.

Czas uciekał. Adwokat czekał na odpowiedź.

– To moja prywatna... tajemnica – rzekła Irena głucho. – Nie mogę... odpowiedzieć na pańskie pytanie.

Adwokat kiwnął głową – zupełnie jakby nieuzasadniony upór podejrzanej sprawiał mu przyjemność.

– W porządku... Często myje pani ręce?

Milczała, zbita z tropu.

– No, kiedy dotknie pani powiedzmy klamki... czy odczuwa pani potrzebę umycia rąk mydłem?

– Czasem tak. A czasem nie... Jeśli klamka nie jest brudna...

– Dlaczego nie ma pani dzieci?

Drgnęła. Adwokat patrzył jej prosto w oczy – nieruchomo i beznamiętnie. A także wyczekująco.

– Jeszcze będę miała – rzekła, odwracając wzrok. – Mam dopiero trzydzieści lat.

– A dlaczego wcześniej nie zatroszczyła się pani o potomstwo?

Irena wiedziała, że pół godziny po zakończeniu rozmowy przyjdzie jej do głowy błyskotliwa odpowiedź temu impertynentowi. Wiedziała też, że w tej chwili nie ma nawet co próbować; nie wydusi z siebie niczego sensownego.

– W porządku. – Adwokat znowu kiwnął głową, jakby jej milczenie było dla niego wystarczającą odpowiedzią. – Proszę mi teraz powiedzieć, jak z pani perspektywy wygląda to, co się pani przytrafiło? Nie przyznaje się pani przecież do winy i musi mieć pani jakieś usprawiedliwienie tego, co się stało? Została pani pomówiona? Wrobiona? Wrogowie? Zawistnicy?

– Nie wiem – odparła Irena ze znużeniem. – W moim domu ktoś był... przed moim przyjściem... palił szmaty w kominku... sądziłam, że to mój były mąż...

– Przecież widział panią chłopak sąsiadów. A właściwie podobną do pani kobietę.

– Podczas gdy pan ze mną rozmawia – rzekła Irena ze zmęczeniem – prawdziwa morderczyni krąży wokół tego domu... I w każdej chwili może kogoś zabić.

– Byłoby to pani na rękę – oznajmił z powagą adwokat. – Gdyby zabójstwo z tej serii powtórzyło się w czasie, gdy siedzi pani za kratkami. Byłby to poważny argument na pani korzyść.

Irena miała ochotę uderzyć go w twarz.

Gdyż przypomniała sobie kudłatego Walka – jak zagląda przez plot... ze strachem zerkając na Senseja.

I fotografie – te, które pokazywał jej śledczy. Milczała. Ponieważ nikogo w życiu jeszcze nie uderzyła. Oprócz Andrzeja, po tym incydencie na plaży.

– Proszę powiedzieć, pani Chmiel... czy odczuwa pani seksualną satysfakcję podczas intymnych stosunków z mężem?

Irena milczała, przyglądając się swym dłoniom. Coś takiego; a jej linia losu wygląda tak korzystnie.

– Muszę się zastanowić – rzekła posępnie.

Nawet adwokat, który niejedno już widział, był teraz lekko zdziwiony.

– Naprawdę? A ja sądziłem, że już od dawna dysponuje pani wiedzą na ten temat... Proszę zresztą wybaczyć.

Zadał jeszcze kilka pytań. Irena odpowiadała monosylabami, cały czas unikając jego badawczego spojrzenia. Głowa zaczęła opadać jej ze zmęczenia. Nieznośnego zmęczenia.

W końcu Semirol zamilkł. W osobliwy sposób musnął usta – jakby wycierał z warg resztki kefiru. Zamyślił się i wpił w rozmówczynię pełen zadumy wzrok – niczym modniś, który nie może zdecydować, który krawat wybrać na dzisiejszy raut. Trudny wybór.

W pewnym momencie Irena poczuła się jak ciężarek na wadze – i jedynie pan preparator wie, co znajduje się na drugiej szalce. I czeka, dopóki szalki tej wagi przestaną się kołysać.

– No dobrze, pani Chmiel... choć trzeba przyznać, że niewiele w tym dobrego... Nie mogę podjąć się pani obrony. Pani przyjaciele będą zawiedzeni.

Zdziwiła się do tego stopnia, że nawet spojrzała mu prosto w oczy.

– Sądzi pan... Nie wierzy pan w moją niewinność?!

– Jestem profesjonalistą – pan Semirol uśmiechnął się promiennie. – Jakie znaczenie ma tu fakt, czy w to wierzę, czy nie? Kieruję się zupełnie innymi kryteriami.

– Ale przecież... – zaczęła Irena szeptem. – Ja naprawdę mogę być z panem bardziej szczera... tak, odczuwałam seksualne zadowolenie... i chciałam mieć dziecko, ale Andrzej...

Semirol przyglądał się jej, ze smutkiem kiwając głową.

– Proszę przestać. Dowiedziałem się wszystkiego, czego chciałem. Pani szczerość czy też nieszczerość nie ma tu nic do rzeczy... Niestety. Żegnam.

* * *

Śledczy na nią nie patrzył. I mówił suchym, obojętnym tonem; niezależnie od jej zaprzeczeń, sprawa zbliża się ku końcowi. Społeczeństwo żąda ukarania zabójcy, wszyscy miejscy dziennikarze są na nogach; niestety, z powodu nierzetelności niektórych pracowników fotografie z materiałów śledztwa dostały się do prasy.

Milczała. Najwyraźniej fakt, że pan Semirol nie podjął się jej obrony był równoznaczny z wyrokiem skazującym! Irena niczego nie rozumiała: przez całe życie sądziła, że im lepszy jest adwokat, tym trudniejsze są sprawy, których się podejmuje.

Najwidoczniej profesor orientalistyki jest nie mniej wstrząśnięty. A Pacyfikatorka... cóż, za każdym razem, stawiając miskę przed przygarniętym Sensejem, będzie powtarzać coś w rodzaju: „Pies nie jest odpowiedzialny za właścicielkę".

– To wstrząsające – rzekła na głos. – Czy rzeczywiście wyglądam na morderczynię?

Śledczy spojrzał na nią przelotnie. Odwrócił głowę.

– Była pani nieszczera podczas przesłuchań. Sama pogarsza pani swą sytuację.

– Dostanę adwokata? – zapytała ledwie słyszalnym głosem.

Śledczy zmarszczył brwi.

– Niewątpliwie... Jednak skoro Wampir zrezygnował z podjęcia się pani obrony, po jego odmowie żaden uczciwy adwokat nie weźmie się za tę sprawę... Podczas procesu będzie pani bronił adwokat z urzędu, który nie ma innego wyjścia. To jego praca. Proszę posłuchać, dlaczego nie chce się pani przyznać?!

– Bo jestem niewinna.

Spojrzał na nią uważniej. Nie odwróciła wzroku.

– Pan na przykład... wierzy? Że zrobiłam to, o co jestem oskarżona? Naprawdę pan w to wierzy?

Przygryzł wargę. Tak w ogóle był to sympatyczny, piegowaty chłopak. Mogliby się spotkać na ulicy albo w kawiarni – wówczas powitaliby się radośnie, porozmawiali o pogodzie, być może odprowadziłaby go do rogu.

– Nie przypomina pani zabójczyni – rzekł niechętnie. – Choć wszystkie fakty świadczą przeciwko pani.

– Nie przypominam?

– Nie.

Irena westchnęła.

Podjęła tę decyzję dzisiejszej nocy. Wstała z pryczy i nie mogła już zasnąć. Przemierzała celę tam i z powrotem – nad ranem w judasza zajrzał zdziwiony strażnik.

Jedyna właściwa decyzja. Choć tak czy inaczej – trudno to z siebie wydusić.

– Przyznaję się – rzekła z wysiłkiem. – Przyznaję się i chcę pokazać miejsce, w którym znajduje się jeszcze jedna ofiara.

Śledczy się zakrztusił. Przez kilka sekund wpatrywała się w jego szybko twardniejące oczy.

Trudno mu było ukryć emocje. W końcu mu się to jednak udało.

* * *

Już po półgodzinie Irena zachwycała się widokiem pędzących na ich spotkanie topól.

Jechali do jej domu. Choć okienko w samochodzie było małe i zakratowane, Irena poznawała znajome miejsca – pokrytą czerwonym dachem kafejkę... Płynny zakręt szosy, przepaść, ponad którą o świcie unosi się mgła.

Zatrzymali się przy bramie. Płot sąsiadów niemal zawalił się pod ciężarem Walka i jego braci. Dlaczego nie są w szkole?

Odetchnęła wiatrem, mającym zapach opadłych liści. Po długim pobycie w zamkniętym pomieszczeniu wydał się jej rajsko świeży – a przecież jeśli się zastanowić, był to tylko nieprzyjemny, wilgotny powiew.

– Tam – wskazała ręką – na wzgórzu. Zaprowadzę.

Towarzyszył jej tłum ludzi. Bali się, że ucieknie?

Od czasu do czasu napotykała spojrzenia. I wstrząsał nią dreszcz, silniejszy od wiatru. To nic... to nic... wkrótce to wszystko się skończy.

Najwyraźniej jej rześki nastrój napawał ich obrzydzeniem. Czyżby tak energicznie i radośnie wspinała się n? wzgórze, by jak najszybciej pokazać im bezimienny grób zabitego przez nią dziecka?!

Zatrzymała się na szczycie pagórka. I rozejrzała gorączkowo.

Wątła trawa upstrzona była plackami krowiego łajna. Jest! Z ziemi sterczał pręt ze strzępkiem materiału pociemniałego od deszczu. A obok niego...

Obok leżał drugi. Złamany. Najwyraźniej jakaś krówka o obwisłym brzuchu niezbyt liczyła się z konwenansami...

Zapanowała nad sobą. Jeśli rzuci się tam natychmiast – pojawią się podejrzenia, złapią ją i nie pozwolą zrobić ani kroku więcej.

Ostrożnie, drobnymi kroczkami, zbliżyła się do zniszczonej bramy.

Po milimetrze... Już...

Panie Nikołan!! To ja...

Zmrużyła oczy.

Nic się nie stało. Wiatr jak wcześniej pachniał zbutwiałymi liśćmi. Obok stali, palili, spoglądali po sobie jej posępni towarzysze.

Zmusiła się, by otworzyć oczy. Rozejrzała się: wszystko się zgadza. Właśnie z tego miejsca po raz pierwszy zobaczyła jadące naprzeciw siebie samochody.

„Tunel jest otwarty przez cały czas. Jedynie pani może z niego skorzystać. W przypadku niewielkiego odchylenia tunel sam panią zlokalizuje – to odchylenie nie powinno przekraczać metra..."

Dotknęła nieuszkodzonego pręta.

– Coś się nie zgadza.

– To tutaj? – lodowatym tonem zapytał śledczy. – Tutaj kopać?

– Coś się nie zgadza – odparła Irena, patrząc wprost w jego świdrujące oczy. – To niewłaściwy świat... On nie istnieje. To model. Wszyscy jesteście częścią modelu. Wymyślił was Andrzej!

Dzieciaki sąsiadów z zaciekawieniem przyglądały się, jak zakutą w kajdanki, wykrzykującą bezmyślne zdania, prowadzą ją do samochodu.

Rozdział 3

W ekspertyzie psychiatrycznej uznano, że jest poczytalna. Także komisja lekarska uznała ją za osobę zdrową.

Irena dołożyła wszelkich starań, by jak najszybciej zapomnieć detale obu tych badań. Jesteście modelem, z uśmiechem mówiła lekarzom i sanitariuszom. I nic nie mogę na to poradzić. To przykre, ale taka jest prawda: jesteście jedynie cieniami innych osób. Stanowicie wyobrażenie Andrzeja o tym, jacy powinni być ludzie.

Uznano ją za symulantkę.

Wyznaczono termin rozprawy; Irena rozkoszowała się chwilowym spokojem. Nie niepokoili jej lekarze, adwokaci ani śledczy. Naciągnąwszy do podbródka szary koc, przeglądała zapiski ze swego notesu i nawet pozwoliła sobie na nową uwagę: „Cały świat jest cieniem".

Zdanie wstrząsnęło ją swą oryginalnością.

Szybko znudziło ją zastanawianie się nad tym, dlaczego tunel nie zadziałał. Nie zadziałał i tyle. Zdarza się. Być może coś podobnego przytrafiło się Andrzejowi. Wpadł w sidła własnego pomysłu i nie był w stanie zatrzymać zabawki.

Unikała zastanawiania się nad faktem, czy Andrzej jest martwy, czy jedynie sfingował swą śmierć. Tak czy inaczej, wkrótce wszystko się wyjaśni. Nikt nie miał wątpliwości, że Irenę czeka wyrok śmierci, ona zaś nie wątpiła w to, że jeśli Andrzej żyje, nigdy nie dopuści do czegoś takiego. Jeśli modelator żyje, to wyłącznie po to, by obserwować złapaną w pułapkę Irenę. Jeśli jest to jakaś wymyślna zemsta – tylko za co?! – to tego wszystkiego, co ją spotkało, wystarczało do zaspokojenia ciekawości nawet skrajnie chorego egoisty. I wątpliwe, by Andrzej chciał być świadkiem wykonania wyroku. Choć z drugiej strony, kto go tam wie.

Irena nie brała pod uwagę możliwości, że Andrzej rzeczywiście nie żyje.

Sala sądowa zachowała ślady dawnej świetności. Z sufitu ślepo spoglądały obtłuczone płaskorzeźby. Za długim stołem siedzieli ludzie w ciemnych szatach, nad ich głowami wznosiły się wysokie oparcia foteli. Irena pomyślała, że jest to na swój sposób piękne. Przed stu laty aksamit na oparciach niewątpliwie wyglądał zupełnie świeżo.

Sala była pełna ludzi. Oddzielnie siedzieli krewni zamordowanych dzieci – Irena od początku postanowiła nie patrzeć w ich stronę. Była to jej martwa strefa: bardzo szybko zaczęła odczuwać ją jako chory fragment własnego ciała. Zdrętwiały i zainfekowany. Ci nieruchomi ludzie przyciągali jej wzrok, jednak strach przed spojrzeniem im w oczy był silniejszy.

W sali roiło się od reporterów. Irenę boleśnie oślepiały błyski fleszów; reporterzy zdawali jej się igiełkami przebijającymi się przez ciszę i szmer, ciągnącymi za sobą nitkę przyszłych, sensacyjnych materiałów.

Albo w sali brakowało światła, albo Irenie było ciemno przed oczami – gdyż niezwykle trudno było jej rozróżnić twarze. A ona wpatrywała się w nie z uporem, walcząc z bólem oczu – wypatrywała...

Kogo?

Andrzeja Kromara. A kogóż by jeszcze?

Wśród świadków znajdowali się zarówno zupełnie obcy dla Ireny ludzie, jak i jej właśni sąsiedzi. Mały Walek musiał mieć podstawiony pod nogi taborecik – inaczej jego głowa nie wystawała ponad trybunę dla świadków.

– Widziałem panią...

– Czy była to pani Chmiel?

Chłopiec uśmiechnął się nieśmiało.

Adwokat Ireny niechętnie uniósł rękę.

– Mam pytanie... Czy świadek Walentyn Jelnik jest przekonany, że tego dnia zobaczył właśnie sąsiadkę, a nie inną kobietę mieszkającą w tym samym domu?

A przecież nie dopracowaliśmy wersji z sobowtórem, zaniepokoiła się w myślach Irena. W czasie spędzonym na rozmowach z samą sobą, przywykła uważać się za coś w rodzaju chodzącego konsylium. „Przemyśleliśmy", „postanowiliśmy".

– Świadek Walentyn Jelnik ma dziesięć lat – suchym tonem oznajmił sędzia. – Jego zeznania mogą być brane pod uwagę, jednak w pełni na nich polegać...

– Może była to inna pani – łatwo zgodził się Walek. – Było ciemno.

Przez salę przetoczył się szmer. Adwokat Ireny westchnął – miał już serdecznie dość tego procesu. Jak budować linię obrony, jeśli oskarżona z idiotycznym uporem odmawia składania najprostszych zeznań – choćby podania miejsca swej „delegacji"?! Proces był z góry przegrany. Adwokat był niepocieszony: to cios w jego karierę. Z premedytacją zwalono na niego niemającą perspektyw, brudną robotę, której nie podjął się nawet Wampir.

Irena przygryzła wargę.

Pośrodku wypełnionej po brzegi sali znajdował się krąg pustej przestrzeni. W jego centrum siedział, założywszy nogę na nogę, wypielęgnowany pan Semirol.

I nikt nie siedział obok niego. Dwa fotele z prawej były puste, podobnie dwa fotele z lewej, tak samo przed nim i za jego plecami. A w tym samym czasie w przejściach skrzypiały dostawione krzesła i przestępowali z nogi na nogę ci, dla których zabrakło miejsca.

Irena współczująco spojrzała na swego adwokata.

Nie należy tak demonstracyjnie okazywać swej bezsilności. Jak śmieciarz, który wśród sterty odpadków dumnie wznosi podbródek: chcieliście zobaczyć, jak się spocę przy tej robocie?! Niedoczekanie; nawet się za nią nie zabiorę!

A jednak. Dlaczego nawet przywykli do wszystkiego reporterzy nie decydowali się usiąść obok Jana Semirola?

W drugim kącie sali siedziała jej katedra w pełnym składzie. Z Pacyfikatorką na czele. Irena wciąż słabo widziała twarze – czuła jednak spojrzenia.

Pod koniec przesłuchań jej koledzy zaczęli po kolei wstawać i wychodzić. I to wstrząsnęło nią bardziej niż pełne nienawiści twarze osieroconych krewnych. Niż obojętność adwokata. Niż zacietrzewienie młodego, agresywnego prokuratora.

Bardziej niż napięta pustka wokół Semirola.

Nie są prawdziwi, powtarzała sobie. Ci prawdziwi zostali w zewnętrznym świecie. A oni nigdy by nie uwierzyli, że ja...

Ostatni wyszedł profesor orientalistyki. Blady, zagubiony – zresztą Irena z trudem dostrzegała go za morzem głów.

Ogłoszono przerwę do następnego dnia.

Irenę przeprowadzono z jej klatki do ciasnego pokoiku z gołymi ścianami i pluszową kanapą, obok pojawił się spocony i wściekły adwokat, i Irena spytała go wprost:

– Dlaczego nikt nie siedzi obok Semirola?

Adwokat się zamyślił. I kwaśnym tonem odparł, że złoży protest.

Irenę to rozśmieszyło. I co, eleganckiemu panu o przydomku Wampir będą na mocy prawa podsadzać sąsiadów?

Przez całą noc gapiła się w sufit.

Następnego dnia adwokat rzeczywiście zaczął od złożenia protestu.

– Obrona żąda usunięcia z sali pana Semirola, ponieważ jest on tu obecny nie z zawodowych, lecz korzystnych dla siebie i antyhumanitarnych celów. Swą obecnością pan Semirol wywołuje psychiczny nacisk na sąd i deprymująco działa na oskarżoną!

– Niedługo podziała na nią znacznie skuteczniej – dość głośno rzekła kobieta w ciemnej chuście, przypuszczalnie matka jednego z zamordowanych chłopców. Na sali podniósł się szum.

– Oddałam protest – oznajmił sędzia nerwowo. – Proces jest jawny i nie ma prawa, w myśl którego pan Semirol nie mógłby być na nim obecny, jak każdy inny obywatel... W przeciwnym razie byłaby to dyskryminacja...

Sędzia zaciął się i zagryzł wargę, jakby żałując tego, co powiedział. Dokończył tonem niżej:

– Dyskryminacja o podłożu biologicznym.

W sali zapadła cisza.

– Bogatego wampira nikt nie nazwie wampirem – rozległ się w tej ciszy ironiczny głos. Wolna przestrzeń wokół pana Semirola powiększyła się o kilka kolejnych foteli; a on nawet okiem nie mrugnął.

„Bogatego wampira nikt nie nazwie wampirem".

Irena wciąż jeszcze przeżywała przeniewierstwo własnej katedry. Właśnie przeniewierstwo – gdyż w tym przypadku uwierzenie równało się zdradzie. „Bogatego wampira nikt nie nazwie wampirem". To zdanie coś jej przypominało. Jakąś dawno czytaną książkę.

– I w końcu przyznanie się do winy samej oskarżonej, które następnie odwołała...

Szum na sali.

– Odmawiając przyznania się do winy... obciążając tym samym...

Przestała słuchać.

Gdyż wszyscy byli zmęczeni i głodni. Gdyż niezależnie od całej sensacyjności sprawy, przesłuchania nie zostaną raczej przeniesione na jutro. Wszystko jest aż nazbyt oczywiste. Wszyscy niecierpliwie czekają już na zakończenie, na wynik.

No cóż. Teraz będzie mogła ze znajomością tematu pisać kryminały. Wydawca będzie zachwycony.

Uśmiechnęła się krzywo. Zapomniała zadzwonić do swego agenta. Być może wewnątrz modelu wydawcy mają inne wymagania?

Wątpliwe.

Spotkała się wzrokiem z panem Semirolem.

I drgnęła mimowolnie.

Już nie przypominał Andrzeja. On... Dlaczego tak na nią patrzy?!

Jakby wyczuwając jej nagły strach, Semirol odwrócił wzrok.

„Bogatego wampira nikt nie nazwie wampirem".

Słynny adwokat o przezwisku Wampir.

„...jest on tu obecny nie z zawodowych, lecz korzystnych dla siebie i antyhumanitarnych celów..."

Trzeba się nad tym zastanowić. Trzeba się nad tym dokładnie zastanowić.

– Oskarżona Chmiel. Ma pani prawo do ostatniego słowa!

Wstała wcześniej, niż zorientowała się, czego od niej chcą.

I przez minutę stała jak słup w napiętej ciszy.

Co właściwie miałaby powiedzieć?

„Wasz świat jest modelem"?

„Wszyscy jesteście wytworem fantazji mego obłąkanego męża"?

„Jestem człowiekiem z innego świata. Jak możecie mnie sądzić?"

Westchnęła głęboko i spojrzała w kąt sali, gdzie siedzieli krewni ofiar.

Wstrząsnął nią dreszcz, znalazła jednak w sobie siłę, by się odezwać.

– Jestem...

Znieruchomiałe twarze. Pełne nienawiści oczy. I zupełnie nie w porę przypomniały jej się fotografie, które pokazywał jej śledczy; te potworne fotografie.

– Jestem niewinna... To nie ja! Słowo honoru!

Jej głos utonął we wzburzonym pomruku tłumu.

Jedynie krewni milczeli i patrzyli.

Uwierzą?

Nie.

Została skazana na śmierć. W świecie wymodelowanym przez miłującego praworządność Andrzeja okazało się to być na porządku dziennym. Kobieta? I co z tego? Zabójczyni, seryjna zabójczyni, uznana za poczytalną.

Przenieśli ją do specjalnej celi i wydali specjalną odzież. Nie bała się. Męczyła ją tępa, pełna zaskoczenia odraza.

Ciekawe, jak daleko to może zajść?

Nigdy w życiu, za żadne skarby, nie zgodziłaby się na pisanie sądowo-więziennych dzienników. Choćby jej agent stawał na głowie.

Zaproponowano jej, by poprosiła o ułaskawienie.

– A kogo miałabym prosić? – spytała ze zdziwieniem.

– Przecież was nie ma... jesteście cieniami... modelem, nie pojmujecie tego?

Pozostawiono ją w spokoju. Kilka dni przebywała w pełnym otępieniu, po czym ocknęła się i zażądała prawdy o swoim losie: kiedy?!

Udzielono jej wymijającej odpowiedzi.

Poprosiła, by przyniesiono jej gazety z ostatniego tygodnia i gdy dostała cały plik różnorakiej prasy, doznała kolejnego szoku.

Wszystkie gazety – od „Wieczornego Miasta" do najmarniejszych brukowców – poświęciły jej sprawie przynajmniej linijkę, przynajmniej notatkę. Poznawała się na fotografiach – na jednych od razu, na innych z trudem. Albo była to kwestia profesjonalizmu fotografa, albo chwili, w której było robione zdjęcie – odnosiło się jednak wrażenie, że w tej samej klatce siedziało kolejno kilka różnych kobiet: jedna była demonicznie urodziwa z maleńkimi, wyszczerzonymi ząbkami, druga miała opuchniętą twarz maniaczki, trzecia była senna, czwarta zapłakana...

Irena dostała wątły, plastykowy grzebień. Wszystkie przedmioty posiadające twarde albo ostre brzegi – także lusterko – zostały jej odebrane jeszcze w trakcie psychiatrycznej ekspertyzy.

Uczesała się, patrząc na własny cień. Rozmasowała policzki. Dokładnie wygładziła brwi. Koniec końców jeśli Andrzej ją obserwuje...

Co za brednie. Andrzej nie jest bezcielesnym duchem, nie potrafi wcielać się w innych ludzi, a poza tym jest martwy. Chodzi tu o model realnego świata, a nie o powieść fantastycznonaukową, której wspaniałymi perspektywami skusił ją Peter Nikołan.

Najodważniejsze gazety zamieściły obok jej zdjęcia wykradzione ze śledztwa fotografie z miejsc przestępstw. Najmądrzejsze – fotografie chłopców, kiedy jeszcze żyli. W obydwu przypadkach efekt był wstrząsający.

Irena chwyciła się za włosy, niszcząc świeżo zrobioną fryzurę. Idioci! Przecież morderczyni jest na wolności! Jak stwierdził pan Wampir: „Byłoby pani na rękę, gdyby morderstwa nie ustały".

A zabójczyni, jeśli ma choć trochę oleju w głowie, poczeka, aż Irena zostanie stracona. I dopiero potem...

– Ależ z ciebie kanalia – rzekła Irena, zwracając się do niewidocznego Andrzeja.

Wyrażane w gazetach opinie nie były jednoznaczne. Część reporterów wątpiła, by kobieta siedząca za kratą w sądowej sali była w stanie dokonać tych wszystkich przestępstw. Zresztą nawet te wątpliwości były udawane, sztuczne, wyrażane jedynie po to, by rozjaśnić nieco ton artykułów i podkreślić indywidualność ich autorów.

A potem jej wzrok zatrzymał się na niewielkim, skromnym artykule w kiedyś jej ulubionym „Wieczornym Mieście".

„Ogłoszenie!... Według informacji uzyskanych z wiarygodnych źródeł, procedura kaźni Ireny Chmiel zostanie powierzona pewnej anonimowej osobie cierpiącej na uzależnienie od hemoglobiny. Czytajcie jutro w «Wieczornym Mieście»: Czy społeczeństwo ma prawo przekazywać wampirom osoby skazane na karę śmierci?"

Irena przełknęła gęstą ślinę.

Andrzeju... coś ty narobił? Kompletnie zwariowałeś? Czy to ja tracę zmysły? A może reporterzy oszaleli?

Położyła się na pryczy, jak zwykle przykryła kocem i zapadła w sen, jak w ratunkową szalupę.

* * *

Nie wiedziała, do czego to można porównać. Przed poznaniem Andrzeja nie miała żadnych intymnych doświadczeń – całowanie się w ciemnej kinowej sali się nie liczyło; tym bardziej orkiestra dęta pod oknami Iwonika. Niedopowiedzenia w rozmowach z przyjaciółkami, tanie romansidła i modne filmy były w zasadzie jedynym źródłem wiedzy Ireny na ten temat.

Stwierdzenie, że Andrzej jest „pomysłowy", nie wyjaśniało niczego.

W stanie ekstazy modelował pogańskie składanie ofiary, afrykańskie obrzędy inicjacji czy też intymne obyczaje ryb głębokowodnych; nie można powiedzieć, by Irenie wszystko to podobało się w jednakowy sposób, jednak nigdy nie odczuwała przy tym dyskomfortu. Był niczym dobry aktor w roli złoczyńcy – widownia drży ze strachu, a na ciele ofiary nie ma nawet zadrapania.

Gdy był w dobrym nastroju, otulał ją swą czułością niczym włochatym kocem.

Gdy wpadał w zadumę, zapominał o niej, nawet leżąc obok niej w łóżku.

Kiedyś kochali się przy dźwiękach płynącej z radiowych głośników muzyki symfonicznej. Rozpoczęło się od bogatego preludium, kurtyna poszła w górę i wydawało się, że dzieło będzie różnorodne i pełne przepychu – gdy pochylony nad swą żoną dyrygent nagle się nad czymś zamyślił. Potraktowała jego zamyślenie jak dramatyczną pauzę i przez jakiś czas oczekiwała na zwrot akcji – jednak Andrzej już słodko spał, zapominając o zapowiedzeniu antraktu.

Przez jakiś czas słuchała jego równego oddechu, po czym delikatnie uwolniła się z jego objęć i wyłączyła muzykę. Spał już do rana. Irena siedziała w kuchni, piła herbatę i przyglądała się swemu odbiciu w ciemnym oknie – do samego świtu.

Pewnego razu wracając do domu, spotkała czekającą na nią damulkę. Młodą, lecz nie młodziutką, całą ubraną na niebiesko – niebieski krótki płaszcz, niebieskie rajstopy, niebieskie buty i czapka z intensywnie błękitnym piórem.

– Pani Irena? – damulka miała błękitne oczy podkreślone jasnoniebieską kredką.

– Tak, to ja.

– Mam na imię Lucyna... proszę się nie dziwić. Może mnie pani oczywiście zignorować. Ale przecież los Andrzeja nie jest pani obojętny?

Irena milczała, przyglądając się bladoróżowej twarzy w błękitnej oprawie.

– Andrzej... widzi pani. Jest pani jego żoną... rozumiem, że jest pani ciężko. Zycie u boku genialnego artysty, kompozytora, pisarza nie jest łatwe... takim ludziom potrzebna jest wyjątkowa żona. Kobieta, która potrafi ich zrozumieć, zrezygnować ze swej indywidualności, stać się ich odbiciem, cieniem...

– Jest pani jego kochanką? – spytała Irena.

Damulka westchnęła.

– Jestem jego przyjaciółką... czego niestety nie można powiedzieć o pani. Nie potrafiła pani stać się przyjaciółką własnego męża.

– On to pani powiedział?

– Nie, ale to przecież widać. Proszę mnie zrozumieć, pani Ireno... Osobowość Andrzeja jest zbyt cenna, by rozmieniać ją na drobne, na banalne życie rodzinne. Będzie z nim pani nieszczęśliwa... pani go nie rozumie i nie docenia. On także będzie z panią nieszczęśliwy. Powinniście się rozstać. Geniusz nie potrzebuje żony, lecz przyjaciela, towarzysza... niańki...

– Muszę się zastanowić – rzekła Irena z westchnieniem.

I odeszła, pozostawiając damulkę z otwartymi ustami. Najwyraźniej nie zdążyła się jeszcze wygadać.

Wieczorem wrócił Andrzej – roztargniony i pogrążony w myślach.

– Spotkałam twoją wielbicielkę – rzekła Irena po kolacji, gdy nie było już w zasadzie o czym rozmawiać.

– Którą? – zapytał nieobecny myślami Andrzej.

– Niebieską.

– Aaa... I co?

Irena milczała przez chwilę.

– Uważa, że jestem dla ciebie kiepską niańką.

– A według ciebie jest inaczej?

Irena westchnęła.

– Wiesz, opublikowali mi opowiadanie... w antologii...

– Pokażesz?

– Tak... Jak myślisz, Andrzej, potrzebujesz innej żony?

Teraz on zamilkł. Co było dość dziwne, gdyż w przeciwieństwie do Ireny zawsze reagował błyskawicznie, niekiedy nawet uprzedzając wydarzenia.

– Nie wiem, czy potrzebuję żony... Potrzebuję jednak ciebie, Ireno. Właśnie ciebie.

* * *

„Czy społeczeństwo ma prawo... skazanych na... wampirom?..."

Gazeta była przedwczorajsza. Irena długo domagała się właśnie tej gazety i w pewnym momencie pomyślała nawet, że strażnicy ukrywają ją przed nią, by nie obciążać jej psychiki.

Było jednak inaczej. Oni po prostu zawinęli w nią śledzie. I gdy Irena dostała w końcu swą gazetę, brakowało w niej połowy stron, a pozostałe śmierdziały rybą i część tekstu pokrywały tłuste plamy.

Farba drukarska jest szkodliwa, szczególnie jeśli je się ją wraz z posiłkiem. Strażnicy nie mieli pojęcia o zasadach higieny.

Irena wstrzymała oddech. Nagle przypomniał jej się Andrzej siedzący za improwizowanym, studenckim stołem. „A tak na marginesie, co sądzicie o karze śmierci?"

Ten żart wcale nie był śmieszny.

„Według info... zdobytych z wiarygodnych źród... pewien znany adwo... zapłacił za oskarżoną Chmiel okrągłą sumę..."

Irena przetarła oczy. Trudno było jej uwierzyć w taką sumę, najwyraźniej winę ponoszą tłuste śledzie.

„...miejskie... zacierają rę... gdyż problemy finansowania... tradycyjnie palące... nowe miejsca pracy... zasiłki... nowoczes... Pamiętając jednako karze za tak ciężkie przest... zapomi... Nawet jeśli stracenie oskarżonej ma sens, to przekazanie prawa kaźni w prywatne ręce..."

– Przekazanie prawa kaźni w prywatne ręce.

Andrzeju, halo! Słyszysz mnie?...

Peter! Dlaczego pan kłamał?!

Wejdzie pani w świat... Najprawdopodobniej dokładnie odpowiada on naszemu, może jedynie niewielkie przesunięcie w czasie...

No pewnie. Dokładnie odpowiada.

Byłby to przełom w pani pisarskiej karierze. Nie wspominając już o niezapomnianych przeżyciach... Proszę sobie wyobrazić, że proponujemy pani lot w kosmos... Czy odmówiłaby pani?

– Odmówiłabym – rzekła Irena na głos.

Duży fragment tak ważnego dla niej artykułu był oderwany razem z częścią pozostałych stron gazety. A zatem nie będzie jej dane dowiedzieć się, jakimi argumentami podpiera się korespondent, krytykując tę karygodną praktykę – przekazywania skazanych na śmierć „w ręce prywatne".

Zaczęła walić w drzwi, początkowo pięściami, później nogami. W końcu okienko się otwarło.

– Proszę mi powiedzieć – poprosiła, starając się, by jej głos brzmiał możliwie najbardziej przyjaźnie – kogo nazywa się tu wampirami?

– Nie mam prawa z panią rozmawiać. Okienko się zatrzasnęło. Słychać było tylko oddalające się kroki.

* * *

Następnego ranka ogłosiła głodówkę, żądając informacji o swym dalszym losie. Kiedy? W jaki sposób? Jakim, u diabła, prawem?

Już w połowie dnia, wygłodniała, przerwała akcję protestacyjną i zjadła przysługujący jej, syty obiad. Jednak jacyś drobni urzędnicy poczuli się zaniepokojeni i wieczorem w celi Ireny pojawił się jeden z nich i zapoznał ją z aktami.

Wszystkie nosiły adnotację: „kopia" i były posortowane chronologicznie. Aresztowanie Ireny... Przebieg przesłuchań... Rozprawa sądowa...

Ostatni dokument był najmniejszy, skromny i niepozorny. Irena musiała wytężać wzrok, by wczytać się w wydrukowany mikroskopijną czcionką tekst: nakaz... zgodnie z literą prawa, paragraf taki to a taki... przekazanie praw... panu Janowi Semirolowi jako prywatnemu przedstawicielowi wymiaru sprawiedliwości... zobowiązując go do wykonania wyroku w przeciągu trzech miesięcy...

Oficjel wyszedł, a Irena wciąż stała pośrodku celi, marszcząc brwi i bezgłośnie poruszając wargami.

Dopiero po półgodzinie ugięły się pod nią nogi.

* * *

Nie przyszli po nią o świcie, jak każe tradycja, lecz po kolacji. Irena nic nie rozumiejącym spojrzeniem przyglądała się posępnym konwojentom, więziennemu lekarzowi i dwóm urzędnikom – jednego już znała, drugi był nowy. Obaj jednakowo bezbarwni – pod kolor przypominających uniformy garniturów.

Lekarz zmierzył jej ciśnienie i zajrzał do gardła. Ciekawe, co by było, pomyślała Irena obojętnie, gdybym miała anginę?

Lekarz podpisał się na szarym dokumencie.

Jeden z oficjeli – nie zorientowała się, który – jeszcze raz zaznajomił ją z treścią małego, niepozornego dokumentu. Męcząc się przy tym, podobnie jak wcześniej Irena, z odczytaniem mikroskopijnych liter.

– Orzeka się przekazanie praw związanych z wykonaniem wyroku panu Janowi Semirolowi jako prywatnemu przedstawicielowi wymiaru sprawiedliwości oraz zobowiązując go do wykonania wyroku w przeciągu trzech miesięcy.

A więc to nie dzisiaj, obojętnie pomyślała Irena.

Po chwili wahania narzucono jej na ramiona watowaną, znoszoną kufajkę. Było zimno. Prowadzenie na śmierć pod koniec listopada jedynie w więziennych drelichach byłoby nieludzkie.

Korytarz był długi jak szlauch. Na więziennym dziedzińcu oczekiwał na nich więzienny furgon.

– Dokąd mnie wieziecie? – zapytała Irena z histerycznym śmiechem.

Nie otrzymała odpowiedzi.

Weszła do żelaznej paki, za jej plecami zatrzasnęły się drzwi. Na wydeptaną setkami nóg podłogę padał blady kwadracik światła – wszystko, co pozostało ze słonecznego, listopadowego dnia.

Samochód ruszył.

Irena oparła się kolanami o ławkę – zupełnie jak dziecko w metrze. Zbliżyła twarz do gęsto zakratowanego okienka.

Za brudną szybą migały cienie. Irena nie była w stanie poznać żadnych znanych miejsc – jakby podczas jej pobytu w więzieniu miasto ostatecznie rozmyśliło się udawać, że jest sobą. Zdjęło maskę i prezentowało się teraz w całej wrogiej obcości.

Zmęczyło ją patrzenie. Usiadła, kładąc nogi na ławce, gdyż samochód jechał płynnie i ani wyboje, ani nagłe hamowania nie przeszkadzały więźniarce.

Wampiry mają kły. Wampiry śpią w trumnach. Gdy Irena miała czternaście lat, obejrzała wszystkie dostępne filmy o tej tematyce.

Zdrętwiałą ręką sięgnęła za pazuchę. Więzienny drelich nie miał kieszeni, jednak Irenie udało się zrobić w jego fałdach skrytkę. Nieprzypadkowo w ciągu ostatnich dni tak uparcie prosiła na obiad coś pikantnego. I oto one, trzy wywalczone ząbki czosnku.

Irena zamknęła oczy – pan Semirol stał przed nią jak żywy. Czy uśmiechał się podczas ich jedynego spotkania? A jeśli tak, to czy odsłaniał przy tym zęby?

Nie ma przy sobie żadnego srebrnego świecidełka. A w celi śmierci trudno znaleźć osinowy kołek.

Teraz czy potem?

Potem. Ostrożnie schowała ząbki czosnku z powrotem. Przygryzła wargę.

Niekiedy wampirami nazywa się – w przenośnym znaczeniu – dusigroszy, szubrawców, na przykład pozbawionych sumienia bankierów. A może Wampir to przezwisko chciwca?

„Prywatny przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości". Prywatny kat, wyrażając się ściślej. Ciekawa praktyka... Inna sprawa, gdy kaźń odbywa się w miejscu publicznym. A czymś zupełnie innym jest sytuacja, gdy wyrokami śmierci handluje się niczym myśliwskimi licencjami.

Czy to twój wymysł, Andrzeju? Czy mimo wszystko błąd, efekt uboczny, cegiełka, która wypadła ze swojego miejsca w murze? Zmieniając tym samym całą strukturę modelu.

Samochodem zatrzęsło. Irena chwyciła się za ostry brzeg ławki; miasto zostało z tyłu. Jadą już jakieś pół godziny – ciekawe dokąd?

Wyjrzała jeszcze raz i tym razem widoczność była znacznie lepsza. Zmrużyła nawet oczy od stojącego niewysoko, listopadowego słońca, przebijającego się przez warstwę kurzu na szybie więziennego furgonu.

Góry. Samochód pełzł po górskiej drodze – lecz nieznajomej, wijącej się po zielonych wzgórzach, z mgłą ścielącą się nad wąskimi strumieniami. Góry te przypominały raczej ich dawny wyjazd do schroniska – były wysokie i postrzępione, łyse, pozbawione roślinności, zimne i niedosiężne.

Przetarła oczy. W okolicach miasta na pewno nie było skalistych górskich grzbietów. Nie powinno ich tu być... To niewłaściwe góry, spoza modelu, tu jest zupełnie inna okolica! Ciekawe, czy istnieje granica, terytorialne zakończenie modelu?

Dokładnie wyobraziła sobie, jak samochód mija niewidoczną linię i wypada ze stworzonego przez Andrzeja świata wprost w tłum zrozpaczonych i wychudłych od oczekiwania ekspertów, w objęcia tej nieodpowiedzialnej kanalii – Petera Nikołana.

Czy on w ogóle brał pod uwagę, że wydarzenia potoczą się właśnie tak? Jeśli nie, oznaczało to, że jest niekompetentny. A jeśli brał i postanowił zaryzykować? Łajdak. Gad.

Samochód zwolnił. Zatrzymał się.

Irena poczuła, jak drętwieją jej ręce. A nogi zamieniają się w dwa waciane, pozbawione czucia worki.

Już?!

Głosy z zewnątrz. Ludzki cień na chwilę przysłonił słońce. Irena przywarła do okna, ściskając w spoconej pięści swą ostatnią broń – czosnek.

Ktoś, zdaje się kierowca, dziwnie drepcząc, zbliżył się do samotnego drzewa na skraju drogi. Stanął w charakterystycznej pozie i zamarł niczym skoczek pustynny przed wschodem słońca.

Irena splunęła w myślach i oderwała się od okna. „Postój techniczny".

A może by?...

I zaczęła walić pięściami w ściankę kabiny.

– Ej! Ej! Wypuśćcie mnie na chwilę, za potrzebą.

Zasępione twarze. Pomruki niezadowolenia. Też czują się nieswojo – wszak konwojowanie skazanego na śmierć na miejsce kaźni nie należy do przyjemności, szczególnie jeśli jest nim kobieta.

Tak. Modelując te góry, Andrzej najwyraźniej posiłkował się najlepszymi albumami geograficznymi. Co ona zresztą wie o procesie modelowania? Domki zbudowane z pudełek od zapałek już dawno należały do przeszłości.

Rozejrzała się, mrużąc oczy.

Tak. Nie ma nic do stracenia. Z prawej strony skalna ściana. Z lewej urwisko. Strome, lecz nie pionowe. Można skręcić kark. A można i nie skręcić.

Konwojentów jest dwóch. Trzeci – kierowca. Każdy ma przy boku ciężką kaburę.

Ale czy pocisk nie jest lepszy od czyichś zaślinionych kłów?!

– Tylko szybko – rzekł przez zęby jeden z konwojentów.

Zrobiła zdziwioną minę.

– Tutaj? Pozwólcie chociaż iść za krzaczek...

– Już ja ci pójdę – rzekł drugi, posępny, o czerwonej twarzy. – Tu, na drodze.

Urażona uniosła brwi i skierowała się w stronę urwiska.

– Stać!!!

Zatrzymała się.

W zasadzie należało obnażyć się i przykucnąć w nadziei, że konwojenci odruchowo odwrócą wzrok.

Irena wyobraziła sobie, jak rzuca się w przepaść, podtrzymując w locie spadające, więzienne spodnie.

Skrzywiła się, jakby przeżuła cytrynę. Z odrazą odwróciła się w stronę konwojentów.

– Idźcie do diabła. Jedźmy. Rozmyśliłam się.

* * *

Po kolejnej godzinie samochód znów się zatrzymał. Irena zdążyła do tego czasu wpaść w pełne otępienie – droga wiła się jak robak na haczyku i Irena musiała zwalczać narastające mdłości.

Kolejny „postój techniczny"?

Rozległy się głosy z zewnątrz.

Z trudem podniosła się z ławki. Chciała podejść do okienka, lecz w tym momencie drzwi się otwarły, wpuszczając w zaduch furgonetki lodowy powiew świeżego, górskiego powietrza.

Irena zmrużyła oczy, choć słońce stało nie tak znów wysoko świeciło z przeciwnej strony. – Niech pani wysiądzie. Fakt, że konwojent zwrócił się do niej per „pani", zmroził jej skórę. Ani się obejrzała, a na jej nadgarstkach już zatrzaśnięto kajdanki. Tu leżał już śnieg. I wiatr bił w twarz niczym mokry ręcznik. Więzienna furgonetka stała maska w maskę z innym samochodem. Wysokim, z szerokimi, głęboko bieżnikowanymi oponami i reflektorem na dachu – od razu było widać, że to dobry samochód, terenowy.

– Proszę tu podpisać.

Irena nie od razu poznała pana adwokata, Jana Semirola. Zamiast eleganckiego garnituru miał na sobie sportową kurtkę i brezentowe spodnie w panterkę, a na głowie narciarską czapkę z wizerunkiem żółtej, śmiejącej się myszy.

– Proszę się tu podpisać.

Adwokat oparł na kolanie kartonową teczkę, wyciągnął z kieszeni pióro, które błysnęło w słońcu złotym refleksem, i podpisał po kolei dwa komplety żółtawych dokumentów.

Irena czuła na ramieniu łapę konwojenta o czerwonej twarzy. Najwyraźniej miał on doświadczenie w tego rodzaju procedurach – i przed obliczem „prywatnego przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości" skazani zwykle podejmowali rozpaczliwe próby ucieczki.

Irena powoli podniosła do twarzy obie ręce. Rozwarła przesyconą zapachem czosnku dłoń. Zlizała z niej trzy ciepłe ząbki. Ścisnęła zęby, nie czując narastającego pieczenia, zaczęła ostrożnie żuć.

