/ Language: Polski / Genre:sf

Ten zwariowany Wszechświat

Fredric Brown


Fredric Brown

Ten zwariowany Wszechświat

ROZDZIAŁ I

Błysk

Pierwsza próba wystrzelenia rakiety na Księżyc, w 1954 roku, zakończyła się niepowodzeniem. Prawdopodobnie z powodu błędu konstrukcyjnego w układzie sterowania rakieta spadła na Ziemię powodując śmierć dwunastu, osób. Chociaż nie wyposażona w głowicę bojową, rakieta, by jej lądowanie mogło być obserwowane z Ziemi, miała potencjometr Burtona nastawiony tak, by w czasie lotu przez Kosmos zgromadził olbrzymi potencjał elektryczny, który w momencie zetknięcia z Księżycem wyzwoliłby się jako błysk kilka tysięcy razy jaśniejszy od błyskawicy — i kilka tysięcy razy bardziej niszczycielski.

Na szczęście rakieta spadła w słabo zaludnionej okolicy, nie opodal wzgórz Catskill, lądując na terenie posiadłości bogatego właściciela sieci gazet. Właściciel i jego żona, dwoje gości oraz osiem osób służby zginęło na skutek wyładowania elektrycznego, które całkowicie zniszczyło dom i powaliło drzewa w promieniu ćwierć mili. Odnaleziono tylko jedenaście ciał. Uważa się, że jeden z gości, redaktor, znalazł się tak blisko miejsca katastrofy, iż jego ciało całkowicie wyparowało. Kolejna — i zakończona sukcesem — próba wystrzelenia rakiety nastąpiła rok później, w 1955 roku.

Pod koniec seta Keith Winton był już nieźle zdyszany, lecz starał się jak najusilniej tego nie okazywać. Nie grał już od lat, a tenis — z czego właśnie zdał sobie sprawę — jest stanowczo grą ludzi młodych. Nie to żeby on był stary, w żadnym razie — ale po trzydziestce szybko dostaje się zadyszki, chyba że się dużo trenuje. Keith nie robił tego i musiał się naprawdę sprężyć, żeby wygrać tego seta.

Teraz sprężył się jeszcze bardziej, na tyle, by przeskoczyć przez siatkę i podejść do dziewczyny po drugiej stronie. Był trochę zdyszany, ale zdołał się do niej uśmiechnąć.

— Masz czas na jeszcze jeden?

Betty Hadley potrząsnęła blond czupryną.

— Chyba nie, Keith. Już jestem spóźniona. Nie zostałabym tak długo, gdyby pan Borden nie obiecał, że każe szoferowi dowieźć mnie na lotnisko w Green — ville, skąd będę mogła polecieć do Nowego Jorku. Czyż on nie jest wspaniałym pracodawcą?

— Uhm — mruknął Keith, wcale nie myśląc o panu Bordenie. — Naprawdę musisz już wracać?

— Kategorycznie tak. To spotkanie absolwentek mojej starej alma mater. I nie dość, że muszę tam być, ale jeszcze każą mi wygłosić mowę; powiedzieć im, jak się redaguje magazyn z romansami.

— Mógłbym tam pójść — zasugerował Keith — i opowiedzieć im, jak się redaguje science fiction. Albo nawet magazyn typu horror, bo zanim Borden przydzielił mi Surprising Stories, prowadziłem Bloodcurdling Tales. Miewałem wtedy koszmarne sny. Może twoje koleżanki — absolwentki chciałyby o nich posłuchać, co?

Betty Hadley roześmiała się.

— Pewnie tak. Jednak to impreza tylko dla samic. Nie rób takiej smutnej miny, Keith. Zobaczymy się jutro w biurze. Przecież świat się nie kończy dzisiaj, prawda?

— No, tak — przyznał Keith. W pewnym sensie mylił się, ale nie miał o tym pojęcia.

Zajął miejsce u boku Betty, która przeszła przez kort do wielkiego domu — letniej siedziby L. A. Bordena, wydawcy licznych gazet należących do koncernu Bordena.

— Mimo wszystko powinnaś zostać i obejrzeć fajerwerk — powiedział do niej.

— Fajerwerk? A, masz na myśli rakietę. A będzie co oglądać, Keith?

— Mają taką nadzieję. Czytałaś coś o tym?

— Niewiele. Wiem, że rakieta ma błysnąć, kiedy zderzy się z Księżycem — jeżeli to nastąpi. I spodziewają się, że błysk będzie widoczny gołym okiem, tak że wszyscy na to czekają. Ma to nastąpić piętnaście po dziewiątej, prawda?

— Szesnaście po dziewiątej. Ja w każdym razie czekam na to z niecierpliwością. Jeśli będziesz miała okazję, patrz na środek tarczy, dokładnie między rogami półksiężyca. Jest nów, w razie gdybyś nie wiedziała, i rakieta uderzy w obszar zacieniony. Jeżeli patrzeć bez teleskopu, zauważy się tylko słaby błysk, jak płomyk zapałki zapalonej dwie przecznice dalej. Trzeba się przyglądać bardzo uważnie.

— Mówią, że rakieta nie posiada ładunku wybuchowego. Co spowoduje błysk?

— Wyładowanie elektryczne o niespotykanej dotąd sile. Rakieta jest wyposażona w nowy przyrząd — opracowany przez profesora Burtona — wykorzystujący przyspieszenie i przekształcający je w potencjalną energię elektryczną — elektryczność statyczną. Cała rakieta jest jakby ogromną butelką lejdejską. I leci w próżni kosmicznej, tak że ładunek nie może uciec ani się wyzwolić w postaci błysku, dopóki rakieta nie uderzy w cel, a kiedy to nastąpi… no, to będzie coś więcej niż błyskawica. Zbledną przy tym wszystkie krótkie spięcia.

— Czy nie prościej byłoby użyć materiału wybuchowego?

— Och, z pewnością, ale w ten sposób otrzymamy o wiele jaśniejszy błysk przy mniejszym ciężarze rakiety, niż gdybyśmy zaopatrzyli ją w głowicę — nawet atomową. A potrzebny jest jasny błysk, nie eksplozja. Oczywiście, rakieta zniszczy trochę terenu — nie tyle co bomba A, ale raczej jak zwykła bomba burząca — jednak to nie ma znaczenia. Oni się spodziewają, że przez dołączenie spektrometrów do wszystkich wielkich teleskopów na nocnej stronie Ziemi dowiedzą się sporo o składzie gleby Księżyca. Oni…

Doszli już do bocznych drzwi domu i Betty Hadley przerwała Keithowi kładąc mu dłoń na ramieniu.

— Przepraszam, że ci przerywam, Keith,ale naprawdę muszę się spieszyć. Słowo daję, inaczej spóźnię się na samolot. Cześć.

Wyciągnęła do niego rękę, ale Keith Winton nie ujął jej, lecz położył ręce na ramionach dziewczyny i przyciągnął ją do siebie. Pocałował ją — i przez zapierającą dech w piersi sekundę jej wargi poddały się jego wargom. Później się odsunęła — ale oczy miała błyszczące i odrobinę zamglone. Powiedziała:

— Cześć, Keith! Zobaczymy się w Nowym Jorku.

— Jutro wieczorem? Umowa stoi.

Kiwnęła głową i wbiegła do domu. Keith został przed drzwiami z wyrazem oszołomienia na twarzy, oparty o słupek werandy. Znów zakochany, ale tym razem różniło się to od wszystkich jego dotychczasowych miłostek.

Zna Betty Hadley zaledwie od trzech dni; w rzeczy samej przed tym cudownym weekendem widział ją tylko raz. Było to w czwartek, kiedy po raz pierwszy zjawiła się w Wydawnictwach Bordena. Miesięcznik, który redagowała, Perfect Love Stories, został właśnie odkupiony przez Bordena od mniejszego wydawcy. I Borden był na tyle sprytny, by przejąć magazyn razem z redaktorką. Betty Hadley radziła sobie bardzo dobrze przez trzy lata jako naczelny redaktor, a Whaley Pub — lishing Company chciała sprzedać magazyn tylko dlatego, że zmieniła profil wydawniczy, przechodząc wyłącznie na publikacje czasopism popularnonaukowych; Perfect Love Stories był ich ostatnim magazynem zawierającym wyłącznie prozę.

Tak więc Keith spotkał Betty Hadley w czwartek i czwartek wydawał mu się teraz najważniejszym dniem w jego życiu.

W piątek musiał pojechać do Filadelfii i zobaczyć się z jednym ze swych autorów, facetem, który naprawdę umiał pisać, ale otrzymał zaliczkę na poczet nowej powieści i zdawało się, że o tym zapomniał. Keith próbował nakłonić go do pracy i jego zdaniem, zrobił to skutecznie.

W każdym razie ominęło go spotkanie z Joe Doppelbergiem, jego najzagorzalszym wielbicielem, który wybrał sobie piątek na dzień wizyty w Nowym Jorku i odwiedziny w biurach Bordena. Sądząc po listach Joe Doppelberga, unikniecie spotkania z nim było niewątpliwym sukcesem.

Później, w sobotę, Keith zjawił się tu po południu na zaproszenie L.A. Bordena. Był tu już trzeci raz, ale zwyczajny weekend w posiadłości szefa zmienił się w cudowną przygodę, kiedy jednym z pozostałych dwojga gości z biura okazała się Betty Hadley.

Betty Hadley — wysoka, smukła i złotowłosa, o jedwabistej, opalonej skórze, z twarzą i figurą pasującą raczej do ekranu telewizora niż biura redakcji…

Keith westchnął i wszedł do domu.

W wielkim pokoju o ścianach wyłożonych boazerią z orzecha L.A. Borden i Walter Callahan, główny księgowy Bordena, grali w remika.

Borden spojrzał na wchodzącego i skinął głową.

— Część, Keith. Chcesz zająć moje miejsce po tej partii? Już prawie skończyliśmy. Muszę napisać kilka listów, a Walter zapewne równie chętnie ogra ciebie, jak mnie.

Keith potrząsnął głową.

— Też muszę się zabrać do roboty, panie Borden. Goni mnie termin; muszę napisać tekst do działu odpowiedzi na listy. Zabrałem ze sobą walizkową maszynę do pisania i teczkę z listami czytelników.

— Och, daj spokój; nie ściągnąłem cię tu, żebyś pracował. Nie możesz tego zrobić jutro w biurze?

— Bardzo bym chciał, panie Borden — powiedział Keith — ale mam zaległości w pracy, a materiał musi pójść do druku jutro rano, najpóźniej o dziesiątej. W południe zamykają numer, więc nie mogę nawalić. To tylko parę godzin roboty, więc wolę zrobić to teraz i mieć wolny wieczór.

Przeszedł przez pokój i wstąpił na schody. Kiedy się znalazł w swoim pokoiku, wyjął maszynę z walizki i postawił na biurku. Z nesesera wyciągnął teczkę z korespondencją adresowaną do Poczty Rakietowej lub — gdy nadawca był śmielszy — do Rakietowca.

Na samym wierzchu leżał list Joego Doppelberga. Keith położył go tam, ponieważ z treści wynikało, że Joe Doppelberg może zjawić się osobiście, i Keith chciał mieć list pod ręką.

Wkręcił papier w maszynę, wystukał nagłówek „Poczta Rakietowa” i zaczął:

No, bracia kosmopiloci, dzisiejsza noc — kiedy to piszę, nie kiedy to czytacie — to wielka noc, to wielka noc i wasz Rakietowiec wyszedł, żeby to zobaczyć. I naprawdę to widział, ten błysk światła na ciemnej tarczy Księżyca, oznaczający szczęśliwe lądowanie pierwszej rakiety wystrzelonej w Kosmos przez Człowieka.

Spojrzał krytycznie na tekst, wyrwał kartkę z maszyny i założył nową. To było zbyt urzędowe, zbyt napuszone dla jego fanów. Zapalił papierosa i napisał wstęp od nowa; tym razem wyszło mu lepiej — czy też raczej gorzej.

W przerwie, gdy czytał to, co napisał, usłyszał odgłos otwieranych i zamykanych drzwi oraz stuk wysokich obcasów na schodach. To pewnie odjeżdżała Betty. Keith wstał, żeby podejść do drzwi, ale znów usiadł. Nie, ponowne pożegnanie w obecności Bordenów i Callahana popsułoby efekt. O wiele lepiej zostawić rzecz na tym krótkim, lecz zapierającym dech w piersi pocałunku i obietnicy, że zobaczą się jutro wieczorem.

Westchnął i wziął pierwszy list z kupki. Joe Doppelberg pisał:

Drogi Rakieciarzu!

W ogóle nie powinienem do Ciebie pisać, bo wasz ostatni numer śmierdział jak stąd do Arktura, z wyjątkiem kawałka Wheelera. Kto powiedział temu baronowi Gormleyowi, że umie pisać? A jego kosmonawigacja? Ten grafoman nie zdołałby w słoneczny dzień przeprawić się łódką przez Mud Creek.

A ta okładka Hoopera — dziewucha była w porządku, nawet bardziej niż w porządku, ale który towar na okładce nie jest? Ale to, co ją goni — czy to miał być jeden z merkuriańskich diabłów z opowiadania Weelera? No to powiedzcie Hopperowi, że mogę sobie wyobrazić straszniejsze BEM — y zupełnie na trzeźwo, bez jednego kielonka wenusjańskiej pędzonki.

Czemu ona się po prostu nie odwróci i nie zacznie gonić potwora?

Trzymacie Hoopera w środku — jego czarno-białe obrazki są w porządku — postarajcie się o kogoś innego na okładki. Może Rockwella Kenta albo Dalego? Założę się, że Dali mógłby zrobić delikatesowego BEM — a na okładkę. Chwytasz to, Rak? Delikatesowy Dali.

Słuchaj, Rak, trzymaj to mleko od wściekłych robaków z Urana pod ręką i dobrze schłodzone, bo zamierzam wpaść, gdzieś w tym tygodniu. Nie zjawiam się na nowojorskim kosmodromie tylko po to, żeby cię zobaczyć, nie pochlebiaj sobie, Rak. Jednak ponieważ i tak będę w mieście, chcę sprawdzić, czy jesteś tak brzydki, jak mówią.

Jeden z twoich ostatnich pomysłów, Rak, bije na głowę wszystko. Chodzi mi o. wprowadzenie rubryki fotografii najciekawszych i najbardziej regularnych korespondentów. Mam dla ciebie niespodziankę. Wysyłam ci moją. Miałem zamiar ją przywieźć, ale wysłana dotrze do ciebie wcześniej i w ten sposób zdążysz ją umieścić w drukowanym aktualnie numerze.

Hej — ho! Raku, zabij utuczonego księżycowego cielca, ponieważ zobaczymy się niebawem, a może jeszcze szybciej.

Joe Doppelberg

Keith Winton znów westchnął i wziął do ręki niebieski ołówek. Wykreślił fragmenty o wycieczce do Nowego Jorku, to nie zainteresuje innych czytelników, a ponadto nie chciał, by zbyt wielu z nich wpadło na pomysł odwiedzenia go w biurze; kosztowałoby go to zbyt wiele straconego czasu.

Wyrzucił kilka ostrzejszych zwrotów w innej części, po czym wziął do ręki fotografię, która nadeszła razem z listem, i zerknął na nią jeszcze raz.

Joe Doppelberg nie wyglądał tak, jak sugerował to jego list. Był dość przystojnym, raczej inteligentnie wyglądającym szesnastolatkiem lub siedemnastolatkiem. Miał miły uśmiech. W bezpośrednim kontakcie zapewne okazałby się równie nieśmiały, jak zuchwały był jego list.

Jasne, może zamieścić zdjęcie. Powinien dawno je wysłać do fotograwiatury, ale jeszcze zdąży to zrobić. Zaznaczył, żeby obok listu pozostawiono wcięcie na pół kolumny, i na odwrocie fotografii napisał: „pół kol. Doppelberg”.

Wkręcił drugą stronę listu Joego do maszyny, pomyślał chwilę i napisał pod spodem:

W porządku, Doppelberg, ściągniemy Rockwella Kenia, żeby zrobił nam następną okładkę. Ty mu zapłacisz. Jednak jeśli chodzi o okładkowe dziewczyny cwałujące za wyłupiastookimi potworami (czyli, jak piszesz, BEM — ami) to nic się nie da zrobić. W naszych opowiadaniach dziewczyny są zawsze cnotliwe. Chwytasz to, Doppelberg? Cnotliwe — cwałujące. I ta gra słów nie jest nawet w połowie tak zła jak twój delikatesowy Dali.

Wyjął kartkę z maszyny, westchnął i wziął do ręki następny list.

Skończył o szóstej, czyli miał jeszcze godzinę do kolacji. Wziął szybki prysznic, ubrał się i pozostało mu jeszcze pół godziny. Zszedł po schodach i ruszył do ogródka przez otwarte drzwi werandy.

Właśnie zapadał zmierzch i księżyc widniał już na czystym niebie. Będzie dobra widoczność, pomyślał Keith. Do licha, lepiej, żeby błysk dawał się dostrzec gołym okiem, inaczej trzeba będzie napisać nowe słowo wstępne do Poczty. No, na to będzie jeszcze czas po dziewiątej szesnaście.

Usiadł na wiklinowej ławce przy głównej alejce ogrodu i głęboko wciągnął w nozdrza świeże, wiejskie powietrze i zapach rosnących wokół kwiatów.

Myślał o Betty Hadley, a co myślał, tego nie musimy tu opisywać.

Jednak myślenie o niej sprawiło mu przyjemność — a może lepiej byłoby powiedzieć: bolesną przyjemność — więc oddawał się temu zajęciu, aż zawędrował myślą do autora w Filadelfii. Zastanowił się, czy ten taki owaki naprawdę zabrał się do roboty, czy też poszedł się zalać.

Później znowu rozmyślał o Betty Hadley i zapragnął, żeby było już dwadzieścia cztery godziny później, poniedziałkowy wieczór w Nowym Jorku, a nie niedzielny wieczór u stóp wzgórz Catskill.

Spojrzał na zegarek i stwierdził, że za kilka minut rozlegnie się dzwonek na kolację. Była to dobra wiadomość, ponieważ zakochany czy nie, był głodny.

Głód sprawił, że — zupełnie bez powodu — pomyślał o Claudzie Hooperze, który robił większość okładek do Surprising Stories. Keith zastanawiał się, czy powinien nadal brać od niego okładki. Hooper był fajnym gościem i niezłym artystą, umiał też rysować kobiety, na widok których ślina napływała do ust, ale po prostu nie potrafił narysować odpowiednio straszliwych goniących je potworów. Może po prostu nie miewał złych snów albo prowadził zbyt szczęśliwe życie rodzinne, albo z jeszcze innych powodów. W każdym razie większość fanów wierzgała. Jak Joe Doppelberg. To, co Doppelberg…

Rakieta księżycowa spadająca z powrotem na Ziemię pędziła szybciej niż dźwięk i Keith nie usłyszał jej ani nie dostrzegł, chociaż uderzyła zaledwie dwa metry dalej.

Błysnęło.

ROZDZIAŁ II

Purpurowy potwór

Nie doznał wrażenia przemieszczenia, nie poczuł żadnej zmiany czy ruchu, żadnego przeskoku w czasie. Było po prostu tak, jakby wraz z oślepiającym błyskiem ktoś wyrwał spod niego wiklinową ławkę. Jęknął przy zderzeniu z murawą, a ponieważ siedział wygodnie oparty, rozciągnął się jak długi. I leżał oto na plecach, patrząc na wieczorne niebo.

A właśnie widok tego nieba był najbardziej zdumiewający; nie mogło być tak po prostu, że wiklinowa ławka załamała się pod ciężarem Keitha czy też po prostu zniknęła — ponieważ stała dotychczas pod drzewem, którego teraz nie było. Nic nie zasłaniało ciemnobłękitnego nieba.

Keith najpierw uniósł głowę, a potem usiadł; chwilowo zbyt wstrząśnięty — nie na ciele, lecz na duchu — by wstać. Instynktownie chciał się zorientować w sytuacji, nim zawierzy swoim nogom.

Siedział na trawie, starannie przystrzyżonej trawie, pośrodku dziedzińca. Kiedy spojrzał za siebie, ujrzał stojący opodal dom. Zupełnie zwyczajny dom, ani trochę nie tak wielki i dobrze zaprojektowany jak dom pana Bordena. Budynek sprawiał wrażenie opuszczonego. W każdym razie Keith nie dostrzegł nigdzie śladu życia ani światła w żadnym z okien.

Przez kilka sekund patrzył na to, po czym odwrócił się i spojrzał w inną stronę. Trzydzieści metrów dalej, na skraju trawnika, na którym siedział, był żywopłot; po drugiej stronie żywopłotu rosły drzewa — w dwóch różnych rzędach, jakby po dwu stronach drogi. Były to wysokie i bardzo piękne topole.

Nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegł klonu — a ławka stała właśnie pod klonem. Nigdzie też nie dostrzegł nawet fragmentu ławki.

Keith potrząsnął głową, by rozjaśnić myśli, i wstał ostrożnie. Czuł lekkie oszołomienie, ale oprócz tego wszystko było w porządku. Cokolwiek mu się przytrafiło, nie był ranny. Stał spokojnie, aż oszołomienie minęło, po czym zaczął iść w kierunku furtki w żywopłocie.

Spojrzał na zegarek. Było trzy po szóstej. To niemożliwe, pomyślał; przecież właśnie minęła szósta, gdy siedział na ławce w ogrodzie pana Bordena. A gdziekolwiek znajdował się teraz, nie mógł dostać się tu w mgnieniu oka.

Przycisnął zegarek do ucha; wciąż tykał. Jednak to niczego nie dowodziło; może zegarek stanął w wyniku… w wyniku tego, co mu się przydarzyło, a potem znów zaczął chodzić.

Jeszcze raz spojrzał na niebo, aby ocenić upływ czasu, ale nic mu to nie dało. Przedtem było ciemno i teraz też. Srebrny księżyc znajdował się w tym samym miejscu, a przynajmniej w tej samej odległości od zenitu. Keith nie mógł niczego wywnioskować z jego położenia.

Furtka w żywopłocie prowadziła na asfaltową, trzy — pasmową autostradę. Nigdzie nie dostrzegł samochodów.

Wyszedłszy przez bramę spojrzał jeszcze raz na dom i zobaczył coś, czego nie dostrzegł wcześniej. Na jednym z filarów wisiała tabliczka głosząca: „Na sprzedaż, Agencja R. Blaisdell, Greenville, Nowy Jork”.

A więc wciąż musiał się znajdować niedaleko posiadłości Bordena, bo Greenville było najbliżej leżącym od niej miastem. Jednak to oczywiste; przecież nie mógł odejść daleko. Pytanie tylko, w jaki sposób mógł się znaleźć na innym miejscu w ułamku sekundy.

Jeszcze raz potrząsnął głową, chociaż czuł się zupełnie dobrze. Czyżby nagły zanik pamięci? Czy przyszedł tu nie zdając sobie z tego sprawy? Nie wydawało się to możliwe, zwłaszcza w tak krótkim czasie.

Stał patrząc na szeroką, asfaltową drogę między szpalerem topoli, zastanawiając się, w którą stronę pójść. Droga biegła prosto; widział ją aż do najbliższych wzniesień znajdujących się około pół kilometra dalej, ale nigdzie nie zauważył śladu ludzkiej obecności. A jednak gdzieś w pobliżu musiała być jakaś farma, bo za rzędem wysokich topoli rozciągały się pola uprawne. Może drzewa zasłaniały zabudowania. Może zdoła je dostrzec, jeśli przejdzie na drugą stronę szosy.

Był w połowie drogi, kiedy usłyszał warkot nadjeżdżającego samochodu; wciąż niewidocznego, ale zbliżającego się z lewej. Pojazd był bardzo hałaśliwy, skoro dał się słyszeć z takiej odległości. Keith ruszył dalej, a gdy się odwrócił, samochód znalazł się w zasięgu wzroku. Kierowca mógł się okazać równie cennym źródłem informacji, co farmer; a nawet lepszym, bo może da się namówić na podrzucenie Keitha do Bordena, jeśli będzie jechał w tym kierunku.

Samochód okazał się przedpotopowym fordem T. Keith uznał, że to dobry znak. Za studenckich czasów sporo podróżował autostopem i wiedział, że prawdopodobieństwo zabrania się samochodem jest wprost proporcjonalne do jego wieku i stopnia zużycia.

A nie było żadnych wątpliwości co do stopnia zużycia tego wozu. Wydawał się ledwie zdolny do pokonania wzniesienia, na które właśnie wjeżdżał; krztusił się i rzęził usiłując nabrać szybkości.

Keith zaczekał, aż samochód znajdzie się wystarczająco blisko, po czym wyszedł na drogę i zamachał rękami. Ford zwolnił i zatrzymał się.

Kierowca wyciągnął rękę i opuścił okienko po stronie Keitha — zupełnie niepotrzebnie, ponieważ i tak nie było w nim szyby.

— Podwieźć pana? — zapytał.

Wyglądał, pomyślał Keith, aż za bardzo typowo na farmera. Żuł nawet długie źdźbło słomy o barwie swoich włosów, a wyblakły niebieski kombinezon harmonizował z jego wyblakłymi niebieskimi oczami.

Keith postawił nogę na stopniu i schyliwszy głowę wetknął ją w otwarte okno, tak by być słyszanym poprzez kaszel silnika i blaszany grzechot, który dochodził ze wszystkich części pojazdu, nawet gdy samochód stał w miejscu.

— Chyba zabłądziłem — powiedział. — Czy nie wie pan, gdzie znajduje się, posiadłość pana Bordena?

Farmer przesunął źdźbło w drugi kąt ust. Zamyślił się głęboko, marszcząc brwi w wysiłku.

— Nie — rzekł w końcu. — Przy tej drodze nie ma takiej farmy. Może między wzgórzami; nie znam tam wszystkich.

— To nie jest farma — powiedział Keith — tylko duża posiadłość wiejska. Właściciel jest wydawcą gazet. Dokąd prowadzi ta droga? Do Greenville?

— Taak. To tam, w tym kierunku, co jadę, jakieś piętnaście kilometrów. W przeciwnym kierunku dojeżdża się przy Carteret do autostrady z Albany. Podwieźć pana do Greenville? Chyba tam panu powiedzą, gdzie mieszka ten Borden.

— Jasne — odparł Keith. — Dzięki.

Farmer sięgnął ospale i pokręcił korbką, która podnosiła okienko bez szybki.

— Grzechocze — wyjaśnił — jak go nie zamknę.

Nadepnął na pedały sprzęgła i gazu; samochód stęknął i ruszył. Grzechot wszystkich części był niczym grad bębniący o blaszany dach. Ford osiągnął swoją największą szybkość i Keith ocenił, że na osiągnięcie celu odległego o piętnaście kilometrów potrzeba im będzie pół godziny, jeżeli pojazd w ogóle tam dojedzie.

No, jeśli dotrze do Greenville, to przynajmniej będzie wiedział, gdzie się znajduje. Będzie już o wiele za późno na kolację, więc może, pomyślał, lepiej będzie zadzwonić do Bordena, by go uspokoić, zjeść coś w mieście, po czym złapać taksówkę lub jakiś inny pojazd, który zawiezie go do posiadłości. Dotrze tam najpóźniej o dziewiątej; masa czasu, by przygotować się na oglądanie fajerwerku na Księżycu. To było coś, czego nie miał zamiaru przegapić.

Jak wyjaśni to wszystko Bordenowi? Jedyne co mógł powiedzieć, to że wybrał się na spacer i zabłądził, że musiał złapać okazję do Greenville, aby zorientować się, gdzie jest. Zabrzmi to dość głupio, ale nie tak głupio jak prawda. Keith nie chciał, by pracodawca uznał, że jego pracownik ma napady niepoczytalności czy amnezji.

Stary samochód tłukł się długą, prostą drogą. Dobroczyńca Keitha nie zdradzał chęci do rozmowy i Keith był z tego bardzo zadowolony. Musieliby wrzeszczeć do siebie. Ponadto wolał rozmyślać o tym, co mu się przydarzyło, i szukać jakiegoś rozsądnego wytłumaczenia.

Posiadłość Bordena była duża i z pewnością musiała być dobrze znana w bezpośrednim sąsiedztwie. Skoro kierowca tego przestarego gruchota znał wszystkich mieszkających przy drodze, nie mógł nie słyszeć o Bordenie, jeżeli znajdowali się blisko niego. A przecież posiadłość nie mogła leżeć dalej niż trzydzieści kilometrów stąd, ponieważ Borden mieszkał piętnaście kilometrów od Greenville — chociaż Keith nie mógł sobie przypomnieć w jakim kierunku — a miejsce, w którym zabrał go samochód, było oddalone od Greenville także o piętnaście kilometrów. Nawet jeśli te dwa punkty znajdowały się po przeciwnych stronach miasta, Keith nie mógł przebyć więcej niż trzydzieści kilometrów — a nawet tyle wydawało mu się zbyt wielką odległością zważywszy niewielki przedział czasu.

Wjeżdżali już na przedmieścia Greenville i Keith znów spojrzał na zegarek; była siódma trzydzieści pięć. Patrzył na budynki przesuwające się za oknem samochodu, aż zobaczył zegar na wystawie. Jego zegarek chodził dobrze; nie stanął i nie zaczął chodzić po pewnym czasie.

Kilka minut później dotarli do głównej dzielnicy handlowej Greenville. Kierowca podjechał do krawężnika i zatrzymał się.

— To już prawie centrum miasta, proszę pana. Myślę, że powinien pan poszukać tego adresu w książce telefonicznej — powiedział. — Po drugiej stronie ulicy stoi taksówkarz, który zawiezie pana, dokąd pan zechce. Zedrze z pana okropnie, ale dowiezie na miejsce.

— Serdeczne dzięki — powiedział Keith. — Mogę panu postawić drinka, zanim zadzwonię?

— Nie, dziękuję. Muszę zaraz wracać. Klacz mi się źrebi; przyjechałem po brata. Jest weterynarzem; chcę. żeby przy tym był.

Keith podziękował mu jeszcze raz i wszedł do drogerii; znajdowała się tuż za rogiem, na którym wysadził go kierowca lorda. Wszedł do kabiny telefonicznej z tyłu sklepu i wziął do ręki cienką książkę telefoniczną Greenville, przymocowaną do ściany łańcuchem. Odnalazł literę B i przekartkowawszy…

Nie znalazł żadnego Bordena.

Zmarszczył brwi. Numer Bordena należał do centrali w Greenville. Keith był tego pewien, ponieważ kilkakrotnie dzwonił do niego w sprawach służbowych z biura w Nowym Jorku. Kierunkowy był na pewno numerem Greenville.

Jednak mógł to być telefon zastrzeżony. Czy zdoła go sobie przypomnieć? Oczywiście — składał się z trzech takich samych cyfr. To było tak… Greenville 111. Przypomniał sobie, że zastanawiał się, czy Borden wykorzystał swoje wpływy w towarzystwie telefonicznym, żeby dostać numer tak łatwy do zapamiętania.

Zamknął za sobą drzwi kabiny i zaczął grzebać w kieszeni szukając drobnych. Jednak aparat w budce był innego typu; Keith jeszcze takiego nie widział. Nigdzie nie było otworu wrzutowego. Obejrzał aparat ze wszystkich stron, po czym doszedł do wniosku, że prawdopodobnie w tych małych miejscowościach nie mają automatów wrzutowych i za telefon trzeba płacić drogiście.

Podniósł słuchawkę z widełek i kiedy usłyszał głos telefonistki — „Proszę podać numer” — wymienił numer Bordena. Zapadła krótka cisza, po czym znów rozległ się głos telefonistki:

— Nie ma takiego numeru, proszę pana.

Przez sekundę Keith zastanawiał się, czy jest przy zdrowych zmysłach; niemożliwe, aby mógł się pomylić co do tego numeru. Greenville jeden — jeden — jeden; takiego numeru nie sposób zapomnieć czy pomylić. Zapytał:

— Czy zechciałaby mi pani podać numer telefonu L. A. Bordena? Myślałem, że to jego numer. Nie mogę go znaleźć w książce telefonicznej, ale wiem, że ma telefon. Już do niego dzwoniłem.

— Jedną chwileczkę, proszę pana… Nie, w naszych rejestrach nie ma takiego nazwiska.

— Dziękuję — powiedział Keith i odłożył słuchawkę.

Wciąż nie mógł w to uwierzyć. Wziął do ręki książkę telefoniczną i wyszedł z kabiny tak daleko, jak pozwalała na to długość łańcucha, żeby lepiej widzieć. Sprawdził pod B i znów nie znalazł żadnego Bordena. Przypomniał sobie, że Borden nazwał swoją posiadłość „Cztery Dęby”, i poszukał pod C, ale nie znalazł takiej nazwy.

Gwałtownie zatrzasnął książkę i spojrzał na okładkę. Widniał na niej napis: „Greenville, stan Nowy Jork”. Niejasne podejrzenie, że znalazł się w innym Greenyille, umarło równie szybko, jak się zrodziło; w stanie Nowy Jork było tylko jedno Greenyille. Inne i jeszcze słabsze podejrzenie umarło, nieomal zanim zdał sobie sprawę z jego istnienia — kiedy przeczytał napisane drobnym drukiem pod nazwą miasta: „Wiosna 1954”.

Nadal nie wierzył, że L. A. Bordena nie ma w tej książce; z trudem opanował chęć przekartkowania jej strona po stronie i sprawdzenia, czy nie wpisano go przypadkiem pod inną literą.

Zamiast tego podszedł do baru i siadł na jednym ze staromodnych stołków o szeroko rozstawionych nogach. Za kontuarem drogista — mały siwowłosy człowieczek w grubych okularach na nosie — wycierał szklanki. Podniósł wzrok i spojrzał na Keitha.

— Czym mogę służyć?

— Coca — colę proszę — rzekł Keith. Chciał go o coś zapytać, ale na razie nie wiedział o co. Patrzył, jak drogista nalewa napój do szklanki z lodem i stawia przed nim na kontuarze.

— Piękna noc na spacer — rzekł drogista.

Keith skinął głową. Przypomniał sobie, że musi obejrzeć błysk rakiety lądującej na Księżycu, obojętnie gdzie wtedy będzie. Zerknął na zegarek. Była prawie ósma; jeszcze godzina i kwadrans i trzeba będzie wyjść na otwartą przestrzeń, skąd można dobrze widzieć Księżyc. Wyglądało na to, że to tej pory nie zdąży wrócić do Bordena.

Wypił coca — colę niemal jednym haustem. Była zimna i dość smaczna, ale przypomniała mu, że jest głodny.

I nic dziwnego, skoro była już ósma wieczór; kolacja u Bordenów musiała się już skończyć. Keith nie zjadł wiele na obiad, a ponadto później grał trochę w tenisa.

Zajrzał za saturator szukając oznak świadczących o tym, że drogista sprzedaje kanapki lub coś innego. Najwidoczniej jednak nie sprzedawał.

Keith wyjął z kieszeni ćwierćdolarówkę i położył ją na marmurowym blacie saturatora.

Moneta brzęknęła metalicznie, a drogista upuścił szklankę, którą wycierał. Za grubymi szkłami okularów widać było jego szeroko otwarte i wystraszone oczy; stał sztywno jak słup, kręcąc głową na prawo i lewo, nerwowo rozglądając się na boki. Wydawało się, iż nie zauważył, że upuścił i zbił szklankę. Ścierka też wypadła mu z rąk.

Po chwili jego dłoń wysunęła się niepewnie, przykryła monetę i podniosła ją. Drogista znów rozejrzał się na boki, jakby się upewniając, że oprócz Keitha nikogo nie ma w sklepie.

Dopiero wtedy spojrzał na monetę. Pod osłoną złożonych dłoni obejrzał ją, niemal dotykając nosem. Odwrócił i obejrzał z drugiej strony.

Jego wzrok, wystraszony, a mimo to ekstatyczny, powrócił na twarz Keitha.

— Wspaniała! — rzekł. — Prawie nie zużyta. I z 1928 roku.

Zniżył głos do szeptu.

— Ale… kto pana przysłał?

Keith zamknął oczy i znowu je otworzył. Któryś z nich musiał być wariatem. Nie miałby wątpliwości, który z nich dwóch, gdyby nie rzeczy, które wydarzyły się w ciągu ostatniej godziny: nagła teleportacja z jednego miejsca do drugiego, brak nazwiska L. A. Bordena w książce telefonicznej i rejestrach urzędu telekomunikacyjnego.

— Kto pana przysłał? — spytał ponownie drogista.

— Nikt — odparł Keith.

Mały człowieczek uśmiechnął się.

— Nie chce pan powiedzieć. To musiał być K. No, nieważne, w razie gdyby to nie on. Zaryzykuję. Dam panu za nią tysiąc kredytek.

Keith nic nie powiedział.

— Tysiąc pięćset — rzekł drogista. Jego oczy, pomyślał Keith, są jak oczy spaniela — głodnego spaniela patrzącego na kość, której nie może dosięgnąć.

Drogista zaczerpnął tchu w piersi. Powiedział:

— Zatem dwa tysiące. Wiem, że jest warta więcej, ale tylko tyle mogę dać. Gdyby moja żona…

— W porządku — rzekł Keith.

Dłoń trzymająca ukrytą monetę zanurzyła się w kieszeni drogisty z szybkością pieska preriowego znikającego w norze. Niezauważona szklanka chrupnęła człowieczkowi pod nogami, kiedy szedł do kasy na końcu kontuaru. Zbliżywszy się do niej przekręcił klucz. Za szklaną szybą pojawił się napis: „Bez sprzedaży”.

Drogista wrócił, znów depcząc po szkle, całą uwagę skupiając na banknotach. Położył je przed Keithem Wintonem.

— Dwa tysiące — rzekł. — Oznacza to, że w tym roku będę musiał zrezygnować z zaplanowanego urlopu, ale sądzę, że warto. Chyba jestem trochę stuknięty.

Keith podniósł banknoty, po czym spoglądał długo i badawczo na pierwszy z nich. W środku widniała znajoma podobizna Jerzego Waszyngtona. Liczba w rogach obwieszczała: „100”, a pod owalnym portretem Waszyngtona widniał napis: „Sto kredytek”.

I to również nie ma sensu, pomyślał, Keith. Przecież podobizna Waszyngtona znajdowała się tylko na jednodolarowych banknotach — chyba że tu rzecz miała się inaczej.

Tu! Co miało znaczyć to t u? To przecież było Greenville, stan Nowy Jork, USA, rok 1954. Tak głosił napis na książce telefonicznej. Świadczył o tym portret Waszyngtona.

Spojrzał jeszcze raz i przeczytał inne napisy: „Stany Zjednoczone Ameryki”, przeczytał. „Banknot Federalnego Ministerstwa Skarbu”.

I nie był to wcale nowy banknot. Wyglądał na stary, zużyty i prawdziwy. Keith dostrzegł znajome nitki jedwabne. Numer serii wydrukowany niebieską farbą. Na prawo od portretu napis „Seria rok 1945”! i faksy — mile podpisu Freda M. Yinsona nad drobniejszym napisem, głoszącym: „Sekretarz Skarbu”.

Keith wolno złożył plik banknotów i włożył je do kieszeni marynarki.

Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie drogisty, spoglądającego nań niespokojnie przez grube okulary.

Głos — drogisty był równie niespokojny co jego spojrzenie.

— Wszystko… wszystko w porządku, prawda? — spytał. — Nie jest pan agentem? Chcę powiedzieć, że jeżeli pan nim jest, to złapał mnie pan na kolekcjonowaniu. Zatem niech mnie pan już aresztuje i skończy z tym. Chcę powiedzieć, że zaryzykowałem i jeżeli przegrałem, to nie ma potrzeby trzymać mnie w niepewności, no nie?

— Nie — odparł Keith. — Wszystko w porządku. Myślę, że wszystko w porządku. Czy mogę dostać jeszcze jedną colę?

Tym razem trochę coli wylało się ze szklanki, kiedy drogista postawił ją przed Keithem na marmurowym kontuarze. A gdy szkło znów zachrzęściło pod butami sprzedawcy, ten uśmiechnął się nerwowo i błagalnie, po czym wziął z kąta szczotkę i zaczął zamiatać.

Keith sączył colę i rozmyślał. To znaczy „myślał”, jeżeli można tak określić zamęt panujący w jego głowie. Bardziej przypominało to wirującą karuzelę.

Czekał aż drogista skończy sprzątać.

— Niech pan słucha — powiedział. — Chciałbym zadać panu kilka pytań, które mogą się panu wydać… hm… zwariowane. Ale mam po temu powód. Czy odpowie pan na nie, obojętnie jak głupie mogą się wydać?

Drogista mierzył go ostrożnym spojrzeniem.

— Co za pytania?

— No… na przykład, jaki dziś mamy dzień?

— 10 czerwca 1954 roku.

— Naszej ery?

Drogista szeroko otworzył oczy, ale odparł:

— Jasne. Naszej ery.

— A to jest Greenville, stan Nowy Jork?

— Tak. Chce pan powiedzieć, że pan nie wie…

— Niech pan mnie pozwoli pytać — przerwał mu Keith. — W tym stanie nie ma drugiego Greenville, prawda?

— Nic mi o takim nie wiadomo.

— Czy zna pan człowieka — albo słyszał pan o człowieku — nazwiskiem L. A. Borden, który ma tu w pobliżu dużą posiadłość? To wydawca gazet.

— Nie. Oczywiście, nie znam tu wszystkich.

— Słyszał pan o sieci gazet Bordena?

— Och, pewnie. Sprzedaję je. Właśnie dziś dostałem kilka nowych. To numery lipcowe; tam na górnej półce.

— A rakieta… ląduje dziś w nocy? Drogista zmarszczył czoło w namyśle.

— Nie rozumiem, o co panu chodzi. „Ląduje dziś w nocy”. Ląduje co noc. Już powinna być, W każdej chwili spodziewam się gości. Niektórzy z nich wpadają tu po drodze do hotelu.

Odpowiedzi nie były takie złe — oprócz tej ostatniej. Keith zamknął oczy i nie otwierał ich przez kilka sekund. Kiedy znów spojrzał, siwowłosy człowieczek wciąż stał za kontuarem, patrząc na niego niespokojnie.

— Wszystko w porządku? — spytał. — To znaczy, nie jest pan chory albo co?

— Nic mi nie jest — powiedział Keith mając nadzieję, że mówi prawdę. Chciał zadać więcej pytań, ale się bał. Potrzebował czegoś dobrze znanego, żeby się upewnić, i wydawało mu się, że wie, co to ma być.

Zsunął się ze stołka i podszedł do stojaka z czasopismami. Najpierw zobaczył Perfect Love Stories i wyjął magazyn z uchwytu. Dziewczyna na okładce przypominała mu trochę redaktorkę, Betty Hadley — ale nie była tak ładna jak Betty. Ile magazynów, zastanawiał się Keith, miało w redakcji dziewczyny ładniejsze niż na okładce? Pewnie tylko ten jeden.

Jednak nie mógł teraz pozwolić sobie na marzenia o Betty; stanowczo odsunął myśli o niej od siebie i rozejrzał się za Surprising Stories — swoim własnym magazynem. Dostrzegł go wreszcie i wziął do ręki.

Znajoma okładka lipcowego numeru. Taka sama…

Czy naprawdę? Ilustracja na okładce przedstawiała tę samą scenę, ale w technice rysunku nastąpiła subtelna zmiana. Był lepszy, bardziej żywy. Praca wyraźnie Hoopera, ale wyglądała tak, jakby Hooper ostatnio pobierał lekcje.

Dziewczyna na okładce, odziana w przezroczysty skafander kosmiczny, była o wiele piękniejsza — a także bardziej seksowna — niż ta, którą pamiętał z próbnych odbitek. A goniący ją potwór…

Keith wzdrygnął się.

Ogólnie biorąc, był to ten sam potwór — a jednak i on uległ subtelnej, straszliwej metamorfozie, której istoty Keith nie potrafił określić — i czuł, że wcale nie ma na to ochoty. Nawet mikroskopijnie małej ochoty.

Jednak pod rysunkiem widniał podpis Hoopera; co Keith stwierdził, gdy zdołał oderwać wzrok od potwora. Maleńka wygięta litera H, którą Hooper sygnował wszystkie swoje dzieła.

Później, w prawym dolnym rogu, Keith dostrzegł cenę. Nie było nią dwadzieścia centów.

Napis głosił „2 Kr.”

Dwie kredytki?

A cóż by innego?

Bardzo wolno i ostrożnie złożył oba czasopisma — oba niewiarygodne czasopisma, ponieważ właśnie dostrzegł, że i Perfect Love Stories były wycenione na 2 Kr. — i włożył je do kieszeni.

Chciał teraz znaleźć jakieś spokojne miejsce z dala od zgiełku, aby przestudiować te dwa zeszyty, przeczytać i przetrawić każde zawarte w nich słowo.

Jednak najpierw musi za nie zapłacić i wydostać się stąd. Dwie kredytki za każdy to razem cztery kredytki. Tylko, ile to jest — cztery kredytki? Drogista dał mu dwa tysiące kredytek za dwadzieścia pięć centów, ale w taki sposób, że nie można było tego uznać za właściwe kryterium. Ta ćwierćdolarówka z jakiegoś powodu, który Keith będzie musiał poznać, stanowiła rzadki i cenny okaz dla człowieka, który ją od niego kupił.

Tak, magazyny były lepszą wskazówką. Jeżeli ich wartość w kredytkach była w przybliżeniu taka sama jak w dolarach, to dwie kredytki musiały w przybliżeniu odpowiadać około dwudziestu centom. A jeśli tak, to drogista dał mu — policzmy — równowartość dwustu dolarów za dwudziestopięciocentową monetę. Dlaczego?

Drobne podzwaniały mu w kieszeni, gdy podchodził do kontuaru. Pogrzebał w niej i znalazł pół dolara. Jak drogista zareaguje na to?

Nie powinien był tego robić, trzeba było zachować większą ostrożność. Jednak szok wywołany widokiem niemal identycznej okładki lipcowego wydania własnego magazynu na chwilę odebrał mu rozsądek. Niedbale rzucił półdolarówkę na marmurowy blat. — Wezmę te dwa czasopisma — powiedział. — I przy okazji proszę doliczyć za te dwie cole.

Drogista wyciągnął rękę po monetę, a ręka ta trzęsła się tak bardzo, że nie mógł podnieść monety z kontuaru.

Nagle Keitha ogarnął wstyd. Nie trzeba było tego robić. Ponadto mogło to sprowokować rozmowę, która zatrzyma go w drogerii i opóźni chwilę zapoznania się z treścią magazynów, a chciał to uczynić jak najszybciej. Powiedział szorstko:

— Niech ją pan sobie zatrzyma. Za to, co mi pan dał, może pan zachować obie: ćwierć — i półdolarówkę.

Odwrócił się i ruszył do wyjścia.

Tylko ruszył — nic więcej.

Zrobił jeden krok i zamarł. Coś wchodziło przez otwarte drzwi drogerii. Coś, co nie było człowiekiem; co zupełnie, ale to zupełnie nie przypominało człowieka.

To coś mierzyło dobrze ponad dwa metry — było tak wysokie, że musiało się lekko schylić, by zmieścić się w drzwiach — i było całkowicie pokryte jasnopurpurowym futrem, z wyjątkiem dłoni, twarzy i stóp. Te części ciała były też purpurowe, ale zamiast futra pokrywały je łuski. Oczy stwora były płaskimi, małymi dyskami, pozbawionymi źrenic. Nie miał nosa, ale za to zęby. Tych mu nie brakowało.

Keith stał bez ruchu, aż czyjaś ręka złapała go od tyłu za ramię. Drogista wrzasnął przeraźliwie piskliwym głosem:

— Moneta z czterdziestego trzeciego? Dał mi monetę z czterdziestego trzeciego! To szpieg, Arkturianin! Łap go, Lunańczyku! Zabij go!

Purpurowy stwór zatrzymał się zaraz za progiem. Teraz wydał przeraźliwy ryk zdający się przechodzić w ultradźwięki i rozłożywszy purpurowe, potężne ramiona, tak że jego dłonie oddaliły się od siebie o dwa i pół metra, ruszył na Keitha wyglądając jak coś z koszmaru Gargantui. Purpurowe wargi odsłoniły dwucalowe kły i ziejącą za nimi zieloną czeluść.

Drogerzysta wisiał Keitchowi na karku wrzeszcząc: — Zabij go! Zabij go, Lunańczyku! — Jego dłonie zacisnęły się na gardle Keitha pozbawiając go tchu. Jednak mając przed sobą zbliżającego się stwora Keith niemal tego nie zauważył. Odwrócił się i runął w przeciwnym kierunku, na tyły sklepu, gubiąc po drodze drogistę. Nie dostrzegł tylnych drzwi, ale musiały tam jakieś być. Lepiej, żeby były.

ROZDZIAŁ III

Strzelać bez ostrzeżenia

Drzwi tam jednak były.

Coś chwyciło go za poły, gdy przez nie wybiegał. Wyrwał się, słysząc trzask rozdzieranej marynarki. Zatrzasnął drzwi i uszy rozdarł mu ryk bólu — nieludzki ryk. Jednak nie odwrócił się, by przeprosić. Uciekł.

Obejrzał się za siebie dopiero wtedy, gdy — o przecznicę dalej — usłyszał z tyłu huk strzału i poczuł przeszywający ból, jakby ktoś smagnął go po ramieniu rozżarzonym do czerwoności pogrzebaczem.

Wtedy odwrócił się na sekundę. Purpurowy potwór wciąż go ścigał. Znajdował się w połowie drogi między drzwiami drogerii a Keithem. Jednak mimo swych długich nóg stwór biegł wolno i niezdarnie. Niewątpliwie łatwo będzie przed nim umknąć.

Purpurowy potwór nie miał żadnej broni. Kula, która przeorała ramię Keitha, została wystrzelona przez małego drogistę stojącego w progu z wielkim, staroświeckim rewolwerem w dłoni. Właśnie ponownie składał się do strzału.

Wpadając w ciasne przejście między dwoma budynkami Keith usłyszał huk, ale kula musiała przelecieć obok, bo nie poczuł bólu.

Znalazł się w ciasnym zaułku i przez jedną przerażającą chwilę myślał, że zapędził się w pułapkę bez wyjścia. Na końcu przejścia widział tylko wysoki ceglany mur, zbyt wysoki, by się nań wdrapać. Jednak kiedy do niego dotarł, zobaczył po obu stronach drzwi do budynków, a jedne z nich były otwarte na oścież. Keith nie próbował otwierać zamkniętych drzwi; wpadł w te otwarte, po czym zatrzasnął je za sobą i zaryglował.

Stanął w mroku korytarza, dysząc ciężko i rozglądając się wokół. Na prawo miał schody wiodące w górę; po przeciwnej stronie były drugie drzwi — niewątpliwie prowadzące na zewnątrz.

Nagle Keith usłyszał łomotanie do drzwi, którymi tylko co wbiegł; łomotanie i gwar podniesionych głosów.

Keith popędził do drugich drzwi, przeszedł przez nie i znalazł się w innym zaułku. Przebiegł między dwoma budynkami stojącymi frontem do następnej przecznicy i zwolniwszy kroku w miarę zbliżania się do narożnika, wyszedł na ulicę i ruszył przed siebie równym krokiem.

Skręcił w bok kierując się ku widocznej nie opodal głównej ulicy, lecz natychmiast przystanął. Ulica była dość ruchliwa i zatłoczona. Ale czy tłum oznaczał niebezpieczeństwo? Stał w cieniu drzewa kilkanaście kroków od narożnika i patrzył.

To, co widział, wyglądało na zwyczajną ulicę zwykłego małego miasteczka — ale tylko przez chwilę. Później dostrzegł idące ramię w ramię dwa purpurowe potwory. Oba przewyższały nieco rozmiarami tego, który zaatakował Keitha w drogerii.

Już same potwory były dość dziwne, ale Keith dostrzegł coś jeszcze dziwniejszego: ludzie na ulicy nie zwracali na nie uwagi. Czymkolwiek były, zostały… zaakceptowane. Były czymś zwyczajnym. Tu było ich miejsce.

Tu?

Znów to słowo. Jak, kiedy, gdzie było to t u?

Cóż to za zwariowany Wszechświat, w którym uważa się za coś zwykłego przedstawicieli obcej rasy wyglądających o wiele okropniej od najstraszliwszych BEM — ów, jakie kiedykolwiek szczerzyły kły z okładek magazynów science fiction?

Cóż to za zwariowany Wszechświat, w którym dawano dwieście dolarów za dwadzieścia pięć centów i próbowano zabić za prezent w postaci półdolarówki? Świat, w którym banknoty nosiły wizerunek Jerzego Waszyngtona i aktualne daty; w którym wydawano — na szczęście wciąż tkwiące w jego kieszeni — bieżące i tylko nieznacznie zmienione numery Surprising Stories i Perfect Love Stories?

Świat astmatycznych fordów model T i podróży kosmicznych?

Musiały być podróże kosmiczne. Te purpurowe stwory nie mogły pochodzić z Ziemi — jeżeli to była Ziemia. A kiedy Keith zapytał drogistę o rakietę, ten odparł: „Ląduje co noc”.

A potem… co takiego krzyczał drogista do purpurowego potwora, który zaatakował Keitha? „Arkturiański szpieg”. Przecież to absurd. Arktur jest oddalony o całe lata świetlne. Cywilizacja, która wciąż używała forda T, mogła udoskonalić technikę lotów na Księżyc, ale na Arktura? Czyżby źle zrozumiał?

Drogista nazwał potwora Lunańczykiem. Imię własne, czy też nazwa mieszkańca Luny, Księżyca?

„Ląduje co noc”, powiedział drogista. „Już powinna być. W każdej chwili spodziewam się gości”.

Dwumetrowi goście pokryci purpurową sierścią?

Nagle Keith uświadomił sobie, że boli go ramię i coś ciepłego, lepkiego cieknie mu po ramieniu. Spojrzał i stwierdził, że cały rękaw sportowej marynarki ma przesiąknięty krwią; krwią, która w słabym świetle wydawała się raczej czarna niż czerwona. W miejscu, udzie trafiła kula, w materiale została wyszarpana dziura.

Musiał opatrzyć ranę i zatrzymać krwawienie.

Może pójść dalej, poszukać policjanta (czy są tu policjanci?) i oddać się w ręce władz, wyznać prawdę?

Ale jaką prawdę?

