/ Language: Polski / Genre:prose_contemporary,

Spisek przeciwko Ameryce

Philip Roth

Philip Roth od lat diagnozuje Amerykę, wykazując kruchość jej rzekomo fundamentalnej tolerancyjności i demokracji. W swojej wielkiej amerykańskiej trylogii – „Amerykańska sielanka”, „Poślubiłam komunistę”, „Ludzka skaza” – odmalowuje wielokulturowego molocha społecznego, podatnego na autodestruktywne fobie i mody ideologiczne: lewacki anarchizm, prawicowy despotyzm, rasizm. „Spisek przeciwko Ameryce” wpisuje się właśnie w ten najlepszy nurt pisarstwa wielokrotnego kandydata do literackiego Nobla, godnego następcy wielkich mistrzów prozy zza oceanu. W tej powieści Roth poddaje Amerykę eksperymentowi historii alternatywnej: co by było gdyby w roku 1940, u szczytu szalejącej za Altantykiem gorączki II wojny światowej, Stany Zjednoczone zaraziły się faszyzmem, wybierając na prezydenta nie F.D. Roosevelta, lecz Charlesa Lindbergha – legendarnego awiatora, sympatyzującego (o czym świadczą dołączone do książki dokumenty) z ideologią nazistowską? Z dnia na dzień, na oczach żydowskiego dziecka – narratorem jest tu bowiem mały Philip – bezpieczny świat dobrobytu i miłości bliźniego zmienia się w poligon uprzedzeń, nienawiści i szykan, których główną ofiarą padają Żydzi. „Kwestia żydowska” znajduje znane z historii rozwiązania: izolacja, ostracyzm, obozy koncentracyjne. Cóż, że historia dopisała do tej fantazji happy end? Eksperyment Rotha powiódł się znakomicie.

Philip Roth

Spisek przeciwko Ameryce

The Plot Against America

Przełożyła Jolanta Kozak

1

CZERWIEC 1940 – PAŹDZIERNIK 1940

Głosuj na Lindbergha albo na wojnę

Lęk ciąży nad tymi wspomnieniami, ustawiczny lęk. Jasne, każde dzieciństwo ma swoje strachy, ja jednak ciekaw jestem, czy byłbym chłopcem mniej bojaźliwym, gdyby Lindbergh nie został prezydentem albo gdybym nie narodził się jako potomek Żydów.

W czerwcu tysiąc dziewięćset czterdziestego roku, gdy przyszedł pierwszy szok – nominacja prezydencka konwencji republikanów w Filadelfii dla Charlesa A. Lindbergha, światowej sławy amerykańskiego bohatera awiacji – mój ojciec miał lat trzydzieści dziewięć, ukończoną szkołę powszechną i posadę agenta ubezpieczeniowego, która przynosiła mu niecałe pięćdziesiąt dolarów tygodniowo, w sam raz na opłacenie podstawowych rachunków i prawie nic poza tym. Matka – która chciała iść na studia nauczycielskie, ale nie mogła ze względu na koszty; która po ukończeniu szkoły średniej mieszkała z rodzicami, pracując jako sekretarka biurowa; która broniła nas przed biedą w najgorszych czasach Wielkiego Kryzysu, umiejętnie dysponując sumą dostarczaną jej co piątek przez ojca, równie w tym skrupulatnego, jak ona w prowadzeniu domu – miała lat trzydzieści sześć. Mój brat, Sandy, uczeń siódmej klasy, obdarzony talentem genialnego rysownika, liczył sobie lat dwanaście, a ja, trzecioklasista, uczęszczający do szkoły z rocznym wyprzedzeniem – i początkujący zbieracz znaczków pocztowych, wzorujący się, tak jak miliony innych dzieciaków, na krajowym filateliście numer jeden, prezydencie Roosevelcie – skończyłem siedem.

Mieszkaliśmy na piętrze niedużej dwurodzinnej willi, na obsadzonej drzewami ulicy z rzędami identycznych drewnianych domów, z których każdy miał ceglany ganek zwieńczony trójkątnym daszkiem i malutki dziedziniec, ogrodzony nisko przyciętym bukszpanowym żywopłotem. Osiedle Weequahic pobudowano tuż po pierwszej wojnie światowej na działkach rolniczych w zaniedbanej południowo-zachodniej części Newark. Pół tuzina jego uliczek nosiło dumne imiona zwycięskich dowódców marynarki z okresu wojny hiszpańsko-amerykańskiej, a miejscowe kino nazwano „Roosevelt”, na cześć dwudziestego szóstego prezydenta kraju. Nasza ulica, Summit Avenue, biegła szczytem wzgórza, wznoszącego się, jak w większości portowych miast, na niespełna sto stóp ponad poziom obmywanych przypływami słonych bagnisk, ciągnących się na północ i na wschód od miasta, a także głęboko wrzynającej się w ląd zatoki na lewo od lotniska, która okala zbiorniki naftowe półwyspu Bayonne i zlewa się z Zatoką Nowojorską, by wraz z nią, minąwszy Statuę Wolności, wpaść do Atlantyku. Patrząc na zachód z okna sypialni od podwórza, sięgaliśmy nieraz wzrokiem aż po odległą linię lasów niewysokiego łańcucha gór Watchungs, u stóp którego rozciągały się wielkie majątki ziemskie i zamożne, słabo zaludnione przedmieścia – najdalszy przyczółek znanego nam świata, oddalony od domu o jakieś osiem mil. O jedną przecznicę na południe leżało robotnicze miasteczko Hillside, zamieszkane w większości przez gojów. Granica z Hillside wyznaczała początek Union County – całkowicie innego New Jersey.

W roku tysiąc dziewięćset czterdziestym byliśmy szczęśliwą rodziną. Rodzice, oboje towarzyscy i gościnni, mieli spory krąg znajomych, rekrutujących się spośród kolegów biurowych ojca i pań, które razem z moją matką organizowały Stowarzyszenie Rodziców i Nauczycieli w nowo wybudowanej szkole przy Chancellor Avenue, do której uczęszczaliśmy razem z bratem. Sami Żydzi. Mężczyźni z naszej okolicy albo prowadzili własne interesy – sklep cukierniczy, spożywczy, jubilerski, odzieżowy i meblowy, stację obsługi pojazdów, delikatesy – albo byli właścicielami małych warsztatów produkcyjnych, rozsianych wzdłuż trasy Newark-Irvington, albo na własny rachunek świadczyli usługi hydrauliczne, elektryczne, malarskie i gazownicze, albo też, jak mój ojciec, należeli do armii domokrążców, którzy dzień w dzień przemierzali miasto od drzwi do drzwi, zachwalając swój towar. Żydowscy lekarze i adwokaci, a także zamożni kupcy posiadający wielkie sklepy w centrum, mieszkali w jednorodzinnych willach na ulicach schodzących w dół po wschodniej stronie wzgórza Chancellor Avenue, bliżej trawiasto-lesistego parku krajobrazowego Weequahic, którego trzystuakrowy obszar, z jeziorem do żeglugi, polem golfowym i torem do wyścigów sulek, oddzielał sektor Weequahic od fabryk i wielkich magazynów ciągnących się wzdłuż drogi numer 27, a dalej na wschód – od wiaduktu kolei pensylwańskiej, a jeszcze dalej w tym samym kierunku – od ruchliwego lotniska, aż po sam skraj wschodniej Ameryki, czyli składy i doki zatoki Newark, gdzie rozładowywano towary z całego świata. W zachodniej części dzielnicy, tej bez parku, gdzie myśmy mieszkali, trafiał się z rzadka jakiś nauczyciel albo aptekarz, lecz poza tym nie mieliśmy wśród najbliższych sąsiadów wykształconych profesjonalistów, a już na pewno nie prosperujących przedsiębiorców czy producentów z dziada pradziada. Tutejsi mężczyźni pracowali pięćdziesiąt, sześćdziesiąt, nawet siedemdziesiąt i więcej godzin tygodniowo, kobiety natomiast pracowały nieustannie, z niewielką pomocą mechanicznych sprzętów domowych: prały bieliznę, prasowały koszule, cerowały skarpetki, nicowały kołnierzyki, przyszywały guziki, przekładały swetry naftaliną, polerowały meble, zamiatały i szorowały podłogi, myły okna, pucowały zlewy, wanny, sedesy i kuchenki, odkurzały chodniki, doglądały chorych, robiły zakupy, gotowały, karmiły krewnych, porządkowały szafki i komody, pilnowały robotników przy malowaniu i domowych naprawach, organizowały obchody świąt religijnych, płaciły rachunki i prowadziły księgi wydatków, a jednocześnie dbały o zdrowie dzieci, ich ubrania, higienę, naukę, wyżywienie, zachowanie, rocznice urodzin, dyscyplinę i morale. Kilka kobiet pracowało wraz z mężami we własnych sklepach na pobliskich ulicach handlowych, a po szkole i w soboty pomagały im starsze dzieci, do których należało dostarczanie zamówień klientom, uzupełnianie towarów na półkach i sprzątanie.

Praca określała dla mnie nasze środowisko w stopniu znacznie większym niż religia. Nikt z sąsiadów nie nosił brody ani nie ubierał się w tradycyjnym stylu Żydów ze Starego Świata, nikt też nie nosił jarmułki, czy to w domu, czy poza domem – wiem, bo odwiedzaliśmy się z kolegami dość regularnie. Dorośli nie manifestowali już starym zwyczajem swojej religijności, o ile w ogóle byli religijni, i mało kto w okolicy – pomijając starego krawca, koszernego rzeźnika i zramolałych dziadków, z konieczności mieszkających z dorosłymi potomkami – mówił po angielsku z żydowskim akcentem. W roku czterdziestym żydowscy rodzice i dzieci z południowo-zachodniej części największego miasta New Jersey rozmawiali między sobą amerykańską odmianą angielszczyzny, która brzmieniem bardziej przypominała mowę mieszkańców Altoony czy Binghamton niż osławione dialekty, którymi posługiwali się nasi pobratymcy w pięciu gminach po drugiej stronie rzeki Hudson. Hebrajskie napisy widniały jeszcze na witrynie masarni i wyryte były w nadprożach małych okolicznych synagog, ale nigdzie indziej (poza cmentarzem, oczywiście) nie natykaliśmy się na alfabet z modlitewników – zastąpiły go znane litery ojczystego dla nas języka, którym na co dzień posługiwali się wszyscy, czy to w sprawach wielkich, czy małych. W kiosku przed narożnym sklepem cukierniczym dziesięć razy więcej klientów kupowało „Racing Form” niż żydowską gazetę „Forvertz”.

Izrael jeszcze nie istniał, sześć milionów europejskich Żydów jeszcze istnieć nie przestało, a stosunek miejscowej ludności do odległej Palestyny (pod mandatem brytyjskim od rozwiązania przez zwycięskich aliantów w roku tysiąc dziewięćset osiemnastym ostatnich prowincji upadłego imperium otomańskiego) pozostawał dla mnie tajemnicą. Ilekroć obcy przybysz, który nosił brodę i nigdy nie zdejmował kapelusza, pojawiał się u nas co parę miesięcy po zmierzchu, łamaną angielszczyzną prosząc o datek na fundusz założycielski żydowskiej ojczyzny w Palestynie, ja, nieuświadomione dziecię, nie miałem pojęcia, czego on właściwie szuka na naszym progu. Rodzice dawali wówczas mnie lub Sandy’emu parę drobniaków, żebyśmy je wrzucili kwestarzowi do puszki, ale myślałem sobie, że okazują hojność wyłącznie po to, by nie urazić biednego starca, który, choć mijał rok za rokiem, nie mógł jakoś pojąć, że my już mamy ojczyznę, i to od trzech pokoleń. Codziennie rano na porannym apelu oddawałem cześć ojczystej fladze. Wraz z kolegami śpiewałem hymn o wspaniałości ojczyzny na szkolnych akademiach. Gorliwie przestrzegałem świąt państwowych, nie zastanawiając się ani przez chwilę nad swoim narodowym powiązaniem z fajerwerkami na Czwartego Lipca, indykiem w Święto Dziękczynienia czy podwójnym meczem baseballowym w Dniu Pamięci. Naszą ojczyzną była Ameryka. I wtedy republikanie ogłosili swoim kandydatem Lindbergha, i wszystko się zmieniło.

Przez blisko dziesięć lat Lindbergh uchodził w naszym środowisku za wielkiego bohatera – tak jak zresztą wszędzie. Co więcej, szczęśliwy finał jego trzydziestotrzyipółgodzinnego samotnego lotu z Long Island do Paryża maleńkim jednopłatowcem „Spirit of St. Louis” zbiegł się w czasie z wiosennym dniem tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego roku, w którym moja matka odkryła, że jest w ciąży z moim starszym bratem. W rezultacie, młody awiator, który swoją odwagą zelektryzował Amerykę i cały świat, dokonując wyczynu rokującego lotnictwu świetlaną przyszłość, zajął szczególne miejsce w galerii naszych rodzinnych anegdotek, tworzących pierwszą spójną mitologię każdego dziecka. Misterium ciąży w połączeniu z heroizmem Lindbergha nobilitowało moją matkę do rangi nieomal boskiej: miała poczucie, że wcieleniu jej pierwszego potomka towarzyszy zwiastowanie na skalę globalną. Sandy z czasem uwiecznił ów moment na rysunku, przedstawiającym oba nadzwyczajne zdarzenia. Na rysunku tym – wykonanym przez dziewięciolatka pod wyraźnym wpływem sowieckiej sztuki plakatowej – matka znajduje się o wiele mil od naszego domu, w radosnym tłumie u zbiegu ulic Broad i Market. Stoi tam, przy skrzyżowaniu dwóch najruchliwszych arterii miasta, jako szczupła dwudziestotrzyletnia kobieta o ciemnych włosach, promiennie uśmiechnięta i osobliwie wyalienowana, ubrana w kuchenny fartuch w kwiatki, który przytrzymuje szeroko rozpostartą dłonią na wysokości dziewczęco wąskich jeszcze bioder, podczas gdy drugą ręką, jako jedyna w tłumie, wskazuje niebo, po którym mknie nad centrum Newark „Spirit of St. Louis” dokładnie w chwili, gdy matka uświadamia sobie, że dokonała wyczynu nie mniej triumfalnego dla zwykłego śmiertelnika niż sukces Lindbergha: poczęła Sanforda Rotha.

Sandy miał cztery latka, a mnie, Philipa, nie było jeszcze na świecie, gdy w marcu roku tysiąc dziewięćset trzydziestego drugiego pierworodne dziecko Charlesa i Annę Morrow Lindberghów, synek którego narodziny świętował dwadzieścia miesięcy wcześniej cały naród, został porwany z nowej rodzinnej posiadłości na wiejskim odludziu Hopewell w stanie New Jersey. Jakieś dziesięć miesięcy później rozkładające się ciałko dziecka znaleziono przypadkiem w lesie o parę mil od domu. Niemowlę albo zostało zamordowane z premedytacją, albo zabite przypadkiem, gdy porwano je z kołyski w samym kaftaniku i po ciemku wyniesiono przez okno mieszczącego się na piętrze dziecinnego pokoju, używając w tym celu prowizorycznej drabiny, gdy tymczasem niańka i matka krzątały się przy rutynowych wieczornych zajęciach w innej części domu. Zanim w lutym trzydziestego piątego roku w sądzie Flemington, New Jersey, dobiegł końca proces o porwanie i morderstwo, zanim wydano wyrok skazujący na Brunona Hauptmanna – trzydziestopięcioletniego Niemca, już karanego, zamieszkałego w Bronx z żoną, również Niemką – śmiały wyczyn pierwszego w świecie pilota, który odbył samotny lot nad Atlantykiem, owiany został patosem, który uczynił Lindbergha tytanem-męczennikiem na miarę Lincolna.

Po procesie Lindberghowie opuścili Amerykę, mając nadzieję dzięki czasowej emigracji uchronić od nieszczęścia swą nową latorośl, a także, choćby w pewnej mierze, odzyskać upragnioną prywatność. Osiedlili się w małym angielskim miasteczku i stamtąd właśnie Lindbergh, jako prywatny obywatel, zaczął odbywać wycieczki do nazistowskich Niemiec, które miały przemienić go w prześladowcę większości amerykańskich Żydów. Podczas tych pięciu wizyt, które umożliwiły mu poznanie z bliska wspaniałości niemieckiej machiny wojennej, Lindbergh, który był ostentacyjnie podejmowany przez marszałka lotnictwa Göringa i uroczyście odznaczony w imieniu Führera, jawnie głosił swój wielki podziw dla Hitlera, nazywając Niemcy „najbardziej interesującym narodem” na świecie, a ich wodza „wielkim człowiekiem”. Owo zainteresowanie i podziw deklarował już po wydaniu przez Hitlera w trzydziestym piątym roku ustaw rasistowskich, odbierających niemieckim Żydom prawa cywilne, socjalne i własnościowe, anulujących ich obywatelstwo i zakazujących mieszanych małżeństw z ludnością aryjską.

W roku trzydziestym ósmym, kiedy zaczynałem szkołę, nazwisko Lindbergha budziło u nas w domu takie samo oburzenie jak cotygodniowe niedzielne audycje radiowe ojca Coughlina, kaznodziei z Detroit i wydawcy prawicowego tygodnika „Sprawiedliwość Społeczna”; jego antysemicka pasja zdobywała poklask niemałej rzeszy odbiorców w tych ciężkich dla kraju czasach. Przyszedł listopad trzydziestego ósmego roku – najczarniejszego i najbardziej złowieszczego w osiemnastowiecznej historii europejskich Żydów – a wraz z nim najstraszniejszy w dziejach współczesnych pogrom, Kristallnacht, rozpętany przez nazistów w całych Niemczech: palono synagogi, dewastowano żydowskie kamienice i sklepy, tysiące Żydów zabierano siłą z domów i transportowano do obozów koncentracyjnych w ową noc, zapowiadającą koszmar przyszłości. Lindbergh zaś, na sugestię, aby w odpowiedzi na ten bezprecedensowy gwałt, dokonany przez państwo na jego własnych obywatelach, zwrócił złoty krzyż ozdobiony czterema swastykami, przypięty mu w imieniu Führera przez marszałka lotnictwa Göringa, odpowiedział odmownie, wysuwając argument, że publiczne zrzeczenie się Krzyża Zasługi Orła Niemieckiego stanowiłoby z jego strony „nieuzasadnioną obelgę” wobec nazistowskich przywódców.

Lindbergh był pierwszym sławnym żywym Amerykaninem, którego nauczyłem się nienawidzić – tak jak prezydent Roosevelt był pierwszym sławnym żywym Amerykaninem, którego nauczono mnie kochać – toteż nominowanie go przez republikanów na kontrkandydata Roosevelta w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym podważyło, jak nic wcześniej, wielki kredyt osobistego bezpieczeństwa, który zawsze brałem za pewnik jako amerykańskie dziecko amerykańskich rodziców, chodzące do amerykańskiej szkoły w amerykańskim mieście, w Ameryce utrzymującej pokój z całym światem.

Jedyne porównywalne zagrożenie przeżyłem jakieś trzynaście miesięcy wcześniej, gdy memu ojcu, w uznaniu za niezmiennie wysokie dochody, jakie w najgorszych latach Kryzysu pozyskiwał jako agent dla filii towarzystwa ubezpieczeniowego Metropolitan Life w Newark, zaproponowano awans na zastępcę dyrektora i nadzór nad agentami w filii mieszczącej się o sześć mil na zachód od naszego domu, w mieście Union, o którym wiedziałem tylko tyle, że ma kino drive-in, gdzie wyświetlają filmy nawet w czasie deszczu – tam właśnie mielibyśmy, za namową firmy, przeprowadzić się, gdyby ojciec przyjął posadę. Jako zastępca dyrektora, ojciec miał szanse zarabiać niebawem siedemdziesiąt pięć dolarów tygodniowo, dociągając w latach następnych nawet do stu, co w roku trzydziestym dziewiątym stanowiło fortunę dla ludzi o naszych aspiracjach. A ponieważ w Union sprzedawano domy jednorodzinne po inflacyjnych cenach kilku tysięcy dolarów, ojciec mógłby nareszcie spełnić marzenie, które hodował w sobie przez lata ubóstwa jako lokator czynszowego mieszkania w Newark: zostać amerykańskim właścicielem domu. „Duma posiadania” – to było ulubione powiedzonko mego ojca, oczywiste jak chleb dla człowieka z jego biografią: nie dotyczyło ono rywalizacji społecznej ani ostentacyjnie konsumpcyjnego stylu życia, lecz wyłącznie jego pozycji jako zapobiegliwej głowy rodziny.

Propozycja awansu miała tylko jeden minus: Union, podobnie jak Hillside, było robotniczym miastem gojów, mój ojciec byłby najprawdopodobniej jedynym Żydem w biurze liczącym około trzydziestu pięciu pracowników, matka – jedyną Żydówką w sąsiedztwie, a Sandy i ja – jedynymi żydowskimi dzieciakami w miejscowej szkole.

W sobotę po otrzymaniu przez ojca propozycji awansu – awansu, który przede wszystkim zaspokoiłby dążenie naszej dotkniętej kryzysem gospodarczym rodziny do osiągnięcia minimum zabezpieczenia finansowego – wybraliśmy się wszyscy czworo po lunchu na oględziny Union. Lecz gdy znalazłszy się na miejscu, krążyliśmy samochodem po ulicach, popatrując na piętrowe domy – nie całkiem identyczne, ale jednak, każdy z przeszkloną werandą, wystrzyżonym trawnikiem, kępą krzewów ozdobnych i żwirowanym podjazdem do przeznaczonego na jedno auto garażu; domów skromnych, lecz i tak przestronniejszych niż nasze trzypokojowe mieszkanie, uderzająco podobnych do białych domków z filmów o rdzennej małomiasteczkowej Ameryce – nasza niewinna euforia związana z myślą o rodzinnym awansie do klasy właścicieli domów ustępowała z wolna, jak zresztą należało się spodziewać, niepewności co do rozmiarów chrześcijańskiego miłosierdzia. Moja energiczna zazwyczaj matka na ponawiane ojcowskie pytanie: „I jak ci się podoba, Bess?”, odpowiadała z entuzjazmem, w którym nawet dziecko wyczułoby fałsz. A ja, chociaż byłem mały, rozumiałem tego przyczynę – mama myślała sobie: „Nasz dom stanie się dla wszystkich «tym, w którym mieszkają Żydzi». To będzie powtórka z Elizabeth”.

Elizabeth w stanie New Jersey, gdzie moja matka wychowała się w mieszkaniu nad sklepem swojego ojca, był to port przemysłowy, cztery razy mniejszy niż Newark, zdominowany przez irlandzką klasę robotniczą i jej polityków, oraz aktywne życie parafialne, skupione wokół licznych miejscowych kościołów, i chociaż nigdy nie słyszałem, aby matka skarżyła się na złe traktowanie w Elizabeth za swych dziewczęcych lat, to dopiero po ślubie i przeprowadzce do żydowskiej dzielnicy Newark zyskała pewność siebie, dzięki której została najpierw „dyplomowaną matką” Stowarzyszenia Rodziców i Nauczycieli, potem wiceprzewodniczącą tej organizacji, odpowiedzialną za założenie Klubu Matek Przedszkolaków, a w końcu prezeską SRiN, która po konferencji w Trenton, poświęconej paraliżowi dziecięcemu, wystąpiła z inicjatywą dorocznych bali charytatywnych pod hasłem „Ziarnko do ziarnka”, organizowanych trzydziestego stycznia – w dniu urodzin prezydenta Roosevelta – przez większość szkół w Newark. Wiosną trzydziestego dziewiątego roku sprawowała swoją funkcję przywódczą drugi rok i słynęła z postępowych pomysłów – już wtedy popierała młodego nauczyciela przedmiotów humanistycznych, który walczył o wprowadzenie do szkoły przy Chancellor Avenue „metody audiowizualnej” – toteż nie mogła odpędzić przykrej myśli, że zostanie pozbawiona wszystkich swych dokonań jako żona i matka z Summit Avenue. Gdyby nam się poszczęściło i kupilibyśmy któryś z domów w Union, prezentujących nam się teraz w całej swej wiosennej krasie, status mojej matki osunąłby się z powrotem do poziomu z lat, gdy dorastała jako córka żydowskiego sklepikarza w irlandzko-katolickim mieście Elizabeth, a nawet jeszcze gorzej: Sandy i ja musielibyśmy przeżyć powtórkę z jej własnej upokarzającej młodości w roli miejscowych outsiderów.

Nie bacząc na humor matki, ojciec robił, co mógł, aby podtrzymać nas na duchu: chwalił czystość i zadbany wygląd zabudowań, przypominał Sandy’emu i mnie, że mieszkając w jednym z tych domów, nie musielibyśmy dzielić wspólnego pokoju i jednej szafy, objaśniał nam zalety spłacania hipoteki zamiast czynszu i snuł wykład z podstaw ekonomii, który przerwał gwałtownie, gdy czerwone światło kazało mu zatrzymać samochód przy ogródku piwnym na jednym z rogów skrzyżowania. W cieniu gęstych drzew stały zielone stoliki, wśród których w owo weekendowe popołudnie uwijali się kelnerzy w białych fartuchach, roznoszący tace pełne butelek, dzbanków i talerzy, a siedzący przy stolikach mężczyźni w różnym wieku palili papierosy, fajki i cygara, pociągając ostro z wysokich szklanek i glinianych kufli. Była też muzyka: na akordeonie przygrywał krępy osobnik w krótkich spodniach, podkolanówkach i kapeluszu ozdobionym długim piórem.

– Skurwysyny! – zaklął mój ojciec. – Faszystowskie bękarty! – Po czym światło się zmieniło i w milczeniu pojechaliśmy dalej, obejrzeć biurowiec, w którym ojciec miał szanse zarabiać więcej niż pięćdziesiąt dolarów tygodniowo.

Brat wyjaśnił mi, gdy wieczorem leżeliśmy już w łóżkach, dlaczego ojciec dał się ponieść nerwom i zaklął głośno przy dzieciach: taki lokal na wolnym powietrzu nazywa się ogródek piwny, a ogródek piwny ma coś wspólnego z niemiecko-amerykańskim Bundem, a niemiecko-amerykański Bund ma coś wspólnego z Hitlerem, a Hitler, o czym dotąd nie wiedziałem, ma bardzo wiele wspólnego z prześladowaniami Żydów.

Odurzający napój antysemityzmu. Wyobrażałem sobie, że to właśnie pili wesoło tego dnia klienci ogródka piwnego; tak jak wszyscy naziści na świecie, wychylali kufel za kuflem antysemityzmu, jakby zażywali uniwersalne remedium.

Mój ojciec musiał wziąć w pracy wolne przedpołudnie, żeby pojechać do centrali firmy w Nowym Jorku – wysokiego gmachu zwieńczonego dumnym neonem reklamowym: „Światło, które nigdy nie gaśnie” – i poinformować szefa kadr agencyjnych, że nie może przyjąć awansu, o który tak zabiegał.

– To moja wina – oświadczyła matka, gdy tylko zaczął przy obiedzie relacjonować nam, co zaszło na osiemnastym piętrze biurowca przy Madison Avenue numer jeden.

– Nie ma tu niczyjej winy – odparł ojciec. – Wyjaśniłem u siebie w biurze przed wyjściem, co zamierzam mu powiedzieć, pojechałem, powiedziałem, i tyle. Nie przenosimy się do Union, chłopcy. Zostajemy tutaj.

– A on, co zrobił? – spytała matka.

– Wysłuchał mnie.

– A potem?

– Wstał i podał mi rękę.

– I nic nie mówił?

– Powiedział: „Powodzenia, Roth”.

– Zły był na ciebie.

– Hatcher to dżentelmen starej daty. Potężny goj, dobre sześć stóp. Wygląda jak gwiazdor filmowy. Sześćdziesiątka mu stuknęła, ale tryska zdrowiem. Tacy ludzie kierują tym interesem, Bess – oni nie marnują czasu na złoszczenie się na kogoś takiego jak ja.

– I co teraz? – spytała matka, najwyraźniej sugerując, że rezultat spotkania z Hatcherem będzie dla ojca niekorzystny, a kto wie, czy nie zgubny. Zdawało mi się, że rozumiem jej obawy. Chcieć to móc – tę maksymę wpajali nam oboje rodzice. Ojciec, siedząc przy stole, pouczał raz po raz swych nieletnich synów: „Jak cię ktoś pyta: «Umiesz to zrobić? Dasz radę?», odpowiedz bez wahania: «Oczywiście». Zanim się zorientują, że nie umiesz, już zdążysz się nauczyć i robota będzie twoja. A kto wie, czy nie okaże się, że to była twoja życiowa szansa”. A jednak ojciec w Nowym Jorku postąpił wbrew tej zasadzie.

– Co na to Szef? – indagowała matka. Szefem nazywaliśmy wszyscy czworo dyrektora biura ojca w Newark, Sama Peterfreunda. W owym czasie niepisanych limitów przyjęć Żydów na studia i do szkół zawodowych, utajonej dyskryminacji, blokującej Żydom drogę do awansów w wielkich korporacjach, oraz surowych obostrzeń uniemożliwiających Żydom członkostwo w tysiącach organizacji społecznych i komunalnych, Peterfreund był jednym z pierwszych nielicznych Żydów, którym udało się dojść do stanowiska dyrektorskiego w Metropolitan Life. – To przecież on cię nominował – ciągnęła matka. – Jak on teraz musi się czuć?

– Wiesz, co mi powiedział, jak wróciłem? Wiesz, co mi powiedział o biurze w Union? Że to jedna banda pijaków. Istna melina. Przedtem milczał na ten temat, żeby nie wpływać na moją decyzję. Nie chciał stawać mi na drodze, gdybym jednak postanowił skorzystać z awansu. Biuro w Union słynie z agentów, którzy odwalają rano dwie godziny roboty, po czym resztę czasu spędzają w knajpie, albo i gorszych miejscach. I ja tam miałem wylądować! Nowy szef Żyd, wielki pan, dla którego każdy goj będzie chciał pracować! Miałem tam chodzić po barach i zgarniać ich z podłogi! Miałem im przypominać o obowiązkach wobec żon i dzieci! Oj, już widzę, jak by mnie pokochali moi chłopcy za taką przysługę. Możesz sobie wyobrazić, co wygadywaliby o mnie za plecami. Nie, lepiej mi tu, gdzie jestem. Wszystkim nam tutaj lepiej.

– Ale czy cię nie zwolnią za tę odmowę?

– Kochanie, zrobiłem, co zrobiłem. Koniec, kropka.

Matka nie uwierzyła jednak w to, co ojciec zrelacjonował jej jako opinię Szefa; uważała, że ojciec zmyślił ten argument, aby ona przestała się obwiniać za to, że nie chce przenieść dzieci do gojowskiego miasta, które jest rajem niemiecko-amerykańskiego Bundu, a tym samym pozbawia męża życiowej szansy.

Lindberghowie powrócili do Ameryki w kwietniu roku trzydziestego dziewiątego. Zaledwie parę miesięcy później, we wrześniu, Hitler, który zaanektował już Austrię i opanował Czechosłowację, podbił Polskę, na co Francja i Wielka Brytania odpowiedziały wypowiedzeniem Niemcom wojny. Lindbergh tymczasem wznowił aktywność publiczną i jako pułkownik amerykańskiego Korpusu Powietrznego jeździł po całym kraju jako delegat rządu USA, agitując za rozwojem amerykańskiego lotnictwa cywilnego oraz za rozbudową i modernizacją powietrznych sił zbrojnych. Gdy Hitler w błyskawicznym tempie zajmował Danię, Norwegię, Holandię i Belgię i bliski był pokonania Francji, a druga wielka europejska wojna stulecia szalała już na dobre, nasz pułkownik Korpusu Powietrznego kreował się na idola izolacjonistów – i wroga FDR – wzbogacając swą misję o nowy cel: powstrzymanie Ameryki przed zaangażowaniem się w wojnę czy choćby udzieleniem jakiejkolwiek pomocy Brytyjczykom lub Francuzom. Między nim a Rooseveltem już wcześniej panowała silna animozja, lecz jawne oświadczenia Lindbergha, głoszone na masowych wiecach, w wystąpieniach radiowych oraz na łamach popularnej prasy, iż obecny prezydent zwodzi naród obietnicami pokoju, a potajemnie knuje plan włączenia się w konflikt zbrojny, skłoniło część członków Partii Republikańskiej do opowiedzenia się za Lindberghiem jako charyzmatykiem zdolnym wyeliminować „tego wichrzyciela z Białego Domu” z trzeciej kadencji prezydenckiej.

Im usilniej Roosevelt domagał się od Kongresu zniesienia embarga na zbrojenia i złagodzenia przepisów o neutralności kraju w celu uchronienia Brytyjczyków przed klęską, tym dosadniej wypowiadał się Lindbergh, wygłaszając w końcu swoje słynne radiowe orędzie w Des Moines, w hali pełnej wiwatujących sympatyków – orędzie, w którym za jedną z „najważniejszych grup pchających nasz kraj ku wojnie” uznał niespełna trzyprocentowy odłam populacji, określany przezeń na zmianę jako „naród żydowski” i „rasa żydowska”.

– Nikt uczciwy i obdarzony wyobraźnią – głosił Lindbergh – nie może patrzeć na żydowską politykę prowojenną dziś, w tym kraju, nie dostrzegając związanych z nią niebezpieczeństw zarówno dla nas, jak i dla samych Żydów.

Po czym z ujmującą szczerością dodał:

– Nieliczni dalekowzroczni Żydzi rozumieją to i zajmują stanowisko przeciwne interwencji. Większość jednak nie przejrzała jeszcze na oczy… Nie możemy ich winić za dbałość o to, co uważają za własne interesy, lecz musimy zarazem pilnować swoich. Nie możemy pozwolić, aby naturalne emocje i uprzedzenia innych nacji przywiodły kraj nasz do zguby.

Następnego dnia te same oskarżenia, które wywołały masowy ryk poparcia publiczności Lindbergha w Iowa, spotkały się z gwałtownym atakiem liberalnych dziennikarzy, sekretarza prasowego Roosevelta, żydowskich agencji i organizacji, a nawet samych republikanów w osobach prokuratora generalnego Nowego Jorku Deweya i prawnika z Wall Street Wendella Willkiego, którzy obaj byli potencjalnymi kandydatami na prezydenta. Wobec surowej krytyki ze strony członków gabinetu demokratycznego, zwłaszcza sekretarza spraw wewnętrznych Harolda Ickesa, Lindbergh wolał zrzec się stopnia pułkownika rezerwy niż służyć pod zwierzchnictwem FDR jako naczelny dowódca jego armii. Jednak Komitet Najpierw Ameryka, największa organizacja zwalczająca koncepcję interwencji, popierał go nadal i uważał za swojego głównego orędownika w obronie neutralności. Dla wielu członków Komitetu Najpierw Ameryka pogląd Lindbergha, iż Żydzi stanowią „największe zagrożenie dla tego kraju z racji swych wielkich wpływów na nasze kino, naszą prasę, nasze radio i nasz rząd”, nie podlegał dyskusji (nawet wbrew faktom). Gdy Lindbergh z dumą pisał o „naszym dziedzictwie europejskiej krwi”, gdy ostrzegał przed „rozmyciem przez obce rasy” oraz „infiltracją pośledniej krwi” (wszystkie te frazy pojawiają się w dziennikach z tamtych lat), dawał wyraz osobistym przekonaniom znacznej części szeregowych członków Komitetu Najpierw Ameryka, jak również rzeszy fanatycznych wyborców z całej Ameryki, znacznie liczniejszej, niż to sobie wyobrażał nienawidzący antysemityzmu Żyd pokroju mojego ojca, a nawet moja matka, żywiąca głęboko zakorzenioną nieufność wobec chrześcijan.

Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty, konwencja republikanów. Gdy zasypialiśmy z bratem tego dnia – we czwartek, dwudziestego siódmego lipca – radio w salonie wciąż grało, a nasz ojciec, nasza matka i starszy kuzyn Alvin słuchali nadawanej na żywo relacji z Filadelfii. Po sześciu głosowaniach republikanie nie zdołali wyłonić kandydata. Nazwisko Lindbergha miało dopiero paść z ust jednego z delegatów, a on sam, uczestnicząc w naradzie inżynierów w pewnej fabryce na Środkowym Zachodzie jako doradca przy projekcie nowego myśliwca, nie był obecny na sali, ani też się go nie spodziewano. Kiedy Sandy i ja szliśmy do łóżka, głosy konwencji były podzielone między Deweya, Willkiego i dwóch wpływowych senatorów republikańskich, Vandenberga z Michigan i Tafta z Ohio – nic nie wskazywało na rychły przełom, ukartowany za kulisami przez partyjnych bonzów w rodzaju byłego prezydenta Hoovera, wysiodłanego z fotela przez FDR po walnym zwycięstwie tego ostatniego w roku trzydziestym drugim, czy gubernatora Alfa Landona, który cztery lata później poniósł jeszcze bardziej sromotną klęskę, pokonany przez FDR przewagą głosów nienotowaną dotąd w historii.

Ponieważ był to pierwszy duszny, gorący wieczór lata i okna we wszystkich pokojach zostawiono otwarte, Sandy i ja z konieczności słuchaliśmy dalej transmisji obrad, nie tylko z domowego radia, ile i z tego, które grało piętro niżej, a także – ponieważ od domów z przeciwka dzieliła nas ulica szerokości jednego samochodu – z odbiorników u sąsiadów po drugiej stronie. Działo się to na długo przedtem, nim klimatyzatory okienne wyciszyły odgłosy tropikalnych nocy, toteż transmisja z Filadelfii otulała jak koc cały ciąg domów od ulicy Kerr po Chancellor, gdzie w żadnym z trzydziestu paru dwurodzinnych domów, ani też w żadnym z mieszkań niedużego nowego bloku na rogu Chancellor, nie mieszkał ani jeden republikanin. Na takich ulicach jak nasza Żydzi twardo głosowali na demokratów, przynajmniej tak długo, jak długo na czele ich listy figurował FDR.

Ale Sandy i ja byliśmy dziećmi, więc zasnęliśmy mimo wszystko i zapewne nie obudzilibyśmy się aż do rana, gdyby Lindbergh – w chwili gdy republikanie zablokowali się na dwudziestym głosowaniu – nie wkroczył nieoczekiwanie na salę, o godzinie trzeciej osiemnaście nad ranem. Szczupły, wysoki, przystojny bohater, dziarski i wysportowany, niespełna czterdziestoletni, pojawił się tam w stroju pilota, wylądowawszy własnym samolotem na lotnisku w Filadelfii parę minut wcześniej. Na jego widok znużeni delegaci zareagowali jak na zbawienie: poderwali się z miejsc, entuzjastycznie skandując „Lindy! Lindy! Lindy!” przez pełne trzydzieści wspaniałych minut, bez przerywania ze strony prowadzącego obrady. Ów spontaniczny pseudoreligijny spektakl zawdzięczał swój sukces machinacjom senatora Geralda P. Nye’a z Dakoty Północnej, prawicowego izolacjonisty, który błyskawicznie zgłosił kandydaturę Charlesa A. Lindbergha z Little Falls, Minnesota, popartą natychmiast przez dwóch skrajnie reakcyjnych członków Kongresu – kongresmena Thorkelsona z Montany i kongresmena Mundta z Dakoty Południowej, dzięki czemu dokładnie o godzinie czwartej rano, w piątek dwudziestego ósmego lipca, Partia Republikańska przyjęła przez aklamację kandydaturę bigota, który przez radio szkalował Żydów przed całą Ameryką jako „inne nacje”, wywierające bezprzykładny „wpływ… by przywieść nasz kraj do zguby” – zamiast zgodnie z prawdą przedstawiać nas jako mniejszość obywatelską, znikomą wobec chrześcijańskich współobywateli i, z racji uprzedzeń religijnych, mającą znacznie utrudniony dostęp do urzędów publicznych, a mimo to nie mniej lojalną wobec zasad amerykańskiej demokracji niż wielbiciel Adolfa Hitlera.

– Nie! – Obudziło nas to właśnie słowo, wykrzykiwane męskimi głosami ze wszystkich domów na naszej ulicy. To niemożliwe. Nie. Nie na prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Parę sekund później znaleźliśmy się z bratem przy radiu, wraz z resztą rodziny, i nikt nie kazał nam wracać do łóżka. Chociaż było gorąco, moja dbała o maniery matka narzuciła szlafrok na cienką nocną koszulę – ona też już spała i wyrwało ją z łóżka głośne poruszenie. Teraz siedziała na kanapie obok ojca, zasłaniając dłonią usta, jakby z trudem powstrzymywała mdłości. Tymczasem mój kuzyn Alvin, nie mogąc już usiedzieć na miejscu, krążył krokiem mściciela po pokoju o wymiarach osiemnaście na dwanaście stóp, jakby przemierzał miasto w poszukiwaniu okazji do wyładowania swojej nemezis.

Gniew był tej nocy czymś fizycznym, jak huczący żar, co bucha z paleniska kuźni i porywa człowieka, i skręca jak stalowy pręt. Gniew ten nie mijał – ani gdy Lindbergh stanął w milczeniu na filadelfijskiej mównicy, po raz drugi słuchając wiwatów na swą cześć jako zbawca narodu, ani gdy wygłaszał mowę, przyjmując partyjną nominację, a wraz z nią zobowiązanie do utrzymania Ameryki z dala od europejskiej wojny. Wszyscy czekaliśmy ze zgrozą, aż powtórzy przed gremium konwencji swoje zjadliwe oskarżenia pod adresem Żydów, ale fakt, że tego nie uczynił, nie wpłynął na zmianę nastroju, który wszystkim okolicznym mieszkańcom kazał wyjść na ulicę o niespełna piątej nad ranem. Całe rodziny, które dotąd widywałem tylko w strojach dziennych, wyległy na dwór o świcie w piżamach, narzuconych na nocne koszule szlafrokach i kapciach, jak wygnane z domów trzęsieniem ziemi. Dla dziecka jednak najbardziej szokujący był ten gniew, gniew mężczyzn, których znałem dotychczas jako żartownisiów albo milkliwych, sumiennych ojców rodzin, trudniących się na co dzień przetykaniem rur, obsługą wielkich pieców lub detaliczną sprzedażą jabłek, a wieczorami przerzucających gazety, słuchających radia i zasypiających w fotelu – zwyczajnych ludzi, którzy przypadkiem byli Żydami. Teraz ci ludzie krążyli wzburzeni po naszej ulicy i klęli głośno, bez oglądania się na przyzwoitość, nagle pchnięci z powrotem w rozpaczliwą walkę, z której zbyt wcześnie poczuli się zwolnieni dzięki opatrznościowej migracji poprzedniego pokolenia.

Osobiście uznałbym pewnie fakt, iż Lindbergh, przyjmując nominację, nie wspomniał o Żydach, za pomyślny znak – sygnał, że zmitygował się po fali oburzenia, która kazała mu zrezygnować z funkcji wojskowej, albo że zmienił zdanie od czasu przemówienia w Des Moines, albo że już o nas zapomniał, albo że w głębi duszy wiedział doskonale o naszym niezłomnym oddaniu Ameryce – o tym, że chociaż Irlandia wciąż jest ważna dla Irlandczyków, Polska dla Polaków, a Włochy dla Włochów, to nas nie łączą żadne względy, czy to sentymentalne, czy jakiekolwiek inne, z krajami Starego Świata, w których nigdy nas nie chciano i do których nie mieliśmy zamiaru kiedykolwiek wracać. Gdybym w owym czasie potrafił ująć w słowa sens tej chwili, myślałbym prawdopodobnie właśnie tak. Lecz mężczyźni z naszej ulicy myśleli inaczej. Dla nich to, że Lindbergh nie wspomniał o Żydach, było trickiem i niczym więcej, początkiem oszukańczej kampanii, która miała z jednej strony zamknąć nam usta, a z drugiej – zmylić naszą czujność. „Hitler w Ameryce!” – krzyczeli sąsiedzi. „Faszyzm w Ameryce! Oddziały szturmowe w Ameryce!” Po nieprzespanej nocy nasi wstrząśnięci rodzice snuli jak najczarniejsze myśli i głośno dawali im wyraz w naszej obecności, zanim w końcu jęli z wolna wycofywać się do domów (gdzie radia grały wciąż na cały regulator) – mężczyźni, aby ogolić się, ubrać i łyknąć kawy przed wyjściem do pracy, a kobiety, aby odziać i nakarmić dzieci, szykując je na nowy dzień.

Roosevelt podniósł wszystkich na duchu, odpowiadając z werwą na wiadomość, że jego oponentem ma być Lindbergh, a nie szacowny senator Taft, agresywny prokurator Dewey czy słynny uładzony i przystojny adwokat Willkie. Gdy obudzony o czwartej nad ranem usłyszał nowinę, miał proroczo oznajmić z łoża w Białym Domu: „Zanim to wszystko się skończy, ów młody człowiek pożałuje nie tylko tego, że wmieszał się w politykę, ale nawet tego, że kiedykolwiek nauczył się latać”. Po czym zapadł z powrotem w twardy sen – tak przynajmniej doniesiono nazajutrz, ku pokrzepieniu naszych serc. O świcie na ulicy, kiedy wszyscy myśleli tylko o zagrożeniu, jakie stanowi dla nas ten haniebny afront, zapomniano, o dziwo, o potężnym obrońcy uciśnionych, jakim był FDR. Zaskoczenie nominacją Lindbergha obudziło atawistyczne poczucie bezbronności, które więcej miało wspólnego z Kiszyniowem i pogromami roku tysiąc dziewięćset trzeciego niż z New Jersey trzydzieści siedem lat później – a w konsekwencji zaćmiło pamięć o tym, że Roosevelt mianował Feliksa Frankfurtera członkiem Sądu Najwyższego, że na sekretarza skarbu wybrał Henry’ego Morgenthaua, że bliskim doradcą prezydenta jest finansista Bernard Barach i że zarówno pani Roosevelt, jak Ickes i sekretarz rolnictwa Wallace znani są, podobnie jak sam prezydent, z przyjaźni wobec Żydów. Był Roosevelt, była Konstytucja Stanów Zjednoczonych, był Kodeks praw obywatelskich, no i były gazety, wolna prasa amerykańska. Nawet republikański dziennik „Newark Evening News” opublikował wstępniak nawiązujący do wystąpienia Lindbergha w Des Moines i otwarcie kwestionujący roztropność jego nominacji, natomiast „PM”, lewicowy brukowiec za pięć centów, który mój ojciec zaczął przynosić po pracy do domu razem z „Newark News” – i który na winiecie nosił slogan: „«PM» zwalcza tych, którzy poniżają innych” – przypuścił atak na republikanów zarówno w długim artykule wstępnym, jak i w doniesieniach bieżących i felietonach na każdej prawie ze swych trzydziestu dwóch stron: nawet w dziale sportowym Toma Meany’ego i Joe Cummiskeya znalazły się antylindberghowskie akcenty. Na pierwszej stronie figurowało duże zdjęcie nazistowskiego orderu Lindbergha, a wkładka Fotoreportaż Dnia, szczycąca się publikowaniem fotografii cenzurowanych przez inne pisma – kontrowersyjnych zdjęć przedstawiających samosądy, akcje zorganizowanych gangów, zbrojnych w pałki łamistrajków czy nieludzkie warunki życia w amerykańskich zakładach karnych – zawierała kilka stron fotograficznej dokumentacji tournee republikańskiego kandydata po nazistowskich Niemczech w roku trzydziestym ósmym, zwieńczonej całostronicowym zdjęciem Lindbergha, który, z niesławnym orderem na szyi, ściska dłoń Hermanna Göringa, pierwszego po Hitlerze przywódcy nazistów.

W sobotę wieczorem czekaliśmy, aż o dziewiątej, po serii słuchowisk komediowych, rozpocznie się audycja Waltera Winchella. A gdy Winchell powiedział dokładnie to, co mieliśmy nadzieję, że powie, i z pogardą, na jaką liczyliśmy, rozległ się gromki aplauz na całą ulicę, całkiem jakby słynny komentator nie siedział w czterech ścianach studia radiowego po drugiej stronie granicy wyznaczonej rzeką Hudson, lecz był wśród nas i walczył zajadle, w rozluźnionym krawacie i rozpiętej pod szyją koszuli, w szarym filcowym kapeluszu na bakier, chłoszcząc Lindbergha słowami przez mikrofon ustawiony na pokrytym ceratą stole w kuchni naszych najbliższych sąsiadów.

Był to ostatni wieczór czerwca tysiąc dziewięćset czterdziestego roku. Po ciepłym dniu zrobiło się nieco chłodniej, tak że człowiek nie pocił się, siedząc w mieszkaniu. Mimo to o dziewiątej piętnaście, gdy skończyła się audycja Winchella, rodzice nabrali nagle chęci na spacer, więc wyszliśmy całą czwórką, aby nacieszyć się pięknym wieczorem. Mieliśmy dojść tylko do rogu i z powrotem – po czym brat i ja powędrowalibyśmy spać – ale zanim trafiliśmy do łóżek, wybiła północ, a o spaniu nie było nawet mowy, tak udzieliło nam się podniecenie rodziców. Okazało się, że wojownicza brawura Winchella wygnała na dwór również wszystkich naszych sąsiadów, toteż planowana wieczorna przechadzka w rodzinnym gronie przeistoczyła się w spontaniczny uliczny festyn. Panowie poustawiali na chodniku powyciągane z garaży leżaki, panie poprzynosiły dzbanki lemoniady, najmłodsza dziatwa biegała jak szalona od ganku do ganku, starsze dzieciaki wygłupiały się i gadały we własnym gronie – a wszystko dlatego, że najsłynniejszy po Albercie Einsteinie amerykański Żyd wypowiedział wojnę Lindberghowi.

To przecież Winchell wprowadził do swych felietonów wielokropek, zwiastujący – i w magiczny sposób uwiarygadniający – gorące newsy, ledwo ledwo zakorzenione w faktach; to także Winchell zapoczątkował, na dobrą sprawę, zwyczaj zasypywania łatwowiernych mas gradem plotek i insynuacji, dzięki którym szargał opinie, kompromitował znakomitości, kreował sławy, tworzył i unicestwiał gwiazdy show-businessu. Tylko jego felietony rozpowszechniały po całym kraju setki gazet, a radiowy kwadrans Winchella w niedzielę wieczorem był najpopularniejszym programem w Ameryce: jego sensacyjną aurę podgrzewał błyskawiczny refleks i zjadliwy cynizm prowadzącego. Winchell imponował nam jako nieustraszony outsider i przebiegły insider, kumpel J. Edgara Hoovera, szefa FBI, sąsiad mafiosa Franka Costello, zausznik najbliższych współpracowników Roosevelta, zapraszany nawet do Białego Domu, aby zabawiać prezydenta przy kieliszku, znany w mieście zawadiaka i twardziel, przed którym drżeli wrogowie – a który był po naszej stronie. Urodzony na Manhattanie Walter Winchell (alias Weinschel) przeistoczył się z nowojorskiego tancerza wodewilowego w pełnego nonszalancji felietonistę z Broadwayu, zbijającego grubą kasę na podsycaniu bulwarowych emocji – chociaż od chwili dojścia Hitlera do władzy, na długo przedtem, zanim reszta prasy dostrzegła i ostro podjęła te tematy, głównymi przedmiotami jego ataków stały się faszyzm i antysemityzm. Dawno już przylepił etykietkę „szczurzystów” niemiecko-amerykańskiemu Bundowi, którego przywódcę, Fritza Kuhna, prześladował zarówno na antenie, jak i w druku, jako tajnego agenta obcego wy wadu, więc teraz – po żartobliwym komentarzu FDR, wstępniaku „Newark News” i pełnej oburzenia kampanii „PM” – wystarczyło, że Walter Winchell obnażył „pronazistowską filozofię” Lindbergha przed trzydziestoma milionami niedzielnych radiosłuchaczy, że nazwał kandydaturę prezydencką Lindbergha największym w dziejach zagrożeniem amerykańskiej demokracji – aby wszystkie żydowskie rodziny z naszej małej Summit Avenue upodobniły się na nowo do Amerykanów tryskających witalnością i radosnym poczuciem bezpieczeństwa, wolności i godności obywatelskiej, zamiast szamotać się po dworze w koszulach nocnych, niczym gromada pomyleńców zbiegłych ze szpitala wariatów.

Mój brat słynął w całym sąsiedztwie z tego, że potrafi narysować „wszystko” – rower, drzewo, psa, krzesło, komiksową postać Li’l Abnera – ale ostatnio interesowały go głównie żywe twarze. Dzieciarnia zawsze otaczała go, gdziekolwiek siadł po szkole z wielkim kołonotatnikiem i automatycznym ołówkiem, by szkicować portrety ludzi, których widział dookoła. „Narysuj jego! Narysuj ją! Narysuj mnie!” – domagali się gapie, a Sandy chętnie spełniał ich zachcianki, choćby po to, by przestali mu wrzeszczeć do ucha. Nie odrywając ołówka od papieru, popatrywał to na modela, to na rysunek – i już po chwili na kartce ożywała ta czy owa postać. Na czym ta sztuczka polega? – dopytywali się. Jak ty to robisz? Zupełnie jakby podejrzewali, że kryje się za tym jakaś magia. Sandy odpowiadał natrętom wzruszeniem ramion lub uśmiechem: cała jego magia kryła się w tym, jaki był – cichy, poważny, powściągliwy. Uwaga, jaką przyciągał, gdziekolwiek się pojawił, dzięki umiejętności tworzenia podobizn na zamówienie, zdawała się nie mieć wpływu na dystans do samego siebie, leżący u podstaw jego siły, na wrodzoną skromność, stanowiącą o niezłomności jego charakteru, którą miał z czasem pokonać na własną zgubę.

W domu nie kopiował już ilustracji z pisma „Collier’s” czy fotosów z magazynu „Look”, lecz studiował podręcznik sztuki poświęcony rysowaniu postaci. Wygrał tę książkę w konkursie dla młodzieży szkolnej na plakat reklamujący Dzień Sadzenia Drzew, ogłoszonym w ramach miejskiej kampanii zadrzewiania okolicy, prowadzonej przez Wydział ds. Parków i Terenów Publicznych. Odbyła się nawet ceremonia, podczas której mój brat uścisnął dłoń niejakiego pana Bannwarta, naczelnego dyrektora Sekcji Drzew Liściastych. Ideę projektu swego zwycięskiego plakatu zaczerpnął Sandy z czerwonego znaczka pocztowego za dwa centy z mojej kolekcji, upamiętniającego sześćdziesiątą rocznicę Dnia Sadzenia Drzew. Znaczek ten uważałem za wyjątkowo piękny, gdyż na obu jego wąskich białych marginesach widniały smukłe drzewa, których gałęzie splatały się górą w liściasty łuk. Zanim jeszcze wszedłem w jego posiadanie i zdołałem przestudiować go w detalach przez szkło powiększające, hasło „sadzenia drzew” kojarzyło mi się ze swojską nazwą święta. (Małą lupkę, razem z klaserem na dwa i pół tysiąca znaczków, pincetą, miarką do perforacji, papierkami klejącymi do mocowania znaczków i czarną gumową miseczką zwaną detektorem znaków wodnych, otrzymałem od rodziców na siódme urodziny. Za dodatkowe dziesięć centów kupili mi jeszcze niespełna stustronicową książeczkę pt. Poradnik filatelisty, gdzie w rozdziale „Jak założyć kolekcję filatelistyczną” wyczytałem z fascynacją takie oto zdanie: „Stare dokumenty i korespondencja prywatna opatrzone są często znaczkami, których emisję przerwano, co nadaje im wielką wartość. Dlatego też, jeżeli masz znajomych zamieszkałych w starych domach, gdzie gromadzono tego typu materiały, spróbuj pozyskać od nich stare ofrankowane koperty i opakowania przesyłek”. My sami nie mieliśmy strychu, nie miał go też żaden z moich kolegów rezydujących w mieszkaniach, za to jednorodzinne wille w Union wyposażone były w strychy na poddaszach, których okienka oglądałem z tylnego siedzenia samochodu, gdy krążyliśmy po mieście w ową koszmarną sobotę, od której minął rok, toteż po południu, już z powrotem w domu, nie mogłem myśleć o niczym innym, tylko o tych starych ofrankowanych kopertach i opaskach gazet z prenumeraty zalegających strychy w Union, których nigdy nie będę miał okazji „pozyskać”, ponieważ jestem Żydem).

Urok znaczka upamiętniającego Dzień Sadzenia Drzew polegał w znacznej mierze na tym, że znaczek ów przedstawiał działalność człowieka, a nie, jak większość, sławną osobę czy obiekt architektoniczny – i to działalność uprawianą przez dzieci: w jego centralnej części chłopiec i dziewczynka, oboje dziesięcio- lub jedenastoletni, sadzą drzewko; chłopiec kopie dół łopatą, a dziewczynka jedną ręką mocno trzyma drzewko nad wykopem. Na plakacie Sandy’ego chłopiec i dziewczynka zamienili się miejscami: chłopiec jest tu praworęczny, a nie leworęczny, ma na sobie długie spodnie zamiast krótkich i jedną stopę opiera na krawędzi łopaty, wciskając ją w ziemię. Znalazło się tam również trzecie dziecko, chłopczyk, mniej więcej w moim wieku, i to on w wersji Sandy’ego ubrany jest w szorty. Stoi w tle, nieco z boku, i dzierży w ręku konewkę – zupełnie jak ja, gdy pozowałem Sandy’emu do tej postaci, wystrojony w najlepsze szkolne spodenki i podkolanówki. Na pomysł dodania postaci malca wpadła moja matka – chodziło o to, aby odróżnić dzieło Sandy’ego od wiadomego znaczka i uchronić go przed zarzutem „plagiatu”, jak również o to, by nadać plakatowi kontekst społeczny, który nie cieszył się popularnością w latach czterdziestych, czy to w sztuce plakatowej, czy w jakiejkolwiek innej dziedzinie, i mógł z tej racji zostać odrzucony przez jurorów jako przykład naruszenia „dobrego smaku”.

Trzecim dzieckiem pomagającym w sadzeniu drzewka był bowiem Murzynek, a źródłem propozycji matki, by umieścić go na plakacie – poza pragnieniem zaszczepienia dzieciom obywatelskiej cnoty tolerancji – był inny znaczek z mojej kolekcji, ze świeżo emitowanej pięcioznaczkowej serii „wielkich nauczycieli”, którą kupiłem na poczcie za całe dwadzieścia jeden centów i spłacałem przez cały marzec ze swoich pięciocentowych tygodniówek. Na każdym znaczku widniał portret, a nad nim lampka oliwna, którą amerykański Departament Poczty nazywał „kagankiem oświaty” – ja jednak myślałem o niej jako o lampie Aladyna, młodego bohatera Baśni z tysiąca i jednej nocy, który z magicznej lampy za pomocą pierścienia wywołuje dżina, spełniającego każde jego życzenie. Wiedziałem dobrze, czego zażądałbym od takiego dżina: kilku najbardziej poszukiwanych znaczków w Ameryce – przede wszystkim osławionego znaczka poczty lotniczej z tysiąc dziewięćset osiemnastego roku, o nominale dwudziestu czterech centów, wartego ponoć trzy tysiące czterysta dolarów, na którym figurujący w centralnej części samolot wojskowy „Flying Jenny” został odwrócony; ‹i poza tym trzech słynnych znaczków z Wystawy Panamerykańskiej, emitowanych w roku tysiąc dziewięćset pierwszym, które również wydrukowano z błędem, odwracając centralne motywy, dzięki czemu warte były ponad tysiąc dolarów każdy.

Na zielonym jednocentowym znaczku z serii wielkich nauczycieli, pod kagankiem oświaty widniał Horace Mann; na czerwonym dwucentowym – Mark Hopkins; na fioletowym trzycentowym – Charles W. Eliot; na niebieskim czterocentowym – Frances E. Willard, a na brązowym dziesięciocentowym – Booker T. Washington, pierwszy Murzyn sportretowany na amerykańskim znaczku. Pamiętam, że umieściwszy znaczek z Bookerem T. Washingtonem w klaserze, pokazałem matce, jak prezentuje się cała seria, i spytałem: „Myślisz, że kiedyś na znaczku znajdzie się Żyd?”, na co matka odpowiedziała: „Przypuszczam, że kiedyś tak. Przynajmniej mam taką nadzieję”. Na to, by jej nadzieja się ziściła, potrzeba było jeszcze dwudziestu sześciu lat i Einsteina.

Sandy oszczędzał tygodniówki w wysokości dwudziestu pięciu centów – plus to, co zarobił na odgarnianiu śniegu, grabieniu liści i myciu naszego samochodu – tak długo, aż mógł pojechać rowerem na Clinton Avenue, do sklepu z artykułami dla artystów, i ponawiając takie wyprawy przez parę miesięcy, zaopatrzyć się stopniowo w ołówek węglowy, blok ścierny do ostrzenia takiego ołówka, karton do rysowania węglem i metalową tulejkę do rozpylania na papierze mgiełki utrwalającej, dzięki której węgiel się nie rozmazywał. Miał też wielkie klipsy do papieru, bakelitową podkładkę, żółte ołówki marki Ticonderoga, gumki, szkicowniki i papier rysunkowy, a cały ten sprzęt trzymał w kartonie sklepowym na dnie naszej wspólnej szafy, którego matce nie wolno było ruszać podczas sprzątania. Jego energiczna skrupulatność (odziedziczona po matce) i niewiarygodna wytrwałość (odziedziczona po ojcu) potęgowały mój nabożny podziw wobec starszego brata, który, według zgodnej opinii wszystkich, przeznaczony był do wielkich celów, podczas gdy większość chłopców w jego wieku prezentowała poziom niekwalifikujący ich nawet do zasiadania przy wspólnym stole z innymi istotami ludzkimi. Ja uchodziłem w rodzinie za grzecznego synka, posłusznego w domu i w szkole – bo moja uśpiona samowola miała ujawnić się gwałtownie dopiero w późniejszym wieku – i stanowczo zbyt młodego na znajomość siły własnego gniewu. A przy nikim nie wypadałem równie blado jak przy starszym bracie.

Na dwunaste urodziny Sandy otrzymał duże płaskie, czarne portfolio z tektury, z wszytym materiałowym grzbietem i dwiema tasiemkami pośrodku górnych krawędzi – tasiemki te wiązał na kokardkę dla zabezpieczenia luźnych kartek w środku. Portfolio mierzyło około dwóch stóp na półtorej, nie mieściło się więc do żadnej z szuflad komody, nie dało się też wcisnąć, nawet pionowo, pod ścianę naszej wypchanej wspólnej szafy. Sandy otrzymał więc pozwolenie przechowywania go – wraz z kołonotatnikami do szkicowania – pod swoim łóżkiem. W tym portfolio trzymał rysunki, które uznał za najlepsze, począwszy od majstersztyku kompozycyjnego z roku trzydziestego szóstego – wizerunku naszej matki, wskazującej w górę na lecący do Paryża „Spirit of St. Louis”. Było tam również kilka portretów bohaterskiego awiatora, wykonanych zarówno ołówkiem, jak i węglem. Stanowiły one część zamierzonej galerii wybitnych Amerykanów, obejmującej głównie osoby żyjące i darzone szczególną estymą przez naszych rodziców, a więc prezydenta i prezydentowa Roosevelt, nowojorskiego burmistrza Fiorella La Guardię, przewodniczącego Związku Zawodowego Górników Johna L. Lewisa czy powieściopisarkę Pearl Buck, laureatkę Nagrody Nobla z roku trzydziestego ósmego, której portret przerysował Sandy z obwoluty jednego z jej bestsellerów. Sporo rysunków w portfolio przedstawiało członków naszej rodziny, w tym co najmniej połowę stanowiły podobizny jedynej żyjącej przedstawicielki pokolenia naszych dziadków – babci ze strony ojca, która w niedziele, gdy wujek Monty przywoził ją do nas w odwiedziny, pozowała nieraz Sandy’emu jako modelka. Porwany duchem słowa „czcigodna”, mój brat odwzorowywał każdą zmarszczkę na jej twarzy i każde zgrubienie jej artretycznych palców, podczas gdy nasza drobna, ale krzepka babcia siedziała w kuchni i „pozowała” z taką samą sumiennością, z jaką przez całe życie szorowała na kolanach podłogi i gotowała na węglowej kuchni dla dziewięcioosobowej rodziny.

Byliśmy sami w domu, kilka dni po pamiętnej audycji Winchella, gdy Sandy wyciągnął portfolio spod łóżka i zaniósł do salonu. Tam otworzył je na stole (zarezerwowanym do podejmowania Szelli i świętowania największych uroczystości rodzinnych), po czym ostrożnie powyjmował portrety Lindbergha spod ochraniających je arkuszy kalki technicznej i ułożył, jeden przy drugim, na stole. Na pierwszym rysunku Lindbergh miał na głowie pilotkę, której rozpięte paski dyndały mu nad uszami; na drugim pilotka była częściowo zasłonięta ciężkimi goglami uniesionymi na czoło; trzeci rysunek wyobrażał Lindbergha z gołą głową, a o tym, że mamy do czynienia z lotnikiem, świadczyło tylko nieugięte spojrzenie wymierzone w odległy horyzont. Sposób przedstawienia pozwalał bez trudu odgadnąć walory tej postaci. Oto mężny bohater. Nieustraszony śmiałek. Człowiek o wrodzonej gigantycznej sile i prawości, której towarzyszy przemożna łagodność obyczajów. Ani śladu przerażającego łotra i pogromcy ludzkości.

On zostanie prezydentem – oznajmił mi Sandy. – Alvin mówi, Lindbergh wygra.

Tak mnie tym zaskoczył i przestraszył, że udałem, iż biorę to za żart, i roześmiałem się.

– Alvin jedzie do Kanady wstąpić do armii kanadyjskiej – ciągnął Sandy. – Chce walczyć po stronie Brytyjczyków przeciw Hitlerowi.

– Przecież nikt nie pokona Roosevelta – zaoponowałem.

– Lindbergh go pokona. W Ameryce zapanuje faszyzm. – Przez chwilę staliśmy bez słowa, onieśmieleni złym urokiem trzech portretów. Jeszcze nigdy to, że mam siedem lat, nie wydawało mi się tak poważną wadą.

– Nie mów nikomu, że je mam – powiedział Sandy.

– Ale mama i tata już je widzieli. Wszystkie trzy. Każdy je już widział.

– Powiedziałem im, że je podarłem.

Nie znałem nikogo bardziej prawdomównego niż mój brat. Jego oszczędność w słowach nie wynikała ze skrytości i krętactwa, lecz stąd jedynie, że nigdy nie zachowywał się nagannie, w związku z czym nie miał nic do ukrycia. Teraz jednak jakaś zewnętrzna siła przeistoczyła jego rysunki w coś, czym nie były, więc Sandy powiedział rodzicom, że je podarł, przeistaczając siebie z kolei w kogoś, kim nie był.

– A jak je sami znajdą? – spytałem.

– Niby jakim cudem?

– Nie wiem.

– No widzisz. Tylko cicho siedź. Trzymaj buzię na kłódkę, to nikt się nie dowie.

Usłuchałem go z paru powodów, choćby dlatego, że trzecim najstarszym znaczkiem amerykańskim w mojej kolekcji, którego za nic w świecie nie podarłbym i nie wyrzucił, był dziesięciocentowy znaczek poczty lotniczej, emitowany w dwudziestym siódmym roku dla upamiętnienia transatlantyckiego lotu Lindbergha. Znaczek miał kolor niebieski, jego szerokość niemal dwukrotnie przekraczała wysokość, a centralny rysunek, przedstawiający „Spirit of St. Louis” podczas lotu nad oceanem, posłużył memu bratu za model do plakatu upamiętniającego jego poczęcie. Przy białym marginesie po lewej stronie widniała linia brzegowa Ameryki Północnej, z napisem „New York” wchodzącym na ocean, natomiast przy marginesie po prawej umieszczono zarysy linii brzegowych Irlandii, Wielkiej Brytanii i Francji, z napisem „Paris” na końcu kropkowanego łuku, wyznaczającego tor lotu między tymi dwoma miastami. Górą znaczka, tuż pod białymi literami tworzącymi dumny napis UNITED STATES POSTAGE, biegły słowa LINDBERGH – AIR MAIL, drukowane nieco mniejszą czcionką, lecz wystarczająco czytelne dla siedmiolatka obdarzonego sokolim wzrokiem. Według Katalogu obiegowych znaczków pocztowych Scotta, egzemplarz ten już wówczas wart był dwadzieścia centów, więc natychmiast uświadomiłem sobie, że jego wartość może tylko systematycznie wzrastać (i to tak szybko, że uczyni go najcenniejszym znaczkiem mojej kolekcji), o ile Alvin ma rację i dojdzie do najgorszego.

Podczas długich miesięcy wakacyjnych graliśmy na chodniku w nową grę pod nazwą „wywołuję wojnę”. Rekwizytami w niej były gumowa piłka i kawałek kredy. Kredą rysowało się koło o średnicy pięciu czy sześciu stóp, podzielone wewnątrz jak tort na tyle części, ilu zebrało się graczy, a każda część opatrzona była nazwą jednego z państw wymienianych od roku w wiadomościach radiowych. Potem każdy z zawodników wybierał „swoje” państwo i stawał na nim jedną nogą, drugą opierając na zewnątrz koła, aby w stosownej chwili móc jak najszybciej zwiać. Wyznaczony gracz, trzymając piłkę wysoko, oznajmiał bardzo powoli, złowieszczym głosem: „Wywołuję wojnę przeciwko… ” – tu następowała pełna napięcia pauza, po czym wywołujący ciskał piłką o ziemię, wykrzykując jednocześnie: „Niemcom!”, „Japonii!”, „Holandii!”, „Włochom!”, „Belgii!”, „Anglii!” albo „Chinom!”, czasem nawet „Ameryce!” – i wszyscy uciekali czym prędzej, z wyjątkiem tego zawodnika, w którego wymierzony był niespodziewany atak. Jego zadaniem było złapać odbitą od ziemi piłkę i zawołać: „Stop!”. Wtedy wszyscy zjednoczeni przeciwko niemu musieli stanąć bez ruchu i napadnięty kraj rozpoczynał kontratak, starając się wyeliminować agresorów po kolei, waląc w każdego piłką najmocniej, jak umiał, począwszy od najbliższych, i z każdym morderczym zamachem zdobywając w kole nowe pozycje.

Graliśmy w tę grę bez ustanku. Dopóki nie spadł deszcz, spłukując na krótko nazwy naszych państw, przechodnie musieli albo po nich deptać, albo je omijać. W naszej okolicy praktycznie nie istniało w owych dniach graffiti – jedyną jego namiastkę stanowiły hieroglificzne ślady naszych prostych ulicznych zabaw. Gra w wojnę, choć niewinna, doprowadzała do szału niektóre matki, zmuszone godzinami wysłuchiwać naszych wrzasków przez otwarte okna. „Nie możecie się zająć czymś innym? Nie macie innej zabawy?” Nie mieliśmy innej zabawy – nam również w głowie było tylko wywoływanie wojny.

Osiemnastego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego roku zwołana w Chicago konwencja demokratów olbrzymią większością głosów, już w pierwszej turze, nominowała FDR na prezydenta trzeciej kadencji. Słuchaliśmy przez radio jego mowy potwierdzającej przyjęcie kandydatury, wygłoszonej znanym nam od blisko ośmiu lat pewnym tonem z akcentem wyższych sfer, który milionom zwyczajnych rodzin, takich jak nasza, pomagał przetrwać z nadzieją najcięższe czasy. Jego głos miał w sobie naturalną godność, która, chociaż nam obca, nie tylko uśmierzała lęk, ale i nadawała naszej rodzinie historyczne znaczenie, dobitnie wiążąc jej losy z jego losem, a także z losem całego narodu, kiedy zwracał się do nas, zgromadzonych przy odbiorniku w salonie, jako „rodaków”. To, że Amerykanie mieliby wybrać Lindbergha – że Amerykanie woleliby wybrać kogokolwiek innego zamiast tego prezydenta dwóch kadencji, który samym swym głosem sprawował władzę nad tumultem ludzkich spraw – to było wprost nie do pomyślenia, a już z całą pewnością nie do pomyślenia dla małego Amerykanina jak ja, który nigdy nie znał innego prezydenckiego głosu.

Jakieś sześć tygodni później, w sobotę poprzedzającą Święto Pracy, Lindbergh zaskoczył wszystkich tym, że nie pojawił się na świątecznej paradzie w Detroit, gdzie zgodnie z harmonogramem miał zainicjować swoją kampanię prezydencką objazdem robotniczego centrum izolacjonistycznej Ameryki (i antysemickiej twierdzy ojca Coughlina i Henry’ego Forda), lecz w zamian za to przybył bez zapowiedzi na lotnisko Long Island, skąd trzynaście lat wcześniej wystartował do swego spektakularnego transatlantyckiego lotu. „Spirit of St. Louis” stał przez noc pod brezentową plandeką w odległym hangarze, ale i tak zanim Lindbergh wytoczył go na pas startowy nazajutrz rano, wszystkie amerykańskie radiostacje i cała nowojorska prasa zdążyły przysłać na miejsce swoich reporterów juko świadków startu Lindbergha – tym razem na zachód Ameryki, do Kalifornii, a nie na wschód, przez Atlantyk do Europy. Oczywiście, w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym komercyjne linie lotnicze już od ponad dziesięciu lat organizowały transatlantyckie loty towarowe, pasażerskie i pocztowe, do czego w znacznej mierze przyczynił się solowy wyczyn Lindbergha oraz jego usilne starania w roli zarabiającego milion dolarów rocznie konsultanta nowo powstałych linii lotniczych. Lecz tego dnia swoją wielką kampanię rozpoczął nie zamożny doradca komercyjnej awiacji, nie Lindbergh odznaczony przez nazistów w Berlinie, nie ten, który w ogólnokrajowej audycji radiowej ganił przesadnie wpływowych Żydów za próby wciągnięcia kraju w wojnę, a nawet nie stoicko spokojny i ojciec niemowlęcia porwanego i zamordowanego w roku trzydziestym drugim przez Brunona Hauptmanna. Przeciwnie – był to znów nieznany pilot pocztowego samolotu, który poważył się na bezprecedensowe ryzyko, powszechnie uwielbiany Samotny Orzeł, wciąż pełen chłopięcej brawury i niezmanierowany, pomimo lat niebywałej sławy. W ów świąteczny weekend kończący lato czterdziestego roku Lindbergh nie zbliżył się nawet do rekordowego czasu nieprzerwanego lotu międzykontynentalnego, który sam ustanowił dekadę wcześniej, pilotując maszynę doskonalszą niż przestarzały „Spirit of St. Louis”. A mimo to, gdy wylądował na lotnisku w Los Angeles, tłum złożony głównie z robotników, których dziesiątki tysięcy zatrudniały wielkie nowe fabryki samolotów w samym LA i okolicy, powitał go z entuzjazmem, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył.

Demokraci nazwali ten lot wyreżyserowanym przez sztab Lindbergha chwytem populistycznym, choć w gruncie rzeczy decyzję lotu do Kalifornii podjął na kilka raptem godzin przed faktem sam Lindbergh, a nie profesjonaliści delegowani przez Partię Republikańską do sterowania politycznym nowicjuszem w jego pierwszej wielkiej kampanii – ci bowiem, jak wszyscy w kraju, oczekiwali jego przybycia do Detroit.

Przemówienie Lindbergha było krótkie i węzłowate, wygłoszone wysokim tonem, z płaskim, środkowozachodnim, zdecydowanie nie-Rooseveltowskim akcentem. Strój pilota – wysokie buty, bryczesy i lekki sweter naciągnięty na koszulę z krawatem – był kopią tego, w którym Lindbergh pokonał Atlantyk. Przemawiając, kandydat republikanów nie zdjął skórzanej pilotki, a gogle przesunął tylko na czoło, całkiem tak, jak przedstawił to Sandy na węglowym portrecie schowanym pod łóżkiem.

– Moją intencją jako kandydata na prezydenta – obwieścił rozentuzjazmowanemu tłumowi, ledwie ten skończył skandować jego nazwisko – jest ocalenie amerykańskiej demokracji przez powstrzymanie Ameryki przed włączeniem się w kolejną wojnę światową. Stoicie przed prostym wyborem. Nie między Charlesem A. Lindberghiem a Franklinem Delano Rooseveltem, lecz między Lindberghiem a wojną.

To wszystko – trzydzieści osiem słów, jeśli doliczyć A. oznaczające imię Augustus.

Po kąpieli pod prysznicem, przekąsce i godzinnej drzemce w porcie lotniczym LA kandydat wsiadł z powrotem do kabiny „Spirit of St. Louis” i poleciał do San Francisco. O zmierzchu był już w Sacramento. A gdziekolwiek lądował tego dnia na terenie Kalifornii, witano go tak, jakby kraj nie zaznał krachu giełdowego i nędzy Wielkiego Kryzysu (ani też triumfalnych osiągnięć FDR), jakby wojna, przed którą zamierzał nas uchronić, nikomu nawet nie postała w głowie. Lindy zstępował z nieba na skrzydłach swego słynnego samolotu i znów był rok tysiąc dziewięćset dwudziesty siódmy. Lindy dalej był sobą, facetem nieowijającym w bawełnę, który nie musi manifestować swej wyższości wyglądem czy mową, bo po prostu jest istotą wyższą – nieustraszonym Lindym, młodzieńczym i dojrzałym zarazem, nieokrzesanym indywidualistą, legendarnym Amerykaninem, który osiąga rzeczy niemożliwe, polegając wyłącznie na sobie.

Przez następne półtora miesiąca spędzał po jednym dniu w każdym z czterdziestu ośmiu stanów i dopiero pod koniec października wylądował z powrotem na pasie startowym w Long Island, skąd wzbił się w powietrze w wigilię Święta Pracy. Za dnia przefruwał błyskawicznie z miasta do miasta, z miasteczka do miasteczka, z wioski do wioski, lądując na szosach, jeśli w okolicy nie było lotniska, a startując niejednokrotnie z pastwisk na rolniczych rubieżach kraju, gdzie zstępował z nieba na pogawędkę z farmerami i ich rodzinami. Jego słowa transmitowały na bieżąco radiostacje lokalne i regionalne, a on sam kilka razy w tygodniu wygłaszał radiowe orędzie do narodu, nadawane ze stolicy stanu, gdzie akurat zatrzymał się na noc. Były to orędzia zwięzłe, zamykające się w formule: Jest za późno, aby zapobiec wojnie w Europie. Ale nie jest za późno, aby powstrzymać Amerykę przed włączeniem się w tę wojnę. FDR zwodzi naród. Ameryka uwikłana zostanie w wojnę przez prezydenta fałszywie obiecującego pokój. Wybór jest prosty. Głosujcie na Lindbergha albo na wojnę.

Jako młody pilot, w czasach gdy lotnictwo było jeszcze nowinką, Lindbergh w asyście starszego i bardziej doświadczonego od siebie pomocnika zabawiał tłumy na całym Środkowym Zachodzie, skacząc ze spadochronem albo spacerując bez spadochronu po skrzydle maszyny – demokraci bez wahania wypomnieli mu teraz owe sztuczki, przyrównując do nich szturmową kampanię na pokładzie „Spirit of St. Louis”, by w ten sposób umniejszyć jej znaczenie. Roosevelt na konferencjach prasowych przestał bawić się w cyniczne żarciki, a zagadywany przez dziennikarzy o nieortodoksyjną kampanię Lindbergha, omijał ten temat, przechodząc wprost do obaw Churchilla dotyczących bliskiej inwazji Niemców na Wielką Brytanię, oświadczając, że zamierza wystąpić do Kongresu o fundusz na pierwszy w Ameryce pobór do wojska w czasach pokoju, bądź też upominając Hitlera, że Stany Zjednoczone nie będą tolerować niemieckiej ingerencji w ruch statków handlowych na Atlantyku, dostarczających Brytyjczykom pomoc wojenną. Jasne było od początku, że jego kampania prezydencka polegać będzie na czujnym trwaniu w Białym Domu, a nie na, jak je nazwał sekretarz Ickes, „karnawałowych wygłupach” Lindbergha. Stamtąd zamierzał reagować na niebezpieczną sytuację międzynarodową z całym dostępnym sobie autorytetem, pracując, jeśli trzeba, dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Dwukrotnie w czasie swego oblotu wszystkich stanów Lindbergh zaginął w złej pogodzie i za każdym razem dopiero po paru godzinach wznawiano z nim kontakt radiowy, dzięki któremu mógł przekazać rodakom, że wszystko jest w porządku. Ale w ten sam październikowy dzień, w którym Amerykanie oniemieli na wieść, że podczas ostatnich nocnych nalotów na Londyn Niemcy zbombardowali katedrę Świętego Pawła, gruchnęła wieczorem wiadomość, że „Spirit of St. Louis” eksplodował w powietrzu na oczach świadków, przelatując nad górami Alleghenies, i w płomieniach spadł na ziemię. Tym razem upłynęło aż sześć długich godzin, zanim zdementowano to doniesienie, wyjaśniając, że przyczyną przymusowego lądowania Lindbergha na zdradliwym terenie górskim w zachodniej Pensylwanii był nie wybuch, ale awaria silnika. Zanim jednak radio nadało to dementi, nasz telefon nie przestawał dzwonić – wszyscy przyjaciele i krewni chcieli przedyskutować z moimi rodzicami ewentualne skutki tragicznego i śmiertelnego zapewne wypadku Lindbergha. Przy mnie i Sandym rodzice nie zdradzali ulgi na wieść o prawdopodobnej śmierci Lindbergha, ale też nie wyrażali nadziei, że przeżył, i bynajmniej nie dołączyli do wiwatów, kiedy okazało się, że Samotny Orzeł nie tylko nie zginął w płomieniach, ale bez najmniejszego szwanku wydostał się z nieuszkodzonej maszyny i czeka teraz jedynie na część zapasową, aby kontynuować swą skrzydlatą kampanię.

W październikowy poranek, gdy Lindbergh wylądował na lotnisku w Newark, w delegacji witającej go na terenie stanu New Jersey znalazł się rabbi Lionel Bengelsdorf z B’nai Moshe, pierwszej w mieście synagogi konserwatystów, założonej przez Żydów z Polski. Synagoga B’nai Moshe znajdowała się o parę przecznic od starego getta, stanowiącego nadal najuboższą dzielnicę miasta, choć zamieszkaną już nie przez Żydów, a przez murzyńską biedotę, niedawnych imigrantów z Południa. B’nai Moshe z roku na rok coraz bardziej przegrywała w rywalizacji o zamożnych wyznawców: do roku tysiąc dziewięćset czterdziestego albo odstąpili oni od konserwatyzmu, wstępując do reformackich kongregacji B’nai Jeshurun czy Oheb Shalom – synagog z fantastyczną lokalizacją pośród starych kamienic na High Street – albo też przechodząc do starszej świątyni konserwatywnej, B’nai Abraham, usytuowanej kilka mil na wschód od swej pierwotnej siedziby w byłym kościele baptystów, w sąsiedztwie domów żydowskich lekarzy i prawników na Clinton Hill. Nowy gmach B’nai Abraham był najbardziej imponującą synagogą w naszym mieście: wzniesiona na planie koła butlo w la w ascetycznym stylu zwanym „greckim” zdolna była pomieścić do tysiąca wiernych, którzy ciągnęli tam w największe święta. Joachim Prinz, emigrant wypędzony z Berlina przez hitlerowskie gestapo, który rok wcześniej objął stanowisko rabina po odchodzącym na emeryturę Juliusie Silberfeldzie, już zdążył okazać się człowiekiem silnym, o szerokich zainteresowaniach społecznych, oferującym swoim wiernym pogląd na historię Żydów silnie naznaczony niedawnym osobistym doświadczeniem krwawej łaźni, jaką zgotowali Żydom naziści.

Rabbi Bengelsdorf wygłaszał kazania transmitowane co tydzień przez stację WNJR do prostaczków, których tytułował swoją „radiową kongregacją”; był też autorem kilku tomików natchnionej poezji, którymi rutynowo obdarowywano chłopców na bar micwę i nowożeńców. Urodził się w Karolinie Południowej w roku tysiąc osiemset siedemdziesiątym dziewiątym, jako syn imigranta, kupra towarów sypkich, toteż gdy przemawiał do żydowskich słuchaczy – czy to z kazalnicy, czy przez radio – jego wielkopański południowy akcent w połączeniu z dźwięczną frazą (choćby z wielosylabową frazą samego nazwiska) – stwarzał wrażenie szlachetnej głębi myśli. Wspominając, na przykład, swoją przyjaźń z rabbim Silberfeldem z B’nai Abraham i rabbim Fosterem z B’nai Jeshurun, przemówił kiedyś do radiosłuchaczy w te słowa: „To było przeznaczenie: tak jak Sokrates, Platon i Arystoteles należeli wszyscy do świata antycznego, tak my trzej należymy do świata religijnego”. A kazanie na temat altruizmu, w którym wyjaśniał radiosłuchaczom, dlaczego rabin z jego pozycją zadowala się patronowaniem topniejącej kongregacji, zaczął następująco: „Być może ciekawi was moja odpowiedź na pytania zadawane mi przez, dosłownie, tysiące ludzi: Dlaczego odrzucam materialne korzyści posługi perypatetycznej? I dlaczego wolę pozostać w Newark, w świątyni B’nai Moshe, na tej jednej kazalnicy, mając codziennie co najmniej sześć możliwości opuszczenia jej dla innych kongregacji”. Studiował w słynnych uczelniach europejskich i amerykańskich i podobno znał dziesięć języków, był biegły w filozofii klasycznej, teologii, historii sztuki oraz historii starożytnej i współczesnej, a ponadto nie uznawał kompromisu w sprawie pryncypiów, w czasie kazań nigdy nie korzystał z notatek i zawsze nosił przy sobie karteczki z zapiskami tyczącymi się angażujących go aktualnie tematów, do których co dzień dopisywał nowe refleksje i impresje. Był też znakomitym jeźdźcem, słynnym z tego, że potrafił powstrzymać konia w galopie, by zanotować złotą myśl, jako podkładki używając siodła. Codziennie wczesnym rankiem trenował jazdę konną po wytyczonych ścieżkach parku Weequahic, a towarzyszyła mu – do roku trzydziestego szóstego, gdy zmarła na raka – małżonka, dziedziczka najbogatszego jubilera w Newark. Jej wielki rodzinny dom na Elizabeth Avenue, naprzeciwko parku, gdzie małżonkowie zamieszkali po ślubie w roku tysiąc dziewięćset siódmym, był skarbnicą judaików, uchodzącą za najcenniejszą tego typu prywatną kolekcję na świecie.

W roku tysiąc dziewięćset czterdziestym Lionel Bengelsdorf szczycił się rekordowym w Ameryce czasem posługi rabinackiej we własnej świątyni. Gazety nazywały go religijnym przywódcą społeczności żydowskiej New Jersey, a relacjonując jego częste wystąpienia publiczne, niezmiennie podkreślały „talent oratorski” i znajomość dziesięciu języków. W roku tysiąc dziewięćset piętnastym, podczas obchodów dwustupięćdziesięciolecia założenia Newark, Bengelsdorf zasiadł u boku burmistrza Raymonda i wygłosił orędzie, tak jak to czynił na dorocznych paradach z okazji Dnia Pamięci i Czwartego Lipca; RABIN WYCHWALA DEKLARACJĘ NIEPODLEGŁOŚCI – oto nagłówek, który pojawiał się co roku piątego lipca na łamach „Star-Ledger”. W swoich kazaniach i pogadankach nawołujących do „rozwijania amerykańskich ideałów” jako głównego zadania Żydów, a także do „amerykanizacji Amerykanów” jako najlepszego sposobu uchronienia naszej demokracji przed „bolszewizmem, radykalizmem i anarchizmem”, cytował często ostatni apel do narodu Theodore’a Roosevelta, w którym świętej pamięci prezydent oświadczył: „Nie może być mowy o podziale lojalności. Nikt, kto podaje się za Amerykanina, a równocześnie przypisuje sobie inną narodowość, nie jest prawdziwym Amerykaninem. Mamy miejsce na jedną tylko flagę, flagę amerykańską”. Rabbi Bengelsdorf głosił amerykanizację Amerykanów we wszystkich kościołach i publicznych szkołach Newark, na forum wszystkich niemal ugrupowań obywatelskich, historycznych i kulturalnych – a artykuły o jego wystąpieniach w lokalnej prasie roiły się od dziesiątek nazw miast w całym kraju, do których zapraszany był jako mówca na konferencje i kongresy poświęcone nie tylko temu problemowi, ale i wielu innym, od przestępczości, poprzez reformę więziennictwa – „Ruch reformy więziennictwa oparły jest na najszlachetniejszych zasadach etycznych i ideałach religijnych” – przyczyny drugiej wojny światowej – „Wojna ta jest skutkiem mocarstwowych ambicji narodów europejskich i ich dążenia do osiągnięcia potęgi militarnej, władzy i bogactwa” – rolę przedszkoli – „Przedszkola to żywe ogrody ludzkich kwiatów, w których każdemu dziecku pozwala się dorastać w atmosferze radości i zadowolenia” – zagrożenia epoki industrialnej – „Ufamy, te wartość człowieka pracy nie ulegnie prostemu przeliczeniu na materialną wartość jego produkcji” – po ruch sufrażystek, którego żądaniu prawa głosu dla kobiet był wielce przeciwny, argumentuje, że „jeśli mężczyźni nie są zdolni zadbać o sprawy kraju, to powinno im się w tym dopomóc. Żadne zło nie zostało jeszcze uleczone podwojeniem liczby doradców”. Mój stryjek Monty, który nie cierpiał wszystkich rabinów, ale Bengelsdorfa darzył szczególną nienawiścią od czasów chłopięcych, gdy uczęszczał bezpłatnie do szkoły religijnej B’nai Moshe, mawiał o nim: „Ten nadęty sukinsyn wie wszystko – szkoda wielka, że nie wie nic poza tym”.

Obecność rabbiego Bengelsdorfa na lotnisku – gdzie, jak potwierdzał podpis pod zdjęciem na pierwszej stronie „Newark News”, stał w pierwszym szeregu chętnych do uściśnięcia ręki Lindberghowi, który wysiadał właśnie z kabiny „Spirit of St. Louis” – wprawiła w konsternację bardzo wielu miejscowych Żydów, w tym moich rodziców. Podobną reakcję wzbudziła przypisana rabinowi w reportażu wypowiedź w związku z krótką wizytą Lindbergha. „Jestem tutaj – powiedział Bengelsdorf dziennikarzowi «Netwark News» – by udaremnić wszelkie wątpliwości co do niepodważalnej lojalności amerykańskich Żydów wobec Stanów Zjednoczonych Ameryki. Udzielam poparcia kandydaturze pułkownika Lindbergha, ponieważ cele polityczne mojego ludu są identyczne z jego celami. Ameryka to nasza ukochana ojczyzna. Ameryka to nasza jedyna ojczyzna. Nasza religia nie ma związków z żadnym innym miejscem na ziemi poza tym wielkim krajem, któremu teraz i zawsze deklarujemy pełne oddanie i lojalność, jako najdumniejsi z jego obywateli. Chcę, aby Charles Lindbergh został moim prezydentem, nie pomimo iż jestem Żydem, ale właśnie dlatego, że jestem Żydem – Żydem amerykańskim”.

Trzy dni później Bengelsdorf wziął udział w wielkim wiecu zorganizowanym w Madison Square Garden na zakończenie skrzydlatego tournee Lindbergha. Od daty wyborów dzieliły nas wówczas raptem dwa tygodnie, lecz chociaż poparcie dla Lindbergha ze strony tradycyjnie demokratycznego Południa stale rosło, a w najbardziej konserwatywnych stanach Środkowego Zachodu spodziewano się ostrej walki, sondaże ogólnokrajowe wciąż potwierdzały dość znaczną przewagę prezydenta w głosach indywidualnych i znaczną jego przewagę w głosach elekcyjnych. Przywódcy Partii Republikańskiej byli podobno zrozpaczeni uporem swojego kandydata, który nikogo nie dopuszczał do planowania strategii kampanii, i właśnie po to, by przerwać jednostajny ciąg jego lotnych wizyt i wciągnąć go w żywiołową atmosferę zbliżoną do tej, jaka zapanowała po nominowaniu kandydata na konwencji w Filadelfii, zorganizowano wiec w Madison Square Garden, transmitowany na cały kraj wieczorem w drugi poniedziałek października.

Piętnastu mówców, którzy tego wieczoru prezentowali Lindbergha, określono mianem „wybitnych Amerykanów z wszystkich dziedzin życia społecznego”. Znalazł się wśród nich reprezentant farmerów, który omówił zgubne skutki ewentualnej wojny dla amerykańskiego rolnictwa; reprezentant klasy robotniczej, który roztoczył ponurą wizję wojennego losu amerykańskich robotników, nękanych przez agencje rządowe; producent, który skupił się na katastrofalnych długofalowych stratach, jakie amerykański przemysł poniósłby z racji wojennego ekspansjonizmu i horrendalnych podatków; duchowny protestancki, który przestrzegał przed brutalizacją młodych mężczyzn posłanych na front współczesnej wojny, oraz ksiądz katolicki, który ubolewał nad nieuchronnym w razie wojny upadkiem życia duchowego w pokój miłującym narodzie amerykańskim, a także nad demoralizacją i zdziczeniem wywołanymi nienawiścią, którą podsyca wojna. Na koniec głos zabrał rabin Lionel Bengelsdorf z New Jersey, któremu tłumnie zebrani w linii zwolennicy Lindbergha zgotowali szczególnie gorącą owację, gdy wstępował na mównicę, aby stamtąd przekonywać słuchaczy, i powiązania Lindbergha z nazistami nie mają w sobie nic z kolaboracji.

– No tak – skwitował Alvin. – Kupili go. Trafiony, zatopiony. Założyli mu kółko na ten wielki żydowski nochal i teraz mogą prowadzić go, gdzie chcą.

– To jeszcze nie takie pewne – zaoponował mój ojciec, chociaż sam był nie mniej wzburzony zachowaniem Bengelsdorfa. – Posłuchaj go – poradził Alvinowi. – Wysłuchaj człowieka do końca. Tak nakazuje sprawiedliwość. – Te ostatnie słowa przeznaczone były głównie dla Sandy’ego i dla mnie, żebyśmy nie ujrzeli całej grozy sytuacji tak jak dorośli. Ja noc wcześniej spadłem we śnie z łóżka, co nie zdarzyło mi się, odkąd z dziecinnego łóżeczka przeniosłem się na tapczan, który rodzice zastawiali później z boku dwoma kuchennymi krzesłami, abym nie sturlał się z materaca. Gdy automatycznie uznano, że mój upadek z łóżka po tylu latach mógł mieć związek jedynie z lądowaniem Lindbergha na lotnisku w Newark, zaprzeczyłem z uporem, twierdząc, że nie pamiętam żadnego koszmarnego snu o Lindberghu, a jedynie to, że zbudziłem się na podłodze między łóżkiem brata a swoim – choć wiedziałem dobrze, że praktycznie co noc przed zaśnięciem wyobrażam sobie portrety Lindbergha ukryte w portfolio mojego brata. Bardzo chciałem poprosić Sandy’ego, żeby je schował w kufrze w piwnicy, zamiast pod łóżkiem sąsiadującym z moim, ale ponieważ dałem słowo, że nie powiem nikomu o tych rysunkach – i ponieważ mnie samemu trudno byłoby rozstać się ze znaczkiem poświęconym Lindberghowi – nie śmiałem podnieść tej kwestii, jakkolwiek wspomniane portrety rzeczywiście straszyły mnie po nocach, oddalając w dodatku od brata, którego wsparcia potrzebowałem wówczas jak nigdy przedtem.

Wieczór był zimny. W domu włączono grzejniki i pozamykano okna, ale nawet nie słysząc odgłosów z zewnątrz, mogliśmy mieć pewność, że cała ulica słucha w tej chwili radia, bo chociaż nikt z sąsiadów nie zniżyłby się do śledzenia relacji z wiecu Lindbergha, to wszystkich zelektryzowała zapowiedź pojawienia się w audycji rabbiego Bengelsdorfa. Parę wpływowych osób spośród wiernych z jego synagogi już wcześniej zaczęło się domagać rezygnacji rabina, a nawet natychmiastowego usunięcia go z funkcji przez zarząd świątyni, gdy tymczasem popierająca go nadal większość wmawiała sobie, że ich rabbi korzysta po prostu z demokratycznej wolności słowa, więc mimo zgrozy, jaką w nich budziło jego publiczne podlizywanie się Lindberghowi, nie śmieli budzić sumienia tak słynnej postaci.

Tego wieczoru rabbi Bengelsdorf ujawnił Ameryce rzeczywisty, jak się wyraził, motyw prywatnych niemieckich misji lotniczych Lindbergha w latach trzydziestych.

– Wbrew propagandzie szerzonej przez jego krytyków – poinformował nas rabin – pułkownik Lindbergh ani razu nie odwiedził Niemiec jako sympatyk czy zwolennik Hitlera. Przeciwnie, za każdym razem leciał tam jako tajny doradca rządu Stanów Zjednoczonych. Pułkownik Lindbergh nie tylko nie zdradził Ameryki, o co go pomawiają osoby źle zorientowane i źle doń nastawione, lecz niemal w pojedynkę przyczynił się do wzmocnienia amerykańskiej gotowości bojowej, przekazując swe informacje naszym wojskowym i czyniąc wszystko, co było w jego mocy, dla wsparcia rozwoju amerykańskiego lotnictwa i rozbudowy amerykańskiej obrony powietrznej.

– Jezu! – nie wytrzymał mój ojciec. – Przecież wszyscy wiedzą…

– Ćśśś – szepnął Alvin. – Ćśśś, dajmy mówić wielkiemu oratorowi.

– Owszem, w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym, na długo przed wybuchem konfliktu europejskiego, naziści odznaczyli pułkownika Lindbergha medalem i owszem – ciągnął Bengelsdorf – pułkownik medal ten przyjął. Ale równocześnie, przyjaciele, równocześnie niestrudzenie penetrował ich administrację, aby móc tym lepiej ochronić i zachować nasz system demokratyczny i naszą neutralność wspartą na sile.

– Nie wierzę własnym… – zaczął ojciec.

– Postaraj się – mruknął Alvin ze złośliwą satysfakcją.

– To nie jest wojna Ameryki – zagrzmiał Bengelsdorf, a tłum zebrany w Madison Square Garden odpowiedział mu gromkim aplauzem, trwającym całą minutę. – To jest wojna Europy. – I znów aplauz. – Kolejne ogniwo tysiącletniego łańcucha europejskich woli mi, toczonych nieprzerwanie od czasów Karola Wielkiego. To ich druga niszczycielska wojna w ciągu niespełna półwiecza. A czy ktokolwiek zapomniał już o tragicznych kosztach, jakie poniosła Ameryka w ich poprzedniej wielkiej wojnie? Czterdzieści tysięcy Amerykanów poległych w akcji. Sto dziewięćdziesiąt dwa tysiące amerykańskich rannych. Siedemdziesiąt sześć tysięcy amerykańskich ofiar chorób. Trzysta pięćdziesiąt tysięcy amerykańskich inwalidów poszkodowanych przez udział w wojnie. A jaką astronomiczną cenę zapłacimy tym razem? Czy liczba ofiar śmiertelnych – niech mi pan na to odpowie, prezydencie Roosevelt – będzie zaledwie dwa razy większa, czy może trzy albo cztery? Niech pan odpowie, panie prezydencie, jaką Amerykę pozostawi nam masowa rzeź niewinnych amerykańskich chłopców? Oczywiście, nazistowskie szykany i prześladowania ludności żydowskiej w Niemczech napełniają mnie, jak każdego Żyda, wielkim smutkiem. Za czasów swoich studiów teologicznych na znakomitych niemieckich uniwersytetach w Heidelbergu i w Bonn nawiązałem wiele niezwykłych przyjaźni z wybitnymi umysłami – z ludźmi, którzy dziś, tylko dlatego, że są Niemcami żydowskiego pochodzenia, potracili pełnione od lat stanowiska profesorskie, stając się ofiarami bezwzględnych prześladowań ze strony nazistowskich łotrów, którzy objęli ster rządów w ich ojczyźnie. Sprzeciwiam się temu z całą mocą, podobnie jak pułkownik Lindbergh. Lecz czy okrutny los, jaki ich spotkał we własnym kraju, odwróci się za sprawą przystąpienia naszej wspaniałej ojczyzny do wojny z ich dręczycielami? Przeciwnie, cierpienia wszystkich niemieckich Żydów nasilą się jeszcze w stopniu niezmierzonym – nasilą się, jestem przekonany, w stopniu katastrofalnym. Tak, jestem Żydem i jako Żyd podzielam ich udręki z braterskim bólem. Lecz jestem zarazem Amerykaninem, urodzonym i wychowanym w tym kraju, dlatego pytam was: czy mój ból zmniejszyłby się, gdyby Ameryka przystąpiła teraz do wojny i synowie naszych żydowskich rodzin, wraz z synami naszych rodzin protestanckich i katolickich, poszliby walczyć i umierać dziesiątkami tysięcy na przesiąkniętym krwią europejskim polu bitwy? Czy ból mój zmniejszyłby się, gdybym musiał pocieszać swoją własną kongregację wiernych…

Tym razem to moja matka, zwykle najspokojniejsza z całej rodziny, mitygująca nas, gdy zbyt żywiołowo manifestowaliśmy oburzenie, uznała, że nie zniesie dłużej południowego akcentu Bengelsdorfa i musi wyjść z pokoju. Lecz nikt poza nią nie drgnął nawet ani nie odezwał się, póki rabin nie skończył wystąpienia i przy gromkich wiwatach publiczności Madison Square Garden nie zszedł z mównicy. Ja nie śmiałem ruszyć się z miejsca, a mój brat zaabsorbowany był – jak zwykle w podobnych okolicznościach – rysowaniem podobizn nas wszystkich słuchających radia. Alvin milczał, pełen morderczej nienawiści, a mój ojciec – chyba po raz pierwszy w życiu pozbawiony nieustępliwej pasji, z jaką zwalczał wszelkie przeszkody i przeciwności – był zbyt wzburzony, aby się odezwać.

Pandemonium. Ryk nieopisanej radości. Na mównicę Madison Square Garden wstąpił nareszcie Lindbergh. Na to mój ojciec zerwał się jak oszalały z kanapy i wyłączył radio – dokładnie w chwili, gdy do pokoju wróciła matka.

– Podać wam coś? – spytała ze łzami w oczach. – Alvin? Może herbaty?

Jej zadaniem było utrzymać nasz świat w całości, z całym spokojem i rozsądkiem, do jakiego była zdolna. To nadawało sens jej życiu i tym się zawsze kierowała – a przecież nigdy jeszcze nie wydała nam się równie śmieszna w swojej przyziemnej matczynej ambicji.

– Co się dzieje, do jasnej cholery? – wrzasnął ojciec, odzyskując głos. – Po cholerę on to zrobił? Kretyńskie przemówienie! Czy on myśli, że znajdzie się chociaż jeden Żyd, który po jego głupiej, kłamliwej przemowie poleci glosować na tego antysemitę? Czy on całkiem postradał zmysły? O co mu właściwie chodzi?