Ohydny zapach.

Jan Semirol starannie schował pióro i dopiero potem spojrzał na Irenę.

Pod tym spojrzeniem konwojent zdjął dłoń z jej ramienia. Długo nie mógł wyjąć kluczyków – zaczepiły się o dziurę w kieszeni.

Kajdanki otwarły się, uwalniając jej nadgarstki.

Semirol uśmiechnął się, nie rozchylając warg.

Niezwykle gładka skóra. Bardzo starannie ogolona twarz. Zdrowy, wypoczęty jegomość. I najwyraźniej syty.

– Kufajkę też musimy zabrać – rzekł kierowca, wpatrując się w śnieg.

Irena poruszyła ramionami. Watowana, znoszona kufajka upadła na drogę. A właściwie zamierzała upaść, gdyż jeden z konwojentów zręcznie ją podchwycił.

– Tchórzliwe buraki – rzekła Irena, nie zwracając się do nikogo konkretnie. – Baby.

– Jedziemy – rzekł nerwowo kierowca.

Cała trójka, jak na komendę, rzuciła się ku kabinie. Jakby ktoś ich batem poganiał.

Więzienna furgonetka wrzuciła wsteczny zbyt ostro, nieomal lądując jednym kołem za krawędzią urwiska. Zawróciła, wyrzucając spod kół brudny śnieg i kamyki; zadymiła po drodze, podskakując kilka razy na wybojach, i skryła się za zakrętem.

– Mam w samochodzie ogrzewanie – rzekł Semirol.

Irena nie odwróciła głowy.

Góry były zbyt piękne. Pocztówkowa scenografia do horroru.

– Słyszy pani? Jest zimno. Proszę wsiąść do samochodu. A może by się rzucić z urwiska, pomyślała z rosnącą obojętnością Irena.

– Niech pani wsiada.

W końcu zobaczyła otwarte drzwiczki. Podeszła, nie czując nóg. Wsiadła i podciągnęła kolana do podbródka.

Semirol usiadł obok. Włączył radio; z oddali cieniutkim głosem zaświergotała popularna piosenkareczka.

A to ci dopiero... Irena nawet pamiętała jej nazwisko. Nazwisko stamtąd, z prawdziwego, niemodelowanego świata.

Semirol zawrócił samochód.

Byłoby nieźle, gdyby terenówka nie utrzymała się na wąskiej drodze i runęła po kamieniach w dół, roztrzaskując się po upadku z zaśnieżonego stoku.

Przypomniała sobie o czosnku.

Po zdobytych z takim trudem ząbkach pozostał jedynie lepki posmak w ustach. Była tak przerażona, że nie pamiętała nawet, kiedy połknęła swą ostatnią broń.

– Niech pani zapnie pasy.

– Słucham?

– Proszę zapiąć pasy; to w końcu góry.

Jej ręce zareagowały niezależnie od woli. Wykonała polecenie.

Teraz szeroki rzemień pasa przytraczał ją do fotela.

– Wciąż jest pani zimno?

Zdała sobie sprawę, że drży. Szczękała zębami tak, że niemal odgryzła sobie język.

– Klimatyzacja działa pełną parą – uśmiechnął się Semirol. – Mnie na przykład jest ciepło.

Jego czoło rzeczywiście zroszone było potem. Wystające spod narciarskiej czapki twarde włosy sterczały na wszystkie strony.

– Będziemy jechać jakieś pół godziny... Proszę się rozluźnić. I popatrzeć, jakie piękne są te góry.

– Są nieprawdziwe – rzekła Irena obojętnie. – To model.

– Zgodzi się jednak pani, że to piękny model.

Rzuciła na niego szybkie spojrzenie. Samochód w górach... Dłonie lekko leżące na kierownicy.

– Andrzej? – zapytała szeptem, sama sobie nie wierząc. – Andrzej?!

Do diabła, jak to do niego podobne... Doprowadzić ją do obłędu, a potem pojawić się znikąd, zupełnie niespodziewanie, znienacka. Wyjrzeć spod maski kogoś obcego.

– Spodziewałam się czegoś podobnego – ale dlaczego to zrobiłeś?!

Poczuła, że po jej policzkach już od dwóch minut płyną łzy.

Semirol przyhamował. Samochód szarpnął się i zatrzymał. Irena westchnęła spazmatycznie pod spojrzeniem hipnotycznych, brązowych oczu.

– Czy ty naprawdę zwariowałeś, Andrzeju?! Więzienie... Zdajesz sobie sprawę?! Jak tak można... ekspertyza... co oni ze mną... i wszystko takie realne. Zbyt realne. Rozprawa. Jak mogłeś do tego dopuścić?! Morderczyni... dlaczego morderczyni? Jesteś szalony... jesteś kanalią... Jeśli to zemsta... to za co?! Podjęliśmy wtedy słuszną decyzję... bo z tobą nie da się żyć; jesteś obłąkany!! Ale były też przecież dobre chwile... tyle dobrych chwil... więc dlaczego... obiecałeś, że będziesz pamiętał... lepiej, gdybyś zapomniał... Ty draniu! Nienawidzę cię!

Semirol patrzył na nią i jego wzrok się zmieniał. Oczy robiły mu się coraz większe i badawczość ustępowała miejsca zdumieniu; Irena miała wrażenie, że zadbana twarz pana adwokata zaraz pęknie i wyłoni się spod niej ironiczna gęba jej byłego męża.

– Ten bydlak, Peter, obiecał mi... pół godziny! Tylko pół godziny, bez najmniejszego ryzyka. Jesteś z nim w zmowie? Czy go wyrolowałeś? Dość już tego, Andrzeju! Wystarczy. Już... napastwiłeś się nade mną do woli. Przekroczyłeś wszelkie możliwe granice... Mam już dość twojego sadystycznego modelu; chcę wrócić do normalnego świata!!

Zaczęła spazmatycznie szlochać. Semirol przyglądał się jej i jego oczy były już ponure.

– Z kimś mnie pani myli, Ireno.

Wzięła się w garść. Zagryzła wargę, próbując powstrzymać nawrót histerii.

Słońce, czerwone jak rozgrzana moneta, opuszczało się coraz niżej. Porywy wiatru rozkołysały samochodową antenę i miało się wrażenie, że terenówka z niezadowoleniem porusza swym jedynym wąsem.

Semirol milczał – ciężko i posępnie.

– To piękny model – wymamrotała Irena, jakby się usprawiedliwiając. – Przecież to potwierdziłeś, prawda?

Semirol milczał.

– Andrzeju...

Jego wąskie wargi lekko drgnęły.

– Mam na imię Jan.

Zapadła cisza. Tak długa, że słońce zdążyło do połowy ukryć się za postrzępionym horyzontem.

Na zewnątrz samochodu hulał wiatr. Przez szczeliny wdzierał się do środka.

– Przecież ty udajesz – wyszeptała Irena, świadoma już swej omyłki, nie chcąc jednak rozstawać się z dopiero co roznieconą iskierką nadziei.

– Nie... nie udaję. Nie wiem, co się pani przywidziało, ale jestem tylko Janem Semirolem.

Przez jakiś czas przyglądała się jego zadbanej, obcej twarzy. Potem z całej siły naparła na drzwi; miała tylko jedno wyjście – skok w przepaść; i Irena szarpnęła się, chcąc natychmiast znaleźć się na dnie kamienistego urwiska.

Drzwi nie ustąpiły. Irena na próżno pastwiła się nad chromowaną rączką.

– Ależ, pani Chmiel... przecież tak świetnie się pani trzymała... Proszę tylko o chwilę cierpliwości. Zaraz będziemy na miejscu.

Samochód ruszył.

Obmiękła, pozwalając pasowi bezpieczeństwa usadzić się z powrotem w fotelu.

– Zaraz przyjedziemy, uspokoimy się, porozmawiamy... lubi pani czosnek? W lodówce zostało mi chyba trochę czosnkowego sosu.

Zamilkł, nie odrywając oczu od drogi. Była specyficzna. Jakby przeznaczona do samobójczych rajdów, do prób wytrzymałości nerwów.

– Nie zamordowałam ich – rzekła Irena ochryple. – Przecież ich nie zamordowałam! Nikogo w życiu nie zabiłam. Własnymi rękami udusiłabym tę zabójczynię.

– Nie mogę rozmawiać, kiedy prowadzę.

– Wierzy pan, że jestem zabójczynią?

– Nie mogę rozmawiać podczas jazdy.

– Przecież jest pan prawnikiem! Adwokatem; powinien pan...

Samochód potoczył się w dół; droga opadała coraz stromiej.

Za zakrętem ukazał się las. Drzewa wypełniały niewielki płaskowyż; zakątek otoczony ze wszystkich stron górami.

Przytulne gniazdko.

Droga zrobiła się szersza i bardziej równa. Pokazała się przesieka.

– Mam tu małą farmę – oznajmił Semirol, podjeżdżając do szerokiej, żelaznej bramy. – Spodoba się pani.

Zachodzące słońce oświetlało grzbiety gór. Irena podniosła wzrok i nagle rozpoznała malowniczy pejzaż, który kiedyś zdobił ścianę ich małżeńskiej sypialni.

Rozdział 4

– Pierwsze, o co panią poproszę, to męstwo i spokój. Wszyscy jesteśmy śmiertelni, a przeznaczenie od czasu do czasu płata nam nieprzyjemne figle. Nikt nie wie, co przyniesie mu jutro, proszę się więc odprężyć i cieszyć dniem dzisiejszym.

Irena głęboko westchnęła.

Pachniało tu domem. Po więzieniu, po sądzie, po celi śmierci – czysty kurort.

Semirol z wprawą – niemal rutyną – rozpalił w kominku. Choć w pokoju i tak było ciepło. Irena siedziała na skraju kanapy, zwieszając ręce między nogami i obojętnie przyglądając się dziwacznym obrazom na wyłożonych drewnem ścianach.

– Zobaczy pani, że jest tu znacznie lepiej niż w więzieniu. Będzie pani mogła się umyć i odpocząć.

– Chciałabym się przebrać – wyszeptała.

Więzienne drelichy wydawały jej się przyschniętym do ciała strupem. I jeszcze ten uporczywy zapach czosnku.

Czosnek jej nie ochroni. Srebrna kula? Osinowy kołek?

Ciekawe też, kiedy będzie najbliższa pełnia?!

Miała dostęp do gazet, kalendarzy... i nie wyjaśniła tak prostej, tak ważnej kwestii.

– Zagrzała się woda w bojlerze, pani Ireno. Może się pani wykąpać albo wziąć prysznic. Te łachmany, które ma pani na sobie, proszę wyrzucić do śmieci. Na wieszaku znajdzie pani szlafrok. Toaletowe przybory są oczywiście do pani dyspozycji. Mam do pani pełne zaufanie... nie zamierza się pani przecież utopić?

Ostanie pytanie zabrzmiało jak żart. W odpowiedzi Irena uśmiechnęła się wymuszenie; nie chciało jej się ruszać. Nie miała ochoty wstawać z kanapy.

Łazienka nie ustępowała rozmiarami celi śmierci. I ku radości Ireny drzwi zamykały się na zasuwkę.

Zdjęła ubranie – jednym szarpnięciem rozrywając kołnierz. Dziwne, że miała jeszcze tyle siły. Chyba że drelichy dla skazanych na karę śmierci wykonuje się ze sparciałego materiału.

Jej myśli przypominały żyjące na morskim dnie ryby – były ciężkie i płaskie.

Zmyła z siebie więzienie i sąd. Wszystkie oskarżenia starła pumeksem. Tarła ciało szorstką gąbką, mając nadzieje, że zrzuci skórę i odrodzi się jak wąż.

Skóra jednak nie chciała schodzić i Irena straciła zainteresowanie myciem. Chwilę jeszcze stała pod prysznicem, zmieniając temperaturę wody; wyszła, pozostawiając na ciepłej, gumowej macie mokre ślady.

Jej ciału było dobrze. Ciało było głodne i śpiące. Ciało nie chciało myśleć o...

Irena odruchowo przyłożyła dłoń do tętnicy szyjnej. Przeniosła spojrzenie na zamykającą drzwi zasuwę.

Nie wytrzyma silnego uderzenia.

Choć pomysł był niezły. Zasuwka powinna wytrzymać przez pięć minut. Przez ten czas zdążyłaby...

„Mam do pani pełne zaufanie... nie zamierza się pani przecież utopić?"

Jeszcze zobaczymy, przemknęło jej przez myśl.

Wytarła się ręcznikiem. Szczelnie otuliła się w szlafrok – nieprzyjemnie zaskoczył ją fakt, że szlafrok był dla niej przygotowany, jednak samotna, mroczna myśl utonęła w pełnym ulgi westchnieniu zrelaksowanego ciała. Normalne ubranie. W końcu.

Po chwili wahania otwarła zasuwkę, burząc krótkotrwałą iluzję kryjówki, własnej twierdzy.

Było słychać, jak gdzieś daleko, na dole, potrzaskuje w kominku ogień. I niewidoczny Semirol pogwizduje przez zęby coś z klasycznego repertuaru.

Rozejrzała się.

Dom był duży. Solidne okiennice. Trzeba się zatroszczyć o ciepłą odzież i solidne buty – w końcu to góry, listopad.

Ma pewne doświadczenie. Choćby dawne, choćby tylko turystyczne – jednak z zapałkami i minimalną ilością prowiantu przetrwa w górach co najmniej tydzień. Nawet w listopadzie.

Uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.

Drzwi niewątpliwie zamykane są na cztery spusty, ale to przecież nie więzienie! Jeśli tylko będzie miała czas, choćby kilka dni... Kuchnia, spiżarka, weranda...

Uśmiechnęła się szerzej.

„Niech się pani cieszy dniem dzisiejszym".

To niemal wolność. A w każdym razie iluzja wolności. Wystarczy zmienić więzienne drelichy na miękki szlafrok i człowiek staje się niepohamowanie szczęśliwy.

Stopy jęczały z zadowolenia, tonąc w dużych, puszystych kapciach. Sądziła, że porusza się bezgłośnie, jednak Semirol odwrócił się, gdy tylko stanęła w drzwiach.

– Aha.... Teraz to rozumiem. Zaraz zjemy kolację... i napije się pani czerwonego wina... dla zdrowia.

* * *

Najadła się do oporu i wypiła butelkę wina. Po tym jej myślom zrobiło się przestronniej, a ciało wypełnił komfort. Poczuła nawet pewną wesołość.

– Proszę mi wybaczyć niestosowną ciekawość. Ale kiedy zamierza mnie pan... pożreć?!

– Jestem wampirem, a nie ludożercą – odparł Semirol z nieukrywanym wyrzutem. – Nikt nie zamierza pani pożerać. To niehumanitarne i nieestetyczne.

– Dom wariatów – rzekła z uczuciem, opierając się na poduszkach. – Andrzej jest nienormalny.

Semirol spojrzał na nią – poważnie, bez uśmiechu.

– Czy mogę wiedzieć, kim jest ten Andrzej, o którym pani wciąż wspomina?

– To mój były mąż... Wyjątkowa kanalia. Modelator tego całego waszego diabelskiego świata.

Semirol czekał na kontynuację, jednak Irena milczała, błogo wpatrując się w ogień kominka. Wówczas ostrożnie zachęcił ją do dalszych wynurzeń:

– Naprawdę? Rzeczywiście jest takim draniem? Wszystkie byłe żony tak twierdzą.

– Nie wszystkie – rzekła Irena z urazą w głosie. – Sam pan to może ocenić. Kim trzeba być, by wymodelować całą tę waszą... cały ten marazm?

Semirol ostrożnie napił się ze swego kieliszka.

– Jaki konkretnie marazm?

Irena wykonała szeroki gest ręką, wskazując jednocześnie kominek, Semirola, egzotyczne obrazy na ścianach i niewidoczne góry za oknem.

– To wszystko... cały ten tak zwany świat. Rzeczywistość, realność... której nie ma i nie istniała. Którą zmodelował Andrzej. Oddalając się od naszego normalnego świata. Tylko jak daleko ten idiota się od niego oddalił!

Z odrazą spojrzała na zawartość swego talerza. Leżała na nim grzanka z sosem czosnkowym; pan Semirol, jakby robiąc do czegoś aluzję, przez cały wieczór proponował jej czosnek i nawet sam zjadł na jej oczach kilka ząbków. A Irenę mdliło od zapachu czosnku – zapewne znienawidzi go do końca życia.

Który, tak na marginesie, nie wiadomo kiedy nastąpi. Może już jutro...

– Niech się pan sam zastanowi – wymamrotała, zamykając zmęczone oczy. – Czy można uważać za normalny świat... to znaczy model... w którym niewinnego człowieka skazuje się na śmierć za jakieś koszmarne przestępstwa? Których w żaden sposób nie mógł popełnić – z całej masy przyczyn. Po pierwsze dlatego, że nienawidzi przemocy. Po drugie, gdyż nie było go nie tylko w tym kraju, ale także w tym świecie. Ponieważ przez te dziesięć miesięcy, o które wszyscy tak wierciliście mi dziurę w brzuchu, byłam u siebie! W normalnym, oryginalnym świecie! Na zewnątrz modelu... niech pan to zrozumie... nie mogłam popełnić wszystkich tych koszmarów, za które zamierzacie mnie...

Odstawiła kieliszek na skraj stołu tak energicznie, że odpadła jego delikatna, szklana nóżka.

– Nie skaleczyła się pani?

Zerknęła na spływającą po palcu samotną, czerwoną kroplę.

Szybko spojrzała na Semirola. Wsunęła palec pod pachę.

– Nieee... To moja krew. Tylko moja. Nie oddam.

Semirol odwrócił wzrok.

– Proszę się nie obawiać.

Irena uśmiechnęła się krzywo.

– Nie obawiam się. To pan powinien się obawiać. Gdyż kiedy panu Nikołanowi skończy się energia – a już tak się dzieje – cały ten... model zatrzaśnie się jak walizka. Razem z tymi ślicznymi górami, kretyńskim wymiarem sprawiedliwości i wampirami. Tak przy okazji, zdaje pan sobie sprawę, że w normalnym świecie wampiry nie istnieją? Są jedynie płodem chorej fantazji. Ileż ja się naoglądałam... o pana pobratymcach... naoglądałam przeróżnych filmów, niektóre były nawet ciekawe... i czego w nich tylko... ale coś takiego! Nie, jedynie Andrzej jest do tego zdolny... Żeby sprzedawać skazanych na karę śmierci wampirom na pożarcie – przecież to... albo jest marnym modelatorem, albo skończonym bydlakiem. Albo po prostu pomieszało mu się w głowie...

Semirol już siedział obok niej na kanapie, z zatroskaniem marszcząc brwi.

– Wie pani, Ireno, wydaje mi się, że pani majaczy. Czy zdarzało się to już pani wcześniej? Nie?

– Nie – oznajmiła Irena ze szlochem. – Jestem zrównoważoną, spokojną osobą... Co mnie podkusiło, żeby dać się wciągnąć w tę prowokację?! Wlazłam w ten model jak lisica w pułapkę; dałam się wrobić... Tania intryga... I to z powodu Andrzeja. Przez niego.

– Proszę się uspokoić. Dobrze? Jeśli to psychoza reaktywna... Zdarza się. Tylko spokojnie. W porządku?

– W porządku – odparła Irena, zamykając oczy. – Jestem absolutnie spokojna... Już od dawna nic mnie to nie obchodzi.

* * *

Obudziła się w ciemnościach.

Przez chwilę leżała bez ruchu – na plecach, z wyciągniętymi wzdłuż ciała rękami.

Z trudem podciągnęła zdrętwiałe nogi. Koca nie było.

Chłód... Wilgoć...

Absolutny mrok. Ledwie wyczuwalny zapach pleśni.

Przesunęła dłońmi po twarzy, piersiach, brzuchu. Spróbowała rozłożyć ręce i natknęła się na drewniane ścianki.

Wzdrygnęła się. I oblała zimnym potem. Usiadła gwałtownie.

Siedziała w podłużnej, zwężającej się ku dołowi skrzyni. W trumnie. Nie zaczęła krzyczeć tylko dlatego, że chwilowo straciła głos.

Szarpnęła się gwałtownie.

Trumna ześlizgnęła się z postumentu i z gruchotem spadła na kamienną posadzkę. Irena upadła razem z nią i sycząc z bólu, wypełzła z popękanej skrzyni, potknęła się o leżące obok wieko i znów upadła.

W pobliżu sucho stuknęło drewno. Jakby otwarła się zaopatrzona w sprężynę szkatułka.

Irena drgnęła konwulsyjnie. Pomieszczenie było maleńkie i żadna z czterech wilgotnych i zimnych ścian w najmniejszym stopniu nie przypominała drzwi.

Irena skuliła się w kącie.

Jej trumna, rozbita, z oderwanym atłasowym podgłówkiem, walała się pod pustym postumentem. Natomiast druga, stojąca na sąsiednim podwyższeniu, powoli się otwierała.

O gładko wypolerowany brzeg trumny oparła się biała dłoń z długimi, wypielęgnowanymi palcami.

Wieko całkowicie się otwarło, upodabniając trumnę do otwartego futerału na skrzypce.

To, co znajdowało się w jego aksamitnych czeluściach, powoli się podniosło.

– Pierfsze, o co panią popchoszę, to menstwo i szpokój – rzekł cicho adwokat Semirol. Miał problemy z mówieniem; białe kły opierały się o jego dolną wargę, kończąc się na poziomie podbródka.

– Pchoszę się odpchęszyć i ciechyć dniem dzisiejchym. Przez skraj trumny przewiesiła się noga w błyszczących sztybletach.

– Aaa!!!

Irena krzyczała, przyciskając do piersi prześcieradła.

Przez okno prześwitywały ledwo widoczne w świetle świtu kontury gór.

Poduszki w czystych powłoczkach walały się na podłodze. Irena miała na sobie nocną koszulę do pięt. Z trudem zmusiła się, by zamilknąć, i usiadła na skraju kanapy, podciągając kolana do podbródka.

Maleńkie, akuratne pomieszczenie. Otwarte okiennice. Ciepły grzejnik z czerwoną lampką. Wysoka karafka na nocnym stoliku. Woda.

Pragnienie; Irena oblizała wyschnięte wargi.

– Oj...

Krople wody spadały jej na piersi i wsiąkały w fałdy nocnej koszuli.

Sylwetki gór stawały się coraz bardziej widoczne, nabierały barw.

Zupełnie jak w tym schronisku, gdzie z Andrzejem...

– Ooj...

Podniosła prześcieradło i narzuciła je na głowę, pragnąc odgrodzić się od koszmarów, wspomnień i natrętnych gór.

* * *

– Za dużo pani wczoraj wypiła, Ireno.

Westchnęła ciężko.

– Lecz wczoraj musiała się pani odprężyć, prawda?

Skrzywiła się. Poranek okazał się zasnuty lekką mgiełką mdłości.

– Patrząc na panią, trudno podejrzewać, że ma pani nadmierny pociąg do alkoholu. Wcześniej się to pani nie zdarzało. Mam rację?

– A co to za różnica – odparła z rozdrażnieniem. – Nawet gdybym była skończoną alkoholiczką... Podpisał pan zobowiązanie zamordowania mnie w ciągu trzech miesięcy. Więc proszę nie przeciągać sobie przyjemności! A może to taka nowa rozrywka – torturowanie niewinnego człowieka oczekiwaniem na śmierć?!

Semirol wzruszył ramionami.

– Jeśli tak to pani odbiera... Całe nasze życie jest oczekiwaniem na śmierć. Jakie więc mamy wyjście, dusić noworodki, zanim to sobie uświadomią?

Nie podjęła tematu. Ostrożnie położyła na oparciu fotela ciężką, obolałą głowę.

Nie spała do świtu. Z okna swej sypialni miała niezły widok na drogę za bramą, jakieś przybudówki, które uznała za garaże; w pokoju znalazła co najmniej dwa ciężkie przedmioty nadające się do wybicia okna. By uniknąć hałasu, można przykleić do okna pasy rozerwanej po włóczki. Irena ciężko oddychała, walcząc z zawrotami głowy. A tymczasem w jej umyśle rodziły się pierwsze zdania nowo powstającej powieści: „...zimne powietrze mroziło skórę. Po linie związanej z rozerwanych prześcieradeł zeszła na śnieg... Przez zaspy, przygięta do ziemi, pochylając się pod oknami... podążała w stronę garażu, tam gdzie na skoblu wisiała masywna, otwarta kłódka. Droga była wolna..."

Uśmiechnęła się mrocznie, jej uśmiech nie umknął uwadze Semirola.

– Jeszcze wczoraj chciałem to pani powiedzieć, Ireno... Ucieczka stąd jest absolutnie niemożliwa; jeszcze nikomu się to nie udało. Wiem, że nie uwierzy mi pani na słowo i będzie tego próbować. I każda taka próba przyniesie pani kolejne rozczarowania, psychiczne traumy. Umówmy się, że nie będzie pani szargać swego zdrowia podobnymi usiłowaniami. W porządku?

„Droga była wolna".

Irena tępo wpatrywała się w ścianę przed sobą. Na stylowym, modernistycznym obrazie przedstawiona była kobieta z sinobladą twarzą o nieregularnych rysach. W ciemnej framudze okna za jej plecami wisiało jowialne oblicze księżyca.

Ciekawe, jakie ma to wywoływać emocje? Szczególnie u wampira?

– Mam do pani jeszcze jedno ważne pytanie, Ireno. – Semirol westchnął. Teraz nie wyglądał aż tak elegancko. Wokół jego oczu wyraźnie uwidoczniły się sine obwódki. – Kiedy czytałem w pani aktach o próbach symulacji choroby psychicznej... niezbyt mnie to niepokoiło. Koniec końców w pani sytuacji nie symuluje jedynie człowiek leniwy... lub pozbawiony fantazji.

Zamilkł wyczekująco. Irena także milczała. Po raz drugi w ciągu dziesięciu minut Semirol boleśnie ją dotknął.

Gdyż do histerii doprowadzało ją często słyszane w więzieniu słowo „symulacja".

– Proszę mi powiedzieć jeszcze raz, kim jest Andrzej?

– To mój były mąż – odparła z odrazą.

– Gdzie jest teraz?

– Podobno nie żyje... ale ja w to nie wierzę.

– Ma pani ku temu podstawy?

Irena patrzyła w jego strwożone oczy. Niewzruszonego pana Wampira coś niepokoiło; Irena czuła instynktownie, że może ten niepokój pogłębić.

– Owszem – odparła, nie odwracając wzroku. – Mam podstawy, by przypuszczać, że gdyby Andrzej umarł – cały wasz świat w mgnieniu oka pękłby jak bańka mydlana.

Semirol zrobił zatroskaną minę. W kącikach jego ust pojawiły się niewidoczne dotąd zmarszczki.

– Więc wychodzi na to, że pani były mąż jest Stwórcą we własnej osobie? Ni mniej, ni więcej?

Milczała przez chwilę. Nagle zawstydziła się swego szlafroka – przecież siedzi przed Wampirem w absolutnie intymnym i nieprzyzwoitym negliżu.

– Nie zastanawiałam się nad tym – przyznała w końcu. – Nazywanie Andrzeja Stwórcą jest nie na miejscu. Nie stworzył on świata, a jedynie... model. Właśnie ten.

Zapadła cisza. Semirol przeszedł przez pokój, zatrzymał przy oknie, zabębnił palcami po drewnianym parapecie.

– Ale przecież eksperci uznali, że jest pani przy zdrowych zmysłach, Ireno. I mieli ku temu podstawy.

– Jak długo ma pan zamiar mnie tu trzymać? – rzekła znużonym tonem.

Semirol podszedł do niej. Zatrzymał się naprzeciwko, tak blisko, że mógłby, wyciągając rękę, dotknąć czoła Ireny.

– Szczerze? To zależy od wielu czynników. Przy czym głównie od pani, a nie ode mnie.

Do drzwi salonu ktoś zapukał. Dźwięk był na tyle nie na miejscu i nieoczekiwany, że Irena drgnęła.

– Wejdź – nie podnosząc głosu rzekł Semirol. I dodał, zwracając się do Ireny: – Poznajcie się. To mój administrator, Sit.

* * *

Irenie nie spodobała się obecność administratora.

Jeśli oczywiście właściwym jest określenie „administrator" dla krzepkiego osiłka o manierach zawodowego ochroniarza. Właściwie czegoś takiego należało oczekiwać: ktoś w końcu musi pilnować kolejnej ofiary, podczas gdy pan Semirol znajduje sobie klientów, studiuje akta spraw sądowych, występuje na procesach. Krótko mówiąc, zaspokaja swą potrzebę świeżej krwi.

Ireną wstrząsnął dreszcz.

– Na razie może pani poczytać książki – z rutynową troską oznajmił administrator. Rozsiadł się w fotelu, wyciągając nogi i zakładając zaplecione, umięśnione ręce za podgolony kark. „Książkami" była sterta kieszonkowych romansów w pogniecionych, papierowych okładkach; najwyraźniej z ich pomocą uspokajała rozdygotane nerwy niejedna ofiara pana Wampira.

Jak często, zastanawiała się Irena? Jak często adwokat zaspokaja swe „uzależnienie od hemoglobiny"? Sądząc po tym, że Semirol nie przegryzł jej tętnicy przy pierwszej okazji, nie jest zbyt spragniony. Trafiła mu się ofiara, więc ją wykupił; a teraz czeka na przypływ apetytu.

– Zapewne zabroniono panu ze mną rozmawiać? – zapytała, obojętnie przeglądając jaskrawe, zaczytane książeczki.

– A dlaczego? – po chwili namysłu odparł administrator. – Ja tylko... hmm. Jeśli ma pani ochotę ze mną porozmawiać.

Irena przyjrzała mu się uważniej. Szerokie spodnie, długi, wyciągnięty sweter z wysokim pod szyję kołnierzem. Uszy szczelnie przylegały do okrągłej głowy. Szczęka boksera. Oczy o nieokreślonej barwie.

– W życiu by pani na mnie nie spojrzała – rzekł administrator z nieukrywaną goryczą. – W życiu?! Przez całą minutę Irenę męczyło koszmarne podejrzenie: Semirol zabił ją jeszcze po drodze i teraz ona przeżywa swą wieczność w pozagrobowym życiu, zmodelowanym przez obłąkanego Andrzeja.

– W normalnym życiu – dodał administrator i Irena potrzebowała kolejnej minuty, by roześmiać się z przymusem.

– Szczerze mówiąc, wolałabym, byśmy poznali się w innych, mniej romantycznych okolicznościach.

– Faktycznie załatwiła pani tych trzech gówniarzy?

Przez chwilę Irena milczała i w miarę jej milczenia oczy administratora robiły się coraz mniejsze. Niczym główki szpilek skryły się pod brwiami. „Ty suko", mówiły wyraźnie.

– Nikogo nie zabiłam – wydusiła z siebie w końcu Irena i ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że jej głos nie brzmi przekonująco. – To nie ja.

– A więc to fałszywe oskarżenie?

Nie żeby jej nie wierzył. Gorzej – było mu to absolutnie obojętne. Czy skazano ją słusznie, czy też przez pomyłkę – jeden czort. Najwyraźniej administrator ochroniarz widział już bez liku takich właśnie niedoszłych nieboszczyków, których długość życia zależała od fizjologicznych potrzeb pana Semirola.

– Właśnie, fałszywe – rzekła, odwracając wzrok.

Administrator zacmokał. Irena nie zrozumiała, czy oznaczało to ironię, czy współczucie.

Milczenie trwało jakieś pół godziny; ochroniarz wciąż patrzył w sufit, a Irena przeglądała marne powieści, nie zauważając, że kilka razy z rzędu bierze do ręki ten sam tytuł.

– A pan... dawno na służbie?

– Służbie?

– No... pracuje tutaj?

– Siedem lat – odparł osiłek po krótkiej pauzie. I dodał z nieoczekiwaną zadumą: – Będzie już siódmy roczek... Jak ten czas szybko leci.

Irena to przemilczała.

Administrator nie wyglądał na więcej niż trzydzieści lat. Ciekawe, co skłoniło młodego mężczyznę do poświęcenia najlepszych lat swego życia tak... drażliwej pracy. Najprawdopodobniej pieniądze. Semirol na pewno nie jest skąpy.

– To duży dom... Chyba nie pracuje pan tu sam? Jest tu ktoś jeszcze?

Administrator westchnął i spojrzał na Irenę tak, jakby pytanie było dla niego nieznośnie nudne.

– Podobno nie da się stąd uciec? – zapytała niedbale, gdy stało się jasne, że odpowiedzi na poprzednie pytanie nie będzie.

Administrator w końcu rozplótł palce. Ostrożnie pomasował się po masywnych kolanach.

– Niee. Nie da się. Zgadza się.

* * *

Obecność osiłka okropnie wymęczyła Irenę. Jednak pojawienie się Semirola nie przyniosło jej ulgi.

Adwokat nie wrócił sam. Razem z nim pojawił się maleńki, szczupły człowieczek, który sądząc po napiętym, rozbieganym spojrzeniu, wyraźnie czuł się nie w sosie. Przybycie ich obu poprzedził dźwięk zbliżającego się samochodu – a więc szczupły jegomość przybył z wielkiego świata. Zza przełęczy.

– Poznajcie się, Ireno. To pan Stol. Jego nazwisko nic pani nie powie, jednak jest on ekspertem regionalnej komisji humanitarnej. Chciała pani porozmawiać z kimś o swej niewinności. Ma więc pani taką okazję... Pozwól, Sit.

Administrator w końcu wstał z fotela. Z wyrzutem spojrzał na porozrzucane książki. Wyszedł, uprzejmie przepuszczając przed sobą Semirola.

Drzwi się zamknęły.

Pan Stol zatarł dłonie i od razu zaczął przypominać Irenie Petera Nikołana. Tyle że jeśli Peter był przysadzisty i korpulentny, to Stol wyglądał na średniej wielkości stracha na wróble, który uciekł z pola w poszukiwaniu przygód.

– Miło mi panią poznać, Ireno.

Przełknęła ślinę.

O regionalnej komisji humanitarnej słyszała po raz pierwszy. W dobroć pana Semirola jakoś nie chciało jej się wierzyć – jednak ten człowiek przed nią stoi, z jej powodu przyjechał spoza przełęczy i jeśli dobrze przycisnąć twarz do szyby, można dojrzeć jego samochód przy bramie.

Milczała przez chwilę. Gość wyraźnie czuł się niezręcznie i zbierał myśli.

– Naprawdę miło? – spytała powoli.

Stol jak krótkowidz zatrzepotał spuchniętymi od wiatru powiekami. Najwyraźniej komisja humanitarna nie miała zbyt dużych wpływów. Eksperci z szanowanych organizacji zachowują się inaczej. Irena przypomniała sobie wymuskanych ekspertów, którzy odprowadzali ją podejrzliwymi spojrzeniami, gdy wchodziła do modelu.

– Znam orzeczenie sądu, pani Chmiel. A także wszystkie akta pani sprawy. Oraz dane ekspertyzy medycznej. I pani zeznania. Obraz wyrysowuje się, hm, co najmniej dziwny. Chciałbym jeszcze raz szczegółowo usłyszeć od pani...

Nabrała powietrza w płuca.

Musiała się zastanowić. Potrzebowała choćby dziesięciu minut, żeby zebrać myśli.

Nie miała jednak czasu, więc zaczęła mówić. Jeszcze raz. Ze szczegółami.

W dwudziestej minucie jej opowieści pan Stol się zasępił. Na jego twarzy, dotychczas zwiotczałej i zakłopotanej, pojawiły się oznaki surowości.

– Pani Chmiel... Dlaczego uporczywie nie chce pani odpowiedzieć na jedno z najważniejszych pytań: gdzie pani była przez ostatnie dziesięć miesięcy? Kiedy miały miejsce te wszystkie okropne zbrodnie? Pan Semirol wspominał, że ma pani swą własną, niezwykle oryginalną wersję.

Irena się zmarszczyła.

– Nie jest miło wyglądać na wariatkę... jednak nie mam innego wyjścia. Tak, przez wszystkie te dziesięć miesięcy istnienia modelu... znajdowałam się w innym świecie. W świecie, który jest pierwowzorem modelu. W prawdziwym świecie. Weszłam na wzgórze – i z waszego punktu widzenia, znikąd... zeszłam do swojego domu. Był pusty, jednak ślady obecności kogoś obcego...

– Proszę mi wybaczyć, pani Chmiel. Czy pani istnieje w dwóch światach jednocześnie?

Zamilkła. Jej rozmówca wiercił się w fotelu; rozmówca zamiast administratora, Sita. Fotel, wygodny dla osiłka, okazał się zbyt obszerny dla pana Stola.

– Nie – odparła ostrożnie. – Teraz znajduję się tylko tutaj. A oni tam, w zewnętrznym świecie, nie mogą się na mnie doczekać – wydusiła z siebie kwaśny uśmiech.

– To bardzo ciekawe. – Stol kiwnął głową. – Czy może pani opowiedzieć dokładniej... O tym innym świecie. Kim pani tam była. Kim byli pani krewni i przyjaciele... i kto z nich żyje tutaj.

Irena westchnęła. Zarzuciła nogę na nogę; z drugiej strony, co ma do stracenia?

Westchnęła jeszcze raz i zaczęła mówić.

* * *

Pod koniec drugiej godziny rozmowy pan Stol, przytakując ze zrozumieniem, zapytał ostrożnie:

– A proszę mi powiedzieć, pani Chmiel... W jakim wieku ustalił się u pani cykl menstruacyjny?

Irena zamilkła.

To, że komisja humanitarna ma zróżnicowane zainteresowania, zrozumiała już wcześniej. Jedna chyba nie do tego stopnia?

– Widzi pani, ma to znaczenie dla szerszego spojrzenia na zagadnienie.

– Zagadnienie mej niewinności?

Jej rozmówca zatrzepotał pozbawionymi rzęs, zaczerwienionymi powiekami. Szybko rozwijało się u niego coś w rodzaju zapalenia spojówek i coraz częściej przykładał do oczu białą, złożoną we czworo chusteczkę.

– Między innymi... Niech panią nie dziwią moje dość nietypowe pytania.

Irena milczała. Promyk nadziei, który narodził się wbrew jej woli; nadziei, że zostanie w końcu wysłuchana, gasł coraz szybciej.

– Hmm... pani Chmiel. W pani interesie leży jak największa szczerość... Dobrze. Pomówmy o Andrzeju. To pani mąż. Rozwiedliście się. Jakie były powody rozstania?

Irena milczała.

– Hm... Być może korzenie dręczących panią sprzeczności mają przyczyny czysto fizjologiczne? Jak układało się wasze życie intymne?

Irena milczała.

Nawet najbardziej rozpaczliwy atak histerii w jej wykonaniu przeradzał się w tępe, uparte milczenie.

* * *

A nocą, gdy naciągnęła już koc do samej szyi, zrozumiała w końcu, czego chciał od niej ten maleńki, szczuplutki pan Stol.

Potem, w gabinecie Semirola, powie, z lękiem odsuwając się od głodnego krwi adwokata: „Ręczę panu, że to nie schizofrenia. Psychoza reaktywna – być może. Choć objawy nie są ewidentne; w pełni zgadzam się tu z wynikami ekspertyzy. Nie, to nie schizofrenia".

Albo nie. Najprawdopodobniej powie coś w rodzaju: „Niczego nie rozumiem. Wszystko wskazuje na to, że jest zdrowa. Jednak te uporczywe majaki... Po jednym razie, bez długotrwałej obserwacji, bez zrozumienia dynamiki tego procesu... niczego nie mogę stwierdzić".

Irena westchnęła. Być może prawdziwi lekarze wyrażają się inaczej i jej skąpa wiedza o psychiatrii ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.

„Ma pan sumienie? – Zapytała w myślach szczupłego pana Stola. – Sumienie... choćby jako lekarz? Ile panu zapłacono za zajęcie się zdrowiem psychicznym człowieka skazanego na ubój?"

W ogromnym domu panowała cisza. Drzwi były szczelnie pozamykane, a za pancernymi szybami panowała ciemność.

Irena przypomniała sobie niepokój w oczach Semirola.

Dlaczego interesuje go jej zdrowie psychiczne? Może wampiry nie mogą się żywić wariatami?

Usiadła na łóżku.

Wampir... to możliwe. Co na ten temat czytała? Srebrne kule... jemioła... czosnek... Bzdury. Choroby psychiczne zmieniają obraz krwi. Tak, czytała o tym. Dawno temu. Nie pamięta już, co. Opowiadanie albo jakiś artykuł – to nie miało znaczenia.

Roześmiała się. Opadła z powrotem na poduszki.

Jest obłąkana. Nie nadaje się na pokarm... jej krew jest szkodliwa dla zdrowia wampira. Jest niejadalna.

Co za szczęście.

* * *

Rankiem jadła śniadanie w towarzystwie administratora Sita; wierciła się, wahała i w końcu zwróciła do niego z prośbą:

– A czy mogę... przenieść się do innego pokoju? Dziś znów otwarła się klapa... no, ta pośrodku pokoju. I pojawił się ten młodzieniec o białej twarzy. Proszę mnie przenieść; nie mogę spać.

Administrator przyglądał jej się długo i z uwagą. Potem przeprosił, wstał od stołu i przeszedł do sąsiedniego pokoju. Irena słyszała, jak rozmawia z kimś przez telefon.

Tak jak oczekiwała, do śniadania wkrótce dołączył sam „humanitarny ekspert". Oczy pana Stola łzawiły jeszcze bardziej; ciekawe, ile zapłaci mu Semirol za postawienie diagnozy?

Wzięła głęboki oddech. Musiała się uspokoić.

– Źle pani spała, pani Chmiel?

Zmarszczyła brwi. Przesunęła po oczach wierzchem dłoni.

– Niestety. Otwierała się klapa... w podłodze.

Psychiatra zamrugał.

– Nie dawał mi spać! – krzyknęła Irena. – Przyszedł i stał nad łóżkiem. Młody chłopak z białą twarzą!

Oczy humanitarnego eksperta zwęziły się jak szpilki pod opuchniętymi powiekami. Irena odczuła presję tego wzroku, jednak nie odwróciła spojrzenia.

* * *

Męczył ją pytaniami jeszcze prawie godzinę. Irena odpowiadała. Kłamała i strasznie wszystko gmatwała; chwilami obawiała się, że przesadza i mówi za dużo – wiedziała jednak, że nie może zmieszać się nawet na moment. Zepsułoby to całą intrygę.

W końcu Stol wyszedł z zatroskanym wyrazem twarzy. Irena czekała w towarzystwie administratora – jak sądziła, na wyrok.

Po jakimś czasie samochód „eksperta" wyjechał z podwórza i ruszył w stronę jedynej drogi, która prowadziła z górskiego zakątka. Niemal jednocześnie otwarły się drzwi i wampir, którego Irena nie widziała już prawie dobę, powitał ją szerokim, ojcowskim uśmiechem.

Pan Semirol znów wyglądał na zdrowego, rześkiego i wypoczętego; po ciemnych obwódkach wokół oczu nie zostało nawet śladu.

– Co panią podkusiło, by symulować, Ireno?

Milczała.

– A konkretnie, jakie licho podkusiło panią, by aż tak przesadzać z tą symulacją? Gdyby pani ograniczyła się do Andrzeja z jego modelem – kto wie, jak potoczyłyby się pani losy... Jednak kiedy zaczęła pani korzystać ze swej skąpej wiedzy na temat chorób psychicznych...

Przeniosła spojrzenie na administratora. Sit współczująco szczerzył zęby.

* * *

Ocknęła się na cynkowym stole. Rozłożone na boki ręce były skrępowane rzemieniami. Identycznymi pasami związane były kostki. Wygoloną potylicą czuła zimną ceratę, chłód metalu oraz przestrzennego pomieszczenia zastawionego kilkoma rzędami cynkowych stołów.

Leżała w centrum pokoju. Bezpośrednio nad nią, niczym sterylne słońce, wisiał biały, chłodny reflektor.

– Jestem niewinna! Jestem niewinna! Jestem...

Tylko jej się wydawało, że krzyczy. W rzeczywistości jej wargi ledwie się poruszały, a struny głosowe prawie nie funkcjonowały.

– Litości...

W polu jej widzenia pojawiła się postać w białym chirurgicznym fartuchu, masce i czapeczce oraz ceratowym rzeźnickim kitlu narzuconym wprost na wykrochmalony uniform.

– Nie...

Człowiek pochylił się nad nią i zsunął maskę, odsłaniając usta i podbródek.

Jego wargi rozchyliły się, obnażając zęby. Irena zacisnęła powieki, nie chcąc widzieć zbliżających się do jej szyi ostrych, kościanych noży.

– Aaa!

Za oknem panowała ciemność. Nie pojawiły się jeszcze nawet zarysy gór.

U wezgłowia migotała lampka imitująca świecę na wietrze. Przez pokój skakały cienie – elektryczne, niestraszne.

Irena położyła trzęsącą się dłoń na okrągły, plastykowy abażur; jak na ciepły pancerz żółwia.

– Co to takiego?

Administrator przypominał szczęśliwego psa, który przyniósł właścicielowi zdechłego szczura. Irena nie miała wątpliwości, że to właśnie on, przeszukując pokój, znalazł jej skrytkę. Teraz, stojąc za plecami Semirola, z gotowością czekał na nowe polecenia.

– Co to jest, Ireno? – powtórzył ze zdziwieniem Semirol.

Trzymał w ręce podarte na pasy i związane w linę prześcieradło. Początkowo Irena próbowała zrobić drabinkę – jednak o świcie, zrezygnowana, zawiązała na końcu liny grubą, nieudolną pętlę. Inna sprawa, że jej plan nie został zrealizowany; liczyła na to, że jej skrytka pozostanie nietknięta przynajmniej do następnej nocy.