Czy mógł im powiedzieć: Wszyscy jesteście w błędzie. To jest Greenville, stan Nowy Jork, Ziemia, USA i mamy czerwiec 1954, zgadza się — ale nie było dotąd żadnych podróży kosmicznych oprócz eksperymentalnej rakiety, która ma wylądować dziś wieczór. I walutą są dolary, nie kredytki, nawet jeśli widnieje na nich podpis Freda M. Yinsona i podobizna Waszyngtona — a te purpurowe potwory spacerujące waszą główną ulicą po prostu nie mają prawa tu być, i facet nazwiskiem L. A. Borden — jeżeli uda wam się go znaleźć — wyjaśni, kim jestem. Przynajmniej mam nadzieję.

To oczywiście niemożliwe. Z tego, co widział i słyszał, była tu tylko jedna osoba, która mogła w to uwierzyć. Ta jedna osoba nazywała się Keith Winton i zostałaby natychmiast zamknięta w najbliższym domu wariatów.

Nie, nie mógł się zgłosić do władz z taką zupełnie nieprawdopodobną historią. W każdym razie jeszcze nie. Nie wcześniej, aż zdąży się zorientować trochę lepiej i zrozumieć, co się stało i gdzie właściwie jest.

Gdzieś, kilka przecznic dalej, zawyły syreny. Ich dźwięk zaczai się zbliżać.

Jeśli te syreny oznaczały to samo tu, co w bardziej znajomym świecie, to były to sygnały wozów policyjnych, które prawdopodobnie ścigały Keitha.

Fakt, że miał krew na marynarce, oraz inne powody skłoniły go do rezygnacji z wyjścia na główną ulicę. Szybko przeszedł na drugą stronę uliczki, skręcił w następny zaułek i kryjąc się w cieniu na tyle, na ile było to możliwe, odsądził się o kilka przecznic od głównej ulicy.

Wtopił się w cień bramy słysząc wycie syreny zbliżającego się radiowozu.

Przejechali.

Może szukali jego, może nie, ale nie miał zamiaru ryzykować. Musiał znaleźć jakieś schronienie; nie mógł błąkać się z krwią na rękawie i — co właśnie sobie przypomniał — marynarce podartej na plecach przez purpurowego potwora.

Po drugiej stronie ulicy dostrzegł napis: „Pokoje do wynajęcia”. Czy odważy się zaryzykować i wynająć pokój? Strumyk krwi cieknącej mu po łokciu przekonał go, że będzie musiał.

Upewnił się, że nic nie nadjeżdża, po czym przeszedł na drugą stronę. Budynek wyglądał jak skrzyżowanie pensjonatu z podłym hotelikiem. Był zbudowany z czerwonej cegły i wchodziło się doń wprost z ulicy. Keith zajrzał przez szklane drzwi.

Za stojącym w małym holu kontuarem nie było nikogo. Z boku zobaczył dzwonek i tabliczkę z napisem: „Dzwonić na recepcjonistę”.

Keith najciszej, jak umiał, otworzył drzwi i zamknął je za sobą w taki sam sposób. Podszedł na palcach do kontuaru i spojrzał na wiszącą w głębi tablicę. Składała się z szeregu przegródek. W niektórych była poczta, w innych klucze.

Ostrożnie rozejrzał się na boki, po czym przechylił się przez kontuar i wyjął klucz z najbliższej przegródki. Klucz miał numer 201.

Znów rozejrzał się wokół. Nikt go nie widział.

Na palcach wszedł na schody. Były wyłożone dywanem i nie skrzypiały.

Nie mógł wybrać lepszego pokoju. Drzwi numeru 201 znajdowały się na wprost schodów.

Znalazłszy się wewnątrz przekręcił klucz w zamku i zapalił światło. Jeżeli tylko mieszkaniec pokoju 201 nie wróci w ciągu następnych trzydziestu minut, miał szansę.

Zdjął płaszcz i koszulę, po czym obejrzał ranę. Była bolesna, ale nie niebezpieczna, chyba że wda się infekcja. Rozcięcie było dość głębokie, ale krwawienie już zaczynało ustawać.

Zajrzawszy do szuflad komody upewnił się, że nieobecny mieszkaniec pokoju numer 201 miał koszule — i to na szczęście tylko pół numeru mniejsze — po czym podarł swoją i użył jej do zabandażowania ramienia owijając ją wokół raz za razem, tak by krew przesiąkała przez nią bardzo wolno, jeżeli w ogóle.

Później zarekwirował jedną z cudzych koszul — wybrał ciemnoniebieską, ponieważ jego własna była biała — i jeden z krawatów.

Zajrzał do szafy ściennej i znalazł w niej trzy garnitury. Wybrał ciemnoszary, kontrastujący z jego własnym, jasnobrązowym, którego marynarka i tak była beznadziejnie podarta i zakrwawiona. W szafie leżał też słomkowy kapelusz. Z początku Keith myślał, że będzie dla niego zbyt duży, ale gdy podłożył zwitek papieru pod potnik kapelusza, okazał się w sam raz. Po całkowitej zmianie ubrania i w kapeluszu — przedtem był bez nakrycia głowy — Keith wątpił, czy nawet drogista rozpoznałby go na ulicy. A policja będzie szukać mężczyzny w podartej jasnobrązowej marynarce. Drogista z pewnością widział rozdarcie.

Pospiesznie oszacował wartość rzeczy, które sobie wziął, i przeliczywszy po przybliżonym kursie zostawił na biurku banknot pięćsetkredytkowy. Pięćdziesiąt dolarów powinno wystarczyć; garnitur, który przedstawiał największą wartość, nie był ani drogi, ani nowy. Zwinął swoje ubranie w węzełek i opakował kilkoma gazetami znalezionymi w garderobie. Mimo że miał wielką ochotę je przejrzeć i przeczytać, obojętnie jak stare mogły się okazać, wiedział, że najpierw musi się stąd wydostać i znaleźć bezpieczne miejsce. Człowiek, którego pokoju użył, mógł wrócić w każdej chwili.

Keith otworzył drzwi i nasłuchiwał. Z małego holu na dole nadal nie dochodził żaden dźwięk. Keith zszedł po schodach równie cicho, jak na nie wszedł.

W holu przystanął, zastanawiając się, czy nie zadzwonić i nie zapytać o wolny pokój. Nie, zdecydował, to zbyt ryzykowne. Recepcjonista zapamięta szary garnitur, słomkowy kapelusz i zawiniątko pod pachą. Kiedy później właściciel tych rzeczy wróci do siebie, zauważy, czego brak, i powie recepcjoniście, ten może skojarzyć te dwa fakty ze sobą.

Wyszedł na ulicę. Teraz, jak tylko zdoła pozbyć się gdzieś zawiniątka, tak by nie zwrócić na siebie uwagi, powinien być przez chwilę bezpieczny. Bezpieczny tak długo, jak długo nie będzie z nikim rozmawiał i nie zdradzi się z czymś. A dopóki nie pozna zasad rządzących tym światem, bardzo łatwo może się z czymś zdradzić. Jeżeli próba obdarowania kogoś półdolarówką z 1943 roku powoduje, że ten ktoś chce cię zabić jako szpiega… Czy drogista naprawdę powiedział „szpieg arkturiański?” Kto wie, jakie pułapki mogły się kryć w zwykłej konwersacji?

Keith był teraz zadowolony, że nie mówił wiele do człowieka, który podwiózł go do Greenville; z pewnością prędzej czy później z czymś by się zdradził.

Poszedł w kierunku głównej ulicy udając pewność siebie, której wcale nie odczuwał. Na samym rogu pozbył się zawiniątka wrzucając je do pojemnika na śmieci.

Teraz, uznał, skoro nieco zmienił wygląd, może spróbować poszukać schronienia na noc. Dachu nad głowę i miejsca, gdzie mógłby swobodnie przestudiować czasopismo tkwiące w kieszeni marynarki. Miał przeczucie, że te dwa magazyny po uważnym przejrzeniu przynajmniej częściowo wyjaśnią mu, o co tu chodzi.

Ruszył w kierunku przeciwnym niż ten, który prowadził do drogerii. Minął sklep z męską galanterią, następny — z artykułami sportowymi, kino, gdzie szedł film, który Keith widział dwa miesiące wcześniej w Nowym Jorku; wszystko wydawało się normalne i zwyczajne.

Przez moment zastanawiał się, czy czasem wszystko nie jest normalne i zwyczajne, a wszelkie różnice są wytworem jego umysłu. Może drogista był wariatem, może to wszystko dało się jakoś racjonalnie wytłumaczyć — nawet te purpurowe potwory.

Później doszedł do stoiska z gazetami. Na półkach zobaczył zarówno gazety nowojorskie, jak i lokalne. Wszystkie wyglądały zupełnie zwyczajnie, dopóki nie przeczytał nagłówków, które głosiły:

ARKTUR ATAKUJE MARSA, NISZCZY KAPI ZIEMSKA KOLONIA ZASKOCZONA DOPELLE PRZYSIĘGA ZEMSTĘ

Keith poszedł bliżej, żeby przeczytać datę. Było to dzisiejsze wydanie New York Timesa, równie znajome, co dłoń własnej ręki. Wyjął gazetę ze stojaka i wszedł z nią do sklepu. Podał sprzedawcy banknot stukredytkowy i dostał dziewięćdziesiąt dziewięć kredytek reszty, wszystko w banknotach identycznych — z wyjątkiem nominałów — jak te, które miał w kieszeni. Schował pieniądze i wyszedł.

Kilka bram dalej był jakiś hotel. Keith zameldował się podając — po sekundzie wahania — swoje prawdziwe nazwisko i adres.

Nie zatrudniano tu chłopców hotelowych. Recepcjonista podał mu klucz i powiedział, gdzie znajdzie swój pokój: na końcu korytarza na pierwszym piętrze.

Dwie minuty później, dobrze zamknąwszy za sobą drzwi, Keith odetchnął głęboko z ulgą i usiadł na łóżku. Po raz pierwszy od czasu tego, co wydarzyło się w drogerii, poczuł się naprawdę bezpieczny.

Wyjął z kieszeni gazetę oraz oba magazyny i położył je na łóżku. Później wstał, by powiesić marynarkę i kapelusz na stojaku. Robiąc to zauważył na ścianie obok drzwi dwie gałki i skalę pod pokrytym tkaniną kołem o średnicy dwudziestu centymetrów — najwidoczniej było to wbudowane radio z głośnikiem pokrytym materiałem.

Pokręcił gałką, która wyglądała na potencjometr i rzeczywiście nim była. W głośniku natychmiast rozległ się cichy szum. Keith obracał pokrętło strojenia, aż uzyskał dobry i wyraźny odbiór; wtedy nieco ściszył. Muzyka była dobra — coś jakby Benny Goodman, chociaż Keith nie rozpoznał melodii.

Wrócił do łóżka, dla wygody zdjął buty i oparł poduszkę o wezgłowie. Najpierw wziął do ręki swój magazyn — Surprising Stories. Z. rosnącym zdziwieniem obejrzał ponownie okładkę — ilustrację, która była ta sama, a jednak w jakiś niepojęty sposób inna.

Spoglądałby na nią długo, gdyby nie myśl, która nagle przyszła mu do głowy i kazała szybko otworzyć magazyn na stronie ze spisem treści. Spojrzał na drobne litery pod spodem i przeczytał:

„Zjednoczone Wydawnictwa Bordena; Redaktor Naczelny — L. A. Borden; Redaktor — Keith Winton…”

Keith stwierdził, że wstrzymywał oddech, dopóki nie ujrzał swojego nazwiska. A więc należał tu — gdziekolwiek było to tu — i wciąż miał pracę. I pan Borden też tu był — tylko co stało się z jego letnią posiadłością, która dosłownie zapadła się pod ziemię kilka minut przed siódmą?

Wpadła mu do głowy inna myśl — złapał magazyn z opowieściami o miłości i niemal go rozdarł szukając spisu treści. Tak, Betty Hadley była redaktorem. Jednak stwierdził coś dziwnego — że i ten magazyn był wydawany przez Zjednoczone Wydawnictwa Bor — dena. A numer lipcowy, powinien jeszcze nosić znak Towarzystwa Wydawniczego Whaleya — ponieważ Borden odkupił magazyn zaledwie kilka dni temu. Nawet numer sierpniowy powinien jeszcze nosić znak Whaleya. Jednak to mniej ważne.

Najważniejsze było to, że — obojętnie jak zwariowany był ten Wszechświat — znajdowała się w nim Betty Hadley.

Keith westchnął z ulgą. Świat Betty Hadley nie mógł być taki najgorszy, nawet jeśli biegały po nim purpurowe, potwory z Księżyca. A jeśli on, Keith Win — ton, nadal był redaktorem swojego ukochanego magazynu science fiction, Surprising Stories, to wciąż miał pracę i miał co jeść, a nie obchodziło go specjalnie, czy płacą mu w kredytkach, czy w dolarach.

Melodia w radiu urwała się nagle, jak ucięta nożem. Rozległ się głos spikera:

— Nadajemy wiadomości specjalne. Drugie ostrzeżenie dla mieszkańców Greenville i okolic. Arkturiański szpieg, którego obecność zgłoszono pół godziny temu, do tej pory nie został schwytany. Wszystkie dworce kolejowe, drogi i kosmodromy są pilnie strzeżone. Rozpoczęto przeszukiwanie domów. Wszyscy obywatele proszeni są o maksymalną czujność.

Weźcie broń! Strzelajcie bez ostrzeżenia. Pomyłki mogą i będę się zdarzać, ale jeszcze raz przypominam, że lepiej, aby umarło stu niewinnych, niżby zbiegły szpieg spowodował śmierć milionów ludzkich istnień.

Strzelać przy najmniejszym podejrzeniu!

Powtarzamy rysopis…

Ledwie oddychając, Keith Winton słuchał podawanego opisu.

— … około stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów, waga siedemdziesiąt kilogramów, ubrany w jasnobrązowy garnitur i białą sportową koszulę rozpiętą pod szyją, bez kapelusza. Oczy brązowe, włosy ciemne, falujące, wiek z wyglądu około trzydziestu lat…

Keith wolno wypuścił powietrze. Nie odkryli zmiany ubrania. I nie wspominali o tym, że jest ranny. A więc drogista nie wiedział, że jeden z jego strzałów był celny.

Rysopis był dość wierny, lecz nie mógł stanowić zbyt wielkiego zagrożenia dla Keitha, jeśli nie wiedzieli, że ma zabandażowane ramię i że zmienił ubranie.

Oczywiście znajdzie się w znacznie większym niebezpieczeństwie, kiedy mężczyzna, do którego pokoju się włamał, wróci do hotelu i zgłosi, że brakuje mu szarego garnituru i słomkowego kapelusza. A mimo tego, że Keith zostawił mu pięćset kredytek na pokrycie strat, tamten z pewnością zgłosi to, jeśli słyszał komunikat. Keith pożałował, że zostawił pieniądze; zwyczajny złodziej nie zwróciłby tyle uwagi, co złodziej, który płaci za to, co ukradł. Uświadomił sobie, że powinien był zabrać także inne rzeczy, aby upozorować zwykłe włamanie. Powinien wziąć wszystkie trzy garnitury i włożyć do walizki leżącej na dnie szafy; wtedy mogliby tylko zgadywać, który z nich ma na sobie.

A tak, jeśli połączą włamanie do pokoju hotelowego z jego osobą, znów będą mieli dokładny rysopis.

Jednak… o bogowie, w co też wdepnął? Strzelać bez ostrzeżeni a! A on poważnie myślał o tym, żeby się oddać w ręce władz!

No, rozkaz „strzelać bez ostrzeżenia” zdecydowanie wykluczał jakąkolwiek możliwość kontaktu z władzami.

W jakiś sposób znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie i nie miał cienia szansy, aby się wytłumaczyć. Mimo blokady dróg i dworców musi wrócić do Nowego Jorku i zorientować się w sytuacji. Tylko jaki będzie ten Nowy Jork? Taki, jaki Keith znał, czy inny?

W pokoju hotelowym zrobiło się gorąco i duszno. Keith podszedł do okna, otworzył je i stanął, spoglądając na ulicę w dole. Taka zwyczajna ulica, tacy zwyczajni ludzie. Później zobaczył przechodzące nią trzy wysokie, purpurowe potwory, które ramię w ramię wymaszerowały z holu kina. I nikt nie zwrócił na nie uwagi.

Keith pospiesznie odsunął się od okna, bo jeden z purpurowych mógł być tym, który widział go w drogerii. Dla niego wszystkie potwory wyglądały tak samo, ale jeśli były przyzwyczajone do ludzi — a na to wyglądało — to ten, który go widział, z pewnością rozpozna go przy ponownym spotkaniu.

Widok purpurowych potworów sprawił, że Keith zadrżał pod wpływem nowej myśli: czy oszalał? Czy to możliwe? Jeśli tak, był to najbardziej zwariowany rodzaj szaleństwa, o jakim kiedykolwiek słyszał, a w college^ uczęszczał na wykłady z psychiatrii.

A jeśli naprawdę był stuknięty, to co było złudzeniem: świat, w którym się teraz znajdował, czy ten z jego wspomnień?

Czy jego umysł był w stanie stworzyć zbiór fałszywych wspomnień o świecie, bez statków kosmicznych, bez purpurowych potworów z Księżyca, z dolarami zamiast kredytek, bez akturiańskich i ziemskich kolonii na Marsie?

Czy mogło być tak, że ten świat był tym, w którym Keith spędził całe życie, a tamten, który zdawał się znajomy, świat z jego wspomnień, był wytworem jego umysłu?

Jednak jeśli ten świat jest rzeczywisty, jeśli jego wspomnienia — aż do siódmej wieczorem — są urojeniem, to gdzie było miejsce Keitha? Czy rzeczywiście był akturiańskim szpiegiem? Wydawało się to nie mniej prawdopodobne niż wszystko inne.

Nagle Keith usłyszał na korytarzu kroki zmierzające do jego drzwi; ciężkie kroki kilku ludzi. Ktoś głośno i stanowczo zapukał do drzwi.

— Policja — usłyszał Keith.

ROZDZIAŁ IV

Zwariowany Manhattan

Keith zrobił głęboki wdech i gorączkowo rozważał sytuację. Dopiero co słyszał przez radio, że rozpoczęto przeszukiwanie domów; zapewne tylko o to chodziło. Rzecz jasna jako ten, który tylko co wprowadził się do hotelu, zostanie sprawdzony jako pierwszy. Oprócz godziny jego przybycia nie mieli żadnych powodów do podejrzeń.

Czy miał przy sobie coś, co mogło go zdradzić w razie rewizji? Tak — pieniądze. Nie banknoty kredytowe, które dał mu drogista, lecz drobne oraz banknoty dolarowe, które miał w portfelu.

Szybko wyjął z kieszeni drobne, które mu pozostały — ćwierćdolarówkę, dwie dziesiątki i kilka jednocentówek, a z portfela banknoty — trzy dziesiątki i parę jedynek.

Stukanie powtórzyło się, głośniejsze i bardziej natarczywe.

Kcith zawinął drobne w banknoty robiąc z nich mały zwitek i sięgnąwszy za okno położył je na skraju parapetu, poza zasięgiem wzroku.

Później głęboko odetchnął, podszedł do drzwi i otworzył je.

W progu stało trzech mężczyzn; dwaj z nich nosili policyjne mundury. Ci trzymali w rękach rewolwery. Przemówił ten trzeci, mężczyzna w szarym garniturze.

— Przepraszamy — powiedział. — To rutynowa kontrola. Słyszał pan komunikat?

— Oczywiście — rzekł Keith. — Proszę wejść.

I tak już wchodzili, zanim to powiedział. Byli ostrożni i czujni. Lufy obu rewolwerów mierzyły w jego pierś i nie odchyliły się nawet o milimetr. Zimny, podejrzliwy wzrok człowieka w szarym garniturze także nie opuszczał twarzy Keitha.

Jednak jego głos był cichy i uprzejmy.

— Jak się pan nazywa?

— Keith Winton.

— Czym się pan zajmuje?

— Pracuję w redakcji. Jestem redaktorem naczelnym Surprising Stories — odparł Keith wskazując niedbałym gestem leżący na łóżku magazyn.

Lufa jednego z dwóch wycelowanych w niego rewolwerów opuściła się nieco, może o centymetr. Na okrągłej, szerokiej twarzy trzymającego broń mężczyzny pojawił się uśmiech.

— Do licha — rzekł. — A więc to pan jest tym facetem, który prowadzi Pocztę Rakietową, co? Rakietowiec?

Keith kiwnął głową.

— Więc może — powiedział mundurowy — pamięta pan moje nazwisko. Jestem John Garret. Napisałem do pana cztery listy i dwa z nich pan zamieścił.

Szybko przełożył rewolwer do lewej ręki — chociaż trzymał go wciąż wymierzonego w Keitha — i wyciągnął prawą.

Keith uścisnął ją.

— Pewnie — rzekł. — To pan wciąż próbuje nas namówić na barwne ilustracje w środku, nawet gdybyśmy musieli podnieść cenę o d… — urwał i poprawił się w porę — o jedną kredytkę.

Tamten uśmiechnął się jeszcze szerzej i opuścił broń.

— Jasne — powiedział — to ja. Jestem fanem pańskiego magazynu od…

— Podnieście broń, sierżancie — warknął mężczyzna w szarym garniturze. — Zachowajcie ostrożność.

Sierżant znów uniósł broń, ale wciąż się uśmiechał. Powiedział:

— Ten gość jest w porządku, kapitanie. Gdyby nie był tym, za kogo się podaje, nie mógłby wiedzieć, co było w moich listach, no nie?

— Czy te listy były publikowane? — spytał kapitan.

— No… tak, ale…

— Arkturianie mają doskonałą pamięć. Jeżeli szykował się do odgrywania roli redaktora, to przestudiował wszystkie numery magazynu, który podobno redagował.

Sierżant zmarszczył brwi.

— No taak, ale… — zaczął i urwał.

Prawą ręką przesunął kapelusz na czubek głowy i podrapał się w ciemię. Kapitan zamknął drzwi i oparł się o nie, wodząc wzrokiem od sierżanta do Keitha. W końcu powiedział:

— Jednak to dobry pomysł, sierżancie — sprawdzić tożsamość pana Wintona pytając o coś, co nie zostało opublikowane. Może pan to zrobić?

Sierżant wyglądał na jeszcze bardziej zdumionego, ale Keith podpowiedział mu szybko:

— Czy pamięta pan, sierżancie, ten ostatni list, który pan do mnie wysłał. Jakiś miesiąc temu, jak mi się zdaje.

— Pewnie. Ma pan na myśli ten, w którym pisałem…

— Niech pan nie mówi — przerwał mu Keith. — Ja to zrobię. Pisał pan, że komiksy są wydawane w kolorze i są jeszcze tańsze niż popularne magazyny, więc nie potrafi pan zrozumieć, dlaczego nie możemy robić ilustracji w kolorze i utrzymać tej samej ceny.

Lufa rewolweru ponownie się opuściła.

— Zgadza się, kapitanie — powiedział sierżant. — Właśnie tak napisałem i list nie był jeszcze opublikowany. Zatem ten gość jest w porządku — inaczej nie mógłby tego wiedzieć. Chyba… — znów zerknął na leżący na łóżku magazyn — chyba że list jest w tym numerze. Jeszcze go nie czytałem. To nowy numer, pewnie dziś ukazał się w sprzedaży.

— Zgadza się — rzekł Keith. — Ale pańskiego listu w nim nie ma. Proszę, niech pan sprawdzi.

Sierżant Garrett zerknął na zwierzchnika i otrzymał przyzwalające kiwnięcie głową. Obszedł Keitha, podniósł magazyn, przewertowawszy go znalazł Pocztę Rakietową i zaczął czytać próbując jednocześnie nie spuszczać z oka Keitha.

Mężczyzna w szarym garniturze uśmiechnął się lekko i wyjął z kabury pod pachą rewolwer o krótkiej lufie.

— Odłóżcie swoją broń i skupcie się na tym, co robicie, sierżancie — powiedział. — Burkę i ja będziemy czuwać.

— Jasne, kapitanie. Dzięki — odparł Garrett chowając broń do kabury.

Mając wolne obie ręce i oczy mógł się zająć wyłącznie magazynem. Przeglądając dział korespondencji z czytelnikami, powiedział:

— Nadal myślę, że powinniście dać kolor do środka, panie Winton. Jestem pewien, że BEM — y wyglądałyby wtedy o wiele lepiej.

Keith uśmiechnął się.

— Chciałbym, żebyśmy mogli sobie na to pozwolić, sierżancie. Jednak nasze wydawnictwa nie mogłyby rywalizować z innymi, gdybyśmy to zrobili.

Kapitan spoglądał na nich ze zdziwieniem.

— O czym wy mówicie? — zapytał. — Co to są BEM — y? I czemu mówicie o wydawnictwach? Przecież to są magazyny.

— Nazywanie gazet wydawnictwami to powszechny zwyczaj wśród redaktorów i wydawców popularnych magazynów — powiedział Keith. — Może dlatego, że chcieliby, aby ich magazyny były książkami. A BEM to slangowe określenie używane przez fanów. Oznacza skrót od bug — eyed monsters. Ten stwór na okładce magazynu, który przegląda sierżant Garrett, to właśnie BEM.

— I to niezły — powiedział sierżant. — Jeden z mieszkańców trzeciej planety Arktura, no nie?

— O ile pamiętam treść opowiadania — powiedział Keith — to Wenusjania.

Sierżant roześmiał się szczerze, jakby Keith powiedział jakiś dowcip. Jeśli tak było, to Keith nie miał pojęcia, w czym rzecz, ale na wszelki wypadek też się uśmiechnął. Sierżant nadal przerzucał kartki magazynu.

Po chwili podniósł wzrok.

— Wie pan co, panie Winton, jeśli chodzi o ten list faceta z Provincetown, któremu nie podobają się powieści Bergmana, to niech pan nie zwraca uwagi na takich tępaków. Bergman to wasz najlepszy pisarz, może oprócz…

— Sierżancie! — powiedział kapitan lodowatym tonem. — Nie przyszliśmy tu słuchać o waszych zainteresowaniach literackich. Niech pan sprawdzi tytuły tych listów albo podpisy pod nimi, żeby upewnić się, że nie ma tam pańskiego. I nie traćmy na to całego wieczoru.

Sierżant poczerwieniał i przewrócił kilka stron.

— Nie — rzekł minutę później. — Nie ma go tu, kapitanie.

Mężczyzna w szarym garniturze uśmiechnął się do Keitha.

— Zatem chyba jest pan w porządku, panie Winton — powiedział. — Jednak tak dla formalności: czy ma pan jakiś dowód tożsamości?

Keith kiwnął głową i sięgnął po portfel. Jednak człowiek w szarym garniturze powstrzymał go:

— Proszę zaczekać. Jeśli pan pozwoli…

I nie czekając na pozwolenie obszedł Keitha i stanąwszy za jego plecami szybko przesunął ręką po jego bokach. Najwidoczniej nie namacał w kieszeniach niczego, co by go zainteresowało, z wyjątkiem portfela. Wyjął go i szybko przejrzał zawartość, po czym oddał Keithowi.

— W porządku, panie Winton — rzekł. — Wygląda na to, że jest pan w porządku, ale…

Podszedł do szafy, otworzył drzwi i zajrzał do środka. Sprawdził szuflady komody, zajrzał pod łóżko… jednym słowem szybko, lecz wprawnie przeszukał pokój. W jego głosic znów zabrzmiała podejrzliwa nutka.

— Żadnego bagażu, panie Winton? Nawet szczoteczki cło zębów?

— Nawet szczoteczki do zębów — odparł Keith. — Nie spodziewałem się, że zosUinę w Greenville na noc. Jednak sprawy, które mnie tu sprowadziły, zajęły mi więcej czasu, niż przewidywałem.

Człowiek w szarym garniturze zakończył rewizję. Powiedział:

— No, przykro nam, że pana niepokoiliśmy. Jednak musimy być czujni i sprawdzać każdą możliwość — a pan dopiero co się zameldował. Dobrze, że z pomocą sierżanta móuł pan dowieść swojej tożsamości, inaczej musielibyśmy sprawdzać jeszcze staranniej. Jednak w tej sytuacji…

Kiwnął do druuieijo mundurowego, który schował broń do kabury.

— W porządku, kapitanie — rzekł Keith. — Wiem, że nie wolno panu ryzykować.

— Ma pan całkowitą rację. Ten szpieg gdzieś tu się kręci. No, z Greenville się nie wydostanie. Otoczyliśmy je kordonem, przez który mysz się nie prześliźnie. I będziemy czekać, dopóki go nie dostaniemy.

— Myśli pan, że mogę mieć kłopoty z dostaniem się do Nowego Jorku? — zapytał Keith.

— No… na stacjach sprawdzają bardzo dokładnie. Sądzę, że uda się panu ich przekonać, żeby pana puścili. — Olicer uśmiechnął się. — Szczególnie jeśli wśród strażników znajdzie pan jakiegoś swojego fana.

— Co jest raczej mało prawdopodobne, kapitanie. Wie pan, miałem zamiar wracać rano, ale w ten sposób będę w redakcji tak późno, że właściwie powinienem zmienić zdanie i wracać jeszcze dziś. Kiedy postanowiłem zostać tu na noc, byłem bardzo zmęczony, ale teraz czuję się już lepiej. Może pamięta pan, kiedy jest następny pociąg do Nowego Jorku?

— Zdaje się, że o wpół do dziesiątej — powiedział kapitan.

Zerknął na zegarek.

— Zdąży pan, ale nie wiem, czy zdołają pana sprawdzić i przepuścić. A następny pociąg jest o szóstej rano.

Keith zmarszczył brwi.

— Wolałbym pojechać tym o dziewiątej trzydzieści. Hmm, kapitanie, zastanawiam się, czy nie mógłby mi pan pomóc i zadzwonić do tego, kto dowodzi na stacji, żeby za mnie poręczyć? W ten sposób nie zatrzymaliby mnie długo i zdążyłbym na pociąg. Czy też może proszę o zbyt wiele?

— Chyba nie, panie Winton. Pewnie, zadzwonię do nich.

Po dziesięciu minutach Keith siedział w taksówce jadącej na dworzec kolejowy, a jeszcze pół godziny później, w pustym niemal pociągu, zdążał do Nowego Jorku.

Wydał głębokie westchnienie ulgi: wydawało się, że najgorsze niebezpieczeństwo chwilowo minęło. W Nowym Jorku powinien być bezpieczny. Najważniejsze, że zdołał przedostać się przez kordon. Nie tylko to, ale odważył się też — kiedy policjanci opuścili jego pokój — zabrać swoje pieniądze z parapetu. Wierzył, i jak się okazało, słusznie, że rozmowa, którą kapitan Jak-mu-tam przeprowadził z ludźmi na dworcu kolejowym, oszczędzi mu ponownej rewizji, gdy okaże dowód swojej — już ustalonej — tożsamości.

Ponadto nie miał zamiaru tracić tych banknotów i monet, dopóki nie dowie się, o co w tym chodzi. Zapewne stanowiły dla niego niebezpieczeństwo, ale niektóre z nich były tu cenne. Drogista dał mu równowartość dwustu dolarów za jedną monetę; może inne będą jeszcze cenniejsze. No, drogista przyznał nawet, że ćwierćdolarówka była warta więcej, niż za nią zapłacił!

Jednak półdolarówka… Keith wzdrygnął się wewnętrznie na samo wspomnienie. Nie ma co zgadywać; będzie musiał po prostu zaczekać, aż się dowie, o co tu chodzi, a tymczasem musi być tak ostrożny, jak to możliwe. Zapłaciwszy za pokój i bilet wciąż miał około stu czterdziestu dolarów w kredytkach; to powinno wystarczyć na jakiś czas. Na dłuższy czas, jeśli będzie oszczędny. Mały zwitek niekredytowych banknotów i monet wepchnął przezornie do tylnej kieszeni spodni, żeby niechcący nie zapłacić za coś trefnymi pieniędzmi. Monety ciasno owinął banknotami, tak by nie zdradziły go brzękiem.

Tak, posiadanie ich było bez wątpienia niebezpieczne, ale miał powód jeszcze ważniejszy niż ich ewentualna wartość. Były ostatnią nitką, na której trzymały się jego zdrowe zmysły. Wspomnienia mogły być płodem wyobraźni, ale te pieniądze były czymś rzeczywistym. W pewien sposób dowodziły, że przynajmniej część z tego, co pamiętał, była prawdą. To lekkie wybrzuszenie w tylnej kieszeni spodni dodawało mu otuchy.

Spoglądając przez okno nabierającego szybkości pociągu widział, jak światła Greenville rzedną i powoli znikają w ciemnościach.

Przynajmniej na razie był bezpieczny. I miał co najmniej dwie godziny na przejrzenie obu magazynów i gazety, którą kupił.

Zaczął od gazety.

ARKTUR ATAKUJE MARSA, NISZCZY KAPI

To niewątpliwie wiadomość dnia; Keith przeczytał ją uważnie. Wyglądało na to, że Kapi była ziemską kolonią na Marsie, założoną w 1939 roku jako czwarta z siedmiu istniejących tam osad. Była z nich najmniejsza; zaledwie czterdziestu kolonistów — Ziemian. Uważano, że wszyscy zginęli, podobnie jak około stu pięćdziesięciu marsjańskich robotników.

A więc, uświadomił sobie Keith, muszą istnieć tubylcy — Marsjanie, skoro pisze się osobno o marsjańskich robotnikach. Jak wyglądali ci marsjańscy tubylcy? Na ten temat nie było żadnej wzmianki w krótkim artykule, który brzmiał jak komunikat z pierwszej linii frontu bardziej znajomych Keithowi wojen. Może słowo „Lunańczyk” mimo wszystko było imieniem; może purpurowe potwory to Marsjanie, a nie mieszkańcy Księżyca?

Jednak były ważniejsze rzeczy niż to, Keith czytał dalej.

Jeden ze statków Arkturian zdołał jakoś przedostać się przez kosmiczną blokadę i wystrzelić torpedę, zanim wykryli go ludzie Dopelle’a. Zaatakowali natychmiast i choć arkturiańska jednostka przeszła na napęd międzygwiezdny, dopędzili ją i zniszczyli.

Czyniono przygotowania — podawał New York Times — do ataku odwetowego. Szczegóły były, rzecz jasna, objęte tajemnicą wojskową.

W trakcie lektury artykułu Keith natknął się na liczne nazwiska i nazwy, które nic mu nie mówiły. Mimo to poczuł się jeszcze bardziej nieswojo, kiedy natknął się na znajome nazwisko w całkiem niezrozumiałym kontekście — na wzmiankę o generale Eisenhowerze, dowódcy sektora wenusjańskiego.

Zakończenie artykułu dotyczyło proponowanego wzmocnienia środków obronnych wokół bardziej narażonych na atak miast i było zupełnie niezrozumiałe dla Keitha. Roiło się od pojęć, które nic mu nie mówiły — jak powtarzający się zwrot „całkowite zamglenie” i liczne wzmianki o „renegatach” oraz „Ludziach Nocy”.

Przebrnąwszy przez główny artykuł — prawie dwie kolumny tekstu — Keith przejrzał gazetę od deski do deski, czytając wszystkie nagłówki i przynajmniej część każdej wiadomości, która wydawała się niezwykła czy interesująca. Wyglądało na to, że życie codzienne niewiele różni się od tego, które znał.

Znalazł wiadomości towarzyskie i rozpoznał wiele znajomych nazwisk; niewątpliwie rozpoznałby jeszcze więcej, gdyby miał dotąd zwyczaj czytać rubrykę towarzyską. St. Louis prowadziło w jednej lidze, a Nowy Jork w drugiej — i to też było tak, jak pamiętał, chociaż nie miał pewności, czy punktacja była ta sama. W ogłoszeniach znalazł te same firmy i produkty co zwykle — tylko z cenami podanymi w kredytkach zamiast w dolarach i centach. Nie było ogłoszeń reklamujących statki kosmiczne czy Małego Fizyka Atomowego dla dzieci.

Szczególnie uważnie przejrzał ogłoszenia o kupnie. Sytuacja mieszkaniowa wyglądała znacznie lepiej, niż pamiętał, i możliwe, że wyjaśnienie tego faktu kryło się w tym, iż sporadyczne ogłoszenia o sprzedaży domu czy mieszkania były opatrzone dopiskiem „Z powodu emigracji na Marsa”. Jedno z ogłoszeń w rubryce „Zwierzęta domowe” oferowało wenusjańską kolinę — cokolwiek to mogło być — a drugie księżycowe szczeniaki.

Kilka minut po pierwszej, zgodnie z planem, pociąg wjechał na Dworzec Centralny. Zaabsorbowało go to tak, że zupełnie zapomniał o magazynach.

W miarę jak pociąg wolno wtaczał się na stację, Keith zdał sobie sprawę z czegoś niezwykłego, czegoś dziwnego, czego nie potrafił określić — szczególnego nastroju, jaki tu panował. Nie chodziło o brak świateł; te świeciły jak zawsze, może nawet było ich więcej.

Uświadomił sobie, że wagon, z którego wysiadł, był zapełniony zaledwie w jednej czwartej, a może nawet i nie. Wysiadłszy stwierdził, że był to jedyny pociąg na stacji i wszyscy bagażowi, zdawało się, mieli wolne.

Tuż przed nim mały człowieczek zmagał się z trzema walizkami, próbując nieść dwie w rękach, a jedną pod pachą. Szedł z największym trudem.

— Mogę panu pomóc? — spytał Keith.

— Jasne, dzięki — odparł człowieczek z wyraźnym zadowoleniem w głosie. Przekazał jedną z walizek Keithowi i obaj ruszyli betonowym peronem.

— Słaby dziś ruch, co? — powiedział Keith.

— To był chyba ostatni pociąg. Naprawdę nie powinni ich puszczać tak późno. Co z tego, że przyjedziesz, skoro nie można się dostać do domu? Och, pewnie, szybciej dotrzesz tam rano, ale co to naprawdę da?

— Chyba nic — powiedział Keith zastanawiając się, o czym właściwie tamten mówi.

— Osiemdziesięciu siedmiu zabitych zeszłej nocy! — powiedział człowieczek. — Przynajmniej tyle ciał znaleziono; nikt nie wie, ile zabrała rzeka.

— Okropne — rzekł Keith.

— I to nie tylko jednej, zwyczajnej nocy. Można uznać, że było co najmniej stu zabitych. I to tylko ci zabici na miejscu. Bóg wie, ilu napadnięto i pobito do nieprzytomności.

Westchnął.

— Pamiętam czasy, kiedy nawet na Brodwayu było bezpiecznie.

Nagle zatrzymał się i postawił walizki na ziemi.

— Muszę chwilkę odsapnąć — powiedział. — Jeżeli chce pan iść dalej, niech ją pan postawi obok.

Keith był rad z szansy odpoczynku; zranione lewe ramię uniemożliwiało przekładanie walizki z ręki do ręki. Rozmasował prawą dłoń, zesztywniała od dźwigania.

— Nie spieszy mi się — powiedział. — Nie spieszy mi się do domu.

Człowieczek roześmiał się, jakby Keith powiedział coś niezwykle wesołego. Keith zdobył się na niezobowiązujący uśmiech.

— A to dobre — rzekł człowieczek. — „Nie spieszy mi się do domu”.

Klepnął się dłonią w udo.

— Hmm… Ostatnio nie słuchałem wiadomości — powiedział Keith. — A pan? Jest coś nowego?

— No jasne, do diabła! — Na twarzy małego człowieczka pojawił się strach zmieszany ze śmiertelną powagą. — Mamy w kraju arkturiańskiego szpiega. Ale może pan o tym słyszał; podawali dziś wieczorem. Wzdrygnął się.

— Nie, nie słyszałem — rzekł Keith. — Pamięta pan jakieś szczegóły?

— Widzieli go w Greenville, mieście, przez które przejeżdżaliśmy. Nie pamięta pan? Trzymali wszystkie drzwi zamknięte i nie wpuszczali do pociągu nikogo bez sprawdzenia. Cała stacja była pełna gliniarzy i strażników.

— Chyba musiałem się zdrzemnąć, kiedy byliśmy w tym… mówi pan, Greeiwille?

— Tak, Greenville. Cieszę się, że tam nie wysiadałem. Wywrócą miasto do góry nogami.

— Jak go wykryli? — spytał Keith.

— Próbował sprzedać komuś zakazaną monetę i to w dodatku arkturiańską podróbkę — jedną z tych źle datowanych.

— Och — mruknął Keith.

A więc to jednak przez monetę; był tego pewien. Może lepiej byłoby ich się pozbyć, nie zważając na ich wartość czy potencjalne znaczenie, przy pierwszej dogodnej okazji wrzucając do ścieku lub śmietnika. A może trzeba było zostawić je na parapecie pokoju hotelowego w Greenville.

Nie, to byłby błąd, bo gdyby je znaleźli, mogliby do niego trafić; przecież zameldował się w hotelu pod swoim prawdziwym nazwiskiem i — na całe szczęście w tym przypadku — podał je policjantom, którzy przyszli do jego pokoju. Tak, odkrycie monet na parapecie pokoju hotelowego niewątpliwie doprowadziłoby do Keitha Wintona z Nowego Jorku. Nie pomyślał o tym, kiedy zabierał je z parapetu — sądził nawet, że czyni nieco lekkomyślnie zachowując je przy sobie. Teraz oblał się potem, uświadamiając sobie, jakie miał szczęście.

— Jeżeli odkryli, że to szpicel, to dlaczego go nie zatrzymali? — zapytał.

— Zatrzymali! — Człowieczek wyraźnie zatrząsł się z emocji. — Boże, Arkturian się nie łapie, ich się zabija. Próbowali go zabić — drogista i Lunak, którego tamten zawołał na pomoc — ale im uciekł.

— Och — powiedział Keith.

— Założę się, że do tej pory w Greenville ze dwudziestu czy trzydziestu ludzi zabito przez pomyłkę — rzekł ponuro człowieczek. Potarł dłonie i podniósł walizki. — Chyba dam już radę iść dalej, jeżeli pan może.

Keith podniósł walizkę i poszli dalej w kierunku holu dworca.

— Mam nadzieję, że zostały jakieś prycze — powiedział człowieczek.

Keith otworzył usta i znów je zamknął. Każde pytanie mogło zdradzić jego ignorancję w sprawach, o których powinien wiedzieć.

— Pewnie nie — rzekł przesadnie pesymistycznym tonem, tak aby można to uznać za żart, Gdyby należało powiedzieć coś innego.

Jednak człowieczek tylko kiwnął ponuro głową. Zbliżali się już do holu i zjawił się bagażowy. Człowieczek westchnął z ulgą przekazując mu wszystkie trzy walizki.

— Prycze? — spytał bagażowy. — Jest jeszcze kilka wolnych.

— Jasne, chętnie. Dwie — powiedział człowieczek. Zawahał się i spojrzał na Keitha. — Nie chciałem decydować za pana. Niektórzy wolą siedzieć.

Keith czuł się tak, jak człowiek idący po linie w ciemnościach. O co tu chodziło? Co za wybór między staniem a leżeniem? Nie miał ochoty ani na jedno, ani na drugie.

— Chyba się tu pokręcę — odparł po namyśle.

Właśnie weszli do głównego holu dworca i Keith ze zdziwieniem spojrzał na prycze. Wszędzie ciągnęły się długie równe rzędy ustawionych blisko siebie łóżek polowych. Oprócz przejść pozostawionych między rzędami, łóżka zajmowały całą podłogę olbrzymiego pomieszczenia. Na większości z nich spali ludzie.

Czyżby sytuacja mieszkaniowa była aż tak zła? Nie, to niemożliwe, sądząc po liczbie ogłoszeń o pokojach do wynajęcia zamieszczonych w New York Timesie, który Keith miał w kieszeni. A jednak…

Człowieczek dotknął jego zranionego ramienia i Keith aż podskoczył. Na szczęście tamten tego nie zauważył. Właśnie mówił „Jedną chwileczkę” do bagażowego idącego kilka kroków przed nimi.

Przysunął się do Keitha.

— Jeżeli… hmm… krucho u pana z pieniędzmi, to proszę sobie wybrać pryczę. Mogę… hmm… pożyczyć panu kilka kredytek.

— Dzięki — rzekł Keith — ale chyba już pójdę.

— Chyba nie zamierza pan wyjść, prawda? — Twarz człowieczka wyrażała przerażenie pomieszane ze zdziwieniem.

Znów powiedział coś nie tak, ale nie miał pojęcia co ani dlaczego w holu Dworca Centralnego stały łóżka polowe i czemu to, czy tu zostanie, czy nie, miało jakieś znaczenie. W każdym razie lepiej będzie pozbyć się człowieczka, zanim wzbudzi jego podejrzenia, jeżeli to już się nie stało.

— Oczywiście, że nie — powiedział. — Nie jestem taki głupi. Jednak ktoś miał tu na mnie czekać i chciałbym się za nim rozejrzeć. Może później wezmę pryczę, ale i tak nie sądzę, aby udało mi się zasnąć. Proszę się o mnie nie martwić. I dzięki za zaoferowaną pożyczkę, ale mam dość kredytek.

Odszedł szybko, zanim tamten zdążył zadać więcej pytań. Światło w głównym holu dworca było przyćmione, niewątpliwie dlatego, żeby nie raziło śpiących. Keith wolno przeszedł przez mroczne pomieszczenie idąc najciszej, jak potrafił, aby nie budzić leżących, po czym skierował się w stronę wyjścia na Czterdziestą Drugą Ulicę.

Zbliżając się do drzwi zobaczył, że po obu stronach drzwi stali policjanci.

Nie mógł już zmienić kierunku marszu. Jeden z mundurowych patrzył na niego. Keith szedł prosto do drzwi, których pilnowali, i nie mógł teraz skręcić w bok nie zwracając na siebie uwagi. Jeżeli się okaże, że nie wolno wychodzić z dworca — Keith nie miał pojęcia z jakiego powodu — postanowił udawać, że podszedł tylko po to, by spojrzeć przez szklane drzwi.

Tak więc zbliżył się do nich wolno, zauważając po drodze, że szklane drzwi są od zewnątrz zamalowane czarną farbą.

Kiedy Keith podszedł bliżej, odezwał się wyższy policjant. Jednak w jego głosie słychać było tylko szacunek. Zapytał:

— Czy jest pan uzbrojony?

— Nie.

— Na zewnątrz jest dość niebezpiecznie. No, nie mamy prawa pana zatrzymywać; możemy to tylko usilnie doradzać.

Pierwszą reakcją Keitha była ulga; a więc nie będą go tu zatrzymywać, jak się obawiał. Nie miał zamiaru tracić nocy na dworcu, obojętnie z jakiego powodu.

Tylko co miał na myśli policjant? Niebezpiecznie? Co to za niebezpieczeństwo, o którym nie wiedział nic prócz tego, że zatrzymało na dworcu te tysiące ludzi przybyłych późnymi pociągami? Co się stało z Nowym Jorkiem?

No, teraz już za późno, by się cofnąć. Poza tym, myślał ponuro, dopóki nie pozna reguł rządzących tym światem, jest wciąż i wszędzie w niebezpieczeństwie.

Z największą obojętnością, na jaką potrafił się zdobyć, powiedział:

— Nie mam daleko. Nic mi nie będzie.

— Pańska sprawa — rzekł gliniarz. Drugi wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— Mamy nadzieję, że nie pański pogrzeb. W porządku.

Otworzył drzwi.

Keith prawie się cofnął. Drzwi nie były zamalowane na czarno. Na zewnątrz po prostu panowały egipskie ciemności. Kompletna ciemność, jakiej dotąd jeszcze nie widział. Nigdzie nie dostrzegł nawet błysku światła. Blask przyćmionych lamp dworca zdawał się w ogóle nie przebijać mroku. Patrząc pod nogi Keith widział przed sobą trotuar chodnika zaledwie pół metra za progiem.

I — czy było to złudzenie, czy też nieco tej ciemności wpłynęło przez otwarte drzwi do holu dworca, jakby nie był to wcale nocny mrok, lecz namacalny czarny opar? Czyżby było to coś więcej niż zwyczajny brak światła?

Cokolwiek to było, Keith nie mógł teraz przyznać, że nie wie, co to takiego. Musiał wyjść przez te drzwi, dokądkolwiek wiodły.

Wyszedł i drzwi zamknęły się za jego plecami. Miał wrażenie, że znalazł się w szafie. To była ciemność nad ciemnościami. Musiało to być — przypomniał sobie określenie z New York Timesa — całkowite zamglenie.

Spojrzał w górę i nie dostrzegł ani gwiazd, ani księżyca, chociaż — przynajmniej w Greenville — była jasna, księżycowa noc.

Zrobił dwa kroki i odwrócił się, by popatrzeć na drzwi. Nie mógł ich dostrzec. A powinien widzieć jasną, oświetloną płytę. W takich ciemnościach drzwi musiał widzieć z daleka mimo słabego oświetlenia w holu. Chyba że szkło rzeczywiście było zamalowane z zewnątrz na czarno. Keith podszedł krok bliżej i dostrzegł je; bardzo niewyraźny prostokąt na wyciągnięcie ręki. O krok dalej nic już nie było widać.

Cofnął się o krok i drzwi zniknęły. Pogrzebawszy w kieszeni znalazł pudełko zapałek i zapalił jedną. Trzymając ją w wyciągniętej ręce widział tylko słaby błysk. Jeszcze z odległości pół metra widział płomyk wyraźnie. Ale nie dalej.

Zapałka wypaliła się niemal do końca i musiał ją wypuścić; nie widział, czy zgasła uderzając o chodnik, czy też nie. Mogła wciąż palić się na betonie.

Teraz pożałował, że nie wziął pryczy na dworcu, ale było już za późno, by tam wrócić. I tak zwrócił na siebie uwagę wychodząc. Czemu nie poszedł za przykładem małego człowieczka? W przyszłości musi pamiętać, że bezpiecznie jest naśladować innych.

Wyciągnąwszy rękę dotknął ściany budynku i wodząc po niej dłonią, a drugą macając przed sobą, ruszył na zachód, w kierunku skrzyżowania z Yanderbilt Avenue. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w mrok, ale równie dobrze mógł je zamknąć, bo i tak nic nie widział. Teraz wiedział już, co czuje ślepiec. Przydałaby mu się laska do stukania w trotuar. Pies przewodnik byłby jednak bezużyteczny; Keith wątpił, czy nawet kot mógłby widzieć dalej niż na pół metra w tej czarnej mgle.

Jego sunąca przy murze ręka natrafiła na pustkę; znalazł się na rogu.

Przystanął zastanawiając się, czy w ogóle powinien iść dalej. Nie mógł wrócić na stację, ale czemu nie miałby po prostu usiąść na chodniku, oprzeć się plecami o budynek i czekać do rana? O ile rankiem ta czarna mgła się rozwieje.

Z pewnością powrót do kawalerki w Greenwich Yillage nie wchodził w rachubę. Taksówki nie m o — g ł y kursować. Rozsądek podpowiadał mu, że wszelkie inne środki komunikacji też nie działają. Tylko kompletny głupiec lub taki ignorant jak on — aż pewnością nie znalazłby się drugi taki w Nowym Jorku — próbowałby przedostać się przez te ciemności.

Po namyśle zrezygnował jednak z pomysłu czekania do świtu. Mógł nadejść patrol policyjny i zaczęto by go pytać, dlaczego nie pozostał w bezpiecznym sanktuarium stacji. Nie, jeżeli już zdecyduje się usiąść i przeczekać noc, to zrobi to gdzie indziej, nie w pobliżu punktu wyjścia. Jeżeli zostanie zatrzymany dalej, to będzie mógł twierdzić, że przynajmniej próbował dostać się z dworca do domu.

Tak więc, kierując się jedynie dotykiem i ostrożnie stawiając nogi, przeszedł do krawężnika i na ulicę. Jeżeli był tu jakiś ruch… ale pojazdy nie mogły się poruszać w takiej mgle, chyba że z pomocą radaru. Ta myśl sprawiła, że drugą połowę jezdni przeszedł nieco szybciej — bo czy mógł mieć pewność, że nie posługiwały się radarem?

Odnalazł krawężnik po przeciwnej stronie, przewróciwszy się na nim. Wstał i powlókł się w poprzek chodnika, aż jego macająca dłoń znów dotknęła solidnego muru.

Czterdziesta Druga Ulica, zaledwie parę przecznic od Times Square i Broadwayu, a równie dobrze mógł być… nie, nie na Księżycu, bo tam miałby choć purpurowe potwory do towarzystwa. A czy tu ich nie było? Próbował o tym nie myśleć.

Nadstawiał ucha, ale nie słyszał nic prócz cichego szurania własnych nóg i uświadomił sobie, że mimo woli idzie na palcach starając się nie zakłócać tej straszliwej ciszy.

Minął kolejny kwartał docierając do Madison Avenue, przeszedł przez nią i po omacku zaczął szukać drogi do Piątej Alei.

Zastanawiał się dokąd zmierza? Do Times Square? A czemu nie? Greenwich Yillage nie wchodziło w rachubę; zbyt daleko, by w takim ślimaczym tempie dotrzeć tam przed świtem. Jednak musiał gdzieś zdążać, czemu więc nie do centrum? Jeżeli gdzieś było jakieś nocne życie, to tylko tam.

Wejść gdzieś, byle gdzie, byle wydostać się z tych ciemności!

Zaczął naciskać klamki mijanych drzwi. Wszystkie były zamknięte. Przypomniał sobie, że ma w kieszeni klucz do redakcji Zjednoczonych Wydawnictw Bordena, które mieściły się w budynku stojącym tylko trzy przecznice dalej na południe. Jednak nie, budynek z pewnością będzie zamknięty, a nie miał klucza do bramy.

Przeszedł Piątą Aleję. Po drugiej stronie ulicy, po jego lewej ręce, będzie Biblioteka Publiczna. Rozważył możliwość przejścia przez drugą stronę i spędzenia reszty nocy na schodach, ale zrezygnował z tego zamiaru Teraz kiedy obrał już kierunek marszu, równie dobrze może iść dalej, do Times Square. Z pewnością w tym pępku świata znajdzie się jakieś schronienie, nawet jeśli będzie to tylko oświetlona stacja metra.

Między Piątą i Szóstą Aleją — zastanawiał się, czy tu też próbowali ją nazwać Avenue of the Americas — jest spory kawałek drogi. Jednak nigdzie nie znalazł otwartych drzwi. A naciskał wszystkie klamki.

Minął Szóstą Aleję i był w połowie drogi na Broadway.

