/ Language: Polski / Genre:sf / Series: Darwin (pl)

Radio Darwina

Greg Bear

Wyklęty paleontolog Mitch Rafelson odkrywa w Alpach w spoczywające od dziesiątków tysięcy lat w nieznanej jaskini ciała rodziny neandertalczyków. Biolog molekularna Kaye Lang uważa, że w DNA człowieka, niby śpiący rycerze z legend, skrywają się pradawne choroby, które miliony lat czekają tylko na wezwanie, aby móc znowu zarażać i zabijać. I w bardzo niedalekiej przyszłości, budzą się demony, z naszego genomu wyłania wirus, którego nazwa przypomina imię indyjskiego boga śmierci, Śiwy. Ludzkości zagraża zagłada, gdyż wirus powoduje poronienia u wszystkich zarażonych kobiet. Władze podejmują radykalne środki, dochodzi do zamieszek, prześladowań kobiet. Nieliczni, w tym Lang i Rafelson, w zagrożeniu widzą nadzieję, w chorobie, bólu, przemocy dostrzegają bóle porodowe ludzkości, które poprzedzają ogromny skok ewolucyjny, przyjście na świat nowego człowieka. Prześladowani i potępiani, ścigają się z czasem, aby rozwiązać największą zagadkę w dziejach rodu ludzkiego i powstrzymać oszalały świat. Arcydzieło wysoko naukowej fantastyki autorstwa zdobywcy nagrody Nebula, według wielu krytyków najlepsza książka SF w USA w roku 1999. Prawdziwy, przedstawiony z ogromnym rozmachem i wnikliwością obraz nauki i nas, ludzi, postawio-nych przed obliczem być może największego zagrożenia w jej dziejach.

Greg Bear

Radio Darwina

Mojej matce, Wilmie Merriman Bear, 1915–1997

Część pierwsza

Zima Heroda

1

Alpy, przy granicy Austrii i Włoch

Sierpień

Niskie, przedwieczorne niebo wisiało nad czarnymi i szarymi górami niby kotara o barwie wyblakłych oczu wściekłego psa.

Mitch Rafelson, z bolącymi kostkami i plecami piekącymi od źle założonej pętli nylonowej liny, podążał za poruszającą się szybko kobiecą sylwetką Tilde, idąc granicą między białym firnem a spadłym na ziemię pyłem świeżego śniegu. Tkwiące między oblodzonymi kamieniami blanki i iglice ciepło lata wyrzeźbiło w mleczne, wyglądające na krzemienne noże.

Na lewo od Mitcha nad bezładem czarnych głazów wznosiły się góry, ograniczone załamanym urwiskiem lodowej kaskady. Na prawo, w pełnym żarze słońca, lód piął się oślepiającym blaskiem aż do nienagannej paraboli cyrku skalnego.

Franco znajdował się około dwudziestu jardów na południe, ukryty za skrajem gogli Mitcha, który mógł go słyszeć, ale nie widzieć. Kilka kilometrów za nim, teraz także poza zasięgiem wzroku, został okrągły jaskrawopomarańczowy obóz z włókna szklanego i aluminium, w którym ostatnio zatrzymali się na odpoczynek. Mitch nie wiedział, ile kilometrów pokonali od ostatniej chaty, której nazwę zapomniał; ale przywoływane obrazy silnego blasku słońca i ciepłej herbaty w izbie schroniska, Gaststube, dodawały mu trochę sił. Po tej próbie bożej zamówi następny kubek mocnej herbaty i usiądzie w Gaststube, dziękując Bogu, że żyje i jest mu ciepło.

Zbliżali się do skalnej ściany i śnieżnego mostu przez szczelinę wymytą wodą z topniejących lodów. Te zamarznięte teraz potoki płyną wiosną i latem, ścierając krawędź lodowca. Za mostem, w zagłębieniu w ścianie w kształcie litery U, wznosiło się coś na kształt wywróconego do góry nogami zamku gnoma albo organów wyrzeźbionych z lodu: zamarznięty wodospad rozdzielający się na liczne grube kolumny. Odłamki popękanego lodu i płaty śniegu zgromadziły się wokół jego brudnobiałej podstawy; górną część słońce wypaliło w śmietanową biel.

Franco wyłonił się jakby z mgły i dołączył do Tilde. Dotąd szli po względnie równym lodowcu. Teraz Tilde i Franco zamierzali chyba wspiąć się po organach.

Mitch stanął na chwilę i sięgnął za siebie po czekan. Uniósł gogle, ukucnął i opadł ze stęknięciem na tyłek, chcąc sprawdzić raki.

Kulki lodu między kolcami ustępowały pod naciskiem ostrza.

Tilde cofnęła się kilka kroków, aby z nim porozmawiać. Spojrzał na nią, jego grube, ciemne brwi tworzyły kładkę nad zadartym nosem, okrągłe zielone oczy mrugały na mrozie.

— Oszczędzą nam godzinę — powiedziała Tilde, wskazując organy. — Późno już. Spowalniasz nasze tempo. — Wyraźną angielszczyznę jej wąskie usta wymawiały z kuszącym akcentem austriackim. Miała szczupłe, lecz o ładnych proporcjach ciało, prawie białe włosy schowane pod granatową czapką z polartecu, elfią twarz z jasnoszarymi oczyma. Ładna, ale nie w guście Mitcha, choć byli kochankami do przybycia Franca.

— Mówiłem ci, że ostatnio wspinałem się osiem lat temu — odparł Mitch. Franco pojawił się w samą porę. Oparł swój czekan blisko organów.

Tilde wszystko ważyła i mierzyła, brała tylko to, co najlepsze, odrzucając odrobinę gorsze, ale nigdy nie paliła mostów, jeśli dawne związki mogły się okazać przydatne. Franco miał kanciastą szczękę, białe zęby i kanciastą głowę z gęstymi, czarnymi włosami podgolonymi z boków, orli nos, śródziemnomorską oliwkową cerę, szerokie ramiona i ręce z naprężonymi kłębami mięśni. Smukłe, bardzo silne dłonie. Dla Tilde nie był dość bystry, lecz ogólnie wcale niegłupi. Mitch mógł sobie wyobrazić, jak pragnienie uwiedzenia Franca wywabiło Tilde z jej gęstego austriackiego boru, widział jasne na ciemnym niby warstwy tortu. Czuł się w ciekawy sposób wykluczony z tego obrazu. Tilde kochała się z mechaniczną precyzją, która jakiś czas zwodziła Mitcha, dopóki nie pojął, że wykonuje swe ruchy, jeden po drugim, jako rodzaj ćwiczenia umysłowego. Tak samo jadła. Nic mocno jej nie poruszało, choć czasami bywała naprawdę dowcipna i uroczo się uśmiechała, a wtedy w kącikach wąskich, precyzyjnych ust pojawiały się zmarszczki.

— Musimy zejść przed zachodem słońca — powiedziała. — Nie wiem, jaka będzie pogoda. Do jaskini mamy dwie godziny. Niedaleko, ale ciężka wspinaczka. Przy odrobinie szczęścia będziesz mógł przez godzinę oglądać to, co znaleźliśmy.

— Postaram się — obiecał Mitch. — Jak daleko jesteśmy od szlaku turystycznego? Od godzin nie widziałem czerwonych znaków.

Tilde zdjęła gogle, aby je wytrzeć, i rzuciła mu przelotny uśmiech bez ciepła.

— Nie docierają tu turyści. Także większość dobrych alpinistów omija to miejsce. Ale znam drogę.

— Bogini śniegu — powiedział Mitch.

— A jak myślisz? — Spytała, biorąc to za komplement. — Wspinałam się już jako mała dziewczynka.

— Nadal jesteś dziewczynką — odparł Mitch. — Dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć?

Nigdy nie zdradziła Mitchowi swego wieku. Teraz szacował go jak klejnot, którego kupno się rozważa.

— Mam trzydzieści dwa lata. Franco czterdzieści, ale jest szybszy od ciebie.

— Do diabła z Frankiem — rzucił Mitch bez gniewu.

Tilde w rozbawieniu zacisnęła usta.

— Wszyscy czujemy się dzisiaj dziwnie. — Odwróciła się.

— Nawet Franco. Ale kolejny Człowiek Lodu… Co może temu dorównać?

Ta sama myśl zapierała Mitchowi dech, a teraz tego nie potrzebował. Zdusił w sobie podniecenie, zmieszał je z wyczerpaniem.

— Nie wiem — odpowiedział.

Swe serduszka najemników oddali mu w Salzburgu. Byli ambitni i niegłupi; Tilde żywiła absolutną pewność, że nie natrafili na kolejne ciało alpinisty. Zna się na rzeczy. Gdy miała czternaście lat, pomagała znosić dwa ciała wyplute przez jęzor lodowca.

Jedno miało ponad sto lat.

Mitch zastanawiał się, co będzie, jeśli naprawdę znaleźli Człowieka Lodu. Tilde, był pewien, na dłuższą metę nie poradzi sobie ze sławą i sukcesem. Franco dostatecznie panuje nad sobą, aby zdołać je znieść, lecz Tilde jest na swój sposób krucha. Jak diament może ciąć stal, ale uderz ją z niewłaściwej strony i rozpryśnie się w kawałki.

Franco może przetrzymać sławę, ale czy przetrzymałby Tilde? Mimo wszystko, Mitch lubił Franca.

— Mamy jeszcze trzy kilometry — powiedziała mu Tilde.

— Idziemy.

Ona i Franco pokazali mu razem, jak się wpinać po zamarzniętym wodospadzie.

— Spływa tylko w połowie lata — wyjaśnił Franco. — Już od miesiąca jest lodem. Zrozum, jak zamarza. Jest mocny tu na dole. — Uderzył czekanem w bladoszary lód potężnej podstawy organów. Ten zadźwięczał, poleciało kilka odprysków. — Ale wyżej jest cienka warstwa lodu, pełna pęcherzyków, gąbczasta. Spadają duże odłamki, jeśli źle uderzysz. Mogą zranić. Tilde może tu wyciąć stopnie, nie ty. Wspinasz się między Tilde i mną.

— Tilde pójdzie pierwsza. Franco uznawał szczerze, że jest lepszą alpinistką od niego. Rozłożył liny i Mitch pokazał im, że pamięta węzły i pętle z czasów chodzenia po Górach Kaskadowych w stanie Waszyngton. Tilde bezgłośnie wyraziła uznanie i oplotła się w stylu alpejskim wokół pasa i ramion.

— Możesz się wspinać większość drogi. Pamiętaj, wyciosam stopnie, jeśli będą ci potrzebne — powiedziała. — Nie chcę, abyś zwalał lód na Franca.

Ruszyła pierwsza.

W połowie filaru, wcisnąwszy w lód kolce na czubkach raków, Mitch minął próg. Wyczerpanie jakby ściekało strużkami z jego nóg, aż przez chwilę czuł mdłości. Potem ciało się oczyściło, jakby przemyte świeżą wodą, i oddychał już swobodnie. Szedł za Tilde, wbijając raki w lód i mocno się w niego wtulając, łapał wszystkie dostępne uchwyty. Oszczędnie korzystał z czekana. Powietrze tuż przy lodzie było rzeczywiście cieplejsze.

Po minięciu punktu środkowego wspinaczka po kremowym lodzie zajęła im piętnaście minut. Słońce wyszło zza niskich szarych chmur i pod ostrym kątem oświetliło zamarznięty wodospad, przygważdżając go do ściany z przejrzystego złota.

Czekał, aż Tilde powie im, że jest bezpieczna na górze. Franco rzucał lakoniczne odpowiedzi. Mitch zaklinował się między dwiema kolumnami. Lód był tu rzeczywiście zaskakujący. Mitch wyżłobił bok szczeliny, zrzucając na Franca chmurę odłamków. Włoch zaklął, ale Mitch ani razu nie odpadł i nie zawisł, całe szczęście.

Podciągnął się i przelazł przez nierówną, obłą krawędź zamarzniętego potoku. Jego rękawice poślizgnęły się alarmująco na strużkach lodu. Rozpaczliwie przebierając butami, prawym natrafił na skalny występ, zaczepił się o niego, znalazł oparcie na kolejnym, odczekał chwilę, aż odzyskał dech, i niby mors opadł obok Tilde.

Ciemnoszare głazy wyznaczały z obu stron łożysko zamarzniętego potoku. Mitch popatrzył w górę wąskiej, skalnej doliny, w połowie skrytej w cieniu; kiedyś spływał nią ze wschodu mały lodowiec, żłobiąc wąwóz o charakterystycznym przekroju w kształcie litery U. Przez ostatnie kilka lat nie padało wiele śniegu i lody spłynęły, znikły z wąwozu, leżącego teraz kilkadziesiąt jardów od głównego masywu lodowca.

Mitch położył się na brzuchu i pomógł Francowi wejść na wierzch. Tilde stała z boku, oparta o wylot wąwozu, jakby nie znała strachu — zachowująca bez trudu równowagę, smukła, prześliczna.

Skrzywiła się, patrząc na Mitcha.

— Spóźniamy się — oznajmiła. — Czego się dowiesz w pół godziny?

Mitch wzruszył ramionami.

— Musimy wyruszyć z powrotem najpóźniej o zmierzchu — powiedział Franco do Tilde, a potem uśmiechnął się do Mitcha. — Nie taki straszny ten lodowy diabeł, co?

— Niezły — rzucił Mitch.

— Nauczy się — powiedział Franco do Tilde, która uniosła brwi.

— Wspinałeś się już po lodzie?

— Nie po takim — odparł Mitch.

Przeszli kilkadziesiąt jardów po zamarzniętym potoku.

— Jeszcze dwie wspinaczki — zapowiedziała Tilde. — Franco, prowadzisz.

Mitch podniósł wzrok w krystalicznym powietrzu nad krawędź wąwozu, patrząc na zęby piły wyższych gór. Nadal nie wiedział, gdzie jest. Franco i Tilde nie chcieli mu powiedzieć. Pokonali co najmniej dwadzieścia kilometrów od przystanku z herbatą w dużej, kamiennej Gaststube.

Gdy się obejrzał, jakieś cztery kilometry z tyłu i setki metrów niżej zobaczył pomarańczowy obóz. Był tuż za siodłem, teraz w cieniu.

Pokrywa śniegu wyglądała na bardzo cienką. Góry przeżyły dopiero co najcieplejsze lato w nowożytnej historii Alp, z nasilającym się topnieniem lodowców, krótkotrwałymi powodziami w dolinach wywołanymi ulewnymi deszczami i zaledwie odrobiną śniegu z poprzednich lat. Globalne ocieplenie stało się już oklepanym tematem w mediach, ale z miejsca, w którym siedział Mitch, dla jego niewprawnego oka wyglądało na aż za bardzo rzeczywiste. Za kilka dziesięcioleci Alpy mogą zostać nagie.

Względne ciepło i suchość powietrza otworzyły drogę do starej jaskini, pozwalając Francowi i Tilde odkryć tajemniczą tragedię.

Franco oznajmił, że jest bezpieczny, i Mitch ruszył ślamazarnie w górę ostatniej ściany skalnej, czując przy tym, jak gnejs odpryskuje i spada spod jego butów. Skała była tutaj łupkowata, niekiedy miękka jak pył; śnieg zalegał w tym miejscu długi czas, może nawet tysiące lat.

Franco podał mu rękę i razem trzymali linę, gdy Tilde gramoliła się pod nimi. Stanęła na krawędzi, osłoniła oczy przed słońcem, znajdującym się teraz zaledwie piędź ponad poszarpanym horyzontem.

— Czy wiesz, gdzie jesteś teraz? — Spytała Mitcha.

Ten pokręcił głową.

— Nigdy nie byłem tak wysoko.

— Chłopak z dolin — powiedział Franco z uśmiechem.

Mitch zmrużył oczy.

Patrzyli nad zaokrąglone i gładkie pole lodu, wąski jęzor lodowca, który spływał kiedyś przez siedem mil kilkoma spektakularnymi kaskadami. Teraz, wzdłuż tego odgałęzienia, spływ ustał. Niewiele nowego śniegu zasilało od góry czoło lodowca. Zalana słońcem ściana skalna powyżej zagłębienia szczeliny brzeżnej wznosiła się stromo przez kilka tysięcy stóp do szczytu znajdującego się wyżej, niż Mitch miał odwagę spojrzeć.

— Tam — powiedziała Tilde, wskazując skały naprzeciwko, poniżej grani. Mitch z pewnym wysiłkiem wypatrzył czerwoną kropeczkę na tkwiącym w cieniu czarnoszarym tle: kawałek tkaniny pozostawiony przez Franca podczas ostatniej wycieczki. Ruszyli po lodzie.

Jaskinia, naturalne pęknięcie, miała mały otwór, średnicy trzech stóp, ukryty sztucznie za niską ścianką z kamieni wielkości głowy. Tilde wyjęła aparat cyfrowy i zrobiła zdjęcie wylotu z kilku stron, cofając się i chodząc wkoło, podczas gdy Franco rozbierał murek, a Mitch wpatrywał się w otwór.

— Jak jest głęboka? — Spytał Mitch, kiedy Tilde do nich dołączyła.

— Dziesięć metrów — odparł Franco. — W głębi jest bardzo zimno, gorzej niż w chłodni.

— Ale już niedługo — powiedziała Tilde. — Myślę, że dopiero w tym roku to miejsce tak się odsłoniło. W następne lato może się znaleźć ponad wieczną zmarzliną. Dotrze tam ciepły wiatr. — Skrzywiła się i zasłoniła nos.

Mitch rozsznurował plecak i wygrzebał z niego latarki elektryczne, pudełko noży modelarskich, winylowe rękawice, wszystko, co mógł znaleźć w sklepach miasteczka. Włożył je do plastikowej torebki, zamknął ją, schował do kieszeni kurtki i popatrzył między Franca i Tilde.

— No, jak? — Spytał.

— Idź — powiedziała Tilde, popychając go ręką. Uśmiechała się łaskawie.

Stanął, opadł na czworaki i wszedł pierwszy do jaskini. Franco dołączył po kilku chwilach, a Tilde zaraz potem.

Mitch trzymał w zębach pasek małej latarki, przeciskając się i posuwając po sześć, osiem cali w jednym ruchu. Lód i drobny pył śnieżny tworzyły cienką powłokę na dnie jaskini. Gładkie ściany wznosiły się do wąskiego klina pod powałą. Nie można było nawet usiąść w kucki. Franco zawołał z tyłu:

— Zaraz będzie szerzej!

— Przytulny kącik — powiedziała Tilde głuchym głosem.

Powietrze pachniało obojętnie, nijak. Było zimno, sporo poniżej zera. Skała wysysała z Mitcha ciepło nawet przez izolującą kurtkę i nieprzepuszczalne spodnie. Przesunął się nad żyłą lodu, mleczną na tle czarnej skały, i podrapał ją palcami. Twarda. Śnieg i lód musiały być wpychane aż tutaj, kiedy jaskinia była zasłonięta. Zaraz za lodową żyłą zaczynała się odchylać w górę i czuć było słabe tchnienie powietrza z kolejnej kieszeni skalnej, niedawno uwolnionej od lodu.

Mitch poczuł lekkie mdłości na myśl nie o tym, co ma zobaczyć, ale o niezwykłym, a nawet przestępczym charakterze jego badań. Najmniejszy błędny ruch, wszelka pogłoska, która się rozniesie, wiadomość o nim, która trafi nie tam, gdzie powinna, podważając sąd, że wszystko jest w porządku…

Mitch już przedtem bywał na bakier z instytucjami. Niecałe sześć miesięcy temu stracił pracę w Hayer Museum w Seattle, ale sprawa była polityczna, śmieszna i niesprawiedliwa.

Jak dotąd, nigdy nie znieważył samej Pani Nauki.

Godzinami spierał się z Frankiem i Tilde w hotelu w Salzburgu, ale nie chcieli ustąpić. Gdyby nie zdecydował się pójść z nimi, wzięliby kogoś innego — Tilde wspomniała nawet o bezrobotnym studencie medycyny, z którym kiedyś chodziła. Miała, zdaje się, wielki wybór byłych chłopaków, bez wyjątku o znacznie niższych kwalifikacjach i mniejszych skrupułach aniżeli Mitch.

Bez względu na pobudki i moralność Tilde, nie był gotów jej odmówić, a potem na nich donieść; każdy ma swoje granice, których nie przekracza w społecznej dżungli. Zakazany teren zaczynał się dla Mitcha od narażania byłych dziewczyn na kłopoty z policją austriacką.

Franco złapał za rak na podeszwie buta Mitcha.

— Kłopot? — Spytał.

— Żaden — odpowiedział Mitch i przepchnął się kolejne sześć cali.

Nagle w jego oku błysnął podłużny owal światła, jakby wielki, niewyraźny księżyc. Ciało wydawało się puchnąć. Przełknął mocno ślinę. — Szlag — mruknął z nadzieją, że nie chodzi o to, o czym myśli. Owal zbladł. Jego ciało wróciło do zwykłych rozmiarów.

Jaskinia ścieśniała się tutaj w wąskie gardło, wysokie na niecałe dwie stopy i szerokie na dwadzieścia jeden lub dwadzieścia dwa cale. Skręciwszy głowę w bok, Mitch chwycił szczelinę tuż za przewężeniem i podciągnął się. Zaczepił o coś kurtką i usłyszał trzask, gdy szarpnął, aby się oswobodzić i przejść.

— To trudne miejsce — powiedział Franco. — Ledwo je pokonałem.

— Czemu wcisnąłeś się tak daleko? — Spytał Mitch, zbierając się na odwagę w szerszej, lecz nadal ciemnej i ciasnej kiszce za wąskim gardłem.

— Bo można? — Odparła Tilde głosem przypominającym wołanie odległego ptaka. — Podjudzałam Franca. On podjudzał mnie. — Zaśmiała się, a dzwoneczki jej głosu zabrzmiały echem w mroku.

Mitchowi zjeżyły się włosy na karku. Nowy Człowiek Lodu śmieje się z nimi, może z nich. Już nie żyje. Nie ma żadnych zmartwień, zaś mnóstwo powodów do radości, gdy tylu ludzi robi z siebie głupków, aby zobaczyć jego pośmiertne szczątki.

— Kiedy ostatnio tu byłeś? — Zapytał Mitch. Zastanawiał się, czemu nie zrobił tego wcześniej. Może do tej pory tak naprawdę nie uwierzył. Dotarli tak daleko i nic nie wskazywało, że sobie z niego żartują; wątpił zresztą, aby Tilde była z natury do tego zdolna.

— Z tydzień, osiem dni temu — odrzekł Franco. Korytarz był tu dostatecznie szeroki, aby mógł się wepchnąć obok nóg Mitcha, który zaświecił mu latarką w twarz. Franco obdarzył go szerokim, śródziemnomorskim uśmiechem.

Mitch popatrzył przed siebie. Widział coś ciemnego, podobnego do kupki popiołów.

— Jesteście już blisko? — Spytała Tilde. — Mitch, pierwsza stopa powinna być zaraz.

Mitch starał się dokonać rozbioru logicznego tego zdania. Tilde używała wyłącznie systemu metrycznego. Mówiąc „stopa” miała na myśli nie odległość, ale kończynę.

— Nie widzę go jeszcze.

— Najpierw są popioły — powiedział Franco. — To może to. — Wskazał czarną kupkę. Mitch czuł powietrze powoli opadające przed nim, opływające mu boki, pozostawiając niezakłócony tył jaskini.

Posuwał się powoli, uroczyście, wypatrując wszystkiego. Najdrobniejszego śladu, który mógł przetrwać wcześniejsze wtargnięcia — kamienny wiór, kawałek gałązki czy drewna, znaki na ścianie…

— Nic. Z wielką ulgą opadł na dłonie i kolana i ruszył na czworakach. Franco zaczynał się niecierpliwić.

— Tuż przed tobą — powiedział, znowu trącając mu rak.

— Cholera, posuwam się tak powoli, aby niczego nie przegapić, rozumiesz? — Odparł Mitch. Powściągnął chęć kopnięcia w tył niby muł.

— W porządku. — Franco ustąpił potulnie.

Mitch dostrzegał wnętrze krzywizny. Dno spłaszczało się trochę. Poczuł zapach czegoś trawiastego, słonego, jak świeża ryba. Znowu zjeżyły mu się włosy na karku, oczy się zamgliły. Dawne sympatie.

— Widzę — rzucił. Stopa wystawała zza występu, skulona — mała, naprawdę, jak dziecka, pełna zmarszczek i ciemnobrązowa, prawie czarna. Jaskinia rozszerzała się w tym miejscu, a na jej spągu leżały strzępy wyschłego i poczerniałego włókna — może trawy. Trzciny. Ötzi, pierwszy Człowiek Lodu, nosił na głowie trzcinowy kaptur.

— Boże — powiedział Mitch. W jego oku kolejny biały, wydłużony owal, powoli niknący, i ukucie bólu w skroni.

— Jest tam więcej miejsca! — Zawołała Tilde. — Wszyscy się zmieścimy i nie będziemy im przeszkadzać.

— Im? — Spytał Mitch, świecąc w tył między swymi nogami.

Franco uśmiechnął się pomiędzy kolanami Mitcha.

— Prawdziwa niespodzianka — powiedział. — Jest ich dwu.

2

Gruzja

Kaye kuliła się na fotelu pasażera piskliwego małego fiata, którym kierował Lado, pokonując budzące lęk serpentyny i wiraże Gruzińskiej Drogi Wojennej. Choć spalona słońcem i wyczerpana, nie mogła zasnąć. Jej długimi nogami szarpał każdy zakręt. A kwiczące jak świnia prawie łyse opony sprawiały, że przyciskała dłonie do krótko ściętych brązowych włosów i ziewała nerwowo.

Lado poczuł, że milczenie trwa za długo. Spojrzał na Kaye łagodnymi piwnymi oczyma na pięknie pomarszczonej, opalonej twarzy, uniósł papieros nad kierownicę i wysunął podbródek.

— Nasze zbawienie w łajnie, co? — Spytał.

Kaye uśmiechnęła się wbrew sobie.

— Nie rozśmieszaj mnie, proszę — powiedziała.

Lado zlekceważył jej prośbę.

— Dobrze dla nas. Gruzja ma coś do dania światowi. Mamy welkie sceki. — Elegancko toczył r, a „ścieki” wymawiał sce-ki.

— Ścieki — szepnęła. — Ście-ki.

— Wymawiam to dobrze? — Zapytał Lado.

— Doskonale — odparła Kaye.

Lado Dżakeli był dyrektorem naukowym Instytutu imienia Eliawy w Tbilisi, który w miejscowych ściekach miejskich i szpitalnych oraz w odpadach rolniczych i w próbkach pochodzących z całego świata szukał bakteriofagów — wirusów atakujących tylko bakterie. Teraz Zachód, łącznie z Kaye, przychodził z wyciągniętą ręką, aby dowiedzieć się czegoś od Gruzinów o leczniczych właściwościach fagów.

Zakumplowała się z kadrą Eliawy. Po tygodniu konferencji i zwiedzania laboratoriów kilkoro młodszych naukowców zaprosiło ją, aby wybrała się z nimi na faliste wzgórza i jaskrawozielone pastwiska dla owiec u podnóża góry Kazbek.

Rzeczy tak szybko się zmieniały. Rankiem tego dnia Lado pokonał całą drogę z Tbilisi do obozu opodal starego i samotnego kościoła prawosławnego w Gergeti. W kopercie przywiózł faks z kwatery głównej sił pokojowych ONZ w Tbilisi, stolicy Gruzji.

Lado wychylił dzbanek kawy w obozie, a potem, zawsze dżentelmen, a ponadto jej sponsor, zaproponował, że zabierze ją do Gordi, miasteczka leżącego siedemdziesiąt pięć mil na południowy zachód od Kazbeku.

Kaye nie miała wyboru. Niespodziewanie, i w najgorszym z możliwych momencie, dopadła ją przeszłość.

Zespół ONZ sprawdził rejestry danych w poszukiwaniu niegruzińskiego specjalisty medycznego o jakimś doświadczeniu.

Wyskoczyło tylko jedno nazwisko: Kaye Lang, 34 lata, współwłaścicielka — z mężem, Saulem Madsenem — spółki EcoBacter Research. We wczesnych latach osiemdziesiątych studiowała medycynę sądową na Uniwersytecie Stanu Nowy Jork z zamiarem prowadzenia pracy dochodzeniowej w policji. Po roku zmieniła zdanie, przerzucając się na mikrobiologię z naciskiem na inżynierię genetyczną; mimo to była teraz w Gruzji jedynym cudzoziemcem mającym, choć odrobinę poszukiwanego przez ONZ wykształcenia.

Lado wiózł ją przez najpiękniejsze krajobrazy, jakie widziała w życiu. W cieniu środkowego Kaukazu mijali pola na tarasach górskich, małe kamienne domy wiejskie, kamienne stodoły i kościoły, miasteczka zbudowane z drewna i kamienia z budynkami o zapraszających i ślicznie wyrzeźbionych gankach, wychodzących na wąskie, ceglaste, wybrukowane kocimi łbami bądź polne drogi, wioski porozrzucane z rzadka na szerokich, zmierzwionych kobiercach pastwisk dla owiec i kóz, pośród gęstych lasów.

Tutaj nawet pozornie puste przestrzenie były przez wieki zagarniane i toczono o nie wojny, jak w każdym miejscu, które widziała w Zachodniej, a teraz i we Wschodniej Europie. Kaye niekiedy czuła się duszona groźną bliskością innych ludzi, szczerbatymi uśmiechami starych mężczyzn i kobiet, stojących na poboczu dróg i przyglądających się pojazdom jadącym z i do nowego nieznanego świata. Pomarszczone przyjazne twarze, powykręcane dłonie machające do samochodziku.

Wszyscy młodzi ludzie byli w miastach, zostawiając starym wieś, z wyjątkiem górskich ośrodków turystycznych. Gruzja zamierzała zostać mekką turystyczną. Jej gospodarka rozwijała się co roku w tempie dwucyfrowym; waluta, lari, umacniała się także; dawno już zastąpiła ruble; wkrótce miała wyprzeć zachodnie dolary. Kładziono rurociągi od Morza Kaspijskiego do Czarnego; a wino, którego nazwa pochodziła stąd, stawało się głównym towarem eksportowym.

Za kilka następnych lat Gruzja będzie eksportować nowe i zupełnie inne wino: roztwory fagów mające wyleczyć świat przegrywający wojnę z chorobami bakteryjnymi.

Fiat śmignął pasem wewnętrznym, gdy mijali ślepy zakręt.

Kaye mocno przełknęła ślinę, ale nic nie powiedziała. Lado bardzo się o nią troszczył w instytucie. Niekiedy w ubiegłym tygodniu Kaye przyłapywała go, jak przygląda się jej wzrokiem pełnym przygarbionej, starej jak świat podejrzliwości, oczyma zwężonymi do szparek wśród zmarszczek, niby satyr wyrzeźbiony z drewna oliwki o brązowych plamkach. Kobiety pracujące w Eliawie mówiły, że nie można mu ufać; zwłaszcza te młodsze. Kaye traktował jednak zawsze z nienaganną uprzejmością, a nawet, jak teraz, z troską. Nie chciał, aby się smuciła, choć nie potrafił wymyślić żadnego powodu, dla którego miałaby się weselić.

Mimo swego piękna Gruzja miała wiele przywar: wojna domowa, zabójstwa, a teraz masowe groby.

Wpadli w ścianę deszczu. Wycieraczki zamachały czarnymi ogonkami i oczyściły przed Lado około jednej trzeciej widoku.

— Chwała Josepowi Stalinowi, zostawił nam ścieki — rzucił leniwie. — Dobry syn Gruzji. Nasz najsłynniejszy towar eksportowy, lepszy od wina. — Lado uśmiechnął się do niej fałszywie. Wyglądał na jednocześnie zawstydzonego i zepchniętego do obrony.

Kaye pozostało jedynie wyciągnąć go z tej kabały.

— Zabił miliony — szepnęła. — Zabił doktora Eliawę.

Lado wpatrywał się ponuro między strużki, aby widzieć, co jest przed krótką maską. Zmienił bieg na niższy i zwolnił, a potem ominął rów mogący pomieścić krowę. Kaye pisnęła i złapała za bok fotela. Na tym odcinku nie było barierek, a obok szosy ziała przepaść z widniejącą trzysta metrów niżej rzeką spływającą z topniejącego lodowca.

— To Beria ogłosił doktora Eliawę wrogiem ludu — stwierdził Lado rzeczowo, jakby opowiadał starą historię rodzinną. — Był wtedy naczelnikiem gruzińskiego KGB, miejscowym sukinsynem molestującym dzieci, a nie wściekłym wilkiem całej Rosji.

— Był człowiekiem Stalina — powiedziała Kaye, starając się odwrócić myśli od drogi. Nie mogła zrozumieć dumy Gruzinów ze Stalina.

— Wszyscy byli ludźmi Stalina albo zginęli — odparł Lado. Wzruszył ramionami. — Rozszedł się tu wielki smród, kiedy Chruszczow oznajmił, że Stalin był zły. Co wiedzieliśmy? Przykręcał nam śruby na tyle sposobów i przez tyle lat, że uznawaliśmy go za męża.

Kaye uznała to za zabawne. Lado zaczerpnął zachętę z jej uśmiechu.

— Niektórzy nadal pragną powrotu dobrobytu z czasów komunizmu. Albo będziemy mieli dobrobyt z gówna. — Skrzywił nos. — Wolę gówno.

Następną godzinę zjeżdżali z mniej przerażających wzgórz i płaskowyżów. Znaki drogowe z zawijasami pisma gruzińskiego nosiły zardzewiałe ślady po dziesiątkach kul.

— Pół godziny, najwyżej — zapowiedział Lado.

Gęsty deszcz utrudniał wykrycie granicy między dniem a nocą.

Lado włączył przyćmione, słabe światła drogowe fiata, gdy osiągnęli skrzyżowanie i zjazd do miasteczka Gordi.

Dwa uzbrojone transportery stały po obu stronach szosy tuż przed skrzyżowaniem. Pięciu ubranych w płaszcze przeciwdeszczowe i okrągłe jak nocniki hełmy rosyjskich żołnierzy sił pokojowych machnęło leniwie, nakazując, aby stanęli.

Lado zatrzymał fiata, przechylonego lekko na pochyłości. Kaye ujrzała kolejny rów zaledwie jardy przed nimi, na prawo od krocza skrzyżowania. Będą musieli wjechać na stok, aby go ominąć.

Lado opuścił szybę. Rosyjski żołnierz, dziewiętnasto- lub dwudziestoletni, o różowych policzkach ministranta, zajrzał do środka. Z jego hełmu na rękaw Lado ściekał deszcz. Lado powiedział mu coś po rosyjsku.

— Amerykanka? — Zapytał Kaye młody Rosjanin. Pokazała mu paszport, zaświadczenia z UE i WNP oraz faks proszący ją o przyjazd do Gordi, a właściwie nakazujący jej przybycie. Żołnierz wziął faks i skrzywił się, próbując go przeczytać, choć papier całkiem przemókł. Odstąpił i poszedł się poradzić oficera przykucniętego w tylnym włazie najbliższego transportera.

— Nie chcą tu być — szepnął Lado do Kaye. — I my ich tu nie chcemy. Poprosiliśmy jednak o pomoc… Kogo możemy obwiniać?

Deszcz ustał. Kaye wpatrywała się w zamglony mrok przed nimi. Słyszała świerszcze i ptasie śpiewy przebijające się przez szum silnika.

— Prosto, lewo — powiedział żołnierz do Lado, dumny ze swej angielszczyzny. Uśmiechnął się do Kaye i odesłał ich do następnego żołnierza stojącego jak słup za rowem, w szarym mroku.

Lado nacisnął pedał sprzęgła i samochodzik szarpnięciami objechał rów, minął trzeciego przedstawiciela sił pokojowych i ruszył boczną drogą.

Lado cały czas miał otwarte okno. Chłodne i wilgotne powietrze wieczorne wpadało do samochodu, jeżąc krótkie włosy na karku Kaye. Pobocze gęsto porastały brzozy. Powietrze krótki czas pachniało paskudnie. Blisko byli ludzie. Potem Kaye pomyślała, że może to nie ścieki z miasteczka tak cuchną. Marszczyła nos, a żołądek się jej przewracał. Ich cel leżał jakąś milę od miasteczka, a do Gordi mieli jeszcze co najmniej dwie mile szosy.

Lado dotarł do strumienia i powoli pokonał w bród szybko płynącą, płytką wodę. Koła zanurzyły się po dekle, ale samochód wyjechał bezpiecznie i przebył następne kilkaset metrów. Gwiazdy zerkały przez szybko ciągnące chmury. Góry bodły niebo poszarpanymi, ciemnymi blankami. Las pojawił się i został w tyle, a potem oboje zobaczyli Gordi, kamienne budynki, kilka nowszych piętrowych domów, kwadratowych i drewnianych, o małych okienkach, pojedynczą betonową kostkę ratusza bez ozdób, ulice z porytym koleinami asfaltem i starym brukiem. Żadnych świateł ulicznych. Czarne, nic niewidzące okna. Znowu nie było prądu.

— Nie znam tego miasta — szepnął Lado. Wcisnął hamulce, wytrącając Kaye z zadumy. Samochód wlókł się hałaśliwie ryneczkiem otoczonym piętrowymi budynkami. Kaye zdołała wypatrzyć wyblakły szyld Inturistu nad gospodą nazwaną Tygrys Rustawelego.

Lado włączył lampkę na suficie i wyjął przesłany faksem plan.

Odrzucił go ze wstrętem i ciężko otworzył drzwiczki fiata. Zawiasy zazgrzytały głośno. Wychylił się i ryknął po gruzińsku:

— Gdzie jest grób?

Ciemność milczała uparcie.

— Pięknie — powiedział Lado. Trzasnął drzwiami dwukrotnie, zanim się zamknęły. Kaye mocno zacisnęła usta, kiedy samochód szarpnął, ruszając. Z piskliwym zgrzytem w skrzyni biegów zjeżdżali uliczkami ze sklepami, ciemnymi i zamkniętymi blachą falistą, aż poza dwiema porzuconymi szopami, kupami żwiru i porozrzucanymi belami siana opuścili miasteczko.

Po kilku minutach zauważyli światła i blask latarek, pojedyncze ognisko obozowe, następnie usłyszeli narastający warkot przenośnego generatora i głosy brzmiące gromko w pustce nocy.

Grób był bliżej, niż pokazywał plan, niecałą milę od miasteczka. Kaye zastanawiała się, czy mieszkańcy słyszeli krzyki i czy w ogóle były jakieś krzyki.

Zabawa się skończyła.

Zespół ONZ nosił maski gazowe zaopatrzone w przemysłowe filtry aerozolowe. Nerwowi żołnierze z gruzińskich sił bezpieczeństwa musieli polegać na chustach zawiązanych wokół twarzy. Wyglądali złowieszczo, choć w innych okolicznościach byłby to zabawny widok. Ich oficerowie założyli maski chirurgiczne z białej tkaniny.

Przewodniczący sakrebulo, miejscowej rady, niski mężczyzna z wielkimi kułakami, wysoką strzechą grubych jak druty czarnych włosów i wielkim nosem, stał z miną zbitego psa obok oficerów sił bezpieczeństwa.

Dowódca zespołu Organizacji Narodów Zjednoczonych, pochodzący z Południowej Karoliny pułkownik armii USA nazwiskiem Nicholas Beck, szybko przekazał instrukcje i dał Kaye jedną z masek ONZ. Poczuła zażenowanie, ale ją założyła. Adiutantka Becka, czarnoskóra kapral o nazwisku Hunter, wręczyła jej parę lateksowych rękawiczek chirurgicznych. Przy zakładaniu wydały znajome klapnięcie o nadgarstki.

Beck i Hunter wyprowadzili Kaye i Lado poza obóz i białe jeepy, ścieżką wiodącą przez gęsty las i zarośla w dół, do grobów.

— Przewodniczący rady ma swoich wrogów. Miejscowi ludzie z opozycji odkopali rowy, a potem zadzwonili do kwatery głównej ONZ w Tbilisi — powiedział Beck do Kaye. — Ludzie z Sił Bezpieczeństwa Republiki chyba nas tu nie chcą. Nie możemy liczyć na wsparcie z Tbilisi. Na poczekaniu spośród ludzi z jakimś doświadczeniem znaleźliśmy tylko panią.

Trzy równoległe wykopy otwarto ponownie i oświetlono zasilanymi z przenośnego generatora lampami elektrycznymi, zawieszonymi na wbitych w piaszczystą glebę wysokich słupach. Przeciągnięte między słupami czerwono-żółte taśmy z plastyku wisiały bezwładnie w nieruchomym powietrzu.

Kaye obeszła pierwszy wykop i uniosła maskę. Marszcząc z góry nos, powąchała. Poczuła jedynie zapach brudu i błota.

— Mają więcej niż dwa lata — powiedziała. Podała maskę Beckowi. Lado stanął jakieś dziesięć kroków za nimi, nie chcąc się zbliżać do grobów.

— Musimy być tego pewni — odparł Beck.

Kaye podeszła do drugiego wykopu, stanęła, przesunęła światłem latarki po kupkach tkanin, ciemnych kości i zaschłego brudu. Gleba była piaszczysta i sucha, mogła stanowić łożysko potoku dawno temu spływającego z gór po stopnieniu śniegu. Ciała były ledwo rozpoznawalne, jasnobrązowe kości pokryte brudem, pomarszczone brązowe i czarne resztki skóry i mięśni. Ubrania wyblakły do barwy ziemi, nie były to jednak skrawki i strzępy mundurów wojskowych, ale sukienki, spodnie, kurtki. Wełniane i bawełniane, nie zgniły całkowicie. Kaye wypatrywała jaśniejszych ze sztucznych włókien, mogły wskazać maksymalny wiek grobu. Na pierwszy rzut oka nie potrafiła odnaleźć żadnych.

Przesunęła światło wyżej, na ściany wykopu. Najgrubsze widoczne korzenie, poprzecinane łopatami, miały około pół cala średnicy. Najbliższe drzewa stały dziesięć jardów dalej jak wysokie, cienkie duchy.

Podszedł do nich oficer Sił Bezpieczeństwa Republiki o imponującym nazwisku Wachtang Czikuraszwili, w średnim wieku, przystojny, choć przysadzisty, z szerokimi barami i grubym, nieraz złamanym nosem. Nie nosił maski. Trzymał coś ciemnego. Kaye potrzebowała kilku chwil, aby rozpoznać but. Czikuraszwili zwrócił się do Lado w przeładowanym spółgłoskami języku gruzińskim.

— Mówi, że buty są stare — przetłumaczył Lado. — Mówi, że ci ludzie zginęli pięćdziesiąt lat temu. Może dawniej.