Na próżno.

– Z babami zawsze jest dużo zamieszania – zauważył z żalem administrator.

Odwróciła się. Obaj byli dla niej nieznośnie odpychający – wampir i jego pies.

Podeszła do okna.

Podświetlone słońcem góry. Dalekie, blade niebo. Droga, z której nigdy już nie skorzysta.

Szkoda Senseja, który został tam. Szkoda bezmózgiego żółwia.

I, o dziwo, żal jej było też Andrzeja. Teraz może się do tego przyznać.

Stała przy oknie, odwrócona plecami do swych katów, i patrzyła, jak na wyblakłym niebie zatacza kręgi jakiś drapieżny ptak.

– Ireno...

– Proszę dać mi spokój. Znudziło mi się już czekać, kiedy mnie pan zabije. Albo niech pan to zrobi od razu, albo idzie do jasnej...

Nigdy nie używała podobnych słów. Może właśnie dlatego brzmiały w jej ustach bardzo przekonująco. Chwila ciszy.

– Dobrze – rzekł wampir z zadumą. – Może ma pani rację... Po co to dalej ciągnąć. Chodźmy.

Nie odpowiedziała, gorączkowo próbując odnaleźć wzrokiem ptaka; ten jednak zniknął. Wtedy odwróciła się powoli, wciąż jeszcze nie wierząc własnym uszom.

– Teraz?!

– Tak, teraz. Chodźmy.

– Właśnie teraz?

– Sama nie wie, czego chce – burknął administrator.

– Zamknij się, Sit!!!

Osiłek gwałtownie cofnął się do przeciwległej ściany. I zamilkł; najwyraźniej na długo.

– Ireno... proszę mi podać rękę.

Jej bezwolne, miękkie jak wata palce znalazły się w dziwnie gorącej, chwytnej dłoni. Góry... Odwróciła się po raz ostatni.

„Uratuj mnie, Andrzeju..."

Góry. Jak na kalendarzu. Pocztówkowy pejzaż, który niegdyś zdobił ścianę ich sypialni.

Ściany się chwiały. Podłoga uginała się jak z gumy. Schody zwijały w harmonijkę.

„A potem wyjdę z trumny i także zamienię się w wampirzycę..."

– Spokojnie, Ireno. Spokojnie. Właśnie tak... Cicho. To mój gabinet. Proszę usiąść. Niech się pani napije wody. I uważnie mnie posłucha... Może to pani zrobić?

– Jestem niewinna – odparła i zaczęła kaszleć.

– To bez znaczenia... W świetle prawa jest pani winna. Zgodnie z wyrokiem sądu powinna pani umrzeć. Czy to jasne?

Ciągle jeszcze trzymał jej dłoń. Jak w kleszczach.

– Czy jest pan sadystą? – zapytała, dziwiąc się niespodziewanej jasności swego umysłu. Jakby stan apatii zamienił się w pełen spokój.

– Nie. Pytam o to nie dla przyjemności, lecz z myślą o korzystnym rozwiązaniu sprawy. Tak naprawdę chodzi mi o pani dobro, Ireno.

Roześmiała się ochryple.

– Proszę się nie śmiać... gdyż zamierzam zostawić panią przy życiu. Wbrew wyrokowi. Czy to jasne?

Milczała.

– Czy tego właśnie pani chce, Ireno? Żyć? Wydarzenia nabierały szybkiego tempa. Zbyt szybkiego, jak na jej percepcję. Gdyby tak mogła przykryć się kocem i zastanowić. Pogłaskać ciepłego żółwia pod nocną lampką. – Żyć?...

– Wiem, że słabo pani teraz kojarzy; ale chyba nie aż tak?!

– Żyć? Chcę.

– Już lepiej... zażądam więc od pani pewnej małej przysługi. Zgoda?

Milczała jeszcze przez chwilę. Nie sądziła, że położenie dłoni na ciepłym pancerzu żółwia może być takim szczęściem.

– Proszę powiedzieć, jakiej.

– Chce się pani targować?

– Nie. Proszę mi tylko powiedzieć, jaka to usługa?

– Urodzić mi dziecko. Moje dziecko. Najlepiej syna, choć nie jest to aż tak istotne.

Milczała.

Dopiero teraz zorientowała się, że siedzi w fotelu. A pomieszczenie, w którym się znajduje, rzeczywiście jest gabinetem. Biurko, na którego brzegach wznoszą się niczym drapacze chmur sterty papierów. Niczym niestabilne wieże. Niewygodnie wykręcając szyję, spogląda na nią przez ramię lampka nocna; a wzdłuż ściany stoją równe rzędy grzbietów jakichś akt.

„Nie teraz – mówił Andrzej. – Za rok. Albo dwa. Mamy czas. Jesteś jeszcze młoda. Nie teraz, Ireno".

– Ireno. Powolne myślenie nie jest wadą; grunt, by myśleć prawidłowo. Nie popędzam pani. Proszę się zastanowić. Odpowie mi pani, kiedy zapali się zielona lampka.

– Jaka lampka? – zapytała po chwili.

– Taka jak na światłach na skrzyżowaniu. Czy też rodzaj zielonej lampki kontrolnej informującej o gotowości urządzenia do działania. Najdziwniejsze jest to, że mimo tak powolnego myślenia wcale nie jest pani głupia. Dobrze byłoby z panią korespondować... byłoby to w każdym razie prostsze niż prowadzenie rozmowy.

Całą wolną od regałów ścianę zajmowała mapa. Wspaniała, szczegółowa i barwna mapa, z której gdzieniegdzie sterczały powbijane szpilki.

– Właśnie ja? Dlaczego?...

– Potem to wyjaśnię. – A co z...

– Po urodzeniu zostawi pani dziecko ojcu, to znaczy mnie. Dostanie pani nowe dokumenty, dużą sumę pieniędzy i bilet lotniczy w dowolny zakątek świata... Wolność i niezależność. I rozpocznie pani, jak to się mówi, nowe życie. W pięknym, nadmorskim domku. Albo zrobi pani sobie operację plastyczną i kupi własny dom. Jak pani zechce. Mam tylko jeden warunek – jeśli spróbuje pani odzyskać dziecko, wydam panią. Czy wyrażam się jasno?

Pokój tonął w półmroku. Jedynie krąg światła od nocnej lampki leżał krzywą plamą na regałach.

– Muszę się zastanowić – szepnęła. – Muszę się koniecznie zastanowić.

* * *

Do Andrzeja lgnęły dzieci. Absolutnie wszystkie. Zarówno dzieci przyjaciół i znajomych, jak i przypadkowo napotkane na ulicy. Lgnęła do niego nawet młodzież – choćby ci chłopcy – i dziewczęta, z którymi „modelował" w kuchni coś w rodzaju „prawdziwego życia".

Kiedyś Irena przez pół godziny pomagała Andrzejowi zdjąć z drzewa sześcioletniego berbecia, który wdrapał się za wysoko i nie potrafił zejść. Siedział na czubku i wrzeszczał jak kot, a jego matka niczym kura biegała wokół drzewa. Andrzej, który trzymając Irenę pod rękę, szedł na czyjeś urodziny, zrzucił swą jasną marynarkę, wspiął się na drzewo i ściągnął malca, podobnie jak ściąga się koty, a Irena stała z zarzuconą na ramiona marynarką i „dowodziła", wydając ostrzegawcze okrzyki.

– Byłby z ciebie niezły ojciec – rzekła niedbale, gdy szukali na ulicy hydrantu, by Andrzej mógł umyć ręce.

– Raczej starszy brat – odparł poważnie. – A ojciec byłby ze mnie równie dobry jak matka.

– Czyżbyś był nieodpowiedzialny? – zapytała ostrożnie po półgodzinie, gdy podchodzili do drzwi jubilata.

– Przeciwnie, jestem zbyt odpowiedzialny. Gdybym był trochę bardziej lekkomyślny, już dawno musiałabyś wychodzić na spacery z gromadką podobnych do mnie maluchów.

– Tylko nie to – rzekła Irena z przerażeniem.

Tego dnia Andrzej w pełni potwierdził jej podejrzenia. Najpierw z natchnieniem kierował imprezą. Potem się upił. Potem założył się z jubilatem o butelkę koniaku, przy czym cel zakładu był dla Ireny niejasny. A Andrzej zniknął i po półgodzinie zaprezentował się przed gośćmi w postaci wysokiej i barczystej, jednak w pełni atrakcyjnej prostytutki (potem Irena odkryła pogrom wśród swoich kosmetyków). Wszyscy klaskali, a Irena nie wiedziała, co ze sobą zrobić – jednak zabawa się na tym nie zakończyła. Andrzej wyszedł na ulicę, „złowił" łysego grubasa w czarnym samochodzie i odjechał z nim w niewiadomym kierunku. Długa godzina jego nieobecności kosztowała Irenę kilka siwych włosów. Najrozsądniejsi z gości już pytali się nawzajem, czy aby pan Kromar nie posunął się zbyt daleko w swej skłonności do mistyfikacji – gdy do drzwi zadzwonił Andrzej wciąż w tej samej sukience, lecz już bez peruki, obejmując się z pijanym grubasem; wszedł i zażądał wygranej butelki koniaku.

Irenie włosy stawały dęba, gdy wspominała ten wieczór. I myśl o „wychodzeniu na spacer z gromadką maluchów, z których każdy byłby podobny do ojca" już nie wydawała jej się tak kusząca.

Co nie przeszkadzało jej w obserwowaniu sąsiedzkich berbeci w kolorowych kombinezonach.

Resztę dnia spędziła w łóżku. Wypracowanym ruchem naciągając koc do podbródka i splatając palce na piersiach. Myślała.

Gdy góry za oknem ostatecznie poszarzały, wyciągnęła rękę i włączyła lampkę. Po pokoju zapląsały cienie rzucane przez elektryczną świeczkę na nieistniejącym wietrze.

Zbyt wiele pytań.

A także zmęczenie. I myśli o śmierci, jak o dobrej znajomej, z którą raz się poznawszy, trzeba potem rozstawać się całe życie.

Potem rozległo się ciche pukanie do drzwi i Irena nerwowo usiadła na łóżku.

– Kto tam?!

– To ja – zabrzmiał przygłuszony głos Semirola. – Mogę wejść?

Drzwi nie zamykały się od wewnątrz. A noga krzesła, z której Irena zrobiła niezgrabny zamek, przewracała się od najmniejszego ruchu drzwi.

Krzesło z hukiem przewróciło się na podłogę i w jego eleganckiej konstrukcji chyba coś pękło.

Semirol przez chwilę stał w drzwiach. Potem przestąpił przez złamane krzesło i zamknął drzwi.

– Zapalić światło, Ireno?

– Tak.

Zmrużyła oczy i przysłoniła je dłonią.

– Czy już się pani zdecydowała?

– Tak.

– Mógłbym dać pani czas do jutra; ale proszę mi wierzyć, sam nie mogę doczekać się pani decyzji... co pani postanowiła?

Irena odsunęła dłoń od twarzy.

Semirol usiadł na brzegu łóżka. Niezwykle gładka skóra, lśniące włosy, gładko wygolone policzki. I znów przypomniał jej Andrzeja. On także potrafił patrzeć w taki sposób; spojrzeniem przewiercającym na wylot.

– Przecież zagnał mnie pan w kąt – szepnęła. – Nie zostawił mi pan żadnego wyjścia. Jeśli powiem „nie", zabije mnie pan.

– Bez wątpienia – odparł bez uśmiechu.

– Normalni ludzie – uśmiechnęła się, gdyż słowo „normalni" zabrzmiało wyjątkowo niezręcznie – normalni ludzie zakładają rodzinę... znajdują sobie żonę. I to z żoną płodzą dzieci, ile tylko zechcą i ile im wyjdzie.

– Naprawdę? I jak wyobraża sobie pani moją żonę?

Semirol subtelnie zaakcentował słowo „moją".

Irena milczała. W swoim czasie połowa dziewcząt z jej roku marzyła o wyjściu za znanego adwokata. Irena była pewna, że część z nich na pewno nie pogardziłaby nawet wampirem.

– W roli mojej żony – kiwnął głową Semirol, jakby czytając jej w myślach – widzę jedynie idiotkę lub cyniczną sukę... Unika pani jednak odpowiedzi. Jaka jest pani decyzja, Ireno?

Wciągnęła głowę w ramiona, kryjąc się głębiej pod kocem. Spuściła wzrok.

– Proszę mi powiedzieć, po co panu to dziecko?

Uśmiechnął się po raz pierwszy od początku rozmowy.

– Cieszę się, że pani zapytała. Nie, naprawdę się cieszę...

– Na co ono panu?

– Czy odpowiedź będzie miała wpływ na pani decyzję?

Oderwała wzrok od fałd koca. Podniosła oczy – było to dla niej niełatwe i wyczerpujące spojrzenie.

Semirol odczekał chwilę. Mruknął i z roztargnieniem pogładził papierowe zawiniątko leżące na jego kolanach. Z jakiegoś powodu Irena wierzyła, że nie będzie kłamał. I jeśli potrzebuje dziecka na przykład jako dawcy do przeszczepu...

– Proszę tak na mnie nie patrzeć, Ireno. Gdy pani to robi, pani wielkie, smutne oczy zamieniają się w zwierciadła. I trzeba przyznać, że odbija się w nich odrażający potwór... Naprawdę taki jestem?!

Spuściła wzrok.

– Potrzebuję dziecka, Ireno, by być dla niego ojcem. By się nim opiekować, wychować go, a kiedyś zostawić mu to wszystko – Semirol szerokim gestem obwiódł pokój, mając najwyraźniej na myśli całą farmę, a nawet góry za jej ogrodzeniem. – I niech mnie złapie paraliż, jeśli to nieprawda. Paraliż na trzysta lat – czy zdaje pani sobie sprawę z mocy mojej klątwy?

Uśmiechnęła się mimowolnie. Być może to Andrzej kiedyś zaszczepił jej ten stereotyp – jeśli mężczyzna nie kłamie, ma prawo poświntuszyć.

– Wierzy mi pani?

– Tak.

– Jeszcze jakieś pytania?

– Dlaczego właśnie ja?

– To już bardziej złożona kwestia – znów pogładził zawiniątko.

– Proszę się jednak postawić na moim miejscu. Z oczywistych przyczyn sam nie mogę urodzić dziecka. Matka zastępcza odpada od razu – wyobraża sobie pani, jak zdegenerowaną trzeba być osobą, by handlować swym ciałem jako inkubatorem? Za pieniądze?

Irena niepewnie wzruszyła ramionami.

– Idźmy dalej. Przyjaciółka? Oddana gosposia? Pojawia się tu jednak paradoks – albo kobieta z łatwością wyrzeka się dziecka, co oznacza, że jest zwykłą suką i nie nadaje się na matkę. Proszę mi wybaczyć, traktuję to zbyt poważnie. Geny... dziedziczne skłonności... Przeczytałem na ten temat tyle literatury, że mógłbym zrobić doktorat z genetyki... To zresztą nieistotne. Drugi wariant – kobieta nie chce wyrzec się dziecka... I co z nią począć? Proszę mi wybaczyć, Ireno. Przechodzę do najbardziej cynicznej części swojej opowieści. Gdyż mam na panią instrument nacisku – pani wyrok śmierci... Jest to wystarczająco duże zagrożenie, by nawet ktoś z normalnie rozwiniętym instynktem macierzyńskim był w stanie go zwalczyć. Mam rację?

Irena przytaknęła, nie do końca uświadamiając sobie znaczenie jego słów. Jeszcze się nad tym wszystkim zastanowi. Potem.

– I oto pojawia się pani. Długo na to czekałem... Gdyż choć wyroki śmierci wydawane są często, jednak wśród skazanych niewiele jest kobiet. A nawet jeśli, to wszystkie są chore, rozpustne lub niezrównoważone psychicznie... Szczerze mówiąc w pewnym momencie sam się przestraszyłem, że ma pani rozdwojenie jaźni, rodzaj psychozy. Nasi psychiatrzy na wiele spraw patrzą przez palce... Krótko mówiąc, pani drugi zmodelowany świat, pani Ireno, pani „młodzieniec z białą twarzą" niemal kosztował panią życie.

Zwalczyła w sobie chęć ukrycia się pod kocem. Jak w dzieciństwie. By uciec przed swym strachem.

Wszystkie jej emocje są spóźnione.

– Pani zaś, Ireno, pod względem wszelkich parametrów... Jedynie pani wiek nie jest w pełni satysfakcjonujący. Gdyby miała pani dwadzieścia lat... proszę się nie obrażać. Byłoby lepiej.

– Nie obrażam się – odparła odruchowo.

Medyczna ekspertyza sądowa. Starała się zapomnieć o niej, jak o koszmarnym śnie. Jednak teraz, coraz głębiej chowając się pod kocem, przypomniała sobie, że wśród specjalistów był lekarz, którego maniakalnie interesowała jej płodność. Jakby nie wysyłali jej na śmierć, lecz w głęboki kosmos, gdzie miała zasiedlić swymi potomkami kilka planet.

– Odpowiedziałem na pani pytanie, Ireno?

– Tak...

– Chce pani jeszcze o coś zapytać?

– Ale przecież jestem morderczynią – rzekła, wciskając się plecami w płaską poduszkę. – A mordercy... jak pan sądzi; syn wampira i zabójczym, może...

Semirol zmarszczył brwi. Jego twarz, dotąd dobroduszna, na chwilę zrobiła się zmęczona i podenerwowana.

– Tak. Miałem nadzieję, że pani o to nie zapyta. Najwyraźniej na próżno... To zresztą nie ma znaczenia. Przed podjęciem ostatecznej decyzji musimy porozmawiać i wszystko sobie wyjaśnić. Proszę podać mi rękę.

Zawahała się i wyciągnęła spod koca wychudzoną, ciemną na białym tle dłoń. Semirol rzeczowo, jak lekarz, wyczuł puls, a potem nagle mocno ścisnął jej palce.

– Wiem, że jest pani niewinna, Ireno.

Zamrugała.

– Wiem, że jest pani niewinna. Nie wiedziałem tego od początku. Jednak będąc profesjonalistą... a jestem wysokiej klasy profesjonalistą, Ireno... Po przeprowadzeniu własnego, małego śledztwa, zebraniu informacji na pani temat i rozmowie z panią jestem gotów obciąć sobie dowolną część ciała... że to nie pani popełniła przestępstwa, za które została skazana.

Próbowała wyrwać rękę, nie puścił jej.

– Podle się pani czuje. Sądzi pani, że ją wystawiłem. Że od początku wypatrzyłem sobie ofiarę, przeciągnąłem przez wszystkie te kręgi piekła... Ale to niezupełnie tak. Nie jestem wszechmocny; poza murami tej farmy jestem jedynie adwokatem. I nawet ja nie byłbym w stanie udowodnić pani niewinności, biorąc pod uwagę pani fenomenalny upór. Gdzie pani była przez te dziesięć miesięcy? Komu pani przyrzekła dochować tej tajemnicy? Tak naprawdę nie jest to dla mnie tak istotne. Choć niewątpliwie zainteresowałoby to sąd. Nie... proszę nie odpowiadać. Teraz to nieistotne. Postanowiłem nie ryzykować... być może nie wie pani, że nie mam prawa wykupu skazanych na karę śmierci, jeśli na procesie byłem ich adwokatem. Gdyby wówczas panią skazano, to niezależnie od moich wysiłków, zostałaby pani stracona. A tak będzie pani żyć.

W końcu udało jej się wyrwać. Usiadła na łóżku i otuliła się w szlafrok.

– Kłamie pan. Mógłby mnie pan uratować.

– Nie kłamię. Choć może mógłbym...

– Ale pan nawet nie spróbował... pan nawet nie pokazał po sobie, że mi wierzy!

– Za to mówię to teraz: wierzę pani, Ireno. Jest pani niewinna. Niech pani spojrzy...

Rozwinął w końcu zawiniątko, które leżało na jego kolanach. A ona od razu poznała okładkę i przestała się sprzeciwiać. Szara, niepozorna obwoluta jej pierwszej autorskiej książki.

– Ta rzecz okazała się ważkim argumentem, pani Ireno... który miał korzystny wpływ na moją decyzję. I nawet pani równoległe światy nie zdołały go obalić. To zrozumiałe – nerwy, szok. Jest pani bardzo wrażliwą osobą, bez względu na pani pozorną powolność myślenia. To właśnie ta książka. Proszę ją przeczytać. Potem porozmawiamy.

* * *

Tę noc spędziła oczywiście bezsennie. Pod półkulą ciepłego abażuru migotał płomień sztucznej świecy.

Zaczynała czytać i po dwóch linijkach za każdym razem ze strachem zamykała książkę. Miała wrażenie, że jest ona strasznie słaba. Były to jej pierwsze utwory zebrane w jednym tomie; już rok po wydaniu tej książki zaczęła się jej wstydzić. Szczenięco nieporadne opowiadania. Młoda, niepozorna, prowincjonalna pisarka.

Głaskała okładkę, jak głaszcze się szpetne kociątko, które wzbudza litość mimo odrażającego wyglądu.

Potem odniosła wrażenie, że okładka jest troszkę inna niż ta, którą zapamiętała. Nieco bardziej kolorowa, a stylizowany kwiat w jej prawym górnym rogu powinien być niebieski, a nie zielony. I – jak zwykle, gdy zauważała różnice pomiędzy modelem a prawdziwym światem – opanował ją irracjonalny strach. Schowała książkę pod poduszką i zwalczyła w sobie chęć wyciągnięcia jej z powrotem.

Teraz leżała na plecach i jeszcze raz rozpamiętywała rozmowę z Semirolem – minęło już osiem godzin i mogła sobie pozwolić na luksus błyskawicznych replik.

Tak, podczas tej nocnej rozmowy reagowała natychmiast. Odpowiadała ostro, miała jasny umysł i monolog Semirola był co chwilę przerywany jej ciętymi ripostami.

A potem – góry robiły się już szare – uświadomiła sobie, że została uznana za niewinną i będzie żyć.

I zapadła w głęboki, spokojny sen, by z pierwszymi promieniami słońca zerwać się od nowej myśli, prostej, oczywistej, nieznośnej...

Rozdział 5

– Gdzie jest pan Semirol?

Administrator, który troskliwie wycierał kurz ze starego, miedzianego świecznika, zerknął na nią ze zdziwieniem. Najwyraźniej nie podejrzewał, że jego powolna podopieczna może pojawić się tak niespodziewanie.

– A pan Semirol wyjechał. I pewnie do jutra nie wróci. Kazał zapoznać panią z panem Nickiem. A ten sam już wie, co z panią robić – uśmiechnął się administrator, obnażając żółte od nikotyny zęby.

– Co? – wydusiła z siebie Irena.

Jej szkolna nauczycielka nie znosiła tego pytania. „Jeśli jeszcze raz zapytasz «co?», Chmiel..."

– Kim jest pan Nick?!

To kolejny wampir, odezwał się pesymistyczny, wewnętrzny głos. I podzielili się tobą...

– Pan Nick to ja. Odwróciła się.

W drzwiach salonu stał mężczyzna. Nie był to osiłek w wymiętym swetrze. Nowa persona przypominała raczej eleganckiego pensjonariusza prestiżowego sanatorium. Starannie wyprasowane, czarne spodnie, śnieżnobiała, wypuszczona na wierzch koszula i romantyczny, jedwabny szal wokół szyi. Stylowy facet, uznałyby studentki Ireny.

– Nick to ja. A pan Semirol, który musiał wyjechać w pilnych sprawach, rzeczywiście poprosił mnie, bym... dotrzymał pani towarzystwa podczas jego nieobecności. Tym bardziej że będziemy mieć teraz ze sobą wiele... hmm, wspólnego.

– Mieszka tu pan? – po chwili milczenia zapytała Irena.

– Tutaj – mężczyzna wykonał nieokreślony gest. – Na farmie.

– Czym się pan zajmuje?

– Z zawodu jestem lekarzem... Ale dlaczego stoimy pośrodku pokoju? Chodźmy do mnie; zapyta pani, o co chce, a ja chętnie zaspokoję pani ciekawość.

Irenie przypomniało się pytanie, które przerwało jej i bez tego krótki sen. Westchnęła przerywanie.

– Chodźmy.

Nick szarmancko podał jej ramię.

* * *

Minęli zamknięte drzwi gabinetu Semirola. Przeszli korytarzem dalej. Przy następnych Nick wyjął z kieszeni pęk kluczy, z czego Irena wywnioskowała, że jest on tutaj znacznie bardziej uprzywilejowany niż administrator.

– To biblioteka.

Irena i bez tego wiedziała, jak się nazywa pokój, w którym trzyma się książki. W okrągłym akwarium machały ogonkami rybki – Irenę zaskoczyła ich wielkość i jaskrawe ubarwienie.

Jeszcze bardziej wstrząsnął nią fakt, że biblioteka pachniała przychodnią. Szpitalem. Choć zapach był ledwie wyczuwalny.

– Poczuła to pani? W pobliżu znajduje się mój gabinet, a gdy jest się jedynym lekarzem w promieniu wielu kilometrów, do tego w górach... Trzeba brać pod uwagę wszelkie możliwe niespodzianki. Kiedyś operowałem tu wyrostek, nie mówiąc już o...

– Panie Nicku...

– Wystarczy Nick, zgoda? A ja będę zwracał się do pani po prostu: Ireno.

– Mmm... Nicku. – Tak?

Zamilkła. Rybki w akwarium pływały niezmordowanie, niekiedy ocierając się o siebie bokami; pełna harmonia, pomyślała Irena posępnie. Nikt nikogo nie goni, nie odpędza od karmnika.

Jej rozmówca cierpliwie czekał. Irena nie wiedziała, jak i o czym można rozmawiać z tym dziwnym jegomościem, który pojawił się tak niespodziewanie.

– Pan tu... pracuje, Nick? Jako lekarz? Dla pana Semirola?

Uśmiechnął się osobliwie. Dziwnie, choć jednocześnie czarująco. Przytaknął.

Miał krągłą twarz o wystających kościach policzkowych i szeroko rozstawione oczy. I w przeciwieństwie do Semirola jego skóra nie wyglądała na zdrową. Miał ogorzałą od wiatru, z kilkoma zmarszczkami, smagłą cerę.

– Pan Semirol ma tu całe gospodarstwo – rzekła z zadumą.

– Tak... Jego posiadłość jest znacznie większa, niż pani sądzi. I o wiele bardziej różnorodna.

Irena milczała przez chwilę. I na wszelki wypadek zapytała, odruchowo przykładając dłoń do tętnicy szyjnej.

– Nie jest pan przypadkiem wampirem?

Jej rozmówca parsknął, jakby usłyszał dobry kawał.

– Nie... niestety. Nie jestem też naukowcem, który bada tych... uzależnionych od hemoglobiny. Zresztą pan Semirol za nic w świecie nie pozwoliłby się zbadać.

– Jest pan jego... pomocnikiem?

Natychmiast zaczęła żałować tego pytania, gdyż życzliwa twarz Nicka wydłużyła się i sposępniała.

– Mmm... Nie. On obywa się bez pomocy medycznej. Wampiry, przepraszam za wdawanie się w detale, posiadają naturalną broń, w rodzaju skalpela... – dla podkreślenia swych słów Nick wskazał palcem na usta. – Tyle że ostrzejszą. Oraz ślinę o antyseptycznym, przeciwbólowym działaniu... Interesuje to panią?

– Bardzo – odparła Irena i wstrząsnął nią dreszcz. – Proszę mi wybaczyć głupią podejrzliwość. Nie jest pan pomocnikiem Semirola. Jest pan jego osobistym lekarzem.

– Gdybyśmy wszyscy mieli takie zdrowie – rzekł Nick ze smutkiem. – Jedyną medyczną usługą, jaką mogę okazać panu Semirolowi, jest masaż... No, z wyjątkiem leczenia urazów oczywiście. Regeneruje się jak wampir, lecz ktoś przecież musiał mu złożyć kości, gdy w zeszłym roku złamał rękę na trasie narciarskiej... Dużo pani straciła, nie widząc tego zjazdu, Ireno. Normalny człowiek w mgnieniu oka roztrzaskałby się o skały.

„Normalny człowiek".

Irenie przypomniała się wczorajsza rozmowa. – po raz kolejny – ta zła myśl, która przyszła jej do głowy nad ranem.

– Coś panią trapi? – Nick starannie poprawił swój romantyczny szal.

– „Normalny człowiek" – wymamrotała Irena z goryczą.

– Dla pana jest to rzeczywiście normalne, Nick. Skoro rozmawia pan ze mną, chociaż zostałam skazana za potrójne morderstwo... Przecież wie pan o mnie wszystko. Wydaje mi się również, że moja niewinność nie wzbudza pańskich wątpliwości. A także fakt, dla którego zostałam tu przywieziona... A także, ilu skazańców przebywało tu przede mną. Wie pan o tym wszystkim. I gawędzi pan ze mną jak przy filiżance kawy?!

– A właśnie, napiłbym się kawy – mruknął Nick w skupieniu.

– Proszę się nie obrażać... To prawda, jestem trochę gadatliwy... A pani jest raczej milcząca... Stanowimy dobraną parę. Tak, wiem o pani wszystko. Proszę sobie wyobrazić, że kiedyś czytałem nawet pani nowele i przyznam, że mi się podobały... Wiem, czemu Jan pani nie zabił. Wiem, do czego jest mu pani potrzebna. Przecież byłem jego konsultantem, gdy zdobył wyniki medycznej ekspertyzy sądowej! I jako pierwszy zaakceptowałem jego wybór; niezależnie od pani wieku... A pani ma ochotę na kawę, Ireno? Polecę Sitowi przygotować dwie filiżanki, mocnej, z czekoladą.

Irena kiwnęła w milczeniu. Nick rzeczywiście wyskoczył z pokoju, wydał rozporządzenia i wrócił; Irena wciąż próbowała sobie przypomnieć, kto po raz ostatni częstował ją kawą? Czy także w jakichś dziwnych okolicznościach? I czy nie był to przypadkiem przeklęty Peter?

– A więc macie tu całą procedurę – rzekła Irena, gdy wrócił Nick. – Doboru... i dalszego wykorzystania... skazanych na śmierć potencjalnych matek?

– Nic podobnego – odparł Nick z oburzeniem. – Pani jest pierwszą... i mam nadzieję ostatnią pretendentką do tej niełatwej roli. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by zminimalizować ryzyko. By nie było żadnych komplikacji ani niespodzianek. Kopia pani ekspertyzy medycznej leży u mnie w szufladzie. Sam jestem zresztą najwyższej klasy specjalistą.

Irenie przypomniały się słowa Semirola – ujął to niemal tak samo. Słowo w słowo. Jakby się zmówili. Tyle że jeden był adwokatem, a drugi, najwyraźniej, ginekologiem i położnikiem.

– Nad czym się pani zamyśliła, Ireno?

Przyglądała się rybkom. Dopiero teraz zorientowała się, że nie są prawdziwe. Były to plastykowe zabawki z magnesami w środku – magnetyczne rybki, które dokładnie imitowały ruchy żywych.

Nabrała powietrza w płuca.

– A co przeszkodzi pana, hm, szefowi – to słowo zabrzmiało w jej ustach dość sarkastycznie – w wykonaniu wyroku po urodzeniu się dziecka? W zwróceniu mi wolności... na dobre? Zgodnie z wyrokiem sądu?

Wyrzuciła z siebie dręczącą ją myśl i poczuła ulgę.

Nick przestał się uśmiechać. Milczał przez chwilę. W zadumie włożył dłoń do akwarium, pobawił się rybkami, wyciągnął rękę z wody i strząsnął na podłogę kilka kropel.

– Są sprawy, na temat których Jan nie kłamie. Mamy taką starą, niepisaną umowę... ja nie okłamuję jego, a on nie okłamuje mnie. Gdyby... miał zamiar... przypuśćmy... zresztą sama pani widzi, że nie krzyczę: „jakie to cyniczne" ani „jak pani mogła tak pomyśleć". Jan mógłby tak uczynić... powiedzmy... w przypadku innej kobiety. Lecz jeśliby planował tak zrobić... czy chociażby się nad tym zastanawiał... Wiedziałbym o tym. Nauczyłem się go rozumieć. I on mi ufa.

Nick zamilkł. Westchnął głęboko.

– Jeśli obiecał, że panią wypuści, to na pewno tak zrobi. Uczyni wszystko, by mogła pani spokojnie żyć dalej na wolności. Tak jak obiecał... On nie kłamie.

– A pan nie kłamie?

Ktoś zapukał do drzwi. Wszedł osiłek Sit i bez słowa postawił na stoliku tacę ze wszystkimi akcesoriami do kawy. Po czym oddalił się, także w milczeniu.

Irena rozkoszowała się aromatem kawy. Bezgłośnie westchnęła z zachwytu, powąchała jeszcze raz i skosztowała.

– Ja także nie kłamię – odparł Nick nie wiedzieć czemu ze smutkiem. – Nie okłamywałem... nawet skazanych pacjentów.

Irena milczała, dopóki nie wypiła kawy do końca. Ostrożnie odłożyła filiżankę; w smoliście czarnym dzbanku odbijały się migotliwe cienie magnetycznych rybek.

Wątpliwości nie zniknęły. Stały się jednak mniej uciążliwe, wyblakły, i Irena wiedziała, że najprawdopodobniej wkrótce zupełnie się od nich uwolni.

Zlizała z warg okruchy kawowych fusów.

– Dziękuję... to znaczy za kawę. No i w ogóle...

– Nie ma za co. – Nick dokładnie wytarł dłonie w serwetkę. – A więc tak... Kwestie teoretyczne w zasadzie już wyjaśniliśmy. Teraz przechodzimy do praktycznych. Od dzisiaj obejmuję funkcję pani lekarza prowadzącego. Chodźmy.

Do biblioteki przylegał maleńki korytarz z rzędem miękkich krzeseł wzdłuż ściany. Tu Nick znów zabrzęczał swymi kluczami; Irena pociągnęła nosem. Zapach szpitala nie zelżał; nie stał się jednak bardziej intensywny.

– A oto i moje królestwo, koszmar młodzieńców i dziewic!

Irena stanęła w progu. „Królestwo" było przestronne, sterylnie czyste i zaopatrzone we wszystkie konieczne sprzęty. Na wszelkie możliwe przypadki.

* * *

– Czy to oparzenie?

– Nie, to znamię od urodzenia.

Nie mogła powstrzymać nerwowego dygotu – jak zawsze, gdy przychodziło jej wpuszczać do swego ciała beznamiętne lekarskie instrumenty.

– Proszę się nie napinać. Przecież to pani nie boli.

– Właśnie że boli.

– Niech się pani rozluźni, Ireno.

Wpatrywała się w sufit. W białą, okrągłą lampę. Jedną z wielu.

– I kto tak panią wystraszył?

Przez chwilę zastanawiała się, czy odpowiadać na to pytanie.

– Posłać na egzekucję... można jedynie zdrowego człowieka. A ekspertyza na temat mojego zdrowia...

– Do diabła... A czego można oczekiwać od tych konowałów?! Proszę o tym raz na zawsze zapomnieć.

Znów zadźwięczał metal.

– Kiedy miałem własną klinikę, wyrzuciłem pewnego durnia za całkowity brak profesjonalizmu. Wie pani, gdzie znalazł potem pracę? W tej właśnie ekipie!

– Miał pan swoją klinikę? – zapytała odruchowo.

– Tak trudno w to uwierzyć? Wyglądam aż tak niesolidnie?

Nie odpowiedziała.

– Nie jest pani zimno, Ireno?

– Nie.

– Jeszcze tylko chwilka... Tak. Już po wszystkim. Może pani zejść.

Za parawanem zaszumiała woda. Irena wstrzymała oddech. Z trudem zeszła i poczłapała w stronę swego ubrania.

– Wyrzeka pan na konowałów – przesunęła bosą stopę przez skraj maty i drgnęła, czując zimno betonowej podłogi. – A przecież to oni zdobywali dla pana pierwsze dowody mojej przydatności.

Nick nie odpowiedział. Słychać było lejącą się wodę i brzęk instrumentów.

– A teraz z dumą zda pan raport Semirolowi – wymamrotała, wzdrygając się nerwowo. – Wszystko w porządku. Samica jest sprawna i gotowa do rozpłodu.

– Ubrała się pani? – zapytał Nick głucho.

Włożyła pantofle i wyszła zza kotary.

Nick już zdjął swój niebieski, sterylny fartuch. W ocynkowanym zlewie leżała góra rękawiczek i instrumentów, obok cicho migał lampkami autoklaw.

– Co pani o mnie myśli, Ireno?

Przemilczała to zgodnie ze swym zwyczajem.

– Domyślam się... Sądzi pani, że straszny ze mnie cynik. Taki doktor śmierć na służbie u wampira. Mam rację?

Uśmiechnął się niespodziewanie. Zdziwiło to Irenę – jeszcze przed sekundą wydawało jej się, że Nick jest napięty i zły.

– Chce pani jeszcze kawy... Ireno?

– Zastanawia się pani... Dlaczego taki dziwoląg, chwalący się swymi najwyższymi kwalifikacjami, nie mógł znaleźć innej pracy niż w tej komfortowej fabryce ubojni?

Nick nie żartował. Chociaż się uśmiechał.

Magnetyczne rybki leżały w rządku na stole. Poza swym akwarium wyglądały jak zwykłe, niezgrabne zabawki.

– Będzie pani żywa i wolna... Żywa i wolna – powtórzył Nick i w jego głosie zabrzmiała nagle dziwna beznadzieja.

Nerwowo stuknęła zębami o brzeg porcelanowej filiżanki.

– I pan, ze swymi najwyższymi kwalifikacjami, nie mógł znaleźć pracy nigdzie indziej niż tylko w tej komfortowej fabryce ubojni? – przedrzeźniła go.

Drgnął – najwyraźniej poczuł prawdziwą odrazę, która zabrzmiała w jej słowach.

– Widzi pani... Ireno. Niech się pani zastanowi, jak się tu znalazłem?

Obojętnie mrużąc oczy, Irena dopijała drugą filiżankę kawy. Opanował ją senny spokój. Będzie żyć... i dobrze.

– A po co miałabym się nad tym zastanawiać? Jeśli mogę spytać o to pana?

Nick uśmiechnął się smutnie.

– Bo ja pani nie odpowiem.

Wyjął z kieszeni pęk kluczy. Powodził nim nad schnącymi, magnetycznymi rybkami; plastykowe odwłoki poruszyły się.

– Galwanizowanie – skonstatował Nick posępnie. – Ożywienie trupa... Ireno. Powinienem milczeć... Jednak prędzej czy później i tak się pani dowie. A dla mnie lepiej wcześniej. Wszak pacjent powinien ufać swemu lekarzowi. A przynajmniej nie czuć do niego odrazy... Niech pani pyta.

– O co?

– Jak tu trafiłem.

On też jest podobny do Andrzeja, pomyślała Irena sennie. Ciągły teatr, odgrywanie sytuacji...

– Niech mi pan opowie, drogi Nicku, jak pan tu trafił?

Odpowiedział bez uśmiechu.

– Podobnie jak pani. W drelichach skazańca. Pozbawiony nadziei na życie.

Irena przesunęła paznokciem po brzegu filiżanki. Dwoma palcami chwyciła największą rybę za ogon. Włożyła ją do akwarium; rybka ożyła. I zamigotała w splątanych wodorostach.

– Milczy pani, Ireno... Nie jest pani zbyt rozmowna. Tutaj... na farmę... raz na kilka miesięcy przywożą skazańca. Czasem częściej... Zwykle są to kanalie, Ireno. Ach, cóż to za zakazane typy... Nie mogę osądzać Jana. Ta krew jest mu potrzebna, potrzebna do życia, i dlatego też... Nikt nigdy nie był przy tym obecny. Tylko w przybliżeniu wiem, jak się to odbywa... A potem Sit i Trosz kremują nieboszczyka. Jan nie jest sadystą; nigdy nie znęca się nad ofiarami... nie...

Irena złapała za ogon kolejną rybę. Zważyła ją w dłoni. Wrzuciła do akwarium.

– Sit i...

– Trosz. Jest nas czworo – Ja, Sit, Trosz i Elza... Wszyscy byliśmy skazańcami. Sit jest administratorem i ochroniarzem, ja lekarzem, Trosz inżynierem, a Elza zajmuje się zwierzętami. Są tu przecież kury, króliki, dwie krowy, to po prostu zwykłe gospodarstwo... Pracy jest dość.

Irena podniosła za ogon trzecią rybkę, ten się jednak oderwał i ryba wpadła do niedopitej kawy.

– Widzi pani, Ireno... Każdemu z nas Jan dał szansę. Żyjemy. Choć wedle wszelkich prawideł, wszelkich dokumentów, dawno powinniśmy być martwi... A jednak wciąż chodzimy po ziemi. Patrzymy na te góry. Chichoczemy z głupawych żartów telewizyjnego konferansjera. Martwimy się, że wiosną droga jest rozmyta przez wodę, że jesienią wiatr strąca antenę i trzeba ją reperować... Że krowy chorują. Że szopa od dawna już nieodmalowana. A bo to mało jest problemów? Z których tak naprawdę składa się ta długa zabawa, jaką jest życie.

– Za co? – zapytała Irena, wyjmując z filiżanki pozbawioną ogona rybę. – Za co ich skazano? I pana? Przez pomyłkę? Jak mnie?

– Nie – Nick dumnie pokręcił głową. – Ja na przykład jestem mordercą... Czternaście zabójstw. I do wszystkich się przyznałem.

Filiżanka wypadła z rąk Ireny. Porcelanowe uszko odtłukło się i białe pęknięcie zalśniło jak obnażona kość.

– Miałem swój szpital, Ireno. I własny duży dom. Cztery razy w życiu zdecydowałem się na przeprowadzenie nielegalnej aborcji... nie będę teraz wchodził w szczegóły. I dziesięć razy... Chyba pani wie, czym jest eutanazja?

Irena milczała. Nie odrywała wzroku od jego spokojnej twarzy.

– Ci starzy, nieszczęśliwi ludzie... widzi pani, bardzo ciężko umiera się na niektóre choroby. Prosili mnie... i ja im pomagałem. Dziesięć osób. Podczas dwunastu lat. Teraz mam czterdzieści pięć. I od sześciu mieszkam tutaj, u Jana, po wyroku i własnej śmierci... Milczy pani, Ireno. Milczy. Mam irytujący nawyk, mogę mówić godzinami... Nawet bez rozmówcy.

– Czy to dożywotnie zamknięcie? – spytała Irena powoli. – Potrzebni mu są niewolnicy?

– Jemu? Janowi? Niewolnicy? Nie... Tworzymy tu w pełni dobrowolną i dość zharmonizowaną społeczność... Choć takich jak na przykład Sit w tamtym życiu nie mogłem znieść. Poczciwa Elza, w przeszłości prostytutka, teraz jest troskliwą opiekunką żywego inwentarza... Naprawdę kocha zwierzęta. Trzeba przyznać, że mężczyzn także kocha; wszystkich bez wyjątku... No tak. Trosz to też niezły chłopak. Mało z niego pożytku, za to jest zdrowy, po prostu krew z mlekiem... hm. Za mojej pamięci było jeszcze dwoje... Sama pani widzi, Ireno, jak niewielu. Przez sześć lat tylko sześcioro... z panią siedmioro... Tak. A więc ta dwójka obmyśliła i dokonała wirtuozerskiej ucieczki.

Nick odpił ze swej filiżanki. Zakrztusił się.

– ...wirtuozerskiej ucieczki. Jeden w przeszłości był komandosem, kawał chłopa, potrafił prowadzić każdy środek transportu, nago wytrzymywał kilka godzin na mrozie... Drugi był strategiem i pomysłodawcą, a w przeszłości dziennikarzem... Zaplanowali wszystko... I zwiali.

Nick zgarnął pozostałe rybki obiema rękami i całą ich garść wrzucił do akwarium. Bryznęła woda.

– Uciekli? – zapytała Irena, przyglądając się, jak rybki po kolei ożywają.

– Przecież mówię, że zwiali. A następnego dnia Jan przyjechał w mrocznym nastroju i przywiózł oba ciała w samochodzie; wyssane do sucha, bez kropelki krwi, takie pożółkłe... – Nickiem wstrząsnął dreszcz. – Gdzie mu się tyle płynu zmieściło? I jak ich złapał? Diabli wiedzą. Wampir. A i góry są tu takie... Cóż. Byliśmy nawet wdzięczni Janowi, że nie przeprowadził pokazowej egzekucji.

– Czy moje dziecko będzie wampirem? – spytała Irena i nie usłyszała własnego głosu.

Nick usłyszał. A może się domyślił.

– Jestem z panią szczery... pamięta pani? A więc z dużą dozą prawdopodobieństwa tak. Choć wcale nie jest to przesądzone, Ireno. Wcale.

* * *

Dobrych kilka godzin przeleżała z zamkniętymi oczami. Potem wyjęła z opakowania daną jej przez Nicka tabletkę nasenną, przełknęła ją i zapadła w nędzną podróbkę snu.

Śniły jej się myszki, które trzeba było karmić z butelki ze smoczkiem. Mleko się przelewało, nie trafiając do zębatych pyszczków; Irena męczyła się, wymieniając kolejne podziurawione smoczki.

Wysiłkiem woli wydobyła się ze snu. Przewróciła na drugi bok; trwa egzamin, a ona nie zna odpowiedzi na żadne pytanie. Wodzi długopisem po papierze, zapisując ogólnikowe, puste zdania i narasta w niej przeczucie wstydu, klęski, a przecież jest wykładowczynią... Co za hańba.

Zajęczała przez sen. Usiadła na łóżku i włączyła światło. Wsunęła rękę pod poduszkę i wyciągnęła swoją pierwszą książkę. Otwarła ją w środku – tekst był zupełnie obcy. Koślawe zdania, sentymentalne, głupie słowa, patetyczne wykrzykniki...

