/ / Language: Polski / Genre:detective

Małpa Na Straży Wagi

Elizabeth Peters

Powieść kryminalna osadzona w egipskich realiach, należąca do bardzo popularnego cyklu książkowego. Bohaterką jest nieustraszona Amelia Peabody – postać w stylu Indiany Jonesa. Wraz z mężem Radcliffem Emersonem, archeologiem prowadzącym wykopaliska w kraju faraonów, piękną Nefret, ich przybraną córką, i synem Ramzesem rozwiązuje skomplikowane zagadki kryminalne. Egipt, rok 1907. Emerson rozpoczyna pracę w Dolinie Królów. Najmłodsi uczestnicy ekspedycji kupują w Kairze papirus ze sławną "Księgą Zmarłych", zbiorem magicznych zaklęć i modlitw zawierającym scenę ważenia dusz zmarłych na sądzie bogów – i ściągają na wyprawę niebezpieczeństwo. Z Nilu zostaje wyłowione ciało złodzieja, od którego kupili papirus, a wkrótce później zwłoki młodej kobiety…

Elizabeth Peters

Małpa Na Straży Wagi

Tytuł oryginalny: Ape who guards the balance

Przełożył: Piotr Jankowski

Przedmowa

Badaczy życia i twórczości Amelii P. Emerson ucieszy zapewne wiadomość, że prowadzona niestrudzenie przez wydawcę analiza odkrytego ostatnio zbioru dokumentów Emersonów przyniosła wreszcie rezultaty. Niektóre fragmenty manuskryptu H włączono do najnowszego tomu pamiętników pani Emerson, inne zaś pojawiły się w niniejszej książce. Ustalono też autorstwo owego tekstu. Został on napisany przez „Ramzesa” Emersona, lecz dokonane różnymi charakterami pisma wtręty sugerują, że czytali go i komentowali inni członkowie rodziny. Natomiast listy ze zbioru oznaczonego tu literą „B” podpisała panna Nefret Forth, jak się ówcześnie nazywała. Ponieważ adresat tych listów określany jest w nagłówkach tylko jako „Moja droga” lub „Kochanie”, wydawca żywił początkowo pewne wątpliwości co do jego tożsamości – i postanowił również pozostawić w niepewności Czytelnika. Dzięki takim zagadkom, jak powiedziałaby zapewne pani Emerson, życie nabiera smaku.

Wycinki z gazet oraz różne inne listy zgromadzono w osobnej teczce (F).

Wydawca czuje się w obowiązku dodać – na swoją obronę – że pamiętniki pani Emerson zawierają sporo nieścisłości i niekonsekwencji. Zaczęła je pisać w formie osobistego dziennika i dopiero po pewnym czasie postanowiła przeredagować tekst, zamierzając przeznaczyć go do publikacji. Jednak w typowy dla siebie sposób czyniła to niezbyt metodycznie i trwało to dość długo. Tej metodologii, jeżeli można tak rzec, zawdzięczamy liczne pomyłki i anachronizmy. Wydawca ma nadzieję doprowadzić w przyszłości do publikacji pełnej wersji pamiętników, opatrzonej odpowiednimi przypisami, w której owe nieścisłości zostaną wyjaśnione (na tyle, na ile to w ogóle możliwe – bo ścieżki, jakimi podążał wyjątkowo ruchliwy umysł pani Emerson, są bardzo pogmatwane).

Egiptologów zapewne szczególnie zainteresuje relacja autorki z odkrycia KV55, jak określany jest obecnie grobowiec, odkryty przez Ayrtona w 1907 roku. Nie opublikowano nigdy oficjalnego raportu z prac wykopaliskowych, a opisy biorących w nich udział osób różnią się od siebie w tylu szczegółach, iż trudno im wierzyć. Nie dziwi oczywiście, że żaden z nich nie wspomina o obecności przy tych pracach profesora Emersona z zespołem. Wersja pani Emerson, choć bez wątpienia subiektywna i niepozbawiona uprzedzeń, ukazuje jasno, iż sugestie i rady profesora spotkały się ze zdecydowaną niechęcią archeologów.

Wydawca, świadom owych uprzedzeń, zadał sobie trud porównania tekstu autorki z relacjami innych osób, którym wyraża tą drogą wdzięczność: Jimowi i Susan Allenom z Metropolitan Museum of Art za udostępnienie niepublikowanego rękopisu pamiętnika pani Andrews; Dennisowi Forbesowi, wydawcy KMT, za możliwość przejrzenia rozdziału na temat KV55, zawartego w gotowej do publikacji książce pt. „Grobowce, skarby, mumie”; panu Johnowi Larsonowi z Oriental Institute za odpowiedzi na niezliczone pytania dotyczące Theodore’a Davisa i dzbanów zasobowych – i wreszcie Lili Pinch Brock, badającej ostatnio grobowiec KV55, która służyła nam za przewodnika na miejscu zdarzeń.

Przeczytaliśmy również niemal wszystkie książki i artykuły na interesujący nas temat. Bibliografię tych publikacji (bardzo imponującą) przesyłamy zainteresowanym na zamówienie za zaliczeniem pocztowym. Pragniemy na koniec oświadczyć, że wersję pani Amelii P. Emerson uznajemy za najdokładniejszą – oraz wyrazić przekonanie, iż miała jak zwykle rację.

Księga pierwsza

USTA UMARŁYCH ZOSTAJĄ OTWORZONE

Niech mi oddadzą moje usta

i niechaj Ptah otworzy je żelaznym narzędziem,

którym otwiera usta bogów.

1

Wpinałam właśnie kolejną spinkę do kapelusza, gdy otworzyły się drzwi i ukazała się w nich głowa Emersona, mojego męża.

– Chciałbym omówić z tobą pewną kwestię, Peabody – oznajmił.

Najwyraźniej pracował nad swoją książką, bo jego gęste ciemne włosy były rozczochrane, a rękawy rozpiętej szeroko koszuli podwinięte do łokci. Emerson uważa, że kołnierzyk, mankiety i krawat hamują jego procesy myślowe – i kto wie, czy tak nie jest. W każdym razie nie miałam nic przeciwko temu, gdyż muskularny tors mojego małżonka i jego brązowa od słońca skóra w takim negliżu prezentują się najkorzystniej. Tym razem jednak musiałam powściągnąć emocje, jakich zwykle doznaję na widok Emersona, był bowiem z nami Gargery, nasz główny lokaj.

– Bardzo cię proszę, mój drogi, nie zatrzymuj mnie teraz – odparłam. – Właśnie wybieram się na Downing Street pod numer dziesiąty. Zamierzam przykuć się tam do poręczy schodów, a już jestem spóźniona.

– Przykuć…? – zdziwił się Emerson. – Czy można wiedzieć, w jakim celu?

– Myślę, że to dobry pomysł – odparłam. – Podczas ostatnich protestów sufrażystek policjanci brali je na ręce i wynosili, przerywając w ten sposób demonstrację. Nie pójdzie im tak łatwo, jeżeli będą przytwierdzone łańcuchami do czegoś solidnego, na przykład do żelaznej poręczy.

– Rozumiem – mruknął, po czym otworzył szerzej drzwi i stanął w progu. – Czy mam ci towarzyszyć, Peabody? Mógłbym cię zawieźć samochodem.

Sama nie wiedziałam, czy bardziej przeraziła mnie perspektywa jego towarzystwa, czy jazdy automobilem.

Emerson od dawna pragnął sprawić sobie ten straszliwy wehikuł, ale ja wymyślałam coraz to nowe preteksty, żeby go zniechęcić – aż do tego lata. A potem podjęłam wszelkie możliwe środki ostrożności. Awansowałam jednego ze stajennych na stanowisko szofera i kazałam go odpowiednio przeszkolić. Wymogłam na dzieciach, że jeśli będą się upierać przy prowadzeniu tej ohydy (uparły się), również powinny wziąć lekcje. David i Ramzes wkrótce nabyli takiej biegłości, jakiej należało oczekiwać po męskich osobnikach w ich wieku, a Nefret radziła sobie jeszcze lepiej, choć męska część rodziny temu zaprzeczała.

Podjęcie tych rozsądnych kroków nie ustrzegło mnie jednak przed budzącymi grozę rezultatami, bo Emerson oczywiście się nie zgodził, żeby go woził szofer albo dzieci. W niedługim czasie wieść o tym obiegła całą wieś i okolice. Sam widok pochylonego nad kierownicą Emersona, jego wyszczerzonych w radosnym uśmiechu zębów i roziskrzonych za goglami oczu wystarczał, by przerazić pieszych i innych kierowców. Wycie klaksonu (którego nieustannie nadużywał) działało niczym strażacka syrena: każdy w zasięgu słuchu natychmiast usuwał się z drogi, w razie konieczności nurkując w żywopłot lub do rowu. Kiedy wyjeżdżaliśmy, Emerson uparł się, żeby zabrać przeklęty wehikuł do Londynu, lecz do tej pory udawało nam się go powstrzymać przed jazdą po mieście.

Wiele lat szczęśliwego małżeństwa nauczyło mnie, że co do pewnych kwestii mężowie są dziwnie drażliwi. Należało za wszelką cenę unikać urażania ich męskiej ambicji, a skoro z jakichś niejasnych dla mnie powodów prowadzenie automobilu okazało się sprawdzianem męskości, musiałam wymyślić kolejną wymówkę.

– Mój drogi, to chyba nie jest dobry pomysł – stwierdziłam. – Po pierwsze, masz mnóstwo pracy przy ostatnim tomie swojej „Historii starożytnego Egiptu”. A po drugie, kiedy ostatni raz mi towarzyszyłeś, znokautowałeś dwóch policjantów.

– I zrobię to ponownie, jeżeli któryś z nich znów przyczepi się do ciebie – oświadczył, zapominając na razie, tak jak na to liczyłam, o samochodzie. W jego błękitnych oczach rozgorzał szafirowy płomień, a podbródek zadrżał. – Mój Boże, Peabody, nie oczekujesz chyba, że będę stał spokojnie, podczas gdy jakiś ordynarny policjant znęca się nad moją żoną?

– Nie oczekuję, mój drogi, i właśnie z tego powodu nie możesz ze mną pójść. Cała rzecz w tym, żeby mnie aresztowano i sponiewierano. Jeśli zostaniesz oskarżony o atak na policjanta, odwróci to uwagę opinii publicznej od naszej walki o prawo głosu dla kobiet i…

– Do diaska, Peabody! – przerwał mi Emerson, tupiąc nogą. Czasem pozwala sobie na takie dziecinne demonstracje.

– Czy możesz mi nie przerywać, mój drogi? Chciałam ci właśnie…

– Nigdy mi nie dajesz dokończyć zdania! – wybuchnął.

– Podaj mi, proszę, moją parasolkę, Gargery – zwróciłam się do lokaja, który już otwierał przede mną drzwi.

– Oczywiście, madam – odparł natychmiast, a na jego bezbarwnej, lecz sympatycznej twarzy pojawił się uśmiech. Gargery uwielbia te nasze małe, lecz namiętne sprzeczki. – Jeżeli wolno zauważyć – dodał – bardzo pani do twarzy w tym kapeluszu.

Spojrzałam w lustro. Był to całkiem nowy kapelusz i również sądziłam, że jest mi w nim do twarzy. Kazałam go ozdobić karmazynowymi różami i liśćmi z zielonego jedwabiu. Stłumione barwy, uważane za odpowiednie dla dojrzałych kobiet, dają fatalny efekt przy mojej bladej karnacji i kruczoczarnych włosach. Nie widzę powodu, by niewolniczo poddawać się modzie, jeśli rezultat mnie nie zadowala. Poza tym karmazynowa czerwień to ulubiony kolor Emersona. Gdy poprawiałam ostatnią szpilkę, przy moim odbiciu w lustrze pojawiła się jego twarz. Musiał się pochylić, ma bowiem sześć stóp wzrostu, a ja jestem znacznie niższa. Wykorzystując fakt, że Gargery stoi za nim, pogłaskał mnie ukradkiem i powiedział z uśmiechem:

– Niech ci będzie. Baw się dobrze, kochanie. Jeżeli nie wrócisz na herbatę, natychmiast pędzę na policję i wykupuję cię z aresztu.

– Nie waż się zjawiać przed siódmą – ostrzegłam go. – Liczę na to, że wrzucą mnie do Czarnej Marii, może nawet w kajdankach.

– Chciałbym zobaczyć jegomościa, który potrafi coś takiego zrobić – mruknął Gargery, nie całkiem sotto voce.

– Ja również – oświadczył mój mąż.

Był to typowy listopadowy dzień w starym, kochanym Londynie – szary, ponury i wilgotny. Przyjechaliśmy z Kent zaledwie przed tygodniem, bo Emerson chciał sprawdzić pewne informacje w British Museum. Zamieszkaliśmy w Chalfont House, miejskiej rezydencji, należącej do brata Emersona, Waltera, oraz jego żony Evelyn, która odziedziczyła ją po dziadku. Młodsi Emersonowie woleli swoją wiejską posiadłość w Yorkshire i chętnie udostępniali nam Chalfont House, gdy pilne sprawy wzywały nas do stolicy.

Choć cieszy mnie ruch i miejska krzątanina, moim duchowym domem jest Egipt, i kiedy wdychałam niezdrową mieszaninę węglowego dymu i wilgoci, tęskniłam do czystego błękitu nieba, suchego gorącego powietrza i emocji kolejnego sezonu wykopalisk. Nasz wyjazd tego roku nieco się opóźnił, głównie za sprawą opieszałości Emersona w kończeniu długo oczekiwanej książki. Dzięki temu jednak mogłam zająć się inną bliską memu sercu sprawą. Podążając raźno przed siebie z nieodłączną parasolką w jednej ręce i łańcuchem w drugiej, czułam uniesienie.

Dążenia kobiet do uzyskania prawa głosu popierałam od dawna, jednak obowiązki zawodowe nie pozwalały mi na aktywny udział w ruchu sufrażystek. Zresztą ten ruch nie był jak dotąd zbyt aktywny ani skuteczny, ograniczając się do corocznego wręczania Parlamentowi petycji, która była lekceważona lub odrzucana. Politycy i mężowie stanu składali obietnice tylko po to, by je potem łamać.

W tym roku jednak powiał w Londynie odświeżający wiatr z północy. Społeczno-polityczna Unia Kobiet, założona w Manchesterze przez Emmeline Pankhurst i jej dwie córki, postanowiła – całkiem sensownie, moim zdaniem – przenieść swoją główną kwaterę do centrum życia politycznego. Spotkałam panią Pankhurst przy paru okazjach, nie miałam jednak wyrobionej opinii ani na jej temat, ani na temat SPUK – aż do wstrząsających wydarzeń z 23 października, które wzburzyły mnie do głębi. Kobiety, które w pokojowy sposób pragnęły przedstawić Parlamentowi swoje nadzieje i oczekiwania, zostały siłą usunięte z tego bastionu męskiej dominacji. Popychano je, tarmoszono, przewracano na ziemię i nawet aresztowano! Panna Sylvia Pankhurst wraz z innymi bojowniczkami o sprawę po dziś dzień marniała w więzieniu. Dlatego też, kiedy tylko dotarła do mnie wieść o kolejnej demonstracji, postanowiłam okazać czynne poparcie uwięzionym kobietom i ich ruchowi.

Tak naprawdę popełniłam drobne oszustwo, mówiąc Emersonowi, iż moim celem jest Downing Street. Obawiałam się, że znudzony czekaniem lub lękając się o moje bezpieczeństwo, mógłby podążyć za mną, a wolałam, by nie wiedział, gdzie się naprawdę udaję, bo Unia postanowiła tym razem demonstrować przed domem pana Geoffreya Romera przy Charles Street, niedaleko Berkeley Square.

Obok ministra skarbu, pana Asquitha, był to nasz najbardziej zajadły i najskuteczniejszy przeciwnik w Izbie Gmin. Zręczny i wytrawny mówca, posiadał staranne klasyczne wykształcenie i dysponował znacznym majątkiem. Dostąpiliśmy kiedyś z Emersonem zaszczytu obejrzenia jego znakomitej kolekcji egipskiej, a przy tej okazji uznałam za swój obowiązek rzucenie kilku kąśliwych uwag na temat nierespektowania praw kobiet. Jednak jeszcze bardziej zdenerwowały go kąśliwe uwagi Emersona na temat niegodziwości prywatnego zbieractwa. Więcej nas nie zaproszono. Nie mogłam się doczekać chwili, gdy przykuję się do poręczy schodów prowadzących do domu Romera.

Obawiałam się spóźnienia, lecz gdy dotarłam na miejsce, zastałam wszystko w kompletnym bezładzie. Nikt się do niczego nie przykuł, tu i tam stały grupki zdezorientowanych kobiet, a w pewnym oddaleniu ujrzałam kilka pogrążonych w konwersacji pań. Była to najwyraźniej narada przywódczyń, bo usłyszałam głos Emmeline Pankhurst.

Już miałam do nich dołączyć, kiedy spostrzegłam znajomą sylwetkę. Należała do młodego mężczyzny, odzianego w prążkowane spodnie, surdut i cylinder. Ciemna opalenizna i grube czarne brwi upodabniały go do Araba lub Hindusa, był to jednak Anglik, mój własny syn, Walter Peabody Emerson, lepiej znany ogółowi pod przydomkiem „Ramzes”.

Ujrzawszy mnie, przerwał rozmowę z jakąś młodą kobietą i powitał mnie w swej irytującej manierze, z akcentem nabytym w Oksfordzie, gdzie przez jeden semestr studiował filologię klasyczną u profesora Wilsona.

– Dzień dobry, mamo. Czy pozwolisz, że ci przedstawię pannę Christabel Pankhurst, której chyba nie miałaś do tej pory okazji poznać?

Była młodsza, niż myślałam, ledwie po dwudziestce – jak dowiedziałam się później – i całkiem ładna. Mocno zarysowane wargi i śmiałe spojrzenie przydawały indywidualności jej okrągłej twarzy, okolonej ciemnymi włosami. Gdy wymieniałyśmy uścisk dłoni, mamrocząc zwyczajowe powitania, zastanawiałam się, jak Ramzes ją poznał – i kiedy. Uśmiechała się do niego i wywracała oczami w sposób świadczący o tym, że nie jest to ich pierwsze spotkanie. Mój syn, niestety, zazwyczaj podoba się kobietom o bardzo zdecydowanym charakterze.

– Co tutaj robisz? – zapytałam. – I gdzie jest Nefret?

– Nie mam pojęcia, gdzie jest moja „siostra”, by użyć określenia, na które tak nalegasz, choć nie uzasadnia go ani prawo, ani więzy krwi…

– Ramzesie, do rzeczy, proszę – upomniałam go.

– Oczywiście, mamo. Otóż kiedy niespodzianie okazało się, że mam nieco wolnego czasu, postanowiłem przyłączyć się do dzisiejszej demonstracji. Wiesz, że sympatyzuję ze sprawą i…

– Wiem, mój drogi. – Przerywanie innym jest bardzo niegrzeczne, lecz Ramzesowi trzeba czasem przerwać. Nie jest już wprawdzie tak gadatliwy jak niegdyś, ale bywa taki zawsze wtedy, gdy usiłuje coś przede mną ukryć. Na razie zaniechałam jednak dalszych dociekań i zapytałam: – Co tu się dzieje?

– Możesz zostawić swoje łańcuchy, mamo – odparł Ramzes. – Panie zdecydowały, że będziemy pikietować i wręczymy panu Romerowi petycję. Panna Pankhurst mówi, że zaraz zaczną rozdawać afisze.

– To nonsens – oznajmiłam. – Skąd pewność, że Romer przyjmie delegację? Jeszcze nigdy tego nie zrobił.

– Zyskałyśmy nową bojowniczkę o naszą sprawę, panią Markham, która jest jego starą znajomą – wyjaśniła panna Christabel. – Zapewniła nas, że nie odmówi jej prośbie.

– Skoro to jego znajoma, czemu nie poprosi go o spotkanie w normalnym trybie, zamiast pozwalać na coś takiego? Ramzesie, nie opieraj się o poręcz, pobrudzisz sobie płaszcz rdzą…

– Tak, mamo. – Ramzes wyprostował się na pełną wysokość swoich sześciu stóp, do których cylinder dokładał jeszcze dwanaście cali. Byłam zmuszona przyznać, że mój syn przydaje pewnej dystynkcji temu zgromadzeniu, składającemu się wyłącznie z kobiet. Poza nim wśród demonstrantek był obecny tylko jeszcze jeden ekscentrycznie ubrany mężczyzna, który przysłuchiwał się dyskutującym paniom. Jego długa, dość sfatygowana welwetowa peleryna i kapelusz z szerokim rondem kojarzyły mi się z postaciami z opery Gilberta i Sullivana, parodiującymi estetyzujących, rozlazłych poetów. Kiedy zauważył, że patrzę na niego, odwrócił się i zaczął coś mówić do pań afektowanym, wysokim głosem.

– Cóż to za jegomość? – zapytałam. – Nigdy przedtem go nie widziałam.

Ramzes, który przejawia czasem niesamowitą zdolność czytania w moich myślach, zanucił coś cicho. Rozpoznałam fragment opery, o której wspomniałam: „Młodzieniec uczuciowy, młodzieniec uduchowiony; ultrapoetyczny, superestetyczny, całkiem ekscentryczny”.

Nie zdołałam powstrzymać śmiechu i panna Christabel zmierzyła mnie spojrzeniem pełnym dezaprobaty.

– To brat pani Markham – oświadczyła. – I gorący obrońca naszej sprawy. Gdyby zechciała pani uczestniczyć w naszych poprzednich spotkaniach, pani Emerson, byłaby pani tego świadoma.

Nie zostawiając mi czasu na wyjaśnienie, że na poprzednie spotkania mnie nie zaproszono, panna Christabel odeszła, zadzierając wysoko nos.

– Chyba będą zaczynać – powiedział Ramzes.

Uformowano dość nierówny szereg i rozdano afisze. Mój głosił: „Wolność dla ofiar męskiego ucisku!”.

Wokół zebrał się mały tłumek gapiów. Jakiś mężczyzna o zaciętej twarzy spiorunował mnie wzrokiem i wrzasnął:

– Do domu, paniusiu, spodnie prać mężowi!

Ramzes, stojący tuż za mną z afiszem „Prawo głosu dla kobiet!”, odkrzyknął donośnym, rozbawionym głosem:

– Zapewniam pana, że spodnie męża tej pani nie potrzebują aż tak bardzo prania, jak pańskie!

Przedefilowaliśmy rzędem przed bramą domu Romera. Była zamknięta i strzegło jej dwóch konstabli w niebieskich hełmach, obserwujących nas z ciekawością. Dom z zasłoniętymi oknami wydawał się bez życia. Nie wyglądało na to, by Geoffrey Romer był w nastroju do przyjmowania petycji.

Kiedy zawracaliśmy, by przejść z powrotem, panna Christabel podbiegła do Ramzesa i wyciągnęła go z szeregu.

– Panie Emerson, liczymy na pana – oznajmiła.

– Proszę bardzo – odparł. – A co dokładnie mam zrobić?

– Pani Markham doręczy petycję Romerowi. Otoczymy konstabla po lewej stronie bramy, żeby jej nie zatrzymał. Czy byłby pan skłonny zająć się tym drugim?

– Zająć się…? – powtórzył Ramzes, unosząc brwi.

– Nie chodzi oczywiście o użycie siły, lecz tylko o umożliwienie przejścia pani Markham.

– Zrobię, co będę mógł – odparł Ramzes.

– Wspaniale! Proszę być gotowym, już nadchodzą.

Istotnie, zbliżała się do nas grupa dam, maszerujących ramię przy ramieniu. Było ich tylko kilkanaście, najwyraźniej samych przywódczyń. Prowadziły ten pochód dwie wysokie, mocno zbudowane kobiety, niosące ciężkie drewniane tablice z hasłami sufrażystek. Za nimi mignął mi wielki, lecz gustownie przystrojony kwiatami i piórami kapelusz. Czyżby skrytą pod nim osobą była owa sławetna pani Markham, od której tak wiele zależało? U jej boku maszerował mężczyzna w pelerynie i kapeluszu ocieniającym twarz. Jedyną znaną mi osobą w tej grupie była panna Pankhurst, zamykająca pochód.

Kiedy mnie mijały, musiałam uskoczyć im z drogi, bo ich nieubłagana szarża nie rozróżniała pomiędzy policjantem i sympatykiem.

– Teraz! – zawołała Christabel z rumieńcem podniecenia na twarzy.

Kobiety otoczyły zaskoczonego konstabla po lewej stronie bramy i usłyszałam jego krzyk, kiedy drewniana tablica rąbnęła go z hukiem w hełm.

Drugi policjant zawołał „Hola!” i chciał pospieszyć koledze na pomoc, ale nagle stanął przed nim Ramzes, kładąc mu dłoń na ramieniu.

– Bardzo proszę, niech pan pozostanie na swoim miejscu, panie Jenkins – powiedział łagodnym tonem.

– Och, panie Emerson, niech pan tego nie robi! – krzyknął konstabl.

– Panowie się znacie? – zapytałam, choć wcale nie byłam zdziwiona. Ramzes ma wielu niezwykłych znajomych, niektórych o wiele mniej godnych szacunku niż policjanci.

– Owszem, znamy się – odparł Ramzes. – Jak tam twój chłopak, Jenkins? – zapytał.

Ton jego głosu nadal był łagodny i uprzejmy, lecz powolutku coraz mocniej przyciskał nieszczęsnego policjanta do barierki. Pewna, że doskonale sobie poradzi, odwróciłam się, by sprawdzić, czy panie nie potrzebują mojej pomocy w „powstrzymaniu” drugiego konstabla.

Mężczyzna leżał na ziemi, próbując zerwać z głowy hełm, który wciśnięto mu na oczy. Brama ustąpiła pod impetem grupy kobiet, która dotarła już pod drzwi, prowadzona przez dwie postawne damy i dżentelmena w stroju poety.

Precyzja całej akcji mogła budzić podziw, wątpiłam jednak, by deputacji udało dostać się do środka. Wokół już rozlegały się policyjne gwizdki i okrzyki „Co tu się wyprawia?! – zwiastujące przybycie posiłków. Pani Markham albo kłamała, albo sama została oszukana – bo gdyby Romer zgodził się przyjąć petycję, całe te podchody byłyby zbyteczne. Tymczasem drzwi rezydencji pozostały zamknięte.

Ledwie to pomyślałam, drzwi się otworzyły. Mignęła mi w nich blada, zaskoczona twarz lokaja, natychmiast zasłonięta przez szturmujące oddziały, które wtargnęły do środka.

Na ulicy przed domem sprawy nie wyglądały zbyt dobrze. Na odsiecz swoim oblężonym kolegom pospieszyło pół tuzina mundurowych, którzy brutalnie odciągali kobiety na bok, a kilka z nich przewrócili na ziemię. Wydałam okrzyk oburzenia i ze wzniesioną nad głową parasolką chciałam się rzucić naprzód, przytrzymano mnie jednak w pełnym szacunku, lecz silnym uścisku.

– Ramzesie, puść mnie w tej chwili! – krzyknęłam.

– Zaczekaj, mamo, obiecałem ojcu… – Ramzes wysunął do przodu nogę i policjant, który zamierzał mnie dopaść, potknął się i przewrócił.

– Więc obiecałeś ojcu, tak? Do diaska! – zawołałam. Dalszą wypowiedź uniemożliwiła mi frustracja i uciskane ręką mojego syna żebra.

Przewrócony przez Ramzesa konstabl dźwignął się z ziemi.

– Niech to diabli… – mamrotał. – To pan, panie Emerson? Nie poznałem pana w tym wyszukanym odzieniu.

– Zajmij się moją matką, dobrze, Skuggins? – Ramzes puścił mnie i wziął się do podnoszenia z ziemi innych kobiet. – Doprawdy, panowie! – zawołał zniesmaczony. – Żaden Anglik nie zachowuje się w ten sposób! Hańba!

Wszystko na moment się uspokoiło. Błękitne mundury przestępowały niepewnie z nogi na nogę, podczas gdy panie poprawiały na sobie odzienie, zabijając konstabli wzrokiem. Zaskoczył mnie widok Emmeline Pankhurst i jej córki, sądziłam bowiem, że obie weszły do domu Romera wraz z delegacją.

– Ma pan oczywiście rację, panie Emerson – odezwał się jeden z policjantów – ale co z panem Romerem? Te panie wdarły się siłą do…

– To niepoparte niczym domniemanie – przerwał mu Ramzes. – Nie zastosowano siły, bo drzwi otworzył służący pana Romera.

W tym momencie drzwi domu znów się otwarły. Człowieka, który stanął w progu, trudno byłoby pomylić z kimś innym. Światło z wnętrza rzucało blask na jego srebrzyste włosy i brodę, a równie charakterystyczny, jak wygląd, był jego donośny głos, dzięki któremu zyskał reputację jednego z najlepszych mówców w Anglii.

– Moi panowie, panie i… ee, tego… proszę o uwagę. Zgodziłem się wysłuchać petycji doręczonej mi przez moją starą przyjaciółkę, panią Markham, pod warunkiem jednak, że pozostałe osoby rozejdą się spokojnie i bez ociągania. Niech pańscy ludzie wrócą do swych obowiązków, sierżancie.

Za Romerem mignął mi kwiecisty kapelusz, a potem drzwi zamknęły się z trzaskiem. Ciszę, jaka zapadła, przerwała pani Pankhurst.

– No proszę – powiedziała z triumfem. – Czyż nie mówiłam, że pani Markham dopnie swego? Chodźmy, moje panie, możemy wycofać się z honorem.

Tak też uczyniły, a tłum, rozczarowany tym banalnym zakończeniem, poszedł za ich przykładem. Wkrótce zostaliśmy sami z Ramzesem i jednym policjantem, który zamknął z powrotem bramę posesji, po czym stanął przed nią.

– Pójdziemy już, mamo? – zapytał Ramzes i wziął mnie pod ramię.

– Hmm… – mruknęłam.

– O co chodzi?

– Zauważyłeś może coś niezwykłego, kiedy…

– Kiedy co?

Postanowiłam jednak nie mówić mu o moim dziwnym przywidzeniu. Skoro on niczego nie spostrzegł, prawdopodobnie tylko mi się zdawało.

Ale powinnam była chyba bardziej sobie zaufać. Rzadko zdarza mi się mylić. Na usprawiedliwienie swojej powściągliwości mam jedynie to, że nawet gdyby Ramzes mi uwierzył, konstabl z pewnością nie dałby się przekonać i zanim zmusiłabym kogoś wyższego rangą, by zastosował się do mojej rady, przestępstwo zostałoby już popełnione.

Zanim dotarliśmy do domu, zapadł zmrok i rozpadało się. Gargery najwyraźniej wyczekiwał naszego powrotu, bo drzwi stanęły otworem, zanim zdążyłam zadzwonić. Poinformował mnie oskarżycielskim tonem, że reszta rodziny czeka na nas w bibliotece.

– Czyżbyśmy się spóźnili na herbatę? – zapytałam, oddając mu parasol, płaszcz i kapelusz.

– Tak jest, proszę pani. Profesor się trochę niepokoił. Gdybyśmy byli wiedzieli, że pan Ramzes jest z panią, nie martwilibyśmy się tak bardzo.

– Wybacz, że cię nie poinformowałem – powiedział Ramzes, dokładając swój cylinder do stosu na rękach lokaja.

Jeżeli zamierzał być sarkastyczny, na Gargerym nie zrobiło to wrażenia. Uczestniczył w kilku naszych wyprawach i bardzo mu się podobały. Uważał, że jest za nas odpowiedzialny, i dąsał się, jeżeli nie był informowany o naszych poczynaniach. A nadąsany lokaj to rzecz diabelnie uciążliwa, choć moim zdaniem jest to niewysoka cena za lojalność i oddanie.

Idąc za jego sugestią, poszliśmy do biblioteki, nie przebierając się nawet, i zastaliśmy tam pozostałych, siedzących przy stoliku herbacianym. Mój oddany małżonek powitał mnie nachmurzoną miną.

– Cholernie się spóźniłaś, Peabody. Co cię zatrzymało?

Żadne z nas nie lubi, żeby na niego czekano, Nefret zajęła się więc od razu dzbankiem z herbatą. Miała na sobie jedną ze swoich egipskich wyszywanych sukien, które lubi nosić po domu, a rudozłote włosy związała wstążką.

Mówiąc ściśle, Nefret nie była naszą adoptowaną córką ani nawet prawną podopieczną, ponieważ już rok temu doszła do pełnoletności i posiadała obecnie – dzięki staraniom mojego drogiego męża – pełnię kontroli nad majątkiem, odziedziczonym po dziadku.

Nie miała jednak żadnych innych krewnych i stała się nam z Emersonem bliska jak własna córka. Kiedy zabraliśmy ją z odległej nubijskiej oazy, w której mieszkała od urodzenia, liczyła sobie trzynaście lat i niełatwo jej było przystosować się do angielskich obyczajów.

Mnie zresztą też nie było łatwo. Czasami zastanawiam się, dlaczego niebiosa obdarzyły mnie dwójką najtrudniejszych dzieci, z jakimi może mieć do czynienia matka. Nie należę do kobiet lubiących gaworzyć z niemowlakami i trząść się nad małymi dziećmi, śmiem jednak twierdzić, że Ramzes wystawiłby na ciężką próbę nerwy każdej matki. Był nad wiek dojrzały w pewnych obszarach i zatrważająco normalny w innych (a normalne zachowanie chłopca wiąże się z odpowiednią ilością brudu i kompletnym lekceważeniem własnego bezpieczeństwa). I kiedy już sądziłam, że przeszedł przez najtrudniejszy wiek, pojawiła się Nefret – niezwykle piękna, wyjątkowo inteligentna i nieodmiennie krytyczna wobec zwyczajów naszej zachodniej cywilizacji. Dziewczyna, która była Wysoką Kapłanką Izydy w kraju, w którym wszyscy chodzą jedynie na wpół odziani, nie mogła czuć się dobrze w gorsecie.

Trzecia z obecnych w pokoju osób stanowiła w porównaniu z tą dwójką odświeżającą odmianę. Ktoś z zewnątrz mógłby uznać tego młodzieńca za blisko spokrewnionego z Ramzesem, bo podobnie jak on miał brązową skórę, falujące czarne włosy i ciemne oczy pod długimi rzęsami. Było to jednak przypadkowe podobieństwo, David był wnukiem naszego szefa robót, Abdullaha. Zaprzyjaźnił się jednak bardzo z Ramzesem i został członkiem naszej rodziny od czasu, gdy zamieszkał z bratem Emersona. Nie był dziś zbyt rozmowny, przede wszystkim chyba dlatego, że raczej trudno było wypowiedzieć się swobodnie, kiedy rodzina zebrała się w komplecie. Z ujmującym uśmiechem podsunął mi podnóżek, po czym postawił na stoliku filiżankę herbaty i talerz z kanapkami.

– Masz zmęczone oczy, Davidzie – stwierdziłam. – Czyżbyś pracował nad rysunkami świątyni w Luksorze przy sztucznym świetle? Przecież mówiłam ci tyle razy, że nie powinno się…

– Nie przesadzaj, Peabody – przerwał mi Emerson. – Chcesz mu wmówić chorobę, żeby go móc faszerować swoimi ohydnymi medykamentami. Napij się lepiej herbaty.

– Zaraz to zrobię. Ale David naprawdę nie powinien…

– Chciał skończyć przed wyjazdem do Egiptu – wtrąciła Nefret. – Nie obawiaj się o jego wzrok, ciociu Amelio. Ostatnie badania wykazały, że czytanie przy świetle elektrycznym wcale nie szkodzi oczom.

W jej słowach brzmiała pewność, poparta zresztą medycznymi studiami. Uzyskanie wstępu na uczelnię okazało się niełatwym zadaniem. Uniwersytet Londyński, mimo protestów wydziału medycyny (sami mężczyźni), dopuścił wreszcie kobiety do nauki, lecz inne uniwersytety wciąż odmawiały im tego prawa, a przeszkody w dostępie do praktyki klinicznej nie zmalały prawie wcale od ubiegłego stulecia. Nefret jednak udało się pokonać wszystkie te bariery z pomocą oddanych sprawie równouprawnienia pań, które ufundowały w Londynie kolegium medyczne dla kobiet i wymusiły na niektórych szpitalach dopuszczenie studentek do sal chorych i prosektoriów. Zamierzała kontynuować naukę we Francji lub w Szwajcarii, gdzie (choć to dziwne dla Brytyjczyka) uprzedzenia wobec kobiet-lekarzy nie były tak silne, ale myśl o opuszczeniu nas była jej nienawistna. Uwielbiała Emersona, który miękł przy niej jak wosk, a z Ramzesem byli dla siebie niemal jak rodzeństwo. Innymi słowy, pozostawali ze sobą w najlepszych stosunkach – jeśli akurat nie wymieniali uszczypliwości.

– Dlaczego nosisz ten idiotyczny strój? – spytała właśnie Ramzesa, przyglądając się jego eleganckiemu ubraniu z kpiącym uśmieszkiem. – Nie, nie mów, niech sama zgadnę… Była tam panna Christabel Pankhurst.

– Nie musiałaś zgadywać – odparł Ramzes. – Wiedziałaś, że przyjdzie.

– A co ma wspólnego panna Pankhurst z twoim ubiorem? – zapytałam podejrzliwie.

– To tylko kiepski żart Nefret – wyjaśnił mój syn.

– Ha! Zapewniam cię, drogi chłopcze, że przestaniesz to uznawać za żart, jeżeli nadal będziesz zachęcał tę dziewczynę. Mężczyzn zazwyczaj bawią takie podboje, ale tej bardzo zdecydowanej młodej kobiety nie pozbędziesz się tak łatwo jak innych.

– O Boże! – zawołałam. – Jakich innych?

– To kolejny dowcip Nefret – odparł Ramzes, wstając pospiesznie. – Chodź, Davidzie, dotrzymaj mi towarzystwa podczas przebierania. Muszę z tobą porozmawiać.

– Na temat Christabel – dodała Nefret słodziutkim głosikiem.

Ten ostatni żarcik okazał się już dla Ramzesa nie do strawienia. Zatrzymał się w połowie drogi do drzwi.

– Gdybyś uczestniczyła w demonstracji – powiedział, cedząc jadowicie słowa – mogłabyś osobiście ocenić moje zachowanie. Zdawało mi się, że miałaś zamiar przyjść?

Nefret przestała się uśmiechać.

– Mhm… miałam dziś akurat okazję przyjrzeć się interesującej sekcji – odparła niepewnie.

– Nie było cię dzisiaj w szpitalu – oświadczył Ramzes.

– Skąd, u diabła… – Nefret spojrzała na mnie, przygryzając wargę. – No dobrze. Byłam na spacerze. Z przyjaciółką.

– Znakomicie – stwierdziłam. – To wyjaśnia te urocze kolorki na twoich policzkach. Nie ma to jak ruch i świeże powietrze.

Ramzes obrócił się na pięcie i wymknął z pokoju, a David za nim.

Zanim zdążyliśmy zasiąść do kolacji, oboje już się pogodzili. Nefret odnosiła się do Ramzesa ze szczególną słodyczą, jak zawsze po każdej sprzeczce, ale Ramzes był wyjątkowo milczący, zupełnie jak nie on. Przekazanie relacji z demonstracji pozostawił mnie, co też zrobiłam z właściwym sobie ożywieniem i humorem. Nie pozwolono mi jednak skończyć, bo Emerson nie zawsze potrafi docenić mój dowcip.

– To niegodne i wulgarne – burknął. – Bicie policjanta po głowie tablicą, wtargnięcie do cudzego domu! Romer to niepoprawny osioł, nie wierzę jednak, by takie zachowanie służyło waszej sprawie, Amelio. Metoda perswazji jest dużo skuteczniejsza.

– I kto tu mówi o perswazji! – odparowałam z oburzeniem. – Czy to nie ty ubiegłej wiosny znokautowałeś dwóch konstabli? Czy to nie twoje nieuprzejme uwagi wobec dyrektora Departamentu Starożytności doprowadziły do tego, że odmówiono nam wydania zezwolenia na poszukiwanie grobowców w Dolinie Królów? Czy to nie…

Błękitne oczy Emersona zwęziły się w szparki, a policzki zaczerwieniły. Zanim jednak zdołał coś powiedzieć, Gargery, David i Nefret zaczęli mówić wszyscy naraz:

– Może jeszcze galaretki, proszę pana?

– Jak ci idzie praca nad „Historią”, profesorze?

– Czy ciotka Evelyn, wuj Walter i mała Amelia przyjadą jutro czy pojutrze? – zapytała Nefret.

Skierowane było to raczej do mnie niż do Emersona.

Mój mąż zareagował na to jedynie cichym stęknięciem, a ja odpowiedziałam spokojnie:

– Pojutrze, Nefret. Ale pamiętajcie wszyscy, żeby jej nie nazywać „małą Amelią”, tylko Lią.

Ramzes rzadko się uśmiechał, lecz teraz rysy jego twarzy nieco złagodniały, przepadał bowiem za swoją młodszą kuzynką.

– Nie wiem, czy mi się to uda – mruknął. – To takie kochane maleństwo, zdrobnienie bardzo do niej pasuje.

– Ona twierdzi, że dwie Amelie w rodzinie wprowadzają zamieszanie – wyjaśniłam. – Podejrzewam jednak, że chodzi bardziej o to, iż twój ojciec zwraca się do mnie po imieniu tylko w chwilach irytacji. Przychylność i uczucie wyraża, używając mego panieńskiego nazwiska. Nie patrz tak na mnie, Emersonie; wiesz, że to prawda. Widziałam, jak to biedne dziecko się wzdryga, gdy słyszy ten twój ryk: „Niech to diabli, Amelio!”.

Do rozmowy włączyła się Nefret, ponownie chroniąc mnie przed ostrą ripostą męża.

– Czy to już ustalone, że zabieramy ją w tym roku do Egiptu? – zapytała.

– Udało jej się przekonać rodziców, z pomocą Davida zresztą. Evelyn stwierdziła, że nie potrafi się oprzeć jego łagodnej perswazji.

David opuścił głowę i zaczerwienił się lekko.

– Amelia to jedyne z ich dzieci zainteresowane egiptologią – ciągnęłam. – Szkoda by było, gdyby nie mogła rozwijać swoich zainteresowań tylko dlatego, że jest kobietą.

– Ach, więc to tak ich podszedłeś – powiedział Ramzes, spoglądając na swojego milczącego przyjaciela. – Dla ciotki Evelyn musiał to być argument nie do odparcia. Ale Lia jest jeszcze bardzo młoda.

– Jest zaledwie dwa lata młodsza od ciebie, Ramzesie, a ty jeździłeś do Egiptu już jako siedmiolatek.

Ciesząc się rodzinną pogawędką, zapomniałam o swoim złym przeczuciu. Nemezis jednak już na nas czyhała i biła w dzwon.

Gdy mieliśmy wstawać od stołu, do jadalni wszedł Gargery. Jeszcze nim otworzył usta, wyraz dezaprobaty na jego twarzy ostrzegł mnie, że jest z czegoś bardzo niezadowolony.

– Ktoś z policji chce się zobaczyć z panią Emerson – oznajmił. – Poinformowałem go, że nie przyjmuje pani odwiedzin, lecz nalegał.

– Z panią Emerson? – zdziwił się mój mąż. – Nie ze mną?

– Nie, proszę pana. Pytał tylko o panią i o pana Ramzesa.

– Do diaska! – wykrzyknął Emerson i zerwał się z krzesła. – To musi mieć coś wspólnego z dzisiejszą demonstracją. Prosiłem cię, Ramzesie, żebyś pohamowywał matkę!

– Zapewniam cię, ojcze, że nie zdarzyło się tam nic niestosownego – odparł Ramzes. – Gdzie jest ten jegomość, Gargery?

– W bibliotece, sir. Tam zazwyczaj przyjmuje się policjantów, jak sądzę.

Emerson poszedł przodem, a my za nim.

Okazało się, że czeka na nas nie mundurowy policjant, lecz wysoki, tęgi mężczyzna w wieczorowym stroju. Mój mąż stanął jak wryty.

– Mój Boże, jest jeszcze gorzej, niż sądziłem! – zawołał. – Co takiego zrobiłaś, Amelio, że doczekałaś się wizyty samego zastępcy komisarza Scotland Yardu?

Był to w istocie sir Reginald Arbuthnot, doskonale nam znany zarówno z terenu towarzyskiego, jak i zawodowego.

– Potrzebujemy tylko zeznania pani Emerson i pańskiego syna, profesorze – uspokoił mojego męża. – Sprawa jest bardzo pilna, inaczej nie nachodziłbym państwa o tej porze.

– Hmf… – prychnął Emerson. – Lepiej, żeby istotnie była pilna, Arbuthnot. Nic mniej poważnego od morderstwa popełnionego z zimną krwią nie usprawiedliwia…

– Przestań, mój drogi, jesteś niegrzeczny – przerwałam mu. – To uprzejmość ze strony sir Reginalda, że sam nas odwiedził, zamiast wzywać do Scotland Yardu. Powinieneś domyślić się z jego stroju, że odwołano go z przyjęcia lub spotkania towarzyskiego, co oznacza, że sytuacja istotnie jest poważna. Siadaliśmy właśnie do kawy, sir Reginaldzie. Czy miałby pan ochotę się do nas przyłączyć?

– Dziękuję, pani Emerson, ale nie mam zbyt wiele czasu. Gdyby zechciała mi pani powiedzieć…

– Pośpiech nic nam nie da, sir Reginaldzie. Przypuszczam, że złodzieje umknęli już daleko ze swoim łupem. Mam nadzieję, że pan Romer nie ucierpiał? – Korzystając z głuchej ciszy, jaka zapadła, nacisnęłam dzwonek. – Podejrzewam – dodałam, gdy zjawił się Gargery z kawą na tacy – że lepiej panu zrobi szklaneczka brandy. Błagam, niechże pan wypuści powietrze. Pańska twarz przybrała dość niepokojącą barwę…

Wydech Arbuthnota przypominał małą eksplozję.

– Skąd… – wysapał – skąd pani wiedziała…

– Rozpoznałam przywódcę bandy dziś po południu, w każdym razie tak mi się wydawało. Uznałam to jednak za przywidzenie, nie miałam bowiem powodu sądzić, że ten osobnik jest w Anglii. Ale pańska wizyta podpowiedziała mi, że popełniono przestępstwo, i to związane z dzisiejszą demonstracją, jako że chciał pan rozmawiać ze mną i z Ramzesem. Nie trzeba wielkiego geniuszu, by dojść do jedynego możliwego wniosku.

– Do jedynego możliwego… – powtórzył Arbuthnot. – Sadzę, pani Emerson, że pójdę za pani uprzejmą sugestią i poproszę o brandy.

Emerson, który przyglądał się nam z wybałuszonymi ze zdumienia oczami, ruszył wolnym, lecz zdecydowanym krokiem do kredensu. Wyjął korek z karafki i nalał do szklanki solidną porcję, po czym ją wypił.

– Nasz gość, Emersonie – przypomniałam mu.

– Co? Ach tak.

Zaopatrzywszy sir Reginalda, nalał sobie drugą porcję i wycofał się na kanapę, gdzie usiadł koło Nefret, wciąż wlepiając we mnie spojrzenie. Ramzes, z miną tak niewyraźną jak jeszcze nigdy, podał pozostałym kawę, po czym również usiadł i wbił we mnie wzrok.

Teraz już wszyscy wpatrywali się we mnie, co było bardzo zachęcające. Sir Reginald, wchłonąwszy odpowiednią porcję brandy, odchrząknął i oświadczył:

– Pani Emerson, przybyłem tu z alarmującą informacją, która dotarła do mnie ledwie godzinę temu, a pani już wszystko wie. Czy mogę zapytać, skąd?

– Mam nadzieje, że nie podejrzewa mnie pan o przynależność do gangu! – zawołałam ze śmiechem.

– Och… nie, oczywiście, że nie. Skąd jednak…

Lepiej jest nie mówić zbyt dużo samemu, nie znając wszystkich faktów. Powiedziałam więc tylko:

– Chętnie wszystko wyjaśnię, sir Reginaldzie, ale najpierw niech pan może opowie obecnym, co się dokładnie wydarzyło tego popołudnia.

Koronnym świadkiem policji był lokaj pana Romera. To nie on otworzył drzwi – przeciwnie, jego pan kazał mu je zamknąć na klucz. Nie wiedział, w jaki sposób sforsowano zamek. Został obezwładniony przez dwie postawne, muskularne kobiety, które go obaliły na ziemię i związały sznurami, wyjętymi z torebek. Reszta „delegacji” rozproszyła się natychmiast po domu. Nikt nie powiedział ani słowa, całą operację przeprowadzono z wojskową precyzją.

Leżąc bezradnie na podłodze, lokaj widział, jak na górę wchodzi mężczyzna w długim płaszczu i kapeluszu z opuszczonym rondem. Zaraz potem kolejny mężczyzna, którego lokaj w pierwszym momencie uznał za swojego pana, zszedł na dół, skierował się do drzwi frontowych, otworzył je i zwrócił się do zgromadzonych kobiet słowami, które już przytoczyłam. Zgadzał się wygląd, strój i głos, lecz domniemany pan Romer, miast pospieszyć z pomocą związanemu słudze, wrócił na górę.

W ciągu następnej półgodziny o miejscu przebywania intruzów informowały lokaja tylko odgłosy ich żwawej krzątaniny. Kiedy znowu pojawili się w holu, nieśli różnego rodzaju bagaże, łącznie z dużym kufrem podróżnym. Byli ubrani w liberie służących pana Romera, ale ich twarzy główny lokaj nie znał. Wynieśli wszystko na dwór, a potem zjawił się mężczyzna, udający pana Romera – odziany teraz w jego ulubiony płaszcz obszyty futrem. Towarzyszyła mu kobieta, ubrana jak dama, w płaszczu i dużym ukwieconym kapeluszu na głowie. Ramię w ramię opuścili dom, zamykając za sobą drzwi.

Uwolnienie się zabrało nieszczęśnikowi ponad godzinę. Powlókł się obolały przez pokoje i w końcu znalazł pozostałych służących, zamkniętych w piwnicy w samej bieliźnie. W podobnie krępującym stroju był również pan Romer, przywiązany do krzesła w bibliotece. Gabloty, zawierające bezcenną kolekcję egipskich starożytności, dokładnie opróżniono.

– Krótko mówiąc – podsumował sir Reginald – osobnicy, którzy wtargnęli do domu, wynieśli kolekcję Romera przebrani za lokajów, a policjant przy bramie nie tylko niczego się nie domyślił, lecz jeszcze pomógł im załadować skrzynie do powozu. Natomiast człowiek, którego główny lokaj wziął za swego pana…

– Był owym osobnikiem w pelerynie i kapeluszu z opuszczonym rondem – wtrąciłam. – Mam żal do siebie, sir Reginaldzie, że nie zawiadomiłam natychmiast Scotland Yardu. Liczę jednak na pańskie zrozumienie, przyzna pan bowiem, że chyba żaden z pańskich podwładnych by mi nie uwierzył.

– Najpewniej nie, pani Emerson. Czy mam rozumieć, że rozpoznała pani tego człowieka mimo oddalenia i przebrania, które zmyliło nawet lokaja lorda Romera?

– Nie określiłabym tego jako rozpoznanie – odparłam. – Moda noszenia wąsów i bród, tak popularna obecnie wśród mężczyzn, bardzo ułatwia zadanie szalbierzom. Było to raczej nieokreślone poczucie, że jest to postać znajoma mi z gestów i całej postawy – to samo poczucie, które mnie uderzyło, kiedy ujrzałam osobnika w pelerynie i kapeluszu. To mistrz kamuflażu i zręcznych zmian mimiki, który…

– Amelio – przerwał mi Emerson, oddychając ciężko przez nos – czyżbyś chciała przez to powiedzieć, że ten człowiek to…

– Mistrz Występku – dokończyłam. – A któż by inny?

Nasze pierwsze spotkanie z tym szczególnym indywiduum miało miejsce, gdy pracowaliśmy na starych cmentarzyskach w pobliżu Kairu. Rabowanie grobowców i nielegalny handel starożytnościami mają w Egipcie długą tradycję, jednak po roku 1890 działalność ta gwałtownie przybrała na sile. Stało się jasne, że tym nikczemnym procederem zaczął zajmować się jakiś przestępczy geniusz. Dodam, że wniosek ten był oczywisty tylko dla mnie i dla Emersona, bo władze policyjne są nagminnie opieszałe w rozumowaniu i niechętne nowym ideom. Policja zmuszona była przyznać nam rację dopiero wtedy, kiedy odkryliśmy tajną kwaterę Sethosa, lecz nawet jeszcze teraz, jak słyszałam, pewne osoby wciąż twierdzą, że nikt taki nie istnieje.

Chociaż udało nam się przejrzeć niektóre z najbardziej łajdackich planów Sethosa, on sam jak dotąd zawsze nam się wymykał. Od naszej ostatniej z nim styczności upłynęło już kilka lat; przez pewien czas myśleliśmy nawet, że nie żyje. Jego przestępczą organizację usiłowało przejąć kilku podobnych niegodziwców, zmierzających do tego samego celu. Teraz jednak wyglądało na to, że Sethos odbudował swoją szajkę, i to nie w Egipcie, lecz w Europie – głównie w Anglii.

Usiłowałam wytłumaczyć to wszystko zdezorientowanemu sir Reginaldowi, kiedy mi znów przerwano. Oczekiwałam raczej wybuchu Emersona, którego gwałtowny charakter i niepohamowany język zyskał mu wśród Arabów przydomek „Ojca Przekleństw”, tym razem jednak wszedł mi w słowo Ramzes.

– Panna Christabel Pankhurst powiedziała mi o czymś, co zdaje się potwierdzać twoją teorię, mamo, choć wówczas nie przywiązywałem wagi do jej słów. Otóż pani Markham i jej grupa przyłączyły się do ruchu sufrażystek dopiero w czerwcu, gdy już opuściliśmy Londyn. W tym samym czasie zaczęło działać aktywnie więcej zaprzyjaźnionych „pań”, zapewne tych, które wtargnęły do domu Romera. Uderzyło mnie wtedy, że pani Pankhurst nie przyłączyła się do delegacji.

– Zgoda, lecz jednak… – sir Reginald zawahał się – wszystko to tylko niepotwierdzone domysły.

– Potwierdza je rezultat całej tej historii – odparł z irytacją mój potomek, jak zwykle uprzedzając moje słowa. – Złodzieje nie byli zwykłymi rabusiami, najwyraźniej ich celem była wyłącznie kolekcja starożytności Romera, jedna z najświetniejszych na świecie. Mistrz Występku specjalizuje się w sztuce egipskiej, a pomysł wykorzystania organizacji sufrażystek, by dostać się do domu zagorzałego przeciwnika prawa głosu dla kobiet, jest bardzo charakterystyczny dla jego ironicznego poczucia humoru.

– Lecz jednak… – powtórzył sir Reginald niczym zepsuta płyta gramofonowa – lecz jednak…

– Jeśli to Sethos, nigdy go nie złapiecie – wtrącił Emerson. O stanie jego umysłu świadczył fakt, iż nawet nie przeprosił za swoją obcesowość, do której my, domownicy, zdążyliśmy już przywyknąć. – Ale życzę panu powodzenia, komisarzu, nic bowiem nie ucieszy mnie bardziej niż widok tego człowieka na ławie oskarżonych. Opowiedzieliśmy już panu wszystko, co wiemy, sir Reginaldzie. Może byłoby lepiej, gdyby pan wziął się zaraz do roboty, zamiast tu siedzieć i popijać brandy?

Z manuskryptu H

Ramzes otworzył drzwi swego pokoju.

– Pukałaś? – spytał z udawanym zdziwieniem. – Skąd ta odmiana?

Nefret wśliznęła się do środka, ciągnąc za sobą ogon szlafroka niczym tren królewskiej szaty.

– Nie próbuj mnie spychać do defensywy, Ramzesie, nie pozwolę ci na to. Jak śmiałeś mnie szpiegować?

Zaatakowany zerknął mimowolnie na Davida, który wzruszył ramionami, okazując w ten sposób, że nie zamierza brać udziału w sprzeczce.

– To niczym nieuzasadnione i niczym niepoparte oskarżenie – odparł Ramzes.

Ale jego spokojna odpowiedź tylko rozjuszyła Nefret.

– Uzasadnione jak cholera! – krzyknęła. – Przyszedłeś do szpitala sprawdzić, czy tam rzeczywiście jestem. Nie było mnie, prawda?

– Najwyraźniej nie.

Wpatrywali się w siebie w napięciu i David uznał, że czas interweniować, zanim powiedzą sobie coś naprawdę przykrego.

– Jestem pewien – powiedział – że Ramzes poszedł tam jedynie po to, by cię zapytać, czy chcesz mu towarzyszyć na spotkaniu sufrażystek. Czyż nie tak, mój chłopcze?

Ramzes skinął tylko głową, gdyż głośne „tak” prawdopodobnie uwięzłoby mu w gardle.

– Nie trzeba było o tym mówić przy ciotce Amelii i wuju, Ramzesie – oświadczyła Nefret.

– To ty zaczęłaś.

– Dowcipkując na temat Christabel? – zaśmiała się Nefret. Nie potrafiła się długo gniewać.

– Wiesz, że ta dziewczyna cholernie mało mnie obchodzi!

– Mój drogi, cóż za niedżentelmeńska wypowiedź. Przecież ona…

– Nie zaczynajcie znowu! – przerwał im David, który nigdy nie wiedział, czy ma się śmiać, złościć, czy brać czyjąś stronę, kiedy tych dwoje wdawało się w podobną wymianę zdań. Nefret była jedną z nielicznych osób na świecie zdolnych wyprowadzić Ramzesa z równowagi, a David był w ogóle jedynym człowiekiem, który wiedział, dlaczego tak się dzieje. – Zjawiłaś się w odpowiednim momencie, Nefret – powiedział w nadziei przerwania sprzeczki. – Rozmawialiśmy właśnie o powrocie Mistrza Występku. Ramzes miał mi opowiedzieć, co wie o tym tajemniczym indywiduum.

– Przepraszam, Ramzesie – mruknęła Nefret, siadając ze skrzyżowanymi nogami na podłodze. – Nie powinnam cię była oskarżać o szpiegowanie.

– Nie powinnaś.

– A teraz ty mnie przeproś.

– Niby za co? – najeżył się Ramzes, ale pochwycił spojrzenie Davida i opanował się. – Dobrze więc, przepraszam.

– Zatem wszystko wybaczone. Cieszę się, że tu przyszłam, bo umieram z ciekawości co do Sethosa. Prawdę mówiąc, uważałam go zawsze za… no, może niezupełnie za wytwór wyobraźni ciotki Amelii, ale na pewno jest to przykład jej skłonności do przesady.

– Jej zamiłowania do melodramatu, chciałaś powiedzieć – dodał Ramzes i również usiadł na podłodze na arabską modłę.

Nefret z uśmiechem wzięła papierosa, którym ją poczęstował.

– Nie jesteśmy jednak całkiem w porządku, Ramzesie. Ciotka Amelia nie musi fantazjować, bo takie rzeczy naprawdę jej się przydarzają, ale coś przed nami ukrywa. W takich przypadkach zawsze patrzy człowiekowi prosto w oczy i mówi bardzo szybko bardzo stanowczym tonem. Profesor zresztą także coś ukrywa. Cóż to za tajemnica związana z Sethosem, której oboje tak pilnie strzegą?

– Już ci o tym mówiłem.

– Bardzo ogólnikowo. Wiem, że to od niego nauczyłeś się sztuki kamuflażu…

– To niezupełnie prawda – zaprotestował Ramzes. – Kiedy ojciec zmusił Sethosa do ucieczki z jego kwatery głównej, stałem się posiadaczem jego kolekcji przebrań, jednak jego sztuczki sam rozgryzłem i jeszcze je udoskonaliłem.

– Wobec tego wybacz.

– Wybaczam.

– Ramzesie… – zaczął David.

– Tak, tak. Przekazałem wam wszystko, co wiem o tym człowieku. Kiedy się na niego natykałem, za każdym razem był doskonale zamaskowany, a w postać starszej kapryśnej Amerykanki wcielił się wręcz genialnie. Na koniec tej przygody udało mu się uprowadzić matkę i więzić ją przez kilka godzin. Nie wiem, co się wydarzyło w ciągu tego czasu, i nawet ojciec nie wie tego na pewno… dlatego na samą wzmiankę o nim tak się wścieka.

Nefret otworzyła szeroko usta ze zdumienia.

– Rany boskie! – zawołała. – Czyżbyś sugerował, że on… że ona… oni…

– Wątpię – odparł chłodno Ramzes. – Nie znam dwojga ludzi tak bardzo przywiązanych do siebie jak rodzice. Czasem to wręcz ambarasujące – dodał nachmurzony.

– A ja uważam, że to piękne – stwierdziła Nefret z uśmiechem. – Ciotka Amelia z pewnością nie zdradziłaby profesora, skoro jednak znalazła się we władzy tego nikczemnika…

Ramzes pokręcił głową.

– Nie rozprawiałaby o Sethosie tak spokojnie, gdyby ją do czegokolwiek zmusił. Nie mam jednak wątpliwości, że był w niej zakochany i niewykluczone, że i on ją w jakiś sposób pociągał, choć wcale tego nie chciała. Widziałem list, który do niej napisał, gdyśmy ją odzyskali. Obiecał w nim, że nigdy już nie wejdzie w drogę ani jej, ani nikomu z jej bliskich. Ale podejrzewam, że oboje z ojcem spotkali go jeszcze od tamtego czasu. Zastanawia mnie na przykład kilka dziwnych elementów w tej historii sprzed kilku lat… pamiętasz, Nefret? Wtedy gdy pojechali do Egiptu sami, a my zostaliśmy u ciotki Evelyn i wuja Waltera.

Dziewczyna parsknęła śmiechem.

– Ta noc, kiedy, wypuściliśmy z klatki lwa! Wuj Walter potwornie się wtedy wściekł!

– Na mnie, nie na ciebie.

– Bo to był twój pomysł – oświadczyła. – Nieważne zresztą. W każdym razie złoczyńcą w tym przypadku był nie Sethos, lecz ktoś inny. Zapomniałam jego nazwiska.

– Trudno jest spamiętać wszystkich ludzi, którzy usiłowali zamordować moich rodziców – przyznał Ramzes. – Tym złoczyńcą był prawdopodobnie chłopina o nazwisku Vincey, bo skoro ojciec w końcu go zastrzelił, z pewnością miał coś na sumieniu. Ojciec unika zabijania, jeśli tylko może. Wciąż jednak sądzę, że Sethos też był zamieszany w tę sprawę, choć nie potrafię wyjaśnić w jaki sposób.

– To śmieszne, że musimy tak sklejać prawdę ze skrawków informacji – skrzywiła się Nefret. – Dlaczego ciotka i profesor nie powiedzą nam wszystkiego? Przecież to niebezpieczne i dla nich, i dla nas. Niedoinformowany znaczy bezbronny!

Gestykulowała gwałtownie, sypiąc popiołem po podłodze. Ramzes wyjął jej papierosa z dłoni i zgasił go w służącej im jako popielniczka misie, pierwotnie zawierającej potpourri. Matka wiedziała, że pali, choć raczej nie folgował sobie w jej obecności, ponieważ nie pochwalała tego zwyczaju. Ale palił właśnie dlatego. David natomiast palił, ponieważ Ramzes to robił, a Nefret, ponieważ palili oni obaj.

– Ciekawe, czy Sethos wiedział, że ciotka Amelia tam dzisiaj przyjdzie – zastanawiał się głośno David.

– Jestem pewien, że nie – odparł Ramzes. – Matka nie miała zbyt wiele wspólnego z Unią Kobiet, a decyzję o udziale w tej demonstracji podjęła pod wpływem chwili.

– Z pewnością jednak ją zauważył.

– Trudno by było nie zauważyć matki – mruknął Ramzes i wszyscy troje wymienili znaczące uśmiechy. – Jednak kiedy tam przybyła, prawdopodobnie było już za późno na odwołanie całej operacji. Nie, Davidzie, to było przypadkowe spotkanie. Teraz raczej będzie się starał nie natknąć na nią ponownie.

– Jak on właściwie wygląda? – spytała Nefret po chwili milczenia. – Ciotka jest bardzo spostrzegawcza, a skoro spędziła z nim tyle czasu sam na sam, musiała coś charakterystycznego zauważyć.

– Niekoniecznie. Sethos ma oczy o nieokreślonej barwie: mogą wydawać się czarne, szare lub orzechowe. Kolor jego włosów tym bardziej jest nieznany, bo posługuje się zręcznie perukami i farbą. Jedyne, czego możemy być w miarę pewni, to jego wzrost – nieco poniżej sześciu stóp – i wiemy, że ma budowę ciała mężczyzny w kwiecie wieku i doskonałej kondycji fizycznej. Choć mówi wieloma językami, zdaniem matki to Anglik. Niewiele tego, sami przyznacie.

– A jednak dziś go rozpoznała – zauważyła Nefret.

– To rzeczywiście dziwne – przyznał Ramzes. – Uznałbym to za jej wymysł, gdyby nie to, że istotnie w pewnej chwili coś chyba zauważyła. Zaczęła mnie pytać, czy nie spostrzegłem czegoś niezwykłego, ale zaraz się wycofała.

– Naprawdę go nie spostrzegłeś?

– Nie widziałem tego jegomościa od lat i…

– Ależ mój chłopcze, nie musisz się tłumaczyć. Sześć stóp wzrostu, w doskonałej kondycji… hmm.

– Co masz na myśli? – zapytał Ramzes, wyraźnie sztywniejąc.

Nefret położyła mu smukłą dłoń na ramieniu.

– Spokojnie, mój chłopcze, zapewniam cię, że nie zamierzam obrazić ciotki Amelii. Jeśli jednak była nim w jakiś sposób zauroczona, nawet wbrew własnej woli, to reakcja przeciwna będzie tym silniejsza.

– Jaka reakcja przeciwna? – zdziwił się David.

Nefret uśmiechnęła się do niego.

– Niewiele obaj wiecie o kobietach – stwierdziła. – Kobieta może wybaczyć mężczyźnie, że ją porwał; z pewnością też nie będzie go obwiniać za to, że się w niej zakochał. Nigdy mu jednak nie wybaczy, jeżeli zrobi z niej idiotkę, a tak właśnie postąpił Sethos wobec ciotki Amelii.

– Wolałbym, żebyś nie deklamowała nam aforyzmów – mruknął Ramzes. – Mówisz jak matka.

– To nie żaden aforyzm, tylko nagi fakt! Nie rozumiesz? Wykorzystując ruch sufrażystek do swoich celów, Sethos zadał cios sprawie bliskiej sercu ciotki Amelii. Zwolennicy męskiej supremacji, którzy uważają kobiety za zbyt naiwne i dziecinne, by potrafiły samodzielnie poruszać się w świecie, zdobyli nową amunicję. Unia Kobiet zostanie bezlitośnie wyśmiana za dopuszczenie w swoje szeregi bandy przestępców…

– To nie fair – zaprotestował Ramzes. – Sethos potrafi wywieść w pole nawet wytrawnych detektywów!

– Fair czy nie fair, cóż to za różnica dla prasy? Ani się obejrzymy, jak jakiś rzutki dziennikarz odkryje, że ciotka Amelia brała w tym udział. „Pani Amelia P. Emerson, znana archeolog i detektyw amator, zaatakowała policjanta, który usiłował powstrzymać bandę złodziei przed obrabowaniem prywatnego domu!”.

– Boże mój! – David zbladł. – Nie zrobiliby tego!

– Właściwie nikogo nie zaatakowała – wtrącił Ramzes – chociaż bynajmniej nie z braku ochoty. „Boże mój”, w rzeczy samej. Spróbujmy może wymyślić jakiś pretekst, żeby się na kilka dni wynieść z miasta, co?

2

Jestem osobą racjonalną, w większości sytuacji panującą nad własnymi emocjami. Znając aż nazbyt dobrze skłonność dziennikarzy do kłamstw i przesady, dobrze wiedziałam, czego się spodziewać po tych obwiesiach, gdy tylko dotrze do nich wieść o napadzie. Przygotowana byłam na najgorsze i zdecydowana nie tracić zimnej krwi.

I nie straciłabym, gdyby „Daily Yell”, czołowy przedstawiciel prasy bulwarowej, nie wydrukował listu, przysłanego im przez samego Sethosa. List ten dotarł do rąk Kevina O’Connella, naszego starego znajomego, którego czasem nawet uważałam za przyjaciela. Nie tym razem jednak.

– Po pierwsze – oświadczył Emerson nieco zdyszanym głosem, gdyż próbowałam się właśnie wyswobodzić z uścisku jego żelaznych ramion – muszę stanąć w obronie O’Connella. Trudno oczekiwać, żeby tego nie opublikował. Do diaska, Peabody, odłożysz wreszcie tę parasolkę i przestaniesz się wyrywać? Nie wypuszczę cię z domu w stanie takiego wzburzenia.

Chyba zdołałabym się wyswobodzić, ale i tak nie doszłabym zbyt daleko, ponieważ przed drzwiami stał w zdecydowanej pozie Gargery z rozpostartymi ramionami, zjawili się też Ramzes i David, zwabieni okrzykami Emersona i moimi pełnymi oburzenia protestami. Nie łudziłam się, po czyjej są stronie. Mężczyźni zawsze trzymają ze sobą.

– Nie rozumiem, dlaczego zachowujesz się tak niegodnie, Emersonie – powiedziałam. – Puść mnie w tej chwili.

Jego uścisk wcale nie zelżał.

– Daj mi słowo, że zachowasz się spokojnie.

– Jakżebym mogła inaczej, gdy jest was czterech przeciwko jednej biednej, słabej kobiecie?

Gargery, który jest niespecjalnie muskularnej budowy, aż pokraśniał z dumy.

– Ooo, madam… – zaczął.

– Za dużo samogłosek, Gargery.

– Tak jest. Madam, jeżeli chce pani, żeby ten reporter dostał baty, proszę zostawić to profesorowi albo mnie, madam, albo Bobowi, albo Jerry’emu, albo…

Emerson przerwał mu gestem i skinieniem głowy.

– Chodźmy do biblioteki, Peabody, porozmawiamy spokojnie. Gargery, nalej nam whisky.

Łyk tego leczniczego napitku, tak kojącego nerwy, pomógł mi odzyskać panowanie nad sobą.

– Wszyscy czytaliście ten list, jak mniemam – zwróciłam się do obecnych.

Najwyraźniej czytali, włącznie, z Nefret, która do tej chwili przezornie trzymała się na uboczu.

– Mnie wydał się bardzo dżentelmeńskim gestem – zauważył nieśmiało David. – A nawet przeprosinami.

– Raczej cholerną impertynencją – burknął Emerson. – Drwiną, szyderstwem, bezczelnością, wcieraniem soli w rany, obraźliwym jątrzeniem…

– Posługuje się zgrabną retoryką – stwierdził Ramzes, biorąc do ręki gazetę. – „Szacowne i prawe damy z ruchu sufrażystek – z którym w pełni sympatyzuję – nie powinny być obwiniane za to, że nie zdołały przeniknąć moich zamiarów. Ściga mnie na próżno policja z kilku krajów, a Scotland Yard…” – przerwał, spoglądając z dezaprobatą na Nefret. – Uważasz, że to zabawne?

– Nawet bardzo – odparła, śmiejąc się. Jej śmiech jest zachwycający, miękki i stonowany, przypomina szmer rozsłonecznionego strumyka, płynącego po kamieniach. Tym razem jednak wolałam obyć się bez przyjemności słuchania go. Pochwyciwszy moje spojrzenie, Nefret usiłowała powściągnąć rozbawienie, ale nie całkiem jej się to udało. – Szczególnie to jego stwierdzenie o sympatyzowaniu z ruchem sufrażystek. Zważywszy na to, że jeden z jego przybocznych jest kobietą, trzeba przyznać, że postępuje zgodnie z głoszonymi zasadami…

– Jakimi zasadami? – Emerson nie podzielał jej rozbawienia. – Wzmianka o twojej ciotce dowodzi, że ten osobnik nie jest dżentelmenem.

– Napomknął o niej w sposób bardzo pochlebny – oświadczyła Nefret. Zabrała gazetę Ramzesowi i przeczytała na głos: – „Gdybym był świadom obecności pani Emerson, zrezygnowałbym z mojego planu. Mam więcej szacunku dla jej przenikliwości niż dla całego Scotland Yardu”.

– Ha! – powiedział Emerson.

Ja natomiast milczałam, obawiając się, że jeśli otworzę usta, użyję bardzo niecenzuralnych słów. Ramzes spoglądał to na mnie, to na Nefret.

– I co o tym sądzisz? – zapytał ją w końcu.

– Sadzę, że Sethos także niewiele wie o kobietach – odparła.

Odczułam pewną złośliwą satysfakcję z faktu, że Sethos przechytrzył Scotland Yard równie skutecznie, jak mnie ośmieszył. Kiedy odnaleziono powóz lorda Romera w stajni wynajmującej pojazdy w Cheapside, śledztwo utknęło w martwym punkcie. Osobnika, który go tam zostawił, świadkowie opisali jako mężczyznę z brodą, a powóz był pusty.

Otrzymałam grzecznościowy bilecik od pani Pankhurst. Życzyła mi bon voyage i miała nadzieję znów mnie zobaczyć, „kiedy powróci Pani wiosną z Egiptu”. Widać było wyraźnie, że obarcza mnie winą za niekorzystne publikacje. Cóż, było to wysoce nierozsądne, bo przecież to nie ja zostałam tak nabrana przez panią Markham i jej „brata”, byłoby jednak poniżej mojej godności wypominanie jej tego. Wybaczyłam więc po chrześcijańsku pani Pankhurst i nie odpisałam na jej liścik.

Dom oblegała prasa, domagając się wywiadów. Zdecydowana byłam na małą pogawędkę z Kevinem O’Connellem, lecz wpuszczenie go do domu bez wzbudzenia ducha rywalizacji w innych łobuzach z jego profesji było niemożliwe, toteż Ramzes z Emersonem przeszmuglowali go do środka dopiero po zmroku, przez piwnicę z węglem. Kiedy mój mąż wprowadził go do biblioteki i poczęstował whisky z wodą, reporter był dość umorusany.

Trudno mi było pojąć wyjątkową cierpliwość Emersona, okazywaną Kevinowi, którego zawsze uważał za utrapienie. W końcu jednak przyznałam mu rację. Gdyby O’Connell nie puścił listu do druku, Sethos rozesłałby kopie do innych gazet. Przyjęłam więc przeprosiny Kevina, choć oczywiście dałam mu poznać, co o nim myślę.

– W rzeczy samej, droga pani Emerson, nie opublikowałbym tego listu, gdybym przypuszczał, że tak źle go pani odbierze – tłumaczył się. – Mnie samemu wydał się dżentelmeński i wręcz ujmujący…

– A jakże! Daj już spokój z tymi przeprosinami, Kevinie. Jeśli istotnie chcesz mi to jakoś wynagrodzić, opowiedz nam wszystko, co wiesz o tym bezczelnym liście.

– Mogę zrobić jeszcze więcej – odparł, wyjmując z kieszeni kopertę. – Przyniosłem oryginał.

– Jak ci się udało wydostać go ze Scotland Yardu? – zdziwiłam się.

– Dzięki łapówce – odparł z szerokim uśmiechem. – Ale to tylko pożyczka, pani E., proszę więc dobrze wykorzystać czas. Obiecałem mojemu… przyjacielowi, że zwrócę ten list przed świtem.

Po dokładnym przeczytaniu listu podałam go Emersonowi.

– Należało się spodziewać, że Sethos nie pozostawi żadnego śladu – mruknęłam zdegustowana. – Ten papier można kupić w każdym sklepie z papeterią, a treść listu napisano nie ręcznie, lecz na maszynie.

– Na royalu – oświadczył Ramzes, zaglądając ojcu przez ramię. – Najnowszy model, z wałkiem na łożyskach kulkowych.

– Takie stwierdzenie nic cię nie kosztuje, bo nikt z nas się na tym nie zna – zauważyłam z pewną dozą sarkazmu.