Nacisnął kolejną klamkę; tak jak wszystkie, te drzwi też były zamknięte. Jednak w tej krótkiej chwili, gdy przystanął, by szukać klamki, i jego kroki ucichły, usłyszał dźwięk, pierwszy od chwili, gdy opuścił dworzec.

Był to odgłos kroków, równie cichych i ostrożnych, jak jego własne. Szuranie nóg; coś mówiło mu, że oznaczało niebezpieczeństwo, śmiertelne niebezpieczeństwo.

ROZDZIAŁ V

Ludzie Nocy

Stał bez ruchu, słuchając zbliżającego się szurania. Ktokolwiek czy cokolwiek to było, Keith w żaden sposób nie mógł uniknąć spotkania, chyba żeby odwrócił się i poszedł w przeciwnym kierunku. Świat wydał mu się nagle jednowymiarowy. Tak długo, jak każdy z nich — on i nieznajomy w ciemnościach — wymacywali sobie drogę wzdłuż ścian budynków, istniały tylko dwa kierunki: naprzód i do tyłu. Niczym mrówki pełznące po nitce musieli się spotkać i wyminąć, chyba że jeden z nich zawróci.

Nim zdecydował coś zrobić, było już za późno, by zawrócić. Macająca dłoń dotknęła jego twarzy i skamlący głos powiedział:

— Niech mnie pan nie bije. Nie mam ani kredytki.

Keith odetchnął z ulgą.

— Dobrze — powiedział. — Będę stał spokojnie. Niech mnie pan wyminie.

— Jasne, proszę pana.

Kiedy mężczyzna go wymijał, Keith poczuł przelotne dotknięcie i silny, zapierający dech w piersi wyziew alkoholu. W ciemności rozległ się cichy chichot.

— To tylko stary wilk Kosmosu na przepustce — powiedział głos — i już obrobiony proszę pana, dwie godziny temu. Niech pan słucha, coś panu powiem. W pobliżu grasują Ludzie Nocy. Cała banda krąży gdzieś przy Times Square. Lepiej niech pan zmieni kierunek. Ostrzegam pana.

Mężczyzna już minął Keitha, ale wciąż dotykał ręką rękawa jego marynarki.

— To oni pana obrabowali? — spytał Keith.

— Oni? Słuchaj pan, przecież widać, że żyję? Czy byłbym żywy, gdyby dopadli mnie Ludzie Nocy? No, niech pan powie.

— Racja, zapomniałem — powiedział Keith. — Lepiej więc pójdę w innym kierunku. Hmm… czy metro kursuje?

— Metro? Człowieku, ty naprawdę szukasz guza, co?

— A gdzie znaleźć jakieś bezpieczne miejsce?

— Bezpieczne? Już dawno nie słyszałem tego słowa. Co to znaczy? — Roześmiał się pijackim rechotem. — Kochany, latałem na trasie Mars — Jowisz w czasach gorączki platynowej, kiedy przed zamknięciem luków odmawiali za nas egzekwie. Cholera, wolałbym się znaleźć tam z powrotem, niż błąkać się w tej mgle i bawić w ciuciubabkę z Ludźmi Nocy.

— A skąd pan wie, że ja nie jestem jednym z nich? — spytał Keith.

— Żartuje pan? Jak samotny facet może nim być, skoro oni chodzą całą bandą trzymając się pod ręce, zajmując całą szerokość ulicy i stukając kijami. Głupcy z nas, że w ogóle wyszliśmy z domów. I pan, i ja — obaj. Gdybym nie był pijany… Hej, ma pan zapałki?

— Pewnie, całe pudełko. Potrafi pan…?

— Mam dreszcze, proszę pana. To wenusjańska febra. Może pan mi podać ognia? Jak zapalę, powiem panu, gdzie jest bezpieczne miejsce, w którym możemy się ukryć na resztę nocy.

Keith potarł zapałkę o bok pudełka. Nagły błysk płomienia zmienił czarną ciemność w szary mrok — w promieniu pół metra.

Ukazał odrażającą, poznaczoną bliznami, wykrzywioną szyderczo twarz — i uniesioną do ciosu pałkę. Pałka zaczęła opadać w tej samej chwili, gdy zapaliła się zapałka.

Nie było czasu na unik. Tylko natychmiastowa, instynktowna reakcja ocaliła życie Keithowi.

Zanurkował pod wzniesione ramię wbijając jednocześnie płonącą zapałkę w paskudną gębę opryszka. Dzięki temu pałka przecięła powietrze i tylko przedramię napastnika uderzyło o głowę Keitha. Impet zderzenia wytrącił broń z ręki tamtego i pałka z głuchym łomotem upadła na chodnik.

Zaczęli się szamotać i tarmosić w ciemnościach. Silne ręce zacisnęły się na szyi Keitha; na twarzy poczuł nieświeży oddech przeciwnika, który klął obrzydliwie. Keith zdołał się wyrwać z uścisku. Cofnął się o krok i uderzył. Poczuł, jak jego pięść trafia w coś twardego.

Usłyszał, że napastnik upadł — jednak nie stracił przytomności, bo Keith wciąż słyszał zduszone przekleństwa. Korzystając z hałasu, jaki robił przeciwnik, Keith cofnął się o trzy kroki w czarną pustkę otwartej przestrzeni, po czym stanął spokojnie, wstrzymując oddech.

Słyszał, jak mężczyzna dysząc ciężko gramoli się na nogi. Przez długie pół minuty to sapanie wydawało się jedynym odgłosem życia w mieście.

Nagle rozległ się inny, nowy dźwięk; odległe, ciche stukanie setek cienkich lasek. Zdawać by się mogło, że to kompania ślepców maszeruje ulicą. Hałas dochodził od strony Broadwayu i Times Sąuare, w kierunku, w którym zmierzał Keith.

Usłyszał stłumiony pomruk: „Ludzie Nocy”, a potem szybkie szuranie nóg, gdy niedoszły rabuś rzucił się do ucieczki. Z gęstych ciemności dobiegł Keitha głos napastnika, nagle pozbawiony pijackiej chrypki: — Zmykaj, koleś! To Ludzie Nocy! Pospieszny tupot jego kroków ucichł w dali, w miarę jak stukanie stawało się głośniejsze i bliższe. Zbliżało się niezwykle szybko.

Kim byli Ludzie Nocy? Rzeczywiście ludźmi? Keith próbował sobie przypomnieć wszystko, co o nich przeczytał lub usłyszał. Co mówił o nich człowiek z bliznami na twarzy? „Chodzą całą bandą trzymając się pod ręce, zajmując całą szerokość jezdni i stukając kijami”. Ludzie czy nie, musi to być zorganizowana banda morderców grasująca na ulicach podczas zamglenia; idący długim rzędem od ściany do ściany trzymając się pod ręce, stukając laskami.

Czy te laski były również ich bronią, czy też mieli jakąś inną?

Stukanie rozlegało się już w odległości kilku metrów, zbliżając się znacznie szybciej, niż człowiek może iść w ciemnościach. Musieli mieć jakiś system, który umożliwiał im tak szybki marsz.

Keith nie czekał dłużej; odwrócił się i pobiegł w kierunku budynku, aż wyciągniętą ręką natrafił na szorstką ścianę. Wtedy pognał wzdłuż niej; nie zważając na możliwość upadku biegł ile sił w nogach.

Zagrażające z tyłu niebezpieczeństwo wydawało się większe niż ryzyko ucieczki na oślep. Keithowi udzielił się strach, który słyszał w głosie mężczyzny o poznaczonej bliznami twarzy. Ten człowiek, mimo że wykolejony, nie był tchórzem. Wiedział, kim są Ludzie Nocy, i bał się ich — bardzo się bał. Sam zabójca, był jak szakal wobec stada lwów, kiedy usłyszał stukanie lasek.

Keith przebiegł trzydzieści czy czterdzieści kroków, po czym zatrzymał się i nadstawił ucha. Stukanie pozostało w tyle; nie zbliżali się tak szybko, jak on odważył się biec. Nagle z przeciwnej strony, a więc z kierunku, w którym podążał, dał się słyszeć straszliwy, ochrypły wrzask. Keithowi wydawało się, był niemal pewny, że to głos człowieka z twarzą w bliznach. Wrzask zmienił się w przeraźliwy jęk agonii, zagłuszony przez stukanie lasek.

Co się stało z człowiekiem o poznaczonej bliznami twarzy? Co mogło spowodować jego śmierć — a Keith nie wątpił, że tamten nie żyje — w takich męczarniach? Wyglądało to, jakby uciekający przed lwami szakal wpadł w sploty boa dusiciela. Tak mógł krzyczeć człowiek miażdżony w uścisku węża — i chyba równie krótko.

Keithowi włosy stanęły dęba na głowie. W tym momencie oddałby prawą rękę za odrobinę światła, obojętnie co mogłoby ono ukazać. Zrozumiał, co to jest strach; czuł, jak ściska go za gardło.

Stukot z tyłu. Trochę zyskał na tym krótkim sprincie; słyszał stukanie kilkanaście, a nie kilka metrów za sobą. Mógł znów zacząć biec i uciec przed tym dźwiękiem. Tylko co czyhało w ciemnościach?

Człowiek z bliznami na twarzy pobiegł wzdłuż muru; cokolwiek napotkał, musiało nastąpić to przy ścianie. Keith odbił w prawo i wyszedł na środek ulicy. Później, obróciwszy się tak, by biec równolegle do krawężnika, ruszył w kierunku przeciwnym do tego, z którego zbliżali się Ludzie Nocy. Przebiegł kolejne trzydzieści czy czterdzieści kroków i znów przystanął wsłuchując się w ciszę. Tak, stukanie zostało w tyle.

Jednak czy naprawdę? Przez chwilę był zdezorientowany i zastanawiał się, czy w gęstym mroku nie pomylił kierunku. Później uświadomił sobie okropną prawdę; z przeciwnej strony też słychać było stukanie.

Dwa zbliżające się do siebie rzędy napastników, a on pośrodku. Oto ich metoda polowania, napędzanie ofiar na linię myśliwych. Przedtem zastanawiał się, jak udawało im się kogokolwiek schwytać, skoro stukanie towarzyszące ich pochodowi zdradzało ich i ostrzegało potencjalne ofiary. Teraz już wiedział.

Stanął. Serce waliło mu jak młotem. Ludzie Nocy — kimkolwiek byli — wzięli go w dwa ognie. Nie miał dokąd uciec.

Stał więc zastanawiając się, dopóki stukanie z tyłu — bliższe niż to dobiegające z przodu — nie zbliżyło się tak bardzo, że po prostu musiał coś zrobić. Stać bez ruchu oznaczało dać się schwytać w ciągu najbliższej minuty. Pobiec naprzód czy do tyłu oznaczało to samo, tylko w jeszcze krótszym czasie.

Skręcił w prawo i podbiegł do ściany budynku po południowej stronie ulicy — przeciwnej niż ta, przy której śmierć dopadła Bliznowatego. Nie kłopotał się szukaniem krawężnika; znalazł go potykając się on i padając na chodnik. Podniósł się i zrobił jeszcze kilka kroków po trotuarze, aż dotarł do ściany. Na ułamek sekundy przystanął, by posłuchać. Stukanie wydawało się dobiegać z jednakowej odległości zarówno z prawa, jak i z lewa.

Namacał ręką bramę. Ujął klamkę; nie dlatego, by spodziewał się, że drzwi będą otwarte, ale dlatego, że musiał ją znaleźć, aby otworzyć drzwi od środka. Rąbnął pięścią w szkło obok klamki.

Powinien paskudnie pokiereszować sobie knykcie, ale nic sobie nie zrobił. Zdawało się, że szczęście w końcu postanowiło się do niego uśmiechnąć; mała szklana płytka wpadła w całości do środka. Reszta płyty nie pękła i nie wypadła z framugi.

Wpadające do środka pod uderzeniem pięści szkło odchyliło na moment grubą kotarę i Keith dojrzał błysk światła. Szybko włożył rękę w otwór, namacał zamek, otworzył drzwi od wewnątrz i wpadł do środka.

Światło niemal go oślepiło. Zatrzasnął drzwi za sobą. Usłyszał głos:

— Stój albo będę strzelał!

Keith stanął i podniósł ręce na wysokość ramion. Zamrugał, oswajając oczy ze światłem. Znajdował się w holu małego hoteliku. Kilka metrów dalej, za kontuarem stał pobladły ze strachu nocny portier, trzymając w ręku samopowtarzalną strzelbę, której wielka jak działo lufa mierzyła wprost w pierś Keitha. Portier dyszał głośniej od niego.

— Nie podchodź ani kroku bliżej — powiedział trzęsącym się głosem. — Wyjdź stąd; wyjdź stąd natychmiast. Nie chcę cię zastrzelić, ale…

Nie ruszając się z miejsca i nie opuszczając rąk Keith powiedział:

— Nie mogę. Na zewnątrz są Ludzie Nocy. Jeżeli otworzę drzwi, dostaną się tu.

Twarz portiera pobladła jeszcze bardziej. Przez chwilę był zbyt przerażony, by coś powiedzieć, i wtedy obaj usłyszeli stukanie.

Portier odzyskał mowę; jego głos był ledwie głośniejszy od szeptu.

— Cofnij się do drzwi. Przytrzymaj kotarę przy otworze, tak aby nie było widać światła.

Keith zrobił krok w tył i oparł się plecami o drzwi.

Milczeli. Keith czuł, jak pot spływa mu po plecach. Czy Ludzie Nocy dostrzegą — lub wymacają — dziurę w drzwiach? Czy nie wpakują mu przez nią w plecy noża, kuli lub czegoś innego?

Zimny dreszcz pełzł mu po krzyżu. Czas też pełznął.

Jednak nic się nie stało.

Przez chwilę słychać było głośne stukanie i stłumione głosy. Keithowi wydawało się, że to ludzkie głosy, ale nie był tego pewny. Później wszystko ucichło.

Ani Keith, ani portier nie ruszyli się i nie odezwali słowem przez co najmniej trzy minuty od chwili, gdy ostatni dźwięk ucichł w oddali. Wtedy portier powiedział do Keitha:

— Poszli. Teraz wyjdź stąd.

— Wciąż są blisko — powiedział Keith najciszej jak mógł — jeśli wyjdę, dostaną mnie. Nie jestem rabusiem. Nie mam broni. Za to mam pieniądze. Chciałbym zapłacić za tę wybitą szybę — i wynająć pokój, jeśli macie jakiś wolny. Jeżeli wszędzie są zajęte, dobrze zapłacę nawet za możliwość przesiedzenia nocy w holu.

Portier spoglądał na niego niepewnie, nie opuszczając broni. W końcu zapytał:

— Co pan tam robił, na zewnątrz?

— Przyjechałem z Greenville — odparł Keith — ostatnim pociągiem na Dworzec Centralny. Otrzymałem wiadomość, że mój brat jest poważnie chory, i zaryzykowałem próbę dostania się do domu — to tylko parę przecznic dalej. Nie wiedziałem, że to tak źle wygląda. Teraz kiedy już wiem… no, wolę pójść do domu rano.

Portier patrzył na niego poważnie.

— Niech pan nie opuszcza rąk — powiedział w końcu.

Położył strzelbę na kontuarze, ale trzymał palec na spuście jednocześnie wyjmując drugą ręką pistolet z szuflady.

— Niech się pan odwróci tyłem do mnie. Muszę się upewnić, że nie ma pan broni.

Keith odwrócił się i stał spokojnie słuchając, jak portier wychodzi zza kontuaru. Nie ruszał się, kiedy tamten przytknął mu do pleców twardą lufę pistoletu i szybko przesunął ręką po kieszeniach.

— W porządku — powiedział portier. — Chyba jest pan czysty. W każdym razie zaryzykuję. O tej porze psa nie wygnałbym z domu.

Keith westchnął z ulgą i odwrócił się. Portier znów stał za kontuarem, ale już nie mierzył do Keitha.

— Ile jestem panu winien za szybę? I ile za pokój, jeśli jest jakiś wolny?

— Jasne, mamy pokój. Sto kredytek wystarczy za jedno i drugie. Jednak najpierw niech mi pan pomoże. Przeniesiemy ten stojak z książkami i gazetami, i zastawimy nim drzwi. Jest na tyle wysoki, że zasłoni dziurę w szybie. W każdym razie przytrzyma kotarę, a jeśli ta nie będzie się kołysała, z zewnątrz nikt nie zobaczy światła.

— Dobry pomysł — powiedział Keith. Chwycił jeden koniec stojaka, a portier drugi i przesunęli go do drzwi nie podnosząc z podłogi.

Wzrok Keitha przyciągnęły tytuły kilku kieszonkowych wydań na półce z książkami. Szczególnie jedna, zatytułowana Czy zamglenie jest tego warte? Postanowił wziąć kilka tych książek ze sobą do pokoju. Sprawdził cenę — dwie i pół kredytki. Najwidoczniej przeliczenie: jedna kredytka — dziesięć centów, obowiązywało i w tym wypadku.

To oznaczało, że sto kredytek — dziesięć dolarów — za szybę i pokój było dość umiarkowaną ceną, niemal okazją. Niemal? Cholera, to była okazja. Wolałby oddać wszystkie pieniądze, jakie mu zostały — sporo ponad tysiąc kredytek — niż jeszcze raz wyjść tej nocy w mrok na Czterdziestej Drugiej Ulicy.

To przypomniało mu o jeszcze jednej zagadce. Był przekonany, że na południowej stronie tej ulicy między Szóstą i Broadwayem nie ma żadnego hotelu. To znaczy, nie było takiego hotelu tam, skąd Keith przybył. A to oznacza…

Dał spokój rozmyślaniom i podszedłszy za portierem do kontuaru, wpisał się do książki. Wyjął z portfela stukredytkowy banknot i dołożył jeszcze pięćdziesiąt kredytek.

— Chcę wziąć sobie dwie czy trzy książki z tych na stojaku. Proszę zatrzymać resztę.

To oznaczało czterodolarowy napiwek dla portiera.

— Jasne, dzięki, panie Winton. Oto pański klucz. Trzysta siedem; to na trzecim piętrze. Będzie pan musiał wejść po schodach i sam odszukać swój pokój. Widzi pan, zamykamy o zachodzie słońca, więc nie ma teraz chłopców hotelowych. Tylko ja muszę pilnować interesu.

Keith kiwnął głową i schował klucz do kieszeni. Wrócił do stojaka z książkami i gazetami.

Najpierw wziął Czy zamglenie jest tego warte? Nie miał wątpliwości, że musi się zapoznać z treścią.

Powiódł wzrokiem po innych tytułach. Niektóre z nich były znajome. Inne nie.

Porwał z półki Historię świata H.G. Wellsa. Z tej książki mógł się dowiedzieć wielu interesujących go rzeczy.

A trzecia pozycja? Było tam sporo prozy, ale on potrzebował czegoś bardziej krwistego. Czegoś, co dałoby mu więcej skoncentrowanych informacji.

Na półkach stało około pół tuzina książek o kimś nazwiskiem Dopelle. Gdzie też już słyszał to nazwisko? Ach tak, widział je w New York Timesie. To generał dowodzący całą flotą kosmiczną Ziemi.

Człowiek nazwiskiem Dopelle, Opowieść o Dopelle, Dopelle — bohater Kosmosu. I kilka innych.

Skoro wśród niewielu niebeletrystycznych pozycji na stojaku znalazło się aż tyle książek o nim, Dopelle musiał być kimś, o kim warto było coś wiedzieć. Keith wybrał Opowieść o Dopelle i nawet się bardzo nie zdziwił widząc, że napisał ją Paul Gallico.

Podniósł książki w górę, żeby portier widział, ile bierze, i ruszył ku schodom, zanim ogarnęła go pokusa dokupienia jeszcze książek lub magazynów do tych, które już miał; jeszcze nie przeczytał tych z Greenville.

Miał już więcej lektury, niż był w stanie przetrawić przez resztę nocy, nawet gdyby czytał bardzo pobieżnie i krótko spał. A będzie musiał trochę się zdrzemnąć, nieważne jak interesująca okaże się ta lektura. Spacer na trzecie piętro udowodnił mu, że jest bardzo zmęczony. Zranione ramię bolało go coraz bardziej. I knykcie prawej dłoni zaczęły dokuczać jak wszyscy diabli; wprawdzie nie rozciął ich o szkło, ale mocno uderzył, tak że każdy ruch palcami powodował dotkliwy ból.

W przyćmionym świetle korytarza znalazł swój pokój; wszedł i zapalił światło. Pokój był miły i wygodny, z zapraszająco wyglądającym łóżkiem, na które Keith spojrzał tęsknie. Jednak nie odważył się w nim spocząć. Najpierw musi dowiedzieć się paru rzeczy, które może znaleźć w książkach kupionych w recepcji. Te wiadomości mogły go uratować jutro przed popełnieniem pomyłki równie przykrej w skutkach, co dzisiejsza decyzja wyjścia z Dworca Centralnego. Tylko dzięki szczęściu wyszedł z t e g o cało.

Rozebrał się na tyle, by było mu wygodnie i siadł do lektury, celowo wybierając twardsze z dwóch krzeseł, żeby mniej morzył go sen. Wiedział, że gdyby położył się na łóżku, nie byłby w stanie czytać dłużej niż pół godziny.

Najpierw wziął do ręki Czy zamglenie jest tego warte? Tę przerzuci szybko i przynajmniej się dowie, co to takiego to zamglenie.

Na szczęście historia zamglenia była dość dobrze streszczona w pierwszym rozdziale. Zostało opracowane — jak się dowiedział — przez niemieckiego profesora w roku 1934, wkrótce po zniszczeniu Chicago i Rzymu przez statki arkturiańskie. Zniszczenie Chicago, w którym straciło życie blisko dziewięć milionów ludzi, miało miejsce na początku 1933 roku, a zniszczenie Rzymu kilka miesięcy później.

Po zagładzie Chicago wszystkie większe miasta wprowadziły natychmiast obowiązkowe zaciemnienie — ale zaciemnienie nie uratowało Rzymu.

Rzym, mimo że doskonale zaciemniony, uległ zniszczeniu tak samo jak Chicago. Jednak na całe szczęście statek arkturiański — ten, który wystrzelił pociski — został przechwycony przez Dopelle i kilku członków załogi wzięto do niewoli.

Dzięki pomocy kogoś lub czegoś nazywanego Mekky (autor książki zakładał, iż wszyscy czytelnicy wiedzą wszystko o Mekkym, więc nie trudził się wyjaśnianiem) dowiedziano się od pozostałych przy życiu Arkturian, że ich statek był wyposażony w detektory wykrywające nieznane dotąd promieniowanie — nie świetlne, lecz emitowane przez źródła elektryczne.

W ten sposób mogli dzięki swym detektorom zlokalizować miasto, mimo że światła paliły się jedynie wewnątrz budynków, ponieważ mury przepuszczały te tak zwane promienie epsilon, tak samo jak fale radiowe.

Przez jakiś czas wydawało się, że bezpieczeństwo Ziemi może zagwarantować tylko powrót do świec i lamp gazowych. (Elektryczności można było nadal używać do oświetlania wnętrz w ciągu dnia, ponieważ światło słoneczne wygaszało promienie epsilon, zanim opuściły one atmosferę).

Jednak Dopelle zaszył się w swoim laboratorium i podjął ten problem. Odkrył charakter promieni epsilon i wysyłał codzienne sprawozdania ze swej pracy naukowcom całego świata, którzy pod jego kierunkiem próbowali znaleźć jakąś metodę wygaszania tych promieni równie efektownie, jak promieniowanie słoneczne.

Ów niemiecki profesor znalazł jedyną jak do tej pory skuteczną radę: gaz epsilonowy powodujący zamglenie, które Wielka Rada Ziemi zarządziła jako obowiązkowe dla wszystkich miast liczących ponad sto tysięcy mieszkańców.

Ten gaz profesora Kurta Ebbinga był substancją o naprawdę przedziwnych właściwościach. Bez zapachu, nieszkodliwy dla wszelkich form życia roślinnego i zwierzęcego, nieprzenikliwy dla światła i promieni epsilon. Otrzymywano go tanim kosztem z węgla drzewnego; jedna fabryka mogła co wieczór w ciągu paru godzin wytworzyć go dosyć, by zmieszany z powietrzem kompletnie zakrył miasto. A o świcie słońce rozkładało go w ciągu dziesięciu lub piętnastu minut.

Od czasu wprowadzenia zamglenia kilka statków arkturiańskich zdołało wprawdzie przedrzeć się przez blokadę, ale żadne większe miasto Ziemi nie zostało zaatakowane. Zamglenie zdało egzamin.

Zniszczeniu ulego kilkanaście pomniejszych miast. Zakładając, że statki arkturiańskie wybierały za cel ataku największe miasta wykryte przez ich detektory, uratowano przez to kilkanaście metropolii. Porównując straty w wyniku zniszczenia większych miast — co miałoby miejsce, gdyby nie zamglenie — ze stratami spowodowanymi zniszczeniem małych miasteczek, można ocenić, że zamglenie uratowało prawdopodobnie co najmniej dziesięć milionów istnień. Gdyby wziąć pod uwagę, że wśród celów ataku mogły się znaleźć Nowy Jork lub Londyn, należałoby uznać, iż liczba ocalonych przekroczyłaby nawet dziesięciokrotnie tę minimalną.

Jednak zamglenie miało swoje strony negatywne. Siły porządkowe w większości miast okazały się całkowicie bezradne wobec wzbierającej fali przestępstw. Pod osłoną mgły ulice wielkich miast zamieniały się po zmroku w ziemię niczyją. W Nowym Jorku pięć tysięcy policjantów straciło życie, zanim siły porządkowe — a raczej ich resztki — zdecydowały się zaprzestać patrolowania ulic po zmierzchu.

Obywatelskie komitety obrony także nie spełniły pokładanych w nich nadziei.

Sytuację pogarszała sprawa weteranów wojny w Kosmosie, u których występowały często przestępcze inklinacje; tej psychozie uległa blisko jedna trzecia ich ogólnej liczby.

W większości miast — a szczególnie w Paryżu, Nowym Jorku i Berlinie — zaniechano w końcu wszelkich prób utrzymania porządku w nocy. Po zmroku rządy obejmowali gangsterzy i kryminaliści. Porządni obywatele znikali z ulic i zamykali się w domach. Komunikacja miejska przestawała działać.

Może to dziwne, ale na szczęście większość przestępców ograniczała swoją działalność do otwartej przestrzeni. Włamania nie zdarzały się częściej niż przed wprowadzeniem zamglenia. Obywatel, który pozostał w domu zamykając okna i drzwi, nie ryzykował bardziej niż dawniej. Charakter „psychozy zamglenia”, jak ją nazywano, leżącej u źródeł większości przestępstw, wymagał, zdawało się, by dokonywano ich pod osłoną gęstej i nieprzeniknionej ciemności…

Grasowali zarówno pojedynczy przestępcy, jak i całe gangi, ale te ostatnie były gorsze. Takie gangi jak Ludzie Nocy w Nowym Jorku, Krwiożercy w Londynie, czy Lenowie w Moskwie (Keith zastanawiał się, czy ta ostatnia nazwa nie pochodziła czasem od Lenina) używały wyspecjalizowanych metod i były wysoko zorganizowane.

Co noc w wielkich miastach ginęły setki ludzi. Sytuacja byłaby jeszcze gorsza, gdyby nie fakt, że przestępcy częściej rabowali i zabijali się wzajemnie, niż napadali na porządnych obywateli siedzących w domach.

Zamglenie było — jak przyznawał autor — wysoką ceną za zabezpieczenie się przed atakiem z Kosmosu. Około miliona ludzi padło ofiarą zbrodni popełnionych w czasie zamglenia — ale niewątpliwie dziesięć milionów się uratowało. Dzięki zamgleniu, dwanaście ataków, które miały miejsce od czasu Chicago i Rzymu, zniszczyło mniejsze miasta. Czy zamglenie jest tego warte? Tak, odpowiadał autor, ze względu na co najmniej dziewięć milionów ludzkich istnień, a zapewne o wiele więcej.

Keith zadrżał odkładając Czy zamglenie jest tego warte? Gdyby kupił tę książkę w Greenville i przeczytał ją w pociągu, z pewnością nie opuściłby Dworca Centralnego. Wykupiłby pryczę — albo spałby na podłodze.

Bez wątpienia nocne życie na Broadwayu nie było tu takie jak tam, skąd przybył.

Podszedł do okna i stanął patrząc — no, nie na ulicę, lecz na gęstą czerń za szybą. Zasłony nie były zaciągnięte, ale to miało znaczenie jedynie na parterze.

Spoglądając z zewnątrz już z odległości metra nie można było w ogóle dostrzec okna. Ta ciemność była niesamowita. Keith nie uwierzyłby w jej istnienie, gdyby nie widział tego na własne oczy.

A co się działo teraz tam w dole, w mroku Czterdziestej Drugiej Ulicy, zaledwie przecznicę od Times Square — centrum Wszechświata?

Keith potrząsnął głową w zadumie. Czterdziesta Druga Ulica rządzona przez przestępców! Purpurowi mieszkańcy Księżyca spacerujący głównym ciągiem handlowym Greenville! Generał Eisenhower dowódcą wenusjańskiego sektora ziemskiej floty kosmicznej prowadzącej wojnę z Arkturem!

W jakim to zwariowanym Wszechświecie się znalazł?

ROZDZIAŁ VI

Wybryki maszyn do szycia

No, jakikolwiek był ten Wszechświat, znalazł się w nim i nic na to nie mógł poradzić. I będzie w nieustannym niebezpieczeństwie, dopóki nie pojmie rządzących nim praw na tyle dobrze, by nie ryzykować strzelania fatalnej gafy za każdym razem, gdy coś powie lub zrobi.

Gafy nie były zdrowe w świecie, w którym bez ostrzeżenia strzelano do człowieka, że niby jest arkturiańskim szpiegiem, gdzie można zginąć w wyniku głupiego pomysłu, by przejść po zmroku z Dworca Centralnego na Times Square.

Lepiej będzie odłożyć sen na później i jeszcze trochę poczytać.

Keith zdecydowanie wziął do ręki kieszonkowe wydanie Historii świata H.G. Wellsa. Był już zbyt zmęczony, aby siedzieć. Położy się na łóżku i poczyta trochę, a jeśli zaśnie, to rano poczyta tak długo, jak będzie mógł, zanim odważy się wyjść z hotelu i stawić czoło Nowemu Jorkowi za dnia. I jaki byłby ten Nowy Jork, i tak będzie lepszy od Nowego Jorku nocą.

Podłożył sobie poduszkę pod głowę i zaczął czytać Wellsa. Pobieżnie przekartkował pierwsze rozdziały odczytując wyrywkowo kluczowe zdania i szybko przewracając kartki; przeważnie po kilka naraz.

Przypadkiem kilka miesięcy temu czytał tę książkę po raz drugi i dobrze pamiętał jej treść. To wydanie niczym się nie różniło — przynajmniej na początku. Nawet ilustracje były takie same.

Dinozaury, Babilon, Egipcjanie, Grecy, Imperium Rzymskie, Karol Wielki, Średniowiecze, Odrodzenie, Kolumb i Ameryka, wojna z Anglią, rewolucja przemysłowa…

„W Kosmos”.

Taki tytuł nosił jeden z ostatnich rozdziałów. Keith przestał kartkować i zaczął czytać.

Rok 1903. Profesor George Yariey, amerykański naukowiec z Harvardu, odkrył napęd międzygwiezdny.

Przypadkowo!

Właśnie majstrował przy żoninej maszynie do szycia, zepsutej i przeznaczonej do śmietnika. Próbował przerobić ją tak, żeby pasek klinowy napędzał mały generator własnej roboty, który dałby mu potrzebny do jakiegoś doświadczenia fizycznego prąd o niskim napięciu i wysokiej częstotliwości.

Wszystko popodłączał — na szczęście pamiętał potem, co zrobił źle — i kilka razy zakręcił kołem, kiedy jego noga zamiast pedału trafiła w podłogę, a on sam o mało co nie spadł z krzesła.

Maszyna do szycia, pedał i generator — wszystko zniknęło.

Profesor — jak to z humorem pisał Wells — był wtedy zupełnie trzeźwy, ale szybko to naprawił. Kiedy zaś wytrzeźwiał na nowo, pożyczył od żony nową maszynę do szycia i dokładnie skopiował generator, który miał być źródłem prądu. Tym razem celowo powtórzył błędne połączenie dokonane za pierwszym razem.

Nadepnął na pedał — i nowa maszyna do szycia zniknęła.

Nie wiedział, co odkrył, ale domyślał się, że jest to coś wielkiego. Podjął pieniądze z konta i kupił jeszcze dwie maszyny do szycia. Jedną dla żony, żeby miała na czym szyć. Drugą przerobił dokładnie tak, jak dwie pierwsze.

Tym razem postarał się o świadków, a wśród nich rektora i dziekana. Nie powiedział im, czego mają oczekiwać; po prostu zalecił, aby patrzyli na maszynę do szycia.

Tak zrobili; po chwili nie mieli już na co patrzeć.

Musiał włożyć sporo trudu, by przekonać niektórych, że nie jest to trik iluzjonisty, ale kiedy ich przekonał — to znaczy po zniknięciu maszyny do szycia żony dziekana — wszyscy przyznali, że na coś istotnie wpadł.

Zwolnili go z obowiązków dydaktycznych i dali mu fundusze na dalsze badania. Profesor stracił jeszcze kilka maszyn do szycia, po czym przestał posługiwać się maszynami i ograniczył do sedna sprawy.

Stwierdził, że do napędzania „źle” zmontowanego generatora może użyć napędu sprężynowego — podłączonego w pewien specjalny sposób. Przełożenie faktycznie nie było potrzebne — ale jeśli podłączył do generatora silnik elektryczny, coś się psuło i z eksperymentu nic nie wychodziło. Stwierdził, że nie potrzeba wrzeciona ani koła zamachowego, ale czółenko jest niezbędne i musi być wykonane ze stopu żelaza.

Odkrył, że do napędzania generatora może użyć wszystkiego oprócz elektryczności. Wypróbował napęd nożny, sprężynowy, koło wodne i maszynę parową — zabawkę syna (po czym musiał kupić mu nową).

W końcu sprowadził rzecz do stosunkowo prostego zestawu elementów montowanych w skrzynce — skrzynki były tańsze niż maszyny do szycia — napędzanych tanim mechanizmem sprężynowym do zabawek, przy czym cały aparat kosztował mniej niż pięć dolarów i można go było zmontować w parę godzin.

Wystarczyło wtedy tylko nakręcić sprężynę, pchnąć dźwignię i… no, mechanizm udawał się gdzieś. Gdzie i w jaki sposób profesor nie miał pojęcia. Jednak eksperymentował dalej.

Później któregoś dnia w prasie ukazała się wiadomość o czymś, co z początku uznano za meteor, a co uderzyło w ścianę wieżowca w Chicago. Po bliższych oględzinach okazało się to resztkami drewnianej skrzynki oraz kilku dziwnie połączonych części elektrycznych i mechanicznych.

Yarley pojechał do Chicago pierwszym pociągiem i zidentyfikował swoje dzieło.

Wiedział już, że aparat porusza się w przestrzeni, i miał nad czym pracować. Nikt nie zmierzył co do sekundy czasu uderzenia aparatu w budynek, ale z pobieżnej analizy wynikało, że obiekt przeniósł się z Cambridge do Chicago w czasie bliskim zeru.

Uniwersytet zaraz przydzielił Yarleyowi asystentów i zespół zaczął eksperymentować na całego, wysyłając znaczne ilości urządzeń zaopatrzonych w numery identyfikacyjne i prowadząc dokładny rejestr różnic siły nakręcenia sprężyny, liczbę obrotów napędu, kierunku jego ustawienia i czasu — co do ułamka sekundy — zniknięcia aparatu.

Poza tym ogłosił światu przedmiot swoich badań, kończąc swój raport prośbą do wszystkich, by szukali jego „pudełek”.

Odnaleziono dwa z kilku tysięcy aparatów, jakie wysłał. Zajrzawszy do swego rejestru, profesor dowiedział się kilku istotnych rzeczy. Po pierwsze, że aparat poruszał się dokładnie w kierunku ustawienia osi generatora: po drugie, że istniał związek między liczbą nakręceń a odległością przebytą przez aparat.

Teraz mógł naprawdę zabrać się do roboty. Do roku 1904 ustalił, że odległość przebyta przez maszynę jest proporcjonalna do sześcianu liczby całkowitych lub częściowych obrotów generatora i że czas trwania podróży wynosi dokładnie i równo zero sekund.

Zmniejszając zaś generator do mikroskopijnych rozmiarów mógł wysłać urządzenie na stosunkowo krótką, wymierną odległość — kilku kilometrów — i wycelować tak, by lądowała na konkretnym polu za miastem.

Mogłoby to zrewolucjonizować cały transport, gdyby nie fakt, że maszyny zawsze ulegały poważnym uszkodzeniom wewnętrznym i zewnętrznym podczas lądowania. Zazwyczaj mało co z nich zostawało do identyfikacji.

Na broń też się to specjalnie nie nadawało; wysyłane materiały wybuchowe nigdy nie docierały do celu. Widocznie eksplodowały po drodze, gdzieś w nadprzestrzeni.

Jednak po trzech latach doświadczeń uczeni zdołali sprowadzić to wszystko do postaci porządnego wzoru i nawet zaczęli rozumieć zasadę; na tyle, że byli w stanie przewidzieć rezultaty.

Stwierdzili, że powodem zniszczenia aparatów była ich nagła materializacja, w końcowej fazie lotu, w powietrzu. Powietrze to bardzo solidny materiał. Nie można przemieścić jakiejś jego objętości w czasie równym zeru nie niszcząc przy okazji przedmiotu powodującego przemieszczenie; a zniszczeniu ulegał on nie tylko jako całość, ale i w samej swej strukturze molekularnej. Najwidoczniej jedynym miejscem, w jakie powinno się wysyłać urządzenie, aby przybyło tam nietknięte, była próżnia — Kosmos. A ponieważ odległość lotu rosła z sześcianem liczby nakręceń, nie trzeba było dużej maszyny, aby osiągnąć Księżyc, a nawet inne planety. Nawet podróż międzygwiezdna nie wymagała naprawdę wielkiego aparatu, zwłaszcza że można to było zrobić w kilku skokach, z których każdy nie zabierał więcej czasu, niż potrzeba było pilotowi na naciśnięcie guzika.

Co więcej, ponieważ czas nie grał żadnej roli, nie trzeba było obliczać trajektorii. Wystarczyło wymierzyć prosto w punkt docelowy, nastawić na właściwą odległość, nacisnąć guzik i już się było na miejscu, po zmaterializowaniu w bezpiecznej odległości od planety szykując się do lądowania.

Rzecz jasna pierwszym celem był Księżyc. Opracowanie metody lądowania zajęło im kilka lat. Zasady aerodynamiki nie zostały jeszcze dobrze poznane — chociaż dwaj bracia nazwiskiem Wright z powodzeniem latali maszyną cięższą od powietrza w Kittyhawk, kilka lat wcześniej — w tym samym konkretnie roku, w którym profesor Yarley stracił swoją pierwszą maszynę do szycia. W każdym razie na Księżycu w ogóle nie było powietrza.

Jednak ostatecznie opracowano metodę lądowania i w roku 1910 pierwszy człowiek stanął na Księżycu, po czym powrócił bezpiecznie.

W ciągu następnego roku osiągnięto zdatne do zamieszkania planety.

Następny rozdział był zatytułowany: „Wojna międzyplanetarna”, ale Keith nie zdołał już go przeczytać. Była trzecia trzydzieści. Miał długi i obfitujący w wydarzenia dzień. Oczy same mu się zamknęły.

Nawet się nie rozebrał; po prostu sięgnął ręką i zgasił światło; zasnął niemal w tej samej chwili, gdy dotknął głową poduszki.

Kiedy się obudził, było już prawie południe. Przez chwilę leżał nie otwierając oczu, myśląc o zwariowanym śnie, jaki mu się przyśnił: o świecie podróży kosmicznych odbywanych dzięki maszynie do szycia, o wojnie z Arkturem i zamgleniu Nowego Jorku.

Obrócił się na bok i ramię zabolało go tak paskudnie, że otworzył oczy i zobaczył nieznajomy sufit nad głową. To był szok, który natychmiast go rozbudził. Usiadł na łóżku i spojrzał na zegarek. Jedenasta czterdzieści pięć? Spóźnił się kilka godzin do pracy.

Czy naprawdę?

Był okropnie zmęczony, zdezorientowany. Wstał z łóżka — obcego łóżka — i podszedł do okna. Tak, znajdował się na trzecim piętrze hotelu przy Czterdziestej Drugiej Ulicy i patrzył na zwykły ruch uliczny w dole. Zwykły sznur samochodów i chodniki jak zwykle zatłoczone zwykłymi ludźmi noszącymi zwykłe ubrania. To był Nowy Jork, jaki Keith znał.

Więc mimo wszystko musiał to być sen. Tylko jak to się stało, że znalazł na Czterdziestej Drugiej Ulicy?

Stał zastanawiając się nad tym, próbując dopasować swoją obecność w hotelu do całego porządku rzeczy. Ostatnim sensownym wspomnieniem było to, że siedział na ławeczce w ogrodzie pana Bordena. Później…

Czy mógł wrócić do Nowego Jorku w inny sposób niż ten, który pamiętał — i jakoś zastąpić koszmarnym majakiem pamięć o tym? Jeżeli tak, to powinien niezwłocznie odwiedzić psychiatrę.

Czyżby zwariował? Najwidoczniej. A jednak coś niewątpliwie się wydarzyło. Jeżeli nie zaakceptuje tej niewiarygodnej wersji, nie będzie w stanie wyjaśnić, jak wrócił z posiadłości Bordena do Nowego Jorku i tego, że znajdował się w pokoju hotelowym na peryferiach miasta zamiast na własnych śmieciach w Greenwich Yillage.

A ramię naprawdę go bolało. Dotknął go ręką i pod koszulą wymacał bandaż. Gdzieś się zranił, ale z pewnością nie w taki sposób, jak mu się śniło.

No, lepiej wyjść stąd, pójść do domu i… nie był w stanie zaplanować nic więcej. Najpierw pójdzie do domu, później zastanowi się, co dalej.

Odwrócił się i podszedł do krzesła, na którym położył swoje rzeczy. Jego spojrzenie przyciągnęło coś, co leżało obok łóżka. Egzemplarz kieszonkowego wydania Historii świata H.G. Wellsa.

Ręce trzęsły mu się trochę, gdy podniósł książkę i otwierał ją na spisie treści. Spojrzał na tytuły ostatnich trzech rozdziałów. Nosiły tytuły: „W Kosmos”, „Wojna międzyplanetarna” i „Zmagania z Arkturem”.

Książka wypadła mu z ręki. Pochylił się, by ją podnieść, i zobaczył drugą, częściowo wsuniętą pod łóżko. Miała tytuł: Czy zamglenie jest tego warte?

Keith usiadł na krześle i przez kilka minut próbował zebrać myśli, oswoić się z faktem, że to nie koszmarny sen, lecz rzeczywistość.

Lub jej niezwykle realistyczna przeróbka.

Albo zupełnie zwariował, albo to wszystko naprawdę się wydarzyło. Był ścigany przez purpurowego potwora. Błądził w czarnej mgle uciekając przed bandą dzikusów.

Sięgnął do kieszeni wiszących na krześle spodni i wyjął portfel. Banknoty były kredytkami, nie dolarami. Ponad tysiąc kredytek.

Ubrał się wolno, rozmyślając, po czym znów podszedł do okna. Wciąż była to Czterdziesta Druga Ulica i wciąż wyglądała zupełnie zwyczajnie, ale teraz już go to nie zmyliło. Przypomniał sobie, jak wyglądała o pierwszej w nocy, i wzdrygnął się lekko.

I kiedy zaczął szukać, dostrzegł różnice, których przedtem nie widział. Większość sklepów wyglądała znajomo, ale inne były zupełnie obce i Keith miał pewność, że przedtem ich tu nie było.

Później, na domiar wszystkiego, dostrzegł w tłumie czerwony punkt. To był, oczywiście, purpurowy potwór wchodzący do sklepu po drugiej stronie ulicy. I nikt nie zwracał na niego więcej uwagi niż na innych przechodniów.

Keith westchnął i przygotował się do opuszczenia pokoju. Pakowanie polegało na rozłożeniu Historii świata, Opowieści o Dopelle i dwóch magazynów po różnych kieszeniach. Postanowił nie brać ze sobą Czy zamglenie jest tego warte, ponieważ dowiedział się z tej książki wszystkiego, co chciał. Zrezygnował też z wczorajszego wydania New York Timesa.

Zszedł po schodach i przez hol. Za kontuarem stał inny recepcjonista, który nawet na niego nie spojrzał. Keith przystanął na chwilę przed frontowymi drzwiami; poczuł się dziwnie widząc, że szklana płyta jest cała. Później zauważył kit na brzegach.

Teraz kiedy zupełnie się zbudził, poczuł głód. Jedzenie było najważniejszą sprawą; nie miał nic w ustach od poprzedniego dnia rano. Poszedł na wschód, aż znalazł zachęcającą restauracyjkę naprzeciw Biblioteki Publicznej.

Zajął jednoosobowy stolik na uboczu i przestudiował menu. Miał do wyboru tuzin przekąsek; oprócz trzech nazwy wszystkich brzmiały znajomo. Owe trzy były najdroższymi potrawami umieszczonymi na końcu listy: marsjański zol a la Marseille, pieczony krail w sosie kapi oraz galline de luna.

To ostatnie, o ile Keith pamiętał jeszcze hiszpański, oznaczało księżycowego kurczaka. Postanowił, że kiedyś musi spróbować księżycowego kurczaka, pieczonego kraila i marsjańskiego zot a la Marseille, ale teraz był zbyt głodny, by eksperymentować. Zamówił gulasz.

Gulasz, oprócz innych zalet, nie wymaga wytężonej uwagi. Jedząc Keith przejrzał ostatnie rozdziały Historii świata. Wells pisał z goryczą o wojnie międzyplanetarnej. Uważał ją za zwykłą wojnę zaborczą, a Ziemię za agresora.

Mieszkańcy Księżyca i Wenus okazali się przyjaźni i podatni na wyzysk — co skrzętnie wykorzystano. Inteligencja wysokich, purpurowych Lunańczyków była zbliżona do poziomu afrykańskiego dzikusa, tyle że Lunańczycy byli o wiele łagodniejsi. Okazali się doskonałymi robotnikami i jeszcze lepszymi mechanikami, kiedy zapoznano ich z tajnikami budowy maszyn. Bardziej przedsiębiorczy z nich odkładali swoje zarobki i przyjeżdżali zwiedzić Ziemię, ale nigdy tu nie zostawali; dwa lub trzy tygodnie to maksymalny okres, przez jaki mogli tu przebywać bez szkody dla zdrowia. Z tej samej przyczyny zatrudnianie ich na Ziemi było niepraktyczne — i zostało prawnie zakazane po tym, jak w ciągu kilku miesięcy umarły tysiące sprowadzonych do pracy robotników. Długość życia Lunańczyka wynosiła dwadzieścia lat na Księżycu. Gdzie indziej — na Ziemi, Wenus, Marsie, Kallisto — żaden nie żył dłużej niż sześć miesięcy.

Wenusjanie, chociaż dorównywali inteligencją Ziemianom, byli istotami o zupełnie innej naturze. Zainteresowani wyłącznie filozofią, sztuką, matematyką abstrakcyjną, powitali Ziemian z otwartymi ramionami, żądni wymiany myśli i poglądów. Nie mieli miast (ani nawet domów), nie posiadali niczego; ani maszyn, ani broni — słowem nie stworzyli cywilizacji.

Bardzo nieliczni byli nomadami; nie licząc aktywności umysłowej żyli prymitywnie jak zwierzęta. Nie stawiali żadnych przeszkód i oferowali wszelką pomoc — oprócz pracy fizycznej — przy kolonizacji i eksploatacji Wenus. Ziemianie założyli tam cztery kolonie skupiające prawie milion ludzi.

Jednak z Marsem było inaczej.

Marsjanie wpadli na niemądry pomysł, że nie chcą, by ich kolonizowano. Stworzyli — jak się okazało — cywilizację niemal dorównującą ziemskiej poza tym, że nie odkryli napędu kosmicznego — zapewne dlatego, że nie nosząc ubrań nie wymyślili maszyn do szycia.

Pierwszych przybyłych Ziemian powitali poważnie i z kurtuazją (Marsjanie wszystko robili z powagą; nie mieli poczucia humoru) i zaproponowali im, by wrócili do domu i nigdy nie wracali. Członków drugiej i trzeciej wyprawy zabili.

I chociaż przejęli kosmoloty, w których tamci przylecieli, nie kwapili się, by je wykorzystać lub skopiować. Wcale nie mieli ochoty opuszczać Marsa. W rzeczy samej, jak pisał Wells, żaden Marsjanin nigdy żywy nie opuścił Marsa, nawet podczas wojny międzyplanetarnej.

Kilku, schwytanych żywcem i wsadzonych na ziemskie statki w celu pokazania ich i zbadania, umarło, jeszcze zanim rakiety opuściły rzadką atmosferę Marsa.

Ta niechęć czy niezdolność do życia nawet przez chwilę poza rodzinną planetą rozciągała się również na marsjańskie zwierzęta i rośliny. Żaden gatunek marsjańskiej flory czy fauny nie wzbogacił ziemskich ogrodów botanicznych i zoologicznych.

Tak zwana wojna międzyplanetarna toczyła się więc wyłącznie na powierzchni Marsa. Była to zaciekła walka, w której toku populacja Marsjan została wielokrotnie zdziesiątkowana. Jednak w końcu, w obliczu całkowitej zagłady Marsjanie skapitulowali i przystali na kolonizację swojej planety przez Ziemian.

Ze wszystkich planet i ich satelitów w Układzie Słonecznym tylko cztery — Ziemia, Księżyc, Wenus i Mars — okazały się zamieszkane przez inteligentne formy życia. Na Saturnie kwitło przedziwne życie roślinne, a na kilku księżycach Jowisza znaleziono oprócz roślin dzikie zwierzęta.

Człowiek napotkał równego sobie przeciwnika — agresywną, zaborczą rasę istot inteligentnych — dopiero kiedy zapuścił się poza Układ Słoneczny. Arkturia — nie dysponowali napędem nadprzestrzennym już od wielu wieków. Tylko przypadkiem — dlatego, że Galaktyka jest naprawdę bardzo rozległa — jeszcze nie odwiedzili naszego układu. Kiedy dowiedzieli się o nas w wyniku spotkania przy Proximie Centauri, zapragnęli naprawić to niedopatrzenie.

Aktualna wojna z Arkturem była z punktu widzenia Ziemi wojną obronną — jakkolwiek posługiwano się wszelkimi dostępnymi metodami ofensywnymi. Do tej pory żadna ze stron nie uzyskała przewagi; udaremniał to stopień rozwoju metod defensywnych. Tylko sporadycznie statkom którejś z walczących stron udawało się przedrzeć przez kordon obrony i zadać cios przeciwnikowi.

Dzięki szczęśliwemu przechwyceniu w pierwszej fazie wojny kilku arkturiańskich jednostek Ziemia szybko pokonała kilkusetletnie zaległości techniczne.

Obecnie, dzięki geniuszowi i przywództwu Dopelle’a, Ziemia miała nieznaczną przewagę w niektórych dziedzinach, ale zasadniczo prowadziła wojnę pozycyjną.

Dopelle! Znów to nazwisko, Keith odłożył książkę Wellsa i sięgnął do kieszeni po Opowieść o Dopelle, kiedy uświadomił sobie, że już dawno przestał jeść i nie ma powodu, by tu dłużej siedzieć.

Zapłacił za posiłek i wyszedł. Schody do Biblioteki po drugiej stronie ulicy wyglądały zachęcająco. Tam mógłby usiąść i czytać dalej.

Jednak musiał wziąć pod uwagę swoją pracę.

Pracował w Towarzystwie Wydawniczym Bordena — tu i teraz — czy też nie? Jeżeli tak, to opuszczenie poniedziałkowego ranka mogło być wybaczalne. Opuszczenie całego dnia natomiast nie.

A było już dobrze po pierwszej.

Czy powinien najpierw spróbować zdobyć tyle informacji, ile zdoła, zanim zjawi się tam osobiście? Wydało mu się to sensowne i logiczne.

Wszedł do sklepu z wyrobami tytoniowymi na następnym rogu. Przed budką telefoniczną stała krótka kolejka czekających. Chwila denerwującego oczekiwania dała mu jednak czas na rozwiązanie zagadki, w jaki sposób płaci się za telefon, skoro zniesiono monety. Każdy kolejny rozmówca opuszczający budkę telefoniczną podchodził do kasy i płacił banknotami sumę, jaka ukazywała się w okienku nad drzwiami budki. Kiedy rozmowa została opłacona, kasjer naciskał guzik zerując rejestr.

Zapewne takie samo okienko było nad drzwiami budki w drogerii w Greenville; musiał go nie zauważyć. A ponieważ rozmowa nie doszła do skutku, licznik pokazywał zero.

Na szczęście nikt ze stojących przed nim nie rozmawiał długo i po kilku minutach Keith dotarł do budki.

Wykręcił numer Wydawnictwa Bordena i uświadomił sobie, że powinien sprawdzić go w książce telefonicznej; mógł to nie być ten sam numer, jaki znał.

Jednak w słuchawce rozległ się głos należący, jak mu się zdawało, do Marion Blake, recepcjonistki Wydawnictwa.

— Czy zastałem pana Wintona? Pana Keitha Wintona? — zapytał.

— Nie, proszę pana. Nie ma pana Wintona. Przepraszam, a kto mówi?

— Nieważne. Zadzwonię juto.

Rozłączył się pośpiesznie, zanim zdążyła zadać więcej pytań. Miał nadzieję, że nie rozpoznała jego głosu; sądził, że raczej nie.

Zapłacił pół kredytki przy kasie i doszedł do wniosku, że mógł lepiej wykorzystać te pieniądze. Powinien zapytać, czy Keith Winton wyszedł na obiad, czy wyjechał z miasta — albo czy wiedzą, gdzie jest. Jednak było już za późno — chyba żeby znów chciało mu się stać w kolejce.

Nagle zapragnął jak najszybciej wyjść ze sklepu i dowiedzieć się wszystkiego, nieważne jak niebezpieczne mogło się to okazać.