Otwarły się drzwi i wszedł Semirol.

– Co?... – upuściła książkę, próbując zakryć się kocem. Nie mówiąc ani słowa, adwokat wampir usiadł na brzegu łóżka. Uśmiechnął się, nie rozchylając warg. Chwycił za skraj koca, szarpnął i zrzucił go na podłogę.

– Co pan...

– Przecież dokonała pani wyboru – rzekł Semirol z uśmiechem. – Zgodziła się pani. To albo śmierć...

– Nie...

– Nie zgadza się pani?

I rozchylił wargi; jednak Irena zdążyła zacisnąć powieki ułamek sekundy wcześniej, niż w świetle lampki zabłysły ostre jak brzytwa kły.

– Ja... tak...

Jego ciało okazało się ciężkie jak ziemia. Jakby na Irenę wtoczył się lubieżnie, kręcąc gąsienicami, średnich rozmiarów czołg.

– Aaa!

Wampir przygniótł swym ciężarem jej klatkę piersiową, pozbawiając oddechu. Jej żebra zaraz pękną. Jej brzuch...

Krzyknęła.

Koc walał się na podłodze.

Irena czuła się jak mokry kokon, oblepiony warstwami koszuli nocnej. Jak kłębek przerażenia i odrazy.

Okno ledwie odznaczało się szarym prostokątem świtu.

– Nie...

Sen wciąż jeszcze tu był. Cień snu.

* * *

– Ma pani ochotę na spacer, Ireno?

Oderwała się od podziwiania gór za oknem. Z niedowierzaniem spojrzała na Nicka.

– A co, spacery są dozwolone?

– Są wskazane... A z medycznego punktu widzenia wręcz konieczne. Spacery korzystnie wpływają na zdrowy sen, a gdy na panią patrzę, widzę że ma pani z nim coraz większe problemy.

Westchnęła.

– Wziął się pan za mnie na poważnie. Za moje zdrowie. Za zdrowie samicy przed zapłodnieniem.

Nick zrobił kwaśną minę.

Irena złapała się na myśli, że jej rozdrażnienie jest nikłe i w dużym stopniu udawane. Być może przywykła już do tego wszystkiego, a może jej lekarz prowadzący posiadał jakiś specyficzny urok – jednak jego towarzystwo nie było jej niemiłe. Nie bacząc na ich specyficzne relacje. Nie bacząc nawet na nieprzyjemności związane z wczorajszymi badaniami.

– Jan przywiezie pani zimową odzież, a na razie mogę pożyczyć pani własną kurtkę. Zrobię to z przyjemnością, Ireno.

Góry były zasnute dymkiem mgły. W pierwszej chwili Irenie od świeżego powietrza zakręciło się w głowie; zdążyła jednak uchwycić się podstawionej na czas ręki swego towarzysza.

Tak. Garaże. Szopa. Ogrodzenie... Psów nie ma. Lekarz ma rację... trzeba chodzić na spacery, regenerować siły, jeszcze jej się przydadzą. Ciekawe, czy wczorajszą opowieść o pechowych uciekinierach przekazano jej przypadkiem? Czy też Nick chciał ją przestraszyć; wybić z głowy podobne pomysły?

Uśmiechnęła się posępnie. Nick po swojemu odczytał jej uśmiech.

– Wspaniały krajobraz, prawda, Ireno? To piękny zakątek. Ugryzła się w język. Mogłaby zażartować, że ten „wspaniały krajobraz" został po prostu ściągnięty przez modelatora Andrzeja ze ściennego kalendarza. Coś podpowiedziało jej jednak, że podobne żarty są teraz nie na miejscu.

– Bardzo bym chciał, Ireno, by między nami było jak najmniej... nieporozumień. Napięć, domysłów, zła... Czy Jan jest cyniczny? Oczywiście, że tak. Czy ja jestem cyniczny? W pewnym sensie na pewno... Czy jest pani samicą do zapłodnienia? Tak... i nie. Chodzi tu o małego człowieka, który bez pani pomocy nigdy by nie przyszedł na świat. I o drugiego człowieka, mężczyznę, który chciał mieć dziecko, lecz z wielu przyczyn... sama pani rozumie. Cała sytuacja wygląda dość przerażająco – proszę jednak pomyśleć... w końcu jest to... misja humanitarna. Proszę się nie śmiać; zdaję sobie sprawę, że wyrażam się śmiesznie i sentymentalnie. Ale czy nie mam racji, Ireno?

Na próżno starała się zetrzeć z twarzy zjadliwy uśmiech.

– Próbuje mnie pan przekonać?

– Ja? Nie... to znaczy tak. Próbuję przekonać panią, że ta sytuacja ma także swoje dobre strony.

Zatrzymali się przed zamkniętą bramą. Nick po chwili wahania wyciągnął z kieszeni klucze; Irena ze wszystkich sił próbowała ukryć nerwowy dygot. A więc wydostanie się poza ogrodzenie jest tak proste...

Wyszli na drogę. Przeszli sto metrów w kierunku przełęczy; Irena odwróciła się, by objąć wzrokiem całą farmę.

W oddali, obok niskiego, długiego budynku, w którym Irena rozpoznała chlew, przeszła kobieca postać w jasnopurpurowym swetrze. Głucho trzasnęły drzwi.

Nad kotłownią – w każdym razie Irena uznała, że jest to kotłownia – unosiła się biała smużka dymu. Nad dachem domu wznosił się kurek z blaszanym śmigłem; wielka antena spoglądała w niebo szarym okiem. Oficyna. Budynki gospodarcze. A dalej gęsta ściana lasu.

Przypomniała sobie własne, ciche podwórze. Swój prawdziwy dom, a nie tamten, sponiewierany przez nieznanego intruza... Bez spalonych łachmanów w kominku. Z poważnym Sensejem, który co godzinę patrolował cały teren.

Przecież Sensej nikogo do siebie nie dopuści – pomyślała, blednąc. I umrze z głodu na progu powierzonego jego opiece domu... Tam, w realnym świecie. Tam...

Minął już ponad miesiąc. Prawie pięćdziesiąt dni.

Tam, w wielkim świecie, przeszło ich tylko pięć. I Sensej wciąż na nią czeka. I Peter... czyżby naprawdę nie miał w zanadrzu jakiegoś planu awaryjnego?!

Gdyby tak wynurzyć się teraz w prawdziwym świecie. Ferie potrwają jeszcze dziesięć dni... A potem pojawić się na radzie wydziału, objąć Pacyfikatorkę, pocałować ją w wypudrowany nos, wypłakać się na jej przesyconych zapachem perfum piersiach.

Zerwał się wiatr, sprawiając, że szczelniej otuliła się za obszerną dla niej, męską kurtką. Oczy zaczęły jej łzawić – pewnie od wiatru.

Nick też wciągnął głowę w ramiona – wyszedł bez czapki, a jego cieniutki, elegancki szal raczej nie chronił przed wiatrem.

– Wiem, o czym pani myśli, Ireno. Planuje pani ucieczkę. Niech pani zaufa staremu mieszkańcowi... Lepiej nawet nie próbować.

– Czyżby?

Wbrew woli w jej głosie zabrzmiała nieskrywana pogarda.

– Tak... Myśli pani pewnie: zdrowy mężczyzna, a tak łatwo pogodził się z dożywotnim zamknięciem... podobnie jak pozostali. Jak Sit, który – teoretycznie – mógłby udusić Jana jedną ręką. Jak Trosz, który... hm. Trosz jest z nas najbardziej nerwowy. Dlatego na razie nie będę was ze sobą poznawać.

– Sama niezbyt się do tego palę.

– Ma pani po same uszy jednego gaduły? Mnie?

Irena zerknęła na swego rozmówcę. Nick się uśmiechał.

Zza odległego zakrętu wyjechał samochód. Irena drgnęła; terenówka zniknęła z pola widzenia i pojawiła się ponownie. Z daleka droga wyglądała na tak niebezpieczną, że było niejasne, dlaczego ten żuczek na kołach jeszcze nie wypadł z zakrętu i nie leci w przepaść.

– A oto i Jan – rzekł Nick i Irena nie potrafiła określić uczucia, z którym zostały powiedziane te słowa.

Semirol wysiadł z samochodu – Irena od razu zauważyła, że jest wesoły mimo zmęczonej, szarej twarzy z podkrążonymi oczami.

– Wyszliście na spacer? Świetnie. Wspaniale. Cieszę się, że znaleźliście wspólny język.

– Jak? – zapytał Nick zamiast powitania. Semirol wzruszył ramionami.

– Przesunęli rozprawę... Jednak na próżno. Sprawa jest już praktycznie wygrana, choć na początku miałem wątpliwości... Wygląda pani na zmęczoną, Ireno.

– Pan również – odparła po chwili milczenia.

– Ja pracowałem od rana do świtu i dokonałem rzeczy niemal niemożliwej... I zabrałem się jeszcze za dwie sprawy. Oraz oskarżyłem pewnego zbyt śmiałego dziennikarza o zniesławienie. A pani? Źle pani sypia?

– Irena także pracuje – rzekł cicho Nick za jej plecami.

– Ma sporo do przemyślenia... Próbuję przekonać ją o humanitaryzmie jej misji... I mam nadzieję, że moje słowa... odniosą spodziewany skutek.

Semirol przenikliwie spojrzał Irenie w oczy i od tego wzroku Irena poczuła się nieswojo. Opuściła głowę.

– Irena zastanawiała się – kontynuował równie cicho Nick – czy nie zabijesz jej po fakcie.

Irena odwróciła się gwałtownie. Nick uśmiechnął się rozbrajająco.

– Takie właśnie mamy z Janem relacje. Ufamy sobie. Chciałem jeszcze raz rozwiać pani wątpliwości... nie byłem chyba nietaktowny?

– Dotrzymam słowa – potwierdził Semirol spokojnie. – Słowa, które dałem Irenie... a ona dotrzyma swego. Prawda?

Irena próbowała sobie przypomnieć, czy obiecywała coś adwokatowi wampirowi – i nie była w stanie.

* * *

– Pewna energiczna wdowa postanowiła uszczknąć sądownie spory kąsek od firmy, w której pracował jej nieżyjący mąż... Bardzo rzadko biorę się za coś bez zaliczki, ale po pierwsze, sprawa była bardzo perspektywiczna... A po drugie, szkoda kobiety. Dzieci, długi i cała reszta... Dlaczego pani niczego nie je, Ireno?

Irena posłusznie włożyła do ust plasterek szynki.

– Z takim wyrazem twarzy ludzie zwykle jedzą tekturę – oznajmił Nick. – Mam straszne podejrzenie, że u naszej Ireny zanikły receptory smakowe... Proszę pokazać panu doktorowi język!

– Nie jestem waszą Ireną – odparła, z trudem przełykając na wpół przeżute mięso. – Proszę mnie zostawić w spokoju.

– Ktoś inny by się obraził – wymamrotał Nick z markotnym wyrazem twarzy. – A ja nawet przeproszę... Proszę mi wybaczyć. Pozwoliłem sobie na zbytnią poufałość.

Irena wpatrywała się w talerz.

Wciąż oczekiwała, że kiedy Semirol się nasyci, obrzuci ją taksującym spojrzeniem i powie, wycierając usta w serwetkę: „No cóż... Niech pani wstanie, Ireno. Idziemy".

Andrzej... Andrzej. Przeżyłby egzekucję Ireny. A zdradę? Czy raczej gwałt? Bo przecież inaczej niż gwałtem nie można tego nazwać. Jeśli Andrzej istnieje wewnątrz tego modelu – choćby w postaci bezcielesnego cienia... Czy może do tego dopuścić?!

Dziwaczne myśli obłąkanej kobiety. Opuściła powieki, jakby chciała ukryć się przed obserwującymi ją mężczyznami. Nie powinni się nawet domyślać, jak daleko zaszło jej szaleństwo.

Semirol otarł usta serwetką. Zaczesał palcami włosy – teraz nie wydawały się już tak twarde i lśniące i nie sterczały, lecz opadały na głowę. Zmarszczył się, jakby bolało go w skroniach; spotkał się wzrokiem z Nickiem i Irena dostrzegła, jak pod tym spojrzeniem gadatliwy pan doktor szybko i nerwowo zamrugał. I opuścił głowę.

– Ireno – Semirol odwrócił się w jej stronę. – W pokoju są... prezenty dla pani. Będę rad, jeśli się pani spodobają... Do jutra. A ty, Nicku...

Lekarz uśmiechnął się ze znużeniem. Wstał od stołu, poprawiając swój romantyczny, jedwabny szalik.

– Nicku – powtórzył Semirol w zadumie. – Lepiej zostań... Zabawiaj Irenę.

Nick znowu zamrugał. Dość nerwowo.

– A ma to jakikolwiek sens? To chyba przesada...

– Przekonamy się – Semirol stał już w drzwiach. – Spokojnej nocy, Ireno.

I zniknął. Bezszelestnie zanurkował w półmroku.

– Jest zdrowy? – zapytała Irena po chwili milczenia.

– Zdrowszy od nas wszystkich – odparł Nick posępnie. – I jeszcze długo nie będzie potrzebował pomocy medycznej.

– Sit! – doniosło się ze schodów. – Chodź tutaj, jesteś mi potrzebny.

Nick z jakiegoś powodu się nastroszył, niczym chory wróbel.

Irena patrzyła na modernistyczny obraz w ramie. Na kobietę z sinobladą twarzą. Na księżyc za jej plecami.

– Bohomazy – rzekł Nick ze znużeniem. – Wie pani co, Ireno; niech pani idzie do pokoju. Cieszyć się z prezentów.

* * *

Na stercie firmowych opakowań leżał, pochylając kwiatowe główki, mały, niedbały bukiecik. Leżał trochę podwiędły, a trochę wygnieciony i całym swym wyglądem mówił: jak ci się nie podobam, to nie bierz. Nie narzucam się. Możesz wyrzucić mnie do śmieci, będzie mi przykro, ale to przeżyję.

Irena drgnęła.

Przy jej domu, w kącie przed ogrodzeniem, dokładnie tam, skąd najczęściej trzeba było przeganiać kury sąsiadów... same rosły liliowe chwasty. Rok po roku. Nikt ich nie pielęgnował; w tym okrutnym świecie mogły liczyć tylko na siebie – więc w siebie wierzyły i każdej wiosny zakładały małe, pstre państwo, które funkcjonowało pokolenie za pokoleniem, aż do pierwszego śniegu.

Z niedowierzaniem wyciągnęła rękę i podniosła przywiędły bukiecik.

To one, albo niemal identyczne. Najwyraźniej podobnego zielska wszędzie jest pełno... W mieście jeszcze jesień, nie ma śniegu, i w każdym ogródku jest pełno liliowych chwastów.

Wyobraziła sobie adwokata, jak kompletuje bukiet z obficie nawiezionego przez psy klombu. Jak się krzywi, podciąga spodnie i rozgląda z lękiem, czy nie widzi go policjant.

Potem zamknęła oczy i zobaczyła inny wyraźny obrazek – pod opieczętowaną bramę jej domu podjeżdża samochód. Wymuskany Semirol rozgląda się, woła wszędobylskiego, małego Walka... Chłopiec zrzuca ciepłą kurtkę i z wprawą przeskakuje przez płot. By po pięciu minutach wrócić, niosąc w brudnym kawałku plastyku kilka liliowych kwiatków wymieszanych ze zrudziałą trawą, ziemią i opadłymi liśćmi.

Podniosła bukiet do nosa.

Teraz na jej podwórku pachnie właśnie tak. Ziemią i jesienią.

Natomiast tam, w realnym świecie, pachnie wiosną. I nie minął jeszcze tydzień od czasu, gdy Irena jadła pieczone mięso w towarzystwie Petera i jego wygadanej współpracowniczki.

– Mam rozdwojenie jaźni – rzekła na głos. I natychmiast zakryła usta dłonią.

* * *

Obudziła się o świcie. Zapaliła lampkę – dziennego światła było jeszcze mało – obrzuciła obojętnym wzrokiem stertę prezentów, walających się na krześle i wokół niego, i wyciągnęła spod poduszki swą pierwszą książkę.

Dziś śniło jej się, że siedzi przed komputerem. I niespiesznie zapisuje, stukając w klawisze, swą dziwaczną historię.

I nie zerwała się, jak zwykle, oblana zimnym potem. Obudziła się spokojna, lekko zobojętniała i częściowo pogodzona z własnym losem. Liliowe kwiaty w szklance pachniały jesienią – wczoraj nie zdecydowała się, by zamorzyć je na śmierć i mimo wszystko wstawiła do wody.

Otwarła książkę i zaczęła ją powoli i metodycznie czytać.

...Początkowo wydawało jej się, że po prostu nie pamięta własnego tekstu. Działo się to wszystko zbyt dawno temu... Świadkiem jej pierwszych publikacji był jeszcze Andrzej, a w dniu ukazania się jej debiutanckiej książki na jakiś czas zapomnieli o niesnaskach i poszli razem do jakiejś restauracji. I Andrzej...

Nie. To nie to.

Irena czytała; był to bez wątpienia jej tekst. Przychodził jej do głowy w najbardziej nieodpowiednich momentach – na przykład za kierownicą albo podczas wykładu; i pamiętała, że nigdy nie udało jej się odtworzyć go bez strat. Ciągle coś jej w tym przeszkadzało.

Irena czytała i włosy stawały jej dęba.

Jej pierwsze opowiadania... jej prawdziwe pierwsze opowiadania nie dorastały temu tekstowi do pięt; był żywy, dynamiczny, wielopoziomowy i znacznie bardziej prawdziwy niż wszystkie jej próby, zarówno szkolne, jak i te późniejsze.

Oto króciutkie opowiadanko o spotkaniu parki zakochanych. Irena pamiętała, jak ciężko jej ono szło, z jakim trudem tworzyła dialog, który również na papierze pozostał sztuczny – nieskończona paplanina dwóch papierowych postaci, które z woli autorki siedziały na parkowej ławce.

Irena pamiętała tę paplaninę. I teraz, z drżeniem, raz za razem czytała wciąż to samo opowiadanie, w którym dialogów nie było prawie wcale. Była tylko ta ławka. Stary pień z przybitym do niego oparciem. Leżące drzewo pokryte wzorem zeszłorocznych liści, przypominających odciski palców, z zawiłymi dróżkami korników, z jakimś jasnym, wciśniętym w szczelinę przedmiotem; zamiast oczekiwanych słów o miłości pojawiło się odczucie, wyraziste, jak ten gadżet. Młode, stworzone przez Irenę postacie milczały – i ona, niemal z przerażeniem, poznała w nich swych znajomych z roku, zakochaną parkę, która kiedyś natchnęła ją do napisania tego opowiadania, by potem zagubić się w banalnych zdaniach.

A teraz ich sobie przypomniała. I zobaczyła – w milczeniu siedzących na ławce z pnia i patrzących w różne strony.

Rozpłakała się. Potem przestała, gwałtownie otarła łzy i przygryzła wargę.

– To tylko majaki... To modeli.

Najwyraźniej Andrzej miał wysokie mniemanie o jej talencie literackim.

A może to wszystko jest jedynie efektem ubocznym? Co ona może wiedzieć o prawach rządzących modelowaniem... które wyciągnęły z głębin niebytu adwokata wampira, Jana Semirola?!

A więc to miał na myśli wampir, mówiąc o ważkim argumencie. Tak, ta niepozorna książeczka rzeczywiście jest argumentem, którym nawet ją, Irenę, można przekonać do wszystkiego.

Liliowe kwiaty, które odżyły przez noc, wypełniły pokój zapachem trawy.

* * *

Zdziwiło ją, że fotel, w którym zwykle nudził się osiłek Sit, tego ranka okazał się pusty. Stolik w salonie, na którym zwykle czekało na Irenę śniadanie, także był pusty; dopiero zauważając to, Irena uświadomiła sobie, że jest głodna jak wilk.

Dom sprawiał wrażenie opuszczonego. Irena powoli zeszła do drzwi wejściowych. Nacisnęła klamkę – zamknięte, a klucze pewnie ma Nick. Lecz muszą być też inne drzwi...

– Dzień dobry, Ireno.

Udało jej się ukryć zmieszanie. Semirol stał na schodach, piętro wyżej.

– Śniadanie zjemy dziś w moim gabinecie. Zapraszam.

W milczeniu przeszli znanym już Irenie korytarzem – zapewne nigdy już nie zapomni, jak Semirol prowadził ją, jak sądziła, na pewną śmierć.

– Podobały się pani prezenty?

Dzięki staraniom Semirola ubrała się dziś wyłącznie w nowe rzeczy. I stwierdzenie, że nie doceniła jego gustu, mijałoby się z prawdą. Że po umalowaniu się i obejrzeniu w lustrze nie odczuła chwilowej, silnej satysfakcji.

– Wszystko pasuje? Podoba się? Ubranie? Kosmetyki? Bielizna?

– Tak – nerwowo obciągnęła swój nowy, jasny kostium.

– Dziękuję. Chciałam właśnie zapytać...

Chciała zapytać, z jakiego klombu Semirol zerwał niepozorne, jesienne kwiatki o liliowej barwie. Jednak w ostatniej chwili ugryzła się w język. Zdążyła już pofantazjować na temat wizyty Semirola w jej opuszczonym, opieczętowanym domu – i teraz byłoby jej przykro usłyszeć, że bukiecik został kupiony od jakiejś starej kwiaciarki.

– O co chciała pani zapytać, Ireno?

Próbowała wymyślić jakieś neutralne pytanie, lecz miała pustkę w głowie.

– O co chciała pani zapytać?

– Gdzie podziewa się Sit? – palnęła pierwsze, co przyszło jej do głowy.

– Odpoczywa – odparł Semirol po chwili milczenia. – Ma dzisiaj wolne.

W gabinecie Semirola było jasno. Okna wychodziły na wschód i przejrzyste firanki nie były w stanie zatrzymać mocnych promieni słońca.

A niektórzy wciąż utrzymują, że wampiry boją się słońca, pomyślała gderliwie Irena. Ileż ja widziałam filmów, w których wampir zdychał na końcu od słonecznych promieni. I od osinowych kołków. I od srebrnych kul. I od czego one jeszcze nie zdychały, pozostawiając po sobie latorośle, które miały się rozmnożyć w następnym odcinku.

– Razi panią słońce, Ireno? Zaciągnąć kotary?

– Nie przeszkadza mi słońce – odparła, pocierając załzawione oczy. – Jestem po prostu niewyspana.

– Znowu?

Irena się odwróciła. I zobaczyła Nicka, który melancholijnie kroił chleb na oswobodzonym od papierów rogu biurka.

– Znowu, Ireno? – powtórzył z troską. – Kłopoty ze snem? Będziemy pić wieczorem mleko z miodem? Zioła, kąpiele, świeże powietrze?

– Pokręciło go? – rzucił Semirol, choć zmieszały go nie zioła i kąpiele. – Uprzątnij okruszki, odejdź od biurka i nie zbliżaj się do papierów! Dobrze, że chociaż masła nie zawinąłeś w jakieś dokumenty.

– Dziś robię za kelnera – Nick jak gdyby nigdy nic uśmiechnął się do Ireny. – Zechce pani przejąć obowiązki gospodyni. Wszystko jest gotowe, wszystko stoi na stoliku; gorąca kawa, domowej roboty śmietanka, kiełbasa bez konserwantów... Rewelacyjnie dziś pani wygląda, Ireno; po prostu olśniewająco.

Uśmiechnęła się ze zmieszaniem. Ciekawe, czy Nick rozumie, że oprócz przyzwoitego ubrania i makijażu jej nastrój poprawiła także przeczytana w nocy książka.

– Cieszę się, że się pani uśmiecha – Semirol usiadł za prowizorycznie zastawionym stolikiem i założył nogę na nogę. – Myślę, że powoli poradzimy sobie z pani bezsennością, nerwicami i całą resztą. Chcę, by była pani absolutnie szczęśliwa. Jeśli będzie to wymagało wypożyczenia słonia z cyrku; cóż, zajmiemy się tym z Nickiem. Prawda, doktorze?

Nick przytaknął z aprobatą; Irena spoglądała na nich na zmianę. Skazany na karę śmierci ginekolog kroił chleb z naturalną elegancją; białą koszulę zmienił na jasnobeżową, na spodniach jak zwykle nie było ani jednej zmarszczki, a jedwabny szalik upodabniał go do aktora z operetki.

Rozparty w fotelu Semirol przyglądał się Irenie. Gdy spotkała się z nim wzrokiem, natychmiast odwróciła głowę – wstrząśnięta przemianą, jakiej uległ od poprzedniego dnia. W jasnym słońcu zalewającym gabinet Semirol wręcz tryskał zdrowiem. Gdzieś zniknęły worki pod oczami – skórę miał gładką jak dziecko, włosy lśniące jak na plakacie reklamowym oraz jasne, ironiczne i zadowolone z życia oczy.

– Jeszcze będziemy się śmiać z pani tragicznych doświadczeń... Co by panią rozerwało? Chce pani telewizor? Może basen? Siłownię?

Zamyśliła się. Nad filiżanką herbaty unosił się obłoczek pary, przypominając rozdygotany, przejrzysty plasterek cytryny.

– Chciałabym mieć komputer – rzekła Irena niepewnie. – Przyszły mi do głowy... no, pewne pomysły, które dobrze byłoby zapisać.

Semirol roześmiał się, z akceptacją kiwnął głową i wyciągnął nad stołem rękę. Po sekundzie wahania Irena zdecydowała się uścisnąć jego dłoń.

– To historyczna chwila – skomentował cicho Nick. Irena zaśmiała się z przymusem i niemal równocześnie rozległo się pukanie do drzwi.

– Wejdź! – przyzwolił Semirol.

Irena odwróciła się, sądząc, że ujrzy Sita; nowo przybyły był niemal tego samego wzrostu, lecz jeśli do Sita pasowało określenie „byczek", to tego nowego należało raczej określić mianem „atlety". Cienki, obcisły sweter z wysokim golfem ciasno przylegał do wspaniale wyrzeźbionych mięśni, spadzistych ramion i sinych rąk; lecz mimo posągowego piękna tego ciała, twarz gościa była napięta i niepewna. Jakby do tułowia filmowego bohatera ktoś dla żartu przyłączył głowę niezbyt rozgarniętego, zaszczutego przez kolegów z klasy ucznia.

– To jest Trosz – rzekł Semirol, życzliwie kiwając głową w stronę nowo przybyłego. – A to Irena... Poznajcie się. Jest ona kolejnym członkiem naszej maleńkiej, ukrytej w górach rodzinki.

Chłopak przestąpił z nogi na nogę.

– Miło mi... panią poznać.

Irenie nie wiedzieć czemu zrobiło się go żal.

* * *

Po śniadaniu Semirol przeprosił obecnych i zasłaniając się nawałem pracy, przekazał Irenę pod opiekę Nicka. Trosz został, by uprzątnąć gabinet; a Nick skłonił Irenę do przebrania się w nowy kombinezon narciarski, założenia podarowanej przez Semirola kurtki i wyjścia na zewnątrz, na świeże powietrze.

Na podwórzu siedział Sit, opierając się plecami o drzewo. Ręce miał schowane głęboko w kieszeniach, a głowę opuszczoną na pierś; pojawienie się Ireny i Nicka nie zrobiło na osiłku najmniejszego wrażenia – nie podniósł nawet oczu.

– Proszę chwilę poczekać, Ireno.

Z odległości dziesięciu kroków obserwowała, jak sposępniały Nick pochyla się nad nieruchomym ochroniarzem. Wyszarpuje z kieszeni jego bezwolną rękę i bada puls.

Sit coś powiedział, jednak tak cicho, że Irena nie zrozumiała.

– Lepiej leż – rzekł Nick ściszonym głosem. – Leż i nie wstawaj... No dobra, poczekaj...

Sit znów coś powiedział i Irena odniosła wrażenie, że jest po prostu pijany, jednak po chwili ochroniarz z wysiłkiem podniósł głowę i wstrząsnął nią kolor jego twarzy. Że była „biała jak kreda" to mało powiedziane. Mówi się jeszcze „jak papier", „jak śnieg".

– Ireno – Nick wrócił do niej biegiem. – Proszę sobie pospacerować za bramą, zaraz ją otworzę... Dogonię panią za dziesięć minut.

– Co z nim? – zapytała ze strachem.

– Zakręciło mu się w głowie – Nick uśmiechnął się uspokajająco. – Proszę się nie przejmować, medycyna nie zasypia gruszek w popiele; pomogę cierpiącemu towarzyszowi i do pani dołączę.

Po minucie została sama.

Nad dachami unosił się biały dymek. Słońce wisiało nad górami i najwyraźniej nie miało się już tego dnia podnieść wyżej.

Irena patrzyła na drogę. Jeśli będzie iść pieszo, po jakiejś dobie powinna dotrzeć... A może nie? Ile czasu potrzebuje piechur, by dojść do najbliższej wioski?

Obejrzała się na farmę. Na ucieczkę drogą może zdecydować się tylko wariat. Znacznie praktyczniejsze byłoby zagłębienie się w las i próba przejścia przez góry. Na przykład tam, na wschodzie, wydaje się, że dostrzega jakąś przełęcz... choć najpierw dobrze byłoby zdobyć mapę. I ustalić, co znajduje się za górskim grzbietem.

Góry milczały. Piękne jak na pocztówce, zaśnieżone, wymyślone przez Andrzeja góry. W prawdziwym świecie na tym miejscu znajdowały się jedynie wzgórza, małe słone jeziora i cichy kurort dla starszych osób.

Głupiec z pana, panie Nikołan.

Pani zadanie jest dziecinnie proste – wejdzie pani w świat... najprawdopodobniej dokładnie odpowiada on naszemu, mogą występować jedynie pewne przesunięcia czasowe...

Ależ z pana idiota, panie Nikołan. Po prostu kretyn.

Zrobimy wszystko, by pani podróż była jak najmniej niebezpieczna. Niemal tak jak zjazd na nartach...

Irena z sarkazmem zerknęła na niewysokie słońce. Wyglądało na to, że po raz pierwszy w tym przerażającym czasie wróciła jej zdolność do spokojnego i trzeźwego kojarzenia.

...To coś, stworzone przez pana Andrzeja, z każdą chwilą staje się... jak by to ująć... bardziej samodzielne. A gdy będzie w pełni autonomiczne... Widzi pani... To jak rak na prawdopodobnej strukturze rzeczywistości...

Mam rozdwojenie jaźni – powiedziała na głos. – Zdaję sobie sprawę z faktu, że znajduję się wewnątrz fałszywej, sztucznie skonstruowanej rzeczywistości, która zużywa zbyt dużo energii i zaczyna przekraczać budżet Petera, zagrażając przy tym „strukturze prawdopodobieństwa". W tym samym czasie zostałam w pełni realnie skazana na śmierć i niemal stracona, a teraz jakiś spragniony potomka wampir zamierza zapłodnić mnie nie z teoretycznym „prawdopodobieństwem", lecz zupełnie na serio... Andrzej, czy słyszałeś kiedyś większy nonsens? Góry milczały.

– Andrzeju – Irena uśmiechnęła się sardonicznie. – Andrzeju... Usłysz mnie. Skończ swoje zabawy, draniu, bo Peter zatrzaśnie twoją zabawkę łącznie ze mną i z tobą... I razem z nimi, z tymi wszystkimi, którzy wierzą, że są prawdziwi. Usłysz mnie, przeklęty modelatorze, gdyż w przeciwnym razie wszystko to źle się skończy!

W polu jej widzenia pojawił się nieruchomy cień. Irena drgnęła i odwróciła gwałtownie, niemal skręcając sobie kark. Przerażała ją sama myśl, że Nick, lub nawet Semirol, mógł być świadkiem jej zwariowanego monologu.

W pobliżu stał Trosz ze skromnie opuszczonym wzrokiem. Jego lekka kurtka niemal trzeszczała, rozpierana szerokimi ramionami.

– O co chodzi? – zapytała ostro. Może zbyt ostro.

Trosz westchnął.

– Pan Nick polecił mi, bym... dotrzymał pani towarzystwa. Przez jaki czas. Nie chciałem przeszkadzać.

– Nie lubię, gdy ktoś się do mnie podkrada.

– Proszę mi wybaczyć... Nie podkradałem się. Chciałem podejść, ale... zobaczyłem, że się pani modli i po prostu stałem. Czekałem.

Irena nie odpowiedziała; Trosz błędnie zinterpretował jej spojrzenie i dodał, uciekając wzrokiem:

– Nikomu nie powiem, że się pani modliła. To przecież pani prywatna sprawa... Pan Jan na przykład podśmiewa się, kiedy się modlę. Ale to przecież moja sprawa, prawda?

– Tak – odparła odruchowo. – Oczywiście.

Trosz znowu westchnął.

– Jeszcze raz przepraszam.

– Czy Nick jest zajęty? – spytała powoli. – Jakieś kłopoty? Ktoś jest chory?

Chłopak przytaknął, nie podnosząc głowy. Przez jakiś czas Irena milczała, patrząc, jak przestępuje z nogi na nogę.

– Od dawna pan tu mieszka, Trosz?

– Co? – jej rozmówca szybko zamrugał. – A... Dwa lata. Dwa.

– Przejdziemy się? Porozmawiamy?

– Tak...W sumie to z przyjemnością... Pan Nick mnie właśnie o to poprosił.

– Boi się, że ucieknę? – Irena zmrużyła oczy.

– Boi się, że będzie się pani nudzić – odparł Trosz z powagą.

– Jak daleko możemy się oddalać?

Trosz wzruszył ramionami.

– To zależy... Ma pani ochotę pospacerować po lesie?

Irena obrzuciła wzrokiem odległą ścianę sosen. Kiwnęła głową.

Szli w milczeniu. Trosz sapał z napięciem i dopiero w połowie drogi Irena ze zdziwieniem zorientowała się, że wstydzi się podać jej ramię. Boi się ją urazić. Ośmieszyć.

Ujęła go pod ramię; nigdy w życiu nie miała okazji opierać się na takiej górze mięśni. Andrzej był chudy i żylasty. O innych – profesorach orientalistyki, studentach i pisarzach – nie było nawet co wspominać.

– Nick wspominał, że jest pan inżynierem.

– Byłbym – Trosz ze skupieniem patrzył sobie pod nogi, mięśnie jego zgiętej ręki były twarde jak drewno. – Kończyłem... politechnikę... w zasadzie to... szczerze mówiąc niezbyt pilnie się uczyłem. Ciągle ten sport... no... takie jest życie.

Irena westchnęła. Chciała wiedzieć, za jakie przestępstwo wstydliwy inżynier dostał wyrok śmierci, wiedziała jednak, że o to nie zapyta. Nie ma takiej możliwości.

– Ale tutaj zdarza się panu mieć styczność z techniką? – zapytała od niechcenia.

– Tak... Choć wolałbym pomagać Elzie w oborze. W końcu dorastałem na wsi.

Z bliska las nie robił tak majestatycznego wrażenia, jakie można było odnieść, patrząc na niego z drogi. Zwykłe sosenki. Zwykłe koślawe jodły. I na dole gęsta plątanina suchych gałęzi; nie wiadomo nawet, czy da się tędy przejść.

– Dokąd pan mnie zaprowadził, Trosz? – zapytała z żartobliwym oburzeniem. – Sądziłam, że można uciec przez ten las... A pan...

Chłopak zbladł. Wciągnął głowę w potężne ramiona.

– Nie... Co też pani...

– Żartowałam – rzekła ugodowym tonem. – Chociaż... A pan nigdy nie myślał o ucieczce, Trosz? Sprawia pan wrażenie bardzo silnego, twardego i zdrowego człowieka...

– To pokuta – wymamrotał chłopak, wbijając wzrok w śnieg pod swoimi stopami. Głos mu się załamał.

Poryw wiatru zakołysał wierzchołkami sosen. W pobliżu rozległ się trzask spadającej szyszki.

– To pokuta – Trosz z przygnębieniem zmrużył załzawione oczy. – Za... grzech. Ja... –

Z trudem wziął się w garść. Spojrzał na Irenę niemal wrogo.

– Powinniśmy już wracać.

– Nie chciałam pana urazić – rzekła, gdy wracając po swych śladach przebyli już większą część drogi.

– Nie obraziłem się... Ja po prostu...

Trosz zatrzymał się. Nerwowo splótł palce, podniósł głowę i spojrzał w oślepiająco błękitne niebo.

– Wszyscy odbywamy tutaj pokutę. Wszyscy... zgrzeszyliśmy. Wszyscy oddajemy naszą krew... kropla po kropli... i gdy będzie jej dość, by wypełnić jego puchar... odzyskamy wolność. Połączymy się ze Stwórcą. Codziennie modlę się, by wziął moją krew. I za każdym razem jestem przerażony, kiedy rzeczywiście... do tego dochodzi.

Irena się cofnęła. O krok. Potem następny.

„Trosz jest z nas wszystkich najbardziej nerwowy". Tak, ten wasz Trosz to po prostu wariat. Co prawda nie będzie musiał nosić w swym łonie dziecka Semirola. Jego geny raczej nikogo nie zainteresują.

Chłopak się opanował. Spojrzał na Irenę. Jego twarz zaszczutego podrostka wykrzywiła się ze skruchą.

– Chciałbym panią przeprosić. Nie wiem... o czym można z panią rozmawiać, a o czym nie.

– Można ze mną rozmawiać o wszystkim – uśmiechnęła się porozumiewawczo. – Doktor Nick już wtajemniczył mnie we wszystkie szczegóły naszego maleńkiego pensjonatu. I proszę się mnie nie bać, Trosz; nie mam najmniejszego zamiaru pana urazić.

– Ma pani dobrą twarz – chłopak opuścił głowę. – To dla mnie niepojęte... że też musi pani coś odpokutować.

Irenie zrobiło się zimno. I to odczucie zdecydowanie nie miało nic wspólnego z porywem wiatru, który zerwał się po kilku sekundach.

– Sama nie wiem, za co tu pokutuję – rzekła z nerwowym śmieszkiem. – Jestem ofiarą własnej pomyłki.

Trosz spojrzał na nią z niedowierzaniem. Odwrócił się i przesunął po śniegu czubkiem buta.

– Proszę się nie martwić. To nie boli.

– Naprawdę? – zapytała Irena, mimowolnie cofając się o jeszcze jeden krok.

Trosz przytaknął ze smutkiem.

– Naprawdę... Ale jest... paskudne. Boję się... Wczoraj była kolej doktora Nicka. Ale on... zmienił zdanie. Wziął Sita. On często... nie rusza Nicka. Mówi, że to lekarz, że jest pożyteczny i dlatego... A teraz sądzę, że po Sicie nastąpi moja kolej – ciekawe, czy następnym razem weźmie Nicka czy mnie?

– Wracajmy do domu – zaproponowała Irena ze znużeniem.

* * *

Nick czekał na nich na podwórzu. Uśmiechnął się szeroko i spojrzał obojgu w oczy.

– Już po spacerze? Weź się do roboty, Trosz. Idź do kotłowni pomóc Elzie. I do pralni... Potem zajmij się samochodem. Jan mówi, że zbyt szybko siada akumulator.

Irena odprowadziła atletę zamyślonym spojrzeniem.

– Wymęczył panią?

Irena milczała. Myślała.

– Proszę wybaczyć, że musiałem panią zostawić. Gdy jest się jedynym lekarzem w okolicy, trzeba czasem...

– Nie sądziłam, że ma pan tak wielu pacjentów – Irena spoglądała niewinnie, jednak Nick od razu spojrzał w stronę zabudowań, gdzie zniknął smutny siłacz.

– Co, sprawia wrażenie wariata? To jedynie pozory. W zasadzie jest zdrowy, tyle że się załamał. Był po uszy zakochany w jakiejś pełnej temperamentu dziewczynie i gdy nakrył ją w łóżku z przyjacielem, w przypływie szału zabił ich oboje. Potem co prawda strasznie to przeżywał. No a nasze sądy się nie patyczkują; nieważne, czy zrobił to w afekcie, czy też nie, i tak otrzymał najwyższy wymiar kary. Wtedy właśnie pojawił się Jan ze swoją kasą.

Irena milczała, marszcząc brwi.

– Coś panią martwi?

Pomógł jej ściągnąć kurtkę. Irena zatrzymała się przed lustrem i przez dwie minuty wpatrywała w swą zaróżowioną, lecz posępną i skupioną twarz.

– A... co dolega Sitowi?

– Nic takiego – uśmiechnął się Nick. – Już mu lepiej. Jutro powróci do swych zwykłych obowiązków, a pojutrze...

– A czy to prawda, że wczoraj była pana kolej, Nicku?...

Ciągle się uśmiechał, lecz ten uśmiech nie był już taki szczery.

– Nicku...

Przeciągnął dłońmi po twarzy, jakby chciał zetrzeć z niej fałszywą wesołość.

– Tylko niech się pani nie stresuje, Ireno. Takie jest życie... Jan bardzo nie chce, żeby się pani denerwowała. Marzy o tym, by życie na farmie pani się podobało.

– Czy mógłby pan zdjąć swój szal?

– Nie ma najmniejszych powodów do niepokoju, Ireno. Zapewniam panią, że nie ma się pani czego bać.

– Proszę go zdjąć.

– Ależ żaden problem... – lekarz znów się uśmiechnął. Jedwabny szalik niczym wąż ześliznął się z jego szyi i drżał w jego nerwowych palcach; gdyż pomimo pozornego spokoju Nick był ewidentnie wzburzony.

Jego szyja okazała się wręcz sinobiała. Po obu jej stronach ciągnęły się ledwie widoczne, cienkie blizny – zarówno stare, jak i świeże. Blizny nitki. Blizny znaki.

* * *

Śnił jej się Andrzej. Jak idą razem po cmentarzu i mąż z zapałem opowiada jej jakąś ważną, szalenie interesującą historię. Opowiada i gestykuluje, mówi coraz głośniej, a obok idzie kondukt pogrzebowy i Irena próbuje przekonać go, by ściszył głos. On jednak jej nie słyszy, mówi, śmieje się, wymachuje rękami... Ludzie w żałobie, łzy, trumna. Andrzej niczego nie zauważa. „To jest metoda!" – krzyczy, nie słysząc upomnień Ireny. „Metoda jest narzędziem, a nie celem, rozumiesz? Nie jest podstawowym procesem!" I śmieje się, zadowolony ze swej przenikliwości: przybici rozpaczą ludzie odwracają głowy i pod ich spojrzeniami Irena porzuca Andrzeja, i ucieka przed siebie.

Biegnie po cmentarzu. Dociera do jego najdalszego zakątka. Wśród wielu zapuszczonych grobów czarną ziemią wyróżnia się świeży wzgórek; Irena potyka się; pod nogami ma kamienie i glinę.

Na wyblakłej fotografii nie można rozpoznać twarzy. I niezależnie od wysiłków nie jest w stanie odczytać imienia wygrawerowanego na miedzianej tabliczce.

Obudziła się jak zwykle o świcie. Jak zwykle od strasznej myśli. I jak zwykle spocona.

A jeśli dziecko nie zostanie poczęte? Kto powiedział, że tak po prostu, na jeden rozkaz wampira, zajdzie to, o co wiele par stara się długie lata? A bezpłodność? A...

Wybuchnęła płaczem.

Co ją czeka?

Dopiero teraz pojęła prawdziwe znaczenie słowa „farma". Irena zostanie jedną z nich, dożywotnią niewolnicą wampira, i będzie raz za razem podstawiać szyję... Jeśli wcześniej nie uda jej się podstawić... innego narządu.

Za oknem zaczęły się pojawiać, jak na wywoływanej fotografii, zarysy gór.

Rozdział 6

– Proszę mi wyjaśnić, Ireno, dlaczego, jeśli krwiodawstwo powszechnie uważa się za szlachetny czyn, jeden z najwyższych objawów wzajemnej pomocy... Proszę mi wyjaśnić, dlaczego w naszym przypadku to samo w istocie krwiodawstwo należy traktować jak coś nieludzkiego, potwornego, cynicznego. Oczywiście, nic podobnego pani nie powiedziała. Wystarczy jednak spojrzeć na wyraz pani twarzy!

Nick chodził z kąta w kąt. Semirol apatycznie siedział przed rozpalonym kominkiem i słuchał radia. Wampir całym swoim wyglądem zdawał się mówić: „Mnie tu nie ma" – chociaż Irena odczuwała jego obecność każdą komórką swego ciała.

Z dwóch ukośnych głośników ledwie słyszalnie dobiegała melancholijna melodia. Kiedyś Irena znała i lubiła tę muzykę, i za każdym razem, gdy słyszała znajome dźwięki, podkręcała potencjometr.

– A może się mylę? – pytał Nick patetycznym tonem. – Więc niech mi pani to powie i wyjaśni błąd w moim rozumowaniu! Pani spojrzenie jest bardziej wymowne od najgorszego przekleństwa. Nie mogę jednak zrozumieć... no dobrze, mogę to zrozumieć. Rozumiem. Lecz ostatecznie Jan nie ogranicza się do tego, że wypija z ludzi krew; robi też wiele dobrego – zarówno tym ludziom, jak i innym, ciąganym po sądach, pozbawionym nadziei na udowodnienie swej niewinności.

– Zapisz to – mruknął Semirol, nie odwracając głowy. – Włączę to do swego wystąpienia. Niech przysięgli zapłaczą.

Muzykę zamienił najpierw nonszalancki głos spikera, a potem równie niedbały utwór – piosenkarka cieszyła się życiem, namawiając każdego, kto nie jest osłem, by poszedł w jej ślady.

– Ireno – Nick przestał chodzić, pochylił się nad siedzącą w fotelu rozmówczynią i zajrzał jej w oczy. – Powinniśmy powiedzieć to pani wcześniej. Tak, popełniliśmy błąd. Ale zauważyła przecież pani, że za każdym razem staramy się uchronić panią przed wszelkimi negatywnymi emocjami?

