/ Language: Polski / Genre:sf

Kustosz

W Tenn


William Tenn

Kustosz

9 maja 2190 roku.

No, udało się! Mało brakowało, ale na szczęście mam bardzo podejrzliwą naturę. Omal nie skradziono mi mego zwycięstwa, mego spełnienia, ale byłem sprytniejszy od nich. W efekcie mogę z radością odnotować w tej mojej ostatniej woli i testamencie, że oto zaczynam ostatni rok swego życia.

Nie, bądźmy dokładni. Ostatni rok mego życia, rok, który spędzę w otwartym grobie, lak naprawdę rozpoczął się dzisiaj w samo południe. Wówczas, gdy na drugim podziemnym piętrze Muzeum Współczesnej Astronautyki po raz trzeci z kolei nastawiłem aparat i otrzymałem wynik kompletnie negatywny.

Oznaczał on, że ja, Fiyatil, byłem jedyną istotą ludzką na Ziemi, która pozostała przy życiu. Ileż musiałem walczyć, aby dostąpić tego wyróżnienia!

No, ale już po wszystkim, jestem niemal całkowicie pewien. Dla spokoju przez następny tydzień codziennie będę schodził i sprawdzał antropometr, ale nie sądzę, żeby była jakakolwiek szansa, żebym otrzymał pozytywny odczyt. Stoczyłem ostatnią, absolutnie ostateczną i rozstrzygającą bitwę z siłami prawości — i zwyciężyłem. Pozostawiono mi bezpieczne, nie kwestionowane prawo do posiadania własnej trumny i już nic mi nie pozostało, tylko dobrze się bawić.

A to nie będzie takie trudne. W końcu planowałem te przyjemności całymi latami! Ale kiedy ściągnąłem strój z oksydowanego berylu i poszedłem na górę, na słońce, nie mogłem nie pomyśleć o reszcie. Gruzeman, Prejaut, a może nawet Mo-Diki. Byliby tutaj razem ze mną, gdyby mieli choć trochę mniej zapału do nauki, a nieco więcej rozsądnego realizmu.

Z jednej strony szkoda. Ale to właśnie czyni moją służbę bardziej odpowiedzialną i chwalebną. Usiadłszy na marmurowej ławie pomiędzy statuami Kosmonauty i Kosmonautki dłuta Rozinskiego, wzruszyłem ramionami i odrzuciłem wspomnienia o Gruzemanie, Prejaut i Mo-Dikim.

Oni przegrali, ja nie.

Rozparłem się wygodnie, po raz pierwszy od ponad miesiąca. Moje spojrzenie prześliznęło się po olbrzymich figurach z brązu wznoszących się nad moją głową, po owych dwóch rzeźbach tęsknie zwróconych ku gwiazdom — i wybuchnąłem śmiechem. Absolutna niestosowność mojej kryjówki po raz pierwszy mnie uderzyła — pomyślcie tylko, Muzeum Współczesnej Astronautyki! To coś, wywołane niewiarygodnym napięciem nerwów i pięciodniowym zagryzaniem warg do krwi, ruszało się teraz w mojej krtani, zamieniło się w chichot, krótkie parsknięcie, a wreszcie z głębi serca płynący, rozgłośny śmiech, którego nie umiałem powstrzymać. Wszystkie sarny wyszły z parku koło muzeum i zatrzymały się przed marmurową ławą, na której Fiyatil, ostatni człowiek na Ziemi, dusił się, kaszlał, charczał i znów chichotał, ciesząc się swym starczym sukcesem.

Nie wiem, jak długo mogło to trwać, ale w końcu chmura, normalna, regularnie pełniąca służbę chmura antysłoneczna, prześliznęła się po tarczy słońca. To wystarczyło. Przestałem się śmiać, jak gdyby odcięto mi dopływ prądu i spojrzałem do góry.

Chmura przesunęła się i słoneczny blask rozlał się ponownie, ale ja mimo to zadrżałem.

Dwie ciężarne łanie podeszły bliżej i patrzyły, jak masuję sobie kark. Przez ten śmiech złapał mnie kurcz.

— Cóż, moje drogie — odezwałem się, przypomniawszy sobie cytat z jednej z moich ulubionych religii — wygląda na to, że w środku życia w końcu naprawdę spotykamy śmierć.

Patrzyły na mnie obojętnie, przeżuwając trawę.

11 maja 2190 roku.

Przez ostatnie dwa dni porządkowałem swoje rzeczy i robiłem plany na najbliższą przyszłość. Spędzić całe życie, przygotowując się spokojnie do roli kustosza — to jedno. Nagła świadomość, że się tym kustoszem zostało, że się jest ostatnim z sekty i z własnej rasy — jednocześnie w specyficzny sposób wypełnieniem i jednej, i drugiej — to zupełnie co innego. Rozpierała mnie szalona duma. Ale już w chwilę później przytłaczała mnie niewiarygodna, królewska wręcz odpowiedzialność, którą miałem podjąć.

Z żywnością nie będzie problemu. Na składzie w tym tylko budynku było dość paczkowanych posiłków, żeby wykarmić kogoś takiego jak ja przez dziesięć lat. a co dopiero przez dwanaście miesięcy. A wszędzie na tej planecie — od Muzeum Starożytności Buddyjskiej w Tybecie po Panoramę Historii Politycznej w Sewastopolu — znajdę podobne zasoby.

Rzecz jasna, jedzenie z puszki to jedzenie z puszki: jest to czyjś pomysł, jak powinno wyglądać moje menu. Teraz, gdy odleciał ostatni Afirmant, zabierając ze sobą ohydne pojęcie użyteczności, już nie muszę być takim hipokrytą. Wreszcie mogę sobie pozwolić na luksusy i kąpać swój język w niuansach smakowych. Niestety, dorastałem w latach dominacji Afirmantów i hipokryzja, którą nauczyłem się stosować przez sześćdziesiąt lat ukrywania własnych poglądów, zmieszała się z istotą mego charakteru. Dlatego wątpię, czy będę przygotowywał posiłki ze świeżej żywności w oparciu o starożytne przepisy.

A poza tym posiłki ze świeżej żywności oznaczałyby śmierć istot, które jeszcze żyją i radują się ostatnimi dniami. W obecnej sytuacji wyglądałoby to trochę głupio…

Nie musiałem też uruchamiać żadnej z automatycznych pralni. A uruchomiłem. Po co prać rzeczy, pytałem sam siebie, skoro mogę wyrzucić tunikę, gdy tylko się lekko ubrudzi i założyć świeżo wyprodukowane ubranie, jeszcze sztywne od matrycy, spod której wyszło?