Czikuraszwili gniewnie machnął ręką i zalał Lado i Becka potokiem mieszaniny słów gruzińskich i rosyjskich.

Lado tłumaczył.

— Mówi, że Gruzini, którzy to odkopali, są głupi. To nie sprawa dla ONZ. Jest znacznie starsza niż wojna domowa. Mówi, że to nie są Osetyjczycy.

— Kto mówił o Osetyjczykach? — Spytał ostro Beck.

Kaye oglądała but. Miał grubą skórzaną podeszwę i skórzane cholewki, zwisające sznurowadła zbutwiały i pokrywały je grudki brudu. Skóra była twarda jak skała. Zajrzała do środka. Brudy, ale brak skarpet i tkanek — buta nie ściągnięto ze zgniłej stopy. Czikuraszwili zniósł bezwstydnie jej powątpiewające spojrzenie, a potem pociągnął zapałką i zapalił papierosa.

Zainscenizowane, pomyślała Kaye. Przypomniała sobie zajęcia na studiach odbywane w Bronksie, zajęcia, które w końcu zniechęciły ją do medycyny sądowej. Odwiedziny w miejscach prawdziwych zabójstw. Maski chroniące od rozkładających się ciał.

Beck uspokajał oficera w łamanym gruzińskim i lepszym rosyjskim. Lado tłumaczył cicho jego próby. Potem Beck dotknął łokcia Kaye i zaprowadził ją do długiego płóciennego daszka postawionego kilka jardów od wykopów.

Pod daszkiem stały dwa podniszczone składane stoliki z kawałkami ciał. Pełna amatorszczyzna, pomyślała Kaye. Może to wrogowie przewodniczącego sakrebulo położyli ciała i zrobili im zdjęcia na dowód swych twierdzeń.

Okrążyła stolik: dwa tułowia i czaszka. Na tułowiach zostało sporo zmumifikowanego ciała, a na czaszce, wokół czoła, oczodołów i policzków nieznane wiązadła przypominające ciemne, suche paski. Poszukała śladów owadów i znalazła martwe larwy much plujek w wyschniętym gardle, ale nieliczne. Ciała pochowano parę godzin po śmierci. Wywnioskowała, że nie nastąpiło to w zimie, kiedy nie ma much. Oczywiście na tej wysokości zimy w Gruzji są łagodne.

Wzięła mały scyzoryk leżący przy najbliższym tułowiu i podważyła strzęp tkaniny, będący kiedyś białą bawełną, a następnie podniosła nad brzuch sztywny, wklęsły płat skóry. Na tkaninie i skórze okalającej biodra widniały kanały wlotowe pocisków.

— Boże — powiedziała.

W miednicy, otulone brudem i sztywnymi kawałkami zeschłej tkanki, leżało mniejsze ciało, skulone, niewiele więcej niż kupka kosteczek z zapadniętą czaszką.

— Panie pułkowniku. — Pokazała ciałko Beckowi. Jego twarz skamieniała.

Ciała mogą mieć bez trudu pięćdziesiąt lat, ale jeśli tak, to zachowały się zdumiewająco dobrze. Zostało trochę wełny i bawełny.

— Wszystko jest bardzo wysuszone. Cały teren został odwodniony.

— Wykopy są głębokie. Ale korzenie…

Czikuraszwili znowu coś mówił. Jego głos brzmiał bardziej ugodowo, słychać było nawet nutki poczucia winy. Przez stulecia winy narosło tu mnóstwo.

— Mówi, że oba ciała są żeńskie — szepnął Lado do Kaye.

— Widzę — odparła cicho.

Obeszła stolik, aby obejrzeć następny tułów. Ten nie miał skóry na brzuchu. Zeskrobała brud, tułów zakołysał się z odgłosem wyschłej tykwy. W miednicy leżała następna mała czaszka, płód mniej więcej sześciomiesięczny, podobnie jak tamten. Brakowało kończyn tułowia; Kaye nie potrafiła stwierdzić, czy nogi pozostały w grobie. Ciśnienie gazów brzusznych nie wycisnęło zapewne żadnego płodu.

— Obie ciężarne — stwierdziła. Lado przetłumaczył to na gruziński.

— Naliczyliśmy około sześćdziesięciu osób — powiedział Beck cichym głosem. — Kobiety wyglądają na zastrzelone. Mężczyzn chyba zastrzelono lub zatłuczono.

Czikuraszwili wskazał Becka, potem obóz, i z twarzą poczerwieniałą w blasku latarek zawołał:

— Dżugaszwili, Stalin!

— Oficer powiedział, że groby wykopano kilka lat przez Wielką Wojną Ojczyźnianą, podczas czystek. Koniec lat trzydziestych. Miałyby więc prawie siedemdziesiąt lat, przebrzmiałe nowiny, nic, co mogłoby zajmować ONZ.

— Chce, aby ONZ i Rosjanie wynieśli się stąd — powiedział Lado. — Twierdzi, że to sprawa wewnętrzna, nie dla sił pokojowych.

Beck odezwał się znowu, bardziej pojednawczo, do oficera gruzińskiego. Lado uznał, że nie chce brać udziału w tej wymianie zdań, i podszedł do Kaye pochylonej nad drugim tułowiem.

— Paskudne zajęcie — powiedział.

— Za dużo — odparła Kaye łagodnie.

— Czego? — Spytał Lado.

— Siedemdziesiąt lat to o wiele za dużo — stwierdziła. — Powiedz mi, o co się spierają. — Trąciła scyzorykiem nieznane paski tkanki wokół oczodołów. Zdawały się tworzyć rodzaj maski. Zawiązano im oczy przed egzekucją? Raczej nie. Przywierające resztki były ciemne, włókniste i mocne.

— Ten z ONZ powtarza, że nie ma przedawnienia dla zbrodni wojennych — powiedział jej Lado. — Nie ma mowy o granicach — to znaczy ograniczeniach.

— Ma rację — potwierdziła Kaye. Ostrożnie przekręciła czaszkę. Kość potyliczna pękła z boku i została wepchnięta na głębokość trzech centymetrów.

Skupiła znowu uwagę na szkieleciku tkwiącym w miednicy drugiego tułowia. Miała zajęcia z embriologii na drugim roku uczelni medycznej. Kości płodu wyglądały trochę dziwnie, ale nie chciała uszkodzić czaszki, odrywając ją od zaskorupiałej ziemi i zaschłej tkanki. Już i tak dość ją naruszyła.

Poczuła mdłości. Nie wywołały ich wysuszone i stwardniałe szczątki, ale scena, którą odtwarzała jej wyobraźnia. Wyprostowała się i przywołała gestem uwagę Becka.

— Te kobiety otrzymały strzały w brzuch — powiedziała. „Zabić wszystkich pierworodnych”. Wściekłe potwory. — Zamordowano je. — Zacisnęła zęby.

— Jak dawno temu?

— Może mieć rację z wiekiem buta, jeśli pochodzi stąd, ale ten grób jest młodszy. Korzenie wokół skraju wykopów są za małe. Moim zdaniem ofiary zginęły dwa, trzy lata temu. Brud wygląda na zaschły, ale gleba jest przypuszczalnie kwaśna i wszystkie kości rozpuściłyby się po kilku latach. Następnie tkaniny; wyglądają na wełniane i bawełniane, a to oznacza, że grób ma tylko kilka lat. Gdyby włókno było sztuczne, mógłby być starszy, ale także z okresu po Stalinie.

Beck podszedł i podniósł maskę.

— Czy może nam pani pomagać, dopóki nie dotrą tu inni? — spytał szeptem.

— Jak długo? — Odparła pytaniem Kaye.

— Cztery, pięć dni — powiedział Beck. Kilka kroków dalej Czikuraszwili patrzył między nimi z zaciśniętymi ustami, urażony, jakby gliny wtrąciły się do kłótni domowej.

Kaye przyłapała się na wstrzymywaniu oddechu. Odwróciła się, odeszła, wciągnęła powietrze i zapytała:

— Zamierza pan wszcząć dochodzenie w sprawie zbrodni wojennej?

— Według Rosjan powinniśmy — odparł Beck. — Palą się do zdyskredytowania u siebie nowych komunistów. Parę starych rzezi dostarczyłoby im świeżej amunicji. Gdyby mogła pani dać nam dokładniejszy szacunek — dwa lata, pięć, trzydzieści, jakikolwiek?

— Mniej niż dziesięć. Zapewne mniej niż pięć. Dużo zapomniałam — powiedziała. — Niewiele mogę. Wziąć próbki, parę kawałków tkanek. Pełna sekcja zwłok jest oczywiście wykluczona.

— Obecność pani jest tysiąc razy lepsza niż sprowadzanie tutaj miejscowych — uznał Beck. — Nie ufam żadnemu z nich. Nie jestem też pewny, czy można ufać Rosjanom. Wszyscy mają coś do ugrania, tak czy inaczej.

Lado zachowywał kamienną twarz i powstrzymywał się od uwag, nie tłumaczył też rozmowy Czikuraszwilemu.

Kaye czuła, że spełniają się jej obawy: powraca dawny ponury nastrój.

Myślała, że podróżując i przebywając daleko od Saula otrząśnie się z dawnych czasów, złych odczuć. Czuła się wyzwolona, patrząc na pracę naukowców i techników w Instytucie Eliawy, czyniących tyle dobrego przy tak małych możliwościach, dosłownie czerpiących zdrowie ze ścieków. Wspaniała i piękna strona Gruzji. Teraz… Druga strona monety. Papa Josep Stalin lub czystki etniczne; Gruzini próbujący wyprzeć Ormian i Osetyjczyków, Abchazi próbujący wyprzeć Gruzinów, Rosjanie przysyłający oddziały wojska, wtrącający się Czeczeni. Brudne wojenki między mającymi stare żale starymi sąsiadami.

Nie będzie to dla niej dobre, ale nie może odmówić.

Lado wykrzywił twarz i spojrzał na Becka.

— Miały być matkami?

— Większość z nich — odparł Beck. — I może niektórzy zostaliby ojcami.

3

Alpy

Koniec jaskini był bardzo ciasny. Tilde leżała pod niską półką skalną, z podciągniętymi kolanami, i patrzyła na Mitcha klęczącego przed jednym z tych, dla zobaczenia których został tu przyprowadzony. Franco przykucnął za Mitchem.

Usta Mitcha były do połowy otwarte, jak u zdziwionego chłopczyka. Od dłuższej chwili nie mógł wykrztusić jednego słowa. W głębi jaskini panował całkowity spokój i cisza. Poruszał się jedynie promień światła, gdy latarka przeskakiwała pomiędzy dwoma kształtami.

— Niczego nie dotykaliśmy — powiedział Franco.

Sczerniałe popioły, stare kawałki drewna, trawy i trzciny wyglądające, jakby je rozdmuchano, ale nadal tworzące resztki ogniska. Skóra ciał trzymała się znacznie lepiej. Mitch nie widział nigdy bardziej zaskakujących okazów zmumifikowanych głębokim zamrożeniem. Tkanki były twarde i sztywne, wilgoć wyssało z nich suche, bardzo chłodne powietrze. Na głowach, leżących twarzami do siebie, skóra i mięśnie prawie się nie zapadły przed zamrożeniem. Rysy wyglądały niemal naturalnie, choć oczy pod skurczonymi powiekami były cofnięte, ciemne, niewypowiedzianie senne. Całe były także ciała; jedynie na nogach jakby się pokruszyły i zapadły w siebie, może wskutek sporadycznych podmuchów z szybu. Pomarszczone, czarne stopy przypominały suszone grzyby.

Mitch nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Może nie było nic nadzwyczajnego w ich pozycji — mężczyzna i kobieta leżący na boku, twarzami do siebie w objęciach śmierci, zamarznięci ostatecznie jak wygasłe popioły ich ostatniego ogniska. Nic zaskakującego w dłoniach mężczyzny sięgających do twarzy kobiety, jej rękach opuszczonych nisko i ściskających brzuch. Nic niespodziewanego w zwierzęcej skórze pod nimi, ani w drugiej, zmiętej za mężczyzną, jakby odrzuconej na bok.

Na koniec, gdy ogień wygasł, zamarzającemu na śmierć mężczyźnie było za ciepło i odrzucił okrycie.

Mitch spojrzał na skurczone palce kobiety i przełknął narastającą gulę emocji, które trudno by mu było określić bliżej czy wyjaśnić.

— Jak stare? — Spytała Tilde, wytrącając go ze skupienia. Jej głos zabrzmiał raźno, ostro i rzeczowo, jak chlaśnięcie brzytwą.

Mitch zerknął na nią.

— Bardzo stare — powiedział spokojnie.

Tak, ale czy jak Człowiek Lodu?

— Nie jak Człowiek Lodu — odparł Mitch. Glos prawie mu się łamał.

Ciało kobiece zostało zranione. Miało otwór w boku, na wysokości biodra. Otaczały go plamy krwi i pomyślał, że mogą być i na skale za nią. Może od tego umarła.

W jaskini nie było broni.

Przetarł oczy, aby odegnać postrzępiony mały, biały księżyc, który mógł go zwodzić, a potem spojrzał znowu na twarze, krótkie, szerokie nosy wznoszące się pod małym kątem. Żuchwa kobiety zwisała, usta mężczyzny były zamknięte. Zmarła, chwytając powietrze. Mitch nie mógł mieć pewności, ale nie odrzucił tego spostrzeżenia. Pasowało.

Dopiero teraz ostrożnie przesunął się wokół postaci, pochylił nisko, obniżając się powolutku, aż zgięte kolana zatrzymały się cal nad biodrami mężczyzny.

— Wyglądają na stare — powiedział Franco po to tylko, aby zakłócić ciszę jaskini. Oczy mu lśniły. Mitch zerknął na niego, potem spuścił wzrok na profil męskiego ciała.

Gruby wał nadoczodołowy, szeroki spłaszczony nos, brak podbródka. Grube ramiona. Twarze gładkie, prawie bezwłose.

Całą jednak skórę poniżej szyi pokrywał jasnobrązowy meszek, widoczny jedynie po przyjrzeniu się mu z bliska. Wokół skroni krótko przycięte włosy wyglądały na wygolone we wzory, które wykonał zręczny fryzjer.

No to po kudłatych rekonstrukcjach muzealnych.

Mitch pochylił się bardziej, zimne powietrze wypełniło mu ciężko nozdrza, oparł dłoń o powałę jaskini. Coś jakby maska leżało między ciałami, w istocie dwie maski, jedna obok mężczyzny, wepchnięta pod niego, druga pod kobietą. Krawędzie masek wyglądały na oddarte. Każda miała otwory na oczy, nozdrza, wyobrażenie górnej wargi, wszystko lekko pokrywały drobne włoski, a poniżej widniała jeszcze bardziej owłosiona fałda, którą może kiedyś owijano wokół szyi i żuchwy. Mogły zostać zdjęte z twarzy, zerwane, chociaż na głowach nie brakowało skóry.

Maskę bliższą kobiety jakby wiązały z jej czołem i skronią cienkie włókna przypominające nici omułka.

Mitch pojął, że skupia się na drobnych zagadkach, aby odsuwać jedną wielką i niemożliwą.

— Jak są stare? — Zapytała znowu Tilde. — Czy możesz już powiedzieć?

— Nie sądzę, aby tacy ludzie żyli od dziesiątków tysięcy lat — odparł Mitch.

Tilde chyba pogubiła się w tak zamierzchłych czasach.

— Czy są Europejczykami, jak Człowiek Lodu?

— Nie wiem — odpowiedział Mitch, kręcąc głową, i podniósł rękę. Nie chciał rozmawiać; pragnął się zastanowić. To wyjątkowo niebezpieczne miejsce, zawodowo, umysłowo, pod każdym względem. Niebezpieczne, wymarzone i niemożliwe.

— Powiedz mi, Mitch — poprosiła Tilde z zaskakującą słodyczą. — Powiedz mi, co widzisz. — Wyciągnęła rękę, aby pogładzić go po kolanie. Franco przyglądał się tej pieszczocie z dojrzałą wyrozumiałością.

— To mężczyzna i kobieta — zaczął Mitch. — Każde ma około metra sześćdziesiąt wzrostu.

— Niscy ludzie — powiedział Franco, ale Mitch nie przerywał.

— Wydają się należeć do rodzaju Homo, gatunek sapiens. Różnią się jednak od nas. Może cierpieli na rodzaj karłowatości, zniekształcenia rysów… — Zamilkł i znowu popatrzył na głowy; nie dostrzegł żadnych oznak karłowatości, choć zastanawiały go maski.

Rysy klasyczne.

— Nie są karłami — powiedział. — To neandertalczycy.

Tilde zakasłała. Suche powietrze drapało ją w gardle.

— Pardon?

— Jaskiniowcy? — Spytał Franco.

— Neandertalczycy — powtórzył Mitch, w równej mierze dla przekonania siebie, co i poprawienia Franco.

— Bzdura — stwierdziła Tilde głosem załamującym się z gniewu. — Nie jesteśmy dziećmi.

— Żadna bzdura. Znaleźliście parę dobrze zachowanych neandertalczyków, samca i samicę. Pierwsze mumie neandertalskie… Gdziekolwiek. Kiedykolwiek.

Tilde i Franco przemyśliwali to kilka sekund. Na zewnątrz wiatr gwizdał przy wylocie jaskini.

— Jak stare? — Zapytał Franco.

— Wszyscy uważają, że neandertalczycy wymarli w okresie od stu do czterdziestu tysięcy lat temu — odparł Mitch. — Może wszyscy się mylą. Wątpię, aby przetrwali w tej jaskini, w tym stanie, przez czterdzieści tysięcy lat.

— Może byli ostatnimi. — Franco przeżegnał się z szacunkiem.

— Niewiarygodne — powiedziała Tilde z rumieńcem na twarzy. — Ile mogą być warci?

Mitchowi zdrętwiała noga i cofnął się, aby przykucnąć obok Franca. Przetarł oczy osłoniętymi rękawiczką knykciami palców. Tak zimno. Cały dygotał. Księżyc światła zamazał się i przesunął.

— Nic nie są warci — odparł.

— Nie żartuj — powiedziała Tilde. — Są rzadcy… Nie ma takich jak oni, prawda?

— Choćbyśmy — to znaczy choćbyście — zdołali wyciągnąć ich bezpiecznie z tej jaskini, nietkniętych, i znieść z góry, komu byście ich sprzedali?

— Ludzie zbierają takie rzeczy — powiedział Franco. — Ludzie z mnóstwem pieniędzy. Rozmawialiśmy już z niektórymi o Człowieku Lodu. Na pewno Człowiek i Kobieta Lodu…

— Może powinienem wyrazić się wprost — stwierdził Mitch.

— Jeśli sprawa nie zostanie załatwiona w sposób naukowy, udam się do władz w Szwajcarii, Włoszech, gdziekolwiek jesteśmy. Powiem im.

Kolejne milczenie. Mitch słyszał niemal myśli Tilde, tykające jak mały austriacki zegar z kukułką.

Franco uderzył w dno jaskini dłonią w rękawiczce i popatrzył na Mitcha.

— Czemu nas dymasz?

— Bo ci ludzie nie należą do ciebie — odpowiedział Mitch.

— Nie należą do nikogo.

— Nie żyją! — Krzyknął Franco. — Nie należą już chyba i do siebie?

Usta Tilde tworzyły prostą, ponurą kreskę.

— Mitch ma rację. Nie sprzedamy ich.

Trochę się teraz bojąc, Mitch rzucał pośpiesznie następne słowa.

— Nie wiem, co innego zamierzacie z nimi zrobić, ale nie sądzę, aby chodziło o wykorzystywanie ich, sprzedawanie praw, wyrób lalek Jaskiniowej Barbie czy coś takiego. — Oddychał głęboko.

— Nie, Mitch ma znowu rację — przyznała Tilde powoli. Franco przyglądał się jej, mrużąc pytająco oczy. — To wielka sprawa.

— Będziemy dobrymi obywatelami. Są przodkami wszystkich. Mama i Tata świata.

Mitch czuł narastający wyraźnie ból głowy. Wcześniejszy długi owal światła był znajomym ostrzeżeniem: nadjeżdża miażdżący łeb pociąg. Zejście z góry będzie trudne, a nawet niemożliwe W czasie ataku migreny naprawdę rozłupującej mózg. Nie wziął żadnych lekarstw.

— Zamierzacie zabić mnie tutaj? — Spytał Tilde.

Franco zerknął na niego, a potem przeniósł wzrok na Tilde, oczekując odpowiedzi.

Tilde uśmiechnęła się i potarła podbródek.

— Myślę. Jacy byliby z nas dranie. Jakie opowieści i sława. Piraci czasów prehistorycznych. Hej ho i butelka sznapsa.

— Musimy — powiedział Mitch, biorąc te słowa za odpowiedź przeczącą — pobrać z każdego ciała próbki tkanek, czyniąc jak najmniejsze szkody. Potem…

Wziął latarkę i poświecił za bliskie sobie, mające zaspane oczy głowy samca i samicy, daleko w głąb szczelin, zaczynających się jakieś trzy jardy dalej w jaskini. Leżało tam coś małego, owiniętego futrem.

— Co to? — Spytali jednocześnie on i Franco.

Mitch się zastanowił. Mógłby ukucnąć i naruszając jedynie kurz, prześlizgnąć się obok kobiety. Z drugiej strony, najlepiej zostawić wszystko nietknięte, wycofać się teraz z jaskini i sprowadzić prawdziwych specjalistów. Próbki tkanek wystarczą jako dowód, pomyślał. DNA neandertalczyków jest już dostatecznie znane z badania ich kości. Znalezisko zostanie potwierdzone, a jaskinia zamknięta, dopóty…

Ścisnął skronie i zamknął oczy.

Tilde poklepała go po ramieniu i delikatnie odsunęła.

— Jestem mniejsza — powiedziała. Przeczołgała się obok kobiety w tył jaskini.

Mitch patrzył, nic nie mówiąc. To właśnie odczuwał jako prawdziwy grzech — grzech palącej ciekawości. Nigdy sobie tego nie wybaczy, ale, szukał wymówki, jakże mógłby ją powstrzymać, nie uszkadzając ciała? Ponadto będzie ostrożna.

Tilde wcisnęła twarz w spąg jaskini za pakunkiem. Dwoma palcami złapała koniec futra i powoli go obróciła. Gardło Mitcha ściskał lęk.

— Poświeć — zażądała Tilde. Mitch poświecił.

Także Franco wycelował swą latarkę.

— To lalka — powiedziała Tilde.

Na wierzchu pakunku widać było twarzyczkę przypominającą ciemne, pomarszczone jabłko, z parą zapadniętych, czarnych oczek.

— Nie — zaprzeczył Mitch. — To dziecko.

Tilde cofnęła się kilka cali i cicho chrząknęła z zaskoczenia!

Ból głowy spadł na Mitcha jak grzmot. Franco trzymał ramię Mitcha obok wylotu jaskini. Tilde nadal była w środku. Migrena Mitcha osiągnęła prawdziwą dziewiątkę w skali Beauforta, ze zwidami i wszystkim innym. Z wysiłkiem powstrzymywał się przed zwinięciem w kłębek i ryczeniem z bólu. Dostał już suche wymioty, przy jaskini, i teraz gwałtownie dygotał.

Miał całkowitą pewność, że umrze tutaj, na progu najbardziej niesamowitego odkrycia antropologicznego wszystkich czasów, zostawiając je w rękach Tilde i Franca, niewiele lepszych od złodziei.

— Co tam robi? — Jęknął Mitch ze spuszczoną głową. Nawet zmierzch wydawał mu się zbyt jasny. Szybko jednak robiło się ciemno.

— Nie twoja sprawa — powiedział Franco i mocniej ścisnął mu ramię.

Mitch odsunął się i pomacał w kieszeni, szukając fiolek z próbkami. Zdołał wziąć dwie małe z górnej części ud mężczyzny i kobiety, zanim ból osiągnął szczyt; teraz ledwo widział.

Zmusiwszy się do podniesienia powiek, spojrzał na szafirowy błękit nieba precyzyjnie rysujący górę, lód, śnieg, niby maleńkimi błyskawicami przesłaniane błyskami w kącikach oczu.

Tilde wyłoniła się z jaskini z aparatem fotograficznym w jednej ręce, paczką w drugiej.

— Mamy dość, aby wszystkiego dowieść — stwierdziła. Powiedziała coś do Franca po włosku, szybko i cichym głosem.

Mitch nie rozumiał ani się tym nie przejmował. Chciał tylko zejść z góry, wleźć do ciepłego łóżka i zasnąć, czekać, dopóki nie wygaśnie nadzwyczajny ból, aż za dobrze mu znany, choć zawsze świeży i nowy.

Druga opcja to umieranie, mające także swe zalety.

Franco sprawnie go obwiązał.

— Chodź, stary druhu — powiedział, lekko szarpiąc liną. Mitch ruszał chwiejnie, zaciskając pięści na bokach, aby nie walić nimi w głowę. — Czekan — rzuciła Tilde i Włoch wyciągnął zza pasa Mitcha toporek, majtający mu między nogami; schował go do plecaka. — Źle wyglądasz — powiedział Franco.

Mitch zaciskał mocno oczy; zmrok wypełniały błyskawice, a piorun to ból, w milczeniu rozłupujący mu głowę przy każdym kroku. Tilde szła pierwsza, a Franco tuż za nim.

— Inną drogą — zdecydowała Tilde. — Jest mocne oblodzenie, a most się spieprzył.

Mitch otworzył oczy. Grań to ostrze zardzewiałego noża, mroczne jak węgiel na tle przeczystej ultramaryny nieba, blednącej w rozgwieżdżoną czerń. Każdy kolejny oddech był coraz mroźniejszy i trudniejszy do zaczerpnięcia. Pocił się obficie.

Wlókł się automatycznie, próbując schodzić skalistym stokiem upstrzonym skrawkami chrzęszczącego śniegu, poślizgnął się i złapał linę, ściągając Franca kilka jardów w dół. Włoch nie zaprotestował, przewiązał tylko linę wokół Mitcha i pocieszył go jak dziecko.

— Dobra, stary druhu. Tak lepiej. Tak lepiej. Uważaj.

— Nie wytrzymam dłużej, Franco — szepnął Mitch. — Przeszło dwa lata nie miałem migreny. Nie zabrałem nawet pigułek.

— Nieważne. Patrz tylko pod nogi i rób, co mówię. — Franco krzyknął coś do Tilde. Mitch poczuł ją bliżej i zerknął. Jej twarz okalały chmury oraz zrodzone w nim samym światła i iskry. — Będzie padać powiedział Włoch. — Musimy się śpieszyć. — Rozmawiali po włosku i niemiecku, Mitch pomyślał, że o zostawieniu go tutaj na lodzie. — Mogę iść — zapewnił. — Mogę chodzić. — Ruszyli więc znowu stokiem lodowca, wśród odgłosu lodu opadającego niby spływająca powoli stara rzeka, pękającego i huczącego, trzaskającego i odpryskującego, gdy zlatuje w dół. Gdzieś jakby klaskały ręce olbrzyma. Wiatr się nasilił i Mitch odwrócił się do niego plecami. Franco okręcił go w pierwotnym kierunku i łagodnie popychał.

— Nie ma czasu na głupotę, stary druhu. Chodź.

— Próbuję.

— Idź po prostu. — Wiatr stał się pięścią walącą go w twarz. Wciskał się w niego. Kryształki lodu zwisały mu z policzków, spróbował naciągnąć kaptur, ale palce w rękawiczkach miał jak kiełbasy.

— Nie może powiedziała Tilde i Mitch zobaczył, jak go obchodzi, otulona wirującym śniegiem. Śnieg zaczął nagle lecieć poziomo i wszystkich szarpnął wiatr. Latarka Franca ukazała miliony płatków pędzących równolegle do podłoża. Zastanawiali się nad wygrzebaniem jamy w śniegu, ale był on zbyt twardy i potrwałoby to za długo.

— Idziemy! Prosto w dół! — Krzyknął Franco do Tilde, która ruszyła w milczeniu.

Mitch nie wiedział, dokąd idą, ani zbytnio go to nie obchodziło. Franco klął stale po włosku, ale zagłuszał go śnieg i Mitch, brnący naprzód, wyciągający i wciskający buty, zapierający się rakami, próbujący utrzymywać się pionowo. Mitch jedynie po napięciu liny poznawał, że Franco tam jest.

— Bogowie się gniewają! — Zawołała Tilde, na poły triumfująco, na poły żartobliwie, z wielkim podnieceniem i wielkim poruszeniem.

Franco musiał upaść, bo Mitch był mocno wleczony w tył. Jakoś zdołał utrzymać czekan i gdy się przekręcił, opadł na brzuch i znalazł chęć na wbicie czekana w lód i powstrzymanie tego schodzenia. Franco chyba zadyndał przez chwilę, kilka jardów dalej w dole stoku. Mitch popatrzył w tym kierunku. Światła znikły z jego oczu. Zamarzał, naprawdę zamarzał, co uśmierzyło ból migreny. Franco był niewidoczny za prostymi, równoległymi strugami śniegu. Wiatr zagwizdał, potem wrzasnął i Mitch zbliżył bardziej twarz do lodu.

Czekan wyślizgnął się z otworu i osunął się dwa, trzy jardy. Przy zmniejszonym bólu zastanawiał się, jak zdoła wyjść z tego żywy.

Wbił raki w lód i podciągnął się na stoku, całą siłą wlekąc Franca za sobą. Tilde pomogła Włochowi wstać. Miał zakrwawiony nos i wyglądał na oszołomionego. Musiał uderzyć głową o lód. Tilde spojrzała na Mitcha. Uśmiechnęła się i dotknęła jego ramienia. Tak przyjacielsko. Nikt nic nie mówił. Podzielany ból i wciskające się złe ciepło zbliżało ich bardzo do siebie. Franco wydał odgłos łkania, ssania, polizał zakrwawioną wargę, ściągnął mocniej ich liny.

Byli tacy odsłonięci. Ponad skomlącym wiatrem spadający lodowiec wył, warczał, terkotał jak traktor na żwirowej drodze. Mitch czuł drżenie lodu pod nim. Byli za blisko kaskady, a ta spływała naprawdę szybko, robiąc mnóstwo hałasu. Szarpnął linę łączącą go z Tilde i cofnęli się wolni, odcięci. Pociągnął linę za sobą. Franco wyłonił się z wiatru i śniegu, twarz pokrywała mu krew, oczy lśniły za goglami. Ukląkł obok Mitcha i podparł się dłońmi w rękawiczkach, pochylony na bok. Mitch chwycił Franca za ramię, lecz ten ani drgnął. Mitch wstał zwrócony w dół stoku. Wiatr powiał od przodu i od dołu, powalił go na twarz. Mitch spróbował znowu, odchylając się niezdarnie do tyłu, i upadł. Mógł się tylko czołgać. Ciągnął za sobą Franca, ale po kilku stopach stało się to niemożliwe. Zawrócił do Franca i spróbował go pchać. Nie zdołał, lód był szorstki, a nie śliski. Mitch nie wiedział, co robić. Musieli wydostać się z wiatru, ale nie widział na tyle dobrze, gdzie są, aby wybrać właściwy kierunek. Cieszył się, że Tilde ich zostawiła.

Może się uratuje, ktoś będzie miał z nią dzieci, oczywiście nie oni; są teraz w ślepej uliczce ewolucji. Cała odpowiedzialność opadła. Żałował, że Franco tak ucierpiał.

— Hej, stary druhu! — Krzyknął mu do ucha. — Obudź się i mi pomóż, bo umrzemy. — Franco nie odpowiadał.

Może już nie żył, ale Mitch nie sądził, aby zwykły upadek mógł kogokolwiek zabić. Natrafił na latarkę przy nadgarstku Franca, zdjął ją, zapalił, poświecił w oczy Włocha, spróbował je otworzyć palcami w rękawiczce, miał z tym kłopot, dojrzał wreszcie małe i nierówne źrenice. Oj. Runął mocno na lód, doznając wstrząsu mózgu i rozbijając nos. To z niego wypływała ciągle nowa krew. Krew i śnieg tworzyły czerwoną papkę na twarzy Franca. Mitch przestał do niego mówić. Pomyślał o odcięciu liny, ale nie mógł się do tego zmusić. Franco był dla niego dobry. Rywale pojednani śmiercią na lodzie. Mitch wątpił, aby jakakolwiek kobieta naprawdę poczuła romantyczny skurcz serca, gdy o tym usłyszy. Nie doświadczył, aby kobiety zbytnio się przejmowały takimi rzeczami. Umieraniem tak, ale nie męską sztamą. Tak teraz pogmatwaną i szybko ogrzewającą. Jego kurtka była bardzo ciepła, jak i spodnie śniegowe. Na dobitkę musiał się odlać. Śmierć z godnością najwyraźniej nie wchodziła w grę. Franco jęknął. Nie, to nie Franco. Lód pod nimi zadrgał, potem podskoczył, upadli i osunęli się. Mitch dostrzegł światło latarki ukazujące rosnącą wielką bryłę lodu. Albo spadali. Tak, rzeczywiście, i zamknął oczy, przewidując najgorsze. Nie uderzył jednak w nic głową, choć całe powietrze zostało wyparte mu z płuc. Wylądowali w śniegu i wiatr ustał. Zlepiony śnieg opadał na nich, w nogę Mitcha wbiło się też kilka ciężkich grudek lodu. Było cicho i spokojnie. Mitch spróbował unieść nogę, ale miękkie ciepło stawiało opór, a druga noga była sztywna. Już po wszystkim.

Natychmiast otworzył szeroko oczy na zalewający niebo blask oślepiającego, błękitnego słońca.

4

Gordi

Lado, kręcąc głową w ponurym zakłopotaniu, pozostawił Beckowi troskę o powrót Kaye do Tbilisi. Nie mógł na długo opuścić Instytutu Eliawy.

ONZ zajęło w Gordi mały pensjonat Tygrys Rustawelego, wynajmując wszystkie pokoje. Rosjanie rozbili następne namioty i spali między miasteczkiem a grobami.

Obsługiwani przez zbolałą, lecz uśmiechniętą właścicielkę, krępą, czarnowłosą Likę, członkowie sił pokojowych ONZ zjedli późną kolację złożoną z chleba i flaków, podaną z dużymi kieliszkami wódki. Wszyscy zaraz potem poszli spać, oprócz Kaye i Becka.

Beck przysunął krzesło do drewnianego stołu i postawił przed Kaye szklankę białego wina. Nie tknęła wódki.

— Manawi. Najlepsze, jakie tutaj mają… W każdym razie dla nas. — Beck usiadł i czknął w kułak. — Przepraszam. Co pani wie o historii gruzińskiej?

— Niewiele — odpowiedziała Kaye. — Znam politykę najnowszą. Naukę.

Beck kiwnął głową i założył ręce.

— Nasze zmarłe matki — zaczął — niewątpliwie mogły zostać zamordowane podczas zamieszek — wojny domowej. Nic mi jednak nie wiadomo o starciach w Gordi czy w pobliżu. — Skrzywił się niepewnie. — Mogą być ofiarami lat trzydziestych, czterdziestych lub pięćdziesiątych. Pani to jednak wyklucza. Trafna uwaga o korzeniach. — Potarł nos i podrapał się po brodzie. — Za dużo ponurej historii jak na tak piękny kraj.

Beck przypominał Kaye Saula. Większość mężczyzn w wieku pułkownika przypominała jej Saula, starszego o dwadzieścia lat, tam na Long Island, dalszym, niż wynikało tylko z odległości.

Saula błyskotliwego, Saula słabego, Saula, którego umysł z każdym miesiącem coraz bardziej zgrzytał. Usiadła prosto i wyciągnęła ręce, drapiąc podłogę nogami krzesła.

— Bardziej mnie interesuje jego przyszłość — powiedziała.

— Połowa firm farmaceutycznych i medycznych ze Stanów Zjednoczonych pielgrzymuje tutaj. Doświadczenia Gruzji mogą uratować miliony.

— Pożyteczne wirusy.

— Tak jest — potwierdziła. — Fagi.

— Atakują tylko bakterie.

Przytaknęła.

— Czytałem, że wojska gruzińskie nosiły podczas zamieszek małe fiolki pełne fagów — powiedział Beck. — Połykano je przed walką albo rozpylano na rany czy oparzenia przed zabraniem do szpitala.

Kaye kiwnęła głową.

— Terapię fagową stosują od lat dwudziestych, kiedy to Felix d'Herelle przyjechał tu, aby pracować z Jerzym Eliawą. D'Herelle był nieporządny; mieszał wyniki, a niedługo potem pojawiły się sulfonamid i penicylina. Do niedawna bardzo zaniedbywaliśmy fagi. I w końcu zostaliśmy z groźnymi bakteriami odpornymi na wszystkie znane antybiotyki. Ale nie na fagi.

Przez okno holu, nad dachami niskich domów po drugiej stronie ulicy, widziała góry lśniące w blasku księżyca. Chciała pójść spać, ale wiedziała, że całe godziny będzie leżała bez snu w małym, twardym łóżku.

— Będą tu mieli lepszą przyszłość — stwierdził Beck. Uniósł i wychylił szklankę. Kaye wypiła łyczek. Słodycz i kwaśność wina tworzyły piękną równowagę, jak w cierpkich morelach.

— Doktor Dżakeli powiedział mi, że wspięliście się na Kazbek — rzekł Beck. — Wyższy od Mont Blanc. Jestem z Kansas. Nie ma tam żadnych gór. Ledwo trochę skał. — Uśmiechnął się ze spuszczoną głową, jakby wolał unikać jej wzroku. — Kocham góry. Przepraszam, że odciągam panią od tematu… I od przyjemności.

— Nie wspinam się — wyjaśniła. — Wchodzę tylko.

— Spróbuję zabrać stąd panią za kilka dni — powiedział Beck.

— W Genewie mają spisy zaginionych osób i możliwych masakr.

— Jeśli na coś trafią i będziemy mogli datować tę na lata trzydzieste, przekażemy sprawę Gruzinom i Rosjanom. — Beck chciał, aby groby były stare, i nie bardzo mogła go za to winić.

— A jeśli sprawa jest świeża? — Spytała Kaye.

— Sprowadzimy z Wiednia pełen zespół dochodzeniowy.

Kaye rzuciła mu ostre, zasadnicze spojrzenie.

— Jest świeża.

Beck dopił wino, wstał i zacisnął dłonie na oparciu swego krzesła.

— Zgadzam się — westchnął. — Dlaczego rzuciła pani kryminologię? Jeśli nie wściubiam nosa…

— Za dużo dowiedziałam się o ludziach — odparła Kaye. Okrutnych, zepsutych, brudnych, niesamowicie głupich ludziach. Opowiedziała Beckowi o poruczniku z wydziału zabójstw na Brooklynie, który uczył jej grupę. Był pobożnym chrześcijaninem.

Pokazując im zdjęcia szczególnie przerażającej sceny zbrodni, z dwoma martwymi mężczyznami, trzema kobietami i jednym dzieckiem, powiedział studentom: „Dusz tych ofiar nie ma już w ciałach. Nie współczujcie im. Współczujcie tym, którzy zostali. Poradźcie sobie z tym. Weźcie się do pracy. I pamiętajcie, że pracujecie dla Boga”.

— Dzięki wierze nie zwariował — dodała Kaye.

— A pani? Czemu zmieniła pani kierunek?

— Nie wierzę — wyjaśniła Kaye.

Beck kiwnął głową, rozluźnił ręce na oparciu krzesła.

— Nie ma pani zbroi. Cóż, niech się pani stara. Na razie mamy tylko panią. — Powiedział jej dobranoc i poszedł do wąskich schodów, maszerując szybkim, lekkim krokiem.

Kaye kilka minut siedziała przy stole. Potem wyszła głównymi drzwiami gospody. Stanęła na granitowym stopniu przy wąskiej, brukowanej ulicy i odetchnęła nocnym powietrzem, lekko przesyconym smrodem miejskich ścieków. Nad szczytami domów naprzeciw gospody dojrzała ośnieżony szczyt góry, tak wyraźny, że niemalże mogłaby wyciągnąć rękę i go dotknąć.

Rano obudziła się okutana w ciepłe prześcieradło i koc, nieprane od jakiegoś czasu. Popatrzyła na kilka pojedynczych włosów, nie jej, wplątanych w grubą, szarą wełnę obok twarzy. Małe, drewniane łóżko z rzeźbionymi i pomalowanymi na czerwono zagłówkami zajmowało otynkowany pokój, mający jakieś osiem stóp szerokości i dziesięć długości, z jednym oknem za łóżkiem, jednym drewnianym krzesłem i zwykłym drewnianym stołem z toaletką. Tbilisi ma nowoczesne hotele, ale Gordi leży poza nowymi szlakami turystycznymi, zbyt daleko od Drogi Wojennej.

Wysunęła się z łóżka, pochlapała wodą twarz, włożyła dżinsy, bluzkę i kurtkę. Sięgała po żelazną zasuwkę, gdy usłyszała mocne pukanie. Beck zawołał ją po imieniu. Otworzyła drzwi i zamrugała jak sowa.

— Wyganiają nas z miasteczka — powiedział z zaciętą twarzą.

— Wszyscy mamy być jutro w Tbilisi.

— Dlaczego?

— Jesteśmy niepożądani. Będą nas eskortować żołnierze z głównych sił. Powiedziałem im, że jest pani doradcą cywilnym, a nie członkiem naszego zespołu. Nie obchodzi ich to.

— Jezu — rzuciła Kate. — Skąd ten zwrot?

Beck skrzywił się bezwiednie.

— Sakrebulo, rada, jak sądzę. Drażni ją gmeranie w tej miłej, małej gminie. A może chodzi o wyższy szczebel.

— Nie pasuje to do nowej Gruzji — powiedziała Kaye. Zastanawiała się, jak wpłynie to na jej pracę w instytucie.

— Też jestem zdziwiony — przyznał Beck. — Nadepnęliśmy komuś na odcisk. Proszę się spakować i dołączyć do nas na dole.

Odwracał się, ale Kaye złapała go za ramię.

— Czy telefony działają?

— Nie wiem — odpowiedział. — Może pani skorzystać z naszych telefonów satelitarnych.

— Dzięki. I… Doktor Dżakeli jest już w Tbilisi. Nie chciałabym go znowu tu ściągać.

— Zabierzemy panią do Tbilisi — odparł Beck. — Jeśli to tam chce pani jechać.

— Byłoby miło — powiedziała Kaye.