Semirol mruknął ironicznie.

– Powiedziałem coś nie tak? – zdziwił się Nick.

Semirol mruknął głośniej.

– Nie ty. Ta baba, która śpiewa. Miała jeden z najgłośniejszych, najdłuższych i najbardziej przygnębiających procesów rozwodowych.

Irenie zrobiło się żal piosenkareczki. Już dawno nauczyła się nie reagować zbyt emocjonalnie na słowo „rozwód", nigdy jednak nie będzie w stanie zapomnieć własnego.

Semirol się odwrócił. Spojrzał na Irenę przez ramię; bezwiednie przyłożyła dłoń do szyi. Do miejsca, w którym pulsowała pod skórą tętnica.

Semirol się uśmiechnął. Irena zdała sobie sprawę, że wygląda głupio, jednak nie mogła już nic na to poradzić.

– I jak zakończyła się ta sprawa? – zapytał Nick z ciekawością.

Semirol zmienił stację. Głos rozwiedzionej piosenkarki zamienił namiętny tkliwy baryton, śpiewający na szczęście bez słów.

– Na moją korzyść... Gdyż otrzymałem potrójną stawkę. A ogólnie... zarówno ona, jak i jej mąż przegrali. Irena zrozumie, co mam na myśli. Wszak swego czasu rozwiodła się pani z Andrzejem?

Udała obojętność. Inna sprawa, że udawanie przed Semirolem mijało się z celem.

– Woli pan sprawy cywilne – usłyszała własny głos – czy karne?

– Jestem specjalistą o szerokich kwalifikacjach – odparł Semirol z powagą.

– A czy zdarzyło się panu... wybronić od wyroku prawdziwego przestępcę? Mordercę? O którym pan wiedział, że jest winny?

– Tak – odparł Semirol po chwili milczenia. – Zdarzało się.

Nick głośno westchnął.

– A ja ze wszystkich sił staram się stworzyć romantyczny obraz szlachetnego adwokata. Szczerość jest bardzo piękna, ale przecież Irena może opacznie zrozumieć...

– Irena zrozumie to właściwie – Semirol wstał. – Jestem zawodowym kłamcą, jednak z Ireną staram się być szczery. Może pani wierzyć lub nie, lecz nie zwykłem widzieć w ludziach jedynie chodzących zapasów czerwonego płynu. I proszę zostawić w spokoju swoją tętnicę. Pani szyi nic nie zagraża.

Ale grozi czemu innemu, chciała odpowiedzieć Irena.

Jednak zanim to zdanie przyszło jej do głowy, Semirol już wyszedł, pozostawiając płonący kominek, grające radio i wzdychającego z wyrzutem Nicka.

* * *

Tego lata wszystko jej się udawało.

Egzaminatorzy wymieniali niedowierzające spojrzenia; studentka Chmiel, która dotychczas dobrze sobie radziła, była kompletnie nieprzygotowana, co nie przeszkadzało jej tak lekko i przekonywająco zdobywać zaliczenia, że w indeksie pojawiały się jedna za drugą mocne czwórki. Przyjaciółki wzdychały z zawiścią; nawet popularny żart „A co sądzicie o karze śmierci?" już nie wprawiał Ireny w zakłopotanie i nie sprawiał, że się czerwieniła. Jej nieprzewidywalny mężczyzna, najlepszy z mężów, należał teraz wyłącznie do niej.

To lato, jeśli dobrze sobie przypomnieć, było zimne, szare i deszczowe. Kryjąc się przed światem i szukając intymności, nowożeńcy rozbili namiot nad pustym brzegiem jeziora; nie wiedzieć czemu w pamięci Ireny to lato na zawsze pozostało słoneczne. Świerszcze ćwierkały jak szalone, kołysały się białe wiechy traw; jakaż egzotyka kryła się w kijankach na mieliźnie, w maleńkich karasiach, które Andrzej łowił „dla rekordu", na czas.

Pewnego wieczoru na ich namiot natknęli się miejscowi poszukiwacze przygód, polujący na zakochane pary. Byli oni wcielonym koszmarem turystów, którzy woleli tłoczyć się w hałaśliwych obozach, byle tylko nie narazić się na niebezpieczeństwo i w środku nocy nie zobaczyć wokół swego ogniska tuzina roześmianych pysków. Jakże nagły i zimny był jej strach, a wtedy Andrzej, nie przestając się uśmiechać i nie zmieniając nawet pozycji, wyciągnął zza pazuchy maleńki, czarny pistolet i bez uprzedzenia wypalił w powietrze. I jak trzeszczały gałęzie pod nogami uciekających wyrostków. I jak zaraz potem Andrzej władczo zaciągnął ją do namiotu, a ona, wciąż jeszcze dygocząc ze strachu, błagała go, by rozbić obozowisko bliżej ludzi.

I jak przestała się bać. Raz na zawsze. I jakie święto urządzili sobie o świcie – z kąpielą w ciepłej, zasnutej mgłą wodzie, z pierwotnymi okrzykami i ochlapywaniem się wodą, i znów z miłością – ależ musiały się zadziwić pływające na mieliźnie kijanki.

Dużo później zdała sobie sprawę, że każdego wieczoru przy ognisku i każdej nocy w namiocie Andrzej trzymał przy sobie załadowany pistolet. Zręcznie ukrywając ten szczegół przed młodą, szczęśliwą żoną.

Lecz jeśli nie była tego lata szczęśliwa – to czym naprawdę jest szczęście?

* * *

– Podoba się, co? Właśnie tak – podoba się? Lubisz to? Choć tu, moja ty śliczna... O, tak. O...

Irena ostrożnie zajrzała przez uchylone drzwi. Niewysoka kobieta w czarnej, brezentowej kurtce rozpieszczała wielką, spasioną krowę – drapała ją za uchem, gładziła jej dziwnie czyste boki; potem, podsunąwszy nogą pusty skopek, usiadła na ławeczce i mamrocząc jakieś niezrozumiałe, pieszczotliwe słowa, zaczęła dojenie. W głębi obory poruszała szczękami jeszcze jedna krowa, mniejsza i czarna. Z klatek czerwonymi oczami spoglądały króliki. W zagrodzie poruszały się jeszcze jakieś zwierzęta – by je zobaczyć, Irena musiałaby podejść bliżej, ale nie mogła się zdecydować na przerwanie uświęconego rytuału dojenia.

– Niechże pani wejdzie, po co tak w drzwiach stać. I proszę za sobą zamknąć, straszny przeciąg.

Kobieta uśmiechała się życzliwie. Irena zrozumiała, że pomyliła się, oceniając jej wiek – gospodyni nie przekroczyła jeszcze trzydziestki; miała nieco ponad dwadzieścia lat. Brezentowa kurtka dziwnie kontrastowała z umiejętnie umalowanymi oczami i ustami; szyja kobiety była zakryta ciepłym szalikiem.

– Mam na imię Elza – dziewczyna znowu się uśmiechnęła.

– To Śnieżynka. A to Ruda... Wszyscy pytają, czemu Ruda, skoro jest czarna? A ja odpowiadam: to tak jak u Jana, który nie odgrywa siedmiu ról, a tylko dwie. [1]

Dojarka wybuchnęła śmiechem, poprawiając jasny kosmyk włosów, który wysunął się spod jej chusty. Irena nie od razu złapała jej kalambur. „Semirol – siedem ról".

„Poczciwa Elza; w przeszłości była prostytutką, teraz troskliwie opiekuje się żywym inwentarzem... Naprawdę kocha zwierzęta. I trzeba przyznać, że mężczyzn też kocha, wszystkich bez wyjątku".

Irena z rozdrażnieniem przypomniała sobie słowa Nicka. Gdyż właśnie tu, w obecności Śnieżynki i Rudej, jego cynizm wydał jej się szczególnie obrzydliwy.

– Nikt nie wie, ile Jan naprawdę odgrywa ról – rzekła powoli.

– Na pewno niejedną; co do tego nie ma wątpliwości. Nazywam się Irena Chmiel. Jestem...

– Wiem. – Elza życzliwie pokiwała głową. – Została pani niesłusznie skazana. Trosz mi opowiadał. A ja – żeby nie było żadnych niedomówień – pocięłam klienta za pewną rzecz. Nie chciałam zabijać; po prostu z głupoty wbiłam mu nożyczki w brzuch. Ale to było dawno, więc proszę na mnie tak nie patrzeć. To był skończony bydlak, ten nieboszczyk; i jeśli się dobrze zastanowić, to gdyby nie on, do tej pory zajmowałabym się... tym samym. Z alfonsami za darmo, a z innymi – po dziesięć za noc. Opowiadam o tym wszystkim, bo Nick i tak by się wygadał. Jego język jest jak kurek na dachu – kręci się w kółko i nie skrzypi.

Irena była zdziwiona manierą wyrażania się Elzy. Kalambury sąsiadowały z kolokwializmami, a wulgarne wyrażenia z osobliwą delikatnością. Mogłaby zapewne rzucić też mięsem, ale chyba się wstydziła.

Nie wiedzieć czemu wyobraziła sobie Nicka, który siedział tu, w szopie, i zabawiał zwierzęta anegdotami ze wspaniałego życia ginekologów.

Elza tymczasem uśmiechnęła się i Irena odniosła teraz wrażenie, że nie ma więcej niż dziewiętnaście lat. Dziewczynka...

– Od dawna.... tu pani mieszka?

– W sensie, jak długo? Jakieś pięć lat. A dokładnie, prawie pięć. Ruda ma trzy lata, a Śnieżynka cztery. Cicho, Śnieżynko, cicho, przyzwyczajaj się, ta pani teraz jest swoja... Tak. A były jeszcze Siwka i Barsik, ale trzeba je było zabić ze starości; i po każdej przez tydzień ryczałam jak bóbr. Nawet Jan się denerwował; mówił: uspokoję cię, żeby ci nawet kropli wody na łzy nie zostało... Obiecał, że byczka kupi. Cicho, Ruda, zaraz się za ciebie zabiorę, wytrzymaj...

Dłonie Elzy pracowały odruchowo, lekko. Skopek się napełniał, pobrzękiwały wiadra, krowy przestępowały z nogi na nogę, zerkały na Irenę, nerwowo strzygły uszami; tępo patrzyły zza siatki czerwonookie króliki.

Przez jakiś czas Irena zastanawiała się, czy o to zapytać. Miała to pytanie na końcu języka, dzikie i jednocześnie tak oczywiste.

– Czy pani się tu podoba, Elzo?

Kobieta wytarła ręce w czystą ścierkę. Uśmiechnęła się figlarnie i znów poprawiła kosmyk włosów.

– A, rozumiem... Tak, czuję się trochę nieswojo, ale to z nieprzyzwyczajenia. Chodźmy. Dziewczynki – mówię do krów – zaraz do was wrócę.

Przybudówka gospodarcza przypominała Irenie laboratorium Petera. Masa urządzeń o nieznanym przeznaczeniu, a pomiędzy nimi jakieś maselnice, lodówki, kotły...

– Jest mi trochę nieswojo z nieprzyzwyczajenia – powtórzyła Elza w zamyśleniu. – Wcześniej przez rok siedziałam po uszy w takim szambie, jakiego pani nie zazna przez całe życie... Tak. Znam facetów podlejszych od każdego wampira. Jan przynajmniej uczciwie krew wysysa. W ogóle jest uczciwy... Tak. Czuję się tutaj jak człowiek, rozumie pani? Trosz, choć jest trochę walnięty, muchy by nie skrzywdził; cóż z tego, że swoją kurwę z kochasiem załatwił. Sit... czasem wpada w złość, ale mnie lubi. Nawet jak z nerwów obrazi, to potem przez tydzień o wybaczenie prosi. A Nick...

– Co, Nick również? – wyrwało się Irenie.

Elza uśmiechnęła się, obnażając ładne, białe zęby.

– Nick... podoba się pani, co? Ludzie z wykształceniem zawsze się spikną... Tyle że Nick jest przecież lekarzem, nie powinna pani... – i uśmiech Elzy zrobił się jeszcze bardziej figlarny.

Irenie zrobiło się głupio. Postanowiła wyjść; już w progu, po chwili wahania, odwróciła się.

– A Jan? On również?

Elza poważnie, już bez uśmiechu, pokręciła głową.

– Jan... jest dla mnie kimś w rodzaju Stwórcy. Kim ja dla niego jestem? Dobrze, że chociaż czasem po głowie pogłaszcze... jak króliczka.

– Niezły mi Stwórca – ledwie słyszalnie wymamrotała Irena.

– Za to nigdy mnie nie zostawi – filozoficznie skomentowała to Elza. – Nie wyrzuci za drzwi, na pastwę... jak to było...

Na pastwę losu. A swoją krew sama oddam. Czemu miałabym mu żałować?

* * *

Do wieczora przesiedziała w sypialni, za stołem, przed podarowanym jej komputerem. Chciała wziąć się do roboty jeszcze wczoraj, jednak nie mogła zebrać myśli. Za to dzisiaj, po spotkaniu z Elzą, znalazła, jak sądziła, te jedyne, odpowiednie słowa.

Powróciła do rzeczywistości, kiedy w pokoju zrobiło się już całkiem ciemno i przestała trafiać palcami w klawisze.

Sit delikatnie zapukał do drzwi i oznajmił, że Jan prosi ją na kolację; bardzo kusiło ją, by wymigać się złym samopoczuciem – lecz przecież wtedy zaraz przyszedłby Nick i trzeba by symulować do końca lub przyznać się do najzwyklejszego tchórzostwa.

Przebrała się pospiesznie. Nowa suknia leżała jak ulał, co choć nieznacznie poprawiło jej nastrój. Poprawiła włosy, nadała swej twarzy obojętny i znudzony wyraz i zeszła do salonu.

Semirol był sam. Irena spodziewała się, że będzie im towarzyszył wszędobylski Nick i początkowo ucieszyła się z jego nieobecności.

A potem się przestraszyła.

Z radia dochodziła przenikliwa muzyka. Z wymuszonym uśmiechem Irena usiadła za stołem naprzeciwko wampira, ten zaś, witając ją uprzejmym skinieniem głowy, napełnił jej kieliszek; jednak nie winem, jak się spodziewała, lecz brzoskwiniowym sokiem.

Od razu wszystko zrozumiała – choć jak zwykłe „od razu" przeciągnęło się u niej do pięciu minut. Patrzyła na sok, skosztowała go i w końcu wypiła pół kieliszka.

Rozkaszlała się. Odstawiła na stół. Rzuciła szybkie spojrzenie na Semirola i spuściła wzrok.

– Jestem cynikiem – powoli oznajmił wampir. – Jednak gdy w grę wchodzi moje dziecko... chciałbym, aby w naszych relacjach było jak najmniej cynizmu. Nie uda się go całkowicie wyeliminować – starajmy się go jednak unikać, kiedy to tylko możliwe.

Irena przytaknęła, nie podnosząc głowy.

– Czy jestem dla pani odpychający?

Pokręciła głową – wciąż na niego nie patrząc.

– Porozmawiajmy o pani opowiadaniach... Ireno. Pamiętam je wszystkie bez wyjątku – szczególnie to z ławką...

Irena westchnęła. Znów napiła się soku.

– Ja... sama nie wiem, jak mi się to udało.

Semirol zapewne nie podejrzewał, do jakiego stopnia jest szczera. Że sama była wstrząśnięta własnymi opowiadaniami, których w realnym świecie nigdy nie napisała.

Wysiłkiem woli odegnała tę myśl. Nie może myśleć jednocześnie o rzeczywistości i modelu – najmniejsza wzmianka o tym może ją wydać, a wówczas...

– Nasze dziecko dorośnie – Semirol nalał sobie lemoniady – i wtedy opowiem mu o matce. I dam do przeczytania... a przecież do tego czasu ukaże się jeszcze niejedna pani książka. Będzie pani pisać i publikować, wszak jest pani utalentowaną osobą.

– Naprawdę? – wyrwało się Irenie.

– Przecież sama pani to wie – uśmiechnął się. – Proszę jeść. Jeść, pić i o niczym nie myśleć. Wszystko będzie dobrze.

Obserwowała jego twarz. Próbowała dostrzec zęby, którymi delikatnie odgryzł kawałek pieroga; przyglądała się paznokciom na wypielęgnowanych dłoniach; lśniącym, twardym włosom.

Jest mężczyzną, mężczyzną, mężczyzną. Podoba mi się, podoba, podoba...

Na jej ustach mimowolnie pojawił się ironiczny uśmiech. No proszę, do jakiego stopnia niewymyślna jest psychiczna autosugestia.

Dlaczego jej się wydawało, że jest podobny do Andrzeja? Gdyby go choć odrobinę przypominał, byłoby łatwiej. A tu niestety...

A kto powiedział, że w jej życiu powinien być tylko jeden mężczyzna, a pozostali to tylko cienie?! Kto powiedział, że każdy, komu się odda, musi być podobny do tego bydlaka, Kromara?!

– Proszę się nie zadręczać głupimi myślami, Ireno. Proszę się odprężyć. Może zatańczymy?

Skinęła głową, nie patrząc i nie wahając się. Teraz właśnie tego potrzebuje – poczuć jego dotyk.

Choć obawiała się, że poczuje wstręt.

Radiola cicho grała dwojgiem czarnych, rozdziawionych ust. Po zbliżeniu się do Semirola Irena mimowolnie wstrzymała oddech. Przestraszyła się, że czuć od niego zapach niestrawionej krwi.

Pachniał ekskluzywną wodą kolońską. Objął ją za talię, niewinnie i lekko.

Ostatni raz tańczyła na jakiejś instytutowej imprezie – najpierw z profesorem orientalistyki, chudym i niezgrabnym. A potem ze smarkatym, nieśmiałym studentem, który pocił się i emanował gorączkowym, szczeniackim pożądaniem. Irenie było go żal.

Zdaje się, że tego wieczoru wracała pogrążona w myślach. I zabrała autostopowicza, który przez dłuższą chwilę milczał, po czym palnął jej tak dwuznaczny komplement, że Irena ze złością wysadziła go w szczerym polu. I po powrocie do domu długo nie mogła zasnąć, przewracała się z boku na bok, a wyłupiaste oczy samotności obserwowały ją ze wszystkich kątów; wtedy wstała, odwołała zdziwionego Senseja z nocnej warty i zasnęła, obejmując psa i wtulając twarz w jego gęstą grzywę.

– Proszę o niczym nie myśleć. Wszystko się ułoży... Jest pani niezwykłą kobietą. Choć dość dziwną... Tańczy pani kiepsko. Proszę słuchać muzyki, nie spieszyć się. Nie ma ludzi idealnych. Byłoby to sprzeczne z naturą, gdyby na dodatek umiała pani jeszcze tańczyć... Chociaż nie. Teraz już całkiem przyzwoicie... Niechże się pani nie boi, Ireno. Wszystko, co złe, jest już za panią.

Przyciągnął ją do siebie. Nie stawiała oporu.

Nie gruchnie pod oknami orkiestra dęta. Andrzej tego nie widzi; jej były mąż najprawdopodobniej naprawdę nie żyje. Kiedyś zaklinali się, że o sobie zapomną – jednak już miesiąc po rozwodzie jeden z jej potencjalnych adoratorów został dotkliwie pobity w bramie własnego domu.

Jeśli Andrzej do tego dopuści – a już prawie to zrobił – to znaczy, że jest martwy.

Albo jest martwy dla niej – przecież sama kiedyś krzyczała mu prosto w twarz: zapomnij o mnie, jesteś martwy, umarłeś dla mnie!

Myśl o tym, że Andrzej wie, co się dzieje, lecz tylko uśmiecha się pod wąsem i wszystko obserwuje, znów wybiła ją z rytmu – Semirol mruknął z niezadowoleniem i mocniej ścisnął ją w talii.

Przygryzła wargę. Tak... jeśli tak to wygląda, jeśli los i Andrzej chcieli, żeby było właśnie tak... Cóż, ona jest kobietą, a nie jakąś szarą myszką. I nie jest wieczną wdową. Ani zabawką w rękach modelatora; nie boi się, jest silna, młoda i cokolwiek by mówić – piękna.

Twarz Semirola była bardzo blisko.

– Chodźmy – szybko rzekła Irena, w obawie, że jej poryw zgaśnie równie szybko, jak się pojawił. – Chodźmy już.

W jej pokoju pachniało stopionym woskiem. Płonęła świeca – nie elektryczna, lecz prawdziwa; naperfumowana pościel czekała w pełnej gotowości bojowej.

Nerwowo zdmuchnęła świecę. Chciała, by zapanowała absolutna ciemność. Aby nie widzieć nikogo i niczego.

– Janie, ja sama... Sama zdejmę, nie trzeba...

Suknia, z której tak się wieczorem cieszyła, wydawała jej się teraz głupim i niewygodnym łachmanem. W tych wszystkich haftkach i zamkach zapłaczą się jej włosy.

Andrzej wymyśliłby jakiś żart, z którego ona po trzech minutach – w najbardziej nieoczekiwanym momencie – roześmiałaby się do łez. Semirol milczał.

Szarpnęła suknię, wyrywając przy tym kosmyk włosów. Z bólu napłynęły jej do oczu łzy; na szczęście było ciemno.

– Janie...

– Chwileczkę.

Zręcznie uwolnił jej włosy. Rozpiął klamerkę, której nie zauważyła. Irena uwolniła się, zdjęła suknię przez głowę, nastąpiła w ciemnościach na obcas zrzuconego pantofla i zasyczała z bólu.

– Niech pani poczeka, Ireno.

Semirol podniósł jej rzeczy z podłogi, odniósł w ciemność i rzucił na krzesło, razem ze swym ubraniem.

Wrócił, usiadł obok i położył jej dłoń na ramieniu.

– Niech pani nie przygryza warg.

– Widzi pan w ciemnościach? – zapytała z beznadzieją w głosie.

– Mógłbym skłamać, że nie. Jeśli pani chce, zawiążę sobie oczy, by nie mieć nad panią przewagi.

– Proszę na mnie nie patrzeć – wymamrotała żałosnym tonem. – Jestem... już stara. Jestem...

– Gdybym był romantycznym młodzieńcem, powiedziałbym, że jest pani prześliczna. I choć nie ma we mnie za grosz romantyzmu, jest pani piękną kobietą, Ireno. Wierzy mi pani?

– Nie.

– Myli się pani. Wielu mężczyzn z rozkoszą zamieniłoby się ze mną miejscami.

„Słyszysz to, Andrzeju?"

Irena wyobraziła sobie, że okiennica nagle się otworzy, wyłamana od zewnątrz. Przez rozbite okno wpadnie w blasku błyskawic miejscowy Stwórca, złośliwy i zły, i wymachując słuchawką na zerwanym kablu krzyknie: „Dość tej zabawy! Ostatni seans został zakończony, model się wyczerpał, wszyscy mają opuścić teren eksperymentu!"

Nikt się jednak nie pojawił w blasku błyskawic. Dłonie Semirola powoli i delikatnie przygotowywały Irenę do tego, co miało nastąpić; choć wolała, by adwokat wampir jak najszybciej zrobił swoje, bez żadnej gry wstępnej.

Z pamięci wypłynęła jej czarna skrzynka koreksu w laboratorium fotograficznym, a wewnątrz niej absolutna ciemność służąca do przewijania filmów. Cudze ręce w rękawicach z grubego, czarnego materiału, czarna skrzynka obojętnie pozwala korzystać ze swej ciemności.

A potem przestała myśleć, gdyż wampir, który wiedział, jak zdobywać władzę nad ludzkimi myślami i duszami, znalazł klucz także do jej ciała. I ciało ją zdradziło. Przypomniało sobie, że należy do kobiety. I od razu poczuła to nie tylko Irena, lecz także Semirol.

Sam tego chciałeś, Andrzeju.

Irena zacisnęła zęby i objęła adwokata za szyję. Dotknięcie jego ciała okazało się niespodziewanie przyjemne – skóra wampira była gładka, chłodna, jak dobrze oszlifowane drewno.

– Janie... nie przeciągaj tego...

– Ireno...

Teraz grał na niej jak na instrumencie. Choćby rozstrojonym, brzmiącym nieczysto, wciąż jeszcze niepokornym – grał jednak umiejętnie i z natchnieniem i najwyraźniej z minuty na minutę oczekiwał prawdziwego, czystego, „koncertowego" brzmienia.

– Ireno... zaraz. Jesteś cudowna... Jeszcze napiszesz o miłości... Bądź ze mną, po co ukrywać uczucia...

– Janie, proszę! Jej opór topniał.

– Nie można ukrywać uczuć; przecież ja swoich nie taję. Bądź ze mną – szczerze, z radością, to tak wiele znacz...

Ból od skurczu był niespodziewany i wszechogarniający. Irena ledwie powstrzymała się, by nie krzyknąć.

– Cicho, cicho... Ireno!!

Miała wrażenie, że całe jej ciało zaraz wywróci się na drugą stronę. Ręce jej zdrętwiały i straciła w nich czucie. Konwulsyjnie rozcapierzyła palce; w następnej chwili w jej bok wbiła się igła; dotarło to do niej dopiero po chwili, gdy skurcz już minął.

Nie da się ukryć, że trafiają jej się przewidujący mężczyźni. Jeden kładzie się do łóżka z pistoletem, a drugi ze strzykawką na wypadek skurczu u zbyt nerwowej partnerki.

– To nic takiego, Ireno – wampir ciężko oddychał.

– Wybacz mi, Janie.

– Nie ma za co przepraszać... Chcesz wody?

– Przepraszam, Janie.

– To moja wina. Chyba zbytnio się pospieszyłem.

* * *

Pewnego lata – Irena kompletnie nie pamiętała roku – znaleźli się w luksusowym i modnym kurorcie, jednym z takich, których Andrzej zwykle nie cierpiał, a o których Irena potajemnie marzyła. I właśnie tego lata jej miłość do „riwiery" raz na zawsze umarła.

W sąsiednim domku przebywał sławny reżyser – starzejący się, niezwykle uroczy sportsmen i erudyta. Irena z przyjemnością gawędziła z nim na wszelkie tematy – głównie zaś o tym, co zwykło się określać mianem sztuki. Reżyser miał oryginalne spostrzeżenia, był mądry i po prostu miał talent. Oprócz tego świetnie pływał, łowił kraby i uwielbiał straszyć turystów, od czasu do czasu nurkując pod łódki lub pontony.

Irena lubiła wypływać daleko za boje. Rozpościerał się stamtąd wspaniały widok na zatokę, a poza tym dopiero za bojami zaczynało się prawdziwe morze, puste i wolne. Bała się pływać tam sama, a mąż raczej rzadko dotrzymywał jej towarzystwa; tego pamiętnego dnia Andrzej po raz kolejny odmówił. Był wówczas okropnie zajęty: siedział na piasku z narzuconą na ramiona kraciastą koszulą i budował domek z muszli. Dzieciaki z całej plaży tłoczyły się wokół, zauroczone architektonicznym mistrzostwem tego dorosłego pana. Pana, który nie dostrzegał zaciekawionych dzieci, ich zaintrygowanych mam ani nawet własnej żony.

Dlatego Irena tak się ucieszyła, kiedy reżyser zaproponował jej, by razem wypłynęli daleko w morze.

Przyłączyła się do nich cała ekipa – dwie leciwe damy, inteligentnie wyglądające małżeństwo i młoda wielbicielka „twórczości" reżysera; wszystkich ich nie interesowało oczywiście morze ani Irena, lecz wyłącznie obecność znanego artysty. Niestety, dystans okazał się ponad siły wielbicieli; odpadali po kolei, ze strachem zawracając w stronę brzegu; wkrótce Irena i reżyser zostali sami.

Płynęli i rozmawiali. Oczywiście o sztuce. O plotkach w środowisku bohemy, o kinowych i teatralnych premierach, o pięknie zatoki i morza; reżyser zachwycał się stylem pływackim Ireny, jej stylem życia i w ogóle stylem.

A potem, rozwodząc się nad jakimś zupełnie oderwanym tematem, podpłynął do niej bardzo blisko. I oplótł jej biodra żylastymi, opalonymi nogami; ona zaś zdała sobie nagle sprawę, że ma na sobie jedynie dwa skrawki mokrego, skąpego kostiumu.

Bardzo nie chciała obrazić reżysera. Nie chciała stawiać go w niezręcznym położeniu – pływał jednak szybciej niż ona i wszelkie próby wyswobodzenia się odbierał jako kokieterię. Nie wiadomo, co strzeliło do głowy mądremu przecież człowiekowi – czy to otwarte morze pozbawiło go rozsądku, czy słońce, a może to sława ostatecznie rozpuściła mu mózg.

Irena zaczęła wyrywać się na serio. Do brzegu były dwa kilometry, a wiatr, który rozpętał się już nad ranem, zaczął się nasilać. Reżyser, który poczuł się urażony, zaczął dobierać się do niej na poważnie.

– Niechże pan przestanie!

Fala, która uderzyła ją w twarz, wepchnęła jej słowa z powrotem w usta – razem z haustem słonej wody. Zaczęła kaszleć; reżyser tym razem rzucił się jej na pomoc, ona jednak odepchnęła go ze wstrętem i zachłysnęła się ponownie.

Nie wiadomo, czym zakończyłaby się ta „kąpiel" – jednak w tej samej chwili wydało jej się, że od strony brzegu mknie, przecinając wodę, wielki wodolot. Było to w każdym razie feeryczne widowisko; po półminucie okazało się, że to tylko Andrzej Kromar płynie kraulem.

Andrzej rzucił się na reżysera i zaczął go topić – w skupieniu, przerażająco, ze znajomością tematu. Reżyser bulgotał, młócił kończynami wodę, wypływał i znów się zanurzał, nie mając siły uwolnić gardła od kołnierza silnych dłoni Andrzeja; świadkami kaźni były brudne, żółtonogie mewy i oczywiście Irena, która w miarę swych sił walczyła z falami.

Potem zachłysnęła się na dobre – i zaraz potem zobaczyła wysoko nad głową oddalającą się powierzchnię wody.

Odzyskała przytomność na brzegu. Pod brzuchem poczuła twarde kolano Andrzeja – wytrząsał z niej wodę jak z butelki. Wokół tłoczyli się wzburzeni wczasowicze; na wielu twarzach malował się wyrzut: tak właśnie kończy się wypływanie za boje!

Sąsiedni domek opustoszał. Całe dwa dni Irena dygotała i płakała, absolutnie przekonana, że lada moment fale wyrzucą na brzeg mokre zwłoki reżysera.

A potem przelotnie zobaczyła „topielca" w jakiejś kawiarni – ten pospiesznie zrejterował, udając że jej nie zna. I wkrótce potem opuścił kurort.

Nigdy nie rozmawiali z Andrzejem o tym incydencie. Ani zaraz po nim, ani później; zawarli milczący układ, wedle którego ten wypadek nigdy nie miał miejsca.

Od tamtej pory Irena przestała jednak lubić modne kurorty.

Rano w ogóle nie wstała z łóżka. Oczami wyobraźni widziała współczujące spojrzenia administratora Sita: „Zdaje się, że nic nie wyszło. Ojojoj". I nieśmiałego, wiecznie udręczonego Trosza: „To także jest pokuta". A Nick... Nick. „Współczesna medycyna bez trudu radzi sobie z podobnymi problemami... Następna próba odbędzie się pod okiem lekarza prowadzącego".

Rozległo się pukanie do drzwi. Irena gorączkowo nakryła się kocem – swą jedyną tarczą.

„Współczesna medycyna" pojawiła się w towarzystwie stolika na kółkach. W pokoju zapachniało śniadaniem; nie mówiąc ani słowa, Nick podtoczył swój wózek do łóżka Ireny i usiadł obok na taborecie.

– To rodzinna wizyta w szpitalu? – zapytała ponuro. – Czy poranny obchód?

– Jedno i drugie. – Nick napełnił jej filiżankę. – Chce pani mleka? Śmietanki? Sam nie wiem, jak Elza uzyskuje przy dojeniu tak wspaniałe mleko. Widocznie krowy bardzo ją lubią.

– Nicku – rzekła Irena, wpatrując się z obrzydzeniem w talerz. – Czy jest pan w stanie... coś zrobić? Probówka... Wygodnie, pewnie, w pełni nowocześnie. A może sztuczne zapłodnienie praktykują wyłącznie weterynarze?

Zaiste, dzisiejsza noc odebrała jej wszelką skłonność do delikatności.

– Będzie się pani śmiać – Nickowi nawet nie drgnęła powieka, choć miała nadzieję, że będzie choć trochę zmieszany. – Mógłbym wymyślić jakieś kłamstwo, ale nie będę tego robił. Powiem prawdę i może się pani śmiać na zdrowie... Jan nie chce. Uważa, że podobne metody są cyniczne, że jego potomek powinien zostać spłodzony w maksymalnie rodzinnych warunkach. Wyobraża sobie pani podobny absurd? I co sądzi pani o podobnych wypowiedziach w ustach naszego krwiopijcy?

Irena odruchowo spojrzała w stronę drzwi.

– Proszę się nie bać – roześmiał się Nick. – Mogę sobie pozwolić na podobne epitety pod adresem Jana, choć nie znaczy to oczywiście, że ktoś inny może postępować podobnie... Nawet pani. Mówię to na wszelki wypadek, by zapobiec niezręcznym sytuacjom. Niech pani je. I nie zadręcza się złymi myślami. Wszystko jest na dobrej drodze; będzie dobrze i za niecały rok zapomni pani o wszystkim; o mnie, o Janie...

I o dziecku, pomyślała Irena.

Nie powiedziała jednak tego na głos.

* * *

Semirol pojechał do miasta – na kilka dni, jak zapewniał Nick. Irena poczuła się swobodniej. Elza migdaliła się z Sitem na tyłach domu. Trosz wyciągnął skądś starą strzelbę myśliwską, rozebrał, wyczyścił, złożył z powrotem i przestrzelał. Podziurawił kulami grubą deskę i roztrzaskał ze dwadzieścia butelek.

Irena z daleka obserwowała zabawę Trosza. Dzień był słoneczny, choć wyjątkowo chłodny. Myśli Ireny toczyły się trzema torami jednocześnie; myślała o przeznaczeniu, ucieczce i strzelbie myśliwskiej.

Czy to możliwe, że to właśnie los przerwał jej „noc poślubną" z wampirem? Kto powiedział, że Stwórca pojawia się wyłącznie w blasku błyskawic – o ile skromniejszy i bardziej efektywny jest momentalny, bolesny skurcz pewnych mięśni. Ciekawe, co zgotuje jej los podczas drugiej próby Semirola; a że taka nastąpi, Irena nie miała najmniejszych wątpliwości.

– Andrzeju – pytała, patrząc w niebo. – Jak długo to jeszcze potrwa? Współpracownicy Petera nie dostają już pewnie wypłaty...

Niebo milczało. Trosz z zimną krwią unicestwiał butelki.

Wcześniej tego samego dnia Irena spędziła pożyteczną godzinę w bibliotece z magnetycznymi rybkami, studiując szczegółową mapę okolicy. Motywy Semirola, który wykupił kiedyś tę jałową parcelę wśród gór, były dla niej teraz o wiele bardziej zrozumiałe. Ucieczka z farmy przez górskie przełęcze była możliwa tylko przy wsparciu z powietrza. Konkretnie na uciekiniera musiałby czekać helikopter z doświadczonym pilotem, a dla pewności jeszcze kuchnia polowa i batalion żołnierzy.

Być może jakiś asceta, który całe życie chodził boso i żywił się konikami polnymi, mógłby przedrzeć się przez te góry. Mając jedynie teoretyczne przygotowanie, Irena nie miała szans.

– Postawił na piękno – wymamrotała z goryczą Irena, patrząc, jak mienią się w słońcu dziwne, pocztówkowe góry. – Niezły modelik, niech to diabli!

Mapy miasta i okolicy były wspaniale dopracowane – Irena znalazła na nich nawet swój dom przy drodze. I tym bardziej zatrwożył ją fakt, że teren po drugiej stronie gór był zaznaczony jedynie kilkoma kreskami i opisany paroma nazwami. Koniec modelu? Bo przecież gdzieś musiał być jego koniec, granica; wszak Andrzej nie jest Bogiem, by stworzyć cały świat.

Przyglądała się talerzowi anteny na dachu. Antena satelitarna zakłada istnienie sputnika. Czyżby Andrzej dołączył tu też fragment wszechświata?!

Droga wiła się wśród gór. Irena nieźle prowadziła samochód, lecz by usiąść tu za kierownicą, lepiej być jednak mężczyzną... A najlepiej wampirem.

Uśmiechnęła się do własnych myśli. Zajrzała przez uchylone drzwi garażu – terenówki Semirola nie było, podobnie jak jej właściciela; stał tam za to samotnie biały samochód osobowy z na wpół zatartym czerwonym krzyżem.

Irena wiedziała, że jest na chodzie. I domyślała się nawet, kto ma kluczyki. Nick...

W garażu panował specyficzny, ostry zapach benzyny, nie był on jednak nieprzyjemny. Irena weszła do środka; wraz z nią do garażu wdarł się wiatr, który zakołysał gołymi żarówkami pod sufitem.

Z powodu zbyt dużych kół z głęboko bieżnikowanymi oponami samochód przypominał baletnicę w wojskowych buciorach. „Kierownica ufnie i z łatwością poddała się jej dłoniom. Silnik zaskoczył za pierwszym razem... Powoli, jeszcze nie wierząc we własne szczęście, wyjechała samochodem za bramę – i zrozumiała, że jest wolna, że teraz nikt nie dogoni jej nawet na najostrzejszym wirażu..."

– Przechadza się pani?

Odwróciła się gwałtownie. Trosz, ze strzelbą dyndającą mu na ramieniu, wzruszył ramionami ze skruchą: że niby przepraszam, nie chciałem wystraszyć.

– Wybiera się pan na polowanie? – odparła pytaniem na pytanie.

Trosz westchnął.

– Chciałem... zimą podchodzą tu kozice. W zeszłym roku jedną upolowałem...

– A ma pan srebrne kule?

– Co? – zdziwił się Trosz.

Przez dłuższą chwilę Irena nie odrywała od niego wzroku; jednak stał pod światło i słabo widziała jego twarz.

– Umie pan prowadzić samochód, Trosz? – zapytała, gdy milczenie zrobiło się wyjątkowo niezręczne.

– Nie... Nie siedziałem nawet nigdy za kierownicą... Jestem jedynie mechanikiem.

– Ale dlaczego? Jeśli pozwalają panu tu strzelać, dlaczego nie nauczyli prowadzić?

– To przeoczenie – rzekł Nick, który podszedł do nich bezgłośnie. – Dobrze by było też potrenować jazdę w trudnym terenie. Ze szczegółową mapą. Choć w zasadzie łatwiej wynająć mikrobus, by zawiózł wszystkich chętnych tam, dokąd sobie zażyczą... Trosz, Elza skarży się, że kocioł przecieka. Sprawdź to.

Trosz westchnął. Postawił strzelbę w kącie garażu i bez szemrania wyszedł.

– Nie podoba mi się tok pani myśli, Ireno – rzekł Nick, odprowadzając go wzrokiem.

Nie odpowiedziała.

– Widzi pani niewolników i ich właściciela... Widzi pani więźniów i strażnika. I zadaje sobie pani zupełnie naturalne w tych okolicznościach pytanie: dlaczego nie uciekają?

– A dlaczego nie uciekają? – wymamrotała Irena, patrząc na strzelbę.

– Dlatego, że każdy z nas zawarł z Janem układ. Umowę. Każdy z nas miał w pewnym momencie wybór... I proszę się tak sarkastycznie nie uśmiechać. Poza tym, dokąd mielibyśmy uciec? Co zrobiłaby Elza... czy myśli pani, że na wolności czeka ją coś więcej niż ulica? A na co może liczyć Trosz czy Sit? Na wieczny strach, ciągłą ucieczkę? Nowy wyrok albo kulę litościwych wspólników?

– A co czeka na pana? – zapytała Irena, zaskakując samą siebie.

Nick uśmiechnął się kącikiem ust. Nie odpowiedział, wziął strzelbę i wyszedł z garażu; Irena dogoniła go w pół drogi do domu.

– Powiedziałam coś nie tak? Proszę mi wybaczyć.

– Co też pani mówi, Ireno; za co miałbym się obrażać? Po tych sześciu latach nie mam już żadnych przyjaciół. Straciłem ich zresztą znacznie wcześniej, w sali sądowej; na pewno pani coś o tym wie.

– Tak. – zmarkotniała.

– No właśnie... Żona powtórne wyszła za mąż. Synowie są przekonani, że nie żyję. Dokąd miałbym uciekać, Ireno?! Jedynym człowiekiem, który choć trochę mnie rozumiał i podtrzymywał na duchu przez cały ten czas, był Jan... Pewnie wydaje się to pani niezgodne z naturą. Tak, nie lubię, kiedy wysysa się ze mnie krew. Lecz niech mi pani wierzy, że to nie jest najgorsza rzecz, jaką człowiek może uczynić drugiemu człowiekowi. Wierzy mi pani?

Po chwili wahania Irena w milczeniu przytaknęła.

* * *

To jest model, mówiła sobie, czytając gazety sprzed tygodnia. To jest model, myślała, oglądając kronikę policyjną na trzech kanałach jednocześnie. To tylko zewnętrznie przypomina normalne życie. To jest model i jeden diabeł wie, jaki był zamysł jego twórcy.

– Jak pan sądzi, Nicku, dlaczego w tym świecie jest tak wielu różnorakich morderców? Niezależnie od tych surowych wyroków. I czy nie wydaje się panu, że świat zwariował pod względem praworządności? Pod względem okrutnej praworządności?

Irena starała się, by jej głos brzmiał jak najbardziej obojętnie.

Skazany ginekolog wzruszył ramionami.

– To pytanie do Jana. To jego życie i zawód.

– A kiedy on wróci? – zapytała po chwili.

– W zależności od tego, jak potoczą się sprawy. Broni teraz jednocześnie w dwóch procesach. Cywilnym i karnym.

– Biedak się przemęcza – rzekła z dziwną intonacją. Nick oderwał wzrok od ekranu i spojrzał na nią ze zdziwieniem. – Co takiego? – Nic...

– ...Niezwykły sklep! – radośnie oznajmiła spikerka. – Najbardziej staromodni z nas mogą być zaszokowani... ale na pewno spodoba się dzieciom. W minionym tygodniu...

Na ekranie pojawiła się miejska ulica. Irena aż się spięła – piękna ulica, odświętny tłum, jakie to dalekie i nieosiągalne. Jak bardzo chciałaby zanurzyć się w tym wszystkim, choćby na minutę.

– ...ku ubolewaniu surowych nauczycieli. Mam nadzieję, że poczucie humoru zwycięży i asortyment sklepu wywoła zachwyt lub oburzenie, lecz nie pozostawi nikogo obojętnym...

Kolorowa witryna. Jasnożółty, plastykowy szkielet naturalnej wielkości, dziesiątki odrąbanych rąk, bardzo przypominających prawdziwe, jakieś zdechłe muchy, zdechłe myszy i pająki na gumce.

W oryginalnym, zewnętrznym świecie podobne sklepy funkcjonowały już od dawna. Chyba. W każdym razie Irena gdzieś to już widziała.

– ...Loterie i niespodzianki! Uwaga! Nauczmy się żartować i nie obrażać za żarty! Gdy znajdziecie w kominku szczątki ulubionego kota – nie wpadajcie w panikę. Najprawdopodobniej jest to atrapa i nabiera was własny syn. Irena zmarszczyła brwi.

– ...Przychodźcie do nas! Otworzymy przed wami drzwi do nowego świata – świata przerażających bajek i legend!

Szyld nad wejściem: „Świąteczne żarty i niespodzianki". Lada, klienci, dzieci z rozdziawionymi buziami... Scenki z horrorów z udziałem zębatych masek.

Irena przyciszyła telewizor. Odwróciła się do Nicka.

– Na przykład pan – czy zasłużenie skazano pana na śmierć?

Lekarz wzruszył ramionami.

– Zależy, jak na to spojrzeć.

– Jedno z dwóch. Albo został pan niesłusznie skazany, albo Jan postąpił niesprawiedliwie, pozostawiając pana przy życiu... W każdym razie...

– Przecież już to mówiłem, Ireno. Z podobnymi wątpliwościami niech się pani zgłosi do Jana. Do zawodowca. A ja, jak pani dobrze wie, jestem specjalistą w zupełnie innej dziedzinie... Chce pani kawy?

Potrząsnęła głową, zamierzając odmówić – i nagle zastygła z otwartymi ustami.

Z ekranu patrzył chłopiec. Miał jakieś dziesięć lat, był blady i chudy.

– Uwaga... Policja z północno-wschodniego sektora miejskiego znalazła Ilię Worochta, dziesięciolatka, który zaginął przed pięcioma dniami w niewyjaśnionych okolicznościach. Chłopiec jest zdrowy, przebywa jednak w stanie silnego szoku; ze źródeł związanych ze śledztwem, dowiedzieliśmy się, że chłopiec najwyraźniej uniknął pewnej śmierci, cudem wymykając się z rąk psychopatycznego mordercy.

– Ileż można – wyszeptała Irena. – To świat maniaków i katów... I po co skonstruowałeś to wszystko, do przeprowadzenia jakiego eksperymentu?

Nie od razu zdała sobie sprawę, że mówi na głos. I że Nick przygląda jej się uważnym, ciężkim wzrokiem.

– Nie tylko Trosz potrafi modlić się do Stwórcy – rzekła, kryjąc zmieszanie. Okazało się jednak, że „ratunkowa wymówka" nie dotarła do uszu Nicka. Wstał już i wyszedł, a Irena mówiła w pustkę.

* * *

Semirol wrócił po trzech dniach. Irena, która wyglądała przez okno, odniosła wrażenie, że jest zmęczony i strapiony; nie znała go jednak wystarczająco dobrze, by wiedzieć to na pewno. W każdym razie zewnętrznie pozostawał jak zwykle elegancki.