Odpowiedź brzmi: przyzwyczajenie. Ideały Kustoszy sprawiają, że nie mogą zrobić tego, co Afirmant zrobiłby z łatwością na moim miejscu: zrzucić tunikę na ziemię i zostawić ją tam jak wielki, kolorowy kokon. Z drugiej strony wiele nauk Afirmantów, które mój świadomy umysł odrzucał uparcie przez dziesiątki lat, ku memu strapieniu przeciekły drogą osmozy do mojej podświadomości. Pomysł, żeby rozmyślnie zniszczyć coś tak funkcjonalnego, choć względnie mało estatycznego, jak brudna Tunika Męska, Letnia, Numer transportowy 2352558,3, pociąga mnie — nawet wbrew mej woli.

W kółko powtarzam sobie, że afirmanckie Numery Transportowe już nic dla mnie nie znaczą, nawet mniej niż nic. Są równie bez znaczenia, jak symbole na Arce Noego dla ładujących ją i pozostawionych na brzegu robotników.

Ale wsiadam do jednoosobowej kuli latającej, żeby zwiedzić dla rozrywki tereny muzeum, a coś w moim mózgu szepce: Numer 58184,72. Zaciskam zęby na łyżce z odgrzanym Białkowym Równoważnikiem Obiadu i spostrzegam, że żuję Numery Transportowe od 15762,94 do 15763,01. Nawet pamiętam, że należy do kategorii, którą należy wnieść na pokład na końcu i dopiero wtedy, gdy pokładowy przedstawiciel Ministerstwa Przetrwania i Ochrony odda się pod komendę pokładowego przedstawiciela Ministerstwa Podróży.

Obecnie po Ziemi nie chodzi nawet jeden Afirmant. Są teraz rozrzuceni pośród setki systemów planetarnych naszej Galaktyki, razem ze swoimi licznymi rządowymi biurami — z Ministerstwem Starożytności i Reliktów Przeszłości, w którym wszyscy wyznający Kustoszostwo musieli się zarejestrować. Ale to zdaje się nic nie znaczyć dla mojej idiotycznie wiernej pamięci, która nadal cytuje teksty zapamiętane dziesiątki lat temu przed egzaminami z Okoliczności Przetrwania — dawno zniesionymi i zapomnianymi nawet przez władze.

Ci Afirmanci są tak sprawni, tak straszliwie skuteczni i sprawni! Jako młody chłopak zwierzyłem się swemu, na nieszczęście gadatliwemu, towarzyszowi Ru-Sat, że w wolnych chwilach maluję obrazy na płótnie. Natychmiast rodzice za poradą mojego opiekuna szkolnego zgłosili mnie do miejscowej Dziecięcej Grupy Pracy Ochotniczej na Rzecz Przetrwania, gdzie wyznaczono mnie do malowania numerów i symboli na skrzynkach do pakowania. „Nie przyjemności, ale upór, upór i jeszcze raz upór może uratować rodzaj ludzki” — od tej pory przed każdym posiłkiem musiałem cytować odpowiedni fragment z katechizmu Afirmacji.

Później, oczywiście, byłem już na tyle dorosły, żeby zarejestrować się jako świadomy Kustosz.

— Błagam cię — ojciec omal się nie zadławił, gdy mu o tym powiedziałem — nie przychodź do nas więcej. Nie dręcz nas. Mówię w imieniu całej rodziny, Fiyatilu, włącznie z wujami ze strony matki. Postanowiłeś stać się umarłym, to już twoja sprawa. Po prostu zapomnij, że w ogóle miałeś rodziców i krewnych — a nam pozwól zapomnieć, że mieliśmy syna.

Oznaczało to, że jestem wolny od zadań, Przetrwania, ale musiałem wziąć na siebie dwa razy tyle pracy w zespołach mikrofilmowców podróżujących od muzeum do muzeum i od stanowisk archeologicznych po miasta drapaczy chmur. Ale i tak co jakiś czas miałem egzaminy z Okoliczności Przetrwania, co do których wszyscy się zgadzali, że nie obowiązują Kustoszy, ale nalegali, żebyśmy je zdawali, traktując je jako gest dobrej woli wobec społeczeństwa, które pozwalało nam iść za głosem sumienia. Egzaminy te sprawiały, że odkładałem tom zatytułowany „Religijne obrazy i wystrój świątyń Górnego Nilu” po to, żeby wziąć ponury, wystrzępiony, poplamiony „Wykaz Numerów Transportowych i przewodnik po załadunku towarów”. Porzuciłem nadzieję, że zostanę artystą — te potworne cyferki zabierały mi czas, który pragnąłem poświęcić na podziwianie dzieł ludzi żyjących w mniej fantacznych i mniej szalonych czasach.

I dalej mi zabierają! Przyzwyczajenie jest tak silne, że choć nikt mi nie zadaje pytań na temat odwodnienia, ciągle sobie uświadamiam, że przeprowadzam operacje logarytmiczne niezbędne do właściwego umieszczenia jakieś substancji po usunięciu z niej wody. Frustruje mnie to strasznie, że ugrzązłem w systemie kształcenia, od którego całkowicie się odwróciłem!

Oczywiście moje obecne lektury prawdopodobnie też nie są do niczego przydatne. Ale muszą wydobyć tyle informacji z leżących w muzeum samouczków dla początkujących, żebym nie musiał się martwić, że na przykład moja kula latająca rozbije się gdzieś w dżungli. Ani ze mnie technik, ani łowca przygód. Ale muszę się nauczyć, jak wybierać sprzęt, który działa i jak go uruchomić, żeby nie uszkodzić delikatnych części.

Ta cała technologia denerwuje mnie. Na zewnątrz czeka na mnie porzucone dziedzictwo 70 000 lat, a ja tymczasem tu siedzę i uczę się na pamięć głupot o zasilaniu robotów, zapisuję schematy śrub antygrawitadyjnych i haruję jak afirmancki kapitan, który chce przed odlotem zdobyć dowództwo statku od Ministerstwa Podróży.

Ale właśnie dzięki takiemu podejściu do sprawy jestem teraz tutaj, zamiast siedzieć na pokładzie afirmackiego statku patrolowego wraz z Mo-Diki, Gruzemanem i Prejaut. Kiedy oni cieszyli się wolnością i hasali po całej planecie jak źrebaki, ja poszedłem do Muzeum Współczesnej Astronautyki i nauczyłem się obsługiwać i odczytywać antropometr, a także auktywniać oksydowany beryl. Nienawidzę tracić czasu, ale nie mogłem zapomnieć o znaczeniu, jakie Afirmanci, zwłaszcza współcześni, przykładali do pojęcia świętości życia ludzkiego. Już raz nas oszukali; wrócili jeszcze raz, żeby się upewnić, czy jacyś Kustosze nie radują się spełnieniem marzeń. Miałem wtedy rację i wiem, że mam rację teraz — ale nudzi mnie robienie wyłącznie rzeczy pożytecznych!