Przed gospodą w mocnym słońcu lśnił biały cherokee ONZ. Kaye zerknęła na samochód przez szyby holu i zaczekała, aż właścicielka przyniesie stary czarny telefon z tarczą i przyłączy go do gniazdka przy recepcji. Podniosła słuchawkę, posłuchała i podała ją Kaye: głucho. Za kilka lat Gruzja wejdzie w dwudziesty pierwszy wiek. Teraz niecałe sto linii łączy ją ze światem zewnętrznym, a ponieważ wszystkie rozmowy są przełączane do Tbilisi, trudno się dodzwonić.

Właścicielka uśmiechała się nerwowo. Denerwowała się, odkąd przyjechali.

Kaye wyniosła torbę na ulicę. Zebrał się tam zespół ONZ, sześciu mężczyzn i trzy kobiety. Kaye stanęła obok Kanadyjki nazwiskiem Doyle, zaś Hunter wyciągnęła telefon satelitarny.

Kaye najpierw zadzwoniła do Tbilisi, aby porozmawiać z Tamarą Mirianiszwili, jej główną współpracowniczką w instytucie.

Po kilku próbach się połączyła. Tamara wyraziła współczucie i domysły, o co może chodzić, potem powiedziała, że chętnie przyjmą Kaye na kilka dalszych dni.

— Wstyd, że wciągnęli cię w to bagno. Bardzo chętnie przywrócimy ci dobry humor — powiedziała.

— Czy dzwonił Saul? — Spytała Kaye.

— Dwa razy — odparła Tamara. — Masz popytać o biofilmy. Jak fagi się zachowują na biofilmach, po całkowitym ich opanowaniu przez bakterie.

— I zamierzacie nam powiedzieć? — Rzuciła żartobliwie Kaye.

Tamara wybuchnęła dźwięcznym, promiennym śmiechem.

— Czy musimy ci zdradzać wszystkie nasze sekrety? Jeszcze nie podpisaliśmy umów, droga Kaye!

— Saul ma rację. Może być z tego niezły zysk — powiedziała Kaye. Nawet w najgorszych czasach Saul miał nosa do nauki i interesów.

— Wracaj, a pokażę ci niektóre nasze badania nad biofilmami, specjalnie, bo jesteś taka miła — obiecała Tamara.

— Cudownie.

Kaye podziękowała Tamarze i oddała telefon pani kapral.

Gruziński samochód służbowy, stara czarna wołga, przywiózł kilku oficerów, którzy wysiedli z lewej strony. Major Czikuraszwili z sił bezpieczeństwa wyłonił się z prawej, bardziej nachmurzony niż zwykle. Wyglądał, jakby miał wybuchnąć krwią i śliną.

Młody oficer — Kaye nie miała pojęcia o jego stopniu — podszedł do Becka i zagadnął go łamanym rosyjskim. Kiedy skończyli, Beck machnął ręką i zespół ONZ wsiadł do dżipów. Kaye pojechała z Beckiem.

Gdy opuszczali Gordi, kilku mieszkańców zebrało się, aby patrzeć, jak wyjeżdżają. Jakaś dziewczynka stała przy otynkowanym kamiennym murze i machała ręką: brązowe włosy, śniada cera, szare oczy, silna i śliczna. Całkowicie normalna i milutka dziewczynka.

Mało rozmawiali, gdy Hunter wiozła ich szosą na południe, prowadząc małą karawanę. Beck patrzył uważnie przed siebie. Mający twarde zawieszenie dżip podskakiwał na wybojach, wpadał w koleiny i szarpał na dziurach. Siedząca z tyłu po prawej stronie Kaye pomyślała, że jeszcze dostanie choroby lokomocyjnej. Radio grało pop z Alanii i całkiem dobry blues z Azerbejdżanu, a potem nadawało niezrozumiałe rozmowy, które czasami śmieszyły Becka. Pułkownik zerknął na Kaye, która dzielnie spróbowała wymusić uśmiech.

Po kilku godzinach zdrzemnęła się, śniąc o skupiskach bakterii w ciałach z grobów zbiorowych. Widziała biofilmy, które większość ludzi uważa za śluz: drobne bakteryjne zakłady przemysłowe, rozkładające na czynniki pierwsze zwłoki ich żywych ongiś gigantycznych potomków ewolucyjnych. Piękne konstrukcje wielocukrowe są rozbierane w kanałach wewnętrznych, jelitach i płucach, w sercu i żyłach, w oczach i mózgu; bakterie podążają swymi dzikimi szlakami i zakładają miasta, przetwarzając wszystko; wielkie wysypiska śmieci miasta bakterii, nieznających zupełnie filozofii, historii i charakteru martwych kadłubów, które teraz zajmują.

Bakterie nas uczyniły. Zabiorą nas na koniec. Witajcie w domu.

Obudziła się spocona. Powietrze ociepliło się, gdy zjechali do długiej, głębokiej doliny. Jak miło byłoby nic nie wiedzieć o pracach wewnątrz nas. Zwierzęca niewinność; najsłodsze jest życie niezbadane. Rzeczy psują się jednak, wywołując introspekcję i badania. Korzeń wszelkiej świadomości.

— Śniła pani? — Zapytał Beck, gdy stanęli przy małej stacji benzynowej i garażu z brzęczących arkuszy zardzewiałego metalu.

— Koszmary — powiedziała Kaye. — Za dużo ich chyba w mojej pracy.

5

Innsbruck, Austria

Mitch zobaczył niebieskie słońce, obracające się i ciemniejące, więc uznał, że nadeszła noc, ale powietrze było zamglone na zielono i ani trochę mroźne. Poczuł ukłucie bólu w górnej części uda, coś niejasno ciążyło mu w żołądku.

Nie był w górach. Próbował mruganiem usunąć maź z oczu i wyciągnął rękę, aby potrzeć twarz. Ktoś go powstrzymał, a miękki kobiecy głos kazał mu po niemiecku być grzecznym chłopcem.

Gdy nieznajoma wytarła mu czoło zimną, mokrą szmatką, powiedziała po angielsku, że ma trochę popękaną skórę, odmrożony nos i palce oraz złamaną nogę. Kilka minut później znowu zasnął.

Nie wiadomo, jak długo potem obudził się i zdołał usiąść w skrzypiącym, mocnym łóżku szpitalnym. Był w sali z czterema innymi pacjentami, dwoma obok i dwoma naprzeciw, samymi mężczyznami, wszyscy poniżej czterdziestki. Dwaj trzymali złamaną nogę na wyciągu jak w komedii filmowej. Dwaj pozostali złamali rękę. Noga Mitcha była w gipsie, ale nie na wyciągu.

Wszyscy mężczyźni mieli niebieskie oczy, byli żylaści i przystojni, z orlimi profilami, grubymi karkami i długimi szczękami.

Przyglądali mu się uważnie.

Mitch widział teraz pokój wyraźnie: pomalowane betonowe ściany, pokryte białą emalią poręcze łóżek, przenośna lampa na chromowej podstawie, którą wziął za niebieskie słońce, cętkowane, brązowe płytki posadzki, duszący odór pary i środków odkażających, przytłaczający zapach mięty.

Po prawej stronie Mitcha młody mężczyzna, mocno oparzony odbijającymi się od śniegu promieniami słonecznymi, z różowymi jak u niemowlęcia policzkami pokrytymi świeżą skórą, wychylił się mówiąc:

— Czy jest pan tym amerykańskim szczęściarzem? — Zazgrzytały bloczki i ciężarki jego uniesionej nogi.

— Jestem Amerykaninem — jęknął Mitch. — Muszę być szczęściarzem, bo nie umarłem.

Mężczyźni wymienili poważne spojrzenia. Mitch dostrzegł, że od jakiegoś czasu musiał być tematem rozmów.

— Wszyscy się zgadzamy, że koledzy alpiniści powinni pana powiadomić.

Zanim Mitch zdążył przyznać, że nie jest alpinistą, poparzony śniegiem młody mężczyzna powiedział mu, iż jego towarzysze nie żyją.

— Włoch, z którym znaleziono pana na seraku, miał złamany kark. A kobieta była dużo niżej, zagrzebana w lodzie.

Potem jego oczy zaostrzyły się badawczo — oczy niebieskie jak u dingo, jak niebo, które Mitch po raz pierwszy zobaczył nad granią — i zapytał:

— Jest o tym w gazetach, w telewizji. Skąd wzięła ciałko dziecka?

Mitch zakasłał. Dostrzegł dzban wody na tacy przy łóżku i wypił szklankę. Alpiniści patrzyli nań jak atletyczne elfy przywiązane do swych łóżek.

Mitch odwzajemnił ich spojrzenia. Nie powinien teraz osądzać Tilde; na pewno.

Inspektor z Innsbrucku, który przyszedł w południe zadawać pytania, usiadł przy jego łóżku wraz z miejscowym policjantem. Policjant lepiej mówił po angielsku i tłumaczył. Pytania są rutynowe, oznajmił inspektor, jak przy każdym wypadku. Mitch powiedział im, że nie znał owej kobiety, na co inspektor, po pełnej uszanowania chwili milczenia, odparł, że byli widziani razem w Salzburgu.

— Pan, Franco Maricelli i Mathilda Berger.

— Była dziewczyną Franca — wyjaśnił, czując mdłości i próbując to ukrywać. Inspektor westchnął i w naganie wykrzywił usta, jakby cała sprawa była błaha i tylko odrobinę go zdenerwowała.

— Niosła mumię niemowlęcia. Być może bardzo dawną mumię. Czy wie pan, skąd ją wzięła?

Miał nadzieję, że inspektor nie przeszukał jego rzeczy, nie znalazł fiolek i nie zbadał ich zawartości. Może zgubił plecak na lodowcu.

— To zbyt dziwaczne, aby wyjaśnić — powiedział.

Inspektor wzruszył ramionami.

— Nie znam się na ciałach w lodzie. Mitchell, daję panu ojcowską radę. Czy jestem na to dostatecznie stary?

Mitch przyznał, że inspektor może być dość stary. Alpiniści nie próbowali nawet ukrywać zainteresowania przesłuchaniem.

— Rozmawialiśmy z pańskimi byłymi pracodawcami, Hayer Museum w Seattle.

Mitch zamrugał powoli.

— Powiedzieli nam, że był pan zamieszany w kradzież zabytków należących do rządu federalnego, resztek szkieletu Indianina zwanego człowiekiem z Pasco, bardzo starych. Dziesięć tysięcy lat, znalezione nad rzeką Columbia. Odmówił pan przekazania tych szczątków Army Corpse of Engineers.

— Corps1 — poprawił łagodnie Mitch.

— Został pan za to aresztowany pod zarzutem naruszenia ustawy o zabytkach i zwolniony przez muzeum z powodu zbyt wielkiego rozgłosu.

— Indianie twierdzili, że kości należą do ich przodka — powiedział Mitch, rumieniąc się z gniewu na samo wspomnienie.

— Chcieli go ponownie pogrzebać.

Inspektor czytał dalej z notatek.

— Pozbawiono pana dostępu do swoich zbiorów w muzeum, a z domu zabrano kości. A także wiele zdjęć, i rozgłos się zwiększył.

— Prawnicze brednie! Korpus Saperów nie miał praw do tych kości. Były bezcenne naukowo…

— Może jak zmumifikowane niemowlę z lodowca? — Zapytał inspektor.

Mitch zamknął oczy i odwrócił się. Teraz widział wszystko bardzo jasno. Głupi jest niewłaściwym słowem. To przeznaczenie, tylko i wyłącznie.

— Zamierzaliście je wyrzucić? — Inspektor odchylił się w krześle.

Mitch pokręcił głową.

1 (ang.) corpse — trup; corps — korpus (przyp. red.).

— Już wiadomo — widziano was z kobietą w Braunschweiger Hütte, niecałe dziesięć kilometrów od miejsca, gdzie pana znaleziono. Kobieta rzucała się w oczy, piękna blondynka, jak mówią świadkowie.

Alpiniści pokiwali głowami, jakby tam byli.

— Najlepiej niech nam pan powie wszystko, i to teraz. Powiadomię policję we Włoszech, przesłuchamy pana tutaj, w Austrii, i może się na tym skończy.

— Byli znajomymi — powiedział. — Ona jest — była — moją przyjaciółką. To znaczy, byliśmy kiedyś kochankami.

— Tak. Czemu do pana wróciła?

— Coś znaleźli. Uznała, że będę w stanie powiedzieć im, co to jest.

— No i?

Mitchell pojął, że nie ma wyboru. Wypił szklankę wody i opowiedział inspektorowi prawie o wszystkim, co zaszło, na ile mógł dokładnie i jasno. Ponieważ nie wspomnieli o fiolkach, on także je pominął. Policjant notował i rejestrował zeznanie na małym magnetofonie.

Kiedy skończył, inspektor stwierdził:

— Ktoś na pewno będzie chciał wiedzieć, gdzie jest ta jaskinia.

— Tilde, Mathilda, miała aparat — powiedział Mitch znużonym głosem. — Robiła zdjęcia.

— Nie znaleźliśmy aparatu. Byłoby znacznie lepiej, gdyby pan wiedział, gdzie jest jaskinia. Takie znalezisko… Wywołuje wielkie poruszenie.

— Mają już dziecko — odparł Mitch. — Ono samo wywoła poruszenie. Niemowlę neandertalskie.

Inspektor skrzywił się z powątpiewaniem.

— Nikt nie wspomniał o neandertalczyku. Może to więc pomyłka albo żart?

Mitch dawno już stracił wszystko, co było dlań cenne — karierę, pracę paleontologa. Raz jeszcze schrzanił wszystko po królewsku.

— Może to przez ból głowy. Jestem półprzytomny. Pomogę oczywiście w szukaniu jaskini — powiedział.

— Czyli chodzi nie o zbrodnię, ale o tragedię. — Inspektor wstał, aby wyjść, a policjant uchylił czapki na pożegnanie.

Gdy poszli, alpinista ze zdartymi policzkami powiedział mu:

— Nieprędko wrócą.

— Góry cię wzywają — dodał najmniej ogorzały z całej czwórki, leżący w drugim końcu sali, i kiwnął poważnie głową, jakby to wszystko tłumaczyło.

— Pieprz się — mruknął Mitch. Przykrył się pościelą na skrzypiącym, białym łóżku.

6

Instytut Eliawy, Tbilisi

Lado, Tamara, Zamfira i siedmioro innych naukowców i studentów otoczyło dwa drewniane stoły w południowym końcu głównego budynku laboratoryjnego. Wszyscy na cześć Kaye wznieśli zlewki z koniakiem. Wokół migotały świece, odbijając się złotymi skrami od szklanych naczyń z bursztynową zawartością. Uczta było dopiero w połowie, a Lado jako tamada, czyli podczaszy tego wieczoru, wygłosił już ósmy toast.

— Za kochaną Kaye — powiedział — która docenia naszą pracę… I obiecuje uczynić nas bogaczami!

Króliki, myszy i kurczaki patrzyły zaspanymi oczami z otaczających stół klatek. Długie, czarne ławki zastawione naczyniami, stojakami, inkubatorami oraz połączonymi z sekwencerami i analizatorami komputerami kryły się w mroku nieoświetlonego końca laboratorium.

— Za Kaye — dodała Tamara — która w Sakartwelo, Gruzji, widziała więcej… Niżbyśmy sobie życzyli. Za dzielną i rozumiejącą kobietę.

— Co z tobą, gospodyni? — Zapytał gniewnie Lado. — Czemu przypominasz nam nieprzyjemne rzeczy?

— Co z tobą, że w takiej chwili mówisz o bogactwach, o money?. — Odszczeknęła się Tamara.

— Jestem tamadą! — Ryknął Lado, stojąc przy dębowym składanym stole i kiwając szklanką w stronę studentów i naukowców. Wśród rodzących się powoli uśmiechów nikt nie pisnął słowa sprzeciwu.

— Zgoda — ustąpiła Tamara. — Co tylko chcesz.

— Nie mają szacunku! — Lado poskarżył się Kaye. — Czy dostatek zniszczył tradycję?

Z zawężonej perspektywy Kaye ławki wyglądały jak zatłoczone litery V. Sprzęt był połączony z generatorem warczącym cicho na dziedzińcu poza budynkiem. Saul dostarczył dwa sekwencery i komputer; generator był od Aventis, wielkiej spółki międzynarodowej.

Prąd w Tbilisi odcięto późnym popołudniem. Pożegnalną kolację przygotowano nad palnikami Bunsena i w piecyku gazowym.

— Mów dalej, podczaszy — powiedziała Zamfira z wielką rezygnacją. Kiwnęła palcem w stronę Lado.

— Powiem. — Lado odstawił szkło i wygładził marynarkę.

Jego ciemna, pomarszczona twarz, czerwona jak burak od górskiej opalenizny, lśniła w świetle świec niby stare drewno. Przypominała Kaye zabawkę-trolla, którą miała w dzieciństwie. Z ukrytego pod stołem pudełka wyjął kryształowy kieliszek, kunsztownie cięty i szlifowany. Wziął piękny, okuty srebrem róg koziorożca i podszedł do wielkiej amfory, osadzonej w drewnianej kracie w najbliższym kącie za stołem. Amforę, niedawno wykopaną z jego małej winnicy opodal Tbilisi, wypełniała ogromna ilość wina. Z wylotu naczynia wyjął czerpak i wlał wino do rogu, znowu i znowu, siedem razy, aż go napełnił. Łagodnie zakręcił, aby nabrało powietrza. Czerwony płyn prysnął mu na przegub dłoni.

Wreszcie winem z rogu wypełnił po brzegi kieliszek i wręczył go Kaye.

— Gdybyś nie była kobietą — powiedział — poprosiłbym cię o wypicie całego rogu, a potem wygłoszenie toastu.

— Lado! — Ryknęła Tamara, klepiąc go po ramieniu.

O mało nie upuścił rogu. Obrócił się ku niej z pełnym oburzenia zdziwieniem.

— Co? — Spytał. — Czy kieliszek nie jest dość piękny?

Zamfira wstała i pokiwała mu palcem. Lado uśmiechnął się szerzej, z trolla zrobił się karminowym satyrem. Powoli obrócił się do Kaye.

— Cóż poradzę, droga Kaye? — Powiedział rozanielony Lado. Z krawędzi rogu znowu skapnęło wino. — Twierdzą, że musisz wypić wszystko.

Kaye wypiła już swoje i bała się wstawać. Czuła milutkie ciepło i bezpieczeństwo, była wśród przyjaciół, otoczona starą ciemnością pełną bursztynowych i złotych gwiazd.

Niemal zapomniała o grobach, Saulu i kłopotach czekających w Nowym Jorku.

Wyciągnęła ręce, a Lado z zaskakującym wdziękiem zbliżył się tanecznie, zadając kłam niezgrabności sprzed kilku chwil. Nie roniąc ani kropli, złożył w jej dłonie róg koziorożca.

— Teraz ty — powiedział.

Kaye wiedziała, czego się po niej oczekuje. Wstała dostojnie.

Lado wzniósł tego wieczoru wiele toastów piętrzących się poetycko, bez końca i powtórzeń, przez długie minuty. Wątpiła, aby mogła dorównać mu wymową, ale się postara, a ma wiele do powiedzenia o rzeczach kłębiących jej się w głowie przez dwa dni, jakie upłynęły od powrotu spod Kazbeku.

— Nie ma kraju na Ziemi nad ojczyznę wina — zaczęła, podnosząc róg wysoko. Wszyscy się uśmiechnęli i wznieśli swe zlewki. — Żaden nie jest piękniejszy i nie koi bardziej udręk duszy i ciała. Pędziliście nektary z nowych gron, aby odganiać zgnilizny i choroby zsyłane przez ciało. Zachowaliście tradycje i wiedzę siedemdziesięciu lat, przechowując je dla dwudziestego pierwszego wieku. Jesteście magami i alchemikami epoki mikroskopu, a teraz dołączacie do badaczy z Zachodu, dzieląc się z nimi ogromnym skarbem.

Tamara tłumaczyła głośnym szeptem dla studentów i naukowców stłoczonych wokół stołu.

— Zostałam zaszczycona przyjęciem mnie jako przyjaciółki i koleżanki. Podzieliliście się ze mną tym skarbem, a także skarbem Sakartwelo — górami, gościnnością, historią i wcale nie ostatnim darem, winem.

Uniosła róg jedną ręką i powiedziała:

— Gaumarjos Fag! — Wymówiła to po gruzińsku, fa-gaj. — Gaumarjos Sakartvelos!

Teraz zaczęła pić. Nie mogła się delektować ukrytym w ziemi, leżakującym winem Lado tak, jak na to zasługiwało, oczy jej zmętniały, ale nie przerywała, nie chcąc ani okazywać słabości, ani kończyć tej chwili. Piła łyk po łyku. Ogień rozchodził się z żołądka na ręce i nogi, grożąc, że runie upita. Nie zamykała jednak oczu i dotrwała do samego dna rogu, potem przewróciła go do góry nogami, wyciągnęła i podniosła rękę.

— Za królestwo małych i za wszystkie trudy, jakie czynią dla nas! Wszystkie chwały, konieczności, za które musimy wybaczać… Ból… — Język jej sztywniał, a słowa utykały. Oparła się jedną ręką o składany stół, a Tamara spokojnie i nieznacznym ruchem wyciągnęła swoją, aby go podeprzeć. — Wszystkie rzeczy, które… Które odziedziczyliśmy. Za bakterie, godnych nas przeciwników, małe matki świata!

Lado i Tamara wiwatowali. Zamfira pomogła Kaye opaść, jakby z wielkiej wysokości, na drewniane, składane krzesło.

— Wspaniale, Kaye — szepnęła jej do ucha. — Możesz wrócić do Tbilisi, kiedy zechcesz. Masz tu dom, bardziej bezpieczny niż własny.

Kaye uśmiechnęła się i wytarła oczy, gdyż od nagłego wzruszenia i ulgi od napięć ostatnich dni zapłakała.

Następnego ranka czuła się smutna i otępiała, ale nie doświadczała żadnych innych nieprzyjemnych skutków przyjęcia pożegnalnego. Przez pozostające do zawiezienia jej przez Lado na lotnisko dwie godziny chodziła korytarzami dwóch z trzech budynków laboratoryjnych, teraz niemal pustych. Zarząd i większość asystentów zebrali się w Auli Eliawy na specjalnej naradzie poświęconej omówieniu różnych ofert składanych przez spółki amerykańskie, brytyjskie i francuskie. Dla instytutu była to ważna i przełomowa chwila; na następne dwa lata mająca rozstrzygnąć, z kim i kiedy zawrzeć sojusze. Teraz jednak nie byli w stanie powiedzieć jej, jaka decyzja zapadnie. Wiadomość przyjdzie później.

Instytut nadal zdradzał dziesięciolecia zaniedbań. W większości laboratoriów odprysła gruba i błyszcząca, biała lub jasnozielona emalia, pokazując popękany tynk. Instalacja wodno-kanalizacyjna pochodziła w najlepszym razie z lat sześćdziesiątych; jej większa część była z dwudziestych i trzydziestych. Oślepiająco białe tworzywo sztuczne i stal nierdzewna nowego wyposażenia uwypuklały jedynie bakelit i czarną emalię albo mosiądz i drewno starych mikroskopów i innych przyrządów. W jednym budynku umieszczono dwa mikroskopy elektronowe — wielkie przysadziste bestie na potężnych podstawach chroniących przed drganiami.

Saul obiecał im dostarczyć do końca roku trzy najnowsze mikroskopy skaningowe — jeśli na jednego z partnerów wybiorą EcoBacter. Aventis lub Bristol-Myers Squibb na pewno byli w stanie go przebić.

Kaye chodziła między stołami laboratoryjnymi, zerkając przez szklane drzwiczki inkubatorów na stosy szkiełek Petriego z dnem pokrytym warstwą agaru, rozdętą lub przesłoniętą koloniami bakterii, niekiedy z wyraźnymi krążkami, zwanymi płytkami, gdzie fagi zabiły wszystkie bakterie. Dzień po dniu, rok po roku, badacze instytutu analizowali i katalogowali występujące w naturze bakterie i ich fagi. Każdy bowiem szczep bakterii ma co najmniej jeden właściwy mu fag, a często setki. Kiedy zaś bakteria mutuje, aby pozbyć się tych niepożądanych gości, fagi mutują także w niekończącym się wyścigu. Instytut Eliawy przechowywał jedną z największych w świecie bibliotek bakteriofagów, mógł więc w ciągu kilku dni uzyskać fagi dla danych próbek bakteryjnych.

Na ścianie, nad nowym sprzętem laboratoryjnym, plakaty pokazywały dziwaczną, przypominającą statek kosmiczny geometryczną główkę i ogonki wszechobecnych fagów T-parzystych — T2, T4 i T6, oznaczonych tak w latach dwudziestych — wiszących nad wielkimi w porównaniu z nimi powierzchniami bakterii Escherichia coli. Stare zdjęcia, stare poglądy — fagi te po prostu żerują na bakteriach, przywłaszczając sobie ich DNA, aby tworzyło nowe fagi. Wiele bakteriofagów poprzestaje na tym, kontrolując populacje bakteryjne. Inne, tak zwane fagi lizogenne, stają się genetycznymi pasażerami na gapę, ukrywającymi się w statku-bakterii i wbudowującymi swe przesłania genetyczne w DNA gospodarza. Bardzo podobnie z większymi roślinami i zwierzętami postępują retrowirusy.

Bakteriofagi lizogenne powstrzymują ekspresję swego DNA i tkwią tylko wewnątrz DNA bakteryjnego, przekazywanego przez pokolenia. Opuszczają statek, gdy ich gospodarz wykazuje oznaki stresu, tworząc w każdej komórce setki bądź nawet tysiące fagów potomnych, opuszczających pośpiesznie gospodarza.

Fagi lizogenne prawie wcale nie przydają się w terapii fagowej. Są czymś znacznie więcej niż tylko drapieżnikami. Owi najeźdźcy wirusowi często dają swym gospodarzom odporność na inne fagi. Niekiedy przenoszą geny pomiędzy komórkami, takie geny, które mogą przekształcać bakterie. Znane są fagi lizogenne opanowujące względnie nieszkodliwe bakterie — na przykład łagodne szczepy Vibrio — i przetwarzające je w zjadliwe Vibrio cholerae. Występowanie w wołowinie śmiercionośnych szczepów E. coli przypisuje się przenoszeniu przez fagi genów tworzących toksyny. Instytut pracuje ciężko nad rozpoznawaniem tych bakteriofagów i eliminowaniem ich z preparatów.

Kaye była jednak nimi zafascynowana. Większość swej pracy spędziła na badaniach fagów lizogennych w bakteriach oraz retrowirusów u małp człekokształtnych i ludzi. Spreparowane retrowirusy są powszechnie używane w terapii genowej i w badaniach genetycznych jako wektory przekazujące poprawione geny, lecz zainteresowania Kaye miały cele mniej praktyczne.

Liczne wielokomórkowce — niebakteryjne formy życia — zawierają w swych genach uśpione resztki dawnych retrowirusów. Aż jedna trzecia genomu ludzkiego, naszego pełnego zapisu genetycznego, składa się z owych tak zwanych retrowirusów endogennych.

Napisała trzy artykuły o ludzkich retrowirusach endogennych, zwanych HERV, co stanowi skrót ich angielskiej nazwy human endogenous retrovirus, uznając, że mogą tworzyć nowe warianty genomu — i znacznie więcej. Saul zgadzał się z nią. „Wszyscy wiedzą, że przenoszą drobne tajemnice”, powiedział jej kiedyś, kiedy z sobą flirtowali. Flirt był dziwny i miły. Sam Saul był dziwny, a czasami dość miły i uprzejmy; nigdy jednak nie wiedziała, kiedy takie chwile nastąpią.

Przystanęła na chwilę przy metalowym stoliku laboratoryjnym i oparła ręce na blacie z płyty pilśniowej. Saula zawsze interesował szerszy obraz, ona zaś zadowalała się mniejszymi sukcesami, drobniejszymi strzępami wiedzy. Zbyt wielki głód rodzi mnóstwo rozczarowań. Przyglądał się w milczeniu, jak jego młodsza żona osiąga w nauce znacznie więcej od niego. Wiedziała, że to go rani. Brak ogromnego sukcesu, brak uznania przez świat za geniusza to dla Saula bolesne ciosy.

Kaye uniosła głowę i wciągnęła powietrze: spłowiały, parny upał, słaby zapach świeżej farby i desek z sąsiedniej biblioteki. Polubiła to stare laboratorium z jego zabytkami, pokorą i kilkudziesięcioma latami trudów i osiągnięć. Dni spędzone tutaj i w górach należały do najmilszych w ostatnim czasie. Tamara, Zamfira i Lado nie tylko przyjęli ją gościnnie, ale też otworzyli się natychmiast i szczodrze, włączając do swojej rodziny obcą wędrowniczkę.

Saul mógłby odnieść tutaj wielki sukces. Może podwójny. Potrzebował poczuć się kimś ważnym i przydatnym.

Odwróciła się i przez otwarte drzwi zobaczyła Tengiza, przygarbionego starego dozorcę, rozmawiającego z niskim, grubawym i młodym mężczyzną w szarych spodniach i bluzie. Stali w korytarzu łączącym laboratorium z biblioteką. Młody mężczyzna popatrzył na nią i uśmiechnął się. Tengiz również. Kiwnął potwierdzająco głową i wskazał Kaye. Nieznajomy wkroczył do laboratorium, jakby do niego należało.

— Pani Kaye Lang? — Zapytał po angielsku z wyraźnym akcentem amerykańskiego Południa. Był od niej kilka cali niższy, w jej wieku lub trochę starszy, miał rzadką czarną bródkę i kędzierzawe czarne włosy. Jego oczy, również czarne, były małe i inteligentne.

— Tak — potwierdziła.

— Miło mi. Nazywam się Christopher Dicken. Jestem z Epidemie Intelligence Service z National Center for Infectious Diseases w Atlancie w amerykańskiej Georgii, dalekiej od tej krainy, po angielsku nazywającej się tak samo, Georgia.

Kaye uśmiechnęła się i uścisnęła mu rękę.

— Nie wiedziałam, że ma pan tu przyjechać — powiedziała. — Co to jest NCID, CDC…

— Wyjechała pani do miejsca pod Gordi, dwa dni temu — przerwał jej Dicken.

— Przegnali nas — powiedziała Kaye.

— Wiem. Rozmawiałem dzisiaj z pułkownikiem Beckiem.

— Co pana interesuje?

— Powody nie są może dobre. — Zacisnął usta i uniósł brwi, potem znowu się uśmiechnął, otrząsnąwszy się z tego nastroju. — Beck powiedział, że ONZ i wszystkie rosyjskie siły pokojowe wycofały się z tego obszaru i wróciły do Tbilisi na usilną prośbę parlamentu i prezydenta Szewardnadze. Dziwne, nie sądzi pani?

— Kłopotliwe dla interesów — szepnęła Kaye. Tengiz nasłuchiwał z korytarza. Skrzywiła się, bardziej ze zdumienia niż ostrzegawczo. Odszedł.

— No — potwierdził Dicken. — Stare kłopoty. Jak stare, według pani?

— Co… Groby?

— Dicken przytaknął.

— Pięć lat. Może mniej.

— Kobiety były ciężarne.

— Taak… — Cedziła odpowiedź, starając się odgadnąć, dlaczego interesuje to kogoś z National Center for Infectious Diseases.

— Te dwie, które widziałam.

— Czy wykluczone jest błędne rozpoznanie? Może do grobu wrzucono już urodzone niemowlęta?

— Całkowicie wykluczone — odpowiedziała. — Płody miały jakieś sześć, siedem miesięcy.

— Dzięki. — Dicken wyciągnął rękę i grzecznie uścisnął jej dłoń. Odwrócił się, aby odejść. Tengiz przechodził korytarzem koło drzwi i usunął się na bok, kiedy Amerykanin go mijał. Śledczy z EIS zerknął na Kaye i szybko zasalutował.

Tengiz pochylił głowę w bok i uśmiechnął się bezzębnie, jakby czuł się winny.

Kaye podbiegła do drzwi i dogoniła Dickena na dziedzińcu.

Wsiadał do małego, wynajętego nissana.

— Przepraszam! — Zawołała.

— Przykro mi. Muszę jechać. — Dicken zatrzasnął drzwiczki i uruchomił silnik.

— Jezu, umie pan wzbudzać podejrzenia! — Powiedziała Kaye dostatecznie głośno, aby usłyszał ją przez zamknięte szyby.

Dicken opuścił szybę i mile się uśmiechnął.

— Jakie podejrzenia?

— Co u licha pan tutaj robi?

— Plotki — odparł, patrząc za siebie, aby sprawdzić, czy ma wolną drogę. — Tylko tyle mogę powiedzieć.

Zawrócił na żwirze i odjechał, skręcając między głównym budynkiem a drugim laboratorium. Kaye założyła ręce i patrzyła za nim, marszcząc brwi.

Z okna głównego budynku wyjrzał Lado.

— Kaye! — Zawołał. — Skończyliśmy. Jesteś gotowa?

— Tak! — Odpowiedziała, idąc w stronę okna. — Widziałeś go?

— Kogo? — Spytał Lado z obojętną miną.

— Faceta z National Center for Infectious Diseases. Powiedział, że nazywa się Dicken.

— Nikogo nie widziałem. Mają biuro przy ulicy Abaszeli. Możesz tam zadzwonić.

Pokręciła głową. Nie miała czasu, a zresztą to nie jej zmartwienie.

— Nieważne — rzuciła.

Wioząc ją na lotnisko, Lado był niezwykle ponury.

— Masz dobre czy złe wiadomości? — Zapytała.

— Nie mogę tego zdradzić — odpowiedział. — Czy powinniśmy, jak mówiłaś, pozostawać otwarci na waszą opcję? Jesteśmy niby dzieci we mgle.

Kaye przytaknęła i patrzyła przed siebie, gdy wjeżdżali na parking. Lado zaniósł jej torbę na nowy terminal międzynarodowy, obok rzędów taksówek z czekającymi niecierpliwie kierowcami o bystrych oczach. Przed stanowiskiem odpraw British Mediterranean Airlines kolejka była krótka. Kaye miała wrażenie, że już znajduje się w strefie pośredniej pomiędzy światami, bliżej Nowego Jorku niż Gruzji Lado, kościoła w Gergeti lub góry Kazbek.

Gdy znalazła się na początku kolejki i podała swój paszport z biletami, Lado stanął z założonymi rękoma, mrużąc oczy w promieniach słonecznych wlewających się oknami terminalu.

Urzędniczka, młoda blondynka o upiornie bladej skórze, powoli sprawdziła bilety i dokumenty. Wreszcie uniosła oczy i powiedziała:

— Nie wylot. Nie zabrać.

— Przepraszam?

Kobieta popatrzyła w sufit, jakby czerpała stamtąd siłę lub wiedzę, i spróbowała znowu.

— Nie Baku. Nie Heathrow. Nie JFK. Nie Wiedeń.

— Co, zginęły? — Spytała Kaye ze złością. Popatrzyła bezradnie na Lado, który przekroczył pokryte winylem liny i przemówił do urzędniczki srogim, władczym tonem, potem wskazał Kaye i uniósł krzaczaste brwi, jakby stwierdzając „Very Important Person”!

Blade policzki młodej kobiety nabrały trochę barw. Patrzyła na Kaye z niewyczerpaną cierpliwością i zaczęła po gruzińsku mówić szybko o pogodzie, gradzie, niezwykłej burzy. Lado tłumaczył urywanymi, pojedynczymi słowami: grad, niezwykły, wkrótce.

— Kiedy będę mogła odlecieć? — Zapytała urzędniczkę.

Lado z surową miną wysłuchał wyjaśnień, potem wzruszył ramionami i zwrócił twarz do Kaye.

— Następny tydzień, następny lot. Albo Wiedeń we wtorek, pojutrze.

Kaye postanowiła przebukować bilet na lot do Wiednia. Stały teraz za nią cztery osoby, dające oznaki rozbawienia i niecierpliwości. Sądząc po stroju i języku, nie leciały ani do Nowego Jorku, ani do Londynu.

Lado poszedł z nią do schodów i usiadł naprzeciw niej w rozbrzmiewającej echami poczekalni. Musiał się zastanowić, coś zaplanować. W budkach przy ścianach kilka staruszek sprzedawało zachodnie papierosy, perfumy i japońskie zegarki. Niedaleko, na sąsiednich ławkach, spali dwaj młodzi mężczyźni, chrapiąc w tandemie. Ściany pokrywały plakaty z napisami rosyjskimi, ślicznymi zakrętasami pisma gruzińskiego, a także po niemiecku i francusku. Zamki, plantacje herbaty, butelki wina, niespodziewanie małe i odległe góry, których czyste barwy zachowały się nawet we fluorescencyjnych światłach.

— Wiem, musisz zadzwonić do męża, będzie na ciebie czekał — powiedział Lado. — Możemy wrócić do instytutu — zawsze jesteś tam mile widziana!

— Nie, dziękuję — odparła Kaye, nagle czując się gorzej. Przeczucie nie miało z tym nic wspólnego: mogła czytać w Lado jak W otwartej książce. Gdzie zrobili błąd? Czy większa firma złożyła jeszcze lepszą ofertę? Co zrobi Saul, gdy się dowie? Wszystkie plany opierali na przekonaniu, że przyjaźń i życzliwość są w stanie przekształcić w mocne więzy handlowe…

Byli tak blisko.

— Może Metechi Palace — powiedział Lado. — Najlepszy hotel w Tbilisi… Najlepszy w Gruzji. Zabiorę cię do Metechi! Będziesz prawdziwą turystką, jak w przewodnikach! Może zdążysz wziąć kąpiel w ciepłych źródłach… Odpocząć przed powrotem do domu.

Kaye kiwała głową z uśmiechem, ale wyraźnie nie była zadowolona. Nagle, pod wpływem impulsu, Lado pochylił się i zacisnął jej dłonie w suchych, powykręcanych palcach, chropowatych od tylu zanurzeń w kąpielach związków chemicznych. Lekko złożył ich ręce na jej kolanach.

— To nie koniec! To dopiero początek! Wszyscy musimy być silni i zaradni!

Wywołało to łzy w oczach Kaye. Popatrzyła znowu na plakaty — Elbrus i Kazbek w chmurach, kościół w Gergeti, winnice i leżące wysoko pola uprawne.

Lado uniósł ręce, zaklął kunsztownie po gruzińsku i skoczył na nogi.

— Powiem im, że to nie jest najlepsze! — Powiedział z naciskiem. — Powiem biurokratom w rządzie, że pracowaliśmy z tobą, z Saulem, trzy lata i nie wolno zaprzepaścić tego w jedną noc! Po co komu wyłączność? Zabiorę cię do Metechi.

Kaye uśmiechnęła się z wdzięcznością i Lado usiadł, nachylił się, kręcąc ponuro głową i załamując ręce.

— Oburzające — powiedział — co musimy robić w dzisiejszym świecie.

Młodzi nadal chrapali.

7

Nowy Jork

Christopher Dicken przypadkowo dotarł na lotnisko JFK tego samego wieczoru co Kaye Lang i zobaczył ją, jak przechodziła odprawę celną. Przekładała swój bagaż na wózek i nie zauważyła go.

Wyglądała na wykończoną, zmizerniałą. Dicken leciał trzydzieści sześć godzin, wracając z Turcji z dwiema zamkniętymi metalowymi skrzynkami i workiem marynarskim. Na pewno nie chciał w tych okolicznościach wpaść na Lang.

Nie wiedział na pewno, dlaczego pojechał spotkać się z nią w Instytucie Eliawy. Może dlatego, że oddzielnie doświadczyli pod Gordi tej samej grozy. Może dla sprawdzenia, czy wie, co się działo w Stanach Zjednoczonych i było powodem jego odwołania; a może po prostu chciał się spotkać z ładną i inteligentną kobietą, której zdjęcie widział na stronie internetowej EcoBacter.

Pokazał celnikowi legitymację CDC i zezwolenie przywozowe NCID, wypełnił wymagane pięć formularzy i ukradkiem wyszedł bocznymi drzwiami do pustej sali przylotów. Nadmiar kawy dawał wszystkiemu gorzki posmak. Dicken nie zmrużył oka przez cały lot i przed lądowaniem wypił pięć jej kubeczków w ciągu godziny. Potrzebował czasu na zorientowanie się w sytuacji, namysł i przygotowanie się do spotkania z Markiem Augustine’em, dyrektorem Centers for Disease Control and Prevention.

Augustine był teraz na Manhattanie, miał wystąpienie na konferencji poświęconej nowym sposobom leczenia AIDS.

Dicken zaniósł skrzynki na zamknięty parking. W samolocie i na lotnisku zupełnie stracił poczucie czasu; z pewnym zdumieniem stwierdził, że nad Nowym Jorkiem zapada zmierzch.

Pokonał labirynt schodów i wind, aby wyjechać rządowym dodge'em z parkingu długoterminowego i ujrzeć blednące, szare niebo nad zatoką Jamaica. Ruch na autostradzie im. Van Wycka był duży. Jedną ręką przytrzymał leżące na siedzeniu pasażera zapieczętowane skrzynki. Pierwsza zawierała suchy lód chroniący kilka fiolek z krwią i moczem pacjentki z Turcji oraz próbki tkanek jej poronionego płodu. W drugiej były dwie zapieczętowane torebki plastikowe ze zmumifikowaną tkanką naskórka i mięśni, uzyskane dzięki uprzejmości oficera kierującego rozbudowaną misją sił pokojowych Stanów Zjednoczonych w Gruzji, pułkownika Nicholasa Becka.

Tkanka z grobów pod Gordi to strzał w ciemno, ale w umyśle Dickena rodził się wzór — bardzo ciekawy i niepokojący wzór. Spędził trzy lata na poszukiwaniu wirusowego odpowiednika chimery: choroby wenerycznej atakującej jedynie kobiety w ciąży i zawsze powodującej poronienie. To potencjalna bomba, do odnalezienia której Augustine wyznaczył Dickena: coś tak strasznego, tak prowokującego, że zapewni przyznanie CDC większych funduszy.

Przez te lata Dicken wyjeżdżał nieustannie na Ukrainę, do Gruzji i Turcji z nadzieją zdobycia próbek i wykreślenia mapy epidemiologicznej. Urzędnicy służby zdrowia w każdym z tych trzech państw nieustannie rzucali mu kłody pod nogi. Mieli swoje powody. Dicken dowiedział się, o co najmniej trzech, a najwyżej siedmiu masowych grobach, zawierających ciała mężczyzn i kobiet zabitych rzekomo w celu zapobieżenia szerzeniu się tej choroby. Pozyskiwanie próbek z miejscowych szpitali okazało się wyjątkowo trudne, choć państwa te zawarły formalne umowy z CDC i Światową Organizacją Zdrowia. Pozwolono mu odwiedzić jedynie grób w Gordi i to tylko dlatego, że był przedmiotem śledztwa ONZ. Swe próbki ofiar pobrał godzinę po wyjeździe Kaye Lang.

