/ Language: Polski / Genre:sf

Wędrowiec

Fritz Leiber

Na ziemskiej orbicie pojawia się, po wyjściu z nadprzestrzeni, olbrzymi obcy statek kosmiczny wielkości małej planety. Zszokowani Ziemianie obserwują jak obcy pojazd zaczyna rozwalać nasz Księżyc, wchłaniając go w siebie…

Fritz Leiber

Wędrowiec

— A może kanał międzyprzestrzenny?

— Hm… całkiem możliwe.

W jednej chwili kosmos był pusty, w następnej pełen okrętów wojennych.

Planety. Siedem planet. Tak uzbrojonych i silnych, jak mogą być tylko planety.

dr Edward E. Smith „Second Stage Lensmen”

O, Tygrysie, w gęstwinie nocy
Gorejący, jakiej mocy
Nieśmiertelna dłoń lub oczy
Mogły stworzyć twej symetrii grozę?
W jakiej głębi czy nieba oddali
Twoich oczu ogień się palił?…
I w jakim tyglu żądz twych płomień?…

William Blake W. Blake, „Tygrys”, przełożył Roman Klewin.

I widziałem, gdy otworzył szóstą pieczęć, a oto stało się trzęsienie ziemi, a słońce sczerniało jako wiór włosiany, i księżyc wszystek stał się jako krew.

A gwiazdy niebieskie padały na ziemię tak, jako drzewo figowe zrzuca z siebie figi swoje niedostałe, gdy od wiatru wielkiego bywa zachwiane.

A niebo ustąpiło jako księgi zwinione, a wszelka góra i wyspy z miejsca się swego poruszyły…

I zatrąbił trzeci anioł, i spadła z nieba gwiazda wielka, gorejąca jako pochodnia, i upadła na trzecią część rzek, i na źródła wód.

Objawienie św. Jana

Prawdziwe podróże międzygwiezdne stały się po raz pierwszy możliwe, kiedy za pomocą odpowiednio ustawionych czasowo i przestrzennie impulsów rakietowych oderwano planetę od jej naturalnej orbity i wysłano w kosmos z prędkością znacznie większą od normalnych prędkości planetarnej i gwiezdnej…

A potem nastąpiły wojny, jakie nigdy jeszcze nie miały miejsca w naszej galaktyce. Floty światów, prawdziwych i sztucznych, manewrowały między gwiazdami i niszczyły się subatomowymi promieniami dalekiego zasięgu. W miarę jak walka obejmowała dalsze obszary przestrzeni, całe układy planetarne ulegały zagładzie.

Olaf Stapledon „The Star Maker”

Rozdział 1

Opowieści o katastrofach i nadprzyrodzonych zjawiskach zaczynają się na ogół od ukazania się w rombie okna twarzy oświetlonej blaskiem Księżyca, od starych rękopisów pokrytych wyblakłym pismem albo od rozlegającego się po pustych wrzosowiskach wycia psa. Ta historia zaczęła się jednak od zaćmienia Księżyca i od czterech nowych, lśniących fotografii astronomicznych, z których każda przedstawiała pola gwiezdne i obiekt planetarny. Tylko że… coś dziwnego stało się z gwiazdami.

W chwili gdy nastąpiło zaćmienie, upłynęło dopiero siedem dni od wywołania pierwszej fotografii. Jedna z nich pochodziła z teleskopu umieszczonego na sztucznym satelicie, a pozostałe z trzech odległych od siebie obserwatoriów. Były to wyryte przez gwiazdy runy najczystszej wiedzy — stanowiły krańcowe przeciwieństwo wszelkich zabobonów, a jednak każda fotografia budziła niepokój w młodym naukowcu, który pierwszy je oglądał.

Patrząc na fotografię widział czarne kropki, które powinny były na niej się znajdować… ale widział też niewyraźne czarne zygzaki, których być nie powinno. Ogarniało go wtedy mgliste poczucie nierealności przybliżające go na chwile do jaskiniowców, czcicieli szatana i ludzi średniowiecza, żywiących lęk przed czarownicami.

Wszystkie cztery fotografie, uznane za dokumenty najwyższej wagi, dotarły do Los Angeles do Dowództwa Projektu Księżycowego przy amerykańskim lotnictwie kosmicznym — siedziby amerykańskich badań Księżyca, które ledwo dorównywały radzieckim i pozostawały daleko w tyle za radzieckimi badaniami Marsa. Toteż Dowództwo Amerykańskiego Projektu Księżycowego ogarnął niepokój, a nawet lęk, choć — jak zawsze kiedy naukowcy stają wobec spraw pozornie nadprzyrodzonych — zbywano go ironicznym śmiechem, dając jednocześnie upust bujnej wyobraźni.

Te cztery fotografie — a właściwie to, co zwiastowały — wywarły wpływ na każdą istotę ziemską, na każdy atom naszej planety. Pozostawiły głębokie bruzdy w duszy każdego człowieka.

Przez nie tysiące ludzi straciło rozum, a miliony życie. Wywarły również wpływ na Księżyc.

Możemy więc zacząć tę opowieść od czegokolwiek — od Wolfa Lonera na środku Atlantyku, od Fritza Schera w Niemczech, od Richarda Hillaryego w Somerset, od Araba Jonesa palącego skręta z marihuaną w Harlemie, od Barbary Katz w czarnym kombinezonie skradającej się przez trawnik w Palm Beach. od Sally Harris szukającej mocnych wrażeń w Nowym Jorku, od Rudolfa Brechta sprzedającego pianina w Los Angeles, od Charlie'ego Fulby prowadzącego wykład o latających talerzach, od generała Spike'a Stevens'a pełniącego obowiązki szefa w amerykańskim lotnictwie kosmicznym, od Ramy Joan Huntington interpretującej buddyzm, od Bagonga Bunga na Morzu Południowo-chińskim, od Dona Merriama w amerykańskiej bazie księżycowej, a nawet od Tigrana Biriuzowa na orbicie wokół Marsa. Moglibyśmy również zacząć od Tygryski lub od Miau, od Ragnaroka lub od prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ale ponieważ byli oni blisko pierwszego ośrodka niepokoju pod Los Angeles i ponieważ mieli odegrać w tej historii decydującą rolę, zaczniemy od Paula Hagbolta, rzecznika prasowego Projektu Księżycowego, i od Margo Gelhorn, narzeczonej jednego z czterech młodych Amerykanów, którzy odlecieli na amerykańską bazę księżycową; zaczniemy również od należącej do Margo kotki Miau, którą czekała bardzo dziwna podróż; od czterech fotografii, choć w tym czasie były one jeszcze ściśle strzeżoną tajemnicą państwową a równocześnie zagadką, nie zaś zwiastunem nieszczęścia; i od Księżyca, który miał pogrążyć się w połyskliwym mroku zaćmienia.

Wychodząc na trawnik, Margo Gelhorn ujrzała pośrodku nieba Księżyc w pełni. Satelita ziemski był wyraźnie trójwymiarowy: wyglądał jak nakrapiana, marmurowa piłka do koszykówki. Jego bladozłoty odcień idealnie pasował do tego spokojnego wieczoru wyjątkowego na zachodnim wybrzeżu.

— O, jest ta dziwka Selena — powiedziała Margo. Paul Hagbolt ukazał się w drzwiach i roześmiał się niepewnie.

— Ty zupełnie serio traktujesz Selenę jak rywalkę — rzekł.

— Do cholery, rywalka to mało. Przecież ona zabrała mi Dona — odpowiedziała stanowczo blondynka. — Zahipnotyzowała nawet Miau.

Na ręku trzymała leżącą spokojnie szarą kotkę, w której zielonych oczach Księżyc odbijał się jak dwie przybrudzone perły.

Paul również skierował wzrok na Księżyc, a właściwie na punkt przy górnym jego brzegu, nad zaciemnionym obszarem Morza Deszczów. Nie mógł dostrzec krateru Platona z amerykańską bazą księżycową, ale wiedział, że powinien znajdować się w polu widzenia.

Margo powiedziała z goryczą:

— Nie dość, że muszę patrzeć na to ohydne cmentarzysko, wiedząc, że tam jest Don, wystawiony na wszystkie niebezpieczeństwa czyhające na tym pustkowiu, ale teraz, kiedy na dodatek pomyślę o tych fotografiach astronomicznych…

— Margo! — żachnął się Paul, oglądając się odruchowo. — To jest nadal tajemnica państwowa. Nie powinniśmy o tym mówić. W każdym razie nie tutaj.

— Przez ten Projekt Księżycowy boisz się własnego cienia. Przecież nic mi prawie nie powiedziałeś…

— W ogóle nic ci nie powinienem był mówić.

— A więc o czym mamy rozmawiać? Paul westchnął.

— Słuchaj — powiedział. — Myślałem, że mamy obejrzeć zaćmienie albo może pojechać na przejażdżkę…

— Ojej, zapomniałam o zaćmieniu! Księżyc jest chyba trochę ciemniejszy. Czy już się zaczęło?

— Na to wygląda — odparł Paul. — Już zresztą czas.

— Co będzie teraz z Donem?

— Nic specjalnego. Przez jakiś czas będzie tam ciemno. To wszystko. Aha, i temperatura wokół bazy księżycowej spadnie o jakieś dwieście pięćdziesiąt stopni.

— Lodowaty podmuch z siódmego kręgu piekieł, a on mówi: „to wszystko”.

— To nie takie straszne, jakby się wydawało. Bo widzisz, temperatura w dzień wynosi tam jakieś sto pięćdziesiąt stopni — wyjaśnił Paul.

— Lodowate wiatry syberyjskie w połączeniu ze straszliwą spiekotą to dla ciebie pestka? A kiedy jeszcze pomyślę o tym drugim, nieznanym okropieństwie, sunąc/m z kosmosu w stronę Księżyca…

— Przestań! — uśmiech znikł z twarzy Paula. — Ponosi cię wyobraźnia.

— Wyobraźnia? Przecież sam mi mówiłeś o czterech astrofotografiach, na których widać było…

— Nic ci nie mówiłem — w każdym razie nic takiego, czego byś nie zrozumiała opacznie. Nie, Margo. Nie chcę już o tym mówić. Ani wysłuchiwać tych bredni. Wejdźmy do domu.

— Do domu? Kiedy Don jest na Księżycu? Będę oglądała zaćmienie aż do końca. Z szosy nadbrzeżnej, jeżeli będzie jeszcze trwało.

— W takim razie — powiedział spokojnie — weź lepiej coś cieplejszego niż ta kurtka. Teraz jest ciepło, ale noce w Kalifornii są zdradliwe.

— A noce na Księżycu nie? Potrzymaj Miau.

— Po co? Jeżeli myślisz, że wpuszczę kotkę do samochodu…

— Bo mi za ciepło w kurtce. Masz, weź kurtkę i oddaj mi Miau. A dlaczego nie chcesz, żeby z nami pojechała? Kot to też człowiek. Prawda, Miau?

— Wcale nie. To tylko piękne zwierzę.

— A właśnie, że tak. Nawet twój wielki bóg Heinlein przyznaje, że koty to obywatele drugiej klasy, nie gorsze od buszmenów lub fellachów.

— Nie obchodzi mnie ta teoria, Margo. Po prostu nie mam zamiaru wieźć kabrioletem przerażonej kotki.

— Miau nie jest przerażona. To grzeczna panienka.

— A panienki charakteryzuje spokój? Spójrz na siebie!

— Nie zabierzesz jej?

— Nie!

Księżyc, odległy zaledwie o marne czterysta tysięcy kilometrów od Ziemi, powoli wchodził w cień planety i zmieniał stopniowo kolor z bladozłotego w jasnobrązowy. Słońce, Ziemia i Księżyc ustawiały się w jednej linii. Było to już chyba dziesięciomiliardowe z kolei zaćmienie Księżyca. Doprawdy nic szczególnego, a jednak spod przytulnej pierzyny atmosfery ziemskiej po tej stronie Ziemi, gazie zapadła noc, czyli nad Atlantykiem i w obu Amerykach, od Morza Północnego po Kalifornię, od Ghany po wyspę Pitcairn setki tysięcy ludzi — obserwowało ten widok.

Prawie wszystkie inne planety znajdowały się po przeciwnej stronie Słońca — daleko, niczym ludzie ukryci na drugim końcu olbrzymiego domu.

Gwiazdy lśniły w ciemnościach jak zimne, bezdenne oczy lub jak rozświetlone okna hen na przeciwległym brzegu oceanu.

Ziemia i Księżyc były jakby samotną parą grzejącą się przy ognisku słonecznym pośród ciemnego lasu ciągnącego się przez trzydzieści dwa biliony kilometrów. Przerażające osamotnienie, szczególnie jeżeli się pomyśli, że coś nieznanego sunie po lesie, podkrada się coraz bliżej, a gdy rozsuwa czarne gałęzie przestrzeni kosmicznej, sprawia, że gwiazdy zaczynają chybotliwie migotać.

Daleko na północnym Atlantyku krople wody morskiej spadły na twarz Wolta Lonera i wyrwały go ze złego snu w samą porę, żeby przez ostatni postrzępiony prześwit wysoko na zachodzie między czarnymi chmurami zdążył zobaczyć miedzianą tarczę księżyca. Wiedział, ze to z powodu zaćmienia Księżyc jest jakby przysłonięty dymem, ale we władzy snu, zdawało mu się, że Księżyc wola o ratunek z płonącego budynku — Diana w niebezpieczeństwie. Wzburzone czarne fale i silny wiatr wydymający żagle wkrótce rozmyły i zatarły niepokojący obraz.

— Równowaga psychiczna to rytm — powiedział sam do siebie Loner; nie było żywej duszy w zasięgu jego głosu, a właściwie, o ile mu było wiadomo, to i w zasięgu trzystu dwudziestu kilometrów — tyle bowiem, według jego obliczeń, dzieliło go od Bostonu w jego samotnej wyprawie ze wschodu na zachód, którą rozpoczął w Bristolu.

Sprawdził linę między grotżaglem a sterem, która utrzymywała siedmiometrowy jacht na właściwym kursie, a następnie wsunął się tyłem do kabiny nie szerszej od trumny, żeby w cieple wnętrza uciąć dłuższą drzemkę.

Pięć tysięcy kilometrów na południe od jachtu, „Prince Charles”, luksusowy transatlantyk o napędzie atomowym, sunął jak płynący masyw skalny przez niewidzialną mgłę nakładających się na siebie fal radiowych w kierunku Georgetown w Gujanie i dalej ku Antylom. Pod klimatyzowaną, pogrążoną w ciemnościach kopułą kilka starszych osób, ziewając z powodu późnej pory, oglądało zaćmienie, a młode pary całowały się dyskretnie i trącały pieszczotliwie nogami w modnych długich, miękkich botkach, z głównej zaś sali balowej dobiegały przytłumione dźwięki przypominające daleki odgłos grzmotu — był to neojazzowy utwór oparty na motywach Wagnera. Kapitan Sithwise policzył na liście pasażerów znanych brazylijskich faszystów, z tych młodych i nieobliczalnych, i pomyślał, że pewno będzie rewolucja.

Ukryta w cieniu pod nowym molo w dzielnicy rozrywkowej Coney Island, szczupła Sally Harris trzymała ręce na szyi pod sterczącymi, trwale naelektryzowanymi włosami i uśmiechając się czekała cierpliwie, podczas gdy Jake Lesher usiłował rozpiąć jej na plecach stanik nie zsuwając eleganckiej czarnej sukienki.

— Wesołej zabawy — powiedziała — ale pamiętaj, że mamy obejrzeć zaćmienie ze szczytu dziesięciostopniowej rakiety w parku. Ze wszystkich dziesięciu szczytów po kolei.

— E, kto by tam chciał się gapić na Księżyc? To nudne, to okropnie nudne — stwierdził nieco zdyszany. — Sal, gdzie do cholery są te haftki i koniki?

— Na dnie kufra twojej babci — poinformowała go dziewczyna; zahaczyła pomalowanymi na srebrno paznokciami o dekolt — dzięki magnetycznemu zapięciu można go było powiększać lub zmniejszać zależnie od nastroju — i szarpnęła w dół.

— Magnetyczne urządzenie jest na dziobie, a nie na rufie, ty szczurze lądowy — powiedziała Sally i poruszyła wprawnie ramionami. — Widzisz! Rozumiesz teraz, dlaczego nazywa się „znikającym stanikiem”?

— Boże! — zawołał Jake — zupełnie jak świeże, gorące bułeczki. Och, Sal…

— Pobaw się — nozdrza dziewczyny rozchyliły się lekko — ale pamiętaj, że obiecałeś mnie wziąć na kolejkę górską, i bądź łaskaw ostrożnie się obchodzić z wypiekami.

Usiłując dostrzec przez gęstwinę czarnych chmur nad Nikaraguą metaliczną powierzchnię jeziora Managua, don Guillermo Walker siedząc w samolocie doszedł do wniosku, że bombardowanie podczas zaćmienia warowni el presidente było pomysłem czysto teatralnym, rozpaczliwą improwizacją, równie absurdalną jak to, że w trzecim akcie „Decyzji algierskiej” głównej bohaterce, Jean, kazano być nagą pod przezroczystym negliżem, co jednak nie uratowało sztuki przed całkowitym fiaskiem.

Okazało się, że w czasie zaćmienia zapada niepełny mrok i trzy myśliwce el presidente w ciągu kilku sekund mogłyby podziurawić na sito tę starą maszynę, kończąc tym samym Rewolucję Najlepszych, a przynajmniej udział w tym przedsięwzięciu don Guillerma Walkera, samozwańczego potomka:i kontynuatora tradycji niegdysiejszego Williama Walkera, który w połowie dziewiętnastego wieku uprawiał korsarstwo w Nikaragui.

Nawet gdyby udało mu się wyskoczyć z samolotu na spadochronie i tak by go złapano. Podejrzewał, że nie wytrzymałby obrabiania kijem elektrycznym używanym do pędzenia bydła i wrzeszczałby jak trzyletnie dziecko. Za jasno, za jasno!

— Ty nędzny aktorzyno! — krzyknął don Guillermo do uparcie świecącego Księżyca. — Nie możesz zejść ze sceny?

Trzy tysiące kilometrów od Wolfa Lonera i otaczających go czarnych chmur, nie opodal ciemnych zarysów eksperymentalnej elektrowni pływowej w Severn, poeta walijski, Dai Davies, pełen energii, choć pijany w dym, pomachał na dobranoc okopconemu Księżycowi, który opadał do bezchmurnego Kanału Bristolskiego za cyplem Portishead, gdy tymczasem pierwszy brzask gasił na niebie gwiazdy.

— Spij smacznie, Kopciuszku — zawołał Dai — umyj twarz i idź spać, ale jutro masz koniecznie wrócić!

Zupełnie trzeźwy Richard Hillary, chorowity powieściopisarz angielski, wtrącił z przekąsem:

— Tak to mówisz, Dai, jakbyś się bał, że już nigdy nie wróci, — Wszystko może się zdarzyć, mój Ricky — odpowiedział złowieszczo Dai, — Za mało myślimy o Księżycu.

— Ty myślisz o nim aż za dużo — odciął się Richard — wciąż tylko czytasz powieści fantastycznonaukowe. Rzygać się chce!

— Ach, literatura fantastycznonaukowa to dla mnie jak jedzenie i picie, no, przynajmniej jedzenie. Rzygać się chce? Pewnie przypomniał ci się smok z „Królowej Wieszczek” i wyobraziłeś sobie, jak najpierw wypluwa książki znienawidzone przez Spensera, a potem dzieła zebrane H. G. Wellsa, Arthura C. Clarkea i Edgara Ricea Burroughsa?

— Literatura fantastycznonaukowa jest równie bezwartościowa, jak wszystkie formy sztuki, które zajmują się raczej zjawiskami niż ludźmi — stwierdził Richard bliski irytacji. — Ty, Dai, powinieneś o tym wiedzieć. Przecież Walijczycy są życzliwi i serdeczni.

— Nie. Są nieczuli jak drewno — rzekł z dumą poeta. — Nieczuli jak ten oto Księżyc, który ma dla naszej planety znacznie większe znaczenie, niż kiedykolwiek będziecie w stanie zrozumieć, wy, sentymentalni heretycy, potomkowie Saksów i Normanów, pijacy pochrapujący w knajpach, zdegenerowani i mający obsesję humanitaryzmu.

Ruchem ręki wskazał elektrownię.

— Energia prosto od Mony.

— Dawidzie — nie wytrzymał wreszcie powieściopisarz. — Doskonale wiesz, że to cudo zbudowano tylko po to, żeby zatkać usta ludziom takim jak ja, przeciwnym — z obawy przed bombą — wszelkiemu stosowaniu energii atomowej, i proszę cię, nie nazywaj Księżyca Moną — to etymologia ludowa. Mona to wyspa walijska — inaczej Anglesey — nie ma natomiast walijskiego Księżyca. Dai wzruszył ramionami i dalej patrzył na blady, zachodzący Księżyc.

— Mona to ładne imię, a to jest najważniejsze. Cała cywilizacja to tylko smoczek, którym się zatyka usta niemowlęciu zwanemu ludzkością. A poza tym — dodał, uśmiechając się drwiąco — na Księżycu są przecież ludzie.

— Owszem — odparł chłodno Hillary. — Czterech Amerykanów i nieznana, ale niewielka liczba Rosjan. Zanim zaczniemy trwonić miliardy na podróże kosmiczne, powinniśmy zlikwidować nędzę i cierpienie.

— A jednak na Monie są ludzie zmierzający ku gwiazdom.

— Czterech Amerykanów. Mam więcej szacunku dla tego Lonera z Nowej Anglii, który w zeszłym miesiącu wypłynął z Bristolu na swojej łodzi. On przynajmniej nie twierdzi, że od sukcesu jego wyprawy zależy przyszłość świata.

Dai, wciąż patrząc na zachód, wyszczerzył zęby.

— Pal diabli Lonera, ten bezsensowny anachronizm! Pewno dawno utonął i ryby go pożarły. Ale Amerykanie piszą świetne książki fantastycznonaukowe i budują statki kosmiczne niewiele gorsze od radzieckich. Dobranoc, kochana Mono! Wróć z brudną twarzyczką, ale wróć koniecznie.

Rozdział 2

Przez panoramiczny otwór w hełmie wypukłym jak kapelusz grzyba, wciąż do połowy spolaryzowany, żeby chronić oczy przed blaskiem słonecznym, porucznik Don Merriam z amerykańskiego lotnictwa kosmicznego obserwował, jak ostatni kolisty skrawek Słońca, zamglony już przez atmosferę ziemską, znika za solidną płaszczyzną ojczystej planety.

Ostatnie smugi pomarańczowego światła z niesamowitą wprost dokładnością przypominały Donowi, jak w zimie Słońce o zachodzie kryło się w plątaninie czarnych gałęzi nagich drzew nie opodal farmy w Minnesocie, na której Don spędził dzieciństwo.

Odwracając głowę w prawo, w stroną miniaturowego pulpitu sterowniczego, językiem nacisnął guzik, żeby zmniejszyć polaryzację. („Drogi do planet bez atmosfery utorują ludzie i długimi, giętkimi językami” — powiedział kiedyś komandor Gompert. „Może lepiej mrówkojady?” — podsunął Dufresne).

Na niebie wystrzeliły setki gwiazd — noc na pustyni zwielokrotniona, usiana cekinami. Perlista czupryna Słońca zlewała się z Drogą Mleczną.

Ziemię otaczał czerwony pierścień — światło słoneczne załamane przez gęstą atmosferę planety — który miał pozostać do końca zaćmienia. Pierścień, jaskrawy przy samej skorupie, przygasał o jedną czwartą średnicy Ziemi dalej, ale najjaśniejszy był przy tej krawędzi, za którą przed chwilą znikło Słońce.

Don nie zdziwił się, że środkowy obszar Ziemi jest czarniejszy, niż kiedykolwiek zdarzyło mu się widzieć. W trakcie zaćmienia mleczna poświata Księżyca nie padała na Ziemię.

Don kucał lekko odchylony do tyłu i opierał się na lewej ręce — w tej pozycji lepiej mógł obserwować Ziemię, znajdującą się w połowie drogi do zenitu. Teraz jednak odepchnął się jedną ręką, a ruch ten, dopasowany do ospałej grawitacji Księżyca, wystarczył, żeby mężczyzna wstał. Don rozejrzał się dookoła.

Światło gwiazd i blask pierścienia nadały miedziany odcień ciemnoszarej równinie pokrytej miękkim pyłem sproszkowanego pumeksu i ferrytów magnetycznych.

Ongi, kiedy Cromwellowska Armia Nowego Wzoru rządziła Anglią, Heweliusz nazwał ten krater Wielkim Czarnym Jeziorem. Ale nawet w pełnym świetle Don nie zdołałby ujrzeć ścian Platona. Ten niemal półtorakilometrowej wysokości naturalny, kolisty wat, pięćdziesiąt kilometrów na wschód, północ, południe i zachód od Dona, według kierunków na Księżycu, ukryty był za wygięciem powierzchni Księżyca, powierzchni znacznie bardziej chropowatej niż ziemska.

Ten sam zawężony horyzont przysłaniał dolną część stacji księżycowej znajdującej się zaledwie sto metrów od Dona. Przyjemnie było widzieć między ciemną równiną a polem gwiezdnym pięć małych błyszczących iluminatorów — a obok nich na tle gwiazd zarysy ściętych stożków trzech statków kosmicznych, stojących na trójnożnych podstawach.

— Jak się czujesz w tych egipskich ciemnościach? — odezwał się w słuchawce cichy głos Johannsena. — Odbiór.

— Ciepło i przytulnie. Nasza kochana Luna cię pozdrawia — odpowiedział Don. — Odbiór.

— A temperatura?

Kosmonauta spojrzał przez otwór w hełmie na powiększone, fluoryzujące tarcze.

— Spadła poniżej dwustu stopni Kelwina — oznajmił, podając niemal dokładny odpowiednik siedemdziesięciu trzech stopni poniżej zera w skali Celsjusza.

— System SOS działa? — dopytywał Johannsen.

Don nacisnął językiem guzik i w hełmie rozległo się ciche, melodyjne buczenie.

— Głośno i wyraźnie, drogi kapitanie — powiedział wesoło.

— Słyszę — zapewnił go kwaśno Johannsen. Don wyłączył językiem aparat.

— Zebrałeś już plony? — padło następne pytanie. Johannsen miał na myśli małe, podtrzymywane na prętach kanistry, regularnie wystawiane na zewnątrz w różnych odległościach od stacji i zbierane po to, żeby sprawdzić przemieszczanie się pyłu księżycowego i innych substancji, między innymi specjalnie znaczonych atomów.

— Jeszcze nie naostrzyłem kosy — odparł Don.

— Nie śpiesz się — poradził mu Johannsen i z porozumiewawczym chrząknięciem wyłączył się. Rozmieszczanie i zbieranie kanistrów, jak obaj dobrze wiedzieli, stanowiło przede wszystkim pretekst do wystania któregoś z kosmonautów poza obręb stacji podczas największego zagrożenia wstrząsami sejsmicznymi — to znaczy wtedy, kiedy Ziemia i Słońce tak jak teraz przyciągały Księżyc od tej samej strony albo z dwóch przeciwnych stron, co miało nastąpić za dwa tygodnie. Sadzono, że skoro siła grawitacji wywołuje trzęsienie ziemi, może też powodować wstrząsy sejsmiczne na Księżycu. W bazie księżycowej nie notowano dotąd żadnych większych wstrząsów, jedynie leciutkie drgania, podczas których wahadło sejsmografu przytwierdzonego do pokrytej pyłem skały pod stacją prawie wcale się nie poruszało; mimo to Gompert postanowił wysyłać kogoś ze stacji na kilka godzin co dwa tygodnie — w „nowiu Ziemi” i „pełni Ziemi” (to jest w czasie pełni lub w nowiu Księżyca, według terminologii ziemskiej, albo po prostu podczas pływów syzygijnych). Toteż gdyby zaszło coś nieprzewidzianego i stacja została poważnie uszkodzona, ktoś jednak mógłby się uratować.

Był to jeden z wielu przemyślnych środków ostrożności, jakie podjęto w bazie księżycowej w celu bezpieczeństwa. Ponadto miało się dobry, systematyczny sprawdzian wytrzymałości kombinezonów i zdolności personelu do pracy w pojedynkę.

Kosmonauta znów podniósł oczy i spojrzał na Ziemię. Otaczający ją pierścień stał się znacznie bardziej regularny. Nie mógł dojrzeć w ciemnym kole żadnego zarysu, chociaż wiedział, że wschodnia część Pacyfiku i obie Ameryki znajdują się po lewej stronie, Atlantyk zaś i zachodnie wybrzeża Afryki i Europy po prawej. Pomyślał o kochanej, nierozważnej Margo i o poczciwym nerwusie Paulu, ale doprawdy nawet i oni wydali mu się w tej chwili czymś nieistotnym — małymi żuczkami snującymi się pod korą atmosfery ziemskiej.

Spojrzał w dół — stał na lśniącej bieli. Powierzchnia Księżyca nie była w rzeczywistości biała, ale Don miał wrażenie, że świeżo spadły śnieg w Minnesocie, połyskujący w blasku gwiazd, został tu odtworzony z diabelską precyzją. Dwutlenek węgla ustawicznie wydobywający się przez miałki pumeks i ferryty z dna Platona skrystalizował się w suche płatki, które tworzyły się bezpośrednio na warstwie pyłu lub od razu na nią opadały.

Don uśmiechnął się, czując się przez chwilę bliższy życiu na Ziemi. Luna jeszcze nie stała się dla niego matką — daleko jej było do tego — ale zaczynała z lekka przypominać oziębłą starszą siostrę.

Orzeźwiające morskie powietrze owiewało samochód, którym Paul Hagbolt, Margo Gelhorn i kotka Miau jechali szosą wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. W regularnych odstępach czasu wyłaniał się w blasku reflektorów podniszczony żółty znak drogowy, rósł, aż wreszcie ukazywał wyraźnie napis „Teren zagrożony” lub „Uwaga lawiny”, po czym znikł w ciemnościach nocy. Szosa biegła po wąskim paśmie między plażą a niemalże pionowym, trzydziestometrowym urwiskiem skalnym, którego nawarstwienia wskazywały na bardzo wczesną erę geologiczną — skamieniały muł, piasek, żwir i inne osady — choć gdzieniegdzie sterczały większe kamienie.

Margo siedziała bokiem z podkurczonymi nogami, żeby móc lepie] obserwować przydymiony, miedziany Księżyc. Wiatr rozwiewał jej włosy. Na kolanach miała rozłożoną kurtkę, na której zwinięta w szary kłębek Miau spała smacznie, a przynajmniej doskonale udawała, że śpi.

— Zbliżamy się do Vandenberau Dwa — powiedział Paul. — Moglibyśmy obejrzeć Księżyc przez tamtejszy teleskop.

— Czy Morton Opperly tam jest? — zapytała Margo.

— Nie — odparł z lekkim uśmiechem Paul. — Ostatnio przebywa w Dolinie, w Vandenberau Trzy, i odgrywa wielkiego czarownika przed innymi teoretykami.

Margo wzruszyła ramionami i spojrzała w górę.

— Kiedy wreszcie Księżyc zniknie nam z oczu? — spytała. — Jest już ciemniejszy, ale wciąż po widać.

Paul wytłumaczył jej, dlaczego pierścień błyszczy.

— Ale jak długo trwa zaćmienie? — spytała, a kiedy Paul odpowiedział, że dwie rodziny, zaprotestowała:

— Myślałam, że to trwa kilka sekund. Wszyscy się denerwują, aparaty fotograficzne wypadają im z rąk, a tu już koniec.

— Tak się dzieje podczas zaćmienia Słońca — i to kiedy zaćmienie jest pełne.

Margo uśmiechnęła się i usiadła wygodniej.

— Opowiedz mi teraz o fotografiach gwiazd — poprosiła. — Nikt cię tutaj nie podsłucha. A ja jestem już znacznie spokojniejsza. Przestałam się martwić o Dona — po prostu znajduje się pod złocistą osłoną zaćmienia, a to mu niczym nie grozi.

Paul zawahał się.

Dziewczyna znów się uśmiechnęła. — Przyrzekam ci, że nie będę się denerwować. Chcę tylko zrozumieć, o co chodzi.

— Nie mogę obiecać, że coś zrozumiesz — odpowiedział. — Nawet wielkie sławy astronomiczne robiły tylko mądre miny i mruczały pod nosem. Opperly też.

— Więc jak?

Paul wyminął obsunięte grudki żwiru i zaczął:

— Fotografie gwiezdne ogląda się zazwyczaj dopiero po latach, czasem w ogóle się ich nie ogląda, ale nasi w Biurze Projektu Księżycowego umówili się z kumplami z obserwatoriów, żeby ci im przekazywali zdjęcia, jeżeli będzie na nich coś niezwykłego. Mieliśmy fotografie już dzień po zrobieniu.

— Dodatek nadzwyczajny do atlasu gwiezdnego? — roześmiała się Margo.

— Właśnie! Pierwsza fotografia nadeszła tydzień temu. Przedstawiała pole gwiezdne i Plutona. Ale coś się stało podczas naświetlania i gwiazdy wokół Plutona znikły albo zmieniły pozycje. Sam widziałem tę fotografię — tam, gdzie najbardziej jaskrawe gwiazdy przy Plutonie zmieniły pozycję, zostały trzy niewyraźne wężyki. Czarne wężyki na białym tle, astronomowie oglądają tylko negatywy.

— Ściśle tajne — rzekła uroczystym tonem Margo. — Paul! — krzyknęła nagle. — W dzisiejszej gazecie był artykuł o człowieku, który twierdził, że widział, jak niektóre gwiazdy wirowały. Zapamiętałam tytuł artykułu: GWIAZDY SIĘ RUSZAŁY — MÓWI LEWOSTRONNY KIEROWCA.

— Czytałem ten artykuł — powiedział Paul i uśmiechnął się kwaśno. — Facet jechał kabrioletem i miał wypadek. Mówił, że tak go te gwiazdy zafascynowały. Okazało się, że był pijany.

— Tak, ale poparli go ludzie, z którymi jechał. A potem inni dzwonili do planetarium, meldując o tym samym.

— Wiem, do Biura Projektu Księżycowego też dzwonili — rzekł Paul. — Zwykła masowa sugestia. Słuchaj, Margo, fotografię, o której ci mówiłem, zrobiono tydzień temu, a zjawisko można było dostrzec jedynie za pomocą niezwykle silnego teleskopu. Nie zawracajmy sobie głowy tym, co piszą gazety — zawsze w nich pełno bzdur typu latające talerze. A więc, mamy zdjęcie Plutona, przedstawiające trzy niewyraźne wężyki pozostawione przez gwiazdy. Ale słuchaj — Pluton wcale nie zmienił swojego miejsca! Na negatywie był czarną kropką!

— Co w tym takiego dziwnego?

— Zazwyczaj nikogo nie dziwi światło gwiazd ani nawet lekkie drżenie gwiazd. Powoduje to atmosfera ziemska, tak jak w upalny dzień powoduje drżenie wzgórz — właśnie dlatego gwiazdy w ogóle migoczą. Ale w tym wypadku to, co zniekształciło światło gwiazd, musiało się znajdować za Plutonem. Po tej stronie gwiazd, ale za Plutonem.

— Jak daleko jest Pluton?

— Czterdzieści razy dalej od Ziemi niż Słońce.

— A co mogło zniekształcić światło gwiazd?

— To właśnie starają się rozgryźć nasi spece. Może jakieś pole elektryczne lub magnetyczne, ale musiałoby być niezwykle silne.

— No a co z innymi fotografiami? — zapytała Margo. Paul zamilkł na chwilę i wyprzedził warczącą ciężarówkę.

— Druga fotografia, zrobiona cztery noce temu przez naszego astrosatelitę i przesłana na Ziemię przez nadajnik telewizyjny, to właściwie ta sama historia, tylko że tym razem chodzi o Jowisza i pole zniekształceń jest większe.

— A więc to, co spowodowało zniekształcenie światła gwiazd, musiało być bliżej?

— Może. Ale warto dodać, że księżyce Jowisza nie zmieniły pozycji. Trzecia fotografia, którą oglądałem przedwczoraj, przedstawiała Wenus i jeszcze większe pola zniekształceń. Ale tym razem sama planeta zatoczyła wielki łuk.

— Jakby światło przesunęło się na tę stronę Wenus?

— Tak. Między Wenus a Ziemię. Oczywiście tym razem przyczyną mogły być drgania atmosfery, ale nasi sądzą, że to raczej wątpliwe.

Paul umilkł, — No — nalegała Margo — mówiłeś, że były cztery fotografie.

— Czwartą zobaczyłem dzisiaj — powiedział ostrożnie. — Zrobiona tej nocy. Jeszcze większe pole zniekształceń. Tym razem widać było skrawek Księżyca. Obraz Księżyca pozostał nie zmieniony.

— Paul! Na pewno właśnie to widział ten facet prowadzący wóz. To było dziś w nocy.

— Nie wydaje mi się — odpowiedział Paul. — Gołym okiem prawie wcale nie można dostrzec gwiazd w pobliżu Księżyca. Poza tym relacje laików nie mają żadnego zmoczenia.

— A jednak wygląda na to, jakby coś się skradało coraz bliżej Księżyca. Najpierw Pluton, potem Jowisz, następnie Wenus, za każdym razem coraz bliżej.

Szosa skręcała na południe i miedziany Księżyc towarzyszący im w drodze zawisł teraz nisko nad Pacyfikiem.

— Poczekaj, Margo — zaprotestował Paul, podnosząc na chwilę lewą rękę znad kierownicy. — Mnie to samo przyszło na myśl, więc spytałem Van Brustera, co o tym sądzi. Twierdzi, że to całkiem nieprawdopodobne, żeby tylko jedno pole wędrujące po kosmosie spowodowało wszystkie cztery zniekształcenia. Przypuszcza, że w grę wchodzą cztery nie związane ze sobą pola — toteż nie ma mowy o tym, żeby coś się podkradało do Księżyca. Co więcej, Van Bruster twierdzi, że wcale go nie zdziwiły te fotografie. Mówi, że astronomowie od lat wiedzieli o teoretycznej możliwości istnienia takich pól, a że dopiero teraz uzyskujemy na to dowody, to nie przez przypadek, ale dzięki zastosowaniu po raz pierwszy w tym roku elektronicznie wzmacnianych teleskopów i błyskawicznych emulsji fotograficznych. Zniekształcenia można uchwycić na fotografiach migawkowych, natomiast nie byłoby ich widać przy robieniu zdjęć na czas.

— A co Morton Opperly o tym sądzi? — spytała Margo.

— On nic… Zaraz, czekaj, to właśnie on nalegał, żeby ustalić trasę zniekształceń od Plutona do Księżyca. Hej, minęliśmy szosę górską. Nowa, wspaniała droga przez góry Santa Monica do Vandenbergu Trzy, gdzie obecnie przebywa Opperly.

— Czy ta trasa biegnie po linii prostej? — spytała Margo, nie pozwalając mu zmienić tematu.

— Nie. To najbardziej zygzakowata linia, jaką można sobie wyobrazić.

— Ale czy Opperly coś powiedział? — nalegała dziewczyna.

Paul zawahał się, ale po chwili rzeki:

— Roześmiał się cicho i powiedział coś w tym rodzaju: „Jeżeli ich celem jest Ziemia albo Księżyc, to z każdym strzałem są coraz bliżej”.

— Widzisz? — zawołała z satysfakcją Margo. — Widzisz? Cokolwiek to jest, celuje w planety!

Barbara Katz, młoda poszukiwaczka przygód i gorąca miłośniczka literatury fantastycznonaukowej, cofnęła się na trawnik i ukryła za grubym pniem palmy z dala od latarni ulicznych Palm Beach i światła latarki policjanta, nim zimny, jasny promień zdążył na nią paść. Podziękowała Mentorowi, bogowi science-fiction, że kupione dawno temu, wysokie, obcisłe buty, które ma na nogach pod czarnym kombinezonem, są również czarne — modny pastelowy kolor rzucałby się w oczy nawet i bez światła latarki. Torba linii lotniczych Black Bali Jetline, przewieszona przez ramię, też była czarna. O twarz i ręce mogła się nie martwić — była tak śniada, że wtapiała się w mrok nocy, a w ciągu dnia brano ją za Mulatkę. Barbara nie była rasistką, ale czasem żałowała, że tak szybko opala się na ciemny brąz.

Jeszcze jedno brzemię, które naród żydowski musi dźwigać bez szemrania — tak by powiedział jej ojciec, który by jednak nie pochwalał tego, że odważna dziewczyna poluje na milionerów w ich siedlisku na Florydzie, którą okupują wespół z aligatorami. Nie pochwalałby również tego, że ma bikini w pożyczonej torbie.

Policjant skierował latarkę na krzaki po przeciwnej stronie ulicy i dziewczyna sprężystym krokiem przebiegła przez trawnik. Doszła do wniosku, że właśnie z tego domu widziała błysk lornetki, kiedy się kąpała ukradkiem o zachodzie słońca.

Im bliżej była domu, tym gęstsze otaczały ją ciemności. Obchodząc następną palmę, usłyszała pomruk małego silnika elektrycznego i o mało nie wpadła na postać w białym garniturze, wpatrującą się w okular wielkiego białego teleskopu, który stał na białym trójnogu i skierowany był w niebo.

Postać wstała, przechylając się na bok tak, jakby człowiek w białym garniturze podpierał się laską, a drżący głos znad garnituru zapytał:

— Kto tam?

— Dobry wieczór — odpowiedziała Barbara najmilej i najuprzejmiej, jak potrafiła. — Pan mnie chyba zna. To ja się przebierałam w czarne bikini w żółte paski. Czy mogę razem z panem obejrzeć zaćmienie?

Rozdział 3

Paul Hagbolt patrzył na wzgórza, koło których szosa nadbrzeżna skręcała w stronę lądu i pięła się pod górę. Za najbliższym zakrętem, między szosą a morzem, majaczył stumetrowy płaskowyż z Vandenbergiem 2, siedzibą Projektu Księżycowego i najnowszą bazą amerykańskiego lotnictwa kosmicznego, służącą jednocześnie za wyrzutnię rakietową i lądowisko. Stacja kosmiczna, otoczona drucianą siatką z kilkoma ciemnoczerwonymi światłami błyszczącymi na ciągnącym się w nieskończoność dachu, górowała tajemniczo nad obszarem między szosą a oceanem — złowieszcza twierdza przyszłości.

Przejeżdżali przez płaski betonowy most nad zalewem: koła samochodu zadudniły głośno i Margo nagle się wyprostowała. Miau drgnęła przestraszona. Dziewczyna obejrzała się.

— Paul, zatrzymaj się — poprosiła.

— Co się stało? — zapytał nie zwalniając. Szosa zaczęła się piąć pod górę.

— Mogłabym przysiąc — powiedziała Margo, wciąż odwrócona do tyłu — że widziałam tablicę z napisem,,Latające talerze”.

— Latające talerze? Może to reklama nowych hamburgerów. W końcu mają taki sam kształt — stwierdził Paul.

— Nie, nie widziałam tam żadnego motelu ani baru. Tylko mały, biały znak. Tuż przed zalewem. Zawróćmy. Chciałabym zobaczyć, co tam jest.

— Jesteśmy prawie w Vandenbergu Dwa — zaoponował Paul. — Nie chcesz obejrzeć przez teleskop zaćmienia, póki jeszcze czas? Moglibyśmy też obejrzeć krater Platona, trzeba by tylko podnieść dach i zostawić Miau w samochodzie. Do Vandenbergu nie wolno wprowadzać zwierząt.

— Nie mam ochoty — powiedziała Margo. — Dosyć już mam okazywanej mi przez nich uprzejmości. A poza tym nie cierpię wszelkich instytucji, które nie chcą uznać, że koty to ludzie!

— No dobrze już, dobrze — roześmiał się Paul.

— Zawracajmy. Z tej strony lepiej będzie widać Księżyc.

Paul robił, co mógł, żeby minąć niepostrzeżenie białą tabliczkę, ale Margo kazała mu stanąć.

— To tutaj! Przy zielonej lampie! Zatrzymaj się! Kiedy samochód zjechał na wyboiste pobocze, Miau usiadła, przeciągnęła się i bez większego zainteresowania rozejrzała się dokoła.

Wzdłuż plaży biegła droga — szosa bowiem przy samym cyplu skręcała pod górę w stronę lądu, najpierw ku niewielkim wzniesieniom, a potem na płaskowyż Vandenberg 2.

Po jednej stronie drogi wisiała migocąca lampa naftowa, której płomyk osłonięty był zielonym szkłem. Po drugiej stronie w świetle reflektorów widać było białą tabliczkę ze starannie wykonanym czarnym napisem: „Latające talerze — sympozjum”.

— Coś takiego może się zdarzyć tylko w południowej Kalifornii — pokręcił głową Paul.

— Chodź, zobaczymy, co się tam dzieje — poprosiła Margo.

— Za nic w świecie! — zdenerwował się Paul. — Ty nie cierpisz Vandenbergu Dwa, a ja nie cierpię fanatyków latających talerzy.

— Ależ Paul, to nie wygląda na zebranie fanatyków — upierała się dziewczyna. — To ma pewien szyk. Spójrz, jak ten napis jest pięknie wykaligrafowany.

Wzięła na ręce Miau i wysiadła z samochodu, żeby się lepiej przyjrzeć tabliczce.

— Zresztą, nie wiemy, czy zebranie jest dziś! — zawołał za nią Paul. — Może było po południu albo nawet tydzień temu. Kto wie? Nie widać żadnych świateł, żadnych oznak życia.

On również wysiadł z samochodu.

— Zielona lampa świadczy o tym, że jest dzisiaj! — zawołała Margo, która wciąż stała przy tablicy. — Chodźmy tam, Paul.

— Zielona lampa pewnie nie ma z tym nic wspólnego. Margo odwróciła się do Paula i w blasku reflektorów pokazała mu czarny palec.

— Farba jeszcze nie wyschła — powiedziała.

Księżyc zapadał się coraz niżej w cień Ziemi, zbliżając się do swojego miejsca na linii łączącej trzy ciała niebieskie. Jak zawsze Księżyc i Słońce, choć Słońce ze znacznie mniejszą siłą, niewidzialnymi mackami grawitacji przyciągały planetę znajdującą się pośrodku — napinając skorupę ziemską i jej twarde ja(k z żelaza wnętrze, powodując zarówno olbrzymie, jak i drobne trzęsienia ziemi oraz wprawiając wody oceanów i mórz, zatok i kanałów, cieśnin i przesmyków, jezior i rzek w powolny, choć zróżnicowany rytm przypływów i odpływów, których pojedyncze wibracje są niewiele dłuższe od dnia lub nocy.

Po przeciwległej stronie kuli ziemskiej Bagong Bung, któremu krople potu spływały spod brudnego turbanu na śniade ramiona i pierś, krzyknął do swojego pomocnika i przyjaciela, skąpo ubranego Australijczyka, żeby wyłączył silnik ich kutra „Machan Lumpur”. Jeżeli się pospieszą, zdążą dopłynąć do niewielkiej zatoki na południe od DonSon, zanim trzymetrowa fala przypływu zepchnie ich na mieliznę — tu w Zatoce Tonkińskiej nieujarzmiony potężny przypływ następuje raz na dwadzieścia cztery godziny. Może się nimi zainteresować patrolujący helikopter, jeżeli będą czekać przy wejściu do zatoki, zamiast wpłynąć do niej i dostarczyć broń i leki antykomunistycznemu podziemiu wietnamskiemu — a następnie popłynąć do Hanoi z głównym ładunkiem (również broni i leków) dla komunistów.

Woda przy dziobie uspokoiła się: zardzewiały kuter kołysał się teraz pośrodku szerokiej na trzysta kilometrów zatoki, która błyszczała jak jezioro roztopionego mosiądzu. Bagong Bung stał z ręką opartą o mosiężną oprawę lunety wetkniętej za pas i mrużąc oczy wpatrywał się w lśniący horyzont — nie zaprzątał sobie jednak głowy zaćmieniem, bo po pierwsze, było teraz południe, a po drugie, Księżyca i tak nie było tu widać. Jeżeli chodzi o ścisłość, to mały Malajczyk, jego wysłużony statek (na którym ciążył dług hipoteczny zaciągnięty u bankierów chińskich) i ciepła woda morska znajdowały się po drugiej stronie Ziemi, a słońce przypiekające mu turban, gdyby tylko mogło przenikać przez planetę, parzyłoby stopy milionom ludzi na przeciwległym kontynencie.

Bagong Bung rozmyślał o setkach zatopionych wraków leżących na dnie płytkich wód na południe i na wschód od jego kutra i o bogactwach, jakie z nich wydobędzie, kiedy zgromadzi dość pieniędzy z obrzydłego mu już przemytu, żeby kupić sprzęt i opłacić nurków.

Don Guillermo Walker pomyślał, że skupisko zamglonych światełek, nad którymi przed chwilą przeleciał, to na pewno Metapa. Ale ponieważ jego umiejętności astronawigacyjne nie przerastały jego zdolności aktorskich, z czasów gdy grywał w Europie role szekspirowskie, to równie dobrze mógł się znajdować nad półwyspem Zapata lub nad La Libertad, i co wtedy? Może to i lepiej; jeżeli ominie cel, ominą go tortury. Brodę i policzki miał zroszone potem.

Powinien był się ogolić — pomyślał. Jeżeli da się złapać, oprawcy wsadzą go do rozgrzanej celi i tam będą mu wymachiwać pod nosem kijem elektrycznym, a widząc brodę, uznają go za zwolennika Fidela Castro, za komunistę, a kartę skrajnie prawicowej organizacji politycznej im. Johna Bircha za sfałszowaną. Spalić mu la barba za pomocą la electricidad!

— A niech cię diabli, przez ciebie się w to wpakowałem, ty żigolaku w czarnych slipach, ty męska dziwko! — krzyknął don Guillermo do przydymionego, pomarańczowego Księżyca. Transatlantyk „Prince Charles” i jacht Lonera „Wytrwały” wciąż płynęły w przeciwne strony po ciemnych wodach Atlantyku. Większość młodych pasażerów w obcisłych, miękkich botkach poszła spać — jedni wtulili się w kołdry, inni w ramiona kochanków i tylko kapitan Sithwise pełnił wachtę na mostku. Czuł dziwny niepokój. Mówił sobie, że to z powodu tych brazylijskich powstańców na pokładzie: ta nowa banda wywrotowców postępowała w sposób zupełnie nieodpowiedzialny — jakby stale pili eter.

Wolf Loner kołysał się na falach morza, a półtorakilometrowa warstwa słonej wody służyła mu za miękką poduszkę. Gęsta mgła, na której wschodni skraj wpłynął jacht „Wytrwały”, okazała się niezwykle rozległa — ciągnące się za nią smugi sięgały do Edmonton i Wielkiego Jeziora Niewolniczego i od Bostonu na północ do cieśniny Hudsona.

Sally pozwoliła Jake'owi na nowe pieszczoty w ciemnym zakątku Salonu Grozy.

— Ty, pognieciesz mi spódnicę — napomniała go. — Od czego jest to rozcięcie z tyłu?

— Majtki też masz magnetycznie zawieszone? — zapytał.

— Nie. Ale też mają znikające właściwości. Uważaj — i na miłość boską tylko mi nie mów, że mam pośladki jak okrągłe bochenki chleba, które piekła twoja matka. Dość tego dobrego, bo zamkną kolejkę, zanim zdążymy obejrzeć zaćmienie.

— Sal, jeszcze nigdy się tak nie interesowałaś astronomią, a ta kolejka górska wcale nam nie jest potrzebna do szczęścia. Przecież masz klucze do mieszkania Hasseltinea, a mieszkanie stoi puste. Nigdy tam jeszcze nie byłem. Jeżeli drapacz chmur jest dla ciebie za niski…

— Co mi tam drapacz chmur. Ja chcę kolejkę wysokogórską! — zawołała dziewczyna. — Przestań, mówię!

Wyrwała mu się i przebiegła obok reklamy trzymetrowego wojownika z Saturna, który kierował na nią półmetrową lufę pistoletu — z lufy wydobywał się iskrzący niebieski płomień.

Asa Holcomb, nieco zasapany, wspiął się na szczyt niewielkiego płaskowyżu na zachód od Gór Zabobonu w Arizonie. W tej właśnie chwili pękła mu ścianka aorty i krew zaczęła się sączyć do klatki piersiowej. Nie czuł bólu, tylko osłabienie, ale wiedział, że coś się stało. Ostrożnie położył się na płaskiej skale wciąż jeszcze nagrzanej od słońca.

Nie był zaskoczony ani przerażony. Wiedział, że albo osłabienie minie, albo nie. Zdawał sobie sprawę, że marsz pod górę w poszukiwaniu dobrego miejsca, z którego mógłby obserwować zaćmienie, jest niebezpieczny dla jego zdrowia. Przecież już siedemdziesiąt lat temu matka ostrzegała go przed samotnymi wyprawami w góry, szczególnie niebezpiecznymi dla kogoś, kto ma aortę cienką jak bibułka. Ale zawsze gotów był wiele zaryzykować, żeby udać się samotnie w góry i móc obserwować niebo.

Przez jakiś czas patrzył z żalem na światełka osiedla, potem jednak odwrócił wzrok i spojrzał w niebo. Chyba już po raz pięćdziesiąty widział przysłoniętą Lunę, ale dziś w swej ciemnej szacie wydała mu się piękniejsza niż kiedykolwiek — przypominała owoc granatu, który Persefona zerwała w ogrodzie zmarłych. Osłabienie nie mijało.

Rozdział 4

Samochód, którym jechali Paul, Margo i kotka Miau lekko podskakiwał na wyboistym gruncie — po prawej stronie, tuż przy drodze, ciągnęły się nagie skały, a po lewej plaża. Z dala od szosy noc była znacznie ciemniejsza. Trójka pasażerów uświadomiła sobie wyraźnie samotność Księżyca wspinającego się po gwieździstym niebie. Nawet Miau usiadła, żeby mu się lepiej przyjrzeć. — Zdaje się, że ta droga biegnie między innymi na tyły Vandenbergu Dwa, do tak zwanej Bramy Plażowej — rozmyślał na głos Paul. — Oczywiście powinienem wjechać przez główną bramę, no ale w tej sytuacji… To śmieszne — dodał po chwili — że ci fanatycy latających talerzy zawsze spotykają się w bezpośrednim sąsiedztwie wyrzutni rakietowych czy urządzeń atomowych. Jakby mieli nadzieję, że przypadnie im część blasku i chwały. Wiesz, kiedyś dowództwu wydało się to naprawdę podejrzane.

Światło reflektorów padło na osypisko zagradzające znaczną część drogi. Osypisko sięgało maski samochodu i sądząc po wilgotnych grudkach było tu od niedawna. Paul zatrzymał samochód.

— Koniec ekspedycji! — ogłosił radośnie.

— Innym udało się przejechać — zaprotestowała Margo, znów się prostując. — Widać, którędy objeżdżali.

— No, dobrze — powiedział z drwiącą rezygnacją Paul — ale jeżeli ugrzęźniemy w piasku, będziesz musiała szukać na plaży desek, żeby je podłożyć pod koła.

Koła zabuksowały, ale po chwili samochód bez trudu ruszył z miejsca. Wkrótce dojechali do płytkiego wgłębienia w skale: droga była teraz trzy razy szersza niż przedtem. Z dodatkowej wolnej przestrzeni skorzystało kilku kierowców, którzy zaparkowali swoje samochody jeden przy drugim, zderzakami do skały. Stała tu czerwona limuzyna, mikrobus i biała furgonetka.

Za ostatnim samochodem widać było następna zieloną lampę i starannie wykonany napis: PARKOWAĆ TUTAJ, POTEM IŚĆ W KIERUNKU WSKAZANYM PRZEZ ZIELONE ŚWIATŁA.

— Oznakowanie jak na stacji metra na Times Square — ucieszyła się Margo. — Na pewno wśród tych ludzi są nowojorczycy.

— Musieli bardzo niedawno przyjechać do Kalifornii — rzekł Paul, parkując obole ostatniego wozu i nieufnie patrząc na skałę. — Nic jeszcze nie wiedzą o tutejszych lawinach.

Margo, trzymając Miau w ramionach, wyskoczyła z samochodu. Paul wysiadł za nią i podał jej kurtkę.

— Jest ciepło — zaprotestowała Margo. Paul, nic nie mówiąc, przewiesił kurtkę przez ramię.

Trzecia zielona lampa stała na plaży obok kępy wysokiej trawy morskiej. Plaża była idealnie równa. Nareszcie usłyszeli szum fal. Kotka zamiauczała i Margo uspokoiła ją szeptem.

Tuż za parkingiem skały ostro skręcały w prawo i plaża ciągnęła się za nimi w głąb lądu. Paul uświadomił sobie, że najprawdopodobniej znajdują się przy zalewie, nad którym dwukrotnie przejeżdżali szosą. Dalej teren znów się wznosił. Na szczycie Paul dostrzegł mrugające czerwone światełko, a niżej błysk drucianej siatki. Te dwa dowody istnienia Vandenbergu 2 jakoś go dziwnie uspokoiły.

Mijając kępę trawy morskiej, szli w stronę oceanu i czwarte! lampy, której zielone światło było niewiele większe od dalekiej planety. Piasek skrzypiał lekko pod nogami. Margo wzięła Paula pod rękę.

— Wiesz, że zaćmienie wciąż jeszcze trwa? — szepnęła. Mężczyzna skinął głową.

— A gdyby tak gwiazdy wokół Księżyca zaczęły teraz wirować? — zapytała. — Za czwartą lampą widzę chyba białe światełko — powiedział Paul — poza tym jakieś postacie i niski budynek.

Szli dalej. Niski budynek mógł niegdyś być dużym, prywatnym domkiem plażowym albo siedzibą ośrodka wypoczynkowego. Teraz okna były zabite deskami. Zbliżając się do niego, zobaczyli niski, odsłonięty taras, który dawniej mógł służyć jedynie za parkiet do tańca. Ustawiono na nim kilkadziesiąt składanych krzeseł, z czego tylko ze dwadzieścia pierwszych było zajętych. Krzesła stały zwrócone do morza i do długiego stołu na niewielkim podwyższeniu, które niegdyś stanowiło podium dla orkiestry. Przy stole siedziały trzy osoby. Twarze ich oświetlało małe białe światełko — jedyne oświetlenie, nie licząc zielonej lampy w głębi.

Pierwsza z trzech osób miała brodę, druga, w okularach, była łysa, a trzecia zwracała na siebie uwagę frakiem z białą muszką i zielonym turbanem.

Brodacz coś mówił, ale Margo i Paul byli zbyt daleko, żeby go wyraźnie słyszeć.

Margo ścisnęła Paula za ramię.

— Ten w turbanie to kobieta — szepnęła głośno.

Drobna figurka podniosła się z piasku koło lampy i ruszyła w ich kierunku. Zapaliło się białe światło i w jego blasku ujrzeli dziewczynkę o szczupłej twarzy i jasnorudych warkoczach. Wyglądała najwyżej na dziesięć lat. W jednej, ręce miała plik kartek, palec wskazujący drugiej ręki przyłożyła do ust gestem nakazującym ciszę. Na piersi dziewczynki paliła się niewielka latarka. Mała podeszła zupełnie blisko, wyciągnęła do nich rękę z kartkami i szepnęła:

— Musimy być cicho. Już się zaczęło. Proszę wziąć program.

Na widok Miau oczy się jej zaiskrzyły.

— Och, macie kotkę — powiedziała szeptem. — Mam nadzieję, że Ragnarok nie będzie zły.

Margo i Paul wzięli kartki, po czym dziewczynka zaprowadziła ich do stopni na taras i gestom wskazała, że mają usiąść w pierwszym rzędzie. Potrząsnęli z uśmiechem głowami i usiedli w ostatnim: mała wzruszyła ramionami i odeszła.

Margo poczuła, że Miau zesztywniała. Kotka wpatrywała się w coś, co leżało na dwóch bocznych krzesłach w pierwszym rzędzie.

Był to Ragnarok, duży owczarek niemiecki.

Pierwsze napięcie minęło. Miau uspokoiła się nieco, ale wciąż, z uszami po sobie, uporczywie wpatrywała się w psa.

Dziewczynka wróciła i stanęła za nimi.

— Mam na imię Anna. Ta pawi w turbanie to moja mama. Jesteśmy z Nowego Jorku — powiedziała cicho, po czym znów wróciła na swój posterunek przy zielonej lampie.

Generał Spike Stevenson i trójka jego podwładnych siedzieli ściśnięci obok siebie w ciemnym pomieszczeniu w rezerwowym sztabie amerykańskiego lotnictwa kosmicznego. Cała czwórka patrzyła na dwa ekrany telewizyjne ustawione jeden przy drugim. Na oba ekranach widać było ten sam obszar zaciemnionego Księżyca z uwzględnieniem Platona. Obraz na ekranie po prawej stronie transmitowany był przez bezzałogowego satelitę łączności i obserwacji, znajdującego się trzydzieści sześć tysięcy kilometrów nad Wyspą Bożego Narodzenia, dwadzieścia stopni na południe od Hawai, natomiast obraz na ekranie po lewej stronie przesyłał podobny satelita, zawieszony nad równikiem, nad tym punktem Oceanu Atlantyckiego nie opodal wybrzeży Brazylii, gdzie znajdował się właśnie transatlantyk „Prince Charles”.

Czwórka obserwatorów z dużą wprawą wpatrywała się jednocześnie w obydwa obrazy, które pochodziły z dwóch odległych od siebie o czterdzieści osiem tysięcy kilometrów punktów w kosmosie, zlewając je w jedną całość. Końcowy efekt był przesadnie trójwymiarowy z częścią ukazującą Księżyc wyraźnie wysuniętą do przodu.

— Konstruktorzy nowego elektro-wzmacniacza stanęli na wysokości zadania — stwierdził generał. — Obecnie, kiedy satelita znad wyspy nadaje bez zakłóceń, mamy nareszcie wyraźny obraz krateru. Jimmy, pokaż nam teraz cały sektor Księżyca bez powiększenia.

Pułkownik Mabel Wallingford splatając swoje długie, silne palce ukradkiem obserwowała generała. Ktoś jej kiedyś powiedział, że ma ręce dusicielki: patrząc na generała zawsze o tym pamiętała. Sprawiało jej niewątpliwą satysfakcję, że Spike, który przemawia i zachowuje się tak swobodnie i z taką pewnością siebie niczym Odyn obserwujący Dziewięć Światów z wieży Hlithskjalf w Asgardzie, w gruncie rzeczy wie o miejscu ich pobytu tylko tyle, co ona: mianowicie, że znajdują się w odległości niecałych stu kilometrów od Białego Domu i co najmniej pięćdziesiąt metrów pod ziemią. Przywieziono ich tu z zawiązanymi oczami, z zawiązanymi oczami zjechali na dół windą, nie spotkawszy nikogo z tych, których mieli zastąpić.

Arab Jones, Duży Bundy i Pepe Martinez palili czwartego cienkiego skręta marihuany, podając go sobie z rąk do rąk i długo nie wypuszczając z płuc mocnego, słodkawego dymu. Siedzieli na poduszkach i dywanie przed niewielkim namiotem rozbitym na dachu domu w Harlemie nie opodal Lenox i Sto Dwudziestej Piątej Ulicy. Wejście do namiotu zasłaniały sznury drewnianych koralików. Patrzyli na siebie życzliwym wzrokiem braci narkomanów, a potem wszyscy trzej skierowali spojrzenia na zaćmiony Księżyc.

— Hej, on pewnie też sobie popala — powiedział Duży. — Widzicie ten brązowy dymek? Ci kosmonauci wkrótce będą chodzić na rzęsach.

— My pewnie też. Arabie, zaćmiło cię, co? — spytał Pepe.

— Ćmij peta i siedź cicho — odparł Arab.

Rozdział 5

Margo i Paul słuchali tego, co mówi mężczyzna z brodą:

— Nadzieje, lęki i głęboki.niepokój człowieka zawsze będą zabarwiały to, co człowiek widzi na niebie — bez względu na to, czy będzie to samolot, planeta czy statek kosmiczny z innego świata. Innymi słowy, każdy latający talerz jest również symbolem.

Brodacz mówił spokojnie, ale w jego głosie brzmiał młodzieńczy zapał. Łysy, wysoki mężczyzna w grubych szkłach i kobieta w turbanie słuchali w milczeniu. (Margo na poczekaniu wymyśliła przezwiska dla trójki dyskutantów i dla kilku osób z publiczności).

Brodacz mówił dalej:

— Świętej pamięci doktor Jung w swoim eseju „Ein Moderner Mythus von Dingen die am Himmel gesehen werden” zbadał dokładnie zagadnienie związane z ukazywaniem się na niebie latających talerzy — tytuł wymówił z autentycznym gardłowym niemieckim akcentem i natychmiast przetłumaczył: „Nowoczesny mit: O rzeczach, które widuje się na niebie”.

— Kto to jest ten Brodacz? — Margo, zaintrygowana, zapytała Paula.

Paul usiłował sprawdzić w programie, ale w ostatnim rzędzie było za ciemno, żeby mógł cokolwiek przeczytać.

— Doktora Junga szczególnie interesowały latające talerze w kształcie koła podzielonego na cztery części — kontynuował Brodacz. — Kojarzył ten kształt z tym, co w buddyzmie nazywa się mandalą. Mandala to symbol całości psychicznej — umysłu ludzkiego w walce z obłędem. Ukazuje się zwykle w chwilach wielkiego napięcia i zagrożenia, w chwilach takich jak dziś, kiedy człowieka ogarnia strach przed zagładą atomową, przed utratą osobowości i przemianą w żołnierza-niewolnika czy konsumenta-robota, jednego z wielu w totalitarnym stadzie, oraz lęk przed utratą kontaktu z nauką, która mu się wymyka i rozszczepia na tysiące trudnych, choć niezbędnych, nowych specjalności.

Paul jak zwykle w takiej sytuacji miał wyrzuty sumienia. Jeszcze kilka minut temu nazywał tych ludzi fanatykami latających talerzy, a oto ma przed sobą człowieka, który mówi mądrze i do rzeczy.

Niski mężczyzna, który siedział na tym samym końcu pierwszego rzędu, co wilczur Ragnarok, teraz wstał.

— Przepraszam, panie profesorze — powiedział — ale według mojego zegarka zostało tylko piętnaście minut pełnego zaćmienia. Chciałbym przypomnieć wszystkim, żeby obserwowali niebo, oczywiście słuchając jednocześnie tego, co mówią nasi prelegenci. Pani Rama Joan mówiła o istotach z kosmosu, które potrafią myśleć o kilkunastu rzeczach naraz. Nie wierzę, żebyśmy nie potrafili myśleć przynajmniej o dwóch! Przecież zorganizowaliśmy to spotkanie ze względu na wyjątkową sposobność oglądania latających talerzy, szczególnie tych niezbyt odważnych, które unikają światła. Nie traćmy tej okazji, a może zobaczymy „bojaźliwe talerze”, jak je nazywa Anna.

Kilka osób w pierwszym rzędzie posłusznie zadarło głowy, ukazując profile. Margo trąciła Paula.

— Rób, co ci każą — nakazała szeptem, rozglądając się pilnie.

— Pomyślnych łowów! Przepraszam, panie profesorze — zakończył niski mężczyzna i usiadł.

Zanim Brodacz mógł dalej mówić, musiał podjąć wyzwanie rzucone mu przez barczystego mężczyznę, który siedział sztywno wyprostowany z założonymi rękami — Margo przezwała go Drągalem.

— Panie profesorze, opowiedział nam pan mnóstwo ciekawych bajeczek — powiedział Drągal — dotyczą one jednak tylko tego, jak ludzie wyobrażają sobie latające talerze. To, że interesował się tym Jung, nie znaczy, że ja też mam się tym interesować. Mnie interesują prawdziwe latające talerze, takie jak ten, którym latałem i z którego załogą rozmawiałem.

Paul od razu poczuł się znacznie lepiej. Ci ludzie wreszcie zaczynają się zachowywać tak, jak powinni się zachowywać fanatycy latających talerzy!

Wypowiedź Drągala zbiła nieco Brodacza z tropu.

— Przykro mi, że odniósł pan takie wrażenie — rzekł. — Jak mi się zdawało, wyraziłem się jasno, że…

Nie skończył. Łysy podniósł głowę i jakby chciał powiedzieć: „Zostaw mi tego typa”, położył rękę na ramieniu Brodacza. Kobieta w turbanie spojrzała na niego uśmiechając się lekko i poprawiła białą muszkę. Łysy przesunął się do przodu i pochylił lśniącą czaszkę i połyskujące okulary w stronę Drągala, jakby miał do czynienia z interesującym okazem entomologicznym.

— Przepraszam pana — zaczął ozięble — pan zdaje się twierdzi również, że latającym talerzem zwiedził pan inne planety — planety nie znane astronomom?

— Tak, to prawda — odrzekł Drągal i wyprostował się o następne dwa centymetry.

— A gdzie są te planety?

— One… no, istnieją — odparł. — Prawdziwe planety nie pozwalają, żeby nimi rządziła banda astronomów — dodał, co wywołało śmiechy na widowni.

Łysy nie zwracając na to uwagi, pytał dalej:

— Czy te planety są na granicy świata, czy są może planetami! jakiejś gwiazdy odległej o wiele lat świetlnych? — Mówił teraz tonem uprzejmym, a grube szkła błyszczały dobrotliwie.

— Ależ nie — odpowiedział Drągal. — Na Arletcie byłem tydzień temu, a podróż trwała tylko dwa dni.

Łysy nie dawał się odwieść od tematu:

— Może to malutkie planety, które są stale zaćmione, bo kryją się za Słońcem, Księżycem lub Jowiszem, tak jak ludzie za drzewami w lesie?

— Nie, to nie są małe planety — zapewnił go Drągal. Znów wyprostował ramiona, ale czuło się, że traci pewność siebie. — Nie kryją się za niczyją spódnicą, o nie. Po prostu istnieją, i wcale nie są małe, nie są mniejsze od Ziemi. Odwiedziłem już sześć takich planet.

— Hm — chrząknął Łysy. — A może one są ukryte w nadprzestrzeni i pokazują się tylko czasem — na przykład wtedy, gdy się pan do nich zbliża?

Słuchacze nagrodzili śmiechem Łysego, ale on i tym razem nie zwrócił na to uwagi.

— Jest pan sceptykiem — powiedział z wyrzutem Drągal — i w dodatku tylko teoretykiem. Mówię panu, że planety po prostu istnieją.

— Skoro istnieją — łagodnie, lecz stanowczo nalegał Łysy — to dlaczego ich nie widzimy?

Odrzucił głowę ruchem tryumfującym, choć może odrzucił ją tylko dlatego, że okulary zsunęły mu się z nosa. Nastąpiła długa cisza.

— Kompletny sceptyk — po chwili dodał wyniośle Drągal. — Byłoby stratą czasu wyjaśniać panu, że niektóre planety są niewidoczne dzięki specjalnym ekranom, które wyginają światło gwiazd. Nie będę z panem dłużej dyskutował.

— Chciałbym, żeby mnie wszyscy dobrze zrozumieli — powiedział ostro Łysy, zwracając się do zebranych. — Jestem gotów wysłuchać każdej, choćby najbardziej fantastycznej teorii, nawet jeżeli — ktoś twierdzi, że nieznana planeta czai się gdzieś w naszym układzie słonecznym. Ale chcę usłyszeć jakieś racjonalne wyjaśnienie, choćby takie, że ta planeta istnieje w nadprzestrzeni. Charlesowi Fulbyemu — tu wskazał na Drągala — należy się pochwała za pomysł ekranów.

Łysy usiadł sapiąc zwycięsko. Niski mężczyzna siedzący obok Ragnaroka skorzystał z okazji, zerwał się z krzesła i powiedział:

— Zostało tylko dziesięć minut. Zdaję sobie sprawę, że ta dyskusja jest pasjonująca, ale proszę wciąż obserwować niebo. Należy pamiętać, że nas przede wszystkim interesują latające talerze. Latające planety też są niewątpliwie ciekawe, ale gdyby się nam wszystkim zebranym na tym sympozjum udało zobaczyć choć jeden malutki latający talerz, byłby to prawdziwy sukces. Dziękuję.

Na płaskowyżu niedaleko Gór Zabobonu Asa Holcomb dawał sygnały latarką w stronę miasteczka. Koniec końców należało próbować się ratować. Teraz jednak, zmęczony tym wysiłkiem, znów spojrzał na gwiazdy błyszczące przy pełnym zaćmieniu jak diamenty i rozpoznał poszczególne konstelacje bez większego trudu; zapatrzył się bez reszty na pogrążony w cieniu Ziemi Księżyc, który znajdował się znacznie bliżej gwiazd i wyglądał jak wspaniałe godło Indian Hopi, wyklepane ze sczerniałego ze starości srebra. Na niezmiennym nocnym niebie zawsze można było odkryć coś, czego się przedtem nie dostrzegło. Mógłby tu leżeć obserwując je całą noc i nigdy się. tym nie znudzić. Ale był coraz słabszy, a skała, na której leżał, stała się bardzo zimna.

Pepe Martinez i Duży Bundy podnieśli się z poduszek i chwiejnym krokiem podeszli do brudnego ceglanego muru okalającego dach budynku. Ruchem ręki Pepe wskazał Księżyc.

— Jeszcze raz się zaciągnę i — puf! Wzniosę się na Księżyc tak jak John Carter — powiedział.

— Nie zapomnij kombinezonu — doradził mu Duży.

— Raz, ale porządnie, zaciągnę się tym skrętem i to mi wystarczy — westchnął Pepe. — Zupełnie jak wystawa jubilerska, no nie? — spytał, wskazując na gwiazdy.

— Gdzie tam! To motocykle, stary, motocykle z brylantowymi reflektorami. Pędzą we wszystkie strony świata! — zawołał Duży.

Arab, który nadal siedział na poduszce przed namiotem i z cienkiego kieliszka do likieru sączył muskat, spytał:

— A noc was nie zachwyca, moi najdrożsi?

— Jest piękna jak jedwabisty wąż, szefuniu — odpowiedział Duży.

Księżyc nadal wędrował przez zimny, milczący cień Ziemi we własnym równomiernym tempie sześćdziesięciu pięciu kilometrów na minutę — jego wędrówka była tak samo nieodwracalna jak sączenie się krwi do klatki piersiowej Asy Holcomba, jak niespokojne wirowanie plemników Jake'a Leshera, jak adrenalina wydzielana przez nadnercza don Guillerma, jak rozszczepianie atomów napędzających silnik transatlantyku „Prince Charles”, jak fale telewizyjne, przekazujące obraz głęboko pod ziemię Spikeowi Stevensowi, jak przyjmowanie i odrzucanie bodźców przez mózg pogrążonego we śnie Wolfa Lonera w rytm tego, co żeglarz nazywał równowagą psychiczną. Księżyc wędrował po niebie miliard lat temu, będzie wędrował również i za miliard lat. Według astronomów nieznane siły pływowe przyciągną kiedyś Księżyc tak blisko Ziemi, że wewnętrzne napięcia rozsadzą jego skorupę, zamieniając go w coś na kształt pierścieni Saturna. Ale to, zdaniem astronomów, czeka nas dopiero za sto miliardów lat.

Rozdział 6

Paul nerwowo trącił Margo, żeby przestała chichotać, a jednocześnie kobieta z drugiego rzędu zawołała do łysego mężczyzny na podium:

— Co to jest ta nadprzestrzeń, z której mogą nagle wyłaniać się planety?

— Właśnie, może by pan nam w skrócie wyjaśnił — tonem doświadczonego dyskutanta powiedział Brodacz, zwracając się do Łysego.

— Nadprzestrzeń to pojęcie używane w fizyce teoretycznej, poza tym termin ten występuje również w wielu opowiadaniach fantastycznonaukowych — rozpoczął wywód Łysy. Poprawił okulary i przesunął ręką po lśniącej czaszce. — Jak wiadomo, zwykle za największą prędkość uważa się prędkość światła. Trzysta tysięcy kilometrów na sekundę wydaje się dużo, ale jest to żółwie tempo, jeżeli chodzi o ogromne odległości między gwiazdami i wewnątrz galaktyki — niezbyt dobra perspektywa dla podróży kosmicznych.

Ale jednak — ciągnął Łysy — istnieje teoretyczna możliwość, że czas międzyplanetarny jest tak spaczony i nierówny, iż odległe rejony naszego kosmosu stykają się w innym wymiarze — w nadprzestrzeni — tu właśnie można użyć tego słowa. Albo nawet, że każdy rejon styka się ze wszystkimi innymi rejonami. W takiej sytuacji podróżowanie szybsze od prędkości światła jest teoretycznie możliwe, gdybyśmy się przebili z naszego wszechświata w nadprzestrzeń, a potem wrócili z niej na dowolnie obrany punkt we wszechświecie. Mówi się oczywiście o podróżach w nadprzestrzeni tylko odnośnie do statków kosmicznych, ale nie widzę powodu, dlaczego odpowiednio wyposażona planeta nie mogłaby też tak podróżować. Oczywiście to tylko teoria. Naukowcy tacy jak Bernal i filozofowie tacy jak Stapledon, że nie wspomnę już o pisarzach takich jak Stuart i Smith, wysuwali teorie o wędrujących planetach.

— Teorie! — parsknął Drągal, dodając półgłosem: — Ale brednie!

— A co pan na to? — zapyta! Brodacz, — niemalże obojętnie kierując pytanie do Łysego. — Czy są jakieś konkretne dowody potwierdzające istnienie nadprzestrzeni lub podróży w nadprzestrzeni?

Siedząca za Łysym kobieta w turbanie z zaciekawieniem spojrzała na obu mężczyzn.

— Nie! Nie ma nawet najmniejszych — uśmiechnął się Łysy. — Usiłowałem namówić moich przyjaciół astronomów, żeby poszukali jakichś dowodów, ale nie potraktowali tego serio.

— To ciekawe — zastanowił się Brodacz. — Jałcie to mogą być dowody?

— Sam się nad tym zastanawiałem — stwierdził z dumą Łysy. — Mam nawet pewien pomysł, mianowicie siła niezbędna do tego, żeby statek dosta! się w nadprzestrzeń, a potem się z niej wydostał, może tworzyć chwilowe sztuczne pola grawitacyjne — pola tak silne, że w sposób widoczny zniekształcałyby światło gwiazd na tym odcinku przestrzeni. Powiedziałem znajomym astronomom, żeby w bezchmurne noce obserwował, czy gwiazdy nie wirują — oczywiście przez teleskopy satelitarne — i żeby w migawkowych fotografiach astronomicznych szukali dowodów tego zjawiska — gwiazd na krótki czas gasnących lub wirujących w dziwny sposób.

Chuda kobieta odezwała się z drugiego rzędu:

— Czytałam w gazecie o mężczyźnie, który widział, jak gwiazdy wirują. Czy to byłby dowód?

— Obawiam się, że nie — uśmiechnął się pod nosem Łysy. — Może po prostu był pijany? Nie należy traktować wszystkich tych opowiastek zbyt poważnie.

Paul poczuł, że przechodzą go ciarki. Jednocześnie Margo złapała go za rękę.

— Paul — szepnęła podniecona. — Łysy przecież mówi o tym, co widziałeś na fotografiach.

— To brzmi podobnie. — Paul zadumał się, usiłując uporządkować myśli. — Nawet bardzo podobnie. Użył słowa „wirują” — dodał zdziwiony.

— Wiesz — powiedziała Margo — to, co on mówi, nie jest takie głupie.

— Opperly uważa… — zaczął Paul, ale nagle zdał sobie sprawę, że Łysy mówi do niego.

— Czy państwo w ostatnim rzędzie… przepraszam, nie wiem, z kim mam przyjemność… chcieliby coś dodać?

— Ależ nie — odparł natychmiast Paul. — Jesteśmy po prostu zafrapowani tym, co pan powiedział.

Łysy skinieniem ręki podziękował za słowa uznania.

— Kłamczuch — uśmiechnęła się Margo. — Mam wielką ochotę powiedzieć mu o wszystkim.

Paul nie zdobył się na to, żeby jej zabronić — i chyba postąpił słusznie. Nagle ogarnęło go znów silne, choć niejasne poczucie winy. Wiedział, że nie może ujawnić tajnych informacji i to komu jak komu, ale fanatykom latających talerzy. Ale zarazem trudno mu było pogodzić się z tym, żeby taki człowiek jak Łysy nic nie wiedział o fotografiach.

Wrócił myślami do dyskusji i znów przeszły go ciarki. Do cholery, to niesamowite, ale hipotezy Łysego pokrywają się z tym, co ukazują fotografie. Spojrzał niepewnie na ciemny Księżyc, i znów w myśli usłyszał pytanie Margo: A gdyby tak gwiazdy zaczęły teraz wirować?

