Śmierć przyszła po nich niespodziewanie z białej pustki.

Maj roku 1845. Kierowana przez sir Johna Franklina ekspedycja wyrusza na statkach Erebus i Terror ku północnym wybrzeżom Kanady na poszukiwanie Przejścia Północno-Zachodniego. 129 oficerów i marynarzy wie, że czeka ich wiele miesięcy trudów, siarczystego mrozu, głodu, walki z lodem, śniegiem, huraganowymi wiatrami, zwątpieniem i chorobami. Nie mylą się. Spotyka ich to wszystko, a także coś jeszcze. Coś niewyobrażalnie gorszego. Coś, co czai się w arktycznej pustce, śledzi każdy ich ruch, karmi się lękiem i przerażeniem. Coś, przed czym uciec można tylko w objęcia śmierci.

Dan Simmons, autor m.in. bestsellerowej powieści "Hyperion", szczegółowo odtwarza przebieg jednej z najbardziej zagadkowych i tragicznych wypraw w historii badań polarnych. "Terror" to fascynująca opowieść o determinacji, bohaterstwie i pragnieniu sławy, o heroizmie i podłości, o grozie czyhającej na każdym kroku, narastającej z każdym oddechem i uderzeniem serca.

Wybuchowa mieszanka realizmu historycznego, powieści gotyckiej i starożytnej mitologii. – Washington Post

Dan Simmons

Terror

przełożył Janusz Ochab

Książkę tę dedykuję ludziom takim jak Kenneth Tobey, Margaret Sheridan, Robert Cornthwaite, Douglas Spencer, Dewey Martin, William Self, George Fenneman, Dmitri Tiomkin, Charles Lederer, Christian Nyby, Howard Hawkes i James Arness. Dziękuję wam, kochani, za niezatarte arktyczne wspomnienia.

To właśnie ta nieuchwytna właściwość sprawia, że myśl o bieli, kiedy pozbawić ją łagodniejszych skojarzeń i połączyć z przedmiotem przerażającym samym w sobie, potęguje grozą do ostatnich granic. Weźmy na przykład białego niedźwiedzia z bieguna północnego albo białego rekina z tropików: cóż innego jeśli nie ich gładka, śnieżna białość czyni z nich nadprzyrodzone monstra? Ta upiorna biel nadaje niemej potworności ich wyglądu łagodność tak ohydną, bardziej nawet odrażającą niż straszną, że najgroźniejszy nawet tygrys w swym herbowym płaszczu nie obudzi trwogi tak wielkiej jak spowity bielą niedźwiedź lub rekin.

HERMAN MELVILLE Moby Dick (1851)

1

CROZIER

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°231 długości geograficznej zachodniej. Październik 1847.

Komandor Crozier wychodzi na pokład i widzi, że jego statek stał się obiektem ataku duchów niebieskich. Rozedrgane fałdy światła nad jego głową i Terrorem rzucają się raptownie do przodu, a potem szybko wycofują, niczym kolorowe ramiona agresywnej, lecz wyjątkowo niezdecydowanej zjawy. Ektoplazmatyczne upiorne palce wyciągają się w stronę okrętu, otwierają, gotowe go pochwycić, a potem odsuwają się.

Temperatura wynosi minus pięćdziesiąt stopni Fahrenheita i szybko spada. Z powodu mgły, która nadciągnęła wcześniej, podczas krótkiej godziny szarówki, będącej dla nich teraz jedyną namiastką dnia, musieli usunąć i złożyć w luku trzy stengi, bramstengi, górny takielunek i najwyższe drzewca – spadające z nich sople mogły kogoś zranić, a poza tym ciężar oblepiającego je lodu groził przewróceniem statku na bok. Teraz nagie maszty wyglądają niczym odarte z gałęzi i wierzchołków drzewa, w których odbija się zorza tańcząca nad niewyraźną kreską horyzontu. Crozier obserwuje w milczeniu, jak poszarpane pola lodowe wokół statku okrywają się błękitem, który przechodzi w fiolet, potem zaś jaśnieją soczystą zielenią, niczym wzgórza, które pamięta z dzieciństwa w północnej Irlandii. Przez moment wydaje się, że odległa niemal o milę, olbrzymia pływająca góra lodowa, skrywająca Erebus, siostrzany statek Terroru, rozpala się wewnętrznym blaskiem, barwnym światłem, które wypływa z jej zimnego serca.

Crozier poprawia kołnierz i odchyla do tyłu głowę, kierowany czterdziestoletnim bez mała odruchem, który każe mu przy każdej okazji sprawdzać stan masztów i takielunku. Zauważa, że gwiazdy nad jego głową płoną zimnym, stabilnym światłem, lecz inne, położone tuż nad horyzontem, nie tylko migocą, lecz poruszają się gwałtownymi skokami, raz na lewo lub prawo, to znów w górę i w dół. Crozier widział już kiedyś coś podobnego – na dalekim południu, kiedy pływał z Rossem, ale i na tych wodach, podczas wcześniejszych ekspedycji. Pewien naukowiec towarzyszący im podczas owej wyprawy na południe, człowiek, który spędził niemal całą antarktyczną zimę na polerowaniu szkieł swej lunety, powiedział Crozierowi, że te perturbacje gwiazd są prawdopodobnie wynikiem gwałtownego załamania fal w zimnym powietrzu zalegającym nad pokrytymi lodem morzami i niewidocznymi masami zamarzniętego lądu – innymi słowy nad nowymi kontynentami, których nigdy nie widziało ludzkie oko. A przynajmniej oko białego człowieka, poprawia się w myślach Crozier.

Zaledwie przed pięcioma laty Crozier i jego przyjaciel, a później również dowódca, James Ross, odkryli taki właśnie kontynent – Antarktydę. Nazwali morze, zatoki i ląd nazwiskiem Rossa. Nazwali góry nazwiskami ich sponsorów i przyjaciół. Nadali dwóm wulkanom widocznym na horyzoncie nazwy, które nosiły ich statki – te same dwa statki – Terror i Erebus. Crozier był zaskoczony, że nie nazwali jakiejś ważnej góry czy wyspy imieniem okrętowego kota.

Nie nazwali niczego jego nazwiskiem. Tej ciemnej październikowej nocy 1847 roku nie ma żadnego arktycznego lub antarktycznego kontynentu, żadnej wyspy ani zatoki, żadnego łańcucha górskiego, wulkanu i szelfu czy chociażby bloku lodowego, które nosiłyby nazwisko Francisa Rawdona Moiry Croziera.

Crozier ma to gdzieś. W chwili gdy formułuje tę myśl, uświadamia sobie, że jest trochę pijany. Cóż, rozmyśla, odruchowo łapiąc równowagę na oblodzonym pokładzie, przechylonym dwanaście stopni na sterburtę i osiem stopni na dziób, przez ostatnie trzy lata rzadko kiedy bywałem trzeźwy. Właściwie nie trzeźwiałem od rozstania z Sophią. Ale po pijaku i tak jestem lepszym żeglarzem i komandorem niż ten biedny, pechowy gnojek, Franklin na trzeźwo, nie mówiąc już o tym jego rumianym, sepleniącym pupilku, Fiztjamesie.

Crozier kręci głową i rusza w dół oblodzonego pokładu, na dziób, w stronę jedynego człowieka na wachcie, którego sylwetkę widać w migotliwym blasku zorzy.

To Cornelius Hickey, niski mężczyzna o szczurzej twarzy, mat uszczelniacz. Wszyscy marynarze pełniący wachtę w ciemnościach arktycznej nocy wyglądają tak samo, wszyscy bowiem noszą takie same regulaminowe okrycie chroniące ich przed zimnem: warstwy flaneli i wełny przykryte ciężkim nieprzemakalnym płaszczem, niezgrabne jednopalczaste rękawice wystające z obszernych rękawów, uszanki – grube czapki z nausznikami naciągnięte mocno na głowy i obwiązane zazwyczaj szalem, spod którego wystaje tylko czubek odmrożonego nosa. Jednak każdy z marynarzy nosi ów regulaminowy strój na własny, charakterystyczny sposób – dokłada szal, który przywiózł ze sobą z domu, wciska na głowę drugą, dodatkową czapkę, wkłada pod jednopalczaste rękawice Królewskiej Marynarki Wojennej kolorowe rękawiczki, które zrobiła dlań na drutach matka lub narzeczona. Dzięki tym dodatkowym elementom Crozier nauczył się już z daleka rozpoznawać każdego spośród pięćdziesięciu dziewięciu pozostałych przy życiu członków załogi jego statku.

Hickey wpatruje się uparcie w ciemność rozciągającą się za okrytym soplami dziobem, którego koniec tkwi zanurzony w fałdzie morskiego lodu, gdyż rufa Terroru została jakiś czas temu wypchnięta w górę przez ciśnienie lodu, a dziób w związku z tym przesunął się w dół. Hickey jest tak pogrążony w myślach albo tak zmarznięty, że dostrzega swojego komandora dopiero wtedy, gdy ten staje obok niego, przy relingu, który zamienił się w ołtarz lodu i śniegu. Strzelba marynarza stoi oparta o ten ołtarz. Nikt na tym mrozie nie chce dotykać metalu, nawet przez grubą warstwę rękawic.

Hickey podrywa się, zaskoczony, gdy Crozier pochyla się ku niemu. Komandor Terroru nie widzi twarzy dwudziestosześcioletniego marynarza, ale za grubym kręgiem szala pojawia się jego oddech, obłok pary, który natychmiast zamienia się w garść drobnych kryształków lodu.

Podczas arktycznej zimy marynarze zazwyczaj nie salutują swym przełożonym, nie skłaniają nawet głowy w tradycyjnym pozdrowieniu, lecz Hickey prostuje się odruchowo i pochyla głowę przed komandorem. Ze względu na dokuczliwe zimno wachty zostały skrócone z czterech do dwóch godzin – dobry Boże, myśli Crozier, mamy tu dość ludzi, by sobie na to pozwolić, nawet przy podwojonej liczbie posterunków – sądząc jednak po spowolnionych ruchach Hickeya, młodzieniec i tak jest już przemarznięty do szpiku kości. Choć Crozier powtarzał im setki razy, że podczas wachty muszą się ruszać – chodzić, biegać w miejscu, podskakiwać, obserwując jednocześnie pola lodowe – marynarze i tak zazwyczaj stoją w bezruchu, jakby żeglowali po gorących południowych morzach, odziani w lekką bawełnę i narażeni jedynie na zwodniczy śpiew syren.

– Komandorze.

– Panie Hickey. Coś się dzieje?

– Nic poza tymi strzałami… poza tym jednym strzałem… prawie dwie godziny temu. Przed momentem słyszałem, to jest, wydaje mi się, że słyszałem… może krzyk… coś dziwnego, komandorze… zza tej góry lodowej. Zameldowałem o tym porucznikowi Irvingowi, ale on powiedział, że to pewnie tylko lód.

Crozier otrzymał przed dwiema godzinami meldunek o huku wystrzału z kierunku Erebusa i wyszedł wówczas na pokład, dźwięk ów jednak nie powtórzył się więcej, a on nie wysłał nikogo na lód. Wyprawa na zamarznięte morze w ciemnościach – gdy w labiryncie lodowych grzbietów i zastrug czaiło się to… coś… – była równoznaczna z wyrokiem śmierci. Okręty przekazywały sobie wiadomości tylko w okolicy południa, gdy mrok zamieniał się na chwilę w szarówkę. Crozier wie, że za kilka dni zostaną pozbawieni także i tego, a nad statkami zapadnie arktyczna noc. Sto dni nocy.

– Być może rzeczywiście był to tylko lód – mówi Crozier, zastanawiając się, dlaczego Irving nie powiedział mu nic o krzyku. – Ten wystrzał także. Tylko lód.

– Tak jest, komandorze. To tylko lód.

Żaden z nich w to nie wierzy – odgłos wystrzału z muszkietu lub strzelby jest bardzo charakterystyczny, rozpoznawalny nawet z odległości mili, a na Dalekiej Północy, w krainie skutej lodem, dźwięk niesie się bardzo daleko – prawdą jednak jest, że lód napierający na burty Terroru bez ustanku wydaje z siebie różnego rodzaju pomruki, jęki, skrzypienie, trzaski, zgrzyty i krzyki.

Krzyki niepokoją Croziera najbardziej, wyrywają go z głębokiego snu. Przypominają do złudzenia krzyki i płacz jego matki w jej ostatnich dniach… a także zawodzenia zjaw z opowieści jego ciotek, upiorów zwiastujących nocą śmierć któregoś z domowników. Oba te dźwięki nie dawały mu spać, kiedy był chłopcem.

Crozier odwraca się powoli. Jego rzęsy oblepione są już lodem, górna warga pokryta grubą warstwą szronu. Wszyscy marynarze nauczyli się już trzymać brody ukryte głęboko pod warstwą szali i kołnierzy, często jednak muszą odcinać włosy, które przymarzły do ubrania. Crozier, podobnie jak większość jego oficerów, wciąż goli się każdego ranka, choć „gorąca woda”, którą przynosi mu steward, to zwykle ledwie stopiony lód, a sam proces golenia bywa często bolesny.

– Czy lady Cisza nadal jest na pokładzie? – pyta Crozier.

– O tak, komandorze, jest tu prawie zawsze – odpowiada Hickey szeptem, jakby miało to jakieś znaczenie. Nawet gdyby Cisza ich słyszała, nie zrozumiałaby ani słowa po angielsku. Jednak załoga statku wierzy – a wiara ta narasta z każdym dniem od chwili, gdy zaczęło ich podchodzić stworzenie żyjące na lodzie – że młoda Eskimoska jest wiedźmą dysponującą tajemnymi mocami.

– Jest na posterunku przy lewej burcie, z porucznikiem Irvingiem – dodaje Hickey.

– Z porucznikiem Irvingiem? Powinien zejść z wachty ponad godzinę temu.

– Tak jest, komandorze. Ale ostatnimi dniami porucznik jest wszędzie tam, gdzie lady Cisza, jeśli wolno mi tak powiedzieć. Jeśli ona nie schodzi z pokładu, to i on tego nie robi. Chyba że już naprawdę musi, to znaczy… Żaden z nas nie wytrzyma tu tak długo, jak ta wie… ta kobieta.

– Niech pan lepiej zajmie się tym, co do pana należy, i obserwuje okolicę, panie Hickey.

Mat uszczelniacz podnosi wzrok, zaskoczony szorstką uwagą komandora, ponownie jednak salutuje i odwraca swój biały nos ku ciemnościom zalegającym za dziobem okrętu.

Crozier rusza w górę pokładu, w stronę posterunku przy prawej burcie. Zeszłego miesiąca przygotował okręt do zimy, po trzech miesiącach fałszywej nadziei na ucieczkę, którą dał im sierpień. Kazał wtedy ponownie ułożyć niższe drzewca wzdłuż podłużnej osi statku, używając ich jako drągów środkowych tentu. Odtworzyli wówczas stożkowaty namiot zakrywający większą część pokładu, układając na nowo drewniane krokwie, które zdemontowali wcześniej podczas kilku tygodni złudnego optymizmu. Jednak choć marynarze pracują codziennie przez kilka godzin, przekopując alejki w grubej warstwie śniegu, wyrąbując lód kilofami i oskardami, wyrzucając na zewnątrz zaspy, które wiatr naniósł pod brezentową płachtę, i posypując wąskie przejścia piaskiem, na pokładzie zawsze pozostaje warstwa lodu. Wędrówka Croziera po pochyłym pokładzie przypomina więc czasem raczej jazdę na łyżwach niż marsz.

Marynarz, który zgodnie z harmonogramem ma pełnić wachtę na tym posterunku, aspirant Tommy Evans – Crozier rozpoznaje swego najmłodszego podwładnego po dziwacznej zielonej czapce, będącej zapewne matczynym prezentem, którą Evans zawsze nakłada na uszankę – odsunął się o dziesięć kroków w stronę rufy, by zapewnić porucznikowi Irvingowi i Ciszy odrobinę prywatności.

Ten widok sprawia, że Crozier ma ochotę kopnąć kogoś – wszystkich – w dupę.

Eskimoska wygląda jak niski gruby niedźwiedź, okutana w futrzaną kurtkę, kaptur i spodnie. Stoi odwrócona bokiem do wysokiego porucznika. Irving trzyma się blisko niej – nie dotyka jej, ale stoi bliżej niż jakikolwiek oficer i dżentelmen stanąłby obok damy na przyjęciu lub na jachcie.

– Poruczniku Irving. – Crozier nie chciał, by to powitanie zabrzmiało aż tak ostro, ale wcale nie jest mu przykro, gdy młody oficer podrywa się gwałtownie, jakby dźgnięty nożem, omal nie traci równowagi, chwyta się lewą ręką relingu, a prawą salutuje, choć wie, że zgodnie z regulaminem na pokładzie okrętu uwięzionego w lodzie wcale nie musi tego robić.

Crozier krzywi się w duchu – salut Irvinga wygląda żałośnie nie tylko dlatego, że wielkie rękawice, uszanka i gruba warstwa ubrań czynią go podobnym do salutującego morsa, ale także i dlatego, że młody oficer zsunął z twarzy szal – być może, by pokazać Ciszy, jaki jest przystojny – a pod jego nosem wiszą teraz dwa długie sople, które jeszcze bardziej upodabniają go do morskiego ssaka.

– Proszę nie salutować – cedzi przez zęby Crozier. Cholerny głupcze, dodaje w myślach.

Irving stoi sztywno wyprostowany, zerka na Ciszę – a przynajmniej na tył jej futrzanego kaptura – i otwiera usta. Najwyraźniej nie wie, co powiedzieć. Zamyka usta. Jego wargi są równie białe jak przemarznięta skóra.

– To nie jest pańska wachta, poruczniku – mówi Crozier, nie zmieniając oschłego tonu.

– Tak jest, komandorze. To znaczy, nie jest. To znaczy, ma pan rację, komandorze. To znaczy… – Irving ponownie zamyka usta, nadal jednak słychać szczękanie jego zębów. W takiej temperaturze zęby mogą się rozlecieć po dwóch lub trzech godzinach, dosłownie eksplodować, wypełniając usta odłamkami kości i szkliwa. Crozier wie z doświadczenia, że czasami słychać trzask pękającego szkliwa tuż przedtem, nim zęby się rozlecą.

– Dlaczego ciągle tu jesteś, John?

Irving chce zamrugać oczami, lecz jego powieki są sztywne, zamarznięte.

– Kazał mi pan pilnować naszego gościa… baczyć, by… opiekować się Ciszą, komandorze.

Westchnienie Croziera objawia się w postaci kryształków lodu, które wiszą przez sekundę w powietrzu, a potem opadają na pokład niczym garść maleńkich diamentów.

– Nie kazałem wam tego robić przez całą dobę, poruczniku. Mówiłem, żebyście ją obserwowali, meldowali o tym, co robi, pilnowali, by nie zrobiła sobie krzywdy na statku, a także, by żaden z naszych ludzi nie naraził na szwank jej… reputacji. Obawiacie, że ktoś zechce ją skrzywdzić tutaj, na pokładzie, poruczniku?

– Nie, komandorze. – Słowa Irvinga brzmią raczej jak pytanie niż odpowiedź.

– Wiecie, po jakim czasie odsłonięte części ciała zamarzają w takiej temperaturze?

– Nie, komandorze. To znaczy, tak, komandorze. Dość szybko, jak sądzę.

– Powinniście już dobrze o tym wiedzieć, Irving. Już sześć razy nabawiliście się odmrożeń, a zima nie zaczęła się jeszcze na dobre.

Porucznik kiwa smętnie głową.

– Wystarczy minuta, by odsłonięty palec, czy jakikolwiek inny członek ciała, zamarzł na kość – wyjaśnia surowym tonem Crozier, świadom, że wygaduje bzdury. Przy tej temperaturze taki proces trwa znacznie dłużej, ma jednak nadzieję, że Irving o tym nie wie. – Potem zamarznięty członek może pęknąć i odpaść jak sopel lodu – dodaje.

– Tak jest, komandorze.

– Więc naprawdę uważacie, że naszemu gościowi grozi… zhańbienie… tutaj, na pokładzie, panie Irving?

Wydaje się, że Irving całkiem poważnie zastanawia się nad odpowiedzią. Crozier uświadamia sobie, że jego oficer prawdopodobnie już o wiele za długo rozmyśla nad tym problemem.

– Idź pod pokład, John – rozkazuje krótko Crozier. – I poproś doktora McDonalda, żeby obejrzał twoje palce i twarz. Przysięgam na Boga, że jeśli znów coś sobie odmroziłeś, odbiorę ci miesięczną wypłatę Służby Badawczej i napiszę o wszystkim twojej matce.

– Tak jest, komandorze. Dziękuję, komandorze. – Irving znów zaczyna salutować, reflektuje się jednak w porę i wchodzi pod brezent, ruszając w stronę schodów. Nie ogląda się za siebie, nie zerka na Ciszę.

Crozier wzdycha ponownie. Lubi Johna Irvinga. Chłopak zgłosił się na ochotnika – wraz z dwójką swoich kolegów z HMS Excellent, porucznikiem Hodgsonem i pierwszym oficerem Hornbym – ale Excellent był rozklekotanym trójpokładowcem, który uchodził za staroć, nim jeszcze Noe zaczął majstrować przy swojej łajbie. Crozier wiedział, że ów pozbawiony masztów rupieć przez ponad piętnaście lat stał zacumowany na stałe w Portsmouth, gdzie służył jako okręt szkoleniowy dla najbardziej obiecujących artylerzystów Królewskiej Marynarki Wojennej. „Niestety, drodzy panowie – powiedział im Crozier podczas ich pierwszego dnia na pokładzie, a był wtedy jeszcze bardziej pijany niż zwykle – jeśli rozejrzycie się dokoła, zauważycie zapewne, że choć Terror i Erebus zbudowane zostały jako okręty bombardujące, nie ma na nich ani jednej armaty. Można powiedzieć, moi drodzy przyjaciele, że jeśli nie liczyć muszkietów i strzelb schowanych w magazynie rumu, jesteśmy bezbronni jak noworodki albo jak ten sukinsyn Adam, zanim go wywalili z raju. Innymi słowy, panowie, wasze wasza wiedza i umiejętności artyleryjskie będą podczas tej wyprawy równie przydatne jak świnia w zbożu”.

Sarkastyczne uwagi Croziera nie ostudziły wówczas zapału młodych artylerzystów – Irving i jego dwaj przyjaciele nadal pragnęli spędzić kilka zim w trzaskającym mrozie, na zamarzniętym morzu. Oczywiście było to w Anglii, w ciepłym maju 1845 roku.

– A teraz ten biedny szczeniak zakochał się w eskimoskiej wiedźmie – mruczy głośno Crozier.

Cisza odwraca się powoli do niego, jakby rozumiała jego słowa.

Zwykle jej twarz jest ukryta w ciemnym tunelu kaptura lub za szerokim futrzanym kołnierzem, teraz jednak Crozier widzi jej mały nos, duże oczy i pełne usta. Blask zorzy polarnej odbija się w tych czarnych jak noc oczach.

Jednostki przeznaczone do prowadzenia oblężeń portów, często nie miały dział burtowych, tylko ustawione na pokładzie dziobowym dwa moździerze. Zgodnie z tradycją nosiły nazwy wulkanów.

Komandor Francis Rawdon Moira Crozier nie uważa jej za atrakcyjną kobietę; zbyt wiele w niej dzikuski, by mógł uznać ją za człowieka w pełnym tego słowa znaczeniu, a tym bardziej za istotę pociągającą seksualnie – nawet dla irlandzkiego prezbiterianina – a poza tym jego umysł i okolice krocza wciąż wypełnione są wyrazistymi wspomnieniami Sophii Cracroft. Jednak Crozier rozumie, dlaczego Irving, uwięziony w lodzie z dala od domu i rodziny, mógł zakochać się w tej pogance. Sama jej osobliwość – a być może także i ponure okoliczności jej przybycia i śmierci jej towarzysza, tak dziwnie splecione z pierwszymi atakami owego monstrum ukrytego w ciemności – musiała przyciągać romantycznie usposobionego młodego oficera niczym płomień ćmę.

Crozier jest już za stary na takie romantyczne głupstwa, o czym przekonał się zarówno w Ziemi van Diemena w 1840 roku, jak i w Anglii podczas kilku miesięcy poprzedzających tę ekspedycję. Za stary i zbyt irlandzki. I zbyt pospolity.

W tej chwili ucieszyłby się najbardziej, gdyby ta młoda kobieta zeszła na okryty mrokiem lód i więcej nie wróciła.

Crozier pamięta dzień sprzed czterech miesięcy, kiedy to doktor McDonald zameldował się u niego i Franklina po przebadaniu Eskimoski, tego samego popołudnia, gdy jej towarzysz umarł, krztusząc się własną krwią. Doktor McDonald oznajmił, że jego zdaniem kobieta miała między piętnaście a dwadzieścia lat – u tubylców bardzo trudno było określić dokładny wiek – na pewno już miesiączkowała, ale według wszelkich oznak wciąż była virgo intacta. Doktor McDonald wyjaśnił również, że powodem, dla którego dziewczyna nie przemówiła dotąd ani słowem ani też nie wydała z siebie żadnego dźwięku – nawet gdy jej ojciec lub mąż został postrzelony i umierał – był fakt, że nie miała języka. Zdaniem McDonalda jej język nie został ucięty, lecz odgryziony u samej podstawy albo przez samą Ciszę, albo przez kogoś lub coś innego.

Crozier był naprawdę zdumiony – nie tym, że kobieta nie miała języka, lecz tym, że była dziewicą. Spędził dość czasu na Dalekiej Północy – szczególnie podczas ekspedycji Parry’ego, która przezimowała w eskimoskiej wiosce – by wiedzieć, że tubylcy traktują stosunki seksualne z ogromną swobodą i że mężczyźni oddają swe córki i żony wielorybnikom lub naukowcom ze Służby Badawczej za byle błyskotkę. Wiedział też, że miejscowe kobiety czasem oddawały się im same dla zabawy i że podczas gdy biali marynarze stękali i naprężali się między ich nogami, one chichotały i gawędziły z dziećmi lub przyjaciółkami. Były jak zwierzęta. Zdaniem Francisa Croziera futra, którymi się okrywały, równie dobrze mogłyby być ich prawdziwą skórą.

Komandor podnosi odzianą w rękawicę dłoń do czapki, obwiązanej dwoma szalikami, co uniemożliwia jej zdjęcie lub uchylenie, i mówi:

– Wyrazy uszanowania, szanowna pani. Sugeruję, by wkrótce udała się pani do swej kajuty. Robi się coraz zimniej.

Cisza wpatruje się w niego. Nie mruga, choć na jej długich rzęsach nie osiadł lód. Oczywiście nie mówi też ani słowa. Przygląda mu się.

Crozier ponownie przykłada palce do głowy, symbolicznie uchylając kapelusza, i kontynuuje swój obchód pokładu, wspina się na pokrytą lodem rufę, później przechodzi na prawą burtę, przystaje, by pogawędzić z dwoma innymi marynarzami pełniącymi wachtę, daje Irvingowi dość czasu, by ten zszedł pod pokład i zdjął wierzchnie okrycie, i by nie odniósł przy tym wrażenia, że komandor depcze mu po piętach.

Kończy właśnie rozmawiać z ostatnim, przemarzniętym człowiekiem na wachcie, starszym marynarzem Shanksem, kiedy spod brezentu wybiega na pokład szeregowy Wilkes, najmłodszy żeglarz na statku. Wilkes narzucił na mundur tylko dwie luźne warstwy ubrań i jeszcze przed złożeniem meldunku zaczyna szczękać zębami.

– Panie komandorze, mechanik Thompson przesyła wyrazy szacunku i prosi, by jak najszybciej zszedł pan do ładowni.

– Dlaczego? – Crozier wie, że jeśli kocioł w końcu pękł, czeka ich wszystkich śmierć.

– Pan wybaczy, panie komandorze, ale pan Thompson mówi, że powinien pan tam zejść, bo marynarz Manson jest bliski buntu.

Crozier otwiera szerzej oczy.

– Manson się buntuje?

– Jak powiedział pan Thompson, jest „bliski buntu”.

– Mówcie po ludzku, Wilkes.

– Manson nie chce nosić worków z węglem obok Kajuty Zmarłych, panie komandorze. Ani schodzić więcej do ładowni. Mówi, że z całym szacunkiem, ale odmawia. Nie chce też tutaj wyjść, tylko siedzi na tyłku pod schodami.

– A cóż on znowu wymyślił, do diabła? – Crozier czuje, że ogarnia go niepohamowana, irlandzka złość.

– Chodzi o duchy, panie komandorze – odpowiada szeregowy Wilkes, szczękając zębami. – Wszyscy je słyszymy, kiedy przenosimy węgiel albo przynosimy coś z ładowni. Dlatego nikt nie schodzi pod najniższy pokład, jeśli nie dostanie takiego rozkazu od któregoś z oficerów. Tam w ładowni coś jest, panie komandorze. Coś drapie i stuka we wnętrzu statku, komandorze. I nie jest to tylko lód. Manson jest pewien, że to jego stary kumpel, Walker, i… i inne trupy zamknięte w Kajucie Zmarłych, które próbują się stamtąd wydostać.

Crozier ma ochotę poinformować Wilkesa, co naprawdę jest przyczyną owych hałasów, w porę się jednak powstrzymuje. Fakty mogłyby przerazić młodego marynarza bardziej niż duchy.

Po pierwsze drapanie i skrobanie dochodzące z Kajuty Zmarłych to niemal z pewnością sprawka setek lub tysięcy wielkich szczurów wędrownych objadających się martwymi towarzyszami Wilkesa. Szczury wędrowne – o czym Crozier wie znacznie lepiej niż młody żołnierz brytyjskiej piechoty morskiej – prowadzą nocny tryb życia, co oznacza, że podczas długiej arktycznej zimy są cały czas aktywne. Mają też zęby, które bezustannie rosną, co oznacza z kolei, że przeklęte szkodniki muszą wciąż coś gryźć. Crozier widział już, jak przegryzają się przez grube dębowe beczki, przez cynową blachę grubości cala, a nawet przez ołowiany pancerz. Pożarcie marynarza Walkera i jego pięciu pechowych towarzyszy – wśród nich trzech najlepszych oficerów Croziera – nie sprawia szczurom więcej trudności niż człowiekowi zjedzenie kawałka suszonego mięsa.

Crozier przypuszcza jednak, że Manson i pozostali słyszą nie tylko szczury.

Nauczony smutnym doświadczeniem trzynastu zim spędzonych na lodzie, Francis Crozier wie, że szczury zjadają ludzkie ciała szybko i sprawnie. Niepokojące hałasy dochodzące z ładowni to głównie odgłosy walki, którą toczą ze sobą upojone krwią gryzonie.

To nie szczury zgrzytają i stukają w ściany na pokładzie ładowni.

Crozier postanawia nie przypominać szeregowemu Wilkesowi o drugim prostym fakcie: choć najniższy pokład powinien znajdować się poniżej linii wody czy też linii zamarzniętego morza, ciśnienie wypchnęło rufę Terroru ponad dziesięć stóp w górę. Kadłub statku nie zawisł w powietrzu, otacza go jednak nie lita lodowa skała, lecz kilkaset ton śniegu i odłamków lodu, które załoga usypała wokół okrętu, by zapewnić sobie lepszą izolację na czas zimy.

Francis Crozier przypuszcza, że coś przekopało się przez tę górę śniegu i lodu, by dotrzeć do kadłuba statku. W jakiś nieodgadniony sposób stworzenie owo wyczuło, które części kadłuba, takie jak zbiorniki na wodę, wyłożone są od wewnątrz żelazem, i w którym miejscu znajdują się pomieszczenia prowadzące prosto do statku – takie jak Kajuta Zmarłych. A teraz próbuje przedostać się do środka.

Crozier wie, że tylko jedna istota na świecie ma dość siły, dość wytrwałości i dość inteligencji, by dokonać czegoś takiego. Potwór z lodu próbuje dostać się do nich od dołu.

Nie pożegnawszy się ani słowem z szeregowym Wilkesem, komandor Crozier schodzi pod pokład, by zapanować nad sytuacją.

2

FRANKLIN

51°29’ szerokości geograficznej północnej, 0°0’ długości geograficznej zachodniej. Maj 1845.

Był – i na zawsze miał nim pozostać – człowiekiem, który zjadł własne buty.

Cztery dni przed terminem wypłynięcia komandor sir John Franklin zachorował na grypę, która krążyła od jakiegoś czasu po mieście. Był pewien, że nie zaraził się nią ani od żadnego z prostych marynarzy lub dokerów, którzy załadowywali statek w londyński porcie, ani też od żadnego ze stu trzydziestu czterech członków jego załogi – wszyscy byli zdrowi jak ryby – lecz od któregoś z chorowitych pochlebców z kręgów towarzyskich, w których obracała się lady Jane.

Człowiek, który zjadł swoje buty.

Zgodnie z tradycją, żony bohaterów wyruszających na arktyczne wyprawy szyły flagę, którą potem ich mężowie mieli zatknąć w punkcie położonym najdalej na północ lub, jak w tym wypadku, podnieść po przepłynięciu na drugą stronę Przejścia Północno-Zachodniego. Żona Franklina, Jane, kończyła właśnie wyszywanie jedwabnej flagi brytyjskiej, kiedy wrócił do domu. Sir John wszedł do salonu i opadł na sofę obok Jane. Później nie pamiętał, by zdejmował buty, ktoś jednak musiał to zrobić – albo Jane, albo któryś ze służących – wkrótce bowiem leżał na plecach, pogrążony w półśnie. Bolała go głowa, miał nudności, jakich nigdy nie doświadczył na morzu, jego skóra płonęła gorączką. Lady Jane opowiadała mu o wszystkim, co przyniósł dzień, usta nie zamykały jej się ani na moment. Sir John próbował jej słuchać, choć raz po raz odpływał w niebyt, niesiony falami gorączki.

Był człowiekiem, który zjadł swoje buty; był nim od dwudziestu trzech lat, odkąd wrócił do Anglii w 1822 roku po swym pierwszym, nieudanym poszukiwaniu Przejścia Północno-Zachodniego – próbował wówczas dotrzeć do niego drogą lądową, przez północną Kanadę, pamiętał złośliwości i szyderstwa, jakimi go wówczas raczono. Franklin zjadł swoje buty, powtarzano – choć podczas tej trzyletniej sfuszerowanej ekspedycji jadł znacznie gorsze rzeczy, choćby tripe-de-roche, obrzydliwą papkę z porostów zeskrobanych ze skał. Po dwóch latach wędrówki i głodowania Franklin i jego ludzie – pamiętał jak przez mgłę, że podzielił swój oddział na trzy grupy, pozostawiając dwie z nich własnemu losowi – musieli jeść ugotowaną skórę ze swych butów, by przeżyć. Sir John – wówczas był po prostu Johnem, nadano mu tytuł szlachecki za niekompetencję po późniejszej podróży lądowej i kolejnej sknoconej wyprawie morskiej – w roku 1821 przez wiele dni żywił się jedynie kawałkami niewygarbowanej skóry. Jego ludzie jedli także ubrania ze skóry bizonów. Później niektórzy posunęli się jeszcze dalej. On jednak nigdy nie jadł ludzkiego mięsa.

Franklin wielokrotnie zastanawiał się i powątpiewał, czy inni uczestnicy jego ekspedycji, łącznie z dobrym przyjacielem, porucznikiem doktorem Johnem Richardsonem, zdołali oprzeć się tej pokusie. Zbyt wiele wydarzyło się w czasie, gdy poszczególne grupy rozdzieliły się i przemierzały na własną rękę arktyczne pustkowia, starając się za wszelką cenę dotrzeć do prowizorycznego Fort Enterprise stworzonego przez Franklina i do prawdziwych fortów, Providence i Resolution.

Zginęło dziewięciu białych ludzi i jeden Eskimos. Dziewięciu spośród dwudziestu jeden ludzi, których młody porucznik John Franklin, trzydziestotrzylatek, który już wtedy był nieco otyły i łysawy, wyprowadził z Fort Resolution w 1819 roku, plus jeden z miejscowych przewodników, których wynajęli po drodze – Franklin nie pozwolił mu odłączyć się od ekspedycji i szukać pożywienia na własną rękę. Dwaj spośród tych ludzi zostali zamordowani z zimną krwią. Co najmniej jeden z nich został bez wątpienia zjedzony przez pozostałych. Ostatecznie zginął jednak tylko jeden Anglik. Tylko jeden prawdziwie biały człowiek. Pozostali byli zwykłymi francuskimi voyageurs lub Indianami. Był to swego rodzaju sukces – tylko jeden Anglik nie wrócił z wyprawy, choć pozostali zamienili się w bełkoczące, brodate szkielety. I choć przeżyli tylko dlatego, że George Back, ten pomylony, niewyżyty seksualnie aspirant, przeszedł na rakietach śnieżnych 1200 mil, by przynieść im prowiant i – co ważniejsze – przyprowadzić kolejnych Indian, którzy zajęli się Franklinem i jego umierającymi ludźmi.

Ten pomylony Back. Nawet nie udawał chrześcijanina. Arogancki. Trudno go też nazwać prawdziwym dżentelmenem, mimo że później otrzymał tytuł szlachecki za wyprawę arktyczną, podczas której płynął na tym samym okręcie, HMS Terror, dowodzonym teraz przez sir Johna.

Podczas tej wyprawy, wyprawy Backa, Terror został wyniesiony pięćdziesiąt stóp w górę przez lodową wieżę, a potem zrzucony tak gwałtownie, że przeciekała niemal każda dębowa deska w jego kadłubie. George Back przyprowadził cieknący Terror do wybrzeży Irlandii i wyciągnął go na brzeg dosłownie na kilka godzin przed tym, jak statek poszedłby na dno. Załoga owinęła kadłub łańcuchami i ściągnęła je tak mocno, by uszkodzony okręt zdołał dowieźć ich do domu. Wszyscy cierpieli na szkorbut – czarne dziąsła, przekrwione oczy, wypadające zęby – i graniczące z szaleństwem urojenia, które towarzyszą tej chorobie.

Oczywiście Back otrzymał po tym wyczynie tytuł szlachecki. Właśnie w ten sposób Anglia i Admiralicja traktowały kogoś, kto wrócił z nieudanej wyprawy polarnej, która pochłonęła zatrważającą liczbę ofiar; jeśli przeżyłeś, otrzymywałeś tytuł i zaszczyty. Gdy w 1827 roku Franklin wrócił ze swej drugiej ekspedycji na daleką północ Ameryki Północnej, otrzymał tytuł szlachecki z rąk samego króla Jerzego IV. Towarzystwo Geograficzne w Paryżu dało mu złoty medal. W nagrodę został również dowódcą pięknej fregaty HMS Rainbow i skierowany na Morze Śródziemne, tym samym otrzymał przydział, o jakim marzył każdy komandor Królewskiej Marynarki Wojennej. Oświadczył się jednej z najbliższych przyjaciółek swej zmarłej żony, Eleanor, energicznej, pięknej i elokwentnej Jane Griffin.

– Wyjaśniłam więc sir Jamesowi przy herbacie – mówiła właśnie Jane – że reputacja mojego drogiego sir Johna jest dla mnie o wiele ważniejsza niż samolubna przyjemność, jaką daje mi przebywanie w jego towarzystwie, nawet jeśli musi wyjechać na cztery… lub pięć lat.

Jak nazywała się ta piętnastoletnia Indianka, o którą Back zamierzał się pojedynkować w ich zimowej kwaterze w Fort Enterprise? Zielone Pończochy. Właśnie. Zielone Pończochy. To była zła dziewczyna. Piękna, owszem, ale zła. Nie miała wstydu. Franklin widział osobiście, choć starał się nigdy nie patrzeć w jej stronę, jak zrzuciła z siebie swe pogańskie ubranie i szła naga przez chatę pewnej księżycowej nocy.

Miał wówczas trzydzieści cztery lata, ale ona była pierwszą nagą kobietą, jaką kiedykolwiek widział w swym życiu i zarazem najpiękniejszą – co nie zmieniło się do tej pory. Ciemna skóra. Piersi już krągłe jak dojrzałe owoce, a jednocześnie młodzieńczo jędrne, o drobnych sutkach wyrastających z dziwnych, ciemnobrązowych otoczek. Był to obraz, którego sir John nie potrafił wymazać z pamięci – choć bardzo się o to starał i modlił – od ćwierćwiecza. Włosy łonowe tamtej dziewczyny nie miały klasycznego kształtu V, który Franklin widział później u swej pierwszej żony Eleanor – miał okazję zobaczyć ją nagą tylko raz, kiedy Eleanor przygotowywała się do kąpieli, gdyż zgodnie z jej życzeniem zawsze obcowali ze sobą w całkowitych ciemnościach – nie przypominały też rzadszego, choć bardziej rozwichrzonego gniazda będącego częścią starzejącego się ciała jego obecnej żony Jane. Nie, między nogami tej dzikuski widać było tylko wąski kruczoczarny pasek owłosienia. Delikatny jak pióro kruka. Czarny jak sam grzech.

Szkocki aspirant, Robert Hood, który podczas tej pierwszej niekończącej się zimy spędzonej w chacie nazwanej przez Franklina Fort Enterprise spłodził już jednego bękarta z inną Indianką, natychmiast zakochał się w nastoletniej squaw Zielone Pończochy. Dziewczyna sypiała wcześniej z innym aspirantem, George’em Backiem, ale kiedy ten opuścił obóz w poszukiwaniu pożywienia, przeniosła swe uczucia na Hooda z łatwością właściwą jedynie poganom i ludziom pierwotnym.

Franklin wciąż pamiętał namiętne postękiwania i jęki wypełniające długą zimową noc – nie były to kilkuminutowe akty namiętności, jakich doświadczał z Eleanor (oczywiście, jak przystało na prawdziwego dżentelmena, nigdy nie wydawał przy tym żadnych dźwięków), ani nawet dłuższe wybuchy pożądania, jakich dwukrotnie zaznał w obecności Jane, na przykład tej pamiętnej nocy podczas ich miesiąca miodowego; nie, Hood i Zielone Pończochy robili to pięć, sześć razy. Ledwie ucichły hałasy dobiegające z zajmowanej przez nich przybudówki, a już wszystko zaczynało się od nowa – śmiech, przytłumione chichoty, potem ciche pojękiwania, które zamieniały się stopniowo w coraz głośniejsze krzyki.

Jane Griffin miała trzydzieści sześć lat, kiedy poślubiła świeżo upieczonego szlachcica, sir Johna Franklina, a stało się to piątego grudnia 1828 roku. Miesiąc miodowy spędzili w Paryżu. Franklin nie przepadał za tym miastem, nie lubił też Francuzów, zamieszkali jednak w luksusowym hotelu z restauracją, gdzie podawano doskonałe jedzenie.

Podróże na kontynent zawsze budziły we Franklinie lęk przed spotkaniem z niejakim Rogetem – Peterem Markiem Rogetem, który zdobył sobie uznanie w kręgach literackich, przygotowując do publikacji jakiś głupi słownik czy coś w tym rodzaju – tym samym człowiekiem, który niegdyś poprosił Jane Griffin o rękę i został odrzucony, podobnie jak wszyscy inni zalotnicy z jej młodości. Franklin zaglądał do pamiętników Jane z tamtych czasów – potem usprawiedliwiał się sam przed sobą z tego występku, zakładając, że Jane chciała, by znalazł i przeczytał wielkie, oprawne w skórę tomiska, inaczej bowiem nie zostawiałaby ich na wierzchu – i znalazł zapisek sporządzony przez jego ukochaną w dniu, w którym Roget poślubił inną kobietę: miłość mojego życia odeszła.

Robert Hood hałasował z Zielonymi Pończochami przez sześć niekończących się arktycznych nocy, nim wreszcie jego towarzysz George Back wrócił z wyprawy po żywność z grupą Indian. Hood i Back mieli stoczyć ze sobą pojedynek na śmierć i życie tuż po wschodzie słońca – czyli około 10.00 – następnego ranka.

Franklin nie wiedział, co robić. Korpulentny porucznik nie potrafił zdyscyplinować gburowatych Doyagewsam pogardzających nim Indian, nie mówiąc już o upartym Hoodzie i impulsywnym Backu.

Obaj aspiranci byli artystami i kartografami. Od tego czasu Franklin nigdy nie ufał artystom. Kiedy pewien rzeźbiarz w Paryżu rzeźbił dłonie lady Jane i gdy podobny do tamtego, wyperfumowany pederasta niemal przez miesiąc przychodził do ich rezydencji w Londynie, by namalować jej portret, Franklin ani moment nie zostawił żony samej w ich towarzystwie.

Back i Hood mieli więc spotkać się o świcie i stoczyć śmiertelny pojedynek, a jedyne, co John Franklin mógł zrobić w tej sytuacji, to zamknąć się w swojej chacie i modlić, by śmierć lub obrażenia powstałe w wyniku tego pojedynku nie doprowadziły do ostatecznej klęski jego nieudanej ekspedycji. Rozkazy, którymi się kierował, nie mówiły, że powinien zabrać żywność na liczącą 1200 mil ekspedycję arktyczną, której trasa wiodła przez ląd, wody przybrzeżne i z nurtem rzeki. Z własnej kieszeni wyłożył środki na zakup pożywienia, które wystarczyło na wykarmienie szesnastu ludzi przez jeden dzień. Franklin zakładał, że Indianie będą polować i na bieżąco uzupełniać zapasy, troszcząc się o nich podobnie jak przewodnicy, którzy nieśli ich bagaże i wiosłowali na łódkach z kory brzozowej.

Łodzie z kory brzozowej były do niczego. Dwadzieścia trzy lata po fakcie gotów był to przyznać – przynajmniej przed samym sobą. Zaledwie po kilku dniach podróży w spływających krą przybrzeżnych wodach, do których dotarli po ponadpółtorarocznej wędrówce z Fort Resolution, nietrwałe kanu zaczęły się rozpadać.

Franklin leżał z zamkniętymi oczami, starając się nie myśleć o dokuczliwym bólu głowy i rosnącej gorączce. Nieprzerwany potok słów wydobywający się z ust Jane przepływał obok niego, a myśli powracały do owego ranka, kiedy leżał w swoim śpiworze i zaciskał mocno powieki, podczas gdy Back i Hood odeszli od siebie na odległość piętnastu kroków i odwrócili się, by wystrzelić. Pomyleni Indianie i voyageurs – w pewnym sensie równie dzicy i bezlitośni – traktowali pojedynek na śmierć i życie jak dobrą rozrywkę. Franklin pamiętał, że Zielone Pończochy promieniowała tego ranka niemal erotycznym blaskiem.

Choć Franklin zakrył uszy dłońmi, słyszał doskonale, jak sekundant każe pojedynkującym się rozejść, potem odwrócić, wymierzyć i wypalić.

Potem usłyszał głuchy trzask. A później śmiech tłumu.

Pod osłoną nocy stary szkocki marynarz będący sekundantem pojedynku, ten szorstki i gburowaty John Hepburn, usunął z pistoletów proch i pociski. Zdeprymowani nieustającym śmiechem tłumu voyageurs i Indian Hood i Back rozeszli się w przeciwne strony. Wkrótce Franklin rozkazał George’owi Backowi wrócić do fortów i zakupić więcej prowiantu od Kompanii Zatoki Hudsona. Back zniknął niemal na całą zimę.

Franklin zjadł wówczas swoje buty i żywił się porostami zdrapanymi ze skał – ohydną mazią, której nie przełknąłby żaden szanujący się angielski pies – nigdy jednak nie spróbował ludzkiego mięsa.

Rok po nieudanym pojedynku, gdy grupa Richardsona oddzieliła się od grupy Franklina, ten opryskliwy, na wpół szalony Irokez, Michel eroahaute, strzelił w sam środek czoła artysty i kartografa Roberta riooda.

Tydzień przed zabójstwem ten sam Indianin przyniósł głodującej grupie Richardsona połeć mięsa o intensywnym smaku i zapachu, twierdząc, że jest to mięso wilka, który został raniony przez karibu i wykrwawił się na śmierć lub też zginął z ręki samego Teroahaute uzbrojonego w jeleni róg – Indianin kilkakrotnie zmieniał swą opowieść. Wygłodniali podróżnicy ugotowali i zjedli łup Irokeza, wcześniej jednak doktor Richardson zauważył pozostałości tatuażu na skórze okrywającej mięso. Lekarz powiedział później Franklinowi, że z całą pewnością Teroahaute wrócił do ciała jednego z voyageurs, którzy zginęli tamtego tygodnia na trasie wyprawy.

Wygłodniały Indianin i umierający Hood byli sami, kiedy Richardson, zajęty zeskrobywaniem porostów ze skały, usłyszał strzał. Samobójstwo, twierdził Teroahaute, lecz doktor Richardson, który widział już w swym życiu ciała wielu samobójców, był odmiennego zdania; położenie kuli w mózgu Roberta Hooda świadczyło o tym, że nie mógł się sam zastrzelić.

Pozbawiwszy życia Hooda, Indianin uzbroił się w brytyjski bagnet, muszkiet, dwa naładowane pistolety i nóż długości przedramienia. Dwaj pozostali przy życiu biali – Hepburn i Richardson – mieli tylko jeden mały pistolet i szwankujący muszkiet.

Richardson, obecnie jeden z najbardziej szanowanych naukowców i chirurgów w Anglii, przyjaciel poety Roberta Burnsa, wówczas zaś jedynie obiecujący lekarz i przyrodnik, poczekał, aż Michel Teroahaute wróci z wyprawy do lasu, upewnił się, że dźwiga naręcze drewna na opał, po czym podniósł pistolet i z zimną krwią strzelił mu prosto w głowę.

Później doktor Richardson przyznał się do zjedzenia płaszcza z bawolej skóry należącego do Hooda, jednak ani on, ani Hepburn – jedyni pozostali przy życiu członkowie ich grupy – nie wspomnieli słowem o tym, co jeszcze mogli jeść podczas wyczerpującej tygodniowej wędrówki do Fort Enterprise.

Franklin i członkowie jego grupy w Fort Enterprise byli zbyt słabi, by chodzić lub nawet stać. W porównaniu z nimi Richardson i Hepburn wydawali się silni i zdrowi.

Mogą sobie powtarzać, że jest człowiekiem, który zjadł swoje buty, ale John Franklin nigdy…

– Kucharka przygotowuje rostbef na kolację, mój drogi. Twoje ulubione danie. Ponieważ jest tu nowa – jestem pewna, że tamta Irlandka fałszowała rachunki i okradała nas, wiadomo przecież, że wszyscy Irlandczycy umieją tylko kraść i pić – przypomniałam jej kilkakrotnie, że stek ma być tak krwisty, by broczył sokiem pod najdelikatniejszym dotknięciem noża.

Franklin, niesiony kolejną falą gorączki, próbował sformułować jakąś odpowiedź, lecz ból głowy połączony z nudnościami i odurzającym gorącem całkowicie pozbawił go sił. Mokra od potu koszula kleiła się do jego ciała.

– Żona admirała Thomasa Martina przysłała nam dzisiaj cudowną kartkę i piękny bukiet kwiatów. Wprawdzie odezwała się do nas ostatnia, ale muszę przyznać, że kwiaty są naprawdę piękne. Widziałeś je? Stoją w holu. Znalazłeś chwilę, by porozmawiać z admirałem Martinem podczas przyjęcia? Oczywiście nie jest aż tak ważny, jak mu się wydaje, prawda? Nawet nie tak ważny jak kontroler marynarki? Z pewnością nie tak znaczący jak Pierwszy Lord Admiralicji lub pierwszy komisarz, nie mówiąc już o twoich przyjaciołach z Rady Arktycznej.

Komandor sir John Franklin miał wielu przyjaciół; wszyscy lubili komandora Johna Franklina. Ale nikt go nie szanował. Od dziesięcioleci chętnie przyjmował do wiadomości ów pierwszy fakt i starał się nie myśleć o drugim, teraz jednak wiedział, że to prawda. Wszyscy go lubili. Nikt go nie szanował.

Nikt nie darzył go szacunkiem po tym, co zaszło na Ziemi van Diemena. Po tasmańskim zesłaniu i wszystkich błędach, które tam popełnił.

Eleanor, jego pierwsza żona, umierała, gdy zostawił ją, by wyruszyć w swą drugą dużą ekspedycję.

Wiedział, że ona umiera. Ona też wiedziała. Jej gruźlica – i świadomość, że umrze na nią na długo przedtem, nim jej mąż zginie w bitwie lub na dalekiej wyprawie – towarzyszyła im niczym niemy świadek podczas ich ślubu. Podczas ich dwudziestodwumiesięcznego małżeństwa umierająca żona dała mu córkę, jego jedyne dziecko, młodą Eleanor.

Kobieta o drobnym, kruchym ciele – lecz niemal przerażającej sile ducha i energii – jego pierwsza żona, choć kaszlała krwią i wiedziała, że jej koniec jest bliski, kazała mu wyruszyć na drugą wyprawę w poszukiwaniu Przejścia Północno-Zachodniego, której trasa miała tym razem prowadzić wzdłuż wybrzeży Ameryki Północnej. Mówiła, że lepiej będzie dla niej, jeśli on w tym czasie będzie gdzie indziej. Wierzył jej. A przynajmniej wierzył, że tak będzie lepiej dla niego.

Człowiek głęboko wierzący, John Franklin, modlił się, by Eleanor umarła przed jego wyjazdem. Nie umarła. Wypłynął 16 lutego 1825 roku, w drodze do Wielkiego Jeziora Niewolniczego pisał do swej ukochanej czułe listy, które wysłał w Nowym Jorku i Albany. Dowiedział się o jej śmierci 24 kwietnia, w bazie brytyjskiej marynarki wojennej w Penetanguishene. Zmarła wkrótce po tym, jak jego okręt opuścił Anglię.

Kiedy w 1827 roku wrócił z tej wyprawy, czekała nań Jane Griffin, Przyjaciółka Eleanor.

Przyjęcie w Admiralicji odbyło się niecały tydzień wcześniej – nie, owładnie tydzień wcześniej, przed tą przeklętą grypą. Oczywiście na przyjęciu był obecny komandor sir John Franklin oraz wszyscy jego oficerowie z Erebusa i Terroru. Nie zabrakło również cywilów biorących udział w ekspedycji – byli wśród nich lodomistrz Erebusa, James Reid, i lodomistrz Terroru, Thomas Blanky, a także płatnicy, lekarze i intendenci.

Sir John wyglądał olśniewająco w swoim nowym niebieskim fraku, niebieskich spodniach ze złotymi lampasami, obszytych złotą nicią epoletach, trójrożnym kapeluszu i z ozdobną szpadą u boku. Dowódca jego okrętu flagowego, Erebusa, James Fitzjames, nazywany często najprzystojniejszym mężczyzną w Królewskiej Marynarce Wojennej, wyglądał olśniewająco i skromnie zarazem, jak na bohatera przystało. Fitzjames oczarował wszystkich tego wieczoru. Francis Crozier jak zawsze wyglądał sztywno, niezdarnie i melancholijnie, i jak zawsze był nieco pijany.

Jane nie miała jednak racji – członkowie Rady Arktycznej nie byli przyjaciółmi sir Johna. Rada Arktyczna w rzeczywistości nie istniała. Był to raczej określony krąg towarzyski niż prawdziwa instytucja; z drugiej strony jednak był to także najbardziej elitarny klub oldboyów w całej Anglii.

Spotkali się ze sobą na przyjęciu – Franklin, jego najwyżsi oficerowie oraz wysocy, chudzi członkowie legendarnej Rady Arktycznej.

By zostać członkiem rady, trzeba było jedynie dowodzić ekspedycją na daleką arktyczna północ… i przeżyć.

Wicehrabia Melville – pierwsza znakomitość w długim rzędzie osób witających gości – był pierwszym lordem admiralicji i sponsorem ich sponsora, sir Johna Barrowa. Jednak Melville nie był starym arktycznym wygą.

Prawdziwe legendy Rady Arktycznej – których większość miała ponad siedemdziesiąt lat – tego wieczora bardziej przypominały zdenerwowanemu Franklinowi zebrane na sabacie czarownice z Makbeta albo grupkę szarych duchów niż żywych ludzi. Każdy z nich przed Franklinem poszukiwał Przejścia Północno-Zachodniego i wrócił z wyprawy żywy – choć nie całkiem.

Czy ktokolwiek, zastanawiał się Franklin tego wieczoru, naprawdę wracał żywy, spędziwszy zimę w rejonach podbiegunowych?

Sir John Ross, Szkot o twarzy równie kanciastej jak powierzchnia góry lodowej, miał ogromne krzaczaste brwi przypominające kołnierze i pióra pingwinów, które opisał bratanek, sir James Clark Ross, po powrocie z wyprawy na dalekie południe. Głos Rossa brzmiał szorstko, jakby cegiełkę do szorowania przesuwano po pokładzie.

Sir John Barrow, starszy od samego Boga i dwukrotnie potężniejszy. Ojciec poważnych brytyjskich badań w rejonach polarnych. Wszyscy pozostali, obecni tego wieczora na przyjęciu, nawet siwowłosi siedemdziesięciolatkowie, byli chłopcami… chłopcami Barrowa.

Sir William Parry, dżentelmen nad dżentelmenami, nawet wśród członków rodziny królewskiej, próbował odnaleźć Przejście czterokrotnie; ostatnia wyprawa zakończyła się śmiercią jego ludzi i zatonięciem okrętu Fury.

Sir James Clark Ross otrzymał niedawno tytuł szlachecki i ożenił się z kobietą, która kazała mu przysiąc, że nigdy już nie wyruszy na wyprawę polarną. Gdyby tylko chciał, zająłby miejsce Franklina jako dowódca tej ekspedycji, o czym obaj dobrze wiedzieli. Ross i Crozier stali w pewnym oddaleniu od pozostałych, popijając drinki i rozmawiając cicho, niczym konspiratorzy.

Przeklęty sir George Back; Franklin nie mógł pogodzić się z faktem, że dzieli tytuł szlachecki ze zwykłym aspirantem, który niegdyś służył pod jego dowództwem, a do tego kobieciarzem. Tego uroczystego wieczora komandor sir John Franklin niemal żałował, że dwadzieścia pięć lat wcześniej Hepburn wyjął pociski i proch z pistoletów pojedynkujących się mężczyzn. Back był najmłodszym członkiem Rady Arktycznej i wydawał się szczęśliwszy i bardziej zadowolony z siebie niż którykolwiek z pozostałych członków, nawet po dramatycznej wyprawie, która o mały włos nie zakończyła się zatonięciem Terroru.

Komandor sir John Franklin był abstynentem, ale po trzech godzinach picia szampana, wina, brandy, sherry i whisky pozostali goście zaczęli się rozluźniać, ich śmiech rozbrzmiewał coraz głośniej, a rozmowy nabierały luźniejszego charakteru; Franklin uspokoił się wreszcie nieco, uświadomiwszy sobie, że całe to przyjęcie, wszystkie złote guziki, jedwabne fulary, lśniące epolety, wykwintne dania, cygara i uśmiechy przeznaczone były dla niego. Tym razem wszystko kręciło się wokół niego.

Doznał więc niemal szoku, kiedy starszy Ross odciągnął go niespodziewanie na bok i zaczął zasypywać pytaniami.

– Franklin, po jaką cholerę zabierasz ze sobą stu trzydziestu czterech ludzi? – zazgrzytał kamień trący o szorstki pokład.

Komandor sir John Franklin zamrugał gwałtownie.

– To duża wyprawa, sir Johnie.

– Moim zdaniem o wiele za duża. Trudno przeprawić przez lód, wsadzić do łodzi i zawieźć z powrotem do cywilizacji trzydziestu ludzi, gdy coś pójdzie nie tak. Stu trzydziestu czterech… – Stary podróżnik odchrząknął paskudnie, jakby miał ochotę splunąć.

Franklin odpowiedział mu uśmiechem i skinął głową, modląc się w myślach, by Ross zostawił go w spokoju.

– No i ten twój wiek – kontynuował Ross. – Masz sześćdziesiąt lat, na miłość boską.

– Pięćdziesiąt dziewięć – odrzekł Franklin sztywno.

Starszy Ross uśmiechnął się lekko, jednak jego oczy pozostały zimne jak lód.

– Jaką ma wyporność Terror! Trzysta trzydzieści ton? Erebus trzysta siedemdziesiąt?

– Trzysta siedemdziesiąt dwie tony – sprostował Franklin. – Terror trzysta dwadzieścia sześć.

– I zanurzenie dziewiętnaście stóp, zgadza się?

– Tak jest, milordzie.

– To czyste szaleństwo. Nigdy jeszcze okręty o tak dużym zanurzeniu nie brały udziały w wyprawie na Daleką Północ. Z tego, co wiemy o tym rejonie, wynika, że tamtejsze wody są płytkie i że roi się na nich od mielizn, podwodnych skał i gór lodowych. Moja Victory miała tylko półtora sążnia zanurzenia, a i tak nie mogliśmy przepłynąć nad łachą przy przystani, w której spędziliśmy zimę. George Back omal nie rozerwał na kawałki kadłuba twojego Terroru.

– Oba okręty zostały wzmocnione, sir Johnie – odparł Franklin. Czuł, jak strużki potu ściekają mu po żebrach i wydatnym brzuchu. – Teraz można je śmiało nazwać najbardziej wytrzymałymi okrętami na świecie.

– A cóż to za bzdurny pomysł z tymi silnikami parowymi z lokomotyw?

– To wcale nie jest bzdurny pomysł, milordzie. – Franklin starał się zachować spokój, sam jednak słyszał protekcjonalny ton w swym głosie. Nie znał się na silnikach parowych, miał jednak dwóch dobrych mechaników i Fitzjamesa, który służył na parowcach. – To bardzo mocne silniki, sir Johnie. Przewiozą nas przez lód, kiedy zawiodą żagle.

Sir John Ross parsknął głośno.

– To nie są nawet silniki okrętowe, prawda, Franklin?

– Nie, sir Johnie, ale to najlepsze silniki parowe, jakie kolej mogła nam sprzedać. Przystosowane do użycia na statku. Naprawdę potężne bestie.

Ross pociągnął łyk whisky.

– Potężne, jeśli zamierzasz położyć tory wzdłuż Przejścia Północno-Zachodniego i przejechać po nich lokomotywą.

Franklin skwitował tę uwagę chichotem, w rzeczywistości jednak wcale nie uważał jej za zabawną, a wręcz czuł się nią głęboko dotknięty. Często nie potrafił określić, czy ktoś żartuje, czy kpi sobie z niego, sam bowiem nie miał poczucia humoru.

– W rzeczywistości jednak wcale nie są takie silne – kontynuował Ross. – Ważąca półtorej tony maszyna, którą wcisnęli w ładownię twojego Erebusa, ma moc dwudziestu pięciu koni mechanicznych. Silnik Croziera jest jeszcze słabszy… nie więcej niż dwadzieścia koni. Statek, który odholuje was od brzegów Szkocji, Rattler, ma mniejszy silnik, ale jego moc to dwieście dwadzieścia koni. To jest właśnie prawdziwy silnik okrętowy.

Franklin nie wiedział, co odpowiedzieć, uśmiechnął się więc tylko. By wypełnić jakoś krępującą ciszę, przywołał kelnera, który roznosił kieliszki z szampanem. Ponieważ jednak z zasady nie pił alkoholu, jedyne, co mógł zrobić, to trzymać kieliszek w dłoni, zerkać na opadającą pianę i czekać na okazję, która pozwoli mu pozbyć się pozbyć kłopotliwego naczynia.

– Pomyśl tylko, ile prowiantu mógłbyś jeszcze upchnąć w ładowniach obu statków, gdyby nie było tam tych przeklętych silników – nie ustępował Ross.

Franklin rozejrzał się dokoła, jakby szukając ratunku, wszyscy jednak zajęci byli rozmową.

– Mamy zapasy, które wystarczą nam co najmniej na trzy lata, sir Johnie – odpowiedział w końcu. – Jeśli zmniejszymy racje do minimum, starczy ich nawet na pięć do siedmiu lat. – Uśmiechnął się ponownie, próbując obłaskawić jakoś tę kamienną twarz. – Do tego zarówno Erebus, jak i Terror mają centralne ogrzewanie, sir Johnie. Jestem pewien, że coś takiego przydałoby się na Victory.

Oczy sir Johna Rossa błysnęły zimno.

– Lód zgniótł Victory jak skorupkę jajka, Franklin. Centralne ogrzewanie chyba na niewiele by się wtedy przydało, co?

Franklin rozejrzał się dokoła, próbując ściągnąć na siebie wzrok Fitzjamesa. Nawet Croziera. Kogokolwiek, kto mógłby pośpieszyć mu na ratunek. Wyglądało na to, że nikt nie zauważa starego sir Johna i grubego sir Johna pogrążonych w tak poważnej, choć jednostronnej rozmowie. Obok przeszedł kelner, a Franklin odstawił nietknięty kieliszek z szampanem na tacę. Ross przyglądał mu się spod przymrużonych powiek.

– Ile trzeba węgla na ogrzanie jednego statku przez jeden dzień? – wypytywał dalej stary Szkot.

– Och, prawdę mówiąc, nie wiem, sir Johnie – odrzekł Franklin z rozbrajającym uśmiechem. Rzeczywiście nie wiedział. Niespecjalnie też go to obchodziło. Silnikami parowymi i węglem zajmowali się mechanicy. Admiralicja z pewnością dobrze wszystko za nich obliczyła.

– Ja wiem. – Ross skinął głową. – Trzeba spalić około stu pięćdziesięciu funtów węgla dziennie tylko po to, by ogrzać wodę instalacji centralnego ogrzewania w kajutach załogi. Pół tony węgla dziennie, żeby utrzymać odpowiednie ciśnienie pary w kotłach. Podczas normalnej żeglugi – przypuszczam, że te paskudne okręty bombardujące nie popłyną szybciej niż cztery węzły – będziecie zużywać dwie do trzech ton węgla dziennie. Znacznie więcej, jeśli będziecie próbowali przedrzeć się przez lód. Ile węgla wieziecie ze sobą, Franklin?

Komandor sir John machnął ręką lekceważąco.

– Och, około dwustu ton, milordzie. Ross znów przymrużył oczy.

– Po dziewięćdziesiąt ton na Erebusie i Terrorze, dokładnie rzecz biorąc – wychrypiał. – A tyle będziecie mieli w chwili, gdy odpłyniecie z Grenlandii, zanim jeszcze dotrzecie do Zatoki Baffina, nie mówiąc już o prawdziwym lodzie.

Franklin uśmiechnął się tylko z zakłopotaniem.

– Powiedzmy, że przypłyniecie do miejsca, w którym spędzicie zimę, spaliwszy dwadzieścia pięć procent z dziewięćdziesięciu ton węgla – kontynuował Ross, prąc uparcie do przodu niczym okręt przebijający się przez lód. – Zostaje wam więc… ile dni pracy silników przy normalnych warunkach, nie mówiąc nawet o lodzie? Dwanaście? Trzynaście? Może dwa tygodnie?

Komandor sir John Franklin nie miał najmniejszego pojęcia. Jego umysł, choć bez wątpienia będący umysłem żeglarza i profesjonalisty, po prostu nie działał w ten sposób. Być może w jego oczach pojawił się nagle paniczny strach – Franklin nie myślał jednak wcale o niedoborach węgla, bał się jedynie, że wyjdzie przed sir Johnem Rossem na idiotę – gdyż stary żeglarz położył dłoń na jego ramieniu i zamknął je w żelaznym uścisku. Kiedy Ross pochylił się bliżej, komandor sir John Franklin wyczuł whisky w jego oddechu.

– Jak wygląda plan operacji ratunkowej przygotowany przez Admiralicję? – spytał przyciszonym głosem Ross. Dokoła rozbrzmiewały śmiechy i głosy rozbawionych gości.

– Operacji ratunkowej? – powtórzył Franklin, mrugając oczami. Myśl, że dwa najnowocześniejsze okręty na świecie – wzmocnione na potrzeby wyprawy, napędzane silnikami parowymi, zaopatrzone w prowiant na pięć lub sześć lat, obsadzone załogą wybraną przez sir Johna Barrowa – mogą potrzebować ratunku, nawet nie pojawiła się w umyśle Franklina. Taka myśl była absurdalna.

– Wiesz już, gdzie będziesz umieszczał skrytki z zapasami na trasie wyprawy, kiedy wpłyniecie między wyspy?

– Skrytki? – powtórzył ponownie Franklin. – Mamy zostawiać skrytki z zapasami? Dlaczego miałbym to robić?

– Żebyś mógł zapewnić swoim ludziom żywność i schronienie, kiedy będziecie musieli zejść na lód i wracać na piechotę – odrzekł ostro Ross, a w jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk.

– Dlaczego mielibyśmy wracać na piechotę do Zatoki Baffina? – odpowiedział mu pytaniem Franklin. – Naszym celem jest przepłynięcie na drugą stronę Przejścia Północno-Zachodniego.

Sir John Ross odsunął głowę do tyłu. Jego dłoń zacisnęła się mocniej na ramieniu Franklina.

– Więc nie ma żadnego planu akcji ratunkowej?

– Nie.

Ross pochwycił drugie ramię Franklina i ścisnął je tak mocno, że komandor sir John skrzywił się z bólu.

– Posłuchaj mnie, chłopcze – wyszeptał Ross. – Jeśli do tysiąc osiemset czterdziestego ósmego roku nie dotrą do nas żadne wieści od ciebie, sam pójdę cię szukać. Przysięgam.

Franklin obudził się gwałtownie.

Ociekał potem. Kręciło mu się w głowie. Serce waliło mu jak młot, a każde uderzenie odbijało się mocniejszym bólem głowy.

Spojrzał z przerażeniem w dół. Jego nogi i brzuch okryte były jedwabiem.

– Co to jest? – krzyknął, spanikowany. – Co to jest? Ktoś przykrył mnie flagą!

Lady Jane zerwała się z miejsca.

– Było ci zimno, John. Miałeś dreszcze. Przykryłam cię tym, żebyś się trochę rozgrzał.

– Boże! – krzyknął komandor sir John Franklin. – Boże, kobieto, wiesz, coś ty zrobiła? Nie wiesz, że flagą przykrywa się zwłoki!?

3

CROZIER

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°231 długości geograficznej zachodniej. Październik 1847.

Komandor Crozier schodzi po krótkich schodach na dolny pokład, przeciska się przez podwójne drzwi i omal się nie zatacza, uderzony nagle falą ciepła. Choć centralne ogrzewanie nie działa już od kilku godzin, ciepło wytwarzane przez ponad pięćdziesiąt ludzkich ciał i resztki ciepła pozostałe po gotowaniu pozwalają utrzymać na dolnym pokładzie temperaturę o prawie osiemdziesiąt stopni wyższą niż na zewnątrz – tuż poniżej temperatury zamarzania. Ktoś, kto zejdzie tu po półgodzinnym pobycie na pokładzie, doznaje podobnego szoku jak człowiek, który wszedłby do sauny całkowicie ubrany.

Ponieważ Crozier schodzi niżej, na nieogrzewane pokłady – najniższy i ładowni – nie ściąga ubrania, nie zamierza zatrzymywać się na dłużej w ciepłym wnętrzu. Przvstaie jednak na chwile – jak zrobiłby na jego miejscu każdy komandor – i rozgląda się dokoła, by sprawdzić, czy podczas jego nieobecności wszystkiego szlag nie trafił.

Mimo że to właśnie na pokładzie skupia się całe życie statku – tutaj wszyscy jedzą, śpią i mieszkają – panują na nim iście egipskie ciemności. Małe świetliki, które zwykle wpuszczają pod pokład odrobinę światła, są teraz zasypane śniegiem, a poza tym noc trwa już dwadzieścia dwie godziny i robi się coraz dłuższa. Tu i ówdzie jarzy się słaby blask lampki na tran wielorybi, latarenki lub świecy, jednak większość ludzi porusza się w mroku na pamięć, wiedząc dobrze, gdzie uchylić się, pochylić lub odsunąć, by nie uderzyć w zawieszone pod sufitem jedzenie, ubrania, sprzęt czy też innych ludzi śpiących w hamakach. Kiedy rozwieszone są wszystkie hamaki – o dopuszczalnej szerokości czternastu cali – pozostają tylko dwa wolne przejścia szerokości osiemnastu cali, ciągnące się wzdłuż ścian kadłuba. W tej chwili jednak rozłożonych jest tylko kilka hamaków – śpią w nich ludzie, którzy obejmą wkrótce wachtę – a gwar rozmów, śmiechy, przekleństwa oraz pobrzękiwanie garnków i nieprzyzwoite uwagi pana Diggle’a zagłuszają niemal całkowicie trzaski i jęki lodu.

Według planów statku pomieszczenia na tym pokładzie mają siedem stóp wysokości, jednak w rzeczywistości pomiędzy deskami tworzącymi górny pokład oraz zapasami drewna zawieszonymi na półkach pod tymi deskami jest niecałe sześć stóp. Nieliczni wysocy członkowie załogi Terroru, jak ten tchórz Manson, do którego właśnie idzie Crozier, muszą ciągle się garbić, by nie uderzać głową w sufit. Francis Crozier nie jest taki wysoki. Nawet w wysokiej czapce oplecionej szalikami nie musi się schylać, kiedy przechodzi przez pokład.

Po prawej ręce Croziera, w kierunku rufy, ciągnie się wąski, niski i ciemny tunel, który w rzeczywistości jest zejściówką prowadzącą do „kwater oficerskich”, labiryntu szesnastu maleńkich kajut i dwóch ciasnych mes – oficerskiej i bosmańskiej. Kajuta Croziera ma takie same wymiary jak pozostałe – sześć na pięć stóp. Zejściówką ma zaledwie dwie stopy szerokości, może nią przechodzić tylko jeden człowiek naraz, schylając się przy tym, by nie uderzyć głową w wiszące pod sufitem zapasy; grubsi marynarze muszą przechodzić tędy bokiem.

Kwatery oficerskie zajmują sześćdziesiąt z dziewięćdziesięciu sześciu stóp długości okrętu, a ponieważ na tym pokładzie Terror ma tylko dwadzieścia osiem stóp szerokości, wąska zejściówką to jedyna prosta droga na rufę.

Crozier widzi światło wydobywające się z Wielkiej Kajuty na rufie, gdzie – nawet w tym chłodzie i ciemności – kilku spośród pozostałych przy życiu oficerów odpoczywa przy stole, paląc fajki lub czytając książki z liczącego tysiąc dwieście woluminów księgozbioru okrętowego. Komandor słyszy też muzykę: jeden z metalowych dysków ręcznych organów wygrywa melodię, która królowała w londyńskich teatrach rewiowych przed pięciu laty. Crozier wie, że to porucznik Hodgson odtwarza tę melodię; to jego ulubiony utwór, który doprowadza do furii porucznika Edwarda Little’a, oficera dowodzącego Croziera i miłośnika muzyki klasycznej.

Upewniwszy się, że u oficerów panuje względny spokój, Crozier odwraca się i patrzy do przodu. Kwatery zwykłych członków załogi zajmują pozostałą jedną trzecią długości okrętu – trzydzieści sześć stóp – jednak na tej niewielkiej przestrzeni musi zmieścić się czterdziestu jeden pozostałych przy życiu marynarzy i aspirantów; pierwotnie było ich czterdziestu czterech.

Tego wieczora nie odbywają się żadne zajęcia, a do chwili gdy marynarze rozwiną hamaki i położą się spać, została już niecała godzina, większość ludzi siedzi więc na skrzyniach lub stertach prowiantu i zapasowych materiałów, paląc i rozmawiając w półmroku. Na środku sali stoi olbrzymi piec Frazera, na którym pan Diggle piecze suchary. Diggle – zdaniem Croziera najlepszy kucharz w całej flocie i swego rodzaju zdobycz wojenna, gdyż Crozier wykradł gadatliwego kucharza z okrętu flagowego komandora sir Johna Franklina tuż przed rozpoczęciem wyprawy – zawsze coś pichci i jednocześnie bez ustanku przeklina, łaje, pogania i kopie swoich pomocników. Ludzie dosłownie biegają wokół wielkiego pieca, znikają raz po raz we włazach, by przynieść jakieś produkty z niższych pokładów, i starają się jak najrzadziej wchodzić w drogę groźnemu kucharzowi.

Sam piec wydaje się Crozierowi niemal tak duży jak silniki parowe w ładowni. To monumentalne urządzenie ma ogromny piekarnik, sześć wielkich palników, wbudowane urządzenie do odsalania wody i olbrzymią pompę ręczną, która doprowadza wodę bezpośrednio z oceanu lub wielkich zbiorników z wodą ukrytych w ładowni. Zarówno jednak morze na zewnątrz, jak i woda ładowni są teraz zamarznięte, więc w olbrzymich garnkach ustawionych na palnikach pana Diggle’a roztapiają się kawałki lodu wyrąbane ze zbiorników i wciągnięte na wyższy pokład.

Za ścianką z półek i szafek pana Diggle’a, gdzie niegdyś znajdowało się przednie nadburcie, widać izbę chorych, położoną w skrajniku dziobowym okrętu. Przez dwa lata na Terrorze nie było izby chorych. Marynarze, którzy musieli zobaczyć się z lekarzem okrętowym lub jego asystentem, mogli zrobić to codziennie o 7.30 rano w niewielkim kąciku przy piecu pana Diggle’a, oddzielonym od reszty pomieszczenia przepierzeniem ze skrzynek i beczułek. Jednak teraz, gdy ilość zapasów zmniejszyła się znacznie, a liczba chorych lub rannych ludzi zwiększyła, cieśle zbudowali na skrajniku trwalsze ściany tworzące izbę chorych z prawdziwego zdarzenia. Mimo to komandor widział przez skrzynki Pana Diggle’a przypominające tunel wejście, gdzie urządzili sypialnię dla lady Ciszy.

Dyskusja na ten temat trwała przez większość minionego czerwca – Franklin kategorycznie odmawiał przyjęcia Eskimoski na pokład. Crozier ją przyjął, musiał jednak odbywać absurdalne niemal dyskusje z porucznikiem Little’em, dotyczące miejsca do spania dla nieproszonego gościa. Wiedzieli, że nawet eskimoska wiedźma zamarznie na śmierć na górnym pokładzie lub na dwóch najniższych, do dyspozycji pozostawał im więc dolny pokład. Ze pewnością nie mogła spać z resztą załogi, choć w tym czasie, dzięki bestii z lodu, mieli już kilka wolnych hamaków.

W czasach gdy Crozier był jeszcze nastolatkiem i służył jako chłopiec okrętowy, a potem aspirant, kobiety przemycone na pokład umieszczane były w pozbawionym światła, śmierdzącym i dusznym pomieszczeniu na cumy, w najniższej i najdalej wysuniętej do przodu części okrętu, w zasięgu dziobówki, gdzie mieli do nich dostęp szczęśliwcy, którzy przemycili je na pokład. Jednak w schowku na cumy na HMS Terror nawet w środku czerwca temperatura spadała w tym roku poniżej zera.

Nie, ułożenie jej w jednym pomieszczeniu z załogą nie wchodziło w grę.

Kwatery oficerskie? Być może. Kilku oficerów zginęło, rozerwanych na strzępy przez monstrum, zostały więc puste kajuty. Jednak zarówno porucznik Little, jak i jego komandor szybko doszli do wniosku, że obecność kobiety oddzielonej od śpiących mężczyzn zaledwie kilkoma cienkimi ściankami i przesuwanymi drzwiami byłaby niepożądana.

Cóż mieli więc zrobić? Nie mogli przydzielić jej miejsca obok innych marynarzy i postawić przy niej uzbrojonego strażnika.

To Edward Little wpadł w końcu na pomysł, by przestawić skrzynki z zapasami i utworzyć w ten sposób niewielką kajutę dla Eskimoski w skrajniku, w sąsiedztwie izby chorych. Jedynym człowiekiem, który nie spał przez całą noc, był pan Diggle – który zajmował się niemal bezustannie pieczeniem sucharów i przygotowywaniem kolejnych posiłków dla załogi – a jeśli pana Diggle’a kiedykolwiek interesowały kobiety, to czasy te bez wątpienia należały już do odległej przeszłości. Poza tym, rozumowali porucznik Little i komandor Crozier, dzięki bliskości pieca ich gość nie musiałby obawiać się chłodu.

Rzeczywiście, w tej kwestii mieli całkowitą rację. Nadmierny upał przyprawiał lady Ciszę o chorobę, spała więc zupełnie naga na posłaniu z futer w swej małej jaskini o ścianach ze skrzyń i beczek. Komandor odkrył to przypadkiem, a obraz ten pozostał trwale w jego pamięci.

Crozier zdejmuje lampkę z haczyka, zapala ją, podnosi właz i schodzi na najniższy pokład, nim zacznie się roztapiać jak jeden z tych bloków lodu na piecu.

Twierdzenie, że na najniższym pokładzie jest zimno, byłoby swego rodzaju niedopowiedzeniem, którym Crozier posługiwał się nieświadomie, nim po raz pierwszy dotarł na obszary arktyczne. Zejście sześć stóp poniżej drugiego pokładu oznacza jednocześnie spadek temperatury co najmniej o sześćdziesiąt stopni. Panują tutaj nieprzeniknione ciemności.

Crozier swym zwyczajem przystaje na moment, by rozejrzeć się dokoła. Krąg światła rzucany przez jego lampkę jest niewielki, oświetla głównie kłęby pary wydobywające się z jego ust. Wszędzie dokoła rozciąga się labirynt skrzyń, beczek, beczułek, puszek, pudeł, toreb i okrytych brezentem hałd zapasów. Nawet bez lampy Crozier bez trudu odnalazłby drogę w tej gmatwaninie; zna każdy cal swojego statku. Czasami, szczególnie późną nocą, gdy słychać wyraźnie jęczenie lodu, Francis Rawdon Moira Crozier uświadamia sobie, że HMS Terror jest jego żoną, matką, narzeczoną i dziwką. Ta dama z dębiny i żelaza, pakuł i balastu, brezentu i mosiądzu będzie jego jedyną żoną. Jak mógł sądzić co innego, kiedy poznał Sophie?

Niekiedy znowu, jeszcze głębszą nocą, kiedy jęki lodu zamieniają się w krzyki, Crozierowi wydaje się, że okręt stał się jego ciałem i umysłem. Na zewnątrz – za pokładami i kadłubem – czai się śmierć. Wieczne zimno. Tutaj, choć zamknięte w okowach lodu, wciąż toczy się życie, wciąż słychać gwar rozmów i śmiech.

Jednak wędrówka w głąb statku, uświadamia sobie komandor, jest niczym zbyt daleka wyprawa w głąb czyjegoś ciała lub umysłu. Można tu napotkać niezbyt przyjemne rzeczy. Najniższy pokład jest brzuchem. Tutaj przechowuje się prowiant i wszelkie inne zapasy, ułożone w takiej kolejności, w jakiej prawdopodobnie będą potrzebne, łatwo dostępne dla tych, którzy schodzą tu poganiani wrzaskami i kopniakami pana Diggle’a. Niżej, na pokładzie ładowni, kryją się jelita i nerki, zbiorniki z wodą, większość zapasów węgla i reszta prowiantu. Bardziej jednak niepokoi Croziera przyrównanie statku do umysłu. Dręczony przez większość życia melancholią, pogłębioną jeszcze przez dwanaście zim spędzonych w obszarach arktycznych, a ostatnio również przez odrzucenie ze strony Sophii Cracroft, Crozier często porównuje częściowo oświetlony i ogrzany pokład do zdrowej części swego umysłu. Ostatnio jednak spędza coraz więcej czasu na najniższym pokładzie – analogii melancholii i smętnych rozmyślań – słuchając krzyków lodu, czekając, aż metalowe sworznie i mocowania belek trzasną z zimna. Położona jeszcze niżej ładownia, wypełniona ohydnym smrodem, za który odpowiada budząca strach Kajuta Zmarłych, to szaleństwo.

Crozier odsuwa od siebie takie myśli. Spogląda na alejkę biegnącą pomiędzy skrzyniami i beczkami ułożonymi na najniższym pokładzie. Światło lampy zatrzymuje się na grodziach magazynu sucharów, a alejki po obu jej stronach przypominają raczej tunele, węższe nawet od zejściówki w kwaterach oficerskich na wyższym pokładzie. By tędy Przejść, trzeba przeciskać się między magazynem sucharów i workami z węglem. Magazyn cieśli znajduje się z przodu, przy sterburcie, magazynek bosmana naprzeciwko, przy burcie lewej.

Crozier odwraca się w stronę rufy. Szczury bez pośpiechu uciekają przed światłem, chowając się między beczkami z solonym mięsem i skrzyniami z puszkami.

Nawet w nikłym świetle lampy widać, że kłódka na drzwiach magazynu rumu jest nienaruszona. Każdego dnia jeden z oficerów schodzi tu, by przynieść dokładnie odmierzoną ilość rumu potrzebną do sporządzenia codziennej porcji grogu dla wszystkich członków załogi – ćwierć pinta siedemdziesięcioprocentowego rumu na trzy ćwierci wody. Przechowuje się tu także wino i brandy oficerów oraz dwieście muszkietów, kordów i szpad. Zgodnie ze zwyczajem przyjętym od stuleci w Królewskiej Marynarce Wojennej włazy prowadzą bezpośrednio do mesy oficerskiej i Wielkiej Kajuty położonej nad magazynem rumu. Gdyby na statku wybuchł bunt, oficerowie pierwsi dotarliby do broni.

Dalej znajduje się magazyn artylerzystów, a w nim beczki z prochem i kule. Po obu stronach magazynu rumu są także różnego rodzaju magazynki i schowki, między innymi schowek na linę kotwiczną; magazyn żagli wypełniony płótnem żaglowym oraz magazynek ubrań, z którego pan Helpman, klark, wydaje im okrycia wierzchnie.

Za magazynem rumu i magazynem artylerzystów leży magazyn komandora, zawierający luksusowe dobra, takie jak szynki i sery, należące wyłącznie do Francisa Croziera i zakupione z jego prywatnych funduszy. Zgodnie ze zwyczajem dowódca statku od czasu do czasu podejmuje swych oficerów kolacją i choć wiktuały zamknięte w jego magazynku nie mogą równać się z luksusowymi artykułami upchniętymi w prywatnym schowku zmarłego komandora sir Johna Franklina na Erebusie, spiżarnia Croziera – teraz niemal całkiem pusta – służy mu już przez dwa lata i dwie zimy spędzone w lodzie. Poza tym, myśli Crozier z uśmiechem, ma tę zaletę, że zawiera całkiem przyzwoitą piwniczkę z winem, z której wciąż korzystają oficerowie; oraz wiele butelek whisky, z których korzysta on sam. Biedny komandor, oficerowie i cywile na pokładzie Erebusa musieli obchodzić się bez alkoholu przez dwa lata. Sir John Franklin był abstynentem i za jego życia musieli nimi być także wszyscy jego ludzie.

Od strony dziobu zbliża się rozkołysana lekko lampa. Komandor odwraca się i widzi niedźwiedziowatą postać przeciskającą się między workiem z węglem i grodzią magazynu sucharów.

– Witam, panie Wilson – mówi Crozier, rozpoznając pomocnika cieśli po obfitej tuszy oraz rękawicach z foczego futra i spodniach z jeleniej skóry, które przed wypłynięciem oferowano wszystkim członkom załogi zamiast flanelowych i wełnianych okryć wierzchnich. Prócz Wilsona jednak mało kto zdecydował się na skórzane ubranie. Podczas podróży pomocnik cieśli zszył także wilcze skóry, które zabrali z duńskięj stacji wielorybniczej w zatoce Disko, w obszerny – lecz ciepły, jak twierdził – kombinezon.

– Witam, panie komandorze. – Wilson, jeden z najgrubszych ludzi na pokładzie, ściska w jednej ręce lampę, pod drugą zaś trzyma kilka skrzynek z narzędziami.

– Panie Wilson, proszę pozdrowić ode mnie pana Honeya i poprosić, by dołączył do mnie na pokładzie ładowni.

– Tak jest, komandorze. W którym miejscu ładowni?

– Przy Kajucie Zmarłych, panie Wilson.

– Tak jest, komandorze. – Światło latarni odbija się w oczach Wilsona, kiedy pomocnik cieśli o sekundę za długo przygląda się z zaciekawieniem komandorowi.

– Proszę też poprosić, by pan Honey przyniósł ze sobą łom, panie Wilson.

– Tak jest, komandorze.

Crozier odsuwa się na bok i wciska pomiędzy dwie beczki, by przepuścić pomocnika. Wie, że być może niepotrzebnie niepokoi cieślę – bez żadnego konkretnego powodu zmusza go do włożenia wierzchniego okrycia tuż przed wygaszeniem świateł – ma jednak przeczucie i woli kłopotać go teraz niż później.

Kiedy Wilsonowi udaje się przecisnąć przez górny właz, komandor Crozier podnosi niższy właz i schodzi na pokład ładowni.

Ponieważ pokład ładowni w całości znajduje się poniżej poziomu lodu, jest tu niemal tak zimno jak na zewnątrz i ciemniej, nie ma tu bowiem zorzy, gwiazd ani księżyca, który choć trochę rozpraszałby mrok. Powietrze przesycone jest pyłem węglowym i dymem – Crozier przygląda się przez chwilę drobinom węgla, które krążą wokół jego lampy niczym szpony upiora – oraz smrodem ścieków. Z ciemności od strony rufy dobiegają jakieś zgrzyty, trzaski i szuranie, Crozier wie jednak, że to odgłosy przerzucania węgla do kotłowni. Tylko szczątkowe ciepło tego kotła sprawia, że trzy cale brudnej wody chlupoczącej u podstawy schodów nie zamieniają się w lód. Nieco dalej, gdzie dziób zanurzony jest głębiej w lodzie, woda ma już głębokość stopy, choć ludzie pracują przy pompach co najmniej sześć godzin dziennie. Terror, jak każde żywe stworzenie, wydziela wilgoć, wytwarzaną między innymi przez pracujący bez wytchnienia piec pana Diggle’a, i podczas gdy dolny pokład jest wiecznie wilgotny i oszroniony, a najniższy – zamarznięty, ładownia to paskudny loch, w którym sople zwisają z każdej belki, a pod nogami chlupocze lodowata woda. Temperaturę obniża także dwadzieścia jeden żelaznych zbiorników z wodą, ustawionych wzdłuż ścian kadłuba. Wypełnione na początku podróży trzydziestoma ośmioma tonami słodkiej wody zbiorniki są teraz zakutymi w zbroje górami lodowymi, a każdy, kto spróbuje dotknąć ich żelaznej powierzchni, straci fragment skóry.

Magnus Manson czeka przy schodach, zgodnie z tym, co mówił szeregowiec Wilkes, jednak olbrzymi marynarz nie siedzi, a stoi z pochyloną głową i ramionami, które nie mieszczą się w niskim przejściu. Jego blada, guzowata twarz i pokryte zarostem policzki przypominają Crozierowi obrany zgniły ziemniak wciśnięty pod uszankę. Marynarz unika wzroku komandora.

– O co chodzi, Manson? – Komandor nie używa ostrego tonu, którym zwracał się do swego porucznika. Przemawia opanowanym, pewnym siebie głosem, za którym kryje się groźba chłosty i powieszenia.

– O te duchy, komandorze. – Magnus Manson ma zaskakująco cienki, niemal dziecięcy głos. Kiedy Terror i Erebus zatrzymały się w zatoce Disko przy zachodnim wybrzeżu Grenlandii w czerwcu tysiąc osiemset czterdziestego piątego roku, komandor sir John Franklin uznał za stosowne zwolnić dwóch ludzi – szeregowca piechoty morskiej i żaglomistrza z Terroru Crozier zasugerował, by zwolniono z jego statku także marynarza Johna Browna i szeregowca Aitkena – poruszali się jak inwalidzi i nigdy nie powinni byli zostać dopuszczeni do udziału w takiej podróży – później jednak żałował, że wraz z tamtą czwórką nie odesłał do domu także Mansona. Czasami trudno było stwierdzić, czy człowiek ów jest upośledzony umysłowo, czy tylko beznadziejnie głupi.

– Manson, wiesz, że na Terrorze nie ma żadnych duchów.

– Tak jest, komandorze.

– Spójrz na mnie.

Manson podnosi głowę, lecz nadal unika wzroku Croziera. Jego oczy wydają się zdumiewająco małe na tle okrągłej bladej twarzy.

– Czy odmówiłeś wykonania rozkazu pana Thompsona i nie zaniosłeś węgla do kotłowni, marynarzu Manson?

– Nie, proszę pana. Tak, proszę pana.

– Wiesz, jakie są konsekwencje odmowy wykonania rozkazu na tym statku? – Crozier czuje się tak, jakby przemawiał do małego chłopca, choć Manson ma co najmniej trzydzieści lat. Twarz marynarza rozpromienia się nagle; wreszcie usłyszał pytanie, na które może bez trudu odpowiedzieć:

– Tak jest, komandorze. Chłosta. Dwadzieścia batów. Sto batów, jeśli odmówię drugi raz. Powieszenie, jeśli nie posłucham prawdziwego oficera, a nie pana Thompsona.

– Zgadza się. – Crozier kiwa głową. – A czy wiedziałeś, że komandor może także wymierzyć każdą karę, jaką uzna za stosowną w odniesieniu do przewinienia, którego się dopuściłeś?

Manson spogląda nań z zakłopotaniem. Nie zrozumiał pytania.

– Mówię, że mogę ukarać cię, jak tylko zechcę, Manson – mówi komandor.