– Koszeruje Lindbergha – stwierdził krótko Alvin. – Koszeruje Lindbergha dla gojów.

– Koszeruje? – żachnął się mój ojciec, oburzony, że Alvina stać na sarkastyczne żarty w tak doniosłej chwili. – Czyli co?

– Jego tam nie postawili, żeby przemawiał do Żydów. Nie po to go kupili. Nie rozumiesz? – wypalił Alvin, rozwścieczony oczywistym dla siebie podtekstem. – On tam gada do gojów, daje gojom w całym kraju swoje osobiste rabinackie przyzwolenie, aby głosowali na Lindy’ego w dniu wyborów. Ty nie rozumiesz, wujku Hermanie, do czego oni wynajęli wielkiego Bengelsdorfa? On przed chwilą przypieczętował klęskę Roosevelta!

Około drugiej nad ranem, pogrążony w głębokim śnie, znów sturlałem się z łóżka – tym razem jednak pamiętałem, co mi się śniło przed wylądowaniem na podłodze. Sen był koszmarny, a dotyczył mojej kolekcji znaczków pocztowych. Coś się z nią stało. Wzór na dwóch seriach zmienił się w ohydny sposób, nie wiadomo jak i kiedy. We śnie wyjąłem album z szuflady komody, bo chciałem go wziąć do kolegi, Earla. Jak dziesiątki razy wcześniej udałem się do jego domu. Earl Axman miał dziesięć lat i był w piątej klasie. Mieszkał z matką w nowej czteropiętrowej kamienicy z żółtej cegły, wybudowanej trzy lata wcześniej na dużej pustej działce u zbiegu ulic Chancellor i Summit. Na przeciwnym rogu stała nasza szkoła powszechna. Wcześniej Earl mieszkał w Nowym Jorku. Jego ojciec, Sy Axman, był muzykiem w zespole Glen Gray Casa Loma Orchestra – grał na saksofonie tenorowym, towarzysząc saksofonowi altowemu Glena Graya. Pan Axman rozwiódł się z matką Earla, przystojną blondyną o aktorskiej urodzie, która przez krótki czas – do czasu urodzenia Earla – śpiewała we wspomnianym zespole. Moi rodzice pamiętali ją jeszcze jako brunetkę, młodą Żydówkę, która nazywała się Louise Swig i zamieszkała na South Side, gdzie robiła sporą karierę w musicalach rewio wy eh wystawianych w YMHA. Spośród znanych mi chłopców tylko Earl miał rozwiedzionych rodziców, on też jeden miał matkę, która nosiła ciężki makijaż, bluzki odsłaniające ramiona i suto marszczone spódnice na falbaniastych halkach. Jego matka, jeszcze współpracując z Glenem Grayem, nagrała nawet płytę z piosenką Gotta Be This or That, którą Earl często nastawiał w mojej obecności. Nigdy nie znałem takiej matki jak matka Earla. Earl nie mówił do niej „mamusiu” ani „mamo”; nazywał ją – o zgrozo! – Louise. Miała w sypialni szafę pełną tych halek; Earl pokazywał mi je, kiedy zostawaliśmy sami w domu. Pozwolił mi nawet jednej dotknąć, a gdy się zawahałem, szepnął: „To nie gryzie”. Potem otworzył szufladę i pokazał mi biustonosze matki, proponując, abym i ich sobie dotknął, ale tym razem odmówiłem. Byłem jeszcze na tyle młody, aby zachwycać się biustonoszami z daleka. Earl od każdego z rodziców dostawał całego dolara tygodniowo na znaczki, a kiedy Casa Loma Orchestra wyjeżdżała z Nowego Jorku na tournee, pan Axman z każdego miasta przysyłał synowi opatrzone lotniczymi znaczkami koperty z miejscowymi stemplami. Jedna była nawet z „Honolulu, Oahu”, gdzie według relacji Earla, który zawsze korzystał z okazji, by dodać splendoru nieobecnemu ojcu – tak jakby dla syna agenta ubezpieczeniowego nie dość wspaniałe było samo to, że można mieć ojca, który gra na saksofonie w słynnym zespole swingowym – pan Axman zaproszony został do „prywatnego domu” na obejrzenie unieważnionego „misjonarskiego” hawajskiego znaczka o nominale dwóch centów, wyemitowanego w roku tysiąc osiemset pięćdziesiątym pierwszym, a więc całe czterdzieści siedem lat przed przyłączeniem Hawajów do Stanów Zjednoczonych; ów niewyobrażalny rarytas, na którym figurowała tylko centralnie umieszczona cyfra „2”, wart był obecnie sto tysięcy dolarów.

Earl miał najlepszą kolekcję filatelistyczną w okolicy. Od niego jako dziecko zaczerpnąłem całą praktyczną i ezoteryczną wiedzę o znaczkach – o ich historii, o zbieraniu czystych i stemplowanych, o szczegółach technicznych, takich jak papier, druk, kolor, klej, znaki wodne, rastry i druki okolicznościowe, o wielkich fałszerstwach i błędach drukarskich – a ponieważ był młodocianym pedantem, rozpoczął edukowanie mnie od informacji o francuskim kolekcjonerze znaczków, monsieur Herpinie, który wymyślił termin „filatelistyka” jako pochodną dwóch greckich słów, z których drugie, ateleia, oznaczające zwolnienie z podatku, nigdy nie wydawało mi się zbyt sensowne. A gdy już skończyliśmy w kuchni ze znaczkami i Earl miał na chwilę dość przechwałek, proponował z przewrotnym chichotem: „A teraz zróbmy coś strasznego” – i w ten oto sposób obejrzałem bieliznę jego matki.

We śnie szedłem do Earla, przyciskając do piersi klaser, gdy nagle ktoś zawołał mnie po imieniu zaczął gonić. Skręciłem pędem w boczną uliczkę i wślizgnąłem się do pierwszego z brzegu garażu, aby tam w ukryciu sprawdzić, czy wszystkie znaczki są na swoich miejscach, gdyż uciekając przed nieznanym prześladowcą, potknąłem się i upuściłem klaser na chodnik, dokładnie w tym miejscu, gdzie regularnie grywaliśmy w „wywołuję wojnę”. Gdy otworzyłem na „Dwustuleciu Waszyngtona” z trzydziestego drugiego roku – dwunastu znaczkach o różnych nominałach, od ciemnobrązowego za pół centa po żółty za dziesięć centów – osłupiałem z wrażenia. Górne części znaczków były niezmienione: czcionka, którą nauczyłem się rozpoznawać jako „białą romańską”, układała się w zajmujący jedną lub dwie linijki napis: „United States Postage”. Kolory też się nie zmieniły – dwucentowy czerwony, pięciocentowy niebieski, ośmiocentowy oliwkowy, i tak dalej – podobnie jak identyczny dla wszystkich znaczków rozmiar i obramowanie przedstawionych na nich portretów. W oryginalnej serii na każdym z dwunastu znaczków figurował inny portret Waszyngtona – teraz jednak wszystkie przedstawiały taką samą twarz, i nie były to portrety Waszyngtona, tylko Hitlera. A na wstędze pod każdym portretem nie widniało już nazwisko „Waszyngton”. Czy wstęga zawijała się w dół, jak na znaczku półcentowym i sześciocentowym, czy w górę, jak na cztero-, pięcio-, siedmio – i dziesięciocentowym, czy też biegła prosto, jak na dwu-, trzy-, ośmio – i dziewięciocentowym, napis na niej był wszędzie taki sam: „Hitler”.

Potem otworzyłem klaser na pierwszej stronie, niespokojny o los dziesięcioznaczkowej serii „Parki narodowe” z roku trzydziestego czwartego – i wtedy właśnie spadłem z łóżka, by obudzić się na podłodze, tym razem z krzykiem. Yosemite w Kalifornii, Wielki Kanion w Arizonie, Mesa Verde w Kolorado, Crater Lake w Oregonie, Acadia w Maine, Mount Rainier w stanie Waszyngton, Yellowstone w Wyoming, Zioń w Utah, Glacier w Montanie, Great Smoky Mountains w Tennessee – na każdym z moich znaczków, na klifach, lasach, rzekach, górach, gejzerach, wąwozach, granitowych skałach wybrzeża, na niebieskich wodach i wysokich wodospadach, na wszystkim, co w Ameryce najbłękitniejsze, najzieleńsze, najbielsze, co na zawsze miało zostać zachowane w dziewiczych rezerwatach – na tym wszystkim widniała czarna swastyka.

2

LISTOPAD 1940 – CZERWIEC 1941

Pyskate Żydzisko

W czerwcu czterdziestego pierwszego roku, zaledwie sześć miesięcy po inauguracji Lindbergha, wybraliśmy się całą rodziną do oddalonego o trzysta mil Waszyngtonu, D. C., aby zwiedzić tamtejsze zabytki i słynne gmachy rządowe. Wcześniej matka przez blisko dwa lata oszczędzała w Klubie Bożonarodzeniowym Howard Savings Bank, odkładając dolara tygodniowo z domowego budżetu na poczet tej właśnie wycieczki. Gdy zaczynaliśmy ją planować, trwała druga kadencja prezydencka FDR i obie izby Kongresu opanowane były przez demokratów – teraz jednak, gdy do władzy doszli republikanie, a nowym rezydentem Białego Domu został nasz podstępny wróg, odbyliśmy krótką naradę rodzinną, rozważając w zamian wyjazd na północ, nad wodospad Niagara, gdzie ubrani w peleryny odbylibyśmy rejs szlakiem Tysiąca Wysp św. Wawrzyńca, a potem pojechalibyśmy samochodem do Kanady zwiedzić Ottawę. Część naszych znajomych i sąsiadów już przebąkiwała o opuszczeniu kraju i emigracji do Kanady, w razie gdyby rząd Lindbergha otwarcie zwrócił się przeciwko Żydom – a więc wycieczka do Kanady pozwoliłaby nam zaznajomić się przy okazji z ewentualnym miejscem azylu przed prześladowaniami. Kuzyn Alvin już w lutym udał się do Kanady, by, tak jak to wcześniej zapowiadał, wstąpić do tamtejszych sił zbrojnych i walczyć po stronie brytyjskiej przeciwko Hitlerowi.

Do dnia swego wyjazdu Alvin był przez blisko siedem lat podopiecznym naszej rodziny. Jego ojciec – starszy brat mojego ojca – zmarł, gdy Alvin miał sześć lat, matka natomiast – dalsza kuzynka mojej matki, ta sama, która zapoznała z sobą moich rodziców – osierociła Alvina, gdy miał lat trzynaście. Dlatego na cztery lata zamieszkał z nami. Chodził do gimnazjum Weequahic i wyróżniał się nie lada bystrością, również w tym, że uprawiał hazard i kradł, ego mój ojciec usilnie próbował go wyleczyć. W roku czterdziestym Alvin miał dwadzieścia jeden lat, wynajmował umeblowany pokój nad salonem pucybuta przy Wright Street, tuż za rogiem targowiska, i od prawie dwóch lat pracował w firmie Steinheim & Sons, jednej z dwóch największych w mieście żydowskich spółek budowlanych – drugą prowadzili bracia Rachlin. Pracę tę załatwił mu starszy z braci Steinheim, założyciel firmy i klient ubezpieczeniowy mojego ojca.

Stary Steinheim, który mówił po angielsku z silnym akcentem i nie umiał czytać w tym języku, ale zdaniem mego ojca był „człowiekiem ze stali”, wciąż uczęszczał do lokalnej synagogi na obchody wielkich świąt. Parę lat wcześniej, w Jom Kippur, spotkał przed synagogą mojego ojca z Alvinem, a biorąc tego ostatniego za mojego brata, zagadnął: „Co ten chłopak robi? Niech przyjdzie pracować do nas”. Ten sam Abe Steinheim, który z małej firmy murarskiej swego ojca-imigranta zrobił multimilionowe przedsiębiorstwo – jakkolwiek dopiero po zaciekłej rodzinnej wojnie, która dwóch jego braci zostawiła na ulicy – nabrał sympatii do krzepkiego, zadziornego Alvina i zamiast zrobić z niego dyspozytora poczty albo gońca, mianował go swoim kierowcą, czyli człowiekiem do specjalnych poruczeń i dostarczania pilnych wiadomości, a także do wożenia szefa na lotne kontrole podwykonawców (o których Abe mawiał „kanciarze”, chociaż to on, zdaniem Alvina, wszystkich w koło kantował, jak chciał). W letnie soboty Alvin woził chlebodawcę do Freehold, gdzie Abe miał sześć kłusaków (mówił o nich „hamburgery”), które wystawiał do wyścigów sulek. „Nasz hamburger biega dzisiaj w Freehold” – oznajmiał Abe Steinheim i gnali tam we dwóch cadillakiem, by po raz kolejny być świadkami porażki szefowego faworyta. Abe nigdy nie zbił fortuny na wyścigach, ale nie o to chodziło. W soboty sam prowadził wyścigi Road Horse Association na torze dla kłusaków w malowniczej scenerii parku Weequahic, a w wywiadach prasowych zapowiadał odnowienie płaskiego toru w Mount Holly, który już dawno utracił niegdysiejszą świetność – dzięki temu właśnie Abe Steinheim dochrapał się tytułu komisarza wyścigów konnych stanu New Jersey i dostał specjalną plakietkę na samochód, która upoważniała go do jeżdżenia po chodniku, używania syreny dźwiękowej i parkowania w dowolnym miejscu. A jako komisarz nawiązał przyjacielskie stosunki z administracją hrabstwa Monmouth i wkręcił się do koniarskiego towarzystwa z wybrzeża – goje z Wall Township i Spring Lake zapraszali go na lunch do swoich wykwintnych klubów, gdzie, jak Abe relacjonował Alvinowi, „wszyscy na mnie patrzą i tylko szepczą po kątach: «Patrzcie no, kto tu przyszedł», ale nie brzydzą się pić i jeść wystawnie na mój rachunek, więc koniec końców mnie się to opłaca”. Był też właścicielem kutra do połowów głębinowych, cumującego w doku Shark River Inlet, i tym kutrem wywoził towarzystwo na pełne morze, poił obficie alkoholem i obdarowywał rybami złowionymi przez specjalnie wynajętych ludzi – a w rezultacie każdy nowy hotel, który powstawał na odcinku między Long Branch a Point Pleasant, budowany był na działce zakupionej za bezcen przez Steinheimów – bo Abe, tak samo jak jego ojciec, trzymał się mądrej zasady kupowania wyłącznie z rabatem.

Co trzy dni Alvin woził go samochodem cztery przecznice od biura, na Broad Street 744, gdzie Abe Steinheim poddawał się szybkim postrzyżynom u fryzjera męskiego w hallu za stoiskiem z cygarami, w którym kupował „Trojany” i cygara po dolarze pięćdziesiąt. Gmach przy Broad Street 744 był jednym z dwóch najwyższych biurowców z całym stanie; górne dwadzieścia pięter zajmowały spółki National Newark i Essex Bank, a resztę prestiżowi adwokaci i finansiści. Regularnymi klientami tamtejszego fryzjera byli najwięksi bogacze New Jersey – a mimo to gdy Alvin dzwonił tuż przed faktem (co należało do jego obowiązków), aby uprzedzić fryzjera, że Abe wkrótce się zjawi, wiadomo było, że należy czym prędzej opróżnić fotel, obojętne kto na nim siedzi. Przy kolacji w dniu, i w którym Alvin dostał pracę, ojciec poinformował nas, że Abe Steinheim to najbarwniejsza, najciekawsza postać i największy budowniczy, jakiego Newark dotąd widziało.

– To geniusz – ciągnął ojciec. – Nie zaszedłby tak wysoko, gdyby nie był genialny. Błyskotliwy gość. A do tego przystojny. Blondyn. Potężny, ale nie za tęgi. Zawsze elegancki. Płaszcze z wielbłądziej wełny. Czarno-białe półbuty. Piękne koszule. Jak spod igły. Ma piękną żonę – wykształcona kobieta, z klasą, z domu Freilich, z tych Freilichów z Nowego Jorku, sama bardzo zamożna. Abe ma głowę nie od parady. I odwagę. Każdy w Newark to potwierdzi: najbardziej ryzykowny interes to coś dla Steinheima. On stawia domy tam, gdzie nikt inny by nawet nie próbował. Alvin dużo się przy nim nauczy. Będzie podpatrywał, sam zobaczy, jak to jest pracować okrągłą dobę na własny interes. Alvin może z tego wynuć wskazówkę na całe życie.

Głównie po to, aby ojciec mógł mieć na niego oko, a matka nie musiała się martwić, że chłopak żywi się samymi hot dogami, Alvin przychodził do nas parę razy w tygodniu na porządny posiłek i – o dziwo! – zamiast wysłuchiwać srogich kazań o uczciwości, odpowiedzialności i ciężkiej pracy, które dawniej były u nas na porządku dziennym – na przykład wtedy, gdy Alvin przyłapany został na grzebaniu w kasie na stacji benzynowej Esso, gdzie pracował po szkole, i gdyby nie mój ojciec, który wyperswadował Simkowitzowi, właścicielowi stacji, składanie skargi na policji, wypłacając mu rekompensatę z własnej kieszeni, mojemu kuzynowi groziłby poprawczak w Rahway – wdał się w ożywioną dyskusję z moim ojcem o polityce, a w szczególności o kapitalizmie, systemie, którym Alvin – odkąd ojciec nakłonił go do czytania gazet i komentowania wiadomości – szczerze pogardzał, a którego mój ojciec bronił, argumentując cierpliwie w odpowiedzi na zarzuty zrehabilitowanego bratanka, i to wcale nie jak członek Narodowego Stowarzyszenia Producentów, lecz jak gorliwy zwolennik Nowego Ładu Roosevelta. Przestrzegał Alvina: „Ty nie musisz mówić panu Steinheimowi o Karolu Marksie. Bo on się z tobą nie będzie patyczkował i wylądujesz na bruku. Ty się od niego ucz. Po to tam jesteś. Ucz się od niego i okazuj mu szacunek, bo to może być twoja życiowa okazja”.

Alvin jednak nie mógł ścierpieć Steinheima i stale go krytykował: że pozer, że brutal, że kutwa, że histeryk, że krzykacz, że krętacz, że nie ma na świecie ani jednego przyjaciela, że nikt nie może z nim wytrzymać – a ja, podsumowywał Alvin, muszę mu szoferować. Synów traktuje okrutnie, wnuki go w ogóle nie interesują, a swoją chudą żonę, która boi się go urazić słowem lub uczynkiem, upokarza na każdym kroku. Cała rodzina musi mieszkać w apartamentach luksusowego budynku, który Abe zbudował na ulicy wielkich dębów i klonów, niedaleko Upsala College w East Orange. Synowie od świtu do nocy harują dla niego w Newark, on na nich wrzeszczy i pomstuje, a wieczorami dzwoni do nich do East Orange i dalej wrzeszczy i pomstuje. Pieniądze są dla niego wszystkim, ale nie służą do wydawania, tylko do pokonywania życiowych burz: do umacniania jego pozycji, zabezpieczania udziałów i nabywania nieruchomości z rabatem, na czym zbił fortunę po krachu giełdowym. Forsa, forsa, forsa – tkwić w centrum chaosu, robić interesy i zgarniać całą forsę świata.

– Gość, powiedzmy, ma czterdzieści pięć lat i odchodzi na emeryturę, bo uzbierał w banku pięć milionów dolców. Pięć milionów w banku to jest góra złota, a wiecie, co Abe na to? – pyta Alvin mojego dwunastoletniego brata i mnie. Jesteśmy już po kolacji i we trzech leżymy w butach na pościeli w naszym pokoju, Sandy na swoim łóżku, Alvin na moim, a ja koło Alvina, w szczelinie między jego potężnym ramieniem a potężnym torsem. Błoga atmosfera: słuchamy bajek o ludzkiej chciwości, o zajadłości, o bezgranicznej energii i skrajnej arogancji, a opowiada nam je mój kuzyn, nieokiełznany mimo usilnych starań naszego ojca, porywczy kuzyn, emocjonalnie wciąż najbliższy najdzikszym dzikusom, który mając zaledwie dwadzieścia jeden łat, musi dwa razy dziennie golić czarny zarost, żeby nie wyglądać na skończonego opryszka. Są to bajki o krwiożerczych potomkach wielkich małp, które zamieszkiwały niegdyś prastare puszcze, a teraz zeszły z drzew, nie zadowalając się już dłużej oskubywaniem ich z liści, i przybyły do Newark, gdzie pracują w samym centrum miasta.

– I co na to mówi pan Steinheim? – pyta Sandy.

– On mówi tak: „Facet ma pięć milionów. Tylko tyle. A jest jeszcze młody, w kwiecie wieku, ma szanse dorobić się kiedyś pięćdziesięciu, sześćdziesięciu, może nawet stu milionów, i taki facet do mnie mówi: «Zabieram to wszystko ze stołu. Ja nie jestem tobą, Abe. Ja tu nie będę harował na atak serca. Wystarczy mi, żeby powiedzieć ‘koniec’ i resztę życia spędzić na grze w golfa»„. I co na to Abe? Abe mówi: „Ten gość to skończony łachmyta”. Każdy podwykonawca, który w piątek przychodzi do jego biura po zapłatę drewno, za szkło, za cegłę, słyszy od Abe’a: „Niestety, nie mamy pieniędzy, mogę dać najwyżej tyle” – po czym dostaje połowę, jedną trzecią, a jak się uda, to i ćwierć należności. A tym ludziom pieniądze są potrzebne na przeżycie. Takich to metod nauczył się Abe od swojego ojca. Ale on buduje tyle, że wszystko uchodzi mu na sucho i nikt nie próbuje go ukatrupić.

A ktoś chciałby go ukatrupić? – pyta Sandy.

– Jasne – odpowiada mu Alvin. – Ja.

– Opowiedz nam o rocznicy ślubu – wtrącam się.

– O rocznicy ślubu… Taak… Odśpiewał pięćdziesiąt piosenek. Wynajął pianistę… – Alvin ciągnie opowieść o śpiewającym przy pianinie Abe’ie Steinheimie, dokładnie w ten sam sposób, w jaki snuje ją za każdym razem, gdy o to proszę. I nikt nie miał szans nawet się odezwać, nikt nie wiedział, co się właściwie dzieje, goście przez całą noc obżerali się na jego koszt, a on stał we fraku przy pianinie i wyśpiewywał jedną piosenkę za drugą, a jak goście wychodzili, dalej sterczał przy pianinie i śpiewał wszystkie po kolei popularne przeboje; nawet nie zauważał, jak mu ludzie mówili do widzenia.

– Na ciebie też wrzeszczy i krzyczy? – pytam Alvina.

– Na mnie? On wrzeszczy na każdego. Na każdego i wszędzie. Wiozę go w niedzielę rano do Tabatchnicka. Ludzie stoją w kolejce po bajgle i wędzonego łososia. Wchodzimy tam, a on wrzeszczy od progu – sześćset osób czeka w ogonku, ale on wrzeszczy: „Abe przyszedł!” – i wszyscy usuwają się i go przepuszczają. Tabatchnick osobiście wybiega z zaplecza, rozpycha ludzi, bo Abe musi zamówić towar za pięć tysięcy dolarów. A potem jedziemy do domu, gdzie czeka pani Steinheim, która waży dziewięćdziesiąt dwa funty i dobrze wie, kiedy zejść mężowi z drogi, i on dzwoni do swoich trzech synów, i ci synowie przyjeżdżają do niego w pięć sekund, i wszyscy czterej jedzą posiłek, który wystarczyłby na czterystu ludzi. Jedyne, na co on nie żałuje, to żarcie. Żarcie i cygara. U Tabatchnicka, u Kartzmana, wszystko mu jedno, kto tam jest, ile ludzi – on wchodzi i wykupuje cały sklep. I zżerają to wszystko co niedzielę rano: jesiotry, śledzie, sobole, bajgle, korniszony, a potem ja go wiozę do biura wynajmu, żeby mógł sprawdzić, ile apartamentów stoi pustych, ile wynajęto, ile jest w remoncie. I tak siedem dni w tygodniu. Nigdy nie ustaje. Nigdy nie bierze urlopu. Nie ma maniana – to jego hasło. Dostaje szału, jak ktoś przerwie pracę choćby na minutę. Zasnąć nie może, póki się nie upewni, że następnego dnia czekają go nowe interesy, z których będzie miał nową forsę. Mnie się od tego rzygać chce. Dla mnie ten człowiek jest tylko jednym: żywą reklamą propagującą obalenie kapitalizmu.

Mój ojciec nazywał żale Alvina dziecinadą i radził mu trzymać się posady, zwłaszcza odkąd Abe postanowił wysłać Alvina na studia do Rutgers. Ty za bystry jesteś, mówił Abe Alvnowi, żebyś był taki głupi. Aż w końcu wydarzyło się coś, co przekroczyło najśmielsze marzenia mojego ojca. Abe zadzwonił do rektora Rutgers i obsztorcował go jak pierwszego lepszego: „Macie przyjąć tego chłopaka, nie oglądać się na to, że przerwał szkołę, to jest sierota, potencjalny geniusz, macie mu dać pełne stypendium, a ja wam za to wybuduję college, najpiękniejszy na świecie – ale ani palcem nie kiwnę, póki ten sierota nie dostanie się do Rutgers z pokryciem wszystkich kosztów!”. Alvinowi natomiast wyjaśnił: „Nie podoba mi się mieć oficjalnego szofera, który jest idiotą. Taki młody jak ty musi mieć jakieś perspektywy. Pójdziesz do Rutgers, latem będziesz przyjeżdżał do domu i woził mnie autem, a jak już skończysz studia z odznaką Phi Beta Kappa, to sobie we dwóch siądziemy i pogadamy”.

Abe chciał, żeby Alvin rozpoczął pierwszy rok studiów w New Brunswick w sierpniu czterdziestego pierwszego roku i żeby po czterech latach nauki wrócił do interesu jako „ktoś” – tymczasem w lutym Alvin wyjechał do Kanady. Mój ojciec był na niego wściekły. Kłócili się tygodniami, zanim w końcu, nie mówiąc nic nikomu, Alvin wsiadł w pociąg ekspresowy na dworcu Penn w Newark i pojechał prosto do Montrealu. „Nie rozumiem twojej moralności, wuju Hermanie. Nie chcesz, żebym był złodziejem, ale nie przeszkadza ci, że pracuję dla złodzieja”. „Steinheim nie jest złodziejem. Steinheim jest budowniczym. Postępuje tak jak wszyscy w jego fachu, bo budownictwo to mordercza konkurencja. Ale jego domy się nie rozwalają, prawda? Czy on łamie prawo, Alvin? Odpowiedz mi!” „Nie, on tylko kantuje robotników przy każdej okazji. Nie sądziłem, że twoja moralność to dopuszcza”. „Do cholery z moją moralnością. Wszyscy w mieście znają moją moralność. Ale nie chodzi o mnie. Chodzi o twoją przyszłość. Chodzi o studia. Cztery lata darmowej nauki w college’u”. „Darmowej, bo on rządzi rektorem Rutgers tak jak całym cholernym światem”. „O to niech się martwi rektor Rutgers! Co jest z tobą? Ty mi naprawdę chcesz wmówić, że najgorszym człowiekiem na świecie jest gość, który chce cię wykształcić i zatrudnić w swojej firmie budowlanej?” „Nie, nie, najgorszym człowiekiem na świecie jest Hitler i, szczerze mówiąc, wolałbym walczyć z tym sukinsynem, zamiast marnować czas u takiego Żyda jak Steinheim, który hańbi cały nasz żydowski ród swoim cholernym… ” „Och, skończ z tą dziecinadą, i bez twoich «cholernych» też się mogę obejść. Ten człowiek nie hańbi nikogo. Myślisz, że jakbyś pracował u irlandzkiego budowlańca, to by było lepiej? Spróbuj, idź do Shanleya, zobaczysz, co z niego za przyjemniaczek. A może myślisz, że Włosi lepsi? Steinheim strzela inwektywami, a oni kulami”. „A Longy Zwillman nie używa broni?” „Proszę cię, ja wiem wszystko o Longym, wychowałem się z nim na jednej ulicy. Co to ma wspólnego ze studiami w Rutgers?” „To ma wiele wspólnego ze mną, wujku Hermanie, i z zaciągnięciem u Steinheima długu do końca życia. Nie wystarczy mu, że ma trzech synów, których już niszczy? Nie wystarczy, że synowie muszą z nim obchodzić każde żydowskie święto, każde Święto Dziękczynienia, każdy Nowy Rok – i że ja też muszę przy okazji znosić jego wrzaski? Wszyscy pracują w jednym biurze, mieszkają w jednym domu i czekają tylko na jedno: żeby wreszcie się rozdzielić w dniu jego śmierci. Zapewniam cię, wujku Hermanie, że ich żałoba nie potrwa długo”. „Tu się mylisz. Grubo się mylisz. Tych ludzi łączy coś więcej niż pieniądze”. „To ty się mylisz! On ich za pomocą pieniędzy trzyma w garści! Ten człowiek to kompletny szaleniec, a oni go znoszą, bo nie chcą stracić jego forsy!” „Trzymają się razem, bo są rodziną. Każda rodzina ma swoje problemy. Rodzina to pokój i wojna. My w tej chwili toczymy małą wojnę. Ja cię rozumiem. Ja przyjmuję do wiadomości to, co mówisz. Ale to nie powód, żeby rezygnować z college’u, który masz szanse nadrobić, i w zamian za to pchać się jak szaleniec do walki z Hitlerem”. „Rozumiem” – rzekł Alvin, jakby wreszcie zdobył dowody nie tylko przeciw swemu pracodawcy, ale i przeciwko opiekunowi. „Więc jednak jesteś izolacjonistą. Ty i Bengelsdorf. Bengelsdorf, Steinheim – dobrana para”. „Jaka znów para?” – zirytował się w końcu mój ojciec. „Żydowskich lawirantów”. „Ach tak, więc teraz jesteś i przeciwko Żydom?” „Przeciwko takim Żydom. Przeciwko takim Żydom, którzy plamią honor Żydów – tak, jak najbardziej!”

Spór ten trwał przez cztery wieczory z rzędu, a piątego wieczoru, w piątek, Alvin nie stawił się na kolacji, chociaż ojciec planował zapraszać go do wspólnego stołu codziennie, póki chłopak nie zmęczy się dyskusją i nie nabierze rozumu – ten sam chłopak, którego ojciec mój własnym wysiłkiem przemienił z aroganckiego nicponia w sumienie rodziny.

Nazajutrz rano dowiedzieliśmy się od Billy’ego Steinheima, który z wszystkich trzech braci utrzymywał najbliższe stosunki z Alvinem i troszczył się o niego dostatecznie, by zadzwonić do nas zaraz z rana, że po odebraniu piątkowej wypłaty Alvin rzucił ojcu Billa w twarz kluczyki cadillaca i wymaszerował z gabinetu. A gdy mój ojciec pojechał natychmiast na Wright Street, żeby porozmawiać z Alvinem u niego w pokoju, usłyszeć jego wersję zdarzeń i ocenić rozmiary wyrządzonej szkody, właściciel salonu czyszczenia obuwia, a zarazem gospodarz Alvina, oznajmił, że lokator uregulował czynsz, spakował manatki i wyruszył do walki z najgorszym człowiekiem na świecie. Biorąc pod uwagę wściekłość Alvina, żaden mniej haniebny przeciwnik nie wchodził w rachubę.

W listopadowych wyborach nie doszło nawet do równowagi sił. Lindbergh uzyskał pięćdziesiąt siedem procent głosów, zagarniając bez trudu czterdzieści sześć stanów – przegrał tylko w rodzinnym stanie Roosevelta, Nowym Jorku, i, raptem dwoma tysiącami głosów, w Marylandzie, gdzie liczna populacja urzędników federalnych opowiedziała się w większości za Rooseveltem. Wierność byłemu prezydentowi okazała blisko połowa dawnego południowego elektoratu demokratów – wynik nie do powtórzenia za Linią Masona-Dixona, dzielącą Maryland od Pensylwanii. Chociaż nazajutrz po wyborach przeważał, zwłaszcza wśród samych wyborców, nastrój niedowierzania, to już następnego dnia wszystko zdawało się jasne, a komentatorzy radiowi i prasowi sugerowali wyraźnie, że klęska Roosevelta była nieunikniona. Tłumaczyli ją tym, że Amerykanie okazali niechęć do złamania tradycji dwukadencyjnej prezydentury, którą ustanowił Jerzy Waszyngton i której żaden kandydat przed Rooseveltem nie ośmielił się sprzeciwić. Poza tym, po latach Kryzysu, zarówno młodzi, jak i starzy odzyskiwali pewność siebie, którą spotęgowała względna młodość i atletyczny wigor Lindbergha, jakże silnie kontrastujące z ciężką ułomnością fizyczną, z którą zmagał się FDR – ofiara polio. Liczył Się też cud awiacji, obiecującej nowe życie: Lindbergh, już będąc rekordzistą lotów długodystansowych, mógł pewnym krokiem poprowadzić rodaków w nieznaną jeszcze skrzydlatą przyszłość, gwarantując zarazem swą surową, staroświecką ogładą, że współczesne osiągnięcia inżynieryjne nie muszą zagrażać tradycyjnym wartościom. Okazało się – jak podsumowali eksperci – że Amerykanie dwudziestego wieku, znużeni tym, że co dekadę muszą zmagać się z nowym kryzysem, tęsknią za normalnością, a tym, co obiecuje Charles A. Lindbergh, jest normalność podniesiona do rozmiarów heroicznych, uosabiana przez przyzwoitego człowieka z uczciwą twarzą, który dźwięcznym, spokojnym głosem obwieszcza całej planecie swą odwagę objęcia steru rządów, zdolność do kształtowania historii i, oczywiście, wewnętrzną siłę wzniesienia się ponad osobistą tragedię. Jeśli Lindbergh obiecuje, że wojny nie będzie, to wojny nie będzie – dla olbrzymiej większości narodu było to aż tak proste.

Dla nas jeszcze gorsze od samych wyborów były pierwsze tygodnie po inauguracji, podczas których nowy amerykański prezydent udał się na Islandię, by tam spotkać się osobiście z Adolfem Hitlerem i po dwóch dniach „serdecznych” rozmów podpisać „porozumienie” gwarantujące pokojowe stosunki między Niemcami a Stanami Zjednoczonymi. W dwunastu amerykańskich miastach odbyły się demonstracje przeciwko Porozumieniu Islandzkiemu, a na forum Izby Reprezentantów i Senatu zabrzmiały pełne pasji wystąpienia demokratycznych kongresmenów, którzy ocaleli tam po zwycięstwie republikanów i potępiali Lindbergha za partnerskie układy ze zbrodniczym faszystowskim tyranem, jak również za to, że zgodził się spotkać z nim w wyspiarskim królestwie, historycznie podległym monarchii demokratycznej, a wówczas już podbitym przez nazistów, co było narodową tragedią dla Danii, I bolesną zarówno dla jej narodu, jak i króla, a na co Lindbergh dał milczące przyzwolenie, odbywając swą wizytę w Rejkiawiku.

Po powrocie z Islandii do Waszyngtonu – własnoręcznie pilotowaną nową dwusilnikową maszyną Lockheed Interceptor, eskortowaną przez eskadrę dziesięciu dużych samolotów patrolowych I marynarki wojennej – prezydent wygłosił przemówienie do narodu, składające się z pięciu zaledwie zdań. „Mamy teraz gwarancję, I że nasz wspaniały kraj nie weźmie żadnego udziału w toczącej się w Europie wojnie”. Tak zaczynało się owo historyczne orędzie, a oto jego dalszy ciąg i zakończenie: „Nie staniemy po stronie żadnej z wojujących stron na całej kuli ziemskiej. Równocześnie kontynuować będziemy zbrojenia Ameryki i szkolenie wojskowe młodych mężczyzn w stosowaniu najbardziej zaawansowanej technologii militarnej. Kluczem do naszego bezpieczeństwa jest rozwój amerykańskiego lotnictwa, w tym również technologii rakietowych. I Dzięki niemu nasze kontynentalne granice, zabezpieczone przed atakiem z zewnątrz, strzec będą naszej niezłomnej neutralności”.

Dziesięć dni później prezydent podpisał Porozumienie Hawajskie w Honolulu z księciem Fumimaro Konoe, premierem cesarskiego rządu Japonii, oraz ministrem spraw zagranicznych Matsuoką. Jako emisariusze cesarza Hirohito, ci dwaj podpisali już we I wrześniu czterdziestego roku trójstronny sojusz z Włochami i Niemcami w Berlinie, wyrażając w imieniu Japończyków zachwyt nad ‘. „nowym porządkiem w Europie” pod przywództwem tych dwóch I państw, które w rewanżu wyraziły zachwyt nad „nowym porządkiem w Azji Wschodniej”, ustanowionym przez Japonię. Trzy kraje sojusznicze obiecały sobie wzajemną pomoc militarną w razie I napaści ze strony państwa nieuczestniczącego w wojnie europejskiej czy też chińsko-japońskiej. Podobnie jak Porozumienie Islandzkie, Porozumienie Hawajskie czyniło Stany Zjednoczone niepisanym wspólnikiem potrójnego sojuszu państw Osi: Ameryka akceptowała dominację Japonii w Azji Wschodniej i zobowiązywała się nie stawiać przeszkód japońskiej ekspansji na kontynencie azjatyckim, w tym również aneksji holenderskich Indii i francuskich Indochin. Japonia natomiast uznawała suwerenność Stanów Zjednoczonych na ich własnym kontynencie, obiecywała respektować polityczną niezależność wspólnoty amerykańskiej na Filipinach – którą miała zostać formalnie zadekretowana w roku czterdziestym szóstym – oraz amerykańskie prawo do terytoriów Hawajów, Gumnu i Midway jako trwałej własności Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku.

Po podpisaniu porozumień Amerykanie zaczęli głosić wszem i wobec: Dość wojny, dość wysyłania na front i pewną śmierć naszych młodych mężczyzn! Lindbergh umie dogadać się z Hitlerem, Hitler go szanuje, bo Lindbergh to Lindbergh. Za to samo szanują o Mussolini i Hirohito. Przeciwni Lindberghowi są tylko Żydzi. I tok rzeczywiście było w Ameryce. Żydom nie pozostało nic prócz ubolewania. Nasza starszyzna na ulicach snuła niekończące się przypuszczenia na temat tego, co mogą teraz z nami zrobić, kto może nas ocalić i jak możemy sami siebie ratować. Młodsze dzieciaki, takie jak ja, wracały ze szkoły wystraszone, a nawet zapłakane, bo słyszały opowiadania starszych chłopców o tym, co Lindbergh powiedział o nas Hitlerowi, a Hitler Lindberghowi podczas wspólnych obiadów w Islandii. Jednym z powodów, dla których moi rodzice postanowili zrealizować długo odkładaną wycieczkę do Waszyngtonu, była chęć przekonania Sandy’ego i mnie – bez względu na to, w co sami wierzyli – że nie zmieniło się nic poza tym, że FDR przestał być prezydentem. Ameryka, wbrew czarnym przepowiedniom Alvina, nie jest i nie stanie się krajem faszystowskim. Mamy nowego prezydenta i nowy Kongres, ale i prezydent, I Kongres muszą przestrzegać praw zapisanych w Konstytucji. owszem, to republikanie, izolacjoniści, są wśród nich nawet antysemici – tak jak zdarzali się wśród południowców z partii FDR – nic daleko im przecież do nazistów. Poza tym wystarczy posłuchać W niedzielę wieczorem, jak Winchell gromi nowego prezydenta i „jego kolesia Joe Goebbelsa”, jak wymienia nazwy miejsc rozważanych przez Departament Spraw Wewnętrznych jako lokalizacje obozów koncentracyjnych – miejsc położonych głównie w stanie Montana, skąd wywodzi się wiceprezydent Burton K. Wheeler, izolacjonista z partii demokratów i orędownik „jedności narodowej” aby nabrać pewności, że nowa władza jest pod ścisłą obserwacją ulubionych komentatorów mojego ojca, czyli Winchella, Dorothy Thompson, Quentina Reynoldsa i Williama L. Shirera, nie wspominając już o redakcji „PM”. Ostatnio nawet ja zacząłem sięgać po „PM”, gdy ojciec przynosił tę gazetę wieczorem do domu, i to nie tylko po to, żeby przeczytać komiks „Barnaba” i przejrzeć strony z fotografiami – chciałem też potrzymać w rękach dowód na to, że jakkolwiek nasz status jako Amerykanów zdaje się zmieniać z niewiarygodną wprost szybkością, żyjemy nadal w wolnym kraju.

Po zaprzysiężeniu Lindbergha dwudziestego stycznia czterdziestego pierwszego roku, FDR przeniósł się wraz z rodziną do posiadłości w Hyde Park w stanie Nowy Jork i więcej o nim nie usłyszeliśmy. Ponieważ wiedziałem, że właśnie tam jako chłopiec zaczął się pasjonować zbieraniem znaczków pocztowych – zainspirowany, jak głosiła legenda, przez matkę, która podsunęła mu swoje własne klasery z dzieciństwa – wyobrażałem sobie, że teraz cały czas spędza na układaniu znaczków, które uzbierał przez osiem lat spędzonych w Białym Domu. Jak wie każdy filatelista, nie było wcześniej prezydenta, który zleciłby głównemu dyrektorowi poczty emisję tak wielu nowych znaczków; nie było też prezydenta równie silnie związanego z resortem usług pocztowych. Właściwie pierwszym moim celem, gdy dostałem własny klaser, było zgromadzenie znaczków, których FDR był współtwórcą lub projektodawcą, począwszy od trzycentowego znaczka z trzydziestego szóstego roku, przedstawiającego Susan B. Anthony i wydanego dla upamiętnienia szesnastej rocznicy wprowadzenia poprawki konstytucyjnej o prawie głosu dla kobiet, oraz od emitowanego w trzydziestym siódmym znaczka za pięć centów z Virginią Dare na trzystupięćdziesięciolecie narodzin w Roanoke pierwszego angielskiego dziecka urodzonego w Ameryce. Datowany na rok trzydziesty czwarty, trzycentowy znaczek z okazji Dnia Matki, projektowany osobiście przez FDR – z napisem w lewym rogu: „Pamięci Matek Ameryki” oraz reprodukcją słynnego Portretu matki Whistlera po prawej – dostałem od mamy w czteroznaczkowym bloczku, na dobry początek kolekcji. Mama wspomogła mnie też finansowo w kupnie siedmiu znaczków okolicznościowych, zaaprobowanych przez Roosevelta w pierwszym roku prezydentury – zależało mi na nich szczególnie ze względu na eksponowaną na pięciu datę „1933”, gdyż był to rok mojego urodzenia.

Przed wyjazdem do Waszyngtonu poprosiłem rodziców o pozwolenie zabrania klasera. Mama, obawiając się, że go zgubię i będę potem gorzko żałował, z początku postawiła weto, jednak ulegli, kiedy uparłem się, żeby wziąć z sobą choćby znaczki prezydenckie, czyli tych szesnaście z emitowanej w trzydziestym ósmym roku serii o rosnących nominałach, od Jerzego Waszyngtona po Calvina Coolidge’a. Wydany w dwudziestym drugim roku „Cmentarz Narodowy Arlington”, jak również „Mauzoleum Lincolna” i „Budynki Kapitolu” z roku dwudziestego trzeciego były o wiele za drogie na moją kieszeń – mimo to zgłosiłem te trzy historyczne obiekty jako argument za zabraniem klasera, gdyż figurowały, w czarno-białym szkicu, na przeznaczonej dla wspomnianych znaczków karcie w klaserze. Prawdę mówiąc, bałem się zostawić album w pustym mieszkaniu, z powodu tego koszmarnego snu, o którym już mówiłem – bałem się, że albo przeze mnie, bo nie usunąłem z kolekcji dziesięciocentowego lotniczego znaczka z Lindberghiem, albo przez Sandy’ego, który okłamując rodziców, wciąż trzymał pod łóżkiem portrety Lindbergha, albo przez oba te akty synowskiej zdrady naraz, pod moją nieobecność dokona się szatańska transformacja i biedne Waszyngtony pozamieniają się w Hitlery, a na parkach narodowych pojawią się czarne swastyki.

Zaraz po wjeździe do Waszyngtonu skręciliśmy w złą stronę w gęstym ruchu i nagle, gdy matka gorączkowo studiowała plan miasta, próbując pilotować ojca do hotelu, na wprost nas wyrósł największy biały obiekt, jaki w życiu widziałem. Na szczycie wzgórza zamykającego ulicę stał Kapitol, z rozłożystymi schodami pnącymi się aż po kolumnadę i wymyślną trójpoziomową kopułą. Niechcący wjechaliśmy w samo serce amerykańskiej historii, a właśnie na amerykańską historię, wyrażoną tu w szczególnie natchnionej formie, liczyliśmy – nie uświadamiając sobie tego zapewne – jako na swoją obrończynię przed Lindberghiem.

– Patrzcie! – powiedziała matka, odwracając się do mnie i Sandy’ego. – Czy to nie wspaniałe?

Odpowiedź, naturalnie, brzmiała „tak”, ale Sandy popadł najwyraźniej w patriotyczne osłupienie, a ja, biorąc z niego przykład, też wyraziłem swój nabożny zachwyt milczeniem.

W tej samej chwili zahamował przy nas policjant na motorze.

– Co tam, Jersey? – krzyknął do środka przez otwarte okno samochodu.

– Szukamy hotelu – odpowiedział mój ojciec. – Jak się ten hotel nazywa, Bess?

Matka, jeszcze przed chwilą oczarowana przytłaczającym majestatem Kapitolu, zbladła natychmiast i próbowała coś wykrztusić, ale tak cicho, że szum uliczny całkiem zdławił jej głos.

– Trzeba was stąd wydostać! – wrzasnął policjant. – Głośniej, proszę pani!

– Hotel Douglas! – wyrwał się skwapliwie mój brat, zerkając z ciekawością na motocykl. – Na ulicy K, panie policjancie!

– Już się robi! – Policjant podniósł rękę, zatrzymując samochody J z tyłu, żebyśmy mogli w ślad za nim wykonać nawrotkę i ruszyć! w przeciwnym kierunku Pennsylvania Avenue.

Ojciec roześmiał się i skomentował:

– Przyjmują nas po królewsku.

– Ale skąd ty wiesz, dokąd on nas wiezie? – stropiła się matka. – Hermanie, co się dzieje?

Kierowani przez policjanta, mijaliśmy federalne budynki, jeden i za drugim, aż nagle podekscytowany Sandy wskazał palcem olbrzymi trawnik po lewej stronie.

– Tam! – krzyknął. – Biały Dom! Na co matka wybuchnęła płaczem.

– Już nie… – usiłowała wyjaśnić nam tuż przed podjazdem do hotelu, gdy policjant pomachał na pożegnanie i oddalił się z rykiem silnika. – Już nie mieszkamy w normalnym kraju. Przepraszam was bardzo, dzieci, wybaczcie mi, proszę.

I znów się rozpłakała.

W małym pokoju na zapleczu hotelu Douglas stało podwójne łóżko dla moich rodziców i dwa pojedyncze, dla mnie i brata. Ledwie ojciec wręczył napiwek chłopcu hotelowemu, który otworzył nam drzwi i postawił bagaże w środku, matka odzyskała swój zwykły wigor – albo przynajmniej tak udawała, układając w komodzie zawartość walizek i stwierdzając z zadowoleniem, że szuflady wyłożone są czystym papierem.

Od czwartej rano byliśmy w podróży, a dopiero po pierwszej znaleźliśmy się z powrotem na ulicy, rozglądając się, gdzie by tu zjeść lunch. Nasz samochód stał zaparkowany naprzeciwko hotelu, a obok niego ujrzeliśmy niedużego człowieczka o ostrych rysach, w dwurzędowym szarym garniturze. Człowieczek uchylił kapelusza i powiedział:

– Nazywam się Taylor. Jestem zawodowym przewodnikiem po stolicy. Jeśli nie chcą państwo tracić czasu, może warto wynająć kogoś takiego jak ja. Poprowadzę samochód, żeby się państwo nie zgubili, pokażę zabytki, opowiem wszystko, co należy wiedzieć, będę na państwa czekał przed każdym wejściem, dopilnuję, żeby jedli państwo tam, gdzie są rozsądne ceny i dobra kuchnia, a wszystko to, przy korzystaniu z pojazdu państwa, kosztować będzie dziewięć dolarów dziennie. Oto moja licencja – zakończył, demonstrując ojcu kilkustronicowy dokument. – Wystawiona przez Izbę Handlową. Verlin M. Taylor, oficjalny przewodnik D. C. od roku tysiąc dziewięćset trzydziestego siódmego. Dokładnie mówiąc, od piątego stycznia tysiąc dziewięćset trzydziestego siódmego, czyli od dnia, w którym zebrał się siedemdziesiąty piąty Kongres Stanów Zjednoczonych.

Podali sobie ręce i mój ojciec przekartkował dokument z miną rasowego agenta ubezpieczeniowego, zanim wręczył go z powrotem przewodnikowi.

– Wygląda solidnie – orzekł. – Ale dziewięć dolców dziennie to ta dużo, panie Taylor, przynajmniej dla tej rodziny.

– Rozumiem. Proszę jednak zauważyć, że jeżdżąc na własną rękę w sytuacji, gdy nie zna pan miasta i nie umie znaleźć miejsca do parkowania, nie pokaże pan rodzinie nawet połowy tego, co zobaczyłaby ze mną, a zwiedzanie nie będzie tak przyjemne, jak mogłoby być. Mógłbym państwa teraz zawieźć do miłego lokalu na lunch, poczekać w samochodzie, a potem zaczęlibyśmy rundę od pomnika Waszyngtona. Następnie przejazd wzdłuż Mail do Mauzoleum Lincolna. Waszyngton i Lincoln. Nasi dwaj najwięksi prezydenci – tak zawsze lubię zaczynać. Państwo wiedzą, że Waszyngton nigdy nie mieszkał w Waszyngtonie. Prezydent Waszyngton wybrał to miejsce i podpisał ustawę czyniącą je stałą siedzibą rządu, ale dopiero jego następca, John Adams, był pierwszym prezydentem, który wprowadził się do Białego Domu, w roku tysiąc osiemsetnym.

Dokładnie mówiąc, pierwszego listopada. Jego małżonka, Abigail, przybyła tam dwa tygodnie później. Wśród wielu ciekawych pamiątek, w Białym Domu znajduje się do dziś szklana salaterka na selery należąca do Johna i Abigail Adamsów.

– Tego akurat nie wiedziałem – przyznał mój ojciec. – Ale proszę pozwolić mi się naradzić z żoną. – cicho zwrócił się do matki: – Stać nas na to? Gość wyraźnie zna się na rzeczy.

– Ale kto go przysłał? – odszepnęła matka. – Skąd wiedział, że to nasz samochód?

– To jego fach, Bess, orientować się, kto jest turystą. On z tego żyje.

Staliśmy z bratem koło rodziców, mając nadzieję, że matka wreszcie się ugnie i gadatliwy przewodnik z chudą twarzą i krótkimi nogami zostanie wynajęty na czas naszego pobytu w Waszyngtonie.

– A wy, jak chcecie? – zagadnął ojciec, odwracając się do Sandy’ego i do mnie.

– No, jeśli to za drogo… – zaczął Sandy.

– Mniejsza o koszty – przerwał mu ojciec. – Podoba wam się ten gość, czy nie?

– Ciekawy typ, tato – szepnął Sandy. – Wygląda jak kaczka-wabik do polowania. Podoba mi się, jak powtarza „dokładnie mówiąc”.

– Bess – oświadczył ojciec – ten człowiek jest przewodnikiem po Waszyngtonie D. C. i nikim więcej. Co prawda, nie uśmiechnął się jeszcze ani razu, ale wygląda przytomnie i jest ujmująco grzeczny. Sprawdźmy, czy skusi się na siedem dolców.

Ojciec oddalił się od nas, podszedł do przewodnika, pogadał z nim poważnie przez dłuższą chwilę, po czym doszli do porozumienia, ponownie podali sobie ręce i ojciec oznajmił donośnie:

– Okej, pora coś przekąsić!

Tryskał przy tym energią, jak zawsze, nawet kiedy nie miał nic do roboty.

Sam nie wiem, co było najbardziej niesamowite: to, że pierwszy raz w życiu opuściłem stan New Jersey, czy to, że znalazłem się o trzysta mil od domu, w stolicy kraju, czy też to, że jechaliśmy całą rodziną własnym samochodem, prowadzonym przez obcego faceta o nazwisku dwunastego prezydenta Stanów Zjednoczonych, którego profil zdobił dwunastocentowy czerwono-fioletowy znaczek w klaserze leżącym na moich kolanach, znaczek umieszczony między niebieskim jedenastocentowym Pólkiem a zielonym trzynastocentowym Fillmore’em.

– Waszyngton – informował nas pan Taylor – dzieli się na cztery sekcje: północno-zachodnią, północno-wschodnią, południowo-wschodnią i południowo-zachodnią. Z niewieloma wyjątkami, ulice biegnące z północy na południe oznaczone są numerami, a biegnące ze wschodu na zachód – literami. Jest to jedyna stolica zachodniego świata zbudowana specjalnie jako siedziba rządu. Tym różni się nie tylko od Londynu czy Paryża, ale i od naszych rodzimych miast, Nowego Jorku i Chicago.

– Słyszeliście? – wtrącił ojciec, oglądając się przez ramię na mnie i Sandy’ego. – Słyszałaś, Bess, co pan Taylor mówił o wyjątkowości Waszyngtonu?

– Słyszałam – odparła matka i wzięła mnie za rękę, żeby przez dodanie mi otuchy dodać sobie otuchy, że teraz już wszystko będzie dobrze. Mnie jednak od chwili przyjazdu aż do chwili opuszczenia Waszyngtonu absorbowało tylko jedno: jak uchronić klaser przed zniszczeniem.

Jadłodajnia, do której zawiózł nas pan Taylor, była czysta i tania, jedzenie okazało się tak smaczne, jak obiecał, a kiedy po posiłku wyszliśmy na ulicę, nasze auto zajeżdżało właśnie przed wejście.

– Co za wyczucie czasu! – wykrzyknął z podziwem mój ojciec.

– Z latami – odparł pan Taylor – człowiek uczy się szacować, ile czasu potrzeba rodzinie na zjedzenie lunchu. Smakowało, pani Roth? – zwrócił się do matki. – Są państwo zadowoleni?

– Bardzo było smaczne, dziękujemy.

– A więc pora na pomnik Waszyngtona – rzekł pan Taylor, i ruszyliśmy. – Wiedzą państwo, naturalnie, kogo ten pomnik upamiętnia: naszego pierwszego prezydenta, najlepszego, zdaniem wielu, obok Lincolna.

– Ja bym jeszcze dodał FDR. To wielki człowiek, którego naród odwołał ze stanowiska – powiedział mój ojciec. – No i patrzcie, kogo dostaliśmy w zamian.

Pan Taylor wysłuchał go uprzejmie, ale nie zareagował.

– Z pewnością – podjął wątek – oglądali państwo zdjęcia pomnika Waszyngtona. Ale zdjęcia nie zawsze oddają pełnię wrażenia. Wysokość pięciuset pięćdziesięciu pięciu stóp, plus pięciu i jednej ósmej cala czyni go najwyższą tego typu konstrukcją na świecie. Nowa winda elektryczna przeniesie państwa na szczyt w jedną i ćwierć minuty. Chyba że wolą państwo wspiąć się po ośmiuset dziewięćdziesięciu trzech stopniach krętych schodów. Z góry podziwiać można panoramę o promieniu piętnastu do dwudziestu mil. Naprawdę warto. A oto i on, widzą państwo? Na wprost nas. W parę minut później pan Taylor znalazł miejsce parkingowe na placu przed pomnikiem, a gdy wysiedliśmy, podreptał przy nas na swoich krzywych nogach, kontynuując wykład.

– Zaledwie parę lat temu pomnik został po raz pierwszy oczyszczony. Wyobraża sobie pani, jaka to praca, pani Roth? Użyto mieszaniny wody i piasku, oraz stalowych szczotek. Operacja trwała pięć miesięcy, a kosztowała sto tysięcy dolarów.

– Za rządów FDR? – upewnił się mój ojciec.

– Tak mi się zdaje, owszem.

– Czy ludzie o tym wiedzą? – zaperzył się ojciec. – Czy to doceniają? Nie, oni wolą, żeby krajem rządził pilot od dostarczania poczty lotniczej. A to jeszcze nie jest jego największa wada.

Pan Taylor nie wszedł z nami do wnętrza pomnika. Przy windzie matka, która znów wzięła mnie za rękę, przysunęła się do ojca i szepnęła:

– Nie powinieneś tak mówić. – Jak?

– O Lindberghu.

– Czemu nie? Wyrażam tylko swoje zdanie.

– Ale nie wiesz, kim ten człowiek jest.

– Jak to nie wiem? Jest licencjonowanym przewodnikiem, pokazał mi dokument. Zwiedzamy pomnik Waszyngtona, Bess, a ty mi każesz trzymać język za zębami, tak jakby pomnik Waszyngtona stał w Berlinie.

Jego chojracki ton speszył matkę jeszcze bardziej, zwłaszcza że razem z nami czekali na windę inni ludzie, którzy mogli podsłuchać tę rozmowę. Ojciec tymczasem zwrócił się do faceta obok, który też stał z żoną i dwójką dzieci:

– Skąd jesteście? Bo my z Jersey.

– Z Maine – odparł tamten.

– Słyszeliście? – spytał ojciec brata i mnie.

Do windy wsiadło około dwadzieściorga dzieci i dorosłych, zapełniając kabinę mniej więcej w połowie. Ojciec wykorzystał dzielącą nas od szczytu minutę i ćwierć na wypytywanie pozostałych ojców rodzin, skąd przybyli.

Gdy skończyliśmy zwiedzanie, pan Taylor już na nas czekał przed pomnikiem. Wypytał Sandy’ego i mnie o to, co widzieliśmy przez okna z wysokości pięciuset stóp, po czym szybkim krokiem oprowadził nas dookoła konstrukcji, relacjonując burzliwe dzieje jej powstania. Na koniec zrobił nam parę pamiątkowych zdjęć lustrzanką ojca firmy Brownie, po czym ojciec namówił go, choć nie bez trudu, aby dał się sfotografować z nami i z matką na tle pomnika Waszyngtona. Wreszcie wsiedliśmy do samochodu i, wciąż z panem Taylorem za kierownicą, ruszyliśmy wzdłuż Mail w stronę Mauzoleum Lincolna.

Tym razem, w trakcie parkowania, pan Taylor uprzedził nas, że Mauzoleum Lincolna to budowla niemająca równej sobie na całym świecie, więc należy przygotować się na wielkie wrażenia. Następnie poprowadził nas z parkingu ku wielkiemu gmachowi z kolumnadą i szerokimi marmurowymi schodami, po których weszliśmy do olbrzymiej hali z wyniosłą statuą Lincolna siedzącego na olbrzymim tronie. Rzeźbiona twarz postaci wydała mi się kwintesencją świętości: połączeniem oblicza Boga z obliczem Ameryki.

– A oni go zastrzelili, psie syny! – rzekł żałobnym tonem mój ojciec.

Staliśmy we czworo u stóp pomnika, tak podświetlonego, aby wszystko w Abrahamie Lincolnie wydało się widzom kolosalne i wspaniałe. Bladła wobec niego każda inna wielkość i nikt, czy to dorosły, czy dziecko, nie mógł nie ulec emanującej zeń powadze hiperboli.

– Pomyśleć tylko, co ten naród wyrabia ze swymi największymi prezydentami…

– Herman! – jęknęła błagalnie matka. – Nie zaczynaj.

– A co ja takiego zaczynam? To była wielka tragedia. Prawda, chłopcy? Zamach na Lincolna?

Pan Taylor zbliżył się do nas znowu i powiedział cicho: Jutro pojedziemy do Teatru Forda, tam, gdzie prezydent został postrzelony, i do Petersen House naprzeciwko teatru, gdzie zmarł.

– Właśnie mówiłem, panie Taylor, że to straszna hańba, co ten naród wyczynia ze swoimi wielkimi ludźmi.

– Bogu dzięki, że mamy teraz prezydenta Lindbergha – odezwała się stojąca nieopodal starsza kobieta. Stała sama, sprawdzając coś w przewodniku, i jej uwaga nie była skierowana właściwie do nikogo, a jednak wyraźnie nawiązywała do słów mojego ojca.

– Porównywać Lincolna z Lindberghiem? Świat się kończy! – jęknął ojciec.

Okazało się, że starsza pani nie jest sama, lecz należy do grupy turystów, wśród których był też mężczyzna w wieku mniej więcej mojego ojca, wyglądający na jej syna.

– Coś panu nie pasuje? – zagadnął, robiąc energiczny krok w naszym kierunku.

– Mnie? Skąd – żachnął się ojciec.

– Nie podoba się panu to, co ta pani powiedziała?

– A gdzie tam. Żyjemy w wolnym kraju.

Mężczyzna popatrzył przeciągle na mojego ojca, a potem na matkę, na Sandy’ego i na mnie. I co zobaczył? Schludnego, nieźle umięśnionego, barczystego faceta wzrostu pięciu stóp i dziewięciu cali, średnio przystojnego, o łagodnych szarozielonych oczach i przerzedzonych ciemnych włosach, przyciętych krótko na skroniach nad nieco komicznie odstającymi uszami. Kobietę drobnej, lecz silnej budowy, porządnie ubraną, o falistych ciemnych włosach czesanych na jedną stronę, zaokrąglonych policzkach z odrobiną różu, wydatnym nosie, pełnych ramionach, kształtnych nogach, wąskich biodrach i żywych oczach o dziewczęcym spojrzeniu. Dwoje dorosłych emanujących roztropnością i energią, i dwóch chłopców o miękkich jeszcze rysach, małych synków młodzieńczych rodziców, malców pilnych, zdrowych i niepoprawnych w swym optymizmie.

Wniosek, jaki ów obcy mężczyzna wyciągnął ze swoich obserwacji, zawarł się w jego kpiarskim ruchu głową. Potem człowiek ten syknął z pogardą, aby nikt nie miał wątpliwości, co o nas sądzi, i oddalił się do swojej grupy powolnym, rozkołysanym krokiem: jego krok, w połączeniu z barczystą sylwetką, był czytelnym ostrzeżeniem. Dopiero kiedy stał wśród swoich, usłyszeliśmy, że mówi o moim ojcu „pyskate Żydzisko”, na co starsza pani oświadczyła: „Chętnie dałabym mu w twarz”.

Pan Taylor eskortował nas pospiesznie do sąsiedniej, mniejszej sali, gdzie eksponowana była tablica z wyrytym Przemówieniem Gettysburskim, oraz fresk, którego temat stanowiła emancypacja Murzynów.

Usłyszeć coś takiego w takim miejscu! – Głos ojca drżał z oburzenia. – W mauzoleum poświęconym takiemu człowiekowi!

Pan Taylor, wskazując fresk, zwrócił się do nas:

– Widzą państwo? Anioł prawdy oswobadza niewolnika. Ojciec jednak nie widział już nic.

– Myślicie, że coś takiego usłyszałoby się za prezydentury Roosevelta? Nikt by nie śmiał, nikomu nawet w głowie by nie postało, żeby za czasów Roosevelta… No, ale teraz, gdy naszym wielkim sojusznikiem jest Adolf Hitler, gdy najlepszym przyjacielem prezydenta Stanów Zjednoczonych jest Adolf Hitler – teraz oni uważają, że wszystko im ujdzie na sucho. To hańba. Zaczyna się od Białego Domu…

Do kogo on przemawiał? Chyba tylko do mnie, bo brat podążał za panem Taylorem, wypytując go o szczegóły fresku, a matka siłą powstrzymywała się od jakiegokolwiek komentarza czy gestu, walcząc z tymi samymi emocjami, które już wcześniej ogarnęły ją w samochodzie – a wówczas nie były jeszcze niczym usprawiedliwione.

– Przeczytajcie sobie tutaj – perorował ojciec, mając na myśli tablicę z Przemówieniem Gettysburskim. – Przeczytajcie: „Wszyscy ludzie stworzeni są jako równi”.

– Herman! – szepnęła matka. – Ja już tego nie wytrzymam. – Wyszliśmy na światło dzienne i stanęliśmy, zbici w gromadkę, na najwyższym stopniu schodów. W odległości pół mili widniał wysoki szpic pomnika Waszyngtona, oddzielonego od nas lustrem sadzawki, połyskującej u stóp tarasowego podejścia do Mauzoleum Lincolna. Dookoła rosły wiązy. Była to najpiękniejsza panorama, jaką w życiu widziałem, raj patriotyczny, amerykański Ogród Edenu – a my staliśmy poza nim, przytuleni jedno do drugiego, jako rodzina wygnańców.

– Wiecie co? – odezwał się ojciec, przygarniając brata i mnie do siebie. – Uważam, że powinniśmy się teraz wszyscy zdrzemnąć. To był długi dzień. Pojedziemy do hotelu i odpoczniemy sobie z godzinkę lub dwie. Co pan na to, panie Taylor?

– Jak pan uważa, panie Roth. Myślałem, że po kolacji zechcą państwo wybrać się samochodem na objazd Waszyngtonu nocą, kiedy wszystkie słynne obiekty są podświetlone.

– Dobra myśl – pochwalił go ojciec. – Prawda, Bess?

Ale matkę nie tak łatwo było udobruchać, jak Sandy’ego i mnie.

– Kochanie – perswadował jej ojciec. – Trafiliśmy na wariata. Na dwoje wariatów. Gdybyśmy pojechali do Kanady, też moglibyśmy kogoś takiego spotkać. Nie pozwólmy, żeby to nam popsuło przyjemność wycieczki. Teraz wszyscy sobie odpoczniemy, pan Taylor na nas poczeka, i zaczniemy zwiedzanie od nowa. No, spójrz. – Zatoczył szeroko ramieniem. – Ten widok powinien zobaczyć każdy Amerykanin. Odwróćcie się, chłopcy. Popatrzcie ostatni raz na prezydenta Lincolna.

Zastosowaliśmy się do jego polecenia, ale mnie opuściło już patriotyczne uniesienie. Gdy schodziliśmy po marmurowych schodach, usłyszałem, jak dzieci za nami wypytują rodziców: „On tam naprawdę jest? Zakopany pod tym pomnikiem?”. Matka schodziła obok mnie, usilnie starając się nie okazywać skrajnej paniki, i nagle poczułem, że to moim zadaniem jest nie dać jej się załamać, że powinienem stać się dzielną istotą naznaczoną duchem samego Lincolna. Lecz gdy podała mi rękę, stać mnie było jedynie na to, by uczepić jej się z niedojrzałością malca, który wiedzę o świecie czerpie w dziewięciu dziesiątych z kolekcji znaczków pocztowych.

W samochodzie pan Taylor zaplanował resztę naszego dnia. Wrócimy do hotelu, zdrzemniemy się, za kwadrans szósta pan Taylor po nas przyjedzie i zawiezie nas na kolację. Możemy pojechać do jadłodajni przy Union Station, gdzie jedliśmy lunch, albo wybrać którąś z rekomendowanych przezeń restauracji o rozsądnych cenach i gwarantowanej kuchni. A po kolacji – objazd całego Waszyngtonu nocą.

– Pana nic nie rusza, co, panie Taylor? – zagadnął mój ojciec. Pan Taylor odpowiedział neutralnym skinieniem głowy.

– Skąd pan pochodzi? – drążył ojciec.

– Z Indiany, panie Roth.

– Indiana. Wyobrażacie sobie, chłopcy? A z jakiego konkretnie miasta?

– Właściwie z żadnego. Ojciec jest mechanikiem. Naprawia maszyny rolnicze. Stale przenosiliśmy się z miejsca na miejsce.

– W takim razie chylę kapelusza – oświadczył mój ojciec, z przyczyn, które nie mogły być do końca jasne dla pana Taylora. – Powinien pan być z siebie dumny.

Pan Taylor znów tylko skinął głową: był trzeźwym człowieczkiem w obcisłym garniturze, a jego dziarskość i postawa miały w sobie coś zdecydowanie wojskowego – jakby ukrywał drugą osobę, chociaż pewnie nie było co ukrywać, bo cała jego bezosobowość widoczna była jak na dłoni. Wylewny, kiedy mówił o Waszyngtonie, milczał jak grób na każdy inny temat.

Gdy dojechaliśmy do hotelu, pan Taylor zaparkował samochód, po czym wszedł z nami do środka, jakby był nie tylko naszym przewodnikiem, ale i opiekunem – no i całe szczęście, gdyż przy ladzie recepcji w hallu hoteliku ujrzeliśmy nasze cztery walizki.

Nowy człowiek w recepcji przedstawił się jako kierownik.

Na pytanie ojca, co nasze rzeczy robią na dole, odpowiedział:

– Przepraszam, ale musiałem je spakować. Recepcjonista z popołudniowej zmiany popełnił błąd. Pokój, który dał państwu, był już wcześniej wynajęty dla innej rodziny. Zwracam zaliczkę. – I wręczył ojcu kopertę z dziesięciodolarowym banknotem.

– Przecież moja żona do was pisała. A wyście odpowiedzieli. Mieliśmy rezerwację od kilku miesięcy. Dlatego przysłaliśmy zaliczkę. Bess, gdzie masz kopie tych listów?

Matka wskazała torebkę.

– Proszę pana – oświadczył kierownik. – Pokój jest zajęty i nie mamy już wolnych miejsc. Nie policzymy państwu ani za dotychczasowe użytkowanie numeru, ani za brakującą kostkę mydła.

– Brakującą? – To słowo wytrąciło ojca z równowagi. – Chce pan powiedzieć, że ukradliśmy mydło?

– Nic podobnego. Może któreś z dzieci wzięło je sobie na pamiątkę. Nic wielkiego się nie stało. Nie będziemy się kłócić o taki drobiazg ani szperać im po kieszeniach.

– Co to wszystko ma znaczyć?! – rozsierdził się mój ojciec i walnął pięścią w blat tuż przed nosem kierownika.

– Panie Roth, jeśli ma pan zamiar urządzać tu sceny…

– Owszem – odparł ojciec. – Mam zamiar urządzać sceny, dopóki się nie dowiem, o co chodzi z tym pokojem!

– W takim razie – rzekł kierownik – nie pozostaje mi nic innego, jak zadzwonić na policję.

Na to moja matka, która cały czas tuliła mnie i brata do siebie, trzymając nas w bezpiecznej odległości od kantorka, zawołała ojca po imieniu, chcąc zapobiec dalszej awanturze. Było już jednak za późno. Od początku było za późno. Ojciec nie miał zamiaru pokornie zająć pozycji wyznaczonej mu przez kierownika.

– Wszystko to robota tego cholernego Lindbergha! – krzyknął wzburzony. – Teraz wy wszyscy mali faszyści jesteście górą!

– Czy mam wezwać policję okręgową, szanowny panie, czy też zechce pan zabrać swoje bagaże i wynieść się stąd natychmiast razem z rodziną?

– Niech pan wzywa policję. Proszę bardzo.

Oprócz nas zebrało się już w hallu z pięć czy sześć osób. Weszli ‘j w trakcie kłótni i czekali teraz na jej finał.

Wówczas jednak do mojego ojca podszedł pan Taylor i powiedział:

– Panie Roth, ma pan absolutną rację, ale policja to złe rozwiązanie.

– Przeciwnie, to najlepsze rozwiązanie. Niech pan wzywa policję – zażądał z uporem ojciec, zwracając się do kierownika. – Są jeszcze w tym kraju prawa przeciwko takim jak wy.

Kierownik sięgnął po słuchawkę. Kiedy wykręcał numer, pan Taylor zebrał nasze walizki, po dwie do każdej ręki, i wyniósł je na zewnątrz hotelu.

– Herman – powiedziała matka. – Już nie warto. Pan Taylor wyniósł bagaże.

– O nie, Bess – sprzeciwił się ojciec gorzkim tonem. – Dosyć mam tej szopki. Chcę rozmawiać z policją.

Pan Taylor wbiegł z powrotem do hotelu i dopadł lady recepcji, za którą kierownik kończył właśnie rozmowę z policją. Ściszonym głosem przemówił tylko do mojego ojca:

– Niedaleko stąd jest bardzo przyzwoity hotelik. Dzwoniłem tam przed chwilą z budki. Mają dla państwa pokój. To ładny hotel, na ładnej ulicy. Jedźmy tam, zaraz się państwo zameldują i będzie po sprawie.

– Dzięki, panie Taylor, ale chwilowo czekamy na policję. Chcę przypomnieć temu człowiekowi słowa Przemówienia Gettysburskiego, które nie dalej jak dziś oglądałem wyryte na tablicy.

Gapie na wspomnienie Przemówienia Gettysburskiego wymienili uśmieszki.

A ja szeptem spytałem brata:

– Co się stało?

– Antysemityzm – odszepnął.

Z miejsca, w którym staliśmy z matką, zobaczyłem dwóch policjantów zajeżdżających pod hotel na motorach. Zgasili silniki i weszli do hallu. Jeden został tuż przy drzwiach, żeby mieć oko na wszystkich, a drugi zbliżył się do kantorka i gestem przywołał kierownika, żeby pogadać z nim na uboczu.

– Panie oficerze… – odezwał się mój ojciec.

Policjant odwrócił się na pięcie.

– Mogę wysłuchać tylko jednej ze stron nieporozumienia naraz- uciął krótko, po czym wrócił do rozmowy z kierownikiem, na znak skupienia podpierając podbródek dłonią.

Ojciec zwrócił się do nas:

– Tak trzeba, chłopcy. Do matki zaś powiedział:

– Nie ma się czym przejmować.

Zakończywszy rozmowę z kierownikiem, policjant podszedł do mojego ojca. Nie uśmiechał się, jak to czynił co chwila, słuchając kierownika, ale ton jego nie zdradzał ani śladu złości, brzmiał nawet przyjaźnie:

– No to w czym problem, Roth?

– Przysłaliśmy zaliczkę za wynajęcie pokoju w tym hotelu na trzy doby. Otrzymaliśmy list z potwierdzeniem rezerwacji. Żona ma wszystkie dokumenty w bagażach. Przyjechaliśmy dzisiaj, zameldowaliśmy się, dostaliśmy pokój, rozpakowaliśmy rzeczy, wybraliśmy się na zwiedzanie miasta, a po powrocie powiedziano nam, że jesteśmy eksmitowani, bo pokój zarezerwowany był dla kogoś innego.

– A gdzie problem? – spytał policjant.

– Jesteśmy czteroosobową rodziną, panie oficerze. Przyjechaliśmy tu aż z New Jersey. Nie można nas tak po prostu wyrzucić na ulicę.

– Ale skoro ktoś inny rezerwuje pokój…

– Nie ma nikogo innego! A nawet gdyby był, dlaczego ma mieć pierwszeństwo?

– Przecież kierownik zwrócił panu zaliczkę. Spakował nawet pańskie rzeczy.

– Panie oficerze, pan mnie nie rozumie. Dlaczego ktoś inny ma mieć przed nami pierwszeństwo w rezerwacji? Ja byłem dziś z rodziną w Mauzoleum Lincolna. Tam na tablicy w ścianie jest wyryte Przemówienie Gettysburskie. Czy pan wie, jakie słowa można w nim przeczytać? „Wszyscy ludzie stworzeni są jako równi”.

– Ale to nie znaczy, że wszystkie rezerwacje hotelowe są stworzone jako równe.

Głos policjanta dotarł aż do gapiów w głębi hallu; niektórzy, nie mogąc się powstrzymać, parsknęli śmiechem.

Matka zostawiła nas z bratem samych i zbliżyła się do ojca, aby zainterweniować. Cały czas czekała na chwilę, w której nie pogorszy sprawy, i widocznie – chociaż przeczył temu jej przyspieszony oddech – uznała, że ta chwila właśnie nadeszła.

– Kochanie – rzekła łagodnie – chodźmy stąd. Pan Taylor znalazł nam pokój w pobliżu.

– Nie! – krzyknął ojciec, odtrącając dłoń, którą matka chciała ująć go za ramię. – Ten policjant wie, dlaczego zostaliśmy eksmitowani. On to wie, kierownik to wie i wszyscy w tym hallu to wiedzą.

– Uważam, że powinien pan posłuchać żony – stwierdził policjant. – Uważam, Roth, że powinien pan zrobić tak, jak panu radzi żona. Opuścić ten lokal. – Gestem głowy wskazał drzwi, dodając: – I to zanim nadużyje pan mojej cierpliwości.

W ojcu tlił się jeszcze silny opór, ale miał dość rozsądku, aby zrozumieć, że jego argumenty nie interesują już nikogo poza nim samym. Wyszliśmy z hotelu i nikt nawet za nami nie spojrzał. Tylko drugi policjant zdobył się na życzliwe słowo. Stał w wejściu obok donicy z rośliną, a kiedy go mijaliśmy, skinął nam przyjaźnie, zmierzwił mi włosy dłonią i zagadnął:

– Jak się żyje, kolego?

– Dobrze – odpowiedziałem.

– A co tam masz?

– Znaczki – rzuciłem pospiesznie, żeby nie zdążył zażądać ode mnie pokazania kolekcji i wpakować mnie do aresztu.

Pan Taylor czekał na chodniku przed hotelem. Ojciec powiedział do niego:

– Coś podobnego nie zdarzyło mi się nigdy w życiu. Stale mam do czynienia z ludźmi, z ludźmi z różnych sfer, rozmaitego pokroju, ale nigdy…

– Hotel Douglas zmienił właściciela – wyjaśnił Taylor. – To jest nowy właściciel.

– Ale nasi znajomi wynajmowali tu pokój i byli w stu procentach zadowoleni – wtrąciła się matka.

– Od tego czasu zmienił się właściciel, pani Roth. Ale ja mam dla państwa pokój w Evergreen, tam wszystko pójdzie doskonale.

Nagle rozległ się przeraźliwy ryk samolotu przelatującego nisko nad Waszyngtonem. Spacerujący po ulicy ludzie przystanęli, a jakiś mężczyzna wzniósł w górę obie ręce, jakby niespodziewanie, w środku czerwca, zaczął padać śnieg.

Sandy, który prawie każdą maszynę latającą umiał rozpoznać po sylwetce, krzyknął głośno, wskazując palcem:

– To lockheed interceptor!

– Samolot prezydenta Lindbergha – wyjaśnił pan Taylor. – Codziennie po południu, o tej mniej więcej porze, pan prezydent odbywa mały przelot wzdłuż Potomacu. Leci do Alleghenies, potem wzdłuż Pasma Błękitnego, aż do zatoki Chesapeake. Wszyscy na to czekają.

– To najszybszy samolot świata – powiedział mój brat. – Niemiecki messerschmitt 110 rozwija prędkość do trzystu sześćdziesięciu pięciu mil na godzinę, a interceptor lata pięćset na godzinę. Prześcignie każdy myśliwiec na świecie.

Patrzyliśmy wszyscy razem z Sandym, niezdolnym ukryć oczarowania tym samym interceptorem, którym prezydent poleciał był na Islandię spotkać się z Hitlerem. Samolot wzbił się w górę z niezwykłą siłą i po chwili zniknął w błękicie nieba. Ludzie na ulicy pożegnali go burzą oklasków, ktoś krzyknął: „Niech żyje Lindy!”, po czym podjęto przerwane spacery.

W hotelu Evergreen matka z ojcem spali w jednym pojedynczym łóżku, a ja z bratem w drugim. Pan Taylor zdołał znaleźć nam naprędce tylko pokój dwuosobowy, ale po tym, co się zdarzyło w hotelu Douglas, nikt nie miał do niego pretensji – ani o to, że łóżka niespecjalnie nadają się do wypoczynku, ani o ciasnotę pokoju, ani o nieciekawy zapach w miniaturowej łazience, podejrzanie obficie spryskanej środkami dezynfekującymi – zwłaszcza że zostaliśmy tam mile powitani przez wesołą kobietę z recepcji, a nasze walizki załadował na wózek podstarzały, chudy Murzyn w uniformie chłopca hotelowego, zwany przez recepcjonistkę Edwardem B., który otwierając nam pokój w końcu korytarza na parterze, za szybem wentylacyjnym, obwieścił z humorem: „Hotel Evergreen ma zaszczyt powitać rodzinę Rothów w stolicy!” – po czym wprowadził nas do licho oświetlonej klitki jak do apartamentu w hotelu Ritz. Mój brat przyglądał się natrętnie Edwardowi B. od chwili, gdy ten zaczął ładować na wózek nasze bagaże. A następnego ranka, nim ktokolwiek z nas się obudził, Sandy ubrał się cichutko, złapał szkicownik i wybiegł do hallu, aby narysować tę fascynującą postać. Okazało się, że na porannej zmianie chłopca hotelowego jest inny Murzyn, nie tak malowniczo pobrużdżony na twarzy jak Edward B., ale też niepozbawiony zalet z punktu widzenia artysty – bardzo ciemny, o silnie afrykańskich rysach, jakie Sandy miał dotąd okazję kopiować jedynie ze zdjęcia w starym numerze „National Geographic”.

Większą część przedpołudnia spędziliśmy z panem Taylorem, który oprowadził nas po budynkach Kapitolu i Kongresu, a potem Sądu Najwyższego i Biblioteki Kongresu. Pan Taylor znał na pamięć wysokość każdej kopuły, rozmiary każdej sali, geograficzne źródła wzorów na wszystkich marmurowych posadzkach oraz tematykę historyczną wszystkich obrazów i fresków zdobiących ściany budynków rządowych.

– Mistrz z pana – pochwalił go ojciec. – Pomyśleć tylko, prosty chłopak z Indiany. Powinien pan startować w konkursie „Wiem wszystko”.

Po lunchu pojechaliśmy na południe wzdłuż Potomacu do stanu Wirginia, zwiedzić Mount Vernon.

– Jak wiadomo, Richmond w stanie Wirginia – objaśniał po drodze pan Taylor – było stolicą jedenastu stanów południowych, które wystąpiły z Unii, aby utworzyć Konfederację Stanów Ameryki.

Niejedna wielka bitwa wojny secesyjnej rozegrała się na terenie Wirginii. Jakieś dwadzieścia mil stąd na zachód leży park narodowy Manassas Battlefield. Obejmuje on oba pola bitwy, na których konfederaci pokonali wojska Unii nad niewielką rzeczką Buli Run – najpierw w lipcu tysiąc osiemset sześćdziesiątego pierwszego, pod wodzą generałów Beauregarda i Johnstona, a następnie w sierpniu tysiąc osiemset sześćdziesiątego drugiego pod wodzą generałów Roberta E. Lee i Stonewalla Jacksona. Generał Lee dowodził Armią Wirginii, a prezydentem Konfederacji, z siedzibą w Richmond, był, jak pamiętają państwo z historii, Jefferson Davis. Na południowy zachód, w odległości stu dwudziestu pięciu mil stąd, leży Appomattox. Wiedzą państwo zapewne, co zdarzyło się w tamtejszym gmachu sądu w kwietniu roku tysiąc osiemset sześćdziesiątego piątego. Dokładnie mówiąc, dziewiątego kwietnia. Generał Lee poddał się generałowi Grantowi, kończąc tym samym wojnę secesyjną. Wiemy też, co w sześć dni później spotkało Lincolna: został zastrzelony.

– Parszywe psy – podsumował mój ojciec.

– No, jesteśmy na miejscu – oznajmił pan Taylor i w tej samej chwili naszym oczom ukazał się dom Waszyngtona.

– Jaki piękny! – zachwyciła się matka. – Spójrzcie na tę werandę. Spójrzcie na te wysokie okna. Dzieci, to nie jest makieta; to prawdziwy dom, w którym mieszkał Jerzy Waszyngton.

– Z żoną Martą i dwojgiem przyrodnich dzieci, za którymi przepadał – uzupełnił pan Taylor.

– Naprawdę? Nie wiedziałam – przyznała matka. – Mój młodszy syn ma znaczek pocztowy z Martą Waszyngton. Pokaż go panu Taylorowi – zachęciła mnie.

Natychmiast odnalazłem brązowy półtoracentowy znaczek z podobizną małżonki pierwszego prezydenta: ukazana na nim była z profilu, w nakryciu głowy, które jak wcześniej dowiedziałem się od matki, było czymś pośrednim między czepkiem a siatką na włosy.

– No tak, to ona – potwierdził pan Taylor. – Figuruje, jak zapewne wiesz, również na czterocentowym znaczku z roku tysiąc dziewięćset dwudziestego trzeciego i na ośmiocentowym z roku tysiąc dziewięćset drugiego. Ten z tysiąc dziewięćset drugiego, pani Roth, to pierwszy amerykański znaczek ukazujący kobietę.

– Wiedziałeś o tym? – spytała mnie matka.

– Tak – odpowiedziałem i jeśli o mnie chodzi, wszelkie komplikacje związane z tym, że jesteśmy żydowską rodziną w Lindberghowskim Waszyngtonie, rozwiały się bez śladu: znów poczułem się jak w szkole przed akademią, kiedy wszyscy wstawali i z całego serca śpiewali hymn narodowy.

– Towarzyszyła generałowi Waszyngtonowi z wielkim oddaniem – ciągnął pan Taylor. – Z domu Dandrigde, była wdową po pułkowniku Danielu Parke’u Custisie. Miała dwoje dzieci, Patsy i Johna Parke’a Custisów. Wychodząc za Waszyngtona, wniosła mu w posagu jedną z największych fortun w Wirginii.

– Zawsze to powtarzam moim synom – wtrącił ojciec, śmiejąc się serdecznie po raz pierwszy tego dnia. – Żeńcie się jak prezydent Waszyngton. Tak samo łatwo jest kochać kobietę bogatą, jak biedną.

Wycieczka do Mount Vernon była najradośniejszym akcentem naszej podróży, może ze względu na urok okolicy, ogrodów, drzew i samego domu, usytuowanego dumnie na wzniesieniu z widokiem na Potomac; może dlatego, że urzekł nas wystrój domu i tapety, o których pan Taylor miał milion rzeczy do powiedzenia; może dzięki wrażeniu, jakie zrobiło na nas oglądane z bliska łoże, w którym sypiał Waszyngton, biurko, przy którym pracował, szable, które nosił, i książki, które czytał; a może po prostu dlatego, że znaleźliśmy się o piętnaście mil od Waszyngtonu D. C. i dominującego nad wszystkim ducha Lindbergha.

Muzeum Mount Vernon otwarte było do czwartej trzydzieści, mieliśmy więc mnóstwo czasu na zwiedzenie wszystkich pomieszczeń i zabudowań, na spacer po parku oraz na wizytę w sklepie z pamiątkami, gdzie skusiłem się na nóż do rozcinania kopert, będący czterocalowej długości cynową kopią muszkietu z bagnetem z okresu Rewolucji. Kupiłem go za dwanaście z piętnastu centów zaoszczędzonych na planowaną na dzień następny wizytę w dziale znaczków pocztowych Biura Rycin i Druków. Sandy natomiast zainwestował roztropnie swoje oszczędności w ilustrowaną historię życia Waszyngtona, z której obrazków mógł czerpać wzorce do kolejnych portretów swojej serii patriotycznej, przechowywanej w portfolio pod łóżkiem.

Dzień miał się ku końcowi i siedzieliśmy w kawiarni przy napojach, gdy na dalekim horyzoncie zamajaczył nisko lecący samolot, który błyskawicznie zbliżał się w naszą stronę. Przekrzykując ryk silnika, ludzie zaczęli wołać: „To prezydent! To Lindy!”. Mężczyźni, kobiety i dzieci wybiegli na wielki trawnik, żeby pomachać samolotowi, który przelatując nad Potomakiem, skłonił im się skrzydłami. „Hura!” – krzyczeli ludzie. „Niech żyje Lindy!” Był to ten Nam myśliwiec Lockheed, który ukazał się nad miastem poprzedniego popołudnia. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak wstać i, wzorem patriotów, odprowadzić wzrokiem maszynę, która zawróciła nad domem Jerzego Waszyngtona i pomknęła na północ nad nurtem Potomacu.

– To nie był on, tylko ona! – upierał się ktoś, kto rzekomo widział, że w kabinie pilota siedziała żona prezydenta. I mogła to być prawda. Lindbergh nauczył żonę pilotażu wkrótce po ślubie i często razem odbywali podniebne wycieczki. Więc plotka poszła w tłum i rodzice zaczęli z przejęciem uświadamiać dzieciom, że widziały przed chwilą, jak nad Mount Vernon przelatuje Annę Morrow Lindbergh, co jest niezapomnianym historycznym wydarzeniem. Jako odważna pilotka najnowocześniejszej amerykańskiej maszyny latającej, a zarazem dystyngowana potomkini klas uprzywilejowanych, obdarzona w dodatku talentem literackim, o czym świadczyły dwa opublikowane tomiki poezji lirycznej, Annę Morrow Lindbergh była, według statystyk, najbardziej podziwianą kobietą w kraju.

I tak nasza radosna wycieczka została popsuta – nawet nie dlatego, że już po raz drugi przeleciało nam nad głowami któreś z Lindberghów, ale dlatego, że ta cyrkowa sztuczka, jak się wyraził mój ojciec, rozradowała wszystkich oprócz nas czworga.

– Wiedzieliśmy, że jest źle – mówił ojciec do znajomych, których zaczął obdzwaniać zaraz po powrocie do domu – ale nie wiedzieliśmy, że aż do tego stopnia. Trzeba było to widzieć na miejscu. Ci ludzie żyją w bajecznym śnie, a my w koszmarze.

Było to najbardziej literackie zdanie, jakie słyszałem z jego ust, o precyzji sformułowania, której, śmiem twierdzić, nie dorównywała cała twórczość żony Lindbergha razem wzięta.

Pan Taylor odtransportował nas do hotelu Evergreen, żebyśmy mogli umyć się i odpocząć, po czym wrócił równo o piątej czterdzieści pięć i zawiózł nas do niedrogiej jadłodajni koło dworca. Po jedzeniu mieliśmy się z nim spotkać i odbyć przełożoną z poprzedniego dnia nocną wycieczkę po Waszyngtonie.

– Może zjadłby pan z nami dzisiaj? – zaproponował ojciec. – Smutno tak ciągle jeść samemu.

– Nie chciałbym państwa krępować, panie Roth.

– Co też pan mówi! Jest pan świetnym przewodnikiem i byłoby nam naprawdę bardzo miło. Ja zapraszam.

Jadłodajnia miała jeszcze większe powodzenie wieczorem niż za dnia: wszystkie miejsca były zajęte, a długa kolejka klientów czekała przy bufecie na wybrane dania, które nakładali na talerze trzej mężczyźni w białych fartuchach i czapkach, tak pochłonięci pracą, że nie mieli nawet czasu obetrzeć potu z twarzy. Przy stoliku matka z ulgą wcieliła się w swoją domową rolę – „Kochanie, nie pochylaj się nad talerzem, kiedy jesz” – a towarzystwo pana Taylora, który siedział z nami jak krewny lub przyjaciel domu, nie było może tak szokująco nowym doświadczeniem, jak eksmisja z hotelu Douglas, ale pozwalało na bliską obserwację kogoś, kto wychował się w stanie Indiana. Z całej naszej grupki jedynie ojciec zwracał uwagę na innych biesiadników, którzy zaśmiewali się, palili papierosy i ze smakiem zajadali reklamowaną z francuska specjalność dnia – pieczeń wołową au jus i placek z orzechów pekanowych a la mode - podczas gdy on obracał w dłoni szklankę z wodą, najwyraźniej głowiąc się, jak to możliwe, że problemy życiowe innych ludzi są tak niepodobne do jego własnych.

Gdy wreszcie zdobył się na głośne wyrażenie swych refleksji – absorbujących go zdecydowanie bardziej niż jedzenie – zwrócił się nie do nas, ale do pana Taylora, który kosztował właśnie pierwszy kęs zamówionego na deser placka z amerykańskim serem na wierzchu.

– Jesteśmy żydowską rodziną, panie Taylor. Teraz już sam pan to wie, o ile nie wiedział pan od początku, gdyż z tego właśnie powodu wyrzucono nas wczoraj z hotelu. To był wielki szok. Trudno przejść nad czymś takim do porządku dziennego. Szok, bo chociaż podobny incydent mógł się zdarzyć i bez prezydentury tego człowieka, to faktem jest, że on został prezydentem, a nie jest przyjacielem Żydów. Jest przyjacielem Adolfa Hitlera.

– Herman! – szepnęła matka. – Przestraszysz małego.

– Mały i tak już wszystko wie – zgasił ją ojciec i dalej mówił do pana Taylora: – Słuchał pan kiedy Winchella? Przytoczę panu słowa Waltera Winchella: „Czy ich dyplomatyczne porozumienie obejmowało jakieś inne kwestie, czy omawiali inne tematy i doszli do zgody? Czy osiągnęli porozumienie w sprawie amerykańskich irydów, a jeśli tak, to jakie?”. Tyle odwagi ma nasz Winchell. Takimi słowami ośmiela się przemawiać na cały kraj.

Ktoś stanął nagle tak blisko przy naszym stole, że wręcz zaglądał nam w talerze. Był to potężny, wąsaty starszy mężczyzna, z zatkniętą za pasek papierową serwetką, purpurowy na twarzy od tego, co miał nam do powiedzenia. Jeszcze przed chwilą siedział i jadł przy sąsiednim stoliku. Teraz jego towarzysze nachylili się w naszą stronę, ciekawi tego, co nastąpi.

– Co jest, kolego? – zagadnął go mój ojciec. – Odsuń no się pan, Jeśli łaska.

– Winchell to Żyd! – bluznął tamten. – Na płatnych usługach brytyjskiego rządu!

Ojciec poderwał gwałtownie obie ręce, jakby chciał wbić nóż i widelec w opasły brzuch obcego. Gestem tym dostatecznie wyraził swoje oburzenie – a jednak wąsacz ani drgnął. Jego wąsy nie przypominały przystrzyżonego w kwadrat czarnego zarostu pod nosem Hitlera, lecz raczej fantazyjny, podkręcony na końcach biały wąs prezydenta Tafta z jasnoczerwonego znaczka za pięćdziesiąt centów z trzydziestego ósmego roku.

– Drugiego takiego pyskatego Żydziska z nadmiarem władzy… – zaczął grubas.

– Dość tego! – krzyknął pan Taylor i zerwawszy się z miejsca, stanął, chociaż taki był malutki, między zwalistą postacią obcego a moim wściekłym ojcem, przyciśniętym do stolika przez napierający na niego komiczny duet.

Pyskate Żydzisko. Po raz drugi w ciągu niespełna czterdziestu ośmiu godzin.

Dwaj odziani w fartuchy mężczyźni zza bufetu wyskoczyli na salę i ujęli pod pachy naszego napastnika.

– To nie saloon na pańskim zadupiu – skarcił go jeden. – i niech pan o tym nie zapomina.

Doprowadzili go do stolika, wcisnęli w krzesło, a potem ten, który go zbeształ, podszedł do nas i powiedział:

– Proszę częstować się kawą bez ograniczeń. Przyniosę chłopcom jeszcze po jednej porcji lodów. Niech państwo spokojnie kończą kolację. Ja tu jestem właścicielem, nazywam się Wilbur i oferuję państwu wszystkie desery na koszt firmy. Zaraz podam świeżej wody z lodem.

– Dziękuję – odparł na to mój ojciec dziwnie sztucznym głosem, jak z automatu. – Dziękuję – powtórzył. – Dziękuję.

– Herman, proszę cię – szepnęła matka. – Wyjdźmy stąd.

– Mowy nie ma. Absolutnie. Kończymy jedzenie. – Odchrząknął i po chwili dodał: – Dziś zwiedzamy Waszyngton nocą. Nie wracamy do domu, póki nie zwiedzimy Waszyngtonu nocą.

Innymi słowy, wieczór miał dobiec końca zgodnie z planem, a my mieliśmy nie dać się zastraszyć. Dla Sandy’ego i dla mnie oznaczało to dodatkowe wielkie porcje lodów, podane do stolika przez jednego z bufetowych.

Minęło parę minut, zanim atmosfera w jadłodajni znów ożyła, choć bez wcześniejszej werwy – powróciło szuranie krzeseł, szczęk sztućców, pobrzękiwanie talerzy.

– Napijesz się jeszcze kawy? – spytał ojciec matkę. – Słyszałaś, co powiedział właściciel: możemy pić do woli.

– Nie – wymamrotała. – Już nie.

– A pan, panie Taylor, kawki?

– Nie, dziękuję.

– Ciekaw jestem… – rzekł ojciec do pana Taylora, sztywno jeszcze, kulawo, ale z wyraźną intencją stłumienia kłębiących się w nim przykrych emocji. – Ciekaw jestem, co pan robił wcześniej? A może zawsze był pan przewodnikiem po Waszyngtonie?

Nagle znów zabrzmiał głos człowieka, który poinformował nas przed chwilą, że Walter Winchell, tak jak wcześniej Benedict Arnold, sprzedał się Brytyjczykom.

– Nie martwcie się – mówił grubas do swoich kompanów – Żydzi prędko dostaną za swoje.

W panującej na sali ciszy słowa jego dotarły do wszystkich, zwłaszcza że bynajmniej nie starał się ściszyć głosu. Połowa biesiadników nie podniosła nawet wzroku znad talerzy, udając, że nic nie słyszeli, ale kilka osób odwróciło się, by popatrzeć na haniebne indywidua.

Tarzanie w pierzu i smole oglądałem tylko raz, w westernie, ale przemknęło mi przez myśl: „Wytarzają nas w pierzu i smole”, i wyobraziłem sobie całe nasze upokorzenie oblepiające skórę jak gruby, obmierzły pancerz, którego nie sposób się pozbyć.

Ojciec zamilkł na chwilę, wahając się po raz kolejny, czy walczyć o panowanie nad sytuacją, czy ulec.

– Pytałem właśnie pana Taylora – zwrócił się niespodziewanie do matki, ujmując jej dłoń w obie ręce – o to, czym się zajmował, zanim został przewodnikiem.

Mówiąc to, wyglądał jak zaklinacz, jak ktoś, kto posiadł sztukę pętania cudzej woli i swobody działania.

– Tak – odparła matka. – Słyszałam. – A potem, chociaż łzy udręki znów stanęły jej w oczach, wyprostowała się na krześle i zwróciła do pana Taylora: – No właśnie, proszę nam powiedzieć.

– Jedzcie lody, chłopcy – rzekł ojciec, poklepując nas po plecach, aż do chwili gdy spojrzeliśmy mu w oczy. – Smaczne?

– Tak – odpowiedzieliśmy.

– No to jedzcie spokojnie, nie spieszcie się. – Uśmiechem zmusił nas do uśmiechu, po czym podjął rozmowę z panem Taylorem. – No więc, wracając do tej pana poprzedniej pracy, co pan takiego porabiał?

– Wykładałem w college’u, panie Roth.

– Doprawdy? – zdumiał się ojciec. – Słyszeliście, chłopcy? Jecie kolację z wykładowcą college’u.

– Wykładałem historię – uściślił pan Taylor.

– Powinienem był się domyślić – rzekł ojciec.

– W małym college’u w północno-zachodniej Indianie – dokończył pan Taylor. – W trzydziestym drugim, gdy zamknęli połowę wydziałów, musiałem odejść.

– I co pan robił potem? – spytał ojciec.

– Łatwo sobie wyobrazić. W obliczu bezrobocia i strajków chwytałem się wszystkiego. Zbierałem miętę na bagnach Indiany. Paczkowałem mięso w rzeźni w Hammond. Paczkowałem mydło dla firmy Cudahy we wschodnim Chicago. Przez rok pracowałem w fabryce wyrobów pończoszniczych w Indianapolis. Zatrudniłem się nawet na krótko w Logansport, w tamtejszym szpitalu dla umysłowo chorych, jako salowy. I w końcu fala ciężkich czasów przyniosła mnie aż tutaj.

– Jak się nazywał ten college, w którym pan wykładał? – Wabash.

– Wabash? – powtórzył mój ojciec, jakby samo brzmienie nazwy podziałało na niego kojąco. – No pewnie, wszyscy o nim słyszeli.

– Z czterystu dwudziestoma sześcioma studentami? Nie jestem I taki pewien. Wszyscy słyszeli raczej powiedzonko jednego z naszych wybitnych absolwentów, chociaż niekoniecznie kojarzą go z Wabash. Zasłynął raczej jako wiceprezydent Stanów Zjednoczonych w latach tysiąc dziewięćset dwanaście – tysiąc dziewięćset dwadzieścia. Mówię o naszym wiceprezydencie przez dwie kadencje, Thomasie Rileyu Marshallu.

– Jasne! – ożywił się mój ojciec. – Wiceprezydent Marshall, demokratyczny gubernator Indiany. Za prezydentury innego wielkiego demokraty, Woodrowa Wilsona. To był człowiek z klasą, prezydent Wilson – dodał, skłonny do popisów elokwencji po dwóch dniach szkolenia u pana Taylora. – Człowiek, który miał odwagę mianować Louisa D. Brandeisa członkiem Sądu Najwyższego. Po raz pierwszy w historii Żyd został członkiem Sądu Najwyższego. Wiedzieliście o tym, chłopcy?

Wiedzieliśmy, nieraz nam to wcześniej powtarzał. Ale nigdy dotąd tak tubalnym głosem w zatłoczonej jadłodajni w Waszyngtonie, D. C.

Pan Taylor podchwycił wątek:

– A pewne powiedzonko naszego wiceprezydenta zasłynęło na cały kraj. Pewnego dnia, przewodnicząc debacie Senatu Stanów Zjednoczonych, zwrócił się do senatorów tymi oto słowami: „Rzeczą, której temu krajowi najbardziej potrzeba, jest porządne cygaro za pięć centów”.

Ojciec roześmiał się – istotnie, to dosadne powiedzonko podbiło serca całej jego generacji. Nawet Sandy’emu i mnie nie było obce, bo ojciec często je cytował. Roześmiał się więc szczerze, a potem, aby zadziwić już nie tylko rodzinę, ale i całą klientelę jadłodajni, wobec której już pochwalił głośno Woodrowa Wilsona za mianowanie Żyda do Sądu Najwyższego, obwieścił wszem i wobec:

– Rzeczą, której temu krajowi najbardziej potrzeba, jest nowy prezydent.

Obyło się bez awantury. Zero reakcji. Wyglądało na to, że ojciec, nie poddając się, wygrał pojedynek.

Jest i rzeka Wabash, jeśli się nie mylę? – zagadnął pana Taylora. Najdłuższy dopływ Ohio. Mierzy czterysta siedemdziesiąt pięć mil i płynie przez cały stan ze wschodu na zachód.

– Była też piosenka… – dorzucił ojciec, niemal marzycielskim tonem.

– Ma pan rację – potwierdził pan Taylor. – Bardzo słynna piosenka. Może nawet równie słynna jak Yankee Doodle. Napisał ją Paul Dresser w roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym siódmym, a nosi tytuł Na brzegach Wabash, daleko stąd.

– No jasne! – ucieszył się ojciec.

– Ulubiona piosenka naszych żołnierzy z wojny hiszpańsko-amerykańskiej w roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym ósmym. W roku dziewięćset trzynastym ogłoszono ją hymnem stanowym Indiany. Dokładnie mówiąc, czwartego marca.