Kanistry na pył księżycowy, wiszące na cienkich metalowych drążkach nad połyskliwą powłoką dwutlenku węgla, wyglądały jak dziwne mechaniczne owoce w zamarzniętym ogrodzie. Poruszając się w blasku reflektora umocowanego w hełmie, Don Merriam podszedł do pierwszego kanistra, stąpając najostrożniej jak tylko mógł, żeby nie wzbić tumanu trującego pyłu. Mimo to jego metalowe buty wznieciły kryształki suchego lodu, które raptownie opadły — zjawisko charakterystyczne dla pyłu i „śniegu” na pozbawionym atmosfery Księżycu. Merriam dotknął spustu, który hermetycznie zamykał kanister, zdjał kanister z drążka i wrzucił go do torby.

— Jestem najlepiej płatnym zbieraczem owoców po tej stronie Marsa — rzekł do siebie nie bez racji. — A mimo to pracuję za szybko jak na wymagania Gomperta, bossa naszego związku zawodowego i zwolennika wolnego tempa.

Znów spojrzał w górę na czarną Ziemię otoczoną mosiężnym pierścieniem.

— Dziewięćdziesiąt dziewięć i dziewięć dziesiątych procent ludzi na Ziemi myśli, że się tu po prostu obijam — powiedział sam do siebie. — Wydaje im się, że badanie przestrzeni kosmicznej to tylko roboty publiczne dla bezrobotnych, największe od czasu piramid. Albo od czasu budowy kolei żelaznej. Ziemskie mięczaki! Troposferyczne pąkle! — Wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Słyszeli o kosmosie, ale wciąż nie wierzą, że kosmos istnieje. Nie byli tutaj i nie przekonali się na własne oczy, że Ziemi nie podtrzymuje żaden gigantyczny słoń, a słonia gigantyczny żółw. Kiedy mówię „planeta” i „statek kosmiczny”, kojarzy im się to z horoskopem i latającym talerzem.

Podchodząc do następnego drążka z kanistrem, wzbił w górę fontannę kryształków, które zagrzechotały cicho o nogawki jego kombinezonu. Było to echo dawnych lat — przypomniały mu się mroźne dni w Minnesocie, kiedy suchy śnieg skrzypiał pod kaloszami.

— Niech pan sprawdzi, panie Kettering. Przy Koperniku widzę białe mrugające światło — oznajmiła Barbara Katz.

Knolls Kettering III, poskrzypując kośćmi stawów, zajął miejsce Barbary przy teleskopie.

— Ma pani rację — stwierdził. — To pewnie Rosjanie sprawdzają sygnały świetlne.

— Dziękuję — odparła dziewczyna. — Kiedy chodzi o Księżyc, nie mogę na sobie polegać. Wciąż widzę światła Luny, Layportu czy innych miast z książek fantastycznonaukowych.

— Przyznam się pani, że ja też! A teraz widać czerwony sygnał.

— Mogłabym zobaczyć? Ale po co ma pan ciągle wstawać? Może lepiej usiądę panu na kolanach… jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, a stołek wytrzyma.

Knolles Kettering III roześmiał się.

— Świetny pomysł, ale przy najmocniejszym nawet stołku plastikowa kość w moim biodrze chyba nie wytrzyma — powiedział z żalem.

— Och, serdecznie panu współczuję!

— Mniejsza o to. I tak możemy razem oglądać niebo. Tylko proszę mi nie współczuć.

— Dobrze — obiecała Barbara. — To zresztą całkiem romantyczne mieć plastikowe części, tak jak ci starzy żołnierze, którzy wykładają na akademiach kosmicznych w opowiadaniach Heinleina i E. E. Smitha.

Don Guillermo Walker zrozumiał w końcu, że lśniąca czerń przed nim to woda — małe jezioro, a nie to wielkie — bo w odległości mniej więcej piętnastu kilometrów ujrzał wreszcie iskrzące się światła Managui. Nagle coś innego przyszło mu na myśl: za późno wystartował. Co będzie, jeżeli Księżyc wyjdzie z zaćmienia i oświetli go, dokładnie wskazując jego położenie odrzutowca el presidente i działom przeciwlotniczym? Będzie się wtedy czuł jak maszynista teatralny, który zmieniając po ciemku dekoracje na scenie, znajdzie się nagle w kręgu przedwcześnie zapalonego reflektora. Żałował, że nie fest w Chicago i nie występuje w jakiejś podrzędnej trupie, że nie zagrzewa do walki komórki organizacji Bircha pod hasłem „broń dla Południa”, że nie ma znów dziesięciu lat, jak wtedy, gdy w Milwaukee organizował na podwórzu własne przedstawienie cyrkowe i igrał ze śmiercią zjeżdżając na ziemię po zardzewiałym drucie z wysokości sześciu metrów.

Wspomnienia z dzieciństwa dodały mu otuchy. Skoro gotów był umrzeć dla podwórzowego cyrku, tym bardziej gotów jest zginąć bombardując latynoskie miasto! Włączył silnik na maksymalna prędkość: śmigło cięło teraz powietrze z nieco większą siłą.

— Guillermo geronimo! — krzyknął don Guillermo. — La Loma, strzeż się!

Rozdział 7

Paul Hagbolt słuchał tylko jednym uchem mówców na podium. Dziwny zbieg okoliczności — fotografie gwiezdne i koncepcja Łysego o planetach wędrujących w nadprzestrzeni — odwrócił jego uwagę od dyskusji i pobudził wyobraźnię. Jak gdyby nagle duży zegar, który tylko on jeden słyszał, teraz właśnie zaczął tykać (raz na sekundą, a nie pięć razy jak małe zegarki na rękę czy większość zegarów sprężynowych), Paul wyraźnie zdawał sobie sprawę z upływu czasu i ze wszystkiego wokoło: ciasno zbitej gromadki ludzi, równej piaszczystej plaży, cichego szumu fal zalewających brzeg tuż za podium, starych, zabitych deskami domków plażowych, wznoszącego się za nimi Vandenbergu 2 z czerwonymi, migocącymi światłami, skał ciągnących się za trawa morska, ale przede wszystkim z ciepłej nocy napierającej z kosmosu i zmniejszającej do minimalnych rozmiarów wszystko oprócz Ziemi, czarnego Księżyca i błyszczących gwiazd.

Ktoś skierował pytanie do Ramy Joam. Kobieta, błysnąwszy zębami, spojrzała na Brodacza, a potem na publiczność, przyglądając się każdemu z osobna. Cerę miała równie bladą jak Anna, a ogromny, zielony turban ukrywający jej włosy podkreślał trójkątny kształt szczupłej twarzy. Wyglądała j ale niedożywione dziecko.

Wciąż milcząc spojrzała na niebo, potem przez ramię obejrzała się na ciemny Księżyc wreszcie skierowała wzrok na publiczność.

Następnie głosem cichym, lecz chrapliwym, powiedziała:

— Cóż my naprawdę wiemy o kosmosie? Mniej niż człowiek od urodzenia wieziony w podziemnej celi wie o milionach ludzi żyjących w Kalkucie, w Hong Kongu, w Moskwie czy w Nowym Jorku. Zdają sobie sprawę, że niektórzy z was myślą, iż wyższe cywilizacje będą nas kochać i wielbić, ale ja hipotetycznie oceniam stosunek tych cywilizacji do człowieka na podstawie stosunku człowieka do mrówki. I na tej podstawie mogę wam powiedzieć jedno: tam w kosmosie są potwory. Diabły.

Rozległ się przytłumiony chrobot, jakby ktoś nakręcał stalowy mechanizm zegara. Kotka zesztywniała w ramionach Morgo i sierść zjeżyła się jej na karku. To zawarczał Ragnarok.

Rama Joon mówiła dalej:

— Gdzieś tam wśród gwiazd może znajdzie się Hindus, który nie zabija krów, albo nawet dżinista, który szczoteczką zamiata każdy przedmiot z obawy, żeby siadając nie zgnieść mrówki, i który na ustach nosi gazę, żeby nie połknąć muszki, ale w najlepszym razie będą to wyjątki. Reszta nie będzie się przejmowała jakimiś muchami, i w stosunku do nas będzie bezlitosna.

Dziwny, niesamowity nastrój ogarnął Paula. Wszystko wokół niego wydawało mu się aż nazbyt prawdziwe, a równocześnie mogło się lada chwila rozpłynąć w powietrzu — przypominało zatrzymany w bezruchu, iluzoryczny obraz. Spojrzał na gwiazdy i Księżyc, stukając w nich oparcia, mówiąc sobie, że w dziejach ludzkości przynajmniej niebo się nie zmieniło, ale nagle usłyszał wewnętrzny, demoniczny głos: „A gdyby tak gwiazdy zawirowały? Na fotografiach widać było przecież, że zmieniły pozycję”

Sally prowadziła Jake'a zniszczoną, drewnianą kładką do piątego, a zarazem ostatniego wagonu kolejki w lunaparku. Byli jedynymi pasażerami prócz przestraszonej pary Portorykańczyków, która siedziała w pierwszym wagonie i już teraz kurczowo trzymała się poręczy.

— Boże, Sal, ile ja się muszę naczekać — westchnął Jake. — Wciąż muszę iść na ustępstwa tylko dlatego, że ty tak chcesz. Mieszkanie Hasseltinea…

— Tss, kochasiu, tym razem nie idziesz na żadne ustępstwa. — Dziewczyna ściszyła głos, gdy mężczyzna z obsługi minął ich szybko, sprawdzając wagony. — A teraz słuchaj uważnie. Kiedy tylko ruszymy w górę, przesuń się trochę do przodu, a lewą ręką trzymaj się z całych sił oparcia siedzenia, bo prawą będziesz musiał mnie trzymać.

— Jak to prawą? Przecież ty siedzisz po lewej stronie.

— Tylko na razie — rzekła Sally i pogłaskała go pieszczotliwie.

Chłopak wytrzeszczył oczy, a potem uśmiechnął się z niedowierzaniem.

— Rób tylko, co ci mówię — powiedziała dziewczyna. Ze zgrzytem i chrzęstem kolejka zaczęła się piąć w górę. Kilka metrów przed szczytem Sally szybko wstała i zarzuciła nogi wokół bioder Jake'a. Jedną ręką trzymała go za szyję, drugą pospiesznie dopasowywała co trzeba.

— O rety, Sal — szepnął Jake, łapiąc oddech — pewnie się Ziemia poruszy jak w „Komu bije dzwon”.

— Co tam Ziemia! — krzyknęła dziewczyna i niczym walkiria wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Kolejka zwolniła na szczycie i nagle pomknęła błyskawicznie w dół. — Ja sprawię, że gwiazdy zawirują!

— Wydaje nam się — mówiła Rama Joan — że ludzie z gwiazd to istoty wyjątkowo urodziwe i równie fascynujące jak myśliwy dla dzikiego zwierzęcia, do którego jeszcze nikt nie strzelał. Sama chętnie o nich myślę, ale wiem, że dla nas byliby równie okrutni i niedostępni jak dziewięćdziesiąt dziewięć procent naszych bogów. A kim są bogowie, jeżeli nie naszą wizją bardziej zaawansowanej cywilizacji? Jeżeli nie wierzycie mnie, przyjrzyjcie się dziejom ostatnich dziesięciu tysięcy lat. Zrozumiecie wtedy, że tam w górze… są diabły.

Ragnarok znów zawarczał. Miau wtuliła się mocno w ramię Margo i wczepiła w nie pazury.

— Koniec pełnego zaćmienia — oznajmił niski mężczyzna.

— Naprawdę, Ramo Joan, pani mnie zadziwia — powiedział Łysy.

— Nie bój się, Miau — szepnęła Margo.

Paul spojrzał w górę i zobaczył, że wschodnia krawędź Księżyca się rozjaśnia. Poczuł ogromną ulgę. Nagle uświadomił sobie, że jego niepojęty lęk minie, z chwilą gdy skończy się zaćmienie.

Na wschód od Księżyca kilka gwiazd zabłysło i zawirowało wokół własnych osi, niby widmowe ognie bengalskie, i po chwili zgasło.

Na swym samotnym płaskowyżu Asa Holcomb widział, że gwiazdy w pobliżu Księżyca drgają jak gdyby poruszane podmuchem granej w kosmosie fanfary, i wtem na czarnym niebie otworzyła się wielka, złocisto-fioletowa brama, cztery razy szersza od Księżyca. Asa wyciągnął do niej rękę — piękno i dostojeństwo bramy chwyciło go za serce. Aorta nie wytrzymała tego i pękła; Asa umarł.

Sally zobaczyła wirujące gwiazdy akurat w chwili, gdy na szóstym z dziesięciu szczytów kolejki górskiej na Coney Island, wespół z Jake'em tracąc chwilowo po dziesięć kilo na osobę, osiągnęła orgazm. W zaślepieniu aktu miłosnego, na pograniczu utraty świadomości, dziewczyna była pewna, że gwiazdy są kontynuacją jej samej — częścią Sally Harris, i zawołała ze śmiechem:

— Udało mi się. Mówiłam, że zawirują i zawirowały!

A kiedy po zapierającym dech w piersiach spadku w nadir i wędrówce w górę, znaleźli się na następnym szczycie i na miejscu wirujących gwiazd ukazała się żółto-fioletowa tarcza dwadzieścia razy większa od Księżyca, tarcza tak jaskrawa, że w jej świetle wyraźnie rysowały się prążki na garniturze Jake'a, który tulił twarz do piersi dziewczyny, Sally niczym walkiria odchyliła się na metalowej poręczy i krzyknęła zwycięsko:

— Jezu, ale atrakcja!

— O rany, co za numer! — wykrzyknął Duży Bundy. — Słuchaj, Pepe, po drugiej stronie kuli ziemskiej jest zwariowany stary Chińczyk, większy od King-Konga, który wymachuje do nas nogami i maluje grenadyną złote talerze, tak że wyglądają jak dwie pieprzące się krople deszczu, a potem ciska je w stronę Księżyca. Jeden właśnie zawisł nad nami.

— Fajne — odpowiedział Pepe. — Oświetla cały Nowy Jork. Talerzowe oświetlenie.

— Ja też to widzę! — zawołał Arab, który podszedł do nich. — Mmm, co za cudowne skręty!

W ciemnościach Palm Beach Knolls Kettering III, nie odrywając oczu od teleskopu, mówił trochę napuszonym v tonem:

— Rzeczownik „planeta”, panno Katz, pochodzi od greckiego czasownika planasthai — błądzić. Z początku słowo to znaczyło „Wędrowiec”, czyli ciało niebieskie, które wędruje między nieruchomymi gwiazdami.

Zamilkł na chwilę.

— Księżyc się rozjaśnia — ciągnął z przejęciem — i to nie tylko ta strona, która wychodź.! z zaćmienia. Tak, na pewno. Widać nawet kolory.

Dziewczęca dłoń spoczęła opiekuńczo na jego ramieniu i najcieńszy głos, jaki kiedykolwiek zdarzyło mu się słyszeć — zupełnie jakby Barbara nagle przemieniła się w konika polnego — odezwał się:

— Ojczulku, proszę, nie odejmuj wzroku od teleskopu. Musisz się przygotować na silny wstrząs.

— Wstrząs? Nie rozumiem, panno Katz — powiedział niespokojnie, posłusznie patrząc przez okular.

— Nie jestem jeszcze pewna — ciągnął mikroskopijny głosik. — Niebo wygląda jak okładka starego pisma o dziwach kosmosu. Zdaje mi się, ojczulku, że przybył twój Wędrowiec — sądzę, że Grecy nie przypuszczali nawet, że on może być taki wielki. To chyba planeta.

Paul wzdrygnął się i dosłownie na dwie sekundy zamknął oczy. Kiedy je otworzył, ujrzał Wędrowca promieniującego jaskrawoczerwonym i złotym światłem.

Wędrowiec o średnicy cztery razy dłuższej od średnicy Księżyca zawisł na niebie o cztery długości Księżyca od niego na wschód; jego powierzchnia, szesnaście razy większa niż powierzchnia Księżyca, była faliście przecięta nierównym łukiem w kształcie litery S na dwie części, jedną złotą, drugą kasztanowatą, i zdawało się być miększa od aksamitu, mimo wyraźnych ostrych brzegów.

To wszystko Paul ujrzał w mgnieniu oka — me było czasu na żadną analizę. W następnej chwili rzucił się na ziemię, skulił się, chowa! głowę — byle jak najdalej od Wędrowca. Miał wrażenie, że coś potężnego i ognistego wisi nad nim, jakaś ogromna bryło, która zaraz runie na Ziemię i go zmiażdży.

Margo, trzymając w ramionach kotkę, leżała obok niego na tarasie.

Zupełnie przypadkowo oczy Paula spoczęły na kartce, którą trzymał w ręce. Odruchowo przeczytał: „Nasz brodaty prelegent to Ross Hunter, profesor socjologii na Uniwersytecie Reeda w Portland w stanie Oregon” — zanim uświadomił sobie, że to blask Wędrowca umożliwia mu czytanie.

Dla don Guiliermo, który ze wzrokiem utkwionym w „Pałac” i z lewą ręką opartą o poprzeczny uchwyt wyrzutnika bombowego zbliżał się do wzgórza z budynkami biurowymi, Wędrowiec był niczym innym jak odrzutowcem nikaraguańskich lojalistów, lecącym tuż za nim i oddającym do niego salwę bezgłośnych pocisków smugowych. Pochylił się na siedzeniu, zmrużył oczy, napiął mięśnie szyi i ramion — pewien, że zaraz przeszyją go kule. Kuł jednak nie było. Drań jest pewnie sadystą, pomyślał don Guillermo, chce przedłużyć moją mękę.

Zgodnie z planem skręcił w lewo w stronę dużego jeziora, a potem zmusił się, żeby spojrzeć za siebie. Do cholery, ten odrzutowiec to tylko potężny balon zaporowy, jakimś cudem nagle oświetlony, i pomyśleć, że go nabrali taką karnawałową zabawką! Zawróci i da im nauczkę! W tej samej chwili ujrzał oślepiający różowy blask wulkanu w La Loma i zdał sobie sprawę, że lewą ręką trzyma poprzeczny uchwyt, z którego zwisa teraz tylko urwany drut. W następnej sekundzie potężny niespodziewany wybuch wstrząsnął samolotem. Don Guillermo wyrównał kurs i machinalnie leciał dalej w stronę jeziora Nikaragua.

Ale w jaki sposób, zastanawiał się, balon utrzymuje to samo tempo, co jego stary grot? I dlaczego w dole jest tak jasno, jakby Ziemię oświetlał ogromny reflektor?

Bagong Bung stał oparty o balustradę mostka: słońce paliło go w głowę, a on wciąż miał przed oczami leżący w odległości trzydziestu siedmiu kilometrów obrośnięty wodorostami wrak pewien złota. Trwał w nieświadomości, nie czuł bowiem żadnej zmiany, kiedy front grawitacyjny nieznanego ciała niebieskiego uderzy! od spodu, targając każdą cząsteczką jego ciała. Ale ponieważ nieznane ciało z kosmosu z jednakową siłą oddziaływało na jego kuter „Macham Lumpur”, na Zotokę Tonkińską i na całą planetą, nie mąciło ono ani jednej z przyjemnych, pogodnych myśli Bagonga Bunga.

Gdyby patrzył na kompas, widziałby, jak wskazówka gwałtownie się porusza, a potem drgając wyznacza nowy kierunek odrobiną na północny wschód, ale mały Malajczyk rzadko patrzył na kompas — zbyt dobrze znał te płytkie morza. Poza tym od tak dawna miał do czynienia z oportunistami i różnymi krętaczami, zarówno z obozu komunistów jak i kapitalistów, że gdyby nawet widział, jak kompas zmienia kierunek, pomyślałby zapewne, że statek objawia swoją niestałość polityczną.

Wolf Loner skrzywił się przez sen, kiedy przepłynąwszy już poi drogi dookoła świata, niewielki kompas jachtu „Wytrwały”.zadrżał i wskazał ten sam kierunek, co kompas na „Machem Lumpur”, a niebieski język ognia świętego Elma zamigotał na szczycie masztu. Loner poruszył się, ale się nie przebudził i po chwili znów zapadł w głęboki” sen.

— Jimmy, zrób coś z tym ogniem, zanim rozwali nam ekran — warknął generał Stevens.

— Tak jest — odparł kapitan James Kelly. — Ale który ekran? Ogień widać na obydwu.

— Bo jest na obydwu — wtrącił ochrypłym głosem pułkownik Griswold. — Spójrz na każdy z osobna, Spike. Widać go wyraźnie, jest nie mniejszy od Ziemi.

— Spike, a może to po prostu zadanie? — spytała podnieconym głosem pułkownik Mabel Wallingford. — Pierwsze Dowództwo może w każdej chwili podać nowe informacje, żeby sprawdzić, jak sobie radzimy.

— Słusznie — przyznał generał i kurczowo uchwycił się tej nowej sugestii.

Pułkownik Wallingford uśmiechnęła się z satysfakcją: Spike się boi.

— Jeżeli to rzeczywiście nowe zadanie — mówił generał — a tak mi się przynajmniej zdaje, to tym razem dali nam niezłą zagadkę. Za pięć sekund nasze urządzenia komunikacyjne będą pękać w szwach od danych o symulowanym niebezpieczeństwie. Dobra jest, zakładamy, że to nowe zadanie.

Zmuszając się do tego, żeby zerknąć w górę, Paul zorientował się, że Wędrowiec pozostaje nieruchomy i nie zmienia zarysów. Pomógł wstać Margo, po czym sam podniósł się, ale wciąż stał skulony jak człowiek, nad którym zawisła betonowa płyta, albo jak ktoś, kto za chwilę ma dostać pięścią w zęby.

Okazało się, że reakcja „padnij” była powszechna. Krzesła leżały porozrzucane i nie widać było żywej duszy — ani osób, które siedziały w pierwszym rzędzie, ani prelegentów.

Nie, reakcja jednak nie była zupełnie powszechna. Drągal stał wyprostowany i dziwnie spokojnym, wysokim głosem mówił:

— Nie bójcie się. To tylko wielki balon. Wykonany w Japonii, sądząc z deseniu.

— Wzniósł się z Vandenbergu! — wołała histerycznie kobieta leżąca na podłodze. — Dlaczego się zatrzymał? Dlaczego się pali? Dlaczego nie leci wyżej?

Spod stołu dał się słyszeć jeszcze głośniejszy krzyk Łysego:

— Głupcy, nie wstawajcie! Nie wiecie, że to atomowa kula ognista? — A potem ciszej zwrócił się do Ramy Joan: — Gdzie są moje okulary?

Ragnarok z podkulonym ogonem obszedł taras, stanął prawie na samym środku między pustymi krzesłami, podniósł pysk w stronę Wędrowca i zaczął wyć. Paul i Margo wyminęli psa i zbliżyli się do podium.

Za ich plecami ukazała się Anna.

— Dlaczego wszyscy się boją? — zapytała wesoło. — To chyba największy latający talerz na świecie! Teraz już mogę ją.zgasić — powiedziała, wyłączając latarką.

— Japoński balon porusza się bardzo wolno — kontynuował Drągal głosem piskliwym i monotonnym. — Przelatuje nam teraz — nad głowami, ale proszę się nie obawiać, nie zatrzyma się tu na stale.

Niski mężczyzna podszedł do Drągala, wyciągnął rękę do góry i potrząsnął go za ramię.

— Czy balon potrafiłby aż tak przyćmić gwiazdy? — zapytał. — Czy w jego świetle moglibyśmy rozróżnić kolory naszych samochodów? Czy Vandenberg byłby zielony? Czy zdołałby oświetlić Ocean Spokojny aż po wyspy Santa Barbara? Do jasnej cholery, odpowiedz mi, Charley Fulby!

Drągal rozejrzał się. Potem wywrócił oczy, aż widać było same białka, oparł się o krzesło i bezsilnie osunął na ziemię. Niski mężczyzna spojrzał na niego uważnie i powiedział z namysłem:

— Cokolwiek to jest, nie jest to Arletta. Jednocześnie spod stołu ukazała się lśniąca czaszka i błyszczące okulary Łysego oraz owłosiona twarz Huntera, profesora z Uniwersytetu Reeda, którego Margo i Paul przezywali Brodaczem. Przez chwilę sprawiał! wrażenie dwóch dzielnych krasnali.

— To nie jest atomowa kula ognista — oznajmił Łysy. — Gdyby tak było, powiększałaby się. A poza tym od początku świeciłaby znacznie jaśniej.

Pomógł wstać Ramie Joan. Koniec jej zielonego turbanu był odwinięty. Bluzkę miała pogniecioną. Hunter również wstał.

Anna wyciągnęła rękę i pogłaskała Miau.

— Ona mruczy i wciąż patrzy na ten wielki talerz — powiedziała do Margo rudowłosa dziewczynka. — Jakby chciała go oblizać.

Wędrowiec nadal wisiał na niebie, miękki jak puch, a jednak o wyraźnie zarysowanych konturach; był.masywny, jego dwie połowy — kasztanowata i złota — układały się na kształt symbolu in-jang, symbolu światła i ciemności, mężczyzny i kobiety, dobra i zła.

Kiedy inni wpatrywał! się w nieznany obiekt i zastanawiali się nad nim, niski mężczyzna wyjął z kieszeni na piersi niewielki notes i na czystej kartce starannie naszkicował schematyczny rysunek: wygładził nieregularne kontury i równoległymi kreskami zaznaczył kasztanowy odcień nowego ciała niebieskiego.

Don Merriam zdjął ostatni kanister i ruszył w stronę stacji. Spojrzał w gore na zaćmienie. Pierścień świecił jaskrawo po prawej stronie Ziemi. Za kilka sekund ukaże się tarcza Słońca, na Księżyc powróci upalny dzień, a ciemne koło Ziemi znów rozjaśnią odbite przez Księżyc promienie Słońca.

Nagle zatrzymał się. Tarcza Słońca jeszcze się nie ukazała, a tarcza Ziemi, przed chwilą ciemna, świeciła teraz dwadzieścia razy jaśniej niż kiedykolwiek w blasku Księżyca. Bez trudu rozpoznał kontury obu Ameryk, a w górnym prawym brzegu mały świetlisty punkt grenlandzkiej pokrywy lodowej.

— Don, spójrz na Ziemię — odezwał się w słuchawce donośny głos Johannsena.

— Właśnie patrzę, Jo. Co się tam dzieje?

— Nie wierny. Podejrzewamy, że gdzieś na Księżycu nastąpił potężny wybuch. Może pożar w bazie radzieckiej — wybuch paliwa rakietowego.

— Nie byłoby tak jasno, Jo. No, ale może Amburcumian wynalazł sygnał świetlny o mocy dwudziestu Księżyców.

— Latarnia atomowa? — roześmiał się ponuro Johannsen. — Dufresne ma lepszą propozycję. Jego zdaniem wszystkie gwiazdy za nami zwiększyły jasność tysiąckrotnie.

— Może ma rację — odpowiedział Don, — Jo, co to za punkt nad Atlantykiem? — zapytał nagle.

Punktem, o którym mówił, była jasna żółto-fioletowa plama na spokojnej wodzie oceanu.

Richard Hillary opuścił zastanę, żeby poranne ostre promienie słońca nie wpadały do wnętrza, i wyciągnął się wygodnie w fotelu pośpiesznego autobusu, który właśnie nabierał szybkości w drodze do Bath, Autobus ten był miłą niespodzianka, w porównaniu z podskakującym na wyboistej drodze autobusem, którym jechał z Portishead do Bristolu. Nareszcie poczuł, że choroba morska mu mija: wnętrzności, które niecałą godzinę temu skręcały mu się w wężowe sploty, teraz powoli się uspokajały.

Oto, co jeden wieczór spędzony z pijanym walijskim poetą może uczynić z wyobraźnią — pomyślał ironicznie. — Cholera, jakieś wężowe sploty! Starczy mi już tego na dłuższy czas!

Przy pożegnaniu Dai Davies był w wyjątkowo hałaśliwym nastroju, śpiewał głośno,,Żegnaj, Mono”, improwizując poszczególne zwrotki pod wpływem alkoholu. Tworzył okropne neologizmy, takie jak „księżyco-ciemność” i „ludzko-blask”, a do tego wszystkiego „dziewico-uroda”. Ulga, jaką czuł Richard, kiedy się pozbył Daviesa, była szczera i głęboka. Nawet nie przeszkadzało mu (przynajmniej na razie), że kierowca autobusu ma włączone radio i zmusza pasażerów do słuchania przytłumionych dźwięków amerykańskiego neojazzu, równie bezsensownego, jak partia republikańska.

Richard wydał ciche, choć głębokie, westchnienie. Tak, na jakiś czas koniec z Dai, koniec z literaturą fantastycznonaukową, koniec z Księżycem. Tak, przede wszystkim z Księżycem.

— Przerywamy program — odezwał się głos z radia — żeby podać państwu zeskakujące wiadomość! ze Stanów Zjednoczonych.

Rozdział 8

Hunter i Łysy rozmawiali, obserwując Wędrowca. Kiedy kędzierzawa głowa i bujna broda Huntera przysłoniła na chwilę złocistą część kuli, lśniąca czaszka Łysego przybrała dziwny karmazynowy odcień.

Paul pod wpływem nagłego przypływu energii wskoczył na podium i nie myśląc o konsekwencjach powiedział:

— Posiadam tajne informacje na temat fotografii gwiezdnych z polami zniekształceń, które całkowicie potwierdzają…

— Dosyć! Nie mam czasu wysłuchiwać bredni fanatyków! — krzyknął Łysy, po czym zwrócił się znów do Huntera:

— Mogę się założyć, Ross, że jeśli ten obiekt Jest w tej samej odległości od Ziemi, co Księżyc, musi być wielkości Ziemi. Na pewno. Ale…

— Zakładając, że to kula — przerwał mu ostro Hunter — bo może być płaski jak talerz.

— Oczywiście zakładając, że to kula. Ale to chyba naturalne i rozsądne przypuszczenie, prawda? Słuchaj, jeżeli jest tylko tysiąc sześćset kilometrów nad nami — na sekundę zamknął oczy — to jego średnica wynosi czterdzieści osiem kilometrów. Zgodzą się?

— Tak — odparł Hunter. — Trójkąty podobne i dwanaście tysięcy osiemset kilometrów dzielone przez dwieście pięćdziesiąt.

Łysy skinął głową tak energicznie, że gdyby nie przytrzymał okularów, spadłyby na ziemię.

— Jeżeli natomiast jest tylko sto sześćdziesiąt kilometrów nad nami — co oznaczałoby, że nie odbija promieni słonecznych, lecz świeci własnym blaskiem…

— To ma średnice długości cztery przecinek osiem kilometra — dokończył za niego Ross.

— Tale — zgodził się Paul. — Ale w takim razie okres jego obiegu po orbicie wynosi dziewięćdziesiąt minut, czyli cztery stopnie na minutę, a taki ruch będziemy w stanie zaobserwować i bez pomocy gwiazd.

— Ma pań całkowita słuszność — powiedział Łysy zwracając się do Paula jak do starego kolegi — Cztery stopnie to tyle, co Pas Oriona. Jeżeli ta kula rzeczywiście posuwa się z taką szybkością, zauważymy to niebawem.

— Ale skąd wiesz, że ona w ogóle posuwa się po orbicie? — zapytał Hunter. — Skąd możesz mieć tę pewność?

— Jeszcze jedna zrozumiała i, rozsądna hipoteza — odparł głośno i z pewną goryczą Łysy. — Tak jak to, że odbija promienie słoneczne. Nie wiem, skąd się tu wzięła, ale skoro jest w kosmosie, i dopóki się. nie przekonamy, że jest inaczej, możemy przypuszczać, że podlega prawom kosmosu. Co pan chciał powiedzieć o fotografiach gwiezdnych? — zwrócił się do Paula.

Paul zaczął opowiadać.

Margo nie weszła z Paulem na podium. Stała niżej — wokół niej ludzie tłoczyli się i z przejęciem dyskutowali, dwie kobiety, kucając przy Drągalu, rozcierały mu nadgarstki, niski mężczyzna szukał czegoś miedzy krzesłami — i wpatrywała się w dziwne ametystowotopazowe smugi za ciemną plażą, w odbicie Wędrowca w wodach Pacyfiku. Przyszło jej na myśl, że wszystkie widma jej przeszłości, a może przeszłości świata, przyjdą do niej tą szosą wybrukowaną drogimi kamieniami.

W polu jej widzenia ukazała się twarz kobiety w turbanie.

— Poznaję panią — powiedziała kobieta oskarżycielskim tortem. — Jest pani narzeczoną tego kosmonauty. Widziałam pani zdjęcie w,,Life’ie”.

— Chyba ma pani racje — wtrąciła druga kobieta w jasnoszarym swetrze i spodniach. — Ja też widziałam to zdjęcie.

— Przyszła z jakimś panem — poinformowała je Anna, która stała koło Ramy Joan. — Są bardzo mili i mają kotkę. Widzisz, mamusiu, jak kotka wpatruje się w ten olbrzymi aksamitny talerz?

— Tak, kochanie — Rama Joan uśmiechnęła się krzywo. — Widzi diabły. Koty je lubią.

— I tak się boimy. Niech pani przestanie nas straszyć — wtrąciła ostro Margo. — To głupie i dziecinne.

— Pani myśli, że tam nie ma diabłów? — zapytała uprzejmie Rama Joan. — O, proszę się nie martwić o Annę. Jej się wszystko podoba.

Ragnarok podkradł się do nich, wspiął się na tylnych łapach i zawarczał na Miau.

— Siad, pies! — rozkazał niski mężczyzna, który wciąż szukał czegoś między krzesłami. Margo starała się przytrzymać wyrywającej się i drapiącą kotkę, natomiast Karna Joan odwróciła się i spojrzała na Wędrowca, a potem na Księżyc, który powoli wychodził z zaćmienia. Niski mężczyzna znalazł to, czego szukał, usiadł i położył na kolanach odnaleziony skarb — przedmiot wielkości teczki, ale o ostrzejszych krawędziach.

— Tak — mówił właśnie na podium Łysy do Paula. — Te fotografie rzeczywiście wskazują na to, że coś przywędrowało z nadprzestrzeni, ale… — grube szkła powiększały jego zmarszczone brwi — ale to nam w niczym nie pomoże. Nie powie nam, jak daleko od Ziemi jest to świństwo. — Jeszcze bardziej zmarszczył brwi.

— Rudolf! Słuchaj! — krzyknął do Łysego Hunter. Rudolf, czyli Łysy, chwycił złożony parasol.

— Przepraszam, Ross, ale muszę coś sprawdzić — powiedział i trochę niezdarnie zeskoczył z podium.

Paul nagle zrozumiał: jego nagły przypływ energii był po prostu podnieceniem, które ogarnęło też pozostałych.

— Ale to ważne — mówił głośno Hunter, zwracając się po części do Paula, a po części do Rudolfa. — Jeżeli kula jest tylko sto sześćdziesiąt kilometrów nad nami, to znajduje się w cieniu Ziemi i nie może odbijać promieni słonecznych. Ale przyjmijmy, że jest tylko szesnaście kilometrów nad nami. To wystarczy, żeby oświetlić spory obszar Ziemi. Wtedy ma średnicę zaledwie około czterystu pięćdziesięciu metrów. Rudolf, słuchaj, wiem, żeśmy się wszyscy śmieli z Charlie’ego Fulby, kiedy mówił o balonie, ale wiadomo, że balony ponad stumetrowej średnicy osiągały wysokość trzydziestu pięciu kilometrów. Przypuśćmy, że to ogromny balon z niezwykle silnym źródłem światła wewnątrz. Źródło to ogrzewa gaz i sprawia, że balon unosi się jeszcze wyżej… — nagle urwał. — Rudolf, co tam robisz, do diabła? — spytał.

Rudolf wbił głęboko w piasek parasol i kucając za nim patrzył na Paula i Huntera poprzez łuk rączki. Wędrowiec wyraźnie odbijał się w jego grubych szkłach.

— Sprawdzam orbitę tego świństwa! — krzyknął do nich z dołu. — Staram się ustawić parasol na jednej linii z rogiem stołu i kulą na niebie. Niech nikt nie rusza stołu!

— Mówię ci przecież — odparł Hunter — że ta kula może wcale nie mieć orbity, że może się tylko unosi w powietrzu! To po prostu może być balon wielkości pięciu boisk do piłki nożnej.

— Panie Hunter! — zawołała z lekką drwiną w głosie Rama Joan. Brodacz obejrzał się. Inni również.

— Panie Hunter — powtórzyła Rama Joan. — Dwadzieścia minut temu opowiadałeś nam o symbolach, które widzimy na niebie, a teraz każesz się nam zadowolić wyjaśnieniem, że to wielki czerwonożółty balon. Ale z was dzieci. Spójrzcie na Księżyc!

Paul śladem innych zasłonił ręką Wędrowca. Wschodnia, trzecia część Księżyca wyszła już z zaćmienia, ale nawet ją pokrywały kolorowe plamki, tymczasem zaś na ocienionych krawędziach widać było czerwone i złote smugi. Nie było najmniejszej wątpliwości, że światło Wędrowca pada na tę stronę Księżyca z równą siłą, co na Ziemię.

Ciszę przerwał nagły terkot. Niski mężczyzna ustawił na kolanach przenośną maszynę do pisania i zawzięcie w nią walił. Nieregularne stukanie wydało się Margo czymś tak samotnym i niewłaściwym jak stepowanie na płycie grobowej pośrodku cmentarza.

— Dobra, skoro Pierwsze Dowództwo nam to zleca, do roboty! — warknął generał Spike Stevens. — Jimmy, natychmiast przekaż mój rozkaz do bazy księżycowej: WYSŁAĆ STATEK NA LOT ROZPOZNAWCZY NOWEJ PLANETY, PRZYPUSZCZALNA ODLEGŁOŚĆ OD BAZY CZTERDZIEŚCI TYSIĘCY KILOMETRÓW (tu podać księżycowe współrzędne przestrzeni), INFORMACJE NIEZBĘDNE, PRZEKAZAĆ NATYCHMIAST.

— Spike — odezwał się pułkownik Griswold — nadajniki pokładowe mają za mały zasięg, żeby nadawać bezpośrednio na Ziemię.

— Niech nadają przez bazę.

— Nie da rady. Będą po tamtej stronie Księżyca. Generał strzelił palcami.

— Dobra — powiedział. — Każ im wysłać dwa statki, jeden wywiadowczy, a jakiś czas po nim drugi, który będzie przekazywał informacje do bazy. Zaczekaj! W bazie są trzy statki gotowe do akcji, tak? Niech wyślą dwa statki wywiadowcze, na północ i na południe nowej planety, a trzeci niech krąży wokół Księżyca, — niech je osłania i przekazuje informacje. Wiem, Will, w bazie zostanie jeden człowiek bez statku, ale dla zdobycia informacji gotów jestem zaryzykować.

W napiętej atmosferze podziemnego pomieszczenia pułkownik Mabel Wallingford poczuła nagle dreszcz niepokoju: a może to wcale nie jest zadanie? Wtedy Spike nie da sobie rady. Dzięki mnie odniósł to drobne zwycięstwo, ale zaraz je utraci.

Margo usłyszała, jak kobieta, o którą opierał się Drągal, mówi do niego:

— Charlie, nie wstawaj jeszcze.

Drągal spokojnie wpatrywał się w Wędrowca. Kącikami ust uśmiechał się lekko.

Margo odruchowo pochyliła się nad nim. To samo zrobiła Rama Joan, bezwiednie podwijając wystający koniec turbanu.

— Ispanie — wyszeptał osłabiony mężczyzna. — Och, Ispanie, jakże mogłem cię nie poznać? Pewnie nigdy nie zastanawiałem się, jak wyglądasz z daleka — a potem dodał głośniej: — Ispan, fioletowy i złoty Ispan — Planeta Cesarska.

— Iszpan-Hiszpan — rzucił obojętnie niski mężczyzna, nie przerywając pisania na maszynie.

— Charlie Fulby, ty stary kłamczuchu — powiedziała niemal z czułością Rama Joan. — Dlaczego wciąż udajesz? Przecież wiesz, że nigdy w życiu noga twoja nie stanęła na innej planecie.

Kobieta podtrzymująca Drągala rzuciła Ramie Joan wściekle spojrzenie, ale Drągal popatrzył na nią bez złości.

— To prawda, Ramo Joan — powiedział — nie byłem na żadnej planecie, ale od lat odwiedzam je w myślach. Jestem tak pewien ich istnienia jak Platon był pewien uniwersalii, a Euklides nieskończoności. Ispan, Arletta i Brima istnieją tak, jak istnieje Bóg. Czuję to. Ale żeby przekonać o tym ludzi w tym materialistycznym świecie, musiałem udawać, że na nich byłem.

— Dlaczego mi teraz mówisz prawdę? — zapytała łagodnie Rama Joan, jakby z góry znała odpowiedź.

— Bo teraz nie ma potrzeby udawać — odparł cicho Drągal. — Ispan tu przybył.

Niski mężczyzna wyciągnął kartkę papieru z maszyny, przypiął ją do bloku, stanął na podium i pukając w stół poprosił o ciszę:

— Po miejscu, dacie, godzinie i minucie mam tu, co następuje — zaczął czytać: — MY, NIŻEJ PODPISANI, WIDZIELIŚMY KOLISTY OBIEKT NA NIEBIE W POBLIŻU KSIĘŻYCA. ŚREDNICA OBIEKTU BYŁA MNIEJ WIĘCEJ CZTERY RAZY WIĘKSZA OD ŚREDNICY KSIĘŻYCA. OBIEKT SKŁADAŁ SIĘ Z DWÓCH CZĘŚCI: FIOLETOWEJ I ŻÓŁTEJ, PRZYPOMINAJĄCYCH SYMBOL INJANG LUB LUSTRZANE ODBICIE CYFRY SZEŚĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ. JEGO ŚWIATŁO UMOŻLIWIAŁO CZYTANIE GAZETY. CO NAJMNIEJ PRZEZ DWADZIEŚCIA MINUT OBIEKT NIE ZMIENIŁ POSTACI. Czy są jakieś poprawki? Jeżeli nie, proszę się podpisywać tu niżej, i proszę od razu podawać adresy.

Ktoś ciężko westchnął, ale Łysy zawołał ze swojego posterunku na piasku:

— Słusznie, Dodd. Niech się podpisują!

Niski mężczyzna podsunął blok dwóm kobietom stojącym najbliżej. Jedna roześmiała się histerycznie, druga wyrwała mu pióro i podpisała się.

— Zaobserwowałeś już ruch? — zapytał Paul Rudolfa.

— Nie jestem jeszcze pewien — odpowiedział Rudolf, wstając ostrożnie, żeby nie poruszyć wbitego głęboko w piasek parasola. — W każdym razie kula jest daleko od Ziemi.

Wszedł na podium.

— Czy ktoś ma teleskop albo lornetkę? — spytał głośno, ale bez większej nadziei. — Może choć teatralną? — czekał chwilę na odpowiedź, a potem wzruszył ramionami. — Co za ludzie! — powiedział do Paula, zdejmując okulary, żeby je przetrzeć i rozmasować skronie.

Brodata twarz Huntera nagle się rozjaśniła.

— A może ktoś ma radio?! — zawołał.

— Ja mam — odparła chuda kobieta, siedząca na podłodze obok Drągala.

— W porządku, niech pani znajdzie jakąś stację — rzekł Hunter.

— Postaram się złapać KFAC. Tam nadają muzykę klasyczną i często przerywają program, żeby w skrócie podać wiadomości.

— Jeżeli w Nowym Jorku albo w Buenos Aires również widać tę kulę, będziemy mieli pewność, że jest ona bardzo wysoko — skomentował Hunter.

Margo, trzymając kotkę, znów patrzyła na Wędrowca. Nagle poczuła, że ktoś ją bierze za łokieć.

— Clarence Dodd — przedstawił się uprzejmie niski mężczyzna. — Pani…

— Margo Gelhorn — odparła Margo. — Czy ta potężna bestia to pański pies, panie Dodd?

— Tak — powiedział mężczyzna i uśmiechnął się lekko. — Czy mogłaby się pani tu podpisać?

— Niech mi pan da spokój — rzekła opryskliwie i znów spojrzała na Wędrowca.

— Będzie pani żałowała — zapewnił ją spokojnie Dodd. — Raz w życiu widziałem prawdziwy latający talerz i nie wziąłem pisemnych oświadczeń od czterech osób jadących razem ze mną samochodem. Po tygodniu wszyscy twierdzili!, że to było co innego.

Margo wzruszyła ramionami i podeszła do podium.

— Paul — powiedziała — zdaje mi się, że fioletowa część się zmniejsza, a na zewnętrznej krawędzi żółtej płaszczyzny widać fioletowe pasmo, którego przedtem nie było.

— Ona ma rację — odezwało się kilka głosów. Rudolf poprawił okulary, które wciąż zsuwały mu się z nosa, ale zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, Hunter zawołał:

— Obraca się! To na pewno kula!

Paul, któremu dotychczas wydawało się, że Wędrowiec jest płaski, ujrzał nagle, że to bryła. Widok wyłaniającej się, dotąd ukrytej, nieznanej drugiej strony kuli wywarł na zebranych wielkie wrażenie.

Rudolf podniósł rękę.

— Obraca się na wschód — stwierdził. — A to znaczy, że kula kręci się w przeciwną stronę niż Ziemia i większość planet naszego układu słonecznego.

— Słyszysz, Bili? Zaczyna się lekcja astronomii — cicho, ironicznym tonem powiedziała szaro ubrana kobieta do siedzącego obok mężczyzny.

Chuda kobieta włączyła radio tranzystorowe: słychać było wyraźnie tylko zakłócenia. Muzyka, a właściwie to, co można było wyłapać z zakłóceń, była skoczna i melodyjna. Po chwili Paul rozpoznał „Walkirię” Wagnera, która tu, na rozległym otwartym terenie brzmiała tak, jakby utwór grała orkiestra złożona z myszy.

Don Merriam był prawie w połowie drogi powrotnej do stacji; szybkim krokiem szedł ostrożnie po jaśniejącej równinie, wznosząc butami pyl, kiedy w słuchawce usłyszał opanowany głos Johannsena. Zatrzymał się.

— Słuchaj uważnie, Don — powiedział Johannsen. — Masz nie wchodzić do stacji. Wsiadaj do statku A i przygotuj się do samotnego startu.

Don chciał zapytać, co się stało, ale się powstrzymał. Słysząc tę ciszę w słuchawce Johannsen roześmiał się z uznaniem i mówił dalej:

— Wiem, na tego typu statkach lataliśmy w pojedynkę tylko na próbnych, ćwiczebnych lotach, ale to rozkaz z góry. Dufresne jest już gotów. Będzie leciał statkiem B. Ja z Baby Jagi C będę przekazywał informacje Gornpertowi, który zostanie na miejscu i będzie je przesyłać dowództwu na Ziemi. Ty i Dufresne wystartujecie, kiedy otrzymacie rozkaz. Ty zbadasz północną stronę żółto-fioletowego obiektu za Księżycem, a Dufresne południową. Aż mi się wierzyć nie chce, ale dowództwo z Ziemi mówi, że to…

Słowa Johannsena zagłuszył niski, świdrujący, niemal poddźwiękowy ryk: Don stopami wyczuł idące od dołu wibracje. Grunt księżycowy zachybotał mu pod nogami i Don stracił równowagę. W chwili gdy padał, myślał jedynie o tym, żeby zgiąć ręce w łokciach i osłonić hełm. Widział szarą warstwę pyłu, która falowała lekko niczym gruby dywan podnoszony wiatrem — to siła inercji utrzymywała pył nad rozdygotanym Księżycem.

Don runął na wznak. Łoskot wzmagał się: czuł przez kombinezon coraz silniejsze wibracje. Fontanny pyłu wzbiły się wokół niego. Hełm na szczęście nie pękł.

Ryk ustał.

— Jo! Jo! — krzyknął Don, a potem językiem włączył alarm.

Fioletowo-żółty blask padał na niego od zachodniej strony Atlantyku, nie opodal wybrzeży Florydy.

Ze stacji nie było odpowiedzi.

Rozdział 9

Margo i Paul ruszyli za główną grupą z powrotem do samochodów. Nikt nie pamiętał, kto pierwszy zawołał: „Lepiej się stąd wynośmy”, ale kiedy słowa te zostały wypowiedziane, prawie wszyscy natychmiast zgodnie ruszyli w drogę. Jedynie Rudolf chciał koniecznie zostać przy swoim astrolabium składającym się z parasola i rogu stołu, usiłował też przekonać kolegów-obserwatorów, żeby z nim zostali, ale w końcu wyperswadowano mu ten pomysł.

— Rudolf jest kawalerem — w charakterze wyjaśnienia zwrócił się. Hunter do Margo, kiedy czekali wraz z kilkoma innymi osobami, aż Rudolf zbierze swoje rzeczy. — Może nie spać całą noc obserwując jakieś zjawisko, głowiąc się nad zadaniem szachowym albo usiłując poderwać jakąś aktoreczkę! — to ostatnie krzyknął do Rudolfa — ale my wszyscy mamy rodziny.

Skoro tylko padła propozycja odejścia, Paul chciał natychmiast pójść do Dowództwa Projektu Księżycowego. Postanowił, że wraz z Margo skręcą od razu w stronę Vandenbergu 2, właściwie już chciał powiedzieć, że pójdą pieszo do Bramy Plażowej — byłoby prędzej — ale przypomniał sobie, że sprawdzanie przepustek trwa tam dłużej.

Gdy jako jedni z pierwszych byli już gotowi do drogi, Miau nabrała odwagi widząc, że Ragnarok jest na smyczy, wyrwała się i zaczęła zwiedzać plażę pod tarasem. Anna, czekając aż Margo złapie kotkę, została z tyłu, a wraz z nią jej matka, Rama Joan. Tworzyły dziwną parę: spokojna dziewczynka z rudymi warkoczykami i kobieta o męskich rysach w wymiętym fraku.

Kiedy Rudolf przyłączył się do nich, cała grupka ruszyła szybkim krokiem, żeby dopędzić tych na przedzie.

Rudolf wskazał kciukiem Brodacza.

— Czy ten typ szkalował moje dobre imię? — zapytał Margo.

— Nie, wprost przeciwnie. Profesor Hunter robił panu jak najlepszą reklamę — odpowiedziała z uśmiechem dziewczyna. — Jeśli dobrze zrozumiałam, nazywa się pan Rudolf Valentino.

— Nie — roześmiał się Rudolf. — Po prostu Rudolf Brecht. Ale Brechtowie to również uwodziciele, hoho!

— Zapomniałeś parasola — wtrącił Hunter i jednocześnie chwycił Brechta za łokieć. — Nie, nie pozwolę po niego wracać.

— Nie mam zamiaru, Ross — odparł Rudolf. — Specjalnie go tam zostawiłem jako swojego rodzaju pomnik. Nawiasem mówiąc, należałoby jeszcze dopisać do tej kartki, że jesteśmy bandą głupców. Całą noc będziemy się musieli przedzierać przez korki uliczne zamiast zostać w tym wymarzonym miejscu i wykorzystać czas na owocne obserwacje. Zjedlibyśmy pyszne śniadanie na świeżym powietrzu.

— Nie jestem pewien, czy to rzeczywiście wymarzone miejsce — zaczął ponuro Hunter, ale Rudolf przerwał mu i wskazał ręką Wędrowca.

— Przypuśćmy, że to prawdziwa planeta — powiedział. — Czym według ciebie są więc te żółta i kasztanowate plamy? Moim zdaniem, żółte to pustynie, a kasztanowate to oceany fioletowych wodorostów.

— Suche obszary skrystalizowanego jodu i siarki? — strzelił w ciemno Hunter.

— Których granic strzegą pewnie demony Maxwella? — zapytał z lekką ironią Rudolf.

Paul spojrzał w górę. Fioletowe pasmo było teraz szersze, a żółta powierzchnia, która przesunęła się bliżej.środka nieznanego ciała, przypominała kształtem opasły półksiężyc.

— A ja myślę, że to oceany ze złotą wodą i ziemia porośnięta fioletowym lasem — powiedziała Anna.

— Nie, moja panno, trzeba przestrzegać zasad gry — upomniał ją Rudolf. — A to znaczy, że nie można wymyślać rzeczy, których nie ma tu na Ziemi.

— Czy taką ma pan metodę badania spraw nieznanych? — spytała z rozbawieniem Rama Joan. — Czy naprawdę w ten sposób podchodzi pan do wszystkiego?

— Tak. Do wszystkiego. To chyba najsłuszniejsza zasada — odparł Rudolf. — Młoda damo — zwrócił się znów do Anny — jak się najlepiej wkraść w łaski twojej mamy? Nigdy jeszcze nie zabiegałem o względy buddystki, a to wielka pokusa.

Anna wzruszyła ramionami, jej rude warkocze podskoczyły. Rama Joan sama odpowiedziała na pytanie.

— Niech się pan nie spodziewa, że podzielam pańskie poglądy — rzuciła zgryźliwie.

Ściągnęła nagle turban, ukazując fale złocisto-rudych włosów — nareszcie widać było podobieństwo między matką a córką, a frak Ramy Joan wyglądał teraz jeszcze bardziej dziwacznie.

Mijali kępy trawy morskiej i powali zbliżali się do reszty piechurów. Paul spostrzegł ze zdziwieniem, że niemal wszyscy oddalający się od Wędrowca idą zgarbieni, a potem uświadomił sobie, że sam też idzie pochylony. Wyprzedził Drągala i dwie idące przy nim kobiety. Jedną z nich była chuda kobieta z radiem. Wśród trzasków i zakłóceń słychać było Koncert a-moll Grega.

— Starałam się złapać inne stacje — wyjaśniła Hunterowi — ale zakłócenia były jeszcze większe.

Nagle muzyka ucichła. Wszyscy naraz się zatrzymali. Kilka osób na przedzie też stanęło.

— Podajemy komunikat z Sigalert — powiedział wyraźny głos. — Autostrady prowadzące do Hollywood i Santa Monica — nie, przepraszam — do Hollywood, Santa Monica i Ventury są zamknięte z powodu zatorów. Prosi się kierowców, żeby nie używali żadnej z tych autostrad aż do odwołania. Radzimy pozostać w domu. Nieznane ciało na niebie tonie jest wybuch atomowy. Powtarzam: to nie jest wybuch atomowy. Przed chwilą rozmawialiśmy przez telefon z profesorem Humasonem Kirkiem, sławnym astronomem uniwersytetu w Tarzanie, który nam powiedział, że nieznany obiekt na niebie to bez wątpienia, — powtarzam bez wątpienia — wędrująca chmura pyłu metalicznego, odbijająca światło słoneczne. Nie ma się więc czego obawiać. Profesor sądzi, że to pył złota i brązu. Ogólna waga pyłu, jak zapewnia profesor, wynosi nie — więcej niż trzy kilogramy, a sam pyl nie stanowi zagrożenia…

— Co za dureń! — nie wytrzymał Rudolf Brecht. — Pyłek! Meszek!

Kilka osób syknęło na niego, ale kiedy się uciszył, słychać już było tylko zakłócany szmerami fortepianowy Koncert a-moll.

Don Merriam był około stu metrów od stacji, kiedy na Księżycu nastąpiły nowe wstrząsy — tym razem wstrząsy pionowe, zapowiedziane przez potworny świdrujący łoskot, jakby ktoś wypruwał z Luny wszystkie wnętrzności. Donowi zaczęły dzwonić zęby, a metalowe części kombinezonu wibrowały gwałtownie jakby w rytm dźwięków ogromnego, kosmicznego fortepianu.

Twardy grunt księżycowy umknął mu spod nóg, chwilę później uderzył z siłą w jego karbowane podeszwy, potem znów umknął i znów go rąbnął. Dywan pyłu podskakiwał i opadał wraz z Donem. Gdzieniegdzie całe chmury tryskały w górę na wysokość ponad czterech metrów, po czym opadały raptowniej niż kurz na Ziemi.

Wstrząsy nie ustępowały. Don, jakby balansował na grzbiecie wierzgającego konia, walczył, żeby utrzymać równowagę, pomagając sobie nagłymi wyrzutami ramion. Raptownie unoszący się pył tworzył grube, ostre łuki na tle gwiezdnych pól. Światło słoneczne zmów zalewało równinę Platona.

Wstrząsy ustały. Kosmonauta nastawił polaryzację na cztery piąte i rozejrzał się, szukając stacji. Zaniechał już prób porozumienia się ze stacją przez nadajnik umieszczony w kombinezonie. Nie widział iluminatorów, ale w świetle słonecznym zawsze trudno było je dostrzec. Kierując się gwiazdami, obrał właściwą drogę i ruszył przed siebie. Zdawało mu się, że widzi błyszczące krawędzie dwóch statków kosmicznych, stojących na wysokich trójnogach.

Nowa seria poprzecznych wstrząsów sejsmicznych zwaliła Dona z nóg. Podniósł ręce w samą porę, żeby złagodzić upadek. Tym razem wstrząsy trwały dłużej — towarzyszyło im kilka wstrząsów ubocznych. Krater Platona falował aż po horyzont niczym jezioro szarego pyłu. Strumienie pyłu wznosiły się i opadały. W istocie bardziej przypominało to ziemskie wodotryski niż fontanny księżycowego pyłu. Fale pyłu piętrzyły się wokół spiczastych skał, a całe tumany opadały na hełm Dona.

Pionowe wstrząsy zawtórowały poziomym. Grzmot oszołomił Dona. Kombinezon pobrzękiwał na nim jak pusta puszka w betoniarce.

Postanowił nie czekać dłużej i niczym pokryty srebrnym pyłem chrząszcz zaczął się czołgać w stronę statków. Żałował tylko, że nie ma tyle nóg co chrząszcz.

Zbliżając się do samochodów, które wyraźnie rysowały się u podnóża ciemnych skał, członkowie sympozjum rozdzielili się na grupy. Światło Wędrowca, złożone z harmonizujących ze sobą żółtości i fioletów, nadawało żółtawy odcień wszystkiemu z wyjątkiem lustrzanych powierzchni, takich jak tafla wodna, w której odbijała się cala planeta, albo krańców, gdzie cień przysłaniał jeden z kolorów.

— Pewnie wy z Projektu Księżycowego wiecie znacznie więcej od nas — z odrobiną zazdrości w glosie powiedział Hunter do Paula. — Macie przede wszystkim lepszy system informacji. A poza tym teleskopy satelitarne, radary i całą resztę!

— Nie jestem taki pewien, Ross — odparł Paul. — Praca tom wyrabia u wszystkich wycinkowe spojrzenie.

Niski mężczyzna podszedł do nich — w prawej ręce na krótkiej smyczy trzymał Ragnaroka, w lewej blok.

— Pamięta mnie pani? Nazywam się Clarence Dodd. Może byłaby pani tak uprzejma teraz się podpisać? — zapytał przymilnie, wyciągając do Margo blok. — Jutro każdy będzie mówił: dlaczego się nie podpisałem? Ale będzie już za późno.

Margo, usiłując powstrzymać wyrywającą się kotkę, warknęła:

— Idiota! Niech się pan odczepi!

— Ja ci podpiszę, Dodd — zawołał wesoło Rudolf. — Tylko chodź tutaj i przestań drażnić zwierzęta!

Anna roześmiała się cicho.

— Wiesz, mamusiu, podoba mi się pan Brecht — powiedziała. Rudowłosa kobieta we fraku odpowiedziała jej ledwo dostrzegalnym uśmiechem.

— Świetnie! Może taka reklama przekona twoją mamę! — zawołał Rudolf.

Paul ujął Margo za łokieć i już miał ją zaprowadzić do samochodu, kiedy nagle coś go skłoniło, żeby stanąć i spojrzeć na Wędrowca. Otoczony fioletem żółty kształt był teraz wyraźny — szerszy u podstawy, zwężający się ku górze: i ostro zgięty na czubku. Nowy kształt nie dawał Paulowi spokoju.

Clarence Dodd — lub „niski mężczyzna”, jak go wciąż w myśli nazywał Paul — dał Rudolfowi do potrzymania smycz Ragnaroka i szybko narysował nowy, uproszczony rysunek, poziomą linią zakreślając fioletową płaszczyznę. Pod rysunkiem napisał: Po godzinie.

Jeden z samochodów, czerwona limuzyna, ruszył, pozostawiając — innych daleko w tyle.

Z przodu rozległo się wołanie chudej kobiety:

— Proszę nam pomóc! Wanda chyba ma atak serca!

Ragnarok zaskomlał. Miau syknęła.

Naraz Paul uświadomił sobie, co mu przypomina żółty kształt: dinozaura o długich szczękach, stojącego na potężnych tylnych łapach. Poczuł gęsią skórkę. Przeszył go nagle dreszcz — coś wstrząsało jego ciałem.

W dziecinnych latach Paul lubił stawać pośrodku huśtawki zawieszonej na ganku: była to solidna ławka wyłożona poduszkami, mieszcząca trzy osoby, i łańcuchem przymocowana do sufitu. Zdawało mu się wtedy, że zachowanie równowagi na huśtawce jest szczytem odwagi. Teraz nagle znów znalazł się na huśtawce — ziemia bowiem z przytłumionym łoskotem lekko chwiała mu się pod nogami, najpierw kilka centymetrów do tyłu, potem kilka centymetrów do przodu, potem znów do tyłu, On sam zaś musiał balansować, żeby utrzymać równowagę, jak to robił niegdyś na huśtawce.

Ponad krzyki i nawoływania wybił się rozkazujący glos Huntera:

— Jak najdalej od samochodów!

Margo przywarła do Paula. Miau, zgnieciona między nimi, pisnęła.

Wszyscy biegali zataczając się. Brązowa skała jak gdyby wypaczyła się, pokryła głębokimi rysami, wreszcie zaczęta się rozpadać, najpierw powoli, a potem coraz prędzej niczym pod druzgocącymi uderzeniami miota. Posypał się grad kamieni. Odłamek uderzył Paula w policzek. W powietrzu unosiła się chmura pyłu. Rozszedł się nagle silny zapach wilgotnej ziemi.

— Prędko! — krzyknął Hunter. — Niektórych zasypało! Paul rzucił jeszcze okiem na żółty pionowy kształt na fioletowej powierzchni kuli, która teraz znajdowała się znacznie bliżej Księżyca.

Król drapieżników — Tyranozaurus!

Pershing Square — zespół niewielkich fontann i wypielęgnowanej zieleni porastającej podziemny garaż miejski i schron atomowy — znajduje się w samym sercu starej dzielnicy Los Angeles, w której częściej widać napisy typu,,Su credito es bueno” niż takie same informacje w języku angielskim.

Tej nocy pijacy, włóczędzy i anonimowi przechodnie, którzy oprócz ruchliwych wiewiórek i skrzydlatych gołębi są najczęstszymi bywalcami placu; mogli obserwować coś znacznie ciekawszego, niż zmierzwione brody kaznodziejów zapowiadających Powtórne Przyjście i histeryczne gesty obdartych mówców.

Tej nocy bywalcy placu wylegli na róg ulicy Olive i Piątej Alei, gdzie frontem do hotelu Baltimore, do wzgórza Bunkera i do gmachu baptystów, który służył jako jeden z głównych teatrów w mieście, stoi posąg z brązu przedstawiający zamyślonego Beethovena. Światło Wędrowca zalewało twarze i oczy zwrócone w górę, obserwujące w milczeniu potężny znak na południowej części nieba; oczy Beethovena, który spoglądał w dół na swoją nie dopiętą kamizelkę, zaplamioną ptasimi odchodami, pozostawały jednak w cieniu krzaczastych brwi muzyka i jego wielkiej grzywy.

Przez chwilę panowała napięta, pełna grozy cisza, a potem rozległ się stłumiony odległy łoskot. Jakaś kobieta krzyknęła i zebrani oderwali oczy od nieba. Przez moment zdawało im się, że ulicą Olive prą potężne grzywacze zwieńczone żółto-fioletową pianą — ogromne fale czarnego oceanu, które wdarły się trzydzieści kilometrów w głąb lądu na północ od San Pedro, zalewając stocznię i autostradę w Long Beach.

Nagle zrozumieli, że to wcale nie ciemne strugi wody, a czarny asfalt, że to cała ulica faluje pod wpływem wstrząsów przesuwających się na północ. W następnej chwili łoskot zamienił się w przeraźliwy ryk stu odrzutowców, asfaltowe fale przewracały ludzi, a betonowe grzywacze niszczyły mury budynków.

Przez chwilę głęboko osadzone oczy gigantycznego, metalowego Beethovena błysnęły złowrogim fioletowym światłem, kiedy ciężki odlew wolno przewracał się.

Hunter, Paul i pozostali mieli sporo kłopotu starając się uporać ze skutkami wielkiego trzęsienia ziemi, które nawiedziło obszar od Los Angeles do Long Beach. Kiedy częściowo odkopali a częściowo wyciągnęli z gruzów trzy kobiety, które znajdowały się na skraju osypiska — w tym chudą kobietę z radiem — przeliczyli szybko osoby i okazało się, że wciąż trzech brakuje. Przez dziesięć minut zawzięcie kopali, posługując się trzema lśniącymi łopatami, które niski mężczyzna wydostał ze swojego kombi: samochód miał jedynie zasypane tylne koła i trochę wgnieciony dach. Nagle ktoś przypomniał sobie o czerwonej limuzynie, która pierwsza odjechała, a ktoś inny, że to właśnie w niej przyjechały trzy brakujące osoby.

Kiedy odpoczywali, Paul, którego samochód był zasypany doszczętnie, wyjaśnił, że jest pracownikiem Projektu Księżycowego i zamierza udać się z Morgo do Bramy Plażowej Vandenbergu 2. Zaproponował, że zabierze ze sobą tych, co chcą się do niego przyłączyć, i poręczy za nich strażnikom — chociaż nieszczęście, które ich spotkało, i tak powinno zapewnić im wstęp.

Rudolf Brecht entuzjastycznie poparł plan Paula, sprzeciwił mu się natomiast mocno zbudowany mężczyzna w skórzanej kurtce, Rivis; był on niezbyt pochlebnego zdania o wszystkich instytucjach wojskowych i nie wierzył, żeby można było spodziewać się od nich jakiejkolwiek pomocy. Samochód Rivisa miał tylko zasypaną chłodnicę i przednie koła. Rivis, który miał również czwórkę rozkosznych dzieci, uroczą żonę i skłonną do histerii teściową — znajdowały się one teraz w Santa Barbara — twierdził, że należy odkopać wozy i ruszać do domu.

Poparli go właściciele mikrobusu i białej furgonetki — oba pojazdy były tylko lekko przysypane ziemią. Szczególnie Właściciele furgonetki, schludni, przystojni Hixonowie, mąż i żona, którzy nosili oboje identyczne szare spodnie i swetry, nalegali, żeby jak najprędzej odjechać.

Dyskusja coraz bardziej się zaostrzała. Czy na szosie nadbrzeżnej będą zatory, czy też będzie zniszczona przez trzęsienie? Czy Paul jest tym, za kogo się podaje? Czy będą działały silniki, kiedy od kopie się samochody? (Rivis włączył silnik swojego wozu i udowodnił, że działa, jedynie w radio słychać było przeraźliwe trzaski). Czy Wanda naprawdę miała atak serca?! wreszcie, czy prelegenci i ich podejrzani nowi przyjaciele to nie banda intelektualistów, którzy boją się, że od łopaty dostaną pęcherzy na delikatnych rączkach?

W końcu połowa członków sympozjum, przede wszystkim ci, których samochody były tylko lekko zasypane, poparła Rivisa i Hixanów, a w dodatku bezlitośnie odmówiła zaopiekowania się Wandą, która miała atak serca, choćby do chwili, kiedy Paul przyśle po nią z Vandenbergu 2 łazika.

Reszta ruszyła w stronę Bramy Plażowej.

Don Guillermo Walker widząc, że zarówno kula, jak i jej jaskrawe odbicie w czarnym jeziorze Nikaragua już od stu kilometrów towarzyszy mu w locie na południowy wschód i nie zmienia postaci — tyle że teraz znajduje się bliżej zachodniego horyzontu i trochę bliżej Księżyca — pewien był, że Wędrowiec musi być planetą. Na kuli ukazało się teraz coś, co przywiodło mu na myśl złotego kogucika, który pieje, żeby obudzić ze snu Simona Bolivara. Kiedyś chyba grałem w „Złotym Koguciku”? — zastanawiał się samotny pilot, bombowca. Nie, bo to opera albo balet.

Gdzieniegdzie na zachodnim horyzoncie blask miał teraz różowy odcień i don Guillermo nie mógł zrozumieć dlaczego. Przelatując nad podłużną górzystą wyspą Ornetepe zobaczył w Alta Gracia więcej świateł niż zwykle o północy. Wszyscy pewnie wstali, gapią się w górę, wariują albo pędzą do kościoła — pomyślał.

Nagle za miasteczkiem rozbłysła czerwona łuna i nastąpił wybuch — przez chwilę don Guillermo myślał, że niechcący zrzucił bombę. Potem jednak uświadomił sobie, że to musiał nastąpić wybuch jednego z wulkanów na Ometepe. Skierował samolot na wschód — dalej, byle dalej od wybuchu! Ten różowy blask — ależ całe wybrzeże Pacyfiku to jeden wielki wulkan, od zatoki Fonesca po zatokę Nicoya.

Don Merdam, potłuczony, wyczerpany czołganiem, podniósł się na rękach przy dumnie stojącym magnezowym maszcie flagowym i zamiast stacji ujrzał szeroką na sześć metrów przepaść — z jej przeciwległej, nierównej krawędzi sypały się wąskie strugi pyłu.

Jeden ze statków znikł wraz ze stacją, drugi leżał na boku niby most nad przepaścią — dwie z trzech resorujących nóg sterczały w górę jak nogi zdechłej kury — pod trzecią natomiast Babę Jagę niemal się wczołgał, zanim ją w ogóle zauważył.

Kosmonauci nazywali małe statki kosmiczne „Babami Jagami”, ponieważ — Dufresne wpadł na to pierwszy — przypominały chatki na kurzych łapkach, które występowały w kilku popularnych utworach klasycznej muzyki rosyjskiej i które według podań ludowych chodziły w nocy. Słyszał natomiast, że kosmonauci radzieccy nazywają swoje statki „Jeepami”.

Teraz jednak podobieństwo statków do wędrujących chat czarownic stawało się coraz bardziej realne — nieustające pionowe wstrząsy Księżyca, których Don już prawie nie czuł, sprawiły, że ostatnia Baba Jaga, kołysząc się na wszystkie strony, — wstała na blaszanych nogach. Jedna noga znajdowała się zaledwie o metr od przepaści i na oczach Dona zbliżyła się do niej o następne piętnaście centymetrów.

Kosmonauta podniósł się i kucnął w szerokim rozkroku. Powiedział sobie w duchu, że Dufresne pewnie odleciał brakującym statkiem, choć on sam nie widział błysków startującej Baby Jagi; że Johannsen leży martwy albo żywy w statku nad przepaścią, a Gompert…

Baba Jaga znów zrobiła krok w stronę przepaści. Don również zrobił kilka szybkich kroków — przemierzył wyboisty teren, wyprostował się i złapał za ostatni szczebel drabiny, która zwisała z kadłuba między trzema nogami statku.

Podciągnął się na rękach i wspiął do włazu umieszczonego między pięcioma dyszami podobnymi z kształtu do trąbek. Baba Jaga zachwiała się. Donowi przeszło przez myśl, że to pod wpływem jego ciężaru środek ciężkości przesunął się nieco ku dołowi, zmniejszając rozpiętość kroków Baby Jagi.

Rozdział 10

Sally i Jake jechali metrem, które zatrzymano przy Czterdziestej Drugiej Ulicy i kazano pasażerom wysiąść. Zatory uliczne były tak potężne, że Jake zostaw!? samochód na parkingu we Flatbush. Policjanci pomagali strażnikom metra opróżnić wagony i pospiesznie kierowali pasażerów na górę.

— Co się stało, co się stało? — dopytywał się Jake. — Musiało się stać coś strasznego!

— E, pewnie nic takiego — odpowiedziała Sally. — Gdyby wybuchła bomba, kierowaliby wszystkich na dół. Zresztą jesteśmy niedaleko mieszkania Hugona. Jestem taka podniecona, Joke!

Wychodząc z podziemia zobaczyli, że na Times Square jest wyjątkowo ludno jak na trzecią rano.

Patrząc na zachód od Czterdziestej Drugiej Ulicy widzieli Wędrowca zawieszonego bez ruchu na niebie, a w pobliżu Księżyc, tok blisko, że go niemal dotykał. Dwubarwne światło padające z Wędrowca oświetlało na żółto ludzi stojących po południowej strofie ulicy, na fioletowo zaś tych, którzy stali po tej samej stronie, co Sally!i Jake. Neony reklam migotały nieustannie, ale były jakby przyćmione potężnym blaskiem nowego Księżyca.

Na Times Square było również ciszej niż kiedykolwiek, ciszę jednak przerwał mężczyzna, który ukazał się za nimi krzycząc:

— Dodatek nadzwyczajny! Przeczytajcie! Przeczytajcie o nowej planecie!

Jake za dwadzieścia pięć centów kupił gazetę „Daily Orbit”. Na okładce był rysunek Wędrowca w jaskrawych, ostrych kolorach — żółtym i czerwonym — i sześć wierszy informacji, które każdy mógł zdobyć patrząc na niebo i na zegarek. Tytuł artykułu brzmiał: DZIWNA KULA WPRAWIA WSZYSTKICH W ZAKŁOPOTANIE.

— Jaka tam dziwna? — zawołała Sally, która wciąż była w doskonałym humorze. — To ja ją stworzyłam, i umieściłam na niebie! — dodała, śmiejąc się do Jake'a.

— To bluźnierstwo, młoda damo — skarcił ją cierpko mężczyzna z kwadratową szczęką.

— Pan myśli, że kłamię? — zapytała. — Udowodnię panu, że mówię prawdę. — Łokciami zrobiła sobie miejsce w tłumie i rzuciła Jake’owi kurtkę. Wskazała palcem mężczyznę z kwadratową szczęką i Wędrowca, a potem strzelając palcami i kołysząc się wyzywająco, zaczęła śpiewać dźwięcznym altem piosenkę, której słowa zapożyczyła z „Zielonych drzwi” i „Dziwnego owocu”:

Dziwna kulo!… której niebo dźwiga brzemię
Dziwny blasku!… co padasz na Ziemię.

Don Merriam włączył silnik Baby Jagi, nim jeszcze zapiął pasy i zanim pompy zaczęły tłoczyć anilinę i azot. Powód był prosty: czuł, że statek przekroczył krawędź przepaści.

Robił wszystko, co mógł, żeby zyskać na czasie. Nie czekając, aż śluza powietrzna, znajdująca się między zbiornikiem paliwa a zbiornikiem utleniacza, opróżni się i znów napełni, wszedł od środka i wypuścił ze statku powietrze. Szybko zatrzasnął za sobą klapy włazu i w pośpiechu musnął tylko ręką dźwignię wyzwalającą tlen, choć wiedział, że zapas tlenu w kombinezonie już mu się kończy.

Zimny silnik zapalił od razu. Strumień rozgrzanych do białości molekuł wystrzelił z ogona Baby Jagi z prędkością ponad trzech kilometrów na sekundę i po chwili oczekiwania statek wzniósł się, ale zamiast pionowo w górę, leciał bokiem niczym stary samolot przy starcie.

Błąd zapewne polegał na tym, że Don usiłował wyrównać lot — może statek równie skutecznie sam wszedłby na orbitę. Ale Don zdany był tylko na siebie i niepokoił go Widok spękanego, białego Księżyca wyrastającego tuż przed ekranem; wiedział, że im prędzej wyrówna lot, tym mniej zużyje paliwa, a nie był pewien, czy zbiorniki są pełne — właściwie to wciąż nie był pewien, którym z trzech statków leci — a poza tym, był już osłabiony i półprzytomny z braku tlenu.

Nie zważając na ciążenie wychylił się w bok, a musiał wychylić się daleko, ponieważ w warunkach normalnych było to czynnością robota albo drugiego pilota — i wcisnął klawisze, żeby odpalić trzy rakiety na paliwo stałe z prawej burty statku, bliższej Księżyca.

Siła odrzutu wyrzuciła kosmonautę z fotela. Drążek sterowy powoli i nieubłaganie wysuwał mu się z dłoni, Dań przeleciał kilka metrów i upadł ciężko — znacznie ciężej, niżby upadł na Księżycu — uderzył głową o pokład, rozbijając hełm i tracąc przytomność.

Po dziesięciu sekundach zgasł anilinowo-azotowy silnik (w tego typu statkach następuje to automatycznie, kiedy pilot wypuszcza z rąk ster). Rakiety wypaliły się o ułamek sekundy wcześniej. Wyrównanie lotu, biorąc pod uwagę warunki, było niezwykle dokładne. Baba Jaga leciała prosto w górę z energią kinetyczną niemal wystarczającą, żeby wyzwolić się spod siły przyciągania Księżyca. Ale teraz ospała grawitacja Luny z sekundy na sekundę zaczęta zwalniać prędkość statku, który jeszcze przez długi czas miał się wznosić raptownie siłą bezwładu.

Hełm Dona leżał oparty o nie dokręconą klapę włazu. Wąski strumień białej pary wydostawał się przez pęknięcie w przedniej szybie hełmu. Wzdłuż pęknięcia osiadał szron.

— Za chwilę się zejdą — powiedziała Barbara Katz do Knollsa Ketteringa III. Mówiąc „zejdą się”, miała na myśli chwilę, kiedy Wędrowiec zasłoni Księżyc albo Księżyc zasłoni Wędrowca, albo…

— Przepraszam pana — usłyszeli za sobą cichy męski głos. — Ale co się słonie, jeżeli się zderzą?

Barbara odwróciła się. W wielkim domu paliło się teraz światło. Na jego tle rysowały się sylwetki wysokiego Murzyna w liberii szofera i dwóch przytulonych do siebie Murzynek. Wyszli bezszelestnie na taras.

— Mówiłem wam już kilka godzin temu, żebyście poszli spać — powiedział z irytacją Kettering, siedzący obok Barbary. — Przestańcie się wreszcie o mnie troszczyć.

— Przepraszam pana — ciągnął uparcie Murzyn — ale w Palm Beach nikt nie śpi. Wszyscy obserwują niebo. Proszę pana, co się stanie, jeżeli się zderzą?

Barbara chciała się odezwać i wyjaśnić szoferowi i pokojówkom wiele spraw: że to Księżyc zbliża się do Wędrowca, bo teleskop, elektrycznie obracany i zsynchronizowany z ruchem Księżyca, wskazywał, że Księżyc znajduje się o pięć długości dalej na swojej orbicie niż zazwyczaj; że wciąż nie wiadomo, jaka odległość dzieli Wędrowca od Ziemi, choć musi być duża, skoro jedyne wyraźne kontury to kontury samej planety i nawet przez teleskop nie można dostrzec nic oprócz miękkiej, żółto-fioletowej płaszczyzny; że ciała niebieskie rzadko się zderzają w kosmosie — na ogół jedno zaczyna orbitować wokół drugiego.

Ale wiedziała, że mężczyźni — a więc chyba i milionerzy — sami lubią wyjaśniać sprawy naukowe; poza tym nie chciała popełnić nietaktu, a nie orientowała się w zwyczajach obowiązujących w Palm Beach wobec kolorowych. Spojrzała w górę i zobaczyła, że problem przestał istnieć.

— Nie zderzą się! — zawołała. — Księżyc przesuwa się przed Wędrowcem. — I dodała impulsywnie: — Och, ojczulku, dopiero teraz zaczynam wierzyć, że to wszystko prawda!

Pokojówki odetchnęły z ulgą.

— Przed Wędrowcem? — zapytał cicho szofer. Teraz głos zabrał Knolls Kettering III:

— Wędrowiec — powiedział oschle — to nazwa, którą panna Katz i ja nadaliśmy tej nieznanej planecie. A teraz proszę iść spać.

— Hej, patrzcie, teraz się pieprzą! — krzyknął Arab Jones do Pepe Martineza i Dużego Bundy’ego, którzy po drugiej stronie dachu tańczyli walca, każdy po swojemu. — Księżyc włazi w nią jak sperma w fioletowe jajo.

Trzej bracia-narkomani, każdy innej narodowości, wypalili jeszcze cztery skręty, żeby godnie uczcić ukazanie się Wędrowca na niebie, i teraz oszołomieni marihuaną czuli się lekko jak latawca, bujali hen wysoko miedzy satelitami, ale nie do tego stopnia, żeby zapomnieć o bożym świecie, bo Pepe właśnie krzyknął:

— Pewnie te stuknięte Meksykany klepią różańce, a w Rio czarnuchy tańcują na ulicach!

— Cuda na niebie, cudo na ziemi — podsumował Duły. — Zwińmy namiot i zstąpmy na dół, bracia moi — powiedział Arab i zwrócił ku nim swoją brązową twarz oświetloną blaskiem Wędrowca. — Zmieszajmy się z przerażonym tłumem.

