/ Language: Polski / Genre:sf

Flirgelflip

W Tenn


William Tenn

Flirgelflip

— Banderling, ty idioto!

Tak, tak. Wiem. Raczej mało prawdopodobne, żeby ten komplement dotarł do ciebie w ciągu tych kilku lat pełnego satysfakcji życia, jakie ci zostały. Ale gdyby cokolwiek, jakieś nowe odkrycie — na przykład niespodziewane wypaczenie przestrzeni — wyciągnęło te stronice na światło dzienne, chcę, aby Thomas Alva Banderling wiedział, iż uważam go za największego i najpełniejszego idiotę do potęgi najwyższej w historii tego gatunku.

Nie licząc, oczywiście, mnie.

Gdy pomyślę sobie, jak szczęśliwy byłem porządkując swoją kolekcję dolików i spindfarów, jakie wspaniałe perspektywy czekały mój artykuł o gilowym pochodzeniu form ftirgowych z późnej epoki Pegis — gdy przypomnę sobie te rozkosze i zaraz potem uświadomię sobie, jak obróciły się w obecną moją brudną i mokrą niedolę, moja opina o Banderlingu staje się zupełnie nieakademicka. Jakąż mam teraz szansę, że kiedykolwiek powrócę do kremowych ścian Instytutu, wznoszącego swoje urocze plastikowe wieże ponad septyczną glebą Manhattanu?

Lubię śnić o tej naukowej radości, jaką czułem w dniu, gdy nasz Zespół Badawczy numer 19 powrócił z Marsa z ładunkiem punforga z wykopalisk glliańskich. Lubię rozmyślać o tym rozkosznym powrocie do problemów, które zostawiłem nie rozwiązane, gdy zaproponowano mi tę wyprawę badawczą. A ten Banderling ze swoim obscenicznym depresorem promieniowania? Przecież tego wieczoru naprawdę po raz pierwszy go raczyłem zauważyć!

— Terton — zwrócił się do mnie niespodziewanie. Jego ostre rysy intelektualisty ukazały się na ekranie mojego benskopu. — Terton, mógłbyś zajrzeć na chwilę do mnie do laboratorium? Potrzebna mi pomoc.

Byłem zaskoczony. Poza rzadkimi spotkaniami na zebraniach Instytutu nie miałem żadnej okazji do rozmów z Banderlingiem. A to, żeby Badacza Nadzwyczajny prosił Badacz Zwyczajnego o pomoc przy pracy, było niespotykane, zwłaszcza, że nasze dziedziny były tak odległe.

— Nie możesz wziąć sobie technika albo robota? — ociągałem się.

— Wszyscy technicy już poszli. Tylko nas dwóch zostało w Instytucie. Wiesz, urodziny Gandhiego. A swojemu robotowi kazałem się zapakować dwie godziny temu, bo myślałem, że już będę wychodził.

— No, dobrze — westchnąłem, przypinając do naszyjnika i flirgelflip, i dolika, którego nim badałem. A gdy wszedłem do benskopu, przesuwając naszyjnik na pozycję drugiego skrzydła Instytutu, prawie przestałem się dziwić tej niezwykłej prośbie Banderlinga.

Ten dolik, nad którym pracowałem, to była tak zwana Zagadka Thumtse — nadzwyczaj pasjonująca sprawa. Większość moich kolegów skłaniała się ku rozwiązaniu Gurkheysera, które przestawił on po odkryciu Thumtse ponad pół wieku temu. Gurkheyser ogłosił, że nie może to być dolik, ponieważ brak mu formy flirgowej. Nie może być także spindfar z powodu minutowych ilości flirgu. Dlatego jest to świadomie stworzony paradoks i wobec tego należy go sklasyfikować jako punforga. Ale punforg z definicji nie mógł istnieć w Thumtse…

Odchodzę od tematu. Znowu zapominam o reakcji moich słuchaczy na to zagadnienie. Gdyby go nie było, gdyby choć w tym jednym punkcie… W każdym razie wciąż myślałem o Zagadce Thumtse, gdy opuszczałem benskop w laboratorium Banderlinga. Absolutnie nie bytem psychicznie nastawiony na wyciąganie skądinąd oczywistych wniosków z jego ożywienia. Zresztą kto by się spodziewał tak neurotycznego zachowania po Badaczu Nadzwyczajnym?

— Dzięki, Terton — skinął mi głową, pobrzękując naszyjnikiem obwieszonym przyborami, które fizyk uważa za niezbędne o każdej porze dnia. — Gdybyś mógł potrzymać ten pręt nad stołem obrotowym i opierać się plecami o tę kratę? O, tak. — Przygryzł knykieć prawej dłoni, a lewą przesunął jakąś dźwignię i pstryknął wyłącznik przekaźnika. Obrócił małą gałkę o parę centymetrów, zmarszczył czoło, jakby ogarnęły go wątpliwości, i przekręcił ją z powrotem.

Ten stół obrotowy przede mną przypominał koło, którego szprychy stanowiły zwoje oporników, a środek zajmowała ogromna rura mezotroniczna. Zaczął świecić i miękko wirować. Krata z tyłu wprawiała moje łopatki w delikatne drżenie.

— W tym co robię, nie ma eee… nic niebezpiecznego? — upewniłem się, zwilżając językiem wargi. Pokój był już pełen uruchomionych urządzeń.

Czarna bródka Banderlinga podskoczyła pogardliwie. Zdawało się, że nawet włosy na jego klatce piersiowej dygoczą.

— A niby co tu jest niebezpieczne?

Ponieważ nie wiedziałem co, postanowiłem udawać spokój. Liczyłem, że Banderling mi w tym pomoże, ale on akurat biegał w kółko, spoglądał niecierpliwie na mierniki i stukał w przyciski.

Niemal zapomniałem o swoim niewygodnym położeniu i pręcie, który trzymałem. Roztrząsałem właśnie środkową część mojego artykułu — rozdział, w którym zamierzałem udowodnić, że wpływ Gil na późną epokę Pegis był równie wielki, co Tkes — gdy niski głos Banderlinga wcisnął się w moją świadomość.

— Terton, czy nie czujesz się czasem pokrzywdzony, że żyjesz w cywilizacji pośredniej?

Zatrzymał się przed stołem i wojowniczo podparł się długimi ramionami pod boki.

— O co ci chodzi, o Ambasadę Przyszłości? — spytałem ostrożnie. Słyszałem już o poglądach Banderlinga.

— Właśnie. O Ambasadę Przyszłości. Jak nauka może żyć i oddychać swobodnie, mając takie coś nad sobą? To sto razy gorsze od tych starożytnych represji, inkwizycji, kontroli zbrojeń, czy administracji uniwersytetów. Tego ci nie wolno — bo po raz pierwszy będzie to zrobione sto lat później; tamtego nie wolno — bo wpływ takiego wynalazku na twoje czasy będzie zbyt duży; masz robić to i to — na razie nic z tego nie będzie, ale ktoś w pokrewnej dziedzinie za parędziesiąt lat będzie mógł twoje błędy włączyć w użyteczną teorię. Po co te wszystkie zakazy i ograniczenia? Czyim celom służą?

— Największemu dobru największej liczbie ludzi w najdłuższym okresie czasu — zacytowałem dosłownie z prospektu Instytutu. — Aby ludzkość mogła poprawić samą siebie poprzez kształtowanie przeszłości w oparciu o własny osąd historii i znajomość przyszłości.

— A skąd o tym wiesz? — uśmiechnął się do mnie drwiąco. — Jaki jest ten mistrzowski plan ostatecznych istot ludzkich w tej ostatecznej przyszłości, w której nie ma żadnych ambasad z jeszcze późniejszego okresu? Czy my byśmy go zaakceptowali? Czy…

— Ależ, Banderling, nawet byśmy go nie zrozumieli! To są ludzie z umysłami, przy których nasze wyglądałyby jak pojedyncze neurony. Jakże możemy pojąć i ocenić ich plany? Poza tym, zdaje się, że nie ma czegoś takiego, jak ostateczna przyszłość, tylko ambasady przyszłości jedna za drugą wysyłane do poprzednich epok i opierające swoje doradztwo na najlepszej wiedzy historycznej. Ambasady przyszłości cofające się zawsze w przeszłość od postępowej przyszłości, nie kończące się ambasady — musiałem zrobić przerwę dla nabrania tchu.