Na twarzy marynarza maluje się wyraz ulgi.

– Tak, jasne, panie komandorze.

– Zamiast dwudziestu batów – kontynuuje Francis Crozier – mógłbym kazać cię zamknąć na dwadzieścia godzin w Kajucie Zmarłych bez żadnego światła.

Z białej twarzy Mansona odpływają resztki krwi, robi się tak blady, że Crozier odsuwa się lekko na bok w obawie, że marynarz lada moment zemdleje.

– Nie… nie zrobiłby pan… – Dziecięcy głos zaczyna się łamać, jakby Manson był bliski płaczu.

Crozier milczy przez dłuższą chwilę, w ciszy słychać tylko syk płomienia jego lampy. Pozwala, by marynarz dobrze przyjrzał się jego twarzy. Wreszcie mówi:

– Jak myślisz, co to za odgłosy, Manson? Ktoś opowiadał ci historie o duchach?

Manson otwiera usta, przez chwilę jednak milczy, jakby nie mógł zdecydować się, na które pytanie odpowiedzieć najpierw. Na jego dolnej wardze tworzy się warstwa lodu.

– Walker – mówi wreszcie.

– Boisz się Walkera?

James Walker, przyjaciel Mansona, jego rówieśnik i niemal taki sam idiota, zginął tydzień wcześniej, był ostatnią ofiarą lodowego monstrum. Przepisy wymagały, by załoga utrzymywała drożne otwory w lodzie w pobliżu okrętu, nawet jeśli lód miał dziesięć lub piętnaście stóp grubości, by w razie pożaru na pokładzie było czym ugasić ogień. Walker wraz z dwójką pomocników wypełniał właśnie takie zadanie, otwierając na nowo stary otwór, który zamarzłby w niecałą godzinę, gdyby nie wzmocniono go metalowymi kołkami. Biały potwór wypadł zza wału lodowego, w mgnieniu oka oderwał ramię marynarza i zmiażdżył mu żebra, a następnie zniknął w ciemnościach, nim uzbrojeni strażnicy na pokładzie zdążyli podnieść strzelby.

– Walker opowiadał ci historie o duchach? – pyta Crozier.

– Tak jest, komandorze. Nie, komandorze. Jimmy powiedział mi dzień przed tym, jak to coś go zabiło: „Magnus, gdyby kiedyś dopadło mnie to diabelskie nasienie z lodu – mówił – wrócę do ciebie i wyszepczę ci do ucha, jak zimno jest w piekle”. Bóg mi świadkiem, komandorze, właśnie to powiedział mi Jimmy. A teraz słyszę, jak próbuje się stamtąd wydostać.

Jakby na zawołanie kadłub skrzypi, zamarznięty pokład pod ich stopami jęczy głucho, później przyłączają się do nich żelazne klamry na belkach. W ciemności rozlega się głośny zgrzyt i drapanie obejmujące cały okręt. Lód jest niespokojny.

– Właśnie ten dźwięk cię niepokoi, Manson?

– Tak, komandorze. Nie, komandorze.

Kajuta Zmarłych znajduje się trzydzieści stóp dalej przy sterburcie, tuż Za ostatnim zbiornikiem z wodą, kiedy jednak ustaje hałas dochodzący z zewnątrz, Crozier słyszy jedynie zgrzyt i szuranie łopat w kotłowni.

Ma dość tych bzdur.

– Wiesz, że twój przyjaciel nie wróci, Magnus. Leży w magazynie, we własnym hamaku, wraz z innymi zmarłymi, zamarznięty na kość i owinięty szczelnie trzema warstwami naszego najgrubszego płótna żaglowego. Jeśli słyszysz jakieś dźwięki dobiegające z tamtej kajuty, to możesz być pewny, że to tylko szczury, które próbują się do nich dostać. Dobrze o tym wiesz, Magnusie Mansonie.

– Tak jest, komandorze.

– Nie będę tolerował nieposłuszeństwa na tym okręcie, marynarzu Manson. Musisz podjąć teraz decyzję. Przynoś węgiel, kiedy pan Thompson ci każe. Schodź po zapasy na najniższy pokład, kiedy pan Diggle cię tam wyśle. Wykonuj wszystkie rozkazy szybko i bez słowa sprzeciwu. Inaczej staniesz przed sądem… przede mną… a potem spędzisz zimną, ciemną noc w Kajucie Zmarłych.

Manson bez słowa salutuje, podnosi wielki worek z węglem i ciągnie go w stronę rufy, w ciemność.

***

Mechanik, ubrany tylko w sztruksowe spodnie i podkoszulek z długim rękawem, pracuje łopatą obok czterdziestosiedmioletniego palacza, Billa Johnsona. Drugi palacz, Lukę Smith, jest na dolnym pokładzie, gdzie odpoczywa przed swoim dyżurem. Główny palacz Terroru, młody John Torrington, umarł pierwszego stycznia 1846 roku, jako pierwsza ofiara ekspedycji. Była to jednak śmierć z przyczyn naturalnych. Wyglądało na to, że lekarz Torringtona namówił dziewiętnastolatka, by wybrał się na morską wyprawę i w ten sposób wyleczył nękającą go gruźlicę. Młodzieniec umarł po dwóch miesiącach spędzonych w łóżku, kiedy to ich okręty stały uwięzione w lodzie przy wyspie Beechey, tamtej pierwszej zimy. Doktor Peddie i McDonald powiedzieli Crozierowi, że płuca chłopaka były wypełnione pyłem węglowym tak szczelnie jak kieszenie kominiarza.

– Dziękuję, komandorze – mówi młody mechanik, przerzucając węgiel. Marynarz Manson zrzucił właśnie na ziemię drugi worek z węglem i ruszył po trzeci.

– Proszę bardzo, panie Thompson. – Crozier zerka na palacza Johnsona. Bill Johnson jest od niego cztery lata młodszy, ale wygląda na trzydzieści lat starszego. Każda zmarszczka na jego twarzy wypełniona jest warstwą czarnego pyłu. Nawet jego bezzębne dziąsła są szare. Crozier nie chce udzielać reprymendy swemu mechanikowi w obecności palacza, mówi jednak:

– Mam nadzieję, że nie będziemy już więcej wykorzystywać żołnierzy jako posłańców, gdyby podobna sytuacja zaistniała w przyszłości, w co bardzo wątpię.

Thompson kiwa głową, łopatą zamyka żelazne drzwi kotła, opiera się o stylisko i prosi Johnsoria, by poszedł na górę i przyniósł mu trochę kawy od pana Diggle’a. Crozier jest zadowolony z odejścia palacza, ale jeszcze bardziej cieszy go fakt, że drzwi kotła są zamknięte; gwałtowne przejście z mrozu w upał przyprawia go o mdłości.

Spoglądając na swego mechanika, komandor zastanawia się nad dziwnymi kolejami jego losu. Bosman James Thompson, mechanik pierwszej klasy, absolwent prestiżowej Akademii Marynarki Wojennej w Woolwich – najlepszej na świecie uczelni dla mechaników specjalizujących się w napędzie parowym – stoi tu rozebrany do brudnego podkoszulka i macha łopatą jak zwykły palacz, na pokładzie skutego lodem okrętu, który od ponad roku nie ruszył z miejsca.

– Panie Thompson – mówi Crozier – żałuję, że nie miałem okazji porozmawiać z panem, odkąd wrócił pan z Erebusa. Udało się panu spotkać z panem Gregorym?

John Gregory to pierwszy mechanik na okręcie flagowym.

– Owszem, komandorze. Pan Gregory przekonał mnie, że gdy nadejdzie prawdziwa zima, nigdy nie uda im się dostać do zniszczonego wału. Nawet gdyby zdołali wykopać tunel i wymienić ostatnią śrubę na tę, którą naprawili, z takim krzywym wałem Erebusi tak nigdzie nie popłynie.

Crozier kiwa głową. Erebus wykrzywił drugi wał, kiedy przed ponad rokiem statek rzucał się desperacko po lodzie. Okręt flagowy – cięższy i dysponujący mocniejszym silnikiem – prowadził ich tamtego lata przez lód, otwierając drogę obu okrętom. Jednak lód, na który się natknęli, nim zamarzli na ostatnie trzynaście miesięcy, był twardszy niż żelazo w eksperymentalnej śrubie i wale. Nurkowie, którzy zeszli wtedy pod wodę – wszyscy doświadczyli poważnych odmrożeń i ledwie uszli z życiem – potwierdzili, że śruba rozpadła się na kawałki, a wał wygiął się i pękł.

– Co z węglem? – pyta dalej komandor.

– Na Erebusie wystarczy go na… być może… cztery miesiące ogrzewania w lodzie, zakładając, że gorąca woda będzie krążyć na dolnym pokładzie tylko przez godzinę dziennie, komandorze. Nie zostanie ani funt na uruchomienie silnika przyszłego lata.

Jeśli uda nam się stąd wtedy wyrwać, myśli Crozier. Po doświadczeniach zeszłego lata, kiedy lody nie puściły ani na dzień, jest pesymistą.

Franklin zużywał zapasy węgla na Erebusie w zastraszającym tempie, szczególnie podczas tych ostatnich tygodni wolności latem 1846 roku, kiedy był przekonany, że jeśli uda mu się przebić przez ostatnich kilka lodu, ekspedycja dotrze w końcu do otwartych wód Przejścia Północno-Zachodniego przy północnym wybrzeżu Kanady, i że jesienią będą już popijać herbatę w Chinach.

– A. co z naszymi zapasami? – pyta Crozier.

– Może wystarczy nam na sześć miesięcy ogrzewania – odpowiada Thompson. – Ale tylko jeśli zmniejszymy czas cyrkulacji z dwóch godzin do jednej. Radzę, żebyśmy zrobili to jak najszybciej, nie później niż pierwszego listopada.

Czyli za niecałe dwa tygodnie.

– A napęd?

Jeśli lód w ogóle ustąpi następnego lata, Crozier zamierza przenieść wszystkich pozostałych przy życiu ludzi z Erebusa na pokład Terroru i wrócić do domu tą samą drogą, którą tu przypłynęli – wpłynąć ponownie w nienazwaną cieśninę między półwyspem Boothia i Wyspą Księcia Walii, którą pokonali tak szybko dwa lata temu, potem minąć Walker Point i Cieśninę Barrowa, wystrzelić z Cieśniny Lancastera jak korek z butelki, popędzić pod pełnymi żaglami na południe, do Zatoki Baffina, najszybciej, jak to możliwe, paląc resztki zapasów węgla, zapasowe drzewca, a w razie potrzeby i meble, byle tylko dostać się na otwarte wody Grenlandii, gdzie mogliby ich znaleźć wielorybnicy.

Jednak nawet jeśli zdarzy się cud i uda im się wyrwać z tych lodów, będą potrzebowali napędu parowego, by przebić się na północ przez płynący na południe lód, do Cieśniny Lancastera. Crozier i James Ross wypłynęli kiedyś Erebusem i Terrorem z lodów bieguna południowego, ale płynęli wtedy wraz z prądami i górami lodowymi. Tutaj, w przeklętej Arktyce, okręty muszą przez kilka tygodni płynąć pod prąd, by dotrzeć do cieśnin, które otwierają im drogę ucieczki na otwarte morze.

Thompson wzrusza ramionami. Wygląda na wyczerpanego.

– Jeśli wyłączymy ogrzewanie na Nowy Rok i zdołamy jakoś przetrwać do następnego lata, zostanie nam węgla na jakieś… sześć dni żeglugi bez lodu? Pięć?

Crozier znów tylko kiwa głową. Z pewnością jest to wyrok śmierci dla jego statku, niekoniecznie jednak dla ludzi na obu statkach. Z ciemnego korytarza dobiega jakiś dźwięk.

– Dziękuję, panie Thompson. – Komandor zdejmuje lampkę z haczyka, opuszcza ciepły blask kotłowni i wchodzi w mrok wypełniony chlupotem zimnej wody.

Thomas Honey czeka na korytarzu, oświetlony migotliwym blaskiem lampki. Jego dłonie, okryte grubymi rękawicami, zaciskają się na łomie, który trzyma przed sobą niczym muszkiet. Nie otworzył jeszcze drzwi Kajuty Zmarłych.

– Dziękuję, że zechciał pan się pofatygować, panie Honey – mówi Crozier do swego cieśli.

Bez słowa wyjaśnienia komandor odsuwa rygle na drzwiach Kajuty Zmarłych i wchodzi do zimnego wnętrza.

Nie mogąc oprzeć się pokusie, podnosi lampkę i oświetla sześć owiniętych płótnem żaglowym ciał, ułożonych na grodzi.

Wydaje się że sterta zwłok bez ustanku drży i wije się w miejscu. Crozier spodziewał się tego – spodziewał się, że zobaczy ruch szczurów od płótnem – uzmysławia sobie jednak, że patrzy na zbitą masę szczurów okrywających żeglarski całun z zewnątrz. Ma przed sobą sześcian szczurzych ciał, wznoszący się ponad cztery stopy nad pokład. Setki, może tysiące gryzoni, kotłują się w miejscu, walcząc o dostęp do ciał. Szczury biegają także po podłodze, między nogami Croziera i cieśli. Biegną na bankiet, myśli Crozier. I wcale nie boją się światła lampy.

Crozier odwraca się do ściany kadłuba, podchodzi w górę niewielkiej pochyłości powstałej w wyniku przechylenia statku na lewą burtę i idzie powoli wzdłuż drewnianej krzywizny poszycia.

Jest.

Podnosi wyżej lampę.

– A niech mnie diabli porwą do piekła i powieszą jak poganina – mówi głośno Honey. – Pan wybaczy, komandorze, ale nie sądziłem, że lód może to zrobić tak szybko.

Crozier nie odpowiada. Kuca, by przyjrzeć się lepiej wygiętemu poszyciu.

Deski kadłuba zostały wgięte do środka, wybrzuszają się o ponad stopę w stosunku do właściwej krzywizny. Wewnętrzne warstwy desek są popękane, co najmniej dwie z nich wiszą luźno.

– Jezu Chryste, wszechmocny Boże – mówi cieśla, który przykucnął obok komandora. – Ten lód to prawdziwy skurwiel… Pan wybaczy, panie komandorze.

– Panie Honey – odzywa się w końcu Crozier, obserwując mimowolnie, jak kryształki jego oddechu osiadają na deskach. – Czy cokolwiek innego niż lód mogłoby dokonać takich zniszczeń?

Cieśla wybucha śmiechem, milknie jednak szybko, uświadamiając sobie, że komandor wcale nie żartuje. Otwiera szeroko oczy, potem je mruży.

– Pan wybaczy, komandorze, ale jeśli ma pan na myśli… To niemożliwe.

Crozier milczy.

– Komandorze, ten kadłub to trzy cale najlepszej angielskiej dębiny, specjalnie na tę podróż, to jest, ze względu na lód, dołożono dwie warstwy afrykańskiego dębu, każdy grubości półtora cala. A te afrykańskie nałożone są na niższe warstwy ukośnie, więc są jeszcze silniejsze, niż gdyby położono je normalnie, jedna na drugą.

Crozier przygląda się zniszczonym deskom, starając się przy tym nie zwracać uwagi na rzekę szczurów opływającą ich stopy i na odgłosy erowania dobiegające z ciemności.

– Co więcej, panie komandorze – kontynuuje Honey chrapliwym głosem – na te trzy cale angielskiego dębu i trzy cale afrykańskiego dębu położyli jeszcze dwie warstwy kanadyjskiego wiązu, każdy grubości dwóch cali. To następne cztery cale kadłuba, panie komandorze, w dodatku nałożone ukośnie na afrykański dąb. W sumie mamy tu pięć warstw poszycia… dziesięć cali najtwardszego drewna na ziemi.

Cieśla milknie, uświadamiając sobie, że opowiada komandorowi o szczegółach prac, których Crozier osobiście doglądał przez kilka miesięcy przed rozpoczęciem wyprawy.

Komandor wstaje i przykłada dłoń do naruszonej warstwy desek. Kryje się pod nimi co najmniej cal wolnej przestrzeni.

– Proszę odłożyć lampę, panie Honey, i podważyć łomem te deski. Chcę zobaczyć, co lód zrobił z zewnętrzną warstwą poszycia.

Cieśla wykonuje jego polecenie. Przez kilka minut skrzypienie odrywanych desek i postękiwania cieśli niemal zagłuszają odgłosy szczurzej uczty. Wybrzuszony kanadyjski wiąz odrywa się od ściany i opada na podłogę. Łom radzi sobie także z pękniętym afrykańskim dębem. Zostaje tylko zewnętrzna, oryginalna warstwa dębiny. Crozier podchodzi bliżej i trzyma lampę tak, by obaj mężczyźni mogli dokładnie obejrzeć uszkodzenia.

Blask płomienia odbija się w lodowych odłamkach wyzierających spod uszkodzonych desek, pośrodku jednak widać coś znacznie bardziej niepokojącego – ciemność. Czerń. Dziurę w lodzie. Tunel.

Honey odgina kawałek spękanej deski na bok, by Crozier mógł przysunąć bliżej lampę.

– Jezu Chryste i wszyscy święci… Niech mnie jasny szlag trafi… – szepcze cieśla. Tym razem nie prosi kapitana o wybaczenie.

Crozier ma ochotę oblizać spierzchnięte usta, wie jednak, że w temperaturze minus pięćdziesięciu stopni Fahrenheita byłoby to bardzo bolesne. Serce wali mu jednak tak mocno, że ma ochotę oprzeć się dłonią o kadłub, podobnie jak zrobił to właśnie cieśla.

Lodowate powietrze z tunelu wpada do statku tak szybko, że omal nie gasi lampki. Crozier musi przysłonić ją dłonią. Migotliwy płomyk rzuca na ściany ładowni roztańczone cienie obu mężczyzn.

Dwie długie deski zewnętrznego poszycia zostały wyłamane i wepchnięte do wnętrza okrętu przez jakąś niewyobrażalną, ogromną siłę. W drżącym świetle lampy widać wyraźnie ślady ogromnych pazurów wyryte w drewnie – ślady pazurów wypełnione smugami nieprawdopodobnie czerwonej krwi.

4

GOODSIR

75°12’ szerokości geograficznej północnej, 61°6’ długości geograficznej zachodniej. Zatoka Baffina, lipiec 1845.

Z prywatnego dziennika doktora Harry’ego D.S. Goodsira:

11 kwietnia 1845

W liście do mojego brata napisałem dzisiaj: „Wszyscy oficerowie mają ogromną nadzieję, że uda im się przepłynąć i że pod koniec przyszłego lata będą już na Pacyfiku”.

Wiem, że ktoś mógłby to uznać za egoizm, ale osobiście żywię nadzieję, iż minie trochę więcej czasu, nim nasza wyprawa dotrze do Alaski, Rosji, Chin i ciepłych wód Pacyfiku. Choć komandor sir John Franklin powierzył mi stanowisko asystenta lekarza pokładowego, w gruncie rzeczy nie jestem zwykłym lekarzem, lecz doktorem nauk medycznych, i muszę wyznać, że podczas tej podróży pragnąłbym zostać chociaż początkującym przyrodnikiem. Wprawdzie nie mam żadnych osobistych doświadczeń z arktyczną florą i fauną, zamierzam zapoznać się z tymi formami życia w lodowej krainie, ku której wyruszymy już za miesiąc. Szczególnie interesują mnie białe niedźwiedzie, choć większość opowieści o tym zwierzęciu, które słyszy się z ust wielorybników i starych arktycznych wyg, zbyt przypomina bajki, by mogła być prawdziwa.

Jestem świadom, że niniejszy dziennik trudno nazwać formalnym – w Oficjalnym Dzienniku Pokładowym, który zacznę prowadzić za miesiąc, gdy wypłyniemy z portu, będę zapisywał wszystkie istotne wydarzenia i obserwacje, których dokonam na pokładzie HMS Erebus jako pomocnik lekarza okrętowego i jako członek ekspedycji sir Johna Franklina w poszukiwaniu Przejścia Północno-Zachodniego – uważam jednak, że trzeba czegoś więcej, jakiejś bardziej osobistej relacji, i nawet gdyby po moim powrocie nikt nie miał tego przeczytać, moim obowiązkiem – względem siebie samego i innych – jest prowadzić te zapiski.

W tej chwili wiem jedynie, że moja wyprawa z komandorem sir Johnem Franklinem będzie dla mnie życiowym doświadczeniem.

Niedziela, 18 maja 1845

Wszyscy uczestnicy wyprawy są już na pokładzie i choć trwają jeszcze ostatnie przygotowania do jutrzejszego wypłynięcia – związane w głównej mierze z załadunkiem ponad ośmiu tysięcy puszek zjedzeniem, które przy były do portu w ostatniej chwili, o czym poinformował mnie uprzejmie komandor porucznik Fitzjames – sir John odprawił dziś nabożeństwo dla wszystkich obecnych na pokładzie Erebusa i dla tych członków załogi Terroru, którzy zechcieli się do nas przyłączyć. Zauważyłem, że nie było wśród nich komandora Terroru, Irlandczyka o nazwisku Crozier.

Każdy, kto uczestniczył w długim nabożeństwie i wysłuchał bardzo długiego kazania sir Johna, był z pewnością głęboko poruszony. Zastanawiam się, czy jakikolwiek statek, należący do floty jakiegokolwiek państwa, miał kiedykolwiek za komandora tak religijnego człowieka. Nikt chyba nie wątpi, że podczas czekającej nas podróży będziemy spoczywać bezpiecznie w rękach Boga.

19 maja 1845 Cóż to był za dzień!

Jako że nigdy dotąd nie pływałem po morzu, a tym bardziej nie byłem członkiem tak głośnej ekspedycji, nie miałem pojęcia, czego się spodziewać, nic jednak nie mogłoby mnie przygotować na chwałę tego dnia.

Komandor porucznik Fitzjames szacuje, że w dokach Greenhithe zgromadziło się ponad dziesięć tysięcy widzów i ważnych osobistości, które przyszły nas pożegnać.

Kolejne osobistości wygłaszały przemówienie za przemówieniem, aż zacząłem się obawiać, czy zdołamy wypłynąć z portu, nim słońce opuści letnie niebo. Zagrały orkiestry. Lady Jane – która przebywała do tej pory na pokładzie z sir Johnem – zeszła po trapie przy akompaniamencie głośnych „Hurra!” wydobywających się z gardeł ponad sześćdziesięciu członków załogi Erebusa. Znów zagrały orkiestry. Potem, gdy zaczęto oddawać cumy, podniosły się brawa i krzyki i przez kilka minut w porcie panował taki hałas, że nawet gdyby sir John wykrzyczał mi do ucha jakiś rozkaz, i tak bym go nie usłyszał.

Zeszłego wieczora porucznik Gore i główny lekarz okrętowy Stanley byli na tyle uprzejmi, by poinformować mnie, że zgodnie z marynarskim zwyczajem oficerowie nie okazują na pokładzie statku żadnych emocji, więc choć jestem oficerem tylko teoretycznie, stałem w szeregu oficerów odzianych w piękne, błękitne mundury i starałem się powstrzymać od wszelkich przejawów radości, choć nie było to łatwe.

Prawdę mówiąc, tylko my zachowaliśmy się w ten sposób. Marynarze krzyczeli, machali chusteczkami i wspinali się na liny. Widziałem też, że w odpowiedzi macha im chusteczkami wiele rumianych dziewcząt stojących na nabrzeżu. Nawet komandor sir John Franklin machał czerwono-zieloną chusteczką do lady Jane, swojej córki Eleanor i swojej siostrzenicy Sophii Cracroft, które także machały do niego, dopóki nasz drugi statek, Terror, nie zasłonił nabrzeża.

Teraz ciągną nas parowe holowniki. Podczas tego etapu podróży towarzyszy nam HMSRattler, potężna fregata parowa, a także wynajęty transportowiec, wiozący nasze zapasy, Baretto Junior.

Tuż przed tym, jak Erebus odsunął się od nabrzeża, na głównym maszcie przysiadła gołębica. Córka sir Johna z pierwszego małżeństwa, Eleanor – doskonale widoczna z pokładu statku dzięki jasnozielonej sukni i szmaragdowej parasolce – próbowała o tym powiedzieć sir Johnowi, jednak krzyki i muzyka zagłuszały jej głos. Potem wskazała na maszt, a sir John i wielu innych oficerów spojrzeli w górę, uśmiechnęli się i pokazali gołębicę innym ludziom obecnym na pokładzie.

W połączeniu ze słowami, które padły wczoraj podczas nabożeństwa, jest to, jak mniemam, najlepszy z możliwych znaków.

4 lipca 1845

Mamy za sobą straszliwą przeprawę przez północny Atlantyk do Grenlandii.

Przez trzydzieści sztormowych dni wzburzone morze miotało naszym statkiem na wszystkie strony, kołysało nim i ciągnęło raz w górę, raz w dół. Kiedy okręt zjeżdżał z fali, szczelnie zamknięte iluminatory na obu burtach wystawały zaledwie cztery stopy nad wodę. Czasami prawie w ogóle nie posuwaliśmy się do przodu. Cierpiałem na chorobę morską przez dwadzieścia osiem spośród ostatnich trzydziestu dni. Porucznik Le Vesconte mówi mi, że ani razu nie udało nam się rozwinąć prędkości większej niż pięć węzłów, co – jak sam twierdzi – nazwać należy ślimaczym tempem dla zwykłego żaglowca, nie mówiąc już o takim cudzie techniki jak Erebus, wyposażonym, podobnie jak nasz drugi statek, Terror, w potężny silnik parowy.

Trzy dni temu okrążyliśmy przylądek Farewell na południowym krańcu Grenlandii i muszę wyznać, że widok tego olbrzymiego kontynentu, jego skalnych urwisk i bezkresnych lodowców schodzących prosto do morza ciąży mi na duchu niemal tak samo, jak nieustanne kołysanie ciążyło mi na żołądku.

Dobry Boże, jakież to jałowe, zimne miejsce! A mamy przecież Upiec.

Nasze morale jest jednak wysokie; wszyscy wierzą w umiejętności i doświadczenie sir Johna. Wczoraj porucznik Fairholme, najmłodszy z naszych oficerów, powiedział mi w zaufaniu: „Nigdy jeszcze nie pływałem z komandorem, który wydawałby mi się tak życzliwy i koleżeński”.

Dziś zawinęliśmy do duńskiej stacji wielorybniczej w zatoce Disko. Marynarze przenoszą właśnie tony zapasów z Baretto Junior, zarżnięto też dziesięć wołów wiezionych na pokładzie tego statku. Wieczorem wszyscy uczestnicy ekspedycji z obu statków będą mogli się raczyć świeżym mięsem.

Dziś zwolniono z ekspedycji czterech ludzi – za radą naszych czterech lekarzy – którzy wrócą do Anglii na pokładzie statku transportowego i holownika. Jest wśród nich jeden człowiek z Erebusa – niejaki Thomas Burt, okrętowy rusznikarz – oraz trzech z Terroru – szeregowiec Aitken, marynarz John Brown i główny żaglomistrz Terroru, James Elliott. Oznacza to, że w sumie na obu statkach płynie 129 ludzi.

Dziś po południu nad wszystkim unosił się zapach suszonych ryb od Duńczyków i chmury pyłu węglowego – z Baretto Junior przeniesiono setki worków z węglem – a marynarze na pokładzie Erebusa szorują do czysta pokład za pomocą kamieni nazywanych przez nich cegiełkami, zachęcani do czynu okrzykami oficerów. Pomimo dodatkowej pracy wszyscy są w doskonałych humorach, uradowani perspektywą wieczornej uczty i dodatkowych porcji grogu.

Prócz czterech ludzi zwolnionych z ekspedycji Baretto Junior zawiezie do domu oficjalne sprawozdania z czerwca, depesze i listy członków załogi. Przez kilka następnych dni wszyscy będą zajęci pisaniem.

Następne listy, które dotrą do naszych bliskich, zostaną wysłane z Rosji lub Chin!

12 lipca 1845

Znów opuszczamy port, tym razem prawdopodobnie po raz ostatni przed osiągnięciem Przejścia Północno-Zachodniego. Rankiem oddaliśmy cumy i opuściliśmy Grenlandię, wyruszając na zachód, podczas gdy załoga Baretto Junior pożegnała nas trzema gromkimi „Hurra!” i pomachała nam czapkami. Byli to zapewne ostatni biali ludzie, jakich mieliśmy okazję zobaczyć przez przybyciem na Alaskę.

26 lipca 1845

Dwa statki wielorybnicze – Prince of Wales z Enterprise – zarzuciły kotwice w pobliżu miejsca, gdzie nasze okręty przycumowały do dryfującej góry lodowej. Dzięki temu mogłem przez kilka godzin rozmawiać z komandorami i marynarzami o białych niedźwiedziach.

Dziś rano miałem też okazję – jeśli nie przyjemność – wspiąć się na tę olbrzymią górę lodową. Wczoraj wdrapali się na nią żeglarze, którzy siekierami wyrąbali w litym lodzie schody i przymocowali liny dla mniej zręcznych wspinaczy. Sir John kazał urządzić obserwatorium na szczycie tego giganta, który co najmniej dwukrotnie przewyższa wysokością nasz najwyższy maszt, i podczas gdy porucznik Gore i kilku oficerów z Terroru dokonują tam pomiarów atmosferycznych i astronomicznych – marynarze postawili namiot dla tych, którzy spędzają noc na szczycie – lodomistrzowie naszej ekspedycji, pan Reid z Erebusa i pan Blanky z Terroru, niemal przez cały dzień obserwują przez lunety morze na północy i zachodzie, szukając, jak mnie poinformowano, najdogodniejszej drogi przez warstwę lodu, która już się tam uformowała. Edward Couch, nasz wiarygodny i elokwentny drugi oficer, objaśnił mi, że o tej porze roku jest już trochę późno na szukanie jakiegokolwiek przejścia przez lód, nie mówiąc już o osławionym Przejściu Północno-Zachodnim.

Widok Erebusa z Terroru zacumowanych do góry lodowej poniżej nas, gąszczu sznurów – które teraz, jako doświadczony już marynarz, powinienem zawsze nazywać „linami” – mocujących oba okręty do góry, najwyższych bocianich gniazd obu statków położonych poniżej mego punktu obserwacyjnego – wszystko to przyprawiło mnie o szybsze bicie serca i zawroty głowy.

To było naprawdę niezwykłe doświadczenie – stanąć kilkaset stóp nad poziomem morza. Szczyt góry lodowej miał powierzchnię równą niema powierzchni boiska do krykieta, a namiot, w którym mieściło się nasze obserwatorium meteorologiczne, wyglądał naprawdę osobliwie na tle niebieskiego lodu – jednak moje nadzieje na kilka chwil cichego zamyślenia legły w gruzach, zniszczone nieustannym hukiem wystrzałów. Ludzie stojący na szczycie góry lodowej zabijali ptaki – rybitwy popielate, jak mnie poinformowano. Sterty zastrzelonego ptactwa mają być teraz osobne i zamknięte w magazynach, choć niebiosa tylko wiedzą, gdzie zmieszczą się te dodatkowe zapasy, ponieważ oba nasze okręty wypełnione są po brzegi prowiantem.

Doktor McDonald, pomocnik lekarza okrętowego na HMS Terror – a więc mój odpowiednik na tamtym statku – uważa, że solona żywność nie jest tak pożywna i nie zapobiega szkorbutowi w takim stopniu, jak świeże i nieosolone wiktuały, a ponieważ marynarze służący na pokładzie obu okrętów wolą soloną wieprzowinę od innych potraw, doktor McDonald niepokoi się, iż solone ptaki nie pomogą nam w walce ze szkorbutem. Jednakże Stephen Stanley, nasz lekarz okrętowy z Erebusa, twierdzi, że nie ma powodów do obaw. Przypomina, że oprócz 10 000 tysięcy skrzynek konserwowego mięsa, które wieziemy na Erebusie, nasze zapasy obejmują także gotowaną i pieczoną baraninę, cielęcinę, różnego rodzaju warzywa, między innymi ziemniaki, marchew, pasternak i mieszanki warzywne, szeroki wybór zup oraz 9450 funtów czekolady. Wieziemy również niemal tyle samo – 9300 – funtów soku cytrynowego, będącego naszym najważniejszym środkiem zapobiegającym szkorbutowi. Stanley informuje mnie jednak, że choć sok ten został osłodzony sowitą porcją cukru, zwykli marynarze go nie cierpią, a jednym z naszych głównych zadań jako lekarzy podczas tej wyprawy jest dopilnować, by wszyscy wypijali regularnie swoje porcje.

Zainteresował mnie fakt, że oficerowie i marynarze z obu okrętów polują, niemal wyłącznie korzystając ze śrutówek. Porucznik Gore zapewnia mnie, że oba okręty zaopatrzone są w pełny arsenał muszkietów. Oczywiście użycie śrutówek ma sens tylko podczas polowania na ptaki takie jak te, które zabijano setkami dzisiaj, ale nawet w zatoce Disko, kiedy małe grupki myśliwych wyruszały na polowanie na karibu i lisy polarne, wszyscy – nawet marynarze bez wątpienia umiejący posługiwać się muszkietem – zabierali ze sobą właśnie srutówki. Oczywiście musi to być raczej kwestia nawyku niż preferencji – oficerowie to w większości angielscy dżentelmeni, którzy podczas polowania nigdy nie używają muszkietów ani zwykłych strzelb. Nawet marynarze korzystają niemal wyłącznie ze śrutówek, oczywiście z wyjątkiem walki wręcz podczas bitew morskich, kiedy to używają jednostrzałowej broni.

Czy śrutówka wystarczy do zabicia Wielkiego Białego Niedźwiedzia? Nie odzieliśmy jeszcze ani jednego z tych niezwykłych stworzeń, choć wszyscy oświadczeni oficerowie i marynarze zapewniają mnie, że spotkamy je, gdy tylko wpłyniemy w obszar dryfującego lodu, a już z pewnością wtedy, gdy spędzimy tu zimę – jeśli będziemy do tego zmuszeni. Naprawdę, historie, które wielorybnicy opowiadają mi o nieuchwytnych białych niedźwiedziach, są cudowne i przerażające zarazem.

W chwili gdy kreślę te słowa, dociera do mnie informacja, że jakiś prąd lub wiatr, a być może jeszcze inne przyczyny, odsunęły oba okręty wielorybnicze Prince of Wales i Enterprise od lodowej góry, do której cumują nasze statki Komandor sir John nie zje więc kolacji z kapitanem jednego z tych statków – kapitanem Martinem z Enterprise, jeśli się nie mylę – jak planowano to wcześniej.

Co bardziej istotne, pierwszy oficer Robert Sergeant poinformował mnie także, że nasi ludzie znoszą ze szczytu góry przyrządy astronomiczne i meteorologiczne, zwijają namiot i ściągają setki jardów sznura – liny – który umożliwił mi dzisiaj wejście na ten niezwykły twór natury.

Najwyraźniej więc lodomistrzowie, komandor sir John, komandor porucznik Fitzjames, komandor Crozier i inni oficerowie ustalili, którędy prowadzi najbardziej obiecująca trasa przez dryfujący lód.

Za kilka minut odpłyniemy od naszego małego lodowego domu i ruszamy na północny zachód. Będziemy płynąć tak długo, jak tylko pozwoli nam na to niekończący się arktyczny dzień.

Od tej pory będziemy nawet poza zasięgiem odważnych i doświadczonych wielorybników. W odniesieniu do świata leżącego za naszą nieustraszoną wyprawą można użyć słów Hamleta: „Reszta jest milczeniem”.

5

CROZIER

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. 9 listopada 1847.

Crozier śni o pikniku nad Stawem Dziobaka i o Sophii pieszczącej go pod wodą, gdy nagle ze snu wyrywa go huk wystrzału.

Siada na swojej koi, nie wiedząc, która jest godzina, nie wiedząc, czy jest noc, czy dzień, chociaż nie ma już różnicy między dniem a nocą, odkąd tego ranka słońce zniknęło całkowicie. Ponownie się pokaże dopiero w lutym. Jednak nim jeszcze zapali małą lampkę, by spojrzeć na zegarek, wie, że jest późno. Na okręcie panuje cisza przerywana jedynie skrzypieniem dręczonego drewna i metalu, chrapaniem, mamrotaniem i pierdzeniem śpiących marynarzy oraz przekleństwami pana Diggle’a, przerywana nieustającym pojękiwaniem, trzaskaniem i zgrzytaniem lodu, wreszcie – upiornym wyciem wiatru.

Jednak to nie dźwięk wydawany przez lód lub wiatr obudził Croziera. To był wystrzał; przytłumiony przez grube warstwy drewna, śniegu i lodu, ale bez wątpienia wystrzał.

Crozier spał w ubraniu, teraz więc doprowadza je tylko do porządku gotów jest do wyjścia, kiedy Thomas Jopson, jego steward, puka delikatnie do drzwi. Komandor odsuwa drzwi.

– Kłopoty na pokładzie, panie komandorze. Crozier kiwa głową.

– Kto ma wachtę? – Zegarek pokazuje trzecią nad ranem. Odtwarza w głowie harmonogram wacht i przypomina sobie właściwe nazwiska tuż przed tym, jak Jopson wypowiada je głośno.

– Billy Strong i szeregowy Heather, panie komandorze.

Crozier ponownie kiwa głową, bierze pistolet z szafki, sprawdza ładunek i chowa broń za pas. Przeciska się obok stewarda, przechodzi przez maleńką mesę oficerską, która sąsiaduje z jego kajutą po prawej stronie, potem odsuwa kolejne drzwi i jest już w głównym korytarzu. O tej porze na pokładzie jest ciemno, w mroku widać jednak blask otaczający piec pana Diggle’a, palą się także lampki w kilku kajutach oficerów, matów i stewardów. Crozier przystaje u podnóża schodów, ściąga z haczyka swoje wierzchnie okrycie i wkłada je.

Odsuwają się drzwi. Pierwszy oficer Hornby przystaje obok Croziera. Porucznik Little spieszy ku nim, niosąc ze sobą trzy muszkiety i szablę. Tuż za nim idą porucznicy Hodgson i Irving, którzy także niosą broń.

Po drugiej stronie schodów marynarze mamroczą coś gniewnie w swoich hamakach, lecz drugi oficer zbiera już grupę operacyjną – dosłownie wyrzuca śpiących ludzi z ich hamaków i popycha ich w stronę ubrań i broni.

– Czy ktoś był już na górze, żeby sprawdzić, co to za strzał? – pyta Crozier swojego pierwszego oficera.

– Pan Male był na służbie, panie komandorze – odpowiada Hornby. – Poszedł na górę, gdy tylko posłał po pana stewarda.

Reuben Male dowodzi dziobówką. Solidny człowiek. Billy Strong, arynarz, który miał wachtę na lewej burcie, był już kiedyś na morzu

– Crozier wie, że pływał na HMS Belvidera. Nie strzelałby do duchów. Drugim marynarzem pełniącym wachtę był najstarszy – i zdaniem Crozier, najgłupszy – z pozostałych przy życiu żołnierzy brytyjskiej piechoty morskiej, Wiliam Hather. W wieku trzydziestu pięciu lat wciąż był szeregowcem, często chorował, zbyt często się upijał i zazwyczaj był zupełnie bezużyteczny; niewiele brakowało, by przed dwoma laty został zwolniony i odpłynął z zatoki Disko wraz ze swym najlepszym przyjacielem, Billym Aitkenem, który wrócił na pokładzie HMS Rattler do domu.

Crozier wsuwa pistolet do ogromnej kieszeni swego ciężkiego wełnianego płaszcza, bierze lampkę od Jopsona, owija twarz szalikiem i pierwszy wchodzi na schody.

***

Crozier widzi, że na zewnątrz jest ciemno jak w grobie, nie ma żadnych gwiazd, zorzy ani księżyca. Jest też naprawdę zimno; sześć godzin wcześniej, kiedy młody Irving wyszedł na pokład, by dokonać pomiarów, termometr wskazywał sześćdziesiąt trzy stopnie poniżej zera. Do tego wieje mocny wiatr, który pędzi przed sobą gęsty śnieg. Wychodząc spod zamarzniętego brezentu przykrywającego główny właz, Crozier przysłania dłonią oczy i dostrzega blask lampy po prawej stronie.

Reuben Male klęczy na jednym kolanie obok szeregowca Heathera, który leży na plecach, bez czapki i szalika. Crozier dostrzega, że brakuje też kawałka jego czaszki. Nie widać śladów krwi, w świetle lampy lśni jednak mózg żołnierza – lśni, uświadamia sobie Crozier, bo porowata szara masa pokryła się już cienką warstwą lodu.

– On jeszcze żyje, komandorze – mówi dowódca dziobówki. – Jezu kurwa Chryste – szepcze jeden z marynarzy tłoczących się za plecami Croziera.

– Spokój! – wrzeszczy starszy mat. – Nie będzie mi tu nikt, kurwa, bluźnił. I nie odzywaj się, dopóki ktoś cię o coś nie spyta, Crispe. – Głos Hornby’ego to skrzyżowanie warczenia mastyfa i parskania byka.

– Panie Hornby – mówi Crozier. – Proszę rozkazać marynarzowi Crispe’owi, by natychmiast zszedł pod pokład i przyniósł własny hamak. Przeniesiemy w nim szeregowca Heathera na dół.

– Tak jest, komandorze – mówią Hornby i marynarz jednym głosem. Wycie wiatru zagłusza tupot nóg biegnącego marynarza.

Crozier wstaje i zatacza lampą koło.

Reling, przy którym szeregowiec Heather stał na wachcie, obok pokrytej lodem drablinki, został roztrzaskany. Crozier wie, że za wyrwą ciągnie się lodowe zbocze, przypominające zjazd saneczkarski, długości co najmniej trzydziestu stóp, jednak większość owego zbocza okryta jest teraz ciemnością. W niewielkim kręgu śniegu oświetlonym; przez lampę komandora nie widać żadnych śladów.

Reuben Male podnosi muszkiet Heathera.

– Z tego nie strzelano, komandorze.

– W takiej śnieżycy szeregowy Heather nie miał szans, żeby zobaczyć napastnika, dopóki ten go nie zaatakował – mówi porucznik Little.

– Co ze Strongiem? – pyta Crozier. Male wskazuje na przeciwległą burtę.

– Zniknął, komandorze. Crozier zwraca się do Hornby’ego.

– Wybierz kogoś i poczekajcie tu na Crispe’a, a potem znieście szeregowca Heathera pod pokład.

Nagle w kręgu światła pojawiają się obaj lekarze – Peddie i jego asystent McDonald, który ma na sobie tylko lekkie ubranie.

– Jezu Chryste – mówi główny lekarz okrętowy, klękając obok żołnierza. – On oddycha.

– Pomóż mu, jeśli możesz – mówi Crozier, a potem odwraca się do Male’a i pozostałych marynarzy. – Wy pójdziecie ze mną. Trzymajcie broń gotową do strzału, nawet gdybyście musieli zdjąć jedną warstwę rękawic. Wilson, weź obie lampy. Poruczniku Little, zejdźcie, proszę pod pokład, wybierzcie dwudziestu dobrych ludzi, wydajcie im okrycia wierzchnie i muszkiety – nie śrutówki, tylko muszkiety.

– Tak jest, komandorze – odpowiada Little, przekrzykując wiatr, lecz Crozier prowadzi już swą grupę do przodu, wokół śnieżnych zasp i szarpanej wiatrem brezentowej piramidy na środku okrętu, w górę pochylonego pokładu, w stronę posterunku przy lewej burcie.

William Strong zniknął. Na linach wiszą resztki poszarpanego szalika. Płaszcz Stronga, jego czapka, strzelba i jedna rękawica leżą obok relingu, w osłoniętym od wiatru miejscu, w którym chronią się zawsze marynarze stojący na wachcie, ale Williama Stronga tam nie ma. Na okrytym warstwą lodu relingu widać czerwoną smugę, w miejscu, gdzie zapewne stał Strong, gdy ujrzał ciemny kształt zmierzający ku niemu przez gęsty śnieg.

Nie mówiąc ani słowa, Crozier wysyła dwóch uzbrojonych ludzi z lampami na rufę, trzech na dziób i jednego pod brezent.

– Zrzuć tutaj drabinkę, Bob – zwraca się do mata. Ramiona marynarza ukryte są pod stertą świeżej – czyli niezamarzniętej – liny, którą przyniósł przed momentem spod pokładu. Sekundę później drabinka sznurowa ląduje na lodzie.

Crozier rusza w dół pierwszy.

Kolejne ślady krwi znaczą lód i śnieg ułożony wzdłuż odsłoniętej prawej części kadłuba. Smugi krwi, które w świetle lampy wydają się czarne, prowadzą prosto w labirynt wałów lodowych i iglic, ledwie widocznych w ciemności.

– To coś chce, żebyśmy za nim poszli, komandorze – mówi porucznik Hodgson, przysuwając się do Croziera i przekrzykując wycie wiatru.

– Oczywiście, że tak – odpowiada komandor. – Ale i tak pójdziemy.

Strong może jeszcze żyć. Wiemy już z doświadczenia, że to możliwe. – Crozier ogląda się za siebie. Oprócz Hodgsona po drabince zeszło za nim tylko trzech ludzi – pozostali zajęci byli przeszukiwaniem pokładu lub znoszeniem szeregowca Heathera pod pokład. Mają też tylko dwie lampy.

– Armitage – mówi Crozier do stewarda z mesy młodszych oficerów, którego biała broda nabita jest już śniegiem. – Daj porucznikowi Hodgsonowi swoją lampę i idź z nim. Gibson, ty zostaniesz i powiesz porucznikowi Little’owi, dokąd poszliśmy, kiedy dotrze tutaj ze swoimi ludźmi. Niech żaden z jego ludzi nie strzela do niczego, dopóki nie będzie miał całkowitej pewności, że to żaden z nas.

– Tak jest, komandorze.

Potem Crozier zwraca się do Hodgsona.

– George, pójdziecie z Armitage’em jakieś dwadzieścia jardów w tę stronę, w kierunku dziobu, a potem idźcie równolegle do nas, na południe. Staraj się trzymać lampę tak, byśmy ją widzieli.

– Tak jest, komandorze.

– Tom. – Crozier odwraca się do ostatniego marynarza, młodego Evansa. – Ty pójdziesz ze mną. Trzymaj strzelbę gotową do strzału, ale tylko z półnapiętym kurkiem.

– Tak jest, komandorze – odpowiada chłopiec, szczękając zębami.

Crozier czeka, aż Hodgson przejdzie dwadzieścia jardów – jego lampa widoczna jest w gęstym śniegu tylko jako maleńki krąg bladożółtego, przytłumionego blasku – po czym prowadzi Evansa w labirynt seraków, lodowych szczytów i wałów, idąc tropem krwawych smug. Wie, że za kilka minut śnieg zasypie wszelkie ślady. Komandor nie traci czasu nawet na wyjęcie pistoletu z kieszeni płaszcza.

Niecałe sto jardów dalej, gdzie lampy marynarzy na pokładzie HMS Terror nikną z pola widzenia, Crozier napotyka wał lodowy – jedną z tych wielkich hałd lodu powstałych w miejscu, gdzie ogromne lodowe tafle nacierają na siebie i wypychają nawzajem w górę. W ciągu dwóch lat, które spędzili na lodzie, Crozier i inni uczestnicy ekspedycji nieżyjącego sir Johna Franklina mieli wielokrotnie okazję obserwować, jak pojawiają się owe grzbiety, wyrastają nagle, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, i przy akompaniamencie ogłuszającego huku rozciągają się na powierzchni zamarzniętego morza z oszałamiającą prędkością.

Wał ma co najmniej trzydzieści stóp wysokości; wielka pionowa sterta lodu stworzona z bloków wielkości powozu.

Crozier idzie wzdłuż grzbietu, podnosząc wysoko lampę. Lampa Hodgsona zniknęła już w ciemności na zachodzie. Morze wokół Terroru nigdzie już nie jest płaskie. Zewsząd otaczają ich seraki, zaspy, wały i iglice. Wielka lodowa góra oddziela Terror od Erebusa. Gdy świeci księżyc, w okolicy widać jeszcze kolejny tuzin gór.

Jednak tej nocy nie widać nic poza ścianą gęstego śniegu i wysokim na trzy piętra wałem lodowym.

– Jest! – krzyczy Crozier. Evans podchodzi bliżej, trzymając strzelbę w pogotowiu.

Smuga czarnej krwi na białej ścianie lodu. Potwór wniósł Williama Stronga na tę górę lodowego gruzu, wchodząc na niemal pionową powierzchnię.

Crozier zaczyna się wspinać, trzymając lampę w prawej ręce, lewą zaś szukając szczelin i nierówności, które stanowiłyby dobry punkt podparcia dla palców i stóp. Nie miał czasu, by włożyć buty o podeszwach nabitych gwoździami, które Jopson przygotował dlań z myślą o wspinaczce, a teraz jego zwykłe marynarskie buty ślizgają się i zjeżdżają z lodu. Znajduje jednak kolejne ślady krwi dwadzieścia stóp wyżej, tuż pod szczytem skalnego grzbietu, podnosi więc wyżej lampę, a nogą wykopuje ze ściany luźny kawał lodu, znajdując w ten sposób oparcie dla stopy. Podciąga się wyżej, pocierając wełnianą powierzchnią płaszcza o lód. Nie czuje już swego nosa, traci również czucie w palcach.

– Komandorze! – woła Evans z ciemności poniżej. – Chce pan, żebym tam wszedł?

Crozier dyszy ciężko i przez chwilę nie może wydobyć z siebie głosu, w końcu jednak łapie oddech i odkrzykuje:

– Nie… poczekaj tam.

Widzi teraz blady blask lampy Hodgsona na północnym zachodzie – jego grupa nie zbliżyła się jeszcze do skalnego grzbietu.

Z najwyższym trudem utrzymując równowagę i zmagając się z podmuchami wiatru, który w każdej chwili może zepchnąć go z lodowej grani, Crozier przechyla się na prawo i przenosi lampę na południową stronę grzbietu.

Pionowa ściana lodu ma tutaj jakieś trzydzieści pięć stóp wysokości. W pobliżu nie widać żadnego śladu Williama Stronga, żadnych krwawych smug na lodzie, niczego, co świadczyłoby o tym, że przeszła tędy jakakolwiek istota. Crozier nie wyobraża sobie, by cokolwiek mogło zejść po tej gładkiej, śliskiej powierzchni.

Crozier kręci głową, po czym zaczyna schodzić tą samą drogą, którą wszedł na wał lodowy, niemal dwukrotnie przewraca się na lodowe bagnety, a w końcu zjeżdża na podeszwach butów do miejsca, w którym czeka nań Evans.

Tyle że Evansa tam nie ma.

Strzelba leży w śniegu, wciąż z półnapiętym kurkiem. W śniegu nie widać żadnych śladów, ludzkich ani zwierzęcych.

– Evans! – Komandor Francis Rawdon Moira Crozier wydaje komendy od trzydziestu pięciu lat. Może przekrzyczeć południowo-zachodnią wichurę i sztorm w Cieśninie Magellana. Teraz krzyczy najgłośniej, jak potrafi.

– Evans!

W odpowiedzi słyszy tylko wycie wiatru.

Crozier podnosi strzelbę, sprawdza ładunek i strzela w powietrze. Huk wystrzału nawet jemu wydaje się przytłumiony, widzi jednak, jak lampa Hodgsona odwraca się nagle w jego stronę, a w ciemnościach, za którymi kryje się teraz, pojawiają światła trzech kolejnych lamp.

Coś ryczy w odległości niecałych dwudziestu stóp od niego. Może to I być wiatr dmący w lodową szczelinę, Crozier wie jednak, że tak nie jest.

Stawia lampę na lodzie, sięga do kieszeni, ściąga zębami grubą rękawicę i zaciska dłoń okrytą tylko cienką wełnianą rękawiczką na rękojeści pistoletu, a potem podnosi bezużyteczną broń przed siebie.

– Chodź tutaj! – krzyczy Crozier. – Chodź, spróbuj się ze mną, a nie z dzieciakiem, ty owłosiony skurwielu, pierdolony gównojadzie z piekła rodem!

W odpowiedzi słyszy tylko wycie wiatru.

6

GOODSIR

74°43’28” szerokości geograficznej północnej, 90°39’15” długości geograficznej zachodniej. Wyspa Beechey, zima 1845-46.

Z prywatnego dziennika doktora Harry’ego D.S. Goodsira:

1 stycznia 1846

Dziś rano umarł John Torrington, palacz na HMS Terror. Nomy Rok. Początek piątego miesiąca naszego postoju w lodzie przy wyspie Beechey.

Jego śmierć nie była dla nikogo zaskoczeniem. Od kilku miesięcy oczywiste było, że Torrington miał już zaawansowaną gruźlicę, kiedy zdecydował się wziąć udział w tej ekspedycji. Gdyby objawy choroby pojawiły zaledwie kilka tygodni wcześniej, późnym latem, zostałby odesłany do domu na pokładzie Rattlera albo z dwoma statkami wielorybniczymi, które spotkaliśmy tuż przed wyruszeniem na zachód, przez Zatokę Bajfina i Cieśninę Lancastera aż do arktycznych pustkowi, w których spędzamy teraz zimę. Jak na ironię, lekarz Torringtona powiedział mu, że morska wyprawa wpłynie korzystnie na jego zdrowie.

Główny lekarz okrętowy Peddie i doktor McDonald z Terroru oczywiście leczyli Torringtona, jednak ja sam byłem kilkakrotnie obecny przy stawianiu diagnozy i dowiedziawszy się o śmierci młodego palacza, przeszedłem dziś na Terror w towarzystwie kilku marynarzy z Erebusa.

Kiedy na początku listopada objawy choroby stały się aż nadto widoczne, komandor Crozier zwolnił dwudziestolatka z obowiązków palacza – pył węglowy, którym wypełniona jest zawsze kotłownia, może udusić nawet zdrowego człowieka – i od tego czasu stan Johna Torringtona pogarszał się z dniu na dzień. Mimo to Torrington mógłby zapewne pożyć znacznie dłużej, gdyby nie dodatkowy czynnik, który przyspieszył jego zgon. Doktor Alexander McDonald mówi mi, że Torrington, który w ostatnich tygodniach był już zbyt słaby, by odbywać krótkie przechadzki dla zdrowia po dolnym pokładzie, w dniu Bożego Narodzenia zapadł na zapalenie płuc, co było dlań równoznaczne z wyrokiem śmierci. Kiedy ujrzałem dziś rano ciało zmarłego Johna Torringtona, byłem zszokowany jego chudością, jednak zarówno Peddie, jak i McDonald wyjaśnili mi, iż chory od dwóch miesięcy nie miał apetytu, i choć obaj lekarze starali się odżywiać go głównie zupami i warzywami, wciąż tracił na wadze.

Dziś rano obserwowałem, jak Peddie i McDonald przygotowują ciało – Torrington ubrany został w czystą prążkowaną koszulę, miał równo przycięte włosy i wyczyszczone paznokcie – zgodnie ze zwyczajem obwiązując jego głowę pasem czystego materiału, by usta zmarłego pozostały zamknięte, a potem wiążąc mu podobnymi pasami białej bawełny ręce w łokciach, dłonie, kostki i duże palce u nóg. Robili to, by kończyny trzymały się razem podczas ważenia tego biednego chłopca – 88 funtów! – a poza tym przygotowywali go do pochówku. Nikt nie wspominał nawet o sekcji zwłok, jasne było bowiem, że nieszczęśnika zabiła gruźlica, nie należało się więc obawiać jakiejś zarazy, która mogłaby dosięgnąć innych członków załogi.

Pomogłem moim kolegom po fachu z HMS Terror podnieść ciało Torringtona i umieścić je w trumnie przygotowanej przez cieślę okrętowego Thomasa Honeya oraz przez jego pomocnika, niejakiego Wilsona. Ciało Torringtona nie uległo jeszcze stężeniu pośmiertnemu. Cieśle zostawili warstwę wiórów na dnie trumny, starannie wystruganej i zbitej z okrętowego mahoniu, układając grubszą stertę strużyn pod głową zmarłego. Ponieważ jego ciało nie wydzielało jeszcze przykrych zapachów, powietrze wypełniał aromat drewna.

3 stycznia 1846

Wciąż myślę o pogrzebie Johna Torringtona.

Uczestniczyła w nim tylko niewielka grupka ludzi z Erebusa, wśród nich ja, sir John, komandor porucznik Fitzjames i kilku innych oficerów. Razem przeszliśmy na piechotę na drugi statek, a stamtąd dodatkowe dwieście jardów do brzegu wyspy Beechey.

Nie umiem sobie wyobrazić zimy gorszej od tej, która zatrzymała nas tutaj, u wybrzeży wyspy, lecz komandor Fitzjames i inni zapewniają mnie, że nasza sytuacja – nawet wziąwszy pod uwagę zdradliwe lodowe grzbiety, straszliwą ciemność, wyjący wiatr i groźny lód – wyglądałaby tysiąc razy gorzej, gdybyśmy nie zatrzymali się pod osłoną wyspy i utkwili w miejscu, gdzie lód spływa z bieguna i stara się zniszczyć wszystko, co stoi mu na drodze.

Towarzysze Johna Torringtona opuścili łagodnie jego trumnę – okrytą już niebieską wełną – za reling Terroru, który stoi na wysokiej lodowej kolumnie, podczas gdy inni marynarze z tego okrętu przywiązali ją do wielkich sań. Sir John osobiście ułożył flagę brytyjską na trumnie, a potem przyjaciele i towarzysze Torringtona założyli uprząż i przeciągnęli sanie przez sześćset stóp lodu dzielących nas od brzegu wyspy Beechey.

Oczywiście wszystko to odbywało się w całkowitych ciemnościach, gdyż teraz, w styczniu, nawet w południe, słońce nie pokazuje się na niebie i nie czyni tego już od trzech miesięcy. Powiedziano mi, że minie jeszcze ponad miesiąc, nim południowy horyzont powita ponownie naszą ognistą gwiazdę. Tak czy inaczej cała ta procesja – trumna, sanie, ludzki zaprzęg, oficerowie, lekarze, sir John, żołnierze piechoty morskiej w pełnym umundurowaniu ukrytym pod grubym okryciem, które wszyscy tu nosimy – oświetlona była jedynie blaskiem rozchybotanych lamp, kiedy szliśmy powoli przez zamarznięte morze ku zamarzniętym brzegom. Ludzie z Terroru wyrąbali wcześniej przejście w kilku powstałych niedawno grzbietach, które stały nam na drodze, trzymaliśmy się więc obranej trasy. Wcześniej, nim jeszcze zima zaczęła się na dobre, sir John kazał oznaczyć za pomocą systemu pali, sznurów i wiszących lampionów najkrótszą drogę między okrętami i żwirowatym brzegiem, na którym wzniesiono kilka baraków – w jednym znalazła się spora część zapasów z obu okrętów, przeniesiona tam na wypadek, gdyby lód zniszczył oba statki; drugi pełnił funkcję obserwatorium naukowego i prowizorycznego schronienia; w trzecim umieszczono kuźnię rusznikarza, by płomienie i iskry nie zapaliły naszych drewnianych okrętów. Dowiedziałem się wówczas, że żeglarze nade wszystko boją się pożaru na morzu. Jednak ów szlak wyznaczony przez pale i lampki uległ wkrótce zniszczeniu, gdyż lód bezustannie się tutaj zmienia i podnosi, niszcząc wszystko, co na nim stoi.

Podczas pogrzebu padał śnieg. Wiał też mocny wiatr, który nigdy nie cichnie na tym zapomnianym przez Boga arktycznym pustkowiu. Na północ od miejsca pochówku wznoszą się strome, czarne urwiska, równie niedostępne jak góry na księżycu. Przez zasłonę padającego śniegu ledwie było widać światło lamp płonących na Erebusie i Terrorze. Od czasu do czasu spomiędzy pędzących po niebie chmur wyzierał zimny księżyc, lecz nawet ów słaby blask szybko znikł w śniegu i mroku. Dobry Boże, to prawdziwe egipskie I ciemności.

Kilku spośród najsilniejszych ludzi z Terroru pracowało niemal bez wytchnienia od chwili śmierci Torńngtonta, wykopując kilofami i łopatami jego grób, który zgodnie z regulaminem i rozkazem sir Johna miał mieć pięć stóp głębokości. Dół wykopany został w zamarzniętych na kamień lodzie i ziemi; wystarczyło mijednospojrzenie, by zrozumieć, ile pracy kosztowało jego przygotowanie. Usunięto flagę z trumny i spuszczono ją powoli, niemal z nabożną czcią, do wąskiego grobu. Śnieg natychmiast przykrył wieko trumny i skrzył i się w świetle naszych lamp. Jeden z oficerów Croziera ustawił we właściwym miejscu drewnianą tablicę nagrobną, a pewien olbrzymi marynarz wbił ją w zamarznięty żwir kilkoma uderzeniami potężnego drewnianego młota. Napis wyryty na tablicy brzmiał:

PAMIĘCI JOHNA TORRINGTONA KTÓRY ODSZEDŁ Z TEGO ŚWIATA i STYCZNIA AD 1846 NA POKŁADZIE HMS TERROR W WIEKU 20 LAT

Sir John odprawił nabożeństwo i wygłosił mowę pogrzebową. Trwała ona dość długo, a łagodny głos sir Johna zagłuszało tylko wycie wiatru i tupot nóg marynarzy, którzy chcieli uniknąć odmrożenia palców. Przyznaję, że słyszałem tylko niewielki fragment mowy sir Johna, zasłuchany w wycie wiatru i pogrążony w niewesołych myślach, inspirowanych wspomnieniem odzianego w koszulę ciała o związanych koniczynach, które przed momentem opuszczono do lodowej otchłani, oraz czernią urwisk wznoszących się nad żwirowatą plażą.

4 stycznia 1846

Nie żyje kolejny człowiek.

Jeden z naszych marynarzy służących na HMS Erebus, dwudziestopięcioletni John Hartnell. Tuż po godzinie, którą wciąż nazywam umownie szóstą po południu, tuż po tym, jak opuszczono na łańcuchach stoły przed kolacją, Hartnell wpadł na swojego brata, Thomasa, runął na pokład, zakasłał krwią i umarł w ciągu pięciu minut. Doktor Stanley i ja byliśmy przy nim, kiedy oddał ducha w przedniej części dolnego pokładu, której używamy jako izby chorych.

Ta śmierć była dla nas prawdziwym szokiem. Hartnell nie miał wcześniej żadnych objawów suchot ani szkorbutu. Komandor porucznik Fitzjames był wówczas z nami i nie potrafił ukryć swej konsternacji. Jeśli była to jakaś zaraza albo początki szkorbutu, które to choroby mogły dotknąć całą załogę, musieliśmy natychmiast o tym wiedzieć. Postanowiliśmy wówczas, gdy zasłony były jeszcze zaciągnięte, i nim ktokolwiek mógł zająć się przygotowaniem Johna Hartnella do pochówku, że dokonamy autopsji.

Oczyściliśmy stół w izbie chorych, osłoniliśmy nasze działania dodatkową ścianą ze skrzynek, która oddzielała nas od ludzi stłoczonych na dolnym pokładzie, zaciągnęliśmy szczelnie zasłony, a ja przyniosłem swoje narzędzia. Choć głównym lekarzem jest Stanley, on sam zasugerował, bym to ja przeprowadził sekcję, jako że z wykształcenia jestem anatomem. Dokonałem pierwszego nacięcia i zaczęliśmy.

Natychmiast uzmysłowiłem sobie, że w pośpiechu użyłem nacięcia w kształcie odwróconego Y, którym rozcinałem zwłoki podczas nauki, gdy bardzo się spieszyłem. Zamiast powszechniej używanego nacięcia Y z ramionami sięgającymi ramion i zbiegającymi na mostku, użyłem odwróconego Y, w którym nacięcia rozpoczynają się na biodrach i spotykają w okolicy pępka. Stanley uznał za stosowne to skomentować, co wprawiło mnie w zakłopotanie.

– Byle szybciej – wyszeptałem do mego kołegipo fachu. – Musimy się pospieszyć. Marynarze nienawidzą, kiedy ktoś otwiera ciała ich kolegów.

Doktor Stanley skinął głową i mogliśmy kontynuować. Jakby na potwierdzenie mej uwagi, młodszy brat Hartnella, Thomas, który stał po drugiej stronie zasłony, zaczął krzyczeć i płakać. W odróżnieniu od Torringtona, który stopniowo podupadał na zdrowiu, dając swym towarzyszom czas na pogodzenie się z jego śmiercią, spakowanie jego rzeczy i przygotowanie listu do matki, nagły upadek i śmierć Johna Hartnella wywołała powszechny szok wśród jego przyjaciół. Żaden z nich nie mógł nawet znieść myśli, że lekarze okrętowi rozcinają jego zwłoki. Teraz tylko potężne ciało, stopień i stanowczość komandora Fitzjamesa stały między naszą izbą chorych a rozgniewanym bratem Hartnella i zdezorientowanymi marynarzami. Słyszałem, że jego towarzysze – i obecność Fitzjamesa – skutecznie go powstrzymywali, jednak gdy mój skalpel rozcinał tkankę, a nóż otwierał zwłoki, słyszałem gniewne pomruki i złorzeczenia dochodzące zza zasłony.

Najpierw wyjąłem serce Hartnella, wycinając wraz z nim część tchawicy. Podniosłem je do światła lampy, a Stanley wziął je ode mnie i starł krew brudną szmatą. Oboje obejrzeliśmy uważnie. Wyglądało całkiem normalnie – nie dostrzegliśmy wyraźnych oznak choroby. Gdy Stanley stał nieruchomo, trzymając wycięty narząd blisko światła, zrobiłem jedno nacięcie w prawej komorze i jedno w lewej. Odciągnąwszy twardy mięsień do tyłu, przyjrzeliśmy się zastawkom. Wyglądały na zdrowe.

Odłożywszy serce Hartnella z powrotem do jego klatki piersiowej, kilkoma szybkimi ruchami skalpela wyciąłem niższą część płuc marynarza.

– No właśnie – powiedział doktor Stanley.

Skinąłem głową. Płuca pokryte były bliznami i innymi oznakami gruźlicy, widać było również ślady świadczące o tym, że niedawno cierpiał na zapalenie płuc. John Hartnell, podobnie jak John Torrington, był gruźlikiem, ale ten starszy, silniejszy i – zdaniem Stanleya – bardziej zahartowany żeglarz ukrywał objawy, być może nawet przed samym sobą. Ukrywał je aż do dzisiaj, kiedy zasłabł i umarł kilka minut przed otrzymaniem swej porcji solonej wieprzowiny.

Wydawszy wątrobę, podniosłem ją do światła; zarówno Stanley, jak i ja zauważyliśmy ślady potwierdzające naszą diagnozę oraz inne uszkodzenia świadczące o tym, że Hartnell już od dłuższego czasu pił za dużo alkoholu.

Zaledwie kilka jardów dalej, po drugiej stronie zasłony, brat Hartnella, Thomas, krzyczał gniewnie, powstrzymywany jedynie stanowczą ręką komandora Fitzjamesa. Słyszałem, że kilku innych oficerów – porucznik Gore, porucznik Le Vesconte, Fairholme, a nawet drugi oficer Des Vaux – przyłączyło się do niego, by wspólnymi siłami uciszyć i przywrócić do porządku wzburzonych marynarzy.

– Czy to nam wystarczy? – spytał szeptem Stanley.

Ponownie skinąłem głową. Na ciele zmarłego, na jego twarzy i ustach ani też na narządach wewnętrznych nie było widać żadnych oznak szkorbutu. Choć nadal bez odpowiedzi pozostawało pytanie, jak gruźlica lub zapalenie płuc lub też połączenie obu tych chorób mogło zabić marynarza tak szybko, wiedzieliśmy przynajmniej, że nie musimy obawiać się żadnej choroby zakaźnej.

Hałas dochodzący zza zasłony przybierał na sile, szybko więc włożyłem kawałki płuc, wątrobę i inne narządy do ciała zmarłego, nie troszcząc się o ich właściwe ułożenie, lecz ugniatając je w jedną masę, a potem odłożyłem na miejsce płat skóry (później uświadomiłem sobie, że ułożyłem ją do góry nogami). Główny lekarz Stanley zamknął nacięcie w kształcie odwróconego Y, używając wielkiej igły i grubej nici żeglarskiej z wprawą, jakiej pozazdrościłby mu niejeden żaglomistrz.

Po kilku minutach włożyliśmy na ciało Hartnella ubranie – stężenie pośmiertne zaczęło nam już w tym przeszkadzać – i odsunęliśmy zasłonę. Stanley – który dysponuje głosem głębszym i donośniejszym niż ja – zapewnił brata Hartnella i pozostałych żeglarzy, że jedyne, co trzeba jeszcze zrobić, to umyć ciało ich towarzysza, by mogli przygotować je do pogrzebu.

6 stycznia 1846

Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu ta ceremonia pogrzebowa przygnębiła mnie bardziej niż pierwsza. Znów wyszliśmy ze statku w uroczystej procesji – tym razem brali w niej udział niemal wyłącznie marynarze i oficerowie z Erebusa, choć przyłączyli się do nas także doktor McDonald, doktor Peddie i komandor Crozier z Terroru.

Znów okryta flagą trumna – marynarze włożyli na górną część ciała Hartnella trzy warstwy ubrań, w tym najlepszą koszulę jego brata, Thomasa, dolną część ciała owinęli jednak tylko całunem. Trumna z otwartą górną połową leżała przez kilka godzin w izbie chorych, nim zabito ją gwoździami i przygotowano ostatecznie do ceremonii pogrzebowej. I znów procesja z saniami przeszła przez zamarznięte morze do zamarzniętego brzegu, znów lampy kołysały się miarowo w ciemnościach nocy, choć tym razem na niebie błyszczały gwiazdy i nie padał śnieg. Marynarze mieli sporo pracy, ponieważ w pobliżu pojawiły się trzy wielkie białe niedźwiedzie, czaiły się niczym upiory między lodowymi blokami. Żeglarze musieli strzelać z muszkietów, by je przegonić – prawdopodobnie ranili przy tym jedno ze zwierząt w bok.

Sir John ponownie wygłosił mowę pogrzebową – choć tym razem krótszą, gdyż Hartnell nie był tak bardzo lubiany jak Torrington – i znów szliśmy z powrotem przez skrzypiący, piszczący i pojękujący lód. Gwiazdy świeciły zimnym blaskiem nad naszymi głowami, a z tyłu dochodził nas zgrzyt łopat i stukot kilofów – marynarze zasypywali dół wykuty w zamarzniętej ziemi, tuż obok okrytego brezentem grobu Torringtona.

Być może tym, co zabiło mego ducha podczas drugiego pogrzebu, była czarna ściana urwiska górująca nad całym światem. Choć celowo stałem odwrócony plecami do urwiska, bliżej sir Johna, by słyszeć słowa nadziei i pocieszenia, wciąż czułem obecność tej zimnej, czarnej, pionowej, martwej i bezdusznej ściany kamienia za moimi plecami – przywodzącej na myśl bramę do Krainy, z Której Nie Wrócił Jeszcze Żaden Człowiek. W obliczu tej czarnej skały nawet pełne uniesienia i współczucia słowa sir Johna nie przynosiły większego efektu.

Morale na obu statkach jest bardzo niskie. Nie minął jeszcze pełny tydzień nowego roku, a umarło już dwóch naszych towarzyszy. Na jutro czterej lekarze okrętowi – w ich liczbie i ja – zaplanowali spotkanie w ustronnym miejscu, w pokoju cieśli na Terrorze, dokładnie rzecz biorąc, by porozmawiać o tym, co należy zrobić, by uniknąć kolejnych ofiar podczas tej niefortunnej ekspedycji.

Napis na płycie nagrobnej Hartnella brzmiał:

PAMIĘCI JOHNA HARTNELLA MARYNARZA Z HMS EREBUS ZMARŁEGO 4 STYCZNIA 1846 W WIEKU 25 LAT „TAK MÓWI PAN ZASTĘPÓW: ROZWAŻCIE TYLKO, JAK SIĘ WAM WIEDZIE”. KSIĘGA AGGEUSZA 1,7

Wiatr wzmógł się w ciągu ostatnich kilku godzin, jest już prawie północ, a większość lamp na dolnym pokładzie Erebusa została wygaszona. Słucham wycia wiatru i myślę o tych dwóch stertach kamieni na zamarzniętym brzegu, myślę o zmarłych leżących w tych dwóch zimnych dołach, myślę o urwisku z czarnej skały, i wyobrażam sobie kanonadę płatków śniegu, które już zaczynają zamazywać litery na drewnianych płytach nagrobnych.

7

FRANKLIN

70°03’29” szerokości geograficznej północnej, 98°20’ długości geograficznej zachodniej. Około 28 mil na północny zachód od Ziemi Króla Williama, 3 września 1846.

Komandor sir John Franklin rzadko bywał tak zadowolony z siebie.

Poprzednia zima, spędzona u wybrzeży wyspy Beechey, setki mil na północny wschód od jego obecnej pozycji, okazała się trudna i nieprzyjemna pod wieloma względami – Franklin gotów był to przyznać przed samym sobą i przed ludźmi równymi mu stanem, choć w tej wyprawie nie uczestniczyli inni parowie. Śmierć trzech członków wyprawy chorych na gruźlicę, najpierw Torringtona i Hartnella jeszcze w styczniu, a potem szeregowca Williama Braine’a z piechoty morskiej, trzeciego kwietnia, była dla wszystkich szokiem. Franklin nie słyszał, by jakakolwiek inna ekspedycja tak szybko straciła trzech ludzi na tak wczesnym etapie wędrówki.

Franklin osobiście wybrał napis umieszczony na płycie nagrobnej trzydziestodwuletniego szeregowca Braine – Rozstrzygnijcie dziś, komu służyć chcecie, Księga Jozuego, 24; 15 – i przez chwilę wydawało się, że słowa te, skierowane teoretycznie do nieistniejących przechodniów mijających groby Braine’a, Hartnella i Torringtona, stanowią w istocie wyzwanie dla niezadowolonych członków załogi Erebusa i Terroru, którzy choć nie wspominali głośno o buncie, wcale nie byli od niego dalecy.

Po śmierci Hartnella czterej lekarze spotkali się ze sobą i po długiej naradzie uznali, że przyczyną, z której powodu marynarze tak szybko umierają na zapalenie płuc i gruźlicę, może być szkorbut w początkowym, bezobjawowym jeszcze stadium rozwoju. Stanley, Goodsir, Peddie i McDonald zasugerowali sir Johnowi zmianę jadłospisu marynarzy – więcej świeżego pożywienia, jeśli to możliwe (choć jedynym świeżym pożywieniem w tych warunkach mogło być mięso białych niedźwiedzi, praktycznie nieuchwytnych w ciemności nocy polarnej; okazało się też, że z jakichś nieznanych powodów zjedzenie wątroby tego wielkiego zwierzęcia może mieć fatalne następstwa), lub też zmniejszenie porcji solonej wieprzowiny, wołowiny i drobiu oraz zastąpienie ich jedzeniem z puszek – warzywami i zupami.

Sir John zastosował się do tych zaleceń i kazał zmienić jadłospis na obu statkach, tak by co najmniej połowa posiłków przygotowywana była na bazie jedzenia z puszek. Wydawało się, że zmiana ta przyniosła efekty. Nikt nie umarł ani nawet poważnie nie zachorował od śmierci szeregowca Braine’a na początku kwietnia do dnia, w którym oba okręty uwolnione zostały z lodowego więzienia u wybrzeży wyspy Beechey, co wydarzyło się pod koniec maja 1846 roku.

Od tej pory lód pękał bardzo szybko, a Franklin, kierując się trasą obraną przez swych lodomistrzów, płynął pełną parą na południe i zachód.

Wraz ze światłem słońca i otwartymi wodami powróciła obfitość zwierzyny lądowej, wodnej i morskiej. Podczas tych długich dni arktycznego lata, kiedy słońce pozostawało nad horyzontem niemal do północy, a temperatura sięgała czasem wartości wyższych od temperatury zamarzania wody, niebo wypełnione było stadami migrujących ptaków. Nawet Franklin potrafił wyróżnić wśród nich nawałniki, cyranki, edredony i maskonury. Coraz szersze pasy wolnej od lodu wody wokół Erebusa i Terroru roiły się wręcz od wielorybów, o jakich większość jankeskich wielorybników mogła tylko pomarzyć, od śledzi, dorszy i innych małych ryb, a także białuch i wali grenlandzkich. Marynarze spuszczali na morze łódki i łowili całymi dniami, często strzelając także dla zabawy do mniejszych wielorybów.

Myśliwi wracali każdego dnia ze świeżą porcją mięsa; polowali głównie na ptaki, przynosili jednak również foki grenlandzkie i foki obrączkowane – zwierzęta, których zimą praktycznie nie dało się schwytać ani zastrzelić, teraz stanowiły łatwy cel. Mało kto lubił smak foczego mięsa, jednak tłuszcz tych zwierząt miał w sobie coś, co pobudzało apetyt zmęczonych długą zimą marynarzy. Myśliwi strzelali także do wielkich, ryczących morsów, które wyszukiwały wzdłuż brzegów smakowitych ostryg, niektórzy zaś wracali z futrem i mięsem białych lisów polarnych. Ludzie ignorowali białe niedźwiedzie, chyba że któryś z nich chciał ich zaatakować lub odebrać im zdobycz. Nikt nie miał ochoty na mięso z białego niedźwiedzia, szczególnie gdy dokoła było tyle innych smaczniejszych zwierząt.

Rozkazy, które otrzymał Franklin przed wyruszeniem na wyprawę, dawały mu pewien wybór: gdyby okazało się, że „południowa droga do Przejścia Północno-Zachodniego zablokowana jest przez lód lub inne przeszkody”, mógł skręcić na północ i wypłynąć przez Cieśninę Wellingtona na „otwarte Morze Polarne” – innymi słowy, popłynąć w stronę bieguna północnego. Franklin zrobił jednak to, co bez słowa sprzeciwu robił przez całe życie: wypełnił główne rozkazy. Podczas drugiego lata spędzonego w obszarze arktycznym jego okręty – HMS Erebus pierwszy, HMS Terror w ślad za nim – popłynęły wzdłuż południowego brzegu wyspy Devon, minęły Przylądek Walkera i wpłynęły na nieznane wody lodowego archipelagu.

Minionego lata wydawało się, że będą musieli jednak zrezygnować z poszukiwań Przejścia Północno-Zachodniego i popłynąć na biegun północny. Komandor sir John Franklin miał prawo być dumny z tempa podróży, jakie udało mu się do tej pory utrzymać. Podczas skróconej letniej podróży w minionym 1845 roku – wypłynęli z Anglii z opóźnieniem, które powiększyło się jeszcze, gdy opuszczali Grenlandię zdołał pokonać Zatokę Baffina w rekordowym czasie, przepłynąć przez Cieśninę Lancastera na południe od wyspy Devon, przeprawić się przez Cieśninę Barrowa i ruszyć na południe, obok Przylądka Walkera. Tu okazało się, że dalszą drogę na południe blokują masy lodu, wciąż grube i niedostępne dla okrętów, pomimo pełni lata. Lodomistrzowie mówili jednak o otwartych wodach na północy, po zachodniej stronie wyspy Devon i w Cieśninie Wellingtona, Franklin zastosował się więc do alternatywnych rozkazów i ruszył na północ, w stronę wolnego od lodu przejścia na otwarte Morze Polarne i do bieguna północnego.

Nie znaleźli jednak żadnego przejścia do osławionego otwartego Morza Polarnego. Na drodze stanął im Półwysep Grinnella, który zdaniem wielu uczestników ekspedycji Franklina mógł być częścią nieznanego kontynentu arktycznego, zmuszeni więc zostali do kontynuowania podróży otwartymi wodami na północny zachód, potem niemal prosto na zachód. Dotarłszy do zachodniego krańca półwyspu, zawrócili ponownie na północ i napotkali litą masę lodu, która ciągnęła się od Cieśniny Wellingtona aż po horyzont. Pięć dni podróży wzdłuż tej lodowej ściany przekonało Franklina, Fitzjamesa, Croziera i lodomistrzów, że na północ od Cieśniny Wellingtona nie ma żadnego otwartego Morza Polarnego. Przynajmniej nie tego lata.

Pogarszające się warunki zmusiły ich do zawrócenia na południe i opłynięcie lądu znanego dotychczas jako Ziemia Cornwallisa, który okazał się jednak tylko Wyspą Cornwallisa. Komandor sir John Franklin wiedział, że jeśli nie uda im się znaleźć głównego celu ich podróży, będą mogli przynajmniej pochwalić się rozwiązaniem tej zagadki.

Dzięki temu, że morze zamarzało tego roku wyjątkowo późno, Franklin zdążył opłynąć wielką, jałową Wyspę Cornwallisa, wpłynął ponownie w Cieśninę Barrowa na północ od Przylądka Walkera, upewnił się, że droga na południe obok Przylądka Walkera wciąż jest zablokowana – tym razem przez jednolitą masę lodu – i postanowił zatrzymać się na zimę przy małej wyspie Beechey, w zatoczce, którą wypatrzyli dwa tygodnie wcześniej. Przybyli tam w sam czas, gdyż dzień po tym, jak zakotwiczyli w płytkich wodach zatoki, ostatnie otwarte przesmyki w Cieśninie Lancastera pokryły się lodem, który uniemożliwiał dalszą żeglugę. Trudno było przypuszczać, by nawet tak wytrzymałe, wzmocnione drewnem i stalą kadłuby, jakimi mogły poszczycić się Erebus i Terror, przetrzymały zimę w lodach cieśniny.

Teraz było jednak lato, a oni płynęli na południowy zachód, uzupełniając przy każdej okazji zapasy pożywienia, korzystając z każdego wolnego przejścia w lodzie, wyszukując obszarów otwartych wód, które mogli dostrzec z punktów obserwacyjnych na masztach, i przebijając się codziennie przez warstwę lodu.

HMS Erebus płynął i rozbijał lód pierwszy, jak przystało na okręt flagowy i jak nakazywała logika – był cięższy i dysponował mocniejszym o pięć koni mechanicznych silnikiem parowym – ale – niech to diabli! – podwodny lód wygiął wał śruby i miejsce uszkodzonego Erebusa musiał zająć Terror.

Prowadzone widokiem skutych lodem brzegów Ziemi Króla Williama, odległych nie więcej niż o pięćdziesiąt mil na południe, okręty wypłynęły zza zasłony wielkiej wyspy położonej na północ od ich szlaku – tej samej, która zagrodziła im drogę bezpośrednio na południowy zachód, obok Przylądka Walkera, gdzie kierowały wyprawę rozkazy przekazane Franklinowi, i zmusiła do żeglugi na południe, przez cieśninę Peel i inne, niezbadane dotąd przesmyki. Posuwali się coraz wolniej. Lód był coraz grubszy, góry lodowe coraz liczniejsze, a przesmyki między taflami lodu coraz rzadsze i węższe.

Rankiem trzeciego września sir John zwołał naradę, w której uczestniczyli jego komandorzy, oficerowie, mechanicy i lodomistrzowie. Wszyscy zmieścili się bez kłopotu w kajucie sir Johna; miejsce, gdzie na HMS Terror znajdowała Wielka Kajuta dla oficerów wraz z biblioteką, tutaj zajmowała prywatna kwatera sir Johna Franklina – szeroka na dwanaście i długa na dwadzieścia stóp, z prywatną „świątynią dumania” przy prawej burcie. Osobista toaleta Franklina miała niemal te same wymiary co kajuta Croziera i kajuty wszystkich pozostałych oficerów razem wzięte.

Edmund Hoar, steward sir Johna, wydłużył stół na tyle, by mogli pomieścić się przy nim wszyscy obecni na zebraniu oficerowie – komandor porucznik Fitzjames, porucznicy Gore, Le Vesconte i Fairholme z Erebusa; komandor Crozier i porucznicy Little, Hodgson i Irving z Terroru. Prócz tych ośmiu oficerów usadzonych po przeciwnych stronach stołu – sir John siedział u szczytu stołu, przy grodzi i wejściu do jego prywatnego ustępu – w pokoju znaleźli się także dwaj lodomistrzowie, pan Blanky z Terroru i pan Reid z Erebusa, oraz dwaj mechanicy, pan Thompson ze statku Croziera oraz pan Gregory z okrętu flagowego. Sir John poprosił również o przybycie jednego z lekarzy, doktora Stanleya z Erebusa. Steward Franklina wystawił na stół sok winogronowy, sery i suchary, zebrani mogli więc zrelaksować się przez chwilę i pogawędzić, nim sir John rozpoczął naradę.

***

– Panowie – przemówił sir John. – Z pewnością wszyscy wiecie, dlaczego się tutaj zgromadziliśmy. Dzięki łaskawości niebios przez ostatnie dwa miesiące nasza wyprawa to pasmo samych sukcesów. Oddaliliśmy się od wyspy Beechey prawie o trzysta pięćdziesiąt mil. Obserwatorzy i zwiadowcy wciąż donoszą o otwartych wodach na zachód i południe od naszych statków. Niewykluczone, że wciąż możemy – jeśli Bóg pozwoli – dotrzeć do tych otwartych wód i wpłynąć w Przejście Północno-Zachodnie jeszcze tej jesieni.

O ile mi jednak wiadomo, lód na zachodzie robi się coraz grubszy i bardziej zbity. Pan Gregory donosi, że główny wał Erebusa został uszkodzony przez lód i że choć nadal możemy korzystać z napędu parowego, jego efektywność znacznie zmalała. Maleją także nasze zapasy węgla – Wkrótce nadejdzie kolejna zima. Innymi słowy, panowie, musimy dziś zdecydować, jak będą wyglądały nasze dalsze działania. Nie będzie chyba przesadą twierdzenie, że decyzja, którą tu podejmiemy, przesądzi o sukcesie lub klęsce naszej ekspedycji.

Przez dłuższą chwilę w kajucie panowała całkowita cisza.

Sir John zwrócił się do rudobrodego lodomistrza z HMS Erebus.

– Nim przystąpimy do dyskusji, warto chyba wysłuchać opinii naszych lodomistrzów, mechaników i lekarzy. Panie Reid, czy zechciałby pan powtórzyć przy wszystkich to, co powiedział mi pan wczoraj o naszej aktualnej i przewidywanej sytuacji?

Reid, który wraz z pięcioma innymi mężczyznami stał obok oficerów z Erebusa, odchrząknął niepewnie. Był człowiekiem małomównym, a perspektywa wystąpienia przed tak doborowym towarzystwem najwyraźniej go onieśmielała.

– Sir Johnie… Panowie… Wszyscy dobrze wiemy, że mieliśmy choler… to jest… duże szczęście, jeśli chodzi o warunki lodowe od czasu, gdy nasze statki wypłynęły z zatoki przy wyspie Beechey na początku czerwca. Dopóki byliśmy w cieśninach, przebijaliśmy się głównie przez śryż. To żaden problem. Nocami, czyli w ciągu tych kilku godzin ciemności, które nazywamy tu nocami, płynęliśmy przez krążki śryżowe, podobne do tego, co widzimy już od kilku dni, gdy morze bliskie jest zamarznięcia, ale to też nie stanowi większego problemu. Do tej pory udawało nam się trzymać z dala od młodego lodu przy brzegach; to już poważniejsza sprawa. Za tym lodem idzie lód stały, który zgniecie nawet wzmocnione kadłuby Erbusa i Terroru. Ale jak już mówiłem, unikamy tego lodu… na razie.

Reid był czerwony jak burak i mokry od potu. Chętnie by na tym skończył, wiedział jednak, że nie odpowiedział jeszcze do końca na pytanie sir Johna. Odchrząknął ponownie i podjął przerwany monolog:

– No więc… Nie mamy większych problemów z pływającym lodem, z gruzem lodowym i grubszą tłuką ani też z bryłami lodu, które oderwały się od gór lodowych – udaje nam sieje omijać, bo płyniemy szerokimi pasami otwartej wody. Ale to wszystko powoli się kończy, panowie. Noce robią się dłuższe, warstwa krążków śryżowych na powierzchni morza praktycznie nie topnieje, coraz częściej też napotykamy małe góry lodowe i zwały lodu. To właśnie te zwały lodu martwią mnie i pana Blanky’ego najbardziej.

– A czemuż to, panie Reid? – spytał sir John. Na jego twarzy malowało się znudzenie, którym zawsze napełniały go dyskusje o różnych warunkach lodowych. Dla sir Johna lód był lodem – czymś, przez co należało się przebić, co trzeba ominąć i pokonać.

– To lód pokryty śniegiem, sir Johnie – wyjaśnił Reid. – Kawałki starej kry, na których widać z boku ciemniejsze obwódki. Za taką krą idzie zawsze prawdziwy pak, gruby, zbity lód, którego musimy się bać, bo przed nim już nie uciekniemy. A jak okiem sięgnąć, na zachód i południe widać tylko pak, być może z wyjątkiem pasa otwartej wody przy Ziemi Króla Williama.

– Przejście Północno-Zachodnie – powiedział cicho komandor porucznik Fitzjames.

– Być może. – Sir John skinął głową. – Najprawdopodobniej. Ale żeby się tam dostać, musimy pokonać ponad sto mil paku, być może nawet dwieście. Podobno lodomistrz Terroru ma teorię na temat tego, dlaczego warunki lodowe na zachodzie tak gwałtownie się pogarszają. Panie Blanky?

Thomas Blanky się nie zaczerwienił. Starszy lodomistrz mówił z ogromną pewnością siebie, wyrzucał z ust sylaby niczym pociski z muszkietu.

– Wpłynięcie na ten pak to pewna śmierć. I tak posunęliśmy się już za daleko. Prawdę mówiąc, odkąd wypłynęliśmy z cieśniny Peel, widzimy strumień lodu gorszy od wszystkiego, co można napotkać na północ od Zatoki Baffina. Z dnia na dzień wygląda to coraz gorzej.

– Dlaczego tak się dzieje, panie Blanky? – spytał komandor Fitzjames, sepleniąc lekko. – Wydaje mi się, że o tej porze roku powinniśmy jeszcze mieć do dyspozycji sporo przesmyków w lodzie, dopóki morze całkowicie nie zamarznie, a w pobliżu lądu, powiedzmy na południowy zachód od półwyspu Ziemi Króla Williama, morze powinno być żeglowne co najmniej jeszcze przez miesiąc.

Lodomistrz Blanky pokręcił głową.

– To nie są krążki śryżowe ani śryż, ani pokruszona kra, panowie, to pak. Nadchodzi z północnego zachodu. Pomyślcie o tym jako o serii olbrzymich lodowców, które zamykają w potrzasku góry lodowe i pokrywają morze grubą warstwą lodu na przestrzeni setek mil. Możemy mówić o sporym szczęściu, bo do tej pory byliśmy przed nimi osłonięci, to wszystko.

– A cóż nas przed tym osłaniało? – spytał porucznik Gore, niezwykle przystojny i ujmujący oficer.

Odpowiedział mu komandor Crozier, który skinieniem głowy nakazał Blanky’emu cofnąć się o krok.

– Wszystkie wyspy położone na zachód od naszego kursu, Grahamie – wyjaśnił Irlandczyk. – Rok temu odkryliśmy, że Ziemia Cornwallisa t0 w rzeczywistości wyspa, teraz wiemy też, że Ziemia Księcia Walii to tak naprawdę Wyspa Księcia Walii. To właśnie ta wyspa osłaniała nas przed strumieniem lodu, dopóki nie wypłynęliśmy z cieśniny Peel. Teraz widzimy jednak, że między wyspami położonymi na północnym zachodzie przeciska się prawdziwy pak, sięgający coraz dalej na południe. Wszelkie obszary otwartej wody, które jeszcze uchowały się przy południowych wybrzeżach, wkrótce zamarzną; podobnie jak my, jeśli będziemy płynąć dalej i spróbujemy przezimować na otwartym lodzie.

– To tylko jedna opinia – odezwał się sir John. – Dziękujemy ci za nią, Francis. Teraz jednak musimy postanowić, jak będą wyglądały nasze dalsze działania. Tak, James?

Komandor porucznik Fitzjames wyglądał jak zawsze na zrelaksowanego i pewnego siebie zarazem. Przytył nieco podczas wyprawy, więc guziki na jego mundurze wyglądały tak, jakby lada moment miały odpaść od niego z trzaskiem. Policzki komandora były zaczerwienione, a blond włosy opadały długimi lokami na ramiona. Fitzjames uśmiechnął się najpierw do wszystkich siedzących przy stole, po czym przemówił:

– Sir Johnie, zgadzam się z komandorem Crozierem, że źle stałoby się dla nas wszystkich, gdyby nasze statki zamarzły na otwartym morzu, nie sądzę jednak, że właśnie taki los nas spotka, jeśli popłyniemy dalej. Uważam, że musimy popłynąć jak najdalej na południe i albo dotrzeć do otwartych wód, by zrealizować cel naszej wyprawy, czyli znaleźć Przejście Północno-Zachodnie, czego, jak sądzę, dokonamy jeszcze przed nadejściem zimy, albo znaleźć jakieś bezpieczne schronienie przy brzegu, być może jakąś zatoczkę, w której będziemy mogli przezimować w stosunkowo przyzwoitych warunkach, podobnie jak przy wyspie Beechey. Wiemy już dzięki poprzednim, lądowym wyprawom sir Johna i doświadczeniom innych ekspedycji morskich, że morze w pobliżu lądu zamarza znacznie później, a to dzięki cieplejszym wodom ze spływających do niego rzek.

– A jeśli na południowym zachodzie nie dotrzemy do otwartych wód ani do wybrzeża? – spytał cicho Crozier.