— Ale go Księżyc przygwoździł — rzekł Hunter do Brechta, wskazując biały krążek zasłaniający Wędrowca. — Właściwie, Rudolfie, wracając do trójkątów podobnych, zaczynam się zastanawiać, czy odległość Wędrowca od Ziemi nie wynosi na przykład czterech milionów kilometrów, a średnica stu dwudziestu ośmiu tysięcy.

— Jowisz przyleciał do nas z wizytą, co? — roześmiał się Rudolf i natychmiast zwrócił się do pozostałych: — No, a czy ktoś z was może mi teraz wskazać Jowisza? Co prawda — dodał po chwili — muszę przyznać, że nigdy nie słyszałem o tym, żeby Jowisz był fioletowy albo miał żółtą plamę w kształcie olbrzymiej kaczki.

— Pingwina! — poprawiła idąca z tyłu Anna.

Obaj mężczyźni należeli do niewielkiej procesji kroczącej z trudem po piasku i trawie morskiej w kierunku Bramy Plażowej Vandenbergu 2. Na czele szedł Paul, Margo z kotką i Rudolf Brecht. Hunter, Drągal i dwóch innych mężczyzn niosło składane aluminiowe łóżko — na nim, pojękując od czasu do czasu, leżała Wanda, gruba kobieta, która miała atak serca. Obok łóżka szła chuda kobieta; podczas trzęsienia zgubiła radio. Teraz szeptem uspokajała chorą. Straż tylna składała się z Ramy Joan, Anny i Clarencea Dodda — niskiego mężczyzny — który prowadził na smyczy wystraszonego Ragnaroka.

Aluminiowe łóżko było jeszcze jednym z niezliczonych skarbów zgromadzonych w samochodzie Dodda. (Margo spytała go, czy ma prymus i naftę. Tak, ale uważam, że nie warto tego zabierać — odpowiedział bez zmrużenia oka).

Po tym jak Rudolf, nie bez kozery, wspomniał o Jowiszu, Rama Joan zawołała z tyłu, żeby znów spojrzeli na Wędrowca. Przez ostatnie czterdzieści minut zaobserwowali znaczne zmiany. Teraz kaczka (czy też dinozaur) przesunęła się cała na lewą stronę tarczy, tylko głowa jej wystawała w prawo niczym złocisty czepek bieguna północnego. Pośrodku fioletowej płaszczyzny, która właśnie ukazała się w polu widzenia, była spora plama zbliżona do trójkąta równobocznego albo do dużej litery D.

— Spójrzcie! — krzyknęła Rama Joan. — Za literą D widać cienki czarny łuk. Księżyc go prawie całkiem zasłania.

— To tylko cień, który Księżyc rzuca na nową planetę! — po chwili pełnej napięcia zawołał podniecany Brecht. — Jeżeli nawet Wędrowiec jest mniejszy od Luny, ja przynajmniej tego nie dostrzegam. Ross, te ciała niebieskie dzieli zaledwie kilka tysięcy kilometrów! Tym samym wiemy już, że Wędrowiec jest prawie tej samej wielkości, co Ziemia.

— Mamusiu, czy to znaczy, że się nie zderzyły? — spytała szeptem Anna. — Czy dlatego pan Brecht tak się cieszy?

— Niezupełnie, kochanie. Pewno z przyjemnością obejrzałby zderzenie. Pan Brecht cieszy się, bo lubi dokładnie wiedzieć, gdzie co jest, żeby potem nie błądzić.

— Ale przecież nie może błądzić po nowej planecie, mamusiu.

— Myślami może.

Mieszanka tlenu i helu ze zbiornika, który Don otworzył przesuwając dźwignię, wypełniła stopniowo kabinę Baby Jagi. Ciśnienie mieszanki zamknęło szczelnie wewnętrzną klapę włazu i otworzyło wywietrzniki w hełmie kosmonauty. W kabinie włączyły się niewielkie wiatraki, które — mimo że statek wciąż wznosił się siłą bezwładu — wprawiały w ruch świeże powietrze. Powietrze wdarło się do hełmu wypierając z niego dwutlenek węgla. Twarz D on a drgnęła, dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Oddychając głęboko, zapadł w zdrowy sen.

Baba Jaga osiągnęła szczyt swojej trajektorii, na chwilę zawisła bez ruchu, a potem zaczęła znów spadać na Księżyc. Spadając koziołkowała miarowo. Mniej więcej co trzydzieści sekund na ekranie ukazywał się Księżyc, a po piętnastu sekundach Ziemia. Przy każdym obrocie rakiety Don, w pokrytym pyłem kombinezonie, bardzo wolno przetaczał się po pokładzie.

— Nie chciałbym kwestionować pańskiej prawdomówności, panie Hagbolt! — krzyknął z tyłu do Paula niski mężczyzna — ale Brama Plażowa Vandenbergu Dwa jest znacznie dalej, niż pan twierdził. Uspokój się, Ragnarok!

— Jest tom, przy mrugającym czerwonym świetle — odpowiedział raźno Paul, myśląc skruszony, że wcale nie jest tak bardzo tego pewien. — Muszę przyznać, że w ciemnościach źle oceniłem odległość.

— Nie martw się, Dodd. Paul nas doprowadzi — rzekł z przekonaniem Brecht.

We trzech mieli właśnie zastąpić Huntera, Drągala i jeszcze jednego z mężczyzn, którzy nieśli łóżko z chorą.

— Jak się czujesz, Wando? — zapytała chuda kobieta, klękając na piasku przy łóżku. — Może ci dać jeszcze lanatosidu?

— Nie, dziękuje. Już mi trochę lepiej — szepnęła Wanda, otwierając oczy. Jej wzrok padł na Wędrowca. — O Boże — jęknęła, odwracając głowę.

Dziwna kula przekręciła się, ukazując nowe oblicze. Resztki dinozaura czy też pingwina utworzyły potężną literę C po lewej stronie planety, a żółte D przesunęło się na środek — końcowym efektem było D wpisane w C. Niski mężczyzna szybko nakreślił szkic, pod którym napisał: Po dwóch godzinach.

— Moim zdaniem C to przewrócony na bok słomiany kosz, a D to kawałek ciasta z cytrynowym lukrem — powiedziała Anna. — A Księżyc to słodki melon!

— Widać, kto tu jest głodny — odezwała się Rama Joan.

— Albo D to uszko w potężnej fioletowej igle — dodała szybko dziewczynka.

Złoty wąż owija się wokół pękniętego jaja — pomyślał Drągal. — Wylęga się chaos.

Księżyc wraz ze swoim cieniem przemierzył w całości nową planetę. Wszyscy poczuli ulgę, kiedy skrawek nocnego nieba wyłonił się między dwoma ciałami niebieskimi.

Przy czwartym rogu łóżka Ignacy Wojtowicz, spawacz z szeroką twarzą, chcąc przedłużyć chwile odpoczynku, powiedział:

— Jednego nie rozumiem. Jeżeli to prawdziwa planeta wielkości Ziemi, dlaczego nie czujemy jej grawitacji — powinniśmy się chyba czuć jakoś lżejsi.

— Zupełnie tak samo — odparł szybko Hunter — jak nie czujemy przyciągania Księżyca czy Słońca. Poza tym, chociaż znamy wielkość planety, nie mamy pojęcia o jej masie. Oczywiście — dodał — jeżeli naprawdę przywędrowała tu z nadprzestrzeni, to w jednym momencie jej pole grawitacyjne dla nas nie istniało, a w drugim zaczęło nagle istnieć — zakładam, że front nowo powstałego pola grawitacyjnego przesuwa się. z prędkością światła — ale żadnych skutków przejścia planety z nadprzestrzeni najwyraźniej nie było.

— Widocznych skutków — poprawił go Rudolf. — A nawiasem mówiąc, Ross, masz jakieś wątpliwości co do mojej teorii, że Wędrowiec przybył tu z nadprzestrzeni? Skąd się niby tu wziął?

— Mógł wejść do układu słonecznego zakamuflowany albo na jakiś czas wygaszony — stwierdził Hunter. — Powinniśmy rozważyć wszelkie ewentualne możliwości. To twoje własne słowa.

— Hm — chrząknął Rudolf. — Nie, sądzę, że to, co Paul powiedział nam o polach zniekształceń widocznych na fotografiach gwiezdnych, przeważa szale na stronę hipotezy Brechta o nadprzestrzeni. Poza tym w mojej teorii, oprócz samej planety, jej pola grawitacyjne też musiałyby wygasnąć. A swoją drogą możemy już wydedukować co nieco o masie planety. Jest teraz siedem po pierwszej czasu strefy Oceanu Spokojnego — powiedział, patrząc na zegarek. — Minęły dwie godziny od ukazania się nowej planety.

— Dwie godziny i pięć minut — poprawił go niski mężczyzna.

— Jesteś cudowny, Dodd. Dwudziesta trzecia zero dwa — niech ta godzina wyryje się wam w pamięci, może kiedyś wnuki zapytają was, o której dokładnie ujrzeliście potwora wyskakującego z nadprzestrzeni. W każdym razie o pierwszej w nocy Księżyc w pełni powinien był już minąć zenit. O drugiej następuje zachód. Teraz jednak Księżyc wciąż jeszcze jest w zenicie. Trzy albo cztery stopnie na wschód, czyli mniej więcej o sześć do ośmiu własnych średnic. Co by znaczyło, że pole grawitacyjne nowej planety przyśpieszyło ruch Księżyca po orbicie. Ergo, przybysz to nie piórko.

— O rany! — zawołał z uznaniem Wojtowicz. — A jakie to przyśpieszenie, gdyby przyjąć, że Księżyc jest, no, na przykład, rakietą?

— Od jednego kilometra na sekundę do… — Rudolf zawahał się, a potem dokończył, jakby sam nie dowierzał własnym obliczeniom — do sześciu albo i więcej kilometrów na sekundę.

Obaj z Hunterem spojrzeli na siebie.

— O rany! — powtórzył Wojtowicz. — Ale Księżyc krąży po dawnej orbicie, tyle że prędzej, tak? Odwala miesiąc w ciągu tygodnia?

Kiedy tak rozmawiali, czarny przesmyk miedzy Księżycem a planetą trochę się poszerzył.

— Chyba powinniśmy już ruszać — powiedział Rudolf w zamyśleniu i nachylił się, żeby podnieść łóżko.

— Racja — poparł go krótko Hunter.

Wielkie pompy rotacyjne pracowały pompując wodę na lewą burtę transatlantyku „Prince Charles”, żeby wyrównać ciężar pasażerów i załogi — wszyscy bowiem tłoczyli się przy iluminatorach z prawej burty i choć świt rozjaśniał niebo, wciąż patrzyli na Wędrowca i na Księżyc nad Atlantykiem. Gęsta atmosfera ziemska sprawiła, że fiolet planety poczerwieniał, a kolor złoty stał się pomarańczowy. Barwne pasy świetlne przecinające spokojne wody Atlantyku były niezwykle malownicze.

Inżynier radioelektryk zameldował kapitanowi Sithwise o dziwnych i wciąż wzmagających się zakłóceniach radiowych.

Mimo złamanej lewej lotki i kilku dziur wybitych albo wypalonych w skrzydłach przez nagrzane do czerwoności odłamki pumeksu, don Guillermo Walkerowi udało się wylądować na południowym brzegu jeziora Nikaragua, tuż przy ujściu rzeki San Juan. Miałeś, cholera, szczęście — pomyślał — że ten wielki głaz cię nie trafił!

Prawie osiemdziesiąt kilometrów na północny wschód od Walikera, do wulkanu na Ometepe przyłączył się wulkan na sąsiedniej wyspie Madera i razem wyrzucały w górę bliźniacze, ogniste słupy lawy. Wreszcie, choć don Guillermo przestał już w tak zwariowaną noc na cokolwiek liczyć, ujrzał nie dalej jak półtora kilometra od siebie dwa mrugające czerwone światełka, które, jak obiecywali mu bracia Araiza, miały wskazać mu drogę do łodzi. Caramfaa, que fidelidad! Już nigdy nie będzie podejrzewał żadnego Latynosa o lekkomyślność czy podstęp.

Nagle odbicie Wędrowca w czarnym jeziorze zadrgało i ruszyło na niego. Don Guillermo ujrzał zbliżające się groźne masy wody podobne do szerokich schodów. Ledwo zdążył nakierować na nie samolot. Stary hydroplan, rozbryzgując wodę, z trudem pokona! pierwszą falę. Chyba gdzieś musiało być trzęsienie ziemi albo spadła lawina!

Rozdział 11

— Choćbyśmy byli tylko kilka kroków od Bramy Plażowej, muszę odpocząć — sapiąc ciężko rzekł Rudolf.

Postawił łóżko na piasku i ukląkł: rękę oparł na kolanie, opuścił głowę na piersi i otwartymi ustami chwytał powietrze.

— Rozpusta daje się we znaki — powiedział z lekką drwiną w głosie Hunter, a potem zwracając się do Margo szepnął: — Dajmy odpocząć staremu Casanovie. Zazwyczaj nie więcej zażywa ruchu niż kiełbasa salami.

— Ja mogę znów nieść — chętnie zaofiarował swoją pomoc młody chłopak o szczupłej twarzy, który przyjechał na sympozjum z Oxnard razem z Wojtowiczem i którego przy niesieniu łóżka niedawno zastąpił Rudolf.

— Najlepiej będzie, jeżeli wszyscy chwilę odpoczniemy, Harry — rzekł Wojtowicz, a następnie zwrócił się do Huntera: — Panie profesorze, zdaje się, że Księżyc znów zwolnił. Jakby wrócił do poprzedniej prędkości.

Wszyscy oprócz grubej kobiety spojrzeli na zachodnią część nieba. Nawet Rudolf, wciąż jeszcze sapiąc, podniósł głowę. Nie było najmniejszej wątpliwości, że czarny przesmyk między Wędrowcem a Księżycem nie poszerzył się podczas ich krótkiego marszu.

Mnie się zdaje, że Księżyc maleje — stwierdziła Anna.

— Mnie też — powiedział Dodd.

Przykucnął, objął ramieniem Rognaroka i głaskał go uspokajająco po wielkim czarnobrązowym łbie, patrząc jednocześnie na niebo.

— Wiem, że to zabrzmi zupełnie nieprawdopodobnie — dodał — ale mam wrażenie, że Księżyc staje się obły, spłaszczony u góry i u dołu, a wypukły po bokach. Może mam tylko zmęczone oczy, ale mógłbym przysiąc, że przybiera kształt jaja, szczególnie ten koniec, który jest zwrócony do Wędrowca.

— Tak, tak! — zawołała Anna. — Poza tym… taka cieniusieńka kreska biegnie pionowo przez cały Księżyc.

— Kreska? — zapytał Dodd.

— Tak, jakby pęknięcie — wyjaśniła Anna.

Pęknięte jajo i narodziny straszliwego chaosu — pomyślał Drągal. — Spełnia się moja przepowiednia. Ispan-Wąż zapłodnią, a Biała Dziewica rodzi.

— Muszę się przyznać, iż nie widzę żadnej kreski — odparł Dodd.

— Trzeba się bardzo dokładnie przyjrzeć — rzekła Anna.

— Wierzę jej na słowo — wtrącił Wojtowicz. — Dzieci mają świetny wzrok.

— Jeżeli tam jest pęknięcie, które stąd widać, musi się ciągnąć kilometrami — powiedział z ożywieniem Rudolf, wciąż jeszcze zdyszany.

— Mnie się zdaje — powoli i z napięciem rzekł Hunter, jakby mówienie przychodziło mu z trudem — że Księżyc wchodzi na orbitę wokół nowej planety w obrębie strefy Rochea. Rudolf, czy w strefie Rochea ciała stałe rozpadają się tak jak ciała ciekłe?

— Tego chyba nikt nie wie — odpowiedział Brecht.

— Wkrótce się dowiemy — stwierdził Brodacz.

— Dowiemy się również, co czują mrówki, kiedy ktoś nadepnie na mrowisko — dodała Rama Joan.

— Czy… czy Księżyc ma się rozpaść? — przeraził się Wojtowicz.

Margo chwyciła Paula za rękę.

— Don! — krzyknęła. — O mój Boże, Paul, zupełnie zapomniałam o Donie!

Kiedy Wędrowiec ukazał się po raz pierwszy na niebie, znajdował się czterdzieści tysięcy kilometrów od Księżyca, czyli był dziesięć razy bliżej Księżyca niż Księżyc Ziemi. Toteż jego oddziaływanie na Księżyc — zniekształcenia i pływy — było tysiąc razy silniejsze niż oddziaływanie Ziemi na Księżyc, oddziaływanie jednego ciała na drugie jest bowiem odwrotnie proporcjonalne do odległości między ciałami podniesionej do trzeciej potęgi. (Gdyby było odwrotnie proporcjonalne do odległości podniesionej do drugiej potęgi, wówczas masa Słońca powodowałaby znacznie potężniejsze pływy na Ziemi niż Księżyc, choć obecnie pływy księżycowe są mniej więcej dwa razy silniejsze od słonecznych).

Kiedy Księżyc, który teraz dzieliło cztery tysiące kilometrów od Wędrowca, wszedł na orbitę wokół niego, znalazł się sto razy bliżej nowej planety niż Ziemi. Wobec tego wpływ grawitacji Wędrowca na Księżyc, zarówno na jego skorupę jak i jądro, był milion razy większy od siły przyciągania ziemskiego.

W chwili gdy na ekranie Baby Jagi ukazała się Ziemia, odgłos kombinezonu ocierającego się o ściany kabiny obudził wreszcie Dona. Świeży tlen ze zbiorników sprawił, że kosmonauta obudził się rześki i pełen energii. Dwa razy się odepchnął, raz przekręcił i już siedział w fotelu pilota. Zapiął pasy.

Ekran znów się przesunął i w polu widzenia ukazał się najeżony kraterami biały Księżyc, który wyraźnie rósł w oczach. Następnie między błyszczącymi, świeżo rozszczepionymi skałami wyłoniła się pionowa przepaść, zdawałoby się bezdenna, ciągnąca się w dół aż do samego jądra Księżyca. A potem czarna wąska wstęga, przecięta wzdłuż lśniącym fioletowym sznurem, który jedynie przy końcu był intensywnie żółty; i wreszcie błyszcząca ściana głębokiej Otchłani; ciągnącej się pionowo do samego środka Luny.

Don Merriam zorientował się, że jest najwyżej dwadzieścia pięć kilometrów nad powierzchnią Księżyca i że spada w dół z prędkością półtora kilometra na sekundę.

Miał stanowczo za mało czasu, żeby zmieniając kierunek statku i włączając główny silnik zahamować spadek.

Myśląc o tym Don włączył silniki korekcyjne i przynajmniej opanował koziołkowanie Baby Jagi. Zarówno ekran, jak i on sam znajdowali się teraz prosto nad otchłanią.

Jedyną nikłą nadzieję dawały mu zmieniające się wciąż barwy. Za Księżycem widział coś fioletowożółtego, świecącego z niesamowitą siłą. Teraz fioletowożółty sznur połyskiwał w ciemnościach wewnątrz Księżyca. Być może patrzy przez Księżyc?

Księżyc pęknięty niczym kamyk? jądra ciał niebieskich nie powinny pękać, powinny być płynne. Ale każda inna teoria oznaczają śmierć.

Ściany świeżo rozszczepionych skał pędziły na kosmonautę. Znajdował się zbyt blisko prawej krawędzi otchłani. Niewielka rakieta na paliwo stałe, wystrzelona z tej właśnie strony, skierowała statek na środek i zapoczątkowałaby znów koziołkowanie, gdyby Don w porę nie włączył silników korekcyjnych.

W dzieciństwie czytał „Bogów Marsa” Edgara Ricea Burroughsa. W tej powieści fantastycznonaukowej John Carter, najlepszy szermierz dwóch planet, zamiast dać się unosić powoli i ostrożnie sile wyporu zbiorników promieniowych, wystrzelił marsjańskim statkiem prosto w wąski, wielokilometrowy szyb prowadzący w kosmos i wraz ze swoimi towarzyszami uciekł z rozległego, wulkanicznego podziemnego świata Czarnych Piratów Borsocuma z ich ohydnym kultem Issus. Carter zrezygnował z jedynej rozsądnej linii postępowania, ale właśnie ten szaleńczy lot ku gwieździe, widocznej na końcu pionowego szybu, uratował życie jemu i jego towarzyszom.

Może bogowie Marsa sprawowali pieczę nad wszystkimi posunięciami Dona. W każdym razie Don wyczuł nagle w kabinie Baby Jagi niepokojącą obecność Czarnego Xodara — obwieszonego klejnotami zdrajcy, Carthorisa — tajemniczego Czerwonego Marsjanina, Matai Shanga — okrutnego ojca oraz Phaidory, jego dzielnej i pięknej, choć zawsze zdradzieckiej córki, i prawdą jest, że kiedy Baba Jaga spadała w przepaść między skały po raz pierwszy od miliardów lat zalane światłem słonecznym, a Don włączył główny silnik, którego siła odrzutu wcisnęła kosmonautę głębiej w fotel, skąd dalej kierował statkiem za pomocą silników korekcyjnych i rakiet (usiłował lecieć środkiem między lśniącymi ścianami przepaści, mierząc w fioletowożółty sznur przecinający na dwie części czarne pasmo), nagle w kabinie rozległ się jego przeraźliwy krzyk:

— Trzymajcie się! Lecę prosto w otchłań!

Grupa wędrująca po plaży czuła, jak piasek pod nogami ustępuje miejsca twardej, wysuszonej ziemi, która wznosi się stromo pod górę do wysokiej metalowej siatki, otaczającej płaskowyż z Vandenbergiem 2. Ale tu, gdzie teraz stali — po stronie plaży, mierząc od masztu, na którego szczycie migotało czerwone światełko trzydzieści metrów za siatką i przynajmniej sześćdziesiąt metrów nad nią — szeroki wąwóz przecinał wzniesienie, łagodząc jego pochyłość. Dno wąwozu pokrywały ślady opon i gąsienic. W miejscu, gdzie siatka dochodziła do drogi, była duża brama, a przy bramie przylegająca do siatki piętrowa wieża strażnicza. Brama była zamknięta, ale drzwi do wieży otwarte, choć wewnątrz nie paliło się żadne światło.

Widok ten podniósł na duchu Paula, który od razu wyprostował ramiona i poprawił krawat. Niewielka procesja zatrzymała się kilkanaście metrów przed bramą, a Paul, Margo i Rudolf Brecht podeszli bliżej. Ich czarne cienie były fioletowożółte przy krawędziach.

Z głośnika nad drzwiami rozległ się donośny głos:

— Proszę się zatrzymać. Teren wojskowy. Wstęp surowo wzbroniony. Nikomu nie wolno wchodzić. Proszę zawrócić.

— Do wszystkich diabłów! — wybuchnął Rudolf. Odkąd Harry McHeath zastąpił go przy niesieniu łóżka, w Rudolfa znów wstąpiła energia.

— Pan myśli, że jesteśmy czołówką zielonych ludzików?! — krzyknął w stronę głośnika. — Nie widzi pan, że jesteśmy normalnymi ludźmi?

Paul, nie zwalniając kroku, położył rękę na ramieniu Brechta i potrząsnął głową. Podchodząc do wieży, powiedział spokojnie:

— Nazywam się Paul Hagbolt, legitymacja numer 929CW, JR. Jestem w Vandenbergu Dwa etatowym rzecznikiem prasowym w randze kapitana. Proszę o wpuszczenie mnie i jedenastu dotkniętych nieszczęściem, znanych mi osób oraz o transport dla nich.

Żołnierz wyłonił się z ciemności wieży: oświetlał go teraz blask Wędrowca. Był to niewątpliwie żołnierz — na nogach miał ciężkie żołnierskie buty, na głowie hełm; nóż, pistolet i dwa granaty zwisały mu z pasa; w prawej ręce trzymał pistolet maszynowy, a na plecach — co zdziwiło Paula — miał zamocowany niewielki silniczek odrzutowy.

Żołnierz stał wyprostowany z kamiennym wyrazem twarzy. Prawe kolano drgało mu lekko — szybko i rytmicznie — jakby za chwilę miał rozpocząć taniec indiański albo, co było bardziej prawdopodobne, jakby bezskutecznie usiłował opanować nerwowy tik.

— CW i JR, tak? — zapytał podejrzliwie, choć z pewnym szacunkiem. — Czy mógłbym zobaczyć pańską legitymację…

W powietrzu unosił się ledwo wyczuwalny kwaśny zapach. Miau, która od czasu trzęsienia zachowywała się nad wyraz spokojnie, spojrzała na żołnierza i syknęła.

Kiedy Paul podawał trzymane w pogotowiu dokumenty, poczuł, że ręce żołnierza drżą.

Żołnierz sprawdzał dokumenty przechylając je do przodu, żeby padało na nie światło Wędrowca; twarz nadal miał bez wyrazu, ale Rudolf spostrzegł, że co jakiś czas zerka na nową planetę.

— Wiecie już coś o tym? — spytał przyjaźnie.

Żołnierz spojrzał mu prosto w oczy i burknął:

— Tak, wiemy wszystko i wcale się nie boimy! Ale nie podajemy żadnych informacji, jasne?

— Oczywiście — odparł spokojnie Rudolf.

— W porządku, panie Hagbolt. Zadzwonię do bramy głównej i przekażą pana prośbę. — powiedział żołnierz i cofną! się do środka.

— Czy dobrze pan wszystko zapamiętał? — zawołał za nim Paul. Powtórzył prośbę, dodając, że sprawa jest ważna, i podał nazwiska kilku oficerów.

— Proszę też zawiadomić profesora Mortona Opperly — wtrąciła z naciskiem Margo.

— Jedna z obecnych tu osób — zakończył Paul — miała atak serca. Chcielibyśmy ją umieścić w wieży, tam jest cieplej, i poprosimy o wodę.

— Wykluczone. Muszą państwo zostać na zewnątrz — powiedział ostro żołnierz i, cofając się, lekko uniósł lufę pistoletu.

— Proszę pana! — zawołał po chwili do Paula. — Niech pan tu podejdzie.

Z ciemności wieży najpierw podał Paulowi koc, a petem dwulitrową butlę wody.

— Nie mam plastikowych kubków — wyjaśnił tłumiąc histeryczny śmiech. — Skąd wezmę plastikowe kubki!

Znikł w ciemnym pomieszczeniu, skąd dobiegł ich odgłos wykręcanego numeru.

Paul wrócił ze zdobyczą i wręczył koc chudej kobiecie. Wodę podawano sobie z rąk do rąk. Pili kolejno prosto z butelki.

— Będziemy musieli chwilę poczekać — szepnął Paul. — To na pewno równy facet, jest tylko trochę przestraszony. Wygląda, jakby sam jeden miał odeprzeć atak nowej planety.

— Miau wyczuła, że on się boi — powiedziała Margo.

— Gdybym ja był zupełnie sam, kiedy ukazała się ta kula — zaczął cicho Rudolf — i gdybym miał dostęp do broni, najpierw bym chyba wyłączył światło, a potem uzbroił się po zęby i też trząsł się ze strachu. Myśmy byli w tej szczęśliwej sytuacji, że akurat szukaliśmy na niebie latających talerzy, rozmawialiśmy o nadprzestrzeni, no i w ogóle.

— A mnie się zdaje — odezwała się Anna — że gdyby się pan bał, zapaliłby pan wszystkie światła w całym domu.

— Nie, moja panno — odparł Rudolf — gdybym by! śmiertelnie przerażony, nie zapalałbym światła z obawy, że jakiś wielki, czarny, włochaty potwór zobaczy, gdzie się ukrywam, i mnie złapie.

Anna roześmiała się zadowolona.

— Księżyc chowa się za nową planeta… znika — stwierdził cicho, niemal obojętnie Dodd.

Oczy obecnych dostrzegły potwierdzenie jego stów. Fioletowożółty intruz zasłaniał brzeg Księżyca.

— Mój Boże… mój Boże — szepnął Wojtowicz.

Chuda kobieta zaczęta szlochać.

— Boże, dodaj nam odwagi — westchnęła Rama Joan.

— Don — szepnęła bezgłośnie Margo. Przeszył ją dreszcz i przytuliła mocniej Miau. Paul objął dziewczynę ramieniem, ale ona opuściła głowę i odsunęła się od niego.

— Księżyc posuwa się teraz po niewielkiej orbicie — powiedział Hunter. — Od Wędrowca dzieli go najwyżej pięć tysięcy kilometrów.

Bóle porodowe już się zaczęły — pomyślą! Drąga! — Biała Dziewica szuka schronienia w szatach ispana.

Dodd złożył dłonie w kształt miseczki i Rama Joan nalała wody dla Ragnaroka.

Pułkownik Mabel Wallingford powiedziała ostro:

— Spike, rozmawiałam z generałem Vandamme’em. Mówi, że to wcale nie są manewry. Nie wtrącali się do nas, bośmy reagowali szybko i sprawnie. Twoje rozkazy zatwierdzono i przekazano dalej.

Spike Stevens spoglądał na dwa bliźniacze ekrany ukazujące Księżyc, który znikał za Wędrowcem. Odgryzł koniec cygara i warknął:

— Dobra, niech mi to potwierdzi osobiście.

— Jimmy, połącz się z dowództwem — rozkazała pułkownik Waliingford.

Generał zapalił cygaro.

Na trzecim ekranie ukazał się uśmiechnięty, dystyngowany, łysy mężczyzna. Generał wyjął z ust cygaro i wstał. Pułkownik Wallingford poczuła przypływ szalonej radości, obserwując Spike’a, który zachowywał się teraz jak pokorny, grzeczny uczniak.

— Panie prezydencie — powiedział Spike.

— Ja nią należę do symulowanych danych o zagrożeniu, Spike — rzekł prezydent. — Aż trudno uwierzyć, że tak sądziliście, biorąc pod uwagę fakt, żeście sobie tale doskonale radzili.

— Nie tak znów doskonale — odpowiedział generał. Obawiam się, że straciliśmy bazę księżycową. Przeszło godzinne nie mamy od nich żadnych wiadomości.

Twarz na ekranie spoważniała.

— Musimy być przygotowani na straty — rzekł prezydent. — Opuszczam teraz dowództwo, żeby spotkać się ze strażą przybrzeżną. Działajcie w dalszym ciągu aż do końca… — widać było, że szuka w myśli błyskotliwego i celnego sformułowania, z jakich był powszechnie znany — …tego astronomicznego zagrożenia.

Obraz znikł z ekranu.

Patrząc na pozostałe monitory telewizyjne pułkownik Griswold powiedział:

— Bazę księżycową? Do diabła, Spike, straciliśmy Księżyc!

Rozdział 12

Don od piętnastu minut leciał przez środek Księżyca, z prędkością trzech kilometrów na sekundę, a fioletowożółta nić, która osiągnęła już szerokość wstążki, przestała się poszerzać. Nie wróżyło to nic dobrego, ale Don nie miał wyboru: musiał mknąć dalej między gładkimi ścianami rozszczepionego Księżyca — ten bowiem pękł równiutko! niby wprawnie rozłupany diament — wpatrzony uważnie przed siebie i targany okropnymi myślami, nad którymi nie miał siły zapanować.

Po pierwszym dużym wstrząsie włączył główny silnik, teraz jednak zapalał go tylko sporadycznie, sterując Babę Jagę silnikami korekcyjnymi.

Kosmonauta odbywał podróż przez środek Księżyca. Przeleciał już przez samo jądro: w drodze na przemian towarzyszyły mu połysk ścian, ciemność oraz fioletowa nić przecinająca ekran, który miejscami pokrywały mleczne plamy. Zaschło mu w gardle, piekły go oczy, czuł się jak krucha szklana pszczoła, która bzycząc usiłuje przelecieć przez niewielką szparę w stercie cienkich blach ciągnących się kilometrami, albo jak zaczarowany królewicz biegnący ciasnym zatrutym korytarzem… a gdyby tak niechcący dotknął ściany? Ach, byłby to wielki błąd!

Mniej więcej w połowie drogi ukazały się czarne jak sadza smugi i błysk zielonego ognia, ale Don — nie miał pojęcia, skąd pochodzą.

Co innego mleczne plamy na ekranie — to pozostałości po nagłych wirach rozrzedzonego pyłu, które w pewnej chwili niemal całkowicie zasłoniły Donowi kolorową wstęgę na dnie przepaści.

Wcześniej, niż się spodziewał, zgasło światło słoneczne i musiał kierować Babą Jagą jedynie przy słabym blasku połyskujących ścian. Blask ten jednak był zdradliwy, gdyż kolor żółty był znacznie ostrzejszy od fioletowego, toteż Don często nieświadomie za bardzo się oddalał od złociście połyskującej ściany przepaści.

Ale teraz fioletowa wstęga zaczęła się zwężać i Don poczuł, że to już koniec, koniec znacznie gorszy, niż gdyby roztrzaskał się o ścianę. Wyobraził sobie, jak rozdarte połowy Księżyca zwierają się za statkiem, zamykając dopływ światła słonecznego, po czym odbijają się od siebie, a następnie — poruszając się znacznie wolniej od niego, Dona, ale dość szybko, aby go wyprzedzić — pod wpływem potężnej siły przyciągania zwierają się przed dziobem statku.

Nagle, kiedy już był blisko, kiedy przebył odległość około trzech tysięcy kilometrów, fioletowa wstęga poczerniała.

I wtedy, zupełnie niespodziewanie, jakby po śmierci powrócił do życia, Don wyleciał z ciemności na światło: gwiazdy migotały ze wszystkich stron, a promienista czupryna Słońca rzucała olśniewający biały blask.

Dopiero teraz ujrzał, co ma przed sobą.

Była to duża kula, nie mniejsza od Ziemi, widzianej z dwugodzinnej orbity. Prawa strona potężnej tarczy, za którą znajdowało się Słonce, była jaskrawofioletowa i żółta, lewa zaś strona czarna z trzema bladozielonymi, świetlistymi plamami, znikającymi 20 niewidoczna częścią globu.

Kosmonauta ujrzał, że wyraźnie zarysowano granica między jasną półkulą a tą na której panowała noc, powoli przesuwa się w prawo, gdy tymczasem Słońce zbliża się do fioletowego horyzontu. Zdał sobie sprawę, że kiedy był we wnętrzu Księżyca, stracił z oczu fioletową wstęgę nie dlatego, że zawarta sio nad nim otchłań Księżyca, ale dlatego, że ciemna strona nowej planety przesunęła się, zasłaniając sobą wszystko.

Odgadł niemal natychmiast, że kula jest potężną planetą i że Księżyc wszedł na ciasną orbitę wokół niej. Było to, jego zdaniem, jedynym rozsądnym i logicznym wytłumaczeniem tego, czego był świadkiem przez ostatnie trzy godziny: blasku zalewającego tę część Ziemi, na której panowała noc, jasnej smugi na wodach Atlantyku, a przede wszystkim pęknięcia Luny.

A zresztą nie było się nad czym zastanawiać — widział na własne oczy tę ogromną kulę i czuł, że to może być tylko planeta.

Don obrócił statek i oto zaledwie osiemdziesiąt kilometrów pod sobą ujrzał ogromną tarczę Księżyca: jedna połowa była czarna, druga olśniewająco biała od padającego na nią światła słonecznego. Widząc lśniący, skłębiony pył unoszący się w oświetlonej przez Słońce próżni, tuż przy ciemnej połowie Księżyca, oraz niemal surrealistyczną, porąbaną szachownicę utworzoną z mniejszych szczelin, przy których wznosiły się niewielkie chmury pyłu, Don zorientował się, że tu właśnie zawarły się za nim ściany otchłani.

Był osiemdziesiąt kilometrów nad Księżycem, który z każdą chwilą coraz bardziej przypominał bulgocący kamienny ocean.

Ale ponieważ nie chciał — przynajmniej jeszcze nie teraz — runąć z prędkością półtora kilometra na sekundę na ciemną połowę planety, do której był zwrócony dyszami, włączył główny silnik, żeby przyhamować — i sprawdzając wreszcie poziom paliwa i tlenu odkrył, że ledwo mu ich starczy na ten manewr. Ale manewr ten powinien go wprowadzić na orbitę wokół nieznanej planety, ciaśniejszą jeszcze od orbity Księżyca.

Baba Jaga i Luna razem skręcały w stożek cienia — w noc pełną tajemnic. Kosmonauta wiedział, że za chwilę Słońce zniknie mu z pola widzenia i że przeobrażony Księżyc znów wejdzie w zaćmienie.

Fritz Scher siedział sztywno wyprostowany przy biurku w hamburskim Instytucie Badań Pływów. Z rozbawieniem, a jednocześnie z irytacją słuchał kretyńskich wiadomości poronnych z drugiej strony Atlantyku. Wyłączył radio, przekręcając gałkę z taką siłą, że omal jej nie oderwał, i zawołał do Hansa:

— Przeklęci Amerykanie! Potrzebni są nam tylko po to, żeby trzymać w szachu te komunistyczne świnie, ale co za intelektualna degradacja dla Niemiec!

Wstał i podszedł do urządzenia zajmującego całą długość pokoju, służącego do prognozy pływów. Przez ruchome precyzyjne koła pasowe — każde z nich oznaczało jakiś czynnik, który działa na pływy w badanym punkcie hydrosfery — przechodził cienki drut zakończony igłą, która na bębnie z papieru milimetrowego rysowała krzywą, nieustannie podającą pływy.

W Delftach jest urządzenie elektroniczne, ale te niezguły Holendrzy inaczej nie daliby sobie rady.

— Księżyc orbituje wokół jakiejś planety, która się wzięła znikąd? — zawołał teatralnym głosem Scher. — Ha!

Znacząco stukną! w obudowę stojącego obok opływowego urządzenia.

„Machan Lumpur”, wskazując zardzewiałym dziobem kierunek nieco na południe od słońca zachodzącego nad Wietnamem, przepłynął nad mielizną przy wejściu do małej zatoczki na południe od Do-Son. Patrząc na dobrze mu znany układ korzeni mangrowych i na zniszczony, stary pal, który znał jak swoje pięć palców, Bagong Bung zauważył, że woda przypływu sięga o szerokość dłoni wyżej, niż kiedykolwiek zdarzyło mu się widzieć w tych stronach. Dobry znak! Drobne fale tajemniczo marszczyły powierzchnię zatoki. Rozległ się krzyk wydrzyka.

Richard Hillary obserwował przez okno dużego, wygodnego autobusu, którym jechał do Londynu, jak powoli prostują się promienie słoneczne. Bath pozostało daleko w tyle, a teraz autobus właśnie mijał Silbury Hill.

Od niechcenia przysłuchiwał się rozbrzmiewającym wokół wywodom na temat podawanych przez radio bezsensownych wiadomości o latającym talerzu wielkości planety, który widziało w Stanach Zjednoczonych tysiące ludzi. Fantastyka naukowa doprawdy wszędzie daje się we znaki. W Beckhampton do autobusu wsiadła dziewczyna o nieco wulgarnej urodzie, ale w sumie atrakcyjna, ubrana w luźne spodnie, sweter i chustę. Usiadła przed nim i od razu wdała się w rozmowę z siedzącą obok kobietą. Z równym entuzjazmem rozprawiała na temat nowej planety i lekkiego trzęsienia ziemi, które nawiedziło niektóre obszary Szkocji, jak i na temat jajka, które jadła na śniadanie, oraz kiełbasy i tłuczonych kartofli, które zje na obiad. Na cześć Edwarda Leara Richard od ręki ułożył limeryk o dziewczynie:

Młoda dziewczyna w szarawarach
Myślała tylko w dwóch wymiarach:
Większość myśli z talerza się brała,
Część jednak po Księżyc sięgała —
Taka była — dziewczyna w szarawarach.

Myśląc o limeryku, Richard uśmiechał się w duchu przez całą drogę aż do Savernake Forest, gdzie wreszcie zapadł w drzemkę.

Rozdział 13

O piątej nad ranem Times Square był równie zatłoczony, jak w czasie lądowania na Księżycu albo podczas fałszywego alarmu o wojnie ze Związkiem Radzieckim. Ruch kołowy już dawno ustał, ale na ulicach roiło się od ludzi. Wędrowiec, który wciąż był widoczny z Czterdziestej Drugiej Ulicy i z dwóch równoległych do niej głównych ulic, teraz znajdował się nisko na niebie: jego żółta płaszczyzna nieco przybladła, fioletowa zaś przechodziła w czerwień.

W porównaniu ze światłem Wędrowca neony reklam świeciły trochę jaśniej, szczególnie reklama dwudziestometrowego dżina szybko żonglującego trzema pomarańczami wielkości dużych koszy.

Ulice znów rozbrzmiewały gwarem. Tylko nieliczni ludzie stali nieruchomo, wpatrując się w zachodnią część nieba, większość bowiem kołysała się rytmicznie; niektórzy, trzymając się za ręce i energicznie przytupując, przedzierali się wężem przez tłum. Tu i ówdzie młode pary tańczyły zapamiętale. Prawie wszyscy nucili, śpiewali] lub wykrzykiwali słowa piosenki, która krążyła już w wielu wersjach, a której najnowszą wersję śpiewała sama autorka, Sally Harris. Sally wciąż tańczyła, teraz jednak oprócz Jake'a miała obstawę złożoną z dziesięciu modnie ubranych, energicznych młodzieńców. Piosenka, którą śpiewała wibrującym, zachrypłym altem, brzmiała następująco:

Dziwna kulo!… której niebo dźwiga brzemię,
Dziwny blasku!…, co padasz na Ziemię,
Choć widok może nas przerażać,
Nie będziemy na to zważać,
Grajcie nam, muzycy!

Złota!… jak statki ze skarbami,
Szkarłatna!… jak usta splamione grzechami,
Czerwiec nigdy nie nadejdzie,
Księżyc znikł i już nie wzejdzie,
Została tylko
Planeta!… na Czterdziestej Drugiej Ulicy!

Nagle wszyscy przestali tańczyć i śpiewać — asfaltowy parkiet zadrżał. Nastąpił niewielki wstrząs. Obsypało się trochę tynku i z dachów spadło parę dachówek, które roztrzaskały się o ziemię. Kilka osób krzyknęło. Kiedy wstrząs ustał, okazało się, że dwudziestometrowy dżin stracił pomarańcze, choć nadal wykonywał ruchy żonglera.

Arab Jones i jego dwaj bracia-narkoman oddalili się od Lenox i teraz szli pośpiesznie Sto Dwudziestą Piątą Ulicą w kierunku, w którym zwrócone były twarze obserwujące zachód Wędrowca; Wędrowiec — wielki, błyszczący żeton pokerowy z ogromnym X na pomarańczowej płaszczyźnie — niemal całkowicie zasłaniał bladą, złocistą tarczę Księżyca. Wkrótce niebiańską parę skryją gmachy generała Granta, które swoim ogromem kontrastuje) z małomiasteczkowym charakterem Harlemu, z jedno — i dwupiętrowymi budynkami na Sto Dwudziestej Piątej Ulicy.

Trzęsienie ziemi, które zmusiło do wyjścia na dwór tych nielicznych, co jeszcze siedzieli w domach, wzmogło podniecenie trzech braci-narkomanów, wywołane dużą ilością wypalonych skrętów z marihuaną.

Na wschodzie niebo było różowe: Słońce, które zatrzymało się u wrót horyzontu, czekając aż się otworzą, rozpędziło gwiazdy, a zarazem przyniosło na Manhattan świt. Ale nikt nie patrzył na wschód, nikt się nie ruszał, żeby iść do pracy albo położyć się spać. Wieże dolnego Manhattanu były niczym opuszczone miasto z bajki, miasto z zamczyskami.

Arab, Pepe i Duży już dawno zrezygnowali z próby przedostania się przez wpatrzony w niebo, milczący tłum na chodniku; zeszli na jezdnię, po której łatwiej się było poruszać, gdyż samochody nie jeździły, i mniej się tu gromadziło ludzi. Pepe miał wrażenie, że nowa planeta wyzwala siłę, która poraża ludziom mięśnie i blokuje silniki samochodów jak groźne promienie z komiksów, paraliżujące wszelki ruch. Przeżegnał się.

— Teraz dopiero naprawdę się do niej dowala — szepnął Duży Bundy. — Pokręcił się przed nią, doszedł do wniosku, że mu się podoba, i bum!

— Może on się schował, bo się boi. Tak jak my — zamyślił się Arab.

— My? Czego? — spytał Duży.

— Końca świata — odpowiedział Pepe Martinez głosem wysokim, przypominającym zawodzenie wilka.

Tylko krawędź Wędrowca wystawała nad gmachami generała Granta, które, w miarę zbliżania się do nich trzech braci-narkomanów, rosły w oczach.

— Chodźmy! — krzyknął nagle Arab, chwytając pod ręce przyjaciół. — Jeżeli ma być koniec świata, ja się stąd wynoszę. Byle jak najdalej od tych gapiących się trupów, czekających na dźwięk trąby. Jedna planeta się rozwali, to wsiądziemy na drugą! Chodźcie, zanim nam ucieknie! Złapiemy ją nad rzeką i tam się załadujemy!

Wszyscy trzej puścili się biegiem.

Margo, Paul i ich nowi przyjaciele siedzieli na piesku piętnaście metrów przed ciemną bramą, kiedy plażą wstrząsnęło drugie trzęsienie. Ziemia zakołysała się lekko, a ponieważ nic na to nie mogli poradzić, kołysali się wraz z nią, z przerażenia ledwie dysząc. Żołnierz wybiegł z wieży trzymając w ręce pistolet maszynowy, przystanął i po chwili cofnął się do środka. Nie odpowiedział, kiedy Rudolf zawołał do niego wesoło:

— Bomba, nie?

Po pięciu minutach odezwała się Anna:

— Mamusiu, teraz już naprawdę jestem głodna.

— Ja też — powiedział McHeath.

— Śmieszne — rzekł niski mężczyzna, głaszcząc uspokajająco zdenerwowanego Ragnaroka. — Mieliśmy się po zaćmieniu napić kawy i zjeść kanapki. Kawa była w czterech wielkich termosach — wiem, bo sam ją przywiozłem. Wszystko zostało na plaży.

Mimo sprzeciwów chudej kobiety, Wanda wstała i usiadła na łóżku.

— Skąd ten czerwony blask nad morzem? — spytała rozdrażniona.

Nie bez cienia ironii Hunter zaczął jej tłumaczyć, że to po prostu światło nowej planety, gdy wtem spostrzegł, że istnieje jakieś inne źródło światła, które rozsiewa groźny, czerwony blask niczym rozgrzany piec, a które dotychczas zasłaniał Wędrowiec.

— Może to zarośla się palą? — stwierdził ponuro Wojtowicz.

— Boże — westchnęła chuda kobieta — tego nam tylko brakowało. Jakbyśmy nie mieli dość kłopotów.

Hunter zacisnął usta. Nie chciał ich straszyć, że to może płonie Los Angeles.

Dodd znów zwrócił ich uwagę na niebo; fioletowożółty intruz zupełnie teraz zasłaniał Księżyc.

— Powinniśmy wymyślić nazwę dla nowej planety — powiedział. — Wiecie, to zabawne, raz zdaje mi się, że ta planeta jest dla mnie najwspanialszym cudem, a w następnej chwili jest tylko kawałkiem nieba, które mogę zakryć, wyciągając rękę.

— Proszę pana — zwróciła się Anna do Rudolfa Brechta — a co naprawdę oznacza słowo „planeta”?

— „Wędrowiec”, kochanie — odpowiedziała Rama Joan.

Ispan jest znamy człowiekowi pod setkami nazw — myślał Drągal — mimo to wciąż jest Ispanem.

Harry McHeath, który niedawno poznał mitologię staroskandynawską i „Eddę” islandzką, pomyślał: Pożeracz Księżyca — to by była dobra nazwa, ale dla większości zbyt przerażająca.

Mogłaby się nazywać „Don” — pomyślała Margo; przygryzła wargę i tak mocno przytuliła do siebie Miau, że kotka pisnęła. Dziewczynie łzy się zakręciły w oczach.

— „Wędrowiec” — to odpowiednia nazwa dla nowej planety — stwierdził Dodd.

Żółta płaszczyzna, która dla Drągala uosabiała pęknięte jajo, a dla Anny ucho igły, znajdowała się przy lewej krawędzi Wędrowca. Żółte łaty na biegunach pozostały bez zmian, natomiast takie same łaty zaczęły się wyłaniać z prawej strony. W sumie: cztery żółte plamy wskazujące północ, południe, wschód i zachód.

Dodd wyjął notes i zaczął rysować.

— Fioletowa płaszczyzna tworzy duży iks — powiedział Wojtowicz.

— Ukośny krzyż — rzekł Drągal, nareszcie mówiąc coś na głos. — Wyszczerbiona tarcza. Koło podzielone na cztery części.

— Mandala — odezwała się Rama Joan.

— Tak! — zawołał Wojtowicz. — Panie profesorze — zwrócił się do Huntera — pan nam mówił, że to symbole jakiejś tam całości.

— Całości psychicznej — wyjaśnił Brodacz.

— Symbole całości psychicznej — powtórzył Wojtowicz. — To dobrze — stwierdził rzeczowo — przyda nam się.

— Dzięki Bogu — szepnęła Rama Joan.

Para wielkich żółtych oczu wyjrzała znad brzegu wąwozu na terenie Vandenbergu 2. Słychać było głuchy warkot. W stronę bramy pędził łazik, którego dygoczące reflektory oświetlały krzaki i wyboistą, wysuszoną drogę.

— Wstajemy — rozkazał Paul. — Wreszcie coś się zacznie dziać.

Patrząc na ekran Baby Jagi, Don widział gwiazdy, które układały się w kształt nieregularnej klepsydry z ledwie zaznaczonym wcięciem. Chmury pyłu, które osiadły na ekranie, kiedy Don leciał przez środek Księżyca, sprawiały, że miejscami obraz był zamglony.

Czarna bryła, wdzierająca się z lewej strony w klepsydrę, to był Księżyc, teraz zupełnie odcięty od Słońca przez potężne, nowe ciało niebieskie.

Wędrowiec, wdzierający się z prawej strony w gwiezdną klepsydrę, nie był całkiem czarny — kosmonauta dostrzegł na nim siedem lśniących, bladozielonych plam, z których każda miała mniej więcej pięćset kilometrów szerokości; najdalsze plamy miały kształt elipsy, najbliższe — koła. Plamy były idealnie płaskie, choć od czasu do czasu Donowi zdawało się, że widzi na nich fosforyzujące doły czy szyby. Nie miał najmniejszego pojęcia, co oznaczają te plamy: byłby równie bezradny, widząc podobne bladozielone plamki na czarnym brzuchu pająka.

Baba Jaga i Księżyc obracały się wokół Wędrowca, ale mały statek stopniowo dopędzał Lunę, ponieważ znajdował się bliżej Wędrowca i leciał po wewnętrznej, krótszej orbicie.

Don włączył radar. Echa impulsów fal radiowych świadczyły o bardziej nieregularnej powierzchni Księżyca, niżby to usprawiedliwiała obecność kraterów i gór; Don zrozumiał, że nawet podczas ostatnich pięciu minut powierzchnia Księżyca uległa daleko posuniętym zmianom i proces jego niszczenia trwa.

Niespodziewanie silne echo dochodzące z nieznanej planety świadczyło natomiast o kulistej, matowej powierzchni — w miejscach jasnozielonych plam echa impulsów były takie same jak na całej planecie, jak gdyby Wędrowiec był gładką kulą z kości słoniowej.

Planeta-intruz! — niemożliwe, a jednak prawdziwe. Don usiłował sobie przypomnieć fragmenty przeczytanych czy zasłyszanych rozważań na temat nadprzestrzeni: przypomniał sobie hipotezę, że wybuchając albo wchodząc w ponadwymiarowe kontinuum, którego nasz wszechświat jest tylko powierzchnią, obce ciało może przywędrować do nas z odległego kosmosu bez przechodzenia przez znane nam kontinuum dzielące te dwa obszary. Ale gdzie wśród nieprzebranego mnóstwa gwiazd i galaktyk znajduje się nadprzestrzeń? Dlaczego nadprzestrzeń ma być akurat w naszym wszechświecie? Ponadwymiarowe kontinuum ma nieskończenie wiele trójwymiarowych powierzchni, z których każda jest kosmosem.

Ale głos wewnętrzny powtarzał monotonnie:

Ziemia i Słońce są na prawo, za pokryta zielonymi plamami czarną kulą. Zaszły dziesięć minut temu, wzejdą za dwadzieścia. Ja przeleciałem tylko przez Księżyc, nie przez nadprzestrzeń. Nie jestem w międzygalaktycznych ciemnościach, nie wpatruję się w gwiazdozbiór w kształcie wiązki siana czy klepsydry, gdy tymczasem siedem bladozielonych mgławic błyszczy po mojej prawej ręce…

Kosmonauta wciąż był w kombinezonie, teraz jednak zdjął pęknięty hełm i ostrożnie go położył. W szafce powinien być drugi.

— Do roboty — mruknął, ale głos ugrzązł mu w gardle. Odciął pasy, żeby przesunąć się w fotelu jak najbliżej ekranu. W kabinie było chłodno i ciemno, ale nie włączał ogrzewania ani światła, a nawet przyciemnił je na tablicy sterowniczej. W tej chwili najważniejsze było, żeby widzieć wszystko jak najdokładniej.

Wędrując po wewnętrznej orbicie wyprzedzał Księżyc, tak, to pewne. Skupisko gwiazd bardzo wolno się poszerzało, a czarna bryła zaćmionego Księżyca pozostawała w tyle.

Naraz zdało mu się, że na tle wysadzanej gwiazdami Drogi Mlecznej widzi cieniutkie czarne nici łączące szczyt Wędrowca — powiedzmy, biegun północny planety — Z wystająca krawędzią — powiedzmy, nosem — Księżyca. Wijące się w kosmosie czarne nici były ledwo dostrzegalne, toteż, podobnie jak blado świecące gwiazdy, można je było ujrzeć patrząc nie bezpośrednio na nie, lecz gdzieś obok.

Don miał wrażenie, że Wędrowiec schwytawszy i obezwładniwszy Księżyc teraz snuje wokół niego czarną pajęczynę, jakby chciał wyssać z niego miąższ.

Nie trzeba było w ogóle myśleć o pająkach.

Głos wewnętrzny wciąż powtarzał:

Słońce i Ziemia są za pokrytą zielonymi pianiami czarną kulą widoczną z prawej burty. Jestem porucznik Donald Bernard Merriam z amerykańskiego lotnictwa kosmicznego…

Po drugiej stronie kontynentu, pięć tysięcy kilometrów na wschód od miejsca pobytu członków sympozjum, Barbara Katz stojąc zwrócona plecami do Atlantyku zobaczyła mandale i pomyślała o kole z fioletowymi szprychami. Ogromne koło wykonało ćwierć obrotu i planeta zetknęła się z horyzontem.

— O rany, ojczulku, zupełnie jakby Wędrowiec się kładł — powiedziała nagle, zawiedziona i zrozpaczona, że nie ujrzy już nowego oblicza planety oni nie zobaczy wyłaniającego się zza niego Księżyca. — Trudno, pokażą to w telewizji. Ale czy na pewno? Czy w ogóle będzie jeszcze telewizja? — zastanawiała się, rozglądając się z niedowierzaniem. Nadchodzący świt, który miał nastąpić na wybrzeżu Pacyfiku dopiero za trzy godziny, tu już rozjaśniał niebo.

— Jestem bardzo zmęczony… Proszę… — powiedział Knolls Kettering III. Głos miał tak słaby jak nigdy przedtem.

Barbara wzięła go pod ramię: mężczyzna, chwiejąc się, oparł się o nią bezwładnie, nie był jednak zbyt ciężki. Pod białym garniturem jego skulone ciało było niczym brązowa łuska owada, a zapadłe policzki i pomarszczona twarz upodabniały go do sędziwej Indianki. Barbara wzdrygnęła się, ale zaraz przypomniała sobie, że to jej własny milioner, o którego musi dbać i którego ma hołubić.

Trzymała go delikatnie, jakby ramię starca było skorupką, którą niechcący można skruszyć.

Starsza Murzynka, ubrana tak samo jak młodsza w szarą suknię z białym kołnierzykiem i białymi mankietami, podbiegła do nich i wzięła mężczyznę pod drugie ramię. Zirytowało to Ketteringa i jakby dodało mu sił.

— Hester — powiedział, opierając się mocniej o Barbarę — już dawno temu powiedziałem, że ty, Benjy i Helena macie iść spać.

— E tam! — roześmiała się Murzynka. — Nie zostawilibyśmy pana w ciemnościach przy teleskopie. Proszę iść ostrożnie. Plastikowe biodro zmęczyło się, służąc panu przez całą noc, proszę pana. Może się złamać.

— Plastik się nie męczy, Hester — odparł znużony.

— Akurat! Plastik nie jest talki silny jak pan — rzekła Murzynka i spojrzała pytająco na Barbarę. Barbara stanowczo skinęła głową. Przeszły z nim przez gruby dywan trawy, po trzech lśniących czystością betonowych schodkach i przez długą, chłodną kuchnię ze starą, ciężką płytą, na której śmiało można by gotować posiłki dla dużego hotelu.

W połowie szerokich schodów wewnątrz domu Kettering kazał im stanąć. Może olbrzymi salon przy schodach, w którym panował chłód, sprawił, że mężczyzna wrócił myślą do nocnego nieba.

— Panno Katz — powiedział — kiedy ciało niebieskie jest wysoko na niebie, wygląda tak, jakby stało, natomiast kiedy wschodzi albo zachodzi, ma się wrażenie, że leży. To samo dotyczy też konstelacji. Często zastanawiam się nad tym…

— Nie, proszę pana. Musi pan odpocząć — przerwała mu Hester, ale Kettering, zirytowany, potrząsnął ramieniem, które trzymała Murzynka, i ciągnął uparcie:

— Często zastanawiam się nad tym, że odpowiedzią na zagadkę Sfinksa: co rano chodzi na czworakach, w południe na dwóch nogach, a wieczorem na trzech, nie jest „człowiek”, ale widoczny tuż przed gwiazdą Psa gwiazdozbiór Oriona, którego wzejście sygnalizowało wylewy Nilu.

Przy ostatnich słowach głos mu zadrżał, głowa opadła na ramię: Kettering dał się zaprowadzić na górę. Barbara z satysfakcją zauważyła, że starzec opiera się na jej ramieniu znacznie mocniej niż na ramieniu Murzynki, i pomyślała: Chyba wiem, ojczulku, dlaczego wieczorem myślisz o trzech nogach, a nawet o czterech.

Dziewczyna i Murzynka ułożyły go na łóżku w ciemnej sypialni, jeszcze większej od kuchni. Hester wyciągnęła coś spod poduszki i schowała do szuflady; po chwili jednak rozmyśliła się i pokazała Barbarze przedmiot, który ukryła.

Była to smukła, dość spora lalka z kruczoczarnymi włosami, ubrana w czarną koronkową bieliznę, czarne pończochy i długie czarne rękawiczki.

— Przez południe należy rozumieć północ — wymamrotał z trudem Knolls Kettering III.

Hester spojrzała znad lalki na czarne botki Barbary, na jej kruczoczarne włosy i uśmiechnęła się.

Barbara, mimo wysiłku, też nie mogła się powstrzymać od uśmiechu.

Rozdział 14

Paul spoglądał przez bramę Vandenbergu 2 na majora Humphreysa. Obok Paula stała Margo, trzymając na ręce Miau. Dziesięcioro pozostałych członków sympozjum tłoczyło się za nimi. Na srebrzystej metalowej siatce fioletowe i złote światełka migotały wokół konturów ich cieni.

Takie same światełka migotały również za nimi na Pacyfiku, gdzie Wędrowiec, który wciąż był wysoko na niebie, zaczynał opadać ku spokojnym wodom. Na jego tarczy nadal widniało to, co Rama Joan nazwała mandalą, ale w miarę jak planeta się obracała, żółta plama na zachodniej części Wędrowca powiększała się, a plama na wschodniej części kurczyła. Wędrowiec zalewał swym blaskiem porośnięte krzakami wybrzeże, sprawiając, że na szarzejącym niebie jaśniało zaledwie kilka gwiazd.

Łazik, którym major Humphreys zjechał z płaskowyżu Vandenbergu 2 na dno wąwozu, wciąż warczał, a reflektory nadal były zapalone. Jeden z dwóch żołnierzy, którzy przyjechali z majorem, siedział za kierownicą, drugi towarzyszył majorowi do bramy. Uzbrojony żołnierz stał na warcie w ciemnym wejściu do wieży strażniczej. Patrzył na majora. Pistolet maszynowy ukryty był w cieniu, jedynie na wylocie lufy błyszczał fioletowy pierścień.

Zamyślone oczy majora i opuszczone kąciki ust upodabniały go do starego nauczyciela, ale teraz twarz jego zdradzała ten sam stan ducha, co twarz wartownika: napięcie, pod którym kryje się strach.

Delikatna, ładna twarz Paula przybrała zdecydowany wyraz: czuł się odpowiedzialny za wszystkich.

— Miałem nadzieję, że właśnie pan przyjedzie, panie majorze — rzekł. — Zaoszczędzi to nam wielu kłopotów.

— Macie szczęście, bo wcale nie przyjechałem tu z waszego powodu — odparł ostro major, a potem dodał pośpiesznie: — Kilku naszych z Los Angeles przyjechało, zanim szosa nadbrzeżna uległa zniszczeniu. Liczymy, że innym uda się dotrzeć przez Dolinę, szosą przez góry Santa Monica albo przez Oxnard. W przeciwnym razie ściągniemy ich helikopterem — zwłaszcza tych z Kalifornijskiego Instytutu Technologii. Pasadena legia w gruzach podczas drugiego trzęsienia ziemi… — Humphreys nagle urwał, skrzywił się i potrząsnął głową, jakby zły na siebie, że za dużo powiedział. Po chwili mówił dalej, nie zważając na okrzyki przerażenia gromadki:

— No, Paul, śpieszy mi się. Nie mam chwili do stracenia. Dlaczego nie przyszedłeś do bramy głównej? Poznaję oczywiście pannę Gelhorn — skłonił się jej lekko — ale kto są ci pozostali?

Ogarnął wzrokiem zgromadzonych przy bramie członków sympozjum, zatrzymując podejrzliwe spojrzenie na bujnej brodzie Huntera.

Paul zawahał się.

Brecht, który ze swoją łysiną i grubymi szkłami wyglądał jak współczesny Sokrates o pociągłej twarzy, chrząknął i już miał zaryzykować mówiąc: Jesteśmy podwładnymi pana Hagbolta. Uważał, że jest to właśnie jedna z tych sytuacji, kiedy trzeba blefować.

Ale zastanawiał się o ułamek sekundy za długo. Dodd przecisnął się do przodu, stanął między nim a Wojtowiczem i spojrzał dobrotliwie na majora. Pewien siebie uśmiechnął się pod krótko przystrzyżonym wąsem i powiedział z wprawą doświadczonego adwokata:

— Jesteśmy członkami południowo-kalifornijskiej sekcji zrzeszającej badaczy meteorów i nie zidentyfikowanych obiektów latających. Ja jestem sekretarzem. Po otrzymaniu pisemnej zgody od właściciela i, choć to nie było absolutnie konieczne, zgody od waszego dowództwa, zorganizowaliśmy podczas zaćmienia sympozjum w domku plażowym Rodgersa.

Brecht jęknął cicho.

Major znieruchomiał.

— A więc fanatycy latających talerzy? — zapytał.

— Tak — z przymilnym uśmiechem odpowiedział Dodd. — Tylko bardzo proszę, nie fanatycy, a badacze. — Coś nagle pociągnęło go do tyłu i mężczyzna zaparł się piętami, żeby nie upaść: to Ragnarok niespokojnie szarpnął smyczą.

— Badacze — powtórzył z niedowierzaniem major, przyglądając się im tak — pomyślał Paul — jakby miał zamiar ich wszystkich wylegitymować.

— Podczas trzęsienia ziemi zasypało ich samochody — wstawił się za nimi żarliwie Paul. — Mój również, panie majorze. Bez ich pomocy panna Gelhorn i ja nie dotarlibyśmy tutaj. Ci ludzie nie mają dokąd iść. Jedna z kobiet miała atak serca. Jest też dziecko.

Spojrzenie majora zatrzymało się na Ramie Joan, która stalą za Hunterem. Kobieta wysunęła się do przodu, uśmiechnęła się z powagą i lekko skłoniła — major ujrzał frak, białą muszkę i złocisto-rude włosy opadające na ramiona. Anna z identycznymi złocistorudymi włosami zaplecionymi w warkocze, podeszła do matki. Obie były dziwnie piękne i równie tajemnicze jak ilustracje Aubreya Beardsleya do kwartalnika „The Yellow Book”.

— Ja jestem tym dzieckiem — powiedziała ozięble Anna.

— Rozumiem. — Major szybko skinął głową i odwrócił się.

— Paul — rzekł pośpiesznie — przykro mi, ale Vandenberg Dwa nie może udzielać schronienia ofiarom trzęsienia ziemi. Rozważyliśmy sprawę i postanowienie jest nieodwołalne. Prowadzimy ważne badania, a w obecnej sytuacji musimy przedsięwziąć dodatkowe środki ostrożności.

— Mówi pan — wtrącił Wojtowicz — że w okręgu Los Angeles trzęsienie było silne?

— Nie widzi pan łuny pożarów? — burknął major. — Nie, nie mogę odpowiadać na żadne pytania. Wejdź przez wieżę, Paul. I panna Gelhorn również, ale nikt poza tym.

— To fachowcy, panie majorze — sprzeciwił się Paul. — Mogą nam się przydać. Dokonali już wielu ciekawych spostrzeżeń na temat Wędrowca.

Gdy tylko wspomniał o Wędrowcu, fioletowozłota kula, o której na chwilę wszyscy zapomnieli, znów zaprzątnęła ich myśli.

Major Humphreys uchwycił się rękami metalowej siatki i przysunął twarz do twarzy Paula. Głosem, który stanowił dziwną mieszaninę podejrzliwości, zaciekawienia i strachu, zapytał:

— Wędrowca? Skąd wiecie, że się tak nazywa? Co wiecie o tym… ciele niebieskim?

— Ciele niebieskim? — zdenerwował się Rudolf. — Teraz już każdy głupiec widzi, że to planeta. Księżyc obraca się wokół niej, a teraz jest właśnie za nią.

— Pretensje proszę kierować nie do nas — wtrąciła żartobliwie Rama Joan. — Nie wyczarowaliśmy jej.

— Tak, najwyraźniej spadła z nieba — dodał z przekąsem Brecht. — Potrzebna nam jak piąte koło u wozu.

Hunter kopnął go ukradkiem.

— Nazwaliśmy ją Wędrowcem, ponieważ słowo „planeta” znaczy „wędrowiec” — wyjaśnił uprzejmie Brodacz.

— Od biedy niech będzie Wędrowiec, choć prawdziwa nazwa brzmi Ispan — dobiegł ich głos Drągala, którego koścista twarz, oczodoły i ukryte w cieniu policzki wystawały znad ramienia Huntera. Po chwili dodał: — Zapewne mędrcy królewscy wylądowali już w Waszyngtonie.

Major Humphreys drgnął, jakby ktoś uderzył go między łopatki.

— Rozumiem — odparł krótko, po czym zwrócił się do Paula. — Możesz wejść. Panna Gelhorn również, ale bez kota.

— To znaczy, że nie wpuści pan tych ludzi? — zapytał Paul. — Mimo że za nich ręczę? Mimo że życie jednej z kobiet jest w niebezpieczeństwie?

— Profesor Opperly z pewnością oceni należycie pańskie postępowanie, panie majorze — wtrąciła ostro Margo.

— Gdzie jest chora? — zapytał Humphreys. Kolano zaczęło mu drgać podobnie jak przedtem wartownikowi.

Paul rozejrzał się za łóżkiem, ale właśnie w tej chwili tęga sylwetka Wandy stanęła między Hunterem a Ramą Joan.

— To ja — oświadczyła Wanda z dumą.

Brecht znów jęknął. Wojtowicz, pocierając ramię obolałe od noszenia łóżka, spojrzał z wyrzutem na grubą kobietę.

Major chrząknął.

— Wejdźcie, ale sami — powiedział do Paula i Margo i zawrócił do samochodu.

— Lepiej idźcie, zanim się rozmyśli — szepnął do dziewczyny Hunter. — To dla was najlepsze wyjście.

— Bez Miau? — oburzyła się Margo.

— Ja się nią zaopiekuję — zaproponowała Anna. Słowa dziewczynki rozwiały wszelkie wątpliwości Paula.

Może to zwykły sentymentalizm, żeby kot i bezinteresowność dziecka przeważyły szale, ale nagle krzyknął:

— Nigdzie nie idei — Przestań dramatyzować, Paul. Nie masz wyboru. Nie możesz porzucić Projektu — powiedział major ze źle ukrywaną zjadliwością.

Wolną ręką Margo objęła Paula i ścisnęła go, jakby chcąc dodać mu otuchy. Brecht szepnął mu do ucha:

— Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

— Właśnie, że mogę! — krzyknął Paul.

Major wzruszył ramionami i wsiadł do łazika. Wartownik zamknął drzwi do wieży i podszedł do grupy stojącej przed bramą.

— Proszę stąd odejść — powiedział z irytacją podsuwając ku nim lufę pistoletu. W lewej ręce trzymał zwisający koniec drutu — było to urządzenie sterujące silnikiem.

Wszyscy oprócz Dodda cofnęli się przed pistoletem, nawet Ragnarok się odsunął, jego pan bowiem, patrząc z oburzeniem przez siatkę, wypuścił z ręki smycz.

— Majorze — zawołał Dodd — pańskie zachowanie jest skandaliczne i nieludzkie! Dopilnuję, żeby odpowiednie władze o tym się dowiedziały. Płacę podatki! I moje pieniądze idą właśnie na takie inwestycje jak Vandenberg Dwa, z moich pieniędzy płaci się pensje urzędnikom państwowym bez względu na to, czy noszą mundury, czy nie, bez względu na to, ile gwiazdek mają na tych mundurach. Miech pan się jeszcze zastanowi…

Wartownik podszedł do niego. Widać było, że chce się uporać z intruzami, zanim odjedzie major.

— Zamknij się pan wreszcie i jazda stąd — wycedził i lufą pistoletu szturchnął go lekko w bok.

Rozległ się warkot podobny do zgrzytu nie naoliwionych trybów: Ragnarok rzucił się i ciągnąc za sobą smycz skoczył wartownikowi do gardła.

Silniki na plecach wartownika buchnęły nagle dwoma językami ognia, jakby żołnierzowi wyrosła para nowych, jaskrawopomarańczowych nóg. Wartownik zaczął się wolno wznosić w powietrze. Tu dał mistrzowski popis strzelania z lotu, wysyłając cztery kule prosto w napastnika. Wielki pies upadł i już się nie poruszył.

Wszyscy rzucili się do ucieczki, ale po chwili stanęli.

Wartownik przepłynął w powietrzu nad siatką i wrócił na ziemię — z silników znów na chwilę buchnął ogień, żeby zamortyzować wstrząs.

Dodd padł na kolana przy zwłokach psa.

— Ragnarok? — spytał niepewnie, po czym stwierdził z niedowierzaniem: — On nie żyje.

Wojtowicz wziął składane łóżko i podbiegł do psa.

— Nic mu już nie pomoże — szepnął Dodd.

— Nie może go pan tu zostawić — powiedział Wojtowicz.

Ułożyli martwa zwierzę na łóżku. Wędrowiec świecił teraz tak jasno, że w jego blasku ujrzeli kolor sączącej się krwi.

Margo podała kotkę Paulowi, zdjęła kurtkę i przykryła nią Ragnaroka. Dodd skinął głową w milczeniu.

Niewielki orszak ruszył z powrotem drogą, którą przyszedł. Był już świt, a gdzieniegdzie migotały fioletowe i złote światełka.

Harry McHeath wskazał ręką niebo nad oceanem.

— Patrzcie — powiedział. — Widać biały rąbek. Księżyc wyłania się zza Wędrowca.

Dona Merriama przeszył dreszcz, gdy ujrzał, że cienkie czarne nici łączące nos Księżyca z biegunem północnym Wędrowca stają się olśniewająco białe — były teraz bardziej widoczne i coraz bardziej przypominały pajęczynę. Nagle nos Księżyca też stał się olśniewająco biały: był niczym maty, biały stożek, który szybko się wydłuża i poszerza. Wydobywały się z niego białe nici, które unosiły się w górę.

W półksiężycu było coś dziwnie niepokojącego: w miarę jak rósł, stawał się coraz bardziej wypukły, jak gdyby Księżyc przybierał kształt piłki do rugby. Nadmiernie wypukły brzeg wcale nie był gładki na tle czarnej, nakrapianej gwiazdami przestrzeni kosmicznej, przeciwnie, był lekko wyszczerbiony. Łamana była też linia między widocznym półksiężycem a reszta ciemnej powierzchni. Co więcej, powierzchnię półksiężyca pokrywały rysy — Księżyc wyglądał jak na mozaikach bizantyjskich.

Nagle z prawej burty Baby Jagi wpadło do środka światło. Blask, odbity po lewej stronie ekranu, niemal oślepił Dona.

Kosmonauta zamknął oczy i po omacku zaczął szukać na półce okularów polaryzacyjnych. Włożył je i nastawił polaryzację na maksimum. Uruchomił silniki korekcyjne i skierował statek nieco w lewo.

Tam lśniące Słońce, które właśnie wyłoniło się zza Wędrowca, błyszczało przy czarnej tarczy Ziemi — para ta wyglądała jak rozgrzana do białości dziesięciocentówka i zakopcony dolar. Baba Jaga również zakończyła już podróż po ciemnej stronie Wędrowca i teraz wyszła na światło słoneczne.

Don ustawił daszek przy okularach tak, żeby osłonić się przed światłem Słońca, po czym zmniejszył polaryzację, aby w blasku Wędrowca móc dojrzeć tę stronę Ziemi, na której panowała noc. We wschodniej części kontynentu północnoamerykańskiego był już dzień. Południowej Ameryki w ogóle nie było widać. Resztę kuli wypełniał Ocean Spokojny, tylko na dole, po lewej stronie, stopniowo wyłaniała się Nowa Zelandia — tam zapadał zmrok.

Kosmonauta zdziwił się, że widok rodzimej planety — odległej o marne ćwierć — miliona kilometrów, a nie zagubionej gdzieś po drugiej stronie kosmosu — sprawił mu tak wielką radość.

Mieszkańcy Nowej Zelandii i Wysp Polinezyjskich wybiegli z domów, zostawiając kolację na stołach i matach, żeby obserwować cud, który ukazał się na niebie wraz z nastaniem wieczoru. Wielu z nich podejrzewało, że Wędrowiec to Księżyc — monstrualnie zniekształcony, najpewniej na skutek amerykańskich czy radzieckich doświadczeń atomowych, a fioletowy i złoty blask to aura po wybuchu atomowym — i potrzeba było kilku godzin, aby przekonać ich, że się mylą. Większość mieszkańców Australii, Azji, Europy i Afryki pełniła swoje codzienne obowiązki, żyjąc w szczęśliwej nieświadomości: o Wędrowcu wiedziała tylko tyle, że to jakiś niepoważny wymysł dziennikarski, zjawisko typowo amerykańskie tak jak fundamentalizm religijny i cocacola albo nowinki o senatorach czy gwiazdach filmowych. Bardziej przebiegli myśleli, że to reklama nowego filmu grozy albo pretekst do nowych żądań pod adresem Chin i Związku Radzieckiego. Jedynie kilku wyjątkowo bystrych obserwatorów dostrzegło związek miedzy zwariowanymi komunikatami o Księżycu a niewątpliwie prawdziwymi relacjami o trzęsieniach ziemi.

Atlantyk był również po tej stronie kuli ziemskiej, na której panował dzień, ale tu sytuacja przedstawiała się inaczej, gdyż z większości samolotów i statków zaobserwowano Wędrowca podczas ostatnich godzin nocy. Załogi statków i samolotów szukały zawzięcie wśród zakłóceń atmosferycznych fali, na której podawano by jakieś wiadomości, i usiłowały połączyć się z właścicielami pojazdów lub z kierownictwem żeglugi morskiej, żeby złożyć sprawozdanie i zasięgnąć rady. Niektóre statki płynęły do najbliższych portów. Załogi innych mądrze i przezornie kierowały swoje jednostki na pełne wody.

Na transatlantyku „Prince Charles” nastąpiły dramatyczne wydarzenia. Grupa faszystowskich powstańców brazylijskich z pomocą dwóch oficerów pochodzenia portugalskiego opanowała wielki luksusowy statek. Kapitan Sithwise siedział uwięziony we własnej kabinie. Powstańcy mieli dokładnie opracowany plan, ale kto wie, czy udałoby się im go zrealizować, gdyby nie ogólne podniecenie w związku z „zagrożeniem astronomicznym”. Niemal ze zgrozą odkryli, że kosztem życia sześciu mężczyzn — wśród swoich mieli tylko trzech rannych — mają w swojej władzy nie tylko statek wielki jak hotel w modnej miejscowości wypoczynkowej, ale również dwa reaktory atomowe, Wolf Loner zjadł w spokoju śniadanie i rozpoczął normalne zajęcia poranne — jego jacht, „Wytrwały”, wciąż leniwie płynął na zachód pod zwisającymi nisko na niebie chmurami. Samotny żeglarz wciąż rozmyślał o ładzie panującym w przyrodzie, gdy nie mąci go szybkie tempo współczesnego życia.

Kiedy czerwony blask poranny oświetlił dżunglę, don Guillermo Walker pruł już naprzód łodzią motorową braci Araiza: z jeziora Nikaragua wpłynął do rzeki San Juan i minął San Carlos. Teraz, gdy Wędrowiec znikł z nieba, don Guillermo nie zaprzątał sobie głowy wulkanami i trzęsieniami ziemi, a za to coraz chętniej myślał o tym, jak zbombardował fortecę el presidente, leżąc swoim malutkim samolotem, który obecnie spoczywa na dnie jeziora. Oby taki los spotkał wszystkich lewicowców, don Guillermo pokazał wreszcie, że jest lepszy od tych mięczaków od Johna Bircha!… — tak przynajmniej oceniał swój wyczyn.

Z dumą uderzył się w piersi i krzyknął:

— Yo soy un hombre!

Jeden z braci Araiza, który mrużył oczy przed blaskiem wschodzącego słońca, skinął głową i powiedział: — Si — ale brzmiało to mało entuzjastycznie, jakby to, że się jest człowiekiem, wcale nie było wielkim zaszczytem.

Rozdział 15

Paul musiał przyznać, że długi spacer po piasku jest męczący, nawet jeżeli się idzie w towarzystwie nowych przyjaciół, a na niebie lśni nowa planeta. Radość z postawienia na swoim wbrew majorowi Humphreys’owi i Dowództwu Projektu Księżycowego szybko minęła, a wyczerpujący marsz po plaży wydał mu się bezcelowy i niezwykle przygnębiający.

— Smutno ci, tak? — zapytała łagodnie Rama Joan. — Spaliłeś za sobą mosty i związałeś swój los — i los swojej dziewczyny — z kupą wariatów, którzy idą pogrzebać psa.

Szli na końcu orszaku, daleko w tyle za łóżkiem, które nieśli Clarence Dodd i Wojtowicz. Paul roześmiał się.

— Nie owijasz nic w bawełnę — powiedział. — Margo nie jest jednak moją dziewczyną, kocham ją, ale bez wzajemności. Jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi.

— Naprawdę? — Rama Joan spojrzała na niego badawczo. — Cafe życie może ci zejść na takiej przyjaźni, Paul.

Paul skinął głową ze smutkiem.

— Wiem, Margo też mi to mówi. Twierdzi, że jestem szczęśliwy, mogąc ją otaczać matczyną opieką i zniechęcać innych mężczyzn. Oczywiście oprócz Dona. Uważa, że moje uczucia wobec niego, nawet jeżeli sam sobie z tego nie zdaję sprawy, są więcej niż braterskie.

Rama Joan wzruszyła ramionami.

— Może ma rację — powiedziała. — Cały ten układ — ty, Margo i Don — rzeczywiście wygląda dość dziwnie.

— Nie, na swój sposób wszystko jest najzupełniej naturalne — zapewnił ją Paul ze smętną satysfakcją. — Chodziliśmy razem do szkoły. Interesowały nas przedmioty ścisłe. Przyjaźniliśmy się. Potem Don skończy! studia techniczne i został kosmonautą, ja zająłem się dziennikarstwem i zostałem rzecznikiem prasowym, a Margo zawsze pociągały nauki humanistyczne. Ale postanowiliśmy trzymać się razem, gdy więc Don dostał praco w Projekcie Księżycowym, nam też udało się tam wkręcić, to znaczy mnie się udało. Wtedy Margo już wiedziała, że bardziej ode mnie lubi Dona, czy też kocha go, cokolwiek to znaczy, i zaręczyli się. No i tak już zostało — może dlatego, że nasze społeczeństwo krzywym okiem patrzy na trójkątne układy. Potem Don poleciał na Księżyc. My zostaliśmy na Ziemi. To wszystko aż do wczoraj, kiedyśmy was spotkali.