– Jakie masz wieści, Janie?

– Różne... jak zazwyczaj. Jeden proces wygrali, drugi się przeciąga.

Wampir zachowywał się, jak gdyby nigdy nic – jakby nie stało pomiędzy nimi wspomnienie tej wstydliwej i bolesnej „pierwszej próby". A Irena bez przerwy musiała zmuszać się do panowania nad sobą.

– Janie... mam do ciebie sprawę.

Trudno jej było wydusić z siebie te słowa, nie chciała się jednak wycofywać.

Przez chwilę Semirol badawczo jej się przyglądał. Potem się uśmiechnął.

– Nieprzyjemną?

– Tak.

– Więc chodźmy.

W drodze do gabinetu natknęli się na Nicka. Przywitał się i odprowadził ich zatroskanym spojrzeniem; o nic jednak nie pytał.

Za oknami hulał wiatr. Semirol zapalił lampkę i odruchowo odwrócił ją od siebie; na wielkiej mapie pojawiła się okrągła plama światła. Irenie przeszła przez głowę myśl, że mieszkańcy papierowego, topograficznego świata zażywają teraz kąpieli słonecznych i dziękują Stwórcy za piękną pogodę.

– Przede wszystkim, Ireno, nie chcę słyszeć o żadnych kompleksach ani przeprosinach. Mam nadzieję, że wkrótce pojawi się między nami niezbędne w tej sytuacji wzajemne zaufanie. Odnoszę jednak wrażenie, że to nie o tym chciałaś porozmawiać.

Irena nie usiadła. Podeszła do stołu, chwyciła lampkę za ciepły, plastykowy abażur i poruszała nim tam i z powrotem, tworząc mieszkańcom papierowego świata iluzję wschodów i zachodów słońca.

A potem gwałtownym ruchem odwróciła lampkę żarówką w dół. Podobnie jak wtyka się nos niesfornego szczeniaka w załatwioną przez niego potrzebę, mówiąc: popatrz, coś ty narobił.

– Popełniłeś przestępstwo, Janie. Jesteś adwokatem. Dopuściłeś do skazania niewinnego człowieka, choć to jeszcze pół biedy. Sprawiłeś, że prawdziwy zabójca pozostał na wolności. Poświęciłeś swój zawodowy... honor... powinność... i po prostu przyzwoitość dla osobistych korzyści. Zlekceważyłeś prawdę, aby zawładnąć mym... narządem rozrodczym. A przecież ona – ta kobieta – na pewno wciąż będzie zabijać. I krew jej niewinnych ofiar będzie także na twoich rękach!

Irena zamilkła. Zdała sobie sprawę, że jej ostatnie słowa były dwuznaczne i zabrzmiał w nich niepotrzebny, teatralny patos.

– Przecież jesteś adwokatem – powtórzyła niczym zaklęcie. – To tak jak lekarz. Jesteś przede wszystkim adwokatem, a dopiero potem wampirem.

Semirol się uśmiechnął.

– Gdybym nie wiedział, że zajmujesz się literaturą, Ireno... to, na Boga, pomyślałbym, że dawałaś na prawie wykłady z etyki zawodowej.

– Janie... a jeśli okaże się, że kobieta, za której zbrodnie zostałam skazana... jeśli okaże się, że ta kobieta jest na wolności i wciąż popełnia morderstwa – czy sąd uzna swą omyłkę?

Semirol znów się uśmiechnął.

– Oho, Ireno. A ja sądziłem, że naprawdę przejmujesz się możliwością popełnienia kolejnych zabójstw.

Zacisnęła zęby. Ukłucie było bolesne i celne.

– Pytam, czy uzna to sąd? Czy jest to możliwe?

– Nie. Sąd wyda po prostu kolejny wyrok. Jeśli oczywiście uda się tę sukę, przepraszam za język, Ireno, jeśli uda się ją złapać.

Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wciąż trzyma dłoń na lampce i rozgrzany abażur parzy jej palce.

– Nie rozumiem. Przecież musi być w tym wszystkim jakaś elementarna logika. Czy może w tym waszym popapranym świecie maniaczki rodzą się częściej, niż sądy przyznają do ewidentnych błędów?!

Semirol wciąż się jeszcze uśmiechał, lecz jego uśmiech uległ ledwie zauważalnej przemianie i po minucie pełnego napięcia milczenia Irena zorientowała się, że powiedziała za dużo. I że powinna się z tego wykręcić, znaleźć jakąś wymówkę – nie bacząc na swą spóźnioną reakcję.

– W naszym świecie, Ireno?

Z heroicznym wysiłkiem wzięła się w garść.

– W waszym... świecie... Prokuratorów i sędziów... adwokatów... wymiaru sprawiedliwości, który w rzeczywistości nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością... w całym tym popapranym świecie...

Wydawało jej się, że jej słowa zabrzmiały w miarę wiarygodnie. Wstrzymała oddech.

Semirol mruknął sarkastycznie. Odczekał chwilę, pozwalając jej ocenić dwuznaczność sytuacji. Przeszedł przez pokój i wyciągnął ze sterty kaset wideo jedną w ciemnym pudełku.

– W zasadzie nie zamierzałem ci tego pokazywać... lecz jeśli jest to dla ciebie takie ważne...

Zaświecił się ekran maleńkiego telewizora. Cyfry, jakieś oznaczenia, oficjalna czołówka.

– Proszę mi wybaczyć, Ireno, ale nie puszczę tego materiału od początku... Zaraz przewinę. Tak. Mniej więcej od tego miejsca.

Plan ogólny – ludzie, którzy jeden za drugim wchodzą do wiejskiego domu.

Wielu mężczyzn. Jedna kobieta w długim palcie. Kamera poruszyła się; czyjeś nogi, przytłumione światło, pokój...

I zbliżenie twarzy kobiety.

Na oko miała czterdzieści lat. Wyblakłe, wodniste oczy bez żadnego makijażu, sucha skóra pokryta siatką zmarszczek, wymięte palto, przyozdobione wyliniałym ogonem jakiegoś zwierzątka.

Irena zacisnęła zęby. Strumień białego światła był skierowany prosto w twarz kobiety – w tym oświetleniu było coś nienaturalnego, prymitywnego, wymuszonego.

– Kim ona jest, Janie?

Semirol skinął na ekran – jego gest mówił: patrz, sama się dowiesz.

Kobieta w telewizorze zachichotała nerwowo.

– Kontynuujmy – rzekł męski głos. – Zdejmijcie z niej palto.

W kadrze pojawiły się plecy i ramię kogoś, kto pomógł się kobiecie rozebrać.

– Czy mąż znał cel pani wyjazdów, pani Krok? – zapytał ktoś suchym tonem. Irena ze zdziwieniem rozpoznała głos Semirola.

– Nieee...

– I niczego nie podejrzewał? I nigdy nie skojarzył informacji o kolejnych ofiarach z pani wyjazdami?

– Nieee... To bardzo dobry... człowiek.

Irena miała kiedyś studentkę, która wysławiała się w podobny, rozwlekły sposób. Na studenckich konferencjach jej wystąpienia trwały trzydzieści zamiast trzech minut i publiczność śmiała się, ziewała i wychodziła do bufetu.

– A wasze dzieci, pani Krok?

– Chodzą... do prywatnej szkoły... bardzo dobrej... elitarnej...

– Czy zdarzało się, że wyjazd był nieudany?

– Tak... co drugi... albo co trzeci...

– A ile było udanych wyjazdów?

Kobieta na ekranie głośno przełknęła ślinę.

Irena przypomniała sobie karbowany szlauch, który śmiertelnie wystraszył ją we wczesnym dzieciństwie. Leżał w poprzek ogrodowej dróżki i podrygiwał w takt zmian ciśnienia wody; był gruby i czarny, martwy i żywy jednocześnie, lśniący i tłusty; malutkiej Irenie wydawało się, że jest gorszy od każdego węża, straszniejszy od pająka, że lepiej umrzeć, niż przez niego przekroczyć. Z płaczem popędziła z powrotem do domu, a po tym wydarzeniu kilkakrotnie budziła się w nocy, gdy szlauch, prężny i karbowany, przychodził do niej we śnie.

Niemłoda, ciemnooka kobieta o powolnym, błotnistym sposobie wyrażania się. Szlauch. Dziewczynka uciekająca z płaczem po ogrodowej ścieżce.

Irena poczuła obrzydzenie. Odwróciła głowę, próbując spotkać się wzrokiem z Semirolem i milcząco poprosić go o przerwanie tego „spektaklu".

– Czy pamięta pani dom przy drodze, ulica Duża, numer sto czterdzieści siedem?

Minęła cała, długa sekunda, nim Irena drgnęła.

Numer jej domu.

Kobieta milczała z konsternacją.

– Było to w okresie, gdy poznała pani trzeciego; tego, którego nazywała pani „robaczkiem".

Kobieta zaczęła się nerwowo rozglądać. Zacisnęła palce.

– Proszę sobie przypomnieć; dom przy drodze... był tam pies i samochód w garażu... Korzystała z niego pani. Podkarmiła pani psa.

Kobieta się uśmiechnęła. Ściągnęła z głowy szary, zrobiony na drutach beret, uwalniając spod niego długie, posiwiałe włosy.

– Tam tak naprawdę nikt nie mieszkał... psa podkarmiłam... chociaż mogłam otruć; ale zrobiło mi się go żal.

– Przypomniała sobie pani?

– Taak...

– Jak długo tam pani mieszkała? Pod nieobecność właścicielki?

– Latem przez tydzień... I w listopadzie... Tydzień.

– Czy mąż jak zwykle sądził, że jest pani w delegacji?

– Taak...

– Co spaliła pani w kominku?

Kobieta milczała. Jej liliowy sweter cały był pokryty oblazłym włosiem; kiedyś był ciepły i elegancki; Irena pochyliła się nagle do przodu, wpatrując się w stylizowany liść winogrona na szczupłym ramieniu damulki.

Kiedyś, jakieś pół roku wcześniej, a może w innej rzeczywistości, sweter należał do Ireny. Winogronowy wzór układał się w jej inicjały i był zrobiony na zamówienie; paniusie z instytutu zauważyły ten detal i cmokały językami.

Biedny sweter.

„A czy nie była to pani, ciociu Ireno?"

Wtedy, w domu, nie miała czasu – ani potrzeby – przetrząsać szafy w poszukiwaniu zaginionych ubrań.

– Jego spalałam – odparła niechętnie kobieta. – chciałam... A potem... niepotrzebne łachmany...

Trzeba się zastanowić. Trzeba położyć się na kanapie, przykryć kocem i niech wszyscy oni idą do diabła.

– Proszę to wyłączyć!!

Podskakiwał na ziemi czarny, gumowy szlauch. Ekran zamigotał i zgasł.

– Przepraszam, Ireno. Ale sama...

Przełknęła gorzką ślinę.

– Co to było?

– Materiały operacyjne... Nieoficjalne, prywatne śledztwo. Mam takie możliwości.

– Czyją... to naprawdę ona? Toczy się w jej sprawie śledztwo?

– Zwróć uwagę na datę, Ireno... Minął już prawie miesiąc.

– Już po rozprawie?!

– Nie było procesu.

Irena milczała, do bólu zaciskając palce.

– Ona nikogo już nie zabije, Ireno. Czy to ci nie wystarczy?

– Dlaczego... byłam... sądzona? A ona nie?!

Semirol znów przeszedł przez pokój. Przewinął kasetę, wyjął z magnetowidu i starannie odłożył na miejsce.

– Dlatego, że już w godzinę po tym nagraniu ta kobieta... – Irena odniosła wrażenie, że Semirol się zawahał – odebrała sobie życie.

Spotkali się wzrokiem.

– Ireno... Pociąg już odjechał. Nie możesz się zrehabilitować. Ale ta maniaczka też już nie żyje. To wszystko.

Milczała. Przyglądała się swym paznokciom i każdy z nich wydawał jej się obojętną, różową twarzą.

* * *

Pewnego ranka Andrzej wstał z łóżka rozpromieniony jak choinkowa ozdoba.

– Przyśnił mi się temat! Dla ciebie! Zdobędziesz „Wulkan", bez wysiłku, i praca zajmie ci tylko godzinę; ależ to jest temat!

– Jaki? – zapytała.

W narzuconym na gołe ciało szlafroku, ze śladem od poduszki na policzku i pełnym natchnienia błyskiem w oku, Andrzej roztaczał zapach dopiero co obudzonego mężczyzny, specyficzny, naturalny zapach z nutką świeżości i wody kolońskiej.

– Posłuchaj... Wyobraź sobie – tłusta ryba przygląda się z głębi wody, z dna, jak na cienkim lodzie dwoje ludzi uprawia seks – a lód jest naprawdę cieniutki. Jak delikatna skóra. Ugina się pod każdym ich ruchem. Ryba widzi to spod spodu i niczego nie może zrozumieć, chociaż lód jest prawie przezroczysty... Drży. Jak żywe lustro. Jak migotliwe ścianki kieliszka. Jak miękkie, szklane prześcieradło... Zakochani dochodzą do ekstazy, lód pęka – przecież jest zbyt cienki – i oboje wpadają do wody, nie przestając uprawiać miłości.

Andrzej zrobił efektowną pauzę.

– I na czym polega ów temat?

– Wystarczy ci dziesięć minut? Żeby to skojarzyć?

Milczała przez chwilę. Westchnęła.

– Trzeba przyznać, że masz ciekawe sny... Na obiad przygotuję rybę. I wiesz, może wcześniej położymy się dziś spać.

Andrzej poszedł do pracy obrażony.

* * *

Nie mogła zebrać rozbieganych myśli. Czekała na noc, by metodycznie wszystko przeanalizować – jednak nie dali jej spokojnie doczekać nocy.

Po śniadaniu Semirol znów zaprosił ją do gabinetu; intuicyjnie wyczuła, że nie będzie to przyjemna wizyta i nie pomyliła się.

– Powiedz mi, Ireno... gdzie naprawdę byłaś przez te dziesięć miesięcy?

Nie wytrzymała i usiadła. Przycupnęła na skraju fotela. Semirol z przyjemnością usiadł także.

– Widzisz, Ireno... zebrałem pewne informacje, a mam dość rozległą sieć informatorów... No więc rzeczywiście nikt nie natrafił na twój ślad. Nigdzie. To tak dziwna okoliczność, a ty uparcie ukrywałaś tę informację przed sądem. Czy możesz powiedzieć to mnie?

Muszę się zastanowić, myślała spanikowana Irena. Muszę pomyśleć... Czas...

– To bardzo ważne, Ireno. Nikt oprócz mnie nie pozna twojej tajemnicy... Proszę mówić.

Odruchowo złapała się za tętnicę szyjną.

– Teraz?

– A potrzebujesz czasu, by sobie przypomnieć?

– Ja?

Muszę się zastanowić, muszę się zastanowić, muszę... Semirol skrzywił się boleśnie.

– Ireno... będziesz musiała to zrobić.

– Nie uwierzysz mi – wydusiła z siebie, patrząc na jego niedawno jeszcze wypielęgnowaną, a teraz drapieżną i wysmaganą wiatrem twarz. – Jestem... pisarką... lecz jeśli powiem ci prawdę, na pewno mi nie uwierzysz. Uznasz, że jestem kiepską... blagierką.

Trzeba się zastanowić. Koc do podbródka... Nie. Wampir nie da jej takiej możliwości. Straciła czujność; zapomniała, jak walczy się o życie; sama tego nie podejrzewając, znalazła się na skraju lodowej przepaści i teraz ześlizguje się z niej, próbując się utrzymać.

– Nie uwierzysz mi – rzekła z żałosnym uśmiechem.

– A może jednak? Dziesięć miesięcy to nie dzień, czy nawet tydzień.

– A nie zabijesz mnie? Byłoby to... teraz... bardzo przykre. Niesprawiedliwe.

– Gdzie byłaś przez cały ten czas, Ireno?

– To... wstydliwy temat. To historia... miłości. Powiedziała to i zacięła się. Nic więcej nie było jej w stanie przyjść do głowy. Ani jedno słowo.

Muszę pomyśleć, muszę...

– I co dalej? Opowiadaj, Ireno. Nie wstydź się. To, co powiesz, pozostanie w tych ścianach. No więc?

Dom wariatów.

– Miał szesnaście lat!! My...

Znów się zacięła. Wyglądało to w pełni naturalnie; jej policzki zarumieniły się ze wstydu, głównie dlatego, że nie wiedziała, jaką historyjkę wymyślić z udziałem tak młodego bohatera.

– Bardzo trudno mi o tym mówić.

Była to czysta prawda. Powolne zębatki jej wyobraźni obracały się trzykrotnie szybciej niż zwykle, przegrzewały, wycierały i istniało niebezpieczeństwo, że spadną ze swych osi.

– Ta historia...

Tak, historia okazała się rzeczywiście pikantna.

– Miał szesnaście lat. Wydarzyło się to... pojechaliśmy do jakiegoś schroniska w górach... nie było to nawet schronisko, a raczej chata... I spędziliśmy tam dziesięć miesięcy. Nie zmuszaj mnie do opowiadania szczegółów. To zbyt krępujące...

I ukryła twarz w dłoniach – na seminariach młodych pisarzy, na których bywała w swoim czasie dwa czy trzy razy w roku, podobne intrygi były nie tylko wyśmiewane. Publicznie je wyszydzano.

Im bardziej będzie to absurdalne, tym łatwiej będzie w to uwierzyć. Teraz można ją oskarżyć o rozwiązłość – za to diagnoza schizofrenii, która odbierała jej szanse przeżycia, zejdzie na dalszy plan.

– Miał na imię Onosz... nazwiska nigdy nie poznałam. To dobry chłopiec, z porządnej rodziny... Elitarna szkoła... Czuję się skrępowana, Janie. Ukryliśmy się przed ludźmi... Specjalnie. Przed wszystkimi... Obiecał, że stworzy mi... świat... świat miłości... Apotem... pewnego ranka... kiedy spojrzałam w lustro... i zobaczyłam się, trzydziestoletnią... razem z chłopcem, który...

Zaczęła płakać. Szczerze. Semirol milczał; Irena coś mamrotała, powoli wypełniając się poczuciem winy; demonstrując wszystkie nieszczęścia i kompleksy rozhisteryzowanej kobiety, pogrążając się coraz głębiej i coraz bardziej we wszystko wierząc.

– A dlaczego powiedziałaś podczas procesu, że twoje alibi może potwierdzić były mąż, Andrzej Kromar?

– Znalazł nas – wymamrotała, nie patrząc mu w oczy. – Przyjechał... Widział nas razem. I...

– I zabił go szok – wymamrotał z żalem Semirol.

Irena nie wytrzymała i spojrzała na niego.

Wampir uśmiechał się kpiąco. Otwarcie. Szczerząc zęby.

* * *

– Co to takiego?! – zapytała, opierając się na łokciu. – Dlaczego świt tak wygląda?!

– A niby jaki powinien być? – zapytał sennie Semirol.

– Jest niebieski – rzekła z przerażeniem. – Dlaczego jest taki niebieski?!

– Zawsze jest taki... Uspokój się, Ireno. Przyśnił ci się jakiś koszmar.

Dotknęła szyi. I posłusznie położyła z powrotem. Obok jego białego i twardego jak sprasowany cukier, rozluźnionego, nagiego ciała.

– Wszystko będzie dobrze, Ireno.

– Jesteś pewien?

– Tak. Intuicja mi podpowiada, że twoje wymówki i kłamstwa w najmniejszy sposób nie odbiją się na naszym potomku. W najmniejszym.

Rozdział 7

Śnieg migotał i skrzył się. Góry płonęły jak białe pochodnie; biała tarcza słońca lśniła nad horyzontem, jakby ktoś wodził nad modelem snopem światła z gigantycznej lampy. Irena stała oparta plecami o pień koślawej sosenki. I czuła, jakby jej głowa była księżycem – przypuszczalnie księżyc odczuwa podobny błogostan, gdy promienie słońca padają na jego blade, zryte kraterami policzki.

Irena czuła się dziwnie.

To, o czym sądziła, że nigdy nie może się wydarzyć, stało się faktem. Klamka zapadła, wampir Semirol stał się jej nieślubnym mężem. Modelator Andrzej w żaden sposób na to nie zareagował – być może model stał się do tego stopnia niezależny, że nie podlega już jego władzy.

A może przestał jej podlegać już w pierwszej chwili swego istnienia? Cóż Irena może wiedzieć o modelach?

Uśmiechnęła się lekko do słońca. Skąd może wiedzieć, czy to naprawdę słońce, a nie czyjaś lampka na stoliku?

Może właśnie tego ranka świat modelu stał się prawdziwym światem. Światem Ireny, w którym nawet jej wczesne opowiadania noszą ślady talentu. Może właśnie w tym świecie mogłaby...

Zimny wiatr rozwiał poły kurtki, zmusił do wstrzymania oddechu.

Ale kto napisał za nią te opowiadania? Teksty, które nigdy do niej nie należały, choć mogły być jej autorstwa; powinny być, gdyż uważała je za swoje.

Kto je napisał? Andrzej? Stwórca? Czy ona sama – ta, której nie było, która istniała w przeszłości tego modelu, niepojętej konstrukcji, w której wieczność trwała nieco ponad dziesięć miesięcy.

Pomyślała o Semirolu – bez strachu czy obrzydzenia. Jak o czymś dokonanym. Z westchnieniem ulgi. Mimo wszystko nie było aż tak strasznie.

– Zrobiłeś z siebie durnia, Andrzeju – rzekła w niebieskie niebo.

Niebo milczało.

Z trudem oderwała się od koślawej sosny. Cały świat jest kłębkiem modeli. Andrzej zmodelował wszechświat, Irena zmodelowała dwóch ludzików, którzy przeżywali swą pierwszą miłość na przeżartym przez korniki pniu... I obojgu im to nieźle wyszło. Semirol zaś urządził farmę w górach – również swego rodzaju model. Teraz Irena wróci do domu i zmodeluje swoją historię. Od momentu, w którym podniosła słuchawkę i usłyszała w niej głos Petera Nikołana.

Schodziła po stromym stoku. Spod ciężkich butów toczyły się kamyki.

W pewnej odległości od farmy, na prowadzącej do lasu drodze, stały naprzeciw siebie dwie osoby. Nawet z daleka nie można ich było z nikim pomylić – ze wszystkich mężczyzn na farmie tylko Trosz był tak szeroki w ramionach. A mała postać w kolorowej, ciepłej chuście na głowie oczywiście była Elzą.

Irena mimowolnie zwolniła kroku.

Kobieta coś mówiła – szybko i namiętnie. Potem objęła Trosza za szyję, natychmiast odepchnęła i niemal biegiem ruszyła w stronę furtki, do swojej obory.

Trosz stał jeszcze przez chwilę i powlókł się w drugą stronę, ku bramie.

W połowie drogi dostrzegł schodzącą po zboczu Irenę.

Zwolnił. Zmienił kierunek, w milczeniu podał Irenie ramię – w samą porę, gdyż właśnie zastanawiała się, jak by tu najzręczniej zeskoczyć z głazu.

– Wspaniały dzień na spacery – rzekł Trosz, jak zwykle spuszczając wzrok.

– Dziękuję – rzekła, puszczając jego rękę. – Tak, dzięki Stwórcy mamy dziś piękny dzień.

Rzucił na nią szybkie spojrzenie – czy aby sobie nie kpi.

– Rozmyślałam nad nową powieścią – rzekła Irena, patrząc na migoczące czapy gór. – Będzie to najlepsza rzecz, jaką napisałam.

Trosz się ożywił.

– Już dawno chciałem o to zapytać... Wszystko wymyśla pani z głowy? Czy przypomina sobie pani to, co kiedyś przeżyła, albo pani znajomi, albo tematy z innych książek?

– Modeluję – odparła Irena z powagą. – Poniekąd modeluję nowy świat. Z ludźmi. Nie dbając o to, czy im się to podoba, czy nie.

Trosz milczał zaskoczony. Najwyraźniej oczekiwał innej odpowiedzi.

– I wie pan co, Trosz? Jeśli któryś z moich bohaterów zwróci się do mnie z prośbą o zmianę jego paskudnego życia, raczej puszczę jego prośbę mimo uszu. W książce wszystko powinno wyglądać naturalnie, czytelnicy nie lubią efektów w stylu: deus ex machina; gdyby spełniać życzenia wszystkich tych sztucznych ludzików, żaden tytuł by się nie sprzedał. Mam rację?

Trosz milczał.

– Modlił się pan, Trosz? Powinien się pan więcej modlić. I prosić Stwórcę, by ten świat był lepszy.

– A czy nie jest wystarczająco dobry? – zapytał Trosz po chwili.

– Naprawdę wystarczająco?

Trosz się zatrzymał.

– To grzech tak myśleć.

– Mój kochany Troszu.

Stanęła także i położyła chłopakowi ręce na ramionach – by to zrobić, musiała stanąć na palcach.

– Najdroższy Troszu, nawet jeśli spędza pan na modlitwach większą część czasu – proszę mi wierzyć – znam Stwórcę lepiej niż pan.

Wiecznie opuszczone oczy nieszczęsnego zabójcy w końcu się otwarły. I zrobiły okrągłe jak reflektory.

– Oddając pana w ręce wampira, Stwórca wcale nie chciał pana ukarać... nie chciał też poddać pana żadnej próbie. Śmiem twierdzić, że w ogóle o panu nie myślał. Nie ma nawet pojęcia o pana istnieniu... Może trenował, stwarzając model prototypowy. A może badał jakąś jedną tylko prawidłowość, której nie jesteśmy w stanie pojąć, gdyż widzimy wszystko od wewnątrz. A już na pewno nie dowiemy się, czy ten jego eksperyment się udał, czy nie. Gdyż prawdopodobnie sam Stwórca zginął w wypadku samochodowym kilka miesięcy temu. Co prawda świetnie prowadził, lecz czasem nie czuł mocy samochodu, entuzjazmował się i niepotrzebnie szarżował. Nasz Stwórca był nie z tego świata; ani z tamtego, ani w ogóle z żadnego świata. A teraz nasz model żyje własnym życiem; płynie bez steru i żagla. I bez Stwórcy; pozostawiony samemu sobie. Widział pan kiedyś, jak toczy się z góry samochód bez kierowcy?

Trosz słuchał i jego oczy robiły się coraz większe. Wydawało się, że zaraz powie: „To nieprawda", „To niemożliwe" albo „Co to za bzdury".

Mijały jednak minuty, a Trosz milczał.

– Przepraszam – rzekła Irena ze znużeniem. – Jestem dziś w dziwnym nastroju. Widzę wszystko w specyficznym świetle... A teraz pójdę i usiądę za komputerem. I nie wstanę od klawiatury do późnej nocy. I będę szczęśliwa.

Uśmiechnąwszy się do bojaźliwego atlety, odwróciła się i ruszyła w stronę domu, mając wrażenie, że jej stopy unoszą się nad ziemią.

* * *

Po tygodniu stało się jasne, że pierwsza noc poślubna Ireny i Semirola nie dała spodziewanych rezultatów.

– Zdarza się – rzekł Nick wesołym tonem. – Wystarczy trochę uporu i optymizmu, a wszystko będzie dobrze. Prawda, Janie?

– Zamilcz – odparł Jan z wyraźnym rozdrażnieniem.

Irena po raz pierwszy słyszała, żeby rozmawiał z lekarzem takim tonem.

– Jeśli masz ochotę na pogawędki, idź do obory, do Elzy.

– Wybacz, proszę – od razu wycofał się Nick.

Irena milczała. Semirol usiadł obok niej, wahał się przez chwilę i objął ją za ramiona; nie stawiała oporu. Jak gra to gra; nie jest w końcu maciorą ani krową ze znanego kawału, która ze smutkiem robi wyrzuty weterynarzowi: „A kto mi da całusa?".

– Jak nowela? Kiedy będzie ją można przeczytać?

– Jeszcze nieprędko – westchnęła. I dodała w myślach: a ty najpewniej nigdy jej nie przeczytasz.

– Znów wyjeżdżam. Na kilka dni.

– Będę czekać – wydusiła z siebie sakramentalną frazę.

Uśmiechnął się. Objął ją mocniej.

– Nabieram coraz większej pewności, że dokonałem właściwego wyboru. O nic się nie martw, Ireno. Wszystko będzie dobrze.

* * *

Dzień po wyjeździe Semirola Irena była świadkiem gwałtownej kłótni.

Najpierw usłyszała podniesione głosy na podwórzu. Mówił głównie Sit; Irena poznała jego specyficzny styl i standardowe słownictwo; prawdopodobnie tak właśnie rozmawiają bramkarze z agresywnymi klientami i zapewne w podobny sposób wierzyciel o zakazanej mordzie rozprawia się z dłużnikiem. Irena nigdy nie znała żadnego bandyty; choć we wszystkie te subtelności ze szczegółami wtajemniczyła ją swego czasu usłużna telewizja.

Wahała się przez chwilę, a potem – gdy usłyszała głos Nicka – zeszła do przedpokoju, narzuciła na siebie kurtkę i wyszła z domu.

Trosz właśnie wycierał krew z twarzy. Jego wiecznie opuszczone oczy były teraz zupełnie szkliste; Sit sapał ciężko i ze złością, a jego ręka – długa, małpia łapa – trzymała Trosza za kołnierz i raz za razem nim potrząsała. Nick stał z boku ze zwężonymi oczami i przenosił lodowate spojrzenie z jednego przeciwnika na drugiego; przy bramie zanosiła się płaczem leżąca na zamarzniętej ziemi Elza. Chusta spadła jej z głowy, odsłaniając krótko ostrzyżone włosy i czerwone uszko wśród splątanych kosmyków.

– Zaraz cię... Uff... Życie ci niemiłe?... Uff...

Sit znowu uderzył. Nick dostrzegł stojącą na progu Irenę i gwałtownie skinął ręką: zamknij drzwi i jazda stąd.

Irena nie posłuchała. Jednak tylko dlatego, że opanowała ją słabość i przypływ mdłości.

Rzadko bywała świadkiem bójek. Najwyraźniej życie na zewnątrz modelu zbyt ją rozpieściło.

Na widok krwi Sitowi całkiem odbiło. Elza zerwała się z ziemi i rzuciła na osiłka – ten odrzucił ją jednym ruchem ramienia. Trosz z chlipnięciem przełknął purpurową ciecz i przez długą sekundę Irena była pewna, że będzie tak dyndać jak zakrwawiona kukła w dłoniach tego draba i nie zacznie się bronić.

A potem Sit odleciał jak Elza, wbił się plecami w ścianę domu, zachrypiał – a Trosz na oślep ruszył do przodu, zadał trzy ciosy – pięścią, kolanem i znowu pięścią – po których Sit z chrapliwym sapnięciem osunął się po ścianie i osiadł na ziemi jak przekłuta piłka plażowa.

Elza ze szlochem zawisła tym razem na ramionach Trosza. Niezłe to były ramiona – można by na nich powiesić cały zestaw Elz, a i tak byłoby im przestronnie jak mszycom na klonowym liściu.

Irena dopiero teraz zauważyła, że pada śnieg. Drobny, mokry i rzadki.

Nick podszedł do Trosza od tyłu i z całej siły kopnął go butem pod kolano. A gdy Trosz odwrócił się ze zdziwieniem, lekarz chwycił go za kołnierz, przyciągnął do swojej twarzy i powiedział coś do ucha; od tych słów Trosz się opamiętał. Obrzucił nierozumiejącym spojrzeniem chrypiącego Sita i odruchowo otarł wargi. Elza podskoczyła z garstką białego śniegu i zaczęła wycierać nim twarz tego, który „nawet muchy by nie skrzywdził".

Do Ireny podszedł Nick.

– Do domu – rzucił sucho. – Nie ma tu nic ciekawego. Tym razem go posłuchała. Gdyż w końcu odzyskała władzę w nogach.

* * *

Nick sam przyszedł do jej pokoju. Zapukał, poczekał na pozwolenie, wszedł, znów poczekał na przyzwolenie i usiadł na krześle.

– Przepraszam... w imieniu Jana. Takie rzeczy się zdarzają... bardzo żałuję, że była pani tego świadkiem.

– A jak często zdarzają się takie rzeczy? – zapytała Irena po chwili.

– Rzadko – Nick się nie uśmiechał. – I niestety... niestety, Jan zażąda ode mnie wyjaśnień.

– Od pana? A dlaczego nie od Sita?

Irena była nieprzyjemnie zaskoczona. Sit był jedynym mieszkańcem farmy, do którego nie czuła ani krzty sympatii. Wręcz przeciwnie.

– Sit... Widzi pani, Ireno, nie mam obowiązku tego pani wyjaśniać, skoro pani jednak zapytała... Sit tak naprawdę nie ponosi za to winy. To Trosz.

– Czyżby? – nawet nie starała się ukryć sarkazmu.

– Niestety... Trosz ostatnio zrobił się nerwowy. Jest to bardzo niebezpieczne, gdyż staje się przy tym nieobliczalny. Przez niego Elza zaczyna być niespokojna. I Sit... on także nie jest szczególnie cierpliwy. Wątpię, by Jan dopuścił, aby z powodu... hm... tego incydentu stabilizacja na farmie została naruszona... Zresztą nieważne; po co ja pani o tym opowiadam?

Góry za oknem gasły. Pokój powoli pogrążał się w ciemności.

– A niech mi pan powie – wymamrotała Irena – czy jako lekarz... psycholog... wie pan, dlaczego Trosz zrobił się ostatnio taki nerwowy?

Nick wzruszył ramionami.

– Gdybym to ja wiedział...

Znalazła Trosza w oborze. W „zwierzyńcu", jak sama ją nazywała. Elza natychmiast wyszła i Irena odniosła wrażenie, że dziewczyna ukradkiem obrzuciła ją wrogim spojrzeniem.

Trosz został. Skinął głową, zawahał się i rozłożył ręce, jakby wzywał na świadków króliki i pozostałe zwierzęta.

– Po co tu pani przyszła... Tu przecież śmierdzi... i w ogóle.

– Pójdziemy do mnie? – zaproponowała Irena. Trosz pokręcił opuszczoną głową.

– A dlaczego? To mój pokój i mogę zaprosić do niego, kogo zechcę... A może Elza – spróbowała zażartować – będzie zazdrosna?

Trosz znów pokręcił głową – tym razem ze strachem.

– Więc chodźmy na spacer. Chcę z panem porozmawiać, Trosz, chciałabym...

– Tak. – Trosz przełknął ślinę i jego umięśniona szyja drgnęła. – Tak, oczywiście...

Doszli w milczeniu do furtki, nie wyszli jednak poza nią. W nocy wiatr ucichł, lampy nad domem i przybudówkami prawie się nie kołysały, na śniegu leżały żółte plamy światła. Góry były niewidoczne – milcząco towarzyszyły im tylko w ciemnościach.

– Skąd bierzecie tu wodę? – niespodziewanie dla samej siebie spytała Irena.

Trosz się ożywił.

– Mamy tu świetną wodę... Źródło mineralne...

– Rozumiem. Czyja pana czymś uraziłam?

Najbardziej pragnęła, by zamrugał ze zdziwieniem. I wtedy ze spokojnym sumieniem mogłaby powiedzieć sobie, że podejrzenie, które ją nurtuje, jest nieprawdziwe.

Spuścił wzrok i wciągnął głowę w ramiona.

– Obraziłam pana? – zapytała jeszcze raz tak łagodnie, jak tylko umiała.

Cofnął się o pół kroku.

– Wygadywałam różne głupoty na temat Stwórcy, o modelach światów... Ale przecież pan wie, że jestem pisarką. Teraz piszę o modelach – i paplam, co mi ślina na język przyniesie... Poczuł się pan tym urażony?!

Milczał.

– Przepraszam. Gdybym wiedziała, że jest to dla pana tak ważne. Ale dlaczego kilka głupich słów tak pana poruszyło? Na pewno często słyszał pan podobne rzeczy; ludzie drwili sobie z pana wiary i w ogóle... Mam rację?

– Tak – wydusił z siebie Trosz.

Uniósł głowę i promień latarki oświetlił jego twarz. W tym świetle siniaki wyglądały jak ciemne okulary, które zsunęły się na nos.

– Trosz – nagle z litości ścisnęło ją za gardło. – Ja kłamałam. Niech pan zapomni o wszystkim, co mówiłam.

Westchnął.

– Nie... to teraz... pani kłamie. A wtedy mówiła pani prawdę.

– Skąd to panu przyszło do głowy?! – To widać...

– Pan chyba oszalał, Trosz! Uważa pan, że naprawdę... osobiście znam Stwórcę?!

Spróbowała się roześmiać i prawie jej się to udało. Trosz się nie uśmiechał.

– To możliwe... Nie wiem przecież, kim pani jest. Może sama jest pani przybyszem. Z gwiazd... Z innych światów...

– Niech pan czyta klasyków i nie ogląda seriali – rzekła Irena pouczającym tonem, podczas gdy jej powolny umysł wyłaził ze skóry, żeby coś wymyślić. Nie; taki obrót spraw nie wchodził w jej plany. W żadnym wypadku.

– Trosz... Cokolwiek by się działo, niech mi pan da słowo, że o wszystkim zapomni... uspokoi się... weźmie w garść...

Pokręcił głową.

– Za późno. Teraz Jan mnie zabije.

Irena nie znalazła na to odpowiedzi. Język stanął jej kołkiem w gardle.

Trosz wydał z siebie głośne westchnienie.

– Nick już od dawna wie... że jestem nieobliczalny. Powie Janowi... Tak będzie lepiej. Tylko na początku strasznie... Bo widziałem tych... których przyprowadzał żywych, a potem ich spalaliśmy. To, co z nich pozostawało... Ale ja się nie boję. Stanę przed Stwórcą... nawet jeśli nie do końca odkupiłem... lecz krwi oddałem więcej, niż wylało się z jej ciała... i jego ciała. Z nich obojga. I Jan zbierze całą krew, którą mam w żyłach. Do ostatniej kropelki... I w końcu dowiem się...

Zamilkł, lecz Irena i tak dobrze wiedziała, czego chce dowiedzieć się biedny chłopak. I mimowolnie wyobraziła sobie Andrzeja Kromara rozwalonego w biurowym fotelu, z kuflem piwa w ręce, i tego oto Trosza, który stoi przed nim bez ruchu, czekając na swe pośmiertne przeznaczenie.

To ciekawe. Czy Andrzej zmodelował też ich dusze?

– Troniu – zawołała z ciemności Elza. Jej głos był znużony i zły. – Chodź już.

– Powiem Nickowi, żeby o niczym Janowi nie wspominał – rzekła szybko Irena.

Trosz, oddalając się, pokręcił głową.

– Nie trzeba.

– To nie pani sprawa... Do licha, jeśli Jan dowie się, że jest pani wtajemniczona i się wtrąca – zabije mnie.

– Czy to prawda, że Troszowi grozi...

– Wszystkim nam grozi! Spadająca cegła, pneumonia z obrzękiem płuc, zawał... Od urodzenia grozi nam śmierć, nie jest to jednak powód, by wpadać w histerię.

– Niech pan nie opowiada głupstw, Nick. Wie pan, co mam na myśli.

Nick przeszedł przez pokój. Nie wiedzieć czemu pogładził palcami kobietę na obrazie, opadł na fotel i założył nogę na nogę.

– Wszyscy jesteśmy tu skazani na śmierć, Ireno. Czy to dla pani coś nowego? Spokój, dobre wyżywienie, kontakt z naturą... Wszystko to korzystnie wpływa na długość życia. Natomiast stresy, neurastenia, niepewność jutra – skracają życie, a nasze życie w szczególności. Przecież to elementarna prawidłowość.

– Dobrze. – Irena poczuła przypływ obojętności. – Niech pan będzie spokojny i obcuje z przyrodą. Sama porozmawiam z Semirolem.

Już w drzwiach zauważyła, jak Nick nerwowo poprawił szal na swej szyi. I po raz pierwszy poczuła wątpliwości co do podjętej przez siebie decyzji.

* * *

Następnego ranka Irena widziała Trosza tylko przelotnie – jak zwykle wyszedł pobiegać; miarowym krokiem, w skupieniu, rześko; z daleka wyglądał nawet na spokojniejszego niż zwykle. Być może rozmowa z nią, a potem jeszcze współczucie Elzy pomogły mu odzyskać duchową równowagę – jeśli oczywiście wiecznie przybity stan ducha Trosza można tak nazwać.

Ranek spędziła przy pracy – co chwilę wyglądając przez okno, czy nie jedzie samochód.

Terenówka pojawiła się niespodziewanie; zauważyła ją, gdy była już całkiem blisko. Irena zdążyła zdziwić się tylko, dlaczego Sit nie biegnie otwierać bramy.

A potem przypomniała sobie, że Sit leży ze wstrząsem mózgu i Nick nie pozwala mu wstawać.

W drzwiach prawie zderzyła się z Nickiem. Uniknęła jego spojrzenia i dumnie ruszyła przed siebie, w kierunku zawracającej terenówki. Tam, gdzie Semirol, po zeskoczeniu na wydeptany śnieg, szedł zamknąć bramę i na jego pozornie beznamiętnej twarzy już malowało się pytanie...

– Co się stało? Cieszę się, że cię widzę, Ireno... Sądząc po wyrazie twojej twarzy, Nicku, coś...

Semirol zamilkł. I nie patrzył już na Irenę ani na lekarza, lecz za ich plecy i jego twarz zmieniła się do tego stopnia, że Irena musiała policzyć do trzech, zanim zdecydowała się odwrócić.

W drzwiach garażu stał Trosz. Miał w rękach strzelbę myśliwską, której lufa nie była wycelowana w ziemię, lecz w twarze Nicka, Ireny, Semirola... Ręce strzelca dygotały i broń drżała mu w dłoniach.

Nick odciągnął Irenę na bok. Na zawsze zapamiętała jego uchwyt – twardy i bolesny – oraz to, jak w następnej chwili pomiędzy nią a czarną lufą znalazło się żylaste ciało skazanego ginekologa.

– Odsuń się, doktorze – rzekł Trosz niemal bezgłośnie. – Odejdź...

Wciąż zasłaniając sobą Irenę, ciągnąc ją za sobą, Nick przesunął się w bok. Potem jeszcze kawałek.

Semirol się nie ruszał. Teraz lufa wycelowana była w jego brzuch. Z odległości jakichś dziesięciu metrów.

Tylko w filmach morderca i jego ofiara prowadzą między sobą długie dialogi. Trosz milczał. Milczał i – jak zauważyła Irena – próbował powstrzymać drżenie rąk. Utrzymać strzelbę tak, by zabić na pewno.

Pewnie trzeba było powiedzieć coś w rodzaju: „Nie rób tego" albo „Stój".

Irena doskonale zdawała sobie sprawę, że po podobnym okrzyku natychmiast rozlegnie się wystrzał. I będzie to naturalne; znacznie bardziej naturalne niż spokój i harmonia na tej dziwacznej farmie.

– Ty durniu – rzekł Semirol znużonym głosem. – No, dalej. Strzelaj.

I zrobił krok do przodu.

Niewątpliwie podobny wyraz twarzy ma wielokrotnie pobity wyrostek, gdy przyciśnięty do szkolnego ogrodzenia, w końcu postanawia się postawić.

Twarz Trosza się wykrzywiła. Wystrzał wydał się bardzo głośny, niczym grom; góry odpowiedziały echem.

Irena, której twarz wpasowała się w twardą szyję Nicka, widziała, jak Semirol zachwiał się, niczym od uderzenia. I jak na jego kurtce pojawiła się czarna dziurka. Na wysokości ramienia.

Trosz patrzył. Jego oczy zrobiły się zupełnie już ogromne, zasłaniając nawet okulary siniaków.

– Teraz z drugiej lufy – rzekł cicho wampir. I zrobił kolejny krok.

Trosz znowu wystrzelił. Jednak broń drgnęła mu w rękach i Irena wiedziała, że chybi.

Kula trafiła w bok terenówki. Roztrzaskała się szyba – z dźwiękiem rozsypanego grochu.

– To wszystko?

Semirol stał. Krwi nie było – z czarnego otworu w jego kurtce powoli wypełzała czarna i gęsta jak bitumin ciecz.

– Skończyłeś, Trosz?

Chłopak odrzucił strzelbę.

– Stwórca nie żyje. – Irena raczej przeczytała z warg, niż usłyszała to zdanie.

Trosz zaczął biec. Zaczął uciekać przed swą śmiercią, gdyż brama była jeszcze otwarta. Trosz uciekał i było to naturalne – a Irena bala się, że gdy zrozumie swą porażkę, uśmiechnie się i podstawi szyję.

– Gdzie jest Sit? – zapytał Semirol głuchym głosem.

– Nie – odparł ni w pięć, ni w dziewięć Nick, wciąż jeszcze przyciskając do siebie niemal omdlałą Irenę.

Semirol popatrzył za uciekającym Troszem. Przeniósł wzrok na strzelbę i na jego twarzy pojawił się wyraz pełen cierpienia.

– Do diabła...

Zachwiał się. Spojrzał w stronę ganka, na którym stała jak słup blada Elza.

– Do diabła z nim... Chodźmy, Nick. Wyjmiesz mi kulę.

* * *

Muczały niedojone Śnieżynka i Ruda. Klnąc przez zęby, Nick wziął wiadro i udał się do obory. Jak na katorgę.

Krowy się go bały. Denerwowały się, nie chciały stać spokojnie, próbowały przewrócić skopek; na dwa głosy obrzucały Nicka przekleństwami i żałośnie przyzywały swą dobrą gospodynię. Śnieżynka i Ruda nie miały pojęcia, że blada jak prześcieradło Elza leży teraz w łóżku, pociąga z kieliszka czerwone wino i zagryza jabłkami z hematogenem. Być może nawet Elza zrezygnowałaby z przysługującego jej odpoczynku i przyszła zająć się swą ukochaną trzódką – ale kręciło jej się w głowie i nie mogła ustać na nogach, gdyż Semirol zmuszony był do zwiększenia dawki wyssanej krwi.