– Jasne, jasne, przecież ją znam.

– Jak każdy chyba Amerykanin – powiedział pan Taylor.

I nagle, w dziarskim tempie i tak głośno, żeby wszyscy usłyszeli, ojciec zaintonował: „Przez sykomory błyska światło świec… ”.

– Dobrze – pochwalił nasz przewodnik. – Bardzo dobrze. – Po czym, zauroczony brawurowym barytonem ojca, ten poważny, mikry człowiek-encyklopedia nareszcie się uśmiechnął.

– Mój mąż – odezwała się matka, już bez śladu łez – ma piękny głos.

– To prawda – przyznał pan Taylor.

I choć obyło się bez aplauzu – jeśli nie liczyć oklasków Wilbura zza bufetu – wstaliśmy wszyscy jak jeden mąż, aby opuścić lokal, zanim pryśnie czar naszego małego triumfu i mężczyzna z prezydenckim wąsiskiem dostanie szału.

3

CZERWIEC 1941 – GRUDZIEŃ 1941

Jak chrześcijanie

Dwudziestego drugiego czerwca czterdziestego pierwszego roku niemiecko-radziecki pakt o nieagresji – podpisany dwa lata wcześniej, zaledwie parę dni przed poprzedzonym inwazją podziałem Polski między obu dyktatorów – złamany został bez uprzedzenia przez Hitlera, który, opanowawszy już Europę kontynentalną, ośmielił się ruszyć na podbój gigantycznych terytoriów rozciągających się od Polski poprzez całą Azję aż po Pacyfik, kierując zmasowany atak na wschód przeciwko oddziałom Stalina. Tego samego dnia wieczorem prezydent Lindbergh wygłosił z Białego Domu orędzie do narodu, w którym podziwiał kolosalną ekspansję wojenną Hitlera i, zdumiewając nawet mojego ojca, jawnie wychwalał niemieckiego Führera. „Aktem tym – obwieścił prezydent – Adolf Hitler utwierdził swą pozycję największego obrońcy świata przed zalewem komunizmu i zła związanego z tym systemem. Nie mówię tego, by umniejszyć wysiłki imperialnej Japonii. Japończycy, dążąc do modernizacji skorumpowanych feudalnych Chin Chiang Kai-sheka, są równie oddani sprawie wykorzenienia fanatycznej chińskiej mniejszości komunistycznej, której celem jest objęcie kontroli nad tym wielkim krajem i, wzorem bolszewików w Rosji, przekształcenie Chin w komunistyczny obóz-więzienie. Jednak to Hitlerowi cały świat winien jest dziś wdzięczność za atak na Związek Radziecki. Jeśli armia niemiecka odniesie sukces w walce z sowieckimi bolszewikami – a mamy wszelkie przesłanki wierzyć, że tak właśnie będzie – Ameryka nigdy nie stanie wobec zagrożenia ze strony zachłannego komunistycznego państwa, próbującego narzucić swój zgubny ustrój reszcie świata. Mogę tylko wyrazić nadzieję, że internacjonaliści zasiadający nadal w Kongresie Stanów Zjednoczonych zrozumieją nareszcie, iż gdybyśmy dali się wciągnąć w tę wojnę po stronie Wielkiej Brytanii i Francji, nasz wspaniały demokratyczny kraj znalazłby się teraz w sojuszu ze zbrodniczym reżimem Sowietów. Dzisiaj armia niemiecka ruszyła na wojnę, którą w innych okolicznościach przyszłoby toczyć żołnierzom amerykańskim”.

Mimo to, jak przypomniał prezydent rodakom, nasze wojska są gotowe i długo jeszcze pozostaną w gotowości, za sprawą pokojowego poboru, ustanowionego przez Kongres na jego wniosek, a obejmującego dwuletnie obowiązkowe szkolenie wojskowe dla osiemnastolatków i ośmioletnią służbę w rezerwie, co pozwoli zrealizować dwoisty cel prezydenta: „powstrzymanie Ameryki przed udziałem w obcych wojnach i utrzymanie obcych wojen z dala od Ameryki”. Hasło „niepodległa przyszłość Ameryki” padło co najmniej piętnaście razy w Lindberghowskim przemówieniu o stanie państwa, i jeszcze raz na zakończenie orędzia wygłoszonego wieczorem dwudziestego drugiego czerwca. Kiedy spytałem ojca, co te słowa znaczą – zaniepokojony nagłówkami w gazetach i przytłoczony własnymi domysłami, coraz częściej dopytywałem się o znaczenie pewnych sformułowań – zmarszczył brwi i odpowiedział:

– To znaczy, że odwracamy się od przyjaciół. Że z przyjaciół robimy sobie wrogów. A wiesz, synu, co to oznacza? To oznacza zniszczenie wszystkiego, co symbolizuje Ameryka.

Pod auspicjami organizacji Zwykli Ludzie – scharakteryzowanej przez nowo stworzoną przez Lindbergha Organizację Asymilacji Amerykańskiej jako „ochotniczy program pracy zapoznający młodzież miejską z tradycjami życia w rolniczym centrum kraju” – mój brat wyjechał ostatniego dnia czerwca czterdziestego pierwszego roku na letnie „terminowanie” u hodowcy tytoniu w Kentucky. Ponieważ nigdy wcześniej nie oddalał się sam od domu, ponieważ rodzina nasza nigdy wcześniej nie żyła w takiej niepewności, ponieważ ojciec sprzeciwiał się ostro temu, co samo istnienie OAA sugerowało w kwestii naszego statusu obywatelskiego, a także ponieważ stale martwiliśmy się o Alvina, służącego już w armii kanadyjskiej, wyjazd Sandy’ego kosztował nas sporo emocji. Źródłem, z którego Sandy czerpał siłę do odpierania argumentów rodziców przeciwko jego przynależności do Zwykłych Ludzi – i z którego przede wszystkim zaczerpnął sam pomysł przystąpienia do ruchu – było poparcie żywiołowej młodszej siostry mojej matki, Evelyn, podówczas asystentki rabbiego Lionela Bengelsdorfa, mianowanej przez nową administrację dyrektorką naczelną OAA na stan New Jersey. Oficjalnym celem OAA była realizacja programów „zachęcających religijne i narodowe mniejszości amerykańskie do pełniejszej integracji z ogółem społeczeństwa” – jednak wiosną czterdziestego pierwszego roku jedyną mniejszością, która zdawała się poważnie interesować OAA, była mniejszość żydowska. Zwykli Ludzie zamierzali usunąć setki żydowskich chłopców w wieku od lat dwunastu do osiemnastu z miast, gdzie mieszkali i chodzili do szkoły, aby na osiem tygodni przenieść ich do pracy przy rodzinach farmerskich w odległości kilkuset mil od domu. Plakaty wychwalające nowy program wakacyjny rozwieszono na szkolnych tablicach ogłoszeniowych w Chancellor i sąsiednim gimnazjum Weequahic, gdzie uczniowie, tak samo jak u nas, rekrutowali się niemal w stu procentach spośród Żydów. Pewnego kwietniowego dnia zjawił się w naszej szkole przedstawiciel OAA na stan New Jersey, który wygłosił pogadankę o misji programu, adresowaną do chłopców od dwunastu lat wzwyż – a wieczorem Sandy zasiadł do kolacji z formularzem zgłoszenia, wymagającym podpisu rodziców.

– Czy ty rozumiesz, co ten program naprawdę ma na celu? – spytał go ojciec. – Rozumiesz, dlaczego Lindbergh chce oderwać takich chłopców jak ty od rodzin i wysłać do roboty na wieś? Masz pojęcie, co się za tym kryje?

– To nie ma nic wspólnego z antysemityzmem, jeśli o to ci chodzi. Tobie wciąż tylko jedno w głowie. A to jest po prostu wielka szansa.

– Szansa na co?

– Żeby pomieszkać na farmie. Wyjechać do Kentucky. Narysować wszystko, co tam zobaczę. Traktory. Stodoły. Zwierzęta. Najróżniejsze zwierzęta. Przecież nie wysyłają cię tam, żebyś rysował zwierzęta – perswadował mu ojciec. – Wysyłają cię, żebyś nosił zwierzętom pomyli-. Wysyłają cię do przerzucania gnoju. Pod wieczór będziesz taki zmachany, że na nogach nie ustoisz, nie mówiąc już o rysowaniu zwierząt.

– Pomyśl o swoich rękach – ostrzegała matka. – Farmy są otoczone drutem kolczastym. Maszyny rolnicze mają potężne ostrza. I ‘okaleczysz sobie ręce, i co będzie? Nigdy więcej niczego nie narysujesz. Myślałam, że pójdziesz w czasie wakacji na kurs rysunku do gimnazjum plastycznego. Miałeś się uczyć u pana Leonarda.

– Z tym jeszcze zdążę. A mam szansę zobaczyć Amerykę.

Nazajutrz przyszła do nas na kolację ciotka Evelyn, zaproszona przez matkę w tych godzinach, które Sandy miał spędzić u kolegi przy odrabianiu lekcji – chodziło o to, żeby nie był świadkiem awantury o Zwykłych Ludzi, która musiała wybuchnąć między ciotką a moim ojcem, i istotnie wybuchła, ledwo ciotka Evelyn przekroczyła próg naszego domu i oznajmiła, że zajmie się osobiście zgłoszeniem Sandy’ego, gdy tylko wpłynie ono do biura.

– Nie okazuj nam szczególnych względów – powiedział bez uśmiechu mój ojciec.

– Czy to znaczy, że go nie puścisz?

– A dlaczego miałbym go puścić?

– A dlaczego nie? – odparowała ciotka Evelyn. – Chyba że i ty należysz do Żydów, którzy boją się własnego cienia.

Przy obiedzie temperatura ich sporu wzrosła: ojciec twierdził, że Zwykli Ludzie to pierwszy krok Lindbergha w kierunku oddzielenia żydowskich dzieci od rodziców i zniszczenia solidarności rodziny żydowskiej, ciotka Evelyn natomiast argumentowała bez ogródek, że tacy Żydzi jak jej szwagier powinni się najbardziej bać tego, że dzieci odziedziczą po nich ciasne horyzonty i lęki.

Alvin był rodzinnym odszczepieńcem ze strony ojca, a Evelyn ze strony matki. Parę lat wcześniej, jako rezerwowa nauczycielka szkół podstawowych w Newark, uczestniczyła aktywnie w zakładaniu lewicowego, w znacznej mierze żydowskiego, Związku Nauczycieli Newark, którego kilkusetosobowa rzesza członków współzawodniczyła ze starszym, apolitycznym stowarzyszeniem nauczycieli w negocjacjach warunków pracy z władzami miasta. W roku czterdziestym pierwszym Evelyn liczyła sobie zaledwie trzydzieści jeden lat i jeszcze dwa lata wcześniej, do śmierci babci na zawał po dziesięcioletniej ciężkiej chorobie wieńcowej, opiekowała się niesprawną matką, zajmującą małe mieszkanko na górze ich wspólnego domku na Dewey Street, niedaleko szkoły przy Hawthorne Avenue, gdzie Evelyn najczęściej miewała zastępstwa. W dniach, kiedy sąsiadka nie mogła zająć się babcią, moja matka jeździła autobusem na Dewey Street i opiekowała się chorą do powrotu Evelyn z pracy, a gdy w sobotę wieczorem Evelyn wybierała się z gronem znajomych intelektualistów do teatru w Nowym Jorku, albo ojciec przywoził babcię do nas, albo mama jechała do niej na Dewey Street. Często się zdarzało, że ciotka Evelyn nie wracała na noc z Nowego Jorku – nawet jeśli obiecywała wrócić przed północą – i wówczas moja matka musiała spędzić noc z dala od męża i dzieci. Zdarzało się też, że Evelyn nie wracała do domu po szkole, a to z powodu długotrwałego burzliwego romansu z rezerwowym nauczycielem z North Newark, który, podobnie jak ona, był gorliwym aktywistą związkowym, ale w odróżnieniu od niej był żonatym Włochem z trójką dzieci.

Moja matka zawsze twierdziła, że gdyby nie to, że Evelyn była przez lata uziemiona w domu koniecznością sprawowania opieki nad chorą matką, na pewno po uzyskaniu dyplomu pedagogicznego wyszłaby za mąż i nie wdawałaby się w „niezdrowe” związki z żonatymi kolegami po fachu. Wydatny nos nie odbierał jej w oczach ogółu „uderzającej” urody: prawdą jest, co zauważyła kiedyś moja matka, że gdy drobniutka Evelyn wkraczała do pokoju – energiczna brunetka o idealnej, choć zminiaturyzowanej kobiecej sylwetce, wielkich czarnych oczach, lekko skośnych, jak u kota, i ustach umalowanych krzykliwie karminową szminką – odwracali się w jej stronę wszyscy, zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Lakierowane jak lśniący pancerz włosy spinała w kok, wyskubywała brwi w dramatycznie wzniesione łuki, a gdy szła na zastępstwo do szkoły, wkładała barwne spódnice z szerokim białym paskiem, szpilki pod kolor i półprzezroczyste pastelowe bluzki. Mój ojciec był zdania, że taki strój nie przystoi nauczycielce, podobnie zresztą sądziła dyrektorka szkoły Hawthorne, ale moja matka, która, słusznie czy nie, winiła siebie za to, że Evelyn „marnuje młodość” przy chorej babci, nigdy nie potrafiła zdobyć się na surową ocenę ekstrawaganckiej siostry, nawet gdy Evelyn porzuciła nauczycielstwo oraz działalność związkową i bez skrupułów zmieniła sympatie polityczne, angażując się do pracy u rabbiego Bengelsdorfa w Lindberghowskiej OAA.

Miało minąć kilka miesięcy, zanim moi rodzice uświadomili sobie, że ciotka Evelyn jest kochanką rabina i że była nią od ich pierwszego spotkania na bankiecie wydanym po wystąpieniu Bengelsdorfa w Związku Nauczycieli Newark na temat „Amerykańskie ideały w ujęciu szkolnym” – a i wówczas uświadomili to sobie tylko dlatego, że Bengelsdorf, opuszczając OAA New Jersey, aby objąć stanowisko dyrektora federalnego tej organizacji z siedzibą w Waszyngtonie, oznajmił na łamach lokalnej prasy Newark, iż mając lat sześćdziesiąt trzy, zaręczył się ze swoją przebojową trzydziestoletnią asystentką.

Wyjeżdżając na wojnę z Hitlerem, Alvin wyobrażał sobie, że najszybciej zobaczy konkretną akcję z pokładu któregoś z kanadyjskich niszczycieli, osłaniających flotę handlową podczas transportu pomocy do Wielkiej Brytanii. Prasa regularnie donosiła o kanadyjskich statkach zatopionych przez niemieckie łodzie podwodne na północnym Atlantyku, niekiedy całkiem blisko lądu, na przybrzeżnych łowiskach Nowej Fundlandii – co jak najgorzej wróżyło Brytyjczykom, dla których Kanada pozostała jedynym właściwie dostarczycielem broni, żywności, lekarstw i maszynerii, odkąd administracja Lindbergha unieważniła ustawę o pomocy, przyjętą przez Kongres Roosevelta. W Montrealu Alvin poznał młodego amerykańskiego dezertera, który poradził mu porzucić marynarkę na rzecz kanadyjskich komandosów – to oni działali w ogniu walki, dokonując nocnych nalotów na okupowany przez nazistów kontynent, sabotując najważniejsze dla Niemców placówki, wysadzając w powietrze arsenały broni, a także, we współpracy z komandosami brytyjskimi i europejskim podziemnym ruchem oporu, niszcząc doki i urządzenia portowe na całym zachodnim wybrzeżu Europy. Gdy nowy znajomy zrelacjonował Alvinowi liczne metody zabijania, których uczyli swych rekrutów komandosi, mój kuzyn porzucił pierwotny plan i zaciągnął się do tej formacji. Komandosi, podobnie jak reszta kanadyjskich sił zbrojnych, chętnie przyjmowali w swoje szeregi wykwalifikowanych obywateli amerykańskich. Po szesnastu tygodniach treningu Alvin przydzielony został do jednostki komandoskiej i przetransportowany do tajnej bazy wypadowej na terenie wysp brytyjskich. Wtedy dopiero dał nam znać o sobie, przysyłając list składający się z sześciu słów: „Ruszam do boju. Do zobaczenia wkrótce”.

Zaledwie parę dni po tym, jak Sandy wyjechał sam nocnym pociągiem do Kentucky, rodzice otrzymali drugi list, tym razem nie od Alvina, lecz z Departamentu Wojny w Ottawie. List informował wskazanych przez Alvina najbliższych krewnych, że ich bratanek został ranny w akcji i przebywa na rekonwalescencji w szpitalu w Dorset, Anglia. Wieczorem po kolacji matka zasiadła z powrotem do uprzątniętego stołu w kuchni, z piórem wiecznym i pudełkiem oznaczonej monogramem papeterii, którą rezerwowała dla korespondencji szczególnej wagi. Ojciec usadowił się na wprost matki, a ja stanąłem tak, by patrzeć jej przez ramię na rozwijający się spod pióra równy łańcuszek pochyłej kaligrafii, którą opanowała, pracując jako sekretarka, a potem od najmłodszych lat uczyła jej Sandy’ego i mnie – trzeci i czwarty palec usztywniają dłoń, a palec wskazujący opiera się bliżej stalówki niż kciuk. Każde zdanie matka przed zapisaniem wypowiadała głośno, aby ojciec mógł coś zmienić lub dodać.

Najdroższy Alvinie!

Dziś rano otrzymaliśmy list od rządu kanadyjskiego z wiadomością, że zostałeś ranny w akcji i leżysz w szpitalu w Anglii. List ten nie zawierał ponadto żadnych szczegółowych informacji, poza Twoim adresem korespondencyjnym.

Siedzimy w tej chwili przy stole w kuchni, wuj Herman, Philip i ciotka Bess. Chcielibyśmy dowiedzieć się wszystkiego o Twoim stanie zdrowia. Sandy wyjechał na lato, ale napiszę mu o Tobie bezzwłocznie.

Czy jest szansa, że zostaniesz przewieziony do Kanady? Jeżeli tak, to przyjedziemy Cię odwiedzić. Tymczasem przesyłamy Ci ucałowania, mając nadzieję, że napiszesz do nas z Anglii. Napisz, prosimy bardzo, albo poproś kogoś o napisanie w Twoim imieniu, zrobimy wszystko, czego sobie życzysz.

Jeszcze raz serdeczne ucałowania. Tęsknimy za Tobą.

Podpisaliśmy się pod tym wszyscy troje. Minął prawie miesiąc, zanim przyszła odpowiedź.

Szanowni Państwo Roth!

Kapral Alvin Roth otrzymał list Państwa z 5 lipca. Jestem starszym sanitariuszem oddziału, na którym leży. Przeczytałem mu list Państwa kilkakrotnie, aby mieć pewność, że rozumie, kto i co do niego napisał.

Na razie kapral Roth nie jest zdolny do porozumiewania się z otoczeniem. Stracił lewą nogę do kolana i został poważnie ranny w prawą stopę. Stopa goi się, a odniesiona w niej rana nie powinna spowodować kalectwa. Po zagojeniu lewej nogi pacjent otrzyma protezę i zostanie nauczony, jak jej używać.

To ciężkie chwile dla kaprala Rotha, ale zapewniam Państwa, że z czasem zdoła on wrócić do życia cywilnego, nie odczuwając większych problemów fizycznych. Nasz szpital zajmuje się tylko amputacjami i oparzeniami. Widziałem wielu mężczyzn przeżywających trudności psychologiczne, jakie teraz przeżywa kapral Roth – większość wychodzi z nich obronną ręką i mam szczerą nadzieję, że tak będzie również z kapralem Rothem.

Z poważaniem Por. A. F. Cooper

Raz w tygodniu Sandy donosił nam listownie, że ma się świetnie, pisał o upałach w Kentucky i kończył zdaniem dotyczącym życia na farmie – na przykład: „Czarne porzeczki obrodziły nadzwyczajnie” albo: „Byczkom straszliwie dokuczają muchy”, albo: „Dzisiaj ścinają lucernę”, albo: „Zaczęła się przycinka” – cokolwiek to ostatnie mogło znaczyć. A poniżej podpisu – może po to, by udowodnić ojcu, że jednak starcza mu sił na działalność artystyczną, nawet po całodziennej pracy na farmie – rysował świnię (z adnotacją: „Ta świnia waży ponad trzysta funtów!”), psa („To jest Suzie, pies Orina, jej specjalnością jest odstraszanie żmij”), jagniątko („Pan Mawhinney wywiózł wczoraj na aukcję 30 jagniąt”) albo stodołę („Właśnie pomalowali ją kreozotem. Fe!”). Rysunki zajmowały zwykle znacznie więcej miejsca niż tekst, a ku zmartwieniu mojej matki, pytania, które zadawała Sandy’emu w swoim cotygodniowym liście – czy nie przysłać mu czegoś z ubrania, lekarstw albo pieniędzy – bardzo rzadko uzyskiwały odpowiedzi. Ja, oczywiście, wiedziałem, że matka kocha nas obu jednakowo, ale dopiero gdy Sandy wyjechał do Kentucky, przekonałem się, ile znaczył dla niej jako ktoś całkiem odmienny od młodszego brata. Chociaż nie rozpaczała z powodu ośmiotygodniowej rozłąki z trzynastoletnim już, bądź co bądź, synem, to przez całe lato czuło się w jej zachowaniu jakąś nostalgię, widoczną w pewnych gestach i minach, zwłaszcza przy kuchennym stole podczas kolacji, gdy czwarte krzesło dzień za dniem pozostawało puste.

Kiedy w sobotę pod koniec sierpnia wyszliśmy po Sandy’ego na stację Penn w Newark, towarzyszyła nam ciotka Evelyn. Była ona ostatnią osobą, której asysty życzył sobie mój ojciec, ale tak jak wbrew własnym inklinacjom uległ w końcu i pozwolił Sandy’emu za pośrednictwem Zwykłych Ludzi podjąć pracę w Kentucky, tak i teraz pogodził się z wpływem szwagierki na swojego syna, aby nie pogarszać sprawy, której rzeczywiste niebezpieczeństwo nie było jeszcze do końca jasne.

Na stacji to właśnie ciotka Evelyn pierwsza rozpoznała Sandy’ego, kiedy wysiadł z pociągu na peron, dobre dziesięć funtów cięższy niż przed wyjazdem, z włosami rozjaśnionymi od pracy na skąpanych w letnim słońcu polach. Wyrósł też o parę cali, tak że spodnie kończyły mu się nad cholewkami butów. Ogólnie miałem wrażenie, że patrzę na brata w przebraniu.

– Hej, farmerze! – krzyknęła ciotka Evelyn. – Tu jesteśmy!

Sandy zbliżył się rozkołysanym krokiem, wymachując niesionymi w obu rękach torbami i demonstrując nam nowy chód człowieka natury, harmonizujący z jego nową postacią.

– Witaj w domu, nieznajomy! – powitała go matka i radosnym gestem młodej dziewczyny zarzuciła mu ręce na szyję, szepcząc w ucho: – Widział ktoś takiego przystojnego chłopaka? – na co Sandy żachnął się:

– Mamo! Wyhamuj! – wywołując tym gromki śmiech reszty rodziny.

Uściskaliśmy go wszyscy po kolei, a on, stojąc obok pociągu, do którego wsiadł siedemset pięćdziesiąt mil od Newark, naprężył bicepsy, żebym mógł się przekonać, jakie są twarde. W samochodzie, gdy zaczął odpowiadać na nasze pytania, usłyszeliśmy, że głos mu pogrubiał i pobrzmiewa w nim zaciągający, nosowy akcent.

Ciotka Evelyn triumfowała. Sandy opowiadał o ostatniej swojej pracy na plantacji: razem z Orinem, jednym z synów Mawhinneya, zbierali porzucone po żniwach tytoniowe liście. Są to, jak wyjaśnił nam Sandy, liście rosnące najniżej, tak zwane „spady”, z których otrzymuje się ekstra klasy tytoń, najwyżej ceniony na rynku. Ale ludzie ścinający tytoń na obszarze dwudziestu pięciu akrów nie mogą, tłumaczył Sandy, zajmować się liśćmi leżącymi na ziemi, bo nigdy nie zebraliby trzech tysięcy wiązek tytoniu dziennie, żeby zapełnić suszarnię w dwa tygodnie.

– Hola, hola! – przerwała mu ciotka Evelyn. – Co to jest wiązka, kochany?

Sandy odpowiedział jej na to chętnie i wyczerpująco.

A co to jest suszarnia? – pytała dalej. A ścinka górnych pędów? A obrywanie wilków? A odrobaczanie? Im więcej pytań zadawała ciotka Evelyn, tym bardziej autorytatywnie wypowiadał się Sandy. Gdy zajechaliśmy na Summit Avenue i ojciec skręcił pod dom, mój brat wciąż perorował o hodowli tytoniu, jakby spodziewał się, że wszyscy razem pognamy natychmiast na podwórko, szykować zachwaszczone miejsce przy śmietniku pod pierwszą w Newark hodowlę przedniego tytoniu white burley.

– Słodzony burley nadaje smak lucky strike’om – poinformował nas Sandy.

Ja tymczasem nie mogłem się doczekać, kiedy znów pomacam jego bicepsy, które wydały mi się równie niezwykłe jak regionalny akcent (kto wie, czy autentyczny), z którym przemawiał – mówił, na przykład, „nie mogie”, „pamniętam”, „łognisko”, „nazad”, „poszlimy”, „zrobilimy”. Jakkolwiek nazwać tę odmianę angielszczyzny, całkiem inaczej mówiło się u nas w New Jersey.

Ciotka Evelyn triumfowała, a ojciec coraz bardziej sztywniał, nie mówił nic, a wieczorem przy kolacji z ponurą miną słuchał opowieści Sandy’ego o tym, jakim super facetem jest pan Mawhinney. Po pierwsze, pan Mawhinney ukończył wydział rolnictwa na Uniwersytecie Kentucky, natomiast mój ojciec, jak większość dzieci z przedwojennych slumsów Newark, zakończył edukację na ósmej klasie szkoły powszechnej. Pan Mawhinney był właścicielem nie jednej, lecz trzech farm (z czego dwie mniejsze oddał w dzierżawę) na ziemiach stanowiących własność jego rodziny chyba od czasów Daniela Boone’a, gdy tymczasem mój ojciec mógł poszczycić się najwyżej posiadaniem sześcioletniego samochodu. Pan Mawhinney umiał siodłać konia, prowadzić traktor, obsługiwać młockarnię, jeździć rozrzucarką do nawozów, orać z równą wprawą parą mułów, jak parą wołów; umiał stosować przemienny system upraw i zarządzać najemnymi robotnikami, biało – i czarnoskórymi; umiał naprawić każde narzędzie, naostrzyć pług i kosiarkę, postawić parkan, założyć drut kolczasty; umiał hodować kury, strzyc owce, spiłowywać rogi bydłu, szlachtować świnie, wędzić bekon, przyrządzać szynki – a melony z jego hodowli były najsłodsze i najsoczystsze ze wszystkich, jakich Sandy kiedykolwiek kosztował. Uprawiając tytoń, kukurydzę i ziemniaki, pan Mawhinney żył wyłącznie z ziemi, a na jego niedzielny obiad (na który ów farmer wzrostu sześciu stóp i trzech cali oraz wagi dwustu trzydziestu funtów zjadał więcej pieczonych kurczaków w śmietanowym sosie niż cała reszta stołowników razem wzięta) składały się wyłącznie płody z własnej hodowli, podczas gdy mój ojciec umiał tylko sprzedawać polisy ubezpieczeniowe. Rozumiało się samo przez się, że pan Mawhinney jest chrześcijaninem, wiernym członkiem przeważającej większości amerykańskiego społeczeństwa, która walczyła w Rewolucji, dała początek narodowi, okiełznała dziką przyrodę, pokonała Indian, wzięła do niewoli Murzynów, zniosła niewolnictwo Murzynów i dokonała segregacji rasowej – jednym z milionów tych porządnych, czystych, pracowitych chrześcijan, którzy zasiedlili pogranicze, pozakładali farmy, pobudowali miasta, objęli rządy w poszczególnych stanach, zasiedli w Kongresie, zajęli Biały Dom, zgromadzili fortuny, zawłaszczyli ziemię uprawną, huty, kluby piłkarskie, linie kolejowe i banki, nawet język, którego czystości strzegli – jednym z tych niezatapialnych nordyckich i anglosaskich protestantów, którzy zawsze rządzili i zawsze będą rządzili Ameryką – generałów, dygnitarzy, magnatów, krezusów, ludzi, którzy ustanawiają prawa, dyktują reguły gry i cytują ustawę o zamieszkach, kiedy tylko im to wygodne – a tymczasem mój ojciec, oczywiście, był tylko Żydem.

Sandy dowiedział się o Alvinie wkrótce po wyjściu ciotki Evelyn Ojciec został przy stole w kuchni nad książkami rachunkowymi, szykując się do wieczornego obchodu klientów, a matka z Sandym zeszli do piwnicy posortować ubrania, które mój brat przywiózł z Kentucky – wybrać te, które przed praniem wymagały reperacji, a resztę wyrzucić. Matka zawsze brała się natychmiast do tego, co było do zrobienia, więc i teraz chciała przed spaniem uporać się z brudnymi ciuchami Sandy’ego. Towarzyszyłem im, zapatrzony w brata jak w obraz. Sandy już dawniej wiedział dużo więcej ode mnie, a teraz, po powrocie z Kentucky, był jeszcze mądrzejszy.

Muszę powiedzieć ci o Alvinie – zwróciła się do niego matka.

Nie chciałam pisać, żeby… żebyś nie doznał szoku, mój kochany.

Po tym wstępie, uważając bardzo, żeby się nie rozpłakać, oznajmiła cicho: – Alvin został ranny. Leży w szpitalu w Anglii. Leczy się z ran.

– Kto go zranił? – spytał zaskoczony Sandy, jakby wieść dotyczyła lokalnej awantury, a nie okupowanej przez nazistów Europy, gdzie kalectwo, rany i śmierć były na porządku dziennym.

– Szczegółów nie znamy – odparła matka. – Ale to nie była powierzchowna rana. Muszę powiedzieć ci coś bardzo smutnego, Sanfordzie. – Mimo że za wszelką cenę usiłowała dodać nam otuchy, jej głos załamał się nagle, gdy wyznała: – Alvin stracił nogę.

– Nogę? – Niewiele jest słów równie jednoznacznych jak „noga”, a jednak mój brat przez dobrą chwilę nie pojmował tego, co usłyszał.

– Tak. Dostaliśmy list od jednego z jego pielęgniarzy. Stracił lewą nogę do kolana. A po chwili, jakby to miało załagodzić sytuację, dodała: – Jeśli chcesz, przeczytaj sobie sam ten list, leży na górze.

– Ale… jak on będzie chodził?

– Dadzą mu sztuczną nogę.

– Dalej nie rozumiem, kto go zranił. Jak to się stało?

– Alvin był na wojnie z Niemcami – odparła matka – więc to musiał być jakiś Niemiec.

Sandy, wciąż z trudem przyswajając hiobową wieść, spytał:

– Którą nogę?

– Lewą – odpowiedziała matka, najdelikatniej jak umiała.

– Całą? Do samej góry?

– Nie, nie, nie – zaprzeczyła pospiesznie. – Mówiłam ci już, kochanie: do kolana.

Nagle Sandy rozpłakał się, a ponieważ przez lato tak się rozrósł w barach i klatce piersiowej, ponieważ ramiona miał potężne jak mężczyzna, a nie wątłe jak dziecko – jego łzy spływające po ogorzałej twarzy tak mnie zaskoczyły, że sam też uderzyłem w płacz.

– Kochanie, tak, to straszne – przyznała matka. – Ale Alvin nie zginął. Żyje i ma już przynajmniej spokój z wojną.

– Co takiego? – wykrzyknął z rozpaczą Sandy. – Czy ty rozumiesz, co do mnie mówisz?

– O co ci chodzi?

– Nie wiesz, co powiedziałaś? „Ma spokój z wojną”.

– Bo to prawda. Raz na zawsze. I dzięki temu wróci do domu, zanim spotka go coś jeszcze gorszego.

– Ale dlaczego on w ogóle poszedł na wojnę, mamo?

– Ponieważ…

– Przez tatę! – przerwał jej Sandy.

– Kochanie, to nieprawda – zaprotestowała matka i zasłoniła usta ręką, jakby to jej wyrwały się niewybaczalne słowa. – To wcale nie tak. Alvin wyjechał do Kanady, nie uprzedzając nas o tym. Uciekł w nocy, to był piątek. Pamiętasz, jak się zmartwiliśmy. Nikt nie chciał, żeby Alvin szedł na wojnę, on sam tak postanowił.

– Ale tata chce, żeby cały nasz kraj ruszył na wojnę. No powiedz, nie chce tego? Nie po to głosował na Roosevelta?

– Mów ciszej, proszę cię.

– Najpierw dziękujesz Bogu, że Alvin ma spokój z wojną, a…

– Nie podnoś głosu! – Napięcie całego dnia w końcu tak dało się matce we znaki, że, wytrącona z równowagi, krzyknęła na syna, za którym tęskniła boleśnie przez całe lato: – Ty nie wiesz, co mówisz!

– A ty mnie nie słuchasz! – wrzasnął Sandy. – Gdyby nie prezydent Lindbergh…

Znów to nazwisko! Wolałem przeżyć eksplozję bomby niż usłyszeć po raz kolejny to nazwisko, które prześladowało nas wszystkich.

W tej samej chwili w bladym świetle na podeście piwnicznych schodów ukazał się ojciec. Całe szczęście, że stojąc przy głębokiej kadzi do prania, widzieliśmy tylko jego spodnie i buty.

– On się bardzo przejął Alvinem – powiedziała matka, tłumacząc krzyki. – Popełniłam błąd. – I zwracając się do Sandy’ego, dodała: – Nie powinnam była mówić ci tego dziś wieczorem. Chłopcu, który wraca do domu po wielkiej przygodzie, nie jest łatwo… w ogóle nie jest łatwo zmieniać miejsce… musisz być bardzo zmęczony… – Urwała, pokonana własnym zmęczeniem, po czym poleciła nam obu: – Idźcie już na górę, dajcie mi zająć się praniem.

Skierowaliśmy się więc ku schodom, na których, na szczęście, nie było już ojca – wyjechał samochodem na wieczorną rundę po domach klientów.

W łóżku, godzinę później. Światła w całym domu są pogaszone. Mówimy szeptem.

– Naprawdę fajnie ci tam było?

– Fantastycznie.

– Dlaczego?

– Bo fantastycznie jest żyć na farmie. Wstaje się rano, cały dzień na dworze, dokoła pełno zwierząt. Narysowałem masę zwierząt, pokażę ci. I codziennie wieczorem jedliśmy lody. Pani Mawhinney sama je robi. Ze świeżego mleka.

– Każde mleko jest świeże.

– Nie, my mieliśmy mleko prosto od krowy. Jeszcze ciepłe. Stawiało się je na piecu, gotowało, zgarniało śmietankę – i można było pić.

– Nie robiło ci się od niego niedobrze?

– Po to się je gotuje.

– Ale prosto od krowy nie piłeś?

– Raz spróbowałem, ale mi nie smakowało. Za tłuste.

– Doiłeś krowę?

– Orin mi pokazał. To trudna sztuka. Jak Orin doił, wszystkie koty się zbiegały polować na mleko.

– Zaprzyjaźniłeś się tam z kimś?

– Najbardziej z Orinem.

– Orinem Mawhinneyem?

– Tak. Jest w moim wieku. Chodzi tam do szkoły. Pracuje na farmie. Wstaje o czwartej rano. Ma obowiązki gospodarskie. Nie to co my. Do szkoły jeździ autobusem. Czterdzieści pięć minut w jedną stronę. Wraca wieczorem, znów czekają na niego obowiązki gospodarskie, potem odrabia lekcje i idzie spać. A rano znów o czwartej pobudka. Ciężko jest być synem farmera.

– Ale oni są bogaci, prawda?

– Raczej tak.

– Czemu tak dziwnie teraz mówisz?

– A czemu nie? Tak się mówi w Kentucky. Szkoda, że nie możesz posłuchać pani Mawhinney. Ona pochodzi z Georgii. Codziennie rano smaży naleśniki na śniadanie. Z bekonem. Mawhinney sam ten bekon wędzi. W wędzarni. Zna się na tym.

– Codziennie rano jadłeś bekon?

– Codziennie. Pycha. A w niedzielę na śniadanie były naleśniki z jajkami na bekonie. Jaja od własnych kur. Ale jakie! Żółtka prawie czerwone, takie świeżutkie. Podbiera się je kurom, bierze do domu i od razu zjada.

– A szynkę jadłeś?

– Dostawaliśmy szynkę na obiad, zwykle dwa razy w tygodniu. Też własnej roboty pana Mawhinneya. Według starej rodzinnej receptury. Pan Mawhinney mówi, że nie wziąłby do ust takiej szynki, co nie dojrzewała przez rok.

– Kiełbasę też jadłeś?

– Jasne. Też produkcji pana Mawhinneya. Mieloną w specjalnej maszynce. Czasami dostawaliśmy kiełbasę zamiast bekonu. Smaczna jest. Albo zrazy wieprzowe. Też pycha. Fantastyczne. Nie rozumiem, dlaczego my tu nie jemy takich rzeczy.

– Bo są ze świńskiego mięsa.

– No i co z tego? A jak myślisz, po co farmerzy hodują świnie? Żeby sobie na nie popatrzeć? Takie samo dobre jedzenie jak każde inne. Zdrowe i smaczne.

– Będziesz to dalej jadł?

– Jasne.

– Gorąco tam było, co?

– W dzień tak. Ale na lunch wracaliśmy do domu, na kanapki z pomidorami i majonezem. I piliśmy lemoniadę, ile dusza zapragnie. Potem można było trochę odpocząć, a po południu znów w pole, do roboty. Najwięcej było pielenia. Pielenie kukurydzy. Pielenie tytoniu. Mieli warzywniak, więc we dwóch z Orinem pieliliśmy warzywniak. Pomagali nam najemni robotnicy i paru Murzynów pracujących na dniówkę. Jeden Murzyn, Randolph, jest tam dzierżawcą, a zaczynał jako najemny robotnik. Pan Mawhinney mówi, że to rolnik pierwsza klasa.

– Rozumiesz, jak mówią Murzyni?

– Jasne.

– A umiesz coś powiedzieć jak Murzyn?

– Na tytoń mówią „baka”. I stale powtarzają „słuchej-no”. Słuchej-no to, słuchej-no tamto. A w ogóle to mało gadają. Więcej pracują. Do świniobicia pan Mawhinney ma dwóch takich, Clete’a i Starego Henry’ego, co wybebeszają świnie. To są bracia, Murzyni. Zabierają sobie te świńskie bebechy do domu, smażą je i jedzą. Nazywają to flaczki.

– Zjadłbyś coś takiego?

– Czy ja wyglądam na Murzyna? Pan Mawhinney mówi, że Murzyni zaczynają uciekać ze wsi do miasta, bo wydaje im się, że tam więcej zarobią. Stary Henry trafia czasami do aresztu w soboty wieczór. Za pijaństwo. Pan Mawhinney zawsze płaci za niego grzywnę, bo potrzebuje go na poniedziałek do roboty.

– Noszą buty?

– Niektórzy. Dzieciaki latają boso. Państwo Mawhinney rozdają im swoje znoszone ubrania. Ale ogólnie Murzyni wyglądają na zadowolonych.

– Mówiło się tam coś o antysemityzmie?

– Im to nawet do głowy nie przychodzi, Philip. Byłem pierwszym Żydem, jakiego poznali. Sami mi to powiedzieli. Ale nigdy nie słyszałem złośliwych uwag. To jest Kentucky. Tam ludzie są naprawdę życzliwi.

– A cieszysz się, że wróciłeś do domu?

– Może trochę. Sam nie wiem.

– Pojedziesz tam znowu w przyszłym roku?

– Jasne.

– A jak rodzice cię nie puszczą?

– To i tak pojadę.

Jakby w bezpośrednim następstwie tego, że Sandy jadł bekon, szynkę, zrazy wieprzowe i kiełbasę, w naszym życiu rozpoczął się niepohamowany ciąg przemian. Na kolację miał do nas przyjść rabin Bengelsdorf. Zaprosiła go ciotka Evelyn.

– Dlaczego do nas? – spytał ojciec matkę.

Wstaliśmy niedawno od stołu, Sandy leżał na górze na swoim łóżku i pisał list do Orina Mawhinneya, a ja zostałem z rodzicami w salonie, ciekaw, jak ojciec przyjmie nowinę w tej nowej, pełnej znaków zapytania sytuacji.

– Bo to jest moja siostra – odparła matka tonem z lekka wojowniczym. – A on jest jej szefem. Nie mogę odmówić.

– A ja mogę – powiedział ojciec.

– Ani mi się waż.

– W takim razie jeszcze raz mi wytłumacz, czym zasłużyliśmy sobie na tak wielki honor. Ważna osoba nie ma nic pilniejszego do roboty, jak przychodzić tutaj?

– Evelyn chce, żeby rabin poznał twojego syna.

– Śmiechu warte. Twoja siostra zawsze była komiczna. Mój syn chodzi do ósmej klasy szkoły przy Chancellor Avenue. Przez całe wakacje wyrywał chwasty. Wszystko to razem śmiechu warte.

– Herman, oni przychodzą do nas w czwartek wieczór i musimy przyjąć ich życzliwie. Możesz nie znosić Bengelsdorfa, ale to nie jest byle kto.

– Wiem – odparł ojciec. – Właśnie dlatego go nie znoszę. Ostatnio chodził po domu, nie wypuszczając z garści gazety „PM” – albo nosił ją zwiniętą, jak pałkę do bicia, albo złożoną na stronie, z której chciał przeczytać coś na głos mojej matce. Tego akurat wieczoru był zdegustowany szybkim posuwaniem się Niemców w głąb Rosji. Potrząsając bezsilnie gazetą, wykrzykiwał:

– Czemu ci Rosjanie nie walczą? Mają przecież samoloty, czemu ich nie użyją? Dlaczego nikt tam się nie broni? Hitler spokojnie pakuje im się przez granicę i bierze, co chce. Anglia – gorączkował się – to jedyne państwo w Europie, które postawiło się temu parszywemu psu. Noc w noc wali bombami w angielskie miasta, a Brytyjczycy wciąż go atakują oddziałami RAF-u. Dzięki Bogu za dzielnych chłopców z RAF-u.

– Kiedy Hitler dokona inwazji na Anglię? – spytałem ojca. – Dlaczego jeszcze tego nie zrobił?

– Bo tak się umówił w Islandii z panem Lindberghiem. Lindbergh chce pozować na zbawcę ludzkości, który dąży do wynegocjowania pokoju. Dlatego kiedy Hitler podbije Rosję, a potem Środkowy Wschód i co tam jeszcze mu się zamarzy, Lindbergh zwoła pseudokonferencję pokojową – taką, oczywiście, która będzie w interesie Niemiec. Niemcy wezmą w niej udział, a ceną za światowy pokój i zaniechanie przez Niemcy inwazji na Wielką Brytanię będzie ustanowienie w Londynie faszystowskiego angielskiego rządu. Z faszystowskim premierem na Downing Street. Jeśli Anglicy powiedzą na to „nie”, wówczas Hitler ich zaatakuje, za przyzwoleniem naszego pokój miłującego prezydenta.

– Tak mówi Walter Winchell? – upewniłem się, czując, że wyjaśnienie, które otrzymałem, jest, jak na ojca, zbyt mądre.

– Tak mówię ja – odparł ojciec, być może zgodnie z prawdą. Stres ostatnich wydarzeń wszystkim wyostrzył inteligencję, mnie nie wyłączając. – Ale Bogu dziękuję za Waltera Winchella. Bez niego bylibyśmy zgubieni. Już tylko on jeden wypowiada się w radio przeciwko tym parszywym psom. Wszystko to razem jest niesmaczne. Gorzej niż niesmaczne. Powoli, ale nieuchronnie zbliżamy się do sytuacji, gdy nikt w Ameryce nie będzie skłonny skrytykować Lindbergha za to, że całuje Hitlera w dupę.

– A demokraci? – zapytałem.

– Synu, nie mów mi nawet o demokratach. I bez nich diabli mnie biorą.

W czwartek wieczorem matka zatrudniła mnie do pomocy przy nakrywaniu stołu, po czym posłała mnie na górę, żebym się przebrał w najlepsze ubranie. Ciotka Evelyn z rabinem Bengelsdorfem mieli przyjść o siódmej, trzy kwadranse później, niż zazwyczaj kończyliśmy kolację w kuchni, bo wcześniej niż na siódmą rabin nie zdążyłby z powodu licznych obowiązków. A więc to był ten zdrajca, którego mój ojciec, zwykle pełen szacunku wobec duchownych, oskarżał wszem i wobec o wygłoszenie „głupiego, kłamliwego przemówienia” w obronie Lindbergha na forum Madison Square Garden; to był ten, jak go nazwał Alvin, „farbowany Żyd”, który „koszerował Lindbergha dla gojów”. Pamiętając o tym, nie mogłem się nadziwić staraniom matki o jak najgodniejsze przyjęcie Bengelsdorfa. Na początek otrzymałem zakaz używania czystych ręczników w łazience i zbliżania się do fotela ojca, zarezerwowanego dla rabina przed kolacją.

Zasiedliśmy więc sztywno w salonie i ojciec zaproponował Bengelsdorfowi whisky z wodą sodową albo sznapsa, jednak obie oferty zostały odrzucone na rzecz szklanki wody z kranu.

– Newark ma najlepszą wodę pitną na świecie – oznajmił rabin z właściwym sobie głębokim namaszczeniem.

Chętnie przyjął od matki szklankę wody na podstawce, a mnie przypomniał się październikowy wieczór, kiedy matka uciekła z pokoju, żeby nie słuchać, jak nasz gość przez radio wychwala Lindbergha.

– Bardzo przyjemny dom – rzekł do niej rabin. – Wszystko na swoim miejscu, idealnie rozmieszczone. Świadczy to o umiłowaniu porządku, któremu i ja hołduję. Widzę, że ma pani słabość do koloru zielonego.

– Lubię ciemną zieleń – przyznała matka, siląc się na uśmiech i życzliwy ton, chociaż słowa z trudem przechodziły jej przez gardło i wciąż nie była w stanie spojrzeć rabinowi w oczy.

– Może pani być dumna ze swego uroczego domu. Czuję się zaszczycony, goszcząc tutaj.

Rabin był dość wysoki, z postury nieco podobny do Lindbergha, chudy, łysy, w trzyczęściowym garniturze i lśniących czarnych butach. Jego nienagannie wyprężona sylwetka wymownie świadczyła o oddaniu najszczytniejszym ideałom ludzkości. Sądząc po łagodnym południowym akcencie, który znałem z radia, wyobrażałem go sobie jako postać znacznie mniej surową, a tymczasem same jego okulary były onieśmielające – po pierwsze, przez swój wygląd: owalne i wciśnięte głęboko na nos (podobnych używał Roosevelt) przypominały oczy sowy, a po drugie, sam fakt, że rabin nie zdejmował ich ani na chwilę i obserwował wszystkich dokoła z mikroskopową dokładnością, sugerował dobitnie, że oto mamy do czynienia z człowiekiem, z którym nie wolno się nie zgadzać. Głos natomiast miał ciepły, przyjazny, wręcz konfidencjonalny. Spodziewałem się, że będzie zadzierał nosa i rozstawiał nas po kątach, a on tymczasem przemawiał łagodnie z tym swoim specyficznym akcentem (jakże innym od akcentu Sandy’ego), chwilami tak cicho, Że trzeba było wstrzymać oddech, aby usłyszeć, jak wielce uczonym człowiekiem jest nasz rabin.

– A ty – zwrócił się do Sandy’ego – musisz być tym chłopcem, z którego wszyscy jesteśmy tacy dumni.

– Jestem Sandy, proszę pana – odparł mój brat, czerwieniąc się jak burak. Moim zdaniem, była to błyskotliwa riposta, na jaką nie zdobyłby się chyba żaden inny chłopiec, który w obliczu pochwały usiłuje sprostać szlachetnym wymogom skromności. Nie, nikt nie mógł teraz równać się z moim bratem, z jego muskularni, wyzłoconą słońcem blond czupryną i kilogramami wieprzowiny, które pochłonął bez pytania kogokolwiek o zgodę.

– No i jak tam się pracowało na polach Kentucky w prażącym słońcu? – spytał łaskawie rabin. W jego wymowie było to „płacowało” i „płażącym”, a słowo „Kentucky” zabrzmiało tak, jak się je pisze, a nie tak, jak ostatnio wymawiał je Sandy – „Kintaki”.

– Wiele się nauczyłem, proszę pana. Dowiedziałem się dużo o moim kraju.

Ciotka Evelyn słuchała tego z wyraźnym zadowoleniem, i nic dziwnego, bo poprzedniego dnia wieczorem przećwiczyła z moim bratem odpowiedź na to właśnie pytanie. A ponieważ zawsze wywyższała się wobec mojego ojca, z największą rozkoszą kształtowała teraz na oczach szwagra przyszłość jego starszego syna.

– Byłeś na farmie tytoniowej, jak wiem od twojej cioci Evelyn.

– Tak, proszę pana. Na plantacji tytoniu white burley.

– A czy wiadomo ci, Sandy, że tytoń był podstawą ekonomiczną pierwszej stałej angielskiej osady w Ameryce, Jamestown w stanie Wirginia?

– Nie wiedziałem – przyznał mój brat. – Ale wcale mnie to nie dziwi – dodał, nabierając nagle pewności siebie.

– Ciężki był los pionierów z Jamestown – rzekł do niego rabin. -. A tym, co uchroniło osadę przed głodem i zagładą, był właśnie tytoń. Pomyśl tylko, chłopcze. Gdyby nie tytoń, pierwszy rząd przedstawicielski Nowego Świata nie zebrałby się w Jamestown, do czego, jak wiemy, doszło w roku tysiąc sześćset dziewiętnastym. Gdyby nie tytoń, kolonia Jamestown nie przetrwałaby, nie doszłoby do kolonizacji Wirginii, a rody założycielskie stanu Wirginia, które swoje fortuny zawdzięczają plantacjom tytoniu, nigdy nie osiągnęłyby tak wysokiego statusu. Jeśli przypomnieć sobie, że z tych właśnie rodów założycielskich wywodzili się późniejsi politycy stanu Wirginia, tworzący grono Ojców Założycieli naszej ojczyzny, nie można nie docenić historycznej roli tytoniu w dziejach republiki.

– To prawda – przyznał Sandy.

– Ja – ciągnął rabin – urodziłem się na amerykańskim Południu. Przyszedłem na świat czternaście lat po tragedii wojny secesyjnej. Mój ojciec za młodu walczył w szeregach Konfederacji. Ojciec mojego ojca w tysiąc osiemset pięćdziesiątym roku przyjechał z Niemiec i osiedlił się w Karolinie Południowej. Był obwoźnym handlarzem. Miał wóz z koniem, nosił długą brodę i handlował ze wszystkimi, czy to byli czarni, czy biali. Słyszałeś kiedy o Judzie Benjaminie?

– Nie, proszę pana – odparł Sandy, ale znów zreflektował się natychmiast i zapytał: – A wolno wiedzieć, kto to był?

– To był Żyd, który w rządzie Konfederacji zajmował pierwsze miejsce po Jeffersonie Davisie. Sprawował u Davisa funkcje prokuratora generalnego, sekretarza wojny i sekretarza stanu. Przed secesją Południa zasiadał w Senacie USA jako jeden z dwóch senatorów Karoliny Południowej. W mojej opinii, przyczyna rozpętania wojny przez Południe nie była ani zgodna z prawem, ani moralna – mimo to zawsze darzyłem Judę Benjamina najwyższym szacunkiem. Żyd był za jego czasów rzadkością w Ameryce, zarówno na Północy, jak i na Południu, niech ci się jednak nie zdaje, że nie trzeba było wówczas walczyć z antysemityzmem. Mimo to Juda Benjamin wspiął się na szczyty władzy w rządzie Konfederacji. Po przegranej wojnie przeniósł się za granicę i został wybitnym prawnikiem w Anglii.

W tym miejscu matka wycofała się do kuchni – pod pretekstem dopilnowania kolacji – a ciotka Evelyn rzekła do Sandy’ego:

– Nadszedł chyba właściwy moment, abyś pokazał rabinowi swoje rysunki z farmy.

Sandy wstał i podszedł do fotela gościa z plikiem szkicowników, które przez lato zapełnił rysunkami, a od początku spotkania dłonie trzymał na kolanach.

Rabin wziął jeden z nich i oglądał powoli, strona po stronie.

– Powiedz rabinowi coś o każdym obrazku – zachęciła mojego brata ciotka Evelyn.

– To jest stodoła – poinformował Sandy. – Tutaj rozwiesza się zebrany tytoń do suszenia.

– No tak, stodoła jak się patrzy, pięknie narysowana. Bardzo podoba mi się kontrast światła i cienia. Masz wielki talent, Sanfordzie.

– A tak wygląda tytoń rosnący na plantacji. Jak widać, roślina ta ma kształt trójkąta. Jest dużych rozmiarów. Ta ma jeszcze kwiat na czubku. Ten kwiat się potem ścina.

– A ten pęd tytoniu z torebką na czubku? – zaciekawił się rabin, przewróciwszy kolejną stronę. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

– Tak pozyskuje się ziarno. To jest roślina nasienna. Okrywa się kwiatostan papierową torbą i ciasno zawiązuje. Dzięki temu spełnia on swoją rolę.

– Świetne, doskonałe – pochwalił rabin. – Nie jest łatwo narysować roślinę wiernie, a zarazem uczynić rysunek dziełem sztuki. Jak pięknie zacieniowane są spodnie strony liści. To doprawdy znakomite.

– A to jest, oczywiście, pług – objaśniał dalej Sandy. – To motyka, ręczne narzędzie do pielenia. Chociaż pielić można również s, i mymi rękami.

– A ty dużo pieliłeś? – zagadnął żartobliwie rabin.

– O raju! – odparł Sandy, na co rabin Bengelsdorf uśmiechnął się i wcale już nie wyglądał groźnie. – A to pies – ciągnął Sandy. – Pies Orina, właściwie suka. Tutaj śpi. A to jeden z Murzynów, Stary Henry. Tu widać same jego ręce. Uważam, że mają własny charakter.

– A to kto?

– Brat Starego Henry’ego, Clete.

– Podoba mi się twoje ujęcie tej postaci. Widać, jaki zmęczony jest ten przygarbiony człowiek. Znam takich Murzynów, wychowałem się wśród nich i mam dla nich wiele szacunku. A to co znowu? Z tymi cylindrami?

– Wewnątrz jest człowiek, który spryskuje tytoń przeciwko szkodnikom. Musi być szczelnie ubrany od stóp do głów, w gruby kombinezon i wielkie rękawice, żeby się nie poparzył. Preparat owadobójczy tryskający z tych cylindrów jest silnie żrący. To drobny pył zielonego koloru, który osiada też na kombinezonie robotnika. Starałem się narysować ten pył, rozjaśnić miejsca, w których osiadł, ale chyba mi nie wyszło.

– Nie wątpię, że bardzo trudno jest narysować pył – rzekł rabin, odwracając kartki coraz szybciej i dochodząc wreszcie do końca szkicownika. – Doświadczenie pobytu w Kentucky nie poszło, jak widać, na marne, co, młodzieńcze?

– Było mi tam wspaniale – odparł Sandy.

Wówczas mój ojciec, który dotąd siedział nieruchomo na kanapie, ustąpiwszy swój ulubiony fotel rabinowi, wstał i oświadczył:

– Muszę pomóc Bess.

Wyrzekł to takim tonem, jakby oznajmiał: „Teraz wyskoczę oknem i zabiję się”.

– Żydzi Ameryki – pouczył nas rabin przy kolacji – są niepodobni do jakiejkolwiek innej wspólnoty żydowskiej w historii świata. Mają największe możliwości, jakie świat współczesny zaoferował naszemu narodowi. Żydzi amerykańscy mogą w pełni uczestniczyć w życiu społecznym swego kraju. Nie muszą już mieszkać oddzielnie jako odseparowane od reszty społeczeństwa wspólnoty pariasów. Wymaga to tylko odwagi, jaką okazał syn państwa, Sandy, wypuszczając się samotnie w nieznane rejony Kentucky, aby przepracować tam lato w charakterze pomocnika na farmie. Uważam, że zarówno Sandy, jak i każdy inny żydowski chłopiec uczestniczący w programie Zwykli Ludzie, mogą służyć za wzór nie tylko żydowskim dzieciom dorastającym w tym kraju, ale i wszystkim dorosłym Żydom. To nie jest tylko moja wizja, lecz i wizja prezydenta Lindbergha.

Zabrzmiało to jak wyjątkowo niemiły zgrzyt. Nie zapomniałem jeszcze, jak w Waszyngtonie mój ojciec stawił czoło kierownikowi hotelu i chamowatemu policjantowi – byłem więc prawie pewien, że słysząc w swoim domu wymówione z szacunkiem nazwisko Lindbergha, postawi się też Bengelsdorfowi.

Ale rabin to jednak rabin, więc zmilczał.

Moja matka i ciotka Evelyn podawały do stołu. Na kolację były lizy dania i świeżutkie ciasto marmurkowe, upieczone przez matkę po południu. Jedliśmy z „lepszej” zastawy, „lepszymi” sztućcami, no i oczywiście w pokoju stołowym, gdzie leżał nasz najlepszy dywan, stały najlepsze meble, na stole leżał najlepszy obrus, i gdzie my sami zasiadaliśmy tylko w największe święta. Z mojego miejsca przy stole widać było fotografie zmarłych członków rodziny, zgrupowane na etażerce pełniącej rolę domowego mauzoleum. Zdjęcia w ramkach przedstawiały dwóch moich dziadków, babcię ze strony matki, ciotkę i dwóch stryjów, z których jednym był stryjek Jack, ojciec Alvina, ukochany starszy brat mojego ojca. Przywołane przez rabina Bengelsdorfa nazwisko Lindbergha kompletnie zamąciło mi w głowie. Rabin rabinem, ale przecież w tej samej chwili mój kuzyn Alvin przebywał w kanadyjskim szpitalu wojskowym w Montrealu, gdzie uczyli go chodzić na sztucznej nodze, bo swoją własną stracił w walce z Hitlerem – nie mogłem więc pojąć, dlaczego każe mi się w domu (gdzie nigdy nie wolno mi było nosić najlepszych ubrań) włożyć jedyny krawat i jedyną marynarkę, jakie miałem, aby wywrzeć jak najlepsze wrażenie na tym właśnie rabinie, który przyczynił się do wyboru prezydenta przyjaźniącego się z Hitlerem. Jak miało mi się nie zamącić w głowie wobec hańby i chwały ucieleśnionej w jednej i tej samej postaci? Coś, co najważniejsze, bezpowrotnie legło w gruzach, wytykano nam, że nie jesteśmy Amerykanami, za jakich się uważaliśmy – a jednocześnie siedzieliśmy w blasku żyrandola z rżniętego szkła, w otoczeniu ciężkich, ciemnych mebli stołowego pokoju, i jedliśmy popisową pieczeń mojej matki w towarzystwie pierwszego słynnego człowieka, który gościł w naszych progach.

Jakby po to, żeby skonfundować mnie do końca i ukarać za krnąbrne myśli, Bengelsdorf zaczął, ni stąd, ni zowąd, mówić o Alvinie, o którym wiedział wszystko od ciotki Evelyn.

– Współczuję państwu z powodu nieszczęścia w rodzinie. Współczuję z całego serca. Wiem od Evelyn, że gdy bratanek państwa wyjdzie ze szpitala, wprowadzi się właśnie tutaj na czas rekonwalescencji. Wiedzą państwo zapewne, jak dotkliwym ciosem dla psychiki młodego człowieka może stać się tego typu kalectwo. Zanim poszkodowany znów podejmie aktywne, użyteczne życie, będą państwo musieli mu okazać nieskończenie wiele miłości i cierpliwości. Szczególny tragizm tej sytuacji polega na tym, że wyjazd bratanka państwa do Kanady i jego wstąpienie do sił zbrojnych I wcale nie były konieczne. Alvin Roth urodził się jako obywatel Stanów Zjednoczonych, a Stany Zjednoczone nie prowadzą ani nie zamierzają prowadzić wojny z nikim, nie domagają się więc od żadnego ze swoich młodych obywateli ofiary z życia lub utraconych kończyn. Niektórzy z nas dołożyli wielkich starań, aby osiągnąć ten stan rzeczy. Sam naraziłem się na wrogość części żydowskiej społeczności z racji tego, że w wyborach roku czterdziestego poparłem Lindbergha. Kierowała mną jednak skrajna odraza do wojny. To straszne, że młody Alvin stracił nogę, walcząc na kontynencie europejskim, w konflikcie niemającym nic wspólnego z bezpieczeństwem Ameryki i dobrobytem Amerykanów…

Gadał i gadał, powtarzając mniej więcej to, co mówił w Madison Square Garden o potrzebie zachowania neutralności Ameryki – ale ja myślałem już tylko o Alvinie. Więc wprowadzi się do nas? Spojrzałem na matkę. Nic nam o tym nie mówiła. Kiedy Alvin przyjedzie? Gdzie będzie spał? Okropne było już to, co matka powiedziała w Waszyngtonie: że nie mieszkamy w normalnym kraju – teraz zanosiło się na to, że już nigdy nie będziemy mieszkać w normalnym domu. Coraz bardziej zacieśniało się wokół mnie życie pełne cierpienia. Chciałem krzyknąć: „Nie! Alvin nie może z nami mieszkać! On ma tylko jedną nogę!”.

Tak mnie to przygnębiło, że z opóźnieniem uświadomiłem sobie zmianę atmosfery w stołowym pokoju: wersal dobiegł końca i ojciec przestał już siedzieć jak mysz pod miotłą. Jakimś cudem pokonał opory związane ze statusem naszego gościa i swoim własnym brakiem edukacji – rabinacka wspaniałość nagle przestała go peszyć i, naglony nieodpartym przeczuciem katastrofy, a także rozsierdzony pobłażliwą wyższością Bengelsdorfa, łajał go bez ogródek, nie oglądając się na pincenez ani inne względy.

– Hitler… – perorował – Hitler to nie jest zwyczajny polityk, rabbi! Ten szaleniec nie prowadzi wojny w stylu sprzed tysiąca lat. On rozpętał wojnę, jakiej ten świat jeszcze nie widział. Podbił Europę. J Wojuje z Rosją. Noc w noc bombarduje Londyn, zmieniając go w gruzowisko i zabijając setki niewinnych brytyjskich cywilów. To najgorszy antysemita w dziejach ludzkości. A mimo to jego wielki przyjaciel, a nasz prezydent, wierzy Hitlerowi na słowo, gdy ten przyrzeka mu „porozumienie”. Hitler miał już porozumienie z Rosjanami. Dotrzymał go? Miał porozumienie z Chamberlainem. Dotrzymał go? Celem Hitlera jest podbój świata, a świat to także Stan y Zjednoczone Ameryki. A ponieważ Hitler na wszystkich podbitych ziemiach morduje Żydów, w swoim czasie przyjdzie mordować Żydów także tutaj. I co wtedy zrobi nasz prezydent? Ochroni nas? Weźmie nas w obronę? Nie, nasz prezydent nie kiwnie nawet palcem. Na tym polega porozumienie, które podpisał z Hitlerem w Islandii, a każdy dorosły człowiek, który myśli inaczej, jest niespełna rozumu.

Rabin Bengelsdorf nie okazał zniecierpliwienia wybuchem mojego ojca – słuchał go z demonstracyjnym szacunkiem, jakby po części sympatyzował z jego poglądami. Jedynie Sandy z wyraźnym trudem hamował emocje, a gdy ojciec kąśliwym tonem powiedział o Lindberghu „nasz prezydent”, odwrócił się do mnie i zrobił minę świadczącą o tym, jak bardzo oddalił się od rodzinnej orbity i upodobnił do przeciętnego Amerykanina akceptującego nową administrację. Matka siedziała po prawej stronie ojca, a kiedy skończył mówić, uścisnęła mocno jego rękę – trudno powiedzieć, czy na znak, jak bardzo jest z niego dumna, czy też po to, żeby go uciszyć. Ciotka Evelyn natomiast zachowywała się dokładnie tak jak rabin, czyli kryła własne poglądy pod maską dobrotliwej tolerancji, słuchając w milczeniu, jak jej ograniczony, prostacki w mowie szwagier śmie polemizować z uczonym władającym dziesięcioma językami.

Bengelsdorf nie od razu udzielił odpowiedzi, lecz odczekał chwilę w brzemiennym milczeniu, zanim cicho, jakby mimochodem, napomknął:

– Nie dalej jak wczoraj rano byłem na rozmowie z prezydentem w Białym Domu. – Po czym upił łyk wody ze szklanki, dając nam czas na otrząśnięcie się z szoku. – Pogratulowałem mu – kontynuował – znaczącego osiągnięcia, jakim było uśmierzenie żydowskich podejrzeń dotyczących jego wyjazdów do Niemiec w końcu lat trzydziestych, kiedy to w istocie dokonywał tajnej penetracji niemieckich sił powietrznych na zlecenie rządu Stanów Zjednoczonych. Poinformowałem go też, że członkowie mojej kongregacji, którzy uprzednio głosowali na Roosevelta, są obecnie jego gorliwymi zwolennikami, wdzięcznymi za zachowanie neutralności kraju i uchronienie nas od cierpień kolejnej wielkiej wojny. Zapewniłem, Że program organizacji Zwykli Ludzie i jemu podobne mają na celu stopniowe przekonanie amerykańskich Żydów, że obecny prezydent nie jest w żadnym razie ich wrogiem. To prawda, że zanim Lindbergh został prezydentem, zdarzało mu się w publicznych wystąpieniach cytować antysemickie slogany. Wynikało to jednak z niewiedzy, do której dziś otwarcie się przyznaje. Z prawdziwą przyjemnością zapewniam państwa, że wystarczyły dwa lub trzy spotkania w cztery oczy, abym przekonał prezydenta do odrzucenia błędnych poglądów, objaśniając mu całą złożoność życia Żydów w Ameryce. To nie jest zły człowiek, w żadnym razie. To człowiek obdarzony nadzwyczajną wrodzoną inteligencją i głęboką uczciwością, słusznie ceniony za swą osobistą odwagę – człowiek, który pragnie teraz z moją pomocą obalić bariery ignorancji dzielące chrześcijan od żydów i żydów od chrześcijan. Wiele jest bowiem, co przyznaję z żalem, ignorancji także po stronie Żydów, którzy zbyt często widzą w prezydencie Lindberghu amerykańskiego Hitlera, choć wiedzą doskonale, że nie jest to dyktator, który doszedł do władzy drogą puczu, lecz demokratyczny przywódca, wybrany lawinową większością głosów w wolnych wyborach i niezdradzający żadnych inklinacji do władzy despotycznej. Nie gloryfikuje on państwa kosztem jednostki, lecz przeciwnie – zachęca obywateli do przedsiębiorczości na wolnym rynku, nieograniczonym interwencjami rządu federalnego. I gdzie tu faszystowski etatyzm? Gdzie faszystowski terror? Gdzie brunatne koszule i tajna policja? Czy dostrzegliście choćby jeden przejaw faszystowskiego antysemityzmu ze strony naszego rządu? To, co Hitler uczynił z niemieckimi Żydami, wydając w trzydziestym piątym roku ustawy norymberskie, jest całkowitym zaprzeczeniem planów prezydenta Lindbergha wobec Żydów amerykańskich, czego dowodzi założenie Organizacji Asymilacji Amerykańskiej. Ustawy norymberskie pozbawiły Żydów praw obywatelskich, wyrzucając ich poza margines narodu. Ja natomiast nakłoniłem prezydenta Lindbergha do zainicjowania programów społecznych, które pozwolą Żydom włączyć się jak najpełniej w życie narodu, do którego, jak się zapewne państwo zgodzą, mamy nie mniejsze prawo niż inni obywatele.

Tak kwiecistej i uczonej przemowy nie było jeszcze nigdy przy naszym stole, ani przy żadnym chyba stole na naszej ulicy, tym bardziej więc zaskoczyło nas końcowe pytanie rabina, skierowane łonem łagodnym, wręcz poufałym, do mojego ojca:

– Powiedz mi, Hermanie, czy moje wyjaśnienia choć w małym stopniu rozwiały twoje lęki?

Na co ojciec odparł krótko:

– Nie. Nie. Ani trochę.

Po czym, nie bacząc na to, że popełnia afront, którym rabin może poczuć się nie tylko niemile zdziwiony, ale wręcz dotknięty i sprowokowany do mściwej pogardy, dodał:

– Kiedy słucham takich wypowiedzi z ust takiego człowieka jak pan, to, szczerze mówiąc, jestem jeszcze bardziej zaniepokojony.

Następnego dnia wieczorem zadzwoniła do nas ciotka Evelyn, aby z entuzjazmem powiadomić rodziców, że spośród stu chłopców z New Jersey, którzy latem uczestniczyli w akcji sponsorowanej przez Zwykłych Ludzi, właśnie nasz Sandy wybrany został na stanowego „oficera rekrutacyjnego” i jako weteran ruchu ma wygłaszać prelekcje do młodych Żydów płci męskiej i ich rodziców, prezentując liczne zalety programu OAA oraz zachęcając młodzież do składania zgłoszeń. Tak właśnie wyglądała zemsta rabina. Pierworodny syn naszego ojca został oto honorowym członkiem nowej administracji.

Wkrótce po tym, jak Sandy zaczął spędzać popołudnia w znajdującym się w centrum miasta biurze OAA ciotki Evelyn, matka włożyła swoją najlepszą garsonkę – szyty na miarę szary żakiet ze spódnicą w blade prążki, w którym występowała dotąd tylko jako przewodnicząca zebrań Stowarzyszenia Rodziców i Nauczycieli oraz jako inspektorka wyborów w komisji urzędującej w podziemnej sali szkoły – i udała się na poszukiwanie pracy. Przy obiedzie oznajmiła nam, że znalazła zatrudnienie w dziale odzieży damskiej dużego domu handlowego Hahne na terenie śródmieścia. Przyjęta tam jako pomoc na okres świąteczny, miała pracować sześć dni w tygodniu oraz w środy wieczorem, lecz będąc doświadczoną sekretarką biurową, żywiła nadzieję, że w ciągu najbliższych tygodni zwolni się miejsce w dziale administracji i zatrzymają ją na stałe po Bożym Narodzeniu. Sandy’emu i mnie wytłumaczyła, że jej pensja pomoże pokryć wydatki związane z powrotem do domu Alvina – w rzeczywistości jednak (o czym wiedział tylko ojciec) zamierzała wysyłać pieniądze na konto bankowe w Montrealu, na wypadek gdyby przyszło nam emigrować i zaczynać od zera w Kanadzie.

Matki nie było, brata nie było, a niebawem w naszym domu miał zjawić się Alvin. Ojciec pojechał go odwiedzić w szpitalu wojskowym w Montrealu. Pewnego piątkowego ranka, parę godzin przedtem, nim Sandy i ja wstaliśmy do szkoły, matka podała mu śniadanie, przyszykowała termos i prowiant na drogę – trzy papierowe torebki, oznaczone ołówkiem węglowym Sandy’ego: „L” jak „lunch”, „P” jak „podwieczorek” i „K” jak „kolacja” – po czym ojciec wyruszył w stronę granicy, trzysta pięćdziesiąt mil na północ. Ponieważ szef dał mu wolne tylko na piątek, musiał jechać przez cały dzień i spędziwszy sobotę z Alvinem, wracać znowu przez całą niedzielę, aby zdążyć na poranną odprawę w poniedziałek. Po drodze trzy razy złapał gumę: raz w tamtą stronę, a z powrotem aż dwukrotnie, w związku z czym, chcąc zdążyć na zebranie, nie wstąpił do domu, tylko prosto z autostrady skręcił do centrum miasta. Gdy w poniedziałek wieczór spotkaliśmy się przy kolacji, ojciec nie spał od przeszło doby, a nie mył się porządnie jeszcze dłużej. Alvin, powiedział nam, wygląda jak trup, spadł na wadze do jakichś stu funtów. Usłyszawszy to, zacząłem się zastanawiać, ile mogła ważyć noga, którą Alvin stracił, a wieczorem, bez większego powodzenia, spróbowałem zważyć własną nogę na wadze łazienkowej.

– Nie ma apetytu – relacjonował ojciec. – Stawiają przed nim jedzenie, a on je odsuwa. Chłopak ma mocny organizm, ale nie chce żyć, chce tylko leżeć i marnieć, z tym okropnym grymasem na twarzy. Mówię do niego: „Alvin, znam cię od urodzenia. Masz naturę wojownika. Nie poddawaj się. Odziedziczyłeś siłę po ojcu. Twój ojciec potrafił się podnieść nawet po najcięższym ciosie. Twoja matka tak samo. Kiedy twój ojciec umarł, musiała się pozbierać – nie miała wyjścia, miała ciebie”. Ale nie wiem, czy coś z tego do niego dotarło. Mam nadzieję, że chociaż trochę – ciągnął ojciec, zmienionym nagle głosem. – Bo jak tam siedziałem, pośród tych wszystkich rannych chłopców, jak siedziałem przy łóżku Alvina…

Dalej nie mógł mówić. Po raz pierwszy zobaczyłem, jak ojciec płacze. To przełom w życiu dziecka, gdy łzy drugiej osoby są trudniejsze do zniesienia niż własne.

– To z przemęczenia – powiedziała matka. Wstała z krzesła, podeszła do ojca i pogłaskała go po głowie. – Zjedz, weź prysznic i kładź się spać.

Ojciec wtulił głowę w jej dłoń i rozszlochał się na dobre.

– Odstrzelili mu nogę – wykrztusił przez łzy.

Wtedy matka dała znak Sandy’emu i mnie, żebyśmy wyszli i zostawili ich samych.

Zaczęło się dla mnie nowe życie. Byłem świadkiem słabości własnego ojca i moje dzieciństwo już nigdy nie miało wrócić do dawnej normy. Matka, która dotąd siedziała w domu, teraz całymi dniami pracowała u Hahne’a, brat, powołany do misji, działał po szkole na rzecz Lindbergha, a ojciec, który tak bojowo zwalczał kawiarniany antysemityzm w Waszyngtonie, płakał głośno, z szeroko otwartymi ustami – płakał jak porzucone dziecko i jak człowiek na torturach – bo nie był w stanie powstrzymać nieprzewidzianego. A jak mnie dobitnie przekonało zwycięstwo wyborcze Lindbergha, nieprzewidziane mogło okazać się wszystkim. Nieprzewidzianego, które przybrało zły obrót, uczyliśmy się w szkole pod nazwą „historii” – nieszkodliwej historii, przypisującej wszystkim nieprzewidzianym zdarzeniom właściwy czas i porządkującej je chronologicznie jako nieuchronne fakty. Lęk przed nieprzewidzianym jest tym, co historia ukrywa, przekształcając kataklizm w epicką narrację.

Odkąd zostałem sam, zacząłem spędzać czas po lekcjach z Earlem Axmanem, moim mistrzem filatelistycznym, i to nie tylko po to, żeby studiować przez lupę jego zbiory albo buszować w komodzie jego matki, pełnej osobliwej bielizny. Ponieważ lekcje odrabiałem błyskawicznie, a jedynym moim obowiązkiem domowym było nakryć stół do kolacji, mogłem praktycznie bez ograniczeń oddawać się psotom. Earl wymyślał ich pod dostatkiem, korzystając z tego, że jego matka spędzała popołudnia w salonie piękności albo I na zakupach w Nowym Jorku. Earl był prawie dwa lata starszy ode i mnie, a ponieważ jego fantastyczni rodzice się rozwiedli – i ponieważ byli tacy fantastyczni – nigdy nawet nie starał się odgrywać roli wzorowego dziecka. Mnie samego od pewnego czasu drażniło, że jestem taki porządny, i dlatego coraz częściej mruczałem pod kołdrą: „A teraz zróbmy coś strasznego” – cytując Earla, który tym I hasłem wabił mnie i niepokoił, ilekroć znudziło mu się to, co akurat robiliśmy. Awanturnictwo nie leżało w mojej naturze, ale rozczarowany tym, że rodzina wymyka mi się z rąk razem z ojczyzną, I gotów byłem spenetrować granice swobody, na jaką pozwolić może sobie chłopiec z przykładnego domu, gdy porzuci starania o zadowolenie wszystkich swoją młodzieńczą niewinnością i odkryje mroczną ekscytację potajemnych działań na własną rękę.

Dałem się Earlowi wciągnąć w śledzenie ludzi. Earl praktykował I to już od miesięcy, parę razy w tygodniu: jechał po szkole do centrum i wypatrywał na przystankach autobusowych mężczyzn wracających z pracy do domu. Gdy upatrzony typ wsiadał do autobusu, Earl wskakiwał za nim, wysiadał tam, gdzie tamten, i trzymając się w bezpiecznej odległości, śledził go aż do domu.

– Po co to robisz? – spytałem.

– Żeby się dowiedzieć, gdzie mieszkają.

– Tylko tyle? Nic więcej?

– To bardzo dużo. Jeżdżę po całym mieście. Nawet poza New-ark. Jeżdżę, gdzie chcę. Ludzie mieszkają wszędzie – wyjaśnił Earl.

– A jak zdążasz do domu przed matką?

– W tym cała sztuka: pojechać najdalej, jak się da, i wrócić przed I nią.

Przyznał się bez żenady, że pieniądze na bilety autobusowe podkrada matce z torebek, a na dowód tego, z triumfalną miną włamywacza do skarbca Fort Knox, wysunął zamaszyście szufladę w komodzie matki, bez ładu i składu wypełnioną mnóstwem damskich torebek. W weekendy, które spędzał u ojca w Nowym Jorku, podbierał forsę z kieszeni garniturów w ojcowskiej szafie, a gdy w niedzielę czterech czy pięciu muzyków z Casa Loma Orchestra przychodziło do jego ojca grać w pokera, szperał bez skrupułów po kieszeniach ich płaszczy rzuconych na łóżko. Łupy chował w brudnej skarpetce na dnie swojej walizki. A potem, jakby nigdy nic, swobodnym krokiem wracał do salonu, gdzie przez całe popołudnie przyglądał się grze, słuchając dykteryjek karciarzy o koncertach w l’nramount, Essex House i Glen Island Casino. W czterdziestym pierwszym roku zespół był świeżo po wyjeździe do Hollywood, gilzie wystąpił w filmie, więc panowie plotkowali o aktorach. Polem Earl powtarzał te plotki mnie, a ja Sandy’emu, na co ten niezmiennie odpowiadał: „Bzdury!”, i radził mi nie zadawać się więcej z Earlem Axmanem.

– Twój koleżka – mówił – za dużo wie, jak na takiego smarkacza.

– Ma fantastyczny zbiór znaczków pocztowych.

– Owszem, i matkę, która puszcza się ze wszystkimi dookoła. Nawet z młodszymi od siebie.

– Skąd wiesz? – spytałem.

– Cała Summit Avenue o tym wie.

– Ja nie wiedziałem.

– No i nie jest to jedyna rzecz, o której nie wiedziałeś – podsumował Sandy.

A ja pomyślałem sobie z satysfakcją: „Może i ty też o czymś nie wiesz”. Mimo to niepokoiło mnie pytanie, czy matka mojego najlepszego przyjaciela nie jest przypadkiem damą z gatunku tych, które starsi chłopcy nazywają „kurwą”.

Okradanie rodziców okazało się o wiele łatwiejsze, niż przypuszczałem, tak samo zresztą jak śledzenie ludzi, chociaż podczas pierwszych paru akcji wszystko mnie przerażało, począwszy od tego, że o wpół do czwartej po południu jestem w centrum miasta bez opieki. Czasami jeździliśmy szukać ofiary aż na stację Penn, czasami na ulicę Broad albo Market, a zdarzało się, że i pod gmach sądu. Nigdy nie śledziliśmy kobiet. Nie interesują nas – orzekł Earl. Nigdy też nie śledziliśmy nikogo o wyglądzie Żyda. Tacy też nas nie interesowali. Ciekawili nas tylko dorośli chrześcijanie płci męskiej, pracujący cały dzień w centrum Newark. Dokąd oni wracają z pracy?

Najbardziej denerwowałem się, gdy wsiadaliśmy do autobusu i trzeba było zapłacić za bilet. Pieniądze mieliśmy kradzione, znajdowaliśmy się w miejscu, gdzie nas być nie powinno, i nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy. Zanim przyszedł czas wysiadać, byłem tak zestresowany, że nie docierała do mnie nazwa dzielnicy, którą Earl szeptał mi do ucha. Zgubiłem się, jestem zbłąkanym dzieckiem – udawałem sam przed sobą. Co będę jadł? Gdzie będę spał? Czy pogryzą mnie psy? Czy zostanę aresztowany i wtrącony do więzienia? Czy jakiś chrześcijanin przygarnie mnie do domu i adoptuje? A może ktoś mnie porwie, jak synka Lindbergha? Czasami też wyobrażałem sobie, że trafiłem w dalekie, nieznane okolice albo że Hitler, za przyzwoleniem Lindbergha, napadł na Amerykę i my z Earlem uciekamy przed nazistami.

A przez cały ten czas, gdy wyobraźnia podsuwała mi wciąż nowe lęki, skręcaliśmy czujnie za kolejne rogi ulic, przemykaliśmy przez jezdnie i kuliliśmy się za drzewami, żeby nikt nie spostrzegł nas aż do kulminacyjnego momentu, w którym śledzony mężczyzna docierał do domu, otwierał drzwi i znikał w środku. Stawaliśmy wtedy w bezpiecznej odległości, obserwując ten dom, ze znów zamkniętymi drzwiami, i Earl mówił coś w rodzaju: „Spory mają trawnik” albo: „Lato minęło, czemu nie pozdejmują moskitier?”, albo: „Widzisz tam, w garażu? To nowy pontiac”. W końcu – ponieważ pomysł, żeby podkraść się bliżej i zajrzeć przez okna, przerastał nawet żydowskie wścibstwo Earla Axmana – szliśmy z powrotem do autobusu, który dowoził nas na stację Penn. O tej godzinie, gdy wszyscy wychodzili z pracy, autobus powrotny do centrum bywał z reguły pusty, mieliśmy więc uczucie, że kierowca jest naszym prywatnym szoferem, pojazd komunikacji miejskiej – naszą prywatną limuzyną, a my sami – najodważniejszymi chłopcami na świecie. Earl był doskonale odżywionym dziesięciolatkiem o jasnej cerze, już wtedy z lekką tendencją do otyłości, miał pyzate dziecinne policzki, długie ciemne rzęsy i gęstą, czarną, kędzierzawą czuprynę, uperfumowaną ojcowskim olejkiem do włosów. Jeśli autobus był pusty, mój kompan rozwalał się na tylnym siedzeniu w pozie baszy, doskonale obrazującej jego nonszalancki nastrój, podczas gdy ja, chudzina, siedziałem sztywno obok z lekko wstydliwym, potulnym uśmieszkiem wspólnika.

Z dworca Penn łapaliśmy do domu „czternastkę”, odbywając nią swoją czwartą popołudniową jazdę autobusem. Przy kolacji myślałem z dumą: „Śledziłem chrześcijanina i nikt o tym nie wie. Mogli mnie porwać i nikt o tym nie wie. Za te pieniądze, które we dwóch zwędziliśmy, możemy, gdybyśmy chcieli… ”. Czasami omal nie zdradziłem się przed wyjątkowo bystrą matką, odruchowo podrygując pod stołem kolanem (dokładnie tak, jak to zawsze robił Earl, gdy knuł coś nowego). Co noc zasypiałem ukołysany podniecającym czarem wielkiej nowej misji, która nadała sens mojemu ośmioletniemu życiu: uciec od tego wszystkiego. Gdy siedząc w szkole, słyszałem przez otwarte okno autobus jadący pod górę Chancellor Avenue, myślałem tylko o tym, żeby nim jechać – cały świat stał się dla mnie autobusem, tak jak dla chłopca z Dakoty Południowej całym światem jest kucyk – kucyk, który niesie go na grzbiecie do granic dozwolonej ucieczki.

Terminować u Earla jako kłamca i złodziej zacząłem w październiku, po czym kontynuowaliśmy działalność przez cały listopad, o gdy przyszedł początek grudnia i w centrum pojawiły się bożonarodzeniowe dekoracje, na przystankach mieliśmy jeszcze większy wybór mężczyzn do śledzenia niż przedtem. Choinki na sprzedaż wystawiano – czego nigdy dotąd nie widziałem – bezpośrednio na chodnikach, a handlowali nimi chłopcy wyglądający na biedaków albo młodociani cwaniacy, jakby świeżo wypuszczeni z poprawczaka. W pierwszej chwili wydało mi się, że taki jawny handel z ręki do ręki to bezprawie, ale żaden ze sprzedających nie starał się ukryć transakcji. A przecież wszędzie pełno było policji z pałkami, w ciężkich granatowych płaszczach – jednak i policjanci z wyraźnym zadowoleniem chłonęli bożonarodzeniową atmosferę. Od Święta Dziękczynienia dwa razy na tydzień przechodziły nad miastem śnieżyce i zadymki, toteż po obu stronach ulic piętrzyły się brudne pryzmy śniegu, sięgające już wysokości samochodu.

Nie zważając na tłumy przechodniów, handlarze wyciągali ze stosu upatrzoną przez klienta choinkę i stawiali ją na samym środku chodnika, żeby nabywca mógł ocenić wysokość. Dziwnie było widzieć drzewka wyhodowane gdzieś na dalekiej farmie, a teraz stłoczone przy żeliwnych ogrodzeniach najstarszych miejskich kościołów albo zwalone w stosy przed fasadami wielkich banków i agencji ubezpieczeniowych – dziwnie też było czuć ich wiejski zapach na głównej ulicy. W naszych okolicach nikt nie handlował choinkami, bo nie było komu ich kupować – dlatego u nas grudzień, jeśli pachniał czymkolwiek, to najwyżej padliną, którą bezdomny kot wywlókł z wywróconego śmietnika, obiadem przygrzewanym w kuchni, której zaparowane okno gospodyni lekko uchyliła, nieznośną sadzą wciąż buchającą z kominów albo popiołem wygrzebanym z piwnicznej kotłowni do posypania śliskiego chodnika. W porównaniu z aromatami wilgotnej wiosny, mokrego lata i kapryśnej jesieni New Jersey, zapachy mroźnej zimy były prawie niezauważalne – tak przynajmniej mi się zdawało, dopóki nie pojechałem z Earlem do centrum, nie powąchałem świeżego igliwia i nie odkryłem, że tak jak wiele innych rzeczy, również grudzień jest dla chrześcijan inny niż dla nas. Tysiące barwnych lampek rozwieszonych po ulicach, kolędnicy, orkiestra Armii Zbawienia, roześmiany Święty Mikołaj na każdym rogu – tak, w tym jednym miesiącu roku moje rodzinne miasto należało tylko i wyłącznie do chrześcijan. W parku Wojskowym stała udekorowana choinka wysokości czterdziestu stóp, a fasadę Urzędu Spraw Publicznych zdobiła gigantyczna metalowa makieta choinki, iluminowana reflektorami o zasięgu, jak podano w „Newark News”, osiemdziesięciu stóp – podczas gdy ja mierzyłem zaledwie cztery i pół.

Ostatnią popołudniową wyprawę z Earlem odbyłem na parę dni przed feriami świątecznymi: pojechaliśmy autobusem do Linden, śledząc mężczyznę, który w każdej ręce dźwigał wielką torbę wypchaną prezentami w czerwono-zielonych gwiazdkowych opakowaniach. Parę dni później pani Axman dostała rozstroju nerwowego i karetka zabrała ją z domu w środku nocy, a wkrótce potem, w dzień Nowego Roku tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego, Earla wziął do siebie ojciec, razem z kolekcją znaczków i innymi skarbami. Po jakimś czasie, jeszcze w styczniu, pod dom Earla zajechała ciężarówka firmy przeprowadzkowej i, na moich oczach, wyniesiono z mieszkania wszystkie meble, także komodę z bielizną matki Earla, po czym nikt z Summit Avenue więcej Axmanów nie widział.

Ponieważ zmierzch zimowy zapadał wcześnie, śledzenie ludzi po wyjściu z autobusu napawało nas teraz szczególną satysfakcją: czuliśmy się prawie tak, jakbyśmy odbywali swoje akcje grubo po północy, gdy wszystkie inne dzieciaki dawno już śpią. Facet z torbami pełnymi prezentów przejechał autobusem granicę Hillside i wysiadł dopiero w Elizabeth, tuż za wielkim cmentarzem, niedaleko narożnego domu z mieszkaniem nad sklepem, w którym wychowała się moja matka. Wysiedliśmy za nim dość dyskretnie – z wyglądu nie różniliśmy się niczym od tysięcy uczniów w typowym Hi roju zimowym: kurtka z kapturem, grube wełniane rękawice z Jednym palcem i bezkształtne sztruksowe spodnie, wciśnięte dołem w niedopasowane gumowe kalosze z mnóstwem denerwujących sprzączek, które w połowie nosiliśmy rozpięte. Widocznie Jednak zapadający zmrok nie krył nas tak dobrze, jak nam się zdawało, a może z czasem zaczęliśmy po prostu tracić czujność, bo tym razem śledzenie nie poszło nam tak sprawnie jak zazwyczaj i nie zasłużyliśmy raczej na dumny tytuł „niezwyciężonego duetu”, który wcześniej nadał nam Earl jako nieuchwytnym tropicielom chrześcijan.

Trzeba było przemknąć się najpierw przez dwa długie ciągi solidnych ceglanych willi, rozjarzonych bożonarodzeniową iluminacją (Earl szeptem nazwał je „pałacami milionerów”), a potem przez dwa krótsze ciągi znacznie mniejszych i skromniejszych domów z prefabrykatów, jakich setki widywaliśmy na ulicach – każdy z wieńcem bożonarodzeniowym na drzwiach. Potem mężczyzna, którego śledziliśmy, skręcił w wąską, wyłożoną cegłami alejkę, prowadzącą do niskiego domeczku z krytym gontem dachem, wystającego wdzięcznie spośród zwałów odgarniętego śniegu, niczym jadalna ozdoba na wielkim lukrowanym torcie. Na piętrze i na parterze paliły się nastrojowe światła, a przez okno po jednej stronie drzwi widać było migoczącą choinkę. Mężczyzna postawił torby, aby wyciągnąć klucz, a my podkradliśmy się bliżej po rozległym białym trawniku – tak blisko, że mogliśmy już rozróżnić ozdoby na choince.

– Patrz – szepnął Earl. – Widzisz tam, na czubku? Na samym czubku drzewka, widzisz? To Jezus!

– Nie, to jest anioł.

– A Jezus to niby kto?

– Myślałem, że to ich bóg – odszepnąłem.

– I szef wszystkich aniołów. To on!

I tak oto nasza misja osiągnęła punkt kulminacyjny – doszliśmy do Jezusa Chrystusa, który według nich był wszystkim, a według mnie wszystko spieprzył, bo gdyby nie Chrystus, nie byłoby chrześcijan, a gdyby nie było chrześcijan, nie byłoby antysemityzmu, a gdyby nie było antysemityzmu, to nie byłoby Hitlera, a gdyby nie było Hitlera, to Lindbergh nigdy nie zostałby prezydentem, a gdyby Lindbergh nie został prezydentem…

Nagle facet, którego śledziliśmy – stojąc już w otwartych drzwiach, z torbami w obu rękach – odwrócił się i zawołał łagodnie, jakby wydmuchiwał kółko tytoniowego dymu:

– Chłopcy.

Tak nas zaskoczył tą nagłą demaskacją, że przynajmniej ja gotów byłem natychmiast wystąpić z cienia na wiodącą do domu I ścieżkę i jak wzorowy chłopczyk, którym byłem jeszcze dwa miesiące wcześniej, zmazać z siebie winę, przedstawiając się pełnym imieniem i nazwiskiem. Earl jednak przytrzymał mnie za rękę.

– Chłopcy, nie chowajcie się. Nie musicie – namawiał mężczyzna.

– Co teraz? – szepnąłem do Earla.

– Ćśśś – odszepnął.

– Chłopcy, wiem, że tam jesteście. Robi się strasznie ciemno – ostrzegł tamten przyjaznym głosem. – Nie zmarzliście? Nie napilibyście się gorącego kakao? Chodźcie no tutaj, chłopcy, schowajcie się do środka, zanim znów sypnie śniegiem. Mam gorące kakao, keks, makowiec, pierniki, lukrowane ciasteczka-zwierzątka, i bezy, pełną szafkę bez, które możemy sobie opiekać przy kominku.

Gdy spojrzałem na Earla, upewniając się, co należy zrobić, on już gnał w stronę Newark.

– Zwiewaj! – krzyknął do mnie, oglądając się przez ramię. – Chodu, Phil, to pedał!

4

STYCZEŃ 1942 – LUTY 1942

Kikut

Alvina wypisali ze szpitala w styczniu czterdziestego drugiego roku, kiedy wstał z wózka inwalidzkiego i zaczął chodzić, najpierw I o kulach, a potem, dzięki długiej rehabilitacji i fachowej pomocy kanadyjskich pielęgniarzy wojskowych, już całkiem samodzielnie, na sztucznej nodze. Rząd kanadyjski miał mu odtąd wypłacać miesięczną rentę inwalidzką w wysokości stu dwudziestu pięciu dolarów – trochę ponad połowę pensji mojego ojca w Metropolitan – plus trzystudolarowy dodatek za rozłąkę. Jako inwalida wojenny, Alvin mógłby też skorzystać z innych przywilejów, gdyby zdecydował się pozostać w Kanadzie, która zagranicznym ochotnikom wojskowym, jeśli tylko sobie tego życzyli, przyznawała od ręki obywatelstwo natychmiast po zwolnieniu z czynnej służby. No i czemu on nie został Kanadyjczykiem? – dziwił się stryjek Monty. Skoro tak nienawidzi Ameryki, to czemu nie został tam i nie skorzystał z oferty grubej kasy?

Monty był najbardziej despotycznym z moich stryjów – dlatego zapewne był też najbogatszy. Zbił fortunę na hurtowej sprzedaży owoców i warzyw na targowisku przy Miller Street, w pobliżu torów kolejowych. Inicjatorem tego biznesu był ojciec Alvina, stryj Jack; po jego śmierci Monty wciągnął do interesu najmłodszego brata, stryja Herbiego, ale kiedy zaproponował spółkę również memu ojcu – a rodzice byli wówczas nowożeńcami bez grosza przy duszy – ten odmówił, pamiętając, ile upokorzeń zaznał od Monty’ego w czasach, gdy wspólnie dorastali. Ojciec dorównywał Monty’emu niespożytą energią i odpornością na trudy życia, ale doświadczenia z dzieciństwa nauczyły go, że nigdy nie sprosta pełnemu inwencji bratu, który na początek zaryzykował, lansując zimą w Newark dojrzałe pomidory, które, jeszcze zielone, sprowadzał w wielkich ilościach z Kuby, po czym trzymał w specjalnie ogrzewanych halach dojrzewalni na drugim piętrze podupadłego magazynu na Miller Street. Gdy dojrzały, pakował je po cztery do pudełek, za każde pudełko brał dolara i wkrótce zasłynął w okolicy jako Król Pomidorów.

Gdy my mieszkaliśmy w czynszowym pięciopokojowym mieszkaniu na piętrze domu w Newark, moi stryjowie z hurtowego biznesu rezydowali w żydowskiej części podmiejskiej dzielnicy Maplewood, gdzie każdy z nich był właścicielem dużej białej willi w stylu kolonialnym, z zielonym trawnikiem przed wejściem i lśniącym cadillakiem w garażu. Na szczęście czy nieszczęście, demonstracyjny egoizm ludzi pokroju Abe’a Steinheima, stryja Monty’ego czy rabina Bengelsdorfa – dynamicznych postaci, które pośledni status potomków skromnych imigrantów mobilizował do starań o najwyższe pozycje w roli amerykańskich obywateli – nie imponował zupełnie mojemu ojcu, pozbawionemu jakiegokolwiek pociągu do władzy: jego siłą pociągową była duma osobista, a siła i bojowość, które w stopniu nie mniejszym niż bracia czerpał z kompleksu biednego dziecka, pogardliwie zwanego przez kolegów żydkiem, pozwalały mu dążyć do osiągnięcia czegoś (bo raczej nie wszystkiego) na własną rękę, bez rujnowania życia innym ludziom. Ojciec był z natury wojownikiem, ale również obrońcą, toteż wyrządzenie krzywdy wrogowi nigdy nie radowało go tak jak starszych braci (nie mówiąc o jeszcze bezwzględniejszych od nich „macherach”). Świat dzielił się na szefów i podwładnych, a szefowie byli szefami nie bez kozery – nie bez kozery też zakładali własne interesy, czy to budowlane, czy produkcyjne, czy rabinackie, czy szemrane. Tylko w ten sposób mogli działać bez przeszkód – i, w swoim mniemaniu, bez upokorzeń – niedyskryminowani przez protestancką hierarchię, która zatrudniała dziewięćdziesiąt dziewięć procent potulnych Żydów w swych największych korporacjach.

– Gdyby Jack żył – pouczał ojca Monty – ten szczeniak nawet nosa by za drzwi nie wytknął. Nie powinieneś był go puszczać, Herman. Chłopak zwiewa do Kanady, żeby zostać wielkim bohaterem wojennym – i proszę, z czym wraca: kulas na całą resztę życia.

Było to w sobotę przed powrotem Alvina. Stryjek Monty, ubrany w czysty garnitur, zamiast poplamionej wiatrówki, wyświechtanych spodni i brudnej szmacianej czapki, które zwykle nosił na largu, stał oparty o nasz kuchenny zlew, a w kąciku ust dyndał mu papieros. Matka wyszła. Wymówiła się pod byle pretekstem, jak zwykle podczas wizyt Monty’ego – jednak dla mnie, małego chłopca, stryj był postacią hipnotyzującą: rzeczywiście przypominał goryla, do którego po cichu przyrównywała go moja matka, gdy szczególnie dał się jej we znaki swoją brutalną manierą.

– Alvin nie znosi waszego prezydenta – odparł ojciec. – Dlatego wyjechał do Kanady. Nie tak dawno temu ty sam nie mogłeś ścierpieć tego człowieka. Ale teraz ten antysemita jest twoim przyjacielem. Przekonujesz mnie, razem z innymi bogatymi Żydami, że Wielki Kryzys minął nie dzięki Rooseveltowi, a dzięki Lindberghowi. Akcje idą w górę, zyski rosną, interes kwitnie – a dlaczego? Dlatego, że mamy Lindberghowski pokój zamiast Rooseveltowskiej wojny. No bo co się jeszcze dla was liczy oprócz pieniędzy?

– Gadasz jak Alvin, Herman. Jak małe dziecko. Co się liczy oprócz pieniędzy? Liczą się twoi dwaj synowie. Chcesz, żeby Sandy wrócił kiedyś do domu taki jak Alvin? Chcesz, żeby Phil – pytał dalej, patrząc na mnie, siedzącego przy kuchennym stole – wrócił kiedyś do domu taki jak Alvin? Uniknęliśmy wojny i będziemy się trzymać od niej z daleka. Nie widzę, jaką krzywdę zrobił mi tym Lindbergh.

Czekałem, aż ojciec odpowie: „Poczekaj, to zobaczysz”, ale widocznie ze względu na moją obecność i mój strach, nie powiedział nic.

Zaraz po wyjściu Monty’ego zwrócił się do mnie:

– Twój stryj w ogóle nie myśli. Żaden z was na pewno nie wróci do domu taki jak Alvin.

– A jak Roosevelt znowu zostanie prezydentem? Wtedy będzie wojna – powiedziałem.

– Może tak, a może nie – odparł ojciec. – Tego nikt nie umie przewidzieć.

– No ale jakby była wojna i Sandy byłby już pełnoletni, to wzięliby go do wojska i wysłali na wojnę. A jakby walczył na wojnie, to mogłoby mu się zdarzyć to, co Alvinowi.

– Synu, wszystko się może zdarzyć każdemu. Ale najczęściej się I nie zdarza.

„Chyba że się zdarzy” – pomyślałem, ale nie ośmieliłem się powiedzieć tego głośno, widząc, że ojciec ma już dosyć moich pytań i prawdopodobnie nie znajdzie odpowiedzi na następne. A ponieważ stryjek Monty powiedział ojcu o Lindberghu dokładnie to samo, co rabin Bengelsdorf – i to samo, co Sandy mnie powtarzał w sekrecie – I zacząłem wątpić w to, czy ojciec wie na pewno, o czym mówi.

Minął już prawie rok od objęcia urzędu przez Lindbergha, kiedy Alvin powrócił do Newark nocnym pociągiem z Montrealu, w asyście kanadyjskiej pielęgniarki Czerwonego Krzyża i bez połowy jednej nogi. Wyjechaliśmy po niego na stację Penn, tak jak pod koniec minionych wakacji wyjechaliśmy po Sandy’ego – tyle że Sandy był teraz z nami. Parę tygodni wcześniej, w imię zgody rodzinnej, pozwolono mi pojechać z nim i ciotką Evelyn do oddalonego o jakieś czterdzieści mil od Newark New Brunswick, na zebranie w synagodze, gdzie siedząc wśród publiczności, podziwiałem mojego brata, który żarliwie zachęcał zebranych, aby zapisywali dzieci do Zwykłych Ludzi, opowiadając im o swojej przygodzie w Kentucky i demonstrując rysunki. Rodzice wytłumaczyli mi, że nie powinienem mówić Alvinowi o działalności Sandy’ego w organizacji Zwykli Ludzie; powiedzieli, że sami mu wszystko wyjaśnią, ale niech Alvin najpierw przyzwyczai się do domu, a z czasem sam lepiej zrozumie zmiany, jakie zaszły w Ameryce od i jego wyjazdu do Kanady. Nie chodziło o ukrywanie czegoś przed Alvinem czy o kłamstwo, tylko o to, żeby ochronić go przed czymś, co może przeszkodzić w rekonwalescencji.

Poranny pociąg z Montrealu miał tego dnia opóźnienie. Ojciec, dla zabicia czasu – a także dlatego, że ani na moment nie przestawał śledzić sytuacji politycznej – kupił gazetę „Daily News”. Siedząc na dworcowej ławce, czytał pobieżnie ten prawicowy nowojorski dziennik popularny, o którym nigdy nie wyrażał się inaczej jak „szmatławiec”. My z matką spacerowaliśmy tymczasem po peronie, z niecierpliwością wyczekując początku nowej fazy naszego wspólnego życia. Gdy głos przez megafon oznajmił opóźnienie pociągu z Montrealu, matka wzięła nas obu pod ręce i poprowadziła do ławki, gdzie siedział ojciec, który zdążył już przeczytać tyle „Daily News”, ile potrafił znieść, i wyrzucił gazetę do kosza. Ponieważ w naszym domu szanowało się każdą pięcio – i dziesięciocentówkę, wyrzucenie gazety w parę minut po zakupieniu zaszokowało mnie nie mniej niż fakt, że ojciec w ogóle ją czytał.