— Na pewno musiałby w końcu nastąpić wybuch, Paul, taka sytuacja nie mogłaby trwać wiecznie — rzekła Rama Joan. — Powiem ci, skąd ja się tu wzięłam. Mogłabym sobie żyć wygodnie na Manhattanie jako żona kierownika działu reklamy. Anna chodziłaby do ekskluzywnej szkoły, a ja od czasu do czasu wygłaszałabym w klubie kobiet odczyty o mistycyzmie. Zamiast togo jestem rozwódką i ledwo wiążę koniec z końcem, żyjąc z tego, co mi płacą za wykłady, i z procentów od niewielkiej sumy, którą odziedziczyłam. Noszę te dziwaczne, karnawałowe stroje — z lekceważącym uśmiechem wskazała ręką białą muszkę i frak żeby wzbudzić większe zainteresowanie mistycyzmem. „Męski protest” — żartowali kiedyś moi przyjaciele. „Nie — powiedziałam im — protest ludzki”. Chciałam, żeby mi wolno było wyrażać swoje poglądy, żeby mnie nikt w tym nie ograniczał, żebym mogła mówić to, co naprawdę czuję. Chciałam, żeby Anna miała prawdziwą matkę, a nie ładnie ubraną kukłę.

— Czy naprawdę wierzysz w to wszystko, co mówisz? — zapytał Paul. — W buddyzm i tym podobne sprawy?

— Nie tak, jakbym tego pragnęła, ale w takim stopniu, na jaki mnie stać — powiedziała. — Bezgraniczna wiara to luksus. Ale jeżeli mówi się barwnie — i z werwą, przynajmniej nie naśladuje się innych. Nawet jeżeli się trochę udaje, nie zatraca się swojej osobowości. Jeżeli człowiek wciąż się stara, pewnego pięknego dnia może odkryć cząstkę prawdy — tak jak Charlie Fulby, kiedy przyznał się, że o istnieniu wędrownych planet wie tylko intuicyjnie, a nie dlatego, że był w kosmosie, jak dotychczas twierdził.

— To paranoik — odparł Paul, patrząc na Drągala, który szedł za łóżkiem mając po prawej ręce Wandę, a po lewej chudą kobietę. — Kto są te dwie — uczennice, opiekunki? — zapytał.

— Do pewnego stopnia jest paranoikiem — zaczęła wyjaśniać Rama Joan — ale nie sądzisz chyba, Paul, że ludzie normalni mają monopol na prawdę? A te dwie to chyba jego żony. Charlie należy do sekty uznającej wielożeństwo. Och, Paul, pewnie uważasz nas wszystkich za pomylonych.

— Nie — zaprotestował. — Chociaż czuję się pewniej, mając świadomość, że większość ludzi myśli podobnie jak ja.

— Większość, to znaczy ci, co mają pieniądze i władzę — powiedziała Rama Joan. — No, rozchmurz się — z jednej strony większość, a z drugiej wariaci, ale wszyscy dążą do tego samego: do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Wracamy do domku na plaży, bo wiemy, że tam czeka na nas kawa i kanapki.

Na czele pochodu analogiczna rozmowa toczyła się między Hunterem a Margo.

— Zacząłem chodzić na takie sympozja, bo prowadziłem badania socjologiczne — zwierzał się Hunter. _ Spotykałem różnych ludzi: zwariowanych wizjonerów, jak Charlie Fulby, ludzi trzeźwo myślących oraz takich jak większość tutaj. Chciałem zbadać pewne zjawisko społeczne i napisać kilka artykułów. Ale po pewnym czasie wciągnąłem się.

— Dlaczego? — zapytała Margo, tuląc do siebie kotkę. Było jej zimno bez kurtki, a Miau grzała ją niczym butla z gorącą wodą. — Czy zainteresowania te, podobnie jak pańska broda, miały udowodnić, że jest pan nowoczesny i różni się od innych?

— Proszę mi mówić po imieniu. Nie, nie sądzę, choć niemałą rolę odegrała tu na pewno próżność. — Pogładził ręką brodę. — Po prostu spotkałem ludzi, którzy czymś się pasjonują i robią coś zupełnie bezinteresownie. To niesłychanie rzadkie w naszym materialistycznym, egoistycznym świecie, w którym liczą się tylko pieniądze i pozycja. Związałem się tak bardzo, że chciałem wnieść swój wkład — jakieś odczyty, dyskusje. Teraz podchodzę do tego z równym zapałem, co Brecht, który haruje sprzedając fortepiany — doszedł w tym do perfekcji — aby móc poświęcać resztę czasu na latające talerze, szachy i kobiety.

— Brecht jest kawalerem, a ty, zdaje się, mówiłeś, że masz rodzinę? — przypomniała mu nieco ironicznie dziewczyna.

— Tak — przyznał z pewną niechęcią. — W Portland została pani Hunter i dwóch chłopców, którzy są zdania, że tatuś stanowczo za dużo czasu spędza wśród fanatyków latających talerzy, bo pisze mało artykułów — i zaniedbuje swoją karierę naukową.

Chciał dodać: Teraz pewno jeszcze nie śpią i pytają, dlaczego tatusia nie ma w domu, kiedy niebo się przeobraziło, a latające talerze przestały być fikcją — ale spostrzegł, że doszli do zabitego deskami domku plażowego. Zobaczył wciąż palącą się zieloną lampę, obok niej stołek z niewielkim plikiem programów, puste krzesła ustawione w rzędy, porozsuwane na przedzie (czy Dodd kiedykolwiek odbierze pieniądze, które dali w zastaw, pożyczając te krzesła w zakładzie pogrzebowym prowadzonym przez Polaków w Oxnard?); zobaczył również płaszcz, który ktoś zapomniał zabrać, podłużny stół, przy którym siedzieli prelegenci, a pod nim tekturowe pudła, porzucone w ogólnym pośpiechu. Nie opodal, wetknięty głęboko w piasek, stał złożony parasol, który służył za część prymitywnego astrolabium, kiedy Brecht po raz pierwszy badał ruch Wędrowca.

Widząc to wszystko na tle nakrapianego fioletowozłotymi światełkami spokojnego Pacyfiku, Hunter poczuł niespodziewany przypływ radości i ulgi, zdał sobie nagle sprawę, dlaczego, zmuszeni do wędrówki przez lawinę i odpędzeni od bramy przez majora-służbistę, wrócili na to miejsce.

Po prostu miejsce to było dla nich domem — tu siedzieli razem, tu byli świadkami zmian, jakie zaszły na niebie; każdy czuł w głębi ducha, że, być może, jest to jego ostatni dom.

Wanda, chuda kobieta i Harry McHeath wolno ruszyli do pudeł pod stołem.

Wojtowicz i Dodd postawili łóżko z Ragnarokiem, na wpół przykrytym kurtką Margo.

Wojtowicz rozejrzał się, a potem, wskazując na parasol, powiedział stanowczo:

— To chyba najodpowiedniejsze miejsce, jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu? — skierował pytanie do Brechta, który całą drogę z Vandenbergu 2 szedł w milczeniu obok Dodda.

— Nie, to dla mnie zaszczyt — odparł tamten chrapliwie.

Przynieśli tu łóżko i Brecht wyciągnął z piasku parasol. Spod materaca Wojtowicz wyjął łopatę i zaczął kopać.

— Nic dziwnego, że mnie przez całą drogę coś kłuło! — krzyknęła z tarasu Wanda na widok łopaty.

Wojtowicz przerwał kopanie.

— Powinna być pani wdzięczna — zawołał do niej — za darmową jazdę, kiedy myślała pani, że ma atak serca!

— Dobrze wiem, kiedy mam atak serca! — odparła ze złością. — I dobrze wiem, kiedy mi mija!

— A niech tam pani będzie! — rzucił przez ramię Wojtowicz mów zabrał się do kopania.

Piach skrzypiał cicho pod łopatą. Chuda kobieta i McHeath ocierali kubki z piasku i ustawiali je na stole. Pozostali patrzyli na Księżyc wyłaniający się zza Wędrowca, który, lekko przechylając się na bok, opadał nad oceanem.

Luna przybrała kształt przygniecionego stożka. Na jej tarczy zamiast gładkich konturów „mórz” widać było ledwo dostrzegalne linie, które chwilami odbijały kolorowe światło Wędrowca. Widok był odrażający, przywodził na myśl siatkę z jajkami pająka.

Poród kleszczowy — pomyślał Drągal. — Biała Dziewica zapłodniona przez Ispana odradza się — i wciąż w mękach musi się odradzać. Nie przyszło mi to do głowy.

Żałuję, że nazwałam ją dziwką… — pomyślała Morgo.

— Jej narzeczony jest na Księżycu, prawda? — szepnęła Rama Joan do Paula. — Teraz więc może być twoją dziewczyną.

Wojtowicz wyprostował się.

— Głębiej już nie można — powiedział ochrypłym głosem do Dodda — bo się dokopię do wody.

Podeszli do łóżka. Dodd odpiął smycz od ciężkiej, grubej obroży i patrząc na Margo, zdjął kurtkę okrywającą psa. Dziewczyna potrząsnęła głową i Dodd, uśmiechając się smutno, znów przykrył nią psa. Razem z Wojtowiczem i Brechtem zsunął owiniętego w kurtkę Ragnaroka do płytkiego grobu. Kotka leżąca w ramionach Margo podniosła główkę i spojrzała z zaciekawieniem.

Zawieszony nad Pacyfikiem Wędrowiec wyglądał tak, jakby przywdział świąteczne szaty. W przeciwieństwie do zniekształconego Księżyca stanowił idealną kulę. Żółta płaszczyzna po zachodniej stronie planety znikła z pola widzenia i na tarczy zostały tylko trzy żółte plamy. Najbardziej jednak rzucała się w oczy głowa fioletowej bestii z rozdziawionym pyskiem, która powstała, gdy dwa wschodnie ramiona fioletowego krzyża rozszerzyły się po obu stronach wielkiej żółtej plamy.

Wilk Fenris — pomyślał McHeath. — Teraz, kiedy „Księżyc jest przed rozwartym pyskiem, Wędrowiec naprawdę wygląda, jakby pożerał Księżyc.

— To mi przypomina wielkiego psa, który chce kogoś chapnąć — powiedziała zamyślona Anna. — Mamusiu, czy bogowie umieścili na nim Ragnaroka, tak jak umieszczali na gwiazdach greckich herosów i nimfy?

— Chyba tak, kochanie — odparła Rama Joan.

Dodd odruchowo wyciągnął notes i pióro i ze smutkiem spojrzał na czystą kartkę. Margo podała Paulowi kotkę, sama zaś wyjęła notes i pióro z rąk Dodda i zrobiła szkic Wędrowca, podobny do tych, jakie Dodd sam rysował.

Wąż pożera jajo — pomyślał Drągal. — A może to drogi, które się rozwidlają?

Wojtowicz pośpiesznie zasypał grób, najpierw suchym, potem mokrym piaskiem. Brecht wyjął Doddów i z rąk smycz, ciasno oplótł nią rączkę złożonego parasola i spiął na górze. Kiedy Wojtowicz przyklepał piasek łopatą ii odsunął się, Brecht wetknął parasol głęboko w środek grobu.

— Tak, Dodd — powiedział, obejmując ramieniem niskiego mężczyznę. — Oznaczyłem grób. Ragnarok ma teraz coś w rodzaju kaduceusza.

Z podium dobiegło ich wołanie chudej kobiety:

— Chodźcie na kawę! Bo wystygnie!

Don Merriam znów znalazł się w ciemnościach. Tym razem Księżyc, mijając Wędrowca, odciął Babie Jadze źródło światła. Malutki statek kosmiczny krążył między dwoma ciałami niebieskimi. Leciał prędzej niż Księżyc, ale go jeszcze mię prześcignął.

Słońce, które przez pewien czas wpadało do kabiny, nagrzało jej wnętrze, ale zanim upał stał się nie do zniesienia, Księżyc wsunął się między Babę Jagę a Sionce. W kabinie jednak było jaśniej niż wtedy, gdy Księżyc zasłonił statek po raz pierwszy — tu i ówdzie przedzierał się odbity przez Słońce fioletowozłocisty blask Wędrowca. Blask ten pozwalał ujrzeć nieustannie wrzące skały na powierzchni Księżyca — wyglądało to jak burza na morzu, oglądana z samolotu w gwieździstą noc.

Znajdując się 2560 kilometrów nad Wędrowcem — sprawdził to za pomocą radaru — kosmonauta dostrzegał tylko jedną piątą planety. Przelatując nad jej powierzchnią, różnie nazywaną na Ziemi: x-em, wyszczerbioną tarczą, kotem, krzyżem Świętego Andrzeja i mandalą, widział jedynie żółtą plamę po zachodniej stronie i brzeg fioletu; żółta plama na wschodzie i plamy na biegunach były poza zasięgiem jego wzroku.

Obserwując, jak żółta plama wyłania się z nocnej strony Wędrowca i przesuwa na dzienną, Don upewnił się, że Wędrowiec obraca się i że jego dwa szczyty to istotnie bieguny, a oś jest mniej więcej równoległa do osi Ziemi. Mierząc prędkość, z jaką ukazuje się żółta plama, obliczył, że pełny obrót Wędrowca trwa sześć godzin — czyli „dzień” na Wędrowcu równa się jednej czwartej dnia ziemskiego. Ponieważ zaś Wędrowiec obracał się w tym samym kierunku, co Baba Jaga i Księżyc, tyle że trzy razy wolniej, kolejne punkty odniesienia na jego powierzchni szybko zostały w tyle.

Zielone świetliste plamy na nocnej stronie Wędrowca znikały, gdy planeta przechodziła na stronę dzienną — może były jakąś fosforescencją widoczną tylko w ciemnościach. Również, jak sobie przypomniał, na nocnej stronie nie sposób było odróżnić od siebie fioletowych i żółtych plam — a więc zapewne potrzebne było do tego światło słoneczne.

Ponad połowę olbrzymiej żółtej plamy zajmował czarny cień Księżyca, który miał niewątpliwie kształt wydłużającej się elipsy. Przyglądając mu się bacznie, Don zauważył, że blade jasnozielone światła ukazują się stopniowo na bliższej krawędzi cienia — najwyraźniej zielone światła, niewidoczne w świetle słonecznym, przesuwają się wraz z planetą.

Nagle zdał sobie sprawę, jak niesamowita i dziwna jest sytuacja, w której się znajduje — że on sam jest jak muszka zawieszona między czarną śliwką a różowym grejpfrutem, pędząca wraz z nimi przez kosmos.

Wyobraził sobie, że znów jest małym chłopcem. Jest wieczór i mrok zagląda do okna w Minnesocie, a on. Don, opowiada w kuchni matce: Wiesz, mamo, znalazłem w lesie wielką, czarną dziurę. Jestem pewien, że przechodzi aż na drugą stronę Ziemi, bo na dnie widziałem migocącą gwiazdę. Przestraszyłem się i… wiem, że mi nie uwierzysz, mamo, ale biegnąc do domu, ujrzałem za stodołą wielką żółtofioletową planetę.

Otrząsnął się z tych wspomnień. Bez względu na to, jak niesamowita jest sytuacja, z pewnością wydałaby mu się jeszcze dziwniejsza, gdyby przez miesiąc nie przebywał na Księżycu, a później nie przedzierał się przez niego statkiem.

Jego uwagę przyciągnęły białe nici wysuwające się z nosa Księżyca. Skierował statek tak, żeby mieć je przed oczami: wiły się między gwiazdami, najpierw się rozchodząc, potem schodząc, aż wreszcie znikały za fioletowym brzegiem Wędrowca.

Jeżeli nici łączą Księżyc z Wędrowcem, logiczne jest, że muszą łączyć go z biegunem planety. Gdyby były połączone z jakimś punktem na równiku, rozciągnęłyby się i pękły, albo — ponieważ Księżyc porusza się trzy razy prędzej, niż się obraca planeta — oplotłyby Wędrowca.

Połączyłyby! Oplotłyby! — przyłapał się na tym, że myśli o nich jak o prawdziwych niciach, jak gdyby dwa ciała niebieskie, Księżyc i Wędrowiec, były bombkami na choince.

Ale w takim razie czym są te nici?

Śledząc je wzrokiem, spojrzał tam, gdzie zbiegały Się z Księżycem. Baba Jaga wyprzedziła Księżyc, ale wciąż znajdowała się w jego cieniu, razem z nim bowiem zachodziła teraz za Wędrowca. Czarna linia nocy, którą Don po raz pierwszy ujrzał przez otchłań Księżyca, była już w polu widzenia, odcinając sobą fioletowy brzeg horyzontu.

A więc nos Księżyca znajduje się w mroku, a jego miedziana powierzchnia burzy się. Kosmonauta sięgnął do półki po silną lornetkę i nastawił ostrość.

Na wzburzonym nosie Księżyca dostrzegł kilka głębokich szybów, których wnętrza obracały się szybko w kierunku wskazówek zegara. Sprawiały wrażenie wirów w pękającej skale.

Lśniące, białe nici, które w cieniu Księżyca nabierały barwy mosiądzu, wpadały do szybów i wirowały z tą samą prędkością, co ich ściany, zataczając na dnie maleńkie koła. Przy wirujących ośrodkach nici były nieco grubsze. Przypominały trąbę morską lub tornado.

Przy każdym szybie były trzy albo cztery jaskrawofioletowe lub cytrynowe kropki. Don widział już takie kropki na niciach. Przyszło mu na myśl, że najpewniej są to duże siatki kosmiczne z Wędrowca, które wytwarzają pola grawitacyjne.

Wniosek, jaki można było wyciągnąć patrząc na wirujące szyby i wpadające w nie nici, był prosty: materia księżycowa w postaci pyłu, żwiru, a nawet większych kamieni jest w jakiś sposób wysysana i niesiona w kierunku północnego bieguna Wędrowca.

Arab, Pepe i Duży stali nad brzegiem rzeki Hudson paląc wspólnego skręta, gotowi w każdej chwili wrzucić go do brudnej, pokrytej warstwą smaru wody, gdyby ktoś nadszedł niespodziewanie.

Ale nikt nie nadchodził. W mieście panowała wyjątkowa cisza nawet jak na szóstą rano. Duży rzucił byle gdzie niedopałek, Arab zapalił nowego skręta i znów wszyscy trzej zaczęli się zaciągać słodkim dymem.

Kiedy skręcili na północ za gmachy generała Granta, przeszli pod Henry Hudson Parkway i doszli nad rzekę, doznali wielkiego zawodu. Patrząc na zachód, widzieli szare niebo, dalekie falochrony, Edgewater i południowe zbocza Palisades. Poza tym nic więcej.

— Znikła gdzieś — stwierdził Duży. — Może już nawet zaszła.

Roześmiał się i skierował spojrzenie na południe, w stronę grobu generała Granta.

— Jak myślisz, generale? — zapytał Araba.

— Rzeka wezbrała, admirale — odparł Arab i marszcząc czoło zapalił trzeciego skręta.

— Chyba tak — przyznał mu rację Duży. — Patrzcie, woda zalewa dok!

— To nie dok — powiedział pogardliwie Arab. — To zatopiona barka.

— Zwariowałeś!

— Wiem, gdzie znikła! — krzyknął nagle Pepe. — Ta wielka fioletowa kula to połączenie balona z łodzią podwodną. Zaburzyła się. I dlatego woda wezbrała. Bo ona jest na dnie i świeci w głębinach.

Arab i Duży zadrżeli z podniecenia na myśl o dziwacznym zjawisku, Pepe natomiast złapał się za głowę i krzyknął:

— Nie! Czekajcie, to nie tak. To zamrożony wybuch atomowy. Najpierw robią wybuch, a potem zamrażają kulę ognistą. Płynie sobie taka kula najpierw w powietrzu, potem w wodzie, a kiedy się roztopi — bum! miasto wylatuje w powietrze! Patrzcie!

Po przeciwnej stronie rzeki na poziomie wody czerwone słońce odbijało się nisko w oknach budynków. Trzej bracia-narkomani uwierzyli naraz w wymyśloną przez siebie bombę atomową i wpadli w panikę — ogarnął ich nagły lęk, przed którym żaden narkoman nie potrafi się opędzić.

— Uciekajmy! — zawołał stłumionym głosem Arab.

Zawrócili i puścili się pędem w stronę Harlemu.

Jake wydął pogardliwie wargi, spoglądając na rzednący tłum. Wraz z zajściem Wędrowca i stopniowym nastaniem szarego świtu, na Times Square minęło ogólne podniecenie. Na Manhattanie gruzy spowodowane przez trzęsienie ziemi przypominały rumowisko po rozbiórce domu.

Prawie z niedowierzaniem, jakby to wszystko było przedstawieniem teatralnym, przypomniał sobie piosenkę Sally i tupot roztańczonego tłumu oświetlonego fioletowobursztynowym blaskiem potężnego reflektora na niebie. Uśmiechnął się, otworzył szeroko oczy, ale nie patrzył przed siebie — w jego wyobraźni rodził się pewien pomysł, pomysł zbliżony do snu, bo dla Jake'a sen i wyobraźnia były to pojęcia niemal równorzędne.

Sally nagle podeszła z tylu i wsunęła mu rękę pod ramię. Przytulając się do niego, szepnęła do ucha:

— Uciekajmy, zanim ta sfora znów mnie dopadnie. To tylko cztery przecznice stąd.

— Przestraszyłaś mnie, Sal — powiedział niezadowolony. — Właśnie wpadłem na pomysł, jak zarobić kupę forsy. Dokąd mamy iść?

— Niedawno mówiłeś, że nic cię nie jest w stanie przestraszyć. Ha! Zabieram cię na śniadanie do mieszkania Hasseltinea — ja i mój malutki kluczyk. Po tym trzęsieniu ziemi im będę wyżej, tym bardziej będę czuła się bezpieczna.

— Dłużej będziesz spadać — zauważył Jake.

— Tak, ale na mnie przynajmniej nic nie spadnie. Chodź, z pełnym żołądkiem ma się lepsze pomysły.

Wysoko na niebie ukazał się różowawy blask.

Rozdział 16

Brecht chrząknął zadowolony.

— Chętnie bym zjadł jeszcze jedną kanapkę — powiedział.

— Myśleliśmy, że lepiej będzie coś zostawić na później — rzekła przepraszająco chuda kobieta, siedząca przy drugim końcu długiego stołu.

— To był mój pomysł — przyznał się nieśmiało Harry McHeath.

— W porządku — odparł Brecht. — Wprost z „Robinsona Szwajcarskiego”. Może ma ktoś ochotę na whisky?

Z kieszeni płaszcza wyjął ćwierćlitrówkę. Wanda prychnęła pogardliwie.

— Może się nam później przydać, Rudolfie — szepnął Hunter.

Brecht westchnął i schował butelkę.

— Pewnie Komisja Bezpieczeństwa Publicznego wydała również zakaz wypicia drugiej filiżanki kawy? — ryknął.

Harry potrząsnął nerwowo głową i pośpiesznie nalał kawy Brechtowi oraz innym chętnym.

— Rudolfie — odezwała się Rama Joan. — Zastanawiałeś się przedtem, skąd się wzięły barwy na Wędrowcu.

Anna, owinięta płaszczem, który ktoś zostawił, leżała na dwóch krzesłach z głową opartą o kolana matki. Rama Joan patrzyła na Wędrowca. Teraz fiolet otaczał żółtą płaszczyznę po wschodniej stronie, co psuło złudzenie rozdziawionego pyska. Dwie żółte plamy na biegunach zmniejszyły się, powoli znikając z pola widzenia. Planeta sprawiała wrażenie fioletowej tarczy strzelniczej z wielkim żółtym środkiem. Tymczasem pokryty siatką pęknięć Księżyc, który miał teraz wyraźny kształt rombu, doszedł już niemal do zachodniej krawędzi Wędrowca, kończąc swoje drugie okrążenie.

— Nie wydaje mi się, żeby barwy były naturalną cechą Wędrowca. Sądzę, że to… coś w rodzaju dekoracji — powiedziała Rama Joan i na chwilę urwała. — Jeżeli istoty na Wędrowcu potrafiły sprawić, żeby ich planeta przedostała się przez nadprzestrzeń, na pewno potrafią również ozdobić ją tak, aby według nich była atrakcyjna i oryginalna. Jaskiniowcy nie malowali swoich domów od zewnątrz, a my malujemy.

— To mi się nawet podoba — rzekł Brecht i aż cmoknął wargami. — Dwubarwna planeta. Niech nam zazdroszczą sąsiedzi z najbliższej galaktyki.

Wojtowicz i Harry McHeath roześmieli się niepewnie.

Powoli zaczynają doceniać piękno Ispana — pomyślał Drągal.

— Gdybyśmy doszli do takiego stopnia cywilizacji — powiedział Hunter głosem niskim, łamiącym się z napięcia — nie sądzę, abyśmy w tym celu używali naturalnych planet. Projektowalibyśmy je i budowali od nowa. Rany, to czyste szaleństwo — dokończył szybko.

— Nieprawda — zaoponował Brecht. — Lepiej byłoby skorzystać z objętości gotowej planety, zapełnić jej wnętrze magazynami, sypialniami, generatorami. Oczywiście potrzebne byłyby gigantyczne dźwigary i wsporniki…

— Tylko wówczas, gdyby nie było antygrawitacji — wtrąciła Rama Joan.

— O rany — westchnął Wojtowicz.

— Ale jesteś mądra, mamusiu — rzekła sennym głosem Anna.

— Gdyby się anulowało grawitację obracającej się planety — zauważył Hunter — trzeba by ją było bardzo solidnie skonstruować, w przeciwnym razie siły odśrodkowe rozdarłyby ją na części.

— Mylisz się — stwierdził Brecht. — Masa i pęd przestałyby istnieć.

Paul chrząknął. Siedział obok Margo. Zdjął płaszcz i przykrył nim dziewczynę. Chętnie by ją objął, choćby tylko po to, żeby samemu się trochę ogrzać, ale jakoś nie mógł się na to zdobyć.

— Gdyby rzeczywiście mieli tak rozwiniętą cywilizację, staraliby się chyba nie wyrządzać szkód i nie zakłócać biegu życia na innych zamieszkanych planetach? — zapytał Paul, po czym dodał niepewnie: — Mówię tak, jakby istniała szlachetna federacja galaktyczna czy jak ją nazwać…

— Kosmiczne ONZ — zauważył z przekąsem Brecht.

— Tak, młody człowieku. Masz zupełną rację — powiedziała stanowczo Wanda, a chuda kobieta sznurując usta skinęła głową. — Naszym podstawowym obowiązkiem jest troska i dbałość o wszelkie formy życia.

— A czy firma General Motors również uważa to za swój podstawowy obowiązek? — zapytał Hunter. — A generał Mao?

Rama Joan uśmiechnęła się drwiąco i zwróciła się do Paula:

— Kiedy jedziesz samochodem, czy stosujesz jakieś specjalne środki ostrożności, żeby nie przejechać kota albo psa? — zapytała. — Czy każde mrowisko w twoim ogródku jest oznakowane?

— Wciąż uważasz, że tam są diabły, co? — spytał Brecht.

Rama Joan wzruszyła ramionami.

— Diabłem może być każdy, kto uparcie dąży do celu, który koliduje z celem obranym przez nas.

— Więc kraksa samochodowa to już zło?

— Może. Ale pamiętaj, że są kierowcy nieostrożni, są nawet tacy, co ryzykowną jazdą starają się wyrazić swoją osobowość.

— Nawet jeżeli tym pojazdem jest planeta? — zapytał Paul.

Rama Joan skinęła głową.

— Hm. Ja tam własnym nagim ciałem wyrażam swoją osobowość — oświadczył Brecht i uśmiechnął się szelmowsko.

Margo, obejmując Miau, która spała na jej kolanach, wtrąciła ostro:

— Kiedy ja prowadzę, widzę każdego kota, choćby był trzy przecznice dalej. Kot to też człowiek. Dlatego bez Miau za nic bym nie weszła do Vandenbergu Dwa, nawet gdyby nas potraktowano bardziej przyzwoicie.

— Ale czy człowiek jest zawsze człowiekiem? — zapytał ją z uśmiechem Hunter.

— Nie jestem tego pewna — przyznała się, marszcząc nos.

Wanda znów prychnęła.

— Mam nadzieję — wtrąciła niewinnie Rama Joan — że kiedy sprawy przybiorą, no… gorszy obrót, też nie będziesz żałowała, że odrzuciłaś propozycję majora i zostałaś z nami. Mogłaś skorzystać z okazji.

Nagle Wojtowicz zerwał się na nogi.

— Spójrzcie! — krzyknął. Wskazał ręką migocące na plaży światła reflektorów. Usłyszeli coraz głośniejszy warkot silnika.

— Paul, chyba major Humphreys zmienił zdanie i przysyła kogoś po ciebie — powiedział Hunter.

— Nie, nadjeżdża z przeciwnej strony — rzekł Brecht.

— Tak, ktoś tu jedzie od strony szosy. Pewnie objechał osypisko — dodał Wojtowicz.

Światło reflektorów zatoczyło łuk, na chwilę zgasło, potem znów rozbłysło. Oślepieni blaskiem nie mogli dojrzeć samochodu, mimo że był już świt.

— Ktokolwiek to jest, ugrzęźnie w piasku — stwierdziła Margo.

— Jeżeli będzie jechać z taką prędkością, to nie ugrzęźnie — rzekł Wojtowicz.

Samochód jechał wprost na nich, jakby się miał roztrzaskać o taras, jednakże piętnaście metrów przed domkiem zatrzymał się. Światła reflektorów zgasły.

— To furgonetka Hixonów! — krzyknął Clarence Dodd.

— Oto i pani Hixon — powiedział Brecht, widząc, jak niewyraźnie zarysowana sylwetka w szarych spodniach i swetrze wyskakuje z furgonetki i biegnie w ich stronę.

Wojtowicz, Hunter i McHeath ruszyli ku niej.

— Pomóżcie Billowi zaopiekować się Rayem Hanksem. Ray złamał nogę — powiedziała mijając ich pani Hixon i weszła na taras.

Jeszcze kilka godzin temu pani Hixon była zadbaną, elegancką kobietą, teraz ręce i twarz miała brudne, spodnie i sweter umazane błotem, włosy zwisały w strąkach, usta były szeroko otwarte, oczy wytrzeszczone. Z podbródka spływała jej krew. Kiedy przystanęła, widać było, że cała drży.

— Szosa jest zablokowana z obydwu stron — oznajmiła, łapiąc oddech. — Zgubiliśmy pozostałych. Wydaje mi się, że nie żyją. Chyba cały świat się zawalił. O Boże. Macie coś do picia?

— No i wykrakałeś — zwrócił się Brecht do Huntera Wyciągnął butelkę whisky, do pustej filiżanki po kawie nalał sporą porcję i sięgnął po wodę, żeby rozcieńczyć alkohol. Nie zdążył jednak, bo pani Hixon, wciąż dygocąc, chwyciła filiżankę, poróżniła ja do dna i niema! natychmiast wzdrygnęła się i niesmakiem. Brecht objął ją mocno ramieniem.

— A teraz proszę nam wszystko szczegółowo opowiedzieć — poprosił. — Od samego początku.

— Odkopaliśmy trzy wozy. Rivisa, nasz i mikrobus Wentcherów. Inne były za głęboko w ziemi, ale do tych trzech zmieściliśmy się z łatwością. W furgonetce Jechałam tylko ja, Bili i Ray. Kiedy dojechaliśmy do szosy, okazało się, że jest zupełnie pusta. To powinno było nas ostrzec, ale wtedy ucieszyliśmy się. Boże! Rivis skręcił na północ. My jechaliśmy do Los Angeles za mikrobusem. Mimo zakłóceń zdołaliśmy złapać dwie stacie. Ale słychać było tylko pojedyncze słowa. Coś o dużym trzęsieniu ziemi w Los Angeles i jakieś rady: zgasić światło, zakręcić wodę i tym podobne. Wciąż musieliśmy objeżdżać osypiska i głazy. Nadal nie widać było żadnych samochodów. Mikrobus był daleko na przedzie. Przy szosie, którą jechaliśmy, nie było plaży, jedynie urwisko i morze.

Nagle szosa zaczęła falować — mówiła dalej. — Ot tak bez żadnego ostrzeżenia. Wóz kołysał się jak statek. Drzwi się otworzyły i Ray wypadł. Ja uchwyciłam się Billa. Bill siedział wgnieciony w oparcie i hamował. Skały zaczęły się osuwać. Olbrzymi głaz zwali? się przed nami i ściął trzymetrowy kawał szosy. Pamiętam, że przygryzłam sobie język. Billowi jakoś udało się zatrzymać wóz. Szosa przestała się kołysać. Krztusiłam się od kurzu, kiedy nagle przez chmurę pyłu chlusnęła na nas woda: głaz wpadł do morza. Czułam w ustach sól, krew i kurz. Miałam wrażenie, że mózg wyskoczy mi z czaszki.

Po chwili wszystko ucichło. Szosa przed nami była zatarasowana, gruzy sięgały zderzaków. Nie wiem, czy udałoby się nam wspiąć na osypisko i przedostać na drugą stronę, ale taki mieliśmy zamiar, bo nie wiedzieliśmy, co z mikrobusem, czy zasypało go, czy odjechał, i wtedy ziemia znów się zatrzęsła. Spadający głaz omal mnie nie trafił. Następny potoczył się z hukiem. Bili kazał mi wrócić do samochodu, sam ruszył pieszo przez nowe osypisko, mówiąc, jak mam wycofać wóz, żeby objechać wszystkie głazy, skały i wyrwy. Kasłał wciąż i przeklinał nową planetę.

Ktoś inny również miotał przekleństwa… na nas! Był to Ray. Zapomnieliśmy o nim. Nogę miał złamaną powyżej kolana, ale ułożyliśmy go na plandece i przenieśliśmy do wozu. Ja zostałam z tyłu przy nim. Bill usiadł przy kierownicy i ruszyliśmy z powrotem.

Osypiska były tu większe, ale udało się nam przejechać. Mieliśmy nadzieję, że spotkamy inne samochody, ale nikt nie nadjeżdżał. Bili zatrzymał się przy budce telefonicznej na szosie, ale aparat nie działał i światło w budce zgasło akurat wtedy, gdy starał się uzyskać sygnał. W radiu były same trzaski. Słychać było tylko jedno słowo: pożar! Ray i ja wciąż krzyczeliśmy na Billa, żeby jechał wolniej lub prędzej.

Minęliśmy drogę prowadzącą tutaj, ale czterysta metrów dalej szosa była znów zatarasowana skałami. Nie było widać żywej duszy, żadnego światła oprócz tego okropieństwa na niebie. Wróciliśmy. Nie mieliśmy innego wyjścia.

Oddychała ciężko.

— W jakim stanie jest droga przez góry Santa Monica? — zapytał Brecht. — Chodzi mi o autostradę — dodał. — Droga? — pani Hixon spojrzała na niego z niedowierzaniem, a potem zaczęła się śmiać, a jednocześnie szlochać. — Idioto, kretynie, te góry bulgotały jak gulasz!

Wciąż śmiała się historycznie. Brecht zatkał jej usta ręką. Przez chwilę usiłowała się wyrwać, potem głowa opadła jej bezsilnie. Wanda i chuda kobieta zaprowadziły panią Hixon na drugi koniec tarasu. Rama Joan poszła za nimi, ale przedtem poprosiła Margo, żeby usiadła na jej miejscu, aby Anna, która cicho jak myszka przyglądała się wszystkiemu, mogła oprzeć jej głowę na kolanach.

Paul zwrócił się do Brechta:

— Zastanawiam się, dlaczego inne samochody nie utknęły na tym odcinku? Aż dziwne.

— Pewnie się szybko stamtąd wydostały po pierwszych, mniejszych wstrząsach — odparł Brecht. — Wstrząsy na pewno zmusiły wszystkich kierowców, zamierzających tamtędy przejechać, żeby zawrócili. Ale mimo to niektórzy musieli przedostać się przez góry.

— Hej, wy tam, przynieście tu łóżko! — krzyknął Hunter. — Wyniesiemy Raya z furgonetki, a potem pojedziemy do samochodów.

Arab, Pepe i Duży, zdyszani i drżący po szaleńczym biegu obok ponurych gmachów generała Granta, odetchnęli z ulgą, kiedy spostrzegli, że są już w pobliżu murzyńskolatynoskiej dzielnicy, i zataczając się ze zmęczenia wolno ruszyli Sto Dwudziestą Piątą Ulicą, kierując się na wschód.

Chodniki, zatłoczone nie dalej niż dwie godziny temu, były teraz puste. Jedynie porozrzucane, zgniecione plastikowe kubki, papierowe torby, puste butelki po napojach orzeźwiających i butelki po alkoholu świadczyły o niedawnej obecności tłumu. Na ulicy nie było żadnego ruchu kołowego, gdzieniegdzie jednak stały byle jak zaparkowane wozy — silniki dwóch jeszcze pracowały, a z rur wydechowych buchały kłęby niebieskiego dymu.

Patrząc na wschód, trzej bracia-narkomani musieli mrużyć oczy przed blaskiem słońca, ale jak się już zorientowali, długa ulica prowadząca do serca Harlemu była zupełnie wyludniona.

Z początku poza stukotem ich nóg i warczącymi silnikami samochodów słychać było jedynie grobowe dźwięki wydawane przez niewidzialne aparaty radiowe. Sądząc z tonu były to niesłychanie ważne wiadomości, ale z powodu trzasków j zakłóceń słowa były nieuchwytne — zagłuszało je ponadto alarmowe, dalekie nawoływanie syren i trąbek.

— Gdzie się wszyscy podzieli? — zapytał szeptem Duży.

— To atak atomowy — stwierdził Pepe. — Rosjanie poszli na całego. Wszyscy pochowali się w piwnicach. Chodźmy do domu. — A potem głosem znów przypominającym wycie wilka, krzyknął: — Kula ognista wychodzi z wody!

— Nie — zaoponował cicho Arab. — Kiedy byliśmy nad rzeką, nastąpił sąd ostateczny. Stary kaznodzieja miał rację. Wszystkich porwano — biedacy nie zdążyli nawet wyłączyć silników i zgasić radia. Tylko myśmy zostali!.

Wzięli się za ręce i na palcach, żeby nie czynić najmniejszego hałasu, przerażeni poszli dalej.

Sally i Jake bezszelestnie wysiedli z małej aluminiowej windy, którą przejechali ostatnie trzy piętra. Stali w półmroku, a wpadające przez okno promienie Wędrowca oświetlały ogromny fortepian. Nogi zapadały im się w gruby dywan na gąbce.

— Jest tu kto? — zawołała cicho Sally.

Drzwi windy z lekkim sykiem zaczęły się zasuwać, ale Sally przytrzymała je i unieruchomiła małym stolikiem ze srebrnym blatem.

— Co robisz? — zapytał Jake.

— Nie wiem — odpowiedziała. — Usłyszymy dzwonek, jeżeli ktoś inny będzie chciał tu wejść.

— Poczekaj chwilę. Jesteś pewna, że Hasseltinea nie ma?

Sally wzruszyła ramionami.

— Rozejrzę się, a ty zobacz tymczasem, co jest w lodówce. Tylko trzymaj łapy z dala od srebrnych sztućców. Pewnie ci już kiszki marsza grają?

Niczym mysz, która przyprowadziła drugą na ucztę, dziewczyna zaprowadziła chłopca do kuchni.

W malutkiej piwiarni w Severn, koło Portishead, do której udał się po dwugodzinnej drzemce, żeby nadrobić zaległości w piciu — bo nie pił przez cały ranek — Dai Davies ze złośliwą uciechą słuchał napływających przez radio dziwnych relacji o Wędrowcu. Od czasu do czasu barwnie je komentował, dodając własne spostrzeżenia, żeby rozweselić kompanów od kieliszka, którzy jednak nie doceniali jego wysiłków.

— Fioletowa, z odcieniem przydymionego bursztynu, co?! — krzyczał na cały głos. — To wielka reklama amerykańska pisana ręką gwiazd, tak, chłopaki, reklama soku z winogron i piwa bezalkoholowego.

A po pewnym czasie wołał:

— To święty superbalon, moi mili, przysłany przez Rosjan. Wybuchnie nad Chicago, bo tam panoszy się bezprawie, i zasypie samo serce Ameryki ulotkami z najświętszym Manifestem Marksa!

Wiadomości — z drugiej strony Atlantyku nadchodziły drogą telegraficzną, jak oświadczył ironiczny głos w radiu, gdyż niezwykle silne burze magnetyczne na zachodzie spowodowały zakłócenia w odbiorze fal radiowych.

Dai żałował bardzo, że Richard Hillary wyjechał — te niebotyczne bzdury doprowadziłyby do szału takiego człowieka jak on, który nie cierpi lotów kosmicznych i literatury fantastycznonaukowej; poza tym Hillary lepiej by się poznał na wyszukanym dowcipie walijskiego poety niż posępni mieszkańcy Somerset.

Gdy jednak po wypiciu dwóch następnych kieliszków usłyszał w sprawozdaniach wzmianki o popękanym i przechwyconym Księżycu — spiker mówił coraz bardziej ironicznym tonem, ale teraz w jego głosie czuło się zdenerwowanie, niemal histerię — Dai stracił humor, zaprzestał dowcipnych komentarzy i krzyknął gniewnie:

— Co, te łajdaki, Amerykanie chcą ukraść nasz kochany Księżyc?! Nie wiedzą, że Mona należy do Walii? Jeżeli tylko zrobili jej coś złego, popłyniemy do nich i rozwalimy im cały ten ich Manhattan!

Odezwało się kilka głosów:

— Zamknij się, pijaczyno, chcemy posłuchać!

— Do diabła z tym walijskim gadułą!

— To pewnie bolszewik!

— Więcej nie dostaniesz, jesteś pijany!

Te ostatnie słowa wyrzekł właściciel piwiarni.

— Tchórze! — zawołał na cały głos Doi, złapał kufel i zaczął wymachiwać nim niczym kastetem. — Jak nie przyłączycie się do mnie, to was wszystkich zleję!

Drzwi się otworzyły i na tle lekkiej mgły stanęła upiorna postać, przypominająca stracha na wróble, ubrana w kombinezon i nieprzemakalny kapelusz z szerokim rondem.

— Podają coś w radiu czy telewizji! o pływach? — zapytał upiór. — Jeszcze dwie godziny do odpływu, a woda w Kanale opada gwałtownie. Nie widziałem czegoś takiego nawet podczas równonocnych pływów, kiedy wieje wschodni wiatr. Sami się przekonajcie. Jeśli tak dalej pójdzie, w południe wyschnie mokradło, a godzinę później cały Kanał będzie suchy!

— Świetnie! — krzyknął Dai i podczas gdy inni ruszyli do drzwi, pozwolił, żeby właściciel zabrał mu kufel, zgarbiony oparł się o bar i ciągnął dalej:

— Wy tchórze, zostawię was i sam przejdę pieszo te osiem kilometrów do Walii korytem Severn. Jak Boga kocham, tak zrobię!

— Krzyżyk na drogę — wymamrotał ktoś, a jakiś dowcipniś dodał:

— Jeżeli chcesz dotrzeć do Walii, idź na ukos i trochę na wschód trzymając się rzeki Severn i Usk. Ale to nie żadne osiem kilometrów, tylko osiemnaście. Na wprost nas jest Monmouth. człowieku, a nie Walia.

— Dla mnie Monmouth to Walia i niech diabli wezmą unię z 1535 roku — odpowiedział Dai, opierając brodę na bufecie. — A idźcie się gapić na ten cudaczny odpływ. Ja wam mówię, że Amerykanie najpierw zniszczyli i związali Księżyc, a teraz kradną nam ocean.

— Jimmy, połącz się ze stacją retransmisyjną — warknął generał Stevens. — Powiedz im, że obraz znad Wyspy Bożego Narodzenia też zaczyna falować.

Czwórka obserwatorów w podziemnym pomieszczeniu siedziała przed prawym ekranem, nie zwracając uwagi na drugi monitor, na którym już ponad godzinę widać było jedynie wirujące pasma zakłóceń.

Obraz, emitowany przez satelitę znad Wyspy Bożego Narodzenia, przedstawiał tarczę Wędrowca i zachodzącą za nią Lunę, jednakże teraz, kiedy na obrazie ukazały się elektroniczne zniekształcenia, zarówno planeta jak i Księżyc wyginały się i falowały.

— Staram się, panie generale, ale nie mogę dostać połączenia — powiedział kapitan James Kidley. — Radio i krótkie fale wysiadły. Ultrakrótkie zanikają. Zostały jeszcze przekaźniki kablowe i falowodowe, ale nawet te…

— Przecież jesteśmy kwaterą główną!

— Przykro mi, panie generale, ale…

— Połącz mnie z Pierwszym Dowództwem!

— Panie generale, oni nie…

W tej chwili podłoga zadrżała, rozległ się głośny trzask. Światła zamigotały, zgasły i znów się zapaliły. Pomieszczenie zakołysało się. Posypał się tynk. Znów zgasły wszystkie światła, jedynie prawy ekran świecił blado.

Raptem miejsce falującego obrazu astronomicznego zajęła olbrzymia kocia głowa z nastawionymi uszami i wyszczerzonymi kłami. Wyglądało to tak, jakby czarny tygrys zajrzał do teleskopu umieszczonego w bezzałogowym satelicie 36800 kilometrów nad Pacyfikiem. Przez chwilę obraz pozostawał bez zmian. Potem zaczął falować i ekran zgasł.

— O Boże, co to było? — krzyknął w ciemnościach generał.

— Ty też widziałeś? — zapytała pułkownik Wallingford i roześmiała się na pół histerycznie, na pół tryumfująco.

— Zamknij się, idiotko! — wrzasnął generał. — Jimmy?

— To przypadkowe zniekształcenie… — Głos młodego mężczyzny załamał się. — Plamy. To nie mogło być…

— Cicho! — rozkazał całej trójce pułkownik Griswold. — Posłuchajcie!

Usłyszeli odgłos tryskającej, chlupoczącej wody.

Na statku „Prince Charles” zakłócenia radiowe szczególnie wszystkich niepokoiły.

Zarówno powstańcy, którzy zawładnęli transatlantykiem, jak i członkowie starej załogi bezskutecznie usiłowali przekazać za pomocą krótkofalówki wiadomość o zagarnięciu statku — pierwsi swoim przywódcom rewolucyjnym, drudzy marynarce brytyjskiej. A o pięć tysięcy kilometrów na północ od nich Wolf Loner rozmyślał o tym, jak to dobrze, że nie ma gazet ani radia, i żałował, że wkrótce jego jacht dopłynie do Bostonu.

Pole magnetyczne Wędrowca, znacznie silniejsze od ziemskiego, oddziaływało w kosmosie z równą prędkością, co pole grawitacyjne, i niemal natychmiast zakłócało funkcjonowanie wrażliwych na jego działanie urządzeń. Jednakże oprócz potężnego pola magnetycznego, Wędrowiec kierował na tę stronę Ziemi, która była zwrócona w jego kierunku, dziwny strumień, który przedarł się przez pasy van Allena i zasypał Ziemię chmurą protonów i elektronów.

To potężne, bezpośrednie oddziaływanie nasiliło się jeszcze bardziej, kiedy Luna weszła na orbitę Wędrowca i zaczęła się rozpadać. Spowodowało to jonizację ii inne mniej dostrzegalne skutki, z których najbardziej odczuwalnym było uniemożliwienie łączności elektromagnetycznej w stratosferze i w niższych warstwach atmosfery ziemskiej.

Kiedy pierwsza noc Wędrowca przesuwała się w kierunku zachodnim, a właściwie, kiedy Ziemia wsuwała się w nią obracając się w kierunku na wschód, zakłócenia fal radiowych objęły cały świat — jak katastrofalna mgła, która odcinała kraj od kraju, miasto od miasta, człowieka od człowieka.

Rozdział 17

Podczas gdy pośpiesznie zebrana brygada sanitarna złożona z Brechta, Ramy Joan i Drągala przygotowywała się do nastawienia złamanej nogi Raya Hanksa, Dodd przewodził ekspedycji mężczyzn do zasypanych samochodów. Czterech z nich popchnęło furgonetkę i wóz bez większego trudu ruszył po piasku; ale ilekroć wszyscy naraz usiłowali wsiąść, silnik gasł. W końcu Hixon, Dodd i McHeath wsiedli do środka i odjechali, a Paul, Hunter i Wojtowicz poszli pieszo.

Kiedy byli w połowie drogi, minął ich McHeath, który biegł już z powrotem, niosąc szyny i bandaże z apteczki Brechta.

— Nie śpiesz się tak, mały! — krzyknął za nim Wojtowicz. — To nie olimpiada!

— Chłopak gotów paść ze zmęczenia — zwrócił się do Paula. — Obiecałem jego ciotkom, dwóm starym snobkom, że będę na niego uważał.

Kiedy po krótkim marszu doszli na miejsce, pomogli Doddowi i Hixonowi wyładować różne artykuły z nie zasypanego bagażnika kombi Dodda i załadować je do furgonetki. Znaleźli tam moc przydatnych rzeczy: puszki z jedzeniem i piwem imbirowym, koce, dwie skórzane kurtki, mały namiot, brykiety węgla drzewnego, naftę, prymus, a nawet siedmiokrotnie powiększającą lornetkę, którą natychmiast skierowali na Wędrowca. Szkła tylko wydłużały fioletowe i żółte plamy, mężczyźni jednak dostrzegli z przerażeniem, że rysy na spłaszczonym na biegunach, elipsoidalnym Księżycu, który teraz po raz drugi znikał za Wędrowcem, są olbrzymie.

Z samochodu Dodda wyjęli dwie maczety (Paul roześmiał się cicho na myśl o romantyzmie sytuacji), dwa stare karabiny wojskowe i amunicję, ponadto trzy dwudziestolitrowe kanistry i kawałek węża gumowego, którym przelali benzynę ze zbiorników zasypanych samochodów do zbiornika furgonetki i napełnili do pełna kanistry.

Wojtowicz Wziął karabin, zrobił „na ramię broń” i zawołał:

— O rany, jakbym znów był w wojsku! Naprzód… marsz! Lubię się czasem powygłupiać — przyznał się szczerze Paulowi.

Obciążona furgonetka utknęła wprawdzie dwa razy w piasku, ale szczęśliwie dojechała do domku plażowego, Hixon nawet wykręcił nią niczym ślizgaczem i elegancko podjechał pod dom tak, żeby tylną klapę można było opuścić bezpośrednio na taras.

Brecht przyjrzał się skarbom i skomentował: — Widzę, Dodd, że w razie czego mamy tu wszystko, brak jedynie alkoholu… i wody — dodał po chwili i czytając napis na puszce z piwem imbirowym, pokiwał niedowierzająco głową.

— Jest za to duży zapas barbituranów i benzedryny — odparł Dodd.

— To nie to samo — westchnął Brecht. — Nie smakują mi te świństwa. Gdybyś miał, na przykład, meskalinę, peyotl czy od biedy kilka skrętów z marihuaną…

Wanda spojrzała na niego ze zgorszeniem. McHeath roześmiał się nerwowo. Wojtowicz mrugnął ostrzegawczo do Brechta i rzekł z powagą:

— On tylko żartuje, Harry.

Brecht uśmiechnął się szeroko i zwrócił do chudej kobiety:

— Ido, nalej nam resztę gorącej kawy. Hixoliowie nic jeszcze nie pili ani nie jedli, a wszyscy pewno chętnie się napiją i zjedzą po kanapce. Dodd przywiózł mnóstwo kawy, można już więc nie oszczędzać. A poza tym termos przyda nam się na wodę. Jest w zbiorniku w domku plażowym — sprawdziłem, nadaje się do picia. Niektórzy z was pewnie myślą, że jestem wyłącznie amatorem C2H5OH, ale od czasu do czasu piję również H2O.

Propozycja wypicia kawy została przyjęta jednogłośnie. Wszyscy byli tak zmęczeni, że z przyjemnością przeszli z piaszczystej plaży na taras, gdzie usiedli lub położyli się. Pośrodku ustawili składane łóżko, na którym leżał Ray Hanks: jego obandażowana noga wyglądała — według słów Wojtowicza — jak rura kanalizacyjna. Ranny mężczyzna, który dostał w charakterze leku resztkę whisky Brechta, leżał teraz stosunkowo spokojnie trzymany lekko za biodro przez Drągala, ten bowiem twierdził, że jego dotyk posiada moc uzdrawiającą.

Ida najpierw podała kawę Hixonom, którzy siedzieli objęci. Ci spojrzeli na siebie ii z powagą stuknęli się kubkami. Wszystkim udzielił się uroczysty nastrój. W skupieniu zaczęli sączyć resztki zaparzonej kawy. Jak przewidział Hunter, każde z nich na swój sposób traktowało ten taras, jakby był ich domem, i lękało się chwili, kiedy trzeba będzie go opuścić. Tu na plaży nie było gór, które mogły się osunąć, budynków, które mogły się zawalić czy spłonąć, rur gazowych, które mogły pęknąć i wybuchnąć żółtym płomieniem, ani przewodów, które mogły się zerwać i ciskać oślepiające snopy iskier. (Co prawda, domek plażowy przekrzywił się, bo trzęsienie ziemi naruszyło jedną ścianę, ale był ciemny, niski i zabity deskami, można więc było w ogóle na — niego nie zwracać uwagi). Nie było tu obcych, którzy by im mówili, co mają robić, oni rannych, którzy by prosili o pomoc. Trzaski w radiu nie dopuszczały wieści o katastrofie, zagłuszały nakazy i zakazy, liczne polecenia policji, Czerwonego Krzyża i Obrony Cywilnej, przekazywane drogą radiową. Najlepiej więc byłoby tu zostać, jako zgodna mała kolonia plażowa: po prostu siedzieć, obserwując Wędrowca, który opadał nad Oceanem Spokojnym, i znów ukryty za nim Księżyc, i przyglądać się tej dziwnej planecie, której tarcza przedstawiała teraz fioletową głowę atakującego byka — żółty środek znikł niemal zupełnie, natomiast od dołu wyłaniała się większa żółta płaszczyzna. Przypadkiem, a może nawet umyślnie, dwie małe owalne kropki tworzyły oczy byka. Dodd odstawił kubek i zaczął rysować.

— El toro — powiedziała Margo.

— Głowa ośmiornicy — zauważyła Rama Joan. — Kreteńczycy dokładnie w ten sam sposób rysowali ją na swoich wazach.

— Jednakże za trzy, cztery godziny będziemy musieli stąd odjechać — rzekł nagle Brecht, jakby wyczytał z oczu pozostałych nie wypowiedziane na głos marzenie, żeby na zawsze zostać tu na plaży. — Przypływ — dodał.

Hunter spojrzał na niego ostrzegawczo i Brecht pośpiesznie wyjaśnił:

— Proszę mnie źle nie rozumieć. W tej chwili nie grozi nam żadne Niebezpieczeństwo, wprost przeciwnie. Czas między przypływem a odpływem wynosi tu około dziesięciu godzin, to znaczy, że odpływ zaczyna się mniej więcej cztery godziny po tym, jak Księżyc dojdzie do zenitu. Innymi słowy, za godzinę będzie maksymalny odpływ. Widzicie, jak daleko odeszła woda? Mamy więc sporo czasu na odpoczynek, z którego ja przynajmniej zamierzam skorzystać.

— Nie rozumiem, Rudolfie. Co za przypływ? — zapytał Wojtowicz.

Hunter zmarszczył brwi i potrząsnął lekko głową.

— Ross — powiedział Brecht. — Właśnie teraz, kiedy nic nam nie grozi, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. — A potem, zwracając się do Wojtowicza, rzekł: — Wiesz, że Księżyc, właściwie masa Księżyca, powoduje pływy? Dobrze, mamy tam teraz Wędrowca. Jest na tej samej wysokości, co Księżyc, można więc przypuszczać, że rytm pływów będzie podobny.

— To dobrze — roześmiał się Wojtowicz. — Przez chwilę obleciał mnie strach.

Pozostali patrzyli na Brechta; daleko im było do śmiechu. Brecht westchnął i powiedział:

— Jednakże sądząc ze sposobu, w jaki Wędrowiec przyciągnął Księżyc, można przypuszczać, że ma tę samą masę co Ziemia, innymi słowy, osiemdziesiąt razy większą od Księżyca.

Nastąpiła długa cisza. Słowo „osiemdziesiąt” zawisło w powietrzu niczym szary głaz, który z każdą chwilą staje się coraz większy i cięższy. Jedynie na Drągalu i towarzyszących mu kobietach nie zrobiło to żadnego wrażenia. Hunter zmarszczył z niepokojem czoło i obserwował reakcje pozostałych. Rama Joan, której kolana znów służyły za poduszkę śpiącej córce, nagle uśmiechnęła się promiennie do Brechta. Pani Hixon podniosła ręce, jakby chciała zaoponować. Jej mąż położył je z powrotem na kolanach, objął mocniej żonę i z powaga, skinął Brechtowi głowa. Paul poszedł w jego ślady i wreszcie objął Margo. Dodd schował notes do kieszeni i złożył ręce na piersi.

Brecht stał zamyślony i uśmiechał się do nich ze smutkiem.

Harry McHeath wreszcie ujął ich nieme pytanie w słowa:

— To znaczy, że przypływ nastąpi w tym samym czasie i w ten sam sposób jak przedtem, tylko będzie osiemdziesięciokrotnie większy?

— On tego nie powiedział! — wtrącił gorączkowo Hunter. — Rudolfie, nie bierzesz pod uwagę czynnika czasu. Możemy w każdym razie liczyć na jeden dzień spokoju. Poza tym pływy to zjawisko rezonansowe. Potrzeba czasu, żeby oceaniczne fale pływów zaczęły drgać ze zwiększoną amplitudą.

— Może i tak — odparł Brecht. — Jednakże — mówił coraz bardziej stanowczym tonem — ta planeta znajduje się nad nami i rozważania w niczym nie zmienią jej masy. Widzicie przecież, co zrobiła z Księżycem. Czy zajmie to siedem godzin, czy tydzień, tak czy owak olbrzymi przypływ nastąpi, a kiedy to się stanie, będę się czuł bezpieczniej na jakiejś górze. Dlatego pytałem o szosę przez góry Santa Monica — wyjaśnił Hixonom. — Sądzę jednak — ciągnął dalej, podniesionym głosem usiłując powstrzymać komentarze wzburzonej grupy — że człowiek, którego czeka nie lada wysiłek, musi zebrać siły, tak jak ja za chwilę. Jeżeli ktoś chce tracić energię na gadanie, proszę bardzo, mnie to nie przeszkadza.

Wyciągnął się na czterech krzesłach, ręką zasłonił oczy i wkrótce głośno, niemal teatralnie zachrapał.

Przelatując po raz drugi za Wędrowcem, Don Merriam zdał sobie nagle sprawę, że sama obecność w kosmosie tej dziwnej planety może zagrażać Ziemi. Mogą przecież nastąpić trzęsienia, prawdopodobnie również ogromne pływy oceaniczne, choć nie był pewien, jak prędko może do tego dojść — oraz… nie, wydało mu się niemożliwe, żeby z tej odległości Wędrowiec mógł strzaskać Ziemie, ale mimo to żałował, że nie może teraz obejrzeć Ziemi przez lornetkę i upewnić się, czy nic jej nie grozi.

Uważał za swój obowiązek ostrzec albo przynajmniej postarać się ostrzec Ziemię bez względu na to, jak beznadziejnym mogło się to wydawać zadaniem. Włączył radio i na przemian zaczął nadawać i słuchać. Raz zdawało mu się, że słyszy odpowiedź, ale po chwili wszystko umilkło.

Zastanawiał się, czy jakaś istota na nakrapianej zielenią półkuli słucha tego, co on mówi.

O ile na plaży pod Los Angeles panowała jeszcze noc, o tyle na Manhattanie, gdzie znajdował się Arab Jones i jego dwaj bracia-narkomani, słońce świeciło już wysoko na niebie — linia dnia i nocy przesuwała się na zachód w swoim zwykłym tempie tysiąca stu dwudziestu kilometrów na godzinę i przebiegała teraz przez Góry Skaliste. Nad płaskowyżem Asy Holcomba światło, na niebie krążyły myszołowy.

W pobliżu placu Roosevelta Arab wskazał na dachy i zawołał:

— Są tam!

Duży i Pepe spojrzeli w górę. Na niskich dachach roiło się od ludzi, co po części wyjaśniało zagadkę, dlaczego na Sto Dwudziestej Piątej Ulicy było tak pusto. Kilka osób patrzyło z dachu na dół, niektórzy gorączkowo wymachiwali rękami i coś. krzyczeli.

Nie sposób jednak było usłyszeć ich słów, ponieważ zagłuszał je warkot porzuconej, ukośnie zaparkowanej taksówki, która stała tak blisko, że Duży wsparł się o jej otwarte drzwi, żeby utrzymać równowagę.

— Wariaci. Myślą, że na dachu bomba ich nie dosięgnie — powiedział Pepe, zadzierając głowę. — Bomby spadają z góry, a nie z dołu.

— Jesteś pewien? — zapytał Duży. — A ta kula ognista wyskakująca z rzeki?

— Czekają na cudowną kulę ognistą! — krzyknął głośno Arab, wyciągniętą ręką wskazując na dachy. — To już trupy. Jak Manator. Muzeum figur woskowych na dachu! Cały Nowy Jork!

Kiedy mówił o figurach woskowych, poczuł niepokój — przestał udawać, że się boi, bo nagle ogarnął go prawdziwy strach, a myśl, że piętnaście metrów nad głową te ciemne, żywe woskowe mumie obserwują go, coś do niego trajkoczą i gwałtownie go do siebie przywołują, stała się nie do wytrzymania.

— Uciekajmy! — skrzyknął Duży. Wsunął się do taksówki na miejsce kierowcy. — Ja się stąd wynoszę!

Arab i Pepe usiedli z tyłu. Taksówka gwałtownie ruszyła z miejsca, drzwi zatrzasnęły się same, a szarpnięcie wcisnęło Araba i Pepe głębiej w zimne skórzane obicia. Duży skierował się na zachód i, nabierając prędkości, wymija! porzucone samochody.

Popłoch, który ogarnął oddziały policji nowojorskiej i straży ogniowej, zakłócając przygotowania, jakie szybko i sprawnie podjęto w obliczu katastrofy, spowodowany był kilkoma czynnikami: wyolbrzymionymi doniesieniami o powodzi w Heli Gate i o zniszczeniu centrum medycznego na Broadwayu przez trzęsienie ziemi, bezładnymi poleceniami wysyłanymi z podziemnego ośrodka nowego międzydziałowego systemu koordynacji przez komputer, w którym woda spowodowała zwarcie, ii fałszywymi doniesieniami o rozruchach przy ośrodku sportowym.

Ale nerwy też odegrały tu swoją rolę — paniczny strach w połączeniu z brawurową chęcią dokonywania czynów bohaterskich. Zupełnie jakby to właśnie Wędrowca dotyczyły odwieczne przesądy o Księżycu, a mianowicie, że jego promienie doprowadzają ludzi do szaleństwa. Na całej zachodniej półkuli — w Buenos Aires i w Bostonie, w Valparaiso i w Vancouver — zdarzały się takie obłąkańcze, bezsensowne wypady.

Trzy przecznice na zachód od Lenox, Duży Bundy nacisnął gaz do deski, kiedy usłyszeli ryk syren. Z początku narkomani nie mogli się zorientować, skąd pochodzi ryk, wiedzieli jedynie, że się zbliża, bo z każdą chwilą był coraz głośniejszy.

Kiedy taksówka przejeżdżała Ósmą Aleją, ochrypłe wycie przybrało na sile i kilkanaście metrów przed sobą trzej przyjaciele ujrzeli pędzące w ich stronę dwa wozy policyjne, a za nimi następne, z migocącymi czerwonymi światłami na dachu.

Duży dodał jeszcze gazu. Syrena powinna była ucichnąć na kilka sekund, kiedy budynki oddzielały taksówkę od wozów policyjnych. Ale nie ucichła. Przeciwnie, wycie stało się głośniejsze.

Na środku następnego skrzyżowania stał porzucony jakiś gruchot. Duży zamierzał objechać go prawą stroną. Od południa z Siódmej Alei wyskoczyły dwie limuzyny: wóz policyjny i wóz komendanta straży ogniowej. Pierwszy skierował się na lewą stronę gruchota, drugi na prawą. Duży wcisnął gaz do deski i nie zbaczając z wyznaczonej przez siebie trasy przeciął Siódmą Aleję za limuzynami i tuż przed maską ogromnego wozu strażackiego, który mknął za nimi. Pepe dojrzał olbrzymią czerwoną maskę i przerażoną twarz kierowcy tak blisko, że sam zakrył oczy.

Zanim taksówka dojechała do następnego skrzyżowania, na Lenox ukazały się nowe czerwone i czarne wozy, pędzące na północ. Świdrujący ryk syren przyprawiał o utratę zmysłów.

Gdyby trzej bracia-narkomani nie byli tak oszołomieni marihuaną, pewnie zdaliby sobie sprawę, że sznur wozów policyjnych i strażackich pędzących w popłochu nie ma z nimi nic wspólnego i że pojazdy wcale nie zatrzymają się na Sto Dwudziestej Piątej Ulicy, tylko będą mknąć dalej na północ Manhattanu.

Ale Pepe, Arab i Duży byli oszołomieni marihuaną, toteż ogarnęło ich przerażenie, że są ścigani przez policję. Pepe obawiał się, że policja zrobi z nich kozły ofiarne i oskarży o podłożenie bomby w celu zniszczenia Manhattanu — zrewiduje ich i jeżeli nawet nie znajdzie materiałów wybuchowych, skaże za posiadanie zwykłej zapalniczki.

Arab czuł, że policja zawlecze ich na najbliższy dach i przywiąże wśród szczerzących zęby woskowych mumii.

Duży natomiast myślał, że po prostu policja dowiedziała się — pewnie przez telepatię — że palili nad rzeką marihuanę. Nacisnął hamulec i zatrzymał taksówkę tuż przed Lenox. Wysiedli.

Ciemne wejście do stacji metra kusiło niczym jaskinia czy nora — nęciło bezpieczeństwem, którego szukają wszystkie przerażone stworzenia. Zagradzała je biała drewniana barierka, którą ominęli i hałaśliwie zbiegli po schodach.

Budka biletera była pusta. Przeskoczyli przez kołowrót. W podziemiu stal oświetlony pociąg z otwartymi drzwiami. W wagonach nie było nikogo.

Na stacji paliło się światło, ale ani na tym peronie, ani na następnym nie było żywej duszy.

Pociąg sapał cicho, a kiedy oddaliły się syreny, był to jedyny odgłos na pustej stacji.

Rozdział 18

Nikt oprócz Ramy Joan nie poszedł w ślady Brechta, który chcąc dodać innym animuszu chrapał głośno, ale nawet on po półgodzinie podniósł głowę i wsparł się na łokciu: zainteresowała go dyskusja Paula i Huntera o tym, jaką trasę w wyniku wzajemnych oddziaływań obiorą w kosmosie Ziemia i Wędrowiec.

— Już to sobie obliczyłem, oczywiście w przybliżeniu — wtrącił się Brecht do rozmowy. — Zakładając, że mają identyczną masę, będą się obracać wokół punktu leżącego pomiędzy nimi, a miesiąc będzie trwał dziewiętnaście dni.

— Sądzę, że krócej — zaoponował Paul. — Przecież gołym okiem widać, że Wędrowiec posuwa się bardzo szybko.

Wskazał dziwną planetę rzucającą kasztanowate i jasnopomarańczowe światło, która teraz, przechylona na bok, zmierzała w stronę oceanu, a tępy żółty nos Księżyca zasłaniał jej dolny brzeg.

Brecht roześmiał się.

— To Ziemia się obraca i dzięki temu mamy, wschód słońca — rzekł, a gdy Paul skrzywił się, zły na siebie z powodu takiej bezmyślności, Brecht dodał:

— Zrozumiała pomyłka, Paul. Mój umysł, odziedziczony podobnie jak kość ogonowa po przodkach-jaskiniowcach, również popełnia ten błąd! Ross, spójrz, jak daleko cofnęło się morze! Obawiam się, że pływy nastąpiły wcześniej, niżeśmy się spodziewali.

Usiłując nie przerywać rozmowy, Paul jednocześnie starał się wyobrazić sobie osiemdziesięciokrotnie większe przypływy, a co za tym idzie, osiemdziesięciokrotnie dalsze odpływy i to w sześciogodzinnych odstępach czasu.

— Poza tym — ciągnął Brecht — za jakieś dziesięć dni wpadniemy w dziewiętnastodniową orbitę, bo przyśpieszenie ziemskie następuje z prędkością trzynastu setnych centymetra na sekundę. Kumulacyjne przyśpieszenie Księżyca, również w stosunku do Wędrowca, wynosi teraz metr dwadzieścia na sekundę.

Chłodny wiatr z lądu owiał Paula. Nastawił więc kołnierz wiatrówki, którą zwróciła mu Margo, kiedy Clarence Dodd dał jej jedną z przywiezionych kurtek skórzanych. Dziewczyna, której było chłodno, tuliła do siebie pod kurtką Miau i spoglądała na długą, gładką plażę.

— Spójrz, jak lśni mokry żwir — powiedziała do Paula. — Wygląda tak, jakby ktoś rozsypał cały wagon ametystów i topazów.

— Cicho — syknęła gruba kobieta. — On odbiera wiadomości z kosmosu.

Obok Wandy siedział Drągal i z brodą wspartą na pięści w pozie przypominającej „Myśliciela” Rodina jak zahipnotyzowany wpatrywał się w Wędrowca.

— Cesarz mówi: „Ziemi nie stanie się nic złego — monotonnym głosem, jakby w transie, rzeki Drągal. — Jej rozhuśtane wody się uspokoją, oceany cofną się od brzegów”.

— Istny król Kanut — szepnął Brecht.

— Ten twój cesarz powinien był się wcześniej zorientować i zapobiec trzęsieniom — zauważyła cierpko pani Hixon. Pan Hixon objął ją i szepnął coś do ucha. Kobieta wzruszyła ramionami i powstrzymała się od dalszych komentarzy.

Rama Joan otworzyła oczy.

— No i jak, Rudolfie, na kogo teraz stawiasz? — zapytała. — Na anioły czy na diabły?

— Poczekam, aż któryś podleci dość blisko, żebym mógł zobaczyć, jakie ma skrzydła, białe czy czarne — odparł, ale zaraz zdał sobie sprawę, że to, co powiedział, wcale w obecnej sytuacji nie jest śmieszne, i szybko spojrzał na Wędrowca. Przeszył go dreszcz. Wstał, rozprostował nogi i skierował wzrok na taras.

— Ha, widzę, że kiedy spałem, załadowaliście furgonetkę — skomentował ironicznie. — To ładnie z waszej strony. Nie zapomnieliście nawet o termosach z wodą. To pewnie twoja zasługa, Dodd. — Potem szeptem zapytał Huntera: — Jak tam Ray?

— Nawet się nie obudził, kiedy przenieśliśmy łóżko i przymocowali je w furgonetce. Przykryliśmy go dwoma kocami.

W górze rozległ się warkot. Wszyscy zamarli. Niektórzy podejrzliwie patrzyli na Wędrowca, jakby spodziewali się, że odgłos pochodzi stamtąd. Nagle McHeath zawołał podniecony:

— To helikopter z Vandenbergu… chyba…

Z daleka przypominało to ważkę, ale rzeczywiście był to helikopter patrolowy, który zniżył się nad morzem, zawrócił i teraz leciał wzdłuż plaży najwyżej piętnaście metrów nad Ziemią. Nagle skręcił w ich kierunku i zawisł nad tarasem. Warkot zamienił się w ryk. Podmuch obracanego przez śmigło powietrza rozwiał na wszystkie strony plik nie zużytych białych kartek.

— Wariat czy co? Chce na nas wylądować?! — rozzłościł się Brecht, który tak jak inni przykucnął i patrzył w górę.

Poprzez warkot usłyszeli donośny głos:

— Wynoście się! Wynoście się stąd!

— Cholera, co za bydlaki! — krzyknął Brecht, zagłuszając to, co dalej mówił głos z helikoptera. — Mało, że zatrzasnęli nam drzwi przed nosem, teraz każą nam się wynosić z okolicy!

Stojący obok Brechta Dodd pod niósł pięść i groźnie nią potrząsnął.

— Wynoście się z plaży — dokończył głos. Helikopter zakręcił i poleciał dalej wzdłuż brzegu.

— Hej, Brecht! — wrzasnął Wojtowicz, łapiąc Brechta za ramię. — Może oni chcieli nas ostrzec o przypływie!

— Ależ przypływ nastąpi dopiero za sześć godzin… — Brecht urwał, zdając sobie nagle sprawę, że ryk nie ucichł wraz z odlotem helikoptera. Zobaczył, że przez szpary w tarasie tryska w kilku miejscach woda.

Piasek wokół tarasu pokrywała jasna, falująca piana. Woda podeszła, kiedy oczy wszystkich były zwrócone do góry, a ryk helikoptera zagłuszał ryk fali.

— Ale… — zaczął z oburzeniem Brecht.

— To nie przypływ, lecz tsunami! — krzyknął Hunter. — Fale wywołane podwodnym trzęsieniem ziemi!

Brecht stuknął się w czoło.

Sycząc i szczękając kamykami na piasku, woda zaczęła się cofać, pozostawiając za sobą łaty białej piany.

— Znów nadchodzi! — krzyknął Paul, patrząc z przerażeniem na zbliżającą się białą ścianę. — Włączcie natychmiast silnik!

Hixonowie już byli na przednim siedzeniu. Silnik zaturkotał i zgasł. Tylko zapłon wył cicho. Hunter, Dodd, Brecht i McHeath zeskoczyli na piasek, ustawili się po bokach furgonetki i zaczęli ją pchać. Rama Joan pociągnęła Annę z tarasu i wepchnęła do wozu. Kiedy ta chciała wysiąść, uderzyła dziewczynkę w policzek.

— Siedź tu i trzymaj się mocno! — rozkazała groźnie. Wanda również chciała się usadowić koło Anny, ale Wojtowicz powstrzymał ją siłą.

— Nie tym razem, tłuściochu! — zawołał.

Paul podniósł otwartą klapę wozu, usiłując ją zamknąć.

Silnik wreszcie zapalił. Wojtowicz odepchnął Wandę i razem z Paulem podnieśli klapę: upadli na taras, kiedy wóz ruszył nieco do przodu. Tylne koła piszczały buksując na mokrym piasku. Mężczyźni znów popchnęli z dołu, wóz znów posunął się trochę do przodu, stanął, jeszcze jedno pchnięcie i nagle furgonetka ruszyła, kołysząc otwartą klapą i oświetlając tylnymi światłami ścigającą ją, oszronioną pianą falę.

Druga fala była taka wysoka, że zalała brzeg tarasu: taras się lekko zachybotał, ze szpar w podłodze trysnęła woda jak z fontanny. Kiedy fala się cofnęła, Paul chwycił Margo i pobiegli po śliskich deskach. Dziewczyna kurczowo przyciskała do siebie Miau. Paul zatrzymał się na krawędzi tarasu i spojrzał najpierw za siebie, a potem na mężczyzn na piasku, których woda zbiła z nóg.

— Uciekajmy! Prędko, zanim nadejdzie trzecia! — wrzasnął i wraz z Margo zeskoczył z tarasu. Inni ruszyli za nim, usiłując dopędzić furgonetkę.

Arab, Pepe i Duży spodziewali się, że tabun ubranych na granatowo policjantów pobiegnie za nimi na stację metra na Sto Dwudziestej Piątej Ulicy. Schowali się więc do toalety: Arab trzymał skręty z marihuaną, gotów wrzucić je do muszli, gdyby ktoś nadszedł, Duży miał w razie czego spuścić wodę, a Pepe nasłuchiwał przy drzwiach. Nie było to zbyt mądre, ale działali instynktownie.

Nikt jednak nie nadchodził, nie słychać było tupotu nóg ani krzyków policjantów — panowała zupełna cisza. Po kilku minutach wyszli z ubikacji.

Pusta stacja przypominała dom, w którym straszy, przez jakiś więc czas kręcili się po niej niepewnie. Pepe usiłował wyciągnąć czekoladę z automatu, ale automat się zaciął. Walnął w niego pięścią, ale przestraszył się hałasu. Wsiedli więc do ostatniego wagonu i przeszli do elektrowozu. Tam Arab zaczął manipulować jakimś drążkiem i po chwili go przekręcił. Drzwi zaczęły się zamykać,, pośpiesznie więc przesunął drążek z powrotem. Poruszył następnym drążkiem: warkot silnika wzmógł się, pociąg zadrżał — Arab szybko przesunął drążek na poprzednią pozycję.

— Lepiej tego nie ruszać — powiedział i roześmiał się nerwowo.

Patrzyli przez przednie drzwi w głąb czarnego, podwójnego tunelu, czekając, aż drugim torem nadjedzie pociąg, ale nic nie nadjeżdżało.

Im dłużej przebywali na pustej stacji, tym bardziej zdawało im się, że jest to ich własny, prywatny świat. Czując się jego panami, zapalili trzy skręty. Stali w kabinie motorniczego i zaciągali się.

— Ty, Duży, jak sądzisz, co się tu stało? — zapytał wreszcie Arab.

Duży zmarszczył czoło. Po chwili powiedział:

— Ruskie łodzie podwodne wynurzyły się przy parku Battery. Ruscy pokonali gliny w bitwie na placu Union Square, gliny cofają się na północ, tylna straż odpiera ataki wroga. Rosjanie wciąż posuwają się naprzód. Mój rozkaz dzienny: Żołnierze, kryć się. O niczym nie wiemy.

Arab skinął głową.

— A ty, Pepe? — zapytał.

— To kula ognista! To ono ukazała się w Battery, a potem przypłynęła ulicami do śródmieścia. Ludzie myślą, że to gazy trujące, i uciekają na dachy, ale to nie są gazy trujące, to dobry dym, słodka mieszanka makowa. Wszyscy uduszą się oprócz nas. Będą się bali oddychać. No, Arab, twoja kolej.

Poczuli lekki powiew z tunelu. Niósł on charakterystyczny dla kolei zapach metalu, suchego kurzu, nie my tych ciał, a nawet wyładowań elektrycznych.

— No, Arabie, przecież tyś zaczął — nalegał Pepe.

— Dobrze, już mi świta — powiedział Arab. — Woda w rzece przybrała, sami widzieliście, i wciąż przybiera. Zalewa Battery, występuje z brzegów i płynie na północ. Potop jak za Noego! Każą ludziom wejść na dachy i zamienić się w słupy soli. Opróżnić piwnice i stacje metra. Gliny wieją. Strażnicy czekają z wężami, ale z wodą przecież walczyć nie potrafią. Więc też wieją. A wody jest coraz więcej i więcej.

— Niezłe — stwierdził z.przekonaniem Duży. — Całkiem prawdopodobne.

Powiew stał się mocniejszy, a wraz z nim wzmógł się smród z tunelu. Czuć było jakiś nieznany zapach. W głębi tunelu dostrzegli niebieski błysk.

— Pociąg nadjeżdża — rzekł Pepe.

I znów niebieski błysk. Potem następny. Wiało coraz silniej. Trzej narkomani rozpoznali obcy zapach — był to zapach wody. Usłyszeli coraz donośniejszy ryk.

— Ciemny pociąg jedzie po obu torach! — krzyknął Arab.

Niebieskie błyski zbliżały się coraz bardziej, stawały się coraz jaśniejsze. Słony, kwaśny wiatr był już teraz wichurą: papiery fruwały, kurz się unosił, ryk wzmagał się, jakby ryczało tysiąc lwów.

Przez chwilę, stojąc objęci mocno, widzieli pieniącą się, ciemną od brudu falę, zwieńczoną niebieskim błyskiem.

l wtedy uderzył w nich strumień naładowanej elektrycznością słonej wody.

Sally i Jake jedli jajecznicę ze srebrnej tacy ustawionej nad niebieskim płomykiem i kawior z kryształowej misy ustawionej wśród kostek lodu.

— Ale jesteśmy wysoko — powiedziała Sally, wyglądając przez okno. — Widać tylko Empire State Building, wieżę radia i gmach Chryslera… a czy tamten daleki punkcik to Waldorf Astoria?

— Naliczyłem czterdzieści pięter, zanim wsiedliśmy do prywatnej windy Hasseltinea — odparł, smarując grzankę kawiorem.

Sally wzięła filiżankę kawy, podeszła do wysokiej, chromowanej balustrady i wychyliła się mocno do przodu.

— O rany! — zawołała. — Ludzie wyglądają jak mrówki. Biegną. Ciekawa jestem dlaczego? Jake, pytałam cię kiedyś, do czego służą te hydranty w budynkach — pamiętasz, myślałam, że gasi się nimi pożary samochodów albo powstrzymuje tłumy buntujących się robotników z zakładów odzieżowych.