– Wiem jednak, że się nie mylę – odparł spokojnie mój syn. – Zapoznałem się dokładnie z maszynami do pisania, gdyż są w coraz powszechniejszym użytku i z pewnością zastąpią w końcu…

– Podpis jest ręczny – wszedł mu w słowo David, bez wątpienia chcąc zmienić temat. Ramzes mógłby tak bez końca.

– W dodatku hieroglifami! – oburzył się Emerson. – Cóż za niebywały tupet ma ten człowiek! Otoczył nawet swoje nazwisko kartuszem, choć to przywilej zastrzeżony dla rodziny królewskiej.

– Proszę wybaczyć, pani E., ale obiecałem odnieść ten dokument mojemu znajomemu zaraz po północy – zaczął się w końcu niecierpliwić Kevin. – Jego pierwszego będą podejrzewać, jeśli odkryją brak listu, i stracę wówczas ważne źródło informacji.

Nazajutrz, gdy oczekiwaliśmy na Evelyn i Waltera, pod domem wciąż czyhało kilku przeklętych dziennikarzy. Posłaliśmy więc powóz na stację, a w jakiś czas potem Emerson wyszedł z domu, chwycił pierwszego z brzegu reportera i przeniósłszy go do parku po drugiej stronie ulicy, wrzucił do sadzawki. To odwróciło na czas jakiś uwagę tych szubrawców i Evelyn z Walterem i Lią, jak muszę ją nazywać, mogli się dostać do domu nie nękani przez nikogo.

Walter zrezygnował z herbaty na rzecz whisky; na całą historię zareagował jednak z mniejszą irytacją, niż się tego obawiałam.

– Powinniśmy się już do tego przyzwyczaić, Evelyn – powiedział do swojej żony. – Naszej drogiej Amelii takie zachowania weszły już w krew.

– Tym razem to nie była jej wina – odparła stanowczo Evelyn.

– Była – sprzeciwił się Emerson, strzepując bryzgi błota ze spodni i butów. – Gdyby się nie uparła, żeby wziąć udział w tej demonstracji…

– Gdybym w tym czasie była w Londynie, też bym z nią poszła – oświadczyła Evelyn. – Daj spokój, Emersonie, przecież nie mogła przewidzieć, że ten… ta osoba jest w to wmieszana.

– To prawda – przyznał Walter, uśmiechając się do mnie.

– Ależ to musiało być ekscytujące! – zakrzyknęła mała Amelia (muszę pamiętać, żeby ją nazywać Lią, a nie „małą Amelią”).

Jakże była podobna do matki! Jej gładka skóra, błękitne oczy i jasne włosy przywoływały szczęśliwe wspomnienie młodej dziewczyny, którą poznałam tak dawno temu, kiedy zasłabła na rzymskim Forum. Ale twarz Lii tryskała dzięki Bogu zdrowiem, a jej zgrabna, szczupła sylwetka promieniowała energią.

Nefret posłała jej ostrzegawcze spojrzenie.

– Nie rób sobie zbytnich nadziei, kochanie – powiedziała. – Sethos wyraźnie napisał, że to spotkanie było przypadkowe i gdyby mógł, postarałby się go uniknąć. Zapewniam cię, że czeka nas sezon nudy.

– To prawda – potwierdził David.

– Zgadzam się z tobą – oświadczył Ramzes.

– Bardzo nudny sezon – dołączyłam do ich zgodnego chóru. – Szczególnie jeśli Emerson uprze się przy kontynuacji tych nieciekawych prac w Dolinie. Naprawdę się dziwię, że tak długo przy tym trwasz, mój drogi. To wręcz obraza dla nas, tak znamienitych specjalistów, że wciąż przeszukujemy grobowce dawno już opuszczone przez innych archeologów jako niewarte zainteresowania. Równie dobrze moglibyśmy pracować jako pokojówki, sprzątające po swoich pryncypałach.

Emerson odpowiedział mi jakąś porywczą uwagą, a Walter, jako tradycyjny rozjemca, przerwał mu pytaniem o termin naszego wyjazdu.

Rozparłam się na krześle i słuchałam ich z uśmiechem zadowolenia. Udało mi się skierować rozmowę na bezpieczne tory. Evelyn z Walterem nigdy by nie puścili z nami swego ukochanego dziecka, gdyby się spodziewali, że coś nam grozi. Ja zresztą także.

Nazajutrz rano dostałam kolejną wiadomość od Emmeline Pankhurst – tym razem było to zaproszenie na pilne popołudniowe zebranie komitetu.

Nefret zabrała Lię ze sobą do szpitala, chłopcy poszli z Walterem do British Museum, a Emerson obwieścił przy śniadaniu, że będzie pracował nad książką i nie należy mu przeszkadzać. Szykowałam się więc do spędzenia długiego, spokojnego dnia z Evelyn – nie tylko moją szwagierką, ale i najbliższą przyjaciółką – po namyśle uznałam jednak, że wezmę udział w tym spotkaniu. Choć pani Pankhurst nie napomknęła o swym poprzednim liściku, odebrałam jej zaproszenie jako coś w rodzaju gałązki oliwnej. Było krótkie i zwięzłe, jak list w interesach.

Evelyn, równie żarliwa sufrażystka jak ja, zgodziła się, że powinnam dla dobra sprawy nadstawić drugi policzek, oparłam się jednak sugestii, że mogłaby mi towarzyszyć.

– To robocze spotkanie, zrozum – tłumaczyłam jej – i nie powinnam przyprowadzać nikogo obcego, zwłaszcza że nie jestem członkinią komitetu. Być może zamierzają zaproponować mi członkostwo. Tak, to całkiem prawdopodobne…

Evelyn pokiwała głową.

– Czy sama powiadomisz Emersona o swoich planach, czy ja mam mu o nich powiedzieć, kiedy wychynie ze swojej nory? – zapytała.

– Kiedy mu ktoś przeszkadza, zachowuje się jak zły niedźwiedź – stwierdziłam ze śmiechem. – Chyba sama mu powiem. Nie lubi, gdy wychodzę, nie informując go o tym.

Emerson siedział pochylony nad biurkiem, atakując kartkę papieru gwałtownymi ruchami pióra. Odchrząknęłam. Wzdrygnął się, upuścił pióro, zaklął i wbił we mnie spojrzenie.

– O co chodzi?

– Wychodzę, Emersonie. Uznałam za stosowne powiedzieć ci o tym.

– A dokąd to? – zapytał, przeciągając zdrętwiałe ramiona.

Kiedy wytłumaczyłam mu, dokąd się udaję, jego oczy rozbłysły.

– Zawiozę cię samochodem.

– W żadnym wypadku!

– Ależ, Peabody…

– Masz pracę, mój drogi. Poza tym nie zostałeś zaproszony. To spotkanie robocze, w dodatku muszę najpierw załatwić kilka sprawunków, a ty nienawidzisz chodzić po sklepach.

– Jedna wymówka wystarczy – odparł łagodnie. Odchylił się na krześle i spojrzał na mnie badawczo. – Nie okłamałabyś mnie, prawda, Peabody?

– Mogę ci pokazać list od pani Pankhurst, jeśli mi nie wierzysz – oświadczyłam. Emerson uniósł dłoń. – Czuję się urażona, mój drogi, że wątpisz w moje słowa. List leży na biurku w moim pokoju i jeśli chcesz go zobaczyć, sam się pofatyguj.

– To znaczy, że jedziesz powozem?

– Tak. Bob mnie zawiezie. Skąd to śledztwo, Emersonie? Czyżbyś miał jakieś przeczucia?

– Ja nie miewam przeczuć – odburknął. – W porządku, Peabody. Zachowuj się należycie i spróbuj nie wpaść w żadne tarapaty.

Skoro już wspomniałam o sprawunkach, uznałam, że rzeczywiście powinnam ich dokonać, bo nigdy nie okłamuję Emersona – chyba że jest to absolutnie niezbędne. Zajęło mi to trochę czasu i gdy kazałam jechać Bobowi pod Clement’s Inn, gdzie panie Pankhurst założyły swoją kwaterę, zaczęło się już zmierzchać.

Fleet Street zapchana była omnibusami, powozami, furgonami i rowerami, usiłującymi znaleźć lukę w potoku pojazdów. Wszystkie te pojazdy, gdy tylko nadarzyła się okazja, wyprzedzały automobile, dodając ryk silników do ogólnego zgiełku. Posuwaliśmy się dość powoli. Kiedy nasz powóz w pewnym momencie zwolnił jeszcze bardziej, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam w przodzie plątaninę pojazdów. Przyczyną wstrzymania ruchu okazały się ręczny wózek i dwukółka, które sczepiły się ze sobą. Ich właściciele obrzucali się obelgami, inni dodawali swoje komentarze, a gdzieś za nami niecierpliwie ryczał klakson samochodu.

– Pójdę stąd na piechotę! – zawołałam do Boba. – To tylko kilkaset metrów.

Otworzyłam drzwi powozu z pewnym trudem, ponieważ tuż przy nas zatrzymał się dostawczy furgon. Zabrałam się do wysiadania, lecz moje stopy nie zdążyły dotknąć ziemi. Mignęła mi tylko nieogolona twarz i przerzucono mnie niczym ciężką paczkę z ramion jednego mężczyzny w jeszcze boleśniejszy uchwyt drugiego osobnika. Początkowo zaskoczenie nie pozwoliło mi się skutecznie bronić, ale po chwili zobaczyłam za plecami mężczyzny coś, co mi powiedziało, że nie ma czasu do stracenia. Tylne drzwiczki furgonu były otwarte i to właśnie do jego ciemnego wnętrza mnie niesiono.

Sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Upuściłam parasolkę, a moje krzyki ginęły w nieustannym trąbieniu aut. Kiedy napastnik próbował mnie wepchnąć do furgonu, udało mi się złapać jedną ręką framugi, lecz mocne uderzenie w przedramię zmusiło mnie do jej puszczenia i wyrwało mi z piersi okrzyk bólu. Klnąc ordynarnie, opryszek pchnął mnie i upadłam, uderzając się mocno w tył głowy. Na poły w furgonie, na poły na zewnątrz, oszołomiona i bez tchu, oślepiona przez kapelusz, który ściągnięto mi na oczy, zbierałam siły do ostatniego aktu oporu. Gdy czyjeś ręce złapały mnie za ramiona, wierzgnęłam nogami najmocniej, jak mogłam.

– Do kroćset! – zawołał znajomy głos.

Usiadłam i zsunęłam kapelusz z oczu. Zapadł już zmrok, lecz zapaliły się lampy uliczne, a silne światła reflektorów auta wydobyły z ciemności sylwetkę, którą znałam równie dobrze jak ten kochany głos.

– Och, Emersonie, to ty? Czy cię zraniłam?

– Uniknąłem katastrofy o cal – odparł ponurym głosem. Wyciągnął mnie z furgonu i przycisnął do piersi tak mocno, że drugi z moich najlepszych kapeluszy uległ destrukcji.

– Nic się jej nie stało? – Ten zaniepokojony głos należał do Davida, który wlazł na wóz stojący tuż za nami. Ignorując przekleństwa woźnicy i deszcz główek kapusty, zeskoczył z fury i stanął przy Emersonie.

– Lepiej natychmiast ją stąd zabierzmy, profesorze. Może ich być więcej.

– Niestety nie – burknął Emerson, zaglądając pod furgon. – Zwiali wszyscy, niech ich czort porwie. Szkoda, że nie rąbnąłem tego łachudry mocniej. To twoja wina, Peabody, bo gdybyś mnie nie poczęstowała kopniakiem w…

– Radcliffe! – I ten głos poznałam, chociaż był zniekształcony przez emocję i brak tchu. Tylko Walter zwracał się do mojego męża znienawidzonym przez niego imieniem.

– Tak, tak, jestem tu – odparł Emerson i trzymając mnie mocno w ramionach, jakby się obawiał, że mu się wyśliznę, zaniósł mnie do samochodu. Za kierownicą, przyglądając się scenie z umiarkowanym zainteresowaniem, siedział mój syn Ramzes.

– Do diabła z przeczuciami – mruknął Emerson. – Po prostu zdrowy rozsądek mi podpowiedział, że źle oceniłaś sytuację.

– Właściwie to ja cię o tym przekonałam, nieprawdaż? – wtrąciła Evelyn.

Nie odważyłaby mu się sprzeciwić, lecz nauczyła się już (przy mojej zachęcie) bronić swego. I to nie tylko wobec mojego męża, także wobec własnego, który miał skłonność do traktowania jej protekcjonalnie. Emersonowi jej niezależność chyba się spodobała, bo uśmiechnął się.

– Powiedzmy, droga Evelyn, że twoje podejrzenia wzmocniły moje własne. Pani Pankhurst raczej nie zapraszałaby Peabody na zebranie komitetu po tym chłodnym pożegnaniu z ostatniego…

– Diabła tam! – wykrzyknęłam. – Niczego nie podejrzewałeś, Emersonie. Nie puściłbyś mnie samej tak łatwo.

– Napij się jeszcze whisky, Peabody – zaproponował.

Władowawszy mnie do samochodu, kazał Bobowi wydostać powóz z korka, co okazało się dość łatwe, bo tarasujące drogę wehikuły rozczepiły się podejrzanie szybko. Pozostał jednak furgon, którego kierowca zniknął, podobnie jak osobnik znokautowany przez Emersona. Rozsierdziło to bardzo mojego męża, bo kiedy nokautował ludzi, oczekiwał, że będą przez jakiś czas leżeć spokojnie.

Gdy stanęliśmy przed frontem Chalfont House, wylegli nam na spotkanie zaniepokojeni domownicy, razem z Nefret i Lią, które wróciły ze szpitala zbyt późno, by się przyłączyć do ekspedycji ratunkowej. Wyciągnęli mnie z auta i podawali sobie z jednych kochających objęć w drugie, łącznie z tymi należącymi do Gargery’ego, który pod wpływem emocji zapominał czasami o swojej pozycji. Reszta służby zadowoliła się okrzykami „hurra!” i wzajemnym obściskiwaniem. W końcu ruszyliśmy triumfalnie do biblioteki.

To nasze ulubione pomieszczenie w tym wielkim, pretensjonalnym domu. Wzdłuż ścian stoją tam regały z książkami oprawnymi w miękką skórę, a przeładowane dekoracjami empirowe meble zastąpiłyśmy z Evelyn wygodnymi sofami i krzesłami. Zapalono wszystkie lampy, na kominku płonął ogień. Gargery zaciągnął ciężkie welwetowe story, po czym wycofał się do kąta, w którym przy naszej taktownej współpracy mógł udawać niewidzialnego. Zaprosiłabym go, żeby się do nas przysiadł i przysłuchiwał rozmowie, wiedziałam jednak, że byłby to dla niego szok.

Nurtowało mnie kilka pytań. Podczas jazdy powrotnej rozmowa była niemożliwa, Emerson bowiem wywrzaskiwał do Ramzesa wskazówki dotyczące trasy i prowadzenia auta, które ten ignorował równie spokojnie jak moje narzekania, że jedzie nazbyt szybko.

– Mnie także trudno było uwierzyć, że pani Pankhurst wystosowała tego rodzaju zaproszenie po tak krótkim czasie – stwierdził Ramzes. – Nie podjęlibyśmy jednak żadnych działań w oparciu o tak kruche podstawy, gdyby ciotka Evelyn nie pokazała mi listu. Jedno spojrzenie wystarczyło, bym się przekonał, że napisano go na tej samej maszynie, której użył Sethos.

Bardziej od wykładów Ramzesa na temat egiptologii nie lubię tylko jednej rzeczy: jego wykładów na tematy detektywistyczne. Jako osoba rozsądna nie pozwoliłam jednak, żeby dziecinne uprzedzenia przeszkodziły mi w zdobyciu nowej wiedzy.

– Jakim sposobem? – zapytałam.

– Poszczególne czcionki maszyny mogą się zetrzeć, zadrapać lub popękać – wyjaśnił Ramzes. – Takie usterki, choć nieznaczne, widoczne są w literach odbitych na papierze.

– Rozumiem. – Obiecałam sobie, że przyjrzę się bliżej jednemu z tych diabelnych urządzeń. Trzeba być na bieżąco z postępem techniki. – Potrafisz więc zidentyfikować maszynę, na której napisano ten list?

– Jeżeli ją znajdę… W tym cała trudność.

– No właśnie, nie wiesz nawet, gdzie rozpocząć poszukiwania.

– A cóż to za różnica? – wtrąciła Evelyn. – Wróciłaś bezpiecznie do domu i tylko to się liczy. Bogu dzięki, że zdążyliście na czas!

– Czasu mieliśmy aż nadto – odparł Emerson, nieskory do przypisywania jakichkolwiek zasług niebiosom. – Pojechaliśmy prosto do pani Pankhurst w Clement’s Inn i zgodnie z naszymi przypuszczeniami okazało się, że nie wysłała żadnej wiadomości. David chciał natychmiast pędzić szukać cię, moja droga, lecz wyperswadowałem mu to wariactwo.

– Wiem, jaki potrafi być impulsywny. – Uśmiechnęłam się do przyjaciela mojego syna. Oczywiście to Emerson chciał jeździć jak szalony po całym Londynie, usiłując mnie odnaleźć.

– Nie mieliśmy innego wyjścia, musieliśmy czekać na ciebie w pobliżu miejsca rzekomego spotkania – tłumaczył Ramzes. – Czekaliśmy przynajmniej przez kwadrans, zanim się zjawiłaś, mamo, i zapewniam cię, że rozglądaliśmy się bacznie, ale niestety owe sczepione pojazdy nie wzbudziły naszych podejrzeń. Zbyt częsty to widok na ulicach; tym razem oczywiście było to zaaranżowane. Woźnice byli z pewnością wspólnikami Sethosa, tak samo jak te typy z furgonu. Całą operację zaplanowano i przeprowadzono bardzo zręcznie. Gdyby nie to, że ojciec błyskawicznie wyskoczył z automobilu i przedarł się siłą przez tłum, zostałabyś porwana.

– Szkoda, że tego nie widziałam – zaśmiała się Nefret, zawinięta w róg dywanu. – Ilu cyklistów rozdeptałeś po drodze, kochany profesorze?

– Jednego czy dwóch – odparł spokojnie zagadnięty. – Pamiętam też, że wspiąłem się na wóz wyładowany czymś warzywnym. Pewnie ziemniakami.

– Czymś bardziej mięsistym – sprostowałam, nie kryjąc uśmiechu. – Mam nadzieję, że Bob zdoła doczyścić twoje buty. Chyba lepiej będzie, jeśli pójdziesz się przebrać.

– Ty także powinnaś to zrobić – odparł mój mąż, wbijając we mnie znaczące spojrzenie swoich błękitnych oczu.

– Oczywiście, kochanie.

Wsunąwszy sobie moją rękę pod ramię, Emerson wyprowadził mnie z pokoju.

Sądziłam naturalnie, że bardzo chciałby wyrazić ulgę z powodu uratowania mnie i zamierza to zrobić we właściwy sobie uczuciowy sposób. Tym razem jednak się myliłam. Pomógł mi jak zwykle przy haftkach i ściągnięciu butów, lecz kiedy tylko zdjął ze mnie wierzchnie odzienie, obrócił mnie w koło i poddał dokładnym oględzinom, bardziej jak lekarz niż spragniony pieszczot małżonek.

– Wyglądasz, jakby cię zrzucono w beczce z Wodospadu Wiktorii – stwierdził.

– Czuję się lepiej, niż ci się zdaje – zapewniłam go, nie całkiem zgodnie z prawdą. Liczne siniaki utrudniały mi ruchy, a ramię bolało wściekle. Widocznie upadłam na nie, kiedy ten zbir cisnął mnie do furgonu.

Emerson przeczesał długimi palcami moje włosy, a potem ujął mnie za podbródek i uniósł moją twarz do światła.

– Masz sińca na brodzie i guza z tyłu głowy. Czy on cię uderzył w twarz, Peabody?

– Nie pamiętam – zapewniłam go pospiesznie, nie dając się zwieść nienaturalnie rzeczowemu tonowi jego głosu. – To wszystko działo się tak szybko…

– Oczywiście. No cóż, widywałem cię w gorszym stanie, ale mimo to zamierzam położyć cię do łóżka, Peabody, i wezwać doktora.

Nie chciałam się temu poddać, jednak po nieco gwałtownej wymianie zdań zgodziłam się, by obejrzała mnie Nefret. Wyraz jej twarzy przekonał mnie, że przedstawiam dość przykry widok, pozwoliłam więc się zbadać, co uczyniła z delikatnością i wprawą doświadczonego medyka.

– Kości są całe – stwierdziła w końcu. – Ale ten zbir potraktował cię bardzo brutalnie.

– Stawiałam opór – wyjaśniłam.

– Rozumiem. – Uśmiechnęła się do mnie czule. – Przez kilka dni będzie zesztywniała i obolała, profesorze, ale z pewnością dopilnuje pan, żeby się nie przemęczała.

Emerson z wielką przyjemnością pomógł mi przy kolejnych wstążkach i guzikach. Uparł się także, że włoży mi bambosze, i kiedy klęczał u moich stóp, stanowił tak wzruszający obraz męskiego oddania, że nie oparłam się pokusie odgarnięcia gęstych czarnych loków z jego czoła i pocałowania go w brew. Za pierwszym działaniem poszły kolejne i w rezultacie zeszliśmy na obiad nieco spóźnieni.

Dzieci były w doskonałych humorach, szczególnie Lia, rozprawiająca wyłącznie o zbliżającej się podróży. Spostrzegłam z rozbawieniem, że włożyła jedną z wyszywanych sukni Nefret i upięła sobie włosy w jej stylu. Nie pasowało to do niej aż tak bardzo jak do starszej z dziewcząt, lecz wyglądała bardzo ładnie z rumieńcami podniecenia na policzkach i roziskrzonym spojrzeniem. Chłopcy przekomarzali się z nią, strasząc wężami, skorpionami i szczurami i obiecując chronić ją przed wszystkimi tymi okropnościami.

Ich radość odwróciła w pierwszej chwili moją uwagę od nastroju rodziców Lii, milczących i jakby skrępowanych. Bardzo podziwiam mojego szwagra; to kochający mąż i ojciec, lojalny brat i zdolny naukowiec. Nie umie jednak ukrywać swych emocji i widać było, że coś go trapi, a zakłopotany wzrok Evelyn wędrował w tę i z powrotem pomiędzy mną i córką.

Wyjawili swój problem dopiero w bibliotece, gdzie przenieśliśmy się na kawę. Walter zaczął od poinformowania Emersona, że pozwolił sobie powiadomić o całym zdarzeniu policję.

– O jakim zdarzeniu? – zdziwił się Emerson. – Ach, o tym! No i po coś to zrobił?

– Słowo daję, Radcliffe, podchodzisz do tego aż nazbyt spokojnie! – wykrzyknął Walter. – Napadnięto brutalnie twoją żonę…

Emerson trzasnął filiżanką o spodek. Wylało się niewiele kawy, gdyż większość wypił, usłyszałam jednak odgłos pękania porcelany.

– Do kroćset, Walterze, jak śmiesz sugerować, że nie obchodzi mnie jej bezpieczeństwo?! Sam załatwię sprawę z Sethosem. Cholerna policja i tak nic tu nie pomoże!

Podsumuję tu tę dyskusję, bo stała się cokolwiek gorąca i nie nadaje się do szczegółowego przedstawienia. Emerson nie lubi, by kwestionowano jego osąd, a jego brat był w niezwykłym jak na siebie stanie podekscytowania. Skończyło się to tak, jak się obawiałam: Walter obwieścił, że nie pozwoli córce towarzyszyć nam w tym roku.

Wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, a Gargery, drżący z oburzenia od chwili, gdy Walter oskarżył Emersona o zaniedbanie, upuścił jedną z moich najlepszych filiżanek. Lia, przekonawszy się, że ojciec nie zmieni zdania, wybuchnęła płaczem i wybiegła z pokoju, a Nefret za nią. Odesłałam Gargery’ego, by nie siał dalszego spustoszenia wśród porcelany, i namówiłam Evelyn, żeby poszła do córki. Posłała mi wymowne spojrzenie, na które odpowiedziałam uśmiechem i skinieniem głowy, bo doskonale rozumiałam jej dylemat. Zaryzykowałaby własne życie, by bronić mnie przed niebezpieczeństwem, jednak bezpieczeństwo dziecka to całkiem co innego.

Sama nie sądziłam zresztą, żeby cokolwiek groziło mnie lub pozostałym, i wyraziłam tę opinię, gdy tylko mężczyźni przestali na siebie krzyczeć. Argumentowałam sensownie i powinnam była ich przekonać, odkryłam jednak ku swej irytacji, że zwrócił się przeciwko mnie właśnie ten, po którym spodziewałam się poparcia – mój ukochany mąż.

– No cóż, Walterze, rozumiem twój punkt widzenia – powiedział uprzejmym tonem, jakiego używa zwykle po swoich wybuchach gniewu. – Twojej córce nic by nie zagrażało, gdyby była ze mną… Co powiedziałeś, Ramzesie?

– Powiedziałem „z nami”, ojcze. Wybacz, że ci przerywam, czuję się jednak zobowiązany zapewnić was o mojej i Davida gotowości do poświęcenia w razie potrzeby życia i…

– Nie bądź tak cholernie melodramatyczny – uciął Emerson. – Jak powiedziałem, mała Amelia byłaby ze mną całkowicie bezpieczna, może jednak tak będzie dla niej lepiej. Postanowiłem, że wyruszymy do Egiptu jak najszybciej. Jutro wrócimy do Kent spakować rzeczy, a w końcu tygodnia wypłyniemy.

– To niemożliwe, Emersonie – zaprotestowałam. – Nie porobiłam jeszcze wszystkich sprawunków, a ty nie dokończyłeś książki!

– Diabła tam z twoimi sprawunkami, Peabody – odparł, spoglądając na mnie z czułością. – I z książką także. Zbyt wielu tu się kręci zbirów, włącznie z tym najgroźniejszym. Ale jeżeli Sethos podąży za nami do Egiptu, tym gorzej dla niego. A teraz chodźmy do łóżek, chcę jutro wcześnie wstać.

Nazajutrz Walter i Evelyn wyjechali wraz ze swą zrozpaczoną córką, pozostawiając pani Watson, ich wspaniałej gospodyni, zadanie zamknięcia domu i opłacenia służby. Spodziewałam się, że Emerson będzie chciał wieźć nas do Kent automobilem. Ku memu zdumieniu jednak, gdy oświadczyłam, że wolę wygodę pociągu, niemal natychmiast ustąpił, mruknąwszy tylko coś pod nosem. Nakazał Ramzesowi nie przekraczać dziesięciu mil na godzinę, a Nefret wręczył niedorzeczną maskę automobilową, którą wytrzasnął nie wiadomo skąd. Przyciemniane gogle osadzone były w skórzanej oprawie podszytej jedwabiem i nadawały dziewczynie wygląd wystraszonego żuka.

Z manuskryptu H

– Zdejmij ją – powiedział Ramzes. – Już nas nie widzą.

Siedząca obok niego Nefret gestykulowała żywo, ale nie był pewien, czy odgłosy, wydobywające się z wąskiej szpary na usta, były śmiechem, próbą odpowiedzi, czy może raczej sapaniem kobiety, mającej trudności z oddychaniem.

– Pomóż jej to zdjąć – polecił Davidowi zaniepokojony.

David, siedzący z tyłu, pociągał za paski, aż w końcu ustąpiły. Dźwięki, jakie przy tym wydawał, nie pozostawiały wątpliwości co do swojego charakteru, a Nefret przyłączyła się do niego, gdy tylko ściągnął z jej twarzy szkaradną osłonę.

– Kochany profesor – powiedziała, kiedy wreszcie przestała się śmiać. Oswobodzone włosy powiewały wokół jej twarzy, dopóki nie schowała ich pod przylegającym do głowy kapturkiem.

Przy innych okazjach Ramzes – podbechtywany przez Nefret – rozpędzał daimlera nawet do pięćdziesięciu mil na godzinę, lecz w miejskim tłoku takiej szybkości nie dało się rozwinąć. Odgłosy ulicznego ruchu nie pozwalały na swobodną rozmowę, zatrzymali się więc na herbatę w gospodzie na obrzeżach miasta. Nefret namówiła obu do przymierzenia maski ku uciesze pozostałych gości, po czym przeszli do rzeczy. Od ubiegłego popołudnia dopiero teraz mogli odbyć naradę na osobności.

– Sytuacja stała się poważna – stwierdziła Nefret.

– Boże święty – mruknął Ramzes. – Cóż za odkrycie!

– Ramzesie – przywołał go do porządku David.

– Mnie to nie przeszkadza – oświadczyła dziewczyna. – On po prostu usiłuje udawać straszliwie zblazowanego. Pomyliłeś się, czyż nie, mój chłopcze? Sethos może i nie wiedział, że ciotka Amelia zjawi się na demonstracji, lecz wcale nie zniknął z naszego życia. Znów chce ją dopaść! – Ugryzła ciastko jęczmienne i zamilkła.

– Wygląda na to, że masz rację – przyznał Ramzes. – Nie zdołałem jednak na razie odkryć, co jest powodem jego ponownego zainteresowania moją matką. Od lat już nie mieliśmy z nim do czynienia. Chyba że…

– Chyba że co? – podchwycił natychmiast David.

– Chyba że ona miała jakiś powód. Nie powiedziałaby nam przecież o tym.

– Nigdy nam o niczym nie mówi – stwierdziła Nefret.

– To czemu jej nie zapytasz?

– A ty? To przez te jej oczy – mruknęła Nefret, wywracając teatralnie własnymi. – Ten szary burzowy cień jest w nich obecny nawet wtedy, gdy jest w dobrym nastroju. Kiedy się złości, wyglądają jak stalowe kulki. – Wzdrygnęła się przesadnie.

– To wszystko wcale nie jest zabawne – westchnął David.

– Nie jest – zgodziła się dziewczyna. – Nie widzieliście biedactwa wczoraj wieczorem, cała była w siniakach. Jeśli profesor dopadnie Sethosa, rozerwie go na strzępy, a ja z ochotą się do tego przyłączę.

– Ojciec stara się odsunąć zagrożenie – powiedział Ramzes. – Wyjechali z Londynu i opuszczą Anglię najszybciej, jak się da.

– A jeśli on wyruszy za nią do Egiptu? – zapytała Nefret.

– To raczej mało prawdopodobne.

– To ty tak twierdzisz. A jeśli jednak? Musimy wiedzieć, jak ją ochraniać! Powinna nam wyjawić niezbędne informacje albo dotrzemy do nich sami! Co się stało, Ramzesie?

Ramzes uśmiechnął się ponuro.

– Do licha, Nefret, wolałbym, żebyś nie czytała mi w myślach. To nie ma nic wspólnego z Sethosem, zastanawiałem się nad czymś innym. Czy wiedzieliście, że matka sporządziła listę wszystkich osób, które miały na pieńku z nią i z ojcem? Było na niej piętnaście nazwisk, i to już przed kilku laty.

– Piętnaście osób chciało ją zamordować? – Nefret uśmiechnęła się kwaśno. – Jakie to dla niej typowe, sporządzić dokładną, metodyczną listę! Czy ci ją pokazała?

– Niezupełnie…

– Dobra robota, Ramzesie – zachichotała dziewczyna. – Wiem, że szpiegowanie kogoś to niezbyt chwalebne zajęcie, ale chyba nie mamy wyboru. Kim byli ci ludzie?

Ramzes szczycił się swoją doskonałą pamięcią, którą potrafił godzinami ćwiczyć (obok innych, mniej pożytecznych zajęć). Wyrecytował im piętnaście nazwisk.

Jego towarzysze słuchali go w napięciu. Nie jeździli z Emersonami do Egiptu od samego początku, lecz historię tych wypraw znali oboje doskonale. Relacje z „przygód ciotki Amelii”, jak nazywała je Nefret, wypełniały im często wolny czas.

– Większość z nich to dawni wrogowie – zauważył David, gdy Ramzes skończył. – Niektórzy oczywiście nie pasują do ostatnich wydarzeń… Czyżbyś sugerował, że wczoraj napadł na nią nie Sethos, lecz jakiś jej inny przeciwnik?

– Nie, rozważam tylko wszystkie możliwości – odparł Ramzes. – Właściwie większość osób z tej listy siedzi w więzieniu lub nie żyje – dodał z uśmiechem. – Matka to odnotowała.

– A co z kobietą, która mnie porwała podczas tej historii z hipopotamem?

– Nie poznaliśmy nawet jej nazwiska… to jeszcze jedno z drobnych niedopatrzeń matki, prawda? Ale wśród imion dopisanych najpóźniej są tylko dwa kobiece. Bertha była towarzyszką bandyty z tej sprawy, o której rozmawialiśmy wczoraj, jednak w końcu przeszła na stronę rodziców. Tak więc, drogą eliminacji, z historią hipopotama musiała być związana osoba, którą matka nazwała Matildą. Nie ma jednak powodu sądzić, że po tylu latach znów się uaktywniła.

– Nie ma powodu sądzić, że którekolwiek z nich się znów uaktywniło – zauważyła Nefret i sięgnęła po rękawiczki. – Jedźmy już, robi się późno. Doceniam twoją skrupulatność, Ramzesie, ale po co szukać innych złoczyńców, skoro dobrze wiemy, kto jest odpowiedzialny za wczorajszy napad? Sethos powrócił, i tyle! Jeśli zaś ciotka Amelia i profesor nie ujawnią nam wszystkiego, co powinniśmy wiedzieć, żeby ją ochraniać, mamy prawo uciec się do każdego podstępu, jaki zapewni nam skuteczność działania.

Informator Kevina O’Connella w Scotland Yardzie dobrze wywiązał się ze swego zadania. „Daily Yell” zrelacjonował moją drobną przygodę jako pierwszy, jak zwykle w przesadnej dziennikarskiej manierze. Przeczytałam artykuł wieczorem w pociągu, do którego wsiedliśmy na dworcu Victoria. Towarzyszył nam Gargery wraz ze swoją pałką. Trzymał ją w ukryciu, dopóki nie zajęliśmy miejsc, nietrudno mi się jednak było domyślić jej obecności, bo szedł tuż za mną i ten przeklęty przedmiot dźgał mnie w plecy. Mam demokratyczne poglądy i nie przeszkadzała mi jazda z lokajem w tym samym przedziale pierwszej klasy, ale obecność Gargery’ego (i pałki) przypominała mi o powadze sytuacji.

Niezwykłe było już to, że Emerson zgodził się przyjąć czyjąś pomoc w ochranianiu mnie. Traktował całą sprawę poważniej, niż sądziłam. Miałam nadzieję, że Sethos nie będzie na tyle bezczelny, by znów spróbować, lecz gdyby miał taki zamiar, bezpieczniejszy byłby w Egipcie niż w Anglii. Nasi lojalni, długoletni pracownicy gotowi byli ryzykować w mojej obronie nawet utratę życia lub kończyn.

Nie udało nam się opuścić Anglii tak szybko, jak chciał Emerson, ale przed upływem dwóch tygodni staliśmy już na pokładzie parowca, śląc pocałunki i machając do bliskich na brzegu. Wprawdzie nie padało, było jednak pochmurnie, a zimny wiatr zamieniał woalkę Evelyn w popielaty proporzec. Gargery zdjął kapelusz, chociaż mu tego zabroniłam ze względu na słotną pogodę. Wyglądał na przygnębionego, ponieważ nie zgodziłam się, by jechał z nami, „opiekować się panią i panną Nefret, madam”. Ponawiał tę swoją propozycję co roku i co roku posępniał, gdy odmawiałam.

Evelyn usiłowała się uśmiechać, a Walter machał nam energicznie chusteczką. Lia, z twarzą opuchniętą od płaczu, wyglądała jak uosobienie nieszczęścia. Jej rozpacz była tak wielka, że Walter obiecał córce, iż jeśli nic nowego się nie wydarzy, oboje z Evelyn przywiozą ją do nas po Bożym Narodzeniu. Kiedy pas czarnej wody pomiędzy statkiem i nabrzeżem zaczął się poszerzać, dziewczynka zakryła twarz chusteczką i wtuliła się w objęcia matki.

Jej tak widoczna desperacja zwarzyła nam humory i nawet Ramzes dziwnie posmutniał. Nigdy bym nie przypuszczała, że będzie tak bardzo tęsknił za wujostwem i swoją małą kuzyneczką.

Kiedy jednak nasz statek dopływał do Port Saidu, melancholia ustąpiła miejsca oczekiwaniu i poddaliśmy się znajomej rutynie. Emerson, przyjrzawszy się badawczo każdemu z pasażerów – szczególnie tym, którzy wsiedli w Gibraltarze i Marsylii – złagodził swą czujność, ku widocznemu rozczarowaniu starszych pań, wobec których był szczególnie czarujący. (Młodsze też były rozczarowane, ale im od początku poświęcał mniej uwagi, doszedł bowiem do wniosku, że nawet Sethos miałby trudności z przeistoczeniem się w wysoką niewiastę o gładkim licu i zgrabnych stopkach).

Mimo tradycyjnego rozgardiaszu i zamieszania na nabrzeżu udało nam się w końcu skompletować cały bagaż i wsiąść do pociągu do Kairu, gdzie była zacumowana nasza dahabija. Te urocze łodzie mieszkalne, ulubiony środek transportu po Nilu bogatych turystów, wypierane były przez parowce i kolej. Emerson jednak kupił taką łódź i nazwał ją moim imieniem, wiedząc, jak bardzo lubię ten sposób podróżowania. (A także dlatego, że mogliśmy na niej mieszkać nawet w Kairze, bo mój mąż nie znosi eleganckich hoteli, turystów i przebierania się do kolacji).

Dotarłam do „Amelii” w znacznie pogodniejszym nastroju niż kiedykolwiek po tak długiej nieobecności.

W ubiegłych latach przygotowaniem wszystkiego na nasz przyjazd zajmował się Abdullah. A Abdullah jest mężczyzną – czy trzeba coś dodawać? Tym razem jednak wśród załogi, stojąc skromnie za marynarzami z przysłoniętą twarzą i spuszczoną głową, czekała na nas osoba, która zastąpiła Abdullaha – jego synowa Fatima.

Fatima była wdową po synu Abdullaha, Feisalu, który zmarł rok wcześniej. Jedną z dwóch wdów, trzeba dodać. Młodsza żona, która urodziła mu trójkę dzieci, dołączyła posłusznie do rodziny mężczyzny wybranego dla niej przez teścia. Tak kazał zwyczaj. Można więc wyobrazić sobie moje zdumienie, kiedy Egipcjanka przyszła do mnie z prośbą o pomoc. Kochała swego męża, a on kochał ją. Drugą żonę wziął sobie na usilną prośbę Fatimy, która nie mogła mu dać dziecka. A teraz Fatima nie chciała nowego męża. Gotowa była pracować dzień i noc, na każdym stanowisku, jakie jej zaoferuję – byle tylko zachować niezależność.

Czytelnik zapewne domyśla się, jakiej udzieliłam odpowiedzi. Odkryłam iskrę buntu, tęsknotę za wolnością – a także związek tak pełen miłości, jak tylko może sobie wymarzyć kobieta – u Egipcjanki, i poruszyło mnie to do głębi. Jak wymagała tego uprzejmość, skonsultowałam sprawę z Abdullahem, i okazało się ku mojej satysfakcji, że chociaż nie jest zachwycony, nie będzie się sprzeciwiał mojemu planowi.

– Czegóż innego mogłem się spodziewać? – zapytał retorycznie. – Nie wiem, dokąd zmierza ten świat, skoro kobiety uczą się czytać i pisać, a młodzi mężczyźni zamiast do pracy chodzą do szkół. Cieszę się, że już tego nie dożyję. Postąpi pani wedle swojej woli, Sitt Hakim, jak zawsze.

Odszedł, kręcąc głową i mrucząc coś o starych, dobrych czasach. Mężczyźni często tak mówią, próbując w ten sposób przekonać kobietę, z jaką niechęcią ustąpili, wiedziałam jednak doskonale, że Abdullah był zachwycony uwolnieniem się od obowiązku utrzymywania jeszcze jednej osoby. Nigdy nie robił niczego dokładnie tak, jak sobie tego życzyłam, i potem z kwaśną miną przyglądał się oznakom mojego niezadowolenia. Było to bardzo męczące dla nas obojga.

Fatima trzymała się z tyłu, dopóki nie przywitaliśmy się z raisem Hassanem i resztą załogi. Potem odesłałam mężczyzn, żeby mogła odsłonić twarz.

Była to drobna kobieta, niższa ode mnie, o wdzięcznej, swobodnej postawie, jaką Egipcjanki zawdzięczają noszeniu ciężarów na głowach. Dawałam jej nieco ponad czterdziestkę, choć wyglądała starzej. Teraz jednak jej twarz wyglądała jak odmieniona, tak ją rozświetlił blask radości z naszego spotkania.

– Więc wszystko dobrze? – zapytałam.

– Tak, Sitt Hakim. Wszystko w najlepszym porządku – odpowiedziała po angielsku i widząc moje zdumienie, rozpromieniła się jeszcze bardziej. – Uczę się, Sitt, każdy dzień się uczę i czyszczę wszystko, każdą rzecz. Niech pójdzie i zobaczy, pani i Nur Misur.

Nur Misur, czyli „Światło Egiptu”, to egipskie imię Nefret. Wiedząc, jak męczące jest prowadzenie dłuższej rozmowy w obcym języku, dziewczyna powiedziała po arabsku:

– Czy porozmawiasz ze mną czasem w naszym języku, Fatimo? Potrzebuję praktyki jeszcze bardziej niż ty w angielskim. Ależ musiałaś się dużo uczyć!

Fatima nie tylko się uczyła. Na łodzi wszystko lśniło i błyszczało. Zasłony prała tak często, że miejscami prześwitywały. Pomiędzy prześcieradła nasypała suszonych płatków róż (ciekawa byłam komentarza Emersona w tej kwestii), wszędzie stały wazy ze świeżymi kwiatami, a w każdej sypialni w misce z wodą pływały różane pąki. Fatima wysłuchała moich pochwał z roziskrzonymi oczami, ale kiedy zostałyśmy z Nefret z tyłu, moja podopieczna wyszeptała:

– Będziemy wszyscy pachnieć jak w burdelu, ciociu Amelio.

– Nie powinnaś nawet znać tego słowa – odparłam równie cicho.

– Znam jeszcze inne, o wiele mniej przyzwoite – mruknęła Nefret, po czym pod wpływem nagłego impulsu objęła Fatimę, która zakładała akurat zasłonę na twarz, i uściskała ją serdecznie.

Kiedy weszłyśmy do salonu, spod czarczafu Fatimy wydobył się stłumiony syk wzburzenia i zgrozy. Mężczyźni zdążyli w przeciągu kwadransa narobić w pokoju straszliwego bałaganu. Chłopcy palili papierosy, strząsając popiół na podłogę, Emerson zwalił na stół górę papierów i książek, a wazę z kwiatami, zapewne mającą zdobić ten mebel, zestawiono na podłogę i przewrócono. Woda wsiąkała w dywan, przez oparcie stojącego obok stołu krzesła Emerson przerzucił swój płaszcz, a płaszcz Ramzesa leżał na ziemi.

Fatima rzuciła się naprzód i podetknęła mężczyznom pod łokcie popielniczki na nóżkach. Potem pozbierała sfatygowane kwiaty, wstawiła je do wazy, zgarnęła porozrzucane części przyodziewku i podreptała do drzwi.

– Ojej… hmm… ee… – wymamrotał Emerson, obserwując z niepokojem miotającą się po pokoju małą czarną zawieruchę – dziękuję ci, Fatimo. To bardzo chwalebne. Doskonała robota. Łódź wygląda jak… Czy ona jest czymś poirytowana, Peabody?

Reakcja Emersona na płatki róży w pościeli była zupełnie odmienna, niż oczekiwałam. Mój mąż ma bardzo poetyczną naturę, choć mało kto poza mną jest tego świadom.

3

Z manuskryptu H

– Wyglądasz absolutnie ohydnie! – zawołała Nefret z podziwem.

– Dziękuję – odparł Ramzes i dołożył sobie jeszcze jeden czyrak na szyi.

– Wciąż jednak nie rozumiem, czemu nie chcecie mnie zabrać ze sobą.

Ramzes odwrócił się od lustra i usiadł na stołku, żeby włożyć buty. Były kosztownej roboty, podobnie jak jego galabija, lecz mocno zdarte i zabrudzone. Razem miało to stanowić strój człowieka, którego stać na najlepsze rzeczy, lecz którego osobiste nawyki pozostawiają wiele do życzenia. Ramzes wstał i poprawił pas, przy którym wisiał ciężki nóż.

– Gotów jesteś, Davidzie? – zapytał.

– Prawie. – David także był brudny, choć nie tak mocno dotknięty chorobą skóry. Imponująca czarna broda i wąsy nadawały mu wygląd pirata.

– To nie w porządku – gderała Nefret. Siedząc po turecku na łóżku Ramzesa, głaskała kota, którego wielkie cielsko spoczywało na jej podołku.

Kot ten, imieniem Horus, był jedynym zabranym przez nią tego roku w podróż. Anubis, patriarcha naszego plemienia egipskich kotów, był już za stary, a pozostałe nie przywiązały się jakoś szczególnie do nikogo. Horus należał do Nefret – czy też raczej, jak wskazywało na to jego zachowanie – dziewczyna należała do niego. Ramzes podejrzewał nawet, że kocur żywi wobec niej podobne uczucia, co wobec kocic ze swego haremu. Kiedy miał inne sprawy na uwadze, porzucał ją równie niefrasobliwie jak Don Juan, ale gdy powracał, żadnemu mężczyźnie – łącznie z Ramzesem i Davidem – nie pozwalał do niej podejść.

Horus był jedynym kotem, którego Ramzes szczerze nie znosił. Nefret twierdziła, że jest zazdrosny. I rzeczywiście był – lecz nie dlatego, że Horus wolał ją od niego. Od śmierci swojego ukochanego Basteta nie miał ochoty na następnego kota, a powód jego zazdrości był o wiele zwyczajniejszy. Po prostu Horus cieszył się względami, za jakie Ramzes oddałby duszę, tymczasem futrzasty niewdzięcznik w ogóle ich nie doceniał.

Lata bolesnych doświadczeń nauczyły Ramzesa, że najlepiej ignorować prowokacyjne wypowiedzi Nefret. Czasami jednak przebijała jego ochronny pancerz, a uśmieszek na jej kocim pyszczku rozjątrzał go jeszcze bardziej.

– To ty nie jesteś w porządku – fuknął. – Próbowałem, Nefret, musisz to przyznać. I znasz rezultat.

Poprzedniej zimy któregoś wieczoru przez dwie godziny próbował upodobnić Nefret do egipskiego zbója. Broda, wykwity na skórze i starannie ćwiczony zez – ale im bardziej się starali, tym bardziej idiotycznie to wyglądało. David padł w końcu na łóżko, skręcając się ze śmiechu. Ramzes usiłował zachować kamienną twarz, jednak Nefret, kiedy przyjrzała się sobie dokładnie w lustrze, też wybuchnęła śmiechem. Śmiali się wszyscy tak gwałtownie, że w końcu Nefret siedziała na podłodze, ściskając się za brzuch, a Ramzes musiał polać sobie głowę wodą, by powstrzymać się od pochwycenia jej w ramiona – pomimo brody, czyraków i całej reszty.

Widząc, że na to wspomnienie dziewczyna znów jest bliska wybuchnięcia śmiechem, powiedział tym samym szorstkim tonem:

– Matka może wrócić z tego przyjęcia w ministerstwie przed naszym powrotem i może jej przyjść do głowy, żeby zajrzeć do swoich kochanych dzieci. Jeśli odkryje, że nas z Davidem nie ma, rano wygłosi długą i głośną przemowę, ale jeśli ciebie także nie będzie, to już nie ona, lecz ojciec obedrze mnie ze skóry.

– Któregoś dnia przekonam go, że nie powinien cię czynić odpowiedzialnym za moje postępowanie, jakbyś był moją niańką – oświadczyła Nefret. – I tak nade mną nie zapanujesz.

– To prawda – przyznał Ramzes.

– Dokąd się wybieracie? – zapytała.

– Obiecaj, że nie będziesz nas śledzić, to ci powiem.

– A niechże cię, Ramzesie, chyba pamiętasz nasze pierwsze prawo?

Ustanowienie tego prawa zaproponował David. Żadnemu i nich nie wolno było działać na własną rękę bez poinformowania o tym pozostałych. Ramzes starannie przestrzegał tej zasady, jeśli chodziło o Nefret, lecz ona dała mu jasno do zrozumienia, że nie ustąpi, dopóki prawo nie obejmie ich wszystkich.

– Nie spodziewam się żadnych kłopotów – mruknął gderliwie. – Zamierzamy po prostu przejść się po kafejkach starego miasta, by zasięgnąć języka o tym, co się tu działo od ostatniej wiosny. Jeżeli Sethos znowu zaczął działać, ktoś na pewno coś o tym słyszał.

– No dobrze. Ale zdacie mi pełną relację natychmiast po powrocie do domu, zrozumiano?

– Będziesz już spała.

– Nie będę.

Kawiarnia, do której się najpierw udali, znajdowała się w pobliżu zrujnowanego meczetu al-Mansur Kalaun. Żaluzje były podniesione i do wnętrza wpadało nocne powietrze. W środku migotały w półmroku płomyki lampek, a wokół snuły się kłęby błękitnego dymu. Goście siedzieli na dywanie przy niskich stołach lub na ławach w końcu sali. Było to miejsce uczęszczane przez bogatych kupców i większość obecnych stanowili mężczyźni w obszytych jedwabiem kaftanach, noszący duże, ozdobne srebrne sygnety, służące do odciskania pieczęci w wosku. Kobiet oczywiście nie było.

– Ach, wróciliście więc – odezwał się na widok Ramzesa i Davida mężczyzna siedzący blisko wejścia. – Policja już was nie szuka?

– Bardzo zabawne – odparł Ramzes chrapliwym głosem Alego Szczura. – Wiesz przecież, że lato spędzam zawsze w moim pałacu w Aleksandrii.

Dowcip został nagrodzony wybuchem śmiechu i mężczyzna zaprosił ich gestem do stołu. Kelner podał bardzo słodką i gęstą turecką kawę w maleńkich filiżankach oraz nargile. Ramzes zaciągnął się głęboko i podał ustnik Davidowi, po czym zapytał Araba:

– Jak tam interesy?

Wymienili jeszcze kilka grzecznościowych zwrotów, a potem Arab pożegnał ich i zostali przy stole sami.

– I co teraz? – zapytał David cicho, nie poruszając wargami. Nauczył się tej sztuczki od Ramzesa, któremu z kolei pokazał ją jeden z jego „mniej szacownych znajomych”, magik z Alhambra Music Hall.

– Na razie nic – pokręcił głową Ramzes. – To musi potrwać. Ale spójrz tam…

Człowiek, którego wskazał, siedział samotnie na ławie w końcu sali. David zmrużył oczy.

– Nie widzę dokładnie… to chyba nie Yussuf Mahmud?

– To właśnie on. Zamów jeszcze kawę, a ja zaraz wrócę. Podszedł do brodatego mężczyzny, siedzącego przy jednym ze stołów, ale ten odpowiedział na jego uniżone powitanie jedynie wydęciem warg. Rozmowa miała raczej jednostronny charakter, mówił przeważnie Ramzes. Zbywano go skinieniem głowy lub zdawkową odpowiedzią, jednak gdy powrócił do Davida, wyglądał na zadowolonego.

– Kyticas mnie nie lubi – stwierdził. – Ale Yussufa nie lubi jeszcze bardziej. Kyticas sądzi, że tamten trzyma coś w zanadrzu. Wysiaduje tak na tej ławce codziennie od tygodnia, lecz nie próbuje robić tych swoich brudnych interesików.

– Czy Mistrz… no wiesz, kto, zadawałby się z kimś tak podrzędnym jak Yussuf Mahmud? – zapytał David.

– Kto to wie? W każdym razie Yussuf jest jedną z osób, z którymi zamierzałem porozmawiać, a podejrzewam, że i on ma taki zamiar. Zobacz, ten człowiek najwyraźniej unika patrzenia na nas. Pójdziemy za nim, kiedy opuści lokal.

Yussuf Mahmud nie zdradzał jednak chęci wyjścia. Siedział samotnie, popijając kawę i paląc. W przeciwieństwie do większości gości był nędznie odziany i bosy, na głowie miał obszarpany turban, a jego rzadka broda nie zakrywała blizn na ospowatej twarzy.

Ramzes i David spędzili kolejną godzinę na nie do końca zdawkowych pogawędkach z różnymi znajomymi. Ali Szczur płacił za picie i jedzenie monetami z ciężkiej sakiewki. Yussuf Mahmud nie skorzystał z okazji, chociaż sakiewka fundatora wyraźnie go fascynowała. Ramzes chciał właśnie powiedzieć Davidowi, że wychodzą, kiedy rozległ się donośny okrzyk:

– Salam alejkum!

Ramzes omal nie spadł ze stołka, a David zwinął się w anonimowy tobół, schylając nisko głowę.

– A niech to kule biją! – syknął. – To przecież…

– …Abu Shitaim – dokończył Ramzes. – Przekleństwo na niewiernego – dorzucił dla lepszego efektu.

Jego ojciec wkroczył do kafejki z pewnością siebie człowieka, który czuje się u siebie wszędzie, gdziekolwiek jest. Zerknął obojętnie na Alego Szczura i usiadł przy Kyticasie.

– Wychodźmy stąd, i to szybko! – wymamrotał David, przysłaniając twarz rękawem.

– To by zwróciło jego uwagę. Siedź spokojnie, nie patrzy na nas.

– Myślałem, że jest na przyjęciu!

– Ja też. Musiał się wymknąć, gdy matka była zajęta. Nie znosi takich imprez.

– Ale co robi tutaj?

– Przypuszczam, że to samo, co my – odparł w zamyśleniu Ramzes. – Dobrze, teraz możemy iść. Tylko spokojnie!

Położył na stole kilka monet i wstał. Kątem oka dostrzegł, że Yussuf Mahmud też się podnosi od stolika.

Następnej nocy stawili się na umówione spotkanie i poszli za Mahmudem przez dzielnicę, do której nawet Ali Szczur wolał się nie zapuszczać. Przylegała ona do sławetnego Rybiego Targu, na którym, wbrew jego niewinnej nazwie, można było nabyć wszelkie odmiany występku i perwersji – i to według europejskich kryteriów po całkiem rozsądnej cenie. Uliczka, którą podążali, była jednak ciemna i cicha, a dom, do którego weszli, z pewnością nie był miejscem zamieszkania ich przewodnika. Okna mieszkania szczelnie zasłonięte, a jedynym meblem był chybotliwy stół. Yussuf Mahmud zapalił lampę, rozchylił szatę i rozpiął swój skórzany pasek.

Paskiem tym przytroczony był do jego ciała podłużny pakunek długości około szesnastu i szerokości czterech cali, owinięty w tkaninę i usztywniony szczapami surowego drewna.

Ramzes wiedział już, co to jest, i wiedział też, co się za chwilę wydarzy, nie śmiał jednak zaprotestować i w obawie przed mogącym ich zdradzić mimowolnym okrzykiem Davida przydepnął mocno stopę przyjaciela. Mahmud odwinął podłużny przedmiot ze spowijającej go tkaniny. Na stół sfrunęło kilka kruchych żółtawych płatków.

Był to papirus pogrzebowy; zbiór magicznych formułek i modlitw, znany powszechnie jako „Księga umarłych”. Odsłonięty fragment ukazywał kilka pionowych rzędów hieroglifów i winietę, przedstawiającą kobietę w lnianym gieźle, której towarzyszył bóg cmentarzy o głowie szakala. Zanim zdążyli zobaczyć coś więcej, Mahmud zakrył zwój materiałem.

– No i jak? – zapytał szeptem. – Musicie zdecydować się od razu, bo mam jeszcze innych kupców.

Ramzes podrapał się po uchu, odrywając kilka okruchów substancji, udającej przylepiony brud.

– To niemożliwe – odpowiedział. – Zanim się spotkam z moim klientem, muszę wiedzieć coś więcej na temat tego zwoju. Czy wiesz, skąd pochodzi?

Ale Mahmud uśmiechnął się tylko i pokręcił głową.

Był to dopiero pierwszy etap procedury, ciągnącej się zazwyczaj godzinami. Niewielu Europejczykom starczało cierpliwości, by przebrnąć przez skomplikowany schemat ofert i kontrofert, pytań i dwuznacznych odpowiedzi. Ramzes wiedział, że tym razem musi wykorzystać swoje umiejętności do maksimum. Bardzo pragnął mieć ten papirus. Był chyba największy z tych, które do tej pory widział, i nawet jeden rzut oka wystarczał, by stwierdzić jego doskonały stan. Jakim sposobem, u diabła, drobny rzezimieszek w rodzaju Yussufa Mahmuda mógł wejść w posiadanie czegoś tak cennego?

Udając brak zainteresowania, odwrócił się od stołu.

– Jest zanadto doskonały – oznajmił. – Mój klient to człowiek wykształcony. Od razu pozna, że to falsyfikat. Jeśli zapłaci, powiedzmy, dwadzieścia funtów angielskich, to będzie dużo…

Targowali się jeszcze przez godzinę i w końcu opuścili mieszkanie bez zwoju, czego zresztą Ramzes się spodziewał. Żaden handlarz ani złodziej nie wypuściłby z rąk towaru przed otrzymaniem zapłaty. Umówili się jednak na spotkanie następnego wieczoru.

David przez cały czas w ogóle się nie odzywał. Nie bardzo umiał zmieniać głos i jego rolą było wyglądać na lojalnego i groźnego towarzysza. Ale aż kipiał z ekscytacji i ledwie drzwi domu zamknęły się za nimi, wykrzyknął:

– Na Boga! Dlaczego…

Ramzes uciszył go dobitnym arabskim epitetem i nie rozmawiali już, dopóki nie dotarli do rzeki. Łódka stała tam, gdzie ją przywiązali. David pierwszy chwycił za wiosła. Zanim Ramzes skończył się przeistaczać z kairczyka spod ciemnej gwiazdy w schludnego angielskiego młodzieńca, byli już daleko od brzegu.

– Teraz ty – powiedział do przyjaciela i zamienili się miejscami.

David odkleił brodę i ściągnął turban.

– Przepraszam – wymamrotał ze skruchą. – Nie powinienem był się odzywać.

– Mówienie nienaganną angielszczyzną w tej części Kairu i o tej porze nie jest najmądrzejsze – odparł sucho Ramzes. – Ta sprawa jest bardziej skomplikowana, niż na to wygląda, Davidzie. Yussuf Mahmud nie handluje antykami tak wysokiej klasy, więc albo działa jako pośrednik, albo ukradł papirus innemu, znaczniejszemu złodziejowi, który być może jest już na jego tropie.

– Zdawało mi się że był dość zdenerwowany – zauważył David.

– I chyba dobrze ci się zdawało. Handel kradzionymi dziełami sztuki to oczywiście przestępstwo, ale Yussuf pocił się wcale nie z lęku przed policją.

David wcisnął zawiniątko ze swoim przebraniem pod siedzenie i zaczerpnął wody zza burty, by spryskać sobie twarz.

– Ten papirus to autentyk, prawda, Ramzesie? Najpiękniejszy, jaki widziałem.

– Też tak uważam, ale to dobrze, że potwierdzasz moją opinię, bo znasz się na tym lepiej ode mnie. Przegapiłeś jedną brodawkę – dodał.

– Gdzie? Aa, mam… – palce Davida znalazły wyprysk i odkleiły go. – Egipcjanie słusznie powiadają, że potrafisz widzieć w ciemności jak kot – stwierdził. – Czy powiesz o papirusie profesorowi?

– Znasz jego zdanie na temat kupowania eksponatów od handlarzy. Podziwiam tę jego zasadę, podobnie jak podziwiam ideę pacyfizmu, obawiam się jednak, że obie są równie niepraktyczne. Ta ostatnia sprawia, że zostajesz trupem. Ta pierwsza zaś, że tracisz cenne świadectwo historii na rzecz przypadkowych zbieraczy, którzy zabierają taki przedmiot do domu i natychmiast o nim zapominają. Jakże ten handel ma zostać powstrzymany, skoro nawet Service des Antiquites kupuje archeologiczne okazy od takich ludzi?

Łódka zatrzymała się łagodnie na mulistym brzegu. Ramzes wciągnął wiosła do środka i mówił dalej:

– Nie widzę innego wyjścia, choć matka z pewnością potępiłaby mnie za to. Chcę mieć ten cholerny zwój i chcę się dowiedzieć, skąd Yussuf Mahmud go wytrzasnął. Ile masz pieniędzy?

– Hmm… raczej niewiele – przyznał David.

– Ja tak samo. Jak zwykle.

– A profesor?

– Nawet nie ma sensu go prosić, nie da mi ani grosza. Zamiast tego wygłosi ojcowską naukę, a nienawidzę, kiedy to robi.

– Wobec tego będziesz musiał poprosić Nefret.

– Prędzej sczeznę!

– To głupota – stwierdził David. – Ona ma tyle pieniędzy, że nie wie, co z nimi robić, i chętnie się nimi dzieli. Gdyby była mężczyzną, nie wahałbyś się ani chwili.

– Nie o to chodzi – odparł Ramzes, wiedząc, że kłamie i że David to wie. – Musielibyśmy jej powiedzieć, po co nam te pieniądze, a wówczas będzie chciała iść z nami.

– I co z tego?

– Mam zabrać Nefret do el Was’a? Czyś postradał zmysły? W żadnym wypadku.

Ze zbioru listów B

Zapewne cię nie zdziwi, że okropnie się namęczyłam, przekonując Ramzesa, iż powinien zabrać mnie ze sobą. Metody, które stosowałam wobec profesora – drżące usta, łzy w oczach – nie wywierają najmniejszego wrażenia na tej zimnokrwistej kreaturze; po prostu ze zniesmaczoną miną wychodzi z pokoju. Musiałam się więc odwołać do szantażu, pogróżek, nieodpartej kobiecej logiki oraz łagodnego napomknięcia, że bez mojego podpisu nie dostaną pieniędzy (to też chyba pewna forma szantażu, prawda?).

Był ze mnie bardzo ładny chłopak, jeśli można tak rzec. Zaraz po wizycie w banku kupiliśmy dla mnie strój – elegancką wełnianą galabiję w kolorze niebieskim, wyszywane złotem pantofle i długi szal, którym zakryłam głowę i przesłoniłam twarz. Ramzes poczernił mi brwi i rzęsy i przyciemnił okolice oczu. Moim zdaniem zmieniłam się nie do poznania, on jednak nie był zadowolony.

– Koloru twojej skóry po prostu nie da się zmienić – burczał. – Masz trzymać głowę nisko, Nefret, i skromnie opuścić wzrok. Jeżeli spojrzysz na Mahmuda albo wypowiesz choć sylabę, gdy się z nim spotkamy, zrobię… zrobię coś, czego oboje możemy pożałować.

Cóż za fascynująca groźba, prawda? Korciło mnie, żeby go nie posłuchać tylko dla przekonania się, co zrobi, ale w końcu postanowiłam nie ryzykować.

Jeszcze nigdy nie byłam nocą w tej części Starego Miasta i nie radzę ci się tam zapuszczać, kochanie. Przy twojej wrażliwości nie zniosłabyś odoru gnijących śmieci ani grasujących w ciemności szczurów. Ciemność na otwartym terenie to zupełnie co innego; w Górnym Egipcie zawsze świecą gwiazdy, nawet gdy nie ma księżyca. W tym miejscu coś tak czystego i jasnego jak gwiazda nie odważyłoby się nawet pokazać. Stare wysokie domy chylą się ku sobie, jakby zwierzając się z jakichś ohydnych sekretów, a ich balkony dodatkowo przesłaniają niebo. Serce biło mi mocniej niż zwykle, ale nie bałam się; nigdy się nie boję, kiedy jesteśmy we trójkę. W panikę wpadam wyłącznie wtedy, gdy obaj chłopcy wypuszczają się sami na jakąś szaloną eskapadę.

Prowadził nas Ramzes. Zna wszystkie zakątki Starego Miasta, łącznie z tymi, których unika każdy szanowany Egipcjanin. Pod domem polecił mi zostać ze sobą, a swojego przyjaciela posłał na rekonesans. Gdy David wrócił, nie powiedział ani słowa, lecz gestem kazał nam wejść.

Była to kamienica czy też dom czynszowy najgorszego autoramentu. W korytarzu cuchnęło zepsutym jedzeniem, haszyszem i zbyt wieloma ciałami stłoczonymi na niewielkiej przestrzeni. Weszliśmy po omacku zapadniętymi schodami, trzymając się ściany. Nie widziałam niczego, podążałam więc za Davidem, trzymając się jego ręki. Ramzes szedł tuż za mną i podtrzymywał mnie, żebym nie spadła, jeśli się potknę. Zdarzyło mi się to raz czy dwa, bo zawinięte czubki moich pięknych pantofli zawadzały o popękane deski. Ta część wyprawy była obrzydliwa, wciąż miałam wrażenie, że wokół nas pełza coś oślizłego.

Naszym celem był pokój na pierwszym piętrze, odznaczający się jedynie smugą bladego światła pod drzwiami. Kiedy Ramzes poskrobał w nie, niemal natychmiast się otworzyły.

Yussuf Mahmud gestem kazał nam wejść i zaryglował drzwi. Domyślałam się, że to Mahmud, choć nikt nas sobie nie przedstawił. Przyjrzał mi się bacznie i powiedział coś niezrozumiale po arabsku. Musiało to być coś wyjątkowo obcesowego, gdyż David warknął groźnie i chwycił za nóż. Ramzes zerknął na niego z ukosa i też powiedział coś, czego nie zrozumiałam, a potem obaj z Mahmudem się roześmiali. David się nie śmiał, schował jednak nóż za pas.

Świeciła się tylko jedna lampa na stole, stojąca niebezpiecznie blisko papirusu, który częściowo rozwinięto, żeby odsłonić winietę. Podeszłam bliżej. Same rozmiary zwoju zapierały dech w piersi. Po jego grubości można było poznać, że jest bardzo długi. Miniaturowy malunek przedstawiał ważenie serca.

Nie zdążyłam się dobrze przyjrzeć, bo Ramzes chwycił mnie i odwrócił twarzą do siebie. Pewnie myślał, że zaraz krzyknę z zachwytu albo podejdę bliżej do światła, czego bym nigdy przecież nie zrobiła. Łypnęłam na niego groźnie, a on na mnie. Nie masz pojęcia, jak strasznie wygląda Ali Szczur z bliska, nawet gdy nie łypie.

– To jakiś nowy, co? – zapytał Mahmud. – Chyba zgłupiałeś, żeś go tu przyprowadził.

– Jest tak ładniutki, że nie potrafię się z nim rozstać – wymamrotał Ramzes, łypiąc na mnie jeszcze ohydniej. – Stań tam w kącie, moja ty mała gazelo, i nie ruszaj się, dopóki nie załatwimy sprawy.

Zgodzili się co do ceny już poprzedniej nocy. Znając jednak sposób działania tych ludzi, spodziewałam się, że Yussuf Mahmud zażąda więcej. Ale on podsunął w stronę Ramzesa obszarpany pakunek, trzymając go mocno jedną ręką, i zapytał:

– Masz pieniądze?

Ramzes popatrzył na niego, po czym zaskrzeczał głosem Alego Szczura:

– Skąd ten pośpiech, przyjacielu? Mam nadzieję, że nie spodziewasz się już nikogo tej nocy. Bardzo by mnie… zmartwiło dzielenie się twoim towarzystwem z innymi.

– Nie tak bardzo jak mnie – odparł Mahmud. – Jeśli będziemy rozsądni, żaden z nas nie będzie zwlekał. Są tacy, którzy słyszą nawet niewypowiedziane słowa i widzą przez ściany bez okien.

– Naprawdę? A cóż to za magicy? – zapytał Ramzes i pochylił się ku niemu z krzywym uśmiechem Alego Szczura.

– Nie mogę…

– Nie? – Ramzes wyciągnął spod szaty ciężką sakwę i sypnął na stół deszczem złotych monet. Uznaliśmy, że zrobią większe wrażenie niż banknoty, i rzeczywiście wywarły pożądany efekt. Oczy Mahmuda niemal wyszły z orbit.

– Informacja jest częścią naszej transakcji – oświadczył Ramzes. – Nie powiedziałeś mi jeszcze, skąd to masz i jakimi drogami do ciebie dotarło. Ilu ludzi musiałeś oszukać lub zabić, zanim zdobyłeś tak cenną rzecz? I jak wielu z nich zainteresuje się teraz mną, jako nowym właścicielem?

Dał dyskretny znak Dawidowi, który wziął papirus i umieścił go w przyniesionej w tym celu drewnianej skrzynce. Mahmud nie widział tego, bo wbijał zachłanne spojrzenie w lśniący stos złota. Ramzes rzucił okiem na zasłonięte żaluzjami okno, a potem na zaryglowane drzwi. Nie spojrzał na mnie, bo nie musiał. Pokój był tak mały, że nawet kiedy stałam w ciemnym kącie, miał mnie w zasięgu wzroku. Choć nie spostrzegłam ani nie usłyszałam niczego niezwykłego, nagle przyskoczył do mnie i przyciągnął do siebie. W tej samej chwili liche drewniane żaluzje pękły pod naporem ciężkiego ciała.

Było to ciało mężczyzny o twarzy obwiązanej ciasno szalem, spomiędzy zwojów którego widoczne były tylko oczy. Intruz przetoczył się po podłodze i natychmiast stanął, zwinnie jak akrobata. Zdawało mi się, że za nim jest następny, lecz zanim zdążyłam się upewnić, Ramzes podniósł mnie jedną ręką i przypadł do drzwi. David już tam stał, ze skrzynką z papirusem w jednej ręce i nożem w drugiej. Ramzes odciągnął zasuwę i uskoczył w bok. Drzwi otworzyły się raptownie i do pokoju wtoczył się człowiek, który na nie napierał.

David kopnął go w żebra i intruz rozpłaszczył się na ziemi. Ja zaś miałam chęć kopnąć Ramzesa, który trzymał mnie jak tobół z praniem, zamiast pozwolić mi włączyć się do walki. Rozmyśliłam się jednak, bo obaj panowie doskonale dawali sobie radę i byłoby głupotą (fatalną w skutkach) wytrącać ich z rytmu. Wszystko rozegrało się w ciągu kilku sekund.

Naszą drugą linią obrony okazał się stos złota na stole. Zobaczyłam ponad ramieniem Ramzesa splątane ręce Yussufa Mahmuda i jego wspólników, walczących za pomocą zębów i noży o zgarnięcie łupu. Walczyli na złotym dywanie, bo monety spadały ze stołu i toczyły się po podłodze.

David wyskoczył na korytarz, a gdy do środka wpadł kolejny napastnik, krzyknął, byśmy szli za nim. Ramzes zatrzasnął za nami drzwi.

– Mam nadzieję, że nie walnąłeś go skrzynką z papirusem? – zapytał po arabsku swojego przyjaciela.

– Za kogo ty mnie masz? – W głosie Davida, choć zdyszanego, znać było rozbawienie. – Czy to już ostatni?

– Tak. Zamknij drzwi na klucz i zmykajmy stąd.

Ramzes postawił mnie na ziemi. W korytarzu było ciemno jak w grobie, usłyszałam jednak trzask klucza w zamku. Było wątpliwe, żeby zatrzymało to bandytów, bo drzwi były bardzo liche, ale istniała szansa, że po skończonej walce o złoto żaden z nich nie będzie zdolny nas ścigać.

Runęliśmy w dół po trzeszczących schodach – najpierw David, za nim ja, a na końcu Ramzes. Kiedy znaleźliśmy się na wąskiej ulicy, spostrzegłam światło w miejscu, gdzie przedtem go nie było. Drzwi w domu naprzeciwko były otwarte. Stała w nich jakaś postać, niewątpliwie kobieca, gdyż poprzez cienką tkaninę okrywającą jej ciało przebijały liczne zaokrąglenia, a na złotych splotach włosów lśniło światło.

David stanął jak wryty, ale na widok kobiety wydał westchnienie ulgi. Nie powtórzę ci jej słów, moja droga, żeby cię nie szokować, lecz donoszę z satysfakcją, że nasz przyjaciel zbył jej zaproszenie w słowach równie grubiańskich jak te, w jakich zostało sformułowane, po czym odwrócił się od niej. Uliczka była bardzo wąska, wystarczył jeden krok i kobieta znalazła się przy nim. Otoczyła go ramionami, a wtedy ja rąbnęłam ją za uchem złączonymi pięściami, tak jak uczyła mnie ciotka Amelia.

Jak powiedziałaby kochana ciocia, rezultat okazał się całkiem zadowalający. Kobieta puściła nóż i upadła na ziemię. W drzwiach pojawiła się następna postać, tym razem był to mężczyzna. Za nim ujrzałam innych. Przepychając się pośpiesznie w wąskim wyjściu, blokowali się nawzajem, szczęśliwie dla nas, bo obaj moi mężni obrońcy wyglądali na chwilowo sparaliżowanych. Szturchnęłam Ramzesa pod żebro.

– Uciekajmy! – zawołałam.

Jeżeli ktoś zna teren, nietrudno mu zgubić pościg w tym labiryncie ciemnych uliczek. Ja nie znałam, ale Ramzes zdołał już ochłonąć i poprowadził nas tak zręcznie, że wkrótce głosy prześladowców ucichły. Zanim dotarliśmy do rzeki, byliśmy wszyscy bez tchu i brudni, lecz mój kochany przybrany braciszek nie pozwolił mi zdjąć cuchnącej i utytłanej szaty, dopóki nie znaleźliśmy się na łodzi. Nie wiem, czy wspominałam już, że pod przebraniem miałam bluzkę i spodnie. Chłopcy nie mieli jednak pod swoimi strojami normalnych ubrań i kazali mi się odwrócić, kiedy się przebierali. Mężczyźni są czasem strasznymi głuptasami…

Kiedy przepłynęliśmy na drugi brzeg i łódka osiadła na piasku, oczekiwałam, że któryś z nich klepnie mnie po ramieniu i powie „Brawo!” albo „Świetnie się spisałaś” czy coś w tym rodzaju. Ale żaden się nie odezwał. Siedzieli nieruchomo jak bliźniacze posągi, gapiąc się na mnie bezmyślnie. Rana na szyi Davida przestała krwawić i wyglądała jak cienki, ciemny powróz.

– Nie siedźcie tak! – zirytowałam się w końcu. – Wracajmy na dahabiję, tam będzie można spokojnie porozmawiać. Chcę się czegoś napić, zapalić papierosa, przebrać się, usiąść wygodnie i…

– Będziesz musiała zadowolić się tylko jedną z tych rzeczy – mruknął Ramzes, gmerając pod ławką. Po chwili podał mi butelkę z wodą. – Musimy porozmawiać, zanim wrócimy do domu. Matka zawsze jest gdzieś w pobliżu, a tej rozmowy na pewno nie powinna usłyszeć.

Łyknęłam ciepławej wody, żałując, że nie jest to coś mocniejszego, otarłam usta rękawem i oddałam butelkę Davidowi.

– Yussuf Mahmud nas zdradził. To była zasadzka. Spodziewaliście się jej – oświadczyłam.

– Nie bądź idiotką – ofuknął mnie Ramzes. – Gdybym podejrzewał zasadzkę, nie pozwoliłbym… To znaczy, postąpiłbym inaczej.

– Nie bardzo widzę, jak mógłbyś zadziałać skuteczniej – stwierdziłam. – Zapewne ustaliliście z Davidem plan działania na wypadek, gdyby coś poszło nie tak.

– Zawsze tak robimy – odparł Ramzes. – Ale daj spokój z pochlebstwami, Nefret. Prawda jest taka, że chyba się przeliczyłem. Mieliśmy szczęście, że wyszliśmy z tego cało.

– Szczęście! – zawołałam z oburzeniem.

Zanim Ramzes zdążył mi odpowiedzieć, ubiegł go David.

– To nie szczęśliwy traf uratował mi dzisiaj życie, lecz refleks i odwaga Nefret. Dziękuję ci, siostrzyczko. Zauważyłem ten nóż dopiero wtedy, gdy miałem go już przy gardle.