– Nie uwierzycie, co ci ludzie wypisują – zżymał się ojciec. – Ten faszystowski pies nadal jest ich bohaterem.

Nie dodał, że dzięki dotrzymaniu złożonej w kampanii obietnicy uchronienia Ameryki przed wojną światową, ten faszystowski pies stał się już bohaterem wszystkich gazet w kraju, z jednym wyjątkiem – „PM”.

– No – powiedziała matka, gdy pociąg wreszcie wtoczył się na stację – nadjeżdża wasz kuzyn.

– Co mamy robić? – spytałem ją, gdy wszyscy czworo stanęliśmy na skraju peronu.

– Powiedzieć cześć. To jest Alvin. Powitajcie go miło w domu.

– A jego noga? – szepnąłem.

– O co ci chodzi, kochanie?

Wzruszyłem ramionami.

Wtedy ojciec ujął mnie za barki i powiedział:

– Nie bój się. Nie bój się Alvina ani jego nogi. Pokaż mu, jak wydoroślałeś.

Sandy oderwał się od naszej grupki i ruszył pędem w stronę wagonu, który zatrzymał się kilkaset stóp dalej. Usadowionego na wózku inwalidzkim Alvina wywiozła na peron kobieta w uniformie Czerwonego Krzyża, a osobą, która wykrzykując radośnie jego imię, biegła mu na powitanie, był jedyny członek naszej rodziny, który przeszedł na stronę wroga. Nie wiedziałem już, co mam myśleć o swoim bracie – ale nie wiedziałem też, co mam myśleć o sobie, bo całą moją uwagę pochłaniało pilnowanie cudzych sekretów, a jednocześnie usiłowałem stłumić w sobie lęki i nie przestać wierzyć ojcu, demokratom, FDR i wszystkim, którzy mogli mnie powstrzymać od przyłączenia się do powszechnej adoracji prezydenta Lindbergha.

– Wróciłeś! – krzyczał Sandy. – Jesteś w domu!

I nagle mój brat, od niedawna dopiero czternastoletni, ale silny jak dwudziestolatek, padł na kolana na beton peronu, aby zarzucić Alvinowi ręce na szyję. Matka uderzyła w płacz, a ojciec szybko wziął mnie za rękę – nie wiem, czy po to, żebym też się nie rozmazał, czy dla opanowania własnego chaosu uczuć.

Uznałem, że przyszła moja kolej na powitanie z Alvinem, więc zostawiłem rodziców i ruszyłem w stronę wózka inwalidzkiego, a gdy już do niego doszedłem, naśladując Sandy’ego, też zarzuciłem Alvinowi ręce na szyję – i wtedy poczułem, jak on okropnie śmierdzi. W pierwszej chwili wydało mi się, że smród bije z jego nogi, ale jemu cuchnęło z ust. Wstrzymałem oddech, zamknąłem oczy i rozluźniłem uścisk na szyi Alvina dopiero wtedy, gdy poczułem, jak nachyla się, podając rękę mojemu ojcu. Wówczas zauważyłem drewniane kule przytroczone z boku do wózka i po raz pierwszy ośmieliłem się spojrzeć na Alvina. Nigdy w życiu nie widziałem nikogo tak wychudzonego i zrozpaczonego. W jego oczach nie było jednak lęku ani łez – oczy te patrzyły na mojego ojca z furią, jak na opiekuna, który dopuścił się niewybaczalnego czynu, doprowadzając do kalectwa podopiecznego.

– Herman – powiedział Alvin, i nic więcej.

– Wróciłeś – odrzekł ojciec. – Wróciłeś do domu. Zabieramy cię do domu.

Wówczas matka pochyliła się i pocałowała go.

– Ciocia Bess – powiedział Alvin.

Lewa nogawka jego spodni zwisała luźno od kolana – widok znany dorosłym, ale dla mnie szokujący, chociaż znałem już człowieka, który w ogóle nie miał nóg: był kadłubkiem zaczynającym się od bioder. Widywałem go, jak żebrał na chodniku przed biurem mojego ojca, ale jego drastyczna deformacja tak mnie przerażała, że starałem się w ogóle o nim nie pamiętać, skoro nie groziło mi to, że zamieszka u nas domu. Żebranina najlepiej szła mu w sezonie baseballowym: gdy urzędnicy po południu wychodzili z biura, recytował im wyniki meczów swoim dziwnie głębokim, niepasującym do postaci rapsodycznym głosem, i każdy wrzucał mu parę drobnych monet do poobijanego kubełka. Kadłubek poruszał się – a może tkwił na stałe – na małej platformie ze sklejki z przymocowanymi od spodu wrotkami. Pamiętam jego wielkie, zniszczone rękawice robocze, które nosił przez okrągły rok, chroniąc ręce – swój jedyny narząd ruchu. Co poza tym nosił na sobie, nie wiem, bo strach nie pozwalał mi przyjrzeć się dokładniej. To, że w Ogolę się ubiera, graniczyło w moim pojęciu z cudem, tak jak fakt, że zapewne sika i robi kupę, nie mówiąc już o zdolności zapamiętywania wyników meczów baseballowych. Ilekroć towarzyszyłem Ojcu w porannych sobotnich wyjściach do pustego biura – głównie dla przyjemności pokręcenia się na obrotowym krześle przy jego biurku, podczas gdy on sam zajmował się tygodniową pocztą – ojciec i kadłubek witali się przed wejściem przyjaznym skinieniem głowy. Dowiedziałem się wówczas, że groteskowa niesprawiedliwość losu, polegająca na skróceniu człowieka do połowy, nie tylko może się przydarzyć – co samo w sobie było wręcz niepojęte – nie może przydarzyć się komuś o pospolitym męskim imieniu Robert, złożonym tak jak moje z sześciu liter.

– Jak się masz, Robercik? – zagadywał ojciec, gdy we dwóch wchodziliśmy do budynku.

– Jak się masz, Herman? – odpowiadał Robercik. W końcu zapytałem ojca:

– Czy on ma jakieś nazwisko?

– A ty masz jakieś nazwisko? – Tak.

– No widzisz, on też.

– Więc jak się nazywa? Robercik, i co dalej?

Ojciec zastanowił się przez moment, po czym ze śmiechem odparł:

– Prawdę mówiąc, synu, nie mam pojęcia.

Od chwili gdy dowiedziałem się, że Alvin wraca do Newark, by odbywać rekonwalescencję u nas w domu, mimowolna wizja Roberta w roboczych rękawicach, poruszającego się na platformie na kółkach, prześladowała mnie codziennie, gdy leżąc sztywno w ciemnościach, usiłowałem zmusić się do spania: najpierw znaczki ostemplowane swastykami, a teraz Robercik – żywy kadłubek.

– Myślałem, że będziesz chodził na sztucznej nodze ze szpitala. Myślałem, że cię inaczej nie wypuszczą – usłyszałem nagle głos ojca, zwracającego się do Alvina. – Co się stało?

Alvin, nie podnosząc nawet na niego wzroku, odburknął z irytacją:

– Kikut się rozwalił.

– Jak to? – zdziwił się ojciec.

– Nieważne. Nie przejmuj się.

– Czy on ma jakiś bagaż? – spytał ojciec pielęgniarkę. Zanim zdążyła odpowiedzieć, Alvin oświadczył:

– Jasne, że mam bagaż. A gdzie, jak myślisz, trzymam nogę?

Sandy i ja poszliśmy do działu bagażowego w podziemiach hali głównej dworca, razem z Alvinem i jego pielęgniarką, a tymczasem I ojciec z matką pospieszyli sprowadzić samochód z parkingu na Raymond Boulevard. Matka zdecydowała się towarzyszyć ojcu w ostatniej chwili – widocznie chciała omówić z nim niespodziewany problem kiepskiego stanu psychicznego Alvina. Jeszcze na peronie pielęgniarka przywołała bagażowego i we dwoje pomogli Alvinowi dźwignąć się do pionu, po czym bagażowy zajął się wózkiem, a pielęgniarka eskortowała z boku naszego kuzyna, skaczącego na jednej nodze do ruchomych schodów. Gdy tam doszli, weszła na schody pierwsza w charakterze żywej tarczy, a Alvin wskoczył za nią, czepiając się ruchomej poręczy. Jechaliśmy w dół. Sandy i ja staliśmy za Alvinem, nareszcie poza zasięgiem jego nieświeżego oddechu. Sandy instynktownie ustawił się tak, żeby złapać kuzyna, gdyby stracił równowagę. Bagażowy, niosąc nad głową odwrócony wózek z przytroczonymi z boku kulami, zszedł tymczasem po zwykłych schodach obok i czekał już na nas, gdy Alvin zeskoczył z ostatniego stopnia, a my za nim. Ustawił wózek z powrotem na ziemi i przytrzymał go, czekając, aż Alvin usiądzie, ten jednak obrócił się na pięcie i skacząc na jednej nodze, ruszył energicznie i do przodu, porzuciwszy pielęgniarkę, której nie powiedział ani dziękuję, ani do widzenia. Pruł przez tłum po marmurowej posadzce, kierując się do pokoju bagażowego.

– Czy on nie upadnie? – zwrócił się Sandy do pielęgniarki. – Tak szybko skacze. Co będzie, jak się poślizgnie i upadnie?

– On? – odparła pielęgniarka. – Ten chłopak skacze jak najęty. Pokonuje w ten sposób wielkie odległości. Nie upadnie. To mistrz świata w skakaniu na jednej nodze. Wolałby pewnie doskakać tu z Montrealu, niż jechać pociągiem pod moją opieką. – Po chwili konfidencjonalnym tonem wyznała nam, dwóm dzieciakom niemającym pojęcia o stracie: – Widywałam już wściekłych. Widywałam takich, co wściekali się, bo stracili wszystkie kończyny, ale nigdy jeszcze nie widziałam takiego wściekłego jak on.

– Wściekłego? Na co? – spytał z przejęciem Sandy. Pielęgniarka była energiczną kobietą, o surowych szarych oczach i krótkich włosach wciśniętych pod szarą wojskową furażerkę Czerwonego Krzyża, ale ton jej głosu stał się nagle miękki, matczyny, gdy z niezwykłą czułością, będącą dla mnie kolejną niespodzianką tego dnia, odpowiedziała Sandy’emu, jakby i on był jednym z jej podopiecznych:

– Na to, na co ludzie zawsze się wściekają: na zrządzenie losu.

Matka i ja musieliśmy wrócić do domu autobusem, bo w naszym małym studebakerze nie starczyło miejsca dla wszystkich. Fotel inwalidzki Alvina powędrował do bagażnika, a ponieważ był nieporęcznym, nieskładanym urządzeniem starego typu, trzeba było zabezpieczyć niedomknięty bagażnik grubym sznurkiem. Brezentowa torba podróżna (ze sztuczną nogą w środku) była tak wypchana., że Sandy nie dał rady jej dźwignąć, nawet z moją pomocą, więc przeciągnęliśmy ją po marmurowej podłodze hali dworcowej aż do wyjścia, gdzie do akcji włączył się ojciec, który do spółki z Sandym ułożył bagaż płasko na tylnym siedzeniu. Na torbie, skulony wpół, zasiadł mój brat, trzymając na kolanach kule Alvina. Gumowe osłonki kul sterczały przez otwarte boczne okno z tyłu wozu, więc ojciec zawiązał na nich chustkę do nosa, aby ostrzec innych kierowców. Potem usiadł z przodu obok Alvina, a ja już miałem z wielką niechęcią wcisnąć się pomiędzy nich, gdy matka oświadczyła, że życzy sobie, abym jej towarzyszył w drodze do domu. Szybko zorientowałem się, że chciała mi po prostu oszczędzić dalszego obcowania z nieszczęściem.

– To normalne – powiedziała, gdy skręciliśmy za róg ulicy, kierując się do przejścia podziemnego, za którym stała już kolejka do autobusu numer 14. – To całkiem naturalne, że człowiek się martwi. Wszyscy się martwimy.

Zaprzeczyłem, jakobym się martwił, i niespodziewanie złapałem się na tym, że wypatruję na przystanku odpowiedniej osoby do śledzenia. Z przystanku przed stacją Penn odjeżdżało co najmniej dwanaście autobusów i tak się złożyło, że akurat gdy stanęliśmy z matką w kolejce do „czternastki”, pasażerowie wsiadali do autobusu z Vailsburg do odległego North Newark. Natychmiast wypatrzyłem odpowiedniego typa: biznesmena z aktówką, który – choć nie byłem takim mistrzem w ocenie fizjonomii jak Earl – nie wyglądał mi na Żyda. Mogłem jednak podążyć za nim tylko tęsknym wzrokiem, patrząc, jak wsiada, znika za zamkniętymi drzwiami i odjeżdża, nieśledzony przeze mnie z tylnego siedzenia. Gdy jechaliśmy już swoim autobusem, matka poprosiła:

– Powiedz mi, co cię niepokoi.

Ponieważ milczałem, zaczęła tłumaczyć mi zachowanie Alvina na stacji.

– Alvin się wstydzi. Wstydzi się, że oglądamy go na wózku inwalidzkim. Kiedy stąd wyjeżdżał, był silny i niezależny. Teraz chciałby się schować, wrzeszczeć, kląć – to dla niego straszne. Straszne jest też dla chłopca takiego jak ty, widzieć dorosłego kuzyna w tym stanie. Ale wszystko się zmieni. Kiedy tylko Alvin zrozumie, że nie ma powodu się wstydzić ani swojego wyglądu, ani tego, co mu się przytrafiło, przybierze z powrotem na wadze, zacznie chodzić, gdzie zechce, na sztucznej nodze i będzie wyglądał tak, jak go pamiętasz sprzed wyjazdu do Kanady… Ulżyło ci trochę? Podniosłam cię na duchu?

– Nie trzeba mnie podnosić na duchu – odparłem, chociaż bardzo chciałem zapytać matkę: „A ten jego kikut, co to znaczy, że się rozwalił? Będę musiał go oglądać? Będę musiał go dotknąć? Czy oni mu to kiedyś wyleczą?”.

W pewną sobotę, parę tygodni wcześniej, pomagałem matce w piwnicy rozpakowywać kartony z rzeczami Alvina, które ojciec uratował z pokoju przy Wright Street po jego ucieczce do armii kanadyjskiej. Co tylko można było, matka wyprała na tarze w kamiennej kadzi podzielonej na dwie części – w jednej mydliny, w drugiej woda do płukania – po czym, sztuka po sztuce, wkładała czyste rzeczy do wyżymaczki, a ja kręciłem korbą, wyciskając z nich wodę. Nienawidziłem wyżymaczki: każda sztuka bielizny wychodziła spomiędzy jej rolek jak przejechana przez ciężarówkę. Gdy schodziłem do piwnicy, wszystko jedno w jakiej sprawie, ze strachu nigdy nie odwracałem się tyłem do tego urządzenia. Teraz jednak zacisnąłem zęby i wrzucałem kolejne mokre, sprasowane płachty do kosza na bieliznę, który następnie zataszczyłem na górę, żeby matka mogła rozwiesić pranie na sznurach za domem. Podawałem lej spinacze do bielizny, a ona wychylała się przez okno, wieszając rzeczy sztuka po sztuce. Wieczorem tego samego dnia, po kolacji, matka prasowała w kuchni koszule i piżamy, które razem z nią zebrałem ze sznura, a ja siedziałem przy stole, składając w kostkę bieliznę Alvina i zwijając w kulki jego skarpetki – robiłem wszystko, żeby sprawy przybrały pomyślny obrót, starając się być najgrzeczniejszym chłopcem na świecie, o wiele, wiele grzeczniejszym niż Sandy – grzeczniejszym nawet od samego siebie.

Następnego dnia po szkole musiałem aż w dwóch turach zanieść dobre jeszcze ubrania Alvina do krawca za rogiem, u którego mieściła się również pralnia chemiczna. Odebrałem je parę dni później i wszystko – płaszcz, garnitur, kurtkę sportową i dwie pary spodni – powiesiłem na drewnianych wieszakach w swojej szafie, resztę czystych ubrań układając na dwóch górnych półkach, które dawniej zajmował Sandy. Ponieważ Alvin miał spać w naszym pokoju – żeby jak najłatwiej mu było korzystać z łazienki – Sandy już przygotował się do przeprowadzki do słonecznej alkowy od frontu, układając wszystkie swoje rzeczy w kredensie stołowego pokoju, obok lnianych obrusów i serwetek. Wieczorem na kilka dni przed planowanym powrotem Alvina wyczyściłem na glanc dwie pary jego butów, brązowe i czarne, starając się nie myśleć, czy rzeczywiście konieczne jest polerowanie wszystkich czterech sztuk. Lśniące buty, czyste ubrania, szafa schludnie zapełniona pachnącą świeżością bielizną – wszystko to była po prostu modlitwa, improwizowana modlitwa do bóstw ogniska domowego o ochronę naszych pięciu skromnych pokoi i całego zawartego w nich dobytku przed mściwą furią utraconej nogi.

Przez okno autobusu spróbowałem ustalić, ile mam jeszcze czasu, zanim dotrzemy do Summit Avenue i zrobi się za późno na zmianę mojego losu. Przejeżdżaliśmy właśnie przed hotelem Riviera na Clinton Avenue, w którym moi rodzice – co przypominałem sobie za każdym razem, gdy go mijaliśmy – spędzili noc poślubną. A więc byliśmy już poza centrum, mniej więcej w połowie drogi domu; tuż przed nami wznosiła się synagoga B’nai Abraham – wielka owalna forteca służąca żydowskim bogaczom z miasta, a dla mnie równie obca jak bazylika w Watykanie.

– Mogę się przenieść do twojego łóżka, jeśli to w tym jest problem – powiedziała matka. – Przez pewien czas, dopóki wszyscy nie przywykniemy do siebie nawzajem, mogłabym zamiast ciebie dzielić sypialnię z Alvinem, a ty spałbyś z tatą w naszym łóżku. Wolałbyś tak?

Odpowiedziałem, że wolę spać sam w swoim łóżku.

– To może Sandy wróci z loggii do swojego łóżka – kombinowała dalej matka – Alvin zajmie twoje, a ty przeniesiesz się na kozetkę w loggii, gdzie miał nocować Sandy? Tylko czy nie będzie ci smutno, że śpisz sam w drugiej części domu? A może tak wolisz?

Czy wolałem? Jeszcze jak! Ale przecież nie mogłem dopuścić do tego, żeby Sandy, który pracował teraz dla Lindbergha, dzielił pokój z kimś, kto stracił nogę w wojnie z nazistowskimi przyjaciółmi Lindbergha.

Autobus skręcił w Clinton Place i zatrzymał się na dobrze mi znanym przystanku Clinton Avenue, tuż za rogiem willowej ulicy, gdzie – zanim Sandy zdradził mnie na sobotnie popołudnia dla ciotki Evelyn – wysiadaliśmy zawsze, spiesząc na podwójny seans filmowy do kina Roosevelt, którego markizę z czarnym napisem widać było o przecznicę dalej. Niebawem mieliśmy zacząć mijać wąskie boczne alejki i szeregi dwurodzinnych domów, ciągnące się przez całą ulicę Clinton Place – domów identycznych jak nasz, a jednak, mimo podobieństwa ceglanych ganków, niebudzących tych głębokich chłopięcych emocji, które budził dom rodzinny – aż w końcu autobus weźmie ostatni zakręt i wjedzie w Chancellor Avenue. Tam zacznie mozolnie piąć się pod górę, mijając elegancką żłobkowaną kolumnadę nowego gimnazjum, a potem krzepki maszt flagowy przed moją podstawówką, by wreszcie dotrzeć na szczyt wzgórza, gdzie jak opowiadał nam w trzeciej klasie nauczyciel, mieszkała kiedyś w maleńkiej osadzie banda z Delaware, która piekła jedzenie na kamieniach i wyrabiała gliniane garnki w rżnięte wzory. To był cel naszej podróży, przystanek Summit Avenue, naprzeciwko ozdobionej koronkową firanką witryny cukierni Anny Mae, zastawionej półmiskami z obfitością świeżych wyrobów czekoladowych – cukierni, która zastąpiła na tym miejscu indiańskie tipi i wabiła nas nieustannie słodkim zapachem, odległa o dwie minuty spacerem od naszego domu.

Innymi słowy, czas na wyrażenie woli przeniesienia się do loggii mijał dla mnie nieubłaganie, z każdym kinem, które zostawialiśmy za sobą, z każdą ciastkarnią, każdym gankiem – chociaż i tak wiedziałem, że powiedzieć mogę tylko nie, zostanę w swoim pokoju, aż w końcu matce wyczerpały się propozycje i mimo starań zapadła w ponure, złowieszcze milczenie, nie kryjąc już dłużej własnego nastroju, jakby w końcu i ją, tak samo jak mnie, przygnębił klimat pełnego zdarzeń poranka. Ja tymczasem, nie wiedząc, jak długo jeszcze zdołam utrzymać w sekrecie niechęć do Alvina z powodu jego urwanej nogi, pustej nogawki spodni, ohydnego zapachu, fotela na kółkach, kul i odwracania wzroku, gdy z nami rozmawiał, zacząłem udawać, że śledzę pewnego pasażera naszego autobusu, który nie wyglądał na Żyda. I wtedy właśnie uprzytomniłem sobie – uwzględniając wszystkie kryteria, które zdradził mi Earl – że moja matka wygląda na Żydówkę. Jej włosy, nos, oczy – wszystko nieomylnie świadczyło o żydowskim pochodzeniu. A więc i ja, tak bardzo do niej podobny, musiałem wyglądać na Żyda. Tego wcześniej nie wiedziałem.

Źródłem smrodu, który bił od Alvina, była próchnica zębów.

– Zęby psują się od nadmiaru stresu – wyjaśnił doktor Lieberfarb, obejrzawszy wnętrze jamy ustnej Alvina za pomocą małego lusterka. Podczas tych oględzin dziewiętnaście razy westchnął „Aj-aj!”, i jeszcze tego samego popołudnia wziął się do borowania. Zobowiązał się wykonać całą robotę za darmo, dlatego że Alvin poszedł na ochotnika walczyć z faszystami, a on, Lieberfarb – w przeciwieństwie do „bogatych Żydów”, którzy zdumiewali mojego ojca swoją złudną nadzieją bezpieczeństwa w Lindberghowskiej Ameryce – nie miał najmniejszych złudzeń co do planów, jakie mają wobec nas „liczni Hitlerzy tego świata”. Dziewiętnaście złotych plomb oznaczało spory majątek, ale doktor okazywał w ten sposób solidarność z moim ojcem, z moją matką, ze mną samym i z demokratami, odcinając się jednocześnie od wuja Monty’ego, ciotki Evelyn, Sandy’ego i rzeszy republikanów, cieszących się obecnie miłością narodu. Założenie dziewiętnastu plomb zajęło też sporo czasu, zwłaszcza dentyście, który kształcił się na studiach wieczorowych, bo za dnia pracował jako ładowacz w porcie Newark – w związku z czym i rękę miał niezbyt delikatną. Lieberfarb borował zęby Alvina miesiącami, ale w ciągu pierwszych paru tygodni usunął większość zgnilizny, dzięki czemu spanie naprzeciwko Alvina przestało być taką straszną udręką. Co innego kikut. „Rozwalony” oznaczało, że rana na końcu otworzyła się na nowo, pękła i uległa zakażeniu. Skutkiem tego były pęcherze, ropna wydzielina, obrzęki i, rzecz jasna, nie można było założyć na to protezy – Alvin skazany był na kule do czasu, aż noga się zagoi i przestanie grozić kolejnym „rozwaleniem”. Wszystkiemu winne było złe dopasowanie sztucznej nogi. Lekarze tłumaczyli Alvinowi, że proteza „przestała pasować”, ale to nieprawda, bo jak twierdził Alvin, ona nigdy nie pasowała, ponieważ wytwórca od początku źle wziął miarę.

– Jak długo to się będzie goić? – spytałem Alvina tej nocy, gdy] wyjaśnił mi wreszcie, co znaczy, że noga jest „rozwalona”. Sandy w drugim końcu mieszkania i rodzice w swojej sypialni dawno już spali, my z Alvinem zresztą też, ale on nagle zerwał się z pościeli z przeraźliwym, głośnym krzykiem: „Tańczyć! Tańczyć!”. Gdy zapaliłem nocną lampkę i spostrzegłem, że jest strasznie spocony, wstałem, otworzyłem drzwi pokoju i – chociaż sam poczułem nagle, że biją na mnie poty – pobiegłem na palcach wcale nie do sypialni rodziców, żeby im zameldować, co się stało, tylko do łazienki, po ręcznik dla Alvina. Otarł sobie twarz i szyję, a potem zdjął bluzę od piżamy, żeby osuszyć klatkę piersiową i pachy – nareszcie zobaczyłem, co zostało z górnej części jego postaci, gdy dolna została tak haniebnie okaleczona. Nie było tam ran, szwów ani szpecących blizn, ale nie było też jakichkolwiek oznak siły – tylko blada skóra wymizerowanego chłopca, opinająca sterczące kości.

To była nasza czwarta wspólna noc. Przez pierwsze trzy wieczory Alvin zawsze przebierał się w łazience, po czym wracał, skacząc na jednej nodze, żeby powiesić ubranie w szafie – a ponieważ rano też ubierał się w łazience, nie miałem dotąd okazji zobaczyć kikuta i mogłem udawać przed sobą, że nic o nim nie wiem. W nocy odwracałem się do ściany i zmęczony własnymi troskami, zasypiałem natychmiast, po czym spałem twardo aż do wczesnych godzin rannych, gdy budził mnie odgłos skakania Alvina do łazienki i z powrotem do łóżka. Alvin nie zapalał przy tym światła, więc leżałem, drżąc ze strachu, że po ciemku na coś wpadnie i runie na podłogę. Każdy jego nocny ruch budził we mnie chęć ucieczki, i to nie tylko przed kikutem. Tej czwartej nocy Alvin skończył wycierać się ręcznikiem, legł na łóżku w samych spodniach od piżamy – i podciągnął nagle lewą nogawkę, żeby obejrzeć kikut. Uznałem, że to dobry znak, świadczący o tym, że Alvin wyzbywa się powoli obłędnego wstydu, przynajmniej wobec mnie – ale i tak nie chciałem patrzeć w tamtą stronę… jednak przemogłem się, próbując chociaż w łóżku być dzielnym żołnierzem. To, co zobaczyłem poniżej jego kolana, przypominało podłużną głowę stworzenia bez twarzy – gdyby Sandy paroma zręcznymi kreskami dorysował tu oczy, nos, pysk, zęby i uszy, z łatwością upodobniłby to coś do szczura. Patrzyłem na coś, co doskonale określa słowo „kikut”: na obłą resztkę czegoś, co powinno być i kiedyś było w tym miejscu. Gdyby człowiek nie wiedział, jak wygląda noga, mógłby uznać to za normalne zjawisko, bo łysa skóra tak gładko zarosła zaokrąglony koniec skróconej kończyny, jakby to było dzieło natury, a nie rezultat serii żmudnych amputacji.

– Zagoiło się? – spytałem.

– Nie całkiem.

– Długo jeszcze?

– Już zawsze – odparł Alvin.

Poraziło mnie to. Więc nie ma końca! – pomyślałem.

– Oszaleć można – powiedział Alvin. – Stajesz na sztucznej nodze, którą ci zrobili, to kikut się rozwala. Chodzisz o kulach, to zaczyna puchnąć. Paprze się, żeby człowiek nie wiem co robił. Daj mi bandaże z szuflady.

Spełniłem polecenie. Miałem mu podać elastyczne beżowe opaski, którymi chronił kikut przed opuchlizną, gdy nie używał sztucznej nogi. Leżały pozwijane w kącie szuflady koło skarpetek. Każdy bandaż miał jakieś trzy cale szerokości i zabezpieczony był dużą agrafką, żeby się nie rozwinął. Sięgnąłem do tej szuflady z równą chęcią, z jaką wsadziłbym rękę w wyżymaczkę, ale zrobiłem to, a gdy przyniosłem bandaże Alvinowi do łóżka, po jednym w każdej garści, pochwalił mnie: „Dobry chłopczyk”, i poklepał po głowie jak psa, aż parsknąłem śmiechem.

Bojąc się tego, co nastąpi, usiadłem na swoim łóżku i patrzyłem.

– Bandażuje się – wyjaśnił Alvin – żeby nie puchło.

Jedną ręką podtrzymywał kikut, a drugą, zdjąwszy agrafkę, owijał go bandażem na krzyż, do kolana i parę cali powyżej.

– Bandażuje się, żeby nie puchło – powtórzył ze znużoną, przesadną cierpliwością. – Ale tam, gdzie jest rozwalone, nie wolno bandażować, bo się nie zagoi. No i tak to wygląda, w górę i w dół, kręćka można dostać.

Bandaż się skończył, Alvin zabezpieczył go agrafką i pokazał mi rezultat.

– Musi być ciasno, widzisz?

Potem powtórzył tę samą operację z drugim bandażem. Kiedy skończył, kikut znów wydał mi się podobny do małego zwierzęcia – tym razem jednak do takiego, któremu starannie obwiązano pysk, żeby nie mogło zatopić ostrych zębów w ręce osoby, która je schwytała.

– Gdzie się tego nauczyłeś? – zapytałem.

– A czego tu się uczyć? Okręcasz i tyle. Tylko że – skrzywił się nagle – wyszło za ciasno. Może jednak trzeba się uczyć. Kurwa jego mać! Albo wychodzi za luźno, albo, kurwa, za ciasno. Szału można dostać – głupiego robota.

Rozpiął agrafkę zabezpieczającą drugi bandaż i odwinął obydwa, żeby zacząć od nowa.

– Teraz widzisz – powiedział, wyraźnie walcząc z obrzydzeniem wobec daremności wszelkich zabiegów – jak się dochodzi do wprawy.

Po czym zabrał się ponownie do bandażowania, z którym było chyba tak jak z gojeniem się rany: miało trwać w naszym pokoju już zawsze.

Następnego dnia po szkole przybiegłem prosto do domu, bo wiedziałem, że nikogo tam nie zastanę – Alvin był u dentysty, Sandy pojechał gdzieś z ciotką Evelyn, aby z niezrozumiałych dla mnie przyczyn wspierać Lindbergha, a rodzice mieli wrócić z pracy dopiero na kolację. Ponieważ Alvin nie bandażował nogi na dzień, chcąc, żeby szybciej się goiła, a zawijał ją tylko na noc, by zapobiec spuchnięciu, bez trudu odnalazłem oba bandaże w rogu górnej szuflady komody, tam gdzie odłożyłem je zwinięte z samego rana. Usiadłem na skraju łóżka, podwinąłem lewą nogawkę spodni i konstatując ze zgrozą, że to, co zostało z nogi Alvina, jest niewiele grubsze od mojego uda, zabrałem się do bandażowania. Przez wszystkie lekcje tego dnia ćwiczyłem w myślach ruchy podpatrzone minionego wieczoru u Alvina, ale ledwie o trzeciej dwadzieścia, zaraz po powrocie ze szkoły, okręciłem końcem pierwszego bandaża swój własny wyobrażony kikut, poczułem, że coś przylepiło mi się pod kolanem: okazało się, że to chropawy strup z owrzodzonego na spodzie kikuta Alvina. Strup musiał oderwać się w nocy – co mój kuzyn albo zignorował, albo przeoczył – a teraz przywarł do mnie i nie miałem pojęcia, co z nim począć. Mdłości złapały mnie jeszcze w pokoju, ale zdążyłem dopaść tylnych drzwi, zbiec do piwnicy i nachylić się nad kadzią pralni, zanim puściłem pierwszego pawia.

Znaleźć się samemu w wilgotnej krypcie piwnicy byłoby dla mnie czymś strasznym w każdych okolicznościach, i to nie tylko z powodu wyżymaczki. Upstrzona deseniami wilgoci i grzyba na spękanych pobielonych ścianach – a były to plamy we wszystkich odcieniach ekskrementalnej tęczy i zacieki kojarzące mi się z wydzielinami trupa – piwnica stanowiła oddzielne, upiorne królestwo, rozciągające się pod całym naszym domem i nieczerpiące ani odrobiny światła z zewnątrz przez sześć zapaćkanych wąskich okienek, umieszczonych na poziomie betonowego chodnika i zachwaszczonego podwórka. Wklęsły ściek przecinający środkiem jej posadzkę miał kilka odpływów wielkości spodka od filiżanki. Każdy z tych odpływów zabezpieczony był ciężkim czarnym krążkiem z otworami o średnicy dziesięciocentówki, przez które, jak sobie wyobrażałem, bez trudu przeciskają się złowrogie stwory o ciałach z wilgotnych oparów, dobywające się z trzewi ziemi, by wtargnąć w moje życie. Piwnicy brakowało nie tylko słonecznego okna, ale w ogóle czegokolwiek, co daje człowiekowi poczucie bezpieczeństwa; kiedy w pierwszej klasie gimnazjum zaczęliśmy się uczyć mitologii Greków i Rzymian i gdy przeczytałem w podręczniku o Hadesie, Cerberze i rzece Styks, natychmiast przypomniała mi się nasza piwnica. Jedna trzydziestowatowa żarówka wisiała nad kadzią, do której się wyrzygałem, druga niedaleko pieców kotłowni- płonących żarem, brzuchatych, i stojących razem jak troistej postaci Pluton z podziemnego świata – a pozostałe, prawie zawsze przepalone, dyndały na kablach w komórkach.

Nie mogłem pogodzić się z tym, że w ramach zimowych obowiązków przypadnie mi niedługo w udziale szuflowanie węgla do naszego pieca codziennie z samego rana, gaszenie ognia przed pójściem spać i, raz dziennie, wynoszenie kubła zimnych popiołów do blaszanego pojemnika na podwórzu. Na razie Sandy, odkąd tak zmężniał, przejął te obowiązki po ojcu, ale wiedziałem, że za parę lat, gdy Sandy, jak każdy osiemnastolatek, pójdzie na dwuletnie szkolenie wojskowe do nowo powołanej obywatelskiej armii prezydenta Lindbergha, robotę odziedziczę ja i nie pozbędę się jej aż do dnia, gdy mnie z kolei powołają do wojska. Miałem dziewięć lat i myśl o samotnym obsługiwaniu piwnicznego pieca napawała mnie takim samym lękiem, jak myśl o nieuchronnej śmierci, która także zaczęła od niedawna dręczyć mnie po nocach.

Jednak głównie bałem się piwnicy z powodu krewnych, którzy już umarli – moich dwóch dziadków, matki mamy oraz ciotki i stryja będących niegdyś rodzicami Alvina. To, że ich ciała pochowano w ziemi nieopodal drogi numer jeden, przy trasie Newark-Elizabeth, na pewno nie przeszkadzało duchom rezydować dwa piętra pod naszym mieszkaniem i stamtąd nadzorować nasze sprawy i postępki. Pamiętałem ich słabo albo wcale, z wyjątkiem babci, która umarła, gdy miałem sześć lat – a mimo to zawsze, schodząc do piwnicy, przystawałem na każdym zakręcie stopni, uprzedzając duchy, że się zbliżam, i błagając, aby trzymały się z dala ode mnie i nie robiły mi krzywdy, gdy wejdę pomiędzy nie. Sandy, będąc w moim wieku, pokonywał ten sam strach, zbiegając do piwnicy z głośnym tupaniem i wrzaskiem: „Łotry, wiem, że tam jesteście, mam strzelbę!” – ja natomiast schodziłem na paluszkach, szepcząc: „Przepraszam za wszystkie swoje złe uczynki”.

Wyżymaczka, odpływy rynsztoka, zmarli – duchy zmarłych potępiające mnie surowo za rzyganie do podwójnej kadzi, w której niedawno razem z matką prałem rzeczy Alvina – a do tego jeszcze dzikie koty, które wślizgiwały się do piwnicy, gdy tylko ktoś zostawił na górze uchylone drzwi, a potem miauczały przeraźliwie, czając się w ciemnościach. I rozdzierający kaszel naszego sąsiada z dołu, pana Wishnowa, dudniący echem po całej piwnicy – odgłos przywodzący na myśl człowieka przepiłowywanego na pół zębatą piłą. Pan Wishnow był, tak samo jak mój ojciec, agentem ubezpieczeniowym w Metropolitan, ale od ponad roku pozostawał na rencie z powodu zaawansowanego raka jamy ustnej i gardła: mógł tylko siedzieć w domu i słuchać seriali radiowych, o ile nie spał albo nie męczyły go ataki kaszlu. Dzięki zezwoleniu Departamentu Spraw Wewnętrznych posadę przejęła po nim żona, stając się pierwszą w okręgu Newark kobietą-agentem ubezpieczeniowym. Pracowała teraz równie długo jak mój ojciec, zajmujący się zazwyczaj po kolacji zbiórką składek po domach, a większość sobót i niedziel poświęcający na pozyskiwanie nowych klientów, gdyż jedynie w weekendy mógł liczyć na to, że zastanie w domach ojców rodzin, gotowych wysłuchać jego agitacji. Zanim matka podjęła pracę sprzedawczyni w domu towarowym Hahne’a, schodziła parę razy dziennie na parter do pana Wishnowa, żeby sprawdzić, jak on się czuje. A nawet później, ilekroć pani Wishnow zajrzała do nas, żeby powiedzieć, że wróci późno i nie zdąży ugotować porządnego obiadu, matka szykowała trochę więcej jedzenia i zanim sami siedliśmy do stołu, posyłała Sandy’ego i mnie na dół z dymiącymi talerzami na tacy: jedna porcja była dla pana Wishnowa, a druga dla Seldona, ich syna jedynaka. Seldon otwierał nam drzwi i ostrożnie wnosiliśmy tace przez korytarz do kuchni, starając się nie rozlać ani trochę przy stawianiu ich na stole, gdzie pan Wishnow już siedział i czekał, z papierową serwetką zatkniętą za rozpięty kołnierzyk piżamy – wcale jednak nie wyglądał na kogoś, kto zdolny jest jeść, chociaż wydawał się strasznie zgłodniały.

– Dobrze się macie, chłopcy? – pytał zdartą resztką głosu. – Nie opowiesz mi jakiegoś kawału, Phillie? Dawno nie słyszałem dobrego kawału.

Mówił to bez goryczy, bez smutku, ze spokojną, obronną jowialnością człowieka, który jeszcze żyje, chociaż nie wiadomo po co. Seldon widocznie mówił ojcu, że rozśmieszam dzieciaki w szkole i dlatego pan Wishnow żartobliwie domagał się ode mnie kawału, podczas gdy ja słowa nie zdołałbym wykrztusić w jego obecności. Sukcesem było dla mnie to, że patrzę na kogoś, kto umiera – i co gorsza, godzi się z własnym umieraniem – starając się nie widzieć ponurych dowodów nędzy cielesnej, której nieszczęśnik będzie musiał jeszcze zaznać, zanim dołączy jako duch do innych zmarłych w naszej piwnicy. Czasami, kiedy panu Wishnowowi kończyły się lekarstwa, Seldon przybiegał do nas na górę, żeby mnie spytać, czy chcę z nim iść do apteki, a ponieważ wiedziałem od rodziców, że ojciec Seldona jest skazany na śmierć – i ponieważ Seldon zachowywał się tak, jakby o tym nie wiedział – nie umiałem mu odmówić, chociaż nigdy nie lubiłem zadawać się z kimś, kto tak ostentacyjnie zabiegał o moją przyjaźń. Seldon był dzieckiem napiętnowanym samotnością i niesprawiedliwie dotkniętym nieszczęściem, a poza tym stanowczo za bardzo się starał być stale uśmiechnięty; należał do tych chudych, bladych, miłych chłopców, którzy budzą powszechne zażenowanie, bo rzucają piłką jak dziewczyna – a jednocześnie był najlepszym uczniem w klasie i szkolnym asem z arytmetyki. Co jeszcze dziwniejsze, na wuefie nikt nie potrafił tak jak Seldon wspinać się po linach, zwieszających się z wysokiego pułapu sali gimnastycznej – zdaniem jednego z naszych nauczycieli, ta jego zwinność wiązała się z niezrównaną biegłością w operowaniu liczbami. Miał też zadatki na mistrza szachowego, której to gry nauczył go ojciec, więc ilekroć towarzyszyłem mu w wypadzie do apteki, wiedziałem z góry, że nie uniknę potem sesji nad szachownicą w przyciemnionym salonie jego rodziców – przyciemnionym dla oszczędności prądu, a także dlatego, że story były stale zaciągnięte, aby wścibscy sąsiedzi nie mogli podglądać, jak Seldon pomału staje się półsierotą. Niezrażony moim tępym oporem, Samotny Seldon (zwany tak przez Earla Axmana, który także doświadczył synowskiej katastrofy, gdy jego matka z dnia na dzień straciła rozum) miliony razy usiłował mnie nauczyć reguł przesuwania figur po szachownicy, a tymczasem zza drzwi sypialni w głębi mieszkania dobiegał kaszel jego ojca, tak uporczywy i gwałtowny, jakby nie jeden, ale czterech, pięciu, sześciu ojców zakasływało się tam na śmierć.

Nie minął tydzień, a zacząłem wyręczać Alvina w bandażowaniu kikuta, tak dobrze wyćwiczywszy już tę sztukę na sobie – bez dalszego rzygania – że Alvin ani razu nie poskarżył się, że opatrunek jest za luźny albo za ciasny. Robiłem to co wieczór – nawet gdy kikut się wygoił i Alvin zaczął regularnie używać sztucznej nogi żeby nie dopuścić do powstania obrzęku. Póki rana się goiła, sztuczna noga stała w głębi szafy, prawie całkiem zasłonięta ustawionymi na dole butami i wiszącymi spodniami. Wciąż dość trudno było jej nie zauważyć, ale ja twardo omijałem ją wzrokiem i naprawdę nie wiedziałem, z czego jest zrobiona, aż do dnia, w którym Alvin wyciągnął ją z szafy, żeby ją założyć. Chociaż z niesamowitą dokładnością imitowała dolną część ludzkiej nogi, wszystko w niej było straszne – straszne i zadziwiające zarazem – począwszy od tego, co Alvin nazywał swoją uprzężą: ciasnego gorsetu na udo z ciemnej skóry, zapinanego z przodu i sięgającego od pośladka po kolano, gdzie stalowe łącza na zawiasach łączyły go po bokach z protezą. Kikut, obciągnięty długą białą wełnianą skarpetą, w pasowy wał się w wyściełane wgłębienie na szczycie protezy, która była drewniana, wydrążona w środku i cała w dziurki umożliwiające przepływ powietrza – nie przypominała więc tego, czego się obawiałem: czarnej gumowej pałki kuternogi, znanej mi z komiksów. Na końcu sztucznej łydki znajdowała się ruchoma sztuczna stopa, wyginająca się zaledwie o parę stopni i podbita gąbkową podeszwą. Precyzyjnie wkręcona w górną część nogi, zakrywała swój mechanizm, i chociaż bardziej przypominała drewniany but niż żywą stopę z pięcioma palcami, to kiedy Alvin wciągnął skarpetki i trzewiki – skarpetki wyprane przez moją matkę i trzewiki wyglansowane przeze mnie – obie jego stopy łudząco się do siebie upodobniły.

W pierwszym dniu prób ze sztuczną nogą Alvin ćwiczył chodzenie w bocznej alejce, spacerując od garażu do końca kostropatego żywopłotu okalającego nasz malutki placyk przed wejściem i nie zapuszczając się ani o krok dalej, żeby przypadkiem nie zobaczył go ktoś z ulicy. Drugiego dnia znów ćwiczył sam przed południem, ale gdy wróciłem ze szkoły, zabrał mnie na dwór na drugą sesję – tym razem już nie skupiał się na samym chodzeniu, ale starał się sprawiać wrażenie, że stan kikuta, dopasowanie protezy i długa perspektywa przyszłości jednonogiego kaleki, nie stanowią dla niego problemu. W następnym tygodniu przez całe dnie chodził z protezą po domu, a po niedzieli powiedział do mnie: „Leć po piłkę”. Problem w tym, że my nie mieliśmy piłki futbolowej – jej posiadanie było dla nas czymś równie nieosiągalnym jak korki i naramienniki. Piłki futbolowe mieli tylko „bogaci”. Nie mogłem też wypożyczyć piłki ze szkoły, bo musielibyśmy grać w nią na szkolnym boisku – wobec czego ja, który dotąd niczego nie ukradłem (nie licząc paru drobniaków z kieszeni rodziców), bez chwili wahania udałem się na Kerr Avenue – ulicę jednorodzinnych willi z trawnikami przed wejściem i na zapleczu – i zlustrowałem wszystkie tamtejsze podjazdy, aż w końcu ujrzałem to, czego szukałem: piłkę do ukradzenia, prawdziwą skórzaną piłkę firmy Wilson, leżącą na skraju chodnika, ze zniszczonym skórzanym sznurowaniem i nadmuchiwaną dętką w środku – piłkę, którą jakiś bogaty dzieciak porzucił bez nadzoru. Wepchnąłem ją pod pachę i pognałem z powrotem pod górę na Summit Avenue, jakbym szykował się do inauguracyjnego strzału dla drużyny Notre Damę.

Tego samego popołudnia przez blisko godzinę ćwiczyliśmy podania w naszej bocznej alejce, a wieczorem, sprawdzając we dwóch stan kikuta za zamkniętymi drzwiami naszej sypialni, nie dostrzegliśmy na nim żadnych śladów ponownej infekcji, chociaż Alvin, posyłając do mnie mistrzowskie podkręcane piłki, całym ciężarem ciała opierał się na sztucznej nodze. „Nie miałem wyjścia” – taką linię obrony postanowiłem przyjąć, w razie gdyby przyłapano mnie na kradzieży piłki z Kerr Avenue. Mój kuzyn Alvin, wysoki sądzie, domagał się piłki futbolowej. On stracił nogę w walce z Hitlerem, teraz wrócił do domu i chce grać w futbol. Co innego mogłem zrobić?

Upłynął już miesiąc od koszmarnego dnia powitania Alvina na stacji Penn i choć nie nazwałbym tego przyjemnością, nie czułem już obrzydzenia, kiedy rano, biorąc buty z szafy, sięgałem także po protezę Alvina, który siedział w szortach na łóżku i czekał na swoją kolejkę do łazienki. Był już coraz mniej ponury i zaczynał przybierać na wadze, racząc się obficie między posiłkami wszystkim, co akurat znalazł w lodówce. Jego oczy nie były już tak przerażająco wielkie, a gęstniejące włosy stały się na powrót faliste, czarne i lśniące jak od szuwaksu. Gdy tak siedział, trochę jeszcze bezradny, z obnażonym kikutem – ja, który go podziwiałem, znajdowałem w nim z dnia na dzień coraz więcej powodów do podziwu, a to, co wołało o litość, wydawało mi się coraz mniej nieznośne.

Wkrótce Alvin przestał ograniczać spacery do przydomowej alejki i nie będąc już skazanym na kule i laskę, które go upokarzały, zaczął przemieszczać się na sztucznej nodze po całej okolicy: robił matce zakupy u rzeźnika, w piekarni i w warzywniaku, chodził na hot dogi na róg ulicy, jeździł sam autobusem, już nie tylko do dentysty na Clinton Avenue, ale aż na Market Street, po nową koszulę ze sklepu Larkeya – a także, o czym jeszcze nie wiedziałem, odwiedzał boiska na zapleczu gimnazjum i, z dodatkiem za rozłąkę w kieszeni, rozglądał się za chętnymi do gry w pokera albo w crapsa. I pewnego dnia po lekcjach pomogłem mu zrobić miejsce na wózek inwalidzki w komórce, a po kolacji zwierzyłem się matce z tego, co przyszło mi do głowy w szkole. Przez cały czas, gdziekolwiek bytem i czymkolwiek się zajmowałem, dręczyła mnie myśl o Alvinie i pytanie, jak mógłbym pomóc mu zapomnieć o protezie – dlatego powiedziałem do matki:

– Nie uważasz, że gdyby Alvin miał z boku nogawki zamek błyskawiczny, łatwiej by mu było wkładać i zdejmować spodnie bez odpinania protezy?

Następnego dnia rano, w drodze do pracy, matka podrzuciła wojskowe spodnie Alvina do mieszkającej niedaleko krawcowej, która szyła w domu, a ta rozpruła od dołu szew lewej nogawki i wstawiła tam zamek błyskawiczny długości około sześciu cali. Wieczorem, gdy Alvin wciągnął spodnie z rozpiętym suwakiem, proteza z łatwością przeszła przez nogawkę i obyło się bez zwykłych codziennych przekleństw przy ubieraniu. Po zapięciu suwak stawał się całkiem niewidoczny.

– Wcale nie wiadomo, że tam jest! – krzyknąłem z podziwem. Rano spakowaliśmy do papierowej torby wszystkie spodnie Alvina, żeby matka zaniosła je krawcowej do przeróbki.

– Jak ja bym żył bez ciebie – powiedział Alvin, gdy wieczorem kładliśmy się spać. – Portek bym bez ciebie nie włożył.

I podarował mi na zawsze swój kanadyjski medal „za zasługi w nadzwyczajnych okolicznościach”. Medal był srebrny, okrągły, po jednej stronie widniał na nim profil króla Jerzego VI, a po drugiej – lew triumfalnie depczący martwego smoka. Otaczałem go wielką czcią i nosiłem stale, przypinając jednak jego wąską zieloną wstążkę do podkoszulka, żeby nikt nie zobaczył mojego skarbu i nie posądził mnie o brak lojalności wobec Stanów Zjednoczonych. Jedynie w tych dniach, gdy mieliśmy w szkole gimnastykę i trzeba się było rozbierać, zostawiałem medal w domu, w szufladzie.

A gdzie w tej całej konfiguracji plasował się Sandy? Był tak zajęty, że z początku nawet nie zauważył mojej karkołomnej przemiany w ordynansa nagrodzonego medalem kanadyjskiego bohatera wojennego, który z kolei odznaczył medalem mnie – a gdy się wreszcie zreflektował, z początku było mu przykro, nawet nie z racji mojej zażyłości z Alvinem, do której dojść musiało przez wspólną sypialnię, ale z powodu wrogiej obojętności, jaką okazywał mu nasz waleczny kuzyn – było już jednak za późno, aby odebrać mi rolę wielkiego pomocnika (i związane z nią przykre obowiązki) – rolę, którą podjąłem, na dobrą sprawę, z konieczności, ale która, ku zdumieniu Sandy’ego, przyniosła mi tak wielką chwałę w schyłkowych latach długiej kariery młodszego brata.

Osiągnąłem tę chwałę, nie zająknąwszy się nawet o związkach Sandy’ego, poprzez ciotkę Evelyn i rabina Bengelsdorfa, z naszym obecnym znienawidzonym rządem. Wszyscy, z moim bratem włącznie, unikaliśmy tematu OAA i Zwykłych Ludzi w obecności Alvina, przekonani, że dopóki on sam nie pojmie rozmiarów popularności izolacjonistycznej polityki Lindbergha, która zyskała już nawet poparcie wielu Żydów – dopóki nie pojmie, że fascynacja żydowskiego chłopca w wieku Sandy’ego przygodą, jaką wabią Zwykli Ludzie, nie jest, wbrew pozorom, taką znów wielką zdradą – dopóty nic nie zdoła uśmierzyć gniewu tego z nas, który poniósł największą ofiarę i najzacieklej nienawidził Lindbergha. Alvin jednak najwyraźniej już sam wyczuł, że Sandy go zdradził, a będąc sobą, nie starał się maskować własnych emocji. Ja nie mówiłem nic, rodzice nie mówili nic, Sandy przede wszystkim nie mówił nic, aby pogrążyć się w oczach Alvina, a mimo to Alvin jakimś cudem wiedział (lub przynajmniej zachowywał się tak, jakby wiedział), że ten, który go pierwszy powitał na stacji, jest zarazem pierwszym, który podpisał pakt z faszystami.

Nikt nie umiał przewidzieć, co Alvin będzie dalej robił. Ze znalezieniem pracy mógł mieć kłopoty, bo nie każdy kwapił się zatrudniać kalekę, będącego w oczach niektórych również zdrajcą. Jednak, zdaniem moich rodziców, niedopuszczalne było, aby Alvin resztę życia przesiedział w domu na chudej rencie inwalidzkiej, pomstując na los i rozczulając się nad sobą. Matka namawiała go, żeby przeznaczył rentę na studia w college’u. Popytała gdzie trzeba i dowiedziała się, że jeśli Alvin postudiuje rok w Newark Academy i otrzyma oceny B z tych przedmiotów, z których w szkole Weequahic miał D i F, ma spore szanse dostać się w następnym roku na Uniwersytet Newark. Ojciec jednak nie wyobrażał sobie, żeby Alvin miał wrócić na ochotnika do dwunastej klasy, nawet w prywatnej szkole w centrum miasta – dwudziestodwuletni chłopak, który ma za sobą takie doświadczenia, powinien by, zdaniem ojca, czym prędzej znaleźć pracę z perspektywą na przyszłość. I dlatego ojciec zaproponował Alvinowi kontakt z Billym Steinheimem. Billy był tym synem Steinheima, z którym Alvin zaprzyjaźnił się, pracując u Abe’a jako szofer – jeśli więc Billy zgodziłby się poprosić ojca, żeby dał Alvinowi drugą szansę, może znaleźliby mu miejsce w firmie, na początek jakąś skromną posadkę, dopóki Alvin nie zrehabilituje się w oczach Abe’a Steinheima. W ostateczności – ale tylko w ostateczności – Alvin mógłby się zatrudnić u stryja Monty’ego, który już proponował mu pracę na targowisku, wtedy jednak jeszcze Alvin cierpiał z powodu paprzącej się nogi i całymi dniami leżał w łóżku, nie pozwalając odsłonić okna, żeby przypadkiem nie zobaczyć choćby skrawka tego świata, w którym kiedyś miał kompletne ciało. Kiedy jechał ze stacji Penn z moim ojcem i Sandym, zamknął oczy na widok gimnazjum, bo nie chciał pamiętać o tym, jak niezliczoną ilość razy wybiegał po lekcjach z tego budynku, wolny od udręk cielesnych i gotowy na podbój świata.

Właśnie tego dnia, gdy stryjek Monty miał nas odwiedzić po południu, wróciłem ze szkoły trochę później – miałem po lekcjach dyżur przy ścieraniu tablic – a wróciwszy, nie zastałem Alvina. Nie było go ani w łóżku, ani w łazience, ani nigdzie indziej w mieszkaniu, więc wybiegłem szukać go na podwórko, skąd, przerażony, pognałem z powrotem do domu i nagle, stojąc u stóp schodów, usłyszałem ciche jęki z dołu – duchy, cierpiące duchy rodziców Alvina! Ostrożnie schodziłem do piwnicy, chcąc sprawdzić, czy SU to duchy widzialne, czy tylko słyszalne – ale zamiast duchów zobaczyłem pod ścianą Alvina, który przez wąską szybkę na poziomie chodnika wyglądał na Summit Avenue. Był w szlafroku, jedną ręką dla równowagi trzymał się wąskiego parapetu. Drugiej ręki nie widziałem. Alvin robił nią coś, o czym nie miałem pojęcia, bo byłem za mały. Przez okrągły prześwit w brudnej szybie podglądał gimnazjalistki, które mieszkały na Kerr Avenue i wracały ze szkoły Weequahic naszą ulicą. Mógł widzieć tylko ich nogi na tle żywopłotu, ale to mu najwyraźniej wystarczało, aby jęczeć z żalu – jak myślałem – że sam już nie ma dwóch nóg. Wycofałem się cichutko po schodach i uciekłem w najdalszy koniec garażu, gdzie skulony w kucki obmyślałem plan ucieczki do Nowego Jorku i zamieszkania tam z Earlem Axmanem. Wróciłem w końcu do domu tylko dlatego, że zapadał zmrok i miałem lekcje do odrobienia. Po drodze zerknąłem do piwnicy, sprawdzając, czy Alvin jeszcze tam jest. Nie było go, więc ośmieliłem się zejść na dół, minąć pędem wyżymaczkę i odpływy, dopaść okienka i wspiąć się na palce – chciałem wyjrzeć na ulicę tak jak Alvin. Nagle stwierdziłem, że bielona ściana pod okienkiem jest cała śliska i lepka od jakiejś mazi. Nie słyszałem jeszcze wtedy o masturbacji, nie wiedziałem, co znaczy wytrysk. Byłem pewien, że to ropa. Albo flegma. W każdym razie coś obrzydliwego. Patrząc na tajemniczą wydzielinę, wyobraziłem sobie, że jest to coś, co zbiera się w ciele człowieka, aby wytrysnąć ustami w chwili skrajnej rozpaczy.

Stryjek Monty zajrzał po południu, żeby zobaczyć się z Alvinem. Był właśnie w drodze do centrum, na Miller Street, gdzie od czternastego roku życia pracował całymi nocami na targu: przychodził tam o piątej po południu, a do domu wracał dopiero o dziewiątej następnego ranka, jadł duży posiłek i walił się spać na cały dzień. Oto jaki tryb życia wiódł najbogatszy członek naszej rodziny. Dwojgu jego dzieciom wiodło się lepiej. Linda i Annette, nieco starsze od Sandy’ego, żałośnie wstydliwe dziewczynki, nawykłe do chodzenia na palcach wokół ojca-tyrana, miały mnóstwo ubrań i uczyły się w podmiejskim gimnazjum Columbia w Maplewood, razem z innymi żydowskimi dziećmi, które miały mnóstwo ubrań i których ojcowie, tak jak Monty, jeździli osobistymi cadillacami, a na potrzeby żony i dorastających pociech trzymali w garażu drugi samochód. Razem z nimi w wielkim domu w Maplewood mieszkała moja babcia, która też miała mnóstwo ubrań, zakupionych przez najbardziej udanego syna, jednak wcale ich nie nosiła, najwyżej w wielkie święta albo kiedy Monty kazał jej się wystroić na niedzielny obiad w restauracji. Restauracyjne jedzenie nigdy nie było dość koszerne dla babci, więc zamawiała nieodmiennie posiłek więźnia – chleb i wodę. Zresztą i tak nie umiała się zachować w restauracji. Raz na widok pomocnika kelnera, który chwiał się pod wielką stertą naczyń odnoszonych do kuchni, zerwała się z miejsca, żeby mu pomóc. Stryjek Monty wrzasnął: „Mama! Nie! Loz im tsu Ru! Daj mu spokój!” – a ponieważ babcia odtrąciła jego rękę, trzeba ją było siłą przyciągnąć do stołu za mankiet komicznie naszywanej cekinami sukni. W domu zatrudniano Murzynkę, tak zwaną „dziewczynę”, która dwa razy w tygodniu przyjeżdżała autobusem z Newark, żeby posprzątać – co jednak nie przeszkadzało babci pod nieobecność domowników szorować na kolanach podłóg w kuchni i łazience oraz prać własnych rzeczy na tarze, chociaż Monty miał w wykończonej piwnicy nowiusieńki zestaw Bendbca „pralnia domowa” za dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów. Ciotka Tillie, żona Monty’ego, ciągle się skarżyła, że mąż całe dnie przesypia, a po nocach nie ma go w domu – chociaż wszyscy w rodzinie uważali, że to dla niej wielkie szczęście, i to nie tylko z powodu nowiutkiego oldsmobile’a, którego dostała na własny użytek.

Alvin leżał w łóżku, jeszcze w piżamie, a była czwarta po południu tego styczniowego dnia, w którym Monty pierwszy raz wpadł go zobaczyć i odważył się zadać mu pytanie, na które nikt z nas nie znał właściwie odpowiedzi: „Jak, do cholery, udało ci się stracić nogę?”. Ponieważ Alvin był strasznie opryskliwy wobec mnie, gdy wracałem ze szkoły, i na wszelkie moje wesołe zagadywania reagował gniewnymi pomrukami, nie spodziewałem się, że nasz najmniej ulubiony krewny uzyska od niego jakąkolwiek odpowiedź.

A jednak onieśmielająca obecność stryja Monty’ego, z nieodłącznym papierosem w kąciku ust, działała tak porażająco, że nawet Alvin – wtedy jeszcze – nie umiał mu powiedzieć, żeby się zamknął i poszedł w diabły. Nie zdobył się na powtórny chojracki zryw, podobny do tego ze stacji Penn, gdy jako świeżo przybyły do domu kaleka bez nogi pokonał w podskokach całą halę dworcową.

– Francja – odparł głucho, jednym słowem kwitując trudne pytanie.

– Najgorszy kraj na świecie – stwierdził Monty z niemałą pewnością siebie. Jako dwudziestojednolatek, w tysiąc dziewięćset osiemnastym, sam walczył we Francji z Niemcami, biorąc udział w drugiej krwawej bitwie nad Marną, a potem w lesie Argonnów, kiedy alianci przełamali niemiecki front zachodni.

– Ja cię nie pytam gdzie – dodał po chwili. – Ja cię pytam jak.

– Jak – powtórzył Alvin.

– Wypluj to z siebie mały, dobrze ci zrobi.

No proszę, Monty wiedział nawet, co Alvinowi dobrze zrobi.

– Gdzie byłeś, jak cię trafiło? Tylko mi nie mów, że „w niewłaściwym miejscu”. Ty przez całe życie tkwisz w niewłaściwym miejscu.

– Czekaliśmy na łódź, co miała nas zabrać.

Alvin przymknął oczy z taką miną, jakby miał nadzieję więcej ich nie otworzyć. Nie zamilkł jednak, o co się w duchu modliłem, I tylko ni stąd, ni zowąd oświadczył:

– Postrzeliłem Niemca. – No i?

– Leżał i darł się przez całą noc.

– No i? No i? Mów dalej. Darł się. Co z tego?

– To, że tuż przed świtem, zanim miała przypłynąć łódź, podczołgałem się do niego. Leżał jakieś pięćdziesiąt jardów dalej. Już nie żył. Ale wczołgałem się na trupa i strzeliłem mu dwa razy w łeb. Potem naplułem na skurwysyna. I w tej sekundzie rzucili granat. Dostałem w obie nogi. U jednej stopa mi się przekręciła. Urwała i przekręciła. Tę mi uratowali. Zoperowali i uratowali. Założyli na nią gips. Zrosła się jak należy. Ale z drugą nic się nie dało zrobić. Widziałem jedną nogę z odwróconą stopą i drugą dyndającą na włosku. Lewą. Właściwie już była amputowana.

Koniec opowieści – ani cienia heroizmu, który naiwnie sobie wyobrażałem.

– Sam, na ziemi niczyjej – podsumował Monty – równie dobrze mogłeś oberwać od swoich. Ciemno, dopiero świta, facet słyszy strzały, panikuje – i bach, wali granatem.

Na takie dictum Alvin nie miał odpowiedzi.

Każdy inny zrozumiałby sytuację i dał spokój, choćby na widok potu ściekającego w zagłębienie pod grdyką Alvina, który wciąż trzymał zaciśnięte powieki. Każdy, ale nie mój stryj – on rozumie, lecz nie daje spokoju.

– A jak to się stało, że cię tam nie zostawili? Jak już się tak wygłupiłeś, to czemu cię nie zostawili na pewną śmierć?

– Wszędzie było błoto – odparł półprzytomnie Alvin. – Samo błoto. Pamiętam tylko błoto.

– No a kto cię uratował, gamoniu?

– Wzięli mnie. Pewnie zemdlałem. Przyszli i wzięli mnie.

– Staram się zrozumieć, jak działa twój mózg, Alvin, i nie mogę. Pluje. On pluje. I to cała jego historia o stracie nogi.

– Czasami człowiek nie wie, dlaczego coś robi. – To ja się odezwałem. Cóż mogłem wiedzieć o tych sprawach? A jednak powiedziałem stryjowi: – Robi się i już, stryjku Monty. Nie można inaczej.

– Nie można inaczej, Phillie, jak się jest urodzonym gamoniem – odparł Monty, po czym zwrócił się do Alvina: – No i co teraz? Będziesz tu leżał i żył z renty? Wyżywisz się z własnego pecha? Czy może pomyślisz o tym, żeby zarobić na utrzymanie, jak my wszyscy, zwykli śmiertelnicy? Czeka na ciebie robota na targu, jak tylko wstaniesz z łóżka. Zaczniesz skromnie, od zmywania szlauchem podłóg i sortowania pomidorów, zaczniesz z dorywczymi tragarzami i popychadłami, ale robota czeka, i wypłata co tydzień też będzie. Połowę wydasz na stacji Esso, ale trudno, jesteś w końcu synem Jacka, a ja dla mojego brata Jacka zrobię wszystko. Bez Jacka nie byłbym tu, gdzie jestem. Jack mnie nauczył biznesu handlowego, a potem umarł. Tak jak Steinheim chciał cię nauczyć biznesu budowlanego. Ale ciebie, gamoniu, nikt niczego nie nauczy. Rzuciłeś Steinheimowi klucze w twarz. Za wielki z ciebie pan dla Abe’a Steinheima. Tylko Hitler nie jest za mały dla takiego wielkiego pana jak Alvin Roth.

W kuchennej szufladzie z rękawicami ochronnymi i termometrem do mierzenia temperatury w piekarniku, matka trzymała długą igłę z grubą nicią do zszywania nadzianego indyka na Święto Dziękczynienia. Było to jedyne, oprócz wyżymaczki, znane mi narzędzie tortur w naszym domu. Chciałem teraz pobiec po tę igłę i użyć jej do zapieczętowania ust stryja.

Monty, wychodząc już na targ, odwrócił się raz jeszcze w progu sypialni, żeby podsumować swoje stanowisko. Despoci uwielbiają podsumowania. Takie zbyteczne, poniżające podsumowanie równać się może tylko ze staroświecką karą chłosty.

– Twoi kumple ryzykowali życie, żeby cię ratować. Skoczyli i wyciągnęli cię spod ognia ostrzału. Tak czy nie? I na co to wszystko? Żebyś resztę życia przegrał w crapsa z Margulisem? Żebyś kantował w siedem kart na szkolnym boisku? Żebyś pompował benzynę na zapleczu, bezczelnie okradając Simkowitza? Ty robisz wszystkie podręcznikowe błędy. Wszystko potrafisz sknocić. Nawet strzelanie do Niemców. Dlaczego tak jest? Dlaczego ciskasz ludziom klucze w twarz? Dlaczego opluwasz człowieka, który już nie żyje? Dlaczego? Bo nie podano ci życia na srebrnej tacy, tak jak reszcie Rothów? Gdyby nie Jack, Alvnie, nie stałbym tutaj i nie strzępił sobie języka. Ty na nic nie zasłużyłeś. Miejmy co do tego jasność. Na nic. Od dwudziestu dwóch lat jesteś jedną wielką katastrofą. Robię to dla twojego ojca, synalku, nie dla ciebie. Robię to dla twojej babki. Poprosiła mnie: „Pomóż chłopcu” – no to pomagam. Jak już się zdecydujesz, na czym chcesz zbijać fortunę, to wpadnij do mnie na swojej drewnianej nodze, pogadamy.

Alvin nie płakał, nie przeklinał, nie pomstował, nawet gdy Monty zniknął już za drzwiami i wsiadł do samochodu, pozostawiając mu swobodę wyrażenia wszystkich najgorszych myśli. Za bardzo był otumaniony, żeby wpaść w szał. A choćby i w rozpacz. Zrobiłem to za niego, kiedy mimo mych błagań nie otworzył oczu i nie spojrzał na mnie – rozpaczałem w jego imieniu, skulony samotnie w tym jedynym w domu miejscu, gdzie wiedziałem, że mogę odciąć się od świata i wszystkiego, co nie mogło być inaczej

5

MARZEC 1942 – CZERWIEC 1942

Jeszcze nigdy

Teraz będzie o tym, jak Alvin zraził się do Sandy’ego.

Rankiem w pierwszy poniedziałek po jego przyjeździe matka, wychodząc do pracy, kazała mu obiecać, że będzie chodził po domu o kulach, dopóki ktoś z nas nie wróci, żeby służyć mu pomocą. Alvin jednak tak gardził kulami, że wolał ryzykować brak oparcia, niż z nich korzystać. Wieczorem, gdy leżeliśmy już w łóżkach i światło było zgaszone, rozśmieszał mnie dykteryjkami o tym, że chodzenie o kulach wcale nie jest takie proste, jak to sobie wyobraża moja matka.

– Idziesz do łazienki – mówił – stawiasz je, a one zawsze się przewrócą. Z potwornym klekotem. Hałaśliwe są jak cholera. Albo stoisz nad sedesem, o tych kulach, chcesz wyciągnąć siura i nie możesz, bo kule ci przeszkadzają. Musisz się pozbyć kul. I zostajesz na jednej nodze. Nie jest to zbyt fajne. Gibasz się na obie strony, lejesz po całej podłodze. Twój ojciec poradził mi sikać na siedząco. I wiesz, co mu odpowiedziałem? Jak ty zaczniesz sikać na siedząco, Herman, to ja też. Pieprzone kule. Stoisz na jednej nodze. Wyciągasz ptaka. Jezu. Jakby nie dość było kłopotu z samym sikaniem.

Pękam ze śmiechu, nie dlatego, że to, co Alvin mówi półszeptem w ciemnym pokoju, jest szczególnie zabawne, ale dlatego, że jeszcze nigdy żaden mężczyzna nie rozmawiał ze mną tak otwarcie, swobodnie używając zakazanych słów i sypiąc klozetowymi żarcikami.

– No, sam powiedz, mały – mówi Alvin. – Przyznaj się, że sikanie wcale nie jest takie łatwe, jak się zdaje.

Pech chciał, że w ten pierwszy spędzony samotnie poniedziałkowy ranek, gdy amputacja wciąż wydawała mu się niezmierzoną udręką, od której nigdy się nie uwolni, Alvin upadł w mieszkaniu, o czym nie dowiedział się nikt z rodziny poza mną. Stał przy kuchennym zlewie, dokąd – bez kul, oczywiście – poszedł po szklankę wody. Kiedy się odwrócił, z zamiarem powrotu do pokoju, zapomniał (nie wiem jakim cudem), że ma tylko jedną nogę, i zamiast skoczyć, zrobił to, co cała reszta domowników: dał krok – i, naturalnie, zwalił się na ziemię. Przeszywający ból stłuczonego kikuta był o wiele straszniejszy niż bóle w brakującej części nogi, które – jak powiedział mi Alvin, kiedy pierwszy raz zobaczyłem go na łóżku w trakcie ataku – „nachodzą człowieka i nie puszczają”, chociaż nie ma już kończyny, w której mogłyby się zagnieździć.

– Boli cię to, co masz, i boli to, czego nie masz. Ciekawe, kto to wykombinował – powiedział Alvin.

Angielski szpital dawał pacjentom po amputacji morfinę na uśmierzenie bólu.

– Stale się o nią woła – opowiadał mi Alvin. – I zawsze dają. Naciskasz guzik, przychodzi pielęgniarka, a ty do niej: „Morfiny, morfiny!”. Potem na jakiś czas się odjeżdża.

– Bardzo cię bolało w szpitalu? – zapytałem.

– Żarty to nie były, kolego.

– A jaki przeżyłeś największy ból w życiu?

– Najbardziej mnie bolało, jak ojciec przytrzasnął mi palec drzwiczkami samochodu. Miałem wtedy sześć lat.

Roześmiał się, więc i ja parsknąłem śmiechem.

– Ryczałem jak najęty, a ojciec mówi do mnie – do takiego, o, małego konusa – „Przestań płakać, to nic nie da”.

Alvin znów zaśmiał się cicho, po czym dodał:

– I to było chyba gorsze niż sam ból. Takie mam ostatnie wspomnienie o ojcu. Tego samego dnia wziął i umarł.

Alvin wił się po kuchennym linoleum i nie miał kogo zawołać na pomoc, nie mówiąc już o domaganiu się morfiny – cała rodzina była w szkole albo w pracy, więc w końcu musiał jakoś sam przeczołgać się do łóżka. Lecz gdy znalazł się już z powrotem w pokoju i układał ciało do dźwignięcia się z podłogi, dostrzegł portfolio z rysunkami Sandy’ego. Sandy wciąż trzymał w nim duże prace ołówkiem i węglem, poprzedzielane arkuszami kalki technicznej, i od czasu do czasu gdzieś je demonstrował. Portfolio nie mieściło nic w loggii, więc zostawił je w naszym pokoju. Alvin z czystej ciekawości wyciągnął portfolio spod łóżka, a ponieważ nie od razu domyślił się, co to jest – i ponieważ bardzo chciał już znaleźć się z powrotem pod kołdrą – gotów był darować sobie oględziny, gdy nagle zobaczył, że teczka związana jest na kokardkę tasiemką. Egzystencja była bez sensu, życie nie do zniesienia, ból w nodze pulsował niemiłosiernie po idiotycznym wypadku w kuchni, i doprawiły tylko dlatego, że nie było go stać na żaden większy wyczyn fizyczny, Alvin zabrał się do rozwiązywania kokardki.

W środku znalazł trzy portrety Charlesa A. Lindbergha w stroju pilota, o których Sandy już dwa lata temu powiedział rodzicom, że je zniszczył, oraz nowe, narysowane na zamówienie ciotki Evelyn, kiedy Lindbergh został już prezydentem. Ja widziałem te nowe tylko dzięki temu, że ciotka Evelyn zabrała mnie do New Brunswick, żebym posłuchał, jak Sandy agituje na rzecz Zwykłych Ludzi w podziemiach synagogi. „Na tym portrecie prezydent Lindbergh podpisuje ustawę o powszechnym powołaniu wojskowym, gwarantującą Ameryce pokój dzięki szkoleniu młodzieży w zakresie obronności kraju. A tutaj widzimy prezydenta nad deską kreślarską: jako wytrawny pilot wprowadza udoskonalenia do projektu najnowszego amerykańskiego bombowca. Tu narysowałem prezydenta Lindbergha w chwili odpoczynku w Białym Domu; towarzyszy mu pies”.

Wszystkie nowe portrety Lindbergha, prezentowane w New Brunswick jako wstęp do wystąpienia Sandy’ego, obejrzał Alvin na podłodze naszej sypialni. A potem, pokonując przemożną chęć zniszczenia tych jakże doskonałych i precyzyjnie oddanych podobizn, umieścił je z powrotem między arkuszami kalki technicznej i mocnym ruchem pchnął portfolio pod łóżko.

Odkąd Alvin zaczął poruszać się po okolicy, nie musiał już polegać wyłącznie na rysunkach Sandy’ego, aby przekonać się, że podczas gdy on rozbrajał składy broni we Francji, republikański następca Roosevelta zaskarbił sobie jeśli nawet nie pełne zaufanie Żydów, to przynajmniej tymczasowe przyzwolenie, i to nawet wśród tych z naszych sąsiadów, którzy dawniej nienawidzili go równie żarliwie, jak mój ojciec. Walter Winchell uparcie atakował prezydenta w swoich wieczornych niedzielnych audycjach, a cała nasza ulica karnie włączała radia na cały regulator, gotowa wierzyć katastroficznym przepowiedniom dotyczącym polityki zagranicznej Lindbergha – jednak widząc, że obawy się nie potwierdzają, sąsiedzi zaczynali coraz bardziej ufać optymistycznym zapewnieniom rabbiego Bengelsdorfa. Nie tylko zresztą nasi sąsiedzi, ale i przywódcy żydowscy z całego kraju coraz głośniej deklarowali, że Lionel Bengelsdorf z Newark bynajmniej ich nie zdradził, popierając kandydaturę Lindy’ego w wyborach czterdziestego roku, lecz przeciwnie, z niebywałą przenikliwością odgadł kierunek polityczny I narodu, a jego awans na fotel dyrektorski Organizacji Asymilacji Amerykańskiej – oraz na stanowisko czołowego doradcy rządu do spraw żydowskich – to bezpośrednie skutki zaufania, jakie spryt – nie zaskarbił sobie u Lindbergha, będąc jednym z pierwszych jego popleczników. Skoro antysemityzm prezydenta został jakimś sposobem zneutralizowany (albo – co wprost nadzwyczajne – wykorzeniony), Żydzi gotowi byli przypisać cud tej przemiany wpływowi czcigodnego rabina, który niebawem – kolejny cud – miał stać się wujem dla Sandy’ego i dla mnie.

Pewnego dnia w początkach marca zawędrowałem, nieproszony, w ślepą uliczkę wychodzącą na szkolne boisko, gdzie Alvin miał zwyczaj grywać w crapsa i w pokera, o ile było ciepło i nie padało. Rzadko już zastawałem go w domu po powrocie ze szkoły i choć na ogół wpadał o wpół do szóstej na kolację, po deserze wychodził z powrotem pod budkę z hot dogami za drugą przecznicą, I gdzie spotykał dawnych kolesiów z gimnazjum, którzy też podciągali benzynę na stacji Esso i razem z nim wylecieli z roboty za okradanie szefa, Simkowitza. Kiedy Alvin wracał wieczorem, ja już spałem. Odpinał protezę i na jednej nodze skakał do łazienki i z powrotem – a wówczas ja otwierałem jedno oko i mamrotałem jego imię przed ponownym zapadnięciem w sen. Minęło jakieś siedem tygodni, odkąd zajął łóżko naprzeciwko mojego, i przestałem być mu niezbędny – poczułem się nagle ograbiony z hipnotyzującej obecności człowieka, który zastępował mi Sandy’ego, pochłoniętego teraz bez reszty gwiazdorską karierą, reżyserowaną przez ciotkę Evelyn. Okaleczony, cierpiący amerykański parias, który w moich oczach przerósł wszystkich innych mężczyzn, z ojcem włącznie, którego heroiczne zmagania odczuwałem jak własne, którego przyszłość zaprzątała moją uwagę w czasie, gdy powinienem był słuchać nauczyciela, zaczął zadawać się z tymi samymi nicponiami, którzy zrobili z niego drobnego złodziejaszka, kiedy miał szesnaście lat. Wyglądało na to, że razem z nogą stracił w walce wszelkie odruchy przyzwoitości, wpojone mu, gdy jako podopieczny moich rodziców mieszkał u nas w domu. Całkiem przestała go też obchodzić walka z faszyzmem, od której jeszcze dwa lata wcześniej nikt nie był w stanie go powstrzymać. Prawdę mówiąc, jego wieczorne wypady na sztucznej nodze były, przynajmniej z początku, ucieczkami od siedzenia w salonie, gdzie mój ojciec czytał na głos prasowe wiadomości z wojny.

Ojciec głęboko przeżywał każdą kampanię przeciwko siłom Osi, zwłaszcza gdy sytuacja układała się niekorzystnie dla Związku Radzieckiego i Wielkiej Brytanii, które pilnie potrzebowały amerykańskiej broni, objętej embargiem przez Lindbergha i jego republikański Kongres. Opanowawszy do perfekcji wojskową terminologię strategiczną, twierdził, że Wielka Brytania, Australia i Holandia muszą powstrzymać Japończyków – którzy, podbijając błyskawicznie południową Azję, dawali typowe dla ras wyższych dowody okrucieństwa – zanim ci posuną się na zachód do Indii i na południe do Nowej Zelandii i Australii. W pierwszych miesiącach czterdziestego drugiego roku wieści z wojny na Pacyfiku, które czytał nam ojciec, były nieodmiennie złe: Japończycy wkroczyli do Birmy, zajęli Malaje, zbombardowali Nową Gwineę, po czym dokonując niszczycielskich ataków z morza i powietrza oraz biorąc do niewoli na lądzie dziesiątki tysięcy żołnierzy brytyjskich i holenderskich, zdobyli Singapur, Borneo, Sumatrę i Jawę. Najbardziej jednak martwiła ojca sytuacja na froncie rosyjskim. Rok wcześniej, kiedy Niemcy byli o krok od zajęcia wszystkich większych miast w zachodniej części Związku Radzieckiego (włącznie z Kijowem, z którego okolic w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku emigrowali do Ameryki moi dziadkowie ze strony matki), nazwy nawet pomniejszych rosyjskich miast, takich jak Pietrozawodsk, i Nowogród, Dniepropietrowsk i Taganrog, stały mi się równie dobrze znane jak nazwy stolic czterdziestu ośmiu stanów USA. Zima na przełomie roku czterdziestego pierwszego i czterdziestego drugiego Rosjanie dokonali bezprecedensowej kontrofensywy, przełamując oblężenie Leningradu, Moskwy i Stalingradu – jednak już w marcu Niemcy przegrupowali siły po zimowej klęsce i jak wynikało z map ruchów wojsk, drukowanych w „Newark News”, szykowali się do wiosennej ofensywy na Kaukaz. Ojciec wytłumaczył nam, że upadek Rosji udowodniłby światu niezniszczalność niemieckiej machiny wojennej – a to, jego zdaniem, byłaby groza. Ogromne bogactwa naturalne Związku Radzieckiego wpadłyby w ręce niemieckie, a naród rosyjski zostałby zmuszony do służby Trzeciej Rzeszy. Natomiast „dla nas” najgorsze było to, że wraz z posuwaniem się Niemców na wschód, miliony rosyjskich Żydów] znalazłyby się pod panowaniem okupacyjnej armii, wyszkolonej do realizacji mesjanistycznego planu Hitlera, zakładającego wyzwolenie ludzkości ze szponów żydowskich.

Zdaniem mojego ojca, brutalny triumf antydemokratycznego militaryzmu groził niemal wszędzie, lada dzień mogła zacząć się masakra rosyjskich Żydów, w tym także członków licznej rodziny mojej matki – Alvina jednak nic to nie obchodziło. Nie troszczył się już o niczyje cierpienie oprócz własnego.

Zastałem Alvina klęczącego na kolanie zdrowej nogi, z kośćmi w garści i plikiem banknotów przyciśniętych do ziemi nieforemnym kawałkiem betonu. Z wyciągniętą do przodu protezą wyglądał jak Rosjanin tańczący kozaka. Otaczało go ciasno sześciu innych graczy, ściskających w dłoniach resztki pieniędzy, a obok stali dwaj, którzy zgrali się już do cna – rozpoznałem ich, chociaż z trudem: swego czasu wylecieli z Weequahic, a teraz mieli po dwadzieścia parę lat, natomiast długonogi chudzielec pochylony nad Aninem (jak się okazało, jego „partner”) był to Shushy Margulis, nonszalancki elegant w luźnych portkach i marynarach, znany Alvinowi jeszcze z czasów stacji benzynowej i szczerze pogardzany przez mojego ojca. My, dzieciaki, wołaliśmy na Shushy’ego „król fliperów”, bo przechwalał się wujem-aferzystą, który istotnie był królem automatów do gry – i niemal wszystkich nielegalnych domów gry w Filadelfii – a także dlatego, że nałogowo grywał na fliperach w okolicznych sklepach ze słodyczami, szturchając przy tym maszynę, potrząsając nią i klnąc siarczyście, dopóki nie wyświetlił się kolorowy napis „Bank” albo właściciel lokalu nie przepędził go na cztery wiatry. Shushy miał opinię komika i zabawiał swoich wielbicieli beztroskim wrzucaniem płonących zapałek do dużej zielonej skrzynki pocztowej naprzeciwko gimnazjum, raz zjadł żywą modliszkę, żeby wygrać zakład, a podczas swojej krótkiej szkolnej kariery wzbudzał salwy śmiechu wśród klientów budki z hot dogami, kuśtykając przez jezdnię Chancellor Avenue i wstrzymując ruch uliczny uniesioną ręką – kulał strasznie, dramatycznie, chociaż nic mu nie dolegało. Teraz był już po trzydziestce, ale nadal mieszkał z matką-krawcową w mansardowym mieszkanku na górze dwurodzinnego domku sąsiadującego z synagogą na Wainwright Street. Właśnie do matki Shushy’ego, znanej wszystkim jako „biedna pani Margulis”, moja matka zanosiła spodnie Alvina z prośbą o wszycie w nie suwaków – biedna pani Margulis była biedna nie tylko dlatego, że będąc wdową, pracowała chałupniczo za niewolniczą pensję u producenta sukien w Down Neck, ale także dlatego, że jej wesołkowaty synalek nie zhańbił się nigdy żadną pracą – co najwyżej pełnił rolę gońca u bukmachera urzędującego w sali bilardowej za rogiem ich domu, niedaleko katolickiego sierocińca na Lyons Avenue.

Sierociniec stał na ogrodzonym terenie parafialnego kościoła Świętego Piotra, zajmującym powierzchnię dobrych trzech kwadratów ulic w samym sercu naszej nienawracalnej dzielnicy. Kościół wieńczyła wysoka dzwonnica i jeszcze wyższa wieża, zakończona krzyżem, górującym bosko nad drutami telegraficznymi. Okolica nasza nie miała drugiej równie wysokiej budowli – do najbliższej trzeba było zejść prawie milę wzgórzem Lyons Avenue – a było nią miejsce moich narodzin, szpital Beth Israel, gdzie wszyscy znani mi chłopcy przyszli na świat, a w ósmym dniu życia zostali rytualnie obrzezani w szpitalnej kaplicy. Po obu stronach kościelnej wieży z dzwonnicą wznosiły się dwie mniejsze wieże, ale nigdy im się bliżej nie przyglądałem, bo podobno wyryte były na nich twarze świętych, które, podobnie jak wąskie witrażowe okna, głosiły opowieść, której nie chciałem znać. Nieopodal kościoła stała mała plebania, którą, jak wszystkie prawie obiekty po drugiej stronie czarnego żeliwnego ogrodzenia tego obcego mi świata, wybudowano pod koniec dziewiętnastego wieku, czyli kilkadziesiąt lat przed wzniesieniem pierwszych domów na zachodnim skraju dzielnicy Weequahic, która z czasem stała się żydowskim przyczółkiem Newark. Za kościołem znajdowała się szkoła podstawowa dla sierot, których było około setki, i nieco mniejszej liczby miejscowych dzieci z katolickich rodzin. Szkołę i sierociniec prowadziły zakonnice, Niemki, jak pamiętam. Żydowskie dzieciaki, nawet z tak tolerancyjnych domów jak mój, na widok tych postaci w strojach czarownic zwiewały zwykle na drugą stronę ulicy, a mój brat przeszedł do rodzinnej legendy, gdy jako mały szkrab, bawiąc się któregoś popołudnia na ganku, ujrzał z daleka dwie siostry nadchodzące Chancellor Avenue i wykrzyknął z wielkim przejęciem: „Mamo, patrz! Zaskronice!”.

Klasztor stał obok sierocińca. Oba były prostymi budynkami z czerwonej cegły. Latem pod wieczór można było niekiedy dostrzec tam sieroty – biało ubrane dziewczynki i chłopców w wieku od sześciu do czternastu lat – siedzące na schodkach przeciwpożarowych. Nie przypominam sobie, żebym widział sieroty w grupie gdziekolwiek indziej – z całą pewnością nie uganiały się swobodnie po ulicach, tak jak my. Chmara takich postaci skonfundowałaby mnie chyba nie mniej niż niepokojąca obecność zakonnic – głównie dlatego, że były sierotami, ale także dlatego, że miały opinię „zaniedbanych” i „ubogich”.

Na tyłach sierocińca znajdowało się coś niespotykanego w naszej okolicy – ani nawet w całym przemysłowym mieście, liczącym blisko pół miliona mieszkańców – farma owocowo-warzywna, z rodzaju tych, które rozsławiły New Jersey jako „stan ogrodów” w czasach, gdy przydomowe ogródki warzywne przynoszące skromny dochód stanowiły powszechny widok na słabo rozwiniętych wiejskich połaciach naszego stanu. Żywność wyhodowana u Świętego Piotra zaspokajała potrzeby sierot, kilkunastu zakonnic, starego proboszcza i młodego księdza, który mu pomagał. Ogród uprawiał, z udziałem dzieci, rezydujący na miejscu niemiecki farmer nazwiskiem Thimmes – chyba że coś pomyliłem i tak się nazywał proboszcz, urzędujący w parafii Świętego Piotra od niepamiętnych lat. W naszej mieszczącej się o milę stamtąd podstawówce krążyły plotki, że zakonnice, które uczą sieroty, biją najgłupsze dzieciaki po łapach drewnianą linijką, a jeśli któryś chłopak coś przeskrobie, wołają młodego księdza i ten spuszcza mu lanie na tyłek tym samym batem, którym ich farmer pogania parę ciężkich koni roboczych, ciągnących pług pod wiosenne zasiewy. Znaliśmy wszyscy te konie, bo od czasu do czasu przychodziły na małą zacienioną łączkę w południowym krańcu posesji Świętego Piotra i ciekawsko wystawiały głowy znad ogrodzenia, za którym ciągnęła się Goldsmith Avenue – tam właśnie, gdzie zastałem teraz grających w kości.

Od strony Goldsmith Avenue szkolne boisko ogradzała metalowa siatka wysokości siedmiu stóp, po drugiej stronie, za drucianym ogrodzeniem rozpiętym na słupkach, ciągnął się zalesiony skraj przykościelnej farmy, a ponieważ w pobliżu nie pobudowano jeszcze domów i ruch uliczny był prawie żaden, ów sielski zaułek służył doskonale grupce miejscowych utracjuszy, którzy mogli tam bez przeszkód oddawać się swoim rozrywkom. Wcześniej tylko raz natknąłem się na to konklawe spod ciemnej gwiazdy – kiedy w czasie meczu na boisku musiałem pobiec po piłkę, która potoczyła się akurat tam, gdzie tuż za płotem zebrała się gromadka graczy, obrzucających się wzajemnie wyzwiskami i czule przemawiających do kości.

Nie byłem w żadnym razie młodocianym wrogiem crapsa – któregoś popołudnia poprosiłem nawet Alvina, żeby nauczył mnie tej gry. Alvin chodził jeszcze wtedy o kulach, a ja, z polecenia matki, towarzyszyłem mu w wyprawie do dentysty, pomagając podczas jazdy autobusem w ten sposób, że wrzucałem za niego opłatę do automatu i przytrzymywałem mu kule, gdy wskakiwał na jednej nodze tylnymi drzwiami wozu. Tego samego wieczoru, gdy wszyscy już się pokładli i my też zgasiliśmy nocną lampkę na stoliku między łóżkami, Alvin z uśmiechem obserwował mnie, gdy przy świetle latarki szepnąłem: „Kostki, bądźcie miłe”, i bezgłośnie, trzy razy z rzędu, wyrzuciłem na pościeli siódemkę. Teraz jednak ujrzałem Alvina w szponach typów, którzy nie sięgali mu do pięt, i przypomniałem sobie, ile starań dołożyli moi rodzice, żeby Alvin ni«stał się kopią Shushy’ego. Nagle w mojej pamięci odżyły wszystkie świństwa, których się nauczyłem jako jego współlokator. Przekląłem go w imieniu ojca, matki, a zwłaszcza w imieniu mojego ostracyzowanego przezeń brata – czy w tym celu cała nasza rodzina tolerowała jego haniebne zachowanie wobec Sandy’ego? Czy W tym celu uciekał na wojnę? „Zabierz sobie swój pieprzony medal, chamie, i wsadź, gdzie chcesz!” – pomyślałem. Gdyby jeszcze dostał nauczkę, przegrywając rentę co do pensa – ale on nie umiał nie wygrywać, tak jak nie umiał pozbyć się pragnienia, żeby znów wszyscy go podziwiali – dlatego zgarnąwszy już gruby zwitek banknotów, podniósł kości do moich ust i wyraźnie chcąc rozśmieszyć kolesiów, poinstruował mnie:

– Chuchnij, malutki. Chuchnąłem, on rzucił i znowu wygrał.

– Sześć i jeden, to ile? – spytał.

– Siedem – odpowiedziałem posłusznie. – Trudna sztuka.

Shushy schylił się, zmierzwił mi ręką włosy i nazwał mnie maskotką Alvina – tak jakby słowo „maskotka” zawierało w sobie wszystko, czym postanowiłem być dla Alvina, odkąd wrócił do domu, jakby słowo tak puste i infantylne mogło tłumaczyć to, że noszę na podkoszulku Alvinowy medal Króla Jerzego. Shushy miał na sobie dwurzędowy gabardynowy garnitur w kolorze czekoladowym: spodnie ściągnięte w kostce, marynarka z watowanymi ramionami i szerokimi klapami. Był to jego ulubiony strój na bezproduktywne szwendanie się po okolicy – i, zdaniem mojej matki, „marnowanie życia” – podczas gdy jego matka w ciasnej mansardce obrębiała sto sukienek dziennie, żeby zarobić na utrzymanie domu.

Gdy wreszcie Alvin stracił punkt, zgarnął całą wygraną i ostentacyjnie wcisnął do kieszeni – oto człowiek, który znów rozbił bank na zapleczu gimnazjum. Potem chwycił się siatki i podciągnął na nogi. Wiedziałem (i nie tylko dlatego, że kuśtykał boleśnie, dając pierwsze kroki), że minionej nocy wyskoczył mu na kikucie wielki pęcherz i Alvin nie był tego dnia w najlepszej formie. Ale już od dawna nie pokazywał się o kulach nikomu oprócz rodziny, więc wychodząc na spotkanie z szemranym Shushym i resztą towarzystwa – aby spędzić kolejny dzień na chojrackim negowaniu szczytnych ideałów, przez które został kaleką – przytroczył sobie protezę, nie bacząc na potworny ból nogi.

– Zasrany producent – przeklął wytwórcę sztucznej nogi, opierając się na moim ramieniu.

– Mogę już iść do domu? – spytałem szeptem.

– Jasne, czemu nie? – odparł, po czym wyjął z kieszeni dwa dziesięciodolarowe banknoty – prawie połowę tygodniowej pensji mojego ojca – i przyklepał je płasko na mojej dłoni. Jeszcze nigdy pieniądze nie wydawały mi się czymś tak żywym.

Zamiast pójść prosto przez boisko, wybrałem nieco dłuższą drogę powrotną, przez wzniesienia Goldsmith Avenue i Hobson Street, żeby popatrzeć z bliska na konie z sierocińca. Nigdy nie miałem odwagi ich dotknąć i do tego dnia nie przemawiałem do nich jak inne dzieciaki, które żartobliwie ochrzciły te ubłocone, zaślinione stworzenia imionami „Omaha” i „Whirlaway”, na cześć dwóch najsłynniejszych w owym czasie zwycięzców Kentucky Derby.

Przystanąłem w bezpiecznej odległości od lśniących, znużonych, ciemnych ślepi, zerkających znad płotu sierocińca i lustrujących beznamiętnie spod długich rzęs ziemię niczyją, oddzielającą twierdzę Świętego Piotra od żydowskiego sąsiedztwa. Zdjęty łańcuch zwisał luźno z furtki. Wystarczyło podnieść skobel, otworzyć bramkę i konie pogalopowałyby na wolność. Pokusa była wielka – równie wielka jak złośliwość takiej psoty.

– Pieprzony Lindbergh – powiedziałem do koni. – Pieprzony nazistowski bękart Lindbergh!

A potem, zdjęty strachem, że jeśli otworzę furtkę, konie, zamiast uciec na wolność, złapią mnie wielkimi zębiskami i zawloką do sierocińca, puściłem się biegiem aż do rogu Hobson, za którym przemknąłem obok rzędu czterorodzinnych domów, aż dopadłem Chancellor Avenue, gdzie miejscowe gospodynie robiły zakupy w spożywczym, w piekarni i u rzeźnika, znani mi z imienia starsi chłopcy jeździli na rowerach, syn krawca niósł do klientów świeżo odprasowane ubrania, z otwartych drzwi warsztatu szewca dobiegały dźwięki włoskiej piosenki, bo radio miał zawsze nastawioną falę WEVD (litery EVD były inicjałami prześladowanego socjalistycznego bohatera Eugene’a V. Debsa) – i gdzie byłem bezpieczny od Alvina, Shushy’ego, koni, sierot, księży, zakonnic i bata parafialnej szkoły.

Gdy skręciłem pod górkę do domu, dogonił mnie schludnie brany mężczyzna w garniturze biznesmena. Za wcześnie jeszcze było na powrót z pracy urzędników z naszej okolicy, więc na wszelki wypadek odniosłem się do niego podejrzliwie.

– Panicz Philip? – spytał tamten z szerokim uśmiechem. – Panicz Philip słucha czasem w radio programu Pogromcy o Johnie Edgarze Hooverze i FBI?

– Tak.

– A ja pracuję dla pana Hoovera. To mój szef. Jestem agentem FBI. Proszę – rzekł, wyciągając z wewnętrznej kieszonki legitymację i otwierając ją, by pokazać mi odznakę. – Nie masz nic przeciwko temu, żebym ci zadał parę małych pytań?

– Nie mam, ale spieszę się do domu. Muszę już lecieć. – Natychmiast pomyślałem o dwóch banknotach dziesięciodolarowych. Jeśli mnie zrewiduje, jeśli ma nakaz rewizji, to na pewno uzna, że te pieniądze są kradzione. Kto pomyślałby inaczej? A jeszcze dziesięć minut wcześniej, jak przez całe życie, spacerowałem po ulicy z pustymi kieszeniami, bez złamanego centa! Tygodniówkę w wysokości pięciu centów odkładałem zawsze do słoika po konfiturach, w pokrywce którego Sandy wyciął szczelinę za pomocą ostrza do otwierania puszek, które miał przy swojej skautowskiej fince.

– Nie bój się. Spokojnie, paniczu Philipie. Słyszałeś Pogromców gangów. Jesteśmy po twojej stronie. Ochraniamy cię. Chcę ci tylko zadać parę pytań dotyczących twojego kuzyna Alvina. Jak on się miewa?

– Bardzo dobrze.

– A jak tam jego noga?

– Dobrze.

– Może już chodzić?

– Tak.

– Czy to nie jego widziałem w miejscu, skąd wracasz? Czy to nie Alvin był tam, za boiskiem? I czy nie towarzyszył mu Shushy Margulis?

Nie odezwałem się, więc mówił dalej:

– Wszystko dobrze, póki tylko grają w kości. To nie przestępstwo. Zwyczajna męska zabawa. Alvin musiał się sporo nagrać w crapsa, kiedy leżał w szpitalu wojskowym w Montrealu.

Ponieważ nadal milczałem, zapytał: A o czym ci faceci rozmawiali? O niczym.

– Sterczą tam całe popołudnie i nie gadają o niczym?

– Mówili tylko, ile który przegrał.

– I nic więcej? Nic o prezydencie? Wiesz, kto jest teraz prezydentem, prawda?

– Charles A. Lindbergh.

– Nic nie mówili o prezydencie Lindberghu, paniczu Philipie?

– Nie słyszałem – odparłem zgodnie z prawdą.

Czy on przypadkiem nie podsłuchał mnie, kiedy przemawiałem do koni? Niemożliwe – a jednak ogarnęła mnie nagła pewność, że ten człowiek zna każdy mój ruch od dnia, w którym Alvin wrócił do domu i podarował mi swój medal. Bo czemuż by inaczej lustrował mnie tak bacznie od stóp do głów?

– Rozmawiali o Kanadzie? – pytał dalej. – O wyjeździe do Kanady?

– Nie, proszę pana.

– Mów mi Don, dobrze? A ja będę mówił do ciebie Phil. Wiesz, kto to jest faszysta, prawda, Phil?

– Tak mi się zdaje.

– Nie przypominasz sobie, żeby nazwali kogoś faszystą? – Nie.

– Bez pośpiechu. Zastanów się nad odpowiedzią. Masz dużo czasu. Przypomnij sobie dokładnie. To ważne. Czy nazywali kogoś faszystą? Czy mówili coś o Hitlerze? Wiesz, kto to jest Hitler.

– Każdy wie.

– To zły człowiek, prawda? – Tak.

– Jest przeciwko Żydom, prawda?

– Tak.

– Kto jeszcze jest przeciwko Żydom?

– Bund.

– A jeszcze kto? Byłem dość roztropny, żeby nie wymienić Henry’ego Forda, Ruchu Najpierw Ameryka, południowych demokratów ani izolacjonistów z Partii Republikańskiej, nie mówiąc już o Lindberghu. Prze parę minionych lat lista wymienianych w moim domu amerykańskich prominentów, którzy nienawidzą Żydów, wydłużyła się znacz nie, a do tego dochodziły jeszcze dziesiątki tysięcy, może nawet miliony zwykłych Amerykanów, takich jak piwosze z Union, koło których nie chcieliśmy mieszkać, właściciel hotelu w Waszyngtonie czy wąsaty facet, który nas obraził w jadłodajni niedaleko Union Station. „Nie mów nic” – nakazałem sobie, jakbym ja, dobrze wychowany dziewięciolatek, wszedł w konszachty z kryminalistami i miał coś do ukrycia. Widocznie jednak już zacząłem się uważać za małego przestępcę, z tego wyłącznie powodu, że byłem Żydem.

– Kto jeszcze? – powtórzył tamten. – Pan Hoover chce wiedzieć, kto jeszcze. Mów prawdę, Phil.

– Przecież mówię.

– Jak się miewa twoja ciocia Evelyn?

– Bardzo dobrze.

– Wychodzi podobno za mąż, czy to prawda? Na to chyba możesz mi odpowiedzieć.

– Tak.

– Bystry z ciebie chłopczyk. Myślę, że wiesz więcej, dużo więcej. Ale za bystry jesteś, żeby mi powiedzieć, co?

– Wychodzi za mąż za rabina Bengelsdorfa. On jest szefem OAA. Roześmiał się na te słowa.

– Okej – powiedział. – Leć do domu. Leć do domu najeść się macy. To od niej jesteś taki mądry, co? Od macy?

Doszliśmy już do rogu Chancellor i Summit, widziałem ganek naszego domu na końcu ulicy.

– Do widzenia! – krzyknąłem i pognałem przed siebie, nie czekając na zmianę świateł, żeby znaleźć się w domu, zanim wpadnę w jego pułapkę – o ile już w nią nie wpadłem.

Na ulicy przed naszym domem stały trzy wozy policyjne, boczną alejkę blokowała karetka pogotowia, dwóch gliniarzy stało rani i rozmawiało, a trzeci pilnował tylnych drzwi. Sąsiadki – większość w kuchennych fartuchach – powychodziły na ganki, próbując się zorientować, o co chodzi, a cała dzieciarnia zgromadziła się a chodniku naprzeciwko naszego domu i filowała spoza zaparkowanych samochodów na policjantów i ambulans. Jeszcze nigdy nie widziałem ich w takiej ciszy i napięciu. Nasz sąsiad z dołu nie żył. Pan Wishnow popełnił samobójstwo. Dlatego to przed naszym domem działy się rzeczy, których nigdy bym nie oczekiwał. Ważąc zaledwie osiemdziesiąt funtów, zdołał powiesić się na sznurze od pokojowych zasłon, przerzuconym przez drewniany pręt szafy na zapleczu: założył sobie pętlę na szyję, siadł na wstawionym do szafy kuchennym krześle i rzucił się do przodu. Kiedy Seldon wrócił ze szkoły i chciał powiesić płaszcz, znalazł ojca w piżamie, zwieszonego twarzą w dół nad podłogą szafy, pomiędzy gumowcami i kaloszami. Moją pierwszą reakcją na tę wiadomość była myśl, że nie będę już musiał słuchać straszliwego kaszlu umierającego człowieka, kiedy znajdę się sam w piwnicy albo ułożę się spać na górze w swoim łóżku. Zaraz jednak uprzytomniłem sobie, że duch pana Wishnowa dołączy do grona duchów już zamieszkujących piwnicę, a wiedząc, jaką ulgę odczułem na wieść o jego śmierci, na pewno zrobi wszystko, żeby mnie straszyć do końca życia.