— Z wyjątkiem nas. Z wyjątkiem cywilizacji pośredniej, jak nasza. Terton, one mogą sięgać w nieskończoność, jeśli chodzi o przyszłość, ale kończą się w naszych czasach. My nikogo nie wysyłamy w przeszłość; otrzymujemy rozkazy, a żadnych własnych nie wydajemy.

Głowiłem się nad tym, co mi Banderling powiedział, a on sprawdzał iskrzącą się zielono rurę mezotroniczną i poprawił coś na swoim pulpicie, co jeszcze bardziej ją rozjarzało. W Instytucie zawsze go uważano trochę za buntownika — nie takiego, który by się nadawał na Kurs Przystosowawczy, rzecz jasna — ale wiedział przecież, że organizacja samego Instytutu była pierwszą sugestią pochodzącą od Ambasady Przyszłości, gdy nasza epoka osiągnęła swoją pozycję czasową. Uznałem, że bieżące kłopoty ze sprzętem wyprowadziły go z normalnej równowagi. Myśli pobiegły mi z powrotem do ważnych spraw, jak zagadki spindfarów i wolałem już, żeby Banderling uwolnił mnie od tego długiego pręta, abym mógł odczepić od naszyjnika swój flirgelflip.

Nie to, żebym wierzył, że Zagadka Thumtse może okazać się spindfarem. Ale flirg, nagle uświadomiłem to sobie, właściwie mógłby…

— Kazali mi przerwać pracę nad depresorem promieniowania — markotny głos fizyka wdarł się pomiędzy moje myśli.

— Chodzi ci o tę maszynę? — spytałem raczej z grzeczności, ukrywając zniecierpliwienie zarówno z powodu przerwania mi toku myśli, jak i nagłego, niezrozumiałego wzrostu temperatury.

— Co? A, tak, tę maszynę. — Odszedł na chwilę i wrócił z jakimś przerobionym projektorem od benskopu, który umieścił przede mną. — Ambasada Przyszłości oczywiście tylko zaproponowała mi, żebym przestał. Zaproponowała to administracji Instytutu, która przekazała mi to w formie rozkazu. Bez podania powodu, choćby najmniejszego.

Westchnąłem ze współczuciem i przesunąłem spocone dłonie w inne miejsce na pręcie. Wibracje kraty odbiły mi już wzór szachownicy na plecach. Naglą myśl, że angażuję się w doświadczenie na jakimś zakazanym sprzęcie, gdy mogę prowadzić konstruktywne badania nad dolikami, spindfarami lub nawet punforgiem, zniecierpliwiła mnie do granic wytrzymałości.

— I dlaczego? — Banderling zadał dramatyczne pytanie, wyrzucając dłonie do góry. — Co takiego jest w tym urządzeniu, że wymaga aż ultimatum, by je powstrzymać? Udało mi się zmniejszyć o połowę prędkość światła, ot co. Może uda mi się zmniejszyć w tej rurze jeszcze bardziej, ostatecznie może nawet do zera. Czy taki wzrost naukowych możliwości człowieka wydaje ci się niebezpieczny, Terton?

Zastanowiłem się nad tym pytaniem i, na szczęście, z całą uczciwością mogłem odpowiedzieć, że nie.

— Ale — przypomniałem mu — innym też się zdarzał bezpośredni zakaz badań. Nawet mnie. Jeden dolik był nadzwyczaj ciekawie sflirglowany, najwyraźniej pochodził ze środkowego Rla u szczytu tej kultury. Ledwie ustaliłem rlańskie pochodzenie, kiedy wezwali mnie…

— Co jakieś tam drugorzędne, niezrozumiałe bzdury mają wspólnego z prędkością światła — wrzasnął na mnie. — Powiem ci, Terton, czemu kazali mi przerwać pracę nad depresorem promieniowania po jedenastu latach łamania sobie głowy. Ta maszyna to klucz do podróży w czasie!

Zapomniałem, że mam się obrazić. Gapiłem się na niego.

— Podróż w czasie? To znaczy, że odkryłeś ją? Osiągnęliśmy punkt, w którym będzie nam wolno wysłać w przeszłość własną ambasadę?

— Nie. Osiągnęliśmy punkt, w którym podróżowanie w czasie jest możliwe, w którym można odwiedzić przeszłość, w którym potrafimy ustanowić ambasadę w poprzednim okresie. Ale nie wolno nam tego zrobić! Zamiast tego mam zostawić swój depresor promieniowania, żeby za, powiedzmy, sto lat, kiedy ambasada zezwoli, jakiś inny fizyk zbudował maszynę, korzystając z moich notatek z badań — i został uznany za ojca podróży w czasie!

— Jesteś pewnien, że to podróż w czasie! Może to tylko…

— Jasne, że jestem pewnien. Przecież mierzyłem przerwy czasu trwania od pierwszych oznak tłumienia elektromagnetycznego! Przecież straciłem dwie rury mezotroniczne, zanim pole odwrotne ustaliło się wokół optimum! I powtórzyłem doświadczenie z rurą na ponad piętnastu królikach, z których żaden nie wrócił! Nie, Terton, to na pewno jest podróż w czasie, a ja muszę to wszystko rzucić! To znaczy, oficjalnie muszę.

— Co to znaczy: oficjalnie? — Zaniepokoił mnie jego ton.

Banderling przeciągnął uniwersalnym naszyjnikiem po ekranie benskopu, aż zaczął pulsować światłem.

— No, więc oficjalnie znaczy… Terton, nie mógłbyś podnieść tego prętu na wysokość piersi? Jeszcze trochę. O, tak. Zaraz to ustawimy. Załóżmy, że ktoś z teraźniejszości zostanie wysłany w przeszłość w wyniku pomyłki laboratoryjnej? Podróż w czasie stanie się faktem dokonanym. Człowiek, który zbudował maszynę, który tego dokona, będzie uznany za jej odkrywcę — bez względu na Ambasadę Przyszłości i jej plany. To spowoduje reperkusje aż do ostatniego, najsłabszego zakrzywienia czasu!

Zadrżałem pomimo gorąca panującego w laboratorium.

— Spowoduje — zgodziłem się. — Jeśli znajdzie się ktoś wystarczająco głupi, żeby tego spróbować. A tak zupełnie serio, to rzeczywiście myślisz, że ten twój depresor może wysłać człowieka z naszych czasów w przeszłość i z powrotem?

Fizyk odłożył naszyjnik, gdy benskop osiągnął optymalną pulsację.

— Nie mógłbym moim sprzętem sprowadzić go ż powrotem. Ale tym zajęłaby się Ambasada Przyszłości. Przecież mają emisariuszy działających w prymitywnych cywilizacjach — dobrze wyszkoleni pracownicy w ukryciu wśród licznych trudności wykonują niezbędne odchylenia ewolucji kulturalnej bez zaburzeń, jakie sprawiłoby Objawienie Przyszłości u ludów prymitywnych. Gdyby ktokolwiek z naszego czasu zabłądził do poprzedniego okresu, zostałby w pośpiechu ściągnięty z powrotem. A ponieważ Ambasada Przyszłości w cywilizacji pośredniej jak nasza, zastrzega sobie tylko funkcję doradczą, zostanie ściągnięty żywy z sugestią dla administracji, żeby gdzieś go po cichu zamknąć. Ale nieważne, co się stanie potem. Tajemnica się wyda, misja zostanie spełniona. Administracja prawdopodobnie wzruszy biurokratycznymi ramionami i zdecyduje się przyjąć do wiadomości istnienie podróży w czasie wraz ze statusem Cywilizacji Zaawansowanej. Jak raz się coś zrobi, Administracja nie będzie się temu sprzeciwiać. A zdenerwowanie Ambasady Przyszłości odbije się echem na parę milionów lat w przód. Ale będą musieli zmienić swoje plany. Ich władza nad historią zostanie złamana!