Co do antropometru, to przeżyłem dwie godziny temu niemiły szok. Alarm się włączył… i przestał. Popędziłem na dół, zrzucając po drodze strój z oksydowanego berylu i mając nadzieję, że następnym razem, jak go będę zakładał, nie wybuchnie.

Kiedy dotarłem do urządzenia, przestało już hałasować. Nastawiłem je na wszystkie kierunki i nie otrzymałem żadnego odzewu. Wynikało z tego, zgodnie z podręcznikiem, że na całym obszarze Układu Słonecznego nie poruszała się żadna istota ludzka. Zaprogramowałem maszynę na własne parametry elektrocefalograficzne, żeby nie włączać alarmu. Ale alarm się włączył, bezdyskusyjnie dowodząc istnienia drugiej istoty, choćby nie wiem jak krótka była jej obecność. Stanowiło to dla mnie zagadkę.

Sądzę, że jakieś zaburzenia w atmosferze albo zwarcie w samym antropometrze uruchomiło maszynę. A może moja wielka radość kilka dni temu, że mnie zostawili, uszkodziła aparaturę.

Odebrałem radiowy meldunek afirmanckiego statku patrolowego do macierzystej jednostki oczekującej na orbicie za Plutonem, że schwytali moich kolegów: wiem, że jako jedyny zostałem na Ziemi.

Poza tym, gdyby to jacyś czyhający Afirmanci włączyli alarm, to ich własne antropometry wykryłyby mnie, bo chodziłem bez ochrony oksydowanego berylu. Muzeum otoczyłyby kule latające i schwytano by mnie niemal natychmiast.

Nie, nie wierzę, żebym musiał się jeszcze bać Afirmantów. Zadowolili się tym ostatnim powrotem dwa dni temu, jestem o tym przekonany. Ich doktryna zabrania następnych kontroli, bo ryzykowaliby własne życie. W końcu zostało tylko 363 dni — najwyżej — zanim Słońce zamieni się w Supernową.

15 maja 2190 roku.

Jestem mocno zaniepokojony. Tak naprawdę to boję się. A najgorsze, że nie wiem czego. Jedyne co mogę robić, to czekać.

Wczoraj wyleciałem z Muzeum Współczesnej Astronautyki na próbną podróż po świecie. Planowałem, że spędzę dwa lub trzy tygodnie, latając tu i tam, zanim podejmę decyzję, gdzie spędzić resztę roku.

Pierwszym błędem był wybór kraju. Włochy. Bardzo możliwe, że gdyby się nie pojawił ten problem, to spędziłbym tam jedenaście miesięcy, zanim ruszyłbym w dalszą podróż. Morze Śródziemne to wody bardzo niebezpieczne i wciągające dla kogoś, kto uznawszy swój własny talent za niewystarczający, chciałby poświecić resztę życia podziwianiu arcydzieł ofiarowanych ludzkości przez inne, bardziej obdarowane przez los jednostki.

Najpierw poleciałem do Ferrary, ponieważ zmeliorowane bagna koło tego miasta były wielkim kosmodromem Afirmantów. Chwilę pomarudziłem przy jednej z moich ulubionych budowli, Palazzo di Diamanti, jak zwykle kręcąc z podziwem głową na widok olbrzymich głazów, z jakich jest zbudowana. Każdy z nich jest wycięty i obrobiony jak najdroższy klejnot. Według mnie całe miasto to jeden wielki klejnot, teraz trochę przykurzony, ale skrzący się w czasach dworu książąt d’Este. Jedno miasteczko, jeden maty, dumny dwór — nie zamieniłbym go za dwa miliardy tych prostackich Afirmantów. Czy cała ich planeta przez ponad sześćdziesiąt lat niemal nieprzerwanej dominacji politycznej wydała choć jedno dzieło godne Tassa lub Ariosta? I wtedy uświadomiłem sobie, że przynajmniej jeden rodowity mieszkaniec Ferrary czułby się u siebie w świecie, który właśnie zostawił mnie, ostatniemu romantykowi. Przypomniałem sobie, że Savonarola urodził się w Ferrarze…

Równina koło Ferrary też przywodzi mi na myśl surowego dominikanina. Kosmodrom rozciągający się na kilka mil był pokryty taką ilością rzeczy porzuconych w ostatniej chwili, że można by rozpalić olbrzymie Ognisko Próżności.

I to jakich żałosnych próżności! Tu suwak logarytmiczny, który jakiś dowódca kazał wyrzucić przed startem, bo ostatni przegląd wykazał, że przekracza liczbę suwaków uznanych w „Wykazie Numerów Transportowych” za niezbędną dla tego rodzaju statku, lam plik kserokopii listy przedmiotów wyrzuconych przez śluzę powietrzną po sprawdzeniu wszystkiego zgodnie z przepisami — przy każdym przedmiocie jedna parafka Ministerstwa Przetrwania i Ochrony, druga — Ministerstwa Podróży. Przybrudzone ubrania, przyrządy z drobnymi uszkodzeniami, puste bębny po paliwie i żywności leżały wciśnięte w miękki grunt. Bardzo funkcjonalne przedmioty, które po pewnym czasie w jakiś sposób zgrzeszyły przeciwko funkcjonalności — więc błyskawicznie je odrzucono. I, co dziwne, tu i ówdzie lalka, oczywiście nie prawdziwa, ale też nie przypominało to żadnego przedmiotu o wartości użytkowej. Rozglądając się po tym nędznym rumowisku upstrzonym gdzieniegdzie dowodem sentymentu, wyobraziłem sobie, ilu rodziców kuliło się ze wstydu, gdy pomimo wielokrotnie powtarzanych pouczeń i wcześniejszych ostrzeżeń ostatnia rewizja odkrywała gdzieś w zakątkach dziecięcych tunik coś, co można nazwać tylko zabawką — albo, co gorsza, pamiątką.

Pamiętam, co mój opiekun szkolny powiedział na ten temat wiele lat temu.

— Nie chodzi o to, Fiyatilu, że wierzymy, jakoby dzieci nie powinny mieć zabawek; po prostu nie chcemy, żeby przywiązywały się do jakiejś konkretnej zabawki. Rodzaj ludzki opuści tę planetę, która od początku była jego domem. Możemy wziąć ze sobą tylko takie stworzenia i przedmioty, które będą się nadawać do utworzenia innych istot lub przedmiotów niezbędnych do przetrwania tam, gdzie wylądujemy. A ponieważ nie możemy zabrać więcej, niż uniosą nasze statki, musimy spośród użytecznych przedmiotów wybierać te, które są najważniejsze. Nie weźmiemy czegoś tylko dlatego, że jest piękne, albo dlatego, że wielu ludzi w to wierzy, albo dlatego, że wielu ludzi uważa to za potrzebne. Weźmiemy to tylko dlatego, że nic innego nie wykona równie dobrze pożytecznej pracy. Oto dlaczego przychodzę co miesiąc do ciebie, żeby sprawdzić twój pokój, żeby upewnić się, że szuflady twojego biurka zawierają tylko nowe rzeczy, że nie popadasz w niebezpieczny sentymentalizm, który może prowadzić tylko do Kustoszostwa. Pochodzisz ze zbyt dobrej rodziny, żeby zostać kimś takim.