Niepewny, co począć, schowałem się z początku za autami po drugiej stronie ulicy, razem z resztą dzieciaków. Wszystkie miały równie jak ja mętne pojęcie o strasznej tragedii, która dotknęła Wishnowów, ale z ich szeptów ułożyłem sobie w całość obraz śmierci pana Wishnowa i znalezienia jego zwłok, a także dowiedziałem się, że Seldon z matką są teraz w mieszkaniu, z policjantami i sanitariuszami. I z trupem. Właśnie na tego trupa czekały wszystkie dzieciaki – bardzo chciały go zobaczyć. Wolałem przyczaić się z nimi, niż wpakować się na tylnych schodach na ekipę wynoszącą ciało pana Wishnowa. Nie miałem też najmniejszej ochoty siedzieć w domu sam aż do powrotu matki, ojca lub Sandy’ego. Co do Alvina, nie chciałem go więcej widzieć ani wysłuchiwać czyichkolwiek pytań na jego temat.

Kobietą, która ukazała się w drzwiach razem z sanitariuszami, była nie pani Wishnow, lecz moja matka. Nie rozumiałem, czemu jest o tej porze w domu zamiast w pracy – aż nagle przyszło mi do głowy, że martwy ojciec, którego wynoszą, to mój ojciec. No tak, oczywiście – to mój ojciec popełnił samobójstwo! Nie mógł już znieść Lindbergha ani tego, co Lindbergh pozwala nazistom robić z Żydami w Rosji, ani krzywdy, którą Lindbergh wyrządził tu, na miejscu, naszej rodzinie, i dlatego powiesił się – w naszej szafie.

Nie opadły mnie w tym momencie setki wspomnień o ojcu – tylko jedno, raczej błahe i niegodne pamiętania. Ostatnim wspomnieniem Alvina o jego ojcu był incydent z przytrzaśnięciem palca drzwiami samochodu – moim wspomnieniem była scena powitania ojca z kaleką-kadłubkiem, który żebrał codziennie pod gmachem jego biura. „Jak się masz, Roberciku?” – pytał ojciec, a kadłubek odpowiadał: „Jak się masz, Herman?”.

W tym momencie przecisnąłem się między gęsto zaparkowanymi autami i w paru susach przesadziłem ulicę.

Na widok prześcieradła okrywającego ciało ojca wraz z twarzą, tak, że nie mógł oddychać, zaniosłem się rozpaczliwym szlochem.

– Cicho, cicho, kochanie – uspokajała mnie matka. – Nie ma się czego bać. – Objęła mnie, przytuliła mocno do siebie i powtórzyła: – Nie ma się czego bać. On chorował, bardzo cierpiał i umarł. Teraz już nie cierpi.

– Był w szafie – chlipnąłem.

– Nieprawda. Leżał w łóżku. Umarł w łóżku. Był bardzo, bardzo chory. Wiedziałeś o tym. Dlatego bez przerwy kaszlał.

Tymczasem otwarto tylne drzwi ambulansu, żeby wstawić nosze. Sanitariusze wmanewrowali je ostrożnie do środka i zatrzasnęli drzwi. Matka stała przy mnie, trzymała mnie za rękę i była zdumiewająco opanowana. Dopiero kiedy spróbowałem jej się wyrwać i pobiec za karetką, krzycząc: „On nie może oddychać!”, zrozumiała nareszcie, co mnie przeraziło.

– To pan Wishnow. To pan Wishnow nie żyje. – Potrząsała mną lekko, żebym oprzytomniał. – Tata Seldona, kochanie. Umarł dziś po południu, bo był chory.

Nie byłem pewien, czy mnie okłamuje, żebym nie wpadł w jeszcze gorszą histerię, czy komunikuje mi cudowną prawdę.

– Seldon znalazł go w szafie?

– Nie. Już ci mówiłam, że nie. Seldon znalazł tatę w łóżku. Jego mamy nie było w domu, więc zadzwonił na policję. A ja przyszłam, bo pani Wishnow zatelefonowała do mnie do sklepu z prośbą o pomoc. Ki ›zumiesz teraz? Tatuś jest w pracy. W swoim biurze. Co też ci przyszło do głowy, biedaku? Tatuś niedługo wróci do domu na kolację. Sandy też. Nie ma się czego bać. Wszyscy będą w domu, wszyscy wrócą do domu, zjemy razem kolację i wszystko będzie dobrze.

Niestety, nic nie było „dobrze”. Agent FBI, który wypytywał mnie i Alvina na Chancellor Avenue, odwiedził wcześniej dom towarowy Hahne’a i przesłuchał moją matkę, potem udał się do siedziby Metropolitan i przesłuchał ojca, a kiedy Sandy wracał z biura ciotki Evelyn, wsiadł za nim do autobusu, zajął miejsce obok i przeprowadził kolejne przesłuchanie. Alvin nie przyszedł na kolację, więc nic o tym nie wiedział – gdy siadaliśmy do stołu, zadzwonił i powiedział matce, żeby nie zostawiała mu jedzenia. Zdaje się, że ilekroć wygrał w pokera lub w crapsa, zapraszał Shushy’ego do Hickory Grill w centrum na stek z rusztu. „Ten bandycki wspólnik Alvina” – powiedział o Shushym mój ojciec. A samego Alvina nazwał tego wieczoru niewdzięcznym, bezczelnym, niedouczonym i niepoprawnym głupkiem.

– Rozgoryczonym – dodała matka. – Ciężko rozgoryczonym z powodu swojej nogi.

– Mam po dziurki w nosie słuchania o jego nodze! – zirytował się ojciec. – Polazł na wojnę. Kto go tam posyłał? Nie ja. Nie ty. Nie Abe Steinheim. Abe Steinheim chciał go posłać do college’u. Poszedł na wojnę z własnej woli, i niech się cieszy, że go tam nie ukatrupili. Ma szczęście, że skończyło się na nodze. Tyle ci powiem, Bess. Dość się naużerałem z tym chłopakiem. FBI przesłuchuje moje dzieci? Jakby mało było tego, że nękają ciebie i mnie – i to w pracy, na oczach szefa! Nie! To się musi skończyć, i to natychmiast. Mamy dom. Jesteśmy rodziną. A on woli kolację w mieście z Shushym? Niech się przeprowadzi do tego Shushy’ego.

– Gdyby tylko chciał pójść do szkoły – westchnęła matka. – Albo do jakiejś pracy.

– On już ma pracę – odparował ojciec. – Obiboka.

Po jedzeniu matka przygotowała porcje dla Seldona i pani Wishnow. Ojciec pomógł jej znieść talerze na dół, a my z Sandym zostaliśmy w kuchni, żeby pozmywać. Zabraliśmy się do dzieła jak co wieczór, z tą różnicą, że ja nie mogłem przestać gadać. Opowiedziałem Sandy’emu o grze w kości. Opowiedziałem mu o agencie FBI. Opowiedziałem o panu Wishnowie. „On nie umarł w łóżku” – zdradziłem bratu. „Mama nie mówi nam prawdy. On popełnił samobójstwo, tylko mama nie chce, żebyśmy wiedzieli. Seldon znalazł go w szafie, jak wrócił ze szkoły. Powiesił się. Dlatego przyjechała policja”.

– Miał zmieniony kolor twarzy? – zainteresował się Sandy.

– Nie wiem, widziałem go pod prześcieradłem. Może i miał, nie wiem. Nie chcę wiedzieć. To było okropne, jak go nieśli na noszach i kulał się z boku na bok.

Tego, że z początku myślałem, że to nasz ojciec, nie powiedziałem głośno, z obawy, by nie okazało się prawdą. Fakt, że mój ojciec był żywy, a nawet wyjątkowo ożywiony – wściekał się na Alvina, grożąc wyrzuceniem go z domu – nie miał najmniejszego wpływu na moje myślenie.

– Skąd wiesz, że był w szafie? – spytał Sandy.

– Dzieciaki tak mówiły.

– A ty im wierzysz? – Z powodu rosnącej sławy Sandy nabrał niesamowitej pewności siebie: o mnie i moich kolegach wyrażał się ostatnio z wielkopańską arogancją.

– No a dlaczego przyjeżdżałaby policja? Bo normalnie umarł? Przecież stale ktoś umiera – argumentowałem, jednocześnie usiłując w to nie wierzyć. – On się zabił. Nie miał wyjścia.

– A czy to jest przekroczenie prawa, że ktoś się zabija? – spytał mój brat. – Co niby mogli mu zrobić, wsadzić do więzienia za samobójstwo?

Nie umiałem na to odpowiedzieć. Nie wiedziałem już, co jest zgodne z prawem, a co nie. Nie byłem nawet pewien, czy mój ojciec – który właśnie zszedł z matką piętro niżej – jest naprawdę żywy, czy może tylko udaje żywego, a tak naprawdę wywieźli go pod prześcieradłem karetką pogotowia. Nie wiedziałem, dlaczego Alvin zrobił się zły, a nie dobry. Nie wiedziałem, czy ten agent FBI lin Chancellor Avenue mi się nie przyśnił. Wyglądało to na sen, a Ba razem nie mogło być snem, skoro przesłuchiwał i resztę naszej rodziny. Chyba że to wszystko był sen. Zrobiło mi się słabo i myślałem, że zemdleję. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś zemdlał, najwyżej w kinie, a mnie samemu jeszcze się to nie zdarzyło. Jeszcze nigdy nie podglądałem własnego domu z kryjówki po drugiej stronie ulicy, życząc sobie w duchu, żeby to był cudzy dom. Jeszcze nigdy nie miałem w kieszeni dwudziestu dolarów. Jeszcze nigdy nie znałem nikogo, kto znalazł rodzonego ojca powieszonego w szafie. Jeszcze nigdy nie musiałem dorastać w takim tempie.

Jeszcze nigdy – wielki refren roku tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego.

– Zawołaj lepiej mamę – powiedziałem bratu. – Zawołaj ją, powiedz, żeby szybko tu przyszła!

Zanim jednak Sandy dobiegł do tylnych drzwi, już rzygałem w ścierkę, którą ściskałem w rękach. Potem upadłem, bo pocisk urwał mi nogę i wszędzie było pełno krwi.

Sześć dni przeleżałem w łóżku z wysoką gorączką, tak osłabiony i bez życia, że lekarz rodzinny codziennie przychodził sprawdzać postępy mojej choroby – tej dość powszechnej dziecięcej choroby, zwanej dlaczego-już-nie-może-być-tak-jak-kiedyś.

Następny dzień zaczął się dla mnie dopiero w niedzielę. Było późne popołudnie i przyszedł do nas stryjek Monty. Alvin też był na miejscu, a ze strzępów prowadzonej w kuchni rozmowy, które docierały do mojego łóżka, zorientowałem się, że nie pokazał się w domu od dnia samobójstwa pana Wishnowa, czyli od piątku, kiedy przepadł gdzieś po grze w crapsa, unosząc swój plik pięcio-, dziesięcio – i dwudziestodolarowych banknotów. Ja też od piątkowego wieczoru przebywałem nie wiadomo gdzie, wśród kalejdoskopowych halucynacji o ciężko podkutych koniach roboczych z sierocińca, ścigających mnie na krańce świata.

A teraz straszył mnie stryj Monty, który znów atakował Alvina, i to słowami, jakich nigdy nie spodziewałem się usłyszeć u nas w domu, w obecności matki. Bo stryj Monty potrafił usadzić Alvina sposobami, do stosowania których mój ojciec po prostu nie był zdolny.

O zmroku, gdy wrzaski przeszły w lament nad zmarłym stryjem Jackiem i stentorowy głos Monty’ego zaczął pobrzmiewać chrypką, Alvin przyjął wreszcie pracę na targu, o której za pierwszym razem nawet nie chciał gadać. Bezbronny jak w dniu przybycia na stację Penn w asyście krzepkiej kanadyjskiej pielęgniarki, przybity klęską, jak wówczas, gdy siedząc w wózku inwalidzkim, nie śmiał podnieść na nas oczu, Alvin zgodził się zerwać znajomość z Shushym i porzucić uliczny hazard. Ten twardziel, nieznoszący uległości i łez, zdumiał teraz wszystkich, wybuchając pełnym skruchy płaczem, błagając o wybaczenie i obiecując, że przestanie źle traktować mojego brata, przynosić wstyd moim rodzicom i wywierać zły wpływ na mnie, a zacznie nam wszystkim okazywać należne względy. Stryjek Monty zagroził Alvinowi, że jeśli nie dotrzyma obietnicy i będzie dalej sabotował domostwo Hermana, rodzina Rothów zerwie z nim na zawsze.

Chociaż zdawało się, że dokłada wszelkich starań, aby jak najlepiej podołać ciężkiej fizycznej pracy przydzielonej mu na początek, nie zagrzał miejsca na targu dostatecznie długo, aby awansować z pozycji zamiatacza i tragarza. Przed upływem tygodnia zjawiło się tam FBI, w osobie tego samego agenta, który w tonie pogróżki przesłuchiwał moją rodzinę i mnie, a tym razem zagadywał współpracowników Alvina, insynuując, że mój kuzyn to jawny zdrajca, knujący spisek z podobnymi sobie antyamerykańskimi malkontentami w celu dokonania zamachu na prezydenta Lindbergha. Oskarżenia te były groteskowe, a jednak Alvin, od tygodnia potulny jak trusia – potulny i wierny swojej obietnicy – został bezzwłocznie wylany z pracy, a na odchodnym usłyszał od jednego z pilnujących interesu brutali, żeby nawet nie śmiał się więcej pokazać w pobliżu targowiska. Kiedy ojciec zadzwonił do swojego brata, oczekując wyjaśnień, Monty odparł, że nie miał innego wyjścia – chłopaki od Longy’ego kazali mu się natychmiast pozbyć kuzyna. Longy Zwillman z Newark, który, tak jak mój ojciec i jego bracia, był synem imigrantów ze starych żydowskich slumsów, stał podówczas na czele mafii stanu Jersey i bezwzględnie kontrolował wszystko, od totalizatora i łamistrajków po usługi dostawcze świadczone takim kupcom jak Belmont Roth. Ponieważ funkcjonariusze federalni byli ostatnimi ludźmi, których Longy życzył sobie na swoim terenie, Alvin stracił pracę, wyniósł się od nas z domu i w ciągu dwudziestu czterech godzin opuścił miasto, kierując się tym razem nie za granicę państwową, do Montrealu i kanadyjskich komandosów, tylko za rzekę Delaware, do Filadelfii, gdzie dostał robotę u wuja Shushy’ego – króla automatów do gry – mafiosa bardziej tolerancyjnego wobec zdrajców niż jego niezrównany kolega z północnego Jersey.

Wiosną czterdziestego drugiego roku, dla uczczenia sukcesu Porozumienia Islandzkiego, prezydent Lindbergh wraz z małżonką wydał w Białym Domu oficjalne przyjęcie, podejmując ministra spraw zagranicznych Joachima von Ribbentropa, który zachwalał był Lindbergha swoim nazistowskim kolegom jako ideał przyszłego amerykańskiego prezydenta na długo przedtem, nim Partia Republikańska zgłosiła jego kandydaturę na konwencji roku tysiąc dziewięćset czterdziestego. Von Ribbentrop zasiadał jako negocjator u boku Hitlera przez cały czas obrad islandzkich, a teraz stał się pierwszym nazistowskim przywódcą zaproszonym do Ameryki od czasu, gdy faszyści dziesięć lat wcześniej zdobył władzę w Niemczech. Ledwie ogłoszono publicznie planowane przyjęcie na cześć Ribbentropa, rozległy się ostre głosy krytyki ze strony prasy liberalnej, a w całym kraju rozpoczęły się wiece i demonstracje przeciwko decyzji Białego Domu. Po raz pierwszy od opuszczenia urzędu, na forum publicznym stanął eks-prezydent Roosevelt, wygłaszając z Hyde Park orędzie do narodu, w którym domagał się od prezydenta Lindbergha odwołania zaproszenia „dla dobra wszystkich miłujących wolność Amerykanów, a zwłaszcza dziesiątek milionów Amerykanów pochodzenia europejskiego, których rodzinne kraje cierpią obecnie pod druzgocącym jarzmem nazizmu”.

Roosevelta natychmiast zaatakował wiceprezydent Wheeler, zarzucając mu „niefrasobliwe mieszanie się” w politykę zagraniczną urzędującego prezydenta. To nie tylko cyniczna gra, stwierdził wiceprezydent, ale szczyt nierozwagi, optować za tą samą niebezpieczną polityką, która omal nie wciągnęła Ameryki w krwawą europejską wojnę za czasów rządów demokratów spod znaku Nowego Ładu. Wheeler sam był demokratą, za Roosevelta przez trzy kadencje sprawował funkcję senatora Montany i jako jedyny członek partii opozycyjnej zaproszony został do współpracy przez nowego kandydata na prezydenta – podobny fakt miał miejsce tylko raz w historii, gdy Lincoln w roku tysiąc osiemset sześćdziesiątym czwartym desygnował na swego następcę w drugiej kadencji An-drew Johnsona. W początkach swej kariery politycznej Wheeler do tego stopnia sympatyzował z lewicą, że stał się tubą radykalnych przywódców robotniczych z grupy Butte’a, wrogów Anaconda Copper – spółki kopalnianej, która rządziła Montana jak własnym folwarkiem – a następnie, jako jeden z pierwszych zwolenników FDR, proponowany był na fotel wiceprezydencki w roku trzydziestym drugim. Partię Demokratyczną porzucił po raz pierwszy w roku dwudziestym czwartym, przechodząc do popieranej przez związki zawodowe Partii Postępu reformatorskiego senatora z Wisconsin, Roberta La Follette, po czym opuścił La Follette’a i jego zwolenników z niekomunistycznej lewicy amerykańskiej, by związać się z Lindberghiem i prawicowymi izolacjonistami, z którymi współtworzył ruch Najpierw Ameryka, atakując przy tym Roosevelta tak skrajnie demagogicznymi antywojennymi hasłami, że ten nazwał je „najkłamliwszymi, najhaniebniejszymi i najbardziej antypatriotycznymi stwierdzeniami, jakie padły z czyichkolwiek ust za życia jego generacji”. Republikanie wybrali Wheelera na współ-kandydata Lindbergha po części z tej racji, że jego machina polityczna w Montanie przez całe późne lata trzydzieste skutecznie forsowała republikanów do Kongresu – przede wszystkim jednak po to, by przekonać Amerykanów o poparciu obu partii dla idei izolacjonizmu oraz by pozyskać bojowego, niepodobnego do Lindbergha kandydata, którego zadaniem będzie przy każdej okazji atakować i lżyć własną partię, tak jak uczynił to teraz podczas konferencji prasowej, ostrzegając proroczo, że jeśli niefrasobliwa „prowojenna” retoryka wystąpienia Roosevelta w Hyde Park ma świadczyć o kierunku kampanii demokratów w nadchodzących wyborach do Kongresu, to czeka ich jeszcze większa klęska niż ta, którą przeżyli w roku czterdziestym, po walnym zwycięstwie republikanów.

W weekend po tej konferencji niemiecko-amerykański Bund zapełnił po brzegi Madison Square Garden tłumem blisko dwudziestu pięciu tysięcy ludzi, przybyłych, aby wyrazić poparcie dla zaproszenia niemieckiego ministra spraw zagranicznych przez prezydenta Lindbergha i odciąć się od demokratów za ich ponowne „wymachiwanie szabelką”. Za drugiej kadencji Roosevelta, FBI i komisje kongresowe badające działalność Bundu zakazały temu związkowi dalszej aktywności, nazywając go przyczółkiem nazizmu i oskarżając jego wysoko postawionych przywódców o popełnienie przestępstwa. Jednak za rządów Lindbergha rządowe sankcje wobec członków Bundu przestały obowiązywać, dzięki czemu organizacja znów urosła w siłę, głosząc się teraz nie tylko związkiem amerykańskich patriotów pochodzenia niemieckiego, przeciwnych udziałowi Ameryki w obcych wojnach, ale i zaprzysiężonym wrogiem Związku Radzieckiego. Głęboki faszystowski podtekst jednoczący członków Bundu zamaskowany został szumnymi patriotycznymi deklaracjami o zagrożeniu świata komunistyczną rewolucją. Bund, jako organizacja antykomunistyczna raczej niż pronazistowska, był równie antysemicki jak przedtem: w swoich ulotkach otwarcie utożsamiał bolszewizm z judaizmem, z pasją wyliczał „pro-wojennych” Żydów amerykańskich – na czele z dwoma zaufanymi ludźmi Roosevelta, sekretarzem skarbu Morgenthauem i finansistą Bernardem Baruchem – i, naturalnie, trzymał się twardo swoich celów, wytyczonych w deklaracji założycielskiej z roku trzydziestego szóstego: „zwalczać sterowane z Moskwy szaleństwo czerwonej zarazy i jej żydowskich nosicieli”. Znamienne jednak, że w roku czterdziestym drugim z Madison Square Garden zniknęły nazistowskie flagi, opaski ze swastyką, pozdrowienia gestem wyciągniętej ręki, szturmowe mundury i wielki portret Führera, który wisiał tam podczas pierwszego wiecu, dwudziestego lutego trzydziestego dziewiątego roku, odbywającego się pod hasłem „manewrów z okazji rocznicy urodzin Jerzego Waszyngtona”. Zniknęły naścienne transparenty, nawołujące: „Ameryko, obudź się – zniszcz żydowskich komunistów!”, mówcy nie nazywali już Franklina D. Roosevelta „Franklinem D. Rosenfeldem” i nikt nie nosił w klapie wielkiego białego znaczka z czarnym napisem:

NIE MIESZAJMY AMERYKI W ŻYDOWSKĄ WOJNĘ Tymczasem Walter Winchell nadal przezywał bundystów „bundytami”, a Dorothy Thompson, wybitna dziennikarka i żona powieściopisarza Sinclaira Lewisa, wyrzucona w trzydziestym dziewiątym z wiecu Bundu za egzekwowanie swojego, jak się wyraziła, „konstytucyjnego prawa do śmiechu z komicznych wystąpień na forum publicznym”, polemizowała uparcie z ich propagandą w tym samym duchu, jakiemu dała wyraz trzy lata wcześniej, skandując na wspomnianym wiecu: „Bzdura, bzdura, bzdura! Słowo w słowo Mein Kampf!”. W niedzielnej audycji po wiecu Bundu, Winchell, z właściwą sobie zadziornością, oświadczył, iż narastająca wrogość wobec oficjalnego przyjęcia na cześć Ribbentropa zwiastuje koniec miodowego miesiąca Ameryki z Charlesem A. Lindberghiem. „To prezydencki błąd stulecia!” – grzmiał Winchell. „Błąd nad błędami, za który reakcyjni republikańscy pałkarze naszego faszyzm miłującego prezydenta zapłacą życiem politycznym w listopadowych wyborach”.

Biały Dom, przyzwyczajony do powszechnego niemal uwielbienia dla Lindbergha, stropił się wyraźnie tak silną i szybko zorganizowaną reakcją ze strony opozycji, a chociaż administracja dystansowała się od nowojorskiego wiecu Bundu, demokraci – pragnąc podkreślić związek Lindbergha z tą haniebną organizacją – urządzili własny wiec w Madison Square Garden. Mówcy, jeden po drugim, bezlitośnie krytykowali „Lindberghowskich bundystów”, aż na koniec, ku zdumieniu wszystkich, na mównicę wyszedł sam FDR. Dziesięciominutowa owacja, którą został powitany, trwałaby dłużej, gdyby eks-prezydent, przekrzykując ryk tłumu, nie zawołał donośnie:

– Moi rodacy, Amerykanie! Moi rodacy, Amerykanie! Chciałbym powiedzieć coś panu Lindberghowi i panu Hitlerowi. Nadeszła chwila, aby z całą mocą przypomnieć tym panom, że to my, a niej oni, decydujemy o przyszłości Ameryki.

Były to słowa tak poruszające i dramatyczne, że każdy uczestnik wiecowego tłumu (a także my, zebrani w stołowym pokoju, i wszyscy słuchacze w stołowych pokojach na naszej ulicy) uległ euforycznemu złudzeniu, że oto zbliża się rychłe zbawienie narodu.

– Jedyną rzeczą, której winniśmy się lękać – mówił do swego audytorium FDR, cytując pamiętne słowa otwierające jego pierwszą mowę inauguracyjną – jest służalcza uległość Charlesa A. Lindbergha wobec jego nazistowskich przyjaciół, bezwstydne zaloty prezydenta największej światowej demokracji do despoty odpowiedzialnego za niezliczone zbrodnie i bestialstwa, okrutnego, barbarzyńskiego tyrana, który nie miał sobie równych w całych dziejach ludzkiej podłości. Ale my, Amerykanie, nie godzimy się na Amerykę zdominowaną przez Hitlera. My, Amerykanie, nie godzimy lic na zdominowany przez Hitlera świat. Dziś cały ziemski glob rozdarty jest między ludzkim zniewoleniem a ludzką wolnością. My wybieramy wolność! Godzimy się tylko na Amerykę oddaną sprawie wolności! Jeśli ktoś knuje spisek – czy to rodzime siły antydemokratyczne hołdujące Quislingowskiemu planowi stworzenia faszystowskiej Ameryki, czy obce, żądne władzy ugrupowania – spisek mający na celu stłumienie triumfu ludzkiej wolności, której fundamentalnym dokumentem jest amerykański Kodeks praw obywatelskich, spisek dążący do zastąpienia amerykańskiej demokracji władzą absolutną tych samych despotycznych sił, które zniewoliły i podbiły narody Europy – to niechaj ci, którzy ośmielają się konspirować przeciwko naszej wolności, zrozumieją raz na zawsze, że Ameryka nie ulęknie się żadnych gróźb i niebezpieczeństw i nigdy nie wyrzeknie się gwarancji wolności, zapisanych przez naszych antenatów w Konstytucji Stanów Zjednoczonych.

Lindbergh odpowiedział na to po kilku dniach: ubrany w strój pilota Lone Eagle, wczesnym rankiem wystartował z Waszyngtonu swoim dwusilnikowym samolotem Lockheed Inferceptor, by spotkać się twarzą w twarz z obywatelami i zapewnić ich, że każda jego decyzja obliczona jest wyłącznie na ugruntowanie bezpieczeństwa i dobrobytu Amerykanów. Stosował ten zabieg w obliczu każdego najdrobniejszego kryzysu: oblatywał miasta we wszystkich regionach kraju – tym razem po cztery, pięć dziennie, dzięki fenomenalnej szybkości interceptora – a gdziekolwiek lądował, oczekiwał go wielotysięczny tłum reporterów radiowych z mikrofonami, miejscowych dostojników, sprawozdawców lokalnej prasy i obywateli, żądnych widoku swojego młodego prezydenta w słynnej lotniczej wiatrówce i czapce pilotce. Lindbergh szczycił się tym, że lata po kraju bez eskorty, że nie ochraniają go ani służby specjalne, ani korpus lotniczy. Oto jak bezpiecznie czuł się na amerykańskim niebie – oto jak bezpieczny był kraj pod jego administracją, która w niespełna rok oddaliła od Ameryki wszelką groźbę wojny. Przypominał zgromadzonym, że odkąd został prezydentem, nie naraził na szwank życia ani jednego amerykańskiego chłopca, i nie narazi, dopóki piastować będzie swój urząd. Amerykanie zainwestowali w jego przywództwo kapitał swej wiary, a on nie złamał żadnej danej im obietnicy.

Tyle tylko mówił, czy też miał do powiedzenia. Ani razu nie wy«: mienił nazwiska Ribbentropa, nie wspomniał o FDR, o niemiecko-amerykańskim Bundzie czy o Porozumieniu Islandzkim. Ani słowem nie poparł nazistów, nie zdradził się z sympatią wobec ich wodza i jego celów, nie stwierdził nawet z satysfakcją, że armia niemiecka zwarła szyki po zimowych stratach i na całym froncie rosyjskim komuniści sowieccy spychani są coraz dalej na wschód, ku nieuchronnej klęsce. Ale i tak cała Ameryka znała niezłomne przekonanie prezydenta i dominującego prawego skrzydła jego partii, że najlepszym sposobem przeciwko rozprzestrzenianiu się komunizmu na całą Europę, Azję i Środkowy Wschód – a potem i na naszą półkulę – jest całkowite zniszczenie stalinowskiego Związku Radzieckiego przez militarną potęgę Trzeciej Rzeszy.

Spokojny, lakoniczny, ujmujący Lindbergh informował tłumy na lotniskach i przy radioodbiornikach, kim jest i czego dokonał – a’ zanim znów wsiadł do samolotu, by odlecieć do kolejnej miejscowości, mógł, gdyby zechciał, spokojnie oznajmić słuchaczom, że po przyjęciu z Ribbentropem w Białym Domu Pierwsza Dama zamierza zaprosić Adolfa Hitlera z narzeczoną na obchody Czwartego Lipca, udzielając im na weekend małżeńskiej sypialni Lindberghów – a rodacy i tak wiwatowaliby na jego cześć jako zbawcy demokracji.

Kolega z lat dziecinnych mojego ojca, Shepsie Tirschwell, był jednym z kilku operatorów-redaktorów w Kinie Kroniki Filmowej na Broad Street, działającym od roku trzydziestego piątego jako jedyne w mieście kino poświęcone wyłącznie aktualnościom. Shepsie Tirschwell pracował w nim od samego początku. Godzinna Kronika Filmowa obejmowała skrót wiadomości, migawki ze świata oraz dział „Marsz czasu”, a wyświetlano ją codziennie od rana do wieczora. Co czwartek z tysięcy metrów najświeższych filmowych relacji, dostarczanych przez takie wytwórnie jak Pathe i Paramount, pan Tirschwell z trzema innymi redaktorami wybierali odpowiedni materiał i montowali z niego serwis najświeższych wiadomości, dzięki którym tacy regularni bywalcy kina jak mój ojciec – którego biuro mieściło się na Clinton Street, zaledwie parę przecznic dalej – mogli na bieżąco śledzić ważne wydarzenia w kraju i na całym świecie, a także najbardziej ekscytujące fragmenty meczów pucharowych, które w epoce radia zobaczyć można było jedynie na ekranie kinowym. Ojciec zawsze starał się znaleźć godzinę tygodniowo na obejrzenie całej kroniki, a potem przy kolacji opowiadał nam, co i kogo widział w kinie. Tojo. Petain. Batista. De Valera. Arias. Que-zon. Camacho. Litwinow. Żuków. Hull. Welles. Harriman. Dies. I Ieydrich. Blum. Cjuisling. Gandhi. Rommel. Mountbatten. Król Jerzy. La Guardia. Franco. Papież Pius. To zaledwie skrócona lista wielkiej obsady sławnych postaci, uczestniczących w wydarzeniach, które – jak powtarzał nam ojciec – wspomnimy kiedyś jako historię, godną przekazania w opowieściach własnym dzieciom.

– Bo co to jest historia? – pytał retorycznie, wpadając przy kolacji w podniośle mentorski ton. – Historia to jest wszystko, co się dzieje wszędzie. Tutaj, w Newark. Nawet u nas, na Summit Avenue. Nawet to, co przydarza się zwykłemu człowiekowi we własnym domu, też będzie kiedyś historią.

W weekendy, gdy pan Tirschwell pracował, ojciec zabierał Sandy’ego i mnie na sesje edukacyjne w Kinie Kroniki Filmowej. Pan Tirschwell zostawiał nam w kasie darmowe przepustki i za każdym razem, gdy ojciec po seansie prowadził nas do kabiny projekcyjnej, wygłaszał ten sam wykład o powinnościach obywatelskich. Mówił, że w państwie demokratycznym śledzenie na bieżąco publicznych wydarzeń jest najważniejszym obowiązkiem obywatela i że nigdy nie jest za wcześnie na zasięganie informacji o tym, co się dzieje. Cisnęliśmy się do projektora, poznając nazwy jego części, które zdradzał nam pan Tirschwell, a potem oglądaliśmy oprawione w ramki fotografie na ścianach, upamiętniające uroczyste otwarcie kina, podczas którego jedyny, jak dotąd, żydowski burmistrz Newark, Meyer Ellenstein, przecinał wstęgę rozciągniętą w poprzek hallu i witał słynnych gości, wśród nich – jak podkreśla! pan Tirschwell, pokazując postacie na zdjęciach – byłego amerykańskiego ambasadora w Hiszpanii i założyciela domu towarowego Bambergera.

Mnie najbardziej podobały się w tym kinie trzy rzeczy: to, że było dużo miejsca między rzędami i nawet dorosły nie musiał wstawać, aby przepuścić innych kinomanów, to, że kabina projekcyjna była podobno dźwiękoszczelna, i to, że chodnik w hallu drukowany był w deseń taśmy filmowej, po której klatkach można było deptać, wchodząc i wychodząc. Aż do dwóch kolejnych sobót w roku czterdziestym drugim, gdy ojciec zabrał nas (Sandy miał lat czternaście, a ja dziewięć) najpierw na film z wiecu Bundu, a potem n film z antyribbentropowskiego wystąpienia FDR na wiecu w Gar den, nie zapamiętałem z kina nic poza głosem lektora Lowella Thomasa, który czytał większość wiadomości politycznych, i głosem Billa Sterna, z entuzjazmem informującego o sporcie. Ale wiecu Bundu nie zapomniałem z powodu nienawiści, jaką wzbudzili w mnie członkowie tej organizacji, skandujący na stojąco nazwisko von Ribbentropa, jakby to on był teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych, a przemówienia FDR nie zapomniałem, bo gdy powiedział na opozycyjnym wiecu: „Jedyną rzeczą, której winniśmy się lękać, jest służalcza uległość Charlesa A. Lindbergha wobec jego nazistowskich przyjaciół”, co najmniej połowa kinowej widowni zaczęła buczeć i sykać, a reszta – w tym mój ojciec – klaskała, jak mogła najgłośniej, więc przestraszyłem się, że oto nagle, w biały dzień, na Broad Street rozpęta się wojna i gdy wyjdziemy z kina, zobaczymy całe centrum Newark w ruinie i dopalających się zgliszczach.

Sandy’emu nie było łatwo wysiedzieć na tych dwóch projekcjach filmowych, a ponieważ to przewidział, z początku odrzucił zaproszenie ojca i poszedł z nami tylko dlatego, że mu kazano. Wiosną czterdziestego drugiego roku Sandy miał zaledwie parę miesięcy do rozpoczęcia gimnazjum, był wysokim, szczupłym, przystojnym chłopcem, nosił się schludnie, zawsze był porządnie uczesany, a postawę, czy to na siedząco, czy na stojąco, miał wzorowo prostą, jak kadet z West Point. Doświadczenie głównego młodego mówcy ruchu Zwykłych Ludzi sprawiło, że otaczała go aura autorytetu rzecz bardzo rzadka u chłopców w tym wieku. To, że Sandy potrafił tak skutecznie wpływać na dorosłych, że pozyskał sobie grono wiernych wielbicieli wśród młodszych chłopców z naszego sąsiedztwa, gotowych naśladować go i zgłosić się do letnich prac na I armie organizowanych przez OAA, zdumiewało wielce moich rodziców i budziło w nich skrępowanie wobec starszego dziecka, chociaż poza domem Sandy postrzegany był jako sympatyczny, dość zwyczajny chłopak, obdarzony talentem do rysowania portretów. Dla mnie zawsze był wspaniały z racji swojego starszeństwa, a teraz wydawał się jeszcze wspanialszy i z łatwością budził mój podziw, chociaż odwróciłem się od niego, odkąd Alvin uświadomił mi jego oportunizm – a jednak nawet oportunizm (o ile Alvin prawidłowo użył tego słowa) postrzegałem jako kolejne wybitne osiągnięcie mojego brata, objaw spokojnej, świadomej dojrzałości, roztropnie pogodzonej z biegiem światowych spraw.

Pojęcie oportunizmu było, oczywiście, niejasne dla mnie jako dziewięciolatka, Alvin jednak dość przejrzyście uzmysłowił mi jego status etyczny pełnym obrzydzenia tonem, jakim rzucił na Sandy’ego to oskarżenie, wzbogacone paroma dosadnymi uwagami. Było to niedługo po jego wyjściu ze szpitala, kiedy rozgoryczenie całkowicie pozbawiło go hamulców w wyrażaniu sądów.

– Twój brat to zero – oświadczył mi z łóżka pewnego wieczoru. – Mniej niż zero.

A zaraz potem nazwał Sandy’ego oportunistą.

– Naprawdę? Dlaczego? – spytałem.

– Bo ludzie tacy są, szukają własnych korzyści, a resztę mają w dupie. Sandy jest pieprzonym oportunistą. Tak samo jak ta suka, twoja ciotka, z wielkimi cyckami. I wielki rabin. Ciocia Bess i stryj Herman to uczciwi ludzie. Ale Sandy, który na gwizdek sprzedaje się tym świniom? W jego wieku? Z jego talentem? Pieprzona szuja z tego twojego braciszka.

Sprzedaje się. To też był dla mnie nowy język, a jednak nie trudniejszy do zrozumienia niż „oportunistą”.

– On tylko narysował parę obrazków – zaoponowałem. Alvin nie dał się jednak udobruchać próbą pomniejszenia wagi rysunków Sandy’ego, zwłaszcza że jakimś cudem dowiedział się o jego związku z Lindberghowskim ruchem Zwykłych Ludzi. Nie miałem odwagi spytać go, skąd wie o tym, czego nigdy nie zamierzałem mu zdradzić, domyśliłem się jednak, że po przypadkowym odkryciu dzieł Sandy’ego pod łóżkiem musiał przeszukać jego szuflady w stołowym kredensie i wśród szkolnych zeszytów i papierów znaleźć dostateczne dowody, by znienawidzić mojego brata na zawsze.

– To nie jest tak, jak myślisz – powiedziałem, ale natychmiast sam stanąłem wobec pytania, co innego mogłoby oznaczać zachowanie Sandy’ego. – On to robi, żeby nas chronić – obwieściłem wreszcie. – Żebyśmy nie mieli kłopotów.

– Z mojego powodu – dokończył Alvin.

– Nie! – zaprotestowałem.

– Ale tak ci przecież powiedział. Żeby rodzina nie miała kłopotów z powodu Alvina. Tak usprawiedliwia to gówno, w które wdepnął.

– No a po co innego by to robił? – spytałem z niewinną chytrością dziecka, nie mając pojęcia, jak wybrnąć z konfliktu, który sam pogłębiłem idiotycznym kłamstwem w obronie brata. – Czy on robi coś złego, skoro próbuje nam pomóc?

Na to Alvin odparł krótko:

– Nie wierzę ci, koleś.

A ponieważ nie byłem dla niego równym przeciwnikiem, sam sobie też przestałem wierzyć. Gdyby chociaż Sandy powiedział mi, że prowadzi podwójną grę! Gdyby faktycznie wykorzystywał podłą sytuację, zgrywając zwolennika Lindbergha, żeby nas obronić! Ale ja go widziałem, jak przemawiał do pełnej widowni dorosłych Żydów w podziemiach synagogi w New Brunswick – widziałem, z jakim przekonaniem głosił swoje hasła i jak pławił się w aplauzie słuchaczy. Mój brat odkrył w sobie rzadki dar bycia kimś, toteż wygłaszając peany na cześć prezydenta Lindbergha, prezentując jego portrety własnego autorstwa, wychwalając publicznie (tekstem napisanym przez ciotkę Evelyn) budujące doświadczenie ośmiotygodniowej pracy w roli żydowskiego pomocnika na farmie w krainie gojów – robiąc to wszystko, czego, szczerze mówiąc, i ja bym się nie powstydził, gdyż w całej Ameryce były to akty normalne i patriotyczne, które tylko w naszym domu uchodziły za haniebne wynaturzenia – Sandy przeżywał swoje najpiękniejsze dni.

A potem przyszła kolejna szumna interwencja historii: tłoczone zaproszenie od prezydenta Charlesa A. Lindbergha wraz z małżonką dla rabina Lionela Bengelsdorfa i panny Evelyn Finkel na oficjalne przyjęcie ku czci niemieckiego ministra spraw zagranicznych, mające odbyć się wieczorem w sobotę czwartego kwietnia roku tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego. Solowe tournee po trzydziestu miastach całego kraju podniosło akcje Lindbergha jako trzeźwego realisty, który wypowiada się prostym językiem, jeszcze wyżej, niż stały, zanim Winchell nazwał przyjęcie na cześć Ribbentropa „politycznym błędem stulecia”. Niebawem artykuły od redakcji w przeważająco republikańskiej prasie całego kraju zaczęły krytykować FDR i demokratów za błąd, jakim było z ich strony umyślne dopatrywanie się wrogiej konspiracji w sprawie tak niewinnej, jak gościnność Białego Domu wobec zagranicznego dygnitarza.

Wieść o zaproszeniu poraziła moich rodziców, ale cóż mogli zrobić. Już parę miesięcy wcześniej poinformowali Evelyn o swoim rozczarowaniu tym, że dołączyła do grupki zaślepionych Żydów, wysługujących się obecnej władzy. Nie było sensu poruszać jeszcze raz kwestii jej odległych administracyjnych powiązań z prezydentem Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza że rodzice wiedzieli, iż tym razem – w przeciwieństwie do czasów związkowych – ciotką Evelyn nie powoduje szczerość ideologicznych przekonań ani chorobliwe polityczne ambicje, lecz euforia skromnej nauczycielki z poddasza na Dewey Street, uratowanej od nudnej egzystencji przez rabina Bengelsdorfa i, niczym Kopciuszek, w cudowny sposób przeniesionej nagle na pałace. Kiedy jednak zadzwoniła nieoczekiwanie któregoś wieczoru, aby poinformować matkę, że do spółki z rabinem załatwiła wstęp na przyjęcie z Ribbentropem mojemu bratu… w pierwszej chwili nikt nie chciał jej wierzyć. Ostatecznie można było pogodzić się z tym, że sama Evelyn przeniosła się z dnia na dzień z naszego światka do grona znakomitości pokazywanych w „Marszu czasu” – ale teraz jeszcze Sandy? Czy nie dość było jego bałwochwalczych kazań o Lindberghu w podziemiach synagog? To niemożliwe – powtarzał mój ojciec, w znaczeniu, że to niedopuszczalne i zbyt obrzydliwe, aby było prawdą.

– To tylko dowodzi – powiedział mojemu bratu – że twoja ciotka ma nierówno pod sufitem.

Może miał rację – może przesadne poczucie nagle odkrytej ważności rzeczywiście zamąciło w głowie ciotce Evelyn. Bo czyż inaczej ośmieliłaby się zabiegać o zaproszenie na tak wielką galę dla swego czternastoletniego siostrzeńca? Czy zdołałaby namówić rabina Bengelsdorfa do złożenia w Białym Domu tak niedorzecznej prośby, gdyby nie nalegała na to z nieustępliwym uporem owładniętego manią szaleńca? Ojciec rozmawiał z nią przez telefon najspokojniej, jak umiał.

– Dość tych głupstw, Evelyn. My nie jesteśmy ważnymi osobami. Zostaw nas w spokoju, proszę cię. Już i tak za dużo się tu dzieje, jak na zwykłego człowieka.

Ale determinacja mojej ciotki, mająca na celu oswobodzenie wybitnego siostrzeńca z pęt nałożonych mu przez prostackiego szwagra ignoranta (po to, by ten siostrzeniec mógł, podobnie jak ona, grać wiodącą rolę w świecie) była już nie do poskromienia. Sandy miał uczestniczyć w przyjęciu jako żywa reklama sukcesu Zwykłych Ludzi, jako ni mniej, ni więcej tylko narodowy reprezentant Zwykłych Ludzi, i żaden ojciec z getta nie mógł go przed tym powstrzymać – ani jej. Evelyn wsiadła do samochodu i kwadrans później doszło do konfrontacji.

Ojciec, odłożywszy słuchawkę, nie krył wściekłości: pomstował coraz głośniej, całkiem jak stryjek Monty.

– W Niemczech Hitler ma chociaż tyle przyzwoitości, że nie dopuszcza Żydów do partii nazistowskiej. Wprowadził opaski z gwiazdą, pozakładał obozy koncentracyjne i przynajmniej dla wszystkich jest jasne, że Żydzi nie są tam mile widziani. Ale tutaj naziści udają, że proszą Żydów do siebie. A po co? Żeby uśpić ich czujność. Żeby uśpić ich czujność żałosną mrzonką o tym, że w Ameryce wszystko jest cacy. No ale coś takiego? – rozwrzeszczał się. – Coś takiego? Zapraszać Żydów, żeby ściskali krwawą łapę nazistowskiego zbrodniarza? To nie do wiary! Ich kłamstwa, ich kunktatorstwo, nie ustają ani na chwilę! Znajdują najlepszego chłopca, najzdolniejszego, najbardziej pracowitego, najdojrzalszego… Nie! Już dość się z nas naszydzili, wyprawiając swoje sztuczki z Sandym! On nigdzie nie pojedzie! Ukradli mi już kraj – ale nie ukradną syna!

– Przecież nikt tu z nikogo nie szydzi! – wrzasnął Sandy. – To jest wielka szansa!

„Dla oportunisty” – pomyślałem, ale utrzymałem język za zębami.

– Cicho siedź! – zgasił go ojciec. Cicha surowość tych dwóch słów uświadomiła Sandy’emu, bardziej niż gniew ojca, że oto zbliża się najgorsza godzina jego życia.

Ciotka Evelyn już pukała do tylnych drzwi, więc matka wstała, żeby jej otworzyć.

– Co ta baba wyrabia? – krzyczał za nią ojciec. – Powiedz jej, żeby nas zostawiła w spokoju, niech się tutaj nie kręci, pomylona jedna!

Matka z pewnością podzielała jego postanowienie co do Sandy’ego, jednak wychodząc z kuchni, rzuciła mu błagalne spojrzenie, pragnąc usposobić go nieco bardziej łaskawie wobec Evelyn, chociaż łaska wcale jej się nie należała za bezmyślną głupotę, z jaką wykorzystywała gorliwość Sandy’ego.

Ciotka Evelyn była zdumiona (albo taką udawała) niezdolnością moich rodziców do pojęcia, co dla chłopca w wieku Sandy’ego oznacza zaproszenie do Białego Domu, jaki wpływ na jego przyszłość może mieć fakt, że był gościem na przyjęciu w Białym Domu…

– Mnie nie imponuje twój Biały Dom! – krzyknął ojciec i rąbnął pięścią w stół, kiedy wymówiła nazwę „Biały Dom” po raz piętnasty. – Mnie obchodzi tylko to, kto w nim mieszka. A osoba, która teraz w nim mieszka, jest nazistą.

– Wcale nie! – zaprotestowała Evelyn.

– Może mi powiesz, że i Herr von Ribbentrop nie jest nazistą?

W odpowiedzi ciotka Evelyn nazwała ojca strachliwym, niewykształconym prowincjuszem o ciasnych horyzontach – na co on nazwał ją bezmyślną, łatwowierną karierowiczką – i przy stole rozpętała się awantura, w której strony podsycały nawzajem swoje wzburzenie, aż w końcu ciotka Evelyn powiedziała coś – coś stosunkowo łagodnego, o tym, za ile sznurków pociągnął rabin Bengelsdorf w sprawie Sandy’ego – co przekroczyło granice cierpliwości ojca, więc wstał od stołu i kazał jej się wynosić. Wymaszerował z kuchni, otworzył drzwi na schody i krzyknął do niej:

– Wynoś się! Wynocha! I nie wracaj! Nie chcę cię więcej widzieć w tym domu!

Ciotka nie wierzyła własnym uszom, tak samo jak my. Dla mnie zabrzmiało to jak żart z komedii Abbotta i Costello. Wynoś się, Costello. Jak nie umiesz się zachować, to wynocha stąd, i nie wracaj.

Matka wstała od niedopitej herbaty i poszła za ojcem do przedpokoju.

– Przecież to idiotka, Bess – mówił do niej ojciec. – Infantylna idiotka, która nic nie rozumie. Niebezpieczna idiotka.

– Proszę cię, zamknij drzwi – nalegała matka.

– Evelyn! – krzyknął ojciec. – Już! Natychmiast! Wyjdź!

– Nie rób tego – szepnęła matka.

– Czekam, aż twoja siostra wyniesie się z mojego domu.

– Z naszego domu – poprawiła go matka i wróciła do kuchni. – Ev, lepiej idź już, dla świętego spokoju.

Ciotka Evelyn siedziała z twarzą schowaną w dłoniach opartych na stole. Matka ujęła ją za ramię, podciągnęła na nogi i poprowadziła do drzwi, a potem zeszła z nią na dół, na zawnątrz domu. Nasza asertywna, tryskająca energią ciotunia wyglądała jak ofiara postrzału prowadzona na śmierć. Ojciec zatrzasnął drzwi.

– Jej się zdaje, że to bal – powiedział do mnie i do Sandy’ego, kiedy wyszliśmy do przedpokoju, by obejrzeć krajobraz po bitwie. – Jej się zdaje, że to zabawa. Byliście ze mną na kronice filmowej w kinie. Zabrałem was, chłopcy. Widzieliście na własne oczy.

– Tak – powiedziałem. Czułem się w obowiązku coś powiedzieć, ponieważ mój brat demonstracyjnie zamilkł. Ze stoickim spokojem znosił bezlitosny ostracyzm Alvina, ze stoickim spokojem zniósł kronikę filmową, a teraz ze stoickim spokojem znosił wygnanie swojej ulubionej ciotki – mając lat czternaście, już zaliczał się do rodzinnej plejady upartych mężczyzn, gotowych znieść wszystko, co trzeba.

– Ale to nie jest gra – ciągnął ojciec. – To jest walka. Zapamiętajcie sobie: to jest walka!

Znów powiedziałem tak.

– Wszędzie indziej na świecie…

Nagle ojciec urwał. Mama nie wróciła do domu. Miałem dziewięć lat i przestraszyłem się, że już nigdy nie wróci. Możliwe zresztą, że mój ojciec, który miał lat czterdzieści jeden, też się tego przestraszył – on, zahartowany przez trudy życia przeciwko wszelkim lękom, nie był wolny od lęku utraty ukochanej żony. Każdy ostatnio łatwo myślał o katastrofie, więc ojciec spojrzał na swoje dzieci, jakby już straciły matkę, zupełnie jak Earl Axman, gdy pani Axman dostała w nocy ataku nerwowego. Poszedł do stołowego, żeby wyjrzeć przez okno, a Sandy i ja za nim. Auto ciotki Evelyn nie stało tuż przy krawężniku. A mamy nie było widać ani na trotuarze, ani na ganku, ani w bocznej alejce, ani nawet po drugiej stronie ulicy – W piwnicy, gdzie ojciec pobiegł, nawołując ją po imieniu, też jej nie było. Ani u Seldona i jego matki. Jedli coś właśnie w kuchni, kiedy zapukaliśmy tam we trzech.

Ojciec zapytał panią Wishnow:

– Widziała pani Bess?

Pani Wishnow była potężną kobietą, wysoką i nieforemną, chodziła zawsze z zaciśniętymi pięściami i wierzyć mi się nie chciało W to, co opowiadał ojciec: że kiedy poznał ją i jej rodzinę w Trzecim Kwartale przed Wielką Wojną, pani Wishnow była wesołą, rozbrykaną dziewczynką. Teraz sprawowała obowiązki matki i głowy rodziny, a moi rodzice nie mogli się jej nachwalić za to, jak poświęca się dla Seldona. To, że jej życie jest walką, nie ulegało wątpliwości – wystarczyło spojrzeć na te zaciśnięte pięści. – A co się stało? – spytała ojca. – Nie ma u pani Bess? Seldon wstał od stołu, żeby się z nami przywitać. Od czasu samobójstwa jego ojca nabrałem do niego jeszcze większej awersji, do tego stopnia, że po lekcjach chowałem się w szkole, wiedząc, że czeka na mnie, żebyśmy razem wrócili do domu. I chociaż od szkoły dzieliła nas zaledwie jedna przecznica, rano schodziłem po schodach na paluszkach, o kwadrans za wcześnie, żeby przypadkiem się na niego nie natknąć. Ale i tak nigdy nie uniknąłem spotkania z Seldonem po południu, nawet jeśli byłem akurat na drugim końcu Chancellor Avenue. Matka mnie po coś wysyłała, a Seldon zawsze zjawiał się znienacka, jakby akurat tamtędy przechodził. Kiedy przychodził do nas na górę z zamiarem nauczenia mnie gry w szachy, udawałem, że mnie nie ma, i nie otwierałem drzwi. Jeżeli matka była akurat w domu, namawiała mnie zawsze, żebym zagrał z Seldonem, przypominając coś, o czym najmniej chciałem pamiętać: „Jego tata był doskonałym szachistą. Przed laty został mistrzem w okręgowym domu kultury. Nauczył Seldona grać w szachy, a teraz Seldon nie ma z kim grać, więc liczy na ciebie”. Tłumaczyłem jej, że nie lubię tej gry albo nie rozumiem zasad, ale w końcu nie miałem wyjścia: Seldon przychodził z szachownicą, siadaliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole i natychmiast zaczynała się – opowieść o tym, jak ojciec Seldona zrobił szachownicę i znalazł di); niej pionki z figurami. „Pojechał do Nowego Jorku, dokładnie wiedział, w których sklepach szukać, i znalazł idealne – piękne, co?!. i wykonane ze specjalnego drewna. A szachownicę tata zrobił sam,! Zdobył drewno, pociął na kwadraty – widzisz, jak się różnią te dwa kolory?” Miałem tylko jeden sposób na powstrzymanie nieustannego ciągu opowieści o jego przerażającym martwym ojcu: zasypać go gradem klozetowych dowcipów zasłyszanych w szkole.

Kiedy wracaliśmy do siebie na górę, ogarnęła mnie pewność, że teraz ojciec ożeni się z panią Wishnow i wkrótce wszyscy trzej sprowadzimy się do niej i Seldona z naszymi rzeczami, a ja już nigdy i w drodze do szkoły i z powrotem nie ucieknę od Seldona i jego usilnych prób znalezienia we mnie oparcia. Myślałem też o tym, że codziennie po powrocie do domu będę musiał chować kurtkę w tej samej szafie, w której ojciec Seldona się powiesił. Sandy będzie sypiał u Wishnowów w loggii, tak jak i u nas w domu po sprowadzeniu się Alvina, a ja wyląduję w pokoju od podwórza razem z Seldonem, obok sypialni, w której mój ojciec zajmie miejsce ojca Seldona, u boku jego matki ze stale zaciśniętymi pięściami.

Miałem ochotę pobiec natychmiast na róg ulicy, wsiąść do autobusu i zniknąć raz na zawsze. Dwadzieścia dolarów od Alvina wciąż trzymałem w bucie na dnie szafy. Wezmę te pieniądze, pojadę autobusem na stację Penn i kupię bilet w jedną stronę na pociąg do Filadelfii. Tam odnajdę Alvina i już nigdy nie wrócę do rodziny. Zostanę z Alvinem i będę się opiekował jego kikutem.

Mama zadzwoniła do domu, gdy położyła ciotkę Evelyn do łóżka. Rabin Bengelsdorf bawił akurat w Waszyngtonie, ale porozmawiał przez telefon z ciotką, a potem z moją mamą, zapewniając ją, że wie lepiej niż jej durny mąż, co leży, a co nie leży w interesie Żydów. Zachowanie Hermana wobec Evelyn, powiedział, nie pójdzie w niepamięć, zwłaszcza po tym, co on, Bengelsdorf, nie szczędząc trudu, uczynił dla siostrzeńca Evelyn na jej gorącą prośbę. Na koniec oznajmił mojej matce, że podejmie właściwe kroki w odpowiednim czasie.

Około dziesiątej ojciec pojechał po matkę i przywiózł ją do domu. My z Sandym byliśmy już w piżamach, gdy weszła do naszego pokoju i przysiadła na moim łóżku, biorąc mnie za rękę. Jeszcze nigdy nie widziałem jej tak zmęczonej – nie przypominała może kompletnie zniszczonej życiem pani Wishnow, ale nie zostało w niej prawie nic z tej niezmordowanej, pogodnej matki, która z taką energią zwalczała kłopoty, dopóki ograniczały się one do utrzymania domu za niespełna pięćdziesięciodolarową tygodniową pensję ojca.

Praca w mieście, prowadzenie domu, wybuchowa siostra, nieustępliwy mąż, uparty czternastolatek i nadwrażliwy dziewięciolatek – nawet wszystkie te troski razem wzięte nie przytłoczyłyby nadmiernie kobiety tak zaradnej, jak moja matka, gdyby nie Lindbergh.

– Sandy, co my teraz zrobimy? – spytała. – Czy mam ci wytłumaczyć, dlaczego tatuś jest przeciwny twojemu udziałowi w tym przyjęciu? Czy możemy to sobie spokojnie omówić? Kiedyś i tak trzeba będzie. Porozmawiajmy sami, w cztery oczy. Tatusia czasem ponoszą nerwy, ale mnie nie – wiesz o tym. Możesz być pewien, że cię wysłucham. Ale musimy spojrzeć na to wszystko, co się dzieje, z odpowiedniej perspektywy. Bo może rzeczywiście nie byłoby dla ciebie dobrze, gdybyś dał się wciągnąć głębiej w te sprawy. Może ciocia Evelyn popełniła błąd. Ona działa zbyt pochopnie, kochanie. Zawsze taka była. Kiedy tylko dzieje się coś niezwykłego, z miejsca traci dystans. Tatuś uważa… Czy mam mówić dalej, kochanie, czy chcesz już spać?

– Rób, co chcesz – odparł beznamiętnie Sandy.

– Mów dalej – poprosiłem. Matka uśmiechnęła się do mnie.

– A czemu? Co ty chciałbyś wiedzieć?

– Dlaczego wszyscy tak głośno krzyczą.

– Bo każdy widzi ten problem po swojemu – odparła i całując mnie na dobranoc, dodała: – Bo wszyscy mamy dużo kłopotów.

Ale kiedy pochyliła się nad Sandym, chcąc go pocałować, mój brat odwrócił się do ściany.

Ojciec zazwyczaj wychodził do biura, gdy my z Sandym jeszcze spaliśmy, więc mama wstawała wcześnie, żeby zjeść z nim śniadanie, przygotować nam kanapki na lunch i zawinięte w woskowany papier włożyć do lodówki, dopilnować, żebyśmy wstali do szkoły, i wreszcie samej udać się do pracy. Jednak nazajutrz po awanturze ojciec nie ruszył się z domu, dopóki nie wyłożył Sandy’emu powodów, dla których nie powinien on iść do Białego Domu ani uczestniczyć dalej w jakichkolwiek akcjach sponsorowanych przez OAA.

– Przyjaciele von Ribbentropa – tłumaczył – nie są naszymi przyjaciółmi. Wszystkie podłe plany Hitlera wobec Europy, wszystkie jego obmierzłe kłamstwa kierowane pod adresem innych państw głoszone są ustami pana von Ribbentropa. Będziecie się kiedyś uczyć o wydarzeniach w Monachium. Dowiecie się, jaką rolę odegrał pan von Ribbentrop w podstępnym nakłonieniu Chamberlaina do sygnowania traktatu niewartego papieru, na którym go spisano. Poczytajcie sobie w „PM” o tym człowieku. Posłuchajcie, co mówi o nim Winchell. Minister spraw zagranicznych von Ribben-snob – tak go Winchell nazywa. Wiecie, z czego on żył przed wojną? Z handlu szampanem. To sprzedawca alkoholu, Sandy. Oszust – plutokrata, złodziej i oszust. Nawet to von przed jego nazwiskiem jest fałszywe. Ty nie wiesz nic o von Ribbentropie, nie wiesz nic o Göringu, o Goebbelsie, o Himmlerze, o Hessie – ale ja wiem. Słyszałeś kiedyś o zamku w Austrii, w którym Herr von Ribbentrop urządza huczne bankiety dla całej reszty nazistowskich zbrodniarzy? Wiesz, skąd on ma ten zamek? Ukradł go. Właściciela arystokratę Himmler zamknął w obozie koncentracyjnym i posiadłość przeszła w ręce handlarza alkoholem! A wiesz, Sandy, gdzie leży Gdańsk i co się tam stało? Słyszałeś o traktacie wersalskim? A o Mein Kampf? Spytaj pana von Ribbentropa – on ci opowie. I ja też ci opowiem, tyle że nie z nazistowskiej perspektywy. Ja śledzę wydarzenia, synu, czytam i wiem, kim są ci kryminaliści. Dlatego nie pozwalam ci się do nich zbliżać.

– Nigdy ci tego nie wybaczę – odparł Sandy.

– Wybaczysz, wybaczysz – zapewniła go matka. – Kiedyś zrozumiesz, że tatuś chciał tylko twojego dobra. Tatuś ma rację, kochanie, uwierz mi – ty nie masz nic wspólnego z takimi ludźmi. Oni chcą cię tylko uczynić swoim narzędziem.

– Ciocia Evelyn? – zaperzył się Sandy. – Ciocia Evelyn chce mnie czynić „narzędziem”? Zaproszenie do Białego Domu to jest robienie ze mnie „narzędzia”?

– Tak – odrzekła ze smutkiem matka.

– Nie! To nieprawda! Przepraszam, ale nie mogę zawieść cioci Evelyn.

– To twoja ciotka Evelyn nas zawiodła – powiedział mu ojciec. – Zwykli Ludzie! – dodał z pogardą. – Jedynym celem tych tak zwanych Zwykłych Ludzi jest stworzenie z żydowskich dzieci piątej kolumny i obrócenie ich przeciwko rodzicom.

– Bzdura! – krzyknął Sandy.

– Dość tego! – skarciła go matka. – Przestań natychmiast. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że na całej ulicy tylko w naszej rodzinie dzieją się podobne rzeczy? Jedyna rodzina w okolicy. Wszyscy inni żyją z powrotem tak jak przed wyborami i starają się nie pamiętać, kto jest prezydentem. I my też chcemy tak żyć. Wydarzyło Mię parę złych rzeczy, ale już minęły. Alvin odszedł, teraz odeszła także ciocia Evelyn i wszystko wróci do normy.

– A kiedy przeniesiemy się do Kanady z powodu waszej manii prześladowczej? – spytał ironicznie Sandy.

Ojciec pogroził mu palcem i powiedział:

– Nie cytuj mi tu swojej głupiej ciotki. Żebym więcej nie słyszał od ciebie takiego pyskowania.

– Jesteś dyktatorem – odparł mu na to Sandy. – Jesteś dyktatorem gorszym od Hitlera.

Ponieważ moi rodzice wychowali się w domach, gdzie ojcowie nie stronili od tradycyjnych w starym kraju metod wpajania dzieciom dyscypliny, oboje byli wrogami stosowania kar cielesnych i żadne z nich nie podniosło nigdy ręki na Sandy’ego ani na mnie. Dlatego ojciec, gdy usłyszał z ust rodzonego syna, że jest gorszy od Hitlera, odwrócił się tylko z niesmakiem i wyszedł do pracy. Ledwo zatrzasnęły się za nim drzwi od podwórza, matka – ku mojemu zdumieniu – podniosła rękę i dała Sandy’emu w twarz.

– Czy ty nie rozumiesz, co ojciec dla ciebie zrobił? – krzyknęła. – Nie rozumiesz, jaką krzywdę chciałeś sam sobie wyrządzić? Kończ śniadanie i marsz do szkoły. A po lekcjach prosto do domu. Ojciec wydał ci polecenie, a ty masz słuchać.

Sandy przyjął policzek ze stoickim spokojem, zaciął się jeszcze ba dziej i, demonstrując postawę heroiczną, oświadczył buńczucznie – Jadę do Białego Domu z ciocią Evelyn. Nie obchodzi mnie, czy wam, Żydom z getta, to się podoba, czy nie.

Pogłębiając koszmar tego poranka i niewiarygodność chaosu jaki zapanował w naszym domu, matka ukarała ten akt synowskie go buntu z całą surowością, wymierzając Sandy’emu drugi policzek – i tym razem mój brat się rozpłakał. Gdyby tego nie uczynił nasza rozsądna matka podniosłaby swoją dobrą, łagodną matczyną rękę i uderzyła go po raz trzeci, a potem czwarty i piąty.

– Ona nie wie, co robi – pomyślałem. – Ona nie jest sobą, nikt nie jest sobą.

Złapałem książki, zbiegłem na dół tylnymi schodami, z bocznej alejki skręciłem w ulicę, a tam – jakby nie dość było porannych przykrości – na ganku czekał Seldon, żeby razem ze mną iść do szkoły.

Parę tygodni później ojciec zaszedł po pracy do Kina Kroniki Filmowej, aby obejrzeć reportaż z przyjęcia na cześć Ribbentropa. Przy okazji dowiedział się od Shepsiego Tirschwella, którego po seansie odwiedził w kabinie projekcyjnej, że ten pierwszego czerwca wyjeżdża do Winnipeg wraz z żoną, trójką dzieci, swoją matką i starymi rodzicami żony. Przedstawiciele niewielkiej społeczności żydowskiej w Winnipeg pomogli mu znaleźć pracę operatora w miejscowym kinie, a także mieszkanie dla całej rodziny w skromnej żydowskiej dzielnicy, przypominającej bardzo naszą. Kanadyjczycy załatwili też panu Tirschwellowi nisko oprocentowaną pożyczkę na pokrycie kosztów przeprowadzki z Ameryki oraz na u-trzymanie teściów do czasu, aż pani Tirschwell znajdzie pracę w Winnipeg i zacznie sama zarabiać na potrzeby rodziców. Pan Tirschwell powiedział ojcu, że z wielkim żalem opuszcza rodzinne miasto, kochanych starych przyjaciół i jedyne w swoim rodzaju zajęcie w najważniejszym kinie Newark. Przyznał, że dużo traci i dużo ma do stracenia, ale po paru latach oglądania pełnych dokumentacji filmowych nadsyłanych przez ekipy operatorów z całego świata doszedł do wniosku, że tajna klauzula paktu zawartego w czterdziestym pierwszym roku w Islandii między Lindberghiem a Hitlerem przewiduje najpierw pokonanie przez Niemcy Związku Radzieckiego, następnie inwazję i podbicie Anglii, a na koniec (gdy Japończycy zajmą już Chiny, Indie i Australię, realizując plan stworzenia „Nowego Ładu Wielkiej Azji Wschodniej”) przyjdzie pora na ustanowienie przez prezydenta Stanów Zjednoczonych „Nowego Ładu Faszystowskiej Ameryki” – totalitarnej dyktatury, wzorowanej na rządach Hitlera, która przygotuje grunt pod ostatnią wielką wojnę międzykontynentalną: niemiecki atak na Amerykę Południową, jej opanowanie i faszyzację. Po dwóch latach, gdy flaga z hitlerowską swastyką powiewać będzie na londyńskim gmachu Parlamentu, a flaga Wschodzącego Słońca nad Sydney, New Delhi i Pekinem, gdy Lindbergh wybrany zostanie na prezydenta na następne cztery lata – granica między Stanami Zjednoczonymi a Kanadą zostanie zamknięta, stosunki dyplomatyczne między oboma krajami zerwane, a władze amerykańskie, chcąc skupić uwagę Amerykanów na rzekomym zagrożeniu wewnętrznym, zmuszającym je do ograniczenia praw konstytucyjnych, rozpoczną masową rzeź czterech i pół miliona amerykańskich Żydów.

Tak brzmiała przepowiednia pana Tirschwella po waszyngtońskiej wizycie von Ribbentropa, która była wielkim triumfem najgroźniejszego odłamu amerykańskich popleczników Lindbergha – przepowiednia, której skrajny pesymizm przerastał najczarniejsze prognozy mojego ojca, toteż ojciec postanowił jej nam nie zdradzać i po powrocie z kina, przy kolacji, nie wspomniał nawet o rychłym wyjeździe Tirschwella, przekonany, że wiadomość ta mnie wystraszy, Sandy’ego rozwścieczy, a matkę skłoni do nalegań na natychmiastową emigrację. Od inauguracji prezydentury Lindbergha, która miała miejsce półtora roku wcześniej, zaledwie dwieście do trzystu żydowskich rodzin zdecydowało się przenieść na stałe do bezpiecznej przystani Kanady. Tirschwellowie byli pierwszymi uciekinierami znanymi ojcu osobiście i wiadomość o ich decyzji mocno nim wstrząsnęła.

Wcześniej przeżył szok, oglądając na filmie serdeczne powitanie nazisty von Ribbentropa na progu Białego Domu przez prezydenta Lindbergha z małżonką. I kolejny szok na widok znakomitych gości, którzy wysiadając z limuzyn, uśmiechali się radośnie na myśl o tym, że będą biesiadować i tańczyć w obecności von Ribbentropa – a wśród tych gości, nie mniej od innych rozemocjonowani haniebną galą, znajdowali się rabin Bengelsdorf i panna Everlyn Finkel.

– Oczom własnym nie wierzyłem – relacjonował nam ojciec, m Ona się szczerzyła od ucha do ucha. A ten jej przyszły mąż? Miał taką minę, jakby przyjęcie wydano na jego cześć. Trzeba go było widzieć, jak się kłaniał na prawo i lewo – jakby był nie wiem jaki ważny!

– Ale po co ty w ogóle poszedłeś na ten film? – spytała matka. – Przecież wiadomo było, że się zdenerwujesz.

– Poszedłem, bo codziennie zadaję sobie to samo pytanie: jak to możliwe, że takie rzeczy dzieją się w Ameryce? Jak to możliwe, że tacy ludzie rządzą naszym krajem? Gdybym nie zobaczył tego na własne oczy, myślałbym, że mam halucynacje.

Chociaż kolacja ledwo się rozpoczęła, Sandy odłożył sztućce, burknął: „Przecież w Ameryce nic się nie dzieje, nic”, i odszedł od stołu – nie pierwszy zresztą raz od pamiętnego ranka, gdy matka dała mu w twarz. Ostatnio przy posiłkach, na każdą najmniejszą wzmiankę o bieżących zdarzeniach, Sandy wstawał i bez słowa wyjaśnień czy przeprosin znikał w naszym pokoju, zamykając za sobą drzwi. Z początku, kilka razy, matka poszła za nim, tłumaczyła i namawiała do powrotu do stołu, ale Sandy tkwił uparcie przy biurku, ostrząc ołówek węglowy lub gryzmoląc w szkicowniku, dopóki nie zostawiła go w spokoju. Nie odzywał się nawet do mnie, gdy ze zwykłej dziecinnej tęsknoty dopytywałem się, jak długo jeszcze zamierza się tak zachowywać. Myślałem nawet, że w końcu spakuje manatki i odejdzie z domu – nie do ciotki Evelyn, tylko do Mawhinneyów, żeby zamieszkać z nimi na farmie w Kentucky. Zmieni nazwisko na Sandy Mawhinney i więcej go nie zobaczymy, tak jak już nigdy nie zobaczymy Alvina. Nikt go nawet nie będzie musiał porywać – sam się porwie, oddając się w ręce chrześcijanom, żeby już nigdy nie mieć nic wspólnego z Żydami. Nikt go nie musi porywać, bo porwał go już Lindbergh, tak jak całą resztę narodu!

Zachowanie Sandy’ego tak mnie rozstrajało, że wieczorami zacząłem odrabiać lekcje osobno, przy kuchennym stole. Dzięki temu podsłuchałem, jak ojciec – który siedział z matką w stołowym i czytał wieczorną gazetę, podczas gdy Sandy trwał w swoim dumnym Osamotnieniu na zapleczu mieszkania – mówi do matki, że nasze codzienne niesnaski są typowym przykładem niezgody, jaką Lindberghowscy antysemici mają nadzieję zasiać między żydowskimi rodzicami a ich dziećmi, za sprawą takich inicjatyw jak Zwykli Ludzie. Pojąwszy to, mój ojciec utwierdził się jednak tylko w decyzji, że nie pójdzie śladem Shepsiego Tirschwella i nie wyemigruje.

– Co ty mówisz? – zdumiała się matka. – Tirschwellowie naprawdę wyjeżdżają do Kanady?

– Tak, w czerwcu – odparł ojciec.

– Dlaczego? Dlaczego w czerwcu? Co się stanie w czerwcu? Kiedy się o tym dowiedziałeś? Dlaczego nic nie mówiłeś?

– Bo wiedziałem, że to cię zaniepokoi.

– Owszem, zaniepokoiło – jakżeby inaczej? Dlaczego, powiedz mi, Hermanie, oni wyjeżdżają w czerwcu?

– Bo zdaniem Shepsiego nadeszła odpowiednia pora. Nie mówmy już o tym. Mały siedzi w kuchni, a i tak ma już porządnego stracha. Skoro Shepsie uważa, że nadszedł czas, to uznajmy to za decyzję jego i jego rodziny, i życzmy im powodzenia. Shepsie godzinami śledzi bieżące wiadomości. Wiadomości to całe życie Shepsiego, a koszmar tych wiadomości kształtuje jego poglądy, i dlatego podjął taką decyzję.

– Podjął taką decyzję, bo jest dobrze poinformowany – sprostowała matka.

– Ja też jestem dobrze poinformowany – zaperzył się ojciec. – Jestem nie gorzej poinformowany niż on i doszedłem do przeciwnego wniosku. Czy ty nie rozumiesz, że ci dranie antysemici chcą, żebyśmy pouciekali z kraju? Chcą obrzydzić Żydom życie do tego stopnia, żeby wynieśli się stąd na zawsze – i wtedy goje będą mieli ten wspaniały kraj tylko dla siebie. Ale ja mam lepszy pomysł. Dlaczego oni się nie wyniosą? Dlaczego nie wyemigrują całą bandą do swojego kochanego Führera w nazistowskich Niemczech? Wtedy my będziemy mieli dla siebie ten wspaniały kraj! Zrozum, Shepsie robi to, co uważa za słuszne, ale my nigdzie się stąd nie ruszymy. Działa jeszcze w tym państwie Sąd Najwyższy. Dzięki Franklinowi Rooseveltowi mamy niezawisły Sąd Najwyższy, powołany do obrony naszych praw. Mamy sędziego Douglasa. Mamy sędziego Frankfurtera. Mamy sędziego Murphy’ego i sędziego Blacka. Ich zadaniem jest obrona praworządności. Są jeszcze w tym kraju porządni ludzie. Został Roosevelt, Ickes, burmistrz La Guardia. W listopadzie odbędą się wybory do Kongresu. Wolne wybory, w których ludzie nie będą głosować pod niczyje dyktando.

– No i na kogo zagłosują? – spytała matka i natychmiast udzieliła sobie odpowiedzi: – Naród amerykański dokona wyboru, jeszcze bardziej wzmacniając republikanów.

– Ciszej. Nie podnoś głosu, dobrze? Poczekamy do listopada, przekonamy się, jakie będą wyniki wyborów, i wtedy będzie czas na postanowienie, co robić.

– A jeżeli nie będzie czasu?

– Będzie, będzie. Proszę cię, Bess, nie możemy co wieczór prowadzić takich rozmów.

I na tym się skończyło, choć przypuszczam, że matka zmusiła się do milczenia tylko dlatego, że odrabiałem lekcje w kuchni.

Następnego dnia, zaraz po szkole, poszedłem Chancellor Avenue na Clinton Place, aż za gimnazjum, gdzie raczej nikt mnie nie mógł rozpoznać, i tam poczekałem na autobus jadący do centrum, w pobliże Kina Kroniki Filmowej. Program seansów sprawdziłem w gazecie minionego wieczoru. Godzinna projekcja zaczynała się za pięć czwarta, co oznaczało, że powinienem zdążyć na „czternastkę”, odjeżdżającą o piątej z przystanku Broad Street naprzeciwko kina, i spokojnie zjawić się w domu przed kolacją, a może nawet wcześniej, zależnie od tego, w którym odcinku kroniki pokazywać będą Ribbentropa. Tak czy owak, musiałem zobaczyć ciotkę Evelyn w Białym Domu – i to nie dlatego, że napawało mnie to zgrozą i oburzeniem, jak rodziców, tylko dlatego, że obecność ciotki w tym miejscu wydawała mi się najniezwyklejszą rzeczą, jaka mogła spotkać kogokolwiek z członków naszej rodziny – z wyjątkiem tego, co przytrafiło się Alvinowi.

NAZISTOWSKA GRUBA RYBA W BIAŁYM DOMU – głosił czarny napis po obu stronach trójkątnej markizy osłaniającej wejście do kina. To hasło, plus fakt, że byłem w mieście bez brata, Earla Axmana czy rodziców, sprawiło, że podchodząc do kasy biletowej, czułem się jak młodociany przestępca.

– Bez opieki osoby dorosłej? Nie ma mowy – powiedziała bileterka.

– Jestem sierotą – zaryzykowałem. – Mieszkam w sierocińcu na Lyons Avenue. Siostra mnie przysłała, żebym przygotował pogadankę o prezydencie Lindberghu.

– Masz karteczkę od siostry?

Jadąc autobusem, starannie wykaligrafowałem odpowiedni tekst na kartce wydartej z zeszytu, którą teraz podałem pani w okienku. Tekst wzorowany był na zezwoleniach na udział w szkolnych wycieczkach, które wypisywała mi matka – różnił się jedynie podpisem: „Siostra Mary Catherine, Sierociniec św. Piotra”. Kobieta zerknęła na kartkę, bez czytania, i dała mi znak, abym zapłacił za bilet. Podałem jej jeden z banknotów Alvina – gruby banknot jak na takiego małego dzieciaka, zwłaszcza sierotę od Świętego Piotra – ale najwidoczniej miała ważniejsze zajęcia, bo bez szemrania wydała mi dziewięć pięćdziesiąt reszty oraz bilet. Karteczkę jednak zatrzymała.

– Jest potrzebna. No, idź już, synku – ponagliła mnie, widząc z tyłu kolejkę chętnych na następny seans.

Wszedłem na widownię równo ze zgaszeniem świateł. Zabrzmiała muzyka wojskowa i zaczął się film. Najwyraźniej wszyscy mężczyźni w Newark (kobiety należały w kinie do rzadkości) chcieli obejrzeć niecodziennego gościa w Białym Domu, bo na tym późnopopołudniowym piątkowym seansie sala wypełniona była po brzegi, tak że z trudem znalazłem wolny fotel na skraju balkonu, a ktokolwiek wszedł po mnie, mógł liczyć już tylko na miejsce stojące. Ogarnęło mnie wielkie podniecenie, nie tylko dlatego, że zrobiłem coś, czego się po mnie nie spodziewano, ale i dlatego, że w oparach dymu z setek papierosów i ekstrawaganckiego aromatu pięciocentowych cygar, poczułem magię męskości, jak mały chłopczyk przebrany za mężczyznę.

Brytyjczycy lądują na Madagaskarze i przejmują francuską bazę marynarki.

Pierre Laval, szef francuskiego rządu Vichy, krytykuje brytyjską operację jako „akt agresji”.

Samoloty RAF-u przez trzy kolejne noce bombardują Stuttgart.

Brytyjskie myśliwce w zaciętej bitwie powietrznej nad Maltą.

Armia niemiecka podejmuje atak na ZSRR z półwyspu Kercz.

Armia japońska w Birmie zajmuje Mandalay.

Armia japońska ponawia atak na dżungle Nowej Gwinei.

Armia japońska wkracza z Birmy do chińskiej prowincji Junan.

Chińscy partyzanci atakują miasto Kanton, zabijając pięć tysięcy japońskich żołnierzy.

Kalejdoskop hełmów, mundurów, broni, budynków, portów, plaż, flory, fauny, ludzi wszelkich ras – a wszędzie to samo piekło, wszędzie to samo rozpasane zło, przed którym z wszystkich wielkich narodów świata jedynie Stany Zjednoczone zostały ocalone. Koszmarne obrazy ciągnęły się bez końca: moździerze ziejące ogniem, skuleni piechurzy biegnący pod ostrzałem, piechota morska brodząca do brzegu z karabinami nad głową, samoloty zrzucające bomby, zestrzelone samoloty spadające na ziemię, zbiorowe groby, klęczący kapelani, prowizoryczne krzyże, tonące okręty, ginący w falach marynarze, morze w płomieniach, strzaskane mosty, ataki czołgów, szpitale przeorane ostrzałem na pół, słupy ognia ze zbombardowanych zbiorników ropy, jeńcy spędzeni jak bydło w grząskie błoto, żywe ludzkie kadłuby na noszach, cywile poprzebijani bagnetami, martwe niemowlęta, sączące krew trupy bez głów…

A potem Biały Dom. Wiosenny zmierzch. Długie cienie na wspaniałym trawniku. Ozdobne krzewy. Kwitnące drzewa. Limuzyny prowadzone przez szoferów w liberiach i wysiadający z nich goście w galowych strojach. W marmurowym hallu za otwartymi drzwiami werandy zespół smyczkowy gra największy przebój minionego roku, Intermezzo - spopularyzowany motyw z Wagnerowskiego Tristana i Izoldy. Uprzejme gesty. Ciche śmiechy. Szczupły, ukochany przez wszystkich, przystojny prezydent. U jego boku utalentowana poetessa, zdobywczyni przestworzy i wzorowa towarzyszka życia – matka ich zamordowanego synka. Elokwentny, srebrnowłosy gość honorowy. Elegancka nazistowska małżonka w długiej satynowej sukni. Słowa powitania, żarciki, galant ze Starego Świata, wyszkolony w dworskich teatraliach i prezentujący się wyśmienicie w wieczorowym stroju, z czarującym uśmiechem całuje dłoń Pierwszej Damy.

Gdyby nie Krzyż Żelazny, przyznany ministrowi spraw zagranicznych przez Führera i zdobiący kieszeń tuż pod nienagannie udrapowaną chusteczką, trudno byłoby sobie wyobrazić bardziej cywilizowaną scenę – istny majstersztyk mistyfikacji.

I wreszcie! Ciotka Evelyn, rabin Bengelsdorf – mijają strzegących wejścia żołnierzy marynarki i już znikają w środku!

Byli na ekranie nie dłużej niż trzy sekundy, ale po tej scenie reszta wiadomości z kraju i migawki sportowe nie miały już dla mnie żadnego sensu – chciałem tylko cofnąć film do momentu, gdy moja ciotka materializuje się na oczach widzów, cała w błyszczących klejnotach, należących uprzednio do zmarłej żony rabina.

Gdy po seansie zapalono światła, w przejściu między rzędami stał umundurowany pracownik kina.

– Ty – wskazał na mnie latarką. – Pójdziesz ze mną. Przeprowadził mnie przez wychodzący z hallu tłum do jakichś drzwi, które otworzył kluczem, i po wąskich schodach weszliśmy na górę, do pomieszczenia, które poznałem – to stąd oglądaliśmy z Sandym filmy o wiecach w Madison Square Garden.

– Ile masz lat? – spytał mundurowy.

– Szesnaście.

– A to dobre. Tylko tak dalej, mały. Pakuj się w jeszcze gorszą kabałę.

– Muszę już iść do domu – powiedziałem. – Autobus mi ucieknie.

– Nie tylko to ci ucieknie, kochasiu.

Zastukał energicznie w słynne dźwiękoszczelne drzwi do kabiny projekcyjnej i pan Tirschwell wpuścił nas do środka. W ręku miał kartkę od siostry Mary Catherine.

– Niestety, muszę ją pokazać twoim rodzicom – powiedział.

– To był tylko żart – broniłem się.

– Zaraz przyjdzie po ciebie ojciec. Dzwoniłem do niego do biura i wie, że tu jesteś.

– Dziękuję – odparłem, najgrzeczniej, jak mnie uczono.

– Siadaj, proszę.

– Kiedy to naprawdę był tylko żart.

Pan Tirschwell szykował taśmy na następny seans. Rozglądając się po kabinie, zauważyłem, że wiele fotosów z autografami słynnych bywalców kina poznikało ze ścian – znak, że pan Tirschwell zaczął już pakować pamiątki przed wyjazdem do Winnipeg. Zrozumiałem też, że powaga podjętej przez niego decyzji skłania go do tym większej surowości wobec mnie. Jednocześnie wydał mi się nadmiernie praworządnym dorosłym, któremu poczucie obowiązku często każe się mieszać w nie swoje sprawy. Jego wygląd i mowa wcale nie zdradzały, że wychował się w tej samej kamienicy w Newark, co mój ojciec. W odróżnieniu od niego, był stateczną, uładzoną i dumną wersją niedouczonego dziecka z ubogich imigranckich slumsów, które osiągnęło awans społeczny wyłącznie dzięki własnej uporczywej, programowej przedsiębiorczości. Dla takich jak oni gorliwość w działaniu była jedynym kapitałem. Zarzucana im przez gojów bezczelność była w gruncie rzeczy właśnie tą niezłomną gorliwością.

– Jak mnie pan teraz wypuści – powiedziałem – to złapię jeszcze autobus i zdążę do domu na kolację.

– Siedź spokojnie, bardzo cię proszę.

– Ale co ja takiego zrobiłem? Chciałem tylko zobaczyć ciotkę. To niesprawiedliwość – nalegałem, niebezpiecznie bliski płaczu. – Chciałem tylko zobaczyć ciotkę w Białym Domu, nic więcej.

– Ta twoja ciotka… – mruknął i zacisnął zęby, żeby nie powiedzieć nic więcej.

O dziwo, właśnie ta jego pogarda dla ciotki Evelyn wycisnęła mi łzy z oczu. Widząc to, pan Tirschwell stracił nagle cierpliwość.

– Ty cierpisz? – spytał uszczypliwie. – Z jakiego to powodu tak cierpisz? Masz pojęcie, czego doświadczają ludzie na całym świecie? Nie pojąłeś nic z tego, co przed chwilą obejrzałeś? Życzę ci, żebyś w przyszłości nie miał prawdziwych powodów do płaczu. Mam nadzieję, i modlę się o to, żeby w nadchodzących czasach twoja rodzina…

Zamilkł w pół zdania, wyraźnie nienawykły do tak niegodnych manifestacji irracjonalnych uczuć, zwłaszcza wobec nic nieznaczącego dziecka. Nawet ja zrozumiałem, że jego słowa dotyczyły czegoś innego niż mojej osoby – nie złagodziło to jednak szoku ich oskarżycielskiej surowości.

– Co ma się stać w czerwcu? – zapytałem, powtarzając podsłuchane minionego wieczoru pytanie matki do ojca, które pozostało bez odpowiedzi.

Pan Tirschwell przyglądał mi się bacznie, jakby chciał oszacować braki mojej inteligencji.

– Weź się w garść – rzekł w końcu. – Proszę – to mówiąc, podał mi chusteczkę. – Wytrzyj oczy.

– Usłuchałem, ale zaraz spytałem ponownie:

– Co się stanie? Dlaczego pan wyjeżdża do Kanady?

Wtedy nagle z jego głosu zniknęło zniecierpliwienie, a zabrzmiało w nim coś mocniejszego i łagodniejszego zarazem – inteligencja.

– Mam tam nową pracę – odpowiedział.

Ten unik z jego strony przeraził mnie i znów zalałem się łzami.

Ojciec przyszedł jakieś dwadzieścia minut później. Pan Tirschwell wręczył mu karteczkę, na której wypisałem sobie przepustkę do kina, ale ojciec nawet na nią nie spojrzał, tylko wziął mnie za łokieć i wyprowadził z kina na ulicę. Dopiero tam przeczytał notatkę. I wtedy mnie uderzył. Najpierw matka wymierzyła policzek mojemu bratu, a teraz ojciec, przeczytawszy słowa siostry Marii Catherine, po raz pierwszy w życiu, bez skrupułów, dał w twarz mnie. Ponieważ już byłem zdruzgotany – a nie miałem w sobie ani cienia stoicyzmu Sandy’ego – zaniosłem się niepohamowanym szlochem, stojąc tuż przed kasą biletową, na oczach wszystkich gojów spieszących z biur do domów na kolejny beztroski wiosenny weekend w spokojnej Ameryce Lindbergha, w tej autonomicznej fortecy oddzielonej oceanami od frontów wojennych świata, w Ameryce, gdzie nikomu nic nie groziło – tylko nam.

6

MAJ 1942 – CZERWIEC 1942

Ich kraj 22 maja 1942

Szanowny Panie Roth, Zgodnie z zaleceniem programu Osadnictwo 42 Organizacji Asymilacji Amerykańskiej przy Departamencie Spraw Wewnętrznych USA firma nasza kieruje oferty przesiedlenia do takich jak Pan starszych stażem pracowników, których zakwalifikowano do objęcia śmiałą ogólnokrajową inicjatywą OAA.

Dokładnie osiemdziesiąt lat temu, w roku 1862, Kongres Stanów Zjednoczonych wydał Ustawę o Osadnictwie – słynny i bezprecedensowy w skali światowej akt legislacyjny, gwarantujący, praktycznie za darmo, po sto sześćdziesiąt akrów nieobjętych własnością gruntów publicznych farmerom skłonnym podjąć ryzyko osiedlenia się na dziewiczym amerykańskim Zachodzie. Od tamtego czasu nie podjęto równie śmiałej inicjatywy zapewnienia przedsiębiorczym Amerykanom nowych, atrakcyjnych możliwości poszerzenia własnych horyzontów działania i przyczynienia się do rozwoju kraju.

Metropolitan Life ma zaszczyt być jedną z pierwszych wielkich korporacji i instytucji finansowych Ameryki wybranych do uczestnictwa w nowym programie Osadnictwo 42, mającym na celu stworzenie młodym amerykańskim rodzinom niepowtarzalnej życiowej szansy przeniesienia się, na koszt rządu, w obiecujące, a dotychczas im niedostępne, regiony Ameryki, aby tam zapuścić nowe korzenie. Osadnictwo 42 obejmuje wyzwalające inicjatywę obszary o najstarszych narodowych tradycjach, gdzie rodzice i dzieci mogą przez pokolenia wzmacniać swoje poczucie amerykańskiej przynależności.

Po otrzymaniu niniejszego pisma prosimy bezzwłocznie skontaktować się z p. Wilfredem Kurthem, przedstawicielem Osadnictwa 42 w naszym biurze przy Madison Avenue. Pan Kurth odpowie osobiście na wszystkie Pańskie pytania, a jego personel chętnie służyć będzie wszelką radą i pomocą.

Gratulujemy Panu i Pańskiej rodzinie, że właśnie Was wybrano spośród wielu godnych kandydatów w Metropolitan Life na pierwszych w naszej firmie pionierskich „osadników” roku 1942.

Z poważaniem Homer L. Kasson Wiceprezes ds. Zatrudnienia Minęło kilka dni, zanim ojciec odważył się pokazać ten list matce i powiadomić ją, że od pierwszego września czterdziestego drugiego roku zostanie przeniesiony z filii Metropolitan w Newark do okręgowego biura firmy, otwierającego się w Danville, w stanie Kentucky. Pokazał nam Danville na mapie Kentucky, dołączonej do pakietu Osadnictwa 42, który wręczył mu pan Kurth. Potem przeczytał na głos fragment folderu propagandowego Izby Handlowej, zatytułowanego „Stan niebieskich łąk”:

– „Danville jest stolicą rolniczego hrabstwa Boyle. Usytuowane w otoczeniu pięknych wiejskich okolic, około sześćdziesięciu mil na południe od Lexington, jest drugim co do wielkości, po Louisville, miastem stanu Kentucky”. – Kartkował folder, chcąc znaleźć w nim coś jeszcze ciekawszego, co choć trochę osłabiłoby bezsens niespodziewanego obrotu zdarzeń. – „Daniel Boone brał udział w wypalaniu «drogi przez puszczę», która otworzyła osadnikom dostęp do Kentucky… W roku tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym drugim Kentucky jako pierwszy stan na zachód od Appalachów przystąpiło do Unii… Liczba mieszkańców Kentucky w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym wynosiła dwa miliony osiemset czterdzieści pięć tysięcy sześćset dwadzieścia siedem. Liczba mieszkańców Danville… chwileczkę… liczba mieszkańców Danville wynosiła sześć tysięcy siedemset”.

– A ilu jest Żydów w Danville, wśród tych sześciu tysięcy siedmiuset ludzi? Ilu jest Żydów w całym stanie?

– Przecież sama wiesz, Bess. Bardzo niewielu. Powiem ci tylko, że mogło być gorzej. Mogła nam się trafić Montana, gdzie jadą Gellerowie. Albo Kansas, gdzie jadą Schwartzowie. Albo Oklahoma, gdzie jadą Brody’owie. Siedmiu z naszego biura wyjeżdża i wierz mi, że miałem najwięcej szczęścia. Kentucky to piękna okolica, wspaniały klimat. To nie jest koniec świata. Zobaczysz, że będziemy tam żyli tak samo jak tutaj. Może nawet lepiej, biorąc pod uwagę niższe ceny i lepszy klimat. Chłopcy pójdą do szkoły, ja do pracy, ty zajmiesz się domem. Może uda nam się nawet kupić własny dom, gdzie chłopcy będą mieli oddzielne pokoje i podwórko do gry w piłkę.

– Ale jak oni mają czelność tak postępować z ludźmi? – biadała matka. – Wierzyć mi się nie chce, Hermanie. Przecież tu są nasze rodziny. Nasi starzy przyjaciele. Chłopcy też mają tu przyjaciół. Spędziliśmy tutaj całe życie w spokoju i harmonii. O jedną przecznicę od domu mamy najlepszą szkołę podstawową w New Jersey. O jedną przecznicę od domu mamy najlepsze gimnazjum w New Jersey. Nasi synowie uczą się razem z innymi żydowskimi dziećmi. Nie wchodzą w konflikty z dziećmi innych narodowości. Nie ma wyzwisk. Nie ma bójek. Nigdy nie musieli czuć się wykluczeni i samotni, tak jak ja, kiedy byłam mała. Wierzyć mi się nie chce, że twoi pracodawcy tak z tobą postąpili. Tyle się dla nich naharowałeś, tyle im poświęciłeś nadprogramowych godzin i wysiłków – i to ma być zapłata?

– Chłopcy – zwrócił się do nas ojciec – pytajcie, o co chcecie. Mama ma rację. To dla nas wszystkich wielka niespodzianka. Trochę jesteśmy nią oszołomieni. Dlatego pytajcie o wszystko, co was niepokoi. Chcę, żebyśmy wszyscy mieli w tej sprawie całkowitą jasność.

Sandy najwyraźniej miał jasność i wcale nie wyglądał na oszołomionego. Był podekscytowany i z trudem hamował radość, ponieważ wiedział doskonale, gdzie szukać Danville na mapie: o czternaście mil od farmy tytoniowej Mawhinneya. Możliwe zresztą, że wiedział o wyjeździe na długo przed nami. Rodzice nie mówili tego głośno, ale właśnie to ich milczenie przekonało mnie, że wybór mojego ojca na jednego z siedmiu żydowskich „osadników” był nie mniej przypadkowy niż oddelegowanie go do nowego biura firmy w Danville. Od chwili, kiedy ojciec otworzył drzwi i kazał ciotce Evelyn raz na zawsze wynosić się z domu, nasze losy nie mogły potoczyć się inaczej.

Byliśmy już po kolacji i siedzieliśmy w stołowym pokoju. Sandy rysował sobie coś z błogim spokojem i nie miał żadnych pytań, ja – wyglądając na dwór z nosem wciśniętym w szybę otwartego okna – też nie miałem żadnych pytań, więc ojciec, przygnębiony czarnymi myślami i świadomością klęski, zaczął spacerować od ściany do ściany, a matka siedziała na kanapie i mruczała coś pod nosem, nie mogąc się pogodzić z tym, co nas czekało. W dramacie konfrontacji z nieuchronnym, w zmaganiu z nieznanym, zamienili się rolami, które odgrywali kiedyś w waszyngtońskim hotelu. Nagle uświadomiłem sobie, jak daleko sprawy zabrnęły, jaki straszliwy chaos zapanował wokół nas i jak gwałtownie przychodzi kataklizm, kiedy już przychodzi.

Od około trzeciej szalała burza, ale wtem gnana wiatrem ulewa ustała i wyszło oślepiające słońce, jakby przesunięto do przodu wszystkie zegary i jutrzejszy poranek zaczynał się na zachodzie dzisiaj o szóstej po południu. Jak to się stało, że nasza skromna u-liczka obudziła we mnie taki zachwyt, obmyta lśniącym w słońcu deszczem? Jak to się stało, że zasłane liśćmi wielkie kałuże na chodnikach i nasiąknięte niczym gąbka trawniczki za domami zapachniały mi nagle tak rozkosznie, jakbym urodził się na nowo w tropikalnej dżungli? W ostrym słońcu, które wyszło po burzy, Summit Avenue lśniła życiem jak zwierzątko, jak moje własne, jedwabiste, pulsujące zwierzątko, wykąpane w strugach chlustającej z nieba wody, a teraz błogo wygrzewające się w promieniach.

Nic mnie nie zmusi do wyjazdu stąd.

– A z kim chłopcy będą się bawić? – spytała matka.

– W Kentucky jest masa dzieci – zapewnił ją ojciec.

– A ja, z kim będę rozmawiała? Kto mi zastąpi przyjaciółki znane od dzieciństwa?

– Kobiety też tam są.

– Gojowskie kobiety. – Matka rzadko pozwalała sobie na uszczypliwość, ale teraz przybrała sarkastyczny ton; do tego stopnia czuła się skonfundowana i zagrożona. – Poczciwe chrześcijanki, które zrobią wszystko, żebym poczuła się tam jak w domu. Oni nie mają prawa tego robić!

– Bess, proszę cię. Tak to jest, jak się pracuje w wielkiej firmie. Wielkie firmy stale przenoszą ludzi z miejsca na miejsce. I nie ma rady, trzeba jechać.

– Ja mam na myśli rząd. To rząd nie ma prawa tego robić. Nie wolno zmuszać ludzi, żeby z dnia na dzień zwinęli manatki i jechali nie wiadomo dokąd. Żadna konstytucja nie dopuszcza takich rzeczy.

– Nikt nas nie zmusza.

– To dlaczego wyjeżdżamy? Oczywiście, że nas zmuszają. To bezprawie. Nie wolno wyrzucać z domu Żydów tylko dlatego, że są Żydami, i wysyłać ich pod przymusem, gdzie się komu podoba. Nie wolno traktować miasta jako własnego folwarku. Chcą pozbyć się Newark takiego, jakie teraz jest, kiedy obok innych mieszkają w nim również Żydzi? Co oni w tym mają za interes? To wbrew prawu. Wszyscy wiedzą, że to jest wbrew prawu.

– No to czemu nie pozwiemy przed sąd Stanów Zjednoczonych Ameryki? – bąknął Sandy, nie podnosząc nawet głowy znad szkicownika.

– Można to zrobić – odparłem. – Przed Sąd Najwyższy.

– Nie zwracaj na niego uwagi – powiedziała do mnie matka. – Dopóki twój brat nie nauczy się dobrych manier, będziemy go ignorować.

Na to Sandy wstał, zabrał swoje przybory rysunkowe i poszedł do naszego pokoju. Nie mogąc już dłużej znieść bezradności ojca i udręki matki, otworzyłem frontowe drzwi i wybiegłem na ulicę, gdzie dzieciaki, które też już były po kolacji, puszczały w rynsztokach patyczki od lizaków, obserwując, jak spływają z kaskadami wody między żeliwne kratki gulgocących kanałów, razem z poobrywanym wichurą kwieciem akacji, papierkami po cukierkach, żukami, kapslami od butelek, dżdżownicami, petami i tajemniczym, intrygującym, oczywistym oślizgłym kondomem. Wszyscy świetnie się bawili, wykorzystując ostatnie chwile przed pójściem do łóżek – wszyscy mogli się świetnie bawić, bo ich rodzice nie byli zatrudnieni w firmach kolaborujących z Osadnictwem 42. Ojcowie moich kolegów pracowali na własny rachunek albo w spółkach z braćmi i szwagrami, w związku z czym nigdzie nie musieli się wynosić. Nie zgadzałem się, żeby rząd Stanów Zjednoczonych wyrzucił mnie z ulicy, której rynsztokami płynie eliksir życia.

Alvin wysługiwał się mafii w Filadelfii, Sandy mieszkał na wygnaniu w naszym domu, a autorytet mojego ojca jako obrońcy rodziny stopniał drastycznie, o ile nie do zera. Jeszcze dwa lata wcześniej, walcząc o zachowanie obranego przez nas stylu życia, ojciec zdobył się na wizytę w urzędzie spraw wewnętrznych, gdzie o-świadczył wprost ważnemu dyrektorowi, że rezygnuje z awansu, który miał postawić go wyżej w zawodowej hierarchii i zapewnić wyższą pensję, jednak za cenę przeprowadzki do zamieszkanych głównie przez bundystów okolic New Jersey. Teraz nie stać go już było na opór wobec nie mniej zapewne ryzykownej propozycji prze-flancowania naszej rodziny – uznał, że protest będzie bezowocny i że nasz los nie spoczywa już w jego rękach. Źródłem niemocy ojca była – o zgrozo – posłuszna współpraca jego firmy z władzami państwa. Nie mieliśmy już żadnego obrońcy – poza mną.

Nazajutrz po szkole znowu wsiadłem ukradkiem w autobus jadący do centrum, tym razem w „siódemkę”, której trasa biegła o jakieś trzy czwarte mili od Summit Avenue, po drugiej stronie gruntów uprawnych sierocińca, tam gdzie kościół Świętego Piotra zwracał się fasadą ku przelotowej ulicy Lyons Avenue i gdzie, ukryty w cieniu jego zwieńczonej krzyżem wieży, byłem jeszcze mniej narażony na to, że rozpozna mnie ktoś z sąsiadów, kolegów szkolnych lub przyjaciół rodziny, niż wtedy, kiedy jechałem „czternastką” z Clinton Place.

Czekałem na przystanku przed kościołem razem z dwiema zakonnicami, identycznie zagrzebanymi w szorstkich, ciężkich fałdach obszernych czarnych habitów, którym nigdy nie przyjrzałem się tak dobrze jak tego dnia. W tamtych czasach habit zakonnicy sięgał do kostek, co w połączeniu z olśniewająco białym, krochmalonym obramowaniem twarzy, uniemożliwiającym spoglądanie na boki – z tą sztywną osłoną głowy, uszu, podbródka i szyi, na której udrapowany był wysoki biały czepiec – czyniło tradycyjnie o-dziane katolickie siostry najbardziej archaicznymi istotami, jakie zdarzyło mi się widzieć, o wiele dziwniejszymi na tle naszej okolicy niż niepokojąco podobni do karawaniarzy księża. Habity nie miały żadnych widocznych guzików ani kieszeni, więc zupełnie nie mogłem sobie wyobrazić, jak przywdziewa się te grube zasłony i jak się je zdejmuje – jeśli w ogóle się je zdejmowało – zwłaszcza że każda zakonnica nosiła na szyi wielki metalowy krzyż na długim sznurze oraz sznur paciorków, wielkich i błyszczących jak kulki do gry, zawieszony z przodu na czarnym skórzanym pasku i sięgający prawie do ziemi. A do białego czepca przypięty miała czarny welon, który rozszerzał się na plecach i opadał aż do pasa. Poza małą odsłoniętą powierzchnią pospolitej, niczym niezdobionej twarzy, nie było widać ani włoska, ani śladu miękkości czy swobody.