Pojąłem. Fascynujące! Wyobraźcie sobie tylko: rozwiązać wreszcie Zagadkę Thumtse, patrząc po prostu na jej powstanie! A nowa, fantastyczna wiedza o samych flirgelnikach? lak mało jeszcze wiemy. Szczególnie byłbym zainteresowany stosunkiem punforga do…

Niestety, to tylko marzenie. Depresor promieniowania Banderlinga został zakazany. Od jutra nie będzie mógł nad nim pracować. Podróże w czasie zaczną się w innej epoce. Zmartwiony oparłem się o kratę.

— Tak jest, Terton! — zawołał fizyk w podnieceniu.

— Przekracza optimum! — Podniósł uniwersalny naszyjnik i przycisnął go do ekranu benskopu.

— Cieszę się, że znowu działa — rzekłem obojętnie.

— Ta krata pije mnie w plecy. Banderling, muszę wracać do swoich badań.

— Nie zapomnij, że się uczysz — ostrzegł mnie. — Miej oczy otwarte i rejestruj starannie w pamięci wszystko, co zobaczysz, dopóki cię nie uniesie. Pomyśl tylko, ilu badaczy z twojego skrzydła Instytutu walczyłoby, żeby znaleźć się na twoim miejscu, Terton!

— Na moim miejscu? I pomagać tobie? Hm, bo ja wiem…

W tym momencie stół obrotowy nachylił się w moją stronę i oślepił zielonkawym światłem. Zdawało mi się, że pręt zagłębia się w moje ciało, a krata spływa wzdłuż sztywnych pleców. Twarz Banderlinga zniknęła mi sprzed oczu przykryta lśniącymi falami gorąca. Olbrzymia czara rozrywającego uszy dźwięku wlała mi się do głowy i zagłuszyła myśli. Coś wielkiego, niepowstrzymanego uderzyło mnie silnie i chwyciło pęcherzyk mojej świadomości. Nie zostało nic oprócz wspomnienia uśmiechu Banderlinga.

I było mi zimno. Bardzo zimno.

Stałem pośrodku śmiesznej, kamiennej ulicy i patrzyłem na scenę z powieści Marka Twaina, Washingtona Irvinga, czy Ernesta Hemingwaya — w każdym razie któregoś z pisarzy tego okresu. Budynki z cegły stały naokoło bez ładu i składu, niczym świeżo znaleziona odkrywka spindfara. Metalowe pojazdy przemykały hałaśliwie obok mnie. Po nieco wyższych, kamiennych ścieżkach wzdłuż brzydkich domów chodzili ludzie w skórzanych chodakach przywiązanych ciasno do stóp i poowijani w bandaże z różnorodnych tkanin.

Ale przede wszystkim było tam zimno. To miasto nawet nie miało klimatyzacji! Uświadomiłem sobie, że trzęsą mną gwałtowne dreszcze. Przypomniałem sobie widziany niegdyś rysunek ulicznika, który dygotał na tle takiej samej scenerii. Średniowieczny Nowy Jork. Chyba gdzieś między 1650, a 1980 rokiem.

Nagle przypomniałem sobie ostatnie chwile w laboratorium. I zrozumiałem.

Przycisnąłem pięści do skroni.

— Banderling! — krzyknąłem przez nie. — Banderling, ty idioto!

O ile dobrze pamiętam, wtedy po raz pierwszy użyłem zwrotu, który miał stać się dla mnie wytartym frazesem. Mimo wszystko pozwólcie, że jeszcze raz to powiem z głębi serca i obolałego ciała: idioto! idioto!

Jakaś kobieta pisnęła. Odwróciłem się i spostrzegłem, że patrzy na mnie. Inni śmiali się i pokazywali na mnie palcami. Machnąłem im niecierpliwie ręką, opuściłem głowę i próbowałem dalej rozważać moje kłopotliwe położenie.

I wtedy sobie przypomniałem. Nie wiedziałem dokładnie, gdzie się znalazłem, ale wszystkie te prymitywne cywilizacje miały jedną wspólną cechę: fetyszystyczny stosunek do ubrań i surowe kary dla każdego, kto to lekceważył.

Rzecz jasna, mieli ku temu powody. Nie byłem pewien, który z nich był najważniejszy. W tym przypadku najwidoczniej nie było termostatycznej kontroli atmosfery, a pora roku wyglądała na oziębiającą się trzecią spośród czterech starożytnych pór naturalnych.

Żywy gestykulujący tłum zebrał się na tej wzniesionej, betonowej powierzchni naprzeciwko mnie. Jakaś krzepka postać w granatowym stroju z prymitywnym uzbrojeniem uczepionym do pasa przepchała się przez tłum i ruszyła szybko w moją stronę.

— Ej, ty dziwaku — zawołał (w przybliżeniu). — Myślisz, że co to jest? Darmowy cyrk? Chodź no tu!

Jak już powiedziałem, wypowiedzi przekazują w przybliżeniu. Bałem się tego dzikusa strasznie.

Cofnąłem się, okręciłem na pięcie i zacząłem uciekać. Usłyszałem, że biegnie za mną. Przyspieszyłem kroku. On też.

— Chodź no tu! — dobiegło mnie wołanie. — Powiedziałem: chodź tu!

Czy byłem w tej epoce, w której używano stosów do poskromienia przeciwników zwariowanych konwenansów? Nie mogłem sobie przypomnieć. Jednakże było dla mnie istotne, żeby znaleźć chwilę samotności i móc pomyśleć nad następnym ruchem.

Znalazłem takie miejsce w ciemnym zaułku, koło którego przebiegałem. Duży, metalowy zbiornik z pokrywą.

W tej chwili nie było nikogo w pobliżu. Skręciłem w ten zaułek, podniosłem pokrywę, wskoczyłem do środka i położyłem pokrywę na miejsce ponad swoją głową w momencie, gdy dysząc, nadbiegł mój prześladowca. Co za niewiarygodnie barbarzyńskie czasy! Ten zbiornik… Nie do opisania, nie do opisania…

Para stóp pobiegła dalej, zawróciła. Po chwili nadbiegło kilka następnych par.

— I co, gdzie on się podział?

— Jak słowo, panie sierżancie, musiał przeskoczyć ten trzymetrowy parkan. Mógłbym przysiąc, że tu skręcił, no mógłbym przysiąc!

— Taki stary i przeskoczył, Harrison?

— Dość żwawy jak na swój wiek, choćby to był zboczeniec. Trochę mnie przegonił.

— Raczej was przerobił, Harrison. Facet pewnie uciekł z jakiegoś zakładu. Lepiej go znaleźć, panowie, zanim po-wystrasza ludzi w okolicy.

Kroki oddaliły się.

Uznałem, że moja chwilowa ucieczka przed pojmaniem jest dowodem uwagi, jaką na siebie zwróciłem wśród najwyraźniej wyższych sfer miejskich oficjeli. Próbowałem rozpaczliwie, lecz bezowocnie, przypomnieć sobie coś z kursu historii Ziemi. Jakie były funkcje sierżanta? Bez rezultatu. W końcu minęło sześćdziesiąt lat od czasu, gdy studiowałem ten przedmiot…

Pomimo strasznych katuszy, jakie przeżywałem z powodu okropnej woni, nie mogłem opuścić pojemnika. Należało trochę odczekać, dopóki moi prześladowcy nie zaprzestaną pościgu. Należało też mieć jakiś plan.

Ogólnie mówiąc, wiedziałem, co mam robić. Musiałem jakoś odkryć emisariusza przyszłości i zażądać powrotu do mojego okresu. Jednak zanim zacznę go szukać, muszę się zaopatrzyć w tak standardowe wyposażenie, jak ubranie. Jak się zdobywało ubranie w tym okresie historycznym?

Handel wymienny? Rozbój? Kupony rządowe? Tkało się je we własnym warsztacie? Ten Banderling i jego wariacki pomysł, że moja specjalność może być przydatna w takim świecie. Co za idiota!

Pokrywa pojemnika uniosła się nagle. Bardzo wysoki młodzieniec o nieokreślonej, choć miłej twarzy spoglądał na mnie. Zastukał w metalowe wieko.

— Można? — zapytał z kurtuazją. Spiorunowałem go wzrokiem i nic nie odrzekłem.

— Gliny poszły, ojczulku — ciągnął. — Ale ja bym jeszcze teraz nie wychodził. Nie w twoim mundurku. Ale zniosę ci jajko, jak mi o tym wszystkim opowiesz.