Fitzjames machnął lekceważąco ręką.

– Przynajmniej kiedy w przyszłym roku nadejdzie wiosna, będziemy bliżej celu. Co innego nam pozostaje, Francis? Chyba nie myślisz poważnie o tym, żeby wrócić cieśniną do wyspy Beechey albo wycofać się do Zatoki Baffina?

Crozier pokręcił głową.

– W tej chwili możemy równie łatwo popłynąć na wschód od Ziemi Króla Williama, jak na zachód; łatwiej, wiemy bowiem od naszych zwiadowców i obserwatorów, że na wschodzie są jeszcze duże obszary otwartej wody.

– Mielibyśmy popłynąć na wschód od Ziemi Króla Williama? – powtórzył z niedowierzaniem sir John. – Francis, w ten sposób zapędzilibyśmy się w ślepą uliczkę. Owszem, półwysep stanowiłby dobrą osłonę, ale utknęlibyśmy setki mil stąd w długiej zatoce, w której być może w ogóle nie puszczą lody do następnej wiosny.

– Chyba że… – zaczął głośno Crozier, rozglądając się dokoła. – Chyba że Ziemia Króla Williama też jest wyspą. Wówczas moglibyśmy korzystać z takiej samej osłony przed pakiem spływającym z północy, jaka przez ostatni miesiąc zapewniała nam Wyspa Księcia Walii. Całkiem możliwe, że otwarte wody po wschodniej stronie Ziemi Króla Williama ciągną się aż do wybrzeża; dzięki temu moglibyśmy żeglować jeszcze przez kilka tygodni na zachód, znaleźć jakąś przytulną zatoczkę – być może przy ujściu rzeki – i tam spędzić kolejną zimę, jeśli okaże się to konieczne.

W pokoju znów zapadła cisza.

Porucznik H.T.D. Le Vesconte z Erebusa odchrząknął z zakłopotaniem.

– Wierzysz w teorie tego ekscentryka, doktora Kinga? – powiedział cicho.

Crozier zmarszczył brwi. Wiedział, że większość badaczy zdecydowanie odrzuca teorie doktora Richarda Kinga – który nie był nawet marynarzem, lecz zwykłym cywilem – głównie dlatego, że King uważał, i głośno dawał temu wyraz, iż duże wyprawy morskie, takie jak choćby wyprawa sir Johna, były głupie, niebezpieczne i absurdalnie drogie. King twierdził również, opierając się na danych, które zebrała przed laty lądowa ekspedycja Backa, że Ziemia Króla Williama była wyspą, podczas gdy Boothia, wyspa położona jeszcze dalej na wschód, była w rzeczywistości długim półwyspem. Kontrowersyjny naukowiec dowodził, że najłatwiej, najbezpieczniej i najszybciej odnajdą Przejście Północno-Zachodnie małe grupy wędrujące najpierw drogą lądową przez tereny północnej Kanady, a potem posuwające się drogą morską na zachód, wzdłuż wybrzeża, gdzie żegludze sprzyjają cieplejsze wody, oraz że tysiące mil kwadratowych morza na północy to w rzeczywistości labirynt wysp i strumieni lodu, które mogły pochłonąć tysiące Erebusów i Terrorów. Crozier wiedział, że w bibliotece Erebusa znajduje się egzemplarz książki Kinga – sam ją odszukał i przeczytał, a książka nadal leżała w jego kajucie na Terrorze. Wiedział również, że jest jedynym członkiem ekspedycji, któremu w ogóle chciało się do niej zajrzeć.

– Nie – odrzekł głośno. – Nie zgadzam się teoriami Kinga, sugeruję tylko, że istnieje taka możliwość. Posłuchajcie, wszyscy myśleliśmy, że Ziemia Corwallisa jest ogromna, że być może stanowi część kontynentu arktycznego, opłynęliśmy ją jednak w ciągu zaledwie kilku dni. Wielu z nas uważało, że wyspa Devon ciągnie się na północ i zachód, roSto do otwartego Morza Polarnego, lecz nasze okręty dotarły do jej achodniego końca, skąd widzieliśmy otwarte kanały na północy. Zgodnie z rozkazami, minąwszy Przylądek Walkera, mieliśmy płynąć prosto południowy zachód, okazało się jednak, że dokładnie na naszym kursie leży Ziemia Księcia Walii – i co istotniejsze, że niemal na pewno est to wyspa. Wąski pas lodu, który dostrzegliśmy na wschodzie, gdy płynęliśmy na południe, może być zamarzniętą cieśniną oddzielającą Lrspę Sommerset od półwyspu Boothia, co oznaczałoby, że King się mylił i że Boothia nie jest jednym długim półwyspem ciągnącym się na północ aż do Cieśniny Lancastera.

– Nie mamy żadnych dowodów na to, że ten pas lodu to cieśnina

– odparł porucznik Gore. – Rozsądniej będzie chyba założyć, że to pokryty lodem przesmyk, podobny do tego, który widzieliśmy przy wyspie Beechey.

Crozier wzruszył ramionami.

– Być może, ale podczas tej wyprawy przekonaliśmy się już kilkakrotnie, że lądy, które do tej pory uważano za bardzo duże lub połączone ze sobą, w rzeczywistości są wyspami. Proponuję więc, byśmy zawrócili, unikając paku nadciągającego z południowego zachodu, i popłynęli na wschód, a potem na południe, wzdłuż wschodniego brzegu lądu, który być może jest Wyspą Króla Williama. Dzięki temu będziemy przynajmniej osłonięci przed tym… morskim lodowcem, o którym mówił pan Blanky… a gdybyśmy odkryli, że jest to tylko jednak długa, wąska zatoka, przyszłego lata najprawdopodobniej moglibyśmy ponownie popłynąć na północ, wzdłuż brzegu Ziemi Króla Williama i znaleźć się w tym samym miejscu co teraz, niczego praktycznie nie tracąc.

– Prócz spalonego węgla i cennego czasu – dodał komandor Fitzjames.

Crozier skinął głową.

Sir John potarł swe pulchne, gładko ogolone policzki, nim jednak zdążył odnieść się do słów Croziera, przemówił mechanik Terroru, James Thompson:

– Sir Johnie, panowie, ponieważ został tu poruszony temat zapasów węgla, pozwolę sobie zauważyć, że niedługo – i to bardzo niedługo – skurczą się one do ilości, która praktycznie uniemożliwi nam powrót. Tylko w zeszłym tygodniu, kiedy korzystając z napędu parowego, przebijaliśmy się przez obrzeża owego paku, spaliliśmy ponad jedną czwartą zapasów węgla, które nam jeszcze pozostały. W tej chwili została nam jeszcze połowa pierwotnych zapasów… czyli na niecałe dwa tygodnie normalnej żeglugi, ale tylko na kilka dni, jeśli nadal będziemy przebijać się przez lód. Jeśli następną zimę znów spędzimy w lodzie, zużyjemy znaczną część tych rezerw tylko na ogrzewanie statków.

– Zawsze możemy wysłać kogoś na brzeg po drewno – wtrącił porucznik Edward Little, siedzący po lewej ręce Croziera.

Przez następną minutę wszyscy mężczyźni obecni w kajucie, prócz sir Johna, śmiali się serdecznie, co rozładowało nieco napiętą atmosferę. Być może sir John przypominał sobie swoją pierwszą lądową ekspedycję na północne wybrzeże, położone na południe od miejsca, w którym się obecnie znajdowali. Tundra ciągnęła się na przestrzeni dziewięciuset mil od wybrzeża; dopiero po pokonaniu tej jałowej krainy można było natknąć się na pierwsze prawdziwe drzewa lub krzewy.

– Mam pewien pomysł, jak rozwiązać ten problem – oświadczył niespodziewanie Crozier, gdy umilkły już ostatnie śmiechy.

Wszyscy spojrzeli z zainteresowaniem na komandora HMS Terror.

– Przeniesiemy całą załogę i węgiel z Erebusa na Terror i popłyniemy dalej – wyjaśnił Crozier. – Albo przez lód na południowy zachód, albo wzdłuż wschodniego wybrzeża Ziemi Króla Williama.

– Postawić wszystko na jedną kartę – przemówił lodomistrz Blanky, przerywając pełną zdumienia ciszę. – Tak, to ma sens.

Sir John przez chwilę tylko mrugał. Gdy wreszcie odzyskał głos, wydawało się, że nie do końca wierzy w to, co właśnie usłyszał.

– Porzucić okręt flagowy? – powiedział w końcu. – Porzucić Erebusa} Rozejrzał się dokoła, jakby dając do zrozumienia wszystkim swym oficerom, że sam widok jego kajuty powinien rozwiązać tę kwestię w sposób jasny i ostateczny – grodzie wypełnione półkami i książkami, kryształy i porcelana na stole, trzy patentowane iluminatory Prestona osadzone w suficie, dzięki czemu do wnętrza wpadał szeroki strumień słonecznego blasku.

– Porzucić Erebusa, Francisie? – powtórzył głośniej, jakby domagał się, by ktoś wyjaśnił mu, o co chodzi w tym dziwnym i niezbyt śmiesznym żarcie.

Crozier skinął głową.

– Główny wał jest wykrzywiony, sir. Pański mechanik, pan Gregory, powiedział, że można go naprawić lub wymienić tylko w suchym doku, którym oczywiście nie dysponujemy. Jeśli utkniemy w paku, sytuacja tylko się pogorszy. Jeśli nadal będziemy płynąć na dwóch okrętach, węgla wystarczy nam tylko na kilka dni walki z lodem. Jeśli nam się nie uda, wszyscy zostaniemy uwięzieni w lodzie. Jeśli z kolei zamarzniemy na otwartym morzu, na zachód od Ziemi Króla Williama, staniemy się częścią prądu lodowego, który może nas znieść na przybrzeżną płyciznę. To zaś oznacza nieuchronne zniszczenie, nawet tak cudownego statku jak ten. – Crozier objął gestem kajutę Erebusa. – Jeśli jednak zgromadzimy wszystkie zapasy węgla na mniej zniszczonym statku – kontynuował – i jeśli uda nam się do tego znaleźć otwarte wody przy wschodnim wybrzeżu Ziemi Króla Williama, będziemy mogli jeszcze co najmniej przez miesiąc płynąć na zachód, i to pełną parą. Poświęcilibyśmy Erebusa, to prawda, ale moglibyśmy dotrzeć – dotarlibyśmy – do cypla Turnagain i innych znajomych miejsc przy wybrzeżu w ciągu tygodnia. Dzięki temu wypłynęlibyśmy na Pacyfik jeszcze w tym roku zamiast w następnym.

– Porzucić Erebusa} – powtórzył ponownie sir John. W jego głosie nie było gniewu ani irytacji, a tylko bezbrzeżne zdumienie wynikające z absurdalności takiej propozycji.

– Na Terrorze zrobiłoby się bardzo ciasno – zauważył komandor porucznik Fitzjames. Wyglądało na to, że całkiem poważnie potraktował pomysł Croziera.

Komandor sir John odwrócił się w prawo i wpatrywał się przez chwilę w swego ulubionego oficera. Na jego twarzy pojawił się w końcu zimny uśmiech kogoś, komu nie tylko celowo nie wyjaśniono sensu żartu, ale i uczyniono go obiektem tego żartu.

– Ciasno, ale nie ponad miarę, i to tylko przez miesiąc lub dwa – odrzekł Crozier. – Pan Honey z mojego statku i wasz okrętowy cieśla, pan Weekes, zajęliby się wyburzeniem wewnętrznych grodzi; rozebralibyśmy wszystkie kwatery oficerskie prócz Wielkiej Kajuty, w której znalazłoby się miejsce dla sir Johna. Dzięki temu zyskalibyśmy naprawdę dużo przestrzeni, wystarczająco, by spędzić na statku co najmniej kolejny rok. Te stare okręty bombardujące mają mnóstwo wolnej przestrzeni pod pokładem, przynajmniej tyle dobrego można o nich powiedzieć.

– Przeniesienie węgla i zapasów musiałoby trochę potrwać – zauważył porucznik Le Vesconte.

Crozier ponownie skinął głową.

– Poprosiłem, by mój intendent, pan Helpman, dokonał wstępnych obliczeń. Pamiętacie panowie zapewne, że pan Goldner, główny dostawca konserw naszej ekspedycji, dostarczył swój towar dopiero niecałe czterdzieści osiem godzin przed terminem wypłynięcia, musieliśmy więc w znacznym stopniu przeładować nasze statki. Zdążyliśmy. Pan Helpman szacuje, że jeśli obie załogi będą pracowały od rana do nocy, przesypiając tylko połowę należnego im czasu, zdążymy przenieść wszystko na Terror - w ciągu trzech dni. Przez kilka tygodni może nam być trochę ciasno, ale dzięki temu nasza ekspedycja zyska nowy wymiar, jakby dopiero startowała – będziemy mieli uzupełnione zapasy węgla, jedzenie na kolejny rok i w pełni sprawny okręt.

– Postawić wszystko na jedną kartę – powtórzył lodomistrz Blanky. Sir John pokręcił głową i zachichotał, jakby w końcu znudził mu się ten osobliwy żart.

– Cóż, Francis, to bardzo… interesująca… koncepcja, ale oczywiście nie porzucimy Erebusa, Ani Terroru, gdyby twój okręt doznał jakichś drobnych uszkodzeń. No dobrze, panowie, jeśli się nie mylę, nikt nie wspominał dzisiaj o powrocie do Zatoki Baffina. Czy mogę więc założyć, że nikt nie proponuje takiego rozwiązania?

W kajucie znów zapadła cisza. Słychać było tylko zgrzyt cegiełek o deski; marynarze już drugi raz tego dnia czyścili pokład.

– Cóż, w takim razie sprawa jest postanowiona – rzekł sir John – Płyniemy dalej. Po pierwsze tak mówią rozkazy, a po drugie, jak kilku z was, panowie, raczyło zauważyć, będziemy bezpieczniejsi, jeśli zbliżymy się do stałego lądu, nawet jeśli ląd ów będzie tak niegościnny jak wyspy, które mijaliśmy po drodze. Francis, James, możecie poinformować załogi o naszej decyzji.

Sir John wstał.

Przez krótką, pełną niedowierzania chwilę komandorzy, oficerowie lodomistrzowie, mechanicy i lekarz tkwili w bezruchu, potem jednak’ oficerowie wstali szybko z miejsc, skinęli głowami i wyszli z ogromnej kajuty sir Johna.

Doktor Stanley kilkakrotnie szarpnął komandora porucznika Fitzjamesa za rękaw, kiedy mężczyźni przeszli wąską zejściówką i wkroczyli po schodach na pokład.

– Komandorze, komandorze – mówił Stanley – sir John nie udzielił mi głosu, ale chciałem poinformować wszystkich, że coraz więcej konserw się psuje.

Fitzjames uśmiechnął się i uwolnił rękaw z uścisku doktora.

– Postaramy się, by wkrótce mógł pan poinformować o tym sir Johna osobiście.

– Ale już mu o tym mówiłem – nie dawał za wygraną lekarz. – Chciałem tylko poinformować innych oficerów, na wypadek…

– Później, panie Stanley – uciął krótko Fitzjames.

Lekarz mówił coś jeszcze, lecz Crozier go nie dosłyszał, przeszedł dalej i gestem dał znak Johnowi Lane’owi, swemu bosmanowi, by przysłał po niego łódkę, która miała zawieźć go wąskim przesmykiem otwartej wody na pokład Terroru. Okręt Croziera wgryzał się uporczywie w coraz twardszą taflę lodu, a z jego komina biły w niebo kłęby czarnego dymu.

***

Przez kolejne cztery dni oba okręty przebijały się przez pak, zmierzając powoli na południowy zachód. HMS Terror spalał węgiel w zawrotnym tempie, wykorzystując całą moc silnika do walki z coraz grubszym lodem. Pasmo otwartej wody na południu zniknęło, niewidoczne nawet w słoneczne dni.

Temperatura spadła gwałtownie dziewiątego września. Długi wąski pas otwartej wody za rufą Erebusa pokrył się najpierw warstwą krążków śryżowych, a potem zamarzł na dobre. Morze wokół nich zamieniło się w jednolitą białą masę brył lodu, gór i wałów lodowych.

Przez sześć dni Franklin próbował wszystkich znanych mu sztuczek, które mogłyby uwolnić ich z lodowej pułapki – kazał posypywać lód przed dziobami okrętu pyłem węglowym, co miało przyspieszyć jego topnienie, wysyłał do pracy grupy ludzi z ogromnymi piłami, którzy wycinali lód sprzed okrętów kawałek po kawałku, zmieniał balast, kazał setce ludzi naraz atakować lód za pomocą kilofów, oskardów, łopat ostrzonych palików, wbijał kotwice daleko z przodu i ciągnął Erebusa – który dzień przed nagłym atakiem mrozu ponownie zajął miejsce przed Terrorem – jard po jardzie. Wreszcie kazał wszystkim zdrowym członkom załogi wyjść na lód, przydzielił wszystkim liny, a najsilniejszym uprzęże do sań i spróbował ciągnąć okręty naprzód, co było prawdziwie morderczą pracą przynoszącą wszakże mizerne skutki. Sir John bez przerwy powtarzał swoim ludziom, że być może już dwadzieścia, trzydzieści mil dalej czekają na nich otwarte przybrzeżne wody.

Otwarte wody mogły równie dobrze czekać na nich na powierzchni księżyca…

Nocą piętnastego września 1846 roku temperatura spadła poniżej zera a lód zaczął z jękiem i trzaskiem napierać na kadłuby okrętów. Rankiem każdy, kto wyszedł na pokład, mógł przekonać się na własne oczy, że wokół statków rozciąga się bezbrzeżna lodowa pustynia. Korzystając z krótkich okresów dobrej pogody pomiędzy coraz częstszymi śnieżycami, Crozier i Fitzjames ustalili pozycje swych statków. Obaj komandorzy obliczyli, że pozycja ta wynosi mniej więcej 70°05’ szerokości geograficznej północnej i 98°23’ długości geograficznej zachodniej, jakieś dwadzieścia pięć mil od północno-zachodniego brzegu Wyspy albo Ziemi Króla Williama – teraz ta różnica i tak nie miała żadnego znaczenia.

Utknęli w otwartym lodzie – w ruchomym paku – uwięzieni dokładnie na linii ataku „ruchomego lodowca” lodomistrza Blanky’ego, który ciągnął ku nim z obszarów polarnych na północnym zachodzie, z samego bieguna północnego. Z tego, co wiedzieli, w promieniu stu mil nie było żadnej zatoki, która mogłaby osłonić ich przed tym atakiem, a gdyby nawet wiedzieli o istnieniu takowej, i tak nie mogliby się do niej dostać.

O drugiej po południu tego dnia komandor sir John Franklin rozkazał przygasić ogień w kotłach zarówno na Erebusie, jak i na Terrorze. Palacze mieli utrzymywać tylko ciśnienie pary wystarczające do ogrzewania niższych pokładów na obu statkach.

Sir John nie wygłosił żadnego oświadczenia do swych ludzi. Nie było to potrzebne. Tego wieczoru, gdy marynarze układali się w swych hamakach na Erebusie i gdy Hartnell jak co dzień odmawiał szeptem Modlitwę za swego zmarłego brata, trzydziestopięcioletni marynarz Abraham Seeley z sąsiedniego hamaka syknął w jego stronę:

– Utknęliśmy po uszy w gównie, Tommy, i ani twoje modlitwy, ani Slr John nie wyciągną nas z niego… przynajmniej przez następne dziesięć miesięcy.

8

CROZIER

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. 11 listopada 1847.

Minął rok, dwa miesiące i osiem dni od czasu pamiętnej narady w kajucie sir Johna, a oba okręty nadal tkwią w lodzie, mniej więcej w tym samym miejscu, gdzie zatrzymały się tamtego wrześniowego dnia 1846 roku. Choć prąd z północnego zachodu przesuwa lodową masę, krąży on wkoło, niosąc ze sobą lód, góry lodowe, grzbiety i oba okręty, więc ich pozycja pozostaje mniej więcej taka sama: HMS Erebusi HMS Terror stoją uwięzione w lodzie około dwudziestu pięciu mil od północno-zachodniego brzegu Ziemi Króla Williama i krążą powoli niczym plamka rdzy na jednym z muzycznych dysków w Wielkiej Kajucie.

Komandor Crozier spędził ten listopadowy dzień – a raczej te godziny ciemności, w których niegdyś pojawiał się blask słońca – na poszukiwaniach brakujących członków załogi, Williama Stronga i Thomasa Evansa. Oczywiście nie ma już żadnej nadziei na uratowanie któregokolwiek z nich i istnieje duże ryzyko, że monstrum z lodu zabierze innych, ale poszukiwania trwają nadal. Ani komandor, ani żaden z członków załogi nie wyobrażają sobie innego rozwiązania.

Cztery zespoły złożone z pięciu członków – jeden marynarz w zespole trzyma dwie lampy, a pozostali czterej gotowe do strzału strzelby śrutowe lub muszkiety – prowadzą jednocześnie poszukiwania, pracując w systemie czterogodzinnych zmian. Gdy jeden zespół wraca, przemarznięty i drżący, kolejny czeka już na pokładzie, z lampami wypełnionymi olejem i załadowaną bronią, po czym podejmuje poszukiwania w kwadrancie, który opuścił poprzedni zespół. Pięcioosobowe grupy zataczają coraz szersze koła wokół statków, przedzierając się przez labirynt lodowych formacji. Strażnicy na pokładzie czasem dostrzegają ich lampy przebłysku)ące spomiędzy lodowych głazów i wałów. Komandor Crozier i marynarz z czerwoną lampą przechodzą z kwadrantu do kwadrantu, sprawdzając poszczególne zespoły, a potem wracają na Terror, by sprawdzić, jak wygląda sytuacja na pokładzie i pod nim.

Trwa to dwanaście godzin.

Po wybiciu dwóch szklanek na psiej wachcie – o szóstej wieczorem – wracają ostatnie zespoły poszukiwawcze. Żaden z nich nie znalazł zaginionych towarzyszy, a kilku marynarzy czerwieni się ze wstydu, wypaliwszy z muszkietu do lodowych głazów i seraków, które wzięli za białe niedźwiedzie. Crozier ostatni schodzi za nimi pod pokład.

Nim Crozier zamknie za sobą właz, większość załogantów ma dość czasu, by zdjąć okrycia wierzchnie i przejść do spuszczonych spod sufitu stolików, gdzie czeka już na nich posiłek. Steward komandora, Jopson, i porucznik Little pomagają mu zdjąć okryte warstwą lodu ubrania.

– Przemarzł pan, komandorze – mówi Jopson. – Pańska skóra jest biała. Proszę przejść do mesy oficerskiej, podano kolację. Crozier kręci głową.

– Muszę porozmawiać z komandorem Fitzjamesem. Edwardzie, czy podczas mojej nieobecności dotarł tu jakiś posłaniec z jego okrętu?

– Nie, panie komandorze – odpowiada porucznik Little.

– Proszę coś zjeść, komandorze – nalega Jopson. Jak na stewarda jest dość dużym mężczyzną, a jego głęboki głos przybiera raczej gniewne niż błagalne tony, kiedy próbuje namówić swego komandora do zjedzenia kolacji.

Crozier ponownie kręci głową.

– Bądź tak miły, Thomasie, i przygotuj mi kilka sucharów. Zjem je po drodze do Erebusa.

Jopson nie kryje swego niezadowolenia z tej niemądrej decyzji, idzie jednak do pana Diggle’a, który jak zawsze stoi przy ogromnym piecu. O tej porze, w godzinie kolacji, dolny pokład jest wyjątkowo ciepły – temperatura wzrasta do ponad czterdziestu stopni. Przez resztę doby będzie tu znacznie chłodniej – ostatnio znacznie ograniczyli ilość węgla przeznaczonego na ogrzewanie statku.

– Ilu ludzi pójdzie z panem, panie komandorze? – pyta Little.

– Żaden, Edwardzie. Kiedy już wszyscy się najedzą, wyprowadź na lód co najmniej osiem zespołów i kontynuuj poszukiwania jeszcze przez cztery godziny.

– Ale, panie komandorze, lepiej byłoby dla pana… – zaczyna Little, potem jednak milknie.

Crozier wie, co chciał powiedzieć porucznik. Terror i Erebus są od siebie oddalone zaledwie o milę, jednak pokonanie tego dystansu trwa czasem kilka godzin. Jeśli nadejdzie śnieżyca albo po prostu zacznie wiać wiatr unoszący ze sobą śnieg, nieostrożny wędrowiec może się zgubić albo utknąć w miejscu. Crozier osobiście zabronił swym podwładnym przechodzić na Erebus w pojedynkę, a gdy trzeba przekazać tam jakąś wiadomość, wysyła co najmniej dwóch ludzi i każe im zawracać przy najmniejszych oznakach załamania pogody. Poza tym oba statki oddziela nie tylko wysoka na dwieście stóp góra lodowa, która Często zasłania flary i światła, ale i prawdziwy labirynt zmieniających SlC nieustannie seraków, wałów lodowych i odwróconych lodowych krył, przez które prowadzi wytyczona rękami marynarzy ścieżka.

– Nie obawiaj się, Edwardzie – mówi Crozier. – Zabiorę kompas. Little uśmiecha się, choć po trzech latach pobytu w tym miejscu żart ów nieco już spowszedniał. Według tego, co pokazują instrumenty pokładowe, oba okręty zatrzymały się niemal dokładnie nad północnym biegunem magnetycznym. Kompas jest tutaj równie przydatny jak czarodziejska różdżka.

Do komandora podchodzi porucznik Irving. Policzki młodzieńca błyszczą balsamem nałożonym w miejscach, gdzie odmrożenia pozostawiły po sobie białe plamy i obszary łuszczącej się, martwej skóry.

– Komandorze – zaczyna Irving pośpiesznie. – Widział pan gdzieś na zewnątrz Ciszę?

Crozier zdjął przed chwilą czapkę i szalik i zajęty jest teraz wycieraniem lodu z mokrych od potu i pary włosów.

– Chcesz powiedzieć, że nie ma jej w tej małej kryjówce za izbą chorych?

– Nie, komandorze.

– Szukałeś jej na całym dolnym pokładzie? – Crozier martwi się głównie, że podczas gdy większość marynarzy była na zewnątrz, zajęta poszukiwaniami, młoda Eskimoska zrobiła coś, czego dla własnego dobra nie powinna była robić.

– Tak jest, komandorze. Ani śladu. Wypytywałem o nią, ale nikt nie widział jej od wczorajszego wieczora. Od wieczora poprzedzającego… atak.

– Była na pokładzie, kiedy to coś zaatakowało szeregowca Heathera i marynarza Stronga?

– Nikt tego nie wie, komandorze. Być może. Tylko Heather i Strong byli wtedy na pokładzie.

Crozier wzdycha przeciągle. Myśli, że byłaby to prawdziwa ironia losu, gdyby ich tajemniczy gość, który pojawił się przed sześcioma miesiącami, dokładnie w dniu, gdy zaczął się ten koszmar, został teraz zabrany przez to stworzenie.

– Przeszukajcie cały statek, poruczniku – mówi. – Wszystkie schowki i szafki, wszystkie zakamarki. Zastosujemy brzytwę Okhama i założymy, że jeśli nie ma jej na statku, to… została porwana.

– Tak jest, komandorze. Czy mogę dobrać sobie kilku ludzi do pomocy?

Crozier kręci głową.

– Nie, musisz robić to sam, John. Chcę, żeby wszyscy pozostali wyszli ponownie na lód i szukali Stronga i Evansa do wygaszenia świateł. Jeśli nie znajdziesz Ciszy, przyłącz się do którejś z grup.

– Tak jest, komandorze.

Przypomniawszy sobie o rannej ofierze monstrum, Crozier przechodzi przez mesę marynarską do izby chorych. Zwykle w porze kolacji, nawet w tych mrocznych dniach, przy stołach słychać gwar rozmów i śmiechy, dziś jednak ciszę przerywa tylko skrobanie łyżek o metal i czkanie. Ludzie są wyczerpani, siedzą nieruchomo na skrzyniach służących im za krzesła, niektórzy tylko podnoszą głowy, by spojrzeć obojętnie na przeciskającego się między nimi komandora.

Crozier puka w drewnianą belkę przy wejściu do izby chorych i odsuwa zasłonę.

Doktor Peddie siedzi przy stole na środku pokoju i zszywa lewe przedramię starszego marynarza George’a Canna.

– Dobry wieczór, komandorze – mówi lekarz, podnosząc nań wzrok. Cann przykłada zdrową rękę do czoła, salutując.

– Co się stało, Cann?

Młody marynarz krzywi się ze złością.

– Pierdolona strzelba ześlizgnęła mi się do rękawa i przykleiła się do skóry, kiedy wchodziliśmy na ten jebany wał, komandorze… przepraszam za wyrażenie. Pociągnąłem strzelbę, a razem z nią zszedł mi płat skóry.

Crozier kiwa głową i rozgląda się dokoła. Izba chorych jest mała, ale stoi w niej teraz sześć łóżek. Jedno jest puste. Trzech chorych na szkorbut, jak podejrzewają Peddie i McDonald, śpi. Czwarty, Davey Leys, wpatruje się w sufit – jest przytomny, ale niemal od tygodnia dziwnie milczący i obojętny. Na piątym leży szeregowiec William Heather.

Crozier zdejmuje z haczyka lampkę i oświetla nią twarz Heathera. Światło odbija się w jego otwartych oczach, nie mruga jednak, gdy Crozier przysuwa lampkę bliżej. Jego źrenice wydają się na stałe rozszerzone. Głowa rannego jest owinięta bandażem, przez który sączy się krew i szara substancja.

– Żyje? – pyta cicho Crozier.

Peddie podchodzi do niego, wycierając ręce w zakrwawioną szmatę.

– Dziwne, ale żyje.

– Widzieliśmy jego mózg na pokładzie. Widzę go nawet teraz. Peddie kiwa ze znużeniem głową.

– To się zdarza. W innych okolicznościach mógłby nawet wyzdrowieć. Oczywiście do końca życia byłby idiotą, ale moglibyśmy uzupełnić brakujący fragment czaszki metalową płytką, a jego rodzina, jeśli ma rodzinę, mogłaby się nim opiekować. Ale tutaj… – Peddie wzrusza ramionami. – Wcześniej czy później wykończy go zapalenie płuc albo szkorbut.

– Jak długo to potrwa? – pyta Crozier. Marynarz Cann opuścił już izbę chorych.

– Bóg jeden wie – odpowiada Peddie. – Będziecie jeszcze szukać Evansa i Stronga, komandorze?

– Tak. – Crozier odwiesza lampkę na swoje miejsce przy wejściu.

– Z pewnością zdaje pan sobie sprawę – mówi ze znużeniem lekarz – że ani młody Evans, ani Strong nie mają już żadnych szans na przeżycie, istnieje za to duże prawdopodobieństwo, że każda wyprawa na lód przyniesie więcej ran i więcej odmrożeń, które mogą zakończyć się amputacją – wielu ludzi straciło już co najmniej jeden palec u nogi – i Ze prędzej czy później ktoś postrzeli kogoś innego przez pomyłkę.

Crozier przez chwilę patrzy w milczeniu na lekarza. Gdyby to któryś z oficerów lub marynarzy przemówił do niego w ten sposób, kazałby go wychłostać. Komandor bierze jednak pod uwagę cywilny status lekarza i jego zmęczenie. Doktor McDonald od trzech dni leży w hamaku, złożony grypą, Peddie ma więc mnóstwo pracy.

– Pan pozwoli, że to ja będę się martwił zagrożeniami związanymi z prowadzeniem dalszych poszukiwań, panie Peddie, a pan niech się martwi zszywaniem ludzi, którzy są na tyle głupi, by przy temperaturze sześćdziesięciu stopni poniżej zera przystawiać metal do gołej skóry. Poza tym, gdyby to monstrum zabrało pana, nie chciałby pan, żebyśmy pana szukali?

Peddie śmieje się głucho.

– Mam tylko nadzieję, komandorze, że jeśli porwie mnie ten okaz gatunku Ursus mańtimus, będę miał ze sobą swój skalpel. I że uda mi się wbić go we własne oko.

– Więc proszę nosić skalpel przy sobie, panie Peddie – odpowiada Crozier, odsuwa zasłonę i wchodzi w dziwną ciszę marynarskiej mesy.

Jopson czeka nań już z zawiniętymi w chustę gorącymi sucharami.

***

Spacer przez lodową pustynię sprawia Crozierowi przyjemność, choć dojmujący mróz dosięga jego twarzy, palców i stóp, które pieką go teraz tak, jakby wypełniał je płynny ogień. Wie, że to lepsze, niż gdyby nie czuł ich wcale. Spacer sprawia mu też przyjemność pomimo faktu, że pomiędzy przeciągłymi jękami i nagłymi krzykami lodu, który przemieszcza się pod nim i wokół niego, oraz nieustającym wyciem wiatru nabiera coraz większej pewności, iż ktoś go śledzi.

Podczas dwugodzinnego marszu – a właściwie wspinaczki i zjazdów po wałach lodowych, które bez ustanku stają mu na drodze – może też cieszyć się niecodziennym widokiem, gdy chmury rozstępują się na jakieś dwadzieścia minut, a trzy ćwierci księżyca oświetlają fantas-magoryczny krajobraz. Księżyc jest na tyle jasny, że otacza go halo światła odbitego w kryształkach lodu, a właściwie dwa koncentrycznie ułożone halo, z których większe zajmuje niemal jedną trzecią nieba. Nie widać gwiazd. Crozier przykręca lampę, by zaoszczędzić na oleju, i idzie dalej, badając za pomocą tyczki, którą zabrał ze sobą ze statku, każdą plamę czerni na swej drodze i upewniając się w ten sposób, że jest to tylko cień, a nie szczelina lub rozpadlina w lodzie. Dotarł już do obszaru po wschodniej stronie góry lodowej, gdzie nie dociera blask I księżyca’ a lód przykrywa poszarpany cień góry. Jopson i Little namawiali go, by wziął ze sobą strzelbę, odpowiedział im jednak, że nie chce dodatkowego obciążenia. W rzeczywistości nie wierzył, by śrutówka mogłaby przydać mu się do czegokolwiek w starciu z wrogiem, którego wszyscy mieli na myśli.

W krótkiej chwili spokoju, gdy nad lodową pustynią zapada nagle cisza przerywana jedynie jego chrapliwym oddechem, Crozier przypomina sobie nagle pewien obraz z czasów, gdy był jeszcze chłopcem. Pewnego zimowego wieczora wracał wtedy do domu, spędziwszy z kolegami całe popołudnie wśród wzgórz. Początkowo pędził co sił w nogach przez oszronione wrzosowisko, potem jednak zatrzymał się raptownie jakieś pół mili od domu. Pamięta, jak stał tam, spoglądając na rozświetlone okna w wiosce, podczas gdy nad światem zapadał zmierzch, a otaczające go wzgórza zamieniały się w niewyraźne, czarne kształty, aż w końcu nawet jego dom widoczny na obrzeżach wioski zatracił wyraźne kształty i trójwymiarowość w dogasającym świetle. Crozier pamięta, że zaczął wówczas padać śnieg, przypomina sobie, jak stał samotnie w ciemności, za kamiennymi zagrodami dla owiec. Wiedział, że oberwie mu się za spóźnienie, że im później przyjdzie, tym większe czeka go lanie, nie chciał jednak jeszcze iść w stronę świateł domu. Radością napełniał go szum nocnego wiatru i świadomość, że jest jedynym chłopcem – być może jedyną ludzką istotą – na tych ciemnych, zamarzniętych łąkach, w noc pachnącą nadciągającym śniegiem, odizolowanym od oświetlonych okien i ciepłych palenisk, narodzonym w tej wiosce, ale niebędącym jej częścią w tym konkretnym momencie. Było to ekscytujące, niemal erotyczne doznanie – potajemne odkrycie własnej jaźni oddzielonej od wszystkiego i wszystkich innych w tej ciemności i zimnie. Później wiele razy ponownie doświadczał tego uczucia podczas długich lat służby na przeciwległych biegunach kuli ziemskiej, a teraz doświadcza go po raz kolejny.

Coś schodzi z wysokiego wału lodowego za jego plecami.

Crozier podkręca płomień lampki i stawia ją na ziemi. Krąg złotego światła sięga zaledwie na odległość piętnastu stóp i sprawia, że rozciągające się za nim ciemności stają się jeszcze głębsze. Pomagając sobie zębami, ściąga grubą rękawicę i pozwala, by spadła na lód. Przekłada tyczkę do lewej ręki i wyciąga z kieszeni pistolet. Crozier odbezpiecza broń, wsłuchany w coraz głośniejsze szelesty i skrzypienie śniegu dochodzące z wału lodowego. Cień góry przesłania księżyc, a w migotliwym blasku lampy komandor widzi tylko niewyraźne zarysy ogromnych lodowych bloków.

Na skalnej półce, z której przed chwilą zszedł, pojawia się jakaś futrzana postać, jakieś dziesięć stóp nad nim i niecałe piętnaście stóp na zachód.

– Stój – mówi Crozier, podnosząc ciężki pistolet. – Ktoś ty?

Postać nie odpowiada. Znów się porusza.

Crozier nie strzela. Rzuca długą tyczkę na ziemię, podnosi lampkę i wysuwają przed siebie.

Widzi marszczące się futro i omal nie strzela, powstrzymuje się jednak w ostatniej chwili. Postać zsuwa się niżej, schodząc szybko i sprawnie na lód. Crozier opuszcza pistolet i chowa go do kieszeni Wciąż trzymając przed sobą lampę, przykuca i podnosi rękawicę.

Lady Cisza wchodzi w krąg światła, odziana jak zawsze w futrzaną kurtkę i spodnie z foczej skóry, które upodabniają ją do zwierzęcia. Głęboko naciągnięty kaptur skrywa jej twarz przed wzrokiem Croziera.

– Do diabła, kobieto – mówi cicho. – Niewiele brakowało, a byłbym cię zastrzelił. Gdzieś ty się podziewała, do cholery?

Kobieta podchodzi bliżej, niemal na wyciągnięcie ręki, jej twarz nadal jednak kryje się w cieniu kaptura.

Przeszyty zimnym dreszczem, który wędruje wzdłuż jego kręgosłupa – Crozier przypomina sobie opowieść babki Moiry, opis ukrytej pod kapturem trupiej twarzy upiora – podnosi wyżej lampę.

Widzi twarz młodej kobiety, a nie upiora, światło odbija się w jej dużych ciemnych oczach. Trudno cokolwiek z nich wyczytać. Crozier uświadamia sobie, że nigdy nie widział, by twarz tej Eskimoski wyrażała jakiekolwiek uczucia, może prócz lekkiego zainteresowania. Nie okazała żadnych uczuć nawet tego dnia, gdy zastrzelili jej męża czy brata, czy ojca, a ona przyglądała się jego śmierci.

– Nic dziwnego, że ludzie uważają cię za czarownicę i Jonasza – mówi Crozier. Na statku, w obecności innych ludzi, zawsze jest grzeczny dla eskimoskiej wiedźmy, teraz jednak nie jest ani na statku, ani w obecności swych ludzi. To pierwszy i jedyny raz, kiedy on i ta przeklęta kobieta w tym samym czasie znajdują się poza statkiem. A on jest przemarznięty i zmęczony.

Lady Cisza wpatruje się w niego. Potem wyciąga rękę. Crozier obniża lampę i widzi, że podaje mu coś szarego i bezwładnego, przypominającego wypatroszoną rybę.

Crozier uświadamia sobie, że to wełniana marynarska skarpeta.

Bierze ją do ręki i wyczuwa pod palcami jakąś bezkształtną bryłę. – Przez sekundę jest pewien, że to część ludzkiej stopy, może podbicie i palce, wciąż różowe i ciepłe.

Crozier bywał we Francji i zna ludzi, którzy pracowali w Indiach – Słyszał opowieści o wilkołakach i ludziach-tygrysach. W Ziemi van Diemena Sophia Cracroft mówiła mu, że zdaniem mieszkających tam białych ludzi tubylcy potrafili zamienić się w potworne stworzenie zwane diabłem tasmańskim, które mogło rozerwać człowieka na strzępy-

Crozier potrząsa skarpetą i patrzy w oczy lady Ciszy. Są czarne jak dziury w lodzie, do których marynarze Terroru składali swych zmarłych, dopóki i one nie zamarzły na kamień.

To bryłka lodu, a nie część stopy. Sama skarpeta nie jest jednak zamarznięta. Wełna nie leżała zbyt długo na mrozie. Logika podpowiada, ze kobieta przyniosła ją ze sobą ze statku, jednak z jakiegoś nieokreślonego powodu Crozier w to nie wierzy.

– Strong? – mówi komandor. – Evans?

Cisza nie reaguje na żadne z tych nazwisk.

Crozier wzdycha, chowa skarpetę do kieszeni i podnosi tyczkę.

– Jesteśmy bliżej Erebusa niż Terroru – mówi. – Będziesz musiała pójść ze mną.

Crozier odwraca się do niej plecami, choć gdy to robi, znów przeszywa go zimny dreszcz, i rusza w stronę widocznej już w oddali sylwetki siostrzanego statku Terroru. Po chwili słyszy jej kroki na lodzie.

Pokonują ostatni wał lodowy. Crozier widzi teraz, że Erebus jest oświetlony jaśniej niż kiedykolwiek. Co najmniej dwanaście lamp wisi tylko na lewej burcie wyniesionego ponad lód i przechylonego statku. To marnotrawstwo oleju.

Crozier wie, że Erebus ucierpiał bardziej niż jego Terror. Ostatniego lata wygięty został długi wał okrętu – wał był tak skonstruowany, by w razie potrzeby chował się częściowo do statku, nie zdążył jednak zrobić tego, nim trafił na warstwę twardego jak skała lodu – zniszczeniu uległa też sama śruba, a do tego w ciągu ostatnich dwóch lat Erebus został w znacznie większym stopniu poturbowany przez lód niż Terror. Lodowiec wygiął, połamał i poluzował deski w poszyciu Erebusa; ster okrętu flagowego został uszkodzony, kiedy ostatniego lata próbowali dotrzeć do Przejścia; mróz wysadził więcej sworzni, nitów i metalowych obejm niż na Terrorze, wzmocniona powłoka przystosowana do rozbijania lodu, okrywająca dziób Erebusa, była oderwana lub wygięta. I choć Terror także został podniesiony przez lód, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy trzeciej zimy HMS Erebus znalazł się na prawdziwym lodowym piedestale, pod którego naporem pękła znaczna część dolnej części kadłuba z prawej burty.

Okręt flagowy sir Johna, o czym dobrze wiedzą Crozier, Fitzjames jego załoga, nigdzie już nie popłynie.

Crozier nie wchodzi od razu w krąg światła rzucanego przez lampy na okręcie, lecz chowa się za wysoki na dziesięć stóp serak i przyciąga do siebie lady Ciszę.

– Ahoj, statek! – krzyczy najgłośniej, jak potrafi.

Odpowiada mu huk wystrzału, a sąsiedni serak zamienia się w fontannę śniegu i odłamków lodu.

– Nie strzelajcie, ślepi idioci, mróz wam pozamieniał mózgi w gówno czy co! – ryczy Crozier.

Na pokładzie słychać podniesione głosy, oficer wyrywa strzelbę z rąk Kretyna stojącego na wachcie.

– W porządku – mówi Crozier do skulonej Eskimoski. – Teraz możemy już iść.

Zastyga w bezruchu, nie tylko dlatego, że lady Cisza wcale nie idzie jego śladem. W świetle lamp widzi jej twarz – Eskimoska się uśmiecha. Te pełne usta, które prawie nigdy się nie poruszają, teraz wygięte są w uśmiechu. Jakby zrozumiała jego wybuch i uznała go za zabawny.

Crozier jeszcze nie może uwierzyć, że widział ją uśmiechniętą, gdy Cisza cofa się nagle w mroczny lodowy labirynt i znika.

Crozier kręci głową. Jeśli ta kobieta chce tam zamarznąć na śmierć, nie będzie jej w tym przeszkadzał. Czeka go jeszcze rozmowa z komandorem Fitzjamesem i długa droga powrotna do domu.

Uświadomiwszy sobie nagle, że co najmniej od pół godziny nie czuje już stóp, Crozier wchodzi powoli na śnieżne zbocze, prowadzące na pokład zniszczonego okrętu flagowego.

9

FRANKLIN

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. Maj 1847.

Komandor sir John Franklin był chyba jedynym człowiekiem na pokładzie obu statków, który na pozór zachował całkowity spokój, gdy w kwietniu, maju i czerwcu 1847 roku wiosna i lato po prostu nie nadeszły.

Początkowo sir John nie ogłaszał oficjalnie, że zostaną w lodzie co najmniej przez rok dłużej; nie musiał. Poprzedniej wiosny, przy wyspie Beechey, załoga i oficerowie obserwowali z radością nie tylko powrót słońca, ale i pierwsze rysy na lodzie, który stopniowo zamieniał się w coraz mniejsze kawałki kry, uwalniając w końcu unieruchomione od miesięcy statki. Pod koniec maja 1846 roku płynęli już po otwartych wodach. W tym roku nie.

Poprzedniej wiosny załoga i oficerowie obserwowali także powrót ptaków, wielorybów, ryb, lisów, fok, morsów i innych zwierząt, nie i wspominając o pojawieniu się porostów i wrzosów okrywających wyspy, ku którym zmierzali na początku czerwca. Nie w tym roku. Brak otwartych wód oznaczał brak wielorybów, morsów i fok – nieliczne foki obrączkowane, które udało im się wytropić, były równie nieuchwytne jak wczesną zimą – a martwego, lodowo-śnieżnego krajobrazu nie mąciły najmniejsze nawet plamy zieleni.

Choć każdego dnia słońce świeciło coraz dłużej, temperatura wciąż była bardzo niska. Franklin kazał przysposobić maszty, założyć drzewca i takielunek, a w połowie kwietnia również świeże żagle, szybko okazało się jednak, że nie miało to większego sensu. Parę w kotłach nadal utrzymywano tylko na poziomie wystarczającym do ogrzania statków. Według obserwatorów lodowa tafla ciągnęła się po horyzont we wszystkich kierunkach. Góry lodowe tkwiły w tych samych miejscach, w których zamarzły poprzedniego września. Fitzjames, porucznik Gore i komandor Crozier z Terroru ustalili na podstawie obserwacji gwiazd, że prąd spycha lód na południe w tempie półtorej mili na miesiąc, jednak ten konkretny fragment lodowca, w którym utkwiły ich statki, przez całą zimę obracał się w kierunku przeciwnym do kierunku ruchu wskazówek zegara, przenosząc ich ponownie do punktu wyjścia. Na powierzchni lodu wciąż pojawiały się nowe wały. Pokrywa lodowa robiła się coraz cieńsza – potwierdzały to zespoły drążące w niej otwory – nadal jednak miała ponad dziesięć stóp grubości.

Mimo tych niepomyślnych okoliczności komandor sir John Franklin zachowywał spokój i pogodę ducha, których źródłem były dwie rzeczy: jego wiara i jego żona. To właśnie żarliwa wiara podnosiła sir Johna na duchu, kiedy ciężar odpowiedzialności i frustracja próbowały w nim tego ducha złamać. Wierzył, że wszystko, co go spotyka, zgodne jest z wolą Boga. To, co innym wydawało się nieuniknione, wcale nie musiało takie być we wszechświecie rządzonym przez miłosiernego Boga. Lód mógł nagle popękać w lecie, od którego dzieliło ich już niecałe sześć tygodni, a nawet tylko kilka tygodni żeglugi pozwoliłoby im dotrzeć do Przejścia Północno-Zachodniego. Płynęliby na zachód, wzdłuż wybrzeża, dopóki starczyłoby im węgla, potem pożeglowaliby na Pacyfik, uciekając z północnych szerokości w połowie września, tuż przed nadejściem zimy. Franklin doświadczył już w swym życiu większych cudów. Sam fakt, że został wyznaczony na dowódcę tej ekspedycji – w wieku sześćdziesięciu lat, po upokorzeniu na Ziemi van Diemena – był większym cudem.

Wiara sir Johna w Boga była głęboka i szczera, lecz wiara w jego żonę była jeszcze głębsza i czasami bardziej przerażająca. Lady Jane Franklin była kobietą niezłomną… tak, to określenie pasowało do niej najbardziej. Jej żelazna wola nie znała żadnych ograniczeń i potrafiła dokonać niemal wszystkiego, pokonać wszelkie przeciwności i osiągnąć wyznaczone cele. Sir John przypuszczał, że już teraz, gdy od czasu ich ostatniego kontaktu z cywilizacją upłynęły dwa lata, jego żona próbuje nakłonić Admiralicję, Parlament i Bóg wie kogo jeszcze do wysłania ekspedycji ratunkowej, angażując w to przedsięwzięcie swój ogromny majątek, rozległe znajomości i nieugiętą wolę.

W gruncie rzeczy ta perspektywa nieco niepokoiła sir Johna. Nie chciał, by jego ekspedycja została „uratowana” – by podczas krótkich letnich roztopów dotarły do niej zgromadzone naprędce zespoły dowodzone przez wielbiciela whisky sir Johna Rossa lub młodego sir Jamesa Rossa (który, czego sir John był całkowicie pewien, złamałby swe wcześniejsze postanowienia i wyruszył do Arktyki na wyraźne żądanie lady Jane). Uważał, że takie rozwiązanie oznaczałoby dlań hańbę i upokorzenie.

Obawy sir Johna nie były jednak zbyt poważne, wiedział bowiem, że Admiralicja nie działa szybko w żadnej kwestii, nawet jeśli poddawana jest naciskom ze strony tak energicznej osoby jak jego żona Jane. Sir John Barrow i inni członkowie mitycznej Rady Arktycznej, nie wspominając o bezpośrednich zwierzchnikach sir Johna w Służbie Badawczej Królewskiej Marynarki Wojennej, wiedzieli dobrze, że HMS Erebus i HMS Terror mają zapasy na trzy lata, a przy ograniczeniu racji na kolejne dwa, nie wspominając już o tym, że wiosną i latem mogli te zapasy uzupełniać, łowiąc ryby i polując. Sir John wiedział, że jego żona – jego niezłomna żona – w razie konieczności doprowadzi do wysłania ekspedycji ratunkowej, ale wiedział też dobrze, że dzięki straszliwej i cudownej zarazem inercji Królewskiej Marynarki Wojennej taka wyprawa nie zostanie zorganizowana wcześniej niż latem 1848 roku, a może i później.

W związku z tym pod koniec maja 1847 roku sir John przygotował pięć kilkuosobowych zespołów, które miały zbadać tereny leżące poza obszarem widocznym z okrętów. Jeden z nich miał wędrować wzdłuż trasy, którą przybyli do tego miejsca, i wypatrywać otwartej wody. Grupy poszukiwawcze zaopatrzone w sanie, na których ciągnęły cały potrzebny im sprzęt, wyruszyły 21,23 i 24 maja. Grupa porucznika Gore’a – najważniejsza – ruszyła w drogę ostatnia, a jej celem była położona na południowym wschodzie Ziemia Króla Williama.

Graham Gore obarczony został dodatkowym zadaniem – miał ukryć na brzegu pisemną wiadomość sporządzoną przez sir Johna – pierwszą, jaką zostawiali na trasie swej ekspedycji od samego jej początku.

W tej kwestii komandor sir John Franklin wykazał się największą chyba w swym uporządkowanym życiu niesubordynacją. Zgodnie z rozkazami Admiralicji powinien był wznosić kopce i zostawiać w nich ukryte wiadomości na całej trasie swej wyprawy – gdyby jego statki nie pojawiły się po drugiej stronie Cieśniny Beringa o czasie, okręty ratunkowe Królewskiej Marynarki Wojennej wiedziałyby wówczas, gdzie go szukać i co było przyczyną opóźnienia. Jednak sir John nie zostawił takiej wiadomości na wyspie Beechey, choć miał prawie dziewięć miesięcy, by ją przygotować. Prawdę mówiąc, sir John nie znosił tego miejsca – wstydził się śmierci trzech członków załogi, którzy umarli tamtej zimy na gruźlicę i zapalenie płuc – uznał więc, że ich groby będą jedyną wiadomością, jaką musi tam zostawić. Liczył też po cichu na to, że nikt znajdzie owych grobów, kiedy już jego wyprawa pokona Przejście północno-Zachodnie i okryje się nieśmiertelną sławą.

Minęły już jednak prawie dwa lata, odkąd opuścili wyspę Beechey, franklin podyktował więc Gore’owi wiadomość do swych zwierzchników i umieścił ją w szczelnie zamkniętym mosiężnym cylindrze – jednym z dwustu, w które zaopatrzyła go Admiralicja.

Osobiście poinstruował porucznika Gore’a i drugiego oficera Charlesa Des Voeux, gdzie mają zostawić wiadomość – w wysokim na sześć stóp kopcu pozostawionym na Ziemi Króla Williama przez sir James Rossa, który dotarł tam z własną wyprawą przed siedemnastu laty Franklin wiedział, że właśnie tam ekipy ratunkowe będą szukały wieści o jego ekspedycji, był to bowiem punkt nanoszony na wszystkie mapy tamtych terenów.

Rankiem dnia, w którym Gore, Des Voeux i sześciu marynarzy miało wyruszyć w drogę do kopca pozostawionego przez Rossa, sir John siedział samotnie w swojej kajucie. Patrząc na samotny znak symbolizujący ten ostatni punkt orientacyjny na jego mapie, sir John Franklin uśmiechnął się mimowolnie. Przed siedemnastu laty Ross nazwał najbardziej wysunięty na zachód cypel Victory Point, a pobliskie obszary górskie Przylądkiem Jane Franklin i Cyplem Franklina – uczynił to wówczas przez szacunek, teraz jednak akt ten nabierał nowego wymiaru. Zupełnie jakby to sam Bóg lub przeznaczenie przywiodło go do tego miejsca, rozmyślał sir John, wpatrując się w podniszczoną mapę i w wielkie puste plamy na zachód od cypla Victory Point.

Podyktował Gore’owi wiadomość, która jego zdaniem była zwięzła i rzeczowa:

…maja 1847. HMSErebus i Terror zimują w lodzie na 70c’05’szerokości geograficznej północnej i 98°23’ długości geograficznej zachodniej. Zimę 1846-47 spędziły przy wyspie Beechey na 74°43’28” szerokości geograficznej Północnej i 90°39’15” długości geograficznej zachodniej po dopłynięciu do 77° szerokości geograficznej północnej w Cieśninę Wellingtona i powrocie wzdłuż zachodnich wybrzeży Wyspy Cornwallisa. Ekspedycją dowodzi sir John Franklin. Wszystko w porządku. Grupa złożona z oficerów i marynarzy opuściła okręty w poniedziałek 24 maja 1847. Porucznik Gore, drugi oficer Des Voeux.

Franklin polecił Gore’owi i Des Voeux, by podpisali wiadomość i uzupełnili datę, nim zamkną pojemnik i schowają go głęboko w kopcu Jamesa Rossa.

Dyktując wiadomość, Franklin nie zauważył – uszło to także uwagi Porucznika Gore’a – że przy opisie zimy spędzonej przy wyspie Beechey podał złe daty. W zatoce u wybrzeży wyspy zimowali w latach 1845-46; miniona, straszliwa zima, którą przetrzymali uwięzieni nJ otwartym paku, była zimą 1846-47.

Nieważne. Sir John był przekonany, że zostawia potomności mało istotną wiadomość – interesującą tylko dla jakiegoś historyka, który będzie chciał dołączyć materiały źródłowe do relacji sir Johna z tej słynnej wyprawy (sir John planował napisać następną książkę, która przyniosłaby mu ogromne dochody i pozwoliła powiększyć osobisty majątek do rozmiarów równych majątkowi jego żony), a nie informację, którą ktoś przeczyta w najbliższej przyszłości.

Uznawszy, że czas już wysłać grupę Gore’a w drogę, sir John ubrał się i wyszedł na lód.

– Macie wszystko, czego wam potrzeba? – spytał sir John.

Porucznik Gore – czwarty w hierarchii służbowej po sir Johnie, komandorze Crozierze i komandorze poruczniku Fitzjamesie – skinął głową, podobnie jak jego podwładny, drugi oficer Des Voeux. Słońce świeciło bardzo mocno, wszyscy uczestnicy wyprawy nałożyli więc specjalne okulary z drobnej metalowej siatki, które wydał im pan Osmer, intendent Erebusa, by uchronić ich przed śnieżną ślepotą.

– Tak jest, komandorze. Dziękuję, komandorze – odrzekł Gore.

– Dużo swetrów? – zażartował sir John.

– Tak jest, komandorze – odpowiedział Gore. – Osiem warstw grubej, gęsto plecionej wełny z Northumberland, a właściwie dziewięć, jeśli liczyć kalesony.

Pięciu marynarzy roześmiało się głośno, słysząc tę wymianę żarcików między oficerami. Sir John wiedział, że jego ludzie go uwielbiają.

– Jesteście przygotowani do nocowania na lodzie? – spytał sir John jednego z marynarzy, Charlesa Besta.

– Tak jest, sir Johnie – odrzekł niski, krępy marynarz. – Mamy namiot Holland i osiem koców z wilczych skór. Robimy z nich posłanie i przykrywamy się nimi. Mamy też dwadzieścia cztery śpiwory, które intendent uszył nam z koców Kompanii Zatoki Hudsona. Będzie nam cieplej na lodzie niż na statku, milordzie.

– Świetnie, świetnie – mruknął sir John z roztargnieniem. Spojrzał na południowy wschód, gdzie Ziemia Króla Williama – albo Wyspa, jeśli wierzyć szalonej teorii Francisa Croziera – widoczna była tylko jako ciemniejsza, ledwie dostrzegalna linia na horyzoncie. Sir John modlił się, i to dosłownie, by Gore i jego ludzie odkryli w pobliżu wybrzeża jakąś otwartą wodę, albo przed umieszczeniem wiadomości w kopcu Rossa, albo później. Sir John gotów był zrobić wszystko, co w jego mocy, by przeciągnąć oba okręty przez mięknący lód – gdyby tylko zechciał on nieco zmięknąć – na gościnniejsze przybrzeżne wody. Być może udałoby im się znaleźć jakąś spokojną zatoczkę albo mierzeję, gdzie cieśle i mechanicy dokonaliby niezbędnych napraw na Erebuśie – wyprostowali wał, założyli nową śrubę, wyprostowali wygięte żelazne blachy wzmacniające kadłub od wewnątrz i być może uzupełnili zniszczone pokrycie dziobu – dzięki czemu mogliby wyruszyć w dalszą drogę. Gdyby nie udało im się tego zrobić, rozmyślał sir John – choć nie podzielił się jeszcze tą myślą z żadnym oficerem – zrealizowaliby smutny plan Croziera z zeszłego roku, przenieśli wszystkie zapasy i załogę z Erebusa na Terror i pożeglowali na zachód wzdłuż wybrzeża w tym zatłoczonym (lecz rozentuzjazmowanym, sir John był tego pewien, rozentuzjazmowanym) statku.

W ostatniej chwili pomocnik lekarza na Erebusie, Goodsir, poprosił sir Johna, by pozwolił mu przyłączyć się do grupy Gore’a, i choć pomysł ten nie budził entuzjazmu Gore’a ani Des Voeux – Goodsir nie cieszył się szczególną sympatią załogi ani oficerów – sir John wyraził na to zgodę. Pomocnik lekarza twierdził, że chce wybrać się na tę wyprawę, by zdobyć więcej informacji o jadalnych formach życia, które mogłyby okazać się skuteczną bronią w walce ze szkorbutem, zmorą wszystkich wypraw polarnych. Interesowały go szczególnie zwyczaje i zachowanie jedynych zwierząt, które pojawiły się na lodzie podczas tego dziwnego arktycznego niby-lata, czyli białych niedźwiedzi.

Gdy sir John przyglądał się, jak uczestnicy wyprawy przywiązują ostatnie elementy sprzętu i zapasów do ciężkich sani, drobny lekarz – Goodsir był niskim, bladym i chuderlawym mężczyzną o cofniętej brodzie, ogromnych bokobrodach i dziwnie zniewieściałym spojrzeniu, które irytowało nawet życzliwego zazwyczaj sir Johna – podszedł doń, by zagaić rozmowę.

– Jeszcze raz dziękuję, że pozwolił mi pan przyłączyć się do grupy porucznika Gore’a, sir Johnie – przemówił mały lekarz. – Ta wyprawa może mieć ogromne znaczenie dla badań nad leczniczymi właściwościami wielu gatunków flory i fauny, w tym porostów, które zawsze można znaleźć na stałym lądzie, takim jak Ziemia Króla Williama.

Sir John skrzywił się odruchowo. Goodsir nie mógł wiedzieć, że kiedyś jego dowódca przez kilka miesięcy żywił się wyłącznie zupą z takich właśnie porostów.

– Proszę bardzo, panie Goodsir – odrzekł chłodno.

Sir John wiedział, że młody eskulap wolał, by zwracano się doń per „doktorze”, a nie „panie” Goodsir, choć właściwie nie miał do tego podstaw, gdyż – choć pochodził z dobrego domu – był tylko anatomem. Teoretycznie pomocnik lekarza dorównywał rangą bosmanom, sir John uważał więc, że zasługuje jedynie na tytułowanie go panem Goodsirem.

Młody lekarz zarumienił się, zaskoczony chłodnym traktowaniem ze strony dowódcy, który jeszcze przed chwilą pozwalał sobie na żarciki ze zwykłymi marynarzami. Przyłożył palce do czapki i cofnął się niezdarnie o trzy kroki.

– Aha, jeszcze jedno, panie Goodsir – dodał Franklin.

– Tak, sir Johnie? – Młodzieniec był już czerwony jak burak, niemal jąkał się z zakłopotania.

– Proszę mi wybaczyć, że w naszym oficjalnym komunikacie, który zostanie umieszczony w kopcu sir Jamesa Rossa na Ziemi Króla Williama, napisaliśmy tylko o oficerze, podoficerze i sześciu marynarzach należących do grupy porucznika Gore’a – mówił sir John. – Podyktowałem tę wiadomość, nim wyraził pan chęć przyłączenia się do tej wyprawy. Gdybym wiedział o tym wcześniej, napisałbym „oficer, podoficer, pomocnik lekarza i pięciu marynarzy”.

Goodsir speszył się wyraźnie, niezupełnie pewien, co właściwie sir John chciał mu w ten sposób powiedzieć, później jednak ukłonił się, ponownie przyłożył dłoń do czapki i wymamrotał:

– Doskonale, to żaden problem, rozumiem, dziękuję, sir Johnie. Kilka minut później, obserwując porucznika Gore’a, Des Voeux, Goodsira, Morfina, Ferriera, Besta, Hartnella i szeregowca Pilkingtona zmierzających powoli na południowy wschód, sir John, uśmiechnięty i na pozór pewny siebie, zastanawiał się nad konsekwencjami fiaska ich wyprawy. Kolejna zima – kolejny rok – w lodzie mogła oznaczać zagładę całej ekspedycji. Skończyłyby się prawdopodobnie zapasy jedzenia, podobnie jak węgla, oleju, eteru metylowego do kuchenek i rumu. Brak tego ostatniego produktu mógł doprowadzić do buntu.

Co więcej, gdyby lato w 1848 roku było równie zimne i nieustępliwe jak obecne, kolejna zima lub rok spędzony w lodzie zniszczyłby co najmniej jeden statek, a być może i oba. Podobnie jak uczestnicy wielu poprzednich nieudanych ekspedycji sir John i jego ludzie musieliby salwować się ucieczką, ciągnąć szalupy i powiązane naprędce sanie po lodzie, modląc się o najwęższe choćby pasy otwartej wody, które potem przeklinaliby głośno, gdy przeciwne wiatry gnałyby ich z powrotem na pak, a kolejne dni i noce upływałyby na nieustannym wiosłowaniu. Sir John wiedział, że potem czekałaby ich wędrówka po lądzie – ponad osiemset mil skał i lodu, rzek o rwących strumieniach opływających ogromne głazy, z których każdy mógłby zgnieść na miazgę ich małe łodzie (sir John wiedział już z doświadczenia, że większe łodzie nie mogły spływać rzekami północnej Kanady), osiemset mil jałowej ziemi zamieszkanej tylko przez Eskimosów, którzy często odnosili się wrogo do białych przybyszów albo też traktowali ich z udawaną sympatią, by potem ukraść, co się da, i zniknąć bez śladu.

Sir John przyglądał się jeszcze przez chwilę, jak Gore, Des Voeux, Goodsir, pięciu marynarzy i ich sanie znikają w słonecznym blasku odbitym od powierzchni lodu na południowym wschodzie, i zastanawiał się leniwie, czy nie powinien był jednak zabrać psów na tę wyprawę.

Sir John nigdy nie był zwolennikiem zabierania psów na wyprawy arktyczne. Owszem, psy czasami dobrze działały na morale ludzi, przynajmniej do czasu, gdy trzeba je było zastrzelić i zjeść – ogólnie jednak były brudnymi, głośnymi i agresywnymi stworzeniami. Pokład statku wiozącego dość psów, by mogły przynieść jakąś konkretną korzyść wyprawie – to jest ciągnąć w zaprzęgach sanie po lodzie, do czego wykorzystywali je Eskimosi z Grenlandii – wypełniony byłby nieustannym szczekaniem, mnóstwem bud i smrodem odchodów.

Sir John pokręcił głową i uśmiechnął się. Na tę wyprawę zabrali ze sobą tylko jednego psa – kundla o imieniu Neptun – oraz małą małpkę Jocko, co zdaniem sir Johna w zupełności wystarczało na potrzeby tej konkretnej arki.

Kolejny tydzień dłużył się sir Johnowi w nieskończoność. Na statek wracały następne grupy marynarzy, przemarzniętych i wyczerpanych ciągnięciem ciężkich sań przez niezliczone lodowe grzbiety. Relacje wszystkich zespołów brzmiały podobnie.

Od wschodu w stronę półwyspu Boothia – ani śladu otwartej wody. Nawet najwęższego przesmyku.

Od północnego wschodu w stronę Wyspy Księcia Walii i trasy, którą przybyli na to lodowe pustkowie – ani śladu otwartej wody. Ani śladu ciemniejszego pasma nieba na horyzoncie, które czasem zwiastowało obecność otwartej wody. Po ośmiu dniach morderczej wędrówki grupa nie zdołała dotrzeć do Wyspy Księcia Walii ani nawet jej dojrzeć. Nawet najbardziej doświadczeni uczestnicy wyprawy nie widzieli jeszcze takiego nagromadzenia gór i wałów lodowych.

Od północnego zachodu w stronę nienazwanej jeszcze cieśniny, którą spływał ku nim lodowy strumień, ciągnący się wzdłuż zachodniego brzegu i wokół południowego krańca Wyspy Księcia Walii – nic prócz białych niedźwiedzi i zamarzniętego morza.

Od południowego zachodu w stronę Ziemi Wiktorii oraz przejścia między wyspami i głównym lądem – najmniejszego pasa otwartej wody, żadnych zwierząt prócz przeklętych białych niedźwiedzi, a do tego setki wałów lodowych i tyle nieruchomych gór lodowych, że zdaniem porucznika Little’a – oficera z HMS Terror, któremu Franklin powierzył dowództwo nad grupą złożoną z marynarzy Terroru – w miejscu oceanu wznosiło się pasmo nieprzebytych gór lodu. Pogoda podczas ostatniej części wędrówki była tak zła, że trzech spośród ośmiu marynarzy doznało poważnych odmrożeń, a wszyscy uczestnicy wyprawy cierpieli w mniejszym lub większym stopniu na śnieżną ślepotę. Sam Little już od pięciu dni praktycznie całkowicie stracił wzrok, a do tego cierpiał na okropny ból głowy. Little, stary arktyczny wyga, który osiem lat wcześniej wyruszył na południe z Crozierem i Jamesem Rossem, musiał leżeć na saniach ciągniętych przez pięciu marynarzy dotkniętych w najmniejszym stopniu śnieżną ślepotą.

Ani śladu otwartej wody w odległości ponad dwudziestu pięciu mil w linii prostej od statku – dwudziestu pięciu mil, które przekładało się na blisko sto mil wspinaczki na strome wary i marszu dokoła niezdobytych gór lodowych. Ani śladu lisów polarnych, zajęcy, karibu morsów lub fok, nie mówiąc już o wielorybach. Marynarze gotowi byli ciągnąć sanie wzdłuż szczelin lub wąskich przesmyków w poszukiwaniu większych obszarów otwartej wody, lecz powierzchnia morza, jak relacjonował Little, zamarznięta była na kamień. Dotarłszy do punktu położonego o jakieś dwadzieścia osiem mil w linii prostej od statku Little postanowił zawrócić, wcześniej jednak kazał bosmanmatowi Johnsonowi, który zachował najlepszy wzrok z całej ósemki, wspiąć się na najwyższą górę lodową w okolicy. Johnson przez kilka godzin wdrapywał się na lodową ścianę, kilofem wyciosując w jej powierzchni stopnie, na których stawiał potem buty o podeszwach nabitych gwoździami. Dotarłszy wreszcie na szczyt, marynarz obejrzał dokładnie okolicę na północnym zachodzie, zachodzie, południowym zachodzie i południu, wykorzystując do tego lunetę porucznika Little’a.

Niestety, Johnson nie zobaczył niczego, co mogłoby podnieść ich na duchu. Ani śladu otwartej wody. Ani skrawka stałego lądu. Martwa układanka seraków, wałów i gór lodowych ciągnąca się po odległy biały horyzont. Kilka białych niedźwiedzi, z których dwa padły później ich ofiarą – przy okazji przekonali się, że wątroba i serce tych zwierząt są szkodliwe dla ludzi. Wszyscy byli już ogromnie zmęczeni ciągnięciem ciężkich sań przez niezliczone grzbiety, w końcu wycięli więc tylko około stu funtów świeżego mięsa, które zawinęli w brezent, by potem zaciągnąć je na statek. Później zdarli także futro z większego niedźwiedzia, resztę zaś pozostawili na lodzie.

Cztery z pięciu grup zwiadowczych powróciły ze złymi wieściami, sir John czekał jednak przede wszystkim na to, co przyniesie wyprawa Grahama Gore’a. Największą bowiem nadzieję pokładali, jak zawsze, w południowym wschodzie, przy brzegu Ziemi Króla Williama.

Wreszcie, trzeciego czerwca, po dziesięciu dniach nieobecności Gore’a, obserwatorzy dyżurujący na masztach donieśli, że od południowego wschodu zbliża się do statku grupa ludzi z saniami. Sir John dopił herbatę, ubrał się stosownie do okazji i dołączył do tłumu, który wyległ na pokład, by przywitać swych towarzyszy.

Ostatnia grupa zwiadowcza widoczna była już nawet z pokładu, a kiedy sir John podniósł do oczu swoją piękną mosiężną lunetę – prezent od oficerów i marynarzy dwudziestosześcioarmatniej fregaty, którą Franklin przed piętnastu laty dowodził na Morzu Śródziemnym – wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć dziwne reakcje marynarzy obserwujących ekspedycję z wysokości masztów.

Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie. Pięciu ludzi ciągnęło sanie, podobnie jak na początku wyprawy. Trzy osoby biegły obok sani lub za nimi, dokładnie jak w dniu, gdy Gore opuścił statek. Wydawało się więc, że nie ma powodów do niepokoju.

A jednak…

Jedna z biegnących postaci nie przypominała człowieka. Widziana z odległości ponad mili, między lodowymi formacjami, które wyrosły w miejscu spokojnej powierzchni morza, wyglądała jak małe, przysadziste, futrzane zwierzę.

Co gorsza, sir John nie mógł dopatrzyć się wysokiej sylwetki Grahama Gore’a ani czerwonego szala, którym zawsze ten owijał głowę. Wszystkie postaci biegnące za saniami lub ciągnące je – choć z pewnością porucznik nie ciągnąłby sań, mając do dyspozycji zdrowych podwładnych – wydawały się zbyt niskie, zbyt przygarbione, zbyt pospolite.

Równie niepokojący był fakt, że sanie wydawały się zdecydowanie za ciężko wypakowane – choć zapasy obejmowały racje żywnościowe na dodatkowy tydzień, wyprawa trwała już trzy dni dłużej, niż planowano. Przez chwilę sir John łudził się nadzieją, że marynarze zabili karibu lub jakieś inne duże zwierzę i ciągną ze sobą porcję świeżego mięsa, później jednak powracająca grupa wynurzyła się zza ostatniego dużego grzbietu lodowego, a luneta sir Johna ukazała jego oczom przerażającą prawdę.

Na saniach nie leżało mięso karibu, lecz dwa ludzkie ciała, rzucone niedbale jedno na drugie i obwiązane linami w sposób, który mógł oznaczać tylko jedno – śmierć. Sir John widział już wyraźnie dwie odsłonięte głowy, ułożone po przeciwległych końca sań. Jedna z nich okolona była grzywą białych włosów, jakich nie miał żaden człowiek na pokładzie obu statków.

Marynarze mocowali już na burcie Erebusa drabinkę sznurową, po której miał zejść na lód ich tęgi komandor. Sir John udał się jeszcze pod pokład, by przypiąć szpadę. Później, zarzuciwszy warstwę ciepłych ubrań na mundur, medale i szpadę, wyszedł na pokład i przeszedł przez burtę – sapiąc przy tym ciężko i korzystając z pomocy swego stewarda – by wreszcie stanąć na lodzie i przywitać ludzi zbliżających się do jego statku.

10

GOODSIR

69°37‘42” szerokości geograficznej północnej, 98°41’ długości geograficznej zachodniej. Ziemia Króla Williama, 24 maja – 3 czerwca, 1847.

Doktor Harry D.S. Goodsir przyłączył się do wyprawy porucznika Gore’a między innymi po to, by udowodnić, że jest równie silny i wytrzymały jak większość jego towarzyszy. Wkrótce przekonał się, że jednak nie jest.

Pierwszego dnia, pomimo cichych protestów porucznika Gore’a i pana Des Voeux, Goodsir zabrał się do ciągnięcia sań, zajmując w zaprzęgu miejsce jednego z pięciu wyznaczonych do tej pracy marynarzy, który mógł dzięki temu odpocząć.

Mały lekarz nie dawał sobie rady. Uprząż ze skóry i bawełny, sporządzona przez żaglomistrzów i intendentów i połączona zmyślnie z linami sań za pomocą węzła, który żeglarze potrafili zawiązać i rozwiązać w sekundę, a który dla Goodsira pozostawał niezgłębioną tajemnicą, była za duża na jego wąskie ramiona i zapadniętą klatkę piersiową. Nawet po skróceniu przedniego pasa do minimum uprząż mu się ześlizgiwała. On sam z kolei ślizgał się po lodzie i upadał raz za razem, przez co pozostali członkowie zaprzęgu musieli się co chwila zatrzymywać. Doktor Goodsir nie nosił też nigdy wcześniej butów nabijanych gwoździami, potykał się więc nieustannie o własne stopy.

Niewiele widział przez okulary ochronne, gdy jednak podnosił je na czoło, blask słońca odbijający się od lodu natychmiast go oślepiał. Włożył zbyt wiele warstw ubrań, które wkrótce tak nasiąkły potem, że trząsł się z zimna, choć jednocześnie ogromny wysiłek rozgrzewał go wciąż na nowo. Uprząż odcinała dopływ krwi do jego szczupłych rąk i zziębniętych dłoni. Co jakiś czas gubił rękawice. Na domiar złego dyszał i sapał tak ciężko, że było mu wstyd przed pozostałymi marynarzami.

Po godzinie tego absurdalnego spektaklu, którego uczestnikami, prócz samego Goodsira, byli Bobby Ferrier, Tommy Hartnell, John Morfin i szeregowiec piechoty morskiej Bill Pilkington maszerujący wraz z nim w zaprzęgu – wszyscy czterej znosili tę mękę w milczeniu, pomagali mu wstać i otrzepywali go ze śniegu, wymieniając tylko porozumiewawcze spojrzenia – oraz zwolniony przezeń Charles Best, idący obok sań, doktor przyjął ofertę Besta i podczas jednej z krótkich przerw zamienił się z nim miejscami, pozwalając, by prawdziwi mężczyźni ciągnęli ciężki pojazd o drewnianych płozach, które podczas najkrótszej nawet chwili bezruchu przymarzały do lodu.

Goodsir był wyczerpany. Nie minął jeszcze ranek pierwszego dnia na lodzie, a on był już tak zmęczony godzinnym marszem, że najchętniej rozwinąłby śpiwór, ułożył się na kocu z wilczych skór i spał aż do następnego ranka.

A wszystko to działo się, nim doszli do pierwszego prawdziwego wału.

Pośród wałów otaczających oba okręty te położone na południowym wschodzie wydawały się najniższe, zupełnie jakby zamknięty w lodzie Terror zostawił za sobą pas gładszego lodu. Jednak już późnym popołudniem pierwszego dnia na ich drodze stanęły prawdziwe wały lodowe. Były znacznie wyższe od tych, które oddzieliły od siebie oba statki w czasie zimy, jakby siły działające na lód były tym większe, im bliżej znajdował się stały ląd.

Trzy pierwsze wały pokonali w podobny sposób – Gore prowadził ich na południowy zachód, dopóki nie znaleźli jakiegoś obniżenia terenu, miejsca, w którym mogli przekroczyć wzniesienie przy stosunkowo niewielkim nakładzie sił. Było to rozwiązanie czasochłonne, ale lepsze od rozpakowywania sań. Niestety, nie mogli go zastosować przy czwartym wale.

Każdy postój, który trwał dłużej niż kilka minut, oznaczał, że jeden z marynarzy – zazwyczaj młody Hartnell – musiał wyjąć ze starannie zapakowanych tobołków butelkę eteru metylowego, rozpalić małą kuchenkę i roztopić w garnku kilka garści śniegu, zamieniając go w gorącą wodę – nie była to jednak woda do picia, gdyż tę przechowywali w butelkach ukrytych pod wewnętrzną warstwą ubrań – którą polewali potem płozy przymarznięte do śniegu.

Obarczone ciężkim ładunkiem sanie nie sunęły po lodzie z taką łatwością jak sanki, które Goodsir pamiętał z czasów dzieciństwa. Już podczas pierwszych wypadów na pak, niemal dwa lata wcześniej, przekonał się, że nawet w zwykłych butach nie da się po nim ślizgać tak, jak po zamarzniętej rzece lub jeziorze. Jakaś właściwość lodu morskiego – zapewne wysoka zawartość soli – zwiększała jego siłę tarcia, zmniejszając tym samym poślizg przesuwanych po nim przedmiotów praktycznie do zera. Było to tylko niewielkie rozczarowanie dla dorosłego mężczyzny, który chciał się poślizgać po lodzie niczym mały chłopiec, jednak dla tych, którzy musieli ciągnąć lub pchać setki funtów sprzętu i zapasów ułożonych na saniach, oznaczało to ogromny wysiłek. Równie dobrze mogliby ciągnąć tysiącfuntowy ciężar po szorstkim skalnym podłożu. To samo porównanie mogliby też odnieść do wałów lodowych, które przypominały wysokie na kilka pięter hałdy kamieni i żwiru.

Pierwszy z nich – bliźniaczo podobny do dziesiątek innych, które blokowały im drogę na południowy wschód – miał co najmniej sześćdziesiąt stóp wysokości.

By wciągnąć sanie na strome, poszarpane zbocze wału, musieli najpierw zdjąć z nich ważące od pięćdziesięciu do stu funtów skrzynię zjedzeniem, paliwem, ubraniami i namiotem, a potem przenieść je lub przeciągnąć na drugą stronę lodowej przeszkody.

Goodsir uświadomił sobie szybko, że gdyby wały lodowe były rzeczywiście tylko pagórkami wyrastającymi ze stosunkowo równego lodu, pokonanie każdego z nich nie wymagałoby morderczego wysiłku. Powierzchnia morza nigdzie nie była równa, lecz w pobliżu każdego wału, w pasie szerokości od pięćdziesięciu do stu jardów, zamieniała się w prawdziwą gęstwinę śniegowych zasp, seraków i olbrzymich lodowych bloków – gęstwinę, którą trzeba było pokonać przed wejściem na właściwy wał.

Jeszcze trudniejsza była sama wspinaczka, która nigdy nie prowadziła w linii prostej pod górę, lecz była raczej bezustannym kluczeniem, poszukiwaniem punktów oparcia na zdradliwym lodzie i lodowych blokach, które w każdej chwili mogły oderwać się od podłoża. Uczestnicy wyprawy pięli się zygzakiem po stromych zboczach, podawali sobie ciężkie skrzynie, wyrąbywali w lodzie stopnie i ogólnie rzecz biorąc, starali się nie upaść ani ściągnąć na siebie nikogo innego. Raz za razem jakaś paczka wyślizgiwała się z oblodzonych rękawic i waliła z hukiem w lód. Przy każdej takiej okazji pięciu marynarzy wyrzucało z siebie krótkie, lecz efektowne fajerwerki przekleństw, którym kres kładły stanowcze krzyki Gore’a lub Des Voeux. Wszystko trzeba było dziesięć razy pakować i przepakowywać.

Wreszcie przychodziła kolej na sanie, obarczone co najmniej połową oryginalnego ładunku – by przeprawić ciężki pojazd na drugą stroną grzbietu, trzeba go było ciągnąć, pchać, podnosić, uwalniać z lodowych pułapek, przechylać na boki i znów ciągnąć. Nawet gdy sanie docierały w końcu na szczyt grzbietu, ciągnący je ludzie nie mogli sobie pozwolić choćby na minutę odpoczynku, gdyż ich przesiąknięte potem ubrania natychmiast zaczęłyby zamarzać.

Przywiązawszy nowe liny do pionowych słupków z tyłu sań, kilku marynarzy przechodziło do przodu, by podtrzymywać je od dołu – zwykle robił to potężnie zbudowany Pilkington oraz Morfin i Ferrier – podczas gdy pozostali opuszczali je powoli przy akompaniamencie posapywań, stęknięć i przekleństw.

Później ponownie ładowali wszystkie skrzynie i pakunki na sanie, dokładnie sprawdzali wiązania, topili śnieg, by uwolnić zamarznięte płozy, i ruszali w głąb labiryntu ciągnącego się po drugiej stronie wału.

Pół godziny później docierali do kolejnej lodowej grani.

Pierwsza noc spędzona na lodzie była dla Harry’ego D.S. Goodsira niezapomnianym i straszliwym przeżyciem. Młody lekarz nigdy w życiu nie spał pod gołym niebem, wiedział jednak, że Graham Gore mówił prawdę, gdy oznajmił mu ze śmiechem, że na lodzie wszystko trwa pięć razy dłużej: rozpakowywanie bagaży, rozpalanie lamp i kuchenek, rozbijanie namiotu i wkręcanie w lód śrub utrzymujących go w miejscu, rozwijanie licznych koców i śpiworów, a szczególnie podgrzewanie puszkowanych zup i wieprzowiny, które stanowiły lwią część ich prowiantu. Jeśli ktoś chwilowo nie miał żadnej pracy do wykonania, i tak musiał się bez ustanku ruszać – wymachiwać rękami, chodzić w miejscu i tupać inaczej bowiem odmroziłby sobie palce lub nawet całe kończyny.

Pan Des Voeux przypomniał Goodsirowi, że podczas normalnego arktycznego lata, z jakim mieli do czynienia rok wcześniej, temperatura na tej szerokości w słoneczny, bezwietrzny dzień mogła osiągnąć nawet trzydzieści stopni Fahrenheita. Tego lata było jednak inaczej. Porucznik Gore zmierzył temperaturę powietrza o dziesiątej wieczorem – właśnie o tej porze zatrzymali się, by rozbić obóz, choć słońce wisiało jeszcze nad południowym horyzontem, a niebo było całkiem jasne – i odczyt wyniósł minus dwa stopnie Fahrenheita. Temperatura w środku dnia, w porze poobiedniej herbatki, wynosiła plus sześć stopni.

Namiot Holland był mały. Podczas burzy śnieżnej uratowałby im życie, lecz ich pierwsza noc na lodzie była pogodna i niemal bezwietrzna, więc Des Voeux i pięciu marynarzy postanowiło spać na zewnątrz, na wilczych skórach i brezencie, kryjąc się w grubych śpiworach z koców Kompanii Zatoki Hudsona; gdyby pogoda zmieniła się na gorsze, wycofaliby się do ciasnego namiotu. Po chwili zastanowienia Goodsir postanowił spać na zewnątrz, z marynarzami, a nie w namiocie tylko z porucznikiem Gore’em, choć bardzo go lubił i cenił.

Światło dzienne doprowadzało go do szału. Około północy zrobiło się troszkę ciemniej, nadal jednak było co najmniej tak jasno jak o ósmej wieczorem w pogodny letni dzień w Londynie. Goodsir nie mógł zasnąć. Jeszcze nigdy w życiu nie był tak fizycznie zmęczony, a mimo to nie mógł zasnąć. Uświadomił sobie, że przeszkadza mu w tym również ból nadwerężonych mięśni oraz inne drobne dolegliwości. Żałował, że nie zabrał ze sobą trochę laudanum. Mała dawka tego specyfiku uśmierzyłaby ból i pozwoliła zapaść w sen. W odróżnieniu od wielu lekarzy, którzy mogli przepisywać leki, Goodsir nie był uzależniony – używał rożnych opiatów tylko wtedy, gdy chciał szybko zasnąć lub musiał być Wyjątkowo skoncentrowany. Nie częściej niż raz lub dwa w tygodniu.

Było mu też zimno. Po zjedzeniu podgrzanej zupy i mięsa z puszki i krótkim spacerze w odosobnione miejsce, gdzie mógł się załatwić – po raz pierwszy w życiu robił to na zewnątrz, w dodatku musiał się bardzo spieszyć, jeśli nie chciał odmrozić sobie bardzo ważnych części ciała – ułożył się między wielkimi kocami z wilczej skóry i wsunął głęboko do wnętrza swego śpiwora. Jednak nie dość głęboko, by było mu ciepło. Des Voeux wyjaśnił mu wcześniej, że musi zdjąć buty i zabrać je ze sobą do śpiwora, by skóra nie zamarzła na kość, nie wspominał jednak o innych ubraniach – Goodsir zauważył, że pozostali członkowie wyprawy nie zdejmują przed snem niczego prócz butów. Uświadomił sobie wówczas, po raz kolejny tego dnia, że wełna okrywająca jego ciało przesiąknięta jest potem i wilgocią jego wydechów.

Po północy niebo pociemniało na tyle, że pojawiło się na nim kilka gwiazd oraz planet, o których Goodsir dowiedział się dwa lata wcześniej podczas prywatnego wykładu w zaimprowizowanym obserwatorium na szczycie góry lodowej. Światło jednak nie ustąpiło całkowicie ani na chwilę.

Równie nieustępliwe było zimno. Ciało Goodsire’a, zastygłe w bezruchu, było teraz bezbronne wobec chłodu, który wpływał szerokim strumieniem przez zbyt szerokie wejście do śpiwora, sączył się z lodu przez warstwy wilczych skór, przenikał przez grube koce i sięgał do jego ciała niczym szpony jakiegoś lodowego drapieżnika. Goodsir zaczął się trząść i szczękać zębami.

Czterej marynarze leżący obok niego – dwaj stali na straży – chrapali tak głośno, że Goodsir zastanawiał się, czy ludzie na obu statkach, od których dzieliły ich niezliczone wały lodowe – Boże, będziemy musieli jeszcze raz przez nie przejść – nie słyszą owych odgłosów równie wyraźnie jak on.

Mały lekarz trząsł się na całym ciele. Był pewien, że jeśli nic się nie zmieni, nie przetrwa do rana. Będą próbowali go obudzić, wyciągnąć spomiędzy koców i znajdą tylko jego zamarznięte, zwinięte w kłębek ciało.

Wsunął się jeszcze głębiej do wnętrza śpiwora i zamknął nad sobą oblodzone krawędzie koców, woląc raczej wdychać kwaśny odór własnego ciała, niż wystawiać się ponownie na dojmujące zimno.

Podstępne, nieustępliwe światło i jeszcze gorszy chłód – chłód grobu, uzmysłowił sobie Goodsir, chłód czarnego urwiska nad nagrobkami na wyspie Beechey – miały jeszcze jednego sprzymierzeńca – hałas. Młody lekarz myślał, że przywykł już do pojękiwań drewnianego poszycia statku, do trzasków zamarzniętego, kurczącego się metalu, do odgłosów lodu trzymającego okręt w żelaznym uścisku, lecz tutaj, gdzie od lodu dzieliło go ledwie kilka warstw wełny i wilczych skór, skrzypienie i ruchy paku były przerażające. Czuł się tak, jakby próbował zasnąć na brzuchu jakiegoś żywego stworzenia. Uczucie to było tak silne, że choć zacisnął mocno powieki i zwinął się w kłębek, wciąż wyczuwał ruchy lodu przyprawiające go o zawroty głowy.

Około drugiej w nocy – chwilę wcześniej sprawdził godzinę, wystawiając swój zegarek kieszonkowy do światła sączącego się przez otwór wejściowy śpiwora – Harry D.S. Goodsir zaczął zapadać w stan półświadomości, przypominający do pewnego stopnia prawdziwy sen. Nim jednak zdążył pogrążyć się w nim na dobre, ciszę nocy rozdarły dwie ogłuszające eksplozje.

Goodsir zmagał się przez chwilę z zamarzniętym śpiworem niczym noworodek próbujący przebić się przez czepek, a gdy wreszcie zdołał uwolnić głowę i ramiona, mroźne powietrze uderzyło weń z siłą, która odebrała mu na chwilę oddech. Niebo płonęło już blaskiem dnia.

– Co? – krzyknął. – Co się stało?

Des Voeux i trzej marynarze stali już na swoich śpiworach, trzymając w okrytych rękawicami dłoniach długie noże. Porucznik Gore wypadł z namiotu w pełnym ubraniu i z pistoletem w gołej – gołej! – dłoni.

– Melduj! – rzucił do jednego ze strażników, Charliego Besta.

– Widzieliśmy niedźwiedzie, poruczniku – odparł Best. – Dwa. Wielkie bydlaki. Kręciły się tutaj przez całą noc – pamięta pan może, widzieliśmy je jakieś pół mili stąd, zanim rozbiliśmy obóz. Ale podchodziły coraz bliżej i bliżej, aż John i ja musieliśmy strzelić, żeby je przepłoszyć.

Goodsir domyślił się, że John” to dwudziestosiedmioletni John Morfin, drugi marynarz pełniący wartę tej nocy.

– Strzeliliście obaj? – spytał Gore, a następnie wspiął się na pobliską stertę lodu i oglądał okolicę przez swoją mosiężną lunetę. Goodsir zastanawiał się, dlaczego gołe dłonie oficera nie przymarzły jeszcze do metalu.

– Tak jest – odparł Morfin, który ładował właśnie ponownie śrutówkę.

– Trafiliście? – spytał Des Voeux.

– Tak jest. – Best skinął głową.

– Niewiele to dało. – Morfin wzruszył ramionami. – Strzelaliśmy śrutem z trzydziestu kroków, a te niedźwiedzie mają grubą skórę i jeszcze grubsze czaszki. Ale pewnie trocheje nastraszyliśmy, bo uciekły.

– Nie widzę ich – rzekł Gore ze szczytu wysokiej na dziesięć stóp hałdy.

– Wydaje nam się, że wychodzą z tych małych dziur w lodzie – wyjaśnił Best. – Ten większy pobiegł w tamtą stronę, kiedy John do niego strzelił. Myśleliśmy, że padł, ale nie znaleźliśmy ciała ani śladów krwi. Uciekł.

Ciągnący sanie marynarze już wcześniej zauważyli te dziwne, nieregularne otwory w powierzchni lodu – miały około czterech stóp średnicy, były więc znacznie większe od dziur, przez które oddychały foki obrączkowane, a wydawały się z kolei za małe jak na kryjówki niedźwiedzi. Każdy z nich pokryty był kilkucalową warstwą miękkiego lodu. Początkowo marynarze mieli nadzieję, że to zwiastuny większych pbszarów otwartej wody, później jednak przekonali się, że powinni Je traktować jedynie jako zdradliwe pułapki. Marynarz Ferrier, który późnym popołudniem szedł na czele zaprzęgu, omal nie wpadł do jednej z nich i choć zanurzył w wodzie tylko jedną nogę, wszyscy musieli przystanąć, by mógł zmienić buty, skarpety i spodnie.

– Tak czy siak, czas już, żeby Ferrier i Pilkington stanęli na warcie – powiedział porucznik Gore. – Bobby, weź muszkiet z mojego namiotu.

– Prawdę mówiąc, lepiej radzę sobie ze śrutówką – odrzekł Ferrier.

– Mnie tam wszystko jedno. – Jego towarzysz wzruszył ramionami.

– Dobrze, w takim razie ty weźmiesz muszkiet, Pilkington. Śrut nie zrobi im większej krzywdy, a tylko je rozzłości.

– Tak jest.

Best i Morfin, bardziej zziębnięci po dwugodzinnej wachcie niż poruszeni ostatnimi wydarzeniami, ściągnęli buty i wsunęli się do swoich śpiworów. Szeregowiec Pilkington i Bobby Ferrier z trudem wcisnęli spuchnięte stopy do butów i powlekli się na pobliskie wały, by stanąć tam na straży.

Trzęsąc się z zimna na całym ciele, Goodsir ponownie wsunął się do swego śpiwora, wsunął przemarznięte dłonie pod pachy i zaczął modlić się o sen.