Szybko przeszedł kilka przecznic dzielących go od biurowca, w którym Wydawnictwa Bordena zajmowały całe dziesiąte piętro. Wjechał windą na górę, nabrał powietrza w piersi i wysiadł.

ROZDZIAŁ VII

Koktajl z Kallisto

Stanął przed dobrze znanymi pięknymi drzwiami, które zawsze podziwiał. Były one z tych nowoczesnych; wyglądały jak jednolita tafla szkła z futurystycznym chromowanym uchwytem. Zawiasy były wpuszczone w ścianę lub niewidoczne. Napis „Zjednoczone Wydawnictwa Bordena” znajdował się na poziomie oczu; mały i schludny, wypisany metalicznymi literami wtopionymi w grube szkło.

Keith bardzo delikatnie chwycił za uchwyt, jak zawsze starając się nie zostawiać śladów palców na tej piękne płycie z powietrza, otworzył drzwi i wszedł.

Ta sama mahoniowa barierka, te same obrazy — przedstawiające sceny z polowania — na ścianach. I ta sama pulchna Marion Blake, z tymi samymi wydętymi wargami i zaczesanymi do góry ciemnymi włosami, siedząca przy tym samym biurku. Była pierwszą znajomą osobą, którą spotkał od… Boże, czy to naprawdę zaczęło się wczoraj o siódmej wieczorem? Wydawało mu się, że minęły już całe tygodnie. Przez krótką chwilę miał ochotę przeskoczyć przez barierkę i pocałować Marion Blake.

Do tej pory natrafiał na znajome rzeczy i miejsca, ale nie znajome osoby. To prawda, że adres w stopce egzemplarza Surprising Stories wskazywał, iż Wydawnictwa Bordena wciąż tu były, nadal prowadziły interes w tej samej budzie, ale teraz zrozumiał, że niezbyt w to wierzył, dopóki nie przekonał się, że Marion Blake wciąż jest recepcjonistką.

Przez ułamek sekundy ten znajomy widok i fakt, że wszystko w biurze wyglądało tak, jak pamiętał, sprawiły, iż zwątpił w realność wydarzeń ostatnich osiemnastu godzin.

To niemożliwe, po prostu niemożliwe…

I wtedy Marion Blake odwróciła się i spojrzała na niego; a wyraz jej twarzy nie świadczył o tym, że go poznaje.

— Tak? — spytała niecierpliwie.

Keith odchrząknął. Żartuje? Nie zna go, czy też po prostu się wygłupia? Odchrząknął jeszcze raz.

— Czy zastałem pana Keitha Wintona? Chciałem się z nim zobaczyć.

Mogło to zostać uznane za kontr — żart; jeśli teraz się do niego uśmiechnie, będzie mógł odpowiedzieć uśmiechem.

— Pan Winton wyszedł już do domu, proszę pana — powiedziała.

— Hmm… A pan Borden… Czy jest w biurze?

— Nie, proszę pana.

— A Bet… panna Hadley?

— Nie, proszę pana. Prawie wszyscy wyszli o pierwszej. W tym miesiącu o tej porze kończymy pracę.

— O tej… och, tak. — Keith zatrzymał się w porę, zanim wpadł na całego dziwiąc się czemuś, co niewątpliwie powinien wiedzieć.

— Zapomniałem — dokończył niezręcznie. Zastanawiał się, dlaczego zamykają o pierwszej po południu i dlaczego właśnie w tym miesiącu.

— Zatem przyjdę jutro — rzekł. — Hmm… Kiedy mogę złapać pana Wintona?

— Około siódmej.

— Sio… — Znów powstrzymał się przed powtórzeniem jej słów.

Czy miała na myśli siódmą rano, czy siódmą wieczór? Na pewno to pierwsze; siódma wieczór to niemal pora zamglenia.

Nagle zrozumiał; to było tak proste, że zastanawiał się, dlaczego nie wpadł na to wcześniej.

Oczywiście, że w mieście w którym wprowadzono zamglenie, w mieście, którego ulice były śmiertelnie niebezpieczne po zmroku, w mieście bez normalnego życia nocnego, godziny pracy zostały zmienione. Godziny pracy musiały być inne, aby pracownicy mogli w ogóle mieć jakieś życie osobiste.

Wszystko się zmieniało, skoro człowiek musiał być w domu przed zmrokiem, i to zapewne dużo wcześniej, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Dzień pracy musiał zaczynać się o szóstej lub siódmej rano — około godziny po tym, jak wschodzące słońce rozpuści mgłę — i trwać do pierwszej lub drugiej po południu. To dawało ludziom wolne popołudnie jako ekwiwalent wieczorów.

Oczywiście, to musiało być tak. Keith zastanawiał się, czemu nie wpadł na to czytając książkę o zamgleniu.

I była to dobra wiadomość. Oznaczała, że Broadway nie musiał być tak martwy, jak Keith przypuszczał.

Z pewnością są przedstawienia, zabawy i koncerty, tyle że po południu, a nie wieczorem. I zamiast nocnych klubów są popołudniowe.

W ten sposób wszyscy znajdą się bezpiecznie w domach i łóżkach przed — powiedzmy — siódmą czy ósmą i będą spali do czwartej lub piątej rano, by wstać o świcie.

A ponieważ godziny dnia i nocy zmieniały się w ciągu roku, godziny pracy też musiały się zmieniać. To dlatego w tym miesiącu praca kończyła się o pierwszej. Z pewnością regulowały to lokalne zarządzenia, ponieważ Marion spodziewała się, że Keith o tym wie, i wyglądała na zdziwioną, kiedy okazało się, że tak nie jest.

Zauważył, że Marion chowa swoje przybory do szuflady biurka, szykując się do wyjścia. Znów spojrzała na niego, jakby dziwiąc się, co tu jeszcze robi.

— Czy pani nie nazywa się Blake? — zapytał — Marion Blake?

Jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.

— No… tak. Ale skąd…

— Wydawało mi się, że panią pamiętam, ale z początku nie byłem pewien — powiedział Keith. Myślał intensywnie, przypominając sobie wszystko, co o sobie mówiła; przyjaciółki, o których napomykała, gdzie mieszkała i co robiła. Powiedział:

— Dziewczyna imieniem Estelle… zapomniałem jej nazwiska… poznała nas na zabawie… czy nie w Queens? — Uśmiechnął się. — Tamtego wieczora byłem z Estelle. Czy to nie zabawne, że nie mogę sobie przypomnieć jej nazwiska, ale pamiętam pani imię i nazwisko, mimo że zatańczyliśmy tylko raz?

Podziękowała za komplement dołeczkami na twarzy.

— Chyba ma pan rację — powiedziała — chociaż nie przypominam sobie. Mieszkam w Queens i chodzę tam na tańce. I mam przyjaciółkę, która nazywa się Estelle Rambow. A więc nie mógł pan chyba tego wszystkiego wymyślić.

— Nie spodziewałem się, że zapamięta pani moje nazwisko — rzekł Keith. — To było kilka miesięcy temu. Nazywam się Karl Winston. Jednak pewien jestem, że wywarła pani na mnie wrażenie, ponieważ wciąż pamiętam, co mi pani powiedziała; że pracuje w wydawnictwie. Tylko zapomniałem w jakim, więc nie spodziewałem się pani tu zastać. Pamiętam też, że mówiła pani, że pisze… poezję, prawda?

— Tak naprawdę to nie nazywałabym tego poezją, panie Winston. Po prostu wiersze i tyle.

— Mówmy sobie po imieniu — powiedział Keith — skoro jesteśmy starymi znajomymi, nawet jeśli mnie nie pamiętasz. Wychodzisz już?

— No, tak. Musiałam jeszcze skończyć dwa pilne listy i pan Borden powiedział, że jeśli zrobię to po pierwszej, to jutro mogę przyjść do pracy pół godziny później.

Zerknęła na zegar nad biurkiem i uśmiechnęła się kwaśno.

— Zdaje się, że dałam się podejść. Listy były długie; zabrały mi prawie godzinę.

— Ja w każdym razie cieszę się, że byłaś tu jeszcze — rzekł Keith. — Pójdziesz ze mną na drinka?

Zawahała się.

— No… tylko na jednego. Muszę być w Queens przed wpół do trzeciej. Jestem umówiona.

— Świetnie — powiedział Keith. Był zadowolony z tego, że jest umówiona, ponieważ mógł wyciągnąć z niej wszystko, co chciał wiedzieć, przy jednym drinku, a nie miał zamiaru męczyć się z nią całe popołudnie.

Zjechali windą na dół i Keith pozwolił Marion wybrać lokal, który okazał się małym barem za rogiem Madison Avenue. Keith nigdy tu jeszcze nie był.

Przy dwóch koktajlach Kallisto (Keith zamówił to samo co Marion; okazało się zbyt słodkie, ale zdatne do picia) powiedział do niej:

— Wspomniałem już wtedy, zdaje się, że jestem pisarzem; jak na razie piszę artykuły. Jednak postanowiłem spróbować sił w prozie. Napisałem już parę rzeczy.

— Och. To dlatego przyszedłeś do biura?

— Tak. Chciałem porozmawiać z panem Wintonem albo panem Bordenem, czy panną Hadley, i dowiedzieć się, czego potrzebujecie. Jakiej długości i tym podobne.

— No, trochę mogę ci powiedzieć. Myślę, że mają pod dostatkiem zarówno westernów, jak kryminałów. Panna Hadley szuka opowiadań do swojego romansidła, wiem też, że potrzebują krótkich i długich rzeczy do magazynu przygodowego.

— A co z fantastyką? Myślę że w tym byłbym najlepszy.

— Ach, a więc słyszałeś o tym?

— O czym?

— Że Borden zamierza wydawać magazyn science fiction.

Keith otworzył usta — i szybko je zamknął, zanim wdepnął na całego. Nie wolno mu się niczemu dziwić. Tak więc pociągnął łyk koktajlu i myślał gorączkowo. Był w tym jakiś haczyk.

Dlaczego Marion powiedziała, że Borden zamierza wydawać magazyn sf? Borden przecież już wydawał Surprising Stories, Keith miał egzemplarz w kieszeni i widział na nim znak firmowy Bordena. Dlaczego więc Marion nie powiedziała, iż Borden zamierza wydawać drugi magazyn sf?

Ponieważ nie wiedział czemu, odparł ostrożnie:

— Słyszałem takie plotki. Czy to prawda?

— To rzeczywiście prawda. Mają już jeden numer złożony i gotowy do druku. Puszczą go jako kwartalnik na jesieni, a jeżeli dobrze się sprzeda, zrobią z niego miesięcznik. I rzeczywiście potrzebują do niego materiału; na razie mają tylko odcinkowce i jedno czy dwa opowiadania.

Keith pokiwał głową i pociągnął łyk Kallisto.

— A co ty myślisz o fantastyce? — spytał.

— Myślę, że trzeba było puścić magazyn sf już dawno temu. To jedyna dziedzina, w której nic nie wydajemy.

Keith sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął zwinięty egzemplarz Surprising Stories — egzemplarz, który kupił w Greenville i jeszcze nie miał okazji przeczytać, ponieważ dał pierwszeństwo New York Timesowi i książkom.

Położył magazyn na stole, chcąc przekonać się, jak zareaguje na to Marion, która właśnie powiedziała, że Borden nie wydaje niczego z fantastyki.

Patrzył na nią uważnie i widział, jak zerknęła na okładkę magazynu. Powiedziała:

— O, widzę, że czytałeś nasz najlepszy magazyn przygodowy.

To takie proste, pomyślał Keith. Dlaczego sam na to nie wpadłem? No, tak. W świecie, w którym podróże międzygwiezdne i wojny międzyplanetarne oraz purpurowe potwory z Księżyca są faktem, codzienną rzeczywistością, opowieści o takich rzeczach mogą być tylko utworami przygodowymi, a nie fantastyką.

Jeśli jednak takie kawałki zaliczano do przygodowych, to co do diabła było fantastyką? Zanotował w pamięci, by przy pierwszej okazji kupić jakiś magazyn sf. To musiało być naprawdę coś.

Spojrzał znów na Surprising Stories.

— To dobre pismo — powiedział. — Chciałbym do niego pisać.

— Myślę, że pan Winton potrzebuje materiału. Chętnie porozmawia z tobą, jeśli przyjdziesz jutro rano. Masz jakieś opowiadanie?

— Właściwie nie. Mam sporo niezupełnie dopracowanych pomysłów i chciałbym najpierw z nim porozmawiać, zanim ruszę dalej. W ten sposób uniknę rozczarowania.

— Znasz pana Wintona? Wasze nazwiska są bardzo podobne: Keith Winton, Karl Winston. Może się to okazać niekorzystne.

Najpierw odpowiedział na jej pytanie.

— Nie, nigdy nie spotkałem pana Wintona. Tak, nasze nazwiska są bardzo podobne — mamy też te same inicjały, bo piszę Karl przez K. Ale czemu miałoby się to okazać niekorzystne?

— To brzmi trochę jak pseudonim; tylko dlatego. To znaczy, że jeżeli utwory Karla Winstona pojawią się w magazynie Keitha Wintona, wiele osób pomyśli, że to jego własne opowiadanie, podpisane tylko nieznacznie zmienionym nazwiskiem. A tego pewnie by nie chciał.

Keith pokiwał głową.

— Teraz kiedy mi to powiedziałaś, też to widzę. No, to bez znaczenia, ponieważ pewnie i tak będę pisał beletrystykę pod zmienionym nazwiskiem. Artykuły publikuję pod własnym, oprócz tych, które napisałem jako murzyn. Jednak postanowiłem już używać do pracy pseudonimu.

Pociągnął kolejny łyk niemal mdląco słodkiego Kal — listo i postanowił nigdy go więcej nie zamawiać. Zapytał:

— Przy okazji, możesz mi coś powiedzieć o tym Keith Wintonie?

— No… a co chcesz wiedzieć? Zrobił niewyraźny gest ręką.

— Och, cokolwiek, co pomogłoby mi w rozmowie z nim. Jak wygląda. Co jada na śniadanie. Jakim jest redaktorem.

— No… — Marion Blake zmarszczyła brwi w namyśle. — Jest wysoki, trochę wyższy od ciebie i szczuplejszy. Brunet. Nosi szkła w rogowej oprawie. Chyba ma około trzydziestki. Raczej poważnie wyglądający.

Nagle zachichotała cicho.

— Zdaje się, że ostatnio jest jeszcze bardziej poważny niż zwykle, ale trudno się dziwić.

— Dlaczego?

— Chyba się zakochał — odparła efektownym tonem.

Keith zmusił się do uśmiechu.

— W tobie?

— We mnie? Nawet mnie nie dostrzega. Nie, w redaktorce naszego nowego magazynu, superpięknej pannie Betty Hadley. Nie żeby miał jakieś szansę, oczywiście.

Keith chciał zapytać dlaczego, ale ostrzegło go to „oczywiście”. Kiedy ludzie mówią „oczywiście”, oznacza to, że powinno się wiedzieć dlaczego. Tylko czemu — skoro już powiedział, że nie zna Keitha Wintona, i nie wspomniał, że zna Betty Hadley — Marion spodziewała się, że wie, dlaczego tamten nie ma żadnych szans u Betty?

Może w toku dalszej rozmowy uda mu się dowiedzieć czegoś nie pytając.

— To musi być dla niego przykre, co? — powiedział.

— Tak sądzę — Marion westchnęła głęboko. — O rany, myślę, że każda dziewczyna na ś wiecie, oddałaby wszystkie zęby i prawą rękę, żeby znaleźć się na miejscu Betty Hadley.

Nie mógł zapytać czemu, ale mógł sondować dalej. Spytał.

— A ty?

— Ja? Chyba żartujesz, Karl! Być narzeczoną największego człowieka na świecie? Najinteligentniejszego, najprzystojniejszego, najbardziej romantycznego, naj… o jejku!

— Och — rzekł bezbarwnym tonem, wbrew swym intencjom.

Wypił resztę koktajlu, niemal się nim dławiąc. Gestem przywołał kelnerkę, a kiedy podeszła, zapytał Marion:

— Jeszcze jeden?

— Chyba nie mam na to czasu — powiedziała zerkając na zegarek. — Nie, nie mogę. I tak zostało mi jeszcze pół kieliszka. Zamów dla siebie, ale beze mnie.

Keith spojrzał na kelnerkę.

— Proszę jeden Manhattan.

— Przykro mi, ale nigdy nie słyszałam tej nazwy, proszę pana. Czy to jakiś nowy koktajl?

— Martini?

— Och, tak. Niebieski czy różowy?

Keith z trudem opanował dreszcz zgrozy.

— Macie zwykłą whisky?

— Oczywiście. Jakiejś szczególnej marki?

Pokręcił przecząco głową nie chcąc dłużej kusić losu.

Miał nadzieję, że whisky nie będzie ani różowa, ani niebieska.

Popatrzył na Marion zastanawiając się, jak nakłonić ją do dalszej rozmowy i sprawić, by powiedziała mu kim jest narzeczony Betty Hadley. Najwyraźniej powinien to wiedzieć. I może rzeczywiście wiedział; a przynajmniej zaczął podejrzewać straszną prawdę.

Marion potwierdziła to bez dalszego ciągnięcia za język. Jej oczy przybrały rozmarzony wyraz.

— O rany — mruknęła. — Dopelle!

Zabrzmiało to nabożnie; niemal jak modlitwa.

ROZDZIAŁ VIII

Mekky

No, pomyślał Keith, oto najgorsze. W każdym razie była tylko zaręczona, nie zamężna. Może miał jeszcze szansę, choćby nie wiem jak słabą.

Marion znów westchnęła. Powiedziała:

— Myślę jednak, że ona jest głupia. Zgodziła się czekać, aż skończy się wojna. A kto wie, jak długo ona potrwa? I nalegała, by dalej pracować w redakcji, kiedy Dopelie ma więcej pieniędzy, niż mu trzeba i… no, myślę, że gdyby nie miała jakiegoś zajęcia, to mogłaby oszaleć czekając. O rany, ja bym oszalała czekając na Dopelle’a, nawet gdybym miała jakieś zajęcie.

— Masz zajęcie.

— Ale nie mam Dopelle’a.

Marion pociągnęła łyk koktajlu i westchnęła tak głośno, że Keith zaczął się obawiać, iż ściągnie na nich uwagę.

Kelnerka podała mu whisky, która nie okazała się niebieska ani różowa, lecz złocista. Co więcej, już pierwszy łyk przekonał go, że płyn nie tylko wyglądał jak whisky, ale i smakował jak whisky. Wychylił kieliszek do dna, podczas gdy Marion sączyła resztki swego Kallisto. Poczuł się trochę lepiej. Ale tylko trochę.

Marion wstała.

— Muszę iść — powiedziała. — Dzięki za drinka, Karl. Będziesz jutro w biurze?

— Jutro lub pojutrze — odparł Keith.

Już postanowił, że równie dobrze może tam pójść z jakimś materiałem. Dwa lub trzy opowiadania, jeżeli zdoła je tak szybko napisać — a wydawało mu się, że wie, w jaki sposób może je napisać tak szybko.

Odprowadził Marion do metra, po czym ruszył w kierunku biblioteki publicznej.

Nie chciał tam iść. Miał ochotę wrócić do baru, z którego właśnie wyszedł — lub jakiegokolwiek innego — i zostać tam na dłużej. Jednak zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że miałoby to fatalne skutki. Prawdopodobnie w dosłownym znaczeniu tego słowa. I na trzeźwo mógł się nabawić wystarczająco dużych kłopotów.

Wszakże dopiero co spadły na niego dwa druzgoczące ciosy. Po pierwsze, nie miał tu pracy; ten Winton, który pracował u Bordena, nie tylko nie był nim, ale nawet nie był do niego podobny. Byli w tym samym wieku, i to wszystko. Po drugie, Betty Hadley nie tylko była zaręczona, ale w dodatku z tak niezwykle romantycznym osobnikiem, że wydawało się to wprost nieprawdopodobne.

Znalazłszy się w bibliotece wszedł na górę do czytelni i usiadł przy jednym ze stołów. Nie wypełnił rewersu na książki; miał ich ze sobą więcej, niż był w stanie przeczytać w ciągu jednego popołudnia. A oprócz czytania powinien jeszcze zająć się planami na przyszłość.

Wyjął z kieszeni trzy tytuły, których jeszcze nie miał czasu przeczytać, egzemplarz Surprising Stories i Perfecl Love Stories oraz Opowieść o Dopelle pióra Paula Gallico.

Zmarszczył brwi patrząc na kieszonkowca. Z tego, co słyszał i czytał o Dopelle’u — a nie było tego wiele, ponieważ przebywał w tym pieprzniętym świecie zaledwie od dwudziestu godzin — facet miał w kieszeni cały Układ Słoneczny. Praktycznie rządził nim — a w dodatku miał Betty Hadley.

Keith wziął do ręki książkę i znów ją odłożył. Kiedy już zacznie, to przeczyta do końca, a na to potrzeba więcej czasu, niż mógł teraz poświęcić.

Ponieważ nie był teraz redaktorem popularnego magazynu, musiał jakoś zarobić na życie, i to zacząć od zaraz; pieniędzy, które mu zostały po historii w Green — ville, nie wystarczy na długo. A sposób zarabiania na życie, jaki wymyślił, wiązał się z przestudiowaniem tych dwóch — i innych — magazynów.

Najpierw otworzył Surprising Stories. Przejrzał spis treści, porównując w pamięci z zawartością numeru lipcowego, który wysłał do druku. Wszyscy autorzy byli ci sami, od góry do dołu. Tytuły niektórych opowiadań były takie same, inne zmienione.

Nim zaczął czytać, przekartkował magazyn oglądając ilustracje. W każdej z nich zauważył tę samą subtelną różnicę, jaką dostrzegł oglądając okładkę. Zostały wykonane przez tych samych artystów — albo przez artystów o tych samych nazwiskach i metodach pracy — ale były żywsze, miały więcej akcji. Dziewczyny były piękniejsze, a potwory okropniejsze. Okropnie okropniejsze.

Zaczął od najkrótszego z opowiadań. Przeczytał je uważnie, analizując treść. Historia była ta sama, ale dostrzegł różnice w tle i szczegółach. Skończył czytać lekko zdziwiony, ale przyszedł mu do głowy pewien pomysł.

Siedział i myślał. Po kilku minutach pomysł się wykrystalizował. Nie czytał już pozostałych opowiadań, lecz przejrzał je pobieżnie, nie zwracają specjalnej uwagi na intrygę i opisy postaci, ale skupiając się na realiach i tle obyczajowym.

Jego pomysł był dobry. Różnica między tymi historiami a tymi, które pamiętał, polegała na tym, że tutaj wszystkie miały bardzo podobne tło i szczegóły. Każdy pisarz w ten sam sposób opisywał Marsjan i Wenusjan. Wszystkie statki kosmiczne działały na tej samej zasadzie — tej, o której czytał w książce Wellsa. Jedyne opowiadanie o wojnie w Kosmosie dotyczyło albo wojny między Marsem a Ziemią — z okresu początków kolonizacji — albo obecnego konfliktu między Ziemią a Arkturem.

Marion Blake rzeczywiście miała rację klasyfikując Surprising Stories jako magazyn przygodowy, a nie zawierający fantastykę. Tło tych opowieści było — w tym zwariowanym Wszechświecie, w jakim się znalazł — prawdziwe. Sytuacje i szczegóły były autentyczne i współgrały ze sobą.

Tak po prostu i zwyczajnie — opowieści przygodowe.

Z trzaskiem walnął magazyn na stół ściągając na siebie karcące spojrzenie bibliotekarza.

Jednak, myślał, muszą tu być jakieś magazyny sf, inaczej Borden nie przymierzałby się do wydawania takiego. A skoro te opowiadania nie były fantastyką, to co nią było? Musi kupić jakiś magazyn sf i się o tym przekonać.

Wziął do ręki książkę o Dopelle’u i zaczął ją kartkować ze złością. Dopelle! Nienawidził tego faceta. Jednak teraz wiedział przynajmniej, jak wymawiać jego nazwisko, ponieważ słyszał, jak robiła to Marion: wymawiała je z francuska — dopel — tylko dwie sylaby i akcent na drugiej.

Zmarszczył brwi. Tę książkę, mimo że z najwyższą niechęcią, przeczyta jako następną. Czy jednak powinien zabrać się do niej tu i teraz? Zerknął na wielki zegar na ścianie i zdecydował, że nie. Były ważniejsze sprawy do załatwienia, i wszystkie musiał zrobić przed zmrokiem i zamgleniem.

Musiał znaleźć jakieś lokum i sposób zarabiania na życie. Nie mógł czekać, aż wyczerpią mu się fundusze.

Wyjął portfel i policzył, ile mu zostało z tysiąca kredytek — w przybliżeniu dwustu dolarów — które dał mu drogista. Zostało trochę więcej niż połowa.

Może wystarczy na tydzień, jeśli będzie oszczędzał. Z pewnością nie na dłużej, ponieważ będzie musiał kupić coś z ubrania i przybory toaletowe, i Bóg wie co jeszcze, skoro niczego nie ma.

A może w tym Wszechświecie wciąż miał szafę pełną ubrań i ładny dwupokojowy apartament przy Gresham Street w Greenwich Yillage?

Zastanowił się nad tą ewentualnością i odrzucił ją jako zbyt nieprawdopodobną, by ją poważnie brać pod uwagę. Ten Winton, który miał jego pracę, miał też zapewne i jego mieszkanie. Keith wiedział już, że w tym Wszechświecie nie czeka na niego gotowe miejsce. Musi je sobie wywalczyć. I nie będzie to łatwe.

Tylko co to za Wszechświat? Jak się tu dostał? Dlaczego?

Odepchnął te myśli od siebie. Musi istnieć jakieś wyjaśnienie, może nawet możliwość powrotu. Jednak najważniejszą sprawą jest przeżyć — a w tym celu musi się skupić i wszystko zaplanować, i to zaplanować dobrze. W jaki sposób najlepiej wydać równowartość stu dolarów?

Myślał i planował; po chwili podszedł do biurka bibliotekarza i pożyczył od niego papier i ołówek. Wrócił do stolika i zaczął sporządzać listę potrzebnych rzeczy. Jej długość przygnębiła go.

Gdy jednak podliczył przybliżone koszty i zsumował je, okazały się niższe, niż przypuszczał. Mógł kupić to wszystko za około czterysta kredytek i wciąż zostanie mu jeszcze sześćset na życie. Jeśli wybierze tani hotel i będzie jadał w tanich restauracjach, pieniędzy może wystarczyć mu na dziesięć dni, może nawet na dwa tygodnie.

Wyszedł z biblioteki i pierwsze kroki skierował do sklepu tytoniowego po drugiej stronie ulicy, skąd telefonował kilka godzin wcześniej.

Równie dobrze, pomyślał, mogę wykluczyć najpierw tę najsłabszą szansę. Poszukał Keitha Wintona w książce telefonicznej; nazwisko było w spisie, numer telefonu i adres okazały się te same.

Wszedł do budki — teraz nie było przed nią kolejki — i wykręcił numer.

Usłyszał głos:

— Mówi Keith Winton.

Spokojnie odwiesił słuchawkę. A więc to już wyjaśnił.

Ruszył do najbliższego taniego sklepiku i zaczął zakupy, wiedząc, że nie może być wybredny, jeśli nie chce szybko wyczerpać swoich zasobów gotówki. Zaczął od kupienia małej tekturowej walizeczki, najtańszej, jaką zdołał znaleźć — dwadzieścia dwie i pół kredytki. Jechał kolejno w dół listy: skarpetki, chusteczki, brzytwa, szczoteczki do zębów…

Bandaż i antyseptyk na ranę, ołówek, gumkę, ryza białego papieru i ryza żółtego — lista zdawała się nie mieć końca. A kiedy dodał do niej kilka koszul z taniego materiału, walizka była prawie pełna.

W poczekalni na tyłach pralni zaczekał, aż oczyszczą i uprasują mu garnitur. Dał też sobie wyczyścić buty.

Ostatnim jego zakupem, po którym zostało mu nieco mniej niż sześćset kredytek, było kilkanaście popularnych magazynów różnego rodzaju. Wybrał je starannie, ponieważ odgrywały poważną rolę w jego planie.

Tłum musiał się zgromadzić w czasie, gdy Keith przebywał w drogerii dokonując ostatnich zakupów. Kiedy wyszedł ze sklepu, chodnik był zatłoczony; przecznicę czy dwie dalej rozlegały się głośne owacje.

Po chwili wahania Keith stanął opierając się plecami o szybę wystawową. Chciał wiedzieć, co się dzieje, lecz ocenił, że większe szansę na to ma zostając w miejscu, niż próbując się przepchnąć do krawężnika, szczególnie że walizka i plik magazynów pod pachą utrudniały mu poruszanie.

Ten ktoś lub coś zbliżało się — owacje stały się głośniejsze. Keith stwierdził, że cały ruch uliczny ustał i wszystkie pojazdy zjechały do krawężników. Zjawili się dwaj policjanci na motocyklach, a za nimi samochód z człowiekiem w mundurze za kierownicą.

Na tylnym siedzeniu samochodu nie było nikogo, ale tuż nad nim, unosząc się trzy metry w powietrzu i poruszając z tą samą szybkością co pojazd, wisiało coś.

Była to okrągła, gładka, metalowa kula nieco większa od piłki.

W miarę jak się zbliżała, tłum wiwatował coraz głośniej. Klaksony aut ryczały ogłuszająco.

Wreszcie Keith zdołał rozróżnić słowa skandowane przez tłum i rozpoznał jedno z nich.

— Mekky, Mekky, Mekky!

— Pokaż tym Arkturianom, Mekky! — wrzeszczał ktoś obok.

I wtedy wydarzyło się coś nieprawdopodobnego.

Wśród wiwatującego tłumu Keith usłyszał nagle głos. Był to spokojny, wyraźny głos, zdający się dochodzić zewsząd i znikąd.

— Interesująca sytuacja, Keith Wintonie — mówił głos. — Przyjdź do mnie kiedyś, to ją rozważymy.

Keith drgnął nagle i rozejrzał się wokół. Nikt z otaczających go ludzi nie zwracał na niego uwagi. Jednak gwałtowny ruch sprawił, że stojący obok mężczyzna spojrzał na niego.

— Słyszał pan to? — spytał Keith.

— Co?

— Coś o… o jakimś Keithu Wintonie?

— Chybaś pan stuknięty — powiedział tamten. Odwrócił się i wrzasnął, ile sił w płucach: — Mekky! Wiwat Mekky!

Keith wydostał się na skrawek wolnej przestrzeni między tłumem cisnącym się przy krawężniku a ludźmi stojącymi pod ścianą budynku. Próbował dotrzymać kroku limuzynie i unoszącej się nad nią kuli wielkości piłki. Miał dziwne wrażenie, że to ona do niego przemówiła.

Jeżeli tak, to zwróciła się do niego po nazwisku i nikt inny tego nie słyszał. Teraz kiedy o tym myślał, uświadomił sobie, że ten głos wcale nie dobiegał z zewsząd; rozległ się w jego głowie. I był zupełnie pozbawiony wyrazu, mechaniczny. Głos niepodobny do ludzkiego.

Czyżby zaczął tracić zmysły?

A może już je stracił?

Jednak w obu wypadkach, nie wiadomo dlaczego, Keith miał dziwne przekonanie, że nie powinien tracić kuli z oczu — czymkolwiek była. Zwróciła się do niego po nazwisku.

Może znała odpowiedź na pytanie, dlaczego tu jest, co się stało ze światem, który on, Keith Winton, pamiętał — z normalnym światem, w którym były wojny światowe, a nie międzyplanetarne, ze światem, w którym on był redaktorem magazynu sf będącego t u magazynem przygodowym wydawanym przez kogoś, kto nosił jego nazwisko, ale nie był nawet do niego podobny.

— Mekky! — ryczał tłum. — Mekky, Mekky!

„Mekky” — to musiała być nazwa kuli. Może Mekky zna na to wszystko odpowiedź. Mekky powiedział: Przyjdź do mnie kiedyś. Kiedyś, akurat! Jeśli jest na to jakieś wyjaśnienie, chciał je znać teraz.

Przepychał się przez tłum obijając ludzi po nogach walizką, ściągając na siebie złe spojrzenia i słowa. Jednak nie zwracał na to uwagi: szedł dalej, bezskutecznie próbując dotrzymać kroku limuzynie, ale też nie zostając zbytnio w tyle.

Znów usłyszał ten głos.

— Keith Wintonie — mówił. — Zatrzymaj się. Nie idź teraz za mną. Będziesz żałował.

Keith próbował przekrzyczeć ryk owacji.

— Dlaczego? — wrzasnął, — Kto…?

Nagle uświadomił sobie, że ludzie słyszą go mimo ogłuszającego ryku i zaczynają mu się przyglądać.

— Nie zwracaj na siebie uwagi — powiedział głos. — Tak, czytam w twoich myślach. Tak, jestem Mekky. Zrób to, co zaplanowałeś, i przyjdź do mnie za trzy miesiące.

— Dlaczego? — pomyślał z rozpaczą Keith. — Dlaczego mam czekać tak długo?

— Krytyczna sytuacja na froncie — odparł głos. — Stawką jest przetrwanie ludzkiej rasy. Arkturianie mogą wygrać. Nie mam teraz dla ciebie czasu.

— Więc co mam robić?

— To co zaplanowałeś — powiedział głos. — z bądź ostrożny, jeszcze ostrożniejszy niż do tej pory. Przez cały czas grozi ci niebezpieczeństwo.

Keith próbował gorączkowo sformułować myśl, która przyniosłaby mu odpowiedź na dręczące go pytania.

— Ale co się stało? Gdzie jestem?

— Później — odparł głos w jego mózgu. — Później spróbuję rozwiązać twój problem. Teraz nie znam odpowiedzi na pytania, które czytam w twoich myślach.

— Czy ja zwariowałem?

— Nie, i nie popełnij tego fatalnego błędu. To rzeczywistość, a nie wytwór twojej wyobraźni. Ten świat jest rzeczywisty i niebezpieczeństwo, jakie ci grozi, też jest rzeczywiste. Jeśli zostaniesz tu zabity, będziesz martwy naprawdę.

Głos umilkł na sekundę, po czym Keith usłyszał:

— Nie mam teraz dla ciebie czasu. Proszę, przestań mnie gonić.

Nagle, zanim zdążył sformułować następne rozpaczliwe pytanie i zanim znów dotarł do niego ogłuszający ryk klaksonów i wiwatującego tłumu, Keith poczuł pustkę w głowie. Cokolwiek nawiązało z nim kontakt, teraz się wycofało. Wiedział to; wiedział, że wymyślanie dalszych pytań nie ma sensu; i tak nie otrzyma na nie odpowiedzi.

Posłuszny ostatniemu poleceniu zatrzymał się. Przystanął tak gwałtownie, że ktoś wpadł na niego i zaklął brzydko.

Keith opanował się i przeprosił przechodzącego, po czym stanął spoglądając nad głowami tłumu na kulę, która odpływała w dal znikając z jego życia.

Czym była? I co utrzymywało ją w powietrzu? W jaki sposób czytała w jego myślach?

Czymkolwiek była, zdawała się wiedzieć, kim on jest, i znać jego problemy — i powiedziała, że spróbuje te problemy rozwiązać.

Keith nie miał zamiaru ustąpić. Czekać trzy miesiące? Niemożliwe, jeśli istniał choć cień szansy na uzyskanie wyjaśnienia natychmiast!

Jednak kula znajdowała się już o przecznicę dalej; obciążony walizką i plikiem magazynów nie mógł dotrzymać jej kroku wśród tłumu zebranego na chodnikach. Rozejrzał się wokół i stwierdził, że stoi przed sklepem tytoniowym.

Skoczył do środka i położył walizkę oraz magazyny na lodówce z napojami przy wejściu.

— Wracam za minutkę! — krzyknął. — Dzięki za przypilnowanie.

I zanim właściciel zdążył zaprotestować, wypadł na ulicę. Może straci wszystko, co właśnie kupił, ale teraz dopędzenie kuli wydawało mu się najważniejszą rzeczą w życiu.

Teraz znów mógł iść szybciej. Gwałtownie przepychając się przez tłum utrzymywał się w niewielkiej odległości za samochodem i motocyklami, a nawet jakby trochę skrócił dzielący go od nich dystans.

Pojechali na południe przez Trzecią Aleję, dotarli do Ulicy Trzydziestej Dziewiątej i znów skręcili na wschód. Zaraz za rogiem zebrał się wielki tłum. Motocykle i samochód stanęły tuż przed nim.

Jednak unosząca się nad samochodem kula nie stanęła. Popłynęła dalej i wyżej nad głowami wiwatującego tłumu. Wyżej, wyżej, do otwartego okna na czwartym piętrze budynku po drugiej stronie ulicy.

Z okna wychylała się kobieta. Była to Betty Hadley.

Keith Winton dotarł do rogu i nie próbował przepchnąć się dalej przez tłum; stąd widział wszystko lepiej.

Owacje stały się wręcz ogłuszające. Oprócz wiwatów na cześć Mekky’ego słyszał również okrzyki wznoszone na cześć Betty Hadley i Dopelle’a. Keith zastanawiał się, czy ten ostatni tu jest — jednak nie mógł dostrzec nikogo, kto wyglądałby na największego bohatera tego świata. Wszystkie spojrzenia były zwrócone na Mekky’ego lub Betty Hadley — wychylającą się z okna, uśmiechniętą. I wyglądającą jeszcze ponętniej, niż ją zapamiętał.

Była ubrana, o ile dobrze widział, w strój przypominający ten, jaki bohaterki opowiadań sf noszą na okładkach magazynów: szkarłatny biustonosz podkreślający dwie idealne półkule, odsłonięte i kształtne ramiona oraz plecy, brzuch, a niżej… no, Keith zakładał, że miała jeszcze coś na sobie, ale nie wychylała się na tyle, by mógł to stwierdzić.

Kula wznosiła się, aż dotarła w pobliże okna, z którego wychylała się Betty Hadley; zawisła tam, kilkanaście centymetrów od jej białego ramienia. Keith nie potrafił odgadnąć, czy była zwrócona do zebranego w dole tłumu, czy do Betty.

Później przemówiła. Tym razem już po pierwszym słowie Keith wiedział, że przemawia do umysłów wszystkich zebranych, nie tylko do niego. Owacje nie ustawały; nie trzeba było milczeć, by usłyszeć słowa kuli; rozlegały się one w myślach, a nie w uszach. Można było słuchać jednocześnie owacji i przemówienia kuli; jedno nie przeszkadzało drugiemu.

— Przyjaciele — mówił głos. — Zostawiam was teraz, by przekazać wiadomość od mego pana i twórcy. Dopelle’a, dla panny Hadley. To oczywiście prywatna wiadomość. Dziękuję wam za serdeczne przyjęcie i przekazuję wam wszystkim słowa mego pana: Sytuacja jest nadal krytyczna i musimy dać z siebie wszystko. Bądźcie jednak dobrej myśli. Jest nadzieja na zwycięstwo. Musimy zwyciężyć i zwyciężymy.

— Mekky! — ryczał tłum. — Dopelle! Betty! Zwycięstwo! Precz z Arkturem! Mekky, Mekky, Meekkyyy!

Betty Hadley, jak dostrzegł Keith, wciąż się uśmiechała, choć zaczerwieniona z zażenowania uwielbieniem tłumu. Jeszcze raz skinęła głową, po czym się schowała. Kula popłynęła za nią.

Tłum zaczął się rozchodzić.

Keith jęknął. Próbował pchnąć myśl w ślad za kulą, ale wiedział, że na to już za późno. Nawet gdyby kula ją odebrała, nie zwróciłaby na to uwagi.

No, ostrzegła go. Znała jego myśli i wiedziała, co czuje do Betty Hadley — i ostrzegła go, by tam nie szedł. Wiedziała, jak zareaguje widząc Betty w takich okolicznościach. Próbowała uchronić go przed rozpaczą, jaką teraz czuł.

Kiedy Marion Blake powiedziała mu, że Betty jest zaręczona, nie odczuł tego boleśnie — przynajmniej nie aż tak. Tak długo, jak długo nie była mężatką, myślał sobie, była jeszcze nadzieja. Ośmielał się przypuszczać, że mógłby konkurować z tym Dopelle.

Ale teraz… Jakie miał szansę? Scena, której dopiero co był świadkiem, daleko wyraźniej uświadomiła mu, jaką osobistością był Dopelle, niż wszystko, co o nim dotychczas czytał lub słyszał. „Mój pan i twórca” — tak nazwała go cudowna kula, Mekky. Cały Nowy Jork wiwatował na jego cześć.

Jakie szansę w tym Wszechświecie miał on, Keith Winton, na odebranie narzeczonej takiemu facetowi!

ROZDZIAŁ IX

Historia Dopelle’a

W ponurym nastroju wrócił do sklepu tytoniowego, gdzie zostawił walizkę i magazyny. Nadal tam były. Przeprosił właściciela za sposób, w jaki je zostawił, i na przeprosiny kupił karton papierosów.

Kiedy wyszedł ze sklepu, ulice zaczynały już pustoszeć. Uświadomił sobie, że musi być już dość późno i trzeba znaleźć jakieś miejsce na nocleg.

Szukał, za znalazł tani hotelik na Piątej Alei blisko Czterdziestej Ulicy; tam po zapłaceniu z góry stu dwudziestu kredytek otrzymał pokój na tydzień. Zostawił w pokoju walizkę i magazyny, zszedł na dół, by zjeść coś w taniej meksykańskiej restauracji, po czym wrócił do pokoju, by spędzić długi wieczór na lekturze.

Najpierw wziął do ręki jeden z magazynów. Zaraz przekona się, czy jego plan jest realny. O ile ten plan w ogóle wymaga sprawdzenia; musi być dobry, skoro Mekky powiedział mu, by wprowadził go w życie.

Przez dłuższą chwilę nie mógł się skupić. Przeszkadzał mu obraz Betty: z twarzą okoloną burzą złoto — blond włosów, brzoskwiniowe gładką cerą i wargami stworzonymi do całowania. Nie wspominając o pięknym ciele widocznym w otwartym oknie i odzianym (o ile dobrze widział) tylko w dopasowany szkarłatny biustonosz.

Dlaczego nie miał dość rozsądku, by posłuchać polecenia kuli i nie iść dalej? I właśnie teraz, kiedy powinien myśleć jaśniej niż kiedykolwiek, ogarnęło go takie przygnębienie.

Przez dłuższy czas obraz Betty przeszkadzał mu zająć się magazynem. Brak nadziei na jej zdobycie sprawiał, że wszystko, co zamierzał zrobić, wydawało się śmieszne i bezcelowe. Jednak po chwili Keith mimo woli zainteresował się tekstem. I doszedł do wniosku, że to, co zamierzał, mogło być naprawdę wykonalne.

Tak, chyba będzie w stanie zarobić na życie pisaniem — do kilku z tych magazynów, może i do innych. Pięć lat wcześniej, nim zaczai pracować dla Bordena, sporo pisywał do różnych gazet jako wolny strzelec. Sprzedał kilka opowiadań i napisał wiele innych, których nie sprzedał. Prawdę mówiąc, stosunek jednych do drugich był jak 1:1, co jak na pisarza, który nie był zbyt płodny i miał trudności z pomysłami, nie stanowiło dużego osiągnięcia. Ponadto pisanie nie przychodziło mu łatwo; musiał się dobrze napocić nad swoimi opowiadaniami. Dlatego też kiedy nadarzyła mu się okazja objęcia posady redaktora, skorzystał z niej bez wahania.

Jednak teraz, po pięciu latach pracy wydawniczej, sądził, że może pisać lepiej niż przedtem. Wiedział już, jakie popełniał błędy; jednym z nich było lenistwo. A na to znajdzie się lekarstwo.

Ponadto tym razem miał gotowe historie — wszystkie swoje nie sprzedane opowiadania, które pamiętał. Uważał, że teraz napisze je znacznie lepiej niż pięć lat temu.

Jeden po drugim przejrzał kupione magazyny, pobieżnie przeglądając wszystkie opowiadania i czytając niektóre z nich. Na zewnątrz zapadł mrok i kompletna ciemność zamglenia zaczęła się cisnąć do okna, ale Keith czytał dalej.

Stopniowo uświadomił sobie jedno — nie mógł i nie odważyłby się umieścić akcji swych utworów w nie znanym mu tutejszym świecie. Popełniłby błędy, drobne, a może i duże, które by go zdradziły, ujawniły nieznajomość realiów codziennego życia. Opowiadania z teraźniejszości były zdecydowanie wykluczone.

Na szczęście pozostały mu jeszcze inne dziedziny. Z lektury Historii świata Wellsa wiedział, że wszelkie różnice datowały się od czasów znikających maszyn do szycia w 1903 roku. Zatem będzie się czuł pewnie w opowiadaniach, których akcja toczy się przed rokiem 1904. Dobrze, że w college’u zajmował się historią i świetnie znał realia osiemnastego i dziewiętnastego wieku, szczególnie w Ameryce.

Z satysfakcją zauważył, że popularne magazyny zamieszczały sporo opowiadań historycznych; dużo więcej niż podobne wydawnictwa w świecie, z którego przybył. Być może dlatego, że tutaj istniała większa różnica między życiem dzisiejszym, a tym z czasów pionierskich i kolonialnych. Osiemnaste — i dziewiętnastowieczne tło nader często występowało w czasopismach przygodowych. Wyjątkiem od tej reguły były Surprising Stories wyraźnie specjalizujące się we współczesnych opowiadaniach przygodowych, których akcja toczyła się w Kosmosie. Aby to zrównoważyć, Borden wydawał inny magazyn przygodowy Romantic Adventure Stońes publikujący wyłącznie kawałki historyczne wśród których przeważała tematyka z czasów wojny secesyjnej i z rewolucji amerykańskiej. Zauważył, że ten był również redagowany przez Keitha Wintona.

Nawet magazyny dla miłośników romansów — co stwierdził ze zdziwieniem i zadowoleniem — zawierały spory procent opowiadań o miłości osadzonych w historycznych realiach. Na to nie liczył. W ten sposób mógł działać w trzech dziedzinach.

Jedną z nich była, oczywiście fantastyka. Przestudiował trzy magazyny sf i stwierdził, że nie może się tu wyłożyć: zawierały opowiadania o przygodach w dalekich i nie zbadanych galaktykach, historie z odległej przyszłości lub zapomnianej, mitycznej przeszłości, kawałki o podróżach w czasie, o niezbadanych możliwościach umysłu, a nawet horrory o wilkołakach i wampirach osadzone w historycznym kontekście. Tu będzie na bezpiecznym gruncie.

Około dziesiątej zakończył lekturę magazynów i aż do północy siedział przy małym biurku z ołówkiem w ręku i kartką przed sobą. Na razie nie pisał — do tego będzie mu potrzebna maszyna — ale robił notatki o wszystkich opowiadaniach, których kiedyś nie sprzedał.

W krótkim czasie przypomniał sobie około dwudziestu takich opowiadań. Były też inne, które spróbuje przypomnieć sobie później. Z tych dwudziestu, sześć były to przygody lub romanse historyczne; te się nadawały, szczególnie cztery krótsze, które mógł w stosunkowo krótkim czasie napisać od nowa. Następnych sześć wybrał jako dość łatwe do przerobienia na historyczne lub fantastyczne.

Tuzin opowiadań na początek, kiedy tylko postara się o maszynę do pisania. Jeśli zdoła sprzedać szybko jedno czy dwa, będzie dobrze. Oczywiście nie może w nieskończoność przerabiać starych opowiadań; wcześniej czy później musi zacząć pisać nowe. Jednak przy swoim doświadczeniu redaktora uważał, że i to potrafi, jeśli tylko zapewni sobie jaki taki start. A mając zapas kilkunastu opowiadań na początek, powinien wystartować naprawdę dobrze.

Jeżeli nie uda mu się sprzedać żadnego opowiadania, zanim skończą mu się pieniądze… no, wtedy będzie musiał spróbować wymienić monety, które ma w kieszeni. Za ćwierć dolarówkę dostał w Greenville dwa tysiące kredytek — ale też wpadł jak śliwka w kompot. Nie miał zamiaru jeszcze raz ryzykować — chyba że będzie musiał. A i wtedy najpierw dowie się wszystkiego o monetach, żeby uniknąć ewentualnych pułapek.

Około północy był zbyt śpiący, aby przypomnieć sobie więcej nie publikowanych opowiadań. Jednak nie zrobił jeszcze wszystkiego, co zamierzał. Wziął Opowieść o Dopelle pióra Paula Gallico i zaczął czytać.

Trzeba się dowiedzieć wszystkiego o konkurencji.

W ciągu następnej godziny przekonał się, że współzawodnictwo było więcej niż trudne. Było niemożliwe.

Dopelle (zdawało się, że w ogóle nie miał imienia) był postacią po prostu niewiarygodną. Wydawało się, że miał wszystkie zalety i żadnych wad — Napoleona, Einsteina, Aleksandra Wielkiego, Edisona, Don Juana i Sir Lancelota. Miał dwadzieścia siedem lat!

Dzieje jego pierwszych siedemnastu lat życia były krótkie. Doskonały uczeń, przeskoczył kilka klas i ukończył z wyróżnieniem Harvard w wieku siedemnastu lat jako starosta roku i mimo stosunkowo młodego wieku najbardziej popularny z wychowanków.

Prymusi zazwyczaj nie cieszą się popularnością, ale Dopelle okazał się wyjątkiem. Nie był kujonem. Swoje wysokie noty zawdzięczał zdolności zapamiętywania wszystkiego, co usłyszał lub przeczytał, co oszczędzało mu konieczności ślęczenia nad podręcznikami.

Mimo znacznego obciążenia nauką (wysłuchał wszystkich możliwych wykładów) znalazł czas, by być kapitanem niepokonanej drużyny futbolowej. Sam zarabiał na studia i w trakcie ich stał się niezależny finansowo dzięki sześciu powieściom przygodowym, które napisał w wolnym czasie, a które od razu stały się bestsellerami i były nimi aż do chwili obecnej.

Zyski z tych książek (które, rzecz jasna, co do jednej zostały sfilmowane) umożliwiły mu nabycie krążownika kosmicznego i wyposażenie laboratorium, w którym podczas dwóch ostatnich lat studiów dokonał kilka ważnych wynalazków w dziedzinie techniki podróży i wojen kosmicznych.

Oto Dopelle w wieku siedemnastu lat — wtedy jeszcze stosunkowo młody. Jego kariera dopiero się rozpoczynała.

Po ukończeniu Harvardu poszedł do Szkoły Pilotażu Kosmicznego, wyszedł z niej jako porucznik i przez rok czy dwa szybko awansował. W wieku dwudziestu jeden lat był szefem kontrwywiadu i jedynym człowiekiem, któremu udało się dostać z misją szpiegowską do Układu Arktura i wrócić. Większość informacji, jakie Ziemianie mieli o Arkturianach, pochodziła od niego.

Był niewiarygodnie dobrym kosmopilotem i żołnierzem. Raz po raz jego eskadra odpierała ataki Arkturian — przy czym Dopelle nie tylko dowodził walką, ale i brał w niej czynny udział. Ze względu na jego nieocenioną wiedzę naukową dowództwo prosiło go, by nie angażował się w walce. Jednak on najwidoczniej nie musiał już słuchać rozkazów i walczył przy każdej nadarzającej się okazji. Wydawało się, że szczęście mu wyjątkowo sprzyja. Jego jaskrawoczerwony statek kosmiczny Mściciel nigdy nie został trafiony.

W wieku dwudziestu trzech lat był generałem wszystkich sił Układu Słonecznego, ale dowodzenie wydawało się najmniej ważną dziedziną jego działalności. Z wyjątkiem sytuacji kryzysowych przekazywał dowództwo w inne ręce i spędzał czas szukając rozrywki w podniecających eskapadach szpiegowskich lub pracując w swym tajnym laboratorium na Księżycu. To jego praca umożliwiła Ziemi uzyskanie technologicznej równowagi, a nawet lekkiej przewagi nad Arkturianami.

Lista odkryć, jakich dokonał w tym laboratorium, była niewiarygodnie długa.

Chyba największym z nich było stworzenie sztucznego mózgu — Mekky. Dopelle wyposażył go w zdolności umysłowe przekraczające ludzkie możliwości. Mekky nie był człowiekiem (Gallico twierdził, że choć Mekky jest naprawdę rodzaju nijakiego, zawsze mówiono o nim w rodzaju męskim), lecz pod pewnymi względami go przewyższał. Potrafił czytać w myślach i przemawiać do ludzi, zarówno pojedynczych, jak i całych tłumów, telepatycznie. Potrafił nawet — z bliska — czytać w myślach Arkturian. Kilku ludzi telepatów też tego próbowało, ale wszyscy zwariowali, nim zdążyli zdać sprawę ze swoich odkryć.

Mekky potrafił też rozwiązać — niczym elektroniczna maszyna licząca — każdy problem, obojętnie jak trudny, jeśli tylko podano mu wszystkie dane.

Posiadał też zdolność teleportacji — natychmiastowego przenoszenia się w przestrzeni bez konieczności podróżowania statkiem kosmicznym. To czyniło go nieocenionym emisariuszem, umożliwiając Dopelle’owi, gdziekolwiek był, utrzymywanie kontaktu ze swoją flotą kosmiczną i rządami Ziemi.

Pod koniec Gallico opisał krótko i wzruszająco romans między Dopelle’em a Betty Hadley. Wyglądało na to, że byli zaręczeni i bardzo w sobie zakochani, ale postanowili zaczekać ze ślubem do końca wojny.

Tymczasem Betty Hadley nadal pracowała jako redaktor najpopularniejszego magazynu romansów, robiąc to samo co wtedy, gdy poznali się z Dopelle’em i pokochali — podczas jednej z jego tajnych misji, gdy incognito przebywał w Nowym Jorku. Teraz cały świat podziwiał tę parę zakochanych, niecierpliwie oczekując końca wojny i dnia ich ślubu.

Keith Winton zaklął odkładając książkę. Czy było coś bardziej beznadziejnego niż jego miłość do Betty Hadley?

Jednak właśnie ta beznadziejność sytuacji kazała mu żywić nadzieję. Szansę po prostu nie mogły być aż t a k nikłe. Musiał być jakiś punkt zaczepienia.

Było już po pierwszej, kiedy rozebrał się do snu, ale zadzwonił do recepcji i kazał się obudzić o szóstej. Czekał go pracowity dzień. Musiał być pracowity, jeżeli chciał mieć co jeść.