— Nie, myje się nimi rano ulice — wytłumaczył chłopiec. Nalał sobie kawy z wysokiego, podłużnego dzbana z czerwonym światełkiem p;rzy podstawce. Dziewczyna skinęła głową.

— Tak też myślałam — właśnie myją ulice.

— E, tam. Ulice myje się o czwartej rano. A teraz jest ósma.

Spojrzenie Jake'a było coraz bardziej nieobecne. Usiłował sobie przypomnieć pomysł na zarobienie pieniędzy, który przyszedł mu do głowy na Times Square.

— Może. Ale ulice są okropnie mokre — stwierdziła dziewczyna. Przez chwilę jeszcze patrzyła w dół.

— Jake? — odezwała się znów.

— Co takiego? Daj mi się skupić, Sally.

— Miałeś rację. Woda nie płynie z tych małych hydrantów. Płynie z metra.

Jake podskoczył do góry, a potem wyrżnął piętami o podłogę, aż go zabolały. Podłoga zadrżała. Rozległ się potężny ryk, budynek przechylił się, wyprostował i znów się przechylił. Wymachując rękami, chwycił się wreszcie balustrady, przy której Sally kołysała się i wrzeszczała, przekrzykując ryk. Filiżanka, którą upuściła, i kawałki tynku, które osypały się z fasady domu, widziane z góry wyglądały na chodniku jak mikroskopijne punkciki.

Huśtanie ustało i ryk ucichł. Sally wychyliła się i wskazała czarną wstęgę wydobywającą się na dole z ich budynku.

— Spójrz! — krzyknęła. — Dym! Och, Jake, co za wspaniały widok! — zawołała, kiedy chłopiec usiłował odciągnąć ją od balustrady. — Powinniśmy o tym napisać sztukę.

Mimo całego zamieszania Jake uświadomił sobie, że to jest właśnie ten pomysł, którego nie mógł sobie przypomnieć.

Za nimi czerwone światełko u podstawy dzbana do kawy zgasło, zbladł też pomarańczowy blask maszynki do grzanek.

Margo, Paul i ich współtowarzysze przebiegli przez trzy następne fale (Drągal i Ida niemal przez całą drogę wspólnymi siłami ciągnęli Wandę), w których było więcej piany niż wody i które sięgały zaledwie do łydek. Zdyszani zatrzymali się wreszcie na suchym piasku, dopóki potężne grzywacze nie zmusiły ich do dalszej ucieczki.

Przed nimi na tle nieba blednącego wraz z nadejściem świtu widniały potężne, czarne góry Santa Monica. Nieco bliżej, choć, bardzo już daleko, migotały malejące światła furgonetki. Hixon wybrał najkrótszą drogę z plaży, wiodącą między wielkim wzniesieniem z Vandenbergiem 2 a niższymi, rozbitymi skałami, które zasypały samochody, i reszta grupy pobiegła za furgonetką. Była to słuszna decyzja: gdyby Hixon wybrał inną drogę, biegliby bokiem do fal po niższej jeszcze plaży; kłopot jednak polegał na tym, że nawet ta droga przez długi czas prowadziła przez piasek i gładki piaszczysty teren — koryto wyschniętej rzeki.

Za nimi Wędrowiec dotykał już powierzchni oceanu. Zaokrąglony romb Księżyca znów go z przodu zasłaniał. Tarcza planety przypominała symbol in-jang, tyle że teraz lekko przechylony na bok. Z trudem łapiąc oddech Brecht pomyślał: Właśnie od tego wszystko się zaczęło. Planeta wykonała pełny obrót — jej dzień trwa sześć godzin. Nagle jakiś czarny, kwadratowy kształt, wyszczerbiony po bokach, wzniósł się w górę i zasłonił mu Wędrowca.

Był to taras, na którym zorganizowali sympozjum, wyrwany z ziemi przez drugi potężny grzywacz.

I wtedy Brecht usłyszał ryk.

Inni zaczęli biec, biegł więc za nimi, czując, jak malutkie igiełki kłują go w serce.

Wtem… zdawało się, że Wędrowiec jednym gwałtownym skokiem pokonał czterysta tysięcy kilometrów i zawisł tuż nad nimi, zasłaniając całe niebo oprócz szarego kolistego pasma horyzontu.

Zatrzymali się w pół kroku, nie zważając na ścigającą ich, ryczącą, spienioną falę, która w każdej chwili mogła ich zmiażdżyć gruzami tarasu.

Hunter pierwszy właściwie ocenił odległość i rozmiary i pomyślał: Nie, to tylko — mój Boże, tylko! — latający talerz o średnicy piętnastu metrów, ozdobiony fioletowozłotym symbolem in-jang i wbrew prawu ciążenia zawieszony cztery metry nad nami. I znów zaczął biec.

Pierwszy i najmniejszy z potężnych grzywaczy chlusnął na nich pianą i opadł, sięgając im ruchliwą wodą do kolan. Chociaż myślami byli przy obiekcie wiszącym nad nimi, wszyscy zareagowali na ten nagły atak wody. Ręce czepiały się śliskich rąk towarzyszy, chwytały się mokrych talii i płaszczy. Wanda upadła i Wojtowicz dał nurka, żeby ją wyciągnąć z wody.

Margo wbiła paznokcie w szyję Paula i krzyknęła mu do ucha:

— Miau! Ratuj natychmiast Miau! — Drugą ręką wskazała wodę.

Paul zobaczył, jak koniec ogona i uszy Miau znikają w brudnej pianie. Bez namysłu wyciągnął ręce i rzucił się kotce na ratunek. Nie widział więc tego, co się w tej chwili stało.

Pośrodku talerza rozwarł się różowy, półtorametrowy właz — trzymając się ramy włazu spiczastym, chwytnym ogonem i pazurami przednich łap, wychyliła się z niego zielonofioletowa puszysta istota…

— To diabeł! — krzyknęła Idą. — Rama Joan miała rację, że na planecie są diabły!

— Tygrys! — wrzasnął Harry McHeath. Słysząc ten okrzyk, Brecht pomyślał mimo woli: Boże, jak w komiksie! Tygrysy z Marsa!

— Władczyni! — zawołał Drągal, zziębnięte nagi ugięły się pod nim, a w nozdrzach mimo odoru mętnej wody poczuł lekki zapach niebiańskich perfum…

Duże fioletowe oczy o czarnych źrenicach zlustrowały szybko ich twarze, zarazem jednak istota spoglądała na nich jakby z pogardą.

Druga olbrzymia fala była nie dalej niż dziesięć metrów za nimi: taras niczym deska surfingowa pędził na jej grzbiecie, wokół niego huśtały się na wodzie krzesła, za nim płynął rozbity domek plażowy.

Z włazu wysunęła się zielona łapa z szarym pistoletem o zwężającej się lufie, wycelowała go w stronę morza i przesunęła nim w prawo i w lewo.

Nie było żadnego błysku, płomienia czy hałasu, ale olbrzymia fala zmalała i woda opadła. Taras zsunął się z jej grzbietu i popłynął w bok. Zniszczony domek plażowy skręcił w stronę Vandenbergu 2. Piana cofnęła się i znikła. Woda kotłowała się niezdecydowanie. Kiedy wreszcie fala dotarła do miejsca, gdzie stali, nie miała już siły pierwszego grzywacza i sięgała im zaledwie do ud.

Szary pistolet wciąż posuwał się w prawo i w lewo.

Ze strony lądu powiał silny wiatr. Brecht stracił równowagę i z pewnością upadłby, gdyby nie podtrzymała go Rama Joan.

Głowa i ramiona Paula wynurzyły się z piany. Tulił do siebie zmokłą Miau.

Wiatr dął nadal.

Dziwna istota wychylająca się z różowego włazu wydłużyła się niewiarygodnie w stronę Paula, tworząc zielony łuk w fioletowe pasy.

Szary pistolet upadł, złapała go Margo.

Fioletowoszare pazury wbiły się w ramię Paula i jakaś siła, znacznie większa od siły mięśni ludzkich, wciągnęła mężczyznę wraz z kotką przez różowy właz. Margo, Brecht i Rama Joan trzymając się kurczowo za ręce, żeby zachować równowagę, widzieli to wszystko bardzo wyraźnie.

Fioletowozielona istota weszła do latającego talerza za Paulem i Miau.

Naraz, bez dostrzegalnego ruchu, talerz, nie większy teraz od Księżyca, znalazł się o setki metrów nad ich głowami, a właz stał się tylko ledwie widocznym punkcikiem.

Margo schowała szary pistolet pod kurtkę.

Wiatr z lądu ustał.

Punkcik zgasł, latający talerz znikł.

Trzymając się za ręce, cała grupa ruszyła w stronę lądu — brnęli po kolana w wodzie, która ciągnęła ich z powrotem, w głąb oceanu.

Bagong Bung wychodząc na swoim kutrze „Machan Lumpur” z wezbranych wód małej zatoki na południe od DoSon, gdzie udało mu się wreszcie pomyślnie, acz z niemiłym w konsekwencjach opóźnieniem, dostarczyć na miejsce przemycany towar, ujrzał wkrótce po zapadnięciu zmroku, jak Wędrowiec wyłania się z przysłoniętej chmurami Zatoki Tonkińskiej. W tym samym czasie po drugiej stronie kuli ziemskiej, na plaży, mała grupka, co umknęła przed falami tsunami, obserwowała, jak ostatni rąbek planety znika w Pacyfiku. Dla Bagonga Bunga znak in-jang był znanym symbolem chińskim — nazywał go w myśli „dwoma wielorybami” — a zniekształcony Księżyc, na który od razu skierował mosiężną lunetę, skojarzył mu się z olbrzymim worem żółtawych diamentów.

Tak więc dla Bagonga Bunga Wędrowiec, który wchodził na niebo tam, gdzie powinien był ukazać się Księżyc, nie był nieproszonym intruzem, lecz zwiastunem szczęścia, nadprzyrodzoną zachętą. Diamenty przywiodły mu na myśl zatopione statki pełne skarbów, leżące gdzieś tu, na dnie płytkich wód. Natychmiast powziął nieodwołalną decyzję, że kiedy nadejdzie świt, a wraz z nim odpływ, przynajmniej raz spróbuje nurkowania tam, gdzie, jak podejrzewa, leży zatopiony wrak „Królowej Sumatry”.

— Wejdź na pokład, CobberHume! — zawołał przez zardzewiałą tubę do Australijczyka, który był mechanikiem na „Machan Lumpur”. — Mamy szczęście. E, co ci mam mówić. Chodź, to sam zobaczysz. O tak, zobaczysz!

Rozdział 19

Paul znalazł się nagle w morzu ciepła, w morzu słodkich, ostrych zapachów i wesołych pastelowych kolorów, wśród których przeważał żółty, choć gdzieniegdzie były jaskrawozielone plamy.

Przez pierwszych kilka sekund nie był pewien, czy rzeczywiście został porwany i umieszczony w pojeździe. Wydawało mu się to raczej nagłym przeniesieniem w inny wymiar, w inne miejsce we wszechświecie — miejsce senne i porośnięte dżunglą.

Nie widział właściwie latającego talerza. Kiedy talerz zawisł nad głowami uciekających, Paul, trzymając kurczowo Miau, krztusił się i zmagał ze słoną wodą, a kiedy został uniesiony w górę, pierwszą myślą, jaka przyszła mu do głowy, było przypuszczenie, że następna fala wyrzuciła go wysoko i on teraz płynie na jej grzbiecie.

Dopiero chwilę później przed oczami mignęły mu trzy krótkie, lecz niezwykle wyraźne obrazy: pierwszy — to ogromny, spiczasty, fioletowozielony pysk kota; drugi — para wpatrzonych w niego oczu o niesamowitej pięciopierściennej tęczówce, otaczającej czarne, pięcioramienne gwiazdy źrenicy; trzeci — długa, smukła łapa wielkości ludzkiej ręki, z wąskimi błękitnymi poduszeczkami i czterema szponiastymi, fioletowoszarymi pazurami. Podejrzewał, że te właśnie pazury wbiły mu się w kołnierz płaszcza, a może również w szyję, nagląc do pośpiechu.

W następnej chwili płynął, wolno obracał się przez ciepłe, gdzieniegdzie nakrapiane zielenią, kwieciste, różowe morze.

I nagle w tym morzu ukazał się ciemny otwór, przez który ujrzał Margo — stała po uda w brudnej, spienionej wodzie, trzymała jakiś szary, błyszczący przedmiot i patrzyła w górę na niego — a obok niej Brechta pokrytego pianą, Ramę Joan ubrudzoną piaskiem i jej złocistorude włosy, mokre i poskręcane. Raptem trójka na dole zaczęła maleć z niesamowitą prędkością — Paul miał wrażenie, że ogląda ich przez odwrotną stronę lunety. W tej właśnie chwili uświadomił sobie, że znajduje się na pokładzie latającego talerza, który mu przedtem zaledwie mignął przed oczami, talerza, który leci teraz z prędkością większą niż pocisk moździerzowy, a mimo to nie czuje się żadnego przyśpieszenia, i wtedy otwór zasłoniły różowe plamy, a właściwie dziwne różowe kwiaty, tak, różowe kwiaty.

Na myśl przyszło mu jedno słowo: antygrawitacja. Jeżeli pojazd ma własne zerowe pole grawitacyjne — prawdopodobnie również zerową bezwładność — wyjaśniałoby to brak przyciągania i to, że unosi się — wraz z kroplami wody ze swojego ubrania — w spłaszczonym pokoju, porośniętym kwiatami i pachnącym perfumami. Lewa ręka zapiekła go, jakby użądlona przez osy: to Miau, przerażona dziwnymi wstrząsami i ociekająca wodą morską, z całych sił wbiła w niego pazury. W nagłym przypływie bólu Paul odrzucił od siebie mokrą kotkę, która przekręcając się w powietrzu znikła w kwietniku, wzbijając obłok żółtaworóżowych płatków.

W następnej chwili coś go chwyciło z tyłu i przewróciło: uderzył plecami o twardą, gładką jak jedwab kwiecistą powierzchnię. Najbardziej przeraziło go to, że łapa, która oplotła mu szyję — lśniąca, o niezwykłej sile, pokryta zielonym futrem w poprzeczne fioletowe pasy — miała dwa łokcie.

Tak szybko, że nie zdążył się jej przyjrzeć, zielonofioletowa tygrysia istota uczyniła coś z jego nadgarstkiem i kostkami u nóg. Łapy z fioletowoszarymi pazurami szczypały, nie zadając jednak bólu; w pewnej chwili poczuł się tak, jakby oplótł go wąż. Potem tygrysia istota odskoczyła i znikła w kwietniku za Miau, machając długim, puszystym ogonem w fioletowozielone prążki i wzbijając obłok płatków.

Paul usiłował się podnieść, ale okazało się, że może poruszać jedynie głową, i choć grawitacja była wciąż zerowa, leżał spętany, nie mogąc się oderwać od podłogi — co bardziej plastycznie sobie uświadomił, kiedy spojrzał w górę i niecałe trzy metry nad sobą (a może pod sobą lub z boku — nie wiedział, jak nazywać kierunki w miejscu, gdzie nie istnieje grawitacja) ujrzał swoje odbicie: leżał rozpostarty, mokry, oklejony piaskiem, blady, z wytrzeszczonymi oczami, a śmieszny ten i okropny widok potęgowały liczne, coraz mniejsze odbicia odbić.

Zaczął sobie stopniowo zdawać sprawę z kształtu i wyposażenia wnętrza pojazdu. Większość kwiatów, które widział, były to lustrzane odbicia. Sufit i podłogę tworzyły okrągłe, płaskie lustra — oddalone o trzy metry od siebie i mające sześć metrów średnicy. On sam leżał na środku jednego z nich. Ściany między lustrami zdobiły egzotyczne kwiaty o olbrzymich płatkach, kwiaty małe i duże, bladożólte, jasnoniebieskie, fioletowe, karmazynowe — przeważnie jednak różowe lub jasnoczerwone. Kwiaty wyglądały na prawdzie: miały bowiem liście w kształcie sierpów, włóczni i powyginane łodygi — prawdopodobnie rama hydroponiczna wypełniała wolną przestrzeń między zwężającymi się, bocznymi krawędziami pojazdu.

Ale nie cały pojazd o przekroju trójkąta zajmowały rośliny, bo przed sobą Paul dostrzegł srebrzystoszarą tablicę sterowniczą, a w każdym razie płaski blat z gładkimi srebrnymi wypukłościami i geometrycznymi wzorami. Przekręcając z trudem głowę, ujrzał podobne tablice w pozostałych rogach. Wszystkie trzy ustawione były na wierzchołkach równobocznego trójkąta wpisanego w pojazd, a każdą z nich przysłaniały bujne kwiaty — podobnie jak przysłonięte bywają typowo użytkowe przedmioty jak piecyk, umywalka, telefon czy sprzęt stereofoniczny w ciasnym mieszkaniu kobiety, przywiązującej wagę do mody i estetyki wnętrza.

Całe pomieszczenie zalewało jasne, ciepłe światło wydobywające się… nie, Paul nie wiedział skąd. Jakby własne wewnętrzne słońce — dziwne to uczucie.

Jeszcze bardziej dziwne było wrażenie, że ktoś wtargnął do jego umysłu i czyta w jego myślach jak w kartach. Przypomniał sobie oklepane twierdzenie, że tonący w ciągu kilku sekund przeżywa całe swoje życie, zastanawiał się, czy to samo dzieje się z człowiekiem tonącym w kwiatach lub ukrzyżowanym przez tygrysa, który zamierza go rozszarpać i pożreć.

Jeszcze bardziej dziwne było wrażenie, że ktoś wtargnął prędko, że widział jedynie zamazane plamy i słyszał niewyraźne dźwięki: własne myśli, które powstawały i znikały tak błyskawicznie, że nie mógł ich zatrzymać — co za upokorzenie! Kilka obrazów, które udało mu się dojrzeć pod koniec tej umysłowej „odprawy celnej”, przedstawiało głównie zoo i balet.

Rozejrzał się wkoło: nie było jednak najmniejszego śladu ani tygrysiej istoty, ani Miau. Niewidoczne słońce wciąż grzało. Kwiaty zastygły w bezruchu, wydzielały duszący zapach perfum.

Don Merriam był w połowie trzeciego okrążenia Wędrowca. Po jego prawej ręce znajdowała się nakrapiana zielonymi plamkami nocna strona dziwnej planety, która wciąż przywodziła mu na myśl brzuch pająka. Przed sobą widział skupisko gwiazd, a po lewej stronie czarny, wydłużający się wciąż, elipsoidalny Księżyc z czarnymi pajęczynowatymi nićmi, ciągnącymi się z nosa Księżyca i odcinającymi się na lśniącym tle nieba. Don był zziębnięty i zmęczony, i już się nawet nie starał uzyskać połączenia radiowego z Ziemią.

Na tle Wędrowca, między planetą a statkiem, tuż przy skupisku gwiazd, ukazał się mglisty, żółtawy punkt. Punkt błyskawicznie zamienił się w żółtą poziomą kreskę, potem w dwie kreski, między którymi czarna przestrzeń wyglądała jak modne, fluorescencyjne reflektory samochodowe, a następnie w dwa żółte, rosnące wrzeciona.

Dopiero wtedy kosmonauta zdał sobie sprawę, że nie jest to wybrzuszenie na powierzchni Wędrowca, ale jakieś materialne obiekty, pędzące wprost na Babę Jagę. Wzdrygnął się i zmrużył oczy — i oto nagle, bez żadnego wyraźnego zwolnienia żółte wrzeciona zatrzymały się po obu stronach Baby Jagi tak blisko, że ekran nie obejmował ich w całości.

Wrzeciona wyglądały teraz jak dwa statki kosmiczne w kształcie talerzy — każdy długości dziesięciu do piętnastu metrów i szerokości trzech metrów. Don przynajmniej miał nadzieję, że to statki, a nie na przykład jakieś potwory kosmiczne.

Przypuszczenia co do ich kształtu znalazły wkrótce potwierdzenie, kiedy bez żadnego widocznego błysku z silników korekcyjnych statki zwróciły się w jego stronę, przybierając kształt kolisty — w jedno koło był wpisany żółty trójkąt, na drugim widniało fioletowe V, którego ramiona sięgały od środka do obwodu koła.

Don poczuł, że kombinezon przylepia mu się do fotela: Baba Jaga wciągnięta została między statki — eskortę, jak je nazwał Don — których tylko przednie krawędzie były widoczne teraz na ekranie. Odtąd pojazdy leciały dokładnie w tej samej pozycji, jak gdyby przywarły do malutkiego statku kosmicznego, a także do samego Dona — dziwne to było uczucie.

Następnie spostrzegł, że jasnozielone plamki niczym fosforyzujące stonogi przesuwają się po czarnym wybrzuszeniu Wędrowca!

Potem zauważył, że skupisko gwiazd się rozszerza, a czarny elipsoidalny Księżyc pozostaje w tyle.

Zrozumiał wtedy, że eskorta Baby Jagi unosi ją w górę z prędkością około stu sześćdziesięciu kilometrów na sekundę. Nie czuł najmniejszego przeciążenia: gdyby było, cisnęłoby go o ścianę statku, może nawet przebiłoby nim ścianę na wylot.

Ani razu w ciągu ostatnich kilku godzin, nawet wtedy, gdy leciał przez Księżyc, kosmonauta nie pomyślał: To halucynacja. Ale przyszło mu to do głowy właśnie teraz. Przyśpieszenie i cena, jaką się za nie płaci w paliwie i odkształceniach będących skutkiem przeciążenia — to były akurat podstawowe wiadomości z jego dziedziny. To jednak, co się teraz działo z jego ciałem i z Babą Jagą, nie tylko było czymś dziwnym i niezrozumiałym, ale również stanowiło całkowite zaprzeczenie wszystkiego, co wiedział o lotach kosmicznych i ich nieprzekraczalnych możliwościach. Przed chwilą leciał z prędkością ośmiu kilometrów na sekundę, a teraz leci z prędkością stu sześćdziesięciu kilometrów na sekundę pod kątem prostym do poprzedniej trasy. Nie czuje jednak prędkości ani pracy silnika rakietowego, strzelającego płomieniem gorętszym od niebieskiej gwiazdy — to nie tylko niesamowite, to wprost niemożliwe.

A jednak zielone plamki w dole znikały z pola widzenia, a skupisko gwiazd w górze wciąż się rozszerzało, aż nagle Baba Jaga wyleciała powyżej Wędrowca na światło słoneczne. Promienie odbite z lewej strony ramy ekranu i z żółtej krawędzi lewego talerza raziły Dona. Zamknął oczy, po omacku poszukał okularów polaryzacyjnych, włożył je, po czym otworzył oczy i rozejrzał się.

Baba Jaga, uwięziona między eskortującymi ją strażnikami, z niesamowitą prędkością pięła się w górę wokół Wędrowca. Ekran przesunął się lekko w prawo i patrząc sponad planety, Don ujrzał Ziemię, głównie Ocean Spokojny, i olśniewającą biel słońca, którego promienie raziły go nawet przez okulary.

Na powierzchni planety znajdującej się pod nim była noc, wkrótce ukazał się znamionujący dzień żółty sierp, którego dalszy tylko brzeg był fioletowy.

Nad nim i wokół niego białe nici z Księżyca wiły się na tle migoczącego gwiazdami nieba. Dwie z nich były teraz grubsze — już nie nici, lecz sznury.

Hen przed nim wstęgi zbiegały się i skręcały w stronę bieguna północnego Wędrowca. Tam, ścieśnione, choć wciąż pozostające oddzielnie, łączyły się z aksamitną powierzchnią planety, niektóre po jej stronie dziennej, inne po nocnej — w sumie było ich kilkanaście. Przypominały teraz dziwne, bezlistne winorośle, wyrastające z czubka Wędrowca. W tym też kierunku mknęła Baba Jaga i jej eskorta.

Wtem, kiedy Don pewien był, że zaraz miną powiększające się łodygi albo na nie wpadną, jego ugruntowane dotychczas wiadomości o lotach kosmicznych znów okazały się mylne: Baba Jaga i jej eskorta w jednej chwili, bez żadnych odczuwalnych zmian, straciły prędkość, kierując się jednocześnie w czarnożółte miejsce, z którego wyrastały owe łodygi.

Albo eskorta Baby Jagi ma bezinercyjny napęd — hipoteza, z której śmieją się wszyscy oprócz autorów literatury fantastyczno-naukowej — i unosi Babę Jagę w swoim zerowym polu grawitacyjnym, albo on, Don, ma halucynacje, albo…

Zwrócił się w stronę tablicy sterowniczej, żeby za pomocą radaru ustalić odległość od powierzchni znajdującej się pod nim. Ku swojemu zdziwieniu natychmiast usłyszał echo.

Znajdował się pięćset kilometrów nad powierzchnią planety i zbliżał się do niej z prędkością szesnastu kilometrów na sekundę.

Odruchowo nastawił silniki korekcyjne, żeby obrócić Babę Jagę i w razie czego hamować głównym silnikiem, używając resztek paliwa, jakie mu zostały.

Jednakże Baba Jaga nie drgnęła. Ekran wciąż był zwrócony w kierunku planety. Kosmonauta teraz dopiero spostrzegł, że leci w dół po stronie dziennej, równolegle do jednej z nici, która przedtem zamieniła się w sznur, a potem w łodygę. Była teraz ogromna, szeroka może na półtora kilometra, wypełniająca jedną czwartą ekranu. Ale z tej niesamowitej perspektywy łodyga niczym karykatura kolumny projektowanej przez Wrighta — szeroka u góry, a coraz cieńsza u podstawy — zamieniała się niemal w punkt tam, gdzie stykała się z planetą po jej nocnej stronie tuż obok linii dnia.

Oglądając kolumnę z tak bliska, Don zauważył, że jest gładka tylko z wierzchu, a wypełniona ostrymi kamieniami, odłamkami skał i pyłem księżycowym, pochodzącym, jak się już przedtem zorientował, z wirujących szybów na nosie Księżyca.

Kamienie przemykały obok niego niczym pociąg, który jedzie po sąsiednim torze nieco prędzej niż ten, którym my jedziemy.

Oznaczało to, że kolumna spada w dół z tą samą prędkością, co Baba Jaga — szesnaście kilometrów na sekundę. Ale dlaczego w takim razie nie następuje olbrzymi wybuch, kiedy kamienie uderzają o powierzchnię Wędrowca?

Nagle kamienie zaczęły mu przelatywać z niebywałą szybkością przed oczami, tak że po chwili nie mógł ich odróżnić, jakby pociąg jadący po sąsiednim torze zamienił się w ekspres.

Albo kolumna zwiększyła prędkość, albo… Znów sprawdził radarem. Wysokość Baby Jagi i jej eskorty zmniejszyła się do pięćdziesięciu kilometrów, ale teraz zbliżali się do planety już tylko z prędkością półtora kilometra na sekundę.

A więc to drugie — Baba Jaga zwolniła. Radar wskazywał, że prędkość już nie maleje. Przez ostatnie dwadzieścia minut Don szukał jakichś śladów na powierzchni pod nim. Ale nie znalazł nic — żadnych świateł po nocnej stronie planety, nic, oprócz gładkiej, cytrynowej równiny tam, gdzie był dzień. Potężna, szeroka kolumna z kamiennym pyłem nadal opadała.

Czas uciekał — kosmonauta był już w cieniu planety.

Zdjął okulary. Przednie krawędzie towarzyszących mu statków miały ten sam fosforyzujący żółty odcień, co wtedy, kiedy byli za planetą. Przez chwilę zdawało mu się, że widzi ich niewyraźne odbicie w ciemnej powierzchni w dole. Przygotowywał się na zderzenie i śmierć.

Wtem czarna powierzchnia znikła, jakby Baba Jaga wraz ze swoją eskortą przebiła się nie uszkodzona przez sufit olbrzymiego oświetlonego pokoju i znalazła się wysoko w górze nad inną, nową powierzchnią.

Nie ulegało wątpliwości, że powierzchnia na pewno jest daleko w dole, gdyż spadająca kolumna kamieni księżycowych, wciąż szeroka u góry, zwężała się do punktu przy zetknięciu z nową powierzchnią — ten dziwny skrót perspektywiczny sprawiał, że wyglądała teraz jak trójkąt.

Można było wyciągnąć jeden wniosek. Powierzchnia Wędrowca, którą widział do tej pory — powierzchnia, która tak dokładnie odbijała światło słoneczne i promienie radaru, która była żółta i fioletowa tam, gdzie panowała noc — to nic innego jak powłoka, powłoka tak cienka i delikatna, że malutki statek jak Baba Jaga mógł ją przebić lecąc z prędkością półtora kilometra na sekundę bez żadnego wstrząsu czy uszkodzeń, powłoka, która zasłania i maskuje sztuczne oświetlenie i prawdziwe życie Wędrowca, powłoka, która rozciąga się trzydzieści kilometrów nad prawdziwą powierzchnią planety — jeżeli to, na co teraz patrzy, jest prawdziwą powierzchnią, a nie kolejnym złudzeniem.

Była to prawdziwa powierzchnia, jeżeli złożoność i masywność można było przyjąć za kryteria. Ekran Baby Jagi wypełniała rozległa, lekko oświetlona równina, pokryta jeziorami, a przynajmniej jakimiś gładkimi, turkusowymi połaciami, równina, na której widać było błyszczące u dołu, okrągłe, półtorakilometrowe szyby, równina, zapełniona olbrzymimi bryłami wszystkich kolorów i kształtów geometrycznych, jakie można sobie wyobrazić: stożki, sześciany, walce, spirale, półkule, zikkuraty, rozety — dla Dona było to czysto geometryczną abstrakcją.. Potężne budynki, maszyny, pojazdy, dzieła sztuki? Bryły mogły być każdą z tych rzeczy. Nasunęły mu się pewne porównania. Japońska sztuka układania kamieni na gigantyczną skalę. Okładki książek fantastycznonaukowych, przedstawiające ciągnącą się w nieskończoność podłogę, pokrytą abstrakcyjnymi rzeźbami, które wyglądają jak żywe.

Następnie wrócił myślami do wspomnień z wczesnego dzieciństwa. Przypomniał sobie, jak rodzice zabrali go z wizytą do babci w Minneapolis, przypomniał sobie kwaskowaty, cierpki zapach jej wysokiej bawialni, to, jak go ojciec podsadził, żeby obejrzał — broń Boże niczego nie dotykając — dziwaczny mebel, zastawiony, jak się później zorientował, muszlami kauri, chińskimi monetami, przyciskami do papieru, wyszlifowanymi okazami geologicznymi, kwiatami wtopionymi w plastik i innymi bibelotami, które dla małego Dona były dziwne i zagadkowe, choć niezwykle fascynujące. Teraz znów stał się małym Donem.

Między nim a równiną, choć nie bezpośrednio pod nim, wisiały małe, ciemne chmury o nieregularnych kształtach, a w nich, jak tęczowe jaja w gnieździe, leżały wielkie błyszczące kule, z których strzelało w górę światło o przeróżnych barwach.

Wkrótce chmury znikły, przypominając mu o tym, że Baba Jaga, której prędkość prawie wcale się nie zmniejszyła, zbliża się do imponująco zabudowanej powierzchni w dole. Widoczny na ekranie odcinek równiny też się raptownie kurczył, a piękne, nie zidentyfikowane bryły rosły w oczach. Don nie czuł jednak strachu — uczucie strachu prysło, kiedy przebił się przez powłokę Wędrowca.

Baba Jaga i jej eskorta kierowały się do punktu między dwoma dużymi szybami, znajdującymi się tak blisko siebie, że Don miał z początku wrażenie, że się stykają. Do jednego szybu wpadała kolumna kamieni. Z drugiego promieniowało charakterystyczne dla tych szybów mgliste światło.

Wreszcie dostrzegł przestrzeń dzielącą szyby — przypominała srebrzystą wstęgę. Jeden ze statków towarzyszących Babie Jadze leciał tak blisko spadającej kolumny kamieni, że przez chwilę kosmonauta myślał, że się z nią zderzy. W następnej sekundzie bez najmniejszego wstrząsu, zupełnie jak w transie, Baba Jaga zatrzymała się cztery metry nad matowosrebrzystym chodnikiem — chodnik był tak blisko, że Don bez trudu ujrzał wyryte na nim wzory: kolistą, zawiłą arabeskę, otoczoną pierścieniami hieroglifów.

Wciąż w stanie nieważkości wisiał nad ekranem i patrzył w dół: czuł się jak ryba, która wygląda przez szklaną szybę akwarium.

Nagle Baba Jaga zaczęła się przekręcać, jakby włączono silniki korekcyjne albo jakby chwyciła ją jakaś potężna ręka. Don złapał się za fotel, żeby nie stracić równowagi.

Ruch ustal, kiedy dysze głównego silnika znalazły się prostopadle do srebrzystej powierzchni. Pole grawitacyjne powoli zaczęło oddziaływać zarówno na kosmonautę, jak i na statek. Kosmonauta usłyszał trzy lekkie uderzenia i jednocześnie poczuł trzy szarpnięcia: nogi statku osiadły na ziemi. Trzymał się kurczowo fotela, jego ciało zaś stawało się coraz cięższe, aż — o ile mógł być tego pewien po miesiącu spędzonym na Księżycu — osiągnęło wagę taką lub prawie taką, jaką miało na Ziemi.

Jednakże Don dostrzegł te zjawiska jakby mimochodem, całą uwagę bowiem skierował na ekran, przez który widział niebo Wędrowca — spód powłoki, przez którą przebił się czterdzieści sekund temu.

W górze małe ciemne chmury, mniejsze niż przedtem, gdyż nie było już widać leżących w nich połyskliwych kuł, powoli przesuwały się po niebie niczym małe chmury deszczowe, które, gnane lekkim zachodnim wiatrem, płyną nad pustynnymi obszarami południowowschodniej części Stanów Zjednoczonych. Spadająca kolumna kamieni, sięgająca samego nieba, teraz szeroka u podstawy, a zwężająca się ku górze, zasłaniała sporą część nieba.

Niebo nie było ani jasnofioletowe, ani żółte, ani czarne, ani gwieździste. Było powoli wirującą mieszaniną wszystkich ciemnych kolorów, mroczną tęczą po burzy, wciąż mieniącą się faliście. Miało w sobie harmonię i piękno nieustającej symfonii barw, jednocześnie zaś było naturalne, niosło obietnicę nowych, istotnych zmian. Don nie wiedział, skąd pochodzi światło — czy jest blaskiem planety, czy światłem wydobywającym się z niewidocznych już teraz kuł na chmurach, czy może pochodzi z innego źródła. Kojarzyło mu się to z lśniącymi smugami rozlanego na wodzie oleju albo z pełnym dynamizmu obrazem van Gogha,,Gwiaździsta noc”, ale najbardziej przypominało mu intensywne, błyszczące barwy, jakie przewijają się w ciemnościach przed oczami.

Kiedy tak rozmyślał, doznając wrażenia, jakby się znalazł wewnątrz czyjegoś gigantycznego mózgu, usłyszał cichy zgrzyt, od którego krew zastygła mu w żyłach. Odwrócił się w porę, żeby zobaczyć, jak ostatnia zasuwa na klapie włazu przesuwa się: klapa otworzyła się bez widomej pomocy, ukazując drabinę prowadzącą z kabiny na pusty, srebrny chodnik.

Głos, dziwnie miły i kuszący, zawołał z leciutkim obcym akcentem:

— Chodź! Zdejmij kombinezon i zejdź na dół!

W Australii, w Indonezji, na Filipinach, w Japonii i we wschodniej części Chin i Syberii nastała już noc. Wędrowiec, w którym wszyscy widzieli symbol in-jang czy mandalę, poruszył religijne lub mistyczne struny w milionach ludzkich umysłów. Azja Wschodnia przyłączyła się do Ameryki, ostrzegając mieszkańców sceptycznych starych kontynentów, położonych dalej na zachód — centrum kultury świata — przed tym, co zobaczą, gdy zapadnie zmrok.

Rozdział 20

Niewidzialne słońce osuszyło już zupełnie Paula Hagbolta, który wciąż leżał nie mogąc się poruszyć i z musu wpatrując się w swoje odbicie, gdy nagle przy tablicy sterowniczej na wprost siebie ujrzał dwa zagadkowe kocie pyszczki, obserwujące go zza kwietnika. Mniejszy należał do Miau, drugi natomiast był wielkości twarzy ludzkiej. Koty z wdziękiem wypłynęły z mroku, nie potrącając ani jednego różowego płatka czy zielonej łodygi, i nie zwracając najmniejszej uwagi na Paula zawisły naprzeciw siebie w powietrzu tuż przed kwietnikiem, profilami do więźnia.

Tygrysia istota trzymała małą, szarą kotkę na wyciągniętej łapie i szczupłym, zielonym drugim przedramieniu — Paul uświadomił sobie, że dodatkowy łokieć, który go z początku tak zaskoczył, to tylko zwykły koci nadgarstek znajdujący się nad wydłużonymi kośćmi łapy.

Futerko Miau było teraz suche i puszyste: kotka najwyraźniej nie czuła żadnego lęku, bo przekręciła się na wznak, szary ogonek położyła na łapie w fioletowe pasy i z powagą spojrzała w wielkie, fioletowe oczy swojej strażniczki, a raczej — sądząc z pozorów — w oczy nowej przyjaciółki.

Kotki do złudzenia przypominały matkę i maleńką córeczkę.

Stosunek Paula do tygrysiej istoty, a nawet jego pojęcie o niej uległy raptownej zmianie, gdy się jej dobrze przyjrzał. Myślał o niej teraz jako o istocie płci żeńskiej, ponieważ nie widział żadnych narządów płciowych oprócz pary małych fioletowych sutków ukrytych w zielonym futrze na wysokości piersi.

Jak na kotkę miała krótki tułów, łapy natomiast długie — z ziemskich kotów najbardziej przypominała budową geparda, choć była znacznie od niego większa: miała wymiary człowieka. Ogólne proporcje jej ciała też były raczej ludzkie niż kocie — Paul podejrzewał, że w normalnych warunkach grawitacyjnych poruszałaby się z równą swobodą na dwóch łapach, co na czterech.

Szyję, pierś, podbrzusze i wewnętrzne strony łap okrywało zielone futro, pozostałe zaś części ciała futro zielone w fioletowe pasy.

Uszy miała stojące jak wszystkie koty, ale w przeciwieństwie do nich, wysokie i szerokie czoło, które jakby uwydatniało trójkątny kształt pyszczka; był to jednak pyszczek typowo koci aż po czubek niebieskiego noska i koniuszki jasnych wąsów. Poza niewielką zieloną maseczką wokół oczu futro na pyszczku było fioletowe.

Szczupłe łapy mimo drugiego przedramienia wyglądały teraz jak ręce — ręce z czterema palcami i kciukiem. Pazury były niewidoczne, najpewniej cofnięte i schowane.

Pasiasty fioletowozielony ogon zwisał wdzięcznie nad lekko ugiętą nogą.

Paul nagle zdał sobie sprawę, że w sumie — mimo ogona! — istota przypomina szczupłą, wysoką kobietę w obcisłym kostiumie, w którym ma tańczyć rolę kotki w balecie. Kiedy o tym pomyślał, przeszył go niepokojący dreszcz.

W tej właśnie chwili tygrysia istota przemówiła — niezbyt poprawnie i z dziwnym akcentem, ale zupełnie wyraźnie, zwracając się zresztą nie do Paula, lecz do Miau.

Miał wrażenie, że śni, tak nieprawdopodobna była cała sytuacja.

— Chodź, maleńka — powiedziała tygrysia istota, lekko wydymając czerwone wargi. — My teraz przyjaciele. Nie bądź nieśmiała.

Miau wciąż patrzyła na nią z powagą i zadowoleniem.

— Ty i ja rodzina — ciągnęła przyjaźnie tygrysia istota. — Czuję, ty bez strachu. Więc mów. Pytaj.

Nastąpiła cisza. Paul czuł, że zachodzi wielkie nieporozumienie. Po chwili tygrysia istota znów się odezwała:

— Ty nieśmiała! Chcesz moje imię? Wiem twoje. A moje? Tygryska! Wymyśliłam dla siebie specjalnie. Ty myślisz, że ja okropny tygrys i piękna baletnica. Baletnice mają końcówki: „enska”, „skaya”, „yska”. A więc Tygryska!

I wtedy Paul zrozumiał. Ta nieziemska istota popełniła ogromny błąd. Tygryska czytała w jego myślach — tym sposobem w ciągu kilku sekund nauczyła się jego języka — ale przypisywała te myśli swojej „kuzynce”, Miau.

Jednocześnie uświadomił sobie charakter dreszczu, który go przeszył na widok tej wspaniałej istoty: był to dreszcz pożądania.

Tygryska najwyraźniej odczytała również i tę myśl, bo pogroziła żartobliwie Miau błękitnym palcem i rzekła:

— Niegrzeczne myśli, maleńka. Doprawdy, ty za mała — i obie my panienki! No, powiedz coś… Paul…

I nagle Tygryska też zrozumiała zapewne niemiłą dla niej pomyłkę, bo obróciła wolno głowę, dotknęła łapą podłogi i spojrzała na prawdziwego Paula. W następnej sekundzie skoczyła przez kabinę i zawisła tuż nad nim: wyciągnęła długie, ostre pazury i skrzywiła szkarłatne usta ukazując cienkie, ostre trzycentymetrowe kły. Wciąż trzymała Miau, której nagły skok bynajmniej nie przestraszył.

Nad jej zielonymi ramionami Paul ujrzał dziesiątki odbić pleców kotki i swojej twarzy wykrzywionej przerażeniem.

— Ty… małpo! — syknęła Tygryska.

Pochyliła głowę z szeroko otwartym pyskiem tak nisko, aż Paul zmrużył oczy. Potem wymawiając wolno każde słowo, jakby mówiła do tępego wieśniaka, zapytała:

— Ty traktujesz — maleńką — jak zwierzę — jak maskotkę?

Ostatnie słowo wymówiła z pogardą, tonem lodowatym, pełnym oburzenia.

Paul, oszalały z przerażenia, przypomniał sobie naraz, co wciąż powtarzała Margo, i krzyknął:

— Nie! Nie! Kot to też człowiek!

Niegdyś Don Merriam stał na brzegu Wielkiego Kanionu na Ziemi. Stał również na szczycie Gór Leibnitza przy biegunie południowym Księżyca. Ale nigdy jeszcze — z wyjątkiem przelotu Babą Jagą przez Lunę — a z pewnością nigdy będąc na Ziemi nie widział czegoś tak głębokiego jak ten otwarty, okrągły szyb o średnicy półtora kilometra, znajdujący się zaledwie kilkanaście kroków od miejsca, gdzie na srebrzystym chodniku, z drabiną opuszczoną między trzema nóżkami, stała Baba Jaga.

Jaką głębokość ma ten szyb? Osiem kilometrów? Czterdzieści? Osiemset? Półtora-kilometrowa średnica ciągnęła się przez całą jego długość. Pusty szyb, przeciwieństwo spadającej kolumny kamieni księżycowych, zwężał się daleko w dole w malutką, niewyraźną plamkę, nie większą od kropki, ale zwężenie było tylko złudzeniem optycznym, spowodowanym ograniczonymi możliwościami ludzkiego wzroku.

Donowi przeszło przez myśl, że szyb biegnie przez całą długość planety: jeżeli więc on sam skoczy w dół, nie osiągnie dna szybu, lecz po przebyciu około sześciu i pół tysiąca kilometrów — nużący, prawie dwudziestogodzinny lot, dość chyba długi, żeby człowiek umarł z pragnienia, jeśli przyjąć, że prędkość graniczna w atmosferze planety jest taka sama jak na Ziemi — przeleci kilkakrotnie tam i z powrotem przez środek planety, w stanie nieważkości zatrzyma się w miejscu i powoli dopłynie do ściany szybu, tale jak to było w kabinie Baby Jagi podczas swobodnego spadania — przez Księżyc.

Oczywiście tam w dole, sześć i pół tysiąca kilometrów niżej, ciśnienie powietrza w jednej chwili może go zmiażdżyć — może nawet zamienić tlen w tlen jednoatomowy — ale o n i z pewnością potrafią temu zaradzić, muszą mieć sposoby na to, aby na różnych głębokościach powietrze było tak rzadkie lub tak gęste, jak sobie tego życzą.

Myślał intensywnie w kategoriach ich możliwości, których przybywało za każdym razem, gdy tylko na coś spojrzał, za każdym razem, gdy o czymś pomyślał, choć dotychczas nikogo z nich nie widział.

Znów wróciły wspomnienia rojeń z czasów dzieciństwa: przypomniał sobie dół, który odkrył na farmie swoich rodziców i który prowadził na drugą stronę Ziemi. Patrzył więc teraz do szybu, szukając gwiazdy, a raczej błysku dnia na antypodach pod przysłoną sztucznego nieba, trzynaście tysięcy kilometrów niżej. Szukał, choć wiedział, że jest to niepodobieństwo optyczne, a w każdym razie uniemożliwiłyby to światła, które płonęły, błyszczały i mrugały ze ścian na każdym piętrze szybu.

Najdziwniejszą i najbardziej nienaturalną właściwością szybu było właśnie to, że był nienaturalny: nie był zjawiskiem geologicznym ani szybem wywierconym w skale — zresztą nie było tu w ogóle skał — lecz sztucznie wzniesioną budowlą, złożoną z pięter zdatnych do zamieszkania i ciągnących się w nieskończoność. Pierwsze piętra występowały mniej więcej trzydzieści metrów od krawędzi, a dalej nie było już między nimi większych przerw.

Był pewien, że widzi wyraźnie setki pięter, dopiero dalsze zlewały się i łączyły, ale to znów było skutkiem ograniczonych możliwości ludzkiego wzroku. Sądząc jednak po górnych piętrach, wszystkie były wysokie i przestronne, jakby toczyło się tu życie wspanialsze i bogatsze niż na Ziemi, mimo że u Dona ta mnogość pokoi i korytarzy budziła uczucie zbliżone do klaustrofobii.

Widok ten przywodził mu jedynie na myśl — choć te skojarzenia dalekie były od obrazu rzeczywistości — obramowane balkonami wewnętrzne dziedzińce wielkich domów towarowych lub biurowców albo też okienka w dachu ogromnej biblioteki, przez które widać niezliczone rzędy pólek z książkami.

Zdawało mu się, że w dole dostrzega mata sterówce, które niczym leniwe chrząszcze — kilka nawet błyszczało jak fosforyzujące owady w krajach tropikalnych — latają w szybie w różnych kierunkach.

Chcąc zajrzeć głębiej do wnętrza szybu, wychylił się, trzymając się. mocno gładkiej górnej poręczy balustrady otaczającej szyb. Nawet tak prosty szczegół jak balustrada był (intrygującym dowodem i c h możliwości, poręcze bowiem nie miały podpórek. Balustrada składała się z dwóch cienkich, srebrzystych poręczy, każda długości półtora kilometra, zawieszonych jedna pół metra, a druga metr nad krawędzią przepaści, jeżeli nawet miały niewidzialne podpórki, Don na żadną nie natrafił. Po pierwszych dwustu metrach poręcze znikały w oddali niczym druty telegraficzne, przypuszczał jednak, że obiegają cały szyb.

Mając tyle śladów i dowodów i c h niemal magicznych możliwości, ich wiedzy i techniki, zarówno w szybie, jak i na górze, Don zastanawiał się, gdzie o n i są? Dlaczego tak długo pozostawiają go samego?

Odwrócił się plecami do szybu i niespokojnie rozejrzał wokoło, ale ani na srebrzystym chodniku, ani przy wznoszących się na nim bezokiennych, geometrycznych bryłach nie dojrzał żadnej żywej istoty czy czegokolwiek, co mógłby uznać za żywe, a co z wyglądu przypominałoby człowieka, zwierzę lub roślinę.

Dwa fioletowożótte, wypukłe pośrodku talerze latające tak jak wtedy, gdy widział je po raz ostatni, wciąż tajemniczo wisiały cztery metry nad chodnikiem, a Baba Jaga znajdowała się między nimi w tej samej pozycji, co wtedy, gdy opuszczał kabinę. Dotychczasowy bieg wydarzeń był następujący: kiedy ktoś przemówił do niego śpiewnie i z lekkim obcym akcentem, kosmonauta posłusznie, nawet ochoczo, zdjął kombinezon i prędko zszedł po drabinie, ale w dole nie ujrzał nikogo. Odczekał kilka minut, potem podszedł do szybu i tu stanął zafascynowany.

Teraz zaczął się zastanawiać, czy głos nie był po prostu złudzeniem. Przecież to nierozsądne przypuszczać, że by mieszkaniec obcej planety od razu, bez żadnej nauki, potrafił mówić w jego języku. Ale czy rzeczywiście takie nierozsądne? Ich możliwości…

Wziął głęboki oddech. Przynajmniej powietrze było prawdziwe.

Panowała grobowa cisza: dopiero gdy zamknął oczy i stanął bez ruchu, powoli wypuszczając powietrze, usłyszał odległe, przytłumione, głuche dudnienie. Pulsowanie krwi tej dziwnej planety? Czy pulsowanie własnej krwi? A może dudniący odgłos wydaje kolumna kamieni księżycowych, która wpada do szybu znajdującego się nie dalej od Baby Jagi i statków niewidzialnie zawieszonych w przestrzeni niż on sam, tyle że po ich przeciwnej stronie.

Na pierwszy rzut oka szara kolumna, zajmująca jedną trzecią horyzontu i zwężająca się raptownie w mały punkt na niebie, wyglądała jak potężna góra, ale kosmonauta wiedział, że kolumna spada z tak ogromną prędkością — przypuszczalnie nadal z prędkością szesnastu kilometrów na sekundę, tak jak nad powłoką osłaniającą atmosferę planety — iż nie sposób odróżnić jej poszczególnych składników.

Obserwując kolumnę, Don ujrzał zmiany stopniowo zachodzące w jej konturach: wybrzuszenia i szczeliny, które powstawały powoli i utrzymywały się przez kilka sekund, a potem wtapiały się w gładką całość. Przywodziło to na myśl dziwne, groteskowe kształty, jakie przybiera silny strumień wody z kranu — czasem dziwny kształt utrzymuje się tak długo, że ma się wrażenie, iż to nie bieżąca woda, lecz twardy kryształ.

Ale jak to możliwe, żeby kolumna spadająca z ponaddźwiękową prędkością — w dwie sekundy od nieba do chodnika! — przez powietrze, o którym wiedział, że istnieje, bo przecież nim oddychał, nie powodowała porywistej zawiei pylnej i nie huczała jak dziesięć startujących rakiet czy jak dwadzieścia wodospadów Niagara?

O n i zapewne, stosując jakieś nie znane ludziom pole siłowe, stworzyli bezścienny kanał próżniowy, podobnie jak — przyszło mu to teraz na myśl — stworzyli bezścienną próżnię rurową, którą, po przebiciu się przez powłokę nieba, leciała Baba Jaga i jej eskorta… a nawet jeszcze przedtem, kiedy leciała przez rozrzedzono, plazmę i mikro meteoryty w przestrzeni.

Wciąż patrzył na tę dziwnie zwężoną u góry szarą kolumnę. Jak długo może trwać ten monstrualny przerzut? Jak długo przy obecnym tempie eksploatacji będzie istniał Księżyc, nawet w postaci elipsy z jasnego żwiru? Ile czasu minie, nim masa Księżyca w całości znajdzie Się na Wędrowcu?

Umysł Dona, obeznamy z mechaniką i geometrią przestrzenną, natychmiast udzielił mu przybliżonej odpowiedzi, że potrzeba ośmiu tysięcy dni, aby jedna taka kolumna pędząca z prędkością szesnastu kilometrów na sekundę wchłonęła całą masę Księżyca. Kolumn tych widział dopiero kilkanaście.

Ale o n i mogą przyśpieszyć prędkość kolumny, mogą uruchomić nowe kolumny, a poza tym niewykluczone, że inne już działają na biegunie południowym Wędrowca. Rozejrzał się i rzeczywiście zobaczył w oddali trzy następne: wyglądały jak olbrzymie, szare węże wijące się w górę.

Niebo było teraz ciemnoniebieskie, ciemnozielone i brązowe, a kolory wirowały na nim wolno jak skłębiona woda w olbrzymiej, groźnej rzece. Don spojrzał na jaśniejsze bryły wznoszące się wszędzie na pustym srebrnym chodniku w pewnej odległości od szybów; przebieg! wzrokiem po tych potężnych, gładkich, pastelowych bryłach o przeróżnych kształtach, których krąg przerywała jedynie spadająca kolumna kamieni, i nagle doznał wrażenia, że odkąd patrzył na nie po raz ostatni, niektóre bardziej oddalone bryły zmieniły pozycję i kształt — a nawet przysunęły się bliżej.

Sama myśl, że olbrzymie budynki — albo czymkolwiek są te bryły — poruszają się, kiedy wokoło nie ma żadnych innych śladów życia, zaniepokoiła go: obrócił się w stronę otoczonego srebrnymi poręczami szybu i obserwując górne piętra zaczął rozpaczliwie szukać choćby najlżejszych oznak życia. Rozglądając się we wszystkie strony najpierw usiłował zbadać górne piętra bezpośrednio pod sobą, ale srebrny występ, na którym stał, wysunięty niczym okap dachu kilka metrów nad szybem, zasłaniał mu widok. Spojrzał więc w okna i balkony po przeciwnej stronie i w następnej chwili wydało mu się, że widzi matę, ruchome postacie, ale z tej odległości nie mógł być pewien, czy się nie myli, tym bardziej że wszystko mu już wirowało przed oczami. Zastanawiał się, czy nie wrócić do kabiny po lornetkę, kiedy usłyszał za sobą miły, ale stanowczy głos:

— Chodź.

Kosmonauta obrócił się bardzo wolno. Przed nim stało — z gracją i dumnym spojrzeniem matadora — szczupłe, trochę wyższe od niego, czarne, dwunożne stworzenie nakrapiane czerwonymi cętkami: coś pomiędzy kotem a istotą człekokształtna. Wyglądało jak gepard z wysokim czołem, trochę wyższy od stojącego na dwóch łapach kuguara albo jak szczupły, czarny tygrys w czerwone łaty, ubrany w czarny turban i wąską czerwoną maskę — turban, to wypukłe czoło i skronie inne niż u kotów. Ogon niczym czerwona włócznia sterczał za piecami. Stworzenie miało stojące uszy i wielkie spokojne oczy, których źrenice przypominały kwiaty.

Nie zmieniając prawie pozycji złączonych, szczupłych nóg, a jednak wdzięcznym, tanecznym ruchem, stworzenie zapraszającym gestem wyciągnęło rękę o czterech palcach, otworzyło cienkie usta w czarnej połowie maski i ukazując ostre końce kłów, powtórzyło łagodnie:

— Chodź.

Powoli, jak we śnie. Don podszedł. Kiedy się zatrzymał, stworzenie skinęło głową i nagle płyta chodnika, na której obydwoje stali — okrągła, srebrna płyta o średnicy mniej więcej trzech metrów — bardzo wolno zaczęła się zapadać. Stworzenie delikatnie oparło rękę na jego ramieniu. Donowi przypomniał się Faust i Mefistofeles zstępujący do piekła. Faust chciał zdobyć najwyższą wiedzę. Za pomocą magicznych luster Mefistofeles pozwolił mu wszystko ujrzeć. Ale jaki magiczny przyrząd daje zrozumienie?

Zapadli się do wysokości kolan, kiedy na niebie coś błysnęło. Za Babą Jagą zawisł nagle trzeci talerz latający i statek tak podobny do Baby Jagi, że Donowi dech zaparło w piersiach. Pomyślał, że to Dufresne. Ale po chwili ujrzał znaczne różnice w konstrukcji pojazdu i czerwoną, radziecką gwiazdę.

Płyta, na której stali, osunęła się niżej i srebrzysta krawędź chodnika przesłoniła mu widok.

Rozdział 21

Tylko niewielka ilość osób miała bezpośredni kontakt z Wędrowcem i jego mieszkańcami, nieco więcej ludzi obserwowało planetę w sposób naukowy, korzystając z teleskopów i urządzeń pomiarowych, ale przeważająca większość wiedziała o nowej planecie tylko tyle, ile zdołała dojrzeć gołym okiem i wywnioskować ze zniszczeń wyrządzonych przez przybysza. Pierwsza seria zniszczeń miała charakter wulkaniczny i diastroficzny. Skutki pływów, a właściwie naprężenia pływowego, znacznie prędzej ujawniły się w skorupie ziemskiej niż w hydrosferze.

W ciągu sześciu godzin od ukazania się Wędrowca w strefie sejsmicznej okalającej Pacyfik występowały trzęsienia ziemi, które przez środek Azji docierały do północnych brzegów Morza Śródziemnego. Ziemia pękała, miasta wabiły się w gruzy. Wulkany dymiły, pluły ogniem. Kilka wybuchło. Wstrząsy — spośród nich wiele podwodnych — nastąpiły w tak odległych od siebie miejscach jak Alaska i Antarktyda. Olbrzymie tsunami szalały po oceanach, a potężne, długie fale piętrzyły się i niczym gigantyczne pięści spadały na przybrzeżne mielizny. Ginęły setki tysięcy ludzi.

Mimo to istniało wiele obszarów, nawet w pobliżu morza, na których zniszczenia i spustoszenia były tylko znane z pogłosek, z nagłówków w gazecie czy też, póki Wędrowiec swoim ukazaniem się na horyzoncie nie zakłócił wszystkich fal radiowych, z wiadomości usłyszanych w radiu.

Richard Hilary spał prawie całą drogę przez Berks, nie pamiętał wcale Reading i dopiero teraz, gdy autobus po raz pierwszy przejeżdżał przez Tamizę nie opodal Maidenhead, zaczął się powoli budzić. Usiłował sobie wmówić, że zmęczył go nie tyle nocny spacer — był doskonałym piechurem — co literackie tyrady Dai Daviesa.

Dochodziło południe i autobus zbliżał się do ciemnych zarysów zakopconego Londynu i ujścia Tamizy. Richard podciągnął wreszcie zastanę i z upodobaniem rozpoczął smętne rozważania o zgubnych skutkach uprzemysłowienia, przeludnienia i wielkiej zabudowy, — Wiele pan stracił, przyjacielu — zagaił niski mężczyzna w meloniku, siadając obok Hillaryego.

Richard z grzeczności, choć bez entuzjazmu, zapytał, co się stało, a na to mężczyzna ochoczo zaczął mu streszczać bieg wypadków. Wieczorem na całym świecie nastąpiły liczne trzęsienia ziemi — podobno jakiś sejsmolog policzył zygzaki na bębnie i stwierdził: „Bezprecedensowe!” — w wyniku których istnieje również groźba wystąpienia pływów u wybrzeży Wielkiej Brytanii: ostrzeżono już rybaków, żeglarzy i rozpoczęto ewakuację ludności z niektórych nizinnych miejscowości nadmorskich. Kilku naukowców, zapewne dla wywołania sensacji i popłochu, przepowiedziało ogromne pływy w niedalekiej przyszłość!, ale władze stanowczo zaprzeczyły tym mocno wyolbrzymionym doniesieniom. Ludzie o mentalności korektorów z radością wskazywali, że mylenie pływów z tsunami jest błędem powszechnym i starym jak świat.

W tym ogólnym podnieceniu nikt już przynajmniej nie mówił o ogromnym amerykańskim talerzu latającym. Żeby jednak nie pozostać w tyle. Związek Radziecki zaprotestował gwałtownie przeciw tajemniczemu, skutecznie odpartemu zamachowi na ich bezcenną bazę księżycową.

Richard nie po raz pierwszy zauważy!, że przemysł telekomunikacyjny, którym chełpi się nasze stulecie, przede wszystkim napędza rządom i państwom śmiertelnego strachu, a zarazem sprawia, że ogarnia ich śmiertelna nuda.

Nie podzielił się tym spostrzeżeniem ze swoim sąsiadem, lecz kiedy autobus zwolnił, przejeżdżając przez Brentford, obrócił się do okna i zaczął obserwować miasto oczami powieściopisarza; od razu też został nagrodzony scenką rodzajową, którą można by nazwać,,wyścigiem hydraulików” — naliczył trzy małe samochody z godłami firmy hydraulicznej i pięciu śpieszących mężczyzn z torbami na narzędzia i kluczami francuskimi w rękach. Uśmiechnął się na myśl o kłopotach trawiennych życia wielkomiejskiego.

Autobus zatrzymał się niedaleko targu, w pobliżu miejsca, gdzie uregulowany B ran t wpada do Tamizy. Do autobusu wsiadły dwie kobiety — jedna z nich mówiła do drugiej:

— Tak, właśnie dzwoniłam do mamy do Kew. Jest strasznie roztrzęsiona. Mówi, że cały trawnik jest zalany.

Potem coś się nagle stało: brunatna woda ze ścieków zaczęła się wylewać na ulice i równie brudna woda zaczęła tryskać z bram kilku budynków na chodniki.

Richard patrzy! na to z przerażeniem i odrazą: gdzieś w podświadomości żywił przekonanie, że to chore z przejedzenia domy wydalają z siebie — zupełnie niezależnie od ludzi je zamieszkujących — wszystko, czego nie mogły strawić. Biegunka architektoniczna. Nie przyszło mu na myśl, że często pierwszą oznaka powodzi jest wylewanie się ścieków.

Po chwili ukazali się pędzący w popłochu ludzie, ścigani przez strumienie czystej wody, sięgającej od krawężnika do krawężnika, która płynęła ulicą, zmywając z niej brud.

Woda najpewniej pochodziła z Tamizy, ze „słodkiej Tamizy” Spensera.

Dalsze i dużo Większe zniszczenia spowodował Wędrowiec oddziaływając na morza i oceany, zajmujące trzy czwarte powierzchni Ziemi. Może ta warstwa wody jest niczym w porównaniu z bezmiarem kosmosu, ale dla Ziemian od dawna stanowi symbol bezkresnych przestrzeni, głębi i mocy. Morza zawsze miały swoich bogów: fenickiego Dagona, egipskiego Nuna, celtyckiego Nodensa, skandynawską Ranę, boga Rigi, którego czcili autochtoni australijscy, Neptuna i Posejdona. A muzyką mórz są pływy.

Strunami harfy, na której w skupieniu gra Diana, bogini Księżyca, ją ogromne strefy morskich wód — głębokie na kilkanaście kilometrów, szerokie na kilkaset kilometrów, długie na kilka tysięcy kilometrów.

Na wielkich, rozległych obszarach Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego, od Filipin do Chile, od Alaski do Kolumbii, od Antarktydy do Kalifornii, od Arabii Saudyjskiej do Australii, od królestwa Lesota do Tasmanii, ciągną się najdłuższe struny. Stąd pochodzą głębsze tony, a niektóre wibracje trwają cały dzień.

Atlantyk dostarcza tonów średnich, cantabile. Tempo jest tu szybsze i bardziej regularne, a takty południowe grają pływy znane kulturze zachodu. Główne struny sięgają od Nowej Fundlandii do Brazylii, od Grenlandii do Hiszpanii, od Południowej Afryki do Antarktydy.

Kiedy struny się krzyżują, dźwięki zanikają; dzieje się to na przykład przy węzłach pływowych u brzegów Norwegii, przy Wyspach Zawietrznych i na Tahiti, gdzie kontrolę nad małymi pływam! sprawuje Słońce — muzyka dalekiego Apolla, słabiej od Diany uderzającego w struny, niezmiennie niesie ze sobą przypływ w południe i o północy, a odpływ o wschodzie i zachodzie słońca.

Wiolinowe dźwięki harfy oceanicznej powstają dzięki echom pływowym w zatokach, ujściach rzek, cieśninach i morzach osłoniętych przez ląd. Najkrótsze struny są na ogół najgłośniejsze i najbardziej dynamiczne — skrzypce przecież dominują nad wiolonczelą; te najkrótsze struny to wysoki przypływ w Zatoce Fundy, przy ujściu rzeki Severn, w okolicach północnej Francji, w Cieśninie Magellana i na Morzu Arabskim i Irlandzkim.

Pod dotknięciem delikatnych palców Księżyca struny wodne wibrują łagodnie — pół metra w górę i w dół, jeden metr, trzy metry, rzadziej sześć, bardzo rzadko wyżej niż sześć.

Ale harfę mórz wyrwano z rąk Diany i Apolla: teraz struny jej szarpią palce osiemdziesiąt razy silniejsze. Pierwszego dnia po ukazaniu się Wędrowca przypływy i od — pływy były od pięciu do piętnastu razy większe niż zazwyczaj, drugiego dnia większe od dziesięciu do dwudziestu pięciu razy — a woda błyskawicznie reagowała na wirtuoza Wędrowca. Dwumetrowe fale osiągnęły wysokość dwudziestu metrów, dziesięciometrowe — wysokość stu metrów i więcej.

Potężne pływy przebiegały mniej więcej tak jak dawniej: grał inny harfiarz, ale harfa była ta sama. Tahiti była tylko jednym z wielu terenów na Ziemi — nie wszystkie były cofnięte w głąb lądu — gdzie przybysz nie wyrządził szkód, a stanowił jedynie efektowne widowisko astronomiczne.

Wybrzeża powstrzymują morza wysokimi murami podmywanymi stale przez pływy. Jednakże gdzieniegdzie na Ziemi graniczą z morzem rozległe obszary nizinne — tu przypływ odbywa codziennie kilkukilometrową drogę w głąb lądu: to Holandia, północne obszary Niemiec, kilka innych plaż i słonych moczarów oraz północno-zachodnia część Afryki.

Ale istnieje również wiele płaskich brzegów wznoszących się zaledwie kilka czy kilkanaście metrów nad oceanem. Tam wzmożone przez Wędrowca pływy wdzierały się od piętnastu do osiemdziesięciu — i więcej — kilometrów w głąb lądu. Ogromne masy wodne zmieszane z piaskiem i glebą zalewały wąskie doliny i pędziły, porywając i unosząc wszystko, co stało na ich drodze, tocząc z hukiem kamienie i głazy. W innych natomiast miejscach woda wdzierała się cicho jak śmierć.

Tam, gdzie przypływ był gwałtowny, a brzegi niemal pionowe, choć niezbyt wysokie — na przykład nad Zatoką Fundy i Kanałem Bristolskim, przy ujściu Sekwany i Tamizy — fale wzbijały się fontanną w górę i spadały na ląd.

Cofająca się woda strącała w oceaniczne głębiny piasek z niskich szelfów kontynentalnych. Z wody wyłaniały się głęboko osadzone rafy i wyspy, inne rafy i wyspy woda zatapiała. Z płytkich mórz i zatok, na przykład z Zatoki Perskiej, woda odpływała dwa razy dziennie. W cieśninach fale żłobiły głębsze koryta. Woda morska zalewała płytkie przesmyki, zatruwała solą tereny bogate w żyzną glebę, zmywała owce i bydło z pastwisk, równała z ziemią domy i miasta, zatapiała wielkie porty.

Mimo zaskoczenia i widma katastrofy, ludzie biorący udział w akcji ratowniczej, ryzykując życie, dokonywali cudów, przy których blednie sławetna ewakuacja w Dunkierce. Straż przybrzeżna i Czerwony Krzyż, których zadaniem jest niesienie pomocy, rozwijały wspaniałą działalność; przygotowania na wypadek wojny atomowej lub innej klęski sowicie się opłaciły.

Jednakże zginęły miliony ludzi.

Niektórzy wiedzieli, że należy uciekać, ponieważ sytuacja staje się coraz groźniejsza, i uciekli. Inni, nawet na terenach najbardziej zagrożonych, pozostali na miejscu.

Dai Davies kroczył z nieposkromioną energią, a zarazem ze skupieniem pijaka u szczytu upojenia alkoholem, przez rzednącą mgłę po zaśmieconym, piaszczystym korycie rzeki Severn, tuż przy jej ujściu. Dwa razy pośliznął się i upadł, brudząc sobie ręce i ubranie, ale natychmiast się podnosił i nie tracąc chwili ruszał dalej. Od czasu do czasu oglądał się na pozostawione przez siebie ślady i widząc, że idzie krzywo, wyrównywa! kierunek marszu. Również od czasu do czasu, nie zwalniając kroku, pociągał łyk z piersiówki.

Wybrzeże Sornerset dawno już znikło mu z oczu, jedynie w górze rzeki koło Avonmouth przez resztki mgły widział majaczące w oddali przetwórnie rybne. Dawno już ucichły nieszczere okrzyki i obojętne przestrogi („Wracaj, ty durny Walijczyku, bo się utopisz!”) mężczyzn, których spotkał rano w piwiarni.

Co pewien czas Dai śpiewał: „Idę do Walii, mijają mile, a odpływ przybiera na sile”, chwilami urozmaicał piosenkę przekleństwami typu: „Parszywi somersetczycy, ja im pokażę!” albo „Ścierwo jankesi, Księżyc chcą nam ukraść!” i fragmentami swojej nie dokończonej piosenki „Żegnaj Mono”: „Zziębnięta Mono w meteorze-skiffie… Pełna dziewiczo-blasku, choć stara jak Fomalhaut… Zanurza białe palce w moich stawach… Kołysze moje wody w przód i w tył…”

W oddali rozległ się przytłumiony ryk. Helikopter jak duch poleciał w dół rzeki, ryk jednak nie ustał. Dai szedł teraz przez wyjątkowo mulistą pochyłość: buty co rusz zapadały mu się w piasku aż po kostki i za każdym razem musiał uwalniać nogę mocnym szarpnięciem. Pomyślał, że jest nad kanałem Severn i idzie po piaszczystym dnie rozlewiska Welsh Grounds.

Ryk przybrał na sile; wędrówka stała się łatwiejsza, gdyż piaszczyste dno znów zaczęło opadać; ostatnia zasłona mgły znikła i drogę zatarasowała nagle wartka, mętna rzeka, ponad stumetrowej szerokości. Jej pokryte pianą grzywacze wgryzały się chciwie w piaszczyste brzegi po obu stronach koryta.

Dai oniemiał. Po prostu nie przyszło mu do głowy, że przy najmniejszym nawet przypływie Severn znów stanie się rzeką. Uświadomił sobie, że nie przebył jeszcze nawet jednej czwartej kanału.

W górze rzeki, tam gdzie Avon wpada do większej rzeki, dostrzegł — tak, bez wątpienia! — groźne, rozhukane, białe fale.

Daleko w dole rzeki dojrzał pochyłą rufę parowca, który osiadł no mieliźnie. Nad nim unosił się helikopter. Dał się słyszeć daleki odgłos syreny.

Dai odskoczył w tył, kiedy zwał ziemi z brzegu spadł przed nim. Mimo to dzielnie zdjął płaszcz — czekała go przecież przeprawa przez wodę — i wyjął z niego butelkę. Czarna, obłamana belka z przybitymi do niej listwami, podobna do wielkiego scyzoryka z otwartymi ostrzami, popłynęła z pluskiem w dół rzeki. Dai przyłożył butelkę do ust. Była pusta.

Przeszył go dreszcz. Poczuł, że jest bezradny jak mrówka, choć ambicje ma iście napoleońskie. Ogarnął go strach.

Obejrzał się. Ślady butów na piasku były teraz niewyraźnymi wgnieceniami. Piasek połyskiwał od wody, której przed kilkoma minutami jeszcze nie było. Zaczął się przypływ.

Dai odrzucił butelkę i pobiegł czym prędzej po śladach, dopóki jeszcze były widoczne. Nogi zapadały mu się głębiej, niż kiedy szedł w,tę stronę.

Jake Lesher kilkakrotnie nacisnął kciukiem przełącznik, choć wiedział już, że w budynku nie ma prądu. Stał w ciemnym salonie i patrzył na windę. Podczas ostatniego wstrząsu winda obsunęła się o około piętnaście centymetrów i przekrzywiła na bok. Padający na nią cień sprawiał, że aluminiowe ściany wyglądały jak pomarszczone. Chłopcu zdawało się, że widzi wydobywające się z niej czarne nici dymu — wrócił więc w półmrok tarasu.

— Jest coraz więcej dymu, a nawet widać płomienie! — zawołała do niego Sally, wychylając się przez balustradę. — Płomienie pną się w górę i ludzie obserwują je z okien (naprzeciwko, ale poziom wody wzrasta chyba jeszcze prędzej. Istny wyścig. Ramy, Jake, zupełnie jak powódź biblijna, o mieszkanie Hugona to nasza arka Noego. Na tym pomyśle osnujemy naszą sztukę. Pożar też tam będzie.

Jake chwycił dziewczynę za ramię i potrząsnął nią.

— Ty idiotko, to nie są żarty! My się tu usmażymy!

— Ależ, Jake — zaprotestowała Sally — sztuka musi być oparta na autentycznych wydarzeniach. Czytałam o tym.

Na całym świecie ludzie nie zdawali sobie sprawy ze zmian, jakie zachodziły w pływach. Ci w głębi kontynentu na ogół wątpili w to, czego nie mogli obejrzeć na własne oczy, albo pomniejszali rozmiary katastrofy, nie mówiąc już o tym, że wielu z nich nigdy w życiu nie, widziało oceanu. Ci znów na morzu, z dala od lądu, nie widzieli fali pływu unoszącej ich statek — ledwo wyczuli fale spowodowane trzęsieniem ziemi — toteż zupełnie się nie orientowali, czy fala przypływu, na której płyną, jest kilka czy kilkanaście metrów wyższa, a odpływu niższa, niż być powinna.

Powstańcy, którzy opanowali statek „Prince Charles”, mieli ręce pełne roboty — musieli pilnować porządku na wielkim transatlantyku, zajmować się pasażerami i niweczyć próby załogi, która chciała odzyskać kontrolę nad statkiem — postanowili więc mianować czterech kapitanów o równych prawach. Minęło wiele godzin, zanim rewolucyjna rada dyrektorów skierowała statek na kurs w kierunku Cape St. Roque i dalej do Rio de Janeiro, gdzie ich przywódcy mieli w nocy obalić rząd — jednakże z powodu zakłóceń radiowych wiadomość ta nie została potwierdzona. Powstańcy zbyli śmiechem usilne prośby uwięzionego kapitana Sithwisea, żeby skręcić w stronę węzła pływowego przy Wyspach Zawietrznych, traktując je jako oczywisty podstęp, aby zbliżyć ich do statków marynarki brytyjskiej.

Na jachcie „Wytrwały” Wolf Loner obserwował gęsty obłok mgły, który opadał coraz niżej, niemal całkowicie zasłaniając widoczność. W tym mikrokosmosie, składającym się z jachtu, wody i niewyraźnej bieli, znów zaczął sobie wyobrażać, że cały świat oprócz jego jachtu znikł, niewykluczona, iż wybuchła wojna atomowa i miasta znikają z powierzchni ziemi niczym kawałki węgla w piecu, albo że na wszystkich kontynentach rozpowszechniła się plaga złośliwych, sztucznie wyhodowanych, bakcyli i że on, Loner, będzie jedyną żywą osobą, kiedy zejdzie na ląd w Bostonie. Uśmiechnął się spokojnie.

— Pilnuj własnych atomów — powiedział do siebie.

Niektórzy mieszkańcy Ziemi nie chcieli przyjąć do wiadomości najbardziej nawet oczywistych faktów. W Instytucie Badań Pływów w Hamburgu Fritz Scher wyjaśniał ku swojemu całkowitemu zadowoleniu — i ku całkowitemu prawie zadowoleniu Hansa Opfela — każdy zaskakująco odmienny dla danego rejonu zapis pływów, jaki nadchodził. Albo nowy zapis miał precedens, bo takie pływy wystąpiły na danym terenie czterdzieści lub czterysta lat temu, albo woda wzniosła ślą na skutek sztormu, którego tępacy z instytutu meteorologicznego nie zanotowali, albo ktoś znany z niedbalstwa źle odczytał zapis, ktoś znany z braku równowagi psychicznej zwariował, a ktoś znany z komunistycznych przekonań nakłamał.

— Zobaczysz — powiedział Fritz, uśmiechając się do Hansa Opfela, kiedy ten wskazał wzrastający plik raportów o Wędrowcu i zniszczeniu Księżyca. — Zobaczysz. Kiedy zapadnie noc, nasz stary znajomy znów ukaże się na niebie i będzie się z nas śmiał!

Oparł się lekko o gładką powierzchnię urządzenia prognozującego pływy i poklepał je pieszczotliwie, z miłością.

— Ty przynajmniej wiesz, jacy to idioci, prawda? — szepnął czule.

Byli jednak ludzie, którzy jasno zdawali sobie sprawę z tego, co się dzieje.

Barbara Katz zjadła ze smakiem jajko, parówkę i naleśnik polany syropem klonowym, przesunęła filiżankę na drugi koniec wielkiego stołu kuchennego w stronę Hester i westchnęła z wdzięcznością. Na zewnątrz w świetle słonecznym ćwierkały ptaki. Duży zegar ścienny z rzymskimi cyframi wskazywał pół do dziesiątej. Pod zegarem wisiał duży kalendarz z widokiem parku Everglades na Florydzie. Hester dolała Barbarze doskonałej, mocnej kawy i uśmiechając się szeroko, powiedziała:

— Dobrze, że stary KKK ma wreszcie prawdziwą, ładną dziewczynę zamiast tej lalki. Bardziej to naturalne i zdrowe.

Młodsza Murzynka, Helena, zachichotała, odwracając rozbawiony i trochę zawstydzony wzrok, ale Barbara bynajmniej się nie speszyła.

— Ten model lalki nazywa się chyba „Barbara” — powiedziała. — Tak się składa, że ja też mam na imię Barbara. Barbara Katz.

Hester parsknęła śmiechem, a Helena znów zachichotała.

— Dlaczego mówisz o nim „stary KKK”? — zapytała Barbara.

— Bo na drugie imię ma Kelsey — wyjaśniła Hester. — Knolls Kelsey Kettering III. A ty Katz… jeszcze jedno K — i znów się roześmiała.

Rozległo się długie, ciche skrzypnięcie.

— Zamknij drzwi, Benjy — powiedziała ostro Hester, starając się zapanować nad śmiechem, ale wysoki Murzyn nie ruszył się z miejsca. Stał w otwartych drzwiach siatkowych, ubrany w białą koszulę i srebrzystoszare spodnie z ciemnymi lampasami. U góry siatki tkwił kawałek waty — współczesny fetysz, mający odstraszać muchy.

— Jest ogromny odpływ, jak nigdy dotąd — powiedział z przejęciem Murzyn. — Ludzie idą przed siebie, jakby suchą nogą chcieli dojść do Wysp Bahama. Niektórzy mają już całe kosze świeżych ryb!

Barbara wyprostowała się, odstawiła kawę i strzeliła palcami.

— U innych radia i telewizory również nie działają — dodał Benjy, patrząc na dziewczynę. Hester i Helena też na nią patrzyły.

— O której zaczyna się odpływ? — zapytała szybko Barbara.

— Około pół do ósmej — odparł bez chwili wahania Benjy. — Godzinę temu. Z tyłu na kartce kalendarza tak jest napisane.

— Zerwij górną kartkę — rozkazała dziewczyna i zaraz spytała: — Jaki samochód ma pan Kettering?

— Tylko te dwa RollsRoyesy — rzekł Benjy.

— Przygotuj większy do długiej podróży — powiedziała stanowczym tonem. — Zgromadź jak największy zapas benzyny, opróżnij zbiorniki drugiego wozu! Potrzebne nam też będą koce, wszystkie lekarstwa pana Ketteringa, dużo jedzenia, termosy z kawą,., i kilka butelek wody mineralnej.

Patrzyli na nią ze zdziwieniem. Udzieliło im się jej podniecenie, ale wciąż nie wiedzieli, o co chodzi.

— Po co, moje dziecko? — zapytała Hester. Helena znów zaczęła chichotać.

Barbara spojrzała na nich z powagą i rzekła:

— Bo wkrótce nastąpi olbrzymi przypływ. Tak wielki jak ten odpływ, a może nawet większy!

— Przez… Wędrowca? — zapytał Benjy, podając jej kartkę, o którą prosiła.

Czytając, dziewczyna stanowczo skinęła głową. Po chwili powiedziała:

— Pan Kettering ma mniejszy teleskop. Nie wiecie, gdzie on może być?

— Teleskop? — powtórzyło uśmiechając się ze zdumieniem Hester. — A po co… ach, tak, pewnie… oboje interesujecie się astronomią. Drugi teleskop, ten, którym stary podgląda dziewczyny, jest chyba w pokoju myśliwskim.

— W pokoju myśliwskim? — oczy Barbary zaiskrzyły się. — A gotówka? — spytała.

— W którymś z sejfów — odpowiedziała Hester i zmarszczyła lekko brwi.

Rozdział 22

Po nieoczekiwanej kąpieli i wyścigu z falami, grupka na plaży poczuła, że nareszcie znów żyje. Mężczyźni zebrali deski wyrzucone przez morze, rozpalili ognisko przy niskim betonowym moście nad małym zalewem, tuż przy pustej szosie nadbrzeżnej, i teraz wszyscy się suszyli, tłocząc się koło ognia, dzieląc się sprawiedliwie ubraniem i suchymi kocami z furgonetki.