– Ireno, do licha... Co się pani tak przygląda?! Niech mi pani pomoże.

– Wydaje się panu, że kiedykolwiek doiłam krowy? – zapytała, przeciskając przez kraty królikarni pęczek przyniesionej trawy.

– A ja?!

– Pan powinien mieć jakieś doświadczenie... Ktoś przecież musiał je doić, gdy Elza miała „wolne".

– Trosz – głucho odparł Nick. – Zwykle robił to Trosz. Wychował się na wsi.

Gorące mleko bryzgało, rozlewało się obok skopka, ściekało po rękach Nicka i kapało z jego obnażonych łokci. Zwierzę się męczyło, jednak były ginekolog przeżywał nie mniejsze katusze.

– A my tu sobie gawędzimy – rzekła Irena głucho i ze złością.

– A co mamy robić? Płakać?

Krowa wierzgnęła; najwyraźniej Nick sprawił jej ból.

– Stój, Śnieżynko! Krowa zamuczała.

– Śnieżynko, uspokój się, wyluzuj... Ireno, niechże ją pani przytrzyma za zad, czy co... Żeby stała w miejscu, zaraza; przecież to do niczego niepodobne.

– Trochę się to różni od ginekologicznych oględzin – rzekła mściwie Irena. – Jak mam ją przytrzymać; za ogon?

Nick miał dość. Opuścił czerwone, opuchnięte ręce; klepnął krowę w bok.

– Idź stąd, Śnieżynko... Ruda, na fotel!

Irena zachichotała nerwowo. Ruda wyciągnęła mordę i zamuczała, aż zadźwięczało w uszach. – Muuuu! Nick przyglądał się swoim rękom.

– Widzi pani, Ireno, Trosz już od dawna balansował na wąskim, choć twardym gzymsie. Jego specyficzne relacje z Bogiem... takim, jakim go sobie wyobrażał... pomagały mu utrzymać równowagę. Po tym, jak zamordował dwie osoby – także w afekcie... Po wyroku śmierci... Po wielu wiadrach krwi, którą oddał Janowi – nie do końca dobrowolnie – było mu coraz trudniej zachować spokój ducha. A potem coś się stało – może wyczerpała się jego wytrzymałość... Szczerze mówiąc, cały czas się tego obawiałem. I proszę...

– Zaszczuli chłopaka – rzekła Irena szeptem.

– Tak – przytaknął Nick ze smutkiem. – Nie chciałbym pani martwić, ale Trosza już raczej nie zobaczymy. Ruda, śliczności ty moje, chodź no tutaj, uspokój się...

Irena zamknęła oczy.

Podrygująca lufa... Dziura w kurtce Semirola.

– A w Jana trzeba strzelać srebrnymi kulami?

Nick się zawahał. Nie odwracając się, pokręcił głową.

– Po pierwsze, to bzdura. A po drugie, czy naprawdę życzy mu pani śmierci? Spokojnie, Rudzieńka...

Dojenie poszło sprawniej. Albo Nick nabierał wprawy, albo Ruda okazała się bardziej ugodowa.

Irena przysiadła na drugiej ławce – w kącie. Objęła kolana rękami.

– I co teraz będzie, Nick?

– Teraz Jan będzie potrzebował dużo hemoglobiny. I wszyscy będziemy musieli obżerać się hematogenem. A ja od dziecka nie znoszę tego paskudztwa. Wciskali mi go jako czekoladę; ależ to było obrzydliwe.

Irena przyglądała się jego zgarbionym plecom. Aż za dobrze pamiętała, jak te plecy zasłaniały ją przed pociskiem.

Choć Trosz raczej nie chciał jej zastrzelić.

Z drugiej jednak strony, tak trzęsły mu się ręce... Kula, która trafiła w terenówkę, mogła pójść rykoszetem.

– Nicku... Czy Jana nie da się zabić zwykłą kulą? Strugi mleka trafiały w wiadro jak poborowy w tarczę; co chwilę chybiając. Strzelało jednak nie „na wiwat", lecz na podłogę, na siano i na spodnie dojącego.

– Cicho, Rudzieńka, uspokój się... Można, Ireno. Można. – Czyli Trosz mógł... – Oczywiście. Bez problemu. Gdyby zachował więcej zimnej krwi... Choć kaliber był dość mały. Trzeba trafić prosto w oko... Spokojnie, Ruda. Spokojnie. Ireną wstrząsnął dreszcz.

– A dlaczego Jan dopuszcza... dopuścił, by Trosz miał tak łatwy dostęp do broni?

Nick przez chwilę wiercił się na taborecie.

– Do diabła, bolą mnie palce... A plecy... Już wolałbym trafić sześć lat temu na krzesło elektryczne, niż doić teraz tę przeklętą krowę.

Stuknęły zamykane drzwi. Irena drgnęła i odwróciła się.

– ...może kupię automatyczną dojarkę?

Semirol stał wyprostowany; zranioną, lewą rękę trzymał w kieszeni kurtki.

– Jak sobie życzysz, Janie – odparł Nick spokojnie. – Powinieneś leżeć i nie wstawać jeszcze przynajmniej jeden dzień.

Irena zdała sobie nagle sprawę, że wampir mógł przecież usłyszeć nie tylko ostatnie zdanie, lecz także większą część ich rozmowy.

– Jak ramię? – zapytała z troską w głosie. Chyba zbyt troskliwie. Wręcz nerwowo.

– Dziękuję, Ireno... To nic takiego. Nic strasznego. Mogę się przysiąść?

Irena po chwili wahania przesunęła się, robiąc obok siebie miejsce dla adwokata.

– Ależ śmierdzi w tej waszej oborze... – Semirol usiadł i oparł się o ścianę. – Przecież tu nie ma czym oddychać, Ireno.

– Chcesz mleka? – zapytał krótko Nick.

– Chcę krwi – odparł Semirol w tym samym tonie. Zerknął na Irenę i uśmiechnął się ledwie zauważalnie. – Nie bój się, to tylko niewinny żart... Trosz się znalazł.

Irena drgnęła. Nick zostawił krowę, zwiesił opuchnięte ręce między kolanami i zgarbiony znieruchomiał, nie odwracając głowy.

– Powiesił się na skraju lasu... na sośnie. Elzie na razie o tym nie wspominajcie. Przepraszam, że mówię o tym w twojej obecności, Ireno. Ale sama rozumiesz, że prędzej czy później i tak byś się o wszystkim dowiedziała.

– Tak – wyszeptała Irena.

Stwórca jest martwy. Stwórca jest martwy... Po co żyć, jeśli Stwórca...

– Ireno – Semirol delikatnie położył zdrową rękę na jej kolanie. – Czy ostatnio rozmawiałaś z Troszem?

– Tak – odparła, gdyż zaprzeczanie nie miało żadnego sensu.

– I jak go odbierałaś? Skąd ten dziwny pomysł... sama zresztą słyszałaś, co na koniec powiedział?

– Na koniec?

– Po obu wystrzałach. Przyznam się, że szumiało mi w uszach i nie jestem pewien, czy dobrze usłyszałem... Co powiedział?

– Zrobił to w afekcie – cicho zasugerował Nick. – Biedny chłopak.

Irena milczała.

Gdyż wystarczyło otworzyć usta, by przyłapano ją na kłamstwie.

* * *

Trosz nie miał pogrzebu. Najwyraźniej odszedł z farmy podobnie jak inni skazańcy – w postaci popiołu i czystego ognia.

Po tygodniu Semirol był już zupełnie zdrów.

A jeszcze dwa dni później nie wrócił z miasta sam.

Irena, mimo protestów, została zamknięta w pokoju i tylko przelotnie dostrzegła przez okno, jak wampir wyprowadza z terenówki niskiego mężczyznę w kajdankach – łysego, korpulentnego, z siwą bródką i oszalałym wzrokiem.

Nigdy już nie zobaczyła tego człowieka. I zabroniła sobie zastanawiania się nad jego losem. Na szczęście praca pochłaniała jej całą energię i ochotę do rozpamiętywania przeszłości.

Semirol przychodził do niej nocami – nauczyła się nie panikować, słysząc odgłos jego kroków. Tym bardziej że było między nimi coś w rodzaju partnerskiego układu – on udawał, że nie słyszał rozmowy o srebrnych kulach. A ona, że los Trosza, podobnie jak nieznanego brodacza, w najmniejszym stopniu jej nie obchodzi.

Semirol obchodził się z nią delikatnie. Był też mądry i jego komplementy schlebiały Irenie – choć niekiedy oddałaby wszystko, by wampir był trochę głupszy.

Czasem budziły ją koszmary. Śnił jej się rozbity w drobny mak żółty samochód i leżące na drodze, zakrwawione ciało Andrzeja Kromara.

Zaciskała zęby. Gdyż w żadnym wypadku nie chciała, by Semirol usłyszał, jak mamrocze przez sen: Stwórca nie żyje... Modelator nie żyje.

Był sam środek zimy, gdy test ciążowy dał pozytywny wynik.

Rozdział 8

Wsłuchiwała się w siebie i niczego nie czuła.

Snuła się po pokoju, siadała do pracy, znów wstawała, schodziła na podwórze, gdzie byczkowaty Sit przeglądał jakieś mechaniczne rupiecie; wychodziła za bramę i patrzyła na nisko wiszące nad górami słońce.

Nie była sama. W jej wnętrzu zamieszkał – na dobre i na złe – ktoś niebędący częścią jej ciała. Ktoś inny. Nie ona.

Nick chodził za nią jak cień. Bał się być ciągle na widoku, ale bardziej obawiał się, że nie zdąży podstawić ręki, kiedy Irena się potknie, czy podsunąć jej krzesła, gdy zechce usiąść.

Początkowo jego opiekają drażniła. Jednak wkrótce okazało się, że obecność Nicka bywa bardzo pomocna, szczególnie wtedy, gdy czuła, jak bardzo jest samotna i jak wszystko jej zbrzydło; gdy nie miała już sił, tak jak wcześniej, by liczyć tylko na siebie.

Semirol dużo pracował i ku radości Ireny bywał często i długo nieobecny. Administrator Sit otrzymał najwyraźniej polecenie, by nie niepokoić Ireny swą obecnością; Elza ostatecznie przeniosła się do zabudowań gospodarczych – zdaje się, że nawet tam nocowała.

Na skraju lasu, w pewnej odległości od innych drzew, poskrzypywała na wietrze koślawa sosna. Na gałęzi powiewała żałobna wstążka.

Sit wpadł do salonu czerwony ze złości i Irena nie przestraszyła się jedynie dzięki swej powolności. Nie zdążyła.

– Wytłumacz tej suce, doktorze. Chyba zupełnie jej odbiło. Powiedz jej. Uspokój ją, bo Jan to zrobi...

Nick spojrzał na Irenę i uspokajająco dotknął jej ramienia. Odwrócił się do Sita i zapytał lodowatym tonem.

– O co chodzi?

Sit otwarł już usta, lecz w ostatniej chwili także spojrzał na Irenę. Skrzywił się.

– Chodźmy, doktorze, wyjaśnię ci... A przy okazji tej suce. Kim jest i co powinna robić...

– Gówno muszę z tobą robić.

Elza rzadko pojawiała się w salonie. Teraz nie miała na sobie zwyczajowej chusty; krótkie włosy sterczały w nieładzie, szal na szyi był wyzywająco rozchylony, odsłaniając całe pole blizn – starych, świeżych, wąskich i szerszych.

– Gówno muszę z tobą robić, bydlaku. Sam się obsługuj. Albo niech Jan kupi ci dmuchaną lalę.

– Ach, ty...

Nick zagrodził drogę rozjuszonemu Sitowi. Irena sądziła, że Sit zmiecie ze swej drogi szczupłego lekarza bez większego wysiłku – stało się jednak inaczej. Nickowi jakimś cudem udało się wykorzystać impet Sita, zmienić trajektorię jego ataku i skierować go obok celu, na ścianę. Elza, blada, z mocno zaciśniętymi wargami, nawet nie drgnęła.

– Myślałam... że już... tego nie będzie. Nie... tutaj... – Elza wtrąciła kilka niezrozumiałych słów i Irena nie od razu zorientowała się, że przeszła po prostu na profesjonalny żargon. Dopiero słysząc coś takiego, można było wyobrazić sobie, gdzie, jak i z kim przychodziło „pracować" obecnej oborowej.

– Puszczaaaj... – Tym razem Sit usunął Nicka ze swej drogi, nie rzucił się jednak po raz drugi na Elzę – za to samym spojrzeniem mógłby rozpłatać wołową tuszę.

– A więc... A więc to tak. Dobra, niech tylko Jan wróci... Elza zamilkła. Wydawało się, że na jej twarzy leżą trzy sznurki – dwa sznureczki oczu i bardzo cienki sznureczek ust. Nick odwrócił się do Ireny. Podszedł do niej i mocno ujął pod łokieć.

– Ireno... Bardzo panią proszę. Nie wolno się pani denerwować. W ogóle. Niech pani idzie do siebie.

– Pójdziesz na przemiał – oznajmił Elzie Sit. – Własnymi rękoma wrzucę do pieca twoją pustą skórę; niech tylko Jan wróci...

– Życie wam zbrzydło?! – warknął Nick. – Jazda mi stąd. Oboje. Ale już!

Sit zjeżył się i wyszedł, trzaskając drzwiami. Elza wciąż stała bez ruchu; sznureczek jej ust zdawał się uśmiechać.

– Wyjdź – rzekł Nick tonem ciszej. – Wszystko wyjaśnimy... Ale czy naprawdę tak trudno się pohamować?!

Elza osunęła się po ścianie. Szlochała niemal bezgłośnie, za to zalewając się łzami; dłonie, którymi zakrywała twarz, od razu zrobiły się mokre.

– Do licha, Ireno... niech już pani stąd idzie. Wszystko wyjaśnimy. Wszystko będzie w porządku; tylko nie powinna pani...

Podeszła do Elzy i usiadła obok niej. Milczała przez chwilę. Objęła ją za drżące ramiona.

– No... on przecież... niech pani nie zwraca uwagi; wszystko będzie...

– To przez ciebie, szmato – rzekła Elza przez łzy. – Trońka przez ciebie... ześwirował... naplotłaś mu o Stwórcy. O modelu... I on uwierzył...

Irena czuła na karku stwardniały nagle wzrok Nicka. Wstała. W milczeniu poszła do siebie, położyła na łóżku w ubraniu i naciągnęła koc do samego podbródka.

* * *

Nie słyszała, o czym Semirol, Nick i administrator rozmawiali następnego dnia. Po wyjściu z gabinetu adwokat sprawiał wrażenie spokojnego; Nick był nienaturalnie milczący, a na twarzy Sita malowało się coś w rodzaju posępnej satysfakcji.

Ireny nikt nie zaczepił. Nick, wbrew swemu zwyczajowi, nie przypomniał jej o porannym spacerze, Sit nawet na nią nie spojrzał, a Semirol skinął jej z roztargnieniem i udał się do biblioteki, gdzie towarzystwa dotrzymywały mu książki i magnetyczne rybki.

Irena wróciła do siebie, usiadła za komputerem i przeczytała to, co do tej pory udało jej się napisać.

Stara topola rosła nie po prawej, lecz po lewej stronie bramy. Gdy to zauważyłam, przez chwilę stałam bez ruchu, nie mogąc ruszyć się z miejsca.

Peter twierdził, że przebywanie w tkance modelu jest całkowicie bezpieczne dla zdrowia.

Wiatr pachniał jesienią. Furtka skrzypiała swojsko i znajomo; przeciągnęłam dłonią po deskach, upewniając się, czy nie są hologramem albo iluzją. Tkanka modelu?

Nie; potem się nad tym zastanowię. Gdy siądę za komputerem i napiszę czarno na białym: Rozdział pierwszy...

– Sensej?

Jakiś ruch w budzie. Wynurzyła się jedna łapa, potem druga.

Przespał mój powrót?!

Radosny pisk. Pies skoczył mi na powitanie – zaspany, dziwnie mały, z obwisłą sierścią, niezgrabny.

– Sensej, to ty?!

Irena oderwała wzrok od monitora i zamknęła oczy.

Wszystko to było znacznie słabsze niż sławetne „pierwsze opowiadania"; te, których nikt nigdy nie napisał, a mimo to istniały. Wiedziała, że opowiadania należą do niej, że z czasem napisze coś lepszego. I dzień za dniem ciągnęły się te zmagania, pogoń za liderem. Irena jakby konkurowała w mistrzostwie z własnym cieniem, ze swą bardziej utalentowaną połową. Konkurowała i najczęściej przegrywała.

Dziś praca w ogóle jej nie szła. Samotność, której zwykle pragnęła, tym razem ją przytłaczała.

Semirol jej unikał. Jeśli wcześniej miała co do tego wątpliwości, to teraz zostały one całkowicie rozwiane. Semirol zrobił swoje i całkowicie przekazał ją pod opiekę lekarza. Zapłodnioną samicę.

Przygryzła wargę.

On coś podejrzewa. Nie wiadomo, co naopowiadała mu Elza, a co Trosz nagadał Elzie przed śmiercią – być może wersja o schizofrenii Ireny uzyska teraz dodatkowe potwierdzenie. Choroba psychiczna, która, co śmieszniejsze, jest zaraźliwa – pierwszą jej ofiarą został Trosz, w kolejce czeka Elza.

Do biblioteki Irena weszła odruchowo, mając nadzieję, że Semirola dawno w niej nie ma. Magnetyczne rybki przemierzały akwarium, wampir siedział pochylony nad biurkiem i przeglądał pożółkłe stronice starych gazet.

– Janie.

– Tak?

– Nie przeszkadzam?

Przerwał swoje zajęcie. Wstał i podszedł do Ireny; odruchowo zwróciła uwagę, że jest w doskonałej formie. Miał wspaniałą cerę. Krótkie, lśniące włosy sterczały jak szczotka. I tylko oczy były zmęczone i przekrwione.

– Janie... muszę ci coś powiedzieć.

Milczał przez chwilę. Nieoczekiwanie wziął ją za rękę; jego dotyk nie wzbudził w niej odrazy i nie cofnęła dłoni.

– Nie możesz się denerwować, Ireno... W najmniejszym stopniu nie zawiniłaś w tym, co zdarzyło się z Troszem. Tak wyszło. Było to źdźbło, które przeważyło szalę.

Milczała.

Semirol objął jej ramiona. Przyciągnął do siebie. Poczuła, jak bije jego serce; dwukrotnie wolniej niż u przeciętnego człowieka i półtora raza niż u Andrzeja Kromara.

– Czy bardzo panią zmartwi, Ireno, jeśli porozmawiamy o pani byłym mężu?

* * *

– To bardzo dziwna postać. Zasięgnąłem pewnych informacji... Tak, istnieją dokumenty potwierdzające śmierć Andrzeja Kromara w wypadku samochodowym. A jednocześnie nie ma żadnego świadka; nikogo, kto by uczestniczył w pogrzebie. Nie miał bliskich przyjaciół. Jego jedyną rodziną byłaś ty... Byłą rodziną. W dniu wypadku, podobnie jak w dniu pogrzebu, nie było ciebie w mieście. Byłaś nie wiadomo gdzie. Dysponuje siecią informatorów... znalazłem mieszkanie, które Kromar wynajął krótko przed śmiercią.

Irena siedziała, ściskając do bólu oparcie fotela. W gabinecie panował półmrok, lampka spoglądała w sufit nieobecnym wzrokiem.

– Jak się czujesz? Czy nie nazbyt cię... obciążam?

W milczeniu pokręciła głową.

– Tak więc... Pewna miła kobieta, właścicielka mieszkania, dowiedziała się o śmierci Kromara przypadkowo, z gazet. Bardzo to przeżyła. Zrobiła spis jego rzeczy, dała ogłoszenie i uczciwie czekała na spadkobierców. I na nikogo się nie doczekała. Spadek był zresztą skromny – jakieś rzeczy osobiste, rower i stary, niedziałający komputer...

Irena nie mogła się opanować.

– Stary komputer... Andrzeja?!

– No właśnie... Właścicielka mieszkania pamięta, że komputer był inny. A został ten. Oraz kartonowe pudło po telewizorze, pełne papierów. Właścicielka miała zamiar je wyrzucić, lecz ja na wszelki wypadek postanowiłem je zabrać. Czy możesz, Ireno, bez uszczerbku dla swojego nastroju, opowiedzieć mi coś o tym Kromarze?

Irena się zawahała.

– A dlaczego... Andrzej cię zainteresował?

Miała w sobie dość siły, by wytrzymać przenikliwy wzrok Semirola.

– Dlatego, Ireno, że właśnie ten człowiek jest w jakiś sposób związany z twoimi...hm, nazwijmy to, dziwactwami. Wciąż uważam, że podobna psychoza jest niegroźna dla potomstwa... Muszę się jednak upewnić. Zresztą kto wie, może nawet ci pomogę?

– Nie zwariowałam – rzekła pospiesznie. – Nie mam żadnej psychozy.

Semirol niedowierzająco pokręcił głową.

– Cierpisz na nią, Ireno. Coś jest nie tak. Może to efekt rozwodu. Wierz mi, że w swojej praktyce miałem wiele procesów rozwodowych... Wszystko może się zdarzyć, Ireno. Przecież się mnie nie wstydzisz?

– Troszkę za późno na wstyd – odparła z nerwowym rozbawieniem.

– Pomożesz mi?

Nerwowo przełknęła ślinę.

– Dobrze... Idźmy dalej. Mamy tu górę różnych papierów, wycinki z gazet, czyste kartki, brudnopisy, z których nie można zrozumieć ani słowa... Czy twój były mąż zajmował się szyframi, anagramami albo czymś podobnym?

Irena z przekonaniem pokręciła głową.

– Dobrze... O, właśnie to mnie zainteresowało. Wycinek z gazety „Tajemnice Śledztwa". To takie profesjonalne czasopismo. I artykuł jest dziwny – relacja z jakiegoś głośnego procesu... Ja tego procesu nie pamiętam. Chociaż powinienem. Tu, na rogu strony, widać numer gazety i datę. Mam ten numer w swoim komplecie gazet. Ale nie ma w nim tego artykułu. To bardzo interesujące, prawda?

Sięgnęła po żółtą stronicę. Podniosła do oczu i odsunęła z obrzydzeniem – na fotografii w centrum widniał półnagi trup.

– Nie oglądaj tych okropieństw! Oddaj mi to... A najciekawsze jest to, że nie jest to jedyny taki przypadek. Mam tu masę podobnych wycinków, na większości z nich widnieje data i numer gazety i nie zostały one wydrukowane z komputera, lecz są oryginalne, typograficzne. I ani jednego z nich – ani jednego! – nie znalazłem w swoich kompletach. Może Kromar zajmował się podrabianiem artykułów prasowych, choć nie mam zielonego pojęcia, dlaczego miałby to robić.

– Janie – Irena nerwowo pocierała ręce, przypominając samej sobie muchę na świątecznym obrusie. – A nie było przypadkiem jakichś... fotografii?

Semirol sięgnął do stołu. Wyciągnął z góry papierów standardowe, pocztówkowe zdjęcie.

Tak, czas i miejsce rozpoznała na pierwszy rzut oka.

Park. Ganek drewnianego domu opleciony, zdaje się, bluszczem... Widać też domek ich sąsiada, znanego reżysera. Zdjęcie zostało zrobione kilka dni przed pamiętnym incydentem – reżyser jeszcze nie wiedział, co go czeka.

Zdaje się, że właśnie jego poprosili, by ich sfotografował. Zdjęcie zrobione ręką mistrza kina – Irena i Andrzej stoją objęci, oboje są młodzi, czarujący i zadowoleni z życia.

Irena w milczeniu oddała zdjęcie.

Czekają dziś bezsenna noc. Natomiast teraz jej twarz jest absolutnie obojętna; niekiedy spowolniona reakcja nie jest taka zła.

– Coś jeszcze? – usłyszała własny, spokojny głos. Semirol wzruszył ramionami.

– Tylko te zaszyfrowane zapisy, z którymi nie mogą sobie poradzić nawet profesjonalni kryptolodzy. I kalendarz ścienny sprzed sześciu lat. Albo siedmiu.

– Mogę go zobaczyć?

Kalendarz pachniał kurzem. Niegdyś lśniące kartki były teraz spłowiałe, gdzieniegdzie widać było ślady po filiżankach i tłuste plamy, jak po oleju słonecznikowym.

– Janie... powiedz prawdę. Sądzisz, że postradałam zmysły?

– Myślę, że jesteś genetycznie zdrowym człowiekiem, z drobną, uporczywą manią.

– Podaruj mi ten kalendarz – Irena przyciskała go do piersi i miała na twarzy tak szczęśliwy uśmiech, że istotnie można było ją uznać za obłąkaną.

– Cieszę się, że ci się podoba.

Semirol podszedł, usiadł na oparciu i nagle mocno ją objął. Zastygła ze strachem.

– Stęskniłem się za tobą, Ireno. Ale w pierwszych miesiącach ciąży... sama rozumiesz. Lekarz nie zaleca – i uśmiechnął się.

Gwałtownie poczerwieniałe uszy zdradziły jej zmieszanie.

Jej pokój był zawalony mapami, prasowymi wycinkami i atlasami. Niemal od razu znalazła to, czego szukała; odczuwane przez pierwsze sekundy podniecenie, od którego zakręciło jej się w głowie i zdrętwiały palce, szybko wywietrzało jak tanie perfumy, pozostawiając po sobie zimny pragmatyzm badacza.

Czuła się jak doświadczony preparator. Spokojny niczym boa dusiciel. Czy raczej trup boa dusiciela.

Wybrała mapy o identycznej skali. Pracowała dokładnie i ze skupieniem; aby doprowadzić swój zamysł do końca, wystarczyło jej kilka godzin.

Przestraszyła się dopiero potem; gdy przyjrzała się swemu dziełu.

I komu to można pokazać? Nickowi? Janowi?

Oparła się o parapet. Zwróciła wzrok ku ciemniejącemu, zimowemu niebu.

– Partacz! Mam cię, słyszysz?

Niebo milczało.

Najwidoczniej adwokat rzeczywiście posiadał fenomenalny dar przekonywania. I zapewne jego argumenty były dla Elzy i Sita w pełni przekonywające; w każdym razie na farmie zapanował względny spokój.

Irena unikała zarówno Elzy, jak i Sita. Semirol nie ruszał się z farmy, uważając najwyraźniej, że przywrócenie porządku w gospodarstwie jest jego głównym obowiązkiem.

Irena przyglądała się górom i myślała.

W to, że Andrzej zginął, nie wierzyła od samego początku. Wersja o jego śmierci leżała zakurzona w najgłębszym zakamarku jej podświadomości. Czy to możliwe, że Andrzej, po zainscenizowaniu swej śmierci, wyszedł z modelu w rzeczywistość?

Nie było to zbyt prawdopodobne. Chociaż...

Czy było możliwe, że Andrzejowi nie odpowiadała rola zwykłego mieszkańca modelu? Że po dokonaniu czegoś w rodzaju rytualnego samobójstwa przybrał postać prawdziwego Stwórcy; takiego, którego miejsce jest w niebie?!

Brednie.

Opowiadanie było już prawie gotowe. Irena nie znała tylko zakończenia.

* * *

– Całe moje życie jest takie... rozbite... Odrzuca mnie pan z obrzydzenia, tak? – Elza mówiła półgłosem, lecz z szalonym temperamentem. Irena zwolniła kroku, nie chcąc być świadkiem niczyich prywatnych rozmów.

– Dlaczego zawsze tak jest... dobiera się do mnie każdy bydlak, każdy śmierdzący gnój, a dla prawdziwych mężczyzn jestem jakby... brudna... A ja pana kocham, kocham... dlaczego nikt mi nie wierzy?!

Irena się zatrzymała. Drzwi do komórki były uchylone. Irena żywo wyobraziła sobie Elzę klęczącą przed Nickiem. A sekundę później, jak oboje się odwracają, Nick uśmiecha się ze zmieszaniem, a czerwona jak burak Elza ucieka ze łzami w oczach.

Ciekawe, jak Elza trzyma się podczas badań?

Wbrew własnej woli Irena zrobiła jeszcze pół kroku.

Ciasna komórka zastawiona była stertami czystej pościeli. Elza siedziała na podłodze; oprócz niej w pomieszczeniu nikogo nie było.

Była prostytutka wpatrywała się błagalnym wzrokiem w oklejoną kolorowymi zdjęciami ścianę. Ciekawe, do którego z wymuskanych aktorów o śnieżnobiałych zębach skierowane były jej modły?

Irena przemknęła obok komórki niezauważona. Obejrzała się dopiero przy drzwiach swego pokoju. Zatrzymała się zdyszana; jednak nie dlatego, że biegła, lecz z zażenowania. Nawet gdyby zastała Elzę w ramionach Nicka podczas seksualnej ekstazy, nie byłoby jej tak wstyd.

Plastykowa przykrywka, którą zakładała na klawiaturę, leżała obok, na stole. A Irena była pewna, że zostawiła klawiaturę przykrytą.

Ze zdziwieniem rozejrzała się po pokoju. Klucz miała w kieszeni; już od dawna nikt postronny tutaj nie wchodził – na jej prośbę nie wycierano nawet kurzu, wszystko robiła sama.

Wzruszyła ramionami. Zastanowiła się. Podeszła do monitora i położyła na nim dłoń.

Był ciepły.

– Co za bzdury oglądasz?

Oderwała spojrzenie od prowadzącego telewizyjny show mężczyzny, który wykrzykiwał coś i stroił miny na ekranie małego telewizora. Uśmiechnęła się wymuszenie.

– Dlaczego bzdury; to bardzo śmieszne.

– Nie udawaj. Coś cię martwi?

Milczała przez chwilę.

– Martwi mnie to, że bez pozwolenia włamałeś się do mojego komputera i zgrałeś opowiadanie. A może się mylę?

Semirol usiadł obok. Wziął ze stołu pilota i zmusił rozentuzjazmowanego krzykacza, by trochę się uciszył.

– Ireno...

– To nic – wzruszyła ramionami. – Skoro należy do ciebie moje ciało, to co tu mówić o tekście? O jakimś tam pliku?

– Masz zadatki na wielkiego detektywa, Ireno.

– A ty na kiepskiego włamywacza... Ale dlaczego?!

– Musiałem to przeczytać. A ty byś mi nie pozwoliła. Mam rację?

Milczała.

– Zrozum, Ireno... to, że ostatecznie pozostałaś przy życiu... jest w dużym stopniu zasługą właśnie tych opowiadań. Niezależnie, jak dziwnie by to nie brzmiało. A jak ciekawie było spojrzeć na siebie z boku! – uśmiechnął się niespodziewanie.

Ledwie powstrzymała się, by nie splunąć na podłogę; jak marynarz w knajpie.

– Ale to... jest inne. To nie... Poza tym nie jest zakończone!

Semirol westchnął.

– Gdzie spędziłaś te nieszczęsne dziesięć miesięcy, Ireno?

Na ekranie żwawe tancerki wymachiwały smukłymi nogami.

Irenie ich ruchy przypominały maszynę dziewiarską... a może przędzalniczą? Rytmiczne wymachy nieskończonego szpaleru pręcików i haczyków.

– Przeczytałeś już? – zapytała zrezygnowana.

– Tak. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko odróżniasz... fikcję od rzeczywistości?

I po wszystkim, pomyślała Irena ze znużeniem.

– Nie jestem obłąkana. Wierzysz mi?

Milczał.

– Więc proszę iść ze mną! – rzekła i wstała gwałtownie. – Chodźmy, coś ci pokażę!

* * *

Włączyła w pokoju całe oświetlenie. Żyrandol, lampkę nocną i stojącą. Zrzuciła ze stołu papiery, które zostały po jej śledztwie, zabrała się za odsuwanie komputera.

– Wykluczone – Semirol odsunął ją z oburzeniem. – Nie możesz dźwigać ciężarów!

Przewróciła oczami.

– Spójrz tutaj, Janie... Proszę. To kalendarz, ten z rzeczy Kromara, widzisz?

– Proszę się uspokoić, Ireno.

– Nie, to ty się uspokój... Te góry, spójrz, poznajesz? Semirol wziął kalendarz do ręki. Uśmiechnął się lekko.

– Tak... Coś podobnego.

– A dlaczego tu napisano: „Kordyliery Południowe"? Przecież mieszkamy w innym miejscu!

Adwokat przyjrzał się uważniej. Wzruszył ramionami.

– I co z tego? Kromar podrabiał artykuły prasowe. Teraz okazuje się, że również kalendarze i mapy.

– Podrabiał kalendarze sprzed siedmiu lat? W porządku... niech mu będzie. Ale mapa?

Irena była podekscytowana. Kartkowała atlas, nie mogąc znaleźć właściwej strony; Semirol jakby od niechcenia położył jej rękę na ramieniu.

– Nie spiesz się.

– Spójrz tutaj... Proszę. To są Kordyliery Południowe. To jest miejsce, które we wszystkich atlasach świata nazywa się właśnie tak... To ten fragment, obrysowany ołówkiem pięciokąt. Widzisz?

– I co z tego? – powoli powtórzył Semirol.

Irena rozłożyła mapy.

– Tu znajdujemy się my... To jest miasto... Tam są jeszcze normalne góry. Tu jeszcze też... stare... zerodowane. Las, łąki, średnia wysokość nad poziomem morza nie przewyższa... nie pamiętam już, ilu metrów, ale nie jest to znów tak wysoko. I nagle – szczyty! Kraina wiecznego śniegu! Wszystkie te obłędne przełęcze, przez które nie da się uciec z farmy... No dobrze, może to być jakaś przyrodnicza anomalia... Ale to! Zobacz tutaj! To ten sam pięciokąt, kropka w kropkę! Fragment Kordylierów przeniesiony w zupełnie inne miejsce! Zdublowany! Wycięłam go nawet z mapy; skala się zgadza... nawet jeśli uwzględnić nieuniknione przekłamania i nieścisłości... przecież są identyczne! Nakładają się na siebie!

Semirol milczał.

Dowód Ireny, przypominający dziecięcą układankę, wyśliznął się z jego nerwowych dłoni i upadł na dywan – oddzielnie atlas z zagiętym rogiem, oddzielnie mapa z wyciętą, prostokątną dziurą i oddzielnie sam pięciokąt, żółto-pomarańczowy od wysokich gór. I jeszcze jedna mapa, cała, z narysowanym konturem, z miejscem, w które bez szkody dla integralności mapy można wkleić fragment Kordylierów Południowych.

Semirol się schylił i dokładnie pozbierał wszystkie części układanki. Wyprostował się i uśmiechnął.

– I co z tego?

– A nic – Irena usiadła na kanapie. – Oczywiście odróżniam fikcję od rzeczywistości. Można by wysłać te moje hipotezy do jakiegoś geograficznego czasopisma... Chociaż nie, w takich czasopismach tego nie wydrukują. Lepiej do jakiejś szemranej gazetki o chiromancji, przepowiedniach i sposobach na wywoływanie duchów, „nie z tej ziemi"... Tam wydrukują to z pocałowaniem ręki... i jeszcze honorarium przyślą.

Semirol milczał.

– I co ty ze mną zrobisz? – zapytała żałośnie. – Jeśli mimo wszystko jestem schizofreniczką? Pomyliłeś się co do mojej osoby, Janie. Powinieneś był sprowadzić sobie od razu kilka kobiet, zapłodnić je i z licznego potomstwa wybrać najbardziej udanego osobnika. A pozostałych...

Zakrył jej usta dłonią. Była wąska i twarda; Irena wcisnęła policzek w guzik na jego koszuli i znów poczuła bicie jego serca – lecz o dziwo, teraz puls Semirola był szybszy niż u Andrzeja Kromara; niemal taki sam, jak u normalnego człowieka.

– Ireno... nie trzeba. On może usłyszeć.

Jego dłoń leżała już na jej brzuchu. Irena znieruchomiała – jego dotyk był przyjemny.

Mijały minuty.

Nie stawiała oporu. Opadła na poduszki, pozwalając mu robić ze sobą, co tylko chciał.

Bezwstydnie świecił żyrandol, lampka nocna i stojąca lampa.

– Uśmiechasz się, Ireno?

– To nieprzyzwoite... Przy dziecku... Musnął wargami jej usta. Po raz pierwszy.

– Śmiejesz się?

– Zwykle zaczyna się od pocałunku... a my kończymy...

– No, do końca nam jeszcze daleko.

Więc jak, zrozumiał? Czy mimo wszystko jej uwierzył? Czy też...

Zamknęła oczy.

To już i tak nie ma znaczenia.

* * *

Rankami walczyła z atakami mdłości. Nic nie chciało jej się robić i opowiadanie wciąż pozostawało niedokończone.

Nick skakał wokół niej jak niańka. Prawił jej komplementy. Zabawiał. Wytrzasnął skądś film o życiu płodu w brzuchu matki. Początkowo Irena się zżymała, jednak ciekawość zwyciężyła, tym bardziej że film był swoiście estetyczny.

Dni. Tygodnie. Miesiące. Nieproporcjonalna, trochę przerażająca z wyglądu istota unosiła się do góry nogami wewnątrz własnego, czerwonego kosmosu, rosła, pojawiały się linie papilarne, rzęsy, małżowiny uszne, paznokcie.

Irena patrzyła, od czasu do czasu z niedowierzaniem dotykając swego brzucha.

* * *

Dni były słoneczne, na codzienne spacery wychodziła w zasłaniających pół twarzy ciemnych okularach.

Żałobna tasiemka na koślawej sośnie wypłowiała i poszarzała. Niekiedy pod sosnę przychodziła Elza, jak na grób. Podobnie jak dzisiaj.

Irena siedziała na pniu przewróconego drzewa, na złożonym we czworo puszystym kocu. Dalej nie było jak iść – trzeba by wspinać się po kamieniach, czego Nick jej kategorycznie zabronił.

Za to tutaj, na kamiennym placyku zasłoniętym z dwóch stron przed wiatrem, było komfortowo jak w parku.

Albo na spacerniaku przyzwoitego więzienia.

Daleko w dole, przy koślawej sośnie, stała zamyślona Elza.

– Nicku...

– Tak, wiem o czym pani myśli... Biedne dziecko. A najsmutniejsze jest to... Może będę cyniczny, ale gdyby coś takiego przydarzyło się Sitowi – Elza także pogrążyłaby się w żałobie. Znienawidziłaby Trosza. Tak, Ireno. Nasza Elza jest niesłychanie romantyczna, choć zapewne nie przeczytała w życiu nawet jednego romansu. A przez cały czas próbuje udowodnić samej sobie, że potrafi kochać nie gorzej niż inni. Wiernie i z oddaniem.

Irena przez chwilę milczała. Lekarz paplał jak zwykle, zabawiając ją i prowokując, jednak w jego słowach brzmiało niedopowiedzenie, kryło absolutne przekonanie, że Irena, zasłuchana w opowieść o Elzie, nie zwróci na nie uwagi.

– A pan, jako lekarz, jaką postawiłby diagnozę. Czy Elza nie potrafi kochać?

Pytanie zabrzmiało idiotycznie poważnie. Nick westchnął.

– Krowy, zwierzęta... bardzo kocha. Prawdziwie.

Irena przypomniała sobie monolog Elzy w komórce. Rozmowy o miłości z aktorami ze zdjęć to zajęcie dla dziesięcioletnich dziewczynek, a nie dla...

– Nick... a między wami coś było?

Elza skierowała się w stronę furtki. Ostatnio przestała garbić się jak staruszka, trzymała się prosto i niekiedy nawet uśmiechała, jak dawniej.

– Oczywiście – odparł lekarz po chwili. – Kiedy tylko się tu pojawiła... uspokajałem ją, przyzwyczajałem do nowych warunków, leczyłem. I ubzdurała sobie, że kocha mnie nawet bardziej niż swoje cielaki. Nie, proszę nie przepraszać, Ireno... Pani pytanie nie było żadnym nietaktem. W tym, że Elza odnalazła na farmie swoje szczęście, jest dużo mojej zasługi. I niech się pani nie martwi, z Elzą wszystko będzie dobrze... dojdzie do siebie. Czas wygoi rany, Ireno. Chodźmy na obiad.

Patrzyła, jak strzepuje koc, składa go i chowa do torby. Słońce kryło się za górami; być może gdzieś w Kordylierach Południowych ktoś zupełnie tak samo spogląda na ten krajobraz, tyle że tam jest na pewno znacznie cieplej.

– Czytał pan wiersze Elzy?

Odwrócił się ze zdziwieniem.

– Słucham?

Irena się uśmiechnęła.

– Intymna bliskość powinna się chyba różnić od rutynowych badań pacjentki? Pomyślałam więc, że wiersze na pewno pan...

Nick przyglądał jej się przez chwilę z szeroko otwartymi ustami. Potem na jego twarzy pojawił się drapieżny uśmiech.

– Wie pani co? Ktoś inny na moim miejscu na pewno by się obraził... Czy mam pani opowiedzieć ze szczegółami, jak przywracałem Elzę do życia?

– Nie trzeba – odparła Irena pospiesznie. – Wierzę panu...

– Proszę mi podać rękę. Bardzo tu stromo. Posłusznie wsunęła dłoń pod jego ramię. Przechadzki z Nickiem przywracały jej dyscyplinę. Nie pozwalały się zdekoncentrować. Zapomnieć o wyglądzie zewnętrznym, rozluźnić się, zgłupieć...

– Na pewno nie czuje się pan urażony? Zachichotał.

– Zemszczę się... Jeśli pani chce, poczytam pani wiersze podczas badania.

Nie wiedzieć czemu poczuła się zmieszana.

– A właśnie, Ireno... czym pani zakłopotała Jana? Odnoszę wrażenie, że czymś go pani bardzo zaskoczyła.

Uśmiechnęła się tajemniczo.

– To niespodzianka.

– Wyznała mu pani, że w jej rodzinie zawsze rodzą się trojaczki? – zapytał Nick z rozbawieniem.

Zerwał się wiatr. Nick wolną ręką zakrył dłoń Ireny.

– Zimno? Chodźmy szybciej.

Miał ciepłą dłoń; czuła to przez cienką rękawiczkę.

– Nick, już dawno chciałam o to zapytać... O co chodzi? Dlaczego tak się spiął?

– Kto będzie opiekował się noworodkiem? Jan przywiezie tu skazanego na śmierć pediatrę? Karmicielkę? Czy może... powierzy dziecko Elzie?

Wzruszył ramionami.

– Naprawdę sądzi pani, że... nie damy sobie rady? Jan zrobi dla niego wszystko, cała farma będzie zajmować się tym maluchem... Będę miał podręczniki, filmy szkoleniowe, wszelkie możliwe lekarstwa, sprzęt medyczny... nawet inkubator, jeśli będzie trzeba.

– Tak – odparła Irena, wpatrując się w śnieg. – I zapewne jego pierwszym słowem nie będzie „mama", lecz „inkubator".

– Ireno?! – Nick chwycił ją za ramiona i odwrócił do siebie. – Co pani wygaduje?

Uwolniła się.

– Ireno – znów wziął ją za rękę. – Błagam panią... tak nie można. Przecież zawarliście umowę; wszystko zostało ustalone. Będzie pani wolna; wyjedzie pani... Będziemy panią dobrze wspominać. I jeszcze będzie pani miała dzieci. Dziewczynki, chłopców, ile dusza zapragnie; ma pani ku temu bardzo dobre... warunki fizyczne.

– Specjalista – rzekła z goryczą.

* * *

Starannie unikali z Semirolem razmów o Andrzeju Kramarze, o jego dziwactwach, wycinkach z gazet i kalendarzu. Momentami Irena miała wrażenie, że Semirola coś gnębi – lecz przyczyną mogły być także sprawy zawodowe. Byłoby dziwne, gdyby zrównoważony wampir zaraził się obłędem i podobnie jak Trosz, tracił wiarę w stabilność struktury wszechświata.

Nie rozmawiali także o niedokończonym opowiadaniu. Irena była już niemal przekonana, że Semirol na dobre o nim zapomniał, dopóki pewnego razu nie zapytał jej jakby od niechcenia:

– Miejsce, w którym twoja bohaterka weszła w tkankę modelu, jest szczytem wzgórza. Którego?

Na stole, przed zdziwioną Ireną, pojawiła się mapa topograficzna; rozpoznała swój dom, domy sąsiadów, szosę.

– Tutaj – wskazała palcem. – Dokładnie tutaj. Droga zatacza tu jakby podkowę... A tam...

– Jechały naprzeciw siebie dwa samochody, żółty i biały – rzucił Semirol, znów jakby mimochodem. – I właśnie tu przyprowadziłaś brygadę śledczą, jakoby po to, by wskazać ciało jeszcze jednej ofiary... Po co?

– Byłam w szoku – odparła niemal bezgłośnie.

– Niech ci będzie... A na co liczyła twoja bohaterka, przyprowadzając śledczych na wzgórze?

Irena przełknęła ślinę.

– Chciała wyjść. Znajduje się tu brama, dwa pręty z przywiązanymi do nich kawałkami materiału... Korytarz okazał się jednak zamknięty.

– Celowo? Przypadkowo? Przez kogo? Dlaczego?

Wzruszyła ramionami.

– Sama autorka tego nie wie?!

– Autor wcale nie musi wszystkiego wiedzieć – oznajmiła dumnie. – Autor ma prawo przypuszczać, zadawać pytania...

Przez chwilę Semirol przyglądał jej się z uwagą. Potem się odwrócił.

– W porządku... I co, zobaczyłaś dym z komina? Pustego domu? I będąc autorką, nie wiesz, kto cię odwiedzał?