Dicken nigdy przedtem nie spotkał się ze spiskiem mającym ukrywać istnienie choroby.

Cała jego praca mogła okazać się tak ważna, jak potrzebował tego Augustine, lecz groziło jej odstawienie na boczny tor, jeśli nie zmiecenie do kosza. Kiedy Dicken był w Europie, na działce będącej własnością CDC trysnęła ropa. Młody naukowiec z Ośrodka Medycznego UCLA, szukający wspólnej cechy siedmiu poronionych płodów, odnalazł nieznany wirus. Przesłał próbki opłacanym przez CDC epidemiologom z San Francisco, którzy skopiowali i odczytali sekwencję materiału genetycznego wirusa. Otrzymane wyniki natychmiast przekazali Markowi Augustine’owi.

Augustine wezwał Dickena do powrotu.

Rozeszły się już pogłoski o odkryciu pierwszego zakaźnego ludzkiego retrowirusa endogennego, czyli HERV-u. Ukazało się także kilka rozproszonych wiadomości o wirusie powodującym poronienie. Jak dotąd nikt spoza CDC nie powiązał jednego z drugim. W samolocie z Londynu Dicken spędził pracowite pół godziny na buszowaniu w Internecie, odwiedzając główne strony profesjonalne i z doniesieniami, nie znajdując nigdzie szczegółowego opisu odkrycia, ale wszędzie wyczuwając zrozumiałą ciekawość. Nic dziwnego. Ktoś dostanie nagrodę Nobla — i Dicken był gotów postawić pieniądze, że tym kimś będzie Kaye Lang.

Dickena, jako zawodowego łowcę wirusów, od dawna fascynowały HERV-y, genetyczne skamieniałości po dawnych chorobach. Lang po raz pierwszy zwróciła jego uwagę dwa lata wcześniej, gdy ogłosiła trzy artykuły opisujące odcinki ludzkiego genomu, w chromosomie 14 i 17, gdzie można znaleźć składniki potencjalnie pełnego i zakaźnego HERV-u. Najbardziej szczegółowa praca ukazała się w „Virology”: „Model ekspresji, składania i przekazywania bocznego rozproszonych w chromosomach genów env, pol i gag: zdolne do życia części dawnych retrowirusów u ludzi i małp”.

Charakter i możliwy zasięg przełomu to na razie pilnie strzeżone sekrety, ale kilku wtajemniczonych z CDC wiedziało tyle: retrowirusy znalezione w płodach są identyczne genetycznie z HERV-em będącym częścią ludzkiego genomu od czasu rozejścia się ewolucyjnego małp starego i nowego świata. Ma je każdy człowiek na świecie, lecz nie są już zwykłymi odpadkami genetycznymi bądź zarzuconymi fragmentami. Coś pobudza rozproszone odcinki HERV do ekspresji, a potem do składania kodowanych przez nie białek i RNA w cząstkę zdolną do opuszczania ciała i zakażania innych osób.

Każdy z siedmiu poronionych płodów był poważnie zdeformowany.

Cząstki te powodowały chorobę, przypuszczalnie tę właśnie, którą Dicken śledził od trzech lat. Choroba ta otrzymała już nazwę, używaną na razie tylko wewnątrz CDC: grypa Heroda.

Dzięki mieszance błyskotliwości i szczęścia, charakteryzującej większość najważniejszych karier naukowych, Lang dokładnie ustaliła lokalizację genów, które najpewniej powodowały grypę Heroda. Nie domyślała się jednak na razie, czego dokonała: dostrzegł to w jej oczach w Tbilisi.

Coś jeszcze oprócz tego pociągało Dickena w pracy Kaye Lang. Z mężem pisała artykuły o znaczeniu ewolucyjnym przemieszczających się elementów genetycznych, tak zwanych genów skaczących: transpozonów, retrotranspozonów, a nawet HERV-ów. Elementy przemieszczalne mogą mieć wpływ na to, kiedy, gdzie i jak często geny ulegają ekspresji, powodując mutacje, które ostatecznie zmieniają budowę fizyczną organizmu.

Elementy przemieszczalne, czyli retrogeny, najprawdopodobniej były kiedyś prekursorami wirusów; niektóre zmutowały i nauczyły się opuszczać komórkę, pokryte ochronnymi kapsydami, czyli płaszczami białkowymi i otoczkami, genetycznymi odpowiednikami skafandrów kosmicznych. Kilka wróciło potem jako retrowirusy, jak synowie marnotrawni; niektóre z nich, po tysiącleciach, zakaziły komórki rozrodcze — jajowe i plemniki lub ich prekursorów — i w jakiś sposób straciły swą moc. One właśnie stały się HERV-ami.

Podczas swych podróży Dicken słyszał z wiarygodnych źródeł na Ukrainie o kobietach rodzących lekko i nie tak lekko odmienne dzieci, o dzieciach niepokalanie poczętych, o całych wsiach unicestwionych i opustoszałych… Wskutek plagi poronień.

Wszystko okazało się plotkami, ale działającymi na wyobraźnię Dickena, a nawet fascynującymi. W swych polowaniach polegał na wyostrzonym instynkcie. Opowieści te współbrzmiały z myślą, która tkwiła w nim od ponad roku.

Może doszło do spisku mutagenów. Może katastrofa w Czarnobylu bądź jakaś inna, która spowodowała promieniowanie w epoce sowieckiej, wyzwoliła retrowirusa endogennego wywołującego grypę Heroda. Dotychczas jednak nie wspomniał nikomu o tej teorii. W tunelu Midtown wielka ciężarówka pomalowana w wesołe, tańczące krowy zarzuciła i prawie go uderzyła. Wdepnął w hamulce dodge’a. Pisk opon i ominięcie ciężarówki zaledwie o cale wywołały u niego pot na brwiach i oswobodziły cały gniew i zdenerwowanie.

— Pieprz się! — Zawołał do niewidocznego kierowcy. — Następnym razem będę wiózł wirus ebola!

Nie czuł ani odrobiny życzliwości. CDC zyska sławę, może za parę tygodni. Do tego czasu, jeśli wykresy są dokładne, w samych Stanach Zjednoczonych wystąpi sporo ponad pięć tysięcy przypadków grypy Heroda.

A Christophera Dickena najwyżej pochwalą za spełnienie psiego obowiązku.

8

Long Island, stan Nowy Jork

Zielono-biały dom stał na szczycie niskiego wzgórza — średniej wielkości, lecz okazały, w stylu kolonialnym z lat czterdziestych XX wieku, otoczony starymi dębami i topolami oraz rododendronami, które zasadziła trzy lata temu.

Kaye zadzwoniła z lotniska i odebrała wiadomość od Saula. Był w podległym laboratorium w Filadelfii i miał wrócić wieczorem. Była już siódma i zmierzch nad Long Island cudownie zabarwiał niebo. Kłębiaste chmury odcinały się od niknącej złowieszczej masy szarości. Przez szpaki w dębach było hałaśliwie jak w przedszkolu.

Otworzyła kluczem drzwi, wepchnęła bagaże do środka i wbiła swój kod, aby wyłączyć alarm. W domu czuć było stęchliznę. Stawiała torby, gdy jeden z dwóch jej kotów, pomarańczowy pręgowany imieniem Crickson, wbiegł z salonu do przedpokoju, stukając lekko pazurkami po podłodze z ciepłego drewna tekowego. Kaye podniosła go, podrapała pod brodą, aż zamruczał i miauknął niby chore cielę. Drugiego kota, Temina, nigdzie nie widziała. Pewnie polował na dworze.

Salon ją przygnębił. Wszędzie walały się brudne ubrania. Tekturowe talerze do kuchenki mikrofalowej leżały porozrzucane na stoliku do kawy i orientalnym dywaniku przed kanapą. Książki, gazety i żółte kartki wyrwane ze starej książki telefonicznej zalegały stół. Zapach stęchlizny pochodził z kuchni: zgniłe warzywa, zwietrzałe filtry do kawy, plastikowe opakowania żywności.

Saulowi dostanie się za to. Jak zwykle po powrocie czeka ją sprzątanie.

Otworzyła drzwi wyjściowe i wszystkie okna. Usmażyła sobie mały stek i przyrządziła zieloną sałatę polaną sosem z butelki. Otwierając butelkę pinot noir, spostrzegła kopertę leżącą obok ekspresu do kawy na białych płytkach półeczki. Zostawiła wino, aby odetchnęło, i rozerwała kopertę. W środku była pocztówka z kwiatami i wiadomością nabazgraną przez Saula.

Kaye!

Najsłodsza Kaye, kochana kochana kochana, tak mi przykro.

Tęskniłem za tobą i to widać w całym domu. Nie sprzątaj. Ściągnę jutro Caddy i zapłacę jej dodatkowo. Odpocznij. Sypialnia jest nieskazitelna. Zadbałem o to.

Zwariowany stary Saul

Kaye złożyła kartkę, prychnęła nieudobruchana i popatrzyła na półeczkę i szafki. Jej wzrok padł na równy stosik starych czasopism i gazet, nie na miejscu na mocnym stole do rąbania mięsa.

Podniosła magazyny. Pod nimi znalazła z tuzin wydruków i kolejną wiadomość. Wyłączyła kuchenkę i przykryła patelnię, aby stek nie ostygł, a potem sięgnęła do stosu i przeczytała pierwszą kartkę.

Kaye, rzuć okiem! Przyjmij to jako przeprosiny. Bardzo ciekawe. Dostałem to z Virionu i zapytałem Ferrisa i Farrakhana Mkebe z UCI, co wiedzą. Nie wszystko mi powiedzieli, ale myślę że to TO, zupełnie jak przewidywaliśmy. Nazwali to SHERVA — Scattered Human Endogenous Retrovirus Activation{Uaktywnienie rozproszonego ludzkiego retrowirusa endogennego}. Jest o nim bardzo mało w Internecie, ale zaczęła się dyskusja.

Z miłością i podziwem — Saul

Kaye nie wiedziała do końca dlaczego, ale zaczęła płakać. Przez zasłonę łez przejrzała kartki, potem odłożyła je na tacę obok steku i sałaty. Była zmęczona i wyczerpana. Zabrała tacę do pokoju, aby jeść i oglądać telewizję.

Saul zbił niezły majątek, gdy sześć lat temu opatentował specjalną odmianę myszy transgenicznej; rok później poznał Kaye i się z nią ożenił; zaraz potem większość pieniędzy wsadził w EcoBacter. Sporo dali również rodzice Kaye, tuż przed swą śmiercią w wypadku samochodowym. Trzydziestu pracowników i pięcioro naukowców zajęło prostokątny, szaroniebieski budynek w parku technologicznym na Long Island, ściana w ścianę z połową tuzina innych spółek biotechnicznych. Park leżał cztery mile od ich domu.

W EcoBacter Kaye miała się zjawić dopiero jutro w południe. Liczyła, że coś zatrzyma Saula, a ona zyska więcej czasu dla siebie, na przemyślenia i przygotowania, ale od samej tej chęci znowu się wkurzyła. Pokręciła głową, zła na buzujące w niej uczucia i kapiącymi, słonymi ustami wypiła wino.

Chciała jedynie, aby Saul był zdrowy, czuł się lepiej. Chciała powrotu męża, człowieka, który zmienił jej zapatrywania na życie — partnera, natchnienia i oparcia w szybko wirującym świecie.

Żując małe kęsy steku, czytała wpisy z grupy dyskusyjnej Virion. Było ich ponad sto, kilka od naukowców, większość od dyletantów i studentów, powtarzających wieści z sieci i snujących domysły.

Kapnęła sosem A-I na resztkę mięsa i zaczerpnęła głęboki wdech.

Sprawa mogła być ważna. Saul miał rację, tak się podniecając.

Było jednak bardzo mało szczegółów i ani słowa o tym, gdzie wykonano pracę, gdzie zostanie opisana i kto puścił o niej parę.

Odnosiła tacę do kuchni, gdy zadzwonił telefon. Robiąc mały piruet na bosej nodze w pończosze, utrzymała tacę w jednej ręce i odebrała połączenie.

— Witaj w domu! — Powiedział Saul. Jego głęboki głos nadal budził dreszczyk. — Droga podróżniczko Kaye! — Teraz był skruszony. — Chciałbym przeprosić za bałagan. Caddy nie mogła przyjść wczoraj.

Caddy była ich gosposią.

— Miło jest wrócić — odparła Kaye. — Pracujesz?

— Utknąłem tutaj. Nie mogę się wyrwać.

— Brak mi ciebie.

— Nie sprzątaj.

— Nie będę. Najwyżej trochę.

— Przeczytałaś wydruki?

— Tak. Były ukryte na półce.

— Chciałem, abyś przeczytała je rano przy kawie, kiedy jesteś najbystrzejsza. Miałbym chyba do tego czasu dokładniejsze wiadomości. Wrócę jutro o jedenastej. Nie jedź wcześniej do laboratorium.

— Zaczekam na ciebie — powiedziała.

— Wyczuwam zmęczenie w twym głosie. Długi lot?

— Paskudne powietrze — odparła. — Dostałam krwotoku z nosa.

— Biedna Mädchen — rzucił. — Nie martw się. Cieszę się, że już jesteś. Czy Lado…? — Nie dokończył zdania.

— Nie mam pojęcia — skłamała Kaye. — Robiłam, co tylko mogłam.

— Wiem. Wyśpij się dobrze, a ja zajmę się wszystkim. Zanosi się na rewelację.

— Słyszałeś coś więcej. Powiedz mi — poprosiła Kaye.

— Jeszcze za wcześnie. Oczekiwanie ma swoje uroki.

— Kaye nie znosiła takich zabaw.

— Saul…

— Jestem nieugięty. Ponadto nie uzyskałem w pełni koniecznego potwierdzenia. Kocham cię. Tęsknię. — Cmoknął na dobranoc i po licznych pożegnaniach jednocześnie, starym nawykiem, przerwali połączenie. Saul lubił rozłączać się ostatni.

Kaye rozejrzała się po kuchni, złapała ścierkę i zaczęła sprzątać. Nie chciała czekać na Caddy. Uzyskawszy zadowalający ją porządek, wzięła prysznic, umyła włosy i owinięta ręcznikiem włożyła ulubioną piżamę ze sztucznego jedwabiu, a potem rozpaliła ogień w kominku w sypialni na piętrze. Wreszcie usiadła w pozycji lotosu na skraju łóżka, pozwalając się koić jasnym płomieniom i miękkiej gładkości tkaniny. Na dworze zerwał się wiatr i za koronkowymi firankami dostrzegła pojedynczą błyskawicę. Pogoda się psuła.

Weszła do łóżka i naciągnęła kołdrę pod brodę.

— Przynajmniej już się nad sobą nie użalam — powiedziała pewnym głosem. Crickson dołączył do niej, ciągnąc po łóżku puszysty, pomarańczowy ogon. Wskoczył też Temin, bardziej dumny, choć trochę mokry. Pozwolił się łaskawie wytrzeć ręcznikiem.

Po raz pierwszy od Kazbeku poczuła się bezpieczna i zrównoważona. Biedna dziewczynka, pożałowała sobie. Czeka na powrót męża. Czeka na powrót prawdziwego męża.

9

Nowy Jork

Mark Augustine stał przed oknem małego pokoju hotelowego, trzymając na lepszy sen bourbon z wodą i lodem i słuchając sprawozdania Dickena.

Augustine był krępy i mocno zbudowany, o miłych, brązowych oczach, mocno osadzonej głowie ze skupionymi na środku szpakowatymi włosami, małym, lecz sterczącym nosie i wydatnych ustach. Cerę miał trwale ogorzałą od lat spędzonych w Afryce Równikowej i w Atlancie, głos łagodny i melodyjny. Był twardy i przedsiębiorczy, zręcznie się obracał w świecie polityki, jak przystoi dyrektorowi, i wielu w CDC uważało, że szykuje się go na następnego naczelnego lekarza kraju.

Gdy Dicken skończył, Augustine odstawił drinka.

— Bar-r-r-r-dzo ciekawe — powiedział głosem Artiego Johnsona. — Wspaniała praca, Christopherze.

Christopher uśmiechnął się, lecz czekał na dłuższą ocenę.

— W większości jest to zgodne z tym, co wiemy. Rozmawiałem z naczelną lekarz — ciągnął Augustine. — Uważa, że powinniśmy powiadamiać o sprawie małymi kroczkami i już niedługo. Zgadzam się z nią. Najpierw pozwolimy uczonym mieć swą uciechę, niech dodadzą odrobinę romantyzmu. Rozumiesz, sami maleńcy najeźdźcy z wnętrza naszych ciał to furda, nic ciekawego, a nie wiemy jeszcze, co potrafią. Takie buty. Doel i Davison z Kalifornii mogą ogłosić zarys swego odkrycia i nas uprzedzić. Zapracowali na to. Na pewno zasługują na odrobinę chwały. — Augustine podniósł znowu szklaneczkę whisky i zakolebał nią z cichym stukotem kostek lodu. — Czy doktor Mahy powiedział, kiedy zanalizują twoje próbki?

— Nie — odparł Dicken.

Augustine uśmiechnął się współczująco.

— Może powinieneś pojechać z nimi do Atlanty.

— Wolałbym, aby przylecieli tutaj i wzięli się do pracy — powiedział Dicken.

— W czwartek jadę do Waszyngtonu — zapowiedział Augustine. — Mam pomóc naczelnej lekarz w Kongresie. NIH powinien tam być. Nie zadzwoniliśmy jeszcze do sekretariatu HHS. Zabieram cię z sobą. Powiem Francis i Jonowi, aby jutro rano zapowiedzieli swą konferencję prasową. Odbędzie się za tydzień.

Dicken podziwiał go z prywatnym, lekko ironicznym uśmiechem. HHS — Health and Human Services — to Departament Zdrowia i Opieki Społecznej, nadzorujący pracę NIH, czyli National Institutes of Health, agencji rządowej zajmującej się badaniami biomedycznymi, oraz CDC — Centers for Disease Control and Prevention, kolejnej agencji rządowej z siedzibą w Atlancie w stanie Georgia, której celem jest zapobieganie i zwalczanie chorób.

— Dobrze naoliwiona maszyna — powiedział.

Augustine uznał to za komplement.

— Ciągle tkwimy po uszy w szambie. Rozjuszyliśmy Kongres naszym stanowiskiem w sprawie tytoniu i broni palnej. Ci dranie z Waszyngtonu uznali nas za wielki, gruby cel. Obcięli nam fundusze o jedną trzecią, aby pokryć koszty nowej obniżki podatków. Teraz pojawia się wielka afera i to niepochodząca z Afryki czy z dżungli. Nie ma nic wspólnego z naszym małym gwałtem na Matce Naturze. To cholerstwo, i wyszło ze środka naszych błogosławionych ciał. — Uśmiech Augustine’a nabrał wilczego charakteru. — Włosy mi się jeżą, Christopherze. To dar niebios! Musimy pokazać go z wyczuciem chwili i dramatyzmu. Jeśli nie zrobimy tego jak należy, naprawdę zawiśnie nad nami groźba, że nikt w Waszyngtonie się nie przejmie, dopóki nie stracimy całego pokolenia niemowląt.

Dicken zastanawiał się, jak może wskoczyć do tego pędzącego pociągu. Musi w jakiś sposób zebrać owoce swej pracy polowej, tylu lat szukania chimer.

— Rozważałem kwestię mutacji — powiedział z zaschniętymi ustami. Przedstawił zasłyszane na Ukrainie opowieści o zmutowanych niemowlętach i zarys swej teorii o wywołanym promieniowaniem uwolnieniu HERV.

Augustine zmrużył oczy i pokręcił głową.

— Wiemy o uszkodzeniach płodów w Czarnobylu. To nic nowego — szepnął. — Tu jednak nie było promieniowania. Nic się nie klei, Christopherze. — Otworzył okno pokoju i szmer ruchu ulicznego dziesięć pięter niżej zabrzmiał głośniej. Wiatr zakołysał białymi zasłonami.

Dicken walczył, próbując wzmacniać swe argumenty i mając przy tym świadomość, że jego dowody są żałośnie wątłe.

— Istnieje silne prawdopodobieństwo, że herod powoduje nie tylko poronienia. Pojawiał się przypuszczalnie w dość izolowanych populacjach. Działa co najmniej od lat sześćdziesiątych. Odpowiedź polityczna bywała często skrajna. Nikt nie starłby z ziemi całej wsi ani nie zabijał dziesiątkami matek, ojców i ich nienarodzonych dzieci, gdyby chodziło tylko o miejscowe plotki o poronieniach.

Augustine wzruszył ramionami.

— Zbyt mgliste — powiedział, patrząc na ulicę w dole.

— Wystarczające, aby wszcząć śledztwo — podsunął decyzję Dicken.

Augustine zmarszczył brwi.

— Mówimy o pustych łonach, Christopherze — stwierdził spokojnie. — Musimy zagrać naprawdę przerażającą kartą, a nie plotkami i science fiction.

10

Long Island, stan Nowy Jork

Kaye usłyszała kroki na schodach, usiadła w łóżku i zdążyła odgarnąć włosy z oczu, zanim zobaczyła Saula. Wszedł do sypialni na paluszkach, po dywanowym bieżniku, niosąc paczuszkę owiniętą w czerwoną folię i wstążkę, trzymając bukiet róż i wstrzymując oddech.

— Psiakrew — powiedział, widząc, że się obudziła. Szerokim gestem odsunął róże na bok i pochylił się nad łóżkiem, aby pocałować żonę. Jego usta były otwarte i lekko wilgotne, ale nie agresywne. Oznaczało to u niego, że jej potrzeby są ważniejsze, ale i on jest zainteresowany i to bardzo. — Witaj w domu. Tęskniłem za tobą, Mädchen.

— Dziękuję. Dobrze być tutaj.

Saul usiadł na skraju łóżka, patrząc na róże.

— Mam dobry humor. Moja pani jest w domu. — Uśmiechnął się szeroko i położył obok niej, podciągając nogi i opierając na pościeli stopy w skarpetkach. Kaye czuła zapach róż, mocny i słodki, niemal za silny jak na wczesny ranek. Podał je wraz z upominkiem. — Dla mojej błyskotliwej przyjaciółki.

Kaye usiadła, a Saul przeniósł jej poduszkę na zagłówek łóżka.

Widok męża w dobrej formie podziałał na nią jak zwykle: napawał nadzieją i radością z bycia w domu i zbliżenia się odrobinę do czegoś ważnego. Objęła go niezdarnie, składając ręce na karku.

— Och — powiedział Saul. — Teraz otwórz pudełko.

Uniosła brwi, zacisnęła usta i pociągnęła wstążkę.

— Czym na to zasłużyłam? — Zapytała.

— Nigdy tak naprawdę nie rozumiałaś, jaka jesteś cenna i wspaniała — odparł Saul. — Może właśnie za to cię kocham. Może wróciłaś akurat na specjalną okazję. Albo… Może czcimy coś innego.

— Co?

— Otwórz.

Coraz bardziej uświadamiała sobie, że nie było jej całe tygodnie. Zerwała czerwoną folię i powoli pocałowała jego dłoń z oczyma wpatrzonymi w twarz. Potem spuściła wzrok, na pudełko.

Wewnątrz był duży medal ze znanym popiersiem sławnego wytwórcy amunicji. Nagroda Nobla — zrobiona z czekolady.

Kaye zaśmiała się głośno.

— Gdzie… Gdzie to dostałeś?

Stan pożyczył mi swój i zrobiłem odcisk — wyjaśnił Saul.

— I nie zamierzasz mi powiedzieć, co się dzieje? — Zapytała Kaye, muskając palcem jego udo.

— Dopiero potem — odparł Saul. Odłożył róże, zdjął sweter, a ona rozpięła mu koszulę.

Zasłony nadal były zaciągnięte, a pokój nie otrzymał jeszcze swej porcji porannego słońca. Leżeli na łóżku wśród zmiętych prześcieradeł, koców i kołdry. Kaye dostrzegła w nich góry i powiodła palcem ku sterczącemu szczytowi. Saul wygiął plecy z cichymi chrzęstem chrząstek i kilka razy wciągnął głęboko powietrze.

— Jestem bez formy — powiedział. — Staję się biurkokratą. Muszę więcej wyciskać w laboratorium.

Kaye wysunęła kciuk i palec wskazujący, oddalone o cal, rytmicznie zbliżając je do siebie i oddalając.

— Wyciskać pipetę — zażartowała.

— Prawy mózg, lewy mózg — dołączył Saul, łapiąc się za skronie i kiwając głową z boku na bok. — Musiałaś trzy tygodnie przeglądać żarty w Internecie, aby trafić na ten.

— Przyłapałeś mnie — powiedziała.

— Śniadanie! — Zawołał Saul, wysuwając nogi z łóżka. — Na dole, świeże, czekające na odgrzanie.

Kaye poszła za nim w szlafroku. Saul wrócił, próbowała przekonać samą siebie. Mój dobry Saul wrócił.

Zatrzymał się po drodze przy miejscowym sklepie spożywczym, kupił croissanty z szynką i serem. Na stoliku tylnej werandy, między kubkami z kawą i sokiem pomarańczowym, rozstawił talerze. Słońce świeciło jasno, powietrze było rześkie po burzy, przyjemnie ciepłe. Zapowiadał się śliczny dzień.

Każda godzina z dobrym Saulem sprawiała, że pragnienie gór bladło w Kaye niby dziewczęce nadzieje. Nie musiała uciekać.

Saul pytlował, co się działo w EcoBacter, o wyjeździe do Kalifornii i Utah, a potem do Filadelfii na spotkania z klientami i współpracującymi laboratoriami. — Mamy cztery dalsze badania przedkliniczne zlecone przez naszego opiekuna w FDA — powiedział sardonicznie. — Przynajmniej pokazaliśmy im, że potrafimy łączyć antagonistyczne bakterie rywalizujące o pożywkę i zmuszać je do wytwarzania broni chemicznej. Wykazaliśmy, że umiemy izolować bakteriocyny, oczyszczać je i otrzymywać hurtowo w postaci zneutralizowanej, a potem aktywować. Bezpieczne w szczurach, bezpieczne w chomikach i koczkodanach tumbili, skuteczne na odporne szczepy trzech paskudnych patogenów. Tak wyprzedziliśmy Merck i Aventis, że nie mogą nawet pluć nam na tyłki.

Bakteriocyny to substancje chemiczne produkowane przez bakterie i mogące zabijać inne bakterie. Stanowią obiecującą nową broń w szybko się kurczącym arsenale antybiotyków.

Kaye słuchała chętnie. Nie przekazał jej jeszcze zapowiedzianych wieści; na swój sposób budował napięcie, rozkoszując się swą słodką chwilą. Kaye znała zasady i nie dawała mu satysfakcji okazywaniem zniecierpliwienia.

— Jeśli to za mało — ciągnął z błyszczącymi oczyma — to według Mkebe jesteśmy blisko znalezienia sposobu na przejęcie pełni władzy, kontroli i sieci komunikacyjnej w Staphylococcus aureus. Zaatakujemy małe gnojki z trzech różnych stron jednocześnie. Bum! — Odsunął swe wymowne ręce i uścisnął siebie jak zadowolony chłopczyk.

Potem jego nastrój się zmienił.

— A teraz — powiedział z nagle stężałą twarzą — powiedz szczerze o Lado i Eliawie.

Kaye przez chwilę patrzyła nań z mocą, która niemal zamazała jej wzrok. Potem spuściła oczy i przyznała:

— Myślę, że postanowili wybrać kogoś innego.

— Pan Bristol-Myers Squibb — wycedził Saul, po czym machnął niedbale ręką. — Skostniałe korporacje przeciwko młodej, nowej krwi. Tak się mylą! — Patrzył za podwórko na cieśninę, zerkając na kilka żaglówek, w lekkiej bryzie porannej przecinających drobne fale. Potem dopił sok pomarańczowy i głośno cmoknął. Lekko wiercił się na krześle, pochylony, wbił w żonę głębokie, szare oczy i zamknął jej dłonie w swoich.

Teraz, pomyślała Kaye.

— Pożałują. Za kilka miesięcy będziemy bardzo zajęci. CDC dziś rano wypuściło wiadomość. Potwierdziło istnienie pierwszego zdolnego do życia ludzkiego retrowirusa endogennego. Przypuszcza, że może być przenoszony poziomo między osobami. Nazwali go Scattered Human Endogenous Retrovirus Activation, czyli Uaktywnienie Rozproszonego Ludzkiego Retrowirusa Endogennego, w skrócie SHERVA. Dla większego efektu opuścili R. Zostaje SHEVA, prawie jak imię boga Siwa. Dobra nazwa dla wirusa, nie sądzisz?

Kaye próbowała czytać z jego twarzy.

— To nie żart? — Spytała niepewnym głosem. — Jest potwierdzenie?

Saul uśmiechnął się i wyciągnął ramiona jak Mojżesz.

— Oczywiście. Nauka wkracza do Ziemi Obiecanej.

— Co to? Jakie jest duże?

— Retrowirus, prawdziwy potwór, osiemdziesiąt dwa kilopar zasad, trzydzieści genów. Składniki gag i pol są w chromosomie 14, a env w 17. CDC twierdzi, że może być łagodnym patogenem, na który ludzie nie są odporni, albo tylko trochę, więc od bardzo dawna tkwi w uśpieniu.

Położył rękę na niej dłoni i lekko ścisnął.

— Przewidziałaś to, Kaye. Opisałaś geny. Twój pierwszy kandydat, złamany HERV-DL 3, jest jednym z ich celów, i wymieniają twoje nazwisko! Powołują się na twoje artykuły.

— Rany — powiedziała Kaye, blednąc. Pochyliła się nad talerzem, krew pulsowała jej w głowie.

— Dobrze się czujesz?

— Dobrze — odparła, czując zawroty głowy.

— Cieszmy się prywatnością, dopóki możemy — powiedział Saul triumfująco. — Zadzwonią wszyscy dziennikarze naukowi. Daję im dwie minuty na zajrzenie do Rolodexes i przeszukanie MedLine. Będziesz w telewizji, CNN, Good Morning America.

Kaye po prostu nie mogła uwierzyć w ten ciąg wydarzeń.

— Jaką chorobę powoduje? — Zdołała zapytać.

— Nikt chyba nie wie na pewno.

W umyśle Kaye kłębiły się możliwości. Jeśli zadzwoni do instytutu Lado, powie Tamarze i Zamfirze — może zmienią zdanie, wybiorą EcoBacter. Saul zostanie dobrym Saulem, radosnym i twórczym.

— Boże, wybiło niezłe szambo — powiedziała, nadal czując lekkie zamroczenie. Uniosła palce, la di da.

— To ty wybiłaś w górę, kochana. Twoja praca, a nie żadne szambo.

W kuchni zadzwonił telefon.

— To ze Szwedzkiej Akademii — powiedział Saul, z powagą kiwając głową. Podał medal, a Kaye odgryzła kawałek.

— Pycha! — Rzuciła radośnie i poszła odebrać.

11

Innsbruck, Austria

Szpital dał Mitchowi izolatkę, okazując szacunek dla jego świeżej sławy. Chętnie rozstał się z alpinistami, ale tamtym nie chodziło wcale o to, co czuje czy myśli.

W ostatnich dwóch dniach ogarnęła go całkowita tępota uczuciowa. Pojawienie się jego twarzy w wiadomościach telewizyjnych, w BBC i Sky World, na stronach miejscowych gazet, dowiodło tego, co już wiedział: to koniec. Już po nim.

Według prasy zuryskiej był „Jedynym ocalałym z górskiej wyprawy rabusiów ciała”. W monachijskiej „Kidnaperem starożytnego dziecka z lodu”. W Innsbrucku nazwano go po prostu „Naukowiec — złodziej”. Wszystkie gazety zamieściły jego niedorzeczną opowieść o mumiach neandertalskich, uprzejmie dostarczoną przez policję w Innsbrucku. Wszystkie wspominały o kradzieży „Kości Indian amerykańskich” dokonanej przezeń w „Północno-zachodniej części Stanów Zjednoczonych”.

Przedstawiany był powszechnie jako amerykański świr, bez fartu, rozpaczliwie poszukujący sławy.

Dziecko Lodu przekazano do Uniwersytetu w Innsbrucku, gdzie badał je zespół, na którego czele stał Herr Doktor Professor Emiliano Luria. Sam Luria przyszedł pod wieczór, aby porozmawiać z Mitchem o znalezisku.

Dopóki Mitch posiadał pożądane wiadomości, brał udział w grze — był nadal kimś w rodzaju naukowca, badacza, antropologa. Kimś lepszym od byle złodzieja. Gdy przestanie być przydatny, wpadnie w jeszcze głębszą, ciemniejszą otchłań.

Gapił się bezmyślnie w ścianę, gdy starsza wolontariuszka wjechała z wózkiem do pokoju, przywożąc obiad. Była miłą, malutką kobietą, mającą jakieś pięć stóp wzrostu, około siedemdziesiątki, o twarzy pomarszczonej niby suszone jabłko, mówiła szybko po niemiecku z miękkim, wiedeńskim akcentem. Mitch niewiele rozumiał z jej słów.

Wolontariuszka rozwinęła serwetkę i zawiązała mu na szlafroku. Zacisnęła usta i pochyliła się, aby go obejrzeć.

— Jedz — poleciła. Skrzywiła się i dodała: — Paskudny młody Amerykanin, nein?. Nieważne, kim jesteś. Jedz, bo zachorujesz.

Mitch wziął plastikowy widelec, zasalutował jej nim i zaczął nabierać z tacki kurczaka i puree ziemniaczane. Gdy staruszka wychodziła, włączyła telewizor na ścianie naprzeciw łóżka.

— Za spokojnie — powiedziała i machnęła do niego ręką, z oddali klepiąc karcąco po policzku. Potem wypchnęła wózek za drzwi.

Telewizor był nastawiony na Sky News. Najpierw leciał materiał o ostatecznym i przez lata odwlekanym zniszczeniu dużego satelity wojskowego. Widowiskowa transmisja z Sachalinu ukazała końcowe chwile jego spalania się w atmosferze. Mitch wpatrywał się w obrazy wirującej, sypiącej iskrami kuli ognia. Przestarzały, bezużyteczny, spada w płomieniach…

Chwycił za pilota i miał już wyłączyć telewizor, kiedy pojawiło się zdjęcie młodej, ładnej kobiety o krótkich, brązowych włosach, długiej grzywce i wielkich oczach, ilustrujące wiadomość o ważnym odkryciu biologicznym dokonanym w Stanach Zjednoczonych.

— Ludzki prowirus, przez miliony lat ukrywający się niby pasażer na gapę w naszym DNA, powiązano z nowym szczepem grypy atakującym tylko kobiety — zaczął spiker. — Biolog molekularny, doktor Kaye Lang z Long Island w stanie Nowy Jork, miała przewidzieć istnienie tego niewiarygodnego intruza z przeszłości rodzaju ludzkiego. Michael Hertz jest teraz na Long Island.

Hertz z należytą powagą i szacunkiem rozmawiał z młoda kobietą przed wielkim, ładnym domem pomalowanym na zielono i biało. Lang wydawała się nie ufać kamerze.

— Dowiadujemy się z Centers for Disease Control and Prevention, a teraz także z National Institutes of Health, że ową nową odmianę grypy rozpoznano na pewno w San Francisco i Chicago, a trwa jej rozpoznanie w Los Angeles. Czy pani zdaniem może dojść do epidemii światowej, której obawiamy się od roku 1918?

Lang patrzyła nerwowo do kamery.

— Przede wszystkim, tak naprawdę to nie jest grypa. Wirus nie przypomina żadnego wirusa grypy, a w istocie żadnego wirusa wiązanego z przeziębieniem czy podobnymi chorobami… Nie przypomina ich. Po pierwsze, wydaje się powodować objawy tylko u kobiet.

— Czy mogłaby nam pani opisać ten nowy, czy raczej bardzo stary wirus? — Poprosił Hertz.

— Jest duży, ma około osiemdziesięciu kilopar zasad, to znaczy…

— Jakie dokładniej objawy powoduje?

— To retrowirus, wirus namnażający się przez transkrypcję RNA swego materiału genetycznego w DNA, a następnie umieszcza go w DNA komórki gospodarza. Jak HIV. Wydaje się ograniczać tylko do ludzi…

Reporter uniósł brwi.

— Czy jest równie niebezpieczny jak wirus AIDS?

— Nie wiem nic o tym, aby był niebezpieczny. Nasze DNA przenosi go od milionów lat; przynajmniej pod tym względem różni się całkowicie od retrowirusa HIV.

— Skąd oglądające nas panie mają wiedzieć, czy złapały tę grypę?

— Objawy opisało CDC, nie wiem nic ponad to, co ogłosiło. Lekka gorączka, drapanie w gardle, kaszel.

— Może się to odnosić do stu różnych wirusów.

— Racja — powiedziała Lang i się uśmiechnęła. Mitch z ostrym dreszczem wpatrywał się w jej twarz, uśmiech. — Radzę śledzić wiadomości.

— Skąd więc takie znaczenie tego wirusa, skoro nie zabija, a objawy są mało poważne?

— To pierwszy aktywny HERV — ludzki retrowirus endogenny — pierwszy, który opuścił chromosomy ludzkie i jest przekazywany poziomo.

— Co to znaczy „przekazywany poziomo”?

— Jest zaraźliwy. Może się przenosić od człowieka do człowieka. Przez miliony lat był przekazywany pionowo — przechodził z genami rodziców na dzieci.

— Czy w naszych komórkach istnieją inne stare wirusy?

— Według ostatnich szacunków nawet jedna trzecia naszego genomu może się składać z retrowirusów endogennych. Czasami tworzą w komórkach cząsteczki, jakby próbowały się wyrwać, ale żadna z nich nie działała — aż dotąd.

— Czy można bezpiecznie stwierdzić, że owe resztki wirusów zostały dawno temu porozrywane lub potraciły swe kły?

— Sprawa jest bardziej złożona, ale można tak powiedzieć.

— Jak się dostały do naszych genów?

— W jakimś momencie naszej przeszłości retrowirus zaraził komórki rozrodcze, takie jak jajowa czy plemnik. Nie wiemy, jakie objawy chorobowe mógł wtedy powodować. Z czasem w jakiś sposób prowirus, czyli ukryty w naszym DNA projekt wirusa, został rozbity, zmutował albo po prostu został wyłączony. Owe odcinki DNA retrowirusowego dzisiaj zapewne są jedynie odpadkami. Trzy lata temu uznałam jednak, że fragmenty prowirusa w różnych chromosomach człowieka mogą spowodować utworzenie wszystkich części czynnego retrowirusa. Wszystkie niezbędne białka i odcinki RNA pływające wewnątrz komórki mogą się połączyć w pełną i zaraźliwą cząsteczkę.

— I tak się właśnie stało. Nauka teoretyczna, wyprzedzająca dzielnie rzeczywistość…

Mitch ledwo słyszał słowa reportera, skupiając się na oczach Lang: wielkich, ciągle czujnych, ale niczego nie przegapiających. Bardzo śmiałe. Oczy ocalałego z katastrofy.

Wyłączył telewizję i opadł na łóżko, aby zasnąć, zapomnieć. Noga bolała go pod długim gipsem.

Kaye Lang była blisko zdobycia brązowego medalu, zwyciężając jedną rundę meczu naukowego. Mitchowi wręczono zaś prawdziwy złoty medal… I złapał go niezgrabnie, upuścił na lód, stracił na zawsze.

Godzinę później obudziło go władcze pukanie do drzwi.

— Proszę — powiedział i odchrząknął.

Pielęgniarzowi w wykrochmalonym zielonym fartuchu towarzyszyli trzej mężczyźni i kobieta, wszyscy bardzo dojrzali, wszyscy statecznie ubrani. Po wejściu rozejrzeli się po pokoju, jakby szukając możliwych dróg ucieczki. Najniższy z trójki mężczyzn wystąpił i przedstawił się. Wyciągnął rękę.

— Emiliano Luria z Instytutu Badań nad Człowiekiem — powiedział. — To moi koledzy z Uniwersytetu w Innsbrucku. Herr Professor Friedrich Brock…

Nazwiska te Mitch zapomniał niemal od razu. Pielęgniarz przyniósł z korytarza dwa dodatkowe krzesła, a potem stanął w drzwiach jak na warcie, zakładając ręce i zadzierając nosa niby strażnik przed pałacem.

Luria przekręcił krzesło tyłem do przodu i usiadł. Grube, okrągłe szkła jego okularów lśniły w szarym świetle wpadającym przez zasłonięte okna. Utkwił wzrok w Mitchu, chrząknął lekko i spojrzał na pielęgniarza.

— Poradzimy sobie sami — powiedział. — Proszę iść. Nie chcemy żadnych wiadomości sprzedanych gazetom ani żadnych cholernych polowań na ciała w lodowcach!

Pielęgniarz uprzejmie kiwnął głową i opuścił pokój.

Luria poprosił teraz kobietę, szczupłą i w średnim wieku, o surowej, silnej twarzy i gęstych siwych włosach spiętych w kok, aby sprawdziła, czy pielęgniarz nie podsłuchuje. Stanęła przy drzwiach i wyjrzała.

— Inspektor Haas z Wiednia zapewnił mnie, że już się nie zajmują tą sprawą — oznajmił Mitchowi po dopełnieniu tych formalności Luria. — Wszystko zostanie między panem i nami, będę też współpracował z Włochami i Szwajcarami, jeśli pojawi się konieczność przekroczenia granic. — Wyjął z kieszeni dużą, złożoną mapę, a doktor Block, Brock, czy jak tam się nazywał, podał pudło z wieloma albumami zdjęć Alp.

— No, młody człowieku — powiedział Luria. Oczy miał rozmazane za grubymi soczewkami. — Proszę nam pomóc naprawić szkody, jakie wyrządził pan tkaninie nauki. Góry, w których pana znaleziono, są nam znane. Zaledwie jedno pasmo dalej odkryto prawdziwego Człowieka Lodu. Przez tysiące lat wędrowano tymi górami, może szlakiem handlowym, a może ścieżkami myśliwych.

— Nie sądzę, aby byli na szlaku handlowym — odparł Mitch.

— Moim zdaniem uciekali.

Luria zajrzał do notatek. Kobieta zbliżyła się do łóżka.

— Para dorosłych, w bardzo dobrym stanie, ale kobieta z jakąś raną w brzuchu.

— Pchnięcie włócznią — powiedział Mitch. W pokoju na chwilę zapadło milczenie.

— Wykonałem parę rozmów telefonicznych i porozmawiałem z ludźmi, którzy pana znają. Dowiedziałem się, że pański ojciec przyjeżdża tutaj, aby zabrać pana ze szpitala, mówiłem też z pańską matką…

— Proszę przejść do rzeczy, panie profesorze — poprosił Mitch.