– A ja go zobaczyłem dopiero wtedy, gdy wypadł tej kobiecie z ręki – przyznał Ramzes.

Sporo czasu im to zabrało. Nie potrafiłam się powstrzymać i powiedziałam:

– A to dlatego, że żaden z was nie wie…

– …niczego o kobietach? – dokończył Ramzes.

W jasnym świetle księżyca wyraźnie widziałam jego twarz. Ten jej wyraz nazywam kamienną twarzą faraona. Jest obca jak oblicze Chefrena w muzeum. Sądziłam, że jest zły, dopóki nie porwał mnie w objęcia i nie przytulił tak mocno, że poczułam, jak trzeszczą mi żebra.

– Któregoś dnia – powiedział stłumionym głosem – sprawisz, że zapomnę, jak się powinien zachowywać angielski dżentelmen.

Przyznam, moja droga, że było mi przyjemnie. Przez całe lata próbowałam przebić tę jego skorupę i sprawić, żeby się zachowywał jak istota ludzka. Czasami mi się udawało – zazwyczaj wtedy, gdy go czymś rozdrażniłam! – ale te chwile nie trwały długo. By wykorzystać jak najlepiej tę obecną, przylgnęłam do niego, kiedy już chciał się odsunąć.

– Cały drżysz – stwierdziłam. – Czyżbyś się ze mnie śmiał?

– Wcale się nie śmieję. A drżę z przerażenia.

Zdawało mi się, że jego wargi musnęły moje włosy, chyba jednak było to złudzenie, bo posadził mnie z powrotem na twardej ławce tak mocno, że aż mi zęby zadzwoniły. Nikt z moich znajomych, nawet profesor, nie ma tak imponujących brwi jak Ramzes. Teraz te brwi zetknęły się na środku jego czoła jak uniesione czarne skrzydła. Miałam jednak rację. Był wściekły!

– Niechże cię kule biją, Nefret! – krzyknął. – Czy nigdy już nie nauczysz się myśleć, zanim coś zrobisz? Wykazałaś się odwagą, refleksem, sprytem i całą resztą tych bzdur, ale miałaś też cholerne szczęście! Pewnego dnia wpakujesz się w naprawdę poważne tarapaty. Rzucasz się do działania głową naprzód jak…

– I kto to mówi!

– Ja nigdy nie działam pod wpływem impulsu.

– Oczywiście, każdy, tylko nie ty! Jesteś zupełnie pozbawiony uczuć!

– Zdecyduj się – wycedził Ramzes przez zęby. – Nie mogę być jednocześnie porywczy i pozbawiony uczuć.

David wziął mnie za rękę (a raczej za pięść, ponieważ zacisnęłam dłoń i uniosłam ją).

– Ramzes cię łaje, Nefret – powiedział łagodnie – bo bał się o ciebie. Powiedz jej to, Ramzesie. Powiedz, że nie jesteś zły.

– Jestem, i to bardzo. Jestem… – Ramzes przerwał, wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze. Jego brwi powróciły do normalnej pozycji. – Jestem wściekły na siebie. Zawiodłem cię, mój bracie, i zawiodłem Nefret. Nie musiałaby tak bardzo ryzykować, gdybym okazał się przezorniejszy.

David ujął jego wyciągniętą dłoń. W jego oczach błyszczały łzy. Jest równie sentymentalny, jak Ramzes nie jest. Dobrze wiesz, że cenię sobie uczucia – lecz reakcja Ramzesa zaskoczyła mnie i sama też zaczęłam drżeć.

– Nic podobnego – odparłam jednak stanowczo. – Jak zwykle, bierzesz na siebie zbyt wiele, Ramzesie. Przesadne poczucie odpowiedzialności to objaw skrajnego egotyzmu.

– Czy to jeden ze sławetnych aforyzmów mojej matki? – zapytał Ramzes. Znowu był sobą. Puścił dłoń Davida i posłał mi sarkastyczny uśmieszek.

– Nie, sama to wymyśliłam. Tym razem obaj popełniliście błąd. Spostrzeglibyście ten nóż tak samo jak ja, gdyby wam wasza męska próżność nie kazała sądzić, że kobieta nie może być niebezpieczna. Ja nabrałam podejrzeń, gdy tylko ją zobaczyłam. To nie mógł być przypadek, że dama lekkich obyczajów zjawiła się dokładnie w tym momencie, skoro poprzednio ten dom nie zdradzał oznak życia. Przybytki tego rodzaju zazwyczaj nie są…

– Już wystarczy, masz rację – uciął Ramzes, spoglądając na mnie spod oka.

W nadbrzeżnych chaszczach coś zaszeleściło, ale nikt z nas nawet nie drgnął. Nawet ja potrafiłam rozpoznawać, kiedy obok przemyka się szczur, a kiedy człowiek. Nie przepadam jednak za szczurami i chciałam już wrócić do domu.

– Nie do wiary – mruknęłam, próbując także spojrzeć na niego spod oka (co wcale nie jest łatwe, kiedy ktoś jest wyższy o stopę). – Uszliśmy cało, zatrzymując papirus, dzięki naszej odwadze i przytomności umysłu – oświadczyłam – ale nie znamy jeszcze odpowiedzi na najważniejsze pytanie: jak uniknąć zagrożenia w przyszłości? Co dzisiaj poszło nie tak, Ramzesie?

Ramzes odchylił się na ławce i podrapał po karku (klej wywołuje swędzenie nawet po zmyciu).

– Jest oczywiście możliwe, że Yussuf Mahmud od samego początku chciał nas oszwabić, zamierzając zatrzymać zarówno papirus, jak i pieniądze – powiedział. – Nie byłby jednak w stanie tego przeprowadzić, nie zabijając nas, a wątpię, by chciał aż tak ryzykować. Ali Szczur i jego małomówny towarzysz cieszą się w już w Kairze swoistą… reputacją.

– Zmyśloną, mam nadzieję? – zapytałam.

– Po większej części – odparł Ramzes. Wymienili z Davidem znaczące spojrzenia. – Tak czy owak, uznałem, że ryzyko jest do przyjęcia. Yussuf Mahmud też cieszy się pewną reputacją. Handluje kradzionymi starożytnościami i oszukałby nawet własną matkę, ale nie jest mordercą.

– W takim razie ukradł papirus innemu złodziejowi – stwierdziłam. – A ludzie, którzy tam wtargnęli, szukali Mahmuda i papirusu, nie nas.

– Byłoby wspaniale, gdybym mógł w to uwierzyć – mruknął Ramzes – bo alternatywa jest bardzo nieprzyjemna. Załóżmy, że Yussuf Mahmud i jego mocodawcy, kimkolwiek są, wynaleźli taką oto metodę rabunku: oferują papirus na sprzedaż, zwabiają potencjalnego kupca do mieszkania, dają mu w łeb, kradną pieniądze i znikają razem ze zwojem. Mogliby powtarzać ten proceder wielokrotnie, bo przecież ofiary raczej nie będą chciały ujawniać, że brały udział w nielegalnej transakcji. Ale Yussuf Mahmud postanowił tym razem zadziałać na własną rękę. Spodziewał się swoich wspólników, lecz nie tak szybko. Miał nadzieję, że uda mu się dobić targu i uciec z pieniędzmi, zanim się zjawią. Nas zamknąłby w środku mieszkania, pozostawiając na łasce swoich oszukanych kompanów. Zauważyłem, że zostawił klucz w zamku od zewnątrz, co zresztą też powinno było obudzić moją czujność. Tamci przybyli wcześniej, bo mu nie ufali, a potem, zamiast połączyć siły przeciwko nam, ulegli chciwości. Złoto, jak słyszałem, potrafi demoralizująco oddziaływać na ludzi o słabym charakterze.

– Czy musisz tak rozwlekle gadać? – fuknęłam. – Więc sądzisz, że to wszystko wyjaśnia? To tylko zwyczajny szwindel?

– Nie – odparł Ramzes. – Ale druga część mojej teorii jest słuszna, jak sądzę. Yussuf Mahmud zamierzał uciec z pieniędzmi, zanim pojawią się jego wspólnicy. Obawiam się jednak, że musimy brać też pod uwagę ową niemiłą alternatywę, o której wspomniałem. Ta kobieta naprawdę chciała poderżnąć Davidowi gardło. A poza tym, czy to tylko zbieg okoliczności, że napadli na nas dopiero wtedy, gdy ty przyszłaś z nami, Nefret?

– Mam taką nadzieję – odparłam.

– Ja także, moja droga. Nie mogli wiedzieć, że ty też się pojawisz, ale niewątpliwie oczekiwali Davida i mnie i dołożyli szczególnych starań, żeby nas zabić lub przynajmniej pochwycić. Yussuf Mahmud nie przypadkiem zaoferował ten zwój akurat nam. W Kairze mógł znaleźć wielu chętnych, którzy zapłaciliby żądaną cenę bez mrugnięcia okiem. Obawiam się, że musimy założyć i taką możliwość, iż ktoś, nie wiadomo jakim sposobem, odkrył naszą prawdziwą tożsamość.

– Jak to? – żachnął się David.

Był taki dumny ze swego znakomitego przebrania! Ramzes także bardzo niechętnie przyznawał się do porażki. Zacisnął usta, a kiedy się odezwał, brzmiało to, jakby przeciskał słowa przez wąską szczelinę:

– Żaden plan nie jest doskonały. Cóż… widzę tu kilka możliwości… Ale nie traćmy czasu na domysły. Jest już późno, Nefret powinna pójść spać.

W chaszczach coś dziwnie zaszeleściło. Wzdrygnęłam się.

David pochylił się i wziął mnie za rękę. Jest taki kochany! Jego twarz (bardzo przystojną zresztą) rozjaśnił słodki uśmiech.

– Ramzes ma rację – powiedział. – Chodź, siostrzyczko, miałaś męczący wieczór.

Pomógł mi wyjść na brzeg i pomaszerowaliśmy gęsiego. David prowadził, wynajdując najwygodniejszą drogę. Pod naszymi nogami chlupotało błoto.

– Zbiegi okoliczności się zdarzają – powiedział w pewnej chwili nasz przewodnik. – Może ulegamy urojeniom?

– Najbezpieczniej jest oczekiwać najgorszego – odpowiedział zrzędliwy głos zza moich pleców. – Cóż za przeklęte utrudnienie! Pracowaliśmy nad zbudowaniem naszych wizerunków przez trzy lata!

Pośliznęłam się na czymś obrzydliwie miękkim i cuchnącym, ale David chwycił mnie za koszulę i pomógł utrzymać równowagę.

– Dziękuję – powiedziałam. – Uff, co to było? Nie, lepiej nie mów. Ramzes ma rację, nie możecie już dłużej udawać Alego i Achmeda. Jeżeli oni wiedzą, kim naprawdę jesteście, papirus był tylko przynętą, mającą was zwabić do tej okropnej dzielnicy. Ale kiedy jesteście na łodzi z nami i załogą albo przebywacie w porządniejszych dzielnicach miasta, gdzie zawsze jest dużo ludzi, domniemany zabójca czy kidnaper nie zdoła dobrać się wam do skóry.

– Jest jednak pewien dodatni aspekt tej sprawy – stwierdził Ramzes (choć woli raczej koncentrować się na negatywach). – Zdobyliśmy papirus, choć miało się stać inaczej.

– To jeszcze jeden powód, żeby się trzymać z dala od Starego Miasta – oświadczyłam. – Przyrzeknij mi, Ramzesie, że ty i David nie pójdziecie tam już nigdy późnym wieczorem.

– Co takiego? No cóż, oczywiście.

No i tak to się skończyło. Wiedzieliśmy doskonale, że wkrótce poznamy odpowiedź na nasze pytanie. Uszliśmy cało – z papirusem – ale jeśli Nie-Wiadomo-Kto znał prawdziwą tożsamość Ramzesa i Davida, mógł chcieć go odzyskać. Nie martw się jednak, kochanie, każde z nas potrafi się obronić – i zadbać o pozostałych.

– Mój drogi Emersonie, musimy jeszcze przed opuszczeniem Kairu zadzwonić do pana Maspero – powiedziałam.

– Niech mnie diabli, jeśli to zrobię – warknął mój mąż.

Jedliśmy właśnie śniadanie na górnym pokładzie. To jeden z, naszych zwyczajów na łodzi, choć już nie tak miły jak w czasach, kiedy po rzece nie pływały jeszcze motorowe barki i parowce. Jakże tęskniłam do sielskich brzegów Luksoru, gdzie wschodu słońca nie przesłaniają dymy, a poranna bryza nie przynosi woni ropy i spalin!

Emerson wyraził tę samą opinię i zaproponował, żebyśmy wypłynęli jeszcze tego dnia. Jakie to typowe dla mężczyzn! Sądzą, że wystarczy tylko wyrazić życzenie, a ono natychmiast się spełni. Zwróciłam mu uwagę, że przed odjazdem mamy jeszcze do załatwienia sporo spraw, a rais Hassan musi mieć czas na skompletowanie załogi i poczynienie zapasów. Wizyta u Maspero była w moim przekonaniu równie ważna. Przychylność dyrektora Departamentu Starożytności miała bardzo istotne znaczenie dla każdego, kto chciał prowadzić wykopaliska w Egipcie, a Emerson się tą przychylnością nie cieszył.

Przez kilka sezonów pracowaliśmy przy wyjątkowo nudnych grobowcach. Oddając sprawiedliwość panu Maspero, trzeba przyznać, że był to głównie wynik uporu Emersona. Rozwścieczył dyrektora, odmawiając udostępnienia turystom grobowca Tetiszeri, naszego wielkiego odkrycia, w dodatku wyraził tę odmowę w wyjątkowo przykrych słowach. Maspero odpłacił mu się, nie wyrażając zgody na podjęcie nowych poszukiwań w Dolinie Królów, i dolał jeszcze oliwy do ognia, proponując, żebyśmy oczyścili do końca mniejsze groby, znajdujące się w Dolinie. Większość z tych miejsc odkryli już inni archeolodzy i było raczej pewne, że nie ma w nich niczego ciekawego.

Oddając jednak sprawiedliwość Emersonowi, trzeba przyznać, że miał wszelkie podstawy, by oczekiwać od Maspero szczególnych względów, przekazaliśmy bowiem całą zawartość grobowca Tetiszeri Muzeum Kairskiemu, rezygnując z części skarbu zwyczajowo należnej znalazcy. Miało to zresztą niekorzystny wpływ na nasze stosunki z British Museum, którego zarząd oczekiwał od nas podobnego gestu. Ale Emerson dbał o jego opinię równie mało, co o przychylność Maspero.

Rozsądny człowiek wycofałby się w tej sytuacji i poprosił o pozwolenie podjęcia prac wykopaliskowych gdzieś indziej. Emerson jednak nie jest rozsądny. Z ponurą determinacją, sypiąc obficie przekleństwami, realizował zlecone nam prace, choć wszyscy mieliśmy ochotę wyć z nudy. Przebadał już kilkanaście małych grobów, a według moich obliczeń było ich jeszcze drugie tyle.

– W takim razie pójdę do niego sama – oznajmiłam.

– Nie ma mowy!

Zauważyłam z satysfakcją, że nasza mała sprzeczka (wraz z kilkoma filiżankami mocnej kawy) wytrąciła Emersona z jego zwykłego porannego letargu. Siedział wyprostowany, uniósłszy ramiona i zacisnąwszy dłonie. Na jego policzki wystąpił dodający mu wdzięku rumieniec, a mocny podbródek drżał lekko. Uznałam, że przekonywanie go jest stratą czasu.

– Jakie macie plany na dzisiaj, moi kochani? – zwróciłam się do dzieci.

Ramzes, rozparty na kanapie w pozycji równie gnuśnej jak Emerson, zanim go rozbudziłam, wzdrygnął się i wyprostował.

– Słucham…? Co powiedziałaś, mamo?

– Jesteś dzisiaj jakiś rozleniwiony – zganiłam go. – Nefret także wygląda, jakby w ogóle nie spała. Czy to jeden z twoich koszmarów nie dał ci zasnąć, kochanie?

– Nie, ciociu Amelio – odparła i przysłoniła dłonią usta, skrywając ziewnięcie. – Późno się położyłam. Uczyłam się.

– To godne pochwały, ale musisz się wysypiać. Chciałabym też, byś poświęcała trochę więcej czasu porannej toalecie. Powinnaś związać włosy, bo wiatr zawiewa ci je na twarz. A ty, Ramzesie, masz porozpinaną koszulę. Tylko David wygląda… co to za ślad na twojej szyi, mój drogi? Skaleczyłeś się?

Dłoń Davida powędrowała do szyi, ale choć jego koszula była bardzo starannie zapięta, moje wprawne oko nie dało się zwieść.

– Brzytwa mi się ześliznęła, ciociu Amelio – odparł.

– No właśnie… Niewyspany człowiek staje się ociężały i niezdarny. Brzytwy to niebezpieczne instrumenty, a ty…

Musiałam przerwać, bo łoskot silników turystycznego parowca zagłuszył moje słowa. Emerson zdołał go jednak przekrzyczeć.

– Piekło i szatani! Im szybciej się stąd wyniesiemy, tym lepiej! Porozmawiam z raisem Hassanem.

Hassan jednak poinformował go, że wyruszenie przed czwartkiem, czyli za dwa dni, jest niemożliwe, i Emerson musiał się z tym pogodzić, ale kiedy wyruszaliśmy do muzeum, wciąż mamrotał pod nosem przekleństwa.

To, że odmówił spotkania się z panem Maspero, właściwie mnie ucieszyło, bo takie spotkanie mogło jedynie pogorszyć sytuację. Postanowiłam pójść do dyrektora z Nefret, która była z nim w doskonałych stosunkach. Francuscy dżentelmeni zazwyczaj są w doskonałych stosunkach z ładnymi młodymi kobietami.

Zostawiliśmy Emersona z chłopcami w Salle d’Honneur, a same poszłyśmy do części biurowej, mieszczącej się w północnym skrzydle budynku. Maspero już nas oczekiwał. Pocałował każdą z nas w rękę i obdarzył swymi zwykłymi komplementami, które – uczciwość nakazuje mi to przyznać – nie były całkiem niezasłużone. Nefret, w białych rękawiczkach i kapeluszu ze wstążkami, wyglądała jak prawdziwa dama, a elegancka suknia z zielonego muślinu podkreślała jej smukłą figurę i blask rudozłotych włosów. Ja miałam na sobie nową suknię i zamieniłam ciężką „roboczą” parasolkę na inną, dobraną do mojego stroju. Jak wszystkie moje parasolki, także i ta miała mocną stalową rączkę i ostry szpic, lecz jej użytkowy charakter maskowały koronki i frędzle.

Kiedy lokaj podał herbatę, przeprosiłam naszego gospodarza za Emersona.

– Za dwa dni opuszczamy Kair, panie Maspero, i mój mąż ma mnóstwo pracy. Prosił, bym przekazała panu jego pozdrowienia.

Maspero był zbyt inteligentny, żeby w to uwierzyć, i zbyt układny, by się do tego przyznać.

– Mam nadzieję że i pani przekaże ode mnie profesorowi wyrazy szacunku – odparł.

Francuzi lubują się w długich, formalnych grzecznościach niemal tak samo jak Arabowie, więc dopiero po dłuższej chwili zdołałam przejść do celu mej wizyty. Nie liczyłam na pozytywną odpowiedź, toteż nie byłam zaskoczona – choć trochę rozczarowana – gdy uśmiech zniknął z jego twarzy.

– Chère madame, uczyniłbym wszystko co w mojej mocy, by panią zadowolić, lecz musi pani zrozumieć, że jest niemożliwością, bym udzielił profesorowi zezwolenia na nowe wykopaliska w Dolinie Królów. Koncesję na to posiada pan Theodore Davis i nie mogę mu jej odebrać, zwłaszcza że ma wyjątkowe szczęście w odkrywaniu nowych grobowców. Czy oglądała pani przedmioty wydobyte przez niego w ubiegłym roku z grobu rodziców królowej Tei?

– Tak – odparłam.

– Panie Maspero, to przecież wielka szkoda – powiedziała Nefret i nachyliła się ku niemu. – Profesor jest najznakomitszym archeologiem w Egipcie, a marnuje czas na te małe, nudne groby…

Maspero spojrzał z admiracją w jej szeroko otwarte błękitne oczy, ale pokręcił głową.

– Nikt nie żałuje tego bardziej ode mnie, mademoiselle – odparł. – Nikt nie ceni bardziej ode mnie talentów pana Emersona. Ale decyzja należy do niego. W Egipcie mamy setki grobowców i wszystkie są do jego dyspozycji – z wyjątkiem Doliny Królów…

Rozmowa dobiegła końca i znowu ucałowano nasze dłonie.

– Niech to diabli – mruknęła Nefret, gdy zmierzałyśmy do Sali Mumii, gdzie umówiłyśmy się z moim mężem i chłopcami.

– Nie przeklinaj – upomniałam ją automatycznie.

– Nie przeklinam. Ale cóż to za zatwardziały człowiek, ten Maspero.

– To nie do końca jego wina – stwierdziłam. – Oczywiście przesadza, gdy mówi, że Emerson może wziąć każdy teren w Egipcie, bo wiele z nich zostało już komuś przypisanych. Ale są inne, choćby w regionie Teb. To przez ten przeklęty upór mojego męża tkwimy wciąż przy tych nudnych pracach. Gdzież oni są, u diabła?

Znaleźliśmy ich w końcu tam, gdzie się domyślałam, że mogą być – dumających ponuro nad kolekcją znalezisk Davisa, o której wspomniał Maspero, czy raczej, by być dokładnym, znalezisk pana Quibella, zastępującego go w tym czasie. Odkryli oni grób, który przetrwał do naszych czasów z niemal nietkniętą zawartością. Znalezione w nim eksponaty nie dorównywały oczywiście tym, które znajdowały się w grobowcu królowej Tetiszeri. Juja i Tuja byli zwykłymi ludźmi, ale ich córka została królową, pierwszą żoną Amenhotepa III, toteż wyposażenie ich grobu zawierało wiele podarków od królewskiej rodziny.

– Aa, tutaj jesteś, mój drogi – powiedziałam. – Mam nadzieję, że nie czekałeś zbyt długo.

Emerson był w tak podłym nastroju, że nie zauważył mojego sarkazmu.

– Czy wiesz, ile zabrało Davisowi opracowanie tego grobu? – zapytał. – Trzy tygodnie! A my spędziliśmy przy grobie Tetiszeri trzy lata! Człowiek zaczyna się zastanawiać…

– W pełni się z tobą zgadzam, mój drogi – ucięłam jego tyradę – ale pora na lunch. Gdzie David i Ramzes?

– Poszli oglądać papirusy – odparł Emerson i machnął ręką w stronę drzwi.

Chociaż organizacja ekspozycji przez pana Maspero pozostawiała wiele do życzenia, większość papirusów zgromadził w jednej sali. Ramzes z Davidem pogrążeni byli w kontemplacji jednego z najświetniejszych – papirusu pogrzebowego, sporządzonego dla królowej z dwudziestej pierwszej dynastii.

„Księga umarłych” to współczesna nazwa. Ten starożytny zbiór zaklęć, mający odpędzać niebezpieczeństwa, grożące ludziom ze strony świata pozagrobowego, i prowadzący zmarłego ku życiu wiecznemu, nazywano bardzo różnie: „Księgą Tego, Co Jest w Zaświatach”, „Księgą Wrót”, „Księgą Wychodzenia za Dnia” i tak dalej. Owe ochronne formułki często uwieczniano na trumnach lub na ścianach grobowców. Później wypisywano je na papirusach i ozdabiano malunkami, które ukazywały różne etapy pośmiertnej drogi zmarłego do raju. Długość zwoju, a tym samym jego skuteczność, zależała od sumy pieniędzy, jaką kupujący był w stanie zapłacić. Tak więc nieśmiertelność też można było sobie zapewnić za pieniądze. Nie szydźmy jednak z niewinnych pogan, drogi Czytelniku. Średniowieczny Kościół również sprzedawał odpusty i modlitwy za zmarłych, a i wśród nas są dzisiaj ludzie, którzy wspierają instytucje religijne w nadziei odpuszczenia kary za grzechy.

Ale do rzeczy. Z historią, którą tu przedstawiam, bardziej wiąże się pochodzenie niektórych z tych papirusów. Grzebano je razem ze zmarłym, czasem umieszczając je przy boku lub między nogami mumii. Zwój, który badali chłopcy, pochodził z Deir el Bahari. Mumie wielu osobistości z rodów królewskich przeniesiono z ich pierwotnych, splądrowanych grobów i ukryto w rozpadlinie na wzgórzach pod Tebami, gdzie doczekały nienaruszone aż do lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Odkryli je dopiero rabusie grobów z wioski Gurna na Zachodnim Brzegu, którzy sprzedawali potem przez kilka lat różne pochodzące z nich eksponaty na czarnym rynku. W końcu jednak Departament Starożytności wpadł na ich trop i zmusił do wskazania pierwotnego miejsca pochówku. Sponiewierane, zbezczeszczone mumie i pozostałości ich grzebalnego wyposażenia przeniesiono do muzeum.

Nefret przyłączyła się do chłopców. Musiała dać Ramzesowi kuksańca, żeby się odsunął, po czym nachyliła się nad gablotą i wbiła wzrok w papirus.

– Jest o wiele ciemniejszy od… innych, które widziałam – oświadczyła.

– Zawsze ciemnieją, kiedy się je wystawi na działanie światła, zwłaszcza w takich warunkach jak tutaj – burknął Emerson. – Ta gablota jest równie brudna wewnątrz, co z zewnątrz. Ten idiota Maspero…

– To dwudziesta pierwsza dynastia – wtrącił David. – Te papirusy są zazwyczaj ciemniejsze od wcześniejszych.

Powiedział to z pewnością siebie, którą okazywał jedynie wtedy, gdy wypowiadał się na temat swojej specjalności. Słuchaliśmy go z respektem, jakiego w takich razach oczekiwał. Gdy skończył mówić, odsunął się, bym mogła podejść do gabloty.

– Jest bardzo piękny – stwierdziłam. – Takie papirusy kojarzą mi się zawsze ze średniowiecznymi manuskryptami. Te same długie linijki eleganckiego pisma, te same malowane miniatury… A ta scena przedstawia ważenie serca zmarłego za pomocą symbolu prawdy… cóż za czarująco naiwna koncepcja! Anubis prowadzi królową, w koronie i najpiękniejszym stroju, do komnaty, w której siedzi na tronie Ozyrys. Tot, boski skryba o głowie ibisa, trzyma w pogotowiu pióro, czekając na ogłoszenie werdyktu. Za nim stoi Ammut, gotowa pożreć duszę, która nie przejdzie sprawdzianu.

– Dla kogo właściwie wygłaszasz ten wykład, Peabody? – przerwał mi Emerson. – Turystów tu nie ma, a wszyscy obecni są równie dobrze obeznani z tematem, jak i ty.

Nefret próbowała oczywiście taktownie złagodzić tę krytyczną wypowiedź (chociaż po prawdzie nigdy sobie nie biorę do serca sarkazmu Emersona).

– A ten milutki mały pawian, siedzący na szczycie wagi… to także Tot, prawda? – zapytała. – Ale czemu pojawia się dwukrotnie w tej samej scenie?

– Kochanie, teologia starożytnych Egipcjan to istny galimatias – odparłam. – Małpa u góry wagi, a w innych przedstawieniach obok niej, jest jednym z symboli Tota, wątpię jednak, by nawet mój uczony mąż umiał wyjaśnić, co ona tam robi.

Emerson wydał z siebie jakieś burknięcie i Nefret pospiesznie ujęła go pod ramię.

– Jestem okropnie głodna – oznajmiła. – Może byśmy już poszli na lunch?

Pociągnęła mojego męża za sobą, a ja z chłopcami ruszyłam ich śladem. Ramzes podał mi ramię z rzadko u niego spotykaną kurtuazją.

– Zgrabnie to przeprowadziła – zauważył. – Ojciec wskoczyłby do paszczy krokodyla, gdyby go o to poprosiła. Naprawdę nie powinnaś go prowokować, mamo, kiedy jest tak poirytowany.

– To on zaczął – odparłam i roześmiałam się, tak dziecinnie to zabrzmiało. – Kiedy odwiedza muzeum, zawsze popada w rozdrażnienie.

– A co powiedział Maspero? – zapytał Ramzes. – Jestem pewien, że próbowałyście z Nefret zmienić jego nastawienie.

– Powiedział „nie” i ma do tego prawo, jak sądzę. Skoro już dał zezwolenie na prowadzenie wykopalisk panu Davisowi, nie może go unieważnić bez sensownego uzasadnienia. Nie pojmuję, dlaczego twój ojciec tak się upiera przy Dolinie. Przecież to tak, jakby sam sobie sypał sól na ranę. Ciśnienie mu skacze za każdym razem, kiedy Davis dokonuje nowego odkrycia. Grobowiec Tetiszeri to osiągnięcie mogące dowartościować każdego archeologa, ale znasz ojca. Sporo czasu już upłynęło, odkąd natrafiliśmy na jakiś znaczący obiekt, i Emerson byłby zachwycony, mogąc znów się pochwalić znaleziskiem wysokiej klasy.

– Hmm… – mruknął Ramzes i zamilkł.

4

Przedstawiłam oczywiście Emersonowi propozycję Maspero i zapytałam:

– Co byś powiedział na Abusir, mój drogi? Albo Medum? Na Saharze są całe obszary wręcz proszące się o wykopaliska.

– Tak ochoczo chcesz opuścić nasz dom w Luksorze, Peabody? Zbudowaliśmy go z myślą o skoncentrowaniu się na tamtym rejonie. Do diaska, przysiągłem, że dokończę tę robotę, i oburzają mnie twoje ciągłe próby… – Ale po chwili jego twarz złagodniała i dodał burkliwie: – Wiem, jak bardzo tęsknisz za piramidami, moja droga. Zgódź się na jeszcze tylko ten jeden sezon, a potem zobaczymy. Czy taki kompromis cię zadowala?

W mojej opinii nie był to żaden kompromis, bo Emerson nie przyrzekł niczego konkretnego. Usatysfakcjonowały mnie jednak przejawy uczucia, towarzyszące tej wypowiedzi, wyraziłam więc zgodę i temat został zarzucony – przynajmniej na razie.

Nasza rozmowa miała miejsce w hotelu Shepheard’s, moim ulubionym. Emerson przystał łaskawie, byśmy pomieszkali w nim kilka dni przed opuszczeniem Kairu, a pretekst do tego był taki, że łatwiej mi będzie przygotować tam moje coroczne przyjęcie. Tak naprawdę jednak, choć przyznawałam to z niechęcią, nasza dahabija stała się zbyt ciasna i niewygodna dla powiększonej rodziny. Były tam tylko cztery kajuty i jedna łazienka, a ponieważ wszyscy byliśmy zaangażowani w prace naukowe, salon zastawiony był biurkami i zarzucony książkami i notatkami. Nie było nawet gdzie usiąść do obiadu. Fatima nie mogła spać na dolnym pokładzie z załogą, trzeba więc było oddać jej jedną kajutę. (Chciała spać na korytarzu lub na podłodze w pokoju Nefret, lecz oba te rozwiązania nie wchodziły w grę). Ramzes musiał wobec tego dzielić kajutę z Davidem i nie sądzę, bym musiała opisywać stan tego pomieszczenia jakiejkolwiek matce młodych mężczyzn. Żeby się dostać do łóżka, trzeba było brnąć przez zwały książek i rozrzuconych wszędzie części odzieży.

Musiałam więc w końcu uświadomić sobie smutną prawdę (Emerson jako mężczyzna w ogóle nie zauważał opisanych wyżej niedogodności). Kiedy byliśmy wszyscy razem, „Amelia” już nie mogła być dla nas odpowiednim mieszkaniem. Pomyślałam jednak, że ten stan nie będzie trwał w nieskończoność. David miał już dwadzieścia jeden lat i szybko zyskiwał renomę utalentowanego artysty i projektanta – i wkrótce mógł zapragnąć żyć na własny rachunek. Nefret z kolei z pewnością niebawem wyjdzie za mąż – dziwiło mnie, że nie zaakceptowała jeszcze żadnego z licznych starających się, którzy ją nieustannie oblegali. Ramzes zaś… cóż, chyba żadna istota ludzka nie potrafiłaby odgadnąć, co ten chłopak zamierza. Czułam dziwną pewność, że będzie to coś, co mi się nie spodoba, ale przynajmniej można było liczyć na to, że przedtem się wyprowadzi i zrobi to gdzieś poza domem. Ta perspektywa powinna się wydawać przyjemna… mieszkać znów tylko z Emersonem, bez tych kochanych, lecz jakże absorbujących młodych ludzi – to było kiedyś moje marzenie. I oczywiście nadal jest…

Odbywszy z panem Baehlerem rozmowę na temat przygotowań do przyjęcia, poszłam odpocząć na tarasie, czekając, aż Emerson i Nefret przyjdą na herbatę. Na bezchmurnym niebie świeciło słońce, rozpłomieniając fezy i obszyte złotem kamizelki dragomanów, zgromadzonych przy schodach hotelu. Lekki wietrzyk przyniósł do moich wdzięcznych nozdrzy woń róż i jaśminu z wózków kwiaciarzy. Nawet turkot kół i pokrzykiwania dorożkarzy oraz porykiwanie osłów i wielbłądów sprawiały mi przyjemność, były to bowiem odgłosy Egiptu, święte dla mnie, bliskie i ukochane. Emerson oświadczył, że musi udać się do Instytutu Francuskiego, a Nefret powiedziała, że wybiera się na zakupy. Przez wzgląd na to, co z upodobaniem nazywała moimi staroświeckimi zasadami, zabrała ze sobą Fatimę. Chłopcy też gdzieś zniknęli. Nie mieli już zwyczaju tłumaczyć mi się ze swych poczynań, nie przypuszczałam jednak, by robili coś, czego nie powinni. Dlaczego więc nękały mnie nieprzyjemne przeczucia, a mój umysł błądził niespokojnie?

Przeczuć tych nie pobudzały bynajmniej myśli o moim starym adwersarzu oraz (jak on sam twierdził) wielbicielu, Mistrzu Występku. Emerson już nawykowo uważał, że człowiek ten stoi za każdym niebezpiecznym czy tajemniczym zdarzeniem. To, że się zwykle mylił, wcale nie pomniejszało jego podejrzeń i wiedziałam (choć usiłował to przede mną ukryć), że buszuje po bazarach i kawiarniach Kairu, szukając dowodów na to, iż Sethos podąża naszym śladem.

Ja jednak miałam powody sądzić, że tym razem tak nie jest. Zresztą właśnie ta pewność była jedną z przyczyn mojego niezadowolenia. Po raz pierwszy od lat nie czekała nas żadna ciekawa przygoda, nie mogłam nawet liczyć na list z pogróżkami od nieznanego złoczyńcy! Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo przywykłam do tego rodzaju wydarzeń. Przyznaję, że zazwyczaj nasze przygody zabawniej było wspominać, niż je przeżywać, lecz kiedy mam wybierać pomiędzy niebezpieczeństwem i nudą, zawsze wybiorę to pierwsze. Tak więc czułam pewne zniechęcenie, tym większe, że i same wykopaliska nie zapowiadały się zbyt ekscytująco.

Spojrzałam na zegarek. Nefret jeszcze nie była spóźniona, zresztą nie umówiłyśmy się na konkretną godzinę, powinna jednak już tu być. Postanowiłam jej poszukać.

Kiedy zapukałam do drzwi jej pokoju, nikt nie odpowiedział i sądziłam, że dziewczyna jeszcze jest w mieście. Jednak gdy już odwracałam się, drzwi uchyliły się i pojawiła się w nich jej twarz. Nefret wyglądała na lekko zmieszaną.

– Ach, to ty, ciociu Amelio – powiedziała. – Czy chcesz już siadać do herbaty?

– Chcę i czekam na ciebie od kwadransa – odparłam, stając na palcach i próbując dojrzeć, co się dzieje w pokoju, skąd dobiegały jakieś dziwne odgłosy. – Czy ktoś u ciebie jest? Może Fatima?

– Ee… nie. – Usiłowała zniechęcić mnie do wejścia spojrzeniem, lecz oczywiście nie miała szans, więc z lekkim uśmieszkiem odsunęła się od drzwi. – To tylko Ramzes z Davidem.

– Nie rozumiem, czemu to taka tajemnica – zdziwiłam się. – Witajcie, chłopcy. Czy przyjdziecie na herbatę?

Obaj stali, ale jeden z pewnością leżał przedtem na łóżku, bo kapa była zmięta. Darowałam sobie komentarz, ponieważ byli należycie ubrani – choć Ramzes nie miał na szyi krawata, którego nie było też nigdzie w zasięgu wzroku.

– Witaj, mamo – powiedział mój syn. – Oczywiście, chętnie napijemy się z tobą herbaty, jeśli sobie życzysz.

– Owszem, życzę sobie. Ale gdzie twój krawat? Znajdź go i załóż, zanim zejdziesz na dół.

– Dobrze, mamo.

– Spotkamy się na tarasie.

– Dobrze, mamo.

– Za pół godziny.

– Dobrze, mamo.

Z manuskryptu H

Nefret zamknęła drzwi, odczekała pół minuty i znowu je uchyliła, wyglądając na korytarz.

– Poszła.

– Myśleliście, że będzie podsłuchiwać pod drzwiami? – zapytał David.

Nikt mu nie odpowiedział. Ramzes starannie wygładził kapę na łóżku, a z jego ust wydobyło się westchnienie ulgi.

– Tym razem nic się nie stało – powiedział. – Ale nie możemy dłużej działać w ten sposób.

– Już więcej tak nie zrobimy – odparła Nefret. – Ale musieliśmy przecież przyjrzeć się lepiej papirusowi, a nie mogliśmy tego zrobić na łodzi. Nasze kajuty są zbyt ciasne, poza tym Fatima ciągle przychodzi zapytać, czy czegoś nie potrzebuję. Mądrze zrobiłeś, Ramzesie, namawiając ciotkę Amelię na przeprowadzkę do hotelu.

– Matce się wydaje, że to jej pomysł – mruknął Ramzes.

David zaprojektował i skonstruował pojemnik, dzięki któremu można było oglądać po jednym dwunastocalowym fragmencie zwoju, przewijając papirus z jednego końca do drugiego. Oglądaliśmy właśnie tę samą scenę, którą widzieliśmy na papirusie w muzeum – ważenie duszy – lecz przedstawioną o wiele bardziej wyraziście i zarazem subtelniej. Kandydatka do raju stała przed wagą, jej smukła sylwetka prześwitywała poprzez białą, lnianą suknię. Na jednej szali wagi leżało serce zmarłej – siedlisko uczuć i sumienia – na drugiej zaś pióro Maata, symbol prawdy, sprawiedliwości i ładu. Los człowieka, którego uznano za winnego, był przerażający. Zjadała go Ammut – Pożeraczka Dusz, potwór o głowie krokodyla, korpusie lwa i zadzie hipopotama.

– Tak oczywiście nigdy się nie działo – powiedział Ramzes – ponieważ zmarłego chronił papirus, nie tylko zapewniając pomyślny rezultat ważenia, lecz również…

– Nie mam ochoty słuchać wykładu o religii Egiptu – przerwała mu Nefret. – Ten zwój przypomina papirus królowej, lecz jest znacznie dłuższy i piękniej wykonany.

– Jest starszy od niego o dwieście lat – przypomniał jej David. – Pochodzi z dziewiętnastej dynastii. Papirusy z tego okresu mają jaśniejsze barwy i są mniej kruche od tych późniejszych. Chyba go nie uszkodziliśmy, ale Ramzes ma rację, że powinniśmy trzymać go w zamknięciu i więcej nie odwijać.

– Mam wątpliwości, czy nam się to uda – mruknął Ramzes.

– To znaczy?

– W zwykłych okolicznościach oczywiście zgodziłbym się, że trzeba go jak najmniej ruszać. Coś mi jednak mówi, że ktoś chciałby go nam odebrać. Dlatego powinniśmy sporządzić kopię.

– Bzdura – obruszyła się Nefret. – Minęły już trzy dni i nikt nas nie niepokoił.

– Poza pływakiem, którego przedwczoraj wieczorem widział Mohammed.

– Zdawało mu się albo to zmyślił, żeby dać dowód swojej czujności, bo profesor przyłapał go wcześniej, jak spał na służbie.

– Może i tak. Ale mimo wszystko uważam, że warto zrobić kopię. Jak długo by potrwało sfotografowanie zwoju, Davidzie?

– Wiele godzin – odparł jego przyjaciel. – A może nawet dni. Gdzie mam zainstalować ciemnię? Jak ukryjemy to przed ciotką Amelią? Co będzie, jeśli uszkodzę papirus? I jak…

– Szczegóły dopracujemy później – oświadczyła Nefret, z właściwą sobie nonszalancją przechodząc nad tymi trudnościami do porządku dziennego. – Ja ci pomogę. Jak sądzisz, skąd ten zwój pochodzi?

– Z Teb – powiedział Ramzes. – To była księżniczka, jedna z córek Ramzesa Drugiego. A skąd wziął się w Tebach, to kwestia otwarta.

– Może z Doliny Królów? – zasugerował David.

– Z Deir el Bahari? – Nefret spojrzała na niego zaskoczona. – Przecież to miejsce pochówku opróżniono już dawno temu. Mumie i inne obiekty są w muzeum.

– Nie wszystkie – odparł David, zamykając pokrywę pojemnika. – Na pewno pamiętasz tę historię, Nefret… Rodzina Abd er Rassul, zanim ją przyłapano, sprzedała część znalezisk kolekcjonerom i handlarzom. Całkiem możliwe, że nie wszystkie potem ujawniono.

– To raczej pewne, że nie wszystkie – wtrącił Ramzes.

Zapadło milczenie.

– Dlaczego nie powiesz wprost tego, co myślisz? – zapytała po chwili Nefret, zwracając się do Ramzesa. – Sethos działał w tym samym okresie, kiedy Abd er Rassulowie potajemnie handlowali znaleziskami ze Skrytki Królewskiej. Załóżmy, że jednym z jego nabytków był papirus księżniczki…

– Oczywiście taka ewentualność również przyszła mi do głowy – oświadczył Ramzes.

– Oczywiście! – Głos Nefret aż kipiał sarkazmem. – I co, może myślałeś, że zacznę krzyczeć na sam dźwięk tego imienia?

– To było tylko domniemanie, nic więcej. Sprawdziliśmy każdego handlarza w Kairze i nie pojawił się nawet cień dowodu, że Mistrz, jak się go tu nazywa, powrócił do miasta. Czegoś takiego nie dałoby się utrzymać w tajemnicy. Możesz nie wiedzieć, gdzie ukryto trupa, ale z pewnością poczujesz jego smród.

– Cóż za elegancka metafora! – sarknęła Nefret.

– Nie uszłoby to naszej uwagi – mówił dalej Ramzes. – Ale pozostaje faktem, że posłużono się tym zwojem, żeby nas zwabić w pułapkę. Jeśli stoi za tym Sethos, to zapewne nie my jesteśmy jego głównym celem. Jest nim matka. Próba uprowadzenia jej w Londynie nie powiodła się, postanowił więc dostać jedno z nas lub wszystkich, żeby w ten sposób dosięgnąć i jej.

– Mnie też to przyszło do głowy – oświadczyła Nefret. – Profesor nie spuszcza jej z oka od czasu tego napadu w Londynie. Zresztą nawet ktoś taki jak ona miałby dość rozsądku, żeby nie zapuszczać się samotnie nocą do Starego Miasta.

– W przeciwieństwie do nas – zauważył kwaśno Ramzes. – Gdyby jednak uznała, że któreś z nas jest w niebezpieczeństwie, poszłaby do samego piekła, wywijając tą swoją parasolką.

– To prawda – przyznał David. – Poszłaby.

Nagle wzdrygnął się, słysząc jakiś odgłos z korytarza. Nefret ze śmiechem poklepała go po ręce.

– To tylko ten niemiecki hrabia, który zajmuje apartament w końcu korytarza. Zawsze ryczy jak hipopotam. Bałeś się, że to ciotka Amelia wraca?

– Wróci, jeżeli się nie pospieszymy – mruknął Ramzes. – Podaj mi to pudło, siostrzyczko.

– Wsuń je pod łóżko, tam nigdy nie zamiatają – poradziła mu Nefret i podeszła do lustra, by doprowadzić do porządku włosy.

– Wolę go nie zostawiać u ciebie. Jeżeli ktoś go szuka…

– Będzie szukał w pokoju twoim lub Davida – oświadczyła Nefret. – Nawet jeżeli was rozpoznano, najpewniej nikt się nie domyślił, że to ja byłam tą twoją… jak brzmiało to interesujące określenie?

– Małą gazelą – przypomniał jej Ramzes i uśmiechnął się. – O tym drugim zapomnijmy.

– Hmm… Czy muszę się przebierać? – Wygładziła bluzkę i obciągnęła spódnicę na biodrach, przyglądając się krytycznie swemu odbiciu w lustrze.

– Moim zdaniem jesteś odpowiednio ubrana – stwierdził Ramzes.

– Dziękuję. A gdzie twój krawat?

Znaleźli go pod łóżkiem, gdy Ramzes uklęknął, by schować tam papirus. Nie zgodził się, by Nefret mu go zawiązała, włożyła więc kapelusz i David otworzył drzwi.

– Kiedy zamierzacie wyjawić wszystko profesorowi i ciotce Amelii? – zapytał z niepokojem. – Papirus tak naprawdę jest własnością fundacji, a oni są członkami jej zarządu. Będą wściekli, kiedy się dowiedzą, że go przed nimi ukrywaliśmy.

– Oni też wiele przed nami ukrywają, czyż nie? – burknął Ramzes. Pozostał z tyłu, by móc oddawać się przyjemności patrzenia na idącą przed nim dziewczynę. Twierdziła, że robi się nerwowa, kiedy się jej przygląda niczym okazowi pod lupą. Ale była tak piękna, z każdej strony i w każdym szczególe, że nie mógł się powstrzymać. Skłon jej głowy pod kapeluszem, muskające szyję kędziory, szczupłe ramiona, wąska talia, krągłe biodra i… dobry Boże, z każdym dniem jest coraz gorzej, pomyślał Ramzes i zmusił się do skupienia na słowach Davida.

– Wcale mi się nie podoba, że ich oszukuję – mówił jego przyjaciel. – Tak wiele im zawdzięczam…

– Nie musisz czuć się winnym – odparł Ramzes. – I tak wszystko będzie na mnie, zawsze tak jest. Nie ujawniajmy niczego, dopóki nie wyjedziemy z Kairu. Ojciec urządziłby straszliwą awanturę panu Maspero za to, że nie zlikwidował czarnego rynku starożytności, a matka natychmiast chwyciłaby parasolkę i pobiegła szukać Yussufa Mahmuda.

– A ty go przypadkiem nie szukałeś? – spytała Nefret.

– Nie jako Ali Szczur. Ustaliliśmy, że ta postać musi na jakiś czas zniknąć ze sceny.

– Nie jako Ali Szczur? – Nefret odsunęła się od Davida i natarła na Ramzesa. – Do diaska, przecież dałeś mi słowo!

– I nie złamałem go. Ale wiesz doskonale, że odnalezienie Mahmuda to nasza jedyna szansa na określenie pochodzenia zwoju!

– Przestań ją drażnić, Ramzesie – powiedział David, biorąc Nefret pod rękę. – Wy dwoje potraficie doprowadzić każdego normalnego człowieka do obłędu. Żeby krzyczeć na siebie w miejscu publicznym!

– Ja wcale nie krzyczałam – burknęła Nefret, pozwoliła mu się jednak prowadzić. – Ale przy Ramzesie nawet święty straciłby cierpliwość, a ja nie jestem świętą. Coście znowu wykombinowali?

– Udawaliśmy, że chcemy kupować starożytności – odparł David. – Ramzes grał bardzo bogatego i głupiego turystę, a ja byłem jego wiernym dragomanem.

– Turystę… – powtórzyła Nefret i odwróciła się nagle.

Ramzes zachwiał się i omal na nią nie wpadł. Pogroziła mu palcem.

– Chyba nie tego głupkowatego Anglika o włosach koloru słomy, który popatrzył na mnie przez monokl i powiedział…

– …”Na Jowisza, cóż to za piękna młoda niewiasta” – dokończył Ramzes, naśladując głos głupkowatego Anglika.

Nefret pokręciła z dezaprobatą głową, lecz mimo woli się uśmiechnęła.

– I czego się dowiedzieliście? – zapytała.

– Że pozbawiony skrupułów bogaty turysta może zdobyć każdy zabytek, jaki zechce. Nie zaoferowano nam jednak niczego tej klasy co nasz papirus, mimo że kręciłem nosem na wszystko, co mi prezentowano, i domagałem się czegoś lepszego. Yussuf Mahmud zapadł się pod ziemię, chociaż zwykle jest pierwszy do żerowania na naiwnych turystach.

– Zamordowali go – szepnęła Nefret.

– Albo się gdzieś ukrył – odparł Ramzes. – Przymknij się, Nefret, bo moja matka usłyszy słowo „morderstwo” z odległości mili.

Chociaż wszystko zostało przygotowane jak należy, doroczne przyjęcie nie sprawiło mi takiej przyjemności jak zazwyczaj. Zabrakło wielu starych przyjaciół, którzy odeszli w mroki wieczności lub wyjechali z Egiptu. Nie przyszedł Howard Carter. Nie było też Cyrusa Vandergelta z żoną, a świadomość, że wkrótce spotkamy się w Luksorze, nie całkiem wynagrodziła mi ich nieobecność. Szanowny pan Maspero oczywiście także był zaproszony, ale gdy wymówił się wcześniejszymi zobowiązaniami, poczułam ulgę. Choć wiem, że nierozsądnie jest czuć do niego niechęć, trudno mi było pozbyć się tego uczucia. Kiedy słuchałam, jak inni rozwodzą się z entuzjazmem nad swymi piramidami, mastabami i bogatymi w znaleziska cmentarzyskami, podczas gdy nas czekały kolejne nudne prace w pomniejszych grobowcach, moja złość na Maspero rosła.

Pan Reisner był uprzejmy zaprosić mnie do Gizy, gdzie miał koncesję na drugą i trzecią piramidę. Odmówiłam pod pretekstem, że nazajutrz wypływamy, lecz tak naprawdę nie chciałam po prostu cierpieć katuszy na widok czyichś piramid, gdy sama nie dostałam żadnej. Emerson, który słyszał naszą rozmowę, rzucił mi skrępowane spojrzenie, ale później nie wrócił już do tematu. Tej nocy okazywał mi swoje uczucia w sposób wyjątkowo namiętny. Ja również reagowałam z entuzjazmem, lecz w głębi serca czułam ziarenko irytacji. Jakież to typowo męskie, sądzić, że pocałunki i pieszczoty odwiodą kobietę od innych, poważniejszych spraw.

Nazajutrz zjedliśmy lunch w jednej z nowych restauracji. Przyłączyła się do nas Nefret, która udała się rano na dahabiję, by zabrać część swoich rzeczy.

– Czy to Ramzes? – zapytałam, patrząc na znajomą postać, która oddalała się w tempie sugerującym, że nie chce zostać rozpoznana. – Czemu się do nas nie przyłączy?

– Był ze mną – odparła Nefret – ale ma jakieś umówione spotkanie.

– Zapewne z jakąś młodą kobietą – mruknęłam z dezaprobatą. – Zawsze są wokół niego jakieś młode kobiety, choć nie rozumiem, dlaczego tak za nim biegają. Mam nadzieję, że to nie panna Verinder, która w ogóle nie posiada mózgu.

– Panna Verinder jest już nieaktualna – oświadczyła Nefret. – Zajęłam się tym. – Widząc moją minę, dodała szybko: – Czy widziałaś ten artykuł, ciociu Amelio?

Podała mi gazetę, niezbyt imponującą z wyglądu. Zostało z niej tylko kilka stron, czcionka była nieco zamazana, a papier tak cienki, że kruszył się w dłoniach. Nie czytam po arabsku tak biegle, jak mówię, lecz tytuł artykułu zrozumiałam bez trudności.

– „Młoda kobieta”… Skąd to masz?

– Od Fatimy. – Nefret ściągnęła rękawiczki i wzięła od kelnera kartę. – Poświęcam jej sporo czasu, pomagam podciągnąć się w angielskim.

– Wiem, kochanie – odparłam z czułością. – Jesteś dla niej bardzo dobra.

Nefret potrząsnęła głową tak energicznie, że aż zatrzęsły się kwiaty na jej kapeluszu.

– Nie robię tego z dobroci, ciociu Amelio – odparła – ale z poczucia winy. Kiedy widzę, jak rozjaśnia się twarz Fatimy, gdy wymawia nowe słowo, myślę o tysiącach innych arabskich kobiet, które mają podobne aspiracje, choć ani odrobiny tych możliwości, co ona – pogardzam sobą za to, że nie robię więcej.

Emerson serdecznie poklepał małą dłoń, leżącą na stole. Była zwinięta w pięść, jakby Nefret szykowała się do walki.

– Czujesz to samo, co czuje każdy przyzwoity człowiek, kiedy rozmyśla nad niesprawiedliwością tego świata – powiedział. – I jesteś jedną z nielicznych osób, którym doskwiera to na tyle, że próbują się temu przeciwstawić.

– To prawda – zgodziłam się z moim mężem. – Jeśli nie możesz zaświecić lampy, zapal choć małą świeczkę. Tysiące takich świeczek też może rozjaśnić bardzo dużą przestrzeń.

Emerson posłał mi krytyczne spojrzenie. Wiedziałam, że już żałuje chwilowego poddania się sentymentowi.

– Wolałbym, żebyś sobie darowała takie banalne sentencje, Peabody – powiedział. – Co to za gazeta?

– Redagowana przez kobiety i adresowana do kobiet – wyjaśniła Nefret. – Czyż to nie wspaniałe? Nie sądziłam, że takie rzeczy mogą się dziać w Egipcie.

– Działy się już niejednokrotnie – oświadczyłam.

Entuzjazm Nefret przygasł. Wszyscy, którzy dzielą się z innymi sensacyjnymi nowinkami, oczekują zwykle okrzyków zdumienia i podziwu. To naturalna skłonność człowieka i bardzo żałowałam, że zepsułam cały efekt.

– Nic dziwnego, że o tym nie słyszałaś – pocieszyłam Nefret. – Słyszeli tylko nieliczni, a większość z nich niestety nie pożyła zbyt długo. To pismo jest dla mnie nowością, choć ten sam tytuł – „Al Fatah” – miało już inne, publikowane przed kilku laty.

– Hmm… – mruknął Emerson, przyglądając się pierwszej stronie. – Niezbyt rewolucyjna retoryka. „Czarczaf to nie dolegliwość, która nas cofa w rozwoju. To raczej nasze szczęście”. Też coś!

– Na szczyt góry nie zawsze dociera się za jednym podejściem, mój drogi – odparłam. – Metoda drobnych kroków też bywa skuteczna. Przecież mnie rozumiesz, prawda?

– Być może – odparł krótko.

Uznałam za rozsądne skierowanie rozmowy na inne tory.

– Jak ta gazeta znalazła się w rękach Fatimy? – zapytałam Nefret.

– Rozdawano ją na kursach wieczorowych, na które uczęszcza. Czy wiedziałaś, ciociu Amelio, że Fatima uczy się co wieczór po zakończeniu pracy?

– Nie – przyznałam. – I wstydzę się tego. Powinnam więcej o niej wiedzieć. Kto prowadzi te kursy? Może któraś z misji?

– Organizuje je pewna dama z Syrii, pani Hashim. Robi to całkiem bezinteresownie, w dążeniu do poprawy losu tych kobiet.

– Chciałabym ją poznać.

– Naprawdę? – ucieszyła się Nefret. – Fatima nie śmiała cię o to poprosić, bo strasznie się ciebie boi, ale wiem, że byłaby zachwycona, gdybyśmy odwiedziły ją podczas lekcji.

– Obawiam się, że przed wyjazdem już nie będzie na to czasu. Dzisiaj spędzamy ostatnią noc w Kairze i zaprosiłam Rutherfordów na kolację. Postaram się złożyć wizytę pani Hashim przy następnej bytności w mieście. Wiesz, jak bardzo popieram takie przedsięwzięcia. Umiejętność czytania i pisania to pierwszy krok do emancypacji. Słyszałam o wielu takich małych prywatnych szkołach, prowadzonych przez panie bez rządowego wsparcia. W istocie zapalają one…

– Znowu wykład, Peabody – burknął mój mąż.

– Czy mogę wobec tego pójść dziś wieczorem z Fatimą? – zapytała Nefret. – Chciałabym dodać jej otuchy, a także przekonać się, jak prowadzone są te zajęcia.

– Ja nie mam nic przeciwko temu. A co ty sądzisz na ten temat, Emersonie?

– Zgadzam się – odparł. – I nawet wykażę poparcie dla sprawy, towarzysząc Nefret.

Wiedziałam doskonale, do czego zmierza. Nienawidzi formalnych kolacji i nie znosi Rutherfordów. Dalsza nasza dyskusja obfitowała w poirytowane okrzyki Emersona, zasugerowałam więc, abyśmy się wycofali do naszego salonu. Nefret przysiadła na poręczy fotela i objęła mojego męża za szyję.

– To bardzo miło z twojej strony, kochany profesorze, ale pańska obecność byłaby bardzo krępująca. To kurs wyłącznie dla kobiet… uczennice byłyby przerażone, widząc Ojca Przekleństw, a pani profesor musiałaby zasłonić twarz.

– Hmm… – wymamrotał Emerson.

– Zapowiedz swoją wizytę u pani Hashim przez posłańca – poradziłam Nefret. – Tego wymaga grzeczność.

Z kolekcji listów B

Powiadomiłam Ramzesa i Davida, dokąd się wybieram. Tym razem nie było to konieczne, chciałam się jednak trzymać naszych ustaleń, żeby nie dawać im pretekstu do ich omijania. Ramzes zaczyna się robić nerwowy jak stara ciotka – próbował wybić mi ten pomysł z głowy, ale go wyśmiałam. Wtedy oznajmił, że razem z Davidem idą ze mną. Mężczyźni potrafią być naprawdę męczący! Myślałam, że już nigdy nie wyjdziemy.

Profesor jest oczywiście kochany. Posłał taksówkę, żeby zabrała Fatimę z łodzi i zawiozła nas na lekcje. Biedaczka była zupełnie oszołomiona. Kiedy usiłowała mu podziękować, nie mogła w ogóle sformułować składnego zdania.

Profesor poczerwieniał i burczał jak zwykle, gdy usiłuje ukryć emocje lub zakłopotanie.

– Hmm… Gdybym był wiedział, że chodzisz do miasta na te wieczorne lekcje, Fatimo, postarałbym się, żeby cię zawożono – powiedział. – Powinnaś mieć więcej rozumu i nie poruszać się sama po ulicach o tej porze.

Ktoś, kto go nie zna, mógłby pomyśleć, że się złości, ale Fatima zna go bardzo dobrze. Jej oczy błyszczały spod czarnej zasłony niczym gwiazdy.

– Tak, Ojcze Przekleństw – szepnęła. – Słyszę cię i posłucham.

Emerson eskortował nas aż do taksówki i zagroził kierowcy najróżniejszymi nieprzyjemnościami, jeżeli będzie jechał zbyt szybko, zderzy się z innym pojazdem lub zabłądzi. To ostatnie nam nie groziło, bo Fatima doskonale znała drogę.

Dom, w którym odbywały się lekcje, stał przy Sharia Kasr el Eini. Była to nieduża rezydencja z niewielkim ogrodem, w którym rosły drzewa pieprzowe i palmy. Służący w galabii i fezie wskazał nam z ukłonem pokój po prawej.

Było to małe i marnie umeblowane pomieszczenie. Czekałyśmy dość długo. Wreszcie pojawiła się madame Hashim, wylewnie przepraszając nas za tę niedogodność.

Za młodu musiała być bardzo piękna. Jak wiele Syryjek, miała jasną cerę, łagodne brązowe oczy i delikatnie zarysowane brwi. Odziana była w suknię z czarnego jedwabiu, a na głowie miała habarę z tej samej tkaniny. Spod sięgającej do kostek sukni wystawały jednak modne sandały z pasków, a białą szyfonową zasłonę opuściła tak nisko, że okalała jej twarz niczym barbet średniowiecznej zakonnicy. Być może sama zacznę nosić coś takiego, kiedy się zestarzeję – pomaga ukryć drobne usterki urody w rodzaju obwisłego podbródka i zmarszczek na szyi.

Powitała mnie po francusku:

– C’est un honneur, mademoiselle. Ale spodziewałam się, że znamienita madame Emerson również przybędzie.

Wyjaśniłam jej w swojej kulawej francuszczyźnie, że znamienita madame Emerson była już umówiona wcześniej, ale przesyła pozdrowienia i ma nadzieję złożyć wizytę w przyszłości.

– Podzielam tę nadzieję – odparła pani Hashim. – Moja praca tutaj to niewielka rzecz, ale poparcie madame Emerson dla naszej sprawy byłoby bardzo cenne.

Otworzyła kolejne drzwi i wprowadziła nas do pokoju, w którym na podłodze siedziała gromadka kobiet. Razem z Fatimą było ich osiem – najmłodsze miały może dziesięć, dwanaście lat, a najstarszą była pomarszczona staruszka.

Usiadłam na krześle podsuniętym mi przez panią Hashim i przysłuchiwałam się z ciekawością przebiegowi lekcji. Kobiety czytały kolejno teksty z Koranu i z zadowoleniem stwierdziłam, że Fatima jest jedną z najlepszych. Niektóre czytały tak cicho, że ledwie je było słychać, być może speszone obecnością gościa. Starszej pani szło jak z kamienia, nie ustawała jednak w wysiłkach i odmawiała przyjęcia pomocy. Kiedy dobrnęła do końca wersetu, obdarzyła mnie bezzębnym uśmiechem triumfu. Odwzajemniłam go i nie wstydzę się przyznać, że łza zakręciła mi się w oku.

Lekcja trwała tylko czterdzieści minut, a kiedy uczennice wyszły, usiłowałam wyrazić madame mój podziw, ale jak zwykle, kiedy jestem wzruszona, brakowało mi francuskich słów. Podziękowałam jej za to, że mogłam przyjrzeć się lekcji, i życzyłam miłego wieczoru.

– Bardzo proszę, niech pani jeszcze nie idzie – powiedziała pani Hashim. – Może wypije pani ze mną herbatę i porozmawiamy?

Klasnęła w dłonie i wszedł służący. Ponieważ madame nie zasłoniła twarzy, byłam ciekawa, czy nieszczęsny chłopina nie został – jak to mawiała ciotka Amelia? – pozbawiony zdolności podejmowania pewnych czynności fizjologicznych. Obecnie prawo zabrania takich rzeczy, ale w przeszłości były powszechną praktyką. Mężczyzna nie miał jeszcze czterdziestki, był wysoki, a jego ciało składało się raczej z muskułów niż tłuszczu.

Madame już miała do niego przemówić, gdy nagle ktoś załomotał do frontowych drzwi. Nie miałam wątpliwości kto to taki.

– Do diaska… – zaczęłam. – Och… mille pardons, madame. Obawiam się, że to profesor Emerson. Nie należy do cierpliwych.

– A tak, słyszałam o tym – uśmiechnęła się pani Hashim. – Profesor jest tutaj oczywiście mile widziany.

Skinęła na służącego, który skłonił się i wyszedł. Jej biała szyfonowa boukra miała złote kółka, zahaczane o uszy. Podciągnęła ją i w tym momencie do pokoju wszedł nie profesor, lecz Ramzes z Davidem.

Miałam ochotę ich zamordować, ale trudno było nie poczuć dumy na widok obu moich chłopców. Prezentowali się naprawdę wspaniale. David jest zawsze schludny i zadbany, a Ramzes był w swoim najlepszym tweedowym garniturze. Zapomniał chyba kapelusza, bo miał zwichrzone włosy. Są mocno pofalowane i zazwyczaj zbyt długie, bo szkoda mu czasu na strzyżenie. Madame także, jak zdołałam dostrzec pomimo zasłony, odniosła pozytywne wrażenie. Przyjrzała się chłopcom dokładnie i zaprosiła Ramzesa gestem, by usiadł przy niej na dywanie.

– Ma chère madame – powiedział – nie zamierzamy zabierać pani cennego czasu, ale mojej siostry oczekują w hotelu na proszonej kolacji. Bardzo się jednak cieszę, że mogę wyrazić podziw, mój i moich rodziców, wobec pani zaangażowania dla sprawy, którą wszyscy wspieramy.

Ramzes mówi płynną idiomatyczną francuszczyzną, zresztą innymi językami także. Madame odpowiedziała mu, jak mi się wydawało, z lekkim rozbawieniem:

– Ach, więc i pan należy do wyznawców emancypacji kobiet?

– Trudno by było do nich nie należeć, szanowna pani.

– Naturellement. Miałam nadzieję, że namówię pańską matkę do napisania krótkiego artykułu dla naszego pisemka. Czy miał pan okazję je widzieć?

– Jeszcze nie, lecz zamierzam to uczynić. Przekażę pani prośbę matce. Z pewnością chętnie udzieli się waszemu ruchowi, i to nie tylko w tej formie. A teraz, jeśli pani wybaczy…

– Un moment, s’il vous plaît. – Madame sięgnęła za szyję i po chwili w jej rękach znalazł się złoty łańcuch z niewielkim rzeźbionym wisiorem. – Oto drobny dowód estymy, jaką darzę pańską znamienitą matkę – oświadczyła. – To emblemat naszej organizacji.

– Bardzo pani łaskawa – odparł Ramzes. – Widzę, że to bardzo starożytna rzecz… pawian, jeden z symboli Tota.

– Bardzo odpowiedni, n’est-ce pas? Małpa, siedząca obok wagi, na której ważone są ludzkie serca. Można by ją uznać za symbol sprawiedliwości.

– Być może.

Uznałam, że odpowiedź Ramzesa jest niezbyt uprzejma, poza tym już zbyt długo prowadził rozmowę sam. Sięgnęłam po ozdobę.

– To symbol sprawiedliwości, na którą kobiety w pełni zasługują – oświadczyłam. – I której kiedyś się doczekają! – dodałam. – Ja jej to przekażę, madame. Wiem, że będzie to dla niej cenna pamiątka.

– Zawieszę go pani na szyi, żeby się nie zgubił – oświadczyła pani Hashim.

Wisior był wykonany z czerwonobrunatnego kamienia i okazał się dziwnie ciężki.

Madame nie odprowadziła nas do wyjścia. Ogród przed domem wyglądał przepięknie w świetle księżyca i nocnych cieniach, przesyconych słodkim zapachem jaśminu. Nie pozwolono mi go jednak podziwiać – bo Ramzes energicznie chwycił mnie pod ramię i pomógł mi wsiąść do powozu. David pomógł Fatimie i ruszyliśmy.

– Jaki był cel tego całego przedstawienia? – zapytałam.

– Chciałem przyjrzeć się tej damie – odparł spokojnie Ramzes.

– Tak też myślałam. No i co o niej sądzisz?

– Przekonałem się, że jest to osoba, którą widzę po raz pierwszy w życiu – oświadczył Ramzes.

Tego się nie spodziewałam – sądziłam, że po prostu odgrywa rolę opiekuńczego starszego brata.

– Mój Boże! – wykrzyknęłam. – Znów Sethos? To już naprawdę bardzo naciągana hipoteza, Ramzesie.

– Nie tak znów bardzo. Ale moje podejrzenia okazały się niesłuszne. Sethos to mistrz kamuflażu, jednak nawet on nie zdołałby zmaleć o osiem cali ani pomniejszyć swojego wydatnego, orlego nosa. Zasłona tej kobiety była na tyle cienka, że mogłem dość dokładnie przyjrzeć się jej twarzy.

– A ja widziałam ją bez zasłony – przypomniałam mu. – Nie ma cienia wątpliwości co do jej płci. Ma gładką cerę i obejście pełne życzliwości i dobroci.

– Tak, dobroci – powtórzyła Fatima, przysłuchująca się pilnie naszej rozmowie, z której wychwyciła to ostatnie słowo. – To dobra nauczycielka. Miła.

– W Luksorze znajdziemy ci nową nauczycielkę, Fatimo – powiedział Ramzes po arabsku. – Prawda, Nefret?

– Jak sądzę, masz na myśli mnie. Oczywiście, jeśli nie trafi się ktoś lepszy. Do diaska, Ramzesie, kto ci na Boga wbił do głowy, że Sethosowi zachce się raptem zostać nauczycielem angielskiego?

Ramzes sprawiał wrażenie nieco zmieszanego. Przyznaję, że trudno to po nim poznać, ale ja od jakiegoś czasu prowadzę studia nad jego minami i wiem, że kiedy jest zmieszany, lekko zaciska usta i mruga.

– Ojciec wbił mi to do głowy – odparł. – Zgadzam się, że jeśli chodzi o Sethosa, nie całkiem kieruje się rozsądkiem, lecz jego domniemania nie są zupełnie bezpodstawne. Nie widziałaś tego łotra w działaniu, Nefret. To geniusz kamuflażu.

– Tym razem jednak obaj się pomyliliście.

– Ale nie jesteś zła, że po ciebie przyszliśmy? – zapytał David. Byłam zła, choć nie na niego. Dobrze wiedziałam, kto wymyślił tę „ekspedycję ratunkową”. Pochyliłam się i odgarnęłam kosmyk z czoła Ramzesa. Nienawidzi, kiedy to robię.

– Miałeś dobre chęci – przyznałam. – Ale najtrudniej mi będzie wybaczyć ci to, że zdążymy na kolację z tymi nudziarzami Ruthefordami.

Droga do Luksoru zajęła nam dwa tygodnie, mimo pomocy motorowego holownika. Przyczyny opóźnienia były raczej prozaiczne, lecz dzięki intuicji, która dość rzadko mnie zawodzi, wiedziałam, że wszyscy są bardzo zaambarasowani i podminowani. Szczególnie niespokojni wydawali się chłopcy. Miotali się po pokładzie całymi dniami i przez część nocy. Nie ulegało wątpliwości, że kochana stara dahabija jest zbyt ciasna dla osób tak pełnych energii, chociaż David odzyskał swój pokój, bo Fatima pojechała pociągiem, by przygotować dla nas dom.

Usiłowałam zająć umysł pracą, lecz nawet przy moim zdyscyplinowaniu nie potrafiłam skupić się na niczym. W ubiegłych latach zyskałam pewną reputację jako tłumaczka egipskich bajek, teraz jednak nowe teksty wydawały mi się zupełnie nieciekawe. Przełożyłam już najbardziej zajmujące z nich: „Baśń o przeklętym księciu”, „Opowieść o dwóch braciach”, „Przygody Sinuhe” i „Rozbitka”. Kiedy zwierzyłam się z mojego kłopotu Emersonowi, poradził mi, żebym zajęła się historycznymi dokumentami.

– Breasted opublikował już kolejny tom swoich tekstów -powiedział. – Mogłabyś poprawiać jego przekłady.

Jak zwykle sobie ze mnie żartował. Pan Breasted z Chicago był bardzo cenionym lingwistą, a pierwszy tom jego „Zapisków ze starożytnego Egiptu”, który ukazał się ubiegłej wiosny, wzbudził powszechne zainteresowanie.

– Nie mam zamiaru nadeptywać na odcisk Breastedowi, Emersonie – odparłam z kwaśnym uśmiechem.

– No to nadepnij Budge’owi. W jego tłumaczeniu „Księgi umarłych” aż roi się od błędów.

– Zdaje mi się, że Ramzes już się do tego zabrał.

Zauważyłam na jego biurku fotografie zwoju i nawet się zastanawiałam, jak i kiedy je zdobył.

– To zapewne inna wersja, nie ta, którą zmasakrował Budge. Ta jego jest w British Museum, powinnaś to wiedzieć. To kolejny przykład haniebnego pogwałcenia zakazu kupowania starożytności od handlarzy. Nie rozumiem, dlaczego władze muzeum wciąż popierają tego gagatka…

Wyszłam z pokoju. Opinię Emersona o panu Budge’u znam aż nazbyt dobrze.

Zważywszy na tego typu niedogodności, z jeszcze większą radością niż zwykle przyjęłam pokonanie przez łódź ostatniego zakrętu na rzece i widok ruin monumentalnych świątyń Luksoru i Karnaku oraz zabudowań nowej osady w Luksorze, która szybko przekształcała się w miasto. Wszędzie wyrastały nowe hotele i budynki rządowe, a przy nabrzeżu tłoczyły się wycieczkowe parowce. Było wśród nich kilka dahabii – bogaci ludzie, szczególnie ci powracający każdego sezonu do Egiptu, cenili sobie luksus posiadania prywatnej łodzi.

Jedną z takich osób był nasz przyjaciel Cyrus Vandergelt. Jego łódź, „Dolina Królów”, kotwiczyła naprzeciw Luksoru na Zachodnim Brzegu. Użyczył nam miejsca w swojej prywatnej przystani i gdy „Amelia”, kierowana wprawną ręką raisa Hassana, sunęła ku brzegowi, ujrzałam tam cały komitet powitalny. Był w nim także Abdullah, majestatyczny niczym kapłan w swej śnieżnobiałej szacie, był Selim, jego ukochany najmłodszy syn, oraz Daoud, Ibrahim i Mohammed – których zatrudnialiśmy od tak dawna, że stali się nie tylko cenionymi pracownikami, lecz również po prostu przyjaciółmi.

Oficjalny niegdyś stosunek Abdullaha do mnie zmienił się przez te lata; starzec ujął moją wyciągniętą rękę obiema dłońmi i serdecznie ją uścisnął.

– Dobrze wyglądasz – powitałam go, czując ulgę na jego widok, bo rok wcześniej Abdullah przeszedł lekki zawał serca. Nie znałam jego wieku, lecz broda zaczęła mu siwieć ponad dwadzieścia lat temu, kiedy tylko go poznaliśmy. Przestaliśmy go już namawiać, żeby odszedł na emeryturę z godziwą rentą – porzucenie nas i pracy, którą kochał tak samo jak my, złamałoby mu serce.

– Czuję się dobrze, Sitt. – Abdullah wyprostował się. – A ty… ty się wcale nie zmieniasz. Zawsze będziesz młoda.

– Ho, ho, Abdullahu – roześmiałam się. – To chyba pierwszy komplement, jaki od ciebie usłyszałam.

Powierzyłam go pełnemu szacunku uściskowi wnuka, czyli Davida, a sama podeszłam do Ramzesa, który witał się ze swym koniem. Ten piękny arabski ogier był darem szejka Mohammeda, naszego starego przyjaciela, z którym Ramzes i David mieszkali przez jakiś czas, ucząc się konnej jazdy i strzelania, a także – jak podejrzewam – innych rzeczy, których woleli mi nie wyjawiać. Risza, koń nie tylko piękny, ale i inteligentny, podbił serca nas wszystkich, podobnie zresztą jak jego małżonka Asfur, należąca do Davida.

Emerson zakończył ceremonię powitalną swoimi przyjaznymi przekleństwami i ruszyliśmy ku domowi. Na werandzie oczekiwała nas Fatima. Z radością zobaczyłam, że posadzone przeze mnie przed rokiem pnącza przyjęły się i kwitną. Abdullah zawsze zapominał o ich podlewaniu. Teraz sięgały zielonymi ramionami ku kratownicy okalającej okna, sypiąc na ziemię purpurowe płatki.

Młodzi natychmiast udali się do stajni w towarzystwie Selima, który rozprawiał z takim ożywieniem, zdając relację ze stanu pogłowia pozostawionych pod jego pieczą zwierząt, że nawet Ramzes nie mógł wtrącić słowa. Osły były wykąpane, koza Tetiszeri jeszcze bardziej utyła, a źrebica…

Asfur i Risza zostali dumnymi rodzicami rok wcześniej, a ich córka była własnością Nefret i została przez nią nazwana Moonlight, czyli Światło Księżyca. Była siwkiem jak jej ojciec, lecz o jaśniejszym, perłowym odcieniu. Nefret nawiązywała z wszelakimi zwierzakami niemal magiczny kontakt i zanim opuściliśmy wiosną Egipt, klaczka chodziła za nią wszędzie jak pies. I oczywiście nie zaznała dotąd siodła ani wędzidła.