Przypuszczałem, że te dwie zakonnice nadzorują życie sierot i uczą w szkole parafialnej. Żadna nie patrzyła w moją stronę, a ja, bez rezolutnego towarzysza w stylu Earla Axmana, nie śmiałem podnieść na nie wzroku, tylko zerkałem ukradkiem – ale chociaż spoglądałem pod nogi, autocenzura rezolutnego dziecka opuściła mnie, ustępując miejsca tajemniczym dociekaniom, pełnym pytań o kobiece ciało i jego najpospolitsze funkcje – pytań pchających mnie ku deprawacji. Mimo powagi misji podjętej tego popołudnia i wszystkich jej późniejszych konsekwencji, stwierdziłem, że w pobliżu zakonnicy, a co dopiero dwóch, opadają mnie zawsze niezbyt czyste żydowskie myśli.

Zakonnice zajęły dwa miejsca za kierowcą, chociaż większość siedzeń w autobusie była pusta. Ja usiadłem po przeciwnej stronie wąskiego przejścia, tuż za obrotową bramką i skrzynką na opłatę za przejazd. Nie miałem zamiaru tam siadać i sam nie rozumiałem, czemu to robię, ale zamiast usunąć się z zasięgu ciekawskich oczu, otworzyłem zeszyt, udając, że odrabiam lekcje, i z nadzieją pomieszaną z lękiem czekałem, aż zakonnice powiedzą coś do siebie po katolicku. Niestety, zachowały milczenie – przypuszczam, że się modliły, co też było niesamowite w autobusie.

Jakieś pięć minut przed centrum rozległ się dźwięczny grzechot różańców: zakonnice wstały jednocześnie, żeby wysiąść przy szerokim skrzyżowaniu High Street z Clinton Avenue. Po jednej stronie ulicy mieścił się salon samochodowy, po drugiej hotel Riviera. Mijając mnie, wyższa z zakonnic uśmiechnęła się i z jakimś nieokreślonym smutkiem w cichym głosie – może spowodowanym tym, że Mesjasz przyszedł i odszedł, a ja nic o tym nie wiem – powiedziała do swojej towarzyszki:

– Co za domyty, miły chłopczyk.

Szkoda, że nie wiedziała, co sobie o nich myślałem. A może właśnie wiedziała.

Parę minut później autobus skręcił po raz ostatni, z Broad Street w Raymond Boulevard, zmierzając do ostatniego przystanku przed stacją Penn. Wysiadłem i puściłem się biegiem do budynku Biura Federalnego na Washington Street, gdzie urzędowała ciotka Evelyn. W hallu windziarz poinformował mnie, że OAA mieści się na ostatnim piętrze. Wjechałem tam i zapytałem o Evelyn Finkel.

– Na pewno jesteś bratem Sandy’ego – powiedziała recepcjonistka. – Wyglądasz jak jego mały bliźniak – dodała z aprobatą.

– Sandy jest o pięć lat starszy ode mnie.

– Sandy to wspaniały chłopak. Wspaniały. Wszyscy tu za nim przepadamy.

To rzekłszy, nacisnęła guzik intercomu do gabinetu ciotki Evelyn.

– Przyszedł do pani siostrzeniec Philip – oznajmiła.

Nie minęło parę sekund, a ciotka Evelyn przeprowadziła mnie między biurkami kilkorga urzędników piszących na maszynach, i weszliśmy do jej gabinetu, z okna którego widać było bibliotekę publiczną oraz Muzeum Newark.

Wycałowała mnie i wyściskała, mówiąc, że strasznie się za mną stęskniła, a ja, pomimo skrupułów – a zwłaszcza lęku, że rodzice dowiedzą się o mojej wizycie u krewnej, z którą zerwali kontakty – postąpiłem zgodnie z przyjętym planem i wyznałem ciotce, że wybrałem się potajemnie sam do kina, żeby ją zobaczyć w Białym Domu. Potem usiadłem na krześle z boku biurka – co najmniej dwa razy szerszego niż biurko mojego ojca, urzędującego całkiem niedaleko, na Clinton Street – i spytałem, jak to było, jeść kolację z prezydentem Lindberghiem i jego żoną. Kiedy ciotka Evelyn przystąpiła do szczegółowej relacji – z wyraźną chęcią zaimponowania słuchaczowi, nawet jeśli było nim tylko dziecko, i tak już porażone rozmiarami jej zdrady – nie mogłem wprost uwierzyć, że tak łatwo dała się nabrać na rzekomy powód mojej wizyty.

Na ścianie za jej biurkiem wisiały dwie duże mapy, przyczepione do wielkiej korkowej tablicy i ponakłuwane skupiskami kolorowych szpilek. Większa mapa przedstawiała wszystkie czterdzieści osiem stanów Ameryki, a mniejsza tylko stan New Jersey, którego długą granicę rzeczną z sąsiednią Pensylwanią nauczono nas w szkole interpretować jako profil wodza indiańskiego: brew w okolicy Phillipsburgha, nozdrza koło Stockton, a podbródek z kawałkiem szyi w rejonie Trenton. Gęsto zaludniony i wysunięty najdalej na wschód obszar obejmujący Jersey City, Newark, Passaic i Paterson, który rozciągał się na północ aż do prostej jak linijka granicy z południowymi hrabstwami stanu Nowy Jork, wyznaczał czub pióropusza Indianina. Tak też zobaczyłem tę granicę na mapie u ciotki i tak widzę ją do dziś; dziecko z moim pochodzeniem miało w tamtych czasach, oprócz pięciu zmysłów, także i szósty – zmysł geografii, wyczulony na miejsce zamieszkania oraz ludzi i rzeczy z najbliższego otoczenia.

Na przestronnym biurku ciotki Evelyn, obok oprawionych w oddzielne ramki fotografii mojej zmarłej babci i rabina Bengelsdorfa, rzucało się w oczy duże, opatrzone autografem zdjęcie prezydenta Lindbergha z małżonką, stojących w Gabinecie Owalnym, oraz mniejsze, przedstawiające ciotkę Evelyn w wieczorowej sukni, ściskającą dłoń prezydenta.

– To moment powitania – wyjaśniła ciotka. – Wchodząc do sali bankietowej, każdy gość zatrzymuje się obok prezydenta, Pierwszej Damy i gościa honorowego. Wymieniane jest jego imię i nazwisko, po czym fotograf robi zdjęcie, przesyłane później przez Biały Dom do danej osoby.

– Czy prezydent coś mówił?

– Powiedział: „Miło nam panią gościć”.

– A czy wolno mu odpowiedzieć?

– Odpowiedziałam: „To dla mnie zaszczyt, panie prezydencie”. – Ciotka nie kryła, jaka to była ważna wymiana zdań, nie tylko dla niej, ale zapewne również dla prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jej entuzjazm miał w sobie, jak zwykle, coś ujmującego, chociaż ja, w obliczu chaosu, jaki zapanował w moim domu, nie pozostałem ślepy również na jego aspekt diaboliczny. Jeszcze nigdy w życiu nie oceniałem tak surowo dorosłego człowieka – ani rodziców, ani nawet Alvina czy stryjka Monty’ego – bo teraz dopiero zrozumiałem, jak dalece bezwstydna próżność skrajnych głupców wpłynąć może na losy innych ludzi.

– Poznała ciocia pana von Ribbentropa?

– Tańczyłam z panem von Ribbentropem – odparła tonem dziewczęcej niemal przechwałki.

– Gdzie?

– Po kolacji odbył się dansing w wielkim namiocie na trawniku Białego Domu. To była piękna noc. Orkiestra, tańce… Lionela i mnie przedstawiono ministrowi spraw zagranicznych i jego małżonce, nawiązaliśmy rozmowę, a w pewnej chwili, jakby nigdy nic, on się skłonił i poprosił mnie do tańca. Ma sławę wyśmienitego tancerza – całkiem zasłużoną, bo to istny czarodziej parkietu. A po angielsku mówi bez zarzutu. Studiował na Uniwersytecie Londyńskim, a potem, jeszcze za młodu, spędził cztery lata w Kanadzie. Nazywa to swoją wielką młodzieńczą przygodą. Wydał mi się wyjątkowo uroczym dżentelmenem, nadzwyczajnie wprost inteligentnym.

– Co mówił? – spytałem.

– Och, rozmawialiśmy o prezydencie, o OAA, o życiu – właściwie o wszystkim. Wyobraź sobie, że on gra na skrzypcach. Jest taki sam jak Lionel: światowiec, zdolny wypowiadać się ze znawstwem na każdy temat. Patrz, kochanie, co miałam na balu. Widzisz tę torebkę na zdjęciu? To złota siateczka. Widzisz? A widzisz skarabeusze? Złote, emaliowane i turkusowe skarabeusze?

– Co to jest skarabeusz?

– To taki żuk. Albo drogi kamień w kształcie żuka. Tę torebkę wykonano u nas w Newark, w zakładzie prowadzonym przez rodzinę pierwszej pani Bengelsdorf. To była słynna firma. Wyrabiała biżuterię dla koronowanych głów Europy i najzamożniejszych ludzi w Ameryce. Spójrz na mój pierścionek zaręczynowy – powiedziała, podsuwając mi uperfumowaną rączkę tuż pod nos, aż znienacka poczułem się jak pies i chciałem ją polizać. – Widzisz ten kamień? To szmaragd, moje kochane dziecko.

– Prawdziwy?

Ucałowała mnie.

– Najprawdziwszy! A tu na zdjęciu mam jeszcze łańcuszkową bransoletkę. Złotą, z szafirami i perłami. Prawdziwymi! – dodała, racząc mnie następnym całusem. – Minister spraw zagranicznych powiedział, że nigdy jeszcze nie widział piękniejszej bransoletki. A jak myślisz, co mam na szyi na tej fotografii?

– Korale?

– Girlandę.

– Co to jest girlanda?

– To taki łańcuch z kwiatów. A zwróciłeś uwagę na te dwie broszki? To szafiry, kochanie, szafiry z Montany oprawione w złoto. I widzisz, kto je nosi? No kto? Kto to jest? Twoja ciocia Evelyn! Evelyn Finkel z Dewey Street! W Białym Domu! Czy to nie istna bajka?

– Chyba tak – przyznałem enigmatycznie.

– Och, skarbie! – przytuliła mnie gwałtownie i obcałowała po całej twarzy. – Mnie się też zdaje, że to bajka. Tak się cieszę, że przyszedłeś. Stęskniłam się za tobą.

Głaskała mnie, jakby chciała sprawdzić, czy nie poupychałem skradzionych precjozów po kieszeniach. Dopiero po latach zrozumiałem, że właśnie te szybkie, zwinne ręce mogły zapewnić ciotce Evelyn błyskawiczny awans życiowy na wielką panią Lionelową Bengelsdorf. Chociaż rabin błyszczał inteligencją i przewyższał wszystkich pod każdym względem, nawet egoizmu, ciotka Evelyn na pewno zawsze umiała znaleźć na niego sposób.

Uwodzicielski raj, jaki wokół siebie roztaczała, był dla mnie jeszcze wtedy niepojęty. Gdziekolwiek sięgnąłem ręką, natrafiałem na miękkość jej ciała. Gdziekolwiek obróciłem twarz, owiewała mnie ciężka woń jej perfum. Gdziekolwiek spojrzałem, widziałem jej u-branie – nowe wiosenne ciuszki, tak zwiewne i delikatne, że prześwitywała przez nie nawet koronkowa koszulka. Niesamowite były też te oczy drugiej istoty, zupełnie inne, niż je pamiętałem. Nie dojrzałem jeszcze do wieku pożądania i słowo „ciotka” wciąż skutecznie mnie zaślepiało, a mimo to poczułem lekkie usztywnienie swojego małego jak żołądź peniska, który dotąd stanowił dla mnie tylko kłopotliwą zagadkę, toteż z rozkoszą wtuliłem się w krągłości ciała trzydziestojednoletniej siostry mojej matki, w miękkie ciepło tej malutkiej, żywiołowej Calineczki, najwyraźniej pozbawionej wstydu i ukształtowanej z samych wzgórków i jabłuszek – doświadczając jednocześnie uczucia jałowości i niepokoju, tak jakby rzadki znaczek-kancera, którego wielką wartość doskonale znałem, objawił się ni stąd, ni zowąd na zwyczajnym liście, wrzuconym przez listonosza do naszej skrzynki pocztowej na Summit Avenue.

– Ciociu Evelyn?

– Mój ty kochany.

– Czy ciocia wie, że przenosimy się do Kentucky?

– Ehem.

– Ja nie chcę stąd wyjeżdżać, ciociu Evelyn. Chcę zostać w swojej szkole.

Odsunęła się gwałtownie i zmierzyła mnie wzrokiem jak najdalszym od kokieterii.

– Kto cię tu przysłał, Philip?

– Przysłał? Nikt.

– Kto cię przysłał? Mów prawdę.

– Mówię prawdę. Nikt.

Usiadła z powrotem za biurkiem, patrząc na mnie tak, że z całych sił musiałem hamować chęć ucieczki. Chęć ta była przemożna.

– Nie ma się czego bać w Kentucky – powiedziała ciotka.

– Ja się nie boję. Tylko nie chcę stąd wyjeżdżać.

Nawet jej milczenie było osaczające – gdybym kłamał, na pewno wydusiłaby ze mnie wyznanie prawdy. Ta nieszczęsna kobieta żyła w stanie ciągłego napięcia.

– Czy zamiast nas nie mógłby wyjechać Seldon z matką?

– Kto to jest Seldon?

– Ten chłopiec z dołu, któremu umarł ojciec. Jego matka pracuje teraz w Metropolitan. Dlaczego my musimy się przeprowadzić, a oni nie?

– Czy to nie twój ojciec napuścił cię na mnie, kochanie?

– Nie, nie. Nikt nawet nie wie, że tu jestem.

Widziałem jednak, że mi nie wierzy – jej awersja do mojego ojca była zbyt cenna, żeby miała ją podważyć oczywista prawda.

– A Seldon chciałby pojechać z wami do Kentucky?

– Nie pytałem go. Nie wiem. Chciałem tylko się dowiedzieć, czy oni nie mogliby wyjechać zamiast nas.

– Mój malutki, widzisz tę mapę New Jersey? Widzisz te powbijane w nią szpileczki? Każda szpilka to rodzina wybrana do przesiedlenia. A teraz spójrz na mapę całego kraju. Widzisz, ile w niej szpilek? Te z kolei wyznaczają miejsca, do których rodziny z New Jersey zostały przypisane. Ustalenie tych miejsc wymagało współpracy wielkiego sztabu ludzi w tym biurze, w waszyngtońskiej centrali i w poszczególnych stanach, do których delegowane są rodziny. Największe i najważniejsze przedsiębiorstwa New Jersey przenoszą swoich pracowników w ramach programu Osadnictwo 42, a to wymaga planowania na skalę znacznie większą, niż możesz sobie wyobrazić. Oczywiste więc, że żadna decyzja nie zależy od pojedynczej osoby. A nawet gdyby zależała i gdybym to ja była tą osobą, nawet gdybym mogła wpłynąć na to, żebyś został z kolegami w swojej szkole, to i tak nie zmieniłabym zdania, że właśnie ty skorzystasz nadzwyczajnie z tej szansy, aby stać się kimś więcej niż kolejnym żydowskim dzieckiem, zastraszonym przez rodziców do tego stopnia, że lęka się samej myśli o opuszczeniu getta. Popatrz, co twoja rodzina zrobiła z Sandym. Pamiętasz swojego brata z wystąpienia w New Brunswick. Widziałeś go, jak przemawiał do tłumu, wspominając swoją przygodę na farmie tytoniowej. Pamiętasz tamten wieczór? Nie byłeś dumny z Sandy’ego? – Tak.

– A czy z jego słów wynikało, że życie w Kentucky jest przerażające, a on sam bał się choćby przez chwilę?

– Nie.

Ciotka wzięła coś z biurka, wstała i podeszła do mnie. Jej ładna twarz, o wyrazistych rysach podkreślonych mocnym makijażem, wydała mi się nagle groteskowa – była żywym wcieleniem manii, w którą, zdaniem matki, popadła jej nieszczęsna egzaltowana siostra. Jasne, że gdybym był dzieckiem wychowanym na dworze Ludwika XIV, ambicje i sukcesy takiej krewnej nie działałyby na mnie tak onieśmielająco jak ważniackie podrygi ciotki Evelyn, a świeckie awanse duchownego w rodzaju rabina Bengelsdorfa nie raziłyby moich rodziców jako skandaliczne, gdyby oni sami wiedli dworski żywot markiza i markizy. Nie popełniłbym pewnie większego błędu – a może nawet mniejszy – gdybym szukał pociechy u dwóch zakonnic w autobusie z Lyons Avenue, zamiast uciekać się do osoby czerpiącej rozkosz z pospolitych, drobnych aktów korupcji, które pienią się wszędzie tam, gdzie trwa walka o najdrobniejsze choćby przywileje władzy.

– Bądź dzielny, kochanie. Bądź dzielnym chłopczykiem. Chcesz przesiedzieć całe życie na ganku przy Summit Avenue czy wolisz wkroczyć w wielki świat, jak Sandy, i udowodnić wszystkim, że wcale nie jesteś od nich gorszy? A gdybym ja wystraszyła się wizyty w Białym Domu i spotkania z prezydentem, nasłuchawszy się kalumnii i wyzwisk pod jego adresem ze strony takich ludzi jak twój ojciec? Gdybym zlękła się spotkania z ministrem spraw zagranicznych tylko dlatego, że i o nim źle mówią? Nie można bać się wszystkiego, co nieznane. Nie wolno ci wyrosnąć na takie strachajło, jak twoi rodzice. Obiecaj mi, że taki nie będziesz.

– Obiecuję.

– Mam dla ciebie mały upominek – powiedziała. I wręczyła mi jedno z dwóch pudełeczek, które trzymała w ręku. – Zdobyłam to dla ciebie w Białym Domu. Kocham cię, skarbie, i chcę ci to ofiarować.

– A co to jest?

– Czekoladka deserowa. Czekoladka zawinięta w złotko. A wiesz, co jest wytłoczone na tej czekoladce? Pieczęć prezydenta. Jedna jest dla ciebie, a druga dla Sandy’ego. Przekażesz mu ją?

– Okej.

– Pojawiają się na stole w Białym Domu po kolacji. Czekoladki na srebrnym półmisku. Kiedy tylko je zobaczyłam, pomyślałam o moich dwóch chłopcach, których najbardziej w świecie chciałabym uszczęśliwić.

Wstałem, ściskając w dłoni czekoladki, a ciotka Evelyn objęła mnie mocno za ramię i – mijając po drodze pracujących dla niej ludzi – wyprowadziła na korytarz, gdzie wcisnęła guzik windy.

– Jakie Seldon ma nazwisko? – spytała.

– Wishnow.

– I jest twoim najlepszym przyjacielem.

Jakże mogłem jej wytłumaczyć, że go nie znoszę?

– Tak – zełgałem w końcu, a ponieważ ciotka naprawdę mnie kochała i wcale nie kłamała, zapewniając, że chce mnie uszczęśliwić, po kilku dniach, gdy pozbyłem się wreszcie czekoladek z Białego Domu, przerzucając je przez płot sierocińca, kiedy nikt nie patrzył, pani Wishnow otrzymała list z Metropolitan, informujący ją, że wraz z najbliższą rodziną miała szczęście zostać wybraną do przesiedlenia na teren stanu Kentucky, tak jak my.

W niedzielne popołudnie pod koniec maja w naszym stołowym pokoju odbyła się konspiracyjna narada żydowskich agentów ubezpieczeniowych, którzy wraz z moim ojcem mieli zostać przeniesieni z biura Metropolitan w Newark, w ramach akcji Osadnictwo 42. Wszyscy panowie przyszli z żonami, ustaliwszy, że dzieci lepiej będzie zostawić w domu. Przed zebraniem Sandy i ja, z pomocą Seldona, ustawiliśmy w pokoju krzesła, donosząc cztery z dołu, od stolika brydżowego Wishnowów. Potem pani Wishnow zawiozła nas trzech do kina Mayfair w Hillside, na podwójny pokaz filmów fabularnych, po którym miał nas stamtąd odebrać mój ojciec, przewidywano bowiem, że zebranie skończy się wcześniej.

Spoza Metropolitan zaproszeni zostali Shepsie i Estelle Tirschwellowie, którzy za parę dni przenosili się do rodziny w Winnipeg, oraz Monroe Silverman, nasz daleki kuzyn, który niedawno otworzył biuro adwokackie w Irvington, nad sklepem z męską galanterią; właścicielem sklepu był drugi starszy brat mojego ojca, stryjek Lenny, dostarczający mnie i Sandy’emu szkolne ubrania „po kosztach”. Kiedy matka zaproponowała – przez szacunek dla wszystkiego, co nauczono ją szanować – aby zaprosić również miejscowego rabina Hymana Resnicka, nikt z organizatorów zebrania, zgromadzonych tydzień wcześniej u nas w kuchni, nie okazał większego entuzjazmu i po kurtuazyjnej parominutowej dyskusji (podczas której mój ojciec stwierdził dyplomatycznie to, co zawsze stwierdzał dyplomatycznie na temat rabbiego Resnicka: „Sympatyczny gość, żonę też ma sympatyczną, nie wątpię, że robi tutaj świetną robotę, ale bystrością to on raczej nie grzeszy”) propozycję matki odrzucono. Chociaż, ku mojej dziecięcej uciesze, owi bliscy przyjaciele rodziców przemawiali tak rozmaitymi głosami jak postacie z Fred Allen Show, a wyglądem różnili się wzajemnie jak bohaterowie gazetowego komiksu – było to w czasach, gdy podstępne żarty ewolucji ujawniały się bez żenady, na długo przedtem, nim odmładzanie twarzy i sylwetki stało się poważną ambicją dorosłych – to w istocie byli wszyscy bardzo do siebie podobni: wiedli życie rodzinne, gospodarowali domowym budżetem, troszczyli się o starych rodziców, dbali o swoje skromne domostwa, na większość spraw publicznych mieli wspólne poglądy i jednakowo głosowali w wyborach. Rabin Resnick zarządzał niezbyt imponującą synagogą z żółtej cegły, usytuowaną na skraju naszej dzielnicy – wszyscy przychodzili tam odświętnie ubrani przez trzy dni w roku, na obchody Święta Trąbek i Jom Kippur, ale poza tym rzadko odwiedzali przybytek, na ogół po to, by w czasie przepisanym odmówić zgodnie z obyczajem modlitwę za zmarłych. Rabin potrzebny był do odprawiania ślubów, pogrzebów i bar micwy, do odwiedzania chorych w szpitalu, do pocieszania strapionych w sziwie, ale poza tym nie odgrywał większej roli w życiu codziennym wiernych; nikt zresztą – nawet moja pełna uszanowania matka – nie oczekiwał tego po nim, i to nie tylko z powodu ograniczonej inteligencji Resnicka. Bycie Żydem nie było dla nich tożsame z rabinatem, synagogą czy skąpymi praktykami religijnymi, chociaż przez lata, głównie z uwagi na starych rodziców, którzy raz w tygodniu przychodzili na rodzinny obiad, w paru domach, z naszym włącznie, jadało się koszernie. Bycie Żydem nie oznaczało nawet zrządzenia niebios. Owszem, w każdy piątek po zachodzie słońca matka z rytualną pieczołowitością (i wzruszająco pobożną delikatnością, którą w dzieciństwie podpatrzyła u swojej matki) zapalała szabasowe świece i po hebrajsku wzywała imienia Wszechmocnego, ale poza tym nikt nie wspominał u nas w domu o „Adonai”. Ci Żydzi, aby być Żydami, nie potrzebowali szumnych odniesień, manifestacji wiary ani żelaznej doktryny; nie potrzebowali też z pewnością innego języka – mieli już swój język, mowę ojczystą, barwną i potoczną, którą posługiwali się bez wysiłku, czy to przy karcianym stole, czy w transakcjach handlowych, ze swobodą właściwą rdzennej ludności. Bycie Żydami nie było też dla nich ani przedmiotem wstydu, ani szczególnym wyróżnieniem, z którego należy być „dumnym”. Było czymś, czego nie można się pozbyć – czego nie można nawet chcieć się pozbyć. Bycie Żydami oznaczało dla nich bycie sobą, tak jak bycie Amerykanami. Leżało w ich naturze, równie fundamentalne jak obecność arterii i żył – dlatego obca im była wszelka chęć zmiany czy zaprzeczenia swojej tożsamości, bez względu na konsekwencje.

Znałem tych ludzi przez całe swoje życie. Kobiety przyjaźniły się serdecznie i wiernie – zwierzały się sobie, wymieniały przepisy kulinarne, pocieszały jedna drugą przez telefon, opiekowały się nawzajem swoimi dziećmi i regularnie świętowały urodziny każdej z przyjaciółek, jadąc wspólnie na odległy o dwanaście mil Manhattan, żeby obejrzeć show na Broadwayu. Mężczyźni, poza tym, że od lat pracowali w tym samym biurze, spotykali się dwa razy na miesiąc, żeby zagrać w bezika (panie grały wówczas w madżonga), a od czasu do czasu, w niedzielny poranek, wypuszczali się całą grupą do łaźni parowej na Mercer Street, zabierając również synów – bo dziwnym trafem ich pociechy były wyłącznie płci męskiej, w wieku między Sandym a mną. W Dniu Pamięci, Czwartego Lipca i w Święto Pracy całe rodziny wyjeżdżały na piknik do położonego o dziesięć mil na zachód bukolicznego rezerwatu South Mountain, gdzie ojcowie i synowie rzucali do celu podkowami, grali w piłkę ręczną i słuchali relacji z meczu baseballowego, nadawanej przez trzeszczące radio tranzystorowe – największy cud techniki naszego świata. Chłopcy z tego grona nie byli naszymi najbliższymi przyjaciółmi, ale czuliśmy się z nimi związani przez zażyłość ojców. Seldon był z nas wszystkich najmniej rozbrykany i pewny siebie, a poza tym, ku swojej zgryzocie, nie miał szczęścia – a jednak to z nim właśnie złączył mnie los na całe dzieciństwo i dłużej. Odkąd dowiedział się, że i on razem z matką zostanie przesiedlony, łaził za mną dosłownie krok w krok, mnie zaś prześladowała myśl, że ponieważ będziemy jedynymi żydowskimi uczniami w całym szkolnictwie podstawowym Danville, stanę się automatycznie – zarówno w oczach naszych rodziców, jak i miejscowych gojów – jego naturalnym sojusznikiem i najbliższym towarzyszem. Ustawiczna obecność Seldona mogła wcale nie być najgorszą rzeczą, jaka mnie czekała w Kentucky, jednak w wyobraźni dziewięciolatka przerodziła się w nieznośną torturę, przynaglającą do buntu.

Tylko jak się zbuntować? Jeszcze nie wiedziałem. Na razie tlił się we mnie rebeliancki zapał, więc wyciągnąłem spod sterty waliz w piwnicznym składziku zapomnianą przez wszystkich małą, poplamioną wodą tekturową walizkę i oczyściwszy ją z pleśni na zewnątrz i w środku, pomału napełniałem ubraniami, podkradanymi po jednej sztuce z pokoju Seldona, za każdym razem, kiedy matka zagnała mnie do niego na dół na wstrętną mi lekcję gry w szachy. Spakowałbym własne ubrania, gdyby nie pewność, że matka w końcu odkryje ich brak i zmusi mnie do wyjaśnień. Co tydzień w weekend robiła pranie, a potem czyste rzeczy sama układała na półkach – razem z tymi, które przynosiłem w soboty z pralni chemicznej u krawca – więc doskonale znała zawartość garderoby każdego z nas, co do jednej pary skarpetek. Z drugiej strony, podkradanie ciuchów Seldonowi wymagało sprytu i – przez to, że Seldon uczepił się mnie jak rzep psiego ogona – miało nieodparty smak zemsty. Bieliznę i skarpetki przemycałem bez trudu z mieszkania Wishnowów do piwnicy, gdzie trzymałem walizkę – upychałem je pod koszulą. Większym problemem było wyniesienie spodni, sportowej koszuli i butów. Nie wdając się w szczegóły, powiem tylko, że dzięki roztargnieniu Seldona kradzież się powiodła i przez pewien czas pozostała niezauważona.

Zgromadziwszy komplet jego garderoby, nie bardzo wiedziałem, co począć dalej. Byliśmy z Seldonem mniej więcej tej samej postury, ale gdy wreszcie któregoś popołudnia odważyłem się przebrać potajemnie w jego ciuchy, stać mnie było jedynie na to, by wyszeptać: „Dzień dobry. Nazywam się Seldon Wishnow”; natychmiast poczułem się jak dziwoląg, nawet nie dlatego, że Seldon był w moich oczach dziwolągiem, ale dlatego, że ta przebieranka w ciemnej piwnicy, stanowiąca kulminację moich tajnych wycieczek do Newark, dowodziła, iż sam stałem się jeszcze większym dziwolągiem od niego. Dziwolągiem z kuferkiem panny na wydaniu.

Dziewiętnaście i pół dolara, które mi zostało z Alvinowych dwudziestu, też powędrowało do walizki, pod garderobę. Wskoczyłem błyskawicznie we własne ubranie, wcisnąłem swój bagaż pod stertę waliz i zanim wściekły duch ojca Seldona zdążył mnie zadusić stryczkiem wisielca, uciekłem w przydomową alejkę, a stamtąd na ulicę. W ciągu następnych dni zdołałem zapomnieć o tym, co schowałem w piwnicy i w jakim celu. Zacząłem nawet myśleć o swoich ostatnich poczynaniach jak o zwyczajnych wybrykach, równie niewinnych, jak śledzenie chrześcijan w towarzystwie Earla. Tak było do owego wieczora, gdy moja matka musiała pobiec na dół, żeby pocieszyć panią Wishnow, zrobić jej herbaty i położyć do łóżka, gdyż przepracowana matka Seldona nie mogła przeboleć niewyjaśnionego „zagubienia ubrań” przez syna.

Seldon tymczasem siedział u nas w domu, przysłany na wspólne ze mną odrabianie lekcji. Też był ciężko załamany.

– Przecież ja ich nie zgubiłem – mówił przez łzy. – Jak mógłbym zgubić buty? Albo spodnie?

– Nie martw się, przejdzie jej – pocieszałem.

– Na pewno nie, jej nigdy nic nie przechodzi. „Wpędzisz nas do przytułku”, powiedziała mi. Dla mojej matki wszystko jest „gwoździem do trumny”.

– Może zostawiłeś te rzeczy w przebieralni? – zasugerowałem.

– Jakim cudem? Wyszedłbym ze szkoły bez ubrania?

– No ale musiałeś je gdzieś zostawić, Seldon. Przypomnij sobie.

Następnego ranka, zanim wyszedłem do szkoły, matka, która też szykowała się do pracy, zaproponowała, żebym podarował Seldonowi kilka swoich ubrań w zamian za tamte, które zniknęły.

– Masz taką koszulę, tę od stryjka Lenny’ego, której nie nosisz, bo mówisz, że jest zbyt jaskrawa. A te sztruksowe spodnie po San-dym, te brązowe, które i tak na ciebie nie pasują, na pewno byłyby dobre na Seldona. Pani Wishnow jest w rozpaczy. Byłby to z twojej strony miły gest.

– A bielizna? Chcesz, żebym bieliznę też mu oddał? Mam ją zaraz zdjąć, mamo?

– Nie, obejdzie się bez tego. – Uśmiechnęła się, chcąc załagodzić moją irytację. Wystarczy zielona koszula, brązowe sztruksy i może jakiś stary pasek, którego nie używasz. Decyzja należy do ciebie, ale dla pani Wishnow byłaby to wielka pomoc, a co dopiero dla Seldona. Seldon za tobą przepada. Wiesz o tym.

– Ale ja nie chcę, żeby on chodził w moich ciuchach – powiedziałem. – Nie chcę, żeby chwalił się wszystkim w Kentucky: „Patrzcie, noszę ubrania Rothów”.

– Nie martw się o Kentucky, dopóki tam nie wyjedziemy – jeśli wyjedziemy.

– On będzie w tym chodził tu do szkoły, mamo.

– Co ci jest? – zniecierpliwiła się. – Co się z tobą dzieje? Stajesz się…

– Ty tak samo!

I wybiegłem z książkami do szkoły, a kiedy wróciłem do domu w przerwie na lunch, wyciągnąłem z szafki znienawidzoną zieloną koszulę i brązowe sztruksy, które na mnie nie pasowały, po czym zaniosłem je na dół do Wishnowów. Seldon siedział w kuchni, jadł przygotowaną przez matkę kanapkę i grał w szachy sam ze sobą.

– Masz. – Rzuciłem ubrania na stół. – Daję ci je w prezencie. – Po czym, nie licząc specjalnie na zmianę dróg życiowych któregokolwiek z nas, dodałem: – Tylko przestań wszędzie za mną łazić!

Kiedy Sandy, Seldon i ja wróciliśmy z kina na kolację, czekały na nas resztki delikatesowych kanapek po gościach. Dorośli, którzy po zebraniu zjedli posiłek w stołowym, zdążyli się już rozejść – została tylko pani Wishnow: siedziała przy kuchennym stole z zaciśniętymi pięściami, wciąż bojowo nastawiona na codzienną walkę ze wszystkim, co sprzysięgło się przeciwko niej i jej osieroconemu przez ojca synowi. Wraz z nami trzema słuchała niedzielnych audycji komediowych i obserwowała Seldona przy jedzeniu, tak jak zwierzę obserwuje swoje młode, gdy zwęszy czające się podstępnie zagrożenie. Pani Wishnow pozmywała naczynia, powycierała i odstawiła do kredensu. Matka czyściła obrotową szczotką dywan w stołowym, a ojciec pozbierał i wyniósł wszystkie śmieci, po czym odniósł na dół do Wishnowów składane krzesła brydżowe i wstawił je z powrotem do tej szafy, w której pan Wishnow targnął się na swoje życie. Cały dom śmierdział dymem tytoniowym, chociaż wszystkie okna zostały otwarte, popiół i niedopałki spuszczone w kanalizację, a szklane popielniczki starannie wymyte i odstawione do barku w stołowym kredensie (z którego nie wyjęto tego wieczoru ani jednej butelki, bo – zgodnie z zasadą umiarkowania, praktykowaną w domach tej pierwszej przedsiębiorczej, rodowicie amerykańskiej generacji – nikt z gości nie domagał się choćby kropli alkoholu).

Na razie jeszcze nasze życie trwało nienaruszone, nasze domy stały na swoim miejscu, a kojąca niezmienność rytuałów pozwalała niemal zachować błogą dziecięcą iluzję wiecznego, niezagrożonego „teraz”. Radio nadawało nasze ulubione programy, na kolację jedliśmy kanapki z grubymi plastrami mielonki wołowej i ciężki tort kawowy na deser, znów czekała nas rutyna kolejnego tygodnia w szkole, a w pamięci żyły jeszcze obrazy z dwóch obejrzanych w kinie filmów. Ponieważ jednak nie mieliśmy pojęcia, co postanowili nasi rodzice w związku z przyszłością – nie wiedzieliśmy, czy Shepsie Tirschwell namówił ich na emigrację do Kanady, czy kuzyn Monroe znalazł kruczek prawny pozwalający zakwestionować program przesiedlenia bez ryzyka utraty pracy, czy też może, rozważywszy wszystkie za i przeciw rządowego nakazu, z całym spokojem, na jaki było ich stać, doszli do wniosku, że nie ma innego wyjścia, jak tylko przyjąć gwarancje niepełnego obywatelstwa – otoczenie doskonale znanego świata nie przyniosło nam, jak zwykle w niedzielny wieczór, błogiego poczucia rozpusty.

Seldon wymazał się okropnie musztardą, atakując żarłocznie kanapkę, a jego matka – ku mojemu zdziwieniu – sięgnęła przez stół i otarła mu usta serwetką. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie, że jej na to pozwolił. „To dlatego, że nie ma ojca” – pomyślałem, i chociaż ostatnio tłumaczyłem tym wszystko, co dotyczyło Seldona, to zapewne w tej konkretnej sprawie miałem rację. „Tak właśnie będzie w Kentucky” – zrozumiałem nagle. Rodzina Rothów przeciwko całemu światu, i Seldon z matką codziennie na kolacji.

Nasz głos bojowego protestu, głos Waltera Winchella, zabrzmiał o godzinie dziewiątej. Wszyscy już od kilku niedziel czekali, aby Winchell zmieszał z błotem projekt Osadnictwo 42, a ponieważ wciąż tego nie czynił, mój ojciec, pragnąc rozwiać wszelkie wątpliwości, siadł i napisał list do jedynego poza Rooseveltem człowieka, którego uważał za nadzieję Ameryki. „To jest eksperyment, panie Winchell” – napisał. „Hitler robił tak samo. Nazistowscy zbrodniarze zaczynają od małego, a gdy to ujdzie im płazem, gdy nikt z ludzi Pana pokroju nie uderzy na alarm, to wówczas… ” – nie doszło jednak do wyliczenia wszystkich okropieństw, które mogą z tego wyniknąć, ponieważ moja matka wyraziła pewność, że list ojca wyląduje w biurze FBI. Adresowany jest do Waltera Winchella – rozumowała matka – ale nigdy do niego nie dotrze, bo poczta skieruje go do FBI, a FBI umieści w teczce z napisem „Roth, Herman”, którą wstawi w akta obok już istniejącej teczki z napisem „Roth, Alvin”.

Ojciec zaprotestował.

– Nigdy. Poczta Stanów Zjednoczonych tego nie zrobi.

Jednak trzeźwa odpowiedź matki zniweczyła marne resztki jego pewności.

– Sam piszesz do Winchella – tłumaczyła matka – o tym, że ci ludzie nie cofną się przed niczym, skoro wiedzą, że ujdzie im to na sucho. A mnie próbujesz wmówić, że nie mogą manipulować pocztą wedle swego widzimisię? Niech ktoś inny napisze do Waltera Winchella. Nasze dzieci już były wypytywane przez FBI. FBI już ma na nas oko z powodu Alvina.

– Kiedy ja właśnie dlatego do niego piszę – bronił się ojciec. – Co innego mi pozostało? Co więcej mogę zrobić? Jeżeli wiesz, to poradź mi. Mam tu siedzieć z założonymi rękami i czekać na najgorsze?

W tej jego rozterce matka dostrzegła dla siebie szansę i uchwyciła się jej – nie ze złośliwości, lecz z desperacji – aby pogrążyć ojca jeszcze bardziej.

– Widziałeś, żeby Shepsie pisał listy i czekał na najgorsze? – zapytała.

– Nie! – obruszył się ojciec. – Tylko nie mów mi znów o Kanadzie!

Tak jakby Kanada była chorobą, która nas wszystkich pozbawia rozumu.

– Nie chcę o tym słyszeć. Kanada to nie jest rozwiązanie.

– To jest jedyne rozwiązanie – upierała się matka.

– Ja stąd nie będę uciekał! To jest nasz kraj!

– Nie – odparła smutno matka. – Już nie. To jest kraj Lindbergha. Kraj gojów. Ich kraj – zakończyła łamiącym się głosem, a jej szokujące słowa i koszmarna bliskość tego, co bezlitośnie rzeczywiste, sprawiły, że mój ojciec, mężczyzna w kwiecie wieku, sprawny, rzetelny i nieustępliwy jak na czterdziestojednolatka przystało, ujrzał nagle sam siebie z druzgocącą jasnością jako oddanego ojca rodziny, który mimo tytanicznej energii nie jest w stanie uchronić najbliższych przed krzywdą ani trochę bardziej niż dyndający w szafie pan Wishnow.

Sandy – wciąż milcząco wściekły z powodu niesprawiedliwie utraconego splendoru – uważał, że oboje rodzice gadają głupstwa, ale tylko wobec mnie nie wahał się mówić o nich językiem zapożyczonym od ciotki Evelyn: „Gettowi Żydzi. Wystraszeni, paranoidalni gettowi Żydzi”. Krzywił się na każde słowo rodziców, wszystko jedno na jaki temat, a także na mnie, gdy sceptycznie odnosiłem się do jego goryczy. Najwyraźniej zaczął lubować się w szyderstwie, które w normalnych okolicznościach rodzice staraliby się w miarę możności tolerować jako wyraz buntu nastolatka – jednak w roku czterdziestym drugim irytujące zachowanie mojego brata było dla nich czymś więcej: niejasną zapowiedzią ciężkiej życiowej próby, podczas której Sandy będzie im okazywał jawną pogardę.

– Co znaczy „paranoidalny”? – spytałem go.

– Taki, co boi się własnego cienia. Taki, co myśli, że cały świat jest przeciwko niemu. Taki, któremu się zdaje, że Kentucky leży w Niemczech, a prezydent Stanów Zjednoczonych to bojówkarz oddziałów szturmowych. Co za ludzie! – westchnął, naśladując naszą ciotkę, która przybierała uszczypliwy ton, ilekroć dystansowała się z wyższością od żydowskiego motłochu. – Płaci im się za przeprowadzkę, otwiera się ich dzieciom wrota na świat… Wiesz, kto to jest paranoik? Paranoik to wariat. Oni oboje są stuknięci – to para wariatów. A wiesz, od czego zwariowali?

Odpowiedzią było nazwisko Lindbergha, ale nie śmiałem tego powiedzieć Sandy’emu.

– Od czego? – zapytałem.

– Od zaściankowego życia w przeklętym getcie. Wiesz, jak to nazywa rabin Bengelsdorf? Ciotka Evelyn mi powiedziała.

– Jak nazywa co?

– Takie życie, jakie ci ludzie tu prowadzą. On je nazywa „Wiernością nieubłaganej żydowskiej nemezis”.

– A co to niby ma znaczyć? Nie rozumiem. Przetłumacz mi. Co to jest „nemezis”?

– Nemezis? To jest to, co wy, Żydzi, nazywacie tsuris.

Wishnowowie poszli do siebie na dół, Sandy usadowił się w kuchni nad lekcjami, a rodzice, w stołowym pokoju od frontu, nastawili radio na audycję Waltera Winchella. Leżałem w łóżku i światło miałem zgaszone. Nie chciałem już więcej słuchać panicznych wypowiedzi o Lindberghu, o von Ribbentropie, o Danville i o Kentucky; nie chciałem myśleć o swojej przyszłości z Seldonem. Chciałem tylko zniknąć w śnie zapomnienia i wyłonić się rankiem w całkiem nowym miejscu. Ponieważ jednak noc była ciepła i okna pootwierane na oścież, więc chcąc nie chcąc, równo z wybiciem godziny dziewiątej usłyszałem dobiegający z wszystkich stron słynny sygnał programu Winchella – serię krótkich i długich dźwięków telegrafu, oznaczających w kodzie Morse’a (którego nauczył mnie Sandy) kompletny nonsens. Na tle tego ogłuszającego stukotu zabrzmiał z wszystkich okolicznych domów tubalny głos Winchella: „Dobry wieczór, Panie Ameryko, dobry wieczór, Pani Ameryko… ” – a potem bojowe staccato długo wyczekiwanych słów, żelazna miotła filipiki Winchella, która miała wszystko odmienić. W normalnych czasach, gdy ojciec i matka mieli jeszcze moc przywracania porządku rzeczy, tłumacząc nam nieznane w stopniu wystarczającym do uznania życia za racjonalne, Winchell nie działał na mnie aż tak bardzo – ale w nowej, oszalałej rzeczywistości, nawet dla mnie stał się on bogiem nad bogami, daleko ważniejszym niż Adonai.

– Dobry wieczór, Panie Ameryko, dobry wieczór, Pani Ameryko, dobry wieczór wszystkim statkom na morzu! Prasa idzie w ruch! Flesz! Ku uciesze szczurowatego Joe Goebbelsa i jego szefa, Rzeźnika Berlina, Lindberghowscy faszyści oficjalnie biorą na cel amerykańskich Żydów. Pierwsza faza zorganizowanych prześladowań Żydów w tym kraju wolnych ludzi przebiega pod fałszywym hasłem „Osadnictwo 42”. Osadnictwo 42 popierają i wspomagają najszacowniejsi złodziejscy baronowie Ameryki – ale nie martwcie się, Lindberghowskie sługusy z Partii Republikańskiej odwdzięczą im się za to ulgami podatkowymi, uchwalonymi przez najbliższy pro-magnacki Kongres.

– Punkt pierwszy: Czy Żydzi objęci Osadnictwem 42 skończą w obozach koncentracyjnych a la hitlerowski Buchenwald – to pozostaje jeszcze do decyzji dwóch czołowych Lindberghowskich swastykarzy, wiceprezydenta Wheelera i sekretarza spraw wewnętrznych Henry’ego Forda. Powiedziałem „czy”? Wybaczcie moją kiepską niemczyznę. Chciałem powiedzieć „kiedy”.

Punkt drugi: Dwieście dwadzieścia pięć żydowskich rodzin już otrzymało nakaz opuszczenia miast północno-wschodniej Ameryki. Wywiezieni zostaną o tysiące mil od rodziny i przyjaciół. Tę pierwszą wywózkę strategicznie ograniczono liczebnie, aby nie przyciągać uwagi całego narodu. Dlaczego? Bo oznacza ona początek końca dla czterech i pół miliona amerykańskich obywateli pochodzenia żydowskiego. Żydzi rozproszeni zostaną po wszystkich miejscowościach, w których kwitnie hitlerowski ruch Najpierw Ameryka. A tam prawicowi sabotażyści demokracji – tak zwani patrioci i tak zwani chrześcijanie – mogą się z dnia na dzień obrócić przeciwko odizolowanym żydowskim rodzinom.

Kto będzie następny, drodzy Amerykanie, skoro Kodeks praw przestał już w tym kraju obowiązywać, a do kierowania całym spektaklem wzięli się rasiści? Kto następny padnie ofiarą planowego pogromu Wheelera-Forda, czyli finansowanych przez rząd prześladowań? Gnębieni od lat Murzyni? Ciężko pracujący Włosi? Ostatni Mohikanie? Kogo jeszcze nie życzy sobie aryjska Ameryka Adolfa Lindbergha?

Uwaga! Wasz reporter dowiedział się, że Osadnictwo 42 pojawiło się w projektach dwudziestego stycznia czterdziestego pierwszego roku, w tym samym dniu, w którym Faszystowski Amerykański Nowy Ład wprowadził swoich bandytów do Białego Domu, i stanowi punkt sprzedajnej islandzkiej transakcji, podpisanej przez amerykańskiego Führera i jego nazistowskiego wspólnika w zbrodni.

Uwaga! Wasz reporter ustalił, że stopniowe przesiedlanie – a w przyszłości masowe uwięzienie – amerykańskich Żydów przez Lindberghowskich Aryjczyków było warunkiem, pod którym Hitler zgodził się oszczędzić Wyspy Brytyjskie, odstępując od zmasowanej inwazji na ich obszar przez kanał La Manche. Obaj uwielbiani Führerowie doszli w Islandii do wniosku, że masakrowanie niebieskookich blond Aryjczyków nie ma sensu, o ile nie wymaga tego absolutna konieczność. A konieczność taka pojawi się niechybnie, jeżeli brytyjska faszystowska partia Oswalda Mosleya nie zdoła objąć dyktatorskiej kontroli nad Downing Street 10 przed nastaniem roku tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego. Wówczas bowiem rasa panów planuje ostateczne zniewolenie trzystu milionów Rosjan i osadzenie swastyki na wieży moskiewskiego Kremla.

Jak długo, pytam, naród amerykański zamierza znosić akty zdrady ze strony demokratycznie wybranego prezydenta? Jak długo jeszcze Amerykanie zamierzają spać, nie bacząc na to, że ich ukochana Konstytucja darta jest na strzępy przez faszystowską piątą kolumnę republikanów maszerujących pod znakiem krzyża i flagi narodowej? Mówi wasz nowojorski korespondent Walter Winchell! Zostańcie ze mną – za chwilę sensacyjna wiadomość o kolejnych zdradzieckich kłamstwach Lindbergha!

Usłyszymy się niebawem!

Nagle wydarzyły się trzy rzeczy naraz: kojący głos spikera Bena Grauera zaczął wychwalać balsam do rąk, reklamując sponsora programu; w hallu koło drzwi mojego pokoju zadzwonił telefon – co nie zdarzało się nigdy po dziewiątej wieczór; i Sandy dostał ataku agresji. Zwracając się do radia (ale z taką pasją, że ojca aż poderwało z fotela), wykrzykiwał:

– Ty parszywy kłamco! Ty zakłamany kutasie!

– Hola! – zaprotestował ojciec, wpadając do kuchni. – Nie w tym domu. Nie ten język. Dosyć tego.

– Ale jak wy możecie słuchać takiego gówna? Co za obozy koncentracyjne? Nie ma żadnych obozów koncentracyjnych! Co słowo, to kłamstwo – piramidalne bzdury, które mają was omamić! Cały kraj wie, że Winchell to nadęty kabotyn – tylko wy jedni tego nie widzicie.

– A „wy” to niby kto? – spytał ojciec.

– Ja mieszkałem w Kentucky! Kentucky to jeden z czterdziestu ośmiu stanów Ameryki! Żyją tam takie same ludzkie istoty, jak wszędzie! To nie jest obóz koncentracyjny! Ten gość zbija grube miliony, reklamując swój zasrany balsam do rąk – a wy mu wierzycie!

– Zabroniłem ci już używać wulgarnych słów, a teraz zabraniam tego „wy”. Jeszcze jedno „wy”, synu, i poproszę cię, żebyś wyniósł się z domu. Jeżeli wolisz mieszkać w Kentucky niż tutaj, to osobiście zawiozę cię na stację Penn i jedź sobie najbliższym pociągiem. Bo ja doskonale wiem, co znaczy takie „wy”. Ty też wiesz. Wszyscy to wiedzą. Żebyś mi się nie ważył więcej tak mówić w tym domu.

– Moim zdaniem, Walter Winchell bredzi.

– W porządku – odparł ojciec. – Takie jest twoje zdanie i masz do niego prawo. Ale inni Amerykanie są innego zdania. Tak się składa, że miliony Amerykanów słuchają Waltera Winchella w każdą niedzielę wieczór – i są to nie tylko ludzie, których ty i twoja genialna ciotka określacie słowem „wy”. Program Winchella wciąż należy do najpopularniejszych audycji radiowych. Franklin Roosevelt zdradzał Walterowi Winchellowi informacje, których nigdy ni udzieliłby innemu dziennikarzowi. I posłuchaj mnie dobrze: to są fakty.

– Kiedy ja nie mogę cię słuchać. Jak mam cię słuchać, kiedy mi opowiadasz o „milionach” ludzi? Te miliony ludzi to zwyczajni idioci!

Tymczasem matka odebrała telefon w hallu. Teraz, leżąc w łóżku, słyszałem także jej głos. Tak – powiedziała, oczywiście, że słuchają Winchella. Tak, to straszne, gorsze, niż sądzili, ale przynajmniej wreszcie prawda wyszła na jaw. Tak, Herman zadzwoni zaraz po audycji.

Odbyła cztery takie rozmowy, jedną po drugiej, ale kiedy telefon zadzwonił po raz piąty, nie zerwała się, żeby go odebrać, chociaż z pewnością telefonowała kolejna osoba z grona ich znajomych, wstrząśnięta rewelacjami Winchella – matka nie odebrała, bo reklama właśnie się skończyła i z powrotem usiedli wraz z ojcem przy odbiorniku w stołowym pokoju. A Sandy był już w sypialni, gdzie ja udawałem, że śpię, i szykował się do łóżka przy nocnej lampce – małej lampce z pneumatycznym wyłącznikiem, którą zbudował sam, od początku do końca, na szkolnej lekcji prac ręcznych, w czasach kiedy był po prostu uzdolnionym artystycznie chłopcem, pochłoniętym tym, co potrafi stworzyć zręcznymi palcami, i, Bogu dzięki, nieskażonym walką polityczną.

Nasz telefon nie był w ciągłym użyciu o tak późnej porze od śmierci babci, czyli od paru lat. Dopiero przed jedenastą ojciec skończył oddzwaniać do wszystkich, a potem jeszcze godzinę spędził z mamą w kuchni, gdzie naradzali się cicho, zanim w końcu poszli spać. Odczekałem jeszcze dwie godziny, żeby mieć pewność, że rodzice zasnęli, a mój brat w łóżku obok nie gapi się już w sufit, tylko też śpi – dopiero wówczas mogłem bezpiecznie wstać i, nie-spostrzeżony przez nikogo, przekraść się do tylnych drzwi, otworzyć zamek i wymknąć się z mieszkania, a potem zejść po schodach do piwnicy i po ciemku, boso, trafić po wilgotnej posadzce do składziku.

Nie kierował mną ani nagły impuls, ani histeria, w mojej decyzji nie było cienia melodramatyzmu, nie dostrzegałem w niej też braku rozwagi. Później ludzie nie mogli wyjść z podziwu, że pod zewnętrzną powłoką posłusznego, dobrze ułożonego czwartoklasisty krył się tak zdumiewająco nierozważny mały fantasta. Ja nie bawiłem się w odgrywanie ról ani nie popełniałem psoty dla samej psoty. Podchody z Earlem Axmanem okazały się cennym treningiem, który teraz wykorzystywałem w zgoła innym celu. Absolutnie nie czułem, że pogrążam się w szaleństwie – nawet kiedy w ciemnej piwnicy przebierałem się z piżamy w spodnie Seldona, odpędzając myślami ducha jego ojca i starając się nie bać pustego wózka inwalidzkiego Alvina. Powodowała mną wyłącznie determinacja przeciwstawienia się katastrofie, której nasza rodzina i znajomi nie mogli już uniknąć – a zapewne i przeżyć. Później rodzice mówili: „On nie wiedział, co robi”, a oficjalnym wyjaśnieniem mojego postępku stało się „lunatyczenie”. A ja przecież byłem doskonale przytomny i miałem pełną jasność co do motywacji swoich działań. Niejasna była dla mnie tylko ich skuteczność. Któryś z moich nauczycieli zasugerował, że cierpiałem na „iluzję wielkości”, wywołaną szkolnymi lekcjami o Podziemnym Szlaku, zorganizowanym przed wojną secesyjną dla umożliwienia niewolnikom z Południa przedostania się na wolną Północ. Nic z tych rzeczy. Nie byłem ani trochę podobny do Sandy’ego, w którym splot wydarzeń obudził gwałtowne pragnienie działania na wielką skalę i wzniesienia się na wyżyny historii. Ja nie chciałem mieć z historią nic wspólnego. Chciałem działać na jak najmniejszą skalę. Chciałem być sierotą.

Jednej tylko rzeczy nie mogłem porzucić – klasera ze znaczkami. Gdybym miał pewność, że nic się z nim nie stanie po moim odejściu, może nie cofnąłbym się w ostatniej chwili do komody, nie otworzył jak najciszej szuflady i nie wyjął klasera spod skarpetek i bielizny, gdzie zawsze spoczywał. Ale nie mogłem znieść myśli, że ktoś go może zniszczyć, wyrzucić albo, co najgorsze, oddać w całości jakiemuś innemu chłopcu. Wziąłem więc album pod pachę, a przy okazji zabrałem także nóż do otwierania kopert – nóż w kształcie muszkietu, zakupiony w Mount Vernon, którego bagnetem rozcinałem schludnie jedyne adresowane do mnie listy (nie licząc kartek urodzinowych) – pakiety „potwierdzeń”, przysyłany regularnie przez „największą w świecie firmę filatelistyczną” H. E. Harris & Co., z adresem zwrotnym: Boston 17, Massachusetts.

Nie pamiętam nic od momentu, gdy wymknąłem się z domu ruszyłem pustą ulicą w stronę sierocińca, do chwili przebudzeni nazajutrz, gdy w nogach łóżka zobaczyłem posępnych rodziców a doktor, bardzo zajęty wyciąganiem mi z nosa jakiejś rurki, powie dział, że leżę w szpitalu Beth Israel i chociaż może mnie teraz strasz nie boleć głowa, to wszystko będzie dobrze. Głowa faktycznie mnie bolała, wprost nie do wytrzymania, ale przyczyną bólu nie był ucisk skrzepu na mózg – czego obawiali się lekarze, gdy znaleziono mnie krwawiącego i nieprzytomnego – ani też uszkodzenie tkanki mózgowej. Prześwietlenie wykluczyło pęknięcie czaszki, a w badaniu neurologicznym nie stwierdzono uszkodzenia nerwów. Poza trzycalowym rozcięciem, wymagającym osiemnastu szwów, które mi zdjęto po tygodniu, i poza tym, że nie pamiętałem uderzenia, nic mi nie dolegało. Rutynowe wstrząśnienie mózgu – stwierdził doktor. Tylko ono spowodowało ból i amnezję. Pewnie nigdy nie przypomnę sobie, że kopnął mnie koń, ani jak do tego doszło – ale to, zdaniem lekarza, też było typowe. Poza tym moja pamięć nie szwankowała. Całe szczęście. Doktor powtórzył to kilkakrotnie, lecz w mojej obolałej głowie słowa te odbijały się szyderczym echem.

Zatrzymali mnie na obserwację na cały dzień i noc – wybudzając co godzina, abym znów nie zapadł w śpiączkę – a następnego dnia rano zostałem wypisany, z poleceniem ograniczenia aktywności fizycznej na jakiś tydzień lub dwa. Matka wzięła wolne z pracy, żeby siedzieć przy mnie w szpitalu, więc mogła mnie od razu zabrać do domu autobusem. Ponieważ ból głowy dokuczał mi nieprzerwanie przez co najmniej dziesięć następnych dni i nic nie dawało się na niego poradzić, nie chodziłem do szkoły – poza tym jednak wszystko było ze mną w porządku, a to głównie dzięki Seldonowi, który widział z daleka niemal wszystko, czego nie mogłem sobie przypomnieć. Gdyby Seldon nie wymknął się z łóżka, słysząc, że schodzę po tylnych schodach, i nie podążył w ślad za mną przez Summit Avenue, a potem przez gimnazjalne boisko aż pod płot sierocińca od strony Goldsmith Avenue, i dalej, przez nie-zaryglowaną furtkę, do zagajnika na terenie sierocińca, pewnie leżałbym tam nieprzytomny, w jego ubraniu, aż wykrwawiłbym się na śmierć. Seldon pognał z powrotem do domu, zbudził moich rodziców, którzy natychmiast wezwali pogotowie, wsiadł z nimi do samochodu i pokazał drogę do miejsca, gdzie leżałem. Zbliżała się godzina trzecia w nocy, było kompletnie ciemno. Matka uklękła przy mnie na wilgotnej ziemi i przyniesionym z domu ręcznikiem tamowała krew, a tymczasem ojciec okrył mnie starym kocem wyciągniętym z bagażnika, żebym nie zmarzł do przyjazdu karetki. Rodzice zorganizowali akcję ratunkową, ale to Seldon uratował mi życie.

Podobno wystraszyłem dwa tamtejsze konie, gdy zdezorientowany, potykając się w ciemności, szukałem wyjścia z zagajnika na pole uprawne – a kiedy zacząłem przed nimi uciekać z powrotem między drzewa, w stronę ulicy, jeden z koni stanął dęba, ja potknąłem się i upadłem, a drugi koń, galopując, trącił mnie kopytem w tył głowy. Rozemocjonowany Seldon tygodniami relacjonował mi (i, oczywiście, całej szkole) szczegóły mojej nocnej próby ucieczki z domu i oddania się pod opiekę zakonnic jako dziecko bez rodziny – w swoich relacjach eksponował zwłaszcza niefortunne zajście z końmi oraz fakt, że on sam, w środku nocy, boso i w piżamie, dwukrotnie przemierzył milę szorstkiego terenu między zagajnikiem sierocińca a naszym domem.

W przeciwieństwie do swojej matki i moich rodziców, Seldon nie mógł nacieszyć się odkryciem, że to nie on w niewyjaśniony sposób „pogubił” ubrania, ale ja skradłem je dla celów ucieczki. Ten niedorzeczny fakt przekonał go o wartości własnego życia, którą wcześniej przeoczył. Opowiadanie o nocnej eskapadzie z dumą zbawcy, a zarazem konspiratora – i pokazywanie komu popadnie pokaleczonych stóp – czyniło Seldona kimś ważnym, przynajmniej we własnych oczach – młodym śmiałkiem, który po raz pierwszy w życiu zasłużył na sławę bohatera, podczas gdy ja byłem zdruzgotany, nie tylko wstydem, trudniejszym do zniesienia i trwającym dłużej niż ból głowy, ale i tym, że mój klaser, mój największy skarb, jedyny przedmiot, bez którego nie wyobrażałem sobie życia, zniknął bez śladu. O tym, że w ogóle zabrałem go z domu, przypomniałem sobie dopiero po powrocie ze szpitala, kiedy ubierając się rano, stwierdziłem brak albumu pod skarpetkami i bielizną. A trzymałem go tam zawsze specjalnie po to, żeby był pierwszą rzeczą, którą widzę, wstając do szkoły. Teraz pierwszą rzeczą, którą rano oglądałem, było puste miejsce po najważniejszej rzeczy, jaka do mnie należała. Straconej i niezastąpionej. Tak samo – a zarazem całkiem inaczej – jak ucięta noga.

– Mamo! – wrzasnąłem. – Mamo! Stało się coś strasznego!

– Co znowu? – Przybiegła przerażona z kuchni do mojego pokoju. – Co się stało?

Myślała, oczywiście, że zacząłem krwawić z zaszytej rany, albo mdleję, albo ból rozsadza mi czaszkę.

– Moje znaczki! – Tyle tylko zdołałem powiedzieć, ale matka sama domyśliła się reszty.

I udała się na poszukiwanie klasera. Sama jedna poszła na teren sierocińca, do zagajnika, na miejsce, gdzie mnie znaleziono, i przeszukała dokładnie całą okolicę, ale nie znalazła ani śladu po albumie – nawet jednego znaczka.

– Jesteś pewien, że je zabrałeś? – spytała po powrocie do domu.

– Tak! Tak! One tam są! Muszą tam być! Nie mogę stracić swoich znaczków!

– Szukałam bardzo dokładnie. Sprawdziłam wszędzie.

– Ale kto mógł je zabrać? Gdzie są? To moje znaczki! Musimy je odnaleźć! To moje znaczki!

Byłem niepocieszony. Wyobrażałem sobie hordę sierot, które znajdują w zagajniku mój klaser i rwą go na strzępy brudnymi łapskami. Widziałem, jak wyciągają znaczki i zjadają je, depczą po nich i całymi garściami spuszczają je do klozetu w swojej ohydnej ubikacji. Sieroty nienawidziły tego klasera, bo nie był ich – nienawidziły go, bo nie miały nic swojego.

Matka, na moją prośbę, nie powiedziała ani mojemu ojcu, ani bratu, co się stało ze znaczkami i z pieniędzmi, które miałem w kieszeni spodni Seldona.

– Kiedy cię znaleźliśmy, miałeś w kieszeni dziewiętnaście i półdolara. Nie wiem, skąd się tam wzięły, i nie chcę wiedzieć. Ten incydent jest zamknięty raz na zawsze. Założyłam ci konto oszczędnościowe w Howard Savings Bank. Zdeponowałam tam tę sumę w twoim imieniu, na przyszłość. – Wręczyła mi książeczkę z moim imieniem i nazwiskiem, oraz czarnym nadrukiem „$19, 50” na stronie wpłat.

– Dziękuję – powiedziałem.

Wtedy matka wyraziła opinię o swoim młodszym synu, której, jak sądzę, nie zmieniła aż po grób:

– Strasznie dziwne z ciebie dziecko. Nigdy nie przypuszczałam. Nie miałam zielonego pojęcia.

To rzekłszy, wręczyła mi mój nóż do rozcinania kopert – miniaturkę muszkietu skałkowego z Mount Vernon. Rękojeść była podrapana, a bagnet lekko wygięty. Matka znalazła nóż tego popołudnia, kiedy, nic mi nie mówiąc, wybiegła z pracy w przerwie na lunch, by jeszcze raz poszukać w zagajniku sierocińca choćby śladu moich znaczków, które ulotniły się jak kamfora.

7

CZERWIEC 1942 – PAŹDZIERNIK 1942

Winchellowskie zamieszki

W przeddzień odkrycia, że zginęły moje znaczki, dowiedziałem się o rezygnacji ojca z pracy. Parę minut po moim powrocie ze szpitala we wtorek rano ojciec zajechał w przydomową alejkę furgonetką stryja Monty’ego, która miała drewnianą budę, i zaparkował obok samochodu pani Wishnow – właśnie zakończył pierwszą nocną zmianę na targowisku przy Miller Street. Począwszy od tego dnia, od niedzieli wieczorem aż do piątku wracał do domu o dziewiątej, dziesiątej rano, mył się, zjadał porządny posiłek i około jedenastej kładł się spać. Wracając ze szkoły, musiałem uważać, żeby nie trzasnąć drzwiami i nie obudzić go. Po południu, tuż przed piątą, wstawał i jechał z powrotem, bo między szóstą a siódmą na targ zaczynali ściągać farmerzy z towarem, a potem, od dziesiątej wieczór do czwartej rano, przybywali po zakupy handlarze detaliczni, właściciele restauracji i hoteli oraz nieliczni już w mieście uliczni handlarze-wozacy. Cały prowiant ojca na długie noce składał się z przyszykowanego przez matkę termosu kawy i paru kanapek. W niedzielne poranki ojciec odwiedzał swoją matkę u stryja Monty’ego – chyba że Monty przywoził babcię do nas – a resztę dnia przesypiał, i znów musieliśmy być cicho, żeby mu nie przeszkadzać. Ciężkie to było życie, zwłaszcza że czasami ojciec musiał wyjeżdżać grubo przed świtem do farmerów z hrabstw Passaic i Union, od których sam zwoził towar, bo było to bardziej opłacalne dla stryja Monty’ego.

Wiedziałem, że znosi to z trudem, bo rano po powrocie do domu wypijał kieliszek alkoholu. Zazwyczaj butelka Four Roses wystarczała u nas w domu na rok. Moja matka, karykaturalna wręcz abstynentka, nie znosiła widoku szklanki ze spienionym piwem, nie mówiąc już o zapachu nierozcieńczonej whisky, a ojciec pijał jedynie w rocznice ślubu albo przy okazji odwiedzin szefa, którego częstował szklaneczką Four Roses z lodem. Teraz jednak, ledwo wrócił z targu, jeszcze zanim zmienił brudne ubranie i wziął prysznic, nalewał sobie whisky do kieliszka i, zadarłszy głowę, wychylał alkohol jednym haustem, z taką miną, jakby właśnie przegryzł żarówkę. „Dobra rzecz!” – chwalił głośno. „Dobra rzecz!” Dopiero wtedy trochę się rozluźniał i mógł zjeść coś porządnego bez obawy, że dostanie niestrawności.

Byłem kompletnie skołowany, nie tylko nagłym spadkiem pozycji zawodowej ojca – nie tylko furgonetką pod domem i ciężkimi buciorami na nogach mężczyzny, który dotąd chodził do biura w garniturze, koszuli z krawatem i wypucowanych czarnych półbutach, nie tylko wychylanym ostentacyjnie kieliszkiem i obiadem zjadanym przez ojca samotnie o dziesiątej rano – ale także moim bratem, także i jego niespodziewaną transformacją.

Sandy przestał być wściekły. Przestał manifestować pogardę. Nie wywyższał się pod żadnym względem. Zachowywał się tak, jakby i on dostał cios w głowę – tyle że w jego przypadku ten cios nie spowodował amnezji, lecz odrodził w nim spokojnego, sumiennego chłopca, czerpiącego satysfakcję nie z popisywania się kontrowersyjnymi poglądami, tylko z mocnego, równego nurtu życia wewnętrznego, który niesie go spokojnie od rana do nocy i który w moich oczach zawsze stanowił o autentycznej wyższości Sandy’ego nad chłopcami w jego wieku. A może gwiazdorskie ambicje – wraz ze skłonnością do prowokowania konfliktów – zwyczajnie się w nim wypaliły; może nigdy nie miał w sobie dość niezbędnego egoizmu i doznał skrytej ulgi, widząc, że już nie musi publicznie imponować wspaniałością. Może on po prostu nigdy nie wierzył w to, co kazano mu głosić. Może kiedy ja leżałem w szpitalu z podejrzeniem krwiaka zagrażającego życiu, ojciec odbył z nim rozmowę i sprawił cud. A może z powodu mojego kryzysu Sandy skrywał wyniosłe oblicze za maską dawnego siebie, może tylko udawał i sprytnie, z premedytacją, czaił się w ukryciu, czekając, aż… aż nie wiadomo, co nam się jeszcze zdarzy. Tak czy owak, chwilowo szok niezwykłych okoliczności przywrócił mojego brata na łono rodziny.

A matka przestała chodzić do pracy. Uskładała na montrealskim koncie znacznie mniej, niż się spodziewała, ale dostatecznie dużo, by w razie nagłej konieczności ucieczki wystarczyło nam na przekroczenie granicy i rozpoczęcie nowego życia w Kanadzie. Rzuciła pracę w domu towarowym Hahne’a równie raptownie, jak ojciec rozstał się po dwunastu latach z bezpieczną posadą w Metropolitan – a wszystko po to, by udaremnić rządowy plan przesiedlenia nas do Kentucky i uchronić nas przed antysemickim podstępem, za jaki, wspólnie z Winchellem, uważali oboje program Osadnictwo 42. Mama znów cały dzień zajmowała się domem, zastawaliśmy ją tam, wracając ze szkoły w przerwie na lunch i po lekcjach, a podczas wakacji pilnowała mnie i Sandy’ego, żebyśmy znowu nie wymknęli się spod kontroli przez brak nadzoru.

Odmieniony ojciec, odrodzony brat, odzyskana matka, osiemnaście czarnych szwów na głowie i nieodwracalna utrata mojego największego skarbu – a wszystko to dokonało się z magiczną, bajkową szybkością. Nasza rodzina, z dnia na dzień zdeklasowana i wykorzeniona, nie stała już w obliczu banicji i eksmisji, lecz okopała się na swych pozycjach przy Summit Avenue, podczas gdy po trzech krótkich miesiącach Seldon – z którym stałem się beznadziejnie związany, odkąd łaził po okolicy, rozgłaszając wszem i wobec, jak wyratował mnie od wykrwawienia się na śmierć, i to w jego ubraniu – Seldon wyprowadzał się z naszego domu. Od pierwszego września miał zamieszkać z matką w Danville, w stanie Kentucky, jako jedyne tam żydowskie dziecko.

Moje „lunatyczenie” wywołałoby w okolicy jeszcze bardziej upokarzający skandal, gdyby nie to, że Walter Winchell został wyrzucony z pracy przez firmę Jergens Lotion, w parę godzin po zejściu z anteny w niedzielną noc mojej ucieczki z domu. Wieść była tak szokująca, że wprost nie mieściła się w głowie, a Winchell zadbał o to, żeby naród szybko jej nie zapomniał. Po dziesięciu latach, nadawaną o dziewiątej audycję czołowego reportera radiowego zastąpiono już od następnej niedzieli kolejną transmisją koncertu orkiestry tanecznej z tarasu kolejnego ekskluzywnego klubu hotelu na Manhattanie. Jergens zarzucał Winchellowi po pierwsze to, że wobec ogólnokrajowej rzeszy przeszło dwudziestu pięciu milionów słuchaczy siał panikę, „krzycząc «Pali się!» w zatłoczonym teatrze”, a po drugie, że znieważył prezydenta Stanów Zjednoczonych haniebnymi oskarżeniami, „jakimi tylko najskrajniejszy demagog posłużyłby się do podburzenia tłumów”.

Nawet umiarkowany „New York Times”, gazeta należąca do Żydów i przez nich finansowana (za co szanował ją niezwykle mój ojciec), która nie wahała się krytykować polityki Lindbergha wobec hitlerowskich Niemiec, tym razem jednoznacznie poparł reakcję Jergens Lotion w artykule od redakcji zatytułowanym Hańba zawodowa.

„Od pewnego czasu – pisał «Times» – trwa współzawodnictwo antylindberghowskich komentatorów o to, kto sprokuruje najbardziej skandalizującą wykładnię motywacji działania rządu Lindbergha. Walter Winchell jednym brawurowym krokiem wysunął się na prowadzenie w tych zawodach. Wątłe skrupuły i wątpliwy takt pana Winchella przepadły z kretesem w eksplozji jadu, równie niewybaczalnej, jak nieetycznej. Wysuwając oskarżenia tak absurdalne, że nawet zaprzysięgły demokrata mógł, słuchając ich, poczuć nieoczekiwaną sympatię do prezydenta, Winchell zhańbił się nieodwracalnie. Jergens Lotion zasługuje na pochwałę za bezzwłoczne usunięcie go z anteny. Dziennikarstwo uprawiane przez naszych rodzimych Walterów Winchellów to obraza zarówno światłych rzesz obywateli, jak też zasad dziennikarskiej rzetelności, uczciwości i odpowiedzialności, wobec których pan Winchell, wraz ze swymi cynicznymi naśladowcami i chciwymi wydawcami prasy brukowej, demonstrował zawsze skrajną pogardę”.

W napastliwym liście broniącym administracji Lindbergha, a o-publikowanym na łamach „Timesa” jako pierwszy i najdłuższy z serii listów od czytelników zainspirowanych cytowanym wstępniakiem, szanowny korespondent – nawiązując z wdzięcznością do stanowiska redakcji i wzmacniając redakcyjne argumenty dalszymi dowodami ostentacyjnego gwałcenia przez Winchella Pierwszej Poprawki do Konstytucji – podsumowywał: „Próby podżegania i straszenia jego współziomków Żydów są nie mniej haniebne niż brak poszanowania dla norm dziennikarskiej przyzwoitości, który tak zdecydowanie potępiła Wasza gazeta. Nie ma nic podlejszego od żerowania na historycznie uzasadnionych lękach prześladowanego narodu, zwłaszcza gdy pełne uczestnictwo tej właśnie grupy ludności w życiu otwartego, wolnego od ucisku społeczeństwa, jest celem, ku któremu dąży obecna administracja poprzez starania Organizacji Asymilacji Amerykańskiej. Przedstawianie Osadnictwa 42 – programu skierowanego ku poszerzeniu i wzbogaceniu zaangażowania dumnych żydowskich obywateli Ameryki w życie narodu – jako faszystowskiej strategii izolacji Żydów i wykluczenia ich z życia społecznego, jest ze strony Waltera Winchella szczytem dziennikarskiej nieodpowiedzialności, a także jawnym przykładem metody Wielkiego Kłamstwa, która najbardziej zagraża dziś swobodom demokratycznym na całym świecie”.

List nosił podpis: „Rabin Lionel Bengelsdorf, Dyrektor Organizacji Asymilacji Amerykańskiej, Departament Spraw Wewnętrznych, Waszyngton, D. C. ”.

Winchell odpowiedział na to felietonem na łamach „Daily Mirror”, nowojorskiej gazety należącej do najbogatszego amerykańskiego wydawcy, Williama Randolpha Hearsta, właściciela około trzydziestu prawicowych dzienników, sześciu popularnych magazynów oraz King Features, gdzie Winchella czytały kolejne miliony odbiorców. Hearst gardził sympatiami politycznymi Winchella, a zwłaszcza jego gloryfikacją FDR, i zwolniłby go z posady już przed laty, gdyby nie to, że ci sami nowojorczycy, za których pięciocentówki „Mirror” współzawodniczył w popularności z „Daily News”, uwielbiali rynsztokowy styl swojego felietonisty, łączący chamskie krytykanctwo z przesłodzonym patriotyzmem. Według Winchella, rzeczywistym powodem ostatecznego zwolnienia go przez Hearsta były nie tyle zadawnione animozje między felietonistą a wydawcą, ile naciski Białego Domu, którym nawet taki bezwzględny krezus jak Hearst nie śmiał się przeciwstawić w obawie przed konsekwencjami.

„Lindberghowscy faszyści – zaczynał się typowo buńczuczny felieton niereformowalnego Winchella, opublikowany w kilka zaledwie dni po wyrzuceniu go z radia – przypuścili otwarty nazistowski atak na wolność słowa. Dzisiaj Winchell stał się wrogiem, którego trzeba uciszyć… Winchell «podżegacz wojenny», «kłam-ca», «panikarz», «komuch», «żydowina». Dzisiaj Wasz niżej podpisany, jutro każdy inny dziennikarz i reporter, który ośmieli się powiedzieć prawdę o faszystowskim spisku uknutym w celu zniszczenia amerykańskiej demokracji. Honorowi Aryjczycy w rodzaju rąbniętego rabina Lizusa Lionela B. i nadętych właścicieli strachliwego «New York Timesa» nie są pierwszymi superkulturalnymi żydowskimi Quislingami, którzy się płaszczą przed antysemickim panem, bo wrodzona subtelność nie pozwala im walczyć tak, jak walczy Winchell… nie będą też ostatnimi. A błazny od Jergensa nie są pierwszymi tchórzami z wielkiej korporacji, która wdaje się w gierki z dyktatorską machiną kłamstw, rządzącą teraz tym krajem… i też nie będą ostatnimi”.

Za to powyższy felieton – w którym Winchell wyliczył jeszcze około piętnastu swoich osobistych wrogów, kwalifikujących się do grona wiodących faszystowskich kolaborantów Ameryki – był, jak się okazało, jego ostatnim.

Trzy dni później, odwiedziwszy Hyde Park i upewniwszy się, że FDR nie zamierza wychodzić z politycznego cienia i ubiegać się o trzecią kadencję, Winchell ogłosił swoją kandydaturę na prezydenta Stanów Zjednoczonych w następnych wyborach powszechnych. Wcześniej za kandydatów uważano sekretarza stanu Roosevelta, Cordella Hulla, byłego sekretarza rolnictwa i kandydata na wiceprezydenta w roku czterdziestym Henry’ego Wallace’a, Rooseveltowskiego szefa generalnego poczty i przewodniczącego Partii Demokratycznej Jamesa Farleya, sędziego Sądu Najwyższego Williama O. Douglasa oraz dwóch umiarkowanych demokratów nienależących do ekipy Nowego Ładu – byłego gubernatora Indiany Paula V. McNutta i senatora Scotta W. Lucasa z Illinois. Krążyła też niepotwierdzona pogłoska (propagowana, a być może i sfabrykowana przez Winchella w czasach, gdy zbijał on jeszcze osiemset tysięcy dolarów rocznie na rozprzestrzenianiu niepotwierdzonych pogłosek), że gdyby konwencja zakończyła się patem – co łatwo mogło się zdarzyć przy tak bladej ofercie kandydatów – wówczas na scenę wkroczyłaby Eleanor Roosevelt, która silnie zaznaczyła swoją obecność polityczną i dyplomatyczną podczas dwóch kadencji prezydenckich męża i wciąż cieszyła się wielką popularnością z racji swej elokwencji i arystokratycznej rezerwy, zarówno wśród liberalnych zwolenników partii, jak i wśród licznych kpiarzy z wrogiej jej prasy prawicowej. Miałaby wystąpić niespodziewanie, jak Lindbergh na konwencji republikanów w czterdziestym roku, i jednogłośnie, w brawurowym stylu, uzyskać nominację. Lecz odkąd Walter Winchell podjął wyścig wyborczy jako pierwszy z demokratów, i to z niemal trzydziestomiesięcznym wyprzedzeniem wyborów roku czterdziestego czwartego, a nawet przed śródkadencyjnymi wyborami do Kongresu – za to natychmiast po awanturze związanej z usunięciem go z zawodu w ramach „czystki”, przeprowadzonej przez „silne ramię stosującej taktykę puczu faszystowskiej bandy z Białego Domu” (jak sam, ogłaszając się kandydatem, określił swoich wrogów i ich metodę) – eks-felietonista plotkarskich gazet stał się nagle chłopcem do bicia, jedynym demokratą o powszechnie znanym nazwisku, który miał czelność grubiańsko znieważyć tak ukochanego pupila narodu jak Lindy.

Republikańscy przywódcy nie zniżyli się do potraktowania Winchella serio, podejrzewając, że albo wieczny gwiazdor odgrywa samochwalczą komedię dla wyciągnięcia forsy z małej grupki zawziętych bogatych demokratów, albo wystawiony został na wabia przez FDR (a być może przez jego ambitną żonę), żeby ożywić, a zarazem wysondować ukryte antylindberghowskie nastroje, o ile takowe panowały jeszcze w społeczeństwie, które, według sondaży, popierało Lindbergha w rekordowej liczbie osiemdziesięciu do dziewięćdziesięciu procent wszystkich grup i kategorii wyborców, z wyjątkiem Żydów. Winchell, mówiąc krótko, był żydowskim kandydatem, a sam reprezentował najpośledniejszy typ Żyda, niepodobny w niczym do luminarzy ekskluzywnego grona kulturalnych, dystyngowanych żydowskich demokratów w rodzaju zamożnego przyjaciela Roosevelta, Bernarda Barucha, bankiera i gubernatora Nowego Jorku Herberta Lehmana czy emerytowanego od niedawna sędziego Sądu Najwyższego, Louisa Brandeisa. Jakby sam fakt, że jest człowiekiem bez ogłady, ucieleśniającym wszystkie niemal wulgarne cechy, z racji których Żydzi byli źle widziani w lepszych sferach towarzyskich i finansowych Ameryki, nie wystarczył, aby jego występ na scenie politycznej uznano za kuriozalną impertynencję – wszędzie poza licznie zamieszkanymi przez Żydów obrzeżami Nowego Jorku – Winchell miał jeszcze reputację strasznego cudzołożnika i kobieciarza, lubującego się zwłaszcza w uwodzeniu długonogich panienek z rewii i wiodącego bogate życie nocne wśród rozwiązłych sław Hollywoodu i Broadwayu, z którymi pijał do rana w nowojorskim Klubie Stork, ściągając na siebie anatemę porządnych rzesz społeczeństwa. Jego kandydatura była jednym wielkim żartem, i tak ją właśnie potraktowali republikanie.

Ale na naszej ulicy nie rozprawiało się w tym tygodniu o niczym innym, jak o wyrzuceniu Winchella z pracy i jego natychmiastowej rezurekcji w roli kandydata na prezydenta. Po blisko dwóch latach niepewności, czy uwierzyć w najgorsze, czy raczej skupić się na wymogach życia codziennego i bezradnie przyjmować wszelkie plotki na temat rządowych planów wobec Żydów, bez możliwości uzasadnienia zarówno własnej paniki, jak i stoickiego spokoju wobec bezwzględnych faktów – po nieznośnie długiej udręce nasi rodzice byli tak spragnieni iluzji, że gdy wieczorami rozstawiali leżaki w przydomowych alejkach, żeby razem usiąść i pogadać, natychmiast zaczynała się wciąż ta sama zgadywanka, która potrafiła trwać godzinami: Kto będzie wiceprezydentem u boku Winchella? Kogo Winchell powoła do rządu? A kogo do Sądu Najwyższego? Kto okaże się większym przywódcą: FDR czy Walter Winchell? Dorośli snuli tysięczne fantazje, a ich nastrój udzielał się najmniejszym dzieciakom, które podrygiwały w kółko, skandując: „Wil-czek na pre-zy-den-ta… Wil-czek na pre-zy-den-ta”. Jasne, że żaden Żyd nie mógł zostać wybrany na prezydenta – a zwłaszcza taki pyskaty Żyd jak Winchell. Nawet ja, chociaż byłem taki mały, uważałem to za oczywiste – jakby stało zapisane w amerykańskiej Konstytucji. A jednak nawet ten niepodważalny pewnik nie powstrzymał dorosłych przed wyrzeczeniem się zdrowego rozsądku i przeniesieniem na jeden lub dwa wieczory w krainę iluzji, w której oni sami i ich dzieci byli rodowitymi obywatelami Raju.

Ślub rabbiego Bengelsdorfa i ciotki Evelyn odbył się w niedzielę, w połowie czerwca. Moi rodzice nie zostali zaproszeni, a choć się tego spodziewali, to nic nie było w stanie ukoić rozżalenia matki. Wcześniej nieraz słyszałem jej płacz zza drzwi sypialni, i chociaż było to dla mnie zawsze niezwykłe i niemiłe, to przez długie miesiące, podczas których moi rodzice walczyli z zagrożeniem administracji Lindbergha i starali się zająć rozsądne stanowisko, godne żydowskiej rodziny, nigdy dotąd nie była tak niepocieszona.

– Dlaczego jeszcze to nas musiało spotkać? – pytała ojca.

– Oni tylko biorą ślub – odpowiadał. – To nie jest koniec świata.

– Ale ja nie mogę przestać myśleć o tatusiu.

– Twój ojciec umarł, i mój ojciec umarł. Nie byli już młodzi, pochorowali się i poumierali.

Trudno wyobrazić sobie bardziej współczujący ton niż ten, którym przemawiał mój ojciec, lecz rozżalenie matki było tak wielkie, że jego delikatność potęgowała jeszcze jej cierpienie.

– Myślę też o mamie – szlochała. – Mama nie rozumiałaby zupełnie, co to wszystko znaczy.

– Kochanie, mogło być o wiele gorzej, wiesz o tym. – I będzie gorzej.

– Może tak, a może nie. Może idą wielkie zmiany. Winchell…

– Och, proszę cię, Walter Winchell nie…

– Ćśśś, ćśśś – uspokajał ją. – Mały usłyszy.

W ten sposób dowiedziałem się, że Walter Winchell nie jest tak naprawdę kandydatem Żydów – on był kandydatem żydowskich dzieci, podsuniętym nam, żebyśmy mieli się czego uczepić, tak jak przed laty czepialiśmy się matczynej piersi, nie tylko z głodu, ale i dla uśmierzenia niemowlęcych lęków.

Ceremonia ślubna miała miejsce w świątyni rabina, a przyjęcie zorganizowano w sali balowej Essex House, najelegantszego hotelu w Newark. Obecni na nim notable, wraz ze współmałżonkami, wymienieni zostali na liście opublikowanej obok relacji z wesela i zdjęć młodej pary na łamach „Newark Sunday Call”. Lista była zdumiewająco długa i imponująca, a przedstawiam ją tutaj, by uzasadnić własną wątpliwość, czy przypadkiem moi rodzice nie stracili do końca kontaktu z rzeczywistością, wyobrażając sobie, że cokolwiek złego może ich spotkać w związku z rządowym programem administrowanym przez tak znakomitego luminarza jak rabin Bengelsdorf.

Zacznijmy od tego, że na ceremonii ślubnej pojawiło się mnóstwo Żydów, zarówno członków rodziny, przyjaciół młodej pary, wiernych z synagogi rabina Bengelsdorfa, jego wielbicieli i kolegów z całego New Jersey, jak i takich, którzy przybyli z odległych zakątków kraju specjalnie na tę okazję. Było też wielu chrześcijan. A wedle relacji „Sunday Call” – zajmującej tego dnia półtorej strony rubryki towarzyskiej – do grona kilkorga zaproszonych, którzy nie mogli stawić się na uroczystość, lecz przesłali nowożeńcom najlepsze życzenia za pośrednictwem Western Union, należała żona prezydenta, Pierwsza Dama Annę Morrow Lindbergh, przedstawiona jako bliska przyjaciółka rabina, „również rodowita obywatelka New Jersey i również poetka”, z którą Bengelsdorf dzielił „zainteresowania kulturalne i intelektualne”, stanowiące przedmiot ich częstych spotkań „przy popołudniowej herbatce w Białym Domu, gdzie w cztery oczy dyskutują o filozofii, literaturze, religii i etyce”.

Radę miejską reprezentowali dwaj najwyżej postawieni Żydzi, jacy kiedykolwiek sprawowali urząd w ratuszu Newark – eks-burmistrz przez dwie kadencje, Mayer Ellenstein, oraz radny Harry S. Reichenstein – a także pięciu przedstawicieli dominującej tam obecnie elity Irlandczyków: dyrektor Wydziału Bezpieczeństwa Publicznego, dyrektor Wydziału Podatkowo-Finansowego, dyrektor Wydziału Parków i Terenów Publicznych, naczelny inżynier miasta oraz doradca do spraw korporacji. Obecny był też dyrektor poczty federalnej, dyrektor Biblioteki Publicznej Newark i prezes rady zarządzającej biblioteki. Wśród znamienitych przedstawicieli szkolnictwa znaleźli się: rektor Uniwersytetu Newark, rektor Wyższej Szkoły Inżynieryjnej, główny wizytator szkolny oraz dyrektor szkoły podstawowej im. św. Benedykta. Nie zabrakło też szacownych przedstawicieli kleru – protestanckiego, katolickiego i żydowskiego. Kościół Pierwszych Baptystów Peddie Memoriał, skupiający najliczniejszą w mieście kongregację murzyńską, reprezentował wielebny George E. Dawkins; Katedrę Trójcy Świętej – wielebny Arthur Dumper; Episkopalny Kościół Łaski – wielebny Charles L. Gomph; Grecko-Prawosławny Kościół Św. Mikołaja przy High Street – wielebny George E. Spyridakis, a Katedrę św. Patryka – przewielebny John Delaney.

Nieobecny – co oburzyło moich rodziców, lecz nie znalazło wzmianki w gazetowej relacji – był antagonista rabbiego Bengelsdorfa i najważniejszy z rabinów Newark, Joachim Prinz z synagogi B’nai Abraham. Zanim rabin Bengelsdorf zyskał krajową sławę, rabin Prinz, chociaż młodszy, cieszył się znacznie większym autorytetem wśród miejscowych Żydów i całej amerykańskiej populacji żydowskiej, a także wśród uczonych i teologów wszystkich innych religii – on też jako jedyny z konserwatywnych rabinów stojących na czele trzech najzamożniejszych w mieście kongregacji ani na moment nie ugiął się w opozycyjnej postawie wobec Lindbergha. Dwaj pozostali, Charles I. Hoffman z synagogi Oheb Shalom i Solomon Foster z B’nai Jeshurun, byli obecni na ślubie Bengelsdorf a – rabin Foster sprawował nawet ceremonię ślubną.

Obecni byli także prezesi czterech największych banków Newark, prezesi dwóch największych towarzystw ubezpieczeniowych, prezes największej firmy architektonicznej, dwaj współzałożyciele najbardziej prestiżowej kancelarii prawniczej, prezes Klubu Sportowego Newark, właściciel trzech wielkich kin w centrum miasta, prezes Izby Handlowej, prezes spółki New Jersey Bell Telephone, redaktorzy naczelni dwóch dzienników, a także prezes firmy P. Ballantine – najsłynniejszej w Newark wytwórni whisky. Z władz hrabstwa Essex pojawił się główny inspektor Związku Prywatnych Właścicieli, wraz z trzema członkami zarządu, natomiast sądownictwo New Jersey reprezentowali wicekanclerz Sądu Słuszności i sędzia pomocniczy stanowego Sądu Najwyższego. W skład delegacji Zgromadzenia Stanowego wchodzili przewodniczący większości oraz trzej czy czterej członkowie Zgromadzenia z hrabstwa Essex, a w imieniu Senatu Stanowego przybył jego przedstawiciel z hrabstwa Essex. Gościem najwyższej rangi państwowej był Żyd, prokurator generalny David T. Wilentz, który doprowadził do skazania Brunona Hauptmanna; na mnie jednak silniejsze wrażenie wywarł inny dostojnik – Abe J. Greene, również Żyd, ale, co ważniejsze, pełnomocnik do spraw boksu na stan New Jersey. Obecny był też jeden z dwóch pochodzących z Jersey senatorów Stanów Zjednoczonych, republikanin W. Warren Barbour, a także nasz rodzimy kongresmen, Robert W. Kean. Z Sądu Okręgowego Stanów Zjednoczonych na okręg New Jersey przybył sędzia objazdowy, dwaj sędziowie okręgowi i prokurator okręgowy (którego nazwisko znałem z radiowego programu Poskramiacze gangów), John J. Quinn.

Z Waszyngtonu zjechała duża grupa współpracowników rabina z kwatery głównej OAA oraz kilku oficjeli z Departamentu Spraw Wewnętrznych. I chociaż nie pojawił się na ślubie nikt z najwyższych szczebli rządu federalnego, to lukę tę wypełnił rekwizyt reprezentujący osobę nie mniej ważną niż sam prezydent – telegram od Pierwszej Damy. Rabin Foster odczytał go głośno na przyjęciu, po czym goście spontanicznie wstali z miejsc, by nagrodzić serdeczności Pierwszej Damy burzliwą owacją, a pan młody poprosił ich, by wraz z nim i jego świeżo poślubioną małżonką odśpiewali na baczność hymn narodowy.

„Sunday Call” zacytował przydługi telegram w całości. Oto jego tekst:

Drogi Rabinie Bengelsdorf, droga Evelyn, Mój mąż i ja ślemy Wam z serca płynące najlepsze życzenia niezmąconego szczęścia.

Cieszymy się niezmiernie, że mieliśmy okazję poznać Evelyn podczas oficjalnej kolacji na cześć niemieckiego Ministra Spraw Zagranicznych w Białym Domu. Evelyn to urocza, energiczna młoda dama o niekwestionowanych zaletach charakteru. Wystarczyło parę chwil niezobowiązującej pogawędki, abym odkryła w niej nieprzeciętne walory osobowości i intelektu, którymi podbiła serce tak nadzwyczajnego mężczyzny jak Lionel Bengelsdorf.

Wspominam dziś jakże wymowny fragment wiersza, który spotkanie z Evelyn ożywiło owego wieczoru w mojej pamięci. Autorką jego jest Elizabeth Barrett Browning, a słowa rozpoczynające czternasty z jej Sonetów z portugalskiego wyrażają tę samą kobiecą mądrość, którą wyczytałam z zaskakująco ciemnych i pięknych oczu Evelyn. „Jeśli musisz mnie kochać – pisze Elizabeth Browning – niech to będzie za nic, „Jedynie dla miłości… ”

Rabinie Bengelsdorf! Odkąd poznaliśmy się w Białym Domu po ceremonii inauguracyjnej Organizacji Asymilacji Amerykańskiej, był Pan dla mnie kimś więcej niż przyjacielem; po przeniesieniu do Waszyngtonu na stanowisko dyrektora OAA stał się Pan moim niezastąpionym mentorem. Nasze pasjonujące rozmowy, a także światłe książki, które łaskawie mi Pan pożycza, nauczyły mnie wiele, nie tylko o wierze żydowskiej, ale i o burzliwych losach żydowskiego narodu, a także o źródłach wielkiej siły duchowej, która pozwoliła Żydom przetrwać trzy tysiące lat. Jestem dziś bogatsza o odkrycie, że moje dziedzictwo religijne jest głęboko zakorzenione w Waszym. Naszą największą misją – misją Amerykanów – jest żyć w harmonii i braterstwie jako zjednoczony naród. Wspaniała praca, którą oboje świadczycie na rzecz OAA, wymownie świadczy o Waszym oddaniu i chęci wspierania nas w osiągnięciu tego szczytnego celu. Wśród wielu łask udzielonych przez Boga naszemu narodowi najcenniejszą jest obecność wśród nas takich obywateli jak Wy: dumnych, pełnych życia bojowników nieujarzmionej rasy, której odwieczne ideały sprawiedliwości i wolności stoją na straży amerykańskiej demokracji od roku 1776.

Z najlepszymi życzeniami, Anne Morrow Lindbergh

Gdy FBI wkroczyło w nasze życie po raz drugi, celem inwigilacji stał się mój ojciec. Ten sam agent, który nagabywał mnie na ulicy o Alvina w dniu, w którym pan Wishnow się powiesił – ten sam, który przesłuchiwał Sandy’ego w autobusie, moją matkę w sklepie i ojca w biurze – zaczął się kręcić po targowisku i wystawać przy barze, gdzie mężczyźni przychodzili w środku nocy coś zjeść i napić się kawy. Zachowywał się dokładnie tak samo jak wówczas, gdy Alvin podjął pracę u stryja Monty’ego – z tym że teraz ciekawiło go, co Herman, stryj Alvina, mówi o Ameryce i naszym prezydencie. Któryś z ludzi Longy’ego Zwillmana przekablował stryjowi Monty’emu to, co usłyszał od agenta McCorkle’a: że wykarmiwszy we własnym domu zdrajcę ojczyzny, który walczył po stronie obcego kraju, mój ojciec wolał teraz rzucić pracę w Metropolitan Life niż uczestniczyć w rządowym programie mającym na celu zjednoczenie i umocnienie narodu amerykańskiego. Stryj Monty odpowiedział na to facetowi od Longy’ego, że jego brat to nędzny łachmyta bez wykształcenia, który ma na utrzymaniu żonę i dwoje dzieci, i na pewno nie zrobi Ameryce wielkiej krzywdy, przerzucając skrzynki z towarem przez sześć nocy w tygodniu. Gość od Longy’ego wysłuchał tego z sympatią – tak przynajmniej twierdził stryj Monty, który bez osłonek (a więc wbrew naszej domowej tradycji) opowiedział nam, siedząc w kuchni, całą historię w którąś sobotę po południu:

– a potem on i tak mówi do mnie: „Twój brat musi stąd zniknąć”. To ja mu mówię: „Wszystko to jedna wielka bzdura. Powiedz Longy’emu, że to grubymi nićmi szyta nagonka na Żydów”. Gość sam jest Żydem, nazywa się Niggy Apfelbaum, ale nic do niego nie trafia. Niggy wraca do Longy’ego i zeznaje mu, że Roth nie chce wykonać polecenia. I co dalej? Zjawia się Długi we własnej osobie; staje w moim zaplutym kantorku w jedwabnym, ręcznie szytym garniturze. Wysoki, wygadany elegancik – łatwo zgadnąć, na co bierze te gwiazdki filmowe. Mówię mu: „Ja ciebie pamiętam z podstawówki, Longy. Już wtedy widać było, że wysoko zajdziesz”. A on do mnie: „Ja ciebie też pamiętam. Już wtedy widać było, że nigdzie nie zajdziesz”. Śmiejemy się obaj, a potem znowu ja: „Mój brat potrzebuje pracy. Czy ja mogę nie dać pracy rodzonemu bratu?”. „A czy ja mogę pozwolić, żeby FBI mi węszyło koło tyłka?”, pyta Longy. „Wiem”, mówię mu. „Przecież przez FBI wyrzuciłem z pracy bratanka, no nie? Ale z bratem to co innego, no nie? Słuchaj”, mówię. „Daj mi dwadzieścia cztery godziny, wszystko załatwię. Jak się nie uda, jak nie dam rady, to Herman stąd pójdzie”. No i czekam do zamknięcia na drugi dzień rano, idę do baru Sammy’ego Eagle’a, a tam siedzi ten łachudra z FBI. „Postawię panu śniadanie”, mówię mu, zamawiam whisky z piwem, siadam koło gościa i pytam: „Co pan ma przeciwko Żydom, panie McCorkle?”. „Nic”, odpowiada. „No to coś się pan uczepił mojego brata? Czy on komu co zrobił?” „Panie, jakbym ja coś miał przeciwko Żydom, to czy ja bym tu siedział u Eagle’a i czy Sammy Eagle byłby moim kumplem?” I woła do Eagle’a przez cały bar: „Powiedz mu, czy ja coś mam przeciwko Żydom?”. „Nic mi o tym nie wiadomo”, mówi Eagle. „Jak twój mały miał bar micwę, to mu przyniosłem spinkę do krawata, pamiętasz?” „Do dziś ją nosi”, potakuje Eagle. „No widzisz pan?”, mówi McCorkle. „Ja tylko wykonuję swoją robotę, tak jak Sammy i jak pan”. „I jak mój brat”, dodaję. „Dobrze. Świetnie. Tylko nie gadaj pan, że ja mam coś przeciwko Żydom”. „Mój błąd. Przepraszam”. I wsuwam mu w kieszeń kopertkę, małą brązową kopertkę. I koniec na tym.

W tym miejscu opowieści stryj zwrócił się do mnie.

– Podobno jesteś koniokradem? Słyszałem, że ukradłeś konia z kościoła. Spryciarz z ciebie. Pokaż no.

Schyliłem głowę i pokazałem mu ślad po końskim kopycie. Roześmiał się, przeciągając lekko palcem po bliźnie i wokół wygolonego miejsca, gdzie dopiero zaczęły odrastać włosy.

– Wielu dalszych sukcesów – powiedział. A potem zrobił to, co: zawsze, odkąd sięgałem pamięcią: chwycił mnie mocno i posadził sobie na kolanie, okrakiem, jak na (nomen omen) koniu. – Byłeś na obrzezaniu, no nie? – spytał, huśtając mnie na nodze. – Wiesz, co robią małemu dziecku na obrzezaniu, no nie?

– Wycinają napletek – odpowiedziałem.

– I co robią z tym małym napletkiem? Wiesz, co z nim robią, jak go już wytną? – Nie.

– To ja ci powiem: składają go na kupkę razem z innymi, a jak już zbiorą dość, to zawożą do FBI, żeby sobie z nich porobiła agentów.

Nie mogłem się powstrzymać, i chociaż wiedziałem, że nie powinienem – szczególnie, że ostatnim razem stryj opowiedział mi ten sam dowcip, kończąc słowami: „Wysyłają je do Irlandii, żeby tam sobie z nich narobili księży” – parsknąłem śmiechem.

– Co było w tej kopercie? – spytałem.

– Zgadnij.

– Nie wiem. Pieniądze?

– Tak jest, pieniądze. Bystry z ciebie koniokrad, mały. Pieniądze rozwiązują wszystkie problemy.

Dopiero później dowiedziałem się od brata, który podsłuchał rozmowę rodziców w sypialni, że cała suma łapówki wręczonej McCorkle’owi miała zostać zwrócona stryjowi Monty’emu z i tak już mizernych zarobków ojca – po dziesięć dolarów tygodniowo, przez sześć miesięcy. Ojciec nie mógł nic na to poradzić. O trudach pracy i udręce wysługiwania się własnemu bratu miał tylko jedno do powiedzenia:

– On taki był, odkąd skończył dziesięć lat, i zostanie taki do śmierci.

Poza sobotami i niedzielami rano nie widywaliśmy właściwie ojca tego lata. Matka – przeciwnie, była teraz stale w domu i wymagała, żebyśmy z Sandym meldowali się u niej w południowej przerwie na lunch, a potem po lekcjach; nie mieliśmy więc kiedy oddalać się zbytnio od domu, a wieczorami nie wolno nam było zapuszczać się poza oddalone o przecznicę szkolne boisko. Matka albo bardzo się pilnowała, albo rzeczywiście zawarła chwilowe przymierze ze swoim smutkiem, bo chociaż ojciec zarabiał dużo mniej niż kiedyś i budżet domowy wymagał drastycznych cięć, to nie było po niej widać śladu nieprawdopodobnych kłopotów, z jakimi się zmagała przez ostatni rok. Swoją odporność zawdzięczała w dużej mierze powrotowi do zajęć, które dawały jej znacznie więcej satysfakcji niż sprzedaż sukienek – nie gardziła pracą w domu towarowym, ale uważała ją za bezsensowną w porównaniu z tym, czym normalnie zajmowała się na co dzień. O tym, że matka nadal przeżywa kłopoty, przekonywałem się w dniach, gdy przychodziły listy od Estelle Tirschwell z relacjami o życiu jej rodziny w Winnipeg. Codziennie, wracając na lunch, wyjmowałem pocztę ze skrzynki przy furtce i niosłem na górę, a jeżeli wśród listów znalazła się koperta z kanadyjskim znaczkiem, matka natychmiast siadała przy kuchennym stole, przy którym Sandy i ja jedliśmy kanapki, i czytała list po cichu, dwa razy, po czym składała go i chowała do kieszeni fartucha, by przeczytać jeszcze z dziesięć razy, zanim przekazała go ojcu, kiedy wstał, żeby jechać na rynek – list dla ojca, ostemplowane kanadyjskie znaczki dla mnie, na początek nowej kolekcji.