Jednak sen nie nadszedł. Dwie godziny później drugi oficer Des Voeux zarządził pobudkę.

– Mamy przed sobą długi dzień, chłopcy! – wołał bosman jowialnym tonem.

Od brzegów Ziemi Króla Williama dzieliły ich jeszcze ponad dwadzieścia dwie mile.

11

CROZIER

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. 9 listopada 1847.

– Przemarzłeś, Francis – mówi komandor porucznik Fitzjames. – Chodź do świetlicy, napijemy się brandy.

Crozier wolałby whisky, ale nie pogardzi też brandy. Idzie przed dowódcą Erebusa w dół długiej, wąskiej zejściówki, w stronę pomieszczenia, które niegdyś było prywatną kajutą komandora sir Johna Franklina, a teraz pełni tę samą funkcję co Wielka Kajuta na Terrorze – jest biblioteką i miejscem spotkań oficerów po służbie, w razie potrzeby także salą konferencyjną. Crozier uważa, że Fitzjames zachował się bardzo przyzwoicie, pozostając po śmierci sir Johna w swej małej kajucie i zamieniając obszerny pokój w dostępną dla wszystkich świetlicę, a w razie potrzeby także w salę operacyjną.

W zejściówce jest prawie całkiem ciemno, dociera tu tylko blask lamp ze świetlicy. Pokład przechylony jest pod większym kątem niż na Terrorze, a do tego w przeciwnym kierunku – raczej na lewą niż na prawą burtę i w stronę rufy, a nie dziobu. Choć oba okręty są niemal identyczne, Crozier zawsze dostrzega także drobne różnice. Na HMS Erebus panuje nieco inny zapach – prócz takiego samego smrodu oleju, brudnych ludzi i ubrań, potraw, pyłu węglowego i uryny w zimnym, wilgotnym powietrzu unosi się coś jeszcze. Crozier ma wrażenie, że Erebus śmierdzi mocniej strachem i poczuciem beznadziei.

W świetlicy siedzi dwóch oficerów palących fajki, porucznicy Le Vesconte i Fairholme, obaj jednak wstają na widok zmierzających ku nim komandorów, wychodzą i zamykają za sobą przesuwane drzwi.

Fitzjames otwiera ciężką szafkę, wyciąga z niej butelkę brandy i napełnia dwie kryształowe szklanki, w których sir John pił wodę. Większą porcję oddaje Crozierowi. Choć zmarły dowódca ekspedycji zabrał ze sobą mnóstwo porcelanowych i kryształowych naczyń, nie było wśród nich ani jednego kieliszka. Franklin był abstynentem.

Crozier opróżnia szklankę trzema łykami i pozwala, by Fitzjames napełnił ją ponownie.

– Dziękuję, że zareagowałeś tak szybko – mówi Fitzjames. – Nie sądziłem, że pofatygujesz się osobiście, myślałem, że przyślesz raczej jakąś wiadomość.

Crozier marszczy brwi.

– Wiadomość? Od tygodnia nie miałem od ciebie żadnych wieści, James.

Fitzjames wpatruje się weń przez chwilę w milczeniu.

– Nie dostałeś wiadomości dziś wieczorem? Jakieś pięć godzin temu wysłałem na twój statek szeregowca Reeda. Myślałem, że postanowił spędzić u was noc.

Crozier powoli kręci głową.

– A niech to… – Fitzjames ciężko wzdycha.

Crozier wyjmuje z kieszeni wełnianą skarpetę i kładzie ją na stole. W jaśniejszym świetle lampy nadal nie widać na niej śladów krwi.

– Znalazłem to po drodze. Bliżej twojego statku niż mojego. Fitzjames bierze skarpetę do ręki i przygląda jej się ze smutkiem.

– Spytam moich ludzi, czyją rozpoznają – mówi.

– Mogła należeć do któregoś z moich – odpowiada cicho Crozier. Opowiada krótko Fitzjamesowi o ataku, o ciężkich obrażeniach szeregowca Heathera i o tajemniczym zniknięciu Williama Stronga i młodego Toma Evansa.

– Czterech w ciągu jednego dnia – kwituje Fitzjames i ponownie napełnia obie szklanki.

– Tak. Co było w tej wiadomości, którą mi wysłałeś?

Fitzjames wyjaśnia, że przez cały dzień ludzie widzieli jakiś wielki kształt poruszający się wśród lodowych formacji, tuż za granicą światła rzucanego przez lampy. Marynarze wielokrotnie do niego strzelali, jednak zwiadowcy wysłani na lód nie znaleźli żadnych śladów krwi.

– Przepraszam cię więc za tego idiotę Bobby’ego Johnsa, który strzelał do ciebie kilka godzin temu. Wszyscy jesteśmy podenerwowani.

– Chyba nie tak mocno, by uwierzyć, że ten potwór z lodu nauczył się mówić po angielsku – odpowiada Crozier sardonicznie i pociąga kolejny łyk brandy.

– Nie, oczywiście, że nie. To była czysta głupota. Johns przez dwa tygodnie nie dostanie swojej porcji rumu. Przepraszam cię raz jeszcze.

Crozier wzdycha.

– Nie rób tego. Skop mu tyłek do krwi, jeśli chcesz, ale nie zabieraj mu rumu. Na tym statku i tak jest wystarczająco ponuro. Była ze mną lady Cisza ubrana w tę swoją futrzaną kurtkę. Johns mógł ją wcześniej widzieć.

– Cisza była z tobą? – Fitzjames unosi brwi w niemym pytaniu.

– Nie mam pojęcia, co robiła na lodzie – chrypi Crozier. Jego gardło jest już zmęczone całodziennym wykrzykiwaniem komend na mrozie. – Sam omal jej nie zastrzeliłem, kiedy podeszła do mnie jakieś ćwierć mili stąd. Młody Irving pewnie przewraca w tej chwili cały statek do góry nogami. Popełniłem duży błąd, kiedy kazałem temu chłopakowi opiekować się tą eskimoską suką.

– Ludzie uważają ją za Jonasza – mówi Fitzjames bardzo cicho. Na zatłoczonym okręcie dźwięk bardzo łatwo przenosi się do sąsiednich pomieszczeń.

– Cóż, trudno im się dziwić. – Crozier wzdycha. Dopiero teraz zaczyna odczuwać działanie alkoholu. Nie pił nic od poprzedniego wieczoru. Przyjemne ciepło rozlewa się po jego brzuchu i zmęczonym mózgu. – Kobieta pojawia się tutaj w dniu, w którym zaczyna się ten koszmar, razem z tym swoim czarownikiem czy szamanem, mężem czy ojcem, diabeł go jeden wie. Coś wygryzło jej język u samej nasady. Czemu ludzie nie mieliby uważać, że to ona sprowadziła wszystkie te nieszczęścia?

– Ale ty trzymasz ją na pokładzie Terroru już od ponad pięciu miesięcy – zauważa Fitzjames. W głosie młodszego komandora nie ma wyrzutu, tylko ciekawość.

Crozier wzrusza ramionami.

– Ja nie wierzę w czarownice, James. Ani w Jonaszów. Ale wierzę, że jeśli zostawimy ją na lodzie, to coś pożre ją tak samo, jak w tej chwili Evansa i Stronga. I być może twojego szeregowca Reeda na dokładkę. Czy to czasem nie był Billy Reed, ten rudy żołnierz, który zawsze chciał rozmawiać o tym pisarzu, Dickensie?

– William Reed, zgadza się. – Fitzjames kiwa głową. – Był bardzo szybki, kiedy marynarze zorganizowali sobie wyścigi na wyspie Disko dwa lata temu. Pomyślałem, że skoro jest taki dobry, to może w pojedynkę uda mu się… – Fitzjames milknie i przygryza wargę. – Powinienem był poczekać do rana.

– Niby dlaczego? – Crozier wzrusza ramionami. – Przecież wtedy wcale nie jest jaśniej. Ani wtedy, ani o żadnej innej porze dnia. Dzień i noc niczym się teraz od siebie nie różnią i nie będą się różnić jeszcze przez najbliższe cztery miesiące. A poza tym to przeklęte coś na lodzie nie poluje tylko nocą… ani jedynie w ciemności. Może twój Reed jeszcze się pojawi. Nasi posłańcy gubili się na lodzie i wracali po pięciu, sześciu godzinach, przemarznięci do szpiku kości.

– Być może. – W głosie Fitzjamesa słychać powątpiewanie. – Rankiem wyślę ludzi na poszukiwania.

– Wiesz, że to stworzenie właśnie tego od nas oczekuje – mówi Crozier ze znużeniem.

– Być może – powtarza Fitzjames. – Ale przed chwilą powiedziałeś mi, że kazałeś swoim ludziom przez całą noc i cały dzień szukać Evansa i Stronga.

– Gdybym nie zabrał ze sobą Evansa na poszukiwania Stronga, chłopak nadal by żył.

– Thomas Evans – powtarza w zamyśleniu Fitzjames. – Pamiętam go. Wielkie chłopisko. To nie był już chłopak, zgadza się, Francis? Musi mieć… musiał mieć… co najmniej dwadzieścia dwa albo dwadzieścia trzy lata.

– Tommy skończył dwadzieścia lat w maju – odpowiada Crozier. – Jego pierwsze urodziny na pokładzie obchodziliśmy dzień po wypłynięciu. Ludzie byli w dobrych humorach i uczcili ten dzień, goląc mu głowę do skóry. Nie miał nic przeciwko. Ci, którzy go znali, mówią, że zawsze był wyrośnięty jak na swój wiek. Służył na HMS Lynx, a wcześniej na jakimś statku handlowym. Został marynarzem, kiedy miał trzynaście lat.

– Podobnie jak ty, zdaje się. Crozier uśmiecha się smutno.

– Podobnie jak ja. Choć pewnie nigdy nie będę wiedział, czy to był dobry wybór.

Fitzjames chowa butelkę do szafki, zamyka ją i wraca do długiego stołu.

– Powiedz mi, Francis, czy rzeczywiście przebrałeś się za czarnego lokaja Hoppnera, który udawał damę z towarzystwa, kiedy zamarzliście tutaj w… kiedy to było, dwudziestym czwartym?

Crozier znów się uśmiecha, tym razem jednak nieco radośniej.

– Owszem. Byłem wtedy aspirantem na Hecli Parry’ego, kiedy płynął na północ z Fury Hoppnera w tysiąc osiemset dwudziestym czwartym w poszukiwaniu tego samego, przeklętego przejścia. Parry planował przepłynąć przez Cieśninę Lancastera, a potem przez Cieśninę Księcia Regenta. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że Boothia to półwysep, bo odkryli to dopiero John i James Ross w trzydziestym trzecim. Parry myślał, że opłynie Boothię i dotrze prosto do wybrzeża, które sześć, siedem lat wcześniej zbadał Franklin. Ale Parry wypłynął za późno – dlaczego ci cholerni dowódcy ekspedycji zawsze wypływają za późno? – i mieliśmy dużo szczęścia, że udało się nam dopłynąć do Cieśniny Lancastera dziesiątego września, z miesięcznym opóźnieniem. Ale trzynastego września dopadł nas już lód; nie mieliśmy najmniejszych szans, żeby przepłynąć przez cieśninę, więc Parry na Hecli i Hoppner na Fury uciekli z podwiniętymi ogonami na południe. Wiatr zagnał nas z powrotem do Zatoki Baffina. Na szczęście udało nam się znaleźć przystań w maleńkiej, przytulnej zatoczce przy Przesmyku Księcia Regenta. Przesiedzieliśmy tam dziesięć miesięcy. Nieźle nam wtedy przemarzły tyłki.

– Ale ty jako mały Murzyn? – Fitzjames uśmiecha się lekko. Crozier kiwa głową i pociąga łyk brandy.

– Zarówno Parry, jak i Hoppner uwielbiali organizować zabawy przebierańców, kiedy siedzieliśmy zimą w lodzie. To Hoppner wymyślił tę maskaradę, którą nazwał Wielkim Karnawałem Weneckim, i urządził ją pierwszego listopada, kiedy słońce znika na kilka miesięcy, a morale załogi podupada. Parry przyszedł wtedy w tej swojej wielkiej pelerynie, której nie zdjął nawet wtedy, gdy wszyscy już zebrali się w jednym miejscu – większość ludzi była przebrana, mieliśmy na obu statkach skrzynie z kostiumami – a kiedy w końcu ją zrzucił, zobaczyliśmy, że przebrał się za starego marynarza. Pamiętasz tego staruszka z drewnianą nogą, który grał na skrzypkach w pobliżu Chathm? Nie, nie pamiętasz, byłeś za młody. Więc Parry – myślę, że ten stary łajdak zawsze bardziej chciał być aktorem niż dowódcą statku – wyglądał i zachowywał się dokładnie jak tamten staruszek, rzępolił na skrzypkach, skakał na tej fałszywej drewnianej nodze i krzyczał: „Rzućcie choć grosik staremu Joe, który stracił nogę, walcząc za króla i ojczyznę!”.

Ludzie śmiali się do rozpuku. Ale Hoppner, który lubił te maskarady chyba jeszcze bardziej niż Parry, przyszedł przebrany za szlachetną damę, w najmodniejszych paryskich ubraniach z tamtego sezonu – głęboki dekolt, wielka suknia z krynoliną pomarszczona nad tyłkiem i tak dalej – a ponieważ ja byłem wtedy lekkoduchem, który miał kiełbie we łbie, innymi słowy nie skończyłem jeszcze trzydziestu lat, przebrałem się za czarnego lokaja Hoppnera; miałem na sobie prawdziwą liberię, którą stary Henry Parkyns Hoppner kupił w jakimś modnym londyńskim sklepie i zabrał na statek specjalnie z myślą o mnie.

– Ludzie się śmiali? – pyta Fitzjames.

– Och, do łez. Parry i jego drewniana noga poszli w odstawkę, kiedy pojawił się stary Henry, a ja za nim z jedwabnym trenem jego sukni w rękach. Czemu mieliby się nie śmiać? Wszyscy ci kominiarze i dziewczyny z kokardami, żebracy i Żydzi z wielkimi nosami, murarze i szkoccy wojownicy, tureckie tancerki i londyńskie dziewczynki z zapałkami? Patrzcie! Oto młody Crozier, starzejący się aspirant, nawet jeszcze nie porucznik, któremu wydaje się, że zostanie kiedyś admirałem, a zapomina, że jest tylko zwykłym irlandzkim Murzynem.

Fitzjames milczy przez chwilę. Crozier słyszy chrapanie i pierdzenie dochodzące spomiędzy hamaków rozwieszonych we wnętrzu ciemnego okrętu. Na pokładzie, tuż nad świetlicą, któryś z wartowników tupie mocno, by się rozgrzać. Crozier żałuje trochę, że zakończył tę historię w ten sposób – nie rozmawia tak z nikim, gdy jest trzeźwy – ale chciałby też, by Fitzjames ponownie wyjął z szafki butelkę brandy. Albo whisky.

– Kiedy Fury i Hecla uciekły z lodu? – pyta wreszcie Fitzjames.

– Dwudziestego lipca następnego lata – odpowiada Crozier. – Ale pewnie znasz już resztę tej historii.

– Wiem, że Fury przepadła.

– Zgadza się. – Crozier kiwa głową. – Pięć dni po ustąpieniu lodu – płynęliśmy wtedy wzdłuż brzegu wyspy Somerset, trzymając się z dala od paku i unikając tego cholernego wapienia, który ciągle spadał z urwisk – wichura zagnała Fury na żwirową mierzeję. Ściągnęliśmy ją stamtąd, choć kosztowało nas to mnóstwo sił, ale potem oba statki znowu zamarzły, a góra lodowa, prawie tak wielka jak ta cholera, która siedzi teraz między Erebusem i Terrorem, przycisnęła Fury do paku, oderwała ster, połamała drzewca i rozerwała poszycie. Załoga pracowała przy pompach dzień i noc, żeby utrzymać ją na wodzie.

– I przez jakiś czas wam się to udawało – wtrąca Fitzjames.

– Przez dwa tygodnie. Próbowaliśmy nawet przycumować ją do góry, ale cholerna lina pękła. Potem Hoppner próbował podnieść statek, żeby dostać się do stępki, tak jak sir John chciał dostać się do waszego Erebusa, ale przeszkodziła nam śnieżyca i niewiele brakowało, a oba statki zniosłoby na brzeg. W końcu ludzie przy pompach padli ze zmęczenia, byli już tak wyczerpani, że nie rozumieli naszych rozkazów, i dwudziestego pierwszego sierpnia Parry kazał przejść wszystkim na pokład Hecli i odpłynąć od brzegu, żeby uratować choć jeden statek. Tymczasem góry lodowe zepchnęły Fury na brzeg, tak że nawet nie mogliśmy wziąć jej na hol. Na naszych oczach lód zgniótł statek, rozwalając na drobne kawałki. Ledwie zdążyliśmy uciec na Heclę, bo i nas spotkałoby to samo. Nie dopłynęliśmy więc w końcu do przejścia, a na dodatek straciliśmy okręt. Hoppner stanął potem przed sądem wojskowym, choć Parry także poczuwał się do winy, bo Hoppner przez cały czas był pod jego komendą.

– Wszystkich uniewinniono. A nawet udzielono pochwały, jeśli dobrze pamiętam.

– Udzielono pochwały, ale nie awansowano – odpowiada Crozier.

– Ale wszyscy przeżyliście. – Tak.

– Ja chcę przeżyć tę ekspedycję, Francis – mówi Fitzjames cicho, lecz z ogromną determinacją.

Crozier kiwa głową.

– Powinniśmy byli zrobić to samo co Parry; umieścić przed rokiem obie załogi na pokładzie Terroru i popłynąć na wschód, wokół Ziemi Króla Williama – mówi Fitzjames.

Tym razem to Crozier unosi brwi zaskoczony. Nie dziwi go fakt, że Fitzjames uznaje Ziemię za Wyspę – piesza wyprawa, którą zorganizowali minionego lata, właściwie rozstrzygnęła tę kwestię – lecz że przyznaje, iż powinni byli zrealizować jego plan i porzucić statek sir Johna minionego lata. Crozier wie, że dla komandora nie ma trudniejszej rzeczy niż porzucić własny okręt i że taka decyzja jest szczególnie trudna dla członków Królewskiej Marynarki Wojennej. Choć Erebus pozostawał pod komendą sir Johna Franklina, jego prawdziwym dowódcą był komandor porucznik James Fitzjames.

– Teraz już za późno. – Crozier cierpi. Ponieważ świetlica jest wyjątkowo dużym pomieszczeniem, a w dodatku ma trzy iluminatory zamocowane bezpośrednio w górnym pokładzie, jest w niej chłodniej niż gdzie indziej na dolnym pokładzie – komandorzy widzą parę wydobywającą się z ich ust – ale i tak sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt stopni cieplej niż na zewnątrz. Przemarznięte stopy i palce Croziera dopiero teraz zaczynają odmarzać, czemu towarzyszy palący ból, jakby ktoś kłuł je tysiącami rozpalonych do czerwoności igieł.

– To prawda – przyznaje Fitzjames. – Ale ty miałeś tyle rozumu, żeby w sierpniu przewieźć saniami na Ziemię Króla Williama trochę sprzętu i zapasów.

– To ledwie ułamek tego, co będziemy musieli jeszcze przetransportować, jeśli przyjdzie nam założyć tam obóz – odpowiada krótko Crozier. Minionego lata kazał wyładować z okrętu około dwóch ton ubrań, namiotów, sprzętu i jedzenia w puszkach i przewieźć je na północno-zachodni brzeg wyspy, na wypadek gdyby zimą musieli szybko opuścić statki, przeprawa okazała się jednak wyjątkowo trudna, mozolna i niebezpieczna. Po kilku tygodniach morderczej pracy przy ciągnięciu sań dowieźli na wyspę niewiele ponad tonę ładunku – namioty, dodatkowe ubrania, narzędzia i zapasy jedzenia na kilka tygodni. Nic więcej.

– Ten bydlak z lodu nie pozwoliłby nam tam zostać – dodaje łagodniejszym już tonem. – Wszyscy mogliśmy się przenieść na wyspę już we wrześniu – pamiętasz pewnie, że miałem przygotowane miejsce na dwa tuziny dużych namiotów – ale na statkach przynajmniej możemy czuć się w miarę bezpiecznie.

– Zgadza się. – Fitzjames kiwa głową. – Jeśli statki przetrzymają zimę.

– Jeśli… – Fitzjames wzdycha, a potem spogląda zagadkowo na Croziera. – Słyszałeś, że niektórzy marynarze na obu statkach nazywają to stworzenie Terror?

– Nie! – Crozier jest oburzony. Nie chce, by ktokolwiek używał nazwy jego statku w odniesieniu do jakiegoś potwora z piekła rodem, nawet jeśli ma być to tylko żart. Spogląda jednak w zielono-orzechowe oczy Fitzjamesa i uświadamia sobie, że ani on, ani marynarze wcale nie żartują. – Terror – powtarza Crozier gorzko.

– Uważają, że to nie jest zwierzę – kontynuuje Ftizjames. – Ze jest na to zbyt przebiegłe, że to coś nienaturalnego… nadprzyrodzonego… że w ciemnościach na lodzie kryje się demon.

Crozier parska z odrazą.

– Demon – powtarza pogardliwie. – Mówią to pewnie ci sami marynarze, którzy wierzą w duchy, wróżki, Jonaszów, syreny, klątwy i morskie potwory.

– Widziałem, jak drapałeś żagle, żeby przywołać wiatr – mówi Fitzjames z uśmiechem.

Crozier milczy.

– Żyjesz już dość długo i podróżowałeś dość daleko, by widzieć rzeczy, o których istnieniu ludzkość nie miała nawet pojęcia – dodaje Fitzjames, próbując rozładować napięcie.

– Owszem – odpowiada Crozier ze śmiechem. – Pingwiny! Szkoda, że nie są to tutaj, na północy, największe zwierzęta, tak jak na południu.

– Na biegunie południowym nie ma białych niedźwiedzi?

– Nie widzieliśmy ich tam. Nie widział ich żaden z wielorybników ani badaczy, którzy w ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat pływali w pobliżu tego wulkanicznego, zamarzniętego lądu.

– A ty i James Ross byliście pierwszymi ludźmi, którzy widzieli ten kontynent.

– Zgadza się. Sir James tylko na tym wygrał. Ożenił się z piękną młodą dziewczyną, został szlachcicem i nie pływa już na bieguny. A ja… ja jestem… tutaj.

Fitzjames odchrząkuje niepewnie, jakby chciał zmienić temat.

– Wiesz, Francis, aż do tej podróży wierzyłem w istnienie Otwartego Morza Polarnego. Byłem przekonany, że parlament miał rację, kiedy wysłuchał przepowiedni wszystkich tych tak zwanych ekspertów zimą przed naszym wypłynięciem, pamiętasz? Czytałem o tym w „Timesie”, wszystkie te brednie o barierze termobarycznej, o Prądzie Zatokowym, który płynie pod lodem i rozgrzewa otwarte Morze Polarne, o kontynencie, który z pewnością czeka tam już na kolonizację. Byli tak pewni jego istnienia, że chcieli wysłać więźniów z Southgate i innych więzień, żeby przerzucali tam węgiel, który musiał przecież zalegać w ogromnych ilościach zaledwie kilkaset mil stąd, na kontynencie polarnym. Crozier śmieje się, tym razem całkiem szczerze.

– Tak, mieli wydobywać węgiel do ogrzewania hoteli i dla parowców, które będą regularnie pływać na otwarte Morze Polarne najpóźniej w tysiąc osiemset sześćdziesiątym roku. Boże, jak ja chciałbym być jednym z tych więźniów z Southgate. Zgodnie z prawem ich cele są dwa razy większe od twojej kajuty, James. Pomyśl tylko, mielibyśmy zapewnioną spokojną starość, gdybyśmy musieli tylko siedzieć w takich luksusach i czekać na wieści o odkryciu i skolonizowaniu tego kontynentu na biegunie północnym.

Obaj śmieją się teraz głośno.

Na pokładzie nad ich głowami słychać tupot nóg – odgłosy biegu, a nie zwykłe kroki – później czyjeś głosy i trzask otwieranego włazu, wreszcie tupot kilku par nóg ludzi schodzących po schodach.

Obaj komandorzy siedzą w milczeniu i czekają. Po chwili ktoś puka lekko do drzwi świetlicy.

– Wejść – mówi komandor Fitzjames.

Marynarz z Erebusa wprowadza dwóch członków załogi Terroru – porucznika Johna Irvinga i marynarza o imieniu Shanks.

– Przepraszam, że panom przeszkadzam, komandorze Fitzjames, komandorze Crozier – mówi Irving, lekko szczękając zębami. Jego długi nos jest biały z zimna. Shanks wciąż trzyma w dłoniach muszkiet. – Porucznik Little kazał mi jak najszybciej zameldować się u komandora Croziera.

– Mów śmiało, John, o co chodzi? – Crozier uśmiecha się. – Chyba nie szukasz ciągle lady Ciszy, co?

Irving patrzy nań przez chwilę z konsternacją. Potem odpowiada:

– Widzieliśmy ją na lodzie, kiedy wracały ostatnie grupy poszukiwawcze. Nie, porucznik Little prosił, bym sprowadził pana jak najszybciej, bo… – Młody oficer milknie nagle, jakby zapomniał, dlaczego właściwie Little posłał go po komandora.

– Panie Couch – zwraca się Fitzjames do drugiego oficera, który wprowadził dwóch ludzi z Terroru do świetlicy. – Będę zobowiązany, jeśli zechce pan wyjść do zejściówki i zamknąć za sobą drzwi.

Crozier także zwrócił uwagę na dziwną ciszę, która zaległa na statku po wejściu Irvinga. Zbyt wiele uszu w pomieszczeniach dla załogi nasłuchiwało uważnie, co mają do powiedzenia przybysze z Terroru.

Kiedy drzwi już się zamknęły, Irving mówi:

– Chodzi o Williama Stronga i Tommy’ego Evansa, panie komandorze. Wrócili.

Crozier marszczy brwi, zdumiony.

– Jak to wrócili? Żywi? – Po raz pierwszy od kilku miesięcy budzi się w nim iskierka nadziei.

– Och nie, komandorze – zaprzecza szybko Irving. – Właściwie to tylko… jedno ciało. Stało oparte o reling przy rufie, kiedy wszystkie grupy schodziły już na statek… jakąś godzinę temu. Strażnicy nie zauważyli wcześniej nic podejrzanego. Ale ono tam było, komandorze. Na rozkaz porucznika Little’a przyszliśmy tutaj jak najszybciej, żeby o wszystkim pana poinformować, komandorze. My, to znaczy ja i Shanks.

– Ono? – irytuje się Crozier. – Jedno ciało? Z powrotem na statku? – Komandor Terroru nic z tego nie rozumie. – Przed chwilą mówiłeś, że wrócili obaj, Strong i Evans.

Teraz już nie tylko nos, ale cała twarz Irvinga jest biała jak śnieg.

– Tak jest, komandorze. Albo przynajmniej połowa z nich. Kiedy podeszliśmy bliżej, to ciało oparte o rufę przewróciło się i… hm… rozpadło. Nie mamy pewności, ale wygląda na to, że od pasa w dół to Tommy Evans. Od pasa w górę Billy Strong.

Crozier i Fitzjames mogą tylko patrzeć na siebie w milczeniu.

12

GOODSIR

69°37‘42” szerokości geograficznej północnej, 98°41’ długości geograficznej zachodniej. Ziemia Króla Williama, 24 maja-3 czerwca, 1847.

Grupa porucznika Gore’a dotarła do kopca sir Jamesa Rossa na Ziemi Króla Williama wieczorem 28 maja, po pięciu dniach wyczerpującej podróży po lodzie.

Gdy zbliżyli się do lądu – ukrytego przed ich oczami aż do ostatnich chwil – odkryli z radością, że w pobliżu lądu znajdują się niewielkie sadzawki ze słodką wodą. Niestety, wkrótce przekonali się także, że większość tych małych zbiorników to woda wypłukana z podstawy długiego szeregu gór lodowych – niektóre miały ponad sto stóp wysokości – które utknęły na płyciznach i ciągnęły się teraz wzdłuż brzegu niczym mury jakiegoś ogromnego białego zamku, sięgając po sam horyzont. Potrzebowali całego dnia, by pokonać tę przeszkodę, a żeby tego dokonać, musieli odciążyć sanie i zostawić na lodzie część ubrań paliwa i zapasów. Jakby tego było mało, musieli również wyrzucić sporo puszek zjedzeniem, okazało się bowiem, że przechowywane w nich zupy i wieprzowina zgniły – mieli teraz zapasy na niecałe pięć dni, i to tylko przy założeniu, że pozostałe puszki są dobre. Na domiar złego, przekonali się, że nawet tutaj, przy samym brzegu, lód ma siedem stóp grubości.

Jednak dla Goodsire’a największym rozczarowaniem okazała się sama Ziemia Króla Williama, a właściwie Wyspa Króla Williama, o czym przekonali się nieco później.

Położone na północy wyspy Devon i Beechey były jałowymi skrawkami lądu, na których rosły jedynie porosty i drobne rośliny, jednak w porównaniu z Ziemią Króla Williama wydawały się rajskim ogrodem. Na Beechey można było znaleźć spore obszary odsłoniętego gruntu, trochę gleby i piasku, urwiska i plażę. Na Ziemi Króla Williama nie było nawet tego.

Przez pół godziny po przekroczeniu bariery gór lodowych Goodsir nie wiedział, czy jest już na stałym lądzie, czy też nie. Wcześniej zamierzał świętować z innymi tę chwilę, jako że wszyscy po raz pierwszy od ponad roku postawili stopę na stałym lądzie, lecz lód morski sięgał daleko poza góry lodowe i łączył się z lodem pokrywającym ziemię. Wszędzie dokoła rozciągał się lód i brudny śnieg, spod którego nie przezierał choćby skrawek gruntu.

Gdy wreszcie dotarli do smaganego wiatrem obszaru wolnego od śniegu, Goodsir i pozostali upadli na kolana, jakby w geście dziękczynienia, lecz nawet tutaj drobne okrągłe kamienie były przymarznięte do siebie, twarde jak zimowy londyński bruk i dziesięć razy zimniejsze. Chłód ów przenikał przez ich spodnie i warstwy ubrań okrywające ich kolana, sączył się do kości, wędrował w górę, do dłoni i palców, niczym ciche zaproszenie do zamarzniętych kręgów piekieł ukrytych głęboko w dole.

Po kolejnych czterech godzinach wędrówki odszukali kopiec Rossa. Sterta kamieni wysokości sześciu stóp, ułożona na cyplu Victory Point, powinna być obiektem łatwym do znalezienia – tak mówił im wcześniej porucznik Gore – lecz na tym odsłoniętym terenie wiele lodowych kopców miało co najmniej sześć stóp wysokości, a mocny wiatr dawno już zwiał mniejsze kamienie ze szczytu kopca. Majowe niebo nigdy całkiem nie ciemniało, lecz przytłumiony, jednostajny blask utrudniał właściwą ocenę odległości. Jedyną rzeczą, która odcinała się wyraźnie od tła, były niedźwiedzie, i to tylko dlatego, że się poruszały. Co najmniej pół tuzina tych głodnych, ciekawskich zwierząt śledziło ich poczynania przez cały dzień. Poza tym jednak wszystko rozmywało się w szarobiałym świetle. Serak, który na pierwszy rzut oka miał co najmniej pięćdziesiąt stóp wysokości i stał w odległości pół mili, w rzeczywistości osiągnął ledwie dwie stopy i znajdował się dwadzieścia jardów dalej. Pas żwiru i kamieni, który wydawał się odległy zaledwie o sto jardów, leżał co najmniej milę dalej.

W końcu jednak, tuż przed dziesiątą wieczorem, znaleźli kopiec. Wszyscy byli już tak zmęczeni, że ich ręce zwisały bezwładnie, niczym ręce małp, o których opowiadali niektórzy marynarze. Teraz wszyscy milczeli, nikt nie miał bowiem nawet sił na rozmowę.

Gore wyjął pierwszą z dwóch wiadomości – sporządził kopię, by zgodnie z instrukcjami sir Johna zostawić ją w jakimś innym punkcie wybrzeża, położonym nieco dalej na południe – wpisał datę i podpisał się swoim nazwiskiem i imieniem. Podobnie uczynił drugi oficer Charles Des Voeux. Zwinęli list, wsunęli go do jednego z dwóch hermetycznych pojemników, które przynieśli tu ze sobą, wrzucili do pustej kryjówki w środku kopca i odłożyli na miejsce kamienie, które zdjęli wcześniej, by się do niej dostać.

– Cóż. – Gore westchnął. – To chyba wszystko, prawda?

Burza z piorunami zaczęła się wkrótce po tym, jak wrócili na późną kolację do sań, które zostawili pół mili na północ od miejsca, gdzie weszli na ląd.

By odciążyć sanie przed przeprawą przez góry lodowe, zostawili w kryjówce na lodzie ciężkie koce z wilczych skór, brezent i większość jedzenia w puszkach. Zakładali, że skoro żywność znajduje się w szczelnie zamkniętych konserwach, nie zwabi wszędobylskich niedźwiedzi, i że gdyby nawet niedźwiedzie je znalazły, i tak nie zdołałyby się do nich dobrać. Zgodnie z planem mieli jeść zmniejszone racje – a także zwierzęta, które zdołaliby upolować na lądzie, co jak się okazało, było całkowicie nierealne – i spać wszyscy razem w namiocie.

Des Voeux nadzorował przygotowanie kolacji, wyjmując osobiście zestaw do gotowania składający się z kilku sprytnie złożonych wiklinowych koszyków. Okazało się jednak, że trzy spośród czterech puszek, które wybrali na pierwszy posiłek na lądzie, były zepsute. Zostało im więc tylko pół przeznaczonej na środę porcji solonej wieprzowiny – ulubionego dania marynarzy, które choć smaczne i tłuste, nie mogło zaspokoić ich głodu po tak ciężkiej pracy – oraz ostatnia dobra puszka opatrzona etykietą „Wyśmienita czysta zupa żółwiowa”, której marynarze nie znosili, wiedząc z doświadczenia, że nie jest ani wyśmienita, ani czysta, a już z całą pewnością nie żółwiowa.

Doktor McDonald z Terroru przez ostatnie półtora roku, to jest od śmierci Torringtona na wyspie Beechey, miał obsesję na punkcie jakości puszkowanych zapasów i bez ustanku eksperymentował, wymyślając coraz to nowe diety, które miały zapobiec szkorbutowi. Goodsir dowiedział się od niego, że niejaki Stephan Goldner, dostawca z Houndsditch, który dzięki niezwykle niskim stawkom wygrał przetarg na za opatrzenie ich ekspedycji w żywność, niemal z pewnością oszukał rząd Jej Królewskiej Mości oraz Służbę Badawczą Królewskiej Marynarki Wojennej, dostarczając prowiant skandalicznie niskiej jakości, a w niektórych wypadkach wręcz niejadalny lub nawet trujący.

Marynarze zareagowali na wieść o zepsutym jedzeniu stekiem przekleństw.

– Uspokójcie się, chłopcy – uciszył ich w końcu po minucie lub dwóch Gore, pozwoliwszy, by rozsierdzeni żeglarze dali upust swej złości. – Proponuję, żebyśmy otworzyli dzisiaj puszki przeznaczone na jutro, a jutro wrócili do zapasów, które zostawiliśmy na lodzie, choćbyśmy mieli dojść tam dopiero o północy. Co wy na to?

Marynarze przyklasnęli pomysłowi.

Dwie spośród czterech kolejnych puszek, które otworzyli, nie były zepsute – jedna z nich zawierała pozbawiony smaku i mięsa „Gulasz irlandzki”, druga zaś potrawę o smakowitej nazwie „Szynka wołowa z warzywami”. Marynarze na obu statkach dawno już uznali, że wołowina w tym daniu pochodzi z garbarni, a warzywa z jakiejś zapuszczonej i mokrej piwnicy, woleli jednak jeść to niż nic.

Ledwie podwładni Gore’a rozstawili namiot, rozłożyli w środku śpiwory, podgrzali jedzenie i rozlali je do misek, gdy z nieba zaczęły bić pioruny.

Pierwsza błyskawica uderzyła niecałe pięćdziesiąt stóp od ich obozowiska, sprawiając, że niemal wszyscy wylali na siebie gorący gulasz i wołowinę. Drugie wyładowanie uderzyło jeszcze bliżej.

Rzucili się biegiem do namiotu. Błyskawice uderzały wokół nich niczym pociski artyleryjskie. Gdy wszyscy już dosłownie wtłoczyli się do środka namiotu – ośmiu mężczyzn w namiocie przeznaczonym dla czterech ludzi i drobnych bagaży – marynarz Bobby Ferrier spojrzał na metalowe słupki podtrzymujące brezent, zaklął paskudnie i zaczął się czołgać z powrotem do wyjścia.

Tymczasem na zewnątrz zaczął padać grad wielkości piłek do krykieta. Odłamki lodu wylatywały na trzydzieści stóp w górę, błyskawice biły tak często, że ich huk zlewał się w jeden nieprzerwany hałas, a niebo płonęło niegasnącym blaskiem.

– Nie! – krzyknął Gore, chwytając Ferriera za ramię i wciągając go z powrotem do zatłoczonego namiotu. – Gdziekolwiek pójdziemy, i tak jesteśmy najwyższymi obiektami w okolicy. Wyrzućcie te maszty na zewnątrz, ale zostańcie pod brezentem. Wejdźcie do śpiworów i leżcie płasko przy ziemi.

Marynarze posłusznie wsunęli się do śpiworów. Ich długie włosy wiły się jak węże pod czapkami i nad warstwą szalików. Burza przybrała jeszcze na sile, huk rozdzierał uszy. Grad uderzał w nich z taką siłą, jakby ktoś walił ich po plecach kamiennymi pięściami. Goodsir pojękiwał głośno, bardziej ze strachu niż z bólu, choć z pewnością było to najdotkliwsze lanie, jakie dostał od czasów szkoły.

– Jezu Chryste! – zawołał Thomas Hartnell, gdy grad uderzył z jeszcze większą mocą. Większość marynarzy skryła się pod śpiworami, a nie w nich, wykorzystując grube koce jako osłonę przed coraz to większym naporem burzy. Brezent namiotu był tak cienki, że nie zapewniał im żadnej ochrony przed lodowymi pociskami, a na dodatek mogli się pod nim udusić.

– Jak w takiej temperaturze może rozpętać się burza z piorunami?! – wrzasnął Goodsir do Gore’a, który leżał obok niego.

– To się zdarza! – krzyknął porucznik. – Jeśli zdecydujemy przenieść się ze statków na ląd, będziemy musieli zabrać ze sobą całą stertę piorunochronów.

Goodsir po raz pierwszy dowiedział się wtedy, że w ogóle rozważana jest ewentualność opuszczenia statków.

Piorun uderzył w kamień, przy którym zaczęli jeść kolację, nie dalej niż dziesięć stóp od namiotu, odbił się od niego i przemknął tuż nad ich głowami, uderzając w głaz odległy zaledwie o trzy stopy. Wszyscy przywarli z całych sił do ziemi, jakby próbowali w nią wniknąć, wbić się w skałę.

– Dobry Boże, poruczniku Gore! – zawołał nagle John Morfin, który leżał zwrócony głową do wyjścia z namiotu. – Coś chodzi po lodzie.

W namiocie byli wszyscy uczestnicy wyprawy.

– Niedźwiedź? – odkrzyknął Gore. – W takim gradzie?

– To jest za duże na niedźwiedzia! – wrzasnął Morfin. – To…

W tej samej chwili piorun uderzył ponownie w pobliski głaz. Naelektryzowana płachta namiotu podniosła się na moment, a wszyscy marynarze znów przywarli do ziemi i zamilkli, modląc się żarliwie w myślach.

Atak – tak właśnie myślał o burzy Goodsir, jakby była to reakcja greckich bogów rozwścieczonych pychą zwykłych śmiertelników, którzy zapuścili się tak daleko w krainę Boreasza – trwał niemal pół godziny. Wreszcie błyskawice zaczęły uderzać coraz rzadziej, a cała burza przesunęła się na południowy wschód.

Gore pierwszy wyszedł z namiotu, lecz nawet on, postrzegany przez Goodsira jako człowiek nieulękły, poruszał się przez kilka minut tylko na czworakach. Pozostali wypełzli za nim i przez chwilę leżeli nieruchomo, rozglądając się dokoła w osłupieniu. Niebo na wschodzie wciąż płonęło gęstą siatką błyskawic, ogłuszający huk zmuszał ich do zakrywania uszu, grad jednak ustał. Ziemia zniknęła pod warstwą lodowych kul, która miejscami osiągała dwie stopy wysokości. Po chwili Gore wstał i rozejrzał się. Pozostali poszli jego śladem, podnosili się z ziemi, z trudem rozprostowując obolałe kończyny pokryte licznymi siniakami. Gruba warstwa chmur zakryła niebo na tyle skutecznie, że zrobiło się niemal całkiem ciemno, jak w środku prawdziwej nocy.

– Patrzcie na to! – zawołał Charles Best.

Goodsir i pozostali podeszli do sań. Przygotowując się do kolacji ustawili obok sań stertę puszek i innych materiałów; w jakiś niewytłumaczalny sposób błyskawica uderzyła w piramidę konserw, nie naruszając sań. Wszystkie puszki rozleciały się dokoła, jakby trafiła w nie kula armatnia – idealne uderzenie w partii kosmicznych kręgli. Osmalone kawałki metalu i dymiące jeszcze pozostałości jedzenia rozrzucone były w promieniu dwudziestu jardów. Obok lewej stopy lekarza leżało osmolone i powyginane naczynie, na którym widać było napis ZESTAW KUCHENNY. Była to część ich sprzętu do gotowania, która przed nadejściem burzy leżała na jednej z kuchenek. Stojąca obok butelka z paliwem eksplodowała, rozrzucając na wszystkie strony odłamki metalu, które minęły o cal głowy ukrytych w namiocie marynarzy. Gdyby błyskawica trafiła prosto w stertę butelek z paliwem, ułożonych w drewnianej skrzyni obok dwóch śrutówek i zapasu nabojów, eksplozja i powstały w jej wyniku ogień pochłonęłyby ich wszystkich.

Goodsir miał ochotę roześmiać się głośno, nie zrobił tego jednak w obawie, że jednocześnie może się rozpłakać. Przez chwilę nikt nie odzywał się ani słowem.

Wreszcie John Morfin, który wdrapał się na pobliski wał lodowy, zawołał:

– Poruczniku, musi pan to zobaczyć!

Wszyscy dołączyli do Morfina i spojrzeli we wskazanym przezeń kierunku.

Wzdłuż grzbietu ciągnęły się ślady wychodzące z lodowego labiryntu na północy i zmierzające w stronę morza, na południowy zachód. Wpatrywali się w nie z niedowierzaniem, były to bowiem odciski większe od śladów jakiegokolwiek zwierzęcia żyjącego na ziemi. W ciągu pięciu dni wędrówki wielokrotnie mieli okazję oglądać odciśnięte w śniegu tropy białych niedźwiedzi; niektóre z nich były zadziwiająco duże – miały nawet dwanaście cali długości – lecz te były od nich co najmniej o połowę większe, dłuższe od ludzkiej ręki. Były też świeże – nie mieli co do tego najmniejszych wątpliwości, gdyż nie zostały odciśnięte w śniegu, lecz w warstwie gradu.

Stworzenie, które przeszło obok ich obozu, zrobiło to w samym środku gradowej nawałnicy, i to właśnie je widział zapewne Morfin.

– Co to jest? – zastanawiał się głośno Gore. – To niemożliwe… Panie Des Voeux, proszę łaskawie przynieść z sań strzelbę i trochę naboi.

– Tak jest, poruczniku.

Nim jeszcze mat powrócił ze śrutówką, Morfin, szeregowiec Pilkington, Best, Ferrier i Goodsir ruszyli wraz z Gore’em śladem nieprawdopodobnych odcisków, na północny zachód.

– Są za duże – powiedział Pilkington. Goodsir wiedział, że żołnierz został włączony do tej wyprawy głównie dlatego, iż jako jeden z niewielu marynarzy płynących na obu statkach polował kiedykolwiek na zwierzynę większą od kuropatwy.

– Wiem o tym, szeregowy – odrzekł Gore. Wziął strzelbę od Des Voeux i załadował ją, podczas gdy pozostałych siedmiu mężczyzn kroczył0 powoli przez zaspy gradu w stronę ciemnych chmur zgromadzonych za linią gór lodowych okalających brzeg wyspy.

– Może to nie są ślady łap, tylko coś… Może to zając polarny albo jakieś inne zwierzę skakało w tej brei, a to są odciski całego ciała – rzekł niepewnie Des Voeux.

– Być może – odpowiedział Gore z roztargnieniem. – Być może, Charles.

Jednak doktor Harry D.S. Goodsir wiedział, że z całą pewnością są to odciski jakichś olbrzymich łap. Wiedzieli to wszyscy towarzyszący mu ludzie. Nawet Goodsir, który nigdy nie polował na stworzenie większe od królika lub kuropatwy, zdawał sobie sprawę, że nie są to odciski całego ciała zwierzęcia, które skakało raz w lewo raz w prawo, lecz ślady czegoś, co najpierw szło na czterech łapach, a potem – jeśli wierzyć tropom – przez ponad sto jardów na dwóch. Wyglądały dokładnie tak, jak ślady człowieka, przy założeniu, że stopy owego człowieka są dłuższe od jego przedramienia, że jeden krok ma długość pięciu stóp i że zamiast palców u stóp ma długie pazury.

Dotarli do smaganego wiatrem miejsca, gdzie jakiś czas wcześniej padli na kolana i dotykali dłońmi wyglądających spod lodu kamieni. Grad rozbił się tutaj na drobne kawałki, więc wciąż widać było odsłonięty grunt – tu także kończył się trop.

– Rozproszyć się – rozkazał Gore, wciąż trzymając strzelbę niedbale pod pachą, jakby przechadzał się właśnie po swym rodzinnym majątku w Essex. Później pokazał każdemu z ludzi, do którego miejsca ma podejść i sprawdzić dokładnie, czy w pobliżu na warstwie gradu znów nie pojawiają się ślady. Obszar odsłoniętej skały i żwiru był niewiele większy od boiska do krykieta.

W otaczającym ów obszar śniegu i lodzie nie było żadnych śladów. Marynarze kręcili się dokoła przez kilka minut, pochyleni nisko nad ziemią, wreszcie przystanęli w miejscu i spojrzeli na siebie w milczeniu. Stali teraz niemal w idealnym kole, wokół którego rozciągał się obszar nienaruszonego śniegu i lodu.

– Poruczniku… – zaczął Best.

– Chwileczkę – przerwał mu Gore. – Myślę.

Tylko on wciąż poruszał się po skalnym kole, chodził wokół niego i oglądał uważnie śnieg, lód i warstwę gradu, jakby podejrzewał, że ktoś stroi sobie z niego żarty. Burza oddaliła się już na wschód i światło znów stało się intensywniejsze. Była już niemal druga nad ranem.

– Poruczniku – nie poddawał się Best. – Chodzi o Toma Hartnella.

– Co z nim? – warknął Gore, okrążając skalne boisko po raz trzeci.

– Nie ma go tutaj. Właśnie to zauważyłem; nie ma go z nami, odkąd wyszliśmy z namiotu.

Goodsir podniósł głowę i spojrzał w tę samą stronę co pozostali. Trzysta jardów za nimi ciągnął się wał lodowy, skrywający namiot i sanie. Na ogromnej połaci bieli i szarości nic się nie poruszało.

Wszyscy jednocześnie poderwali się do biegu.

***

Hartnell żył, ale był nieprzytomny i wciąż leżał pod płachtą namiotu. Na jego głowie wyrósł ogromny guz – brezent rozdarł się w miejscu, gdzie uderzyła bryła lodu wielkości pięści – marynarz krwawił też z lewego ucha, Goodsir szybko jednak znalazł słaby puls. Wyciągnęli nieprzytomnego mężczyznę z namiotu i otulili go dwoma śpiworami. Tymczasem na niebie znów pojawiły się ciemne chmury.

– Czy to poważne? – spytał Gore. Goodsir pokręcił głową.

– Nie dowiemy się, dopóki on się nie ocknie… jeśli się ocknie. Prawdę mówiąc, jestem zaskoczony, że tylko jego spotkał taki los. Wszyscy zostaliśmy naprawdę solidnie obici.

Gore skinął głową.

– Nie chciałbym stracić Tommy’ego po tym, jak w zeszłym roku zmarł mu brat, John. Jego rodzina nie zniosłaby chyba takiego ciosu.

Goodsir przypomniał sobie, jak przed pogrzebem marynarze ubierali Johna Hartnella w najlepszą flanelową koszulę jego brata. Pomyślał o tej koszuli, leżącej teraz pod warstwą zamarzniętej ziemi i żwiru w miejscu odległym o wiele setek mil na północ, smaganym wiatrem, który uderzał w czarną ścianę urwiska. Lekarz zadrżał.

– Chyba wszystkim zrobiło się zimno – rzekł Gore. – Musimy się trochę przespać. Szeregowy Pilkington, odszukajcie maszty i pomóżcie Bestowi i Ferrierowi ustawić namiot.

– Tak jest.

Podczas gdy dwaj marynarze szukali metalowych palików, Morfin podniósł brezentową płachtę. Namiot został tak podziurawiony przez grad, że wyglądał jak flaga po zaciętej bitwie.

– Dobry Boże… – wyjęczał Des Voeux.

– Śpiwory są przemoczone – zameldował Morfin. – W środku namiotu też jest mokro.

Gore westchnął.

Pilkington i Best wrócili z dwoma osmalonymi kawałkami metalu i drewna.

– Maszty zostały zniszczone – zameldował szeregowiec. – Wygląda na to, że metalowe rdzenie przyciągnęły błyskawice. Do niczego się już nie nadają.

Gore skinął tylko głową.

– Na saniach mamy jeszcze siekierę. Wyjmij z niej trzonek i przynieś drugą strzelbę, użyjemy ich jako masztów. Roztop trochę lodu, żeby je umocować, jeśli będziesz musiał.

– Kuchenka się rozleciała – przypomniał im Ferrier. – Na razie nie mamy w czym stopić lodu.

– Na saniach mamy jeszcze dwie inne kuchenki – odparł spokojnie Gore. – Mamy też trochę wody do picia w butelkach. Teraz pewnie zamarzła, ale włóżcie je pod ubrania, to za chwilę znów się roztopi. Wlejcie ją potem do otworów, które wyrąbiecie w lodzie, i wstawcie tam maszty. Panie Best?

– Tak jest? – odpowiedział młody marynarz, tłumiąc ziewnięcie.

– Zamieć namiot do czysta, a potem weź nóż i rozpruj dwa śpiwory. Użyjemy ich jako koców, jeden położymy na ziemi, a drugim się przykryjemy. Będziemy się nawzajem ogrzewać. Musimy przespać się choć trochę.

Goodsir przyglądał się Hartnellowi, wypatrując najmniejszych oznak życia, lecz młody marynarz wciąż leżał sztywno jak trup. Lekarz ponownie sprawdził mu puls.

– Wracamy jutro rano? – spytał John Morfin. – Żeby zabrać rzeczy z naszej kryjówki i ruszyć z powrotem na statek. Teraz nie wystarczy nam już nawet jedzenia na drogę powrotną.

Gore uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Kilka dni głodówki nikomu nie zaszkodzi. Hartnell jest jednak ranny, więc czterech z was ułoży go na saniach i wróci z nim do kryjówki. Przygotujecie tam obóz, podczas gdy ja zabiorę jednego z was i ruszę na południe, by wykonać rozkazy sir Johna. Muszę zostawić drugi list dla Admiralicji i, co ważniejsze, dotrzeć jak najdalej na południe, by przekonać się, czy nie ma tam otwartej wody. Cała ta wyprawa na nic się nie zda, jeśli tego nie zrobimy.

– Chętnie pójdę z panem, poruczniku Gore – zgłosił się Goodsir, zaskoczony nieco własną reakcją. Z jakiegoś nieokreślonego powodu bardzo zależało mu na tym, by towarzyszyć oficerowi w dalszej wędrówce.

Gore także wyglądał na zaskoczonego.

– Dziękuję panu, doktorze – odpowiedział łagodnie – ale lepiej chyba będzie, jeśli zostanie pan z naszym rannym towarzyszem, prawda?

Goodsir zaczerwienił się po korzonki włosów.

– Best pójdzie ze mną – rzekł porucznik. – Do mojego powrotu wyprawą będzie dowodził Des Voeux.

– Tak jest – odpowiedzieli obaj mężczyźni.

– Best i ja wyjdziemy za jakieś trzy godziny i postaramy się dotrzeć jak najdalej na południe. Weźmiemy ze sobą trochę solonej wieprzowiny, pojemnik z wiadomością, po jednej butelce wody, kilka koców, na wypadek, gdybyśmy musieli biwakować, i jedną strzelbę. Zawrócimy około północy i postaramy się spotkać z wami przed ośmioma szklankami jutro rano. W drodze powrotnej będziemy mieli lżejsze sanie oczywiście należy doliczyć Hartnella, wiemy też, w których miejscach najlepiej pokonywać wały lodowe, więc powinniśmy dotrzeć do statków w ciągu trzech, a nie pięciu dni. Panie Des Voeux, jeśli Best i ja nie wrócimy do obozu pojutrze przed północą, wyruszajcie sami na statek.

– Tak jest.

– Szeregowy Pilkington, bardzo jesteście zmęczeni?

– Tak jest – odrzekł trzydziestoletni marynarz. – To znaczy, nie. Gotów jestem wykonać każdy pański rozkaz, poruczniku.

Gore uśmiechnął się.

– Dobrze. Obejmiecie teraz trzygodzinną wachtę. Mogę wam za to obiecać, że pierwsi będziecie mogli się przespać, kiedy wasza grupa dotrze do kryjówki na lodzie. Weźcie muszkiet, ale nie wychodźcie z namiotu – wystawiajcie tylko głowę, od czasu do czasu.

– Tak jest.

– Doktorze Goodsir? Lekarz podniósł głowę.

– Zechce pan wraz z panem Morfinem przenieść Hartnella do namiotu? Ułożymy go pośrodku naszej małej grupki, żeby nie było mu zimno.

Goodsir skinął głową, podszedł do swego pacjenta i wziął go pod ręce, nie wyjmując ze śpiwora. Guz na głowie nieprzytomnego Hartnella był teraz równie duży jak mała, blada pięść lekarza.

– No dobrze – rzekł Gore, szczękając zębami i spoglądając na namiot. – Weźmy teraz koce, ułóżmy się razem jak sieroty boże, którymi przecież jesteśmy, i spróbujmy przespać się choć godzinkę lub dwie.

13

FRANKLIN

70°05‘ szerokości geograficznej północnej, 98°23‘ długości geograficznej zachodniej. 3 czerwca 1847.

Sir John nie wierzył własnym oczom. Do statku zmierzało osiem osób, tak jak się tego spodziewał, ale były to osoby… niewłaściwe.

Czterech spośród pięciu wyczerpanych, brodatych mężczyzn w goglach, którzy ciągnęli z mozołem sanie, znajdowało się na właściwym miejscu – byli to Morfin, Ferrier, Best i olbrzymi szeregowiec Pilkington – lecz piątym człowiekiem w zaprzęgu był drugi oficer Des Voeux, który miał taką minę, jakby wracał z wyprawy do samego piekła. Marynarz Hartnell szedł obok sań. Miał obandażowaną głowę i mocno kulał, co upodabniało go do żołnierza armii napoleońskiej wracającej spod Moskwy. Lekarz, Goodsir, także szedł obok sań i zajmował się kimś – lub czymś – leżącym na saniach. Franklin szukał wzrokiem czerwonego szalika porucznika Gore’a – szal ów miał prawie sześć stóp długości, trudno więc było go nie zauważyć – wyglądało jednak na to, że niemal każda z posępnych, przygarbionych postaci nosi krótszą wersję tego szala.

Na samym końcu, za saniami, szło jakieś niskie stworzenie w futrzanej kurtce. Sir John nie widział jego twarzy ukrytej pod kapturem, wiedział jednak, że może to być tylko Eskimos.

Dopiero jednak ujrzawszy z bliska same sanie, sir John wykrzyknął:

– Dobry Boże!

Widok, który ukazał mu się przedtem w lunecie, nie był złudzeniem – na wąskich saniach leżały dwa ciała, ułożone jedno na drugim. Ciało ułożone na górze należało do kolejnego Eskimosa – śpiącego lub nieprzytomnego starca o brunatnej, pomarszczonej twarzy i długich siwych włosach opadających na kaptur z wilczej skóry, który ktoś ściągnął z jego głowy i ułożył pod nią jak poduszkę. To właśnie tym człowiekiem opiekował się kroczący obok sań Goodsir. Spod bezwładnego ciała Eskimosa wyglądała poczerniała zniekształcona twarz bez wątpienia martwego porucznika Grahama Gore’a.

Franklin, komandor porucznik Fitzjames, porucznik Le Vesconte, pierwszy oficer Robert Sergeant, lodomistrz Reid, główny lekarz Stanley i podoficerowie, tacy jak bosmanmat Brown, John Sullivan, odpowiadający za grotmarsa, oraz pan Hoar, steward sir Johna – wszyscy rzucili się biegiem w stronę sań, podobnie jak ponad czterdziestu marynarzy, którzy wyszli wcześniej na pokład zwabieni krzykami obserwatorów.

Franklin i pozostali zatrzymali się raptownie, nim jeszcze dotarli do sań. To, co przez lunetę wyglądało jak skrawki czerwonego szala na ubraniach marynarzy, było w rzeczywistości wielkimi plamami krwi. Wszyscy byli wysmarowani krwią.

Nagle zaczęli mówić jednocześnie. Niektórzy marynarze w uprzęży ściskali przyjaciół, którzy wybiegli im na spotkanie. Thomas Hartnell upadł na lód i natychmiast został otoczony przez ludzi, którzy próbowali mu pomóc. Wszyscy przekrzykiwali się nawzajem.

Sir John widział jednak tylko martwe ciało porucznika Grahama Gore’a. Zwłoki oficera zostały okryte kocem, który jednak zsunął się z nich, odsłaniając twarz Gore’a, zupełnie białą w miejscach, gdzie odpłynęła z niej krew, w innych zaś spaloną na ciemny brąz przez arktyczne słońce. Przystojne niegdyś oblicze Gore’a było teraz zniekształcone, spod lekko uniesionych powiek wyzierały białka oczu pokryte cienką warstwą lodu, z otwartych szeroko ust wystawał spuchnięty język, a ściągnięte do tyłu wargi odsłaniały zęby w grymasie, który zdawał się wyrażać krańcowe przerażenie.

– Zdejmijcie tego… dzikusa… z porucznika Gore’a – rozkazał sir John. – Natychmiast!

Kilku mężczyzn rzuciło się do sań, by wykonać jego polecenie, i podniosło Eskimosa za ramiona i stopy. Starzec jęknął głucho, a doktor Goodsir wykrzyknął:

– Ostrożnie! Uważajcie na niego! Ma kulę z muszkietu w pobliżu serca. Przenieście go, proszę, do izby chorych.

Drugi z Eskimosów odrzucił do tyłu kaptur, a sir John ujrzał zaskoczony, że jest to młoda kobieta. Eskimoska przysunęła się bliżej do rannego starca.

– Chwileczkę! – zawołał sir John, machając do pomocnika lekarza okrętowego. – Do izby chorych? Naprawdę zamierza pan umieścić tego… tubylca… w izbie chorych na naszym statku?

– Ten człowiek jest moim pacjentem – odrzekł Goodsir z mocą i uporem, o jakie sir John nigdy nie podejrzewałby tego drobnego lekarza. – Muszę przenieść go do miejsca, w którym będę mógł go zoperować. Wnieście go, panowie, jeśli łaska.

Marynarze trzymający Eskimosa spojrzeli na swego dowódcę, czekając na ostateczną decyzję. Sir John był tak oszołomiony, że nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa.

– Idziemy, panowie – rzucił Goodsir z zadziwiającą pewnością siebie. Uznawszy milczenie sir Johna za przyzwolenie, marynarze wnieśli siwowłosego Eskimosa na statek. Goodsir, eskimoska dziewczyna i kilku innych marynarzy ruszyło ich śladem. Dwóch z nich prowadziło między sobą słaniającego się na nogach Hartnella.

Franklin, z najwyższym trudem ukrywający wyraz szoku i grozy, stał nieruchomo, wpatrzony wciąż w zwłoki Gore’a. Szeregowiec Pilkington i marynarz Morfin rozwiązywali liny mocujące ciało oficera do sań. – Na miłość boską – przemówił wreszcie Franklin. – Zakryjcie mu twarz.

– Tak jest, komandorze – odrzekł Morfin, podciągając wyżej koc, który zsunął się z twarzy porucznika podczas długiej wędrówki przez lodową równinę.

Sir John wciąż widział wklęsłość koca znaczącą miejsce, gdzie znajdowały się otwarte usta jego oficera.

– Panie Des Voeux – warknął Franklin.

– Tak jest, komandorze. – Des Voeux, który przypatrywał się z boku, jak jego podwładni odwiązują ciało Gore’a, zbliżył się doń o krok i przyłożył dłoń do czoła. Nieogolona twarz drugiego oficera, spalona słońcem na czerwono i wysmagana wiatrem, wyrażała krańcowe zmęczenie; Franklin widział, że Des Voeux ma ledwie dość sił, by podnieść rękę do głowy.

– Proszę dopilnować, by ciało porucznika Gore’a zostało przeniesione do jego kwatery, gdzie pod nadzorem zostanie przygotowane do pogrzebu.

– Tak jest, komandorze – odpowiedzieli Des Voeux i Fairholme jednym głosem.

Ferrier i Pilkington, choć również ogromnie zmęczeni, odrzucili oferty pomocy i sami podnieśli ciało swego porucznika. Zwłoki były sztywne jak kłoda. Jedna ręka Gore’a była ugięta, a odsłonięta dłoń, poczerniała od słońca lub rozkładu, zastygła w drapieżnym geście, jakby tuż przed śmiercią młody oficer chciał wydrapać komuś oczy.

– Chwileczkę – powiedział Franklin. Uświadomił sobie właśnie, że jeśli odeśle Des Voeux, minie jeszcze wiele godzin, nim otrzyma oficjalny raport od człowieka, który po śmierci Gore’a dowodził tą nieszczęsną wyprawą. Nawet Goodsir zniknął już we wnętrzu statku, zabrawszy ze sobą dwoje Eskimosów.

– Panie Des Voeux – kontynuował Franklin. – Kiedy już ciało porucznika Gore’a zostanie przeniesione do jego kwatery, proszę zameldować się u mnie.

– Tak jest, komandorze – odrzekł Des Voeux ze znużeniem.

– Proszę mi tylko jeszcze powiedzieć, kto był przy śmierci porucznika Gore’a?

– Byliśmy przy tym wszyscy, komandorze. Ale marynarz Best towarzyszył mu nieustannie przez ostatnie dwa dni naszego pobytu w pobliżu Ziemi Króla Williama. Charlie widział wszystko, co robił wtedy Gore.

– Dobrze. – Sir John skinął głową. – Proszę zająć się swoimi obowiązkami, panie Des Voeux. Wkrótce wysłucham pańskiego raportu. Best, chodźcie ze mną i komandorem Fitzjamesem.

– Tak jest, komandorze – mruknął marynarz, odcinając ostatni pasek uprzęży, był już bowiem zbyt zmęczony, by ją rozplatać. Best nie miał już siły, by zasalutować.

***

Trzy iluminatory w suficie kajuty jarzyły się mlecznym blaskiem niezachodzącego od wielu dni słońca, kiedy marynarz Charles Best stanął, by zdać raport przed siedzącymi na krzesłach sir Johnem Franklinem, komandorem porucznikiem Fitzjamesem i komandorem Crozierem – komandor Crozier szczęśliwym zbiegiem okoliczności pojawił się z wizytą na Erebusie tuż po powrocie wyprawy nieszczęsnego porucznika Gore’a. Edmund Hoar, steward sir Johna, a czasami także jego sekretarz, siedział za oficerami i sporządzał notatki. Best oczywiście stał, Crozier zaproponował jednak, by wyczerpany marynarz pokrzepił się odrobiną brandy. Sir John przyjął tę sugestię grymasem dezaprobaty, zgodził się jednak, by komandor porucznik Fitzjames sięgnął do swych prywatnych zapasów. Wydawało się, że alkohol rzeczywiście nieco ożywił zmęczonego żeglarza.

Trzej oficerowie od czasu do czasu przerywali pytaniami raport chwiejącego się Besta. Kiedy opis wyczerpującej podróży na Ziemię Króla Williama zanadto się przeciągał, sir John kazał marynarzowi przejść jak najszybciej do relacji z wydarzeń ostatnich dwóch dni.

– Tak jest, komandorze. Po tej pierwszej burzowej nocy przy kopcu i po tym, jak znaleźliśmy te… ślady… w śniegu, próbowaliśmy się trochę przespać, ale nie bardzo nam to szło, więc ja i porucznik Gore ruszyliśmy na południe, a pan Des Voeux zabrał sanie, resztki namiotu i biednego Hartnella, który wtedy był ciągle nieprzytomny, powiedzieliśmy sobie „do jutra”, i poszliśmy, ja z porucznikiem na południe, a Des Voeux i jego ludzie z powrotem na lód.

– Byliście uzbrojeni – przypomniał mu sir John.

– Tak jest, sir Johnie. – Best skinął głową. – Porucznik Gore miał pistolet, a ja strzelbę. Pan Des Voeux zatrzymał dla siebie drugą strzelbę, a szeregowiec Pilkington niósł muszkiet.

– Powiedzcie nam, dlaczego porucznik Gore podzielił grupę – rozkazał sir John.

Best zmarszczył brwi, jakby nie zrozumiał pytania, potem rozpromienił się jednak.

– Och, mówił nam, że wypełnia pańskie rozkazy. Kiedy piorun)’ zniszczyły jedzenie i namiot, większość grupy musiała wrócić do obozu na lodzie. Porucznik Gore i ja poszliśmy dalej na południe, żeby zostawić na wybrzeżu drugą wiadomość i sprawdzić, czy nie ma tam gdzieś otwartej wody. Nie było, komandorze. To znaczy otwartej wody. Ani kawałka. Ani nawet chol… ani ciemniejszego kawałka nieba, który mógł oznaczać otwartą wodę.

– Jak daleko zaszliście z porucznikiem Gore’em? – spytał Fitzjames.

– Porucznik mówił, że przeszliśmy jakieś cztery mile na południe, przez śnieg i zamarznięty żwir, kiedy dotarliśmy do zatoki… podobnej trochę do tej zatoki przy wyspie Beechey, gdzie zimowaliśmy rok temu. Ale sami panowie wiecie, co znaczą cztery mile we mgle i wietrze na lodzie, nawet na stałym lądzie. Przeszliśmy pewnie przynajmniej z dziesięć mil, żeby przesunąć się o te cztery. Zatoka była zamarznięta na amen, zupełnie jak tutaj. Nie było nawet wąskiego pasa wody między brzegiem i lodem, który latem zawsze robi się tutaj w zatokach i przesmykach. Przeszliśmy więc na drugi brzeg, a potem jeszcze jakieś ćwierć mili wzdłuż cypla, gdzie zbudowaliśmy drugi kopiec – może nie taki duży i ładny jak kopiec komandora Rossa, ale solidny i wystarczająco wysoki, żeby go było widać z daleka. Ląd jest tam tak płaski, że człowiek zawsze jest najwyższym punktem w okolicy. Ułożyliśmy go z kamieni, mniej więcej do wysokości naszych oczu, i wsadziliśmy tam tę drugą wiadomość w mosiężnym cylindrze.

– Ruszyliście wtedy od razu w drogę powrotną? – spytał komandor Crozier.

– Nie, komandorze. – Best pokręcił głową. – Przyznaję, że byłem bardzo zmęczony. Porucznik Gore też. Szliśmy przez cały dzień, ale wciąż nad ziemią wisiała mgła, która podnosiła się tylko od czasu do czasu, więc rzadko widzieliśmy brzeg i morze. Skończyliśmy budować kopiec dopiero po południu, ale porucznik rozkazał iść jeszcze jakieś sześć, siedem mil wzdłuż wybrzeża. Czasami coś widzieliśmy, zwykle nie. Ale przez cały czas słyszeliśmy.

– Co słyszeliście? – spytał zniecierpliwiony Franklin.

– Coś, co szło za nami, sir Johnie. Coś wielkiego. I dyszącego. Czasami też jakby szczekało… wiecie panowie, jak białe niedźwiedzie, taki jakby kaszel…

– Ustaliliście, że to niedźwiedź? – spytał Fitzjames. – Mówiliście wcześniej, że byliście najwyższymi obiektami w okolicy. Skoro szedł za wami niedźwiedź, to z pewnością widzieliście go, kiedy mgła się podnosiła?

– Tak jest, komandorze – odrzekł Best, marszcząc brwi tak mocno, że wydawało się, iż zaraz wybuchnie płaczem. – To znaczy, nie, komandorze. Nie ustaliliśmy wcale, że to niedźwiedź. Normalnie pewnie byśmy to zrobili. Przynajmniej powinniśmy. Ale nie mogliśmy. Czasami słyszeliśmy, jak kaszle tuż za nami we mgle – nie więcej niż piętnaście stóp. Ja trzymałem wtedy strzelbę gotową do strzału, a porucznik odbezpieczał pistolet i czekaliśmy, ale kiedy mgła się podnosiła, nic tam nie było.

– To musiało być jakieś złudzenie zmysłowe. – Sir John pokiwał głową.

– Tak jest, komandorze – zgodził się z nim Best tonem sugerującym, że nie rozumie tego komentarza.

– To mogły być odgłosy wydawane przez przybrzeżny lód – wyjaśnił sir John. – Albo wiatr.

– Tak jest, sir Johnie – przytaknął Best. – Tyle że tam nie wiało. Ale lód… tak, być może to był lód. Niewykluczone. – Tym razem jego ton dowodził jednoznacznie, że jednak nie mógł to być lód.

Sir John poprawił się na krześle, jakby dając w ten sposób wyraz irytacji wywołanej reakcją marynarza i, odchrząknąwszy, przemówił ponownie:

– Powiedzieliście wcześniej, że porucznik Gore zginął… został zabity… kiedy już wróciliście do pozostałych sześciu marynarzy. Przejdźcie, proszę, do tego punktu relacji.

– Tak jest, komandorze. Było już pewnie koło północy, kiedy doszliśmy najdalej na południe, jak mogliśmy. Słońce schowało się za horyzontem, ale na niebie było takie złote światło… wie pan, jak wygląda tu niebo o północy, sir Johnie. Mgła podniosła się na chwilę i kiedy wyszliśmy na takie małe wzgórze… nawet nie wzgórze, tylko kopczyk zamarzniętego żwiru… boja wiem, jakieś piętnaście stóp wysokości… widzieliśmy wybrzeże na południu aż do samego horyzontu i czubki gór lodowych przymarzniętych do brzegu. Żadnej wody. Wszystko zamarznięte na kamień. Zawróciliśmy. Nie mieliśmy namiotu ani śpiworów, tylko trochę zamarzniętego jedzenia. Złamałem sobie na nim dobry ząb. I okropnie nam się chciało pić. Nie mieliśmy kuchenki, żeby roztopić śnieg albo lód, a wyszliśmy tylko z odrobiną wody, którą porucznik Gore trzymał pod ubraniami.

No więc szliśmy przez noc – czyli te dwie godziny półmroku, które tutaj nazywają się nocą – i potem w ciągu dnia, ja kilka razy zasypiałem i pewnie chodziłbym w kółko, aż w końcu bym padł, ale porucznik łapał mnie za ramię, potrząsał mną i prowadził gdzie trzeba. Minęliśmy nowy kopiec, potem przeszliśmy przez zatokę, i gdzieś około sześciu szklanek, kiedy słońce stało już wysoko na niebie, dotarliśmy do miejsca, gdzie obozowaliśmy nocą w pobliżu pierwszego kopca, to znaczy kopca sir Jamesa Rossa, właściwie dwie noce wcześniej, podczas tej pierwszej burzy. Potem szliśmy po śladach sań, przez góry lodowe i na drugą stronę.

– Powiedzieliście „podczas tej pierwszej burzy” – przerwał mu Crozier. – Było ich więcej? Podczas waszej nieobecności my też mieliśmy tu kilka burz, ale najgorsza była na południu.

– O tak, komandorze – odpowiedział Best. – Co kilka godzin, nawet przy takiej gęstej mgle, znów zaczynało grzmieć, a wtedy włosy same się podnosiły, jakby chciały odlecieć z głową, a wszystkie metalowe rzeczy – sprzączki pasków, strzelba, pistolet porucznika – świeciły na niebiesko. Szukaliśmy wtedy jakiegoś schronienia i kładliśmy się na żwirze, a pioruny biły dokoła jak kule armatnie pod Trafalgarem.

– Byliście pod Trafalgarem, Best? – spytał sir John lodowatym tonem.

Best zamrugał oczami, zaskoczony.

– Nie, komandorze. Oczywiście, że nie. Mam dopiero dwadzieścia pięć lat, milordzie.

– Ja tam byłem, marynarzu – odrzekł sir John surowo. – Jako oficer sygnałowy na HMS Bellerophon, gdzie podczas bitwy zginęło trzydziestu ośmiu spośród czterdziestu oficerów. Powstrzymajcie się więc, proszę, od używania przenośni i porównań wykraczających poza wasze życiowe doświadczenia.

– T-t-tak jest, komandorze – wyjąkał Best, przerażony, że dopuścił się tak wielkiego nietaktu. – Przepraszam, sir Johnie. Nie chciałem… nie zamierzałem… nie powinienem…

– Opowiadajcie dalej, marynarzu – przerwał mu sir John. – Opowiedzcie nam, jak wyglądały ostatnie godziny życia porucznika Gore’a.

– Tak jest, komandorze. No więc… nie dałbym rady przejść przez góry lodowe bez pomocy porucznika – niech Bóg mu to wynagrodzi – ale w końcu jakoś nam się to udało, a wówczas została nam już tylko mila czy dwie do obozu, w którym czekał na nas pan Des Voeux i reszta, ale wtedy właśnie się zgubiliśmy.

– Jak mogliście się zgubić, skoro szliście po śladach sań? – zdziwił się głośno komandor Fitzjames.

– Nie wiem, komandorze – odparł Best głosem pełnym znużenia i smutku. – Była mgła. Bardzo gęsta. Nie widzieliśmy dalej niż na dziesięć stóp przed sobą. I jeszcze to słońce… Wszystko wydaje się wtedy takie płaskie i podobne do siebie. Wspinaliśmy się chyba ze trzy albo cztery razy na ten sam wał, a za każdym razem coraz bardziej traciliśmy poczucie kierunku. Na lodzie było też sporo miejsc, gdzie wiatr ściągnął śnieg i sanie nie zostawiały żadnych śladów. Ale prawda jest taka, panowie, że ja i porucznik Gore spaliśmy na stojąco i nawet nie wiedzieliśmy, kiedy zgubiliśmy drogę.

– Rozumiem. – Sir John skinął głową. – Mówcie dalej.

– No a potem usłyszeliśmy strzały… – zaczął Best.

– Strzały? – zdziwił się ponownie komandor Fitzjames.

– Tak jest, komandorze. Ze strzelby i muszkietu. We mgle, kiedy huk odbijał się od gór i wałów lodowych, wydawało nam się, że te strzały dochodzą ze wszystkich stron, ale na pewno były blisko. Zaczęliśmy krzyczeć i wkrótce usłyszeliśmy też krzyki pana Des Voeux. Trzydzieści minut później – bo dopiero wtedy mgła się trochę podniosła – weszliśmy wreszcie do obozu. Chłopcy połatali namiot w ciągu tych trzydziestu sześciu godzin, kiedy nas nie było, i rozbili go obok sań.

– Czy te strzały miały na celu naprowadzić was na obóz? – spytał Crozier.

– Nie, komandorze. – Best pokręcił głową. – Strzelali do niedźwi dzi. I tego starego Eskimosa.

– Proszę nam to wyjaśnić – polecił sir John. Charles Best oblizał popękane wargi.

– Pan Des Voeux może wyjaśnić to lepiej niż ja, ale wiem, że dotarli do obozu dzień wcześniej i zobaczyli, że wszystkie puszki z jedzenie są porozrywane i rozrzucone, najpewniej przez niedźwiedzie, więc p Des Voeux i doktor Goodsir postanowili upolować kilka białych niedźwiedzi, które kręciły się ciągle koło obozu. Tuż przed tym, jak wróciliśmy do obozu, zastrzelili niedźwiedzicę z dwójką młodych i wycie z nich mięso. Ale słyszeli też w pobliżu inne odgłosy – to dyszenie i kasłanie we mgle, o którym panom wcześniej mówiłem – i wtedy dwójka Eskimosów, starzec i jego kobieta, przeszli przez wał, cali w f trach, a była mgła, więc szeregowiec Pilkington strzelił do nich z muszkietu, a Bobby Ferrier ze strzelby. Ferrier spudłował, ale Pilkington trafił Eskimosa w pierś. Kiedy tam dotarliśmy, ściągnęli właśnie do obozu tego rannego Eskimosa i jego kobietę, i trochę niedźwiedziego mięs – zostawili na śniegu pasy krwi, po których szliśmy z porucznikiem ostatnie sto jardów, a doktor Goodsir próbował uratować tego starego Eskimosa.

– Dlaczego? – spytał sir John.

Best nie umiał mu odpowiedzieć. Przez chwilę w kajucie pan owa cisza.

– No dobrze – przemówił wreszcie sir John. – Ile czasu minęło od chwili, gdy dotarliście do grupy drugiego oficera Des Voeux, do momentu ataku na porucznika Gore’a?

– Nie więcej niż pół godziny, sir Johnie. Pewnie mniej.

– A co sprowokowało atak?

– Sprowokowało? – powtórzył Best. Jego oczy coraz wyraźniej mętniały, jakby powoli tracił kontakt z rzeczywistością. – Mówi pan o tych zastrzelonych niedźwiedziach?

– Mówię o dokładnych okolicznościach ataku, marynarzu. Jak one wyglądały? – pytał z naciskiem sir John.

Best potarł czoło. Przez chwilę stał z otwartymi ustami, nim wreszcie przemówił.

– Nic go nie sprowokowało. Rozmawiałem właśnie z Tommym Hartnellem – leżał w namiocie z zabandażowaną głową, ale był już przytomny, nie pamiętał zresztą niczego od chwili, gdy zaczęła się te pierwsza burza – pan Des Voeux pomagał Morfinowi i Ferrierowi rozpalić kuchenki, żebyśmy mogli na nich ugotować trochę tego niedźwiedziego mięsa, a doktor Goodsir zdjął kurtkę z tego starego Eskimosa i oglądał paskudną ranę na jego piersi. Eskimoska stała i przyglądała mu się, ale nie widziałem, gdzie była dokładnie w tamtej chwili, bo mgła zgęstniała. Szeregowiec Pilkington stał na wachcie z muszkietem, kiedy nagle porucznik Gore krzyknął: „Cisza! Cisza!”, no i wszyscy zamilkliśmy, przez chwilę słychać było tylko syk ognia w kuchenkach i bulgotanie śniegu, który topiliśmy w dwóch wielkich garnkach – zdaje się, że mieliśmy zrobić jakiś gulasz z niedźwiedziego mięsa – i wtedy porucznik wyjął pistolet, odbezpieczył go, odszedł kilka kroków od namiotu i…

Best umilkł nagle. Jego spojrzenie już całkiem zmętniało, z otwartych ust sączyła się strużka śliny. Patrzył na coś, czego nie było w kajucie sir Johna.

– Mówcie dalej – ponaglił go sir John.

Best poruszył ustami, jednak nie wydobył się z nich żaden głos.

– Kontynuujcie, marynarzu – powiedział komandor Crozier nieco łagodniejszym tonem.

Best odwrócił się do Croziera, jednak jego wzrok skupiony był nadal na czymś odległym od statku.

– Potem… – przemówił wreszcie. – Potem… lód po prostu się podniósł, komandorze. Podniósł się i otoczył porucznika Gore’a.

– O czym wy mówicie? – warknął sir John, przerywając kolejną chwilę ciszy. – Lód nie może się po prostu podnieść. Co tam widzieliście?

Best nie odwrócił głowy w stronę sir Johna.

– Lód po prostu się podniósł. Tak jak wtedy, gdy nagle powstaje wał lodowy. Tyle że to nie był wał… to nie był lód… po prostu coś się podniosło i przybrało… kształt. Biały kształt. Pamiętam, że były tam… pazury. Najpierw nie pojawiły się łapy, tylko pazur. Ogromne. I kły. Pamiętam kły.

– Niedźwiedź – rzekł sir John z przekonaniem. – Biały niedźwiedź. Best pokręcił tylko głową.

– To było wysokie. Wydawało się, że wstaje pod porucznikiem… wokół niego. To było… za wysokie. Ponad dwa razy wyższe od porucznika Gore’a, a wiecie przecież, panowie, że on był wysokim człowiekiem. Miało co najmniej dwanaście stóp wysokości, a nawet więcej, i było ogromne. O wiele za duże na zwykłego niedźwiedzia. Porucznik Gore jakby zniknął, kiedy to coś… go otoczyło… widzieliśmy wszyscy jego głowę i buty, jego pistolet wystrzelił – kula trafiła chyba w lód – potem wszyscy zaczęliśmy krzyczeć, Morfin rzucił się po strzelbę, szeregowiec Pilkington biegł z muszkietem gotowym do strzału, ale bał się strzelać, bo to stworzenie i porucznik byli jakby jednym, a potem… potem usłyszeliśmy chrzęst i trzask.

– Niedźwiedź ugryzł porucznika? – spytał komandor Fitzjames. Best zamrugał oczami i spojrzał na rumianego komandora.

– Czy go ugryzł? Nie, panie komandorze. To coś nie gryzło. Nie widziałem nawet jego łba… Tylko dwa czarne punkty unoszące się jakieś dwanaście, trzynaście stóp nad ziemią… czarne, a jednocześnie czerwone, wiecie panowie, jak ślepia wilka, kiedy odwraca się do was i odbija się w nich słońce… To był chrzęst i trzask łamanych kości porucznika Gore’a, jego żeber i rąk.

– Czy porucznik krzyczał? – spytał sir John.

– Nie, komandorze. Nie wydał żadnego dźwięku.

– Czy Morfin i Pilkington w końcu strzelili? – spytał Crozier.

– Nie, komandorze.

– Dlaczego?

Best zaskoczył wszystkich, uśmiechając się w odpowiedzi.

– Bo nie było do czego strzelać, komandorze. W jednej sekundzie to coś tam było, zgniatało porucznika, jak ja mógłbym zdusić mysz w pięści, a w następnej zniknęło.

– Jak to zniknęło? – obruszył się sir John. – Czy Morfin i szeregowiec nie mogli strzelać do niego, gdy uciekało w mgłę?

– Uciekało? – powtórzył Best, uśmiechając się jeszcze szerzej. – To wcale nie uciekało. Po prostu wróciło do lodu jak cień, który znika nagle, gdy słońce schowa się za chmurę, a nim dobiegliśmy do porucznika Gore’a, już nie żył. Leżał z otwartymi ustami. Nie zdążył nawet krzyknąć. Wtedy podniosła się mgła. W lodzie nie było żadnych dziur. Żadnych szczelin. Tylko zmasakrowany porucznik – miał wgniecione żebra, złamane obie ręce, krwawił z uszu, oczu i ust. Doktor Goodsir natychmiast do niego podbiegł, ale nic nie mógł zrobić. Gore już był martwy.

Szalony i irytujący uśmiech na ustach Besta jakby przygasł, lecz popękane wargi nadal odsłaniały jego zęby. Wzrok marynarza stał się całkiem nieobecny.

– Czy… – zaczął sir John, umilkł jednak, gdy Charles Best runął bezwładnie.

14

GOODSIR

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. Czerwiec 1847.

Z prywatnego dziennika doktora Harry’ego D.S. Goodsira.

4 czerwca 1847

Kiedy wraz ze Stanleyem rozebraliśmy rannego Eskimosa do naga, przypomniałem sobie, że starzec nosi amulet wykonany z płaskiego, gładkiego kamienia, nieco mniejszego od mojej pięści, w kształcie białego niedźwiedzia – kamień nie wyglądał na rzeźbę, wydawało się raczej, że to sama natura go tak ukształtowała – długą szyję zwierzęcia, mały łeb i potężne łapy wyprężone w skoku. Widziałem ów amulet, kiedy po raz pierwszy opatrywałem ranę Eskimosa, wówczas jednak nie zwróciłem nań większej uwagi.

Kula z muszkietu szeregowca Pilkingtona trafiła starca w pierś niecały cal poniżej amuletu, przebiła mięśnie pomiędzy trzecim i czwartym żebrem, przeszła przez lewe płuco i utknęła w kręgosłupie, niszcząc liczne nerwy.

Nie mogłem go w żaden sposób uratować – już podczas wcześniejszego badania zrozumiałem, że każda próba usunięcia kuli doprowadzi do natychmiastowej śmierci tubylca, nie mogłem też zahamować krwawienia wewnętrznego z płuca – zrobiłem jednak wszystko, co w mojej mocy, przeniósłszy uprzednio Eskimosa do tej części izby chorych, w której wraz z doktorem Stanleyem urządziliśmy salę operacyjną. Wczoraj, przez pół godziny po moim powrocie na statek, Stanley i ja badaliśmy ranę z przodu i z tyłu, używając do tego naszych najokrutniejszych instrumentów i cięliśmy ciało starca, dopóki nie ustaliliśmy dokładnego położenia kuli w jego kręgosłupie, co potwierdzało naszą początkową diagnozę, że nieuchronnie czeka go śmierć.

Jednak niezwykle wysoki, potężnie zbudowany, siwowłosy dzikus nie podporządkował się jeszcze naszym rokowaniom. Wciąż żył. Oddychał ciężko przez swe rozerwane płuco, plując raz po raz krwią. Wciąż patrzył na nas swymi zadziwiająco jasnymi – jak na Eskimosa – oczami, śledząc każdy nasz ruch.

Dołączył do nas doktor McDonald z Terroru i zgodnie z sugestią Stanleya zabrał eskimoską dziewczynę do pomieszczenia tuz tyłach izby chorych, oddzielonego od głównej sali za pomocą koca, by tam ją poddać badaniu. Przypuszczam, że doktorowi Stanleyowi nie zależało szczególnie na tym, by dziewczyna została zbadana, lecz chciał raczej pozbyć się jej z izby chorych w czasie, gdy badaliśmy ranę jej męża lub ojca… choć ani pacjent, ani dziewczyna nie wydawali się szczególnie poruszeni widokiem krwi i rany, który to widok z pewnością pozbawiłby przytomności każdą londyńską damę i niejednego studenta medycyny.

A skoro już mowa o utracie przytomności – Stanley i ja skończyliśmy właśnie badanie umierającego Eskimosa, kiedy do izby wszedł sir John Franklin oraz kilku nuzrynarzy niosących Charlesa Besta, który, jak nas poinformowano, zemdlał w kajucie sir Johna. Kazaliśmy marynarzom położyć Besta na najbliższej koi. Wystarczyło pobieżne badanie, bym mógł wymienić przyczyny takiej, a nie innej reakcji organizmu nuzrynarza: to samo krańcowe wyczerpanie, które po dziesięciu dniach morderczych trudów stało się udziałem wszystkich uczestników wyprawy porucznika Gore’a, głód (przez ostatnie dwa dni nie mieliśmy do jedzenia nic prócz surowego niedźwiedziego mięsa), odwodnienie (nie mieliśmy czasu, by zatrzymać się i stopić lód tui kuchenkach, uciekliśmy się więc do kiepskiego pomysłu ssania lodu i śniegu – proces ten raczej uszczupla zapasy wody w organizmie, niż je powiększa) oraz rzecz najbardziej dla mnie oczywista, a dziwnie niejasna dla oficerów, którzy przesłuchiwali Besta – biedny marynarz zmuszony był stać i zdawać raport komandorom, choć wciąż miał na sobie osiem warstw wełny (pozwolono mu zdjąć jedynie zakrwawiony płaszcz). Po dziesięciu dniach i nocach na lodzie, gdzie temperatura oscylowała zazwyczaj w pobliżu zera stopni, ciepło wypełniające Erebusa było dla mnie niemal nie do zniesienia, wszedłszy więc do izby chorych, zrzuciłem z siebie niemal wszystkie warstwy ubrań. Best nie mógł tego zrobić.

Upewniwszy się, że Best wkrótce dojdzie do siebie – dawka soli trzeźwiących już niemal przywróciła mu pełną jasność umysłu – sir John spojrzał z widoczną odrazą na naszego eskimoskiego pacjenta, który leżał właśnie na zakrwawionym brzuchu, i spytał:

– Będzie żył?

– Niedługo, sir Johnie – zameldował Stephen Samuel Stanley. Skrzywiłem się, słysząc, że ktoś wypowiada podobne słowa w obecności pacjenta. W obecności umierających my, lekarze, zazwyczaj mówimy o rokowaniach w neutralnej i niezrozumiałej dla większości ludzi łacinie – szybko jednak uświadomiłem sobie, że Eskimos najprawdopodobniej nie zna angielskiego.

– Przewróćcie go na plecy – rozkazał sir John.

Wykonaliśmy to polecenie, ostrożnie obracając pacjenta, i choć ów siwowłosy tubylec, który przez całe badanie zachowywał świadomość, musiał cierpieć podczas tego zabiegu niewymowne męki, nie wydał z siebie żadnego dźwięku, tylko wpatrywał się w twarz dowódcy naszej ekspedycji.

Sir John pochylił się nad nim i przemawiając głośno i powoli, jakby zwracał się do dziecka lub idioty, spytał:

– Kim jesteś?

Eskimos tylko patrzył w twarz sir Johna.

– Jak… się… nazywasz? – krzyczał sir John. – Do jakiego… plemienia… należysz?

Umierający dzikus nie odpowiadał.

Sir John pokręcił głową i skrzywił się z odrazą, choć nie wiem, czy większym wstrętem napełniała go otwarta rana na piersi Eskimosa, czy też jego ignorancja.

– Gdzie jest Eskimoska? – spytał sir John Stanley a.

Mój przełożony, zajęty zakładaniem bandaży, które mogły chociaż zmniejszyć, jeśli nie zatamować, krwawienie z ranionego płuca dzikusa, wskazał głową na pomieszczenie za zasłoną.

– Jest z nią doktor McDonald, sir Johnie – powiedział.

Sir John bez pytania odchylił zasłonę i wszedł do środka. Usłyszałem kilka oderwanych od siebie, niedokończonych słów, a potem dowódca naszej ekspedycji wyszedł tyłem zza zasłony. Jego twarz była tak czerwona, iż obawiałem się przez moment, że nasz sześćdziesięciojednoletni przywódca dostanie lada chwila wylewu.

Później czerwona twarz zszokowanego sir Johna stała się biała jak ściana.

Uświadomiłem sobie poniewczasie, że młoda Eskimoska musiała być naga. Kilka minut wcześniej zajrzałem za lekko rozsunięte zasłony i zauważyłem, że kiedy McDotmld nakazał jej gestem zdjąć ubranie – kurtkę z filtra niedźwiedzia – dziewczyna skinęła głową i posłusznie zrzuciła z siebie kurtkę, pod którą nie nosiła nic od pasa w górę. Byłem wówczas zajęty umierającym człowiekiem na naszym stole operacyjnym, pomyślałem jednak, że to rozsądny sposób ubierania się w tych temperaturach – znacznie lepszy niż liczne warstwy wełny, które nosili wszyscy uczestnicy wyprawy nieszczęsnego porucznika Gore’a. Nagie ciało podfiltrem lub zwierzęcą sierścią samo się ogrzewa, kiedy jest mu zimno, i chłodzi, gdy jest mu za gorąco, tui przykład podczas wysiłku, ponieważ pot wsiąka szybko w wilczą sierść lub niedźwiedzie futro. Wełtia, którą nosiliśmy my, Anglicy, natychmiast nasiąkała potem, praktycznie nigdy nie wysyclmła i błyskawicznie zatnarzała, gdy tylko przestawaliśmy się ruszać. Jestem pewien, że nim wróciliśmy na statek, nieśliśmy na sobie prawie dwa razy większy ciężar niż ten, z którym wyszliśmy.

– P-p-przyjdę p-p-później – wyjąkał sir John i odwrócił się.

Komandor sir John Franklin wyglądał na wstrząśniętego, nie potrafię jednak powiedzieć, czy ten szok wywołany był widokiem nagiej kobiety czy też czymś innym, co zobaczył w izbie chorych. Opuścił salę operacyjną bez słowa.

Chwilę później doktor McDonald przywołał mnie do siebie. Dziewczyna – młoda kobieta, jak zauważyłem, chociaż badania naukowe potwierdziły, że dzikuski osiągają dojrzałość znacznie wcześniej niż młode kobiety w cywilizowanych społeczeństwach – włożyła już z powrotem spodnie z foczej skóry i kurtkę. Doktor McDonald wyglądał na poruszonego, niemal wzburzonego, a kiedy spytałem go, w czym problem, gestem nakazał dziewczynie otworzyć usta. Potem podniósł lampkę i wypukłe lustro, które skupiało światło, a ja mogłem przekonać się osobiście, co go tak poruszyło.