– Pamięta mnie! – zawołała Nefret, kiedy wróciła ze stajni. Jej twarz jaśniała radością.

– W rzeczy samej – stwierdziłam, bo Moonlight szła tuż za nią, najwyraźniej gotowa wziąć udział w lunchu. Kiedy ją odgoniliśmy od stołu, podeszła do okna, wysuwając nos ku Horusowi, siedzącemu na parapecie. Kot był przyzwyczajony do koni, ale nie tolerował ich na własnym terytorium. Uskoczył z prychnięciem i zjeżonym grzbietem, a źrebica zabrała się do pałaszowania moich róż.

Nefret udało się ją w końcu namówić, by wróciła do stajni z Selimem, i zasiedliśmy do posiłku. Taka fraternizacja z miejscowymi, która już nam weszła w krew, dla europejskiej społeczności Luksoru była wciąż źródłem skandalizujących plotek. Bardziej „liberalni” członkowie tej społeczności pozwalali sobie od czasu do czasu na przyjmowanie bogatych, wykształconych Egipcjan, ale żaden z nich nie usiadłby do stołu z własnymi pracownikami.

Fatimy naturalnie nie zapraszałam do wspólnego posiłku. Perspektywa siedzenia przy jednym stole z tyloma mężczyznami przeraziłaby ją, krzątała się więc przy nas, nadzorując podawanie potraw.

Kiedy już wyczerpały się plotki na temat nowych małżeństw, zgonów, chorób i narodzin, Emerson odsunął krzesło i wyciągnął fajkę.

– I jak tam, Selimie? – zapytał jowialnie. – Czy te łotry, twoi krewni z Gurna, odkryli ostatnio jakieś nowe groby?

Na spokojnym obliczu mojego syna – który siedział na parapecie okna, oparty plecami o framugę – pojawił się lekki cień zaniepokojenia. Rozumiałam chyba jego przyczynę, bo podzielałam to uczucie. Emerson jest zbyt bezpośredni i nie chce zrozumieć, iż tego rodzaju dociekań nie prowadzi się w ten sposób. Selim istotnie był spokrewniony z wieloma Gurnawi, a wielu z nich było rabusiami grobów. Tak obcesowo sformułowane pytanie stawiało naszych ludzi, szczególnie Abdullaha, w dość trudnym położeniu, musieli bowiem wybierać pomiędzy donoszeniem na krewnych a okłamywaniem nas.

Selim, siedzący na parapecie obok Ramzesa i Davida, miał mocno zakłopotaną minę. Był to przystojny chłopak o wielkich czarnych oczach i wyrazistych rysach, bardzo podobny do Davida, swego młodszego zaledwie o kilka lat bratanka.

– Nie ma nowych grobów, Ojcze Przekleństw – odpowiedział, rzucając przepraszające spojrzenie Abdullahowi. – Żadnych. Tylko pogłoski, jak zwykle…

– Jakie pogłoski? – nie ustępował Emerson.

– Przestań, Emersonie, to nie miejsce i czas na takie rozmowy – rzuciłam, litując się nad nieszczęsnym młodzianem. Wiedziałam, że mój mąż przepytywał już Abdullaha, ale stary Arab prawie całe lato spędził w Atiyah pod Kairem, gdzie miał rodzinę, nie mógł więc wiedzieć o wydarzeniach w Tebach więcej od Selima. W każdym razie miał pretekst, żeby udawać, że nie wie.

– A jak tam handlarze? – zapytałam. – Czy pojawiło się u nich coś ciekawego?

Kiedy już zrabowany obiekt trafił w ręce handlarzy starożytnościami, stawał się znany publicznie, był to więc bezpieczniejszy grunt. Selim, rozpromieniwszy się, wyrecytował listę przedmiotów, które pokazały się ostatnio na rynku, ale Emerson nie znalazł wśród nich niczego godnego uwagi. Bardzo go to poirytowało, miał bowiem nadzieję zdobyć dowody na to, że Gurnawi odkryli jakiś nowy, bogaty w zabytki grób i wówczas miałby pretekst, by go zacząć szukać.

Nazajutrz starałam się nakłonić Emersona do podjęcia bardziej sensownych działań. Robiłam to z właściwą sobie subtelnością, okrężną drogą.

– Cyrus i Katherine Vandergelt zapraszają nas na kolację dziś wieczór – napomknęłam, przeglądając pocztę.

Emerson stęknął, ale nic nie odpowiedział. Po śniadaniu zarzucił pół stołu swoimi notatnikami i teraz je przeglądał. Zdjęłam jeden z jego talerza, otrzepałam z okruchów i spróbowałam ponownie.

– Cyrus planuje tego roku wykopaliska w Asasif. Jestem przekonana, że ucieszyłby się z naszej pomocy. Jego ludzie…

– …w zupełności mu wystarczą – uciął Emerson, patrząc na mnie wilkiem. – Znowu zaczynasz, Amelio? Dzisiaj rozpoczynamy prace przy grobach w tej małej bocznej dolinie – jeżeli uda mi się odnaleźć mapę, którą naszkicowałem w zeszłym roku. Czy znowu pożyczyłeś sobie moje notatki, Ramzesie?

– Nie, ojcze – pokręcił głową jego syn, przełykając ostatnią łyżkę owsianki, którą akurat miał w ustach. – Nie te, w każdym razie. Pozwoliłem sobie…

– Nieważne. – Emerson westchnął ciężko. – Oczywiście ty i David nie przyłączacie się do nas, prawda?

– Jak już ci wspominałem, ojcze, zamierzamy rozpocząć kopiowanie inskrypcji ze świątyni Setiego Pierwszego. Jeżeli nas jednak potrzebujesz…

– Nie, nie. – Muskularną pierś Emersona uniosło kolejne głębokie westchnienie. – Twoja publikacja na temat Sali Kolumnowej w Świątyni Luksorskiej to świetna praca. Powinieneś dalej się tym zajmować. Cykl takich publikacji będzie miał wielką wartość naukową, a tobie wyrobi markę.

– Gdyby chłopcy nam pomogli, szybciej byśmy się z tym uwinęli – zauważyłam.

– Nie, Peabody, nie zgodzę się na to. Ramzes ma rację.

– Ma rację? – zdziwiłam się. – W jakiej kwestii?

– W kwestii pierwszeństwa ochrony odnalezionych starożytności wobec odkrywania nowych. Każdy grobowiec, świątynia czy monument wkrótce po odkryciu zaczyna niszczeć. Nadejdzie taki czas, i to już wkrótce, kiedy jedynym śladem po ważnych historycznych przekazach będą właśnie kopie, jakie wykonują nasi chłopcy. Ich praca ma dla egiptologii większe znaczenie od wszystkich moich dokonań razem wziętych.

Mówił to ściszonym, łamiącym się głosem, nastroszywszy brwi, z opuszczoną nisko głową.

– Na Boga, Emersonie – zaniepokoiłam się. – Pierwszy raz widzę cię w takim stanie. Co się z tobą dzieje?

– Czekam, aż ktoś mi zaprzeczy – odparł mój mąż już normalnym tonem. A kiedy już ubawił się naszym kosztem, przyznał, że jego wcześniejsza wypowiedź także miała żartobliwy charakter. – Możemy zaczekać z rozpoczęciem prac jeszcze dzień lub dwa – oznajmił. – Zanim zdecyduję, gdzie zacząć, chciałbym się rozejrzeć po Dolinie. Reszta z was ma oczywiście wolną rękę.

Wszyscy uznali, co wcale mnie nie zaskoczyło, że wycieczka po Dolinie bardzo im odpowiada. Jak to mieliśmy w zwyczaju, wybraliśmy drogę prowadzącą w górę urwiska za Deir el Bahari i dalej przez płaskowyż. Emerson podążał przodem, trzymając mnie za rękę, a dzieci zostały z tyłu. Nefret niosła kota, który koniecznie chciał jej towarzyszyć. Traktowała go jak małe kociątko, którym nie był (ważył dobre piętnaście funtów), a on bezwzględnie to wykorzystywał.

Skośne promienie porannego słońca kładły niebieskoczarne cienie na skalistych grzbietach. Za kilka godzin, kiedy słońce stanie w zenicie, jałowe pustkowie zmieni barwę na blado-beżową. Ten pustynny płaskowyż, palony skwarem za dnia i lodowato zimny w zimowe noce, większość ludzi uznałaby za niedostępny i budzący grozę, ale dla nas był jednym z najbardziej ekscytujących – i na swój sposób najpiękniejszych – miejsc na ziemi. Jedynymi oznakami życia były odciśnięte w białym pyle ścieżki ślady bosych i obutych stóp, oślich i kozich kopyt oraz wijące się smugi, pozostawione przez węże. Niektórzy z bardziej wytrawnych turystów zapuszczali się tutaj, lecz nadciągali z przeciwnego kierunku, po odwiedzeniu Doliny. Mijaliśmy po drodze tylko Egipcjan, pozdrawiających nas z uśmiechem. Ich powiewne szaty, choć zakurzone i sfatygowane, dodawały scenerii kolorytu.

Podobnie zresztą jak mój małżonek. Emerson maszerował żwawo, wyprostowany i z twarzą rozjaśnioną nadzieją. Był tu w swoim żywiole, a luźne odzienie pasowało do jego muskularnej sylwetki o wiele bardziej od formalnych strojów, jakie wymuszała na nim cywilizacja. Jego opalona szyja, nagie ramiona i rozwiane wiatrem czarne włosy tworzyły widok zdolny poruszyć serce każdej kobiety.

– Żartowałeś, prawda? – zapytałam go. – Masz oczywiście rację co do znaczenia kopiowania inskrypcji, ale twoja praca także przecież przyczynia się do ochrony zabytków. Gdybyś nie odnalazł grobowca Tetiszeri, te piękne przedmioty zostałyby rozgrabione lub zniszczone.

Emerson spojrzał na mnie zdziwiony, ale po chwili jego mocno zarysowane wargi ułożyły się w uśmiech.

– Moja kochana Peabody, to do ciebie podobne martwić się o mnie, lecz zupełnie niepotrzebne. Czy kiedykolwiek widziałaś, bym cierpiał z braku pewności siebie?

– Nigdy – odparłam i również się uśmiechnęłam.

– Jestem najszczęśliwszym z ludzi, Peabody.

– Oczywiście, mój drogi. Cóż znaczy kilka nudnych grobów… Jesteśmy w miejscu, które kochamy, i z tymi, których kochamy. – Obejrzałam się przez ramię. – Cóż to za urocze trio i w jakże wielkiej ze sobą przyjaźni! Zawsze mówiłam, Emersonie, że wyjdą na ludzi.

Z manuskryptu H

– Obiecałeś, że im wszystko powiemy po opuszczeniu Kairu – przypomniała Ramzesowi Nefret. – Potem to przełożyłeś na później, kiedy już znajdziemy się w Luksorze. Na co jeszcze czekamy? David ma rację: jeżeli mamy dostać burę…

– Nie ma żadnego „jeżeli” – stwierdził sucho Ramzes.

– No to miejmy już to za sobą! Czekanie zawsze jest gorsze od tego, co się ma stać.

– Nie zawsze.

– Dla mnie tak. Zobaczyłam dziś rano w lustrze, że mi przybyły dwie nowe zmarszczki! Nie widzisz, jaka się zrobiłam blada i mizerna?

Ramzes przyjrzał się jej. Gdy była w takim nastroju i zaczynała tupać jak nadąsane dziecko, besztając go głosem, w którym pobrzmiewało rozbawienie, jej urok stawał się nieodparty.

– Nie, nie widzę – odparł.

– No pewnie. Doskonale wiem, o co ci chodzi. Chcesz udowodnić ciotce Amelii i profesorowi, że potrafisz sobie poradzić z tym całym bałaganem bez ich pomocy. Nie pokażesz im papirusu, dopóki nie będziesz mógł oznajmić, że wiesz, skąd pochodzi, i powiedzieć, że dopadłeś złodzieja – żywego lub martwego.

Ramzes zdołał ukryć swoją reakcję, łamiąc jedynie lekko rytm marszu, ale Nefret zakryła nagle dłonią usta i rzuciła przestraszone spojrzenie na jego twarz.

– Ojej, nie chciałam. Przepraszam, Ramzesie. Nie pomyślałam, że to cię jeszcze może dotknąć.

– Że co mnie może dotknąć? – burknął Ramzes i przyspieszył kroku. Dziewczyna musiała niemal biec, żeby za nim nadążyć.

– Do diaska, Ramzesie…

– Nie przeklinaj. Matka tego nie znosi.

Nefret zatrzymała się w pół kroku.

– Niech to wszyscy diabli! – krzyknęła.

– Przestań łaskawie wrzeszczeć i wyglądaj na zadowoloną, bo wpakujesz nas w poważne tarapaty – syknął Ramzes.

Nefret przyjrzała mu się uważnie, a potem odrzuciła w tył głowę i wybuchnęła wysokim, perlistym śmiechem, który zamienił się w jęk bólu, gdy Horus wczepił się w nią wszystkimi pazurami. Nie lubił, kiedy ludzie krzyczeli mu do ucha.

– I zdejmij z siebie tego cholernego kota! – dorzucił Ramzes, którego aż świerzbiała ręka, żeby zrzucić zwierzaka z jej ramienia i przekonać się, czy koty rzeczywiście zawsze lądują na czterech łapach. – Nie będziesz go przecież niosła przez całą drogę, toż to co najmniej dwadzieścia funtów żywej wagi.

– Czy mógłbyś… – zaczęła Nefret.

– Mógłbym umrzeć, żeby ci sprawić przyjemność, ale niesienie tego leniwego obżartucha to już przesada.

Nefret zerknęła na Davida, który wpatrywał się w horyzont. On także nie przepadał za Horusem. Dziewczyna z westchnieniem łagodnie opuściła kota na ziemię. Horus łypnął złowrogo na Ramzesa. Wiedział, przez kogo został tak spostponowany, lecz doświadczenie nauczyło go także, że ciężkich buciorów kły i pazury się nie imają.

Maszerowali dalej, a kot dreptał za nimi. Ramzes doskonale wiedział, że Nefret jest zła na siebie za rozjątrzenie starej rany, a na niego za to, że nie podjął tematu. Ma bez wątpienia rację, pomyślał, lepiej byłoby ujawnić jej swoje uczucia i przyjąć pocieszenie, którym tak bardzo pragnie go obdarzyć. Powściągliwość jednak weszła mu już w krew tak bardzo, że trudno mu było się przełamać. Irytowało to Nefret, która nigdy nie ukrywała przed nikim, co czuje. Cóż, odrobina umiarkowania przydałaby się obu stronom, pomyślał.

Nefret oczywiście wcale nie zamierzała go dotknąć. Skąd miała wiedzieć, że tak bardzo go to zaboli, skoro i jego samego to zaskoczyło? Ostatnio rzadko myślał o tej ohydnej sprawie, chyba że nocny koszmar przypomniał mu znowu wszystkie ponure szczegóły rozpaczliwej walki w ciemnościach i straszliwego jej zakończenia – odgłosu roztrzaskiwanej o kamień czaszki i widoku rozpryskującego się mózgu.

Dziewczyna szła w milczeniu, odwróciwszy twarz. Ramzes podjął na nowo wątek, przerwany jej mimowolną niezręcznością.

– Przyznaję, że chętnie bym się odrobinę przed nimi popisał, lecz nie bardzo widzę szansę na to. Poruszamy się po omacku, a zawdzięczamy to częściowo właśnie ojcu i matce, którzy traktują nas jak wymagające jeszcze opieki dzieci… szczególnie ciebie, Nefret.

Kopnął kamień, który minął Horusa o dwie stopy. Kot miauknął i przewrócił się na grzbiet, a Nefret podniosła go z ziemi, przytuliła i zaczęła pocieszać. Ramzes zgromił kocura spojrzeniem, ale ten popatrzył na niego szyderczo znad ramienia dziewczyny. Tak czy inaczej, dopiął swego.

Zbliżali się do końca ścieżki i do stromego zejścia z płaskowyżu we wschodnią część Doliny. Nefret przygarbiła się, najpewniej pod ciężarem kota, ale gdy się odezwała, jej głos brzmiał rezolutnie jak zwykle:

– Przyznaję ci rację w tej kwestii, Ramzesie, i zamierzam podjąć pewne kroki, żeby to zmienić. Uwielbiam ich, jednak czasami doprowadzają mnie szału! Jak mogą oczekiwać, że dopuścimy ich do naszych tajemnic, skoro sami nie dzielą się z nami swoimi?

Zejście do Doliny jest strome, lecz stosunkowo łatwe, jeżeli jest się, tak jak my byliśmy, w dobrej kondycji. Namówiłam Nefret, żeby puściła kota i nałożyła kapelusz. Horus protestował, ale dziewczyna także wiedziała, że wygodniej jej będzie schodzić, gdy będzie miała wolne ręce. Na trasie roiło się od turystów; była pełnia sezonu, a groby zamykano dla zwiedzających dopiero o pierwszej po południu. Niektórzy gapili się bezczelnie na naszą grupę i na wędrującego za nami kota. Emerson spochmurniał.

– Z każdym rokiem jest gorzej – burknął. – Wszędzie ich pełno, są natrętni jak muchy. Nie sposób znaleźć spokojnego miejsca do pracy, gdzie człowiek nie byłby przez cały czas obserwowany i narażony na impertynenckie pytania.

– Ta boczna odnoga, gdzie pracowaliśmy rok temu, jest dość oddalona od szlaków – przypomniałam mu. – Turyści nas tam nigdy nie nagabywali.

– Głównie dlatego, że nie znajdowaliśmy niczego, co by warte było złamanego szeląga – skwitował moją uwagę Emerson.

Turyści zawsze wprawiają go w zły nastrój. Nie wdając się już w dalsze komentarze na ten temat, ruszył naprzód, jednak nie do wąwozu, o którym napomknęłam, lecz do głównej części Doliny i oślego parku.

– Dokąd on idzie? – zdziwiła się Nefret.

Znałam odpowiedź i oczywiście Ramzes też ją znał. Jak zwykle odezwał się pierwszy, bo w przeciwieństwie do mnie wcale się nie zadyszał.

– Chce się znów przyjrzeć numerom trzy, cztery i pięć. Wciąż jeszcze ma nadzieję, że mu pozwolą w nich pracować, a szczególnie zależy mu na piątce.

Nawet ja nie pamiętam numerów wszystkich grobowców w Dolinie, ale trzy wymienione przez Ramzesa znaliśmy wszyscy, bo Emerson rozprawiał na ich temat bardzo często. Zostały już spenetrowane przez innych archeologów, jednak żaden z nich nie zbadał ich dokładnie ani nie opisał. Nikt także się do tego jakoś szczególnie nie palił, lecz firman Emersona, jego licencja na badania, nie obejmował tych miejsc, uznano je bowiem za groby królewskie. W numerze trzecim znaleziono kartusze Ramzesa III, chociaż monarcha tak naprawdę został pochowany w innym, znacznie bardziej wyszukanym grobowcu w Dolinie. Numer czwarty, przypisywany Ramzesowi XI, został zamieniony na stajnię przez arabskich chrześcijan i kompletnie splądrowany. W piątce natrafiono na imię Ramzesa II, lecz on także spoczywał gdzie indziej, a próby spenetrowania grobu – ostatnio przez naszego przyjaciela Howarda Cartera przed pięciu laty – utrudniały wypełniające komorę zwały zbitego gruzu.

Emerson sam by pewnie pierwszy przyznał, że szansę znalezienia tam czegoś ciekawego są znikome, złościło go jednak, że został pozbawiony możliwości podjęcia badań arbitralną i niesprawiedliwą decyzją urzędnika. Firmanem na poszukiwanie nowych grobów w Dolinie Królów dysponował pan Theodore Davis, a przestrzegania tych ograniczeń strzegł nie tylko pan Maspero, ale także miejscowy inspektor, Arthur Weigall.

– Lepiej dogońmy Emersona – powiedziałam niespokojnie – bo jeśli pierwszy spotka Weigalla, z pewnością powie mu coś przykrego.

– Powie lub zrobi – odparła ze śmiechem Nefret. – Ostatnim razem zagroził mu, że…

– Pospieszmy się – poprosiłam.

Poruszaliśmy się jednak wolniej, niżbym pragnęła, bo większość turystów podążała w kierunku przeciwnym do naszego. Musiałam się zgodzić z opinią mojego męża, że wielu z nich wygląda idiotycznie: byli nieodpowiednio ubrani i rozglądali się wokół nieobecnym wzrokiem. Mężczyźni byli w lepszej sytuacji, bo nie utrudniały im marszu wysokie obcasy i gorsety. Wszyscy przyglądali się Nefret, która w swoich turystycznych butach i spodniach szła swobodnie niczym gibki chłopak. Namówiłam ją do włożenia płaszcza, lecz koszulę miała rozpiętą pod szyją, a jej twarz okalały rudozłote loki, wymykające się spod tropikalnego kasku. Nie zwracała zupełnie uwagi na nachalne spojrzenia – krytyczne kobiet i pełne podziwu panów.

Tak jak się spodziewałam, odnaleźliśmy Emersona wrośniętego w ziemię przed grobowcem numer pięć. W zamykane wrota zaopatrzono tylko te groby, w których były malowane reliefy. Wejścia do tego grobowca strzegła jednak zapora równie skuteczna – zwały gruzu i najróżniejszego śmiecia, niemal całkowicie zasłaniające otwór drzwiowy.

Moje przeczucia się sprawdziły. Twarzą w twarz z Emersonem stał, zwrócony plecami do grobowca, młody człowiek w tweedowym garniturze i wielkim kasku. Był to pan Weigall, który zastąpił na stanowisku inspektora Górnego Egiptu naszego przyjaciela Howarda. Ani twarze, ani postawa obu mężczyzn nie wskazywały na bojowy nastrój i już miałam odetchnąć z ulgą, kiedy nagle Emerson pchnął mocno Weigalla w pierś. Młody człowiek zachwiał się i wpadł tyłem do na wpół zasypanego otworu wejściowego.

5

Boże Narodzenie obchodziliśmy, jak nakazuje tradycja, w gronie przyjaciół, z choinką i śpiewaniem kolęd. Sceneria była oczywiście nieco nietypowa: zamiast śniegu złocisty piasek, zamiast siekącego o szyby deszczu ze śniegiem balsamiczna bryza wpadająca przez otwarte okna, a zamiast choinki gałąź tamaryszku. Spędziliśmy jednak w Egipcie tyle sezonów świątecznych, że wydawało nam się to całkiem naturalne. Dzięki pomysłowym dekoracjom Davida nawet wrzecionowaty tamaryszek spełnił swoje zadanie. Na gałęzi zawisły, migocąc w świetle świec, malutkie wielbłądy, łańcuchy z delikatnych srebrnych gwiazdek i różne inne ozdoby, wycięte z cynfolii lub wypalone z gliny.

Pan Weigall wraz z żoną nie przyjęli naszego zaproszenia. Żywili chyba urazę do Emersona, choć nie rozumiem doprawdy dlaczego – jego błyskawiczne działanie uratowało młodego człowieka przed znacznie poważniejszymi obrażeniami niż przy upadku (dość gwałtownym, przyznaję) na twardą ziemię. Mój bohaterski mąż wciąż jeszcze pielęgnował swoją lewą nogę, mocno stłuczoną przez lawinę kamieni, którą strącił jakiś głupkowaty turysta, wspinając się na skały ponad grobowcem.

– Może nie należało go popychać aż tak mocno, Emersonie – powiedziałam, kiedy jakiś czas potem rozmawialiśmy o tym zdarzeniu.

– Nie było czasu na takie kalkulacje, Peabody – odparł Emerson, spoglądając na mnie z wyrzutem. – Czy sądzisz, że zamierzałem celowo uszkodzić urzędnika Departamentu Starożytności?

Z pewnością nikt nie potrafiłby mu tego udowodnić, jednak stosunki między nami a Weigallami wcale się dzięki temu nie ociepliły. Ich nieobecność nie miała jednak znaczenia, ważne, że przyszli nasi starzy przyjaciele, przede wszystkim Cyrus i Katherine Vandergelt. Cyrus był jednym z najbliższych nam ludzi, bardzo też polubiliśmy damę, którą poślubił przed kilku laty, pomimo jej cokolwiek dziwnej przeszłości.

Kiedy ją poznaliśmy, Katherine ukrywała się przed swoim wierzycielem, naszym naiwnym znajomym, zarabiając na życie jako medium spirytystyczne. Potem jednak ustatkowała się i była właśnie o krok od dania kosza Cyrusowi, kiedy ją poznałam. Odwiodłam ją od tego i nigdy tej interwencji nie żałowałam (rzadko w ogóle czegokolwiek żałuję), było im bowiem ze sobą bardzo dobrze. Wspaniałe poczucie humoru i nieco ironiczne spojrzenie na świat czyniły z Katherine znakomitego kompana.

Ceny w Egipcie od czasu moich pierwszych przyjazdów bardzo wzrosły i nic tu nie pomagały umiejętności Fatimy w targowaniu się. Indyk kosztował sześćdziesiąt piastrów, niemal czterokrotnie więcej niż dwadzieścia lat temu. Po kolacji, do której Fatima między innymi podała wspaniały pudding z płonącą brandy – przenieśliśmy się na werandę, żeby popatrzeć na zachód słońca. Katherine opadła z ulgą na fotel i spoglądając zazdrośnie na Nefret, ubraną w jedną ze swoich luźnych, bogato wyszywanych sukni, wyraziła zamiar sprawienia sobie podobnego stroju.

– Zanadto się objadłam – stwierdziła – i ten gorset mnie dobija. Powinnam była pójść za twoją radą, Amelio, i zdjąć go, ale jestem o wiele tęższa od ciebie.

– Jesteś w sam raz – oświadczył Cyrus, patrząc na nią z czułością.

Pozostali też pospieszyli z podobnymi zapewnieniami. Było jeszcze tylko dwóch gości – Howard Carter oraz Edward Ayrton, z którym rok wcześniej zaprzyjaźnił się Ramzes. Ned, jak kazał nam do siebie mówić, był kierownikiem wykopalisk prowadzonych przez Amerykanina, pana Davisa, który zupełnie go nie doceniał i wszystkie jego odkrycia przypisywał sobie. Ponieważ jednak Davis nie miał pojęcia o procedurze poszukiwań i zupełnie jej nie przestrzegał, Maspero wymógł na nim zatrudnienie fachowca. Ayrton był młodzieńcem dość nikłej postury, raczej sympatycznym niż przystojnym. Widząc, że czuje się nieco skrępowany, postanowiłam wciągnąć go do rozmowy.

– Zaczynasz oficjalnie sezon pierwszego stycznia, prawda, Ned? – zapytałam. – Jak dotąd wyjątkowo ci się szczęściło w odnajdywaniu nowych grobów dla pan Davisa… co oczywiście nie znaczy, że nie doceniam twoich umiejętności jako archeologa, którym zawdzięczasz te sukcesy.

– Jest pani zbyt uprzejma, pani Emerson – odparł młody człowiek łagodnym, kulturalnym głosem. – W ubiegłym roku nie znaleźliśmy jednak niczego, co mogłoby się równać z grobowcem Jui i Tui.

– Boże mój, ile niesplądrowanych grobów można znaleźć, zdaniem tego sukin… człowieka, w przeciągu jednego życia? – wtrącił się Emerson.

– Zdaje się, że zaplanował sobie odkrycie co najmniej jednego grobowca w ciągu sezonu – mruknął Howard, siedzący nieco na uboczu. – Nie zazdroszczę ci pracy u niego, Ayrtonie.

Zapadło pełne zakłopotania milczenie. Howard, poza tym że piastował stanowisko inspektora Dolnego Egiptu, nadzorował także kiedyś wykopaliska Davisa. Utracił obie te posady i cień goryczy w jego głosie zdradzał, że nie przyjął tego obojętnie.

Wiosną roku 1905 przeniesiono go do Dolnego Egiptu na miejsce Quibella, który z kolei objął jego stanowisko inspektora Górnego Egiptu. Niedługo po przyjeździe Howarda na Saharę grupa pijanych francuskich turystów próbowała dostać się do Serapeum bez biletów, a kiedy odmówiono im wstępu, zaatakowali strażników pięściami i kijami. Gdy wezwano Howarda, kazał swoim ludziom bronić się i jeden z Francuzów został pobity.

Jako że podchmieleni turyści nawiedzili również dom pani Petrie i zachowali się wobec niej bardzo grubiańsko, nie ulegało wątpliwości, że wina leży po ich stronie. Jednakże w oczach nadętych urzędników z egipskiego rządu uderzenie obcokrajowca przez „tubylca”, nawet w samoobronie, było większym przestępstwem. Francuzi zażądali oficjalnych przeprosin, ale Howard odmówił. Wówczas Maspero przeniósł go do odległego rejonu w Delcie, Howard jednak po kilku miesiącach zrezygnował i z tego. Od tej pory wiódł niepewne życie, utrzymując się ze sprzedaży swoich obrazów i oprowadzania zamożnych turystów. Nie miał żadnego majątku i jego tak obiecująca kariera przestała się rozwijać niemal zaraz po starcie.

Ciszę znów przerwał Emerson, choć wcześniej powiedział, że nie będzie się odzywał. Rok temu miał poważną scysję z panem Davisem i obiecał mi, że nie zakłóci atmosfery tego świątecznego dnia, lecz powinnam była wiedzieć, że nie zdoła się powstrzymać.

– Masz szczęście, że to już jest za tobą, Carter – burknął. – Quibell załatwił sobie przeniesienie na północ, bo nie był w stanie pracować z Davisem, a Weigall, kiedy objął inspektorat po Quibellu, namówił Davisa, żeby zatrudnił Ayrtona, bo też nie mógł znieść tego starego durnia.

Poskutkowało to lepiej od moich taktownych wysiłków. Emerson przełamał lody równie gwałtownie i skutecznie, jak głaz zrzucony do zamarzniętego strumienia. Wszyscy się rozluźnili, a Howard uśmiechnął się współczująco do Neda Ayrtona. Czułam się jednak zobligowana do udzielenia mojemu mężowi nagany.

– Jesteś najbardziej nietaktownym człowiekiem na świecie, Emersonie. Miałam nadzieję, że kiedy jak kiedy, ale akurat dziś nie będziemy poruszać tematów mogących prowadzić do kontrowersji.

– Jednak wówczas rozmowa byłaby straszliwie nudna, droga Amelio – zachichotał Cyrus.

– Co racja, to racja – oświadczyła Nefret, przysiadając na poręczy fotela Emersona. – Profesor powiedział tylko to, co wszyscy myślimy, ciociu Amelio. Pozwól nam trochę złośliwie poplotkować, to takie przyjemne.

– Ja nie plotkuję, tylko stwierdzam fakty – oświadczył Emerson. – Gdzie zamierzacie pracować w tym roku, Ayrtonie?

Nedowi to pytanie wydało się raczej niewinne, odpowiedział więc:

– Myślałem o rejonie na południe od grobowca Ramzesa Dziewiątego, proszę pana. Tego całego rumowiska nikt chyba nie przetrząsał od bardzo dawna i chciałbym…

Przysiadł się do nas Cyrus, więc przeniosłam się na miejsce obok Katherine, która przysłuchiwała się temu wszystkiemu z wyraźnym rozbawieniem.

– Biedny Cyrus – mruknęła. – Nie dziw, że nie trawi Davisa po tylu latach bezowocnego kopania w Dolinie…

– Nie byłby może taki zawzięty na niego, gdyby Davis przy każdym spotkaniu nie przechwalał się tak swoimi osiągnięciami. To nie w porządku. Cyrus codziennie był na miejscu i nadzorował wykopaliska, a Davis pojawia się tylko wtedy, kiedy jego ludzie odkopią coś ciekawego.

Wybuch śmiechu zwrócił naszą uwagę z powrotem ku grupie młodzieży. Wszyscy patrzyli na Ramzesa, który powiedział chyba coś wyjątkowo ordynarnego (lub dowcipnego). Nefret przesiadła się na parapet obok niego. Zachodzące słońce rozpłomieniło jej rudozłote włosy i rozświetliło roześmianą twarz. Katherine wzięła głęboki oddech.

– Jest niezwykle piękna, prawda, Amelio? – stwierdziła. – Wiem, wiem, uroda to tylko zewnętrzność, a próżność to grzech, szlachetność charakteru jest ważniejsza od wyglądu. Ale większość kobiet zaprzedałaby duszę, żeby tak wyglądać. Pójdę przypomnieć Cyrusowi, że jest szczęśliwym małżonkiem. Popatrz tylko, jak się w nią wgapia.

– Wszyscy się w nią wgapiają – odparłam. – Dzięki Bogu Nefret jest zupełnie pozbawiona próżności, a piękno zawdzięcza przymiotom swego wnętrza. Bez nich byłaby tylko ładną laleczką. Jest dzisiaj w wyjątkowo dobrym nastroju.

– Bije od niej pewien szczególny blask – powiedziała w zamyśleniu Katherine. – Taki, jaki widzi się na twarzy dziewczyny, kiedy jest w towarzystwie mężczyzny, odwzajemniającego jej uczucie.

– Mówienie ogródkami to nie w twoim stylu, Katherine. Jeżeli chcesz powiedzieć, że Nefret się zakochała, to obawiam się, że intuicja cię tym razem zawiodła. Wobec Howarda i Neda Ayrtona czuje co najwyżej przyjaźń, i zapewniam cię, że nie próbowałaby uwieść żonatego mężczyzny.

– W takim razie prawdopodobnie się pomyliłam… nie pierwszy raz zresztą – uśmiechnęła się Katherine ze skruchą.

Na niebie ponad Luksorem pojawiła się pierwsza gwiazda i już chciałam zaproponować, abyśmy przenieśli się do salonu, kiedy mój syn poderwał się ze swojego miejsca.

– Ktoś jedzie – stwierdził, przerywając ojcu w połowie zdania.

Egipcjanie nazywają Ramzesa „Bratem Demonów”, a niektórzy z nich są przekonani, że widzi w ciemnościach jak kot. Może to niezupełnie prawda, ale wzrok ma istotnie znakomity. Po kilkunastu sekundach i ja dostrzegłam ciemną postać na koniu. Po chwili jeździec zsiadł i ruszył w naszą stronę, a kiedy w nikłym świetle zmierzchu ujrzałam jego wyraziste rysy, wydałam okrzyk zdumienia.

– Boże mój, to sir Edward! Czy to możliwe? Skąd się pan tutaj wziął?

Sir Edward Washington – bo w istocie był to on – zdjął kapelusz i skłonił się.

– Pochlebia mi, że mnie pani pamięta, pani Emerson… od naszego ostatniego spotkania upłynęło kilka ładnych lat.

Upłynęło ich dokładnie sześć. Nasz gość niewiele się zmienił, wciąż był w dobrej formie, wysoki, o gęstej czuprynie i niebieskich oczach, spoglądających na mnie z tą samą leniwą przyjemnością.

Przypomniałam sobie o dobrych manierach, o których ze zdumienia na chwilę zapomniałam. Ze zdumienia i lekkiego zaniepokojenia, powinnam dodać. Podczas naszego ostatniego spotkania poinformowałam sir Edwarda, że musi porzucić nadzieję zdobycia Nefret, on zaś oznajmił, wprawdzie mniej obcesowo, lecz równie kategorycznie, że nie zamierza rezygnować. I oto przybył, a Nefret siedziała obok, uśmiechając się po kociemu.

Wstałam i podeszłam do niego.

– Niemożliwe, żebym zapomniała człowieka, który tak wytrwale pracował z nami przy grobie Tetiszeri i który w dodatku wybawił mnie z wyjątkowo niekorzystnej sytuacji.

Wzmianka o tym przypomniała Emersonowi o jego manierach, dalekich od poprawności. Nie przepadał za sir Edwardem, lecz tym razem wdzięczność wzięła górę.

– Duszenie to rzeczywiście dość niekorzystna sytuacja – stwierdził sucho. – Dobry wieczór, sir Edwardzie. Nie spodziewałem się pana spotkać ponownie, ale skoro już pan tu jest, niech pan usiądzie.

Nasz gość wyglądał raczej na rozbawionego niż urażonego tym niezbyt uprzejmym zaproszeniem, choć jego własne maniery były godne podziwu. Z Nefret przywitał się ciepło, lecz bez poufałości, a jego uwaga na temat tego, jak bardzo wyrośli Ramzes i David, była zaledwie odrobinę protekcjonalna. Ramzes zareagował wyprostowaniem się na pełną wysokość – był o cal lub dwa wyższy od naszego gościa – a potem uścisnął jego dłoń o wiele mocniej, niż wymagała grzeczność.

Okazało się, że sir Edward zna wszystkich obecnych poza Katherine.

– Słyszałem o szczęśliwym ożenku pana Vandergelta – rzekł z ukłonem – i cieszę się z poznania damy, którą wszyscy tak wychwalają.

– Dziękuję – odparła Katherine. – Ja także wiele słyszałam o panu, sir Edwardzie, nie wiem jednak nic o zdarzeniu, o którym wspomniał profesor. Jeżeli to nie tajemnica, może opowie nam pan o tym?

– To nie jest żadna tajemnica – odezwałam się, ponieważ sir Edward milczał powściągliwie. – Prawda, Emersonie?

Mój mąż spojrzał na mnie groźnie.

– Ludzie wcale nierzadko mają ochotę cię udusić, Amelio – powiedział. – To zdarzenie miało miejsce przed kilku laty, Katherine. Moja dyskretna, roztropna żona postanowiła któregoś dnia pójść na spotkanie z podejrzanym typem, nie informując mnie o tym. Gdyby sir Edward nie szedł za nią – zresztą z powodów, których do dziś mi zadowalająco nie wyjaśniono – zostałaby z pewnością zamordowana przez…

– Dosyć tych okropności, Emersonie – przerwałam mu. – Mieliśmy właśnie przejść do salonu coś przekąsić i pośpiewać kolędy, sir Edwardzie. Przyłączy się pan do nas?

– Nie zamierzałem przeszkadzać – oznajmił zagadnięty. – Przyjechałem tylko życzyć państwu wesołych świąt i sprezentować niewielki dowód mojego uznania. – Wyjął z kieszeni płaszcza niewielkie puzderko i wręczył mi je. – To nic takiego, naprawdę – uprzedził moje podziękowania. – Zobaczyłem wczoraj ten drobiazg w sklepie z antykami i pomyślałem, że się pani spodoba.

W puzderku był amulet z błękitnego fajansu, figurka hipopotama długości około dwóch cali. Oczko u góry wskazywało, że noszony był na szyi jako amulet ochronny, zapewne przez kobietę – ponieważ wielki pysk i wydęty brzuch hipopotama symbolizowały boginię Taueret, opiekunkę matek i dzieci.

– Jest uroczy – powiedziałam.

– Czy to przypomnienie naszego ostatniego spotkania? – zapytał szorstko Emerson, unosząc brwi. – Gdzie podział się pański zwykły takt, sir Edwardzie? Taueret oznacza dla nas zagrożenie i pecha.

– Pokonaliście je jednak w końcu – zauważył z ujmującym uśmiechem nasz gość. – Sądziłem, że amulet może stać się pamiątką tego zwycięstwa, lecz jeśli pani Emerson go nie chce, może bez skrępowania się go pozbyć. To chyba i tak podróbka… niektórzy Gurnawi wyrabiają doskonałe falsyfikaty.

Mówiąc to, unikał patrzenia na Davida, a ja zastanawiałam się, czy to, co powiedział, było przypadkowe, sir Edward był bowiem z nami tego roku, kiedy poznaliśmy Davida, który pracował wówczas dla jednego z najlepszych fałszerzy w Gurna.

– Ależ skąd – zapewniłam gościa. – To znaczy dziękuję, sir Edwardzie. Mam całkiem sporą kolekcję amuletów… ten pański dołączy do Basteta, którego dostałam parę lat temu od Ramzesa, i do tego, który od niedawna noszę.

Małą figurkę pawiana powiesiłam na łańcuszku razem z kotem od Ramzesa i skarabeuszem Tutmosisa III, prezentem zaręczynowym od Emersona. Sir Edward pochylił się, by je obejrzeć.

– Pawian to symbol boga Tota, prawda? Ładny egzemplarz, pani Emerson. Jakie znaczenie ma dla pani ten amulet, jeśli wolno spytać?

– Symbolizuje sprawę drogą memu sercu – odparłam. – Walkę o równe prawa dla kobiet. Huquq al Ma’ra, jak mówią miejscowi. Dostałam go od pewnej damy, aktywistki ruchu.

– Nie dziwi mnie wobec tego, że go pani nosi. Zaskoczony jestem jednak, że taki ruch działa tutaj, w Egipcie.

– Płomień wolności gorzeje w sercach wszystkich kobiet, sir Edwardzie.

Emerson chrząknął z dezaprobatą, nie z powodu mojego oddania sprawie, lecz raczej z powodu sposobu, w jaki je wyraziłam. Odegrałam się na nim, wygłaszając skromny (szczerze mówiąc, dość długi) wykład na temat historii ruchu kobiecego w Egipcie. Napomknęłam też o czasopiśmie i nauczaniu kobiet. Nasz gość nie okazałby znudzenia choćby tylko z uprzejmości, ale miałam wrażenie, że jego zainteresowanie jest szczere – wskazywały na to jego pytania.

Emerson natomiast nie omieszkał oznajmić, że jego to nudzi.

Jak się spodziewałam, sir Edward dość łatwo przezwyciężył swoje opory przed nachodzeniem nas. Poprowadziłam wszystkich do domu, gdzie zgromadziliśmy się wokół fortepianu. Dojrzały baryton gościa wzbogacił brzmienie naszych głosów i wkrótce Emerson przestał się boczyć i również dołączył do chóru. Mój mąż zawsze podejrzewa innych mężczyzn o niecne zamiary wobec mnie. Pochlebia mi to, lecz bywa niewygodne, a tym razem zupełnie nie miało podstaw. Jeśli sir Edward żywił podobne zamiary, to wobec kogoś innego. Widząc, jak miękną mu rysy, gdy patrzy na Nefret, byłam pewna, że nie zrezygnował ze swych nadziei. Ona zaś, co było jeszcze bardziej podejrzane, starannie unikała jego wzroku.

Nie uczestniczył w śpiewaniu jedynie Ramzes. W dzieciństwie miał zwyczaj mruczenia do siebie pod nosem – były to dziwne, pozbawione melodii dźwięki, wyjątkowo drażniące dla uszu. Na moje usilne prośby pozbył się tego nawyku, lecz później Nefret musiała go długo przekonywać, nim się łaskawie zgodził brać udział w rodzinnym koncertowaniu. Okazało się, że ma całkiem przyjemny głos i jakimś sposobem (z pewnością nie od ojca) nauczył się nie fałszować. Tym razem jednak wymówił się lekkim bólem gardła, a Nefret nie naciskała.

Z manuskryptu H

– To ten! – Ramzes, nie zważając na gramatykę i nogi mebla, rzucił się na wiklinowy fotel. – To z nim się spotykała w Londynie.

– Na jakiej podstawie tak sądzisz? Ma wielu różnych adoratorów – zauważył David, po czym zamknął drzwi i usadowił się w drugim fotelu.

– Spotykała się z tym gościem potajemnie i skłamała, że nie. To do niej niepodobne.

– Może ma już dość tego ciągłego wyśmiewania przez ciebie jej wielbicieli.

– Większość z nich sama robiła z siebie błaznów, bez żadnej pomocy z mojej strony. No, może przy bardzo niewielkiej…

– Dlaczego jej po prostu nie powiesz, co czujesz? Wiem, że według waszych zachodnich standardów jesteście jeszcze za młodzi na małżeństwo, ale gdyby zgodziła się na zaręczyny, miałbyś przynajmniej pewność.

– Tak, oczywiście – mruknął z goryczą Ramzes. – Może z dobroci serca przystałaby na to i z czystej litości nie złamałaby raz danego słowa. Chcesz, żebym wykorzystał jej dobroć i sympatię do mnie i potem jeszcze wymagał wierności?

– Nie myślałem o tym w ten sposób – odparł cicho David.

– Człowiek nie powinien być tak głupi, żeby się zakochiwać w dziewczynie, która go nie kocha. Nie wyjawię moich uczuć, dopóki ona nie okaże jakoś, że mogłaby je odwzajemniać. Na razie nie widzę zbytniego postępu w tej kwestii.

– Ktoś musi zrobić pierwszy krok – zauważył rozsądnie David. – Może zareagowałaby, gdybyś się jednak podjął trudu okazania swoich uczuć.

– Ale jak? Już widzę, jak pęka ze śmiechu, kiedy się zjawiam z kwiatami w ręce i kwiecistą przemową na ustach.

– Pewnie by tak było – zgodził się David. – Chociaż rozkochiwanie w sobie innych kobiet jakoś nie sprawia ci trudności. Ciekawe, ile z nich…

– Takich pytań dżentelmen nie powinien zadawać, a tym bardziej odpowiadać na nie – odparł Ramzes strofującym tonem, podobnym do tonu swojej matki. – Nie miałbym za złe Nefret, gdyby się… ee… zabawiała z innymi mężczyznami. Wściekałbym się oczywiście, ale nie jestem aż takim hipokrytą, żeby ją za coś podobnego potępiać. I nigdy nie stanąłbym na jej drodze, gdyby naprawdę zależało jej na kimś, kto byłby jej wart.

– Naprawdę? – zapytał David i popatrzył mu w oczy.

Prosto w oczy patrzą sobie tylko kochankowie i śmiertelni wrogowie.

Czy był to jeden ze słynnych aforyzmów matki? Przypominał je w każdym razie, a gdy spojrzenia obu przyjaciół się spotkały, Ramzesa przeszył dreszcz. David odwrócił wzrok i objął się ramionami, jakby mu się zrobiło zimno.

– Muszą cię już straszliwie męczyć te moje występy – mruknął po chwili Ramzes.

– Jeżeli coś jest ważne dla ciebie, jest ważne także dla mnie – odparł David. – Przecież wiesz. Chciałbym tylko móc…

– Może się już położysz? Wyglądasz na zmęczonego.

– Nie jestem zmęczony, ale jeżeli nie masz ochoty rozmawiać…

– Słyszałeś to wszystko już tysiąc razy, aż do znudzenia. – Ramzes zmusił się do uśmiechu. – Dobranoc, mój drogi.

Kiedy drzwi za Davidem się zamknęły, siedział jeszcze przez pewien czas bez ruchu. Podejrzenie, które zaczęło go nękać, uważał za niegodne i bezpodstawne. Jedno spotkanie spojrzeń, lekko zmieniony ton głosu, którym przyjaciel odpowiedział na jego stwierdzenie: „Nigdy nie stanąłbym na jej drodze, gdyby naprawdę zależało jej na kimś, kto byłby jej wart”. Jednak David był jej wart. Być może nie według fałszywych nowomodnych kryteriów, ale charakter Nefret kształtował się w świecie odmiennym od nowoczesnego. W subkulturze oazy również nie brakowało bigoterii czy okrucieństwa, lecz uprzedzenia jej mieszkańców dotyczyły raczej kasty niż rasy czy narodowości. Nefret nigdy nie uważałaby Davida za kogoś pośledniejszego, Ramzes zresztą też traktował go jak równego sobie. David mógł się okazać rywalem groźniejszym od wszystkich dotychczasowych, a przy swoim charakterze czułby się winny i zawstydzony, stając pomiędzy najlepszym przyjacielem i dziewczyną, której ten pragnął.

Nazajutrz rano wróciliśmy do pracy. Reszta brytyjskiej społeczności w Luksorze mogła sobie świętować, ale ja i tak z trudem przekonałam Emersona do obchodzenia w ogóle Bożego Narodzenia, które uważał za pogański zwyczaj.

– A może byśmy przystroili sobie głowy wieńcami z jemioły i złożyli kogoś w ofierze Słońcu? – ironizował. – To przecież nic innego jak starożytne święto przesilenia zimowego. Nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, kiedy ten człowiek się urodził, a już na pewno nie w jakim dniu, ale wszyscy…

Przyzwoitość nie pozwala mi przytaczać tutaj heretyckich uwag mojego męża na temat dogmatów chrześcijaństwa.

Kiedy wyruszyliśmy do Doliny, u mego boku szedł Abdullah. Często to robił i szczerze wierzył, że powinien mi pomagać, toteż na stromych podejściach trzymałam go za rękę, a gdy dotarliśmy na szczyt, taktownie zaproponowałam odpoczynek, zanim podążymy za resztą.

– Nie jesteśmy już tak młodzi jak niegdyś, Sitt – stwierdził, przysiadłszy ciężko na skale.

– Pewnie nie, jakie to ma jednak znaczenie? Może wchodzimy na wierzchołek trochę dłużej, ale bez obaw, zawsze wejdziemy!

Kąciki ust Araba drgnęły.

– Twoje słowa jak zawsze tchną mądrością, Sitt.

Widziałam, że nie pali się do dalszego marszu, siedzieliśmy więc przez jakiś czas w milczeniu. Powietrze było chłodne i przejrzyste. Słońce wstawało właśnie ponad klifem na wschodzie i światło poranka rozlewało się z wolna po okolicy, zabarwiając szare skały srebrem i złotem, białą rzekę skrzącym się błękitem, a martwą zieleń pól szmaragdem. Po pewnym czasie Abdullah odezwał się znowu:

– Czy wierzysz, Sitt, że wszyscy żyliśmy już kiedyś na Ziemi i że wrócimy tutaj na kolejny żywot?

Jego pytanie mnie zaskoczyło; nie tylko dlatego, że nie zwykł filozofować, lecz przede wszystkim z tego powodu, że dziwnie współgrało z moimi własnymi myślami. Złote niebiańskie pałace nie mogą być piękniejsze od jutrzenki na tebańskim wybrzeżu, a moje wyobrażenie raju to życie, jakie dotąd prowadziłam, z ukochanymi osobami u boku.

– Nie wiem, Abdullahu – odparłam. – Zastanawiałam się nad tym czasami… Ale nie, nasza chrześcijańska wiara nie dopuszcza takiego poglądu.

Wiara muzułmańska również go nie dopuszczała, o czym Abdullah nie napomknął.

– Ja także się nad tym zastanawiałem – powiedział. – Jest jednak tylko jeden sposób, żeby się przekonać, czy tak jest, a mnie się jakoś nie spieszy do pójścia tą drogą.

– Ani mnie. – Uśmiechnęłam się do niego. – Życie niesie ze sobą tyle przyjemności… Obawiam się jednak, że będziemy mieli nudny sezon, Abdullahu. Emerson ma już dość tych małych, nieciekawych grobów.

– Ja także – mruknął Arab.

Dźwignął się z lekkim stęknięciem i podał mi rękę, pomagając wstać. Pomaszerowaliśmy dalej w milczeniu i poczuciu doskonałej harmonii. On miał dość, ja miałam dość, Emerson miał dość. Wszyscy byliśmy znudzeni do obłędu, nic jednak nie mogłam na to poradzić. W ponurym nastroju podążałam ścieżką do niedużego bocznego wadi, miejsca naszej pracy.

Grobowiec Amenhotepa II znajdował się na samym końcu wąwozu, a my badaliśmy małe groby jamowe, leżące przy drodze prowadzącej do głównej doliny. Większość z nich odkrył podczas poprzedniego sezonu współpracy z Davisem Ned Ayrton. Nasi poprzednicy wynieśli już wszystkie ciekawe obiekty, których i tak było niewiele. Trzy z tych miejsc pochówku zawierały jedynie szczątki zwierząt – żółtego psa, pochowanego w pozycji wyprostowanej, z zawiniętym na grzbiet ogonem, zmumifikowanej małpy, stojącej nos w nos z psem, oraz drugiej, przykucniętej, z ładnym naszyjnikiem z niebieskich paciorków na szyi. Było to wszystko dość ciekawe, lecz rozumiałam, czemu pryncypał Ayrtona nie był zbyt zachwycony odkryciami ubiegłego sezonu.

Oczywiście Emerson znalazł kilka obiektów, które Ned przegapił. Zawsze znajduje rzeczy, których nie spostrzegli inni archeolodzy. Było wśród nich kilka interesujących inskrypcji (opisanych i przetłumaczonych później przez nas), a także trochę koralików i fragmentów ceramiki, które doprowadziły Emersona do wysnucia ciekawej teorii na temat długości panowania Amenhotepa II. Te wszystkie szczegóły są jednak zapewne dla Czytelnika jeszcze mniej zajmujące niż – co uczciwie przyznaję – dla mnie.

Z manuskryptu H

Ramzes obudził się nagle i usiadł na łóżku, nie rozumiejąc, co go wyrwało ze snu. Połowę jedynego okna przesłaniały pnącza i w pokoju było dość ciemno, lecz to mu nie przeszkadzało – choć może nie miał niezwykłych zdolności widzenia, przypisywanych mu przez Egipcjan. Wokół widział jedynie dobrze znajome kształty – stół i krzesła, kredens i wiszące na hakach ubrania.

Odrzucił cienkie przykrycie. Od kłopotliwej przygody przed kilku laty wkładał do spania szerokie egipskie szarawary, które nie krępowały mu ruchów. Na bosaka podszedł bezgłośnie do drzwi i otworzył je cicho.

Jego sypialnia, tak jak inne, wychodziła na wewnętrzny dziedziniec. W świetle gwiazd nic się nie poruszało, a palma o wrzecionowatych liściach i doniczkowe rośliny hodowane przez matkę rzucały niewyraźne cienie o dziwnych kształtach. Pokój rodziców znajdował się na końcu skrzydła, następny był Davida i jego, a na drugim końcu sypialnia Nefret. Dwa skrajne pokoje miały dodatkowe okna, wychodzące na zewnątrz domu.

Objął spojrzeniem spokojną scenerię, wciąż idąc korytarzem. Kierowało nim nieokreślone poczucie niepokoju, które go obudziło. Dotarł pod drzwi Nefret, zanim dobiegł go jej zduszony krzyk – nie usłyszałby go, gdyby był kilka kroków dalej.

Dziewczyna nie zamknęła się na klucz, nie miało to jednak znaczenia, bo zawiasy puściły, gdy uderzył w drzwi ramieniem. Pokój był równie ciemny jak jego, ponieważ coś zasłaniało okno od zewnątrz. Nagle przeszkoda zniknęła i na podłodze pomiędzy łóżkiem i oknem dojrzał białawy kształt. Była to Nefret w nocnej koszuli.

– Niech to diabli! – wydyszała, siadając. – Uciekł! Goń go!

Gdy wyrzuciła przed siebie rękę, wskazując okno, długi rękaw koszuli opadł w dół. Był rozerwany aż do łokcia i już nie biały.

– Za późno – odparł Ramzes, a w każdym razie chciał tak odpowiedzieć, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle. Serce waliło mu jak młotem, jakby chciało nadrobić ten moment, kiedy zamarło w bezruchu, zanim dziewczyna podniosła się i odezwała. Usiłowała teraz wstać, ale jej ruchy były spowolnione oplataną wokół nóg koszulą. Ramzes uklęknął i położył jej dłonie na ramionach. – Nie wstawaj – powiedział. – On już uciekł, a ty zaraz zemdlejesz.

– Nie zemdlałam jeszcze nigdy w… – obruszyła się Nefret i w tym momencie głowa opadła jej do tyłu i Ramzes musiał chwycić jej bezwładne ciało.

Wstał i nadal ją trzymał, kiedy w drzwiach pojawiło się światło i stanął w nich David, z lampą w jednej ręce i nożem w drugiej.

– O Boże! Czy ona…

– Jestem tylko na wpół zgnieciona – stęknęła Nefret stłumionym głosem.

Chyba rzeczywiście, przyznał w duchu Ramzes i rozluźnił uścisk na tyle, by dziewczyna mogła odsunąć głowę od jego ramienia.

– Tak już lepiej – uśmiechnęła się. – Wejdź, Davidzie, i postaw tu lampę. Posadź mnie, Ramzesie. Nie, nie na łóżku, nie chcę poplamić pościeli krwią.

Ramzes bez słowa posadził ją na dywanie.

– Ty sam wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć – zauważyła. – Usiądź i opuść głowę między kolana.

Ramzes usiadł i choć nie poszedł za radą Nefret, pozostawił opatrzenie jej rany przyjacielowi. Nim David skończył, udało mu się uspokoić dłonie.

– No, opowiadaj – zażądał chrapliwym głosem. – Co tu się stało?

David pomógł Nefret wstać i podprowadził ją do krzesła.

– Jakiś mężczyzna wszedł przez okno – wyjaśniła. – Obudziłam się, kiedy był już w środku. Chciał ukraść papirus.

– Skąd wiesz, że chodziło o papirus?

– Stąd, że obudziłam się dokładnie w chwili, gdy wyciągał skrzynkę spod łóżka. Stęknął jakby i wtedy…

– I wtedy próbowałaś go powstrzymać? – spytał Ramzes. Jego głos stwardniał z poirytowania.

Nefret zgromiła go wzrokiem.

– I powstrzymałam – odparła. – Nie zabrał zwoju. Byłabym go zresztą unieszkodliwiła i pochwyciła, gdybyś tu nie wpadł jak bomba.

– No tak, z pewnością – prychnął Ramzes. – Ciekawe czym, wstążką do włosów?

– Miałam nóż; zawsze trzymam go pod poduszką. To nie tylko moja krew – pokazała kałużę na podłodze. – Chlasnęłam go w rękę, żeby nie mógł podnieść skrzynki, rozumiecie? Bałam się, że mógłby ją upuścić, kiedy zaczniemy walczyć. A potem on się cofnął, a ja wyskoczyłam z łóżka i pogoniłam za nim, a on…

– Zaczniemy walczyć? – David spoglądał na nią ze zgrozą. – Pogoniłam za nim? Na niebiosa, Nefret, Ramzes ma rację, jesteś zanadto impulsywna. Dlaczego nie wołałaś o pomoc?

– Nie było czasu. Zablokowałam jego cios, tak jak mnie Ramzes uczył, chyba jednak byłam zbyt powolna. To zresztą tylko zadraśnięcie – dodała, by ich uspokoić. – Ale pośliznęłam się w tej krwi na podłodze. A potem Ramzes wywalił drzwi i ten człowiek uciekł.

– Nie rozpoznałaś kto to? – zapytał Ramzes, ignorując wymówkę.

– Było ciemno, nie mogłam mu się dobrze przyjrzeć, poza tym zawiązał sobie szal na głowie. Jednak sądząc po masie ciała i wzroście, mógł to być na przykład Yussuf Mahmud.

– A może zwyczajny włamywacz? – wtrącił David.

– Nie. Zwyczajni włamywacze nie noszą noży i nie posługują się nimi, a już na pewno nie wobec rodziny straszliwego Ojca Przekleństw. Ten człowiek chciał zdobyć papirus. Ale zastanawia mnie jedna rzecz: skąd wiedział, że zwój jest w pokoju Nefret? Przecież żaden przyzwoity dżentelmen nie pozostawiłby tak niebezpiecznego przedmiotu pod opieką kobiety.

– No właśnie – mruknęła Nefret.

– No właśnie, istotnie. Czy jesteś pewna, że nikomu o tym nie… Nie, oczywiście, że nie.

– Oczywiście.

Mogło jej się jednak coś wymsknąć, zwłaszcza jeżeli ktoś zadał podchwytliwe pytanie, pomyślał Ramzes. Ostatnio często widywała się z sir Edwardem…

Wolał jednak nie rozwijać na głos tej teorii.

– Prześpij się teraz – poradził dziewczynie. – Rano się jeszcze tu rozejrzymy.

– Powycieram tę krew – zaofiarował się David. – Przecież ciotka Amelia nie może tego zobaczyć.

– Możesz sobie dać spokój. Nie rozumiem, dlaczego matki jeszcze tu nie ma… powinna już dawno być. Ale i tak z pewnością zauważy wyrwane z zawiasów drzwi, opatrunek na ręce Nefret i… Nie mamy prawa dłużej milczeć, teraz już nie.

– O rany! – jęknęła Nefret. – Profesor będzie wrzeszczał.

– Niewątpliwie. A matka wygłosi przemowę. Z dwojga złego wolę już chyba ryki ojca.

– Więc jutro się przyznajemy. – Nefret wstała. – Dobranoc. – Nie przyjęła ramienia Davida i sama odprowadziła ich do drzwi. – Ramzesie…

– Słucham.

– Jakim sposobem znalazłeś się tutaj tak szybko? Krzyknęłam dopiero wtedy, gdy ten człowiek mnie zranił, a ty musiałeś już być pod samymi drzwiami.

– Coś mnie wyrwało ze snu. Może usłyszałem jakiś odgłos, kiedy on wchodził przez okno.

Okno w ceglanej ścianie wychodziło na drugą stronę domu. Ale dziewczyna nie zauważyła braku logiki w tym wyjaśnieniu.

– Przepraszam, jeśli byłam niemiła – powiedziała tylko.

– Nie bardziej niż zazwyczaj.

– Dzięki, że się w porę zjawiłeś, mój chłopcze. – Położyła mu ciepłym gestem dłoń na ramieniu i uśmiechnęła się. Ramzes cofnął się gwałtownie.

– Nie ma za co.

– Przestań się już boczyć. Przeprosiłam.

– Nie boczę się. Dobranoc, Nefret.

Pozostawiając Davidowi naprawę uszkodzonych drzwi, Ramzes wyszedł na dwór. Bardziej w zgodzie z bajroniczną tradycją byłoby chodzenie w tę i z powrotem pod oknem, nie chciał jednak pozacierać śladów, usiadł więc pod ścianą domu i objąwszy się ramionami za kolana, przeklinał sam siebie w myśli za głupi sentymentalizm. Choć był przekonany, że intruz tej nocy już nie powróci, a noc była zimna, nie widział sensu wracania do łóżka, bo i tak by nie zasnął.

W pewnym momencie coś się poruszyło. Księżyc już zaszedł, ale gwiazdy świeciły jasno. Z cienia wyszło jakieś stworzenie, kroczące zuchowato z nastroszonymi uszami i kołyszącym się ogonem. Zobaczywszy człowieka, zatrzymało się i wbiło weń wzrok.

Ramzes odpowiedział mu nieprzyjaznym spojrzeniem.

Niektórzy z Egipcjan byli przekonani, że potrafi porozumiewać się ze zwierzętami. Jednak nie trzeba było być jasnowidzem, żeby domyślić się, co porabiał Horus, gdyż robił to samo, co każdej nocy od przybycia do Luksoru. Miał szkaradny charakter, silne i dobrze odżywione cielsko oraz ego równe lwiemu i bez trudu przepędzał wszystkich adoratorów miejscowych kocic. Poprzedni kot Ramzesa, Bastet, nigdy by nie pozwolił intruzowi podejść bliżej niż na dwa jardy do Nefret, lecz ten egoistyczny zwierz był zbyt zajęty zaspokajaniem swoich zachcianek, żeby jej pilnować.

Ramzes czuł, że Horus doskonale wie, co on o nim myśli, ale ma to głęboko w nosie. Kot przypatrywał mu się przez długą chwilę w wyniosłym milczeniu, po czym ruszył w swoją drogę. Wskoczył na parapet sypialni Nefret i rzuciwszy człowiekowi ostatnie pogardliwe spojrzenie, zniknął w środku.

Ramzes po raz pierwszy w życiu poczuł ochotę rzucenia czymś w bezczelnego zwierzaka. Czymś twardym i ciężkim.

– Skąd to macie? – zapytał Emerson.

Mówił cichym, podobnym do mruczenia głosem, którego bał się każdy, kto go znał. Nefret wytrzymała bez mrugnięcia spojrzenie jego błękitnych oczu, widziałam jednak, jak się spina w sobie.

– To własność fundacji – wyjaśniła.

– Ach, tak… Fundacji Badania i Ochrony Starożytności Egipskich. – Emerson odchylił się w fotelu, pocierając palcem dołek w podbródku. – Waszej fundacji – dodał tym samym łagodnym tonem.

– Naszej – poprawiła go Nefret. – Zasiadasz w Radzie Fundacji, profesorze. Ramzes, David i ciocia Amelia również.

– Dobry Boże, chyba umknęło to mojej uwagi – podniósł głos Emerson. – A może po prostu zapomniałem, że rada zgodziła się na ten zakup? Coś podobnego… wygląda na to, że mam sklerozę!

– Dość, Emersonie – rzuciłam ostro.

Być może byłby mnie zignorował, bo aż kipiał z wściekłości, lecz zmitygował się na widok twarzy Nefret. Jej krągły podbródek już drżał, a oczy zaszkliły się. Gdy kryształowa łezka wypłynęła z chabrowej otchłani na policzek, Emerson ryknął:

– Przestań natychmiast, Nefret! To nieuczciwe wykorzystywanie sytuacji, do diabła ciężkiego!

Tak naprawdę ryki Emersona nie robiły na nikim wrażenia. Drżące wargi dziewczyny natychmiast ułożyły się w szeroki uśmiech ulgi.

– Pozwoliłeś mi założyć fundację, kiedy będę dysponować własnym majątkiem, kochany profesorze – powiedziała, przysiadając na poręczy jego fotela i gładząc go po włosach. – Jednak nigdy nie chciałeś przyjąć ode mnie ani pensa i zabroniłeś to czynić całej rodzinie. Bardzo mnie to bolało, choć oczywiście nigdy się głośno nie skarżyłam.

– Dajże już spokój, ojcze – wtrącił Ramzes. – Bo gotowa znów się rozpłakać.

– Hmm… – mruknął Emerson. – Widzę, że już przekabaciła ciebie i Davida. O ile dobrze pamiętam, wszystkie poważniejsze wydatki wymagają zgody większości członków rady. Wy troje oczywiście stanowicie większość. Amelio, do diabła ciężkiego, czemu mi nie zwróciłaś na to uwagi, kiedy spisywaliśmy statut fundacji?

– Chyba sama o tym nie pomyślałam – przyznałam.

Uważałam zawsze jego uporczywe odmawianie przyjęcia od Nefret pomocy finansowej za absurd i typowy przykład męskiej dumy. Dlaczego nie miałaby wydawać własnych pieniędzy tak, jak chce? I kto bardziej zasługiwał na korzystanie z nich, jeśli nie najwybitniejszy egiptolog tego i innych stuleci? Czyli Radcliffe Emerson, ma się rozumieć.

– To chyba jeden z najpiękniejszych, jakie widziałam – powiedziałam, chcąc zwrócić uwagę mojego męża z powrotem ku papirusowi. – I bardzo cenny nabytek dla fundacji, bo przecież gdybyś go nie kupiła – nielegalnie, jak mniemam – trafiłby do jakiejś prywatnej kolekcji i przepadł dla nauki. Tylko nie zaczynaj znów wykładu o niegodziwości kupowania od handlarzy, Emersonie… słyszeliśmy to już tysiąc razy. Tym razem nie było innego wyjścia. Mam nadzieję, że pojmujesz wszystkie implikacje takiego odkrycia?

Emerson łypnął na mnie spode łba, byłam jednak zadowolona, że moje pytanie odwróciło jego uwagę od młodych.

– Czyżbyś mnie miała za idiotę, Peabody? Pewnie, że pojmuję. Niemniej nie zgadzam się, żebyś marnowała czas na bezowocne spekulacje, dopóki nie poznamy faktów. Pozwól łaskawie, że to ja zbadam tę sprawę. Pytam ponownie: skąd to macie?

Lodowate spojrzenie mojego męża prześliznęło się po trójce młodych ludzi. Uśmiech Nefret zgasł, David wzdrygnął się i oboje spojrzeli z nadzieją na Ramzesa, który, jak się tego spodziewałam, chętnie podjął się wyjaśnień.

– Kupiliśmy od Yussufa Mahmuda w Kairze – odparł. – Byliśmy z Davidem…

– To niemożliwe – przerwał mu Emerson. – Mahmud handluje falsyfikatami i antykami o podrzędnej wartości. Jakim cudem mogło mu wpaść w ręce coś tak cennego?

– Mnie też nurtuje to pytanie – odparł Ramzes. – Jeżeli pozwolisz mi opowiedzieć wszystko bez przerywania, ojcze…

– Ciebie to też dotyczy, Peabody – oznajmił Emerson, zaplatając ręce na piersi. – Proszę, mów dalej, Ramzesie.

W miarę jak Ramzes snuł swoją opowieść, z mojej piersi wyrywały się okrzyki przerażenia, zaskoczenia i konsternacji. Muszę mu oddać sprawiedliwość, stwierdzając, że tym razem powiedział nie tylko prawdę, ale i całą prawdę. Musiała być cała, gdyż coś gorszego trudno było sobie wyobrazić. Mina Emersona się nie zmieniła, jego dłonie splatały się jednak ze sobą coraz mocniej, aż pobielały mu palce, a ścięgna napięły się jak postronki.

– …a potem wróciliśmy do łodzi bez dalszych przygód – zakończył Ramzes.

– Bez dalszych przygód – powtórzył Emerson. – Hmm… I tak było ich już dość. No cóż. Zachowaliście się nierozważnie nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni. Ale nie pojmuję jednej rzeczy…

– Tak, ojcze? – podchwycił czujnie Ramzes, którego nie zmylił łagodny ton tej wypowiedzi.

– Nie rozumiem po prostu… – głos Emersona znów nabrzmiał furią i przeszedł w ryk, od którego zadzwoniły na spodkach filiżanki – dlaczego, na miłość boską, zabrałeś ze sobą swoją siostrę?!

Horus wyskoczył spod stołu i ruszył ku drzwiom z wyprężonym ogonem i przypłaszczonymi uszami. Na swojej drodze spotkał Abdullaha, który czekał na nas na werandzie i spieszył teraz zobaczyć, co się stało, zaniepokojony wrzaskami Emersona. Kocisko zaplątało się w szatę Araba i po krótkiej chwili łapania równowagi (przez Abdullaha), drapania (przez Horusa) oraz przeklinania (przez obu, bo kocur syczał jak wściekły), uwolniło się i uciekło.

Ramzes mógł wreszcie odpowiedzieć ojcu, a ja zaaplikowałam jodynę na zadrapania Abdullaha. Kiedy indziej protestowałby przeciwko temu, ale tym razem zbyt go zaciekawiła relacja Ramzesa. W miarę słuchania jego oczy robiły się coraz bardziej okrągłe.

– Zabraliście ze sobą Nur Misur? – zdumiał się.

– Nikt mnie nie zabrał – wtrąciła Nefret. – Po prostu poszliśmy tam razem, Abdullahu. Nie ekscytuj się tak bardzo, bo ci to zaszkodzi.

– Ale… Yussuf Mahmud… ta podła żmija! – gorączkował się nasz stary przyjaciel. – Nocą… do el Was’a!

– Jeżeli się nie uspokoisz, wyjmę słuchawki i osłucham ci serce – zagroziła Nefret, popychając go swoją szczupłą brązową ręką na krzesło, a drugą podając mu szklankę wody.

Groźba poskutkowała. Abdullah odnosił się do nowoczesnej medycyny z wielką podejrzliwością, a myśl, że mogłaby go badać młoda kobieta, napawała go przerażeniem.

– Gdyby jej z nami nie było, może nie siedziałbym teraz tutaj – powiedział David. – Jest szybka jak kot i ma odwagę lwa.

Uznałam, że czas już zapanować nad tą dyskusją, która przerodziła się w gwałtowną wymianę zdań. Męskie rozmowy często tak wyglądają.

– Opowiedz wszystko do końca, Ramzesie – poprosiłam.

Emerson, który już się zaczynał rozluźniać, wyprostował się nagle, aż mu zatrzeszczały kości.

– To nie koniec? – zapytał.

– Tak przypuszczam. Trzeba powiedzieć Ibrahimowi, żeby naprawił drzwi Nefret. No więc, Ramzesie?

Wściekłość Emersona osiągnęła już widocznie swój szczyt, bo tylko lekko się skrzywił. Abdullah popijał wodę, spoglądając podejrzliwie na Nefret znad szklanki.

– Przyznaję, że powinniśmy byli powiedzieć wam o papirusie już dawno – zaczęła dziewczyna, zanim któryś z chłopców zdążył się odezwać. – Ale to mamy już za sobą: my wiemy, co wy czujecie, a wy wiecie, co my czujemy, więc przestańmy na siebie krzyczeć, bo szkoda czasu.

– Słuchaj no, młoda damo… – zaczął Emerson.

– Oczywiście, kochany profesorze; wszyscy wiemy, że pan nigdy nie krzyczy. Zastanówmy się, co powinniśmy teraz zrobić? W moim przekonaniu – ciągnęła, nie czekając na odpowiedź – przede wszystkim musimy sobie odpowiedzieć na dwa pytania. Po pierwsze, kto wtargnął tej nocy do mojego pokoju. Po drugie, skąd pochodzi papirus. Może odkryto gdzieś nowy grobowiec?

– Bardzo rozsądnie – pochwaliłam ją. – Sama chciałam zadać te pytania. Czy myślicie, że to mógł być Yussuf Mahmud?

– Na pewno nie był to zwykły złodziej – oświadczył Abdullah. – Żaden mieszkaniec Teb nie ryzykowałby narażenia się na gniew Ojca Przekleństw.

Emerson potwierdził to groźnym pomrukiem.

– Nie zostawił żadnego śladu? – zapytał.

– Rano przeszukałem teren pod oknem Nefret – odparł Ramzes. – Piasek był zadeptany, ale jak wiecie, nie pozostają na nim odciski stóp, a złodziej nie był na tyle roztargniony, żeby zgubić jakąś część odzienia albo…

– Tak, tak – burknął Emerson, ucinając początek kolejnego wykładu syna. – Nie wierzę, żeby Mahmudowi starczyło odwagi na takie włamanie. To człowiek pośledniej miary pod każdym względem.

– Ale mógłby się na to zdobyć, gdyby się bał kogoś innego jeszcze bardziej niż nas – zauważył Ramzes.

– No tak. – Emerson potarł podbródek. – Czyli osobnika, od którego zdobył papirus. Tamten mógłby kazać mu odzyskać zwój, obiecując darować mu za to jego nędzne życie. To możliwe. A niech to diabli, Ramzesie, dlaczego nie powiedziałeś mi o wszystkim przed wyjazdem z Kairu? Znam co najmniej kilku ludzi, którzy handlują antykami wysokiej klasy i jednocześnie są zupełnie pozbawieni skrupułów.

– Ja także, ojcze. Jednak nie widzę sensu w podążaniu tym tropem. Winny i tak się nie przyzna, a wypytywanie wszystkich naokoło wywołałoby tylko niepotrzebne spekulacje.

– Chyba masz rację – przyznał niechętnie Emerson. Przypuszczałam, że najchętniej sam odwiedziłby po kolei wszystkich podejrzanych i wycisnął z któregoś przyznanie się siłą.

Mój mąż powrócił do studiowania papirusu, leżącego na stole w przemyślnej skrzynce projektu Davida. Widać było jedną z uroczych, ręcznie malowanych winietek: trumnę z mumią księżniczki, ciągniętą do grobowca przez dwa woły. Emerson pogładził dołek w brodzie, jak zwykł robić w chwilach zmieszania lub głębokiego namysłu.

– To jednak dziwne – powiedział jakby do siebie. – Papirus jest oryginalny, tu nie ma wątpliwości… jednak nie wierzę, żeby którykolwiek z tych ludzi podejmował aż takie ryzyko, by go odzyskać. Co innego zaatakować innego parszywego kanciarza w rodzaju Alego Szczura, ale żeby posunąć się do napaści na mnie, trzeba mieć tupet i odwagę, o jakie ich nie podejrzewam.

– A czy w ogóle przychodzi ci na myśl jakaś na tyle bezczelna osoba, profesorze? – spytała Nefret.

Emerson zerknął na nią podejrzliwie.

– Nie – odparł. – A powinna? Równie tajemnicza jest dla mnie kwestia pochodzenia tego zwoju. Na pewno pochodzi z Teb, ale skąd konkretnie?

– Davidowi przyszło do głowy – wtrącił Ramzes – że mógł pochodzić ze Skrytki Królewskiej. Bracia Abd er Rassul ogołacali przez lata grobowiec z mniejszych obiektów, dopóki nie zostali… hm, przekonani, że powinni zaprowadzić tam Herr Brugscha. Część rzeczy zdążyli jednak posprzedawać prywatnym kolekcjonerom…

– A inne ukryli w swoim domu w Gurna – dodał Abdullah. – Były wśród nich także papirusy.