Rama Joan obcięła nogawki mokrych spodni, robiąc i nich krótkie spodenki, bezlitośnie usunęła z żakietu rękawy i tylne poty, zieloną chustę, która dotychczas służyła za turban, zawiązała na szyi w miejscu zniszczonego gorsu i białej muszki, a złocistorude włosy zebrała w koński ogon. Anna i Brecht patrzyli na nią z podziwem.

Wszyscy wyglądali żałośnie. Margo zauważyła, że Ross Hunter jest jakby schludniejszy od pozostałych mężczyzn, ale po chwili uświadomiła sobie, że podczas gdy innym dopiero teraz zaczął się ukazywać lekki zarost, Hunter od początku miał bujną brodę, której zawdzięczał swój przydomek Brodacza.

W miarę jak niebo jaśniało i stawało się coraz bardziej niebieskie, humor się wszystkim poprawiał i ledwo mogli uwierzyć, że to, co wydarzyło się w nocy, nie było złudzeniem i że fioletowozłota planeta w tej właśnie chwili terroryzuje Japonię, Australię i wyspy po drugiej stronie Oceanu Spokojnego.

Ale widzieli potężną skałę blokującą szosę niecałe dwieście metrów na północ, a Brecht pokazał im w odległości mniej więcej półtora kilometra zniszczony domek plażowy i taras oparty o lśniącą siatkę Vandenbergu 2.

— Jednakże sceptycyzm ludzkości wobec własnych przeżyć wzrasta z upływem czasu — stwierdził Brecht. — Dodd, może byśmy podpisali następne oświadczenie?

— Wszystkie wydarzenia zapisuję wodoodpornym atramentem — zapewnił go niski mężczyzna. — Jeżeli ktoś chce przeczytać, służę w każdej chwili.

Na poparcie swoich słów wyjął notatnik i zaczął wolno przewracać kartki.

— A jeżeli ktoś uważa, że się gdzieś pomyliłem, chętnie wniosę poprawkę, ale pod warunkiem, że osoba, która ma zastrzeżenia, pod nią się podpisze.

Wojtowicz, zaglądając mu przez ramię do zeszytu, powiedział:

— Wiesz, Dodd, Wędrowiec wyglądał trochę inaczej niż na twoich rysunkach.

— Bo wygładziłem kontury — przyznał Dodd. — To są schematy. Ale rysowałem je z… natury. Jeżeli jednak chcesz narysować nową planetę z pamięci — i podpisać rysunki — to proszę.

— Nie, dziękuję, kiepski ze mnie rysownik — odparł z uśmiechem Wojtowicz.

— Zresztą w nocy będziesz się mógł przekonać — rzekł Brecht.

— Nie przypominaj mi o tym! — Wojtowicz zasłonił ręką oczy i aż zachwiał się w udanym przerażeniu.

Jedynie Drągal był smutny: siedział na szerokiej balustradzie mostu, wpatrując się tęsknie w horyzont, za którym znikł Wędrowiec.

— Wybrała jego — mruknął z żalem. — Ja wierzyłem, a jedynak mnie pominęła. Jego wciągnęła do latającego talerza.

— Nie przejmuj Się, Charlie — usiłowała go pocieszyć Wanda, kładąc pulchną dłoń na jego chudym ramieniu. — Może to wcale nie była cesarzowa, tylko jej służebnica i pomyliły się jej rozkazy.

— To było naprawdę okropne, kiedy ten talerz zawisł nad nami — powiedział Wojtowicz. — Ale jedna rzecz nie daje mi spokoju — czy jesteście pewni, że Paula porwano? Nie chcę krakać, ale może zniosły go fale: bo przecież nas wszystkich o mało nie zmyły.

Brecht, Rama Joan i Hunter przysięgli, że na własne oczy widzieli całe zajście.

— Mnie się zdaje, że jej bardziej chodziło o kotkę niż o Paula — dodała Rama Joan.

— Dlaczego? — zapytał Dodd. — I skąd wiesz, że to „ona”?

Rama Joan wzruszyła ramionami.

— Sama nie wiem. Nie zauważyłam u niej żadnych narządów płciowych, a z wyglądu przypominała kotkę.

— Ja też nie zauważyłem — poparł ją Brecht — choć to nie była odpowiednia chwila, żeby wypatrywać ich chciwym, lubieżnym okiem.

— Myślisz, że ten talerz miał napęd bezinercyjny tak jak pojazdy w książkach E. E. Smitha? — zapytał Brechta Harry McHeath.

— Sądząc ze sposobu, w jaki przyleciał, myślę?, że tak. Zresztą w obecnej sytuacji fantastyka naukowa jest naszym jak na razie jedynym źródłem informacji. Ale z drugiej strony…

Margo skorzystała z chwili, gdy wszyscy byli zajęci rozmową, i znikła w krzakach, które wcześniej pełniły funkcję damskiej toalety. Weszła na niewielkie wzniesienie przy 15M zalewie i stanęła na usianym głazami, szerokim występie skalnym sześć metrów nad plażą.

Rozejrzała się dokoła. Była sama. Spod skórzanej kurtki wyjęła szary pistolet, który wypadł z talerza. Po raz pierwszy mogła spokojnie obejrzeć broń. Ukrywanie jej podczas suszenia ubrania stanowiło niemały kłopot.

Gładki, opływowy pistolet był matowoszary — sądząc z lekkości zrobiony z aluminium albo magnezu. W zwężającej się lufie nie było żadnego otworu, przez który mogłaby wylecieć kula. W miejscu cyngla znajdował się owalny guzik. Kolba była dopasowana do chwytu dwoma palcami i kciukiem. Po lewej stronie pistoletu, trzymanego przez Margo w prawej ręce, widniał wtopiony w kolbę i przypominający termometr wąski, pionowy pasek, który bez mała na całej swej długości lśnił fioletowym blaskiem.

Margo na próbę objęta palcami kolbę. Tuż przed lufa. na skraju występu leża! półmetrowy głaz. Serce zaczęło jej walić. Wycelowała pistolet i nacisnęła spust. Nic się nie stało. Nacisnęła trochę mocniej, jeszcze mocniej, i na — raz — mimo że przy strzale nie było odrzutu — głaz razem z metrowym odłamom skalnego występu wzniósł się w powietrze i spadł cicho trzydzieści metrów dalej, wzbijając w górę fontannę piasku. Margo poczuła na plecach lekki powiew. Ze zbocza posypał się żwir.

Wzięła głęboki oddech, przełknęła ślinę i uśmiechnęła się szeroko. Fioletowy pasek, jeżeli w ogóle zmalał, to tylko o milimetry. Schowała pistolet pod kurtkę i zapięła pas o jedną dziurkę dalej. Zmarszczyło brwi w zamyśleniu.

Przeszła z powrotem przez wzniesienie i tam, po drugiej stronie, zobaczyła Huntera — promienie słońca znad wzgórz barwiły mu wąsy na kolor miedziany.

— Oj, profesorze! — zawołała. — Ładnie to tak?

— Co? — spytał Hunter i chyba się uśmiechnął, ale Margo nie była pewna, gdyż broda zasłaniała mu usta.

— Podglądać dziewczynę, kiedy odchodzi na bok.

Hunter spojrzał na nią. Margo przygładziła jasne włosy.

— Wiesz doskonale, że każdy mężczyzna musi się tobą interesować — powiedział tonem światowca, a potem dodał: — Zdawało mi się, że słyszałem jakby małą lawinę.

— Tak, kawałek, skały stoczył się na plażę — odparła, mijając go — ale nie wierzę, żebyś słyszał hałas.

— Słyszałem — odparł i ruszył za nią ze zbocza. — Zdejmij kurtkę. Jest ciepło.

— Ja bym potrafiła wymyślić subtelniejszy pretekst — powiedziała z ironią dziewczyna.

— Ja też — zapewnił ją Hunter.

— Tak, chyba tak — przyznała po chwili Margo. Zatrzymała się u podnóża zbocza i spytała: — Ross, czy znasz wybitnego naukowca, ściślej mówiąc, światowej sławy fizyka, który swoją wiedzą chce tylko przysłużyć się ludzkości?… Który jest człowiekiem o dużej wyobraźni, a zarazem prawym i dobrym?

— Trudne pytanie. No, jest Drumrnond, Stendhal — ale jego trudno uważać za fizyka — Rosenzweig… no i oczywiście Morton Opperly.

— O niego mi właśnie chodziło — powiedziała Margo.

Dai Davies zastukał w oszkloną część drzwi — złożoną z czworokątnych płytek ujętych w ołowiane ramki — małej piwiarni koło Portishsad. Kolana mu dygotały; twarz miał trupioblada; mokre czarne włosy wisiały w strąkach; ubranie ociekało wodą — nie było jednak zabłocone mimo licznych upadków, gdyż błoto zmyła z niego woda, kiedy Dai, uciekając przed nadciągającym przypływom, pokonał wpław ostatnie sto metrów Kanału Bristolskiego.

Energia, jaka wstąpiła w niego pod wpływem alkoholu, wyczerpała się już — gdyby musiał wykonać jeszcze kilka rozpaczliwych ruchów ramionami i nogami, nie dopłynąłby do brzegu, nie wydostałby się z rwącej, spienionej wody przypływu pędzącej w górę Severn. Potrzebny mu by! tera? mocny trunek: alkohol, spirytus! — tak jak choremu, który uległ ciężkiemu zatruciu tlenkiem węgla, potrzebne jest transfuzja.

Ale ci dranie z Somerset z niewiadomego powodu zamknęli drzwi i ukryli się — a ponieważ w tych godzinach piwiarnia powinna być czynna, nie wątpił, że chcą mu po prostu zrobić na złość nie wpuszczając go, bo nienawidzą Walijczyków i poetów. Przysiąg! sobie, że powiadomi odpowiednie władze o zamknięciu lokalu! Przywarł twarzą do jednej z oprawnych w ołów, matowych szyb w drzwiach, usiłując dojrzeć ukrywających się w tej norze tchórzy, ale ciemna sala była pusta, światła wygaszone.

Zawrócił chwiejnym krokiem, zabijając ręce, żeby się rozgrzać, i krążąc po ulicy wołał ochrypłym głosem:

— Gdzieście się podziali? Wyłaźcie! No, wyłaźcie!

Ale nikt nie wyszedł, ani jedne drzwi się nie otworzyły, ani jedna blada, wroga mu twarz nie wyjrzała przez okno. Był zupełnie sam.

Drżąc na całym ciele, wrócił do drzwi piwiarni, obiema rękami chwycił się framugi, żeby nie stracić równowagi, z trudem podniósł nogę, w którą, gdy płynął przez kanał, złapał go kurcz, i obcasem mocno kopnął w drzwi. Szyby w trzech okienkach pękły, szkło posypało się do środka. Opuścił nogę, kucnął przy drzwiach, przez okno wsadził rękę aż po ramię, przez chwilę szukał zamka, znalazł go i zaczął nim kręcić. Drzwi się otworzyły i Dai, uwalniając rękę z pękniętej szyby i wypaczonych ołowianych ramek, wpadł do wnętrza: zrobił cztery kroki w stronę baru i, bliski omdlenia zatoczył się na środek sali.

Stał tak, chwiejąc się na nogach i z trudem łapiąc oddech, a kiedy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, ogarnęło go cudowne uczucie. Wydało mu się nagle, że nic lepszego na świecie nie mogło mu się przytrafić niż to, że akurat w tej chwili jest tu sam jeden; marzył o tym od dawna i marzenia jego właśnie się spełniły.

Nie zwraca! najmniejszej uwagi na przytłumiony ryk, a że ani razu nie obejrzał się za siebie, nie widział, jak na zewnątrz brudna, spieniona woda powoli wzbiera w Kanale Bristolskim. Patrzył jedynie na bursztynowe i zielone butelki stojące na półkach za barem i na ich zachwycające etykiety. Butelki, jak cenne książki, były dla niego źródłem wszelkiej wiedzy, przyjaciółmi w samotności, a bar — piękną biblioteką, z której należało czerpać i smakować dzieła, które — jak Dai dobrze wiedział — nigdy mu się nie znudzą.

Zbliżając się do nich powoli, szczęśliwy i uśmiechnięty od ucha do ucha, zaczął cicho i melodyjnie odczytywać z etykiet tytuły swoich ukochanych książek.

Zamiast powieści Stendhala miał przed sobą ukochane whisky Black and White, a inne nazwy na etykietach butelek — Old Smuggler, Teachars. White Horse — kojarzyły mu się z podobnie brzmiącymi tytułami dzieł Richaraa Blackmorea, C. P. Snowa i G. K. Chestertona.

Brnąc przez zimną, słoną wodę, generał Stevens minął szyb windy, w którym woda wzbierała tak gwałtownie, aż trzeszczały metalowe drzwi. Latarka zawieszona na szyi generała oświetlała wodę sięgającą do ud oraz ścianę oklejoną tapetą z historycznymi bitwami. Tuż za generałem ukazały się trzy następne latarki.

— Zupełnie jak banda złodziei z jakiejś komedii muzycznej — stwierdził pułkownik Griswold.

Generał obmacał ścianę, rozdarł palcami tapetę i otworzył półmetrowej szerokości drzwiczki, za którymi ujrzeli płytką wnękę z dużą czarną dźwignią.

Obrócił się twarzą do pozostałych.

— Uprzedzam was — rzekł pośpiesznie — wiem tylko, gdzie są drzwi do wyjścia zapasowego. Ale tak jak wy, nie mam pojęcia, dokąd prowadzą, bo miejsce naszego pobytu miało być tajemnicą i jest tajemnicą. Miejmy nadzieję, że prowadzą do jakieś wieży, bo jesteśmy sześćdziesiąt metrów pod ziemią, zalani wodą morską. Jasne? No, to otwieram.

Odwrócił się do nich plecami i zaczął opuszczać dźwignię. Pułkownik Mabel Wallingford stalą tuż za nim, pułkownik. Griswold i kapitan James Kidley kilka kroków dalej.

Dźwignia przesunęła się odrobinę i zacięta się. Generał uczepił się jej obiema rękami i niemal zawisł na drążku. Pułkownik Wailingford podeszła bliżej, również chwyciła dźwignie i z całej siły zaczęła ją ciągnąć w dół.

— Czekajcie! — krzykną! Griswold. — Jeżeli się zacięta, to znaczy…

Dźwignia opadła o dwadzieścia centymetrów. Niecały metr dalej rozerwała się tapeta, otworzyły się niewielkie drzwi i czarny strumień wody lunął do środka, zbijając z nóg kapitana Kidleya i pułkownika Griswolda — pułkownik Wallingford zobaczyła, jak latarka Griswolda zapada się coraz głębiej.

Wody wciąż przybywało — jeden wielki, potężny strumień. Napierała na pułkownik Wallingford i generała Stevensa, którzy trzymali się kurczowo dźwigni.

Rozdział 23

Margo i Clarence Dodd stali oparci łokciami o górną poręcz betonowego mostu i patrzyli na wzgórza, usiłując odgadnąć, skąd się bierze zasłona rozrzedzonego dymu napływającego z południa, która sprawia, że sionce ma czerwony odcień i wszędzie rzuca złowrogi miedziany blask. Margo przyszła tu głównie po to, żeby uciec od Rossa Huntera.

— Może to tylko zarośla płoną w kanionach i w górach — powiedział Dodd. — Wydaje mi się jednak, że to coś poważniejszego. Czy pani mieszka w Los Angeles? zapytał.

— Wynajmuję domek w Santa Monica. Na jedno wychodzi.

— Sama pani tam mieszka?

— Tak, zupełnie sama.

— To dobrze. Bo jeżeli nie spadnie deszcz… — Niech pan spojrzy — powiedziała, patrząc w dół na zalew. — Woda i To chyba znaczy, że w głębi lądu pada deszcz.

Ale w tej właśnie chwili Hixon, który udał się na zbadanie terenu, wrócił naciskając tryumfalnie klakson furgonetki, a za nim podjechał nieduży, kanciasty, żółty autobus szkolny. Oba pojazdy zatrzymały się na moście. Z autobusu wyskoczył Wojtowicz z karabinem. Za Wojtowiczem ukazał się Brecht: stanął na stopniu w drzwiach autobusu niczym na podium.

— Z prawdziwą przyjemnością ogłaszam, że znaleźliśmy transport! ~ obwieścił głośno i radośnie. — Za moją namową pojechaliśmy obejrzeć szosę prowadzącą przez góry Santa Monica i tam, w małej dolinie, niecałe sto metrów od szosy ujrzałem ten oto uroczy autobus, który właśnie czekał pusty na pasażerów. A tymi pasażerami będziemy dzisiaj my! Zbiorniki są pełne, a poza tym znajduje się w nim olbrzymi zapas kanapek z masłem orzechowym i marmoladą oraz kartony napromieniowanego, fluoryzowanego mleka. Proszę szykować się do drogi. Odjazd za pięć minut!

Zszedł ze stopnia i obszedł żółtą maskę pojazdu.

— Dodd — powiedział — to nie jest woda deszczowa, ale woda przypływu. Spójrz tylko na drugą stronę mostu, a zobaczysz lśniącą taflę, która ciągnie się aż do Chin. Wszystko sprzymierza się przeciwko nam. Dodd, ty pojedziesz z Hixonami, bo masz drugi karabin. Ida pojedzie z wami, żeby opiekować się Hanksem. A ja obejmę komendę w autobusie.

— Proszę pana — spytała Margo — czy zamierza pan jechać przez góry aż do Doliny?

— Jeżeli damy radę. Chciałbym, żebyśmy dojechali przynajmniej do tych wzniesień sześćset metrów nad poziomem morza. A potem…

Brecht wzruszył ramionami.

— Vandenberg Trzy jest na końcu tej szosy — powiedziała Margo. — Właśnie na zboczach. Jest tam Morton Opperly, który kieruje teoretyczną stroną badań związanych i Projektem Księżycowym. Sądzę, że powinniśmy się z nim skontaktować.

— Niezły pomysł — przyznał Brecht. — Opperly powinien mieć więcej rozumu niż te oficerki z Vandenbergu Dwa i może chętnie przyjmie do siebie trzeźwo myślących rekrutów. Tak, to całkiem rozsądne, żebyśmy w tej niemal surrealistycznej sytuacji skupili się wokół najwybitniejszych naukowców. Ale Bóg jeden wie, czy uda nam się dojechać do Vandenbergu Trzy, a jeżeli tak, to czy zastaniemy tam jeszcze Opperlyego — dodał, znów wzruszając ramionami.

— To nie ma znaczenia — powiedziała dziewczyna. — Jeżeli tylko istnieje jakaś szansa porozumienia się z nim, proszę, żebyście mi pomogli. Mam bardzo ważny powód, którego na razie jednak nie mogę wyjawić.

Brecht spojrzał na nią badawczo i uśmiechnął się.

— Dobrze — obiecał.

Hunter i inni zaczęli się tłoczyć wokół Brechta zarzucając go pytaniami i własnymi propozycjami.

Margo natychmiast wsiadła do autobusu i zajęła miejsce za kierowcą. Był to starszy człowiek z nachmurzoną twarzą i podbródkiem tak bardzo cofniętym, jakby starzec w ogóle nie miał zębów.

— To miło z pana strony, że zechciał pan nam przyjść z pomocą — zagadnęła.

— Ja? — spytał kierowca i spojrzał na nią z niedowierzaniem, ukazując storę, żółte siekacze i rzadkie czarne zęby trzonowe połyskujące plombami. Wskazał palcem Brechta, który stał przy drzwiach, i rzekł: — On mi powiedział o stusześćdziesięciornetrowej fali, która mnie zatopi, jeżeli czym prędzej nie wydostanę się z doliny. Przedstawił to bardzo obrazowo. A potem powiedział, żebym się nie głowił nad decyzją, bo on ma za sobą faceta z karabinem. Pani uważa, że to miło z mojej strony? Nie miałem innego wyjścia. A poza tym — dodał — lawina zatarasowała drogę na południe, którą miałem jechać. Pomyślałem sobie, że od biedy mogę się przyłączyć do waszej zwariowanej paczki.

Margo roześmiała się zażenowana.

— Przyzwyczai się pan do nas — zapewniła go.

W tej chwili do autobusu wsiadł Drągal, wołając do Brechta:

— No dobrze, Wanda i ja pojedziemy tym wehikułem, ale kategorycznie odmawiam picia mleka z opadem promieniotwórczym i trutką na szczury!

Kierowca spojrzał na Margo.

— Może — odparł kwaśno.

Reszta pasażerów również wsiadła. Podczas gdy kierowca rozmawiał z Margo, Hunter usiadł koło niej. Margo ostentacyjnie przesunęła się, ale Hunter nawet na nią nie patrzył. Brecht stanął w drzwiach i policzył pasażerów.

— Jesteśmy w komplecie — oznajmił. Wychyli! się.i krzyknął do Hixona: — Dobra, jedziemy! Skręcaj i ruszaj za nami!

Autobus i furgonetka zawróciły na moście. Margo zauważyła, że poziom wody w zalewie podniósł się o metr. Nadciągnęła niewielka fala zwieńczona pianą. Plaża, na którą Margo zestrzeliła głaz, też była zalana. Jaszcze w nocy morze było prawie o kilometr od szosy, teraz zaledwie sto metrów dzieliło szosę od fal.

Brecht usadowił się w strategicznym miejscu, które sobie zarezerwował — naprzeciw Huntera i tuż przy drzwiach. Położył nogę na wolnym siedzeniu obok siebie.

— Kierunek: góry Santa Monica — powiedział do kierowcy. — Niech pan jedzie pięćdziesiątką i uważa na głazy. Po sześciu kilometrach szosa nadbrzeżna skręca w góry, mamy więc dość czasu, żeby uciec od Pacyfiku, gdyby zechciał nas wchłonąć. Pamiętajcie — zwrócił się do wszystkich — że pływy na wybrzeżu Pacyfiku są zmienne. Całe szczęście, że dziś rano przypływ nie jest zbyt duży. Harry! — zawołał przez ramię — będziesz naszym oficerem łącznikowym. Pilnuj, żeby furgonetka nie znikła nam z oczu. Hej, nie tłoczcie się wszyscy po stronie morza I Autobus ma być równo obciążony, kiedy wjedziemy w góry. Przypływ już nas nie dogoni — nie grozi nam to.

— Chyba że nastąpią nowe… — zaczęła Margo, ale zaraz ugryzła się w język. Chciała powiedzieć: „nowe fale wywołane trzęsieniem” albo „tsunamii”.

Hunter uśmiechnął się do niej.

— Masz rację. Lepiej nie wywoływać wilka z lasu — szepnął jej do ucha, a potem niewiele głośniej powiedział do Brechta: — Rudolfie, skąd wytrzasnąłeś te stusześćdziesięciometrowe fale?

— Dwumetrowa amplituda pływu w Los Angeles razy osiemdziesiąt — odparł. — Szczerze pragnę, aby się okazało, że przesadzam, ale musimy wiedzieć, czego się z grubsza spodziewać. Ach, życie na fali, dom w wirującej głębi, lalalalala…

Margo wzdrygnęła się, słysząc ochrypły głos Brechta, który śpiewał, chcąc dodać wszystkim otuchy — jak śpiewał, to zupełnie inna sprawa — i zaczęła żałować, że to nie jest głos Paula. Złożyła ręce na piersi i spojrzała na oparcie siedzenia kierowcy. Chociaż było świeżo wyszorowane, mogła na nim odczytać różne napisy typu: „Ozzie to śmierdziel”, „Jo-Ann ma sztuczne cycyki” i „Dziadek ma trzynaście zębów”.

Mimo zapewnień Brechta, że nic im nie grozi, w autobusie panował niepokój, napięcie rosło — pasażerowie pilnie obserwowali ścigające ich fale, patrzyli na zamglony horyzont: Margo poczuła, że napięcie osłabło w chwili, kiedy autobus skręcił na czarną, dwupasmową szosę, która pięła się w górę, ale potem znów wzrosło, gdy wszyscy natychmiast zaczęli obserwować drogę, wypatrując na niej osypisk i wyrw. Przypomniała sobie nagle niezwykle sugestywny opis pani Hixon i zdanie: „Góry bulgotały jak gulasz”. Ale przynajmniej pierwszy odcinek drogi, prowadzący pod niezbyt wysokie wzgórze, był pusty i gładki.

— Furgonetka skręca za nami! — zawołał z tyłu McHeath niczym żołnierz, który zdaje raport.

— W porządku, Harry! — krzyknął do niego Brecht, a potem zadowolony zwrócił się do Huntera i Margo i głośno, tak żeby wszyscy słyszeli, powiedział:

— Liczę na tę szosę górską. Niewiele o niej pisano w prasie, ale prawdę mówiąc jest to olbrzymi krok naprzód w historii budownictwa dróg.

— Hej, Brecht! — zawołał Wojtowicz. — Gdyby ta szosa była nie uszkodzona aż do Doliny, nie byłaby taka pusta.

— Jesteś dziś spostrzegawczy — zauważył Brecht. — Ale nam chodzi o to, żeby była nie uszkodzona tylko przez pięć kilometrów. Wtedy będziemy już dwieście metrów nad poziomem morza. A pozostałe trzydzieści pięć kilometrów już nas nie obchodzi. Właściwie byłoby lepiej dla nas, gdyby dalej droga rzeczywiście była zatarasowana.

— Rozumiem. W przeciwnym razie ugrzęźniemy wśród pięćdziesięciu milionów wozów.

— Mamusiu, przed nami niebo jest czarniejsze — powiedziała Anna, która wraz z Ramą Joan siedziała za Brechtem. — Wielki pióropusz dymu.

— Jesteśmy między ogniem a wodą — oznajmił Drągal, którego znów ogarnął marzycielski nastrój. — Ale bądźcie dobrej myśli. Ispan wróci.

— Tego się właśnie obawiam — rzekł półgłosem Hunter do Margo i patrząc na jej zapiętą na suwak kurtkę, dodał tym samym tonem: — Może byś mi pokazała to, co ci zrzuciła ta kocica? Widziałem, jak złapałaś jakiś szary przedmiot, dziś rano wypróbowałaś go, prawda? Dobrze działa?

Margo nie odpowiedziała, ale Hunter ciągnął dalej:

— Możesz nic nie mówić, jeżeli przez to czujesz się bezpieczniej. Słyszałem twoją rozmowę z Brechtem i z całego serca cię popieram. W przeciwnym razie natychmiast bym ci to odebrał.

Margo nawet nie spojrzała na niego. Może i uczesał brodę, ale wciąż Jeszcze zalatywało od niego piżmem i potem.

Autobus wjechał na pierwsze wzniesienie, wziął powolny zakręt w dół i zaczął się piąć pod następną, bardziej stromą górę. Na drodze wciąż nie było widać żadnych skał ani nawet kamieni.

— Szosa przez góry Santa Monica — powiedział głośno Brecht — biegnie niemal po samych ich szczytach. Zbudowana jest ze wzmocnionego asfaltu, przez co jest bardziej solidna i wytrzymała na wstrząsy tektoniczne. Dowiedziałem się tego wszystkiego myszkując po różnych pismach technicznych. Nie ma to jak wszechstronny geniusz.

— Wszechstronny gaduła — mruknął ktoś z tyłu. Brecht obejrzał się, uśmiechając się ozięble, i spojrzał podejrzliwie na Ramę Joan.

— Jesteśmy już sto metrów nad poziomem morza — oznajmił.

Autobus skręcił i zaczął się piąć pod drugą górę — stąd rozciągał się ostatni widok na szosę nadbrzeżną. Szosa była zalana. Fale rozbijały się o krzaczaste zbocza.

Dai Davies z lekceważącą obojętnością, niczym zafascynowany poezją syn Posejdona w bibliotece swojego ojca, obserwował szeroki, szary Kanał Bristolski, który w zamglonym, srebrzystym świetle zachodzącego słońca lśnił gdzieniegdzie jak stal, podczas gdy woda powoli podnosiła się, zalewając porośnięte głogiem zbocze po drugiej stronie ulicy.

Kiedy po raz ostatni wyglądał przez okno, dwa frachtowce i jeden statek płynęły w dół kanału, zmagając się z powodzią. Teraz już ich nie było: na powierzchni unosiły się jedynie pojedyncze deski, o w oddali mała łódź — Dai uznał, że nie warto się jej nawet przyglądać.

Przed półgodziną włączył radio i słuchał wygłaszanych załamującym się głosem komunikatów o monstrualnych plywach; nerwowo powtarzanych wyjaśnień, że pływy spowodowane zostały olbrzymimi wstrząsami, które nawiedziły skorupę ziemską podczas ostatnich kilku godzin; rozpaczliwych instrukcji dla marynarzy, kierowców autobusów i maszynistów, żeby robili to, owo i co tylko w ich mocy; i ponurych, histerycznych nawoływań, skierowanych do mieszkańców całej Anglii, żeby — z tego, co zdołał wywnioskować — udali się gdziekolwiek, a.najlepiej na szczyt góry Snowdon.

Pomyślał, że wcześniejsza seria rozpaczliwych ostrzeżeń kazała tutejszym tchórzliwym mieszkańcom pozamykać bary i uciec z miasta, ale po chwili odzyskał humor i zaczął tańczyć i śpiewać głośno: „Kto się boi przypływu i fali? Na pewno nie ja, Dail”.

W tym.momencie z zielonkawobiałym błyskiem zgasło światło, a wraz z nim umilkło radio. Chcąc stworzyć weselszy nastrój, Dai poszukał świec i roztopioną stearyną przykleił artystycznie aż siedem do lady baru.

Spojrzał na nie — wszystkie pięknie płonęły, płomyki tańczyły niczym siedem srebrzystozłotych dziewic, rzucając ciepły blask na wspaniałe, zielone i bursztynowe książki, starannie oznakowane etykietami.

— Zaraz, zaraz, może by poczytać Hardyego — powiedział do siebie, mijając dziewicze płomyki i spoglądając na butelkę Old Bushmills. — Ale kusi mnie „Pieśń LXIX” Ezry Pounda — spojrzał na whisky Vat 69. — Hm, co by tu wybrać? A może obcego autora, na przykład Heinricha Heinego? O, właśnie! — i uśmiechnął się do butelki z etykietą Kirschwasser.

Generał Stevens i pułkownik Mabel Wallingford leżeli obok siebie mniej więcej pół metra od betonowego sufitu na dużym jak łóżko wierzchu metalowej szafy. Pułkownik Wallingford zgubiła latarkę, ale generał w dalszym ciągu miał swoją, zawieszoną na szyi. Oświetlała OTIO nieruchomą taflę wody, którą dzieliło zaledwie piętnaście centymetrów od górnej krawędzi szafy.

Sami też leżeli bez ruchu. W głowach szumiało im od ciśnienia rozgrzanego, sprężonego powietrza.

Na ścianie i na suficie nie było nic, na czym mogliby zatrzymać spojrzenie, oprócz kraty wentylatora znajdującego się za głową pułkownik Wallingford.

Głosem dziwnie niskim, a jednocześnie bardzo dalekim generał powiedział:

— Nie rozumiem dlaczego, skoro jest takie ciśnienie, powietrze nie wylatuje tędy — tu wskazał wentylator — wtedy byłoby po wszystkim. Pewnie jest zablokowany. Może wyłączył się wentyl bezpieczeństwa na wypadek opadu radioaktywnego?

Pułkownik Wallingford potrząsnęła głową. Leżała na wznak, kątem oka patrząc na kratę.

— Trzeba się dokładnie przyjrzeć — powiedziała cicho. — Szyb wentylacyjny jest pełen wody, a w kracie są wybrzuszenia przypominające czarne poduszki albo czubki dużych czarnych palców. Ciśnienie wody w górze i w dole zrównało się, przynajmniej na razie, póki nic nie zakłóci napięcia powierzchniowego na kracie.

— Masz przywidzenia — odparł — i luki w hydrostatyce. Ciśnienie wody pod nami jest bez wątpienia większe. I powinno wypychać powietrze.

— Może szyb windy jeszcze nie jest całkiem zalany — rzekła pułkownik, lekko wzruszając ramionami. — I nie mam żadnych przywidzeń.

Podniosła rękę, wsadziła palec w najbliższy otwór wentylatora i prędko go wyciągnęła, kiedy gruby jak cygaro strumień wody trysnął z kraty i z głośnym pluskiem uderzył o gładką powierzchnię poniżej — mogło się zdawać, że to słoń oddaje mocz.

Generał potrząsnął Mabel za ramię.

— Ty głupia dziwko, niech cię szlag trafi — warknął, po czym spojrzał jej w twarz, wsunął palec za kołnierzyk jej bluzki i chwycił materiał tak mocno, jakby miał zamiar go rozerwać.

— Tak — oznajmił ochrypłym głosem i skinął głową. — Czy chcesz, czy nie.

Zawahał się, a potem przepraszająco, ale stanowczo dodał:

— Wszystkie drogi są odcięte, tylko tak możemy szukać zapomnienia.

Pułkownik Wallingford błysnęła zębami w uśmiechu.

— Musimy to dobrze rozegrać, ty sukinsynu — powiedziała, mrużąc lekko oczy. — Nie ma już dla nas ratunku — ciągnęła z namysłem, wymawiając dobitnie każdą sylabę. — Jeżeli uda nam się osiągnąć orgazm w chwili, gdy będziemy tonąć… Musimy chyba poczekać, aż woda nas zaleje… Nie wolno się śpieszyć…

— Świetnie, Mabel! — zawołał głośno pochylony nad nią generał, szczerząc zęby niby upiorna czaszka.

Mabel zmarszczyła brwi.

— To jeszcze nie wszystko — rzekła cicho, ale na tyle wyraźnie, że generał usłyszał ją mimo szumu tryskającej wody. (Z kraty leciały teraz trzy strumienie). — Jest jeszcze coś. Ale na razie możemy zaczynać, o tamtym powiem ci później.

Rozpięła mokry płaszcz, bluzkę i zdjęła stanik. Latarka zawieszona na szyi oficera oświetliła jej piersi. Generał przywarł do Mabel i przystąpili do roboty.

— Nie śpiesz się, ty sukinsynu — szepnęła.

Kiedy ja przytulił wgniatając w jej ciało latarkę, zdawało się, że słaby, czerwony blask wydobywał się z jej piersi. Gdy woda była tylko dwa centymetry od wierzchu szafy, generał i Mabel zatrzymali się na chwilę.

— Jak szczury w pułapce — westchnęła czule.

— Jak na szczura masz całkiem fajne futerko — rzekł generał. — Zawsze myślałem, że jesteś lesbijką.

— Jestem — odparła. — Ale nie tylko lesbijką.

— Pamiętasz, jak nam się zdawało, że widzimy czarnego tygrysa…

— Wcale nam się nie zdawało — powiedziała Mabel i nagle uśmiech rozjaśnił jej twarz. — Śmierć przez uduszenie nie jest ciężka.

Zanurzyła rękę w wodzie, jakby leżało na wznak w kajaku — przez chwilę generał miał wrażenie, że tak jest w istocie.

— To cytat z „Księżnej d’Amalfi”, generale. Słowa księcia Ferdynanda. Ładne, — prawda? — A kiedy generał w zamyśleniu zmarszczył brwi, Mabel, wciąż uśmiechając się błogo, dodała: — Kilka razy czytałam, że wisielec zawsze ma orgazm przed śmiercią, a duszenie i wieszanie to prawie to samo. Nie wiem, czy to również dotyczy kobiet, może tak, zresztą kobiety zawsze muszą ryzykować. Duszenie w każdym razie przyśpieszy działanie wody, a gdyby nam się jeszcze udało zgrać to z orgazmem… No jak, generale, sprawi ci przyjemność zabicie kobiety? Jestem lesbijką i spałam z dziewczynami, których — nigdy nie zdobyłeś. Pamiętasz tę małą rudą z działu statystyki, która mrużyła lewe oko, kiedy na nią krzyczałeś?

Naraz woda trysnęła nad szafą i wyrwała ze ściany wentylator; otwór na przemian wyrzucał syczący strumień wody i wsysał strumień powietrza. Szafa zatrzasnęła się.

Znów wzięli się do dzieła.

— Z początku nie będę cię dusił zbyt mocno, ty nędzna lesbijo! — krzyknął jej do ucha generał. — Postaram się pamiętać, że jesteś kobietą.

— Tak myślisz? — usiłowała przekrzyczeć hałas Mabel. Wyciągnęła ręce i zacisnęła mu na szyi długie, silne palce dusicielki.

Rozdział 24

Zerowa grawitacja była pewnym udogodnieniem, ale Paula i tak bolały przeguby i wszystkie mięśnie od leżenia w rozpostartej pozycji. Uskarżał się trochę w myśli na ból, w nadziei, że Tygryska jakoś zareaguje, ale bez skutku. Kiedy ochłonął z przerażenia i przestał się jej lękać, zaczął narzekać i zadawać jej pytania. Ona jednak stwierdziła: „małpi jazgot” i na chwilę przyłożyła mu do ust puszystą, fioletową łapę: dziwny paraliż poraził Paulowi gardło i dolną część twarzy — jakby ktoś wsadził mu do ust niewidzialny knebel.

Ale ból pozwolił mu przynajmniej zapomnieć o upokorzeniu. Był teraz nagi. Kiedy się Tygryska zorientowała, że prymitywny umysł w pojeździe należy do Paula, a nie do Miau, z pogardą odczytała jego myśli, po czym błyskawicznie ściągnęła z niego mokre ubranie, uwalniając na chwilę jego kostki i przeguby rąk z niewidzialnych pęt. Następnie przystąpiła do inspekcji anatomicznej Paula z taką obojętnością, jakby miała do czynienia z trupem, i wreszcie — co Paul uznał za szczyt zniewagi! — przymocowała mu do krocza dwa urządzenia sanitarne.

Odchodzące od nich rurki prowadziły do tej samej srebrzystoszarej tablicy, do której Tygryska wrzuciła jego mokre ubranie. Paul nazwał tablicę Tablicą Odpadów.

W cieple kabiny wygodniej było leżeć nago, ale mimo to wciąż czuł się upokorzony.

Kiedy Tygryska uporała się z nim, nie kryjąc, że jest to dla niej wyjątkowo niemile zadanie, zabrała się do własnych spraw. Wyczyściła siebie i Miau długim, spiczastym, jasnofioletowym językiem, przypominającym bardziej język żaby niż kota, oraz dwoma srebrnymi grzebieniami, którymi posługiwała się z równą łatwością wszystkimi czterema łapami, jak i chwytnym ogonem. Pociągając rytmicznie grzebieniem, nuciła cicho — trzema głosami naraz — dziwną, nieharmonijną melodię. Włosy, które wypadały przy czesaniu, rzucała do Tablicy Odpadów.

Następnie ze wzniosłą albo po prostu okrutną obojętnością wobec znajdującego się w dole cierpiącego świata — Paul nie był właściwie pewien, czy latający talerz wciąż wisi nad południową Kalifornią, czy w ogóle wisi nad Ziemią — nakarmiła Miau. Z drugiej z trzech tablic — Paul nazwał ją Tablicą Żywności — Tygryska wyjęła grubą, ciemnoczerwoną glistę, która, według Paula, wyglądała na sztuczną. Glista poruszyła się nieco, budząc olbrzymie zainteresowanie Miau, która obserwowana przez Tygryskę, bawiła się chwilę robakiem, unosząc się w stanie nieważkości, a potem z wielkim apetytem zaczęła go jeść.

Następnie Tygryska podeszła do trzeciej tablicy, którą Paul nazwał tablicą sterowniczą, i wróciła do swoich normalnych obowiązków, polegających zapewne na obserwacji.

Kiedy lustro znajdujące się naprzeciw niego po raz pierwszy stało się przezroczyste, Paul rad był z przymocowanych urządzeń sanitarnych.

Kilometr pod nim burzyło się i kipiało gniewne, szare morze: ujrzał samotną, skalistą wyspę i duży, długi tankowiec miotany falami, które zalewały jego dziób.

Ściana po przeciwnej stronie talerza była idealnie przezroczysta. Patrząc na nią, Paul miał uczucie, że zaraz spadnie przez olbrzymi pierścień kwiatów prosto w odmęty. Po chwili na ścianie znów ukazało się lustro. Sytuacja powtórzyła się kilka razy w krótkich odstępach czasu, jedynie odległość talerza od Ziemi za każdym razem była inna. Paul, zawieszony kolejno nad morzem, wybrzeżem i lądem, czuł ściskanie w dołku. Raz zdawało mu się, że rozpoznaje północną część Doliny San Fernando z górami Santa Monica, ale nie był stuprocentowo pewien.

Jednakże co do następnego widoku nie miał żadnych wątpliwości. Znajdował się przynajmniej osiem kilometrów nad Ziemią, a prawie całą szerokość dziesięciometrowego okna wypełniało zalane blaskiem słonecznym miasto, które od zachodu otaczał ocean, od północy i wschodu góry — niestety szyba w kabinie nie obejmowała obszaru na południe.

Przez miasto biegło sześć równoległych pasm dymu powstałych jakby za pociągnięciem pędzla; zaczynały się nad morzem i tam miały kolor cynobrowy, ale w miarę, jak dym przesuwał się w głąb czarnego lądu, ku górom, nabierał brunatnoczarnego zabarwienia.

Los Angeles płonęło. Statek tym razem zawisł dość nisko nad miastem, aby Paul mógł bez trudu rozpoznać główne ośrodki pożaru: Santa Ana, Long Beach, Torrance, Inglewood, Los Angeles Civic Centre i Santa Monica. Ogień w Santa Monica, liżąc południowe stoki gór, docierał do Beverly H i lis i Hollywood.

Paul przypuszczał, że zarówno jego mieszkanie, jak i domek Margo w Santa Monica już się spaliły.

Z tej wysokości mógł sobie jedynie wyobrazić pędzące w popłochu samochody i tarasujące jezdnię wozy strażackie, które z góry wyglądały jak ruchliwe czerwone chrząszcze.

Coś się stało z wybrzeżem na południe od Los Angeles. To woda Pacyfiku sięgała miejscami zbyt daleko w głąb lądu.

Paul zaczął się dusić i naraz uświadomił sobie, że poprzez niewidzialny knebel usiłuje krzyknąć do Tygryski, żeby coś zrobiła.

Tygryska nawet na niego nie spojrzała — odsunęła się od tablicy sterowniczej, przykucnęła na niewidzialnej podłodze i obserwowała południowy wschód i morze.

Trzy kilometry pod statkiem nad zmienionym nie do poznania wybrzeżem pędziła po niebie ciężka szara chmura, ciągnąc za sobą ciemny ogon. Kiedy ogon zetknął się z ogniem na Long Beach, dym stał się biały — deszcz! Ulewny deszcz!

Paul zerknął ku innym pożarom, buchającym na drodze chmur i ujrzał dwa srebrnocynobrowe odrzutowce wojskowe, lecące w jego kierunku. Dym wydobywał się im spod skrzydeł. Po chwili zobaczył cztery rosnące w oczach rakiety, wycelowane w latający talerz.

Naraz zdało mu się, że Los Angeles obniża się raptownie o piętnaście kilometrów. Pole obserwacji powiększyło się trzydziestokrotnie. Paul ujrzał nowe pasma dymu, malutkie z tej wysokości i ciągnące się wzdłuż wybrzeża w stronę Bakersfield. Po chwili widok przesłoniła mu zielona jak stół bilardowy ściana, tym razem bez lustra — zapewne dla odmiany.

Tygryska wsunęła długą łapę do kwiecistego zagajnika i wyciągnęła Miau. Przytuliła do siebie matą kotkę i, na pół odwrócona od Paula, powiedziała głośno:

— Widzisz, my uratowały dla niego małpie miasto. Zawołały duży talerz nad morze. Zrobiły deszcz. Małpy niewdzięczne. Pomagaj małpie, a małpa strzela.

Miau zaczęła się wyrywać, jakby wolała wrócić do zabawy wśród kwiatów, ale Tygryska długim jak sztylet językiem polizała jej pyszczek i kotka przeciągnęła się z rozkoszą.

— Nie lubimy go, prawda? — zamruczała Tygryska głosem, w którym dźwięczał okrutny śmiech, i spod oka zerknęła na Paula. — Małpy! Tłumy tchórzliwych, skrzeczących małp! Bez indywidualności, bez polotu!

Paul chętnie by ją udusił, zacisnął ręce na gładkim zielonym futrze jej szyi. Tak, chętnie by zacisnął ręce na jej szyi i…

Tygryska mocniej przytuliła do siebie Miau i szepnęła głośno:

— On śmierdzi. Jego myśli też śmierdzą.

Nieszczęśliwy Paul przypomniał sobie, jak kiedyś myślał, że Margo się nad nim znęca. Ale wtedy nie znał jeszcze Tygryski.

Don Merriam znajdował się w małym pokoju o ścianach w spokojnych, pastelowych kolorach: siedział na brzegu łóżka, a właściwie na brzegu olbrzymiej, sprężystej poduszki.

Przed sobą na wysokości kolan miał niski stolik, na którym stał przezroczysty kubek, dzban z wodą i przezroczysty talerz pełen małych, białych, gąbczastych sześcianów o chropowatej powierzchni. Spragniony, napił się wody i tylko dla próby wziął do ust kęs sześcianu, mimo że jedzenie miało smak i zapach chleba.

Oprócz stołu i łóżka w pokoju był sedes i prysznic — a raczej metr kwadratowy podłogi w kącie pokoju, gdzie padał deszcz, woda jednak nie pryskała na ściany ani nie zalewała reszty pokoju. Don nie skorzystał jeszcze z prysznicu, chociaż rozebrał się już do bielizny.

Temperatura, wilgoć i oświetlenie pokoju były tak idealnie dopasowane do Dona, jakby pokój stanowił przedłużenie jego ciała.

Zanim zasuwane drzwi koloru ściany zamknęły się za jego gospodarzem czy też strażnikiem, dwunożny, czerwono-czarny tygrys powiedział:

— Napij się. Zjedz. Załatw się. Umyj się i dobrze wypocznij.

Były to jedyne słowa tygrysa, odkąd przywołał do siebie Dona. Podczas krótkiej jazdy windą i przejścia wąskim korytarzem stworzenie nie odezwało się ani razu.

Kosmonauta poczuł ulgę, kiedy stworzenie odeszło, ale zły był na siebie o to, że strach i nieśmiałość powstrzymały go od zadawania pytań: teraz pragnął niemal, żeby stworzenie wróciło.

Radość i smutek z powodu odejścia gospodarza były tylko jednym z wielu mieszanych uczuć, jakie go ogarnęły — był bowiem zmęczony, a zarazem niespokojny; czuł, że jest tu bezpieczny, a jednocześnie wyobcowany; chciał puścić wodze wyobraźni, a przy tym zachować jasność myśli; pragnął spojrzeć prawdzie w oczy, a równocześnie uciec w świat złudzeń.

Pokój ten równie dobrze mógłby być separatką w szpitalu albo kajutą na wielkim transatlantyku. No bo czyż planeta nie jest swego rodzaju statkiem płynącym przez kosmos? A w każdym razie ta planeta z niezliczoną ilością pokładów…

Zmęczenie wzięło górę, światła przygasły, Don wyciągnął się na łóżku, jego umysł jednak stał się naraz zdumiewająco aktywny. Miał wrażenie, że majaczy, ale majaczenie nie było chaotyczne.

W sumie wrażenie było całkiem przyjemne i Don czul się tok, jakby był pod działaniem narkozy. Zapomniał przynajmniej o bólu i lęku.

Przyszło mu na myśl, że oni wdzierają mu się do mózgu i badają go, ale było mu to obojętne.

Zafascynowany obserwował, jak jego myśli, wiedza i wspomnienia ustawiają się w szeregi niby na rewii wojskowej i maszerują przed trybuną honorową.

Wreszcie obrazy zaczęły migać zbyt prędko, żeby mógł za nimi nadążyć, ale i to mu nie przeszkadzało, ponieważ zamazana plama, jaką tworzyły, i ciemność, która ogarnęła jego umysł i wzięła go w objęcia, były ciepłe, tkliwe, obezwładniające.

Rozdział 25

Niezliczone, ogromne fale rozkołysane przez Wędrowca szalały na całym świecie.

Prądy w Cieśninie Florydzkiej oraz w cieśninach Dover, Malakka i Juan de Fuca były zbyt silne, żeby statki mogły tam kursować. Woda wciągała małe statki jak młynówka wciąga kawałki drewna.

Wysokie, solidne mosty, które dotąd wystawione były tylko na porywy wiatru, teraz zostały poddane próbie skłębionej wody. Stały się zaporami dla statków, które wpadały na nie i zrywały je.

Przycumowane statki wyrywały doki albo odrywały się od cum i grzęzły na ulicach miast portowych, rozbijając ściany wieżowców.

Woda odrywała latarniowce z grubych łańcuchów, czasem zaś łańcuchy wciągały statek pod wodę. Zatapiała latarnie morskie. Latarnia u wybrzeża Kornwalii jeszcze przez kilka godzin po zatopieniu świeciła głęboko pod wodą.

Słona woda podmyła i stopiła zmarzlinę u wybrzeży Syberii i Alaski. W Stanach Zjednoczonych i w Związku Radzieckim zalała podziemne wyrzutnie rakietowe niszcząc pociski atomowe. (Jedna z wychodzących jeszcze w głębi lądu gazet proponowała, żeby za pomocą bomb atomowych odeprzeć wodę). Linie wysokiego napięcia, na których nastąpiło zwarcie, wynurzyły się po sześciu godzinach pokryte szlamem.

Na Morzu Śródziemnym małe zazwyczaj fale urosły do tego stopnia, że czyniły takie same szkody, jakie huragany oraz ogromne pływy księżycowe systematycznie wyrządzają w nisko położonych portach oceanicznych.

Słodka woda z Missisipi pokryła cienką warstwą słony przypływ z Zatoki Meksykańskiej, który wdarł się w jej deltę i zalał ulice Nowego Orleanu.

Podobne zjawisko zaobserwowali bracia Araiza i don Guillermo Walker na rzece San Juan. Późnym popołudniem nurt rzeki zmienił kierunek, woda zalała dżunglę po obu brzegach i przybrała słonawy smak. Mężczyźni ujrzeli różne szczątki płynące w górę rzeki. Zaklęli zdumieni — Latynosi z pewnym respektem, don Guillermo teatralnie, posługując się cytatami z „Króla Leara” — i zawrócili łódź w stronę jeziora Nikaragua.

Mieszkańcy olbrzymich miast portowych szukali schronienia na wzgórzach w głębi lądu albo — co było mniej bezpieczne — na górnych piętrach wysokich budynków, gdzie toczyli zawzięte boje o każdy kawałek wolnej przestrzeni. Helikoptery wojskowe ratowały na chybiłtrafił kogo się dało. Niektórzy bohaterowie lub po prostu uparciuchy czy też sceptycy trwali na posterunku. Jednym z nich był Fritz Scher, który przez całą noc nie opuszczał Instytutu Badań Pływów. Hans Opfel, mimo niewielkiej powodzi zalewającej ulice Hamburga, wyszedł na kolację, obiecując, że wróci z kiełbasą i dwoma butelkami piwa, jednakże albo zmogła go powódź, albo odezwał się instynkt samozachowawczy, bo już nie wrócił.

Toteż Fritz nie miał się z kogo wyśmiewać, kiedy pod wieczór przypływ zmalał. A później, około północy, zostało mu tylko urządzenie prognozujące pływy, któremu mógł tłumaczyć, dlaczego — zgodnie z tym, co podają coraz to nowsze doniesienia — woda opada aż tak nisko. Ale to mu nawet odpowiadało, ponieważ jego uczucie do długiej, gładkiej maszyny stawało się coraz gorętsze. Przysunął biurko bliżej maszyny, żeby móc ją ciągle głaskać. Od czasu do czasu podchodził do okna i wyglądał na zewnątrz, ale niebo pokrywały gęste chmury, to też nic nie mąciło jego przekonania, że Wędrowiec nie istnieje.

Wiele osób uciekających przed falami napotkało inne przeszkody, które kazały im zapomnieć o niebezpieczeństwie grożącym ze strony przypływu. W południe według czasu miejscowego autobus szkolny i furgonetka, którymi jechali członkowie sympozjum, prowadziły wyścig z ogniem. Pasażerowie widzieli przed sobą płomienie wspinające się po grzbiecie górskim i dążące szybko do punktu, w którym szosa przecina grzbiet.

Podczas gdy Benjy uparcie prowadził samochód z irytującą monotonią pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, Barbara obserwowała niewielką falę, która wybiegała spod lewego przedniego koła RollsRoycea, rozlewała się po szosie i znikała w wysokim sitowiu. Jako kapitan ekspedycji, przynajmniej we własnym odczuciu, Barbara wiedziała, że powinna była usiąść z przodu, ale sądziła, że ważniejsza w tej chwili jest opieka nad milionerem, siedziała więc za Benjym obok starego KKK. Hester siedziała po drugiej stronie Ketteringa, a Helena z przodu razem z Benjym i stosem walizek.

Kiedy tak jechali na zachód przez bagniste tereny Florydy, słońce, które było wysoko na niebie, zaczęło przez przednią szybę wpadać do wozu. Wszystkie okna po stronie Barbary były pozamykane, w samochodzie panował upał. Wiedziała, że gdzieś na prawo i trochę bardziej na północ powinno być jezioro Okeechobee, ale na razie wszędzie ciągnęło się bezkresne zielone sitowie, urozmaicone tu i ówdzie kępami ciemnych, ponurych cyprysów i wąską, lustrzaną taflą wody, pokrywającą prostą, gładką jezdnię — w najpłytszych miejscach woda sięgała dwóch centymetrów, w najgłębszych — jak dotąd — dziesięciu.

— Miała pani rację z tym wysokim przypływem, panno Barbaro! — zawołał wesoło Benjy. — Wszystko jest zalane. Nie pamiętam, żeby przypływ sięgał tak daleko.

— Cicho, Benjy — zwróciła mu uwagę Hester. — Pan Kettering jeszcze śpi.

Barbara jednak nie podzielała zaufania, jakie w niej pokładał Benjy. Sprawdziła godzinę na dwóch zegarkach Ketteringa, które miała na lewej ręce: było dziesięć po drugiej, a według kartki z kalendarza, drugi wysoki przypływ miał nastąpić w Palm Beach o trzynastej czterdzieści pięć. Ale chyba przypływ zaleje ląd później niż wybrzeże? Pamiętała, że tak jest z wodą w rzekach. Pomyślała, że jej wiadomości stanowczo są zbyt skąpe.

Samochód z opuszczonym dachem, który jechał dwa razy prędzej od nich, minął ich, ochlapując RollsRoycea wodą. Pędził szybko naprzód, rozbryzgując i burząc gładką taflę wody. W samochodzie siedziało czterech mężczyzn.

— Pirat drogowy! — warknęła Hester.

— O rety, całe szczęście, że nasz Rolls nie kurczy się od wody — ucieszył się Benjy. — A to dlatego, że pokryłem go obficie smarem.

Helena zachichotała.

Rozmowa ta obudziła KKK — starzec spojrzał na Barbarę zaczerwienionymi oczkami, które otaczała siatka zmarszczek; sprawiał wrażenie, jakby przespał wszystko, co się działo do tej pory. Wprawdzie brał udział w przygotowaniach do odjazdu, ale znajdował się w stanie odrętwienia. Napędziło to stracha Barbarze, ale Hester wcale się nie przejęła.

— Jeszcze się nie wyspał. Nic mu nie będzie — wytłumaczyła Barbarze.

Teraz Kettering rozkazał rześko:

— Panno Katz, proszę zadzwonić na lotnisko i zarezerwować dwa bilety na najbliższy lot do Denver. I proszę im powiedzieć, że płacę potrójną premię recepcjonistom, pilotowi i linii lotniczej. Denver leży pięćset metrów nad poziomem morza, jest poza zasięgiem przypływu i mam tam przyjaciół.

Barbara spojrzała na niego przerażona i ruchem ręki uświadomiła mu, gdzie się znajdują.

— A tak, zaczynam sobie przypominać — powiedział po chwili Kettering posępnie. — Dlaczego nie pomyślała pani o samolocie? — zapytał z wyrzutem, patrząc na czarną torbę linii Black Bali Jetline leżącą na jej kolanach.

— Pożyczyłam to od przyjaciółki. A całą drogę z Bronx przebyłam autostopem. Rzadko latam samolotami — przyznała się z żalem Barbara, w duchu okropnie na siebie zła. Tak dzielnie zaczęła ratować swojego milionera, ale oszołomiona RollsRoycem nie pomyślała o najlepszym sposobie ucieczki i tym samym skazała może ich wszystkich na zagładę. Dlaczego nie, myślała kategoriami milionerów!

Nagle zaintrygowało ją, czy stary KKK przejęzyczył się, mówiąc o dwóch biletach. Z pewnością chodziło mu o pięć — przecież traktował Hester, Helenę i Benjy’ego jak własne dzieci.

— A przynajmniej wzięliśmy ze sobą dość pieniędzy? — spytał kwaśno Kettering.

— Tak, proszę pana, wzięliśmy wszystkie pieniądze z sejfów ściennych — zapewniła go Barbara, czerpiąc pewną pociechę z myśli o grubych plikach banknotów, które dawały się namacać przez materiał torby.

RollsRoyce zwolnił. Samochód, który ich niedawno minął, stał w sitowiu z maską do połowy zanurzoną w wodzie, a jego czterej pasażerowie po kostki w wodzie zastępowali drogę i wymachiwali rękami.

Widok ten wyrwał Barbarę z zamyślenia.

— Nie zwalniaj! — krzyknęła, chwytając fotel kierowcy. — Jedź prosto przed siebie!

Benjy jeszcze trochę zwolnił.

— Słuchaj się panny Katz, Benjaminie. Gazu! — rozkazał stary KKK głosem tak ochrypłym, że zakrztusił się wymawiając ostatnie słowo.

Barbara zobaczyła, jak Benjy chowa głowę w ramiona, i wyobraziła sobie, że naciskając gaz mruży oczy. Mężczyźni stali nieruchomo, ale kiedy dzieliło ich już tylko kilka metrów od RollsRoycea, odskoczyli na bok, gniewnie pokrzykując. Nie udała im się ta sztuczka.

Barbara obejrzała się i zobaczyła, że jeden z nich mocuje się z drugim, który wyciągnął pistolet.

Może źle postąpiłam? — pomyślała.

Na pewno nie!

Dai Davies siedział na ladzie patrząc, jak ze świeczek, którym nadał żeńskie imiona, spływają ostatnie strugi białych łez, ich dziewicze mleko, i jak czarne knoty opadają i toną w woskowych kałużach. Gwen i Lucy już się wypaliły, teraz przyszła pora na Gwyneth. Dla Daviesa była to podwójna strata, potrzebne mu było ich ciepło i światło: słońce bowiem już zaszło, a przez szybki w oknach i drzwiach widział jedynie zalaną szarą wodą rozległą łąkę, którą ogarniał gęsty mrok. Miał nadzieję, że ujrzy światła w odległej Walii, ale tam też panowały Ciemności.

Woda przypływu już dość dawno temu wtargnęła do piwiarni — sięgała teraz tak wysoko, że Dai siedział z podkurczonymi nogami. Powoli, zataczając koła, pływały po niej dwie szczotki, zmywak na kiju, wiadro, pudełko od cygar i kawałki drzewa opałowego. W pewnej chwili Dai wpadł na pomysł opuszczenia piwiarni i na wszelki wypadek wsadził do bocznej kieszeni dwie półlitrówki. Przypomniał sobie jednak, że jest to najwyżej położony punkt w całej okolicy, że ma tu ciepły, wesoły blask świeczek, a poza tym sam dobrze wiedział, że jest zbyt wstawiony, aby raźno ruszyć w drogę.

Tak czy owak najlepiej udawać, że się jest królem Kanutem na trumnie krokodyla. Jeszcze pięć centymetrów i woda zacznie opadać — pomyślał nagle i głośno rozkazał wodzie, żeby się cofnęła.

Bo przecież o pierwszej lub trochę po pierwszej był odpływ, teraz więc jest już najwyższy przypływ — oczywiście, jeżeli ta szalona woda w ogóle przestrzega starych zasad.

Wciągnął głęboko powietrze, wąchając piątą otwartą butelkę, którą trzymał w ręce — Kentucky Tavern, import ze Stanów — i spojrzał na Elizę. Eliza zadrżała i przygasła, ale po chwili nieoczekiwanie buchnęła jaskrawym, niebieskim płomieniem.

Ołowiane ramki w oknach wygięły się pod naporem nowej fali. Woda wdarła się przez dziurę, którą wybił w drzwiach, Dai nagle zdał sobie wyraźnie sprawę z tego, że bar się kołysze — właściwie, że porusza się cały budynek. Pociągnął z butelki łyk gorzkiego, ciepłego płynu i zawołał ze śmiechem:

— Przynajmniej raz zatacza się knajpo, nie Dai!

Wtem jednak spoważniał, bo wreszcie zrozumiał, co się dzieje, i krzykną! z dumą i uniesieniem:

— Umieraj, Dai. umieraj! Zejdź z tego świata. Ale umieraj dzielnie! Umieraj z butelką whisky w ręce, wzywając ukochaną, żeby znów przybyło do Cardiffu. Ale… — zawahał się i po raz pierwszy pokonując w sobie małostkową zazdrość, jaką czuł do Dylana Thomasa, rzekł: — „Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy. Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy”.

W tej właśnie chwili, gdy Eliza zgasła, a nad szarą równiną znikły ostatnie perliste smugi światła, rozległo się głośne, stanowcze trzykrotne stukanie do drzwi.

Ogarnął go dziki strach, a jednocześnie dodał mu sił, żeby mimo zamroczenia alkoholem skoczyć do lodowatej wody i brnąc w niej, zanurzony po uda, podejść do drzwi i je otworzyć. Tuż za drzwiami w przygasającym blasku Mary, Jane i Leonie zobaczył oparty o framugę długi, ciemny, pusty skiff.

Człapiąc po wodzie, która z jednej strony pomagała mu utrzymać równowagę, a z drugiej hamowała ruchy, Dai wrócił do baru, lewą ręką zgarnął trzy nie rozpoczęte butelki i cofając się do drzwi podniósł z wody dwie pływające szczotki.

Skiff czekał. Dai wrzucił do niego szczotki, ostrożnie ustawił butelki i chwytając się rękami nadburcia, oparł się o łódź. Czuł, że traci przytomność, gdy nagle zimna woda chlusnęła mu w krocze. Dai podskoczył niezgrabnie, przekręcił się i przesunął, aż wreszcie znalazł się w skiffie, twarzą do mokrych drewnianych desek, i dopiero wtedy stracił przytomność. Ładując się do łodzi niechcący kapną! nogą framugę i wypchnął skiff na pełne wody.

Słońce już zachodziło, a Richard wciąż maszerował poboczem, kilka metrów od zatłoczonej wozami szosy. Samochody jechały wolno trzema pasami, jeden przy drugim, zderzak za zderzakiem, uniemożliwiając ruch w przeciwnym kierunku. Richard wiedział, że nie ma sensu zatrzymywać wozu, prosząc o podwiezienie, bo we wszystkich jest komplet pasażerów, a nawet gdyby znalazło się wolne miejsce, natychmiast zająłby je ktoś, komu się rzeczywiście bardziej należało, albo ktoś idący bliżej drogi. Zresztą szedł niema! tak prędko, jak jechały samochody, i znacznie prędzej niż większość pieszych.

Byli teraz za Uxbridge i dążyli w kierunku północno-wschodnim. Wszyscy poczuli ulgę, kiedy zaszło jaskrawe słońce, choć każdy znak mijającego czasu działał jak bodziec: piesi na chwilę przyśpieszali kroku, kierowcy tłoczyli się jeszcze ciaśniej.

Nigdy jeszcze — ani w życiu osobistym, ani w biegu wydarzeń toczących się wkoło niego, ani nawet podczas nalotów, które pamiętał z dzieciństwa — Richard nie doświadczył tak nagłych i drastycznych zmian, jak w ciągu ostatnich sześciu godzin. Najpierw autobus skręca na północ z małej, zalanej wodą uliczki w Brentford… kierowca głuchy na protesty pasażerów wciąż powtarza: „Zarządzenia służby ruchu”… potem sprawozdania radiowe o jeszcze większej powodzi w samym sercu Londynu, o amerykańskim talerzu latającym, widzianym również nad Nową Zelandią i Australią, gdzie go uznano za planetę… zakłócenia radiowe akurat w chwili, gdy ktoś podaje listę,,zaleceń dla ludności cywilnej”… zdenerwowani pasażerowie, którzy martwią się o rodziny, i Richard, który z jednej strony żałuje, a z drugiej strony czuje ulgę, że nie istnieje nikt, o kogo musiałby się niepokoić. Potem autobus zatrzymuje się przy szpitalu West Middlesex i kierowca informuje pasażerów, że ma rozkaz przewiezienia pacjentów… dalsze bezskuteczne protesty… rada dla pasażerów, żeby udali się na północny zachód, „byle dalej od wody”… pasażerowie nie mogą uwierzyć w to, co się dzieje… błąkają Się chwilę po terenie nowego uniwersytetu… coraz więcej samochodów i przerażonych ludzi, uciekających ze wschodu… helikopter skrzętnie rozrzucający ulotki… świeżo wydrukowana ulotka: „Do mieszkańców Western Middlesex: udać się na wzgórza Chiltern. Wysoki przypływ przewidywany dwie godziny po północy”… I wreszcie przyłączenie się do wciąż rosnącego sznura pojazdów i pieszych, sunących na północny zachód, i wmieszanie się w otumaniony, maszerujący tłum.

Richard pomyślał, że idzie już dwie godziny. Był zmęczony: szedł z głową opuszczoną, ze wzrokiem utkwionym w zabłocone buty. Na niżej położonym odcinku, który niedawno minął, były wyraźne ślady powodzi: mętne kałuże i leżąca trawa. Nie wiedział dokładnie, gdzie, jest, poza tym, że daleko za Uxbridge, że przeszedł mostem przez Colne i kanał Grand Junction i że w oddali widać wzgórza.

Mimo zmroku było dziwnie jasno. Richard o mało nie wpadł na grupkę ludzi, którzy zatrzymali się i patrzyli w niebo. Odwrócił się, żeby zobaczyć, na co patrzą, i tam, nisko, na wschodniej części nieba ujrzał wreszcie sprawcę ich nieszczęść — kulę co najmniej wielkości Księżyca widzianego we śnie. Była żółta, jedynie przez środek biegła szeroka fioletowa linia, z której końców wystrzelały ostro załamane fioletowe ramiona tworzące literę D.

D jak desperacja, D jak dewastacja, D jak destrukcja — pomyślał.

Obiekt mógł być planetą, był jednak brzydki — jego jaskrawe kolory upodobniały go do znaków ostrzegawczych w fabryce materiałów wybuchowych.

Pomyślał o Ziemi, która przez tyle milionów lat obracała się samotnie w kosmosie, bezpieczna niczym dom, do którego nigdy nie wchodzi obcy, i o tym, jak niepewne było to jej odosobnienie. Przyszło mu na myśl, że ludzie, którzy przez długi czas żyją samotnie, przyzwyczajają się do swoich nawyków, stają się ekscentryczni i egoistyczni.

Ale dlaczego — zastanawiał się ze złością — kiedy wreszcie następuje mordercza inwazja z drugiego końca wszechświata, intruz przypomina tandetną, krzykliwą reklamę umieszczoną,na okrągłej tablicy?

l nagle przyszło mu na myśl: D jak Dai. Przypomniał sobie, że w Avonmouth przy pełni Księżyca fale przypływu osiągają wysokość piętnastu metrów, i przez chwilę myślał o swoim przyjacielu i o tym, jak on sobie teraz daje radę.

Kiedy Davies odzyskał przytomność, leżał zziębnięty, twarzą do deski. Oparł się łokciami o deskę — kołysząc nią, mimo woli zdał sobie sprawę, że jest to ławka skiffu — podniósł twarz i wsparł głowę na rękach. Za burtą widział tylko ciemną równinę nabrzmiałego wodą Kanału Bristolskiego i kitka dalekich światełek, które mogły pochodzić z Monmouth, Glamorgan czy z Somerset albo nawet z łodzi, trudno jednak było je odróżnić od rozsianych po niebie zamglonych gwiazd.

Poczuł na piersiach zimną, podłużną butelkę. Zdjął nakrętkę i pociągnął haust whisky. Nie rozgrzało go to, ale jakby trochę ożywiło. Butelka wypadła mu z ręki, zawartość wylała się na dno skiffu. Umysł Daviesa nie był jeszcze sprawny. Docierało do niego tylko jedno — że znaczna część Walii wraz z eksperymentalną elektrownią pływową nad Severn znajduje się teraz pod nim. Walia przywiodła mu na myśl Dylana Thomasa i wiersz, którego urywki zaczął mamrotać:

— „Tylko głębokie, zatopione dzwony kaplic i dzwonki owiec… mrok mielizny świętych pól wynurzy… Pod gwiazdami Walii… Krzyk: tak zakrzykną niezliczone arki! (Skiffarka! Samotny Noe!)… lądy pokryte wodami… Hej, stary lisie o chodzie matrosa… myszko Dai!… potop rozkwita teraz”.

Skiff kołysał się miarowo. Myślenie przychodziło Daviesowi z trudem, ale nareszcie zdał sobie sprawę, że niewielkie fale są zapewne resztkami potężnych grzywaczy na Atlantyku, nadciągających w górę Kanału w przeciwną stronę niż przypływ. Ale dlaczego ich malutkie grzbiety pokryte są burgundem i piwem, krwią i złotem?

Fala obróciła skiff o sto osiemdziesiąt stopni i na wschodniej części nieba ujrzał fioletową kulę Wędrowca, na której leżał zwinięty w kłębek złoty smok. Przed smokiem unosiła się trójkątna, złota tarcza. Spoza obcej kuli stopniowo wyłaniało się grube, białe wrzeciono niczym lśniący kokon potężnej białej ćmy. Daiowi przypomniały się relacje radiowe ze zwariowanej Ameryki i nasunęły się pewne skojarzenia: ćma, ćma-Luna, Luna — uświadomił sobie nagie, że wrzeciono to nic innego jak Księżyc, z którym on i Richard Hillary pożegnali się piętnaście godzin temu.

Dai, wstrząśnięty, siedział bez ruchu i wpatrywał się w niebo, aż wreszcie nie mógł tego dłużej znieść. Kiedy ogarnęły go konwulsyjne dreszcze, a skiff płynął coraz prędzej kołysany przez fale, podniósł prawie pustą butelkę i ostrożnie pociągnął z niej haust. Wyprostował się, usiadł, wziął dwie szczotki, wsadził je w dulki i powoli zaczął wiosłować.

Trzeźwy, a może wciąż pijany, tyle że z nowym zapasem energii po odpoczynku, miał szansę uratowania się, mimo że znajdował się bliżej kanału Severn niż wybrzeża Sornerset i przypływ szybko przybierał na sile. Ale wiosłował szczotkami od niechcenia, byle tylko, skiff płynął na zachód, na otwarte.morze i byle on sam mógł obserwować ten dziwny cud na niebie. Patrząc na kulę, mruczał i nucił:

— Mona, droga kochana Mona… znalazłaś nowego kochanka… groźny władca przybył zniszczyć wodą świat… zgwałcona i zhańbiona, Mono kochana, piękniejsza niż kiedykolwiek, z rozpaczy rodzi się twój nowy kształt… czy chcesz być białym pierścieniem?… Wciąż jestem twym poetą, poetą Luny, samotny… samotny walijski żeglarz… jak Wolt Loner powiosłuję dziś w nocy aż do Ameryki, żeby na ciebie patrzeć… u Lloyda dzwon bije zatopionym statkom i miastom, dopóki i jego nie uciszą fale, a wówczas jego stłumione dźwięki będą się rozchodziły z głębi wód po całym świecie.

Fale rosły, pieniły się złocistą czerwienią. Gdyby się Doi odwrócił, zobaczyłby, że pól kilometra za dziobem morze burzy się gwałtownie, a sieć nakrapianych brylantami fal rozbryzguje się wysoko nad szalejącą wodą.

Kiedy Wędrowiec zachodził nad Wietnamem, a słońce wschodziło nad wyspą Hainan, Bagong Bung — malutki przy wielkim mechaniku z Australii — obserwował, jak pięćdziesiąt metrów za dziobem „Machan Lumpur” powoli, metr po metrze, wyłania się z połyskującej wody przeżarty rdzą i porośnięty wodorostami komin.

Silny prąd napierał na podziurawiony komin, woda pieniąc się tryskała wyżartymi przez rdzę otworami; fale zniosłyby nawet „Machan Lumpur”, gdyby śruba parowca ale obracała się bez przerwy. Tymczasem zaś w Zatoce Tonkińskiej następował odpływ i woda cofała się do Morza Południowo-chińskiego.

Z południa dobiegł niski, donośny dźwięk niby grzmot odległego odrzutowca. Dwaj mężczyźni nie zwrócili na niego uwagi. Skąd mogli wiedzieć, że to dwie i pół godziny temu wybuchł Krakatau, wulkan w Cieśninie Sundajskiej.

Na powierzchnię wody wypłynął pokryty szlamem i muszlami pomost wraku. Prąd zaczął słabnąć. Kiedy w polu widzenia ukazał się cały statek, Bagong Bung poznał, że to „Królowa Sumatry”.

Mały Malajczyk padł na kolana, złożył niski ukłon Wędrowcowi na zachodniej części nieba, a tym samym niezamierzenie w kierunku Mekki, i powiedział cicho:

— Terima kasi, bagus kuning dań ungu.

Kiedy już podziękował żółtofioletowemu cudotwórcy, wstał pośpiesznie i wskazując wrak żartobliwym, wielkopańskim gestem, zawołał wesoło:

— O, Cobber-Hume, bait sobat, przywiążemy kuter do statku ze skarbami i wejdziemy na pokład jako królowie! Wreszcie, mój przyjacielu, „Machan Lumpur” został Tygrysem Błot!

O zmierzchu Sally oparła się o balustradę tarasu i westchnęła.

Światło zachodzącego słońca zlewało się z blaskiem płonącej ropy naftowej, która wylała się ze zniszczonych powodzią zbiorników i unosiła się na słonej wodzie zalewającej Jersey City.

— Co tak patrzysz, Sally! — zawołał Jake z pokoju, w którym siedział popijając koniak i zajadając różne gatunki sera. — Znów pożar w budynku?

— Nie, chyba się już nie pali. Woda sięga do połowy domu i ciągle jej przybywa.

— I to ci nie daje spokoju?

— Nie wiem, Jake — rzekła przygnębiona. — Patrzę, jak kościoły znikają pod wodą. Nie wiedziałam, że jest ich aż tyle. Kościół Świętego Patrycego, i Trzech Króli, i Jezusa Chrystusa, i Świętego Bartłomieja, i Najświętszej Marii Panny, i Męki Pańskiej, w którym rozpoczęto kampanię antyalkoholową, i Wszystkich Świętych, i Świętego Marka w Bouwerie, i Mały Kościół na rogu, a także Synagoga i Świątynia Aktorów.

— Przecież ich wszystkich stąd nie widać — zaprotestował Jake. — Nie widać nawet potowy.

— Widzę je w wyobraźni.

— Przestań o tym myśleć! — rozkazał. — Spójrz, Sally, na planecie, która wznosi się teraz nad Empire State Butiding, siedzi KingKong. Jak ci się podoba ten pomysł? Może uda mi się umieścić go w sztuce.

— Na pewno ci się uda — ożywiła się Sally. — A skończyłeś już piosenkę o Arce Noego?

— Jeszcze nie. Ojej, Sally, muszę przecież odpocząć po pożarze.

— Odpoczywałeś przez pół butelki koniaku. Wracamy do pracy!

Rozdział 26

— Wysiadamy! Przerwa na rozprostowanie nóg i spacerek do lasku! — zawołał ochryple Brecht, siląc się na wesołość. — Wojtowicz, tak jak przepowiadałeś, droga jest zatarasowana.

Pojękując trochę, wszyscy chętnie wysiedli z autobusu: górskie powietrze było chłodne i wilgotne. Zachodzące słonce rzucało ukośne, dziwnie zielone promienie — grupa jednomyślnie uznała, że przyczyną tego zabarwienia jest pył wulkaniczny gromadzący się w stratosferze, jedynie Drągal przypisywał je emanacji planetarnej.

Nie ulegało wątpliwości, że wiele przeżyli podczas dnia, który teraz dobiegał końca, toteż skutki nie przespanej nocy srogo dawały się we znaki.

Na żółtej farbie autobusu i białym lakierze furgonetki, stojącej tuż obok, widniały czarne smugi pozostawione przez ogień, przed którym pojazdy ledwo zdołały uciec. Clarence Dodd miał obandażowaną lewą rękę, którą oparzył, kiedy przytrzymywał plandekę, żeby osłonić Raya Hanksa, Idę i siebie przed buchającymi, syczącymi płomieniami.

Wychodząc z autobusu Hunter zaklął, gdyż o mało się nie przewrócił o leżące w przejściu łopaty, którymi przez dwie nużące godziny kopali piasek i żwir, wyrównując zasypany odcinek szosy, ażeby mogły nią przejechać oba pojazdy. Wepchnął łopaty pod siedzenie i zaklął jeszcze raz.

Kilką osób miało mokre ubrania, a czarne smugi na autobusie i furgonetce były miejscami rozmyte przez ogromną ulewę, która wraz z szarymi chmurami nadciągnęła z zachodu i złapała grupę dziesięć minut potem, jak ta zakończyła zwycięski wyścig z ogniem. Wielkie, ciemne zasłony chmur wciąż zasłaniały niebo na wschodzie, natomiast zachodnia część nieba już się gdzieniegdzie rozpogodziła.

Przebyli trzydzieści kilometrów po górach: teraz znajdowali się na przedostatnim grzbiecie górskim, przed końcowym zjazdem w dół do Doliny Vandenbergu 3 i na autostradę 101, ciągnącą się z Los Angeles na północ w kierunku Santa Barbara i San Francisco.

Brecht, który niczym pelerynę wojskową zarzucił na ramiona mokry, pożyczony płaszcz, szedł na czele grupy, a Rama Joan i Margo tuż za nim.

Doszli do miejsca, gdzie szosa biegła po terasie powstałym — po części w wyniku naturalnej erozji, po części na skutek wysadzenia skały dynamitem — w zboczu skalistej góry, które ciągnęło się pod kątem trzydziestu stopni aż do ostrego szczytu znajdującego się pięćdziesiąt metrów wyżej, tworzyło ów poziomy taras, następnie przez kilka metrów znów opadało, tyle że pod trochę większym kątem, i wreszcie zamieniało się w niemal pionowe urwisko, nad którym nie sposób było nic dojrzeć oprócz niewielkiej ściany skalnej oddalonej prawie o kilometr.

Groźne, szare, skaliste zbocze, okryte jasnozielonymi, pomarańczowymi, szaroniebieskimi i czarnymi porostami było pokarbowane, pocięte szczelinami i kotłami, z których tu i ówdzie wystawały głazy wielkości bez mała furgonetki.

Jeden z takich olbrzymich głazów spadł na sam środek szosy wrzynając się w nią głęboko. Trochę wyżej brak porostów wskazywał miejsce, z którego osunął się — przypuszczalnie na skutek trzęsienia ziemi.

— Tak, nieźle ją zatarasował! — zawołał do Brechta Wojtowicz. — Niech to cholera!

Tuż przed głazem ujrzeli zaparkowany bokiem czerwony wóz marki Corvette z otwartym dachem. Samochód stanowił zuchwały kontrast z ponurym krajobrazem. W pobliżu jednak nie było nikogo i na wesołe pozdrowienie Brechta odpowiedziało tylko echo.

Ida podbiegła do Brechta mówiąc:

— Ray nie wytrzyma już dziś dalszej jazdy. Podłożyliśmy mu koc pod plecy, mówi, że to mu sprawia ulgę, ale i tak wciąż go boli, a poza tym ma gorączkę.

Brecht obszedł maskę wozu, nagle stanął jak wryty, a potem wyprostował się i cofnął, jakby niewidzialny bosak pociągnął go do tyłu. Kiedy się odwrócił do pozostałych, twarz miał jeszcze bardziej zieloną od zielonkawego blasku słońca. Podniósł rękę i powiedział:

— Nie ruszajcie się. Niech nikt tu nie podchodzi. Ściągnął z ramion płaszcz od deszczu i przykrył nim coś, co leżało za samochodem.

Ida z cichym, bolesnym jękiem osunęła się na asfalt.

Po chwili opierając się o maskę wozu, żeby nie stracić równowagi, Brecht znów spojrzał na współtowarzyszy; drżącą ręką otarł czoło i wymamrotał niewyraźnie, z trudem, jakby z całych sił powstrzymywał torsje:

— To młoda kobieta. Nie umarła śmiercią naturalną. Rozebrano ją do naga i torturowano. Pamiętacie sprawę Czarnej Dalii? Ta wygląda podobnie.