Język Eskimoski został amputowany u samej nasady. Widziałem, że zostało go tyle – doktor McDonald zgodził się ze mną w tej kwestii – by mogła jeść i przełykać większość pokarmów, z pewnością jednak nie była w stanie artykułować bardziej złożonych dźwięków, jeśli język Eskimosów można nazwać złożonym pod jakimikolwiek względem. Blizny były stare. Do amputacji musiało dojść znacznie wcześniej.

Przyznaję, że cofnąłem się, przerażony. Kto zrobiłby coś podobnego dziecku – i dlaczego? Kiedy jednak użyłem słowa „amputacja”, doktor McDonald grzecznie mnie poprawił.

– Proszę przyjrzeć się temu ponownie, doktorze Goodsir – wyszeptał. – To nie są ślady amputacji, nawet wykonanej narzędziem tak prymitywnym, jak kamienny nóż. Język tej biednej dziewczyny został odgryziony, kiedy była jeszcze bardzo mała – i to tak blisko nasady, że bez wątpienia nie mogła zrobić tego sama.

Odsunąłem się o krok od kobiety.

– Czy ma jeszcze jakieś inne okaleczenia? – spytałem, używając z przyzwyczajenia łaciny. Czytałem kiedyś o barbarzyńskim rytuale praktykowanym na Czarnym Lądzie i wśród mahometan, zgodnie z którym tamtejsze kobiety podlegały okrutnemu obrzezaniu, będącemu parodią hebrajskiego zwyczaju stosowanego wśród mężczyzn.

– Nie, żadnych – odparł McDonald.

Wydawało mi się wtedy, że wiem już, co tak bardzo zszokowało sir Johna, kiedy jednak spytałem McDonalda, czy ten podzielił się tą informacją z naszym dowódcą, lekarz z Terroru zapewnił mnie, że nie wspominał o niej ani słowem. Sir John po prostu wszedł do izby, zobaczył nagą Eskimoskę i natychmiast wyszedł dziwnie poruszony. McDonald zaczął mi potem pokrótce relacjonować wyniki badań naszego jeńca, czy też gościa, przerwał nam jednak doktor Stanley.

W pierwszej chwili pomyślałem, że stary Eskimos umarł, byłem jednak w błędzie. Przyszedł po mnie marynarz, który wzywał mnie do sir Johna i innych komandorów, bym zdał przed nimi raport.

Widziałem, że sir John, komandor porucznik Fitzjames i komandor Crozier byli rozczarowani moją relacją z ostatnich chwil życia porucznika Gore’a, lecz choć zazwyczaj podobna okoliczność wielce by mnie zmartwiła, tego dnia – być może ze względu na ogromne zmęczenie oraz psychiczne zmiany, które mogły zajść w mym umyśle podczas wyprawy z porucznikiem Gore’em – ta reakcja moich przełożonych nie dotknęła mnie w żaden sposób.

Najpierw ponownie zdałem relację o stanie umierającego Eskimosa oraz o dziwnym okaleczeniu dziewczyny, to jest ojej brakującym języku. Trzejkomandorzy rozmawiali o tym przez chwilę między sobą, lecz jedyne pytanie padło z ust komandora Croziera:

– Czy wie pan, dlaczego ktoś mógłby jej to zrobić, doktorze Goodsir? – Nie mam pojęcia.

– Czy mogło tego dokonać jakieś zwierzę? – dopytywał się nadal komandor Crozier.

Zastanowiłem się przez chwilę. Wcześniej taka myśl nie przyszła mi do głowy.

– Być może – odrzekłem w końcu, choć trudno było mi sobie wyobrazić, że jakiś arktyczny drapieżnik mógł odgryźć dziecku język i zostawić je potem przy życiu. Z drugiej strony wszyscy wiedzieli, że Eskimosi hodowali dzikie psy. Widziałem to na własne oczy w zatoce Disko.

Potem nie pytano mnie już więcej o dwójkę Eskimosów.

Komandorzy wypytywali mnie o okoliczności śmierci porucznika Gore’a i o stworzenie, którego zabiło, powiedziałem im więc prawdę – że byłem wtedy zajęty ratowaniem życia eskimoskiego mężczyzny, który wyszedł z mgły i został postrzelony przez szeregowca Piłkingtona, i że widziałem tylko ostatnie chwile tajemniczej śmierci Grahama Gore’a. Wyjaśniłem, że w całym tym zamieszeniu, we mgle, pośród krzyków przerażenia, pomiędzy saniami ograniczającymi znacznie moje pole widzenia a poruszającymi się gwałtownie sylwetkami ludzi nie byłem nawet pewien tego, co zobaczyłem: a widziałem tylko wielki biały kształt ogarniający bezradnego oficera, błysk wystrzału z jego pistoletu, a potem mgłę, która znów wszystko zakryła.

– Jest pan jednak pewien, że to był biały niedźwiedź? – spytał komandor Fitzjames.

Zawahałem się.

– Jeśli to był niedźwiedź – przemówiłem w końcu – to mieliśmy do czynienie z niezwykle dużym okazem Ursus maritimus. Widziałem drapieżnika przypominającego niedźwiedzia – olbrzymie ciało i łapy, mała głowa, czarne oczy – lecz te szczegóły wcale nie były tak wyraźne, jak można by sądzić na podstawie mojej relacji. Pamiętam głównie to, że owo stworzenie pojawiło się jakby znikąd, po prostu wychynęło z lodu, i że było dwa razy wyższe od porucznika Gore’a. Wyglądało naprawdę przerażająco.

– Z pewnością – odrzekł sir John cierpko, niemal sarkastycznie, jak mi się wydawało. – Cóż by to mogło jednak być, panie Goodsir, jeśli nie niedźwiedź?

Zauważyłem, że sir John po raz kolejny zwraca się do mnie, nie używając przynależnego mi tytułu doktora. Mówił do mnie per „pan”, jak do zwykłego marynarza lub niewyszkolonego podoficera. Potrzebowałem dwóch lat, by uzmysłowić sobie, że podstarzały przywódca naszej ekspedycji, którego darzyłem tak wielkim szacunkiem, nie odwzajemnia tegoż szacunku w stosunku do zwykłego pomocnika lekarza.

– Nie wiem, sir Johnie – odpowiedziałem. – Chciałem wrócić do mojego pacjenta.

– Zdaje się, że interesował się pan swego czasu białymi niedźwiedziami, panie Goodsir – kontynuował sir John. – Dlaczego?

– Studiowałem anatomię, sir Johnie. Przed wyprawą marzyłem też o tym, by zostać przyrodnikiem.

– Już pan o tym nie marzy? – spytał komandor Crozier ze swym śpiewnym akcentem.

Wzruszyłem ramionami.

– Przekonałem się, że nie mam predyspozycji do pracy w terenie.

– Przeprowadzał pan jednak sekcję kilku białych niedźwiedzi, które za strzeliliśmy tutaj i na wyspie Beechey – nie poddawał się sir John. – Badał pan ich szkielety i muskulaturę. Obserwował pan ich zachowania na lodzie, jak my wszyscy.

– Tak jest, sir Johnie.

– Czy uważa pan, że obrażenia, których doznał porucznik Gore, mogły być dziełem takiego właśnie zwierzęcia?

Zawahałem się na sekundę. Zbadałem dokładnie ciało biednego Grahama Gore’a, nim załadowaliśmy je na sanie i wyruszyliśmy w tę koszmarną drogę powrotną przez pak.

– Tak, sir Johnie – odrzekłem w końcu. – Niedźwiedź polarny zamieszkujący te regiony to, o ile nam wiadomo, największy drapieżnik na Ziemi. Może ważyć o połowę więcej i być o trzy stopy dłuższy od niedźwiedzia grizzly, największego i najgroźniejszego niedźwiedzia Ameryki Północnej. To potężne zwierzę, które bez trudu mogłoby zmiażdżyć klatkę piersiową człowieka i złamać mu kręgosłup, do czego doszło u biednego porucznika Gore ‘a. Co więcej, niedźwiedź polarny to jedyny drapieżnik, który podchodzi ludzi i traktuje ich jak wszystkie inne ofiary.

Komandor Fitzjames odchrząknął.

– Doktorze Goodsir – przemówił łagodnym tonem – widziałem niegdyś w Indiach tygrysa, który według tamtejszych mieszkańców zjadł dwanaście osób, nim go uśmiercono.

Skinąłem głową, uświadamiając sobie po raz kolejny, jak bardzo jestem zmęczony. Znużenie działało na mnie jak mocny alkohol.

– Komandorze… Panowie… widzieliście z pewnością znacznie więcej miejsc i zwierząt niż ja. Jednakże z licznych prac badawczych dotyczących tego tematu, które miałem okazję czytać do tej pory, wynikałoby raczej, że wszystkie inne drapieżniki lądowe – wilki, lwy, tygrysy i inne niedźwiedzie – zabijają ludzi, gdy zostaną sprowokowane, a niektóre z nich, jak zapewne tygrys z pańskiej opowieści, komandorze Fitzjames, stają się ludożercami, jeśli zmusi je do tego choroba lub rana uniemożliwiająca im zdobywanie ich zwykłego pożywienia. Tylko niedźwiedź polarny, Ursus maritimus, traktuje człowieka jako potencjalną ofiarę i poluje na niego.

Crozier kiwał głową.

– Skąd pan o tym wie, doktorze Goodsir? Z pańskich książek?

– Do pewnego stopnia. Rozmawiałem także sporo na temat z mieszkańcami zatoki Disko, wypytywałem również komandora Martina z Enterprise i komandora Danmrta z Prince of Wales, kiedy cumowaliśmy w pobliżu tych statków w Zatoce Baffina. Ci dwaj dżentelmeni zechcieli udzielić mi sporo informacji o białych niedźwiedziach, skontaktowali mnie również z kilkoma członkami swych załóg. Byli wśród nich dwaj starsi wielorybnicy, którzy w sumie spędzili na lodzie kilkanaście lat i którzy uraczyli mnie licznymi anegdotami o białych niedźwiedziach polujących na Eskimosów z tego regionu, a nawet porywających ludzi ze statków. Jeden z nich, Connors, jeśli dobrze pamiętam, mówił, że w dwudziestym ósmym roku niedźwiedzie porwały aż dwóch kuków z jego statku, i to z dolnego pokładu, kiedy kucharze zajęci byli gotowaniem, a pozostali marynarze spali. Komandor Crozier uśmiechnął się lekko.

– Może nie powinniśmy wierzyć we wszystkie opowieści, którym raczą nas starzy marynarze, doktorze Goodsir.

– Nie, komandorze. Oczywiście, że nie.

– To chyba wszystko, panie Goodsir – powiedział sir John. – Wezwiemy pana ponownie, jeśli będziemy mieli jeszcze jakieś pytania.

– Tak jest – odpowiedziałem i odwróciłem się, zmierzając do wyjścia.

– Och, jeszcze jedno, doktorze Goodsir – zawołał komandor Fitzjames, nim opuściłem kajutę sir Johna. – Intryguje mnie jedno pytanie, na które, przyznam ze wstydem, nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Dlaczego biały niedźwiedź nosi nazwę Ursus maritimus? Chyba nie ze względu na słabość do mięsa z ciał marynarzy?

– Nie, komandorze – odrzekłem. – Wydaje misie, że niedźwiedź polarny został obdarzony taką nazwą, gdyż jest on raczej morskim ssakiem niż zwierzęciem lądowym. Słyszałem opowieści o niedźwiedziach polarnych, które widziano setki mil od stałego lądu, a komandor Martin z Enterprise powiedział, że niedźwiedź potrafi nie tylko bardzo szybko poruszać się na lądzie lub lodzie – biega z prędkością ponad dwudziestu pięciu mil im godzinę – ale że jest również jednym z najsilniejszych pływaków i może przepłynąć sześćdziesiąt do siedemdziesięciu mii bez odpoczynku. Kapitan Dannert mówił, że pewnego razu jego statek płynął z prędkością ośmiu węzłów, z dala od lądu, a dwa białe niedźwiedzie towarzyszyły mu co najmniej dziesięć mil morskich, a później po prostu go wyprzedziły, zmierzając w stronę odległego fragmentu kry z prędkością i gracją białuchy. Stąd też nazwa Ursus maritimus… owszem, ssak, ale przede wszystkim zwierzę morskie.

– Dziękujemy panu, panie Goodsir – powiedział sir John.

– Proszę bardzo, panowie – odrzekłem i wyszedłem.

4 czerwca 1847, ciąg dalszy…

Eskimos umarł kilka minut po północy. Wcześniej jednak przemówił.

Spałem w tym czasie tui siedząco, oparty plecami o grodź izby chorych, ale Stanley mnie obudził.

Siwowłosy mężczyzna poruszał się gwałtownie na stole operacyjnym, wymachiwał rękami, jakby chciał płynąć w powietrzu. Jego uszkodzone płuco krwawiło obficie, krew spływała mu po brodzie na obandażowane piersi.

Kiedy podniosłem lampkę, dołączyła do nas eskimoska dziewczyna, która spała do tej pory w rogu pomieszczenia, i wszyscy troje pochyliliśmy się nad umierającym człowiekiem.

Stary Eskimos stukał się zakrzywionym palcem w pierś, tuż obok rany. Każdy oddech pozbawiał go kolejnej porcji jasnej tętniczej krwi, uparcie jednak wyrzucał z siebie dźwięki, które mogły być tylko słowami. Wziąłem do ręki kredę i zapisałem je na tabliczce, za pomocą której porozumiewaliśmy się ze Stanleyem, gdy w pobliżu spali pacjenci.

Angatkut tuquruq! Quarubvitchuq… angatkut turquq… Paniga tu-unbaq! Tanik… naluabmiu tuqutauyasiruq… umiaqpak tuqutauyasiruq nanuq tuqutkaa! Paniga… tunbaq nanuq… angatkut ququruq!

Później zaczął krwawić już tak obficie, że nie mógł wydobyć z siebie ani słowa więcej. Krew wypływała z niego fontanną, dusiła go, aż – choć Stanley i ja trzymaliśmy go prosto i próbowaliśmy udrożnić drogi oddechowe – wciągał do płuc tylko krew. Po kilku chwilach tej straszliwej agonii jego pierś przestała się w końcu unosić, opadł bezwładnie na nasze ręce, a jego oczy zasnuły się mgłą. Stanley i ja opuściliśmy go na stół.

– Uważaj! – krzyknął Stanley.

Przez moment nie rozumiałem, czego dotyczy ostrzeżenie mojego towarzysza – starzec był już martwy, nie mogłem doszukać się pulsu ani oddechu, kiedy się nad nim pochyliłem – później jednak odwróciłem się i zobaczyłem Eskimoskę.

Dziewczyna pochwyciła jeden z zakrwawionych skalpeli leżących na stole i zbliżała się do nas, trzymając broń w podniesionej ręce. Zrozumiałem jednak od razu, że nie zwraca uwagi na mnie ani na Stanleya – jej wzrok wbity był w martwą twarz i pierś człowieka, który mógł być jej mężem, ojcem lub bratem. Ponieważ nie miałem pojęcia o barbarzyńskich zwyczajach jej plemienia, w ciągu tych kilku sekund przez mój umysł przemknęły miriady szalonych obrazów – dziewczyna wykrawająca serce mężczyzny, pożerająca je zgodnie z jakimś straszliwym rytuałem, wydłubująca mu oczy, obcinająca palce lub też nacinająca piersi poznaczone już całym mnóstwem starych blizn.

Nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Nim Stanley zdołał ją pochwycić, a ja zasłonić własnym ciałem ciało zmarłego, dziewczyna machnęła skalpelem z iście chirurgiczną precyzją – z pewnością przez większość życia używała ostrego jak brzytwa noża – i przecięła rzemyk podtrzymujący amulet starca.

Pochwyciwszy płaski, zbryzgany krwią kamień w kształcie niedźwiedzia, Eskimoska ukryła go gdzieś pod kurtką i odłożyła skalpel na stół.

Przez chwilę Stanley i ja patrzyliśmy tylko na siebie w milczeniu. Potem główny lekarz Erebusa wyszedł, by zbudzić młodego żeglarza pełniącego dyżur przy izbie chorych i wysłać go do marynarza stojącego tui wachcie oraz do komandora z informacją, że stary Eskimos nie żyje.

4 czerwca, ciąg dalszy…

Pogrzebaliśmy Eskimosa około pierwszej trzydzieści nad ranem – trzy szklanki – a właściwie wsunęliśmy jego owinięte brezentem ciało do otworu w lodzie, który marynarze wywiercili w odległości dwudziestu jardów od statku na wypadek pożaru. Był to jedyny otwór przeciwpożarowy, który marynarze zdołali utrzymać w grubej warstwie lodu tego wyjątkowo zimnego lata – jak już wcześniej wspomniałem, marynarze panicznie boją się pożaru – a sir John kazał opuścić ciało właśnie tam. W czasie gdy Stanley i ja usiłowaliśmy wepchnąć zwłoki do wąskiego komina, z dala dochodziły nas odgłosy rąbania i przekleństwa dwudziestu ludzi, którzy pracowali kilkaset jardów dalej na wschód, przygotowując znacznie godniejsze miejsce pochówku dla porucznika Gore’a. Pogrzeb nieszczęsnego oficera miał się odbyć nazajutrz, a właściwie później tego samego dnia.

Choć teoretycznie wciąż trwała głęboka noc, było dość jasno, by odczytać kilka okolicznościowych fragmentów Biblii – oczywiście, gdyby ktoś zechciał przynieść tu Biblię, czego nikt nie uczynił – światło przydało się jednak, gdy my, dwaj lekarze, oraz dwaj marynarze wyznaczeni do pomocy wsuwaliśmy ciało Eskimosa do otworu w błękitnym lodzie, a potem wpychaliśmy je bosakami coraz głębiej, aż do czarnej wody znajdującej się głęboko w dole.

Eskimoska stała obok i przyglądała się nam, wciąż nie okazując żadnych uczuć. Wiatr z północnego zachodu podnosił jej włosy i przesuwał po twarzy niczym skrzydło kruka.

Byliśmy jedynymi członkami konduktu pogrzebowego – doktor Stanley, dwaj zdyszani i przeklinający cicho marynarze, dziewczyna i ja – do momentu, gdy zza zasłony gnanego wiatrem śniegu wyłonił się komandor Crozier oraz wysoki, szczupły oficer, którzy przyglądali się ostatnim chwilom naszych zmagań. Wreszcie ciało Eskimosa przesunęło się przez ostatnie pięć stóp otworu i zniknęło w ciemnych odmętach, piętnaście stóp pod powierzchnią lodu.

– Sir John zabronił tej kobiecie spędzić noc na Erebusie – powiedział cicho komandor Crozier. – Przyszliśmy zabrać ją na Terror. – Potem zwrócił się do wysokiego porucznika Irvinga: – John, będziesz za nią odpowiedzialny. Znajdź jej jakieś miejsce do spania, z dala od innych, może przy izbie chorych, za skrzynkami, i dopilnuj, by nie stała jej się jakaś krzywda.

– Tak jest.

– Pan wybaczy, komandorze, ale dlaczego nie pozwolimy jej po prostu wrócić do jej plemienia? – spytałem.

Crozier uśmiechnął się.

– Winnych okolicznościach zgodziłbym się z panem, doktorze, ale w promieniu trzystu mil nie ma żadnej eskimoskiej osady, nawet najmniejszej wioski. Eskimosi to lud wędrowny, trudno mi jednak powiedzieć, co zawiodło tę dwójkę tak daleko na północ, gdzie nie ma żadnych wielorybów, morsów, karibu ani fok, żadnych zwierząt prócz niedźwiedzi polarnych i krwiożerczych potworów z lodu.

Ja również tego nie rozumiałem, nie miało to jednak większego związku z moim pytaniem.

– Być może dojdzie do takiej sytuacji – kontynuował Crozier – kiedy nasze życie zależeć będzie od dobrych stosunków z miejscowymi Eskimosami. Mamy jej pozwolić odejść, nim nawiążemy takie stosunki?

– Zastrzeliliśmy jej męża albo ojca – powiedział doktor Stanley, zerkają na młodą kobietę, która wciąż wpatrywała się wpusty otwór w lodzie. – Droga lady Cisza może nie darzyć nas szczególną sympatią.

– Otóż to. – Komandor Crozier pokiwał głową. – Mamy teraz dość innych problemów, wolelibyśmy więc zapewne, żeby ta dziewczyna nie sprowadziła na nas tłumu rozgniewanych Eskimosów, którzy poderżnęliby nam gardła we śnie. Nie, myślę, że komandor sir John ma rację… powinna zostać z nami, dopóki nie postanowimy, co zrobić… nie tylko z nią, ale i z nami samymi. – Crozier uśmiechnął się do Stanleya, co mnie nieco zaskoczyło, nie widziałem bowiem uśmiechu na jego twarzy co najmniej od dwóch lat. – Lady Cisza. Niezłe, Stanley. Bardzo dobre. Chodźmy, John. Droga pani, pani pozwoli z nami.

Ruszyli przez śnieg w stronę pierwszego wału lodowego. Ja tymczasem wróciłem na Erebusa, do mojej maleńkiej kajuty, która teraz wydawała mi się prawdziwym rajem, i do pierwszej prawdziwie przespanej nocy od czasu, gdy przed dziesięcioma dniami porucznik Gore poprowadził nas na południowy wschód.

15

FRANKLIN

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. 11 czerwca 1847.

Do dnia, który miał być ostatnim dniem jego życia, sir John zdołał się już niemal całkowicie otrząsnąć z szoku, jakiego doznał, ujrzawszy eskimoską wiedźmę nago. To była ta sama eskimoska kobieta, ta sama nastoletnia indiańska ladacznica, którą diabeł nasłał mu na pokuszenie podczas jego pierwszej, nieudanej ekspedycji w 1819 roku, piętnastoletnia wszetecznica i nałożnica Roberta Hooda, nazywana Zielonymi Pończochami. Sir John był tego pewien. Ta kusicielka miała tę samą brązową jak kawa skórę, która lśniła nawet w ciemności, te same wysokie, krągłe piersi, te same brązowe otoczki sutków, a nawet ten sam wąski kruczoczarny pasek włosów łonowych. To był ten sam sukub.

Szok wywołany widokiem tej nagiej kobiety leżącej na stole doktora McDonalda w izbie chorych – na jego statku – był ogromny, sir John miał jednak nadzieję, że udało mu się ukryć swoją reakcję przed lekarzami i innymi oficerami do końca tego długiego, męczącego dnia.

Pogrzeb porucznika Gore’a odbył się w piątek, czwartego czerwca. Kilkudziesięcioosobowa grupa marynarzy potrzebowała ponad dwudziestu czterech godzin, by przebić się przez lód do otwartego morza. By tego dokonać, musieli prochem strzelniczym wysadzić dziesięć stóp twardego jak kamień lodu, a potem za pomocą kilofów i łopat przebić się przez kolejne pięć stóp. Gdy wreszcie skończyli, około południa, pan Weekes, cieśla z Erebusa, oraz pan Honey, cieśla z Terroru, zbudowali zgrabne i eleganckie rusztowanie nad mającym dziesięć stóp długości i pięć stóp szerokości otworem w lodzie. Przy otworze przez cały czas stała grupa marynarzy, którzy długimi drągami rozbijali lód tworzący się na powierzchni morza.

Ciało porucznika Gore’a zaczęło się szybko rozkładać w stosunkowo wysokiej temperaturze panującej na statku, cieśle sporządzili więc solidną trumnę z mahoniu, wyłożoną od środka warstwą pachnącego drewna cedrowego. Między dwiema warstwami drewna umieszczono jeszcze warstwę ołowiu, pełniącą tę samą funkcję co ołowiane kule, które podczas zwykłego pogrzebu morskiego wsadzano do worka z ciałem, by mieć pewność, że opadnie na dno. Pan Smith, kowal, wykuł piękną płytę pamiątkową z miedzi, którą przykręcono do wieka trumny. Ponieważ ceremonia pogrzebowa miała łączyć elementy pogrzebu na lądzie z typowym pogrzebem na morzu, sir John przykazał wyraźnie, że trumna ma być tak ciężka, by natychmiast zatonęła.

Po ośmiu szklankach na początku pierwszej psiej wachty – o czwartej po południu – załogi obu okrętów zgromadziły się przy miejscu pochówku, w odległości ćwierć mili od Erebusa. Sir John rozkazał, by na pogrzebie stawili się wszyscy prócz marynarzy pełniących akurat wachtę i, co więcej, by nie wkładali na mundury żadnych dodatkowych ubrań. O wyznaczonym czasie na lodzie zgromadziło się więc ponad stu trzęsących się z zimna, lecz nienagannie umundurowanych oficerów i marynarzy.

Trumna porucznika została spuszczona z Erebusa i przymocowana do wielkich sań, wzmocnionych specjalnie na tę smutną okazję. Na trumnie leżała flaga brytyjska należąca do sir Johna. Potem trzydziestu dwóch marynarzy, dwudziestu z Erebusa i dwunastu z Terroru, powoli przeciągnęło sanie z trumną na miejsce pochówku, podczas gdy czterech najmłodszych marynarzy, teoretycznie wciąż tylko chłopców okrętowych – Goerge Chambers i David Young z Erebusa oraz Robert Golding i Thomas Evans z Terroru – wybijało powolny marszowy rytm na bębnach owiniętych czarnym płótnem. W uroczystej procesji za saniami szło dwudziestu ludzi, wśród nich komandor sir John Franklin, komandor porucznik Fitzjames, komandor Crozier i większość pozostałych oficerów i podoficerów w pełnym umundurowaniu.

Na miejscu pochówku czekał już oddział odzianych w czerwone płaszcze żołnierzy brytyjskiej piechoty morskiej. Oddział dowodzony przez trzydziestodwuletniego sierżanta z Erebusa, Davida Bryanta, składał się z kaprala Pearsona, szeregowca Hopcrafta, szeregowca Pilkingtona, szeregowca Healeya i szeregowca Reeda z Erebusa – w oddziale żołnierzy płynących na Erebusie brakowało tylko szeregowego Braine’a, który umarł rok wcześniej i został pogrzebany na wyspie Beechey – oraz sierżanta Tozera, kaprala Hedgesa, szeregowca Wilkesa, szeregowca Hammonda, szeregowca Heathera i szeregowca Daly’ego z HMS Terror.

Tuż za trumną, z kapeluszem i szpadą Gore’a w dłoniach, szedł porucznik H.T.D. Le Vesconte, który przejął obowiązki zmarłego oficera. Obok Le Vesconte’a kroczył porucznik James W. Fairholme, niosąc w dłoniach poduszkę obleczoną niebieskim aksamitem, na którym leżało sześć medali zgromadzonych przez młodego Gore’a podczas jego kariery w Królewskiej Marynarce Wojennej.

Pochód zbliżył się do otworu w lodzie, a dwunastu żołnierzy rozstąpiło się na boki, tworząc szpaler. Marynarze stali ramię w ramię, zwróceni twarzami do środka, podczas gdy procesja złożona z ludzkiego zaprzęgu, sań z trumną, gwardii honorowej i innych żałobników przechodziła powoli między ich szeregami.

Gdy stu dziesięciu ludzi zajęło w końcu swoje miejsca wokół otworu w lodzie – niektórzy stanęli na wale lodowym, skąd roztaczał się lepszy widok – sir John poprowadził komandorów na prowizoryczne rusztowanie przy wschodniej części otworu. Powoli, bardzo ostrożnie trzydziestu dwóch ludzi z zaprzęgu odwiązało trumnę od sań i ułożyło ją na drewnianym podeście zawieszonym tuż nad prostokątem czarnej wody. Trumna spoczęła nie tylko na deskach, ale i na trzech grubych linach okrętowych podtrzymywanych przez tych samych marynarzy, którzy ciągnęli wcześniej sanie.

Umilkły żałobne bębny i wszyscy zdjęli kapelusze. Zimny wiatr podrywał długie włosy marynarzy, umyte, przyczesane i przewiązane czarną wstążką specjalnie na tę okazję. Dzień był zimny – przy ostatnim pomiarze termometr wskazywał niecałe pięć stopni – lecz arktyczne niebo, wypełnione lodowymi kryształami, wyglądało jak jednolita kopuła złotego światła. Jakby na cześć porucznika Gore’a do pojedynczego kręgu słońca, przesłoniętego kryształkami lodu, dołączyły trzy kolejne – złote kręgi unoszące się nad prawdziwym słońcem i po obu jego stronach – wszystkie połączone tęczowym pierścieniem halo. Wielu marynarzy przyglądało się temu z uznaniem dla trafnej reakcji natury.

Sir John odprawił mszę pogrzebową, przemawiając swym mocnym głosem, który docierał do wszystkich zgromadzonych na lodzie. Rytuał był wszystkim dobrze znany. Słowa niosły otuchę. Odpowiedzi automatycznie cisnęły się na usta. Pod koniec uroczystości nikt nie zwracał już uwagi na zimny wiatr.

– Powierzamy więc jego ciało tej głębi, gdzie ulegnie zepsuciu, czekając jednocześnie na dzień zmartwychwstania, kiedy morze odda ciała zmarłych, a życie zwycięży nad śmiercią przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, który zstąpiwszy ponownie na ten świat, odmieni nasze marne ciała i uczyni je na podobieństwo ciała swego, on bowiem zdolny jest uczynić wszystko i poddać wszystko swej woli.

– Amen – odpowiedzieli jednym głosem zgromadzeni.

Dwunastu żołnierzy królewskiej piechoty morskiej podniosło muszkiety i oddało trzy salwy honorowe. Ostatnia salwa, w odróżnieniu od dwóch poprzednich, złożonych z czterech strzałów, liczyła tylko trzy strzały.

Gdy rozbrzmiała pierwsza salwa, porucznik Le Vesconte skinął głową, a Samuel Brown, John Weekes i James Ridgen wysunęli deski spod trumny, która teraz wisiała tylko na trzech linach. Na dźwięk drugiej salwy trumna została opuszczona do poziomu czarnej wody. Po trzeciej salwie marynarze zwolnili liny, a trumna opatrzona miedzianą tablicą – na wieku leżały teraz także medale Gore’a i jego szpada – zniknęła pod powierzchnią wody.

Lodowata powierzchnia morza zafalowała lekko, gdy jednak marynarze wyciągnęli z niej liny, znów upodobniła się do tafli czarnego szkła. Potrójne odbicie słońca i tęczowa aureola na południu zniknęły, a pod kopułą nieba płonęło tylko przygaszone czerwone słońce.

Ludzie rozeszli się na swoje statki. Minęły dopiero dwie szklanki pierwszej psiej wachty. Dla większości marynarzy był to czas kolacji i drugiej porcji grogu.

***

Nazajutrz, w sobotę piątego czerwca, obie załogi skryły się pod pokładami swych statków, gdyż pod niebem rozpętała się kolejna arktyczna burza. Obserwatorzy opuścili swe stanowiska na marsach grot-masztu, a nieliczni marynarze pełniący wachtę ustawili się z dala od wszelkich metalowych przedmiotów i masztów. Błyskawice raz po raz przeszywały gęstą mgłę, po niebie przetaczały się ogłuszające grzmoty, potężne wyładowania uderzały co chwila w piorunochrony zamocowane na masztach i dachach kajut, błękitne ogniki świętego Elma pełzały po drzewcach i olinowaniu. Wymizerowani marynarze schodzący z wachty opowiadali swym przerażonym towarzyszom o kulach błękitnego ognia toczących się po lodzie. Później – gdy wyładowania elektryczne i towarzyszące im zjawiska przybrały jeszcze na sile – marynarze pełniący psią wachtę zauważyli we mgle jakiś wielki kształt, znacznie większy od zwykłego niedźwiedzia, który ukazywał się tylko na mgnienie oka w blasku błyskawic. Mówili, że czasami szedł na czterech łapach jak niedźwiedź. Kiedy indziej, twierdzili, zaklinając się na wszystkie świętości, maszerował bez trudu na dwóch nogach jak człowiek. Tajemniczy kształt krążył, ich zdaniem, wokół statku.

Choć obniżał się słupek barometru, niedziela przywitała ich słonecznym świtem i temperaturą niższą o trzydzieści stopni – w południe temperatura wynosiła zaledwie dziewięć stopni poniżej zera – a sir John rozesłał wiadomość, że tego dnia wszyscy mają obowiązkowo uczestniczyć we mszy świętej odprawianej na Erebusie.

Uczestnictwo w cotygodniowej mszy świętej było obowiązkiem wszystkich oficerów i marynarzy służących na okręcie sir Johna – w ciemne zimowe miesiące sir John odprawiał nabożeństwo na dolnym pokładzie – lecz tylko najpobożniejsi marynarze z Terroru przechodzili przez lód, by się do niej przyłączyć. Ponieważ zarówno tradycja, jak i regulamin królewskiej marynarki wojennej nakazywały odprawiać co niedzielę mszę na pokładzie każdego okrętu, komandor Crozier także wypełniał ten obowiązek, jednak jako że na Terrorze nie było żadnego kapelana, nabożeństwo nigdy nie trwało zbyt długo – czasami ograniczało się tylko do czytania regulaminu Królewskiej Marynarki Wojennej – zwykle około dwudziestu minut. Nabożeństwa prowadzone przez sir Johna ciągnęły się co najmniej przez dziewięćdziesiąt minut lub nawet dwie godziny.

Tej niedzieli marynarze nie mieli żadnego wyboru. Komandor Crozier po raz drugi w ciągu trzech dni poprowadził przez lód swoich oficerów, podoficerów i marynarzy, tym razem okrytych szczelnie płaszczami i szalikami. Po przybyciu na Erebusa stwierdzili z zaskoczeniem, że nabożeństwo odbędzie się na górnym pokładzie, a sir John będzie nauczał z pokładu rufowego. Choć niebo było jasnobłękitne – tym razem nie mogli cieszyć się widokiem złotej kopuły lodowych kryształów ani symbolicznymi odbiciami słońca – wiatr był bardzo zimny. Marynarze zbili się w ciasną grupę na głównym pokładzie, podczas gdy oficerowie z obu statków zajęli miejsca za sir Johnem. Żołnierze piechoty morskiej, dowodzeni przez sierżanta Bryanta, ponownie stanęli w szeregu, tym razem po zawietrznej, podczas gdy oficerowie ustawili się pod grotmasztem.

Sir John stanął przy szafce kompasowej – okrytej tą samą flagą, która leżała na trumnie Gore’a – pełniącej tym samym, zgodnie z regulaminem, funkcję ambony.

Tym razem sir John nauczał tylko przez godzinę, dzięki czemu nikt nie odmroził sobie palców.

Sir John, będący z natury i upodobania człowiekiem Starego Testamentu, przypomniał słowa kilku proroków, skupiając się ostatecznie na surowych osądach Izajasza – „Oto Pan niszczy ziemię, pustoszy ją i przewraca, mieszkańców jej zaś rozprasza na wszystkie strony świata”. Wkrótce nawet najbardziej ograniczeni spośród marynarzy zgromadzonych na głównym pokładzie zrozumieli, że ich dowódca nawiązał w rzeczywistości do ich wyprawy oraz ich aktualnej, niewesołej sytuacji.

– Ziemia zostanie spustoszona i zmarnieje; tak bowiem mówi Pan – kontynuował sir John. – Groza i dół, i sidła dla ciebie, mieszkańcu ziemi… Ci zaś, którzy umkną przed krzykiem grozy, runą do dołu; ci zaś, którzy z otchłani się wydostaną, wpadną w sidła; otworzą się bowiem upusty w niebie, a podwaliny ziemi zatrzęsą… Ziemia rozpada się w gruzy, ziemia kołysze się i zatacza jak pijany…

Jakby na dowód prawdziwości tej przepowiedni, z lodu otaczającego HMS Erebus podniósł się głośny jęk, a pokład pod stopami marynarzy zakołysał się lekko. Oblepione lodem maszty nad ich głowami zadrżały, a ich wierzchołki zatoczyły niewielkie koła na tle błękitnego nieba. Żaden ze zgromadzonych na statku ludzi nie wydał dźwięku ani nie wyszedł z szyku.

Sir John przeszedł tymczasem od Izajasza do apokalipsy św. Jana i przedstawił im jeszcze bardziej przerażający obraz tego, co czeka bezbożników, którzy porzucili swego Pana.

– Co jednak stanie się z tym… z tymi… którzy nie złamią przymierza z Panem? – pytał sir John. – Przypomnijcie sobie proroka Jonasza.

Niektórzy marynarze odetchnęli z ulgą. Wiedzieli, kim był Jonasz.

– Bóg kazał Jonaszowi udać się do Niniwy i upomnieć ją, albowiem dotarła do niego wieść o nieprawości tego miasta! – wołał sir John donośnym głosem niczym prawdziwy natchniony kaznodzieja. – Lecz Jonasz, o czym dobrze wiecie, uciekł przed Panem i zszedł do Jafy, by tam wejść na pokład pierwszego okrętu wypływającego z portu. A był to okręt płynący do Tarszisz, miasta leżącego za krańcem świata. Jonasz łudził się, że ucieknie poza granice Królestwa Bożego. „Lecz Pan zesłał na morze wiatr, i powstał ogromny sztorm, a statkowi groziło rozbicie”. Wiecie, co stało się potem… wiecie, jak żeglarze pytali wielkim głosem, dlaczego spadło na nich to nieszczęście, wiecie, że rzucali losy, i że los padł na Jonasza. „Rzekli tedy do niego: Co mamy zrobić, by morze wokół nas się uciszyło? A on im odrzekł: weźcie mnie i wrzućcie do morza, a wody jego się uciszą; ponieważ wiem, że to z mego powodu spadła na was ta wielka burza”.

Lecz marynarze nie wyrzucili od razu Jonasza za burtę, prawda? Nie – byli odważnymi ludźmi, dobrymi marynarzami i zawodowcami, wiosłowali więc z całych sił, by zawrócić tonący statek ku lądowi. W końcu jednak osłabli i wołali do Pana, a potem złożyli ofiarę z Jonasza, wrzucając go do morza. Mówi Biblia: „Pan zesłał wielką rybę, by połknęła Jonasza. I był Jonasz w brzuchu ryby przez trzy dni i trzy noce”.

Zauważcie, bracia, Biblia nie mówi, że Jonasz został połknięty przez wieloryba. Nie! To nie była białucha, waleń, kaszalot, orka ani żadna z ryb, którą moglibyśmy zobaczyć w tych wodach albo w Zatoce Baffina podczas normalnego arktycznego lata. Nie, Jonasz został połkniety przez „wielką rybę”, którą przygotował dla niego – a więc wielkiego potwora morskiego, którego Pan Bóg, Jahwe, uczynił na początku Stworzenia dla tego właśnie celu, by pewnego dnia połknęła Jonasza. W Biblii ten wielki potwór morski nazywany jest czasem Lewiatanem.

Podobnie i my zostaliśmy wysłani z naszą misją poza krańce znanego świata, dalej niż do Tarszisz – które w rzeczywistości było w Hiszpanii – zostaliśmy wysłani do miejsca, gdzie nawet żywioły stają przeciwko nam, gdzie piorun uderza z zamarzniętego nieba, gdzie zimno nigdy nie ustępuje, gdzie po powierzchni zamarzniętego morza chodzą białe bestie. Zaprawdę, żaden człowiek, cywilizowany czy dziki, nie mógłby nazwać tego miejsca swym domem.

Lecz nie jesteśmy poza krańcami Królestwa Bożego, bracia! Jak Jonasz nie burzył się przeciwko swemu losowi ani nie przeklinał swej kary, lecz modlił do Boga przez trzy dni i trzy noce, tak i my nie możemy się buntować, lecz przyjąć Boże wyroki i spędzić trzy długie zimowe noce w tym lodowym brzuchu, i jak Jonasz musimy się modlić, mówiąc: „Wygnany z dala od oczu twoich, spojrzę jeszcze kiedyś na Twój święty przybytek. Wody zewsząd mnie otoczyły, ogarnęły nawet mą duszę; głębia zamknęła się nade mną, wodorosty okoliły mą głowę. Zszedłem do posad gór; na zawsze zamknęły się za mną wrota ziemi; lecz ty wyrwałeś życie moje z otchłani, o Panie, mój Boże. Gdy dusza we mnie upadła, wspomniałem na Pana mego; a modlitwa moja doszła do Ciebie, do twego świętego przybytku. Ci, którzy czczą marności próżne, odrzucają łaskawość twoją. Lecz ja zaniosę ci ofiarę i złożę dziękczynienie; wypełnię to, co ślubowałem. Zbawienie jest u Pana. A Pan przemówił do ryby i wypluła Jonasza na suchy ląd”.

Pamiętajcie, bracia moi, że złożyliśmy Panu ofiarę i nadal musimy ją składać z kornym dziękczynieniem. Musimy wypełnić to, co ślubowaliśmy. Nasz przyjaciel i brat w Chrystusie Panu, porucznik Graham Gore, niech spoczywa w pokoju, przekonał się, że tego lata nie zostaniemy wyzwoleni z brzucha lodowego Lewiatana. Nie uciekniemy z lodowych wnętrzności. I taką przyniósłby nam wiadomość, gdyby żył.

Lecz wciąż mamy nasze statki, bracia. Mamy jedzenie na tę zimę i na dłużej, jeśli trzeba będzie… znacznie dłużej. Mamy węgiel, który zapewni nam ciepło, mamy, ważniejsze jeszcze, ciepło naszej przyjaźni i braterstwo, oraz najważniejsze ciepło pewności, że Pan nas nie porzucił.

Jeszcze jedno lato i zima w brzuchu tego Lewiatana, a przysięgam wam, że łaskawość Boga wyprowadzi nas z tego miejsca. Przejście Północno-Zachodnie istnieje; czeka na nas zaledwie kilka mil za południowo-zachodnim horyzontem – porucznik Gore niemal widział je na własne oczy zaledwie tydzień temu. Dopłyniemy do tego przejścia i przepłyniemy je za kilka miesięcy, gdy tylko skończy się ta niezwykle długa zima, zawołamy bowiem w naszym nieszczęściu do Pana, a on usłyszy nasz głos dochodzący z dna tego piekła.

Tymczasem, bracia, nęka nas ciemny duch tego Lewiatana w postaci ogromnego niedźwiedzia. Pamiętajcie jednak, że choć służy Nieprzyjacielowi, to tylko zwierzę, bezrozumne bydlę, a gdy my niczym Jonasz zawołamy do Pana, by odsunął od nas to monstrum, Pan z pewnością wysłucha naszych próśb.

Zabijmy to zwierzę, bracia, a obiecuję, że w dniu, w którym się to dokona, i bez względu na to, z czyjej ręki, wypłacę wszystkim po dziesięć złotych suwerenów z moich funduszy.

Wśród marynarzy zgromadzonych na pokładzie podniósł się zdumiony pomruk.

– Dziesięć suwerenów na głowę – powtórzył sir John. – Nie tylko dla człowieka, który zgładzi tę bestię, tak jak Dawid zgładził Goliata, lecz dla każdego. Oprócz tego otrzymacie oczywiście należną wam wypłatę Służby Badawczej oraz premię w wysokości zapłaty, którą dostaliście jeszcze przed wypłynięciem – a to wszystko tylko za kolejną zimę, którą spędzimy głównie na jedzeniu, siedzeniu w ciepłej kajucie i czekaniu na odwilż!

Gdyby podczas mszy świętej wypadało się śmiać, marynarze wybuchnęliby śmiechem. Teraz jednak patrzyli tylko na siebie szeroko otwartymi oczami. Dziesięć złotych suwerenów na głowę. Do tego sir John obiecał premię w wysokości zaliczki, która dla tak wielu z nich była największą motywacją do wzięcia udziału w tej wyprawie – po dwadzieścia trzy funty dla większości! W czasach gdy można było wynająć kwaterę za sześćdziesiąt pensów tygodniowo… czyli dwanaście funtów za cały rok. I jakby tego było mało, zwyczajowa pensja marynarza Służby Badawczej, wynosząca sześćdziesiąt funtów rocznie – ponad trzy razy więcej, niż mógłby zarobić jakikolwiek robotnik na lądzie! Siedemdziesiąt pięć funtów dla cieśli, siedemdziesiąt dla bosmanów i całe osiemdziesiąt pięć funtów dla mechaników.

Ludzie uśmiechali się radośnie, choć zarazem niektórzy z nich przytupywali ukradkowo w miejscu, by nie odmrozić sobie palców u nóg.

– Kazałem panu Diggle’owi z Terroru i panu Wallowi z Erebusa przygotować dzisiaj świąteczną kolację jako zadatek rychłego zwycięstwa nad chwilowymi trudnościami oraz niechybnego sukcesu naszej wyprawy! – wołał sir John ze swej prowizorycznej ambony. – Wszyscy otrzymacie dzisiaj dodatkowe porcje rumu.

Marynarze z Erebusa pootwierali usta ze zdumienia. Sir John Franklin pozwala wydawać grog w niedzielę – i to podwójną porcję?

– Módlmy się razem, bracia – mówił sir John. – Dobry Boże, zwróć ku nam swe oblicze i okaż nam łaskawość. Ulituj się nad nami, Panie, byśmy mogli chwalić Twe imię do końca dni naszych. Ześlij nam pocieszenie i połóż kres naszym utrapieniom; pozwól, byśmy znów się radowali po latach cierpienia. Ukaż swym sługom swe dzieła, a ich dzieciom chwałę Twoją.

Pozwól nam, Panie, chwalić Twój majestat, i pomnażaj dzieła rąk naszych.

Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu. Jak była na początku tak teraz, i na zawsze, i na wieki wieków. Amen.

– Amen – odpowiedziało mu sto piętnaście głosów.

***

Przez cztery dni i cztery noce po kazaniu sir Johna, pomimo czerwcowej śnieżycy, która ograniczała widoczność i utrudniała wszystkim życie, zamarznięte morze nieustannie rozbrzmiewało hukiem wystrzałów. Każdy, kto znalazł tylko jakiś powód, by wyjść na lód – myśliwi, marynarze drążący w lodzie otwory przeciwpożarowe, posłańcy kursujący między statkami, cieśle testujący nowe sanie, marynarze wyprowadzający psa Neptuna na spacer – zabierał ze sobą broń i strzelał do wszystkiego, co się ruszało lub przypominało choćby w najmniejszym stopniu niedźwiedzia. Nikt nie zginął, ale trzech marynarzy trafiło do doktora McDonalda lub doktora Goodsira, którzy musieli wyciągać drobiny śrutu z ud, łydek i pośladków.

W środę grupa myśliwych, która przez kilka godzin na próżno szukała fok, przywiozła ze sobą ciało białego niedźwiedzia ułożone na dwóch, powiązanych ze sobą saniach oraz żywego niedźwiadka wielkości małego cielęcia.

Niektórzy marynarze domagali się głośno obiecanych wcześniej dziesięciu suwerenów, lecz nawet ci, którzy zabili zwierzę o milę na północ od statku – trzeba było ponad dwunastu strzałów z muszkietu i trzech ze strzelby, by je położyć – musieli przyznać, że niedźwiedź jest za mały i za chudy, a w dodatku to samica. Upolowali niedźwiedzicę, zostawili jednak przy życiu jej młode, które przyciągnęli ze sobą za saniami.

Sir John zszedł ze statku, by przyjrzeć się martwemu zwierzęciu, pochwalił marynarzy za zdobycie mięsa – choć nikt nie lubił gotowanego niedźwiedziego mięsa, a ta samica wyglądała na wyjątkowo chudą i żylastą – zauważył jednak, że nie jest to ów potwór, który zabił porucznika Gore’a. Wszyscy świadkowie jego śmierci, wyjaśniał sir John, byli pewni, że dzielny oficer w ostatnim akcie bohaterstwa strzelił w pierś bestii. Ta niedźwiedzica była wręcz podziurawiona kulami, nie miała jednak w piersi żadnej starej rany ani kuli z pistoletu. Sir John twierdził także, że właśnie ta kula pozwoli im wkrótce zidentyfikować ciało prawdziwego potwora.

Niektórzy marynarze chcieli zatrzymać niedźwiadka, który był już na tyle duży, że mógł żywić się mrożoną wołowiną, a nie mlekiem matki, inni zaś proponowali, by od razu go zabić i wypatroszyć. Idąc za radą sierżanta Bryanta, sir John kazał zostawić zwierzę przy życiu i uwiązać je na łańcuchu do pala wbitego w lód. To właśnie tego wieczora, w środę dziewiątego czerwca, sierżanci Bryant i Tozer, oraz mat Edward Couch i stary John Murray, jedyny żaglomistrz biorący jeszcze udział w wyprawie, poprosili o prywatną rozmowę z sir Johnem w jego kajucie.

– Zabieramy się do tego w zły sposób, sir Johnie – rzekł sierżant Bryant, przemawiający w imieniu całej grupy. – Mam na myśli polowanie na tego potwora.

– Jak to? – zdziwił się sir John.

Bryant wskazał ręką na zewnątrz, jakby nawiązywał do zabitej niedźwiedzicy, którą marynarze patroszyli właśnie na lodzie.

– Nasi ludzie nie są myśliwymi, sir Johnie. Na żadnym statku nie ma nikogo, kto mógłby się nazwać prawdziwym myśliwym. Ci z nas, którzy czasami polują na lądzie, zabijają głównie ptaki, a nie duże zwierzęta. Poradzilibyśmy sobie pewnie z jeleniami albo karibu, gdyby tylko zechciały się tutaj pojawić, ale biały niedźwiedź to potężny przeciwnik, sir Johnie. Udało nam się zabić ich już kilka, ale tylko dlatego, że mieliśmy przy tym dużo szczęścia. Czaszka niedźwiedzia jest tak gruba, że może zatrzymać kulę z muszkietu, a warstwa tłuszczu i mięśni na jego ciele chroni go niczym zbroja rycerska. Niedźwiedzie są tak silne, nawet te mniejsze sztuki, że nie zabije ich strzał prosto w brzuch ani płuca. Trudno trafić je w serce. Żeby zabić tę chudą samicę, nasi ludzie musieli strzelić do niej tuzin razy, i to z bliska, a i tak by uciekła, gdyby nie chciała ochronić swojego młodego.

– Cóż więc proponujecie, sierżancie?

– Pułapkę, sir Johnie.

– Pułapkę?

– Tak jak byśmy polowali na kaczkę, sir Johnie – wtrącił się sierżant Tozer, żołnierz piechoty morskiej z fioletowym znamieniem na białej twarzy. – Pan Murray ma pomysł, jak ją przygotować.

Sir John odwrócił się do starego żaglomistrza z Erebitsa.

– Wykorzystamy metalowe pręty, sir Johnie – wyjaśniał Murray. – Wygniemy je odpowiednio i połączymy ze sobą. W ten sposób zbudujemy szkielet pułapki, która będzie wyglądała jak namiot, tyle że nasze namioty mają kształt piramidy, a ten będzie długi i niski, z daszkiem, trochę jak stragan na targowisku.

Sir John uśmiechnął się.

– Czy nasz niedźwiedź nie zauważy straganu ustawionego na lodzie, panowie?

– Nie, sir Johnie. – Żaglomistrz pokręcił głową. – Każę pociąć płótno i pomalować je na biało jeszcze przed nocą, czy też tym półmrokiem, który nazywamy tu nocą. Ustawimy pułapkę na tle niskiego wału lodowego, tak że trudno ją będzie odróżnić od tła. Widać będzie tylko długą i wąską szczelinę strzelniczą. Pan Weekes wykorzysta drewno z rusztowania pogrzebowego i zrobi z niego ławki, które ustawimy w środki pułapki, żeby strzelcy nie marzli na lodzie.

– Ilu strzelców będzie w tej… pułapce na niedźwiedzia? – spytał si John.

– Sześciu – odparł sierżant Bryant. – Zmasowany ogień z pewnością powali tego potwora, tak jak powalił tysiące sługusów Napoleoni pod Waterloo.

– A jeśli ten niedźwiedź będzie miał lepszy węch niż Napoleon poc Waterloo? – spytał z uśmiechem sir John.

Marynarze zachichotali, a sierżant Tozer skinął głową i odpowiedział:

– Pomyśleliśmy o tym, sir. Wiatr wieje teraz przeważnie z północnego zachodu. Jeśli ustawimy pułapkę pod tym niskim grzbietem lodowym, gdzie spoczął biedny porucznik Gore, będziemy mieli sporo otwartej przestrzeni na północnym zachodzie. Prawie sto jardów strefy ostrzału. Całkiem prawdopodobne, że ta bestia będzie szła od strony wyższych wałów, pod wiatr. A kiedy już wejdzie nam pod lufy, nic jej nie uratuje.

Sir John zastanowił się nad tym.

– Będziemy jednak musieli odwołać wszystkich ludzi z lodu – powiedział Edward Couch. – Jeśli ciągle będzie się tam kręcić tylu marynarzy, którzy strzelają do każdego seraku i płatka śniegu, żaden szanujący się niedźwiedź nie podejdzie nawet na pięć mil do okrętu.

Sir John skinął głową.

– A co zwabi naszego niedźwiedzia w pole ostrzału? Myśleliście już o tym?

– Tak jest, sir – odrzekł sierżant Bryant, uśmiechając się szeroko. – Żaden drapieżnik nie oprze się zapachowi świeżego mięsa.

– Nie mamy świeżego mięsa – odrzekł sir John.

– To prawda – zgodził się z nim sierżant. – Ale mamy tego niedźwiadka. Kiedy już zbudujemy i ustawimy pułapkę, zabijemy go i zostawimy mięso na lodzie, jakieś dwadzieścia pięć jardów od stanowisk strzelniczych.

– Myślicie, że nasz potwór jest kanibalem? – zdziwił się sir John.

– Tak jest, sir Johnie – przytaknął sierżant Tozer. – Naszym zdaniem to stworzenie zje wszystko, co krwawi i pachnie świeżym mięsem. A kiedy już do nas przyjdzie, nafaszerujemy je ołowiem, każdy dostanie po dziesięć suwerenów, przeczekamy zimę i wrócimy triumfalnie do domu.

Sir John uśmiechnął się.

– Niech tak będzie – rzekł.

***

Po południu w piątek jedenastego czerwca sir John wyszedł z porucznikiem Le Vesconte’em na lód, by obejrzeć pułapkę na niedźwiedzia.

Obaj oficerowie musieli przyznać, że nawet z odległości trzydziestu stóp pułapka była praktycznie niewidoczna. Jej podłoga i tylna ściana zostały wbudowane w niski wał lodowy w miejscu, gdzie sir John wygłaszał mowę pogrzebową. Białe żagle zlewały się w jedno z ośnieżoną powierzchnią wału, a szczelinę strzelniczą przesłaniały rozwieszone w nieregularnych odstępach strzępy materiału. Żaglomistrz i rusznikarz przymocowali je jednak tak zmyślnie, że przybierający na sile wiatr w ogóle nimi nie poruszał.

Le Vesconte poprowadził sir Johna lodową ścieżką za wałem, później przez sam grzbiet i na tyły namiotu. W namiocie siedział sierżant Bryant z żołnierzami z Erebusa – kapralem Pearsonem oraz z szeregowcami Healeyem, Reedem, Hopcraftem i Pilkingtonem. Gdy do namiotu wszedł dowódca wyprawy, wszyscy zaczęli podnosić się z miejsc.

– Nie, nie, panowie, zostańcie na stanowiskach – wyszeptał sir John. Cieśle z obu statków umocowali deski w wysokich metalowych stojakach, dzięki czemu marynarze mogli strzelać z pozycji siedzącej, a nie stojącej. Druga warstwa desek oddzielała ich stopy od lodu. Wszyscy trzymali przed sobą gotowe do strzału muszkiety. W zatłoczonym namiocie pachniało świeżym drewnem, wilgotną wełną i olejem używanym do konserwacji broni.

– Jak długo już czekacie? – wyszeptał sir John.

– Niecałe pięć godzin – odpowiedział mu równie cicho sierżant Bryant.

– Musieliście zmarznąć.

– Wcale nie. – Bryant pokręcił głową. – Jest tu na tyle miejsca, że od czasu do czasu możemy się przejść i rozgrzać, a dzięki tym deskom stopy nie marzną nam od lodu. Po dwóch szklankach zmienią nas żołnierze sierżanta Tozera z Terroru.

– Widzieliście coś? – spytał szeptem porucznik Le Vesconte. – Jeszcze nie. – Bryant pokręcił głową. Sierżant i obaj oficerowie pochylili się do przodu, do wąskiej szczeliny strzelniczej.

Sir John zobaczył ciało niedźwiadka, szokująco czerwoną plamę na tle białego śniegu. Marynarze zdarli z niego skórę, zostawiając nietkniętą tylko małą, białą głowę, wyłapali krew do wiader i rozlali ją wokół ciała.

– Wciąż nie mamy pewności, czy nasz wróg jest kanibalem – wyszeptał sir John.

– Tak jest, sir – odrzekł sierżant Bryant. – Zechciałby pan usiąść obok nas na ławce? Jest jeszcze mnóstwo miejsca.

Na ławce wcale nie było mnóstwo miejsca, szczególnie gdy do usadowionych już tam muskularnych tyłków dołączył szeroki zadek sir Johna. Jednak gdy żołnierze rozsunęli się jak najdalej na boki, a porucznik Le Yesconte nadal stał, siedmiu mężczyzn zdołało jakoś zmieścić się na jednej desce. Sir John zauważył, że i z tej pozycji ma całkiem dobry widok na lód.

Komandor sir John Franklin jeszcze nigdy nie czuł się tak dobrze w towarzystwie mężczyzn. Potrzebował wielu lat, by zrozumieć, że czuje się znacznie swobodniej w obecności kobiet – zarówno wrażliwych i nerwowych, jak jego pierwsza żona, Eleanor, jak i silnych i dominujących, jak jego obecna żona, Jane – niż mężczyzn. Jednak od czasu mszy świętej, którą odprawił w zeszłą niedzielę, spotkał się z tyloma wyrazami uznania ze strony swych oficerów i marynarzy, tyloma uśmiechami i przejawami wdzięczności, ilu nie doświadczył w całej swej czterdziestoletniej karierze.

Wiedział, że obietnica dziesięciu złotych suwerenów na głowę – nie wspominając o podwojeniu zaliczki, równej pięciomiesięcznym zarobkom marynarza – złożona w chwili nagłego przypływu dobrego samopoczucia, była czystą improwizacją. Sir John miał jednak spore zasoby finansowe, a gdyby zasoby owe ucierpiały podczas jego trzyletniej nieobecności, lady Jane z pewnością sięgnęłaby do swej prywatnej fortuny i pomogła mu spłacić ten nowy dług honorowy.

W gruncie rzeczy, rozmyślał sir John, ta oferta finansowa oraz nieoczekiwane przyzwolenie na wydanie dodatkowych porcji grogu były przebłyskami geniuszu. Podobnie jak wszyscy pozostali, sir John był ogromnie przygnębiony nagłą śmiercią Grahama Gore’a, jednego z najbardziej obiecujących młodych oficerów we flocie. Równie przygnębiająca była dla wszystkich wiadomość, że będą musieli spędzić kolejną zimę w lodzie, jednak obietnica dziesięciu suwerenów na głowę i jednodniowa uczta na obu okrętach z pewnością podniosła wszystkich na duchu i pozwoliła na chwilę zapomnieć o tym problemie.

Oczywiście pozostawał inny problem, o którym poinformowali go w zeszłym tygodniu czterej lekarze; żywność w coraz większej liczbie konserw była zepsuta, prawdopodobnie w wyniku nieszczelności puszek. Na razie jednak sir John nie zamierzał szczególnie się tym przejmować.

Wiatr gnał śnieg nad lodową pustynią, przesłaniając od czasu do czasu okrwawione ciało młodego niedźwiedzia. Nic nie poruszało się na okolicznych wałach ani między lodowymi iglicami. Ludzie po prawej stronie sir Johna siedzieli w swobodnych pozach, jeden z nich żuł tytoń, pozostali opierali okryte rękawicami dłonie na ustawionych pionowo lufach muszkietów. Sir John wiedział, że gdy tylko ich wróg pojawi się na lodzie, te rękawice zostaną zdjęte.

Uśmiechnął się do siebie, uświadomiwszy sobie, że stara się zapamiętać tę scenę, tę chwilę, by kiedyś opowiedzieć o niej Jane i swojej córce Eleanor oraz swej ślicznej krewniaczce Sophii. Robił to ostatnio coraz częściej, traktując ten przymusowy pobyt na lodzie jako serię anegdot, a nawet ubierając je w słowa – nie nazbyt wiele słów, by nie zanudzić słuchacza – by kiedyś zabawiać nimi swe drogie panie. Ten dzień – ta dziwaczna pułapka, stłoczeni w niej mężczyźni, dobre samopoczucie, zapach oleju, wełny i tytoniu, nawet ołowiane chmury zakrywające niebo oraz nuta zdenerwowania towarzysząca oczekiwaniu na ofiarę – z pewnością był doskonałym materiałem na opowieści, które mogły mu służyć jeszcze przez długie lata.

Nagle wzrok sir Johna powędrował na lewo, za ramię porucznika Le Vesconte, do miejsca pochówku Grahama Gore’a, odległego o jakieś dwadzieścia stóp od południowego krańca pułapki. Otwór w czarnym morzu dawno już zamarzł, a zagłębienie wyrąbane w lodzie niemal całkowicie wypełniło się śniegiem, lecz nawet widok tej niewielkiej wklęsłości obudził w sentymentalnym sercu sir Johna bolesne wspomnienia młodego Gore’a. Pomyślał jednak z dumą, że urządził mu wspaniały pogrzeb. Poprowadził go z godnością i dumą, jaka przystoi prawdziwemu oficerowi.

Sir John zauważył dwa czarne punkty leżące obok siebie w najniższym miejscu zagłębienia – jakieś ciemne kamyki? Guziki albo monety pozostawione tu przed tygodniem przez jakiegoś marynarza, który chciał w ten sposób uczcić pamięć Gore’a? Czarne punkty, ledwie widoczne w bladym zmieniającym się świetle śnieżycy, jakby wpatrywały się w sir Johna z czymś, co można by nazwać smutnym wyrzutem. Sir John zastanawiał się, czy to jakiś dziwny kaprys pogody sprawił, iż lód nie zamarzł w tych właśnie dwóch miejscach, ukazując jego oczom powierzchnię ukrytej pod spodem czarnej wody.

Czarne punkty mrugnęły.

– Ach… sierżancie… – zaczął sir John.

Zagłębienie w lodzie jakby nagle eksplodowało. Coś ogromnego, białoszarego oderwało się od podłoża i w mgnieniu oka ruszyło na pułapkę, znikając po jej południowej stronie, poza zasięgiem strzelców ukrytych w namiocie.

Żołnierze, kompletnie zaskoczeni i zdezorientowani, nie zdążyli nawet zareagować.

Jakaś potężna siła uderzyła w pułapkę o trzy stopy od Le Vesconte’a i sir Johna, łamiąc metalowy szkielet i rozdzierając płótno.

Żołnierze i sir John zerwali się na równe nogi, gdy pazury długości ostrza noża rozdarły grube żeglarskie płótno nad ich głowami, za nimi i z boku. Wszyscy zaczęli krzyczeć jednocześnie. Powietrze wypełniło się straszliwym smrodem padliny.

Sierżant Bryant podniósł muszkiet – potwór był w środku, między nimi, otaczał ich swymi ogromnymi ramionami – nim jednak wypalił, uderzył weń potężny podmuch powietrza przesycony smrodem wydobywającym się z paszczy drapieżnika. Głowa sierżanta oderwała się od jego ramion, wyleciała przez otwór strzelniczy i potoczyła po lodzie.

Le Vesconte krzyknął przeraźliwie, ktoś wypalił z muszkietu, kula trafiła jednak tylko stojącego obok żołnierza. Płócienny dach pułapki zniknął, a jego miejsce zajęło ogromne cielsko potwora. Sir John obrócił się na pięcie i poderwał do ucieczki, jednak w tej samej chwili straszliwy ból przeniknął jego nogi tuż pod kolanami.

Potem wszystko stało się dziwnie rozmazane i nierzeczywiste. Sir John zawisł głową do dołu, patrzył, jak jego ludzie rozsypują się po lodzie niczym kręgle, wyrzuceni ze zniszczonej pułapki. Wypalił kolejny muszkiet, stało się to jednak w chwili, gdy któryś z żołnierzy rzucił broń na lód i zaczął uciekać na czworakach. Sir John widział to wszystko do góry nogami, kołysząc się na boki, niczym wahadło zegara. Nagle jego nogi znów przeszył paroksyzm paraliżującego bólu, potem usłyszał dźwięk przypominający trzask łamanych gałęzi i poleciał do przodu, prosto do otworu pogrzebowego, gdzie widniał już nowy krąg czerni. Jego głowa przebiła cienką warstwę lodu niczym piłka do krykieta szybę.

Dojmujący chłód wody zatrzymał na moment serce sir Johna pompujące krew w szalonym tempie. Chciał krzyknąć, wciągnął jednak tylko haust słonej wody.

Jestem w morzu. Po raz pierwszy w życiu jestem naprawdę w morzu. To niezwykłe.

Potem zaczął gwałtownie wymachiwać rękami, obracał się w miejscu, czuł, jak odrywają się od niego kawałki rozerwanego płaszcza. Stracił zupełnie czucie w nogach, jakby w ich miejscu ziała teraz lodowa pustka. Próbował wiosłować rękami, ale w otaczających go ciemnościach nie potrafił określić, czy zmierza w kierunku powierzchni, czy też zanurza się jeszcze głębiej w czarną wodę.

Topię się, Jane, topię się. Wiele razy zastanawiałem się, jak umrę, ale nigdy, moja droga, nie przypuszczałem, że spotka mnie coś podobnego.

Głowa sir Johna uderzyła w coś twardego, omal nie pozbawiając go przytomności, zmuszając ponownie do zanurkowania w morzu i znów wypełniając jego płuca i usta słoną wodą.

A potem, moje drogie, Opatrzność zaprowadziła mnie do powierzchni – a przynajmniej do cienkiej warstwy powietrza między morzem i grubą na piętnaście stóp warstwą lodu.

Wymachując zamaszyście rękami – wciąż nie mógł zmusić do ruchu pozbawionych czucia nóg – sir John obrócił się na plecy i sięgnął dłońmi do lodu. Uspokoiwszy rozszalałe serce, wysunął twarz nad wodę, by jego nos znalazł choć odrobinę powietrza między warstwą lodu i wody. Oddychał. Uniósł nieco podbródek, wypluł morską wodę i zaczął oddychać ustami.

Dzięki ci, dobry Jezu…

Walcząc z irracjonalnym odruchem, który kazał mu krzyczeć z przerażenia, sir John zaczął przesuwać się wzdłuż powierzchni lodu, jakby wspinał się na ścianę. Po tej stronie warstwa lodu była nierówna, czasami sięgała głęboko w wodę, nie dając mu miejsca na oddech, czasami podnosiła się o kilka cali, pozwalając mu wynurzyć niemal całą głowę.

Choć od blasku dnia dzieliło go piętnaście stóp lodu, docierało doń blade światło – niebieskie światło, światło Pana – które odbijało się w lodowych fasetach tuż przed jego oczami. Światło to musiało wpadać przez otwór – otwór pogrzebowy Gore’a – do którego przed chwilą został wrzucony.

Jedyne, co musiałem zrobić, drogie panie, droga Jane, to zmieść drogę powrotną do tego niewielkiego otworu w lodzie – zorientować się, gdzie jestem, że tak powiem – wiedziałem jednak, że zostały mi tylko minuty…

Nie minuty, sekundy. Sir John czuł, jak lodowata woda wysysa zeń życie. Wciąż też czuł absolutną niemoc, pustkę, w miejscu, gdzie powinny znajdować się jego nogi. A otaczająca go woda miała smak krwi.

I wtedy, drogie panie, Bóg Wszechmogący pokazał mi światło…

Na lewo. Otwór w lodzie znajdował się jakieś dziesięć jardów dalej, na lewo. Lód wznosił się na tyle wysoko nad powierzchnią wody, że sir John mógł wysunąć z niej głowę, wypluć wodę z ust i spojrzeć na światło Pana odległe o niecałe dziesięć jardów…

Coś ogromnego i mokrego wyrosło nagle pomiędzy nim i otworem. Ogarnęły go całkowite ciemności. Wąska warstwa powietrza wypełniła się nieznośnym smrodem padliny.

– Proszę… – zaczął sir John, plując i krztusząc się. Owionął go wilgotny smród, ogromne zęby zamknęły się na jego twarzy, miażdżąc czaszkę tuż przed uszami, po obu stronach głowy.

16

CROZIER

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. 10 listopada 1847.

Wybrzmiało pięć szklanek, 2.30 w nocy, komandor Crozier wrócił z Erebusa, obejrzał zwłoki – a właściwie połówki zwłok – Williama Stronga i Thomasa Evansa, leżące wciąż w miejscu, gdzie zostawił je potwór z lodu, dopilnował, by przeniesiono je do Kajuty Zmarłych i wreszcie wrócił do siebie. Przez dłuższy czas siedział nieruchomo za biurkiem, przyglądając się ułożonym na nim przedmiotom – nienapoczętej butelce whisky i pistoletowi.

Prawie połowę kajuty Croziera zajmowała koja przymocowana do prawej burty statku. Koja przypominała nieco dziecięce łóżeczko – miała wysokie, rzeźbione boki, wbudowane poniżej szafki i wielki materac z końskiego włosia. Crozier nigdy nie spał dobrze na prawdziwych łóżkach i często tęsknił za rozkołysanymi hamakami, w których spędził tyle lat jako aspirant i młodszy oficer i jeszcze wcześniej, gdy był tylko chłopcem okrętowym. Ta koja, przylegająca bezpośrednio do poszycia kadłuba, była jednym z najzimniejszych legowisk na całym statku – zimniejszym niż koje podoficerów, którzy zajmowali kajuty na środku niższego pokładu i znacznie zimniejszym niż hamaki marynarzy, rozciągnięte wokół pieca Frazera, na którym pan Diggle pichcił coś niemal przez całą dobę.

Książki ustawione na półkach ciągnących się wzdłuż krzywizny kadłuba ocieplały nieco kajutę Croziera, nie była to jednak szczególnie skuteczna izolacja. Więcej książek stało na półce zawieszonej pod sufitem, trzy stopy nad rozkładanym biurkiem łączącym koję Croziera ze ścianką korytarza. Nad biurkiem błyszczał czarny krąg iluminatora wykonanego z grubego wypukłego szkła, które przykrywała teraz warstwa śniegu i brezentowa płachta. Zimne powietrze bezustannie przenikało przez iluminator niczym lodowate wyziewy czegoś, co dawno już umarło, a nadal próbuje oddychać.

Naprzeciwko biurka Croziera znajdowała się wąska półka podtrzymująca miednicę. Crozier nie trzymał w niej wody, bo i tak zamarzłaby po kilku minutach; jego steward, Jopson, przynosił mu co rano wodę ogrzaną na piecu. Między półką a biurkiem zostawało tylko tyle wolnej przestrzeni, by Crozier mógł stanąć lub – tak jak teraz – usiąść na pozbawionym oparcia stołku.

Crozier wciąż wpatrywał się w pistolet i butelkę whisky. Komandor HMS Terror często myślał o tym, że nie wie, co przyniesie mu przyszłość – prócz tego, że ani jego statek, ani Erebus nigdy już nie będą pływać – teraz jednak przypomniał sobie coś jeszcze: wiedział z całą pewnością, że gdy skończy się zapas whisky, Francis Rawdon Moira Crozier strzeli sobie w łeb.

Zmarły sir John Franklin umieścił w swoim prywatnym magazynku cenne naczynia z porcelany – ozdobione oczywiście inicjałami sir Johna i jego rodzinnym herbem – kryształy, srebra, beczki z wędzoną szynką z Westfalii, wieże serów z Gloucestershire, worki herbaty sprowadzonej specjalnie z plantacji krewnego w Dardżyling i słoje ze swym ulubionym dżemem malinowym.

Crozier także zaopatrzył się w wiktuały przeznaczone na uroczyste kolacje, którymi musiał od czasu do czasu podejmować swych oficerów, jednak większość miejsca w spiżarce zajęły trzysta dwadzieścia cztery butelki whisky. Nie była to najlepsza szkocka whisky, ale Crozier nie wybrzydzał. Wiedział, że dawno już doszedł do punktu, w którym ilość dostępnego alkoholu ma większe znaczenie niż jego jakość. Podczas tej wyprawy zdarzały się sytuacje, szczególnie latem, gdy był bardzo zajęty, wówczas jedna butelka wystarczała mu na dwa tygodnie albo i dłużej. Kiedy indziej znów – jak w tym tygodniu – wypijał jedną butelkę dziennie. Prawdę mówiąc, przestał już liczyć puste butelki, kiedy minionego roku doszedł do dwustu, wiedział jednak, że wkrótce jego zapasy się wyczerpią. Nocą, kiedy osuszy ostatnią butelkę, a jego steward powie mu, że nie ma już więcej – Crozier wiedział, że będzie to noc – odbezpieczy pistolet, przystawi lufę do głowy i pociągnie za spust.

Wiedział, że bardziej praktyczny człowiek przypomniałby sobie wtedy, że w magazynie rumu pod pokładem znajduje się jeszcze spora część z liczącego cztery tysiące pięćset galonów – galonów! – zapasu stężonego zachodnioindyjskiego rumu, o mocy od 65 do 70 procent. Każdy marynarz otrzymywał codziennie ćwierć pinta rumu zmieszanego z trzema ćwierciami wody, w magazynie zostało więc jeszcze tyle rumu, że Crozier mógłby w nim dosłownie pływać. Mniej wybredny i bardziej zachłanny pijak mógłby wykorzystać ten zapas. Ale Francis Crozier nie lubił rumu. Nigdy. Pił whisky i wiedział, że gdy jej zapas się skończy, on skończy ze sobą.

Widok uciętego w pasie ciała młodego Tommy’ego Evansa, odzianych w spodnie nóg i stóp wciąż tkwiących w zasznurowanych mocno butach, przywiódł Crozierowi na myśl dzień, w którym został wezwany do zniszczonej pułapki na niedźwiedzia, położonej o ćwierć mili od Erebusa. W tym momencie uświadomił sobie, że za niecałe dwadzieścia cztery godziny minie równo pięć miesięcy od tamtych pamiętnych wydarzeń. Początkowo Crozier i inni oficerowie, którzy przybiegli do pułapki, nie mogli zrozumieć, co się właściwie stało. Płócienne poszycie zostało rozerwane na kawałki, żelazne pręty szkieletu powyginane. Pośród resztek połamanej ławki leżało bezgłowe ciało sierżanta Bryanta, dowódcy oddziału piechoty morskiej, który brał udział w wyprawie. Jego głowa – do czasu przybycia Croziera jeszcze jej nie odnaleziono – poleciała niemal trzydzieści jardów dalej i zatrzymała się przy odartym ze skóry ciele niedźwiadka.

Porucznik Le Vesconte miał złamaną rękę – jak się okazało, doznał tego urazu, upadając na lód, a nie w wyniku uderzenia potwora – a szeregowy William Pilkington został postrzelony w rękę przez stojącego obok niego szeregowca Roberta Hopcrafta. Hopcraft miał złamany obojczyk i osiem żeber oraz wywichnięte ramię – jak sam później powiedział, potwór tylko „pacnął” go swoją ogromną łapą. Szeregowi Healey i Reed nie odnieśli poważniejszych obrażeń, okryli się jednak hańbą, uciekając przed potworem na czworakach i krzycząc przy tym wniebogłosy. Reed podczas ucieczki złamał sobie trzy palce u ręki.

Jednak tym, co przyciągnęło uwagę Francisa Croziera, były dwie nogi sir Johna Franklina, ucięte tuż pod kolanami i rozrzucone w różnych miejscach – jedna z nich leżała w pobliżu pułapki, druga obok otworu pogrzebowego. Na obu wciąż tkwiły nogawki spodni i nietknięte zasznurowane buty.

Jakaż złowroga inteligencja, zastanawiał się, popijając whisky, ucina człowiekowi nogi, a potem niesie żywą jeszcze ofiarę do dziury w lodzie i wrzuca ją tam, by potem znów za nią popłynąć? Crozier starał się nie myśleć, co wydarzyło się potem pod lodem, choć kiedy czasami próbował zasnąć po kilku głębszych, przerażające obrazy same nasuwały mu się przed oczy. Był też całkowicie pewien, że pogrzeb porucznika Gore’a, który odbył się dokładnie tydzień przed tamtą masakrą, nie był niczym innym, jak tylko wystawnym przyjęciem dla potwora, który przyglądał się wszystkiemu spod lodu.

Śmierć Grahama Gore’a nie była dla Croziera wielkim wstrząsem. Gore był typowym przykładem dobrze wychowanego, wykształconego oficera Królewskiej Marynarki Wojennej, anglikanina i bohatera narodowego, człowieka, który ma dowodzenie we krwi, doskonale dogaduje się z przełożonymi i podwładnymi, jest skromny, lecz przeznaczony do wielkich czynów, ma opinię doskonale ułożonego Brytyjczyka, który traktuje z uprzejmością nawet Irlandczyków – słowem jest jednym z tych pieprzonych arystokratów, którzy bez trudu pną się po szczeblach kariery, podczas gdy Francis Crozier musi czekać na swoją kolej jak pies pod drzwiami.

Crozier pociągnął kolejny łyk.

Jaka złowroga inteligencja zabija, lecz nie zjada całej ofiary podczas tak surowej zimy i oddaje górną część tułowia Williama Stronga i dolną część Toma Evansa? Evans był jednym z chłopców okrętowych, którzy pięć miesięcy wcześniej grali na bębnach podczas pogrzebu Gore’a. Jakie stworzenie porywa w ciemnościach tego młodzieńca spod boku Croziera, a jego samego zostawia w spokoju… a potem oddaje połówkę trupa?

Marynarze wiedzieli. Crozier znał ich opinię. Marynarze wiedzieli, że na lodzie grasuje diabeł, a nie jakiś przerośnięty niedźwiedź.

Komandor Francis Crozier wcale nie lekceważył ich zdania – choć nie mógł przyznać się do tego podczas rozmowy z komandorem porucznikiem Fitzjamesem – wiedział jednak coś, z czego marynarze nie zdawali sobie jeszcze sprawy; że Diabeł, który próbował ich zabić w tym białym Królestwie Diabła, miał nie tylko postać porośniętego futrem drapieżnika, lecz był wszystkim, co ich otaczało – nieustępliwym zimnem, wszechobecnym lodem, burzami, brakiem jakiejkolwiek zwierzyny, która mogłaby służyć im za pożywienie, górami lodowymi, które wędrowały przez zamarznięte morze, nie zostawiając za sobą nawet skrawka otwartej wody, wałami lodowymi wyrastającymi znienacka z powierzchni paku, tańczącymi gwiazdami, zepsutym i śmierdzącym jedzeniem w puszkach, latem, które nie nadeszło po wiośnie – wszystkim. Potwór z lodu był tylko jednym z wcieleń Diabła, który chciał ich śmierci. I chciał ich cierpienia. Crozier znów przystawił szklaneczkę do ust.

Starożytni Grecy mieli rację, rozmyślał, kiedy twierdzili, że na ziemi istnieje pięć pasów klimatycznych – cztery z nich równe, przeciwległe i symetryczne, jak wiele innych greckich rzeczy i pojęć – owiniętych wokół świata niczym paski na wężu. Dwie spośród tych stref były umiarkowane i stworzone dla ludzi. Środkowy pas, obszar równikowy, nie nadawał się do życia dla istot obdarzonych inteligencją. Jak się okazało, Grecy byli w błędzie, sądząc, że ludzie nie mogą tam żyć – mogą, tyle że nie cywilizowani, rozmyślał Crozier, który miał już okazję zobaczyć Afrykę i obszary równikowe (uznał wtedy, że nie ma tam nic, z czego reszta ludzkości mogłaby skorzystać). Dwa obszary polarne, dowodzili Grecy bardzo dawno, nim pierwsi badacze dotarli do regionów arktycznych i antarktycznych, były jeszcze gorsze od obszarów równikowych – człowiek nie mógł tam żyć ani nawet tamtędy podróżować.

Dlaczego więc, zastanawiał się Crozier, naród taki jak Anglicy, który dzięki bożej łaskawości osiadł w jednym z najbardziej przyjaznych człowiekowi miejsc na ziemi, wciąż wysyła statki i ludzi na lód biegunów, gdzie nie zapuszczają się nawet barbarzyńcy odziani w futra?

I, co bardziej istotne, dlaczego niejaki Francis Crozier powraca raz po raz do tych straszliwych miejsc, służąc narodowi i oficerom, którzy nigdy nie docenili jego wartości jako człowieka i marynarza? Dlaczego to robi, wiedząc w głębi serca, że kiedyś umrze w arktycznej ciemności i chłodzie?

Komandor przypomniał sobie, że już jako mały chłopiec – nim w wieku trzynastu lat został marynarzem – nosił w sobie głęboką melancholię niczym jakiś zimny sekret. Owa melancholijna natura przejawiała się w różnych sytuacjach, w których odczuwał dziwną, niemal perwersyjną przyjemność – gdy w zimową noc stał na wzgórzach okalających wioskę i patrzył, jak w oknach gasną światła, gdy chował się w mrocznych zakamarkach, które wyszukiwał z zapałem godnym lepszej sprawy, i gdy przesiadywał w ciemnej piwnicy – choć jednocześnie panicznie bał się ciemności, widząc w niej wcielenie śmierci, która tak niespodziewanie zabrała mu matkę i babkę – podczas gdy jego koledzy bawili się w blasku słońca. Crozier pamiętał dobrze tę piwnicę – grobowy chłód, zapach pleśni i mroczną pustkę, która zostawiała człowieka sam na sam z jego ciemnymi myślami.

Napełnił pustą szklaneczkę i upił kolejny łyk. Nagle lód zajęczał głośniej, a okręt odpowiedział mu równie głośnym skrzypieniem, próbując bezskutecznie obrócić się w zamarzniętym morzu. Ściśnięty przez lodowe okowy jęknął tylko żałośnie. Metalowe obejmy w ładowni skurczyły się z głośnym trzaskiem, przypominającym strzał z pistoletu.

Marynarze i oficerowie spali jednak smacznie, przyzwyczajeni do tego rodzaju hałasów. Marynarz stojący na wachcie, w temperaturze siedemdziesięciu stopni poniżej zera, przytupnął kilkakrotnie, by rozgrzać zmarznięte stopy. Cztery głośne tupnięcia brzmiały w uszach Croziera jak napomnienie znużonego rodzica, który każe się statkowi uciszyć.

Trudno mu było uwierzyć, że Sophia Cracroft odwiedziła ten statek, stała w tej kajucie i zachwycała się jej czystością, przytulnością, ogromną liczbą książek i blaskiem słońca wpadającym przez iluminator.

Działo się to na południowej półkuli niemal dokładnie siedem lat wcześniej, w wiosennym miesiącu listopadzie 1840 roku, kiedy Crozier przypłynął do Ziemi van Diemena, na południe od Australii, tymi właśnie okrętami – Erebusemi Terrorem – by zatrzymać się tam w drodze na Antarktydę. Wyprawą dowodził przyjaciel Croziera i jednocześnie jego przełożony, komandor James Ross. Zawinęli do Hobart Town, by uzupełnić zapasy przed wypłynięciem na wody antarktyczne, a gubernator tej karnej wyspy, sir John Franklin, nalegał, by dwaj młodzi oficerowie

– komandor Ross i komandor porucznik Crozier – zatrzymali się na czas wizyty w jego domu.

Dla Croziera pobyt ten okazał się niezwykle szczęśliwy, choć zarazem zgubny w skutkach.

Inspekcja okrętów została przeprowadzona drugiego dnia wizyty – statki były czyste, sprawne i niemal w pełni zaopatrzone, a ich załoga jeszcze czysta i ogolona – i podczas gdy komandor Ross zabawiał osobiście gubernatora sir Johna i lady Jane Franklin, Crozier dotrzymywał towarzystwa krewniaczce gubernatora, ciemnowłosej i jasnookiej Sophii Cracroft. Tego dnia Crozier się zakochał i poniósł ze sobą to kiełkujące uczucie w ciemność dwóch południowych zim, gdzie rozkwitło w pełni, zamieniając się po jakimś czasie w obsesję.

Długie kolacje w domu gubernatora wypełnione były ożywioną konwersacją. Gubernator Franklin był mężczyzną w wieku około pięćdziesięciu pięciu lat, znużonym i przygnębionym brakiem uznania dla jego dokonań oraz oporem, jaki napotykał ze strony miejscowej prasy, bogatych właścicieli ziemskich i biurokratów podczas trzeciego roku jego rządów na Ziemi van Diemena, lecz zarówno on, jak i jego żona, lady Jane, wyraźnie się ożywili podczas wizyty swych rodaków ze Służby Badawczej i, jak zwracał się do nich sir John, „kolegów podróżników”.

Sophia Cracroft natomiast nigdy nie wyglądała na niezadowoloną. Była dowcipna, radosna, pełna życia, czasami wręcz szokująca w swych komentarzach i bezpośredniości – nawet bardziej niż jej kontrowersyjna ciotka, lady Jane – a do tego młoda, piękna i zainteresowana wszelkimi aspektami życia, opiniami i przemyśleniami czterdziestoczteroletniego kawalera komandora porucznika Francisa Croziera. Śmiała się ze wszystkich, początkowo bardzo niewinnych, żartów Croziera – Irlandczyk nie miał zbyt często okazji przebywać w tak wyszukanym towarzystwie, starał się więc nienagannie zachowywać, pił mniej niż zwykle i to tylko wino – i zawsze odpowiadała na jego bon moty jeszcze celniejszą i dowcipniejszą uwagą. Dla Croziera było to jak gra w tenisa ze znacznie lepszym przeciwnikiem, od którego nieustannie się uczył. Ósmego, ostatniego dnia ich wizyty czuł się równy każdemu angielskiemu dżentelmenowi – owszem, urodził się w Irlandii, ale sam doszedł do wszystkiego i prowadził interesujące, ekscytujące życie – i lepszy od większości mężczyzn, przynajmniej zdaniem panny Cracroft.

Kiedy Erebus i Terror opuszczały przystań w Hobart Town, Crozier wciąż zwracał się do Sophii per „panno Cracroft”, wiedział jednak z pewnością, że coś ich łączy; świadczyły o tym ukradkowe spojrzenia, ciepłe uśmiechy i chwile spędzone we dwoje. Crozier wiedział, że po raz pierwszy w życiu się zakochał. Jego „miłosne przygody” ograniczały się do tej pory do spotkań z portowymi nierządnicami, prostytutkami z ciemnych uliczek, dzikuskami, które robiły to za garść świecidełek, i kilku przepłaconych nocy spędzonych w londyńskich burdelach dla dżentelmenów. Wszystko to należało już do przeszłości.

Francis Crozier rozumiał teraz, że najbardziej ekscytującym i erotycznym ubraniem, jakie mogła nosić kobieta, były skromne, okrywające całe ciało suknie, wkładane przez Sophię Cracroft do kolacji; tkanina zakrywająca kształty jej ciała i pozwalająca mężczyźnie skoncentrować się na cudownej giętkości jej umysłu.

Potem nadeszły niemal dwa lata spędzone na lodzie, odległe widoki Antarktydy, smród kolonii pingwinów, dwa dymiące wulkany nazwane od nazw ich statków, ciemność, wiosna, groźba kolejnej zimy w lodzie, długa droga przez morze noszące teraz imię Jamesa Rossa, wreszcie żegluga przez Morze Południowe i powrót do Hobart Town, do wyspy osiemnastu tysięcy więźniów i jednego bardzo nieszczęśliwego gubernatora. Tym razem nikt nie przeprowadzał inspekcji Erebusa i Terroru; oba statki zbyt mocno śmierdziały smarem, potem i zmęczeniem. Chłopcy, którzy wypłynęli na południe, zamienili się w brodatych mężczyzn o zapadniętych oczach, którzy nigdy już nie zamierzali wziąć udziału w ekspedycji Służby Badawczej. Wszyscy prócz komandora HMS Terror marzyli o powrocie do Anglii.

Francis Crozier marzył tylko o tym, by znów zobaczyć Sophię Cracroft.

Pociągnął kolejny łyk whisky. Nad jego głową rozległ się przytłumiony brzęk trzech szklanek. Trzecia w nocy.

Marynarze szczerze żałowali sir Johna – głównie dlatego, że wraz z tym łysym grubasem umarła nadzieja na dodatkowe dziesięć suwerenów i podwojenie zaliczki – jednak w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło po jego śmierci. Komandor porucznik Fitzjames został oficjalnie dowódcą Erebusa, którym w rzeczywistości zawsze był. Porucznik Le Vesconte zajął w hierarchii dowodzenia miejsce Grahama Gore’a, a komandor Francis Crozier został dowódcą ekspedycji, choć w sytuacji, gdy oba statki tkwiły w lodzie, nie mógł zrobić zbyt wiele ponad to, co do tej pory robił Franklin.

Jedną z owych niewielu rzeczy, do których zabrał się niemal natychmiast po wydarzeniach z 11 czerwca, było przewiezienie ponad pięciu ton zapasów do miejsca położonego w pobliżu kopca Rossa na Ziemi Króla Williama. Teraz byli już całkiem pewni, że w rzeczywistości jest to wyspa, ponieważ Crozier wysłał kilka grup zwiadowczych, które miały zbadać ten obszar. Sam brał udział w kilku spośród tych pierwszych wypraw, pomagając swym ludziom przedostać się przez wały lodowe i ścianę lodowych gór blokujących dostęp do wyspy. Przewieźli na stały ląd ubrania, namioty, deski, z których w razie potrzeby mogli zbudować chaty, beczki z suszonym jedzeniem, konserwy i piorunochrony – nawet mosiężne pręty z łóżka sir Johna, które miały pełnić funkcję odgromników – oraz wszelkie inne rzeczy, których obie załogi potrzebowałyby do życia, gdyby musiały porzucić zimą swe okręty.

Przed nadejściem zimy potwór z lodu zabił czterech ludzi – dwóch w namiocie podczas jednej z wypraw na ląd – lecz tym, co w połowie sierpnia przerwało transport materiałów, były gwałtowne burze z piorunami i gęsta mgła. Przez trzy tygodnie statki tkwiły we mgle, atakowane raz po raz kanonadą piorunów, ludzie wychodzili więc na lód tylko w razie potrzeby – by wydrążyć otwór przeciwpożarowy w lodzie lub zapolować na niedźwiedzia. Gdy wreszcie mgła i burze ustąpiły, zaczął się już wrzesień, a wraz z nim zima, mróz i śnieg.

Pomimo niesprzyjającej pogody Crozier znów zaczął wysyłać na Ziemię Króla Williama transporty z zapasami, kiedy jednak drugi nawigator Giles MacBean i towarzyszący mu marynarz zostali zabici w odległości zaledwie kilku jardów od trzech sań – w gęstej zamieci śnieżnej nikt nie widział ich śmierci, jednak wszyscy pozostali, łącznie z porucznikiem Hodgsonem, aż nazbyt wyraźnie słyszeli ich przedśmiertne krzyki – Crozier „czasowo” zawiesił wyprawy na ląd. Zawieszenie trwało już od dwóch miesięcy, a po pierwszym listopada żaden zdrowy na umyśle załogant nie chciał brać udziału w trwającej co najmniej osiem dni podróży w ciemnościach.

Komandor Crozier wiedział, że powinien zgromadzić na lądzie co najmniej dziesięć ton zapasów, a nie pięć, które udało mu się tam przewieźć. Problem tkwił jednak w tym – o czym przekonał się osobiście pewnej nocy, kiedy potwór rozdarł sąsiedni namiot i porwałby George’a Kinnairda i Johna Batesa, gdyby ci w porę nie uciekli – że obóz rozbity na płaskim, smaganym wiatrem lądzie nie zapewniał im żadnej ochrony. Pokłady i burty statków pełniły funkcję murów obronnych, a same statki – fortec. Przebywając na otwartym lądzie, w namiotach, choćby rozbitych jeden obok drugiego, musieliby dniem i nocą rozstawiać co najmniej dwudziestu uzbrojonych strażników, a i tak nie mieliby pewności, czy bestia ich nie przechytrzy. Wiedział o tym dobrze każdy, kto brał udział w jednej z wypraw na Ziemię Króla Williama. W miarę jak wydłużały się arktyczne noce, rósł także w ludziach strach przed nienazwanym monstrum z lodu – żaden z marynarzy nie dałby się namówić na spanie w namiocie, z dala od bezpiecznej osłony statku. Crozier znów upił łyk whisky.

Był kwiecień 1843 roku – wczesna jesień na półkuli południowej, dni jednak nadal były długie i ciepłe – kiedy Erebus i Terror wróciły do Ziemi van Diemena.

Ross i Crozier znów byli gośćmi w domu gubernatora – nazywanego przez starych mieszkańców Hobart Town Domem Rządu – tym razem jednak nawet ich wizyta nie mogła przywrócić małżeństwu Franklinów dobrego humoru. Crozier gotów był nie zwracać na to uwagi, szczęśliwy, że znów widzi Sophię Cracroft, lecz nawet ona wydawała się nieco przybita wydarzeniami, które zaszły w Hobart podczas dwuletniej podróży Terroru i Erebusa. Już po pierwszych dwóch dniach pobytu w domu gubernatora Crozier usłyszał dość dużo, by zrozumieć powody depresji Franklinów.