Mimo wszystko, zaśmiałem się w duchu, zostałem kimś takim. Stary Tobletej miał racją: pierwszym krokiem na drodze do kompletnej ruiny były szuflady biurka wypchane pamiątkowymi drobiazgami. Gałązka, na której usiadł pierwszy złapany przeze mnie motyl, siatka, w którą go złapałem, i sam ów pierwszy motyl. Kulka z papieru, którą rzuciła we mnie pewna dwunastoletnia dama. Podarty egzemplarz prawdziwej drukowanej książki — nie żadna tam fotokopia, ale coś, co kiedyś zaznało dotyku czcionki zamiast uderzeń elektronów. Mały drewniany model „Nadziei Człowieka”, statku gwiezdnego kapitana Karmy, który dostałem od starego kosmonauty na kosmodromie Lunar Linę wraz z wielką nieprawdziwych opowieści ilością kłamstw.

Ach, te pękate szuflady! Jakże nauczyciele i rodzice starali się wpoić mi schludność i nienawiść do wszelkiej własności! I oto, proszę, dożywszy sędziwego wieku, spoglądam z zadowoleniem na taką ilość należących do mnie arcydzieł, o jakiej nigdy nie marzył żaden rzymski cezar, żaden Wielki Chan.

Zaśmiewałem się jeszcze raz i ruszyłem na poszukiwanie kosmodromowych robotów. Leżały w różnych miejscach, niemal niewidoczne spod śmietniska, jakim stało się lądowisko promów kosmicznych. Po załadowaniu statków po prostu wędrowały po okolicy, dopóki nie skończył im się program. Powtórnie je uruchomiłem i nastawiłem na oczyszczenie lądowiska.

Coś takiego zrobię na każdym z jakichś dwustu kosmodromów na Ziemi i to jest główny powód, dla którego studiowałem robotykę. Chcę, żeby Ziemia w chwili śmierci wyglądała tak pięknie, jak to tylko możliwe. Obawiam się, że nigdy nie byłbym dobrym Afirmantem; za mocno się przywiązuję do jakiejś myśli.

Przy moim stanie ducha po prostu nie mógłbym wyruszyć w dalszą podróż bez najszybszego, choćby wyrywkowego zwiedzania Florencji. Naturalna rzecz.

Ale, co było do przewidzenia, straciłem głowę wobec olejów, marmurów i brązów. W opustoszałej Florencji nie było ani jednego mieszkańca, ale cudowne galerie pozostały. Przeszedłem się po ślicznym Ponte Vecchio, jedynym ze sławnych mostów na Arno, który uniknął zniszczenia podczas drugiej wojny światowej. Doszedłem do kampanili Giotta i drzwi do chrzcielnicy wykonanych przez Ghibertiego i ogarnęło mnie uczucie rozpaczy. Pobiegłem do kościoła Santa Croce, żeby zobaczyć freski Giotta i do klasztoru Św. Marka, obejrzeć Fra Angelico. Co ja zrobię przez jeden rok? Co zobaczę nawet w takim jednym mieście w ciągu dwunastu miesięcy? Mogłem rzucić okiem, przegalopować obok, ale co przez ten czas zobaczę? Byłem właśnie w ogrodach Boboli, rozpaczliwie próbując podjąć decyzję, czy obejrzeć „Dawida” Michała Anioła, którego już raz widziałem, czy też jakąś rzeźbę Donatella jeszcze nie oglądaną, gdy włączyły się alarmy.

Obydwa.

Dzień przed odlotem złożyłem mały antopometr, który pierwotnie skonstruowano do umiejscawiania kolonistów zagubionych w bagnach wenusjańskich. Miał zupełnie inną zasadę działania niż ten wielki, który znalazłem w Sali Urządzeń. Ponieważ obwody były niepodobne i zaprojektowano je do użytku w zupełnie różnych atmosferach, uznałem, że będą świetnie potwierdzać nawzajem swoje wyniki. Nastawiłem alarmy na częstotliwość odbiornika w mojej kuli latającej i odleciałem z muzeum zupełnie spokojny, że jedyną rzeczą, która może włączyć obydwa antropometry, będzie obecność drugiego człowieka.

Mocno zdezorientowany poleciałem z powrotem do muzeum. Obydwa urządzenia zareagowały w ten sam sposób. Alarm uruchomił się, wskazując na to, że na planecie nagle zmaterializował się Człowiek. Potem, gdy zniknęła przyczyna, obydwa alarmy wyłączyły się. Choćbym nie wiem ile razy nastawiał antenę wielokierunkową na każdym antropometrze, nie było najlżejszej wskazówki, że w granicach ich zasięgu, czyli trochę mniej niż w odległości roku świetlnego, była istota ludzka.

Dezorientacja ustąpiła miejsca silnemu uczuciu niepokoju. Coś tu na Ziemi było nie tak i nie chodziło o to, że Słońce miało za rok wybuchnąć. Możliwe, że mój humanistyczny umysł ślepo wierzy aparaturze, której w pełni nie rozumie, ale nie sądzę, aby antropometr działał w ten sposób, gdyby nie działo się coś rzeczywiście nienormalnego.

Do tej pory patrzyłem na tę planetę jak na statek, który był bliski zatonięcia, a siebie widziałem w roli kapitana zdecydowanego pójść z nim na dno. Niespodziewanie poczułem się, jakby statek był wielorybem.

Wiem, co trzeba zrobić. Wezmę zapas żywności do Sali Urządzeń i będę spał przy samych antropometrach. Alarm zazwyczaj trwa minutę albo dwie. Zdążę wstać, nastawić antenę i odczytać tyle danych, żeby wiedzieć dokładnie, skąd pochodzi sygnał. Wtedy wskoczę do latającej kuli i zbadam to. Rzeczywiście, bardzo proste.

Tylko że to mi się nie podoba.

17 maja 2190 roku.

Strasznie mi wstyd przed samym sobą. Tak tylko może się wstydzić stary człowiek, który w swoim grobie ujrzał duchy. To właściwie jest jedyna rzecz, jaką mam na swoje usprawiedliwienie. Zdaje mi się, że ostatnio za dużo myślałem o śmierci. Zbliżający się koniec Ziemi i Układu Słonecznego; moja własna śmierć, która jest z tym związana; śmierć milionów przedstawicieli niezliczonych gatunków zwierząt, śmierć starych, dumnych miast, które Człowiek wzniósł i zajmował przez wieki… Cóż, może skojarzenie z duchami, upiorami i innymi dziwnymi zjawiskami jest zrozumiałe. A już tak się bałem.