Margo również poczuła, że ogarniają ją mdłości. Zanim Brecht przykrył ciało jasnym płaszczem, dostrzegła trupiobladą twarz z policzkami rozciętymi tak, że usta zdawały się sięgać od ucha do ucha.

Rama Joan, zasłaniając Annie oczy, wspięła się na palce i zawołała:

— Po tamtej stronie głazu stoją dwa samochody. Wewnątrz nie widać nikogo.

Clarence Dodd stanął za nią.

— Gdzie masz karabin, Dodd? — zapytał Brecht.

— Zostawiłem go w furgonetce. Tą ręką i tak nie mogę strzelać — odparł. — Ledwo mogę pisać w notatniku.

— Ja mam swój! — zawołał Wojtowicz. Ruszył pośpiesznie naprzód, potknął się i byłby upadł, gdyby nie oparł się kolbą o asfalt. Kiedy odzyskał równowagę, spostrzegł, że trzyma broń za lufę niczym pielgrzym laskę.

Nagle usłyszeli ostry męski głos i słowa dobrze znane z filmów kryminalnych:

— Stać. Mamy was na muszce. Najmniejszy ruch, a strzelam.

Spoza skały tuż nad szosą ukazał się mężczyzna, dwóch innych wyszło zza głazu nieco poniżej. Pierwszy trzymał dwa rewolwery i wodził nim: wolno po stojących, dwaj pozostali skierowali karabiny na Wojtowicza. Na twarzach miel! jaskrawoczerwone, jedwabne maski z dużymi otworami na oczy. Mężczyzna z rewolwerami, szczupły i starannie ubrany, nosił nasunięty na czoło młodzieżowy czarny filcowy kapelusz, ale mimo to wyglądał bardziej na dziarskiego, energicznego starca niż na młodego człowieka.

Pewnym krokiem zszedł prędko ze zbocza. Jego oczy, podobnie jak lufy rewolwerów, przesuwały się nieustannie po grupie podróżnych.

— Z Czarną Dalią trafiliście w sedno — rzeki szybko, ale wyraźnie, wymawiając dobitnie każde słowo. — To był mój młodzieńczy wyczyn. Tym razem obejdzie się bez przykrych scen — każde z was ma szansę ocalenia — jeżeli facet z karabinem natychmiast rzuci broń.

Wojtowicz rozluźnił palce i karabin zadrgał dziwnie, nim spadł na ziemię.

— I jeżeli mężczyźni odsuną się od kobiet i staną trochę dalej, tak żeby…

Dwa metry od mężczyzny w czarnym kapeluszu i czerwonej masce z głazu tarasującego drogę posypały się odłamki. Niemal jednocześnie rozległ się świst i trzask strzału z karabinu. To Ray Hanks leżący na łóżku w furgonetce zdołał wystrzelić.

Wojtowicz chwycił z ziemi karabin i strzelił z biodra do dwóch zamaskowanych mężczyzn na zboczu. Obaj natychmiast pociągnęli za cyngla i Wojtowicz upadł.

Margo tymczasem wyciągnęła spod kurtki szary pistolet, wycelowała go w mężczyznę w czarnym kapeluszu i nacisnęła spust. Mężczyzna, wyrzucając ręce na boki, z całych sił uderzył plecami o głaz. Rewolwery wypadły mu z rąk. Głaz zakołysał się lekko.

Ktoś krzyczał dziko, tryumfująco.

Wojtowicz wypalił z ziemi, mężczyźni z karabinami znów strzelili, ale Margo od razu wycelowała w nich pistolet: mężczyźni nagle wylecieli w górę, koziołkując w powietrzu — karabiny ich wirowały osobno — dopóki nie znaleźli się kilka metrów nad przepaścią i me znikli z pola widzenia.

Mężczyzna w czarnym kapeluszu powoli osunął się z głazu zostawiając czerwoną plamę w miejscu, gdzie uderzył głową. Margo podbiegła do głazu, skierowała na niego pistolet: mężczyznę zwiało z urwiska — spadł za swoimi! kompanami, a za nim potoczyły się trzy niewielkie głazy.

Brecht, który był najbliżej linii strzału, wyciągnął przed siebie ramiona i zawirował, jakby tańczył walca; zrobił trzy duże kroki w stronę przepaści, lecz wreszcie udało mu się zatrzymać, wpierając się nogami w niewielki występ skalny. Hunter podbiegł do Margo, jedną ręką chwycił pistolet, drugą oderwał jej dłoń od kolby.

— To ja! — krzyknął jej prosto w twarz.

Dopiero wtedy dziewczyna zaprzestała krwiożerczych wrzasków i zdyszana, wciąż uśmiechnięta szatańsko, skinęła głową.

Drągal podbiegł do Idy.

Harry ukląkł przy Woj łowicz u, który wciąż powtarzał:

— Ojej. Ojej.

Po chwili jednak dodał:

— Wiesz, po pierwszym strzale i tak zamierzałem paść na ziemię. Kula chyba drasnęła mnie w ramię. Lepiej od razu sprawdzić.

Brecht jednym susem znalazł się przy Hunterze i Margo.

— Co to za pistolet? — spytał. — Znalazłem się tylko jednym ramieniem w jego zasięgu, ale miałem takie wrażenie, jakbym rzucał młotem i zapomniał wypuścić go z rąk.

— Nie martw się, nie zużyłam całego ładunku — rzekła pośpiesznie Margo do Huntera. — Jeszcze jest do polowy naładowany. O, widzisz tę fioletową kreskę?

— Pokaż… — zaczął Brecht, ale nagle wyprostował się i prędko rozejrzał wkoło. — Harry! — zawołał. — Przynieś karabin Wojtowicza. Ramo Joan, zajmij się Wojtowiczem. Hixon, weź broń Hanksa, jeżeli nasz bohater zechce ci ją oddać. Ross, oddaj Margo pistolet. Ona umie się — nim posługiwać. Margo, ty i ja zbadamy teren. Musimy sprawdzić, czy nie ma tu więcej tych drani. Idź po mojej lewej ręce i strzelaj do każdego, kto ma broń. Tylko uważaj, jak celujesz.

Margo, która podczas strzelaniny zbladła, teraz znów się uśmiechnęła i zgodnie z poleceniem Brechta stanęła ostrożnie, na lekko zgiętych nogach, po jego lewej ręce. Wanda, która szła do Drągala, żeby pomóc mu ocucić Idę, spojrzała na Margo i od razu odsunęła się od niej jak najdalej.

— Sądzę, że to rzeczywiście był morderca Czarnej Dalii — powiedział z namysłem Dodd. — A teraz już nigdy się nie dowiemy, jak” naprawdę wyglądał. Może by się nawet udało go rozpoznać.

Wojtowicz, który skrzywił się z bólu, kiedy Rama Joan rozdarła zębami zakrwawioną koszulę i ściągnęła mu ją z ramienia, warknął na Dodda:

— Ot, brednie!

Rama Joan oblizała krew z ust.

— Proszę przynieść apteczkę — zwróciła się do Dodda. Brecht wziął karabin McHeatha, wprowadził nowy nabój do komory i wchodząc na zbocze zawołał do Margo:

— Chodźmy, póki jest widno. Musimy dbać o bezpieczeństwo naszego obozu.

Barbara Katz starała się nie okazywać lęku, kiedy ogromny policjant wsadził głowę i latarką przez okno samochodu po jej stronie i głośno, choć spokojnie, zapytał:

— Gdzieście, czarnuchy, ukradli ten samochód?

Dziewczyna zaczęła mu pośpiesznie tłumaczyć, że jest sekretarką i opiekunką Knollsa Kelseya Ketteringa III, jednocześnie zaś przesuwała ręką po framudze oikna, żeby zwrócić uwagę policjanta na banknot studolarowy, który trzymała w dłoni, ale on wciąż świecił im latarką w oczy, nie reagując na pieniądze.

Kiedy blask latarki padł na Ketteringa, Barbara spostrzegła ze zdumieniem, że pokryta siatką zmarszczek twarz milionera upodabnia go do starego Murzyna. Jakiś czas temu Kettering znów zapadł w odrętwienie — upał był dla niego zbyt męczący. Ale teraz małe, bladoniebieskie oczy otworzyły się i łamliwy, choć stanowczy, głos rozkazał:

— Przestań świecić mi w twarz, ty durniu!

To zadowoliło policjanta, bo zgasił latarkę i Barbara poczuła, jak delikatnie wyciąga jej z ręki banknot. Cofnął głowę i rzekł dobrodusznie:

— W porządku, możecie jechać. Ale powiedzcie mi, przed czym właściwie uciekacie? Większość przejeżdżających twierdzi, że przed powodzią, ale huraganu przecież nie ma. Niektórzy mówią, że coś nadciąga od strony Kuby. Uciekacie jak króliki. Nic z tego nie rozumiem.

Barbara wysunęła głowę przez okno.

— Naprawdę uciekamy przed powodzią — wyjaśniła. — Nowa planeta spowodowała ogromny przypływ.

Spojrzała za siebie na szosę, którą jechali: na niebie wschodził Wędrowiec, fioletowy z olbrzymią żółta bestią pośrodku tarczy. Lśniące wrzeciono zniekształconego Księżyca — jeden koniec wrzeciona wydawał się krótszy wskutek zaokrąglenia orbity — wyglądało jak wór, który dźwiga olbrzymia bestia.

— A, więc o to chodzi — powiedział policjant i uśmiech ukazał się na jego twarzy. — Przecież to jest wysoko na niebie i niczym nam nie grozi. Myślałem, że uciekacie przed czymś tu, na Ziemi.

— Ale Księżyc się rozpada — zaoponowała Barbara.

— Księżyc ma inny kształt — tłumaczył jej cierpliwie policjant. — Księżyc jest gdzie indziej.

— Ale ta nowa planeta naprawdę powoduje ogromne przypływy — upierała się Barbara. — Pierwszy nie był aż tak groźny, ale następna będą coraz większe. Nawet najwyżej położone tereny Florydy są zagrożone. Fale mogą zalać cały stan.

Policjant rozłożył ręce, jakby wzywał na świadka spokojną noc, pachnącą kwieciem pomarańczy, i roześmiał się wyrozumiale.

— Ostrzegam pana — powiedziała Barbara. — Ta planeta zwiastuje zagładę.

Policjant wciąż się śmiał. Barbara zawrzała ze złości.

— W takim razie — zapytała — jeże!! nic takiego się nie dzieje, dlaczego zatrzymuje pan wszystkie samochody?

Uśmiech znikł z twarzy policjanta.

— Pilnujemy porządku w Citrus Centre — odparł szorstko i odchodząc do następnego samochodu dodał: Niech pani każe kierowcy jechać, zanim zmienię zdanie. A pani szef nie powinien pozwalać, żeby jakaś Murzynka mówiła w jego imieniu. Wy, czarnuchy po studiach, jesteście najgorsi. Zdobywacie wiedzę, a potem wam się to wszystko miesza z głupimi afrykańskimi zabobonami.

Jechali w milczeniu na północ. Wędrowiec był coraz większy, Księżyc-wrzeciono przesunął się teraz na środek tarczy, a olbrzymia bestia zamieniła się w fioletową literę D.

Knolls Kelsey Kettering III oddychał z trudem.

— Musimy zatrzymać się na noc. Powinien się położyć — rzekła Hester.

Benjy zwolnił i przeczytał napis: „Witamy na terenach wyżynnych”. Roześmiał się radośnie.

— To brzmi zachęcająco! — zawołał.

Wyżyny… czy aby na pewno dostatecznie wysokie? — zamyśliła się Barbara.

Richard Hillary obudził się obolały i zziębnięty. Kiedy spał, niechcący rozrzucił słomę, którą się. przykrył. A do tego słoma, na której leżał, była zupełnie zgnieciona i ciągnęło od ziemi. Chłodno w tych Chiltern Mills — pomyślał na pół zbudzony. Na niebie świeciła nieznana planeta, która po zakończeniu pełnego obrotu znów przedstawiała złowieszczą literę D. Przypomniał sobie inne oblicza planety, które widział: X ze zgrubiałym środkiem oraz fioletową tarczę z dużym żółtym środkiem — oba były równie brzydkie i wyglądały bardziej na znaki czy zabawki używane do testów niż na naturalną strukturę powierzchni. Teraz jednak planeta znów była wypukła jak prawdziwa kula, nie zaś, jak przedtem, płaska niczym tablico reklamowa. Jej zaokrąglony biały pierścień miał w sobie piękno przywodzące na myśl „Ptaka w przestrzeni” Brancusiego. Czy to możliwe, że biały półpierścień to Księżyc, jak zapewniał Hillaryego współtowarzysz wędrówki? Chyba nie. A jednak Księżyc odbył w nocy podróż po niebie, więc gdzież miał się teraz znajdować?

Richard usiadł; starając się rozgrzać, wtulił głowę w ramiona, nastawił kołnierz i zapiał płaszcz pod szyją. Wszystko to nie na wiele się zdało. Sterta słomy, z której wziął kilka wiązek na postanie, znikła. Kiedy dwie i pot godziny temu kładł się spać, na palu leżało najwyżej dziesięć osób, teraz ujrzał wokół siebie dziesiątki niskich, słomianych pagórków, z których każdy służył za posłanie przynajmniej jednej osobie. Nie słyszał, kiedy przyszli — pewnie uciszali się nawzajem, zgarniając słomę i otulając się nią — zapóźnieni goście domu noclegowego pod gołym niebem. Hillary zazdrościł ciepła przytulonym do siebie parom i z tęsknotą myślał o młodej dziewczynie w szarawarach, która przedtem wydała mu się tak głupia i ordynarna. Przypomniał sobie również kiełbasę i tłuczone kartofle, które miała zjeść na obiad.

Spojrzał w stronę wiejskiej chaty: w nocy kupił tam talerz zupy i zapłacił za słomę. Światło wciąż się paliło, ale na oknach rysowały się nieregularne cienie. Uświadomił sobie z lekkim zdumieniem, że to ludzie, szukając ciepła, niczym pszczoły oblegają ściany chaty. Zapewne ci, co późno przybyli, są głodni, a jedzenia, podobnie jak słomy, już nie ma. A może żona wieśniaka coś piecze? Wciągnął nosem powietrze, ale czuł tylko zapach, czegoś słonego. Może kobieta otwiera beczkę peklowanej wołowiny? Zdał sobie sprawę, że ponosi go wyobraźnia.

W ciągu dwóch godzin tłum śpiących powiększył się znacznie, ale teraz nikt już nie nadchodził. Hillary zerknął na bramę — droga, na której panował ruch i zgiełk, kiedy kładł się spać, była pusta i cicha.

Wstał i spojrzał na wschód. Dolinę, którą nie tak dawno przemierzył, spowijała teraz ciemna, srebrzysta mgła, a jej smugi otaczały wzgórze — miejsce jego odpoczynku, zalegając wąwozy porośnięte trawą.

Mgła wisiała nisko i lśniła jak szary metal. Ujrzał sunące tajemniczo dwa światełka — czerwone i zielone.

Uświadomił sobie, iż są to światła łodzi i że mgła jest nieruchomą taflą wody — wody przypływu.

Rozdział 27

Brecht i Margo przeszukali zbocze skalistej góry aż do jej szczytu, przeszli dwieście metrów za samochody, dokładnie badając teren, nie spotkali jednak nikogo, spłoszyli tylko cztery jaszczurki i jastrzębia. Dolina między ostatnimi dwoma grzbietami górskimi była czarna. Widać było jedynie mokre spopielałe wrzosowce i juki oraz zwęglone szkielety karłowatych dębów. Najpewniej przed kilku godzinami wszystko spalił doszczętnie pożar — co by tłumaczyło fakt, dlaczego nikt od tej strony nie nadjeżdżał. Clarence Dodd i Hasrry McHeath przyśpieszyli akcję wywiadowczą, przyłączając się na ochotnika do Margo i Brechta. McHeath zszedł po lewym zboczu na brzeg przepaści i stwierdził, że spada ona pionowo w dół przez dwieście metrów aż do występu skalnego, a dalej jest strome, kamieniste zbocze, porośnięte krzakami.

Nie znaleźli żadnego z rewolwerów mężczyzny w czarnym kapeluszu — albo spadły w przepaść, albo utkwiły między nierównymi, popękanymi skałami.

W dwóch samochodach za skałą znaleźli klucze, które Brecht schował do kieszeni. Ponieważ zapadał już zmierzch, Dodd oświetlił wnętrza wozów latarką i z kart rejestracyjnych wsuniętych za kierownicę spisał nazwiska właścicieli, zastanawiając się, czy jeden z nich nie jest właśnie sadystą, który zamordował Czarną Dalię. Zapewne mężczyzna w czarnym kapeluszu i jego dwaj pomocnicy jechali tymi wozami, kiedy samotna dziewczyna w czerwonej Corvetcie ukazała się z przeciwka — przypadkowe spotkanie przy głazie na drodze — i wtedy, chyba jeszcze przed deszczem, kiedy płomienie buchały, tworząc prawdziwie szatańską zasłonę… nie, lepiej było o tym nie myśleć. Tymczasem Hunter i Hixonowie owinęli zwłoki zamordowanej dziewczyny pożyczonym płaszczem Brechta i małą brezentową oliwkowobrązową płachtą z furgonetki. Wciągnęli zwłoki trzydzieści metrów pod górę i ułożyli w niewiele większej od trumny jaskini, którą znalazł McHeath. Do brezentu przypięli krótką, sporządzoną wodoodpornym atramentem Dodda, relację o okolicznościach śmierci dziewczyny, stawiając znak zapytania przy jej nazwisku i adresie, które to dane spisali z karty rejestracyjnej wozu. Drągal odprawił krótkie, dziwne nabożeństwo, po czym nakreślił sobie na czole zakończony pętlą znak krzyża, podobny do egipskiego klucza życia. Wszystkim od razu zrobiło się raźniej, choć teraz, gdy nie czuli już lęku, a napięcie minęło, zdali sobie sprawę, że padają ze zmęczenia i chcąc nie chcąc muszą tu zanocować. Zaczęli się przygotowywać do wypoczynku: większość grupy — w tym oczywiście dwaj ranni mężczyźni — miała spać w autobusie, ponieważ było chłodno, a przed świtem mogło się jeszcze bardziej oziębić. Hixon obawiał się, czy w razie nowego trzęsienia ziemi skały znów się nie osuną ze zbocza, ale Brecht wyjaśnił mu, że skoro dotychczas nie spadły, to już nie spadną, i dodał, ze wstrząsy, które w ciągu pierwszych godzin spowodowało pole grawitacyjne Wędrowca, już się zakończyły.

Brecht postanowił, za dwie owinięte kocami osoby, uzbrojone w karabin i szary pistolet Margo, będą w nocy pełniły straż w płytkiej niszy między skalami, nieco poniżej szczytu zbocza i niemal dokładnie nad skałą blokującą drogę. Oznajmił, że Dodd i McMeath będą pełnić straż do północy, numer i Margo od północy do pół do trzeciej nad ranem, a on sam i Karna Joan od poi do trzeciej do świtu. Hixon z drugim karabinem będzie spał w autobusie na fotelu kierowcy, a kobiety — po zejściu z warty — w furgonetce razem z Anną. Wanda zaczęła wydziwiać na ten koedukacyjny układ, ale cięta riposta Brechta od razu zamknęła jej usta.

Rozpalili prymus i zagotowali wodę, żeby zrobić kawę. Na kolację wypili kawę z mlekiem i zjedli kanapki z masłem orzechowym i marmoladą, znalezione w autobusie. Z początku Margo myślała, że nie zdoła przełknąć tych słodkich, dziecięcych specjałów, ale po pierwszym kęsie poczuła taki głód, że spałaszowała trzy kanapki i wypiła dwa kubki kawy z mlekiem. Czuła się radośnie podniecona, jak po alkoholu — przed oczami raz po raz stawał jej widok trzech zamaskowanych sadystów zmiecionych ze skały strzałami z jej pistoletu — i beztrosko mówiła ludziom wszystko, co jej w danej chwili przychodziło do głowy.

Za autobusem zobaczyła Drągala i spytała go wprost: — Czy to prawda, że Ida i Wanda obie są pańskimi żonami?

Drągal, bynajmniej nie speszony tym pytaniem, skłonił siwą głowę i odparł:

— Tak, to prawda. Zgodnie z naszą wiarą obie są moimi żonami, a ja ich żywicielem. Związek ten daje nam dużo zadowolenia. Ożeniłem się z Wandą dla jej powabów cielesnych — była wtedy tancerką rewiową — a z Idą dla jej zalet duchowych, teraz oczywiście trochę się to wszystko zmieniło…

Nachmurzony stary kierowca usłyszał odpowiedź Drągala, burknął coś pogardliwie i odwrócił się do nich plecami.

— Co, zazdrościsz mu, dziadku? — spytała Margo przyjaźnie, choć nieco złośliwie.

Tygryska po raz trzeci nakarmiła Miau i spojrzała na Paula. Potem gestem rozmyślnie ludzkim, jak podejrzewał, drwiąco wzruszyła pięknymi, fioletowozielonymi ramionami, bardziej giętkimi od ramion tenisisty czy tancerki hinduskiej, wróciła do Tablicy Żywności i po chwili przypłynęła do niego z torbą w jednej ręce, a dwiema wąskimi rurkami w drugiej. Zawisła nad nim i zmierzyła go wzrokiem, jakby nagle niepewna, czy wepchnąć mu przemocą jedzenie do ust, czy też wprowadzić je dożylnie albo przez odbytnicę.

Mięśnie bolały go teraz okropnie, gardło piekło strasznie z pragnienia, kręciło mu się w głowie — nie tyle zresztą z głodu, co z nadmiaru wrażeń. Jednakże najbardziej irytowała go zmiana w zachowaniu Tygryski. Kiedy Miau jadła. Tygryska tańczyła, był to wspaniały szybki, rytmiczny taniec — wielka kotka robiła piruety i gwiazdy, odbijając się na przemian od sufitu i podłogi pojazdu. Jednocześnie dziwna muzyka wypełniała kabinę, a zagadkowe światło słoneczne drgało miarowo.

Paul uświadomił sobie teraz, że Tygryska z natury porusza się na czubkach palców jak baletnica, bo jest stworzeniem palcochodnym, a nie stopochodnym; zauważył, że jej stopy składają się z samych palców, a wyżej umieszczona pięta jest odpowiednikiem niższego łokcia w ramieniu ziemskich czworonogów.

Jej taniec oczarował go do tego stopnia, że zapomniał o bólu i lęku.

Teraz piękna tancerka znów była nieczułą, sadystyczną pielęgniarką — co za ohydna metamorfoza!

Toteż mimo pragnienia potrząsnął ze smutkiem głową, usiłując zacisnąć odrętwiałe, spieczone wargi. Zmarszczył brwi i spojrzał na nią z powagą, oczami prosząc o litość — zdawał sobie sprawę, że wygląda teraz jak zakneblowana, związana małpa, która błaga, żeby ją uwolniono.

Tygryska uśmiechnęła się, nie rozchylając długich warg — był pewien, że znów naśladuje drwiąco człowieka — i nadal bacznie mu się przyglądała.

Była teraz noc, znajdował się więc na statku już dwanaście godzin, gdy bowiem ostatni raz patrzył na Ziemię, widział — nie miał co do tego żadnych wątpliwości — San Francisco, nad którym zapadał zmrok; widział czarne zgliszcza, budynki osmalone dymem pożarów, zagaszonych przez ulewne deszcze, oraz dziesiątki statków przy Złotych Wrotach. Potem latający talerz przechylił się i Paul ujrzał wschodzącego Wędrowca z tarczą przypominającą mandalę — planetę otaczał asymetryczny, lśniący pierścień, czyli, jak Paul sobie po chwili uświadomił, tyle tylko, co zostało z Księżyca.

Tygryska przysunęła się bliżej, wierzchem zielonej łapy dotknęła nadgarstka prawej ręki Paula, po czym znów się odsunęła. Paul z ogromnym zadziwieniem poczuł, że rękę ma wolną. Poruszył palcami, zgiął a następnie wyprostował łokieć, doznając przy tym nie tak silnego bólu, jak się spodziewał, i już miał podnieść rękę do ust, gdy nagle się zawahał.

Jeżeli dotknę ust — pomyślał — ona może opacznie zrozumieć ten gest i natychmiast wsadzi mi rurkę do gardła.

Dotknął więc czoła, po czym płynnym ruchem opuścił rękę do ust i wskazał jej spiczaste uszy. Pod wpływem natchnienia przesunął rękę z jej uszu na usta, a następnie wskazał własne uszy.

— Chcesz mówić, tak? — zapytała Tygryska. — Małpa i kot wielka rozmowa?

Potrząsnęła powoli zielonym pyszczkiem.

— Nie! Będziesz jazgotać i pytać — jeden pytanie, dziesięć, pięć tysięcy! Znam małpy.

Paul stracił nadzieję. Jednocześnie ogarnęła go niczym nie uzasadnioną pewność, że gdyby chciała, Tygryska potrafiłaby mówić zupełnie poprawnie, ale nie chce — tale jak utalentowany Europejczyk, który mimo że mógłby bezbłędnie posługiwać się każdym obcym językiem, mówi ze swoim rodzimym akcentem, używając takich struktur gramatycznych, jakie stosował, gdy zaczynał się uczyć danego języka, po to jedynie, aby podkreślić swoją odrębność i wyrazić swój krytyczny stosunek do dziwolągów językowych obcej mowy.

— Ja powiem — rzekła Tygryska, idąc na kompromis. Po czym w tempie stenotypistki w sądzie, monotonnym głosem, jakby wszystko ją bardzo nudziło, powiedziała:

— Ja wyższa cywilizacja galaktyczna. Czytam myśli, przekazuję myśli, wędruję w nadprzestrzeni, żyję na wieczność, jeżeli chcę, robię wybuchy słońc — tego rodzaj rzeczy. Wygląd zwierza — przyjęłam postać jak moje przodki. Umysł mały rozmiar, ale ogromna pojemność (psychofizjosubmikrominiaturyzacja! My zawsze będzie wyższa cywilizacja). Nie wierzysz? Słuchaj. Rośliny jedzą substancje nieorganiczne — są wyżej! Zwierzęta jedzą rośliny i są bardziej wyżej! Koty jedzą świeże mięso — są najwyżej! Małpa je wszystko — ohyda!

Wędrowiec podróżuje w nadprzestrzeni — ciągnęła dalej. — Tak, fotografie gwiezdne, wiem. Potrzebuje paliwo, dużo materii dla konwertorów. Wasz Księżyc dobre źródło. Zgnieść go, sproszkować, wyssać masę. Napełnić zbiorniki i w drogę. Wy, małpy, niepotrzebnie boicie i gorączkujecie.

Kiedy umilkła, Paul przez pięć długich sekund kipiał ze złości, wściekły na nią, że wszystko tak bezdusznie upraszcza. Po chwili uświadomił sobie, że nic nie może na to poradzić. Powoli zaczerpnął tchu, starając się uspokoić: miał nadzieję, że nie jest już talki zaczerwieniony. Przycisnął rękę mocno do ust i raptownie ją odsunął, jakby chciał powiedzieć: „Precz z kneblem”.

Przyszło mu do głowy, że skoro ona zna jego myśli, nie ma sensu bawić się w gestykulację, ale prawie natychmiast zdał sobie sprawę, że to wszystko jest przecież zabawą. Koty lubią się bawić, lubią igrać bezradnymi, słabymi istotami i Tygryska nie stanowiła tu wyjątku.

Potwierdziła jego przypuszczenia, gdy powoli i z uśmiechem potrząsnęła głową — zmarszczyła górną wargę i ostre koniuszki wąsów zetknęły się jej nad nosem, tworząc małe kółko.

Postanowił spróbować jeszcze raz. Powtórzył ruch oznaczający „precz z kneblem”, ale potem od razu podniósł do ust rękę, jakby trzymał w niej szklankę, i przechylił ją, udając, że pije. Wreszcie przyłożył palec wskazujący do ust.

Gwieździste źrenice Tygryski zwęziły się do dwóch kropek, kiedy spojrzała Paulowi w oczy.

— Dam ci pić, ale ty nie mówisz? Ani jedno słowo?

Paul skinął uroczyście głową.

Kotka wyjęła z torby białą plastikową butelkę, mniej więcej ćwierćlitrową, i przysunęła mu ją do ust.

— Delikatnie nacisnę, ty ssij — powiedziała i wierzchem drugiej łapy pogładziła go po policzku i brodzie.

Odrętwienie minęło, a jednocześnie chłodny powiew przyniósł ulgę jego spierzchniętym wargom. Po chwili poczuł smak mleka. Pachniało piżmem. Zastanawiał się, czy jest to mleko kocie, czy też syntetyczne i czy jest zdatne do picia dla człowieka, ale doszedł do wniosku, że musi zaufać Tygrysce.

Kiedy zaspokoił pierwsze pragnienie, wyciągnął rękę po butelkę. Kotka ani nie odtrąciła jego ręki, ani też sama od razu nie cofnęła swojej, przez kilka więc sekund Paul czuł przy palcach jej poduszeczki miękkie jak aksamit, elastyczne, jedwabiste futro oraz wygięty, schowany twardy pazur. Po chwili Tygryska cofnęła łapę, mówiąc jedynie:

— Pamiętaj, delikatnie.

Kiedy wyssał mleko do końca, oddał Tygrysce butelkę i odruchowo chciał jej podziękować, ale zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, kotka uderzyła go lekko łapą i znów zakneblowała mu usta.

Zastanawiał się posępnie, czy knebel to tylko autosugestia, czy może niewyczuwalna błona, czy też nagła elektroforeza tkanki — w terminologii medycznej koto… nie, kataforeza! — a może coś zupełnie innego, ale umysł jego szybko ogarnął letarg. Zmęczenie czy środki nasenne? Nie wiedział, bo ten wysiłek umysłowy też był ponad jego siły.

Zasypiając spostrzegł, że niewidzialne słońce przygasa i w kabinie zapada zmrok. Przez sen czuł, jak puszysta łapa Tygryski uwalnia mu z pęt lewą rękę i nogę, zostawiając niewidzialny węzeł tylko na prawej kostce.

Zwinął się w kłębek niczym embrion w łonie matki i zapadł w głęboki sen.

Usłyszał jeszcze głos Tygryski, która rzuciła obojętnie:

— Dobranoc, małpo.

Rozdział 28

Mieszkańcy Ziemi po raz piąty ujrzeli na tarczy Wędrowca symbol in-jang. Wędrowiec już od dwudziestu czterech godzin unosił się nad Ziemią. W Międzynarodowej Stacji Badawczej na biegunie południowym, gdzie akurat była zima i noc ciągnęła się nieprzerwanie miesiącami, meteorolodzy widzieli, że Wędrowiec zatoczył koło po bezsłonecznym niebie, zawsze utrzymując jednakową wysokość nad lodowatym horyzontem i teraz znów zawisł w miejscu, w którym ukazał się po raz pierwszy, to znaczy nad Górami Królowej Maud i Ziemią Marie Byrd. Silny zielony blask odbijał się od śniegu i oświetlał krajobraz.

Nieznana planeta odnowiła wierzenia w siły nadprzyrodzone i wywołała u ludzi różnego typu maniakalne obsesje.

W Indiach, które jak dotąd uniknęły poważnych trzęsień ziemi i doznały niewielkich tylko szkód na skutek powodzi, tłumnie czczono Wędrowca podczas całonocnych obrzędów. Niektórzy byli zdania, że jest to niewidzialna planeta Ketu, wypluta nareszcie przez węża. Bramini przyglądali się Wędrowcowi w milczeniu, napomykając, że może zwiastuje on początek nowej ery.

W Republice Południowej Afryki Murzyni traktowali planetę jako zapowiedź krwawego, zwycięskiego powstania przeciwko Burom.

W krajach protestanckich tysiące ludzi, którzy nigdy dotąd nie czytali Biblii ani nawet do niej nie zaglądali, teraz studiowało Apokalipsę.

W Rzymie nowy papież — jezuita-astronom — zwalczał zabobonne interpretacje wydarzeń, reporterzy szukali odpowiednich filmów i obiektywów, żeby móc fotografować na tle Wędrowca gwiazdy filmowe oraz inne znane osobistości, gdy tymczasem Ostia broniła się przed powodziła, a nowy przypływ z Morza Śródziemnego sunął w górę Tybru.

Pewien teozof angielski mieszkający w Egipcie rozpoznał w kociej istocie, która wyjrzała z latającego obiektu, dobrą boginię Bast, toteż kult kotów rozpoczął się od nowa. Zdaniem teozofa, nowa planeta była bliźniaczką bogini Bast, niszczycielką Sachmet, okiem Ra.

Niesamowite wydarzenia miały również miejsce w Paryżu, gdzie dwie kocie istoty, popełniając ten sam błąd, co Tygryska, uwolniły z ogrodów zoologicznych wszystkie tygrysy, lwy, lamparty i inne drapieżniki. Kilka drapieżnych kotów pokazało się w kafejkach na lewym brzegu Sekwany. Również w Tiergarten w Berlinie, gdzie zwierzętom groziła powódź, kocie istoty powypuszczały je z Zoo.

Aż dziw pomyśleć, że w tym samym czasie Don Merriam spał wygodnie w małej kabinie na Wędrowcu, a Paul spał równie smacznie w pojeździe Tygryski.

Z jednej strony Wędrowiec wywołał ogromny popłoch i doprowadził wielu ludzi do szaleństwa, z drugiej zaś strony jego nagłe ukazanie się i spowodowane przez niego katastrofy podziałały jak terapia wstrząsowa. W wielu szpitalach psychiatrycznych na oddziałach dla furiatów chorzy odzyskali zdrowie.” W ich psychice nastąpiła przemiana, gdy ujrzeli, iż rzeczy niewiarygodne, nieprawdopodobne stają się rzeczywistością i sieją panikę wśród pielęgniarek i lekarzy. Zrozumieli, że w porównaniu z zaburzeniami kosmicznymi psychoza czy nerwica są nieistotne.

Niektórym ludziom w ostatnich minutach ich życia Wędrowiec otworzył oczy na prawdę, jeżeli nawet nie dat im możności ucieczki przed jej skutkami. Nad ranem Fritz Scher, zanurzony po pas w wodzie, wyjrzał w Hamburgu przez okno Instytutu Badań Pływów i zobaczył, że chmury na zachodniej części nieba podniosły się nieco, niczym na pół podciągnięte zasłony: spoza nich wynurzył się Wędrowiec i zaświecił mu prosto w twarz. Gdy Fritz wreszcie dokładnie wszystko zrozumiał, zalał go nowy strumień wody i odepchnął od okna. Przepływając obok maszyny prognozującej pływy, Fritz na próżno usiłował chwycić się „jej gładkich krawędzi. Do ostatniego tchu powtarzał nieustannie:

— Trzeba pomnożyć wszystko przez osiemdziesiąt!

Kiedy zakołysał się hotel, a wraz z nim ciemny pokój na drugim piętrze, Barbara poczuła, jak łóżko na kółkach porusza się lekko. Już chciała z niego wyskoczyć, ale zapanowała nad tym odruchem, przesunęła się tylko bliżej starego Ketteringa i dotknęła ręką Helefiy, która leżała po jego drugiej stronie. Godzinę temu starzec miał gwałtowne dreszcze. Po południu dokuczał mu upał, a teraz, kiedy lodowata woda Atlantyku zasilała Florydę, zimno nie dawało mu spokoju.

Benjy, z twarzą trupiobladą w blasku Wędrowca, stał przy oknie.

— Woda zalała już parter — biadolił — i wciąż szybko przybiera. O, płynie domek letniskowy. Słyszycie, jak rąbie w ścianę hotelu? Chrzęst jak cholera.

— Właź do łóżka, Benjy, i prześpij się trochę! — zawołała z rogu pokoju Hester. — Jak się hotel ma zawalić, to się zawali. Jeżeli woda zapuka, nie powiesz jej: „Wstęp wzbroniony”.

— Nie jestem tok spokojny jak ty, Hester — odparł Benjy. — Powinienem był zostać przy samochodzie i pilnować, żeby nikt nie zabrał go z pagórka. Chociaż woda pewnie lada chwila tam dojdzie.

— Niech no tylko ktoś odważy się dotknąć Rollsa! — szepnęła z przejęciem Barbara. — Parking na pagórku jest wliczony do pięciu tysięcy, które płacimy za apartament.

— Ciekawa jestem, czy ci dusigrosze zabrali z dołu kasę, bo jeżeli nie, to woda na pewno ją porwie — parsknęła śmiechem Helena.

— Cicho! — zawołała Hester. — Benjy, wracaj do łóżka.

— Co mi z tego przyjdzie? — zapytał ponuro, nie ruszając się od okna. — Helena śpi ze starym i go grzeje, A od tej grubej warstwy pudru, który nałożyła mi panna Barbara, swędzi mnie cała twarz.

— Przestań narzekać, Helena i ja możemy od biedy uchodzić za pielęgniarki, ale ciebie trzeba było trochę wybielić, i tak wiadomo, że nie jesteś biały, ale to jednak coś daje. Przynajmniej widać, że się starasz, a dobra wola i tysiącdolarowy banknot może daleko zaprowadzić.

— Znów widać tego potwora na Wędrowcu — powiedział Benjy, podnosząc głowę i patrząc w niebo. — Szybko się obraca.

Pokój za kołysał się. Belki zaskrzypiały.

— Woda znów podniosła się o kilka centymetrów — oświadczył Murzyn. — Budynek chyba się przechyla na bok.

Helena usiadła na łóżku.

— A może powinniśmy… — zaczęła niepewnie przerażonym głosem.

— Cicho! — rozkazała ostro Hester. _ Macie być cicho, a ty, Benjy, właź do łóżka! Musimy odmieszkać te pięć tysięcy dolarów. Kiedy już będziesz po szyję w wodzie, możesz się odezwać, ale ani o minutę wcześniej! Dobranoc.

Leżąc w ciemnościach, Barbara myślała o torze wyścigowym w Sebring oddalonym o niecałe dwa kilometry, o sprawnych, prędkich wozach zalanych wodą morską, która zmyła z nich tłusta, warstwę oleju. A może kierowcy zorientowali się w porę i teraz czerwanoniebieskozielonożółtbsrebrny sznur samochodów pruje na północ w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca? Wyobraziła sobie motorówki ścigające się na torze w Sebring. Wyobraziła sobie zatopione rakiety sto pięćdziesiąt kilometrów dalej, na Przylądku Kennedyego.

Stary Kettering jęknął cicho i zaczął coś mamrotać. Barbara głaskała go po suchym, pomarszczonym policzku, ale mamrotanie nie ustało. Palce, które trzymał modlitewnie przy piersi, poruszały się lekko. Barbara sięgnęła pod łóżko, podniosła lalkę w czarnej bieliźnie i podała mu ja. To go uspokoiło. Barbara uśmiechnęła się.

Pokój się zakołysał.

Sally włożyła naszywaną perłami obcisłą suknię wieczorowa, którą znalazła w bogato zaopatrzonej szafie w sypialni przylegającej do sypialni Hasseltinea. Jake wystroił się w granatowy, wełniany, nieco przydługi garnitur, w którym wyglądał jak elegant z lat pięćdziesiątych. Siedzieli przy fortepianie, na którym stały niskie kieliszki do wina i dwie butelki szampana.

Pokój oświetlały dwadzieścia trzy świece — wszystkie, jakie udało się Sally znaleźć — i dwie latarki. Ciemne kotary zasłaniały okna, zepsutą windę, a przede wszystkim drzwi balkonowe.

Przez kotary sączyła się złowroga, przejmująca cisza — kładła się ciężarem na sercu, ściskała za gardło, mroziła płomyki świec. Po chwili jednak Jake uderzył mocno w klawisze i głośna, żywa przygrywka rozproszyła ciszę. Sally wstała i kołysząc się rytmicznie, zaczęła śpiewać głośno i wyraźnie:

Jestem dziewczyną w Arce Noego
Tyś mym starym Królem Mórz,
Nasza miłość jest większa niż ocean szeroki,
Drabina Józefa czy Ara rat wysoki,
Uwiłeś mi gniazdko pośrodku zatoki!
Kochamy się, no i już…

Lewą ręką Jake improwizował akompaniament, drugą podał Sally kartkę papieru.

— Zaśpiewaj drugą zwrotkę — powiedział.

— Rety, Jake! — zawołała Sally. — Tu są jakieś zwariowane słowa. I jak mam śpiewać twoje kleksy?

— Te zwariowane słowa znalazłem w ciekawej „liście najważniejszych obiektów niebieskich” w jednej z tych grubych ksiąg twojego przyjaciela intelektualisty. Musimy stworzyć odpowiedni nastrój,!który by pasował do tej nowej planety.

— Planety-szmaniety. Gdyby nie Hugo, byłbyś już dawno pod wodą. Ciekawa jestem, gdzie on teraz jest? No dobrze, Jake, graj.

Trzymając kartkę przed oczami, zaczęła znów śpiewać:

Jestem dziewczyną w Arce Noego
Tyś mym starym Królem Burz,
Nasza miłość jest większa niż wszystkie słońca,
Niż Orion czy Messiera gwiazda lśniąca,
Dałeś mi wieżowiec, co szczyty chmur tracą,
Kochamy się, no i już…

Jake uśmiechną! się promiennie.

— To będzie przebój! Zbierzemy gorące oklaski!

— To dobrze — powiedziała Sally, wyciągając rękę po szklankę… — Bo pewnie będziemy występować w zimnym, wilgotnym teatrze.

Richard Hillary czuł dziwne podniecenie, kiedy maszerował — kierując się na zachód od Islip — poboczem drogi, na której wysychały kałuże słonej wody. Przed sobą, na zabłoconej, mokrej trawie ujrzał dwie srebrzyste rybki i małego, zielonego raka pełznącego niezdarnie po zwoju mokrej, czarnej tkaniny, który mógł być togą studencką. Patrząc na południe, widział szare wieże Oxfordu, a na nich wyraźny brunatny ślad pozostawiony przez wodę w czasie przypływu. Wstrzymał oddech, podniósł do góry ręce i stanął tak, jakby zamierzał skoczyć i trampoliny — wyobraził sobie, że płynie jak szalony po wodach Morza Północnego lub Irlandzkiego, które przed kilku godzinami zalało okolice Oxfordu.

Wciąż podniecony, roześmiał się drwiąco, opuścił ręce i zaczął iść normalnie. Czasami niedobrze mu się robiło na widok tego, co wyrzuciła na brzeg woda, zwłaszcza na widok zwłok ludzkich czy trupów koni i psów. Twardo jednak trzymał się zasady, którą bodajże stosowali również inni piechurzy:,,nie patrzeć na to, co się nie rusza”. Podczas ostatniego kilometra musiał kilkakrotnie przypominać sobie o niezłomności tej zasady. Jak dotychczas, żadna z mokrych, leżących postaci nie poruszyła się.

Richard miał szczęście, bo niedaleko pola na skraju Chiltern Hilis, gdzie spał, udało mu się zatrzymać samochód, który go podwiózł spory kawałek drogi. Wyruszył w nocy, oj razu po tym, jak na wschodzie zobaczył wodę; z szosy zabrała go para małżeńska jadąca Bentleyem z Letchwork. Jechali do Oxfordu po syna, o którego się niepokoili. Nie widzieli powodzi, toteż skłonni byli ja. bagatelizować. Poczęstowali Richarda kanapką. Po pewnym czasie na drodze znalazło się mnóstwo samochodów i jazda stała się wolniejsza, a kiedy nad ranem dojechali wreszcie do zalanej równiny pod Oxfordem i ugrzęźli na zabłoconej drodze w korku ulicznym, Richard podziękował przygodnym znajomym i wysiadł. Korek ciągnął się bez końca, a Richard nie mógł już patrzeć bez współczucia na właścicieli Bentleya, którzy siedzieli oszołomieni i zrozpaczeni, nie wiedząc, co począć.

Trzeba mieć plan — myślał, maszerując szybko w grupie innych podróżnych i patrząc na podwójny sznur opryskanych błotem samochodów, sunących wolno na zachód. Przeszedł przez zatłoczony most, który dzielił niecały metr od wzburzonej wody, na drugą stronę rzeki Cherwell. Zastanawiał się, czy woda jest słona, ale nie zatrzymał się, żeby sprawdzić.

Zastanawiał się również, czy woda, która spowodowała powódź w nocy, wpłynęła w głąb lądu korytem Tamizy, czy może dotarła tu z odległej o sto pięćdziesiąt kilometrów zatoki Wash na zachodnim wybrzeżu Anglii, gdzie przypływ zazwyczaj sięga dziesięciu metrów, zalewając po drodze nizinę Fenlands, wzniesienie między Daventry i Bicester, a nawet wąwozy w górach Cotswolds. Ale podobne rozważania nie przyczyniały się do obmyślenia planu, a słońce paliło go w plecy.

Rozległ się cichy, stłumiony warkot i ludzie przysunęli się bliżej drogi: dwieście metrów dalej mały helikopter zniżył się do lądowania. Pilot, młoda kobieta w zabłoconym fartuchu pielęgniarki; wysiadła i podbiegła do jedynej żywej osoby, której nie przestraszyła lądująca maszyna: do młodej kobiety siedzącej w błocie z dzieckiem na rękach. Zabrała dziecko, zmusiła kobietę, żeby wstała, zaprowadziła Ją pośpiesznie do helikoptera i pomogła jej wsiąść. Po czym, nie odpowiadając na krzyki i pytania ludzi z tłumu, sama szybko wsiadła i helikopter odleciał.

Richard, zły na siebie, potrząsnął głową i ruszył naprzód. Podobne sceny napawały go smutkiem i wcale nie zbliżały dc powzięcia decyzji.

Wkrótce jednak obmyślił pewien plan. Postanowił, że zanim znów wzbierze woda, musi dojść do gór Cotswolds, tam przeczekać przypływ, ruszyć podczas odpływu w kierunku Tewkesbury, przemierzyć równinę Severn i dotrzeć do gór Malvern; tak, krok po kroku, dobrnie wreszcie do Black Mountains w Walii, gdzie nie dosięgnie go chyba największy nawet przypływ. Ożywienie, które chwilowo osłabło, teraz znów powróciło.

Oczywiście, byłoby może rozsądniej wrócić do Chiltern Hills albo wspiąć się na niezbyt wysokie góry, znajdujące się na wschód od Islip. Richard doszedł jednak do wniosku, że miejsca te będą zajmować tłumy uciekające wciąż na zachód z Londynu. Poza tym największą niechęć budziła w nim myśl, że miałby się teraz gdzieś zatrzymać, choćby w bezpiecznym miejscu na górze, i tam czekać bezczynnie. Byłoby to nie do zniesienia — czuł, że musi wciąż iść, iść przed siebie. Ponadto chciał przecież wykonać plon, który z takim wysiłkiem ułożył.

Powiedział o zamierzonej trasie Cotswolds-Malvern Hills-Black Mountains dwóm starszym mężczyznom, z którymi szedł od paru godzin. Pierwszy orzekł, że plan jest całkowicie nierealny, wariacki pomysł i tyle; drugi stwierdził, że w ten sposób można by uratować pół Anglii, wobec czego trzeba natychmiast powiadomić odpowiednie władze (zaczął też gwałtownie dawać znaki laską w kierunku krążącego nad nimi helikoptera).

Richard stracił do nich sympatię, zwłaszcza do tego drugiego, przyśpieszył kroku i zostawił ich, pochłoniętych zaciętą, głośną sprzeczką. Ożywienie nagle minęło i uświadomił sobie, że jego plan — i w ogóle cały proces myślowy, który go skłonił do wyboru tej właśnie trasy — miał na celu tylko usprawiedliwienie pragnienia ucieczki na zachód, równie pozbawionej sensu, jak wędrówki stad lemingów przez Półwysep Skandynawski do Oceanu Atlantyckiego, gdzie czeka ich śmierć. A może, zastanawiał się, wstrząs i dezorientacja, której uległ zarówno on sam, jak i wszyscy dokoła, obnażyła ukryty dotąd pod nawarstwieniami cywilizacji pierwotny instynkt, który po prostu każe ludziom reagować na ten sam zew natury, co lemingom?

Nie zwalniając kroku, zbliżył się do drogi i zaczął obserwować przejeżdżające samochody, szukając wolnego miejsca, czy choćby stopnia, na którym mógłby podjechać dalej. Mniejsza o lemingi, bo lepszego planu przecież nie ma. W dodatku przypomniał sobie najbardziej przekonywający kontrargument pierwszego z napotkanych mężczyzn — do gór Cotswolds jest co najmniej dobre czterdzieści kilometrów.

Nad ranem nowy przypływ, znacznie większy od nocnego, wdarł się do Kanału Bristolskiego i zalał tereny nad rzeką Severn, niosąc na swoich falach wraki statków, poszarpane stogi siana, boje zerwane z kotwic, słupy telegraficzne wlokące za sobą druty, zdemolowane domy i zwłoki topielców — a wraz z przypływem Dai Davies, który do ostatnich chwil życia pozostał romantycznym poetą walijskim, minął Glamorgan, Monmouth i wrócił w ojczyste strony wirując i obracając się piętnaście metrów pod wodą niczym martwy fenicki marynarz z wiersza T. S. Eliota.

Rozdział 29

Margo i Hunter, każde owinięte własnym kocem, pełnili straż w malej okrągłej pieczarze, którą McHeath i Dodd po wygarnięciu wody deszczowej jako tako osuszyli. Nad nimi na zachodzie pośród rozsianych na niebie chmur migotały gwiazdy, wschodnia zaś i środkowa część nieba wciąż była czarna. Pod nimi wąski promień światła zalewał zamknięte samochody i szosę prowadzącą do Doliny. Ponieważ Dodd miał zapas baterii do latarki, Brecht wpadł na pomysł, żeby ustawić ją na głazie tarasującym drogę.

— Tym na straży łatwiej będzie dojrzeć, czy nikt się nie podkrada od strony Doliny — powiedział. — jeżeli ktoś nadejdzie, światło go zaciekawi, i jeśli nie będzie miał złych zamiarów, na pewno krzyknie: „hop, hop”. Nie strzelajcie jednak do kogoś tylko dlatego, że milczy. Weźcie go na cel i każcie mu się zatrzymać. A potem obudźcie mnie.

Margo i Hunter siedzieli i palili, ogniki papierosów kolidowały co prawda z regułami idealnej zasadzki, ale mieli nadzieję, że nikt tego nie zauważy. Margo zaciągnęła się lekko i rozżarzony koniec papierosa oświetlił jej wpadnięte policzki i jasne, gęste włosy, gładko zaczesane po wczorajszej kąpieli w słonej wodzie.

— Wyglądasz jak walkiria, Margo — powiedział cicho Hunter.

Blask papierosa padł teraz na szary pistolet, który Margo wyjęła spod kurtki i trzymała w ręce.

— Czuję się jak walkiria — szepnęła zadowolona. — Nie lubię się rozstawać z tym pistoletem, chociaż spostrzeżenia Dodda są ciekawe.

Podczas gdy Dodd i McHeath stali na warcie, niski mężczyzna oświetlił latarką pistolet i dokładnie go zbadał za pomocą małej, ośmiokrotnie powiększającej lupy: równolegle do fioletowej linii dostrzegł niezwykła precyzyjną skalę.

— Wykonały to istoty obdarzone znacznie lepszym wzrokiem niż my — stwierdził.

Odkrył jeszcze coś, czego Margo nie zauważyła: miniaturowy drążek w zagłębieniu kolby, skierowany na równie miniaturową, okrągłą skalę umieszczoną na końcu lufy. Nikt nie wiedział, do czego służy drążek, ale wszyscy zgodnie uznali, że nie należy robić z nim jakichkolwiek eksperymentów.

— Ciekawe, na ilu planetach zabijano z tej broni? szepnęła Margo.

— Tak — rzekł Hunter. — Wyglądasz jak walkiria, która niczym westalka strzeże świętego ognia tej broni.

Przysunął się bliżej. Margo poczuła zapach potu przywodzący na myśl piżmo.

— Szzz… słyszałeś? — zapytała oddychając szybko. Zgasili papierosy i rozglądając się, czekali w napięciu. Hunter cicho podczołgał się na szczyt wzniesienia drogą, którą przedtem zapamiętał, aby sprawdzić, czy nikogo tam nie ma, mimo że po drugiej stronie wzniesienia było pionowe, dziesięciometrowe urwisko.

Z autobusu i furgonetki nie dobiegał żaden szmer i nie widać było, żeby ktoś obcy poruszał się po terenie, ale poszum wiatru przypomniał im o grobie skalnym niecałe pięć metrów dalej. Po pewnym czasie wrócili do pieczary i znów zapalili papierosy.

— Wiesz, Margo — powiedział Hunter, kończąc poprzednią myśl — wydaje mi się, że zabijając tych mężczyzn ożyłaś, jakbyś się obudziła po raz pierwszy w życiu. Takie gwałtowne przeżycie zmienia człowieka.

Margo uśmiechnęła się do siebie i z powagą skinęła głową.

— Teraz wszystko nabrało znaczenia — odparła szeptem. — Rzeczywistość stała się bardziej konkretna. Rozumiem ją, czuję, że jest mi bliższa. A przede wszystkim rozumiem ludzi. To wspaniałe uczucie.

— I dzięki temu jesteś piękna — powiedział Hunter, biorąc ją za rękę. — Jeszcze piękniejsza. Piękna westalka. Walkiria.

— Ależ, Ross — szepnęła z powagą — można by pomyśleć, że się do mnie zalecasz.

— Bo tak jest — odparł, ściskając mocniej jej rękę.

— Masz żonę i dwóch synków w Oregonie — powiedziała i odsunęła się od niego, ale nie na tyle, żeby uwolnić rękę.

— Oni się nie liczą, chociaż wciąż się o nich martwię. Ale teraz żyjemy z dnia na dzień, z sekundy na sekundę. Każda godzina może być ostatnią. Margo, chciałbym cię pocałować.

— Poznaliśmy się dopiero wczoraj, Ross. Jesteś o kilkanaście lat starszy ode mnie.

— Najwyżej o dziesięć — szepnął, dysząc ciężko, Margo, dawne zasady i przesądy już nie obowiązują. Tak jak powiedział Rudolf, rzeczywistość przestała być realna.

Wtem wiatr rozwiał nad nimi chmury i ujrzeli Wędrowca z mandalą na tarczy, na pół opasanego lśniącym Księżycem. Piękno złocistofioletowej kuli zaparło im dech w piersiach, ale po kilku sekundach Ross Hunter objął dziewczynę ramieniem i przytulił do siebie. Margo wyrwała mu się i wskazała palcem na niebo.

— Tam jest mój narzeczony — powiedziała. — Był stacjonowany na tej… na tych roziskrzonych szczątkach. Ale może udało mu się uciec? Może jest teraz na Wędrowcu?

— Słyszałem o twoim narzeczonym — rzekł Hunter, patrząc na jej twarz, którą teraz, w blasku Wędrowca, widać było i bez żarzącego się papierosa. — Czytałem nawet o waszym romansie w jakimś piśmie. Na zdjęciu uśmiechałaś się wyniośle i wyglądałaś na okropną snobkę. Pomyślałem sobie — ona jeszcze nie wie, co to życie, przydałby się jej prawdziwy mężczyzna, — Taki jak ty, co? No, a poza tym jest Paul — mówiła szybko — którego porwał ten talerz i zabrał nie wiadomo dokąd. Kocha mnie, ale ma okropne kompleksy. Może to, co się teraz dzieje, wyleczy go z nich…

— Oni mnie nic nie obchodzą — przerwał jej Hunter i ukląkł przy Margo, wciąż ją obejmując. — Nie mam wyrzutów sumienia wykorzystując kłopotliwą sytuację, w jakiej znajdują się zakochani w tobie młodzieńcy. Jesteś piękna i kto cię pierwszy zdobędzie, ten jest górą. Poza tym znam cię lepiej niż oni, znam obudzoną ze snu złotowłosą walkirię i jeszcze bardziej od nich szaleję za tobą. Teraz nic się nie liczy, tylko ty i ja. Och, Margo…

— Nie! — zaprotestowała dziewczyna i wstając odepchnęła Rossa od siebie. — Cieszę się, że ci się podobam, ale nie jesteś mi potrzebny. Ani ty, ani żaden inny mężczyzna. Ta nowa rzeczywistość w zupełności mi wystarcza, nie chcę nic więcej, po prostu nie mam już sił. Rozumiesz?

Ross kilka razy odetchnął głęboko i powiedział:

— Tak. Nic innego mi nie pozostaje. — Po chwili dodał: — Skorzystajmy ze światła Wędrowca i rozejrzyjmy się wokoło. Ty patrz w tamtą strofę. Zaraz ci się wzrok przyzwyczai do ciemności.

Po dłuższej chwili, kiedy stali zwróceni do siebie plecami, Hunter, nie oglądając się, zaczął cicho:

— Jesteś tak pochłonięta sobą, że wątpię, czy kiedykolwiek naprawdę byłaś zakochana. Paul pozwalał ci sobą dyrygować, a ty go wyzyskiwałaś — widać było od razu. Wyobrażam sobie, że… no, jak mu tam? Aha, Don… Dona podporządkowałaś sobie, pochlebiając jego męskiej dumie.

— Ciekawe — wyszeptała Margo.

— Tak, chyba żaden z nich dwóch nie jest dla mnie groźnym rywalem — ciągnął Hunter. — Morton Opperly może być bardziej niebezpieczny, bo jest dla ciebie substytutem ojca, złowieszczo pięknym magiem, który — pewnie o tym marzysz — pewnego dnia porwie naszą młodą walkirię do swojego ponurego zamku w krainie Wyższej Matematyki. Kazirodztwo z wydźwiękiem einsteinowskim.

— Bardzo ciekawe — skomentowała dziewczyna. — Na wschodzie widać słaby, niewyraźny blask. Może to szosa?

Po pięciu minutach Hunter — udając, że ten pomysł dopiero teraz przyszedł mu do głowy — zawołał:

— Cholera, ale zimno! Od razu byłoby nam cieplej, gdybyśmy się grzecznie przytulili do siebie i owinęli kocom i…

— O, nie, żołnierzu — przerwała mu. — Miłość i warta nie idą w parze.

— Wprost przeciwnie. Idą w parze znakomicie. Człowiek się ożywia, świadom jest wszystkiego, co się wokół dzieje.

— Powiedziałam, że nie, Ross.

— Naprawdę nie miałem nic złego na myśli — zaprotestował. — Po prostu jestem realistą, i trzęsę się z zimna.

— To owiń się szczelniej — poradziła Margo. — Mnie piecyk nie jest potrzebny. — Spojrzała na niego i uśmiechnęła się. — W tej chwali jestem cała rozpalona, jakbym płonęła ogniem, i czuję pełnię życia — bez twojej pomocy.

— Suka — rzucił jej w odpowiedzi Hunter.

— Mów sobie, co chcesz — odparła z radosnym uśmiechem. — Idę teraz na zwiady jakieś trzydzieści metrów za wozy. Wezmę karabin. Ty zostań tu z pistoletem… i osłaniaj mnie.

— Suka — powtórzył rozgoryczony, gdy Margo ruszyła na ukos ze zbocza.

Chmura zasłaniała Wędrowca, kiedy obudzili Brechta, żeby objął po nich wartę. Chwilę pojękiwał cicho, rozprostowując zesztywniałe nogi, ale potem odzyskał humor.

— Muszę zmienić baterie w latarce — powiedział. — Mam je w kieszeni. Cholera, gdybym przedtem ustawił wozy w tę stronę, byłoby jaśniej. A teraz za późno na to, wszystkich bym obudził.

Kiedy Margo zajęła w furgonetce miejsce Ramy Joan, Wędrowiec znów lśnił na niebie, tym razem z pyskiem na tarczy. Anna nie spała. Od chwili okropnych przeżyć po południu dziewczynka, której „wszystko się podobało”, stała się poważna i zamyślona. Margo zaczęła się z obawą zastanawiać, o czym myśli mała, patrząc na nią, morderczynię, swoimi wielkimi oczami. Ale Anna spytała tylko zaniepokojonym tonem:

— Dlaczego mamusia wyszła?

Margo wyjaśniła jej, że wszyscy po kolei muszą pełnić wartę.

— Mamusia chyba lubi towarzystwo pana Brechta — stwierdziła ze smutkiem dziewczynka.

— Spójrz, kochanie, na Wędrowca — powiedziała Margo. — Widzisz Księżyc zmienia się w pierścień. Rozerwał kokon i teraz rozpościera skrzydła.

— Jest piękny — odparła Anna, a w głosie jej wreszcie znów zabrzmiały marzycielskie nutki. — Fioletowy las i złote oceany… Cześć, Ragnarok…

W autobusie pani Hixon, Która siedziała tuż za fotelem kierowcy, nachyliła się do przodu i szepnęła do ucha swemu mężowi:

— Bili, a co będzie, jak się dowiedzą, że nie jesteśmy małżeństwem?

— Nie zrobi im to żadnej różnicy, kochanie — odpowiedział szeptem.

Pani Hixon westchnęła.

— Masz rację, ale mimo wszystko miło jest uchodzić za jedyne ślubne małżeństwo w tej całej gromadzie.

Paul obudził się w czarnym kosmosie samotny niczym anioł-włóczęga i tak wysoko nad Ziemią, że kiedy spojrzał na czarny łuk horyzontu, zdawało mu się, iż gwiazdy lśnią znacznie gęściej, niż kiedykolwiek zdarzyło mu się widzieć, gęściej niż na pustyni. Był jednak wypoczęty i w dobrym humorze, a przejście od snu do jawy nastąpiło tak łagodnie, że wcale nie. doznał lęku. Ponadto wyciągając rękę mógł dotknąć niewidzialnej, ciepłej, szklistej powierzchni. Osłona ta chroniła go przed wrogim kosmosem, a fakt, że był uwiązany za nogę, dawał mu poczucie bezpieczeństwa. Uwagę jego pochłonął wspaniały widok Ziemi na dole.

Była noc: znajdował się — tak mu się przynajmniej wydawało — około dwustu kilometrów nad Arizoną, patrząc zaś na wschód, widział całą południową Kalifornię, północno-zachodnią część Meksyku, w tym również cypel Półwyspu Kalifornijskiego, a dalej Pacyfik. Tak, nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.

Widział również światła San Diego — a przynajmniej jakieś światła tam, gdzie powinno było się znajdować San Diego — i uświadomił sobie, że w myśli kieruje za to do Boga banalne, choć szczere słowa podzięki.

Niebo było bezchmurne. Wędrowiec z głową byka na tarczy, opasany strzaskanym Księżycem, tkwił na zachodniej części nieba. Światło Wędrowca rzucało szerokie fioletowe i złote smugi na wody Pacyfiku i lśniło po północnej stronie Zatoki Kalifornijskiej, uwydatniając linię wybrzeży.

Ląd odbijał rozproszone żółte światło podobne do zwielokrotnionej poświaty Księżyca, ale efekt był tu znacznie słabszy niż na migocącej wodzie.

Następnie Paul zauważył, w pierwszej chwili z niedowierzaniem, a potem ze wzrastającym przerażeniem, że Zatoka Kalifornijska sięga co najmniej sto pięćdziesiąt kilometrów dalej na północny zachód, niż powinna, tworząc lśniącą wstęgę, która z początku się zwęża, a potem rozszerza. Tu też nie miał wątpliwości, co się stało.

Albo ma skutek trzęsienia ziemi, albo na skutek przypływu, albo na skutek jednego i drugiego słona woda z Zatoki Kalifornijskiej wdarła się na ląd i zalała tereny leżące poniżej poziomu morza od Imperiał Valley i wysychającego jeziora Salton Sea do Palm Springs. Przypomniał sobie nazwy dwóch miast znajdujących się teraz zapewne pod wodą, jedno to Brawley — miasto dość duże — a drugie Volcano…

Nagle zamiast kosmosu wyrosła przed nim różowa ściana i usłyszał obojętny głos:

— Dzień dobry, małpo.

Mrużąc oczy, przekręcił się powoli, ostrożnie obracając nogę uwięzioną w niewidzialnych pętach. Tygryska unosiła się obok tablicy sterowniczej — zgięta, jakby siedziała na niewidzialnej huśtawce. Na kolanach trzymała Miau, która swoim malutkim, różowym języczkiem pracowicie myła zielone kolana większej kotki.

Paul przełknął ślinę i zdziwiony podniósł palec do ust. Knebla nie było.

Tygryska uśmiechnęła się do niego.

— Ty spał siedem godzin — powiedziała. — Lepiej czuje się?

Chrząknął, ale natychmiast zamknął usta i tylko spojrzał na nią, nie odwzajemniając uśmiechu.

— Oho, nauczył rozumu, co? — zamruczała kotka. — Małpa nie jazgocze, my lepsze stosunki. Ale teraz mów, Paul milczał.

— Nie dąsaj, Paul — rzekła. — Wiem, że wy jako tako cywilizowali, ale ja cię wiążę, knebluję, nazywam małpa, żeby dać małą nauczkę: że wy wcale nie tacy ważni we wszechświecie, że inni mogą traktować was, jak wy traktujecie potencjalnie wyższe zwierzęta w rodzaju Miau. Poza tym, żeby dać ci doświadczenie wtórnych narodzin, które, jak powie każdy psycholog, jest ci potrzebne.

Patrzył na nią kilka sekund, po czym potrząsnął głową.

— Jak to? — spytała ostro Tygryska. — Ty myślisz, że jakie moje powody?

Paul, wymawiając każdą sylabę wolno i z naciskiem, jakby uczył w szkole poprawnej wymowy, powiedział:

— Twierdzisz, że masz umysł znacznie bardziej rozwinięty od mojego i pod wieloma względami z tobą się zgadzam, ale wczoraj co najmniej przez dwadzieścia minut przypisywałaś moje myśli temu uroczemu zwierzątku, które trzymasz na kolanach, a które mię potrafi ani mówić, ani myśleć. Byłaś zła na siebie, że popełniłaś taki głupi błąd, i wyładowałaś na mnie swoją złość.

— To wierutne kłamstwo! Nie popełniłam żadnego błędu — odparła natychmiast Tygryska, zapominając o obcym akcencie i niepoprawnych formach gramatycznych.

Zesztywniała i obnażyła pazury. Miau przestała ją myć, Po chwili Tygryska jednak opanowała się, wyciągnęła wygodnie i roześmiała wesoło. Z gracją wzruszyła fioletowozielonymi ramionami.

— Masz rację — przyznała. — Złość trochę mnie kierowała. W kosmosie mało kotów, dałam się ponieść nadziei. A ty zauważyłeś. Cwana małpa.

— Mimo to popełniłaś błąd. Poważny błąd — powiedział cicho Paul. — Jak mogłaś przypuszczać, że zwierzątko tak małe jak Miau jest zdolne do logicznego myślenia?

— Sądziłam, ona ma zminiaturyzowany mózg — odparła prędko Tygryska. — Gdybym zbadała to wcześniej, wiedziałabym, że nie, ale polegałam tylko telepatia. — Pogłaskała Miau. — Następne małpie pytanie? Paul znów milczał chwilę, a potem rzekł:

— Twierdzisz, że należysz do wyżej rozwiniętej kultury galaktycznej, a mimo to dajesz dowody niesamowitej ksenofobii. Sądziłem, że dobry obywatel galaktyki potrafi się porozumieć ze wszystkimi inteligentnymi stworzeniami, zarówno z tymi, co mieszkają w wodzie, jak i przedstawicielami gromady owadów Tub stawonogów, ze zwierzętami kopytnymi, skrzydlatymi i mięsożernymi, takimi jak wilki czy ty sama… no, i z małpami.

Gdy wymienił ją jednym tchem z wilkami, Tygryska wzdrygnęła się, ale zaraz się opanowała i stwierdziła niewinnie:

— Małpy najgorszy gatunek ze wszystkich, Paul. — A po chwili dodała zdławionym głosem: — Poza tym kosmos wcale nie taki miły i kochany, jak myślisz.

Zaczęła głaskać rytmicznie Miau, masując jej łopatki.

— Skłonny jestem w to uwierzyć — odparł Paul. — Udajesz, że jesteście wszechwiedzący i że się troszczycie o wszelkie żywe istoty. Chwaliłaś się, że uratowałaś od ognia dwa małpie miasta — a mimo to, kiedy zniszczyliście Księżyc, żeby zdobyć paliwo, nie zastanawialiście się nad tym, że na Księżycu są ludzie. Był wśród nich mój najlepszy przyjaciel.

— To przykre, Paul — wyraziła ozięble współczucie Tygryska. — Ale oni na planecie bez powietrza, oni mieli statki. Mogli uciec.

— Miejmy nadzieję, że udało im się w porę wydostać — powiedział równie ozięble Paul, — Wyście jednak nie wiedzieli, że oni tam są! Nie wierzę, żebyście wiedzieli, wyłaniając się z nadprzestrzeni, że Ziemia jest zamieszkana przez istoty rozumne. A jeżeli nawet wiedzieliście, nic was to nie obchodziło.

Tygryska wciąż wyglądała spokojnie, tylko nieco prędzej głaskała futerko Miau, podobnie jak zdenerwowana kobieta mocniej zaciąga się papierosem.

— Tu też masz trochę racji,.Paul — przyznała mu kotka. — Dzieje się niedobrze w nadprzestrzeni: burze i tak dalej. Nam bardzo potrzebne paliwo. Nadprzestrzeń opuściliśmy wyczerpani. Poza tym ostatnie badania galaktyczne nie pokazały, że tu jakieś rozumne stworzenia, tylko obiecująca rasa kotów.

Wykrzywiła się do niego i poklepała Miau.

Nie zwracając uwagi na jej docinki, Paul mówił dalej:

— Mam jeszcze jeden dowód waszej bezduszności i bezmyślnego pośpiechu: uratowałaś od fal Miau, przy okazji i mnie, sądząc zapewne, że jestem używanym przez nią zwierzęciem pociągowym, ale zostawiłaś na dole wielu wartościowych ludzi, między innymi moją narzeczoną, zdając ich na łaskę losu.

— To okropne kłamstwo, Paul! — odparła Tygryska. — Uciszyłam dla nich fale i oni wydostali się bezpiecznie. Nawet straciłam pistolet.

— Jeszcze jeden błąd nadziemskiej istoty? — zapytał Paul. — No dobrze, tym razem możemy ci go zaliczyć na plus. Ale…

Urwał, nagle bowiem zdał sobie sprawę, że sytuacja, w której się znajduje, jest doprawdy śmieszna. Oto on, nagi, z przykutą nogą, z przyczepionymi rurkami sanitarnymi, zabawia się w prokuratora, usiłując przyłapać na kłamstwie najbardziej niezwykłą „madame X”, jaka kiedykolwiek stanęła na podium dla świadków.

I najpiękniejszą — dodał w myśli zażenowany. — A może to wszystko — zastanawiał się — jest tylko starym jak świat dowcipem o małpie przekomarzającej się z lampartem?

Jednakże zaraz przypomniał sobie Brawley i Volcano.

— To teraz masz narzeczoną, tak? — wtrąciła zjadliwie Tygryska. — Naprawdę? Margo wie? Ty taki uczciwy… a to uczciwe wobec Dona?

Paul z godnością zlekceważył złośliwe docinki Tygryski. Mówił dalej z coraz większym przejęciem:

— Najlepszym dowodem na to, że jesteś w Wodzie, wynosząc pod niebiosa waszą wrażliwość i wysoką kulturę, jest fakt, że ludzie giną tylko dlatego, że Wędrowiec zniekształcił ziemskie pole grawitacyjne — zniekształcił że dlatego, że potrzebne wam było paliwo, a nie zadaliście sobie trudu, aby poszukać innego źródła, takiego jak księżyce Jowisza czy Saturna. Owszem, zagasiliście kilko pożarów, ale przedtem setki, a raczej tysiące ludzi zginęły podczas trzęsień ziemi i w wywołanych przez nie pożarach.

A teraz, również za waszą sprawą, całe miasta znikają z powierzchni Ziemi, zalane wodą. Jeżeli tak dalej pójdzie…

— Dość, małpo! — warknęła Tygryska, wyciągając pazury i opierając tylne łapy o tablicę sterowniczą. Miau odskoczyła na bok. — Słuchaj, Paul — powiedziała Tygryska, z trudem panując nad sobą. — Ja nigdy nie twierdziłam, że jestem humanitarna, małpotarna, kosmotarna! Nasz świat czasem okrutny. Inne cywilizacje też okrutne! Śmierć część życia. Niektórzy zawsze ucierpią. Uzupełnić paliwo to dla nas normalny bieg rzeczy. To tylko…

Urwała i marszcząc brwi spojrzała na palec, który Paul wyciągnął w jej stronę. Twarz Paula promieniała, bo nagle zrozumiał, dlaczego Tygryska z takim zapałem i najwidoczniej szczerze usiłuje bronić siebie i swoich towarzyszy.

— Nie wierzę ci — oznajmił. — Podejrzewam, że wasz bezmyślny pośpiech, wasze niedostateczne przygotowanie i niedokładne informacje, a przede wszystkim nieudolne i spóźnione próby naprawienia wyrządzonych krzywd świadczą o tym, że coś, czego się bardzo obawiacie, zmusiło was do szybkiego działania.

Tygryska, warcząc, skoczyła na Paula, przygniotła go do ściany, jedną łapą chwyciła za gardło, druga łapa — niczym grabie z ostrymi zębami — zawisła kilka centymetrów nad jego twarzą.

— To ohydne kłamstwo! — zawołała z nieskazitelnym akcentem. — Żądam, abyś natychmiast je cofnął!

Paul zaczerpnął tchu, następnie potrząsnął głową.

— Nie — rzekł z uśmiechem, mimo że z oczu płynęły mu łzy. — Jesteście śmiertelnie przerażeni.

Don Guillermo Walker opędzał się od komarów i z łodzi, która wracała do jeziora Nikaragua, obserwował zalane dachy domów w San Carlos, czerwone w blasku wschodzącego słońca. Nocą prąd w rzece San Juan znów zmienił kierunek, hamując prędkość łodzi, lecz don Guillermo dopiero teraz zrozumiał, że przyczyną zmiany nurtu jest przybór wody w samym jeziorze — jednakże dlaczego woda wezbrała, pozostało dla niego zagadką.

Niebo też stanowiło tajemnicę. Na wschodzie było jasne, słońce świeciło ciepło, ale na zachodzie biała gęsta mgła niby mur unosiła się znad pasma lądu między jeziorem a oceanem i ciągnęła się w nieskończoność na północ i na południe.

Chociaż zeszłej nocy don Guillermo widział kilka wybuchów wulkanicznych, nie przyszło mu na myśl, że tutaj podobnie jak na innych terenach, gdzie woda wdarła się w szczeliny po wulkanach, unosi się zastana pary wodnej.

Zapytał braci Araiza, dlaczego płyną na północ, a oni odparli, że chcą wrócić do domu w Granadzie. Ich ostry, szorstki ton powstrzymał go od sprzeciwiania się tej decyzji.

Nie powstrzymał go jednak od tego. żeby trochę później opowiedzieć.im — i to po raz nie wiadomo który — jak ponad sto lat temu jego pradziad wylądowawszy w Nikaragui na czele zaledwie pięćdziesięcioośmioosobowego oddziału śmiałków, wkrótce zaatakował i zdobył Granadę.

Kiedy słońce wschodziło nad jeziorem Nikaragua, po drugiej stronie kontynentu Bagong Bung patrzył, jak złota kula zachodzi nad Zatoką Tonkińską, która niecałe dwanaście godzin temu zmalała znacznie na skutek olbrzymiego odpływu, a teraz wraz z nadejściem przypływu była wielka i ogarniała chyba cały Wietnam. Pomyślał o sejfie w kajucie „Machan Lumpur” i o jego zawartości: o małym woreczku złotych monet i dwóch trochę większych woreczkach monet srebrnych — była to skromna zdobycz z „Królowej Sumatry”. Dotknął żółtej, jedwabnej chusty, którą zawiązał na głowie niczym pirat, i uśmiechając się łobuzersko do CobberHumea, powiedział:

— Warto by oblać tak wspaniałą zdobycz!

— Piję ja, pijesz ty — zaczął wysoki Australijczyk — …nie, ty nie pijesz, ty palisz opium, bo religia ci tego nie zabrania.

Bagong Bung uśmiechnął się, ale po chwili spoważniał i rzekł cicho i z napięciem:

— Pagi dań ayer sutut!

Ranek i odpływ! Ledwo mógł się doczekać. Dawno już postanowił sobie, na który wrak wtedy zapoluje; na pełen skarbów, legendarny statek hiszpański, „Lobo de Oro”. Tygrys Błot zmierzy się ze Złotym Wilkiem.

Pierwszą reakcją Barbary na widok dubeltówki, która wsunęła się przez okno po stronie kierowcy i dotknęła zgarbionych pleców Benjy’ego, była myśl, że to zapewne deska czy też kawałek drewna wyrzucone przez wodą na brzeg, jakich było pełno na każdym kroku. Na początku podróży wciąż natrafiali na różne przeszkody na drodze: grubą warstwę piaszczystej gleby, liście i paprocie, splątane łodygi turzycy, wyrwane z ziemi drzewka i krzaki, gnijące kwiaty, pośród których przeważały szkarłatne poinsecje. Widzieli leżące na poboczu ludzkie i zwierzęce zwłoki („Nie zatrzymuj się, Benjy!” — wołała wtedy Barbara). Mijali również wraki samochodów i sprzęt rolniczy, różne druty (szczególnie niebezpieczne były druty kolczaste) oraz domy i stodoły, zarówno zniszczone, jak i prawie nienaruszone — w pewnej chwili musieli ułożyć deski na wyrzuconym przez wodę ogrodzeniu z drutu kolczastego, żeby nie przedziurawić opon, innym razem szukać bocznej drogi, żeby objechać potężny zwał budowli. Był upał i wszystko parowało, jakby szybko rozwiewająca się mgła wydobywała się spod ziemi. Oczywiście widzieli też żywych ludzi, choć wcale nie tak wielu — niektórzy byli bezradni i oszołomieni, inni pracowali wytrwale, umacniając domy i podpierając belkami wysokie drzewa, jeszcze inni jechali gdzieś samochodami lub konno. Raz niewielki samolot z głośnym, świdrującym warkotem przeleciał nad ich głowami.

Drugą reakcją Barbary na widok lufy było uświadomienie sobie, że oto jest ta zła chwila, której się obawiała, i Bogu niech będą dzięki, że w opuszczonej nisko prawej ręce ściska rewolwer kalibru 38. Miała nadzieję, że w razie czego zdąży go podnieść i strzelić przez okno — ale, przemknęła jej myśl, gdyby na skutek tego siedząca z przodu para Murzynów miała zginąć, na nic by się to nie zdało, mimo że silnik Rollsa mruczał cicho. Gdyby mieli choć kilka — sekund na to, żeby ruszyć…

Trzecia reakcja na widok dubeltówki była optymistyczna; Barbara dostrzegła na lufie ślad świeżej rdzy i pomyślała, że jeśli naboje są mokre, ona ma przewagę i może nawet nie strzelać, wystarczy postraszyć — ale pewności przecież nie miała.

Głos spoza lufy, leniwy, a zarazem groźny, miał w sobie coś z bzykania muchy końskiej, która fruwa tam i z powrotem po tylnej szybie wozu.

— Punkt kontrolny. Inkasujemy należność za przejazd. Co państwo robili…

— Zmienialiśmy tylko oponę — wtrąciła szybko Barbara.

— …W Trilby? — dokończył świszczący głos.

A więc — pomyślała — tak się nazywa to okropnie zniszczone miasteczko z zatarasowaną w wielu miejscach główną ulicą, przez którą z trudem przejechali dwadzieścia minut temu. Powinno by się nazywać Svengali! Ale na głos powiedziała szybko:

— Jedziemy z Palm Beach. Chętnie zapłacimy za przejazd.

Kiedy jednak sięgnęła lewą ręką do torby na kolanach, dwie żylaste, spalone słońcem ręce wsunęły się prędko przez okno — jedna chwyciła torbę, druga podniosła twarz dziewczyny do góry i przez ułamek sekundy Barbara widziała chudą, nie ogoloną twarz z wytrzeszczonymi oczami; musiała zapanować nad sobą, żeby nie strzelić w twarz albo nie ugryźć ręki. Po chwili jednak ręce się cofnęły, zabierając ze sobą torbę, a głos powiedział:

— Stary pryk musi być milionerem z Palm Beach, Torba jest wypchana banknotami.

— On jest bardzo chory — rzekła Barbara. — Nieprzytomny. Chcemy go zawieźć do…

— Albo bogaczem z północy — przerwał głos — który przyjechał tu na południe, udaje ważniaka, płaci czarnuchom tyle, co białym, a kiedy Bóg wystawia nas na próbę, tchórzliwie ucieka. Forsa pójdzie na Fundusz Zwycięstwa, a dla siebie weźmiemy te dwie czarne — w nocy będzie nam weselej. No, wy dwie, wyłazić, prędko! Bo podziurawię tego Mulata za kierownicą!