Wyglądało na to, że miejscowi właściciele ziemscy, których interesów bronił dwulicowy i podstępny sekretarz kolonii, niejaki komandor John Montagu, uznali już na samym początku sześcioletniej kadencji gubernatora sir Johna, że ani on, ani jego żona, szczera i ekscentryczna lady Jane, nie powinni zarządzać wyspą. Sir John twierdził podczas rozmowy z komandorem Rossem, gdy wszyscy trzej siedzieli w jego gabinecie, paląc cygara i popijając brandy, że miejscowi mieszkańcy „nie potrafią nawiązywać dobrosąsiedzkich stosunków i zbyt rzadko biorą w swych poczynaniach pod uwagę dobro publiczne”.

Od Sophii Crozier dowiedział się, że mieszkańcy wyspy nie nazywali już sir Johna „człowiekiem, który zjadł swoje buty” ani, jak sam lubił o sobie mówić, „człowiekiem, który nie skrzywdziłby muchy”, lecz „człowiekiem w halce”. Ta ostatnia kalumnia, zapewniała Croziera Sophia, wzięła się z niechęci kolonistów do lady Jane oraz do poczynań państwa Franklinów, zmierzających do poprawy sytuacji tubylców i więźniów, którzy pracowali na wyspie w straszliwych warunkach.

– Poprzedni gubernatorzy po prostu wypożyczali więźniów miejscowym plantatorom oraz przedsiębiorcom z miasta, którzy dzięki tej taniej sile roboczej mogli realizować swe szalone projekty, dostawali od nich sowitą zapłatę i trzymali język za zębami – tłumaczyła Sophia Cracroft, gdy przechadzali się razem po ogrodach domu gubernatora. – Wuj John nie chciał brać udziału w tym procederze.

– Szalone projekty? – powtórzył Crozier, starając się nie myśleć bez ustanku o dłoni Sophii spoczywającej na jego ramieniu ani nie patrzeć zbyt otwarcie w jej twarz ukrytą w przedwieczornym półmroku.

– Jeśli zarządca plantacji chce zbudować nową drogę na swoim terenie – mówiła Sophia półszeptem – gubernator ma mu pożyczyć sześciuset lub nawet tysiąc przymierających głodem więźniów, którzy pracują w tym tropikalnym upale od świtu do nocy, z łańcuchami na rękach i nogach, bez jedzenia i picia. Jeśli któryś z nich upadnie lub choćby na moment przerwie pracę, karany jest chłostą.

– Dobry Boże. – Crozier westchnął.

Sophia skinęła głową, nie odrywając wzroku od białych kamieni ciągnących się wzdłuż ogrodowej ścieżki.

– Sekretarz kolonii, Montagu, postanowił, że więźniowie wykopią kopalnię odkrywkową, choć na wyspie nie znaleziono do tej pory złota. Nim zarzucił ten projekt, kopalnia miała czterysta stóp głębokości – oczywiście bez ustanku zalewały ją wody gruntowe – a podobno każda kolejna stopa tego przeklętego dołu kosztowała życie dwóch lub trzech więźniów.

Crozier powstrzymał się przed powtórzeniem „Dobry Boże”, choć prawdę mówiąc, nic innego nie przychodziło mu do głowy.

– Rok po waszym wypłynięciu – kontynuowała Sophia – Montagu, ten łajdak, ta żmija, namówił wuja Johna, by zwolnił miejscowego lekarza, człowieka cieszącego się wśród uczciwych mieszkańców wyspy ogromnym szacunkiem, zarzucając mu, zupełnie bezpodstawnie, zaniedbanie obowiązków. To wydarzenie podzieliło całą kolonię. Wuj John i ciotka Jane stali się obiektem krytyki, choć ciotka Jane od początku była przeciwna zwolnieniu lekarza. Wuj John – dobrze pan wie, drogi Francisie, że on nie cierpi wszelkich kłótni, nie mówiąc już o wymierzaniu kar, ba, mówi się o nim, że nie skrzywdziłby muchy…

– Tak. – Crozier pokiwał głową. – Sam widziałem, jak wyniósł z jadalni żywą muchę, zamiast ją zabić.

– Wuj John, za namową ciotki Jane, przywrócił w końcu na stanowisko tego lekarza, ale tym samym zrobił sobie wroga z tego Montagu. Wszyscy dowiedzieli się o nieporozumieniach, jakie ich dzielą, a Montagu publicznie nazwał wuja kłamcą i mięczakiem.

– Dobry Boże – powiedział jednak Crozier, myśląc jednocześnie: Na miejscu Johna Franklina wyzwałbym tego Montagu na pojedynek i odstrzeliłbym mu jaja, a potem wsadził kulę w łeb. – Mam nadzieję, że sir John zwolnił tego człowieka.

– Oczywiście – odparła Sophia, uśmiechając się smutno – ale to tylko pogorszyło sprawę. W zeszłym roku Montagu wrócił do Anglii na pokładzie statku, którym płynął także list wuja Johna z jego dymisją. Okazało się, niestety, że komandor Montagu jest bliskim przyjacielem lorda Stanleya, sekretarza stanu do spraw kolonii.

No to nasz gubernator znalazł się w kiepskiej sytuacji, pomyślał Crozier, gdy dotarli do kamiennej ławeczki po drugiej stronie ogrodu.

– Cóż za niefortunny zbieg okoliczności – powiedział głośno.

– Gorszy niż wuj John i ciotka Jane mogli sobie wyobrazić. – Sophia pokiwała głową. – W kornwalijskim dzienniku „Chronicie” ukazał się długi artykuł zatytułowany „Imbecylne rządy polarnego bohatera”. „Colonial Times” obarcza winą ciotkę Jane.

– Dlaczego ktoś atakuje lady Jane? Sophia znów uśmiechnęła się smutno.

– Ciotka Jane, podobnie jak ja, jest trochę… niekonwencjonalna. Widział pan jej pokój, kiedy wuj John oprowadzał pana i komandora Rossa po majątku podczas waszej poprzedniej wizyty, prawda?

– O tak – odrzekł Crozier. – Ma naprawdę wspaniałą kolekcję.

Buduar lady Jane, a właściwie ta jego część, którą pozwolono im zobaczyć, wypełniony był od podłogi po sufit szkieletami zwierząt, meteorytami, skamieniałościami, aborygeńskimi maczugami, bębnami i maskami, długimi na dziesięć stóp wiosłami, którymi można by chyba bez trudu rozpędzić HMS Terror do piętnastu węzłów i całą masą wypchanych ptaków, między którymi kryła się co najmniej jedna wypchana małpa. Crozier nigdy nie widział czegoś podobnego w muzeum ani w zoo, nie mówiąc już o damskiej sypialni. Oczywiście Francis Crozier widział bardzo niewiele damskich sypialni.

– Jeden z naszych gości napisał do gazety w Hobart, że, cytuję dosłownie, „prywatne pokoje żony naszego gubernatora przypominają bardziej muzeum lub menażerię niż buduar damy”.

Crozier pokręcił głową z niedowierzaniem, wstydząc się w duchu, że przed chwilą pozwolił sobie na podobne myśli.

– Domyślam się, że ten Montagu wciąż sprawia wam kłopoty.

– I to jakie. Lord Stanley, żmija nad żmijami, poparł Montagu, przywrócił tego bydlaka na pozycję podobną do tej, z której zwolnił go wuj John, i udzielił wujowi reprymendy tak surowej, że, jak zdradziła mi w tajemnicy ciotka Jane, można ją śmiało porównać do chłosty.

Strzeliłbym temu gnojkowi Montagu w jaja, a potem odciął jaja lordowi Stanleyowi i podał mu je w zimnej galarecie, pomyślał Crozier.

– To straszne – rzekł.

– To jeszcze nie wszystko. – Sophia westchnęła.

Crozier spojrzał jej w oczy, szukając tam łez, nie dojrzał jednak ani jednej. Sophia nie była kobietą skłonną do płaczu.

– Stanley upublicznił tę naganę? – domyślił się Crozier.

– Ten… gnojek… dał kopię swojego listu Montagu, zanim wysłał go wujowi, a Montagu, ta kanalia, wysłał go tutaj najszybszym statkiem pocztowym. Wrogowie wuja skopiowali go i rozpowszechnili na kilka miesięcy przed tym, jak wuj otrzymał oryginał oficjalnymi kanałami. Cała kolonia podśmiewała się z wuja Johna i ciotki Jane, gdy uczestniczyli w jakimś koncercie albo podejmowali jakichś ważnych gości. Zechce pan wybaczyć moje niewyszukane słownictwo, drogi Francisie.

Podałbym lordowi Stanleyowi jego własne jaja w potrawce z jego gówna, pomyślał Crozier. Jednocześnie skinął głową, dając w ten sposób Sophii do zrozumienia, że wybacza jej dobór takich, a nie innych słów.

– Gdy wuj John i ciotka Jane myśleli, że gorzej być już nie może – kontynuowała Sophia drżącym głosem (Crozier był pewien, że to drżenie to oznaka gniewu, a nie słabości) – Montagu przysłał swoim sprzymierzeńcom na wyspie trzystustronicową księgę zawierającą wszystkie prywatne listy, dokumenty rządowe i oficjalne depesze, które przedstawił lordowi Stanleyowi jako dowody w sporze z wujem. Księga leży teraz w Banku Centralnym, w stolicy, a dwie trzecie tutejszych przedsiębiorców było już w tym banku i czytało tę księgę. Komandor Montagu nazywa wuja w swoich listach „skończonym kretynem”… a z tego, co mi wiadomo, to jedno z najłagodniejszych określeń zawartych w tym obrzydliwym dokumencie.

– Wygląda na to, że sir John znalazł się w bardzo trudnej sytuacji.

– Czasami obawiam się o stan jego umysłu, a nawet o życie – zgodziła się z nim Sohpia. – Gubernator sir John jest bardzo wrażliwym człowiekiem.

Nie skrzywdziłby nawet muchy, pomyślał Crozier.

– Ustąpi ze stanowiska?

– Zostanie odwołany – odrzekła Sophia. – Cała kolonia już o tym wie. To dlatego ciotka Jane nie może sobie znaleźć miejsca… Nigdy jeszcze nie widziałam jej w takim stanie. Wuj John spodziewa się oficjalnego listu odwołującego jeszcze przed końcem sierpnia, jeśli nie wcześniej.

Crozier westchnął i przesunął laską wzdłuż bruzdy wyżłobionej w warstwie żwiru na ścieżce. Przez dwa lata czekał z niecierpliwością na powtórne spotkanie z Sophią Cracroft, teraz widział jednak, że na wizycie cieniem padnie zwykła polityka i rozgrywki personalne. Chciał westchnąć ponownie, powstrzymał się jednak w ostatniej chwili. Miał czterdzieści sześć lat, a zachowywał się jak głupiec.

– Chciałby pan zobaczyć jutro Staw Dziobaków? – spytała Sophia. Crozier nalał sobie kolejną szklaneczkę whisky. Z góry dobiegło go upiorne wycie, wiedział jednak, że to tylko arktyczny wiatr świszczący w resztkach olinowania. Komandor szczerze współczuł marynarzom stojącym na wachcie.

Butelka była już niemal pusta.

W tym właśnie momencie Crozier doszedł do wniosku, że wkrótce będą musieli przywrócić transport sprzętu i prowiantu na Ziemię Króla Williama, bez względu na ciemności, burze i zagrożenie ze strony potwora z lodu. Nie miał wyboru. Gdyby przyszło im porzucić statki jeszcze tej zimy – Erebus właściwie mógł się rozpaść w każdej chwili – nie chciałby rozbijać obozu tutaj, na lodzie. W innych okolicznościach miałoby to sens – niejedna wyprawa polarna obozowała na lodzie, pozwalając, by prąd z Zatoki Baffina poniósł ich na południe, na otwarte morze – ale ten lód nigdzie się nie przemieszczał. Co więcej, obóz rozbity na lodzie był jeszcze trudniejszy do obrony niż obóz znajdujący się na stałym lądzie, dwadzieścia pięć mil stąd. Przewiózł tam już pięć ton sprzętu. Przed nadejściem wiosny musiał przetransportować całą resztę.

Crozier pociągnął łyk whisky i postanowił, że osobiście poprowadzi następną wyprawę. Tym, co w największym stopniu podnosiło morale ludzi – prócz perspektywy rychłego ratunku lub dodatkowych porcji rumu – było gorące jedzenie, zamierzał więc przewieźć na stały ląd cztery kuchenki zamocowane na łodziach wielorybniczych – dużych i solidnych szalupach, które w razie zatonięcia statku miały umożliwić im samodzielny powrót do domu. Piece Frazera z Terrorui Erebusabyły zbyt ciężkie, by przewieźć je na ląd – a pan Diggle zapewne piekłby w swoim piecu suchary do momentu, w którym Crozier wydałby rozkaz opuszczenia statku – lepiej więc było wykorzystać kuchnie z łodzi. Cztery żelazne piecyki były ciężkie jak sto diabłów, więc marynarze musieliby się naprawdę napocić, by przeciągnąć obarczone nimi sanie, jednak ten trud z pewnością by się opłacił. Crozier westchnął ciężko, uzmysłowiwszy sobie, że będą musieli także przetransportować przez dwadzieścia pięć mil lodowego piekła węgiel potrzebny do opalania pieców. Na Ziemi Króla Williama nie było żadnego lasu, podobnie jak w promieniu kilkuset mil od tego miejsca. Tak, najpierw pojadą piece, zdecydował Crozier, a on z nimi. Pokonają ciemności i mordercze zimno, a potwór z lodu niech wraca tam, skąd przyszedł.

Następnego ranka, w kwietniu 1843 roku, Crozier i Sophia Cracroft pojechali konno do Stawu Dziobaków.

Crozier był pewien, że skorzystają z powozu, podobnie jak podczas poprzednich wycieczek do Hobart Town, Sophia kazała jednak osiodłać dla nich dwa konie i załadować na muła rzeczy potrzebne na piknik. Jeździła jak mężczyzna. Crozier dopiero po chwili zauważył, że ciemna „spódnica”, którą miała na sobie Sophia, to w rzeczywistości para szerokich spodni. Na górę włożyła bluzkę z grubego białego płótna, a na głowę kapelusz, który chronił jej jasną skórę przed słońcem. Całości dopełniały wysokie, wypastowane buty z miękkiej skóry, które musiały kosztować mniej więcej tyle, ile Crozier zarabiał w ciągu roku.

Pojechali na północ, z dala od domu gubernatora i stolicy. Trzymali się wąskiej drogi, która prowadziła przez pola, później przejechali obok kolonii karnej i przez pas lasu deszczowego, by potem ponownie wychynąć na otwartą przestrzeń.

– Myślałem, że dziobaki żyją tylko w Australii – powiedział Crozier. Nie mógł sobie znaleźć wygodnej pozycji w siodle. Rzadko miewał okazję dosiadać konia, jeszcze rzadziej taką potrzebę. Sophia z kolei była doskonałym jeźdźcem, kierowała wierzchowcem z ogromną wprawą i swobodą.

– Och, nie, mój drogi – odparła Sophia. – Te dziwne zwierzęta żyją nie tylko w kilku przybrzeżnych regionach na północy kontynentu, ale praktycznie na całej powierzchni Ziemi van Diemena. Są jednak bardzo płochliwe. Dawno już wyniosły się z okolic Hobart Town.

Crozier zarumienił się lekko, usłyszawszy zwrot „mój drogi”.

– Są niebezpieczne? – spytał. Sophia roześmiała się perliście.

– Samce mogą być niebezpieczne, ale tylko w okresie godowym. Mają na tylnych łapach spiczastą narośl, która w okresie godowym staje się jadowita.

– Dość jadowita, by zabić człowieka? – spytał Crozier nieco zaskoczony. Poprzednie pytanie, dotyczące małego śmiesznego stworzenia, które widział do tej pory tylko na rysunkach, miało być żartem.

– Drobnego człowieka – odrzekła Sophia. – Ale ci, którzy przeżyli atak dziobaka, mówią, że ból jest tak straszliwy, iż woleliby chyba umrzeć, niż doznać go ponownie.

Crozier zerknął ukradkiem na swą towarzyszkę. Czasami trudno było odgadnąć, czy Sophia mówi poważnie, czy też właśnie żartuje. Założył, że w tym wypadku mówi jednak prawdę.

– Czy teraz jest właśnie sezon godowy? – pytał dalej. Uśmiechnęła się ponownie.

– Nie, drogi Francisie. Sezon godowy trwa od sierpnia do października, jesteśmy więc całkiem bezpieczni. Chyba że spotkamy diabła.

– Demona?

– Nie, mój drogi. Zwierzę. Słyszałeś już może o diable tasmańskim?

– Owszem. – Crozier skinął głową. – Podobno to straszliwe stworzenia o szczękach, które otwierają się równie szeroko jak właz na statku. Ponoć potrafią zjeść całego konia albo wilka workowatego.

Sophia przytaknęła z powagą.

– Wszystko to prawda. Diabeł tasmański to naprawdę groźne i nienasycone stworzenie. Jestem pewna, że gdyby nawet taki nieustraszony badacz i podróżnik jak pan usłyszał kiedyś jego głos – trudno to nazwać szczekaniem, warczeniem lub ryczeniem, to raczej dziki jazgot i wrzask, który można zapewne usłyszeć w zakładzie dla obłąkanych – nigdy więcej nie wszedłby po zmierzchu do tutejszego lasu, a przynajmniej nie w pojedynkę.

– Pani je kiedyś słyszała? – spytał Crozier, przypatrując się jej uważnie, by sprawdzić, czy znów nie stroi sobie z niego żartów.

– O tak. Naprawdę nie da się opisać tego dźwięku – jest przerażający. Zwierzę, które je usłyszy, zastyga w bezruchu dość długo, by diabeł otworzył tę swoją ogromną paszczę i połknął je w całości. Równie przerażające są tylko głosy ich ofiar. Słyszałam beczenie i ryki całego stada owiec, kiedy jakiś diabeł pożerał je wszystkie, jedną po drugiej, nie zostawiając nawet jednego kopyta.

– Żartuje pani – żachnął się Crozier, obserwując jej reakcję.

– Nigdy nie żartuję na temat diabła, drogi Francisie – odrzekła z powagą. Wjechali właśnie w kolejny pas ciemnego lasu.

– Czy te diabły jedzą dziobaki? – Pytanie było całkiem poważne, cieszył się jednak, że w pobliżu nie ma Jamesa Rossa ani żadnego z jego towarzyszy. W ich uszach brzmiałoby zapewne idiotycznie.

– Diabeł tasmański je wszystko – potwierdziła Sophia. – Ale i tym razem ma pan szczęście, Francisie. Diabeł poluje nocą, a jeśli się nie zgubimy, powinniśmy dotrzeć do celu naszej podróży i wrócić do domu przed zmierzchem. Nawet nie chcę myśleć o tym, co mogłoby się nam przydarzyć, gdybyśmy zostali w lesie na noc.

– Z powodu diabła? – spytał Crozier. Chciał, by jego słowa zabrzmiały lekko i żartobliwie, ale słyszał w swym głosie nutę zdenerwowania.

Sophia ściągnęła wodze swej klaczy i uśmiechnęła się doń – szeroko, olśniewająco, szczerze. Crozier także zdołał, choć nie bez problemów, zatrzymać swego wałacha.

– Nie, mój drogi – odrzekła młoda kobieta chrapliwym szeptem. – Nie z powodu diabła. Z powodu mojej reputacji.

Nim Crozier zdołał wymyślić jakąś rozsądną odpowiedź, Sophia roześmiała się głośno, spięła konia i pogalopowała w dół drogi.

W butelce została już tylko odrobina whisky, niecałe dwie szklaneczki. Crozier napełnił naczynie, podniósł je do lampy i obserwował przez chwilę, jak światło tańczy w bursztynowym płynie. Pociągnął łyk.

Nie zobaczyli dziobaka. Sophia zapewniała go, że w stawie mieszkał dziobak, który od czasu do czasu wypływał na powierzchnię, i że wejścia do jego nory znajdowały się za poskręcanymi korzeniami drzewa rosnącego nad brzegiem, jednak nie udało im się go dostrzec.

Widział jednak Sophię Cracroft nago.

Urządzili sobie przyjemny piknik po zacienionej stronie stawu, układając na trawie drogi, bogato zdobiony obrus, a na nim kosz, szklanki, pojemniki zjedzeniem i samych siebie. Przed wyjazdem Sophia kazała służącym zapakować kawałki pieczeni wołowej w pojemniki wypełnione najdroższym spośród artykułów dostępnych na wyspie, a zarazem najtańszym w miejscu, z którego przypłynął Crozier – lodem – by w czasie przedpołudniowej przejażdżki mięso się nie zepsuło. Mieli także pieczone ziemniaki i miseczki pysznej sałatki. Sophia zapakowała również butelkę burgunda, wraz z kryształowymi kieliszkami z bogatej kolekcji sir Johna, którą w większości opróżniła sama.

Po posiłku ułożyli się na obrusie, w odległości kilku stóp od siebie i gawędzili o tym i o owym, obserwując przez cały czas powierzchnię stawu.

– Czekamy na dziobaka, panno Cracroft? – spytał Crozier w przerwie rozmowy o niebezpieczeństwach i urokach wypraw arktycznych.

– Nie, myślę, że gdyby chciał, już by nam się pokazał – odparła Sophia. – Chciałam tylko, byśmy odpoczęli trochę przed kąpielą.

Crozier podniósł na nią zdumiony wzrok. Nie zabrał ze sobą stroju kąpielowego. Nie miał stroju kąpielowego. Wiedział, że znów sobie z niego żartuje, zawsze jednak przemawiała z taką powagą, że nie był tego całkowicie pewien. Dzięki temu jej szelmowskie poczucie humoru wydawało mu się jeszcze bardziej ekscytujące.

Przeciągając ten dziwny, choć zarazem podniecający żart, Sophia wstała, otrzepała spodnie z suchych liści i rozejrzała się dokoła.

– Rozbiorę się za tymi krzewami i wejdę do wody z tego trawiastego cypelka. Oczywiście może się pan do mnie przyłączyć, Francisie, albo nie, w zależności od tego, co nakazuje panu pańskie poczucie przyzwoitości.

Crozier uśmiechnął się, by pokazać jej, że jest wytwornym dżentelmenem, lecz jego uśmiech był dość niepewny.

Nie oglądając się więcej za siebie, Sophia przeszła do gęstych krzewów. Crozier leżał nadal na obrusie, oparty na łokciu, z lekkim uśmieszkiem na gładko ogolonej twarzy, kiedy jednak zobaczył, jak ręce Sophii kładą na krzaku jej białą bluzkę, jego twarz stężała. Podobnie jak penis. Ukryta pod sztruksowymi spodniami i przykrótką kamizelką męskość Croziera przeszła ze stanu spoczynku do pozycji baczność w ciągu dwóch sekund.

Po chwili do bluzki spoczywającej na krzewie dołączyły czarne spodnie Sophii i biała, nienazwana część garderoby z falbankami.

Crozier nie mógł uczynić żadnego ruchu. Uśmiech na jego twarzy zamienił się w zastygły grymas. Był pewien, że oczy dosłownie wychodzą mu z orbit, nie mógł się jednak odwrócić ani nawet spuścić wzroku.

Sophia Cracroft wyszła zza krzewów.

Była zupełnie naga. Ręce wisiały swobodnie wzdłuż jej tułowia, palce były lekko zwinięte. Jej piersi nie były duże, ale bardzo wysokie i bardzo białe, zwieńczone dużymi sutkami o jasnoróżowej barwie, choć wszystkie kobiety, które Crozier widział do tej pory nago – portowe dziewki, szczerbate prostytutki, Eskimoski – miały brązowe sutki.

Czy rzeczywiście widział kiedykolwiek całkiem nagą kobietę? Białą kobietę? W tej chwili uważał, że nie. Wiedział też, że nawet gdyby było inaczej, nie miałoby to żadnego znaczenia.

Słoneczny blask odbijał się od oślepiająco białej skóry młodej Sophii. Nie zakrywała się. Wciąż zastygły w leniwej pozie, z głupawym grymasem na twarzy, Crozier uświadomił sobie, jak bardzo zaskoczył go fakt, że ta bogini, to ucieleśnienie angielskiej kobiecości, kobieta, którą myślami i sercem wybrał już na swoją żonę i matkę swoich dzieci, ma gęste, lśniące włosy łonowe, które w kilku miejscach jakby chciały wydostać się poza czarne V ukryte między nogami. Niesforne, tak właśnie brzmiało jedyne słowo, jakie pojawiło się wtedy w jego otępiałym umyśle. Sophia rozpuściła swe długie włosy i pozwoliła, by opadły na jej ramiona.

– Przyłączysz się do mnie, Francisie? – zawołała zupełnie swobodnym tonem, jakby pytała go, czy nie napije się jeszcze herbaty. – Czy będziesz się tylko gapił?

Nie czekając na jego odpowiedź, wskoczyła do wody i zniknęła na moment pod jej powierzchnią.

Crozier otworzył usta, nie mógł jednak wydobyć z siebie żadnego artykułowanego dźwięku, toteż po chwili zamknął je z powrotem.

Sophia pływała swobodnie wzdłuż brzegu. Crozier widział jej białe pośladki wznoszące się za silnymi białymi plecami, na których leżały jej wilgotne włosy, rozdzielone na trzy pasma niczym trzy smugi czarnego indyjskiego atramentu.

Zatrzymała się po drugiej stronie stawu, przy wielkim drzewie, które pokazała mu, gdy przyjechali nad staw. Podniosła głowę i, z łatwością utrzymując się na powierzchni wody, zawołała:

– Nora dziobaka jest pod tymi korzeniami. Dziś chyba jednak nie zechce wyjść i pobawić się z nami. Jest nieśmiały. Nie bądź taki jak on, Francisie. Proszę.

Poruszając się jak we śnie, Crozier wstał z ziemi i podszedł do gęstych krzewów porastających brzeg stawu naprzeciwko miejsca, w którym czekała nań Sophie. Drżącymi palcami rozpiął guziki. Wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się z nim dzieje, składał poszczególne części garderoby w równą kostkę i układał jedną na drugiej. Był pewien, że zajmuje mu to całe godziny, jednak pulsująca erekcja nie ustępowała. Choć starał się nie myśleć o Sophii i jej pięknym ciele, jego sztywny członek wciąż uparcie sterczał, kołysząc się przy każdym ruchu i świecąc czerwonym jak lampa sygnałowa żołędziem, który wychynął spod napiętego napletka.

Crozier stał niezdecydowany za krzakami, wsłuchując się w chlupot wody rozgarnianej rękami i nogami Sophii. Wiedział, że jeśli będzie się zbyt długo ociągał, Sophia wyjdzie ze stawu, schowa się za krzakami i ubierze, a on do końca życia będzie przeklinał swoje tchórzostwo i głupotę.

Wyzierając zza gałęzi krzewu, poczekał, aż Sophia odwróci się doń plecami, płynąc w stronę przeciwległego brzegu, a potem tyleż szybko co niezdarnie wskoczył do wody, myśląc jedynie, by ukryć pod jej powierzchnią swą nabrzmiałą męskość, nim panna Cracroft odwróci się w jego stronę.

Kiedy ponownie wypłynął na powierzchnię, plując wodą i dysząc ciężko, Sophia unosiła się w wodzie jakieś dwadzieścia stóp dalej i uśmiechała do niego.

– Cieszę się, że zdecydowałeś się do mnie przyłączyć, Francisie. Gdyby teraz pojawił się tu samiec dziobaka ze swym jadowitym kolcem, będziesz mógł mnie obronić. Obejrzymy wejście do nory? – Obróciła się wdzięcznie w miejscu i popłynęła do wielkiego drzewa wyrastającego wprost z brzegu stawu.

Starając się nie zbliżać do niej na odległość mniejszą niż dziesięć – nie, piętnaście – stóp, Crozier popłynął pieskiem w stronę drzewa.

Staw był zaskakująco głęboki. Gdy Crozier zatrzymał się dwanaście stóp od Sophii i zaczął wymachiwać niezdarnie nogami, by utrzymać się na powierzchni wody, uświadomił sobie, że nawet tutaj, przy stromym brzegu porośniętym grubymi korzeniami drzewa i gęstą trawą, która rzucała na taflę wody nieregularne cienie, jego stopy nie mogą sięgnąć dna.

Nagle Sophia ruszyła w jego stronę.

Musiała dojrzeć przerażenie w jego oczach; nie wiedział, czy rzucić się do ucieczki, czy też poprosić ją, by się doń nie zbliżała, przystanęła bowiem nagle – widział jej białe piersi unoszące się tuż pod powierzchnią wody – wskazała głową na lewo i podpłynęła do korzeni drzewa.

Crozier popłynął za nią.

Zatrzymali się przy korzeniach, zaledwie jakieś cztery stopy od siebie, na szczęście jednak woda poniżej poziomu ich piersi była bardzo ciemna. Sophia wskazała na coś, co mogło być wejściem do nory albo tylko błotnistym wgłębieniem na powierzchni brzegu, ukrytym w gęstwinie grubych korzeni.

– To nie jest nora lęgowa – powiedziała Sophia. Miała piękne ramiona i obojczyki.

– Co? – spytał Crozier. Był zadowolony – i nieco zdumiony – że odzyskał dar mowy, mniej jednak cieszył go fakt, że potrafił wydać z siebie tylko tę pojedynczą chrapliwą sylabę i że szczękał zębami. Woda nie była zimna.

Sophia uśmiechnęła się i odgarnęła kosmyk ciemnych włosów, który przykleił się do jej policzka.

– Dziobaki kopią dwa rodzaje nor – tłumaczyła łagodnym tonem. – Takiej nory, którą niektórzy przyrodnicy nazywają norą biwakową, używają zarówno samce, jak i samice poza okresem godowym. Wtedy zwierzęta mieszkają tutaj w pojedynkę. Samice kopią jednak również nory lęgowe, w którym spółkują z samcem, a potem drążą jeszcze dodatkowy otwór, gdzie wychowują młode.

– Och – odparł Crozier, trzymając się korzenia równie mocno, jak trzymałby się liny na miotanym sztormem statku.

– Dziobaki składają jaja – kontynuowała Sophia – jak gady. Ale samice karmią swe młode mlekiem, jak ssaki.

Tuż pod powierzchnią wody widać było ciemne kręgi pośrodku białych półkul jej piersi.

– Naprawdę? – wykrztusił.

– Ciotka Jane, która też interesuje się przyrodą, uważa, że samiec wykorzystuje jadowite ostrogi na tylnych nogach nie tylko do walki z innymi samcami, ale że przytrzymuje nimi samicę, kiedy spółkują w wodzie. Prawdopodobnie wtedy nie wydziela jadu.

– Tak? – odparł Crozier, zastanawiając się, czy powinien był raczej powiedzieć: Nie? Nie miał pojęcia, o czym rozmawiają.

Trzymając się jedną ręką korzeni, Sophia podpłynęła bliżej, aż jej piersi niemal go dotykały. Położyła swą chłodną dłoń – zaskakująco dużą dłoń – na jego piersiach.

– Panno Cracroft… – zaczął.

– Pss… – szepnęła Sophia.

Przełożyła lewą rękę z korzenia na jego ramię i zawisła na nim, podobnie jak przed chwilą wisiała na korzeniu. Jej prawa dłoń przesunęła się niżej, naciskając na jego brzuch, dotknęła prawego biodra, by potem wrócić na środek i przesunąć się jeszcze niżej.

– Ojej – wyszeptała mu do ucha. Jej policzek dotykał teraz jego policzka, jej wilgotne włosy wchodziły mu do oczu. – Czyżbym znalazła jakiś jadowity kolec?

– Panno Cra… – zaczął.

Zacisnęła na nim dłoń. Przesunęła się nieco, tak że nagle jej silne nogi objęły jego lewą nogę, a potem zanurzyła się głębiej i zaczęła się o niego ocierać. Crozier podniósł wyżej tę nogę, by podtrzymać Sophię i utrzymać jej głowę nad wodą. Miała zamknięte oczy. Jej biodra naparły mocniej do przodu, piersi przylgnęły do jego ciała, a jej prawa dłoń zaczęła go pieścić.

Crozier jęknął głucho. Sophia wtuliła twarz w jego kark, wydając z siebie jakiś przytłumiony dźwięk. Czuł ciepło i wilgoć jej intymnych części ciała napierających na jego podniesioną nogę. Jak coś może być wilgotniejsze od wody? – zastanawiał się.

Potem Sophia jęknęła głośno, a Crozier zamknął oczy. Naparła nań mocniej, raz, drugi, trzeci, a jej pieszczoty stały się szybsze, ponaglające, wprawne i natarczywe.

Ukrył twarz w jej wilgotnych włosach, gdy spełniał się w wodzie. Myślał, że pulsujący wytrysk nigdy się nie skończy i gdyby mógł, natychmiast by ją przeprosił. Jęknął tylko jednak ponownie i omal nie puścił korzenia, którego się przytrzymywał. Oboje zakołysali się lekko i zanurzyli w wodzie po same brody.

Tym, co najbardziej dziwiło go w tamtej chwili – a dziwiło go wówczas wszystko, nic zaś mu nie przeszkadzało – był fakt, że Sophia wciąż zaciskała mocno nogi wokół jego uda, przytulona do niego całym ciałem, że miała zamknięte oczy i jęczała równie głośno jak on. Kobiety chyba nie mogą odczuwać przyjemności równie intensywnie jak mężczyźni? Niektóre nierządnice jęczały, ale tylko dlatego, że mężczyźni to lubili – z pewnością nic wtedy nie odczuwały.

A jednak…

Sophia odsunęła się wreszcie od niego, spojrzała mu w oczy, uśmiechnęła się swobodnie, pocałowała go prosto w usta, podniosła nogi niemal do szpagatu, odepchnęła się od korzeni i popłynęła do miejsca, gdzie za krzewem leżały jej ubrania.

Trudno mu było w to uwierzyć, ale oboje się ubrali, pozbierali rzeczy, objuczyli muła, wsiedli na konie i wrócili w milczeniu do domu gubernatora.

Trudno mu było w to uwierzyć, ale tego samego wieczora podczas kolacji Sophia Cracroft śmiała się i rozmawiała ze swoją ciotką, z sir Johnem, a nawet z wyjątkowo rozmownym komandorem Jamesem Clarkiem Rossem, podczas gdy Crozier prawie się nie odzywał, wpatrzony tępo w stół. Mógł tylko podziwiać jej… jak mówiły o tym żabojady? – jej zimną krew, podczas gdy jego dusza była dokładnie w takim stanie, jak jego ciało podczas niekończącego się orgazmu w Stawie Dziobaka – rozbita na atomy i rozproszona po całym wszechświecie.

Jednak panna Cracroft nie traktowała go z dystansem ani nie okazywała w żaden sposób, że ma do niego żal. Uśmiechała się doń, mówiła do niego, starała się wciągnąć go w rozmowę, podobnie jak czyniła to każdego wieczoru w domu gubernatora. Tego wieczora jej uśmiechy były może nieco cieplejsze? Czulsze? Może nawet rozkochane? Z pewnością tak właśnie było.

Po kolacji, kiedy Crozier zaproponował jej spacer w ogrodzie, odmówiła grzecznie, twierdząc, że już wcześniej umówiła się na grę w karty z komandorem Rossem. Czy komandor Crozier zechciałby się do nich przyłączyć?

Komandor Crozier również grzecznie odmówił, wnosząc z jej zachowania, że tego wieczoru w domu gubernatora musi zostać zachowany normalny porządek rzeczy i że porozmawiają o swej przyszłości przy najbliżej okazji. Komandor Crozier oświadczył głośno, że boli go nieco głowa i że następnego ranka zamierza wstać wcześniej niż zwykle.

Nazajutrz wstał, ubrał się w swój najlepszy mundur i zaczął przechadzać się po domu gubernatora jeszcze przed świtem, pewien, że Sophia, kierowana podobnym impulsem, także się tam pojawi.

Nie pojawiła się. Pierwszy zszedł na śniadanie sir John i wdał się w długą i męczącą pogawędkę z Crozierem, który nigdy nie opanował umiejętności prowadzenia luźnej rozmowy towarzyskiej, nie mówiąc już o rozważaniach dotyczących odpowiedniej wysokości opłaty za wypożyczenie więźniów do kopania kanałów.

Potem zeszła do nich lady Jane, po niej zaś Ross – Sophia pojawiła się ostatnia. Do tego czasu Crozier wypił już sześć filiżanek kawy, którą od czasu wyprawy z Parrym w lody północy cenił bardziej od herbaty, pozostał jednak przy stole, podczas gdy Sophia jadła jajka, kiełbaski, fasolę i tosty.

Sir John gdzieś zniknął, podobnie jak lady Jane. Komandor Ross wybrał się na spacer. Sophia wreszcie skończyła śniadanie.

– Zechciałaby pani pospacerować po ogrodzie? – spytał.

– Tak wcześnie? – zdziwiła się. – Teraz jest tam bardzo gorąco. Mamy wyjątkowo ciepłą jesień.

– Ale… – zaczął Crozier, próbując za pomocą spojrzenia przekazać, jak bardzo zależy mu na tym, by przyjęła jego zaproszenie.

Sophia uśmiechnęła się.

– Chętnie wybiorę się z panem na spacer, Francisie. Przechadzali się powoli, czekając, aż więzień pomagający ogrodnikowi skończy rozładowywać ciężkie worki z nawozem.

Kiedy w końcu odszedł, Crozier poprowadził Sophię w stronę kamiennej ławki stojącej po drugiej stronie ogrodu. Pomógł jej usiąść i poczekał, aż złoży parasolkę. Sophia podniosła nań oczy – Crozier był zbyt przejęty, by usiąść, i stał nad nią, nerwowo przestępując z nogi na nogę – w których, był tego pewien, dojrzał oczekiwanie i zachętę.

Wreszcie opanował się na tyle, by przyklęknąć na jedno kolano.

– Panno Cracroft, zdaję sobie sprawę, że jestem tylko zwykłym komandorem porucznikiem w marynarce wojennej Jej Królewskiej Mości, a pani zasługuje na względy admirała floty… nie, co ja mówię, członka rodziny królewskiej, kogoś, kto wydawałby rozkazy admirałowi floty… zapewne jednak domyśla się pani, jakimi uczuciami panią darzę, i gdyby szczęśliwym zrządzeniem losu okazało się, że pani odwzajemnia te uczucia…

– Dobry Boże, Francisie – przerwała mu Sophia – chyba nie zamierzasz mi się oświadczyć?

Crozier nie wiedział, co odpowiedzieć. Klęcząc na jednym kolanie, z dłońmi złożonymi jak do modlitwy i wyciągniętymi w jej stronę, patrzył na nią wyczekująco.

Sophia poklepała go po ramieniu.

– Komandorze Crozier, jest pan cudownym człowiekiem. Prawdziwym dżentelmenem, pomimo pewnych braków w obyciu, których być może nigdy nie da się uzupełnić. Jest pan też mądrym człowiekiem, czemu dał pan przed chwilą wyraz, domyślając się słusznie, że nigdy nie zostanę żoną komandora porucznika. To nie byłoby stosowne. To nie do przyjęcia.

Crozier chciał coś powiedzieć, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Część jego umysłu próbowała dokończyć długą formułkę oświadczyn, którą układał przez całą noc. Dotąd wygłosił tylko jedną trzecią owej formułki – a właściwie wydukał.

Sophia roześmiała się cicho i pokręciła głową. Potem rozejrzała się ukradkiem, by mieć pewność, że nikt, nawet jakiś więzień, nie usłyszy jej słów.

– Proszę się nie przejmować tym, co zaszło wczoraj, komandorze Crozier. To był cudowny dzień. Ten… epizod… do którego doszło w stawie, sprawił przyjemność nam obojgu. Można powiedzieć, że była to funkcja… mojej natury… a także wynik wzajemnego uczucia bliskości, którego doznawaliśmy oboje przez tamtych kilka chwil. Proszę jednak nie dręczyć się myślą, że z powodu owej chwili słabości spoczywają na panu jakiekolwiek obowiązki względem mej osoby.

Crozier wciąż tylko patrzył na nią w milczeniu. Uśmiechnęła się, nie był to jednak uśmiech równie ciepły jak te, którymi obdarzała go do tej pory.

– Proszę nie sądzić – powiedziała, zniżając głos niemal do szeptu

– że w jakikolwiek sposób naraził pan na szwank moją cześć.

– Panno Cracroft… – zaczął Crozier, później jednak umilkł. Gdyby jego statek zbliżał się niebezpiecznie do płycizny, gdyby zawiodły pompy, a w ładowni stały cztery stopy wody, gdyby wiatr porwał żagle i zaplątał liny, wiedziałby, jakie wydać rozkazy. Wiedziałby, co powiedzieć. W tej chwili nie przychodziły mu do głowy żadne słowa. Czuł tylko narastający ból i zdumienie, które raniło go tym bardziej, że rozpoznawał w nim coś aż nazbyt znajomego i czytelnego.

– Gdybym miała wyjść za mąż – mówiła dalej Sophia, otwierając ponownie parasol i kręcąc nim nad głową – wyszłabym za naszego dziarskiego komandora Rossa. Choć nie zamierzam też zostać żoną zwykłego komandora, Francisie. Musiałby otrzymać tytuł szlachecki… ale jestem przekonana, że wkrótce tak się stanie.

Crozier spojrzał jej prosto w oczy, łudząc się nadzieją, że znów tylko żartuje.

– Komandor Ross jest zaręczony – przemówił wreszcie. Jego głos brzmiał jak chrypienie człowieka pozbawionego od wielu dni wody.

– Zamierza się ożenić natychmiast po powrocie do Anglii.

– Phi! – parsknęła Sophia, wstając i jeszcze szybciej kręcąc parasolką. – Wracam do Anglii jeszcze tego lata, nim wuj John zostanie oficjalnie odwołany. Komandor James Clark Ross jeszcze nie wie, na co mnie stać.

Spojrzała na Croziera, który wciąż klęczał przed nią na białych kamieniach.

– Poza tym – dodała wesoło – nawet jeśli komandor Ross ożeni się z tą młodą pretendentką, która czeka na niego w Anglii – rozmawiałam o niej kilkakrotnie z komandorem i mogę pana zapewnić, że to idiotka – małżeństwo niczego jeszcze nie przesądza. To nie śmierć. To nie hamletowski nieznany kraj, z którego nikt nie wraca. Niejeden już mężczyzna wrócił z małżeństwa, by trafić do kobiety, która jest mu przeznaczona. Jeszcze pan wspomni te słowa, drogi Francisie, może pan być tego pewien.

Crozier podniósł się wreszcie z klęczek i otrzepał nogawkę swego najlepszego munduru z białych kamyków.

– Muszę już iść – oświadczyła Sophia. – Jadę z ciotką Jane i komandorem Rossem do Hobart Town, żeby obejrzeć nowe ogiery rozpłodowe, które sprowadziła tu właśnie firma Van Diemen Company. Jeśli ma pan ochotę, może się pan z nami wybrać, tylko wcześniej proszę koniecznie zmienić ubranie i wyraz twarzy.

Dotknęła lekko jego ręki i ruszyła w drogę powrotną do domu, kręcąc od niechcenia parasolką.

Crozier usłyszał przytłumiony dźwięk wybijanych szklanek. Była czwarta w nocy. W normalnych okolicznościach, gdyby okręt znajdował się na otwartych wodach, za pół godziny marynarze musieliby wstać ze swoich hamaków i zabrać się do czyszczenia pokładów i wszystkiego, co znajduje się w zasięgu ich wzroku. Jednak tutaj, pośród ciemności, lodu i wiatru – Crozier słyszał jego wycie w takielunku, co oznaczało, że być może nadchodzi kolejna śnieżyca, a był przecież dopiero dziesiąty listopada – marynarze mogli spać dłużej, aż do czterech szklanek porannej wachty. Do szóstej rano. Wtedy statek ożywał, wypełniony krzykami bosmanów i tupotem nóg marynarzy, którzy nie czekali, aż ich przełożeni spełnią swe groźby i odetną im hamaki.

W porównaniu z prawdziwą służbą na morzu marynarze mieli tutaj mnóstwo wolnego czasu; nie tylko późno wstawali, ale mogli też jeść śniadanie na niższym pokładzie do ośmiu szklanek, a dopiero potem zabierali się do swoich porannych obowiązków.

Crozier spojrzał na pustą butelkę i szklankę. Podniósł ciężki pistolet, załadowany kulą i prochem, i przez chwilę patrzył nań tępym wzrokiem.

Potem schował pistolet do kieszeni, zdjął płaszcz i zawiesił go na haczyku. Wytarł szklaneczkę po whisky czystą ściereczką, którą Jopson zostawiał mu co wieczór w tym właśnie celu, i włożył naczynie do szuflady. Później wsadził pustą butelkę do wiklinowego koszyka z przykrywką, który Jopson stawiał co wieczór przy drzwiach w tym właśnie celu. Crozier wiedział, że następnego wieczora w koszu będzie nań czekała pełna butelka.

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie ubrać się cieplej i nie wyjść na pokład – włożyć ciężkie, grube buty, wełniane okrycie, szalik i czapkę i wyjść w ciemną sztormową noc, poczekać na pobudkę i zejść na śniadanie ze swoimi oficerami, by potem pracować cały dzień bez snu.

Spędził już w podobny sposób niejeden ranek.

Ale nie ten. Był zbyt zmęczony. Było też za zimno, by stał tutaj w bezruchu, okryty tylko czterema warstwami wełny. Wiedział, że czwarta nad ranem to najzimniejsza część nocy i pora, o której większość ciężko chorych i rannych ludzi żegna się z tym światem i przenosi do prawdziwie nieznanego kraju.

Crozier wsunął się pod koce i wtulił twarz w zimny materac z końskiego włosia. Wiedział, że minie co najmniej piętnaście minut, nim ciepło jego ciała rozgrzeje nieco posłanie. Przy odrobinie szczęścia będzie już wtedy spał. Przy odrobinie szczęścia uda mu się przespać prawie dwie godziny, nim zacznie się kolejny dzień ciemności i mrozu. Przy odrobinie szczęścia, rozmyślał, pogrąży się we śnie, z którego w ogóle się nie obudzi.

17

IRVING

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. 13 listopada 1847.

Cisza zniknęła, a zadaniem porucznika Johna Irvinga było ją odnaleźć.

Komandor nie wydał mu takiego rozkazu… niezupełnie. Ale komandor Crozier kazał mu opiekować się Eskimoską, kiedy w czerwcu komandorzy postanowili zatrzymać ją na pokładzie HMS Terror, i nigdy potem tego rozkazu nie odwołał, więc Irving czuł się za nią odpowiedzialny. Poza tym młody oficer był w niej zakochany. Wiedział, że to głupie – nawet szalone – zakochać się w dzikusce, kobiecie, która nie była nawet chrześcijanką, niewykształconej dziewczynie, która nie umiała mówić po angielsku ani w żadnym innym języku, bo przecież nie miała języka – lecz mimo to Irving zakochał się w niej. Było w niej coś, co sprawiało, że w jej obecności silnemu, wysokiemu Johnowi Irvingowi miękły kolana.

A teraz zniknęła.

Najpierw zauważyli, że nie ma jej w sypialni, którą dla niej wygospodarowali – maleńkim pokoiku o ścianach ułożonych ze skrzynek, tuż przy izbie chorych. Stało się to przed dwoma dniami, w czwartek, ale ludzie przyzwyczajeni byli do dziwnych zwyczajów lady Ciszy i do jej nieobecności – często opuszczała statek, nawet w środku nocy, nikogo o tym nie informując. W czwartek po południu, jedenastego listopada, Irving zameldował komandorowi Crozierowi, że Cisza zniknęła, ale dwa dni wcześniej sam Irving, komandor i kilku innych marynarzy widziało ją na lodzie. Potem, gdy znaleziono szczątki Stronga i Evansa, znów zniknęła. Komandor mówił Irvingowi, żeby się nie martwił, że na pewno wróci.

Ale nie wróciła.

W ten sam czwartek rano nadciągnęła burza, która przyniosła ze sobą gwałtowne opady śniegu i silny wiatr. Marynarze, którzy przy świetle lamp odbudowywali kopce znaczące ścieżkę między Terrorem i Erebusem – wysokie na cztery stopy kolumny z lodowych cegieł – po południu zostali zmuszeni do powrotu na statek i od tej pory już nie wrócili na lód. Ostatni posłaniec z Erebusa, który przybył do nich w czwartek wieczorem i ze względu na śnieżycę musiał zostać na pokładzie Terroru, potwierdził, że lady Cisza nie przebywa na statku komandora Fitzjamesa. Nadszedł sobotni ranek, a śnieżyca wciąż nie ustępowała; choć wachta skrócona została do godziny, marynarze schodzący z górnego pokładu oblepieni byli lodem i przemarznięci do szpiku kości. Co trzy godziny na pokład wychodziła także grupa ludzi z siekierami, by oczyścić liny i maszty z lodu, inaczej bowiem statek mógłby się przewrócić na bok. Poza tym spadający lód był zagrożeniem dla marynarzy stojących na wachcie i niszczył pokład. Trzeba było także regularnie odśnieżać górny pokład, by warstwa śniegu nie urosła do wysokości, która uniemożliwiałaby otwarcie włazów.

Kiedy w sobotę wieczorem po kolacji porucznik Irving ponownie zameldował komandorowi Crozierowi, że Ciszy nadal nie ma statku, komandor powiedział:

– Jeśli jest na zewnątrz, pewnie już nie wróci, John. Ale jeśli chcesz, możesz przeszukać cały statek dziś wieczorem, kiedy ludzie pójdą już spać. Przynajmniej będziesz miał pewność, że jej tu nie ma.

Choć dyżur Irvinga dobiegł końca już przed kilkoma godzinami, młody oficer ponownie włożył grubą warstwę ubrań, zapalił lampę i wyszedł na pokład.

Pogoda nie poprawiła się ani trochę, może była nawet jeszcze gorsza niż pięć godzin wcześniej, kiedy Irving zszedł pod pokład na kolację. Z północnego zachodu dął silny wiatr, który niósł ze sobą śnieg ograniczający widoczność do pięciu stóp. Wszystko okrywała warstwa lodu, choć z dziobu dochodziły odgłosy rąbania i pokrzykiwania pięcioosobowej grupy marynarzy. Irving przedarł się przez grubą na stopę warstwę świeżego śniegu, którą wiatr naniósł pod brezent, i trzymając przed sobą zapaloną lampę, szukał w ciemności któregoś z marynarzy stojących na wachcie.

Reuben Male, dowódca dziobówki, pełnił wachtę przy lewej burcie i nadzorował jednocześnie pracę marynarzy zbijających lód. Irving odnalazł go po krótkich poszukiwaniach, choć Male przypominał oblepioną śniegiem stertę wełny. Nawet jego twarz ukryta była pod prowizorycznym kapturem, owiniętym kilkakrotnie szalikami. Strzelba, którą trzymał pod pachą, oblepiona była lodem. Obaj musieli krzyczeć, by się słyszeć.

– Widzi pan coś, panie Male? – wrzeszczał porucznik Irving, pochylając się nad grubym wełnianym turbanem, będącym głową dowódcy dziobówki.

Male zsunął niżej jedną z warstw szalika. Jego nos był biały jak sopel lodu.

– Ma pan na myśli marynarzy? Nie, tylko ich słyszę. Zastępuję młodego Kinnairda. Odśnieżał pokład podczas trzeciej wachty i jeszcze nie doszedł do siebie.

– Nie, pytam, czy widział pan coś na lodzie! – krzyknął ponownie Irving. Male roześmiał się.

– Żaden z nas nie widział lodu od czterdziestu ośmiu godzin, poruczniku. Dobrze pan o tym wie, był pan tu przecież wcześniej.

Irving skinął głową i poprawił szal, zakrywając szczelniej czoło i brodę.

– Nikt nie widział Ciszy… lady Ciszy?

– Co takiego? – Male pochylił się niżej, nadstawiając ucha.

– Lady Cisza! – wrzasnął Irving.

– Nie. Zdaje się, że nikt nie widział tej Eskimoski już od kilku dni. Musiała wyjść ze statku. Pewnie leży tam gdzieś martwa na lodzie. I dobrze, krzyżyk na drogę!

Irving skinął głową, poklepał ośnieżone ramię Male’a i ruszył w stronę rufy – trzymając się z dala od grotmasztu, wokół którego na pokład raz po raz spadały z hukiem wielkie kawały lodu i śniegu – by porozmawiać z Johnem Batesem, który pełnił wachtę przy prawej burcie.

Bates także niczego nie widział. Nie widział nawet pięciu marynarzy zmierzających do pracy na dziobie.

– Pan wybaczy, ale nie mam zegarka, a boję się, że w tym cholernym wietrze nie usłyszę, jak będą wybijali szklanki. Dużo jeszcze zostało do końca wachty?

– Usłyszy pan szklanki, kiedy wybije je pan Male! – odkrzyknął Irving, pochylając się nad okrytą lodem wełnianą kulą, która była głową dwudziestosześcioletniego marynarza. – Przyjdzie tu zresztą do was, zanim zejdzie na pokład. Czekajcie cierpliwie, Bates.

– Tak jest.

Wiatr próbował zbić Irvinga z nóg, kiedy ten przeszedł na drugą stronę brezentowego namiotu, poczekał, aż z góry przestanie na chwilę spadać lód – nawet przez wycie wiatru słyszał krzyki i przekleństwa marynarzy pracujących na maszcie – potem szybko przedarł się przez dwie stopy świeżego śniegu zalegającego na pokładzie, zanurkował pod zamarznięty brezent i zszedł pod pokład.

Wcześniej przeszukał oczywiście wielokrotnie niższe pokłady – szczególnie przestrzeń za skrzynkami przy izbie chorych, gdzie Eskimoska miała swoje legowisko – teraz jednak poszedł na rufę. O tej porze na okręcie panowała cisza, przerywana jedynie trzaskami i tupotem nóg dochodzącymi z górnego pokładu, chrapaniem zmęczonych ludzi śpiących w hamakach, przekleństwami pana Diggle’a i brzękiem jego naczyń oraz nieustającym wyciem wiatru i pojękiwaniem lodu.

Irving posuwał się powoli w dół ciemnej i wąskiej zejściówki. Prócz kajuty pana Male’a żadna z oficerskich kwater nie była pusta. Pod tym względem HMS Terror miał szczęście. Podczas gdy Erebus stracił już kilku oficerów, w tym sir Johna i porucznika Gore’a, na Terrorze nie umarł żaden z oficerów i podoficerów prócz młodego Johna Torringtona, szefa palaczy, który zmarł z przyczyn naturalnych i został pochowany półtora roku wcześniej na wyspie Beechey.

W Wielkiej Kajucie nie było nikogo, nikt zresztą nie wytrzymałby długo w dojmującym chłodzie, który panował tu od jakiegoś czasu; nawet książki stojące na półkach wyglądały na zziębnięte; drewniany przyrząd, który po nakręceniu odtwarzał muzykę z metalowych dysków, milczał już od wielu dni. Irving zdążył zauważyć, że w kajucie komandora Croziera wciąż pali się światło, nim przeszedłszy przez puste mesy oficerów i podoficerów, wrócił do schodów.

Na najniższym pokładzie jak zawsze było bardzo ciemno i zimno. Ostatnio marynarze rzadziej schodzili tu po zapasy – racje żywnościowe ograniczono niemal do minimum po tym, jak lekarze odkryli, że ogromna część konserw uległa zepsuciu – rzadziej też przenoszono węgiel z ładowni do kotłowni, gdyż ograniczeniu uległy również godziny ogrzewania statku, Irving był więc tutaj zupełnie sam. Drewniane belki i pokryte szronem metalowe obejmy jęczały wokół niego, gdy przeciskał się przez wąski korytarz. Światło lampy z trudem rozpraszało gęsty mrok, w dodatku widok przysłaniała para wydobywająca się z jego ust, która w mroźnym powietrzu natychmiast zamieniała się w drobne kryształki lodu.

Nie znalazł lady Ciszy w pomieszczeniach dziobowych – ani w magazynie cieśli, ani w magazynie bosmana, ani w całkiem już niemal pustym magazynie sucharów położonym tuż za tymi pomieszczeniami. Środkowa część najniższego pokładu wypełniona była niegdyś od podłogi do sufitu skrzyniami, beczkami i innymi pojemnikami z żywnością, które Terror zabrał ze sobą na morze, teraz jednak znaczna część pokładu świeciła pustkami. Tu także nie było lady Ciszy.

Irving skorzystał z klucza, który pożyczył mu komandor Crozier, i wszedł do magazynu rumu. W bladym świetle lampy widział pełne jeszcze butelki brandy i wina, zdawał sobie jednak sprawę, że poziom rumu w głównym pojemniku – ogromnej beczce – jest niepokojąco niski. Wiedział też dobrze, podobnie jak wszyscy oficerowie Królewskiej Marynarki Wojennej, że kiedy rum się skończy – kiedy marynarze przestaną dostawać swoją dzienną porcję grogu – może dojść do buntu. Pan Helpman, klark, i pan Goddard, dowódca ładowni, donieśli ostatnio, że zapasy rumu wystarczą na jakieś sześć tygodni, i to tylko wtedy, jeśli standardowa porcja alkoholu równa ćwierci pinta, którą rozpuszcza się w trzech ćwierciach wody, zostanie zmniejszona o połowę. Takie posunięcie z pewnością też nie spodobałoby się załodze Terroru.

Irving nie wierzył, by lady Cisza mogła się zakraść do zamkniętego na klucz magazynu rumu, przeszukał jednak uważnie całe pomieszczenie, zaglądając pod stoły i między beczki. Patrzył także wyżej, na rzędy kordów, bagnetów i muszkietów ułożonych starannie na półkach pod sufitem.

Przeszedł na tył statku, do magazynu amunicji, wciąż wypełnionego sporym zapasem prochu i kul, zajrzał nawet do prywatnego magazynku Croziera, zobaczył tam jednak tylko kilka ostatnich butelek whisky komandora – jedzenie zostało rozdzielone między oficerów w ciągu kilku ostatnich tygodni. Następnie przeszukał magazyn żagli, magazyn ubrań, schowki na linę kotwiczną na rufie i magazynek sternika. Gdyby to on był Eskimoską usiłującą ukryć się na statku, rozmyślał Irving, wybrałby zapewne magazyn żagli, pełen nietkniętych zwojów płótna, pościeli i nieużywanego od miesięcy sprzętu żeglarskiego.

Nie było jej tam. Irving przestraszył się nieco w magazynie ubrań, kiedy w blasku jego lampki ukazała się wysoka, przygarbiona postać stojąca w rogu pomieszczenia, okazało się jednak, że był to tylko jakiś wełniany płaszcz i czapka zawieszone na kołku.

Zamknąwszy za sobą drzwi, porucznik zszedł po schodach do ładowni.

Irving, choć ze względu na swą chłopięcą urodę i blond czuprynę wydawał się młodszy, niż był w rzeczywistości, nie zakochał się w Eskimosce tylko dlatego, że był spragnionym miłości prawiczkiem. W rzeczywistości Irving miał znacznie większe doświadczenie w obcowaniu z płcią piękną niż większość tych chwalipiętów, którzy opowiadali ze swadą o swoich miłosnych podbojach. Kiedy skończył czternaście lat, jego wuj zaprowadził go do doków Bristolu, przedstawił go czystej i miłej prostytutce o imieniu Mol i zapłacił za jego inicjację – nie za krótką przygodę w bocznej uliczce, lecz cały wieczór, noc i dzień w czystym pokoju pod dachem starej gospody z oknami wychodzącymi na nabrzeże. John Irving zasmakował wtedy w cielesnych rozkoszach, którym oddawał się potem wiele razy.

Irving nie mógł też narzekać na brak powodzenia u kobiet z towarzystwa. Zalecał się do najmłodszej córki jednej z trzech najważniejszych rodzin w Bristolu, Dunwittów-Harrisonów, i owa dziewczyna, Emily, pozwoliła mu – ba, nawet go do tego zachęcała – na intymne kontakty, o jakich większość chłopców w jego wieku mogła tylko marzyć. Przybywszy do Londynu, gdzie miał uzupełnić swą edukację w zakresie artylerii na okręcie szkoleniowym HMS Excellent, Irving spędzał weekendy na spotkaniach i flirtowaniu z kilkoma atrakcyjnymi damami z wyższych sfer, wśród których znalazła się wielce uprzejma panna Sarah, nieśmiała, lecz nieprzewidywalna panna Linda oraz prawdziwie szokująca – w kontaktach sam na sam – panna Abigail Elisabeth Lindstrom Hyde-Berrie, z którą młody oficer, ku własnemu zaskoczeniu, wkrótce się zaręczył.

John Irving nie zamierzał się żenić. Przynajmniej niejako dwudziestokilkulatek – jego ojciec i wuj uczyli go, że w tych właśnie latach powinien zwiedzać świat i używać życia – i najprawdopodobniej również nie jako trzydziestokilkulatek. Nie widział też żadnego ważkiego powodu, dla którego miałby się żenić jako czterdziestokilkulatek. Dlatego też, choć Irving nigdy nie miał zamiaru pracować w Służbie Badawczej – nie lubił zimna, a perspektywa długich miesięcy spędzonych w mrozie i śniegu wydawała mu się przerażająca – tydzień po zaręczynach uległ namowom swych starszych kolegów, George’a Hodgsona i Freda Hornby’ego, i poszedł na HMS Terror, by ubiegać się o miejsce w załodze tego okrętu.

Komandor Crozier, który tego pięknego wiosennego poranka najwyraźniej miał kaca i paskudny humor, przyglądał im się spode łba, parskał gniewnie, wyzłośliwiał się i zadawał im mnóstwo pytań. Wyśmiał ich artyleryjskie szkolenie na okręcie pozbawionym masztów i pytał drwiąco, do czego mogą się przydać podczas rejsu na statku, którego jedynie uzbrojenie stanowiły strzelby i muszkiety. Potem spytał ich surowym tonem, „czy jako Anglicy wypełnią swój obowiązek wobec ojczyzny” (Irving zastanawiał się wtedy, co właściwie miało to znaczyć, skoro ci Anglicy większość czasu spędzali na zamarzniętym morzu tysiące mil od domu), wreszcie poinformował ich, że zostali przyjęci.

Panna Abigail Elisabeth Lindstrom Hyde-Berrie była oczywiście zrozpaczona i zszokowana, że ich narzeczeństwo przeciągnie się na długie tygodnie, a może nawet lata, Irving pocieszał ją jednak, twierdząc, że pieniądze zarobione dzięki tej służbie będą im absolutnie niezbędne. Zapewniał ją także, że książka, którą napisze po powrocie z wyprawy, zapewni mu sławę i poważanie na całym świecie. Argumenty te przemawiały do rodziny panny Abigail, nawet jeśli ona sama nie czuła się przekonana. Później, kiedy zostali już sami, Irving przegnał jej łzy i gniew za pomocą uścisków, pocałunków i wprawnych pieszczot. Pocieszenie przybrało na koniec bardzo interesującą formę – Irving wiedział, że teraz może być już ojcem. Nie czuł jednak smutku, kiedy kilka tygodni później machał na pożegnanie pannie Abigail, podczas gdy Terror odsuwał się powoli od nabrzeża, ciągnięty przez dwa holowniki. Nieszczęśliwa młoda dama stała w dokach Greenhite, ubrana w jedwabną zielono-różową sukienkę, z różową parasolką w dłoni, i machała mu na pożegnanie starannie dobraną chusteczką z różowego jedwabiu, wycierając jednocześnie nos znacznie tańszą, bawełnianą chustką.

Wiedział, że sir John jest całkiem pewien, iż jeszcze tego samego roku, po przepłynięciu Przejścia Północno-Zachodniego, zatrzymają się w Chinach, a potem w Rosji, planował więc zaciągnąć się na jakiś okręt Królewskiej Marynarki Wojennej pływający po tamtych wodach, a być może nawet zrezygnować z kariery w marynarce, napisać książkę przygodową i zająć się interesami swego wuja w Szanghaju.

W ładowni było jeszcze ciemniej i zimniej niż na najniższym pokładzie.

Irving nienawidził tego miejsca. Przypominało mu – w jeszcze większym stopniu niż jego zimna kajuta lub mroczny dolny pokład – grób. Schodził tutaj tylko wtedy, gdy musiał, zwykle by nadzorować składanie owiniętych płótnem zwłok – lub części zwłok – w zamykanej na klucz Kajucie Zmarłych. Przy każdej takiej okazji zastanawiał się, czy wkrótce ktoś nie będzie tam składał jego ciała. Podniósł lampkę i ruszył w stronę rufy.

Na pierwszy rzut oka kotłownia wydawała się pusta, po chwili jednak Irving dostrzegł ciało leżące na koi przy grodzi po prawej burcie. Nie paliła się tu żadna lampka, a w bladym czerwonym blasku wydobywającym się zza zamkniętych drzwiczek jednego z czterech kotłów ciało spoczywające na koi wydawało się martwe. Otwarte, nieruchome oczy mężczyzny wpatrywały się tępo w sufit. Wejście Irvinga nie sprowokowało go do żadnej reakcji.

– Co pana tu sprowadza, poruczniku? – spytał James Thompson. Mechanik nadal nie odwrócił głowy ani nawet nie mrugnął. Kilka tygodni wcześniej przestał się golić, a jego szczupłą, bladą twarz pokrywał nierówny zarost. Miał głęboko zapadnięte oczy. Jego zmierzwione włosy posklejane były potem i sadzą. Przy niemal całkowicie wygaszonym ogniu w kotłowni było zimno, lecz Thompson miał na sobie tylko spodnie z szelkami i podkoszulek.

– Szukam Ciszy – powiedział Irving. Mężczyzna na koi nadal wpatrywał się w sufit.

– Lady Ciszy – wyjaśnił młody oficer.

– Eskimoskiej wiedźmy – dopowiedział mechanik.

Irving odchrząknął. W powietrzu unosiło się tyle pyłu węglowego, że trudno było oddychać.

– Widział pan ją, panie Thompson? A może słyszał pan coś niezwykłego?

Thompson, który nadal nie obrócił głowy ani nie mrugnął, roześmiał się cicho w odpowiedzi. Był to dziwny, niepokojący dźwięk – przypominał grzechot drobnych kamieni zamkniętych w słoju – który zakończył się głuchym kaszlem.

– Proszę posłuchać – powiedział mechanik.

Irving przekrzywił głowę. Słyszał te same dźwięki, które towarzyszyły mu od miesięcy, choć tutaj, w ładowni, wydawały się głośniejsze; jęki lodu napierającego na statek, jeszcze głośniejsze jęki żelaznych zbiorników i wzmocnień z przodu i z tyłu kotłowni, odległe wycie wiatru, huk spadającego lodu i śniegu, który wprawiał w drżenie poszycie statku, odgłosy drapania i nieustanne posykiwania, piski i sapanie dochodzące z kotła i okalających go rur.

– Na tym statku jest ktoś jeszcze… albo coś jeszcze. Słyszę jego oddech – przemówił po chwili Thompson. – Słyszy pan to?

Irving wytężył słuch, nie dosłyszał jednak niczego; mógł tylko stwierdzić, że to kocioł wydaje z siebie dźwięki przypominające ciężki oddech wielkiego zmęczonego zwierzęcia.

– Gdzie są Smith i Johnson? – spytał oficer, wymieniając nazwiska dwóch palaczy, którzy mieli tu pracować z Thompsonem przez całą dobę.

Mechanik wzruszył ramionami.

– Teraz wsypujemy tak mało węgla, że potrzebuję ich tylko na kilka godzin w ciągu dnia. Większość czasu spędzam, przeciskając się między tymi rurami i zaworami, poruczniku. Łatam. Zaklejam. Wymieniam. Staram się, żeby to… coś… działało jak należy, żeby pompowało ciepłą wodę przez dolny pokład tych kilka godzin dziennie. Za dwa, góra trzy miesiące i tak nie będzie to miało znaczenia. Już teraz nie mamy dość węgla, żeby uruchomić silniki. Niedługo zabraknie nam nawet węgla do ogrzewania.

Irving słyszał o tych prognozach w mesie oficerskiej, jednak nie interesował się nimi specjalnie. Trzy miesiące wydawały mu się teraz całą wiecznością. W tej chwili musiał upewnić się, że Ciszy nie ma na pokładzie, i zameldować o tym komandorowi. Potem musiał spróbować odszukać ją gdzie indziej. Następnie musi przeżyć kolejne trzy miesiące. Brakiem węgla będzie się martwił później.

– Słyszał pan te plotki, poruczniku? – spytał mechanik, nadal nie wykonując najmniejszego choćby ruchu.

– Nie, panie Thompson, jakie plotki?

– Że to… coś z lodu, ta zjawa, ten diabeł… wchodzi na statek, kiedy tylko zechce, i przechadza się nocą po ładowni – odparł Thompson.

– Nie. – Irving pokręcił głową. – Nie słyszałem o tym.

– Jeśli zostanie pan tu sam na dłużej, przynajmniej na kilka wacht, wszystko pan usłyszy i zobaczy – powiedział mechanik.

– Dobranoc, panie Thompson.

Irving podniósł lampkę i wrócił do zejściówki, kierując się w stronę dziobu.

Na tym pokładzie zostało mu już niewiele miejsc do sprawdzenia, nie zamierzał więc przebywać tu dłużej, niż było to naprawdę konieczne. Kajuta Zmarłych była zamknięta; porucznik nie poprosił wcześniej komandora o klucz, a upewniwszy się, że zamek jest nietknięty, przeszedł dalej. Nie chciał widzieć, co wydaje odgłosy mlaskania i skrobania dochodzące go zza grubych dębowych drzwi.

Wielkie żelazne zbiorniki na wodę ustawione wzdłuż burty statku z pewnością nie nadawały się na kryjówkę, Irving przeszedł więc do ładowni z opałem. Worki z węglem, które niegdyś wypełniały te pomieszczenia od podłogi do sufitu, zajmowały teraz tylko niewielką przestrzeń pod ścianami, ułożone jeden obok drugiego niczym zapora z worków z piaskiem. Nie wyobrażał sobie, by lady Cisza ukryła się w jednej z tych mrocznych, śmierdzących nor – podłoga pokryta była warstwą ścieków, wszędzie roiło się też od szczurów – musiał jednak sprawdzić.

Przeszukawszy wszystkie schowki i magazynki na śródokręciu, porucznik Irving przeszedł do skrzynek i beczek z zapasami złożonych w skrajniku dziobowym, dokładnie pod wielkim piecem pana Diggle’a umocowanym dwa pokłady wyżej. Różnego rodzaju pojemniki i worki zawieszone pod grubymi belkami upodabniały to miejsce do labiryntu i zmuszały porucznika, by szedł zgięty niemal wpół, choć i tak było tu znacznie mniej skrzynek, beczek, stert i worków niż przed trzydziestoma miesiącami.

Ale więcej szczurów. Znacznie więcej.

Sprawdzając wszystkie duże skrzynki i beczki, upewniając się, że są zamknięte lub puste, Irving wyszedł właśnie zza wąskich schodów prowadzących na najniższy pokład, gdy do jego uszu dotarło przytłumione sapanie i postękiwanie, a tuż za kręgiem światła rzucanego przez lampę poruszyło się coś białego. Było duże i z pewnością nie było kobietą.

Irving nie miał broni. Przez moment zastanawiał się, czy powinien rzucić lampę i uciec. Oczywiście nie zrobił tego. Uczynił krok do przodu i przemawiając z mocą i stanowczością, o jaką nawet siebie nie podejrzewał, rzucił:

– Kto tam? Nazwisko!

Potem ich zobaczył. Magnus Manson, największy i najgłupszy uczestnik ekspedycji, wkładał właśnie spodnie, zmagając się nerwowo z guzikami. Kilka stóp dalej stał Cornelius Hickey, mający ledwie pięć stóp wzrostu mat uszczelniacz o paciorkowatych oczach i lisiej twarzy. Hickey naciągał szelki na ramiona.

Irvingowi opadła szczęka. Dopiero po kilku sekundach pojął, czego był świadkiem – pederaści. Oczywiście słyszał o takich praktykach, żartował z nich ze swymi matami, widział niegdyś, jak chłostano chorążego z Excellenta, który przyznał się do takich czynów, nigdy jednak nie sądził, że trafi na okręt, gdzie… że będzie służył z ludźmi, którzy…

Manson zrobił krok w jego stronę. Był tak wielki, że gdy chodził pod pokładem, musiał się zawsze garbić, co z przyzwyczajenia robił potem także na otwartym powietrzu. Teraz zbliżał się do niego powoli niczym kat do swej ofiary.

– Magnus – syknął Hickey. – Nie.

Irving otworzył usta jeszcze szerzej. Czyżby ci… pederaści… mu grozili? Karą zalecaną w Królewskiej Marynarce Wojennej za pederastie była śmierć przez powieszenie, a dwieście batów, które wymierzano, przeganiając winowajcę wokół floty – dosłownie od statku do statku w porcie – uważano za wyraz wielkiej pobłażliwości.

– Jak śmiesz? – przemówił wreszcie Irving, choć sam nie wiedział, czyjego słowa odnoszą się do zachowania Mansona, czy też do aktu, którego przed chwilą się dopuścił.

– Poruczniku – odezwał się Hickey, wyrzucając z siebie sylaby z akcentem typowym dla marynarzy z Liverpoolu – pan pozwoli, że wszystko wyjaśnię. Pan Diggle przysłał nas tutaj po mąkę. Jakiś cholerny szczur wbiegł Mansonowi pod nogawkę, więc chłopak próbował go wyrzucić. Te szczury to prawdziwe utrapienie.

Irving wiedział, że w tej chwili pan Diggle nie piecze jeszcze sucharów i że na wyższym pokładzie jest jeszcze mnóstwo mąki. Hickey nawet nie starał się wymyślić jakiegoś wiarygodnego kłamstwa. Jego paciorkowate, chytre oczy przywodziły Irvingowi na myśl szczury biegające wokół nich w ciemności.

– Bylibyśmy wdzięczni, gdyby pan o tym nikomu nie mówił – kontynuował Hickey. – Wszyscy śmialiby się z Magnusa, że boi się zwykłego szczura.

Słowa te były wyzwaniem i wyrazem nieposłuszeństwa. Niemal rozkazem. Hickey patrzył bezczelnie prosto w oczy Irvinga, podczas gdy Magnus stał nieruchomo, z zaciśniętymi pięściami, wielki, głupi osiłek, czekający na następny rozkaz swego małego kochanka.

Milczenie przeciągało się w nieskończoność. Lód jęczał za burtami statku, skrzypiały deski. Szczury biegały po podłodze.

– Wynoście się stąd – powiedział wreszcie Irving. – Już.

– Tak jest, sir. Dziękujemy, sir – odparł Hickey. Odsłonił małą lampkę, która stała na pokładzie za jego plecami. – Chodź, Magnus.

Obaj mężczyźni wspięli się na wąskie schody i zniknęli w ciemnościach najniższego pokładu.

Irving stał w bezruchu przez kilka dobrych minut, nasłuchując, lecz nie słysząc odgłosów napływających doń z głębi okrętu.

Gdyby zameldował o tym komandorowi Crozierowi, doszłoby do procesu. Manson, dyżurny głupek wyprawy, cieszył się sympatią swych towarzyszy, choć nieraz wyśmiewali się z jego zabobonnego lęku przed duchami i goblinami. Magnus wykonywał pracę, którą inaczej musiałoby się zajmować trzech marynarzy. Hickey, choć niespecjalnie lubiany przez innych podoficerów i oficerów, szanowany był przez większość marynarzy, zawsze potrafił bowiem zdobyć dla swych przyjaciół dodatkową porcję tytoniu lub rumu.

John Irving przypuszczał, że Crozier nie powiesiłby żadnego z nich, jednak od kilku tygodni miał paskudny nastrój, z pewnością więc kara byłaby surowa. Wszyscy na okręcie wiedzieli, że przed kilkoma tygodniami komandor zagroził Mansonowi zamknięciem w Kajucie Zmarłych, wraz z trupem jego byłego kamrata, Walkera, gdyby wielki idiota ponownie odmówił noszenia węgla do ładowni. Zapewne nikt by się nie zdziwił, gdyby komandor wykonał teraz ten wyrok.

Z drugiej strony, rozmyślał młody oficer, cóż właściwie widział? Co mógłby powiedzieć, z ręką na Biblii, gdyby przyszło mu świadczyć przed sądem? Nie widział żadnego nienaturalnego aktu. Nie przyłapał dwóch pederastów na kopulacji… ani w żadnej nienaturalnej pozycji. Słyszał posapywanie i stękanie, jakiś przytłumiony szept, i widział, jak obaj mężczyźni naciągają spodnie i wkładają do nich koszule.

W normalnych okolicznościach wystarczyłoby to do powieszenia ich obu. Lecz tutaj, na lodzie, gdzie w ciągu najbliższych miesięcy, a może i lat nie mogli spodziewać się żadnego ratunku…

Po raz pierwszy od wielu lat John Irving miał ochotę usiąść i zapłakać. Jego życie skomplikowało się właśnie do niewyobrażalnego stopnia. Gdyby doniósł na tych dwóch pederastów, żaden z jego towarzyszy – oficerów, przyjaciół, podwładnych – nigdy już nie spojrzałby na niego w ten sam sposób.

Jeśli nie zamelduje, narazi się na nieustające akty bezczelności ze strony Hickeya. Wyczuwszy jego słabość, mat uszczelniacz być może zechce szantażować go przez długie tygodnie i miesiące wspólnej podróży. Irving wiedział też, że już nigdy nie spałby spokojnie ani nie czułby się bezpiecznie na wachcie czy też w swojej kajucie – na tyle, na ile można było czuć się bezpiecznie w obecności potwora, który zabijał ich jednego po drugim – czekając bezustannie, aż na jego gardle zamkną się wielkie białe ręce Mansona.

– A niech mnie szlag. – Irving westchnął głośno. Uświadomiwszy sobie, co właśnie powiedział, roześmiał się głośno – jego śmiech, choć słaby i krótkotrwały, zabrzmiał bardziej złowieszczo niż słowa.

Zajrzawszy do wszystkich możliwych kryjówek, prócz kilku beczek i schowka na linę kotwiczną na dziobie, gotów był zaprzestać poszukiwań, nie chciał jednak wychodzić na dolny pokład, dopóki Hickey i Manson nie znikną mu z oczu.

Irving minął puste skrzynki kołyszące się lekko na wodzie – w pobliżu dziobu, położonego niżej niż inne części przechylonego statku, lodowata woda sięgała Irvingowi ponad kostki. Wiedział, że jeśli wkrótce się stąd nie wyniesie, z całą pewnością odmrozi sobie palce u nóg.

Schowek na linę kotwiczną znajdował się na samym dziobie, w miejscu, gdzie burty łączyły się ze sobą. Nie było to pomieszczenie duże ani przytulne – za podwójnymi drzwiami wysokości trzech stóp kryła się komórka wyższa zaledwie o stopę, wypełniona w większości zwojami grubych lin kotwicznych. Na dodatek śmierdziało tu zawsze mułem, nawet wiele miesięcy po tym, jak statek wciągnął kotwicę na pokład.

Irving otworzył skrzypiące drzwi schowka i podniósł lampę do oczu. Jęki i trzaski lodu brzmiały szczególnie głośno w tym miejscu, gdzie dziób i bukszpryt tkwiły wciśnięte w przemieszczający się pak.

Lady Cisza poderwała głowę, a blask lampy odbił się w jej oczach niczym w ślepiach kota.

Była zupełnie naga – jedna warstwa biało-brązowych futer leżała na podłodze, niczym dywan, druga zaś okrywała tylko jej ramiona i plecy.

Podłoga schowka znajdowała się co najmniej o stopę wyżej niż zalany wodą pokład. Lady Cisza odsunęła liny kotwiczne na bok, urządzając sobie coś na kształt niewielkiej, wyłożonej futrami jaskini. W puszce po konserwie, wypełnionej olejem lub foczym tłuszczem, płonął ogień, który zapewniał jej światło i odrobinę ciepła. Eskimoska jadła właśnie kawał czerwonego, surowego, pokrwawionego mięsa. Cięła je na plastry krótkim, lecz bez wątpienia bardzo ostrym nożem i wkładała odkrojone kawałki do ust. Rękojeść noża wykonana była z kości lub rogu i ozdobiona jakimś wzorem. Lady Cisza klęczała, pochylona nad ogniem i mięsem, a jej małe piersi zwieszały się w dół, co przywodziło na myśl wykształconemu Irvingowi posąg wilczycy karmiącej Romulusa i Remusa.

– Najmocniej panią przepraszam – powiedział Irving. Dotknął czapki i zamknął drzwiczki.

Cofnąwszy się o krok w zimnej brei i wystraszywszy kilka szczurów, młody oficer po raz drugi w ciągu kilku minut starał się otrząsnąć z szoku i zacząć trzeźwo myśleć.

Komandor musiał się dowiedzieć o kryjówce Ciszy. Wymagały tego choćby względy bezpieczeństwa – otwarty ogień stanowił ogromne zagrożenie dla drewnianego statku.

Skąd jednak wzięła nóż? Wyglądał raczej jak dzieło Eskimosów, a nie narzędzia, które przewozili na statku. Przeszukali ją przecież dokładnie przed sześcioma miesiącami. Czy mogła wtedy coś przed nimi ukryć?

Co jeszcze mogła ukrywać?

I to świeże mięso.

Irving był pewien, że na statku nie ma świeżego mięsa. Czyżby wychodziła na polowanie? W ciemności i śniegu? I na cóż mogła polować?

Jedynymi zwierzętami, które żyły na lodzie lub pod lodem w pobliżu Terroru i Erebusa, były białe niedźwiedzie i nieuchwytne monstrum.

Nagle przyszła mu do głowy straszliwa myśl. Przez sekundę miał ochotę wrócić do Kajuty Zmarłych i jeszcze raz sprawdzić zamek.

Potem naszła go myśl jeszcze straszniejsza.

Znaleźli tylko połówki ciał Williama Stronga i Thomasa Evansa.

Porucznik John Irving ruszył w stronę rufy, ślizgając się na lodzie ukrytym pod warstwą zimnej wody, odszukał w ciemnościach schody i wspiął się pospiesznie na dolny pokład.

18

GOODSIR

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. 20 listopada 1847.

Z prywatnego dziennika doktora Harry’ego D.S. Goodsira:

Sobota, 20 listopada 1847

Nie mamy dość jedzenia, by przetrwać kolejną zimę i lato na lodzie.

Powinniśmy mieć. Sir John zaopatrzył okręty w prowiant na trzy lata przy pełnych racjach dla całej załogi, pięć lat przy zredukowanych racjach i na siedem lat przy bardzo skromnych, lecz wciąż wystarczających racjach. Według obliczeń sir Johna – i komandorów jego statków, Croziera iFitzjamesa – zapasy zgromadzone na HMS Erebus i Terror powinny wystarczyć co najmniej do 1852 roku.

Tymczasem okazało się, że zapasy wyczerpią się już najbliższej wiosny. A jeśli wszyscy pomrzemy z tego powodu, to będzie można śmiało powiedzieć, że zostaliśmy zamordowani.

Doktor McDonald z Terroru już od jakiegoś czasu miał pewne podejrzenia względem zapasów konserw i podzielił się nimi ze mną po śmierci sir Johna. Problem zepsutych konserw pojawił się już wcześniej, podczas naszej pierwszej wyprawy na Ziemię Królu Williama zeszłego lata. W październiku poprosiliśmy komandora Croziera i komandora Fitzjamesa, by pozwolili nam przeprowadzić pełną inwentaryzację zapasów. Potem cała nasza czwórka – oczywiście przydzielono nam do pomocy kilku marynarzy, którzy przestawiali ciężkie skrzynie i beczki na obu dolnych pokładach oraz otwierali wybrane losowo puszki – przeprowadziła inwentaryzację dwukrotnie, by nie popełnić błędu.

Ponad połowa konserw na obu statkach do niczego się nie nadaje.

Trzy tygodnie temu powiedzieliśmy o tym obu komandorom na zamkniętym spotkaniu w byłej kajucie sir Johna. Fitzjames, który nominalnie nadal ma stopień komandora porucznika, traktowany jest przez Croziera, nowego dowódcę ekspedycji, jak prawdziwy komandor, inni więc także traktują go w ten sposób. W spotkaniu uczestniczyła nasza czwórka, Crozier i Fitzjames.

Komandor Crozier – muszę pamiętać, że to jednak Irlandczyk – wpadł w furię, jakiej jeszcze nigdy nie widziałem. Zażądał natychmiastowych i pełnych wyjaśnień, jakbyśmy to my, lekarze, byli odpowiedzialni za prowiant podczas tej ekspedycji. Fitzjames z kolei zawsze żywił jakieś podejrzenia w stosunku do konserw i dostawcy, który nas w nie zaopatrzył – jako jedyny członek wyprawy i Admiralicji wyrażał wcześniej głośno swoje zastrzeżenia

– Crozier nie mógł jednak uwierzyć, że ktoś mógłby dopuścić się takiego oszustwa względem okrętów Królewskiej Marynarki Wojennej.

John Peddie, główny lekarz okrętowy z Terroru, spędził na morzu więcej czasu niż którykolwiek z naszej lekarskiej czwórki, służył jednak głównie na pokładzie HMS Mary – wraz z bosmanem Croziera, Johnem Lane ‘em – i to na Morzu Śródziemnym, gdzie konserwy stanowiły tylko drobną część zapasów zgromadzonych na okręcie. Mój bezpośredni przełożony, główny lekarz okrętowy Erebusa, Stephen Stanley, także nie miał doświadczenia z tak dużymi ilościami puszkowanego prowiantu. Szczególnie wyczulony na zagrożenie szkorbutem i przekonany o konieczności stosowania zróżnicowanej diety, doktor Stanley był zszokowany, gdy nasza inwentaryzacja wykazała, iż co najmniej połowa konserw z warzywami, mięsem i zupami, które zostały jeszcze na naszych statkach, może być zepsutą i niejadalna.

Tylko doktor McDonald, który pracował z panem Helpmanem – klarkiem komandora Croziera – podczas aprowizacji, miał swoją teorię na ten temat.

Jak już wspomniałem kilka miesięcy temu w tym dzienniku, oprócz dziesięciu tysięcy skrzynek zgotowanym, konserwowanym mięsem mamy na Erebusie konserwy z pieczoną baraniną, cielęciną, z różnymi warzywami, takimi jak ziemniaki, marchewka i pasternak, z różnego rodzaju zupami oraz dziewięć tysięcy czterysta pięćdziesiąt funtów czekolady.

Alex McDonald współpracował jako przedstawiciel medyczny naszej ekspedycji z głónym inspektorem Deptford Victualling Yard oraz z niejakim Stephanem Goldnerem, dostawcą puszkowanej żywności dla naszej wyprawy. McDonald przypomniał komandorowi Crozierowi, że do przetargu na zaopatrzenie ekspedycji sir Johna w konserwy stanęło czterech przedsiębiorców – firmy Hogarth, Gamble, Cooper amp;Aves oraz firma wspomnianego powyżej pana Goldnera. Doktor McDonald przypomniał również komandorowi, że oferta Goldnera była o połowę tańsza od ofert pozostałych trzech (znacznie lepiej znanych) dostawców. W dodatku, podczas gdy pozostali przedsiębiorcy zobowiązywali się dostarczyć prowiant w ciągu miesiąca lub trzech tygodni, Goldner zapewniał natychmiastową dostawę (nie pobierając przy tym dodatkowych opłat za przepakowanie konserw do skrzynek i transport). Oczywiście taka natychmiastowa dostawa była niemożliwa, a Goldner straciłby fortunę, gdyby jego żywność miała taką jakość i była przygotowana w taki sposób, jakie opisał w ofercie, jednak nikt prócz komandora Fitzjamesa nie zwrócił wówczas na to uwagi.

Admiralicja oraz trzech członków Służby Badawczej – wszyscy zaangażowani w proces decyzyjny, prócz doświadczonego kontrolera Deptford Victualling Yard – natychmiast zarekomendowali przyjęcie oferty Goldnera, wartej trzy tysiące osiemset funtów (prawdziwy majątek dla każdego Anglika, nie mówiąc już o cudzoziemcach – a jak wyjaśnił doktor McDonald, Goldner był w rzeczywistości cudzoziemcem. Jego jedyna fabryka konserw mieściła się w Mołdawii). Goldner miał zrealizować jedno z największych zamówień w historii Admiralicji – dziewięć tysięcy pięaet puszek mięsa i warzyw o ciężarze od jednego do ośmiu funtów oraz dwadzieścia tysięcy puszek z zupą.

McDonald przyniósł na spotkanie ulotkę reklamową Goldnera – Fitzjames rozpoznał ją od razu – a jej treść przyprawiła mnie niemal o zawroty głowy; siedem rodzajów baraniny, czternaście dań z cielęciny, trzynaście odmian jagnięciny. Na liście znajdowało się także mięso z zająca, pardwa górska, królik (w sosie cebulowym lub curry), bażant oraz pół tuzina innych rodzajów dziczyzny. Gdyby Służba Badawcza zechciała zakupić owoce morza, Goldner oferował puszkowane homary, dorsze, żółwie z Indii Zachodnich, steki z łososia ipiklingiz Yarmouth. Ulotka Goldnera wymieniała także bardziej wytworne dania, takie jak bażant z truflami, języki wołowe w pikantnym sosie i wołowina po flamandzku.

– W rzeczywistości – mówił doktor McDonald – dostajemy zazwyczaj soloną koninę w zaprzęgu z beczką.

Byłem już na morzu dość długo, by poznać znaczenie tego wyrażenia – marynarze nazywali tak koninę, którą dostarczano im zamiast obiecanej wołowiny. Oczywiście, tak czy inaczej jedli ją bez słowa protestu.

– Ale Goldner oszukał nas znacznie gorzej – mówił McDonald przed obliczem sinego z wściekłości komandora Croziera i kiwającego gniewnie głową komandora Fitzjamesa. – Wsadził tanie mięso do puszek z etykietami, które na jego ulotce miały znacznie wyższą cenę – na przykład zwykły gulasz wołowy do puszki z napisem „Rumsztyk wołowy”. Zwykły gulasz kosztował dziewięć pensów, a rumsztyk już czternaście.

– Na miłość boską, człowieku – wybuchnął Crozier. – Robi to każdy dostawca współpracujący z Admiralicją. Oszukiwanie marynarki to proceder stary jak świat. To nie tłumaczy, dlaczego nagle zostaliśmy niemal bez zapasów.

– Nie, komandorze – kontynuował spokojnie McDonald. – W tym wypadku chodzi o gotowanie i lutowanie.

– Co takiego? – żachnął się Irlandczyk, z wielkim trudem utrzymując nerwy na wodzy. Twarz Croziera była purpurowo-biała.

– Gotowanie i lutowanie – powtórzył Alex. – Pan Goldner chwalił się, że stosuje opatentowany proces gotowania, podczas którego dodaje dużą dawkę azotanu sodu i chlorku wapnia do ogromnych kadzi z wrzącą wodą, by w ten sposób podnieść temperaturę… głównie jednak, by przyspieszyć produkcję.

– Icow tym złego? – wypytywał Crozier. – Dostawy konserw i tak były spóźnione. Coś trzeba było zrobić, żeby Goldner zdążył przed wypłynięciem statków. Ten jego patentowany proces przyspieszył całą sprawę.

– Tak jest, komandorze – zgodził się z nim doktor McDonald. – Ale wygląda na to, że przyspieszył za bardzo. Wielu lekarzy, łącznie ze mną, uważa, że dzięki odpowiednio długiemu gotowaniu można się pozbyć z jedzenia trujących substancji, które mogą wywoływać choroby – ja jednak osobiście przyglądałem się procesowi Goldnera i mogę stwierdzić, że po prostu nie gotował mięsa, warzyw i zup wystarczająco długo.

– Dlaczego nie zameldował pan o tym członkom komisji Służby Badawczej? – warknął Crozier.

– Zrobił to – odrzekł ze znużeniem komandor Fitzjames. – Ja zresztą też. Ale jedynym człowiekiem, który nas słuchał, był kontroler z Deptford Victualling Yard, a on nie miał prawa głosu na ostatecznym zebraniu komisji.

– Chcecie więc powiedzieć, że ponad połowa naszego prowiantu zepsuła się w ciągu ostatnich trzech lat z powodu złego procesu gotowania? – Twarz Croziera nadal pokryta była mozaiką białych i szkarłatnych plam.

– Tak – potwierdził Alex McDonald. – Ale równie istotne, naszym zdaniem, było lutowanie.

– Lutowanie puszek? – spytał Fitzjames. Najwyraźniej jego zastrzeżenia wobec Goldnera nie obejmowały tego szczegółu technicznego.

– Tak jest, komandorze – odpowiedział mu pomocnik lekarza z Terroru. – Przechowywanie jedzenia w puszkach to nowy wynalazek, jeden ze zdumiewających cudów naszego wieku techniki – zdążyliśmy się już jednak nauczyć, że właściwe lutowanie kołnierza na łączeniu blachy, z której zrobiona jest puszka, ma ogromne znaczenie dla trwałości jedzenia zamkniętego w tejże.

– A ludzie Goldnera nie zalutowali tych puszek właściwie? – spytał Crozier ghsem przypominającym warczenie jakiegoś dzikiego zwierzęcia.

– Owszem, w blisko sześćdziesięciu procentach konserw, które sprawdziliśmy. – McDonald skinął głową. – W wyniku tego niedbalstwa łączenia na puszkach były nieszczelne, a to z kolei przyspieszyło rozkład zamkniętych w środku wiktuałów: wołowiny, cielęciny, warzyw, zup i tak dalej.