Zasnął i śnił — biedny frajer — o Betty. O Betty ubranej (mniej więcej) tak jak widział ją w oknie jej mieszkania przy Trzydziestej Siódmej Ulicy, ściganej po powierzchni jakiejś dziwnej, niesamowitej planety przez dwunastometrowego, osiemnastonogiego potwora wymachującego zielonymi mackami metrowej grubości.

Tyle że, w jakiś sposób, jak to zazwyczaj bywa w snach, to on, Keith, był tym zielonym BEM — em goniącym Betty i kiedy prawie ją już miał, został odepchnięty przez wysokiego, przystojnego młodzieńca o mięśniach ze stali, który musiał być Dopelle’em, chociaż zupełnie przypominał Errola Flynna.

Dopelle pochwycił zielonego potwora, którym był Keith Winton, i rzekł: „Wracaj na Arktura, szpiegu!” po czym cisnął go w Kosmos. Keith nakrył się nogami (wszystkimi osiemnastoma na raz) i runął w otchłań międzyplanetarną, a później międzygwiezdną. Leciał tak szybko, że dzwoniło mu w uszach. Dźwięk narastał i narastał, aż Keith przestał być Arkturianinem i uświadomił sobie, że to dzwoni telefon.

Podniósł słuchawkę i usłyszał:

— Już szósta, proszę pana.

Nie odważył się położyć wiedząc, że znów by zasnął, więc przez chwilę siedział na łóżku rozmyślając, przypominając sobie sen — który mimo wszystko nie był wcale głupszy niż to wszystko, co mu się przydarzyło.

Jak naprawdę wyglądał Dopelle? Czy — jak we śnie — przypominał Errola Flynna? Czemu nie? Może Dopelle był Errolem Flynnem. Jeśli Keith nie zapomni, to sprawdzi i przekona się, czy jest tu jakiś Errol Flynn.

Wcale by się nie zdziwił, gdyby takiego nie było.

Może to jakiś film lub książka, w której akcję uwikłała się jego niby — świadomość? Dlaczego nie? Dopelle, myślał Keith, był zbyt doskonały, zbyt nieprawdopodobny, aby mógł być prawdziwy. Mógł zakasować nawet bohaterów opowieści przygodowych. Żaden mający dobrze w głowie redaktor nie przyjąłby do druku kawałka z kimś takim w głównej roli. Z pewnością żaden redaktor wydający coś na poziomie choć trochę wyższym od komiksu nie zaakceptowałby Dopelle’a jako bohatera.

A skoro ten Wszechświat, w którym znalazł się Keith, był zbyt pieprznięty nawet jak na fikcję literacką, to jak mógł go uznać za rzeczywisty?

Czyż jednak ten sztuczny mózg, Mekky, w czasie przelotnego kontaktu, nie przewidział tej właśnie myśli?

„… nie popełnij tego fatalnego błędu. To rzeczywistość, a nie wytwór twojej wyobraźni. Ten świat jest rzeczywisty i niebezpieczeństwo, jakie ci grozi, też jest rzeczywiste”.

Mekky — jakkolwiek trudno było w to uwierzyć — przewidział aktualny tok myśli Keitha. I miał rację. Ten Wszechświat i sytuacja, w której Keith się znalazł, były naprawdę realne. Gdyby Keith w to wątpił, to najlepszym dowodem był dręczący go właśnie głód.

Ubrał się i wyszedł.

O wpół do siódmej rano na ulicach Nowego Jorku był taki ruch jak w świecie, z którego przybył Keith, o dziesiątej lub jedenastej. Krótki dzień spowodowany zamgleniem zmuszał do wczesnego wstawania.

Keith kupił gazetę i przeczytał ją przy śniadaniu.

Wiadomością dnia była, rzecz jasna, wizyta Mekky’ego w Nowym Jorku i sposób, w jaki go powitano. Ćwierć pierwszej strony zajmowało zdjęcie ukazujące kulę wiszącą w powietrzu przed otwartym oknem i Betty Hadley przechyloną przez parapet, kłaniającą się tłumom na dole.

Pod zdjęciem, ujęte w ramkę i wypisane wytłuszczonym drukiem widniały słowa, które Mekky telepatycznie przekazał tłumom i które Keith także słyszał:

Przyjaciele, zostawiam was teraz, by przekazać wiadomość do mego pana i twórcy, Dopelle’a, dla…”

Tak, słowo w słowo. I najwidoczniej było to jedyne publiczne oświadczenie złożone przez sztuczny mózg. Godzinę później wrócił „gdzieś w Kosmos”, jak głosił komunikat.

Keith przejrzał pobieżnie resztę wiadomości. Nie było żadnych informacji o wojnie, żadnych wzmianek o kryzysowej sytuacji, w jakiej według słów Mekky’ego (skierowanych wyłącznie do Keitha) znalazła się ludzka rasa.

Jeśli sprawy źle się układały, najwidoczniej ukrywano to przed opinią publiczną. Skoro Mekky zdradził mu tajemnicę wojskową, jaką niewątpliwie musiała stanowić ta informacja, to zrobił to dlatego, że w czasie przelotnego kontaktu myślowego, zanim przemówił do Keitha (Interesująca sytuacja, Keith Wintonie), stwierdził, że nie jest on w stanie rozgłosić tego, nawet gdyby chciał.

Wzmianka na drugiej stronie o człowieku ukaranym grzywną pięciu tysięcy kredytek plus koszta sądowe za posiadanie monety zainteresowała Keitha. Przeczytał ją uważnie, lecz nie dowiedział się, dlaczego posiadanie monet jest nielegalne. Zanotował w myślach, by przy pierwszej okazji sprawdzić to w bibliotece publicznej.

Jednak nie dziś. Dziś i tak miał już zbyt wiele do zrobienia.

Po pierwsze musiał pożyczyć maszynę do pisania.

Zanim opuścił restaurację, wyszukał w ogłoszeniach adres najbliższej firmy zajmującej się wypożyczaniem maszyn do pisania.

Zaryzykowawszy i posłużywszy się nazwiskiem „Keith Winton”, na które wciąż miał dokumenty, dostał maszynę bez pozostawiania kaucji.

Zabrał ją do pokoju w hotelu i rozpoczął najbardziej pracowity dzień w swoim życiu.

Kiedy skończył — o siódmej wieczór Był już śmiertelnie zmęczony i musiał przerwać pracę — miał za sobą siedem tysięcy słów. Jedno opowiadanie na cztery i jedno na trzy tysiące.

To prawda, że oba stanowiły powtórki tego, co już kiedyś napisał, ale tym razem wyszły mu lepiej. Jedno było zwykłą historią przygodową osadzoną w realiach wojny secesyjnej. Drugie lekkim romansem dziejącym się w pionierskich czasach osadnictwa w Kansas.

Keith padł na łóżko zbyt zmęczony, aby zadzwonić do recepcji i zamówić budzenie na rano. Wiedział, że nie będzie spał dłużej jak dwanaście godzin, a siódma rano to wystarczająco wczesna pora.

Jednak zbudził się wcześniej, tuż po piątej; w samą porę, by ujrzeć z okna, jak światło słoneczne rozprasza ciemność zamglenia. Patrzył zafascynowany, ubierając się i goląc.

O szóstej zjadł śniadanie i wróciwszy do pokoju przeczytał oba opowiadania. Był z nich bardzo zadowolony. Były dobre. Mankamentem poprzednich wersji, przyczyną, dla której ich nie sprzedał, nie była intryga.

Akcja stanowiła zawsze jego mocną stronę. Zawinił sposób pisania. A pięć lat pracy na stanowisku redaktora naprawdę czegoś go nauczyło.

Teraz miał już pewność, że może zarobić na życie pisaniem. Nie żeby dał radę dalej tłuc po dwa opowiadania dziennie, kiedy skończy mu się zapas starych. Później dwa krótkie i jedno długie na tydzień powinny odpędzić od progu widmo głodu — nawet jeśli tak jak przedtem procentowy stosunek sprzedanych do nie sprzedanych wyniesie l: l. A teraz stosunek ten powinien wyglądać korzystniej, ponieważ opowiadania były lepsze, zdecydowanie lepsze.

Jeszcze jedno, postanowił, i spróbuje je wypchnąć. Zacznie, oczywiście, od Wydawnictw Bordena. Nie tylko dlatego, że tu lepiej orientował się w wymaganiach, ale ponieważ dobrze i szybko płacili za zamieszczony materiał. Często zdarzało się, że Keith wysyłał czek pocztą w ciągu dwudziestu czterech godzin od chwili przyjęcia materiału do druku, jeżeli autor gwałtownie potrzebował pieniędzy.

Jako trzecie do przerobienia wybrał opowiadanie sf składające się z około dwóch tysięcy słów. Dobrze pamiętał treść i wiedział, że zdąży je wystukać w dwie godziny. A Marion Blake powiedziała, że Borden szuka opowiadań sf do magazynu, tak więc widoki na sprzedanie tekstów były znakomite.

To opowiadanie nie wymagało większych zmian. Było o podróży w czasie i człowieku, który cofnął się do ery prehistorycznej — opowiedziane z punktu widzenia jaskiniowca, który spotkał podróżnika. Pozbawione współczesnych realiów, nie groziło wpadką.

Keith znów zaczął bębnić w maszynę. Skończył o dziesiątej mimo tego, że teraz opowiadanie było nieco dłuższe od pierwotnej wersji; zamieścił więcej opisów i poprawił nastrój, czyniąc je żywszym i bardziej interesującym. Był cholernie dumny z siebie.

Pół godziny później uśmiechał się do Marion Blake siedzącej za mahoniową barierką w sekretariacie Wydawnictw Bordena.

Marion odpowiedziała mu uśmiechem.

— I co, Karl?

— Przyniosłem trzy opowiadania — oznajmił dumnie. — Jedno chciałbym zostawić pannie Hadley do jej magazynu romansów. I jedno… kto robi ten nowy magazyn sf, o którym mi mówiłaś?

— Keith Winton. Przynajmniej na razie. Kiedy już znajdzie się w sprzedaży, może dadzą ten magazyn komuś innemu.

— Dobrze. Zostawię mu jedno. A kto zajmuje się Romantic Adventure Stories?

— Także pan Winton. To i Surprising Stories to jego działka. Myślę, że teraz powinien być wolny; zobaczę, czy może z tobą porozmawiać. Panna Hadley jest teraz zajęta, ale może będzie wolna, zanim skończysz rozmowę z panem Wintonem. Och, skoro o tym mowa, to czy wybrałeś już sobie jakiś pseudonim?

Keith ze złością pstryknął palcami.

— Zapomniałem. Na razie podpisałem je jako Karl Winston. No, zobaczymy, co na to powie pan Winton. Wspomnę mu o tym i powiem, że nie podpisywałem swoim nazwiskiem niczego prócz artykułów, więc nie mam nic przeciwko temu, jeśli zechce, bym używał teraz pseudonimu.

Marion już włożyła wtyczkę w gniazdko centralki.

Przez chwilę mówiła do mikrofonu; Keith nie dosłyszał jej słów. Wyciągnęła wtyczkę i znów się do niego uśmiechnęła.

— Przyjmie cię — powiedziała. — Ja… hmm… powiedziałam mu, że jesteś moim znajomym.

— Serdeczne dzięki — rzekł z prawdziwą wdzięcznością.

Wiedział, że takie drobiazgi miały czasem znaczenie. Nie dlatego, by jakiekolwiek wejście umożliwiło mu sprzedanie kiepskiego opowiadania. Jednak mogło przyczynić się do szybszej oceny i — jeśli tekst zostanie zaakceptowany — szybszego uzyskania należności.

Ruszył do biura Keitha Wintona i natychmiast uzmysłowił sobie, że przecież nie powinien wiedzieć, gdzie ono jest, skoro Marion jeszcze mu go nie wskazała. Jednak przypomniał sobie o tym za późno, więc szedł dalej.

Chwilę później Keith Winton usiadł naprzeciw Keitha Wintona, przywitał się i rzekł:

— Panie Winton, nazywam się Karl Winston. Mam dla pana kilka opowiadań. Oczywiście mogłem je przesłać pocztą, ale pomyślałem, że skoro jestem w mieście, to dobrze byłoby się z panem spotkać.

ROZDZIAŁ X

Slade z W.B.I.

Mówiąc to Keith przyglądał się Wintonowi. Był to nieźle prezentujący się facet; prawie w wieku Keitha, o dwa lub trzy centymetry wyższy, ale parę kilo lżejszy. Włosy miał ciemniejsze i odrobinę bardziej kręcone. Z twarzy nie był w ogóle do niego podobny. Ponadto nosił dość grube szkła w rogowej oprawie. Keith nigdy nie używał okularów; miał doskonały wzrok.

— Nie mieszka pan w Nowym Jorku? — pytał go Winton.

— Tak i nie — rzekł Keith. — Chcę powiedzieć, że dotąd nie mieszkałem, ale teraz być może zdecyduję się tu pozostać. A może wrócę do Bostonu. Pracowałem tam dla pewnej gazety i trochę jako wolny strzelec.

Wcześniej przygotował sobie tę bajeczkę i nie musiał się zastanawiać.

— Wziąłem trochę urlopu i jeśli uda mi się urządzić tu, w Nowym Jorku, to prawdopodobnie nie wrócę. Przyniosłem dwa opowiadania, żeby je pan przejrzał; jedno do Romantic Adventure Stories i jedno do tego magazynu sf, który, jak mówiła Marion, zamierzacie wydawać.

Wyjął z koperty dwa z trzech opowiadań i położył je na biurku.

— Wiem, że proszę może o zbyt wiele — rzekł — ale byłbym bardzo wdzięczny, gdyby przeczytał je pan jak najszybciej. Chciałbym napisać więcej podobnych rzeczy, a nie zacznę, dopóki nie będę wiedział po pańskiej reakcji, czy jestem na właściwej drodze,

— Dobrze, nie dołożę ich do stosu makulatury. Zerknął na strony tytułowe obu maszynopisów.

— Trzy i cztery tysiące słów. Świetnie, właśnie takich potrzebuję. Jeśli teksty się nadadzą, znajdzie się dla nich miejsce.

— Doskonale — powiedział Keith. Postanowił wykorzystać tę szczęśliwą passę. — Przypadkiem mam w tym budynku umówione spotkanie pojutrze, w piątek. Skoro będę tak blisko, czy nie miałby pan nic przeciwko temu, żebym wpadł się dowiedzieć, czy znalazł pan już czas, by to przeczytać?

Winton lekko zmarszczył brwi.

— Nie mogę obiecać na pewno, że zabiorę się za nie tak szybko, ale spróbuję. Skoro i tak będzie pan w budynku, to niech pan tu wpadnie.

— Cudownie, dziękuję — rzekł Keith.

Mimo że tamten niczego mu nie obiecał, Keith wiedział, że jego opowiadania zostaną najprawdopodobniej przeczytane do piątku. A jeśli jedno czy dwa uzyskają akceptację, przyjdzie czas, by poprosić o szybkie przysłanie czeku. Będzie musiał wymyślić jakąś historyjkę uzasadniającą gwałtowną potrzebę otrzymania pieniędzy.

— Och, przy okazji — powiedział — nie wiem, czy podpis…

Wskazał na zbieżność ich nazwisk i wyjaśnił, że chętnie będzie używał pseudonimu, jeśli Winton uzna, że powinien.

Tamten uśmiechnął się.

— To nie takie ważne. Jeśli nazywa się pan Karl Winston ma pan pełne prawo używać swojego nazwiska. Ja sam wcale nie piszę — a kto zwraca uwagę na nazwisko redaktora?

— Inni redaktorzy — rzekł Keith.

— A jeśli naprawdę zamierza pan pisać dla magazynów, to kiedy zacznie im pan przysyłać swoje teksty, przekonają się, że Karl Winston to nie mój pseudonim. Więc proszę się tym nie martwić, chyba że pan koniecznie chce podpisywać swoje teksty pseudonimem.

— Jak na razie — powiedział Keith — nie mam czego podpisywać.

Wstał.

— Dziękuję bardzo. Wpadnę w piątek o tej samej porze. Do widzenia, panie Winton.

Wrócił do biurka Marion Blake. Powiedziała mu:

— Panna Hadley jest już wolna; myślę, że będziesz mógł wejść, jak tylko do niej zadzwonię.

Jednak nie włożyła wtyczki do gniazdka; patrzyła dziwnie na Keitha.

— Skąd wiedziałeś, które drzwi prowadzą do biura pana Wintona?

Wyszczerzył do niej zęby. — Mam zdolności telepatyczne.

— Poważnie. Jestem ciekawa.

— Poważnie, to zerknęłaś na te drzwi, kiedy po raz pierwszy wspomnieliśmy o panu Wintonie. Może tego nie pamiętasz, ale tak zrobiłaś. Pomyślałem więc sobie, że to jego pokój, a gdybym się mylił, zawołałabyś mnie.

Uśmiechnęła się do niego; t e n egzamin zdał celująco. Jednak na przyszłość będzie musiał uważać i pilnować się przez cały czas. Takie małe pomyłki mogą wszystko zepsuć.

Wcisnęła wtyczkę i znów mówiła coś cicho do mikrofonu. Po chwili rozłączyła się i oznajmiła:

— Panna Hadley czeka na ciebie.

Tym razem Keith pamiętał o tym, by zaczekać, aż wskaże mu właściwe drzwi.

Idąc ku nim czuł się tak, jakby brnął przez gęstą melasę.

Nie powinienem tego robić, myślał; muszę pójść do psychiatry. Trzeba było zostawić opowiadanie w sekretariacie albo wysłać je pocztą albo zanieść do innego wydawnictwa.

Głęboko zaczerpnął tchu i otworzył drzwi.

Wtedy zrozumiał, że naprawdę powinien trzymać się z daleka. Kiedy ujrzał ją siedzącą za biurkiem i spoglądającą nań z urzędowym, bezosobowym uśmiechem, serce wywinęło mu podwójne salto.

Nie do wiary, ale miała na sobie strój podobny do tego, który nosiła, gdy widział ją w oknie jej apartamentu na Trzydziestej Siódmej Ulicy. To znaczy tym razem miała zielony stanik; zza biurka nie było widać nic więcej.

Z bliska była dwa razy piękniejsza, niż ją pamiętał. Chociaż to rzecz jasna głupie…

Czy naprawdę głupie? Jakimś cudem znalazł się w zupełnie innym Wszechświecie. Był tu zupełnie inny Keith Winton. Dlaczego nie miałoby być choć odrobinkę innej Betty Hadley? Kilka dni temu nie mógłby sobie wyobrazić Betty Hadley w wydaniu lepszym od oryginału. Jednak ta była piękniejsza. Strój, rzecz jasna, tylko w tym pomagał, lecz było w niej coś jeszcze.

Był w niej zakochany dwa razy bardziej niż w oryginale.

Patrzył, nie zdając sobie sprawy z tego, że patrzy, zastanawiając się, na czym polegała różnica. Szczegół po szczególe, wszystko było takie same. Oczywiście, u tej Betty Hadley mógł dostrzec więcej ze względu na strój, ale to też nie było powodem.

Różnica była taka subtelna, jak między dziewczynami na okładkach magazynów tu i tam. Te tu miały więcej… no, czegoś.

I to samo stało się z Betty; była tą samą dziewczyną, tylko dwa razy piękniejszą i ponętniejszą, i był w niej dwa razy bardziej zakochany.

Uśmiech zniknął wolno z jej twarzy i dopiero gdy spytała „Tak?”, uświadomił sobie, jak długo na nią spoglądał.

Powiedział:

— Nazywam się Kei… Karl Winston, panno Hadley. Ja… hmm…

Widocznie dostrzegła jego zakłopotanie i postanowiła mu pomóc wybrnąć z sytuacji, bo powiedziała:

— Panna Blake mówiła, że jest pan jej znajomym i pisarzem. Zechce pan usiąść, panie Winston?

— Dziękuję — powiedział zajmując krzesło po drugiej stronie biurka. — Zgadza się, przyniosłem opowiadanie, które…

Kiedy już zaczai, mówił składnie; opowiedział jej zasadniczo tę samą historyjkę co Keithowi Wintonowi.

Chociaż myślał zupełnie o czymś innym.

Nagle, nie wiadomo kiedy, rozmowa była skończona. Wyszedł, nawet nie potykając się o własne nogi.

Kiedy znalazł się za drzwiami, postanowił nigdy więcej nie dręczyć się oglądając ją z tak bliska. Nie dlatego, że nie była warta tych tortur, gdyby istniała choć jedna szansa na milion. Jednak nie istniała; nie mogła istnieć.

Był tak przygnębiony, że minąłby biurko Marion Blake nie zauważając jej i nie odzywając się słowem, gdyby nie zawołała:

— Hej, Karl!

Odwrócił się i zdołał przywołać uśmiech na twarz.

— Wielkie dzięki, Marion — powiedział — za przedstawienie mnie jako swojego znajomego i…

— O, nie ma o czym mówić. Nie ma sprawy. Mam dla ciebie wiadomość od pana Wintona.

— Tak? Przecież dopiero co z nim rozmawiałem.

— Wiem. Właśnie minutę temu wyszedł; miał ważne spotkanie. Jednak mówił, że chciałby cię o coś zapytać i że wróci przed wpół do pierwszej. Czy mógłbyś wtedy do niego zadzwonić — to znaczy między wpół do pierwszej a pierwszą, kiedy zamykamy?

— No jasne. Bardzo chętnie. Jeszcze raz, serdeczne dzięki. — Wiedział, że powinien teraz zaprosić ją na drinka lub zapytać, czy wybrałaby się z nim do teatru, na tańce czy cokolwiek. I zrobi to, jeśli choć jedno z opowiadań, które zostawił, zostanie przyjęte do druku. Na razie topniejące fundusze nie pozwalały mu się zrewanżować za wyświadczoną przysługę.

Pomaszerował do drzwi, zastanawiając się, o czym chciał z nim tak nagle porozmawiać Keith Winton. Był w biurze Betty niecałe piętnaście minut; w tym czasie Winton nie mógł przeczytać nawet jednego z tych dwóch opowiadań.

Jednak… no, po co się zastanawiać? Zadzwoni o wpół do pierwszej i dowie się, o co chodzi.

Gdy dochodził do windy na korytarzu, na wprost Wydawnictw Bordena, jej drzwi rozsunęły się bezszelestnie. Pan i pani Borden wyszli na korytarz i drzwi zamknęły się za ich plecami.

Zaskoczony Keith ukłonił się i pozdrowił ich. Oboje mu się odkłonili, a Borden mruknął coś niewyraźnie jak ktoś spotykający osobę, której sobie nie przypomina.

Przeszli obok i weszli do biura, które właśnie opuścił. Czekając na windę Keith marszczył brwi. Oczywiście nie znali go i nie powinien im się kłaniać. Nie było to poważne potknięcie, ale powinien uważać i wystrzegać się nawet takich drobnych pomyłek.

W biurze Betty też był blisko poważnej wpadki, kiedy zaczął przedstawiać się jako Keith Winton, zamiast Karl Winston. Teraz gdy o tym myślał, przypomniał sobie, że Betty obdarzyła go bardzo szczególnym spojrzeniem, gdy zaczął „Kei…”, zanim ugryzł się w język. Tak jakby… ale to niemożliwe. Odsunął od siebie tę myśl.

Dlaczego jednak Betty była tak ubrana, a raczej rozebrana, nawet w biurze Bordena? Nie widział, by inne kobiety tak się ubierały — a zauważyłby z pewnością. To była jedna z dziwniejszych zagadek, z jakimi się tu zetknął. Zastanawiał się, jak ją rozwiązać nie pytając.

Tyle różnic i tyle zdumiewających podobieństw. Wchodząc do windy ponownie zdał sobie sprawę, że podobieństwa tego Wszechświata mogły się okazać bardziej niebezpieczne niż różnica; znajome rzeczy mogły wywołać nieprzemyślane reakcje, czego przykładem mogło być powitanie Bordenów.

To akurat nie miało znaczenia, lecz jakże łatwo mógł popełnić identyczną pomyłkę, która będzie istotna, która zdradzi go całkowicie jako oszusta, jakim musiał się stać, aby przeżyć. Wiecznie istniejąca możliwość popełnienia naprawdę poważnej pomyłki bardzo go niepokoiła.

Niepokoiłby się bardziej, gdyby wiedział, że już ją popełnił.

Przez chwilę stał przed budynkiem zastanawiając się, co robić dalej. Nie miał ochoty wracać do hotelu i tłuc następne opowiadania — na razie nie. Później, po południu i wieczorem — kiedy i tak będzie musiał zostać w hotelu ze względu na zamglenie — będzie miał na to dość czasu. Trzy opowiadania — mimo iż napisane powtórnie i stosunkowo krótkie — to i tak starczy jak na dwa dni pracy.

I wiedział, że te opowiadania są dobre; lepiej będzie położyć nacisk na jakość, niż zmuszać się do pracy i płodzić bzdety. Zatem zrobi sobie wolny dzień i zabierze się do pisania dopiero wieczorem.

Jeśli dziś wieczór napisze jedno opowiadanie, a rano drugie, będzie miał co zabrać na spotkanie w Wydawnictwie Bordena. Wydało mu się zabawne, że znalazł się po drugiej stronie barykady i przynosi teksty, zamiast odbierać je od pisarzy i agentów. Może powinien postarać się o agenta… nie, lepiej z tym poczekać, aż będzie się mógł wykazać dwoma lub trzema opublikowanymi tekstami i wejdzie do branży. Obecnie mógł poprowadzić swoje sprawy lepiej, niż zrobiłby to jakikolwiek agent.

Pomaszerował w stronę Broadwayu i na północ, do Times Sąuare. Stanął patrząc na Thimes Building i zastanawiając się, co też jest w nim dziwnego; wreszcie uświadomił sobie, że nie pali się tablica świetlna ukazująca najnowsze wiadomości. Dlaczego?

Może dlatego, że w ciągu dnia maksymalnie oszczędzano prąd. A może dlatego, że te jak — im — tam promienie emitowane przez włókna elektryczne i wykrywane przez statki Arkturian nie były wygaszane przez światło słoneczne tak całkowicie jak przez zamglenie.

To wyjaśniałoby stosunkowo słabe oświetlenie restauracji, biur i sklepów. Teraz zdał sobie sprawę, że wszystkie były niezwykle kiepsko oświetlone.

Będzie musiał zwracać uwagę na takie drobne szczegóły, jeśli nie chce się zdradzić. W pokoju hotelowym miał światło zapalone niemal przez cały czas, gdy czytał lub pracował. Na szczęście nikt jeszcze nie zwrócił na to uwagi. Jednak teraz przestawi biurko i krzesło pod okno, a światło będzie włączał tylko w nocy.

Przechodząc wolno obok kiosku z gazetami przeczytał nagłówki:

FLOTA NISZCZY POSTERUNEK ARKTURIAN

Wielkie zwycięstwo sił Układu Słonecznego

To powinno mnie uszczęśliwić, pomyślał Keith, ale jakoś nie uszczęśliwiało. Nie potrafił nienawidzić Arkturian; nawet nie wiedział, jak wyglądają. Wojna z nimi mogła być rzeczywistością, jednak nie mógł w nią uwierzyć. Wciąż wydawało mu się to snem, koszmarem, z którego się obudzi, mimo tego, że budził się tu już cztery razy, a wojna z Arkturem dalej trwała.

Stał patrząc ponuro na wystawę z ręcznie malowanymi krawatami. Ktoś dotknął jego ramienia i Keith odwrócił się, po czym odskoczył jak oparzony niemal rozbijając szybę wystawową. Był to jeden z wysokich, purpurowych, włochatych Lunańczyków.

— Przepraszam pana — odezwał się piskliwym głosem purpurowy. — Czy ma pan zapałki?

Keith miał ochotę wybuchnąć śmiechem, lecz ręka drżała mu trochę, gdy wyjmował z kieszeni pudełko zapałek, a potem odbierał je od Lunańczyka.

— Dziękuję — powiedziało stworzenie i odeszło. Keith spoglądał na jego plecy i sposób, w jaki szło.

Mimo węzłów mięśni poruszało się jak człowiek brnący przez głęboką wodę. Oczywiście silne ciążenie, pomyślał Keith. Na Księżycu ten stwór mógłby przewracać góry. Tu, na Ziemi, był przytłoczony, przygnieciony ciężarem kilkakrotnie większym od tego, do jakiego był przyzwyczajony. Tu miał ledwie dwa i pół metra; na Księżycu mierzyłby ponad trzy.

Czy jednak Księżyc nie powinien być pozbawiony powietrza? To musiało okazać się nieprawdą — przynajmniej w tym Wszechświecie. Lunańczycy musieli oddychać, inaczej nie mogliby palić papierosów. Żadne stworzenie nie może palić nie oddychając.

Nagle — i dopiero teraz — Keith Winton zdał sobie sprawę z pewnej sprawy. Jeżeli zechce, może polecieć na Księżyc! Na Marsa! Na Wenus! A czemu by nie? Skoro znalazł się w świecie, w którym podróże kosmiczne były rzeczywistością, dlaczego nie miałby z tego skorzystać? Dreszcz emocji przebiegł mu po plecach. Jakoś nie łączył, w ciągu tych kilku dni pobytu tutaj, lotów kosmicznych z własną osobą. Teraz sama myśl o tym wprawiła go w podniecenie.

Oczywiście nie mógł tego zrobić natychmiast; taka podróż musi kosztować i to pewnie niemało. Będzie musiał dużo pisać. Ale dlaczego by nie?

Ponadto istniała jeszcze jedna możliwość, kiedy już pozna na tyle reguły gry, by zaryzykować: monety, które wciąż posiadał. Jeśli wybrana na chybił trafił ćwierćdolarówka przyniosła mu dwa tysiące kredytek, to może jedna z pozostałych okaże się naprawdę cenna — na tyle, by opłacić wakacje na planetach. Prawdę mówiąc to drogista z Greenville przyznał, że ćwiartka jest warta więcej niż dwa tysiące, tyle że on nie był w stanie więcej za nią zapłacić.

Musiał gdzieś istnieć czarny rynek takich monet. Jednak dopóki nie dowie się więcej, byłoby to zbyt niebezpieczne.

Keith poszedł Broadwayem aż do Ulicy Czterdziestej Szóstej i wtedy zobaczył na zegarze w witrynie, że jest już prawie wpół do pierwszej. Wszedł do drogerii i zadzwonił do Keitha Wintona.

— Ach tak, pan Winston — powiedział tamten. — Przyszło mi do głowy coś, o czym chciałbym z panem porozmawiać; coś, co mógłby pan dla nas zrobić. Mówił pan, że jako wolny strzelec pisał pan sporo artykułów?

— Tak.

— Jest taka działka popularnonaukowa, którą zamierzam wprowadzić, chciałbym porozmawiać o tym z panem i zapytać, czy nie zechce pan się tym zająć. Jednak muszę to mieć za dzień lub dwa. Czy byłby pan zainteresowany? I czy mógłby pan zrobić to w tak krótkim terminie?

Keith odparł:

— Jeśli będę umiał to napisać, zrobię to nawet w tak krótkim czasie. Jednak nie jestem pewien… Jaki jest temat artykułu?

— To trochę zbyt skomplikowane, by wyjaśnić przez telefon. Czy jest pan wolny dziś po południu?

— Tak.

— Zaraz stąd wychodzę; nie sądzę, aby zdążył pan tu wrócić. Jednak może pan do mnie wpadnie? Wypilibyśmy po jednym i obgadali wszystko.

— Świetnie — rzekł Keith. — Gdzie i kiedy?

— Czy odpowiada panu czwarta godzina? Mieszkam w Greenwich Yillage, Gresham 318, mieszkanie numer sześć. Lepiej niech pan weźmie taksówkę, chyba że zna pan tę dzielnicę.

Keith uśmiechnął się, ale odparł poważnym tonem:

— Myślę, że trafię.

Powinien. Mieszkał tam cztery lata.

Odłożył słuchawkę i znów wyszedł na Broadway, tym razem kierując się na południe. Zatrzymał się przed wystawą biura podróży.

„Wycieczki wakacyjne”, głosił napis. „Urlopy na Marsie i Wenus. Jeden miesiąc — pięć tysięcy kredytek”.

Tylko pięćset zielonych, pomyślał. Cholernie tanio, jeśli tylko zdoła zarobić tyle, by coś odłożyć. Może to pozwoli mu oderwać myśli od Betty.

Nagle znów miał ochotę zacząć pisać. Szybkim krokiem ruszył z powrotem do hotelu. Powinien mieć jeszcze trzy godziny czasu na pisanie, zanim będzie musiał wyjść na spotkanie z Keithem Wintonem.

Wkręcił papier i kalkę do maszyny i zaczął pracę nad czwartym opowiadaniem. Pisał prawie do ostatniej chwili, po czym wyszedł i wsiadł do metra.

Zastanawiał się, co to za artykuł był tak gwałtownie potrzebny Wintonowi; miał nadzieję, że było to coś, z czym sobie poradzi, ponieważ oznaczałoby to pewne i stosunkowo szybkie pieniądze. Tylko jeśli artykuł ma być o czymś, o czym nie miał pojęcia — jak na przykład szkolenie kosmicznych kadetów lub warunki życia na Księżycu — będzie musiał przygotować sobie jakieś wyjaśnienie, dlaczego odmówił przyjęcia zlecenia. Oczywiście nie odmówi, jeżeli będą jakieś szansę, że poradzi sobie z tekstem — może po jednodniowym szperaniu w bibliotece publicznej.

Podróż metrem oraz droga z przystanku na Gresham Street minęły jednak na wymyślaniu wiarygodnych wymówek, które mógłby podać w wypadku, gdyby artykuł był o czymś, o czym nie odważyłby się pisać.

Budynek wyglądał znajomo, tak samo jak nazwisko „Keith Winton” na skrzynce pocztowej numer sześć w holu. Nacisnął guzik i czekał z ręką na klamce, aż szczęknął zamek.

Keith Winton — ten drugi Keith Winton — stał w drzwiach mieszkania patrząc na idącego korytarzem gościa.

— Niech pan wejdzie, Winston — powiedział. Cofnął się i szerzej otworzył drzwi. Keith wszedł — i stanął jak wryty.

Obok szafki z książkami stał wysoki mężczyzna o stalowoszarych włosach i zimnych, stalowoszarych oczach. W ręce trzymał groźnie wyglądający pistolet kalibru czterdzieści pięć, którego lufa mierzyła prosto w pierś Keitha.

Keith stanął bez ruchu i wolno podniósł ręce do góry.

— Lepiej niech pan go obszuka, panie Winton — rzekł wysoki. — Od tyłu. Niech pan nie staje przed nim. I proszę ostrożnie.

Keith poczuł lekkie dotknięcie dłoni przesuwających się po jego ubraniu.

Zdołał powstrzymać drżenie głosu i zapytać:

— Czy mogę wiedzieć, co to wszystko znaczy?

— Nie ma broni — rzekł Winton. Obszedł Keitha i stanął tak, że ten znów mógł go widzieć, ale trzymał się poza linią strzału. Ze zdziwieniem patrzył na Keitha.

— Chyba rzeczywiście powinienem panu coś wyjaśnić — rzekł. — A potem pan mnie. W porządku, Karlu Winstonie — jeśli tak pan się naprawdę nazywa — to jest pan Gerald Slade z W.B.I.

— Miło mi pana poznać, panie Slade — powiedział Keith.

Zastanawiał się, co oznacza skrót W.B.I. World Bureau of Investigation? To wydawało się prawdopodobne. Znowu spojrzał na gospodarza.

— Czy to już wszystko, co powinien mi pan wyjaśnić?

Gorączkowo zastanawiał się, gdzie popełnił błąd, który do tego doprowadził.

Winton zerknął na Slade’a i znów na Keitha. Rzekł:

— Ja… hmm… uważałem, że lepiej będzie, jeśli pan Slade będzie obecny, kiedy zadam panu kilka pytań. Dziś rano, w biurze Bordena, dał mi pan dwa opowiadania. Skąd je pan wziął?

— Wziąłem? Napisałem je. A więc ta historyjka o artykule, który mam zrobić, to bujda?

— Tak — odparł ponuro Winton. — Wydawało mi się, że to najpewniejszy sposób ściągnięcia pana tu bez wzbudzania podejrzeń. Pan Slade zaproponował to, kiedy zadzwoniłem do niego i powiedziałem, co pan zrobił.

— A co takiego zrobiłem, jeśli wolno spytać? Winton spojrzał na niego dziwnie.

— Jak do tej pory jedynym zarzutem jest popełnienie plagiatu… ale w tak niezwykły sposób, że pomyślałem, iż powinno się tym zająć W.B.I. i sprawdzić, dlaczego usiłował go pan popełnić.

Keith patrzył na niego nie rozumiejąc.

— Plagiat? — powtórzył jak echo.

— Te dwa opowiadania, które mi pan dał, j a napisałem pięć czy sześć lat temu. Przerobił je pan bardzo udatnie, muszę to przyznać. Są lepsze niż oryginały. Tylko dlaczego sądził pan, że uda się panu mi sprzedać moje własne opowiadania? To najbardziej nieprawdopodobna historia, z jaką się spotkałem.

To było tak oczywiste — teraz, gdy o tym pomyślał. Dlaczego Keith Winton żyjący tutaj, mający jego pracę i mieszkanie, nie miałby napisać tych samych opowiadań?

W duchu przeklinał się za to, że o tym nie pomyślał.

Cisza trwała już zbyt długo. Zwilżył wargi językiem. Musiał coś powiedzieć, inaczej jego milczenie zostanie odebrane jako przyznanie się do winy.

ROZDZIAŁ XI

Ucieczka

Keith Winton po raz drugi zwilżył językiem wargi.

— Wiele opowiadań ma podobną treść — rzekł niepewnie. — Były już takie przypadki…

Winton przerwał mu.

— Nie chodzi o podobieństwo głównego wątku. To mógłbym zrozumieć. Jednak mamy tu do czynienia ze zbyt wielką zbieżnością szczegółów. W jednym z tych dwóch opowiadań nawet nazwiska obu głównych bohaterów są takie same. Jeden z tych dwu tekstów nosi ten sam tytuł co moje opowiadanie. I w obu zbyt wiele szczegółów jest identycznych. To nie może być przypadek, Winston; przypadek może tłumaczyć podobieństwo — nawet dość duże podobieństwo — treści, ale nie identyczność tak wielu nazw i szczegółów. Nie, te opowiadania są plagiatem i mam tu kopie oryginalnych, żeby to udowodnić. — Wskazał gestem biblioteczkę.

Marszcząc brwi patrzył na Keitha.

— Podejrzewałem coś, jeszcze zanim skończyłem czytać pierwszą stronę. Kiedy przeczytałem oba opowiadania do końca, byłem już pewien — ale to mnie jeszcze bardziej zdziwiło. Dlaczego ktoś, kto popełnił plagiat, miałby tak nieprawdopodobny tupet, by sprzedawać skradzione opowiadania człowiekowi, który je napisał? Skądkolwiek pan je wziął — i to mnie też dziwi — musiał pan wiedzieć, że je poznam. I jeszcze jedno… Czy Winston to pańskie prawdziwe nazwisko?

— Oczywiście.

— To też jest zabawne. Człowiek nazywający się Karl Winston oferujący opowiadania napisane przez człowieka nazywającego się Keith Winton. Nie mogę tylko zrozumieć dlaczego — jeśli to fałszywe nazwisko — nie wybrał pan sobie innego, nie tak zbliżonego; te same inicjały, a nazwisko różniące się zaledwie jedną literą.

Keith też się nad tym zastanawiał. Jego jedynym wytłumaczeniem był fakt, że musiał wymyślić je błyskawicznie w trakcie pierwszej rozmowy z Marion Blake. Mimo to powinien był przygotować sobie lepsze, choćby na wszelki wypadek.

Człowiek z pistoletem spytał:

— Ma pan jakieś dokumenty?

Keith wolno pokręcił głową. Musiał grać na zwłokę, aż zdoła wymyślić jakieś wyjście z sytuacji — jeżeli jakieś w ogóle było. Powiedział:

— Nie przy sobie. Jednak mogę dowieść mojej tożsamości. Mieszkam w hotelu Watsonia. Wystarczy zadzwonić…

Slade przerwał mu oschle:

— Jeżeli tam zadzwonię, powiedzą mi, że mieszka tam Karl Winston. To już wiem, dzwoniłem tam. Podał pan ten adres jako zwrotny w maszynopisach opowiadań, które zostawił pan Wintonowi.

Odchrząknął.

— To nie dowodzi niczego poza tym, że posługiwał się pan nazwiskiem Winston przez ostatnie dwa dni — od chwili, gdy się pan tam zameldował.

Szczęknął bezpiecznikiem wielkiego pistoletu. Jego oczy były pozbawione wyrazu.

— Nie lubię z zimną krwią strzelać do ludzi, ale… Keith mimowolnie cofnął się o krok.

— Nie rozumiem — zaprotestował. — Od kiedy to plagiat, nawet gdybym go popełnił, jest czymś, za co strzela się do ludzi?

— Nie chodzi nam o plagiat — rzekł ponuro Slade — ale mamy rozkaz strzelać bez ostrzeżenia do każdego, kogo podejrzewamy o to, że jest szpiegiem arkturiańskim. Jeden z nich gdzieś tu się kręci; ostatnio widziano go w okolicach Greenville. Otrzymaliśmy przybliżony rysopis i choć nie jest wiele wart, może do pana pasować. A skoro nie jest pan w stanie dowieść swojej tożsamości…

— Zaczekajcie — rzucił pospiesznie Keith. — Na pewno jest jakieś proste wyjaśnienie tego wszystkiego. Musi być. Przecież gdybym był szpiegiem, to czy robiłbym takie głupstwa i kradłbym opowiadania, by później próbować je sprzedać autorowi?

— On ma rację, Slade — rzekł Winton. — To właśnie najbardziej mnie dziwi. I nie podoba mi się pomysł zastrzelenia go, zanim się upewnimy. Niech mi pan pozwoli zadać mu jeszcze jedno czy dwa pytania, zanim pan strzeli.

Odwrócił się do Keitha.

— Słuchaj, Winston, sam widzisz, że nie ma co zwlekać. Nic ci to nie da oprócz kuli. Jeśli jesteś Arkturia — ninem, to Bóg wie, po co przyniosłeś mi te opowiadania. Może miałem zareagować zupełnie inaczej — zrobić coś innego, a nie wezwać W.B.I. Jeżeli jednak nie jesteś Arkturianinem, to rzecz musi mieć jakieś wytłumaczenie. Jeśli tak, to lepiej szybko je podaj.

Keith znów oblizał wargi. Przez jedną straszliwie długą chwilę — mimo że już miał pewien pomysł — nie mógł sobie przypomnieć, gdzie posyłał swoje opowiadania, kiedy napisał je po raz pierwszy, pięć lat temu, Wreszcie sobie przypomniał.

— Wydaje mi się — powiedział — że jest tylko jedno wytłumaczenie. Czy wysyłał pan kiedyś te opowiadania do Wydawnictw Gebharta w Garden City?

— Hmm… na pewno jedno z nich. Może oba. Mam to zapisane.

— Około pięciu lat temu?

— Tak, coś koło tego.

Keith odetchnął głęboko. Powiedział:

— Pięć lat temu byłem redaktorem u Gebharta. Musiałem czytać pańskie opowiadania. Musiały mi się spodobać — i pewnie je zakwalifikowałem do druku — ale redaktor naczelny najwidoczniej je odrzucił. Jednak podświadomie pewnie je zapamiętałem — nawet te drobne szczegóły, które — jak pan mówi — są identyczne.

Potrząsnął głową z udanym zdumieniem.

— Jeśli to prawda, to lepiej dam sobie spokój z pisaniem. Przynajmniej z prozą. Kiedy napisałem niedawno te opowiadania, myślałem że są oryginalne. Skoro podświadomie pamiętałem opowiadania, które czytałem tak dawno…

Z ulgą zauważył, że Slade opuścił nieco lufę pistoletu. Rzekł do Keitha:

— Mógł pan robić notatki z zamiarem wykorzystania ich w przyszłości.

Keith potrząsnął głową.

— Gdybym celowo popełnił plagiat, to czy nie zmieniłbym przynajmniej nazwisk bohaterów?

— Dla mnie to brzmi logicznie, Slade — powiedział Winton. — Podświadomość może płatać dziwne figle. Jestem skłonny mu uwierzyć. Tak jak mówi: gdyby świadomie popełnił plagiat, przynajmniej zmieniłby nazwiska bohaterów. I nie dałby tego samego tytułu jednemu z opowiadań. Zmieniłby więcej szczegółów — nie mających żadnego znaczenia dla akcji.

Keith odetchnął z ulgą. Najgorsze minęło, teraz tylko trzeba ich upewnić. Rzekł:

— Lepiej niech pan podrze te opowiadania, panie Winton. Ja podrę kopie. Jeśli pamięć płata mi takie kawały, to lepiej będę się trzymał artykułów.

Gospodarz spojrzał na niego dziwnie. Powiedział:

— To zabawne, Winston, ale te opowiadania — takie jakie są teraz — są naprawdę dobre. A ponieważ pomysł jest mój, a wykonanie pańskie, mam cholerną ochotę kupić je i wydrukować. Innymi słowy proponuję panu spółkę. Będę musiał wyjaśnić to Bordenowi, ale…

— Jedną chwileczkę — przerwał mu Slade. — Zanim panowie przejdziecie do interesów, chcę powiedzieć, że ja nie jestem jeszcze przekonany. Lub też jestem przekonany tylko w dziewięćdziesięciu procentach — a to nie wystarczy. Przy dziesięciu procentach wątpliwości powinienem strzelać — i obaj o tym wiecie.

— Możemy to sprawdzić, Slade — powiedział Winton. — Przynajmniej częściowo.

— Właśnie o to mi chodzi. I nie schowam pistoletu, dopóki nie sprawdzimy go na wszystkie strony. Na początek może zechce pan zamówić rozmowę z Garden City i sprawdzić… nie, tam już od kilku godzin zamknięte; na tym obszarze mają nowojorskie godziny pracy, mimo że zamglenie ich nie obejmuje.

— Mam pomysł — powiedział Winton. — Kiedy go obszukiwałem przed chwilą, szukałem tylko broni. Nie znalazłem, ale wymacałem portfel.

Slade spojrzał na Keitha twardym wzrokiem. Jego palce zaciśnięte na kolbie znowu pobielały.

— Portfel? — powiedział wolno. — I żadnych dokumentów?

Są w nim dokumenty, pomyślał Keith, tyle że nie na nazwisko Karl Winston. Czy Slade zawaha się choć sekundę przed naciśnięciem spustu, kiedy zobaczy, że dokumenty w portfelu świadczą, iż podejrzany udawał lub miał zamiar udawać Keitha Wintona?

Te dokumenty uratowały mu życie w Greenville; w Nowym Jorku go zgubią. Powinien był się ich pozbyć w chwili, gdy przestał używać nazwiska Keith Winton. Widział teraz jasno łańcuch błędów, jakie popełnił od pierwszej wizyty w biurze Bordena.

Było już za późno, by je naprawić. Pozostało mu zapewne już tylko kilka sekund życia.

Agent W.B.I. nie czekał na wyjaśnienie, dlaczego Keith nie nosi dokumentów w portfelu. Jego pytanie było retoryczne. Nie odrywając wzroku od Keitha, rzekł do gospodarza:

— Niech pan stanie za nim i wyjmie mu portfel. I zobaczy, co jeszcze ma w kieszeniach. To ostatnia szansa, jaką mu daję — co i tak świadczy o tym, że mam dobre serce i źle w głowie.

Winton obszedł Keitha hakiem i stanął za jego plecami.

Keith nabrał powietrza. To było to. Oprócz dokumentów w portfelu miał jeszcze obciążające go monety zawinięte w banknoty — zapewne równie obciążające — żeby nie dzwoniły. Nie odważył się zostawić ich w pokoju hotelowym i mały zwitek wciąż tkwił w tylnej kieszeni jego spodni.

Co i tak nie ma żadnego znaczenia. Zawartość portfela zupełnie wystarczy.

Tak, to było to. Albo umrze tu i teraz, albo… będzie musiał spróbować odebrać Slade’owi broń. Bohaterom książek, które kupował — tam, w normalnym Wszechświecie, gdzie był redaktorem, a nie arkturiańskim szpiegiem — zawsze udawało się w razie potrzeby odebrać broń przeciwnikowi.

Czy miał choć jedną szansę na tysiąc, że mu się uda?

Drugi Keith Winton stał teraz za jego plecami. Keith patrzył w wymierzoną w siebie lufę pistoletu. Myśli błyskawicznie przelatywały mu przez głowę, ale żadna z nich nie rokowała nadziei na utrzymanie się przy życiu. Kiedy otworzą portfel i zobaczą znajdujące się w nim dokumenty…

Całą uwagę skupił na pistolecie. Ta broń, jak wiedział, strzelała kulami ze stalowym płaszczem, które z bliskiej odległości przechodziły przez człowieka na wylot. Jeśli Slade strzeli teraz, to zabije ich obu; obu Keithów Wintonów.

I co wtedy? Czy obudzi się z powrotem na farmie Bordena w Greenville, w normalnym świecie? Nie, jeśli wierzyć Mekky’emu, sztucznemu mózgowi. To rzeczywistość… Niebezpieczeństwo, jakie ci grozi, też jest rzeczywiste. Jeśli zostaniesz tu zabity…

Mimo że Mekky sam w sobie był tak nieprawdopodobny, Keith wiedział, że tamten miał całkowitą rację. W jakiś sposób istniały dwa Wszechświaty i dwóch Keithów Wintonów — lecz ten drugi świat był równie rzeczywisty jak tamten, z którego przyszedł Keith. Drugi Keith Winton był równie prawdziwy.

Czy fakt, że strzał wymierzony w niego zabije prawdopodobnie także stojącego za nim Wintona, powstrzyma agenta W.B.I. od naciśnięcia spustu?

Może tak, a może nie.

Ręka tamtego sięgnęła do jego kieszeni. Poczuł, jak Winton wyciąga ją razem z portfelem.

Keith uświadomił sobie, że wstrzymuje oddech. Ręka tamtego kontynuowała poszukiwania; widocznie gospodarz chciał najpierw zakończyć rewizję, a dopiero później obejrzeć znalezione przedmioty.

Keith przestał myśleć i zaczął działać.

Zacisnął dłoń na przegubie Wintona, okręcił się i pociągnął go tak, że tamten znalazł się między nim, a Slade’em. Poczuł, jak dłoń Wintona rozrywa mu kieszeń. Zerkając przez ramię zobaczył, że agent W.B.I. przesuwa się na bok szukając dobrej pozycji do strzału. Keith też się przesunął, zasłaniając się Wintonem.

Kątem oka dostrzegł pięść tamtego zbliżającą się do jego twarzy i odskoczył, przepuszczając pięść nad ramieniem. Później pochylił się i uderzył głową w pierś Wintona — wciąż znajdującego się na linii strzału. Uderzenie, wzmocnione potężnym pchnięciem, które poparł całym ciężarem ciała, sprawiło, że Winton przeleciał w powietrzu i wpadł na zbliżającego się Slade’a.

Agent zatoczył się na szafkę z książkami. Trzasnęło szkło. Pistolet wypalił; w zamkniętym pomieszczeniu wystrzał odbił się głośnym echem, niczym wybuch granatu.

Trzymając oburącz klapy marynarki Wintona Keith z rozmachem kopnął mierząc w pistolet. Nie trafił w broń, lecz w przegub Slade’a i pistolet wypadł tamtemu z ręki.

Broń z łoskotem upadła na dywan. Keith jeszcze raz pchnął Wintona, rzucając go na Slade’a i chwiejącą się biblioteczkę, po czym skoczył do pistoletu.

Złapał go i cofnął się, trzymając ich obu na muszce. Dyszał ciężko, teraz gdy było już po wszystkim, ręce mu się trzęsły. Udało się; rzeczywiście można odebrać broń przeciwnikowi, tak jak w książkach, jeśli nie ma się nic do stracenia.

Rozległo się pukanie do drzwi.

— Nic się panu nie stało, panie Winton?

Keith rozpoznał głos — należał do pani Flanders, mieszkającej w sąsiednim apartamencie. Starając się, by jego głos był możliwie podobny do głosu gospodarza, i mając nadzieję, że grube drzwi zamaskują różnicę, zawołał:

— Wszystko w porządku, pani Flanders. Broń wypaliła przy czyszczeniu. Odrzut mnie przewrócił.

Stał cicho czekając, wiedząc, że będzie się zastanawiała, dlaczego nie otworzył drzwi. Jednak całą uwagę musiał skupić na dwóch mężczyznach w pokoju i nawet na sekundę nie mógł spuścić ich z oka.

W oczach Wintona ujrzał zdumienie; gospodarz zastanawiał się, skąd Keith zna nazwisko pani Flanders i jak zdołał poznać ją po głosie.

Zapadła krótka cisza, po czym za drzwiami znów rozległ się głos pani Flanders:

— W porządku, panie Winton. Zastanawiałam się tylko…

Namyślał się, czy nie odezwać się ponownie i powiedzieć, że nie może otworzyć drzwi, bo nie jest ubrany. Jednak zrezygnował z tego pomysłu. Tym razem mogła słuchać uważniej i odkryć, że jego głos nie jest głosem znanego jej Keitha Wintona. Oprócz tego nie wydawało się prawdopodobne, by ktoś czyścił broń nie ubrany.

Lepiej niech się zastanawia; na tym należy zakończyć rozmowę. Słyszał, jak pani Flanders wraca do mieszkania, i po rytmie jej kroków poznał, że naprawdę się nad tym zastanawia. Dlaczego nie otworzył drzwi i dlaczego wywracając się narobił aż tyle hałasu.

Nie sądził, by od razu wezwała policję; najpierw będzie musiała to przemyśleć. Jednak jakiś inny sąsiad mógł już do nich zadzwonić i zgłosić, że słyszał odgłos strzału. Keith musiał szybko zrobić coś z Wintonem i Slade’em, tak by wydostać się stąd przed przybyciem policji.

To był niezły problem. Nie mógł ich tak po prostu zastrzelić — ani wyjść stąd zostawiając ich, by od razu zaczęli go ścigać. Wiązanie trwałoby zbyt długo i było zbyt ryzykowne.

Jednak potrzebował co najmniej kilku minut przewagi, by uciec. Uciec dokąd? — zastanowił się, ale zaraz odsunął tę myśl od siebie. Na razie nie potrafił sobie wyobrazić, co będzie robił dalej niż za dziesięć minut. — Odwrócić się — rozkazał, starając się, by jego głos brzmiał ponuro i groźnie; tak ponuro i groźnie, jak brzmiał głos Slade’a, gdy tamten miał broń w ręku.