Luria uniósł brwi i przejrzał papiery.

— Dowiedziałem się, że był pan bardzo dobrym naukowcem, sumiennym, ekspertem w organizowaniu i prowadzeniu żmudnych wykopalisk. Znalazł pan szkielet tak zwanego człowieka z Pasco. Kiedy zaprotestowali rodzimi Amerykanie i uznali człowieka z Pasco za jednego ze swoich przodków, usunął pan kości z miejsca odkrycia.

— Aby je chronić. Woda wymyła je z łachy, były na brzegu rzeki. Indianie chcieli je ponownie pochować. Te kości są zbyt cenne dla nauki. Nie mogłem na to pozwolić.

Luria się pochylił.

— Człowiek z Pasco zmarł od rany w udo zadanej zakażoną włócznią, tak mi się zdaje?

— To możliwe — powiedział Mitch.

— Ma pan nosa do dawnych tragedii. — Luria podrapał się palcem w ucho.

— Życie było wtedy bardzo ciężkie.

Luria przytaknął.

— Tu, w Europie, gdy znajdujemy szkielet, nie napotykamy na takie kłopoty. — Uśmiechnął się do kolegów. — Nie mamy szacunku dla zmarłych — wykopujemy ich, pokazujemy na wystawach, ściągamy od turystów pieniądze za ich oglądanie. Nie musi to więc być dla nas wielką plamą na pańskim honorze, choć spowodowało, że zerwał pan związki ze swoim instytutem.

— Poprawność polityczna — powiedział Mitch, starając się usunąć gorycz ze swego głosu.

— Możliwe. Chciałbym wysłuchać kogoś z pańskim doświadczeniem, ale niestety, doktorze Rafelson, pańska opowieść jest bardzo mało prawdopodobna. — Luria wycelował piórem w Mitcha.

— Co w niej jest kłamstwem, a co prawdą?

— Czemu miałbym kłamać? — Spytał Mitch. — Moje życie i tak poszło już w diabły.

— Może aby przetrwać w nauce? Nie zrywać tak szybko z panią antropologią.

Mitch uśmiechnął się smętnie.

— Może i bym się do tego posunął — powiedział. — Ale nie wymyśliłbym opowieści aż tak zwariowanej. Mężczyzna i kobieta w jaskini mają wyraźne cechy neandertalskie.

— Na jakich przesłankach opiera pan swe rozpoznanie? — Zapytał Brock, po raz pierwszy włączając się do rozmowy.

— Doktor Brock jest specjalistą od neandertalczyków — wytłumaczył Luria z szacunkiem.

Mitch powoli i starannie opisał ciała. Mógłby zamknąć oczy i widziałby je równie wyraźnie, jakby unosiły się tuż nad łóżkiem.

— Jest pan świadom, że poszczególni badacze stosują odmienne kryteria przy opisywaniu tak zwanych neandertalczyków — powiedział Brock. — Wcześni, późni, pośredni, z różnych obszarów, smukli lub krępi, być może różne grupy rasowe tworzące podgatunki. Niekiedy różnice są typu, który może zmylić obserwatora.

— To nie Homo sapiens sapiens. — Mitch popił wodę ze szklanki, proponując też nalanie jej innym. Luria i kobieta przyjęli poczęstunek. Brock pokręcił głową.

— Cóż, gdybyśmy ich znaleźli, dość łatwo byśmy to rozstrzygnęli. Ciekaw jestem, jak datuje pan ewolucję człowieka…

— Nie jestem dogmatyczny — odparł Mitch.

Luria pokiwał głową — comme ci, comme ca — i przewrócił kilka stron notatek.

— Claro, podaj mi proszę tę największą książkę. Zaznaczyłem kilka zdjęć i map miejsc, w których mógł pan być, zanim go znaleziono. Czy coś z tego wydaje się panu znajome?

Mitch wziął książkę i niezdarnie położył sobie otwartą na kolanach. Ilustracje były wyraźne, ostre, piękne. Większość fotografii wykonano w pełnym świetle dziennym przy błękitnym niebie. Przejrzał zaznaczone strony i pokręcił głową.

— Nie widzę zamarzniętego wodospadu.

— Żaden przewodnik nie zna zamarzniętego wodospadu w pobliżu seraku, a nawet wzdłuż głównej masy lodowca. Może jest pan w stanie podać inną wskazówkę…

Mitch pokręcił głową.

— Podałbym, gdybym mógł, panie profesorze.

Luria zdecydowanym ruchem złożył papiery.

— Myślę, że jest pan szczerym młodzieńcem, może nawet dobrym naukowcem. Powiem coś, jeśli nie pójdzie pan z tym do gazet ani telewizji. Zgoda?

— Nie mam powodów, aby z nimi rozmawiać.

— Niemowlę urodziło się martwe lub poważnie uszkodzone. Potylica jest złamana, może ktoś uderzył ją kijem utwardzonym w ogniu.

. Noworodek to dziewczynka. Z jakiegoś powodu mocno wstrząsnęło to Mitchem. Znowu pociągnął łyk wody. Wszystkie emocje związane z jego obecną sytuacją, śmierć Tilde i Franca… Smutny koniec tej pradawnej historii. Do oczu napłynęły mu łzy, grożąc wylaniem się na zewnątrz.

— Przepraszam — powiedział i wytarł wilgoć rękawem szlafroka.

Luria przyglądał mu się ze współczuciem.

— Uwiarygodnia to trochę pańską opowieść, chyba? Ale… — Profesor uniósł rękę, wskazał sufit, pokiwał lekko głową i stwierdził: — Nadal trudno w nią uwierzyć.

— Niemowlę niemal na pewno nie jest Homo sapiens neandertalensis — powiedział Brock. — Ma ciekawe cechy, ale w każdym szczególe jest współczesne. Choć niezbyt europejskie. Bardziej anatolijskie, a nawet tureckie, ale to na razie tylko domysł. I nie znam tak nowych okazów tego rodzaju. Byłoby to niewiarygodne.

— Musiało mi się przywidzieć — stwierdził Mitch, odwracając wzrok.

Luria wzruszył ramionami.

— Kiedy poczuje się pan dobrze, czy zechce pójść z nami na lodowiec, samemu poszukać jaskini?

Mitch nie wahał się ani chwili.

— Oczywiście — powiedział.

— Spróbuję to załatwić. Teraz jednak… — Luria popatrzył na nogę Mitcha.

— Co najmniej cztery miesiące — wyjaśnił ten.

— Za cztery miesiące nie będzie dobrej pory na wspinaczkę.

— A zatem późna wiosna przyszłego roku. — Luria wstał, a kobieta, Clara, zabrała szklankę jego i swoją, odstawiła je na tacę Mitcha.

— Dziękuje — powiedział Brock. — Mam nadzieję, że ma pan rację, doktorze Rafelson. Byłoby to cudowne znalezisko.

Przed wyjściem ukłonili się lekko, uprzejmie.

12

Centers for Disease Control and Prevention, Atlanta

Wrzesień

— Dziewice nie łapią naszej grypy — powiedział Dicken, podnosząc wzrok znad papierów i wykresów zalegających na jego biurku. — To chcecie mi oznajmić? — Uniósł czarne brwi, aż jego szerokie czoło wyglądało jak tarka, pomarszczone wątpliwościami.

Jane Salter pochyliła się, aby raz jeszcze nerwowo poprawić dokumenty, rozkładając je na biurku Dickena z troskliwą nieodwracalnością. Szelest ożywił betonowe ściany jego pokoju w piwnicach.

Wiele gabinetów na dolnych piętrach Budynku nr 1 w Centers for Disease Control and Prevention przebudowano z laboratoriów pracujących nad zwierzętami i pomieszczeń z klatkami. Wzdłuż ścian pozostały betonowe rynny. Dicken miał czasami wrażenie, że nadal czuje smród środków odkażających i małpich odchodów.

— To najbardziej zaskakujący wniosek, jaki mogę wyciągnąć z danych — potwierdziła Salter. Była jednym z najlepszych statystyków, jakich mieli, specjalistką od najróżniejszych komputerów, które wykonują większość prac związanych z poszukiwaniem, modelowaniem i przechowywaniem danych. — Czasami łapią ją mężczyźni, a przynajmniej testy to potwierdzają, ale nie mają objawów. Są nosicielami zakażającymi kobiety, ale nie innych mężczyzn. I… — Zabębniła palcami na blacie biurka. — Nie możemy znaleźć tego, kto mógł ich zakazić.

— A zatem SHEVA jest specjalistką — powiedział Dicken, kręcąc głową. — Skąd u licha to wiemy?

— Spójrz na przypis, Christopherze, i komentarz: „Kobiety w stałych związkach z partnerami albo mające rozległe doświadczenie seksualne”.

— Ile przypadków znamy dotychczas — pięć tysięcy?

— Sześć tysięcy dwieście kobiet i jedynie sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu mężczyzn, wyłącznie partnerów zakażonych kobiet. Jedynie ciągłe i powtarzające się ryzyko kontaktu przenosi retrowirusa.

— To nie takie głupie — powiedział Dicken. — Czyli jednak przypomina HIV.

— Racja — przyznała Salter, zaciskając usta. — Bóg zesłał go na kobiety. Zakażenie zaczyna się od błony śluzowej nosa i oskrzeli, przechodzi w łagodne zapalenia zębodołów, wnika do krwiobiegu, wywołuje łagodne zapalenie jajników… A potem mija. Lekki ból, trochę kaszlu, bólu brzucha. A jeśli kobieta zajdzie w ciążę, są bardzo wielkie szanse na poronienie.

— Mark powinien być w stanie to sprzedać — stwierdził Dicken. — Pogorszmy jednak sprawę. Musimy postraszyć poważniejszą grupę głosujących niż młode kobiety. Co z sektorem geriatrycznym? — Patrzył na nią z nadzieją.

— Starsze kobiety się nie zarażają — odpowiedziała. — Nikt poniżej czternastego i powyżej sześćdziesiątego roku życia. Popatrz na rozkład. — Pochyliła się i wskazała wykres. — Średni wiek to trzydzieści jeden lat.

— To zbyt szalone. Mark chce, abym do czwartej po południu się w tym rozeznał i wzmocnił stanowisko naczelnej lekarz.

— Kolejna narada? — Spytała Salter.

— Z udziałem szefa sztabu i doradcy naukowego prezydenta. To dobre, przerażające, ale znam Marka. Przejrzyj raz jeszcze pliki — może natrafimy na kilka tysięcy zgonów w wieku starszym w Zairze.

— Mam szachrować danymi?

Dicken uśmiechnął się chytrze.

— No to pocałuj się gdzieś, sir — powiedziała Salter łagodnie, unosząc wyzywająco głowę. — Nie dostaliśmy więcej danych z Gruzji. Może powinieneś zadzwonić do Tbilisi — poradziła. — Albo do Stambułu.

— Milczą jak głazy — odparł Dicken. — Nigdy nie byłem w stanie mocniej nimi potrząsnąć, a teraz nie chcą przyznać, że mają jakiekolwiek przypadki. — Spojrzał na Salter.

Ta zmarszczyła nosek.

— Proszę, choćby jedna starsza pasażerka z Tbilisi mdlejąca w samolocie — podsunął jej Dicken.

Salter wybuchnęła śmiechem. Zdjęła okulary, wytarła je i założyła ponownie.

— To nic śmiesznego. Wykresy wyglądają poważnie.

— Mark chce budować dramaturgię. Wije się jak marlin na żyłce.

— Polityka to dla mnie czarna magia.

— Też tak chciałbym — powiedział Dicken. — Im jednak dłużej tu jestem, tym bardziej ją kapuję.

Salter rozejrzała się po pokoiku, jakby zacieśniał się wokół niej.

— Już skończyliśmy, Christopherze?

Dicken się uśmiechnął.

— Odzywa się klaustrofobia?

— W tym pokoju — odparła Salter. — Czy tego nie słyszysz? — Pochyliła się nad biurkiem z nerwową miną. Dicken nie zawsze wiedział, czy Jane Salter żartuje, czy jest poważna. — Wrzasków małp?

— Cóż — odparł Dicken z kamienną twarzą. — Staram się jak najdłużej utrzymać w grze.

W gabinecie dyrektorskim w budynku nr 4 Augustine szybko przejrzał statystyki, przerzucił dwadzieścia stron liczb i sporządzonych przez komputer wykresów, rzucił je na biurko.

— Wszystko bardzo ładnie — powiedział. — W tym tempie do końca roku wypadniemy z gry. Nie wiemy nawet, czy SHEVA wywołuje poronienie u każdej ciężarnej kobiety, ani czy jest choćby łagodnym teratogenem. Chryste. Myślałem, że to będzie to, Christopherze.

— I jest. Budzi strach i zainteresowanie.

— Nie doceniasz nienawiści republikanów do CDC — odparł Augustine. — Nienawidzi nas National Rifle Association. Wielkie kompanie tytoniowe nienawidzą nas, gdyż wchodzimy im w paradę. Czy widziałeś ten cholerny billboard tuż przy autostradzie?

— Niedaleko lotniska? „Wreszcie końcówka warta dotknięcia ust”.

— O czym to — o camelach? Marlboro?

Dicken ze śmiechem pokręcił głową.

— Naczelna lekarz pakuje się w lwią paszczę. Christopherze.

— Niezbyt jest ze mnie zadowolona.

— Zawsze pozostają wyniki, które przywiozłem z Turcji — powiedział Dicken.

Augustine podniósł ręce i odchylił się w fotelu, chwytając palcami skraj biurka.

— Jeden szpital. Pięć poronień.

— Pięć na pięć ciąż, sir.

Augustine pochylił się nad biurkiem.

— Poleciałeś do Turcji, bo nasz kontakt powiadomił o wirusie, który może spędzać płody. Ale skąd Gruzja?

— Pięć lat temu w Tbilisi wystąpiło wiele poronień. Nie mogłem dowiedzieć się tam niczego, to znaczy niczego oficjalnie. Trochę popiłem z przedsiębiorcą pogrzebowym — nieoficjalnie. Powiedział mi, że w tym samym czasie był wielki wysyp poronień w Gordi.

Augustine przedtem o tym nie słyszał. Dicken pominął tę część w swoim raporcie.

— Mów — rzucił, acz niezbyt zainteresowany.

— Były jakieś kłopoty, nie wiedział dokładnie jakie. No to… Pojechałem do Gordi, a miasteczko otaczał kordon policyjny. Popytałem tu i ówdzie na przystankach przy miejscowych drogach i usłyszałem o dochodzeniu ONZ, z udziałem Rosjan. Zadzwoniłem do ONZ. Powiedzieli mi, że poprosili o pomoc Amerykankę.

— Była nią…

— Kaye Lang.

— Rany — powiedział Augustine, zaciskając usta w nikłym uśmiechu. — Sława dnia. Wiesz o jej pracach nad HERV?

— Oczywiście.

— No to… Pomyślałeś, że ktoś z ONZ trafił na coś i potrzebuje jej rady.

— Przyszło mi to do głowy, sir, ale ściągnęli ją, bo się zna na medycynie sądowej.

— A ty o czym pomyślałeś?

— Mutacje. Wywołujące wady okołoporodowe. Może wirusy teratogenne. Zastanawiam się też, dlaczego rząd kazał pozabijać rodziców.

— Znowu to samo — powiedział Augustine. — Wracamy do szalonych spekulacji.

Dicken skrzywił się.

— Znasz mnie, Mark.

— Czasami nie mam bladego pojęcia, skąd bierzesz tak dobre wyniki.

— Nie skończyłem pracy. Wezwałeś mnie i powiedziałeś, że mamy coś mocnego.

— Bóg świadkiem, że się czasem mylę — przyznał Augustine.

— Nie sądzę, abyś się mylił. To pewnie dopiero początek.

Wkrótce będzie znacznie więcej.

— Czy tak podpowiada ci instynkt?

Dicken przytaknął.

Mark zmarszczył brwi i mocno zacisnął dłonie na blacie biurka.

— Pamiętasz, co było w roku 1963?

— Byłem wtedy malutki, sir. Ale słyszałem. Malaria.

— Sam miałem siedem lat. Kongres zakręcił całkowicie kurek z funduszami na walkę z chorobami przenoszonymi przez owady, w tym z malarią. Najgłupszy krok w całych dziejach epidemiologii. Miliony zgonów w całym świecie, nowe szczepy odpornych zarazków… Katastrofa.

— DDT i tak wkrótce przestałoby działać, sir.

— Kto wie? — Augustine wystawił dwa palce. — Ludzie są jak dzieci, przeskakują od jednej zabawki do drugiej. Nagle zdrowie świata przestaje być modne. Może przeceniamy nasz przypadek. Przemija pięć minut zagłady dżungli, globalne ocieplenie ciągle się gotuje, choć już nie wrze. Nie ma żadnych zaraz, niszczycielskich plag światowych, a prosty Jasio Kowalski nie zgodzi się nigdy z poczucia winy pomagać Trzeciemu Światu. Ludziom znudziła się apokalipsa. Jeśli nie nastąpi wkrótce możliwy do wykorzystania politycznie kryzys, i to na naszym podwórku, Kongres rozsmaruje nas jak masło, Christopherze, i rok 1963 może się powtórzyć.

— Rozumiem, sir.

Augustine westchnął przez nos i wzniósł oczy ku rzędom lamp fluorescencyjnych na suficie.

— Zdaniem naczelnej lekarz nasz owoc jeszcze nie dojrzał, by pokazać go prezydentowi, dostała więc w samą porę migreny. Przełożyła popołudniowe spotkanie na przyszły tydzień.

Dicken powściągnął uśmiech. Myśl o naczelnej lekarz udającej ból głowy była zabawna.

Augustine utkwił wzrok w Dickenie.

— No dobrze, coś wywąchałeś i idź za tropem. Sprawdź statystyki poronień w szpitalach Stanów Zjednoczonych za ostatni rok. Zagroź Turcji i Gruzji donosem do Światowej Organizacji Zdrowia. Mów, że oskarżmy ich o złamanie wszystkich porozumień o współpracy. Poprę cię. Poszukaj kobiet, które były na Bliskim Wschodzie i w Europie i przyjechały z SHEVĄ, a może też poroniły dziecko czy dwa. Mamy tydzień i jeśli nie dostarczysz groźniejszej SHEVY, wyskoczę z nieznanym krętkiem, którego złapali jacyś pasterze w Afganistanie… Współżyjąc z owcami. — Augustine udał skruszoną minkę. — Uratuj mnie, Christopherze.

13

Cambridge, stan Massachusetts

Kaye miała już powyżej uszu czucia się jak królowa, bycia traktowaną w ostatnim tygodniu z szacunkiem i życzliwą adoracją przez kolegów, którzy z pewną niechęcią uznali, iż głębiej wejrzała w prawdę. Nie doznała krytycyzmu i niesprawiedliwości ze strony innych, jakże częstych w biologii w ostatnich stu pięćdziesięciu latach — na pewno nie takich, jakie spadły na jej idola, Karola Darwina. Mniejszych nawet, niż musiała znosić Lynn Margulis po ogłoszeniu teorii o ewolucji endosymbiotycznej komórek eukariotycznych. Mimo to miała dość…

Powątpiewające i pełne złości listy w czasopismach, autorstwa genetyków ze starej gwardii, przekonanych, iż goni za chimerą; komentarze na konferencjach ze strony okazujących szczyptę wyższości uśmiechniętych mężczyzn i kobiet, przekonanych, że byli bliżej wielkiego odkrycia… Im jest się wyżej na drabinie sukcesu, tym bliżej brązowego medalu Wiedzy i Uznania.

Dla Kaye było to do przyjęcia. Taka już jest nauka, zbyt ludzka i lepsza od ludzi. Zdarzyło się jednak i osobiste spięcie Saula z redaktorem „Celi”, nie dającym jej żadnych szans na publikowanie tam. Wybrała więc „Virology”, dobre czasopismo, ale o szczebel niżej na drabinie. Nigdy nie sięgała tak daleko jak „Science” czy „Nature”. Wspięła się całkiem wysoko, a potem utknęła.

Wyglądało na to, że dziesiątki laboratoriów i ośrodków badawczych pali się teraz do pokazywania jej wyników swych prac, przeprowadzanych dla potwierdzenia wysuwanych przez nią domysłów. Dla zachowania spokoju umysłu przyjmowała zaproszenia od tych wydziałów, instytutów czy laboratoriów, które w ostatnich latach okazywały jej choć odrobinę życzliwości — zwłaszcza od Carl Rose Center for Domain Research w Cambridge w stanie Massachusetts.

Rose Center stoi wśród stu akrów obsadzonych sosnami w latach pięćdziesiątych XX wieku, wskutek czego klockowaty budynek laboratoryjny otacza teraz gęsty bór. Klocek nie stoi płasko na ziemi, lecz z jednej strony się wznosi. Dwa piętra laboratoriów tkwią pod ziemią, dokładnie pod wzniesionym klockiem i na wschód od niego. Ufundowany głównie z dotacji niezmiernie bogatej rodziny Van Buskirk z Bostonu, Rose Center od trzydziestu lat zajmuje się biologią molekularną.

Trzech naukowców z Rose Center otrzymało granty na Human Genome Project — Projekt Poznania Genomu Ludzkiego, czyli ogromne, szczodrze wspomagane finansowo wielostronne wysiłki zmierzające do sekwencjonowania i zrozumienia całości materiału genetycznego człowieka. Granty te przyznano na badania intronów, to znaczy fragmentów dawnych genów występujących w tak zwanych odcinkach śmieciowych ludzkich genów. Kierownikiem jednego z nich była Judith Kushner, promotor doktoratu Kaye w Stanford.

Judith Kushner miała prawie pięć i pół stopy wzrostu, szpakowate, kręcone krucze włosy, okrągłą, smętną twarz, zawsze jakby o krok od uśmiechu, oraz małe, lekko wyłupiaste czarne oczy.

Cieszyła się międzynarodową opinią istnej czarodziejki, potrafiącej planować eksperymenty i wyciskać z aparatury wszystko, do czego jest ona zdolna — innymi słowy, przeprowadzać powtarzalne eksperymenty, niezbędne, aby nauka naprawdę działała.

To, że obecnie większość czasu spędzała na pracy papierkowej i kierowaniu pracą naukowców po dyplomie i doktoracie, było normalnym losem współczesnej nauki.

Fiona Bierce, obłędnie chudy i młody rudzielec będący asystentką i sekretarką Kushner, prowadziła Kaye labiryntem laboratoriów do głównej windy.

Gabinet Kushner mieścił się na poziomie zerowym, pod parterem, ale nad piwnicami: pozbawiony okien, z betonowymi ścianami pomalowanymi na miły jasny beż. Ściany wypełniały pedantycznie uporządkowane teksty i oprawione czasopisma. W jednym kącie szumiały cicho cztery komputery, w tym superkomputer Sim Engine, ufundowany przez firmę Mind Design z Seattle.

— Kaye Lang, jestem taka dumna! — Kushner wstała z krzesła, rozpromieniona, i otwarła ramiona, aby objąć wchodzącą Kaye. Uściskała ją lekko i z uśmiechem zawodowej radości obtańcowała po pokoju swą byłą studentkę. — No, mów… Od kogo się dowiedziałaś? Od Lynn? Od samego staruszka?

— Lynn zadzwoniła wczoraj — zarumieniła się Kaye.

Kushner splotła ręce i wzniosła je ku sufitowi jak świętujący wygraną zdobywca nagrody.

— Cudownie!

— To naprawdę za dużo — powiedziała Kaye i na zaproszenie Kushner usiadła obok szerokiego, płaskiego monitora Sim Engine.

— Bierz to! Ciesz się! — Zachęcała Kushner żarliwie. — Zasłużyłaś, kochana. Trzy razy widziałam cię w telewizji. Jackie Oniama z Triple C Network próbowała mówić o nauce — cudownie śmiesznie! Czy naprawdę na żywo wygląda jak laleczka?

— Wszyscy są bardzo mili, naprawdę. Wykańczają mnie jednak usiłowania wyjaśnienia czegokolwiek.

— Za dużo by trzeba tłumaczyć. Co u Saula? — Spytała Kushner, z powodzeniem ukrywając obawę.

— W porządku. Ciągle usiłujemy ustalić, czy zawrzemy spółkę z Gruzinami.

— Jeśli teraz tego nie zrobią, to znaczy, że mają przed sobą długą drogę do zostania kapitalistami — powiedziała Kushner i usiadła obok Kaye.

Fiona Bierce była rada, że może się przysłuchiwać. Szczerzyła zęby w uśmiechu.

— A zatem… — Powiedziała Kushner, wpatrując się mocno w Kaye — znalazłaś drogę na skróty?

Kaye wybuchnęła śmiechem.

— Czuję się taka młoda!

— A ja taka zazdrosna. Żadna z moich zwariowanych teorii nie przyciągnęła choćby cząstki takiego zainteresowania.

— Ale kupę forsy — powiedziała Kaye.

— Wielką kupę. Chcesz trochę?

Kaye się uśmiechnęła.

— Nie chciałabym zepsuć naszych stosunków zawodowych.

— Ach, wielki nowy świat biologii gotówkowej, tak ważnej, utajnianej i nabitej. Pamiętaj, moja droga, kobiety mają inaczej uprawiać naukę. Słuchać i harować, harować i słuchać, zupełnie jak biedna Rosalind Franklin, nie jak bezczelni chłoptasie. I to wszystko dla zachowywania najwyższej czystości etycznej. No jak — kiedy ty i Saul zamierzacie rzucić akcje na rynek? Syn chciałby mi założyć konto emerytalne.

— Pewnie nigdy — odparła Kaye. — Saul nie zniósłby składania sprawozdania akcjonariuszom. Ponadto musimy najpierw odnieść jakieś sukcesy, zarobić trochę pieniędzy, a do tego jeszcze długa droga.

— Dość pogaduszek — stwierdziła stanowczo Kushner. — Mam ci coś ciekawego do pokazania. Fiono, czy mogłabyś puścić małą symulację?

Kaye przesunęła w bok swe krzesło. Bierce zasiadła przed klawiaturą Sun Engine, jej palce śmigały jak u pianistki.

— Judith ślęczy nad tym już trzy miesiące — powiedziała.

— Opierała się w dużej mierze na pani artykułach, a reszta to dane z trzech różnych projektów badań genomu, kiedy się więc rozniosło, byliśmy już gotowi.

— Zabraliśmy się do twoich znaczników i znaleźliśmy rutynowe instrukcje budowy cząsteczek — wyjaśniła Kushner. — Otoczki SHEVY i uniwersalnego systemu dostarczania jej ludziom. To symulacja zakażania oparta na wynikach badań laboratoryjnych prowadzonych na czwartym piętrze przez grupę Johna Dawsona. Zarażane są hepatocyty w gęstych kulturach tkanek. Oto, co wyszło.

Kaye patrzyła na uruchomioną przez Bierce symulację sekwencji składania. Cząsteczki SHEVA wnikają do hepatocytów — kultur komórek wątroby w naczyniach laboratoryjnych — i jedne funkcje komórkowe wyłączają, inne przejmują, przepisują swój RNA w DNA, wbudowują go w DNA komórek i zaczynają się replikować. Lśniące symulowanymi kolorami nagie cząstki nowych wirusów powstają w cytoplazmie — wypełniającej wnętrze komórek przepływającej cieczy. Wirusy wędrują do zewnętrznej błony komórek i wydostają się na świat, a każdą cząsteczkę ściśle otula zabrany po drodze skrawek skóry komórki.

— Osłabiają błonę, ale dość łagodnie i w sposób kontrolowany. Wirusy obciążają komórki, ale ich nie zabijają. Wygląda też na to, że przeżywa mniej więcej jedna na dwadzieścia cząsteczek wirusa — wynik pięć razy lepszy niż w przypadku HIV.

Symulacja nagle skupiła się na molekułach tworzonych wraz z wirusami, otoczonych pakunkami zajmującymi się transportem wewnątrz komórki, zwanymi pęcherzykami. Wydostawały się wraz z nowymi cząsteczkami zakaźnymi. Oznaczone były jasnopomarańczowymi napisami: PGA? i PGE?

— Zatrzymaj, Fiono. — Kushner wskazała palcem pomarańczowe litery. — SHEVA nie przenosi wszystkiego, co konieczne do wywołania grypy Heroda. W zarażonych przez SHEVĘ komórkach odnajdujemy duże grudki białek, niekodowane przez SHEVĘ, niepodobne do niczego, co dotąd widziałam. A potem — grudka się rozpada i pojawiają się wszystkie te mniejsze białka, których nie powinno tam być.

— Szukaliśmy białek zmieniających nasze kultury komórek — powiedziała Bierce. — Jest ich naprawdę wiele. Dumaliśmy nad tym dwa tygodnie, a potem dla porównania część zakażonych komórek wysłaliśmy do komercyjnej biblioteki tkanek. Wydzielili nowe białka i znaleźli…

— To moja bajka, Fiono — wtrąciła się Kushner, grożąc palcem.

— Przepraszam — rzuciła Fiona, uśmiechając się nieśmiało. — To wielka uciecha, że mogliśmy dokonać tego tak szybko!

— Uznaliśmy w końcu, że SHEVA włącza gen w innym chromosomie. Ale jak? Szukaliśmy dalej… I uruchamiany przez SHEVĘ gen znaleźliśmy w chromosomie 21. Koduje wielobiałko, które nazwaliśmy LPC, od large protein complex, czyli wielki zespół białek. Wyjątkowy czynnik transkrypcyjny, który kontroluje ekspresję tego właśnie genu. Węszyliśmy za tym czynnikiem i natrafiliśmy na niego w genomie SHEVY. Zamknięta skrzynia ze skarbami w chromosomie 21, a niezbędny klucz do niej jest w wirusie. Są partnerami.

— Zadziwiające — powiedziała Kaye.

Bierce uruchomiła ponownie symulację, tym razem skupiając się na akcji w chromosomie 21 — tworzeniu nowego wielobiałka.

— No, Kaye — kochana Kaye, to wcale jeszcze nie koniec. Mamy tu zagadkę. Proteaza SHEVY rozcina w LPC trzy nowe cyklooksygenazy i lipooksygenazy, które następnie syntetyzują trzy różne i unikatowe prostaglandyny. Dwie z nich są dla nas nowe, naprawdę bardzo zadziwiające. Wszystkie wyglądają na bardzo silne. — Kushner wskazała piórem prostaglandyny wysyłane przez komórkę. — Tłumaczyłoby to wieści o poronieniach.

Kaye zmarszczyła w skupieniu brwi.

— Obliczyliśmy, że w pełni rozwinięte zakażenie SHEVA może dać dość nowych prostaglandyn, aby w ciągu tygodnia wywołać aborcję płodu u każdej ciężarnej kobiety.

— A gdyby jeszcze brakowało cudów — dopowiedziała Bierce, wskazując szeregi glikoprotein — zarażone komórki wytwarzają je jako produkty uboczne. Nie przebadaliśmy ich do końca, ale bardzo przypominają FSH i LH — hormon stymulujący pęcherzyk jajnikowy i hormon luteinizujący. Ponadto peptydy te okazują się hormonami wyzwalającymi.

— Starzy znajomi władcy losu kobiet — stwierdziła Kushner.

— Dojrzewanie i uwalnianie komórki jajowej.

— Dlaczego? — Zapytała Kaye. — Skoro właśnie spowodowały aborcję… Dlaczego wymuszają owulację?

— Nie wiemy, co uruchamiają najpierw. Może owulację, a potem aborcję — odparła Kushner. — Pamiętaj, to komórka wątroby! Nie zaczęliśmy jeszcze badać zarażenia w komórkach rozrodczych.

— To nie ma sensu!

— Stąd właśnie zagadka — powiedziała Kushner. — Czymkolwiek jest twój mały retrowirus endogenny, to na pewno nie czymś nieszkodliwym — przynajmniej dla nas, kobiet. Jakby został zaprojektowany tak, aby najeżdżać, przejmować i załatwiać do cna.

— I jesteście jedynymi, którzy to uzyskali? — Spytała Kaye.

— Zapewne — odparła Kushner.

— Posłaliśmy dzisiaj wyniki do NIH i Genome Project — powiedziała Bierce.

— I zawiadomiłyśmy ciebie — dodała Kushner, kładąc dłoń na ramieniu Kaye. — Nie chciałyśmy, abyś utknęła.

— Nie rozumiem. — Kaye zmarszczyła brwi.

— Nie bądź naiwna, kochana — powiedziała Kushner z troską w oczach. — Patrzymy być może na plagę biblijną. Wirus zabijający niemowlęta. Rzesze niemowląt. Ktoś mógłby uznać cię za posłańca. A wiesz, co spotyka posłańców przynoszących złe wieści.

14

Atlanta

Październik

Doktor Michael Voight na długich, pająkowatych nogach kroczył przed Dickenem korytarzem prowadzącym do baru dla pracowników.

— Dziwne, że pan pyta — powiedział. — Spotkaliśmy się z wieloma anomaliami położniczymi. Mieliśmy już o nich narady. Ale nie o herodzie. Spotykamy się z wszelkiego rodzaju zakażeniami, z grypą oczywiście też, nie mamy jednak jeszcze zestawów testów na SHEVĘ. — Lekko się odwrócił, aby zapytać: — Może kawy?

Szpital miasteczka olimpijskiego w Atlancie miał sześć lat, zbudowano go z funduszy miejskich i federalnych dla odciążenia innych ośrodków medycznych śródmieścia. Darowizny prywatne i specjalna rezerwa Komitetu Olimpijskiego uczyniły z niego jeden z najlepiej wyposażonych szpitali stanu, co przyciągnęło wielu najlepszych i najbystrzejszych młodych lekarzy, a także kilku niezadowolonych starszych. Świat publicznej służby zdrowia zalazł za skórę utalentowanym specjalistom, którzy w ostatnim dziesięcioleciu widzieli, jak ich dochody spadają na łeb, na szyję, a księgowi kontrolują zakres opieki nad pacjentami. Miasteczko olimpijskie przynajmniej szanowało specjalistów.

Voight wprowadził Dickena do baru i z wielkiego termosu z nierdzewnej stali nalał kubek kawy. Wyjaśnił, że z tego pomieszczenia mogą korzystać stażyści i pracownicy.

— Jest zwykle puste o tej porze nocy. Dla nas to najlepsza pora — ten czas wypychania życia i dostarczania na świat jego niefrasobliwych ofiar.

— Jakiego rodzaju anomalie? — Naciskał Dicken.

Voight wzruszył ramionami, wziął krzesło od stolika z twardego laminatu i podwinął długie jak u Freda Astaire'a nogi. Jego zielony strój lekarski zaszeleścił; był z grubego papieru, całkowicie jednorazowy. Dicken usiadł i ujął swój kubek. Wiedział, że kawa może go pobudzić, a przecież potrzebował skupienia i energii.

— Zajmuję się najtrudniejszymi przypadkami, a większości dziwacznych mi nie przydzielono. Ale w ostatnich dwóch tygodniach… Uwierzy pan, że siedem kobiet nie potrafi wyjaśnić swych ciąży?

— Zamieniam się w słuch — powiedział Dicken.

Voight wyciągnął ręce i odliczał przypadki na palcach.

— Dwie regularnie brały pigułki antykoncepcyjne, które jednak nie zadziałały… To może się zdarzać. Jedna zaś nie stosuje antykoncepcji, ale też twierdzi, że nie uprawiała nigdy seksu. I wie pan co?

— Co?

— Była virgo intacta. Przez miesiąc miała ciężkie krwotoki, przeszły, potem poranne mdłości, ustanie miesiączkowania, poszła do lekarza i usłyszała, że jest w ciąży, a tutaj dotarła, gdy wszystko się u niej pogorszyło. Nieśmiała dziewczyna, mieszkająca ze starszym mężczyzną, naprawdę szczególny związek. Upiera się, że nie dochodziło do seksu.

— Powtórne przyjście Pana? — Spytał Dicken.

— Proszę nie bluźnić. Należę do kościoła odnowy ewangelickiej — odparł Voight, zaciskając usta.

— Przepraszam — rzucił szybko Dicken.

Voight uśmiechnął się, prawie wybaczając.

— Potem przyszedł jej „staruszek” i opowiedział całą historię.

Okazuje się, że bardzo o nią dba, postanowił zdradzić nam prawdę, abyśmy mogli ją leczyć. Wpuszczała go do łóżka i pozwalała się o siebie ocierać… Ze współczucia, no wie pan. Tak zaszła w ciążę za pierwszym razem.

Dicken kiwnął głową. To nic szczególnie szokującego — jedna z wielu twarzy życia i miłości.

— Miała poronienie — ciągnął Voight. — Po trzech miesiącach wróciła jednak, znowu w ciąży. W drugim miesiącu. Przyjechał z nią starszy przyjaciel, mówił, że nie ocierał się o nią ani nic takiego, a wie, że nie miała innego mężczyzny. Wierzymy mu?

Dicken pochylił głowę w bok, uniósł brwi.

— Dzieją się tutaj różne dziwne rzeczy — powiedział łagodnie Voight. — To znaczy więcej niż zazwyczaj.

— Czy się na coś skarżyły?

— Na nic szczególnego. Przeziębienie, gorączka, lekkie bóle.

— Mamy chyba jeszcze trochę próbek w laboratorium, jeśli chce pan się im przyjrzeć. Czy był pan w Northside?

— Jeszcze nie — powiedział Dicken.

— Dlaczego nie śródmieście? Jest tam więcej materiałów dla pana.

Dicken pokręcił głową.

— Ile młodych kobiet ma niewytłumaczalną gorączkę, zakażenia niebakteryjne?

— Dziesiątki. To nic nadzwyczajnego. Testy przechowujemy najwyżej tydzień; jeśli nie wykazują bakterii, to je wyrzucamy.

— W porządku. Zobaczmy tkanki.

Dicken zabrał z sobą kawę, idąc za Voightem do windy. Laboratorium wykonujące biopsje i analizy było w podziemiu, zaledwie dwoje drzwi od kostnicy.

— Technicy kończą pracę o dziewiątej. — Voight zapalił światło i szybko przejrzał karty w małej stalowej szafce.

Dicken oglądał laboratorium: trzy długie, białe ławy ze zlewami, dwa wyciągi dymu, inkubatory, szafki z równo ustawionymi, pełnymi odczynników butelkami z brązowego i przejrzystego szkła, równie uporządkowane stosy standardowych zestawów testowych w wąskich pudełkach z pomarańczowej i zielonej tektury, dwie lodówki ze stali nierdzewnej i starsza biała zamrażarka; komputer połączony z drukarką atramentową, na której widniała kartka NIE DZIAŁA; zajrzał do pokoju za podzielonymi poziomo drzwiami: stały w nim stalowe regały na rolkach, jak zwykle pomalowane na szaro i pokryte kitem.

— Nie wprowadzili jeszcze tego do komputera; zajmuje nam to zwykle trzy tygodnie. Proszę spojrzeć, jeden został… Według procedury obecnie obowiązującej w szpitalu dajemy matkom wybór, mogą wziąć płód do przedsiębiorcy pogrzebowego i urządzić mu pogrzeb. To lepsze rozwiązanie. Zdarzają się jednak biedaczki bez pieniędzy, bez rodziny… Proszę. — Voight wziął kartę, poszedł na zaplecze, pokręcił kołem, znalazł na karcie numer półki.

Dicken czekał przy drzwiach. Voight wyłonił się ze słoikiem, podniósł go pod silniejsze światło w pokoju laboratoryjnym.

— Zły numer, ale jest tego samego rodzaju. Ma sześć miesięcy.

— Szukany przeze mnie może być jeszcze w zimnej solance. — Wręczył Dickenowi słoik i poszedł do pierwszej lodówki.

Dicken popatrzył na płód: dwanaście tygodni, wielkość mniej więcej kciuka, skurczony, maleńki, blady kosmita, któremu nie powiodło się poszukiwanie życia na Ziemi. Natychmiast zauważył anomalie. Kończyny to tylko guzki, a wokół nabrzmiałego brzuszka były wypukłości, jakich nigdy przedtem nie widział nawet u ciężko zniekształconych płodów.

Drobniutka twarzyczka wyglądała na niezwykle skurczoną i obojętną.

— Jest coś nie tak z układem kostnym — stwierdził Dicken, gdy Voight zamknął lodówkę i przyniósł inny płód w oszronionej szklanej zlewce owiniętej plastikową folią, ściśniętą gumową taśmą i oznaczoną przyklejoną taśmą karteczką.

— Mnóstwo kłopotów, bez najmniejszych wątpliwości — powiedział Voight, zamieniając słoje i patrząc na starszy okaz. — Bóg w każdej ciąży ustanawia małe posterunki kontrolne. Te dwa nie przeszły na nich sprawdzianu. — Znacząco uniósł wzrok w górę. — Z powrotem do żłobka w Niebiosach.

Dicken nie wiedział, czy przez Voighta przemawia szczere przekonanie, czy bardziej typowy cynizm lekarza. Porównał zimną zlewkę i słoik o temperaturze pokojowej. Oba płody miały dwanaście tygodni i były bardzo do siebie podobne.

— Czy mogę go zabrać? — Zapytał, podnosząc zimną zlewkę.

— Co, obrabować naszych studentów medycyny? — Skrzywił się Voight. — Proszę wypisać zapotrzebowanie, nazwać je pożyczką dla CDC, nie powinno być problemów. — Spojrzał znowu na słoik. — Coś szczególnego?

— Może — odparł Dicken. Czuł lekki smutek i podniecenie.

Voight podał mu lepiej zabezpieczony słoik oraz małe kartonowe pudełko, watę, kawałek lodu i zamykaną torebkę plastikową, pozwalającą trzymać okaz w chłodzie. Obaj przenieśli szybko płód parą drewnianych szpatułek i Dicken zakleił pudełko taśmą do pakowania.

— Jeśli będziecie mieli dalsze takie same, proszę mnie natychmiast zawiadomić, dobrze? — Poprosił.

— Jasne.

Potem Voight rzekł do niego w windzie:

— Wygląda pan trochę zabawnie. Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć z góry, jakieś drobne wskazówki, które pozwolą mi lepiej służyć ogółowi?

Dicken wiedział, że musi zachować pokerową twarz, uśmiechnął się więc do Voighta i pokręcił głową.

— Proszę śledzić poronienia — odpowiedział. — Zwłaszcza tego rodzaju. Wszelkie powiązania z grypą Heroda będą mile widziane.

Rozczarowany Voight wykrzywił usta.

— Na razie nic oficjalnego?

— Na razie — potwierdził Dicken. — Pracuję nad naprawdę śliską sprawą.