Emerson palił, wydmuchując ze złością dym.

– Jest jeszcze inna możliwość – stwierdził. – Brugsch mógł zwyczajnie coś przeoczyć, bo wywoził stamtąd rzeczy w wielkim pośpiechu.

– Ale na pewno nie jest możliwe, żeby tak cenne znalezisko przegapił i on, i Abd er Rassulowie – zauważyłam. – Jednak kto wie, czy odpowiednio poprowadzone wykopaliska wiele by nam nie wyjaśniły.

Emerson spojrzał na mnie krytycznie.

– Nudzą cię nasze groby, co, Peabody? Nie myśl, że twoje kuszące pomysły odwiodą mnie od moich obowiązków. No dobrze, postarajmy się więc ustalić, skąd pochodzi papirus i jaką drogą dostał się do Kairu. Widzę tu cztery możliwości. Pierwsza – że zabrano go z nieodkrytego jeszcze grobowca tej księżniczki – jest raczej mało prawdopodobna, bo pojawiłyby się także inne obiekty z tego źródła. Pozostałe trzy teorie bazują na założeniu, że zwój był częścią skarbu z Deir el Bahari i albo został sprzedany przez rabusiów zaraz po odkryciu grobu, albo później, po kilku latach przetrzymywania w ukryciu, albo wreszcie znaleziono go dopiero niedawno i od razu usiłowano sprzedać.

Otworzyłam usta, lecz Emerson nie dopuścił mnie do słowa.

– Nie próbuj teoretyzować, Peabody – warknął. – I tak już z trudem nad sobą panuję. Mamy na razie za mało dowodów na skonstruowanie porządnej teorii… chyba że nasze kochane dzieci coś jeszcze przed nami ukrywają.

– My na pewno niczego nie ukrywamy – obruszyła się Nefret. – Gdybym to ja miała o tym wszystkim opowiedzieć, korciłoby mnie, żeby pominąć ten czy ów… ciekawy szczegół, ale Ramzes nie pominął niczego.

– Chyba trzeba mu to przyznać – mruknął Emerson. – A niech to diabli, Ramzesie, jak długo obaj z Davidem grasowaliście po Kairze w tych idiotycznych przebraniach?

– Skonstruowaliśmy te fałszywe tożsamości trzy lata temu, ojcze.

– No to teraz lepiej je zdemontujcie. Czy nie przyszło ci do głowy, że ktoś bystrzejszy od twojego ojca mógł was rozpoznać pod tymi przebraniami? Przyznaję – dodał z niechętnym podziwem – że mnie skutecznie nabraliście.

– Wypadki ostatniej nocy potwierdzają twoje domniemania, ojcze, choć nie rozumiem, jak to się mogło stać. Naprawdę bardzo uważaliśmy.

– No cóż, gdyby udało nam się znaleźć Yussufa Mahmuda, na pewno uzyskalibyśmy odpowiedź na wszystkie nasze pytania. Najpierw powinniśmy się dowiedzieć, czy w ogóle widziano go w Luksorze. Ja pogawędzę trochę z handlarzami, a ty, Abdullahu, może byś popytał wśród swoich krewnych i znajomych w Gurna?

Abdullah skinął głową z miną tak ponurą, że mi się zrobiło żal tych jego krewnych i znajomych.

– Powinno się też rozgłosić, że przedmiot, którego szukał złodziej, nie znajduje się już w pokoju Nur Misur – podsunął.

– Pewnie to dobry pomysł, mój ojcze – odparł Ramzes, przechodząc z angielskiego na arabski. – Ale od dzisiaj ja w nim zamieszkam, a Nefret zajmie moją sypialnię. Nie wspominaj więc nikomu o papirusie, bo bardzo bym chciał, żeby ten człowiek po niego wrócił.

Wycinek z dziennika „Al Ahram” z 29 grudnia 1906 roku:

„Wczoraj w pobliżu Luksoru wyłowiono z Nilu ciało mężczyzny, który zginął w podejrzany sposób. Jego ręce i nogi były związane, a zwłoki pokiereszowane, jakby się dostał w paszczę wielkiego zwierzęcia, na przykład krokodyla. Ale w okolicy Luksoru krokodyle już nie występują”.

6

Nazajutrz wieść o tym wydarzeniu obiegła cały Luksor. Przyniósł ją nam Abdullah, któremu przekazał tę informację jego kuzyn Mohammed, a jemu z kolei powiedział o tym jego syn Raschid po rozmowie z jednym z rybaków, którzy wyłowili szczątki. Odkrycie samo w sobie było dość nieprzyjemne, ale wiadomość o nim, która dotarła do nas, była jeszcze bardziej rozdęta i przesadzona.

– To był krokodyl – upierał się Abdullah. – Raschid powiedział, że Sayed stwierdził, że to nie mogło być nic innego.

– Bzdura, Abdullahu. Przecież w Egipcie nie ma krokodyli od… no, od kiedy pamiętam.

Arab przewrócił oczami.

– Miejmy lepiej nadzieję, że to jednak krokodyl, Sitt. Bo jeśli nie, musiało to być coś znacznie gorszego.

– A co może być gorsze? – zdziwiłam się.

Abdullah pochylił się i położył dłonie na kolanach.

– Niektórzy wierzą, że dawni bogowie nie umarli, że tylko śpią. A ci, którzy nachodzą grobowce…

– Niektórzy w to wierzą – potwierdziłam. – Ale ty oczywiście do nich nie należysz, Abdullahu?

– Nie wierzyć to nie to samo, co nie wiedzieć, Sitt.

– Hmm… Posłuchaj, Abdullahu, jeżeli dawni bogowie istotnie nie tolerują naruszania grobów, to wszyscy jesteśmy zagrożeni: ty, ja, Emerson i inni. Więc lepiej myślmy, że tak nie jest.

– Dobrze, Sitt. Ale ochranianie siebie nawet przed czymś, co nie istnieje, jeszcze nikomu nie zaszkodziło. – Wskazał na wiszące na mojej szyi amulety, po czym sięgnął za pazuchę swojej szaty. – Przyniosłem ci jeszcze jeden.

Jak większość egipskich amuletów, był wykonany z niebieskozielonego fajansu i z tyłu miał umocowane kółko, żeby go było można powiesić na szyi. Nie wątpiłam, że to autentyk. Abdullah miał swoje dojścia.

– Dziękuję – odparłam z uśmiechem. – Ale co z Emersonem? Czy dla niego też coś masz?

– On i tak by nie chciał czegoś takiego nosić, Sitt.

– Nie o to chodzi, Abdullahu. Czy jesteś pewien, że to właśnie dlatego dałeś amulet mnie, a nie jemu? Bo przecież nie z tego powodu, że twoim zdaniem ja bardziej potrzebuję ochrony, prawda?

Twarz Araba pozostała poważna, lecz rozpoznałam znajomy błysk w jego oczach. Z pewnością doskonale bawił się moim kosztem.

– Jesteś nieostrożna, Sitt. Robisz czasami głupie rzeczy.

– Jeżeli nawet, to przecież wy obaj z Emersonem czuwacie nade mną – odparłam wesoło. – A teraz jeszcze będzie mnie pilnował Sobek.

Odpięłam łańcuszek i dodałam figurkę boga-krokodyla do mojej kolekcji amuletów.

Ramzes poszedł obejrzeć zwłoki. Reszta z nas odmówiła sobie tej atrakcji, nawet Emerson, który – ostentacyjnie nie patrząc na syna – oznajmił, że nie musi udowadniać swojej męskości gapieniem się na zmasakrowane trupy.

Był nadal wściekły na Ramzesa. Wciąż winił go za to, że pozwolił uczestniczyć Nefret w nocnym wypadzie do Starego Miasta. Szczerze mówiąc, sam zabierał mnie w równie zapuszczone i niebezpieczne zakątki Kairu, jednak swoją adoptowaną córkę wciąż uważał za małego złotowłosego dzieciaka o słodkiej buzi. Nefret nie była już dzieckiem, o czym mogłaby zaświadczyć pewna liczba młodych dżentelmenów, ale ojcowie potrafią być idiotycznie nadopiekuńczy wobec córek. (Podobno niektóre matki zachowują się równie absurdalnie w stosunku do synów, lecz to nie mój przypadek).

Ja sama nie obarczałam tym razem Ramzesa odpowiedzialnością za zachowanie Nefret. Kiedy jednak się dowiedziałam, że zabrał ją ze sobą na oględziny zwłok, doszłam do wniosku, że moja tolerancja powinna mieć pewne granice.

Gdy wrócili, siedzieliśmy na werandzie przy herbacie. Jeden rzut oka na twarz Nefret przekonał mnie, że z pewnością nie odwiedzała znajomych w Luksorze, jak to zapowiedziała, wychodząc. Ramzes zachowywał kamienną twarz, co stanowiło oznakę, że zmaga się z jakąś silną emocją. Chciał pomóc Nefret zsiąść z konia, lecz zignorowała go. Zeskoczyła z siodła, rzuciła lejce stajennemu i usiadła z nami przy stole.

– Może kawałek ciasta? – zaproponowałam, podsuwając jej paterę. Było wyjątkowo smakowite, z orzechami i daktylami, grubo polukrowane.

– Nie, dziękuję – odparła i odwróciła głowę, przełykając ślinę.

– Aha – mruknęłam. – Więc jednak poszłaś z Ramzesem. Przecież stanowczo ci zabroniłam…

– Nie, ciociu Amelio, nie zabroniłaś mi. Zrobiłabyś to z pewnością, gdyby ci to przyszło do głowy, ale nie przyszło. – Uśmiechnęła się do mnie niepewnie i klepnęła Emersona po napiętym ramieniu. – Kochany profesorze, uważaj, bo się zadławisz. Zechciejcie oboje pamiętać, że jestem tu jedyną osobą z medycznym wykształceniem.

– Zrobiło jej się niedobrze – oznajmił Ramzes, który opierał się o ścianę z zaplecionymi na piersi rękami, spoglądając krytycznie na przybraną siostrę.

– Ale dopiero po wszystkim! Zresztą sam byłeś trochę zielony na twarzy! – odgryzła się. Złapała ze stołu kawałek ciasta i podetknęła mu pod nos. – Proszę, poczęstuj się.

– Nie, dziękuję – burknął Ramzes, odwracając wzrok.

– Było aż tak źle? – zapytałam.

– Tak. – Nefret odłożyła lepkie ciasto na talerz i wytarła palce w serwetkę.

– Tak – zawtórował jej Ramzes, po czym podszedł do bufetu pod ścianą i wrócił z dwiema szklaneczkami whisky z wodą. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, mamo? – zapytał, podając jedną Nefret. – Sama często powtarzasz, że lecznicze działanie dobrej whisky…

– Zgadza się.

Ramzes, zanim pociągnął spory łyk, uniósł szklankę ku Nefret. Potem usadowił się na swoim ulubionym miejscu na parapecie.

– Zbadała rany bardzo dokładnie – powiedział. – Wygląda na to, że ich charakter potwierdza wcześniejsze przypuszczenia.

– Że co? Że to był krokodyl? – zdumiałam się. – Dobrze wiesz, że krokodyli…

– Peabody – przerwał mi Emerson. Najwyraźniej doszedł już do siebie. Jego głos był spokojny, a twarz opanowana, ale błękitne oczy błyszczały groźnie. – Czy uważasz to za odpowiedni temat do rozmowy przy popołudniowej herbacie?

– Dobrze wychowanym ludziom wiele z naszych rozmów wydałoby się nieodpowiednimi – odparłam. – Skoro nasza młodzież mogła się zdobyć na obejrzenie szczątków, my możemy przynajmniej wysłuchać ich relacji. Byłbyś tak dobry, Emersonie, i nalał mi też szklaneczkę?

– No proszę – burknął, lecz spełnił moją prośbę, a potem nalał sobie. David nie chciał się poczęstować, gdyż prawie w ogóle nie pije, poza lampką wina od czasu do czasu. W każdym razie ja nie widziałam, żeby pił coś mocniejszego.

– Nie będę się zagłębiała w ponure szczegóły, profesorze – powiedziała Nefret, głaszcząc usadowionego na podołku Horusa. – W każdym razie rany wyglądały tak, jakby je zadało wielkie zwierzę o długich, ostrych zębach. Ponieważ jednak takie zwierzęta w okolicy nie występują, musiało to być jakieś narzędzie, skonstruowane przez człowieka. Przyszła mi na myśl Żelazna Dziewica, którą widzieliśmy w muzeum w Norymberdze…

– Rany boskie! – krzyknęłam. – Chcesz powiedzieć, że ktoś sprowadził do Egiptu średniowieczne narzędzie tortur?

– Dajże spokój, Peabody – uciszył mnie Emerson, który zapomniał już o swych obiekcjach i słuchał z wielkim zaciekawieniem. – Żelazna Dziewica, która kształtem i rozmiarami przypomina człowieka, ma skierowane do wewnątrz kolce w plecach i pokrywie – wyjaśnił. – Kiedy się ją zamyka, kolce wbijają się w ciało ofiary. Ale ten sam skutek można osiągnąć za pomocą prostszego urządzenia, na przykład ciężkiej deski z nabitymi długimi gwoźdźmi.

– Właśnie – potwierdziła Nefret, dopijając whisky. – Rany występowały tylko na głowie i tułowiu, a w jednej z nich dojrzałam błysk metalu. Tak jak przypuszczałam, była to ułamana końcówka gwoździa lub kolca.

– I ty ją… wyciągnęłaś? – zapytał David, przełykając ślinę.

– Oczywiście. To przecież dowód rzeczowy. – Klepnęła się po kieszonce na piersi. – Zabrałam go, bo nikt w zabtiyeh i tak go nie chciał. W zwłokach znajdowało się jeszcze jedno ciało obce… kawałek szpagatu, werżnięty głęboko w szyję.

– Sznur do duszenia – wyszeptałam. – Wyznawcy bogini Kali…

Kiedy to powiedziałam, Ramzes prychnął i zacisnął wargi tak mocno, że utworzyły wąską kreskę.

– Tego nieszczęśnika nie uduszono, ciociu Amelio – wyjaśniła Nefret. – Sznurek wpił mu się w kark, nie w gardło. Prawdopodobnie miał na szyi jakiś amulet czy krzyżyk i ktoś go szarpnął tak mocno, że się zerwał.

– I to też pewnie… wydobyłaś? – zapytał z rezygnacją Emerson.

– Tak, profesorze. Pytanie tylko, po co ktoś to wszystko wyczyniał, jeśli po prostu chciał kogoś zabić?

– Pewnie to sprawka jakiejś nowej sekty zabójców – oświadczyłam. – Coś jak kult Kali w Indiach. Może jacyś szaleni fanatycy przywrócili kult boga-krokodyla, Sobeka?

– Powściągnij łaskawie swoją wybujałą wyobraźnię, Peabody – burknął Emerson. – Takie rany mogły na przykład spowodować metalowe szczęki jakiejś maszyny. Może ten człowiek był pijany, potknął się i wpadł do czegoś takiego?

– Głową w dół? – zapytałam z sarkazmem. – A operator tego urządzenia włączył je, nie zauważywszy wystających ze środka nóg?

David, młodzieniec o łagodnym usposobieniu, pobladł jeszcze bardziej.

Hipoteza Emersona była tak absurdalna, że nawet on sam nie próbował jej bronić.

– Ważniejsze jest inne pytanie – powiedział. – Kim była ofiara?

– Twarzy nie dało się rozpoznać – odparł Razmes. – Ale wiemy, że Yussuf Mahmud nie miał dwóch stawów środkowego palca u lewej dłoni. Wprawdzie wystające części ofiary obgryzły jakieś mniejsze drapieżniki, ale z palców u rąk i nóg obżarte zostały tylko same końce, a ten środkowy palec…

David wstał i pospiesznie opuścił werandę.

– Chyba poproszę o jeszcze jedną whisky, Emersonie – oznajmiłam.

Wszystko to było diabelnie zniechęcające, nie da się bowiem przesłuchać umarłego. Z drugiej strony – a wolę zawsze dostrzegać pozytywne aspekty każdej sprawy – zamordowanie Yussufa Mahmuda potwierdziło, że w całą tę historię wmieszana jest jakaś grupa złoczyńców o wiele bardziej interesujących od handlarza drugorzędnymi antykami. Emerson mógł sobie kpić (i robił to) z mojej teorii na temat tajemniczej sekty zabójców, ja jednak byłam przekonana, że śmierć Mahmuda miała wszelkie cechy morderstwa rytualnego lub nawet egzekucji. Zdradził swoich mocodawców i musiał za to zapłacić straszliwą cenę. Ale na czym właściwie polegała jego zdrada?

Odpowiedź nasuwała się sama. Jego rozpaczliwe próby odzyskania papirusu – bo tylko człowiek zdesperowany odważyłby się nachodzić dom Ojca Przekleństw – musiały być ostatnią nadzieją na ujście cało przed zemstą sekty. Byłam przekonana, że Wyznawcy Sobeka – jak ich nazwałam – posługiwali się cennymi starożytnościami dla zwabienia potencjalnych ofiar. A Yussuf Mahmud nie tylko pozwolił tym razem wyśliznąć się zarówno ofiarom, jak i przynęcie, lecz w dodatku zamiast naiwnych turystów wybrał do morderczego rytuału członków rodziny, znanej w Egipcie z sukcesów w ściganiu wszelkiej maści złoczyńców.

Najwyraźniej nie odkrył prawdziwej tożsamości Alego Szczura, gdyż w przeciwnym razie na pewno by z nim nie zadarł. Ktoś jednak musiał rozpoznać Ramzesa i resztę; być może zdradzili się jakoś podczas walki i późniejszej ucieczki. Mahmudowi dano ostatnią szansę naprawienia fatalnej omyłki, nie umiał jej jednak wykorzystać i musiał za to zapłacić.

Było to jedyne sensowne wytłumaczenie, ale Emerson zbył je stwierdzeniem: „Banialuki, Peabody” – nie pozwalając mi nawet dokończyć wywodu.

Wiedziałam oczywiście dlaczego. Mój mąż nie przyznałby tego głośno, lecz wciąż miał obsesję na punkcie Sethosa. Było to wręcz śmieszne, bo Sethos nigdy nie zadałby się z prymitywną sektą morderców.

Ramzes i Nefret zamienili się pokojami. Mój syn nie krył rozczarowania, kiedy nie pojawił się już żaden intruz. Ja także byłam rozczarowana, choć nie sądziłam, by sekta chciała ryzykować ponownie. Wypytywanie handlarzy i mieszkańców Gurna również nie przyniosło rezultatów. Nikt z indagowanych nie widział Yussufa Mahmuda, nikt też nie był członkiem sekty zabójców. Trudno się było zresztą spodziewać, że ktokolwiek się do tego przyzna.

Tydzień pomiędzy Bożym Narodzeniem i Nowym Rokiem wypełniało nam zwykle aktywne życie towarzyskie. Otrzymywaliśmy wiele zaproszeń od – jak nazywał tych ludzi Emerson – „pływającego towarzystwa biesiadnego”, co zresztą było coraz dalsze od prawdy, bo większość z nich zatrzymywała się w hotelach, zwłaszcza w nowym i eleganckim Winter Palace. Była to grupa błyszcząca na firmamencie społecznym, bogaci i w większości utytułowani ludzie. Ale od strony intelektualnej byli strasznymi nudziarzami, toteż nie protestowałam, gdy Emerson odrzucał jedno zaproszenie po drugim. Nalegałam jednak, byśmy wykazali się grzecznością przynajmniej wobec kręgu archeologów i starych znajomych.

Do tych ostatnich musiałam zaliczyć pana Davisa, który przypłynął do Luksoru na pokładzie swojej dahabii. Emerson mógł nie znosić tego człowieka i nie znosił go, lecz Davis był obecnie znaczącą postacią w środowisku egiptologów, a wobec mnie zawsze zachowywał się przyzwoicie. Jego kuzynka, pani Andrews, która towarzyszyła mu zawsze w podróżach, była nawet sympatyczna. (Nie powtórzę tu spekulacji Emersona na temat łączących ją z Davisem stosunków).

Oczywiście nie otrzymaliśmy zaproszenia od Davisa. Był on, wraz z panią Andrews (jego kuzynką, jak przypominałam ciągle Emersonowi), jednym z największym entuzjastów „towarzystwa biesiadnego”. Spotykali się nie tylko z uznanymi archeologami, ale z każdym, kto zaliczał się do towarzyskiej śmietanki lub posiadał jakikolwiek tytuł. My najwyraźniej nie zostaliśmy zaliczeni do żadnej z tych kategorii. Nie zmartwiło mnie to wcale, wręcz przeciwnie, odczułam ulgę, nie mogłam bowiem liczyć na to, że Emerson zdoła zachować się przyzwoicie w obecności Davisa. Jednak prędzej czy później ich spotkanie było i tak nieuniknione. Kiedy więc otrzymałam zaproszenie na uroczyste przyjęcie w Winter Palace, wydawane przez dyrektora hotelu na cześć kilku brytyjskich arystokratów, nie namawiałam Emersona, żeby z nami poszedł. Obecność Davisa na przyjęciu była pewna, ponieważ miał hyzia na punkcie honorów i tytułów.

Jednak ku memu zdumieniu i zaniepokojeniu mój mąż sam postanowił uczestniczyć w tym wydarzeniu. Mało tego, zgodził się nawet włożyć wieczorowe ubranie. Byłam pełna najgorszych przeczuć.

Zaproszony został każdy, kto w Luksorze cokolwiek znaczył. Chociaż przybyliśmy spóźnieni, a sala była pełna ludzi, nasze wejście zwróciło uwagę niemal wszystkich. Emerson oczywiście prezentował się wspaniale; nie mogłam zresztą narzekać na wygląd żadnego z moich mężczyzn.

Usunięcie wszystkich kocich włosków z sukni Nefret okazało się niemożliwe, ale na tle kremowego szyfonu z atłasowymi pasami były mało widoczne. Jasny odcień sukni podkreślał jej opaleniznę, jak na mój gust nieco za mocno. Po drodze z domu do hotelu musiała też coś zrobić z dekoltem, był bowiem znacznie głębszy niż na początku. Ale zadowolona byłam, że rękawiczki do łokcia zakrywają brzydką szramę na jej przedramieniu.

Emerson ruszył niczym kula armatnia, kierując się wprost na Davisa. Był to osobnik z sumiastym wąsem i niskiego wzrostu – ale wydawało mu się, że jest wysoki. (Również z tego powodu niezbyt lubił rozmawiać z moim mężem. Trudno uważać, że jest się wysokiego wzrostu, kiedy nad człowiekiem sterczy Emerson). Udało mi się odciągnąć mojego kochanego męża na bok, zanim cokolwiek powiedział. Zdążył tylko mruknąć: „Hmh, to jednak pan wrócił, co?”.

Davisowi towarzyszyła reszta jego ekipy: pani Andrews, olśniewająca w czarnej, obficie obszytej koralikami satynie, kilka młodych panien, przedstawionych nam jako jej siostrzenice, oraz małżeństwo Amerykanów nazwiskiem Smith, które zatrzymało się u Weigallów. Pan Smith, energiczny i towarzyski mężczyzna po czterdziestce, był malarzem, który spędzał w Egipcie kolejny już sezon jako kopista na usługach Davisa i innych badaczy.

Gdy tylko Nefret dotarła do końca powitalnego szeregu, zebrała się wokół niej spora grupa młodych (i nie tak młodych również) mężczyzn, którzy pozostawili bez towarzystwa sporą liczbę dam. Po chwili moją podopieczną poprowadził do tańca dżentelmen, którego wybrała. Odwróciłam się do Emersona, ale on gdzieś sobie poszedł.

– Czy miałabyś ochotę zatańczyć, mamo? – zapytał Ramzes.

– Hmm… – mruknęłam.

– Postaram się nie deptać ci po palcach.

Był to zapewne jeden z jego specyficznych żartów, bo muszę przyznać, że mój syn jest znacznie lepszym tancerzem od mojego męża. Nikt nie tańczy walca z większym rozmachem niż Emerson; rzecz jednak w tym, że usiłuje tańczyć walca niezależnie od rodzaju muzyki.

Podałam Ramzesowi dłoń, a on poprowadził mnie wokół parkietu.

– Moje wahanie wcale nie wiązało się ze stanem moich stóp – wyjaśniłam mu po drodze – ale z troską o twego ojca. Ktoś powinien z nim być, bo lada chwila gotów wdać się w jakąś sprzeczkę. Wyraźnie to po nim widać.

– Zajmujemy się nim na zmianę, mamo. Teraz jest przy nim David.

Rozejrzałam się i dostrzegłam Emersona w okolicach bufetu. Rozmawiał z monsieur Naville’em, a David stał tuż obok. W wieczorowym stroju wyglądał bardzo przystojnie, był jednak, jak zauważyłam, lekko spłoszony.

– Kiedy twój ojciec zacznie wygłaszać swoje tyrady, mój chłopcze, David z pewnością nie zdoła go powstrzymać – oświadczyłam. – Może lepiej tam pójdę i…

– Teraz moja kolej – odparł Ramzes, a że muzyka przestała grać, wziął mnie pod ramię i odprowadził z kurtuazją na miejsce. Znowu się popisywał; zastanawiałam się tylko, którą z młodych dam chce dziś oczarować swoimi świetnymi manierami.

Zatrzymano nas, nim dotarliśmy do krzeseł.

– Czy zaszczyci mnie pani następnym tańcem, pani Emerson? – zapytał sir Edward Washington, skłaniając się przede mną elegancko.

Nie widziałam go od Bożego Narodzenia, podejrzewałam jednak o to Nefret. Krążyliśmy przez jakiś czas w milczeniu, wreszcie sir Edward powiedział:

– Zdaje się, że znowu ma pani okazję wykorzystać swój detektywistyczny talent, pani Emerson. Pracuje pani nad tą najnowszą zagadką?

– Jakąż to zagadkę ma pan na myśli?

– Czyżby było ich więcej? Mówię o zwłokach wyłowionych ostatnio z Nilu. Mordercą z pewnością nie był krokodyl.

– Oczywiście, że nie – przyznałam.

– Powiedziano mi, że pozwoliła pani pannie Forth zbadać szczątki.

– Boże święty, jak szybko w tej wiosce powstają plotki! Nie pozwalam pannie Forth na wiele rzeczy, sir Edwardzie, a ona i tak je robi.

– To osóbka pełna animuszu – powiedział Washington, przyglądając się Nefret, pogrążonej w rozmowie z Davisem. Oboje chyba doskonale się bawili, miałam jednak wrażenie, że dekolt dziewczyny jeszcze się powiększył. – No ale co z tym morderstwem, pani Emerson? – wrócił do tematu mój partner. – Na pewno ma pani jakąś teorię.

– Zawsze jakąś tam mam – odparłam. – Jednak tej akurat panu nie wyjawię, bo wyśmiałby mnie pan. Emerson już ją nazwał banialukami.

– Ja z pewnością pani nie wyśmieję, pani Emerson. Bardzo proszę…

– No dobrze…

Pominęłam oczywiście te elementy, które dotyczyły bezpośrednio naszej rodziny

– Już nigdy się nie dowiemy, co ten człowiek robił w Luksorze – zakończyłam.

– To on nie pochodził stąd? – zapytał Washington.

Niech to diabli, pomyślałam. Wygadałam się tylko odrobinę, ale tak przenikliwemu człowiekowi, jakim był sir Edward, nawet to wystarczyło. Na szczęście przestano grać i miałam wymówkę, by uciąć tę rozmowę.

– Nie pamiętam już, skąd mi się to wzięło – odpowiedziałam wymijająco. – Musiałam coś źle zrozumieć. Wybaczy pan, sir Edwardzie, ale muszę dopaść Emersona, zanim zdąży…

– Ostatnie pytanie, jeśli pani pozwoli…

Musiałam się zatrzymać, bo uścisk Washingtona na moim ramieniu był mocniejszy, niż tego wymagało odprowadzenie damy na miejsce.

– Ponownie szukam jakiegoś zatrudnienia – oświadczył, uśmiechając się szeroko na widok mojej zdumionej miny. – Nie dlatego, żebym musiał – gdyż dzięki niewielkiemu spadkowi jestem finansowo niezależny – lecz po prostu żeby mieć jakieś zajęcie. Człowiek o moim temperamencie nie cierpi bezczynności, a ja zawsze czułem pociąg do archeologii. Czy pani małżonek nie potrzebuje czasem fotografa lub kogokolwiek do pomocy?

Nie zdołał mnie wywieść w pole tym mało wiarygodnym tłumaczeniem. Zamierzał po prostu wykonać kolejny ruch w grze, ale ja nie miałam ochoty mu w tym pomagać. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nasza ekipa jest już skompletowana.

– Ach, rozumiem… – Jego uniesiona brew i półuśmieszek na twarzy świadczyły dobitnie, że istotnie zrozumiał. – Jeżeli jednak mąż zmieni zdanie, proszę dać mi znać.

Emerson rozmawiał z jakąś nieznaną mi kobietą. Pochylał ku niej z uwagą swą kształtną głowę, a jego mocno zarysowane wargi ułożyły się w uśmiech. Dama była elegancko ubrana i dość ekstrawagancko obwieszona klejnotami. Jej ciemne włosy ozdabiał diamentowy diadem rozmiarów mojej dłoni. Miał formę kiści róż, a kwiaty i liście osadzono en tremblant i przy każdym ruchu głowy kołysały się na cienkich drucikach.

Gdy dama przechyliła głowę, by spojrzeć na Emersona, stroik zapłonął diamentowymi iskierkami.

– Oto moja żona – powiedział Emerson, gdy podeszłam. – Pozwól, że ci przedstawię moją znajomą, Peabody: pani Marija Stephenson. Rozmawiamy o kotach.

– Fascynujący temat – odparłam i skłoniłam się uprzejmie, a dama uprzejmie się odkłoniła. Na jej głowie rozbłysł tęczowy ogień; rozbłysły także diamentowe bransoletki i naszyjnik. Zamrugałam.

– Ciekawy – stwierdził Emerson. – Pani Stephenson również ma kota. Nazywa się Astrolabium.

– Dość niezwykłe imię.

– Mąż wspominał, że wybiera pani dla kotów egipskie imiona – powiedziała pani Stephenson. Miała przyjemny głos, lekko tylko skażony amerykańskim akcentem.

Nastąpiła wymiana konwencjonalnych pytań w rodzaju: „Czy to pani pierwsza wizyta w Egipcie? Na jak długo planuje pani pobyt? Czy małżonek także przyjechał?” – i równie konwencjonalnych odpowiedzi: „Tak, i bardzo mi się tutaj podoba. Posiedzę w Luskorze jeszcze dwa tygodnie, a potem wracam do Kairu. Niestety, zatrzymały go pilne interesy”. Przez cały czas trwania tej konwersacji świadoma byłam ciemnych oczu damy, lustrujących moją prostą biżuterię. Amulety z fajansu i kamienia nie mogły się nijak równać z jej diamentową galaktyką.

Przedstawiwszy panią Stephenson jednemu z gości – dobre wychowanie nie pozwoliło mi zostawić kogoś obcego samemu sobie – odciągnęłam Emersona na stronę.

– Słowo daję, Peabody, byłaś diabelnie dociekliwa – zauważył. – Czyżby tknęło cię jedno z tych twoich słynnych przeczuć? Mnie ta dama wydaje się całkiem sympatyczna.

– Zauważyłam. Nie poprosiłeś mnie jeszcze do tańca, mój drogi. Właśnie grają walca.

– Ależ oczywiście, moja droga. – Jego silne ramię objęło mnie i pociągnęło na parkiet.

Rozejrzałam się za Nefret i z zadowoleniem stwierdziłam, że jest tak oblegana przez młodych mężczyzn, którzy pragnęliby z nią zatańczyć, że nie ma nawet kiedy wymknąć się niepostrzeżenie do ogrodu. Tańczyła właśnie z Ramzesem, który wykazywał wobec niej znacznie więcej wigoru, niż gdy tańczył ze mną. Wirowali tak szybko, że aż furczała jej suknia.

Emerson popatrzył na mnie uważnie, strosząc brwi.

– Jesteś coś bardzo małomówna, Peabody. Czy chodzi o te diamenty? Wiesz przecież, że możesz mieć, co tylko chcesz. Nie sądziłem po prostu, że ci na czymś takim zależy.

– Och, Emersonie, jesteś taki dobry – odparłam, zawstydzona jego wrażliwością i szczodrością.

– Staram się, do diabła. Ale jeżeli mi nie mówisz, czego pragniesz, skąd mam to wiedzieć?

– Nie pragnę diamentów, mój kochany. Dałeś mi już wszystko, czego potrzebuję, a nawet jeszcze więcej.

– Mhmm – mruknął. – Chodźmy już może do domu, Peabody, to dam ci…

– Z wielką ochotą, Emersonie.

Możesz być pewien, drogi Czytelniku, że Emerson nie pozwolił nam zaniedbać naszych zawodowych obowiązków. Nie piszę o nich dokładniej, bo nie przyniosły niczego ciekawego. Mozoliliśmy się w odległych zakątkach Doliny, a Ramzes i David wciąż kopiowali inskrypcje w świątyni Setiego I.

Zrobiło się wyjątkowo upalnie, toteż nasza praca stała się jeszcze cięższa. Nagie skalne ściany Doliny chłoną ciepło słonecznych promieni niczym gąbka wodę – zresztą to artykuł, którego tu najbardziej brak. Odczuwaliśmy te niewygody wszyscy poza Emersonem, który jest chyba zupełnie niewrażliwy na temperaturę – czy to skwar, czy mróz.

Starałam się wynajdywać Abdullahowi lekkie zajęcia, żeby się nie przemęczał, ale on przejrzał moje zamiary i wziął się do roboty jeszcze ostrzej niż zwykle, marszcząc z oburzenia swój arystokratyczny nos. Obserwowałam go jednak uważnie i dzięki temu pierwsza zobaczyłam, że pada.

Gdy do niego podbiegłam, usiadł i usiłował mi wmówić, że nic mu nie jest, ale miał wyraźne kłopoty z oddychaniem. Nefret znalazła się przy nim niemal razem ze mną. Wyciągnęła z kieszeni koszuli kopertę i coś z niej wyjęła.

– Przytrzymaj mu usta otwarte – rzuciła do mnie tonem, jakim się mówi do służby. Naturalnie wypełniłam jej polecenie. Nefret włożyła palce do ust Araba i zaraz je wyjęła. Zacisnęła swoje małe brązowe dłonie na brodatej szczęce Abdullaha i trzymała go za nią, przysuwając twarz tak blisko, że niemal stykali się nosami.

Abdullah patrzył w jej błękitne oczy jak zahipnotyzowany. Jego oddech powoli się uspokajał i pogłębiał. Nefret puściła w końcu jego szczękę i odsunęła się. Arab zamrugał i spojrzał na mnie pytająco.

– Wszystko w porządku, Abdullahu – uspokoiłam go. – Nefret, idź powiedzieć profesorowi, że przerywamy pracę.

Kiedy Emerson usłyszał, co się stało, wyszedł z grobowca i zrobił Abdullahowi wykład – po którym Arab sposępniał – a potem wysłał Selima, żeby pożyczył powóz od Cyrusa – i Abdullah zaczął złorzeczyć.

– Na dzisiaj koniec roboty – oznajmił Emerson nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Idź do domu i odpocznij, ty uparty stary huncwocie.

– No tak – mamrotał Abdullah – jestem już stary i nikomu niepotrzebny. Jakiż to smutny koniec, siedzieć na słońcu niczym bezzębne niemowlę…

Daoud wziął go pod ramię i powoli poszli do powozu. Starzec gestykulował z irytacją.

– Co ja mam z nim zrobić, u diabła? – zastanawiał się Emerson. – Któregoś dnia padnie mi tu martwy i będzie to oczywiście moja wina.

– Kto wie, czy nie wolałby właśnie tak odejść – stwierdziła refleksyjnie Nefret. – A ty byś nie wolał, profesorze?

Zatroskana twarz Emersona złagodniała. Objął dziewczynę ramieniem.

– Bardzo jesteś mądra jak na tak młode stworzenie, moja droga. Co dałaś staremu?

– Nitroglicerynę. Ponieważ wiedziałam, że na pewno zgubi albo wyrzuci fiolkę, którą mu zostawiłam, zawsze noszę kilka tabletek przy sobie.

Kiedy wróciliśmy do domu, chłopcy już tam byli, a gdy Nefret oznajmiła, że chce pojechać do Gurna, by zajrzeć do Abdullaha, przyłączyli się do niej.

Z manuskryptu H

Dom stał w połowie wzgórza, niedaleko grobowca Ramose, i był jednym z największych w Gurna. Abdullah dzielił go ze swoim siostrzeńcem Daoudem i jego żoną Kadiją, wysoką, siwowłosą kobietą o brunatnej skórze i muskułach niemal tak samo potężnych jak muskuły jej męża. Nefret twierdziła, że jest z niej bardzo zajmująca rozmówczyni o wspaniałym poczuciu humoru, Ramzes jednakże musiał jej wierzyć na słowo, bo w jego obecności Kadija nigdy nie odsłaniała twarzy i zdobywała się tylko na słowa powitania.

Musieli udawać, że wpadli w odwiedziny przy okazji, ćwicząc konie. Kadija podała im po filiżance mocnej słodkiej herbaty i usunęła się w kąt. Nefret obserwowała przez chwilę Abdullaha, oczywiście udając, że tego nie robi, a potem przysiadła się do Arabki i rozpoczęły przyciszoną pogawędkę, przerywaną co chwila dźwięcznym śmiechem dziewczyny.

Po kilkunastu minutach pożegnali się, nie zahaczając nawet o nieprzyjemny temat stanu zdrowia Abdullaha. Kiedy wyszli, David powiedział z niepokojem:

– Wygląda lepiej, ale przecież może mieć kolejny atak, a ciebie wtedy nie będzie przy nim z lekarstwem, Nefret.

– Zostawiłam zapas Kadii i pouczyłam ją, na co ma zwracać uwagę. Na pewno dopilnuje, żeby regularnie brał lek.

– Siły ma na to dość – mruknął Ramzes. – Ale czy będzie chciała to robić?

– Oczywiście. To bardzo inteligentna kobieta. Opowiedziała mi zabawną historię o… – Nefret parsknęła śmiechem. – To chyba jednak nie nadaje się dla wrażliwych męskich uszu.

Było jeszcze wcześnie, przystali więc na propozycję Davida, by przejść się po wsi, „odwiedzić miejsca jego młodości”, jak oświadczył z nietypową dla siebie ironią. Dom Abd el Hameda, w którym spędził kilka lat jako terminator fałszerza starożytności, przeszedł na własność kuzyna parającego się tym samym zajęciem. Oficjalnie był to warsztat wytwarzający kopie, ale wszyscy doskonale wiedzieli, że to tylko przykrywka dla produkcji falsyfikatów.

– Ten kuzyn nie dorównuje mojemu zmarłemu mistrzowi – stwierdził David. – Widziałem jego podróbki w antykwariatach… są tak kiepskie, że kupiłby je chyba tylko ktoś bardzo naiwny. Natomiast mogę się założyć, że wyroby Abd el Hameda mają w swoich kolekcjach największe muzea świata.

– Mówisz tak, jakbyś żałował jego śmierci – zauważyła Nefret. – Po tym, jak cię traktował!

– Jaka szkoda, że talent i przyzwoitość nie poszły w tym przypadku w parze – powiedział David. Jego postacią wstrząsnął dreszcz i chłopak odwrócił się, by nie patrzeć na dom. – Abd el Hamed był sadystyczną świnią, ale był także genialny. I to właśnie dzięki niemu was poznałem. Chodźmy już stąd, mam dość wspomnień.

Konie zostawili u stóp wzgórza. Ruszyli w drogę powrotną gęsiego i Ramzes, który został nieco z tyłu, mógł podziwiać refleksy zachodzącego słońca na wspaniałych włosach Nefret.

Nagle coś upadło z miękkim pacnięciem na drogę przed nim. Wyrwany z rozmarzenia, aż podskoczył, zobaczył jednak, że to tylko kwiat; pomarańczowoczerwony pąk hibiskusa o aksamitnych płatkach. Usłyszał cichy śmiech i ujrzał w otwartych drzwiach mijanego domu kobietę, opartą o framugę. Poznał od razu, kim jest, bo nie zasłaniała twarzy i miała na sobie tylko kusą kamizelkę oraz półprzeźroczyste szarawary. Kobiety chodziły tak ubrane w zaciszu haremu, lecz żadna przyzwoita niewiasta nie pokazałaby się publicznie bez wierzchniej szaty.

Miała za uchem podobny kwiat jak ten leżący na drodze, kontrastujący żywo z ciemnymi włosami. Jej wiek trudno było ocenić. Miała figurę młodej kobiety, ale widać było srebrne nitki we włosach i lekkie napięcie w rysunku pełnych warg.

Ramzes pochylił się i podniósł pąk hibiskusa. Nie mógł tego nie zrobić, wydawało mu się to nieuprzejmością, choć wiedział, że gest kobiety ma specyficzne znaczenie.

– Dziękuję, Sitt – powiedział. – Niech ci się dobrze wiedzie.

– To ofiara – odparła niskim, zmysłowym głosem. – Czyż starożytni nie ofiarowywali swoim królom kwiatów?

– Ale ja nie jestem królem, Sitt.

– Nosisz jednak królewskie imię. Taka pokorna służka jak ja nie powinna go wypowiadać. Czy mogę nazywać cię „mym panem”?

Jej oczy nie były czarne ani brązowe, lecz miały dziwny, orzechowozielonkawy odcień. Były obwiedzione sproszkowanym malachitem.

Ramzesowi podobała się ta rozmowa – tak inna od zwykłych rozmów – wiedział jednak, że Nefret z Davidem czekają na niego, a był pewien, że Nefret nie poczeka zbyt długo. Ukłonił się i zamierzał odejść.

– Jesteś bardzo podobny do ojca – powiedziała kobieta po angielsku, co pobudziło jego ciekawość.

– Niewiele osób tak uważa – odparł.

Potarła zapałkę o framugę i zapaliła papierosa, wydobytego z fałd obszernych spodni. Jej oczy przesunęły się po całej jego sylwetce, od twarzy do stóp i z powrotem.

– Ciało masz nie tak masywne jak on – stwierdziła – ale jesteś wysoki i silny i poruszasz się tak samo, lekko niczym pantera. Oczy i skórę masz tak ciemne, że mógłbyś uchodzić za jednego z nas, młody lordzie! Lecz rysy twojej twarzy i kształt ust…

Ramzes poczuł, że się czerwieni, co nie zdarzyło mu się od lat. Jeszcze żadna kobieta nie mówiła do niego w ten sposób – jak kupiec, szacujący konia.

Lub jak mężczyzna, taksujący kobietę.

Trafił swój na swego, jak powiedziałaby matka. Po chwili zakłopotanie ustąpiło miejsca ironicznemu rozbawieniu i przerwał wyliczankę swoich wdzięków, chwaląc angielski stojącej w drzwiach kobiety. Jak na Arabkę, miała rzeczywiście imponujący zasób słów.

– Teraz kobiety żyją po nowemu – odpowiedziała. – Chodzimy do szkoły jak grzeczne dzieci, żeby móc pewnego dnia przestać być dziećmi i zacząć rządzić mężczyznami. Nie słyszałeś o tym, mój panie? Twoja matka zna się na tym… zapytaj ją, czy kobieta może być równie niebezpieczna jak mężczyzna, kiedy…

– Ramzesie!

Wzdrygnął się, bo głos Nefret pobrzmiewał tonem, który kojarzył mu się nieprzyjemnie z karcącym głosem matki.

– Muszę iść – powiedział.

Wygięte w uśmiechu wargi kobiety przypomniały mu pewien posąg w muzeum – popiersie z malowanego wapienia, nazywane „Białą Królową” – chociaż skóra kobiety nie była biała, lecz ciemnobrązowa, o satynowym połysku.

– Okazujesz posłuszeństwo, kiedy ta dziewczyna cię wzywa? Jesteś więc bardziej podobny do ojca, niż sądziłam. Na imię mi Layla, mój panie. Czekam tu zawsze, jeśli zechcesz przyjść.

Dołączywszy do pozostałych, spostrzegł, że wciąż trzyma w dłoni kwiat. Wręczenie go Nefret uznał za niezbyt mądre posunięcie, ale wyrzucił go dopiero wtedy, gdy zniknęli kobiecie z oczu.

Kiedy znaleźli się na dole, Nefret pozwoliła mu się podsadzić na siodło, po czym powiedziała chłodno:

– Zaczekaj chwilę. Chcę ci się dobrze przyjrzeć.

– Nefret…

– Chyba nie robisz tego celowo, co?

– Ale czego? – Wiedział, czemu chciała znaleźć się w siodle, zanim na niego spojrzy. Przybrała pozę i ton wysoko urodzonej damy, rozmawiającej ze swoim parobkiem, i musiał się wyprostować i zadrzeć głowę, by spojrzeć jej oczy.

– Tak, tak, bardzo interesujące… – mruknęła i pokiwała głową. – U profesora też to jest, tylko trochę inaczej się objawia. U Davida natomiast nie, chociaż czasami wyglądacie prawie jak bracia.

– Czy to obraza, czy komplement? – zapytał żartobliwie David, siedzący już na koniu.

– Nie jestem pewna – odparła i odwróciła się z powrotem do Ramzesa, który skorzystał z chwili jej nieuwagi, by dosiąść Riszy. Wiedział jednak, że to jeszcze nie koniec.

– Kim ona jest? – zapytała.

– Powiedziała, że ma na imię Layla. Nic więcej nie wiem.

– Layla! – wykrzyknął David. – Wiedziałem, że skądś znam tę kobietę, ale nie widziałem jej chyba od pięciu czy więcej lat.

– Znasz ją, Davidzie? – zdumiała się Nefret.

– Nie powiedziałbym, że znam… nie w tym sensie w każdym razie.

– Pewnie nie byłoby cię na nią stać – stwierdziła dziewczyna.

– Nie powinnaś mówić takich rzeczy – zaśmiał się chłopak.

– Ale to prawda, co?

– Może tak. – Opuścili już wioskę i jechali stępa obok siebie. – A ty jej nie pamiętasz? – zapytał. – Była trzecią żoną mojego pryncypała, Abd el Hameda. Zrobiła dość niezwykłą karierę. Powiadają, że zaczynała w Domu Gołębic w Luksorze…

– W jakim domu? – zdziwiła się Nefret.

– To prawdopodobnie albo eufemizm, albo ironia – wtrącił burkliwie Ramzes. – Trudno powiedzieć. Zechciałbyś zmienić temat, Davidzie? Matce z pewnością nie spodobałaby się taka rozmowa.

– Nie, nie, mów dalej – zażądała Nefret.

– Powtarzam tylko to, co zasłyszałem, mieszkając w Gurna – zaznaczył David. – Jest to najlepszy… najlepsze miejsce w Luksorze, gdzie… zresztą nieważne. Dziewczęta są tam dość dobrze opłacane, a niektóre nawet wychodzą za mąż, kiedy… ee… po pewnym czasie. Layla była jedną z nich. Jej poprzedni mąż zaczął dzięki jej pomocy handlować starożytnościami i kradzionymi towarami. Zgromadził niewielką fortunę, a potem zmarł – dość nagle, jak powiadają – i Layla została bogatą wdową. Potem wyszła za tego starego wieprza Abd el Hameda, naprawdę nie wiem dlaczego. Nie chciała jednak zamieszkać w jego domu i pewnie dlatego jej nie poznaliście.

– Ale ojciec ją znał – mruknął w zamyśleniu Ramzes. – Powiedziała, że jestem do niego podobny.

Nefret rzuciła mu długie, znaczące spojrzenie, a David powiedział dość przestraszonym tonem:

– Wszyscy w Egipcie znają Ojca Przekleństw, Ramzesie. On sam na pewno nie mógłby mieć nic wspólnego z… kobietą tego pokroju.

– Na pewno – syknęła Nefret. – Jak każdy przyzwoity mężczyzna… – Kiedy spostrzegła, że wymienili spojrzenia, dodała głosem drżącym z oburzenia: – Ach, oczywiście wiem, że niektórzy z szanowanych „dżentelmenów” również chadzają do prostytutek. W każdym razie oni sami uważają siebie za dżentelmenów! Ich dżentelmeńskie prawo nie zezwala kobiecie zarabiać na utrzymanie w jakimś przyzwoitym zawodzie, a kiedy takie nieszczęsne stworzenie zmuszone jest żyć w poniżeniu, ubóstwie i chorobie, ci hipokryci, choć chodzą do takich kobiet, chcą je karać za to, że się niemoralnie prowadzą!

Oczy dziewczyny nabiegły łzami. David poklepał ją po ramieniu.

– Wiemy, Nefret, wiemy. No, nie płacz już.

– Nie naprawisz świata w kilka dni, moja droga. Nie ma co rozpaczać z powodu rzeczy, których i tak nie możemy zmienić. – Ramzes wiedział, że brzmi to szorstko i obojętnie, ale sam był zrozpaczony, bo nie mógł jej pocieszyć tak, jak by tego pragnął. Gdyby odważył się ją przytulić, z pewnością by się zdradził.

Tak czy inaczej, zdawał sobie sprawę, że jeśli ściągnąłby dziewczynę z siodła i posadził ją przed sobą, okazałoby się to pewnie dla niego bardziej bolesne niż romantyczne.

Nefret otarła oczy wierzchem dłoni i uśmiechnęła się słabo, lecz buńczucznie.

– Możemy je zmienić – powiedziała stanowczo. – I któregoś dnia to zrobię, przekonacie się.

Widząc jej wysunięty podbródek i zacięte usta, Ramzes zrozumiał, o czym myślała jego matka, mówiąc o złych przeczuciach. Rozumiał doskonale Nefret, ale miała ona niebezpieczny zwyczaj wkraczania tam, gdzie nawet anioły nie odważały się zapuszczać, a w tym szczególnym przypadku naprawdę mogła napytać sobie biedy. Bóg jeden wie, w jaki sposób, ale muszę ją trzymać jak najdalej od Domu Gołębic i Layli, której dwaj mężowie zmarli nagłą, gwałtowną śmiercią, pomyślał. Z pewnością nie jest to kobieta, która potrzebowałaby sympatii albo współczucia.

Kiedy parę dni później jedliśmy kolację z Cyrusem i Katherine, jakaś jej przypadkowa uwaga przypomniała mi o niedotrzymanej obietnicy. Katherine spytała, kiedy spodziewamy się młodszych Emersonów z Lią, a Cyrus zaproponował, żeby zamieszkali w ich wspaniałym domu, który nazywali Zamkiem. Był człowiekiem bardzo towarzyskim i uwielbiał gości, lecz mimo że jego rezydencja była przestronniejsza i wygodniejsza od naszej skromnej siedziby, nie przyjęłam ich zaproszenia – choć oczywiście bardzo je sobie ceniłam.

– Mają przypłynąć do Aleksandrii w przyszły poniedziałek – odparłam. – Ale nie wiem, jak długo posiedzą w Kairze.

– Przypuszczam, że niedługo – powiedziała Katherine. – Będzie im spieszno do was. Mamy nadzieję, że będziemy się często widywać. Wspomniałaś chyba, że mała panna Emerson wybiera się przyszłej jesieni na uniwersytet? Gdyby nie chciała przerywać nauki podczas zimy, pamiętajcie, że byłam guwernantką i nauczycielką.

– Rany boskie! – wykrzyknęłam. – O czymś mi przypomniałaś! Obiecałam Fatimie, że znajdę jej nową nauczycielkę. Jest tak nieśmiała, że nie poprosiłaby mnie o to po raz drugi.

– Fatima jest bardziej zaradna, niż ci się zdaje, ciociu Amelio – wtrąciła Nefret. – Sama już sobie kogoś znalazła. W Luksorze jest podobno jakaś dama, która prowadzi kursy.

Katherine nic z tego wszystkiego nie rozumiała i poprosiła, by jej wytłumaczyć, o co chodzi. Na moje wyjaśnienie zareagowała z właściwym sobie entuzjazmem.

– I pomyśleć, że ta skromna, drobna kobietka ma takie aspiracje! Robi mi się wstyd za samą siebie… ja też powinnam prowadzić kursy dla takich osób.

– A może założyłabyś szkołę? – zaproponował Cyrus. – Mogłabyś wynająć jakiś budynek, zatrudnić nauczycielki…

– Naprawdę? – rozpromieniła się Katherine. Ze swoimi siwymi pasemkami we włosach, okrągłymi policzkami i zielonymi oczami przypomina mi zawsze sympatycznego kota z bajek. Nikt pewnie nie nazwałby jej piękną, lecz gdy patrzyła na swego męża tak jak teraz, mnie wydawała się piękna – i jemu najwyraźniej też. – Naprawdę tak uważasz, Cyrusie? Moglibyśmy uczyć kobiety nie tylko czytania i pisania, ale także prowadzenia domu i opieki nad dziećmi, a gdyby któraś wykazała szczególne zdolności, na przykład do maszynopisania…

Cyrus wybuchnął śmiechem.

– I pewnie jeszcze ustanowiłabyś dla wszystkich stypendia uniwersyteckie! Możesz założyć nawet kilka szkół, kochanie, jeżeli to cię uszczęśliwi.

Po kolacji przeszliśmy do salonu, gdzie powitała nas czule kotka Vendergeltów, Sechmet. Należała kiedyś do nas; zabraliśmy ją do Egiptu w nadziei wynagrodzenia Ramzesowi utraty ukochanego Basteta. Nie zaprzyjaźnili się jednak, a mój syn nazywał Sechmet „futrzastym próżniakiem”. Była tak bezmyślnie i niewybrednie przymilna, iż nie robiło jej żadnej różnicy, na czyich kolanach siedzi, lecz właśnie ta jej cecha urzekła Cyrusa. Żyła sobie teraz w Zamku jak księżniczka, karmiona przez majordomusa śmietanką i filetowaną rybą, kiedy Vandergeltowie przebywali w Ameryce. Nigdy nie wychodziła poza mur okalający posiadłość, bo Cyrus nie pozwalał jej się zadawać z pospolitymi kotami.

Mrucząc histerycznie, usadowiła się teraz na kolanach Davida. Nefret podeszła do fortepianu, a Cyrus odciągnął mnie na stronę.

– Dziękuję ci, droga Amelio – rzekł ciepło. – Dzięki tobie Katherine czymś się zainteresuje. Przed waszym przyjazdem była nieco osowiała. Tęskni za dzieciakami, sama rozumiesz.

– Mam wrażenie, że ty także.

Dzieci Katherine z jej pierwszego, nieszczęśliwego małżeństwa zostały w szkole w Anglii. Nie znałam ich, ponieważ święta i wakacje spędzały w Ameryce wraz z ojcem i macochą. Cyrusowi, który zawsze pragnął mieć dużą rodzinę, bardzo przypadły do serca.

– To prawda, moja droga – westchnął smutno. – Może uda ci się przekonać Katherine, że powinniśmy wziąć je ze sobą w przyszłym sezonie. Zatrudnię wychowawców, nauczycieli… będą miały wszystko, czego ich matka zapragnie.

– Porozmawiam z nią, Cyrusie. To doskonały pomysł. Klimat w Luksorze zimą jest wyjątkowo zdrowy, a pobyt tutaj miałby dla nich wielki walor edukacyjny.

– Jesteś najlepszą przyjaciółką na świecie, Amelio. – Ujął moją dłoń i uścisnął serdecznie. – Nie wiem, jak moglibyśmy żyć bez ciebie. Obiecaj mi, że będziesz… uważać na siebie, dobrze?

– Przecież uważam – odparłam ze śmiechem. – I mój drogi Emerson także. Czemu właściwie mi to mówisz, Cyrusie?

– Pomyślałem sobie po prostu, że znów masz coś w zanadrzu, jak zawsze zresztą. Im spokojniej to wszystko wygląda, tym bardziej obawiam się jakiegoś kolejnego groźnego wydarzenia. Nie odmówisz, jeśli zaproponuję ci pomoc? Powiedz, że nie.

– Twoja przyjaźń jest dla mnie bardzo cenna, drogi Cyrusie. Aktualnie jednak nic złego się nie dzieje. Chciałabym tylko…

W tej chwili jednak zawołał mnie Emerson, niby to wzywając nas do wspólnego śpiewania. Poradził już sobie dość dobrze z zazdrością o Cyrusa, nie jest jednak zachwycony, gdy inni mężczyźni trzymają mnie tak długo za rękę.

Uwielbiam muzykę, ale te zaimprowizowane koncerty cieszą mnie przede wszystkim ze względu na wspaniałe towarzystwo, a nie nasze umiejętności muzyczne. Emerson zupełnie nie ma słuchu, lecz śpiewa bardzo donośnie i z wielkim uczuciem. Jego wykonanie „The Last Chord” jest jednym z najlepszych (dzięki temu, że prawie cała melodia jest na tę samą nutę). Odśpiewaliśmy kilka wesołych chórów Gilberta i Sullivana, a potem Nefret namówiła Ramzesa do wykonania wraz z nią piosenki z nowej operetki Victora Herberta. Cyrus przywozi zawsze ze sobą najnowsze amerykańskie utwory muzyczne; tej melodii nikt z nas jeszcze nie słyszał.

– To duet – powiedziała Nefret. – Nie mogę śpiewać obu partii naraz, a tylko ty potrafisz czytać z boku.

– Słowa tej piosenki są jeszcze bardziej sentymentalne i banalne niż innych – stwierdził Ramzes, zaglądając jej przez ramię. – Nie uda mi się zachować powagi.

– A co jest złego w błękitnych oczach i złotych włosach? – zachichotała. – Do „brązowych” trudniej znaleźć rym. Wchodzisz w tym miejscu: „Choć nie jesteś bez skazy, ukochana…”.

Przyznaję, że wypadli razem bardzo dobrze, choć Ramzes nie oparł się pokusie zaakcentowania swojej opinii o piosence i jego głos przy ostatniej wysokiej nucie przeszedł w wibrujący falset.

Koncert zakończył się odśpiewaniem przez Cyrusa jego ulubionej „Kathleeen Mavourneen”, przy której – jak to nieelegancko określił Emerson – przez cały czas robił cielęce oczy do żony.

Wyszliśmy potem na dziedziniec, by zaczekać na powóz. Noc była piękna i chłodna, a gwiazdy świeciły jasno niczym diamenty pani Stephenson. Katherine, podekscytowana nowym pomysłem, zaproponowała, żebyśmy nazajutrz wybrali się do Luksoru odwiedzić nauczycielkę Fatimy.

– To niemożliwe – oznajmił Emerson.

– Dlaczegóż to? – zaprotestowałam. – Możesz mi chyba dać kilka godzin wolnego. Ten okropny numer pięćdziesiąty trzeci…

– Nie będziemy pracować przy pięćdziesiątym trzecim. Mam dla ciebie niespodziankę, Peabody. To wspaniała nowina! Jutro bierzemy się do grobu numer pięć!

– Bardzo ekscytujące – mruknęłam. W tym zawalonym gruzem grobie z pewnością nie było niczego ciekawego, a czekał nas ogromny wysiłek.

– Jak to załatwiłeś? – zapytał Cyrus z odrobiną zazdrości w głosie. Tęsknił za pracą w Dolinie, gdzie przez wiele lat prowadził wykopaliska. Nie osiągnął większych sukcesów, lecz ciężko mu było zrezygnować z przyjemności, jaką dawała mu ta praca.

– Takt – odparł mój mąż, bardzo z siebie zadowolony. – Zwróciłem po prostu Weigallowi uwagę, że nikt nie zajmie się tym przeklętym miejscem, a Davis, jako egoistyczny nieuk…

– Nie powiedziałeś tego! – wykrzyknęłam i całą naszą grupką wstrząsnął śmiech.

– Wszystko jedno, co powiedziałem. Weigall się zgodził, a on tu rządzi.

– To bardzo uprzejmie z jego strony, że puścił w niepamięć, iż go wtedy znokautowałeś.

– Dla jego własnego dobra – mruknął Emerson obłudnie. – Nieważne zresztą. Będziemy potrzebowali więcej ludzi niż przy tych mniejszych grobach. Nefret i David niech też przyjdą, chcę to dobrze obfotografować.

Po powrocie do domu Emerson posłał nas wszystkich do łóżek, bo zamierzał nazajutrz rozpocząć bardzo wcześnie. Kiedy wyszczotkowałam i zaplotłam włosy, wyśliznęłam się w nocnej koszuli z sypialni, zostawiając go pochylonego nad notatkami.

Na moje ciche pukanie Nefret od razu otworzyła. Była sama, jeśli nie liczyć kota, zajmującego dokładnie środek jej łóżka.

– Czy coś się stało, ciociu Amelio? – zapytała.

– Nie, nic. Jestem tylko ciekawa, czy to ty przekonałaś pana Weigalla, żeby przystał na propozycję Emersona? Mam nadzieję, kochanie, że nie uciekłaś się do jakichś podstępnych sposobów. Weigall to człowiek żonaty i…

– I bardzo oddany swej Hortense – dokończyła z lekkim uśmiechem. – Ja nie flirtuję z żonatymi mężczyznami, ciociu. Dziwi mnie, że mogłaś podejrzewać coś takiego.

– Hmm… – mruknęłam. – Pan Davis natomiast nie jest żonaty, prawda? A Weigall zrobi wszystko, co ten człowiek mu powie. Widziałam na przyjęciu…

– Ramzes też widział – zaśmiała się Nefret. – Oskarżył mnie o flirtowanie z Davisem… On jest zupełnie nieszkodliwy, ciociu Amelio, ale jak wielu starszych mężczyzn, jest bardzo łasy na komplementy i pochlebstwa. Zrobiłam to dla profesora.

– Czy wiesz może, dlaczego tak mu zależy na pracy w tej części Doliny?

– Mam pewne podejrzenia. Tobie pewnie też to musiało przyjść do głowy.

– Przyszło – westchnęłam. – Miejmy nadzieję, że Ned Ayrton nie natrafi w tym sezonie na żaden ciekawy grobowiec.

Proponuję Czytelnikowi przyjrzenie się mojej mapie Doliny. Proszę zauważyć, jak blisko grobu numer pięć położony jest rejon, w którym prowadzi prace Ayrton. Jeśli w Dolinie Królów znajdowały się jeszcze jakieś nieodkryte grobowce, to właśnie w tej okolicy. A gdyby Ned natrafił na któryś z nich, Emerson, będąc w pobliżu, obserwowałby każdy jego ruch i krytykował, co tylko się da.

Spodziewałam się kłopotów i miałam (jak zwykle) rację. Jednak nawet ja nie potrafiłam przewidzieć rozmiarów nadchodzącej katastrofy.

Księga druga

WROTA ZAŚWIATÓW

O wielkie małpy, siedzące przed bramą niebios;

zabierzcie zło ode mnie, zetrzyjcie me grzechy

i strzeżcie mnie, aby wolno mi było przejść

pomiędzy Pylonami Zachodu.

7

Od czasu naszych pierwszych wypraw do Egiptu dojście do Doliny zmieniło się znacznie. Niedostępnym dawniej skrajem płaskowyżu biegła teraz nierówna, lecz przejezdna droga, na której końcu osobom nieposiadającym biletów wstępu zagradzała wjazd drewniana bariera. Nasze konie stanęły w oślim parku jako jedne z pierwszych, gdyż opuściliśmy dom jeszcze przed wschodem słońca. Wybraliśmy tym razem tę dłuższą, lecz mniej męczącą trasę zamiast ścieżki przez góry z Deir el Bahari, bo grób numer pięć leżał w pobliżu wejścia, zaraz za barierą.

Ramzes i David nie towarzyszyli nam tym razem. Niechcący podsłuchałam tego ranka ich rozmowę w pokoju Ramzesa. Drzwi były lekko uchylone, a mówili dość głośno, więc trudno było tego nie usłyszeć. Pierwszy odezwał się David:

– Idę z tobą.

– Nie możesz. Ojciec prosił – nie, przepraszam, zażądał! – żebyś mu dziś pomagał.

– Zmieni zdanie, jeśli go o to poprosimy. Obiecałeś, że nie będziesz…

– Nie zachowuj się jak stara baba – uciął Ramzes. – Myślisz, że sam sobie nie poradzę?

Nigdy nie słyszałam, by zwracał się do Davida tak szorstkim tonem. Interwencja wydała mi się niezbędna. Zapukałam lekko w drzwi i pchnęłam je.

Obaj stali na środku pokoju, w pozach, które można było uznać za potencjalnie wojownicze. David zaciskał pięści. Ramzes wprawdzie wyglądał na opanowanego, lecz ustawienie jego ramion nie bardzo mi się podobało.

– A cóż to, chłopcy? – zapytałam. – Kłócicie się?

Ramzes odwrócił się i sięgnął po swój plecak.

– Dzień dobry, mamo. To tylko drobna różnica zdań, nic ponadto. Do zobaczenia po południu.

Wyśliznął się z pokoju tak błyskawicznie, że nie zdołałam go o nic zapytać, zwróciłam się więc do Davida, który był powolniejszy i mniej obcesowy od Ramzesa. Ale przyjaciel mojego syna oświadczył, że wcale się z Ramzesem nie kłócili i nie stało się nic takiego, czym musiałabym się martwić.

Poza nieposkromionym upodobaniem Ramzesa do pakowania się w kabałę, pomyślałam. Stentorowy okrzyk Emersona wezwał nas do pracy, wypuściłam więc Davida z pokoju i podążyłam za nim do salonu, gdzie akurat odbywała się kolejna sprzeczka. Tym razem pomiędzy Ramzesem i Nefret, która, muszę to przyznać, krzyczała najwięcej i najgłośniej. Kiedy mnie zobaczyła, przestała, a ja stwierdziłam z rozdrażnieniem:

– Co się z wami dzisiaj dzieje? To chyba Ramzes jest przyczyną tych kłótni, bo przecież…

– My wcale się nie kłócimy, ciociu Amelio – odparła Nefret, której cera nabrała uroczego, różowobrązowego odcienia. – Przypominałam tylko Ramzesowi o pewnej obietnicy, którą mi złożył.

Ramzes potwierdził jej słowa skinieniem głowy. Zachowywał – jak to nazywa Nefret – kamienną twarz faraona, ale jego wysokie kości policzkowe były ciut ciemniejsze niż zwykle, prawdopodobnie ze złości.

– Jeśli chcesz iść ze mną, Davidzie – rzucił – to chodź.

Wyszedł, nie czekając na odpowiedź. David z Nefret wymienili jedno z tych swoich znaczących spojrzeń i chłopak pospieszył za moim synem. Postanowiłam nie drążyć tematu. Różnice zdań zdarzają się nawet najlepszym przyjaciołom, lecz i tak będę musiała zadać sobie sporo trudu, żeby wyperswadować Emersonowi nękanie biednego Neda Ayrtona – a byłam pewna, że zamierzał to robić.

Młody archeolog zjawił się ze swoją ekipą wkrótce po nas. Żeby dostać się do miejsca, w którym rozpoczął prace dzień wcześniej – w zachodnim zboczu klifu przy szlaku turystycznym – musiał przejść obok nas. Davisa, czego się spodziewałam i na co liczyłam, razem z nim nie było. Amerykaninowi nie uśmiechała się mozolna praca przy oczyszczaniu grobów. Pojawiał się tylko wtedy, gdy jego „nudny archeolog” dał mu znać o jakimś ciekawym odkryciu. Kiedy Ayrton ujrzał Emersona, czyhającego już nań w zasadzce, jego twarz rozjaśniła się.

– Och, profesorze! – zawołał. – I pani Emerson, dzień dobry pani! Sądziłem, że pracuje pan w drugim końcu Doliny. To grób numer pięć, czy tak?

– Jak pan widzi – odparł Emerson i usunął się z drogi tragarzowi, niosącemu kosz skalnych ułomków. – Weigall zgodził się łaskawie, żebym go zbadał.

– Nie zazdroszczę panu tej pracy, sir. Dziura jest całkiem zawalona, jak zamurowana.

– Podobnie było z grobowcem Siptaha – oświadczył Emerson – którego pan nie oczyścił do końca. Porzucił pan prace w połowie. Proszę posłuchać, młody człowieku…

– Emersonie! – wykrzyknęłam.

Ned się zaczerwienił, a Nefret podniosła głowę znad aparatu fotograficznego, który oglądała, i powiedziała:

– Nie besztaj pana Ayrtona, profesorze. Przecież wiesz, że nie on o tym decydował. Jak panu idzie, Ned? Odkrył pan coś?

Młodzieniec spojrzał na nią posępnie.

– Na razie nic, panno Forth, ale to dopiero drugi dzień. Pod klifem zalega dość dużo odłamków wapiennych, prawdopodobnie z innego grobu…

– Ramzesa Czwartego – wtrącił Emerson.

– Ee… no właśnie. Przepraszam, na mnie już czas.

Jego stanowisko oddalone było od naszego o sto kilkadziesiąt jardów, lecz widok zasłaniała nam skalna ostroga. Kiedy słońce wzeszło wyżej i do wąwozu wlała się pierwsza fala turystów, ich bezmyślne śmiechy i paplanina zagłuszyły głosy ekipy Ayrtona, ku widocznemu poirytowaniu mojego męża, którego uszy stawały niemal dęba. (To oczywiście przenośnia, bo Emerson ma bardzo zgrabne uszy – może nieco za duże, lecz kształtne i przylegające płasko do głowy). Wiedzieliśmy jednak, że nowe odkrycie zaanonsują nam okrzyki podekscytowanych robotników.

Ponieważ przed odsłonięciem wejścia do naszego grobu trzeba było usunąć kilka ton rumoszu, na razie nie miałam wiele do roboty. Howard wspominał nam, że w 1902 roku trochę to oczyścił, lecz ślady jego pracy dawno zasypały kamienne lawiny i śmieci. Mogłam więc wykorzystać wolny czas na moje ulubione zajęcie: obserwowanie męża przy pracy. Rozstawiwszy szeroko nogi, z odsłoniętą czarną czupryną, lśniącą w słońcu niczym skrzydło kruka, kierował robotnikami, wykrzykując rady i słowa zachęty. Jako że przez cały czas go obserwowałam, spostrzegłam także, kiedy zszedł ze stanowiska. Zapytałam, dokąd się udaje.

– Pomyślałem sobie, że zaproszę Ayrtona na naszą przedpołudniową herbatę – odparł.

– Jak to miło z twojej strony…

W moim głosie zabrzmiała nutka sarkazmu. Emerson zgromił mnie wzrokiem i poszedł dalej. Uznałam, że powinnam ruszyć za nim. Nie interesowało mnie specjalnie, co robi Ned, ale nie chciałam dopuścić, żeby mój mąż przed zaproszeniem go wygłosił mu wykład o metodologii wykopalisk.

Ten młody człowiek podjął się naprawdę imponującego zadania. Jak już to wyjaśniałam, lecz powtórzę jeszcze dla mniej zorientowanych Czytelników, Dolina Królów nie jest płaską niecką, lecz kompleksem wadi, mniejszych rozpadlin, odchodzących w różne strony od głównego wąwozu. Ścieżki wiją się tam pomiędzy występami skalnymi i rumowiskami kamieni, usuniętych z pobliskich grobów. Jedna ze skał tworzyła zachodnie zbocze przy głównej ścieżce, a pod nią leżała piętnastojardowej wysokości hałda wapiennego kruszywa. Pod takimi właśnie, usypanymi przez człowieka górkami, archeolodzy poszukują wejść do zapomnianych grobowców.

Słońce stało już niemal w zenicie, odbijając się oślepiającym blaskiem od skał. Nie było tu roślinności ani cienia, w którym można byłoby się schronić przed skwarem. Buty turystów wzbijały białawy tuman drobnego pyłu, który w pobliżu stanowiska Ayrtona przypominał cumulus. Wszyscy jego ludzie pracowali ciężko, wynosząc kosze skalnych ułomków na pobliską hałdę.

Wykopali rów wzdłuż skały, lecz najwyraźniej okazał się zbyt wąski, gdyż teraz go poszerzali. Emerson, tak jak przypuszczałam, udzielał młodemu archeologowi dobrych rad. Przerwałam ich rozmowę i zabrałam obu ze sobą. Przerwa najbardziej ucieszyła spoconych robotników.

Urządzałam zazwyczaj w pobliżu każdego naszego stanowiska mały kącik wypoczynkowy, z rozłożonym na ziemi dywanikiem i składanym stolikiem, nie widzę bowiem niczego złego w odrobinie komfortu, jeżeli nie osłabia to tempa pracy. Tym razem wykorzystałam wejście do pobliskiego grobowca Ramzesa II. Zasypany i zlekceważony przez przewodniki, nie był nawiedzany przez turystów, co dawało nam szansę spokojnego odpoczynku i odnowienia sił.

Neda wyraźnie rozczarowała nieobecność Ramzesa, lecz krótka przerwa w pracy sprawiła mu przyjemność. Emerson zachowywał się przyzwoicie, ale kiedy młody człowiek zbierał się do odejścia, nie powstrzymał się przed ostatnim przytykiem:

– Jeśli pan znajdzie jakiś nowy grób, Ayrton, proszę mi wyświadczyć przysługę i wyczyścić go do końca. Męczy mnie już sprzątanie po panu i całej reszcie.

Jest takie powiedzenie: „Uważaj, bo życzenia czasem się spełniają”. Emersonowi się spełniło i wcale nie był z tego zadowolony. W późniejszych latach nazywał całą tę sprawę „jedną z największych katastrof w historii egiptologii”.

Zaczęło się to jeszcze tego popołudnia, kiedy zmęczeni pracownicy Neda natrafili na niszę z kilkoma dużymi dzbanami. Nie było to odkrycie na tyle doniosłe, żeby wywołać okrzyki radości, toteż dowiedzieliśmy się o nim dopiero wtedy, gdy ekipa Ayrtona wracała do domu.

– Już skończyliście? – zatrzymał Neda Emerson.

– Tak, profesorze. – Młody człowiek uchylił kapelusza i odgarnął z czoła mokry kosmyk. – Jest bardzo gorąco…

– Znalazł pan coś?

Ned poinformował go o dzbanach.

– Nic szczególnego – dodał. – Zwyczajne dzbany zasobowe, chyba dwudziesta dynastia. Zobaczymy się wszyscy jutro, jak mniemam.

Emersonowi nie starczyło nawet przyzwoitości, żeby zaczekać, aż Ned zniknie mu z oczu. Podążyłam za moim nieznośnym mężem za ostrogę skalną i zobaczyłam, że wspina się do wykopu. Nisza znajdowała się dobre trzy metry pod poziomem gruntu. Emerson machnął ręką, żebym nie schodziła.

– Osiemnasta dynastia – oznajmił po powrocie.

– Czym ty się tak ekscytujesz? – zapytałam zdziwiona. – Na tego rodzaju znaleziska natrafia się przecież dość często. Cóż może być interesującego w takich dzbanach?

– Hmm… – mruknął Emerson, rozglądając się po zboczu.

– To nie twoje odkrycie – powiedziałam. – Pójdźmy może za przykładem Neda i skończmy na dzisiaj. Jest gorąco i nie chcę, żeby Abdullah znów dostał ataku serca.

Emerson mamrotał coś pod nosem, lecz wiedziałam, że mój apel poskutkuje. Zanim dotarliśmy do domu, zrobiło się późne popołudnie. Po długiej jeździe w upale ocieniona weranda wyglądała bardzo kusząco. Rozciągnięty na kozetce Horus przyjrzał się nam krytycznie i zaczął się myć.

Uznałam, że to świetny pomysł, urządziłam więc sobie wspaniałą kąpiel w wygodnej cynowej wannie i przebrałam się w lekkie ubranie. Na werandzie Fatima podała już herbatę. Nefret chodziła niespokojnie tam i z powrotem, wyglądając na drogę.

– Spóźniają się – powiedziała.

– Kto? Ach, Ramzes z Davidem. Niekoniecznie. Ramzes nie ma wyczucia czasu, potrafi pracować, dopóki cokolwiek widzi. Siadaj, herbata ci wystygnie.