Kiedy się odwrócili, podszedł bliżej trzymając lufę pistoletu wymierzoną w plecy agenta W.B.I.; o wiele bardziej obawiał się Slade’a niż Wintona. Lewą ręką dotknął kieszeni marynarki agenta. Tak jak się spodziewał, znalazł w niej parę kajdanków. Wyjął je i znów się cofnął. Powiedział:

— W porządku, podejdźcie do tej barierki. Ty, Winton, przesuń pod nią ręce. Później skujecie się razem. Ale najpierw rzuć mi klucze, Slade.

Obserwował każdy ich ruch, dopóki nie usłyszał szczęku zamykanych kajdanków.

Później cofnął się do drzwi i wepchnął broń do kieszeni marynarki, trzymając dłoń na kolbie, ale zasunąwszy kciukiem bezpiecznik. Otwierając drzwi spojrzał jeszcze raz na uwięzionych zamierzając im powiedzieć, żeby nie wrzeszczeli, ale zrezygnował. I tak będą.

Zaczęli niemal w tej samej chwili, gdy wyszedł. Idąc korytarzem słyszał odgłosy otwieranych drzwi. Szedł szybko, ale nie biegł. Sądził, że na razie nikt nie będzie próbował go zatrzymać, chociaż niewątpliwie w niejednym mieszkaniu dzwoniono już na policję.

Nikt go nie zatrzymywał. Wyszedł na ulicę i ruszył dalej żwawym krokiem. Był już dwie przecznice dalej, gdy usłyszał wycie syren. Zamiast przyspieszyć zwolnił kroku, ale na najbliższym rogu skręcił w boczną ulicę.

Minął go wóz patrolowy zmierzający w kierunku mieszkania Wintona, ale Keith wiedział, że na razie nie ma się o co martwić; za pięć lub dziesięć minut będą mieli jego rysopis i wtedy to co innego. Jednak do tej pory powinien już być na Piątej Alei, na północ od Washington Square, i nie będą w stanie wyłowić go z tłumu, nawet gdyby pojechali w tę stronę. A gdyby zdołał złapać taksówkę…

Jedna właśnie nadjechała, wolna, i Keith chciał ją przywołać, lecz szybko opuścił rękę i cofnął się na chodnik, zanim kierowca go zauważył. Przeklął się w duchu przypomniawszy sobie, że w pośpiechu zapomniał odebrać portfel Wintonowi.

Przeklął się jeszcze raz, gdy uświadomił sobie, że mógł przecież wykorzystać sytuację i zasilić swoją kasę. Dlaczego nie zabrał portfeli Wintonowi i Slade’owi? Zwykłe normy moralne rzadko znajdują zastosowanie, gdy kogoś ścigają z rozkazem strzelania bez uprzedzenia!

Połączona zawartość wszystkich trzech portfeli postawiłby go na nogi. Chociaż nawet wtedy znajdowałby się w rozpaczliwej sytuacji. Nie mógł nawet wrócić do hotelu po swój mizerny dobytek i ubrania.

Szedł dalej na północ i zanim dotarł do Czternastej Ulicy, poczuł się już stosunkowo bezpieczny. Być może poszukujące go wozy patrolowe nawet przejeżdżały obok; celowo nie zwracał uwagi na pojazdy jadące Piątą Aleją.

Chodniki były wciąż zatłoczone — może trochę bardziej niż przedtem, gdy rozpoczął wędrówkę. Pewnie dlatego, że znalazł się bliżej centrum, chociaż Keith podejrzewał, że to z innego powodu.

Zauważył też pewną zmianę w sposobie, w jaki ludzie chodzili ulicami. Nikt się nie przechadzał; wszyscy szli szybko, jakby się gdzieś spieszyli. Podświadomie dostosował rytm marszu do ich kroków, aby nie wyróżniać się jako jedyny spacerowicz. Wszystkich ogarnął dziwny pośpiech.

Nagle Keith zrozumiał przyczynę. Zapadał zmrok i wszyscy ludzie spieszyli się, by dotrzeć do domów przed nocą.

Przed zamgleniem.

ROZDZIAŁ XII

Dziewczyna Kosmosu

Wszyscy ludzie pospiesznie zmykali do domów, aby zamknąwszy drzwi i okna swych mieszkań zostawić ulice ciemnościom i mordercom.

Po raz pierwszy od chwili ucieczki z apartamentu Wintona Keith poważnie zastanowił się, dokąd zmierza; dokąd może iść.

Gdyby tylko miał na tyle rozsądku, by nie podawać swojego adresu na pozostawionych w redakcji maszynopisach, nie czekaliby na niego w hotelu. A w dodatku zapłacił za tydzień z góry!

Wyglądało na to, że będzie musiał spieniężyć monety, które wciąż miał w kieszeni. Gdyby nie późna pora, mógłby pójść do biblioteki i poczytawszy trochę dowiedzieć się czegoś o nich. Dlaczego nie zrobił tego, kiedy był w bibliotece? Dlaczego, skoro już o tym mowa, nie zrobił mnóstwa rzeczy, których nie zrobił?

Oprócz uzyskania funduszy przez spieniężenie monet przychodził mu do głowy tylko jeden pomysł. Gdyby tylko mógł skontaktować się z Mekkym! Mekky czytał w myślach. Mekky mógłby za niego poręczyć, mógłby przekonać stróżów prawa i porządku, że Keith — obojętnie kim jest — nie jest arkturiańskim szpiegiem.

Z pewnością gdyby tylko mógł przesłać Mekky’emu wiadomość, ten nie odmówiłby mu natychmiastowej pomocy.

Wciąż maszerował na północ, kiedy zrozumiał, dokąd powinien pójść. Przyspieszył kroku.

Kiedy dotarł do budynku przy Ulicy Trzydziestej Siódmej, zapadał już zmrok; nieliczni pozostali na ulicach przechodnie niemal biegli, aby zdążyć przed zamgleniem.

Dozorca właśnie sięgał ręką do zamka wewnętrznych drzwi, gdy Keith pchnął je i wszedł do środka. Tamten szybko sięgnął ręką do tylnej kieszeni spodni, lecz nie wydobył broni. Spytał podejrzliwie:

— Z kim chce się pan widzieć?

— Z panną Hadley — odparł Keith. — Będę tylko minutkę.

— W porządku. — Dozorca odsunął się przepuszczając Keitha. Ten ruszył do drzwi wyglądających na wejście do windy, ale zatrzymał go głos dozorcy:

— Będzie pan musiał iść pieszo. Już wyłączyli. I proszę się pospieszyć, jeśli chce pan, żebym zaryzykował i wypuścił pana na zewnątrz.

Keith kiwnął głową i wszedł na schody. Biegł na górę tak szybko, że na podeście czwartego piętra musiał się zatrzymać, by złapać oddech — inaczej nie byłby w stanie wykrztusić słowa.

Po chwili nacisnął przycisk dzwonka. Za drzwiami usłyszał kroki i głos Betty Hadley.

— Kto tam?

— Karl Winston, panno Hadley. Przepraszam, że niepokoję, ale to bardzo ważne. To… sprawa życia i śmierci.

Drzwi uchyliły się na szerokość łańcucha i w dziesię — ciocentymetrowej szparze ukazała się twarz Betty. Oczy zdradzały lekki przestrach.

— Panno Hadley, wiem, że jest strasznie późno — powiedział Keith — ale muszę natychmiast skontaktować się z Mekkym. To ogromnie ważne; czy można to jakoś zrobić?

Drzwi zaczęły się zamykać i przez moment myślał, że zamierza zatrzasnąć mu je przed nosem bez słowa; później usłyszał szczęk i pojął, że przymknęła je tylko, by odsunąć łańcuch.

Zgrzytnął zamek i drzwi się otworzyły.

— Niech pan wejdzie, panie Winton — powiedziała Betty.

Z początku nie zwrócił uwagi na to, że nazwała go prawdziwym nazwiskiem. Wciąż miała na sobie strój, który nosiła rano w biurze. Tak, zielone szorty stanowiły komplet z zielonym stanikiem. To były bardzo krótkie szorty i dobrze dopasowane. Buty z zielonej skóry sięgające do połowy kształtnych łydek. Między butami a szortami złocista opalenizna ciała; smukłe uda i kolana z rozkosznymi dołeczkami.

Cofnęła się i Keith wszedł do pokoju, ledwie ośmielając się oddychać. Zamknął drzwi za sobą i stał opierając się o nie, patrząc na Betty i nie dowierzając własnym oczom.

Zasłony już zaciągnięto i w pokoju panował półmrok. Jedynym źródłem światła była para świec palących się na lichtarzu stojącym za plecami Betty. Jej twarz kryła się w cieniu, lecz łagodny blask świec zmienił jej włosy w złocistą aureolę i podkreślał kontury gibkiego, pięknego ciała. Artysta nie upozowałby jej lepiej. Powiedziała:

— Ma pan kłopoty, panie Winton? Dowiedzieli się… o panu?

Zaskoczyło go lekko chrapliwe brzmienie jej głosu.

— Skąd… skąd zna pani moje nazwisko?

— Mekky mi powiedział.

— Och. Co właściwie pani powiedział? Zamiast odpowiedzi spytała:

— Nie wspominał pan nikomu o Mekkym? Nikt nie domyśli się, że pan tu przyszedł?

— Nie.

Kiwnęła głową i odwróciła się; dopiero wtedy Keith zobaczył, że w głębi korytarza stała czarnoskóra pokojówka.

— W porządku, Delia — powiedziała Betty. — Możesz iść do swojego pokoju.

— Ale panno…

— Wszystko w porządku, Delia.

Pokojówka cicho zamknęła drzwi za sobą i Betty znów odwróciła się do Keitha.

Zrobił krok w jej kierunku i zatrzymał się wysiłkiem woli. Spytał:

— Czy nie pamięta pani…? Nie rozumiem. Którą Betty Hadley pani jest? Nawet jeśli Mekky pani powiedział… skąd może pani wiedzieć…?

Nawet jemu własne słowa zdawały się mętne i niejasne.

Jej głos był chłodny, lecz przyjazny. Powiedziała:

— Niech pan siada, panie Winton. Zamierzam tak pana nazywać w odróżnieniu od Keitha Wintona, którego znam. Co się stało? Czy to Keith pana zdemaskował?

Keith ponuro skinął głową. — Tak. Opowiadania, które mu dałem, były jego własnymi. Nawet nie próbowałem wyjaśniać, że są one także moje. I tak by tego nie zrozumiał; nawet ja niezbyt to rozumiem, mimo że to prawda. Zastrzeliliby mnie, zanim doszedłbym do połowy ze swymi wyjaśnieniami.

— A potrafi pan to wyjaśnić?

— Nie. A pani? Czy Mekky coś pani powiedział?

— On też nie wie. Co z tymi opowiadaniami? Co ma pan na myśli mówiąc, że on je napisał i pan także?

— To wygląda tak. We Wszechświecie, z którego przybyłem, jestem… byłem Keithem Wintonem. Tu o n jest Keithem Wintonem. Nasze życiorysy były w przybliżeniu identyczne aż do ostatniej niedzieli. A co do moich opowiadań… Proszę podrzeć te, które pani zostawiłem dziś rano. Technicznie rzecz biorąc, to plagiat. Ale jeśli chodzi o kontakt z Mekkym… Muszę się z nim porozumieć. Czy jest na to jakiś sposób?

Potrząsnęła głową.

— Nie ma. Mekky jest razem z flotą. Arkturianie… Urwała.

— Arkturianie zamierzają zaatakować — powiedział Keith. — Mekky mówił mi, że sytuacja jest krytyczna. I że Arkturianie mogą wygrać.

Zaśmiał się z goryczą.

— Jednak mnie to jakoś nie podnieca. Nie mogę w to uwierzyć na tyle, by się tym podniecać. Zdaje się, że nie wierzę w nic, co tu widzę, z wyjątkiem… Nie, nie wierzę nawet w panią… w tym stroju. Co to jest? Czy nosi to pani cały czas?

— Oczywiście.

— Dlaczego? To znaczy, inne kobiety tutaj… Spojrzała na niego ze zdumieniem.

— Oczywiście, że nie wszystkie to noszą. Właściwie tylko nieliczne. Tylko Dziewczyny Kosmosu.

— Dziewczyny Kosmosu?

— Oczywiście. Dziewczyny, które pracują, lub pracowały, na statkach kosmicznych. Albo te, które są narzeczonymi kosmonautów. Będąc narzeczoną Dopelle’a mam prawo nosić ten strój, nawet gdybym nie odbywała wypraw kosmicznych w czasie urlopów.

— Ale dlaczego? — plątał się. — Chcę powiedzieć… czy na statkach kosmicznych jest tak gorąco, że taki… skąpy strój jest konieczny?

— Nie wiem, o co panu chodzi. Oczywiście, że na statkach nie jest gorąco. Zwykle nosimy ogrzewane kombinezony plastykowe.

— Z przezroczystego plastyku?

— Naturalnie. Do czego pan zmierza, panie Winton?

Zmierzwił ręką czuprynę.

— Sam chciałbym wiedzieć. Te stroje. Przezroczysty plastyk… Jak na okładkach Surprising Stories.

— Naturalnie. Jakże inaczej mogłyby Dziewczyny Kosmosu się znaleźć na okładkach Surprising Stories, gdybyśmy nie nosiły takich strojów?

Próbował znaleźć na to jakąś odpowiedź; nie potrafił.

Ponadto mógł zostać tu tylko kilka minut, a musiał się dowiedzieć ważniejszych rzeczy. Rzeczy, które mogły w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin zadecydować o jego życiu lub śmierci.

Zdecydowanie spojrzał na jej strój, a nie na to, czego nie zakrywał. Trochę pomogło, ale nie za dużo.

— Co Mekky pani powiedział o mnie? — spytał. Tu był na bezpiecznym gruncie, a poza tym musiał to wiedzieć.

— Sam niewiele wiedział — odparła. — Wyjaśnił, że nie miał czasu głębiej spenetrować pański umysł. Jednak dowiedział się, że pan naprawdę jest z… skądś indziej. Nie wiedział skąd, ani jak się pan tu dostał i co się stało. Powiedział, że gdyby próbował pan to komuś wyjaśnić, uznano by pana za wariata, chociaż pan nim nie jest. Tego był pewny. Wiedział, że tam, skąd pan przybył, nazywał się pan Keith Winton i był redaktorem — chociaż nie jest pan podobny do tutejszego Keitha Wintona i był pan na tyle sprytny, by przybrać inne nazwisko.

— Jednak nie na tyle — powiedział Keith — by przybrać zupełnie odmienne. I nie na tyle sprytny, by nie próbować sprzedać Keithowi Wintonowi jego własne opowiadania. Ale proszę mówić dalej.

— Wiedział, że jest pan tu w opałach, ponieważ… no, ponieważ nie zna pan tego świata na tyle, by nie popełniać błędów. Wiedział, że zastrzelą pana jako szpiega, jeżeli nie będzie pan ostrożny. Mówił, że pana ostrzegał.

Keith pochylił się.

— Czym naprawdę jest Mekky? Czy to rzeczywiście tylko maszyna, robot? Czy też… Dopelle umieścił we wnętrzu kuli prawdziwy mózg?

— To maszyna — nie prawdziwy mózg w takim sensie, jaki ma pan na myśli. Jednak w jakiś sposób to więcej niż maszyna. Nawet Dopelle nie wie, jak udało mu się to zrobić, ale Mekky ma uczucia. Nawet poczucie humoru.

Keith zauważył niemal nabożny sposób, w jaki wymawiała nazwisko Dopelle’a i nacisk, z jakim powiedziała „nawet Dopelle nie wie”. Niech go szlag, pomyślał, ona go czci jak bóstwo.

Na sekundę zamknął oczy, a kiedy je otworzył, nie popatrzył na nią. Jednak przez to myślał o niej jeszcze intensywniej i niemal nie zdawał sobie sprawy, że ona do niego mówi, dopóki nie pojął, że pyta go o coś.

— Co mogę zrobić? Mekky powiedział mi, że w pańskich myślach wyczytał, iż może pan mnie poprosić o pomoc, jeśli znajdzie się pan w beznadziejnej sytuacji, i powiedział, że powinnam panu pomóc, jeśli nie będzie w tym dla mnie żadnego ryzyka.

— Nie pozwoliłbym pani na to — powiedział Keith. — Nie przyszedłbym tu, gdyby mnie ktoś śledził lub gdybym spodziewał się, że ktoś może to podejrzewać. Jednak chciałem dowiedzieć się, jak się skontaktować z Mekkym. Moje przebranie rozlazło się w szwach i nie mam żadnej wiarygodnej odpowiedzi na pytania, jakie zadałaby mi policja — nawet gdyby fatygowali się zadawaniem pytań. Miałem nadzieję, że Mekky może coś zrobić.

— Nie ma żadnej możliwości skontaktowania się z Mekkym… chyba że odnajdzie pan flotę.

— A gdzie ona jest?

Zawahała się i zmarszczyła brwi. Po namyśle powiedziała:

— Sądzę, że mogę to panu powiedzieć. Nie wszyscy o tym wiedzą. Flota jest w pobliżu Saturna. Jednak nie zdoła pan tam dotrzeć. Musi pan zaczekać na powrót Mekky’ego. Czy ma pan pieniądze?

— Nie, ale nie… Chwileczką, coś jeszcze chyba mogłaby mi pani wytłumaczyć. Znalazłbym to jutro w bibliotece, ale jeśli mi pani powie, oszczędzi mi to czasu. Co to za sprawa z bilonem — metalowymi monetami?

— Metalowe monety? Nie ma ich od tysiąc dziewięćset trzydziestego piątego. Wtedy je wycofano z obiegu, podczas przejścia z dolarów i centów na kredytki.

— Dlaczego?

— Przejście na kredytki? Żeby wprowadzić ogólnoświatowy system pieniężny. Wszystkie kraje zrobiły to w tym samym czasie, tak by wydatki wojenne…

— Nie o to mi chodzi — przerwał Keith. — Chcę wiedzieć, dlaczego nie ma metalowych monet?

— Arkturianie je podrabiali — i nieomal udało im się zrujnować naszą gospodarkę. Podrabiali też banknoty. Dowiedzieli się, że Ziemia ma gospodarkę kapitalistyczną…

— Cała Ziemia? A Rosja?

— Oczywiście, że cała. Co pan ma na myśli mówiąc „A Rosja”?

— Nieważne — rzekł Keith. — Proszę mówić dalej.

— Produkowali fałszywe pieniądze, których nie można było odróżnić od prawdziwych. Nawet specjaliści tego nie potrafili. To spowodowało inflację, która o mało co nie wykończyła całej światowej gospodarki. Tak więc wojenna rada państw zaapelowała do świata nauki i grupa uczonych wymyśliła banknoty, których Arkturianie nie byli w stanie podrobić. Nie znam tajemnicy tych pieniędzy; nikt jej nie zna oprócz kilku ludzi w grawerniach różnych krajów.

— Dlaczego nie można ich podrobić? — spytał Keith.

— Chodzi o papier. Jakiś tajny proces technologiczny — nie składnik, który Arkturianie mogliby wykryć — nadaje banknotom specyficzną, żółtawą poświatę widoczną w mroku. Teraz każdy może wykryć fałszywy banknot; wystarczy obejrzeć go w ciemnym miejscu. I żaden fałszerz, nawet Arkturianin, nie jest w stanie wyprodukować takiego papieru.

Keith pokiwał głową.

— I właśnie dlatego zastąpiono dolary kredytkami?

— Tak, kiedy wynaleziono ten papier, zrobiono to we wszystkich krajach jednocześnie. Każde państwo wydaje własne banknoty, ale jednostką monetarną jest kredytka i przez utrzymanie parytetu wymiany są one walutą ogólnoświatową.

— A stare pieniądze wycofano i zakazano ich posiadania?

— Tak. Za posiadanie grozi bardzo wysoka grzywna — a w niektórych krajach nawet kara więzienia. Jednak są zbieracze monet, którzy chętnie zaryzykują. I ze względu na to, że monety można kupić tylko na czarnym rynku, ich ceny są bardzo wysokie. Zbieranie monet jest nielegalne i niebezpieczne, ale większość ludzi nie uważa tego za prawdziwe przestępstwo.

— Coś jak picie w okresie prohibicji?

Betty wyglądała na zdziwioną.

— Jak co?

— Nieważne — powiedział Keith.

Wyjął z kieszeni zwitek banknotów, skrywających monety. Rozwinął go i obejrzał najpierw pieniądze papierowe, a potem metalowe. Powiedział:

— Mam tu pięć monet i dwa banknoty, które zostały wypuszczone przed tysiąc dziewięćset trzydziestym piątym. Ma pani jakieś wyobrażenie, ile mogą być warte?

Podał je Betty, która obejrzała je z bliska przy blasku świec.

— Nie znam cen — powiedziała — wiem, że zależą od dat i stanu monet. Jednak w dużym przybliżeniu oceniam, że są warte dziesięć tysięcy kredytek — tysiąc dolarów po starych cenach.

— Tylko tyle? — spytał Keith. — Drogista w Greenville dał mi dwa tysiące kredytek za jedną i powiedział, że jest warta nawet więcej.

Betty zwróciła mu pieniądze.

— Musiała mieć rzadką datę. Oczywiście jedna z tych też może być rzadkim okazem. Podałam przybliżoną cenę zakładając, że są to średnio cenne egzemplarze. Możliwe, że któraś z nich sama jest warta dziesięć tysięcy kredytek — jeżeli została wypuszczona w odpowiednim roku. Co to za pieniądze, które oddzielił pan od pozostałych?

— To te, które mogą mnie wpędzić w tarapaty. Wydane po tysiąc dziewięćset trzydziestym piątym.

— Zatem muszą być fałszywe, podrobione przez Arkturian. Lepiej niech się pan ich pozbędzie, żeby ich przy panu nie znaleziono.

— Tego właśnie nie rozumiem — powiedział Keith. — Te akurat nie zostały zrobione przez Arkturian, ale dlaczego mieliby oni wypuszczać monety datowane na okres, kiedy rządy Ziemi przestały w ogóle wydawać monety?

— Oni postępują głupio równie często jak genialnie. Kiedy wymiana pieniędzy uniemożliwiła im fałszowanie pieniędzy w normalny sposób, kazali swoim szpiegom zdobywać potrzebne fundusze, sprzedając monety zbieraczom. Tyle że wygłupili się produkując monety i banknoty z późniejszymi datami emisji. Blisko dwudziestu arkturiańskich szpiegów złapano przez to, że próbowali sprzedać zbieraczom pieniądze z niewłaściwymi datami. Na przykład w ostatnią niedzielę, gdzieś pod Nowym Jorkiem, arkturiański szpieg próbował…

Urwała nagle i szeroko otworzyła oczy.

— Och! To był pan, prawda?

— To byłem ja — powiedział Keith. — Tyle że nie jestem arkturiańskim szpiegiem i moneta nie była sfałszowana — ani przez Arkturian, ani kogokolwiek innego.

— Skoro nie była fałszywa, to jak mogła mieć późniejszą datę emisji?

Keith westchnął.

— Gdybym to wiedział, znałbym odpowiedź na wiele innych pytań. W każdym razie kiedy stąd wyjdę, wrzucę te niesprzedawalne monety do pierwszego ścieku. Jeszcze jedno — co do arkturiańskich szpiegów. Czy Arkturianie to ludzkie istoty? Czy są do nas tak podobni, że mogą udawać ludzi?

Dziewczyna zadrżała.

— Są zupełnie odmienni. To potwory. Z wyglądu bardziej przypominają insekty, tyle że są więksi i równie inteligentni, jak my. Ale są źli. Kiedyś, w pierwszych dniach wojny, schwytali kilku ludzi żywcem. A mogą opanowywać ludzkie ciała i posługiwać się nimi jako narzędziami szpiegostwa i sabotażu. Teraz nie jest ich wielu. Większość została zabita. Wcześniej czy później zdradzają się z czymś, ponieważ ich umysły są tak odmienne, że nie są w stanie zrozumieć naszej cywilizacji. Popełniają jakiś błąd, który ich demaskuje.

— Łatwo mi to sobie wyobrazić — rzekł Keith.

— W każdym razie to niebezpieczeństwo wciąż maleje. Nasza obrona jest tak dobra, że już od lat nie udało im się nikogo schwytać. Czasem uda się im przedrzeć i zabić pewną liczbę ludzi, ale nigdy nie wezmą nikogo do niewoli. A z tych, których złapali na początku wojny, niewielu już zostało.

— Nawet jeśli tak — powiedział Keith — to dlaczego rozkazuje się strzelać bez ostrzeżenia? Dlaczego nie próbuje się ich aresztować? Jeśli ich umysły są naprawdę odmienne, psychiatrzy powinni bez trudu orzec, czy mają do czynienia z Arkturianinem, czy nie. Czyż nie zabija się przez pomyłkę niewinnych ludzi?

— Oczywiście. Ginie blisko stu ludzi na każdego prawdziwego szpiega. Jednak… no, oni są tak niebezpieczni, zdolni do spowodowania śmierci milionów ludzi, że lepiej, naprawdę lepiej nie podejmować nawet najmniejszego ryzyka. Nawet gdyby na każdego zabitego szpiega ginęło tysiąc niewinnych osób, opłacałoby się to. Widzi pan, gdyby wykradli nam choć kilka tajemnic naukowych, to w połączeniu z ich wiedzą mogłoby to przeważyć szalę wojny na ich korzyść, zakłócić ten nietrwały stan równowagi, jaki mamy teraz. Przynajmniej myślałam, że mamy, dopóki Mekky nie powiedział mi tego samego co panu: że sytuacja jest krytyczna. Może już zdobyli nad nami przewagę. A przegrana w tej wojnie oznaczałaby zagładę ludzkiej rasy. Oni nie chcą nas podbić; chcą nas zniszczyć i zagarnąć dla siebie Układ Słoneczny.

— To paskudne z ich strony — rzekł Keith.

W jej oczach pojawił się gniewny błysk.

— Niech pan z tego nie żartuje! Uważa pan, że kres ludzkiej rasy to dobry temat do żartów?

— Przepraszam — powiedział pojednawczo Keith. — Po prostu nie mogę jakoś… Dajmy temu spokój. Chyba rozumiem, co ma pani na myśli mówiąc, jak niebezpieczny może być taki szpieg. Jednak nadal nie widzę, co można stracić próbując się upewnić, zanim się kogoś zastrzeli. Przecież nie może uciec, jeśli się go trzyma na muszce.

— Och, ależ może — w większości wypadków. Z początku próbowano ich aresztować, ale zbyt wielu uciekło w drodze do więzienia, a nawet zza krat. Mają specjalne zdolności, fizyczne i psychiczne. Nie wystarcza wycelować w takiego broń.

Keith uśmiechnął się krzywo.

— Taki szpieg potrafił nawet odebrać broń agentowi W.B.I., który trzymał go na muszce. No, cóż… W moim wypadku, jeśli mieli jeszcze jakieś wątpliwości, to pozbyli się ich dziś po południu.

Wstał. Przez chwilę spoglądał na Betty, na blask świec padający na jej złocistą skórę i włosy, na nieprawdopodobnie piękną twarz i niewiarygodnie cudowne ciało. Patrzył na nią tak, jakby już nigdy nie miał jej zobaczyć — co, w rzeczy samej, wydawało się całkiem możliwe.

Starał się utrwalić w pamięci ten obraz, który — jak wiedział — będzie mu towarzyszył do końca życia; nieważne, czy nastąpi on za czterdzieści minut, czy za czterdzieści lat. To pierwsze zdawało się bardziej prawdopodobne.

Odwrócił głowę i spojrzał w okno, to okno, z którego wyglądała Betty podczas wizyty Mekky’ego. Szklana tafla była pusta i czarna. Rozpoczęło się zamglenie.

— Dziękuję, panno Hadley — powiedział. — Do widzenia.

Wstała i tak jak on spojrzała w okno.

— Gdzie chce pan iść? Jeśli jest się ostrożnym, można zaryzykować przejście jednej czy dwóch przecznic, ale…

— Proszę się o mnie nie martwić. Jestem uzbrojony.

— Przecież nie ma pan dokąd iść, prawda? Nie może pan zostać tutaj; nie ma tu nikogo oprócz Delii. Ale piętro niżej jest wolne mieszkanie. Mogę załatwić z dozorcą i…

— Nie! — odparł tak gwałtownie, że zaraz poczuł się głupio.

— Jutro mogę pomówić z ludźmi z W.B.I. i wyjaśnić im, że Mekky za pana zaręczył. Dopóki nie wróci, co może potrwać kilka miesięcy, będzie pan bezpieczniejszy w areszcie ochronnym niż na wolności — a daję słowo, że nic panu nie zrobią, dopóki Mekky się nie zjawi.

To brzmiało rozsądnie i na twarzy Keitha musiał pojawić się cień wahania. Chociaż mało mu się podobał pomysł spędzenia kilku miesięcy w areszcie, nie była to przecież wieczność, a lepiej być żywym niż martwym.

Musiała dostrzec jego wahanie. Powiedziała:

— Jestem prawie pewna, że mi uwierzą — przynajmniej na tyle, by wątpliwości zaczęły przemawiać za panem. Jako narzeczona Dopelle’a…

— Nie — powiedział Keith.

Nie mogła tego wiedzieć, ale nie powinna była tego mówić. Zdecydowanie potrząsnął głową.

— Nie mogę zostać — powiedział. — Nie umiem tego wyjaśnić, ale nie mogę.

Spojrzał na nią jeszcze raz, możliwe, że ostatni raz w życiu.

— Do widzenia — powiedział.

— A więc, do widzenia.

Wyciągnęła rękę, ale udał, że jej nie widzi. Nie dowierzał sobie na tyle, by jej dotknąć.

Wyszedł szybko.

Schodząc po schodach uświadomił sobie, jak głupio postąpił, i był z tego zadowolony. Był zadowolony, że nie skorzystał z pomocy Betty Hadley. Rada, tak; to było w porządku. I odpowiedzi na pytania, których nie mógł zadać nikomu oprócz niej i Mekky’ego. Teraz jego obraz tego świata był o wiele jaśniejszy, zwłaszcza w kwestii monet.

Inne rzeczy wciąż pozostawały zagadką. Strój, który nosiła. Czy nie wiedziała, że ubierając się w ten sposób doprowadza mężczyzn do szaleństwa? A jednak ten strój wydawał się jej czymś tak naturalnym, że dziwiła się, iż o to pyta.

No, tę sprawę musi na razie odłożyć. Może Mekky będzie mógł mu wyjaśnić wiele pomniejszych kwestii, jeśli w ogóle do niego dotrze i jeśli Mekky znajdzie dla niego tyle czasu, by rozwiązać jego główny problem.

W każdym razie był zadowolony z tego, że okazał się na tyle twardy, by odrzucić pomoc Betty.

To było niemądre, ale miał dość, zupełnie dość tego zwariowanego Wszechświata z jego arkturiańskimi szpiegami i latającymi maszynami do szycia.

Im bardziej starał się być ostrożny i przezorny, tym więcej popełniał błędów i w tym większe pakował się kłopoty. Teraz był wściekły. I miał w kieszeni broń, potężny pistolet kalibru czterdzieści pięć, który może zatrzymać nawet ośmiostopowego Lunańczyka.

A był w odpowiednim nastroju, by go użyć. Każdy, kto spróbuje przysporzyć mu kłopotów, otrzyma, co mu się należy. Nawet jeśli wpadnie na Ludzi Nocy, zabierze paru ze sobą.

Do diabła z ostrożnością. Co ma do stracenia?

Dozorca był jeszcze w holu. Ze zdumieniem spojrzał na schodzącego Keitha.

— Chyba nie zamierza pan wyjść? — dopytywał się. Keith wyszczerzył zęby.

— Muszę się zobaczyć z pewnym facetem w sprawie jego kuli.

— Mówi pan o M e k k y m? Zobaczy się pan z Dopelle’em — w głosie dozorcy był podziw. Podszedł do drzwi, by je otworzyć, wyciągając po drodze rewolwer. Powiedział: — No, jeżeli pan zna jego — a powinienem się tego domyślić, skoro widział się pan z panną Hadley — to chyba pan wie, co robi. Mam nadzieję.

— Obaj mamy — rzekł Keith.

Prześliznął się przez drzwi w gęstą ciemność i usłyszał, jak tamten szybko zamyka i rygluje je za jego plecami.

Stał na progu, nasłuchując. Kiedy umilkł zgrzyt zasuwy, wokół zapanowała cisza — równie głęboka, jak panujący wokół mrok.

W końcu nabrał tchu w piersi. Nie mógł tu stać całą noc; równie dobrze może iść przed siebie. Jednak tym razem zamierzał wybrać sprytniejszy sposób poruszania się niż ten, którego próbował w niedzielę w nocy, po przyjeździe z Greenville.

Po omacku odnalazł krawężnik i przysiadłszy na nim na chwilę, zdjął buty, związał jeden z drugim sznurowadłami i zawiesił sobie na szyi. Teraz będzie szedł na tyle cicho, że nikt nie zdoła go usłyszeć i zaskoczyć.

Wstał i stwierdził, że stosunkowo łatwo — choć dziwnie — idzie się jedną nogą po krawężniku, a drugą stawiając w rynsztoku.

Wyczuwszy stopą kratę ścieku przypomniał sobie o monetach i banknotach, których powinien się pozbyć. Włożył je do innej kieszeni niż pozostałe, tak więc nie musiał zapalać zapałki, by je odróżnić od reszty; wyjął je i wepchnął przez kratownicę kanału. Słyszał, jak z pluskiem wpadły do wody kilka metrów niżej.

Załatwiwszy to ruszył dalej, pilnie nasłuchując. Przełożył pistolet do prawej kieszeni i trzymał rękę na kolbie, a kciuk na dźwigience bezpiecznika.

Teraz się nie bał; tak jak poprzednio, kiedy znalazł się w ciemnościach. W pewnym stopniu sprawiał to fakt posiadania broni, ale nie tylko. Nie było to też spowodowane tym, że poprzednio zamglenie stanowiło dla niego zagadkę, a teraz znał jego przyczynę i wiedział, po co tu jest.

Różnica była prosta; poprzednim razem był zwierzyną, tym razem — myśliwym. Teraz nie był już bierny i zamglenie było jego przyjacielem, nie wrogiem. Plan miał obmyślony tylko w ogólnych zarysach i będzie musiał go dostosować do okoliczności, ale pierwszy krok był oczywisty. Przede wszystkim potrzebował pieniędzy; okazji, by sprzedać te kilka dolarów za mniej więcej dziesięć tysięcy kredytek. A każdy napotkany będzie przestępcą — ponieważ tylko przestępcy chodzili po ulicach w czasie zamglenia — więc będzie można go nakłonić, w razie potrzeby za pomocą czterdziestki piątki, by wskazał drogę do pasera, który kupi od Keitha nielegalne monety i banknoty.

Tak, dobrze było być myśliwym, a nie zwierzyną, i podjąć jakieś energiczniejsze kroki niż utrzymywanie się z pisania opowiadań. Właściwie zawsze nienawidził pisania.

Polowanie to znacznie lepsze zajęcie. A szczególnie ten rodzaj polowania. Jeszcze nigdy nie polował na ludzi.

ROZDZIAŁ XIII

Joe

Ruszył na południe Piątą Aleją. Przez pierwsze pół godziny nie napotkał nikogo; równie dobrze mógł błądzić wśród ruin Chichen Itza czy Ur Chaldejczyków. Później nagle usłyszał swoją ofiarę.

Nie był to odgłos kroków; kimkolwiek tamten był, musiał stać nieruchomo pod ścianą budynku lub tak jak Keith ściągnął buty, by nie robić hałasu. Zdradziło go ciche, ledwie słyszalne pociągnięcie nosem.

Keith stanął nieruchomo, niemal nie oddychając, aż usłyszał je ponownie. Wiedział już, że tamten idzie na południe. Drugie pociągnięcie nosem rozległo się nieco dalej.

Keith przyspieszył kroku, niemal biegł, aż był pewien, że znacznie wyprzedził ofiarę. Później skręcił pod kątem prostym i macał przed sobą wyciągniętym ramieniem, aż dotknął ściany budynku. Wtedy odwrócił się w kierunku, z którego miała nadejść ofiara, wyjął z kieszeni pistolet i czekał.

Po chwili coś uderzyło w lufę; Keith sięgnął lewą ręką i chwycił tamtego za klapę płaszcza, by nie dać mu uciec.

— Nie ruszaj się — rzekł ostro i zaraz dodał: — W porządku, obróć się, ale bardzo wolno.

W odpowiedzi usłyszał tylko stłumione sapnięcie. Mężczyzna odwracał się powoli; Keith kontrolował to dotykając go ręką. Kiedy tamten odwrócił się do niego plecami, Keith obmacał go lewą ręką i wyjął mu rewolwer z prawej kieszeni. Wsunął go do własnej i szybko położył dłoń na ramieniu ofiary. Najbardziej niebezpieczną część zadania miał za sobą.

— Nie ruszaj się jeszcze — powiedział. — Pogadamy. Kim jesteś?

— Co cię to obchodzi? — odparł tamten zduszonym głosem. — Mam przy sobie tylko trzydzieści kredy — tek i tego gnata. Zabrałeś gnata; weź też forsę i puść mnie.

— Nie potrzebuję twoich trzydziestu kredytek — powiedział mu Keith. — Potrzebne mi informacje. Jeśli będziesz gadał, może nawet oddam ci spluwę. Orientujesz się tutaj?

— Co masz na myśli?

— Właśnie przyjechałem z St. Louis. Nie znam tu ludzi, a potrzebuję pasera. Zaraz.

Zapadła krótka cisza, po czym tamten odezwał się nieco swobodniejszym tonem:

— Biżuteria? Co masz?

— Monety. I kilka banknotów. Dolary sprzed trzydziestego piątego. Kto się tu tym para?

— A co będę z tego miał?

— Po pierwsze, swoje życie — odparł Keith. — Może też oddam ci broń. A jeśli nie spróbujesz mnie wykiwać, może jeszcze sto kredytek. Dorzucę jeszcze sto, jeśli zaprowadzisz mnie do takiego, co da dobrą cenę.

— Cienko. Niech będzie pięćset.

Keith roześmiał się.

— Akurat masz podstawy, by się targować. Jednak zgodzę się na dwieście trzydzieści. Trzydzieści zaliczki już masz; wyobraź sobie, że ci je zabrałem i oddałem z powrotem.

Niespodziewanie tamten też się roześmiał. Powiedział:

— No, wygrałeś. Zaprowadzę cię do Rossa. Nie oszuka cię bardziej niż inni. Chodźmy.

— Jeszcze jedno — powiedział Keith. — Odwróć się tu i zapal zapałkę. Chcę ci się przyjrzeć, żebym cię poznał, jeśli mi uciekniesz.

— Dobra — odparł głos, już całkiem swobodnie, niemal przyjaźnie.

Trzask i błysk zapałki.

Keith stwierdził, że jego jeniec jest niskim, szczupłym mężczyzną około czterdziestki, nieźle ubranym, ale z kilkudniowym zarostem na twarzy i lekko podkrążonymi oczyma. Uśmiechał się, odrobinę krzywo.

— Teraz mnie znasz — powiedział — więc możesz też poznać imię. Joe.

— Dobra, Joe. Jak daleko do tego Rossa?

— Parę przecznic stąd. Gra w pokera. Zapałka zgasła.

— Słuchaj, ty z St. Louis, ile jest wart ten chłam?

— Ktoś mi mówił, że dziesięć tysięcy kredytek.

— To może dostaniesz pięć. Ross jest uczciwy. Jednak słuchaj, broń czy nie, ale lepiej weź mnie na wspólnika. Tam będą inni faceci. Mogą cię z łatwością uziemić, chyba że będę po twojej stronie.

Keith zastanawiał się przez minutę. Później powiedział:

— Może i coś w tym jest. Dam ci dziesięć procent; to znaczy pięćset, jeśli dostanę pięć tysięcy. W porządku?

— No, w porządku.

Keith wahał się tylko przez chwilę. Potrzebował przyjaciela, a coś w głosie Joego powiedziało mu, że powinien zaryzykować. I tak cały ten plan był wprost desperacki; małe ryzyko teraz może mu oszczędzić znacznie większego później.

Powodowany nagłym impulsem wyjął z kieszeni rewolwer tamtego, odszukał jego dłoń i wcisnął w nią broń.

Jednak w głosie Joego nie było słychać zdziwienia, gdy powiedział:

— Dzięki. Dwie przecznice na południe. Ja poprowadzę. Idź za mną. Lepiej trzymaj rękę na moim ramieniu.

Powędrowali gęsiego wzdłuż ścian budynków; przechodząc przez jezdnie brali się pod ręce. W końcu Joe rzekł:

— Teraz trzymaj się blisko. Wejdziemy w przejście między drugim a trzecim budynkiem licząc od narożnego. Nie odsuwaj się, bo je przegapisz.

Kiedy znaleźli się w przejściu, Joe odnalazł drzwi i zapukał w nie; najpierw trzy razy, a po krótkiej pauzie jeszcze dwa.

Drzwi otworzyły się i światło na moment oślepiło Keitha. Kiedy znów odzyskał wzrok, człowiek w korytarzu opuszczał lufę obrzyna.

— Cześć, Joe — powiedział. — Ten gość to swój?

— Jasne — odparł Joe. — To mój koleś z St. Louis. Mamy interes do Rossa. Gra jeszcze?

— Wchodźcie.

Przeszli wąskim korytarzem. Za rogiem, obok krzesła przy zamkniętych drzwiach, stał człowiek z wycelowanym w nich pistoletem maszynowym. Powiedział — Cześć, Joe — i siadł na krześle trzymając broń na kolanach.

— Przyprowadziłeś jelenia na pokera? Joe potrząsnął głową.

— Nie, mamy interes. Jak idzie?

— Ross jest dziś naprawdę dobry. Lepiej nie wchodź do gry, chyba że czujesz dobrą passę.

— Nie czuję. Cieszę się, że Ross wygrywa; może da nam dobrą cenę.

Otworzył drzwi, przy których siedział strażnik, i wszedł do pokoju ciemnego od dymu. Keith szedł za nim.

Wokół zielonego stolika do pokera siedziało pięciu graczy. Joe podszedł do jednego z nich, tłuściocha noszącego bardzo grube szkła i całkowicie pozbawionego owłosienia. Wskazał kciukiem na Keitha.

— To mój przyjaciel z St. Louis, Ross — powiedział. — Ma parę monet i papierków. Powiedziałem mu, że tu dostanie dobrą cenę.

Grube szkła zwróciły się w stronę Keitha, który kiwnął głową. Wyjął z kieszeni pieniądze i położył je na zielonym stoliku przed grubasem.

Ten obejrzał je i podniósł wzork.

— Cztery kawałki — powiedział.

— Powiedzmy pięć i zgoda — rzekł Keith. — Są warte dziesięć, lekko licząc.

Ross potrząsnął głową i podniósł karty, które właśnie dostał.

— Otwieram za stówę — powiedział.

Keith poczuł czyjąś rękę na ramieniu. Joe odciągnął go od stolika. Powiedział:

— Powinienem był cię uprzedzić. Z Rossem nie ma targów. Jeśli proponuje ci cztery, to nie da ci grosza więcej. Możesz się zgodzić albo iść do diabła. Nie ma co się kłócić.

— A jeśli się nie zgodzę? — spytał Keith. Joe wzruszył ramionami.

— Znam paru innych facetów. Jednak trzeba będzie długo łazić po ulicach, żeby się do nich dostać; może nam się to uda, a może skończymy z kulą w głowie. I pewnie nie dadzą ci więcej niż Ross. Czy ten, co ci mówił, że monety są warte dziesięć kredytek, znał się na rzeczy?

— Nie — przyznał Keith. — W porządku, zgodzę się. Da nam pieniądze od razu? Znajdzie tyle przy sobie?

Joe wyszczerzył zęby.

— Ross? Jeśli ma przy sobie mniej jak sto kawałków, to zjem Arkturianina. Nie martw się o gotówkę. Cztery kawałki do dla niego mięta.

Keith kiwnął głową i wrócił do stolika. Zaczekał, aż skończy się rozdanie, i powiedział:

— W porządku. Niech będzie cztery tysiące.

Grubas wyjął z kieszeni opasły portfel i odliczył trzy banknoty tysiąckredytkowe oraz dziesięć setek. Monety Keitha starannie zawinął z powrotem w banknoty i schował do kieszeni kamizelki.

— Zagrasz chwilę? — spytał. Keith potrząsnął głową.

— Niestety. Mam coś do załatwienia.

Kończąc liczyć pieniądze zerknął na Joego, który niemal niedostrzegalnie potrząsnął* głową dając znać, że nie chce brać swego udziału przy tamtych.

Wyszli, mijając po drodze strażnika z pistoletem maszynowym na kolanach i odźwiernego z obrzynem w ręku. Ten ostatni zaryglował za nimi drzwi.

Kiedy znaleźli się poza zasięgiem głosu, Joe powiedział:

— Jedna dziesiąta z czterech kawałków to cztery stówy. Mam zapalić zapałkę, żebyś mógł je odliczyć?

— Dobrze — powiedział Keith. — Chyba, że znasz jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy się czegoś napić i chwilę porozmawiać. Może ubijemy jeszcze jakiś interes.

— To jest pomysł — odparł Joe. — Myślę, że mając te cztery stówy w kieszeni mogę sobie zrobić dziś wolne. Wystarczy mi do jutra, a później mam dostać trochę gotówki. O rany, miałem już tylko trzydzieści małych.

— Którędy idziemy, Joe?

— Trzymaj mi rękę na ramieniu. Nie zgubię cię, a przynajmniej dopóki nie zapłacisz.

Westchnął.

— Człowieku, naprawdę potrzeba mi szklaneczki księżycówki.

— Mi też — odparł niegramatycznie i niezbyt prawdziwie Keith; zastanawiał się, co to takiego ta księżycówka, i miał nadzieję, że nie smakuje jak koktajl Kallisto.

Macając ręką znalazł ramię Joego, który powiedział:

— W porządku, kolego, idziemy.

Wyszli z zaułka i skręcili na południe. Zaledwie pół kwartału dalej — tym razem nie przechodzili przez ulicę — Joe przystanął i powiedział:

— To tu. Czekaj chwilę.

Znów zapukał do drzwi; tym razem najpierw dwa, a potem trzy razy. Drzwi uchyliły się do środka ukazując słabo oświetlony korytarz. Nikogo nie było widać.

— To ja, Rello! — krzyknął Joe. — Jestem z przyjacielem.

Wszedł do środka i ruszył korytarzem. Keith deptał mu po piętach.

— Rello to Prox — wyjaśnił Joe idąc korytarzem. — Siedzi na półce nad drzwiami. Jeśli cię nie zna, to skoczy na ciebie od tyłu, jak wejdziesz do środka.

Keith obrócił głowę i spojrzał przez ramię, ale zaraz tego pożałował. Cokolwiek siedziało na półce nad drzwiami, było skryte w głębokim cieniu i nie mógł dostrzec szczegółów — co prawdopodobnie było korzystne dla spokoju ducha. Wyglądało to jak duży żółw z mackami głowonoga i jasnoczerwonymi, błyszczącymi oczami przypominającymi czerwone lampy świecące za grubym szkłem. Keith nie dostrzegł, by miało jakąś broń, ale przeczuwał, że wcale jej nie potrzebowało.

Czy Prox był stworzeniem z Proximy Centauri? Keith miał wielką ochotę zapytać o to Joego; może przy kieliszku uda mu się tak pokierować rozmową, by dowiedzieć się czegoś o Rello, nie zdradzając swojej niewiedzy.

Odwrócił się i czuł zimny dreszcz pełzający po plecach, dopóki nie dotarli do drzwi zaopatrzonych w otwór judasza. Zupełnie jak w czasach prohibicji, pomyślał Keith — i niemal powiedział to na głos, lecz przypomniał sobie pusty wzrok Betty, kiedy wspomniał o prohibicji, i powstrzymał się w porę.

Joe znowu zapukał dwa, a potem trzy razy i obejrzano ich przez judasza.

— On jest ze mną, Hank — mruknął Joe wskazując kciukiem za siebie i drzwi się otworzyły.

Znaleźli się na zapleczu knajpy; przez otwarte drzwi Keith widział bar, słabo oświetlony zielonymi i niebieskimi neonówkami. Pokój, w którym się znaleźli, był zastawiony stołami; przy trzech z nich grano w karty.

Joe pomachał ręką do kilku osób, które spojrzały na wchodzących, po czym popatrzył na Keitha.

— Siadamy tu? — spytał. — Czy też idziemy do baru? Myślę, że tam lepiej się będzie rozmawiało, a mówiłeś coś o interesie.

Keith skinął głową.

— Bar wydaje się lepszym miejscem — powiedział. Przeszli do baru oświetlonego zielononiebieskim światłem. Oprócz barmana i trzech siedzących na stołkach kobiet nie było tu nikogo. Kiedy wchodzili, kobiety podniosły głowy; Keith zauważył, że jedna z nich była ubrana w nadzwyczaj skąpy strój, taki jaki nosiła Betty: biustonosz i szorty z niebieskiego jedwabiu oraz sięgające do pół łydki buty z niebieskiej skóry; nic więcej. Jednak na tym kończyło się jej podobieństwo do Betty; była co najmniej dwadzieścia lat starsza, tłusta, niechlujna i lekko pijana. Zielononiebieskie oświetlenie nadawało jej upiorny wygląd.

Joe pomachał do niej ręką i rzekł: — Cześć, Bessie — po czym podszedł do najbardziej odległego stolika i osunął się w fotel. Keith usiadł naprzeciw niego. Wyjął portfel, by odliczyć Joemu cztery setki, ale tamten rzekł pospiesznie:

— Jeszcze nie, kolego. Zaczekaj, aż dziewczyny odejdą.

Keith zobaczył, że właśnie nadchodziły. Nie ta ubrana — czy raczej nie ubrana — w kosmiczny strój, ale dwie pozostałe. Obie były młode i dosyć atrakcyjne, mimo tego, co zielononiebieskie światło robiło z ich cerą.

Na szczęście Joe odesłał je, zanim zdążyły usiąść.

— Mamy interes do omówienia, dziewczyny — powiedział im. — Może zawołamy was później, jeśli nie będziemy zajęci. Powiedzcie Specowi, żeby tymczasem postawił wam po jednym na mój rachunek, dobrze? Bessie też.

Jedna z nich powiedziała: — Jasne, Joe — i obie wróciły na stołki przy barze.

Keith ponownie wyjął portfel i udało mu się wręczyć tamtemu czterysta kredytek, zanim podszedł do nich barman, by zapytać, czego sobie życzą. Joe zostawił jeden stukredytkowy banknot na stole.

— Przynieś nam dwie księżycówki, Spec — powiedział. — I po jednej dla dziewczyn. Jak dziś idzie Małemu Rello?

— Nieźle, Joe. Już dwa razy musieliśmy sprzątać w holu, a jeszcze jest wcześnie.

Wrócił za bar i Keith zaryzykował. Powiedział:

— Ciekawi mnie ten Rello, Joe. Powiedz mi coś o nim.

To było na tyle ogólnikowe, że nie powinno wpakować go w tarapaty.

— Rello to ren — rzekł Joe — i chyba najtwardszy z nich wszystkich. W każdym razie najtwardszy w Nowym Jorku. Był jednym z pierwszych Proxów, którzy przeszli na naszą stronę podczas tej małej draki przy Centaurze. Chcesz się z nim poznać?

— Niespecjalnie — powiedział Keith. — Tak się tylko zastanawiałem.

Zastanawiał się, ale nie na głos, czy ren to skrót od renegata. Skoro Rello był jednym z pierwszych Cen — taurańczyków, jacy przeszli na drugą stronę w czasie wojny, miałoby to sens.

— Nie mam ci tego za złe — rzekł Joe. — Jednak jeśli chcesz tu czasem wpaść, to powinieneś. Jednym okiem może cię dostać z dziesięciu metrów, a jeśli użyje obu… bracie, nie zostanie z ciebie tyle, by warto było zamiatać. Dam ci radę.

— Tak?

— Mów do niego, kiedy wchodzisz w drzwi. Nie czekaj, aż znajdziesz się w środku i będzie cię mógł zobaczyć, bo może być za późno. Podejrzewam, że tak właśnie dzieje się z większością tych, których stąd wynoszą.

Joe przesunął kapelusz na czubek głowy i wyszczerzył zęby.

— Mówię ci to, bo myślę, że jesteś facet w porządku. Mam nadzieję, że ubijemy jeszcze jakiś interes.

— Jak o to chodzi…

— Nie teraz — przerwał mu Joe. — A przynajmniej nie wcześniej, aż wypijemy po księżycówie. Prawdę mówiąc to nie wiem, czy powinienem robić z tobą interesy i w ogóle się z tobą zadawać. Za bardzo ufasz ludziom; będziesz miał kłopoty.

— Masz na myśli to, że ci oddałem rewolwer? Joe kiwnął głową.

— A gdybym tego nie zrobił?

Joe potarł szczeciniasty podbródek i uśmiechnął się.

— Niech cię diabli, chyba masz rację. Gdyby nie to, bym cię załatwił. Wystarczyłoby, żebym dał znak, kiedy rozmawiałeś z Rossem. Nie zrobiłem tego, bo oddałeś mi gnata. Nawet tu, kolego, gdybym chciał się ciebie pozbyć, nie pożyłbyś dłużej jak…

Urwał, gdy Spec podszedł do stolika niosąc dwie literatki lekko mlecznego płynu. Wziął sto kredytek Joego i wydał resztę papierowymi drobnymi. Joe podniósł szklankę.

— Śmierć Arkturianom — powiedział i pociągnął łyk.

— I to nagła — rzekł Keith.

Uważnie przyglądał się Joemu; zobaczył, że tamten wypił tylko łyczek mlecznego płynu i zrobił to samo. Była to uzasadniona przezorność; ten jeden łyk palił gardło jak pół kubka dżinu, co najmniej. Był piekący jak chili i jednocześnie chłodny. Był gęsty jak syrop, ale nie słodki; kiedy już Keith odzyskał smak, czuł w ustach słaby smak mięty.

— Dobra klasa — powiedział Joe. — Prosto z frachtowca. Macie dużo tego u siebie?

— Trochę — odparł ostrożnie Keith. — Jednak rzadko trafia się dobra klasa.