15

Boston

Złożona ze spaghetti i pizzy kolacja ze starymi kolegami Saula z MIT udała się doskonale. Saul poleciał po południu do Bostonu i spotkali się w Pagliacci. Prowadzona wczesnym wieczorem w mrocznej, starej restauracji włoskiej rozmowa sięgała od analizy matematycznej ludzkiego genomu po sposoby przewidywania skurczu i rozkurczu przepływu danych w Internecie.

Kaye zapchała się paluszkami chlebowymi i zieloną papryką, zanim jeszcze podano lasagne. Saul sięgnął po kromkę chleba z masłem.

Jedna ze sław MIT, doktor Drew Miller, pojawił się o dziewiątej, jak zawsze nieprzewidywalny, słuchając i wypowiadając zaledwie kilka uwag o najnowszym, prosto z pieca, wyczynie społeczności bakteryjnej. Saul chłonął uważnie słowa legendarnego badacza, specjalisty od sztucznej inteligencji i samoorganizujących się systemów. Miller przesiadał się kilka razy i w końcu klepnął po ramieniu starego kolegę z pokoju Saula, Derry'ego Jacobsa. Jacobs uśmiechnął się, wstał, aby znaleźć inne miejsce, a Miller opadł obok Kaye. Wziął paluszek chlebowy z talerza Jacobsa, popatrzył na nią szeroko otwartymi jak u dziecka oczami, wydął usta i powiedział:

— Naprawdę wkurzyłaś starych gradualistów.

— Ja? — Spytała Kaye ze śmiechem. — Dlaczego?

— Dzieciaki Ernsta Mayra obleje zimny pot, jeśli coś pojmą. Dawkins będzie następny. Mówię im od miesięcy, że potrzeba jedynie następnego ogniwa łańcucha, a dostaniemy pętlę sprzężenia zwrotnego.

Gradualizm to pogląd, że ewolucja postępuje małymi kroczkami, a mutacje kumulują się przez dziesiątki tysięcy, a nawet miliony lat, i są zwykle szkodliwe dla osobnika. Mutacje korzystne to te dające przewagę i zwiększające szanse na wykorzystywanie zasobów i rozmnażanie się. Ernest Mayr był błyskotliwym rzecznikiem tego poglądu. Richard Dawkins błyskotliwie opowiadał się za współczesną syntezą darwinizmu, a także opisał tak zwany gen samolubny.

Saul pochwycił te słowa i stanął za Kaye, nachylając się nad stołem, aby słuchać, co Miller ma do powiedzenia.

— Uważasz, że SHEVA daje nam pętlę? — Zapytał.

— Tak. Ciągły krąg związków między osobnikami w populacji, z wyłączeniem seksu. Nasz odpowiednik plazmidów w bakterii, ale oczywiście bardziej przypominający fagi.

— Drew, SHEVA ma tylko osiemdziesiąt kbp i trzydzieści genów — powiedział Saul. — Nie przenosi wiele informacji.

Kaye próbowała już z Saulem zmierzyć się z tą zagwozdką, zanim ogłosiła swój artykuł w „Virology”. Z nikim nie rozmawiali o szczegółach swych teorii. Teraz niezbyt się zdziwiła, że Miller zwrócił na to uwagę. Nie był uważany za postępowca.

— Nie muszą przenosić całej informacji — odparł Miller. — Wystarczy kod upoważnienia. Klucz. Nie znamy jeszcze wszystkich możliwości SHEVY.

Kaye zerknęła na Saula, po czym rzekła:

— Proszę nam powiedzieć, co ma pan na myśli, doktorze Miller.

— Proszę, mów mi Drew. To naprawdę nie jest moja dziedzina badań, Kaye.

— Taka ostrożność u ciebie to coś nowego, Drew — stwierdził Saul. — Wiemy też, że nie jesteś skromny.

Miller uśmiechnął się od ucha do ucha.

— No, pewno coś już podejrzewacie. Niewątpliwie twoja żona.

— Czytałem twoje prace o przemieszczających się elementach.

Kaye pociągnęła wodę z niemal pustej szklanki.

— Nigdy nie mamy pewności, co komu można mówić — szepnęła. — Możemy albo kogoś urazić, albo się z czymś wygadać.

— Nie martw się o pierwszeństwo myślenia — powiedział Miller. — Zawsze jest ktoś przed nami, ale zwykle nie kończy pracy. Tylko ktoś pracujący nieustannie dokonuje odkrycia. Dobrze pracujesz i piszesz dobre artykuły, a to już jest wielki skok.

— Nie jesteśmy pewni, że chodzi o ten wielki skok — odparła Kaye. — Może to tylko anomalia.

— Nie chcę nikogo zapędzać do nagrody Nobla — zapewnił Miller — ale SHEVA naprawdę nie jest organizmem chorobotwórczym. Tak długie ukrywanie się w ludzkim genomie, a potem uaktywnianie się jedynie dla wywołania łagodnej grypy nie ma sensu ewolucyjnego. Nie sądzisz, że SHEVA to tak naprawdę rodzaj ruchomego elementu genetycznego? Inicjator?

Kaye przypomniała sobie rozmowę z Judith o objawach, jakie może wywoływać SHEVA.

Miller chętnie ciągnął dalej, nie zważając na jej milczenie.

— Wszyscy uważają, że wirusy, a zwłaszcza retrowirusy, mogą być posłańcami ewolucji albo czynnikami ją uruchamiającymi, bądź też jedynie przypadkowymi bodźcami. Nawet po odkryciu, że niektóre wirusy mogą przenosić od żywiciela do żywiciela strzępy materiału genetycznego. Sądzę tylko, że powinnaś zadać siebie parę pytań, jeśli dotąd tego nie zrobiłaś. Co uruchamia SHEVĘ? Powiedzmy, że gradualizm umarł. Gdy tylko pojawia się nisza — nowy kontynent, meteor wyniszczający stare gatunki, następuje wybuch specjacji adaptacyjnej. Dzieje się to szybko, w niecałe dziesięć tysięcy lat; potem powraca stara, dobra równowaga, naruszana co jakiś czas. Gdzie tkwi ta cała możliwa zmiana ewolucyjna?

— Doskonałe pytanie — wtrąciła Kaye.

Oczy Millera zalśniły.

— Myślałaś o tym?

— Jak wszyscy — odparła. — Myślałam o wirusie i retrowirusie jako czynnikach nowości genomu. Wychodzi jednak na to samo.

— Może więc każdy gatunek ma panujący nad nim komputer biologiczny, swego rodzaju procesor, który sumuje wszystkie możliwe korzystne mutacje. Podejmuje decyzje, co, gdzie i kiedy ulegnie zmianie… Zgaduje, jeśli chcesz, w oparciu o stopień skuteczności wcześniejszych decyzji ewolucyjnych.

— Co uruchamia zmianę?

— Wiemy, że związane ze stresem hormony mogą wpływać na ekspresję genów. Owa biblioteka ewolucyjna możliwych nowych form…

Miller uśmiechnął się szeroko.

— Mów dalej — zachęcił.

— Reaguje na hormony wywoływane stresem — ciągnęła Kaye.

— Jeśli stres obejmuje dostateczną liczbę organizmów, wymieniają one sygnały, które osiągają rodzaj kworum, a wtedy uruchamiają algorytm genetyczny, który porównuje źródła stresu z listą adaptacji, przystosowań ewolucyjnych.

— Ewoluuje ewolucja — powiedział Saul. — Gatunki mające komputer adaptacyjny mogą się zmieniać szybciej i bardziej skutecznie niż zapóźnione stare gatunki, które nie kontrolują i nie wybierają swych mutacji, polegając tylko na przypadkowości.

Miller przytaknął.

— Dobrze. Jest to znacznie bardziej skuteczne niż pozwalanie jedynie na pojawianie się dowolnej mutacji dawnego typu, która przypuszczalnie zniszczy osobnika albo zaszkodzi populacji. Załóżmy, że ów adaptacyjny komputer genetyczny, ów procesor ewolucyjny, dopuszcza do działania jedynie niektóre rodzaje mutacji. Osobniki przechowują wyniki pracy tego procesora — które, jak sądzę, są… — Miller szukał pomocy u Kaye, machając ręką.

— Mutacjami gramatycznymi — podpowiedziała — wypowiedziami fizjologicznymi, które nie naruszają żadnej ważnej zasady strukturalnej organizmu.

Miller uśmiechnął się błogo, potem złapał się za kolano i zaczął powoli kołysać w przód i w tył. Jego wielka, kanciasta czaszka błyskała, chwytając czerwonawe światło lampy na suficie.

— Gdzie byłaby przechowywana informacja ewolucyjna — w genomie, holograficznie, w różnych miejscach u różnych osobników, może tylko w komórkach rozrodczych, albo… Gdzieś indziej?

— Etykietki są przechowywane w leżącym odłogiem odcinku genomu każdego osobnika — powiedziała Kaye, a potem ugryzła się w język. Miller — a w istocie i Saul — uważali pomysł za rodzaj jedzenia, które należy starannie pogryźć i przeżuć, zanim staje się pożywne. Kaye wolała mieć pewność, zanim coś powie. Poszukała na podorędziu przykładu. — Jak odpowiedź bakterii na udar cieplny albo przystosowanie się muszek owocowych do zmiany klimatu w ciągu jednego pokolenia.

— Ludzki materiał leżący odłogiem musi być jednak ogromny. Nasza złożoność jest znacznie większa aniżeli muszek owocowych — stwierdził Miller. — Może już to znaleźliśmy, ale nie wiemy, czym jest?

Kaye dotknęła ramienia Saula, pilne ostrzeżenie. Byli teraz znani z tego, że zgodnie podążają w jednym kierunku i nawet przy uczonym ze starej gwardii, takim jak Miller, gzie, którego ukąszenie skutecznie popędziło do zwycięstwa kilkanaście koni, nie czuła się dobrze, zdradzając swe najnowsze przemyślenia. Może się roznieść: Kaye Lang powiedziała tak a tak…

— Nikt jeszcze nie znalazł — odparła.

— O? — Rzucił Miller, wpatrując się w nią krytycznym okiem.

Kaye czuła się jak jeleń złapany w światła drogowe samochodu.

Miller wzruszył ramionami.

— Może nie. Moim zdaniem ulega ekspresji tylko w komórkach rozrodczych. Komórkach płciowych. Haploidalnych. Nie podlega ekspresji, nie zaczyna działać, jeśli nie nastąpi potwierdzenie przez inne osobniki. Feromony. Może kontakt wzrokowy.

— Uważamy inaczej — powiedziała Kaye. — Według nas odcinek odłogowy przenosi jedynie instrukcje dotyczące małych przekształceń prowadzących do nowych gatunków. Reszta szczegółów jest kodowana przez genom, zawierający standardowe instrukcje odnoszące się do wszystkiego poniżej tego poziomu… Przypuszczalnie działa równie dobrze u szympansów, jak i u nas.

Miller się skrzywił. Przestał się kolebać.

— Przez minutę musi mi się to pokłębić w głowie. — Spoglądał w ciemny sufit. — To ma sens. Minimum to ochrona planu, o którym wiadomo, że działa. A zatem te maleńkie zmiany przenoszone w odcinku odłogowym tworzą jednostki, dokonujące, jak sądzicie — zapytał — jednej zmiany naraz?

— Nie wiemy — odparł Saul. Złożył serwetkę leżącą obok talerza i trzepnął nią o dłoń. — I to wszystko, co możemy ci powiedzieć, Drew.

Miller uśmiechnął się szeroko.

— Rozmawiał ze mną Jay Niles. Uważa, że równowaga przerywana jest w modzie, a także, że to problem systemowy, sieciowy. Działa tu selektywna inteligencja sieci neuronowej. Nigdy nie ufałem zbytnio gadkom o sieciach neuronowych. Jedynie zaciemniają sprawę, pozwalają nie opisywać tego, co masz opisać. — Zupełnie nie owijając w bawełnę, dodał: — Chyba zdołałbym pomóc, jeśli zechcecie.

— Dzięki, Drew. Może zadzwonimy do ciebie — odparła Kaye — ale na razie chcielibyśmy mieć całą zabawę dla siebie.

Miller wymownie wzruszył ramionami, puknął się palcem w czoło i przeszedł w drugi koniec stołu, gdzie wziął kolejny paluszek chlebowy i wszczął następną rozmowę.

W samolocie lecącym na lotnisko La Guardia Saul opadł na swe miejsce.

— Drew nie ma pojęcia, bladego pojęcia.

Kaye podniosła wzrok znad numeru „Threads”, rozdawanego w samolocie.

— O czym? — Spytała. — Odniosłam wrażenie, że jest na dobrej drodze.

— Gdybyś ty, gdybym ja, gdyby ktokolwiek zajmujący się biologią mówił o swego rodzaju inteligencji kierującej ewolucją…

— Och. — Kaye wzdrygnęła się lekko. — Stare widmo witalizmu.

— Kiedy Drew mówił o inteligencji czy umyśle, nie miał oczywiście na myśli niczego posiadającego świadomość.

— Tak? — Rzuciła Kaye, rozkosznie zmęczona, pełna makaronu. Wepchnęła czasopismo do kieszeni pod rozkładanym stolikiem i odchyliła do tyłu siedzenie. — A co miał na myśli?

— Myślałaś już o sieciach ekologicznych.

— Nie była to moja najbardziej oryginalna praca — powiedziała Kaye. — I co pozwala nam to przewidzieć?

— Może nic — odparł Saul. — Ma jednak tę korzyść, że porządkuje moje myśli. Węzły, czyli neurony sieci tworzą wzory sieci neuronowej i przekazują zwrotnie do węzłów wyniki każdego działania sieci, co prowadzi do rosnącej sprawności każdego węzła i całej sieci.

— To na pewno jasne — zachmurzyła się Kaye.

Saul kiwał głowa z boku na bok, przyjmując jej krytykę.

— Jesteś bystrzejsza, niż będę kiedykolwiek, Kaye Lang. — Popatrzyła na niego uważnie i dostrzegła tylko to, co w nim podziwiała. Ogarnęły go idee; nie obchodziło go autorstwo, widział w nich jedynie nową prawdę. Oczy się jej zamgliły, przypomniała sobie z niemal bolesną wyrazistością uczucia, które Saul wzbudzał w niej w pierwszym wspólnym roku. Podbechtywał ją, zachęcał, pilił, dopóki nie zaczynała mówić wyraźnie i pojmować pełnego kręgu idei, hipotezy. — Wyklaruj to, Kaye. Jesteś w tym dobra.

No… — Skrzywiła się. — Tak właśnie działają również ludzki mózg, gatunek albo ekosystem. Jest to też najbardziej podstawowa definicja myśli. Neurony wymieniają mnóstwo sygnałów. Sygnały mogą się wzmacniać lub osłabiać, znosić się wzajemnie albo współdziałać w podejmowaniu decyzji. Dotyczą podstawowych czynności przyrody: współpracy i rywalizacji, symbiozy, pasożytnictwa, drapieżnictwa. Komórki nerwowe są węzłami mózgu, zaś w genomie węzłami są geny, rywalizujące i współpracujące, aby zostały odtworzone w następnym pokoleniu. Osobniki są węzłami gatunku, a gatunki węzłami ekosystemu.

Saul drapał się po policzku, patrząc na nią z dumą.

Kaye ostrzegawczo pokiwała palcem.

— Kreacjoniści wychyną zza węgła i zapieją z zachwytu, że nareszcie mówimy o Bogu.

— Każdy ma swój krzyż pański — westchnął Saul.

— Miller powiedział, że SHEVA zamyka pętlę sprzężenia zwrotnego poszczególnych organizmów — to znaczy poszczególnych istot ludzkich. Czyniłoby to z SHEVY rodzaj neuroprzekaźnika — mówiła dalej Kaye, zastanawiając się nad tym.

Saul przysunął się do niej, wspomagając się rękoma w opisywaniu mnóstwa idei.

— Przejdźmy do szczegółów. Ludzie współpracują ze sobą, tworząc społeczeństwo. Porozumiewają się seksualnie, chemicznie, ale także społecznie — poprzez mowę, pismo, kulturę. Cząsteczki i memy. Wiemy, że cząsteczki zapachowe, feromony, wpływają na zachowanie; kobiety w grupach razem osiągają ruję. Mężczyźni omijają krzesła, na których siedział inny mężczyzna; natomiast te same krzesła przyciągają kobiety. Odsiewamy tylko rodzaje sygnałów, jakie można wysyłać, rodzaje przekazów, środki mogące przenosić te przekazy. Podejrzewamy teraz, że nasze ciała wymieniają wirusy endogenne, zupełnie jak bakterie. Czy to naprawdę takie zaskakujące?

Kaye nie opowiedziała Saulowi o rozmowie z Judith. Nie chciała już teraz przyduszać ich radości, zwłaszcza że tak naprawdę mało jeszcze wiedziała, ale będzie musiało to nastąpić szybko.

Wyprostowała się w fotelu.

— A jeśli SHEVA ma różne cele? — Wysunęła domysł. — Czy może mieć także szkodliwe skutki uboczne?

— Wszystko w naturze może pójść źle — odparł Saul.

— A jeśli rzeczywiście poszło źle? Jeśli do ekspresji doszło przez pomyłkę, jeśli SHEVA utraciła całkowicie swe pierwotne cele i tylko wywołuje u nas chorobę?

— Niewykluczone. — Saul powiedział to w sposób wyrażający grzecznie brak zainteresowania. Jego myśli pozostały przy ewolucji.

— Naprawdę myślę, że powinniśmy popracować nad tym w przyszłym tygodniu i przygotować następny artykuł. Materiał jest już prawie gotowy — możemy omówić wszystkie przypuszczenia, dopisać ludzi z Cold Spring Harbor i Santa Barbara… Może nawet Millera. Nie można po prostu odrzucać oferty kogoś takiego jak Drew. Powinniśmy pogadać i z Jayem Nilesem. Uzyskać naprawdę solidną podstawę. Czy powinniśmy pójść dalej, wyłożyć pieniądze, zmierzyć się z ewolucją?

Owa możliwość tak naprawdę przerażała Kaye. Wyglądała na bardzo niebezpieczną. Kaye wolała dać Judith więcej czasu na sprawdzenie, do czego zdolna jest SHEVA. A bardziej rzeczowo, brakowało tu związku z ich podstawową działalnością, szukaniem nowych antybiotyków.

— Jestem zbyt zmęczona na myślenie — powiedziała. — Zapytaj mnie jutro.

Saul westchnął, rad nierad.

— Tyle zagadek, a tak mało czasu.

Kaye od lat nie widziała Saula równie energicznego i zadowolonego. Szybkim rytmem bił palcami po poręczy fotela i mruczał coś cicho do siebie.

16

Innsbruck, Austria

Sam, ojciec Mitcha, znalazł go w holu szpitalnym, z zapakowaną jedyną torbą i nogą w ciężkim opatrunku gipsowym. Zabiegi chirurgiczne poszły dobrze, bolce usunięto przed dwoma dniami, noga goiła się jak należy. Był właśnie wypisywany.

Sam pomógł Mitchowi wyjść na parking, niosąc jego torbę.

Odsunął do samego końca fotel pasażera w wynajętym oplu. Mitch niezdarnie wcisnął nogę, czując pewną niewygodę, i Sam wyjechał na ulicę w lekkim porannym ruchu. Jego ojcowskie oczy zerkały nerwowo w każdy zakątek.

— To nic w porównaniu z Wiedniem — powiedział Mitch.

— No tak, nie wiem, jak traktują cudzoziemców. Pewnie nie tak źle jak w Meksyku — odparł Sam. Ojciec Mitcha miał sztywne, brązowe włosy i mocno piegowatą, szeroką irlandzką twarz, wyglądającą na chętnie rozjaśniającą się uśmiechem. Sam uśmiechał się jednak rzadko, a w jego szarych oczach krył się błysk stalowego ostrza, którego Mitch nie zdołał nigdy zgłębić.

Mitch wynajął na skraju Innsbrucku mieszkanie z jedną sypialnią, ale nie był w nim od wypadku. Sam zapalił papierosa i zaciągał się nim pośpiesznie, gdy betonową klatką schodową wchodzili na pierwsze piętro.

— Bardzo ładnie zrobili ci nogę — powiedział Sam.

— Nie miałem wielkiego wyboru — odparł Mitch. Sam pomagał mu na zakrętach i ułatwiał opieranie się na kulach. Mitch znalazł klucze i otworzył drzwi. Małe, niskie mieszkanie o nagich betonowych ścianach nie było od tygodni ogrzewane. Zajrzał do łazienki i pojął, że będzie musiał przykucać nad muszlą pod kątem i dość wysoko; gips nie mieścił się między sedesem a ścianą.

— Będę musiał nauczyć się celować — powiedział ojcu po wyjściu z toalety. Wywołało to uśmiech Sama.

— Następnym razem wybieraj większą łazienkę. Jest tu ciasno, ale czysto — skomentował. Włożył ręce do kieszeni. — Twoja matka i ja mamy nadzieję, że wrócisz do domu. Chcielibyśmy.

— Pewnie wrócę na trochę — powiedział Mitch. — Jestem trochę jak zbity pies, tato.

— Bzdura — szepnął Sam. — Nic cię nigdy nie zbiło.

Mitch popatrzył na ojca obojętnie, potem okręcił się na kulach i spojrzał na złotą rybkę, którą przed miesiącami dostał od Tilde. Przyniosła małą szklaną kulę i trochę jedzenia i postawiła wszystko na półce w małej kuchni. Dbał o rybkę nawet po zerwaniu związku.

Ryba zdechła, teraz była tylko warstewką pleśni unoszącą się na wodzie wypełniającej kulę do połowy. Poziomy osadu z opadającej wskutek parowania wody znaczyły linie na szkle. Dość makabryczne.

— Cholera — rzucił Mitch. Zupełnie zapomniał o rybce.

— Co to? — Spytał Sam, patrząc na kulę.

— Reszta po związku, który omal mnie nie zabił — odparł Mitch.

— Całkiem dramatyczna.

— Całkiem rozczarowująca — poprawił Sama Mitch. — Może powinien to być rekin. — Podał ojcu carlsberga wyjętego z małej lodówki przy zlewie kuchennym. Wziął też piwo dla siebie i wypił jakąś jedną trzecią, chodząc po dużym pokoju.

— Masz tu jakieś niezałatwione sprawy? — Spytał Sam.

— Nie wiem — odparł Mitch, niosąc torbę do śmiesznie małej sypialni o nagich, betonowych ścianach i jednej lampie na suficie, wyposażonej w żebrowany klosz z przejrzystego szkła. Rzucił torbę na karimatę, wykręcił się niezdarnie na kulach, wrócił do dużego pokoju. — Chcą, abym pomógł im znaleźć mumie.

— No to niech opłacą ci przylot tutaj — powiedział Sam. — Wracamy.

Mitch pomyślał o sprawdzeniu automatycznej sekretarki. Licznik przyjętych wiadomości zatrzymał się na maksymalnej liczbie trzydziestu.

— Pora wracać do domu i odzyskać siły — nalegał Sam.

Brzmiało to całkiem rozsądnie. Wrócić do domu, gdy się ma trzydzieści siedem lat, pozwalać mamie gotować, tacie nauczać go wiązania muszek czy co tam zechce, odwiedzać ich przyjaciół, zostać znowu małym chłopcem, bez ponoszenia odpowiedzialności za nic nazbyt ważnego.

Mitch poczuł ucisk w brzuchu. Wcisnął guzik cofania taśmy automatycznej sekretarki. Gdy kręciła się na szpuli, zadzwonił telefon. Mitch podniósł słuchawkę.

— Przepraszam — powiedział po angielsku męski tenor. — Czy to Mitch Rafelson?

— Jak najbardziej — odparł Mitch.

— Powiem coś panu, a potem się pożegnamy. Może poznaje pan mój głos, ale… Nieważne. Znaleźli w jaskini pańskie ciała. Ludzie z Uniwersytetu w Innsbrucku. Bez pańskiej pomocy, jak sądzę. Nikogo jeszcze nie powiadomili, nie wiem dlaczego. Nie żartuję, to żaden kawał, Herr Rafelson.

Wyraźny stuk i połączenie zostało przerwane.

— Kto to był? — Zapytał Sarn.

Mitch prychnął i spróbował rozluźnić zaciśniętą szczękę.

— Gnojki — odpowiedział. — Kpią sobie ze mnie. Stałem się sławny, tato. Jestem sławnym, głupkowatym świrem.

— Bzdura — powtórzył Sam. Jego rysy stężały w niezadowoleniu i gniewie. Mitch patrzył na ojca z mieszaniną miłości i wstydu; to Sam najbardziej przejęty, najbardziej opiekuńczy. — Wyjdźmy z tej szczurzej nory — rzucił ojciec z odrazą.

17

Long Island, stan Nowy Jork

Kaye zrobiła Saulowi śniadanie tuż po wschodzie słońca. Wyglądał na przybitego, siedząc przy stole kuchennym z sękatej sosny i powoli sącząc z kubka czarną kawę. Wypił już trzy, niedobry znak. W dobrym nastroju — „dobry Saul” — nigdy nie przekraczał jednego kubka dziennie. Jeśli zacznie znowu palić…

Kaye wzięła jajecznicę i tost i usiadła przy mężu. Saul pochylał się, nie zważając na nią, i jadł powoli, starannie, między każdym kęsem pociągając kawę. Gdy skończył, skrzywił się i odsunął talerz.

— Niedobre jajka? — Zapytała spokojnie Kaye.

Rzucił jej długie spojrzenie i pokręcił głową. Poruszał się wolniej, kolejny nie najlepszy znak.

— Zadzwoniłem wczoraj do Bristol-Myers Squibb — powiedział. — Nie dobili targu z Lado i Eliawą, i najwyraźniej tego nie oczekują. W Gruzji dzieje się coś związanego z polityką.

— Może to dobre wieści?

Saul znowu pokręcił głową i przestawił krzesło w stronę drzwi na werandę i szarego poranka za nimi.

— Zadzwoniłem też do znajomego w Merck. Powiedział, że w Eliawie coś się szykuje, ale nie wie co. Lado Dżakeli przyleciał do Stanów i spotkał się z nimi.

Kaye urwała w połowie westchnienia i powoli, niesłyszalnie wypuściła powietrze. Znowu stąpa po cienkim lodzie… Ciało wie, jej ciało wiedziało. Saul znowu cierpi, bardziej, niż okazuje. Przechodziła to co najmniej pięć razy. W każdej chwili mógł znaleźć paczkę papierosów, zaciągnąć się mocną, gorzką nikotyną, aby uładzić jakoś chemię mózgu, choć nie znosił palenia, nie znosił tytoniu.

— No to… Zostaliśmy na lodzie — powiedziała.

— Jeszcze nie wiem — odparł Saul. Mrużył oczy w przelotnym promieniu słonecznym. — Nie wspomniałaś mi o grobie.

Kaye zapłoniła się jak dziewczę.

— Tak — przyznała zesztywniałym językiem — nie wspomniałam.

— Nie trafiło to też do gazet.

— Prawda.

Saul odsunął krzesło i chwycił krawędź stołu, wstał do połowy i wykonał serię pochylonych pompek z oczyma wbitymi w blat.

Kiedy skończył, po trzydziestu, usiadł znowu i wytarł twarz złożonym ręcznikiem papierowym, którego używał zamiast serwetki.

— Chryste, przepraszam, Kaye — powiedział ochrypłym głosem. — Czy wiesz, jak się przez to czuję?

— Przez co?

— Przez to, że moja żona przeszła takie rzeczy.

— Wiesz, że na SUNY studiowałam medycynę sądową.

— Mimo to czuję się dziwnie — powiedział Saul.

— Chcesz mnie chronić. — Kaye położyła swe dłonie na jego dłoniach, roztarła mu palce. Saul powoli cofnął rękę.

— Jesteś przeciwko wszystkiemu. — Saul zatoczył nad stołem szeroki, obejmujący cały świat gest. — Przeciwko okrucieństwu i porażce. Głupocie. — Mówił coraz szybciej. — To jest polityczne. Jesteśmy podejrzani. Wiążą nas z Organizacją Narodów Zjednoczonych. Lado nie może nas wybrać.

— Chyba nie taka jest polityka tam, w Gruzji — odparła Kaye.

— Co, pojechałaś z zespołem ONZ i nie pomyślałaś, że może to nam zaszkodzić?

— Jasne, że pomyślałam!

— Racja. — Saul przytaknął, teraz kiwał krzesłem w przód i w tył, jakby pozbywając się napięcia w karku. — Podzwonię jeszcze. Spróbuję się dowiedzieć, gdzie Lado ma spotkania. Najwyraźniej nie zamierza złożyć nam wizyty.

— No to zwiążmy się z ludźmi z Evergreen — powiedziała Kaye. — Mają duże doświadczenie, a niektóre z ich prac laboratoryjnych są…

— Za mało. Będziemy rywalizować z Eliawą i ich partnerem, ktokolwiek nim zostanie. Uzyskają patenty i pierwsi wyjdą z nimi na rynek. Zdobędą kapitał. — Saul potarł podbródek. — Mamy dwa banki, kilku wspólników i… Wielu ludzi oczekujących, że przypadnie to nam, Kaye.

Kaye wstała, ręce jej drżały.

— Przepraszam, ale tamten grób… To byli ludzie, Saulu. Ktoś musiał pomóc ustalić, jak umarli. — Wiedziała, że została zepchnięta do obrony, czuła przez to zmieszanie. — Byłam tam. Okazałam się przydatna.

— Pojechałabyś, gdyby ci nie kazali? — Spytał Saul.

— Nie kazali mi — odparła. — Nie musieli długo namawiać.

— Pojechałabyś, gdyby to nie było oficjalne?

— Jasne, że nie.

Saul wyciągnął rękę i znowu ją ujęła. Złapał jej palce w niemal bolesnym uścisku, potem jego powieki stały się ciężkie. Puścił palce, wstał, dolał sobie kawy.

— Kawa nie pomoże, Saulu — stwierdziła. — Powiedz, co z tobą. Jak się czujesz.

— Czuję się doskonale — zapewnił obronnie. — Lekarstwem, którego najbardziej potrzebuję, jest sukces.

— To nie ma nic wspólnego z interesami. Jest jak przypływ. Masz swoje przypływy do pokonania. Saul, sam mi tak mówiłeś.

Saul kiwał potakująco głową, ale nie patrzył na nią.

— Jedziesz dziś do laboratorium?

— Tak.

— Zadzwonię stąd, gdy się czegoś dowiem. Zwołaj na wieczór męskie zebranie z kierownikami zespołów w laboratorium. Zamów pizzę. Baryłkę piwa. — Mężnie starał się uśmiechać. — Potrzebujemy wyjść awaryjnych, i to szybko.

— Zobaczę, jak idzie nowa praca — powiedziała Kaye. Oboje wiedzieli, że obecne projekty, w tym także związane z bakteriocyną, przyniosą dochody najwcześniej za rok. — Jak szybko zostaniemy…

— Zostaw to zmartwienie mnie — odparł Saul.

Wyślizgnął się bokiem jak krab, kręcąc barkami w jedynym wyrazie samoironii, na jaki było go stać; objął ją jedną ręką, położył głowę na jej ramieniu. Gładziła go po włosach.

— Nie znoszę tego — powiedział Saul. — Naprawdę, naprawdę nie znoszę być taki.

— Jesteś bardzo silny, Saulu — szepnęła mu do ucha.

— Ty jesteś moją siłą — odparł i odsunął się, trąc policzek jak chłopczyk, którego pocałowano. — Kocham cię nad życie, Kaye. Wiesz o tym. Nie martw się o mnie.

Na chwilę w jego zmrużonych oczach pojawiło się zagubienie, zdziczenie, niemożliwe do ukrycia. Potem to minęło, opuścił ręce i wzruszył ramionami.

— Poradzę sobie, Kaye. Zwyciężymy. Muszę tylko zadzwonić tu i tam.

Debra Kim była szczupła, miała szeroką twarz i gładki czepiec cienkich, czarnych włosów. Mieszanej krwi europejskiej i azjatyckiej, była w spokojny sposób stanowcza. Doskonale porozumiewała się z Kaye, choć boczyła się na Saula i większość mężczyzn.

Odizolowanym laboratorium cholery w EcoBacter Kim kierowała stalową ręką w aksamitnej rękawiczce. Było to drugie pod względem wielkości w EcoBacter laboratorium i znajdowało się na poziomie 3, bardziej niż pracowników chroniąc superczułe myszy Kim, chociaż z cholerą nie ma żartów. Korzystało w swych badaniach z pozbawionych genetycznie systemu odpornościowego myszy odmiany SCID, co jest skrótem od severe combined immunodeficient, czyli ciężki złożony niedobór immunologiczny.

Kim zabrała Kaye do zewnętrznego gabinetu laboratorium i poczęstowała ją kawą. Kilka minut gawędziły sobie, patrząc przez szybę z czystego akrylu na ustawione wzdłuż jednej ściany specjalne sterylne pojemniki z tworzywa sztucznego i stali, mieszczące ruchliwe myszy.

Kim pracowała nad otrzymaniem skutecznej i opartej na fagach terapii zwalczającej cholerę. Myszom SCID przeszczepiono ludzkie tkanki jelitowe, których nie mogły odrzucić; stały się w ten sposób maleńkimi ludzkimi modelami zarażenia cholerą.

Projekt pochłonął setki tysięcy dolarów i niewiele dawał, ale Saul go nie zarzucał.

— Nicki z księgowości mówi, że zostały nam może trzy miesiące — rzuciła Kim bez ostrzeżenia, odstawiając kubek i uśmiechając się sztywno do Kaye. — Czy to prawda?

— Pewnie tak — odparła Kaye. — Trzy lub cztery. Chyba że zostaniemy partnerem Eliawy. Będzie to dostatecznie rajcowne, aby dać trochę nowego kapitału.

— Akurat — powiedziała Kim. — W zeszłym tygodniu odrzuciłam ofertę Procter & Gamble.

— Mam nadzieję, że nie spaliłaś za sobą mostów.

Kim pokręciła głową.

— Podoba mi się tutaj, Kaye. Wolę pracować z tobą i Saulem niż z prawie każdym innym. Nie staję się jednak coraz młodsza i chodzi mi po głowie bardziej ambitna praca.

— Jak nam wszystkim — stwierdziła Kaye.

— Jestem dość bliska leczenia dwukierunkowego — powiedziała Kim, podchodząc do akrylowej szyby. — Uzyskałam związek genetyczny endotoksyn z adhezynami. Cholerae przyczepiają się do naszych drobnych jelitowych komórek śluzowych i zmuszają je do picia. Ciało opiera się, wydalając błony śluzowe. Stąd rzadkie biegunki. Jestem w stanie stworzyć faga przenoszącego gen, który w bakteriach cholery przerywa produkcję fimbrii. Choć będą mogły wytwarzać toksyny, to nie fimbrie, a zatem nie zdołają łączyć się z komórkami śluzu w jelitach. Dostarczamy kapsułki z fagami do obszarów zarażonych cholerą, i już po wszystkim. Możemy je stosować nawet w programach leczenia wodą. Sześć miesięcy, Kaye. Jeszcze tylko sześć miesięcy i będziemy mogli przekazać lek do Światowej Organizacji Zdrowia po siedemdziesiąt pięć centów za dawkę. Zaledwie czterysta dolarów na całe zakłady oczyszczania wody. Przy bardzo skromnym zysku można co miesiąc ratować kilka tysięcy osób.

— Ciekawe — powiedziała Kaye.

— Po co wyznaczać na wszystko terminy? — Spytała Kim miękko, dolewając sobie herbaty.

— Twoja praca nie zostanie zmarnowana. Jeśli padniemy, zabierzesz ją z sobą. Przejdziesz do innej spółki. I weźmiesz myszy. Proszę.

Kim roześmiała się, potem skrzywiła.

— To z twojej strony nierozsądna szczodrość. Co z tobą? Zamierzasz postawić wszystko na jedną kartę i zostać z długami, albo ogłosić bankructwo i zacząć pracować dla Squibb? Łatwo znajdziesz posadę, Kaye, zwłaszcza jeśli się zgłosisz, zanim przeminie sława. Ale co z Saulem? Ta spółka to cale jego życie.

— Mamy różne opcje — odparła Kaye.

Zmartwiona Kim opuściła kąciki ust. Położyła dłoń na ramieniu Kaye.

— Wszyscy znają jego cykle — powiedziała. — Czy ta niepewność wpływa na niego?

Kaye na te słowa na wpół się wzdrygnęła, na wpół obruszyła, jakby otrząsając się z wszystkich przykrości.

— Nie mogę mówić o Saulu, Kim. Wiesz o tym.

Kim wzniosła ręce ku niebu.

— Chryste, Kaye, może powinnaś wykorzystać całą tę sławę na zwrócenie uwagi na spółkę, poszukiwanie funduszy. Zapewnienie nam jeszcze roku…

Kim miała bardzo małe pojęcie, jak działa biznes. Pod tym względem była nietypowa; większość badaczy zajmujących się biotechnologią w prywatnych przedsiębiorstwach bardzo interesuje się prowadzeniem interesów. Nie ma franków, nie ma potwora Frankensteina, usłyszała od jednego z kolegów.

— Nie zdołamy nikogo przekonać, aby wsparł nasz wniosek o fundusze publiczne — tłumaczyła. — SHEVA nie ma nic wspólnego z EcoBacter, w każdym razie nie teraz. A cholera to zmartwienie Trzeciego Świata. Nie rajcuje, Kim.

— Czyżby? — Kim pomachała rękoma z oburzeniem. — A co u diabła rajcuje dzisiaj wielki, stary świat biznesu?

— Sojusze, wielkie zyski i wartość giełdowa — odparła Kaye.

Wstała i postukała palcami w plastikową szybę blisko jednej z klatek z myszami. Myszy w środku wspinały się na ścianę i węszyły, kręcąc noskami. Poszła do Laboratorium nr 6, gdzie prowadziła większość badań. Prace nad bakteriocyną miesiąc temu przekazała kilku stażystom po doktoracie z Laboratorium nr 5. Z tego laboratorium korzystali teraz asystenci Kim, ale pojechali na konferencję do Houston i pomieszczenia były zamknięte, a światła zgaszone.

Gdy nie zajmowała się antybiotykami, jej ulubionym przedmiotem badań były kultury Henie 407, pochodzące z komórek jelitowych; korzystała z nich podczas żmudnych dociekań nad różnymi aspektami genomu ssaków i poszukiwań potencjalnie czynnego HERV. Saul ją do tego zachęcał, może niemądrze; mogłaby skupić się wyłącznie na badaniach bakteriocyny, ale Saul zapewniał ją, że ma złoty dotyk. Czego się tylko tknie, przyniesie to spółce korzyść.

A teraz zdobyła mnóstwo sławy, ale zero pieniędzy.

Przemysł biotechnologiczny w najlepszym razie nie zapomina. Może po prostu ona i Saul nie mają tego, co potrzeba.

Usiadła na środku laboratorium na obrotowym krześle, które jakoś straciło kółko. Przechyliła się w bok, z rękoma na kolanach i łzami spływającymi po policzkach. Uparty głosik z tyłu głowy powiedział jej, że tak dłużej być nie może. Ten sam głos stale ją ostrzegał, że dokonuje złych wyborów w życiu osobistym, ale nie potrafiła sobie wyobrazić, jak mogłaby postąpić inaczej. Saul mimo wszystko nie był jej wrogiem; daleko mu było do brutalnego czy agresywnego faceta, padł po prostu ofiarą tragicznej nierównowagi biologicznej. Jego miłość do niej pozostawała czysta.

Łzy wywołał w niej zdradziecki głos wewnętrzny, który przekonywał, że powinna wygrzebać się z tego bagna, rzucić Saula, zacząć od początku; nie będzie lepszej pory. Może dostać pracę w laboratorium uniwersyteckim, wystąpić o fundusze na odpowiadający jej czysty projekt badawczy, porzucić ten przeklęty i zbyt dosłowny wyścig szczurów.

Saul był jednak taki kochany, taki dobry, gdy wróciła z Gruzji. Najgorsze załamania Saula były próbami jej granic. Po jego próbach samobójczych — dwóch — była wyczerpana i rozgoryczona, bardziej, niż chciała to przyznać. Snuła fantazje o innych mężczyznach, spokojnych i normalnych, bliższych jej wiekiem.

Kaye nie wspomniała nigdy Saulowi o tych marzeniach, pragnieniach; zastanawiała się, czy sama nie powinna pójść do psychiatry, ale odrzuciła ten zamiar. Saul wydal na psychiatrów dziesiątki tysięcy dolarów, przeszedł pięć terapii lekami, przeżył całkowity zanik funkcji seksualnych i tygodnie niemożności jasnego myślenia. Cudowne leki na niego nie działały.

Co im zostanie, co jej zostanie z zapasów, jeśli fala znowu się odwróci i straci Dobrego Saula? Bycie przy Saulu w złych czasach zużyło już inne jej rezerwy — rezerwy duchowe, zyskane w dzieciństwie, kiedy słyszała od rodziców: Odpowiadasz za swoje życie, swoje postępowanie. Bóg obdarzył cię pewnymi talentami, pięknymi narzędziami…

Wiedziała, że jest dobra; kiedyś była samodzielna, silna, skupiona na sobie, i pragnęła poczuć się taka znowu.

Saul miał pozornie zdrowe ciało, takąż inteligencję i bystry umysł, a jednak się zdarzało, że nie z własnej winy nie potrafił panować nad swym życiem. Co wówczas sądził o Bogu i niewysłowionej duszy, o swoim ja? W jakże dużym stopniu sądy takie mogły być wypaczane substancjami chemicznymi…

Kaye nigdy nie znała się zbytnio na Bogu, na wierze; sceny zbrodni w Brooklynie nadwerężyły jej ufność we wszelkiego rodzaju religie bajkowe; nadwerężyły, a potem zmiotły.

Ostatnią jednak z duchowych mrzonek, ostatnią nitką wiążącą ją ze światem ideałów, było przekonanie, że może panować nad swym postępowaniem.

Usłyszała, że ktoś wchodzi do laboratorium. Włączyła światło. Zepsute krzesło zaskrzypiało, gdy się odwracała. To Kim.

— Tu jesteś! — Powiedziała pobladła Kim. — Wszędzie cię szukałam.

— Gdzie indziej mogłabym być? — Spytała Kaye.

Kim podała jej przenośny telefon.

— Z twojego domu.

18

Centers for Disease Control and Prevention, Atlanta

— Panie Dicken, to nie jest dziecko. Nie miało nigdy możliwości zostania dzieckiem.