Koledzy Sandy’ego weszli nagle w wiek zainteresowania dziewczętami – nastolatkami z tej samej szkoły, które dobrze znali, ale nigdy wcześniej nie przyglądali im się z tak chciwą ciekawością. Sandy razem z innymi przesiadywał od rana do wieczora na boisku, gdzie organizowano wakacyjne zajęcia. Ja też tam chodziłem, zawsze z nieodłącznym Seldonem. Obserwowałem brata z mieszanymi uczuciami niepokoju i zachwytu – jakby został kieszonkowcem albo zawodowym naciągaczem. Sadowił się na ławce w pobliżu stołu pingpongowego, gdzie najchętniej zbierały się dziewczyny, i szkicował ołówkiem portrety najatrakcyjniejszych panienek – te, oczywiście, zawsze chciały obejrzeć swoje podobizny, dzięki czemu Sandy miał duże szanse przed wieczorem oddalić się z rozmarzoną miną z boiska, prowadząc za rękę którąś z koleżanek. Jego wielki talent uwodzicielski nie marnował się już w działalności propagandowej na rzecz Zwykłych Ludzi ani w obcinaniu tytoniowych liści dla Mawhinneya, lecz rozkwitał w otoczeniu dziewcząt. Albo ekscytacja świeżym doznaniem pożądania przemieniła jego życie z tą samą niewiarygodną szybkością, co pobyt w Kentucky, i mając lat czternaście i pół, mój brat narodził się na nowo w wyniku eksplozji hormonalnej, albo też, w co wierzyłem – mając skłonność do przypisywania mu omnipotencji – podrywanie dziewczyn było dla niego czystą rozrywką, formą zabijania czasu aż do chwili, gdy… Zawsze podejrzewałem, że w życiu Sandy’ego dzieje się znacznie więcej, niż jestem w stanie zrozumieć, a tymczasem on sam, mimo chojrackiej postawy przystojniaka, nie miał zielonego pojęcia, dlaczego dziewczyny tak lecą na jego przynętę. Żydowski farmer tytoniowy spod znaku Lindbergha odkrył nagle istnienie kobiecych piersi i stał się zwyczajnym nastolatkiem.

Moi rodzice przypisywali ten szał latania za dziewczynami młodzieńczej zuchwałości, „zbuntowaniu”, zastępczej manifestacji niezależności po wymuszonym wycofaniu się Sandy’ego ze sprawy Lindbergha, toteż skłonni byli go uważać za stosunkowo nieszkodliwy. Za to matka jednej z dziewcząt była najwyraźniej innego zdania, bo zadzwoniła do nas do domu. Kiedy ojciec wrócił z pracy, matka odbyła z nim długą konferencję za zamkniętymi drzwiami sypialni, a potem ojciec, za tymi samymi drzwiami, przeprowadził poważną rozmowę z moim bratem – w rezultacie Sandy otrzymał zakaz oddalania się od domu do końca tygodnia. Ale przecież nie mogli go więzić na Summit Avenue przez całe lato, toteż wkrótce powrócił na boisko i dalej pewną ręką szkicował ładne dziewczyny, a cokolwiek pozwalały mu one robić z rękami, gdy zostawali sam na sam – nie mogło to być nic bardzo zdrożnego, zważywszy na totalną ignorancję ówczesnych ósmoklasistów w sprawach seksu – nie docierało do rodziców panienek, obyło się więc bez kolejnych telefonów z pretensjami, wymagających interwencji moich rodziców, którzy i tak już mieli dość kłopotów.

Seldon. Seldon to były moje wakacje. Seldon zaglądający mi z bliska w oczy jak pies i znajome od zawsze dzieciaki, które przezywały mnie Śpiochem i paradowały przede mną jak zombie, z wyciągniętymi do przodu rękami, sztywnym, ciężkim krokiem, mającym naśladować mój lunatyczny marsz do sierocińca, a kiedy wybijałem piłkę podczas gry w baseball, cała drużyna skandowała: „Teraz kopa!”.

Wielki piknik na koniec lata, który odbywał się zawsze w dniu Święta Pracy w rezerwacie South Mountain, został odwołany, ponieważ wszyscy przyjaciele moich rodziców z Metropolitan powyjeżdżali już z Newark razem ze swoimi synami, aby od września, czyli od początku roku szkolnego, osiedlić się w nowych miejscach, rozsianych po całym kraju. Przez całe lato jedna rodzina po drugiej przyjeżdżała do nas w soboty, żeby się pożegnać. Było to straszne dla moich rodziców, którzy jako jedyni z lokalnej grupy pracowników Metropolitan wyznaczonych do przesiedlenia w ramach akcji Osadnictwo 42 postanowili nie ruszać się z miejsca. Wyjeżdżali ich najbliżsi przyjaciele, a te upalne sobotnie popołudnia, kiedy dorośli z płaczem ściskali się na ulicy, obserwowani przez zbite z pantałyku dzieciaki – te popołudnia kończące się zawsze jednakowo: my czworo zostajemy i machamy na pożegnanie z krawężnika przed domem, a matka woła za odjeżdżającym autem: „Tylko nie zapomnijcie napisać!” – były dla mnie najprzykrzejszy-mi w życiu, gdyż widziałem wtedy naszą bezradność i przeczuwałem początek zniszczenia naszego świata. Uświadamiałem sobie też, że mój ojciec jest najbardziej uparty z wszystkich znajomych mężczyzn, beznadziejnie przykuty do własnego instynktu i jego wygórowanych żądań. Wtedy dopiero zrozumiałem, że ojciec rzucił pracę nie tylko ze strachu przed tym, co mogło nas spotkać, gdybyśmy tak jak inni zgodzili się na przesiedlenie, ale głównie dlatego, że – na swoje szczęście czy nieszczęście – nigdy nie poddawał się w konfrontacji z brutalną siłą, którą uważał za skorumpowaną; w tym zaś wypadku odmówił i ucieczki do Kanady, za którą optowała matka, i ugięcia się przed ewidentnie niesprawiedliwym nakazem rządu. Istniały dwa typy silnych mężczyzn: tacy jak stryj Monty i Abe Steinheim, bezwzględnie zbijający forsę, i tacy jak mój ojciec, bezwzględnie wierni idei fair play.

– Chodźcie – powiedział ojciec, próbując rozweselić nas w sobotnie popołudnie, gdy ostatnia z sześciu przesiedlanych rodzin zniknęła, bezpowrotnie, jak sądziliśmy, na horyzoncie. – Chodźcie, chłopcy. Zapraszam was na lody.

Wszyscy czworo poszliśmy do drogerii z kawiarenką na Chancellor Avenue, której właściciel, aptekarz, był jednym z najstarszych klientów ubezpieczeniowych ojca. Latem było tam na ogół przyjemniej niż na ulicy: markizy osłaniały witryny z małych szybek przed rażącymi promieniami słońca, a pod sufitem poskrzypywał z cicha trójramienny wentylator. Usiedliśmy w przytulnym boksie i zamówiliśmy lody, a mama, która mimo namów ojca nie mogła jeść, przynajmniej wreszcie otarła łzy. Nasza przyszłość była, bądź co bądź, równie niepewna, jak przyszłość naszych skazanych na banicję przyjaciół, więc siedzieliśmy w półmrocznym chłodzie drogerii, łyżeczka po łyżeczce konsumując lody, oniemiali nagle i kompletnie wyczerpani, aż w końcu matka podniosła oczy znad papierowej serwetki, którą darła na równiutkie paski, i z cierpkim, bladym uśmiechem kogoś, kto wypłakał już wszystkie łzy, powiedziała do ojca:

– Czy nam się to podoba, czy nie, Lindbergh uczy nas, co to znaczy być Żydami.

A po chwili dodała:

– Nam się tylko zdaje, że jesteśmy Amerykanami.

– Nie! – zaprotestował ojciec. – To im się zdaje, że nam się zdaje, że jesteśmy Amerykanami. W tej sprawie nie ma dyskusji, Bess. W tej sprawie nie ma negocjacji. Ci ludzie nie rozumieją, że dla mnie to jest, cholera, oczywiste! Inni? On śmie nazywać nas „innymi”? To on jest inny. Wygląda na stuprocentowego Amerykanina, ale nie jest nim ani trochę! On tutaj nie pasuje. Nie nadaje się na swoje stanowisko. Nie powinno go tu być i koniec, kropka.

Dla mnie najtrudniejszy do przełknięcia był wyjazd Seldona. Jasne, że cieszyłem się z tego powodu. Przez całe lato liczyłem dni. A jednak wczesnym rankiem w ostatnim tygodniu sierpnia, gdy Wishnowowie odjeżdżali spod domu, z dwoma materacami przytroczonymi do dachu starego plymoutha (dźwignęli i umocowali je tam poprzedniego wieczoru mój ojciec z Sandym) i z tylnym siedzeniem zapakowanym po dach ubraniami (stertami ubrań, w tym także moich, które wraz z matką pomogłem sąsiadom przenosić z domu), to właśnie ja – o absurdzie! – nie mogłem przestać płakać. Przypomniało mi się pewne popołudnie, gdy mieliśmy z Seldonem po sześć lat, pan Wishnow jeszcze żył, z pozoru miał się dobrze i codziennie chodził do pracy w Metropolitan, a pani Wishnow, tak jak moja matka, zajmowała się domem, dbała o codzienne potrzeby rodziny i czasem nawet pilnowała mnie, kiedy mama szła na zebranie Stowarzyszenia Rodziców i Nauczycieli, a Sandy jeszcze nie wrócił ze szkoły. Emanowała takim samym jak moja matka wrodzonym macierzyństwem – bezpiecznym ciepłem, które chłonąłem i uważałem za oczywiste – którego w tak osobliwy sposób doświadczyłem owego popołudnia, gdy zatrzasnąłem się w łazience Wishnowów i nie mogłem wyjść. Przypomniało mi się, jaka była cierpliwa wobec moich licznych nieudanych prób otwarcia drzwi, jak spontanicznie okazywała mi serdeczność, całkiem jakby – pomijając różnice wyglądu, temperamentu i sytuacji rodzinnej – nasza czwórka: Seldon i Selma, Philip i Bess, była jednym i tym samym. Wspominałem panią Wishnow z czasów, gdy najważniejsze było dla niej to, co dla mojej matki – kiedy należała do grona czujnych członkiń lokalnego matriarchatu, troszczącego się przede wszystkim o godziwe życie domowe młodej generacji. Wspominałem panią Wishnow z czasów, gdy nie miała kłopotów, nie chodziła z zaciśniętymi pięściami i ściągniętą bólem twarzą.

Łazienka była ciasna, zupełnie jak nasza, i dość klaustrofobiczna: sedes przy samych drzwiach, tuż obok sedesu umywalka, a dalej wanna, wciśnięta między umywalkę a ścianę. Ciągnąłem drzwi, ale nie chciały się otworzyć. W domu zamknąłbym się tylko na klamkę, ale u Wishnowów przekręciłem zatrzask – czego nie robiłem jeszcze nigdy w życiu. Zamknąłem się na zatrzask, wysikałem, spuściłem wodę, umyłem ręce, wytarłem je o tylną część nogawek sztruksów, bo nie chciałem dotykać cudzych ręczników – słowem, wszystko szło doskonale, dopóki nie spróbowałem wyjść z łazienki i okazało się, że nie umiem otworzyć zatrzasku nad klamką. Przekręcał się tylko o kawałek, a potem blokował. Nie zacząłem walić w drzwi, nie szarpałem klamki, tylko jak najciszej, raz po raz, próbowałem przekręcić zamek. Nie poddawał się jednak, więc usiadłem na sedesie z nadzieją, że problem sam się jakoś rozwiąże. Posiedziałem chwilę, ale zaczęła mi dokuczać samotność, więc wstałem i znów wziąłem się do zamka. Nie ustępował. Wtedy zacząłem lekko pukać w drzwi i przyszła pani Wishnow, i powiedziała:

– Tak, tak, ta zasuwka płata czasem takie figle. Musisz ją przekręcić w specjalny sposób.

Wyjaśniła mi jak, ale wciąż nie mogłem otworzyć. Pani Wishnow z anielską cierpliwością tłumaczyła:

– Nie, Philipie, musisz jednocześnie przekręcić zasuwkę i pociągnąć drzwi. Spróbowałem zastosować się do instrukcji, lecz znów bez skutku.

– Kochanie – powiedziała pani Wishnow. – Równocześnie. Przekręć i pociągnij drzwi.

– W którą stronę? – spytałem.

– Do siebie. Do ściany.

– Aha, do ściany, dobrze. Przekręciłem, pociągnąłem, i znów nic.

– Nie umiem – powiedziałem i zacząłem się pocić, a wtedy dobiegł mnie głos Seldona.

– Philip? To ja, Seldon. Po coś się zamykał? Przecież byśmy do ciebie nie weszli.

– Wcale nie myślałem, że wejdziecie – odparłem.

– No to po coś się zamykał?

– Nie wiem – przyznałem.

– Mamo, może zadzwonię po straż pożarną? – zaproponował Seldon. – Przyjadą z drabiną i wyciągną go.

– Nie, nie, nie – powstrzymała go pani Wishnow.

– Postaraj się, Philip – namawiał Seldon. – To nie jest takie trudne.

– Właśnie że jest. Zacięło się.

– Jak on stamtąd wyjdzie, mamo?

– Cicho bądź, Seldon. Philip?

– Słucham?

– Dobrze się czujesz?

– Gorąco tu jest. Robi się gorąco.

– Wypij szklankę zimnej wody, kochanie. W apteczce jest szklanka. Nalej sobie wody, wypij powoli i zaraz ci będzie lepiej.

– Dobrze.

Ale w szklance na dnie był jakiś oślizły osad, więc tylko udałem, że z niej piję, a naprawdę napiłem się ze złożonych dłoni.

– Mamo? – odezwał się Seldon. – Co on robi źle? Philip, co ty źle robisz?

– A skąd mam wiedzieć? Pani Wishnow? Pani Wishnow?

– Tak, kochanie?

– Za gorąco mi. Strasznie się pocę.

– To otwórz okno. Otwórz okienko nad prysznicem. Dosięgniesz?

– Chyba tak.

Zdjąłem buty, w skarpetkach wszedłem pod prysznic, stanąłem na palcach i udało mi się dosięgnąć okienka – całkiem małego okienka z gruzłowatą szybą, wychodzącego na boczną alejkę – ale gdy spróbowałem je otworzyć, okazało się, że też jest zablokowane.

– Nie otwiera się – jęknąłem.

– Uderz lekko pięścią, kochanie. Uderz we framugę od dołu, tylko nie za mocno, a na pewno się otworzy.

Postąpiłem według instrukcji, ale okno ani drgnęło.

Przepociłem już koszulę na wylot, więc napiąłem się z całych sił, żeby pchnąć okno, i widocznie nieopatrznym ruchem przekręciłem kran, bo puściła się woda.

– Ojejku, nie! – krzyknąłem.

Lodowata woda lała mi się na głowę i za koszulę. Wyskoczyłem spod prysznica na kafelki podłogi.

– Co się stało, kochanie?

– Prysznic się odkręcił.

– Jakim cudem? – spytał Seldon. – Jakim cudem mógł się sam odkręcić?

– Nie wiem!

– Bardzo przemokłeś? – zaniepokoiła się pani Wishnow.

– Trochę.

– Weź ręcznik – powiedziała. – Weź ręcznik z szafki. W szafce są ręczniki.

Taką samą szafkę mieliśmy u siebie w łazience, piętro wyżej, i też trzymaliśmy w niej ręczniki, ale kiedy spróbowałem otworzyć szafkę Wishnowów, i jej drzwiczki nie chciały ustąpić.

– Co się dzieje, Philipie?

– Nic.

Nie mogłem powiedzieć jej prawdy.

– Wziąłeś ręcznik? – Tak.

– Więc wytrzyj się. Tylko spokojnie. Nie ma powodu do obaw.

– Jestem spokojny.

– Usiądź. Usiądź i porządnie się wytrzyj.

Ociekałem wodą, podłoga też już była cała mokra. Usiadłem na sedesie – i nagle poraziła mnie myśl, że łazienka jest niczym więcej jak górnym wylotem ścieku, i poczułem łzy w oczach.

– Nie martw się – krzyknął Seldon zza drzwi. – Twoi rodzice niedługo wrócą do domu.

– Ale jak ja się stąd wydostanę?

I nagle drzwi stanęły przede mną otworem – ukazał się Seldon, a za Seldonem jego matka.

– Jak to zrobiłeś? – spytałem.

– Otworzyłem – powiedział Seldon.

– Ale jak? Wzruszył ramionami.

– Popchnąłem. Zwyczajnie popchnąłem. Cały czas były otwarte. Wtedy rozryczałem się na dobre, a pani Wishnow tuliła mnie w objęciach, pocieszając:

– Nic się nie stało. Takie rzeczy się zdarzają. Każdemu mogło się to przytrafić.

– Było otwarte, mamo – powiedział Seldon.

– Ćśśś – uciszyła go. – Ćśśś. To nieważne.

Potem weszła do łazienki, zakręciła zimną wodę, która wciąż lała się do wanny, bez problemu otworzyła szafkę, wyjęła z niej czysty ręcznik i wytarła mi włosy, twarz i kark, przez cały czas perswadując łagodnie, że to drobiazg, że takie rzeczy zdarzają się ludziom bez przerwy.

Ale to było dużo wcześniej, nim wszystko się popsuło.

Kampania poprzedzająca wybory do Kongresu rozpoczęła się o ósmej rano we wtorek, nazajutrz po Święcie Pracy: Walter Winchell stanął na skrzynce po mydle u zbiegu Broadwayu i Czterdziestej Drugiej Ulicy – na pamiętnym skrzyżowaniu, gdzie wcześniej, z wysokości tej samej drewnianej skrzynki, ogłosił swoją kandydaturę na prezydenta – i wyglądał w świetle dziennym dokładnie tak, jak na prasowych zdjęciach, ukazujących go w studio radiowym NBC podczas nadawania niedzielnej audycji o dziewiątej: bez marynarki, w koszuli z podwiniętymi rękawami, rozluźnionym krawacie i zsuniętym na tył głowy filcowym kapeluszu, który był znakiem rozpoznawczym rasowych reporterów. Nie minęło parę minut, a trzeba było wezwać pół tuzina konnych policjantów New York City, aby pokierowali ruchem pojazdów, gdyż zewsząd ciągnęły tłumy ludzi pracy, żądne widoku sławnego skandalisty na żywo. Ledwie się rozniosło, że mówca z megafonem to nie kolejny nudziarz z Biblią w garści, wieszczący zgubę grzesznej Ameryce, tylko bywalec Klubu Stork, do niedawna najbardziej wpływowy komentator radia i sławetny felietonista brukowej prasy, liczba gapiów wzrosła z setek do tysięcy – blisko dziesięć tysięcy łudzi, jak doniosły później gazety, powysiadało z metra i autobusów, zwabione magią oryginała o niewyparzonej gębie.

– Tchórze z rozgłośni – grzmiał Winchell – i chuligani zbijający grube miliardy na wydawaniu prasy, kontrolowani przez gang Lindbergha z Białego Domu, wmawiają wam, że Winchell wyleciał z pracy, bo krzyczał „Pożar!” w zatłoczonym teatrze. Tymczasem Winchell nie krzyczał „Pożar!”, tylko „Faszyzm!” – i dalej krzyczy to samo. Faszyzm! Faszyzm! Będę krzyczał „Faszyzm!” przed każdym zgromadzeniem Amerykanów, dopóki zdradziecka prohitlerowska partia Herr Lindbergha nie zostanie usunięta z Kongresu w dniu wyborów. Hitlerowcy mogą mi odebrać mikrofon, co już, jak wiecie, zrobili. Mogą mi odebrać miejsce na felieton w gazecie, i to też zrobili. A jeśli, nie daj Boże, Ameryka stanie się krajem faszystowskim, bojówki szturmowe Lindbergha będą mnie mogły zamknąć w obozie koncentracyjnym – i zrobią to niechybnie. Was też mogą pozamykać w obozach koncentracyjnych, żeby wam zamknąć usta. Mam nadzieję, że dzisiaj wszyscy już to doskonale wiecie. Ale nasi domorośli hitlerowcy nie są w stanie odebrać nam miłości do Ameryki. Mojej i waszej miłości do Ameryki. Mojego i waszego umiłowania demokracji. Mojego i waszego umiłowania wolności. Nie mogą – chyba że potulni i strachliwi naiwniacy pozwolą im jeszcze raz wrócić do Waszyngtonu – odebrać nam potęgi urny wyborczej. Hitlerowski spisek przeciwko Ameryce musi zostać udaremniony! Przez ciebie, obywatelu i obywatelko Nowego Jorku! Przez wolność miłujących mieszkańców tego wspaniałego miasta, którzy pójdą do wyborów we wtorek, trzeciego listopada roku tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego!

Przez cały dzień – a był to ósmy sierpnia czterdziestego drugiego roku – aż do wieczora, Winchell przemawiał ze swojej skrzynki po mydle w strategicznych punktach Manhattanu, od Wall Street, gdzie go prawie całkiem zignorowano, przez Małe Włochy, gdzie został zakrzyczany, przez Greenwich Village, gdzie go wyśmiano, przez Garment District, gdzie jego wystąpienie przerywały wiwaty, przez Upper West Side, gdzie Rooseveltowscy Żydzi przyjęli go jak swego zbawcę, aż po usytuowany na północy Harlem, gdzie spośród kilkuset Murzynów, którzy zebrali się na rogu Lenox Avenue i Sto Dwudziestej Piątej Ulicy, paru śmiało się głośno i paru klaskało, ale większość manifestowała pełen niechęci dystans, dając mówcy do zrozumienia, że aby pokonać ich antypatie, musiałby wstawić całkiem inną gadkę.

Trudno było ocenić, jaki wpływ wywarł Winchell tego dnia na ogół elektoratu. Według jego byłej gazety, Hearstowskiego „Daily Mirror”, nachalne próby pozyskania oddolnego poparcia dla zamierzonego na skalę ogólnokrajową planu wyrugowania Partii Republikańskiej z Kongresu były niczym więcej jak populistyczną sztuczką – łatwym do przewidzenia narcystycznym kuglarskim popisem bezrobotnego felietonisty brukowców, który nie może znieść usunięcia ze sceny – zwłaszcza że ani jeden demokratyczny kandydat do Kongresu z Manhattanu nie pojawił się w zasięgu głosu tuby Winchella. Jeśli nawet niektórzy z nich toczyli w tym samym czasie własną kampanię wyborczą, to trzymali się z dala od miejsc, w których Winchell uporczywie powtarzał swój wielki polityczny błąd, łącząc nazwisko Adolfa Hitlera z nazwiskiem amerykańskiego prezydenta, wciąż idealizowanego przez cały świat za heroiczne wyczyny, szanowanego nawet przez Führera i uwielbianego przez znaczną większość współobywateli jako narodowe bożyszcze, gwarant pokoju i dobrobytu. W krótkim, uszczypliwym artykule wstępnym, zatytułowanym Stara śpiewka, „New York Times” wyciągał jeden prosty wniosek z ostatnich „samochwalczych gierek” Winchella: „Do niczego nie ma Walter Winchell równie wielkiego talentu, jak do siebie samego”.

Winchell spędził po jednym dniu w czterech pozostałych dzielnicach miasta, a w następnym tygodniu przeniósł się do Connecticut. Chociaż wciąż brakowało demokratycznego kandydata, który zechciałby podłączyć swoją kampanię pod jego płomienną retorykę, nie zrażał się, tylko dalej ustawiał swoją skrzynkę po mydle przed bramami fabryk w Bridgeport oraz u wejścia do stoczni w New London, i w zsuniętym na tył głowy kapeluszu, z rozluźnionym krawatem, krzyczał do tłumów: „Faszyzm! Faszyzm!”. Z przemysłowego Connecticut na wybrzeżu udał się na północ, do robotniczych enklaw Providence, po czym z Rhode Island pojechał do fabrycznych miast południowo-wschodniego Massachusetts, by przemawiać do małych grupek słuchaczy na rogach ulic w Fali River, Brockton i Quincy, zawsze z tym samym ferworem, który zademonstrował w swoim pierwszym wystąpieniu na Times Square. Z Quincy udał się do Bostonu, gdzie planował spędzić trzy dni, podążając przez irlandzki Dorchester i Boston Południowy aż do włoskiej dzielnicy North End. Jednak już pierwszego popołudnia w Bostonie Południowym, na rojnym Perkins Square, kilkuosobowa grupka krzykliwych oponentów, którzy wyśmiewali go jako Żyda, odkąd opuścił rodzinny Nowy Jork – tracąc zarazem policyjną ochronę, gwarantowaną mu przez Fiorella La Guardię, anty lindberghowskiego burmistrza z Partii Republikańskiej – rozrosła się w wielką bandę, wymachującą własnej produkcji plakatami, przypominającymi transparenty i symbole zdobiące wiece Bundu w Madison Square Garden. Ledwie Winchell otworzył usta, aby przemówić, przedarł się do niego osobnik z płonącym krzyżem, gotów podpalić skrzynkę oratora, a potem oddano dwa strzały w powietrze – nie wiadomo, czy jako sygnał dla wichrzycieli, czy o-strzeżenie dla „żydojorskiego” wysłannika, czy może jako jedno i drugie. W pejzażu starego, ceglanego miasta, pełnego prywatnych sklepików, tramwajów, rozłożystych drzew i małych domków, zwieńczonych jeszcze wówczas, przed epoką telewizji, jedynie wieżycami kominów, w Bostonie, gdzie Wielkiemu Kryzysowi nigdy nie było końca, pomiędzy witrynami świętych przybytków każdej amerykańskiej głównej ulicy – lodziarni, fryzjera męskiego, apteki – nieopodal ciemnej, strzelistej sylwety kościoła Świętego Augustyna, uzbrojeni w pałki chuligani ruszyli tłumnie naprzód, wrzeszcząc: „Zabić go!” – i w ten to sposób, dwa tygodnie po inauguracji w pięciu nowojorskich dzielnicach, kampania Winchella, zgodnie z jego przewidywaniami, rozpętała się na dobre. Nareszcie zdołał Winchell obnażyć całą Lindberghowską farsę, ujawnić podłoże ujmującej łagodności prezydenta, z całą jego nagą brutalnością.

Chociaż policja bostońska nie uczyniła nic, aby powstrzymać awanturników – wóz policyjny zajechał na scenę zdarzeń dopiero w dobrą godzinę po wystrzałach – ekipa profesjonalnie uzbrojonych tajniaków, towarzyszących Winchellowi w całej podróży jako ochrona osobista, zdołała stłumić płomienie, atakujące już nogawkę jego spodni, wyrwać mówcę z pierwszej fali napastników po kilku pierwszych ciosach, przenieść go do zaparkowanego nieopodal samochodu i odwieźć do Szpitala Carneya na Telegraph Hill, gdzie opatrzono mu poranioną twarz i drobne oparzenia.

Pierwszym gościem, który odwiedził Winchella w szpitalu, nie był burmistrz Maurice Tobin, ani też jego pokonany rywal do fotela burmistrza, były gubernator James M. Curley (podobnie jak Tobin, demokrata ze stronnictwa FDR, niechętny Walterowi Winchellowi). Nie był nim też miejscowy kongresmen John W. McCormack, którego nieokrzesany brat, barman znany pod ksywką Knocko, rządził okolicą równie skutecznie, jak powszechnie lubiany reprezentant demokratów. Ku zdumieniu wszystkich, a zwłaszcza samego Winchella, pierwszy złożył mu wizytę dostojny republikanin z szacownego nowoangielskiego rodu, przez dwie kadencje gubernator Massachusetts, Leverett Saltonstall. Na wieść o hospitalizacji Winchella, gubernator Saltonstall opuścił swój gabinet w Urzędzie Stanowym, by osobiście złożyć poszkodowanemu wyrazy współczucia (mimo iż w duchu nie mógł dlań żywić nic oprócz pogardy) i obiecać wnikliwe dochodzenie w sprawie niewątpliwie ukartowanego zajścia, które tylko cudem nie zakończyło się tragicznie. Zapewnił też Winchella o ochronie stanowej policji – a w razie potrzeby również Gwardii Narodowej – na cały czas jego kampanii w Massachusetts. Przed opuszczeniem szpitala gubernator zadbał o to, aby przy drzwiach sali Winchella, parę kroków od jego łóżka, stanęli dwaj uzbrojeni żołnierze.

Gazeta „Boston Herald” zinterpretowała gest Saltonstalla jako manewr polityczny, obliczony na pozyskanie mu opinii odważnego, honorowego, sprawiedliwego konserwatysty, w pełni zasługującego na to, by w roku czterdziestym czwartym objąć fotel po demokratycznym wiceprezydencie Burtonie K. Wheelerze, który spisał się należycie w kampanii czterdziestego roku, ale był mówcą tak nieobliczalnym w słowach, że zdaniem wielu republikanów mógł tylko skompromitować prezydenta w walce o drugą kadencję. Na szpitalnej konferencji prasowej Winchell wystąpił przed fotoreporterami w szlafroku, z połową twarzy zasłoniętą opatrunkami i grubo obandażowaną lewą stopą. W pisemnym oświadczeniu (sformułowanym, jak przystało na ofiarę nagonki, w retoryce męża stanu, a nie, jak zwykle dotąd, zajadłego pieniacza), rozdanym dwudziestu paru reporterom radia i prasy, którzy wcisnęli się do jego sali, dziękował gubernatorowi Saltonstallowi, odrzucając jednocześnie propozycję ochrony. Oświadczenie zaczynało się następująco: „Dzień, w którym kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych zmuszony będzie otoczyć się falangą zbrojnej policji i Gwardii Narodowej, by bronić swego prawa do swobody wypowiedzi, będzie początkiem faszystowskiego barbarzyństwa w tym wspaniałym kraju. Nie mogę przyjąć do wiadomości, że nietolerancja religijna emanująca z Białego Domu tak dalece zdemoralizowała już przeciętnego obywatela, że zatracił on wszelki szacunek dla rodaka spod znaku innej wiary. Nie mogę przyjąć do wiadomości, że dzika nienawiść do mojej religii, jaka łączy Adolfa Hitlera i Charlesa A. Lindbergha, zdołała już podminować… ”

Od tego czasu antysemiccy agitatorzy napastowali Winchella, gdziekolwiek się pojawił, chociaż nie odnieśli już większych sukcesów w Bostonie, gdzie Saltonstall zignorował dumne oświadczenie Winchella i wysłał oddziały miejskie do pilnowania porządku, z nakazem, w razie konieczności, użycia siły i aresztowania najbardziej agresywnych demonstrantów, które to polecenie zostało wykonane, aczkolwiek niechętnie. Winchell tymczasem – podpierając się laską, gdyż poparzona stopa utrudniała mu chodzenie, z dolną szczęką i czołem wciąż w bandażach – dalej przyciągał wściekłe tłumy, skandujące „Won stąd, Żydzie!”, w każdej parafii, w której prezentował wiernym swoje stygmaty, od kościoła pod wezwaniem Bramy Niebios w Bostonie Południowym, po klasztor Świętego Gabriela w Brighton. Poza granicami Massachusetts, w znanych z bigoterii wspólnotach górnego stanu Nowy Jork, Pensylwanii i całego Środkowego Zachodu – gdzie wrogość wobec buńczucznego Winchella była nieuchronna – większość władz lokalnych nie podzielała niechęci Saltonstalla do publicznych zamieszek, toteż kandydat na prezydenta, mimo podwojenia kordonu chroniących go tajniaków, narażał się na obrażenia cielesne, ilekroć wstępował na swoją skrzynkę po mydle, by krytykować „faszystów w Białym Domu” i oskarżać prezydenta o „nienawiść religijną”, której skutkiem jest „rozprzestrzenianie się bezprecedensowego nazistowskiego barbarzyństwa na ulicach Ameryki”.

Do najgwałtowniejszych i najliczniejszych aktów agresji doszło w Detroit, środkowozachodniej twierdzy „Radiowego Kaznodziei”, ojca Coughlina, stojącego na czele żydożerców spod znaku Frontu Chrześcijańskiego, oraz populistycznego pastora zwanego „diakonem antysemitów”, wielebnego Geralda L. K. Smitha, który głosił, że „duch chrześcijański jest jedynym fundamentem prawdziwego amerykanizmu”. Detroit było też, jak wiadomo, siedzibą przemysłu samochodowego oraz leciwego sekretarza spraw wewnętrznych w rządzie Lindbergha, Henry’ego Forda, którego programowo antysemicka gazeta „Dearborn Independent”, wydawana w latach dwudziestych, poświęcona była „dochodzeniom w Kwestii Żydowskiej”; ich wyniki Ford podsumował ostatecznie w czterotomowej publikacji, liczącej łącznie blisko tysiąc stron, a zatytułowanej Międzynarodowe żydostwo – stwierdzał tam, że w procesie oczyszczania Ameryki „międzynarodowe żydostwo i jego satelici, będący świadomymi wrogami wszystkiego, co społeczność anglosaska uznaje za cywilizację, nie mogą liczyć na litość”.

Można było się spodziewać, że organizacje w rodzaju Amerykańskiej Unii Swobód Obywatelskich i wybitni liberalni dziennikarze, tacy jak John Gunther czy Dorothy Thompson, przyjmą z oburzeniem incydenty w Detroit i natychmiast dadzą temu wyraz na forum publicznym – ale i liczni obywatele z konwencjonalnych klas średnich, nawet jeśli uważali Winchella za postać odpychającą i byli zdania, że „sam się prosi o kłopoty”, reagowali zgrozą na sprawozdania naocznych świadków, donoszących o tym, jak zamieszki towarzyszące pierwszemu wystąpieniu Winchella w Hamtramck (dzielnicy mieszkalnej, zaludnionej głównie przez pracowników fabryk samochodowych i ich rodziny, a słynącej jako drugie w świecie, po Warszawie, największe skupisko Polaków) w podejrzanie szybkim tempie rozprzestrzeniły się na Dwunastą Ulicę, Linwood i Dexter Boulevard, gdzie mieszkało najwięcej Żydów. Napastnicy plądrowali żydowskie sklepy, tłukli szyby, bili Żydów przyłapanych na ulicy, podpalali nasączone naftą krzyże na trawnikach eleganckich rezydencji przy Chicago Boulevard, ale także przed skromnymi dwurodzinnymi domkami na Webb i Tuxedo, zamieszkanymi przez malarzy pokojowych, hydraulików, rzeźników, piekarzy, handlarzy starzyzną i sklepikarzy, a nawet na ciasnych podwórkach żydowskiej biedoty z Pingry i Euclid. Wczesnym popołudniem, tuż przed zakończeniem lekcji, wrzucono bombę zapalającą do hallu szkoły podstawowej Winterhaltera, gdzie połowę uczniów stanowili Żydzi. Druga taka bomba wybuchła w hallu Gimnazjum Centralnego, gdzie żydowskich uczniów było dziewięćdziesiąt pięć procent; trzecia – wrzucona przez okno – w Instytucie Szolem Alejchem, placówce kulturalnej, którą Coughlin, jak na ironię, nazywał komunistyczną, a czwarta w siedzibie Związku Robotników Żydowskich, również atakowanego przez Coughlina jako „komunistyczny”. Wytluczono szyby i uszkodzono mury blisko połowy z trzydziestu paru miejskich synagog, a jakby tego było mało, tuż przed rozpoczęciem wieczornych nabożeństw doszło do eksplozji na stopniach otaczanej szczególną czcią świątyni Shaarey Zedek przy Chicago Boulevard. Wybuch poważnie uszkodził unikatową ozdobę elewacji – dzieło architekta Alberta Kahna Moorisha – potrójne, masywne, łukowate odrzwia, które najwidoczniej drażniły miejscową klasę robotniczą swoim wybitnie nieamerykańskim stylem. Odłamki fasady raniły pięcioro przechodniów (żaden z poszkodowanych nie był Żydem), lecz poza tym więcej ofiar nie odnotowano.

Przed zapadnięciem zmroku kilkuset Żydów z trzydziestotysięcznej żydowskiej populacji miasta uciekło na drugą stronę rzeki Detroit, do Windsor w stanie Ontario, a w historii Ameryki zapisał się pierwszy wielki pogrom, jawnie wzorowany na „spontanicznych demonstracjach” przeciwko Żydom w Niemczech, znanych pod nazwą Kristallnacht - „Noc Tłuczonych Szyb”, którą naziści zaplanowali z całym okrucieństwem cztery lata wcześniej, a której ojciec Coughlin bronił w swoim czasie jako reakcji Niemców na „żydowską zarazę komunizmu”. „Kryształowa noc” w Detroit doczekała się podobnej obrony na łamach „Detroit Times”, gdzie nazwano ją niefortunnym, lecz nieuniknionym i w pełni zrozumiałym odzewem społeczeństwa na poczynania nieodpowiedzialnego awanturnika, określonego przez gazetę mianem „żydowskiego demagoga, który od samego początku świadomie prowokował gniew amerykańskich patriotów swoimi oszczerczymi kalumniami”.

W tydzień po wrześniowej napaści na Żydów w Detroit – do której nie ustosunkował się oficjalnie ani gubernator Michigan, ani burmistrz miasta – rozpoczęły się ataki na żydowskie domy, sklepy i synagogi w Cleveland, Cincinnati, Indianapolis i St. Louis, sprowokowane, zdaniem wrogów Winchella, przez jego nieodpowiedzialne wystąpienia w tych miastach po awanturze, którą rozpętał w Detroit. Sam Winchell – który w Indianapolis ledwo uniknął śmierci, gdy zrzucono na niego z dachu płytę chodnikową, trafiając w stojącego obok ochroniarza – tłumaczył zajścia „klimatem nienawiści” rozsiewanym z Białego Domu.

Naszą ulicę w Newark dzieliły setki mil od Dexeter Boulevard w Detroit, nikt z naszych znajomych nigdy nie był w Detroit, a do września czterdziestego drugiego roku cała wiedza chłopaków z sąsiedztwa o tym mieście sprowadzała się do informacji, że jedynym żydowskim członkiem tamtejszej drużyny baseballowej, czyli Tygrysów, jest fenomenalny pierwszy bazowy, Hank Greenberg. Za to po zamieszkach Winchellowskich nawet małe dzieci recytowały jak z nut nazwy dzielnic Detroit, w których doszło do aktów agresji. Papugując podsłuchane opinie rodziców, malcy kłócili się zajadle, czy Walter Winchell jest bohaterem, czy błaznem, ofiarą czy karierowiczem, i czy gra na korzyść Lindbergha, podsuwając gojom wygodny argument, że Żydzi sami sobie zgotowali marny los. Kłócili się, czy byłoby lepiej, gdyby Winchell, zanim sprowokował ogólnonarodowy pogrom, poddał się i pozwolił na przywrócenie „normalnych” stosunków między Żydami a resztą Amerykanów, czy też raczej, na dłuższą metę, postępuje słusznie, podnosząc alarm wśród skorych do ugody Żydów – i budząc sumienia chrześcijan – obnażaniem groźby antysemityzmu, pieniącego się w całej Ameryce. W drodze do szkoły, na boisku po lekcjach, na szkolnych korytarzach podczas przerw, widać było najinteligentniejsze dzieciaki, w wieku Sandy’ego, a nawet niewiele starsze ode mnie, dyskutujące zajadle o tym, czy peregrynacje Waltera Winchella ze skrzynką po mydle i jego demaskatorskie przemówienia o niemiecko-amerykańskich bundystach, o stronnictwie Coughlina, Ku-Klux-Klanie, Srebrnych Koszulach, ruchu Najpierw Ameryka, Czarnym Legionie i Amerykańskiej Partii Nazistowskiej, mające sprowokować te zorganizowane grupy antysemickie, wraz z tysiącami ich niewidocznych sojuszników, do jednoznacznego ujawnienia się – a zarazem do ujawnienia prawdy o prezydencie jako naczelniku i wodzu państwa, który jak dotąd nie zdobył się na ogłoszenie w kraju stanu wyjątkowego, nie mówiąc już o wysłaniu oddziałów federalnych dla zapobieżenia dalszym zamieszkom – działają na korzyść Żydów, czy na niekorzyść Żydów.

Po Detroit, Żydzi z Newark – około pięćdziesięciotysięczna grupa w mieście liczącym grubo ponad pół miliona mieszkańców – zaczęli przygotowywać się na ewentualność poważnych zamieszek na własnych ulicach, do których mogło dojść albo gdyby Winchell, kierując się z powrotem na wschód, złożył wizytę w New Jersey, albo przez samoczynne przenoszenie się niepokojów do miast, gdzie, tak jak w Newark, żydowskie enklawy sąsiadowały z wielkimi robotniczymi społecznościami Irlandczyków, Włochów, Niemców i Słowian, wśród których niemało było bigotów. Zakładano, że pronazistowska konspiracja, która tak skutecznie wznieciła zamieszki w Detroit, bez większego trudu przekształci tych ludzi w bezmyślną, niszczycielską masę.

Niemal z dnia na dzień rabin Joachim Prinz, przy współpracy pięciu innych szacownych Żydów z Newark – w tym Meyera Ellensteina – powołał miejscowy Żydowski Komitet Troski Obywatelskiej. Grupa ta szybko stała się modelem podobnych spontanicznie zakładanych żydowskich organizacji obywatelskich w innych dużych miastach. Celem ich działań było zapewnienie bezpieczeństwa ludności żydowskiej poprzez mobilizowanie lokalnych władz do sporządzenia planów działania na najgorszą ewentualność. Komitet miasta Newark zorganizował na początek zebranie w ratuszu – pod przewodnictwem burmistrza Murphy’ego, którego wybór na to stanowisko zakończył ośmioletnią kadencję Ellensteina – z udziałem szefa policji, komendanta straży pożarnej i dyrektora Wydziału Bezpieczeństwa Publicznego. Następnego dnia komitet spotkał się w siedzibie władz stanowych w Trenton z demokratycznym gubernatorem Charlesem Edisonem, nadinspektorem Policji Stanowej New Jersey oraz dowódcą naczelnym Gwardii Narodowej New Jersey. Obecny był też prokurator generalny Wilentz, osobisty znajomy sześciu członków komitetu, który, wedle oświadczenia rozesłanego przez komitet do redakcji stanowej prasy, zapewnił rabina Prinza, iż każdy sprawca ataku na Żydów z Newark sądzony będzie zgodnie z obowiązującym prawem. Komitet wysłał następnie telegram do rabina Bengelsdorfa, domagając się spotkania z nim w Waszyngtonie, lecz otrzymał odpowiedź, że ponieważ sprawa, w której występuje, ma wymiar lokalny, a nie federalny, należy ograniczyć działania, tak jak to czyniono dotychczas, do władz stanowych i miejskich.

Poplecznicy rabina Bengelsdorfa chwalili go bardzo za to, że nie mieszając się w brudną aferę Waltera Winchella, jednocześnie toczy poufne rozmowy w Białym Domu z panią Lindbergh, zabiegając o pomoc dla niewinnych Żydów w całym kraju, płacących tragiczną cenę za haniebne poczynania zdrajcy i prowokatora, cynicznie podjudzającego amerykańskich obywateli, którzy i bez sztucznie wzniecanej psychozy osaczenia uciekają się do zadawnionych, paraliżujących niepokojów. Zwolennicy Bengelsdorfa tworzyli wpływową klikę, wywodzącą się z wysoce zasymilowanych górnych warstw społeczności Żydów niemieckich. Wielu pochodziło z zamożnych rodzin i należało do pierwszej żydowskiej generacji uczęszczającej do elitarnych szkół średnich i college’ów Ivy League, gdzie, ponieważ byli tak nieliczni, kolegowali się z gojami, z którymi później angażowali się w działalność społeczną, polityczną lub gospodarczą i, przynajmniej z pozoru, byli przez nich czasem traktowani jak równi. Owi uprzywilejowani Żydzi nie dostrzegali niczego podejrzanego w opracowywanych przez agencję rabina Bengelsdorfa programach społecznych, mających ułatwić ich uboższym, gorzej wykształconym ziomkom harmonijne współżycie z amerykańskimi chrześcijanami. Niefortunne, ich zdaniem, było to, że tacy Żydzi jak my wciąż trzymają się razem w takich miastach jak Newark, ulegając ksenofobii zrodzonej z nieistniejących już przesłanek historycznych. Wysoki status ekonomiczny i zawodowy skłaniał ich ku opinii, że ludzie pozbawieni ich prestiżu odrzucani są przez ogół społeczeństwa bardziej z winy własnych klanowych inklinacji niż z powodu rzekomego upodobania chrześcijańskiej większości do wykluczania obcych, a lokalne skupiska etniczne, takie jak nasze, są nie tyle skutkiem dyskryminacji, ile jej wylęgarnią. Przyznawali, oczywiście, że istnieją w Ameryce enklawy zacofania, owładnięte obsesją zjadliwego antysemityzmu, lecz traktowali to jako kolejny argument na poparcie starań dyrektora OAA o zdopingowanie Żydów poszkodowanych życiem w warunkach segregacji do tego, by przynajmniej swoim dzieciom pozwolili włączyć się w główny nurt amerykańskiego społeczeństwa i udowodnić, że w niczym nie przypominają karykatury Żyda propagowanej przez naszych wrogów. Niechęć tych bogatych, światowych, pewnych siebie Żydów do Winchella, który sam robił z siebie karykaturę, brała się głównie stąd, że Winchell z rozmysłem prowokował nienawiść, którą oni, we własnym mniemaniu, uśmierzyli swoim przykładnym zachowaniem wobec chrześcijańskich kolegów i przyjaciół.

Obok rabina Prinza i eks-burmistrza Ellensteina do sześcioosobowego komitetu miasta Newark należeli: Jenny Danzis, starsza już działaczka społeczna – i żona najlepszego chirurga ze szpitala Beth Israel – której wielkim osiągnięciem było wprowadzenie do systemu szkolnego Newark programów amerykanizacji dzieci imigranckich; Moses Plaut, dyrektor domu towarowego, syn założyciela firmy S. Plaut & Co. i dziesięciokrotny prezes Stowarzyszenia Broad Street; Michael Stavitsky, potentat w branży nieruchomości i były prezes Konferencji Żydowskich Organizacji Charytatywnych Newark, oraz naczelny ordynator szpitala Beth Israel, doktor Eugene Parsonette. Nikogo nie zdziwiło, że do tak szacownego grona nie zaproszono głównego mafiosa Newark, Longy’ego Zwillmana, chociaż był to osobnik zamożny, wielce wpływowy i nie mniej od rabina Prinza zatroskany zagrożeniem ze strony antysemitów, którzy pod pretekstem odpowiedzi na prowokacje Waltera Winchella przystąpili do działań noszących, zdaniem wielu, wszelkie znamiona pierwszej fazy rozwiązywania proklamowanej przez Henry’ego Forda „kwestii żydowskiej”.

Longy na własną rękę – niezależnie od licznych organów władz cywilnych, które obiecały rabinowi Prinzowi pełną współpracę – zadbał o to, żeby Żydzi nie pozostali bez obrony, w razie gdyby gliniarze z Newark i oddziałów stanowych New Jersey zareagowali na zamieszki równie niemrawo jak ich koledzy z Bostonu i Detroit. Bullet Apfelbaum – starszy brat Niggy’ego Apfelbauma – bliski współpracownik Longy’ego, znany w mieście jako jego główny egzekutor haraczy, wyznaczony został do wsparcia szlachetnej akcji Żydowskiego Komitetu Troski Obywatelskiej przez rekrutację rozproszonych po okolicy, niesfornych żydowskich wyrostków, którzy nie pokończyli gimnazjum, i wyszkolenie ich w kadrę zmobilizowanego naprędce ochotniczego korpusu pod nazwą Tymczasowej Policji Żydowskiej. Chłopakom tym obce były ideały, które nam wpajano od małego – już w piątej klasie podstawówki manifestowali pogardę dla prawa, nadmuchując kondomy w szkolnej ubikacji, wszczynając bójki w autobusie numer czternaście i lejąc się do krwi na betonowym chodniku przed kinem. To z nimi w latach szkolnych rodzice zabraniali synom się zadawać – a teraz mieli oni po dwadzieścia parę lat, notorycznie okupowali automaty do gry i bilard, a w przerwach zmywali gary w okolicznych knajpkach. Większości z nas znani byli (jeśli w ogóle) tylko z magicznie brzmiących nazwisk z ksywkami: Leo „Lew” Nusbaum, Piącha Kimmelman, Duży Gerry Schwartz, Cichy Breitbart, Diuk „Dukała” Glick – no i z dwucyfrowych wyników IQ.

A teraz ta sama chuliganeria wystawała na co drugim rogu ulicy, wprawnie popluwając przez zęby do rynsztoka i porozumiewając się sygnałami wygwizdywanymi na wetkniętych głęboko w usta palcach. Oto oni – chamscy, prymitywni, ograniczeni umysłowo żydowscy dewianci – przechadzali się po ulicach niczym marynarze na przepustce szukający zaczepki. Oto oni – garstka bezmózgowców, których nauczono nas traktować z litością i lękiem, osiłki jak z epoki kamiennej, zadziorne kurduple i złowrogo prężący muskuły ciężarowcy – zatrzymywali na Chancellor Avenue takie dzieciaki jak ja, przykazując nam trzymać pod ręką kije baseballowe, na wypadek wezwania w środku nocy na ulicę, i chodzili wieczorami do domu kultury, w niedziele na stadiony, a w dni robocze do sklepów, wypatrując sprawnych fizycznie mężczyzn, po trzech z każdego odcinka ulicy między przecznicami, aby z nich stworzyć oddział, na który w razie potrzeby będą mogli liczyć. Ci obwiesie uosabiali wszystko, co barbarzyńskie i godne pogardy – wszystko to, co nasi rodzice, jak im się zdawało, zostawili za sobą raz na zawsze, razem z nędznym dzieciństwem w slumsach Trzeciego Kwartału – a tymczasem demony przeszłości powstały w charakterze naszych aniołów stróżów, każdy z załadowanym rewolwerem, wypożyczonym z kolekcji Bulleta Apfelbauma, który słynął powszechnie z tego, że przez całe życie lojalnie terroryzował ludzi w imieniu Longy’ego, zastraszając ich, bijąc, torturując, a nawet – chociaż, wzorem szefa, który przerastał go o głowę, a ważył dobre trzydzieści funtów mniej, nie pokazywał się nigdy inaczej niż w trzyczęściowym garniturze, z nienagannie poskładaną i dobraną pod kolor krawata chusteczką w kieszonce i w drogim kapeluszu borsalino, fantazyjnie przekrzywionym na bakier nad niełaskawym obliczem bezwzględnie surowego sędziego ludzkiej natury – pozbawiał ich żywota, jeśli taka była wola szefa.

Śmierć Waltera Winchella zasłużyła na bezzwłoczną reakcję mediów w całym kraju nie tylko dlatego, że jego nieortodoksyjna kampania sprowokowała najpoważniejsze od początku stulecia antysemickie zamieszki poza obszarem nazistowskich Niemiec, ale także dlatego, że zamordowanie kandydata na prezydenta było w Ameryce zdarzeniem bezprecedensowym. Owszem, prezydenci Lincoln i Garfield zginęli od kul zamachowców w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, na początku wieku dwudziestego ich los podzielił McKinley, a w roku trzydziestym trzecim FDR ocalał z zamachu, w którym życie stracił jego demokratyczny zwolennik Cer-mak, burmistrz Chicago, jednak dopiero dwadzieścia sześć lat po zgładzeniu Winchella ofiarą zamachowca stał się drugi kandydat na prezydenta – demokratyczny senator z Nowego Jorku, Robert Kennedy, trafiony śmiertelnie strzałem w głowę po zwycięstwie w prawyborach kalifornijskich, we wtorek, czwartego lipca sześćdziesiątego ósmego roku.

W poniedziałek, piątego października roku czterdziestego drugiego, byłem sam w domu po szkole i siedziałem w stołowym pokoju, słuchając przez radio końcówki piątego meczu Światowych Mistrzostw Cardinals kontra Yankees, gdy nagle, w kulminacyjnym punkcie dziewiątej rundy, gdy Cardinalsi mieli wybijać przy remisie dwa do dwóch – i objąć prowadzenie w serii stosunkiem meczów trzy do jednego – relację przerwał nagle głos spikera z nienaganną dykcją i lekkim angielskim akcentem, tak cenionym we wczesnej dobie radia:

– Przerywamy program dla podania ważnej wiadomości. Kandydat na prezydenta Walter Winchell został śmiertelnie postrzelony. Powtarzam: Walter Winchell nie żyje. Padł ofiarą zamachu w Louisville, Kentucky, przemawiając na wiecu politycznym pod gołym niebem. To chwilowo wszystkie informacje dotyczące dokonanego w Louisville zamachu na prezydenckiego kandydata z ramienia demokratów, Waltera Winchella. Powracamy do nadawania programu.

Dochodziła piąta po południu. Ojciec pojechał właśnie na rynek furgonetką stryja Monty’ego, mama wyszła po zakupy na Chancellor Avenue, a mój brat, któremu tylko jedno było w głowie, szukał pewnie zacisznego kątka, gdzie mógłby dobrać się do biustu kolejnej panienki. Usłyszałem krzyki z ulicy, potem rozpaczliwy wrzask z pobliskiego domu, ale radio z powrotem nadawało mecz, a napięcie było niesamowite: miotacz Red Ruffing podał do nowego trzeciego bazowego Cardinalsów, Whiteya Kurowskiego, łapacz Cardinalsów Walker Cooper na pierwszej bazie trafił celnie po raz szósty w pięciu meczach, a tylko tego zwycięstwa trzeba było Cardinalsom dla zdobycia tytułu mistrza. Rizzuto zyskał punkt dla Yankees, zawodnik o krwiożerczym nazwisku Enos Slaughter (Rzeź) zyskał punkt dla Cardinalsów, i – jak lubią przechwalać się egzaltowani mali kibice – już „wiedziałem”, zanim Ruffing wystrzelił pierwszą piłkę, że Kurowski po raz drugi obiegnie bazy, zapewniając Cardinalsom czwarte niekwestionowane zwycięstwo po porażce z pierwszego dnia rozgrywek. Ledwie mogłem się doczekać, aż wybiegnę na ulicę z krzykiem: „Wiedziałem! Przepowiedziałem! Kurowski musiał wygrać!”. Ale gdy Kurowski dobiegł do bazy i mecz się skończył, gdy wypadłem z domu i pognałem boczną alejką w stronę ulicy, ujrzałem nagle dwóch członków żydowskiej policji – Dużego Gerry’ego i Diuka Glicka – którzy pędzili z jednej strony jezdni na drugą, łomotali do wszystkich drzwi i wykrzykiwali w czeluście korytarzy: „Zastrzelili Winchella! Winchell zabity!”.

Tymczasem z domów wybiegały inne dzieciaki, rozemocjonowane wynikiem mistrzowskich rozgrywek. Ledwie jednak dopadały ulicy, wykrzykując nazwisko Kurowskiego, Duży Gerry zawracał je komendą: „Lećcie po bejsbole! Zaczęła się wojna!”. I nie miał na myśli wojny z Niemcami.

Zanim nastał wieczór, nie było na naszej ulicy ani jednej żydowskiej rodziny, która nie zabarykadowałaby się za podwójnie zaryglowanymi drzwiami, przy włączonych non stop odbiornikach, żeby nie przegapić najświeższych wiadomości. Wszyscy wydzwaniali do wszystkich z informacją, że Winchell nie powiedział w Louisville niczego, co mogło sprowokować tłum, a nawet przeciwnie, zaczął wystąpienie odwołaniem do godności obywatelskiej – „Szanowni państwo Louisville w stanie Kentucky, dumni obywatele niezwykłego amerykańskiego miasta, w którym odbywają się największe w świecie wyścigi konne i w którym urodził się pierwszy żydowski sędzia Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych… ” – a mimo to, zanim zdążył wymówić nazwisko Louisa D. Brandeisa, padł, rażony trzema kulami w tył głowy. Drugie doniesienie radiowe, nadane parę minut po pierwszym, precyzowało miejsce zamachu: tuż obok jednego z najelegantszych w całym Kentucky budynków w stylu greckiego odrodzenia, gmachu Sądu Okręgowego im. Jeffersona, z imponującym pomnikiem Thomasa Jeffersona zwróconym twarzą ku ulicy i szerokimi schodami, zwieńczonymi dostojną kolumnadą portyku. Zabójcze strzały padły prawdopodobnie z któregoś z dużych, ascetycznie prostych i pięknych w proporcjach fasadowych okien gmachu sądu.

Moja matka rozpoczęła serię telefonów zaraz po powrocie z zakupów. Czekałem na nią tuż przy drzwiach, żeby natychmiast przekazać jej wieść o Walterze Winchellu, ale okazało się, że pierwsze skąpe informacje już do niej dotarły: po pierwsze, do rzeźnika, który właśnie pakował mięso dla mojej matki, zadzwoniła żona, żeby mu przekazać radiowy komunikat, a po wtóre, na ulicy panował już straszny rejwach i wszyscy na gwałt spieszyli do domów. Nie mogąc skontaktować się z ojcem, który nie dojechał jeszcze na targ, matka zaczęła się, naturalnie, martwić o mojego brata – Sandy znów igrał z ogniem i pewnie zamierzał, jak zwykle, wpaść na górę tylnymi schodami w ostatniej chwili przed kolacją, myjąc po drodze ręce z całodziennego brudu i ścierając szminkę z twarzy. Fatalnie się złożyło, że właśnie w tej chwili ojciec i brat byli poza domem, w dodatku nie wiadomo gdzie, ale matka, nie rozpakowując nawet zakupów ani nie zdradzając paniki, poleciła mi:

– Przynieś mapę. Przynieś mi swoją mapę Ameryki.

Duża składana mapa kontynentu Ameryki Północnej dołączona była w wewnętrznej kieszonce okładki do pierwszego tomu encyklopedii, którą kupiliśmy od domokrążnego sprzedawcy w roku, gdy rozpoczynałem szkołę. Pobiegłem do loggii, gdzie między dwiema mosiężnymi podpórkami z popiersiem Jerzego Waszyngtona, zakupionymi przez ojca w Mount Vernon, mieściła się cała nasza biblioteka: sześć tomów encyklopedii, Konstytucja Stanów Zjednoczonych w skórzanej oprawie (prezent od firmy Metropolitan Life) i wielki słownik Webstera, ofiarowany Sandy’emu na dziesiąte urodziny przez ciotkę Evelyn. Rozłożyłem mapę na przykrytym ceratą kuchennym stole, po czym matka – używając szkła powiększającego, które dostałem od rodziców na siódme urodziny, wraz z nieodżałowanym klaserem – wytropiła w północnej części środkowego obszaru Kentucky maleńki punkcik oznaczający miasto Danville.

Chwilę później staliśmy już oboje w przedpokoju, przy stoliku z telefonem, nad którym wisiała kolejna zdobyta przez ojca nagroda za sprzedaż polis ubezpieczeniowych: oprawny w ramki miedzioryt oryginalnego tekstu Deklaracji niepodległości. Lokalna sieć telefoniczna w hrabstwie Essex istniała wówczas zaledwie od dziesięciu lat, co najmniej jedna trzecia mieszkańców Newark nie miała w domach telefonów – a większość z tych, którzy je mieli, na przykład my, podłączona była do linii towarzyskiej – toteż rozmowy zamiejscowe wciąż zaliczały się do kategorii cudów, nie tylko dlatego, że rodziny o naszych dochodach nie miały zwyczaju ich prowadzić, ale także – a właściwie głównie – dlatego, że żadne, nawet najbardziej przystępne, techniczne wyjaśnienie ich mechanizmu nie rozwiewało do końca otaczającej je aury magii.

Matka przemawiała do telefonistki z wielką precyzją, żeby przypadkiem nie zaszło jakieś nieporozumienie i nie policzono jej za dużo:

– Halo, centrala? Chcę zamówić prywatną rozmowę międzymiastową. Z Danville, Kentucky. Numer prywatny pani Selmy Wishnow. I proszę mi powiedzieć, kiedy upłyną trzy minuty, proszę nie zapomnieć.

Nastąpiła długa pauza, podczas której telefonistka wyszukiwała numer w spisie abonentów. Gdy w końcu rozległ się sygnał połączenia, matka dała mi znak, żebym też przysunął ucho do słuchawki, ale się nie odzywał.

– Halo! – głos Seldona brzmi entuzjastycznie. Telefonistka: – Tu centrala międzymiastowa. Łączę rozmowę prywatną dla pani Selmy Wistful.

– Ehem…

– Pani Wistful?

– Halo? Mamy chwilowo nie ma w domu. Telefonistka: – Łączę rozmowę dla pani Selmy Wistful…

– Wishnow! – nie wytrzymuje moja matka. – Wishnow!

– Kto mówi? – pyta Seldon. – Kto dzwoni? Telefonistka: – Czy twoja mama jest w domu, malutka?

– Jestem chłopcem – odpowiada Seldon. Urażony. Jeszcze jeden cios. Wciąż to samo. Bo, niestety, Seldon ma głos dziewczynki, zawsze mówił tak cienko, nawet kiedy mieszkał pod nami. – Moja mama jeszcze nie wróciła z pracy.

Telefonistka: – Pani Wishnow nie ma w domu, proszę pani. Matka spogląda na mnie i pyta:

– Co się mogło stać? Chłopiec jest sam. Gdzie ona się podziewa? Mały siedzi w domu sam jak palec. Centrala? Porozmawiam z osobą, która odebrała.

– Proszę pana uprzejmie.

– Kto mówi? – pyta Seldon.

– Seldon? Tu pani Roth. Z Newark.

– Pani Roth?

– Tak. Dzwonię przez centralę międzymiastową, chciałam rozmawiać z twoją mamą.

– Z Newark?

– Chyba mnie poznajesz.

– Ale słyszę panią, jakby dzwoniła pani z drugiego końca ulicy.

– Nie dzwonię z drugiego końca ulicy. To jest rozmowa międzymiastowa. Seldon, gdzie twoja mama?

– Właśnie wziąłem sobie coś do jedzenia. Czekam, aż mama wróci z pracy. Jem ciasteczka Fig Newtons. I popijam mlekiem.

– Seldon…

– Czekam, aż mama wróci z pracy. Pracuje do późna. Codziennie pracuje do późna. A ja siedzę w domu. Czasem biorę sobie coś do jedzenia…

– Seldon, przestań. Ucisz się na chwilę.

– A jak mama wraca, robi kolację. Tylko że zawsze wraca bardzo późno.

Matka odwraca się do mnie i chce mi przekazać słuchawkę.

– Porozmawiaj z nim. On w ogóle nie słucha, co ja mówię.

– O czym mam z nim rozmawiać? – bronię się, odsuwając się od telefonu.

– A jest Philip? – pyta Seldon.

– Poczekaj chwilkę, Seldon – mówi moja matka.

– Jest Philip? – powtarza Seldon.

– Proszę cię, weź słuchawkę – mówi do mnie matka.

– Ale co ja mam mu powiedzieć?

– Wszystko jedno, cokolwiek – odpowiada matka, wciskając mi do jednej ręki słuchawkę, a do drugiej mikrofon.

– Halo, Seldon? – odzywam się.

Seldon ostrożnie, jakby z niedowierzaniem, odpowiada:

– Philip?

– Tak. Cześć, Seldon.

– Wiesz co? Nie mam żadnych kolegów w szkole.

– Chcieliśmy porozmawiać z twoją mamą – mówię mu.

– Moja mama jest w pracy. Pracuje codziennie do późna. Wziąłem sobie coś do jedzenia. Jem ciasteczka Fig Newtons i popijam mlekiem. Za tydzień są moje urodziny i mama powiedziała, że mogę urządzić przyjęcie…

– Seldon, zaczekaj chwilkę.

– Ale ja nie mam żadnych kolegów.

– Seldon, muszę spytać o coś moją mamę. Poczekaj. – Zakrywam dłonią mikrofon i pytam szeptem: – Co ja mu teraz mam powiedzieć?

– Spytaj go, czy wie, co się dzisiaj zdarzyło w Louisville – odpowiada szeptem matka.

– Seldon, moja mama pyta, czy wiesz, co się dzisiaj zdarzyło w Louisville.

– Ja mieszkam w Danville. Mieszkam w Danville, Kentucky. Czekam, aż moja mama wróci z pracy. Wziąłem sobie coś do jedzenia. A coś się wydarzyło w Louisville?

– Chwileczkę, Seldon. – Znowu szeptem zwracam się do matki: – Co teraz?

– Po prostu mów do niego. Nie przestawaj. A kiedy centrala powie, że minęły trzy minuty, daj mi znać.

– Po co dzwonisz? – pyta Seldon. – Przyjedziesz mnie odwiedzić?

– Nie.

– Pamiętasz, jak uratowałem ci życie?

– Tak. Pamiętam.

– Hej, a która u was teraz jest godzina? Dzwonisz z Newark? Z Summit Avenue?

– Już ci mówiliśmy, że tak.

– Świetnie słychać, no nie? Jakby się było na drugim końcu ulicy. Szkoda, że nie możesz do mnie przyjechać, zjedlibyśmy coś razem i mógłbyś zostać do przyszłego tygodnia, na moje przyjęcie urodzinowe. Nie mam kogo zaprosić na przyjęcie urodzinowe. Nie mam z kim grać w szachy. Właśnie siedzę i ćwiczę otwarcie. Pamiętasz moje otwarcie? Wystawiam piona sprzed króla. Pamiętasz, jak cię uczyłem? Wystawiam piona sprzed króla, pamiętasz? Potem wystawiam gońca, potem skoczka, potem drugiego skoczka… a pamiętasz ten ruch, kiedy między królem a wieżą nic nie stoi? Kiedy przesuwam króla o dwa pola, żeby go osłonić?

– Seldon…

– Powiedz mu, że za nim tęsknisz – podpowiada mi szeptem matka.

– Mamo!

– Powiedz mu to, Philip.

– Tęsknię za tobą, Seldon.

– No to może wpadniesz coś przekąsić? Bo słowo daję… naprawdę nie dzwonisz z drugiego końca ulicy?

– Nie, to jest rozmowa międzymiastowa.

– A która u was godzina?

– Teraz jest… mniej więcej za dziesięć szósta.

– Tu też jest za dziesięć szósta. Moja mama powinna być w domu od piątej. Najpóźniej od wpół do szóstej. Raz wróciła o dziewiątej wieczorem.

– Seldon, wiesz, że zabili Waltera Winchella? – pytam.

– A kto to taki?

– Daj mi skończyć. Walter Winchell został zabity w Louisville, Kentucky. W twoim stanie. Dzisiaj.

– Przykro mi. A co to za jeden?

Telefonistka: – Minęły trzy minuty, proszę pana.

– To twój wujek? – pyta Seldon. – Ten wujek, co przyjechał kiedyś do ciebie w odwiedziny? Jego zabili?

– Nie, nie – odpowiadam, uświadamiając sobie, że Seldon, który siedzi w tej chwili sam gdzieś w Kentucky, bredzi tak, jakby to jego koń kopnął w głowę. Mówi jak otępiały. Otumaniony. Odmóżdżony. A był najlepszym uczniem w naszej klasie.

Matka przejmuje telefon.

– Seldon, tu pani Roth. Chciałabym, żebyś coś zapisał.

– Dobra. Tylko muszę znaleźć kartkę. I ołówek. Czekamy. Czekamy.

– Seldon? – mówi matka. Czekamy dalej.

– Dobra, mam – odzywa się Seldon.

– Seldon, zapisz to, co ci podyktuję. Ta rozmowa kosztuje już w tej chwili mnóstwo pieniędzy.

– Przepraszam, pani Roth, ale nigdzie nie mogłem znaleźć ołówka. Siedziałem w kuchni. Wziąłem sobie coś do jedzenia.

– Seldon, zapisz, że pani Roth…

– Okej.

– …dzwoniła z Newark.

– Z Newark. Kurczę. Chciałbym być z powrotem w Newark i mieszkać pod wami. W końcu uratowałem Philipowi życie.

– Pani Roth dzwoniła z Newark, żeby sprawdzić.

– Momencik. Jeszcze nie zapisałem.

– … czy wszystko jest w porządku.

– A coś ma być nie w porządku? Philip chyba jest w porządku. I pani też. A pan Roth? Też w porządku?

– Tak, dziękuję ci za troskę, Seldon. Powiedz mamie, że tylko po to dzwoniłam. U nas nie ma się czym martwić.

– To znaczy, że ja powinienem się czymś martwić?

– Nie, Seldon. Kończ spokojnie swoje jedzenie. Smacznego.

– Już się najadłem tych Fig Newtons, ale i tak dziękuję.

– Do widzenia, Seldon.

– Ale ja lubię Fig Newtons.

– Do widzenia, Seldon.

– Pani Roth?

– Tak?

– Czy Philip przyjedzie mnie odwiedzić? W przyszłym tygodniu są moje urodziny, a nie mam kogo zaprosić na przyjęcie. Nie mam w Danville żadnych kolegów. Chłopaki tutaj przezywają mnie Śledziu. Muszę grać w szachy z dzieciakiem, który ma sześć lat. Mieszka w sąsiednim domu. Tylko z nim mogę grać. Z nikim więcej. Nauczyłem go. Czasami wykonuje niedozwolone ruchy. Albo przesuwa królową i muszę mu mówić, żeby cofnął. Za każdym razem wygrywam, ale co to za przyjemność. Tylko że nikt inny nie chce ze mną grać.

– Seldon, wszystkim jest ciężko. Przyszły takie czasy, że wszystkim jest ciężko. Do widzenia, Seldon.

Matka odwiesiła słuchawkę na haczyk i rozpłakała się.

Zaledwie parę dni wcześniej, pierwszego października, do dwóch mieszkań zwolnionych we wrześniu przez „osadników 1942” – tego pod nami i tego po drugiej stronie ulicy, trzy domy dalej – wprowadziły się włoskie rodziny z Trzeciego Kwartału. Nowe kwatery zostały im przydzielone odgórnie, na mocy rozporządzenia rządowego, a na osłodę udzielono im piętnastoprocentowej obniżki czynszu (odliczając sześć dolarów trzydzieści siedem centów z czterdziestu dwóch i pół dolara miesięcznie) na okres pięciu lat – sumę tę spłacać miał właścicielowi domu Departament Spraw Wewnętrznych przez trzy lata objęte wstępną umową wynajmu oraz pierwsze dwa lata po przedłużeniu umowy na następny trzyletni termin. System ten zatwierdzony został w niepublikowanej wcześniej części ustawy przesiedleńczej – „Projekcie Dobry Sąsiad”, przewidującym wprowadzanie coraz większej liczby nieżydowskich mieszkańców do sektorów zasiedlonych głównie przez Żydów, co miało zaowocować „wzbogaceniem amerykańskości” wszystkich zainteresowanych. W domu jednak, a czasami nawet od nauczycieli w szkole, słyszeliśmy coś zgoła innego: że ukrytym celem Projektu Dobry Sąsiad, tak jak i Zwykłych Ludzi, jest osłabienie solidarności w społecznościach żydowskich i marginalizacja wpływu żydowskiego elektoratu na wyniki wyborów do władz lokalnych i Kongresu. Gdyby wysiedlanie żydowskich rodzin i zastępowanie ich rodzinami gojów przebiegło zgodnie z planem, chrześcijańska większość już na wstępie drugiej kadencji Lindbergha zdominowałaby co najmniej połowę z dwudziestu miejscowości najgęściej zaludnionych przez Żydów, co oznaczałoby bliskie rozwiązanie Amerykańskiej Kwestii Żydowskiej, taką czy inną metodą.

Rodzina, której przydzielono mieszkanie pod nami – matka, ojciec, syn i babka – nosiła nazwisko Cucuzza. Ponieważ mój ojciec przez wiele lat działał jako agent ubezpieczeniowy w Pierwszym Kwartale, gdzie klientami, od których pobierał drobne miesięczne składki, byli głównie Włosi, znał już naszych nowych współlokatorów – dlatego wracając z pracy rankiem w dniu, w którym pan Cucuzza, stróż nocny, przywiózł ciężarówką rodzinny dobytek z pozbawionego ciepłej wody mieszkania w domu komunalnym w bocznej uliczce nieopodal Cmentarza Świętego Grobowca, ojciec zajrzał najpierw na dół, żeby sprawdzić, czy pomimo braku marynarki i krawata i pomimo brudnych rąk leciwa babcia rozpozna w nim agenta ubezpieczeniowego, który sprzedał jej mężowi polisę, a tym samym zapewnił rodzinie środki na pochowanie staruszka.

„Tamci” Cucuzza (krewni „naszych” Cucuzza, którzy z takiego samego mieszkania bez ciepłej wody w Pierwszym Kwartale przenieśli się do lokalu o trzy domy od nas) stanowili znacznie liczniejszą rodzinę – trzech synów, córka, rodzice i dziadek – byli więc potencjalnie bardziej hałaśliwymi i uciążliwymi współlokatorami. Poprzez dziadka i ojca łączyły ich koligacje z Ritchiem „Buciorem” Boiardo – gangsterem rządzącym włoską częścią Newark i jedynym poważnym konkurentem Longy’ego do monopolu na podziemny światek. Rozumie się samo przez się, że ojciec rodziny, Tommy, należał do rzeszy szeregowych członków gangu i, tak jak jego ojciec przed odejściem na emeryturę, dla pozoru kelnerował w popularnej restauracji Boiardo, Vittorio Castle, głównie jednak zajmował się ściąganiem haraczy po knajpach, fryzjerniach i burdelach, nie omijając też szkolnych boisk i sklepików ze słodyczami Trzeciego Kwartału, gdzie inkasował kieszonkowe od Murzynów grających tam codziennie w numerki. Pomijając kwestię religii, „tamci” Cucuzza z pewnością nie byli sąsiadami, których życzyliby sobie moi rodzice w pobliżu swych podatnych na wpływy synków, więc ojciec przy niedzielnych śniadaniach podnosił nas na duchu zapewnieniami, że byłoby o wiele gorzej, gdyby na parter przydzielono nam poborcę haraczy i jego trzech synalków, zamiast nocnego stróża z jedenastoletnim jedynakiem Joeyem, zapisanym niedawno do szkoły Świętego Piotra, gdyż ten poczciwy, zdaniem ojca, chłopczyna z wadą słuchu nie miał nic wspólnego ze swoimi nieokrzesanymi kuzynami. W Pierwszym Kwartale cała czwórka pociech Tommy’ego Cucuzzy uczęszczała do miejscowej szkoły publicznej, lecz po przeprowadzce zapisano ich razem z Joeyem do Świętego Piotra, a nie do naszej szkoły publicznej, pełnej inteligentnych małych Żydów.

Ponieważ ojciec przerwał pracę w parę zaledwie godzin po zamachu na Winchella i, mimo gwałtownych protestów stryja Monty’ego, przyjechał do domu, by resztę niespokojnego wieczoru spędzić z żoną i dziećmi, siedzieliśmy całą czwórką przy kuchennym stole, czekając na najświeższe wiadomości radiowe, gdy pan Cucuzza z Joeyem przyszli z dołu tylnymi schodami, by złożyć nam wizytę. Zapukali do drzwi i musieli odczekać na podeście, aż ojciec upewni się, kto to się do nas dobija.

Pan Cucuzza był potężnym, łysym mężczyzną – sześć i pół stopy wzrostu, ponad dwieście pięćdziesiąt funtów wagi – ubranym w służbowy mundur nocnego stróża: granatową koszulę, świeżo odprasowane granatowe spodnie i szeroki czarny pas, podtrzymujący nie tylko dolną część garderoby, ale i dobre kilka funtów najosobliwszej kolekcji akcesoriów, jaką zdarzyło mi się widzieć na wyciągnięcie ręki. Były tam dwa pęki kluczy wielkości ręcznych granatów, zwisające przy bocznych kieszeniach spodni, autentyczne kajdanki i specjalny zegar w skórzanym futerale, przypiętym do wypolerowanej klamry pasa. W pierwszej chwili wziąłem ten zegar za bombę – za to bezbłędnie rozpoznałem pistolet w kaburze za pasem. Z tylnej kieszeni spodni sterczała, lampą do góry, długa latarka, mogąca w razie potrzeby służyć do ogłuszenia napastnika, a jeden rękaw wykrochmalonej koszuli zdobiła trójkątna biała naszywka z niebieskim napisem: „Ochrona”.

Joey też był duży – starszy ode mnie raptem o dwa lata, ważył pewnie ze dwa razy tyle co ja – i nosił ekwipunek nie mniej dla mnie intrygujący od akcesoriów jego ojca. W prawym uchu miał coś, co przypominało przeżutą gumę balonową – był to aparat słuchowy, podłączony cienkim kabelkiem do okrągłej czarnej kasetki z tarczą pomiarową, przypiętej klipsem do kieszonki koszuli; drugi kabel łączył urządzenie z baterią wielkości dużej zapalniczki, schowaną w kieszeni spodni. A w rękach dzierżył Joey ciasto – podarunek jego matki dla mojej matki.

Joey przyniósł w prezencie ciasto, a pan Cucuzza pistolet. Miał dwa – jeden nosił do pracy, a drugi trzymał w domu. Przyszedł ofiarować ojcu zapasową broń.

– To miło z pana strony – powiedział ojciec – ale ja naprawdę nie umiem strzelać.

– Pociągasz pan za spust. – Pan Cucuzza miał zaskakująco cichy głos jak na tak wielką postać, chociaż nieco chropawy, jakby za dużo czasu spędzał na powietrzu w roli nocnego stróża. A mówił z tak przezabawnym akcentem, że naśladowałem go czasami, gdy nikt nie słyszał. Ileż to razy pękałem ze śmiechu, powtarzając głośno: „Pociągasz pan za spust”! Z wyjątkiem urodzonej w Ameryce matki Joey'a, wszyscy „nasi” Cucuzza mieli dziwne głosy: najstarsza z nich, wąsata babcia, mówiła jeszcze dziwniej od Joeya, który wydawał z siebie jakieś osobliwie płaskie echo głosu. Babcia Cucuzza miała najdziwniejszy głos nie tylko dlatego, że mówiła wyłącznie po włosku, czy to do osób postronnych (ze mną włącznie), czy sama do siebie, zamiatając tylne schody, sadząc na klęczkach warzywa w miniaturowym przydomowym ogródku albo po prostu stojąc w ciemnej sieni. Miała najdziwniejszy głos, ponieważ był to głos męski – babcia Cucuzza wyglądała jak malutki staruszek przebrany w długą czarną suknię, i przemawiała jak mężczyzna, zwłaszcza gdy kapralskim tonem wydawała rozkazy, instrukcje i polecenia, od których Joey nigdy nie śmiał się uchylić. Za to kiedy zostawaliśmy z Joeyem sami, poznawałem wyłącznie figlarny rys jego osobowości – radosną duszę, której zakonnice i księża nie potrafili dostrzec ani zbawić. Trudno było litować się nad nim z powodu wady słuchu, skoro on sam był wesołym, psotnym chłopakiem, skorym do śmiechu, gadatliwym, ciekawskim, niesamowicie łatwowiernym i obdarzonym bystrym, choć nieortodoksyjnym umysłem. Trudno było litować się nad Joeyem, a jednak jego posłuszeństwo wobec rodziny było tak skrupulatnie bezwzględne, że napawało mnie tym samym niemal zdumieniem, co skrupulatnie bezwzględna pogarda dla zasad Shushy’ego Margulisa. Joey był bez wątpienia najlepszym synem w całym włoskim Newark, dlatego szybko podbił serce mojej matki – jego synowskie oddanie i długie, ciemne rzęsy, pytające spojrzenie, jakie kierował do dorosłych, czekając na polecenia, sprawiły, że wyzbyła się sztywnej wyniosłości, stanowiącej jej głęboko zakorzeniony mechanizm obronny przed gojami. Za to przy włoskiej babci ze starego kraju moja matka – podobnie jak ja – czuła się nieswojo.

– Celuje się – tłumaczył pan Cucuzza mojemu ojcu, imitując broń palcem wskazującym i kciukiem – no i się strzela. Celuje się i się strzela, cała sztuka.

– Kiedy mnie to niepotrzebne – bronił się ojciec.

– A jakby tak przyszli, to czym się pan będziesz bronić?

– Panie Cucuzza, ja się urodziłem w mieście Newark w roku tysiąc dziewięćset pierwszym. Przez całe życie terminowo spłacałem czynsz, podatki i rachunki. Nigdy nie oszukałem pracodawcy ani o dziesięć centów. Nigdy nie próbowałem kantować rządu Stanów Zjednoczonych. Ja wierzę w ten kraj. Ja kocham ten kraj.

– Ja tak samo – zapewnił go nasz potężny sąsiad z dołu, którego szeroki czarny pas wciąż hipnotyzował mnie swoją niezwykłością, jakby był obwieszony spreparowanymi głowami. – Jak żem tutaj przyjechał, miałem dziesięć lat. Najlepszy kraj na świecie. Bez Mussoliniego.

– Cieszę się, że pan tak uważa, panie Cucuzza. To tragedia dla Włoch, to tragedia dla takich ludzi jak pan.

– Mussolini, Hitler, mnie się od nich chce rzygać.

– Wie pan, co ja kocham, panie Cucuzza? Dzień wyborów. Kocham głosować. Odkąd jestem pełnoletni, nie opuściłem ani jednych wyborów. W dwudziestym czwartym głosowałem przeciwko Coolidge’owi, na Davisa, ale Coolidge wygrał. I wszyscy wiemy, co zrobił dla biednych w tym kraju. W dwudziestym ósmym głosowałem przeciwko Hooverowi, na Smitha, ale Hoover wygrał. I też wiemy, co zrobił dla biednych. W trzydziestym drugim głosowałem drugi raz przeciwko Hooverowi, a pierwszy raz za Rooseveltem – i, Bogu dzięki, wygrał Roosevelt, który postawił Amerykę z powrotem na nogi. Wyciągnął kraj z Wielkiego Kryzysu i spełnił daną ludziom obietnicę – wprowadził nowy ład. W trzydziestym szóstym głosowałem przeciwko Landonowi, za Rooseveltem, i znowu Roosevelt wygrał – Landon pociągnął za sobą tylko dwa stany, Maine i Vermont. Nawet w Kansas mu się nie udało. A Roosevelt zyskał w skali kraju nienotowaną wcześniej liczbę głosów i znów dotrzymał wszystkich obietnic złożonych podczas kampanii klasie robotniczej. I co w związku z tym zrobili wyborcy w roku czterdziestym? Zamiast Roosevelta wybrali faszystę. Nie idiotę w stylu Coolidge’a, nie błazna w stylu Hoovera, tylko czystej wody faszystę, legitymującego się faszystowskim medalem. Posadzili na fotelu prezydenckim faszystę, jako prawą rękę dali mu podżegacza Wheelera, a do rządu wsadzili Forda, który jest nie tylko antysemitą rangi Hitlera, ale i wyzyskiwaczem niewolników, bo zamienił człowieka pracy w ludzką maszynę. A dzisiaj pan, szanowny panie, przychodzi do mnie do domu i proponuje mi pistolet. W Ameryce, w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim, przychodzi do mnie mój nowy sąsiad, człowiek, którego nawet jeszcze nie znam, i proponuje mi pistolet, żebym mógł bronić siebie i swojej rodziny przed Lindberghowską antysemicką tłuszczą. Proszę nie myśleć, że nie jestem panu wdzięczny, panie Cucuzza. Nigdy nie zapomnę pańskiej troski. Ale jestem obywatelem Stanów Zjednoczonych Ameryki, tak samo jak moja żona i moje dzieci, tak samo jak… – tu głos lekko mu się załamał -… jak Walter Winchell… I w tej samej chwili radio zaczęło nadawać komunikat na temat Waltera Winchella.

– Cśśś! – syknął ojciec. – Cśśś! – Tak jakby to ktoś inny, a nie on, perorował przed chwilą na całą kuchnię. Wszyscy pilnie słuchamy radia – nawet Joey zdaje się słuchać – skupieni razem jak stado wędrownych ptaków albo ławica ryb.

Ciało Waltera Winchella, zamordowanego dziś na wiecu politycznym w Louisville, Kentucky, prawdopodobnie przez członka Amerykańskiej Partii Nazistowskiej współpracującego z Ku-Klux-Klanem, zostanie przewiezione nocnym pociągiem z Louisville na Dworzec Pensylwania w Nowym Jorku. Tam, z polecenia burmistrza Fiorella La Guardii, wystawione będzie przez całe rano w głównej hali dworcowej, pod ochroną nowojorskiej policji miejskiej. Zgodnie z żydowskim obyczajem, uroczystości żałobne odbędą się tego samego dnia, o godzinie czternastej, w największej nowojorskiej synagodze Emanu-El. Ceremonia transmitowana będzie przez megafony na zewnątrz świątyni, w obszarze Piątej Alei, gdzie przewiduje się zgromadzenie dziesiątek tysięcy żałobników. Obok burmistrza La Guardii przemówienia okolicznościowe wygłoszą: senator Partii Demokratycznej James Mead, żydowski gubernator Nowego Jorku Herbert Lehman oraz były prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin D. Roosevelt.

– Stało się! – wykrzyknął mój ojciec. – Wrócił! FDR wrócił!

– Bardzo go potrzeba – dodał pan Cucuzza.

– Chłopcy! – zwrócił się ojciec do nas. – Czy wy rozumiecie, co się dzieje? – Objął ramionami Sandy’ego i mnie. – To początek końca faszyzmu w Ameryce! Nigdy więcej Mussoliniego, Cucuzza! Nigdy więcej Mussoliniego w tym kraju!

8

PAŹDZIERNIK 1942

Złe czasy

Alvin zjawił się u nas nazajutrz wieczorem – zajechał pod dom nowiuteńkim zielonym buickiem, z narzeczoną Minną Schapp. Słowo „narzeczona” brzmiało dla mnie niesamowicie, kiedy byłem mały. Zapowiadało kogoś nadzwyczajnego – a tymczasem narzeczona Alvina okazała się przeciętną panienką, która przy pierwszym spotkaniu z rodziną kawalera boi się, żeby nie palnąć jakiegoś głupstwa. Zresztą, w tym wypadku nadzwyczajną osobą była nie przyszła żona, lecz przyszły teść, mistrz od wielkich interesów, skłonny wybawić Alvina z szemranego biznesu automatów do gry – w którym mój kuzyn, z pomocą dwóch osiłków do dźwigania towaru i odpędzania wrogich elementów, odpowiadał za transport i instalację nielegalnych urządzeń – przebrać go w jedwabny garnitur, ręcznie szyty w Hongkongu, oraz białą koszulę z białym monogramem, i uczynić restauratorem w Atlantic City. Chociaż pan Schapp sam zaczynał w latach dwudziestych jako Billy „Bila” Schapiro, podrzędny hochsztapler, powiązany z najgorszymi mętami z najpodlejszych ruder na najniebezpieczniejszych ulicach bandyckich okolic południowej Filadelfii – między innymi z wujem Shushy’ego Margulisa – to w roku czterdziestym drugim jego dochody z fliperów i jednorękich bandytów przekroczyły piętnaście tysięcy nierejestrowanych dolarów tygodniowo, w związku z czym Billy „Bila” przeistoczył się w Williama F. Schappa II, szacownego członka Klubu Ziemiańskiego Green Valley żydowskiego bractwa Brith Achim (gdzie co sobota zabierał swoją obwieszoną klejnotami fertyczną małżonkę na tańce przy muzyce Jackiego Jacobsa z zespołem Jolly Jazzers) oraz synagogi Har Zioń (przez której towarzystwo pogrzebowe nabył miejsce na rodzinny grobowiec w wyjątkowo atrakcyjnie ukształtowanym zakątku cmentarza synagogi), a także maharadżę osiemnastopokojowej willi w podmiejskiej dzielnicy Merion i zimowego rezydenta mieszkania marzeń biednego chłopaka – apartamentu na poddaszu, rezerwowanego dlań co roku w Miami Beach Eden Roc.

Trzydziestojednoletnia Minna była o osiem lat starsza od Alvina, miała maślaną cerę i zahukaną minę, a gdy czasem ośmieliła się coś powiedzieć swoim dziecinnym głosikiem, wymawiała każde słowo z takim namaszczeniem, jakby dopiero co nauczyła się podawać godzinę. Miała wszystkie cechy dziecka apodyktycznych rodziców, ale ponieważ jej ojciec był właścicielem nie tylko Intercity Carting Company – fasadowej spółki kryjącej machinacje z automatami do gry – ale i gigantycznej restauracji serwującej homary, w pobliżu Stalowego Molo, gdzie w weekendy kolejka chętnych do wejścia zakręcała dwa razy wokół ciągu zabudowań, i ponieważ na początku lat trzydziestych, gdy skończyła się prohibicja, a wraz z nią dochodowy udział w międzystanowym bimbrowym syndykacie Waxeya Gordona, Billy „Bila” otworzył w Filadelfii Original Schapp’s – restaurację specjalizującą się w stekach, która zyskała sobie wielkie wzięcie w kręgach tak zwanego w mieście „Żydogangu” – teść in spe stanowił w oczach Alvina silny atut Minny. „Umowa jest taka – powiedział Schapp, wręczając Alvinowi kasę na zakup pierścionka zaręczynowego – Minna zajmie się twoją nogą, ty zajmiesz się Minną, a ja zajmę się tobą”.

W ten to sposób mój kuzyn zdobył przywilej noszenia ręcznie szytych garniturów i zaszczytną funkcję eskortowania do właściwych stolików klienteli „z nazwiskami”, do której zaliczali się: skorumpowany burmistrz Jersey City, Frank Hague, mistrz bokserski New Jersey w wadze półciężkiej, Gus Lesnevich, oraz magnaci światka przestępczego, tacy jak Moe Dalitz z Cleveland, King Solomon z Bostonu, Mickey Cohen z Los Angeles, a nawet sam „Mózg”, Meyer Lansky, gdy zjeżdżali do miasta na gangsterski kongres. Poza tym co roku we wrześniu Alvin witał w restauracji świeżo koronowaną Miss Ameryki wraz ze świtą jej oszołomionych sukcesem krewnych. Gdy już wszyscy zostali odpowiednio komplementowani i poubierani w idiotyczne śliniaczki do jedzenia homarów, Alvin z demonstracyjną przyjemnością pstrykał palcami, dając znak kelnerowi, że bankiet odbywa się na koszt lokalu.

Jednonogi przyszły zięć Billy’ego „Bill” zyskał wkrótce własny przydomek – Popis – nadany mu (czym Alvin przechwalał się na prawo i lewo) przez Alliego Stolza, kandydującego na mistrza świata wagi lekkiej. Alvin przyjechał z Filadelfii odwiedzić Stolza – który, jak Gus Lesnevich, pochodził z Newark – i przy okazji razem z Minną wpadł do nas na kolację. Rok wcześniej, w maju, Stolz przegrał w piętnastu rundach z aktualnym mistrzem wagi lekkiej w Madison Square Garden, a teraz trenował w hali Marsillo na Market Street przed listopadowym meczem z Beau Jackiem – wygrana w tym meczu oznaczała pojedynek z Tippym Larkinem.

– Jak Allie rozłoży Beau Jacka – perorował Alvin – to na drodze do tytułu zostanie mu tylko Larkin, a Larkin ma szklaną szczękę.

Szklana szczęka. Pic na wodę. Wycisk. Twardy facet. O co biega? Bujać to my, ale nie nas. Najstarszy szwindel świata. Alvin przyswoił sobie całkiem nowy słownik i nowy, ostentacyjny sposób mówienia, którego moi rodzice słuchali z wyraźną przykrością. Ale gdy z zachwytem pochwalił hojność Stolza, mówiąc: „Allie to jest facet, który się nie cacka z byle dolarem”, poczułem, że i ja chcę przemawiać językiem twardych facetów – nie mogłem się wprost doczekać, kiedy powtórzę w szkole tę ostatnią fantastyczną odzywkę, razem z bogatym asortymentem slangowych synonimów słowa „pieniądze”, którymi posługiwał się Alvin.

Minna przez całą kolację siedziała cicho – chociaż moja matka na wszystkie sposoby próbowała ją rozruszać – mnie paraliżował wstyd, a ojciec myślał tylko o bombie podłożonej pod synagogę ubiegłej nocy w Cincinnati i o grabieżach żydowskich sklepów w amerykańskich miastach na obszarze dwóch stref czasowych. Już drugi wieczór z rzędu urwał się z pracy u stryja Monty’ego, żeby nie zostawiać rodziny samej w domu, lecz chwilowo nie dbał o irytację brata, za to co chwila wstawał od kolacji, szedł do stołowego pokoju i włączał radio, żeby posłuchać, co nowego mówią o nastrojach po pogrzebie Winchella. Alvin tymczasem perorował tylko o „Alliem” i jego misji wywalczenia światowych laurów w boksie, tak jakby bokser wagi lekkiej rodem z Newark ucieleśniał dla niego ideał człowieczeństwa. Czy mój kuzyn mógł z większym radykalizmem odrzucić kodeks moralny, który kosztował go utratę nogi? Wyzbył się wszystkiego, co dzieliło go kiedyś od aspiracji osobników pokroju Shushy’ego Margulisa – wyzbył się nas.

Ciekaw byłem, gdy poznałem Minnę, czy Alvin powiedział jej, że ma amputowaną nogę. Nie przyszło mi do głowy, że potulne usposobienie czyni Minnę pierwszą i jedyną kobietą, której Alvin mógł to powiedzieć; nie rozumiałem też, że Minna jest żywym dowodem jego niezdolności do obcowania z kobietami. To właśnie dzięki kikutowi związek Alvina z Minną był tak udany, zwłaszcza po śmierci starego Schappa w roku sześćdziesiątym, gdy automaty przejął nieudolny brat Minny, Alvin natomiast zadowolił się w zupełności pozyskiwaniem nowych restauracji i wojażowaniem po dwóch stanach, gdzie pokazywał się z najładniejszymi dziwkami. He razy kikut się rozwalił, zaczynał boleć, krwawić i paprać się od zakażenia – co zawsze było skutkiem szaleństw Alvina – Minna kategorycznie zakazywała mężowi noszenia protezy. Alvin protestował: „Na litość boską, nie przejmuj się, nic mi nie będzie” – ale w tej jednej sprawie Minna zawsze wygrywała. „Nie możesz obciążać tej nogi, aż ci ją naprawią” – tłumaczyła, mając na myśli sztuczną nogę, która raz po raz (w żargonie wytwórców protez, którego Alvin nauczył mnie, niespełna dziewięciolatka, gdy matkowałem mu jako prototyp Minny) „traciła pasunek”. Kiedy Alvin zaczął się starzeć i przybrał na wadze, przeciążony kikut stale mu się rozwalał, co oznaczało długie tygodnie bez protezy, aż do wygojenia – wtedy Minna woziła go latem na miejską plażę i siedząc w ubraniu pod wielkim parasolem, obserwowała, jak jej mąż baraszkuje w leczniczych falach, dryfuje na plecach, wypluwa w górę gejzery słonej wody i straszy tłoczące się na plaży tłumy turystów, wyskakując z morza z okrzykiem: „Rekin! Rekin!”, i ze zgrozą wskazując okaleczony kikut.

Zanim Alvin przyjechał z Minną na kolację, zadzwonił rano do mojej matki, mówiąc, że wybiera się do północnego Jersey i chciałby wpaść do nas po drodze, żeby podziękować ciotce i stryjowi za wszystko, co dla niego zrobili, kiedy wrócił ze służby w oddziałach komandosów i tak bardzo dał się wszystkim we znaki. Dodał, że ma wobec moich rodziców wielki dług wdzięczności, że chciałby się z nimi pogodzić, zobaczyć chłopców i przedstawić swoją narzeczoną. Tyle powiedział i pewnie nie chodziło mu o nic więcej, dopóki nie stanął przed moim ojcem i wspomnieniem jego ciągot wychowawczych – a także faktem głębokiej wzajemnej nienawiści, jaka dzieliła ich od samego początku jako dwa sprzeczne typy ludzkie – i dlatego właśnie ja, gdy wróciłem ze szkoły i dowiedziałem się, kto ma przyjść, wygrzebałem z szuflady medal Alvina i – po raz pierwszy od wyjazdu kuzyna do Filadelfii – przypiąłem go sobie do podkoszulka.

Z pewnością nie był to najbardziej fortunny dzień na pojednawczą wizytę naszej rodzinnej czarnej owcy. Minionej nocy nie odnotowano, co prawda, antysemickich incydentów w Newark i innych większych miastach stanu New Jersey, ale doszczętne spalenie synagogi po ataku bombą zapalającą w Cincinnati, kilkaset mil w górę rzeki Ohio od Louisville, oraz pojedyncze przypadki wybijania szyb i plądrowania żydowskich sklepów w ośmiu innych miastach (z których trzema największymi były St. Louis, Buffalo i Pittsburgh) nie uśmierzyły bynajmniej obawy, że widowiskowy żydowski pogrzeb Waltera Winchella tuż za rzeką Hudson, w Nowym Jorku, oraz spodziewane demonstracje i kontrdemonstracje towarzyszące uroczystym obrzędom mogą łatwo sprowokować wybuch aktów agresji w okolicach naszego domu. W szkole z samego rana zwołano nadzwyczajny apel dla uczniów klas od czwartej do ósmej. W obecności przedstawiciela Komisji Edukacji, delegata biura burmistrza Murphy’ego oraz przewodniczącej Stowarzyszenia Rodziców i Nauczycieli, dyrektor poinformował nas o podjętych na ten dzień środkach w celu zapewnienia nam bezpieczeństwa, po czym podał dziesięć zasad gwarantujących uczniowi spokojną drogę do szkoły i z powrotem. Chociaż nie wspomniano ani słowem o żydowskiej policji Bulleta Apfelbauma – której bojówkarze pilnowali ulic przez całą noc, a rankiem, kiedy szliśmy z Sandym do szkoły, nadal trwali na posterunkach, popijając gorącą kawę z termosów i zajadając oproszone cukrem pączki dostarczane im za darmo z piekarni Lehrhoffa – delegat burmistrza zapewnił nas, że „do czasu przywrócenia stanu normalnego” całą okolicę patrolować będą wzmocnione miejskie siły policyjne, więc obecność policjanta przy każdym wejściu do szkoły, a także na korytarzach, nie powinna w nas budzić niepokoju. Każdy uczeń otrzymał następnie dwie odbitki: na jednej był spis zasad zachowania się na ulicy, które nauczyciele mieli omówić z nami szczegółowo po powrocie do klas, a na drugiej – pouczenie o środkach bezpieczeństwa przeznaczone dla naszych rodziców. Wszelkie pytania rodzice kierować mieli do pani Sisselman, przewodniczącej Stowarzyszenia Rodziców i Nauczycieli, która zastąpiła w tej funkcji moją matkę.

Jedliśmy w stołowym, po raz pierwszy od kolacji, na którą ciotka Evelyn przyprowadziła rabina Bengelsdorfa, żeby go nam przedstawić. Po telefonie Alvina moja matka (której niezdolność do chowania urazy musiała stać się dla mojego kuzyna jasna już po pierwszych słowach rozmowy) poszła do sklepu po produkty na jego ulubione dania, pokonując lęk, który w niej wzbierał za każdym razem, gdy musiała otworzyć drzwi i wyjść na ulicę. Widok uzbrojonych gliniarzy z komendy Newark, patrolujących miasto pieszo i wozami policyjnymi, podnosił ją na duchu tylko odrobinę bardziej niż obecność żydowskiej policji Bulleta Apfelbauma, toteż jak każdy, kto robi zakupy w oblężonym mieście, biegała tam i z powrotem na Chancellor Avenue, gromadząc w pośpiechu wszystko, czego jej było trzeba. Po powrocie do domu upiekła tort czekoladowy z czekoladowym lukrem i siekanymi orzechami, wielki przysmak Alvina, po czym wzięła się do obierania kartofli i cebuli na placki ziemniaczane, których Alvin nigdy nie miał dość. Cały dom pachniał jeszcze pieczeniem i smażeniem, gdy nowiutki buick mojego kuzyna zajechał w boczną alejkę (tam, gdzie grywaliśmy kiedyś z Alvinem w ukradzioną przeze mnie piłkę) i zaparkował za małą furgonetką, którą pan Cucuzza przewoził meble na zlecenie, żeby sobie dorobić. Furgonetka stała akurat w garażu, bo pan Cucuzza miał tego dnia wolne od służby, a w dni wolne od stróżowania przesypiał całą dobę.

Alvin stanął przed nami w perłowoszarym garniturze ze sztucznego jedwabiu, w dziurkowanych, dwubarwnych, flekowanych na czubku półbutach z ozdobnymi noskami, i z naręczem prezentów dla nas wszystkich: ciocia Bess dostała biały fartuch kuchenny w czerwone róże, Sandy – szkicownik, ja – czapkę z nadrukiem „Filadelfia”, a stryj Herman – kupon upoważniający czteroosobową rodzinę do spożycia darmowego obiadu z homarem w restauracji Atlantic City. To, że Alvin pomyślał o prezentach, przekonało mnie, że nie zapomniał doszczętnie, ile dobra zaznał w naszym domu przez lata poprzedzające utratę nogi. Na razie nic nie wskazywało na to, że rodzina jest zwaśniona, ani na to, że po obiedzie – kiedy Minna pójdzie z moją matką do kuchni na lekcję przyrządzania placków kartoflanych – dojść może do piekielnej awantury między ojcem a Alvinem. Może gdyby Alvin tak się nie wystroił, gdyby nie przyjechał szpanerskim samochodem, tętniący prymitywną cielesnością wyćwiczoną w siłowni Marsilla i rozradowany perspektywą rychłego zdobycia niewyobrażalnej fortuny… może gdyby dobę wcześniej nie doszło do zamachu na Winchella i najgorsze obawy towarzyszące od początku prezydenturze Lindbergha nie stały się nagle aż nadto realne… może wówczas ci dwaj dorośli mężczyźni, w których przez całe dzieciństwo patrzyłem jak w obraz, nie skoczyliby sobie do gardeł z taką zaciekłością.