Posłuchała mnie, lecz nawet z rozłożonym na podołku cielskiem Horusa nie przestała się niespokojnie wiercić. Gdy skojarzyłam to z porannymi sprzeczkami całej trójki, w mojej głowie zaczęło kiełkować nieprzyjemne podejrzenie. Nie lubię, by takie myśli mnie nękały, więc zapytałam:

– Czy ty coś przede mną ukrywasz, Nefret? Jesteś bardzo podenerwowana. Czyżby chłopcy planowali jakąś eskapadę, która mogła się dla nich źle skończyć?

– A niech to diabli! – krzyknął Emerson, waląc filiżanką o spodek. Nie rozwinął jednak tej myśli, bo Nefret oświadczyła:

– O ile wiem, zamierzali pracować w świątyni Setiego, tak jak zapowiedzieli.

– Uff… – Emerson nieco się rozluźnił. – Przestań wciąż wietrzyć niebezpieczeństwo, Peabody. Odkąd znaleźli tego topielca, nikt nas nie niepokoił. Widać to on inspirował pozostałe napaści, a teraz, kiedy go… ee… usunięto, nie mamy się już czego obawiać.

Rozsiadłam się wygodniej. Lubię te nasze detektywistyczne dyskursy; są bardzo pobudzające.

– Uważasz, że pomiędzy tymi wydarzeniami w Egipcie i próbą uprowadzenia mnie w Londynie nie ma związku? – zapytałam.

– To był Sethos – stwierdził Emerson. – A on został w Anglii. Przeszedłem się po kawiarniach i barach, Razmes także. Nic nie wskazuje na to, by wrócił na stare śmieci.

– Niekoniecznie też musiał stać za tym pierwszym napadem, mój drogi. Mam jeszcze innych wrogów.

– Nie ma co się nad tym rozwodzić, Peabody. – Emerson sięgnął po swoją nadtłuczoną filiżankę, skaleczył się w palec, zaklął i podszedł do bufetu. – I nie próbuj wybielać tego sukin… tego człowieka – rzucił przez ramię, dodając wody do whisky. – Wiemy, że to on. Pamiętaj o maszynie do pisania, Peabody.

– Wybacz, ale nie dowierzam detektywistycznym popisom Ramzesa – oznajmiłam, biorąc od niego szklaneczkę i dziękując mu skinieniem głowy. – Nie da się odróżnić jednej maszyny od drugiej. Poza tym to zdarzenie na Fleet Street nie miało charakterystycznego dla Sethosa stylu. On nie jest ani tak brutalny, ani… Na co tak się gapisz, Nefret? Zamknij buzię, bo ci mucha do niej wleci!

– Ja… Tylko sobie o czymś przypomniałam, ciociu Amelio. Miałam napisać do kogoś list.

– Mam nadzieję, że adresatem nie jest sir Edward, kochanie. Nie zgadzam się na to. Jest dla ciebie za stary, zresztą i tak już za często się z nim ostatnio widywałaś.

– Od Bożego Narodzenia tylko kilka razy – zaoponowała Nefret. – W tym raz na przyjęciu, gdzie były setki ludzi.

– Zostawiam was z waszymi ploteczkami – oznajmił Emerson, wstając. – Zawołajcie mnie na obiad.

Wschodnie wybrzeże opromieniały ostatnie blaski zachodzącego słońca, bladoróżowozłotawe i jakby rozświetlone od wewnątrz. Nigdzie na całej naszej planecie nie ma podobnej barwy i żadne słowa nie potrafią jej opisać. Dogasające światło kładło łagodny poblask na opalonej twarzy Nefret, ale jej oczy unikały moich i zanim się odezwała, odchrząknęła nerwowo.

– Czy mogę cię o coś spytać, ciociu Amelio?

– Ależ oczywiście, moja droga. O sir Edwarda? To dobrze, że zasięgasz mojej rady. Mam w tej materii o wiele większe od ciebie doświadczenie.

– Nie chodzi o niego. Nie całkiem. Skoro mowa o doświadczeniu w tych sprawach, to czy… ehm… uważasz, że on – to znaczy Sethos – jest na tyle… ee, do ciebie przywiązany, że nie poważyłby się… Och, ciociu Amelio, mam nadzieję, że cię nie uraziłam!

– Oczywiście, że nie, kochanie. Ale jeśli rozumiem, do czego zmierzasz, a sądzę, że tak, nie zamierzam podejmować tego tematu.

– Nie z pustej ciekawości go poruszyłam!

– Nie…?

Przez smukłą szyję Nefret przebiegł skurcz, gdy przełknęła ślinę.

– No, dość już tego – rzuciłam dobrodusznie. – Mój Boże, jest już tak ciemno, a chłopców nie ma. Może postanowili spędzić noc na dahabii?

– Uprzedziliby mnie o tym – odparła Nefret. – Niech to diabli! Wiedziałam, że powinnam była pójść z nimi!

Z manuskryptu H

Całun mumii spowijał ciasno całe jego ciało. Zatykał usta, zasłaniał oczy, więził ramiona i nogi. Pochowali go żywcem, jak tego nieszczęśnika, którego mumię odkryli rodzice w Drah Abu’l Naga. Pewnego dnia jakiś archeolog znajdzie i jego zwłoki, zbrązowiałe i skurczone, o ustach otwartych w krzyku zgrozy i…

Obudził go ból, przeszywający wszystkie mięśnie. Było ciemno i rzeczywiście nie mógł się poruszać, jak mumia, ale miał zakryte tylko usta i mógł oddychać nosem. Skoncentrował się na tej czynności i leżał spokojnie, wciągając powietrze przez nozdrza i usiłując sobie przypomnieć, co się wydarzyło.

Kopiowali reliefy w jednej z bocznych komór przy sali kolumnowej i mieli już skończyć pracę, gdy usłyszeli przenikliwe zawodzenie. Nie potrafili stwierdzić, czy wydawał je człowiek, czy jakieś zwierzę, lecz było to z pewnością młode i przerażone stworzenie. Przełażąc przez zwalone kamienne bloki, podążyli za żałosnym, nieprzerwanym krzykiem i mrocznymi nawami dotarli aż do sanktuarium, gdzie plamy cienia leżały na ziemi jak ciemne jeziorka. A potem nagle zapadła cisza.

Bolała go głowa, bolały wszystkie inne części ciała. Jak długo był nieprzytomny? Chyba zapadła noc, bo za dnia widziałby chociaż smugi światła pod drzwiami czy oknami, nawet przy zasłoniętych żaluzjach.

Z wysiłkiem przetoczył się na bok. Nic dziwnego, że śnił mu się całun mumii – zastępował go sznur. Ręce miał związane za plecami, a drugi koniec sznura, krępujący nogi w kostkach, musiał być do czegoś przymocowany, bo mógł przesunąć nogi zaledwie parę centymetrów w każdą stronę. Chyba mi to pochlebia, pomyślał. Najwyraźniej reputacja ojca spłynęła częściowo na syna, bo nawet wszechmocny Ojciec Przekleństw nie zdołałby rozerwać tych więzów. Pozostawało tylko czekać, aż ktoś się zjawi, a zjawić się musiał. Jego prześladowcy nie zadali sobie takiego trudu tylko po to, by pozwolić mu umrzeć z głodu i wyczerpania.

Na samą myśl o tym poczuł przypływ paniki i zmusił się, by leżeć bez ruchu i spokojnie oddychać. Knebel otarł mu wargi i miał wrażenie, że jego pozbawione śliny usta są pełne piasku.

Powietrze było duszne, gorące i miało zapach… Każda kultura ma właściwe sobie zapachy, zależne od warstwy społecznej oraz indywidualnych upodobań, lecz łatwo rozpoznawalne dla kogoś, kto zwraca na to baczniejszą uwagę. Oczywiście najłatwiej było odróżnić zapachy kuchenne. Nawet z zamkniętymi oczami potrafił stwierdzić, czy jest w kuchni angielskiej rezydencji, w egipskiej kawiarni czy w piwiarni w Niemczech. Pomieszczenie z pewnością nie było kuchnią, ale pokojem, a nie piwnicą czy szopą. Dominowała tu wymykająca się opisowi, lecz bardzo charakterystyczna woń. Pokój musiała zamieszkiwać osoba o europejskim guście, i to kosztownym. Nie potrafił nazwać tych perfum, zetknął się jednak z nimi już wcześniej.

Leżał na czymś miększym niż podłoga, nawet przykryta dywanem czy matą, na czymś, co uginało się lekko przy poruszeniach i wydawało szeleszczący odgłos. Łóżko lub materac, uznał.

Leżał, wstrzymując oddech i nasłuchując. Słyszał różne dźwięki – jedne odległe i nierozpoznawalne, inne ciche, gdzieś w pobliżu. Zachęcona jego bezruchem mysz wysunęła się z ukrycia i zaczęła coś obgryzać. Brzęczały owady. Nie słyszał jednak dźwięku, którego na poły bał się, na poły chciał usłyszeć – odgłosu pracujących z wysiłkiem płuc drugiego człowieka. Czy zabrali także Davida, czy może porzucili go martwego na posadzce świątyni? – zastanawiał się.

Ponieważ i tak niewiele mógł w tej sytuacji uczynić, postanowił zmusić się do snu. Nie sądził, by w tych warunkach mogły zadziałać techniki medytacyjne, jakich nauczył go w Kairze pewien stary fakir, jednak kiedy powieki zaczęły mu już opadać, nagle nowy odgłos kazał mu oprzytomnieć. Na poziomie podłogi zobaczył wąski pasek światła, który po chwili się powiększył.

Do pokoju wśliznęła się kobieta i szybko zamknęła drzwi. Lampa w jej ręce rzucała słabe, migotliwe światło – był to zaledwie skrawek szmaty zanurzony w oliwie, jednak po długim leżeniu w ciemności niemal go oślepiła. Kobieta postawiła lampę na stole i usiadła na łóżku przy nim. Tym razem wetknęła we włosy czerwoną różę, a na jej przegubie połyskiwało srebro.

– Przyniosłam ci wody – powiedziała półgłosem. – Ale musisz mi dać słowo, że nie będziesz krzyczał, kiedy ci wyjmę knebel. Na zewnątrz i tak cię nikt nie usłyszy, a ja zostanę ukarana za przyjście tutaj.

Kiedy skinął głową, przecięła tkaninę nożem wyjętym zza szarfy. Poczuł ogromną ulgę, lecz gardło miał tak zaschnięte, że udało mu się przemówić dopiero wtedy, gdy wlała mu pomiędzy wargi trochę wody z glinianego kubka.

– Dziękuję – wychrypiał.

– Jak zwykle należyte angielskie maniery. – Jej pełne usta wygięły się w ironicznym uśmiechu. Napoiła go ponownie i opuściła jego głowę na materac.

– Przecięłaś knebel, więc jak go teraz założysz z powrotem? – zapytał. – Czy coś ci za to zrobią? Nie chcę, żeby…

Przesunęła upierścienioną dłonią po jego twarzy. Potrząsnął w oszołomieniu głową.

– Przepraszam. Czy mówiłem…

– Nic nie mów! – Pochyliła się nad nim i uwięziła jego twarz w dłoniach. Nie była to jednak pieszczota, bo jej palce wbiły się mocno w jego obolałe skronie. – Nie przejmuj się mną. Jak mogłeś być tak głupi, żeby dać się im pochwycić? Próbowałam cię ostrzec.

– Próbowałaś?

Puściła jego głowę i uniosła dłoń. Przygotował się na następną porcję bólu. Ona jednak przesunęła powoli opuszkiem palca po jego wargach.

– Czy wiesz, co mnie tutaj przywiodło? – zapytała.

Przemknęło mu przez głowę kilka możliwości, uznał jednak, że lepiej o nich nie wspominać.

– Dobroć twojego serca, pani – odpowiedział w końcu.

Usłyszał jej stłumiony śmiech.

– Możemy przyjąć ten powód równie dobrze jak inny – stwierdziła.

Sięgnęła znów po nóż i uwolniła go z więzów serią szybkich cięć, a potem równie sprawnie rozsznurowała jego buty i ściągnęła je. Odrętwiały od długiego bezruchu, pozwolił jej rozcierać swoje stopy i dłonie, aż powróciło w nich krążenie.

– Zaczekaj przy drzwiach – poleciła mu. – Kiedy usłyszysz, że wołam „Ukochany, chodź!”, policz do dziesięciu i biegnij schodami na dół. Jest tam dwóch ludzi, ale musisz się zająć tylko jednym… powinieneś sobie poradzić bez trudu. Potem kieruj się prosto do wyjścia. Nie zatrzymuj się i nie wracaj.

– A mój przyjaciel? – zapytał Ramzes. – Czy też tu jest?

Po chwili wahania potwierdziła skinieniem głowy.

– Nie trać czasu na szukanie go, to zbyt niebezpieczne – powiedziała. – Lepiej idź wezwać pomoc.

– Ale co z tobą?

– Kiedy powrócisz, mnie już tu nie będzie, inszallah. Masz u mnie dług, młody panie – dodała. – Czy przybędziesz, jeśli cię wezwę, żebyś go spłacił?

– Tak.

Usta kobiety odnalazły jego usta. Przyjął je chętnie, niekoniecznie w geście wdzięczności, kiedy jednak jego ramię otoczyło jej plecy, wywinęła mu się i wstała.

– Kiedy indziej, inszallah. Teraz chodź.

Zdmuchnęła płomień lampy i uchyliła drzwi. Szedł za nią cicho, w samych skarpetkach. Zanim dotarł do drzwi, ona była już w głębi korytarza, oświetlonego jedynie poblaskiem z dołu. Dom był spory; na korytarzu znajdowało się troje innych zamkniętych drzwi i był jeszcze cały parter. Odczekał, aż kobieta zniknie na schodach, i sprawdził pozostałe pomieszczenia. Nie zamknięto ich na klucz, ale były puste. Zobaczył wąskie schodki, przypominające drabinę i prowadzące do otworu w suficie, przez który widział rozgwieżdżone niebo. Nie musiał sprawdzać, bo to wyjście z pewnością prowadziło na płaski dach domu.

Sygnał rozległ się szybciej, niż oczekiwał. Zapominając o ostrożności, popędził ku schodom. Wiedział, co chciała uczynić, i nie chciał, by robiła to dla niego – choć było to jej codzienne zajęcie.

Znajdowali się w pokoju naprzeciwko schodów. Pod jego drzwiami stał jeden z mężczyzn. Czekał zapewne na swoją kolejkę. Był tak zajęty podsłuchiwaniem, że gdy usłyszał szurgot nieobutych stóp, było już za późno. Wyprostował się, wyciągając zza pasa nóż i otwierając usta, ale Ramzes zamknął mu je jednym ciosem i mężczyzna runął na drzwi, otwierając je gwałtownie. Ramzes odepchnął bezwładne ciało na bok i wpadł do pokoju.

Nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki był wściekły, dopóki nie zobaczył drugiego z mężczyzn, rozciągniętego na ziemi u swych stóp. Rozcierając obolałe dłonie, patrzył, jak Layla siada i poprawia na sobie ubranie.

– Dlaczego nie uciekasz? – zapytała.

– Ty pierwsza. Domyślą się, że mnie uwolniłaś.

Odpowiedziała przekleństwem. Ramzes zaśmiał się, oszołomiony euforią, jaka pojawia się po wygranej walce. Kiedy ruszyła do drzwi, porwał ją w ramiona i pocałował.

– Głupiec – szepnęła w jego wargi. – Musisz się pospieszyć! Niedługo przyjdą przenieść cię w inne miejsce. Nie zwlekałbyś tak, gdybyś wiedział, co dla ciebie szykują.

– Gdzie on jest?

– Pokażę ci, ale nie myśl, że zostanę, by ci pomóc. Nie mam zamiaru doświadczyć losu, jaki czeka zdrajców.

Strażnik leżący przy drzwiach poruszył się. Nie było czasu na wiązanie go. Ramzes odwrócił go i ponownie znokautował. Layla weszła na górę i po chwili wróciła z czarnym płaszczem i luźno zawiązanym tobołkiem. Widocznie jeszcze przed uwolnieniem go spakowała swoje rzeczy w przewidywaniu ucieczki. Ta kobieta posiada wiele talentów, pomyślał.

Przywołała go gestem i pobiegła na tył domu, gdzie znajdowało się wyjście na ogrodzone murem podwórze.

– Jest tam. – Wskazała stojącą pod murem szopę. – Ma’as salama, mój panie. Nie zapomnij o mojej zapłacie.

Mignęła mu w świetle księżyca i po chwili już jej nie było. Ramzes skierował się do szopy, starając się nie następować na chrzęszczące pod stopami śmieci, których na egipskich podwórkach nie brakowało. W stopy wbijały mu się ostre kamyki. Euforia już wygasła i zastanawiał się, czy podjął właściwą decyzję. Jak na razie szczęście mu dopisywało, ale godziny spędzone w zamknięciu osłabiły go, a ostatni cios okazał się poważnym błędem. Był zbyt oszołomiony, żeby to wówczas poczuć, teraz jednak prawa ręka bolała go jak chory ząb i nie mógł zgiąć palców. Jeżeli szopa była zamknięta, będzie musiał sprowadzić pomoc, zanim strażnicy odzyskają przytomność i zaczną go szukać.

Drzwi jednak nie były zamknięte i kiedy je otworzył, zrozumiał dlaczego.

Z Davidem obeszli się o wiele mniej oględnie niż z nim. Wrzucili go do szopy i zostawili tak, jak padł, bo głowę miał odchyloną pod dziwnym kątem, a nogi powykręcane. Leżał na gołej ziemi, pokrytej zaschniętymi odchodami zwierząt. Był skrępowany znacznie solidniej niż Ramzes, a brudna szmata zakrywała mu nie tylko usta, lecz także nos.

Obok niego stała zapalona lampa.

Strażnik siedział na ziemi, oparty plecami o ścianę, i chyba drzemał, bo zareagował z opóźnieniem. Ale gdy wstał, Ramzes poczuł w żołądku skurcz, Mężczyzna dorównywał mu wzrostem i był dwukrotnie tęższy. Okrągły brzuch rozpychał przód jego galabii, nie był to jednak wyłącznie tłuszcz. No i miał nóż.

Przez chwilę wpatrywali się w siebie z osłupieniem. Pierwszy otrząsnął się strażnik. Ramzes bez trudu odczytał jego myśli – nalana, spocona twarz odzwierciedlała wszystko, co kiełkowało tamtemu w głowie: uznał, że nie musi wzywać pomocy, by poradzić sobie z tak marnym przeciwnikiem, a pochwycenie zbiega w pojedynkę z pewnością przyniesie mu nagrodę. Wyciągnął nóż i ruszył naprzód.

Ramzes myślał w tej chwili niewiele szybciej od niego, lecz wybór był oczywisty. Krok w tył i mógł znaleźć się na dworze. Na zewnątrz drzwi była zasuwa. Zdołałby uciec, zanim tamten wywali drzwi lub zaalarmuje kogoś jeszcze. Tylko takie rozwiązanie miało sens. Wiedział, że nie wytrzyma nawet dziesięciu sekund walki z takim osiłkiem, w dodatku nieuzbrojony i wyczerpany. Nikt by się nie dowiedział o jego ucieczce. David był nieprzytomny – albo martwy.

Rzucił się naprzód i w dół. Miał nadzieję, że na tyle nisko, by uniknąć noża. Sam zaskoczony swoim działaniem, grzmotnął piersią o podłogę z taką siłą, że odebrało mu dech. Ale jego ręce zrobiły już to, co chciał: trzymały tamtego za nagie kostki pod skrajem szaty. Szarpnął z całą siłą, na jaką mógł się jeszcze zdobyć. Prawa ręka niczego nie zdziałała, lewa jednak wciąż była sprawna, a to wystarczyło. Strażnik stracił równowagę, siadł płasko z głuchym plaśnięciem i wyrżnął głową o ścianę. Uderzenie ledwie go otumaniło, lecz Ramzes zyskał czas na dokończenie dzieła. Chwycił nóż tamtego i poczołgał się przez odchody i pył do Davida.

Jego przyjaciel żył. Kiedy uwolnił mu usta i nos, wciągnął z drżeniem długi oddech. Ramzes przekręcił go i zaczął przecinać więzy. Dopiero po uwolnieniu rąk zorientował się, że nie wszystkie plamy na koszuli Davida to brud. Zaklął tak paskudnie, jak nie klął nawet jego ojciec.

– Ramzes…?

– A któż by inny? Czy jesteś ciężko ranny? Możesz iść?

– Postaram się, jak tylko rozwiążesz mi nogi.

– No tak, oczywiście…

Przeciąwszy więzy na kostkach Davida, zatknął nóż za pas i pochylił się nad przyjacielem.

– Oprzyj się na moim ramieniu. Nie zostało nam zbyt dużo czasu, więc jeżeli nie dasz rady iść, poniosę cię.

– Jakoś pokuśtykam. Pomóż mi tylko wstać.

Początkowo nie mógł jednak nawet kuśtykać i Ramzes musiał go wlec przez podwórze do bramy, którą Layla zostawiła otwartą.

Obaj ważyli mniej więcej tyle samo, lecz Ramzes przysiągłby, że David w ciągu ostatnich godzin przytył o dobre kilkadziesiąt funtów. Kolana się pod nim uginały, każdy oddech rozrywał mu płuca. Wiedział, że długo nie da rady.

Kiedy jednak posłyszał z wnętrza domu jakiś okrzyk, okazało się, że da radę. Przypływ adrenaliny pomógł mu przedostać się za bramę, w zacieniony kąt pod murem. Nie wolno mi przystanąć, myślał, jeszcze nie teraz. Dzięki Layli wciąż mieli niewielką przewagę czasową. Modlił się o jej udaną ucieczkę i o swoją także. Po drugiej stronie wzgórza był dom Abdullaha i prześladowcy na pewno się domyślą, że poszedł w tamtym kierunku. Na pewno będą… będą…

Działo się coś dziwnego. Plamy księżycowego światła na ziemi drżały jak powierzchnia wody, do której wrzucono kamień. Chociaż nie było wiatru, drzewa kołysały się jak w podmuchach wichury. Ramzes nie mógł już złapać tchu i padł na kolana, pociągając za sobą Davida.

– Idź sam – wymamrotał. – Dom Abdullaha…

– Nie tam, głupcze. Za daleko.

Ktoś go ciągnął i nazwał go głupcem. Layla? Stał znów na nogach i kuśtykał, płynął przez plamy księżycowego srebra i czerni, aż oślepił go jaskrawy blask słońca i poprzez światło wpadł w ciemną czeluść.

Wolałabym zapomnieć o tych godzinach oczekiwania, lecz muszę zdać z nich relację, żeby opowieść była kompletna. Ja sama przywykłam już do irytujących zwyczajów mojego syna i o wiele trudniej było mi znieść niepokój Nefret niż własny. Ramzes nie pierwszy raz wypuścił się na niebezpieczną i nieprzemyślaną eskapadę, nie racząc mnie nawet o tym poinformować. Spóźnienie nie musiało jeszcze oznaczać katastrofy; byli obaj z Davidem dorosłymi mężczyznami (w każdym razie fizycznie, jeśli nie emocjonalnie), nieźle obeznanymi z różnymi formami samoobrony, łącznie z egipskimi chwytami zapaśniczymi, które im sama pokazałam.

Uspokajałam w ten sposób siebie i usiłowałam uspokoić Nefret, ona jednak nie przyjmowała do wiadomości żadnych argumentów. Są w niebezpieczeństwie, powtarzała, ona to wie i to jej wina, bo nie poszła z nimi, i trzeba koniecznie coś zrobić.

– Ale co? – zapytałam po raz kolejny, patrząc, jak krąży nerwowo po pokoju. Nie przebrała się nawet po pracy i jej ciężkie buty dudniły o podłogę. Horus był na nią zły, że nie usiadła i nie może rozłożyć się na jej podołku. Kiedy go mijała, chwycił ją pazurami za nogawkę spodni. Odczepiła go bez słowa i chodziła dalej.

– Poszukiwania nie mają sensu – przekonywałam ją. – Nawet nie wiemy, skąd zacząć.

– Od świątyni – odpowiedział mi Emerson, wystukując fajkę. – Mniejsza o kolację, i tak nie mam apetytu. Jeżeli tam nie będzie po nich śladu, obiecuję, że wrócę prosto do domu.

– Nie puszczę cię samego. Idę z tobą.

– Nie idziesz.

Dyskutowaliśmy głośno, dopóki Emerson nie uniósł dłoni, byśmy ucichli. W tej ciszy dobiegł nas odgłos kopyt galopującego konia.

– No proszę. – Szeroka pierś Emersona uniosła się w westchnieniu ulgi. – Jadą. Usłyszą ode mnie kilka przykrych słów za to, że tak nas nastraszyli! To Risza albo nie znam się na koniach.

Istotnie był to Risza. Pędził jak wicher i tuż przed werandą zatrzymał się w miejscu, drżąc cały. Siodło było puste, a z szyi konia zwisał zerwany sznur.

Mój drogi mąż objął dowództwo i w ciągu dziesięciu minut siedzieliśmy już na koniach, gotowi do drogi. Nefret chciała dosiąść Riszy, lecz Emerson się na to nie zgodził, bo wiedział, że wyprzedziłaby nas znacznie. Szlachetne zwierzę nie pozostało jednak w domu, ale poprowadziło nas z powrotem drogą, którą przybyło w takim pośpiechu, wiodąc nas, jak się spodziewałam, do świątyni Setiego I.

W pobliżu źródła na północ od świątyni stała przywiązana Asfur, towarzyszka Riszy. W jednej z komór przylegających do sali kolumnowej na widok świateł naszych świec uskoczył z sykiem w cień chudy kocur. Pożywiał się resztkami jedzenia chłopców. Na ziemi leżały ich plecaki, kurtki i dwie puste butelki po wodzie. Przybory rysownicze były spakowane, więc coś się musiało wydarzyć, gdy zbierali się już do odejścia. Poza tym ani w samej świątyni, ani jej okolicach nie natrafiliśmy na żadne ślady. Zresztą plam krwi czy odcisków stóp i tak nie dałoby się zobaczyć w słabym blasku świec.

Wróciliśmy do domu. Tym razem mój mąż przechadzał się nerwowo, a Nefret siedziała nieruchomo z zaplecionymi na piersi rękami, przymknąwszy oczy. W końcu Emerson powiedział:

– Nie opuścili świątyni z własnej woli. Nie zostawiliby przecież koni na łasce losu.

– To oczywiste – odparłam. – Zaraz jadę do Gurna i wezwę… nie, nie Abdullaha, niepokój i wysiłek zaszkodziłyby mu. Wezwę Selima i Daouda i…

– Nigdzie nie jedziesz, Peabody. I ty także, Nefret. Zostań tu i pilnuj ciotki… wierz mi, to diabelnie trudne zajęcie. Ja sprawdzę na dahabii. Nie liczę na wiele, ale ktoś może ich zauważył. Sprowadzę tu raisa Hassana i jego załogę, a potem zastanowimy się, co robić dalej.

Minęła kolejna okropna godzina. Emerson nie wracał. Zamiast niego pojawił się jednak Hassan z wiadomością. Mój mąż usłyszał od kogoś, że widziano chłopców, jak szli w stronę przystani promu. Przypuszczał, że pojechali do Luksoru, i zamierzał podążyć ich śladem, zabierając ze sobą Mahmuda. Rais Hassan miał zostać z nami.

Nefret nie zareagowała na to, wciąż siedząc bez ruchu już od przeszło godziny. Ale nagle zerwała się na równe nogi, a siedzący na jej kolanach Horus klapnął na podłogę.

– Słuchajcie! Ktoś jedzie! – zawołała, zagłuszając protesty kota.

Istotnie ktoś nadjeżdżał galopem; przez chwilę sądziłam, że to Emerson. Dojrzałam jednak już z daleka, że postać na koniu to nie on.

– Selim – stwierdziła Nefret.

I rzeczywiście był to Selim. Był znakomitym jeźdźcem i tylko on mógł tak gwałtownie wymachiwać w pełnym galopie rękami, nie spadając z konia. Coś także wykrzykiwał, ale póki nie zeskoczył na ziemię, nie dało się odróżnić słów.

– Są bezpieczni! – usłyszałam najpierw. – Są bezpieczni w moim domu, Sitt! Musicie zaraz tam jechać. Trzeba zabrać medykamenty, bo są ranni i krwawią. Zostawiłem na straży Daouda i Yussufa. Są bezpieczni, Sitt, przysłali mnie do was!

– Doskonale – odparła Nefret, gdy podekscytowanemu chłopakowi zabrakło powietrza. – Pojadę z tobą, Selimie. Każ Alemu osiodłać Riszę. – Objęła mnie w pasie i przytuliła. – Wszystko już dobrze, ciociu Amelio. Proszę, weź moją chusteczkę.

– Nie jest mi potrzebna, kochanie – odparłam, pociągając nosem. – Chyba mam lekki katar.

– Wobec tego nie możesz być nocą na dworze. Nie, ciociu Amelio, nalegam, żebyś tu została i poczekała na profesora. Poślij może kogoś do pana Vandergelta po powóz, na wypadek, gdyby chłopcy…

Nie dając mi możliwości zastanowienia się, wbiegła do domu i po chwili wróciła ze swoją lekarską torbą. Tak czy inaczej to było najlepsze rozwiązanie. Nie obawiałam się o nią, skoro miała przy sobie Selima, a Riszę w pełnym galopie mogła zatrzymać chyba tylko kula.

Niebawem zjawili się ze swoim powozem Cyrus i Katherine, tak jak się spodziewałam. Zasypali mnie pytaniami i koniecznie chcieli w czymś pomóc. W trakcie mojego opowiadania wrócił Emerson.

– A więc znów się zaczęło – stwierdził sentencjonalnie Cyrus. – Coś mi się właśnie wydawało, że sezon jest jakiś za spokojny. Emersonie, mój druhu, czy z tobą wszystko w porządku?

– Jestem już chyba za stary na takie historie, Vandergelt – odparł mój mąż, przesuwając dłonią po twarzy.

– Ja tak nie uważam – odparł z przekonaniem Cyrus.

– I ja także – zapewniłam Emersona. – Katherine, kochanie, chyba musicie tu zostać, bo nie zmieścimy się wszyscy w powozie.

– Zrobię herbaty. – Katherine uścisnęła moją dłoń. – Jak jeszcze mogłabym ci pomóc, Amelio?

– Trzymaj whisky pod ręką – poradził Cyrus.

Z manuskryptu H

Otworzywszy oczy, Ramzes zrozumiał od razu, że nie umarł i nie jest to przywidzenie, choć twarz, która pojawiła się w jego polu widzenia, wolałby ujrzeć w innych okolicznościach.

– Chyba powinienem teraz coś bredzić o niebie i aniołach – powiedział słabym głosem.

– Wiedziałam, że będziesz udawał zucha – burknęła Nefret. – A „Gdzie ja jestem?” nie wystarczy?

– Oklepane. Zresztą dobrze wiem gdzie… Piekło i szatani! Co ty właściwie…

Ból był tak straszny, że niemal pozbawił go przytomności. Słyszał słowa Nefret jak z oddali.

– Dać ci jeszcze morfiny?

– Nie. Gdzie David?

– Tu jestem, bracie. Bezpieczny, dzięki…

– Dość tego – ucięła Nefret. – Na wspominki przyjdzie czas później. Mamy sporo do omówienia. Nie skończyłam jeszcze z Ramzesem.

– Chyba już dłużej nie wytrzymam tej twojej czułej opieki – stwierdził Ramzes. Ale ból już przygasał, a ruchy dłoni ocierających pot z jego twarzy były pewne i delikatne. – Co ty u diabła ze mną zrobiłaś? – wyszeptał.

– A co ty, u diabła, zrobiłeś z tą ręką? Napuchła jak balon i jeden palec był zwichnięty.

– Zostaw mnie na chwilę w spokoju, dobrze? – poprosił Ramzes.

Rozejrzał się po pokoju, delektując się poczuciem bezpieczeństwa i kojącym widokiem znajomych twarzy. Ciemne oczy Davida lśniły od łez ulgi, Nefret nieco pobladła i zacisnęła mocno usta, a przykucnięty obok łóżka Selim obnażył zęby w szerokim uśmiechu. Ramzes pomyślał, że powinien był pamiętać, iż Abdullah ma krewnych w całym Gurna i właśnie dom Selima stał najbliżej miejsca ich uwięzienia. Spojrzał znów na Davida.

– Ty mnie tu przyprowadziłeś, chociaż Bóg jeden wie jak. Co z twoją raną?

– Zupełnie niegroźna, bo nóż ześliznął się po jego łopatce – odparła Nefret. – Wystarczyło zalepić plastrem. Gorzej jest z tobą. Zanim cię stąd zabierzemy, chcę się upewnić, że niczego więcej sobie nie złamałeś.

– Nic mi nie jest. – Ramzes próbował usiąść i krzyknął z bólu, kiedy dziewczyna pchnęła go otwartą dłonią w pierś, zmuszając do położenia się z powrotem.

– Aha – mruknęła. – Żebro? Zaraz to obejrzymy.

– Twoje metody opieki nad chorymi zdecydowanie wymagają ulepszeń – powiedział Razmes, usiłując się nie skrzywić, kiedy mu rozpinała koszulę.

Drzwi otworzyły się nagle bez pukania. Ramzes natychmiast zapomniał o bólu i wszelkich innych dolegliwościach, bo wiedział, co go teraz czeka. W progu stał ktoś o wiele groźniejszy od jakiegokolwiek przeciwnika. Jego matka.

Jestem gorącą zwolenniczką whisky jako skutecznego medykamentu, tym razem jednak uznałam, że przynajmniej Ramzesowi należy zaaplikować jakieś inne, mocniejsze leki. Zastanawiałyśmy się z Nefret, czy ma złamane żebra, czy tylko pęknięte, on zaś upierał się, że są całe, lecz wkrótce przestaną takie być, jeśli nadal będziemy go tak szturchać. W końcu udało mi się go obandażować, a Nefret zajęła się jego dłonią. Muszę przyznać, że takich paskudnych obrażeń jeszcze nie widziałam. Potem usiłowałam zaaplikować każdemu z chłopców porcję laudanum, bo chociaż rana Davida była powierzchowna, miał szarą z wyczerpania i napięcia twarz. Obaj jednak odmówili.

– Powinniście wiedzieć, co się stało – oświadczył David. – Chcę wam to teraz opowiedzieć.

– Ja im opowiem – przerwał mu Ramzes.

Musiałyśmy zadać mu sporo bólu przy opatrywaniu, ale jego głos drżał chyba również z poirytowania.

Emerson podniósł głowę. Siedział dotąd w milczeniu przy posłaniu Ramzesa, nie spuszczając go z oka, i w pewnym momencie, myśląc, że nikt nie widzi, ścisnął lekko jego rękę.

– Zabierzmy ich do domu, Peabody – zaproponował. – Jeśli są w stanie wytrzymać jazdę, to przyda nam się narada wojenna.

Załadowaliśmy więc chłopców do powozu i ruszyliśmy z powrotem. Risza kłusował obok jako luzak. Gdy dotarliśmy na miejsce, rozsiedliśmy się w salonie. Próbowałam położyć Ramzesa na kozetce, nie zgodził się jednak. Katherine pozapalała lampy i zaciągnęła zasłony, a potem usiadła koło mnie. Jej współczujące milczenie i wsparcie były mi w tym momencie bardzo potrzebne. Ochłonęłam trochę i przejęłam inicjatywę.

– No, teraz możesz nam wszystko opowiedzieć, Ramzesie – zwróciłam się do syna.

W przeszłości nieraz utyskiwałam na kwiecisty styl jego wypowiedzi, tym razem jednak przesadził w drugą stronę. Styl całej relacji oddają dobrze jej ostatnie zdania:

– Chłopina padł i rąbnął się w głowę. Uwolniłem Davida i uciekliśmy. Nie udałoby się to nam, gdyby David nie przejął prowadzenia i nie zaprowadził nas do domu Selima. Ja nie wiadomo czemu ubzdurałem sobie, że najbliżej mamy do Abdullaha.

– I to wszystko?! – wykrzyknęłam.

– Oczywiście, że nie! – Wyrazista twarz Davida zdradzała rosnące poirytowanie. – Widziałem, co zrobiłeś, Ramzesie. Byłem otępiały i lekko przyduszony, ale nie nieprzytomny. – Powiódł spojrzeniem po naszych zaciekawionych twarzach. – Ten strażnik miał nóż, a Ramzes nie. Ale wyglądał, jakby ledwie się trzymał na nogach, i strażnik chyba też tak pomyślał. To była ta sztuczka… pamiętasz, Nefret, jak cię przestrzegał, żebyś jej próbowała tylko w ostateczności, bo wymaga doskonałego wyczucia czasu? Trzeba paść na ziemię, modląc się, żeby nie dostać nożem, i chwycić przeciwnika za kostki, zanim odskoczy do tyłu.

– Wyczucie czasu plus długie ręce, plus diabelne szczęście – pokiwała głową dziewczyna. – To wtedy pękło mu to żebro.

– Nie pękło – obruszył się Ramzes. – Jest tylko stłuczone. A ten przeklęty plaster swędzi jak wszyscy diabli. Nie wiem, co gorsze…

– Próbował mnie nieść – ciągnął David. – Nie mogłem iść, bo byłem cały zesztywniały. Mógł mnie zostawić i pójść po pomoc, ale…

– Ale byłem głupi i nie pomyślałem o tym – przerwał mu Ramzes. – Czy mógłbyś się już zamknąć, Davidzie?

– Nie, nie, mój drogi! – zaprotestowała Nefret, wstając z rumieńcem na twarzy. – Pominąłeś najważniejsze szczegóły. Do diaska, czy nie rozumiesz, że nie będziemy mogli rozwikłać tej historii, jeśli nie poznamy wszystkich faktów? Nawet najdrobniejsza rzecz może mieć znaczenie.

Milczący dotąd Emerson odchrząknął.

– Bardzo słusznie. Ramzesie, chłopcze drogi…

Nefret obróciła się na pięcie i wyciągnęła palec ku jego zaskoczonej twarzy.

– Do ciebie to się też odnosi, drogi profesorze. I do ciebie, ciociu Amelio. Być może dzisiaj nic by się nie wydarzyło, gdybyście nie ukrywali przed nami pewnych spraw.

– Nefret! – syknął Ramzes. – Przestań.

Mój biedny drogi Emerson wyglądał, jakby go podrapała ulubiona kotka. Nefret podbiegła do niego z okrzykiem przestrachu i usiadła mu na kolanach, obejmując za szyję.

– Ja nie chciałam. Wybacz, profesorze!

– Cóż… chyba częściowo miałaś rację – przyznał Emerson. – Nie, nie wstawaj, wolę cię mieć przy sobie.

Wziął ją w ramiona, a ona skryła twarz na jego szerokiej piersi. Pozostali taktownie udawali, że nie widzą, jak szczupłym ciałem dziewczyny wstrząsa szloch. Oczekiwałam takiego wybuchu; Nefret ma temperament zupełnie różny od mojego. W trudnej sytuacji działa równie skutecznie i rozsądnie jak ja, ale kiedy jest już po wszystkim, jej niespokojna i wrażliwa natura szuka ujścia dla tamowanych przedtem emocji. Pozwoliłam więc jej wypłakać się trochę w ojcowskim uścisku Emersona, po czym zasugerowałam, że niektórzy z nas powinni może położyć się już do łóżka.

Nefret usiadła prosto. O tym, że płakała, świadczyły tylko jej wilgotne rzęsy i mokra plama na koszuli Emersona.

– Dopiero jak skończymy – oświadczyła. – Opowiedz wszystko jeszcze raz od początku, Ramzesie, i nie pomiń tym razem żadnego szczegółu.

Część relacji z tych wydarzeń musieliśmy mimo wszystko z niego wydusić. Nefret, usadowiona na kolanach Emersona, wykazywała się takim talentem śledczym, że aż musiałam interweniować.

– Wcale mnie nie dziwi, że Layla zajęła się przestępczym procederem – stwierdziłam. – Sprzedaje swe usługi każdemu, kto zapłaci żądaną cenę.

– Ten przestępczy proceder – zauważył mój syn – pozwolił jej się wydobyć z życia w poniżeniu i nędzy. Czy ma prawo potępiać ją ktoś, kto nigdy nie musiał dokonywać podobnego wyboru?

– Boże mój, ależ to pompatyczne – stwierdziłam. – Muszę ci jednak przyznać rację, Ramzesie… w tym męskim świecie życie kobiety nie jest lekkie i nie każda z nich może sobie pozwolić na moralne skrupuły.

– W przypadku Ramzesa – wtrąciła słodkim jak miód głosem Nefret – skrupuły Layli okazały się silniejsze od zachłanności. Czy może zaryzykowała uwolnienie ciebie z jakiegoś innego powodu?

Ramzes zerknął na nią spod oka i natychmiast wrócił do wpatrywania się we własne stopy, co robił już od dłuższego czasu.

– Powodów było kilka, jak sądzę – odparł. – Nawet kobieta prowadząca się niemoralnie może wzdragać się przed morderstwem. Poza tym ojciec – i matka także, oczywiście – cieszy się wielkim respektem i gdyby nam się coś stało, sprawcy mogli się spodziewać odpłaty. Layla wspomniała, że jej mocodawcy szykowali dla mnie, i pewnie również dla Davida, coś szczególnie nieprzyjemnego. Ale nie mówiła zbyt jasno, więc trudno było to stwierdzić, a nie prosiłem jej o wyjaśnienie, gdyż…

– Przestań – rzuciłam z irytacją.

– Tak, mamo.

– Przez ciebie zapomniałam, o co chciałam zapytać.

– Przepraszam, mamo.

– Ja za to wiem, o co chcę zapytać – oznajmiła Nefret. – To proste, lecz niezwykle istotne pytanie. O co chodziło tym ludziom?

– O nas – odparł Ramzes. – I to o obu, bo gdyby jeden z nas był im niepotrzebny, zostawiliby go martwego w świątyni.

– To niczego nie wyjaśnia – prychnęła Nefret. – Nie porywa się nikogo ot tak sobie… to środek do jakiegoś celu. Gdybyście nie uciekli, z pewnością otrzymalibyśmy wiadomość z ich żądaniami. Ale czego chcieli? Pieniędzy? Papirusu? Czy… jeszcze czegoś innego?

– Zaraz, zaraz – wtrącił się Cyrus, skubiąc swą kozią bródkę. – Chyba nie nadążam. Co za papirus?

– Dzieci kupiły go w Kairze – wyjaśniłam. – Od handlarza, człowieka, którego zwłoki wyłowiono niedawno z Nilu, poszarpane przez krokodyla.

– Ależ, Amelio…

– Wiem, Cyrusie. W Luksorze nie ma krokodyli. Później zapoznam cię ze szczegółami. W każdym razie ktoś chce odzyskać ten papirus. Nefret, czy sądzisz, że właśnie to mogło być przyczyną niefortunnej przygody chłopców?

– Jest jeszcze inna możliwość.

– Tak? Robi się późno i…

– Będę się streszczać – odparła tonem, który nie bardzo mi się podobał. – Załóżmy, że napad na ciotkę Amelię w Londynie i nasze późniejsze spotkania z Yussufem Mahmudem były jakoś ze sobą powiązane. Jeżeli ktoś za tym wszystkim stoi, może to być sam Mistrz Występku. Prowadzą do niego wszystkie tropy: napisana na maszynie wiadomość, możliwość, że papirus pochodzi z jego prywatnej kolekcji, a nawet i to, że ktoś odkrył prawdziwą tożsamość Alego Szczura. Przyznaję, że to dość nikłe poszlaki, ale Sethos jest jedną z nielicznych osób, które wiedzą, że odkryłaś jego prywatne laboratorium. Poza tym jeżeli – co podejrzewam – kontaktował się z tobą od tamtego czasu, prawdopodobnie doskonale zna nasze zwyczaje. Teraz twoja kolej, ciociu Amelio. Czas, żebyś nam wyjawiła wszystko, co wiesz o tym człowieku. I to naprawdę wszystko.

Mój Boże, ależ to dziecko miało groźne spojrzenie! Niemal tak groźne jak Emerson w swoich najlepszych momentach. Oczywiście wytrzymałam je, lecz trudno było nie przyznać jej słuszności.

– Masz rację – odparłam. – Spotykaliśmy się od tamtej pory z Sethosem i… do licha! Nie ulega wątpliwości, że wie o wiele więcej o nas wszystkich, z Ramzesem włącznie, niż powinien.

8

Na tym nasza dyskusja się zakończyła, bo twarz Ramzesa nabrała nieprzyjemnie szarozielonej barwy i Nefret zagoniła go do łóżka. Próbował słabo protestować, posłuchał jej jednak w końcu, a ja przyrzekłam mu, że nie będziemy omawiać tej sprawy bez niego.

– Muszę pozbierać myśli – wyjaśniłam – i jakoś to logicznie poukładać. Nie sądzę, bym w tej chwili potrafiła się na tym skoncentrować.

– Trudno się dziwić – mruknął Emerson. – Ty też miałaś dzisiaj ciężki dzień, więc teraz marsz do łóżka. Porozmawiamy jutro.

Katherine odchrząknęła.

– Czy uznałabyś za niewłaściwe, Amelio – zapytała – gdybyśmy oboje z Cyrusem nadal w tym uczestniczyli? Rozumiesz przecież, że umieramy z ciekawości, prawda? Nie chciałabyś chyba mieć na sumieniu mojej śmierci?

Zgodziłabym się w tym momencie na wszystko, żeby tylko dano mi spokój – dla pozbierania myśli, jak stwierdziłam. Po krótkim namyśle uznałam, że powodem jej prośby była nie tylko ciekawość, lecz również sympatia do nas, i że trudno byłoby w tej ponurej historii o lepszą asystę od naszych drogich przyjaciół. Cyrus znał nas lepiej niż ktokolwiek inny, a sarkastyczna inteligencja jego żony dobrze mi się przysłużyła w przeszłości. Przypomniałam sobie, że nazajutrz jest piątek, święty dzień muzułmanów, tak więc śniadanie będziemy jedli później i będzie trwało dłużej niż w normalnym dniu pracy. Zaprosiłam wobec tego Vandergeltów, by nam towarzyszyli w tym posiłku.

Mój drogi Emerson zapakował mnie do łóżka z niemal kobiecą czułością, a Fatima wymogła, bym się napiła ciepłego mleka z kardamonem, żeby szybciej zasnąć.

– Jesteście dla mnie lepsi, niż na to zasługuję – powiedziałam. – Ty też chodź do łóżka, Emersonie, przeżyłeś to tak samo ciężko jak ja.

– Później, moja droga.

– Nie będziesz chyba przez całą noc stał na straży?

– Przez całą noc nie. Będziemy się zmieniali z Davidem. Gdybym się na to nie zgodził, chybaby mnie zbił. – Rysy Emersona złagodniały. – Chłopak jest w całkiem dobrej formie, Peabody. Żona Selima nakarmiła go jagnięciną, a Nefret zapewniła mnie, że jego rana jest niegroźna.

– Zamierzałam go jeszcze raz zbadać – mruknęłam. – I Ramzesa także. Ale mi nie pozwoliła…

Emerson wziął mnie za rękę. Jego głos dochodził do mnie jakby z oddali.

– Ona nie chciała… przecież wiesz, Peabody.

– Chciała, chciała. Och, Emersonie, czy popełniłam błąd? Szczerze wierzyłam, że postępuję właściwie… że to dla ich dobra… – Przerwało mi własne potężne ziewnięcie i prawda wreszcie wyszła na jaw. – A niech to, Emersonie, dodałeś laudanum do mleka! Jak mogłeś…

– Śpij dobrze, moja kochana. – Poczułam na policzku muśnięcie jego warg, a potem nie czułam już niczego.

Obudziłam się przed wszystkimi, wypoczęta i gotowa znów przejąć ster. Emerson spał jak zabity i nie poruszył się, nawet gdy go pocałowałam w nieogolony policzek. Ubrałam się więc i wyszłam na palcach z pokoju.

Stan reszty domowników był taki sam jak Emersona, łącznie z Davidem, którego zastąpił w strażowaniu jego kuzyn Achmet. Zatrzymałam się na trochę przy łóżku Ramzesa. Nefret musiała mu zaaplikować laudanum albo któreś ze swoich nowomodnych lekarstw, bo spał głębokim snem. Kiedy odgarnęłam mu z twarzy zmierzwione kosmyki, tylko coś mruknął i uśmiechnął się.

Siedziałam na werandzie zajęta robieniem notatek, gdy zjawili się Vandergeltowie. Cyrus na Queenie, swojej ulubionej klaczy, a Katherine na łagodnym pony o szerokim kłębie. Słomkowy kapelusz zawiązała pod brodą na wielką kokardę i jeszcze bardziej niż zwykle przypominała sympatycznego kota.

Wkrótce pojawili się także Emerson i dzieci, zasiedliśmy więc do śniadania. Rozmawialiśmy niewiele, ale nie tylko z powodu skupienia na jedzeniu. Wyczuwało się atmosferę lekkiego napięcia. Odnotowałam z ulgą, że Ramzesowi dopisuje apetyt, choć trudno mu się jadło lewą ręką. Zastanawiałam się, jak Nefret zmusiła go do noszenia temblaka. Może jego obrażenia są jednak poważniejsze, niż sądziłam, i powinnam była zbadać go osobiście…

– Temblak ma tylko chronić jego dłoń, ciociu Amelio. Rękę ma całą i zdrową. – Były to pierwsze słowa, skierowane do mnie przez Nefret od chwili wypowiedzenia bolesnych dla mnie oskarżeń poprzedniego wieczoru. W jej błękitnych oczach czaił się niepokój, a uśmiech był niepewny.

Odwzajemniłam go i popatrzyłam na nią ciepło.

– Dziękuję, kochanie, za te słowa otuchy. Całkowicie ufam twoim umiejętnościom. I dziękuję ci też za skuteczną opiekę nade mną. Spałam jak niemowlę i obudziłam się doskonale wypoczęta.

– Och, ciociu Amelio, tak mi przykro z powodu mojego wczorajszego wybuchu! Naprawdę nie…

– Powtarzasz się, Nefret, to nudne. – Ramzes odsunął talerz. – I zabierasz czas. Widzę, że matka pozbierała już myśli, a nawet zrobiła to na piśmie. Może poprosimy ją, żeby zaczęła?

Poskładałam moje zapiski, żałując, że nie zrobiłam tego, nim je wypatrzył sokoli wzrok mojego syna. Na kartkach było mnóstwo skreśleń i poprawek, bo moje skomplikowane procesy myślowe nie bardzo poddawały się pisemnej formie organizacji. Zdecydowałam już jednak, co chcę powiedzieć.

– Zgadzam się z Ramzesem – zaczęłam – że szkoda czasu na przeprosiny i wyrazy żalu. Jeżeli któraś… yhm… którekolwiek z nas pobłądziło, zrobiło to w najlepszej wierze. Nie ma nic bardziej bezowocnego, niż…

– Peabody, bardzo proszę, pomiń te aforyzmy, jeżeli potrafisz. – Błękitne oczy Emersona promieniowały raczej rozbawieniem niż irytacją. Podobnym rozbawieniem emanowały spojrzenia pozostałych, oczywiście z wyjątkiem Ramzesa. Ponieważ jednak twarz miał nie bardziej surową niż zwykle, uznałam, że między nami panuje znów zgoda, a żale zostały zapomniane.

– Ależ oczywiście, mój drogi – odparłam. – Zakładam na początek, że wszyscy znacie historię naszych pierwszych kontaktów z Sethosem. Ramzes opowiedział o nich Davidowi i Nefret, a Cyrus Katherine, prawda? Tak właśnie myślałam. Sama zebrałam trochę dodatkowych informacji podczas mojej… osobistej rozmowy z tym człowiekiem. Po długotrwałych rozważaniach nad tym, co mi wówczas ujawnił, ustaliłam następujące istotne, jak mi się wydaje, fakty… Sethos posiada prywatną kolekcję starożytności. Powiedział, ee… – Udałam, że zaglądam do notatek, chociaż nie było to konieczne. Nigdy nie zapomnę ani jego słów, ani wyrazu jego kameleonowych oczu, kiedy je wypowiadał. – Powiedział tak: „Najpiękniejsze z przedmiotów, które zdobywam, zatrzymuję dla siebie”.

Emerson wydał gardłowy pomruk, a Razmes z nietypowym jak na siebie taktem zauważył:

– Nasz papirus z pewnością zadowoliłby jego wybredny gust. Co jeszcze powiedział?

Chciałam pokręcić przecząco głową, ale – napotkawszy badawcze spojrzenie Nefret – westchnęłam tylko.

– Powiedział, że Emerson jest jedną z nielicznych osób na świecie, które mogą stanowić dla niego zagrożenie. Nie wyjaśnił dlaczego. Zarzekał się, że nigdy nie skrzywdził kobiety. Obiecał… nie, powinnam być bardziej precyzyjna – nie obiecał, lecz zasugerował, że nigdy więcej nie stanie na mojej drodze ani nie zrobi nic nikomu z moich bliskich.

– Wygląda na to, że źle go zrozumiałaś – stwierdził mój syn.

– I co jeszcze? – dopytywała się nieustępliwie Nefret.

– Jeżeli chodzi o jego obeznanie z naszymi prywatnymi sprawami i zwyczajami… Może ujmę to w ten sposób: wie dość o Ramzesie, by móc podejrzewać, że opanował sztukę kamuflażu i bez trudu może uchodzić za Egipcjanina. Inteligentny człowiek, powziąwszy takie podejrzenie, mógłby chyba dość łatwo odkryć prawdziwą tożsamość Alego Szczura. Przede wszystkim dlatego, że Ali był widywany w Kairze wyłącznie w czasie naszych tam pobytów. To wszystko, co mi przychodzi do głowy w kwestii użytecznych dla nas informacji. To już cała prawda, Nefret.

I była to cała prawda – w każdym razie święcie w to wierzyłam. Obwinianie mnie o przemilczenie czegokolwiek nie byłoby sprawiedliwe, bo w tym czasie żadne z nas nie podejrzewało jeszcze niczego. Nie zamierzam się jednak tłumaczyć. Pomyliłam się w ocenie sytuacji i zapłaciłam za to cenę w postaci zdarzeń, których wspomnienie będzie mnie nawiedzać do końca życia.

Zapadło pełne oczekiwania milczenie, w przypadku Nefret podszyte wyraźnym sceptycyzmem. Nikt jednak nie kwestionował mojego oświadczenia. W końcu Ramzes powiedział:

– Niezbyt nas to posuwa naprzód, co? Nadal nie mamy podstaw, by przestać podejrzewać, że to sprawka Sethosa, ale z drugiej strony nie mamy też dowodów na to, że on za tym stoi. Jeśli incydent w Londynie nie ma z tym związku, może się okazać, że mamy nowego, nieznanego wroga, który zamierzał wymienić Davida i mnie za papirus. Jeżeli to jednak Sethos, uwięził nas zapewne, żeby dobrać się do matki. To upokarzające, co, Davidzie? Nikt nas nie chce ze względu na nasze własne, czarujące osoby.

– Czy mógłbym przyjrzeć się temu sławnemu papirusowi? – zapytał Cyrus. – Skoro ktoś posuwa się do takich metod, żeby go zdobyć, musi być wyjątkowym okazem.

– Jest wyjątkowy – przyznał Ramzes.

– Jak na papirus – dorzucił Emerson, na którym akurat papirusy nie robią takiego wrażenia jak na innych. – Przynieś go, Ramzesie.

Ramzes wykonał polecenie. Cyrus aż gwizdnął z podziwu.

– Wspaniały – stwierdził. – Pan Walter Emerson z pewnością oszaleje na jego punkcie.

– Wujek Walter! – David zerwał się z miejsca. – Na Boga, przecież on z ciocią Evelyn i małą Lią… Nie powinni tu przyjeżdżać! Mogą znaleźć się w strasznym niebezpieczeństwie!

– Nie dramatyzuj, Davidzie – powiedziałam. – Nie ma powodu sądzić…

– Chłopak ma rację – wtrącił Emerson. – W tej chwili nie wiemy właściwie, o co w tym wszystkim chodzi, a trzy dodatkowe potencjalne ofiary mogłyby tylko skomplikować sytuację. Lepiej zawróćmy ich z drogi.

– Za późno – oznajmiłam głucho. – Dziś rano wypłynęli z Marsylii.

Napięcie, jakie po moich słowach zapanowało w pokoju, rozładowała jednym prostym stwierdzeniem Katherine.

– Należy zawsze spodziewać się najgorszego i podjąć odpowiednie kroki, by temu zapobiec – oświadczyła.

– Właśnie miałam to powiedzieć! – wykrzyknęłam. – Musimy coś przedsięwziąć! Tylko… co?

– Przede wszystkim powinniście zrobić co się da, żeby chronić siebie – stwierdziła Katherine. – Musicie dobrze strzec domu i nie wyjeżdżać nigdzie bez eskorty. Po drugie, odwołajcie wizytę Waltera. On i Evelyn z pewnością potrafią zadbać o siebie, ale ich córka nie. W tej sytuacji byłaby tylko dodatkowym źródłem niepokoju. Po trzecie, trzeba wytropić sprawców i powstrzymać ich.

– Bardzo ambitny program, kochanie – pokręcił głową Cyrus. – Od czego zaczniemy?

Po tym jego „zaczniemy” zrobiło mi się lżej na sercu, choć tego właśnie po nim oczekiwałam.

– Oczywiście od Gurna – rzekł Ramzes. – I to wszyscy razem, jak zasugerował pan Vandergelt.

Spodziewałam się, że w wiosce będzie aż huczało, bo wieść o wydarzeniach ostatniej nocy musiała tu już z pewnością dotrzeć dzięki plotkarskiej siatce, która jest podstawowym źródłem informacji w niepiśmiennych społecznościach. Jednak gdy wjeżdżaliśmy do Gurna krętą drogą, wokół panował dziwny spokój. Witało nas niewiele osób, ale dostrzegaliśmy fałdziste szaty, pospiesznie znikające za rogiem.

– To chyba Ali Yussuf! – zawołałam na widok jednej z umykających postaci. – Co mu się stało?

– Nieczyste sumienie, droga Peabody – zaśmiał się Emerson. – Ali może nie mieć nic wspólnego z przygodą chłopców, ale pewnie się boi, że będziemy go o to podejrzewać.

– Trudno nie mieć takich podejrzeń, Emersonie. Sprawcy z pewnością nie ośmieliliby się przywieźć więźniów tutaj, gdyby nie pomagali im niektórzy z miejscowych.

Ramzes jechał przed nami, lecz on potrafi usłyszeć szept z drugiego brzegu Nilu, jak mawiają Egipcjanie.

– To był tylko przystanek, mamo – oświadczył, odwracając głowę. – Potem pod osłoną ciemności pewnie by nas wywieźli gdzieś dalej.

Dotarliśmy pod dom Abdullaha. W drzwiach stała Kadija, która poinformowała nas, że Abdullaha ani Daouda nie ma w domu.

– Niech to diabli! – zaklął Emerson. – Prosiłem Daouda, żeby nie pozwolił staremu hultajowi pakować się w kłopoty. Dokąd pojechali, Kadijo?

Żona Daouda rozumiała po angielsku, choć sama nie mówiła w tym języku. Ukryta za czarnym czarczafem, udzieliła Emersonowi po arabsku takiej odpowiedzi, jakiej się spodziewał.

– Niech to diabli – powtórzył. – Zapewne większość z nich tam poszła.

– Ale nie wszyscy – oświadczyła Kadija. – Niektórzy zadają pytania, Ojcze Przekleństw. Wielu ludzi ma wiele pytań. Czy zechcecie wejść, napić się herbaty i zaczekać?

Wymówiliśmy się jednak i mieliśmy już ruszać dalej, gdy Kadija nagle wyszła przed dom. Jej dłoń, duża i stwardniała jak ręka mężczyzny, spoczęła przez moment na obutej stopie Davida, po czym kobieta przyjrzała się bacznie Ramzesowi. Ale przemówiła nie do niego.

– Czy możesz zostać ze mną na chwilę, Nur Misur?

– Oczywiście. Jedźcie, dogonię was – powiedziała Nefret.

Zabawiła u Kadii bardzo krótko i kiedy do nas dołączyła, z trudem powstrzymywała śmiech.

– No i…? – zapytałam. – Co cię tak rozbawiło?

Nefret spoważniała.

– Opowiedziała mi bardzo zabawną historię – odparła.

– Kadija ci opowiedziała? – zdziwiłam się. – Co to za historia?

– Mhm… to nieistotne. Tak naprawdę chciała się dowiedzieć o stan zdrowia chłopców. Wstydziła się zapytać wprost, jak się czują.

Właściwy dom znaleźlibyśmy nawet bez wskazówek Davida. Otaczał go tłum ludzi, gestykulujących z wielkim ożywieniem i przekrzykujących się nawzajem. Czarne suknie kobiet kontrastowały z białymi, niebieskimi i beżowymi galabijami mężczyzn, a dzieci biegały tu i tam niczym brązowe żuki. Witający nas mężczyźni byli spokojni i pewni siebie – albo mieli czyste sumienia, albo nie posiadali ich wcale.

Dom nie był tym, w którym mieszkała kiedyś Layla. Tamten pamiętałam doskonale, ten był większy i stał na uboczu. Rosło tu kilka zakurzonych drzew tamaryszkowych, a w zasięgu wzroku nie było innych domostw. Miejsce to nadawało się świetnie do celów, którym posłużyło. Na okolony murem dziedziniec mógł niepostrzeżenie wjechać każdy pojazd, niewidoczny byłby nawet wóz wyładowany trzciną cukrową.

Kiedy ujrzałam, kto stoi w progu, zrozumiałam, dlaczego żaden z obecnych nie próbuje wejść do środka. Cały otwór wejściowy wypełniała potężna sylwetka Daouda. Ruszył ku nam z okrzykami radości i ulgi, uściskał Davida i zamierzał zrobić to samo z Ramzesem, lecz przeszkodziła mu w tym Nefret.

Abdullah czekał na nas w środku. Jego śnieżnobiała broda aż trzęsła się z oburzenia, a czcigodne czoło marszczył posępny grymas. Z wyrzutem zwrócił się do Emersona:

– Dlaczego mi nie powiedzieliście? To by się nigdy nie wydarzyło, gdybyście okazali mi zaufanie.

– Posłuchaj tylko, Abdullahu… – zaczął Emerson.

– Rozumiem, rozumiem. Jestem za stary. Za stary i za głupi. Powinienem siedzieć na słońcu z innymi zgrzybiałymi starcami i nie wtrącać się do…

– Ależ ufamy ci, Abdullahu – zapewniłam go. – Wiemy tyle samo, co ty. Zupełnie nie spodziewaliśmy się takiej napaści.

– No tak… – Abdullah przysiadł na schodach, drapiąc się za uchem. – W takim razie przebaczam ci, Sitt. I co teraz zrobimy?

– Coś mi wygląda na to, że ty już coś robisz – zauważył Ramzes, zaglądając za otwarte drzwi pokoju po lewej. Był on przedtem wygodnie umeblowany, z dużym dywanem i kilkoma fotelami w stylu europejskim, z dywanikami i stolikami oraz wielkim kredensem pod ścianą. Teraz jednak okiennice były szeroko otwarte i wpadające słońce oświetlało panujący w pomieszczeniu kompletny chaos – pozwijane i rzucone pod ścianę dywany, poprzewracane krzesła i porozrzucane bezładnie poduszki.

– Szukamy śladów – wyjaśnił Abdullah.

– Tratując je, jak widzę – stwierdził Emerson. – Gdzie jest Selim? Mówiłem mu przecież… O Boże święty!

Obecność Selima obwieścił donośny łoskot na piętrze. Ramzes ominął Abdullaha i wbiegł po schodach, a my wszyscy za nim.

Selim nie był sam. Grasował po pokojach wraz z dwoma braćmi i którymś z drugich kuzynów, „szukając śladów”, jak można było mniemać. Ryk Emersona powstrzymał ich, lecz bynajmniej nie speszył; natychmiast otoczyli mojego męża i zaczęli mówić jeden przez drugiego, usiłując wyjaśnić, co robią.

Zostawiłam Emersona, tłumaczącego im cierpliwie zasady badania miejsca przestępstwa, i przyłączyłam się do Ramzesa, który zaglądał do jednego z pokoi.

Okazało się, że to sypialnia kobiety. Umeblowanie stanowiło dziwaczną mieszaninę miejscowego luksusu z importowanym: orientalne dywany o jedwabistym połysku, udrapowana muślinem toaletka, rzeźbione skrzynie i porcelanowe naczynia za parawanem. Selim z kompanią nie zdążyli jeszcze zdemolować pokoju, ale nosił ślady pospiesznego przeszukiwania. Jedną ze skrzyń otwarto i wylewały się z niej tkaniny we wszystkich barwach tęczy. Prześcieradło na łóżku było skotłowane i obsypane pyłem.

– To tutaj cię trzymano? – zapytałam.

– Tak. – Ramzes podszedł do łóżka i podniósł strzęp białej bawełny, którego nie spostrzegłam, bo był w kolorze prześcieradła. Przyjrzał się mu i rzucił na podłogę. Nie musiałam pytać, co to jest.

Dalsze poszukiwania nie ujawniły niczego poza kilkoma kawałkami powiązanego i pociętego sznura, a także butami Ramzesa, które kopnięto pod łóżko. Ucieszyłam się z ich odzyskania, bo były dość drogie, a miał tylko dwie pary.

Przeszukałyśmy z Nefret skrzynie. Znajdowały się w nich niemal wyłącznie kobiece stroje – częściowo egipskie, częściowo europejskie – a wśród nich nocna koszula z przejrzystego jedwabiu, przesiąknięta intensywnym zapachem pachnidła.

– Ona się chyba kąpie w tym cholerstwie – mruknęła Nefret, marszcząc nos.

– Zabrała wszystko, co wartościowe – powiedział Emerson, zaglądając pod materac i łóżko. – Nie ma pieniędzy ani kosztowności. I żadnych dokumentów.

– Ale ubrania zostawiła – stwierdziła Nefret, wrzucając koszulę z powrotem do skrzyni.

– Nie miała czasu się spakować – wyjaśnił Ramzes. – I raczej nie odważy się wrócić po resztę rzeczy. Powiedziała, że tamci niedługo się zjawią.

– Skoro zabrała tylko mały tobołek – zauważyła Katherine, przysiadając na podnóżku – będzie musiała uzupełnić garderobę. Powinniśmy pytać w sklepach i na bazarach.

– Właśnie miałem to państwu zaproponować – powiedział męski głos.

Nowo przybyły stał w drzwiach, odziany w doskonale skrojony tweedowy garnitur i lśniące buty, z kapeluszem w ręce i fryzurą tak gładką, jakby dopiero co ją przyczesał.

– Sir Edward! – zakrzyknęłam. – Co pan tutaj robi?

– Jestem tu już od pewnego czasu, pani Emerson. Dzień dobry wszystkim – dodał z ujmującym uśmiechem.

– Daoud miał przecież nikogo nie wpuszczać – zdziwił się Ramzes.

– Uznał, że ten zakaz nie obejmuje mojej osoby – odparł sir Edward. – Pamięta mnie jako waszego współpracownika i przyjaciela. A jako przyjaciel nie mogłem stać z boku. Dziś rano wieści rozniosły się po całym Luksorze. Stwierdzam jednak z ulgą, że były przesadzone – jego chłodne błękitne oczy przesunęły się po Ramzesie i zatrzymały się na Davidzie – chociaż nie całkiem nieścisłe. Jakżebym mógł nie zaoferować wam swojej pomocy?

– Niepotrzebnie – oświadczył Emerson. – Panujemy nad sytuacją.

– Czy rzeczywiście? Znam wszystkich państwa na tyle dobrze, iż nie wątpię, że potraficie się obronić przed zwyczajnym wrogiem. Jednak już samo to, że ten, z którym państwo macie obecnie do czynienia, potrafił zdobyć się na porwanie Ramzesa wraz z jego służącym…

– David nie jest moim służącym – przerwał mu Ramzes.

– …jego przyjacielem – poprawił się gładko sir Edward. – A więc porwanie dwóch silnych młodych ludzi, z pewnością przygotowanych na wszystko, świadczy o tym, że jest to ktoś wyjątkowo niebezpieczny i pozbawiony skrupułów. Jak wspominałem już pani Emerson, szukam dla siebie jakiegoś zajęcia. Jako że moje usługi w dziedzinie archeologii są najwyraźniej zbędne, błagam, by pozwolili mi państwo służyć sobie w charakterze obrońcy.

– Zapewne obrońcy kobiet? – zapytała Nefret, trzepocąc rzęsami. – Och, sir Edwardzie, jakież to rycerskie! Jakie szlachetne! Nigdy nie zdołamy się panu odwdzięczyć!

Parodia była tak oczywista, że miałam ochotę się roześmiać. Sir Edward również nie dał się nabrać, ale nie wypadł z roli.

– Ochrona bezradnych kobiet to święty obowiązek każdego Anglika, miss Forth – powiedział, przykładając dłoń do okolicy serca i rzucając Nefret spojrzenie pełne uczucia, godne prowincjonalnego aktora w roli sir Galahada.

Emersona jakoś to nie rozbawiło.

– To nonsens – burknął. – Tu nie ma się z czego śmiać, sir Edwardzie.

– Doskonale to rozumiem, drogi panie. Jeżeli moje informacje są prawdziwe, właścicielka tego domu to ta sama kobieta, którą spotkaliśmy z panią Emerson przed kilku laty. Udało mi się wówczas wyświadczyć pańskiej żonie małą przysługę. Czy byłoby zbytnim zadufaniem sądzić, że mogę uczynić to znowu?

Emerson odpowiedział na tę propozycję zmarszczeniem brwi i gestem oznaczającym stanowczą odmowę.

– Szkoda czasu na puste uprzejmości – stwierdził. – Musimy dokończyć przeszukiwanie domu.

Sir Edward miał dość rozumu, by nie próbować dalszej dyskusji, lecz podążał za nami w dyskretnej odległości, gdy badaliśmy resztę pokoi oraz płaski dach. Z rzeczy osobistych znaleźliśmy jedynie pustą puszkę po opium i nargile. W kuchni, osobnym budyneczku obok głównego domu, również panował rozgardiasz. Cuchnęło nadgniłymi jarzynami, skisłym mlekiem i cienkim, kwaśnym egipskim piwem. Jedynym niezwykłym przedmiotem była tu rozbita zielona butelka. Ramzes poszukał wśród jej szczątków fragmentu z nalepką.

– Moët and Chandon – przeczytał.

– Ta dama ma kosztowne gusta – zauważył Emerson.

– I lubi je zaspokajać – dodałam. – Pochowała już dwóch bogatych mężów.

Pozostała nam jeszcze do przeszukania szopa. Już sam widok pokoju, w którym więziono Ramzesa, był dla mnie dość bolesny – knebel i mocno związane sznury były niemymi, lecz dobitnymi świadectwami wielu godzin spędzonych w niewygodzie i niepewności. W brudnej szopie było jeszcze gorzej. Moja współczująca wyobraźnia – na której brak nie mogę narzekać – podsunęła mi obraz Davida leżącego na twardej ziemi, rozpaczliwie wyczekującego pomocy i zamartwiającego się o przyjaciela, którego kochał jak brata. Jaki ich czekał los, gdyby Layla nie przyszła im z pomocą? Z pewnością nie szybka, bezbolesna śmierć, bo napastnicy mogli się ich pozbyć już wcześniej. Przyszło mi do głowy kilka możliwości i przeszedł mnie dreszcz.

Nie mieściliśmy się wszyscy w tym wstrętnym miejscu, pozostawiłam więc poszukiwania Emersonowi i Ramzesowi. Znaleźli tylko przewrócony dzban po piwie, stos niedopałków, glinianą lampkę i wiązkę stęchłej słomy.

Wróciliśmy do domu Abdullaha, mając nadzieję, że wszczęte przez niego dochodzenie przyniosło jakieś nowe informacje. Nasi ludzie pracowali od świtu i przyznam, że rzetelnie przeczesali wioskę. Oczekiwał nas tłumek świadków, po części zrzędzących i niechętnych, po części zaś roześmianych i zaciekawionych. Popijaliśmy podaną przez Kadiję herbatę, a Abdullah przyprowadzał ich do nas kolejno.

Wszyscy wiedzieli o powrocie Layli; interesowało to zwłaszcza niektórych mężczyzn. Gdy jednak chcieli ją odwiedzić, żeby odnowić starą znajomość, odprawiała ich z kwitkiem. Nie zdziwiło ich to bynajmniej, choć byli niezadowoleni. Layla zawsze była „nieprzewidywalna”, jak to określił jeden z nich.

– Takie są skutki pozwalania kobietom na posiadanie własnych pieniędzy – dodał filozoficznie. – Robią wtedy, co chcą, zamiast tego, co każą im mężczyźni.

– Racja jak wszyscy diabli – burknęła Nefret, gdy ten ostatni świadek wyszedł. – Ciociu Amelio, pani Vandergelt, wybaczcie.

– Wybaczone – odparła z uśmiechem Katherine. Przywykła do niewyparzonego języka Nefret, a ja porzuciłam już nadzieję na oduczenie jej tego. Sporo zresztą przejęła w tej dziedzinie od Emersona.

Poza niezbyt przydatną informacją o Layli, większość świadków niewiele miała nam do powiedzenia, choć mówili chętnie i bardzo długo. Widziano obcych, wchodzących i wychodzących z domu Layli; byli to bardzo niesympatyczni ludzie, nigdy nie przystanęli na pogawędkę i nie odpowiadali na pytania. Wreszcie Emerson przerwał całą tę procedurę.

– To prowadzi donikąd – stwierdził. – Jeżeli nawet któryś z Gurnawi zna tych osobników, i tak się do tego nie przyzna. Musimy znaleźć Laylę, to nasz najlepszy trop. Gdzie ona może się podziewać?

Sir Edward, który przyłączył się do nas, odchrząknął i powiedział:

– Jest bardzo prawdopodobne, że przedostała się na drugą stronę rzeki, do Luksoru. Wioski na tym brzegu są nieduże i blisko ze sobą związane, więc obcy od razu rzucają się tu w oczy. W Luksorze natomiast jest pewna dzielnica… Proszę wybaczyć, nie powinienem o tym wspominać w obecności pań.

– Ach, ta dzielnica. Hmm… – mruknęłam.

– Mnie też to przyszło do głowy. – Ramzes spojrzał z niechęcią na sir Edwarda, który uśmiechnął się do niego w odpowiedzi.

– Ty tam nie pójdziesz – oświadczyłam. – Ani David. Nie zabroniłam iść Nefret, bo nie postało mi w głowie, że mogłaby to zrobić. Sekcje zwłok, zmasakrowane ciała, owszem. Mieszkania zatwardziałych przestępców, a jakże. Ale dom zakazanej miłości?

Wciąż nie pojmuję, jak mogłam być tak głupia.

Sir Edward pożegnał się z nami przed domem jednego z niezliczonych młodych krewniaków Abdullaha, u którego trzymaliśmy konie. Nie ponowił propozycji pomocy, ale jego znaczące spojrzenie upewniło mnie, że wciąż ją podtrzymuje. Doskonale prezentował się na koniu i gdy odjeżdżał ku przystani promu, jego wyprostowaną sylwetkę odprowadzało nie tylko spojrzenie Nefret.

Kiedy skierowaliśmy konie ku domowi, Cyrus powiedział:

– Nie chciałbym się wtrącać, Emersonie, ale nie rozumiem, dlaczego nie przystałeś na propozycję sir Edwarda. To całkiem krzepki i bardzo bystry człowiek.

– Nie chcę, żeby się przy nas kręcił i robił oko do mojej żony – odburknął Emerson. – Albo do Nefret.

– No cóż… nie przypominam sobie istnienia prawa, zabraniającego mężczyźnie okazywania uprzejmego zainteresowania kobiecie, dopóki ona nie ma nic przeciwko temu -odparł Cyrus, po swojemu cedząc słowa. – Panna Nefret, jak sądzę, poinformowałaby o tym sir Edwarda w dość zdecydowanych słowach.

– Racja jak… ehm… Oczywiście – odparła Nefret. – Drogi profesorze, nie zachowuj się jak wiktoriański tatusiek. Sir Edward mógłby się nam bardzo przydać, zwłaszcza jeśli przyjedzie wuj Walter z ciotką Evelyn i Lią.