Dicken podniósł wzrok znad fotografii i analiz poronień W Crown City. Sfatygowane stalowe biurko Toma Scarry’ego stało w głębi zatłoczonej terminalami komputerowymi salki o jasnoniebieskich ścianach, przylegającej do laboratorium patologii wirusowej w budynku nr 15. Blat biurka zaścielały dyskietki, zdjęcia, teczki z wydrukami. Scarry jakoś zdołał posortować swe projekty: w CDC należał do najlepszych analityków tkanek.

— No to czym jest? — Spytał Dicken.

— Na początku mogło być płodem, ale niemal wszystkie narządy wewnętrzne są mocno niedorozwinięte. Kręgosłup się nie zamknął — jednym z wytłumaczeń może być jego rozszczep, ale w tym przypadku całe wiązki nerwów odchodzą do masy pęcherzykowej w czymś, co gdzie indziej byłoby jamą brzuszną.

— Pęcherzykowej?

— Jakby jajnika, ale zawierającego jedynie z tuzin komórek jajowych.

Dicken ściągnął brwi. Miły południowy akcent Scarry/ego pasował do jego przyjacielskiej miny, ale uśmiech był smutny.

— Czyli… Byłaby to dziewczynka? — Spytał Dicken.

— Christopherze, ten płód poroniono, gdyż nigdy w życiu nie widziałem bardziej pochrzanionego materiału komórkowego. Aborcja była prawdziwym aktem łaski. Byłaby to może dziewczynka, ale coś bardzo złego zaszło w pierwszym tygodniu ciąży.

— Nie rozumiem…

— Głowa jest poważnie zniekształcona. Mózg to ledwo supełek tkanki na końcu skróconego rdzenia kręgowego. Nie ma żuchwy. Oczodoły są zwrócone na bok, jak u kotka. Czaszka przypomina bardziej lemura, ot co. Po pierwszych trzech tygodniach niemożliwe byłyby jakiekolwiek działanie mózgu. Po pierwszym miesiącu nie pojawiłby się żaden metabolizm. Ta rzecz stanowi narząd wymagający odżywiania, ale nie ma nerek, wątroba jest malutka, o żołądku i jelitach nie warto nawet wspominać… Rodzaj serca, ale znowu malutkiego. Kończyny to tylko drobne guzki. W sumie niewiele więcej niż jajnik z dostawą krwi. Skąd u diabła to pochodzi?

— Crown City Hospital — powiedział Dicken. — Ale tego nie rozpowiadaj.

— Mam buzię na kłódkę. Ile tego mieli?

— Kilka — odparł Dicken.

— Zacznę szukać dużego źródła teratogenów. Zapomnij o talidomidzie. Przyczyną jest istny koszmar.

— No. — Dicken przycisnął palcem kość nosową. — Ostatnie pytanie.

— Proszę. Potem wyrwiemy się stąd i wrócę do normalnego życia.

— Powiedziałeś, że to jajnik. Czy jajnik działający?

— Komórki jajowe były dojrzałe, jeśli o to pytasz. Jeden pęcherzyk wygląda na pęknięty. Mam to gdzieś… — Zerwał koszulki z kartek i wskazał, niecierpliwy i trochę zagniewany, bardziej na Naturę niż na mnie, pomyślał Dicken. — O, tutaj.

— Mamy więc płód, który owulował, zanim został poroniony? — Zapytał Dicken z niedowierzaniem.

— Wątpię, aby do tego doszło.

— Brakuje nam łożyska — zauważył Dicken.

— Jeśli je dostaniesz, nie przynoś mi — poprosił Scarry. — I tak już jestem wystraszony. Och… Jeszcze jedno. Doktor Branch podrzuciła rano swoją próbkę tkanki. — Scarry pchnął na biurku pojedynczą kartkę, wydostawszy ją delikatnie spośród reszty.

Dicken podniósł ją.

— Chryste.

— Myślisz, że dokonała tego SHEVA? — Spytał Scarry, poklepując analizę.

W tkance płodu Branch znalazła wysoki poziom cząsteczek SHEVY — dużo ponad milion na gram. Cząsteczki zalały płód, czy jak tam można nazwać to dziwactwo; nie było ich zupełnie jedynie w masie pęcherzykowej, w jajniku. Na dole strony dołączyła krótką notatkę.

Cząsteczki te zawierają poniżej 80. 000 nukleotydów pojedynczej nici RNA. Wszystkie wiążą się z mającym 12. 000+ kilodaltonów niezidentyfikowanym zespołem białkowym w jądrze komórki gospodarza. Genom wirusowy wykazuje znaczącą zgodność homologiczną z SHEVA. Pogadaj z moim zespołem. Chciałabym dostać świeższe próbki, aby przeprowadzić dokładne PCR i sekwencjonowanie. — No jak? — Spytał natarczywie Scarry. — SHEVA jest przyczyną, czy nie jest?

— Może — odparł Dicken.

— Czy Augustine dostał to, czego teraz potrzebuje?

Wieści rozchodzą się szybko przy Clifton Road 1600.

— Nie wygadaj nikomu, Tom — powiedział Dicken. — Bardzo cię proszę.

— Ni słówka, panie. — Scarry palcem jakby zamknął usta na zamek.

Dicken włożył raport i analizę do teczki i zerknął na zegarek. Szósta. Augustine mógł być jeszcze w swoim gabinecie.

Sześć dalszych szpitali w Atlancie i okolicach, część sieci Dickena, zgłosiło wysoki odsetek poronień, dających podobne szczątki płodów. Coraz więcej było badanych i u ich matek natrafiano na SHEVĘ.

To już coś, z czym naczelna lekarz na pewno zechce się zapoznać.

19

Long Island, stan Nowy Jork

Jasnożółty samochód straży pożarnej i czerwony pogotowia stały na żwirowym podjeździe. Błyskały obracające się czerwone i niebieskie lampy, rozświetlając popołudniowe cienie starego domu.

Kaye minęła wóz straży i z rozszerzonymi oczyma, wilgotnymi dłońmi i sercem w gardle zaparkowała przy karetce. Boże, Saul, nie teraz — powtarzała stale.

Chmury nadciągały od wschodu, przesłaniając popołudniowe słońce, wznosząc się szarą ścianą za jaskrawymi światłami ostrzegawczymi. Otworzyła drzwiczki samochodu, wysiadła i popatrzyła na dwóch strażaków, którzy obojętnie odwzajemnili jej wzrok.

Lekka, ciepła bryza łagodnie muskała jej włosy. Powietrze pachniało bliską wilgocią; wieczorem mogła rozpętać się burza.

Podszedł młody ratownik medyczny. Jego twarz wyrażała profesjonalną troskę, trzymał podkładkę do kartek.

— Pani Madsen?

— Lang — poprawiła. — Kaye Lang. Żona Saula. — Zdołała wziąć się w garść i po raz pierwszy dostrzegła samochód policyjny, stojący po drugiej stronie wozu straży pożarnej.

— Pani Lang, zadzwoniła do nas panna Caddy Wilson…

Caddy pchnęła drzwi frontowe i stanęła na ganku, za nią wyszedł policjant. Drzwi stuknęły za nimi, znajomy, miły odgłos stał się nagle złowieszczy.

— Caddy! — Kaye pomachała ręką.

Caddy zbiegła po schodkach, zaciskając przed sobą cienką bawełnianą spódniczkę, powiewały kosmyki jej bardzo jasnych włosów. Była pod pięćdziesiątkę, szczupła, miała silne, żylaste ręce i męskie dłonie, ładną, oddaną twarz, duże brązowe oczy patrzące na Kaye jednocześnie z troską i odrobiną przerażenia, jak u konia gotowego ponieść.

— Kaye! Po południu przyszłam do domu, jak zwykle…

Ratownik przerwał jej:

— Pani Lang, męża nie ma w domu. Nie znaleźliśmy go.

Caddy patrzyła na niego z urazą, jakby chciał ukraść jej opowieść.

— Dom wyglądał niewiarygodnie, Kaye. Krew…

— Pani Lang, może powinna pani najpierw porozmawiać z policją…

— Proszę! — Caddy wrzasnęła na ratownika. — Nie widzi pan, że jest przestraszona?

Kaye wzięła rękę Caddy i uciszała ją jak dziecko. Caddy wytarła przegubem oczy i pokiwała głową, dwukrotnie przełykając ślinę. Dołączył do nich policjant, wysoki i brzuchaty, o bardzo czarnej skórze, włosach gładko zaczesanych nad wysokim czołem i twarzy patrycjusza; miał mądre, zmęczone oczy o złotej twardówce. Pomyślała, że jest naprawdę wstrząśnięty, znacznie bardziej przejęty niż inni na podwórku.

— Pani… — Zaczął policjant.

— Lang — podsunął nazwisko ratownik.

— Pani Lang, pani dom jest jakby w stanie…

Kaye weszła po schodkach ganku. Zostawiała im rutynę i procedury. Musiała zobaczyć, co Saul zrobił, zanim pomyśli, gdzie może być, co mógł czynić po… Może czynić nawet teraz.

Policjant poszedł za nią.

— Czy mężowi zdarzały się już samookaleczenia, pani Lang?

— Nie — odparła Kaye przez zaciśnięte zęby. — Ogryzał paznokcie.

Dom były cichy, rozbrzmiewały tylko kroki innego policjanta, schodzącego po schodach. Ktoś otworzył okna salonu. Białe zasłony leżały na przeładowanej kanapie. Drugi policjant, po pięćdziesiątce, szczupły i blady, przygarbiony, z twarzą wiecznie wykrzywioną zmartwieniem, przypominał bardziej przedsiębiorcę pogrzebowego aniżeli koronera prowadzącego dochodzenie. Zaczął coś mówić, dalekimi i płynnymi słowami, ale Kaye minęła go, wspinając się schodami. Brzuchacz szedł za nią.

Saul bardzo szalał w sypialni. Szuflady były powyciągane, a ubrania porozrzucane wszędzie. Bez większego zastanowienia wiedziała, że szukał odpowiedniej bielizny, odpowiednich skarpetek, nadających się na jakąś specjalną okazję.

Popielniczkę na parapecie wypełniały niedopałki. Camele, bez filtra. Mocne. Kaye nie znosiła smrodu tytoniu.

Łazienka była lekko spryskana krwią. Wannę wypełniała do połowy różowa woda, czerwone ślady stóp wiodły od żółtej maty łazienkowej przez czarno-białą szachownicę kafelków do podłogi ze starego drewna tekowego i stamtąd do sypialni, gdzie urywały się resztki krwi.

— Teatralne — szepnęła, patrząc na lustro, na cienką mgiełkę krwi na szkle i zlewie. — Boże. Nie teraz, Saulu.

— Czy domyśla się pani, dokąd mógł się udać? — Zapytał brzuchaty policjant. — Czy zrobił to sobie sam, czy też to sprawka kogoś innego?

Niewątpliwie nie widziała niczego straszniejszego. Musiał ukrywać najgorszy ze swoich nastrojów, albo załamanie pogłębiało się w przerażającym tempie, blokując każdą odrobinę rozumu i odpowiedzialności. Nadejście silnej depresji opisał kiedyś jako długie, ciemne koce cienia zaciągane przez diabły o pociągłych twarzach i w pomiętych ubraniach.

— On, tylko on — powiedziała i zakasłała w kułak. Zadziwiające, ale nie czuła mdłości. Zobaczyła łóżko, porządnie zasłane, z białą kapą podciągniętą i równo złożoną pod poduszkami, Saul próbował znaleźć ład i sens w pociemniałym świecie. Stanęła przy kółku rozbryzganych kropelek krwi na drewnie obok nocnego stolika. — Tylko on.

— Pan Madsen czuje się czasami bardzo źle — powiedziała Caddy z drzwi sypialni; dłoń z długimi palcami leżała płaska i biała na ościeżnicy z ciemnego klonu.

— Czy pani mąż miewał próby samobójcze? — Spytał ratownik.

— Tak — odparła. — Nigdy tak paskudne.

— Wydaje się, że podciął sobie żyły w wannie — powiedział smętny i szczupły policjant. Kiwał z rozwagą głową. Kaye postanowiła nazywać go panem Zgonem, a drugiego panem Bykiem.

Panowie Byk i Zgon mogli tyle powiedzieć o domu, co i ona, a może więcej.

— Wyszedł z wanny — dodał pan Byk — i…

— Obwiązał sobie nadgarstki, jak Rzymianin próbujący przedłużyć pobyt na tym padole — ciągnął pan Zgon. Uśmiechnął się przepraszająco do Kaye. — Bardzo mi przykro.

— A potem musiał się ubrać i wyjść z domu.

Właśnie tak, pomyślała Kaye. Mają świętą rację.

Usiadła na łóżku, żałując, że nie jest z tych, co mdleją, odcinają się od wszystkiego, pozwalając działać innym.

— Pani Lang, może zdołamy odnaleźć pani męża…

— Nie zabił się — powiedziała. Szerokim gestem wskazała krew, korytarz i łazienkę. Szukała drobnej szczypty nadziei, myślała przez chwilę, że ją znalazła. — Zrobił źle, ale… Jak pan powiedział, sam to przerwał.

— Pani Lang… — Zaczął pan Byk.

— Trzeba go znaleźć i zabrać do szpitala — ciągnęła, a nagła możliwość, że uda się uratować Saula, załamała jej głos. Zaczęła cicho łkać.

— Nie ma łodzi — powiedziała Caddy.

Kaye wstała szybko i podeszła do okna. Uklękła na niskim parapecie i wyjrzała na małą przystań, wychodzącą ze skalistej ściany brzegu na szarozielone wody zatoki. Brakowało cumującej tam żaglówki.

Kaye wzdrygnęła się, jakby zmarzła. Mogła powoli zacząć się godzić z tym, co będzie. Dzielność i zaprzeczanie nie były już w stanie przeciwstawiać się krwi i rzeczom nie na miejscu, Saul odszedł pokręcony, opanowany przez Smutne/Złe, wypalony Saul.

— Nie widzę jej — powiedziała Kaye ostro, wpatrując się w lekko sfalowane wody. — Ma czerwony żagiel. Nie ma go tutaj.

Poprosili o opis żaglówki, zdjęcia, dostarczyła jedno i drugie. Pan Byk zszedł na dół, przez drzwi frontowe do samochodu.

Kaye towarzyszyła mu przez część drogi, po czym skręciła do salonu. Nie chciała zostawać w sypialni. Pan Zgon i ratownik zadawali następne pytania, ale udzieliła bardzo niewielu odpowiedzi.

Fotograf policyjny i pomocnik koronera ze swym sprzętem weszli po schodach na górę.

Caddy przyglądała się temu wszystkiemu najpierw czujna jak żuraw, potem zafascynowana niby kotek. Wreszcie objęła Kaye, coś jej mówiła, otrzymała automatyczną odpowiedź, że wszystko będzie dobrze. Caddy chciała odejść, ale nie mogła się do tego zmusić.

W tej chwili do pokoju wszedł pomarańczowy kot Crickson. Kaye podniosła go i głaskała, zastanowiła się nagle, czy coś widział, potem przestała nad tym myśleć i postawiła go łagodnie na podłogę.

Minuty zdawały się wlec jak godziny. Światło przygasło za oknami salonu, rozbijały się o nie krople deszczu. Wreszcie wrócił pan Byk, a wyszedł z kolei pan Zgon.

Caddy patrzyła, czując wyrzuty za swe przerażenie i zafascynowanie.

— Nie możemy posprzątać za panią — powiedział jej pan Byk. Wręczył wizytówkę. — To mała spółka. Zajmuje się sprzątaniem takich rzeczy. Nie jest tania, ale bardzo sprawna. Mąż i żona. Chrześcijanie. Mili ludzie.

Kaye kiwnęła głową i wzięła wizytówkę. Miała teraz dość tego domu; chciałaby zamknąć drzwi i wyjść z niego.

Caddy została jako ostatnia.

— Gdzie chcesz nocować, Kaye? — Spytała.

— Nie wiem — odparła.

— Możesz pojechać do nas, moja droga.

— Dziękuję ci — powiedziała Kaye. — Mam leżankę w laboratorium. Chyba tam się prześpię. Czy możesz zająć się kotami? Nie mogę… Myśleć o nich teraz.

— Oczywiście. Złapię je. Czy mam tu wrócić? — Zapytała Caddy. — Posprzątać… No wiesz? Po tamtych?

— Zadzwonię — odparła Kaye, znowu bliska załamania. Caddy objęła ją silnie, aż zabolało, a potem poszła po koty. Dziesięć minut później odjechała i Kaye została sama w domu.

Żadnej kartki, wiadomości, niczego.

Zadzwonił telefon. Jakiś czas nie podnosiła słuchawki, ale telefon nie milknął, a automatyczna sekretarka była wyłączona, może przez Saula. Może to Saul, pomyślała nagle, przeklęła siebie za przelotną, ostatnią nadzieję i natychmiast chwyciła za słuchawkę.

— Czy mam przyjemność z Kaye?

— Tak. — Ochryple. Odchrząknęła.

— Pani Lang, tu Randy Foster z AKS Industries. Muszę porozmawiać z Saulem. O umowie. Czy jest w domu?

— Nie, panie Foster.

Pauza. Niezręczna. Co powiedzieć? Co teraz mówić? I kim jest Randy Foster, o jaką umowę chodzi?

— Przepraszam. Proszę mu powiedzieć, że nasi prawnicy właśnie skończyli i tekst jest gotowy. Umowy zostaną przysłane jutro. Wyznaczyliśmy zebranie na czwartą. Czekam na panią, pani Lang.

Wymamrotała coś i odłożyła słuchawkę. Przez chwilę myślała, że teraz się załamie, naprawdę załamie. Zamiast tego powoli, z ogromną uwagą, weszła po schodach i do wielkiej walizki zapakowała ubrania, które powinny wystarczyć na cały tydzień.

Potem wyszła z domu i pojechała do EcoBacter. Budynek był prawie pusty w porze kolacji, a nie chciała nic jeść. Swoim kluczem otworzyła mały gabinet na uboczu, gdzie Saul wstawił leżankę z kocami, potem zawahała się chwilę przed pchnięciem drzwi. Wreszcie zrobiła to powoli.

Mały pokój bez okien był ciemny, pusty i chłodny. Pachniał porządkiem. Wszystko jak należy.

Kaye rozebrała się, weszła pod beżowy wełniany koc i sztywne białe prześcieradło.

Rankiem, wczesnym, przed świtem, obudziła się spocona, drżąca, nie chora, ale przerażona widmem swej nowej roli, roli wdowy.

20

Londyn

Reporterzy znaleźli wreszcie Mitcha na Heathrow. Jego ojciec, Sam, siedział naprzeciw syna przy stoliku w ogródku położonym wokół otwartego baru z owocami morza, a piątka dziennikarzy, dwie kobiety i trzej mężczyźni, stłoczyła się tuż za niską zaporą z plastikowych roślin, otaczającą miejsce dla jedzących, i zasypała Mitcha pytaniami. Zaciekawieni i zdenerwowani podróżni patrzyli na nich od innych stolików albo pchali obok wózki z bagażami.

— Czy to pan jako pierwszy stwierdził, że są prehistoryczni? — zapytała starsza kobieta, trzymająca w jednej ręce kamerę. Świadomie odsuwała czarne kosmyki pokrytych henną włosów, zerkała na lewo i prawo, wreszcie skupiła wzrok na Mitchu w oczekiwaniu na odpowiedź.

Mitch sięgnął po sałatkę z krewetkami.

— Czy sądzi pan, że mają jakiś związek z człowiekiem z Pasco w USA? — Spytał jeden z mężczyzn, licząc wyraźnie, że go sprowokuje.

Mitch nie potrafił odróżnić od siebie trójki mężczyzn. Wszyscy byli po trzydziestce, ubrani w pomięte czarne garnitury, trzymali notatniki do stenografowania i magnetofony cyfrowe.

— Był pańskim ostatnim niepowodzeniem, prawda?

— Czy deportowano pana z Austrii? — Rzucił inny mężczyzna.

— Ile zapłacili panu zmarli wspinacze, aby nie wydał pan ich tajemnicy? Ile chcieli dostać za mumie?

Mitch odchylił się i przeciągnął ostentacyjnie, a potem się uśmiechnął. Farbowana kobieta wiernie to zarejestrowała. Sam pokręcił głową i skulił się, jakby nadciągnęła burzowa chmura.

— Zapytajcie mnie o dziecko — powiedział Mitch.

— Jakie dziecko?

— Zapytajcie mnie o niemowlę. Zwykłe niemowlę.

— Ile miejsc pan splądrował? — Zapytała z uciechą farbowana.

— W jaskini, obok rodziców znaleźliśmy niemowlę — powiedział Mitch i wstał, z nieprzyjemnym zgrzytem odsuwając żeliwne krzesło. — Idziemy, tato.

— Świetnie — odparł Sam.

— Jakiej jaskini? Jaskini jaskiniowca? — Spytał mężczyzna w środku.

— Jaskiniowców — poprawiła go młodsza kobieta.

— Czy sądzi pan, że je porwali? — Zapytała farbowana, przesuwając językiem po ustach.

— Porwali niemowlę, zabili, zabrali do zjedzenia gdzieś w Alpy…

— Złapała ich burza, umarli! — Zapalał się mężczyzna z lewej strony.

— Co by to była za historia! — Rzucił trzeci mężczyzna od lewej.

— Pytajcie uczonych — powiedział Mitch i na kulach przepchał się do lady, aby zapłacić.

— Dawkują informacje, jakby chodziło o święte rozgrzeszenie! — Krzyknęła za nimi młodsza kobieta.

21

Waszyngton, Dystrykt Kolumbia

Dicken siedział obok Marka Augustine’a w gabinecie naczelnej lekarz kraju, doktor Maxine Kirby. Kirby była średniego wzrostu, krępa, o pięknych migdałowych oczach otoczonych czekoladową skórą mającą tylko kilka zmarszczek, choć dochodziła do sześćdziesiątki; zmarszczki te pogłębiły się jednak w ciągu ostatniej godziny.

Była jedenasta wieczór, dwukrotnie już omówili szczegóły. Laptop po raz trzeci wyświetlał automatyczny pokaz wykresów i opisów, ale tylko Dicken się temu przyglądał.

Frank Shawbeck, zastępca dyrektora National Institutes of Health, otworzył ciężkie, szare drzwi i wrócił do pokoju po wizycie w toalecie na korytarzu. Wszyscy wiedzieli, że Kirby nie lubi, jak inni korzystają z jej prywatnej łazienki.

Naczelna lekarz wpatrywała się w sufit, a Augustine rzucił Dickenowi szybkie, skryte spojrzenie pełne niezadowolenia. Bał się, że prezentacja nie była przekonująca.

Kirby uniosła rękę.

— Proszę, wyłącz to, Christopherze. Mózg mi się lasuje. — Dicken wcisnął w laptopie klawisz escape i wyłączył projektor. Shawbeck zapalił światła w gabinecie i wsadził ręce do kieszeni. Przyjął postawę lojalnego wsparcia, stając przy narożniku szerokiego biurka Kirby z drewna klonowego.

— Te statystyki miejscowe — powiedziała Kirby — wszystkie z sąsiednich szpitali, to silny punkt, dzieje się to w jednym miejscu… A jeszcze ciągle otrzymujemy sprawozdania z innych miast i stanów.

— Bez przerwy — potwierdził Augustine. — Staramy się zachowywać spokój, ale…

— Pojawiają się podejrzenia. — Kirby ujęła swój palec wskazujący, wpatrując się w spiłowany, pomalowany paznokieć. Paznokieć był niebieskozielony. Naczelna lekarz miała sześćdziesiąt jeden lat, ale na paznokcie kładła młodzieżowy lakier. — W każdej chwili mogą trafić do wiadomości. SHEVA to więcej niż ciekawostka.

— Jest tożsama z grypą Heroda. Herod wywołuje mutacje i poronienia. Nawiasem mówiąc, ta nazwa…

— Jest być może strzałem w dziesiątkę — uzupełnił Shawbeck.

— Kto ją ukuł?

— Ja — powiedział Augustine.

Shawbeck grał rolę psa łańcuchowego. Dicken widywał go już jako przeciwnika Augustine'a i nigdy nie wiedział, na ile był szczery.

— No, Franku, Marku, to ma być moją amunicją? — Zapytała Kirby. Zanim zdołali odpowiedzieć, zrobiła zadowoloną, mądrą minę, wydęła usta i powiedziała: — Jest cholernie groźna.

— Właśnie — przytaknął Augustine.

— Ale to nie ma sensu — ciągnęła Kirby. — Coś wyskakuje z naszych genów i wywołuje u dzieci potworność… Mają tylko jeden, ogromny jajnik? Mark, co to u licha jest?

— Nie znamy etiologii, pani doktor — odparł Augustine. — Mamy opóźnienia, jedynie minimalny zespół może pracować przy każdym pojedynczym projekcie takim jak ten.

— Prosimy o więcej pieniędzy, Mark. Wiesz o tym. Nie sprzyja nam jednak nastrój w Kongresie. Nie chcę być przyłapana na fałszywym alarmie.

— Biologicznie sprawa jest z najwyższej półki. Biologicznie to tykająca bomba — powiedział Augustine. — Jeśli wkrótce tego nie ogłosimy…

— Do cholery, Mark — rzucił Shawbeck — nie mamy bezpośredniego powiązania! Łapiący tę grypę mają pełno SHEVY we wszystkich tkankach, i to przez tygodnie! A jeśli wirusy są stare, słabe i zupełnie bez werwy? Pojawiają się — machnął ręką — bo jest mniej ozonu i wszyscy jesteśmy bardziej napromieniowani ultrafioletem, albo z innego powodu, tak jak na spierzchniętych wargach występuje opryszczka? Może są nieszkodliwe, może nie mają nic wspólnego z poronieniami?

— Nie uważam tego za przypadkową zbieżność — powiedziała Kirby. — Liczby są zbyt podobne. Chcę wiedzieć, dlaczego organizm nie zjada tych wirusów, nie pozbywa się ich?

— Ponieważ są uwalniane miesiącami w sposób ciągły — wyjaśnił Dicken. — Cokolwiek organizm z nimi robi, do ekspresji dochodzi stale w różnych tkankach.

— Jakich?

— Nie mamy jeszcze pewności — odparł Augustine. — Myślimy o szpiku kostnym i limfie.

— Nie ma żadnych oznak wiremii — powiedział Dicken. — Brakuje obrzmienia śledziony i węzłów chłonnych. Wirusy występują wszędzie, ale bez wywoływania skrajnych reakcji. — Nerwowo potarł podbródek. — Chciałbym poruszyć coś innego.

Naczelna lekarz popatrzyła na niego, a Shawbeck i Augustine, widząc jej skupienie, nic nie mówili.

Dicken przysunął się bliżej o kilka cali.

— Kobiety łapią SHEVE od stałych partnerów. Samotne — bez trwałych związków — jej nie dostają.

— To głupie — powiedział Shawbeck, krzywiąc się z odrazą. — Skąd u diabła choroba może wiedzieć, czy kobieta jest zaobrączkowana, czy nie? — Teraz to Kirby zmarszczyła brwi. Shawbeck przeprosił. — Wiesz przecież, o co mi chodzi — stwierdził obronnie.

— Wynika to ze statystyk — wskazał Dicken. — Sprawdziliśmy je bardzo starannie. Mężczyźni zakażają swe partnerki po dość długim kontakcie. Homoseksualiści nie czynią tego swoim partnerom. Przy braku stosunków heteroseksualnych nie dochodzi do zakażenia. Choroba jest przekazywana drogą płciową, ale selektywnie.

— Chryste — powiedział Shawbeck; Dicken nie potrafił stwierdzić, czy w jego głosie brzmi wątpliwość, czy przerażenie.

— Przyjmijmy to na razie — stwierdziła naczelna lekarz. — Dlaczego SHEVA pojawiła się teraz?

— Niewątpliwie SHEVA i ludzie są z sobą od dawna związani — odparł Dicken. — Może być ludzkim odpowiednikiem fagu lizogennego. W bakteriach fagi lizogenne ulegają ekspresji, kiedy bakteria jest stymulowana zagrożeniem jej życia — można to nazwać stresem. Może SHEVA reaguje na czynniki powodujące stres u ludzi. Przeludnienie. Warunki bytowe. Napromieniowanie.

Augustine rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.

— Jesteśmy cholernie bardziej złożeni od bakterii — stwierdził.

— Myślisz, że SHEVA pojawiła się teraz wskutek przeludnienia? — Spytała Kirby.

— Możliwe, ale nie w tym rzecz — odparł Dicken. — Fagi lizogenne mogą czasami pełnić funkcje symbiotyczne. Pomagają bakteriom przystosowywać się do nowych warunków, a nawet do nowych źródeł pożywienia czy otoczenia, wymieniając z nimi geny.

— A jeśli SHEVA pełni u nas jakąś pożyteczną rolę?

— Nie pozwalając na rozrost populacji? — Powątpiewał Shawbeck. — Stres od przeludnienia wywołuje ekspresję maleńkich specjalistów od aborcji? O rany.

— Może, nie wiem — odparł Dicken, nerwowo wycierając dłonie o spodnie. Kirby dostrzegła to, popatrzyła na niego zimno, trochę onieśmielająco.

— A kto wie? — Spytała.

— Kaye Lang — odparł.

Augustine zrobił mały ruch ręką, niewidoczny dla minister. Dicken stąpał po bardzo cienkim lodzie. Nie omawiali tego przedtem.

— Chyba natknęła się na SHEVĘ przed kimkolwiek innym — powiedziała Kirby. Otworzyła szerzej oczy, pochyliła się nad biurkiem i spojrzała na niego wyzywająco. — Skąd jednak, Christopherze, wiedziałeś… W sierpniu, w Gruzji? Odezwał się twój instynkt łowiecki?

— Czytałem jej artykuły — odparł Dicken. — Pisze bardzo fascynujące rzeczy.

— Ciekawe. Po co Mark wysłał cię do Gruzji i Turcji? — Zapytała Kirby.

— Rzadko wysyłam Christophera gdziekolwiek — odpowiedział Augustine. — Ma węch wilka, kiedy szuka godnego nas łupu.

Kirby wpatrywała się w Dickena.

— Nie bądź taki skromny, Christopherze. Mark kazał ci węszyć za groźną chorobą. Podziwiam to — przypomina medycynę profilaktyczną zastosowaną w polityce. A w Gruzji z panią Kaye Lang spotkałeś się przypadkiem?

— W Tbilisi jest biuro CDC — wtrącił Augustine, starając się pomóc.

— Którego pan Dicken nie odwiedził, choćby w celach towarzyskich — powiedziała naczelna lekarz, ściągając brwi.

— Szukałem jej. Podziwiam jej pracę.

— I nic jej nie powiedziałeś.

— Nic ważnego.

Kirby odchyliła się do tyłu w fotelu i spojrzała na Augustine'a.

— Czy możemy ją ściągnąć? — Spytała.

— Ma jakieś kłopoty — odparł Augustine.

— Jakiego rodzaju? — Pytała dalej.

— Zaginął jej mąż, może popełnił samobójstwo — wyjaśnił Augustine.

— Było to ponad miesiąc temu — powiedział Dicken.

— Chyba ma i inne kłopoty. Zanim zniknął, mąż, aby mieć na spłatę kapitału wysokiego ryzyka sprzedał ich spółkę bez jej wiedzy, o czym najwidoczniej nie miała pojęcia.

Dicken nie słyszał o tym. Najwyraźniej Augustine sam zasięgnął języka o Kaye Lang.

— Jezu — powiedział Shawbeck. — Czyli jest wrakiem człowieka i zostawiamy ją w spokoju, dopóki nie dojdzie do siebie?

— Skoro jest potrzebna, to nie — stwierdziła Kirby. — Panowie, nie podoba mi się to. Nazwijcie to kobiecą intuicją, skutkiem działania jajników i tak dalej. Chcę wszystkich specjalistów, Mark, jakich możemy zdobyć.

— Zadzwonię do niej. — Augustine poddał się wyjątkowo szybko jak na niego. Czuł pismo nosem, dostrzegał, skąd wieje wiatr. Dicken trafił dobrze.

— Dzwoń — powiedziała Kirby, okręcając się w fotelu, aby spojrzeć prosto na Dickena. — Christopher, na miłość boską, ciągle myślę, że coś ukrywasz. Co takiego?

Dicken uśmiechnął się i pokręcił głową.

— Nic ważnego.

— Tak? — Kirby uniosła brwi. — Najlepszy specjalista od wirusów w NCID? Mark powiedział, że wierzy w twój nos.

— Czasami Mark jest niestety zbyt szczery — stwierdził Augustine.

— No — przyznała Kirby. — Christopher też powinien być szczery. Co powiedział ci twój nos?

Dicken był trochę zaniepokojony pytaniem naczelnej lekarz, nie chciał odkrywać swoich kart, dopóki były jeszcze słabe.

— SHEVA jest bardzo, bardzo stara — ustąpił.

— I?

— Nie mam pewności, czy to choroba.

Shawbeck prychnął szybko, z powątpiewaniem.

— Mów dalej — zachęcała Kirby.

— To dawny składnik biologii człowieka. Jest w naszym DNA tak długo, jak istnieje człowiek. Może robi to, co powinna.

— Zabijać dzieci? — Rzucił zgryźliwie Shawbeck.

— Regulować jakieś szersze funkcje na poziomie gatunku.

— Pozostańmy na twardym gruncie — wtrącił szybko Augustine. — SHEVA to herod. Powoduje poważne uszkodzenia dzieci i poronienia.

— Powiązanie jest według mnie silne — powiedziała Kirby.

— Pewnie mogę to sprzedać prezydentowi i Kongresowi.

— Zgadzam się — przystał Shawbeck. — Choć z głębokimi obawami. Zastanawiam się, czy cała ta tajemnica nie zepchnie nas czasem z drogi i nie sprawi, że ugryziemy się w tyłek.

Dicken poczuł odrobinę ulgi. O mało nie przegrał w przedbiegach, ale zdołał zachować na później asa; ślady SHEVY w zwłokach z Gruzji. Otrzymał właśnie wyniki od Marii Konig z Uniwersytetu Stanu Waszyngton.

22

Nowy Jork

Siedząc w fotelu z ciemnobrązowej skóry w gabinecie z kosztowną okładziną, Kaye zastanawiała się, dlaczego wysoko opłacani prawnicy ze Wschodniego Wybrzeża wybrali tak eleganckie i ponure otoczenie. Palcami przyciskała na poręczy mosiężne główki gwoździ tapicerskich.

Prawnik reprezentujący AKS Industries, Daniel Munsey, stał przy biurku J. Roberta Orbisona, od trzydziestu lat prawnika rodziny Lang.

Ojciec i matka Kaye zmarli przed pięciu laty i ta nie płaciła odtąd Orbisonowi za gotowość. Po zniknięciu Saula oraz oszałamiających wieściach z AKS i od radcy prawnego EcoBacter, wchłanianego teraz przez AKS, w szoku zwróciła się do Orbisona. Przekonała się, że jest przyzwoity i opiekuńczy, powiedział też, że nie weźmie od niej więcej, niż przez trzydzieści lat brał od pana i pani Lang.

Orbison był chudy jak szczapa, miał haczykowaty nos, łysą czaszkę, plamy od starości na całej głowie i policzkach, wąsy przykrywające pieprzyki, drżące, wilgotne usta, wodniste, niebieskie oczy, ale nosił piękny, modny garnitur w prążki z szerokimi klapami i krawat niemal całkowicie wypełniający wycięcie kamizelki.

Munsey miał trochę ponad trzydzieści lat, był przystojny w mroczny sposób, mówił łagodnie. Nosił gładki tabaczkowy garnitur z wełny i znał się na biotechnologii prawie tak jak ona; pod pewnymi względami lepiej.

— AKS może nie być odpowiedzialne za niepowodzenia pana Madsena — powiedział Orbison mocnym, łagodnym głosem — ale w tych okolicznościach sądzimy, że pańska spółka powinna mieć wzgląd na panią Lang.

— Wzgląd pieniężny? — Munsey uniósł ręce w zdumieniu.

— Saul Madsen nie zdołał namówić swoich inwestorów do dalszego finansowania spółki. Najwyraźniej skupił się na umowie z grupą badawczą z Gruzji. — Pokręcił ze smutkiem głową. — Moi klienci wykupili inwestorów. Ich cena jest bardziej niż przyzwoita, zważywszy na to, co stało się później.

— Kaye włożyła mnóstwo pracy w przedsiębiorstwo. Rekompensata za własność intelektualną…

— Wniosła wielki wkład w naukę, ale nie w żaden produkt, z którym potencjalny nabywca mógłby wejść na rynek.

— Na pewno należy się jej jednak rekompensata za wkład w renomę nazwy EcoBacter.

— Pani Lang nie była prawnym współwłaścicielem. Saul Madsen wyraźnie uważał żonę jedynie za pracownika na szczeblu kierowniczym.

— To godny pożałowania błąd, że pani Lang o to nie zadbała — przyznał Orbison. — Ufała mężowi.

— Uważamy, że ma prawo do tego, co pozostanie ze wspólnego majątku. EcoBacter po prostu nie wchodzi już w jego skład.

Kaye odwróciła wzrok.

Orbison spuścił oczy na pokryty szkłem blat biurka.

— Pani Lang jest sławnym biologiem, panie Munsey.

— Panie Orbison, pani Lang, AKS Industries kupuje i sprzedaje przynoszące zyski firmy. Po śmierci Saula Madsena EcoBacter przestał przynosić zyski. Nie ma cennych patentów ani powiązań z innymi spółkami czy instytucjami, które można by renegocjować poza naszą kontrolą. Jedyny produkt, który może trafić na rynek, lek na cholerę, jest w istocie własnością tak zwanego pracownika. Pan Madsen był zdumiewająco szczodry w umowach.

— Będziemy szczęśliwi, jeśli majątek trwały pokryje dziesięć procent naszych kosztów. Pani Lang, nie możemy nawet wypłacić pensji za ten miesiąc. Nie ma niczego do kupienia.

— Sądzimy, że w ciągu pięciu miesięcy, wykorzystując swą sławę, pani Lang zdoła zebrać grupę solidnych sponsorów i wznowić pracę EcoBacter. Lojalność pracowników jest bardzo wysoka. Wielu podpisało zobowiązania dalszej pracy dla Kaye i pomocy w odbudowie spółki.

Munsey ponownie podniósł ręce: akurat.

— Moi klienci postępują zgodnie ze swym wyczuciem. Być może pan Madsen powinien był sprzedać swą spółkę firmie innego rodzaju. Przy całym szacunku dla pani Lang, a nikt nie ceni jej bardziej niż ja, nie prowadziła ona żadnej pracy, która przynosiłaby natychmiastowe korzyści handlowe. Biotechnologia to dziedzina bardzo konkurencyjna, jak pani wie, pani Lang.

— Przyszłość jest taka, jaką zdołamy ją stworzyć, panie Munsey — odparła Kaye.

Munsey ze smutkiem pokręcił głową.

— Ma pani moje poparcie, pani Lang, ale jestem tylko małym żuczkiem. Pozostali w firmie… — Urwał.

— Dziękuję, panie Munsey — powiedział Orbison i zrobił z dłoni daszek, pod którym schował swój długi nos.

Munsey wyglądał na zamurowanego tą odprawą.

— Bardzo mi przykro, pani Lang. Mamy nadal kłopoty z zamknięciem gwarancji i zakończeniem negocjacji z towarzystwem ubezpieczeniowym, wynikające ze sposobu zniknięcia pana Madsena.

— Nie wróci, jeśli o to się pan martwi — powiedziała Kaye łamiącym się głosem. — Znaleźli go, panie Munsey. Nie wróci, nie pośmieje się z nas i nie powie mi, jak mam sobie radzić w życiu.

Munsey patrzył na nią uważnie.

Nie mogła przestać. Tryskała słowami.

— Znaleźli go na skałach w Long Island Sound. Był w strasznym stanie. Zdołałam go rozpoznać jedynie po obrączce.

— Ogromnie mi przykro, nie wiedziałem — powiedział Munsey.

— Ostateczna identyfikacja nastąpiła dziś rano — powiadomił go spokojnie Orbison.

— Tak bardzo mi przykro, pani Lang.

Munsey wycofał się i zamknął za sobą drzwi.

Orbison patrzył na nią w milczeniu.

Kaye wytarła oczy wierzchem dłoni.

— Nie miałam pojęcia, ile dla mnie znaczy, jak bardzo staliśmy się jednym mózgiem, pracując razem. Myślałam, że mam swój umysł i swoje życie… A teraz jest zupełnie inaczej. Czuję się mniej niż połową człowieka. Saul nie żyje.

Orbison kiwał głową.

— Po południu wracam do EcoBacter i odprawię małą żałobę ze wszystkimi ludźmi. Powiem im, że mogą szukać pracy i że będę tu, aby ich wspierać.

— Jesteś mądra i młoda. Uda ci się, Kaye.

— Wiem, że się uda! — Powiedziała z zapałem. Uderzyła pięścią w kolano. — Do licha z nim… Drań. Gnojek! Nie miał prawa, do diabła!

— Żadnego prawa, do diabła — przytaknął Orbison. — To podła i tania sztuczka zwalać wszystko na kogoś takiego jak ty. — Jego oczy lśniły ogniem gniewu i współczucia, który mógł się przenieść na salę sądową; płonął emocjami jak zardzewiała lampa biwakowa firmy Coleman.

— Jasne. — Rozglądała się dziko po pokoju. — O Boże, będzie tak ciężko. A wiesz, co jest w tym najgorsze?

— Co, moja droga? — Spytał Orbison.

— Cząstka mnie jest zadowolona — odparła Kaye i zaczęła łkać.

— No, no — powiedział Orbison, znowu stary i zmęczony.

23

Centers for Disease Control and Prevention, Atlanta

— Mumie neandertalskie — powiedział Augustine. Przeszedł szybko mały gabinet Dickena i rzucił na jego biurko zwiniętą gazetę. Czas biegnie. Nie tylko „Time”, ale i „Newsweek”.

Dicken odsunął plik kopii wyników sekcji zwłok niemowląt i płodów, przeprowadzonych w ostatnich dwóch miesiącach w Northside Hospital w Atlancie, i wziął gazetę. To „Atlanta Journal-Constitution”, a nagłówek brzmiał: „Para z lodu potwierdzona jako prehistoryczna”.

Przeczytał artykuł bez większego zainteresowania, tylko z grzeczności, i spojrzał na Augustine'a.

— W Waszyngtonie robi się gorąco — powiedział dyrektor. — Poprosili mnie o zorganizowanie zespołu specjalnego.

— Pokierujesz nim?

Augustine przytaknął.

— To dobra wiadomość — powiedział Dicken ostrożnie, czując nadciągającą burzę.

Augustine popatrzył nań surowo.