Kiedy tego ranka znowu włączył się alarm, odczytałem kierunek. Celem okazała się okolica Appalachów we wschodniej części Ameryki Północnej.

W chwili, gdy wysiadłem z latającej kuli i zagłębiłem się w bladobłękitną mgłę skrywającą wejście do jaskini, zacząłem rozumieć — i poczułem wstyd. Poprzez mgłę, która w jednym miejscu była rzadsza, a w innym gęstniała, ujrzałem kilka ciał leżących na dnie jaskini. Najwyraźniej ktoś musiał być żywy, skoro antropometr zareagował natychmiast, gdy tylko zasłona z oksydowanego berylu przerzedziła się, umożliwiając wykrycie obecności człowieka. Obszedłem górę dookoła, ale nie znalazłem drugiego wejścia do jaskini.

Wróciłem kulą do muzeum i zabrałem niezbędny sprzęt. Unieszkodliwiłem błękitną mgiełkę z berylu przy wejściu i ostrożnie wszedłem do środka.

Wnętrze jaskini, która najwyraźniej miała być wygodną, zastępującą dom kryjówką, została doszczętnie zrujnowane. Ktoś zdołał zdobyć aktywator wraz z odpowiednią ilością oksydowanego berylu, której jeszcze nie nadano kształtu i dlatego była równie niestała jak mieszanka wodoru i tlenu — jeśli można użyć porównania z dziedziny chemii do opisu pojęć ujemnego pola sił. Oksydowany beryl został uaktywniony jako rodzaj zasłony przy wejściu do jaskini i natychmiast wybuchł. Ale ponieważ aktywator ciągle działa, a wejście było dość wąskie, zasłona nadal impregnowała pole ujemne, pozostawiając jednak otwory, przez które ktoś wyposażony w antropometr mógł od czasu do czasu „ujrzeć” uwięzionych w środku ludzi.

Trzy ciała leżały blisko wejścia, dwóch mężczyzn i jedna dość młoda kobieta. Po ilości i rodzaju figurek na ścianach jaskini łatwo było odgadnąć, że ci ludzie należeli do jednej z licznych grup religijnych Kustoszy, prawdopodobnie do wyznawców kultu „Ognia niebiańskiego”. Gdy w ostatnim tygodniu exodusu Afirmanci zerwali Ugodę z Crohiik i ogłosili, że urząd Afirmacji Życia domaga się, aby i ci, którzy nie Afirmują, zostali do tego zmuszeni, ci ludzie najwidoczniej uciekli w góry. Uniknąwszy późniejszych, bardzo zresztą skutecznych poszukiwań, zdołali pozostać w ukryciu, dopóki nie pozostał tylko jeden wielki statek. Wówczas, podejrzewając podobnie jak ja, że przynajmniej jeden statek patrolowy wróci na ostatnią inspekcję, zbadali budowę antropometru i dowiedzieli się o jedynej przed nim osłonie — oksydowanym berylu. Niestety, musieli nie doczytać.

W głębi jaskini jakieś ciało zmierzało w podrygach w moim kierunku. Była to młoda kobieta. Moją pierwszą reakcją było zdziwienie, że w ogóle jeszcze żyje. Wyglądało na to, że wybuch zmiażdżył ją zupełnie od pasa w dół. Pełzała w stronę wyjścia jaskini, gdzie ukryto większą część żywności i wody. Gdy zawahałem się, czy zostawić ją i biec po lekarstwa i plazmę do jakiegoś szpitala w pobliżu, czy zaryzykować przewiezienie jej — kobieta przewróciła się na plecy.

Zakrywała swoim ciałem może roczne niemowlę, najwyraźniej obawiając się następnego wybuchu berylu. I mimo straszliwego bólu agonii przez cały czas nie przestawała karmić dziecka.

Pochyliłem się i obejrzałem je. Było całe brudne i wymazane krwią matki, ale poza tym całe i zdrowie. Podniosłem je i, odpowiadając na milczące pytanie w oczach kobiety, skinąłem głową.

— Nic mu nie będzie — zapewniłem ją. Chciała chyba w odpowiedzi kiwnąć głową, ale nie zdążyła zrobić tego gestu i padła. Zbadałem ją dokładnie, choć muszę przyznać, nieco nerwowo. Nie czułem pulsu, serce przestało bić.

Zabrałem dziecko do muzeum i zrobiłem dla niego coś w rodzaju kojca z pustej rury teleskopu. Potem wróciłem do jaskini z trzema robotami i pochowałem zmarłych. Przyznaję, że było to niepotrzebne, ale chodziło o przyzwoitość. Może i były między nami różnice, ale wszyscy należeliśmy do wyznania Kustoszy, ogólnie mówiąc. Poczułem się, jakbym zagrał na nosie tym zadowolonym z siebie Afirmantom i w ten sposób oddał hołd ekscesom „Ognia niebiańskiego”

Gdy roboty ukończyły swą pracę, umieściłem po jednej figurce kultowej (nawiasem mówiąc fatalnie wykonanej) na każdym grobie i nawet powiedziałem krótką modlitwę czy raczej mowę nad grobem. Rozwinąłem myśl, którą jakiś tydzień temu podsunąłem pewnym sarnom — mianowicie, że w środku życia spotyka nas śmierć. Jednak nie żartowałem sobie, lecz poważnie przemawiałem na ten temat przez paręnaście minut. Słuchając mnie roboty zdawały się jeszcze mniej przejmować moją mądrością niż tamte sarny.

21 maja 2190 roku.

Jestem poirytowany. Jestem mocno poirytowany, a moim największym problemem w tej chwili jest to, że nie mam na kogo przelać swojej irytacji.

To dziecko przysporzyło mi niewiarygodnie dużo kłopotów.

Zabrałem je do największego muzeum medycyny na pomocnej półkuli i dałem do gruntownego przebadania najlepszym maszynom diagnostycznym z dziedziny pediatrii. Zdaje się, że cieszy się doskonałym zdrowiem, czym uszczęśliwiło i mnie. Jego wymagania dietetyczne, choć odmienne od moich, są jednak bardzo proste. Zabrałem taśmę z programem potrzebnej mu żywności i po kilku zmianach w składzie Muzeum Współczesnej Astronautyki ustawiłem program, aby przygotowywał i podawał mu codzienne posiłki. Niestety, okazało się, że dziecko zupełnie nie szanuje tych zasad, co zajęło mi mnóstwo cennego czasu.