— A jak tam u was jest w ogóle?

— Nieźle — powiedział Keith.

Bardzo chciał porozmawiać, ale na razie bezpieczniej było odpowiadać monosylabami. Spoglądał na swoją szklaneczkę księżycówki i zastanawiał się, co to takiego i jaki wywołuje efekt. Po tym jednym łyku, jak na razie, nic nie czuł.

— Gdzie się zatrzymałeś?

— Jeszcze nigdzie — odparł Keith. — Dopiero co mnie tu przywiało. Nie znając terenu powinienem się gdzieś zadekować przed zamgleniem, ale nie miałem na tyle rozumu. Siadłem do gry i straciłem wszystko, co miałem. Dlatego musiałem puścić te monety; oprócz nich nie zostało mi ani grosza. Chciałem zaczekać ze sprzedażą, aż trafi się jakiś zbieracz, i uzyskać dobrą cenę.

To powinno tłumaczyć, pomyślał Keith, dlaczego byłem na zewnątrz i tak gwałtownie chciałem sprzedać monety.

Najwidoczniej tłumaczyło. Joe kiwnął głową i powiedział:

— No, jeśli później będziesz potrzebował meliny, to mogę ci tu coś załatwić. Pokój z lub bez.

Keith nie pytał z czym lub bez czego.

— Może później — powiedział. — Na razie młoda godzina.

Ze zdziwieniem stwierdził, że rzeczywiście tak było; od chwili, gdy zapadł zmrok, nie mogło minąć więcej jak półtorej godziny.

Joe zaśmiał się serdecznie. Powiedział:

— Młoda godzina. To dobre. Nigdy jeszcze nie słyszałem tego określenia, ale jest dobre. Wiesz co, stary, lubię cię. No, jesteś gotów?

Na co, zastanawiał się Keith. Powiedział:

— Jasne.

Joe podniósł szklaneczkę.

— To ruszamy. Zobaczymy się po powrocie. Keith podniósł swoją i rzekł:

— Za szczęśliwe lądowanie. Joe parsknął śmiechem.

— To też dobre. Szczęśliwe lądowanie. Zgrywny facet z ciebie; naprawdę zgrywny. No, aby nam się.

Wychylił szklankę do dna i zamarł w bezruchu nie odrywając jej od ust. Oczy miał szkliste, chociaż szeroko otwarte. Keith przytknął szklankę do warg, ale jeszcze nie wypił. Teraz nie miał zamiaru. Zafascynowany, patrzył na Joego. Ten go nie widział, nie widział niczego na tym świecie.

Keith rozejrzał się szybko i zobaczył, że ani barman, ani żadna z trzech kobiet nie patrzą w jego kierunku.

Opuścił rękę pod stół i wylał resztę księżycówki na podłogę, po czym przyłożył szklaneczkę do ust.

W samą porę. Joe zamrugał oczami i jego dziwne odrętwienie minęło równie gwałtownie, jak się zaczęło. Odstawił szklankę i odetchnął głęboko. Powiedział:

— Rany, znów byłem na Wenus. Na jednym z tych grząskich bagnisk, ale podobało mi się. Była tam Kosmiczna Dziewczyna…

Potrząsnął głową.

Keith przyglądał mu się ze zdziwieniem. Wyglądało na to, że napój nie daje żadnych ubocznych efektów. Joe był sparaliżowany przez dziesięć lub dwadzieścia sekund; teraz zachowywał się całkiem normalnie, tak samo jak przedtem.

Wyjął z kieszeni papierosy i poczęstował Keitha. Powiedział:

— Jeszcze po jednej, co? A potem możemy pogadać o interesach.

— W porządku, ale na mój rachunek — odparł Keith.

Odwrócił się w kierunku baru i tym razem napotkał spojrzenie barmana. Podniósł w górę dwa palce i barman kiwnął głową. Widocznie był to znak, który nigdzie nie mógł być źle zrozumiany. Nawet tu.

Keith położył banknot na stole. Uświadomił sobie narastające w nim podniecenie wywołane faktem, że tym razem postanowił wypić mleczny płyn tak samo jak Joe; miał zamiar dowiedzieć się, co przydarzyło się tamtemu w ciągu tych dziesięciu czy dwudziestu sekund. Joe wyszedł z tego bez szwanku, a jeśli Joe może, to on też. Ostrożność ma swoje granice.

Przyniesiono księżycówkę i Keith otrzymał siedemdziesiąt kredytek reszty.

Joe podniósł szklaneczkę i Keith zrobił to samo, ale tamten upił tylko łyk i oblizał wargi, więc poszedł za jego przykładem. Widocznie pierwszy łyk i następująca po nim chwila rozmowy należały do rytuału. Zapewne byłoby niegrzecznie wypić wszystko od razu.

Drugi łyk smakował lepiej niż pierwszy; nie piekł tak bardzo i Keith stwierdził, że smak, jaki pozostawał w ustach, nie był jednak smakiem mięty; nie potrafił tego określić.

Skoro i tak trzeba zrobić krótką przerwę, pomyślał, nie zawadzi stopniowo nakierować rozmowę na sprawę, którą chciał załatwić. Nachylił się nad stołem do Joego.

— Joe — powiedział — może przypadkiem wiesz, gdzie mógłbym znaleźć byłego kosmopilota, który chciałby trochę zarobić na boku?

Joe zaczął się śmiać, lecz zaraz przestał i spojrzał na niego zwężonymi oczyma.

— Żartujesz?

To oznaczało, że Keith zadał niewłaściwe pytanie, chociaż nie wiedział dlaczego. W każdym razie musiał brnąć dalej; nie miał pojęcia, jak mógłby się z tego wycofać.

Nieznacznie opuścił rękę blisko kieszeni, w której miał pistolet. Zastanawiał się, jakie ma szansę na wydostanie się z tego miejsca — i czy są tu jakieś inne drzwi, niż te pilnowane przez Rello. Doszedł do wniosku, że szansę ma niewielkie, jeśli Joe da znak. Jednak — gdyby sprawy naprawdę źle się potoczyły — może zdążyć położyć Joego, zanim tamten da znak.

Spojrzał zimno na Joego. Palcami dotykał już kolby pistoletu.

— Dlaczego miałbym żartować? — spytał.

ROZDZIAŁ XIV

W Kosmos!

Ku jego bezbrzeżnej uldze, Joe się uśmiechnął. Kciukiem wskazał na klapę swojego płaszcza. Keith zobaczył wpięty w nią emblemat przypominający cierpiącą na przepuklinę kaczkę, jaki sam przez jakiś czas nosił.

— Chyba jesteś ślepy — powiedział Joe.

Keith wyciągnął rękę z kieszeni; mimo wszystko nie popełnił poważniejszego błędu. Powiedział:

— Nie zauważyłem go, Joe. Chyba rzeczywiście jestem ślepy. Jednak przez większość czasu byliśmy w ciemnościach, a i tutaj niezbyt dobrze widać. Jak długo tam byłeś?

— Pięć lat. Przez większość czasu stacjonowałem na Marsie, w Kapi. Cieszę się, że nie było mnie tam kilka dni temu.

Potrząsnął głową.

— Nic nie zostało z Kapi.

— Odpłacimy im za to — powiedział Keith.

— Może.

— Mówisz jak pesymista, Joe.

Joe przypalił następnego papierosa od poprzedniego i zaciągnął się głęboko. Powiedział:

— Coś się szykuje, stary. Coś dużego. Och, ja naprawdę nic nie wiem, inaczej bym o tym nie mówił. W każdym razie wiem tylko to, co czytam między wierszami. Jednak kiedy człowiek trochę pobawi się w chowanego z Arkturianami, to zaczyna wyczuwać pewne rzeczy. Można się spodziewać zmasowanego ataku. Myślę, że tym razem im się uda. Myślę, że stan równowagi się skończył i wojna też się niebawem skończy — tak czy inaczej. Boję się tylko, że…

— Tak? — ponaglił go Keith.

— Boję się, że oni wymyślili coś nowego. Stan równowagi jest tak chwiejny, że każda nowa broń… Wiesz, o co mi chodzi,

Keith z powagą pokiwał głową. W duchu przypomniał sobie, że musi trzymać się tematu i mówić jak najmniej. Nie mógł sensownie dyskutować z tamtym o wojnie, więc lepiej, jeśli skieruje rozmowę na bezpieczniejsze tory — bliżej tematu, który chciał poruszyć. Ponadto musiał się dowiedzieć, czy Joe naprawdę potrafi pilotować statek, czy też był tylko strzelcem lub kimś takim.

— Byłeś ostatnio na Księżycu? — spytał.

— Rok temu — skrzywił się Joe. — Zamglenie jeszcze wtedy mnie nie wciągnęło. Walczyłem z tym dłużej niż większość chłopaków. Jak ostatni osioł myślałem, że mogę żyć uczciwie. A jeśli idzie o Księżyc… tak, prowadziłem wtedy statek jednego faceta. Co to była za historia!

— Tak źle było?

— Dobrze. Sześciu na pokładzie i wszyscy pijani jak górnik w sobotę. Sześcioletnie dziecko może pilotować Ehrlinga, ale żaden z nich nie był na tyle trzeźwy, by to zrobić. Z mety by się znaleźli gdzieś w Plejadach.

Prowadziłem wtedy taksówkę; wsiedli kiedyś na Times Sąuare i kazali się wieźć na swój prywatny kosmodrom w Jersey. Właściciel łajby zauważył mojego miedzianego kurczaka i zaproponował tysiąc za pilotaż. Nie byłem poza Ziemią już od dwóch lat i świerzbiło mnie, żeby zakręcić kółkiem — nawet w takiej zabawce dla dzieci jak Ehrling. Tak więc zostawiłem gablotę przy drodze — co kosztowało mnie po powrocie licencję, pracę i zmusiło do łażenia po ulicach — i poleciałem z nimi na Księżyc. Co to była za impreza! Polecieliśmy do Jaskiń Rozkoszy.

— Sam bym tam kiedyś poszedł — rzucił Keith.

— Są lepsze niż te na Kallisto. Jednak nie wybieraj się tam, jeśli nie masz naprawdę mnóstwa tego, co trzeba. My byliśmy tam dwa tygodnie. — Uśmiechnął się łobuzersko. — Moje tysiąc kredytek wystarczyło mi zaledwie na jeden dzień i to tylko dlatego, że oni stawiali. Ciągnęli mnie wszędzie za sobą i za wszystko płacili.

— Te Ehrlingi — nakierował go na właściwy temat Keith — bardzo się różnią od wojskowych?

— Tak jak samochód wyścigowy od wrotek. Wszystko sterowane wizualnie. Wystarczy nakierować na wybrany obiekt i przycisnąć guzik. Trafiasz tuż nad atmosferę, tak że możesz rozłożyć skrzydła i dryfować. Automatyczna kompensacja, automatyczne żyro, automatyczne wszystko. Pilotowanie jest równie skomplikowane, jak picie księżycowy. Co mi właśnie przypomina. Gotowy?

— Racja. — Keith podniósł szklaneczkę. — Śmierć Arkturowi!

— No to w drogę. Szczęśliwego lądowania!

Tym razem Keith wychylił szklaneczkę do dna i nie poczuł żadnego pieczenia; może dlatego, że płynu było zbyt wiele. Wydało mu się, że uderzono go kafarem w szczękę i jednocześnie poderwano na stryczku pod sufit, przez ciemność zamglenia, w rozpościerające się wyżej błękitne niebo, tak że patrząc w dół widział ogromny, czarny dysk mgły. Po jednej jego stronie Księżyc świecił nad polami i miasteczkami, po drugiej błyszczał jasno Ocean Atlantycki.

Później pętla opasująca szyję Keitha rozluźniła się i zniknęła, ale on wciąż leciał wyżej i wyżej, koziołkując, tak że czasem widział Ziemię, a czasem gwiazdy i wielki rogal Księżyca. Ziemia zmieniła się w piłkę, monstrualną czarną kulę, z jednej strony oświetloną, zmniejszającą się, w miarę jak rósł Księżyc. I niektóre gwiazdy były tak jasne, że wyglądały jak dyski, małe dyski kolorowego ognia.

Księżyc, kiedy spojrzał nań podczas następnego koziołka, też był już teraz kulą. Nie tak wielki jak Ziemia, był jednak większy, niż miał go do tej pory okazję oglądać. Keith wiedział, że znalazł się daleko poza atmosferą, w Kosmosie, ale nie odczuwał wcale zimna, o którym zawsze czytał. Było ciepło, przyjemnie i wokół rozlegała się muzyka, jakiej nigdy jeszcze nie słyszał — cudowna muzyka, której rytm był zgodny z jego obrotami — a może on wirował w rytm muzyki; to nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia prócz tego cudownego uczucia unoszenia się, wirowania, wolności, jakiej nigdy przedtem nie doświadczał.

I wtedy, po kolejnym obrocie, dostrzegł na tle Księżyca coś długiego, coś, co miało kształt cygara i mogło być tylko statkiem kosmicznym. Tak; gdy znów się obrócił, dostrzegł kilka oświetlonych okienek i skrzydła złożone wzdłuż boków statku.

Z którym miał się zderzyć.

I zderzył się, ale nie poczuł bólu. Przeleciał przez boczną ścianę i oto siedział cały i zdrowy na grubym dywanie wyściełającym pomieszczenie, które wyglądało na mały, lecz pięknie przystrojony i umeblowany ze smakiem buduar. Buduar na statku kosmicznym? Częściowo wbudowane w jedną z pomalowanych na biało metalowych ścian stało łóżko zasłane pościelą z czarnego jedwabiu, lekko odchyloną jakby w oczekiwaniu na użytkownika.

Wstał szybko. Wstawanie i utrzymywanie się na nogach było tu cudownie łatwe; czuł się, jakby ważył połowę swojego normalnego ciężaru i był dwukrotnie silniejszy niż zwykle. Czuł się, jakby mógł poruszać góry, i miał na to ochotę. Zmniejszone ciążenie, pomyślał. A potem przestał w ogóle myśleć, ponieważ drzwi się otworzyły i weszła przez nie Betty Hadley.

Znów miała na sobie ten strój, którego noszenie — jak mu powiedziała — było przywilejem Dziewczyn Kosmosu. Tym razem strój był z białego jedwabiu. Wąziutki — ale cudownie opięty — biały staniczek. Bardzo skąpe białe szorty, tak dopasowane, jakby były namalowane — i to pędzlem wielkiego artysty. I lśniące białe buty z wyprawionej skóry, sięgające do połowy kształtnych łydek.

Nic więcej — oprócz Betty Hadley; Betty Hadley i jej złocistej skóry i włosów; jej wielkich niebieskich oczu i delikatnych czerwonych warg w anielsko pięknej twarzy.

Była tak niemożliwie piękna, tak godna pożądania, że patrząc na nią z tej niewielkiej odległości ledwie ważył się oddychać.

Weszła do kabiny, najwidoczniej nie zdając sobie sprawy z jego obecności. Teraz go dostrzegła i jej twarz rozpromieniła się. Wyciągnęła ku niemu białe ramiona i powiedziała:

— Kochany… och, mój kochany!

Podbiegła do niego; objęła go ramionami i przywarła doń całym ciałem. Przez chwilę chowała twarz w jego piersi, po czym podniosła wargi do jego warg z oczyma zamglonymi ze szczęścia…

— O rany — powiedział Joe. — Wybyłeś na czterdzieści albo i pięćdziesiąt sekund. Nigdy przedtem nie piłeś księżycowy?

Keith wciąż trzymał szklankę przy ustach i czuł pieczenie w gardle, w krtani, w żołądku. Wolno zogniskował wzrok na nie ogolonej twarzy Joego. Stopniowo zaczął czuć stołek, na którym siedział, stół, o który opierał się łokciami; poczuł, jak ciężar jego ciała znów rośnie, aż ważył tyle samo co przedtem i wcale nie był silniejszy.

Przez półmrok rozświetlony zielononiebieskimi neonówkami spoglądał pustym wzrokiem na byłego kosmopilota.

— Nie piłeś, prawda? — pytał Joe.

Wydawało się, że upłynęła cała minuta, zanim uświadomił sobie o czym tamten mówi, a potem następna, zanim zdecydował, że powinien potrząsnąć głową, i jeszcze jedna, zanim zdołał to zrobić.

Joe wyszczerzył zęby.

— Tak, to śmieszny trunek. Im częściej go pijesz, tym krócej jesteś sztywny, ale tym dłuższy czas cię nie ma. Na przykład ja; piję to — jeśli tylko mam forsę — od lat, i zapadam tylko na pięć do dziesięciu sekund, ale nie ma mnie przez dwadzieścia trzy dni. Zabawne, że ty wtedy wróciłeś tak szybko. Jednak to się zdarza za pierwszym razem. Czasem kiedy facet próbuje tego po raz pierwszy, w ogóle nic się nie dzieje; po prostu traci przytomność. To ci się przydarzyło przy tamtej kolejce?

Keith kiwnął głową.

— A za drugim razem? Dotarłeś na Księżyc?

Keith stwierdził, że wrócił mu głos. Powiedział:

— Prawie.

— Nieźle. I co ci się przytrafiło? Chociaż myślę, że to nie mój zakichany interes — rzekł Joe. Spojrzał bystro na Keitha i roześmiał się. — Zdaje się, że mam rację. Na początku zawsze wraca się zbyt szybko. Jak ja dobrze to pamiętam.

Przechylił się przez stół.

— Pozwól, że dam ci dobrą radę, kolego; nie pij już dziś więcej. Dasz sobie więcej niż jeden czy dwa na początek, i rozwali ci czachę.

— Już nigdy nie mam zamiaru tego próbować, Joe — rzekł Keith.

— Następnym razem może nie wrócisz tak szybko.

— Właśnie dlatego nie chcę próbować. Czego chcę, to chcę, Joe — ale nie chcę w narkotycznym śnie.

Joe wzruszył ramionami.

— Niektórzy tak to czują. Sam taki byłem. No, to twój interes. A jeśli mowa o interesach, jeszcze nie powiedziałeś, co masz do mnie. Popijmy to whisky i wy — łuszczysz mi, o co chodzi.

Joe odwrócił się i zawołał Speca, który przyniósł im dwie whisky. Kieliszki były napełnione po brzegi, ale Keith wypił swoją porcję jak wodę. Poczuł się znacznie lepiej. Widział, że Joe wychylił swój równie szybko i gładko. Jego twarz przybrała poważny wyraz.

— W porządku. O co chodzi?

— Chcę się dostać na Księżyc — powiedział Keith. Joe wzruszył ramionami.

— Co w tym trudnego? Co godzina — z Idiewild. Trzysta kredytek bilet powrotny. Dwanaście za paszport.

Keith przysunął się bliżej i ściszył głos.

— Nie mogę tego tak zrobić, Joe. Wysłali za mną listy z St. Louis i mają dobry rysopis, nawet odciski palców.

— Wiedzą, że prysnąłeś do Nowego Jorku?

— Jeśli są sprytni, to wiedzą.

— To niedobrze — powiedział Joe. — Będą obserwować porty jak nic. Jeśli chodzi o paszport, mógłbym ci się postarać o jakiś. Jednak masz rację; lepiej trzymaj się z dala od portów.

Keith kiwnął głową i dodał:

— Jest jeszcze jedna sprawa. Kilku moich znajomych — z drugiej strony barykady — jest teraz na Księżycu. Mogą na mnie czekać.

— To byłoby kiepsko — powiedział Joe.

— Dobrze na pewno nie. Wolałbym raczej wylądować po cichutku — nie w porcie — jednym z tych małych Ehrlingów. Potem mógłbym wpaść tylnymi drzwiami do tych facetów, którzy na mnie czekają. Wiesz, co mam na myśli.

— Chyba tak.

— No więc wszystko jasne — rzekł Keith. — Słuchaj, jak sprawują się te Ehrlingi na dłuższych dystansach?

— Czemu pytasz? Jeśli wybierasz się tylko na Księżyc, to co za różnica?

— Może na Księżycu zrobi się zbyt gorąco.

— No, na Ehrlingu możesz polecieć w dowolne miejsce Układu Słonecznego. Może trzeba będzie skoczyć kilkadziesiąt razy, żeby dostać się na którąś z zewnętrznych planet, ale skoro skok odbywa się momentalnie, to co z tego? Tylko — chyba że znasz się na nawigacji, a jeśli mi powiesz, że się znasz, toś łgarz — lepiej nie próbuj wydostać się takim poza Układ. Dostaniesz się wszędzie, gdzie zechcesz, ale nigdy nie odnajdziesz Słońca i nie wrócisz.

— Nie martw się; nie zamierzam opuszczać Układu — zapewnił go Keith. — Pewnie nawet nie polecę dalej jak na Księżyc; po prostu zastanawiałem się, co taki Ehrling może w razie czego.

— No, przejdźmy do rzeczy. Czego dokładnie ode mnie chcesz?

— Postaraj mi się o Ehrlinga. Joe gwizdnął pod nosem.

— Masz na myśli fałszywe dokumenty, żebyś mógł go kupić, czy mam ci go świsnąć?

— A co z tym, który stoi koło Jersey, należącym do tego bogatego gościa? Moglibyśmy go zwinąć?

Joe spojrzał na niego w zadumie.

— I chciałbyś, żebym cię zawiózł na Księżyc?

— Nie, jeśli mi powiesz, jak się z tym obchodzić.

— To mogę zrobić w dziesięć minut. Jednak zwinąć łajbę, kolego, to nie w kij dmuchał. Jeśli nas złapią, dostaniemy dziesięć lat na Wenus; dziesięć lat na bagnach. To znaczy, jeśli tak długo pożyjesz.

Keith roześmiał się.

— Chodzisz sobie po ulicach w czasie zamglenia, a martwi cię taki drobiazg? Tu ryzykujesz życie, żeby wyjąć komuś kilka kredytek z kieszeni, a boisz się zwinąć Ehrlinga?

Joe zmarszczył brwi.

— Ile?

Keith miał w kieszeni trzy i pół tysiąca kredytek, nie licząc reszty z setki, jaką dostał od barmana.

— Dwa lub trzy tysiące kredytek — powiedział.

— Jak to; dwa lub trzy tysiące. Powiedz konkretnie.

— Trzy tysiące, jeśli dostanę tego Ehrlinga dzisiaj — powiedział Keith. — Dwa, jeśli dostanę go jutro. To miałem na myśli.

Joe westchnął ciężko.

— Obawiałem się, że tak będzie. I nie chodzi tu tylko o pieniądze. Jednak trzy patyki to lepiej niż dwa, więc zróbmy to dzisiaj. Chociaż wydostanie się z miasta w czasie zamglenia będzie prawie tak samo niebezpieczne jak zwinięcie łajby — i o wiele trudniejsze. To oznacza, że będę musiał też ukraść samochód.

— Możesz to zrobić?

— Żartujesz sobie? Ale będziemy jechali pomalutku, niewiele szybciej, niż gdybyśmy szli pieszo. Zamglenie rzednie nie wcześniej jak trzy czy cztery kilometry przed Jersey. Stracimy dobre trzy godziny, zanim się tam dostaniemy.

— Jak dla mnie to brzmi nieźle — rzekł Keith.

— Niewielu facetów mogłoby tego dokonać — rzekł skromnie Joe. — Masz szczęście, że na mnie trafiłeś. Pokażę ci sztuczkę, którą mało kto zna; jak prowadzić samochód w czasie zamglenia, posługując się wyłącznie wyczuciem. I kompasem. Którą mamy godzinę?

Keith spojrzał na zegarek. — Prawie wpół do dziewiątej.

— Załóżmy, że zdobycie samochodu zajmie mi pół godziny; to jedenasta. Trzy godziny drogi przez zamglenie — jeśli się w ogóle przedostaniemy — to daje drugą. Pół godziny jazdy do prywatnego portu oraz pół godziny na dostanie się do środka i pokazanie ci przyrządów — to daje trzecią nad ranem. Lot na Księżyc — bez straty czasu. Powiedzmy dziesięć minut na lądowanie. Do trzeciej dziesięć rano będziesz na Księżycu, stary.

Keithowi trudno było w to uwierzyć.

— A co z samolotem? — spytał. — Chciałem powiedzieć, ze statkiem. Co będzie, jeśli on go teraz używa?

— Nie używa. Dziś widziałem jego zdjęcie w gazetach. Ma stanąć przed komisją Kongresu, więc będzie w Waszyngtonie. Musiałeś o tym czytać. On robi ra — dżyki.

— Och — odparł Keith, jakby to wszystko wyjaśniało. Może i tak było. W każdym razie Joe uznał, że wyjaśnia.

— Jeszcze jedną whisky, co? A potem idziemy.

— W porządku — rzekł Keith. — Ale dla mnie tym razem mała.

Jednak kiedy ją dostał, pożałował, że nie zamówił dużej. Znów zaczął się trochę bać.

Wciąż był na Manhattanie, a Saturn — gdzie była flota i Mekky — wydawał się bardzo, bardzo odległy. Do tej pory miał szczęście, niewiarygodne szczęście. Jednak jak długo to potrwa?

Na razie trwało na tyle, że wychodząc nie musieli przechodzić obok Proxa Rello. Mężczyzna z winchesterem pod pachą wypuścił ich tylnymi drzwiami na zewnątrz, z powrotem w nieprzeniknioną ciemność zamglenia.

Keith położył rękę na ramieniu Joego i ruszył za nim. Dotarli do Piątej Alei i skręcili na południe. Na rogu Joe zatrzymał się. Powiedział:

— Lepiej będzie, jeśli tu zaczekasz. Samemu szybciej zwinę wózek. Zdaje się, że wiem, gdzie go znaleźć; jakieś dwie przecznice stąd. Siedź tutaj, dopóki nie usłyszysz, że podjeżdżam.

— Jak można prowadzić w takiej zupie?

— Pokażę ci — rzekł Joe. — Albo lepiej nie czekaj tu, pod ścianą. Tam na rogu jest latarnia. Złap się za nią; nie będziesz tak narażony na to, że rąbnie cię ktoś idący ulicą.

Zniknął w mroku, poruszając się tak cicho, że Keith nie usłyszał nawet szmeru jego kroków; tylko raz dotarło doń ciche pociągnięcie nosem, które umożliwiło mu wcześniej pochwycenie Joego. A znalezienie Joego to najlepsze, co mu się przydarzyło od niedzieli. Joe okazał się istnym darem niebios.

Keith po omacku odnalazł krawężnik, a potem latarnię, o którą się oparł. Próbował zachować zimną krew, nie myśleć o nikłych szansach, jakie miał na dotarcie do Saturna — prawdziwego miejsca przeznaczenia, które zataił przed Joem, aby nie wzbudzać jego podejrzeń. Próbował też nie myśleć o znacznie większych szansach na to, że pierwsza napotkana jednostka Floty zdmuchnie go z przestrzeni z całym Ehrlingiem.

A w ogóle, tyle było spraw, o których próbował nie myśleć, że usiłując odsunąć od siebie jedną myśl wpadał na inną, równie paskudną lub gorszą. Jednak w ten sposób czas mijał mu znacznie szybciej.

W każdym razie nie upłynęło pół godziny, gdy usłyszał zbliżający się samochód, wolno jadący wzdłuż krawężnika, od czasu do czasu trący gumami o kamień.

Wóz zatrzymał się tuż przed rogiem, kilka metrów przed nim, o ile mógł ocenić po dźwięku. Keith ruszył w tym kierunku stawiając jedną nogę na chodniku, a drugą w rynsztoku, aż boleśnie uderzył golenią w przedni zderzak.

— Joe? — zawołał cicho.

— Zgadza się, stary. Twój rydwan czeka. Wskakuj do środka i ruszajmy stąd. Zabrało mi to więcej, niż się spodziewałem, a chcę dotrzeć na miejsce, póki jest jeszcze ciemno.

Keith wymacał klamkę u drzwi. Otworzył je i wsiadł.

— Według krawężnika jedzie się wolno, ale w dwóch pójdzie nam szybciej, kiedy już pokażę ci jak. Weź tę latarkę.

Latarka stuknęła go w żebra i Keith wziął ją od towarzysza. Pstryknął włącznikiem i stwierdził, że widzi twarz Joego oraz przednią szybę — chociaż maski samochodu nie jest już w stanie dostrzec.

— Nie w ten sposób, głupi — powiedział mu Joe. — Skieruj ją na podłogę samochodu i tak trzymaj. Teraz weź kredę i narysuj linię równoległą do osi wozu. Staraj się, żeby była możliwie prosta.

Keith musiał się pochylić, by wyraźnie widzieć podłogę. Okazało się że nakreślenie prostej było łatwe; linoleum czy też podobny materiał, którym wyścielono podłogę samochodu, miało wzór złożony z linii prostych. Joe też się nachylił i spojrzał.

— Dobrze — powiedział. — Nie wiedziałem, że linia już tam jest. Będzie nam łatwiej, skoro wiemy, że jest dokładnie prosta. Teraz weź kompas i połóż go równo na linii.

Keith zrobił to.

— I co teraz? — spytał.

— Na razie nic. Podjadę do rogu i skręcę na zachód. Ile kroków przeszedłeś od latarni do samochodu? Około dziesięciu?

— Chyba z piętnaście.

— Dobra, to łatwo dojadę do rogu i skręcę na prawo. Myślę, że do Szóstej Alei dojadę bez problemów. Tam skręcimy na południe i wtedy zacznie się nawigacja.

Ruszył i wolno pojechał naprzód, tym razem celowo trąc oponami o krawężnik, aż wreszcie tarcie ustało. Wtedy skręcił w prawo i najlepiej, jak potrafił, nakierował wóz pod kątem prostym do dotychczasowego kierunku jazdy. Pojechał wolno naprzód, aż opona — tym razem po przeciwnej stronie samochodu — znów zaczęła trzeć o krawężnik.

— No, teraz dobrze — powiedział i odbiwszy lekko od chodnika ruszył nieco szybciej.

Keithowi wydawało się, że przejechali kilka przecznic, nim Joe zatrzymał wóz.

— Powinniśmy być już blisko Szóstej Alei — powiedział tamten. — Wysiądź i sprawdź numer bramy.

Keith wysiadł, odnalazł fronton budynku i jego numer. Przypomniał sobie, że nie powinien się orientować w Nowym Jorku, więc podał Joemu numer bez żadnych komentarzy.

— Jesteśmy o dwa budynki za daleko — rzekł Joe. — Wrócę i skręcę w prawo, i wtedy pojedziemy po Szóstej Alei na południe.

Tak też zrobił. Przejechawszy kawałek znów zatrzymał pojazd.

— Zobacz, jak daleko jestem od krawężnika — powiedział Keithowi.

Ten ponownie wysiadł i wróciwszy zameldował, że krawężnik znajduje się w odległości dwóch metrów.

— Świetnie — powiedział Joe. — Teraz zabierzemy się do tej roboty z latarką i kompasem, tak też będziemy pokonywać piętnaście kilometrów na godzinę. Linia, którą nakreśliłeś, przebiega zgodnie z kierunkiem jazdy, kapujesz? Szósta Aleia biegnie na południowy wschód — tak jak wszystkie proste ulice. Przy Minnetta Place skręca trochę bardziej na wschód; stamtąd znów pojedziemy prosto aż do Spring Street, gdzie skręcimy do tunelu. Obserwuj kompas i pilnuj kursu. Ja mam drugą latarkę i będę obserwował licznik kilometrów, tak byśmy w przybliżeniu wiedzieli, gdzie jesteśmy. Od czasu do czasu, ale niezbyt często, wysiądziesz i sprawdzisz numer budynku.

— A jeśli na coś wpadniemy?

— Przy szybkości piętnastu kilometrów na godzinę nie zabijemy się na pewno — powiedział Joe. — Najgorsze, co może nam się przydarzyć, to zderzenie z innym samochodem. Będziemy zataczali się od krawężnika do krawężnika, ale jeżeli dobrze przypilnujesz kompasu, nie wpadniemy na nie częściej niż raz na sto metrów. Nie nasz samochód, nie nasze koła.

Ruszyli. Joe był doświadczonym pilotem, a jako były taksówkarz świetnie znał ulice. Pokonując długi odcinek do Spring Street tylko dwukrotnie otarli się oponami o krawężnik i tylko dwa razy Keith musiał wysiąść i sprawdzić numer domu; za drugim razem stwierdził, że są tylko kilka domów od miejsca, gdzie powinni skręcić w Holland Tunnel.

W samym tunelu ocierali się o krawężnik kilkakrotnie, a raz, w połowie drogi, usłyszeli inny samochód, jadący od strony Jersey. Jednak mieli szczęście i nawet nie zadrapali błotników.

Joe znał stronę Jersey także i trzymał się prostych ulic, na których mogli się posługiwać kompasem. Po kilku kilometrach włączył reflektory i Keith stwierdził, że ich światło przenikało mrok na trzy czy cztery metry. — W porządku, stary — powiedział Joe — od tej pory będzie już rzednieć. Możesz oddać mi ten kompas. Keith wyprostował zesztywniałe plecy i kręcił głową, aż przeszło mu mrowienie; do tej pory zdążyli już wyjechać na otwartą przestrzeń, nie okrytą czarną zasłoną zamglenia.

Znaleźli się między dwoma miastami. Przez boczne okna Keith widział gwiazdy i Księżyc w czarnej pustce nieba.

Pomyślał: to sen, wcale tam nie polecę. Jednak coś mówiło mu, że to prawda i że poleci. Nagle myśl o tym przeraziła go bardziej niż purpurowe potwory, Ludzie Nocy, Arkturianie i W.B.I. razem wzięci.

Jednak było już za późno, by się wycofać. Już się zadeklarował. Na dobre czy złe, ruszył w Kosmos.

ROZDZIAŁ XV

Księżyc. I co teraz?

O drugiej czterdzieści według zegarka Keitha Joe zatrzymał samochód na poboczu drogi i wyłączył światła.

— Jesteśmy na miejscu — powiedział. — Koniec trasy, stary.

Zabrał Keithowi latarkę.

— Musimy przejść przez te pola, niecałe pół kilometra. To pustkowie; nawet nie musimy zachowywać ostrożności. Mam nadzieję, że nikt nie ukradnie mi samochodu, zanim wrócę.

Przeleźli przez płot i ruszyli przez pola. Joe szedł pierwszy świecąc latarką, dopóki nie minęli rzędu drzew rosnących tuż za ogrodzeniem. Później księżycowy blask wystarczająco dobrze oświetlał równą przestrzeń.

— Jak zdołasz sam dojechać do miasta? — spytał Keith. — Dasz sobie radę z kierownicą i kompasem?

— Mógłbym, gdybym jechał dość wolno. Jednak myślę, że nie wrócę dziś do Nowego Jorku. Pojadę do Trenton albo gdzie indziej i zaczepię się tam na resztę nocy. I jutro chyba też nie wrócę tym skradzionym samochodem. Mogą wcześnie zgłosić jego zaginięcie. Zostawię go w Trenton.

Przeszli przez drugie ogrodzenie, potem na inne pole. Joe wskazał palcem przed siebie.

— To zaraz za tymi drzewami.

Przechodząc przez zarośla znów użył latarki, lecz tym razem osłaniał ją dłonią i kierował tylko na ziemię pod nogami. W cieniu ostatniej kępy drzew wyłączył ją i schował do kieszeni.

Tuż przed nimi było coś, co wyglądało jak wielka szklarnia; w środku stały dwa kosmoloty, oba dobrze widoczne w świetle Księżyca. Keithowi bardziej przypominały samoloty niż statki kosmiczne; nawet w przybliżeniu nie były podobne do cygarowatego pojazdu, który widział po wypiciu księżycówki. Większy z nich miał rozmiary samolotu transportowego; mniejszy był niewiele większy od Pipera. Ich skrzydła nie wyglądały na składane czy chowane i Keith w duchu zastanawiał się, dlaczego wyobrażał sobie, że będą takie.

— Zaczekaj tu — powiedział Joe. — Obejdę teraz i zobaczę, czy powietrze jest czyste.

Kiedy wrócił, ruchem głowy pokazał Keithowi, by szedł za nim. Minęli róg szklanej budowli i podeszli do drzwi.

— Trzymaj latarkę — powiedział mu Joe — dopóki nie otworzę.

Wyjął z kieszeni mały wytrych i po dwóch minutach zamek ustąpił. Weszli do środka i zamknęli drzwi.

Keith spojrzał na dach budowli; nigdzie nie dostrzegł śladu drzwi. Jednak na drugim końcu hangaru były wielkie, podwójne wrota. Będą musieli wykołować przez nie jeden z tych statków; Keith zastanawiał się, dlaczego Joe nie otworzył ich od razu, zamiast włamywać się przez małe drzwiczki.

Nagle uświadomił sobie, zanim o to zapytał, że wcale nie będą musieli wyjeżdżać statkiem z hangaru. Kosmolot mógł przelecieć wprost przez dach — i właśnie dlatego cały hangar był zrobiony ze szkła. Tak jak maszyny do szycia profesora Yarleya, kosmoloty mogły się dematerializować i w ten sposób przenikać przez grube ściany czy dachy — by materializować się ponownie po przybyciu do celu. Hangar był wykonany z przezroczystego budulca, aby można było wycelować statek bez potrzeby wytaczania go na zewnątrz.

To sprawiło, że Keith zaczął się zastanawiać, czy podwójne wrota są w ogóle potrzebne, i prawie o to zapytał, nim sobie przypomniał, że ta zasada nie działa w obie strony. Wracający na Ziemię statek musiał się zmaterializować poza atmosferą, przy użyciu skrzydeł usiąść na lądowisku i wkołować — lub zostać wtoczony — do hangaru.

— Oba to Ehrlingi — rzekł Joe. — Dziesięciomiejscowy Skymaster i dwuosobowy Starover. Którego weźmiesz?

— Chyba tego mniejszego. Jak myślisz? Joe wzruszył ramionami.

— Ten większy nie będzie cię drożej kosztował, koleś. Oczywiście nie sprzedasz go, kiedy zakończysz sprawy; są objęte ścisłym rejestrem. Którykolwiek weźmiesz, będziesz go musiał zostawić, kiedy nie będzie ci już potrzebny.

— Sterownice takie same? Obie równie łatwe w obsłudze?

— Dokładnie takie same — odparł Joe. — Jednak ten mniejszy jest łatwiejszy do prowadzenia w powietrzu i nie potrzebuje dużego lądowiska.

— A więc wezmę mniejszego.

Obszedł go wokół i stwierdził, że z bliska mniej przypomina samolot, niż z początku sądził. Skrzydła były krótsze i grubsze. Oczywiście brakowało śmigła. Kadłub, wyglądający na pokryty płótnem, w dotyku bardziej przypominał azbest. Joe przyłączył się do niego i rzekł:

— Tu jest śluza powietrzna. Po prostu przekręć tę rączkę; po drugiej stronie masz taką samą. Jednak gdybyś z jakiegoś powodu chciał otworzyć drzwi w Kosmosie, to lepiej najpierw włóż skafander. Pod każdym siedzeniem jest jeden. Jeśli więc otwierasz w Kosmosie, przekręć najpierw powoli zawór w drzwiach, bo inaczej powietrze wyssie cię ze środka. I jeśli wypuścisz powietrze, trzeba potem napowietrzaczem — pokażę ci jak to zrobić — przez około piętnaście minut napełniać kabinę przy zamkniętym luku. Wejdźmy, to ci wszystko pokażę.

Keith wsiadł i zajął miejsce za sterami. Joe zasiadł w fotelu obok i wszystko mu wyjaśnił. Błyszczące stery składały się z orczyka i dwóch pedałów, podobnie jak w szybowcu. Ponieważ Keith wylatał na szybowcu blisko sto godzin, nie przewidywał specjalnych trudności z ich obsługą.

— Tu masz wizjer — mówił Joe. — Po prostu wyceluj go tam, gdzie chcesz się dostać. A na tych tarczach ustawiasz odległość. Ta duża jest w setkach tysięcy kilometrów — możesz skoczyć najdalej na pięćset jednostek, to jest na pięćdziesiąt milionów kilometrów. Gdybyś chciał się dostać na którąś z zewnętrznych planet, musiałbyś skoczyć ładnych parę razy; to główna niedogodność tych małych Ehrlingów na dalekich trasach.

— Następna tarcza jest w jednostkach tysiąckilometrowych, i tak dalej, aż do tej malutkiej, na której masz metry. Teraz jeśli chodzi o Księżyc — mówiłeś, że chcesz lądować po naszej stronie, tak?

— Tak.

— Więc wymierz to w miejsce, gdzie chcesz lecieć. Nastaw odległość na… zaczekaj chwilę.

Z przegródki w pulpicie sterowniczym przypominającej skrytkę w desce rozdzielczej samochodu wyjął grube tomisko wielkości Almanachu Światowego. Sprawdził datę wydania i rzekł:

— Dobrze. Przez chwilę obawiałem się, że stary Eggers może tu nie mieć ostatniego wydania Astrogatora, skoro nie używa statku. Jednak masz szczęście; to aktualne wydanie. Są tu tabele; znajdziesz w nich wzajemne odległości wszystkich obiektów w Układzie Słonecznym podane na każdą minutę tego miesiąca.

Przerzucił kilka kartek.

— Tu masz tabele Ziemia — Księżyc. Wybierasz, powiedzmy, trzecią piętnaście jako godzinę startu i nastawiasz tarcze na taką odległość, jaką znajdziesz w tabeli. O trzeciej piętnaście naciskasz guzik. Chwytasz?

— A jeśli mój zegarek spieszy się o kilka minut. Co wtedy? Czy polecę za daleko i zmaterializuję się pod powierzchnią Księżyca zamiast nad nią?

— Nie używasz swojego zegarka, głupi — prychnął Joe. — Na pulpicie sterowniczym masz chronometr, który wskazuje czas z dokładnością do ułamka sekundy. Musi być dokładny; to rodomagnetyk.

— Co?

— Rodomagnetyk — wyjaśnił cierpliwie Joe. — W każdym razie nie trzaśniesz w Księżyc, ponieważ masz tu urządzenie zabezpieczające — to ta tarcza. Jeśli chcesz się zmaterializować dziesięć kilometrów nad powierzchnią Księżyca — taki jest właściwy dystans — to nastawiasz tarczę na dziesięć kilometrów i zatrzymujesz się w takiej właśnie odległości od celu, na który nastawiłeś wizjer. Nastawiasz ten odpychacz w zależności od tego, jak gęstą atmosferę ma dany obiekt. Dziesięć kilometrów dla Księżyca, około dwudziestu pięciu dla Ziemi, trzydzieści dla Wenus, piętnaście dla Marsa i tak dalej. Chwytasz?

— Naciska się guzik i już się jest — rzekł Keith. — I co wtedy?

— Jak tylko się zmaterializujesz, zaczynasz spadać, ale żyro nie daje ci koziołkować. Kierujesz nosem w dół i lecisz lotem ślizgowym, aż wejdziesz w atmosferę i skrzydła zaczynają hamować. Jak tylko masz dość powietrza pod skrzydłami, szybujesz i lądujesz. To wszystko. Jeśli stwierdzisz, że nie siadasz tam, gdzie chciałeś, albo źle podchodzisz… to wtedy naciskasz guzik. Odpychacz wyrzuci cię z powrotem dziesięć kilometrów od powierzchni i możesz zaczynać od początku. To wszystko, stary. Kapujesz?

— Jasne — rzekł Keith.

Wydawało się to dość proste. Ponadto po wewnętrznej stronie łuku dostrzegł uchwyt, w którym tkwiła książka opatrzona napisem Instrukcja obsługi, więc mógł do niej zajrzeć, gdyby czegoś zapomniał lub nie wiedział.

Wyjął zwitek banknotów i odliczył trzy tysiące kredy — tek, które obiecał Joemu. Pozostawało mu tylko pięćset siedemdziesiąt, ale zapewne i tak nie będzie ich potrzebował. Do rana albo będzie martwy, albo dotrze do Mekky’ego, który — miał nadzieję — rozwiąże jego problemy.

— Lepiej daj mi też swoją broń, koleś. Nie zapominaj, że nie można teleportować materiałów wybuchowych. Wybuchają w nadprzestrzeni — a to nie jest przyjemne, jeśli dzieje się w twojej kieszeni.

Keith przypomniał sobie, co czytał o tym w książce Wellsa, i wiedział, że Joe mówi prawdę.

— Dzięki za przypomnienie, Joe — powiedział. — Pewnie bym zapomniał — i wyleciał w powietrze. Dzięki.

Podał Joemu czterdziestkę piątkę.

— W porządku, koleś — rzekł Joe. — Dzięki — i życzę szczęścia. Szczęśliwego lądowania.

Wymienili serdeczny uścisk dłoni.

Kiedy Joe odszedł, Keith sięgnął po Instrukcję obsługi i czytał ją przez pół godziny.

Instrukcja wyjaśniała wszystko lepiej, niż to zrobił Joe, i wyglądało to niewiarygodnie prosto. Według niej nie było po co — chyba, że ktoś chciał się popisać — używać tabel odległości w Astrogatorze. Wystarczyło nastawić tarcze na maksymalny skok — pięćdziesiąt milionów kilometrów — i użyć odpychacza do zatrzymania statku w odpowiedniej odległości od obiektu. Dokładne odległości i pozostałe tarcze były potrzebne tylko wtedy, gdy jeden statek zbliżał się do drugiego. A w takim wypadku, pomyślał Keith, wystarczy, jeśli się zatrzymam i pozwolę tamtemu na swobodne manewrowanie.

Lądowanie nie wydawało się trudniejsze od lądowania szybowcem, a miało nad nim tę przewagę, że jeśli przewidywało się jakieś kłopoty, można było zawsze nacisnąć guzik, odskoczyć i zacząć od nowa.

Spojrzał w górę przez szklaną kopułę kabiny i szklany dach hangaru, przez atmosferę Ziemi i pustkę Kosmosu — na Księżyc i gwiazdy.

Czy powinien od razu ruszyć na Saturna, czy też najpierw dla wprawy, polecieć na Księżyc?

Księżyc wydawał się tak bliski, tak osiągalny. Ledwie krok, w porównaniu do całej trasy. Nie miał żadnego ważnego powodu, by się tam udać. Powinien odnaleźć flotę znajdującą się w pobliżu Saturna. Jednak wiedział, że nie ma zbyt wielkich szans na dotarcie do Mekky’ego i że jeśli nawet go odnajdzie, a Mekky spełni pokładane w nim nadzieje, to on będzie musiał wrócić do swego własnego świata, świata, który opuścił w niedzielę wieczorem. I prawdopodobnie nigdy nie będzie miał okazji — w obu wypadkach — postawić nogę na Księżycu czy którejś z planet. A jaką różnicę mogło stanowić pół godziny zwłoki?

Tak, ominie planety, ale teraz, skoro ma okazję, chce postawić nogę na gruncie nie będącym gruntem Ziemi. A Księżyc nie stwarzał poważniejszego ryzyka. Instrukcja obsługi twierdziła w rozdziale poświęconym Księżycowi, że ziemie uprawne i wszystkie osady znajdowały się po drugiej jego stronie, gdzie była woda i gęściejsza atmosfera. Na zwróconej ku Ziemi stronie była tylko pustynia i góry.

Keith głęboko wciągnął powietrze w płuca i przypiął się pasami do fotela pilota przed sterownicą. Dochodziło wpół do czwartej; odszukał w Astrogatorze odległość Księżyca od Ziemi na ten czas i nastawił tarcze zegarów. Kilka sekund przed trzecią trzydzieści wymierzył wizjer w sam środek Księżyca, zaczekał, aż wskazówki rodomagnetycznego (cokolwiek to miało oznaczać) zegara zrównają się ze sobą, po czym nacisnął guzik.

Nic się nie stało, zupełnie nic. Musiał zapomnieć o przełożeniu jakiejś dźwigni.

Uświadomił sobie, że przyciskając guzik zamknął oczy, i otworzył je znowu, by spojrzeć na pulpit kontrolny. Nie zauważył, bo coś było nie tak.

Spojrzał przez wizjer, by sprawdzić, czy nadal jest wycelowany w środek Księżyca. Nie był. Księżyca już tam nie było i nigdzie nie mógł go dojrzeć. Tylko wysoko w górze, nad głową Keitha, była wielka kula kilkakrotnie większa od Księżyca. I wcale nie podobna do niego. Z nagłym wstrząsem Keith uświadomił sobie, że to wcale nie Księżyc. To była Ziemia, tam nad jego głową… około trzystu siedemdziesięciu tysięcy kilometrów nad jego głową. I wszędzie wokół były gwiazdy, tysiące gwiazd, wiele razy jaśniejszych od tych, które widział z Ziemi. Świecące, wspaniałe gwiazdy.

Ale gdzie się podział Księżyc?

Nagle zdał sobie sprawę z tego, co czuje. Miał wrażenie lekkości, spadania, jakby jechał w dół szybką windą.

Przypomniał sobie o szklanej szybie w podłodze między pedałami sterów. Popatrzył w dół i ujrzał pędzący na niego Księżyc, oddalony zaledwie o parę kilometrów, wypełniający cały iluminator. Mały Starover obrócił się — o czym Keith wiedziałby, gdyby chwilę pomyślał — kierowany przez urządzenie żyroskopowe zapewniające właściwe położenie statku względem celu w momencie dotarcia do niego.

Serce biło mu mocno z emocji, gdy szybko nastawiał tarcze, przygotowując się do szybkiego odskoczenia na dziesięć kilometrów w górę, gdyby zaszła potrzeba; później chwycił za orczyk i położył nogi na pedały. Skierował pojazd dziobem w dół. Dokonał tego popychając orczyk do przodu; orczyk musiał być połączony z żyroskopem, ponieważ niewielki nacisk powietrza na powierzchnie skrzydeł nie mógł jeszcze tego spowodować.

Nagle, kiedy tylko statek skierował się w dół, skrzydła chwyciły powietrze i pojazd zaczął lotem ślizgowym opadać ku powierzchni Księżyca.

To było zbyt nagłe, zbyt niespodziewane; Keith nie zdążył się przygotować. Nacisnął guzik.

Znów nic się nie wydarzyło, pozornie, ale powierzchnia Księżyca znajdowała się nieco dalej niż przed chwilą.

Tym razem czekał na chwilę wejścia w ślizg. Trzymał palec na przycisku, dopóki nie przeleciał nad kraterem wulkanu i nie zobaczył, że opada w kierunku rozległej, płaskiej równiny, na której wylądowałby prawidłowo ostatni niedołęga.

On wylądował doskonale i pojazd sam wyhamował.

Keith wolno odpiął pasy. Przez krótką chwilę wahał się z ręką na klamce luku, zastanawiając się, czy na zewnątrz naprawdę jest powietrze. Obecność powietrza na Księżycu była sprzeczna z opinią rozpowszechnioną w świecie, z którego przybył — tak samo jak wiele innych rzeczy.

Nagle uświadomił sobie, że nie ma się nad czym zastanawiać. Jeśli nie było tu powietrza, to co stawiało opór skrzydłom?

Otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Tak, było tu powietrze. Rzadkie i zimne, jak to na szczytach najwyższych gór Ziemi, ale nadające się do oddychania. Drżąc lekko, rozejrzał się wokół i z początku odczuł rozczarowanie. Równie dobrze mógł się znajdować na pustynnej, ziemskiej wyżynie otoczonej odległymi górami. Nie widział żadnej różnicy.

Jednak czuł się zupełnie inaczej. Był niewiarygodnie lekki. Wykonał próbny podskok, który na Ziemi nie uniósłby go wyżej niż kilkanaście centymetrów w powietrze, a tu wzleciał kilka metrów. Opadł wolniej i z mniejszym impetem, niż się spodziewał. Jednak ten eksperyment spowodował lekkie mdłości i Keith nie miał ochoty go powtórzyć.

Był na Księżycu — i czuł straszliwe rozczarowanie. Jakoś wcale nie było to tak ekscytujące, jak oczekiwał.

Popatrzył w górę, zastanawiając się, co jest nie tak. Ziemia nadal tam była, ale nawet w połowie nie tak jasna i majestatyczna jak wtedy, gdy oglądał ją z wnętrza małego statku znajdującego się dziesięć kilometrów nad powierzchnią Księżyca. Jednak wtedy, oczywiście, nie patrzył na nią przez warstwę atmosfery, tak jak teraz.

Keith zastanawiał się, czy naukowcy w jego własnym Wszechświecie mylili się co do tego, że na Księżycu nie ma powietrza. Czy też obecność powietrza na Księżycu była po prostu jedną z wielu różnic, jakie tu stwierdził?

Gwiazdy wyglądały stąd na jaśniejsze niż to widziane z Ziemi, ale nie za bardzo. To również było spowodowane obecnością powietrza.

Kłujące zimno w gardle i płucach przypomniało mu, że zamarznie, jeśli będzie stał tu dłużej. Było dobrze poniżej zera, a on miał na sobie ubranie odpowiednie na letnią nowojorską pogodę.

Zadygotał i jeszcze raz spojrzał na pusty, odpychający krajobraz.

Był na Księżycu, i co z tego? Nie podobało mu się tu.

Teraz wiedział już, ponad wszelką wątpliwość, czego chce. Chciał wrócić do swojego Wszechświata, do Wszechświata, w którym nie zdobyto jeszcze Księżyca.

I jeśli uda mu się tam wrócić, to niech go diabli porwą, jeżeli podpowie naukowcom, żeby zaniechali badań nad napędem rakietowym i zaczęli podłączać generatory do maszyn do szycia.

Wrócił na statek — o wiele żwawiej, niż z niego wysiadł — i zamknął luk. Powietrze w środku było teraz również rozrzedzone i zimne, ale z chwilą zamknięcia luku napowietrzacz i ogrzewanie doprowadzą je do normy w ciągu kilku minut.

Przypiął się pasami do fotela pilota, mówiąc sobie w duchu: „No, cieszę się, że się rozczarowałem”.

Cieszył się, ponieważ — gdyby tego nie zrobił — już nigdy nie byłby zadowolony ze swojego Wszechświata, nawet jeśli udałoby mu się doń wrócić. Uważałby przez resztę życia, że był w świecie, w którym możliwe były podróże kosmiczne, i nie skorzystał z okazji. Teraz skorzystał i wiedział, jak jest. Może, myślał sobie, jestem zbyt stary, by się do czegoś takiego przyzwyczaić. Gdyby przydarzyło mu się to po dwudziestce, a nie w wieku trzydziestu paru lat, i gdyby był uczuciowo nie zaangażowany zamiast mocno, głęboko zakochany, może wtedy pomyślałby, że ten Wszechświat jest właśnie takim, jakiego pragnie. Jednak było inaczej. Chciał wracać. I był tylko jeden umysł — sztuczny mózg — który mógł mu w tym pomóc.