– Nie starczy miejsca dla wszystkich – mruknął Emerson, lecz był to już ostatni pomruk dogasającego wulkanu. Mój mąż ma swoje słabości, nie jest jednak głupcem i wie, kiedy się wycofać.

– Jeżeli uda nam się odwieść naszych bliskich od przyjazdu, będziemy mieli wolny pokój – stwierdziłam. – Sir Edward zatrzymał się w Winter Palace, prawda? Złożymy mu wizytę albo prześlemy wiadomość, że przyjmujemy jego propozycję.

Przynajmniej raz panowała zgodność co do dalszych działań. Najważniejsze było odszukanie Layli, i to jak najszybciej. Najbardziej prawdopodobnym miejscem jej pobytu był w moim przekonaniu Luksor. Na moją sugestię, że Ramzes powinien zostać w domu i odpocząć, on sam odpowiedział kamiennym spojrzeniem, a Nefret zauważyła:

– Ja tam bym go nie zostawiała, ciociu Amelio. Lepiej niech jedzie z nami, żebyśmy mogli mieć na niego oko.

Jej także nie zamierzałam zabierać, ale po namyśle stwierdziłam, że i na nią będzie lepiej „mieć oko”. Pojechaliśmy więc prosto na przystań, skąd dwóch naszych ludzi przewiozło nas na drugi brzeg łodzią.

Z manuskryptu H

– Jak my się od nich uwolnimy? – zastanawiała się Nefret.

Czekali przy kasach biletowych, a starsi Emersonowie wypytywali zawiadowcę stacji. Peron, budynek dworca i prowadzącą do niego drogę wypełniał tłum ludzi zamierzających wsiąść do pociągu do Asuanu. Słońce stało wysoko, a powietrze było aż gęste od pyłu. Nefret zdjęła kapelusz i zaczęła się nim wachlować.

– To czysta strata czasu – oświadczyła. – Jak ten człowiek mógł zapamiętać kobietę z zasłoniętą twarzą? W tych czarnych szatach wszystkie wyglądają tak samo. Poza tym tamci wiedzą, że ich zdradziła, i także zaczęliby poszukiwania od dworca. Jeśli istotnie jest tak sprytna za jaką wy, mężczyźni, ją uważacie, powinna się gdzieś przyczaić, dopóki sprawa nie ucichnie. Logicznie biorąc, jest tylko jedno takie miejsce.

– Nefret, bądźże rozsądna – powiedział Ramzes przyciszonym głosem. – To prawda, że Layla mogła się schronić u swoich dawnych… ee, znajomych. Ale odwiedzić to miejsce możemy tylko za przyzwoleniem ojca. On chce tam iść osobiście, co nie jest dobrym pomysłem, i może uda mi się go przekonać, że ja i David będziemy skuteczniejsi. Jeżeli jednak uzna, że zamierzasz się do nas przyłączyć, nie ma takiej siły, która by go zmusiła do zgody.

– Ja także bym się nie zgodził – stwierdził David. Stał nieco za Ramzesem, lustrując podejrzliwie przechodzący tłum.

Nefret wcisnęła na głowę kapelusz i zawiązała pod brodą wstążki.

– Zobaczymy jeszcze. Właśnie idą. I jak poszło, profesorze?

– Lepiej, niż się spodziewałem – odparł. – Dziś rano jakaś kobieta kupowała bilet do Kairu. Miała strój i ozdoby wieśniaczki, ale kasjer ją zapamiętał, bo podróżowała samotnie i kupiła bilet drugiej klasy. Kobieta tego pokroju podróżowałaby raczej trzecią klasą, jeśli w ogóle. Zamierzam zwrócić się telegraficznie do policji kairskiej, żeby czekali na pociąg.

Zaaranżowanie wszystkiego zgodnie z planem Ramzesa wymagało pewnych manewrów i kilku bezczelnych kłamstw. Z urzędu telegraficznego udali się do Winter Palace. Sir Edwarda nie było, więc postanowili zjeść lunch w hotelu. Kiedy panie poszły się odświeżyć, Ramzes mógł porozmawiać z ojcem. Pierwsza reakcja była taka, jak oczekiwał – stanowcza odmowa.

– Nie możesz tam iść, ojcze – przekonywał go. – Nie będą chcieli w ogóle z tobą rozmawiać.

– A wobec ciebie będą bardziej swobodni, tak? – Emerson zmierzył go lodowatym spojrzeniem.

– Tak, ojcze. Jestem o tym przekonany.

– Każdy w Luksorze czuje przed tobą respekt, profesorze – dodał David. – Będą się bali cokolwiek powiedzieć.

– Hmm… – mruknął Emerson. – Nie, nie, to niemożliwe. Dreszcz mnie przechodzi na samą myśl, co powiedziałaby matka, gdyby odkryła, że pozwoliłem wam odwiedzić burdel.

– A co powie, kiedy się okaże, że ty sam zamierzasz go odwiedzić?

– Ee… tego… – Emerson pogładził podbródek, zerkając niespokojnie ku drzwiom saloniku dla pań.

– Złapał cię w sidła, Emersonie – zaśmiał się Cyrus Vandergelt. – Jesteś kiepskim kłamcą, Amelia od razu przejrzałaby twoje zamiary i chciałaby iść z tobą. Nie zamierzamy przecież pozwolić, żeby się włóczyła po… ehm. Niech chłopaki to załatwią.

Ramzes był w egipskim burdelu tylko raz w życiu, oczywiście w trakcie prowadzenia śledztwa. Miejsce to zbrzydziło go, choć było jednym z mniej ohydnych, obsługiwało bowiem Europejczyków i bogatych Egipcjan. Tym razem jednak było gorzej. Do głównej sali przybytku wchodziło się wprost z ulicy, od której oddzielała ją zasłona z pasków materiału. Okiennice były zamknięte i jedyne światło dawały dwie wiszące lampy. Wokół unosił się odór brudu i potu oraz zapach tanich perfum, słychać też było nieustanne brzęczenie wszechobecnych much.

Po wejściu do środka przybysze usłyszeli również inny dźwięk-melodyjne pobrzękiwanie ozdób na piersiach, w uszach i we włosach kobiet spoczywających na poduchach otomany, będącej tu najważniejszym meblem. Ciemne, obwiedzione czernidłem oczy spoglądały na nich z ciekawością. Jedna z kobiet wstała, wygładzając cienką tkaninę na biodrach uwodzicielskim gestem, ale druga kazała jej usiąść z powrotem i sama wstała. Była starsza od innych, a gdy szła do chłopców, przelewały się na niej wałki tłuszczu. Podobne do monet kółka, przyczepione do diademu na jej włosach i naszyjnika, wykonane były ze złota.

David odchrząknął. Ustalili, że najlepiej będzie, jeśli on pierwszy przemówi, ale głos grzązł mu w gardle z zakłopotania.

– Szukamy kobiety – wystękał, wywołując tą prostolinijną wypowiedzią stłumiony śmiech.

– Oczywiście, młodzi panowie – odpowiedziała właścicielka. – Po cóż innego byście tu przychodzili?

– Jednak dobrze, że nie puściłam was samych – rozległ się za ich plecami opanowany głos.

Ramzes odwrócił się szybko. Nefret odrzuciła kaptur płaszcza i jej włosy zalśniły w smugach wpadającego przez zasłonę światła. Była niczym kwiat, który wyrósł nagle w kloacznym dole. Pierwszą jego myślą było pochwycić ją w ramiona i wynieść z tego przybytku zepsucia. Wiedział jednak, że zareaguje co najmniej krzykiem i wierzganiem, więc chwycił ją tylko za ramię.

– Co tutaj robisz, na Boga?!

– Śledziłam was. Pani Vandergelt poszła z ciocią Amelią do sklepu i wtedy się wymknęłam. To boli – dodała z wyrzutem.

– Davidzie, wyprowadź ją stąd.

– Davidzie, nie waż się mnie dotknąć!

Tymczasem przybywało podekscytowanych widzów tego spektaklu. Do pomieszczenia wśliznęło się kilka kolejnych kobiet, odzianych w liche, jaskrawe szmatki. Ich niezakryte twarze miały różne odcienie, od błękitnawej czerni po jasny brąz, a dłonie i stopy były pomalowane henną.

Nefret zwróciła się do zaskoczonej madame swoim szybkim, prostym arabskim:

– Szukamy przyjaciółki, Sitt. Ta kobieta wyświadczyła nam wielką przysługę i z tego powodu jest teraz w niebezpieczeństwie. Ma na imię Layla. Mieszkała w Gurna, ale zeszłej nocy uciekła ze swojego domu. Musimy ją odnaleźć, zanim ktoś jej wyrządzi krzywdę. Pomóż nam, proszę. Czy któraś z was może ją widziała?

Nie kwiat, pomyślał Ramzes, ale promień słońca w ciemnej celi. Współczucia, które z niej promieniowało, nie mogły splamić smutek ani grzech i nic nie mogło przyćmić bijącej od niej jasności.

Przez kilka chwil martwej ciszy nie zakłócił nawet niczyj oddech. Potem któraś z kobiet się poruszyła, ale nie wiedział która. O jej poruszeniu się świadczył jedynie cichy pobrzęk ozdób. Stara kobieta zaplotła na piersi pulchne ręce.

– Wynoście się – rzuciła szorstko. – Nie możemy wam pomóc. Co z was za mężczyźni, że pozwalacie przyjść tu komuś takiemu jak ona?

– Słuszna uwaga – odparł Ramzes, odzyskując rezon. Chyba za dużo naczytałem się tej przeklętej poezji, pomyślał. – Chodź, Nefret, to na nic. Wychodzimy stąd.

Ale dziewczyna nie ruszyła się z miejsca.

– Wiecie, kim jesteśmy i gdzie mieszkamy – powiedziała. – Jeżeli któraś z was wie cokolwiek, jeżeli chcecie porzucić to okropne życie, przyjdźcie do nas, pomożemy wam się uwolnić…

Stara kobieta wybuchnęła potokiem przekleństw, gniewnie wymachując pięścią, Nefret jednak to nie speszyło i nie przestała mówić, dopóki Ramzes z Davidem nie wyciągnęli jej na ulicę.

– No, pięknie – mruknął Ramzes, gdy oddalili się na bezpieczną odległość. – Ośmielę się zasugerować, Nefret, że powinnaś powściągać swój język i emocje. Mogłaś narazić na niebezpieczeństwo i siebie, i nas.

– Nie odważyliby się nas zaatakować – odmruknęła.

– Może i nie. Ale te kobiety też mogłaś wystawić na niebezpieczeństwo.

– Przecież ja nie chciałam… Na Boga, nie myślisz chyba, że… Zrobiła tak nieszczęśliwą minę, że nie miał serca już jej dalej besztać.

– Chcę tylko zwrócić ci uwagę, że nie wybraliśmy się tam z misją ratunkową, choć to zapewne szczytny cel. Chcieliśmy tylko zasięgnąć informacji, a próba kradzieży towaru z pewnością nie pomaga zyskać zaufania kupca.

– Jak możesz z tego żartować? – W jej niebieskich oczach lśniły łzy gniewu i współczucia.

– A co mi pozostało? Mógłbym tylko jeszcze przeklinać Boga. Ale to też na nic. – Jego dłonie dość długo poprawiały kaptur na jej jasnej głowie. – Spróbuję jeszcze raz, sam – oznajmił.

– Nie możesz tam iść sam, Ramzesie – sprzeciwił się David.

– Zostaniecie na straży. Czekajcie tu na mnie.

– Jeżeli nie wyjdziesz za pięć minut, wchodzę za tobą – oświadczyła Nefret.

Wyszedł znacznie szybciej.

– Nic – stwierdził. – Nikt jej nie widział i nikt się nie przyznał, że ją w ogóle zna.

– Teraz ja spróbuję gdzie indziej – powiedział David z wyrazem niesmaku na twarzy.

– Nie, nie. Ja też nie mam już do tego zdrowia – przyznał Ramzes. – Wieść i tak się rozejdzie, poza tym wspomniałem o nagrodzie. I tak żadna z nich nie odważy się mówić w obecności innych. Idziemy stąd.

Kiedy dotarli nad rzekę, David znalazł kolejny powód do zmartwienia.

– Ciocia Amelia będzie się dopytywać, gdzie byliśmy – zauważył. – Co jej powiemy?

– Że poszliśmy do Luksoru na herbatę – odparła Nefret. – Chodźmy tam teraz i nie będzie kłamstwa.

Opanowała już emocje i była raczej zamyślona niż rozgniewana. Kiedy znaleźli wolny stolik i zamówili herbatę, odezwała się znowu:

– Narobiłam zamieszania, co?

– Niekoniecznie – odparł Ramzes. – Kto wie, czy twoje impulsywne słowa nie zadziałają skuteczniej od moich metod.

– Nie zapytam, jakimi się posłużyłeś. – Z uśmiechem wzięła łagodnie w dłonie jego zabandażowaną rękę. – Chciałam cię zapytać o twoją ranę. I o kilka innych rzeczy. Musiałeś naprawdę mocno kogoś uderzyć, żeby odnieść aż takie obrażenia.

– Było ich dwóch – odparł Ramzes, zastanawiając się, do czego Nefret zmierza.

– W tym domu, tak? I rzuciłeś się na obu jednocześnie? Byłeś bardzo odważny, Ramzesie.

– Nie bardzo.

– A kiedy ty walczyłeś z dwoma bandytami naraz, co w tym czasie robiła Layla? – Szeroko otwarte, błękitne jak morze oczy dziewczyny patrzyły niewinnie, ale zrozumiał, że dał się zagonić w róg. Usiłował wymyślić jakieś przekonujące kłamstwo, nie udało mu się jednak. Nie pamiętał dokładnie, jak wiele im wcześniej powiedział, ale najwyraźniej wystarczyło tego, żeby bystra intuicja poprowadziła Nefret właściwym tropem.

– Dokładnie to, co podejrzewasz – westchnął ciężko. – W każdym razie zamierzała to zrobić. Nie potępiaj mnie, Nefret, zdążyłem temu zapobiec. Skąd ty, u diabła, znasz się na tych sprawach?

Gładziła palcami jego przegub, a przez całą rękę Ramzesa przebiegało drżenie.

– Znam się na tobie, mój chłopcze.

– Nie pozwól, żeby rządziły tobą emocje, Nefret. O, idzie matka. Powinienem był wiedzieć, że nas wytropi. – Szła ku nim tak szybko, że zdążył jeszcze tylko dodać ze słabym uśmiechem: – Nie miałem wielkiego wyboru, moja droga. Gdybyś kiedykolwiek odkryła, że wymknąłem się stamtąd chyłkiem i zostawiłem ją, zrobiłabyś sobie z mojej skóry dywanik przed łóżko.

Nie nabrałam nigdy leniwego wschodniego zwyczaju ucinania sobie popołudniowej drzemki, uważam jednak, że aktywny umysł potrzebuje krótkich okresów odpoczynku. Kiedy więc wróciliśmy do domu po intensywnym, choć bezowocnym dochodzeniu, położyłam się na łóżku z książką.

Zapadłam w stan ni to snu, ni to jawy. Wyrwały mnie z niego odgłosy, od których serce podeszło mi do gardła. Stal dzwoniąca o stal, okrzyki – jednym słowem, odgłosy walki! Rzuciłam się, jak mi się zdawało, do drzwi, okazało się jednak, że szarpię okiennice, które zamknęłam dla ochrony przed popołudniowym upałem.

Po chwili oprzytomniałam i wybiegłam na dziedziniec, gdzie stanęłam jak wryta. Widok był straszny: Ramzes z Davidem, boso, tylko w spodniach i koszulach, nacierali na siebie ze wzniesionymi do ciosu nożami, jakich używają Touragowie. Oniemiała i zmartwiała z przerażenia ujrzałam, jak nóż Ramzesa opada ku piersi Davida.

Kiedy paraliż minął, wrzasnęłam wniebogłosy.

– Dobry wieczór, mamo – przywitał mnie Ramzes. – Przepraszam, jeśli cię zbudziliśmy. A niech to, Davidzie, znowu nie poszedłeś na całego!

– Poszedłem, naprawdę. – David potarł pierś. – Ciociu Amelio, przepraszamy, jeśli…

– Rany boskie! – wykrzyknęłam.

Chłopak uśmiechał się, a bieli jego koszuli nie splamiła nawet kropelka krwi. Na ławeczce pod ścianą siedzieli Nefret z Emersonem, niczym widzowie na przedstawieniu.

– Witaj, Peabody – rzekł mój mąż. – No, chłopaki, dajcie i mnie spróbować.

Zerwał się z miejsca i zaczął ściągać koszulę, przy czym urwał guzik, który spadł na ziemię. Gwałtowność, z jaką Emerson zdejmuje ubranie, powoduje, że spędzam na przyszywaniu guzików o wiele za dużo czasu. Kiedy jednak przyszyję je mocniej, rwie się materiał i koszula jest do wyrzucenia.

– Błagam, Emersonie – powiedziałam odruchowo – znowu podarta koszula? Co tu się u diabła wyprawia?

Dopiero teraz spostrzegłam, że ostrza i czubki noży są owinięte skórzanymi pasami. Emerson roześmiał się.

– Ramzes chciał poćwiczyć walkę lewą ręką – wyjaśnił. – To przydatna umiejętność, nie sądzisz, Peabody?

– Przydatna – potwierdziłam.

Emerson ściągnął koszulę, urywając jeszcze tylko jeden guzik, i rzucił ją na ławkę.

– Daj mi swój nóż, Ramzesie.

– Weź od Davida – odparł mój syn. Po jego twarzy i szyi ściekały kropelki potu. Zdjął temblak i zobaczyłam, że bandaż na jego ręce nabrał dziwnie zielonego odcienia. – On nawet mnie nie potrafi zaatakować tak, jak by mógł… strach przed tobą zupełnie by go sparaliżował.

– Ale nie ciebie, co? – zaśmiał się Emerson. – Dobrze! Do boju, mój chłopcze.

Wyjąwszy nóż z opuszczonej ręki Davida, stanął wyprostowany, z rozpostartymi rękami, na ugiętych lekko kolanach.

Usiadłam na ławce przy Nefret.

– Te paski… a jeżeli się rozwiążą? – zapytałam niepewnie.

– Sama je zawiązywałam. – Nastroszyła lekko brwi. – Ramzes tak się zapalił do tego pomysłu, że… Wspaniale wyglądają, prawda?

W istocie tak było. Imponujące muskuły Emersona grały pod gładką, brązową skórą, gdy przerzucał ciężar ciała z nogi na nogę. Ramzes dorównywał mu wzrostem, choć był po chłopięcemu smuklejszy. Oddychał szybko, ale poruszał się równie lekko jak ojciec. Krążyli powoli wokół siebie. Ramzes zaatakował pierwszy, celując w żebra przeciwnika. Emerson uchylił się i odtrącił jego rękę. Ramzes uskoczył w tył, wyrzucając drugie ramię dla złapania równowagi, i w tym momencie ojciec ciął go przez nieosłoniętą pierś. Cios nie był zbyt mocny, lecz Ramzes puścił nóż i zgiął się wpół, chwytając za bok.

– A niech to diabli! – Emerson przyskoczył do niego. – Przepraszam, chłopcze. Chodź, usiądź sobie.

Chłopak wywinął się jednak z czułego uścisku ojca i wyprostował. Stępiony skórą czubek noża Emersona trafił w rozcięcie jego koszuli i rozerwał ją, ukazując siniak na żebrach. Był rozmiarów i koloru zaśniedziałego srebrnego spodka.

– Nic się nie stało, ojcze. Możemy spróbować jeszcze raz?

– Nie mogę wykorzystywać przewagi… – zaczął Emerson.

– Celem tego ćwiczenia – przerwał mu syn – jest nauczenie się walki z przeciwnikiem, który bez skrupułów wykorzystuje każdą przewagę. Śmiem twierdzić, że mam w tym większe doświadczenie od ciebie, ojcze. Nie obawiaj się, że znów mnie trafisz; nie pozwolę ci na to.

– Wystarczy tego! – zawołała Nefret, zrywając się z miejsca. – Ramzes, ty cholerny idioto, niech cię diabli!

– Jak najbardziej wystarczy – poparł ją Emerson. – Mój chłopcze…

– Zapewniam cię, ojcze, że nic mi się nie stało. – Ramzes podniósł swój nóż. – Jeżeli pozwolicie, pójdę doprowadzić się do porządku.

– Jeżeli pozwolicie, to ja też pójdę i porozmawiam sobie z nim – oznajmiła Nefret. – Mówiłam durniowi, żeby nie odejmował bandaży!

Emerson odchrząknął.

– Nefret, kochanie… mhm, tego… wiem, że chcesz dobrze, ale czy nie byłoby… sensowniej, gdybyś go miło poprosiła, zamiast, ee… obrzucać wyzwiskami?

– Phi – prychnęła, miała jednak nieco speszoną minę. – Dobrze, profesorze, postaram się. Pomożesz mi, Davidzie? Jeśli łagodna perswazja nie poskutkuje, będziesz go musiał przytrzymać.

– Co jest nie tak, Peabody? – zapytał mnie Emerson. – Wiem, że jestem nieuważnym idiotą, ale przecież tak bardzo go znów nie poturbowałem.

– Z pewnością nie.

Powiedziałam to nie całkiem pewnym tonem. Emerson otoczył mnie swoim silnym ramieniem i wydał kilka uspokajających pomruków. Rzadko ma okazję traktować mnie jak małą, bojaźliwą kobietkę i z upodobaniem z tego korzysta.

Oczywiście jest to absolutnym nonsensem, bo jestem dość obeznana ze śmiercionośną bronią wszelkiego rodzaju i sama czasami ją noszę: pistolety, nóż, a przede wszystkim moją parasolkę. Na dobrą sprawę nie powinna mnie też zaniepokoić udawana walka chłopców; widywałam wielokrotnie, jak ćwiczą, z nożami czy gołymi dłońmi, i wiem, że każdy z nich raczej by umarł, niż skrzywdził drugiego. Dlaczego więc nagle poczułam się tak, jakby wokół mojego serca zacisnęła się jakaś lodowata dłoń? Czyżbym zamiast niegroźnej teraźniejszości ujrzała przyszłe śmiertelne zagrożenie – zapowiedź starcia, które dopiero miało nastąpić?

Wieczorem przy kolacji David podniósł znów kwestię przyjazdu drogich nam osób, które znajdowały się właśnie w drodze do Egiptu. Zapewniłam go, że nie lekceważę tej sprawy, lecz odłożyłam jej rozwiązanie na później, gdyż mieliśmy pilniejsze rzeczy na głowie.

– Z Marsylii wypłynęli wczoraj rano, więc nie znajdą się w Aleksandrii przed poniedziałkiem – oświadczyłam. – To nam daje jeszcze dwa dni.

– Jeden – poprawił mnie Ramzes. – Parowiec przypływa wcześnie rano, więc jeśli któreś z nas ma ich tam zatrzymać, powinno udać się do Kairu niedzielnym pociągiem.

– Sądzę, że trochę za bardzo poniosło nas wczoraj wieczorem – powiedziałam. – Możliwość, że coś im grozi, jest właściwie minimalna, a byliby bardzo rozczarowani, nie mogąc przyjechać.

– Szczególnie Lia – dodała Nefret. – Tak bardzo się cieszyła na ten wyjazd. Przez całą zimę uczyła się arabskiego.

– Powinniśmy ich jednak ostrzec – stwierdziłam. – Pojadę w niedzielę do Kairu…

– Absolutnie nie ma mowy, Peabody – zgromił mnie wzrokiem mój mąż. – Czy ty myślisz, że nie wiem, co knujesz? Twój umysł jest dla mnie otwartą księgą, moja droga. Nie zgodzę się, żebyś biegała po Kairze, wypytując handlarzy antyków, zamęczając policję i…

– Któryś z chłopców mógłby mi towarzyszyć.

– Nie – zaprotestowała Nefret równie stanowczo, jak Emerson. – Nie chodzi o Kair; już sama podróż jest zbyt ryzykowna. Czternaście godzin w pociągu, kilka postojów… mój Boże, wystarczyłby pistolet przystawiony do pleców albo nóż pod żebrem.

– Co w takim razie proponujesz? – gorączkował się David, zupełnie jak nie on. – Ktoś musi pojechać, to nie ulega kwestii, a ja jestem najbardziej logiczną kandydaturą. Mną nie będzie im się chciało zajmować.

Popatrzyliśmy na niego zaskoczeni. Przez chwilę ciszę zakłócało tylko trzepotanie się owadów wokół lampy. Zwabiona migotaniem płomienia ćma wpadła do szklanego klosza i zginęła w krótkim rozbłysku chwały.

– Nie gadaj takich bzdur – rzucił szorstko Ramzes.

– Ja nie ujęłabym tego w ten sposób, ale podzielam uczucia Ramzesa – powiedziałam. – Jak mogłeś myśleć, Davidzie, że bylibyśmy obojętni, gdyby ci coś zagrażało? Jesteś jednym z nas!

– Właśnie – rzekł Emerson. – Wobec tego nikt nie pojedzie. Sam podjąłbym się tego zadania, ale bałbym się, że znowu coś tu narozrabiacie. Wyślę Selima i Daouda,

– Rozum i siła – uśmiechnęłam się. – To idealne rozwiązanie, mój drogi. Dam im list do Waltera, w którym poradzę mu, żeby wrócili do Anglii najbliższym statkiem. Chyba że rozwikłamy przedtem tę sprawę.

– Przed niedzielą rano? – Ramzes uniósł brwi.

– To absurd, Peabody – stwierdził Emerson.

– Hmm – mruknęła w zamyśleniu Nefret.

– Ale możemy chociaż zacząć – zasugerował David. – Jutro w Luksorze…

– Co ty wygadujesz? – prychnął Emerson. – Jutro jest normalny dzień pracy.

– Dajże spokój, mój drogi, nie zamierzasz chyba podjąć na nowo roboty, jakby nic się nie wydarzyło! – zawołałam.

– Nie zamierzam – odparł Emerson – pozwolić nikomu, czy będzie to mężczyzna, kobieta, czy diabeł w ludzkiej skórze, żeby zakłócił moje wykopaliska. Co się z tobą dzieje, Peabody? Co się u diabła dzieje z wami wszystkimi? – Powiódł po naszych twarzach ostrym spojrzeniem niebieskich oczu. – Bywaliśmy już w równie trudnych sytuacjach i stawialiśmy czoła równie bezwzględnym przeciwnikom. Riccetti i Vincey na przykład albo…

– Pomińmy resztę – wtrąciłam. – Lista jest długa, przyznaję, Emersonie. Ale masz rację: nie będziemy siedzieć w domu, kryjąc się po kątach. Nie zastraszą nas!

– Odważne słowa, mamo. – W głosie Ramzesa brzmiało rozbawienie, choć jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. – Mniemam jednak, że nie sprzeciwisz się podjęciu pewnych środków ostrożności?

– Na przykład?

– Takich, jakie proponowała pani Vandergelt. Przede wszystkim kilku strażników, pilnujących domu w dzień i w nocy. Nikt z nas nie będzie wychodził z domu sam czy w towarzystwie tylko jeszcze jednej osoby. Musimy być czujni i nie ufać nikomu.

– To się odnosi także do ciebie i Davida – oświadczył Emerson. – Jutro idziesz z nami do Doliny.

– Oczywiście, ojcze.

Emerson nie spodziewał się tak szybkiej zgody. Jego surowa twarz rozjaśniła się uśmiechem.

– Zobaczysz, że ci się spodoba, mój chłopcze. Oczyściliśmy już wejście do grobu piątego, a Ayrton znalazł niszę z dzbanami zasobowymi.

– Naprawdę? To bardzo interesujące, ojcze.

– Właśnie. Znasz teren, prawda? – Emerson odsunął talerz i wziął z patery garść owoców. – To jest numer piąty, ta figa to wejście do grobowca Ramzesa Czwartego…

Nawet największe zagrożenie nie mogło odebrać mu na długo radości wykopalisk. Nie protestowałam, kiedy wysypał na stół garść cukru, żeby pokazać przybliżone położenie znaleziska Ayrtona. Dzięki jego wspaniałej pewności siebie powróciła także moja. Wstyd mi teraz było, że poddałam się słabości, mimo że trwało to zaledwie chwilę. I jakie głupie były te myśli o niezgodzie! Wszyscy byliśmy sobie całkowicie oddani, a Ramzesa z Davidem łączyła więź silniejsza niż braci.

Z manuskryptu H

Ramzes czekał, siedząc na parapecie i obserwując smugi światła padające zza zamkniętych okiennic pokoju rodziców. Pewnie się sprzeczali, jak zwykle zresztą. Skończy się to tak jak zawsze, ale tej nocy cholernie się przeciągało.

Dziedziniec trwał w ciszy, oświetlony księżycem. Ojciec nie zgodził się na pomysł matki, żeby zainstalować lampy, a Ramzes oczywiście go poparł. Najlepszą metodą było nie odstraszanie intruzów, lecz pochwycenie ich na gorącym uczynku. Było jednak mało prawdopodobne, że coś takiego się powtórzy. „Oni” nie musieli ryzykować zakradania się do domu, były łatwiejsze sposoby.

Podjęto niektóre z sugerowanych przez Ramzesa środków ostrożności. Na oknach sypialni rodziców i byłego pokoju Nefret – a obecnie jego – założone zostały kraty. Można je było zdjąć, ale robiło się przy tym mnóstwo hałasu. Bramę zamknięto na zasuwę, a jarzący się obok niej ognik papierosa świadczył o obecności Mustafy, drugiego syna Daouda.

Wreszcie smugi światła w oknie rodziców zgasły. Ramzes odczekał jeszcze trochę i opuścił nogi na ziemię.

Nefret jeszcze nie spała i najwyraźniej miała towarzystwo, bo coś mówiła. Czyżby rozmawiała z tym przeklętym kotem? Nie sądził.

Podsłuchiwanie to obrzydliwy zwyczaj, ale, jak to kiedyś powiedział matce, diabelnie przydatny. Nie powinienem tego robić, pomyślał i przyłożył ucho do drzwi.

– Musisz mu powiedzieć, Davidzie… to nie w porządku.

– Wiem – odparł David tak cicho, że Ramzes ledwo odróżniał słowa. – Próbowałem, ale on…

Nie zdawał sobie sprawy, że naciska klamkę. Drzwi otworzyły się nagle. Siedzieli razem na łóżku. Chłopak ukrył twarz w dłoniach, a Nefret objęła go ramieniem.

– Och! – zawołał David, opuszczając dłonie.

– Przepraszam… – Ramzes cofnął się o krok. – Nie wiedziałem, że tu jesteś.

– Właśnie mieliśmy iść cię poszukać – powiedziała Nefret, zrywając się z miejsca. – Wejdź i zamknij drzwi.

– Przepraszam za najście. Pójdę już.

– Co się stało? – zapytała. – Ręka ci dokucza?

– Nie, zupełnie nie. Ja tylko…

– Zamknijże te drzwi, do diabła. – Zrobiła to za niego i pchnęła go na najbliższe krzesło. – Zmienię ci jednak opatrunek. Przynieś miskę wody, Davidzie.

Przecięła bandaże i zanurzyła jego rękę w wodzie, która natychmiast nabrała zielonkawego odcienia. Nefret ściągnęła bandaże.

– Zadziwiające – mruknęła. – To cholerstwo chyba zadziałało. Opuchlizna znacznie zmalała.

– Wygląda okropnie – powiedział zduszonym głosem David.

– Bo jest zielone – odparła.

– W każdym razie przypomina gnijące mięso – zauważył Ramzes. – Ale czuję się rzeczywiście lepiej. To pewnie Kadija dała ci jakieś swoje smarowidło?

– Wsunęła mi je do ręki, kiedy ciocia Amelia nie patrzyła. Podobno kobiety z jej rodu przekazują sobie przepis od pokoleń. Muszę kiedyś zabrać próbkę do domu i poddać analizie w laboratorium. Jaki by tu temat poruszyć, żeby odwrócić twoją uwagę… Wiem! Sir Edward. Czy sądzisz, że on może być Mistrzem Występku w przebraniu?

Bolało mocno. Ramzes zacisnął zęby.

– Więc przyszło ci to jednak do głowy? – mruknął.

– Wiesz co, jesteś niemożliwy! Mógłbyś przynajmniej wyglądać na zaskoczonego, kiedy przedstawiam taką sensacyjną teorię. Myślałam o tych wszystkich niby to przypadkowych pojawieniach się rycerskiego sir Edwarda. Ostatnio widzieliśmy go, kiedy mieliśmy przeprawę z Riccettim i gangiem złodziei starożytności. To sir Edward uratował ciotkę Amelię z rąk jednego z tych rzezimieszków. Szedł za nią tego dnia z powodów, których nigdy nie umiał zadowalająco uzasadnić…

– Nie cytuj ojca – uciął niecierpliwie Ramzes. – Jemu się zdaje, że każdy mężczyzna, który spotyka się z matką, jest w niej szaleńczo zakochany.

– Ale sir Edward nie był w niej zakochany, prawda? Więc dlaczego za nią szedł? Riccetti chciał odzyskać kontrolę nad nielegalnym rynkiem starożytności w Egipcie… ten konkurencyjny gang także. Przecież któryś z nich mógł być właśnie Sethosem.

– Ciekawy pomysł – mruknął w zamyśleniu David. – Sir Edward pasuje do opisu. Ma sześć stóp wzrostu, jest mocno zbudowany… No i jest Anglikiem.

– Jest za młody – sprzeciwił się Ramzes.

– Na co za młody? Z wyglądu ma niecałą czterdziestkę, ale to przecież mistrz kamuflażu. Nie wiesz, w jakim wieku był Sethos, kiedy go pierwszy raz spotkałeś. Zresztą młody człowiek też może być bardzo inteligentny i zdolny do wielkiego uczucia.

Ramzes zesztywniał. Nefret przerwała bandażowanie jego ręki.

– Za mocno?

– Nie. Ale skończ już z tym, dobrze?

– Niewdzięczny brutal – odparowała urażona. – Jest jeszcze jedna podejrzana rzecz – dodała. – Kiedy spotkaliśmy tego dżentelmena po raz pierwszy, mówił o sobie jak o ubogim krewnym, młodszym synu, który musi zarabiać na utrzymanie. A teraz opowiada, że stał się niezależny finansowo dzięki spadkowi po wuju. Co w takim razie robi w Egipcie? Wykazał wprawdzie pewne zainteresowanie archeologią i znajomość przedmiotu, ale gdyby to było autentyczne, wróciłby tu już wcześniej, prawda? Dlaczego zjawił się akurat teraz? Proszę bardzo, mój chłopcze. Zrobione.

– Dziękuję. – Ramzes poruszył palcami, które pozostawiła odkryte. – Nie chciałbym negować twojej intrygującej teorii, ale przychodzi mi do głowy zupełnie inny powód przyjazdu sir Edwarda i nie ma on nic wspólnego z przestępstwem.

Nefret przysiadła na piętach i uśmiechnęła się.

– Ja.

– Tak, ty.

– Jest zainteresowany, to prawda – odparła spokojnie. – A byłby nawet bardziej, gdybym go zachęciła.

– Otwarcie z nim flirtowałaś!

– Oczywiście – zachichotała. – Bo to zabawne. Ależ z ciebie purytanin, Ramzesie! Jeśli przyniesie ci to ulgę, nie jestem zakochana w sir Edwardzie. Jest przystojny i czarujący, ale nie darzę go uczuciem.

– W takim razie to nie z nim spotykałaś się w… Przepraszam, to nie moja sprawa.

– W Londynie? – Chichot Nefret przeszedł w śmiech. – To rzeczywiście nie twoja sprawa, ale gdybyś nie był taki cholernie dociekliwy, sama bym ci powiedziała. To był student medycyny z Saint Barfs. Jako z gruntu niewinne stworzenie, sądziłam, że pociąga go mój umysł… ale tak nie było. Możemy wrócić do tematu?

Ramzes skinął głową. Jeszcze przed kilkoma dniami byłby zachwycony informacją, że nie zależy jej na sir Edwardzie ani nieszczęsnym studencie (żałował, że nie mógł zobaczyć, jak Nefret odtrąca jego awanse). Teraz się jednak okazało, że rywalem jest ktoś inny, znacznie bardziej niebezpieczny. A może wcale nie było żadnego rywala? Zastanawiał się, czy nie zaczyna tracić resztek rozsądku.

– On chyba jednak nie jest Sethosem – przyznała Nefret. – Szkoda. Cioci Amelii przydałby się w tej chwili każdy obrońca, a Sethos zrobiłby wszystko, żeby ją chronić.

– Na Boga, zaczynasz go przedstawiać jak jakiegoś romantyka – burknął z niesmakiem Ramzes.

– Bo jest romantyczny – odparła z rozmarzeniem. – Cierpi z powodu uczucia do kobiety, której nigdy nie zdobędzie, obserwuje ją z ukrycia…

– Za dużo kiepskich powieścideł się naczytałaś – skwitował uszczypliwie. – Jeżeli Sethos jest jeszcze zakochany w matce, sam będzie ją nękał. Jeżeli nie jest, nie będzie się kłopotał chronieniem jej.

– Mój Boże, ależ z ciebie cynik! – wykrzyknęła.

– Realista – sprostował Ramzes. – Żaden mężczyzna, poza bohaterami romansideł, nie ryzykowałby życia dla kobiety, której i tak nie może zdobyć.

– A ty nie ryzykowałeś swojego dla Layli?

Ramzes poruszył się niespokojnie.

– Dlaczego w ogóle, u diabła, zajmujemy się takimi tematami? Chciałem tylko powiedzieć, że niepotrzebna nam dodatkowa komplikacja w postaci jeszcze jednego osobnika, który ma apetyt na matkę. Kiedy sir Edward ma się do nas przyłączyć?

– Jutro. Jeśli wuj Walter i reszta nie przyjadą, miejsca będzie aż nadto.

Ramzes pokiwał głową.

– Mam tylko nadzieję…

– Że?

– Że uda się ich przekonać, żeby wrócili do domu. – Machinalnie potarł swój bok.

Nefret położyła dłoń na jego dłoni.

– Boli? Dam ci coś na sen, dobrze?

– Nie boli, tylko swędzi. Nie potrzebuję niczego na sen. Chyba już pójdę się położyć… to był długi dzień.

Noc była jeszcze dłuższa. Znów śnił o walce na ślepo w ciemnościach, o dłoniach szarpiących go i bijących po twarzy, o swoich własnych rękach, szukających na oślep chwytu, który mógł go ocalić. I znów zrobiło mu się niedobrze na odgłos pękających kości, znowu rozbłysk zapałki oświetlił martwą twarz. Tym razem jednak była to twarz Davida.

9

Dochodząc nazajutrz rano do werandy, usłyszałam czyjeś głosy i ciekawa byłam, kto wstał tak wcześnie. Ponieważ Emerson parskał i chlapał w łazience, uznałam, że to pewnie dzieci.

Myliłam się.

– Dzień dobry, sir Edwardzie – powiedziałam zaskoczona. – I… Fatimo?

– Zamierzałem wśliznąć się na werandę, nie niepokojąc nikogo – odparł gość, wstając – ale ta dobra kobieta odkryła moją obecność i zaproponowała mi herbatę.

Fatima spuściła głowę.

– Była na tyle uprzejma, że zechciała poćwiczyć ze mną mój arabski – ciągnął swobodnie sir Edward. – Mam nadzieję, że nie przyszedłem za wcześnie? Znam zwyczaje profesora i nie chciałem się spóźnić na wasze wyjście do Doliny.

– Świetnie – odparłam. – Reszta wkrótce się zjawi. Fatimo, możesz podawać śniadanie. Dziękuję za pomoc.

– Ona zna angielski? Gdybym wiedział, oszczędziłbym jej mojej koślawej arabszczyzny – zaśmiał się sir Edward.

– Uczyła się nie tylko mówić, ale także i czytać. Ambicja, inteligencja i umiłowanie nauki nie ograniczają się tylko do rodzaju męskiego czy jakiejś szczególnej rasy, sir Edwardzie. W oczach Boga wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami, a gdyby Egipcjanie mieli dostęp do edukacji…

– Znowu prawisz kazanie, Peabody? – W otwartych drzwiach stanął Emerson. – Dzień dobry, sir Edwardzie. Chodźcie na śniadanie, za kwadrans powinniśmy wyruszać.

Wyszliśmy jednak dopiero za pół godziny, głównie z powodu kolejnej sprzeczki Nefret z Ramzesem. On chciał zdjąć temblak, a ona się nie zgadzała.

– Będziesz sobie urażał rękę – ostrzegała.

– I będzie to moja własna wina, do cholery – odparł Ramzes.

Powiedziałam mu, żeby nie przeklinał. Nefret stwierdziła, że jest przeklętym upartym osłem, i wszyscy dodali swój komentarz, poza sir Edwardem, który najchętniej taktownie udałby głuchotę, nie mógł jednak, bo mówili bardzo głośno. Kres tej dyskusji położył Emerson, przekrzykując pozostałych i domagając się natychmiastowego wyruszenia w drogę.

Tego dnia szczególnie cieszył mnie fakt, że zaczęliśmy wynajmować na sezon konie, zamiast polegać na osłach i własnych nogach. Na zwierzęciu niewiele wyższym od siebie, które w dodatku niezbyt chętnie porusza się szybciej niż stępa, człowiek nie czuje się – i nie jest – zbyt bezpieczny. Wspaniałe ogiery chłopców potrafiły prześcignąć każdego czworonoga, a wynajęte rumaki też były w doskonałej kondycji, bo zajęłam się nimi tak samo troskliwie jak innymi zwierzętami, które mam pod opieką.

Sir Edward pożyczył wierzchowca od Cyrusa i wszystkie razem czekały już na nas przed domem. Kątem oka obserwowałam Ramzesa, chcąc się przekonać, jak mu idzie z Nefret. Przegrał oczywiście spór o temblak i jego prawe ramię spowijało chyba całe prześcieradło, bo dziewczyna niczego nie robiła połowicznie. Risza ciekawie obwąchał materiał i inteligentnie obniżył zad do poziomu wymaganego przez Ramzesa, gdy chce się popisać efektownym skokiem na konia. Sukces zależał w tym przypadku od długości i siły kończyn jeźdźca. Ramzes osiągnął go bez widocznego wysiłku.

Zostawiliśmy konie w oślim parku pod opieką obsługi. Nasi ludzie pracowali już pod kierunkiem Abdullaha i wejście do grobu numer pięć spowijał obłok białawego pyłu. Jeden z naszych dzielnych robotników wynurzył się właśnie stamtąd z koszem skalnych odłamków. Ze środka dochodził stukot kilofów. Emerson zaklął, ściągnął płaszcz i cisnął go na ziemię.

– Za późno! – krzyknął oskarżycielsko pod nie wiadomo czyim adresem i bez dalszych ceregieli zniknął w ciemnym otworze.

Ramzes podążył za nim.

– Czyżby profesor nie ufał umiejętnościom Abdullaha? – zapytał sir Edward.

– On nikomu do końca nie ufa. Uważa, że sam powinien podejmować wszystkie decyzje i ponosić całe ryzyko.

– Ryzyko? – Sir Edward rzucił spojrzenie ku Nefret, która pomagała Davidowi wnieść do środka aparaty fotograficzne.

– Wchodzenie do nowego grobowca zawsze pociąga za sobą pewne ryzyko – wyjaśniłam, otrzepując z pyłu płaszcz Emersona. – Ten tutaj jest dość nieprzyjemny, bo zasypany po sklepienie pokruszoną skałą i różnym śmieciem.

– Czy wobec tego jest sens się nim zajmować?

Emerson pojawił się akurat w porę, by dosłyszeć to pytanie. Jego czarna czupryna wyglądała jak upudrowana.

– Czy jest sens się nim zajmować? – powtórzył. – Jak na kogoś, kto utrzymuje, że interesuje go egiptologia, to dość głupie pytanie, sir Edwardzie. Jednakże… – odwrócił się i krzyknął ku wejściu: – Ramzesie, przyjdź tu do mnie!

Kiedy nasz syn się pojawił, Emerson oświadczył:

– Zamierzam objaśnić sir Edwardowi, dlaczego ten grób jest interesujący, a ponieważ ciebie i Davida z nami nie było, możecie też posłuchać.

Ramzes otworzył usta, ale kiedy pochwycił spojrzenie ojca, zamknął usta i skinął głową.

– Przede wszystkim trzeba zaznaczyć – zaczął Emerson, wyciągając jedną kartę ze swego notatnika – że Baedeker i inne źródła niesłusznie opisują ten grobowiec jako krótki grób korytarzowy bez inskrypcji. Burton wszedł do niego już w roku tysiąc osiemset trzydziestym i jego plan ukazuje układ zupełnie niepodobny do innych miejsc pochówku w Dolinie: dużą salę o szesnastu filarach, z mniejszymi komorami ze wszystkich czterech stron, przedłużoną nie wiadomo jak daleko. Burton nie mógł pójść dalej, ale w dwóch miejscach znalazł ślad imienia Ramzesa Drugiego. Wilkinson z kolei…

– Emersonie – odezwałam się, uprzedzając ingerencję Ramzesa – nie zagłębiaj się w takie szczegóły. Zanudzasz naszego gościa.

– Ależ skąd – zaprotestował sir Edward z ujmującym uśmiechem. – Profesor prowadzi ze mną małą grę, jak sądzę, lub chce mnie sprawdzić. To nie może być grobowiec Ramzesa Drugiego, bo leży on po drugiej stronie drogi. Numer siódmy, nieprawdaż?

– Tak jest – odparł Emerson. – Jak już wspomniałem, zanim moja żona mi przerwała, nietypowy plan i jeszcze parę innych rzeczy wskazuje na to, że jest to grób zbiorowy. Zaczęliśmy już oczyszczanie pierwszej komory. Idzie to powoli, bo to przeklęte miejsce jest zasypane rumoszem. Ramzesie, nie będziesz mi na razie potrzebny, może, ee… pójdziesz przywitać się z Ayrtonem? Pytał o ciebie. Nie przywitaliśmy się z nim dzisiaj z powodu cholernego spóźnienia – dodał z naciskiem.

– Tak, ojcze – powiedział posłusznie Ramzes i razem z Davidem, który oczywiście musiał mu towarzyszyć, zniknął na dość długo.

Mieliśmy właśnie zrobić sobie południową przerwę na herbatę, kiedy wrócili. Emerson chciał od razu usłyszeć, co się dzieje.

– Nic ciekawego – oświadczył Ramzes, przyjmując filiżankę herbaty. – Ned posłał wczoraj Davisowi wiadomość, że znalazł grobowiec, ale…

– Co takiego?! – zawołał Emerson. – Grobowiec, nie te niszę z dzbanami? To oczywiście…

– Tak, ojcze – odparł Ramzes. – Poniżej tej niszy znaleźli wydzieloną, gładką powierzchnię i wydawało się, że to może być początek grobu. Dlatego zostaliśmy dłużej, żeby zobaczyć, co znajdą. Ale to nie było wejście, Ned właśnie posłał kolejnego człowieka do Davisa z wiadomością, że to fałszywy alarm.

– A co zrobił z dzbanami? – zapytał pożądliwie Emerson.

– Przypuszczam, że kazał je zanieść do jego domu – powiedział Ramzes bezbarwnym głosem. – Pan Davis zapewne będzie sam chciał je zbadać.

– Niech to diabli! – mruknął Emerson.

Tego dnia ani Ayrtonowi, ani nam nie przytrafiły się już żadne odkrycia. Na ścianach pierwszej komory znajdowały się reliefy, lecz mogliśmy się im przyjrzeć przy świecach dopiero pod koniec dnia, kiedy opadł pył wzniecony stopami robotników. Choć częściowo zniszczone, były na tyle ciekawe, by wzbudzić zainteresowanie mojego nadmiernie krytycznego syna.

– Te sceny przypominają wyobrażenia z grobowca książąt, odkrytego przez Schiaparellego w Dolinie Królowych – stwierdził. – Powinniśmy się do nich zabrać jak najszybciej, ojcze. Tynk jest bardzo zmurszały i najlżejsze drgania mogą…

– Do diaska, Ramzesie, przecież też to wiem – odpalił Emerson. – Najpierw jednak musimy jeszcze trochę oczyścić to miejsce. Przydałoby się lepsze światło. Dobrze byłoby zainstalować reflektory, ale trzeba by poprowadzić przewód elektryczny… – przerwał nagle i sposępniał.

Wiedziałam, jaka była tego przyczyna. Przypomniały mu się zapewne dawne czasy, gdy stanowisko inspektora piastował Howard Carter. Wtedy każde życzenie Emersona było dla Howarda rozkazem. Jego następca, pan Quibell, również był skory do współpracy. Natomiast zupełnie nie było wiadomo, czy obecny inspektor, Weigall, zgodzi się na poprowadzenie przewodu od silnika elektrycznego z grobowca Ramzesa XI. Nie byłam w tej kwestii zbyt dobrej myśli.

Po powrocie do domu rozproszyliśmy się w różnych kierunkach. Dzieci odprowadziły konie do stajni, a Emerson zasiadł za biurkiem. Z hotelu przywieziono bagaż sir Edwarda, pokazałam mu więc jego pokój i zostawiłam go tam, żeby się rozpakował. Odświeżyłam się, zmieniłam zakurzone ubranie i poprosiwszy Fatimę o podanie herbaty, zasiadłam na werandzie, żeby przejrzeć pocztę.

Była tylko jedna ciekawa wiadomość, zaadresowana do Emersona. Podałam mu ją, kiedy wszyscy się zebrali.

– Widzę, że już to przeczytałaś, Peabody – zauważył. – Może po prostu powiedz nam, o co chodzi.

– Oczywiście, mój drogi. To telegram z policji kairskiej. Zgodnie z naszą prośbą czekali na pociąg, ale nie wysiadła z niego kobieta, której opis im podaliśmy.

Wcześniej zrelacjonowałam już sir Edwardowi, jakie podjęliśmy dotąd kroki, rozumiał więc w czym rzecz.

– Mogła ich łatwo wyprowadzić w pole – stwierdził, kręcąc z powątpiewaniem głową. – Przecież wiecie, jakie straszliwe zamieszanie panuje na stacji: masy ludzi usiłują jednocześnie wsiąść do pociągu i wysiąść z niego, cały ten tłum przepycha się, krzyczy…

Poprosiłam Nefret o nalanie wszystkim herbaty. W białej muślinowej sukni wyglądała bardzo wykwintnie i kobieco, choć psuł ten obraz Horus, rozwalony na jej podołku i wylewający się na sofę. Kiedy Ramzes podszedł do stolika, by wziąć swoją filiżankę, Horus prychnął na niego. Mój syn znał jednak kocie sztuczki, udało mu się więc nie wylać herbaty i uniknąć podrapania.

– Mogła w ogóle nie pojechać pociągiem – zauważył, wróciwszy na parapet. – Mogła też na przykład, kupując bilet, udawać niewidomą i w ten sposób zwieść ścigających ją ludzi.

– Taka możliwość przyszła mi oczywiście do głowy – powiedziałam.

– Oczywiście – powtórzył Ramzes i wyłowił coś z filiżanki. – Nefret, czy mogłabyś pilnować, żeby ten kocur nie moczył ogona w herbacie?

Sir Edward roześmiał się i zdjął koci włos ze swojej górnej wargi.

– Linieją w porze letniej, prawda? To wyjątkowo ładne stworzenie, panno Forth. Należy do pani, czy tak?

– Jeżeli zamierzacie ględzić o kotach, wracam do roboty – burknął Emerson.

– Zapewniam cię, mój drogi, że mam w zanadrzu poważniejsze kwestie – oświadczyłam. – Pozwól jednak sobie przypomnieć, że to ty niedawno skarżyłeś się na poruszanie przy herbacie nieodpowiednich tematów.

– Rozmawialiśmy wtedy o pokiereszowanych zwłokach i gnijących ranach – żachnął się. Rumieniec ożywienia przydał ciepła jego opalonej, pięknie uformowanej twarzy. – O morderczych sektach. To właśnie ty rzuciłaś ten absurdalny pomysł!

– Nie ma dowodów na jego absurdalność. Bóg-krokodyl…

– Nie ma z tym nic wspólnego! Yussuf Mahmud…

– Krokodyle! – zawołał sir Edward, biorąc kanapkę z podsuniętego przez Fatimę talerza i dziękując jej uśmiechem. – Proszę wybaczyć wejście w słowo, sir, ale sądzę, że nawiązuje pan do zwłok wyłowionych w zeszłym tygodniu z Nilu. Czy myśli pan, że to tajemnicze zdarzenie może mieć jakiś związek z waszymi obecnymi kłopotami?

– W żadnym razie – odparł Emerson. – Moja małżonka jak zwykle zbacza na manowce.

Gdybym nie miała ust wypełnionych kanapką z pomidorem, wypomniałabym mu niesprawiedliwość tego ataku. Ale zanim przełknęłam, do rozmowy włączył się Ramzes.

– To ciekawa sugestia, sir Edwardzie – stwierdził. – Jak wiele panu wiadomo o naszych, ee… obecnych kłopotach?

– Wiem tylko o tym, co się wydarzyło od mojego przyjazdu do Luksoru – odparł natychmiast nasz gość. – Jestem daleki od zagłębiania się w kwestie natury osobistej, ale byłbym dla państwa bardziej użyteczny, znając istotne fakty.

– Trudność polega na tym – wtrąciłam – że nie wiemy, które fakty uznać za istotne. Jednak niektóre zdarzenia rzeczywiście należą do sprawy i przyznaję, że powinien pan o nich usłyszeć.

Oczekiwałam protestów, lecz nie nastąpiły, choć Emerson się nachmurzył, a Ramzes odwrócił twarz. Opowiedziałam więc gościowi o przygodzie naszych dzieci i papirusie z „Księgi umarłych”.

– Na Boga! – zakrzyknął sir Edward. – I pani też poszła do el Was’a, panno Forth?

Nefret rąbnęła filiżanką o spodek niemal równie mocno, jak czyni to Emerson w stanie podobnego wzburzenia.

– Skoro ma pan do nas dołączyć, sir Edwardzie, wyjaśnijmy sobie raz na zawsze pewną rzecz: jestem dorosłą, niezależną kobietą i nie pozwolę żadnemu mężczyźnie, z panem włącznie, zawijać mnie w watkę.

Nasz gość wygłosił długie, obrzydliwie przesadne przeprosiny, po czym Nefret poprosiła Emersona o przyniesienie papirusu. Sir Edward obejrzał go z fascynacją godną prawdziwego naukowca.

– Imponujący – szepnął. – Co zmierzacie z nim zrobić?

– Przekażemy go zapewne do muzeum, ale dopiero wtedy, gdy go skopiuję i przetłumaczę – odparł Ramzes.

– Wydaje się znakomicie zachowany – rzekł sir Edward, wyciągając rękę ku zwojowi. Ramzes szybko zamknął pokrywę skrzynki.

– Jego stan może się pogorszyć, jeżeli będzie zbyt często dotykany – stwierdził.

Podjęłam swoją opowieść, a kiedy ją skończyłam, sir Edward powiedział:

– Jak to już kiedyś zauważyłem, pani Emerson, ma pani wyjątkowy dar opowiadania. Uważacie więc państwo, że to papirus jest obiektem zainteresowania, którego ostatnio doświadczacie?

– To jedna z możliwości – przyznał Ramzes.

– W rzeczy samej. Co wobec tego zamierzacie zrobić? Bo przecież nie będziecie, jak sądzę, siedzieć bezczynnie i czekać, aż znowu coś się wydarzy.

– Nie za wiele możemy w tej chwili przedsięwziąć – powiedział Ramzes, który najwyraźniej mianował siebie naszym rzecznikiem. – Jedyną znaną nam osobą, zamieszaną w tę sprawę, jest Layla, w każdym razie jedyną żywą… a nie udało nam się jeszcze trafić na jej ślad. W Gurna jej na pewno nie ma. Abdullah ze swoimi ludźmi przeszukali dom po domu i mogę pana zapewnić, że niczego nie przegapili.

– Czy próbowaliście wypytać jej dawne… ee… współpracownice? – Sir Edward spojrzał przepraszająco na Nefret.

– Chodzi panu o prostytutki? – zapytała.

– Mhm, tak.

– Przepytaliśmy już te osoby – oznajmił Ramzes.

– My? – Sir Edward uniósł brew.

– My?! – wykrzyknęłam. – Przecież stanowczo zabroniłam tobie i Davidowi… Gdzie byliście i – jeśli wolno mi zapytać – skąd wiedzieliście, dokąd się udać?

– Peabody, spróbuj się uspokoić… – zaczął Emerson.

– Jak mogłeś im pozwolić na coś takiego?

– Ktoś musiał to zrobić – odparł. – Było możliwe, że Layla poszuka schronienia u swoich, hmm, sióstr w niedoli. Nie bądźże taką hipokrytką, Peabody. Dobrze wiesz, że sama byś tam poszła, gdybym tylko cię puścił.

– Żadna z nich niczego nam nie wyjawiła – powiedział Ramzes. – Ale należało się tego spodziewać, szczególnie w obecności świadków. Później napomknąłem im o nagrodzie, więc kto wie, czy nie otrzymamy jeszcze jakichś informacji od tych, ee… od tych pań.

– Dziewcząt właściwie – mruknęła Nefret. – Niektóre mają nie więcej niż…

Ramzes dostał nagle napadu kaszlu, więc Nefret dodała pospiesznie:

– Pewnie napiłby się pan jeszcze herbaty, sir Edwardzie. Proszę mi podać swoją filiżankę.

Wstał posłusznie i podszedł do niej z lekkim uśmiechem.

– A skąd ty, moja droga, znasz wiek tych kobiet? – zapytałam.

– O, do diabła! – zawołała Nefret.

– A niech to szlag! – wykrzyknął sir Edward, upuszczając filiżankę.

Na suknię Nefret bryznęła letnia herbata i jasnoczerwona krew. Horus z groźnym pomrukiem cofnął łapę, którą podrapał dłoń sir Edwarda.

Zastosowałam pierwszą pomoc i przeprosiny, które napadnięty przyjął z zapewnieniami, że cieszy go, iż panna Forth ma takiego wiernego obrońcę. Nefret umknęła pod pretekstem – częściowo wiarygodnym – że musi się przebrać i spłukać krew, nim zaschnie. Emerson oznajmił, że ma jeszcze robotę przed obiadem. Sir Edward stwierdził, że chyba wybierze się na przechadzkę. Kiedy zniknęli chłopcy, nie zauważyłam, lecz nagle zostałam na werandzie sama.

Najpierw próbowałam dopaść Ramzesa, jednak ani jego, ani Davida nie było nigdzie w domu. Nefret zamknęła się na klucz i udawała, że nie słyszy pukania, wyszłam więc na dwór i stukałam w okiennice, dopóki nie otworzyła okna.

Ucięłyśmy sobie małą pogawędkę.

Kiedy skończyłyśmy, rozejrzałam się za Emersonem i odkryłam, że zaszył się z fajką w odległym kącie dziedzińca. Rozmawiał z Ramzesem, który na mój widok wstał. Być może prezentował dobre maniery, które mu wpajałam, ale jego poza dobitnie świadczyła o chęci ucieczki.

– Nie besztaj chłopaka, Peabody – rzekł Emerson, robiąc mi miejsce na ławce. – Zachował się po męsku. Przyszedł do mnie i chciał wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za zachowanie Nefret. Nie uważam, żeby to była jego wina – westchnął. – Za zachowanie Nefret nie można winić nikogo.

– Właśnie z nią rozmawiałam.

– No i co? – zapytał z nadzieją Emerson. – Czy przyrzekła, że nigdy więcej tego nie zrobi?

– Nie. Powiedziała, że zrobi to znowu przy najbliższej okazji i będzie powtarzała tak często, jak się da. – Obdarzyłam mojego syna dość ponurym uśmiechem. – Usiądź, Ramzesie i nie bądź taki niespokojny. Nie przypisuję ci winy. Nefret jest… W największym skrócie, jest dokładnie taka, jak wyobrażam sobie swoją córkę. Postanowiła pomóc tym kobietom i wiem, że potrafi to zrobić.

– Ona chciałaby ulżyć w cierpieniu całemu cholernemu światu – stwierdził Ramzes. Obserwował żuka, który podążał wprost ku okruchowi chleba na ziemi. – Pęknie jej serce, mamo.

– Pęknięte serce można naprawić – powiedziałam. – A serce nieczułe na cierpienie jest również niezdolne do radości.

Emerson prychnął, a Ramzes wzniósł oczy do nieba.

– To bez wątpienia prawda, mamo. Powinniśmy jednak pamiętać, że w tym przypadku może doznać uszczerbku, ehm… ciało Nefret. Pomijając oczywiste niebezpieczeństwo, związane z atakiem na tego rodzaju przybytek, możliwe jest, że niektóre z kobiet w Domu Gołębic są opłacane przez naszego nieznanego wroga.

– Nasz syn ma rację, do diaska – oświadczył Emerson. – Niech nikt z was już się nie zapuszcza do tej dzielnicy, zrozumiano?

– Wątpię, żeby kolejna wizyta mogła przynieść jakieś użyteczne informacje – rzekł Ramzes. – Zrobiliśmy już, co się dało.

– W porządku – powiedziałam. – A teraz idź po Davida, Ramzesie. Powiedz mu, że może już wyjść z ukrycia. Niedługo obiad.

Po wypiciu z nami filiżanki poobiedniej kawy sir Edward poprosił o wybaczenie i oddalił się.

– Mam kilka listów do napisania – tłumaczył z uśmiechem. – Moja droga matka jest taka słabowita… staram się pisać do niej przynajmniej trzy razy w tygodniu.

– Skoro jest taka cholernie słabowita, dlaczego nie został z nią w domu? – zapytał kąśliwie Emerson, gdy nasz gość wyszedł.

– To była tylko grzecznościowa wymówka, mój drogi – odparłam. – Sir Edward nie chciał naruszać naszej prywatności. A skoro o listach mowa, to my też mamy coś do napisania. Ja napiszę do Evelyn, a ty może skrobnąłbyś słówko do Waltera? Pozostali też mogą się dopisać, jeśli chcą. Tylko pamiętajcie: mamy ich przekonać do powrotu do Anglii, a nie wystraszyć.

– To nie takie proste – mruknął Ramzes.

Istotnie nie było proste. Deliberowałam dość długo nad moim listem, kreśląc i zmieniając słowa. Kiedy wreszcie rezultat był zadowalający, odłożyłam pióro. Naprzeciwko biedził się nad kartką David. Reszta, łącznie z moim mężem, czytała mu przez ramię.

– Myślałam, że jednak napiszesz do Waltera, Emersonie? – zdziwiłam się.

– Napisałem. – Podał mi kartkę. Widniało na niej: „Wracajcie najbliższym statkiem do domu. Z pozdrowieniami, R.E.”.

– No wiesz! – obruszyłam się.

– Po cóż mam powtarzać informacje, których zapewne udzieliłaś w nadmiarze, nie żałując szczegółów? Ślęczałaś nad tym chyba z godzinę.

– Na pewno krócej, mój drogi. Musiałam ich jednak poinformować o najważniejszych sprawach. Nefret, czy chciałabyś coś dopisać?

– Nie wiem, na ile szczegółowa jest twoja relacja, ciociu Amelio. Co napisałaś o Ramzesie i Davidzie? Wiesz, jak ciotka Evelyn potrafi się zamartwiać.

– Możesz przeczytać list, jeśli chcesz.

Ramzes stanął za nią.

– Hmm, masz talent do obrazowych opisów, mamo – stwierdził. – Może jednak dopiszę parę słów, żeby ich uspokoić.

– Lewą ręką? – skrzywiła się Nefret. – Takie bazgrały jeszcze bardziej by zaniepokoiły ciotkę. Już wiem, dołączę opis medyczny. Suche fakty mają mniej alarmującą wymowę niż wymysły kochających osób o bujnej wyobraźni.

Pisała jeszcze, gdy weszli Selim z Daoudem. Mieli pojechać do Kairu porannym pociągiem. Emerson dał im pieniądze na drogę i polecił, by zachowali czujność.

– Zostańcie tam, dopóki nie wsiądą na statek – polecił. – Niezależnie od tego, jak długo to potrwa. Niech to diabli! – zaklął, uświadamiając sobie, że pozbywa się dwóch najbardziej wartościowych pracowników.

– A co będzie, jeżeli pan Walter Emerson nie zechce wyjechać? – zapytał Selim.

– Dajcie mu w łeb i…

– Przestań, Emersonie, nie mieszaj chłopakowi w głowie – przerwałam mu, widząc, jak oczy i usta Selima otwierają się szeroko z konsternacji. – W takim przypadku, po prostu… No właśnie, co mają zrobić?

– Dobrze, że wreszcie ktoś zadał to pytanie – rzekł Ramzes. – Rozmawiamy o nich jak o jakichś paczkach, które można odesłać wedle woli. Widywałem już ciotkę Evelyn w akcji i wierzcie mi, wcale nie jest skłonna potulnie przyjmować rozkazów.

– Walter też nie będzie chciał wracać – przytaknęłam. – Ale mają dziecko, którego nie wystawią przecież na niebezpieczeństwo. A samej Lii do domu nie odeślą.

Nastąpiła chwila milczenia. Ramzes, stojący za krzesłem Nefret z dłońmi na oparciu, spoglądał w przestrzeń z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– No cóż – odezwał się wreszcie Emerson – Selim bardzo słusznie poruszył tę kwestię. Możliwe jest, jak sądzę, że Walter zapakuje Evelyn z Lią na statek, a sam przyjedzie tutaj. Evelyn pewnie się to nie spodoba, ale pogodzi się z sytuacją. Na pewno nie będzie oczekiwała, że mąż pozwoli jej przyjechać do nas samej, a tym bardziej z Lią.

– Ja także bym na to nie liczyła – powiedziałam. – Selimie, jeżeli któreś z nich będzie nalegać na przyjazd, niech robią, jak chcą. Są w końcu wolnymi ludźmi i możemy im najwyżej doradzać, a nie rozkazywać.

Wręczyliśmy Selimowi listy i życzyliśmy im obu szczęśliwej podróży. Daoud uściskał Davida, a Emersonowi i Ramzesowi podał rękę. Był człowiekiem małomównym, chłonął jednak każde nasze słowo i widać było, że jest dumny z powierzenia mu tak ważnej misji.

Wkrótce potem rozeszliśmy się do pokojów. Emerson wziął pod ramię Nefret; wiedziałam, że wymyśli jakiś niezbyt zakamuflowany powód, żeby przepatrzyć jej pokój, zanim ją tam wpuści. Ja poszłam za Ramzesem i dogoniłam go przed drzwiami jego sypialni.

– Tak, mamo? – uniósł pytająco brew.

– Jak tam twoja ręka? Czy chcesz, żebym ją obejrzała?

– Nefret zmieniła mi opatrunek przed obiadem.

– Może odrobinę laudanum na zaśnięcie?

– Nie, dziękuję – odparł i przez chwilę przyglądał mi się w milczeniu. – To nie ty wystawiłaś mnie na niebezpieczeństwo, mamo – powiedział w końcu. – Ty raczej cholernie się starałaś, żeby mnie przed nim uchronić.

– Nie klnij, Ramzesie.

– Przepraszam, mamo.

– Dobranoc, mój drogi.

– Dobranoc, mamo.

Dawno już przestałam liczyć na to, że przekonam moją rodzinę do uczestnictwa w niedzielnej mszy. Mówiąc oględnie, ich religijne zapatrywania były bardzo różne. Ojciec Davida uważał się za chrześcijanina, chociaż, jak to obrazowo określił Abdullah, „umarł, przeklinając Boga”. Nefret była kapłanką Izydy w społeczności, która wciąż czciła starych bogów, podejrzewałam więc, że nie porzuciła całkiem wiary w pogańskie bóstwa. Być może miała na tę sprawę podobny pogląd co Abdullah, który twierdził, iż „nie ma niczego złego w tym, że człowiek broni się przed nieprawdą”. Wypowiedzi Emersona na temat wszelkich religii oscylowały od bluźnierczych do niechętnych. Ramzes, jeśli w ogóle posiadał jakieś poglądy na ten temat, nigdy ich nie ujawnił. Tak więc szabat był dla nas normalnym dniem pracy, zwłaszcza że pozwoliliśmy naszym muzułmańskim robotnikom na odpoczynek w piątek. Noc upłynęła spokojnie; następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, wyspani i gotowi ruszać do Doliny.

Ned Ayrton nabrał zwyczaju przychodzenia do nas na krótką przerwę późnym rankiem. Nie stało to w sprzeczności z jego zasadami, których w pracy bardzo przestrzegał. Wielu archeologów pozwala sobie na przerwę dopiero po kilku godzinach pracy, my jednak zwykliśmy odpoczywać chwilę przy herbacie około dziesiątej i Ned także. Nie zostanę chyba posądzona o próżność, stwierdzając, że polubił nasze towarzystwo.

Odpowiadając na natarczywe pytania Emersona, wyjawił nam, że jego ludzie pogłębiają wykop pod kamiennym czworokątem, który odkryli poprzedniego dnia.

– Ciężko to idzie – wyjaśnił. – Wapienne bryły nasiąkły wodą i są jak pozlepiane cementem.

– Niedobry znak – stwierdził Emerson, pocierając podbródek.

– Właśnie. Można mieć tylko nadzieję, że jeśli pod spodem jest jednak grobowiec, deszcz nie zdołał do niego przeniknąć. No, chyba za długo już tu zabawiłem – dodał, wstając – a wszystko przez to, że pani towarzystwo jest tak miłe, pani Emerson.

– Davis ma w stosunku do niego tak wielkie oczekiwania, że biedny chłopak musi być bardzo zdenerwowany – zauważyłam, gdy Ned się oddalił. – Nie sądzę, żeby coś znalazł tam, gdzie teraz kopie.

– Hmm – mruknął tylko Emerson.

Jestem głęboko przekonana, że mój mąż ma szósty zmysł do takich spraw. Późnym popołudniem, kiedy już kończyliśmy pracę, Ned przybiegł do nas znowu z radosną wieścią.

– Eureka! – zdołał tylko wykrzyknąć i przez dobrą chwilę usiłował uspokoić oddech.

– Znalazł pan jednak wejście do grobowca, czy tak? – zapytał Emerson pozornie obojętnym tonem.

– Tak, profesorze. W każdym razie schody, wykute w skale. Może ma pan ochotę to obejrzeć?

Ujął to bardzo oględnie, ponieważ nikt nie utrzymałby w tym momencie Emersona na miejscu, nawet siłą. Pobiegliśmy za nim.

Wykop znajdował się na prawo od otwartego grobowca Ramzesa IX. Otaczały go hałdy ziemi i gruzu, lecz szczyt wyciętych w skale stopni był już oczyszczony.

Ludzie Neda odkopywali je nadal, wynosząc skalne odłamki w koszach. Emerson zabrał jednemu z nich łopatę. Miał szklisty wzrok i otwarte usta. Intensywność jego uczuć w tej chwili zrozumieć może jedynie ktoś o podobnej pasji i równie długo pozbawiony możliwości oddawania się jej. Mogę to porównać tylko do odczuć wygłodzonego człowieka, który widzi nagle przed sobą górę kotletów. Nie obchodzi go, że to nie jego kotlety; jest głodny i chce je zdobyć za wszelką cenę.

Serce mi się ściskało na myśl, że muszę go powstrzymać, ale nie miałam wyjścia.

– Mój drogi, ludzie pana Ayrtona doskonale sobie radzą z kopaniem. Nie chcesz im chyba przeszkadzać?

Emerson spojrzał na mnie i otrząsnął się z transu.

– Ee… no tak. Rzeczywiście, Ayrton… hm… wygląda to obiecująco. Wypełnienie czyste, bez wody. Typowa osiemnasta dynastia; grób prawdopodobnie nieruszony od czasów dwudziestej dynastii.

Ned z uśmiechem odgarnął ze spoconego czoła kosmyk włosów.

– Cieszę się, że pan to mówi, sir. Przedwczoraj wyrwałem się jak Filip z konopi. Powiadomiłem pana Davisa o znalezieniu grobu, a potem musiałem to odwołać. Wolałem nie popełnić tego błędu powtórnie.

– Zanim wejście zostało zasypane, ten grób mógł już zostać okradziony dziesięć razy – zauważył Emerson. – To prawie pewne, że tak było. Hmm, odkopywanie powinno potrwać jeszcze najwyżej kilka godzin…

I wtedy, drogi Czytelniku, objawił się w całej okazałości charakter człowieka, którego poślubiłam. Emerson niczego na świecie nie pożądał w tej chwili bardziej od widoku tego, co znajdowało się u stóp skalnych schodów. Gdyby to było jego odkrycie – a powinno być – odkopałby schody do końca jeszcze tego dnia, choćby gołymi rękami, a potem przenocowałby na miejscu, żeby pilnować znaleziska. Walka, jaką mój mąż musiał ze sobą stoczyć, była bardzo trudna, lecz w końcu zawodowy honor zwyciężył.

– Przestańcie kopać – powiedział, prostując swoje szerokie ramiona.

– Słucham? – Ned popatrzył na niego zdumiony.

Ramzes, podobnie jak ja, doskonale wiedział, co czuje jego ojciec.

– Nie zamierza pan chyba odsłonić wejścia do grobowca i zostawić go bez opieki na całą noc? – zwrócił się do Neda, kładąc mu przyjacielsko dłoń na ramieniu.

– Dobry Boże, nie, oczywiście, że nie. Poza tym pan Davis na pewno chciałby być przy otwarciu.

– W takim razie niech pan lepiej przerwie pracę, chyba że Davis miałby tu przyjść jeszcze tej nocy. – Ramzes zlustrował wykop fachowym spojrzeniem. – Tam jest jeszcze najwyżej kilka stopni, a wypełnienie jest dość luźne.

– Oczywiście, ma pan rację. – Ned uśmiechnął się przepraszająco. – Musiał pan pomyśleć, że jestem wyjątkowym głupcem. Chyba trochę zanadto byłem podekscytowany. Otwarcie nowego grobu jest zawsze takie podniecające, prawda? Kiedy człowiek nie wie jeszcze, co tam znajdzie…

– Tak – mruknął posępnie Emerson. – W istocie. Jest podniecające.

Ned odprowadził nas do oślego parku, a potem udał się pieszo do domu, który Davis zbudował dla niego tuż przy wylocie Doliny. Nie dziwiłam się jego zadowolonej minie. Nawet gdyby grób okazał się niedokończony albo splądrowany, samo znalezienie go było wspaniałym osiągnięciem.

Tego dnia Cyrus zaprosił nas na jeden ze swoich niedzielnych wieczorków. Zawsze był człowiekiem bardzo towarzyskim, mając zaś przy boku Katherine, znajdował w przyjmowaniu gości jeszcze większą przyjemność.

Zazwyczaj lubię uczestniczyć w takich okazjach towarzyskich, a spotkania u Cyrusa były zawsze bardzo wykwintne i miłe. W dodatku miało przyjść wielu naszych przyjaciół, nie mówiąc już o samych Vandergeltach.

A jednak tego wieczoru jakoś mnie nie ciągnęło do takich atrakcji. Myślami byłam gdzie indziej, wyobrażając sobie, co robią ci, których z nami nie było. Selim z Daoudem jeszcze jechali pociągiem i mieli dotrzeć do Kairu dopiero późnym wieczorem. Następnie czekała ich krótka podróż do Aleksandrii. Wkrótce potem miał zarzucić w porcie kotwicę statek z Anglii, o ile nie będzie spóźniony. Pasażerowie wysiądą na brzeg dopiero nazajutrz rano. Jakichś wiadomości mogliśmy się więc spodziewać najwcześniej po południu, tym bardziej że Walter mógł postanowić jechać mimo wszystko do Kairu, gdzie zarezerwował pokój w hotelu Shepheard’s. Lia tak bardzo cieszyła się na tę podróż, że odstawienie jej do domu bez umożliwienia choćby rzucenia okiem na piramidy i Sfinksa byłoby okrucieństwem. Jeśli zostaną w Kairze przez jakiś czas, może mogłabym się tam wybrać i zobaczyć z nimi, a przy okazji może także trochę się rozejrzeć…

Zbyt wiele tych „może”. Pozostawało czekać cierpliwie co najmniej dwadzieścia cztery godziny, żeby poznać zamiary Evelyn i Waltera. Doszłam do logicznego wniosku, że siedzenie w domu nie wyjdzie nam na dobre, a nic więcej do zrobienia tego dnia już nie było.