— K… kim pan jest? I czego pan chce?

— Joseph Burns, do usług, ubogi lecz uczciwy publicysta. — Zastanawiał się przez chwilę. — No, cóż, zawsze jednak ubogi. Wezmę każdą historyjkę, jaką możesz mieć na zbyciu. Byłem w tym tłumie na chodniku, kiedy gliny zaczęły cię gonić. Biegłem trochę z tyłu za nimi. Nie wyglądasz na jakiegoś wariata, który uwielbia obnosić swą chwalebną nagość. Gdy dotarłem do tego zaułka, zabrakło mi sił, żeby dalej śledzić przedstawicieli prawa i porządku. Więc oparłem się o ścianę i wtedy zauważyłem ten kosz na śmieci. No, i proszę: ecce ty.

Przestąpiłem z nogi na nogę w miękkiej, kleistej mazi i czekałem.

— Bo właściwie wielu ludzi — mówił dalej, kręcąc bezwiednie pokrywą i spoglądając w głąb ulicy — wielu ludzi może powiedzieć: „Joe Burns, a jeśli on nie jest wariatem? Może spłukał się do czysta w pokera rozbieranego?” Cóż, ludzie często mają rację. Ale w końcu widziałem cię czy nie, jak materializujesz się ze względnie pustego powietrza na środku ulicy? Tylko o to mi chodzi, ojczulku. A jeśli tak, to jak to zrobiłeś?

— A co zrobisz z tą informacją?

— Zależy, ojczulku, zależy. Jeśli będzie barwna, będzie miała to coś…

— Jeśli ci powiem na przykład, że przybyłem z przyszłości?

— I mógłbyś to udowodnić? W takim przypadku twoje nazwisko i zdjęcie znalazłoby się na pierwszej stronie najgorszego, najbrudniejszego i najdokładniej dezinformującego szmatławca w całym tym wielkim kraju! Mówię tu o znakomitej gazecie, dla której pracuję. Dobra, ojczulku, naprawdę przybywasz z przyszłości?

Kiwnąłem szybko głową i zastanowiłem się. Jaką mam lepszą okazję, żeby zwrócić na siebie uwagę emisariusza przyszłości? Po prostu dać mu do zrozumienia na łamach ważnego środka masowego komunikowania się, że mogę wyjawić jego obecność w tej epoce. Że mogę zniszczyć tajemnicę Ambasady Przyszłości w cywilizacji pierwotnej. Znajdą mnie na gwałt i odeślą z powrotem w moje czasy.

Wrócę do pracy naukowej, do dolików i spindfarów, do punforga i Zagadki Thumtse, do spokojnego laboratorium i fascynującego artykułu o gilowym pochodzeniu form flirgowych z późnej epoki Pegis.

— Mogę to udowodnić — pospieszyłem z odpowiedzią. — Ale nie bardzo widzę, jaką wartość ma ta informacją dla ciebie. Jak to ująłeś, moje zdjęcie i nazwisko znalazłoby się…

— Niech się o to twoja urocza biała czuprynka nie boi. Joseph Burns da sobie radę z krótką piosnką o gościu z przyszłości, Ale musisz najpierw jakoś wyleźć z tej puszki. A żeby cię stąd wydostać, musisz mieć…

— Ubranie. Jak się w waszych czasach zdobywa ubranie? Podrapał się po głowie.

— Hm, podobno pieniądze dużo mogą pomóc. Nie są najważniejsze, rozumie się, ale w tym procesie to jeden z najważniejszych czynników. Nie miałbyś paru schowanych banknocików? Nie, musiałbyś być ukrytym torbaczem. Mogę ci pożyczyć forsy.

— No, to…

— Ale w końcu ile ubrań można w czasach inflacji kupić za dolara i dwadzieścia trzy centy? Powiedzmy sobie szczerze, ojczulku, nie za dużo. Wypłatę mam dopiero pojutrze. Poza tym, jeśli Ferguson uzna tę historyjkę za bezwartościową, to nie wcisnę tego na łamy mojego szmatławca. Przynieść ci któryś mój garnitur — też bez sensu.

— Dlaczego? — wielka ilość słów płynących z góry i zapachów z dołu wywierała na mnie bardzo przygnębiające wrażenie.

— Dlatego, że, po pierwsze, zanim bym wrócił, znaleźliby cię ci od czubków i zamienili w jakąś roślinkę swoimi prochami. Po drugie, jesteś trochę tęższy ode mnie i dużo, dużo niższy. Nie chcesz chyba ściągać na siebie uwagi na rojącej się od glin ulicy, a wierz mi, ojczulku, że w moim ubraniu to by ci się udało. Dodawszy jeszcze, że dzielni, ubrani na granatowo chłopcy mogą w każdej chwili wrócić i przeszukać ten zaułek… Ciężka sytuacja, ojczulku, oj, ciężka. Znaleźliśmy się w impasie.

— Nie rozumiem — parsknąłem zniecierpliwiony. — Gdyby podróżnik z przyszłości pojawił się w moich czasach, mógłbym z łatwością pomóc mu zaadoptować się do społeczeństwa. Taki drobiazg jak ubranie…

— Żaden drobiazg, żaden drobiazg. Byłeś świadkiem poruszenia wśród sił prawa i porządku. Hej! A ta ozdóbka w kształcie młotka, tam, na naszyjniku — to nie jest przypadkiem srebro?

Spojrzałem w dół, obracając z wysiłkiem głowę. Pokazywał na mój flirgelflip. Zdjąłem go i wręczyłem mu.

— Może to i było srebro, zanim go nie zrenukleidowali dla potrzeb flirglowania. Czemu pytasz, czy to ma jakąś specjalną wartość?

— Tyle srebra? Niech zdobędę Nagrodę Pulitzera, jeśli nie ma! Możesz mi to dać? Za to dostaniemy przynajmniej jedno używane ubranie i z pół płaszcza.

— Czemu nie, zawsze mogę złożyć zapotrzebowanie na nowy flirgelflip. A i tak do najważniejszego flirglowania używam tego dużego w Instytucie. Oczywiście, weź go.

Skinął mi głową i zamknął pokrywkę pojemnika. Słyszałem, jak odchodzi. Po dłuższym czasie, w którym zdążyłem wynaleźć kilka zadziwiająco barwnych określeń dotyczących Banderlinga, pokrywa uniosła się znowu i kilka części granatowego ubrania spadło mi na głowę.

— Ten złodziej w sklepie z używaną odzieżą dał mi tylko parę dolców za tę błyskotkę — rzucił Burns, gdy się ubierałem. — Więc musiałem się zdecydować na ubranie robocze. Hej, zapnij te guziki, zanim wyjdziesz. Nie, nie te. Tu zapnij. Och, sam ci zapnę.

Gdy już zostałem prawidłowo umieszczony w ubraniu, wylazłem z pojemnika i pozwoliłem reporterowi zawiązać buty na moich nie przyzwyczajonych do tego nogach. Buty to były te skórzane bandaże, które już widziałem.

Jeszcze dać mi do ręki siekierę, a zawstydzający obrazek byłby pełny. No, może nie siekierę. Ale coś takiego, jak strzelba albo kusza pasowałoby. Zwierzęce skóry i roślinne włókna wszędzie dotykały mojej skóry. Och!

Rozglądając się nerwowo, Burns poprowadził mnie pod ramię do nie wywietrzonej podziemnej sali. Tam wepchnął mnie do nadzwyczaj długiego i brzydkiego pojazdu — kolei podziemnej.

— Widzę, że tutaj, jak w całym waszym społeczeństwie, tylko najsilniejszy wygrywa — odezwałem się.

Burns chwycił mocniej czyjeś ramię, poruszył nogą, żeby wygodniej stanąć na czyimś bucie i spytał:

— Że co?

— Ci, którzy nie mają dość siły, żeby się tu wcisnąć, zmuszeni są pozostać na miejscu albo uciec się do innego, jeszcze bardziej prymitywnego środka transportu.

— No, ojczulku — gwizdnął z podziwem. — Zrobi się o tobie cudny artykulik. Tylko pamiętaj, żebyś tak mówił przy Fergusonie.