Do tego wieczoru nie miałem pojęcia, że mój ojciec zdolny jest rozpętać piekło i przeistoczyć się w jednej chwili z człowieka rozsądnego w szaleńca, dyszącego nieposkromioną żądzą zniszczenia. W przeciwieństwie do stryja Monty’ego, wolał nie wspominać ciężkiego losu żydowskiego dzieciaka z czynszówek na Runyon Street przed pierwszą wojną światową, kiedy Irlandczycy, zbrojni w kije, kamienie i gazrurki, regularnie okupowali przejścia pod wiaduktami kolejki nadziemnej, mszcząc się na mordercach Chrystusa pochodzących z żydowskiego Trzeciego Kwartału, i chociaż lubił, kiedy wpadły mu w rękę bilety na dobry mecz, zabrać mnie i Sandy’ego do hali Laurel Garden przy Spring Avenue, to walka dorosłych mężczyzn poza ringiem wprawiała go nieodmiennie w stan niepokoju. O tym, że zawsze był muskularnej postury, wiem ze zdjęcia przedstawiającego go w wieku lat osiemnastu, które matka wkleiła do rodzinnego albumu obok jedynej ocalałej fotografii z jego dzieciństwa: mój sześcioletni ojciec stoi na niej obok stryja Monty’ego, który jest o trzy lata od niego starszy i o blisko półtorej stopy wyższy – dwaj oberwańcy w sfatygowanych drelichowych ogrodniczkach, brudnych koszulach i zsuniętych na tył głowy czapkach, odsłaniających brutalnie przystrzyżone włosy. Na zdjęciu w sepii, zrobionym, gdy miał osiemnaście lat, mój ojciec nie ma już w sobie nic z dziecka, lecz jest wcieleniem młodej, prężnej siły natury: stoi w kostiumie kąpielowym, z założonymi rękami, na słonecznej plaży w Spring Lake, New Jersey, jako niewzruszona opoka podstawy ludzkiej piramidy, zbudowanej z sześciu rozdokazywanych kelnerów hotelowych, korzystających z wolnego popołudnia. Jak widać na tej fotografii z roku tysiąc dziewięćset dziewiętnastego, ojciec zawsze miał szeroką klatkę piersiową, potężne bary i silne ramiona, których to cech, o dziwo, nie zatracił przez lata pukania do drzwi klientów w imieniu Metropolitan Life, dzięki czemu teraz, gdy miał lat czterdzieści jeden i przez cały wrzesień, sześć nocy w tygodniu, przesuwał ciężkie skrzynie i dźwigał stu-funtowe worki, w jego ciele skumulować się musiał większy niż kiedykolwiek dotąd ładunek wybuchowej energii.

Do tego wieczoru nie umiałem wyobrazić sobie ojca bijącego kogokolwiek – a już na pewno nie katującego do krwi osieroconego syna swojego ukochanego brata – tak jak nie umiałbym go sobie wyobrazić leżącego na matce, zwłaszcza że nie było silniejszego tabu w naszym środowisku ubogich Żydów o europejskich korzeniach i amerykańskich ambicjach, niż bezwzględny, niepisany zakaz rozstrzygania sporów z użyciem siły. W owych czasach przeciętny Żyd stronił zarówno od agresji, jak i od alkoholu, a wadą tego cnotliwego trybu życia była kompletna niewiedza młodzieży z mojego pokolenia o bojowej agresji, stanowiącej pierwsze prawo edukacji wszystkich innych grup etnicznych i posiadającej niewątpliwy walor praktyczny w sytuacjach, gdy nie dało się wynegocjować pokojowego rozwiązania konfliktu albo zwyczajnie uciec. Pośród kilkuset chłopców z mojej podstawówki, liczących sobie od lat pięciu do czternastu, którzy nie mieli genetycznych predyspozycji do pięściarstwa wagi lekkiej w stylu Alliego Stolza ani zadatków na zawodowych bandziorów w stylu Longy’ego Zwillmana, bójki zdarzały się z pewnością znacznie rzadziej niż we wszystkich innych szkołach przemysłowego Newark, gdzie powinności etyczne młodego człowieka miały inną zgoła definicję, a uczniowie demonstrowali bojowe usposobienie metodami, które nam były niedostępne.

Był to więc, z wszelkich możliwych powodów, wieczór koszmarny. Wtedy, w czterdziestym drugim roku, nie potrafiłem jeszcze pojąć wszystkich jego straszliwych niuansów, ale i tak widok zakrwawionego ojca i Alvina wstrząsnął mną dostatecznie. Krew zbryzgała wzdłuż i wszerz nasz pseudoorientalny dywan, krew kapała ze szczątków połamanego stolika do kawy, krew znaczyła się krwawą smugą na czole ojca, krew tryskała z nosa kuzyna – nie była to właściwie walka na pięści ani zapasy, lecz wzajemne taranowanie się ciałem, z przeraźliwym trzaskiem zderzanych kości: przeciwnicy co chwila cofali się i szarżowali, niczym dwaj rogacze, fantastyczne hybrydalne stwory, przeniesione wprost z mitologii do naszego pokoju, by bóść się wzajemnie potężnymi, rozgałęzionymi porożami. W domu człowiek zwykle ogranicza zamaszystość i prędkość ruchów – tu jednak wszystko działo się w odwróconej skali, a widowisko było przerażające. Zamieszki w Bostonie Południowym, zamieszki w Detroit, zamach w Louisville, bomba zapalająca w Cincinnati, burdy w St. Louis, Pittsburghu, Buffalo, Akron, Youngstown, Peorii, Scranton i Syracuse… a teraz to: w najzwyklejszym stołowym pokoju – w miejscu, gdzie tradycyjnie umacniało się wspólny front przeciwko ingerencjom wrogiego świata – rozgrywał się oto spektakl wspierający gorliwe starania antysemitów o rozwiązanie największego problemu Ameryki: my sami chwyciliśmy za pałki, by z histeryczną pasją wytępić się wzajemnie.

Horror zakończył się wtargnięciem pana Cucuzzy, w koszuli nocnej i szlafmycy (rekwizytach, które widywałem dotąd na osobnikach płci męskiej w dowolnym wieku tylko w filmach komediowych), z odbezpieczonym pistoletem. Z podestu zabrzmiał spazmatyczny skowyt staroświeckiej babci Joeya, odzianej, stosownie do sytuacji, niczym kalabryjska Królowa Cieni – a nie mniej przeraźliwy głos rozległ się w naszym mieszkaniu, gdy wyważone brutalnie drzwi kuchenne stanęły otworem i matka spostrzegła, że intruz w nocnej koszuli jest uzbrojony. Minna zasłoniła usta dłońmi i zaczęła zwracać wszystko, co przed chwilą zjadła, ja nie wytrzymałem i posikałem się w spodnie, a Sandy – jedyny z nas, który znalazł odpowiednie słowa i nie stracił głosu z wrażenia – krzyknął: „Nie strzelać! To Alvin!”. Lecz pan Cucuzza, zawodowy stróż prywatnej własności, nauczony najpierw działać, a potem ustalać przyczyny, nie pytając nawet „Co za Alvin?”, jedną ręką unieruchomił przeciwnika mojego ojca w morderczym półnelsonie, przystawiając mu jednocześnie pistolet do skroni.

Proteza Alvina pękła na dwie części, kikut był zmasakrowany, jedna ręka złamana w nadgarstku. Ojcu ruszały się trzy przednie zęby, miał pogruchotane żebra, ranę wzdłuż prawej kości policzkowej, wymagającą dwa razy więcej szwów niż moja głowa po zajściu z koniem z sierocińca, i tak paskudnie skręcony kark, że przez kilka miesięcy musiał chodzić w stalowym kołnierzu. Stolik kawowy ze szklanym blatem w ciemnej mahoniowej oprawie, który matka po latach oszczędzania kupiła w domu meblowym Bama (i na który, po błogiej godzince wieczornej lektury, zaznaczywszy przeczytany fragment wstążeczkową zakładką, odkładała nową powieść Pearl Buck, Fannie Hurst albo Edny Ferber, wypożyczoną z mikroskopijnej biblioteki w drogerii), leżał w kawałkach po całym pokoju, a drobinki szkła powbijały się ojcu w dłonie. Dywan, ściany i meble upstrzone były czekoladową polewą (z tortu, który jedli obaj panowie, kiedy usiedli razem przy deserze, żeby pogadać) i krwią walczących, którą cuchnął cały pokój – w powietrzu zawisł duszny, mdlący fetor rzeźni.

Akty agresji są wyjątkowo przygnębiające, gdy dochodzi do nich w domu – jak widok ubrań zawisłych na drzewie po eksplozji. Można pogodzić się z widokiem śmierci, ale nie ubrań na drzewie.

A wszystko przez mojego ojca, który nie chciał zrozumieć, że natura Alvina nigdy tak naprawdę nie była reformowalna, pomimo ciągłych kazań i surowej miłości – wszystko przez to, że ojciec przygarnął Alvina, żeby go uchronić przed tym, czym z prostego nakazu natury Alvin tak czy owak musiał się stać. Wszystko przez to, że mój ojciec, patrząc na Alvina, wspomniał na krótkie, tragiczne życie jego ojca i zrozpaczony, kręcąc smutno głową, spytał:

– Limuzyna Buicka, szykowne garniturki, kolesie spod ciemnej gwiazdy – ale czy ty wiesz, Alvin, czy ciebie to w ogóle obchodzi, co się dzisiaj wieczorem dzieje w tym kraju? Parę lat temu to ciebie, psia krew, cholera, obchodziło. Świetnie pamiętam, jak cię obchodziło. Ale przestało. Teraz ciebie obchodzą grube cygara i luksusowe auta. A masz ty pojęcie, co się wyrabia z Żydami, kiedy my tu sobie spokojnie siedzimy?

Alvin, który nareszcie czegoś się dorobił, który pierwszy raz w życiu mógł z nadzieją spoglądać w przyszłość, ani myślał cierpliwie wysłuchiwać, jak opiekun, którego wskazówki tak bardzo sobie niegdyś cenił – krewny, który w czasach, gdy nikt inny o niego nie dbał, dwukrotnie przygarnął go pod gościnny dach mieszkanka w Weequahic, do grona życzliwej rodziny, dzielącej dobrotliwe troski – poucza go, że nie doszedł do niczego. Głosem schrypniętym od głębokiej urazy, gęstym staccato sylab, niedopuszczającym niczego, co nie byłoby mściwą ripostą, kalumnią, oskarżeniem, pogróżką i czczym blefem, Alvin rozdarł się na mojego ojca:

– Z Żydami? Ja sobie życie zmarnowałem dla Żydów! Ja, kurwa, nogę straciłem dla Żydów! Dla ciebie, kurwa, straciłem nogę! Co mnie, kurwa, obchodził jakiś Lindbergh? To tyś mnie, kurwa, wysłał, żebym z nim walczył, a ja, szczeniak głupi, kurwa, posłuchałem. No i patrz teraz, patrz, stryju, kurwa, nieszczęście ty moje – ja, kurwa, nie mam nogi!

Podciągnął garścią skraj perłowoszarej materii, w którą tak luksusowo był obleczony, ujawniając wszem i wobec, że faktycznie nie ma już dolnej kończyny z krwi, kości, mięśni i skóry. A potem, dotknięty do żywego, spostponowany, cofnięty do statusu mężczyzny odartego z męskości (a zarazem młodocianego chuligana), dopełnił heroicznego aktu, plując memu ojcu w twarz. Rodzina, jak ojciec często powtarzał, to wojna i pokój, ale taka wojna rodzinna przerastała moją wyobraźnię. Alvin napluł ojcu w twarz tak samo, jak napluł w twarz trupowi niemieckiego żołnierza!

Co innego, gdyby nie próby reedukacji, gdyby od początku pozwolono mu staczać się własnym, rynsztokowym torem – tak się jednak nie stało, i dlatego ogólne zagrożenie rozbiło naszą rodzinę, do naszego domu wtargnęła podłość agresji, a ja przekonałem się naocznie, jak rozgoryczenie zaślepia człowieka i sieje wokół plugastwo.

Ale dlaczego, dlaczego on w ogóle poszedł na wojnę? Dlaczego walczył i poniósł klęskę? Dlatego, że wojna trwa, a on dokonał takiego właśnie wyboru – jego porywczy, buntowniczy instynkt trafił w historyczną pułapkę! Gdyby czasy były inne, gdyby Alvin był sprytniejszy… Ale on chciał walczyć. Był dokładnie taki sam jak przodkowie, od których chciał się wyzwolić. Oto tyrania całego problemu. Próba dochowania wierności temu, czego człowiek chce się pozbyć. Próba dochowania wierności, a zarazem pozbycia się tego, czemu jest się wiernym. Dlatego właśnie Alvin w ogóle poszedł na wojnę – lepszego wytłumaczenia nie znajduję.

Później tego samego wieczoru, kiedy spod naszego domu odjechał już cadillac z tablicami rejestracyjnymi Pensylwanii, którym przybyli dwaj kumple Alvina (jeden, aby zawieźć Alvina razem z Minną do lekarza Alliego Stolza na Elizabeth Avenue, a drugi, aby odstawić buicka do Filadelfii); kiedy ojciec wrócił z pogotowia Beth Israel (gdzie powydłubywali mu szkło z dłoni, pozszywali policzek, prześwietlili kark, opatrzyli klatkę piersiową, a na odchodnym dali kodeinę w tabletkach na uśmierzenie bólu); kiedy pan Cucuzza, który odwiózł ojca do szpitala swoją furgonetką, dostarczył go bezpiecznie z powrotem na pobojowisko naszego mieszkania, rozległy się strzały na Chancellor Avenue. Strzały, piski, krzyki, syreny alarmowe – zaczął się pogrom. W parę sekund później pan Cucuzza przybiegł z powrotem po schodach, po których przed chwilą zszedł, i raz jeszcze zabębnił w nasze uszkodzone drzwi kuchenne, nim wtargnął do środka.

Rozpaczliwie chciało mi się spać, lecz brat ściągnął mnie z łóżka, a gdy moje nogi odmówiły posłuszeństwa, uginając się z niepohamowanego lęku, ojciec musiał wynieść mnie na rękach. Matka – która zamiast położyć się spać, założyła fartuch, gumowe rękawice, i z wiaderkiem, szczotką i mopem wzięła się do sprzątania zaświnionego domu – moja pedantyczna matka, szlochająca na ruinach swojego stołowego pokoju, została wyprowadzona przez pana Cucuzzę, po czym wszyscy czworo przenieśliśmy się piętro niżej, do dawnego mieszkania Wishnowów, które miało dać nam schronienie.

Tym razem ojciec przyjął pistolet oferowany mu przez pana Cucuzzę. Zmaltretowany, cały w siniakach i bandażach, z połamanymi zębami, siedział z nami dzielnie na podłodze w ślepym tylnym hallu mieszkania Cucuzzów i wpatrywał się w trzymaną w ręku broń z takim skupieniem, jakby to nie był zwyczajny pistolet, tylko najpoważniejsza rzecz, jaką mu powierzono od dnia, w którym wziął na ręce swoje pierwsze niemowlę. Matka siedziała sztywno między wystudiowanym stoicyzmem Sandy’ego a moją tępą inercją, przyciskała nas obu do siebie i usilnie starała się ukryć przed dziećmi własny strach za cienkim parawanem odwagi. Tymczasem największy mężczyzna, jakiego w życiu widziałem, chodził z pistoletem po ciemnym mieszkaniu, skradając się od okna do okna, aby sokolim okiem doświadczonego nocnego stróża sprawdzić, czy, gdzieś nie czai się napastnik z siekierą, strzelbą, liną albo puszką nafty.

Joeyowi, jego matce i babce pan Cucuzza kazał zostać w łóżkach, ale starsza pani nie mogła darować sobie uroków zamieszania i obrazu nieszczęścia, jaki przedstawiała nasza czwórka. Wykrzykując po włosku krótkie komentarze, które nie mogły być pochlebne dla gości, wyzierała zza progu ciemnej kuchni – gdzie zwykła była sypiać w ubraniu na kozetce przy piecu – i brała nas na celownik swojego szaleństwa (gdyż była obłąkana), niczym jakaś święta patronka antysemityzmu, której srebrny krucyfiks dał początek temu, co się działo.

Strzelanina trwała niespełna godzinę, ale na górę wróciliśmy dopiero o świcie, gdy pan Cucuzza, który dzielnie wyprawił się na zwiad aż po blokadę policyjną na Chancellor Avenue, poinformował nas, że nie była to bitwa ogniowa między policją miejską a antysemitami, tylko między policją miejską a policją żydowską. W Newark nie doszło tej nocy do żadnego pogromu, a banalna strzelanina – niezwykła tylko przez to, że odgłosy jej dotarły do naszego domu – nie różniła się niczym od awantur, które wybuchają po zmroku w każdym większym mieście. Zginęło, co prawda, trzech Żydów – Diuk Glick, Duży Gerry i sam Bullet – ale nie dlatego, że byli Żydami („chociaż dobrze się złożyło”, jak skomentował stryj Monty), tylko dlatego, że należeli do bandziorów, których nowy burmistrz chciał się pozbyć z ulic miasta, głównie po to, by dać znak Longy’emu, że przestał być honorowym członkiem miejskiej Rady Komisarycznej (którym rzekomo – jak głosili wrogowie Meyera Ellensteina – był za kadencji żydowskiego poprzednika Murphy’ego). Nikt nie wziął na serio opublikowanej nazajutrz w „Newark News” wypowiedzi komisarza policji, który stwierdził, że „nadgorliwe czujki” tuż przed północą bez prowokacji otworzyły ogień do dwóch funkcjonariuszy na patrolu; nikt też z naszych sąsiadów nie przejął się specjalnie losem trzech bezceremonialnie ukatrupionych osobników – groźnych bandytów, z których usług nie skorzystałby żaden porządny człowiek. Naturalnie, to okropne, że krew przestępców splamiła chodnik, po którym okoliczne dzieci codziennie chodziły do szkoły, ale przynajmniej nie była to krew rozlana w starciu z Ku-Klux-Klanem, Srebrnymi Koszulami czy Bundem.

Obeszło się bez pogromu, a mimo to mój ojciec o siódmej rano zatelefonował do Winnipeg, aby poskarżyć się Shepsiemu Tirschwellowi, że Żydzi są tak przerażeni, a antysemici tak rozzuchwaleni, iż nie da się już żyć normalnie w Newark – gdzie, na szczęście, wciąż liczono się z autorytetem rabina Prinza, toteż żadnej żydowskiej rodzinie nie przytrafiło się nic gorszego niż przesiedlenie. Czy usankcjonowane przez rząd prześladowania są nieuchronne – tego nikt nie był pewien, jednak lęk przed prześladowaniami był tak wielki, że nawet najpraktyczniejsi, zaabsorbowani codziennymi obowiązkami obywatele, nawet ci, którzy niepewność, napięcie i złość usiłowali podporządkować władzy rozumu, stracili już nadzieję na zachowanie równowagi ducha.

Owszem, przyznał przez telefon mój ojciec, on się pomylił, a Bess i Tirschwellowie od początku mieli rację – po czym, w miarę możności pokonując wstyd, wyliczył wszystkie swoje chybione posunięcia i fałszywe sądy, włącznie z owym niepojętym aktem gwałtu, który strzaskał w drobny mak nie tylko nasz stolik do kawy, ale i barierę niezłomnej poprawności, która stała zawsze między surowym wychowaniem ojca a jego ideałami wieku dojrzałego.

– To już koniec – powiedział Shepsiemu Tirschwellowi. – Ja już dłużej nie mogę tak żyć, nie wiedząc, co będzie jutro.

Potem rozmowa ich zeszła na kwestię emigracji, kroków, które należy podjąć, i formalności urzędowych, tak że wychodziliśmy z Sandym z domu przekonani, że – o dziwo – siły, które sprzysięgły się przeciw nam, wzięły górę i niebawem uciekniemy z kraju, by stać się cudzoziemcami. Płakałem przez całą drogę do szkoły. Skończyło się nasze niezrównane amerykańskie dzieciństwo. Wkrótce ojczyzna nie będzie dla mnie niczym więcej niż miejscem urodzenia. Nawet Seldon w Kentucky miał teraz lepiej.

Aż nagle przyszedł koniec. Koniec koszmaru. Lindbergh zniknął i nic nam już nie groziło, chociaż ja nigdy więcej nie odzyskałem niezmąconego poczucia bezpieczeństwa z wczesnych lat dziecinnych, gdy chroniła mnie wielka republika i nadopiekuńczy rodzice.

Z archiwum Kina Dokumentalnego w Newark Wtorek, 6 października 1942

Trzydziestotysięczny tłum żałobników sunie przez wielką halę Dworca Pensylwania, by ujrzeć okrytą flagą trumnę Waltera Winchella. Frekwencja przewyższa nawet oczekiwania nowojorskiego burmistrza Fiorella La Guardii, którego decyzją zamach na Winchella przekształcił się w dzień żałoby po „amerykańskich ofiarach nazistowskiej agresji”, z przewidywanym punktem kulminacyjnym w postaci mowy pogrzebowej wygłoszonej przez FDR. Przed dworcem (i w wielu innych punktach miasta), ubrani na ciemno mężczyźni i kobiety w milczeniu rozdają czarne wpinane znaczki wielkości półdolarówki, z białym napisem: „Gdzie jest Lindbergh?”. Tuż przed południem burmistrz La Guardia przybywa do studia miejskiej radiostacji, gdzie zdjąwszy z głowy czarnego stetsona z szerokim rondem (nawiązanie do chłopięcych lat, które jako syn kapelmistrza Armii USA spędził na Terytorium Arizony), odmawia Modlitwę Pańską; następnie wkłada kapelusz z powrotem, by odczytać głośno, po hebrajsku, żydowską modlitwę za zmarłych. Z wybiciem godziny dwunastej, zgodnie z dekretem władz miasta, we wszystkich pięciu gminach Nowego Jorku zapada minuta ciszy. Rolą widocznej wszędzie policji jest przede wszystkim nadzorowanie demonstracji protestacyjnych, zorganizowanych przez liczne prawicowe ugrupowania z zamieszkanego w większości przez Niemców Yorkville – części Manhattanu na północ od Upper East Side i na południe od Harlemu, gdzie koncentruje się amerykański ruch nazistowski, bojowo obstający za prezydentem i jego polityką. O godzinie pierwszej policyjna gwardia honorowa na motocyklach – każdy funkcjonariusz z czarną opaską na rękawie – równa szereg z konduktem żałobnym, formującym się przed gmachem dworca, po czym, na czele z burmistrzem jadącym w motocyklowej przyczepie, kondukt pod eskortą rusza powoli na północ Ósmą Aleją, potem na wschód Pięćdziesiątą Siódmą Ulicą, i znów na północ Piątą Aleją, by dotrzeć do Sześćdziesiątej Piątej Ulicy i świątyni Emanu-El. Tam, pośród dygnitarzy zwołanych przez La Guardię dla zapełnienia synagogi do ostatniego miejsca, zasiada dziesięciu członków gabinetu Roosevelta z roku czterdziestego, czterech mianowanych przez Roosevelta sędziów Sądu Najwyższego, przewodniczący Kongresu Organizacji Przemysłowych Philip Murray, przewodniczący Amerykańskiej Federacji Pracy William Green, przewodniczący Związku Pracowników Górnictwa John L. Lewis, Roger Baldwin z Amerykańskiego Związku Swobód Obywatelskich, a także byli i obecni demokratyczni gubernatorzy, senatorowie i kongresmeni z Nowego Jorku, New Jersey, Pensylwanii i Connecticut, z pokonanym w roku dwudziestym ósmym kandydatem demokratów na prezydenta, byłym gubernatorem Nowego Jorku Alem Smithem. Megafony zainstalowane nocą przez służby miejskie, poprzyczepiane do słupów telegraficznych, biało-czerwonych słupków przed fryzjerniami i nadproży drzwi po całym mieście, przekazują nabożeństwo żałobne nowojorczykom zgromadzonym tłumnie na ulicach całego Manhattanu (z wyjątkiem Yorkville) oraz tysiącom obecnych wśród nich przybyszów spoza miasta – wszystkich tych Panów Ameryka i Pań Ameryka, którzy słuchali Winchella co tydzień od pierwszej audycji, a teraz przybyli z pielgrzymką do jego rodzinnego miasta. I chyba każdy w tym tłumie – czy to mężczyzna, czy kobieta, czy dziecko – nosi jakże znany już symbol wyzywającej solidarności: czarno-biały znaczek z napisem: „Gdzie jest Lindbergh?”.

Fiorello H. La Guardia – prostolinijny idol miejskiej klasy robotniczej, ekscentryczny eks-kongresmen, który przez pięć kadencji walecznie reprezentował zaludniony gęsto przez ubogich Włochów i Żydów okręg East Harlem, człowiek, który już w roku trzydziestym trzecim nazywał Hitlera „perwersyjnym maniakiem” i nawoływał do bojkotu niemieckich towarów, nieustępliwy rzecznik związków zawodowych, biedoty i bezrobotnych, toczący niemal samotną walkę z bezczynnym republikańskim Kongresem Hoovera w pierwszych czarnych latach Wielkiego Kryzysu i, ku zgorszeniu własnej partii, domagający się podatków dla „zatopienia bogaczy”, liberalny republikański przeciwnik reform Tammany’ego, trzykrotny burmistrz najludniejszego miasta w kraju, a zarazem największego skupiska Żydów na półkuli zachodniej – La Guardia jako jedyny reprezentant swojej partii manifestuje pogardę dla Lindbergha i nazistowskiego dogmatu o wyższości Aryjczyków, który (sam będąc synem niepraktykującej Żydówki z austriackiego Triestu i włoskiego wolnomyśliciela przybyłego do Ameryki jako klezmer na statku) uważa za istotę creda Lindbergha i całej wielkiej rzeszy amerykańskich wyznawców kultu prezydenta.

La Guardia staje nad trumną i przemawia do dygnitarzy tym samym egzaltowanym, wysokim głosem, którym zasłynął podczas strajku nowojorskich wydawców gazet, co niedziela rano opowiadając dzieciom przez radio komiksy, jak dobry wujek, cierpliwie, obrazek po obrazku, dymek po dymku, od Dicka Trący i Sierotki Annie, przez całą resztę seryjnych historyjek.

– Oszczędźmy sobie wstępnych komunałów – zaczyna burmistrz. – Wszyscy wiemy, że Walter nie zawsze dał się lubić. Nie był to silny milczek, który wszystko skrywa w sobie, lecz demaskator, nienawidzący wszystkiego, co ukryte. Jak każdy, kogo Walter choć raz opisał w felietonie, mogę was zapewnić, że nie zawsze bywał on wzorem rzetelności. Nie był nieśmiały, nie był skromny, nie był nobliwy, taktowny, życzliwy i tak dalej. Przyjaciele! Gdybym miał wam wyliczyć wszystkie cnoty, którymi nie odznaczał się W. W., sterczelibyśmy tutaj do następnego Jom Kippur. Obawiam się, że zmarły Walter Winchell był jednym z jakże licznych przykładów ludzkiej niedoskonałości. Czy zgłaszając swoją kandydaturę na prezydenta Stanów Zjednoczonych, kierował się motywacją czystą jak mydło Ivory? Jaka była motywacja Waltera Winchella? Czy tej groteskowej kandydatury nie skalało rozbuchane ego? Przyjaciele! Jedynie Charles A. Lindbergh kieruje się motywacją czystą jak mydło Ivory, startując na prezydenta Ameryki. Jedynie Charles A. Lindbergh jest nobliwy, taktowny, życzliwy i tak dalej – no i, oczywiście, rzetelny: co parę miesięcy z przykładną rzetelnością wygłasza do narodu swoich dziesięć ulubionych komunałów. Jedynie Charles A. Lindbergh jest rządzącym altruistą, jedynie on jest silnym, milczącym świętym. Walter – przeciwnie: był samolubnym plotkarskim felietonistą. Walter – przeciwnie: był postacią jak z Broadwayu: lubił kucyki, nocne życie, Shermana Billingsleya, a ktoś mi kiedyś mówił, że nawet dziewczynki. A unieważnienie owego „szlachetnego eksperymentu”, jak go nazwał Herbert Hoover, unieważnienie hipokrytycznej, kosztownej, głupiej, niemożliwej do wcielenia w życie Osiemnastej Poprawki, było dla Waltera Winchella nie mniej haniebne niż dla nas wszystkich, którzy mieszkamy w Nowym Jorku. Krótko mówiąc, Walter pozbawiony był wszystkich chwalebnych cnót, którymi wyróżnia się na co dzień nasz niezdolny do grzechu pilot wyborowy, ulokowany wygodnie w Białym Domu.

Warto wymienić jeszcze kilka uderzających różnic między ułomnym Walterem a niezłomnym Lindym. Nasz prezydent jest sympatykiem faszystów, można go wręcz nazwać faszystą – a Walter Winchell był wrogiem faszyzmu. Nasz prezydent nie kocha Żydów, można go wręcz nazwać zakamuflowanym antysemitą – Walter Winchell natomiast był Żydem i nieugiętym, żarliwym przeciwnikiem antysemityzmu. Nasz prezydent jest wielbicielem Adolfa Hitlera, można go wręcz nazwać nazistą – a Walter Winchell był najzacieklejszym amerykańskim wrogiem Hitlera, jego amerykańskim wrogiem numer jeden. W pewnych kwestiach nasz niedoskonały Walter był bowiem niezłomny – w kwestiach zasadniczych. Walter mówił za głośno, Walter mówił za szybko, Walter mówił za dużo, a jednak wulgarny Walter był na swój sposób szlachetny, podczas gdy nobliwy Lindbergh jest obrzydliwy. Walter Winchell, drodzy przyjaciele, piętnował nazistów wszędzie, nie wyłączając Diese’ów, Bilbo’ów i Parnellów Thomasów, wysługujących się swojemu Führerowi w Kongresie Stanów Zjednoczonych, nie wyłączając hitlerowców, którzy pisują na łamach „New York Journal-American” i „New York Daily News”, nie wyłączając tych, co po królewsku podejmują nazistowskich morderców w naszym amerykańskim Białym Domu, na koszt podatników. I właśnie za to, że był wrogiem Hitlera, za to, że był wrogiem nazistów, zastrzelono wczoraj Waltera Winchella w cieniu pomnika Thomasa Jeffersona, na historycznym, przepięknym placu uroczego starego miasta Louisville. Za głoszenie własnych poglądów w stanie Kentucky W. W. poległ w zamachu z rąk amerykańskich nazistów, panoszących się dziś w całym tym wielkim kraju. To nie może zdarzyć się tutaj? Przyjaciele, to dzieje się tutaj – a gdzie jest Lindbergh? Gdzie jest Lindbergh?

Tłumy skupione przy ulicznych megafonach podchwytują okrzyk burmistrza i już po chwili całe miasto tętni nieziemską kaskadą skandowanych sylab – „Gdzie jest Lindbergh? Gdzie jest Lindbergh?” – a tymczasem w synagodze burmistrz raz po raz powtarza swoje gniewne pytanie, waląc pięścią w kazalnicę, nie jak orator akcentujący kluczową frazę teatralnym gestem, lecz jak rozsierdzony obywatel domagający się prawdy. „Gdzie jest Lindbergh?” – tym oto zjadliwym hasłem purpurowy na twarzy La Guardia przygotowuje rzesze żałobników na kulminacyjny moment wystąpienia Franklina D. Roosevelta, który wprawia w zdumienie nawet swoich najbardziej zaufanych współpracowników politycznych (Hopkinsa, Morgenthaua, Farleya, Berle’a i Barucha, siedzących z odkrytymi głowami o parę kroków od trumny poległego śmiercią męczeńską kandydata, którego specyficzna megalomania nigdy nie trafiała w gust najbliższych władzy kręgów Białego Domu, jakkolwiek skutecznie przysługiwała się ich szefowi), nominując na następcę Winchella przebiegłego, sarkastycznego, porywczego, grubiańskiego, nieokrzesanego politykiera, który mierzy pięć stóp i dwa cale wzrostu, a wśród wiernych wyborców znany jest pod czułym przydomkiem „Kwiatuszek”. Z kazalnicy świątyni Emanu-El oficjalny wódz Partii Demokratycznej deklaruje poparcie dla republikańskiego burmistrza Nowego Jorku jako kandydata „jedności narodowej” i przeciwnika ubiegającego się o drugą kadencję Lindbergha w kampanii roku czterdziestego czwartego.

Środa, 7 października 1942

Pilotowany przez prezydenta Lindbergha „Spirit of St. Louis” odlatuje rankiem z Long Island, z tego samego pasa startowego, z którego wzbił się do samotnego transatlantyckiego lotu 20 maja roku 1927. Bez eskorty ochronnej, samolot mknie po bezchmurnym niebie nad New Jersey, Pensylwanią i Ohio, aż do Kentucky. Biały Dom powiadomiony zostaje o celu podróży prezydenta zaledwie na godzinę przed planowanym lądowaniem na skąpanym w południowym słońcu lotnisku cywilnym Louisville. Burmistrzowi Louisville, Wilsonowi Wyattowi, ledwo wystarcza czasu, by przygotować miasto i obywateli na wizytę prezydenta. Na płycie lotniska dyżuruje już mechanik, który ma sprawdzić maszynę i przygotować ją do powrotnego lotu.

Według policyjnych szacunków, co najmniej jedna trzecia z trzystu dwudziestu tysięcy mieszkańców Louisville przybyła pieszo z oddalonego o pięć mil miasta i już zapełnia pola i drogi okalające Bowman Field, gdzie prezydent po wylądowaniu podjeżdża gładko samolotem tuż pod platformę, na której zainstalowano dla niego mikrofon, by mógł przemówić do tłumów. Gdy cichną wreszcie powitalne okrzyki i głos prezydenta dociera do uszu słuchaczy, nie pada ani jedna wzmianka o Walterze Winchellu, ani jedna aluzja do zamachu sprzed dwóch dni, wczorajszego pogrzebu albo przemówienia burmistrza La Guardii po namaszczeniu go na następcę Winchella przez Franklina Roosevelta w nowojorskiej synagodze. Nie ma potrzeby nawiązywania do tych zdarzeń. To, że La Guardia jest, nie inaczej niż przed nim Winchell, balonem próbnym FDR w jego dyktatorskich zakusach na bezprecedensową trzecią kadencję prezydencką, że za „oszczerczą kampanią La Guardii przeciw naszemu prezydentowi” stoją ci sami ludzie, którzy w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym pchali Amerykę do wojny, zostało już barwnie objaśnione narodowi przez wiceprezydenta Wheelera w wygłoszonym minionego wieczoru improwizowanym wystąpieniu na forum Legionu Amerykańskiego.

Prezydent ma tłumom do powiedzenia tylko tyle: „W naszym kraju panuje pokój. Nasz naród pracuje. Nasze dzieci uczą się w szkołach. Przyleciałem tu, aby wam o tym przypomnieć. Teraz wracam do Waszyngtonu, by dalej strzec obecnego stanu rzeczy”. Kilka prostych zdań – jednak dla dziesiątek tysięcy obywateli Kentucky, którzy od dwóch dni są przedmiotem uwagi całego kraju, zdania te brzmią jak obwieszczenie końca wszelkich utrapień. Ponowny szał radości żegna prezydenta, który po tradycyjnie lakonicznym wystąpieniu żegna zebranych pojedynczym machnięciem ręki, po czym na powrót wciska swą szczupłą postać do kabiny pilota. Z pasa startowego uśmiechnięty mechanik daje znak kluczem francuskim, że wszystko zostało sprawdzone i maszyna jest gotowa do lotu. Silnik zaczyna się obracać, Samotny Orzeł macha ostatni raz na pożegnanie i „Spirit of St. Louis” z głośnym rykiem odrywa się zamaszyście od ziemi imponującego przepychem natury stanu Daniela Boone’a, by po chwili (jak przystało na pilota kaskadera, którym Lindy był za młodu, gdy pikował i śmigał nisko nad farmerskimi miasteczkami Zachodu – ku uciesze oszalałego z zachwytu tłumu) przefrunąć dosłownie o włos nad drutami telegraficznymi, rozpiętymi od słupa do słupa wzdłuż drogi numer pięćdziesiąt osiem. Wznosząc się powoli w ciepłym prądzie łagodnego wiatru z tyłu, najsłynniejszy mały samolot w historii lotnictwa – współczesny odpowiednik „Santa Marii” Kolumba i „Mayflower” Ojców Pielgrzymów – znika na wschodzie, by już nigdy nie ukazać się ludzkim oczom.

Czwartek, 8 października 1942

Poszukiwania naziemne na regularnej trasie lotów między Louisville a Waszyngtonem nie przynoszą żadnych dowodów katastrofy, chociaż przepiękna jesienna pogoda umożliwia ekipom poszukiwawczym głęboką penetrację nieprzystępnych gór Wirginii Zachodniej i staranne przeczesanie pustych po żniwach pól stanu Maryland, a policyjnym łodziom wysyłanym przez władze stanowe – całodzienne patrolowanie wód wzdłuż wybrzeży Marylandu i Delaware. W godzinach popołudniowych do akcji poszukiwawczej dołącza wojsko, straż przybrzeżna i marynarka wojenna, nie licząc setek mężczyzn i chłopców z wszystkich stanów na wschód od Missisipi, którzy zgłaszają się na ochotnika do pomocy jednostkom Gwardii Narodowej, powołanym przez gubernatorów poszczególnych stanów. Mimo to do godziny osiemnastej Waszyngton nie otrzymuje żadnych doniesień o znalezieniu samolotu lub jego wraku, w związku z czym o dwudziestej w domu wiceprezydenta odbywa się nadzwyczajne posiedzenie gabinetu. Na posiedzeniu tym Burton K. Wheeler oświadcza, że po konsultacji z Pierwszą Damą, przywódcami większości Izby Reprezentantów i Senatu, oraz szefem Sądu Najwyższego, postanowił w interesie kraju przejąć funkcję prezydenta, zgodnie z Artykułem II, Paragraf I Konstytucji Stanów Zjednoczonych.

Dziesiątki gazet w wydaniach wieczornych noszą na pierwszych stronach największy, najczarniejszy nagłówek, jaki widziano w prasie amerykańskiej od krachu giełdowego w roku dwudziestym dziewiątym – z posępną zgrozą (i ku zawstydzeniu La Guardii) dziennikarze pytają: GDZIE JEST LINDBERGH?

Piątek, 9 października 1942

Nim Amerykanie zbudzili się do nowego dnia, w Stanach Zjednoczonych ogłoszono stan wojenny, obejmujący cały obszar kontynentalny kraju i wszystkie podległe mu terytoria. W południe urzędujący prezydent Wheeler przybywa pod eskortą wojskową do Kapitolu, gdzie na zamkniętej sesji Kongresu obwieszcza, że FBI otrzymała informację o porwaniu prezydenta, który przetrzymywany jest przez osoby nieznane gdzieś na terenie Ameryki Północnej. Urzędujący prezydent zapewnia Kongres o powzięciu wszelkich środków mających na celu uwolnienie prezydenta i postawienie sprawców czynu przed sądem. Do tego czasu granice z Kanadą i Meksykiem pozostaną zamknięte, podobnie jak lotniska i porty morskie, a prawa i porządku w Dystrykcie Kolumbii strzec będzie armia Stanów Zjednoczonych, natomiast w innych stanach – oddziały Gwardii Narodowej, we współpracy z FBI i lokalnymi władzami policji.

ZNOWU!

Ten lakoniczny nagłówek obiega cały kraj, wydrukowany we wszystkich gazetach Hearsta nad ostatnimi zdjęciami dwudziesto-miesięcznego dziecka Lindbergha, wykonanymi w roku trzydziestym drugim, zaledwie parę dni przed jego porwaniem.

Sobota, 10 października 1942

Niemieckie radio państwowe podaje, że uprowadzenie Charlesa A. Lindbergha, trzydziestego trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych i sygnatariusza historycznego Porozumienia Islandzkiego między Ameryką a Trzecią Rzeszą, jest dziełem konspiracji „żydowskich interesów”. Cytuje się ściśle tajne dane wywiadu Wehrmachtu, potwierdzające wstępne ustalenia Ministerstwa Stanu, że mózgiem spisku jest wojenny awanturnik Roosevelt – w kolaboracji z żydowskim sekretarzem skarbu Morgenthauem, żydowskim sędzią Sądu Najwyższego Frankfurterem i żydowskim baronem bankowym Baruchem – natomiast całość operacji, której celem jest przywrócenie Roosevelta do Białego Domu i rozpętanie globalnej wojny żydowskiej przeciwko nieżydowskiemu światu, finansuje międzynarodowa żydowska lichwa Warburga i Rothschilda, pod dowództwem Rooseveltowskiego poplecznika i gangstera, półkrwi Żyda La Guardii, burmistrza miasta Nowy Jork, oraz wpływowego żydowskiego gubernatora stanu Nowy Jork, finansisty Lehmana. Z danych wywiadu przekazanych FBI przez ambasadę niemiecką w Waszyngtonie wynika ponadto, że zamach na Waltera Winchella został zaplanowany i przeprowadzony przez tę samą sitwę Rooseveltowskich Żydów, która celowo i z premedytacją o-skarżyła o zbrodnię Amerykanów pochodzenia niemieckiego, aby wzniecić zjadliwą kampanię pod hasłem „Gdzie jest Lindbergh?” i tym samym skłonić prezydenta do odbycia wyprawy samolotem na scenę zamachu, celem dodania ducha obywatelom Louisville w stanie Kentucky, słusznie obawiających się żydowskiego odwetu. Tam – według raportu Wehrmachtu – podczas gdy prezydent przemawiał do tłumów, przekupiony przez żydowskich spiskowców mechanik (który również zniknął bez śladu, zamordowany, jak się podejrzewa, z rozkazu La Guardii) uszkodził radio pokładowe prezydenckiego samolotu. Tuż po starcie maszyny do Waszyngtonu pilot stwierdził niemożność nawiązania kontaktu z ziemią i innymi jednostkami powietrznymi, co wymogło na nim kapitulację, gdy „Spirit of St. Louis” osaczony został przez lecące na dużej wysokości myśliwce brytyjskie, które zmusiły go do zmiany kursu i zejścia po paru godzinach na lądowisko przygotowane w sekrecie przez międzynarodowe żydostwo, tuż za kanadyjską granicą Lemanowskiego stanu Nowy Jork.

W odpowiedzi na niemieckie rewelacje burmistrz La Guardia oświadcza reporterom zgromadzonym w ratuszu: „Każdy Amerykanin, który dał wiarę tym z palca wyssanym nazistowskim łgarstwom, stoczył się na najniższe intelektualne dno”. Niemniej jednak, jak podają dobrze poinformowane źródła, zarówno burmistrz, jak i gubernator, przesłuchani zostali wnikliwie przez agentów FBI, a sekretarz spraw wewnętrznych Ford wystosował żądanie do premiera Kanady, Mackenziego Kinga, o wszczęcie intensywnych poszukiwań prezydenta Lindbergha i jego porywaczy na ziemi kanadyjskiej. Wiadomo, że urzędujący prezydent Wheeler wraz z doradcami Białego Domu bada niemiecką dokumentację, nie zamierza jednak komentować zawartych w niej zarzutów aż do czasu zakończenia poszukiwań prezydenckiego samolotu. Niszczyciele marynarki wojennej i kutry torpedowe straży przybrzeżnej poszukują obecnie śladów katastrofy lotniczej w oddalonych rejonach północnych po przylądek May w New Jersey, i południowych – po przylądek Hatteras w Karolinie Północnej, a jednocześnie jednostki lądowe armii, korpusu marynarki wojennej i Gwardii Narodowej kontynuują tropienie śladów zaginionego samolotu na obszarze dwudziestu stanów.

Oddziały Gwardii Narodowej nadzorujące przestrzeganie stanu wojennego nie donoszą o przypadkach zamieszek wywołanych zniknięciem prezydenta. Ameryka w warunkach stanu wojennego żyje spokojnie, jakkolwiek Wielki Czarownik Ku-Klux-Klanu oraz przewodniczący Amerykańskiej Partii Nazistowskiej wystosowali wspólny apel do urzędującego prezydenta „o wprowadzenie nadzwyczajnych środków ochrony Ameryki przed żydowskim zamachem stanu”.

Tymczasem komitet żydowskich duchownych Ameryki, na czele którego stoi rabin Stephen Wise z Nowego Jorku, śle telegram do Pierwszej Damy z wyrazami szczerego współczucia w tych jakże trudnych dla niej i rodziny chwilach. Wczesnym wieczorem, jak donoszą świadkowie, do Białego Domu wkracza rabin Lionel Bengelsdorf, podobno zaproszony przez panią Lindbergh dla udzielenia duchowego wsparcia rodzinie prezydenta, już trzecią dobę spędzającej na czuwaniu. Zaproszenie rabina Bengelsdorfa do Białego Domu jest powszechnie interpretowane jako znak, że Pierwsza Dama odrzuca tezę o powiązaniu „żydowskich interesów” ze zniknięciem swojego małżonka.

Niedziela, 11 października 1942

Podczas nabożeństw w całym kraju wierni modlą się w intencji rodziny Lindberghów. Trzy największe stacje radiowe odwołują ramowe programy, aby nadać transmisję z mszy, celebrowanej w waszyngtońskiej Katedrze Narodowej z udziałem Pierwszej Damy i jej dzieci, po czym już do wieczora z odbiorników płynie uduchowiona muzyka. O dwudziestej urzędujący prezydent Wheeler wygłasza orędzie do narodu, zapewniając rodaków, iż nie zamierza przerywać poszukiwań. Informuje, że na zaproszenie premiera Kanady amerykańskie siły porządkowe towarzyszyć będą królewskiej kanadyjskiej policji konnej w przeczesywaniu wschodniej połowy pasa granicznego między Stanami Zjednoczonymi a Kanadą, a także południowych okręgów prowincji wschodniej Kanady.

Rabin Lionel Bengelsdorf, występujący jako oficjalny rzecznik Pierwszej Damy, oświadcza sporej grupie reporterów czekających na werandzie Białego Domu, iż pani Lindbergh usilnie prosi naród amerykański o ignorowanie jakichkolwiek spekulacji obcych rządów, dotyczących okoliczności zniknięcia jej męża. Pani Lindbergh, dodaje rabin, pragnie przypomnieć narodowi, że w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym, jako pilot rejsowy na trasie St. Louis – Chicago, prezydent dwukrotnie, bez najmniejszego szwanku, ocalał z katastrof lotniczych zakończonych rozbiciem samolotu, więc i teraz małżonka jego ufa, że odnaleziony zostanie cały i zdrowy, nawet jeśli doszło do katastrofy. Pierwszej Damy, kontynuuje rabin, nie przekonują dowody porwania, dostarczone przez urzędującego prezydenta. Na pytanie, dlaczego pani Lindbergh nie wypowiada się osobiście i dlaczego nie dopuszcza się do niej prasy, rabin odpowiada: „Proszę pamiętać, że nie pierwszy to już raz w swoim trzydziestosześcioletnim życiu pani Lindbergh nagabywana jest przez prasę w chwili wyjątkowo dla niej bolesnego rodzinnego kryzysu. Sądzę, że Amerykanie z życzliwą wyrozumiałością przyjmą każdą decyzję Pierwszej Damy, mającą na celu jak najlepszą ochronę jej i jej dzieci przez cały czas trwania poszukiwań”. Spytany o prawdziwość plotek, jakoby pani Lindbergh z powodu załamania nie była w stanie podejmować samodzielnych decyzji, w związku z czym podejmuje je za nią Lionel Bengelsdorf, rabin replikuje: „Nikt, kto podziwiał dziś rano w katedrze postawę Pierwszej Damy, nie może zwątpić w jej sprawność intelektualną, pełną kontrolę nad emocjami, a także to, że, mimo przytłaczającej sytuacji, bystrość jej umysłu i sądów nie osłabła ani na jotę”.

Pomimo zapewnień rabina, na antenę trafiają echa podejrzeń „wysoko postawionego członka rządu” – podobno chodzi o sekretarza Forda – iż Pierwsza Dama wpadła w sidła „Rabina Rasputina”, który ma nad nią podobną władzę, jak nawiedzony syberyjski chłop nad carem i carycą Rosji w latach poprzedzających rewolucję bolszewicką – jak Rasputin, który zniewoliwszy podstępnie umysły carskiej pary, na dobrą sprawę rządził pałacem, a kres jego obłąkańczej władzy położyło dopiero morderstwo, uknute i dokonane przez patriotycznych rosyjskich arystokratów.

Poniedziałek, 12 października 1942

Jak donosi londyńska prasa poranna, wywiad brytyjski przekazał FBI niemieckie szyfrogramy, dowodzące niezbicie, że prezydent Lindbergh żyje i znajduje się w Berlinie. Wywiad brytyjski ustalił, iż 7 października, zgodnie z dawno ustalonym planem opracowanym przez marszałka lotnictwa Hermanna Göringa, prezydent Stanów Zjednoczonych wodował samolot „Spirit of St. Louis” w umówionym punkcie na Atlantyku, około trzystu mil na wschód od Waszyngtonu. Tam spotkał się z niemiecką łodzią podwodną, której załoga przekazała go na niemiecki okręt czekający u wybrzeży Portugalii. Okręt ten dostarczył Lindbergha do zajętego przez Włochów czarnogórskiego portu Kotor nad Morzem Adriatyckim. Wrak prezydenckiego samolotu został wciągnięty na pokład niemieckiego okrętu towarowego, rozmontowany, zapakowany w skrzynie i odtransportowany do gestapowskiego magazynu w Bremie. Prezydent natomiast, wprost z lądowiska w Kotorze, poleciał do Niemiec zamaskowanym samolotem Luftwaffe, na pokładzie którego towarzyszył mu marszałek lotnictwa Göring. Zaraz po wylądowaniu w bazie Luftwaffe przewieziono Lindbergha samochodem do kryjówki Hitlera w Berchtesgaden, na konferencję z Führerem.

Serbskie grupy oporu w Jugosławii potwierdzają ustalenia brytyjskiego wywiadu na podstawie informacji uzyskanych ze źródeł w powołanym przez Niemców belgradzkim rządzie generała Milana Nedicha, którego minister spraw wewnętrznych kierował operacją morską w porcie Kotor.

W Nowym Jorku burmistrz La Guardia oświadcza reporterom: „Jeśli prawdą jest, że nasz prezydent dobrowolnie zbiegł do nazistowskich Niemiec, jeśli prawdą jest, że od chwili zaprzysiężenia działał w Białym Domu jako agent nazistów, jeśli prawdą jest, że nasza polityka wewnętrzna i zagraniczna sterowana jest, za pośrednictwem prezydenta, przez nazistowski reżim, który dziś tyranizuje cały kontynent europejski, to brak mi słów na opisanie tej podłej zdrady, która nie ma sobie równych w historii ludzkości”.

Pomimo ogłoszenia stanu wojennego i obowiązującej w całym kraju godziny policyjnej, pomimo obecności silnie uzbrojonych oddziałów Gwardii Narodowej, patrolujących ulice wszystkich większych amerykańskich miast, tuż po zachodzie słońca wybuchają antysemickie zamieszki w stanach Alabama, Illinois, Indiana, Iowa, Kentucky, Missouri, Ohio, Karolina Południowa, Tennessee, Karolina Północna i Wirginia – zamieszki trwające przez całą noc, aż do wczesnych godzin porannych. Dopiero około godziny ósmej oddziały federalne – skierowane przez urzędującego prezydenta Wheelera do wsparcia jednostek Gwardii Narodowej – przywracają względny spokój i opanowują największe pożary wzniecone przez rebeliantów. Ofiarami zamieszek padło stu dwudziestu dwóch obywateli amerykańskich.

Wtorek, 13 października 1942

W południowym wystąpieniu radiowym urzędujący prezydent Wheeler winą za zamieszki obarcza „rząd brytyjski i jego dążących do wojny amerykańskich popleczników”.

„Czego spodziewali się ci ludzie, głoszący najpodlejsze oszczerstwa przeciwko patriocie formatu Charlesa A. Lindbergha, po narodzie opłakującym nagłe zniknięcie ukochanego przywódcy? W imię własnych ekonomicznych i rasowych interesów – grzmi urzędujący prezydent – ludzie ci z całą premedytacją drażnią sumienie zbolałego narodu i jakiej, pytam, spodziewają się reakcji? Pragnę zapewnić o przywróceniu porządku w naszych zdewastowanych burdami miastach Południa i Środkowego Zachodu – lecz jak ogromnym odbyło się to kosztem dla równowagi ducha społeczeństwa?”

Zaraz potem rabin Lionel Bengelsdorf wygłasza oświadczenie małżonki prezydenta. Pierwsza Dama po raz kolejny apeluje do rodaków, by nie zważali na niesprawdzalne hipotezy o zniknięciu jej męża, napływające z obcych stolic, prosi też rząd Stanów Zjednoczonych o natychmiastowe zaprzestanie trwających już tydzień poszukiwań samolotu prezydenta. Pierwsza Dama przypomina narodowi o tragicznym losie Amelii Earhart, najsłynniejszej kobiety-pilota, która idąc za przykładem prezydenta Lindbergha, w roku trzydziestym drugim odbyła słynny samotny lot przez Atlantyk, by w pięć lat później zniknąć bez śladu podczas próby samotnego przelotu nad Pacyfikiem. „Będąc sama doświadczonym pilotem – informuje prasę rabin Bengelsdorf – Pierwsza Dama doszła do wniosku, że prezydenta spotkało zapewne to samo, co Amelię Earhart. Zycie nie jest wolne od ryzyka, a tym bardziej nie jest od niego wolne lotnictwo, zwłaszcza dla takich śmiałków jak Amelia Earhart i Charles A. Lindbergh, którzy swymi bohaterskimi samotnymi lotami zainaugurowali erę aeronautyki, w której obecnie żyjemy”.

Nalegania dziennikarzy na spotkanie z Pierwszą Damą znów spotykają się z grzeczną odmową jej oficjalnego rzecznika, w związku z czym sekretarz Ford domaga się aresztowania Rabina Rasputina.

Środa, 14 października 1942

Wczesnym wieczorem burmistrz La Guardia zwołuje konferencję prasową, by wskazać na trzy przejawy „jawnego szaleństwa, zagrażającego zdrowiu psychicznemu narodu”.

Przede wszystkim na korespondencję z Berlina zamieszczoną na pierwszej stronie „Chicago Tribune”, a informującą o tym, że dwunastoletni syn prezydentostwa Lindberghów – rzekomo porwany i zamordowany w New Jersey w roku trzydziestym drugim – został oddany ojcu w Berchtesgaden. Naziści wyzwolili chłopca z lochów krakowskiego getta, gdzie od czasu zniknięcia był więźniem Żydów, którzy co roku upuszczali mu krwi w ramach rytualnego szykowania macy na święto Paschy.

Po drugie, na proponowaną uchwałę republikańskiej części Izby Reprezentantów o wypowiedzeniu wojny Wspólnocie Kanadyjskiej, jeśli premier King w ciągu czterdziestu ośmiu godzin nie ujawni miejsca pobytu zaginionego prezydenta Ameryki.

Po trzecie, o raporcie sił bezpieczeństwa z Południa i Środkowego Zachodu, stwierdzającym, iż „tak zwane zamieszki antysemickie” z 12 października zostały sprowokowane przez „lokalne elementy żydowskie”, działające w ramach „szeroko zakrojonej żydowskiej konspiracji, dążącej do sabotowania morale narodu”. Spośród 122 ofiar zamieszek, 97 zidentyfikowano już jako „żydowskich prowokatorów”, którzy chcieli tym sposobem odwrócić podejrzenia od rzeczywistych sprawców zamieszania, spiskujących w celu przejęcia władzy federalnej.

Burmistrz La Guardia oświadcza: „Istotnie, mamy do czynienia ze spiskiem, którego siły napędowe chętnie nazwę po imieniu: histeria, ignorancja, złośliwość, głupota, nienawiść i lęk. Cóż za odrażający spektakl rozgrywa się dziś w naszym kraju! Na każdym kroku fałsz, okrucieństwo, szaleństwo i przyczajona w tle brutalna siła, gotowa nas wszystkich wykończyć. Oto czytamy na łamach „Chicago Tribune”, że cwani żydowscy piekarze od dziesięciu lat używają krwi porwanego dziecka Lindbergha do wypiekania w Polsce macy na święto Paschy – bujda ta brzmi dzisiaj tak samo głupio, jak pięćset lat temu, kiedy wymyślili ją maniakalni antysemici. Jakaż to radość dla Führera, że nasz kraj zatruwany jest tym złowieszczym nonsensem. Żydowskie interesy. Żydowska konspiracja. Żydowska wojna z całym światem. Że też udało się zniewolić Amerykę tym propagandowym hokus-pokus! Że też udało się zwieść umysły największego narodu świata, nie wypowiadając ani słowa prawdy! Ach, jaką wielką radość musimy sprawiać najstraszniejszemu człowiekowi na ziemi!”

Czwartek, 15 października 1942

Tuż przed świtem rabin Lionel Bengelsdorf aresztowany zostaje przez FBI jako domniemany członek „grupy przywódczej żydowskiego spisku przeciwko Ameryce”. Równocześnie Pierwsza Dama, według oficjalnego komunikatu cierpiąca na „silne wyczerpanie nerwowe”, przewieziona zostaje karetką z Białego Domu do Szpitala Wojskowego Waltera Reeda. Dalsza lista aresztowanych w porannej łapance obejmuje: gubernatora Lehmana, Bernarda Ba-rucha, sędziego Frankfurtera, protegowanego przez Frankfurtera administratora Roosevelta, Davida Lilienthala; doradców Nowego Ładu, Adolfa Berle’a i Sama Rosenmana; przywódców robotniczych Davida Dubinsky’ego i Sidneya Hillmana, ekonomistę Isadora Lubina, lewicowych dziennikarzy I. F. Stone’a i Jamesa Wechslera oraz socjalistę Louisa Waldmana. Spodziewane są dalsze a-resztowania, FBI nie zdradza jednak, czy zarzut udziału w konspiracji, która uknuła porwanie prezydenta, postawiony zostanie wszystkim, czy tylko niektórym z podejrzanych.

Do Nowego Jorku wkraczają czołgi i piechota Armii Stanów Zjednoczonych, by wspierać Gwardię Narodową w tłumieniu sporadycznych protestów antyrządowych. W Chicago, Filadelfii i Bostonie próby demonstracji przeciwko FBI – nielegalnych w warunkach stanu wojennego – kończą się jedynie drobnymi obrażeniami, chociaż policja donosi o aresztowaniu kilkuset manifestantów.

Na forum Kongresu przywódcy republikańscy chwalą FBI za udaremnienie groźnego spisku. Na konferencji prasowej w Nowym Jorku do burmistrza La Guardii dołączają Eleanor Roosevelt i Roger Baldwin z Amerykańskiej Unii Swobód Obywatelskich. Domagają się natychmiastowego zwolnienia gubernatora Lehmana oraz jego rzekomych wspólników w konspiracji. Zaraz potem La Guardia zostaje aresztowany we własnej willi.

Były prezydent Roosevelt przyjeżdża ze swej siedziby w Hyde Park, aby przemówić do uczestników nadzwyczajnego wiecu protestacyjnego, zwołanego przez komitet obywatelski Nowego Jorku – i „dla własnego bezpieczeństwa” zostaje natychmiast zatrzymany przez policję. Armia Stanów Zjednoczonych zamyka wszystkie nowojorskie redakcje prasowe i radiostacje. Od tej chwili godzina policyjna trwa w mieście przez całą dobę, aż do odwołania. Wszystkie mosty i tunele wiodące do Nowego Jorku zostają zablokowane przez czołgi.

Burmistrz Buffalo ogłasza zamiar rozdania wszystkim obywatelom miasta masek przeciwgazowych. Burmistrz pobliskiego Rochester inicjuje program organizacji schronów „dla ochrony naszych mieszkańców w razie niespodziewanego ataku kanadyjskiego”. Jak podaje Canadian Broadcasting Company, do drobnej wymiany ognia doszło na granicy stanu Maine z prowincją Nowy Brunszwik, niedaleko letniego domu Roosevelta na wyspie Campobello w zatoce Fundy. Premier Churchill ostrzega z Londynu przed rychłą inwazją Niemców na Meksyk – jej celem miałaby być osłona południowej flanki Ameryki, gdy Stany Zjednoczone odbierać będą Kanadę Brytyjczykom. „Nie chodzi już o to – mówi Churchill – by wielka amerykańska demokracja podjęła akcję zbrojną w naszej obronie. Przyszedł czas, aby obywatele amerykańscy podjęli akcję cywilną we własnej obronie. Nie ma dwóch oddzielnych historycznych dramatów – amerykańskiego i brytyjskiego – i nigdy nie było. Łączy nas wspólny los, któremu teraz, tak jak w przeszłości, musimy wspólnie stawić czoło”.

Piątek, 16 października 1942

Począwszy od dziewiątej rano, ukryty gdzieś w stolicy kraju nadajnik transmituje głos Pierwszej Damy, która z pomocą Lindberghowskich lojalistów ze służb specjalnych zdołała uciec ze szpitala Waltera Reeda, gdzie – wbrew zapewnieniom władz, że jako chora umysłowo trafiła pod opiekę wojskowych psychiatrów – zapakowana w kaftan bezpieczeństwa, więziona była przez dwadzieścia cztery godziny. Jej ton jest ujmująco łagodny, słowa nie zdradzają ani cienia gniewu czy wyniosłej pogardy – jest to zrównoważony głos osoby ze wszech miar godnej szacunku, która nauczyła się znosić przykrości i rozczarowania bez utraty samokontroli. Nie porywa jak cyklon, jednak całe wystąpienie jest niezwykłe, a mówczyni nie okazuje lęku.

– Moi drodzy rodacy, Amerykanie. Bezprawie praktykowane przez amerykańskie instytucje powołane do przestrzegania prawa nie może być i nie będzie tolerowane. W imieniu mego męża apeluję do wszystkich oddziałów Gwardii Narodowej o rozbrojenie i rozwiązanie formacji oraz powrót ich członków do życia cywilnego. Apeluję do wszystkich żołnierzy sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych o opuszczenie naszych miast i powrót do baz macierzystych, pod dowództwo formalnie ustanowionych zwierzchników. Apeluję do FBI o zwolnienie wszystkich aresztowanych pod zarzutem udziału w spisku przeciwko mojemu mężowi i o przywrócenie im pełnych praw obywatelskich. Apeluję do władz policyjnych w całym kraju, by postąpiły tak samo z aresztantami więzień lokalnych i stanowych. Brak jakichkolwiek dowodów na to, że którykolwiek z zatrzymanych ponosi odpowiedzialność za losy mojego męża i jego samolotu, począwszy od środy, siódmego października czterdziestego drugiego roku. Apeluję do policji miasta Nowy Jork o opuszczenie nielegalnie okupowanych redakcji kontrolowanych przez rząd gazet, czasopism i radiostacji i o umożliwienie im podjęcia normalnej działalności, gwarantowanej Pierwszą Poprawką do Konstytucji. Apeluję do Kongresu Stanów Zjednoczonych o wszczęcie procedury usunięcia od władzy urzędującego prezydenta i wyznaczenie nowego, zgodnie z Ustawą o Sukcesji Prezydenckiej z roku tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego, która w razie wakatu na urzędzie wiceprezydenta, następcą prezydenta mianuje sekretarza stanu. Ustawa o Sukcesji z roku tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego stanowi również, że w powyższych okolicznościach Kongres podejmuje decyzję o ewentualnym ogłoszeniu nadzwyczajnych wyborów prezydenckich, apeluję więc do Kongresu o wyznaczenie wyborów prezydenckich na ten sam dzień, w którym odbędą się wybory do Kongresu, czyli na wtorek po pierwszym poniedziałku listopada.

Pierwsza Dama powtarza swoje radiowe wystąpienie co pół godziny, aż wreszcie w południe oświadcza, że wbrew woli urzędującego prezydenta – którego imiennie oskarża o spowodowanie jej uprowadzenia i uwięzienia – powraca razem z dziećmi do rezydencji w Białym Domu. Celowo nawiązując do otaczanego największą czcią tekstu amerykańskiej demokracji, kończy słowami:

– Nie ulegnę i nie dam się zastraszyć bezprawnym przedstawicielom samozwańczej administracji, a naród amerykański proszę jedynie o to, by idąc za moim przykładem, nie uznawał i nie popierał bezpodstawnych poczynań rządu. Historia obecnej administracji to ciąg niegodziwości i zawłaszczeń, których wyraźnym celem jest ustanowienie tyranii absolutnej nad objętymi jej władzą stanami. Obecny rząd, głuchy na głos sprawiedliwości, poddaje nas niczym nieuzasadnionej jurysdykcji. Dlatego broniąc tych samych niezbywalnych praw, o które w lipcu tysiąc siedemset siedemdziesiątego szóstego roku upomnieli się Jefferson z Wirginii, Franklin z Pensylwanii i Adams z Massachusetts Bay, z upoważnienia tego samego szlachetnego narodu Stanów Zjednoczonych, zwracając się do tych samych najwyższych sędziów świata o poświadczenie czystości naszych intencji, ja, Annę Morrow Lindbergh, urodzona w New Jersey, zamieszkała w Dystrykcie Kolumbii, małżonka trzydziestego trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych, ogłaszam koniec krzywdzącej uzurpacji. Spisek naszych wrogów spalił na panewce, wolność i sprawiedliwość zostały przywrócone, a gwałciciele Konstytucji Stanów Zjednoczonych staną teraz przed państwową władzą sądowniczą, tak jak tego wymaga prawo naszego kraju.

„Matka Boska od Białego Domu” – jak ją kąśliwie ochrzcił Harold Ickes – powraca wczesnym wieczorem do kwatery prezydenckiej, skąd, emanując mistyczną siłą zbolałej rodzicielki umęczonego niemowlęcia i rezolutnej wdowy po bogu, który przepadł bez śladu, dyryguje pospiesznym demontażem przez Kongres i sądy niezgodnej z Konstytucją administracji Wheelera, której zbrodnicze ekscesy poczyniły w ciągu zaledwie ośmiu dni daleko więcej szkody niż wcześniejszy o lat dwadzieścia republikański rząd Warrena Hardinga.

Zainicjowane przez panią Lindbergh przywracanie rzetelnych procedur demokratycznych osiąga punkt kulminacyjny dwa i pół tygodnia później, we wtorek 3 listopada 1942 roku, gdy demokraci lawinową przewagą głosów zdobywają Izbę Reprezentantów i Senat, a Franklin Delano Roosevelt bezapelacyjnie wygrywa trzecią kadencję prezydencką.

Miesiąc później – po druzgocącym, niespodziewanym ataku Japończyków na Pearl Harbor, wyprzedzającym o cztery dni wypowiedzenie wojny Stanom Zjednoczonym przez Niemcy i Włochy – Ameryka włącza się w globalny konflikt zbrojny, zapoczątkowany trzy lata wcześniej niemiecką inwazją na Polskę i angażujący już dwie trzecie światowej populacji. Skompromitowani kolaboracją z niedawnym urzędującym prezydentem i osłabieni totalną porażką wyborczą, nieliczni pozostali w Kongresie republikanie deklarują poparcie dla demokratycznego prezydenta i jego polityki nieustępliwej walki przeciwko państwom Osi. Izba Reprezentantów i Senat bez jednego głosu sprzeciwu aprobują przystąpienie Ameryki do wojny, a prezydent Roosevelt, nazajutrz po zaprzysiężeniu, wystosowuje Proklamację Nr 2568, O ułaskawieniu Burtona Wheelera. Oto jej fragment:

„W związku z pewnymi poczynaniami poprzedzającymi usunięcie go z funkcji urzędującego prezydenta, Burton K. Wheeler winien zostać postawiony w stan oskarżenia i sądzony za działanie na szkodę Stanów Zjednoczonych. Pragnąc oszczędzić narodowi bolesnego spektaklu postępowania karnego przeciwko urzędującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych oraz uniknąć niezdrowej sensacji takiego widowiska w czasie wojny, ja, Franklin Delano Roosevelt, prezydent Stanów Zjednoczonych, korzystając z prawa łaski gwarantowanego mi przez Artykuł II, Paragraf 2 Konstytucji, niniejszym udzielam Burtonowi Wheelerowi całkowitej i bezwarunkowej abolicji, obejmującej wszelkie wykroczenia przeciwko Stanom Zjednoczonym, których wspomniany Burton Wheeler był sprawcą, domniemanym sprawcą lub współuczestnikiem w okresie od 8 października do 16 października 1942 roku”.

Jak wszyscy wiemy, prezydent Lindbergh przepadł bez wieści, chociaż do końca wojny i przez następne dziesięciolecie był przedmiotem sensacyjnych płotek i spekulacji, podobnie jak dwaj inni sławni zaginieni tych niespokojnych czasów – Martin Borman, osobisty sekretarz Hitlera, który miał rzekomo zbiec przed aliantami do Peronowskiej Argentyny (chociaż bardziej prawdopodobne jest, że zginął w ostatnich dniach przed zajęciem Berlina), czy Raoul Wallenberg, szwedzki dyplomata, który uratował przed eksterminacją około dwudziestu tysięcy węgierskich Żydów, wystawiając im szwedzkie paszporty, po czym sam zniknął bez śladu, prawdopodobnie w sowieckim więzieniu, po zajęciu przez Rosjan Budapesztu w roku czterdziestym piątym. Choć teoretyków spisku przeciw Lindberghowi ubywało, doniesienia o tym, że trafiono na jego ślad lub wręcz go widziano, pojawiały się nadal w okazjonalnych biuletynach poświęconych spekulacjom na temat niewyjaśnionego losu trzydziestego trzeciego prezydenta Ameryki.

Najkunsztowniejszą i najmniej wiarygodną, choć na swój sposób przekonującą historię przekazała nam ciotka Evelyn po aresztowaniu rabbiego Bengelsdorfa – a źródłem tej historii był nie kto inny jak Annę Morrow Lindbergh, która rzekomo wyznała wszystko z detalami rabinowi na parę dni przed zabraniem jej siłą z Białego Domu i uwięzieniem na oddziale psychiatrycznym Szpitala Waltera Reeda.

Według pani Lindbergh, jak relacjonował żonie rabin Bengelsdorf, wszystko zaczęło się w roku trzydziestym drugim, od porwania jej maleńkiego synka Charlesa – porwania uknutego i sfinansowanego przez Partię Nazistowską na krótko przed dojściem Hitlera do władzy. Następnie Bruno Hauptmann miał oddać dziecko na przechowanie do przyjaciela, który mieszkał blisko niego w dzielnicy Bronx – również imigranta niemieckiego, będącego w rzeczywistości nazistowskim szpiegiem – i już w parę godzin po wykradzeniu go z kołyski w Hopewell, New Jersey, i wyniesieniu przez okno po prowizorycznej drabince, Charles junior przeszmuglowany został przez granicę i wywieziony w stronę Niemiec.

Zwłoki znalezione dziesięć tygodni później i zidentyfikowane jako ciałko niemowlęcia Lindberghów należały w istocie do innego dziecka, wybranego na ofiarę przez nazistów z uwagi na podobieństwo do małego Lindbergha. Gdy zaczęły się rozkładać, umieszczono je w lesie niedaleko domu Lindberghów, by nie pozostawiać wątpliwości co do winy Hauptmanna, który musiał zostać skazany i stracony, by utrzymać w sekrecie prawdę o okolicznościach porwania przed wszystkimi, oprócz samych Lindberghów. Wkrótce nazistowski szpieg, będący oficjalnie korespondentem prasowym w Nowym Jorku, powiadomił ich o dotarciu Charlesa, całego i zdrowego, na ziemię niemiecką, gdzie otoczony zostanie najtroskliwszą opieką przez specjalnie dobrany zespół nazistowskich lekarzy, pielęgniarek, nauczycieli i wojskowych – opieką godną pierworodnego syna najsłynniejszego pilota na świecie – pod warunkiem, że Lindberghowie pójdą na pełną współpracę z Berlinem.

Wskutek tego szantażu, przez najbliższe dziesięć lat o losie Lindberghów i ich porwanego dziecka – a stopniowo coraz bardziej także o losie Stanów Zjednoczonych Ameryki – decydował Adolf Hitler. Dzięki sprawności swoich agentów w Nowym Jorku i Waszyngtonie – a także w Londynie i Paryżu, gdy fetowana powszechnie para „zbiegła” do Europy na rozkaz swoich mocodawców, by Lindbergh jako uchodźca mógł regularnie odwiedzać nazistowskie Niemcy i zachwycać się rozwojem ich machiny wojennej – naziści zaczęli wykorzystywać sławę Lindbergha na korzyść Trzeciej Rzeszy, za to ze szkodą dla Ameryki, dyktując sławnemu pilotowi i jego żonie, gdzie mają mieszkać, z kim się zadawać, a przede wszystkim – jakie opinie mają wygłaszać w wystąpieniach publicznych i na piśmie. W roku trzydziestym ósmym, w nagrodę za to, że Lindbergh, podczas wydanego w Berlinie bankietu na swoją cześć, z wdzięcznością przyjął z rąk Hermanna Göringa prestiżowy medal, a także w odpowiedzi na liczne błagalne listy, kierowane przez Annę Morrow Lindbergh sekretnym kanałem do samego Führera, Lindberghom pozwolono po raz ostatni odwiedzić synka, który był już prawie ośmioletnim przystojnym blondynkiem, wychowywanym od dnia przybycia do Niemiec na modelowego hitlerowskiego młodzieńca. Mówiący wyłącznie po niemiecku mały kadet nie zrozumiał, ani też nie został poinformowany, że sławni Amerykanie, którym wraz całą klasą został przedstawiony po uroczystym pokazie sprawnościowym w swojej elitarnej akademii wojskowej, to jego rodzice. Lindberghom zaś zabroniono rozmawiać i fotografować się z chłopcem. Wizytę umożliwiono im w momencie, gdy Annę Morrow Lindbergh doszła do wniosku, że cała nazistowska historia o porwaniu to skrajnie okrutny blef i czas najwyższy, aby Lindberghowie wyrwali się spod władzy Adolfa Hitlera. Skończyło się jednak na tym, że ujrzawszy Charlesa żywego po raz pierwszy od trzydziestego drugiego roku, wyjechali z Niemiec jako dożywotni niewolnicy najgorszego wroga swojego kraju.

Kazano im zakończyć okres uchodźstwa i powrócić do Stanów, gdzie pułkownik Lindbergh miał rozpętać akcję Najpierw Ameryka. Dostarczano mu napisane po angielsku przemówienia szkalujące Brytyjczyków, Roosevelta i Żydów, za to propagujące ideę neutralności Ameryki w europejskiej wojnie; otrzymywał też szczegółowe instrukcje, gdzie i kiedy ma wygłaszać poszczególne teksty, a nawet w co się ma ubierać na kolejne wystąpienia. Wszystkie reżyserowane z Berlina ruchy polityczne wykonywał Lindbergh z tym samym sumiennym perfekcjonizmem, który charakteryzował jego wyczyny lotnicze – aż nadszedł wieczór, gdy pojawił się w stroju pilota na konwencji republikanów, by przyjąć kandydaturę na prezydenta, dziękując za zaszczyt słowami napisanymi specjalnie na tę okazję przez nazistowskiego ministra propagandy Josepha Goebbelsa. Naziści sterowali następnie każdym krokiem jego kampanii prezydenckiej, a gdy już Lindbergh zwyciężył FDR, ster przejął sam Hitler, który – na cotygodniowych spotkaniach z Geringiem, namaszczonym przezeń na następcę szefem niemieckiej gospodarki, oraz Heinrichem Himmlerem, nadzorcą spraw wewnętrznych i szefem gestapo, formacji policyjnej, której polecono pieczę nad Charlesem Lindberghiem juniorem – ustalał politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych, która najlepiej służyłaby celom wojennym Niemiec i jego własnym imperialistycznym zakusom.

Himmler zaczął niebawem wtrącać się w sprawy wewnętrzne USA, wywierając naciski na prezydenta Lindbergha – obecnego w notatkach szefa gestapo pod szyderczym przydomkiem „naszego amerykańskiego Gauleitera” – by go zmusić do wszczęcia represji przeciwko czterem i pół miliona amerykańskich Żydów, i właśnie w tej kwestii, jeśli wierzyć pani Lindbergh, prezydent stawił – zrazu tylko bierny – opór. Zaczął od powołania Organizacji Asymilacji Amerykańskiej, która w jego opinii była niegroźna i nie robiła Żydom większej szkody, zachowując zarazem pozory – choćby pod postacią ruchu Zwykli Ludzie i akcji Osadnictwo 42 – wypełniania dyrektywy Himmlera, nakazującej „rozpoczęcie w Ameryce systematycznego procesu marginalizacji, który w przewidywalnej przyszłości doprowadzi do konfiskaty całego żydowskiego mienia oraz do całkowitego zniknięcia populacji żydowskiej, wraz z wszystkimi jej przyległościami”.

Heinrich Himmler, oczywiście, nie dał się zwieść takim sztuczkom, nie próbował też kryć rozczarowania, gdy Lindbergh – za pośrednictwem von Ribbentropa, którego Himmler posłał do Waszyngtonu, by pod pozorem oficjalnej wizyty państwowej dopomógł prezydentowi w ustalaniu surowszych sankcji antyżydowskich – ośmielił się tłumaczyć jemu, głównemu nadzorcy hitlerowskich obozów koncentracyjnych, że gwarancje zawarte w Konstytucji Stanów Zjednoczonych, w połączeniu z odwieczną tradycją amerykańskiej demokracji, uniemożliwiają ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej w USA z taką sprawnością i skutecznością, z jaką proces ten dokonuje się na kontynencie, gdzie tysiącletnia historia antysemityzmu jest głęboko zakorzeniona w umysłach zwykłych ludzi, a naziści sprawują rządy absolutne. Podczas uroczystego bankietu na cześć Ribbentropa gość honorowy wziął prezydenta na stronę, by wręczyć mu kablogram, rozszyfrowany chwilę wcześniej w ambasadzie niemieckiej, a zawierający jednoznaczną odpowiedź Himmlera: „Proszę pomyśleć o dziecku, zanim znów zacznie Pan prawić swoje banialuki. Proszę pomyśleć o dzielnym małym Charlesie, wyróżniającym się kadecie niemieckim, który już w wieku lat dwunastu zna lepiej niż jego słynny ojciec wartość, jaką nasz Führer przypisuje gwarancjom konstytucyjnym i demokratycznym tradycjom, zwłaszcza gdy idzie o prawa pasożytów”.

Himmlerowska krytyka „Samotnego Orła o zajęczym sercu” (jak nazwał Himmler Lindbergha w swoich prywatnych notatkach) stanowiła początek końca reputacji prezydenta jako użytecznego pupila Trzeciej Rzeszy. Pokonując Roosevelta i antynazistowski front jego partii, Lindbergh dał armii niemieckiej dodatkowy czas na pokonanie niespodziewanego oporu Związku Radzieckiego, bez ryzyka jednoczesnej konfrontacji z przemysłową i militarną potęgą Stanów Zjednoczonych. Co ważniejsze, prezydentura Lindbergha wzmocniła niemieckie zaplecze przemysłowe i naukowe – trwały już tajne prace nad bombą o niezwykłej sile rażenia będącej skutkiem rozszczepienia atomu oraz nad silnikiem rakietowym pozwalającym na transport tej bomby przez Atlantyk – przedłużając o dwa lata okres niemieckich przygotowań do apokaliptycznej walki ze Stanami Zjednoczonymi, której wynik, wedle wizji Hitlera, miał przesądzić o losach zachodniej cywilizacji i postępie ludzkości na następne tysiąclecie. Gdyby Himmler odkrył w Lindberghu nawiedzonego żydożercę, jakiego oczekiwało najwyższe dowództwo niemieckie po raportach wywiadu, a nie, jak go pogardliwie określił, „salonowego antysemitę”, być może pozwolono by prezydentowi dokończyć kadencję, a nawet pełnić funkcję przez kolejne cztery lata, do czasu przejścia na emeryturę i przekazania władzy Henry’emu Fordowi, którego Hitler, nie bacząc na jego podeszły wiek, wyznaczył już na następcę Lindbergha. Gdyby Himmler mógł polegać na amerykańskim prezydencie o nieposzlakowanej w kraju opinii jako realizatorze ostatecznego rozwiązania amerykańskiej kwestii żydowskiej, niewątpliwie z chęcią uniknąłby angażowania niemieckich środków i personelu do wypełnienia północnoamerykańskiej misji, a samolot Lindbergha nie musiałby zniknąć z nieba, co Berlin uznał za konieczne w środę, 7 października 1942 – nie doszłoby też nazajutrz wieczorem do objęcia funkcji urzędującego prezydenta przez Wheelera, który, ku zaskoczeniu i uciesze ludzi uważających go dotąd za zwykłego bufona, okazał się autentycznym przywódcą i w ciągu paru dni spontanicznie wcielił w życie te właśnie metody, które von Ribbentrop proponował Lindberghowi i z których amerykański bohater nie skorzystał, ulegając, jak przypuszczał Himmler, infantylnym moralnym obiekcjom swojej żony.

W niespełna godzinę po zniknięciu Lindbergha ambasada niemiecka poinformowała Pierwszą Damę, iż od tej chwili na niej jednej spoczywa odpowiedzialność za bezpieczeństwo syna, jeśli więc nie opuści Białego Domu i nie wycofa się w milczeniu z życia publicznego, Charles junior zostanie relegowany z akademii wojskowej i wysłany na front rosyjski, gdzie weźmie udział w listopadowej ofensywie na Stalingrad i jako najmłodszy piechur Trzeciej Rzeszy pełnić będzie służbę wojskową, dopóki nie polegnie bohatersko na polu walki, ku chwale narodu niemieckiego.

Taką to historię przekazała w skrócie mojej matce ciotka Evelyn, gdy zjawiła się u nas w parę godzin po wyprowadzeniu zakutego w kajdanki rabina Bengelsdorfa z waszyngtońskiego hotelu przez agentów FBI. Pełniejszą wersję zdarzeń przeczytać można w Moim życiu za Lindbergha - pięćsetpięćdziesięciostronicowej apologii w formie osobistego dziennika, opublikowanej tuż po wojnie przez rabina Bengelsdorfa i natychmiast zdyskredytowanej przez rzecznika prasowego rodziny Lindberghów jako „stek obrzydliwych kalumnii, niepopartych faktami, motywowanych żądzą zemsty i chciwością, podszytych megalomanią i wyssanych z palca dla taniego rozgłosu, których pani Lindbergh nie zaszczyci dalszym komentarzem”. Moja matka po wysłuchaniu tej historii doszła do wniosku, że wskutek szoku, jakim było aresztowanie na jej oczach rabina Bengelsdorfa, jej siostra chwilowo postradała zmysły.

Następnym dniem po niespodziewanej wizycie ciotki Evelyn był piątek, szesnasty października czterdziestego drugiego roku. Pani Lindbergh, przed powrotem do Białego Domu, wygłosiła przez radio odezwę z tajnej stacji nadawczej w Waszyngtonie i jako „małżonka trzydziestego trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych” ogłosiła „koniec krzywdzącej uzurpacji”. Czy odwaga Pierwszej Damy okazała się zgubna w skutkach dla jej porwanego syna, czy Charles junior w ogóle przeżył wiek niemowlęcy, by doświadczyć straszliwego losu obiecanego mu przez Himmlera, a wcześniej spędzić dzieciństwo jako uprzywilejowany podopieczny i cenny zakładnik państwa niemieckiego, czy Himmler, Göring i Hitler mieli cokolwiek wspólnego z karierą polityczną Lindbergha jako propagatora ruchu Najpierw Ameryka, czy istotnie wpływali na kształt polityki amerykańskiej podczas dwudziestodwumiesięcznej kadencji Lindbergha i czy ukartowali jego tajemnicze zniknięcie – wszystkie te pytania pozostają przedmiotem sporów od przeszło półwiecza, sporów znacznie dziś mniej zajadłych i powszechnych niż w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym, kiedy to przez trzydzieści parę tygodni (mimo uporczywie cytowanej opinii Westbrooka Peglera, luminarza antyrooseveltowskiego prawicowego dziennikarstwa, który nazwał tę książkę „poronionym pamiętnikiem klasycznego mitomana”) Moje życie za Lindbergha utrzymywało się na szczycie amerykańskiej listy bestsellerów, obok dwóch biografii FDR, który zmarł rok wcześniej na urzędzie prezydenta, zaledwie parę tygodni przed bezwarunkową kapitulacją faszystowskich Niemiec, która położyła kres drugiej wojnie światowej w Europie.

9

PAŹDZIERNIK 1942

Ustawiczny lęk

Seldon zadzwonił, gdy matka, Sandy i ja leżeliśmy już w łóżkach. Był poniedziałek, dwunasty października; w porze kolacji usłyszeliśmy przez radio o zamieszkach, które wybuchły na Środkowym Zachodzie i Południu po ogłoszeniu przez wywiad brytyjski, iż prezydent Lindbergh celowo wodował samolotem trzysta mil od brzegu, aby niemiecka marynarka i korpus lotniczy mogły go błyskawicznie przetransportować na sekretne rendez-vous z Hitlerem. Gazety dopiero nazajutrz rano przyniosły szczegóły na temat burd ulicznych wywołanych tym komunikatem, chociaż moja matka już w parę minut po wysłuchaniu radiowych wiadomości odgadła prawidłowo, kto i dlaczego stał się celem awanturniczych ataków. Minęły trzy dni od zamknięcia granicy z Kanadą i nawet ja, chociaż myśl o porzuceniu Ameryki była dla mnie nieznośna, widziałem jasno, że to, iż ojciec parę miesięcy wcześniej nie usłuchał matki i nie wywiózł nas z kraju, było jego największym życiowym błędem. Ojciec wrócił do nocnej pracy na targu, matka codziennie biegała do sklepu po zakupy – w porywie donkiszoterii udała się nawet na zwołane po południu w szkole zebranie dla przyszłych obserwatorów listopadowej akcji wyborczej – Sandy i ja chodziliśmy co rano z kolegami do szkoły, a jednak, począwszy od drugiego tygodnia władzy urzędującego prezydenta Wheelera, lęk czaił się wszędzie, pomimo nawoływań pani Lindbergh do ignorowania doniesień z obcych krajów o miejscu pobytu prezydenta, pomimo medialnego rozgłosu wokół rabina Bengelsdorfa, który był teraz członkiem naszej rodziny, wżenionym w nią wujem, i raz nawet jadł kolację w naszym domu, lecz w żaden sposób nie mógł nam pomóc, a nawet gdyby mógł, nie uczyniłby tego z racji wzajemnej pogardy, jaką on i mój ojciec żywili nawzajem wobec siebie. Lęk był wszechobecny, to spojrzenie było wszechobecne, zwłaszcza w oczach naszych opiekunów – spojrzenie, które pojawia się w ułamek sekundy po zatrzaśnięciu drzwi, gdy człowiek uświadamia sobie, że nie wziął klucza. Nigdy przedtem nie widzieliśmy wszystkich dorosłych gnębionych jedną i tą samą bezradną myślą. Najsilniejsi z nich robili, co mogli, by zachować spokój i dzielność, by z przekonaniem w głosie tłumaczyć nam, że kłopoty wkrótce się skończą i powróci normalne życie – wystarczyło jednak, że włączyli wiadomości, a porażało ich tempo straszliwych zmian.

I oto wieczorem, dwunastego – gdy leżeliśmy już w łóżkach, nie mogąc zasnąć – zabrzęczał telefon: to Seldon dzwonił z Kentucky na koszt abonenta. Była dziesiąta, a jego matka jeszcze nie wróciła do domu. Ponieważ znał nasz numer na pamięć (i nie wiedział, do kogo jeszcze mógłby zadzwonić), chwycił za słuchawkę, połączył się z centralą i pospiesznie, starając się wyartykułować wszystko, co konieczne, zanim strach odbierze mu głos, poprosił:

– Rozmowa na koszt abonenta. Newark, New Jersey. Summit Avenue osiemdziesiąt jeden. Waverley, trzy – czterdzieści osiem – dwadzieścia siedem. Moje nazwisko Seldon Wishnow. Chcę rozmawiać osobiście z panem lub panią Roth. Albo z Philipem. Albo z Sandym. Z kimkolwiek. Mojej mamy nie ma w domu. Mam dziesięć lat. Nic nie jadłem, a mama nie wraca. Proszę mnie połączyć z Waverley trzy – czterdzieści osiem – dwadzieścia siedem! Chcę rozmawiać z kimkolwiek!

Rankiem tego dnia pani Wishnow pojechała samochodem do Louisville, aby na życzenie zatrudniającej ją firmy zgłosić się do inspektora okręgowego w regionalnym biurze Metropolitan. Louisville oddalone było od Danville o ponad sto mil, a z uwagi na kiepski stan łączących je dróg, podróż tam i z powrotem musiała potrwać praktycznie cały dzień. Dlaczego inspektor okręgowy nie mógł powiadomić pani Wishnow, o co chodzi, listownie lub telefonicznie – tego nikt nigdy nie zrozumiał, nie poproszono też o wyjaśnienie samego kuratora. Mój ojciec podejrzewał, że firma zamierzała tego dnia zwolnić panią Wishnow z pracy – chcieli, by złożyła w biurze ręcznie spisaną listę swoich klientów, po czym zostawiliby ją na bruku, bezrobotną po sześciu zaledwie tygodniach zatrudnienia, siedemset mil od domu. Rzeczywiście, pani Wishnow nie przysporzyła firmie wielkich zysków przez tych kilka pierwszych tygodni pracy na wiejskich obszarach okręgu Boyle – jednak nie dlatego, że się nie przykładała, tylko dlatego, że po prostu nie było tam klienteli. Szczerze mówiąc, wszyscy dawni agenci okręgu Newark przeniesieni w teren przez Metropolitan w ramach akcji Osadnictwo 42 osiągali katastrofalnie niskie rezultaty pracy. W mizernie zaludnionych zakątkach odległych stanów, dokąd przesiedlono ich wraz z rodzinami, nie mieli szans zarobić nawet jednej czwartej tego, do czego przywykli, działając na wielkomiejskich obszarach New Jersey – choćby więc z tego tylko powodu mój ojciec wykazał się podziwu godną przezornością, porzucając pracę w agencji i zatrudniając się w zamian u stryja Monty’ego. Wcześniej nie był dość przezorny, żeby nas przerzucić przez granicę kanadyjską przed jej zamknięciem i ogłoszeniem stanu wojennego.

– Gdyby żyła… – mówił Seldon do mojej matki, gdy zgodziła się zapłacić za rozmowę i przyjęła jego telefon – gdyby żyła…

Płakał tak strasznie, że z początku nic więcej nie mógł powiedzieć; nawet te dwa słowa ledwo dały się zrozumieć.

– Uspokój się, Seldon. Sam sobie robisz krzywdę. Wprawiasz się w histerię. Oczywiście, że twoja mama żyje. Po prostu spóźnia się z powrotem do domu – nic więcej się nie stało.

– Ale gdyby żyła, zadzwoniłaby do mnie!

– A jeśli utknęła w korku na szosie? Jeśli coś się zepsuło w samochodzie i musiała go odholować do warsztatu? Czy takie spóźnienia nie zdarzały jej się już wcześniej, gdy mieszkaliście w Newark? Przypomnij sobie ten wieczór, kiedy padało, twoja mama złapała gumę, a ty przyszedłeś do nas na górę – pamiętasz? To na pewno nic poważniejszego niż dziurawa dętka, więc proszę cię, kochanie, uspokój się. Musisz przestać płakać. Mamie nic złego się nie stało. Sam się rozdrażniasz tym, co mówisz, ale to nie jest prawda, więc proszę cię bardzo, spróbuj wziąć się w garść i zachować spokój.

– Ale ona nie żyje, pani Roth! Tak jak tata! Teraz już oboje moi rodzice nie żyją!

I, oczywiście, miał rację. Nic nie wiedział o zamieszkach w dalekim Louisville, a o tym, co działo się w innych miastach Ameryki, słyszał piąte przez dziesiąte. Ponieważ w życiu pani Wishnow nie było miejsca na nic więcej prócz dziecka i pracy, w jej domu w Danville nie czytało się gazet ani nie słuchało radia przy kolacji tak jak u nas w Newark. Pewnie dlatego, że pani Wishnow była na to zbyt zmęczona, że zobojętniała na wszelkie nieszczęścia oprócz własnych.

Ale Seldon miał absolutną rację: pani Wishnow nie żyła, chociaż nikt o tym nie wiedział aż do następnego dnia, gdy dymiący wrak samochodu z jej szczątkami znaleziono w rowie przy polu kartofli, na równinnych południowych obrzeżach Louisville. Prawdopodobnie została pobita i okradziona, a samochód podpalony, w pierwszych minutach wieczornych zamieszek, które nie ograniczyły się do centrum Louisville, gdzie znajdowały się żydowskie sklepy, i dzielnic mieszkalnych, gdzie rezydowali nieliczni miejscowi Żydzi. Członkowie Ku-Klux-Klanu wiedzieli, że gdy zapłoną pochodnie i krzyże, robactwo będzie próbowało uciekać – dlatego zasadzili się na swe ofiary nie tylko przy szosie głównej, prowadzącej na północ do Ohio, ale i przy wąskich drogach lokalnych na południe. Tam właśnie pani Wishnow przypłaciła życiem znieważenie dobrego imienia Lindbergha przez nieżyjącego już Waltera Winchella, którego ton podchwyciła sterowana przez Żydów machina propagandowa premiera Churchilla i króla Jerzego VI.

– Seldon – powiedziała moja matka. – Musisz wziąć sobie coś do jedzenia. To pomoże ci się uspokoić. Otwórz lodówkę i weź sobie coś do jedzenia.

– Zjadłem już wszystkie ciasteczka Fig Newtons. Co do jednego.

– Seldon, ja mówię o porządnym posiłku. Twoja mama niedługo wróci, ale nie możesz tak siedzieć i czekać, aż cię nakarmi – sam musisz się posilić, i to nie ciasteczkami. Odłóż słuchawkę, zajrzyj do lodówki, wróć i powiedz mi, co tam masz do jedzenia.

– Kiedy lodówka stoi daleko.

– Seldon, zrób, jak cię proszę.

Odwróciła się do mnie i Sandy’ego, bo staliśmy tuż za nią w przedpokoju na zapleczu, i zrelacjonowała pospiesznie:

– Jej jeszcze nie ma w domu, on nic nie jadł, siedzi sam, matka nie dzwoni, biedny dzieciak umiera ze strachu i z głodu.

– Pani Roth?

– Tak, Seldon?

– Znalazłem twaróg. Ale stary. Nie wygląda za dobrze.

– Co jeszcze?

– Buraki. W misce. Resztki. Zimne.

– Coś więcej?

– Sprawdzę jeszcze raz, chwileczkę.

Tym razem, kiedy Seldon odłożył słuchawkę, matka zwróciła się do Sandy’ego:

– Jak daleko od Danville mieszkają Mawhinneyowie?

– Furgonetką jakieś dwadzieścia minut.

– W mojej komodzie – powiedziała matka do mojego brata – na samej górze, w zapasowej portmonetce, jest ich numer. Zapisany na karteczce, w małej, brązowej portmonetce. Przynieś mi go, proszę.

– Pani Roth? – odezwał się Seldon.

– Tak, słucham cię.

– Jest masło.

– I nic więcej? Nie ma mleka? Nie ma soku?

– To przecież na śniadanie. Nie na kolację.

– A masz płatki ryżowe, Seldon? Albo kukurydziane?

– Jasne.

– To weź te, które wolisz.

– Ryżowe.

– Wyjmij płatki ryżowe, mleko i sok, i zrób sobie śniadanie.

– Teraz?

– Zrób to, o co cię proszę. Zjedz śniadanie.

– A jest Philip?

– Jest, ale nie możesz z nim teraz rozmawiać. Najpierw musisz coś zjeść. Zadzwonię do ciebie za pół godziny, jak skończysz jeść. Teraz jest dziesięć po dziesiątej.

– W Newark jest dziesięć po dziesiątej?

– I w Newark, i w Danville. Mamy dokładnie tę samą godzinę. Zadzwonię do ciebie za kwadrans jedenasta.

– I wtedy będę mógł rozmawiać z Philipem?

– Tak, ale najpierw przygotuj sobie wszystko do jedzenia i u-siądź przy stole. Jedz łyżką, nożem i widelcem. Koniecznie weź serwetkę. Jedz powoli. Weź talerz. Weź miseczkę. Masz w domu chleb?

– Stary. I tylko parę kromek.

– A macie toster?

– Jasne. Przywieźliśmy go z sobą samochodem. Pamięta pani, jak wtedy rano wszyscy ładowaliśmy rzeczy do samochodu?

– Posłuchaj mnie, Seldon. Skup się. Zrób sobie grzanki i płatki z mlekiem. I nie zapomnij o maśle. Posmaruj grzanki masłem. Chcę, żebyś zjadł porządne śniadanie, a kiedy twoja mama wróci, poproś ją, żeby zaraz do mnie zadzwoniła. Niech się nie martwi o rachunek telefoniczny. Koniecznie chcemy wiedzieć, że dotarła do domu. Zresztą, ja i tak za pół godziny zadzwonię, więc nigdzie nie wychodź.

– Na dworze jest ciemno. Gdzie miałbym wychodzić?

– Zjedz śniadanie, Seldon.

– Okej.

– Do usłyszenia. Na razie. Zadzwonię za kwadrans jedenasta. Nie ruszaj się z domu.

Potem mama zatelefonowała do Mawhinneyów. Mój brat podał jej karteczkę z numerem, a gdy nastąpiło połączenie przez centralę i w słuchawce odezwał się damski głos, mama spytała:

– Czy to pani Mawhinney? Moje nazwisko Roth. Jestem matką Sandy’ego Rotha. Dzwonię z Newark, New Jersey. Przepraszam, jeśli panią obudziłam, pani Mawhinney, ale bardzo potrzebujemy państwa pomocy dla małego chłopca, który jest sam w Danville. Słucham? Tak, oczywiście.

Odwróciła się do nas i szepnęła:

– Poszła po męża.

– O, nie – jęknął mój brat.

– Sanford, nie pora na obiekcje. Ja też nie jestem zachwycona tym, co robię. Wiem, że nie znam tych ludzi. Wiem, że są inni niż my. Wiem, że farmerzy kładą się wcześnie i wcześnie wstają, i że pracują bardzo ciężko. Tylko powiedz mi, co innego mogę zrobić. Ten mały zwariuje, jeżeli jeszcze trochę zostanie sam. Nie ma pojęcia, co się stało z jego matką. Ktoś musi przy nim być. Dosyć już przeżył szoków jak na swój wiek. Stracił ojca. Teraz zginęła mu matka. Czy ty naprawdę nie rozumiesz, co to znaczy?

– Jasne – odparł mój brat z urazą w głosie. – Jasne, że rozumiem.

– To dobrze. W takim razie rozumiesz też, że ktoś musi tam jechać. Ktoś… – W tym momencie po drugiej stronie linii odezwał się pan Mawhinney, matka wyjaśniła mu, dlaczego dzwoni, a on natychmiast zgodził się spełnić jej prośbę. Odwiesiwszy słuchawkę, matka powiedziała: – Na szczęście uchowały się jeszcze w tym kraju resztki przyzwoitości. Na szczęście gdzieś jeszcze obowiązuje przyzwoitość.

– Mówiłem ci – szepnął mój brat.

Nigdy przedtem ani potem matka nie wydawała mi się tak wspaniała jak owej nocy – i to nie tylko z powodu determinacji, z jaką podtrzymywała łączność telefoniczną z Kentucky. Powodów było znacznie więcej. Po pierwsze, napaść Alvina na mojego ojca, do której doszło tydzień wcześniej. Wybuchowa reakcja ojca. Dewastacja stołowego pokoju. Połamane zęby i żebra ojca, szwy na jego twarzy i kołnierz ortopedyczny na szyi. Strzelanina na Chancellor Avenue. Nasza pewność, że to początek pogromu. Wycie syren alarmowych przez całą noc. Nasza ucieczka do kryjówki w przedpokoju państwa Cucuzzów, naładowany pistolet na kolanach ojca, naładowany pistolet w garści pana Cucuzzy – a wszystko to zaledwie przed tygodniem. I jeszcze wydarzenia sprzed miesiąca, sprzed roku, sprzed dwóch lat – wszystkie te ciosy, zniewagi i niespodzianki, mające osłabić i zastraszyć Żydów, którym oparła się siła mojej matki. Dopóki nie usłyszałem, jak matka instruuje Seldona z odległości ponad siedmiuset mil, żeby zrobił sobie jeść, usiadł i spożył posiłek; dopóki nie usłyszałem, jak dzwoni do Mawhinneyów – praktykujących chrześcijan, których nigdy w życiu nie widziała – i angażuje ich do akcji ratowania Seldona przed obłędem; dopóki nie usłyszałem, jak prosi do telefonu pana Mawhinneya, by go zapewnić, że jeśli panią Wishnow naprawdę spotkało coś złego, pan Mawhinney nie musi się martwić, że Seldon zostanie u niego na zawsze, bo mój ojciec gotów jest w każdej chwili wsiąść do samochodu, pojechać do Kentucky i zabrać Seldona do Newark (a obiecywała mu to, nie wiedząc, jak daleko Wheelerowie i Fordowie pozwolą jeszcze się posunąć amerykańskim awanturnikom), nie rozumiałem nic z historii jej życia w tamtych latach. Aż do panicznego telefonu Seldona z Kentucky nie podliczałem nigdy kosztów prezydentury Lindbergha dla mojej matki i ojca – do tamtego wieczoru nie umiałem sumować tak wielkich liczb.

Matka zadzwoniła do Seldona za kwadrans jedenasta i objaśniła mu plan opracowany do spółki z Mawhinneyami. Seldon miał spakować w papierową torbę szczoteczkę do zębów, piżamę, zmianę bielizny i czyste skarpetki, włożyć gruby sweter, ciepłą kurtkę i wełnianą czapkę, i czekać w domu, aż pan Mawhinney podjedzie po niego furgonetką. Pan Mawhinney – zapewniła Seldona moja matka – jest bardzo miły i serdeczny, ma miłą żonę i czworo dzieci, a Sandy zna ich wszystkich, bo całe lato spędził na ich farmie.

– A więc ona nie żyje! – krzyknął rozpaczliwie Seldon.

Nie, nie, nie, skąd znowu – mama przyjedzie po niego rano do Mawhinneyów i odwiezie go stamtąd prosto do szkoły. Państwo Mawhinneyowie sami wszystko załatwią i Seldon nie musi się o nic martwić. W tej chwili jednak ma do spełnienia ważne zadanie: musi, najładniej jak potrafi, napisać wiadomość dla mamy i zostawić ją na kuchennym stole – wiadomość, że jedzie na noc do państwa Mawhinneyów, z podaniem numeru ich telefonu i z prośbą, żeby natychmiast po powrocie do domu zadzwoniła do pani Roth w Newark na koszt abonenta. Potem Seldon ma usiąść w stołowym pokoju i czekać, aż usłyszy klakson samochodu pana Mawhinneya. Wtedy pogasi wszystkie światła w domu…

I tak, punkt po punkcie, moja matka przedstawiła Seldonowi plan ewakuacji, a potem, nie bacząc na przerastający moją wyobraźnię koszt rozmowy, poczekała ze słuchawką w ręku, aż Seldon wykona wszystkie jej polecenia i zamelduje o ich zakończeniu, a nawet wtedy nie rozłączyła się, tylko dalej podtrzymywała go na duchu, aż wreszcie Seldon krzyknął:

– To on, pani Roth! Trąbi!

Na co matka odparła:

– Okej, dobrze, tylko spokojnie, Seldon, spokojnie. Weź torbę, pogaś światła, nie zapomnij zamknąć drzwi na klucz, a jutro z samego rana, gdy tylko zaświeci słońce, zobaczysz się ze swoją mamą. Powodzenia, kochanie, tylko nie biegnij i – Seldon? Seldon, odwieś słuchawkę!

O tym j