Nie chciało na przykład jeść z ręki robota-piastunki, którego specjalnie dla niego uruchomiłem. Podejrzewam, że jest to wynikiem dziwacznych poglądów jego rodziców. Prawdopodobnie nigdy nie spotkało się wcześniej z mechanicznie okazywanym uczuciem. Je tylko wówczas, kiedy je karmię.

Już samo to jest nie do zniesienia. Okazało się też, że zupełnie nie mogę go zostawiać pod opieką tego robota-piastunki. Chociaż ledwie raczkuje, to robi to w tak zadziwiająco szybkim tempie, że błyskawicznie znika w mrocznych korytarzach muzeum. Robot nadaje do mnie alarm i muszę przerywać badania w Potala, gigantycznym pałacu Dalaj Lamy, i pod chmurami pędzić z Lhasy przez pół świata do Muzeum.

I tak zajmowałoby nam to przeważnie kilka godzin — a mówiąc „nam”, mam na myśli wszystkie roboty, jakie miałem do dyspozycji — gdyby nie to, że wpadłem na pomysł użycia antropometru. To godne podziwu urządzenie wskazuje błyskawicznie jego kryjówkę. I w końcu wyciągam go z lufy Haubicy Kosmicznej w sali Arsenału i wsadzam z powrotem do kojca. Potem, jeśli mi się jeszcze chce i nie jest to czas karmienia, mogę — na krótko — wrócić na tybetański płaskowyż.

Obecnie zajęty jestem konstruowaniem czegoś w rodzaju olbrzymiej klatki z automatycznym ogrzewaniem, toaletą i urządzeniem odstraszającym niepożądane zwierzęta, robaki i gady. Choć zabiera mi to stanowczo zbyt dużo wolnego czasu, to ufam, że jest to doskonała inwestycja.

Nie za bardzo wiem, co począć z problemem karmienia. Jedynym obiecującym rozwiązaniem, jakie znalazłem w całej literaturze dotyczącej tego przedmiotu, było zostawienie go w spokoju, jeśli odmawia przyjmowania pokarmu z normalnych źródeł. Jednakże po krótkim doświadczeniu, w czasie którego wyglądało, że raczej ochoczo zagłodzi się na śmierć, zmuszony byłem się poddać. Teraz podaję mu każdy posiłek osobiście.

Kłopot w tym, że nie mam kogo za to winić. Ponieważ od kiedy stałem się mężczyzną, byłem Kustoszem, nie widziałem potrzeby rozmnażania się. Nigdy w najmniejszym stopniu nie interesowałem się dziećmi. Mało o nich wiem, a interesują mnie jeszcze mniej.

Zawsze czułem, że moje poglądy wspaniale podsumował Sokrates w „Sympozjonie”: „Kto, wspomniawszy Homera, Hezjoda i innych wielkich poetów, nie wolałby mieć takich dzieci, jak oni, zamiast zwykłych dzieci ludzkich? Któż by nie chciał ich gorliwie naśladować w stwarzaniu podobnych dzieci, które zachowały ich myśli i dały im chwałę nieprzemijającą?… Wiele jest świątyń, które wzniesiono na ich cześć z powodu takich dzieci, jakie mieli, a nikomu nie wzniesiono świątyń, by uczcić jego śmiertelne dzieci.”

Niestety, tylko nas dwoje zostało na Ziemi, to dziecko i ja. Razem zmierzamy ku swemu przeznaczeniu, jedziemy na tym samym wózku. A skarby całego świata, które jeszcze tydzień temu były wyłącznie moje, teraz przynajmniej częściowo należą do niego. Szkoda, że nie możemy przedyskutować tych spraw, nie tylko dlatego, żeby dojść do jakiegoś sprawiedliwego podziału, ale po prostu dla czystej przyjemności prowadzenia takiej dyskusji. Doszedłem do wniosku, że rozpocząłem ten dziennik pod wpływem strachu, gdy odkryłem, że gdy ostatni Afirmanci odlecieli i zostałem zupełnie sam.

Okazało się, że tęsknię za rozmową, za pomysłami innymi niż moje, za opinią, z którą mógłbym się zmierzyć. Ale zgodnie z literaturą przedmiotu, mimo iż dziecko zacznie mówić lada dzień, katastrofa pochłonie nas na długo przed tym, nim nauczy się ze mną kłócić. Smutne to, choć nieuchronne.

Ależ odchodzę od tematu! Rzeczywistość jest taka, że znowu nie mogę, tak jakbym chciał, zajmować się sztuką. Jestem starcem i nie powinienem już mieć żadnych obowiązków; poświęciłem całe życie za przywilej prowadzenia obecnych obserwacji. Bardzo mnie dręczy ta świadomość.

A rozmowy? Mogę sobie wyobrazić, jakie rozmowy prowadziłbym z Afirmantem, gdyby jakiś się tu zabłąkał. Co za nuda, co za jednostronne, biologizujące idiotyzmy! Co za karygodne zaprzeczenie piękna tego gatunku, który rozwija się od siedemdziesięciu tysiącleci! Jeśli jest Europejczykiem, to jedyne, czego mógł się nauczyć, dotyczyć będzie uznanych artystów z jego kręgu kulturowego. Co on by wiedział na przykład o malarstwie chińskim albo o sztuce jaskiniowej? Czy potrafiłby zrozumieć, że za każdym razem musi minąć okres prymitywizmu, po którym następuje epoka żarłocznego rozwoju, po niej natomiast umacnianie osiągnięć artystycznych i wzrost formalizmu, aż wreszcie dochodzi do dekadenckiej, zapatrzonej w siebie epoki, która niezmiennie prowadzi do następnego okresu prymitywizmu i rozwoju? Że tak się działo za każdym razem we wszystkich kulturach, tak że nawet górujący nad wszystkimi geniusz na przykład Michała Anioła, Szekspira, Beethovena też się powtórzy — w nieco zmienionych warunkach — w następnym pełnym cyklu? Że zawsze znalazł się jakiś Michał Anioł, Szekspir czy Beethoven w każdym z kilkunastu okresów sztuki egipskiej?

Jak Afirmant może pojąć takie rzeczy, skoro brak mu podstaw niezbędnych do ich zrozumienia? Skoro ich statki opuściły konający Układ Słoneczny załadowane tylko przedmiotami bezpośredniego użytku? Skoro nie pozwalali swoim latoroślom zabrać dziecinnych zabawek z obawy, że rozwiną w sobie sentymenty i gdy będą musiały kolonizować Procyona XII, zapłaczą nad światem, który zginał i nad pozostawioną tam laleczką?