Po dłuższym czasie spędzonym wśród niewygód wyszliśmy z pociągu — niczym dwie wyplute pestki winogron — i przedarliśmy się na ulicę.

Poszedłem wraz z redaktorem do ozdobnego budynku, gdzie zatrzymaliśmy się przed dystyngowanym, starym dżentelmenem, który siedział w małym pomieszczeniu otulony w dostojne, filozoficzne milczenie.

— Jak się pan miewa, panie Ferguson — zacząłem natychmiast, bo byłem przyjemnie zaskoczony. — Szczęśliwy jestem, mogąc znaleźć w przełożonym pana Burnsa to samo intelektualne pokrewieństwo, które prawie…

— Zamknij się! — Burns szepnął mi gwałtownie do ucha. — Przez ciebie facet narobi w spodnie. Czwarte piętro, Carlo.

— O rany, panie Burns — rzekł Carlo, gdy pociągnął czarną dźwignię i pomieszczenie z całą naszą trójką ruszyło do góry — pan to przyprowadza tu dziwaków. Dziwaków co się zowie.

W redakcji gazety panowało niesamowite zamieszanie, w którym postępowa część ludzkości objawiająca skomplikowane przykłady neurozy przepychała się pomiędzy tonami papieru, biurkami i prymitywnymi maszynami do pisania. Joseph Burns posadził mnie na drewnianej ławeczce i po licznych rytualnych machnięciach ręką i krzyknięciu kilku zwrotów w rodzaju „siemasz tim, siemasz joe, cosychać tim” — zniknął w oszklonym biurze redaktora.

Po dłuższym czasie, gdy już dość miałem tej atmosfery spoconego szaleństwa, wyszedł wraz z małym mężczyzną w zarękawkach i z tikiem w lewym oku.

— To on? — spytał ten mały. — Aha. No, brzmi dobrze, nie mówię, że nie brzmi dobrze. Aha. Wie, że ma się trzymać tego numeru z przyszłością, choćby nie wiem jak próbowali go złamać, a jak się złamie, to nikt się nie może dowiedzieć, że mamy z tym coś wspólnego. Wie o tym, co? Wygląda w sam raz, dość stary, nawet przypomina takiego stukniętego profesorka. Całość wygląda nawet nieźle, Burns. Aha. Aha, aha.

— Poczekaj, aż go usłyszysz — wtrącił reporter. — Spytaj go o kolory, Ferguson!

— Nie jestem obznajomiony z możliwościami pryzmatycznymi — odparłem chłodno. — Ale z wielkim rozczarowaniem stwierdzam, że pierwsze indywidua z cywilizacji prymitywnej, które usłyszały zwięzłą opowieść o moim pochodzeniu, wciąż plotą idiotyczne bzdury…

Lewe oko małego zadrgało w niecierpliwym tiku.

— Zapamiętaj ten tekst. Albo zostaw to Burnsowi, on to zapisze. Słuchaj, Joey, mamy tu niezły interes. Aha. Jeszcze dwa dni do Mistrzostw Świata, a my nie mamy żadnego czerwonego tytułu. To może iść na całą stronę; jak rzuci jakimiś argumentami, to może i więcej. Ja się zajmę oprawą: komentarze facetów z uniwersytetu i z akademii nauk naokoło twojego tekstu. A na razie zabierz tego, jak mu tam…

— Terton — odezwałem się zrozpaczony. — Nazywam się, rzecz jasna…

— Terton. Aha. Zabierz tego Tertona do dobrego hotelu, znajdź mu odpowiednie ubranie i wyciągnij od niego tę historię. Odizoluj go do jutra rana, a wtedy już powinien być niezły dym wokół tej sprawy. Przyprowadź go, a ja załatwię grupę psychiatrów gotowych przysiąc, że to wariat i drugą grupę przysięgających ze łzami w oczach, że jest normalny i każde słowo to prawda. Zrób mu parę zdjęć, zanim wyjdziecie.

— Jasne, Ferguson. Kłopot tylko, że ten glina może go rozpoznać jako gościa, który pokazał się całkiem nago na ulicy. On utrzymuje, że w jego czasach nikt nie nosi ubrań. Na komisariacie go wylegitymują i momentalnie wsadzą do Bellevue.

— Daj mi pomyśleć — Ferguson przespacerował się wkoło, drapiąc się w głowę i mrugając lewym okiem. — No, to rozegramy to na ostro. Raz na zawsze. Aha, raz na zawsze. Dowiedz się, jaki ma zawód; znaczy się, jaki miał; to znaczy, jaki będzie miał — aha, a ja znajdę paru specjalistów z tej samej dziedziny i będą utrzymywać, że on mówi zupełnie jak oni, tylko tysiąc lat później…

— Chwileczkę — wtrąciłem się. — Tysiąc lat to fantas…

Oko Fergusona zamrugało wściekle.

— Zabierz go stąd, Joey — krzyknął. — To twoja sprawa. Ja mam robotę.

Dopiero w pokoju hotelowym udało mi się przekazać reporterowi wyrazy mojego najwyższego oburzenia z powodu tępego obłąkania panującego w tej kulturze. I z powodu jego odnoszenia się do mnie w obecności Fergusona. Do Ucha, zachowywał się, jakby podzielał jego poglądy!

— Spokojnie, ojczulku — rzekł mi ów młodzieniec, zwieszając długie nogi poza oparcie tapczanu. — Unikajmy goryczy i wymówek. Przeżyjmy w zgodzie dwa dni dobrobytu. Jasne, że ci wierzę. Ale trzeba się trzymać pewnych reguł zachowania. Gdyby Ferguson podejrzewał, że uwierzyłem komukolwiek, nie mówiąc o gościu, który łazi wśród samochodów na Madison Avenue świecąc golizną, musiałby szukać popłatnej pracy nie tylko w innej firmie, ale możliwe, że i w innym zawodzie. Poza tym tobie zależy tylko na tym, żeby przyciągnąć uwagę jakiegoś tam emisariusza przyszłości. Żeby to zrobić, musisz zagrozić mu ujawnieniem, musisz narobić szumu. Wierz mi, ojczulku, za pomocą sieci łącz, jaką mamy, narobisz takiego szumu, że ogłuszysz Eskimosów, łowiących spokojnie ryby u brzegów Grenlandii Australijscy buszmeni przystaną między jednym rzutem bumerangiem a drugim, żeby spytać: „O co chodzi w tej sprawie Tertona?”

Po długim namyśle przyznałem mu rację. Skoro ten idiota Banderling użył mnie jako rękawicy, żeby rzucić w twarz ambasadzie, musiałem dostosować się do obyczajów tej śmiesznej epoki. Jest taki kawał, raz w roku 200…

Kiedy Burns skończył mnie pytać, byłem wykończony i głodny. Kazał przysłać mi na górę jedzenie i mimo obrzydzenia z powodu kiepskiej kuchni podanej w nie wyjałowionych, szklanych naczyniach, zjadłem od razu. Ku memu zdumieniu, odczucia smakowe były raczej przyjemne.

— Lepiej właź pod kołdrę, jak tylko skończysz łykać kalorie — doradził mi Burns znad maszyny do pisania. — Wyglądasz jak sprinter, który startował w biegach przełajowych. Zmachany, ojczulku, zmachany. Polecę z tym artykułem do redakcji, jak tylko skończę. Nie potrzebuję cię już dzisiaj.

— A masz dość zadowalających informacji? — ziewnąłem.

— Nie dość, ale bardzo zadowalających. Wystarczy, żeby Ferguson parę razy zarechotał. Przydałoby się tylko… O, na przykład ta sprawa z datami. To by bardzo pomogło.

— Hm — mruknąłem sennie. — Coś mi się przypomina o 1993.

— Albo nie. Wszystko gotowe pod każdym względem. Niech tak będzie. Prześpij się trochę, ojczulku.