Mężczyzna wsadził lufę Benjy’emu między żebra.

Teraz albo nigdy — pomyślała Barbara, ale gdy zaczęła wyciągać rewolwer, poczuła, że palce starego KKK zaciskają się na jej ręce z zadziwiającą siłą. Kettering chrząknął groźnie i powiedział głośno — głośniej niż Barbara kiedykolwiek słyszała — tonem stanowczym i nie znoszącym sprzeciwu:

— Czyżby jakiś durny osioł kwestionował kolor skóry mojego syna, Benjy’ego? Myślałem, że mam do czynienia z południowcami, a nie z bandą rzezimieszków.

Przy samochodzie dały się słyszeć szepty, gniewne, ale jakby speszone. Dubeltówka się cofnęła. KKK, wykrzywiając twarz niby stary sęp, spojrzał na mężczyzn w kombinezonach i zaintonował znacząco:

— Kiedy nadejdzie kres Czarnej Nocy?

Ten z bzykającym głosem, wolno, jakby ktoś wyciągał z niego słowa wbrew jego woli, odpowiedział:

— Kiedy zaświta Białe Zwycięstwo.

— Alleluja! — krzyknął stary KKK. — Proszę przekazać Wielkiemu Kogutowi Miasta Dade pozdrowienia od Wielkiego Koguta Okręgu Dade. Benjaminie, jedziemy!

Ruszyli naprzód, najpierw wolno, potem coraz prędzej. Hester wciąż powtarzała: „Benjy, uwaga”; samochód skręcał w bok, wracał na szosę, znów skręcał, jechali jeszcze prędzej, a Benjy wciąż zanosił się od śmiechu, ale teraz był to śmiech dość histeryczny. Wreszcie wyrzęził:

Stary KKK w sam raz dobrze się nazywa! — Obejrzał się za siebie. — Przepraszam… tato!

— On ciebie nie słyszy, Benjy — powiedziała Hester. — Znów stracił przytomność. To był za duży wysiłek.

— Nigdy nie przypuszczałam, że on należy do Ku-Klux-Klanu — szepnęła ze zdumieniem Helena.

— Dziękuj Bogu, że należy, dziewczyno — odparła Hester.

Rozdział 30

Kiedy świt, z początku zielonkawy, potem bananowy, stal się wreszcie żółty, Rudolf objął komendę nad obozem rozbitym przy skalnym zboczu. Wszystko, co robił, było wysoce zagadkowe i z pewnością byłoby jeszcze bardziej drażniące, gdyby nie jego sardoniczna wesołość. Przede wszystkim nie chciał odpowiadać na żadne pytania dotyczące następnego celu podróży i zatarasowanej drogi, dopóki nie będą gotowi do wyruszenia.

Zmniejszył o jedną trzecią porcje śniadaniowa, które przynieśli mu do zaaprobowania Ida i McHeath, rozpalonemu, niespokojnemu Hanksowi dał penicylinę, upewniwszy się, że ten nie jest na nią uczulony, a gdy Hixon zaproponował, żeby rozbić tu obóz i oddalać się tylko celem uzupełnienia zapasów, Brecht potrząsnął głową.

Przeszukali samochody morderców. W pierwszym znaleźli nabity rewolwer kalibru 32, a na tylnym siedzeniu czarny kapelusz. Brecht przywłaszczył sobie zarówno rewolwer, jak i kapelusz, który od razu włożył, i z całym spokojem oświadczył:

— Pasuje.

Wojtowicz oparł rękę na biodrze, żeby odciążyć zabandażowane ramię, i zaprotestował:

— Nie, Rudolfie. Nie noś tego kapelusza, bo może przynieść nieszczęście.

Drągal zaś dodał ponuro:

— Ja bym nie chciał, żeby aura mordercy i sadysty kalała mi głowę.

— Wolę łupież mordercy niż porażenie słoneczne — odparł ze śmiechem Rudolf.

Kiedy przekręcił kluczyk w stacyjce i nacisnął gaz, silnik pierwszego wozu od razu zawarczał, ale w drugim akumulator widocznie był wyładowany. Brecht nie pozwolił Wojtowiczowi zajrzeć pod maskę, lecz gdy opróżnili zbiorniki z benzyną i olejem, spuścił hamulec ręczny, zablokował kierownicę i zawołał Innych, żeby mu pomogli zepchnąć wóz ze skalistego zbocza.

Samochód, szorując podwoziem o kamienie, stoczył się w przepaść, a po pięciu sekundach spadł z hukiem na dno wąwozu. W górę wzleciały trzy myszołowy.

Brecht klasnął w dłonie i mrukną!:

— Nie chciałem przeszkadzać im w śniadaniu, które chyba właśnie jadły.

Słysząc to, pani Hixon skrzywiła się z niesmakiem.

Następnie wypróbował Corvettę; ruszył z brawurą naprzód, a potem do tyłu, jadąc niebezpiecznie blisko krawędzi przepaści.

— Piękna zabawka — ocenił wysiadając. — W sam raz dla mnie.

Kiedy śniadanie dobiegało końca, dyskretnie przywołał do siebie Huntera, Margo, Ramę Joan i Dodda, po czym zaprowadził ich za furgonetkę.

— Co robimy dalej? — spytał. — Jedziemy do Doliny czy zawracamy do Mulholland, a stamtąd udajemy się do Cornell albo Malibu Heights? Nie wolno nam się zatrzymywać, bo ogarnie nas apatia.

— Drogę do Doliny blokuje przecież głaz — stwierdził Dodd.

— Spokojnie, Dadd — odparł Brecht. — Wszystko w swoim czasie.

— Może najpierw kilka osób pojedzie zbadać Dolinę — zaproponował Hunter.

— Nie możemy się rozdzielać — sprzeciwił się stanowczo Brecht. — Jest nas za mało.

— Znam kilku malarzy w Malibu — rzekła z wahaniem Rama Joan.

— A ja na Cape Cod — Brecht uśmiechnął się i mrugnął do niej. — Pewnie w tej chwili zmagają się z falami, walcząc o życie.

— Chciałam powiedzieć — rzekła Rama Joan, odpowiadając na mrugnięcie zabawną miną — że głosuję za Doliną.

— Czy ktoś z was wie, jak wysoko leży Dolina? — zapytał Dodd. — Bo może jest już zalana.

— Zobaczymy — powiedział Brecht, wzruszając ramionami.

— Musimy jechać do Doliny — wtrąciła Margo. — Vandenberg Trzy znajduje się na końcu szosy. Przecież wiecie, że chcę dać Opperlyemu pistolet.

Brecht przyjrzał się wszystkim uważnie.

— W porządku, jedziemy do Doliny — oświadczył. — Sądzę, że lepszą nazwą będzie pistolet impetu — zwrócił się do Margo.

— Ale głaz… — zaczął Dodd. Brecht powstrzymał go ruchem dłoni.

— Chodźcie — powiedział, obszedł pojazdy i ruszył w stronę głazu.

Kiedy mijali pozostałych, Hixon spytał niby to żartem, a jednak niezbyt przyjaźnie:

— No cóż, panie Brecht, czy komitet wykonawczy obmyślił już plan na dziś?

— Jedziemy do Doliny — odparł. — Tam uzupełnimy zapasy i skontaktujemy się z wybitnymi naukowcami z Projektu Księżycowego. Są jakieś sprzeciwy?

Nie czekając na odpowiedź, stanął na zboczu tuż nad głazem:i ruchem ręki przywołał Margo.

— Widziałem, jak głaz drgał, kiedy strzelałaś do tego rewolwerowca. Celuj stąd i trzymaj palec na spuście przez trzy sekundy. Na pewno stoczy się z drogi. Odsuńcie się wszyscy!

Morgo wyjęła spod kurtki pistolet, ale nagle oddała go Hunterowi.

— Strzelaj ty — powiedziała. Uświadomiła sobie z radością, że bez pistoletu też jest pełna radości życia i ma poczucie bezpieczeństwa. Zrozumiała, że sama jest swoją najlepszą bronią — bronią, na której może polegać, którą w każdej chwili może się posłużyć. Zauważyła również z zadowoleniem, jakim głodnym wzrokiem wpatrują się w nią podkrążone oczy Huntera.

Hunter przykucną! i oburącz ujął pistolet. Wiedział od Margo, że nie będzie odrzutu, ale wolał nie ryzykować, Napiął wszystkie mięśnie. Kątem oka widział, że Brecht daje mu znak ręką. Nacisnął spust.

Niezależnie od siły czy pola przyciągania, które wyzwalał pistolet, efekt następował z opóźnieniem, jakby głaz musiał najpierw wchłonąć obce promienie. Przez chwilę nic się nie działo i Hixon aż krzyknął:

— Patrzcie, wcale…

Ale głaz zaczął się naraz podnosić od strony Huntera, najpierw z wolna, potem coraz prędzej.

— Rusza się! — zawołał McHeath.

Głaz przekręcił się. Hunter zdjął palec ze spustu. Głaz z potężnym hukiem spadł ma kamieniste zbocze i z prędkością nieco większą od normalnie spadających karni arii potoczył się w stronę przepaści.

Całe zbocze zatrzęsło się. Niektórzy z przerażeniem uczepili się tych, co stali najbliżej.

Rozległ się jeszcze jeden huk i głaz runął w przepaść, odrywając od jej krawędzi płaski, szeroki odłam skalny.

Dodd wyjął notatnik i powiedział głośno:

— Najbardziej nieprawdopodobne zjawisko fizyczne, jakie kiedykolwiek…

Potężny, donośny huk zagłuszył jego stówa. Skaliste zbocze znów się zatrzęsło, kiedy głaz uderzył o dno wąwozu.

Hunter spojrzał na podziałkę pistoletu.

— Została jeszcze przeszło jedna trzecia ładunku — oświadczył.

Rudolf zbadał teren, na którym przed chwilą leżał głaz. Pozostał po nim półmetrowy dół, głębszy od strony przepaści, gdzie wypchnięty asfalt utworzył wstęgę łączącą się gładko ze skalnym podłożem. Brecht z zadowoleniem skiną! głową.

— Niezbyt mi się to podoba — oświadczył Hunter, schodząc ze zbocza. — Samochód może zarzucić w bok i…

Ale Rudolf szedł już szybko w stronę swojego nowego wozu.

Dwa myszołowy — przypuszczalnie te same, które tu już były — wyłoniły się z przepaści, oddalając się od szosy. Naprzeciw, od strony Doliny, leciał z warkotem duży helikopter wojskowy, którego przedtem, podczas całego zamieszania, nikt nie zauważył. Ptaki skręciły i zawróciły.

Hixon zaczął dawać znaki karabinem, ale Rudolf go powstrzymał.

— Sami sobie poradzimy — oznajmił. — Zresztą oni i tak nas widzą. A skoro nie zareagowali na grzmot, to już na nic nie zareagują.

Helikopter poleciał w stronę morza. Rudolf wsiadł do Corvetty i krzyknął:

— Z drogi!

Wóz ruszył: kiedy przejeżdżał przez dół, zarzuciło go lekko. W tej samej chwili dwa myszołowy przefrunęły szybko dwadzieścia metrów nad szosą i znikły za zboczem.

Rudolf zatrzyma! wóz tuż za limuzyną mordercy.

— Wysiadajcie z autobusu! — zawoła!. — I niech dziadek tu podjedzie.

Po czym, zwracając się do Huntera, Marga i Ramy Joan, którzy podeszli do niego, dodał; — Ja będę jechał pierwszy. Potem kolejność będzie następująca: limuzyna, autobus, a na końcu furgonetka. Ty, Joan, pojedziesz ze mną, ale Annę zostaw lepiej w autobusie. Ross, poprowadzisz limuzynę. Zawróć wóz. od razu. Margo, wsiadaj z Rossem i pilnuj swojego pistoletu. Gdyby się coś stało, pamiętaj, że jesteś naszą ciężką artylerią, ale czekaj na mój rozkaz. Dodd, jak tam twoja ręka, bo tylna straż też musi mieć broń.

— Harry umie strzelać — powiedział Dodd. — I można na nim polegać.

Brecht skinął głową.

— Dobrze — zgodził się. — Powiedz mu, że dostał awans. Drugi karabin niech weźmie Hixon.

Dziadek, kierowca autobusu, zaczął narzekać, że nie da rady przejechać przez dół.

— Tylne opony są stare i zupełnie zdarte — tłumaczył. — Mogę wpaść w poślizg i…

Ale Brecht zamaszystym krokiem szedł już z powrotem. Wsiadł do autobusu i bez większych trudności przeprowadził go przez dół.

Następnie Hixon przeprowadził furgonetkę. Raya Hanksa przeniesiono wraz z łóżkiem, a ponieważ tak bardzo się upierał, że nie chce jechać autobusem, umieszczono go w furgonetce. Do furgonetki wsiadła również Ida i McHeath, który z surową miną trzyma! karabin w pogotowiu.

Kiedy pozostali zajęli miejsca w autobusie, Brecht zwrócił się do Clarencea Dodda:

— Pilnuj tu porządku i uważaj na dziadka.

Gdy wrócił do Corvetty, zobaczył, że Anna siedzi na przednim siedzeniu obok Ramy Joan. Oparł ręce na biodrach, potem jednak uśmiechnął się, wzruszył ramionami i usiadł za kierownicą.

— Cześć, mała — powiedział i potargał jej włosy. Anna odsunęła się od niego.

Brecht włączył silnik, wstał i odwrócił się.

— Uwaga! — krzyknął w stronę pozostałych pojazdów. — Jedziemy w odległości dwudziestu metrów od siebie! Będę jechał wolno. Jeżeli zatrąbię trzy razy — macie zwolnić, cztery mży — stanąć. A jeżeli ktoś z was zatrąbi pięć razy, to znaczy, że coś się stało. Jasne? W porządku! Ruszamy!

Ludzie na Ziemi różnie reagowali na katastrofy spowodowane przez Wędrowca, zależnie od tego, w jakiej sami znajdowali się sytuacji. W Putnam, w Dutchess County I na południowych zboczach Catskills po drugiej stronie rzeki Hudson powstał niemal drugi Nowy Jork — przyjeżdżali tu uchodźcy i ustawiali namioty, zakładano szpitale udzielające pierwszej pomocy oraz prowizoryczne lotniska, z których prowadzono akcję ratowniczą.

Mieszkańcy Chicago, którzy znaleźli się nad jeziorem Michigan, nie mogli się nadziwić, widząc półtorametrowy przypływ — zazwyczaj bowiem przypływ był tu tak niewielki, że w ogóle go nie dostrzegali. Spoglądali chwilami w górę na sznur awionetek lecących z Meigs Field na wschód w ramach erkę i i ratowniczej. Samochody pędziły po szosie jak każdego innego dnia.

Na Syberii powódź zalała wyrzutnie atomowe, powodując ogromny wybuch — na uciekających ludzi spadł pył radioaktywny.

Fale przypływu zatopiły wyspy koralowe na Pacyfiku, zmuszając tubylców, aby śladem swoich dzielnych przodków wyruszyli pirogami na poszukiwanie nowych lądów.

Wolf Loner, pewien swoich obliczeń, płynął śmiało przed siebie w kierunku Bostonu. Rozmyślał leniwie o tym, dlaczego jasny blask Księżyca, który w nocy dwa razy wyjrzał spoza chmur, ma lekko fioletowy odcień.

Transatlantyk,,Prince Charles” płynął wzdłuż wybrzeży Brazylii, kierując się na południe. Czterej kapitanowie powstańcy dowodzący statkiem zlekceważyli ostrzeżenia kapitana Sithwisea, który radził, żeby omijać z daleka ujście Amazonki.

Paul Hagbolt oglądał kontynent europejski z wysokości ośmiuset kilometrów. Europę zalewało światło słoneczne i widoczność była dobra, jedynie znad Oceanu Atlantyckiego nadciągała w stronę Irlandii szeroka, biała chmura.

Bezpośrednio pod sobą Paul miał Morze Północne, które z tej wysokości wyglądało jak na mapie w atlasie; woda w morzu była matowoszara, z wyjątkiem miejsca przy Cieśninie Dover, gdzie stonce rzucało jaskrawy blask.

Wyspy brytyjskie, południowa część Półwyspu Skandynawskiego, północne tereny Niemiec i południowe obszary Szkocji zajmowały następne strony w atlasie — na Iowo, na prawo i na południe od Morza Północnego.

Szkocja i Norwegia pozostały nie zmienione, natomiast na południe Szwecji wdarła się woda Bałtyku.

Poniżej Danii pas wody niczym szabla z klingą skierowaną na południe zalał Holandię i północne tereny Niemiec. No cóż — pomyślał Paul — nie jest to pierwsza powódź w dziejach Holandii.

Spojrzał teraz na Anglię: i tu woda miejscami za bardzo wdzierała się w ląd, a ze wschodniego wybrzeża jakby wygryzła duży kęs. Co to jest? Tamiza?… Humber? Paul zawstydził się, że nie potrafi od razu podać prawidłowej odpowiedzi, ale z geografii nigdy nie był mocny. Gdyby Tygryska zajrzała do mojej podświadomości, mogłaby mi dać odpowiedź — pomyślał, rozglądając się z irytacją, ale kotka spokojnie czesała się srebrnym grzebieniem i myła futra długim, cienkim jak sztylet językiem.

Oskarżenia Paula i gwałtowna reakcja Tygryski zakończyły się szybko i bez rezultatu. Tygryska schowała groźne pazury, obróciła się na pięcie i wróciła do tablicy sterowniczej, gdzie przez następne pół godziny siedziała bez ruchu, czasem tylko manipulując srebrnymi gałkami. Potem rozpoczęła nową serię manewrów, żeby móc obserwować Ziemię.

Po pewnym czasie przerwała swoje czynności, bez słowa podeszła do Paula, uwolniła mu nogę i zdjęła przymocowane urządzenia sanitarne. Następnie, łamana mową, zwięźle i oschle wyjaśniła mu podstawowe zasady poruszania się w zerowej grawitacji i sposób korzystania z Tablicy Odpadów i Tablicy Żywności. Po czym wróciła do swoich obowiązków, a Paul poczuł się jak intruz w nowocześnie wyposażonym biurze. Przedtem jeszcze zjadł szybko posiłek złożony z malutkich ciasteczek o dużej zawartości białka, popijając je wodą niby proszki od bólu głowy. Wciąż jeszcze leżały mu kamieniem w żołądku.

Z początku obserwacja Ziemi była niezwykle frapująca, ale wkrótce go.znużyła.

Starał się myśleć o Margo znajdującej się po drugiej stronie kuli ziemskiej w południowej Kalifornii i o Donie będącym również po drugiej stronie Ziemi na zmiażdżonym Księżycu — może jednak udało mu się uciec statkiem kosmicznym? — ale był zbyt zmęczony, żeby się nad tym zastanawiać.

Z niemałym wysiłkiem zmusił się do dalszej obserwacji Ziemi — oderwał spojrzenie od niepokojąco czarownego widoku Tygryski przy toalecie i skupił uwagę na żywym atlasie widocznym przez przezroczystą podłogę, która miała gdzieniegdzie niewielkie uchwyty — przez dwa takie uchwyty przesunął palec ręki i nogi.

Zaraz, zaraz, ten wygryziony kęs Anglii to chyba coś, co tam nazywali zatoką Wash, otoczony niziną, którą nazywali Fenlands… Paul westchnął.

— Martwisz o swoją planetę, Paul? — zawołała do niego Tygryska. — Ludzie cierpią i tak dalej?

Paul wzruszył ramionami i potrząsnął głową.

— Za dużo tego wszystkiego — odpowiedział. — Nie jestem już w stanie nic odczuwać.

— Zmniejszyć odległość? — spytała. Wstała od tablicy sterowniczej i powoli przysunęła się do niego.

— Po co?

— A może martwisz o ktoś bliski? — spytała. — Dziewczyna? O nią martwisz?

— Nie wiem — odparł. — Margo nie jest właściwie moją dziewczyną.

— A więc martwisz o to, co najbliższe: o siebie — rzekła, zatrzymując się koło niego. Położyła fioletową łapę na jego nagim ramieniu. — Biedny Paul — zamruczała. — Wszystko pogmatwane. Biedny, biedny Paul.

Jej dotknięcie przejęło go podniecającym dreszczem. Zły na siebie, cofnął ramię i śląc w jej stronę lekki powiew powietrza, machnął ręką, żeby się do niego nie zbliżała.

— Nie jestem maskotką — powiedział gniewnie. — I nie jestem żadną chorą małpą. Jestem mężczyzną!

Tygryska błysnęła zębami w uśmiechu, wąsy przesunęły się jej na fioletowe policzki, a czarne źrenice oczu zmniejszyły się do kropek. Celując fioletowoszarą łapą w serce Paula, krzyknęła:

— Paf!

Po chwili Paul roześmiał się ze smutkiem.

— No dobrze. Tygryska — westchnął. — Skoro jestem dla ciebie istotą niższego rzędu, zajrzyj w moje myśli i powiedz, co się ze mną dzieje? Dlaczego wszystko jest takie zagmatwane?

Źrenice jej oczu rozszerzyły się, przybierając kształt gwiazd — czarnych, lśniących gwiazd na tle fioletu nieba.

— Ależ, Paul — rzekła z powagą — odkąd zmusiłeś mnie, żebym cię traktowała jak istotę inteligentną — prymitywną, ale inteligentną, z własnym światem wewnętrznym — jest mi coraz trudniej przeniknąć do twoich myśli. Chodzi nie tylko o twoją zgodę. Ale poczyniłam pewne spostrzeżenia i jeżeli chcesz, mogę ci powiedzieć, co o tobie sądzę.

Paul skinął głową.

— Powiedz — poprosił.

— Masz mi za złe, Paul, że traktuję cię jak maskotkę, ale ty w podobny sposób traktujesz otaczających cię ludzi, Trzymasz się na uboczu, obserwujesz wyrozumiale ich szaleństwa, dbasz o tych, których kochasz, strzeżesz ich i im służysz: Margo, Donowi, swojej matce i kilku innym osobom. Schlebiasz im. oczekując czegoś w zamian. Uważasz, że to przyjaźń, ale w rzeczywistości to egoizm i wyrachowanie. Szanująca się kotka nigdy by tak nie postępowała wobec swoich kociąt.

Za często obserwujesz siebie z dystansu — mówiła dalej. — Zamieniasz się w obserwatora, którego z kolei obserwuje następny obserwator, tego następny i tak dalej. Patrz! — Okna zamieniły się w lustra. Tygryska wyciągnęła łapę, oddzielając jakoś pierwsze sześć odbić od pozostałych.

— Widzisz? — szepnęła. — Każde odbicie obserwuje to na wprost siebie. Tak, wiem, wszystkie rozumne istoty obserwują się z dystansu. Ale ty, Paul, żyjesz w swoich lustrzanych odbiciach. Powinno się żyć poza lustrem, wówczas zyskuje się odwagę, nie wolno się zamieniać we własnego obserwatora z lustra. Uważaj, żebyś nie stał się obserwatorem numer sześć.

Poza tym wydaje ci się, że inni obserwują cię tak jak twoje odbicia. Odsuwasz się od nich, a potem ich krytykujesz. Ale oni cię nie obserwują. On! mają własnych lustrzanych obserwatorów, którzy obserwują tylko ich. Żeby polubić innych, trzeba najpierw polubić siebie.

Jeszcze jeden sprawa — dodała na zakończenie, znów mówiąc niepoprawnie. — Twój refleks walki słaby. To samo taniec. To samo seks. Małe doświadczenie. To wszystko.

— Masz rację — bąknął Paul cicho i jakby z przymusem. — Staram się zmienić, ale…

— Dość myśleć o sobie. Patrz! Jeden z naszych statków uratował wam miasto.

Sufit i podłoga znów stały się przezroczyste. Talerz opadał gwałtownie nad ciemnymi rozwidleniami zlewającymi się z jasną szachownicą, z której środka brunatne pierścienie biegły w stronę okrągłej, brązowej obręczy z szaroniebieskim brzegiem. Wysoko nad pierścieniami unosił się fioletowozłoty talerz latający, który, sądząc po chmurach dzielących go od talerza Tygryski, musiał być olbrzymi.

Zbliżyli się do szachownicy — okazało się, że to miasto, a kwadraty — to budynki.

Brunatne pierścienie tworzyła zamulona woda, wypompowywana z miasta.

Paul poznał olbrzymie budynki zakładów „Elektrosiła”, które widział na zdjęciach, Instytut Energetyki, niebieskozielony teatr imienia Kirowa i Pałac Zimowy. Rozwidlenia tworzyła delta Newy, a miastem był Leningrad.

— Widzisz? Ratujemy wasze ukochane miasta — powiedziała zadowolona z siebie Tygryska. — Silnik pędu z dużego talerza odciąga tylko wodę. Bardzo sprytne urządzenie.

Zawisnęli nagle tak nisko nad miastem, że Paul ujrzał bruk ulic, ścieki pełne błota i wyciągnięte na ziemi, pokryte mułem, sine ciała kobiety i dziewczynki. Po chwili zalała je niska brunatna fala: z brudnej piany wyłoniło się martwe szare ramię i sina brodata twarz.

— Ratujecie? — spytał z oburzeniem. — Może. Ale najpierw zabiliście miliony ludzi, i wcale nie jestem pewien, co jest groźniejsze w skutkach: wasza pomoc czy katastrofa! Tygryska, jak mogliście zniszczyć — naszą planetę tylko po to, żeby prędzej zdobyć paliwo? Co was tak przestraszyło?

— Nie poruszaj tego tematu, Paul — syknęła Tygryska.

Richard Hillary szybko kuśtykał naprzód — niewidoczny punkcik w atlasie oglądanym przez Paula, a jednocześnie żywy, przerażony człowiek. Pot spływał z niego strumieniami, słońce świeciło mu w oczy. Oddychał ciężko i przy każdym kroku krzywił się z bólu.

Niczym szybki wóz na autostradzie, wyprzedził jedną grupę pieszych, ale inie dotarł jeszcze do grupy na przedzie, jeżeli taka w ogóle istniała. Ostatni znak drogowy, który minął, wskazywał drogę do najbliższego miasteczka, które — całkiem stosownie — pomyślał Richard, nazywało się Mała Rzeź.

Mrużąc oczy widział, że kilkaset metrów dalej droga zaczyna się piąć na wysokie, porośnięte drzewami wzgórza.

Natomiast oglądając się za siebie, oślepiony blaskiem słonecznym, widział jedynie wijące się węże wody i zalane pola.

Największym wężem była szosa, po której szedł, a którą nagie zaczęła zalewać woda z rowu po lewej stronie. Poziom wody nie przewyższał paru centymetrów, ale sam jej widok przestraszył Richarda.

Po prawej stronie, nieco wyżej od szosy, znajdowało się pole młodego jęczmienia, które ciągnęło się aż do wzgórza. Nie zważając na to, że drut kolczasty drze mu ubranie, przeszedł przez ogrodzenie i ruszył naprzód przez szeleszczący jęczmień. Z jęczmienia wyłoniła się wrona, zatrzepotała gwałtownie skrzydłami i odfrunęła, krocząc ochryple z niezadowolenia. Richarda bolały nogi, przyśpieszył jednak kroku.

Usłyszał przytłumiony, daleki grzmot. Grzmot nie ucichł, przeciwnie, wzmagał się, stając się coraz głośniejszy. Richard niezbyt wierzył we własne siły, ale puścił się biegiem pod górę. Usłyszał za sobą króliki uciekające wielkimi susami. Obejrzał się i zobaczył kilkanaście takich podskakujących, białych kulek.

Kątem oka dojrzał ścigającą go ścianę wody, zwieńczoną brunatną pianą. Grzmot był tak głośny, jakby przejeżdżało dziesięć pociągów ekspresowych. Poczuł nagle, że żółta piana bulgocze mu wokół nóg, a w następnej chwili zdawało mu się, że wzburzona fala odetnie mu drogę.

Jednakże zdołał dobiec na szczyt wzgórza, woda opadła, a grzmot przycichł.

Richard stał na wzgórzu, chwiejąc się ze zmęczenia i chwytając ustami powietrze — czuł w piersiach ból, jakby go,ktoś kopnął — gdy nagle spomiędzy drzew ukazał się sztywno wyprostowany, niski starszy pan z dubeltówką.

— Stać! — krzyknął, celując w niego. — Bo strzelam.

Miał na sobie szare pumpy, lila pulower i brązowe kamasze. Twarz — wąska, pomarszczona, o niemal przezroczystych oczach — wyrażała najwyższą dezaprobatę.

Richard nie ruszył się, choćby dlatego, że był zdyszany i obolały. Grzmoty ustały całkowicie, a mętna woda spływała na pole.

— Proszę się wytłumaczyć — powiedział starszy pan. — Jakim prawem depcze pan mój jęczmień? I dlaczego zalał pan moje pole?

Zaczerpnąwszy wreszcie tchu, Richard uśmiechnął się jak najuprzejmiej i odparł:

— Proszę mi wierzyć, że nie zrobiłem tego z rozmysłem.

Sally, ubrana w połyskujące w blasku słonecznym bikini poprzetykane złotymi nićmi, wyglądała przez balustradę i Informowała Jake'a o wszystkim, co się dzieje na dole.

Jake pił kawę po irlandzku, na której wygasał właśnie płomień whisky, i palił długie, zielonkawe cygaro. Od czasu do czasu marszczył brwi. Przy filiżance kawy leżał notatnik otwarty na czystej, nie zapisanej stronie.

— Woda sięga o dziesięć pięter wyżej niż przedtem! — wołała Sally. — Na dachach aż roi się od ludzi. Z każdego okna, jakie widać, wyglądają ze trzy twarze. Ludzie nawet stoją na parapetach. Mamy szczęście, że u nas był pożar i winda nie działa. Ktoś wygraża pięścią i to do mnie! Dlaczego, co ja ci zrobiłam? Ktoś inny właśnie skoczył do wody — ojej, rąbnął brzuchem! Ale silny prąd — spycha łódź policyjną. Hej, ty tam, przestań wskazywać mnie laską! Są matki z dziećmi…

Rozległ się świst i trzask: poręcz balustrady zabrzęczała. Sally odskoczyła, jakby ją coś ugryzło, i odwróciła się do Jake'a.

— Ktoś do mnie strzelał! — oznajmiła z oburzeniem.

— Odsuń się od balustrady — poradził jej Jake. — Ludzie zawsze zazdroszczą tym na górze.

Rozdział 31

Członkowie sympozjum usłyszeli cztery krótkie sygnały klaksonem. Powietrze przesiąknięte było kwaśnym, gryzącym dymem, unoszącym się znad spalonej ziemi, dymem ostrzejszym niż przedtem, bo z południowego wschodu zerwał się ciepły, wilgotny wiatr. Słońce przypiekało, ale z południa nadciągały wielkie, czarne chmury.

Hunter zatrzymał limuzynę tuż za wozem Brechta, który dojechał do wzniesienia: droga tutaj biegła między naturalnymi, pięciometrowymi słupami skalnymi.

Brecht stał wsparty o siedzenie samochodu i obserwował teren przed sobą. W czarnym kapeluszu na głowie, którego rondo z tylu opadało na kark, a z przodu było podwinięte, wyglądał jak pirat. Wyciągnął prawą rękę i Rama Joan podała mu lornetkę. Teraz badał teren za pomocą siedmiokrotnie powiększających soczewek. Rama Joan i Anna też wstały.

Hunter zgasił silnik, zablokował hamulec i kiedy — nadjechał autobus, on i Margo wysiedli z samochodu, pośpiesznie ruszyli naprzód i po chwili zobaczyli to, na co patrzył Brecht.

Lekko pofałdowane zbocze ciągnęło się w dół przez pól kilometra, po czym przechodziło w szeroką równinę, a następnie znów się wznosiło, choć już nie tak wysoko.

Zbocze po lewej stronie było czarne, a po prawej zielonkawobrunatne. Szosa wiła się po nim zakosami, raz po raz przecinając granicę między terenem spalonym a nie spalonym.

U podnóża zbocza, tuż przy granicy pożaru, szosa przebiegała obok trzech białych budynków stojących na dużym podwórzu, wysypanym żwirem i otoczonym wysoką metalową siatką, po czym skręcała w rozpostartą po obu j«j stronach szeroką równinę, która łagodnie wznosiła się pod górę, znikając między wzgórzami.

Przez środek równiny ciągnęło się coś, co wyglądało jak pokryty łuską, spłaszczony wąż długości pięciu kilometrów, a szerokości trzydziestu metrów. Łuski, których w każdym lśniącym po brzegach rzędzie mieściło się osiem czy dziewięć, były przeważnie niebieskie, brązowe, beżowe i czarne, choć gdzieniegdzie widać było czerwoną lub zieloną. Z lśniących srebrnych boków można było wnosić, że wąż ma srebrny brzuch.

Wojtowicz podszedł do Brechta.

— Jezu! — zawołał. — Dojechaliśmy. O rety! Wężem była autostrada 101, na której zderzak przy zderzaku stały gęsto samochody.

— Muszę pomówić z Doddem i McHeathem — rzekł chrapliwie Brecht.

— Anno, zawołaj panów — poleciła Rama Joan córce. Dziewczynka przecisnęła się do drzwi i wyskoczyła z samochodu.

Kiedy Margo i Hunter przestali błądzić oczami po równinie i zatrzymali spojrzenie na najbliższym punkcie, dostrzeżone szczegóły upewniły ich, że to bynajmniej nie jest wąż. W wielu miejscach samochody stały na poboczu, tuż przy metalowej siatce. Niektóre miały podniesione maski, a po bokach jakieś białe plamy — Hunter zorientował się, że są to żałosne, pokorne prośby o pomoc: ręczniki, koszule, chusty i chusteczki wywieszone przez kierowców, zanim powstał zator.

Gdzieniegdzie pogięte albo ustawione w poprzek łuski oznaczały wozy nie usunięte po kraksie, a także nieudane próby kierowców, którzy usiłowali zawrócić na trawie dzielącej pasy autostrady albo na poboczu i odjechać drogą, którą przybyli.

W trzech miejscach siatka była mocno wgnieciona przez maski samochodów: zapewne i tędy kierowcy chcieli wydostać się z zatoru. Jedna próba powiodła się do pewnego stopnia — siatka pękła, ale dalszą drogę tarasowały rozbite i leżące w rowie samochody, dwa z,nich jeden na drugim.

Niektórzy kierowcy wciąż nadaremnie starali się wydostać, podjeżdżając metr do przodu, potem cofając się metr do tyłu. Duszący zapach spalin mieszał się z zapachem dymu niesionym przez wilgotny wiatr i południowego wschodu.

Hunter usiłował sobie wyobrazić, co tu się działo w nocy, tuż zanim powstał ogromny zator: widział te pięć tysięcy samochodów, dziesięć tysięcy połyskujących i migocących reflektorów, dziesięć tysięcy zderzaków wpadających na siebie z brzękiem, kilka wozów policyjnych, starających się utrzymać porządek na drodze, która z każdą chwilą stawała się coraz bardziej zatłoczona, pięć tysięcy silników, spaliny buchające z rur wydechowych, klaksony… a jeszcze ze sto tysięcy samochodów między tym miejscom i Los Angeles.

Rozmyślania przerwał mu głos Drągala:

— Dolina suchych kości. Panie latających talerzy, imituj się nad nimi.

Stojąca przy samochodzie Rama Joan powiedziała cicho:

— Nawet złoczyńca jest szczęśliwy, dopóki jego zły czyn nie zaowocuje. A kiedy zaowocuje…

Największa i najgroźniejsza kraksa miała miejsce tuż za trzema budynkami, tam gdzie szosa prowadząca przez góry Santa Monica łączyła się z autostradą 101: zderzyło się tu ponad sto samochodów, kilka leżało kołami do góry, kilka na boku, a trzydzieści najbliższych było osmalonych ogniem. Hunterowi przyszło na myśl, że tutaj zapewne wybuchł pożar, od którego zajął się las i zarośla.

Dopiero po jakimś czasie (choć może upłynęła tylko sekunda, gdy tak stali, z niedowierzaniem rozglądając się wkoło) Margo i Hunter ujrzeli ludzi — jak gdyby jakieś prawo natury nie pozwalało im dostrzegać drobniejszych elementów, zanim ogarnęli całość.

Ludzie! — przynajmniej trzy lub cztery osoby na każdy samochód. Wielu — mój Ty Boże! — wciąż siedziało w worach. Niektórzy stali albo chodzili między samochodami, inni stali lub siedzieli na dachach, które przykryli pledami. Na lewo za spalonymi wozami sporo osób przeszło przez siatkę i rozłożyło się biwakiem, zasłaniając się od słońca ręcznikami plażowymi i kocami. Ale mało kto oddalał się od autostrady i olbrzymiego zatoru; może liczyli na to, że za kilka godzin, czy choćby za dzień, zator zostanie zlikwidowany. Również mało kto spacerował — wszyscy na ogół chronili się w cieniu.

Hunter przypomniał sobie stary dowcip, że mieszkańcy Los Angeles, którzy w odwiedziny do sąsiadów mieszkających po przeciwnej stronie ulicy jeżdżą samochodami, zapomnieli, do czego służą nogi — był to jeden z tych dowcipów, które nie odbiegają zbytnio od prawdy.

Na lewo od kraksy i miejsca, w którym szosa górska łączyła się z autostradą 101, kilka czarnobiałych wozów policyjnych, niczym furgony osadników, ustawiło się półkolem na pustym poboczu. Owa barykada z wozów tarasowała dwumetrową dziurę w siatce, najwyraźniej wyciętą nożycami. Przy dziurze stało pięciu policjantów: jeden z nich właśnie wsiadł na motocykl, wyjechał przez otwór w siatce, skręcił i popędził na północ po równym terenie za ogrodzeniem. Kilka osób wyszło T cienia i usiłowało go zatrzymać, ale on jechał dalej wzbijając tumany kurzu, które rosły i kłębiły się wokół biwakujących.

Po prawej stronie autostrady, gdzie wielkie czarne chmury raptownie unosiły się do góry, biwakowało znacznie mniej osób, więcej zaś — a były to na ogół osoby młode i szczupłe — wymachiwało rękami, skakało, zbierało się w gromadki, rozchodziło z znów zbierało. Z tej również strony dolatywały ciche dźwięki instrumentów: trąbki, klarnetu i perkusji.

Dwie grupy, tak bardzo różne w zachowaniu, dzielił stumetrowy pas zieleni, przez który biegła szosa górska, a na którym, pora dziesięcioma osobami leżącymi na ziemi, nie było nikogo — nawet samochody były puste. Hunter zaczął się zastanawiać, dlaczego te osoby w taki upał leżą na słońcu, gdy nagle uświadomił sobie, że nie żyją.

Pochłonięty obserwowaniem równiny, zapomniał prawie o swoich współtowarzyszach, którzy zebrali się dokoła. Teraz usłyszał kroki i głos Dodda:

— Spójrzcie tylko na te chmury! Po raz pierwszy zdarza mi się widzieć, żeby w południowej Kalifornii wilgotny wiatr nadciągał ze wschodu.

Usłyszał też odpowiedź McHeatha:

— Może woda wdarła się w głąb lądu i zalało jezioro Salton Sea i inne nisko położone obszary? A przy stukilometrowym zalewie musi być ogromne parowanie.

Hunter znów skierował spojrzenie na przerażający widok w dole.

Trzech młodzieńców z grupy szczupłych i aktywnych weszło na skraj ziemi niczyjej, poruszając się prędko dziwnym, chwiejnym krokiem. Jeden z nich, sądząc po ruchach, niósł butelkę, którą wciąż podnosił do ust. Uszli niecałe pięćdziesiąt metrów, kiedy od strony wozów policyjnych rozległy się strzały. Jeden młodzieniec upadł — z tej odległości Hunter nie widział, czy leży bez ruchu, czy zwija się z bólu. Dwaj pozostali przeskoczyli przez najbliższe samochody i ukryli się za nimi.

Objął mocno ramieniem Margo.

— Na miłość boską, Rudolfie, co się tom dzieje? — zapytał.

— Właśnie — wtrącił Wojtowicz. — Powiedz, co widzisz przez lornetkę. Wygląda na wojnę.

— Masz rację — odparł krótko Brecht. — A teraz kto chce, niech słucha — powiedział głośno, wciąż patrząc w dół przez lornetkę — bo nie będę powtarzał po raz drugi i nie mamy czasu na przekazywanie sobie lornetki. Toczy się wojna, a przynajmniej wielka potyczka między grupą młodych ludzi i grupą starszych, a raczej między młodymi i policją, której pomaga kilka starszych osób. Pozostali są chyba neutralni, a w każdym razie nie wtrącają się. Nastolatki przeciw policji ochraniającej rodziny. Nastał chyba dzień młodych. Ci szczupli to właśnie młodzież, nastolatki. Piją — rozbili ciężarówkę z alkoholem i wyciągają z niej butelki. Na otwartej przestrzeni gra zespół jazzowy. Gdzieniegdzie biją się — na noże i pięści. Banda z młotami bez żadnego powodu tłucze szyby w samochodach i gniecie maski.

W swojej relacji Brecht świadomie nie wspomniał o nagich parach kopulujących w samochodach — zapewne ze względu na cień, a nie dlatego, żeby się wstydzili — o dwóch dziewczynach tańczących nago przy zespole jazzowym, o bezsensownym biciu i atletach przemocy oraz o kilkuosobowej grupie, która stała z dala od muzyków i z chłodnicy samochodów chciwie piła wodę… Brecht miał nadzieję, że nie jest zatruta.

— Ale w swej agresywności nie poprzestają tylko na tym — ciągnął dalej. — Teraz skradają się między pustymi wozami w stronę policjantów. Kilku z nich ma broń, reszta butelki. Ale zdaje się, że policja zastawiła na nich pułapkę. W każdym razie dwóch policjantów schowało się za samochodami pośrodku zatoru. Zanim jednak zacznie się bitwa, my już będziemy w drodze powrotnej do Mulholland — stwierdził, podając lornetkę Ramie Joan i spoglądając na zebranych. — Dodd! McHeath! Powiedzcie dziadkowi i Hixonowi, żeby zawrócili autobus i furgonetkę. Droga jest dość szeroka…

— Maimy stchórzyć i wiać? — zapytał donośnym głosem Hixon. Stał przy Drągalu, trzymając w ręce karabin. — Kiedy porządnym ludziom grozi niebezpieczeństwo? Kiedy za pomocą pistoletu z latającego talerza moglibyśmy im pomóc? Sam byłem kiedyś policjantem. Koniecznie musimy im pomóc.

— Nie! — krzyknął Brecht. — Musimy się troszczyć o siebie i dostarczyć pistolet ludziom nauki — póki jeszcze jest naładowany. Margo, ile zostało ładunku?

— Mniej więcej jedna trzecia — odpada dziewczyna, sprawdzając długość fioletowej linii.

— No widzisz? — zwrócił się Brecht do Hixona. — Zostało ładunku na cztery, najwyżej na pięć strzałów. A na autostradzie są dziesiątki tysięcy tych szaleńców. Jeżeli się wtrącimy, to t małej potyczki wywiąże się wielka bitwa. Przyznaję, że to, co się tam dzieje, jest okropne, ale to samo dzieje się teraz na całym świecie i nic na to nie poradzimy. Jedno wiadro wody nie uratuje płonącego miasta! Wracamy! Hixon, zawróć furgonetkę…

— Chwileczkę! — przerwała mu tym razem Margo. Podeszła bliżej i stanęła przed Corvettą.

— Tam w dole jest Vandenberg Trzy — powiedziała, wskazując pistoletem trzy białe budynki. — Może jest tam jeszcze Morton Opperly. Musimy sprawdzić.

— Na pewno go tam nie ma! — warknął Brecht. — jestem tego najzupełniej pewien. Mogę się założyć, że dowództwo przysłało po niego helikopter, może akurat ton, który widzieliśmy rano. Wracamy!

— W środku widziałam poruszające się postacie — skłamała Margo. — Sam mówiłeś, że trzeba mu dostarczyć pistolet. Musimy sprawdzić.

Brecht potrząsnął głową.

— Nie! Ryzyko jest zbyt wielkie, a nie mamy żadnej pewności, czy on tam w ogóle jeszcze jest.

Morgo uśmiechnęła się.

— Ale to ja mam pistolet — rzekła, przyciskając broń do piersi. — I ja go tam dostarczę, choćbym miała pójść pieszo.

— Brawo! — poparł ją gorąco Hixon.

— Posłuchaj mnie, bohaterko — zaczął Brecht, nachylając się do niej. — Jeżeli wyruszysz z tym pistoletem, obojętne pieszo czy samochodem, a jakiś zwariowany strzelec wyborowy cię zastrzeli albo napadną cię jakieś bandziory, to nie Opperly dostanie pistolet, tylko oni. Ale mam pomysł: jedź tam, jeżeli chcesz, ale bez pistoletu — na wszelki wypadek mogę ci dać mój rewolwer — i przywieź tu Opperlyego albo sprawdź, czy om tam jeszcze jest, a dalej się zobaczy. No?

Margo spojrzała na Huntera.

— Zawieziesz mnie? — spytała.

Hunter skinął głowa i ruszył do samochodu. Margo podeszła do Brechta i wyciągnęła swój pistolet.

— Zamieniamy się — powiedziała.

Zamienili broń. Hunter włączył silnik i podjechał do nich.

— Jadę z wami — zaofiarował swoją pomoc Hixon.

— Zgadzasz się? — spytał Brecht. Margo skinęła głową.

— Pamiętaj, że jedziecie tylko po to, żeby odszukać Opperly’ego — rzekł do Hixona.

— Dobrze, chociaż nie wiem nawet, co to za jeden — mruknął Hixon.

— W porządku, reszta zostaje na miejscu. Dość ochotników! — krzyknął Brecht widząc, że McHeath również chce jechać. — Daj mi karabin i wdrap się tam — wskazał niższy słup skalny przy szosie — i pilnuj, żeby nas nie otoczyli… nawet policjanci!

Hixon usiadł na tylnym siedzeniu wozu, Margo zajęła miejsce z przodu, obok Huntera. Brecht podbiegł do nich i opierając łokieć na drzwiczkach od strony dziewczyny, powiedział:

— Poczekajcie chwilę. — Spojrzał na równinę, na której właśnie wybuchła bójka.

Młodzi wyskoczyli spomiędzy samochodów tuż przy barykadzie policyjnej, rzucili czymś i trafili w jeden z wozów. Rozległy się strzały — trzy osoby upadły. Wóz stanął w płomieniach.

— Butelki z benzyną — szepnął Hixon, przygryzając wargę.

— Ruszajcie — rzekł Brecht. — Dopóki są zajęci sobą. Wsunął głowę przez okno.

— Tylko, do jasnej cholery, macie wrócić cali i zdrowi! — warknął na pożegnanie.

Barbara siedziała niby na szczeblu drabiny na najwyższym z wielkich jasnych konarów olbrzymiej, uschniętej magnolii. Słońce zachodzące na błękitnym niebie grzało ją w plecy, a ona patrzyła na wschód, czekając aż fale Atlantyku nadciągną z Daytona Beach i jeziora George i zaleją Florydę. Od czasu do czasu usiłowała odczytać liczby z pogniecionej i zaplamionej potem karty godzin przypływu i odpływu, którą Benjy poprzedniego dnia zerwał dla niej z kalendarza, chociaż wiedziała, że dane nie pokrywają się z rzeczywistością. Ale o trzeciej nad ranem był olbrzymi przypływ, sądziła więc, że następny powinien być około trzeciej po południu.

Na niższym rozgałęzieniu, przywiązany resztkami koca do grubego pnia, który chronił go przed słońcem, siedział stary KKK. Obok Ketteringa siedziała Hester, która podtrzymywała jego opadającą głowę i robiła, co mogła, żeby staremu było wygodnie. Niższe konary zajmowali Benjy i Helena. Benjy trzymał sznur, którym wciągnęli na drzewo Ketteringa oraz kilka niezbędnych rzeczy.

Siedząc wysoko na wielkim, prawie bezlistnym drzewie, trójka Murzynów w brudnych, podartych ubraniach przypominała mokre, żałośnie wyglądające ptaki z brązowym grzebieniem na głowie.

Drzewo stało na niewielkim pagórku pokrytym niemal w całości wystającymi z ziemi grubymi, szarymi korzeniami, na których Benjy zaparkował ochlapanego błotem RollsRoycea.

Na południe od pagórka znajdował się mały cmentarzyk — część pokrytych piaskiem drewnianych tabliczek leżała na ziemi, wszystkie zaś były oklejone wodorostami naniesionymi przez nocny przypływ. Na końcu cmentarza stal drewniany kościółek, niegdyś pomalowany na biało. Woda przesunęła go o kilka metrów od murowanych fundamentów, nadwerężyła i powyginała jego ściany, ale nie zdołała go rozbić. Brunatny ślad wody pozostał na wysokości trzech metrów, dochodząc prawie do niedawno namalowanego, choć już łuszczącego się czarnego napisu nad drzwiami: Kościół Jezusa Zbawiciela.

Barbara zamrugała oczami. Zdawało się jej, że połacie niebieskiego nieba na wschodzie opadły na płaską, brązowozieloną ziemię — przypominało to lustrzaną taflę wody, jaka w upalne dni jawi się w oddali na równej, betonowej szosie. Niebieskie plamy rosły i zlewały się ze sobą. Nieświadoma tego, że wciąż mruga, Barbara wpatrywała się w horyzont niemal jak w transie. Sekundy i minuty płynęły niepostrzeżenie, jak gdyby czas, który dotychczas pędził niczym rączy rumak, nagle stanął, albo może to tylko zatrzymało się coś w niej, w Barbarze, bo nie słyszała już tętentu jego kopyt.

Była tak pochłonięta dziwnym zjawiskiem — niebem zalewającym ziemię — że nie słyszała ryku ze wschodu, który wzmagał się coraz bardziej, ani przerażonych nawoływań trzech wielkich ptaków siedzących niżej na drzewie; nie czuła, że drzewo chybocze się i wygina, nie widziała wody, która napiera na pień, nie słyszała też rozpaczliwego krzyku Heleny.

Miała natomiast wrażenie, że cały świat przechyla się i wznosi ku niebu, podczas gdy błękit z oszałamiającą szybkością pędzi ku ziemi. Odchyliła się w tył, odchylała się coraz bardziej i spadłaby z drzewa, gdyby nagle kłoś mię znalazł się u jej boku i czyjeś silne ramię jej nie wsparło.

— Uwaga, panno Barbaro! — krzyknął jej do ucha Benjy. — Tak się pani zapatrzyła, że spadłaby pani.

Spojrzała na wodnistą równinę. Floryda znikła. Kościół Jezusa Zbawiciela płynął wywrócony, a osiem słupków, na których go zbudowano, sterczało krzywo do góry.

Znów spojrzała w dół. Magnolia, teraz do połowy zanurzona w wodzie, była niczym samotna wysepka na morzu. Barbarze przypomniał się RollsRoyce i parsknęła śmiechem.

— Jeszcze nie wiadomo — powiedział Benjy, odgadując jej myśli. — Wyjąłem akumulator, tablicę rozdzielczą i kilka innych części. Resztę porządnie naoliwiłem — może to coś da. Zbiorniki z benzyną i olejem zatkałem mocno z obydwóch stron. Jak woda spłynie, to może ruszymy, chociaż sam bym się zdziwił.

Fala zakołysała drzewem. Helena pisnęła i Hester objęła ją. Benjy roześmiał się, a raczej zapiał jak kogut.

— Ale ciągle jeszcze nie tracę nadziei — powiedział Barbarze.

Rozdział 32

Ross Hunter, jadąc prędko, choć ostrożnie, wziął ostatni zakręt. Odtąd droga biegła prosto wzdłuż wysokiej metalowej siatki otaczającej Vandenberg 3.

Margo dotknęła jego ramienia i wskazała ręką małą otwartą furtkę przy pierwszym rogu ogrodzenia.

Hunter jednak nie zwolnił.

— Za mała — powiedział. — Musimy poszukać bramy, przez którą przejedzie samochód.

Krajobraz stał się nagle widmowy. Olbrzymie chmury zasłoniły słońce. Zagrzmiało. Poprzez grzmoty dobiegł odgłos strzałów. Wóz policyjny wyjechał z płonącej barykady przez otwór w siatce dzielącej szosę od Vandenbergu, zjechał po niewielkim poboczu, podskakując na wybojach minął wozy spalone podczas kraksy i skierował się w stronę nadjeżdżającego Huntera. Drugi wóz policyjny wyjechał tyłem z otworu i jadąc na wstecznym biegu, ruszył za pierwszym.

Hunter zwolnił. Zobaczył dużą bramę z pustą budką wartownika. Brama była otwarta. Skręcił w nią akurat w chwili, gdy trzeci wóz policyjny opuszczał barykadę.

Hunter pędził po szarym żwirze w kierunku szerokich czarnych drzwi w największym z trzech białych budynków.

Po drugiej stronie Margo dostrzegła młodzież wspinającą się na siatkę i przepychającą się przez małą furtkę.

Hunter zatrzymał wóz. Morgo i Hixon wysiedli. Ujrzeli trzy betonowe schodki, wąski ganek, czarne dwuskrzydłowe drzwi, a na nich białą kartkę papieru.

Wbiegli po schodkach. Morgo nacisnęła klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz. Hixon uderzył w nie kolbą i krzyknął:

— Otwierać!

Hunter zawrócił samochód.

Pierwszy wóz policyjny z piskiem opon wjechał przez bramę i skierował się w ich stronę. Nie zważając na chmury pyłu wzbite przez pierwszy wóz, drugi wóz, wciąż pędząc na wstecznym biegu, również miną! bramę.

Hixon podbiegł do najbliższego okna, kolbą wybił szybę i zaczął obtłukiwać wystające, ostre krawędzie szkła.

Pierwszy wóz policyjny, trzęsąc się na resorach, wpadł w trzymetrowy poślizg i.z piskiem hamulców zahamował przy samochodzie Huntera. Z wozu wyskoczyło dwóch policjantów: twarze mieli umazane sadzą, oczy rozbiegane. Jeden skierował lufę pistoletu maszynowego na Margo i Hixona.

— Rzucić broń! — rozkazał. Drugi wycelował w Huntera.

— Wysiadać! — zawołał.

Hixon, z lufą karabinu skierowaną w dół, krzyknął:

— Jesteśmy po waszej stronie!

Policjant strzelił dwa razy — kule przeleciały nad głową Hixona i utkwiły w sztukaterii. Hixon rzucił broń.

Margo trzymała rewolwer Brechta za plecami.

Hunter wysiadł z wozu i z rękami podniesionymi do góry wszedł po schodkach na garnek.

Drugi wóz policyjny podjechał do nich na wstecznym biegu. Znów wysiadło kilku policjantów. Trzeci wóz policyjny zatrzymał się przed bramą.

Coś wpadło przez okno do samochodu Huntera i spadło na siedzenie. Coś innego rozbiło przednią szybę wozu policyjnego — buchnęły syczące, niebiesko-żółte płomienie.

Policjanci zaczęli strzelać tam, skąd rzucono butelki. Odpowiedział im ogień trzech niewidocznych strzelców.

Margo spojrzała na białą kartkę, przypiętą do drzwi. Zerwała ją i zgniotła wkręcę.

Z pierwszego wozu policyjnego wyskoczył kierowca, ramionami osłaniając twarz przed ogniem. W wozie Huntera też huczał ogień.

Hunter z rękami podniesionymi do góry podszedł do Margo i Hixona.

Butelka, która wpadła do jego wozu, teraz wybuchła. Z okien wystrzeliły wielkie niebiesko-żółte płomienie.

— Uciekajmy! — krzykną! Hunter. Przez tę furtkę, którą widzieliśmy jadąc tutaj.

Rzucili się do ucieczki. Nikt do nich nie strzelał. Policjanci wsiedli do drugiego wozu. Znów zagrzmiało, tym razem znacznie głośniej.

Przebiegli koło ostatniego białego budynku, kiedy zza rogu wypadła banda nastolatków. Ich szaleńcza brawura była zaraźliwa i przez moment Margo zdawało się, że jest po stronie młodzieży. Ale po chwili kawałki żwiru rozprysły się przed Hunterem i rozległ się trzask: dziewczyna uświadomiła sobie, że to strzela do nich ktoś z młodych. Banda wymachiwała butelkami i nożami. Do niewielkiej furtki było jeszcze około pięćdziesięciu metrów.

Banda biegła za nimi, wrzeszcząc i krzycząc. Jakaś dziewczyna rzuciła butelką.

Nie zatrzymując się, Margo strzeliła do nich trzy razy, ale nikogo nie trafiła. Kiedy jednak celowała po raz trzeci, przewróciła się na żwir. Butelka upadła koło niej i roztrzaskała się. Margo podniosła ręce, żeby uchronić twarz przed ogniem, poczuła jednak tylko zapach whisky.

Hunter podał jej rękę i znów pobiegli. Przed nimi Hixon wskazywał na coś i krzyczał.

Banda nastolatków nie biegła już prosto za nimi; kilkanaście osób poleciało na ukos do furtki, żeby im odciąć drogę.

Margo i Hunter ujrzeli to, co Hixon zobaczył chwilę przedtem: jasnoczerwony wóz, który z piskiem opon pędził w ich stronę szosą górską, i czarny kapelusz na głowie kierowcy.

Banda odcięta im wyjście przez furtkę. Rama Joan, która siedziała obok kierowcy, wstała i wycelowała w nastolatków szary pistolet. Ich oszalałe twarze przysłoniła chmura kurzu i żwiru; zaczęli się słaniać na nogach, zataczać, przewracać, jakby ogromny wiatr dął im prosto w oczy. Siatka wygięła się do tyłu.

Brecht również wstał.

— Biegiem! Prędzej! — krzyknął do Margo i obu mężczyzn.

Wybiegli przez furtkę i wcisnęli się na malutkie tylne siedzenie. Brecht obrócił kierownicę i skierował wóz w przeciwną stronę.

Zobaczyli, że drugi wóz policyjny, który wydostał się z terenu Vandenbergu 3, wraca i podskakując na poboczu mija spalone samochody.

Trzeci natomiast pędził wprost na nich, równolegle do siatki.

Rama Joan wycelowała w niego pistolet impetu.

— Nie! — krzyknął Hixoin. — To przecież policjanci!

Czarno-biały wóz zatrzymał się raptownie, pasażerowie jednak zamiast wylecieć do przodu jak przy nagłym hamowaniu, polecieli! do tyłu. Wóz również zaczął się ślizgać do tyłu. Rama Joan opuściła pistolet.

Czerwona Corvetta mknęła pod górę.

— Nie tak prędko — zaprotestował Hunter.

— To jest prędko? — zapytał Brecht.

— Nie widzieliście, jak gnałem wam na ratunek?

— Ja widziałem! — roześmiał się Hixon. — Jak błyskawica, panie kapitanie.

Za nimi wóz, który Rama Joan zatrzymała za pomocą pistoletu, zawrócił i teraz oba wozy policyjne jechały na północ po zewnętrznej stronie siatki. Płomienie buchające z opuszczonej barykady pięły się coraz wyżej. Ogień przenosił się na inne samochody.

— Nigdy już nie dom się nabrać na tak bezcelową, bohaterską wyprawę — warknął Hunter i spojrzał gniewnie na Margo.

Znów zagrzmiało. Spadło kilka dużych kropli deszczu. Margo wyjęta zza stanika zgniecioną kulkę papieru i rozwinęła ją.

— Bezcelową? — spytała, uśmiechając się do Huntera. Wyciągnęła kartkę między Brechta a Ramę Joan tak, żeby Hunter również mógł ją zobaczyć.

Pośpiesznie napisana wielkimi literami wiadomość brzmiała:,,Van Bruster, Comstock i cała reszta! Zabierają nas helikopterem do Vandenbergu 2. Przyjedźcie tam szosą przez góry Santa Monica. Powadzenia!”.

Kartkę podpisał Qpporly.

Duża kropla deszczu spadła na papier. Deszcz był cznry.

Don Guillermo Walker i bracia Araiza byli już na środku jeziora Nikaragua. Wkrótce mieli minąć wyspę Ometepe. Z dwóch wulkanów na wyspie wydobywały się czarne kłęby dymu, same zaś ich wyloty zwieńczone były ogniem jasnoczerwonym nawet w blasku słońca.

Światło słoneczne wpadało przez szeroki otwór w kurtynie mgły widocznej na zachodzie. Don Guillermo miał nadzieję, że przez otwór zobaczy La Virgiin i Rivas w przesmyku Rivas między jeziorem Nikaragua a Pacyfikiem, jednakże cały teren pokrywała ciągnąca się w nieskończoność woda.

Bracia Araiza poinformowali go, że przypływ na przesmyku — czyli u wybrzeży Oceanu Spokojnego — przy miastach Brito i San Juam del Sur sięga zazwyczaj tylko trzech metrów.

Wniosek był niewiarygodny, ale prawdziwy. Spotęgowane przez Wędrowca pływy zalały przesmyk Rivas, łącząc jezioro Nikaragua z Oceanem Spokojnym. Dlatego podniósł się poziom wody w jeziorze i woda miała słony smak. Tam, gdzie niegdyś kursowały błękitno-białe dyliżanse spółki Korneliusza Vanderbilta, przewożące poszukiwaczy złota oraz ich bagaże z Virgin Bay do San Juon del Sur, teraz rozciągały się niebieskie wody Pacyfiku. Kanał Nikaraguański, o którym marzyło tak wiele ludzi, dwa razy dziennie stawał się rzeczywistością.

Czerwony blask ukazał się na samym środku gęsto porośniętego stożka Madery. Prawie natychmiast zaczął się wydobywać jasny dym. Po chwili czerwony błysk, a po nim dym opadł w dół. Don Guillermo pomyślał, że to zapewne rozgrzana do czerwoności lawa wycieka ze szczeliny i spływa do jeziora.

Łódź płynęła dalej. Don Guillermo dziwił się, że woda jest tak spokojna. Nie przyszło mu na myśl, z jaką ogromną silą woda napiera na całe wybrzeże, nie widział też nic groźnego w braku zasłony pary wodnej, choć gdyby się zastanowił, zrozumiałby, że para wodna wytwarza się wciąż głęboko pod wodą.

Nic konkretnego się nie zdarzyło, ale nagle trzej mężczyźni spojrzeli na siebie.

Don Guillermo zabił komara na szyi.

Od strony zatopionego przesmyku Rivas ogromna góra wody niczym szary grzyb zaczęła wyrastać z gładkiej lustrzanej tafli i w ciągu trzech sekund bezgłośnie osiągnęła kilometrową wysokość i półkilometrową szerokość.

Coś, co zmieniało kolor tafli z jasnej na matową, płynęło w stronę łodzi.

Trzej mężczyźni! patrzyli z niedowierzaniem.

Fala podmuchowa rozerwała im błony bębenkowe w uszach i przewróciła łódź.

Na chwilę, zanim woda zalała jego i jego dwóch towarzyszy, don Guillermo zdążył ujrzeć wielką, pionową górę wody, wypieraną przez parę wodną. Po wodzie pływało mnóstwo koronkowych, szarych, matowych wodorostów. „Jak ten chrust na wrzosach. Tam Makbet z naszych ust dowie się o swych losach. Słyszę głos arcywiedźmy” — pomyślał don GuiHermo.

Znikł również przesmyk Rivas. Kanał Nikaraguański stał się rzeczywistością.

Rozdział 33

Don Merriam posilił się i znów zasnął w malutkiej kabinie na Wędrowcu, a kiedy obudził się, był już zupełnie spokojny. Popatrzył leniwie na pastelowy sufit rozjaśniony niewidzialnym światłem.

Nie czuł, że leży na łóżku ani że ma ciało, gdyż receptory prawie wcale nie odbierały bodźców. O ile mógł się zorientować, leżał na wznak z rękami luźno wyciągniętymi wzdłuż boków.

Naraz ogarnęła go bezgraniczna ciekawość, chciał poznać wielki statek, na którym był mimowolnym pasażerem. Pragnął tylko jednego: zobaczyć i zrozumieć, a jeżeli to niemożliwe, przynajmniej zobaczyć. Ale choć pragnienie było niezwykle silne, nie mógł się zdobyć na najmniejszy gest, ruch czy wysiłek, żeby je urzeczywistnić.

Bez żadnego ostrzeżenia sufit — nagle się obniżył.

Don usiłował zeskoczyć z łóżka, ale zamiast tego przekręcił się na brzuch bardzo płynnym ruchem i patrząc na podłogę przy ścianie i na kąt z prysznicem zdał sobie sprawę, że zawieszony jest w powietrzu na wysokości dwóch metrów.

Sufit się nie poruszył. To on lewitował, najpierw na plecach, a teraz na brzuchu, tuż pod sufitem.

Brodę miał zadartą do góry, a głowę — choć nie czuł, aby mu ciążyła — tak mocno odchyloną do tyłu, że linia wzroku pokrywała się z osią jego ciała. Usiłował spojrzeć w dół na łóżko znajdujące się pod nim, żeby się przekonać, czy leży tam jego ciało — prawdziwe lub urojone — ale nie potrafił.

Nie potrafił też podnieść rąk, żeby na nie spojrzeć. Nie czuł ich, toteż nie wiedział, czy stracił tylko zdolność poruszania nimi, czy też w ogóle ich nie ma.

Nie wiedział również, czy to jego ciało unosi się w powietrzu, czy ciało urojone, a może on sam jest tylko lewitującym punktem obserwacyjnym, który wyobraża sobie, że ma ciało.

To ostatnie przypuszczenie potwierdził fakt, że Don nie dostrzegał czubka nosa, brwi i policzków, które — choć nie zwraca się na nie uwagi — zawsze są w polu widzenia. Ale może działo się tak dlatego, że wytężając wzrok wciąż patrzył tylko prosto przed siebie.

Nagle raptownie przesunął się i ruszył — głową naprzód — w stronę ściany. Zamknął oczy — przeszło mu przez myśl, że przynajmniej potrafi zamknąć oczy, a kiedy je otworzył, mimo że nie było żadnego zderzenia i nie czuł żadnego oporu, płynął srebrnym korytarzem, pokrytym arabeską i hieroglifami, który prowadził bezpośrednio do jednego z wielkich szybów czy też studni. Ogarnęło go uczucie radości i wkrótce zaczął spadać w dół.

Tutaj rozpoczęła się seria dziwnych przeżyć, które mogły być niezwykle sugestywnym snem albo snem sprowadzonym na Dona przez jego porywaczy, a zarazem gospodarzy, albo też pozazmysłowym obrazem zesłanym mu w postaci snu; miał wrażenie, że jego ciało — na skutek obcych procesów fizyczno-chemicznych mogące przenikać przez ściany, gazy j inne przeszkody, odporne na grawitację oraz działanie innych sił — przekręca się i porusza, po części mimo woli, a po części kierowane nieposkromioną ciekawością, odbywając wspaniałą, choć koszmarną podróż.

A może — przeszło mu przez myśl — to wszystko odbywa się w jednej, krótkiej sekundzie poza granicami czasu?

Nie wiedział, czy odgadł, co się z nim dzieje, czy też prawda jest zupełnie inna. Na razie musiał lecieć, koziołkować i czekać.

Z początku leciał tylko pustymi korytarzami i szybami. Jeżeli nawet żyły w nich jakieś istoty albo jeździły pojazdy lub statki kosmiczne, nie mógł ich dostrzec, gdyż na skutek ogromnej prędkości, z jaką mknął, widział tylko zamazany obraz. Przez kilka sekund pędził — a tak mu Się przynajmniej zdawało — niemal z prędkością światła, świadom tylko ogólnych zarysów i rozmiarów korytarza; następnie przez krótki odcinek przestrzeni posuwał się wolno, przyglądając się wszystkiemu, co go otaczało; potem znów mknął przed siebie, po części mimowolnie, po części dlatego, że czuł nieodparte pragnienie, żeby ujrzeć coś nowego. Proces ten powtarzał się bez końca, jak gdyby czas wydłużał się w nieskończoność, Don jednak nie był zmęczony, nie czuł też znużenia.

Stopniowo w jego umyśle powstawał trójwymiarowy obraz Wędrowca. Planeta była sztucznym tworem, złożonym z coraz mniejszych, koncentrycznych kul — było ich przynajmniej pięćdziesiąt tysięcy — wszędzie połączonych korytarzami: przypominała wielka srebrną gąbkę. Wiele z dużych studni przecinało planetę na wylot, krzyżując się w olbrzymiej pustej kuli, która miała własne ciemne niebo oświetlone tu i ówdzie przypominającymi gwiazdy światłami, rozmieszczonymi między ciemnymi połyskującymi szybom! o kilometrowej średnicy.

Budowa Wędrowca coraz silniej pobudzała wyobraźnię Dona, ale jeden szczegół konstrukcji planety dręczył go, G nawet przerażał, bardziej zresztą tym, co w sobie krył, niż tym, jak wyglądał; była to trzydziestometrowej grubości srebrna powłoka z ciemnego metalu, która stanowiła posrebrzony dach kuli — pokład, na którym wylądowała Baba Jaga i radziecki statek kosmiczny — oraz kilometrowej średnicy okrągłe, metalowe płyty tej samej grubości, które mogły w każdej chwili zasłonić szyby, zamieniając planetę w fortecę.

Złowieszczy nastrój potęgowały olbrzymie zwoje otaczające niektóre z szybów; świadczyły one o tym, że szyby mogą służyć tutaj jako monstrualne akceleratory liniowe.

Don wzdrygnął się na widok groźnego pancerza i po chwili znalazł się w samym środku migocącej gwiazdami ogromnej centralnej kuli Chociaż kula miała zaledwie trzydzieści kilometrów średnicy, zdawało mu się, że jest wszechświatem, a wielkie dziury w jej gwieździstym niebie korytarzami prowadzącymi do innych wszechświatów; czuł, że wokół niego są niewidzialne stworzenia, niewyczuwalne, myślące obłoki, które żyją w zimnych międzygalaktycznych głębinach kosmosu; uczucie to wywołało w nim strach znacznie silniejszy niż ten, który go przejął, gdy patrzył na ochronną warstwę planety.

Może to właśnie ten nowy, dojmujący strach kazał mu wyruszyć na drugą ekspedycję po Wędrowcu. Nie leciał już teraz korytarzami, lecz bez lęku przenikał ściany, wędrując tak szybko z sali do sali, że najgrubsze ściany pokonywał w ciągu ułamka sekundy. Kiedy się zatrzymywał, to zawsze w pobliżu żywych istot. Owe żywe istoty nie należały do jednego gatunku, lecz do wielu.

Koty, a właściwie kocie istoty, tafcie jak przewodnik Dona, przebywały na ogół blisko powierzchni planety i choć było ich dużo, stanowiły mniejszość wśród załogi Wędrowca, złożonej z różnorodnych stworzeń, które zdawały się być końcowym wytworem ewolucyjnym każdej ziemskiej i nie tylko ziemskiej rasy. Były tu konie z wielkimi łbami i chwytnymi wyrostkami ukrytymi wewnątrz kopyt; gigantyczne pająki o niezmąconym spojrzeniu i żyłach prześwitujących przez stawy, żyłach, w których wyraźnie pulsowała krew; węże z dużymi i małymi chwytnymi mackami pokryte lśniącą łuską; człekokształtne jaszczurki z pięknymi grzebieniami; toczące się po ziemi stworzenia kształtem przypominające grube koła, których mózg i ośrodek zmysłów obracały się w przeciwną stronę; naziemne kałamarnice dumnie stojące na trzech lub sześciu mackach; stworzenia przywodzące na myśl różne potwory mitologiczne, jak na przykład bazyliszki czy harpie. Te ostatnie Don ujrzał głęboko we wnętrzu planety — fruwały po sali podobnej do gigantycznej ptaszarni. Ogromne, zajmujące kilka pięter pomieszczenie imitowało jakby świat; porośnięte było cienkimi drzewami o wielkiej ilości gałęzi z malutkimi liśćmi, a oświetlone przez olbrzymie, pływające w powietrzu lampy-słońca.

Turkusowe jeziora, które widział z Baby Jagi, były równie szerokie jak głębokie; żyły w nich wieloryby o wielkich oczach i przypuszczalnie potężnych mózgach, mające zamiast płetw macki przypominające kable ze sterczącymi na końcu drutami. Oprócz wielorybów pływały tam inne stwory morskie o inteligentnie wyglądających, wyrazistych pyskach.

Kosmonauta chciał się zatrzymać, obejrzeć te stwory, przyjrzeć się dokładnie ich zachowaniu, ale jak zawsze przeważało pragnienie, żeby ujrzeć jeszcze bardziej zagadkowe i jeszcze ciekawsze formy życia, więc zatrzymywał się tylko na moment, tak jak wtedy, gdy leciał pustymi korytarzami. Istoty, które obserwował, najwyraźniej były nieświadome jego obecności.

Nie dzieliły ich też chyba żadne bariery rasowe czy gatunkowe: Don widział, jak kocie istoty prowadzą w ptaszarni przyjazne rozmowy z mniejszymi od siebie harpiami, widział, jak gigantyczne pająki w przezroczystych strojach nurków poruszając odnóżami pływają w głębokim jeziorze zamieszkanym przez wieloryby.

Wydało mu się nagle nieprawdopodobne, że planeta wielkości Ziemi może pomieścić taką różnorodność i mnogość stworzeń, ale po chwili uświadomił sobie, że biorąc pod uwagę wszystkie piętra, powierzchnia Wędrowca jest piętnaście tysięcy razy większa od powierzchni Ziemi.

Mimo swojej liczebności i różnorodności wszystkie stworzenia, które widział, nieustannie pracowały. Nawet te, które Się nie poruszały, w skupieniu prowadziły obliczenia i szukały rozwiązań. Wszędzie wyczuwało się lęk i zagrożenie.

Od czasu do czasu, może myląc kierunek lotu, a może tylko dla wytchnienia. Don zatrzymywał się tam, gdzie nie było żywych istot: widział wtedy wielkie zbiorniki zapełniające się materią księżycową; hale ze stojącymi nieruchomo lśniącymi maszynami; rury, przez które przepływały wielobarwne ciecze; pokoje, w których, oświetlone słonecznymi lampami, rosły dziwne — może nawet myślące — rośliny; sale z gładkimi bryłami geometrycznymi, które wyglądały niemal jak żywe, podobnie jak te na powierzchni Wędrowca; kuliste pomieszczenia wypełnione czystą, surową, ognistą materią przypominającą plazmę słoneczną, która jednak ani nie parzyła, ani nie oślepiała.

Pracę fizyczną wykonywały też protoplazmatyczne istoty, przypominające olbrzymie ameby, które zależnie od wykonywanej pracymiały różne nibynóżki i narządy zmysłów. W innym pomieszczeniu widział metalowe roboty przypominające pająki i stworzeniakota — niektóre z nich, tak jak wielkie bryły, a szczególnie gigantyczne mózgi elektronowe, wyglądały jak żywe. Ich przezroczyste ścianki ukazywały ciemną galaretowatą substancję, w której migotały splątane srebrne niteczki cieńsze od włosów, jakby roboty zależnie od potrzeby mogły wypuszczać nowe nerwy i zwiększać objętość mózgu.

Im większą Don widział różnorodność myślących istot, tym bardziej stawał się wrażliwy na ich obecność. Gdy zatrzymał się w środkowej gwieździstej kuli, ujrzał wirujące jasnofioletowe, wieloramienne obłoki nieustannie zmieniające swoje kształty: zimne stworzenia żyjące w poragwiezdnych ciemnościach. A pewnego razu, gdy na chwilę wzniósł się na górny pokład, zobaczył, jak jedna z wielkich, barwnych, abstrakcyjnych brył pęka niczym jajo i jak wyłania się z niej mnóstwo różnych stworów.

Jednakże im bardziej uświadamiał sobie, że na planecie istnieją inteligentne formy życia, tym bardziej dręczyła go myśl, że otacza go rój istot, których nie jest w stanie dojrzeć; miał wrażenie, że na Wędrowcu przebywa więcej duchów niż widzialnych członków załogi.

Zatrzymał się w pomieszczeniu, w którym panował zupełny bezruch, w pomieszczeniu z wieloma balkonami i nie kończącymi się rzędami szaf z małymi szufladami — przyszło mu na myśl, że jest to katalog biblioteczny. Pajęczynowate dróżki prowadziły z szuflad do urządzeń obserwacyjnych, które wyglądały jak olbrzymie mikroskopy, i Donowi zdało się nagie, że widzi ruch na tym mrowiu pajęczyn; doszedł do wniosku, że to usłużne bakterie i wirusy porządkują i układają molekuły, na których wyryta jest wiedza, kultura i historia wszystkich światów. Osiągnięcia i kultura Europy — pomyślał — bez trudu zmieściłyby się w jednej szufladce. Czuł się tak, jakby otarł się o trwały, wszechogarniający punkt widzenia wieczności, utożsamiony często z Bogiem, Pomknął do następnego pomieszczenia, w którym panował znacznie większy ruch: było tu mnóstwo pulpitów dowodzenia, map, wykresów, ekranów i gablot do oglądania trójwymiarowych obrazów. W gablotach widać było wciąż zmieniające się obszary dotknięte katastrofą: krajobrazy i miasta zniszczone trzęsieniami ziemi, spustoszone ogniem, zalane przez wielkie fale i niespodziewane przypływy. Przez chwilę Dań patrzył zafascynowany, aż nagle z przerażeniem uświadomił sobie, że ogląda własną planetę, Ziemię, zdewastowaną przez pływy wywołane masą Wędrowca — a przecież wiedział, że mieszkańcy Wędrowca mogą dowolnie włączać i wyłączać grawitację.

Chciał zatrzymać się i dokładnie wszystko obejrzeć, a przynajmniej tak mu się zdawało, szybko jednak odleciał i pokonując kilka ścian znalazł się w sali, która była jedną wielką, ciemną gablotą obserwacyjną otoczoną przez dziwne istoty z dwoma, trzema, a nawet ośmioma oczyma. W gablocie wisiały modele Ziemi i Wędrowca oraz krzywa, nabrzmiała ćwiartka pierścienia — to, co pozostało z Lany. Gdzieniegdzie, na ogół w pobliżu dwóch planet, widać było fioletowe i żółtawe świetlne punkciki, które, jak się domyślił, były statkami kosmicznymi.

Planety — kosmonauta nie potrafił powiedzieć, czy są to makiety, czy trójwymiarowe obrazy — dzieliła prawidłowa odległość, trzydzieści razy większa od ich średnic. Złudzenie było tak silne, że Don miał wrażenie, iż płynie przez kosmos, w którym miejsca konstelacji zajmują twarze dziwnych istot.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, zaczęły się ukazywać pojedynczo lub pacami inne planety — zielone, szafę, złote, a niektóre tak dziwnie ubarwione jak Wędrowiec. Między nimi powoli przesuwały się jasne smugi: było to światło, które normalnie porusza się z prędkością trzystu tysięcy kilometrów na sekundę, zwolnione proporcjonalnie do wielkości modelu. Następowały małe wybuchy. Don zobaczył wojujące floty statków kosmicznych, nie większych od świetlnych punkcików. A potem wszystkie planety oprócz Ziemi zaczęły szybko przesuwać się z miejsca na miejsce, jakby toczyły kosmiczną bitwę.

Ale nie doczekał się końca planetarnych zmagań, gdyż dziwna siła, która kierowała nim podczas zwiedzania Wędrowca, zaczęła go ponaglać, jak gdyby zbliżał się kres podróży. Po raz pierwszy poczuł zmęczenie.

Minął pośpiesznie trzy następne pomieszczenia — były to również gabloty obserwacyjne; na tle ich czarnych gładkich ścian rysowały się obce twarze widzów. W pierwszym pomieszczeniu zobaczył spiralny profil jasnych punkcików i skupisk światła — galaktyka — pomyślał — chyba Droga Mleczna.

W drugiej gablocie ujrzał mrowie małych, puszystych, kolistych obłoków świetlnych, które dzieliła odległość trochę większa od ich średnic. Zaobserwował tu dziwne zjawisko — przestrzeń w tej gablocie zakrzywiała się w tajemniczy sposób, i gdy przez nią przelatywał, wszystko zmieniało się bardziej, niż powinno. Zanim odleciał, przyszło mu na myśl, że patrzy na kosmos pojedynczych gwiazd — na jedność, na wszech świat.

Wyobraźnia zaczęła mu podsuwać różne myśli zupełnie nie związane z tym, co widzi: ta sztuczna planeta… pępek kosmosu… centralny mózg… wiekuiste oko… księga przeszłości… macica… i zygota przyszłości… wszechmocna jak Bóg, choć Bogiem nie jest…

Ocknął się i znów stał się sobą, a raczej tym ruchomym punktem obserwacyjnym, jakim był od początku wędrówki: miał teraz przed sobą wielką czarną gablotę obserwacyjną i ze zdziwieniem spostrzegł, że ten sam kosmos, który jeszcze niedawno oglądał — rozpoznał go