– A jaka to teraz różnica? – rzekła posępnie. – Pewnie ta zabójczyni. Przecież Andrzej Kromar wedle oficjalnej wersji nie żył już od miesiąca.

– Według oficjalnej wersji – wymamrotał Semirol w zamyśleniu.

* * *

Jakiś czas przed kolacją Nick z profesjonalnym, delikatnym uśmieszkiem zaprosił ją na badania. Jej słabe próby wykręcenia się od tego nie przyniosły rezultatu; Nick zadźwięczał kluczami przed drzwiami lekarskiego gabinetu i puścił ją przodem. Irena weszła, zatykając nos; najwyraźniej mocno wyostrzył jej się węch. Przynajmniej na określone zapachy.

Nick przepuścił ją za parawan. Mył ręce, przebierał się w sterylny fartuch, przygotowywał instrumenty. Irena starannie układała swoje rzeczy na okrytej ceratą leżance i przypominała sobie kadry z „romantycznego" filmu medycznego. Choć ten, który ją zamieszkuje, przypomina teraz raczej jaszczurkę niż człowieka.

Zamyśliła się. Z zadumy wyrwała ją cisza za parawanem.

Odwróciła się, jak na odgłos wystrzału.

Nick na nią patrzył. Sekundę, może tylko pół sekundy, i natychmiast się odwrócił; to jej jednak wystarczyło.

Nie było to spojrzenie lekarza. Nie było nim do tego stopnia, że Irenie zrobiło się gorąco; ten wzrok musnął ją jak język. Po sekundzie osłupienia wybuchnęła płaczem i zaczęła się gorączkowo ubierać.

Nick siedział za parawanem na leżance. W fartuchu, z dyndającą na piersiach maską, trzymając na kolanach czerwone od gorącej wody dłonie. Siedział, zagradzając wyjście. Irena zatrzymała się i przygryzła wargę.

– Przepraszam...

Milczała.

– Przepraszam, Ireno. Jestem bydlakiem. To fakt... Nie wiem, co powiedzieć...

Wyminęła go. Nie oglądając się za siebie, wybiegła na korytarz; prześladowała ją żółtawa, natrętna woń szpitala.

* * *

Zapewne incydent dałoby się ukryć przed Semirolem. Udałoby się to zrobić prawie na pewno, gdyby po wybiegnięciu z gabinetu Irena nie wpadła wprost na adwokata wampira.

– Poczekaj, Ireno...

Zdawała sobie sprawę, że musi natychmiast wziąć się w garść, gdyż nieprzyjemności mogą się na tym nie skończyć.

– Co się stało?

– Nic – starała się nie patrzeć mu w oczy.

– Ktoś cię skrzywdził? Nick?!

– Nie! – bardzo trudno jej było myśleć bez pauz i opóźnień. – Nie... Wszystko w porządku... Muszę z tobą porozmawiać...

W podobny sposób ptak, który widzi w pobliżu gniazda drapieżnika, natychmiast symuluje uraz i opierając się na skrzydle, odciąga niebezpieczeństwo od potomstwa.

– Chciałam ci powiedzieć... Gdzie będzie najwygodniej? Może pójdziemy do ciebie?

Semirol milczał przez chwilę. Niezgrabne zaproszenie Ireny nie zrobiło na nim wrażenia – ostatecznie zdecydował jednak, że rozmówienie się z Nickiem może poczekać.

W półmroku gabinetu Irena poczuła się pewniej – dopóki nie przypomniała sobie, że Semirol widzi w ciemnościach.

Wstrzymała oddech. Ta rozmowa i tak by się odbyła. Inna sprawa, że Irena nieprędko by się na nią zdecydowała. Jednak w tych okolicznościach...

– Słucham – tak, niewątpliwie z takim wyrazem twarzy Semirol zwracał się do potencjalnych klientów.

– Janie – wymamrotała, jakby się usprawiedliwiając. – W zasadzie wszystko już omówiliśmy... proszę się nie dziwić, ale...

Westchnęła, głęboko i ciężko, jak koń przy wodopoju.

– Zgadzam się... zostać twoją żoną.

Maska zawodowego spokoju lekko drgnęła.

– Co?!

– Zgadzam się zostać twoją żoną – uśmiechnęła się rozbrajająco. – Czy to nie wszystko jedno, gdzie będę mieszkać z fałszywymi dokumentami? Ty mi się... – przy tych słowach lekko się zakrztusiła – ...podobasz, lubię cię i...

Zamilkła.

Obraz olejny: „Irena Chmiel prosi wampira o rękę"... Ależ się rodzina ubawi. Wybierzemy najmodniejszy salon i zamówimy suknię ślubną. Czy zaprosić na ślub prokuratora?

– Mówię poważnie, Janie. Nie wymagam od ciebie żadnych zobowiązań. Będę tu mieszkać i... Dziecko potrzebuje matki, to przecież oczywiste.

Semirol milczał. Teraz półmrok był wrogiem Ireny – nie widziała twarzy swego rozmówcy, podczas gdy on nie miał z tym żadnych kłopotów.

Nabrała powietrza do płuc i zaczęła, jakby od początku.

– Będę pracowała przy gospodarstwie... Elzie jest trudno samej. Będę cię kochać... jak żonie przystało. Dziecko powinno być karmione piersią... Dziecko jest... Sam przecież mówiłeś! „W warunkach maksymalnie zbliżonych do rodzinnych". Stwórz mu takie warunki; zgadzam się... też pragnę tego...

Lampka jak zwykle spoglądała przez ramię. Przypominała ptasi szkielet, który podskakiwał na skraju biurka, a potem, zawołany, odwrócił się i rzucił promień światła na nogę Ireny.

– Powiedz coś, Janie...

Zorientowała się nagle z przerażeniem, że ubrała sukienkę tył na przód. Gdy w popłochu uciekała z gabinetu lekarskiego, nie przeszło jej nawet przez myśl, by przejrzeć się w lustrze.

– Powiedz coś wreszcie, Janie! To milczenie jest... wręcz obraźliwe.

Semirol się uśmiechnął.

– Niestety... Niecodziennie dostaję podobne propozycje; muszę to przemyśleć, zastanowić się, do diabła...

Wstrzymała oddech.

– I jak długo będziesz się zastanawiał?

Semirol w zadumie potarł podbródek.

– W zasadzie, Ireno.... A gdybym zaproponował ci pozostanie na farmie na ogólnych warunkach?

Za oknem przepłynęło mdłe światło lampy. Ktoś przeszedł wzdłuż ogrodzenia, potykając się i więznąc w zaspach.

– Ogólne warunki oznaczają po prostu pozostanie, Ireno. Bez obiecanych fałszywych dokumentów. Bez żadnych przywilejów... Wychowywać dziecko, pomagać Elzie przy gospodarstwie i tak dalej. I raz na kilka miesięcy wspomagać mnie hemoglobiną. Skoro bowiem zabrakło Trosza, muszę znaleźć jakieś zastępstwo, by nie narażać zdrowia Nicka, Sita i Elzy... Nie jestem nazbyt cyniczny?

– W sam raz – odparła powoli.

Zdrętwiały jej policzki. To źle, że Semirol widzi jej odrazę i strach. To oczywiste, że jej bladość nie jest wynikiem nieskrywanej radości.

– Jak się czujesz, Ireno?

Semirol znalazł się obok niej. Przysiadł na oparciu i położył jej dłoń na ramieniu.

– Przecież doskonale wiesz, kim jestem, Ireno. Dlaczego sama siebie oszukujesz, mówiąc mi o miłości?

– O miłości do dziecka – odparła odruchowo.

– To szablon, Ireno. Matka nie kocha dziecka, dopóki go nie zobaczy, dopóki się z nim nie namęczy i nie oswoi. W społeczeństwie panuje pogląd, że matka powinna kochać dziecko od chwili poczęcia. To ponoć jest właściwe. Wzbudza korzystne dla dziecka emocje. Nie zadręczaj się, Ireno. Po porodzie dziecko będzie ci głęboko obojętne. Zapytaj Nicka. Widział takich porodów bez liku.

– Zgadzam się, Janie.

– Co?

– Zgadzam się zostać „na ogólnych warunkach". Zajrzał jej w twarz. Ostrożnie cofnął rękę, wstał i przeszedł przez pokój. Irena odniosła wrażenie, że jest rozczarowany.

– Zgoda, Janie?

Spojrzał na nią niemal z litością.

– Zgoda?

Semirol stanął naprzeciw. Przyglądał się jej przez chwilę i Irena, nie widząc w półmroku wyrazu jego oczu, odczuwała ten wzrok jak wycelowany w twarz kij bilardowy.

– Nie, Ireno. Martwi mnie, choć jednocześnie cieszy, twoja gotowość do poświęceń. Jednak dziecko będzie moje. I z nikim nie mogę go dzielić. Przykro mi.

Irena patrzyła na regał z książkami. Jasne i ciemne grzbiety książek, ekskluzywne wydania i pozłacane okładki; miała wrażenie, że patrzy na nią z ciemności przepełniony znieruchomiałymi w oczekiwaniu ludźmi parter teatru, a ona stoi na scenie i nie pamięta kwestii.

– Poza tym będzie uzależniony od hemoglobiny, Ireno. To chyba wystarczający powód, by twoje uczucia macierzyńskie nie przerodziły się w patologię. A może się mylę?

* * *

Wcześniej nigdy nie była w oficynie. Przez jakiś czas nie mogła się zdecydować – drzwi były jednakowe i nie miała pojęcia, do których zapukać. Potem zdecydowała się wreszcie, zastukała do pierwszych z brzegu – i nie pomyliła się.

– Kto tam? – Nick najwyraźniej nie spodziewał się gości. I najwyraźniej nie chciał nikogo widzieć.

– To ja – rzekła możliwie niedbałym tonem.

– Co?!

Drzwi się otwarły – po chwili wahania – i Irena bez zaproszenia przestąpiła przez próg.

To było coś w rodzaju pokoju w akademiku. Idealnie czysty stół i tylko na jego skraju równa sterta, a raczej wieża z książek, stabilna jak odporny na wstrząsy sejsmiczne wieżowiec.

Irena odwróciła głowę.

Wymięta pościel. Biały język prześcieradła wyglądający spod niedbale narzuconego koca.

Nad łóżkiem wisiała cienka ramka. Dwie dziecięce twarze – chłopcy, w jakiś nieuchwytny sposób do siebie podobni, o wystających kościach policzkowych i jasnej cerze, jeden ośmino-, drugi pięcioletni.

Pospiesznie odwróciła wzrok – przyglądanie się fotografii wydało jej się nietaktem.

– Rozmawiała pani z Semirolem? – zapytał Nick cicho. Tu, w pokoju, wydawał się innym człowiekiem. Irena złapała się na myśli, że nigdy nie widziała go w wymiętej koszuli.

Pogładziła szorstkie oparcie fotela.

– Jakie jest prawdopodobieństwo tego, że moje dziecko nie będzie wampirem?

Nick westchnął, wyciągnął z kieszeni swój jedwabny szal i wytwornym gestem zarzucił go wokół szyi.

– Jestem pewien, że nie wpłynie to na miłość Jana do niego... Widzi pani, oni bardzo dbają o potomstwo. Uzależnione od hemoglobiny dziecko wymaga specjalnej... opieki... diety...

– Będzie dawał mojemu dziecku... poił je...

– Nie wolno się pani denerwować, Ireno... Proszę usiąść. Tutaj. Na krześle.

Nawet nie patrząc na fotografię, poczuła spojrzenia chłopców – starszy się uśmiechał, młodszy był poważny.

– Nie mogę tu dłużej zostać.

– Dam pani tabletkę... Ale proszę się uspokoić. Jeszcze tylko pół roku.

– Nie zostawię tutaj swojego dziecka! Pomoże mi pan w ucieczce albo poskarżę się Janowi na pana... napastliwość. Potrafię zrobić to tak, że uwierzy... Tym bardziej że...

Uśmiechnął się – z przymusem, jakby przepraszająco. Rozłożył ręce.

– Tylko że ja się niczego nie boję, Ireno. Swoją śmierć przeżyłem już dawno. Cudzą widziałem bardzo wiele razy. Nie mam już nikogo, kogo mógłbym stracić. Jan wie o mnie wszystko. Niepotrzebnie pani przyszła...

Odwróciła głowę. Chłopcy z fotografii z radością spotkali się z nią wzrokiem.

Starszy był gawędziarzem, jak jego ojciec. Urwisem i gadułą. Jednak młodszy bardziej przypominał Nicka – poważnego Nicka.

– Myli się pan – szepnęła. – Ale... Modelator pana osądzi.

* * *

Jej próby wyproszenia wyjazdu do miasta nie dały rezultatu. Mało tego, nie miały najmniejszych szans powodzenia.

Semirol uciął sobie z Nickiem długą pogawędkę, Irena nie wiedziała jednak, o czym rozmawiali.

Nick zaczął jej unikać. Pozornie oczywiście wszystko zostało po staremu – codzienny spacer pod okiem lekarza, rozmowy o niczym; najczęściej jednak męczące milczenie.

Semirol często i na długo wyjeżdżał. Sit i Elza przeżywali najwyraźniej coś w rodzaju miesiąca miodowego. Irena przestała zmieniać fryzurę i robić makijaż. Im szpetniej będzie prezentować się przed Nickiem, tym lepiej.

Dni upływały, niczym się od siebie nie różniąc; ten, który mieszkał w jej wnętrzu, jeszcze nie wiedział, co jest mu pisane.

Był zakładnikiem. Pozostawiała go zamiast siebie – pod opieką wampira, skazanego na śmierć lekarza oraz dwojga innych morderców – kobiety i mężczyzny.

– Będzie ci tu dobrze – mówiła, patrząc na malownicze, ckliwie piękne i uprzykrzone góry. – Świeże powietrze... To bardzo czyste miejsce... Po prostu uzdrowisko. Będą się tu o ciebie troszczyć... zapewne będą cię kochać. Jak księcia... albo księżniczkę. Wujek Nick... będziesz mu zastępować tych malców, którzy są już na pewno duzi i myślą, że ich ojciec umarł dawno temu... Wujek Jan... to znaczy twój tata... kocha cię i potrzebuje... będzie ci tu dobrze, kruszynko.

Drgnęła. Przeraziła ją myśl, że jeszcze przed jego urodzeniem Peter, który gdzieś tam, w zewnętrznym świecie, rwie sobie włosy z głowy, postanowi zwinąć w diabły swój obiecujący projekt.

Nick kilkakrotnie wzywał ją na badania – i zawsze odmawiała pod różnymi pretekstami.

– Nie może pani tego ciągnąć w nieskończoność, Ireno. Prędzej czy później będzie pani musiała... A w pobliżu, jak pani dobrze wie, nie ma innych specjalistów...

Spacer był niczym codzienna pigułka. Teraz chodzili po szosie w tę i z powrotem; śnieg zasypał ślady kół terenówki, jednak droga była bezpieczna dla przechadzek – do samego zakrętu.

– Jak on tu jeździ – pomyślała głośno Irena. – Kaskader.

– Ireno...

– Niech się pan zlituje i milczy.

I bez niego rozumiała, że nie będzie to trwać wiecznie. Nienarodzony potomek jest dla Semirola zbyt ważny, by pozostawiać go bez czujnej opieki... Nie wiadomo też, jak skończy się dla Nicka jego profesjonalna bezsilność.

– Sądzę, że nie musimy meldować Semirolowi o wszystkich subtelnościach naszych relacji – rzekła, rozgarniając śnieg czubkiem buta.

Milczał. Najwyraźniej spełniając jej niedawną prośbę. Przez chwilę dręczyło ją poczucie winy. Tylko przez chwilę.

– Nigdy nie opowiadał pan o swojej pracy – uśmiechnęła się z przymusem. – Na pewno jest co wspominać... klinika i...

Zająknęła się, gdyż zdanie wbrew jej woli zabrzmiało dwuznacznie.

– Jest co wspominać – odparł Nick bez uśmiechu. – Mógłbym pani opowiedzieć, jaka droga przywiodła mnie... Jak zdecydowałem się na pierwsze morderstwo. Na eutanazję... Jednak ciężarnym kobietom nie opowiada się takich historii. Pani wybaczy.

Przez jakiś czas szli w milczeniu. Krok Nicka był równy dwóm krokom Ireny; szedł z jej lewej strony, pomiędzy nią a urwiskiem.

A potem go przegoniła.

– Ostrożnie, Ireno... Proszę nie biegać, szczególnie tutaj. Niech pani nie podchodzi do urwiska, tam...

Zamilkł, a właściwie nagle się zamknął. Irena patrzyła w dół. Przepaść, otchłań, urwisko, samotne drzewa na niemal pionowej ścianie. Warstwowe ciasto ze sprasowanego kamienia. I jak okiem sięgnąć – drapieżne, kamienne piękno, ściany i przepaście, niebo jak żywe, zasnute strumieniami obłoków, śnieg w szczelinach, pozbawiony życia, bury mech... Irena wyobraziła sobie orkiestrę symfoniczną w chwili uniesienia. Andrzej kochał muzykę, mroczną i potężną, jego ulubiony utwór wcielony w kamień wyglądałby właśnie tak.

Andrzejowi zdarzało się wstawać podczas koncertu – ulubionych utworów słuchał na stojąco. Obojętny na psykanie z tylnych rzędów, słuchał, krzyżując ręce na piersiach, podczas gdy Irena wierciła się w fotelu, rozglądała i czerwieniła. Czasem nie wytrzymywała i próbowała pociągnąć go za rękaw – i za każdym razem była karana wściekłym, spopielającym spojrzeniem.

Skończyło się to tym, że przestali chodzić na koncerty, w każdym razie wspólnie.

Na dnie urwiska zalegała mgła. Gęsta i jednocześnie płynna. Brzegi mglistego obłoku zawijały się jak karakuły. W dzieciństwie wierzyła, że jeśli w bezludnym miejscu długo patrzy się w gęstą mgłę, można zobaczyć Stwórcę, który przechadza się w niej jak w chmurach.

Stwórca Andrzej.

Ocknęła się, gdy spod nogi wyśliznął jej się kamyk i poleciał w dół, długo niknąc z oczu; potem potoczył się drugi.

Odwróciła się.

Nick stał dwa kroki za nią. Jego twarz była bielsza od śniegu zalegającego w szczelinach skał.

– Co się stało? – zapytała z niezadowoleniem.

Nick milczał. Na jego czole perlił się lepki pot.

Odsunęła się od krawędzi. Przez chwilę z niedowierzaniem patrzyła Nickowi w oczy, po czym obejrzała się na swe ślady wiodące na skraj urwiska. Zrobiła zachmurzoną minę.

Zbyt wolno myśli. Cała bieda w tym, że za wolno myśli; przecież ta skała wręcz zaprasza do samobójstwa, jeśli oczywiście ktoś ma ku temu predyspozycje...

Nick mocniej zacisnął wargi. Jego twarz o barwie porowatego lodu wydawała się obca – jak czarno-biała fotografia w dokumencie tożsamości.

– Twierdził pan przecież, że niczego się nie boi – rzekła cicho.

Nick milczał. Irena schowała ręce głęboko w kieszeniach. – A więc sam pan o tym myślał... Na wypadek ostateczności zostawił pan tę skałę dla siebie. W przeciwnym razie nie rozumiem, dlaczego naturalny postępek człowieka, który nie ma lęku wysokości, wywołał u pana taką...

Mocno, wręcz agresywnie chwycił ją za rękę i pociągnął z powrotem.

– Nick!!

Odwrócił się. Jego oczy znalazły się naprzeciw jej twarzy; wciąż nie mówił ani słowa, lecz ona zmiękła w jego uścisku.

– Nie chciałam... pana przestraszyć... ani obrazić.

Skrzywił się. Przez moment wydawało się, że nie wytrzyma i zacznie mówić.

Powlekli się z powrotem. Nick już nie ciągnął Ireny za sobą, lecz wciąż kurczowo trzymał ją za rękę.

* * *

Wymyślenie jakiejś gry było dla Andrzeja równie łatwe jak wypicie kawy.

Pewnego razu wybrali się na wycieczkę do odległego, zabytkowego miasta; ogromnego i różnorodnego. Kupili bilety i zarezerwowali hotel – w dniu odjazdu Andrzej uroczyście i wręczył Irenie kolorową widokówkę w kopercie. Nie wytrzymała i od razu ją obejrzała – na pocztówce była ulica, bawiące się dzieci, stary dom z brodatą chimerą i wejście do jakiegoś sklepu, chyba księgarni. Andrzej uśmiechał się tajemniczo.

Tydzień pobytu w wymarzonym mieście wydał się Irenie krótki i długi jednocześnie. Krótki z nadmiaru wrażeń, długi zaś, gdyż nie czuła nóg i nie miała czasu na sen. Wałęsając się po starych uliczkach czy zadzierając głowę u podnóża bajkowych wież, Irena nie zapominała o widokówce – wciąż wypatrywała wśród mnóstwa nieznanych domów tego jednego i gdy w końcu znalazła małe skrzyżowanie z brodatą chimerą, poczuła się naprawdę szczęśliwa; bardziej nawet niż pierwszego dnia tych wakacji.

Sklepik był antykwariatem. Na widok Ireny sprzedawca się ożywił – rozpoznał ją z fotografii; okazało się, że już od dwóch miesięcy czeka tam na nią opłacony i zapakowany prezent.

Andrzej uśmiechał się tajemniczo.

W paczce znajdował się tomik liryki miłosnej wydany przed dwustu laty; przy czym wartościowe były nie tyle wiersze, ile sam tomik, oprawiony w cielęcą skórę, ze zdobionym zapięciem i grawerowaną okładką; brakowało tylko autografu – cudowna zabawka. Irena nie była się w stanie nawet śmiać – po prostu stała i gładziła swój prezent, czując jak za jej plecami uśmiecha się Andrzej.

Teraz, po latach, tomik na pewno przepadnie. Zostanie bezlitośnie wciśnięty w jakiś kąt albo komuś podarowany. Irena prawie zapomniała już tamte dni; zapomniała, bo nie chciała pamiętać.

A teraz, w środku nocy, siedzi, przyciskając dłoń do wściekle tłukącego się serca.

W środku nocy. Dlaczego wszystkie pomysły przychodzą jej do głowy nocą i nie pozwalają spać?!

Dlaczego... dlaczego nie domyśliła się od razu?!

„To ja lecę. Cześć".

Napis na odwrocie widokówki.

A na drugiej stronie nie było nic ciekawego – po prostu ładny, miejski pejzaż. Jakiś sklep z kolorową witryną. Szyld nad wejściem... Ulica, przechodnie, dzieci... Sklep.

Jeden z programów telewizyjnych, który oglądała jakiś czas temu.

– „...niezwykły sklep! Najbardziej staromodni z nas mogą być zaszokowani... ale na pewno spodoba się dzieciom. W minionym tygodniu..."

Mocno przetarła oczy.

„Otworzymy dla was drzwi do nowego świata – świata przerażających bajek i legend!".

„To ja lecę. Cześć".

„Świąteczne żarty i niespodzianki".

„To ja lecę. Cześć".

„Otworzymy dla was drzwi do nowego świata".

Zdała sobie sprawę, że stoi przed oknem, wyłamując palce.

Idiotka. Kretynka. Po prostu głupia baba...

Oto rozwiązanie. Najwyraźniej Andrzej wcale jej źle nie życzył – sądził po prostu, że zajmie jej to co najwyżej miesiąc. Że zorientuje się...

– Co ty wyprawiasz, Andrzeju?!

A co zrobiłby Peter, chcąc wskazać Irenie możliwe wyjście z modelu? Zamieściłby w mediach jakieś niewinne ogłoszenie, „drzwi do nowego świata"? Sposób stary jak świat, wielokrotnie opisany i dający, jeśli wierzyć książkom, świetne rezultaty.

– Andrzej – czy Peter?! A może działają razem? Zamknęła oczy. Tak, Andrzej wyszedł z modelu. Inscenizując własną śmierć. Spotkał się z Peterem i beztrosko oznajmił, że kramik można zamknąć. Jak tak można, rzekł Peter. A pańska była żona?! Ją także zwiniemy wraz z modelem?

Zrób mi prezent ślubny, Janie... Chcę iść do sklepu „Świąteczne żarty i niespodzianki". I kupić sobie maskę wampira. Urządzimy sobie maskaradę.

Czy to naprawdę takie proste?

Wyjdzie i cały ten niedorzeczny świat z wampirami na zawsze zniknie?!

Przecież na uczelni rozpoczął się już następny trymestr.

Roześmiała się i rozpłakała jednocześnie.

* * *

– Co się stało, Ireno?

Przyciskała dłoń do podbrzusza. Kuląc się coraz bardziej i wciągając powietrze przez zaciśnięte zęby.

– Co się dzieje, Ireno?!

Semirol wziął ją na ręce i położył na łóżku.

– Boli – wydusiła z siebie.

– Spokojnie... Tylko spokojnie, to na pewno nic takiego... Nick!!

Zaprowadzili ją do gabinetu lekarskiego, podtrzymując z dwóch stron pod ramiona. Irena powstrzymywała się, by nie jęczeć.

– Janie, wyjdź...

Za Semirolem zamknęły się drzwi.

– Bardzo boli, Ireno? Chwilę cierpliwości, zaraz... Umilkł.

Irena patrzyła mu prosto w oczy i w jej wzroku nie było bólu ani strachu.

– Powie mu pan zaraz, że powinnam... że muszę jechać do szpitala. Gdyż mogę stracić dziecko.

Nick odsunął się gwałtownie.

– Ireno...

– Wiem, jak mam na imię... Nie ma pan... niezbędnej aparatury. Niech pan wymyśli, czego pan nie ma... Trzeba mnie natychmiast zawieźć do miasta. Niech mu pan da adres kliniki.

Zauważyła, że Nickowi zaczynają drżeć wargi. Najpierw lekko, potem coraz silniej, a przecież musiał w swoim życiu widzieć i słyszeć nie takie rzeczy.

– To niemożliwe.

– To jest możliwe. I tak właśnie będzie.

Woda lała się do zlewu. Bulgotał szary otwór odpływowy; mijał czas, odmierzany przez bijącą z kranu strugę jak przez dźwięczną, gorącą klepsydrę – zegar wodny.

– Dlaczego pani sądzi, że... to zrobię, Ireno?

– Czyżbym się myliła?

Szumiała woda. Kołysała się śnieżnobiała, nakrochmalona zasłonka.

– Czyżbym się myliła, Nicku?!

Przez chwilę zemdliło ją z przerażenia. A co będzie, jeśli ten akt desperacji okaże się pomyłką?

– Nic panu przecież nie grozi – rzekła łagodnie. – Jan się nie dowie, że symulowałam.

– Jan się niby nie dowie?!

Szumiała woda.

– Boi się pan?

– Droga jest... – unikał jej wzroku. – W takich warunkach się nie dojedzie...

– To już nie pana zmartwienie.

Złapał ją za nadgarstki.

– Dziecko, Ireno. Dziecko!..

Przytaknęła.

– To właśnie dla dobra dziecka. W imię pańskich własnych chłopców... Jest pan przecież mężczyzną...

– Ireno...

– Tak czy nie?!

Odwrócił wzrok.

– Nie. Przykro mi. Nie mogę.

* * *

Prowadzili ją do samochodu, podtrzymując pod ramiona. Nickowi strasznie drżały ręce, Semirol był blady i bardzo skoncentrowany.

– Wszystko będzie dobrze, Ireno.

Jak na złość nawaliło w nocy śniegu. Gęstego i mokrego; widziała, jak martwi się Nick. Patrzy to na nią, to w niebo, to na Semirola.

– Czy jesteś pewien, że przejedziesz... w taką pogodę, Janie?

– A mam inne wyjście? – odparł Semirol z rozdrażnieniem i Irena dopiero teraz zauważyła, jak jest zaniepokojony. Jeśli trzeba, przez nieprzejezdne zaspy zaniesie Irenę do miasta na plecach.

Czyżby naprawdę tak troszczył się o nienarodzone dziecko?

Może poczuje jeszcze wyrzuty sumienia. Potem. Kiedy dotrze do sklepu „Świąteczne niespodzianki".

Zresztą potem nie będzie już czego żałować. Model się zatrzaśnie – wraz z wampirem i jego marzeniami o potomstwie, ze ślicznymi, pocztówkowymi górami, surowym wymiarem sprawiedliwości, przodującą ginekologią, wraz z Nickiem, który po raz pierwszy skłamał swemu wielkodusznemu patronowi.

Zajęczała – z niemal prawdziwego bólu. Semirol ścisnął jej dłoń – rozpaczliwie i mocno; a jeśli szczęśliwego wampira martwi nie tylko los dziecka?

Nie teraz. Potem się nad tym zastanowi.

Śnieg sypał bez przerwy. Nick był coraz bardziej przerażony. Pomogli Irenie wsiąść do samochodu i przez zasypaną śniegiem szybę widziała, jak splatając palce, Nick otwiera usta i zwraca się do Semirola; słów nie słyszała.

Nie wytrzymał. Zdradził, przyznał się; na samą myśl pociemniało jej w oczach.

– ...śnieg... takiej drodze...

Nick się zadręczał. Nie chcąc przyznać się do kłamstwa, próbował mimo wszystko zatrzymać Semirola – szczególnie że pogoda, jakby współczując lekarzowi, robiła wszystko co w jej mocy, by przeszkodzić w wyjeździe.

Jednak klamka już zapadła. Podjęli decyzję i skłamali. Robiąc to tak przekonująco, że nawet chytry jak wąż Semirol wciąż nie domyślał się, że został oszukany.

Dlatego że zbyt wiele postawił na jedną kartę. Że zbytnio dowierzał swemu druhowi niewolnikowi.

– ...się zamknąć? Nie po raz pierwszy siedzę za kółkiem i odrobinę znam tę drogę... Dałeś jej jakieś lekarstwo? Coś przeciwbólowego? Więc to już wszystko. Trzymaj za nas kciuki...

Drzwi się zatrzasnęły. Semirol uśmiechnął się, chcąc dodać jej otuchy. Zapiął jej pas, odpalił silnik, ruszył.

Farma zaczęła zostawać w tyle, góry poruszyły się i popłynęły im na spotkanie; brama była otwarta. Irena siedziała skulona, całą sobą odgrywając skrajne cierpienie.

Czy to się dzieje naprawdę?!

Ile czasu minęło od momentu, gdy przywiózł ją tutaj, skazaną na śmierć, załamaną, w czarnym drelichu?

Śnieg nie przestawał sypać. To źle. To bardzo źle. W taką pogodę nawet taki as kierownicy jak Semirol może uznać, że lepsze już poronienie niż śmierć na dnie urwiska. I zawróci samochód.

Jest zakręt. Granica ich wspólnych spacerów z Nickiem. Dochodząc do tego miejsca, zawsze zawracali z powrotem.

Minęli łuk drogi. Irena westchnęła spazmatycznie. Semirol zerknął na nią ze współczuciem.

Kolejny zakręt. Wściekle pracują wycieraczki na przedniej szybie. Terenówka jedzie z trudem.

Potem samochodem zarzuciło.

Irena instynktownie wczepiła się w siedzenie, samochód ślizgał się, tracąc przyczepność, wykręcając się jak koryto, na którym wiejskie dzieci zjeżdżają z górki.

Semirol zaklął przez zęby. Irena nie dosłyszała.

Cóż to by była za szkoda. Spaść z urwiska i rozbić się o skały, gdy cel jest tak blisko.

Szkoda Semirola, który przecież nie ryzykuje dla siebie.

A najbardziej szkoda jego, nienarodzonego, unoszącego się w swym czerwonym kosmosie i odczuwającego jej strach.

Zacisnęła zęby, próbując się uspokoić. Po co niepotrzebnie straszyć dziecko?

Samochód odzyskał przyczepność. Semirol, zamiast zahamować, dodał gazu.

– Janie...

– Nic nie mów, Ireno. Odpręż się. Wszystko będzie...

Samochód znów wpadł w poślizg. Otarł się o pasiasty, drogowy słupek. Semirol ponownie odzyskał panowanie nad kierownicą. Minęli kolejny zakręt.

Przymknęła oczy. Bała się patrzeć.

Rzeczywiście musi się odprężyć. Zebrać myśli i zdecydować, co dalej. Samochód ma centralny zamek, więc nie uda jej się niepostrzeżenie wyskoczyć na drogę. To zresztą idiotyczny pomysł; po co miałaby to robić? Chyba że w mieście, na światłach... Tam łatwo uciec do bramy czy podziemnego przejścia, wskoczyć do autobusu... Przydałby się tłum. Jak najwięcej ludzi; choć w taką pogodę, na dodatek wieczorem, nie będzie chyba wielu spacerowiczów.

Pozostaje szpital. Co prawda przysięgała Semirolowi, że nawet się nie zająknie, kim jest... Semirol o wszystko zadba... w przeciwnym razie... sama wiesz, Ireno...

Samochodem znowu zarzuciło. Sunął, bezradnie kręcąc kołami i próbując przez śnieżną kaszę złapać grunt. Irena mocniej zacisnęła oczy.

Zaraz terenówka przewróci się na bok i razem z Semirolem polecą w dół – a tam, na dnie urwiska, będą długo umierać w męczarniach, uwięzieni w metalowej puszce.

– Spokojnie, Ireno. Nie bój się.

Świetnie jeździ. Jak Andrzej. Może nawet lepiej niż on; Irena przypomniała sobie, jak mąż uczył ją prowadzić samochód. „Są rzeczy, które zapamiętasz jak papuga. Są rzeczy, które opanujesz jak małpa... Jest też jednak intuicja, bez której ani to pierwsze, ani drugie nie ma sensu".

Zdaje się, że właśnie na tym rozwidleniu strażnicy oddali ją w ręce Semirola. Na śmierć, jak sądziła.

Minęli rozwidlenie.

– Zaraz dojedziemy do szosy... Boli?

Irena prawie już o tym zapomniała. Zapomniała, że musi symulować, a Semirol, jak się okazuje, pamiętał ojej bólu nawet na najtrudniejszej, najbardziej niebezpiecznej drodze.

– Boli – odparła i nie do końca rozminęła się z prawdą.

– Już zaraz... na szosie przyspieszymy...

Szpital. Semirol przekaże ją sanitariuszom – z rąk do rąk. Położą ją na szpitalnym łóżku i powiozą korytarzem... Na blok operacyjny? Nie; najpierw muszą przecież postawić jakąś diagnozę...

Dokądś ją powiozą... I wtedy...

Szczęście. Jakże potrzebuje dziś szczęścia. Andrzeju, pomóż...

– A oto i szosa.

Irena zobaczyła światła. Właśnie światła, gdyż w śnieżne dni szybko się ściemnia.

W oddali przejechał autobus. Prawdziwy kursowy autobus z pasażerami.

Samochód wpadł w poślizg. Irena krzyknęła.

– Do diabła... Nie bój się, Ireno. To tylko dziura w lodzie... Zaraz będziemy...

Zawył silnik. Spod kół bryznął brudny śnieg.

Samochód nie ruszył z miejsca. Irena wstrzymała oddech. Dzięki Bogu ma spowolnioną reakcję, dopiero teraz jest naprawdę przerażona. Dopiero teraz...

Semirol znowu zaklął. Przekręcił kierownicę.

Gazu, gazu, gazu! Samochód szarpie się, bezskutecznie mieli kołami brudny śnieg. Niezła musi być ta lodowa dziura, skoro unieruchomiła terenówkę Semirola jak jakiś marny samochód osobowy.

– Przebijemy się... Do diabła. Zaraz będziemy, Ireno... Przez otwarte drzwi zawiało chłodem.

Szosa była na wyciągnięcie ręki.

Szpital to nie więzienie. Znajdzie drzwi. Znajdzie okno. Ostatecznie znajdzie jakiś właz... Znajdzie wyjście.

Żeby tylko zdążyć przed zamknięciem sklepu. O której mogą zamykać takie „Świąteczne niespodzianki"?

Do licha, a jaki dziś dzień?! Powszedni? Świąteczny? Zupełnie straciła rachubę czasu.

Szybko zapadał zmrok. Śnieg nie przestawał padać.

Odpięła pasy. Uniosła się w fotelu i przejrzała w lusterku.

Semirol majstrował coś przy tylnych kołach. Boże, jaka wielka dziura... Samochód praktycznie leży na podwoziu...

Semirol powinien mieć jakieś zimowe akcesoria – kolce, łańcuchy...

Samochód drgnął. Potem jeszcze raz, niezłą krzepę ma ten wampir. Chyba nie zamierza wydobyć samochodu gołymi rękami?!

Semirol zatrzasnął bagażnik. Zajrzał przez otwarte drzwi.

– I jak, Ireno?

– Lepiej...

– Możesz nacisnąć pedał gazu? Ostrożnie?

Nie ma pieniędzy; z tym będzie kłopot. Lecz jeśli się postarać... Można złapać taksówkę, a potem oszukać kierowcę. Wyskoczyć bez płacenia. Wątpliwe, by ją gonił...

Najważniejsze, by wydostać się ze szpitala. I żeby Semirol nie dowiedział się o tym od razu.

Ostrożnie przesiadła się na fotel kierowcy.

Ależ dawno nie siedziała za kierownicą... A za kierownicą takiego samochodu nigdy.

– Teraz, Ireno... Powoli...

Naciśnięcie sprzęgła nie było łatwe. Semirol miał długie nogi.

Co powiedzieć lekarzom? Co wymyślić? Jakie podać symptomy?

Ręka odruchowo, niezależnie od jej woli, wrzuciła pierwszy bieg.

Samochód płynnie, lekko, jak po asfalcie, ruszył do przodu... Najwyraźniej Semirol rzeczywiście miał zimowe akcesoria.

Twarda nawierzchnia pod kołami.

Jeszcze trochę.

Drugi bieg.

Jeszcze.

Gazu, gazu, gazu.

Śnieżne błoto chlapnęło na wszystkie strony; jeśli nawet Semirol coś krzyknął, Irena tego nie usłyszała.

Przy szosie stał znak „stop", nogi i ręce zareagowały odruchowo. I bardzo dobrze, bo gdzieś tam, za ścianą śniegu, czekała kontrola drogowa.

Zaraz ją dogoni!

Miała wrażenie, że widzi w tylnym lusterku szybko zbliżającą się postać... Wykrzywioną twarz.

Gazu!!

Samochód pędził po szosie. Prowadziła go przez śnieżną zadymkę, przy zerowej widoczności. Co chwilę ryzykując, że zjedzie na wsteczny pas, uderzy w słupek albo kogoś przejedzie.

To nie ma znaczenia. Model i tak wkrótce się zatrzaśnie.

Naprzód. Naprzód.

* * *

– Proszę pani, niestety zamykamy dziś godzinę wcześniej... Proszę przyjść jutro.

Zbyt dużo czasu straciła, błądząc po ulicach. Raz chciał ją zatrzymać policjant z drogówki, udało jej się jednak uciec. Chciała już porzucić samochód – gdy przez wiatr i śnieg jakimś cudem dostrzegła znajomą witrynę.

– Przykro mi, proszę pani, ale...

Musiała wyglądać dość osobliwie. Nie chodziło o odzież – ubrana była zupełnie przyzwoicie – lecz wyraz twarzy, wzrok...

Zapewne w tego rodzaju „Świątecznych niespodziankach" często pojawiają się różni dewianci.

Ochroniarz był od niej wyższy o głowę. Nie tak łatwo go będzie ominąć.

– Ja tylko na chwilkę – uśmiechnęła się przymilnie.

– Proszę przyjść jutro.

– Ale przecież spóźniłam się tylko kilka sekund... Chcę kupić coś drogiego.

– Kasa jest już zamknięta.

– Bardzo pana proszę...

Ochroniarz się wahał. Irena przypomniała sobie najlepsze chwile swego życia – jak się wtedy uśmiechała i jak od tego uśmiechu miękli najsurowsi profesorowie.

Wziąć się w garść. Wszystko zależy od tego jednego uśmiechu.

Za jej plecami z piskiem opon zahamował samochód. Żeby tylko nie drgnąć... Mało kto się może spieszyć, mało kto może tak gwałtownie hamować?

Uśmiechała się. W tym uśmiechu był instytut, pierwsze opowiadania, młody Andrzej, słońce, morze, szczeniak Sensej.

– Może pani na chwilę wejść – powiedział ochroniarz. I usunął się z drogi.

Puste, zalane światłem pomieszczenie. Towary – sprawiające dość obrzydliwe wrażenie – leżały pod szkłem, na ladach, a pod sufitem była nawet podwieszona kukła krokodyla.

Za kasą stała niezadowolona damulka.

– Już skończyliśmy pracę.

– Tylko rzucę okiem.

– Nabrudzi pani, już umyliśmy podłogę... Odruchowo wytarła nogi. Zrobiła krok – ostrożnie, jakby naprawdę bała się nabrudzić.

O Boże!

Kartonowa brama, pokryta czarnym aksamitem. Zębate maski po obu stronach wejścia – „otworzymy dla was drzwi do nowego świata".

Czyjeś spojrzenie wbiło jej się w plecy jak nóż. Odwróciła się.

Semirol, bez czapki, w rozpiętej kurtce, stał w drzwiach. Ciężko dyszał. W kącie próbował podnieść się na nogi oszołomiony ochroniarz.

Semirol patrzył.

Uwalniając się spod hipnotycznego wpływu przyzywającego ją palca wampira, zrobiła krok w kierunku teatralnej bramy.

– Wracaj, Ireno.

– Jesteście modelem... Jesteście tylko modelem. Jesteście...

Semirol zacisnął usta. Powoli ruszył wzdłuż regału.

Rzuciła się do przodu.

Uświadomiła sobie, że nie zdąży. Że nadludzko szybki wampir przechwyci ją pół kroku od bramy.

A jeśli się pomyliła? Jeśli za czarnym aksamitem jest tylko ściana i na próżno będzie bić w nią pięściami?

Jego dłonie zacisnęły się na jej nadgarstkach.

I jednocześnie z krzykiem wpadła w bramę – tyłem, w aksamitną zasłonę.

Ciemność.

Rozdział 9

Po szerokim łuku szosy...

Nie, nawet woźnica nie nazwałby tej wąskiej drogi z głębokimi koleinami szosą.

Bo to właśnie wóz toczy się teraz po szerokim zakręcie drogi. A właściwie nie wóz...

Irena otuliła się ramionami.

To kareta. W każdym razie ludzie tak zwykli wyobrażać sobie karety. Pudło na wielkich kołach, z drzwiami z boku i woźnicą w charakterze kierowcy.

Wiatr był ciepły.

Nieopodal, pod wzgórzem, bezmyślnie pasło się dwadzieścia krów o obwisłych brzuchach. Irena przeniosła spojrzenie, zagajnik zielenił się soczyście i gęsto, liście jeszcze nie spłowiały od kurzu i słońca. Czysta afirmacja życia.

W dole, po lewej, ciemniały dachy. Półnagie dzieciaki żwawo i hałaśliwie bawiły się w kałuży.

Drgnęła. Potrząsnęła głową.

Po lewej i prawej stronie stały na ziemi dwa wysokie, omszałe kamienie. Jeszcze jeden płaski kamień leżał jak gigantyczna meduza nieco niżej na stoku; siedział na nim odwrócony do Ireny plecami człowiek.

Znów się rozejrzała. Zagryzła wargę, próbując ukryć rozczarowanie.

Oto jej dom. Niespodziewanie mały, za to z ogromnym podwórzem i budynkami gospodarczymi, których nigdy tam nie było. Był to jednak jej dom i topola nie rosła z lewej strony bramy, jak w modelu, lecz z prawej, jak należy.

Co to takiego, Andrzeju? Co to za kolejny absurd?!

Ruszyła przed siebie. Spojrzała na kamienie; stoją tu od co najmniej stu lat i są specjalnie ustawione. Brama...

Wstrzymując oddech, znów weszła w omszałe wrota.

Żadnego efektu.

Ale musiała się o tym przekonać.

Przez chwilę stała nieruchomo, po czym powoli, krok po kroku, podeszła do siedzącego człowieka.

Podeszła i usiadła obok.

– Proszę nie siedzieć na ziemi – Semirol nawet na nią nie spojrzał.

– To jest trawa.

Semirol odwrócił się na chwilę. Miał szklisty wzrok. Obok przeszło stado krów. Głucho pobrzękiwał wielki dzwonek na szyi byka.

– Przepraszam, Janie... Ale czy naprawdę myślałeś, że można kogoś zmusić do...

Zamilkła, nie wiedząc, jak dokończyć zdanie.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał głucho Semirol.

Wzruszyła ramionami.

– Istnieje kilka wariantów... Najprostszy z nich – spadliśmy z urwiska i mamy teraz przedśmiertne halucynacje...

– W porządku. A inne warianty?

Irena westchnęła.

– To kolejny model, Janie. To kolejny model.

* * *

Schodzili coraz wolniej, w końcu Irena potknęła się i Semirol odruchowo podtrzymał ją pod ramię.

Bawiące się dzieci były potwornie, niewyobrażalnie wręcz brudne. Jedno miało na sobie tylko zgrzebną koszulę do pępka, drugie podarte, płócienne spodnie. Wszystkie bez wyjątku biegały boso; wszystkie próbowały trafić krowią kością w cel – rogatą, żółtą czaszkę.

Irena przełknęła ślinę, poznając Walka. Chłopak był trzy lata starszy niż tego wieczoru, gdy na prośbę Ireny przyniósł jej sportową gazetę. Brudny i półnagi jak pozostali, z długimi, zmierzwionymi włosami, wyraźnie przewodził zabawie – walił w tył głowy każdego, kto jego zdaniem nie przestrzegał reguł.

A jednak był to Walek. Z jakiegoś powodu Irena była o tym przekonana.

– Co za obyczaje – wymamrotał Semirol.

– Boję się, Janie – rzekła ledwie słyszalnie.

– Naprawdę? – zapytał z przekąsem. – Spójrz tutaj...

Z