A jednak historia potrafi spłatać Człowiekowi figla! Ci, którzy uciekli od swoich muzeów, którzy ze swoich zasobów kulturalnych nie zabrali niczego poza zimnymi zapisami mikrofilmów, przekonają się, że uczuć Człowieka nie da się zagłuszyć. Zimne, efektywnie załadowane statki, które zawiozą je w te obce światy, same staną się muzeami przeszłości rdzewiejącymi pośród niegościnnych piasków. Ich okrutnie funkcjonalne kształty staną się natchnieniem do budowy świątyń i snucia wspomnień przy alkoholu.

Co się ze mną, do licha dzieje? Rozpisałem się bez końca. Przecież chciałem tylko wyjaśnić, czemu byłem poirytowany.

29 maja 2190 roku.

Podjąłem kilka ważnych decyzji. Nie wiem, czy zdołam wszystkie wprowadzić w życie, ale spróbuję. Jednakże, aby uzyskać to, co mi teraz najbardziej jest potrzebne — czyli czas — postaram się mniej pisać w tym dzienniku, jeśli w ogóle jeszcze będę to robił. Będę się streszczał.

Zacznę od decyzji najmniej ważnej: dałem dziecku imię Leonardo. Czemu nazwałem go imieniem człowieka, którego mimo wszystkich jego talentów — a raczej z powodu wszystkich jego talentów, uważam za najbardziej spektakularną porażkę w dziejach sztuki, nie umiem powiedzieć. Ale Leonardo był człowiekiem wszechstronnnym, w przeciwieństwie do Afirmantów i — zaczynam to sobie uświadamiać — w przeciwieństwie do mnie.

Nawiasem mówiąc, dzieciak rozpoznaje swoje imię. Nie umie go jeszcze wymówić, ale sposób, w jaki na nie reaguje, jest zdecydowanie cudowny. I wydaje dźwięk bardzo przypominający moje… można by powiedzieć…

Idźmy dalej.

Postanowiłem spróbować uciec z Ziemi — wraz z Leonardem. Powody są liczne i złożone i nie jestem pewien, czy wszystkie z nich do końca rozumiem, ale jedno wiem na pewno: poczułem się odpowiedzialny za czyjeś życie i nie mogę dłużej przed tym uciekać.

To nie jest spóźnione odkrycie doktryny Afirmantów, ale w jakiś rzeczywisty sposób moje własne ideały stawiam przed sądem. A ponieważ wierzę w istnienie piękna, zwłaszcza piękna stworzonego umysłem i rękami człowieka, nie mogę inaczej postąpić.

Jestem już stary i z resztą życia niewiele mogę zrobić. Leonardo jest jeszcze dzieckiem, przedstawia sobą surowy potencjał: może zostać wszystkim. Pieśniarzem większym od Szekspira. Myślicielem przewyższającym Newtona i Einsteina. Albo złoczyńcą straszliwszym do Gillesa de Retza, potworem gorszym od Hitlera. Ale ten potencjał musi się zrealizować. Myślę, że pod moją kuratelą ma mniejsze szansę stać się złym człowiekiem, a w tym i ja odnajdę niezrealizowany potencjał.

W każdym razie choćby Leonardo swoją własną osobą nic nie reprezentował, to może ma w sobie zarodek jakiegoś Buddy, Eurypidesa albo Freuda. I wówczas tamten potencjał musi być zrealizowany.

Statek już jest. Nazywa się „Nadzieja Człowieka”. Był to pierwszy statek kosmiczny, który dotarł do gwiazd prawie sto lat temu, gdy właśnie odkryto, że nasze Słońce wybuchnie i zamieni się w supernową za niecałe sto lat. To ten statek przyniósł Człowiekowi zapierającą dech w piersiach wiadomość, że inne gwiazdy mają planety i że wiele z tych planet nadaje się do zamieszkania.

Dawno, dawno temu kapitan Karma sprowadził swój statek gwiezdny na Ziemię i ogłosił, że ucieczka jest możliwa. To było na długo przed moimi narodzinami, jeszcze zanim ludzkość podzieliła się na nierówne grupy Kustoszy i Afirmantów i długo, długo przed tym, jak pięć lat temu obydwie grupy zamieniły się w nieprzejednanych fanatyków.

Statek stoi w Muzeum Współczesnej Astronautyki. Wiem, że utrzymywano go w dobrym stanie. Wiem też, że dwadzieścia lat temu, zanim Afirmanci stanęli na stanowisku, że absolutnie nic w sensie fizycznym nie można zabrać z muzeum, statek wyposażono w najnowszy napęd wynaleziony przez Leugio. Powód był taki, że gdyby miał być wykorzystany w Dzień Exodusu, podróż do gwiazd trwałaby miesiące, a nie jak początkowo — lata.

Jedna rzecz, jakiej nie wiem, to to, czy ja, Fiyatil, Kustosz nad Kustoszami i nadzwyczajny krytyk sztuki, nauczę się go obsługiwać w czasie, jaki pozostał mnie i Leonardowi.

Ale jak mówił mój ulubiony bohater komedii, gdy go spytano, czy człowiek może sam sobie ściąć głowę: zawsze można spróbować.

Jeszcze coś zaprząta moje myśli, może nawet to jest ważniejsze, ale statek przypomniał mi się pierwszy. Ostatnio często spoglądam na Słońce. I to bardzo badawczo. Bardzo.

11 listopada 2190 roku.

Potrafię to zrobić! Z pomocą dwóch robotów, które przeprogramuję w tym celu, potrafię to zrobić! Leonardo i ja możemy odlecieć zaraz. Ale jeszcze muszę wykonać to drugie zamierzenie.

A oto i ono. Chcę wykorzystać całą wolną przestrzeń na statku. Miał mieć większe silniki i liczną załogę, a ja tę wolną przestrzeń wykorzystam jako szufladę biurka. I do tej szuflady upcham wszystkie pamiątki ludzkości, skarby jej dziecięctwa i młodości — przynajmniej tyle, ile się zmieści.

Od paru tygodni zbieram skarby z całego świata. Niewiarygodne wprost wyroby garncarskie, zapierające dech w piersiach tkaniny, wspaniałe figurki i niezliczone malowidła zaśmiecają korytarze muzeum. Brueghel zwalony na jeden stos razem z Boschem i Durerem. Zawiozę wszystkiego po trochu na tę gwiazdę, ku której skieruję mój statek, żeby im pokazać, jak to wszystko wyglądało naprawdę. Biorę też takie rzeczy, jak hologramy manuskryptów „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen, „Dziewiątej Symfonii” Beethovena, „Martwych dusz” Gogola, „Przygód Hucka Finna” Twaina, a także hologramy listów Dickensa i przemówień Lincolna. Jest mnóstwo innych, ale nie mogę zabrać wszystkiego. Muszę zachować granice rozsądku.

Dlatego nie biorę niczego ze sklepienia Kaplicy Sykstyńskiej. Ale wyciąłem dwa kawałki „Sądu Ostatecznego”. Te najbardziej lubię: dusza, która nagle uświadamia sobie, że jest potępiona i kawałek zdartej skóry, na której Michał Anioł namalował swój własny portret.