Biuro redakcji zmieniło się pod względem zaludnienia, gdy tam wkroczyliśmy razem z Burnsem. Jedna część sali została odgrodzona linami. W regularnych odstępach przymocowano tabliczki: TYLKO DLA NAUKOWCÓW. Pomiędzy nimi były inne, witające PRZYBYSZA Z ROKU 2949, ogłaszające, że THE NEW YORK BLARE POZDRAWIA ODLEGŁĄ PRZYSZŁOŚĆ oraz pomniejsze niewyraźne komentarze, mówiące między innymi: STRUMIEŃ CZASU POKONANY! i PRZESZŁOŚĆ, TERAŹNIEJSZOŚĆ I PRZYSZŁOŚĆ NIEPODZIELNIE GŁOSZĄ WOLNOŚĆ I SPRAWIEDLIWOŚĆ DLA WSZYSTKICH LUDZI!

Paru starszych dżentelmenów dreptało między linami w wolnej przestrzeni, do której na wpół mnie wprowadzono, na wpół wepchnięto. Przedmioty, które rozpoznałem jako lampy błyskowe w wielkiej ilości mrugały w rękach oddziału fotoreporterów. Niektórzy leżeli płasko na podłodze, inni chwiali się na krzesłach, jeszcze inni zwieszali się z przedmiotów przypominających trapezy, uczepionych do sufitu.

— Redakcja kipi i trzeszczy w szwach — zaczął paplać Ferguson, gdy przepchał się do nas, rozdawszy reporterom po egzemplarzu pachnącej farbą gazety. — Są tacy, co mówią, że to wariat. Aha, są tacy, co mówią, że prorok Nehemiasz zmartwychwstał; ale całe miasto kupuje naszą gazetę. Całe dwa dni do Mistrzostw Świata, a my mamy prawdziwą bombę. Inne szmaty walą tu z wywieszonym językiem, żeby popatrzeć — niech mnie w ucho pocałują. Spory ten twój artykuł, aha, tak z różnych punktów widzenia. Miałem trochę kłopotów ze znalezieniem archeologów, którzy by przysięgli, że Terton jest członkiem ich gildii, ale Ferguson nie zawodzi, mamy swoich ludzi. — Lewe oko Fergusona na chwilę przestało mrugać i pojawił się w nim błysk zadowolenia. — Słuchaj — zachrypiał, popychając mnie na krzesło — nie rób z siebie primadonny. Żadnych kaprysów, dobra? Aha. Zgadza się. Trzymaj się swojej historyjki przez dziś i jutro, a dostaniesz niezły kąsek z udziałów wydawcy. Jak będziesz dobry, to może przetrzymasz dwa pierwsze mecze Mistrzostw. Trzymaj się tekstu: przybyłeś z przyszłości i nic więcej nie wiesz. Aha, i nie zagłębiał się w fakty!

Joseph Burns zaklaskał w dłonie, żeby przyciągnąć uwagę zgromadzonych naukowców i wcisnął się w krzesło obok mnie.

— Przepraszam za tych archeologów, ojczulku. Ale pamiętaj, że tu dokładnie poprawili mój artykuł. To, co mi powiedziałeś, na papierze po prostu nieciekawie wygląda. Archeolog marsjański to coś bliższego masowemu odbiorcy. Na twoim miejscu trzymałbym się z dala od szczegółowych opisów twojego zawodu. To tylko zagęści atmosferę.

— Ale archeolog marsjański to bardzo nieścisłe!

— Spokojnie, ojczulku, zapomniałeś zdaje się, że twoim głównym celem jest przyciągnąć uwagę na tyle, żeby uznali cię za niebezpieczną paplę i odesłali z powrotem w twoje czasy. No, to spójrz w prawo, a potem może jeszcze w lewo. Jeszcze za mało uwagi? Tak się to robi: wielkie nagłówki i sensacyjny tekst.

Zastanawiałem się nad odpowiedzią, gdy spostrzegłem, że Ferguson już kończy mnie przedstawiać naukowcom, z których większość przychylnie się uśmiechała.

— Aha, a oto i on! Terton, człowiek z niewyobrażalnie odległej przyszłości. Sam do was przemówi i odpowie na pytania. „Het New York Blare” uprasza jednakże, aby pytania były krótkie i niezbyt liczne. Tylko w tym pierwszym dniu. W końcu nasz gość jest zmęczony i zdenerwowany po długiej i pełnej niebezpieczeństw podróży w czasie!

Gdy powstałem, padły pierwsze, z godnością zadane, pytania.

— Panie Terton, który dokładnie rok uznaje pan za datę swojego pochodzenia? Czy też liczba 2949 jest ścisła?

— Zupełnie nieścisła — zapewniłem pytającego. — Właściwa data po przełożeniu z Kalendarza Oktetu, którego używamy… Zaraz, jaka to była ta reguła przekładu z Oktetu?

— Czy mógłby pan wyjaśnić konstrukcję silnika rakietowego w pańskich czasach? — spytał ktoś inny, gdy ja jeszcze zagłębiałem się w skomplikowaną i mało mi znaną metodę matematyczną liczenia lat. — Ponieważ mówi pan o lotach międzyplanetarnych.

— I o międzygwiezdnych — dodałem zaraz. — I o lotach międzygwiezdnych. Tylko że nie używa się rakiet. Stosuje się skomplikowaną metodę napędu zwaną rozkładem ciśnienia kosmicznego.

— A co to właściwie jest ten rozkład ciśnienia kosmicznego?

— Coś — zakasłałem z zażenowaniem — czym, obawiam się, nigdy w najmniejszym stopniu się nie interesowałem. O ile wiem, oparty jest o Teorię Brakującego Wektora Kuchholtza.

— A co…

— Teoria Brakującego Wektora Kuchholtza — wyjaśniłem im z rozbrajającą szczerością — była jedną z tych rzeczy, które zajmowały mój umysł jeszcze mniej, niż działanie rozkładu ciśnienia kosmicznego.

I tak to szło. Od błahostki do błahostki. Ci prymitywni, choć chcący dobrze, sawanci, którzy żyli jak umieli u samego początku specjalizacji, nie mogli nawet po części ocenić, jak kierunkowa była moja edukacja w każdej dziedzinie poza moją wybraną. W czasach ich mikroskopijnej wiedzy i elementarnych urządzeń już jednemu człowiekowi było trudno objąć choćby uogólnienie z całości nauki. O ileż bardziej w moim czasie, tak próbowałem im tłumaczyć, przy osobnych biologiach i socjologiach dla każdej planety — żeby wspomnieć jeden tylko przykład. A poza tym minęło tyle lat od czasu, gdy zetknąłem się z naukami ogólnymi! Tyle zapomniałem!

Rządu (jak oni go nazywali) właściwie nie dało się wyjaśnić. Jak można przedstawić dwudziestowiecznym dzikusom dziewięć poziomów odpowiedzialności społecznej, z którymi każde dziecko dokładnie zapoznaje się zanim osiągnie wiek młodzieńczy? Jak uprzystępnić status „prawny” tak podstawowej funkcji, jak judicialariona? Być może, ktoś z moich czasów po głębokim przestudiowaniu prymitywnej nauki i przesądów tego okresu mógłby, przy pomocy upraszczających porównań, przekazać im blask takich pojęć, jak wspólnotowa indywidualność czy łączenie według form neuronowych — ale nie ja. Ja? Miałem dość powodów do wymyślań na Banderlinga, w miarę jak rósł szum na sali.

— Jestem specjalistą — krzyczałem do nich. — Potrzebny mi drugi specjalista, taki jak ja, żeby mnie zrozumiał!

— Potrzebny ci specjalista, to prawda — odrzekł ubrany na brązowo mężczyzna w średnim wieku, który wstał z tylnego rzędu. — Ale nie taki jak ty. Taki jak ja. Psychiatra!

Rozległ się zgodny wybuch śmiechu. Ferguson podniósł się nerwowo, a Joseph Burns szybko przysunął się do mnie.

— Czy to ten człowiek? — psychiatra spytał mężczyzny w granatowym stroju, który przed chwilą wszedł do redakcji. Rozpoznałem swego wczorajszego prześladowcę. Ten skinął głową.

— Jasne, że ten. Latał po mieście na golasa. Wstydu nie ma. A może stuknięty? Ja tam nie wiem.

— Chwileczkę — zawołał jeden z naukowców w momencie, gdy Ferguson odchrząknął, żeby zabrać głos. — Straciliśmy już tyle czasu, to możemy przynajmniej dowiedzieć się czegoś o jego specjalności. To coś w związku z archeologią — archeologia marsjańska bodajże?