Okazało się, że pozostali również byli nastawieni na wyjście i nawet Emerson przystał na to z rezygnacją. Znowu mieliśmy sprzeczkę na temat wkładania stroju wizytowego, którą jak zwykle wygrałam. Cyrus przysłał po nas powóz, lecz byłoby nam w nim trochę ciasno, toteż sir Edward oznajmił, że pojedzie konno. Kiedy wyszło na jaw, że ani on, ani chłopcy, nie ubrali się wieczorowo, Emerson popatrzył na mnie z wyrzutem. Trudno było oczekiwać, że udzielę reprymendy sir Edwardowi, a kiedy wygłosiłam ją Ramzesowi, oświadczył, że nie potrafiłby pozapinać wszystkich sprzączek i spinek jedną ręką.

Postanowiłam tym razem mu darować, ale chciałam wiedzieć coś jeszcze. Obawiałam się mianowicie, że niesprawna ręka posłuży mu za wymówkę do zapuszczenia brody. Mężczyznom zarost chyba bardzo się podoba. Ramzes był jednak porządnie ogolony, więc poprawiając mu krawat i kołnierzyk, zapytałam, jak tego dokonał.

– Od kilku lat używam bezpiecznej brzytwy, mamo – padła odpowiedź. – Dziwne, że tego nie wiesz.

– Nie mam zwyczaju grzebania w twoich rzeczach osobistych – odparłam.

– Oczywiście, mamo. Miałem tylko na myśli…

Emerson przerwał nam uwagą, którą zawsze wygłasza w takich okolicznościach:

– Jeżeli już musimy to zrobić, jedźmy.

Prąd elektryczny, który bywa zawodny, tego wieczoru jednak działał. Wszystkie okna Zamku jaśniały zapraszająco w mroku, a przed wejściem powitał nas Cyrus. Zdążył jednak tylko zapytać: „Coś nowego?” – a ja zdążyłam odpowiedzieć przecząco i porwał go wir obowiązków gospodarza wieczoru.

Wielki salon wypełnił się znajomymi twarzami i postaciami, wokół rozbrzmiewały śmiechy i rozmowy. Stojąc nieco na uboczu i sącząc wino, obserwowałam te twarze z nowym zainteresowaniem. Czy mógł się między nimi znajdować nasz nowy – albo stary – nieznany nieprzyjaciel?

Podczas sezonu do Luksoru przybywało zwykle sporo osób. Część znałam z widzenia i spostrzegłam, że Emerson rozmawia właśnie z jedną z nich. Był to pewien lord, którego nazwisko wyleciało mi z pamięci, wiedziałam jednak, że przybył niedawno do Egiptu dla podratowania zdrowia i interesuje się wykopaliskami. Był wysokiego wzrostu, a jako że towarzyszyła mu żona, pomyślałam, że z pewnością zauważyłaby zmianę w wyglądzie swojego męża. Chyba że sama…

To nonsens, skarciłam siebie w duchu. Sethosa na pewno tu nie ma. Rozpoznałam go w Londynie, więc rozpoznałabym też w Luksorze, w każdym przebraniu.

Jeśli jednak chodzi o nieznanych nieprzyjaciół, możliwości były wręcz niewyczerpane. Większość nielegalnych handlarzy starożytnościami pochodziła z Egiptu lub Turcji, ale bolesne doświadczenia nauczyły mnie, że angażują się w ten niecny proceder również Europejczycy, którzy często bywali bardziej bezwzględni od miejscowych. Od czasu wycofania się Sethosa częścią lub całością jego organizacji próbowali zawładnąć różni osobnicy. Dziarski niemiecki baron, elegancki młody Francuz, wodzący tęsknym wzrokiem za Nefret, angielski właściciel ziemski o czerwonej twarzy – przestępcą mógł być każdy na tej sali.

Z zamyślenia wyrwało mnie czyjeś dotknięcie i zobaczyłam Katherine. Miała na sobie suknię obstalowaną w Londynie, z wstawkami z tureckiego haftu i zielonego jedwabiu oraz biżuterię ze szmaragdami, ślubny prezent od Cyrusa.

– Bez gorsetu – szepnęła z konspiracyjnym uśmiechem. – Usiądźmy gdzieś na chwilę, jestem na nogach od kilku godzin bez przerwy.

Zaszyłyśmy się w spokojnym kącie i Katherine podjęła:

– Chciałabym z tobą porozmawiać o moim nowym projekcie, Amelio. Przed kilkoma dniami rozmawiałam z panią Huchanan z Amerykańskiej Szkoły dla Dziewcząt i było mi naprawdę wstyd, że jestem Angielką. Amerykanie zrobili o wiele więcej od nas dla polepszenia losu egipskich kobiet… ich szkoły i szpitale są w całym kraju.

– Kościoły także – wtrąciłam. – Daleka jestem od niedoceniania dobra, jakie przynosi działalność tych pełnych poświęcenia ludzi, ale to jednak misjonarze, których głównym celem jest nawracanie pogan.

– Czy to nie Henryk Czwarty powiedział, że „Paryż wart jest mszy”, kiedy oddanie mu tronu francuskiego uzależniono od przejścia na katolicyzm? Być może edukacja warta jest modlitwy. – Byłam zmuszona przyznać jej rację. Katherine uśmiechnęła się do mnie i mówiła dalej: – Z pewnością jednak jest tutaj miejsce dla szkoły, która nie stawiałaby takich wymagań i przyjmowała nawet tych, których nie stać na czesne w Szkole Misyjnej. Pani Buchanan zgodziła się ze mną i była nawet uprzejma zaofiarować mi swoją pomoc.

– To wspaniale – ucieszyłam się szczerze. – Widzę, że twój projekt nabiera kształtów, Katherine, i obiecuję też wnieść wkład. Nosiłam się z zamiarem poznania nauczycielki Fatimy, ale nie znalazłam jeszcze na to czasu.

– Ja znalazłam. Fatima podała mi jej nazwisko i wczoraj ją odwiedziłam. To interesująca osoba, Amelio: atrakcyjna, wykształcona i bez wątpienia z wyższych sfer. Chociaż metody Amerykanów są godne podziwu, możemy się także sporo nauczyć od takich kobiet jak Sayyida Amin.

– Więc woli tytuł sayyidy od madame? To by sugerowało, że nie sympatyzuje z zachodnią ideą emancypacji.

– Wielu wykształconych Egipcjan, tak mężczyzn jak i kobiet, źle znosi naszą obecność tutaj i nasze poglądy – odparła Katherine. – Nic w tym zresztą dziwnego.

– To prawda. Uprzejma protekcjonalność może być równie irytująca, jak otwarta obraza. Oczywiście żadna z nas nie popełniłaby takich błędów. Żałuję, że nie mogłam pójść z tobą, Katherine, ale ostatnio naprawdę byłam dość zajęta.

– Z pewnością, moja droga.

Zrelacjonowałam jej postępy naszego dochodzenia, czy też – dokładniej rzecz ujmując – brak postępów. Nie poważyłabym się na ujawnienie żadnej innej z moich znajomych, że Nefret odwiedziła dom rozpusty, znając jednak nieortodoksyjne podejście Katherine, wiedziałam, że wykaże więcej tolerancji dla tych nieszczęsnych kobiet, które często nie z własnej winy wybierały taką drogę. Jak zwykle, nie myliłam się.

– Nefret to niezwykła osoba, Amelio – stwierdziła Katherine. – Można tylko podziwiać jej odwagę i współczucie… no i obawiać się o nią. Będziesz miała pełne ręce roboty.

– Już mam. Ramzes potrafiłby każdego rodzica doprowadzić do granicy obłędu, a przypuszczam, że i David będzie sprawiał pewne problemy.

Spostrzegłam, że przyjaciel mojego syna rozmawia z jakąś nieznaną mi dziewczyną – prawdopodobnie z ostatniego wysypu turystów. Miała jasne włosy i była ubrana w wyszukaną lazurową suknię, ozdobioną różyczkami i odsłaniającą pełne białe ramiona. Rzadko widywało się Davida bez towarzystwa Ramzesa, Nefret albo obojga. Był dość nieśmiały wobec obcych, lecz najwyraźniej nie wobec tej młodej kobiety, flirtującej z nim sponad wachlarza.

Nagle zjawiła się przed nimi krępa starsza dama, zapewne mamusia dziewczyny, i bezceremonialnie odciągnęła młodą kobietę od Davida, nawet nie skinąwszy mu głową.

– Na razie sam je ma – zauważyła Katherine. – To bardzo przystojny młodzieniec, a jego egzotyczny wygląd z pewnością dodatkowo przyciąga dziewczęta. Jednak żadna odpowiedzialna mama nie pozwoli swej córce na poważniejszy związek z tym chłopcem.

– Nie musiała być taka obcesowa. Rany boskie, Katherine, rozmawiamy jak dwie bezmyślne plotkary.

W tym momencie odwołano ją do opuszczających przyjęcie gości. Pozostałam na miejscu i zobaczyłam, że Ramzes przyłączył się do Davida, że Emerson dopadł Howarda Cartera i coś mu wykłada, że Nefret… Gdzie była Nefret?

Dojrzałam ją wkrótce, otoczoną wianuszkiem młodych mężczyzn, jednak ukłucie niepokoju, jakkolwiek przelotne, kazało mi uznać, że lepiej będzie wrócić już do domu. Nieczęsto dokuczają mi nerwy, lecz tego wieczoru tak było.

Zgarnęłam rodzinę i sir Edwarda i przeprosiłam gospodarzy. Kiedy czekaliśmy na powóz, podszedł do mnie odźwierny Cyrusa, starszy Egipcjanin, który służył u niego od wielu lat.

– Ktoś mi to dał, Sitt Hakim – powiedział. – Miałem to przekazać Nur Misur, ale…

– W takim razie powinieneś dać to mnie, Sayid – oznajmiła Nefret, sięgając po mały, brudnawy pakiecik, leżący na dłoni mężczyzny.

Ramzes był jednak szybszy.

– Zaraz, zaraz, Nefret. Kto ci to dał, Sayid?

– Jakaś kobieta. – Stary wzruszył ramionami. – Powiedziała…

Wydobyliśmy z niego opis, ale niewiele to dało. Kobieta była w czarczafie i powiedziała zaledwie kilka słów. Nie dała mu pieniędzy, przypuszczał jednak, że…

– Dobrze, dobrze – przerwał Emerson, wręczając mu kilka monet. – Daj no mi to, Ramzesie.

Nefret prychnęła z oburzeniem, a Ramzes zacisnął dłoń na paczuszce.

– Proponuję – rzekł – żebyśmy z tym zaczekali, aż wrócimy do domu. Tu jest zbyt ciemno, poza tym jesteśmy na widoku.

Trudno było temu zaprzeczyć, lecz kiedy dotarliśmy wreszcie do domu, wszyscy aż płonęli z ciekawości i bez zwłoki popędziliśmy do salonu. Fatima zapaliła lampy i czekała, by nam usłużyć.

Ramzes położył pakiecik pod lampą na stole. Tani papier poskładano ciasno w wiele warstw. Był bardzo pobrudzony, dostrzegłam jednak jakieś litery.

– Proponuję postępować z tym bardzo ostrożnie – powiedział Ramzes. – Ojcze?

Gdyby miał obie ręce sprawne, z pewnością nie zwróciłby się do Emersona. Tym razem się nie wtrącałam; ten poskładany papier napawał mnie dziwnym obrzydzeniem. Nie miałam ochoty go dotykać, choć nie sądziłam, żeby był niebezpieczny.

Emerson rozwinął go z taką samą delikatnością, z jaką traktował kruche okazy z wykopalisk, i rozprostował na stole. Na kartce napisano kilka słów koślawym arabskim pismem.

– Wschód słońca – odczytał Emerson. – Meczet Szejka el… Gariba?

– Guibri – poprawił Ramzes, nachylając się nad papierem. – Są jeszcze dwa słowa… „Pomóż mi”.

Przez chwilę panowało milczenie. Lampa oświetlała leżące płasko na stole silne dłonie Emersona, pomięty papier między nimi i nachylone nad kartką skupione twarze. Nefret odetchnęła głośno.

– Dzięki Bogu. Wiedziałam, że mi zaufa! Teraz będę mogła…

– Przecież tam było kilkanaście kobiet – zauważył Ramzes. – Skąd możesz wiedzieć która to?

– Miała na sobie… To nieistotne, i tak nie zwróciłbyś na to uwagi. Chodziło o to, jak na mnie patrzyła.

– Mhm – mruknął Ramzes.

– To nieważne która – stwierdził Emerson. – Wygląda na to, że jedna z tych kobiet prosi Nefret o pomoc i być może jest gotowa w zamian zaoferować swoją. Pójdę tam.

– Ale to mnie prosi o pomoc – obruszyła się dziewczyna. – Wiadomość był przeznaczona dla mnie.

– Niech to diabli… przepraszam, mamo – powiedział Ramzes. – Przestańcie i zastanówcie się. Przecież żadna z tych kobiet nie umie pisać, to nie może być wiadomość od nich.

– Skąd wiesz? – sprzeciwiła się Nefret.

– To dość logiczne założenie – mruknął Emerson, pocierając podbródek. – Ale może poszła do pisarza?

– Byłoby to zbyt duże ryzyko – odparł Ramzes. – Poza tym pismo jest dość koślawe.

– Przypomina mi trochę… – zaczął David, nie dano mu jednak skończyć.

Emerson stwierdził, że ktoś powinien udać się na spotkanie. Nefret upierała się, że to musi być ona. Stół zadrżał – to Horus, wróciwszy z nocnej przechadzki, próbował zwrócić na siebie uwagę swojej pani. Gdy mu się nie udało, ciekawie obwąchał liścik.

– Zabierz mu to sprzed nosa, Nefret – poleciłam.

Za późno. Kot prychnął i rozerwał papier pazurami.

– Mam nadzieję, że nie uznasz tego za jeden z tych swoich przeklętych omenów, Peabody – rzekł kwaśno Emerson.

Trudno byłoby zinterpretować czyn Horusa jako zwiastun czegoś szczególnego, ale myślałam o planowanej eskapadzie z najwyższym niepokojem. Uznaliśmy jednak wszyscy, że trzeba ją podjąć; jeśli wezwanie było autentyczne, nie wolno go nam zignorować. Ramzes upierał się, że to jakiś podstęp, lecz nawet on przyznawał, że czas i miejsce wybrano takie, jakie wybrałaby kobieta. Meczet znajdował się dość blisko przybytku, który odwiedzili, a rankiem, gdy wszyscy spali, najłatwiej jej było wymknąć się tam niepostrzeżenie.

Tak czy inaczej noc miałam niespokojną, Emerson zaś chyba w ogóle nie spał. Kiedy mnie zbudził, było jeszcze ciemno i do pospiesznego śniadania zasiedliśmy grubo przed wschodem słońca. Jako że nie udało nam się ustalić, kto ma pójść, wybieraliśmy się tam wszyscy, łącznie z sir Edwardem.

Nasz gość poprzedniego wieczoru prawie się nie odzywał i teraz także jadł zamyślony i milczący.

– Niewiele pan mówi, sir Edwardzie – zagadnęłam go. – Mam wrażenie, że nie pochwala pan naszego pomysłu.

– Owszem, mam pewne zastrzeżenia, pani Emerson – odparł, unosząc brwi. – Nie wierzę, żeby któraś z tych kobiet w ogóle odważyła się do was zwrócić, a tym bardziej na piśmie. Skierowane do nich słowa panny Forth są już zapewne znane wszystkim w Luksorze i zręczny wróg nie omieszkałby wykorzystać tego do zwabienia was w pułapkę.

– Rozmawialiśmy o tym zeszłej nocy – przypomniałam mu – i uznaliśmy, że trzeba podjąć ryzyko.

– W takim razie nie ma sensu, żebym próbował wam to wyperswadować.

– Żadnego – zgodziła się Nefret.

Sir Edward skłonił głowę na znak milczącej zgody, ale gdy dosiadaliśmy koni, spostrzegłam, że chowa coś do kieszeni. Pistolet? Miałam nadzieję, że tak. Sama byłam uzbrojona „po zęby”, jak zgryźliwie zauważył Emerson: w jednej kieszeni miałam mały pistolet, w drugiej nóż, a w ręce parasolkę. Pasa nie wzięłam, lecz część jego użytecznego wyposażenia również poutykałam po kieszeniach. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda łyczek brandy albo przyrządy do rozpalenia ognia. Gdy wysiadaliśmy na przystani luksorskiej, ponad górami na wschodzie pokazała się poranna zorza.

Nie tylko my wstaliśmy tak wcześnie. Światło w oknach hoteli wskazywało, że wielu turystów jest już na nogach, a po ulicach przesuwały się postacie w długich galabijach, zdążające do pracy lub na modły. Nie jechaliśmy długo, bo cel wyprawy znajdował się niedaleko.

– Zaczekajcie – rzucił nagle Ramzes.

– Co? Dlaczego? – zawołałam, unosząc parasolkę i rozglądając się niespokojnie wokół.

– Musimy poczekać, aż się trochę rozwidni – wyjaśnił. – Do diaska, tu nawet za dnia byłoby niebezpiecznie.

Po dziesięciu minutach Emerson stwierdził, że już możemy iść. Luksor, choć zamieszkany przez niecałe dwanaście tysięcy ludzi, mógł się poszczycić ośmioma czy dziewięcioma meczetami, z których żaden nie wyróżniał się szczególną architekturą czy zabytkowym charakterem. Meczet Szejka el Guibri leżał pół mili od rzeki, przy ulicy będącej właściwie polną drogą, niebrukowaną i pylistą. Nie zdążyliśmy jeszcze tam dojść, kiedy w powietrzu poranka poniósł się pierwszy głos nawołujący do modlitwy. Muezini to indywidualiści i każdy określa moment wschodu słońca według własnych kryteriów. Tym razem głos rozbrzmiewał z meczetu położonego trochę dalej na południe, lecz Nefret przyspieszyła kroku i byłaby wyprzedziła chłopców, gdyby Emerson nie trzymał jej mocno za rękę. Chroniliśmy ją ze wszystkich stron, bo ja z sir Edwardem zamykałam pochód. Wiedziałam jednak, że dziewczyna niedługo będzie się godziła na taki stan rzeczy.

Meczet stał nieco oddalony od drogi. Przez otwarte arkadowe wejście widać było wewnętrzny dziedziniec z fontanną. W dobudówce z kopułą znajdował się zapewne grobowiec świątobliwego męża, którego imię nosił przybytek. Z minaretu dołączył do chóru muezinów czyjś łamiący się, być może z powodu wieku, baryton.

W pobliżu kręciło się trochę ludzi. Szli lub jechali na osłach, niektórzy ciągnęli wózki z towarami. Jakaś kobieta, niosąca na głowie snopek trzciny, rzuciła nam zaciekawione spojrzenie. Musieliśmy stanowić dziwny widok, bo docierało tu niewielu turystów.

– Idę na dziedziniec – oznajmiła półgłosem Nefret. – Ona nie podejdzie do mnie przy wszystkich.

– To zły pomysł – stwierdził Ramzes. – Na pewno tam nie wejdzie, bo wyglądałoby to podejrzanie. Kobietom nie zaleca się udziału w publicznej modlitwie. My troje zostańmy lepiej tutaj, a reszta niech się przejdzie zwiedzić grobowiec.

– My troje? Niech to diabli, Ramzesie, obiecałeś mi…

– Kłamałem – odparł spokojnie. – Nie możemy ryzykować, zbyt wielu ludzi się tu kręci. Ona widziała mnie i Davida z tobą i jeśli ma czyste intencje, na pewno nie oczekuje, że przyjdziesz sama.

Odczekaliśmy jeszcze kwadrans, aż umilkły ostatnie rozwlekłe zawodzenia muezina, a nad górami na wschodzie ukazał się czerwony dysk słońca. Emerson był już poirytowany, wróciliśmy więc do dzieci, które – co mnie nie zdziwiło – prowadziły ze sobą sprzeczkę.

– Jesteś pewien, że to ten meczet? – napierała Nefret.

– Nie. – Ramzes rozglądał się niepewnie. – Liścik był prawie nieczytelny, a w Luksorze są dwa meczety o podobnych nazwach. Niestety nie możemy już tego sprawdzić, bo przeklęty kot porwał kartkę na strzępy.

– Ona już nie przyjdzie – oświadczył z przekonaniem Emerson. – Może w ogóle nie zamierzała przyjść. Albo…

– Albo sir Edward miał rację – dorzuciłam, spoglądając na naszego milczącego wciąż gościa, który podobnie jak Ramzes uważnie obserwował przechodniów. – To miała być pułapka, ale nie odważyli się zaatakować nas wszystkich.

W drodze powrotnej do przystani na usilną prośbę Nefret zajrzeliśmy jeszcze pod ten drugi meczet – Szejka el Gariba – położony w ludniejszej części miasta, bliżej Świątyni Luksorskiej. Ulica tętniła zwykłym porannym życiem, lecz w samym meczecie po zakończonych modłach panowała cisza. Nefret nie traciła nadziei, że znajdzie przynajmniej kolejną wiadomość, ale to idący tuż za nią Ramzes zauważył leżący w pyle przedmiot.

Był to cienki złoty dysk z dziurką, ozdoba przyczepiana często przez Egipcjanki do kolczyków i zawojów na głowie.

10

Jakie znaczenie mogło mieć to małe złote kółko? Prawdopodobnie żadnego. Była to bardzo popularna ozdoba, a jeśli nawet należała do kobiety, która do nas napisała, mogła ją po prostu zgubić. Nefret upierała się, że dziewczyna podrzuciła ją specjalnie – na znak, że przybyła na spotkanie, bała się jednak dłużej czekać. Uznałam to za mało prawdopodobne. Było przecież oczywiste, że taki przedmiot nie leżałby na ziemi zbyt długo. Dla biedaka ten kawałek złota oznaczał żywność na cztery dni.

Jeśli o mnie chodzi, rozczarowanie ustąpiło miejsca uldze, a większość pozostałych czuła chyba to samo. Nawet jeżeli nie stało się to, na co liczyliśmy, nasze obawy również się nie potwierdziły. Widząc jednak ściągniętą twarz i zaciśnięte usta Nefret, uznałam, że powinnyśmy odbyć kolejną pogawędkę. Nikt nie podziwiał jej odwagi i dobroci bardziej ode mnie, ale kolejna wyprawa do domu rozpusty byłaby szaleństwem.

Po drodze mijaliśmy urząd telegraficzny, nie zaproponowałam jednak, żeby tam wstąpić. Wiadomość od Waltera jeszcze nie mogła nadejść, a Emerson zacząłby narzekać na opóźnienie. I tak już stracił kilka godzin na, jak to z upodobaniem nazywał, pogoń za dziką gęsią i żal mu było każdej chwili nie poświęconej pracy.

A praca okazała się znacznie uciążliwsza, niż przewidywaliśmy. Zalegający w pierwszej komorze rumosz zawierał mnóstwo różnych części elementów wyposażenia grobowca: skorupy ceramicznych i alabastrowych dzbanów, paciorki wszelkich odmian, kawałki drewna i fragmenty szczątków ludzkich – oczywiście zmumifikowanych. Zgodnie z zasadami drobiazgowej procedury każda taka cząstka musiała być zinwentaryzowana i zachowana. Jak na rasowego uczonego przystało, praca ta pochłonęła Emersona tak bardzo, że (ku mojej uldze) nie posłał nawet nikogo, by podejrzał, co porabia nieszczęsny Ned Ayrton.

Wczesnym popołudniem zaproponowałam mu, żebyśmy wrócili do domu.

– Wiadomość od Waltera powinna już nadejść – przekonywałam go. – Prosiłam, żeby zatelegrafował jak najszybciej.

Emerson popatrzył na mnie tępym wzrokiem. Zagadnienia archeologiczne tak go pochłonęły, że przez dobrą chwilę nie docierało doń, o czym mówię.

– Nie wiem, czemu robisz cały ten szum, Peabody – odpowiedział w końcu. – Telegram od Waltera albo przyszedł, albo nie przyszedł. Czego właściwie ode mnie oczekujesz?

– Poślij człowieka do urzędu telegraficznego. Wiesz, jacy są ci urzędnicy; potrafią przetrzymywać wiadomość na biurku przez kilka dni.

– Nie mogę pozbyć się kolejnego robotnika, Peabody. I tak już mi brakuje ludzi, zwłaszcza Selima i Daouda.

Posłałam więc Abdullaha. Dzień był upalny i chciałam go wyciągnąć z piekielnego gorąca i pyłu grobowca. Kiedy go poinstruowałam, co ma zrobić, i kazałam czekać na nas w domu, Nefret skinęła na mnie konspiracyjnie znad kupy rumoszu.

– Właśnie przeszedł pan Davis – szepnęła.

– Do Neda czy z powrotem?

– Z powrotem. Musiał nas wcześniej minąć niezauważony. Wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego, ciociu Amelio.

– Tak? Cóż, może te schody Neda jednak prowadzą do czegoś ciekawego. Davis ma szczęście.

– No właśnie. – Nefret uśmiechnęła się. – Czy mogę pójść to obejrzeć?

– Rób, jak uważasz, moja droga.

– A ty nie poszłabyś ze mną?

– Skoro tak mówisz…

Nie zdziwiło mnie jakoś, że mój syn już tam jest. Ostatnio widziałam go wprawdzie w odległym kącie grobowca, ślęczącego nad jakimś kartuszem, ale Ramzes to specjalista w wymykaniu się, szczególnie własnej matce. Obaj z Nedem stali w połowie schodów, spoglądając w dół.

Były już odkopane do końca, choć jeszcze nieoczyszczone. Na dole kończyły się przed ścianą z nieobrobionych, ułożonych bez zaprawy kamieni, które wypełniały prostokątny otwór wejściowy.

– Czy ściana nie jest naruszona? – zapytałam.

– Zawsze można na ciebie liczyć, że od razu przejdziesz do sedna sprawy, mamo – stwierdził Ramzes, wyciągając rękę, by pomóc mi zejść. Stopnie były zdradliwe, dość strome i zarzucone kamieniami. – Wygląda na to, że nie, choć to dość prowizoryczna konstrukcja… właśnie się zastanawialiśmy z Nedem nad tym, że może nie jest to pierwotne zamknięcie wejścia. Mamy… Nefret, nie schodź teraz, tu już nie ma miejsca.

– No to ty wyjdź. Chcę obejrzeć tę ścianę.

Kiedy już obejrzała, zwróciłam się do Ayrtona:

– Wspaniale, Ned. Pan Davis pewnie chciałby jak najszybciej zburzyć ścianę. Zamierzasz zrobić zdjęcia jeszcze dzisiaj czy jutro?

– Pan Davis polecił, żeby wszystko było gotowe na rano.

Odpowiedź była nieco wymijająca, a Ned starannie unikał naszego wzroku. Ramzes pochwycił moje spojrzenie i powiedział od niechcenia:

– Miałem właśnie zaproponować Nedowi, że z przyjemnością zrobimy dla niego kilka zdjęć. Sprzęt mamy na miejscu i nie zajmie nam to wiele czasu.

– To by było wspaniale – odparł z ulgą Ned. – Ja nie mam tutaj aparatu, a niedługo będzie za ciemno i…

– No właśnie! Nefret! – rzuciłam żywo, a ona od razu pobiegła do naszego stanowiska.

– Czy zawiadomiłeś pana Weigalla? – zwróciłam się do Neda. – To nowy grób, więc inspektor musi o nim wiedzieć.

– Pan Weigall ma być dzisiaj z żoną na herbacie u pana Davisa – odpowiedział Ayrton. – Myślę, że mój szef go wtedy o tym poinformuje.

Nefret wróciła w towarzystwie Emersona. Obawiałam się tego, lecz nic nie mogłam poradzić.

Zaprosiłam Neda do naszego domu na herbatę, ale wymówił się nawałem pracy. Prawda jednak była taka, że potrafił wytrzymać towarzystwo mojego męża najwyżej przez godzinę. Emerson nie jest szorstki – w każdym razie nie według jego własnych kryteriów – ale młodemu, nieśmiałemu człowiekowi trudno jest znieść jego niepohamowaną energię i niekończące się wykłady.

Abdullah wrócił wreszcie z telegramem. W urzędzie zapewnili go, że dopiero co nadszedł. „Wasza wiadomość otrzymana – napisał Walter. – Dyskusje w toku. Damy znać dziś lub jutro. Trzymajcie się”.

– Nadany z Kairu – stwierdziłam.

– Mam nadzieję, że szybko podejmą decyzję – mruknął Emerson. – Brakuje mi Selima i Daouda.

Nazajutrz kopaliśmy jak zwykle od wczesnych godzin tuż po wschodzie słońca. Davis ze swoją świtą zjawili się dopiero po dziesiątej.

Był ich cały tłum. Weigallowie, pani Andrews z siostrzenicami, Smithowie, służący z poduszkami, parawanami i koszami jedzenia oraz kilka elegancko odzianych osób, których nie znałam – zapewne były to jakieś ważne osobistości, zaproszone przez Davisa na otwarcie grobowca. Wyglądali wszyscy jak turyści od Cooka na wycieczce.

Davis miał na sobie swój ulubiony strój „profesjonalisty”: bryczesy do konnej jazdy z kamaszami na guziki, tweedową marynarkę z kamizelką i kapelusz o szerokim rondzie. Skinął mi głową, lecz wątpię, czyby się zatrzymał, gdyby Emerson nie odezwał się do niego.

Kontrast w ich wyglądzie był wręcz komiczny. Davis – elegancki i schludny, choć nieco śmieszny w swoim staromodnym stroju; Emerson – w białych od pyłu spodniach i wysokich butach oraz rozpiętej niemal do pasa koszuli z podwiniętymi rękawami. Czułam, że Davis postanowił być dziś dla nas uprzejmy i miły. Wyszczerzywszy zęby w przyjaznym uśmiechu, podszedł do mnie z wyciągniętą dłonią. Mój mąż, ociekający białą mazią z pyłu i potu, podrapany miejscami do krwi, nie był obiektem zachęcającym do bardziej wylewnego powitania, lecz Davis nie zdążył tego uniknąć, bo Emerson chwycił jego dłoń i energicznie nią potrząsnął. Pogratulował mu „kolejnego ciekawego odkrycia”, Weigall jednak, przyglądający się tej scenie z niejakim niepokojem – gdyż widok uprzejmego Emersona słusznie wzbudził jego podejrzenia – stwierdził, że muszą się pospieszyć.

– Czy mogę również przyjść popatrzeć?

Do zadania takiego pytania nie starczyłoby oczywiście tupetu nikomu oprócz Nefret. Ona także nie uchylała się tego ranka od pracy; ale była jedną z tych młodych kobiet, które mają to szczęście, że z twarzą lśniącą od wysiłku i niesfornymi lokami na policzkach wyglądają jeszcze bardziej uroczo niż zwykle. Zwracając się do Davisa, wycelowała weń całą baterię: promienne spojrzenie swoich niebieskich oczu, jasny uśmiech, burzę uroczo potarganych kosmyków i gesty smukłych brązowych dłoni. Jak to później skomentował Ramzes, „nieszczęsny chłopina był bez szans”.

– Emersonie – ulitowałam się nad moim zgnębionym małżonkiem, gdy odeszli. – Dlaczego nie idziesz z nimi?

– Zapomniano mnie zaprosić – odburknął. – To przeoczenie było celowe. Nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą.

– Nefret da nam znać, jeśli to rzeczywiście coś ciekawego – pocieszyłam go.

Istotnie, wkrótce wróciła, i to prawie biegiem.

– Weź płyty, Davidzie – rzuciła, chwytając aparat fotograficzny.

– Co się dzieje? – zapytałam.

– Rozebrali ścianę. Za nią jest druga, otynkowana i z oficjalnymi pieczęciami nekropolii. Udało…

– Co?! – wyrzucił z siebie Emerson,

– Udało mi się przekonać pana Davisa, żeby zaczekał, aż zrobię kilka zdjęć – wyjaśniła Nefret zdyszana.

Sir Edward odchrząknął.

– Będę szczęśliwy, mogąc pani pomóc, panno Forth – rzekł.

Obdarzyła go ciepłym uśmiechem.

– Nie wątpię, że zrobiłby pan to lepiej ode mnie, sir Edwardzie, ale pan Davis nie lubi, kiedy ktoś się wtrąca. Mnie uległ dzięki pochlebstwom i błaganiom.

Komentarza Emersona przyzwoitość nie pozwala przytoczyć. Chwyciłam go i zaparłam się piętami o ziemię.

– Nie pójdziesz tam, mój drogi, nie w tym stanie ducha. Przecież uzgodniliśmy już, że takt jest najlepszą… Ramzesie, trzymaj go!

– Muszę biec, pan Davis aż się gotuje z ekscytacji! – rzuciła Nefret i pobiegła z powrotem razem z Davidem.

– No tak! – wykrzyknął Emerson. – Dobrze, Ramzesie, możesz już mnie puścić. Jestem zupełnie spokojny.

Oczywiście nie był. Nie wiem, czy Czytelnik jest w stanie wyobrazić sobie wagę informacji Nefret. Zewnętrzna ściana z kamieni okazała się wtórna; oryginalna był ta druga, z pieczęciami kapłanów nekropolii. Oznaczało to, że przed wiekami do grobowca przynajmniej raz ktoś wszedł – najpewniej złodzieje. Skoro jednak zamknięto go powtórnie, w środku nadal musiało znajdować się coś wartościowego.

– Nie martw się, Emersonie – powiedziałam. – Nowo odkrytym grobowcem musi się zająć Departament Starożytności. Weigall na pewno nie pozwoli Davisowi zrobić niczego głupiego.

– Ha, gdyby to był Carter… – westchnął Emerson. – Do diabła z tym, wracam do roboty.

Kiedy zniknął w naszym grobowcu, zwróciłam się do Ramzesa:

– Już prawie czas na lunch. Skoczę zawołać Nefret.

– Jakaś ty troskliwa, mamo – mruknął z przekąsem. – Wiesz co? Skoczę razem z tobą.

Towarzystwo Davisa rozproszyło się; większość siedziała w cieniu ze znudzonymi minami, ocierając pot z twarzy, ale kilka osób zostało w pobliżu schodów. Podeszłam do pana Smitha, który wesoło do mnie pomachał.

– A więc będzie pan coś malował w środku? – zagadnęłam go, podchodząc do zejścia.

Davis z Weigallem stali na dole, zawadzając robotnikom wynoszącym kamienie ze zburzonej ściany. Fragmenty tynku z pieczęciami kapłanów odłupano i złożono w koszu. Więcej z mojego miejsca nie mogłam dojrzeć.

– To zależy od pana Davisa – odparł z uśmiechem Smith, ocierając czoło rękawem. – No i od tego, czy jest tam coś wartego namalowania. Dopiero co otworzyli wejście i jeszcze nic nie wiadomo. To bardzo ekscytujące, prawda?

Podeszła do nas Nefret, która przerwała pogawędkę z panią Andrews. Zdążyła usłyszeć ostatnie zdanie.

– Bardzo ekscytujące! – wykrzyknęła i podnosząc głos do przeraźliwego sopranu, zawołała: – Panie Davis, czy mogę popatrzeć? Jestem taka podekscytowana!

– Później, dziecko, później – Davis wdrapał się po schodach, bardzo utrudzony, lecz zadowolony. Nie był już młodzieńcem i należało docenić przede wszystkim jego entuzjazm. Pogłaskał Nefret po głowie. – Robimy teraz przerwę na lunch. Proszę przyjść później, jeśli pani ma ochotę. I proszę – dodał z kołtuńskim uśmieszkiem – przyprowadzić ze sobą profesora Emersona.

Lunche Davisa, które serwowano w pobliskim pustym grobowcu, znane były z wystawności i zawsze długo trwały. My skończyliśmy nasz skromny posiłek znacznie wcześniej i znaleźliśmy się na miejscu jako pierwsi. Emerson, z gołą głową pomimo palącego słońca, przysiadł na kamieniu i zapalił fajkę. Ramzes z Davidem wdali się w pogawędkę z raisem Davisa, który siedział w cieniu wraz ze swymi ludźmi, oczekując powrotu pracodawcy z cierpliwą rezygnacją robotnika. Nie słyszałam, co mówią, ale często się śmiali, a David się kilka razy zaczerwienił.

Wreszcie wrócił Davis w towarzystwie całej swojej świty i powitał nas z niezwykłą serdecznością.

– Pomyślałem sobie, że chciałby pan popatrzeć – rzekł do Emersona. – Widzi pan, znów mi się udało. Odkryłem kolejny grobowiec.

Emerson zagryzł mocno ustnik fajki.

– Hmh. Tak, oczywiście. Jeżeli mogę w czymś pomóc…

– Nie, nie, dziękuję – odparł Davis. – Radzimy sobie doskonale.

Coś trzasnęło. Miałam nadzieję, że to ustnik, a nie ząb mojego męża.

Wkrótce potem Davis ogłosił koniec dnia pracy. Panie skarżyły się na upał, a Weigall wyłonił się z dołu z posępną miną i usłyszałam, że mówi coś o policji. Nie mogąc już dłużej powstrzymać ciekawości, dołączyłam do grupy składającej się z Davisa, Weigalla, Neda Ayrtona i Nefret.

– Co się stało? – zapytałam.

– Proszę zobaczyć, jeśli pani sobie życzy – odparł przyjaźnie Davis. Jego wąsy obwisły od potu, oczy błyszczały.

Ned pomógł mi zejść po schodach. Wejście do grobowca stało otworem, jeśli nie liczyć kilku kamieni w progu. Dalej typowy dla osiemnastej dynastii korytarz prowadził stromo w dół, w ciemność. Do wysokości mniej więcej jarda od sklepienia wypełniał go luźny rumosz. Na wierzchu tego usypiska ujrzałam najdziwniejszy obiekt, jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się oglądać w egipskim grobowcu. Sięgał od ściany do ściany, a cała jego powierzchnia lśniła złotem. Nachyliłam się, niemal nie śmiejąc oddychać, bo na moich oczach płatek złota wielkości paznokcia zadrżał i opadł z boku obiektu na ziemię.

– Co to takiego? – szepnęłam.

– Płyta pokryta złotem płatkowym, prawdopodobnie wierzch sarkofagu – odparł równie cicho Ned. – Na niej leży podobny złocony obiekt, być może drzwi od tego samego sarkofagu.

– A co jest dalej, na końcu korytarza?

– Kto wie? Może kolejne schody, może komora grobowa. Dowiemy się tego jutro. Weigall przeciągnie kabel, będziemy więc mieli oświetlenie.

Przyjrzałam się dokładniej płycie. Wyglądało na to, że jest pokryta reliefami i inskrypcjami.

– Płatki złota położono na warstwie zaprawy gipsowej, która skruszała – stwierdziłam. – Nie pozwoli pan chyba temu staremu idiocie po tym łazić, co?

Byłam tak poruszona, że odezwałam się niemal równie obcesowo jak Emerson (tyle że on dodałby jeszcze kilka epitetów).

– To nie ulega kwestii – odparł Ned. – Nie jestem jednak do końca pewien, jak postąpić. Może wesprze nas pani swoją radą, pani Emerson?

Oczywiście miałam wielką ochotę to uczynić. Weigall całkiem słusznie zasugerował zawiadomienie policji i wystawienie straży przed grobowcem. Na sam dźwięk słowa „złoto” mogli się tutaj zbiec wszyscy złodzieje Luksoru, a wieść o znalezisku zapewne dotrze do nich przed nocą. Nie zdziwiło mnie też, że Davis zamierzał wejść do grobowca nazajutrz, nie zważając na nic. Weigall próbował go przekonać, że powinien zaczekać, aż płyta zostanie scalona lub przynajmniej skopiowana, lecz robił to bez przekonania i szybko ustąpił.

– Ayrton, niech pan to stamtąd wyciągnie do jutra rana – polecił Davis. – Oczywiście ostrożnie, żeby nie uszkodzić. Przyjdzie pan na kolację, Weigall?

– Ee… nie, panie Davis, chyba zostanę na noc w Dolinie. Nie można pozostawiać tego odkrycia bez opieki.

– Bardzo słusznie. A więc do jutra. Tylko niech wszystko będzie gotowe, chcę zobaczyć, co jest dalej.

Oddalił się, nie czekając na odpowiedź, bo w jego ocenie możliwa była tylko jedna. Przypomniały mi się słowa z mojej ulubionej opery Gilberta i Sullivana: „Gdy Jego Wysokość każe coś zrobić, to tak, jakby już było zrobione. A skoro jest już zrobione, to czemu nie miałby kazać?”. (To oczywiście parafraza, ale chodzi o ogólny sens).

Ayrton z Weigallem spojrzeli po sobie. Nie dogadywali się zbyt dobrze, lecz w tym wypadku absurdalne polecenia Davisa uczyniły z nich sprzymierzeńców.

– Nie da się tego zrobić bez zniszczenia reliefów – mruknął inspektor.

– Powiem to Davisowi. – Ned wyprostował się. – Chyba że pan woli to zrobić.

– Moja sytuacja, jeśli chodzi o relacje z panem Davisem, jest raczej delikatna – odparł sztywno Weigall.

Uważałam, że sytuacja Neda jest jeszcze delikatniejsza, ale nie było czasu na dyskusje. Gdyby tu rządził Emerson, nie pozwoliłby niczego ruszyć, dopóki płyta nie zostałaby zbadana, obfotografowana (jeśliby się dało), a dekoracje skopiowane (przez Davida). Podjęto by wszelkie możliwe wysiłki, żeby scalić delikatną złotą powłokę. Na to się oczywiście nie zanosiło, wobec czego uznałam za swój obowiązek zminimalizowanie szkód.

– Może udałoby się przerzucić mostek nad płytą – zasugerowałam. – Abdullah, nasz rais, ma duże doświadczenie w budowaniu takich konstrukcji.

– Właśnie miałem to zaproponować – rozpromienił się Weigall. – Chyba wiem, gdzie można znaleźć deski odpowiedniej długości.

– Zawiadomię Abdullaha – oznajmiłam. Weigall nie zaprotestował, choć musiał wiedzieć, że zawiadomię też mojego męża.

Emerson zachował się spokojniej, niż oczekiwałam, chociaż powinna byłam wiedzieć, że w sytuacjach kryzysowych można polegać na jego trzeźwym osądzie. A w kategoriach archeologicznych była to kryzysowa sytuacja. Niestety jedna z wielu i choć być może prowadząca do niniejszej katastrofy niż inne błędy tego typu, popełniane w Dolinie Królów, tym razem byliśmy jej świadkami i nie mogliśmy pozostać obojętni.

– Spójrz prawdzie w oczy, ojcze – powiedział Ramzes, gdy Emersonowi wyczerpał się zasób inwektyw. – Nie przegnasz stąd Davisa. Tylko inspektor Weigall mógłby go powstrzymać, ale on się do tego jakoś nie kwapi.

Nawet tak zwykle opanowanemu sir Edwardowi udzieliło się ogólne podniecenie.

– Czy oni mają jakiegoś fotografa? – dopytywał się. – Jak sądzicie, czy przyjęliby moją ofertę?

– Davis sprowadza kogoś z Kairu – odparła Nefret. – Mówił o jakimś panu Paulu, ale ten człowiek przyjedzie najwcześniej pojutrze.

Dzięki Abdullahowi robota została wykonana i mogliśmy opuścić nasze stanowisko. Deska miała zaledwie dziesięć cali szerokości, sięgała jednak od wejścia do końca korytarza i udało się ją tak zaklinować, że nie dotykała płyty. Weigall doprowadził prąd i zainstalował lampy. Sam poblask światła na złotych reliefach wystarczył, by poruszyć wyobraźnię, co musiało nam zresztą wystarczyć, bo inspektor nie pozwolił nikomu wejść na mostek. Emerson nie próbował z nim dyskutować. Miał nieruchomą twarz i zachowywał nienaturalny spokój. Podczas jazdy powrotnej w ogóle się nie odzywał, nie protestował też nawet, gdy w domu zaproponowałam mu kąpiel i przebranie się przed kolacją.

Choć sama również powinnam się odświeżyć, najpierw udałam się do salonu, by przejrzeć pocztę.

– Niech to diabli – powiedziałam do Davida, bo tylko on mi towarzyszył – z Kairu nic nie przyszło. Walter powinien się już odezwać.

– Przejdę się do urzędu – zaproponował. – Wiesz przecież, jacy oni są opieszali.

Miał tak poważną minę, że poklepałam go uspokajająco po ramieniu.

– Nie przejmuj się, Davidzie, na pewno nic się nie dzieje. Wolę, żebyś nie wychodził sam po nocy. Poślę któregoś z, naszych pracowników.

Zanim znalazłam Mustafę i wydałam mu polecenie, zrobiło się późno, zadowoliłam się więc pobieżnym opłukaniem w wannie i szybką zmianą odzienia. Fatima podała herbatę na werandzie, gdzie na sofie na całą jej długość bezczelnie wyciągnął się Horus. Szturchnęłam go lekko, ale stanowczo i kot zeskoczył, sycząc na mnie i wywijając nerwowo ogonem. Ramzes, który się właśnie zjawił, wydał okrzyk zdumienia.

– Jak ci się to udało, mamo?

– Uniknąć podrapania? Ha, to kwestia wyższości umysłowej i moralnej człowieka nad zwierzęciem.

– Hmm… – Ramzes wziął ode mnie filiżankę i usadowił się na parapecie, opierając się wygodnie o filar.

Odpoczywaliśmy w milczeniu. Mój syn nie kwapił się do rozmowy, a ja z przyjemnością popijałam herbatę, ciesząc się spokojem i ciszą. Jak pięknie rozkrzewił się mój bluszcz! Wyglądał jak zielona draperia, na poły przesłaniając szczeliny żaluzji i szeleszcząc łagodnie w wieczornym powiewie.

Wkrótce dołączyli do nas pozostali. Byliśmy już pogrążeni w ożywionej rozmowie o odkryciach tego dnia, gdy Ramzes poderwał się nagle i rozsunąwszy zasłonę liści, wyjrzał na zewnątrz. Jego cichy okrzyk kazał mi podbiec do drzwi.

Nadjeżdżał powóz, jeden z tych rozklekotanych pojazdów, które można było wynająć na przystani. Zatrzymał się przed frontem i zakołysał z trzaskiem, kiedy wysiadał z niego barczysty mężczyzna. Burnus przybysza, choć pomięty i brudny, uszyty był z dobrego materiału, a zakurzone skórzane sandały też były eleganckie. Dziwnie mi kogoś przypominał. Podobny był…

To przecież Daoud! Ledwie zdążyłam przyswoić sobie to zaskakujące odkrycie, gdy moim oczom ukazał się kolejny, nie mniej zadziwiający widok. Z powozu wysiadła odziana w czerń kobieta, której Daoud z szacunkiem pomógł zejść ze schodka. Nie puszczając jej dłoni, podszedł do mnie. Na jego szczerej, szerokiej twarzy malował się wyraz dumy.

– Przywiozłem ją, Sitt – oznajmił. – Całą i zdrową, tak jak kazałaś.

Nie miała zasłony na twarzy, a spod okrywającej głowę chusty wymykały się jasne loki.

– Evelyn? – wyszeptałam zaskoczona.

Nie była to jednak ona, tylko moja imienniczka, mała Amelia. Stała przede mną z pobladłą twarzą i zapadłymi oczami, a co najdziwniejsze – tutaj! Zajrzałam do powozu, ale nikogo więcej tam nie było.

– Gdzie twoi rodzice? Boże mój, chyba nie przyjechałaś sama? – indagowałam ją. – Lio… Daoudzie…

Dziewczynka, zamiast mi odpowiedzieć, wyciągnęła drżącą dłoń. Wciąż nie wierząc własnym oczom, ujęłam ją w swoje. Lia spojrzała na mnie błękitnymi, podkrążonymi oczami i na jej wargach pojawił się nikły uśmiech. Otworzyła usta, lecz zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, między nami stanęła Nefret.

– Jest wyczerpana – oświadczyła, obejmując dziewczynkę ramieniem. – Ja się nią zajmę, ciociu Amelio. Davidzie, pomóż mi.

W drzwiach werandy pojawili się pozostali. Nawet Ramzes zupełnie zdębiał. David otrząsnął się z osłupienia i wziął na ręce chwiejącą się małą postać. Otulił ją ramionami jak kociaka i ruszył za Nefret do domu.

– Jeżeli są szczególne okazje do napicia się whisky, na pewno jest to jedna z nich – usłyszałam za plecami głęboki głos. – Usiądź, Peabody, zanim się przewrócisz.

Daoud zaczął chyba podejrzewać, że coś tu jest nie tak. Przez jego twarz przebiegł skurcz zaniepokojenia, co ze względu na jej rozmiary potrwało kilka dobrych sekund.

– Czy źle postąpiłem, Sitt Hakim? – zapytał. – Powiedziałaś, że jeśli któreś z nich będzie chciało przyjechać…

– Nie postąpiłeś źle – odparł Ramzes, zerkając na mnie. – Mamo, daj mu herbaty. A ty, mój przyjacielu, usiądź sobie wygodnie i opowiedz nam wszystko po kolei, dobrze?

Mówiono mi wprawdzie, że Daoud to najlepszy gawędziarz w rodzinie Abdullaha, ale zazwyczaj był taki milczący, że trudno było w to uwierzyć. Teraz jednak, wobec słuchaczy tak skupionych, jak tylko każdy mówca mógłby sobie zażyczyć, pokazał, co potrafi. Miał głęboki, melodyjny głos, używał poetyckich metafor, a dłońmi wykonywał hipnotyzujące gesty. Metafory Daouda były jednak tak poetyckie, że chyba lepiej sama streszczę jego relację, dorzucając parę uwag, które temu prostolinijnemu człowiekowi nawet nie przyszłyby do głowy.

Mnie z kolei nigdy nie przyszłoby do głowy, że taka młoda, niedoświadczona dziewczyna jak Amelia może z zimną krwią dokonać tak wyrachowanej manipulacji! Podczas gdy jej rodzice wciąż jeszcze rozważali za i przeciw, ona podjęła już decyzję. Jedynym sposobem ściągnięcia ich do Luksoru było znalezienie się tu samej. Dzięki Bogu starczyło jej rozsądku, by nie wybrać się w drogę samotnie, szybko też zrozumiała, że nigdy nie przekona Selima, by ją ze sobą zabrał. Daoud natomiast, najłagodniejszy, najuprzejmiejszy – i nie najbardziej inteligentny – z naszych pracowników, był łatwą ofiarą. Do tego doszła moja własna wypowiedź, za którą sama chętnie kopnęłabym się w kostkę: „Jeżeli któreś z nich zdecyduje się jednak przyjechać…”. Cóż, powiedziałam to, a Daoud potraktował moje słowa poważnie. Zresztą dlaczego miałby tego nie zrobić? Widział niejednokrotnie, jak ja, Nefret czy nawet Evelyn podejmujemy samodzielnie decyzje i działamy niezależnie od mężczyzn. Egipskie kobiety tak nie postępowały, ale my byłyśmy z innej gliny. A skoro on towarzyszył dziewczynie, nic jej przecież nie groziło…

Whisky bardzo mi pomogła i z ciekawością słuchałam żywej relacji Daouda z podróży. Miał bilety powrotne pierwszej klasy – nigdy nie każemy naszym pracownikom znosić niepotrzebnych niewygód – i dość gotówki. Lia udała, że idzie się położyć, i spotkała się z nim przed hotelem. Zamieniła swój płaszcz na długą szatę i chustę, którą kazała Daoudowi kupić na targu, a potem poszli razem do pociągu. Podróż była długa i męcząca, lecz Daoud bardzo się starał, żeby upłynęła jego towarzyszce wygodnie – kupował owoce i przekąski na stacjach i przynosił wodę do odświeżenia twarzy i rąk, a większość czasu przedrzemała w bezpiecznym schronieniu jego ramienia.

– No i przyjechaliśmy – dokończył Daoud. – Przybyła niczym gołębica, wracająca do gniazda, a ja jej strzegłem, Sitt Hakim, przed drapieżnymi ptakami po drodze.

Tymczasem zapadł już zmrok. Fatima przyniosła lampy i została z nami, żeby także posłuchać.

Emerson odetchnął głośno.

– Doskonała opowieść, Daoudzie – rzekł. – I… dobra robota. Rozumiem, jak to się stało, i że nie twoja to… że starałeś się jak najlepiej. Na pewno też jesteś zmęczony, idź więc do domu i prześpij się.

Nefret dodała do tego swoje podziękowanie w formie serdecznego uścisku i Daoud odszedł z taką miną, jakby otrzymał medal.

– Zasnęła – powiedziała Nefret, nim zdążyłam zapytać. – Jest z nią David. Pomyślałam, że dobrze będzie, jeśli zobaczy po obudzeniu się znajomą twarz, bo może w pierwszej chwili nie pamiętać, gdzie się znajduje. Może wejdziemy do środka? Kolacja już chyba gotowa, ponieważ Mahmud zaczyna łomotać patelniami… jak zawsze, kiedy się spóźniamy.

Fatima syknęła z konsternacją i popędziła do kuchni. Nie miałam jej jednak za złe zaniedbania obowiązków – wszyscy zapomnieliśmy o całym bożym świecie, słuchając relacji Daouda.

– No i tak – podsumowałam, gdy zasiedliśmy wokół stołu. – Uważałam siebie za doskonałą znawczynię ludzkich charakterów, lecz wyznam, że Lia poważnie wstrząsnęła moją pewnością. Nie przypuszczałam, że stać ją na taką przebiegłość!

– I taką odwagę – dorzucił cicho Ramzes.

– To prawda. Kiedy pomyślę o tym kruchym stworzeniu wśród tłumów na stacji, a potem o tej długiej, męczącej podróży, o całej tej sytuacji, tak dla niej nowej i budzącej lęk… Czy coś ci powiedziała, Nefret?

– Niewiele. – Nefret oparła łokcie na stole. Przejęła ten nieelegancki zwyczaj od Emersona i nie mogłam go u niej wyplenić. – Była tak zmęczona, że zasnęła, kiedy ścieliłam jej łóżko. Powtarzała, żebyśmy nie winili Daouda, że to wszystko jej wina. Zostawiła rodzicom wiadomość i…

– Rany boskie! – krzyknęłam. – Jak mogłam o nich zapomnieć! Biedactwa, pewnie odchodzą od zmysłów.

– Podejrzewam, że są już w drodze do nas – rzekł Ramzes.

I tak w istocie było. Okazało się, że Mustafa przyniósł telegramy, ale widząc, że jesteśmy zajęci, położył je na stole w bawialni. Pierwszy Walter wysłał rano, kiedy odkryli zniknięcie Lii. W drugim powiadamiał nas już, że wsiadają razem z Selimem do następnego ekspresu, który przybędzie do Luksoru koło północy. Powstało wobec tego pytanie, kto po nich wyjedzie. Emerson rozstrzygnął to od razu, mówiąc stanowczym tonem:

– Ramzes z Davidem i ze mną. Nie, Peabody, w przeciwieństwie do ciebie uważam, że nie potrzeba nam twojej ochrony. Pamiętaj też, żebyś nie wychodziła z domu. Jeśli otrzymasz napisaną krwią wiadomość, że masz natychmiast przybyć mi na ratunek, możesz od razu przyjąć, że to nie ode mnie.

Przez jakiś czas trwało zamieszanie i zgiełk jak przed bitwą pod Waterloo. Lia niesamowicie zakłóciła nasz zwykły porządek działań, ale gdy spojrzałam na jej zmierzwione loki i drobną bladą twarzyczkę, nie potrafiłam się na nią gniewać. Spała w łóżku Nefret zwinięta w kłębek, a David siedział przy niej na krześle. Widząc jego ściągniętą niepokojem twarz, położyłam mu uspokajająco dłoń na ramieniu.

– Idź coś zjeść, Davidzie. Nie ma powodów do niepokoju, Lia jest bezpieczna, a Walter z Evelyn już tu jadą, razem z Selimem. Emerson chce, żebyś mu towarzyszył na stację.

– Oczywiście. Nie… zbesztasz jej, prawda, ciociu Amelio?

– Może troszeczkę – odparłam z uśmiechem. – Twoja braterska troska dobrze o tobie świadczy, ale nie martw się; zbyt wielką czuję ulgę, żeby się gniewać. Na pewno można podziwiać jej odwagę, chociaż nie rozsądek.

Przyjrzawszy się policzkom dziewczynki i posłuchawszy jej oddechu, uznałam, że nie dolega jej nic takiego, czego nie uleczyłby odpoczynek. Moje doświadczenie medyczne podpowiedziało mi, że będzie spała aż do rana, jeśli jej nic nie przeszkodzi. Nie gasząc nocnej lampki i zostawiając uchylone drzwi, poszłam poszukać innych. W salonie nie było nikogo poza Fatimą… i sir Edwardem, który słuchał jej z wyraźnym zainteresowaniem.

Kiedy mnie zobaczyła, zamilkła i wyszła pospiesznie, mamrocząc coś na temat ręczników i prześcieradeł.

– Opowiadała mi o państwa bratanicy – oznajmił sir Edward. – Bardzo chciałbym poznać pannę Emerson. Wygląda na równie niezależną i odważną jak pozostałe kobiety z rodziny.

– Jest nieco zbyt niezależna jak na siedemnastoletnią dziewczynę – odparłam. – Ale wszystko dobre, co się dobrze kończy. Proszę wybaczyć, muszę sprawdzić, czy pokój gościnny jest przygotowany.

– A ja zabiorę swoje rzeczy z tego, który zająłem.

– Nie ma z tym pośpiechu. Dziś Lia śpi u Nefret, a jutro może się okazać, że Walter i Evelyn od razu wrócą z nią do Kairu.

– To chyba byłoby wskazane, pani Emerson.

Przerwał mu ryk wzywającego mnie męża.

– Rany boskie! – wykrzyknęłam. – Przecież obudzi dziecko!

Ktoś jeszcze pomyślał to samo – pod drzwiami pokoju Nefret spotkałam wychodzącego Davida.

– Nie obudziła się – oznajmił.

– To dobrze. Idź już, Emerson się wścieka. Pamiętaj, przekonaj Selima, żeby się za bardzo nie złościł na Daouda.

Emerson potrzebował mojej pomocy w odnalezieniu swego płaszcza, który wisiał na haku tuż przed jego nosem. Pomogłam mu go włożyć, wygładziłam klapy i napomniałam, żeby uważał. W istocie, poważne twarze całej trójki bardziej kojarzyły się z ekspedycją ratunkową niż z grupką dżentelmenów, idących spotkać przyjaciół. Zasugerowałam, żeby wzięli ze sobą sir Edwarda, ale Emerson pokręcił głową.

– Niech lepiej zostanie tutaj. I pamiętaj, Peabody, co ci mówiłem…

Przerwałam jego wykład i pożegnałam ich z wesołym uśmiechem. Pociąg mógł się spóźnić, jak to często bywało, lecz oni musieli być na peronie o czasie. Moja droga Evelyn na pewno umierała z niepokoju o córkę i powinna jak najszybciej usłyszeć, że Lia jest cała i zdrowa.

Tej nocy nie mieliśmy co liczyć na wyspanie się. Nefret poszła do Lii, ale ja jakoś nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Poprosiłam Fatimę o zrobienie kawy i poszłam z nią do kuchni.

– Widzę, że się zaprzyjaźniłaś z sir Edwardem – zagadnęłam ją.

– Jest bardzo uprzejmy – odparła, sięgając po tacę. – Czy powinnam przestać z nim rozmawiać, Sitt Hakim?

– Ależ skąd. A o czym rozmawiacie?

– O wielu rzeczach. – Kiedy mówiła, jej pracowite ręce ustawiały cukiernicę, filiżanki i spodki. – O mojej pracy, o tym, jakie życie miałam przedtem, a jakie mam teraz, o… och, o różnych drobiazgach, Sitt Hakim. Nie potrafię mądrze rozmawiać, ale on słucha mnie z uśmiechem. Jest bardzo uprzejmy.

– To prawda – odparłam w zamyśleniu. – Dziękuję, Fatimo. Jest już późno, może chcesz się położyć?

– Och nie, Sitt, nie mogłabym. – Popatrzyła na mnie. – Kiedy przyjadą, będą głodni i zmęczeni, ale na pewno będą bardzo uradowani, że ich dziecko jest bezpieczne. Chciałabym też nacieszyć się ich szczęściem. Czy bardzo będą gniewać się na Daouda, Sitt Hakim? On nie chciał źle, to dobry człowiek.

– Wiem, Fatimo. – Poklepałam ją po ramieniu. – Myślę, że zdołam ich o tym przekonać. Oboje bardzo lubią Daouda.

Pytania, jakie zadawałam na temat sir Edwarda, nie wypływały z podejrzliwości. Nawet tak bujna wyobraźnia jak moja nie potrafiła podsunąć mi żadnego złowrogiego powodu jego zainteresowania Fatimą. Było nie do pomyślenia, żeby jej lojalnością mogła zachwiać łapówka czy groźba, poza tym nie wiedziała niczego, co można by wykorzystać przeciwko nam. Uprzejme zainteresowanie sir Edwarda ujawniło nowy rys jego charakteru; być może, myślałam, kontakt z nami uczynił go bardziej otwartym i łagodnym.

Poszłam z tacą do pokoju Nefret. Siedziała przy łóżku, czytając. Powiedziała, że nie chce kawy i że zostanie z Lią. Wyraźnie czułam, że woli zostać sama, choć nie wiedziałam dlaczego. Moje niespokojne nogi zaniosły mnie na dziedziniec, gdzie przez gałęzie sączyło się światło księżyca, a nocny wiatr chłodził moją twarz. Dostrzegłam nieruchomą postać strażnika, blady kształt w mroku. Zastanawiałam się, czy nie zapadł w drzemkę, a gdy po chwili po prawej stronie coś poruszyło się pod ścianą, zadrżałam. Ale cichy głos sir Edwarda szybko mnie uspokoił.

– Proszę się nie obawiać, pani Emerson, to tylko ja.

Podeszłam do ławki, na której siedział.

– Myślałam, że pan już śpi, sir Edwardzie.

– Jeden z waszych dzielnych strażników przysnął – odrzekł, wstając i biorąc tacę z moich rąk. – A ja i tak nie mogłem zasnąć. Z przyjemnością napiję się kawy. Nalać pani filiżankę?

Przytaknęłam i przyglądałam się, jak jego wypielęgnowane dłonie uwijają się zręcznie pomiędzy naczyniami.

– Czy nie mógł pan zasnąć z jakiegoś szczególnego powodu? – zapytałam.

Sir Edward milczał przez chwilę.

– Zastanawiałem się, czy powinienem panią o tym poinformować – mruknął w końcu. – Nie chciałbym dokładać pani trosk, jednak…

– Wolę nawet nieprzyjemne fakty od niewiedzy – zapewniłam go, przyjmując filiżankę.

– Tak właśnie sądziłem. Więc dobrze… Nie ujawniłem wszystkich moich planów na dzisiejszy wieczór. W istocie byłem na kolacji w Winter Palace, ale później udałem się do pewnego przybytku, o którym już pani wie. Oczywiście wyłącznie w związku z naszym dochodzeniem.

W to nie wątpiłam. Mężczyzny o tak wybrednych gustach z pewnością nie skusiłyby „atrakcje”, oferowane przez ów przybytek.

– Oszczędzę pani szczegółów – ciągnął sir Edward. – Wystarczy powiedzieć, że dość mocno rzucałem się w tym miejscu w oczy i natychmiast wzbudziłem podejrzenia. Wyszedłem stamtąd, nie uzyskawszy żadnych odpowiedzi, wyczułem jednak, że odmowa ich udzielenia wynikała bardziej ze strachu niż z niewiedzy.

– A co z tą dziewczyną, o której mówiła Nefret?

Jego usta ściągnęły się w grymasie niesmaku.

– Jest tam kilka młodych kobiet, ale opis był zbyt ogólny, bym mógł rozpoznać właśnie tę. Reasumując, wizyta okazała się nie tylko nieprzyjemna, lecz i zupełnie bezowocna. Nawet bym o niej nie wspomniał, gdybym nie uznał za konieczne ostrzeżenie pani. Znam panią już dość dobrze i znam pannę Forth. Pod żadnym pozorem nie powinna tam już chodzić. Nigdy!

Taka gwałtowna wypowiedź z ust tak opanowanego człowieka zabrzmiała dziwnie niepokojąco.

– Zgadzam się z panem – odparłam z namysłem. – Wygląda jednak na to, że poza ogólną niewłaściwością takiego działania ma pan na uwadze jakiś szczególny powód, jakieś szczególne zagrożenie. Bardzo proszę, niech pan mi je wyjawi.

– Nie rozumie pani? – Odstawił filiżankę i spojrzał mi prosto w oczy. – Za pierwszym razem przyjście panny Forth ich zaskoczyło… nikt by się nie spodziewał czegoś takiego.

– Ramzesa i Davida także z pewnością nie oczekiwali.

– To prawda, ale to zachowanie panny Forth, jej szczery i pełen współczucia apel do tych nieszczęsnych kobiet mógł komuś podpowiedzieć, że dałoby się zwabić ją w pułapkę. Ja od początku nie wierzyłem w autentyczność tego liściku. Gdyby jej pani nie przeszkodziła, czy nie poszłaby na to spotkanie sama? Czy nie zareagowałaby na kolejne takie wezwanie, czy ulękłaby się niebezpieczeństw tego miejsca, gdyby uznała, że autorce liściku coś grozi? Musi ją pani przekonać, że taki czyn byłby szaleństwem!

Jego głos drżał z emocji. Czyżby aż tak bardzo mu na niej zależało? Może osądziłam go niewłaściwie?

– Czy aż tak bardzo panu na niej zależy, sir Edwardzie? – zapytałam.

Odpowiedział mi dopiero po wydaniu kilku dziwnych odgłosów, przypominających duszenie się.

– Powinienem był już przywyknąć do pani bezpośredniego stylu, pani Emerson. Ostrzegła mnie pani już kiedyś, że nigdy nie uda mi się zdobyć jej względów.

– I miałam rację?

– Tak – odparł cichym jak westchnienie głosem. – Wówczas nie chciałem pani wierzyć, ale teraz już wiem, że nigdy nie będzie moja.

Nie odpowiedział na moje pierwsze pytanie, ale nie zamierzałam go powtarzać. Znałam odpowiedź.

Pociąg się oczywiście spóźnił. Dopiero około trzeciej nad ranem długo wyczekiwany turkot kół kazał mi wybiec na werandę. Emerson wynajął dla podróżników i ich bagaży powóz (wciąż mu powtarzam, że powinniśmy sprawić sobie własny, ale bez skutku) i wreszcie mogłam uściskać Evelyn i Waltera. Byli półżywi ze zmęczenia, lecz żadne nie chciało odpocząć, dopóki nie ujrzą córki na własne oczy.

Nefret usnęła na materacu, który rozłożyliśmy przy łóżku. W świetle lampki nocnej, padającym na zaróżowione snem twarze i rozrzucone loki, dziewczęta stanowiły uroczy widok. Nefret od razu się zbudziła i natychmiast przyłożyła palec do ust, toteż wycofaliśmy się po cichu z sypialni, a ona z nami.

Walter i Evelyn, choć tak bardzo zmęczeni, byli zbyt podekscytowani, żeby zaraz pójść spać. Rozsiedliśmy się więc w salonie, wokół wniesionej przez Fatimę góry jedzenia. Rozpierających nas głębokich emocji i radości nie dało się powściągnąć i znów zaczęliśmy wymieniać serdeczne uściski, popłynęły łzy, posypały się zapewnienia o wzajemnym oddaniu i protesty.

Jako pierwszy wygłosił w miarę spójną kwestię Walter:

– Sam nie wiem, czy powinienem stłuc Daouda na kwaśne jabłko, czy podziękować mu z całego serca.

– To drugie – poradził mu Emerson. – Jest od ciebie dwa razy większy.

– Ale i tak stałby spokojnie i pozwolił się bić – stwierdził Ramzes. – To nie była jego wina, stryju Walterze.

– Wszyscy mi to powtarzają. – Walter przesunął dłonią po oczach. – No, w każdym razie jesteśmy tutaj i wspaniale jest was znowu zobaczyć. Dobrze wyglądasz, Amelio… wyjątkowo dobrze w tych okolicznościach.

– Ona się żywi takimi rzeczami – mruknął Emerson.

Evelyn usadziła chłopców obok siebie i przyglądała im się z, czułą matczyną troską.

– Wy dwaj też wyglądacie o wiele lepiej, niż oczekiwałam – powiedziała. – Twoja ręka, Ramzesie…

– Ma się już dużo lepiej – zapewnił ją. – Mama i Nefret robią wiele hałasu o nic.

Evelyn obdarzyła go uśmiechem i obróciwszy się do Davida, musnęła pieszczotliwie dłonią jego policzek.

– O ciebie także się martwiliśmy, mój drogi. Gdyby nie wzgląd na Lię, przyjechalibyśmy tu bez wahania.

David, zbyt poruszony, by coś powiedzieć, pochylił głowę i uniósł dłoń Evelyn ku swym ustom.

Emerson zaczął się nerwowo kręcić. Nie przepada za nadmiernym okazywaniem czułości – w każdym razie nie publicznie.

– Wy dwoje za to wyglądacie jak upiory – oświadczył. – Idźcie do łóżka, jutro porozmawiamy. A wy, chłopcy, powiedzcie dobranoc i idziemy.

– Idziemy? – zdziwiłam się. – Dokąd, o tej godzinie?

– Do Doliny oczywiście. Davis zacznie demolować grobowiec z samego rana i chcę tam być przed nim.

– Nie możesz tego robić, Emersonie!

– Nie mogę udzielić mu paru pożytecznych rad i w taktowny sposób wytłumaczyć, że powinien przestrzegać podstawowych zasad naukowo prowadzonych wykopalisk? A cóż w tym złego?

– To grobowiec Davisa, nie twój. Nie powinieneś…

– Grobowiec – zaczął Emerson górnolotnym tonem, jakim wygłaszał mowy – nie jest własnością Davisa, Amelio. Należy do narodu egipskiego i do świata.

Biła z tych słów taka obłuda, że wybuchnęłabym śmiechem, gdyby nie ogarnęła mnie zgroza. Ale Walter się roześmiał, i to tak gwałtownie, że musiał obetrzeć sobie oczy, a jeśli nawet w jego śmiechu pobrzmiewała odrobina histerii, trudno go było za to winić.

– Nie przejmuj się, kochana Amelio – wysapał w końcu. – Radcliffe opowiedział nam wszystko po drodze. Ani ty go nie powstrzymasz, ani ja. Nie powstrzymają go nawet zastępy niebieskie. Radcliffe, chłopie drogi, jak to dobrze być znowu z wami!

Emerson nie zgodził się zabrać mnie z sobą, oznajmiając, że jestem niezbędna w domu, żeby wszystkiego dopilnować. Nie przejęłabym się tym wcale, gdyby nie to, że jednocześnie uległ naleganiom Nefret.

– Hmm, właściwie czemu nie – stwierdził. – Możesz się nam przydać. Potrafisz podejść Davisa jak nikt inny. Nie zapomnij aparatu.

Przepełniona niepokojem, odciągnęłam Ramzesa na stronę.

– Nie pozwól mu nikogo uderzyć, synu, a szczególnie pana Weigalla. Ani pana Davisa. Ani…

– Zrobię, co się da, mamo.

– I uważaj na Nefret. Nie pozwól jej…

– Nigdzie odchodzić samej? Nie ma obawy. – W jego ciemnych oczach błysnęło jakby rozbawienie. – Będzie zbyt zajęta flirtowaniem z panem Davisem.

– O rany – mruknęłam.

– Wszystko będzie dobrze, mamo. Jak nieprzyjaciel mógłby zastawić na nas pułapkę, skoro nawet my sami nie wiemy, jakie diabelstwo ojciec wymyśli za chwilę?

Wyprawiłam ich w drogę i wróciłam do swoich zajęć. Fatima wyposażyła gościnny pokój we wszystko, co niezbędne, łącznie z płatkami róż w wodzie do mycia; kiedy jednak zajrzałam do sypialni Nefret, by sprawdzić, jak się miewa Lia, ujrzałam jej matkę leżącą na materacu przy łóżku. Obie spały. Otarłam łezkę z oka i podeszłam do drzwi pokoju Waltera. Odgłos chrapania upewnił mnie, że i on się poddał. Drzwi sir Edwarda były uchylone i padało stamtąd światło; mimo że nie wziął udziału w radosnym spotkaniu, najwyraźniej nie spał i czuwał.

Kazałam Fatimie iść spać i sama się położyłam, by złapać choć parę godzin odpoczynku. Odpoczęłam w istocie, lecz natłok wrażeń i pytań w mojej głowie nie pozwolił mi zasnąć zbyt głębokim snem. To, co powiedział sir Edward, uczciwie przyznam, nie przyszło mi samej do głowy. Znając jednak Nefret tak, jak ją znałam, mogłam się obawiać, że miał rację. Należało też rozważyć niesłychany postępek Lii. Myśląc o jej udręczonych rodzicach, znowu poczułam na nią złość. Jak nierozważni i egoistyczni potrafią być młodzi ludzie! Nie wątpiłam w uczucia Lii wobec nas, ale swoim rodzicom winna była ich więcej. Wiedziałam, że przynajmniej w części powodowało nią egoistyczne pragnienie postawienia na swoim.

Moje myśli zajmował jednak przede wszystkim, jak zawsze, Emerson. Czy martwiłam się o jego bezpieczeństwo? Nie za bardzo. Była ich czwórka, wszyscy na koniach i wyczuleni na zagrożenie. Dla pokonania ich konieczny byłby frontalny atak, poza tym nikt nie mógł przypuszczać, że o tej godzinie będą już w drodze. Bardziej niepokoiłam się niepohamowanym temperamentem Emersona. Już miał na pieńku z Departamentem Starożytności, nie wspominając o Davisie. Co on tam teraz robił, w grobowcu Davisa? Co się działo w ciemnościach nocy w Dolinie? I co u diabła mogło się znajdować w tym grobowcu? Sama również nie całkiem byłam odporna na archeologiczną gorączkę.

Z manuskryptu H

Ramzes widział, jak bardzo podekscytowany jest jego ojciec, i był świadom, że nic, poza fizyczną przemocą, nie utrzyma go z dala od grobowca Davisa. Przez chwilę zastanawiał się, czy ojciec przerwałby jakieś ciekawe wykopaliska, widząc, że jego syna ktoś napadł. Zaraz jednak zbeształ się za takie myśli. Emerson oczywiście schwytałby napastnika, znokautował go, zapytał: „Czy nic ci nie jest, synu?” – i powrócił do pracy.

Z Nefret było oczywiście inaczej. Ojciec kiedyś oświadczył, że zabije każdego, kto ośmieli się ją tknąć, i Ramzes nie wątpił, że spełniłby swoją groźbę. Ale on sam zrobiłby dokładnie to samo.

Dotarli do wylotu Doliny na godzinę przed świtem. W oślim parku nie było nikogo poza jednym z gafirów, śpiącym na kupie szmat. Odpowiedzieli na pytania Araba kilkoma monetami i zostawili pod jego opieką konie.

Księżyc zaszedł, ale świeciły gwiazdy. Włosy Nefret połyskiwały w ich blasku.

Robotnicy pozostawieni na straży przy nowym grobowcu spali, lecz jednego z nich zbudził chrzęst kamieni pod butami przybyszy i usiadł, przecierając oczy.

– Ach, to Ojciec Przekleństw – wymamrotał w odpowiedzi na ciche powitanie Emersona – i Brat Demonów, i…

– I inni – dokończył Emerson. – Śpij sobie dalej, Husseinie. Wybacz, że cię obudziliśmy.

– Co zamierzasz robić, Ojcze Przekleństw?

– Posiedzieć sobie na tej skale – padła spokojna odpowiedź.

Mężczyzna zwinął się z powrotem w kłębek. Egipcjanie dawno już stwierdzili, że postępowanie Ojca Przekleństw trudno jest zrozumieć. Opinię tę podzielało także wielu nie-Egipcjan.

Emerson wydobył fajkę, a pozostali usiedli przy nim.