Problem w tym, że freski tyle ważą! Waga, waga, waga — myślę teraz niemal wyłącznie o tym. Nawet Leonardo chodzi za mną i powtarza: „Waga, waga, waga,!” Niczego innego tak dobrze nie wymawia.

A co mam zabrać z Picassa? Parę olejów, zgoda, muszę też wziąć „Guernikę”. Ale to jest takie ciężkie.

Mam kilka wspaniałych miedzianych przedmiotów codziennego użytku z terenów Rosji i parę waz z brązu z epoki Ming. Mam łopatkę ze wschodniej Nowej Gwinei zrobioną z drzewa cytrynowego, która ma tak pięknie wyrzeźbioną rączkę (służyła do rozdrabniania betelu i owoców cytryny). Mam przepiękną alabastrową figurkę krowy pochodzącą ze starożytnego Sumeru. Mam niezwykłego srebrnego Buddę z pomocnych Indii. Dahomejskie figurki z brązu, których wdzięk przynosi wstyd Egiptowi i Grecji. Puzderko z kości słoniowej z Beninu w Afryce Zachodniej, na którego wieczku jest wyrzeźbiony europejski w kształcie Chrystus na krzyżu, mniej więcej z piętnastego wieku. Mam „Wenus” z Willendorfu, która powstała w okresie oryniańskim paleolitu i jest częścią tradycji sztuki „wenusjańskiej” ludów prehistorycznych.

Mam miniatury Hilliarda i Holbeina, satyryczne druki Hogartha, piękne malowidło osiemnastowieczne Kangra, wykazujące zadziwiająco niewielki wpływ mugalski, druki japońskie Takamaru i Hiroszige… i gdzie mam się zatrzymać? Jak mogę wybrać?

Mam stronice z Księgi Kellów, ozdobny, ręcznie wykonany manuskrypt nieporównanej piękności; podobnie kilka stron z Biblii Gutenberga złożonej w kolebce druku; jest ilustrowana, żeby sprawiać wrażenie pisanej ręcznie, bo drukarze nie chcieli, żeby ktoś odkrył ich wynalazek. Mam też tugrę Sulejmana Wspaniałego, ozdobny emblemat, którym wybijano nagłówki cesarskich edyktów. I hebrajski Zwój Prawa, którego litery są bardziej ozdobne od klejnotów wpasowanych w wałek, na który jest nawinięty.

Mam koptyjskie tkaniny z szóstego wieku i koronki z Alençon z szesnastego. Mam świetny rubinowy krater z jednej z zamorskich kolonu Aten i drewnianą figurę jakiegoś ministra z dziobu fregaty, która płynęła do Nowej Anglii. Mam jeden akt Rubensa i „Odaliskę” Matisse’a.

Co do budownictwa, to zabieram chińskie „Kompendium architektury”. Ten tekst, jak sądzę, nie znalazł równego sobie. I model domu Le Corbusiera jego własnego projektu. Szkoda, że nie mogę wziąć pewnej budowli, Taj Mahal, ale na pewno wezmę perłę, którą Wielki Mongoł podarował kobiecie, dla której wzniósł niewysłowionej piękności grobowiec. Perła jest różowawa, ma kształt gruszki i prawie dziesięć centymetrów długości; wkrótce po uroczystościach pogrzebowych perła znalazła się w posiadaniu cesarza chińskiego, który kazał umieścić ją na złotych liściach w otoczeniu szafirów i szmaragdów. Pod koniec dziewiętnastego wieku sprzedano ją na Bliskim Wschodzie za śmieszną sumę i wreszcie znalazła się w Luwrze.

A narzędzia! Mała siekierka kamienna, pierwszy przedmiot wykonany przez istotę ludzką.

Wszystko zgromadziłem w pobliżu statku. Ale jeszcze tego nie uporządkowałem. I nagle sobie przypomniałem, że nie zebrałem do tej pory żadnych mebli ani inkrustowanej broni, ani malowideł na szkle…

Muszę się spieszyć, spieszyć!

Listopad 2190 roku.

Wkrótce potem, jak załadowałem ostatnią! rzecz, spojrzałem do góry. Na Słońcu widać było zielone plamy i zdawało się, że pomarańczowe wstęgi unoszą się z powierzchni we wszystkie strony. Najwidoczniej miało to trwać mniej niż rok. To były oznaki śmierci, którą zapowiadali astronomowie.

Trzeba było kończyć kolekcjonowanie, a wyboru musiałem dokonać w niecały dzień. Nagle, gdy stało się jasne, że fragmenty fresków Michała Anioła, które wziąłem będą za ciężkie, musiałem jeszcze raz lecieć do Kaplicy Sykstyńskiej. Tym razem wyciąłem stosunkowo małą rzecz — palec Stwórcy, gdy usiłuje tchnąć życie w Adama. I postanowiłem wziąć „Giocondę” Da Vinci, chociaż moim zdaniem „Beatrice d’Este” jest lepsza; uśmiech Mony Lisy należy do ludzkości.

Wszystkie plakaty są reprezentowane przez jednego Toulouse-Lautreca. Zostawiłem „Guernikę”. Z obrazów Picassa zabrałem jeden olej z okresu niebieskiego i jedną uderzającej piękności ceramikę. Zostawiłem „Wieczny sąd” Harolda Parisa, bo za duży; mam tylko odbitkę jego „Buchenwald 2, Dokąd zmierzamy?” I w jakiś dziwny sposób, w gorączkowym pośpiechu, przeniosłem na statek sporą ilość safawidzkich naczyń z Iranu z szesnastego i siedemnastego wieku. Niech przyszli historycy i psychologowie głowią się nad moim wyborem, to już nieodwołalne.

Zdążamy w stronę Alfy Centauri i powinniśmy tam dotrzeć za pięć miesięcy. Jak przyjmą nas i nasze skarby? Ciekawe. Nagle uczułem szaloną radość. Chyba nie ma to nic wspólnego z dość spóźnioną myślą, że ja, który nie miałem żadnych zdolności i tak marnie sobie radziłem ze sztuką, zajmę w historii sztuki miejsce niepodobne do żadnego innego — kogoś w rodzaju Noego estetyki.

Ale faktem jest, że wiozę zarówno przyszłość, jak i przeszłość w miejsce, gdzie jeszcze będzie można je pogodzić. Przed chwilą Leonardo rzucił piłką w ekran i patrząc na niego zauważyłem, że stare, dobre Słońce gwałtownie się rozszerza. Powiedziałem mu wtedy: „Ku memu zdziwieniu okazuje się, że w środku śmierci w końcu — w końcu — naprawdę spotykam życie”.