– Jak? – spytał komandor Crozier, kręcąc głową niczym człowiek oszołomiony potężnym ciosem. – Wpłynęliśmy na wody polarne wkrótce po opuszczeniu Anglii. Wydawało mi się, że jest tu wystarczająco zimno, żeby zakonserwować wszystko do dnia Sądu Ostatecznego.

– Najwyraźniej stało się inaczej – odparł McDonald. – Wiele z pozostałych dwudziestu dziewięciu tysięcy puszek Goldnera pękło. Wiele innych już nabrzmiało od nadmiaru gazów gnilnych. Być może jeszcze w Anglii dostały się do puszek jakieś szkodliwe gazy. Być może jakieś mikroskopijne animalkulaty, nieznane jeszcze naszej medycynie i nauce, zagnieździły się w puszkach podczas transportu albo nawet jeszcze w fabryce Goldnera.

Crozier zmarszczył brwi.

– Animalkulaty?Rozmawiajmy o rzeczywistości, a nie o bajkach, panie McDonald.

Pomocnik lekarza wzruszył tylko ramionami.

– Być może dla pana to bajka, komandorze, ale w odróżnieniu ode mnie nie spędził pan setek godzin, wpatrując się w okular mikroskopu. Mamy jeszcze bardzo małą wiedzę na temat tych animalkulatów, ale zapewniam pana, że gdyby zobaczył pan, ile ich mieści się w jednej kropli słodkiej wody, od razu by pan otrzeźwiał.

Crozier, który do tej pory już się nieco uspokoił, znów poczerwieniał, słysząc uwagę odnoszącą się do jego nazbyt częstych przygód z alkoholem.

– W porządku. Spora część zapasów się popsuła – rzekł szorstko. – Co możemy zrobić, żeby uratować pozostałe konserwy?

Odchrząknąłem, by zwrócić na siebie uwagę Croziera.

– Jak pan wie, komandorze, latem marynarze mieli dostawać codziennie funt i ćwierć solonego mięsa, a tylko pint groszku i trzy ćwierci funta kaszy jęczmiennej na tydzień. Jednak dostawali też codziennie suchary i chleb. Kiedy nadeszła zima, obcięliśmy racje mąki do pieczenia chleba o dwadzieścia pięć procent, żeby zaoszczędzić na węglu. Gdybyśmy gotowali dłużej jedzenie z pozostałych puszek i wrócili dopieczenia chleba, nie tylko zapobieglibyśmy dalszemu niszczeniu konserw, ale i szkorbutowi.

– Niemożliwe – warknął Crozier. – W tej chwili i tak ledwie wystarczy nam węgla na ogrzanie obu statków do kwietnia. Jeśli pan mi nie wierzy, proszę spytać mechanika Gregory’ego albo mechanika Thompsona z Terroru.

– Wierzę panu, komandorze – odparłem ze smutkiem. – Rozmawiałem z obydwoma mechanikami. Ale jeśli nie będziemy gotować jedzenia z puszek, prawdopodobieństwo zatrucia znacznie wzrośnie. Jedyne, co możemy teraz zrobić, to wyrzucić zepsute konserwy i unikać tych, które wyglądają podejrzanie. To i tak drastycznie zmniejszy nasze zapasy.

– A co z kuchenkami na eter? – spytał Fitzjames, ożywiając się nieco. – Moglibyśmy ich używać do podgrzewania konserw i innych podejrzanych potraw.

Tym razem to McDonald pokręcił głową.

– Sprawdziliśmy to, komandorze. Wraz z doktorem Goodsirem próbowaliśmy podgrzać gulasz wołowy z konserwy na kuchence eterowej. Jedna butelka eteru o pojemności pinta to zbyt mało, by podgrzać jedzenie do odpowiedniej temperatury. Poza tym ludzie podróżujący z saniami – czyli być może my wszyscy, jeśli będziemy musieli opuścić statki – będą potrzebowali tych kuchenek do topienia śniegu i lodu na wodę. Powinniśmy zachować jak największy zapas eteru spirytusowego.

– Uczestniczyłem w wyprawie porucznika Gore’a do Ziemi Króla Williama. Codziennie używaliśmy kuchenek na eter – dodałem cicho. – Marynarze zużywali tylko tyle eteru, ile trzeba było do rozmrożenia zupy, a potem rzucali się na nią jak zwierzęta. Jedzenie było ledwie letnie.

W kajucie zapadła cisza.

– Mówicie, że ponad połowa konserw, która miała nam wystarczyć na kolejny rok lub dwa – gdyby zaszła taka konieczność – uległa zepsuciu – przemówił wreszcie Crozier. – Nie mamy dość węgla, żeby zagotować to jedzenie ponownie, ani na dużych piecach Frazera na Erebusie i Terrorze, ani na mniejszych piecykach z szalup. Nie mamy też dość paliwa, żeby podgrzać je na kuchenkach eterowych. Co więc możemy zrobić?

Wszyscy pozostali uczestnicy narady – czterej lekarze i komandor Fitzjames – milczeli. Jedynym rozwiązaniem było opuszczenie statków i wyprawa w poszukiwaniu jakiegoś bardziej sprzyjającego miejsca, być może jakiegoś lądu na południu, gdzie moglibyśmy upolować jakieś zwierzęta.

Jakby czytając w naszych myślach, Crozier uśmiechnął się – pomyślałem wówczas, że to wyjątkowy, szalony uśmiech prawdziwego Irlandczyka – i oświadczył:

– Problem w tym, panowie, że żaden z naszych marynarzy ani nawet żaden z naszych żołnierzy nie wie, jak złapać i zabić fokę lub morsa – gdyby te zwierzęta kiedykolwiek znów zechciały się nam pokazać – nie ma też doświadczenia w polowaniu na duże zwierzęta, takie jak karibu.

Żaden z nas nie próbował nawet zaprzeczać.

– Dziękuję wam za wasze starania, za trud, który włożyliście w przeprowadzenie inwentaryzacji, i za doskonale przygotowany raport, panie Peddie, panie Goodsir, panie McDonald i panie Stanley. Będziemy oddzielać konserwy, które uznacie za szczelne i bezpieczne, od tych, które nie zostały należycie zalutowane, oraz od tych, które są zepsute lub rozdęte i budzą wasze podejrzenia. Pozostaniemy przy obecnych dwóch trzecich racji do świąt Bożego Narodzenia, później zaś wprowadzę znacznie oszczędniejszy plan racjonowania żywności.

Doktor Stanley i ja włożyliśmy nasze grube zimowe ubrania i wyszliśmy na pokład, by przyglądać się, jak doktor Peddie, doktor McDonald, komandor Crozier i gwardia honorowa czterech marynarzy uzbrojonych w strzelby wyrusza w długą drogę powrotną do Terroru. Kiedy światło ich lamp i pochodni rozpłynęło się w zasnutych śniegiem ciemnościach, Stanley pochylił się ku mnie i przekrzykując wycie wiatru, powiedział:

– Mieliby szczęście, gdyby przegapili kopce i zabłądzili. Albo gdyby jeszcze dziś dopadł ich potwór.

Spojrzałem ze zgrozą na mego towarzysza, zszokowany jego słowami.

– Śmierć głodowa to straszliwa rzecz, Goodsir – kontynuował Stanley.

– Uwierz mi. Widziałem ją w Londynie i na rozbitym statku. Śmierć na skutek szkorbutu jest jeszcze gorsza. Lepiej byłoby dla nas, gdyby jeszcze dzisiaj potwór zabrał nas wszystkich.

To powiedziawszy, zszedł na dół, do rozświetlanej płomykami lamp ciemności niższego pokładu i chłodu równego niemal okropnościom dziewiątego kręgu dantejskich piekieł.

19

CROZIER

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. 5 grudnia 1847.

W trzecim tygodniu listopada, we wtorek, podczas psiej wachty potwór z lodu wszedł na pokład Erebusa i porwał powszechnie lubianego bosmana Thomasa Terry’ego, zostawiając tylko jego głowę na relingu. Na rufie, gdzie bosman Terry pełnił straż, nie znaleziono żadnych śladów krwi, co oznaczało, że potwór najprawdopodobniej zabrał Terry’ego z okrętu, odszedł z nim kilkaset jardów dalej, gdzie w ciemnościach wznosił się las lodowych iglic i seraków, tam go zabił i rozczłonkował – być może zjadł, choć marynarze coraz mocniej wątpili w to, że biały potwór zabijał ich towarzyszy i oficerów z głodu – a potem odniósł głowę pana Terry’ego na rufę, nim strażnicy z prawej i lewej burty zauważyli nieobecność.

Ludzie, którzy znaleźli głowę Terry’ego pod koniec swojej wachty, przez cały tydzień opowiadali innym, jak wyglądało oblicze tego nieszczęśnika – usta otwarte szeroko, jakby zastygłe w krzyku przerażenia, wargi odciągnięte do tyłu, wybałuszone oczy. Na jego głowie i twarzy nie widniały żadne ślady pazurów lub zębów – z urwanej szyi wystawała tylko okrwawiona rurka przełyku, przypominająca szczurzy ogon, widać też było biały kikut kręgosłupa.

Nagle ponad stu pozostałych przy życiu marynarzy zaczęło szukać pociechy w religii. Większość ludzi z Erebusa przez dwa lata narzekała po kryjomu na ciągnące się godzinami msze święte sir Johna Franklina, lecz teraz nawet ci z nich, którzy Biblię widzieli tylko na ołtarzu i to z bardzo daleka, odczuwali potrzebę wsparcia duchowego. Gdy rozeszła się wieść o okrutnej śmierci Thomasa Terry’ego – komandor Fitzjames osobiście złożył owiniętą w płótno paczkę w Kajucie Zmarłych Erebusa – marynarze zaczęli się dopraszać o coniedzielną mszę dla załóg obu statków. Z taką właśnie prośbą przyszedł do Croziera w pewien piątkowy wieczór Cornelius Hickey. Hickey pracował wcześniej przy naprawie kopców lodowych znaczących drogę między dwoma statkami i rozmawiał z załogą Erebusa.

– To jednomyślna decyzja, komandorze – mówił mat uszczelniacz, stojąc w drzwiach maleńkiej kajuty Croziera. – Wszyscy marynarze chcieliby uczestniczyć w połączonej mszy świętej. Z obu okrętów, komandorze.

– Mówi pan w imieniu wszystkich marynarzy z obu okrętów? – upewnił się Crozier.

– Tak jest, sir, zgadza się – odparł Hickey, odsłaniając w uśmiechu cztery spośród sześciu zębów, które zostały mu do tej pory. Drobny uszczelniacz był bardzo pewny siebie.

– Wątpię – mruknął Crozier. – Ale porozmawiam z komandorem Fitzjamesem i powiem wam, co postanowiliśmy w tej kwestii. Bez względu na to, jaka to będzie decyzja, wy przekażecie ją wszystkim marynarzom. – Crozier właśnie pił, kiedy Hickey zapukał do jego drzwi. Komandor nigdy nie lubił tego nadgorliwca. Każda załoga miała swoich adwokatów – podobnie jak szczury stanowili oni nieodłączny element życia w marynarce wojennej – a Hickey, pomimo braku wykształcenia i fatalnej wymowy od razu wydał się Crozierowi typem adwokata, który podczas trudnej podróży podburza innych do buntu.

– Chcielibyśmy uczestniczyć w takiej mszy świętej, jaką odprawiał sir John – niech Bóg ma go w swej opiece – dlatego, że…

– Może pan odejść, panie Hickey.

***

Crozier pił tego tygodnia wyjątkowo dużo. Melancholia, która zazwyczaj unosiła się nad nim jak opar mgły, teraz opadła nań niczym ciężki koc. Znał Terry’ego i uważał go za świetnego bosmana. Zginął straszliwą śmiercią, ale w Arktyce można było umrzeć na setki straszliwych sposobów, podobnie jak w marynarce wojennej, zarówno w czasie wojny, jak i pokoju. W ciągu swej długiej kariery Crozier wiele razy oglądał śmierć z bliska i choć pan Terry zginął w sposób wyjątkowo osobliwy, a plaga gwałtownych zgonów, która dotknęła ostatnio oba statki, była bardziej przerażająca niż prawdziwa zaraza, powodem głębokiej melancholii Croziera nie były te smutne wypadki, lecz reakcja pozostałych przy życiu członków ekspedycji.

James Fitzjames wyraźnie podupadał na duchu. Prasa zrobiła z niego bohatera, nim jeszcze jego pierwszy statek wypłynął z Liverpoolu – młody Fitzjames wyskoczył wtedy za burtę, by ratować tonącego celnika, choć jak ujął to „Times”, „krępował go płaszcz, kapelusz i kosztowny zegarek”. Kupcy z Liverpoolu, którzy podobnie jak Crozier znali wartość kupionego i opłaconego już celnika, nagrodzili młodego Fitzjamesa grawerowanym srebrnym talerzem. Admiralicja zwróciła uwagę najpierw na srebrny talerz, potem na heroiczny czyn Fitzjamesa – choć sytuacja, w której oficer ratował tonącego człowieka, nie była w marynarce czymś nadzwyczajnym, gdyż tylko nieliczni marynarze umieli pływać – a w końcu na fakt, że Fitzjames był „najprzystojniejszym mężczyzną w marynarce wojennej”, a do tego dobrze wychowanym dżentelmenem.

Reputacji młodego oficera nie zaszkodził oczywiście fakt, że dwukrotnie podjął się dowodzenia oddziałami wojskowymi skierowanymi do walki z beduińskimi rozbójnikami. Crozier przeczytał potem w oficjalnych raportach, że podczas jednego z wypadów Fitzjames złamał nogę, później zaś został przez bandytów wzięty do niewoli. Jednak najprzystojniejszy mężczyzna w marynarce wojennej zdołał uciec, co w oczach prasy i Admiralicji uczyniło zeń jeszcze większego bohatera.

Później nadeszły wojny opiumowe, a w 1841 roku Fitzjames udowodnił, że jest prawdziwym bohaterem, i aż pięciokrotnie otrzymał pochwałę z rąk swego komandora i Admiralicji. Ten młody śmiałek – miał wówczas dwadzieścia dziewięć lat – za pomocą rakiet przepędził Chińczyków ze wzgórz Tsekee i Segoan, ponownie użył rakiet, by przegnać ich z Chapoo, walczył na lądzie podczas bitwy nad rzeką Woosung, a później znów umiejętnie wykorzystał rakiety podczas oblężenia Ching-Kiang-Fo. Ciężko ranny porucznik Fitzjames, spowity bandażami i poruszający się o kulach, był obecny przy kapitulacji Chińczyków i podpisaniu traktatu z Nankingu. Awansowany do stopnia komandora porucznika w wieku zaledwie trzydziestu lat, najprzystojniejszy mężczyzna w marynarce wojennej dostał pod komendę okręt wojenny HMS Clio – wydawało się, że jego przyszłość maluje się w jasnych barwach.

Jednak w 1844 roku skończyły się wojny opiumowe, a Fitzjames został bez statku, na suchym lądzie i z połową swej dotychczasowej pensji – podobny los spotykał wielu dobrze rokujących oficerów Królewskiej Marynarki Wojennej, kiedy nagle zapadł zdradziecki pokój. Francis Crozier wiedział, że podobnie jak oferta dowodzenia wyprawą, złożona sir Franklinowi przez Służbę Badawczą, była dla tego skompromitowanego człowieka darem niebios, tak oferta dowodzenia HMS Erebus stanowiła dla Fitzjamesa szansę, której nie mógł przegapić.

Teraz jednak „najprzystojniejszy mężczyzna w marynarce wojennej” stracił zarówno na urodzie, jak i na humorze. Podczas gdy większość oficerów i marynarzy mimo zmniejszonych o jedną trzecią racji utrzymywała stałą wagę – członkowie Służby Badawczej odżywiali się lepiej niż dziewięćdziesiąt dziewięć procent Anglików żyjących na lądzie – komandor James Fitzjames schudł o trzydzieści funtów. Mundur wisiał na nim luźno jak na strachu na wróble, chłopięce loki zwiotczały i wypadały bezwładną masą spod czapki. Twarz Fitzjamesa, zawsze nieco pucołowata, teraz była blada i wymizerowana, różowe niegdyś policzki zapadły się i straciły kolory.

Zachowanie komandora w stosunku do podwładnych, które zawsze było mieszanką dobrego humoru i stanowczości, nie zmieniło się widocznie; kiedy jednak Fitzjames zostawał sam na sam z Crozierem, mówił mniej, uśmiechał się rzadziej i zbyt często wydawał się roztargniony i przybity. Dla Croziera, melancholika z natury, objawy były aż nazbyt oczywiste. Czasami czuł się tak, jakby patrzył w lustro, tyle że widział w nim oblicze prawdziwego angielskiego dżentelmena, a nie irlandzkiego zera.

W piątek trzeciego grudnia Crozier załadował strzelbę i wybrał się na samotny spacer w zimną ciemność dzielącą Terror od Erebusa, Uznał, że jeśli potwór z lodu zechce go dopaść, dodatkowa eskorta z pewnością nie uchroni go przed śmiercią, tak jak nie uchroniła sir Johna.

Crozier dotarł na Erebusabez przeszkód. Przedyskutował z Fitzjamesem kilka bieżących problemów – morale marynarzy, prośbę o mszę świętą, brak zapasów i potrzebę zmniejszenia racji żywnościowych po Bożym Narodzeniu – i obaj uznali, że odprawienie w przyszłą niedzielę mszy świętej dla marynarzy z obu statków może okazać się niezłym pomysłem. Ponieważ nie było wśród nich żadnego kapelana ani samozwańczego pastora – sir John pełnił obie te funkcje aż do zeszłego czerwca – komandorzy postanowili, że obaj wygłoszą kazania. Crozier nienawidził tego bardziej niż wizyt u dentysty, wiedział jednak, że musi się poświęcić.

Nastroje panujące wśród marynarzy pogarszały się z dnia na dzień. Porucznik Edward Little, członek kadry dowódczej Croziera, donosił, że załoganci z Terroru zaczęli sporządzać naszyjniki i inne fetysze z pazurów i kłów białych niedźwiedzi, które zabili latem. Kilka tygodni wcześniej porucznik Irving zameldował Crozierowi, że lady Cisza urządziła sobie kryjówkę w dziobowym schowku na linę kotwiczną, a jakiś czas później ludzie zaczęli zostawiać w ładowni swoje porcje rumu i żywności, jakby składali ofiarę eskimoskiej wiedźmie lub świętej w nadziei na wstawiennictwo.

– Myślałem o pańskim balu – oświadczył nieoczekiwanie Fitzjames, kiedy Crozier zaczął się już zbierać do wyjścia.

– O moim balu?

– Wielkim Karnawale Weneckim zorganizowanym przez Hoppnera, kiedy utknęliście w lodzie z Parrym – kontynuował Fitzjames. – Kiedy przebrał się pan za czarnego lokaja.

– I co z tym balem? – spytał Crozier, owijając szalem szyję i twarz.

– Sir John miał trzy wielkie skrzynie z maskami i kostiumami – odparł Fitzjames. – Znalazłem je w jego prywatnym magazynie.

– Naprawdę? – Crozier był zaskoczony. Nigdy nie przypuszczał, że ten starzejący się gaduła, który odprawiałby mszę sześć razy w tygodniu, gdyby tylko mógł, i który nigdy nie rozumiał żartów wypowiadanych w jego obecności, choć na wszelki wypadek głośno się z nich śmiał, zabrał ze sobą w podróż cały zapas kostiumów karnawałowych.

– Są stare – dodał Fitzjames. – Niektóre należały pewnie jeszcze do Parry’ego i Hoppnera – może nawet to te same ubrania, w których bawiliście się dwadzieścia cztery lata temu w Zatoce Baffina – ale jest ich tutaj ponad setka.

Okryty grubą warstwą ubrań Crozier stał w drzwiach dawnej kajuty sir Johna, gdzie odbyło się spotkanie z Fitzjamesem, i czekał niecierpliwie, aż jego rozmówca przejdzie do sedna rzeczy.

– Pomyślałem, że wkrótce moglibyśmy urządzić taki bal – powiedział niepewnie Fitzjames. – Oczywiście nie z takim rozmachem jak wasz wenecki karnawał, choćby ze względu na obecność tego… monstrum… na lodzie, ale z pewnością byłaby to dla marynarzy jakaś rozrywka.

– Być może – odparł Crozier, pozwalając, by jego głos wyraził jednoznacznie brak entuzjazmu, z jakim odnosił się do tego projektu. – Porozmawiamy o tym po tej przeklętej mszy w niedzielę.

– Tak, oczywiście – przytaknął pospiesznie Fitzjames. Kiedy się denerwował, charakterystyczne seplenienie, obecne w arystokratycznej angielszczyźnie, jeszcze się uwydatniało. – Czy mam panu przydzielić eskortę na drogę powrotną do Terroru, komandorze Crozier?

– Nie, dziękuję. Połóż się dziś wcześniej spać, James. Wyglądasz na zmęczonego. Obaj będziemy potrzebowali sporo energii, żeby w niedzielę wygłosić jakieś sensowne kazania.

Fitzjames uśmiechnął się posłusznie, w oczach Croziera uśmiech ów wyglądał jednak jak blady i dziwnie niepokojący grymas pozbawiony choćby cienia radości.

***

W niedzielę piątego grudnia 1847 roku Crozier zostawił na Terrorze okrojoną do minimum, sześcioosobową załogę pod dowództwem porucznika Edwarda Little’a – który, podobnie jak Crozier, wolałby raczej poddać się operacji usunięcia kamieni żółciowych, niż słuchać kazań – oraz pomocnika lekarza, McDonalda, i mechanika Jamesa Thompsona. Pozostałych pięćdziesięciu kilku marynarzy maszerowało przez lód w długim pochodzie, prowadzonym przez komandora Croziera, porucznika Hodgsona, porucznika Irvinga, pierwszego oficera Hornby’ego oraz pozostałych oficerów i podoficerów. Dochodziła dziesiąta rano, jednak pod rozgwieżdżonym niebem byłoby całkiem ciemno, gdyby nie powrót zorzy polarnej, która pulsowała, tańczyła i mieniła się nad ich głowami, rzucając na lód długie cienie uczestników pochodu. Sierżant Soloman Tozer – w barwnym świetle zorzy znamię na jego twarzy było szczególnie widoczne – prowadził oddział uzbrojonych w muszkiety żołnierzy brytyjskiej piechoty morskiej, którzy osłaniali kolumnę z przodu, z boków i z tyłu, jednak potwór z lodu tym razem zostawił ich w spokoju.

Ostatnia msza, w której uczestniczyły załogi obu okrętów – odprawiona przez sir Johna niedługo przed tym, jak potwór zabrał jego okaleczone ciało w ciemność pod lodem – odbyła się na górnym pokładzie, w blasku zimnego czerwcowego słońca. Ponieważ jednak teraz temperatura na zewnątrz sięgała co najmniej pięćdziesięciu stopni poniżej zera, Fitzjames przygotował na mszę miejsce na dolnym pokładzie. Ogromnego pieca nie dało się przestawić, marynarze podnieśli jednak zwieszane stoły pod sam sufit, rozebrali ścianki wytyczające izbę chorych oraz ścianki, które tworzyły sypialnię podoficerów, kajuty stewardów oraz kabiny matów i nawigatorów. Usunęli również ściany mesy podoficerskiej i sypialni pomocnika lekarza. W powstałym dzięki temu pomieszczeniu wciąż było tłoczno, wszyscy jednak mogli się pomieścić.

Cieśla Fitzjamesa, pan Weekes, zbudował specjalnie na tę okazję niewielki podest i pulpit. Ze względu na brak miejsca pod niskim sufitem podest miał tylko sześć cali wysokości, to jednak wystarczało, by wszyscy zebrani na sali widzieli Croziera i Fitzjamesa.

– Przynajmniej będzie nam ciepło – wyszeptał Crozier do Fitzjamesa, kiedy Charles Hamilton Osmer, łysy intendent z Erebusa, zaintonował pierwsze słowa hymnu otwierającego nabożeństwo.

Rzeczywiście zbity tłum podniósł temperaturę powietrza na dolnym pokładzie do poziomu, jakiego nie doświadczono tutaj od sześciu miesięcy, kiedy to Erebus zużywał ogromne ilości węgla, a przez rury niemal bez ustanku płynęła gorąca woda. Fitzjames starał się także rozświetlić mroczną i zadymioną salę, zawieszając pod sufitem aż dziesięć lamp, a te rzucały blask porównywalny niemal do światła słonecznego, które ponad dwa lata wcześniej wpadało do okrętu przez umocowane w pokładzie iluminatory.

Marynarze ochoczo podjęli pieśń, śpiewając z mocą, od której drżały deski poszycia. Crozier wiedział dzięki swemu czterdziestokilkuletniemu doświadczeniu, że żeglarze uwielbiają śpiewać niemal w każdych okolicznościach – nawet podczas nabożeństwa, jeśli nie mają innego wyboru. Crozier widział w tłumie czubek głowy uszczelniacza Corneliusa Hickeya; stojący obok niego Magnus Manson musiał się garbić, by nie uderzyć ciemieniem o sufit. Przygłupi olbrzym śpiewał basem, tak przy tym fałszując, że zgrzytanie lodu dochodzące z zewnątrz brzmiało przy tym jak najczystsza muzyka. Hickey i Magnus trzymali wspólnie jeden ze zbiorów hymnów, które wcześniej rozdał marynarzom Osmer.

Wreszcie śpiewy dobiegły końca, a na pokładzie zapadła cisza przerywana pokasływaniem, odchrząkiwaniem i szuraniem. W powietrzu unosił się zapach świeżo upieczonego chleba, gdyż pan Diggle przybył na Erebusa kilka godzin wcześniej, by pomóc kukowi z Erebusa, Richardowi Wallowi, w pieczeniu. Crozier i Fitzjames uznali, że warto poświęcić na ten dzień dodatkowe porcje węgla, mąki i oleju do lamp, jeśli tylko podniesie to morale marynarzy. Wciąż mieli przed sobą dwa najciemniejsze miesiące arktycznej zimy.

Nadszedł czas na dwa kazania. Fitzjames ogolił się starannie i upudrował, pozwolił też, by jego steward, pan Hoar, zwęził jego workowatą kamizelkę, spodnie i marynarkę, wyglądał więc teraz dostojnie i całkiem przystojnie w odświętnym mundurze i epoletach. Tylko Crozier, który stał za jego plecami, widział, jak Fitzjames zaciska nerwowo palce, układając na pulpicie Biblię i otwierając ją na właściwej stronie.

– Wysłuchamy dziś psalmu czterdziestego szóstego – przemówił komandor Fitzjames. Crozier skrzywił się lekko, słysząc arystokratyczne seplenienie, które w chwili zdenerwowania brzmiało jeszcze wyraźniej niż zwykle.

Bóg jest dla nas ucieczką i mocą,
łatwo znaleźć u Niego pomoc w trudnościach.
Przeto się nie boimy, choćby waliła się ziemia
i góry zapadały w otchłań morza.
Niech wody jego burzą się i kipią,
niech góry się chwieją pod jego naporem.

Odnogi rzeki rozweselają miasto Boże –
uświęcony przybytek Najwyższego.
Bóg jest w jego wnętrzu, więc się nie zachwieje;
Bóg mu pomoże o brzasku poranka.
Zaszemrały narody, wzburzyły się królestwa.
Głos Jego zagrzmiał – rozpłynęła się ziemia.
Pan Zastępów jest z nami,
Bóg Jakuba jest dla nas obroną.

Przyjdźcie, zobaczcie dzieła Pana,
dzieła zdumiewające, których dokonuje na ziemi.
On uśmierza wojny aż po kratkę ziemi,
On kruszy łuki, łamie włócznie,
tarcze pali w ogniu,
„Zatrzymajcie się, i we Mnie uznajcie Boga
wzniosłego wśród narodów, wzniosłego na ziemi!”

Pan Zastępów jest z nami,
Bóg Jakuba jest dla nas obroną.

Marynarze ryknęli chórem „Amen” i zaszurali nogami z uznaniem. Nadeszła kolej Francisa Croziera.

Marynarze ucichli, zarówno z szacunku, jak i z ciekawości. Załoganci Terroru wiedzieli, że ich komandor najchętniej czyta podczas mszy fragmenty regulaminu: Jeśli marynarz odmówi wykonywania rozkazów oficera, zostanie wychłostany lub zgładzony, zgodnie z decyzją komandora. Jeśli marynarz dopuszcza się czynów nieczystych z innym członkiem załogi lub zwierzęciem żyjącym na statku, zostanie zgładzony…” i tak dalej. Kolejne punkty regulaminu brzmiały równie surowo i dostojnie jak czytania biblijne, a jednocześnie przypominały załodze ojej obowiązkach.

Tego dnia było jednak inaczej. Crozier sięgnął pod pulpit i wyjął stamtąd ciężki, oprawny w skórę tom. Ułożył go z hukiem na pulpicie i powiódł po zebranych surowym wzrokiem.

– Dziś – zaczął – wysłuchamy czytania z Księgi Lewiatana, część pierwsza, rozdział dwunasty.

W tłumie marynarzy podniósł się szmer zdumienia. Crozier słyszał, jak jakiś bezzębny załogant Erebusa z trzeciego rzędu mruczy:

– Znam, kurwa, Biblię, ale nie ma tam żadnej Księgi Lewiatana. Crozier poczekał, aż tłum ponownie się uciszy, i zaczął czytać z powagą i naciskiem należnym tekstom biblijnym:

– „Co zaś się tyczy tej strony religii, którą tworzą poglądy na naturę potęg niewidzialnych, to nie ma chyba rzeczy, która by przez pogan nie była uważana tu czy tam za boga czy za diabła i której by poeci pogańscy nie przedstawiali jako ożywionej, zamieszkanej lub owładniętej przez takiego czy innego diabła.

Nieukształtowana materia świata była bogiem pod nazwą Chaosu.

Niebo, ocean, planety, ogień, ziemia, wiatry były również bogami.

Za bogów uważano mężczyzn, kobiety, ptaka, krokodyla, cielę, psa, węża, cebulę, pory. Poza tym poganie zapełniali niemal wszystkie miejsca duchami, które nazywali demonami: doliny duchami, które oznaczali mianem «Pan» albo «Satyr»; lasy faunami i nimfami; morze trytonami i innymi nimfami; każdą rzekę i każde źródło zamieszkiwał duch tegoż imienia i nimfy; każdy dom miał swoje lary, czyli duchy domowe; każdy człowiek miał swojego geniusza; piekło było pełne duchów, które miały swe funkcje, jak Charon, Cerber i Furie; nocą zaś na każdym miejscu były larwy, lemury, duchy ludzi zmarłych oraz całe królestwo rusałek i straszydła. Przypisywali też poganie boskość i budowali świątynie akcydensom i jakościom, takim jak czas, noc, dzień, pokój, zgoda, miłość, walka, cnota, cześć, zdrowie, rdza, gorączka i rzeczy temu podobne. I gdy modlili się o to, ażeby osiągnąć taką rzecz lub ją odwrócić od siebie, to modlili się tak, jakby duchy tego imienia unosiły się nad ich głowami i spuszczały na nich albo nie spuszczały to dobro czy zło, o które się modlili, albo które chcieli od siebie odwrócić. Cześć boską oddawali też swemu własnemu rozumowi pod nazwą Muz; swej własnej niewiedzy pod nazwą Fortuny; swej własnej chuci pod nazwą Kupidyna; swemu własnemu gniewowi pod nazwą Furii; swoim własnym członkom pod nazwą Priapa; i przypisywali swe polucje duchom, które nazywali incubi i succubae. Tak, że nie było rzeczy, której by poeta nie mógł wprowadzić do swego poematu jako osoby i której by nie mógł uczynić albo bogiem albo złym duchem”.

Crozier umilkł i spojrzał na wpatrzone weń białe twarze marynarzy.

– I tak kończy się rozdział dwunasty części pierwszej Księgi Lewiatana – powiedział i zamknął księgę.

– Amen – odparli chórem uradowani żeglarze.

***

Tego popołudnia wszyscy dostali na obiad gorące suchary i pełne porcje swej ulubionej solonej wieprzowiny; marynarze z Tenoru jedli wraz ze swymi kolegami z Erebusa przy opuszczonych spod sufitu stołach albo też siadali na skrzyniach i stawiali talerze na beczkach. W sali panował wesoły harmider. Wszyscy oficerowie z obu statków jedli na rufie, przy długim stole w dawnej kajucie sir Johna. Prócz obowiązkowej codziennej porcji soku cytrynowego, który miał zapobiegać szkorbutowi – doktor McDonald martwił się, że zamknięty w pięciogalonowych beczkach napój traci swą moc – każdy marynarz otrzymał przed kolacją dodatkowe ćwierć pinta grogu. Komandor Fitzjames sięgnął do swych zapasów i uraczył oficerów i podoficerów trzema butelkami madery i dwiema butelkami brandy.

Około trzeciej po południu załoganci Terroru wstali od stołów i beczek, pożegnali się ze swymi towarzyszami z Erebusa, wyszli na pokład i zeszli na lód, by ruszyć w drogę powrotną pod barwnym, wciąż rozpalonym zorzą polarną niebem. Ludzie wciąż rozprawiali półgłosem o kazaniu z Księgi Lewiatana. Większość była pewna, że księga ta to część Biblii, nikt jednak nie potrafił powiedzieć, do czego właściwie zmierzał komandor, choć po podwójnej porcji rumu niektórzy wysuwali bardzo śmiałe hipotezy. Wielu marynarzy raz po raz dotykało swoich fetyszy z zębów, pazurów i łap białego niedźwiedzia.

Crozier, który maszerował na czele całej kolumny, był niemal pewien, że po powrocie znajdą na okręcie zimne ciało zamordowanego Edwarda Little’a, zmasakrowane szczątki doktora McDonalda i poutykane wśród różnych części bezużytecznego silnika członki mechanika Thompsona.

Wszystko było w porządku. Porucznicy Hodgson i Irving rozdali paczki z sucharami i mięsem, które były jeszcze ciepłe, kiedy niecałą godzinę wcześniej opuszczali pokład Erebusa. Marynarze, którzy stali w tym czasie na wachcie, najpierw wypili dodatkowe porcje grogu.

Choć przemarzł do szpiku kości – po kilkugodzinnym pobycie na zatłoczonym i niezwykle ciepłym dolnym pokładzie Erebusa wyjątkowo dotkliwie odczuł zimno panujące na zewnątrz – Crozier pozostał na pokładzie aż do zmiany wachty. Oficerem dyżurnym był tego wieczora Thomas Blanky, lodomistrz. Crozier wiedział, że marynarze ukryci pod pokładem korzystają z niedzielnego odpoczynku, a niektórzy wypatrują już niecierpliwie popołudniowej herbaty i wieczornej porcji biednego Jasia – solonego i gotowanego dorsza z sucharem – łudząc się nadzieją, że wraz z połówką pinta piwa dostaną chociaż uncję żółtego sera.

Nadciągał wiatr, gnając tumany śniegu przez pokryte serakami lodowe pola po tej stronie góry oddzielającej Terror od Erebusa. Grube chmury zakrywały zorzę polarną i gwiazdy. Popołudniowa noc zrobiła się znacznie ciemniejsza. W końcu, myśląc o whisky czekającej na niego w kajucie, Crozier zszedł pod pokład.

20

70°05‘ szerokości geograficznej północnej, 98°23‘ długości geograficznej zachodniej. 5 grudnia 1847.

Pół godziny po tym, jak komandor zszedł pod pokład, Tom Blanky nie widział w gęstym śniegu nawet grotmasztu ani lamp pozostałych marynarzy stojących na wachcie. Lodomistrz cieszył się, że zamieć nadeszła dopiero teraz; gdyby stało się to godzinę wcześniej, droga powrotna z Erebusa kosztowałaby ich znacznie więcej sił i nerwów.

Przy lewej burcie wachtę pełnił tego wieczora trzydziestopięcioletni Alexander Berry – człowiek może niezbyt inteligentny, ale godny zaufania i dobrze obeznany z takielunkiem – oraz John Handford i David Leys. Ten ostatni, Leys, stojący teraz na dziobie, skończył w ostatnich dniach listopada czterdzieści lat, a jego towarzysze wyprawili mu z tej okazji huczne urodziny. Lecz Leys nie był już tym samym człowiekiem, który dwa i pół roku wcześniej zgłosił się do Służby Badawczej. Na początku listopada, kilka dni po tym, jak szeregowiec Heather stracił na wachcie kawałek mózgu, a młody Bill Strong i Tom Evans zniknęli, David Leys po prostu położył się na swoim hamaku i zamilkł. Przez prawie trzy tygodnie Leys po prostu był nieobecny – leżał z otwartymi oczami, wpatrzony w pustkę, nie reagował na głos, płomień, potrząsanie, krzyki i szczypanie. Większość tego czasu spędził w izbie chorych, spoczywając obok biednego szeregowca Heathera, który pomimo otwartej czaszki i braku fragmentów mózgu wciąż oddychał. Jednak podczas gdy Heather dyszał ciężko, Davey leżał w całkowitej ciszy, wpatrując się martwym wzrokiem w sufit, jakby sam był już martwy.

Wreszcie któregoś dnia dziwna choroba ustąpiła równie nieoczekiwanie, jak się pojawiła, a Davey znów był sobą. Choć nie do końca. Odzyskał apetyt – schudł niemal dwadzieścia funtów, kiedy przebywał poza własnym ciałem – zniknęło jednak jego poczucie humoru, radosny, chłopięcy uśmiech i swoboda, z jaką wdawał się w pogawędki podczas kolacji czy wolnego popołudnia. W dodatku włosy Daveya, które przed pierwszym tygodniem listopada były rudobrązowe, stały się śnieżnobiałe. Niektórzy marynarze mówili, że lady Cisza rzuciła na niego zły urok.

Thomas Blanky, lodomistrz z ponadtrzydziestoletnim doświadczeniem, nie wierzył w uroki i czary. Wstydził się za marynarzy, którzy nosili niedźwiedzie pazury, łapy, zęby i ogony, wierząc, że te amulety ochronią ich przed czarami. Wiedział, że niektórzy, gorzej wykształceni marynarze – skupieni wokół mata uszczelniacza, Corneliusa Hickeya, którego Blanky nigdy nie lubił ani nie szanował – rozpowszechniali plotkę, że stworzenie z lodu to jakiś demon albo diabeł. Niektórzy z nich już składali potworowi ofiary, zostawiając je przed dziobowym schowkiem na linę kotwiczną, gdzie ukrywała się teraz lady Cisza, uznawana przez wielu za eskimoską czarownicę. Hickey i jego przygłupi, wielki przyjaciel, Magnus Manson, byli, rzec można, kapłanami tego kultu – a właściwie Hickey był kapłanem, a Manson akolitą, który wykonywał wszystkie polecenia Hickeya – tylko oni z całej załogi mogli zanosić do ładowni ofiary marynarzy. Blanky zszedł niedawno do tego zimnego, śmierdzącego pomieszczenia i przekonał się na własne oczy, że stoją tam cynowe talerze zjedzeniem, wypalone świeczki i maleńkie pojemniki z rumem.

Thomas Blanky nie był filozofem, spędziłjednak na lodzie długie lata, pracując jako mat lub lodomistrz dla amerykańskich wielorybników, gdy Królewska Marynarka Wojenna nie miała dlań żadnego zajęcia, i znał obszary podbiegunowe jak mało kto spośród pozostałych uczestników wyprawy. Choć w tym regionie przebywał po raz pierwszy – z tego, co wiedział, żaden okręt nie dotarł jeszcze równie daleko na południe od Cieśniny Lancastera, równie daleko na zachód od półwyspu Boothia i zarazem równie blisko Ziemi Króla Williama – panujące tu warunki były mu równie dobrze znane jak lato w Kent, gdzie się urodził.

Lepiej znane, uzmysłowił sobie Blanky. Nie był w Kent prawie od dwudziestu ośmiu lat.

Dobrze znał wyjący w linach wiatr i gęsty śnieg, podobnie jak twardą powierzchnię lodu, seraki i wały lodowe, które wypychały biedny Terror - w górę, zgniatając go jednocześnie ze wszystkich stron. Lodomistrz z Erebusa, James Reid, człowiek, którego Blanky darzył wielkim szacunkiem, podczas rozmowy po dziwnym nabożeństwie poinformował go, że stary okręt flagowy długo już nie pociągnie. Nie dość, że przed ponad rokiem, kiedy to ekspedycja stanęła pod znakiem zapytania, a Erebus utkwił w lodzie głębiej niż Terror, to lód ów napierał nań z większą siłą i gwałtowniej.

Reid mówił, że ponieważ Erebus przechylony był na rufę – w odróżnieniu od Terroru, który przechylił się na dziób – napór lodu stawał się coraz większy i groźniejszy, w miarę jak wypychał trzeszczący okręt ponad powierzchnię zamarzniętego morza. Ster i kil były już tak zniszczone, że nadawały się tylko do wymiany w suchym doku. Lód wygiął także żelazne płyty rufowe – na przechylonej pod kątem dziesięciu stopni rufie były już trzy stopy zamarzniętej wody, i tylko dzięki tamie ułożonej ze skrzyń i worków z piaskiem morze nie wtargnęło jeszcze do kotłowni – i wyłamywał potężne dębowe belki, które wytrzymały dziesięciolecia wojen i służby na morzach. Co gorsza, pajęczyna żelaznych wzmocnień, które miały uczynić Erebusa odpornym na ataki lodu, jęczała teraz nieustannie pod straszliwym naporem. Od czasu do czasu mniejsze drążki pękały na złączach z trzaskiem porównywalnym do wystrzału armatniego. Zdarzało się to często w nocy – marynarze zrywali się wtedy ze swoich hamaków i ustaliwszy, co było źródłem hałasu, z powrotem kładli się spać, klnąc cicho. Komandor Fitzjames zwykle schodził wtedy pod pokład z którymś ze swoich oficerów, by obejrzeć uszkodzenia. Reid przypuszczał, że grubsze wzmocnienia wytrzymają, ale wyrwą wtedy dziury w kurczącym się poszyciu z drewna i żelaza – wtedy dla okrętu nie będzie już ratunku.

Lodomistrz Erebusa powiedział też Blanky’emu, że cieśla okrętowy, John Weekes, spędza całe dnie i połowę nocy, pracując wraz z co najmniej dziesiątką ludzi na pokładach najniższym i ładowni, gdzie za pomocą desek wiezionych przez Erebusa – oraz tych, które udało mu się pożyczyć z Terroru – podpiera i stempluje wszystkie zagrożone miejsca, lecz powstała w ten sposób drewniana sieć zabezpieczeń to tylko rozwiązanie tymczasowe. Cytując Weekesa, Reid powiedział, że jeśli Erebus nie ucieknie z lodu najpóźniej w kwietniu lub maju, zostanie zgnieciony jak skorupka jajka.

Thomas Blanky znał się na lodzie. Wczesnym latem 1846 roku niemal bez ustanku prowadził sir Johna i jego komandora na południe przez długą cieśninę i nowo odkryty przesmyk na południe od Cieśniny Barrowa – nowy przesmyk na razie nie został oznaczony w dziennikach pokładowych żadną nazwą, ale niektórzy ochrzcili go już Cieśniną Franklina, jakby nazwanie kanału, który uwięził tego starego głupca, mogło pocieszyć w zaświatach jego ducha. Blanky siedział wtedy na swoim stanowisku na grotmaszcie i wykrzykiwał instrukcje do sternika, podczas gdy Erebus i Terror pokonywały dwieście pięćdziesiąt mil w zmieniającym się lodzie, wąskich pasach otwartej wody i ślepych kanałach.

Thomas Blanky był dobry w tym, co robił. Wiedział, że jest jednym z najlepszych lodomistrzów i pilotów na świecie. Siedząc na maszcie, na swym niewygodnym i niepewnym siedzisku – te stare okręty bombardujące nie miały bocianich gniazd, jak zwykłe statki wielorybnicze – Blanky potrafił odróżnić lód dryfujący od gruzu lodowego z odległości ośmiu mil. Śpiąc w swej maleńkiej kajucie, słyszał od razu, kiedy okręt opuścił bulgoczący pas miękkiego śryżu i wpłynął w obszar krążków lodowych, które ze zgrzytem ocierały się o burty. Już na pierwszy rzut oka wiedział, które bryły lodu stanowią zagrożenie dla statku, a które można było śmiało rozbić. Jego starzejące się oczy potrafiły jakoś dostrzec białobłękitne, niemal całkiem zanurzone małe góry lodowe w białobłękitnym, roziskrzonym blaskiem słońca morzu, a nawet określić, które z nich prześlizgnęłyby się ze zgrzytem po burcie okrętu, a które – jak prawdziwa góra lodowa – były dlań zagrożeniem.

Blanky był więc dumny z tego, że wraz Reidem zdołał przeprowadzić statki prawie dwieście pięćdziesiąt mil na południe, a potem na zachód od miejsca, w którym spędzili pierwszą zimę na lodzie, przy wyspach Devon i Beechey. Lecz Thomas Blanky pluł sobie także w brodę i zżymał się z gniewu na samego siebie za to, że wyprowadził oba statki i stu dwudziestu sześciu ludzi na odległość dwustu pięćdziesięciu mil od miejsca, gdzie spędzili pierwszą zimę.

Statki mogły wycofać się spod wyspy Devon i wrócić przez Cieśninę Lancastera do Zatoki Baffina, nawet gdyby musiały czekać dwa zimne lata, lub nawet trzy, by uciec przed lodem. Mała zatoczka przy wyspie Beechey uchroniłaby je przed tym paskudztwem napływającym z otwartego morza, a prędzej czy później lód w cieśninie Lancaster by ustąpił. Thomas Blanky znał tamten lód. Tamten lód zachowywał się tak, jak prawdziwy arktyczny lód – był zdradliwy, śmiertelnie niebezpieczny, gotów zniszczyć cię na skutek jednej błędnej decyzji lub potknięcia – ale był przewidywalny.

Lecz ten lód, rozmyślał Blanky, chodząc po pokładzie, przytupując zmarzniętymi stopami i spoglądając na lampy przy lewej i prawej burcie, gdzie wachtę pełnili Berry i Hanford, ten lód nie przypominał niczego, z czym zetknął się dotąd w swej długiej karierze.

Wraz z Reidem ostrzegał sir Johna i obu komandorów piętnaście miesięcy temu, tuż przed tym, jak oba okręty utknęły w lodzie. „Trzeba postawić wszystko na jedną kartę”, mówił wtedy Blanky, zgadzając się, z komandorem Crozierem, że powinni zawrócić, dopóki płynęli jeszcze przez otwarte wody, i jak najszybciej dotrzeć do półwyspu Boothia. Wody w pobliżu znanego wybrzeża – przynajmniej wschodniego wybrzeża, które było dobrze znane starym wielorybnikom i weteranom Służby Badawczej, takim jak Blanky – z pewnością nie zamarzłyby co najmniej jeszcze przez tydzień, może nawet dwa. Nawet gdyby nie mogli płynąć na północ wzdłuż wybrzeża z powodu kry i starego paku, z pewnością byliby o wiele bezpieczniejsi za osłoną lądu, który – o czym wiedzieli już z całą pewnością po wyprawie nieszczęsnego porucznika Gore’a – był Ziemią Króla Williama. Ten właśnie ląd, choć płaski, zamarznięty, smagany wiatrem i burzami, osłoniłby statki przed paskudnym północno-zachodnim wiatrem, śnieżycami i nieustającym naporem lodu.

Blanky nigdy nie widział takiego lodu. Jedną z niewielu zalet paku, nawet jeśli statek tkwił w nim niczym kula z muszkietu w górze lodowej, był fakt, że pak dryfował. Okręty, na pozór nieruchome, płynęły. Kiedy w 1836 roku Blanky był lodomistrzem na amerykańskim wielorybniku Pluńbus, zima zaatakowała dwudziestego siódmego sierpnia, zaskakując wszystkich, łącznie z doświadczonym, jednookim kapitanem statku, i unieruchamiając ich w Zatoce Baffina, setki mil na południe od zatoki Disko.

Następne arktyczne lato było zimne – niemal tak zimne jak minione lato roku 1847, kiedy lód nie stopniał, powietrze ociepliło się tylko nieznacznie, a ptactwo i dzika zwierzyna nie powróciły w te tereny – lecz statek wielorybniczy Pluńbus tkwił w bardziej przewidywalnym paku i przedryfował ponad siedemset mil na południe, aż następnego lata dotarł do linii lodu i mógł popłynąć dalej na południe, przez pokryte miękkim lodem morza, wąskie cieśniny i szczeliny w lodzie, które otwierały się na ich oczach – Rosjanie nazywali je płoniami – by wreszcie wypłynąć na otwarte morze i wrócić do Grenlandii.

Blanky wiedział jednak, że tu nie mogą na to liczyć. Nie na tym zapomnianym przez Boga białym piekle. Pak przypominał w istocie, jak to opisywał komandorom przed piętnastoma miesiącami, niekończący się lodowiec spychany z bieguna północnego. Ponieważ na południu ciągnęło się niezbadane jeszcze wybrzeże Kanady, na południowym zachodzie leżała Ziemia Króla Williama, a na wschodzie i północnym wschodzie półwysep Boothia, lód praktycznie się tutaj nie przesuwał

– co potwierdzały pomiary przeprowadzane za pomocą sekstansu przez Croziera, Fitzjamesa, Reida i Blanky’ego – tylko kręcił w kółko, przesuwając statki po okręgu o obwodzie równym około piętnastu mil, zupełnie jakby byli muchą przylepioną do jednego metalowych dysków instrumentu, który stał w Wielkiej Kajucie. Bez ustanku wracali do punktu wyjścia.

Ten pak przypominał raczej mocny przybrzeżny lód, który Blanky znał dobrze z doświadczenia, tyle że tutaj nie miał trzech stóp grubości, lecz od dwudziestu do dwudziestu pięciu. Był tak gruby, że marynarze nie mogli już wywiercić w nim otworów przeciwpożarowych.

Nie pozwalał im nawet pogrzebać zmarłych.

Thomas Blanky zastanawiał się, czy kierował nim diabeł, czy tylko głupota, kiedy wykorzystując ponad trzydzieści lat swego doświadczenia, zaprowadził stu dwudziestu sześciu ludzi do miejsca, gdzie mogli jedynie umrzeć.

Nagle rozległ się krzyk. Potem huk wystrzału. I kolejny krzyk.

21

BLANKY

70°05‘ szerokości geograficznej północnej, 98°23‘ długości geograficznej zachodniej. 5 grudnia 1847.

Blanky zerwał zębami rękawicę z prawej ręki, pozwalając, by opadła na pokład, i podniósł strzelbę. Zgodnie z tradycją oficerowie na wachcie nie byli uzbrojeni, ale komandor Crozier jednym rozkazem położył kres tej tradycji. Każdy, kto wychodził na pokład, miał zawsze być uzbrojony. Pozbywszy się grubej rękawicy, Blanky mógł położyć palec na spuście, jednak jego dłoń, okryta teraz jedynie cienką wełnianą rękawiczką, natychmiast zaczęła drętwieć w dojmującym zimnie.

Zniknęło światło lampy marynarza Berry’ego, który pełnił wachtę przy lewej burcie. Wydawało się, że huk wystrzału dobiegł gdzieś z lewej strony śródokręcia, ale lodomistrz wiedział, że wiatr i śnieg zniekształcają dźwięki. Lampa na prawej burcie wciąż świeciła, Blanky miał jednak wrażenie, że się kołysze i przesuwa.

– Berry? – krzyknął w stronę lewej burty. Niemal czuł, jak wiatr porywa te dwie sylaby i wyrzuca za rufę. – Handford?

Zgasła lampa na prawej burcie. W pogodną noc Blanky widziałby światło lampy Leysa stojącego na posterunku za namiotem rozbitym na śródokręciu, to jednak nie była pogodna noc.

– Handford? – Blanky ruszył w stronę lewej burty, trzymając w prawej dłoni gotową do strzału broń, a w lewej lampę. W kieszeni płaszcza miał jeszcze trzy dodatkowe naboje, wiedział jednak dobrze, ile czasu zajmuje w takiej temperaturze przeładowanie strzelby.

– Berry! – ryknął. – Handford! Leys! – Stary lodomistrz wiedział, że w ciemnościach wszyscy trzej mogą się teraz postrzelić nawzajem, choć wyglądało na to, że Alex Berry już wypalił ze swej strzelby. Na razje nie słychać było drugiego strzału, Blanky obawiał się jednak, że jeśli przejdzie na prawą stronę brezentowej piramidy, a Handford albo Leys ukaże się nagle z drugiej jej strony, zdenerwowani marynarze mogą odruchowo doń strzelić. Mimo to ruszył naprzód.

– Berry? – krzyknął ponownie, zbliżając się na odległość dziesięciu jardów do posterunku przy prawej burcie.

Kątem oka dostrzegł w wirującym śniegu jakiś ruch, coś o wiele za dużego, by mogło być Aleksem Berrym, a potem rozległ się huk głośniejszy od strzału jakiejkolwiek strzelby. Druga eksplozja. Blanky cofnął się dziesięć kroków w stronę rufy, kiedy beczki, skrzynie i inne pojemniki przeleciały tuż obok niego. Dopiero po kilku sekundach uświadomił sobie, co się stało: piramida z zamarzniętego płótna żaglowego, ciągnąca się wzdłuż centralnej osi okrętu, runęła nagle na pokład, rozrzucając na wszystkie strony tysiące funtów śniegu, lodu i zapasów ułożonych na pokładzie – była to głównie łatwopalna smoła, materiały uszczelniające i piasek do posypywania śniegu i lodu – i strącając na właz i schody niższe drzewca grotmasztu, które przed ponad rokiem zostały przesunięte do przodu i do tyłu, tworząc w ten sposób poprzeczki wielkiego namiotu.

W tej chwili ani Blanky, ani pozostali trzej marynarze stojący na wachcie nie mogli zejść pod pokład, ani też ludzie z dolnego pokładu nie mogli podnieść włazu przykrytego ogromnym ciężarem drzewc, płótna i śniegu. Lodomistrz wiedział, że ludzie na dolnym pokładzie wkrótce pobiegną do przedniego włazu i zaczną odrywać uszczelnienia, którymi opatrzyli go przed nadejściem zimy, ale to z pewnością musiało trochę potrwać.

Czy będziemy jeszcze żyli, kiedy tu wyjdą? – zastanawiał się Blanky.

Ostrożnie stawiając stopy na oblodzonym i przechylonym pokładzie, Blanky okrążył stertę śniegu i porozrzucanych skrzynek znajdujących się z tyłu przewróconego namiotu i ruszył w dół wąskiej ścieżki ciągnącej się po prawej stronie rumowiska.

Nagle wyrósł przed nim jakiś mroczny kształt.

Wciąż trzymając lampę w lewej dłoni, na wysokości głowy, Blanky podniósł strzelbę i położył palec na spuście, gotów do oddania strzału.

– Handford! – powiedział, dojrzawszy bladą plamę twarzy pośród warstw płaszczy i szalików. Czapka marynarza była przekrzywiona.

– Gdzie twoja lampa?

– Upuściłem ją – odparł Handford. Miał odkryte dłonie i trząsł się gwałtownie na całym ciele. Przysunął się bliżej do Thomasa Blanky’ego, jakby ten mógł go ogrzać. – Upuściłem ją, kiedy to coś strąciło drzewce na pokład. Płomyk zgasł w śniegu.

– Jak to, „kiedy to coś strąciło drzewce”? – zdumiał się Blanky.

– Żadne żywe stworzenie nie może złamać ani strącić drzewca.

– Ale właśnie to zrobiło! – zaprotestował Handford. – Słyszałem, jak Berry wypalił ze strzelby. Potem coś krzyknął. A potem jego lampa zgasła. Wtedy zobaczyłem, jak coś… wielkiego, coś ogromnego… skacze na drzewce, i wtedy właśnie wszystko runęło. Próbowałem strzelić do tego, ale moja strzelba nie wypaliła. Zostawiłem ją przy relingu.

Wskoczyło na drzewce? – pomyślał Blanky z niedowierzaniem. Obrotowe drzewce grotmasztu znajdowało się na wysokości dwunastu stóp nad pokładem. Nic nie mogło na nie wskoczyć, a teraz, kiedy maszt pokryty był warstwą lodu, nic też nie mogło się na niego wspiąć.

– Musimy znaleźć Berry’ego – oświadczył głośno.

– Za żadne skarby świata nie pójdę teraz na lewą burtę, panie Blanky. Może pan złożyć na mnie skargę, mogę dostać pięćdziesiąt rzemieni od bosmana mata Johnsona, ale nic mnie nie zmusi, żebym tam teraz poszedł, panie Blanky. – Handford tak mocno szczękał zębami, że lodomistrz ledwie go rozumiał.

– Uspokój się – warknął Blanky. – Nikt nie złoży na ciebie skargi. Gdzie jest Leys?

Z posterunku na prawej burcie Blanky powinien był widzieć lampę Davida Leysa na dziobie. Na dziobie było jednak ciemno.

– Jego lampa zgasła w tej samej chwili co moja – wykrztusił Handford, szczękając zębami.

– Zabierz swoją strzelbę.

– Nie mogę tam wrócić, panie… – zaczął Handford.

– Do diabła z twoim „nie mogę”! – ryknął Thomas Blanky. – Jeśli nie pójdziesz po tę cholerną strzelbę w tej chwili, ukarzę cię tak, że pięćdziesiąt batów wyda ci się słodką pieszczotą, Johnie Handford. No już, ruszaj się!

Handford uczynił wreszcie krok do przodu. Blanky szedł za nim, nie odwracając się ani na moment plecami do zrujnowanego namiotu leżącego na środku pokładu. W gęstym śniegu krąg światła rzucanego przez lampę miał nie więcej niż dziesięć stóp średnicy.

Zatrzymali się przy relingu, gdzie Handford próbował wydobyć ze śniegu swoją strzelbę, lecz zgrabiałe z zimna dłonie wyraźnie odmawiały mu posłuszeństwa.

– Gdzie są twoje rękawice, człowieku? – warknął Blanky.

Zęby Handforda szczękały już tak mocno, że nie zdołał mu odpowiedzieć.

Blanky odstawił swoją broń, odsunął marynarza na bok i sam podniósł jego strzelbę. Upewnił się, że śnieg nie zatkał luf, potem odciągnął zamek i wręczył strzelbę Handfordowi. Okazało się, że musi wsadzić broń pod pachę marynarza, by ten mógł trzymać ją w obu skostniałych dłoniach. Włożywszy własną broń pod lewą pachę, skąd mógł ją szybko wyciągnąć, Blanky wyjął z kieszeni płaszcza nabój, załadował go do strzelby Handforda i zamknął zamek.

– Jeśli z tej sterty wyjdzie coś większego ode mnie albo Leysa – mówił Blanky, pochylając się do Handforda i przekrzykując wycie wiatru – wyceluj i strzelaj, nawet jeśli musiałbyś to robić zębami, jasne? Handford zdołał skinąć głową.

– Idę na dziób poszukać Leysa i pomóc mu otworzyć przedni właz – oświadczył Blanky. Wydawało się, że z przodu, wokół stosu śniegu, zamarzniętego płótna, połamanych drzewc i porozrzucanych skrzyń, panuje całkowity bezruch i martwota.

– Nie mogę… – zaczął znowu Handford.

– Zostań tutaj – warknął Blanky i postawił lampę obok przerażonego marynarza. – Nie zastrzel mnie, kiedy wrócę tu z Leysem, albo przysięgam na Boga, że mój duch będzie prześladował cię do śmierci, Johnie Handford.

Handford ponownie skinął głową.

Blanky ruszył w stronę dziobu. Już po dziesięciu krokach znalazł się poza kręgiem światła rzucanego przez lampę, niemal w całkowitych ciemnościach. Twarde drobiny śniegu siekły go po twarzy niczym śrut. Wiatr wył w wantach i resztkach takielunku, które zostawili tu na tę niekończącą się zimę. Było tak ciemno, że Blanky musiał nieść strzelbę w lewej dłoni – wciąż okrytej grubą rękawicą – a prawą ręką przytrzymywać się pokrytego lodem relingu. Wydawało mu się, że drzewce grotmasztu od strony dziobu także zostało urwane.

– Leys! – krzyknął.

Zatrzymał się w pół kroku, gdy zza sterty śniegu i skrzynek wychynął jakiś wielki, biały kształt. Lodomistrz nie potrafił określić, czy jest to biały niedźwiedź, czy wytatuowany demon, ani też czy znajduje się w odległości dziesięciu czy trzydziestu stóp, wiedział jednak, że stworzenie owo blokuje mu drogę na dziób.

Potem stanęło na tylnych nogach.

Blanky widział tylko jego zarys, wiedział jednak, że jest ogromne – choćby dlatego, że na jego twarz padało mniej śniegu, jakby potwór zablokował śnieżycę własnym ciałem. Mała trójkątna głowa, jeśli rzeczywiście ów niewyraźny kształt w ciemności był jego głową, wznosiła się ponad miejscem, w którym jeszcze niedawno wisiały drzewca. W jasnym trójkącie głowy widać było dwie czarne plamki – oczy? – zawieszone co najmniej czternaście stóp nad pokładem.

Niemożliwe, pomyślał Thomas Blanky. Stworzenie ruszyło w jego stronę.

Blanky przełożył strzelbę do prawej ręki, oparł kolbę o ramię, podparł broń drugą ręką i wypalił.

Błysk eksplozji pozwolił lodomistrzowi ujrzeć przez moment czarne, martwe, beznamiętne oczy wpatrującego się weń rekina – nie, wcale nie rekina, poprawił się w myślach sekundę później; te dwa czarne jak otchłań kręgi były znacznie bardziej przerażające, złowrogie i inteligentne niż ślepia rekina – bezlitosnego drapieżnika, który postrzega cię tylko jako pożywienie. Owe mroczne, bezdenne ślepia zawieszone wysoko ponad głową Blanky’ego nagle zaczęły się do niego zbliżać.

Lodomistrz rzucił bezużyteczną strzelbą w potwora – nie miał czasu na przeładowanie – i doskoczył do drablinki.

Tylko dzięki czterdziestoletniemu doświadczeniu lodomistrz Blanky wiedział, gdzie ona się znajduje, i trafił do niej w zasnutych śniegiem ciemnościach. Zacisnął prawą dłoń na linie, oderwał nogi od pokładu i wyrzucił je wysoko w górę, szczęśliwie trafiając stopami w ciemnościach na któryś ze szczebli, zębami ściągnął grubą rękawicę z lewej dłoni i zaczął piąć się w górę, wisząc jednocześnie niemal do góry nogami po wewnętrznej, zwróconej do pokładu stronie wygiętych w łuk lin.

Sześć cali pod jego nogami i pośladkami coś przecięło powietrze z mocą rozkołysanego dwutonowego tarana. Blanky słyszał, jak trzy grube, pionowe liny pękają z trzaskiem… niemożliwe!… a pozbawiona dolnego punktu zaczepienia drablinka leci w dół, omal nie zrzucając go z powrotem na pokład.

Utrzymał się. Przełożywszy nogę na drugą stronę drablinki, lodomistrz bez chwili zastanowienia ponownie zaczął piąć się w górę. Thomas Blanky poruszał się jak małpa – wspinał się po takielunku już jako dwunastoletni chłopiec, kiedy to uważał, że maszty, żagle i liny na trzymasztowym okręcie wojennym, na którym rozpoczął swą marynarską karierę, zostały zbudowane przez Jej Wysokość wyłącznie dla jego przyjemności.

Był już dwadzieścia stóp nad pokładem i zbliżał się do poziomu drugiego drzewca – to wciąż ustawione było pod należytym kątem, prostopadle do osi pokładu – kiedy stworzenie na dole ponownie uderzyło w mocowanie drablinek, odrywając od relingu kawał drewna wraz z kołkami, metalowymi trzpieniami i blokami oraz grubą warstwą lodu.

Cała sieć drablinek runęła w stronę masztu. Blanky wiedział, że siła uderzenia strąci go z lin i rzuci prosto w łapy i paszczę czekającego na dole potwora. Choć w zasnutej śniegiem ciemności wciąż widział nie dalej niż na odległość pięciu stóp, lodomistrz skoczył na wanty.

Jego marznące palce trafiły na drzewce i zawieszone pod nim liny, w tej samej chwili na dolnej linie oparła się także jego stopa. Blanky wiedział, że najlepiej chodzi się po wantach na bosaka, jednak teraz oczywiście nie wchodziło to w grę.

Podniósł się na wysokość drzewca, niemal dwadzieścia pięć stóp nad pokład, i oplótł oblodzoną drewnianą belkę rękami i nogami, kładąc się na niej niczym przerażony jeździec na koniu. Stopami odszukał liny, które zapewniły mu lepsze podparcie.

Normalnie, nawet w ciemnościach, wietrze, śniegu i gradzie, każdy prawdziwy żeglarz wspiąłby się sześćdziesiąt stóp wyżej, aż do salingu grotmasztu, skąd mógłby obrzucać swego prześladowcę obelgami, niczym szympans siedzący bezpiecznie na wysokim drzewie i ciskający w swego wroga owocami i kałem. Tyle że w tę grudniową noc na HMS Terror nie było miejsca, do którego Blanky mógłby uciec przed stworzeniem tak potężnym, że mogło zniszczyć główne drzewce.

Ponad rok wcześniej, we wrześniu, Blanky pomagał Crozierowi i Harry’emu Peglarowi, odpowiadającemu za przedni maszt, kiedy ci przygotowywali Terror do drugiej zimy w lodzie. Nie było to zajęcie łatwe ani bezpieczne. Najpierw zdjęli i ułożyli pod pokładem dziesiątki jardów olinowania. Potem ostrożnie zdemontowali bramstengi i stengi – ostrożnie, bo gdyby ciężki maszt wyślizgnął się i runął w dół, przebiłby wszystkie pokłady i poszycie statku niczym potężna włócznia przenikająca przez cienką zbroję. Niejeden już okręt zatonął wskutek takiej nieostrożności. Gdyby jednak te odcinki masztu pozostały na swoim miejscu, podczas długiej zimy zgromadziłaby się na nich ogromna ilość lodu. Lodowe sople i bryły spadałyby na niższe olinowanie i na głowy ludzi pełniących wachtę, a poza tym ciężar lodu mógłby przewrócić okręt na bok.

Kiedy nad statkiem wznosiły się już tylko trzy kikuty dolnych części masztów – dla marynarza był to widok równie nieznośny jak dla portrecisty widok człowieka o amputowanych członkach – Blanky nadzorował luzowanie want i lin pozostałych na statku; zbyt mocno napięte liny i płótno nie wytrzymałyby ciężaru śniegu i lodu. Nawet łodzie Terroru – dwie wielkie łodzie wielorybnicze, dwa mniejsze kutry, skif komandora, szalupy i jolki, w sumie dziesięć jednostek – zostały zniesione na dół, odwrócone, należycie przymocowane i przykryte.

Teraz Thomas Blanky wisiał na wantach drugiego drzewca grotmasztu, dwadzieścia pięć stóp nad ziemią, i miał nad sobą jeszcze tylko jeden poziom, a wszystkie liny i drablinki prowadzące na ten trzeci i ostatni poziom okryte były grubą warstwą lodu. Sam grotmaszt wyglądał jak kolumna lodu oblepiona z jednej strony warstwą śniegu. Lodomistrz objął mocniej drzewce i próbował spojrzeć w dół, gdzie panowały teraz całkowite ciemności – albo Handford zgasił lampę, którą dał mu Blanky, albo coś zgasiło ją za niego. Blanky zakładał, że marynarz kryje się w ciemności lub jest już martwy; tak czy inaczej nie mógł liczyć na jego pomoc. Przytrzymując się mocniej want, lodomistrz spojrzał w lewo i przekonał się, że w miejscu, gdzie na wachcie powinien stać David Leys, wciąż jest ciemno.

Blanky wytężył wzrok, próbując dojrzeć potwora pod masztem, widział jednak tylko niewyraźną, ciemniejszą od nocy plamę, która zmierzała ku grotmasztowi, rozrzucając po drodze dwustu – i trzystufuntowe beczki z piaskiem, jakby były to dziecinne zabawki.

Nie zdoła wspiąć się na grotmaszt, pomyślał Blanky. Czuł lodowate zimno drzewca przenikające do jego nóg i tułowia. Jego dłonie, okryte tylko cienkimi rękawiczkami, zaczęły kostnieć. Gdzieś w trakcie wspinaczki zgubił uszankę i szal. Nasłuchiwał, licząc, że lada moment usłyszy trzask otwieranego włazu i krzyki marynarzy, na dziobie okrętu panowała jednak cisza i nieprzeniknione ciemności.

Czy to coś zablokowało też przedni właz? Przynajmniej nie może wspiąć się na grotmaszt. Żadne stworzenie tej wielkości tego nie dokona. Żaden biały niedźwiedź – jeśli to jest biały niedźwiedź – nie umie się wspinać.

Potwór zaczął się wspinać na skrócony maszt.

Blanky czuł drżenie drzewca, kiedy stwór wbijał pazury w drewno. Słyszał trzaski, zgrzyty i stękanie… ciężkie, basowe stękanie… Potwór się wspinał.

Zapewne sięgnął kikutów najniższych odłamanych drzewc, podnosząc tylko łapy nad łeb. Blanky próbował przebić wzrokiem ciemności i był niemal pewien, że widzi okrytą futrem masę wspinającą się w górę masztu, olbrzymie przednie łapy – albo ręce – wielkości dorosłego człowieka wbite w drewno i tylne łapy oparte o kikuty najniższych drzewc.

Blanky przesunął się dalej wzdłuż oblepionego lodem i śniegiem drzewca, obejmując go rękami i nogami niczym kochankę. Gdy tylko mógł, opierał się stopami o wanty i odpychał do przodu, zmierzając na przeciwległy kraniec poziomej belki.

Tymczasem olbrzymi stwór na grotmaszcie dotarł do poziomu drzewca Blanky’ego. Lodomistrz kilkakrotnie oglądał się nań przez ramię, widział jednak tylko olbrzymią, białą pustkę w miejscu, gdzie powinna się znajdować pionowa linia masztu.

Coś uderzyło w drzewce z taką siłą, że Blanky wyleciał w powietrze na wysokość dwóch stóp, a potem wylądował ciężko na brzuchu i kroczu. Spadłby na pokład, gdyby jego przemarznięte dłonie i prawa stopa nie były wplątane w wanty. Przez chwilę nie mógł złapać oddechu – czuł się tak, jakby dosiadł właśnie wierzgającego konia z żelaza.

Drugie uderzenie strąciłoby go z tego konia, Blanky był już jednak na nie przygotowany i trzymał się z całych sił. Mimo to drgania były tak silne, że lodomistrz zsunął się z oblodzonej belki i zawisł pod nią, wplątany w wanty. Zdołał się podnieść i ułożyć na drzewcu tuż przed trzecim, najsilniejszym uderzeniem. Usłyszał trzask, poczuł, jak drzewce zaczyna się przechylać, i uświadomił sobie, że zostało mu tylko kilka sekund, nim wraz z ciężką belką, wantami, linami i drablinkami runie na położony dwadzieścia pięć stóp niżej pokład.

Blanky dokonał niemożliwego. Wyprostował się i uklęknął na przechylonym, oblodzonym drzewcu, potem stanął na równych nogach, wymachując szeroko rękami dla utrzymania równowagi, wreszcie rzucił się w ciemność, rozkładając szeroko ręce i nogi, szukając jednej z niewidocznych lin, które powinny były – mogły – tam wisieć. Wybierając kierunek skoku, starał się brać pod uwagę siłę i kierunek wiatru, przechył pokładu i drgania uderzanego przez potwora drzewca.

Jego dłonie minęły zawieszoną w powietrzu drablinkę. Uderzyła w nią jednak jego twarz; spadając, Tom Blanky zdążył pochwycić oblodzoną linę obiema rękami i zsunąć się zaledwie sześć stóp niżej, by potem rozpocząć szaloną wspinaczkę do trzeciego, najwyższego drzewca, umocowanego na wysokości niemal pięćdziesięciu stóp nad pokładem.

Potwór wydał z siebie ogłuszający ryk. Moment później rozległ się potężny huk, kiedy drugie drzewce, wanty i liny runęły na pokład.

Blanky właściwie zawisł na pojedynczej linie umocowanej w odległości ośmiu jardów od głównego masztu. Służyła do szybkiego zejścia z salingu albo górnych drzewc, a nie do wspinaczki. Mimo że była oblodzona, wiał silny wiatr i padał śnieg, mimo że Thomas Blanky tracił już czucie w rękach, wspiął się niczym czternastoletni aspirant, pochłonięty zabawą z chłopcami okrętowymi.

Nie mógł wciągnąć się na najwyższe drzewce – było zbyt oblodzone – odnalazł tam jednak wanty i przesunął się na poluzowaną wantę pod drzewcem. Od zamarzniętej liny i zwiniętego płótna oderwał się kawałek lodu, który sekundę później roztrzaskał się o pokład. Blanky miał wrażenie – a może tylko nadzieję – że słyszał huki i trzaski dobiegające z dziobu, jakby Crozier i jego ludzie rozbijali zamknięty właz siekierami.

Uczepiwszy się zwiniętego płótna niczym pająk, Blanky spojrzał w dół i na lewo. Albo przestał padać śnieg, albo jego wzrok przywykł bardziej do ciemności, widział bowiem wyraźnie sylwetkę potwora, który wspinał się do trzeciego i najwyższego drzewca. Był tak wielki, że w porównaniu z potężnym masztem wyglądał jak duży kot wspinający się na bardzo cienkie drzewo. Tyle że wcale nie przypomina kota, pomyślał Blanky, może prócz faktu, że wspinał się, wbijając pazury w dębowe drzewce i żelazne pasy, których nie mogła przebić nawet średniej wielkości kula armatnia.

Tymczasem Blanky przesuwał się po zamarzniętym żaglu, który skrzypiał pod jego ciężarem niczym zbyt nakrochmalony muślin. W miarę jak oddalał się od masztu, na pokład spadały kolejne porcje spękanego lodu.

Olbrzymi kształt za jego plecami dotarł do poziomu trzeciego drzewca. Blanky czuł drżenie drewna, płótna i lin, kiedy część ogromnego ciężaru potwora przeniosła się na drzewca po obu stronach masztu. Wyobraziwszy sobie uderzenie jednej z olbrzymich przednich łap, Blanky zaczął pełznąć jeszcze szybciej. Znajdował się już w odległości czterdziestu stóp od masztu, poza pokładem. Marynarz, który pracując przy żaglach, spadłby z tego miejsca, runąłby do morza. Blanky spadłby na położony ponad sześćdziesiąt stóp niżej lód.

Coś opadło na twarz Blanky’ego i ramiona – siatka, sieć pajęcza, pułapka. Blanky omal nie krzyknął ze strachu, w porę jednak zrozumiał, co to takiego – drablinki, liny łączące reling z drugim salingiem, przełożonym na czas zimy na czubek skróconego masztu, by marynarze mogli strącać stamtąd lód. To była drablinka z prawej burty, wyrwana z mocowań w relingu i pokładzie nieprawdopodobnie mocnym uderzeniem potwora. Oblepione śniegiem i lodem kwadraty drablinki zachowywały się jak małe żagle, które wiatr przeniósł daleko poza prawą burtę.

Blanky znów zadziałał instynktownie, bez zastanowienia. Gdyby zaczął się zastanawiać nad kolejnym ruchem, zapewne nie miałby już czasu go wykonać.

Odepchnął się od zwiniętego żagla i rzucił na kołysaną wiatrem drablinkę.

Zgodnie z jego oczekiwaniami, obciążona drablinka poleciała z powrotem w stronę masztu. Blanky minął zaledwie o stopę ogromne cielsko uczepione masztu. Było zbyt ciemno, by mógł przypatrzyć mu się dobrze, widział jednak, jak trójkątna głowa wielkości jego tułowia, osadzona na szyi zbyt długiej i wężowej, by mogła pochodzić z tego świata, obraca się gwałtownie w jego kierunku, słyszał też, jak zęby dłuższe od jego palców zamykają się z trzaskiem w miejscu, przez które przed sekundą przeleciał. Lodomistrz poczuł nawet oddech potwora – smród gnijącego mięsa, zupełnie inny od rybiego zapaszku wydobywającego się z paszcz niedźwiedzi polarnych, które zabili i oprawili na lodzie. To był odór rozkładającego się ludzkiego ciała zmieszany z zapachem siarki, gorący jak podmuch powietrza wypływający z otwartego paleniska kotła.

W tym momencie Thomas Blanky zrozumiał, że marynarze, których nazywał przesądnymi głupcami, mieli rację; to stworzenie z lodu było demonem lub bogiem zamkniętym w postaci przerażającego drapieżnika. Było siłą, którą należało albo obłaskawić, albo czcić, albo po prostu przed nią uciec.

Mijając środkową oś okrętu, obawiał się przez chwilę, że niższa część drablinki zaczepi o kikut odłamanych drzewc albo zapłacze się w wantach – wtedy potwór musiałby jedynie przyciągnąć go do siebie niczym rybę schwytaną w sieć – ale ciężar jego ciała nadał sieci taki pęd, że oddaliła się od masztu na odległość co najmniej piętnastu stóp, w stronę lewej burty.

Blanky wiedział, że teraz drablinka poniesie go w drugą stronę, prosto w ogromną lewą łapę potwora, która wyciągała się ku niemu w ciemnościach.

Lodomistrz obrócił się, przerzucając ciężar ciała w stronę dziobu, a poczuwszy, że ciężka, porozrywana sieć poddaje się jego manewrom, wysunął nogi z drablinki, szukając stopami trzeciego drzewca.

Jego stopa trafiła na oblodzoną belkę, kiedy nad nią przelatywał. Podeszwa buta ześlizgnęła się z lodu, kiedy jednak lina niosła go ponownie w stronę rufy, Blanky zdążył oprzeć obie stopy na drzewcu i odepchnąć się od niego z całych sił.

Splątana sieć lin i drablinek znów niosła go obok grotmasztu, teraz jednak zataczała wielki łuk w stronę rufy. Nogi Blanky’ego nadal wisiały bezwładnie w powietrzu, pięćdziesiąt stóp nad zniszczonym namiotem. Kiedy zbliżał się do masztu, przywarł całym ciałem do lin, wyginając tułów do przodu.

Pazury przecięły powietrze niecałe pięć cali od jego pleców. Gdyby miał na to czas, lodomistrz pokręciłby głową z niedowierzaniem – wiedział, że od masztu dzieli go co najmniej dziesięć stóp. Potwór musiał wbić pazury prawej łapy – albo rękę, albo diabelskie szpony – w maszt i wisząc tylko na niej, wyciągnąć drugie ramię na odległość sześciu stóp.

Ale chybił.

Blanky wiedział, że kiedy znów pofrunie w jego stronę, monstrum już nie chybi.

Pochwycił skrajną linę drablinki i zaczął ześlizgiwać się w dół jak najszybciej, trąc palcami o poprzeczne szczeble i linki, co w każdej chwili groziło upadkiem na pokład.

Drablinka dotarła na szczyt łuku, który zataczała wokół masztu, i zaczęła wracać.

Jeszcze za wysoko, pomyślał Blanky, kiedy splątane liny niosły go z powrotem w stronę grotmasztu.

Potwór bez trudu przechwycił drablinkę, kiedy ta dotarła do podłużnej osi okrętu, ale Blanky był już dwadzieścia stóp niżej i wciąż się zsuwał.

Potwór zaczął przyciągać do siebie splątaną masę takielunku.

To jest, kurwa, niesamowite, zdążył pomyśleć Thomas Blanky, kiedy jego prześladowca pociągnął tonę lub półtorej tony lodu i sznurów z taką łatwością, z jaką rybak wyciąga sieć z morza.

Lodomistrz zrobił to, co zaplanował w ciągu ostatnich kilku sekund lotu na drablince; ześlizgując się w dół, jednocześnie przenosił ciężar ciała raz do przodu, raz do tyłu, niczym chłopiec huśtający się na linie, zwiększając za każdym razem wychylenie drablinki. Jednocześnie jednak potwór ciągnął go w górę, mniej więcej w takim samym tempie, w jakim on schodził. Blanky przypuszczał, że dotrze na koniec lin w tym samym czasie, kiedy potwór przyciągnie go do siebie, na wysokość pięćdziesięciu stóp.

Wciąż jednak miał nad sobą tyle luźnej drablinki, że przy jej maksymalnym wychyleniu oddalał się o dwadzieścia stóp od pionu w stronę prawej burty. Zaciskając obie ręce na pionowych linach i opierając stopy na poziomych szczeblach, lodomistrz zamknął oczy i przywołał w myślach obraz chłopca huśtającego się na sznurze.

Z góry dobiegło głośne warknięcie, a liny powędrowały kolejne pięć, sześć stóp w górę.

Nie wiedząc, czy znajduje się dwadzieścia, czy czterdzieści pięć stóp nad pokładem, starając się wyczuć chwilę, kiedy drablinka osiągnie maksymalne wychylenie, Blanky przekręcił ją mocniej do wewnątrz, zsunął stopy ze szczebli i rzucił się w powietrze.

Wydawało mu się, że leci całą wieczność.

Najpierw musiał się ponownie obrócić, tak by nie wylądować na głowie, plecach lub brzuchu. Lód nie zamortyzowałby jego upadku – tym bardziej, oczywiście, reling albo pokład – ale na to nic już nie mógł poradzić. Lodomistrz wiedział, że jego życie zależy teraz od prostej newtonowskiej arytmetyki; Thomas Blanky stał się elementem równania ruchu obiektu balistycznego.

Wyczuł raczej, niż zobaczył reling prawej burty, który przesunął się w odległości sześciu stóp od jego głowy, dzięki czemu zdążył podciągnąć nogi i wyprostować ramiona, nim jego ciało uderzyło w zbocze śniegu i lodu łączące niczym podjazd burtę Terroru z zamarzniętą powierzchnią morza. Przed oddaniem skoku lodomistrz dokonał w myślach błyskawicznych obliczeń i zrobił wszystko, by trajektoria lotu wyprowadziła go tuż przed twardą jak beton ścieżkę, po której marynarze schodzili na lód, i tuż za śnieżną zaspę, gdzie pod trzema stopami śniegu kryły się okryte brezentem łodzie.

Wylądował dokładnie tam, gdzie zaplanował. Siła uderzenia pozbawiła go na moment oddechu. Poczuł przeszywający ból w lewej nodze – modlił się, by był to zerwany mięsień, a nie złamana kość – i zaczął toczyć się po długim stromym zboczu, jednocześnie wyrzucając z siebie całą lawinę przekleństw.

Trzydzieści stóp za okrętem, gdzieś na pokrytym śniegiem lodzie, Blanky opadł na plecy i zatrzymał się.

Szybko dokonał w myślach oceny sytuacji. Nie połamał rąk, choć bolał go prawy nadgarstek. Głowa także wydawała się nienaruszona. Bolały go żebra i z trudem wciągał powietrze w płuca, przypuszczał jednak, że winne są temu raczej strach i podniecenie niż połamane żebra. Ale lewa noga bolała go jak diabli.

Blanky wiedział, że powinien zerwać się na równe nogi i biec… natychmiast… ale nie mógł ruszyć się z miejsca. Leżał na plecach, z rozłożonymi szeroko rękami i nogami, pozwalając, by ciepło jego ciała uchodziło w otaczające go lód i powietrze, próbując odzyskać oddech i trzeźwość umysłu.

Teraz bez wątpienia słyszał już krzyki ludzi dochodzące z przedniego pokładu. Na dziobie pojawiły się lampy, w ich żółtym blasku widać było wyraźnie smugi gnanego wiatrem śniegu. Potem Blanky usłyszał głuchy łomot i trzask; wiedział, że to demon ześlizgnął się właśnie z grotmasztu na pokład. Nawoływania i krzyki marynarzy zmieniły barwę, słychać w nich było nuty strachu i zdenerwowania, choć żaden ze stojących na dziobie ludzi nie mógł widzieć wyraźnie potwora, ukrytego na rufie pośród ruin namiotu, połamanych drzewc, takielunku i rozrzuconych skrzynek. Huknął strzał.

Obolały, pojękujący Thomas Blanky stanął na czworakach. Zgubił gdzieś swoje wełniane rękawiczki, jego dłonie były więc teraz pozbawione jakiegokolwiek okrycia. Stracił także czapkę, a jego rozpuszczone, przetykane pasmami siwizny włosy powiewały luźno na wietrze. Nie miał czucia w dłoniach, stopach i twarzy, lecz wszystko, co znajdowało się poza nimi, było źródłem różnych odmian bólu.

Podświetlona blaskiem lamp sylwetka potwora jednym skokiem pokonała reling i ruszyła w jego stronę.

Blanky błyskawicznie zerwał się na równe nogi i pobiegł w ciemność, między lodowe iglice i seraki.

Dopiero oddaliwszy się jakieś pięćdziesiąt jardów od statku, uświadomił sobie, że równie dobrze mógł podpisać wyrok śmierci na samego siebie.

Nie powinien oddalać się od statku. Powinien pobiec wokół okrytych śniegiem łodzi, wzdłuż prawej burty okrętu, wspiąć się na wciśnięty w lód bukszpryt i pędzić do lewej burty, wzywając jednocześnie pomocy.

Niemal od razu uświadomił sobie, że nie zdążyłby nawet wspiąć się na dziób. Potwór złapałby go w ciągu dziesięciu sekund.

Dlaczego pobiegłem w tę stronę?

Miał jakiś plan, zanim zeskoczył z drablinki. Co to był, do diabła, za plan?

Blanky słyszał skrzypienie śniegu i tupot łap za plecami.

Ktoś, być może pomocnik lekarza z Erebusa, Goodsir, mówił kiedyś, jak szybko potrafi biegać biały niedźwiedź – dwadzieścia pięć mil na godzinę? Tak, co najmniej tyle. Blanky nigdy nie był dobrym biegaczem. A teraz musiał omijać lodowe iglice, seraki i szczeliny, które widział dopiero wtedy, gdy był zaledwie kilka stóp przed nimi.

Dlatego pobiegłem w tę stronę. Taki był plan.

Potwór biegł za nim, omijając te same poszarpane bryły lodu i iglice, między którymi pędził slalomem Blanky. Jednak lodomistrz dyszał i rzęził jak zepsuty miech, podczas gdy ogromny stwór za jego plecami pochrząkiwał tylko cicho – z rozbawienia? ze złością? – a każdy jego krok równał się trzem lub czterem krokom Blanky’ego.

Lodomistrz oddalił się już od statku o jakieś dwieście jardów. Uderzywszy w lodowy blok, który zobaczył zbyt późno, by przed nim uskoczyć, i przyjmując całą siłę uderzenia na prawe ramię, które natychmiast zdrętwiało podobnie jak wiele innych części jego ciała, Blanky uświadomił sobie, że od dłuższego czasu porusza się na oślep. Lampy na pokładzie Terroru były zbyt daleko – niewyobrażalnie daleko – by w czymkolwiek mu pomóc. Nawet gdyby mógł je jeszcze zobaczyć, nie oglądałby się za siebie – straciłby tylko cenne sekundy, od których mogło zależeć jego życie.

Za tą myślą przyszła następna; mógł biec w ciemności, bo korzystał z wyrytej w jego umyśle mapy lodowych pól, szczelin i brył otaczających Terror po sam horyzont. Blanky miał ponad rok, by przyjrzeć się zamarzniętemu morzu i wszystkim wałom, nierównościom, głazom i serakom pokrywającym jego powierzchnię. Mógł oglądać je zarówno w ciągu długiego arktycznego dnia, jak i przy blasku księżyca, gwiazd i zorzy polarnej, a jego wprawne oko i umysł niemal odruchowo notowały wszystkie elementy otaczającego go krajobrazu.

Przebiegłszy jakieś dwieście jardów w lodowej gęstwinie, za ostatnim wałem lodowym, który udało mu się pokonać – słyszał, jak potwór pokonuje wał zaledwie kilkoma skokami, zbliżając się do potencjalnej ofiary na odległość kilkunastu jardów – przypomniał sobie labirynt lodowych bloków, małych gór lodowych odwróconych do góry nogami, które połączyły się ze sobą, tworząc miniaturę górskiego łańcucha.

Jakby zrozumiawszy, dokąd zmierza jego ofiara, jasny kształt za jego plecami chrząknął głośno i przyspieszył kroku.

Za późno. Ominąwszy ostatni wysoki serak, Blanky zanurzył się w lodowym labiryncie. Tutaj jednak nie mógł już korzystać z mapy, którą zachował w umyśle – widział to skupisko lodowych bloków tylko z pokładu statku, przez lunetę – uderzył w lodową ścianę, upadł na siedzenie i zaczął pełznąć na czworakach do przodu. Nim odzyskał całkiem oddech i trzeźwość umysłu, potwór był tuż za nim.

Szczelina między dwoma głazami wielkości powozu miała nie więcej niż trzy stopy szerokości. Blanky wsunął się w nią – wciąż na czworakach, podpierając się pozbawionymi czucia dłońmi – tuż przedtem, nim potwór dopadł szczeliny i wsunął do niej łapę, próbując go pochwycić i przyciągnąć.

Lodomistrz starał się odsunąć od siebie obrazy kota i myszy, gdy olbrzymie pazury odrywały kawałki lodu zaledwie dziesięć cali od jego stóp. Wstał, upadł, ponownie podniósł się na równe nogi i ruszył przed siebie, zamknięty w nieprzeniknionej ciemności.

Niedobrze. Wąska lodowa alejka była za krótka – miała niecałe osiem stóp długości – i prowadziła na otwartą przestrzeń. Słyszał już kroki i pochrząkiwania potwora okrążającego lodowy blok od prawej strony. Wiedział, że nie może tu zostać – równie dobrze mógłby stanąć na środku boiska do krykieta – a szczelina, obłożona głównie śniegiem, a nie lodem, stanowiła tylko tymczasową kryjówkę. Potwór potrzebowałby zapewne ledwie minuty lub dwóch, by poszerzyć otwór i dostać się do niego. Tutaj mógł tylko umrzeć.

Rzeźbione wiatrem góry lodowe, które widział kiedyś przez lunetę, znajdowały się… gdzie? Chyba po lewej.

Ruszył w lewo, otarł się o lodowe iglice i seraki, przeszedł nad szczeliną głębokości zaledwie dwóch stóp, wspiął się na niski, poszarpany wał, ześlizgnął na dół, wspiął się ponownie i usłyszał, jak potwór wychodzi zza lodowego bloku i zatrzymuje się jakieś dziesięć stóp od niego.

Większe góry zaczynały się tuż za tym lodowym blokiem. Ta z otworem, który dostrzegł kiedyś przez lunetę, będzie…

…te lodowe twory przemieszczają się codziennie, co noc…

…przewracają się i odrastają, zmieniają kształt, spychane przez wały lodowe…

…potwór wspina się na lodowe zbocze, zmierzając do miejsca, gdzie stoi Blanky…

Cienie. Szczeliny. Pęknięcia. Ślepe alejki w lodzie. Wszystkie za małe, by mógł się w nich pomieścić. Chwileczkę.

W ścianie odwróconej góry lodowej po jego prawej stronie znajdował się otwór wysokości czterech stóp. Chmury rozeszły się na jedną chwilę, a światło gwiazd wystarczyło Blanky’emu, by dojrzeć nieregularny otwór w ciemnej ścianie lodu.

Dopadł do ściany i rzucił się we wnękę, nie wiedząc, czy ma dziesięć jardów, czy dziesięć cali głębokości. Nie zmieścił się.

Zewnętrzna warstwa ubrań – płaszcz i wełniane okrycia – nie pozwalała mu wcisnąć się w szczelinę.

Blanky zerwał z siebie ubranie. Potwór wspiął się już na wał lodowy i stanął na tylnych łapach. Lodomistrz go nie widział – nie miał czasu, by oglądać się za siebie – ale czuł, że potwór podnosi się na tylne łapy.

Nie odwracając nawet głowy, Blanky rzucił ubrania za siebie, najszybciej jak potrafił.

Potwór sapnął, zaskoczony – lodomistrz poczuł siarczany odór wydobywający się z jego paszczy – później zaś jednym ruchem rozdarł grubą warstwę ubrań na strzępy i odrzucił je na lód. Blanky zdołał jednak wykorzystać kilka sekund spokoju, które zyskał w ten sposób.

Ponownie rzucił się do lodowego otworu.

Zmieściły się tylko jego ramiona. Podeszwy butów ślizgały się przez sekundę po lodzie, wreszcie znalazły jakiś punkt podparcia, palce szukały szczelin, nierówności, jakiegokolwiek punktu zaczepienia.

Lodomistrz przesunął się zaledwie cztery stopy w głąb wnęki, kiedy potwór sięgnął po niego. Najpierw zdarł jego prawy but i fragment stopy. Blanky poczuł, jak przerażające pazury wbijają się w jego ciało i pomyślał – miał nadzieję – że stracił tylko stopę. Dysząc ciężko, starając się nie myśleć o przeszywającym bólu, który czuł mimo drętwienia jego rannej nogi, wsuwał się coraz głębiej w otwór.

Lodowy tunel był coraz ciaśniejszy, zwężał się.

Pazury zgrzytnęły o lód i uderzyły w jego prawą nogę, zrywając skórę i mięśnie w miejscu, gdzie Blanky zranił się podczas skoku z olinowania. Lodomistrz poczuł zapach własnej krwi. Potwór zapewne także, znieruchomiał bowiem na moment, a później ryknął.