Nareszcie. Nabrałem powietrza w płuca.

— Nie marsjańska — sprostowałem. — I w ogóle żadna archeologia. — „Ach, ta pomyłka Banderlinga” — pomyślałem. Za moimi plecami Burns jęknął i opadł na krzesło.

— Jestem flirgelfliperem. Flirgelfliper to ten, kto flipuje flirg za pomocą flirgelflipu. — Zrobiłem głośny wdech.

Omówiłem swój zawód w całej rozciągłości. Jak to pierwsze doliki i spindfary w marsjańskich piaskach były uważane za jakąś anomalię geologiczną, jak pierwszy pun-forg był używany zamiast przycisku do papieru. O Cordesie i tym niemal cudownym przypadku, dzięki któremu wpadł na pomysł zasady flirgerlflipu. Potem Gurkheyser, który ją udoskonalił i słusznie jest uznawany za twórcę tej profesji. Jakie horyzonty otwarły się, gdy rozpoznano i usystematyzowano formy flirgowe! Nieziemskie piękno stworzone przez rasę, o której nawet żyjący wówczas Marsjanie nie mieli pojęcia; piękno, które weszło do dziedzictwa kulturalnego człowieka.

Opowiedziałem im o ogólnie przyjętej teorii na temat natury flirglów: że były one formą energii, która osiągnęła stadium inteligencji na Czerwonej Planecie i pozostawiła po sobie tylko formy flirgowe, będące przybliżonym odpowiednikiem naszej muzyki lub sztuki bezprzedmiotowej. O tym, że będąc formą energii, zostawiły różnorodne zapisy tej energii w dostępnych im dziełach materialnych: dolikach, spindfarach i punforgu. Z dumą opowiedziałem im o swej decyzji powziętej w młodości, aby poświęcić się całkowicie formom flirgowym, o tym, jak wynalazłem system używający dzisiejszych nazw marsjańskich do oznaczania miejsc, w których znajdowano owe rozproszone dzieła. Następnie skromnie wspomniałem o swym odkryciu kontrapunktowej formy flirgowej w pewnym do-liku — którego efektem była posada Badacza Zwyczajnego w Instytucie. Zacytowałem swój mający się ukazać artykuł pt. „Gilowe pochodzenie form flirgowych z późnej epoki Pegis” i tak się zagłębiłem w opisie wszystkich szczegółów Zagadki Thumtse, że zdawało mi się, iż jestem z powrotem w Instytucie i prowadzę wykład, a nie walczę o swoją tożsamość.

— Wie pan co — usłyszałem czyjś głos zadziwiająco blisko. — To brzmi prawie logicznie. Jak jedna z tych piosenek w nowomowie albo pierwsze linijki „Jabberwocky”. Słucha się tego, jakby to była prawda.

— Zaraz! — przypomniałem sobie nagle. — Odczucia form flirgowych nie można opisać słowami! Musicie poczuć to sami! — Rozdarłem tkaninę górnej części mojego ubrania i wyciągnąłem naszyjnik. — Macie, sami zbadajcie dolika z tak zwanej Zagadki Thumtse moim flirgelflipem. Zauważcie…

Urwałem. Nie miałem flirgelflipu! Zapomniałem! Joseph Burns skoczył na równe nogi.

— Flirgelflip pana Tertona został wymieniony na ubranie, które nosi w chwili obecnej. Podejmuję się pójść i wykupić go z powrotem.

Patrzyłem na niego z wdzięcznością, jak przedzierał się przez tłum rozbawionych naukowców.

— Słuchaj, facet — Ferguson odezwał się zimno. — Zrób coś i to szybko. Burns to nie geniusz, może mu się nie udać tego odkręcić, Tu jest psychiatra — aha, dokładnie, psychiatra — i wsadzą cię do miękkiego pokoiku, jeśli nie wyskoczysz z jakąś nowością, lak kiepsko wyglądasz, że nasi ludzie trzymają język za zębami, bojąc się repliki.

Jeden z młodszych naukowców poprosił mnie o naszyjnik. Podałem mu go wraz z przypiętym dolikiem. Obejrzał starannie oba przedmioty, potem zadrapał je paznokciem. Oddał mi z powrotem.

— Ten naszyjnik, ee, był tym, dzięki czemu mógł pan przesłać się czy teleportować w dowolne miejsce na Ziemi, jeśli dobrze rozumiem?

— Przez benskop — uzupełniłem. — Trzeba mieć odbiornik i nadajnik benskopowy.

— Aha. A to mniejsze nazywa się, hm, dolik. Zagadka Gumce czy coś takiego? Panowie, jak wiecie, zajmuję się chemią przemysłową. Jestem przekonany, że ten naszyjnik — analiza chemiczna może jedynie potwierdzić wrażenia wzrokowe — to nic innego, jak bardzo mocne włókno szklane. Nic więcej.

— Zostało zrenukleidowane do użytku w benskopie, ty głupcze! Co za różnica, z czego jest zrobiony materiał, jeśli został zrenukleidowany?

— Podczas gdy ten dolik — młodzieniec ciągnął nieporuszony — ten marsjańskich dolik to prawdziwy skarb. Coś zupełnie wyjątkowego. O, tak. Stary, czerwony piaskowiec, jaki przeciętny geolog znajdzie w ciągu piętnastu minut w dowolnym miejscu na Ziemi. Stary czerwony piaskowiec!

Dopiero po chwili udało mi się ich przekrzyczeć. Niestety, wyprowadziło mnie to z równowagi. Myśl, że ktoś nazywa Zagadkę Thumtse starym, czerwonym piaskowcem, wprawiła mnie w szał. Zwymyślałem ich od bigotów, tępaków, nieuków. Ferguson powstrzymywał mnie.

— Zamkną cię na pewno — szepnął. — Zaraz się zapienisz. Aha, i nie myśl, że gazecie wyjdzie to na dobre, jak cię stąd wywloką w kaftanie.

Nabrałem powietrza do płuc.

— Panowie — zacząłem — gdyby któryś z was nagle znalazł się we wcześniejszej epoce, mielibyście wiele trudności, próbując dostosować waszą specjalistyczną wiedzę do prymitywnego sprzętu, jaki byłby wtedy dostępny. O ileż bardziej ja…

— Punkt dla pana — przyznał jakiś tęgi mężczyzna. — Ale jest jedna rzecz. Jeden sposób udowodnienia tożsamości przez przybysza z innego czasu.

— Jakiż to? — kilkanaście akademickich głów obróciło się ku niemu.

— Daty. Zdarzenia historyczne. Z tego miesiąca czy z tego roku. Znaczące wydarzenia. Utrzymuje pan, że nasze czasy to pańska przeszłość. Proszę nam o niej opowiedzieć. Co się wydarzy?

— Niestety… — wykonałem bezradny ruch ręką i znów buchnęły śmiechy — moja znajomość historii Ziemi jest bardzo fragmentaryczna. Jeden krótki kurs w dzieciństwie. Wychowałem się na Marsie, ale nawet historia marsjańska jest mi mało znana. Nigdy nie miałem głowy do dat historycznych. Jak już mówiłem wczoraj panu Burnsowi, w tym okresie pamiętam tylko trzy daty.

— Jakie? — zainteresowanie nagle wzrosło.

— Pierwsza — 1993.

— Co się stanie w 1993 roku?

— Muszę przyznać, że nie wiem. Ale zdaje się, że to ma wielkie znaczenie. Może jakieś nieszczęście, jakiś wynalazek, czy dzieło sztuki? A może data, którą ktoś przypadkiem mi podał, a ja ją zapamiętałem. W każdym razie nic z tego. Druga to sierpień 1945. Bomba atomowa. Pan Burns twierdzi, że to też nie jest specjalnie przydatne, bo zdarzyło się jakieś kilkanaście lat temu. Proszę pamiętać, że mam spore kłopoty z waszym kalendarzem.

— A ta trzecia data? — ktoś zawołał.

— 1588 — odpowiedziałem nie licząc na wiele. — Wielka Armada.

Dało się słyszeć szuranie krzeseł. Naukowcy wstawali z miejsc i szykowali się do wyjścia.