Nastawił celownik na Ziemię, a tarczę na sto dziewięćdziesiąt tysięcy kilometrów, w pół drogi między Ziemią a Księżycem. Tam, w przestrzeni, będzie mógł spokojnie zlokalizować Saturna. Nacisnął guzik.

ROZDZIAŁ XVI

Stwór z Arktura

Przyzwyczaił się już do myśli, że po naciśnięciu guzika pozornie nic się nie dzieje. Tym razem jednak coś się stało, niemal od razu, i zaskoczyło go to. Miał dziwne, wolno narastające wrażenie, że jego ciało traci swoją wagę. Z początku czuł się prawie normalnie, a później, gdy Starover, znajdujący się w połowie drogi między Księżycem a Ziemią, przezwyciężył bezwład i zaczął opadać ku Ziemi, Keith poczuł się zupełnie nieważki.

Było to przedziwne uczucie. Przez wizjer w podłodze widział Ziemię, kulę dwukrotnie większą od oglądanej z Księżyca. A przez szybę w dachu kabiny mógł dostrzec Księżyc, dwa razy taki jak ten, który widać z Ziemi.

Wiedział, że spada na Ziemię, ale nie martwił się tym. Upadek z wysokości stu dziewięćdziesięciu tysięcy kilometrów zajmie mu sporo czasu. A gdyby nie zdążył zlokalizować Saturna do chwili, gdy będzie niebezpiecznie blisko, zawsze może znów odskoczyć o sto dziewięćdziesiąt tysięcy kilometrów.

Oczywiście jeżeli Saturn znajduje się właśnie po drugiej stronie Słońca, będą problemy, chociaż Keith sądził, że uda mu się je rozwiązać za pomocą Astrogatora. Jednak najpierw może spróbować odnaleźć go gołym okiem.

Zaczął oglądać niebo, najpierw przez jeden, a później przez drugi wizjer. Sądził, że pierścienie będą widoczne. Tu, w Kosmosie, gdzie atmosfera nie ogranicza widoczności, gwiazdy wydawały się ogromne w porównaniu z tymi, które ogląda się z Ziemi. Keith zauważył, że Mars i Wenus wyglądały raczej jak małe dyski, a nie plamki światła. Słyszał, że niektórzy ludzie czasem mogą dostrzec pierścienie Saturna gołym okiem. Tu, w przestrzeni, powinien je dojrzeć bez trudu.

I chociaż nie znał aktualnego położenia Saturna, nie musiał przeszukiwać całego nieboskłonu. Na tyle znał podstawy astronomii, by wiedzieć o płaszczyźnie eklip — tyki i ograniczyć poszukiwania do wąskiego pasa przestrzeni.

Prawie minutę zajęło mu ustalanie swojego położenia, ponieważ nie był przyzwyczajony do oglądania tylu gwiazd na raz. Gwiazdy nie mrugały; wyglądały jak diamenty błyszczące na czarnym aksamicie i zafascynowany ich blaskiem z trudem rozpoznawał konstelacje.

Jednak w końcu znalazł Niedźwiedzicę i pas Oriona, a wtedy z łatwością zlokalizował resztę konstelacji zodiaku, pas, wzdłuż którego krążą planety.

Wolno powiódł po nim wzrokiem, bacznie przyglądając się każdemu obiektowi znajdującemu się w pobliżu. Znów odszukał czerwony dysk Marsa i wydawało mu się, że tym razem rozróżnia cienkie nitki kanałów.

Około trzydziestu stopni dalej znalazł Saturna. Pierścienie były zwrócone brzegiem w jego kierunku, ale widział je dobrze.

Sięgnął po Astrogatora i odszukał tabele Ziemia — Saturn. Wciąż był w odległości przeszło stu pięćdziesięciu tysięcy kilometrów od Ziemi mimo tego, że od chwili skoku z Księżyca przebył już pewną odległość; jednak w porównaniu z całkowitym dystansem była to wielkość do pominięcia; tabela Ziemia — Saturn powinna wystarczyć. Sprawdził dane w tabeli na wpół do piątej; było to 1.523.921.200 kilometrów.

Trzydzieści skoków przy jego maksymalnym zasięgu pięćdziesięciu milionów kilometrów. Nastawił tarczę na maksymalny zasięg i trzydzieści razy nacisnął guzik robiąc sekundowe pauzy, by się upewnić, że w celowniku ma nadal otoczoną pierścieniami planetę.

Po ostatnim skoku zobaczył Saturna w całej jego okazałości, oddalonego jeszcze nieco ponad dwadzieścia milionów kilometrów. Nastawił tarczę na dwadzieścia milionów — dla bezpieczeństwa ustawiając odpychacz na sto tysięcy kilometrów — i znów nacisnął guzik.

Nawet nie musiał szukać floty; znaleźli go w tej samej sekundzie, w której się tam znalazł.

Drgnął słysząc głos:

— Zatrzymaj się.

To był prawdziwy, ludzki głos, nie słowa rozlegające się w jego głowie. To nie był Mekky.

— Jesteś aresztowany — ciągnął tamten. — Prywatnym jednostkom nie wolno poruszać się poza orbitę Marsa. Co tu robisz?

Tym razem zdołał ustalić źródło głosu. Wydobywał się z małego głośniczka w desce rozdzielczej. Keith zauważył wcześniej osłaniającą go siatkę, ale nie zastanawiał się, co to może być. Obok była druga; domyślił się, że prawdopodobnie przykrywała mikrofon. W każdym razie, skoro głos zadał mu pytanie, niewątpliwie statek musiał być wyposażony w urządzenie umożliwiające odpowiedź.

— Muszę zobaczyć się z Mekkym — powiedział. — To ważne.

Mówiąc to wyjrzał przez wizjer i dostrzegł tamtych; kilka wydłużonych obiektów otaczających go ze wszystkich stron, przesłaniających znaczną część nieba. Nie potrafił oszacować, jakie były wielkie; nie znając odległości nie mógł ocenić ich rozmiarów, a nie znając rozmiarów nie miał pojęcia, jak daleko mogą być.

Głos rzekł stanowczo:

— Osobom cywilnym i użytkownikom cywilnych pojazdów pod żadnym pozorem nie wolno zbliżać się do jednostek floty. Zostaniesz odesłany pod eskortą na Ziemię i przekazany w ręce odpowiednich władz celem wymierzenia kary. Nie próbuj dotykać sterów, bo twój pojazd zostanie natychmiast zniszczony. Twój statek jest i tak unieruchomiony i nie mógłbyś wykonać skoku, lecz nasze przyrządy zareagują, jeśli dotkniesz sterów, i zostanie to uznane za próbę ucieczki.

— Wcale nie chcę uciekać — rzekł Keith. — Przybyłem tu po to, żebyście mnie schwytali. Chcę się widzieć z Mekkym. Muszę się z nim widzieć.

— Zostaniesz wysłany na Ziemię. Zaraz wkroczymy na twój statek; jeden z nas cię odwiezie. Czy masz na sobie skafander?

— Nie — odparł Keith. — Słuchajcie, to ważne. Czy Mekky wie, że tu jestem?

— Mekky wie, że tu jesteś. Kazał nam otoczyć twój statek i schwytać cię. W innym wypadku zniszczylibyśmy twój pojazd w milisekundę po jego materializacji. Oto nasze rozkazy: Załóż skafander, tak byś mógł otworzyć luk i wypuścić powietrze. Jeden z nas wejdzie na pokład i przejmie stery.

Keith nie słuchał ostatniej części przemowy, ponieważ i tak nie miał zamiaru zastosować się do rozkazów. Powrót na Ziemię oznaczał pewną śmierć; równie dobrze może umrzeć stawiając opór.

A Mekky wiedział, że on tu jest. To oznaczało, że Mekky był — może nawet teraz — w kontakcie myślowym z Keithem.

Zwrócił się wprost do Mekky’ego wiedząc, że nie musi mówić na głos — ale mimo to mówiąc, ponieważ ułatwiało mu to koncentrację.

— Mekky! — powiedział. — Czy nie zapomniałeś o jednej sprawie? Moja śmierć nic nie znaczy dla ciebie i twojego Wszechświata; nie winie cię, że o to nie dbasz. Czy nie zapomniałeś jednak, że przybyłem z… innego miejsca? I chociaż nie opanowaliśmy techniki podróży międzygwiezdnych, możemy mieć coś, jakąś broń czy wynalazek, który może się wam przydać w… w najbliższym czasie? Nie słyszałem, by ktoś wspominał coś o radarze. Czy macie radar?

Tym razem odpowiedział mu inny głos. Dziwne, ale rozlegał się on zarówno w jego głowie, jak i w głośniczku na pulpicie sterowniczym.

— Keith Wintonie — mówił — powiedziałem ci, żebyś mnie nie ścigał. Tak, mamy radar. Mamy urządzenia wykrywające, o jakich nikomu w waszym Wszechświecie się nie śniło.

— Słuchaj, Mekky — powiedział Keith — musiałem przybyć, teraz lub nigdy. Moje plany — te, które odczytałeś w moich myślach — nie powiodły się. I nawet ty nie jesteś wszystkowiedzący, inaczej wiedziałbyś, że nie mogły się powieść… zaproponowałem opowiadania człowiekowi, który je napisał! Zatem nie sięgnąłeś głębiej w moje myśli, inaczej wiedziałbyś to! Nie możesz być pewny, że nie mam czegoś, co mogłoby wam pomóc. Skąd wiesz, co przeoczyłeś — a co może kryć się w moich myślach? Nie zgłębiłeś ich do końca. Poza tym macie tu niezły galimatias. Obawiacie się następnego ataku Arkturian. Jak możecie przegapić taką szansę, choćby nie wiem jak nikłą?

— Twój Wszechświat jest stosunkowo prymitywny. Nie macie…

— Skąd wiesz? — przerwał mu Keith. — Nawet nie wiesz, jak się tu znalazłem; jakikolwiek mechanizm tym rządził, nie znacie go, w przeciwnym wypadku wiedziałbyś. A sam mówiłeś, że nie wiesz.

W głośniku umieszczonym na pulpicie rozległ się spokojny głos, którego Keith jeszcze nie słyszał.

— Może w tym coś jest, Mekky — powiedział. — Kiedy mi o nim opowiadałeś, stwierdziłeś, że nie rozumiesz, o co tu chodzi — chociaż wiesz, że on jest normalny i zrównoważony. Czemu więc nie sprowadzisz go tutaj? Możesz zanalizować jego umysł w dziesięć minut, a nasze dotychczasowe wysiłki i tak nie były zbyt produktywne.

Głos był młody, lecz głęboki; brzmiała w nim pewność siebie i autorytet. Wprawdzie słowa wyrażały propozycję, jednak słysząc je wiedziało się, że był to rozkaz, który zostanie wykonany.

Keith wiedział, że musi to być głos Dopelle’a — wielkiego Dopelle’a, w którym Betty Hadley, jego Betty Hadley, była tak bardzo zakochana. Wspaniałego Dopelle’a, który trzymał w garści cały Wszechświat — oprócz Arkturian. Niech go szlag, pomyślał Keith.

— W porządku — rozległ się głos Mekky’ego. — Sprowadźcie go tutaj. Na okręt flagowy.

Ktoś głucho załomotał w drzwi luku. Keith szybko odpiął pasy i wstał z fotela.

— Jedną chwileczkę — rzekł. — Założę skafander.

Podniósł sąsiedni fotel i znalazł skafander. Był gruby i niezgrabny, ale jedyną trudność przy zakładaniu stanowiła ograniczona przestrzeń kabiny. Zapinał się na zamki błyskawiczne — zupełnie zwyczajne zamki różniące się od ubraniowych tylko tym, że lepiły się do rąk, co wskazywało na to, że są czymś uszczelnione.

Hełm z lekkim trzaskiem zaskoczył w kryzę kołnierza. Keith znalazł na piersi małą skrzyneczkę, która wyglądała na napowietrzacz. Pstryknął włącznikiem, zanim zasunął wizjer hełmu.

Później otworzył zawór luku wypuszczając powietrze z kabiny. Kiedy syk ucichł, otworzył klapę.

Do środka wszedł człowiek w skafandrze jeszcze grubszym i bardziej niezgrabnym niż ten, który miał na sobie Keith. Bez słowa usiadł w fotelu pilota i zajął się sterownicą. Kilka sekund później wskazał palcem na luk. Keith kiwnął głową i otworzył go ponownie.

Znajdowali się tuż przy burcie wielkiego statku. Z tak bliskiej odległości Keith nie mógł nawet odgadnąć, jak duża może być ta jednostka.

Luk komory powietrznej wielkości średniego pokoju stał przed nim otworem. Keith wszedł do niej i drzwi zamknęły się za jego plecami. Uświadomił sobie, że statek tej wielkości musi mieć śluzę powietrzną, z której można wypuszczać powietrze, kiedy ktoś wchodzi lub wychodzi w przestrzeń; na takiej małej jednostce jak ta, którą tu przybył, praktyczniej było po prostu wypuszczać powietrze z kabiny.

Gdy zewnętrzne drzwi zamknęły się do końca, dał się słyszeć syk, a kiedy syczenie ustało, otwarły się drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia.

Tuż za nimi stał wysoki, bardzo przystojny młodzieniec o czarnych kręconych włosach i błyszczących czarnych oczach. Uśmiechał się do Keitha. Był to niewątpliwie Dopelle.

Nawet nie przypominał Errola Flynna, lecz był o wiele przystojniejszy i bardziej męski. Keith wiedział, że powinien go nienawidzić, ale jakoś nie mógł. Właściwie nawet od razu go polubił.

Dopelle podszedł do niego szybko i pomógł mu zdjąć hełm. Powiedział:

— Jestem Dopelle. A pan jest tym Wintonem czy też Winstonem, o którym mówił mi Mekky. Zdejmijmy szybko z pana ten skafander.

Jego głos był miły, lecz słychać było w nim niepokój.

— Naprawdę zrobił się tu niezły galimatias. Ufam, że ma pan rację i naprawdę znajdziemy coś, czego będziemy mogli użyć. W przeciwnym razie…

Stojąc w przejściu i wyplątując się ze skafandra Keith rozglądał się wokół. Statek był naprawdę duży. Pomieszczenie, do którego Keith miał wejść, musiało być kabiną główną; mierzyło trzydzieści metrów na dziewięć lub dziesięć. Znajdowało się w nim wielu ludzi, w większości zajętych na drugim końcu, w części wyglądającej na doskonale wyposażone laboratorium badawcze.

Keith znów spojrzał na Dopelle’a, ale zaraz przeniósł wzrok nad jego głowę. Tuż nad nią wisiał Mekky; kula wielkości piłki kryjąca sztuczny mózg.

W myślach znów usłyszał głos Mekky’ego.

— Może i masz rację, Keith Wintonie. Widzę coś, co w twoim świecie nosi nazwę potencjomotoru. Coś, co wymyślił człowiek nazwiskiem Burton. Ma to jakiś niejasny związek z rakietą wystrzeloną na Księżyc. Cokolwiek to jest, nie mamy tu tego. Czy znasz jakieś szczegóły, schemat połączeń?

Nie odpowiadaj na głos. Po prostu myśl. W ten sposób będzie szybciej, a czas jest cenny… Spróbuj sobie przypomnieć… Tak, widziałeś rysunek i wzór — równanie. Nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale tkwią one w twojej podświadomości. Myślę, że mogę je wydobyć posługując się hipnozą. Zgadzasz się?

— Tak, oczywiście — rzekł Keith. — Jaka jest sytuacja?

— Sytuacja jest taka — odparł za Mekky’ego Dopelle. — Arkturianie niebawem zaatakują. Nie wiemy dokładnie kiedy, ale w ciągu najbliższych godzin. I mają coś nowego. Jeszcze nie wiemy, jak to ugryźć — dowiedzieliśmy się paru szczegółów od arkturiańskiego jeńca, którego udało nam się schwytać — ale on nie wiedział wszystkiego. Chodzi o pojedynczy statek, nie całą flotę — ale włożyli w to wysiłek kilku ostatnich lat. W pewnym sensie to dobra wiadomość; jeżeli go zniszczymy, będziemy mogli rozbić ich flotę i zakończyć wojnę. Jednak…

— Jednak co? — zapytał Keith. — Czy ten statek jest tak duży, że nie możecie go zniszczyć?

Dopelle niecierpliwie machnął ręką.

— Wielkość nie gra roli — chociaż to naprawdę potwór. Trzy kilometry długości; dziesięciokrotnie większy od tego, co kiedykolwiek wybudowaliśmy. Jednak nie o to chodzi. Jest pokryty nowym metalem, odpornym na wszystko, co mamy. Możemy go obrzucać bombami atomowymi przez cały dzień i nawet nie zadraśniemy mu pancerza.

Keith kiwnął głową.

— My też to mamy — powiedział. — W naszych magazynach sf. Byłem redaktorem jednego z nich.

Na twarzy Dopelle’a pojawiło się zainteresowanie.

— Czytywałem je — powiedział — kiedy byłem młodszy. Miałem zupełnego fioła na ich punkcie. Oczywiście teraz…

Coś w wyrazie jego twarzy pobudziło pamięć Keitha.

Gdzieś widział twarz, która wydawała się podobna do twarzy Dopelle — i to nie tak dawno. Nie, nie twarz — fotografię. Fotografię o wiele młodszego i znacznie mniej przystojnego osobnika…

— Joe Doppelberg! — wykrztusił. Szczęka mu opadła.

— Co? — Dopelle spojrzał na niego ze zdumieniem.

— Co chce pan przez to powiedzieć?

Keith szybko zamknął usta. Przez kilka sekund przypatrywał się Dopelle’owi. Później powiedział:

— Teraz pana poznaję — a przynajmniej mam wskazówkę, o co w tym wszystkim chodzi, i zaczyna mi się to układać w logiczną całość. Pan jest Joe Doppelberg — albo raczej dubler Doppelberga.

— A kim jest Joe Doppelberg?

— To fan science fiction z… stamtąd, skąd przybyłem. Pan wygląda tak jak on — a właściwie jest takim, jakim on chciałby być! Jest pan starszy, rzecz jasna, i tysiąc razy przystojniejszy, bardziej romantyczny i inteligentniejszy… Jest pan właśnie taki, jakim on chciałby być. Pan… on pisał do mnie długie listy, pełne zjadliwego humoru, do mojego działu, i nazywał mnie pan Rakieciarzem, i nie lubił naszych okładek, ponieważ potwory nie były dość okropne i…

Keith urwał i szczęka znów mu obwisła.

Na czole Dopelle’a pojawiły się zmarszczki.

— Mekky — powiedział — on zwariował. Nic z niego nie wyciągniesz. Jest zupełnie stuknięty.

— Nie — odparł mechaniczny głos — nie jest wariatem. Myli się, oczywiście, ale nie jest wariatem. Śledzę tok jego myślenia i wiem, dlaczego myśli to, co powiedział — i to nie jest pozbawione sensu; on po prostu jest w błędzie. Mogę mu to wyjaśnić; teraz wiem już prawie wszystko oprócz diagramu i wzoru, które są nam potrzebne. Ale najpierw, przed wszelkimi wyjaśnieniami musimy tym się zająć, inaczej nikt z nas nie przeżyje.

Mekky opuścił się znad głowy Dopelle’a przed Keitha Wintona.

— Chodź ze mną, przybyszu z innego Wszechświata — powiedział. — Muszę cię zahipnotyzować, abym mógł z twojego umysłu, z głębokiej podświadomości wydobyć to, czego nam trzeba. Później, kiedy już zaczniemy nad tym pracować, powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć.

— Jak wrócić?

— Może. Nie jestem tego pewien. Jednak teraz widzę, że ta rzecz, którą wy znacie, a my nie — ten potencjomotor Burtona, którym w twoim Wszechświecie była napędzana pierwsza rakieta lecąca na Księżyc — może oznaczać dla Ziemi ocalenie. I jeszcze raz ci mówię, że jesteś w błędzie; nasz świat jest równie rzeczywisty jak ten, z którego przybyłeś — nie jest czyimś snem. I jeśli Arkturianie wygrają, nie przeżyjesz i nie będziesz mógł nawet próbować wrócić do swojego świata. Wierzysz mi?

— Ja… nie wiem.

— Chodźmy, pokażę ci, przed czym możesz uratować Ziemię. Chciałbyś zobaczyć Arkturianina? Żywego Arkturianina?

— No… Czemu nie?

— Idź ze mną.

Kula będąca Mekkym przepłynęła przez pomieszczenie i Keith poszedł za nią. W jego głowie rozległ się głos:

— To ten, którego schwytaliśmy w statku zwiadowczym koło Alfy Centauri; pierwszy, jakiego złapaliśmy od dłuższego czasu. Z jego umysłu — jeśli można nazwać to umysłem — dowiedziałem się o tym olbrzymim statku mającym nadlecieć, o statku, który może zniszczyć całą naszą flotę, jeśli nie zniszczymy go pierwsi, oraz o jego uzbrojeniu i opancerzeniu. Może teraz, kiedy go zobaczysz…

Drzwi rozsunęły się ukazując drugie, stalowe wiodące do celi. Równocześnie z otwarciem drzwi w drzwiach celi zapaliło się światło.

— To — powiedział głos Mekky’ego — jest Arkturianin.

Keith zrobił krok naprzód, by spojrzeć przez kraty, i jeszcze szybciej cofnął się o kilka kroków. Poczuł gwałtowny atak mdłości. Zamknął oczy i zachwiał się na nogach. Prawie zemdlał ze zgrozy i obrzydzenia.

A przecież tylko rzucił okiem na kawałek Arkturianina. Nawet teraz nie miał pojęcia, jak wygląda cały Arkturianin. Jednak wiedział, że nie chce wiedzieć; że nawet widok stwora za kratami może doprowadzić człowieka do szaleństwa.

Ta forma życia była obca ponad wszelkie wyobrażenie. Nawet Joe Doppelberg nie mógłby tego wymyślić.

Stalowe drzwi zamknęły się.

— To jest Arkturianin — rzekł Mekky — w swoim własnym ciele. Może teraz zrozumiesz, dlaczego do arkturiańskich szpiegów — kryjących się w ludzkich ciałach — strzela się bez ostrzeżenia. Kiedyś, w pierwszych dniach wojny, kilku Arkturian przewieziono na Ziemię i pokazano jej mieszkańcom, aby przygotować ich do długotrwałej i zaciętej walki o przetrwanie. Ludzie z Ziemi widzieli takich jak to. Znają możliwości, jakie posiada Arkturianin, który opanował ludzkie ciało. To dlatego Ziemianie strzelają przy najlżejszym podejrzeniu do każdego, kto może być arkturiańskim szpiegiem. Czy teraz, kiedy to widziałeś, rozumiesz?

Keithowi zaschło w gardle i ustach.

— Tak — powiedział ochrypłym głosem. Wciąż czuł przerażenie i odrazę wywołaną przelotnym widokiem potwora; ledwie uświadamiał sobie, co Mekky do niego mówi.

— To — mówił Mekky — zniszczy ludzką rasę i zasiedli Układ Słoneczny, jeśli nie zniszczymy statku, który wkrótce tu będzie. Chodź, Keith Wintonie.

ROZDZIAŁ XVII

Nieskończenie wiele Wszechświatów

Keith Winton odczuwał lekkie oszołomienie. Czuł się tak, jakby się upił i właśnie wytrzeźwiał, albo jakby był pod narkozą i jeszcze nie w pełni doszedł do siebie.

To jednak nie oddawało w pełni jego stanu. Chociaż fizycznie czuł senność, umysł miał jasny — w rzeczy samej krystalicznie jasny. Po prostu wepchnięto weń zbyt wiele na raz. Miał trudności z przyswojeniem wszystkiego.

Siedział na małym pomoście otoczonym stalową barierką i górującym nad główną kabiną statku flagowego, patrząc, jak Dopelle wraz z liczną grupą swoich ludzi szybko i sprawnie montuje coś, co wyglądało na olbrzymią i bardzo zmodyfikowaną wersję tego, co Keith widział na ilustracji w magazynie naukowym wydawanym na Ziemi — na jego Ziemi. Był to potencjo — motor Burtona. Właśnie w tamtym magazynie widział schemat połączeń i wzór opisujący pole elektryczne.

Kula będąca Mekkym unosiła się nad pracującymi; tuż nad ramieniem Dopelle’a i dobre dwadzieścia metrów od Keitha. Jednak mówiła do niego i jej głos rozlegał się w jego głowie. Widocznie odległość nie stanowiła dla Mekky’ego przeszkody.

Keith podejrzewał, że Mekky prowadzi więcej niż jedną taką rozmowę jednocześnie, bo nie ulegało wątpliwości, że rozmawiająca z nim kula nadzorowała pracę Dopelle’a i jego ludzi.

— Trudno ci to, oczywiście, zrozumieć — mówił głos Mekky’ego. — Faktycznie, trudno pojąć nieskończoność. A jednak jest nieskończona liczba Wszechświatów.

— Ale gdzie? — pytał w myśli Keith. — W równoległym wymiarze czy gdzie?

— Wymiar jest jedynie atrybutem Wszechświata — rzekł Mekky — i można go odnieść tylko do tego szczególnego Wszechświata. Skądinąd Wszechświat — sam w sobie będący nieskończoną przestrzenią — jest zaledwie punktem, bezwymiarowym punktem. Na łebku szpilki można znaleźć nieskończoną liczbę punktów. Zatem na łebku szpilki jest tyle samo punktów co w nieskończonym Wszechświecie — lub w nieskończonej liczbie nieskończonych Wszechświatów. A nieskończoność podniesiona do nieskończonej potęgi pozostaje tylko nieskończonością. Rozumiesz?

— Prawie.

— Istnieje więc nieskończona liczba współegzystujących Wszechświatów. Jest wśród nich, i ten, z którego ty przybyłeś. Są jednakowo rzeczywiste i równie prawdziwe. Czy rozumiesz, co oznacza ta nieskończona liczba Wszechświatów, Keith Wintonie?

— No… tak i nie.

— Oznacza, że w tej nieskończoności istnieją wszelkie wyobrażalne Wszechświaty. Jest na przykład taki, w którym ta scena powtarza się w każdym szczególe, tyle że ty — lub twój odpowiednik — nosisz czarne buty zamiast brązowych. Istnieje nieskończona liczba takich wariantów, jak taka, gdzie masz lekkie skaleczenie na lewym palcu wskazującym lub purpurowe rogi i…

— Ale każdy z nich jest mną?

— Nie — odparł Mekky — żaden z nich nie jest tobą; w każdym razie w nie większym stopniu, niż jest tobą Keith Winton w naszym Wszechświecie. Użyłem niewłaściwego zaimka. Każdy z nich jest odrębną jednostką, tak jak Keith Winton tutaj. W tym akurat wypadku istnieją znaczne różnice zewnętrzne… właściwie zupełny brak podobieństwa. Jednak zarówno ty, jak i twój odpowiednik tutaj, macie w przybliżeniu te same życiorysy. Stwierdziłeś na przykład, ku swemu zmartwieniu, że obaj napisaliście kiedyś te same opowiadania. Istnieje też podobieństwo między moim panem, Dopelle’em, tu a fanem science fiction nazwiskiem Doppelberg, w twoim Wszechświecie — ale nie są oni tą samą osobą.

— Jeżeli istnieje nieskończona liczba Wszechświatów — powiedział w zamyśleniu Keith — to muszą istnieć wszelkie możliwe kombinacje. Zatem wszystko musi być gdzieś prawdą. Chcę powiedzieć, że nie można napisać utworu sf, ponieważ — obojętnie jak nieprawdopodobne by to było — gdzieś coś takiego musi mieć miejsce. Czy to prawda?

— Oczywiście, że tak. Istnieje Wszechświat, w którym Huckleberry Finn jest realną postacią, robiącą rzeczy, które kazał mu w swych książkach robić Mark Twain. W rzeczy samej istnieje nieskończenie wiele Wszechświatów, w których Huckleberry Finn robi przeróżne rzeczy, które Mark Twain mógłby kazać mu robić. Obojętnie, jakie zmiany, mniejsze czy większe, mógłby wprowadzić do swoich książek Mark Twain, byłyby one prawdą.

Keith Winton poczuł się lekko oszołomiony. Powiedział:

— Zatem jest nieskończona liczba Wszechświatów, w których my — lub nasi odpowiednicy — montujemy urządzenie Burtona, by pobić atakujących Arkturian? I w niektórych zwyciężymy, a w niektórych zostaniemy zwyciężeni?

— To prawda. I jest nieskończona liczba Wszechświatów, oczywiście, w których wcale nie istniejemy — to znaczy nie istnieją istoty podobne do nas. Takie, w których nie istnieje człowiek. Jest, na przykład, nieskończona liczba Wszechświatów, w których dominującą formą życia są kwiaty — lub takich, w których żadna forma życia nie powstała i nie powstanie. I nieskończona liczba Wszechświatów, których postaci nie jesteśmy w stanie oddać słowem ani myślą.

Keith zamknął oczy i próbował sobie wyobrazić Wszechświaty, których nie można sobie wyobrazić. Gwałtownie otworzył je z powrotem, gdy Mekky powiedział:

— W nieskończoności muszą istnieć wszystkie możliwe kombinacje. Zatem jest nieskończona liczba Wszechświatów, w których umrzesz w ciągu następnej godziny pilotując rakietę atakującą ten gigantyczny statek z Arktura. Ponieważ będziesz ją pilotował.

— Co?!

— Oczywiście. Na własną prośbę. W ten sposób może uda ci się wrócić do swojego Wszechświata. A chcesz tam wrócić; widzę to jasno w twoich myślach. Jeśli się zdecydujesz, będziesz miał tę szansę. Jednak nie pytaj mnie, czy w tym właśnie Wszechświecie ci się to uda. Nie jestem jasnowidzem.

Keith potrząsnął głową próbując zebrać myśli. Miał jeszcze milion pytań, jakie chciał zadać. Zaczął od najważniejszego i ponownie wypowiedział to, które przyszło mu do głowy po przebudzeniu z hipnozy. Może na podstawie większego zrozumienia sytuacji odpowiedź nie wyda mu się tak niejasna jak za pierwszym razem.

— Czy mógłbyś mi jeszcze raz wyjaśnić, jak się tu znalazłem?

— Rakieta skierowana na wasz Księżyc musiała spaść na Ziemię i wylądować blisko ciebie. Prawdopodobnie w odległości kilku metrów. Maszyna Burtona zadziałała — nie była to eksplozja, chociaż niektóre skutki okazały się podobne. Jednak po przestudiowaniu problemu widzę, że efekt działania pola elektrycznego jest dość szczególny. Każdy, kto znajdzie się w centrum błysku, nie na jego skraju, nie ginie. Zostaje po prostu wyrzucony ze swego Wszechświata do innego, jednego z nieskończonej ich liczby.

— Skąd to możesz wiedzieć, skoro efekt Burtona jest dla was czymś nowym?

— Częściowo wywnioskowałem to z tego, co ci się przydarzyło. Częściowo dowiedziałem się tego dzięki analizie — o wiele bardziej wnikliwej niż ta, jaką przeprowadzono na twojej Ziemi — efektu i wzoru Burtona. Jednak już to pierwsze by wystarczyło, nawet bez naukowego uzasadnienia. Byłeś tam; jesteś tu. C.b.d.o. Ponadto w twoich myślach znalazłem wyjaśnienie, dlaczego spośród nieskończonej liczby Wszechświatów wylądowałeś właśnie w tym.

— Chcesz powiedzieć, że to nie był przypadek?

— Nic nie jest przypadkiem. Stało się tak, ponieważ akurat w momencie myślałeś o tym właśnie Wszechświecie. A właściwie o swoim fanie, Joe Doppelbergu, i zastanawiałeś się, o jakiego rodzaju Wszechświecie on marzy, jaki rodzaj Wszechświata by mu odpowiadał. I to jest to. To wcale nie oznacza, że ten Wszechświat nie jest realny, tak samo jak twój. Ani ty, ani Joe Doppelberg nie wymyśliliście tego Wszechświata. On był; egzystował. Jest to po prostu jeden z nieskończonej liczby Wszechświatów, który akurat jest taki, o jakim myślałeś w momencie błysku — a właściwie, o jakim według ciebie marzyłby Joe Doppelberg.

— Zdaje się, że teraz rozumiem — powiedział Keith. — To wyjaśnia wiele rzeczy. Takich jak: dlaczego Dziewczyny Kosmosu noszą takie stroje, jakie noszą, Joe by to wymyślił — a raczej ja uważałbym, że by to wymyślił. I…

Myślał o tylu rzeczach naraz — a wszystkie układały się w logiczną całość — że nie był w stanie wyrazić tego słowami.

Dopelle był dokładnie taki, jakim chciałby być Doppelberg. Włącznie z romantyczniej brzmiącym nazwiskiem.

Tak wiele drobnych szczegółów dawało się teraz wyjaśnić. Joe Doppelberg był w biurze Bordena podczas jego, Keitha, nieobecności. Zatem nie widział Keitha i nie wiedział, jak ten wygląda. Jednak na podstawie korespondencji stworzył sobie jego wizerunek, któremu odpowiadał Keith Winton z tego Wszechświata — wyższy, szczuplejszy od Keitha, poważniej wyglądający z powodu okularów — krótko mówiąc, typowy redaktor. Gdyby Joe widział Keitha, ten obraz zgadzałby się z oryginałem i tutejszy Keith Winton byłby bliźniaczo podobny do Keitha stamtąd. Czy też, mówiąc dokładnie, Keith zostałby przeniesiony do Wszechświata (skądinąd identycznego), w którym Keith Winton jest doń bliźniaczo podobny.

Joe Doppelberg niewątpliwie widział Betty w biurze Bordena. Nie wiedział, że pracowała tam tylko od kilku dni — więc w tym Wszechświecie nie było to prawdą. Nie wiedział o posiadłości Bordena w Greenville, więc Borden nie miał tu posiadłości w Greenville, jeżeli w ogóle jakąś miał. Powinien mieć.

Tak, wszystko pasowało — nawet zmiana wyglądu potworów na okładkach magazynów… Prawdziwie okropne BEM — y, jakich domagał się Doppelberg.

A ponadto — pod tak wielu względami — ten Wszechświat był taki, jaki mógł wymyślić nastolatek. Stare gruchoty i statki kosmiczne. Ludzie Nocy. Powietrze na Księżycu. Zwykła broń palna na Ziemi i Bóg wie jak uzbrojone statki kosmicznej floty. Księżycówka i W.B.I. I Doppelberg jako Dopelle, władca Wszechświata, oprócz wrogiego Arktura. Dopelle, supernaukowiec, twórca Mekky’ego, jedyny człowiek, który był na planetach Arktura i wrócił żywy.

Dopelle, narzeczony Betty Hadley. Oczywiście, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia w dniu, w którym zobaczył ją w biurach Bordena. I za to jedno Keith nie mógł go winić.

Wszechświat a la Doppelberg.

Keith ponownie się poprawił; Wszechświat a la Doppelberg taki, jak on, Keith, mógł wymyślić, świadomie i podświadomie. Sam Joe nie miał z tym w rzeczywistości nic wspólnego. Był po prostu Wszechświat, jaki — według Keitha — wymarzyłby sobie Doppelberg. Włącznie ze szczegółami, o jakich tamten by nie pomyślał.

Mekky miał rację; to zbyt dobrze się zgadzało, by mogło być nieprawdą.

Ludzie w wielkiej kabinie pod pomostem robili ostatnie poprawki przy urządzeniu, które montowali — urządzeniu tylko trochę przypominającym potencjomotor, który Keith widział kiedyś na ilustracji. Najwidoczniej Mekky, zrozumiawszy zasadę, uczynił go o wiele bardziej potężnym i skutecznym.

Mekky uniósł się na wysokości balkonu i zawisł nad Keithem.

— Teraz zainstalują to jako głowicę bojową w kapsule napędzanej silnikami rakietowymi — powiedział. — Nie jestem w stanie przewidzieć, jaki efekt może mieć teleportacja na pole Burtona, więc nie możemy ryzykować i instalować urządzenia na czymś większym. A nie ma czasu na eksperymenty. Ktoś — będziesz miał przywilej zostania pierwszym ochotnikiem — musi wystartować kapsułę ze statku macierzystego, tego statku, i prowadzić ją aż do chwili, gdy w aparacie Burtona nagromadzi się odpowiedni ładunek. To będzie potwornie wielki ładunek.

— Ile czasu to zajmie? — spytał Keith. Wiedział już, że zgłosi się na ochotnika.

— Minuty. Dokładnie mówiąc, maksymalny ładunek zgromadzi się w ciągu czterech minut i piętnastu sekund. Dłuższy lot rakiety nie zwiększy ani nie zmniejszy tego potencjału. Następnie rakieta musi krążyć w pobliżu statku flagowego — który będzie pierwszym celem ataku Arkturian. Kiedy ich olbrzymi statek zmaterializuje się przed nami, kapsuła musi się z nim zderzyć. Arkturiański statek będzie pozbawiony inercji; każdy statek, jaki mamy, może się z nim zderzyć i nie wyrządzić mu szkody. Żadna z naszych broni go nie tknie. Przejdzie przez szeregi naszej floty siejąc śmierć i zniszczenie — tak jak później, kiedy nas pokona — na Ziemi. Chyba że ten aparat Burtona — który jest taką samą nowością dla nas jak dla nich — zdoła go zniszczyć.

— A zdoła?

Jeśli głos Mekky’ego w ogóle mógł przybrać ponury ton, to przybrał go teraz.

— Myślę, że tak. Okaże się to, kiedy kapsuła zderzy się ze statkiem. Widzę w twoich myślach, że zgłosisz się na ochotnika, aby to zrobić — i wrócić do swego świata. To wielki przywilej. Każdy członek załóg naszej floty się zgłosi, jeśli ty nie zechcesz.

— Czy będę umiał kierować kapsułą? Nie mam pojęcia, jak to robić; nigdy nie widziałem takiej kapsuły. Czy jest trudniejsza w obsłudze niż Ehrling?

— To bez znaczenia — odparł głos Mekky’ego. — Zanim wejdziesz na jej pokład, zapiszę w twoim mózgu umiejętność obsługi. Będziesz wszystko robił odruchowo, nawet o tym nie myśląc. W ogóle to musisz wszystko wykonywać odruchowo, jeśli chcesz wrócić do swojego Wszechświata — a nie po prostu wydostać się z tego. Twojego umysłu nie może zaprzątać konieczność kierowania rakietą.

— Dlaczego?

— Ponieważ musisz skoncentrować myśli na Wszechświecie, do którego chciałbyś wrócić, przypominać sobie o nim wszystko. Mówiąc dokładnie, skoncentruj się na miejscu, w którym znajdowałeś się tydzień temu, kiedy obok ciebie wylądowała rakieta. Oczywiście niech to nie będzie ta sama chwila, niech upłynie trochę czasu od tego wydarzenia — inaczej znajdziesz się tam w samą porę, by znów przenieść się do innego Wszechświata. Swoją tygodniową nieobecność możesz wytłumaczyć amnezją wywołaną szokiem. I z Greenville możesz się udać do Nowego Jorku i do Betty Hadley — swojej Betty Hadley, jeśli zdołasz tego dopiąć.

Keith poczerwieniał lekko. Nie jest zbyt miło, kiedy ktoś czyta ci w myślach, nawet jeśli robi to sztuczny mózg.

Ludzie Dopelle’a zaczęli wytaczać gotowe urządzenie.

— Czy dużo czasu zajmie im zainstalowanie tego w rakiecie?

— Dziesięć minut lub mniej. Teraz odpręż się i zamknij oczy, Keith Wintonie. Umieszczę w twoim mózgu umiejętność obsługiwania statku, którym polecisz.

Keith Winton zamknął oczy i odprężył się.

ROZDZIAŁ XVIII

Rakieciarz

Napędzana silnikami rakietowymi kapsuła unosiła się w Kosmosie, pół miliona kilometrów od Saturna, sto kilometrów od statku flagowego ziemskiej floty. Keith widział okręt flagowy na ekranie i wiedział, że obserwuje go tam każdy, kto zdoła się dopchać do monitora.

W tej chwili — na krótko — był bohaterem tego Wszechświata. Przez ten krótki moment był większy nawet niż Dopelle. Miał dokonać tego, czego nigdy nie zdołał Dopelle — zniszczyć potęgę i moc Arkturian.

Nic, pomyślał ironicznie (popełniając mały plagiat), czego dokonał w tym Wszechświecie, nie dorówna temu, w jaki sposób go opuści.

Szczerze mówiąc, nie poczynał sobie aż tak źle. Ze ściganego szpiega, do którego strzelano bez ostrzeżenia, stał się bohaterem mogącym ocalić ludzką rasę. Tyle że nie będzie go tu, by zobaczyć, czyją ocalił, czy nie; czy efekt Burtona zniszczy statek Arkturian, czy nie; czy zabije Keitha Wintona, czy też może przerzuci go… gdzieś. Miał nadzieję, że z powrotem do jego Wszechświata.

Zastanawiał się, czy jeśli wszystko się uda, postawią mu pomnik. Czy dzień urodzin Keitha Wintona stanie się narodowym — międzynarodowym — międzyplanetarnym świętem. Jakże dziwne wyda się to temu drugiemu Keithowi Wintonowi, temu, który należał do tego świata i niewątpliwie urodził się tego samego dnia. Ludzie będą musieli nazywać jednego z nich Keithem Wintonem Drugim.

Z nieskończoności Keithów Wintonów w nieskończoności Wszechświatów i nieskończoności Wszechświatów, w których nie było żadnego Keitha Wintona, i co najmniej jednym — nie, raczej innej nieskończoności Wszechświatów — w których Keith Winton istniał, ale nie było go po katastrofie rakiety…

Jednak ten Wszechświat był realny. Przynajmniej na razie.

A on, Keith Winton, zamknięty w tej małej, cyga — rowatej rakiecie o wymiarach dziesięć metrów na dwa, może dokonać tego, co nie udało się całej flocie Ziemi.

Zastanawiał się, czy to możliwe. Jednak Mekky powiedział, że tak, a Mekky powinien wiedzieć — jeżeli ktokolwiek to wie. Nie ma się co martwić. Uda się albo nie, a jeśli nie, to nie dożyje, żeby to stwierdzić.

Sprawdził stery zataczając rakietą ciasną pętlę o średnicy zaledwie kilometra i zatrzymał się dokładnie w punkcie, w którym zaczął. Trudny manewr, ale dla niego teraz łatwy; dzięki Mekky’emu był ekspertem.

Stary Rakieciarz, pomyślał, przypominając sobie, jak podpisywał swoją rubrykę w Surprising Stories. Gdyby tylko piszący do niego fani mogli go teraz widzieć! Uśmiechnął się.

W głowie usłyszał głos Mekky’ego.

— Zbliża się. Czuję wibracje nadprzestrzeni. Przygotuj się, Keith Wintonie.

Wbił wzrok w monitor. Nieco z boku ekranu dostrzegł czarną plamkę. Dotknął sterów, naprowadził plamkę na sam środek i włączył pełny ciąg.

Czarny punkt zaczął rosnąć; z początku powoli, później coraz szybciej, aż wreszcie wypełnił cały ekran. Wypełnił sobą cały ekran, mimo że wciąż znajdował się w znacznej odległości. Musiał być potwornie wielki!

Keith dostrzegł luki strzelnicze nieprzyjacielskiego statku; wyloty broni obracały się w jego kierunku. Jednak nie będą mieli czasu na oddanie nawet jednego strzału; zderzenie miało nastąpić za ułamek sekundy.

Zaledwie ułamek sekundy!

Szybko, rozpaczliwie, próbował skoncentrować myśli na Ziemi, swojej Ziemi, i ogrodzie nie opodal Greenville w stanie Nowy Jork. Na Betty Hadley. Przede wszystkim na Betty Hadley. Na walucie w uczciwych dolarach i centach oraz nocnym życiu Broadwayu bez zamglenia. Na wszystkim, co znał i kochał.

Przez myśli przelatywał mu szereg migawkowych obrazów, jak ma się dziać (choć w rzeczywistości nie dzieje) z tonącymi. Pomyślał: Wielki Boże, dlaczego nie pomyślałem o tym wcześniej? Przecież to wcale nie musi być dokładnie taki sam świat, jaki opuściłem. Może być lepszy! Mam do dyspozycji nieskończoną liczbę Wszechświatów; mogę wybrać taki, który będzie chociaż odrobinę lepszy. Mogę wybrać Wszechświat niemal taki jak mój, tyle że… moja praca… Betty…

Rzecz jasna wszystkie te myśli nie przelatywały mu przez głowę w takiej formie, słowo po słowie, w ciągu ułamka sekundy, w którym musiał je pomyśleć. Nie były tak składne; po prostu błysk zrozumienia — co mógłby zrobić, gdyby miał czas to przemyśleć.

I wtedy, gdy rakieta uderzyła w sam środek potwornie wielkiego statku, nastąpił drugi oślepiający błysk. Zupełnie inny rodzaj oślepiającego błysku.

Znów nie odczuł żadnego przeskoku w czasie. I znów leżał rozciągnięty na ziemi, i był wczesny wieczór. Na niebie świeciły gwiazdy i Księżyc. Zauważył, że Księżyc był teraz w pierwszej kwadrze, nie w nowiu, jak w niedzielę wieczorem.

Rozejrzał się wokół. Leżał na poczerniałej i spalonej Ziemi. Niedaleko były fundamenty czegoś, co kiedyś było domem; rozpoznał znajome schodki. Rozpoznał też poczerniały kikut drzewa opodal.

Wszystko wyglądało — i powinno — tak, jakby wybuch i pożar miały miejsce co najmniej tydzień temu.

Dobrze, pomyślał. Jestem z powrotem we właściwym miejscu i czasie.

Wstał i rozprostował kości, trochę zesztywniałe po podróży w ciasnej kabinie rakiety. Wyszedł na drogę — znajomą drogę, tę samą, która biegła wzdłuż posiadłości.

Jednak nadal odczuwał niepokój. Dlaczego zaryzykował i pozwolił myślom błądzić w tym ostatnim ułamku sekundy? Zbyt łatwo mógł w ten sposób popełnić okropny błąd. A co, jeśli…?

Nadjechała ciężarówka; zatrzymał ją i zabrał się do Greenville. Kierowca był małomówny, przez całą drogę nie zamienili słowa.

Keith wysiadł na głównym placu miasta i podziękował mu.

Szybko podbiegł do stoiska z gazetami, by spojrzeć na nagłówki ostatnich gazet. „Giganci zwyciężają Łazików”, przeczytał. Odetchnął z ulgą. Uświadomił sobie, że dopóki tego nie przeczytał, pocił się ze strachu. Otarł pot z czoła i podszedł do sprzedawcy.

— Ma pan Surprising Storiesl — zapytał. To był następny sprawdzian.

— O, tutaj, proszę pana.

Spojrzał na okładkę, znajomą okładkę, i stwierdził, że dziewczyna i potwór na niej były takie, jakie powinny być, a cena podana była w centach, nie w kredytkach.

Znów odetchnął z ulgą, po czym sięgnął do kieszeni po drobne i uświadomił sobie, że nie ma żadnych. Miał tylko banknoty kredytkowe — około pięciuset siedemdziesięciu kredytek, jeśli dobrze pamiętał. Lepiej będzie ich nie wyciągać.

Zmieszany, oddał magazyn sprzedawcy.

— Przepraszam — powiedział. — Właśnie stwierdziłem, że wyszedłem z domu bez pieniędzy.

— Och, nie ma sprawy, panie Winton — powiedział tamten. — Zapłaci mi pan przy okazji. A jeśli… hmm… wyszedł pan z domu bez pieniędzy, to może panu trochę pożyczę? Czy dwadzieścia dolarów pana ratuje?

— Z całą pewnością — rzekł Keith. To powinno być więcej, niż trzeba, by dostać się do Nowego Jorku. Tylko skąd mógł go znać sprzedawca w takiej dziurze jak Greenville? Zwinął magazyn i włożył go do kieszeni, gdy tamten otwierał kasę.

— Wielkie dzięki — rzekł Keith. — Tylko… hmm… proszę dać mi dziewiętnaście osiemdziesiąt, tak żebym nie był panu jeszcze winien za magazyn.

— Jasne, zawsze to równy rachunek. O rany, cieszę się, że pana widzę, panie Winton. Myśleliśmy, że zginął pan przy upadku rakiety. Wszystkie gazety tak podawały.

— Zdaje się, że nie mieli racji — powiedział Keith. Oczywiście, pomyślał, to stąd zna mnie ten człowiek.

W gazetach z pewnością zamieszczono zdjęcie gościa Bordena, który prawdopodobnie zginął w katastrofie.

— Szczerze cieszę się, że to nieprawda — rzekł sprzedawca.

Keith schował do kieszeni resztę z dwudziestu dolarów i wyszedł. Robiło się ciemno, tak samo jak w ostatnią sobotę wieczorem. No, a teraz… co teraz? Nie mógł zadzwonić do Bordena.

Borden nie żył — albo żył w innym Wszechświecie. Keith miał nadzieję, że to drugie. Czy Bordenowie i inni, którzy byli w posiadłości, znaleźli się na tyle blisko centrum błysku, by im się to przytrafiło? Miał szczerą nadzieję, że tak.

Nieprzyjemne wspomnienia kazały mu ominąć drogerię na rogu, w której — wydawało się, że wieki temu — zobaczył swojego pierwszego purpurowego BEM — a i niemal został zastrzelony przez drogistę. Tym razem nie groziło mu to, rzecz jasna, lecz mimo to poszedł dalej, do następnej drogerii znajdującej się przecznicę dalej.

Skierował się na zaplecze i wszedł do budki telefonicznej… tak, aparat miał otwór wrzutowy. Czy spróbować połączyć się z Wydawnictwami Bordena w Nowym Jorku? Często zdarzało się, że ktoś pracował do późna. Może zastanie tam kogoś teraz. A jeśli nie, to połączenie nie będzie go wiele kosztować.

Wrócił do kontuaru z wyrobami tytoniowymi i dostał garść monet za dwa z banknotów dolarowych, które dał mu sprzedawca gazet. Ponownie wszedł do budki.

Jaki jest numer centrali międzymiastowej w Greenville? Wziął do ręki książkę telefoniczną Greenville przytwierdzoną do ściany łańcuchem — i otworzył ją najpierw na literze B. Kiedy ostatnio przeglądał taką książkę, nie znalazł w niej żadnego L.A. Bordena, który powinien w niej figurować. I to był początek jego kłopotów.

Tak więc tym razem — żeby się upewnić — szybko przesunął palcem wzdłuż kolumny, w której powinno się znajdować to nazwisko.

Nie było go. Nie było żadnego L.A. Bordena.

Na chwilę ciężko oparł się o ścianę budki i zamknął oczy. Później spojrzał jeszcze raz. Nic się nie zmieniło.

Czyżby jakiś niewyraźny zalążek myśli w ostatniej chwili zmienił wszystko i przeniósł go do Wszechświata, co nie był dokładnie taki sam jak ten, który opuścił? Jeżeli tak, to wystąpił pierwszy znak… chyba że policzyć sprzedawcę, który zwrócił się do niego po nazwisku — a to można było łatwo wyjaśnić. Jednak brak Bordena w książce?

Wyrwał z kieszeni egzemplarz Surprising Stories i otworzył go na spisie treści. Przesunął palcem po kolumnie drobnego druku do miejsca, gdzie było napisane…

Ray Wheeler, Redaktor Naczelny.

Nie Keith Winton, Ray Wheeler. Kim, do diabła, był ten Ray Wheeler?

Szybko spojrzał na nazwisko wydawcy, żeby sprawdzić, czy i ono się nie zgadza. Nie zgadzało się.

Powinno tam być napisane „Zjednoczone Wydawnictwa Bordena”.

Było napisane: „Zjednoczone Wydawnictwa Wintona”. Patrzył na to tępym wzrokiem i dopiero po pięciu sekundach uświadomił sobie, skąd zna nazwisko Winton.

Kiedy w końcu zrozumiał, że to jego własne nazwisko, znów złapał książkę telefoniczną i tym razem zajrzał pod W. W spisie figurował Keith Winton, zamieszkały przy Cedarburg Road, oraz znajomy numer: Greenville 111.

Nic dziwnego, że sprzedawca gazet go znał! A więc jednak zmienił coś w tym ostatnim ułamku sekundy! W tym Wszechświecie Keith Winton był właścicielem jednego z największych wydawnictw w kraju i miał posiadłość w Greenville. Musiał być milionerem!

To ostatnie przypomniało mu o jego pracy — i Betty.

Niemal złamał sobie palec wciskając monetę w otwór wrzutowy aparatu. Wciąż nie zdążył sprawdzić, jaki jest numer centrali międzymiastowej w Greenville, ale wykręcił zero i poprosił międzymiastową. Udało się.

— Poproszę z Nowym Jorkiem — powiedział. — I proszę, żeby międzymiastowa w Nowym Jorku sprawdziła, czy jest tam abonentka nazwiskiem Betty Hadley, i połączyła mnie z nią, jeśli jest. Proszę się pospieszyć!

Kilka minut później powiedziała mu, ile ma wrzucić, i oznajmiła:

— Łączę!

— Halo — usłyszał chłodny głos Betty.

— Betty, tu Keith Winton. Ja…

— Keith! Myśleliśmy, że… W gazetach… Co się stało?

Przemyślał to jszcze w rakiecie, tak jak sugerował mu Mekky.

— Zdaje się, że byłem blisko miejsca wybuchu, ale nie w centrum. Musiałem stracić przytomność i chociaż nie zostałem ranny, szok spowodował amnezję. Prawdopodobnie błąkałem się po okolicy, aż doszedłem do siebie. Jestem w Greenville.

— Och, Keith, to cudownie! To… po prostu brak mi słów! Przyjeżdżasz zaraz do Nowego Jorku?

— Tak szybko, jak zdołam. Jest tu małe lotnisko… tak sądzę… więc zaraz zamówię taksówkę i czarter do Nowego Jorku. Powinienem być tam za jakąś godzinę. Wyjdziesz po mnie na lotnisko?

— Czy wyjdę? Kochany — och, mój kochany! W chwilę później Keith Winton, z nieco oszołomionym i głupawym wyrazem twarzy, wypadł z budki i pognał do taksówki.

Oto, myślał po drodze, Wszechświat, jaki mi odpowiada.

KONIEC