Ogłuszający ryk wypełnił cały tunel. Ramiona Blanky’ego zakleszczyły się między lodowymi ścianami, nie mógł już przesuwać się do przodu, choć wiedział, że cała dolna część jego ciała wciąż jest w zasięgu potwora.

Demon znów ryknął. Przerażający dźwięk na moment zmroził krew w żyłach lodomistrza, nie pozbawił go jednak zdolności działania. Wykorzystując chwilę wytchnienia, cofnął się o kilka cali do szerszej części tunelu, wysunął przed siebie złożone razem ręce i z całych sił odepchnął się kolanami od lodu. Choć ostre krawędzie otworu, który z pewnością nie był przeznaczony dla mężczyzn jego rozmiarów, zdzierały mu skórę z ramion i boków, zdołał przepchnąć się dalej do przodu.

Tuż za owym przewężeniem tunel poszerzał się i opadał. Blanky ześlizgnął się na brzuchu po lodzie zwilżonym jego krwią. Ubranie wisiało na nim w strzępach. Czuł, jak przeraźliwy ziąb obejmuje zaciśnięte mięśnie jego brzucha i krocze.

Potwór ryknął po raz trzeci, lecz tym razem przerażający dźwięk dochodził z odległości co najmniej kilku stóp.

Chwilę później, gdy Blanky wysunął się z tunelu, był pewien, że cały jego trud poszedł na marne. Tunel – wyżłobiony prawdopodobnie przez wodę ponad rok wcześniej – wyprowadził lodomistrza ponownie na otwartą przestrzeń. Nagle znalazł się pod rozgwieżdżonym niebem. Leżał na plecach, wciągając w nozdrza zapach własnej krwi, która wsiąkała powoli w lód i śnieg. Słyszał także kroki potwora, obchodzącego górę najpierw z lewej, potem z prawej strony, pewnego wygranej i prowadzonego zapachem świeżej krwi. Lodomistrz był zbyt zmęczony i obolały, by czołgać się dalej. Niech się dzieje, co chce, a Bóg żeglarzy niech strąci tego skurwiela z lodu w otchłanie piekielne. Blanky modlił się już tylko o to, by jedna z jego kości utkwiła w gardzieli potwora.

Dopiero po minucie i kilku kolejnych rykach – każdy z nich był głośniejszy od poprzedniego i dochodził z innego kierunku – Blanky zrozumiał, że potwór nie może się do niego dostać.

Owszem, leżał na otwartej przestrzeni i pod gołym niebem, zarazem jednak zamknięty był w lodowej skrzyni mającej pięć na osiem stóp, utworzonej co najmniej przez trzy lodowe bloki ściśnięte i zlepione ze sobą przez napierający lód. Jedna z przechylonych gór wisiała nad nim jak upadająca ściana, lecz Blanky wciąż widział gwiazdy. Dostrzegł także światło gwiazd dochodzące z dwóch pionowych szczelin położonych po przeciwległych stronach jego lodowej trumny – zobaczył również sylwetkę drapieżnika przesłaniającą gwiazdy po drugiej stronie jednej z tych szczelin, niecałe piętnaście stóp dalej – jednak prześwity między górami miały nie więcej niż sześć cali szerokości. Tunel, przez który przed chwilą się wczołgał, był jedyną drogą wyjścia i wejścia do tej kryjówki.

Potwór ryczał i kręcił się wokół Blanky’ego przez kolejne dziesięć minut.

Thomas Blanky usiadł i oparł poranione plecy i ramiona o lód. Nie miał płaszcza ani grubych wełnianych ubrań, a jego spodnie, dwa swetry, koszule i podkoszulek wisiały w krwawych strzępach, był więc przekonany, że zamarznie na śmierć.

Potwór nie odchodził. Przechadzał się tam i z powrotem niczym drapieżnik zamknięty w londyńskim zoo. Tyle że tutaj to Blanky tkwił we wnętrzu klatki.

Wiedział, że nawet jeśli potwór w końcu go zostawi, on nie będzie miał ani sił, ani ochoty przeciskać się ponownie przez wąski tunel. A gdyby nawet udało mu się dokonać tej sztuki, znalazłby się w miejscu, które równie dobrze mogłoby leżeć na księżycu – księżycu, który wychodził właśnie zza ustępujących chmur i wypełniał otaczające go lodowe bloki niesamowitym niebieskim blaskiem. Gdyby zaś jakimś cudem wydostał się z lodowego labiryntu, od statku wciąż dzieliłoby go trzysta jardów, a w tej chwili nie przeszedłby nawet dziesięciu. Nie czuł już własnego ciała, nie mógł też poruszać nogami.

Blanky wcisnął zmarznięte pośladki i bose stopy głębiej w śnieg – tu, gdzie nie docierał wiatr, warstwa śniegu była całkiem gruba – i zastanawiał się, czyjego towarzysze z Terroru kiedykolwiek go znajdą. Dlaczego w ogóle mieliby go szukać? Był tylko kolejną ofiarą monstrum z lodu. Przynajmniej kapitan nie będzie musiał znosić jego ciała, owiniętego starannie płótnem żaglowym, do Kajuty Zmarłych.

Po drugiej stronie tunelu i lodowych szczelin znów rozległy się ryki i hałasy, ale Blanky nie zwracał na nie uwagi.

– Mam w dupie ciebie i diabła, który cię spłodził – wymamrotał lodomistrz zdrętwiałymi, zamarzniętymi wargami. A może nic nie mówił. Uświadomił sobie, że śmierć przez zamarznięcie – być może i przez wykrwawienie, choć do tej pory krew sącząca się z jego licznych ran już pewnie zamarzła – wcale nie jest bolesna. Właściwie była całkiem spokojna… kojąca. Cudowny sposób na…

Blanky uzmysłowił sobie nagle, że w szczelinach i tunelu widać światło. Potwór chciał wywabić go z kryjówki za pomocą pochodni i lamp. Ale on nie da się nabrać na taką prostą sztuczkę. Będzie siedział w bezruchu, aż pogrąży się w głębokim, wiecznym śnie. Nie da monstrum tej satysfakcji i nie odezwie się po ich długim, cichym pojedynku.

– Do diabła, panie Blanky! – zahuczał w tunelu basowy głos komandora Croziera. – Odezwij się, jeśli tam jesteś, do cholery, albo cię tu zostawimy.

Blanky zamrugał. A właściwie próbował zamrugać. Jego powieki i rzęsy zamarzły. Czyżby był to kolejny podstęp demona?

– Tutaj – wychrypiał. I jeszcze raz, głośniej: – Tutaj!

Minutę później w tunelu ukazała się głowa i ramiona mata uszczelniacza, Corneliusa Hickeya, najmniejszego marynarza na pokładzie Terroru. Hickey trzymał w dłoni latarnię. Blanky zdążył jeszcze pomyśleć, że wygląda to tak, jakby góra urodziła właśnie gnoma.

***

W końcu zajęli się nim wszyscy czterej lekarze.

Blanky od czasu do czasu wynurzał się z przyjemnej mgły nieświadomości i sprawdzał, jak im idzie. Niekiedy opatrywali go lekarze z jego statku – Peddie i McDonald – a czasami medycy z Erebusa, Stanley i Goodsir. Nieraz był przy nim tylko jeden z nich, zajęty krojeniem, owijaniem lub zszywaniem. Blanky miał ochotę powiedzieć Goodsirowi, że niedźwiedzie polarne potrafią biec znacznie szybciej niż dwadzieścia pięć mil na godzinę, jeśli tylko zechcą. Ale… czy to rzeczywiście był niedźwiedź polarny? Raczej nie. Niedźwiedzie polarne były stworzeniami z tego świata, a to coś pochodziło z jakiegoś innego miejsca. Blanky nie miał co do tego wątpliwości.

Ostatecznie okazało się, że straty wcale nie były takie duże. Właściwie zupełnie małe.

John Handford, jak się okazało, był cały i zdrowy. Po tym, jak Blanky zostawił go przy prawej burcie, marynarz zgasił lampę i uciekł ze statku, przebiegając wokół niego na lewą burtę, by ukryć się przed potworem, który zajęty był w tym czasie pościgiem za lodomistrzem.

Alexander Berry, którego Blanky uznał już za zmarłego, leżał nieprzytomny pod płótnem namiotu, dokładnie w miejscu, gdzie stał na wachcie w chwili, kiedy potwór ukazał się na pokładzie i wyłamał drzewce. Berry uderzył się w głowę tak mocno, że nie pamiętał niczego, co wydarzyło się tej nocy, Crozier powiedział jednak Blanky’emu, że znaleźli jego broń i że Berry z pewnością z niej strzelał. Lodomistrz oczywiście także wypalił ze swojej strzelby, mierząc prosto w sylwetkę, która stała zaledwie kilka kroków od niego i była wielka jak ściana, a jednak ani na pokładzie, ani nigdzie indziej nie znaleziono najmniejszych śladów krwi.

Crozier spytał Blanky’ego, jak to możliwe – dwóch ludzi strzeliło do zwierzęcia z odległości kilku jardów, a zwierzę nie krwawiło? – jednak lodomistrz nie udzielił mu żadnej odpowiedzi. Choć w głębi duszy, oczywiście, wiedział.

Leys także był żywy i cały. Czterdziestojednoletni marynarz musiał widzieć i słyszeć wiele – zapewne był świadkiem, jak potwór pojawił się na pokładzie – lecz nie mówił o tym. David Leys ponownie zamilkł i wpatrywał się w przestrzeń. Najpierw zaniesiono go do izby chorych na Terrorze, ponieważ jednak lekarze potrzebowali miejsca, by opatrzyć pokiereszowanego lodomistrza, Leys trafił ostatecznie do większej izby chorych na Erebusie. Według relacji gadatliwych gości Blanky’ego, Leys leżał tam nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w suficie.

Blanky nie wyszedł z całej tej historii bez szwanku. Potwór oderwał mu pół stopy łącznie z piętą, lecz McDonald i Goodsir zaszyli i przyżegli otwartą ranę, zapewniając lodomistrza, że z pomocą cieśli okrętowego przygotują dlań drewnianą protezę, mocowaną na skórzanych paskach, która pozwoli mu znów normalnie chodzić.

Znacznie gorzej wyglądała jego lewa noga – pazury potwora w kilku miejscach zdarły z niej mięśnie do kości i porysowały samą kość – i jak wyznał potem doktor Peddie, wszyscy czterej lekarze byli pewni, że będą musieli amputować ją aż do kolana. Jednak dzięki jednej z niewielu zalet arktycznego klimatu – wolnemu postępowi wszelkich zakażeń i gangreny – po nastawieniu kości i założeniu ponad czterystu szwów noga Blanky’ego, choć powykręcana i pozbawiona w kilku miejscach całych połaci mięśni, powoli się goiła.

– Twoje wnuki nie będą się mogły napatrzeć na te blizny – rzekł James Reid, składając mu kurtuazyjną wizytę.

Mróz także zrobił swoje. Blanky zachował co prawda wszystkie palce u nóg – lekarze powiedzieli mu, że będzie ich potrzebował, by utrzymać równowagę na uszkodzonej stopie – stracił jednak wszystkie palce prawej dłoni prócz kciuka oraz dwa najmniejsze palce i kciuk lewej dłoni. Goodsir zapewnił go, że za jakiś czas będzie mógł swobodnie pisać i jeść, korzystając tylko z dwóch palców lewej ręki, a także zapinać guziki tymi samymi palcami oraz kciukiem prawej dłoni.

Thomasa Blanky’ego na razie gówno obchodziło zapinanie guzików. Żył. Potwór z lodu zrobił wszystko, by go tego życia pozbawić, ale on wygrał tę walkę. Mógł jeść, gawędzić ze swoimi towarzyszami, wypijać codzienną porcję rumu – już teraz mógł utrzymać kubek w zabandażowanych rękach – i czytać książkę, jeśli tylko ktoś zechciał mu pomóc i odpowiednio ją ułożyć. W najbliższym czasie zamierzał dokończyć Pastora z Wakefield i miał nadzieję, że nie będzie to ostatnia książka, jaką przeczyta, nim jego doczesna wędrówka dobiegnie końca.

Blanky był żywy i zamierzał przebywać w tym stanie tak długo, jak tylko się da. Nie mógł się już doczekać, kiedy wróci do swojej kajuty – wciśniętej pomiędzy równie maleńkie kajuty porucznika Irvinga i Jopsona, stewarda komandora – co musiało nastąpić lada dzień, gdy tylko lekarze uznają, że nie potrzebuje już ich ciągłej opieki.

Na razie Thomas Blanky czuł się dziwnie szczęśliwy. Leżąc na swej koi w izbie chorych, nasłuchując późną nocą przyciszonych rozmów i śmiechów ludzi odpoczywających zaledwie kilka stóp dalej, za cienkim przepierzeniem, uśmiechnął się do siebie i pozwolił, by nieustające pojękiwania i trzaski lodu usiłującego zgnieść HMS Terror kołysały go do snu równie skutecznie jak matka.

22

IRVING

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98 °23’ długości geograficznej zachodniej. 13 grudnia 1847.

Porucznik Irving musiał się dowiedzieć, jak Cisza wychodzi ze statku i wraca na niego niezauważona. Tego wieczora, dokładnie miesiąc po tym, jak znalazł Eskimoskę w jej nowej kryjówce, gotów był rozwiązać tę zagadkę, nawet jeśli straciłby przy tym palce u rąk i nóg.

Nazajutrz po tym, jak znalazł ją w schowku na linę kotwiczną, zameldował o tym komandorowi. Nie powiedział mu jednak, że jadła w swym nowym legowisku świeże mięso, głównie dlatego, że sam powątpiewał w realność tego, co widział zaledwie przez sekundę przy nikłym, migotliwym blasku małego płomienia. Nie zameldował mu także o haniebnym i szokującym czynie, na którym przyłapał mata uszczelniacza Hickeya i marynarza Mansona. Wiedział, że tym samym nie dopełnia obowiązków oficera Służby Badawczej Królewskiej Marynarki Wojennej, ale…

Ale co? Jedynym powodem, który mógł usprawiedliwiać to poważne naruszenie regulaminu, był fakt, że na pokładzie HMS Terror było już wystarczająco dużo szczurów.

Poza tym niewytłumaczalne zachowanie lady Ciszy, jej tajemnicze zniknięcia i powroty – choć akceptowane przez zabobonną załogę jako ostateczny dowód na jej nadprzyrodzone zdolności i ignorowane przez komandora Croziera oraz innych oficerów jako mit – wydawały się młodemu Irvingowi o wiele ważniejsze niż odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście mat i okrętowy idiota robili sobie dobrze w śmierdzących ciemnościach ładowni.

Bo faktycznie była to śmierdząca ciemność, rozmyślał Irving, siedząc trzecią godzinę na skrzynce ukrytej za filarem w pobliżu dziobowego schowka na linę kotwiczną. Smród zalegający w mroźnej, ciemnej ładowni z dnia na dzień robił się coraz gorszy.

Przynajmniej na niskim podeście przed schowkiem nie było już talerzy zjedzeniem, kubków z rumem ani pogańskich fetyszy. Wkrótce po brawurowej ucieczce lodomistrza Blanky’ego przed potworem z lodu jeden z oficerów zwrócił uwagę komandora na ten problem. Komandor wpadł we wściekłość i zagroził, że pozbawi codziennej porcji rumu – na zawsze! – każdego marynarza, który będzie dość głupi, dość przesądny i ogólnie rzecz biorąc nie dość chrześcijański, by ofiarować cenne pożywienie i kubki doskonałego indyjskiego rumu tubylczej dziewczynie. Pogańskiemu dziecku. (Choć ci marynarze, którzy widzieli lady Ciszę nago lub słyszeli, jak rozmawiają o niej lekarze, wiedzieli, że wcale nie jest już dzieckiem, i szeptali o tym między sobą.)

Komandor Crozier zaznaczył również wyraźnie, że nie będzie tolerował żadnych fetyszy z białych niedźwiedzi. Oświadczył podczas nabożeństwa – właściwie było to tylko odczytanie regulaminu, choć wielu marynarzy chciało usłyszeć kolejny fragment Księgi Lewiatana – że każdy niedźwiedzi ząb, pazur, ogon, nowy tatuaż czy też inny fetysz, jaki zobaczy u któregokolwiek z marynarzy, będzie oznaczał dla tego nieszczęśnika dodatkową nocną wachtę albo dodatkowe czyszczenie kibli. Od tego dnia marynarze HMS Terror jakby nagle przestali wierzyć w moc pogańskich fetyszy – choć porucznik Irving wiedział od przyjaciół z Erebusa, że tam załoga nie zmieniła swego postępowania.

Irving kilkakrotnie próbował śledzić Eskimoskę podczas jej nocnych przechadzek po statku, ponieważ jednak nie chciał, by wiedziała o jego obecności, szybko tracił ją z oczu. Dziś wieczorem wiedział z całą pewnością, że lady Cisza jest w swojej kryjówce. Zszedł za nią do ładowni prawie trzy godziny temu, kiedy marynarze zjedli kolację, a Cisza przyjęła od pana Diggle’a swoją porcję biednego Jasia, suchara i szklankę wody i poszła z tym wszystkim do siebie. Irving kazał jednemu ze swych podwładnych obserwować główny właz, innemu zaś główną zejściówkę. Marynarze mieli zmieniać się na tych posterunkach co cztery godziny. Gdyby Eskimoska wspięła się do któregoś z tych wejść jeszcze tego wieczora – a właściwie nocy, bo było już po dziesiątej – Irving wiedziałby, dokąd poszła i kiedy.

Jednak już od trzech godzin drzwi schowka były szczelnie zamknięte. Krawędzie niewysokich drzwiczek obwiedzione były wąskim pasem światła, co oznaczało, że Eskimoska ma tam jakąś świeczkę albo prymitywną lampkę z otwartym płomieniem. Gdyby komandor Crozier się o tym dowiedział, z pewnością natychmiast wyciągnąłby Ciszę z jej kryjówki i wrzucił z powrotem do pomieszczenia przy izbie chorych albo… wypędził na lód. Dowódca bał się pożaru na statku równie mocno jak każdy inny doświadczony żeglarz, a przy tym nie darzył eskimoskiego gościa szczególnym sentymentem.

Nagle czworokąt światła wokół drzwi schowka zniknął.

Poszła spać, pomyślał Irving. Wyobrażał ją sobie – zupełnie nagą, zawiniętą w kokon niedźwiedzich futer. Irving wyobrażał sobie także, jak jeden z oficerów szuka go rankiem i znajduje jego martwe ciało na skrzynce w zimnej i śmierdzącej ładowni. Pomyślałby wtedy zapewne, że Irving to łajdak, który zakradł się tutaj, by podglądać jedyną kobietę na pokładzie. Biedni rodzice młodego porucznika spaliliby się pewnie ze wstydu, poznawszy okoliczności jego niechlubnej śmierci.

W tym momencie przez ładowie przepłynął strumień prawdziwie lodowatego powietrza, jakby w ciemności otarł się o niego jakiś duch. Strach na sekundę zjeżył mu włosy na karku, potem jednak przyszła mu do głowy prosta myśl: To tylko przeciąg. Jakby ktoś otworzył okno albo drzwi.

Zrozumiał wtedy, jak lady Cisza w magiczny sposób znika ze statku i wraca do niego.

Irving zapalił swoją lampkę, zeskoczył ze skrzynki, podszedł do schowka na linę kotwiczną i szarpnął za drzwi. Były zamknięte od wewnątrz. Irving wiedział, że w środku dziobowego schowka nie ma żadnego zamka – drzwi nie były nawet zamykane na klucz od zewnątrz, bo nikt nie chciałby ukraść liny kotwicznej – Eskimoska musiała więc zabezpieczyć je jakoś na własną rękę.

Irving przygotował się na taką ewentualność. Zabrał ze sobą trzydziestocalowy łom. Świadom, że będzie musiał wytłumaczyć się ze wszelkich zniszczeń przed porucznikiem Little’em i komandorem Crozierem, wsunął wąskie ostrze łomu między drzwi i naparł nań z całych sił. Drzwi zaskrzypiały głośno, lecz uchyliły się zaledwie o cal lub dwa. Przytrzymując łom jedną ręką, Irving sięgnął pod grubą warstwę ubrań i wyciągnął zza pasa nóż.

Lady Cisza zdołała jakoś wbić od wewnątrz kilka gwoździ w drzwi schowka, a potem połączyła je ze sobą paskiem jakiegoś elastycznego materiału – skóry? ścięgien? – tworząc białą sieć, która skutecznie przytrzymywała drzwi w miejscu. Irving i tak nie mógł już liczyć na to, że wejdzie do środka, nie pozostawiając po sobie śladów, przeciął więc nożem gęstą pajęczynę ścięgien. Nie było to łatwe; ścięgna stawiały ostrzu większy opór niż rzemienie czy liny okrętowe.

Kiedy ostatnie pasma sieci spadły wreszcie na podłogę, Irving wsunął do ciemnego wnętrza schowka swoją lampkę.

Kryjówka lady Ciszy wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał sprzed czterech tygodni – zwoje liny, przesunięte w środkowej części w głąb schowka i jednocześnie sięgające pod sufitem niemal samych drzwi, tworzyły coś na kształt jaskini – widać było także przedmioty świadczące o tym, że lady Cisza jadła tu posiłki: cynowy talerz Terroru z resztkami biednego Jasia, cynowy kubek na grog i torba na żywność, która wyglądała tak, jakby Eskimoska uszyła ją z fragmentów jakiegoś starego żagla. Na podłodze schowka stała także mała lampka z odrobiną oleju – marynarze używali takich lampek, kiedy nocą szli do ubikacji. Irving ściągnął rękawice i dotknął jej ostrożnie – była jeszcze gorąca. Ale ani śladu lady Ciszy.

Irving mógłby przesuwać ciężkie zwoje lin i szukać za nimi Eskimoski, wiedział jednak z doświadczenia, że cała wolna przestrzeń w schowku jest nimi szczelnie wypełniona i że nie ma tam już miejsca dla człowieka nawet tak drobnego jak lady Cisza.

A jednak nie było jej tutaj. Nie mogła przeniknąć przez pokład ani przez poszycie. Czyżby więc przesądni marynarze mieli rację? Czyżby rzeczywiście była eskimoską czarownicą? Szamanką?

Porucznik Irving nie wierzył w takie bzdury. Zauważył, że nie wyczuwa już przeciągu, który przed chwilą sprowokował go do działania. Jednak płomyk jego świecy chwiał się lekko, jakby poruszany jakimś innym, lżejszym podmuchem.

Trzymając lampę w wyciągniętej ręce, zatoczył nią koło i zatrzymał w miejscu, gdzie płomień chwiał się najmocniej: niemal dokładnie naprzeciwko wierzchołka dziobu.

Postawił lampę na podłodze i zaczął przesuwać zwój na bok. Natychmiast przekonał się, jak sprytnie Cisza ułożyła tutaj linę – to, co wyglądało jak kolejna wielka bela, było w rzeczywistości zwiniętym fragmentem innego zwoju, wciśniętym w pustą przestrzeń tak, by bez trudu można go było przesunąć w stronę drzwi, w głąb kryjówki. Za fałszywym zwojem widać było łukowate deski poszycia.

Tutaj także lady Cisza dokonała przemyślanego wyboru. Przednią część schowka przecinała od góry do dołu skomplikowana pajęczyna drewnianych i żelaznych belek zamocowanych podczas remontu HMS Terror kilka miesięcy przed rozpoczęciem wyprawy. Pionowe żelazne belki, dębowe poprzecznice, rozporki trzy razy grubsze od standardowych, żelazne trójkątne wsporniki i potężne dębowe belki ukośne – niektóre tak grube jak belki oryginalnego poszycia – wszystko to tworzyło strukturę wzmocnień przygotowanych z myślą o podróży przez arktyczny lód. Porucznik Irving wiedział, że jeden z londyńskich reporterów opisał te tony żelaza, dębu, afrykańskiego dębu, wiązu kanadyjskiego i dodatkowych warstw afrykańskiego i angielskiego dębu jako „masę drewna grubości około ośmiu stóp”.

Rzeczywiście, przy samej dziobnicy warstwa drewna i żelaza osiągała niemal taką właśnie grubość, lecz poczynając od tego miejsca, na przestrzeni około pięciu stóp w stronę rufy, poszycie zbudowane było tylko z pięciu cali mocnego angielskiego dębu, a nie z dziesięciu cali różnego rodzaju drewna, które wzmacniało kadłub niemal na całej długości. Uważano, że części kadłuba położone w pobliżu dziobówki muszą być cieńsze i elastyczniejsze, by mogły się poddawać straszliwym naciskom powstającym podczas przebijania się przez lód.

I tak właśnie było. Pięć pasów drewna po obu stronach kadłuba w połączeniu ze wzmocnionym dziobem i poszyciem stworzyło nowoczesny okręt przystosowany w stopniu dotąd niespotykanym do łamania lodu – cud techniki, z którym nie mogła się mierzyć żadna inna jednostka cywilna ani wojskowa na świecie. Terror i Erebus płynęły do miejsc, gdzie żaden inny okręt na świecie nie przetrwałby nawet jednej zimy.

Ten obszar w pobliżu dziobówki także był cudem techniki. Tyle że nie był już bezpieczny.

Irving szukał przez kilka minut, wystawiając płomień lampki na przeciąg, przesuwając gołymi, marznącymi dłońmi po poszyciu, dźgając deski nożem, by w końcu znaleźć miejsce, gdzie został poluzowany fragment burty o wymiarach trzy na półtorej stopy. Tylna część deski przymocowana była do burty dwoma długimi gwoździami, które teraz działały jak zawiasy. Przednia część – położona zaledwie kilka stóp od olbrzymiej stępki – była tylko wciśnięta w swoje miejsce.

Poluzowawszy deskę łomem – zastanawiał się, jak mogła dokonać tego młoda kobieta, i to gołymi rękami – i opuściwszy ją na podłogę, Irving stanął nagle przed szerokim otworem prowadzącym w ciemność arktycznego lodu. Do wnętrza schowka wpadał strumień mroźnego powietrza.

To było niemożliwe. Młody oficer wiedział, że dziób Terroru został obłożony specjalnie w tym celu przygotowanymi, walcowanymi i hartowanymi płytami żelaza grubości jednego cala. Płyty te sięgały od dziobu niemal do jednej trzeciej długości kadłuba. Nawet jeśli Eskimosce udało się jakoś poluzować deskę, tutaj powinna była trafić na przeszkodę nie do przebycia.

A jednak nie trafiła. Za otworem ciągnął się lodowy tunel prowadzący bezpośrednio na zewnątrz. Ta część dziobu była wbita głęboko w lód i wbijała się weń coraz głębiej, w miarę jak okręt przechylał się do przodu, wypychany z drugiej strony w górę przez warstwę lodu gromadzącą się pod rufą.

Serce Irvinga biło jak oszalałe. Gdyby nazajutrz Terror jakimś cudem znalazł się ponownie na wodzie, zatonąłby.

Czy lady Cisza mogła tego dokonać? Ta myśl przeraziła Irvinga bardziej niż wszelkie podejrzenia dotyczące jej magicznych zdolności znikania i pojawiania się w dowolnym miejscu. Czy dwudziestoletnia kobieta mogła zerwać ze statku żelazne płyty? Czy mogła wyrwać z poszycia grube deski, które stoczniowcy w pocie czoła wyginali i przybijali do wręg? Czy mogła wiedzieć, gdzie dokładnie to zrobić, by sześćdziesięciu marynarzy, którzy znali ten okręt lepiej niż twarz własnej matki, niczego nie zauważyło?

Irving oparł się o poszycie, próbując uspokoić nierówny oddech i rozszalałe serce.

Musiał założyć, że po dwóch latach zmagań Terroru z lodem – w Zatoce Baffina, w Cieśninie Lancastera, wokół Wyspy Cornwallisa, a potem, następnego lata, w kanale, który ludzie nazywali teraz Cieśniną Franklina – tuż przed tym, jak utknęli w lodzie na dobre, część żelaznego pancerza oderwała się lub przesunęła, a gruba deska w poszyciu została wgięta do środka już po unieruchomieniu okrętu.

Czy coś innego niż lód mogłoby poluzować deskę takiej grubości? Czy coś innego próbowało się dostać do statku?

W tej chwili nie miało to znaczenia. Lady Cisza opuściła statek zaledwie przed kilkoma minutami, a John Irving zamierzał ją śledzić, nie tylko po to, by sprawdzić, dokąd się wybiera. Był ciekaw, czy – w jakiś niezwykły, prawdziwie cudowny sposób, biorąc pod uwagę grubość lodu i straszliwe zimno – sama wyszukuje i zabija zwierzęta lub łowi ryby.

Irving wiedział, że takie odkrycie mogłoby uratować ich wszystkich. Porucznik Irving, podobnie jak inni, słyszał o zepsutym jedzeniu w konserwach Goldnera. Wszyscy na obu statkach powtarzali już plotki, że jeszcze przed nadejściem lata skończą im się zapasy.

Nie mieścił się w otworze.

Irving próbował poluzować sąsiednie deski, wszystko jednak – prócz owej jednej, wyjętej już części – było twarde jak skała. Otwór szerokości trzech stóp i wysokości osiemnastu cali był jedyną drogą na zewnątrz. A on się w niej nie mieścił.

Zdjął warstwę wełnianych ubrań, płaszcz, szalik, czapkę i uszankę, wepchnął to wszystko do otworu i… wciąż nie mógł wsunąć do niego ramion, choć był jednym z najszczuplejszych oficerów na pokładzie. Trzęsąc się z zimna, Irving zdjął jeszcze kamizelkę i wełniany sweter i także wrzucił je do tunelu.

Gdyby nie udało mu się teraz wydostać ze statku, musiałby gęsto się tłumaczyć, dlaczego wraca z ładowni bez wierzchniego okrycia.

Zmieścił się. Ledwo ledwo. Stękając i klnąc cicho, Irving wsunął się wreszcie do ciasnego otworu, choć stracił przy tym niemal wszystkie guziki od swej wełnianej koszuli.

Jestem poza statkiem, w lodzie, pomyślał, choć sam nie mógł w to do końca uwierzyć.

Leżał w wąskiej jaskini, która utworzyła się wokół dziobu i bukszprytu. Nie miał tu miejsca, by włożyć ponownie swoje ubrania, pchał je więc przed sobą. Zastanawiał się przez moment, czy nie sięgnąć z powrotem do schowka po lampkę, rozmyślił się jednak, licząc na to, że księżyc w pełni, który kilka godzin wcześniej towarzyszył mu podczas wachty, wciąż wisi na bezchmurnym niebie. W końcu zabrał ze sobą tylko łom.

Lodowy tunel musiał być co najmniej równie długi jak bukszpryt – miał ponad osiemnaście stóp długości – i być może został wyżłobiony przez wodę spływającą po długiej belce podczas minionego lata, gdy temperatura sięgała czasem powyżej punktu zamarzania. Wyszedłszy z tunelu, Irving czołgał się jeszcze przez kilka sekund, nim uświadomił sobie, że jest już na zewnątrz – nad jego głową wisiała belka bukszprytu oraz ułożone na niej zamarznięte olinowanie i płótno kliwra, które nie tylko przesłaniały mu niebo, ale i skutecznie kryły go przed wzrokiem marynarza pełniącego wachtę na dziobie.

Z tego miejsca, gdzie Terror był tylko wielką, mroczną sylwetką na tle nieba, Irving mógł jedynie ruszyć w drogę powrotną na statek albo iść do przodu, w gęstwinę lodowych bloków i seraków.

Drżąc z zimna, porucznik wkładał na siebie kolejne warstwy ubrań. Dłonie trzęsły mu się zbyt mocno, by mógł zapiąć guziki kamizelki, ale to nie miało znaczenia. Płaszcz był ciężki i nieporęczny, ale przynajmniej miał znacznie większe guziki. Nim wreszcie Irving wciągnął na siebie wszystkie ubrania, był przemarznięty do szpiku kości.

Którędy?

Gęstwina lodowych tworów przed dziobem okrętu rozciągała się we wszystkich kierunkach, Cisza mogła więc zniknąć w niej bez śladu. Irving miał jednak wrażenie, że od tunelu wybiega w głąb lodowej pustyni coś na kształt ścieżki, pas wydeptanego śniegu. Jako że i tak nie widział w pobliżu lepszej drogi, sięgnął po łom, wyprostował się i ruszył na zachód.

***

Nigdy by jej nie znalazł, gdyby nie ten nieludzki dźwięk.

Odszedł już kilkaset jardów od okrętu i zgubił się w lodowym labiryncie – ścieżka, która go tutaj zaprowadziła, w pewnym momencie zniknęła, a właściwie połączyła się z kilkoma innymi, podobnymi trasami – i chociaż blask księżyca i gwiazd oświetlał wszystko z taką mocą, jakby był to dzień, Irving nie widział żadnego ruchu ani żadnych śladów na śniegu.

Wtedy usłyszał to zawodzenie.

Nie, uświadomił sobie, trzęsąc się na całym ciele – już od dłuższego czasu trząsł się z zimna, teraz jednak drżenie to sięgnęło głębiej – to nie było zawodzenie. To nie był dźwięk, jaki mogłaby wydać ludzka istota. To był raczej pozbawiony melodii głos jakiegoś przedziwnego instrumentu muzycznego… jakby po trosze przytłumionych dud, rogu, oboju, fletu i ludzkiego śpiewu. Dźwięk ów był na tyle głośny, by dochodził doń z odległości kilkudziesięciu jardów, z pewnością jednak nie był słyszalny na pokładzie statku – szczególnie że tej nocy wiatr wiał wyjątkowo z południowego wschodu, a nie północy. Wszystkie te dziwne tony łączyły się ze sobą w jeden dźwięk, jakby wypływały z jednego instrumentu. Irving nigdy nie słyszał czegoś podobnego.

Nieziemska muzyka – która zaczynała się raptownie, potem przyspieszała w seksualnym niemal rytmie i urywała się nagle, jakby w chwili szczytowania, i która z pewnością nie brzmiała tak, jakby ktoś odtwarzał ją z nut – dochodziła z pola seraków w pobliżu wysokiego wału lodowego, niecałe trzydzieści jardów na północ od oznaczonej kopcami ścieżki, która łączyła Terror z Erebusem. Tej nocy nikt nie pracował przy kopcach; Irving miał zamarznięte morze dla siebie. Dla siebie i kogoś lub czegoś, co wydawało te dźwięki.

Porucznik podjął wędrówkę przez rozświetlony na niebiesko labirynt lodowych bloków i wysokich seraków. Gdy tylko tracił poczucie kierunku, patrzył na księżyc w pełni. Żółty krąg przypominał raczej ogromną planetę zawieszoną na rozgwieżdżonym niebie niż księżyc, który Irving widział do tej pory na lądzie i morzu. Wydawało się, że powietrze wokół niego drży z zimna, jakby miało lada moment zamarznąć. Kryształki lodu w górnej warstwie atmosfery utworzyły wielkie, podwójne halo wokół księżyca; dolne krawędzie obu kręgów kryły się za wałem lodowym i pasem gór lodowych. Wokół zewnętrznego kręgu lśniły trzy wielkie krzyże, niczym trzy diamenty osadzone w złotym pierścieniu.

Porucznik widział już kilkakrotnie podobne zjawisko. Lodomistrz Blanky wyjaśnił mu, że to tylko blask księżyca załamujący się w kryształkach lodu, podobny do światła załamującego się w diamencie, jednak w tej chwili widok ten, w połączeniu z przedziwną wibrującą muzyką dobiegającą z głębi lodowej pustyni, napełnił Irvinga trwogą i podziwem. Muzyka rozpoczęła się równie gwałtownie jak poprzednim razem, przyspieszyła tempo do niemal ekstatycznego poziomu, po czym tak samo raptownie ucichła.

Irving próbował sobie wyobrazić lady Ciszę grającą na jakimś nieznanym dotąd eskimoskim instrumencie – sporządzonym, powiedzmy, z rogów karibu i przypominającym waltornię – szybko jednak uznał, że to głupi pomysł. Po pierwsze, ani Cisza, ani człowiek, z którym przybyła na statek, nie mieli takiego instrumentu. Po drugie, Irving miał dziwne przeczucie, że to jednak nie lady Cisza gra na owym przedziwnym przyrządzie.

Pokonawszy ostatni wał dzielący go od seraków, spomiędzy których dochodził tajemniczy dźwięk, Irving szedł dalej na czworakach, by śnieg chrzęszczący pod jego stopami nie spłoszył Eskimoski.

Niesamowita muzyka rozbrzmiała znowu – dochodziła zza najbliższego seraka, któremu wiatr nadał kształt grubej flagi – i szybko przekształciła się w najgłośniejszy, najszybszy, najgłębszy i najbardziej szalony dźwięk, jaki Irving kiedykolwiek słyszał. Ze zdumieniem stwierdził, że ma wzwód. Coś w tym głębokim, zawodzącym dźwięku było tak… pierwotne… że budziło w nim równie pierwotne podniecenie, choć jednocześnie trząsł się z zimna.

Wyjrzał ostrożnie zza ostatniego seraka.

Lady Cisza znajdowała się jakieś dwadzieścia stóp dalej, na gładkim, rozświetlonym błękitnym blaskiem obszarze lodu. Miejsce to otoczone było serakami i lodowymi blokami; Irving poczuł się nagle tak, jakby ujrzał Stonehenge przeniesione w lodową pustynię rozświetloną niezwykłym błękitnym blaskiem. Nawet cienie były tutaj niebieskie.

Lady Cisza była naga. Klęczała na grubym futrze – zapewne na swojej kurtce. Irving zaszedł ją od tyłu i nieco z boku, tak że widział zarówno zarys jej prawej piersi, jak i oblane blaskiem księżyca długie czarne włosy i krągłe, mocne pośladki. Serce biło Irvingowi tak mocno, że bał się, iż Cisza może je usłyszeć.

Cisza nie była sama. Coś innego wypełniało mroczną przestrzeń między druidycznymi blokami po drugiej stronie lodowej polany, tuż za Eskimoską.

Irving wiedział, że to potwór z lodu. Biały niedźwiedź albo biały demon był tutaj z nimi – pochylał się nad lady Ciszą, niemal na niej leżał. Choć porucznik wytężał wzrok, nie mógł dojrzeć zarysów jego sylwetki – białoniebieskie futro na tle białoniebieskiego lodu, potężne mięśnie na tle potężnych lodowych krawędzi, czarne oczy, które mogły tkwić w głowie potwora albo stanowić część ciemności za jego plecami.

Trójkątna głowa osadzona na dziwnie długiej szyi wiła się i kołysała niczym wąż sześć stóp nad klęczącą kobietą. Irving próbował oszacować w myślach wielkość łba potwora – gdyby w przyszłości chcieli go zabić, taka informacja byłaby przydatna – nie mógł jednak dostrzec ani dokładnego kształtu, ani rozmiarów owej białej masy, gdyż poruszała się nieustannie we wszystkich kierunkach.

Jednak bez wątpienia potwór pochylał się nad dziewczyną. Jego łeb wisiał teraz dokładnie nad jej głową.

Irving wiedział, że powinien krzyknąć, pobiec do przodu z łomem w dłoni – nie miał ze sobą żadnej innej broni, prócz noża, który zatknął wcześniej za pas – i próbować ratować Eskimoskę, jednak jego mięśnie nie usłuchałyby w tej chwili takiej komendy. Mógł tylko przyglądać się temu widowisku ze zgrozą graniczącą z dziwnym, niemal seksualnym podnieceniem.

Lady Cisza wyciągnęła ręce dłońmi do góry niczym papistyczny ksiądz odprawiający mszę i przyzywający cud eucharystii. Irving miał w Irlandii kuzyna papistę i kiedyś wybrał się z nim do kościoła na katolicką mszę. Miał wrażenie, że na jego oczach odprawiany jest właśnie ten sam magiczny rytuał. Cisza nie wydawała z siebie żadnego dźwięku, klęczała jednak z szeroko rozpostartymi ramionami, zamkniętymi oczami i głową odrzuconą do tyłu – Irving podczołgał się jeszcze trochę do przodu i widział teraz jej twarz – trzymała też szeroko otwarte usta, niczym wierny czekający na komunię.

Szyja potwora wyprostowała się nagle niczym atakująca kobra, wypychając łeb w dół. Szeroko otwarta paszcza objęła głowę Ciszy aż po szyję, jakby potwór chciał ją oderwać jednym kłapnięciem.

Irving omal nie krzyknął. Tylko powaga chwili i obezwładniający strach powstrzymały go przed tym.

Potwór nie pożarł Ciszy. Irving uświadomił sobie, że patrzy na czubek białoniebieskiego łba potwora – przynajmniej trzy razy większego od głowy człowieka – który wciąż zwieszał szeroko otwartą paszczę nad głową kobiety i jej otwartymi ustami. Eskimoska nadal trzymała rozłożone ręce, niemal jakby chciała uściskać stojącą przed nią masę mięśni i futra.

Wtedy zaczęła się muzyka.

Irving widział, jak głowy obojga – potwora i Eskimoski – kołyszą się w jednym tempie, jednak dopiero po minucie zorientował się, że orgiastyczne pohukiwania i erotyczne pojękiwania wydobywają się z… kobiety.

Olbrzymie stworzenie zwieszające się nad Ciszą, niedźwiedź lub demon, dmuchało w jej otwarte usta, grając na jej strunach głosowych, jakby ludzkie gardło było instrumentem. Tryle, zawodzenia i basowe dźwięki nabierały mocy i tempa – Irving widział, jak lady Cisza podnosi głowę i wygina ją w jedną stronę, podczas gdy trójkątna głowa potwora, osadzona na wężowej szyi, wychyla się w przeciwnym kierunku; potwór i kobieta wyglądali w tej chwili jak para kochanków, którzy szukali najlepszej pozycji dla głębokiego, namiętnego pocałunku.

Melodyjne dźwięki rozbrzmiewały coraz szybciej i gwałtowniej – Irving był pewien, że słyszą je już teraz wszyscy marynarze na statku i że wszyscy mają też równie potężny i długotrwały wzwód jak on sam – a potem nagle, bez ostrzeżenia, ucichły z prędkością seksualnego spełnienia.

Potwór podniósł i cofnął głowę, zwijając wężową szyję.

Ręce lady Ciszy opadły do jej nagich boków, jakby była już zbyt wyczerpana, by utrzymać je dłużej. Jej głowa przechyliła się do przodu i zawisła nad osrebrzonymi blaskiem księżyca piersiami.

Teraz ją zje, pomyślał Irving, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą widział. Rozedrze ją na kawałki i pożre.

Nic takiego się nie stało. Ogromna masa mięśni znikła na sekundę, przechodząc na czterech łapach między blokami lodowego Stone-henge, a potem wróciła, by skłonić głowę przed lady Ciszą i rzucić coś przed nią na lód. Irving usłyszał głuchy odgłos, charakterystyczne znajome mlaśnięcie, w tych okolicznościach jednak ten dźwięk wydawał się zupełnie nie na miejscu – Irving nie rozumiał ani trochę tego, co widzi i słyszy.

Biały potwór znów zniknął – Irving czuł, jak lód drży pod uderzeniami olbrzymich łap. Po minucie wrócił i znów rzucił coś na lód przed eskimoską dziewczyną. Potem jeszcze raz odszedł i coś jej przyniósł.

A w końcu po prostu znikł… zlał się w jedno z ciemnością. Młoda kobieta klęczała sama na lodowym polu, przed nią zaś leżała sterta jakichś ciemnych przedmiotów.

Trwała w bezruchu jeszcze przez całą minutę. Irving znów pomyślał o katolickim kościele swego irlandzkiego kuzyna i starych parafianach, którzy po mszy zostawali w swych ławkach i modlili się. Potem Eskimoska wstała, szybko wsunęła stopy do futrzanych butów, naciągnęła spodnie i włożyła kurtkę.

Porucznik Irving uświadomił sobie, że trzęsie się jak w febrze. Wiedział, że przynajmniej po części przyczyną owego drżenia był chłód. Miał nadzieję, że uda mu się znaleźć w sobie dość ciepła i sił, by wrócić na statek. Nie miał pojęcia, jak dziewczyna mogła nago przetrwać choćby kilka sekund, nie mówiąc już o minutach.

Cisza podniosła przedmioty, które potwór zrzucił przed nią na lód, i trzymała je teraz na rękach, niczym kobieta karmiąca jednocześnie dwójkę dzieci. Wyglądało na to, że wraca na statek, zmierzała bowiem niemal w tym samym kierunku, z którego przyszedł Irving.

Nagle znieruchomiała i odwróciła głowę w jego stronę. Choć nie widział jej czarnych oczu, czuł na sobie jej wzrok. Dopiero teraz uświadomił sobie, że wciąż stoi na czworakach, w miejscu oddalonym o trzy stopy od seraka, za którym początkowo się krył. Pragnąc przyjrzeć się lepiej niezwykłemu widowisku, zupełnie zapomniał o środkach ostrożności.

Przez moment oboje tkwili w bezruchu. Irving wstrzymał oddech. Czekał, aż Cisza wykona jakiś gest, na przykład uderzy dłonią w lód, przyzywając natychmiast potwora z lodu. Jej obrońcę. Jej mściciela.

Cisza odwróciła głowę i podjęła przerwany marsz, znikając między lodowymi filarami na południowo-wschodnim krańcu kręgu.

Irving odczekał jeszcze kilka minut, wreszcie podniósł się na równe nogi. Był przemarznięty do szpiku kości, tracił już czucie w rękach i nogach, a mimo to wciąż miał potężną, niesłabnącą erekcję. Odzyskawszy w końcu kontrolę nad własnym ciałem, nie ruszył za dziewczyną, lecz do miejsca, w którym przed chwilą klęczała.

Na lodzie była krew. W błękitnym blasku księżyca krwawe plamy wydawały się całkiem czarne. Porucznik Irving ukląkł, ściągnął grubą rękawicę i cienką wełnianą rękawiczkę, dotknął palcem plamy, a potem przyłożył go do ust. Tak, to była krew, ale nie podejrzewał, żeby była ludzka.

Potwór przyniósł jej surowe, świeże mięso. Krew wypływająca z owego mięsa miała charakterystyczny smak, podobny do smaku jego własnej krwi, ale Irving zakładał, że krew świeżo zabitych zwierząt smakuje podobnie. Ale jakich zwierząt? Skąd? Uczestnicy ekspedycji Franklina nie widzieli żadnych lądowych zwierząt od ponad roku.

Krew zamarza w ciągu kilku minut. Potwór zabił jakieś stworzenie zaledwie kilka minut temu, kiedy Irving błądził po lodowym labiryncie, szukając lady Ciszy.

Odsunąwszy się z przestrachem od czarnej plamy – zupełnie jakby odsuwał się od pogańskiego ołtarza, na którym złożono właśnie jakąś niewinną ofiarę – Irving uspokoił najpierw oddech, a potem poruszył skostniałymi nogami, przygotowując się do powrotu na statek.

Nie zamierzał wciskać się ponownie do lodowego tunelu i wchodzić na okręt przez schowek na linę kotwiczną. Planował po prostu ostrzec strażnika o swoim nadejściu, nim jeszcze znajdzie się w zasięgu strzału, a potem wejść na statek po lodowej pochylni i nie odpowiadać na żadne pytania aż do rozmowy z komandorem.

Czy powie o tym wszystkim dowódcy?

Nie miał pojęcia. Nie wiedział nawet, czy potwór z lodu, który wciąż musiał być gdzieś w pobliżu, pozwoli mu wrócić na statek. Nie wiedział, czy wystarczy mu ciepła i energii na tak długi marsz.

Wiedział tylko, że już nigdy nie będzie taki sam.

Irving odwrócił się na południowy wschód i wszedł ponownie w lodowy las.

23

HICKEY

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. 18 grudnia 1847.

Hickey postanowił, że wysoki, chudy porucznik – Irving – musi umrzeć i że stanie się to właśnie dziś.

Drobny mat uszczelniacz nie żywił żadnej urazy do naiwnego młodego oficera – Irving po prostu źle wybrał czas i miejsce, kiedy ponad miesiąc temu niespodziewanie pojawił się w ładowni.

Praca i harmonogram wacht do tej pory utrudniały Hickeyowi działanie. Dwukrotnie spotkał się z Irvingiem podczas nocnej wachty, ale wtedy nie było na pokładzie Magnusa Mansona. Hickey planował miejsce i czas zbrodni, ale to Magnus Manson miał dokonać egzekucji – nie dlatego, by Cornelius Hickey bał się zabić człowieka; po raz pierwszy poderżnął człowiekowi gardło, kiedy był jeszcze za młody, by chodzić do burdelu bez opiekuna. Nie, po prostu środki i metoda morderstwa wymagały udziału człowieka, który podczas tej ekspedycji stał się jego uczniem i kochankiem, debilowatego Magnusa Mansona.

Dzisiaj wszystkie okoliczności im sprzyjały. Był piątkowy ranek – choć ranek wyglądał tutaj dokładnie tak samo jak północ – a grupa ponad trzydziestu marynarzy pracowała na lodzie, naprawiając zniszczone w ciągu ostatnich dni kopce na trakcie między Erebusem i Terrorem. Teoretycznie ochraniało ich dziewięciu żołnierzy piechoty morskiej uzbrojonych w muszkiety, w rzeczywistości jednak grupa rozciągnięta była na odcinku niemal mili, a pod komendą każdego z oficerów pracowało nie więcej niż pięciu ludzi. We wschodniej części szlaku służbę pełniło trzech oficerów z Terroru – porucznicy Little, Hodgson i Irving – a ponieważ Hickey pomagał rozdzielać marynarzy na mniejsze grupki, urządził wszystko tak, by wraz z Magnusem pracować przy najdalszych kopcach pod komendą Irvinga.

Żołnierze zwykle byli niewidoczni; teoretycznie mieli ruszyć na pomoc każdemu, kto wszcząłby alarm, w rzeczywistości robili jednak wszystko, by jak najczęściej grzać się przy ogniu płonącym w żelaznym koksiaku, który ustawiono w pobliżu najwyższego wału lodowego, niecałe ćwierć mili od okrętu. Pod komendą porucznika Irvinga pracowali tego ranka także John Bates i Bill Sinclair, ale obaj byli leniwi i starali się trzymać poza zasięgiem wzroku młodego oficera, by zbytnio się nie przemęczać.

Dzień – choć ciemny jak noc – był stosunkowo ciepły i niemal bezwietrzny. Nie było księżyca ani zorzy, ale na bezchmurnym niebie błyszczały gwiazdy i rzucały dość światła, by człowiek, który zszedł z trasy bez lampy lub latarni, widział w ciemnościach drogę powrotną. W obawie przed atakiem potwora z lodu mało kto oddalał się od swojej grupy, choć żeby znaleźć odłamki lodowe odpowiedniej wielkości i kształtu, potrzebne do naprawy uszkodzonych lub rozsypanych kopców, każdy musiał od czasu do czasu wyjść poza światło lampy.

Irving sprawdzał, jak idzie praca przy dwóch kopcach reperowanych przez jego grupę, i często pomagał marynarzom. Hickey czekał tylko na chwilę, gdy Bates i Sinclair znikną za zakrętem lodowego szlaku, a porucznik Irving znajdzie się tylko w towarzystwie jego i Magnusa.

Mat uszczelniacz mógł użyć stu różnych narzędzi ze stali lub żelaza dostępnych na statku – okręt marynarki wojennej był prawdziwą skarbnicą narzędzi zbrodni, w wielu wypadkach bardzo pomysłowych – ale Hickey wolał, by Magnus po prostu zaatakował dandysowatego oficera z zaskoczenia, odciągnął go jakieś dwadzieścia jardów w głąb lodowej gęstwiny, skręcił mu kark, a potem rozerwał ubrania, połamał żebra, kilkoma kopniakami zmasakrował mu tę zadowoloną, różową buźkę, złamał rękę i dwie nogi (albo nogę i dwie ręce) i zostawił trupa na lodzie. Hickey wybrał już nawet miejsce kaźni – obszar z wysokimi serakami i pozbawiony śniegu, w którym odbiłyby się ślady Mansona. Pouczył Magnusa kilkakrotnie, by nie poplamił się krwią oficera, nie zostawił żadnego śladu swej obecności obok jego ciała i, co najważniejsze, by go nie okradał.

Potwór z lodu zabijał już marynarzy na różne sposoby, a gdyby ciało porucznika Irvinga było dostatecznie zmasakrowane, nikt nie podejrzewałby, że kto inny stał za zabójstwem. Porucznik John Irving zamieniłby się w jeszcze jedno owinięte płótnem ciało zamknięte w Kajucie Zmarłych Terroru.

Magnus Manson nie był urodzonym mordercą – był tylko urodzonym idiotą – jednak już wcześniej zabijał ludzi dla swojego pana i gotów był zrobić to po raz kolejny. Cornelius Hickey wątpił, czy Magnus zapyta go kiedykolwiek, dlaczego oficer musiał umrzeć – był to tylko kolejny rozkaz, który miał wykonać. Hickey był więc zaskoczony, kiedy olbrzym odciągnął go na bok i wyszeptał z niepokojem:

– Jego duch nie będzie mnie straszył, prawda, Corneliusie? Hickey poklepał swego wielkiego towarzysza po plecach.

– Oczywiście, że nie, Magnusie. Nie kazałbym robić ci niczego, co naraziłoby cię na wizyty duchów, zgadza się, kochany?

– Jasne, jasne – mruknął Manson, kiwając głową. Potem jednak zmarszczył brwi i zadał kolejne pytanie: – Ale dlaczego jego duch nie będzie mnie straszył, Corneliusie? Przecież nic mi nie zrobił, a ja go zabiję.

Hickey musiał szybko coś wymyślić. Bates i Sinclair oddalali się od nich, zmierzając do miejsca, gdzie grupa marynarzy z Erebusa wznosiła śnieżne ogrodzenie wzdłuż dwudziestojardowego odcinka ścieżki najczęściej i najmocniej smaganego wiatrem. Niejeden już marynarz zabłądził w tym miejscu, komandorzy uznali więc, że śnieżne ogrodzenie pozwoli kurierom łatwiej odnaleźć następne kopce. Irving zamierzał zapewne przydzielić Batesowi i Sinclairowi jakieś zadanie przy budowie tego odcinka, a potem wrócić do Magnusa i Hickeya.

– Powiem ci, dlaczego duch kapitana nie będzie cię straszył, Magnusie – wyszeptał do ucha pochylonego olbrzyma. – Jeśli zabijasz człowieka w złości, to jego duch ma powód, żeby wrócić i wyrównać z tobą rachunki. Nie podoba mu się to, co zrobiłeś. Ale duch pana Irvinga będzie wiedział, że zrobiłeś to, bo musiałeś, a nie dlatego, że miałeś coś przeciwko niemu. Nie będzie miał powodu, żeby tu wracać i ci dokuczać.

Manson skinął głową, nie wyglądał jednak na całkiem przekonanego.

– Poza tym – kontynuował Hickey – duch nie będzie mógł trafić z powrotem na statek, prawda? Wszyscy wiedzą, że kiedy ktoś umrze tak daleko od statku, jego duch idzie prosto do nieba. Nie znajdzie drogi między tymi wszystkimi górami lodowymi i blokami. Duchy nie są zbyt mądre, Magnusie, możesz mi wierzyć, znam się trochę na tym, kochany.

Olbrzym rozpromienił się, słysząc te słowa. Hickey widział już Irvinga zmierzającego w ich stronę z zapaloną pochodnią w dłoni. Nad lodową pustynią znów zaczął się podnosić wiatr, który szarpał płomieniem pochodni. Lepiej, żeby było wietrznie, pomyślał Hickey. Jeśli Irving zacznie krzyczeć, nikt go nie usłyszy.

– Corneliusie – wyszeptał Manson. Znów miał zatroskaną minę. – A jeśli ja tutaj umrę, to mój duch też nie będzie mógł trafić na statek? Nie chciałbym zostać tutaj na zimnie, tak daleko od ciebie.

Hickey znów poklepał olbrzyma po ramieniu.

– Nie umrzesz tutaj, kochany. Obiecuję ci to jako chrześcijanin. A teraz ucisz się i przygotuj. Kiedy zdejmę czapkę i podrapię się po głowie, złapiesz Irvinga od tyłu i zaciągniesz go tam, gdzie ci pokazywałem. Pamiętaj; nie zostawiaj śladów i nie poplam się krwią.

– Nie zrobię tego, Corneliusie.

– Dobry chłopak.

Irving był już blisko, wszedł w krąg światła rzucanego przez lampę ustawioną obok kopca.

– Kończycie już z tym kopcem, panie Hickey?

– Tak jest. Dołożymy jeszcze tylko te kawałki i będzie gotowe, poruczniku. Kopiec jak się patrzy, solidny jak latarnia w Mayfair.

Irving skinął głową. Wyglądało na to, że nie czuje się dobrze w towarzystwie tych dwóch marynarzy, choć Hickey zwracał się do niego serdecznym i życzliwym tonem. Pierdol się, pomyślał mat, szczerząc zęby w szczerbatym uśmiechu. Jeszcze chwila i nie będziesz się więcej wymądrzał ani pokazywał tutaj tej swojej różowej gęby, gnoju. Jeszcze pięć minut i będziesz tylko kolejnym zamarzniętym kawałkiem miecha, które zawiśnie w ładowni. Trochę szkoda, bo szczury są teraz takie głodne, że zjedzą nawet pierdolonego oficera, ale nic już na to nie poradzę.

– Świetnie. – Irving skinął głową. – Kiedy już skończycie, dołączcie proszę do pana Sinclaira i Batesa i pomóżcie im przy budowie muru. Przyjdę do was za chwilę, ale najpierw sprowadzę tu jeszcze kaprala Hedgesa.

– Tak jest – odparł Hickey. Spojrzał porozumiewawczo na Magnusa. Musieli powstrzymać Irvinga, zanim ten ruszy w drogę powrotną do majaczącej w ciemnościach linii pochodni i lamp. Obecność Hedgesa czy któregokolwiek innego z żołnierzy mogła pokrzyżować im szyki.

Irving przeszedł kilka kroków i zatrzymał na skraju kręgu światła, najwyraźniej czekając, aż Hickey osadzi ostatnie dwa bloki lodu na szczycie odbudowanego kopca. Gdy mat uszczelniacz pochylił się, by podnieść przedostatni kawał lodu, skinął głową na Magnusa. Olbrzym przesunął się za plecy Irvinga.

Nagle w ciemnościach na zachodzie rozległy się krzyki. Ktoś wrzasnął przeraźliwie. Krzyki przybrały na sile.

Ogromne ręce Magnusa zawisły na wysokości szyi Irvinga – olbrzym zdjął rękawice dla pewniejszego uchwytu, a jego dłonie, okryte teraz tylko cienkimi rękawiczkami, majaczyły w bladym świetle lampy tuż za głową oficera.

Kolejne krzyki. Huk wystrzału.

– Magnus, nie! – krzyknął Cornelius Hickey. Pomimo nagłego zamieszania olbrzym zamierzał skręcić Irvingowi kark.

Manson wycofał się w ciemność. Irving, który zrobił trzy kroki w stronę dochodzących z zachodu krzyków, obrócił się w miejscu skonsternowany. Od strony Terroru biegło trzech ludzi. Jednym z nich był Hedges. Korpulentny żołnierz dyszał ciężko, nie zwalniał jednak kroku. W dłoniach trzymał nabity i gotowy do strzału muszkiet.

– Za mną! – zawołał Irving i ruszył w stronę zamieszania. Porucznik nie miał żadnej broni, zabrał jednak ze sobą lampkę. Całą szóstką przebiegli przez pas seraków i wypadli na lodową polanę, gdzie kręciło się kilku marynarzy. Hickey rozpoznał wśród nich Sinclaira i Batesa, a także jednego z trzech załogantów Erebusa, Francisa Dunna, który pełnił tam taką samą funkcję, jak on na Terrorze. Zobaczył też, że muszkiet, z którego padł strzał, należał do szeregowca Billa Pilkingtona – to właśnie ten żołnierz był w pułapce na niedźwiedzia w dniu śmierci sir Johna i został wtedy postrzelony w ramię przez jednego z towarzyszy. Pilkington przeładował właśnie broń i celował w ciemność zalegającą za przewróconym fragmentem śnieżnego muru.

– Co się stało? – spytał Irving.

Odpowiedział mu Bates, który wraz z Sinclairem i Dunnem oraz Abrahamem Seeleyem i Josephusem Greaterem z Erebusa pracował przy murze pod komendą pierwszego oficera z Erebusa, Roberta Orme Sergeanta, kiedy nagle jeden z lodowych bloków stojących tuż za kręgiem światła po prostu ożył.

– Podniósł pana Sergeanta za głowę, dziesięć stóp nad ziemię – mówił Bates drżącym głosem.

– Tak było, jak Boga kocham – przytaknął mat uszczelniacz Francis Dunn. – W jednej chwili stał między nami, a w następnej pofrunął w górę. I ten dźwięk… ten chrzęst… – Dunn umilkł raptownie i przez chwilę tylko dyszał ciężko, aż jego twarz zniknęła za chmurą lodowych kryształków.

– Dochodziłem do pochodni, kiedy zobaczyłem, jak pan Sergeant po prostu… znika – powiedział szeregowiec Pilkington, opuszczając broń. – Strzeliłem raz, kiedy ten… potwór… wracał między seraki. Chyba go trafiłem.

– Równie dobrze mogłeś też trafić Roberta Sergeanta – wtrącił Cornelius Hickey. – Może jeszcze żył, kiedy strzeliłeś.

Pilkington popatrzył na Hickeya z nienawiścią.

– Pan Sergeant już nie żył – odparł Dunn, który nawet nie zauważył wymiany spojrzeń między żołnierzem i Hickeyem. – Krzyknął tylko raz, a wtedy to coś zmiażdżyło jego głowę jak orzech. Widziałem to. Słyszałem to.

Na miejsce zdarzenia nadbiegli kolejni ludzie, wśród nich komandor Crozier i komandor Fitzjames, który nawet w grubej warstwie ubrań wydawał się chudy i wymizerowany, a Dunn, Bates i pozostali musieli jeszcze raz opowiedzieć całą historię.

Kapral Hedges i dwaj pozostali żołnierze, którzy pobiegli za potworem, wrócili z ciemności i zameldowali, że nie udało im się znaleźć pana Sergeanta, ale jedynie podarte ubranie i ślady krwi prowadzące w stronę największej góry lodowej.

– Chce, żebyśmy za nim poszli – mruknął Bates. – Będzie tam na nas czekał.

Crozier odsłonił zęby w gniewnym grymasie.

– Więc go nie rozczarujemy – warknął. – To świetna okazja, żeby znów go poszukać. Ludzie już są na lodzie, mamy dość lamp, a żołnierze mogą przynieść więcej muszkietów i strzelb. A trop wciąż jest świeży.

– Zbyt świeży – mruknął kapral Hedges.

Crozier wydał rozkazy. Kilku ludzi wróciło do statków, by przynieść broń. Inni podzielili się na kilka grup zgromadzonych wokół żołnierzy, którzy byli już uzbrojeni. Każda grupa zaopatrzyła się także w lampy i latarnie przyniesione z miejsc pracy. Posłano także po doktora Stanleya i doktora McDonalda, na wypadek gdyby okazało się, że Robert Orme Sergeant wciąż żyje – w co nikt nie wierzył – albo gdyby ktoś inny został ranny, co było znacznie bardziej prawdopodobne.

Gdy Hickey dostał już do ręki muszkiet, zastanawiał się, czy nie postrzelić porucznika Irvinga „przez przypadek”, kiedy wszyscy znajdą się już w ciemnościach, lecz młody oficer wyraźnie unikał teraz zarówno Mansona, jak i mata uszczelniacza. Nim jeszcze Crozier przydzielił ich do różnych grup, Hickey zauważył, że Irving zerka podejrzliwie na Magnusa. Wiedział, że bez względu na to, czy Irving dostrzegł za sobą uniesione ręce olbrzyma, nim rozległy się krzyki zaatakowanych marynarzy, czy też po prostu wyczuł, że dzieje się coś niedobrego, teraz nie będzie im łatwo ponownie zwabić go w pułapkę.

Ale musieli to zrobić. Hickey obawiał się, że nękany podejrzeniami John Irving w końcu zamelduje komandorowi o tym, co widział w ładowni, a mat nie mógłby tego znieść. Nie chodziło mu nawet o karę za pederastie – rzadko już wieszano marynarzy za przewinienia tego typu, rzadko też przeganiano ich batami – lecz o upokorzenie. Cornelius Hickey nie był panienką jakiegoś wielkiego debila, a pewnie tak by go właśnie traktowano.

Musiał poczekać, aż Irving nieco ochłonie, być może uśpić jakoś jego czujność, a potem jeśli trzeba będzie, załatwić to osobiście. Nawet gdyby lekarze odkryli, że Irving został zamordowany, nie miałoby to większego znaczenia. Sprawy zaszły już za daleko podczas tej ekspedycji. Irving byłby tylko kolejnym zamarzniętym ciałem w ładowni.

Ostatecznie nie udało im się znaleźć pana Sergeanta – krwawy ślad kończył się w połowie drogi do góry lodowej – ale przynajmniej podczas poszukiwań nie zginął nikt inny. Kilku ludzi odmroziło sobie palce, a wszyscy trzęśli się z zimna i zmęczenia, kiedy godzinę po porze kolacji odwołano wreszcie poszukiwania. Tego dnia Hickey nie widział już więcej porucznika Irvinga.

Magnus Manson zaskoczył Hickeya ponownie, gdy wracali już na Terror, smagani lodowatym wiatrem. W pewnej chwili Hickey uświadomił sobie, że człapiący obok niego olbrzym płacze. Łzy natychmiast zamarzały na jego zarośniętych policzkach.

– O co chodzi? – spytał Hickey.

– To takie smutne, Corneliusie.

– Co jest takie smutne?

– Biedny pan Sergeant. Hickey zerknął nań z ukosa.

– Nie wiedziałem, że tak kochasz podoficerów, Magnusie.

– Nie, nie kocham, Corneliusie. Mogą wszyscy pozdychać, nic mnie to nie obchodzi. Ale pan Sergeant umarł na lodzie.

– I co z tego?

– Jego duch nie trafi na statek. A komandor Crozier powiedział, że kiedy już wrócimy, wszyscy dostaną dodatkową porcję rumu. Smutno mi, że nie będzie tam jego ducha. Pan Sergeant zawsze lubił rum, Corneliusie.

24

CROZIER

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°23’ długości geograficznej zachodniej. 31 grudnia 1847.

Boże Narodzenie na pokładzie HMS Terror upłynęło w iście grobowej atmosferze, lecz zbliżający się Drugi Wielki Karnawał Wenecki miał to wszystkim wynagrodzić.

Przez cztery dni poprzedzające Boże Narodzenie na zewnątrz szalały burze śnieżne – tak gwałtowne, że trzeba było skrócić wachty do godziny – a w Wigilię i sam dzień Bożego Narodzenia mrok zalegający na dolnym pokładzie przeniknął także do serc marynarzy. Pan Diggle przygotował na tę okazję specjalne dania – ugotował ostatnie porcje niepuszkowanej solonej wieprzowiny na tuzin różnych sposobów, a do tego dorzucił jeszcze ostatnie kawałki zajęczego mięsa przechowywane w słojach. Do tego kucharz – idąc za radą sterników, Kenleya, Rhodesa i Davida McDonalda, oraz pracując pod czujnym nadzorem lekarzy Peddiego i Alexandra McDonalda – przyrządził potrawy z kilku spośród lepiej zachowanych puszek Goldnera, między innymi zupę żółwiową, wołowinę po flamandzku, bażanta z truflami i ozorki cielęce. Na deser podano ostatnie kawałki sera, które pomocnicy pana Diggle’a zdołali jakoś oskrobać z pleśni, a komandor Crozier dorzucił do tego pięć butelek brandy przechowywanych w magazynie rumu specjalnie na takie okazje.

Mimo to żałobne nastroje marynarzy nie uległy poprawie. Kilka razy próbowano śpiewać wspólnie kolędy, zarówno w lodowatej Wielkiej Kajucie oficerów, jak i pośród marynarzy, siedzących w nieco cieplejszej kajucie z piecem pana Diggle’a – zapasy węgla skurczyły się już tak bardzo, że nie wystarczyło go nawet na dogrzanie statku w ten szczególny dzień – ale próby te spełzły na niczym. Trzeba było również oszczędzać olej do lamp, więc dolny pokład przypominał wnętrze walijskiej kopalni, rozświetlone jedynie blaskiem kilku świec. Warstwa lodu oblepiała wszystkie belki i deski, a ubrania i koce marynarzy były zawsze wilgotne. Wszędzie biegały szczury.

Brandy poprawiła nieco nastroje, ale nie na tyle, by ludzie zaczęli cieszyć się świętami. Crozier przyszedł do marynarzy na pogaduszki, a kilku z nich wręczyło mu prezenty – mały kapciuch z tytoniem, rzeźbę biegnącego białego niedźwiedzia, rysunek przedstawiający przerażony pysk niedźwiedzia (miał być to żart, ale zapewne ofiarodawcy obawiali się też nieco, żeby kapitan nie ukarał ich za fetyszyzm), zacerowany wełniany podkoszulek, własność któregoś ze zmarłych niedawno marynarzy, drewniane szachy wyrzeźbione przez kaprala piechoty morskiej Roberta Hopcrafta (jednego z najcichszych i najskromniejszych uczestników ekspedycji, który został awansowany do stopnia kaprala po tym, jak podczas czerwcowego ataku potwora doznał złamania ośmiu żeber, pęknięcia obojczyka i wywichnięcia ramienia). Crozier podziękował wszystkim, uścisnął ręce marynarzy i wrócił do mesy oficerskiej, gdzie panowały nieco lepsze nastroje – głównie dzięki dwóm butelkom whisky ofiarowanym nieoczekiwanie przez porucznika Little’a, który ukrywał ten skarb niemal przez trzy lata.

Śnieżyca ustała rankiem 26 grudnia. Zaspy sięgały dwunastu stóp ponad poziom pokładu i sześć stóp ponad reling w przedniej części prawej burty. Odkopawszy spod śniegu okręt oraz ścieżkę między Terrorem i Erebusem, marynarze zajęli się przygotowaniami do Drugiego Wielkiego Karnawału Weneckiego – za pierwszy, jak przypuszczał Crozier, marynarze uznali ten, w którym on sam brał udział jeszcze jako aspirant, podczas podróży Parry’ego w 1824 roku.

Tego mrocznego ranka 26 grudnia Crozier i porucznik Edward Little wybrali się na długi spacer do Erebusa, powierzywszy uprzednio nadzór nad odśnieżaniem okrętu Hodgsonowi, Hornby’emu i Irvingowi. Crozier doznał lekkiego szoku, przekonawszy się, że Fitzjames wciąż chudnie – kamizelka i spodnie były nań o kilka numerów za duże, choć jego stewardzi wciąż próbowali je zwężać – ale prawdziwy szok przeżył podczas ich rozmowy, kiedy uświadomił sobie, że dowódca Erebusa prawie go nie słucha. Fitzjames wydawał się dziwnie rozproszony, jak człowiek, który z grzeczności podtrzymuje konwersację, a w rzeczywistości słucha muzyki dobiegającej z sąsiedniego pomieszczenia.

– Twoi ludzie farbują na lodzie płótno żaglowe – powiedział Crozier. – Widziałem, jak przygotowują wielkie kadzie z zieloną, niebieską, a nawet czarną farbą. I zamierzają wysmarować tym całkiem dobre zapasowe żagle. Nie przeszkadza ci to, James?

Fitzjames uśmiechnął się słabo.

– Naprawdę myślisz, że te żagle jeszcze kiedyś nam się przydadzą?

– Mam nadzieję, że tak – odparł Crozier.

Na twarzy Fitzjamesa wciąż widniał łagodny, nieco szalony uśmiech.

– Powinieneś zobaczyć ładownię Erebusa, Francisie. Od czasu naszej ostatniej wizyty przed świętami lód poczynił tam spore zniszczenia. Erebus nie utrzymałby się na otwartej wodzie nawet przez godzinę. Ster zamienił się w stertę drzazg. A to był nasz zapasowy ster.

– Zawsze można zrobić nowy – odrzekł Crozier, choć miał ochotę zgrzytnąć tylko zębami i zacisnąć pięści. – Cieśle mogą wykorzystać do tego zapasowe deski. Opracowuję plan wykopania otworów w lodzie wokół obu statków i stworzenia przed nadejściem wiosennych roztopów suchych doków głębokości ośmiu stóp. Wtedy moglibyśmy naprawić wszystkie uszkodzenia.

– Wiosenne roztopy – powtórzył Fitzjames z protekcjonalnym uśmiechem.

Crozier postanowił zmienić temat.

– Nie martwisz się o ludzi, którzy przygotowują ten Karnawał Wenecki?

Fitzjames wzruszył ramionami, jakby zapominając, że taki gest nie przystoi dżentelmenowi.

– Dlaczego miałbym się martwić? Nie wiem, jak na twoim statku, Francisie, ale na Erebusie Boże Narodzenie przypominało raczej pogrzeb. Ludzie potrzebują czegoś, co podniesie ich morale.

Crozier wolał nie rozmawiać o tym, jak wyglądały święta na Terrorze.

– No dobrze, ale zabawa przebierańców na lodzie w ciemności? Ilu jeszcze ludzi stracimy, kiedy pojawi się tam ten potwór?

– A ilu ludzi stracimy, jeśli będziemy się chować w naszych statkach? – odpowiedział pytaniem Fitzjames, wciąż uśmiechając się z roztargnieniem. – A jak sam mówiłeś, ludzie świetnie się bawili podczas waszego Wielkiego Karnawału w dwudziestym czwartym.

Crozier pokręcił głową.

– Wtedy tkwiliśmy w lodzie dopiero od dwóch miesięcy – odparł cicho. – A zarówno Hoppner, jak i Parry byli maniakami dyscypliny. Choć obaj lubili się zabawić i uwielbiali teatr, Edward Parry nieraz powtarzał: „maskarada bez rozpasania” i „zabawa z umiarem”! My podczas tej wyprawy nie utrzymywaliśmy należytej dyscypliny, James.

Fitzjames w końcu przestał się głupio uśmiechać.

– Komandorze Crozier – przemówił sztywno. – Czy oskarża mnie pan o zaniedbanie dyscypliny na moim statku?

– Nie, nie – odrzekł Crozier, nie wiedząc, czy rzeczywiście oskarża o to młodszego komandora, czy jeszcze nie. – Chcę tylko powiedzieć, że my spędzamy w lodzie już trzeci rok, a nie trzeci miesiąc, jak Parry i Hoppner. Choroby i osłabione morale zawsze prowadzą do rozluźnienia dyscypliny.

– Więc może tym bardziej powinniśmy pozwolić ludziom na tę odrobinę rozrywki? – spytał Fitzjames wciąż nieco oschłym tonem. Jego blade policzki zaróżowiły się nieco, gdy usłyszał z ust przełożonego słowa zawoalowanej krytyki.

Crozier westchnął. Zrozumiał, że już za późno, by zapobiec tej cholernej maskaradzie. Ludzie zabrali się do pracy, a z największym zapałem pracowali ci, którzy pierwsi wznieciliby bunt, gdyby sprowokowały ich do tego okoliczności. Crozier wiedział, że należy dopilnować, by takie okoliczności nigdy nie zaistniały, nie miał jednak pojęcia, czy planowana zabawa będzie temu sprzyjać, czy wręcz przeciwnie.

– W porządku – powiedział w końcu. – Ale ludzie muszą pamiętać, że nie wolno im zmarnować ani drobiny zapasów węgla, oleju i eteru.

– Obiecują, że będą używać tylko pochodni – odparł Fitzjames.

– Nie mogą też liczyć na dodatkowe porcje rumu ani jedzenia w dniu zabawy – dodał Crozier. – Dziś przeszliśmy na mocno ograniczone porcje. Nie zmienimy tego po pięciu dniach tylko ze względu na maskaradę, której żaden z nas do końca nie pochwala.

Fitzjames skinął głową.

– Porucznik Le Vesconte, porucznik Fairholme i jeszcze kilku dobrych strzelców wybierze się w tym tygodniu na polowanie, ale wszyscy dobrze wiedzą, że jeśli wrócą z pustymi rękami, dostaną tylko zwykłe, a właściwie zredukowane porcje.

– Wracają z pustymi rękami od trzech miesięcy, więc nie wróżę im powodzenia – mruknął Crozier. Łagodniejszym już tonem dodał:

– W porządku, James, wracam do siebie. – Dowódca Terroru ruszył do wyjścia, zatrzymał się jednak jeszcze w drzwiach kajuty Fitzjamesa.

– A tak przy okazji, dlaczego oni właściwie farbują żagle na te wszystkie kolory?

Fitzjames uśmiechnął się z roztargnieniem.

– Nie mam pojęcia, Francisie.

***

Świt w piątek 31 grudnia 1847 roku był zimny, lecz bezwietrzny – choć oczywiście w rzeczywistości nie było żadnego świtu. Marynarze z porannej wachty Terroru pod komendą pana Irvinga zanotowali temperaturę minus siedemdziesiąt trzy stopnie. Siła wiatru była zerowa. W nocy nadeszły chmury, które zakryły niebo po sam horyzont. Było bardzo ciemno.

Większość marynarzy chciała iść na karnawał już po śniadaniu – po zmniejszeniu racji śniadanie składało się tylko z jednego suchara z dżemem oraz miarki kaszy jęczmiennej z odrobiną cukru, trwało więc krócej niż do tej pory – komandor Crozier żądał jednak, by wszystkie codzienne prace na statku zostały wykonane i dał wolne większości marynarzy dopiero po kolacji. Zgodził się natomiast, by ci z nich, którzy nie mieli tego dnia wachty ani żadnej konkretnej pracy do wykonania – takiej jak szorowanie dolnego pokładu, zbijanie lodu z relingu, odśnieżanie pokładu, prace remontowe na statku i przy kopcach na trasie do Erebusa – zajęli się przygotowaniami do maskarady, więc już po śniadaniu około dziesięciu marynarzy opuściło statek w eskorcie dwóch żołnierzy uzbrojonych w muszkiety.

Już w południe, po wydaniu porcji grogu, dało się zauważyć wśród marynarzy podniecenie wywołane perspektywą nadchodzącej zabawy. Crozier zwolnił kolejnych sześciu ludzi, którzy skończyli pracę, i odesłał ich na Erebusa wraz z porucznikiem Hodgsonem.

Przechadzając się po południu po rufie Terroru, Crozier widział już jasny blask pochodni wypływający zza największej góry lodowej rozdzielającej oba okręty. Nadal nie było wiatru, a niebo zakrywały chmury.

Podczas kolacji marynarze, którzy zostali na Terrorze, byli równie podekscytowani jak dzieci w wigilijny wieczór. Zjedli posiłek w rekordowym czasie, choć i tak przy zredukowanych racjach i to w piątek, który nie był „dniem mącznym” – pan Diggle nie piekł więc sucharów – przysługiwał im tylko biedny Jaś, trochę warzyw z puszek Goldnera i piwa na dwa palce, a Crozier nie miał serca trzymać ich na statku do czasu, gdy skończą jeść oficerowie. Poza tym oficerowie także chcieli jak najszybciej rozpocząć zabawę. Nawet mechanik, James Thompson, który rzadko interesował się czymkolwiek poza maszyną w ładowni i który schudł tak, że wyglądał jak szkielet, wyszedł na dolny pokład i ubrał się do wyjścia.

O siódmej wieczorem komandor Crozier był już gotowy do wyjścia i udzielał ostatnich instrukcji ośmiu marynarzom, którzy mieli zostać na okręcie – wachtę tego wieczora pełnił pierwszy oficer Hornby, po północy zmieniał go jednak Irving, który miał wrócić na Terror z trzema marynarzami, by Hornby i jego wachta mogli wziąć jeszcze udział w zabawie – żeby chwilę później zejść na zamarznięte morze i ruszyć żwawym marszem w stronę Erebusa. Jego śladem ciągnął sznur trzydziestu kilku marynarzy. Po chwili Crozier znalazł się obok porucznika Irvinga, lodomistrza Blanky’ego i kilku podoficerów.

Blanky podpierał się kulą, podczas ucieczki przed potworem stracił bowiem piętę prawej stopy i nie nauczył się jeszcze do końca chodzić na drewnianej protezie, wydawało się jednak, że stary lodomistrz jest w świetnym nastroju.

– Dobry wieczór, komandorze – przywitał Croziera. – Proszę nie zwalniać tempa ze względu na mnie. Moi towarzysze, Wilson, Kenley i Billy Gibson, mi pomogą.

– Wydaje mi się, że idzie pan równie szybko jak ja, panie Blanky – odparł Crozier. Kiedy mijali pochodnie zatknięte w kopcach, komandor zauważył, że nadal nie ma wiatru; płomienie strzelały prosto w górę. Ścieżka była dobrze wydeptana, lodowe szczeliny zasypane i wyrównane. Olbrzymia góra lodowa, od której dzieliło ich jeszcze pół mili, podświetlona dziesiątkami pochodni płonących po drugiej stronie, przypominała teraz jakąś fantasmagoryczną lśniącą wieżę oblężniczą. Crozier przypomniał sobie, jak w czasach dzieciństwa wybierał się na irlandzkie ludowe zabawy. Atmosfera tego wieczora, choć znacznie zimniejszego niż letnie wieczory w Irlandii, przypominała mu tamte pełne ekscytacji imprezy. Crozier obejrzał się do tyłu, by sprawdzić, czy szeregowiec Hammond, szeregowiec Dały i sierżant Tozer, uzbrojeni w muszkiety gotowe do strzału, zamykają pochód marynarzy.

– To dziwne, że ludzie aż tak bardzo się podniecają tą zabawą, prawda komandorze? – spytał Blanky.

W odpowiedzi Crozier mógł tylko mruknąć coś niezrozumiałego. Tego popołudnia wypił ostatnią butelkę whisky ze swoich zapasów. Z przerażeniem myślał o nadchodzących dniach i wieczorach.

Blanky i jego towarzysze szli tak szybko, że Crozier puścił ich przodem. Dotknął ramienia Irvinga, a szczupły oficer zwolnił kroku, opuszczając towarzystwo porucznika Little’a, lekarzy Peddiego i McDonalda, cieśli Honeya i innych.

– John – przemówił Crozier, kiedy znaleźli się pomiędzy oficerami a tylną strażą kolumny. – Jakieś wieści o lady Ciszy?

– Nie, komandorze. Sprawdzałem schowek niecałą godzinę temu, ale ona już wyszła przez ten swój tunel.

Kiedy Irving zameldował Crozierowi o niezwykłych wyprawach ich eskimoskiego gościa, komandor chciał w pierwszym odruchu zasypać tunel, zreperować zepsute poszycie i raz na zawsze wyrzucić wiedźmę na lód.

Ale nie zrobił tego. Kazał porucznikowi Irvingowi wyznaczyć trzech marynarzy, którzy w miarę możliwości obserwowaliby lady Ciszę, a jemu samemu śledzić ją ponownie poza statkiem, gdyby to było wykonalne. Do tej pory nie widzieli, by wychodziła ponownie przez swoje tajemne przejście, choć Irving godzinami czaił się wśród lodu za dziobem okrętu. Wydawało się, że kobieta nie tylko widziała Irvinga podczas spotkania z potworem na lodzie, ale chciała, by młody oficer zobaczył i usłyszał ją właśnie w takiej sytuacji, i że to już jej wystarczyło. Żywiła się tylko racjami, które wydawano jej na statku, a schowek na liny kotwiczne traktowała jedynie jako sypialnię.

Crozier nie wyrzucił Eskimoski na lód z prostego powodu – jego ludzie zaczęli właśnie przymierać głodem. Nie mieli dość zapasów, by przetrwać wiosnę, nie mówiąc już o następnym roku. Jeśli lady Cisza rzeczywiście zdobywała jakoś świeże pożywienie w środku zimy – być może zastawiając pułapki na foki albo morsy – podwładni Croziera mogliby nauczyć się od niej tej umiejętności i dzięki temu przeżyć. Wśród załóg obu statków nie było ani jednego myśliwego lub rybaka z prawdziwego zdarzenia.

Komandor nie potraktował poważnie dziwnej opowieści Irvinga o czymś, co wyglądało jak potwór z lodu, wygrywało z Eskimoską jakąś dziwną melodię i przynosiło jej mięso. Po prostu nigdy by nie uwierzył, że Cisza wytresowała wielkiego białego niedźwiedzia – jeśli rzeczywiście był to tylko niedźwiedź – tak by ten dostarczał jej ryby, foki lub morsy niczym dobrze ułożony pies, który przynosi swemu panu bażanta. A co do muzyki… cóż, to już była kompletna bzdura.

Akurat dziś znów wybrała się na jedną ze swych tajemniczych eskapad.

– Cóż… – Crozier westchnął, starając się nie oddychać zbyt głęboko, by zimne powietrze nie paliło go w płuca. – Kiedy zejdziesz z wachty po ośmiu szklankach, zajrzyj do jej schowka, a jeśli jej tam nie będzie… na miły Bóg, a cóż to takiego?

Pokonali właśnie ostatnią linię wałów lodowych i wyszli na płaski obszar zamarzniętego morza, ciągnący się na przestrzeni ćwierć mili od Erebusa. Widok, który ukazał się oczom Croziera, sprawił, że otworzył usta ze zdumienia.

Kapitan zakładał wcześniej, że marynarze zorganizują Drugi Wielki Karnawał Wenecki na lodowej płaszczyźnie tuż obok Erebusa, podobnie jak Hoppner i Parry, którzy urządzili bal na niewielkim obszarze lodu między HecląiFury. Tymczasem Erebuswydawał się całkiem opuszczony, gdyż blask pochodni i odgłosy zabawy dobiegały z miejsca oddalonego odeń o ćwierć mili, dokładnie spod największej góry lodowej.

– Dobry Boże – powiedział porucznik Irving.

Podczas gdy Erebus wyglądał jak pusta, ciemna skorupa, na obszarze położonym tuż obok góry lodowej powstało prawdziwe miasto barwionych płócien, migoczących pochodni i dziesiątek jardów nowego takielunku. Crozier mógł tylko stać i patrzeć.

Takielarze musieli się naprawdę ciężko napracować. Niektórzy weszli na zbocze góry, by na wysokości sześćdziesięciu stóp wkręcić w nie ogromne żelazne śruby, zamocować pierścienie i bloki i rozciągnąć tyle lin, ile wystarczyłoby do otaklowania trzymasztowego okrętu wojennego.

Pajęczyna oblepionych lodem lin ciągnęła się od góry aż do Erebusa, podtrzymując ściany z barwionego płótna żeglarskiego. Owe płócienne ściany – niektóre miały ponad trzydzieści stóp wysokości – przymocowane były do powierzchni lodu, seraków i lodowych brył, ale również naciągnięte na pionowe drzewca za pomocą sztagów umocowanych w lodowej górze.

Crozier podszedł bliżej, wciąż mrugając. Jego rzęsy, oblepione lodem, mogły się skleić i pozbawić go wszelkich widoków, lecz Crozier wciąż mrugał.

Wyglądało to tak, jakby na lodzie postawiono szereg olbrzymich namiotów pozbawionych dachu. Pionowe ściany, podświetlane od środka i z zewnątrz dziesiątkami pochodni, ciągnęły się przez otwarty lód i przez las seraków, aż do samej góry. W ciągu jednej nocy marynarze wznieśli na lodzie olbrzymie kolorowe pomieszczenia. Każdy z tych pokoi ustawiony był pod kątem do poprzedniego, a wszystkie razem tworzyły coś, co przypominało olbrzymiego, kolorowego węża pełznącego przez lodową pustynię.

Pierwsza komnata otwierała się na wschód. Ściany tejże komnaty miały intensywny, jasnoniebieski kolor – kolor nieba, jakiego nie widzieli już od tylu miesięcy, kolor, który sprawił, że nagle komandor Crozier poczuł dziwny ucisk w gardle – a za sprawą pochodni płonących po ich drugiej stronie wydawało się, że błękitne płótna lśnią i pulsują jakimś wewnętrznym blaskiem.

Crozier przeszedł obok pana Blanky’ego i jego towarzyszy, którzy wpatrywali się w płótna z nieskrywanym zachwytem.

– Chryste – mruknął pod nosem lodomistrz.

Crozier szedł dalej, by w końcu znaleźć się w przestrzeni zamkniętej jasnoniebieskimi ścianami.

Wokół niego podskakiwały i tańczyły przedziwnie odziane postacie – gałganiarze ciągnący za sobą kolorowe ogony komet, kominiarze w czarnych jak śmierć, okrytych sadzą mundurach, egzotyczne ptaki z długimi złotymi dziobami, arabscy szejkowie z czerwonymi turbanami na głowach i spiczastymi perskimi pantoflami na stopach, piraci w przerażających maskach ścigający jednorożca, generałowie armii napoleońskiej w białych maskach rodem z greckiego chóru. Coś odzianego od stóp do głów w zieleń – leśny duszek? – podbiegło do komandora i zaszczebiotało falsetem:

– Kufer z kostiumami stoi po lewej, komandorze. Może pan sobie wybrać, co tylko chce. – To powiedziawszy, zjawa oddaliła się, by dołączyć do roztańczonego pochodu cudacznie odzianych postaci.

Crozier szedł dalej, w głąb labiryntu kolorowych komnat.

Za błękitną komnatą, po prawej stronie, znajdował się pokój purpurowy. Marynarze przygotowujący karnawał zadbali, by żadna z komnat nie była pusta, tutaj więc także można było zobaczyć dywany, gobeliny, skrzynie i stoły pomalowane na ten sam kolor co otaczające je ściany.

Za pokojem purpurowym, wygiętym w lewo pod tak dziwnym kątem, że gdyby na niebie świeciły gwiazdy, Crozier zapewne spojrzałby na nie, by ustalić dokładnie swoją pozycję, znajdował się długi zielony pokój. Tutaj komandor napotkał kolejnych imprezowiczów; egzotyczne ptaki, księżniczkę z głową konia, stworzenia tak dziwnie rozczłonkowane i połączone, że wyglądały jak olbrzymie owady.

Francis Crozier nie przypominał sobie, by ktoś nosił którykolwiek z tych kostiumów podczas balu maskowego na Fury i Hecli, ale Fitzjames zapewniał go wcześniej wielokrotnie, że Franklin zabrał je właśnie z tamtych statków.

Ściany i wyposażenie czwartej komnaty były pomarańczowe. Blask pochodni płonących po drugiej stronie płótna podkreślał jeszcze soczystość koloru. Fragmenty pofarbowanego na pomarańczowo płótna leżały także na podłodze, a na nakrytym pomarańczowym obrusem stole pośrodku pokoju stała wielka waza z ponczem. Tłoczyło się wokół niej co najmniej trzydzieści postaci w dziwnych kostiumach; niektóre z nich zsuwały na moment z twarzy kolorowe dzioby lub zębate paszcze, by się napić.

Crozier uświadomił sobie nagle ze zdumieniem, że z piątej części płóciennego labiryntu dochodzi muzyka. Skręciwszy w prawo, wszedł do białej komnaty. Wzdłuż białej ściany stały tu okryte prześcieradłami skrzynie i krzesła z mesy oficerskiej, a niemal już zapomniany mechaniczny instrument z Wielkiej Kajuty Terroru, nakręcany przez jakiegoś kolorowego stwora stojącego po drugiej stronie pomieszczenia, wylewał z siebie popularne melodie taneczne. Na lodzie wydawane przez niego dźwięki wydawały się głośniejsze niż na statku.

Crozier przeszedł obok urządzenia, minął rozbawionych przebierańców, skręcił ostro w lewo i wkroczył do pokoju fioletowego.

Komandor z podziwem patrzył na takielunek wyrastający z ustawionych pionowo zapasowych drzewc i biegnący ku drzewcu zawieszonemu w powietrzu – łączyły się tu ze sobą liny z pozostałych sześciu komnat – oraz cięgła kotwiczne ciągnące się od owego centralnego drzewca do kotwic umocowanych wysoko na zboczu góry lodowej. Takielarze z Erebusa i Terroru, którzy wymyślili i wykonali ten siedmioczęściowy labirynt, chociaż po części rozładowali zapewne w ten sposób frustrację wywołaną faktem, że od tylu już miesięcy nie mogli wykonywać swojej pracy. Jednak w fioletowym pokoju bawiło się niewielu marynarzy, a światło wydawało się tutaj dziwnie przytłaczające. Na środku komnaty stała sterta skrzynek okrytych fioletowymi płachtami. Nieliczni piraci, żebracy i kolorowe ptaki przystawali tu tylko na chwilę, by łyknąć ponczu, który przynieśli ze sobą z białego pokoju, rozglądali się dokoła, a potem wracali do innych pomieszczeń.

W ostatnim pokoju w ogóle nie było światła.

Opuszczając fioletową komnatę, Crozier skręcił ostro w prawo i znalazł się w objęciach całkowitej czerni.

Nie, uświadomił sobie szybko, nieprawda. Za pofarbowanymi na czarno ścianami również płonęły pochodnie, tyle że tu do wnętrza przenikał jednak nikły, przytłumiony blask. Crozier musiał się zatrzymać, by jego oczy przywykły do ciemności, a kiedy już się to stało, cofnął się raptownie o krok.

Lód pod jego stopami zniknął. Poczuł się nagle tak, jakby chodził po czarnej wodzie arktycznego morza.