— Zatrzymaj ich — syknął mi do ucha Ferguson. — Powiedz coś, zrób coś!

Wzruszyłem ramionami.

— Chwileczkę — odezwał, się ten młody chemik przemysłowy. — Myślę, że możemy rozprawić się ostatecznie z tym oszustem. W sensacyjnym artykuliku pana Burnsa wyczytałem pańską wypowiedź o zabawach w wieku dziecięcym wśród piasków marsjańskich. Co pan nosił na sobie w tym czasie?

— Nic — zaskoczyło mnie to pytanie. — Jakieś ubranko od zimna. Nic więcej.

— Żadnego hełmu, nic?

— Nie, zupełnie nic.

— Tylko ubranko od zimna? — uśmiechnął się szyderczo. — A przecież wiemy, że na równiku temperatura rzadko wychodzi tam ponad zero. Wiemy też, że praktycznie na Marsie nie ma tlenu. Spektroskop potwierdza to stale od lat. Ciepłe ubranko, bez hełmu i tlenu. Ha!

Wpatrywałem się zdumiony w pogardliwie odwrócone plecy, gdy wychodzili. Tej jednej rzeczy nie mogłem w ogóle pojąć. No to co, że ich instrumenty pokazywały śladowe ilości tlenu na Marsie i temperaturę poniżej zera? Jako chłopiec bawiłem się na marsjańskiej pustyni. Byłem tam: to pamiętam bardzo dokładnie. Bez hełmu, w lekkim ubranku. Ach, te dzikusy i ich instrumenty.

— Lepiej stąd wyrywaj — Ferguson poradził mi, mrugając nieszczęśliwie lewą powieką. — Glina i psychiatra są jeszcze na korytarzu. Nie wyjdzie na dobre ani tobie, ani gazecie, jak cię zwiną. Lepiej zjedź windą dla obsługi. Aha, windą dla obsługi.

Wyszedłem na ulicę, rozmyślając nad tym, jak się teraz ze mną skontaktują emisariusze przyszłości. Najwyraźniej, używając określenia Burnsa, nie narobiłem zbyt wielkiego szumu. A może jednak? Może jeden z tych naukowców był emisariuszem przyszłości, obserwował mnie i szykował się do wysłania mnie z powrotem, zanim sprawię im więcej kłopotów w tych czasach.

— Cześć, ojczulku. Dzwoniłem do redakcji. Ciężka sprawa.

— Burns! — odwróciłem się z ulgą w stronę młodzieńca opartego o ścianę budynku. Jedyny przyjaciel, jakiego poznałem w tej szalonej, barbarzyńskiej epoce. — Nie dostałeś flirgelflipu? Wymienili go albo sprzedali, albo zgubili?

— Nie, ojczulku, nie dostałem flirgelflipu. — Wziął mnie delikatnie pod rękę. — Chodź, przejdziemy się.

— Dokąd? Znajdziemy ci pracę, jakieś zajęcie, do którego będzie pasował twój futurystyczny talent.

— A co to będzie.

— W tym problem. Brzydki, trudny problem. Nie ma zbyt wiele flirgu do flipowania w tych czasach. Tylko to umiesz robić dobrze, a za stary jesteś, żeby się wyuczyć innego zawodu. Ale człowiek musi jeść. Jak nie je, to ma dziwne sensacje i żałobne marsze w żołądku. No, cóż.

— Najwyraźniej myliłeś się co do tych emisariuszy przyszłości.

— Wcale nie. Przyciągnąłeś ich. I skontaktowali się z tobą.

— Przez kogo?

— Przeze mnie.

Zatrzymałbym się zdumiony dokładnie na drodze pędzącego pojazdu, gdyby nie pociągnęło mnie ramię Burnsa.

— Chcesz powiedzieć, że ty jesteś emisariuszem przyszłości? Zabierzesz mnie z powrotem?

— Tak, jestem emisariuszem przyszłości. Nie, nie zabiorę cię z powrotem.

Zdezorientowany potrząsnąłem ostrożnie głową.

— Obawiam się, że nie…

— Nie wracasz, ojczulku. Po pierwsze dlatego, że w ten sposób można oskarżyć Banderlinga o niszczenie praw wspólnotowej indywidualności, czyli ciebie. W ten sposób Instytut zdecyduje, że depresor promieniowania wymaga jeszcze lat badań i ulepszeń, zanim całkowicie zrównoważone jednostki będą mogły się do niego zbliżyć. W końcu podróż w czasie zostanie odkryta — we właściwym czasie — dzięki właściwemu zastosowaniu depresora promieniowania Banderlinga. Po drugie, nie wracasz, bo już nie możesz paplać o emisariuszach przyszłości, żeby nie zamknęli cię w takim urządzeniu bez klamek, gdzie goście noszą fartuchy zamiast płaszczy.

— Chcesz powiedzieć, że to wszystko było zaplanowane? To, że mnie spotkałeś, wykradłeś mi flirgelflip i przekonałeś, że muszę narobić szumu, jak to ująłeś, żeby wymanewrować mnie w sytuację, w której nikt w tym społeczeństwie mi nie uwierzy…

Skręciliśmy w prawo, w uliczkę pełną małych kafejek.

— Chcę powiedzieć, że to było więcej, niż zaplanowane. To było konieczne, żeby uznać Banderlinga za tego, kim naprawdę jest…

— Za idiotę? — spytałem z goryczą.

— … żeby depresor promieniowania odstawiono na półkę na wystarczającą ilość lat w wyniku „tragedii Ter-tona”. Trzeba było, żebyś miał dokładnie taki zawód i pochodzenie, kompletnie nie pasujące do potrzeb tego okresu, żebyś nie mógł wprowadzić w nim żadnych znaczących zmian. Następnie trzeba było…

— A ja uważałem cię za przyjaciela. Lubiłem cię.

— Trzeba było, żebym ja był dokładnie kimś takim, kto mógł zdobyć twoje zaufanie, gdy tylko, ee, przybyłeś i plan zaczął prawidłowo działać. Poza tym będąc takim właśnie człowiekiem, będę miał wyrzuty sumienia z powodu tego, co ci zrobiłem. Te wyrzuty też są prawdopodobnie niezbędne dla jakiegoś fragmentu planów Ambasady Przyszłości Wszystko, Terton, pasuje do innych części — podejrzewam, że nawet ta ambasada przyszłości na końcu czasów. Po prostu miałem pracę zleconą.

— A Banderling? Co się z nim stanie, gdy ja nie wrócę?

— Oczywiście zabroni mu się działań w dziedzinie fizyki. Ale ponieważ jest młody, uda mu się rozwinąć w nowym zawodzie. A przy obyczajach panujących w twoich czasach, zostanie flirgelfliperem — zastąpi ciebie we wspólnocie. Jednak najpierw przejdzie Kurs Przystosowawczy. Co mi przypomina… Tak się skupiłem na zdobyciu dla ciebie pracy, że zapominam o ważnych rzeczach.

Zadumałem się nad ironią faktu, że bunt Banderlinga był częścią planów Ambasady Przyszłości. I nad żałosnym faktem, że spędzę resztę mojego życia w tej zwariowanej epoce. Nagle spostrzegłem, że Burns odpiął dolika od mojego naszyjnika.

— Jedno z tych przeoczeń — wyjaśnił mi, chowając go do kieszeni. — Miałeś go nie zabierać według naszych pierwotnych planów. Teraz muszę dopilnować, żeby to zwrócić, jak tylko się przyzwyczaisz do nowej pracy. Wiesz, że ten dolik to Zagadka Thumtse. Harmonogram wymaga, żeby ten problem rozwiązał któryś z twoich kolegów z Instytutu.

— Kto go rozwiąże? — zapytałem z wielkim zainteresowaniem. — Masterson? Foule? Greenblatt?

— Żaden z nich — uśmiechnął się. Zgodnie z harmonogramem Zagadkę Thumtse ostatecznie rozwiąże Thomas Alva Banderling.

— Banderling! — wrzasnąłem, gdy stanęliśmy przed ponurą restauracją z tabliczką „Potrzebny pomocnik kucharza” na wystawie. — Banderling? Ten idiota?