— Wykorzystaliśmy zebrane przez ciebie statystyki, napędziły prezydentowi stracha jak diabli. Naczelna lekarz pokazała mu jeden z poronionych płodów. Oczywiście na zdjęciu. Mówi, że nigdy nie widziała go równie przejętego sprawą służby zdrowia. Chce, abyśmy ogłosili wszystko z pełnymi szczegółami. „Umierają dzieci” powiedział. „Jeśli można coś poradzić, poradźcie, i to zaraz”.

Dicken czekał cierpliwie.

— Doktor Kirby uważa, że może to być operacja na całego.

— Może przynieść dodatkowe fundusze, a jeszcze większe sumy na współpracę międzynarodową.

Dicken przygotowywał się do okazania współczucia.

— Nie chcą mnie rozpraszać, dlatego nie ja mam wystąpić w jej imieniu. — Oczy Augustine'a stały się świdrujące, twarde.

— Shawbeck?

— Dostał, co chciał. Prezydent wtrącił jednak swoje trzy grosze. Jutro będzie konferencja prasowa o grypie Heroda. „Wojna na wszystkich frontach z międzynarodowym zabójcą”. Lepsza niż choroba Heinego-Medina, a politycznie to strzał w dziesiątkę, inaczej niż AIDS.

— Całowanie i uszczęśliwianie dzieci?

Augustine nie uznał tego za zabawne.

— Cynizm do ciebie nie pasuje, Christopherze. Jesteś idealistą, pamiętasz?

— Wszystko przez naładowaną atmosferę — powiedział Dicken.

— No. Mam najpóźniej jutro w południe przedstawić do zatwierdzenia przez Kirby skład zespołu i jako pierwszego wybieram oczywiście ciebie. Pogadam wieczorem z ludźmi z NIH i z kilkoma łowcami głów naukowców z Nowego Jorku. Dyrektor każdej agencji będzie chciał wziąć w tym udział. Moja praca to po części rzucanie im ochłapów, którymi będą się mogli zajmować, zanim spróbują się zmierzyć z całym problemem. Czy możesz złapać Kaye Lang i powiedzieć jej, że będzie na liście?

— Tak — odparł Dicken. Serce biło mu mocno. Ledwo mógł oddychać. — Sam chciałbym wskazać parę osób.

— Mam nadzieję, że nie całą armię.

— No skądże.

— Potrzebuję zespołu — powiedział Augustine — a nie warcholskiej bandy wasali. Żadnych primadonn.

Dicken się uśmiechnął.

— A kilka diw?

— Jeśli będą śpiewały w chórze. Pora na hymn narodowy. Potrzebuję dyskretnego sprawdzenia, czy nie będzie czegoś śmierdzącego. Martha i Karen z kadr zajmą się tym dla nas. Żadnych wywrotowców i zapaleńców. Żadnych kotów chodzących swoimi drogami.

— Jasne — powiedział Dicken. — Ale to wyłącza mnie.

— Mały geniusz. — Augustine poślinił palec i odhaczył nim coś w powietrzu. — Dopuszczam tylko jednego. Sprawa rządowa. Bądź O szóstej w moim biurze. Przynieś kilka papierowych kubków pepsi kubełek lodu z laboratorium, czystego lodu, dobrze?

24

Long Island, stan Nowy Jork

Gdy Kaye parkowała swój samochód, przed głównym wejściem do EcoBacter stały trzy wozy do przeprowadzek. Minęła dwóch mężczyzn, wiozących obok recepcji lodówkę laboratoryjną z nierdzewnej stali. Inny oceniał wagę licznika mikropłytek, a za nim czwarty niósł komputer osobisty. EcoBacter był śmiertelnie podgryzany przez mrówki.

To właściwie bez znaczenia. I tak nie została mu już ani jedna kropla krwi.

Poszła do swego gabinetu, jeszcze nietkniętego, i zamknęła za sobą drzwi na cztery spusty. Siedząc na niebieskim fotelu biurowym — wartym z dwieście dolców, bardzo wygodnym — włączyła komputer na biurku i zalogowała się na stronie pośrednictwa pracy Międzynarodowego Stowarzyszenia Firm Biotechnologicznych.

Przedstawiciel w Bostonie powiedział jej prawdę. Co najmniej czternaście uniwersytetów i siedem spółek było nią zainteresowanych. Przejrzała oferty. Stały etat, zorganizowanie od początku i kierowanie małym laboratorium badań wirusowych w New Hampshire… Profesor nauk biologicznych na prywatnej uczelni w Kalifornii, szkoła chrześcijańska, Południowych Baptystów…

Uśmiechnęła się. Z UCLA School of Medicine była oferta pracy z uznanym profesorem genetyki — brak nazwiska — w zespole badawczym zajmującym się chorobami dziedzicznymi i ich związkami z aktywacją prowirusów. Zaznaczyła ją.

Po piętnastu minutach odchyliła się do tyłu i dramatycznie potarła czoło. Nigdy nie lubiła szukać pracy. Nie mogła jednak pozwolić, aby przeminęło jej pięć minut; nie zdobyła jeszcze żadnej nagrody, może czekać na nią całe lata. Teraz była właściwa pora, aby zajęła się swoim życiem i wyszła z cienia.

Zaznaczyła trzy z dwudziestu jeden ofert jako warte przyjrzenia się im bliżej i już miała dosyć, spociła się pod pachami.

Mając złe przeczucie, sprawdziła e-maile. Wśród nich znalazła lakoniczny list od Christophera Dickena z NCID. Nazwisko zabrzmiało jej znajomo; potem sobie przypomniała i zaczęła kląć monitor, widniejącą na nim wiadomość, życie, jakie ma teraz, paskudną całość.

Debra Kim zapukała w przejrzyste szkło drzwi gabinetu. Kaye zaklęła znowu, bardzo głośno, i Kim zajrzała z uniesionymi brwiami.

— Wrzeszczysz na mnie? — Spytała niewinnie.

— Mam dołączyć do zespołu specjalnego w CDC — odparła Kaye i walnęła dłonią w biurko.

— Praca rządowa. Wielki projekt zdrowotny. Swoboda prowadzenia badań wedle własnych planów.

— Saul nienawidził pracy w laboratorium rządowym.

— Saul był cholernym indywidualistą — powiedziała Kim i usiadła na skraju biurka Kaye. — Czyszczą teraz mój sprzęt. Domyślam się, że nie zostało mi tutaj nic do roboty. Zabrałam swoje zdjęcia, dyskietki i… Chryste, Kaye.

Kaye wstała i objęła Kim, gdy ta wybuchła płaczem.

— Nie wiem, co mam zrobić z myszami. Myszami wartymi dziesięć tysięcy dolarów!

— Znajdziemy laboratorium, w którym przetrzymają je dla ciebie.

— Jak je przewieziemy? Są pełne Vibrio! Muszę złożyć je tutaj w ofierze, zanim zabiorą sprzęt do sterylizacji i piec do spalania.

— Co mówią ludzie z AKS?

— Zamierzają je zostawić w odizolowanej przechowalni. Nic nie zrobią.

— To niewiarygodne.

— Mówią, że to moje patenty i moje zmartwienie.

Kaye siadła, potem przerzucała kartotekę kołową, licząc na natchnienie, ale nadaremnie. Kim nie wątpiła, że znajdzie pracę za miesiąc czy dwa, a nawet będzie mogła prowadzić dalej prace z użyciem myszy SCID. Będą to jednak nowe myszy i straci pewnie z pół roku, a może nawet cały.

— Nie wiem, co ci powiedzieć — przyznała Kaye łamiącym się głosem. Poddała się, bezradnie podnosząc ręce.

Kim podziękowała Kaye — choć ta nie bardzo wiedziała za co. Znowu się uściskały i Kim wyszła.

Dla Debry Kim i innych byłych pracowników EcoBacter Kaye nie mogła zrobić nic, a w najlepszym razie mogła niewiele. Wiedziała, że jest winna tej katastrofie w równej mierze co Saul, odpowiadała za nią własną ignorancją. Nienawidziła zwiększania funduszy, nienawidziła księgowości, nienawidziła szukania pracy. Czy na tym świecie było coś praktycznego, co lubiła robić?

Przeczytała ponownie wiadomość od Dickena. Musiała w jakiś sposób znaleźć się znowu na fali, dołączyć do wyścigu. Krótkotrwała praca rządowa mogła być właśnie tym. Nie domyślała się, do czego potrzebował jej Christopher Dicken; ledwo przypominała sobie niskiego, tyjącego mężczyznę spotkanego w Gruzji.

Z telefonu komórkowego — linie w laboratorium odcięto — Kaye zadzwoniła pod numer Dickena w Atlancie.

25

Waszyngton, Dystrykt Columbia

— Mamy wyniki badań z czterdziestu dwóch szpitali w całym kraju — powiedział Augustine prezydentowi Stanów Zjednoczonych.

Wszystkie przypadki mutacji i wynikających z nich poronień płodów z badanego przez nas rodzaju wykazują pozytywny związek z obecnością grypy Heroda.

Prezydent siedział u czoła wielkiego stołu z polerowanego drewna klonowego, stojącego w Situation Room Białego Domu. Był wysoki i zażywny, z kędzierzawą grzywą siwych włosów lśniącą niby latarnia morska. Podczas kampanii wyborczej przezwano go pieszczotliwie „Wacik”, a ta nazwa patyczka higienicznego, używana pogardliwe przez młode kobiety w odniesieniu do starszych mężczyzn, zaczęła wyrażać dumę i sympatię. Obok niego siedzieli wiceprezydent; spiker, czyli przewodniczący Izby Reprezentantów, demokrata; przywódca większości w Senacie, republikanin; doktor Kirby; Shawbeck; sekretarz stanu resortu zdrowia i opieki społecznej; Augustine; trzej asystenci prezydenta, w tym szef jego sztabu; urzędnik łącznikowy Białego Domu do spraw służby zdrowia; liczni inni, których Dicken nie rozpoznawał. To bardzo wielki stół, a na naradę przeznaczono trzy godziny.

Dicken musiał przed wejściem zostawić komórkę, pager i palmtop w punkcie kontrolnym, podobnie jak wszyscy inni. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej wybuch „komórki” turysty spowodował znaczne uszkodzenia Białego Domu.

Trochę rozczarowało go wyposażenie Situation Room — nie było w nim żadnych najnowocześniejszych ekranów ściennych, konsoli komputerów, tablic jak z filmów science fiction. Zwykła duża sala z wielkim stołem i mnóstwem telefonów. Za to prezydent słuchał uważnie.

— SHEVA to pierwszy potwierdzony przypadek przekazywania retrowirusów endogennych pomiędzy ludźmi — ciągnął Augustine.

— Grypę Heroda powoduje SHEVA, bez najmniejszych wątpliwości. Przez całe moje życie lekarza i naukowca nigdy się nie spotkałem z czymś równie wirulentnym. Jeśli kobieta w początkach ciąży zetknie się z herodem, jej płód — dziecko — zostanie poroniony. Nasze statystyki wykazują, że temu wirusowi można przypisać już ponad dziesięć tysięcy poronień. Zgodnie z naszymi obecnymi danymi, jedynym źródłem grypy Heroda są mężczyźni.

— Co za straszna nazwa — wtrącił prezydent.

— Trafna, panie prezydencie — powiedziała doktor Kirby.

— Straszna i trafna — ustąpił prezydent.

— Nie wiemy, co powoduje ekspresję u osobników męskich — kontynuował Augustine — choć podejrzewamy rodzaj feromonu uruchamiającego cały proces, może wydzielanego przez ich partnerki. Nie mamy pojęcia, jak to powstrzymać. — Rozdał kartki papieru. — Nasi statystycy mówią, że można przewidywać w przyszłym roku ponad dwa miliony przypadków grypy Heroda. Dwa miliony możliwych poronień.

Prezydent rozważał to starannie; większości dowiedział się podczas poprzednich spotkań od Franka Shawbecka i sekretarz stanu resortu zdrowia i opieki społecznej. Powtarzanie, pomyślał Dicken, jest konieczne, aby politycy mogli choć trochę pojąć, w jak naprawdę ciemnym lesie przebywają naukowcy.

— Ciągle nie rozumiem, jak coś tkwiącego w nas samych może powodować aż tak wielkie szkody — powiedział wiceprezydent.

— Tkwiący w nas diabeł — dodał spiker Izby Reprezentantów.

— Podobne aberracje genetyczne mogą wywoływać raka — odparł Augustine. Dicken czuł, że trochę przesadził, a Shawbeck chyba też tak uważał. Nadeszła odpowiednia chwila na wyrażenie wsparcia przez niego czołowego pretendenta do stanowiska naczelnego lekarza, następcy Kirby.

— Mamy do czynienia z nowym problemem medycyny, nie budzi to żadnych wątpliwości — powiedział Shawbeck. — Przydarzył się nam jednak HIV. Wobec doświadczeń z nim jestem przekonany, że w ciągu sześciu, ośmiu miesięcy dokonamy przełomowych odkryć. W całym kraju, świecie, mamy poważne ośrodki badawcze, gotowe zmierzyć się z tym problemem. Opracowaliśmy program narodowy wykorzystujący możliwości NIH, CDC i National Center for Infectious and Allergic Diseases. Dzielimy tort, aby móc szybciej go zjeść. Nigdy, jako naród, nie byliśmy bardziej gotowi do poradzenia sobie z problemem tej wielkości. Zaraz po uruchomieniu programu do pracy przystąpi ponad pięć tysięcy badaczy z dwudziestu ośmiu ośrodków. Wezwiemy na pomoc przedsiębiorstwa prywatne i naukowców z zagranicy. Przygotowywany jest już program międzynarodowy. Wszystko zaczyna się tutaj. Panie i panowie, potrzebujemy jedynie szybkiej i skoordynowanej odpowiedzi od waszych instytucji.

— Nie przewiduję, aby ktokolwiek z obu stron Izby sprzeciwił się przyznaniu nadzwyczajnych funduszy — stwierdził spiker.

— Ani Senatu — dodał przywódca większości. — Podziwiam pracę wykonaną dotychczas, ale panowie, nie jestem tak entuzjastycznie jak chciałbym przekonany o naszych możliwościach naukowych. Panowie doktorzy Augustine, Shawbeck, minęło ponad dwadzieścia lat, zanim w ogóle zaczęliśmy radzić sobie z AIDS, pomimo wpakowania w badania dziesiątków miliardów dolarów. Pięć lat temu na AIDS zmarła moja córka. — Rozejrzał się po stole. — Skoro ta grypa Heroda jest dla nas taka nowa, skąd można oczekiwać cudów w okresie sześciu miesięcy?

— Nie cudów — odparł Shawbeck. — Początków rozumienia.

— A zatem kiedy będziemy mieli kurację? Nie pytam o lekarstwo, panowie. Ale kurację? A co najmniej szczepionkę?

Shawbeck przyznał, że nie wie.

— Możemy jedynie jak najszybciej wyzwolić potęgę nauki — stwierdził wiceprezydent i rozejrzał się po stole trochę niepewnie, zastanawiając się, czym to się może skończyć.

— Powiem raz jeszcze, mam wątpliwości — powiedział przywódca większości. — Zastanawiam się, czy to nie znak. Może nadeszła pora posprzątać dom i wejrzeć głęboko w nasze serca, pogodzić się z naszym Stwórcą. Wyraźnie widać, że uwolniliśmy jakieś potężne moce.

Prezydent dotknął palcem nosa, minę miał poważną. Shawbeck i Augustine domyślali się dość, aby zachowywać milczenie.

— Panie senatorze — powiedział prezydent — modlę się, aby się pan mylił.

Po zakończeniu narady Augustine i Dicken poszli z Shawbeckiem bocznym korytarzem obok biur w podziemiu do windy w tyle.

Shawbeck był wyraźnie zły.

— Co za hipokryzja — mruczał. — Nie znoszę, gdy przywołują Boga. — Poruszał ramionami dla rozładowania napięcia karku i cicho, urywanie zachichotał. — Sam głosowałbym za kosmitami. Można to nazwać Archiwum X.

— Chciałbym móc się śmiać, Franku — powiedział Augustine — ale jestem śmiertelnie przerażony. Znaleźliśmy się wewnątrz białej plamy. Połowa aktywowanych przez SHEVĘ białek jest nam nieznana. Nie mamy pojęcia, co robić. Może to pociągnąć nas na dno jak kamień. Ciągle się zastanawiam. Dlaczego ja, Frank?

— Bo jesteś taki ambitny, Marku — odparł Shawbeck. — Znalazłeś ten kamień i zajrzałeś pod niego. — Uśmiechał się trochę drapieżnie. — Choć nie miałeś wyboru… Na dłuższą metę.

Augustine przechylił głowę na bok. Dicken wyczuwał jego zdenerwowanie. Sam był trochę otępiały. Płyniemy pod prąd niewłaściwego strumienia, pomyślał, i wiosłujemy jak szaleńcy.

26

Seattle

Grudzień

Niepotrafiący długo usiedzieć na jednym miejscu Mitch spędził dzień z rodzicami na ich małej farmie w Oregonie, a potem pojechał Amtrakiem do Seattle. Wynajął mieszkanie na Capitol Hill, sięgnąwszy do dawnego funduszu emerytalnego, i za dwa tysiące dolarów pożyczone od przyjaciela z Kirkland kupił starego buicka skylarka.

Na szczęście tak daleko od Innsbrucku mumie neandertalskie nie wzbudziły większego zainteresowania prasy. Udzielił jednego wywiadu: redaktorowi naukowemu „Seattle Timesa”, który potem okazał się dwulicowy i nazwał go dwukrotnym gwałcicielem zasad trzeźwego, praworządnego świata archeologii.

Tydzień po jego powrocie do Seattle Związek Pięciu Plemion W hrabstwie Kumash z wyszukaną ceremonią pogrzebał człowieka z Pasco na brzegach rzeki Columbia we wschodniej części stanu Waszyngton. Korpus Wojsk Inżynieryjnych dla zapobieżenia erozji zalał betonem miejsce pochówku. Naukowcy protestowali, ale nie poprosili Mitcha o wsparcie.

Bardziej niż czegokolwiek potrzebował czasu dla siebie i do namysłu. Miał oszczędności pozwalające przeżyć sześć miesięcy, ale wątpił, aby był to czas choć w przybliżeniu wystarczający na odzyskanie dobrego imienia i zdobycie znowu jakiejś pozycji.

Siedział z wyciągniętą nogą w gipsie przy wielkim oknie w wykuszu mieszkania, patrząc z góry na pieszych na Broadwayu. Nie mógł przestać myśleć o zmumifikowanym dziecku, jaskini, wyrazie twarzy Franca.

Szklane probówki z tkankami mumii włożył do tekturowego pudełka ze starymi zdjęciami, a te z kolei schował za szafą. Zanim zrobi cokolwiek z tymi tkankami, musi przemyśleć, co właściwie odkrył.

Płynący z zadufania gniew nic nie da.

Dostrzegał związek. Rana samicy pasuje do obrażeń dziecka. Urodziła to dziecko, a może je poroniła. Samiec został z nimi, zabrał noworodka i owinął go w futra, choć dziecko pewnie przyszło na świat martwe. Czy napadł na samicę? Mitch nie sądził, aby tak było. Kochali się. Był jej oddany. Uciekali przed czymś. A skąd to wszystko wiedział?

Nie chodziło tu wcale o zdolności nadprzyrodzone czy rozmowy z duchami. Znaczna część pracy Mitcha polegała na badaniu wątpliwości dotyczących stanowisk archeologicznych. Czasami odpowiedzi pojawiały się podczas nocnych rozważań, albo gdy siedział na skałach, wpatrując się w chmury lub rozgwieżdżone nocne niebo. W rzadkich przypadkach w snach. Interpretacja jest jednocześnie nauką i sztuką.

Dzień po dniu Mitch rysował wykresy, pisał notatki, uwagi w kalendarzyku oprawionym w winyl. Na ścianie małej sypialni powiesił arkusz mocnego papieru i narysował z pamięci plan jaskini. Umieścił na nim papierowe sylwetki mumii. Siadywał, wpatrując się w papier i sylwetki. Mocno gryzł paznokcie.

Pewnego popołudnia wypił sześciopak piwa Coors — jednego z jego ulubionych nawilżaczy po zakończeniu długiego dnia wykopalisk, ale tym razem bez kopania, bez celu, jedynie dla spróbowania czegoś nowego. Stał się śpiący, wstał o trzeciej w nocy i poszedł na spacer obok restauracji sieci Jack-in-the-Box, knajpy meksykańskiej, księgarni, stoiska sprzedawcy gazet, kawiarni Starbucks.

Wrócił do mieszkania i przypomniał sobie o sprawdzeniu poczty. W skrzynce była tekturowa paczka. Wchodząc schodami, potrząsał nią łagodnie.

Z księgarni w Nowym Jorku zamówił stary numer „National Geographic” z artykułem o Ötzim, Człowieku Lodu. Czasopismo przybyło owinięte gazetami.

Oddani. Mitch wiedział, że byli sobie oddani. Ze sposobu, w jaki leżeli obok siebie. Pozycji ramion samca. Pozostał z samicą, kiedy uciekali. Co u diabła — mów, jak należy. Mężczyzna pozostał z kobietą. Neandertalczycy to nie podludzie; obecnie uznaje się powszechnie, że używali mowy i mieli złożone stosunki społeczne. Plemiona. Byli koczownikami, handlarzami, wytwórcami narzędzi, łowcami i zbieraczami.

Mitch próbował sobie wyobrazić, co mogło ich skłonić do ukrycia się w górach, w jaskini za warstwami lodu, przed dziesięcioma czy jedenastoma tysiącami lat. Może byli ostatnimi ze swego rodu.

Po narodzeniu się dziecka, będącego pod wieloma względami nie do odróżnienia od współczesnego niemowlęcia.

Zerwał gazety owijające czasopismo, otworzył je, przeszedł do rozkładówki pokazującej Alpy, zielone doliny, lodowce, miejsce, w którym Ötzi został niezdarnie wyciosany i wydłubany z lodu.

Człowiek Lodu jest teraz wystawiany we Włoszech. Po międzynarodowym sporze o miejsce znalezienia mających pięć tysięcy lat zwłok i licznych badaniach przeprowadzonych w Innsbrucku ostatecznie przypadł Włochom.

Austria ma pełne prawa do neandertalczyków. Zbada ich uniwersytet w Innsbrucku; może w tym samym zakładzie, gdzie badano Ötziego; potem będą przechowywani w wielkim chłodzie, przy kontrolowanej wilgotności, widoczni przez okienko, leżący obok siebie, tak jak zmarli.

Mitch zamknął czasopismo i ścisnął nos dwoma palcami, wspomniawszy okropne poczucie zaplątania po odkryciu człowieka z Pasco. Wpadłem w złość. O mało nie trafiłem do więzienia. Pojechałem do Europy spróbować czegoś nowego. Znalazłem coś nowego. Wpadłem i wszystko popsułem. Straciłem całą wiarygodność. Choć wierzę w te niewiarygodne rzeczy, co mogę zrobić? Jestem grabieżcą grobów. Jestem przestępcą, rabusiem, i to dwukrotnym.

Leniwie wygładził pomięte strony, pochodzące z „New York Timesa”. Jego uwagę zwrócił artykuł w prawym dolnym narożniku oderwanego kawałka gazety. Nagłówek głosił: „Stare zbrodnie, nowy świt w Gruzji”. Zabobony i śmierć w cieniu Kaukazu. Ciężarne kobiety spędzone z trzech miasteczek, wraz z mężami lub partnerami, zabrane przez żołnierzy i policję, aby wykopały własne groby opodal miejscowości Gordi. Siedem calowych kolumn tekstu obok reklamy handlu akcjami giełdowymi przez Internet.

Skończywszy czytać artykuł, Mitch trząsł się z gniewu i podniecenia.

Kobietom strzelano w brzuch. Wszystkim mężczyznom w pachwiny, zostali też zatłuczeni. Skandal wstrząsnął rządem gruzińskim, który twierdził, że do mordów doszło w czasach Gamsachurdii, usuniętego z urzędu na początku lat osiemdziesiątych, ale niektórzy z rzekomych winnych nadal zajmowali wysokie stanowiska.

Przyczyna zamordowania mężczyzn i kobiet nie była wcale jasna. Część mieszkańców Gruzji oskarżała zmarłe o obcowanie z diabłem, przekonywała o konieczności ich zabicia; rodziły dzieci diabła, a u innych kobiet wywoływały poronienia.

Rozważano, czy kobiety te nie cierpiały na wczesną postać grypy Heroda.

Mitch pokuśtykał do kuchni, uderzając gołą piętą nogi w gipsie o nogę krzesła. Odskoczył, zaklął, potem się schylił i spod małej kupki gazet w kącie, obok szarego, zielonego i niebieskiego kubła na śmieci, wyciągnął początkową część „Seattle Timesa” sprzed dwóch dni. Nagłówek: oświadczenie prezydenta, minister zdrowia i sekretarza Health and Human Services o występowaniu grypy Heroda. Notatka w ramce — autorstwa tego samego redaktora naukowego, który tak surowo osądził Mitcha — wyjaśniała związek między grypą Heroda a SHEVĄ. Choroba. Poronienia.

Mitch usiadł na podniszczonym fotelu obok okna wychodzącego na Broadway i spojrzał na swe drżące ręce.

— Wiem coś, czego nie wie nikt inny — powiedział, zaciskając ręce na poręczach fotela. — Nie mam jednak zielonego pojęcia, skąd to wiem ani co u licha z tym zrobić!

Nie było nigdy bardziej niewłaściwego człowieka do snucia równie niewiarygodnych domysłów, do wykonania równie wielkiego i pozbawionego podstaw skoku myślowego, aniżeli Mitch Rafelson. Dla wszystkich będzie lepiej, jeśli zacznie szukać twarzy na Marsie.

Teraz może tylko albo się poddać i sprowadzić kilkadziesiąt skrzynek coorsa, rozpocząć powolny i nudny upadek, albo zbić podest, z którego mógłby wystąpić, zbudować go z solidnie przebadanych naukowych desek.

— Ty dupku — powiedział, stojąc przy oknie ze strzępem opakowania z gazety w jednej ręce, nagłówkiem na pierwszej stronie w drugiej. — Ty przeklęty… Niedojrzały… Dupku!

27

Centers for Disease Control and Prevention, Atlanta

Koniec stycznia

Niskie, ospałe chmury, nikłe światło słoneczne wnikające przez okna gabinetu dyrektora. Mark Augustine odsunął się od bazgraniny przecinających się linii i nazwisk na białej tablicy, złapał się za łokieć, potarł nos. Na dnie skomplikowanego schematu, pod Shawbeckiem, dyrektorem NIH i nieogłoszonym jeszcze następcą Augustine'a w CDC znajdował się Zespół Specjalny do Badań Ludzkiego Prowirusa, w skrócie THUPR, od angielskiej nazwy Taskforce for Human Provirus Research. Skrót ten brzmiał, jakby ktoś sepleniący mówił „super”. Augustine nie znosił tej nazwy i zawsze mówił Zespół Specjalny; wyłącznie Zespół Specjalny.

Machnął ręką w dół, w stronę klatek schodowych dyrekcji.

— Już pora, Frank. Wyjeżdżam stąd w przyszłym tygodniu, lecę do Bethesdy, na samo dno tej plątaniny na tablicy. Trzydzieści trzy szczeble w dół. Tak właśnie się dzieje. Szczyty biurokracji.

Frank Shawbeck odchylił się w fotelu.

— Mogło być gorzej. Rozplątywanie tego zajęło nam prawie miesiąc.

— Mógł wyjść mniejszy koszmar. Nadal jest koszmarnie.

— Znasz przynajmniej swego szefa. Odpowiadam zarówno przed ministerstwem zdrowia, jak i prezydentem — powiedział Shawbeck. Wieści nadpłynęły dwa dni wcześniej. Shawbeck pozostanie w NIH, ale awansuje na dyrektora. — W samym środku starego cyklonu. Szczerze, jestem rad, że Maxine nie zechciała ustąpić. Ma w garści większe atuty ode mnie.

— Nie oszukuj się — stwierdził Augustine. — Jest lepszym politykiem od nas obu. Przyjmie cios, kiedy spadnie.

— Jeśli spadnie — poprawił Shawbeck, ale z ponurą miną.

— Kiedy, Frank — powtórzył Augustine. Shawbeck dostrzegł charakterystyczny dla niego uśmiech-grymas. — WHO chce, abyśmy koordynowali wszystkie poszukiwania zagraniczne — chcą też przyjechać do USA i przeprowadzić własne badania. Wspólnota Państw Niepodległych tonie… Rosja zbyt długo tyranizowała republiki. Niemożliwa jest tam żadna koordynacja, a Dicken nie zdołał wściubić nosa do Gruzji i Azerbejdżanu. Nie pozwolą nam prowadzić tam dochodzenia, dopóki nie ustabilizuje się sytuacja polityczna, cokolwiek ma to oznaczać.

— Bardzo tam źle? — Zapytał Shawbeck.

— Źle, tyle tylko wiemy. Nie proszą o pomoc. Mieli heroda przed dziesięciu albo dwudziestu laty, może dawniej… I radzili sobie z nim po swojemu, na poziomie lokalnym.

— Masakrami.

Augustine przytaknął.

— Nie chcieli, aby to wyszło na jaw, a na pewno nie chcą, abyśmy stwierdzili, że SHEVA pochodzi stamtąd. Duma ze świeżo odzyskanej niepodległości. Powinniśmy jak najdłużej ich nie denerwować, choćby po to, aby zachowywać możliwość oddziaływania.

— Jezu. A co z Turcją?

— Przyjęła naszą pomoc, wpuściła inspektorów, ale nie pozwoliła im działać przy granicach z Irakiem i Gruzją.

— Gdzie teraz jest Dicken?

— W Genewie.

— Informuje WHO na bieżąco?

— Powiadamia ich o każdym kroku — odparł Augustine. — Sporządza kopie raportów dla WHO i UNICEF. Senat znowu szumi.

— Grozi odroczeniem wpłat na ONZ, dopóki nie będziemy mieli jasności, kto płaci za co w skali świata. Nie chce, abyśmy to my otrzymali rachunek za kurację, którą opracujemy — bo na pewno nie wierzy, że dokona tego ktoś inny niż my.

Shawbeck podniósł rękę.

— Pewnie to będziemy my. Mam na jutro umówione spotkania z czterema dyrektorami naczelnymi firm — z Merck, Schering Plough, Lilly, Bristol-Myers. Za tydzień z Americol i Euricol. Chcą rozmawiać o podzieleniu się z nimi zadaniami i dotacjami. A na dobitkę dziś po południu przychodzi doktor Galio — domaga się dostępu do wszystkich naszych badań.

— To nie ma nic wspólnego z HIV — powiedział Augustine.

— Twierdzi, że może chodzić o podobne działanie receptora.

— To tylko domysł, ale jest sławny i ma mocne plecy w Waszyngtonie. I niewątpliwie może nam pomóc z Francuzami, skoro znowu współpracujemy.

— Jak mamy to załatwić, Frank? Cholera, moi ludzie znaleźli SHEVĘ u każdej małpy człekokształtnej, od koczkodanów po goryle górskie.

— Za wcześnie na pesymizm — powiedział Shawbeck. — Minęły dopiero trzy miesiące.

— Frank, mamy czterdzieści tysięcy potwierdzonych przypadków heroda jedynie na Wschodnim Wybrzeżu! A na horyzoncie pusto! — Augustine walnął pięścią w tablicę.

Shawbeck pokręcił głową i uniósł obie ręce, uciszając go cicho jak niemowlę.

Augustine zniżył głos i opuścił ramiona. Potem wziął szmatkę i starannie wytarł kant dłoni, który pobrudził tuszem z tablicy.

— Po jasnej stronie mamy to, że wieść się rozniosła — powiedział. — Liczba wejść na naszą witrynę o herodzie przekroczyła już dwa miliony. Czy słuchałeś wczoraj wieczorem Audrey Kordy w Larry King Live?

— Nie — odparł Shawbeck.

— Właściwie nazwała mężczyzn wcielonymi diabłami. Powiedziała, że kobiety poradzą sobie bez nas, że należy nas obłożyć kwarantanną… Pif-paf! — Strzelił palcami. — Nie będzie seksu, nie będzie SHEVY.

Oczy Shawbecka zalśniły jak mokre kamyki.

— Może ma rację, Mark. Czy widziałeś listę skrajnych środków przygotowaną przez naczelną lekarz?

Augustine przesunął dłonią po żółtych jak piasek włosach.

— Mam cholerną nadzieję, że nigdy nie dojdzie do jej przecieku.

28

Long Island, stan Nowy Jork

Kawałki strużek pasty do zębów na dnie zlewu wyglądały jak małe niebieskie kijanki. Kaye skończyła płukać usta, wypluła wodę łukiem, który zmył kijanki, i wytarła twarz ręcznikiem. Stanęła w drzwiach łazienki, patrząc przez długi korytarz na piętrze na zamknięte drzwi sypialni gospodarzy.

To jej ostatnia noc w tym domu; przespała ją w sypialni dla gości. Kolejny wóz do przeprowadzek — mały — przyjechał o jedenastej rano, aby załadować nieliczne rzeczy, które chciała zabrać z sobą. Caddy zaopiekuje się Cricksonem i Teminem.

Dom wystawiono na sprzedaż. Wobec zwyżki na rynku dostanie ładną sumkę. Przynajmniej tego nie zabiorą wierzyciele. Saul zapisał dom na jej nazwisko.

Wybrała ubranie na dzisiaj — zwykłe białe majtki i biustonosz, bluzkę i pasujący do niej kremowy sweter, jasnoniebieskie spodnie — i wzięła z szafy parę ciuchów, których jeszcze nie spakowała. Miała już dosyć rozdzielania rzeczy, przeznaczania tego i owego dla siostry Saula, opisywania, które torby mają trafić do biednych, a które na śmietnik.

Prawie tydzień zajęło Kaye usuwanie śladów ich wspólnego życia, których nie chciała zabrać z sobą, a które według pośredniczki handlu nieruchomościami mogły nadawać „koloryt” temu miejscu w oczach potencjalnych nabywców. Wyjaśniła spokojnie szkodliwy efekt „wszystkich tych książek, czasopism naukowych… Są zbyt abstrakcyjne. Zbyt chłodne. Niewłaściwy koloryt”.

Kaye wyobraziła sobie nadętych bufonów z wyższej półki, najeżdżających dom wybrzydzającymi, bezmyślnymi parami, starannie ubranych w tweedy i drogie mokasyny albo luźne jedwabne spodnie do kolan, maskujących oznaki prawdziwej indywidualności czy intelektu, ale uznających za zbyt pospolite porady dotyczące mody w dodatkach niedzielnych do gazet. Cóż, jej zdaniem dom miał pełno takiego rodzaju uroku. Wraz z Saulem kupowała meble, zasłony i dywany, które nie zakłócały zbytnio tego właśnie wdzięku. Ich osobiste życie miało jednak zostać wymazane, zanim dom trafi na rynek.

Ich osobiste życie. Saul nie chciał, aby trwało dłużej. Kaye usuwała ślady życia spędzonego razem; AKS rozwiązało i rozdzieliło ich życie zawodowe.

Pośredniczka litościwie nie wspomniała o krwawym postępku Saula.

Jak długo potrwa poczucie winy? Przestała schodzić po schodach i ugryzła opuszkę kciuka. Obojętnie, ile razy próbowała szarpnąć lejcami swego umysłu i wrócić na drogę, jaka jej pozostała, zbaczała zawsze w labirynt skojarzeń, na emocjonalne ścieżki wiodące głębiej w las nieszczęścia. Oferta z Zespołu Specjalnego Heroda była powrotem na prostą drogę, jej własną nową drogę, chłodną i równą. Osobliwości świata przyrody pomogą jej uleczyć osobliwości własnego życia, niesamowite, ale też możliwe do przyjęcia, do uwierzenia; potrafiła sobie wyobrazić swe życie biegnące tak właśnie.

Zabrzmiał melodyjnie dzwonek u drzwi. Eleanor Rigby, wybór Saula. Kaye zeszła i otworzyła. Na ganku stała z napiętą twarzą Judith Kushner.

— Przyjechałam, jak tylko dostrzegłam wzór — powiedziała. Miała na sobie czarną wełnianą spódnicę, czarne buty i białą bluzkę. Klamry płaszcza przeciwdeszczowego marki London Fog ciągnęły się po ziemi.

— Cześć, Judith — odparła Kaye, nieco skonsternowana. Kushner złapała drzwi, spojrzała, jakby pytając o pozwolenie, i weszła do domu. Zerwała płaszcz i rzuciła go na milczącego lokaja z drewna klonowego.

— Zadzwoniłam do ośmiu osób, które znam, a Marge Cross skontaktowała się już ze wszystkimi. Pojechała osobiście tam, gdzie mieszkają, mówiąc, że udaje się na spotkanie w sprawie interesów — do licha, pięcioro mieszka wokół Nowego Jorku, wymówka jest więc dobra.

— Marge Cross… z Americol? — Spytała Kaye.

— I z Euricol. Nie myśl, że nie pociągnęła za sznurki za granicą. Chryste, Kaye, ta baba prze jak czołg — ma teraz z sobą Lindę i Herba! A to dopiero początek.

— Judith, proszę cię, zwolnij.

— Fionę trochę zamurowało, kiedy odprawiłam Cross, słowo honoru! Nienawidzę tego korporacyjnego bagna. Nienawidzę jak diabli. Nazwij mnie socjalistką, dzieckiem lat sześćdziesiątych…

— Proszę — powiedziała Kaye, wysuwając ręce, aby powstrzymać lawinę. — To potrwa w nieskończoność, jeśli będziesz w takiej złości.

Kushner urwała i popatrzyła.

— Bystra jesteś, maleńka. Zdołałaś to przewidzieć.

Kaye chwilę lub dwie mrugała oczyma.

— Marge Cross, Americol, chce kawałka SHEVY?

— Będzie mogła nie tylko wypełnić swoje szpitale, ale też dostarczać im bezpośrednio każde lekarstwo, które opracowuje „jej” zespół. Programy leczenia na wyłączność dla związanych z Americolem placówek publicznej służby zdrowia. Ponadto zapowiada zespół specjalistów z najwyższej półki, a notowania jej spółek niebotycznie wzrosną.

— Chce mnie?

— Zadzwoniła do mnie Debra Kim. Powiedziała, że Marge Cross zamierza dać jej laboratorium, wyposażyć je w jej myszy SCID, wykupić prawa patentowe na leczenie cholery — za bardzo przyzwoitą sumę, tak iż stanie się bogata. I wszystko to, zanim pojawi się kuracja. Debra chciała wiedzieć, co powinna ci przekazać.

— Debra? — Wszystko to dla Kaye toczyło się zbyt szybko.

— Marge jest magistrem psychologii. Wiem to. W latach siedemdziesiątych byłam z nią na akademii medycznej. Jednocześnie studiowała zarządzanie. Mnóstwo energii, brzydka jak diabeł, żadnych kłopotów z facetami, ma więcej czasu, który ty i ja marnujemy na randki… Rzuciła w diabły nosze w 1987 i teraz popatrz na nią.

— Czego chce ode mnie?

Kushner wzruszyła ramionami.

— Jesteś pionierem, sławą… Szlag, Saul trochę zrobił z ciebie męczennicę, zwłaszcza dla kobiet… Kobiet, które przyjdą, szukając leczenia. Masz wspaniałe referencje, wspaniałe publikacje, wiarygodność wprost ciebie przepełnia. Myślałam, Kaye, że zastrzelą posłańca. Teraz sądzę, że dadzą ci złoty medal.

— Boże. — Kaye weszła do salonu z pustymi ścianami i usiadła na świeżo oczyszczonej kanapie. Pokój pachniał mydłem, trochę olejkiem do kąpieli, jak w szpitalu.

Kushner powąchała i zmarszczyła nos.

— Pachnie, jakby mieszkały tu roboty.

— Ta z handlu nieruchomościami powiedziała, że powinno pachnieć czystością — powiedziała Kaye, zyskując dość czasu, aby wziąć się w garść. — A kiedy posprzątali na górze… Po Saulu… Został zapach. Pine-Sol. Lizol. Takie tam.

— Jezu — rzuciła cicho Kushner.

— Odprawiłaś Marge Cross? — Zapytała Kaye.

— Mam dość pracy, aby uszczęśliwiała mnie do końca życia, maleńka. Nie potrzebuję maszynki do robienia forsy. Widziałaś ją w telewizji?

Kaye przytaknęła.

— Nie wierz w jej wizerunek.

Podjazd zachrzęścił pod samochodem. Kaye wyjrzała przez boczne okno wykuszu i zobaczyła wielkiego chryslera koloru myśliwskiej zieleni. Wysiadł z niego młody mężczyzna w szarym garniturze i otworzył prawe tylne drzwiczki. Pojawiła się Debra Kim, rozejrzała wokół, osłoniła twarz przed zimną bryzą znad wody.

Zaczęły padać rzadkie płatki śniegu.

Młody mężczyzna ubrany na szaro otworzył lewe środkowe drzwiczki i wygrzebała się Marge Cross, całe jej sześć stóp wzrostu, w granatowym wełnianym płaszczu, z siwiejącymi czarnymi włosami spiętymi w skromny kok. Powiedziała coś kierowcy, ten kiwnął głową, wrócił do samochodu, oparł się o niego, gdy Cross i Debra Kim ruszyły do ganku.

— Zamurowało mnie — powiedziała Kushner. — Działa z większą prędkością niż światło.

— Nie wiedziałaś, że przyjedzie?

— Nie tak szybko. Czy mam wybiec tylnymi drzwiami?

Kaye pokręciła głową i po raz pierwszy od wielu dni nie mogła powstrzymać śmiechu.

— Nie. Chciałabym zobaczyć, jak obie kłócicie się o moją duszę.

— Kocham cię, Kaye, ale nie nadaję się do kłótni z Marge.

Kaye podeszła szybko do drzwi frontowych i otworzyła je, zanim Cross sięgnęła do dzwonka. Ta wpadła z szerokim, przyjacielskim uśmiechem; jej kanciasta twarz i zielone oczka wyrażały matczyną troskę.

Kim uśmiechała się nerwowo.

— Cześć, Kaye — powiedziała, rumieniąc się przy tym.

— Kaye Lang? Nie zostałyśmy sobie przedstawione — zapytała Cross.

O Boże, pomyślała Kaye, ona naprawdę ma głosik jak Julia Child!

Zaparzyła w starym dzbanku pachnącą wanilią kawę rozpuszczalną i rozlała ją do porcelany, którą zostawiła w domu. Ani przez chwilę Cross nie dała jej odczuć, że podaje coś nieodpowiedniego i nie dość wyśmienitego dla kobiety wartej dwadzieścia miliardów dolarów.

— Jestem tutaj, aby się z tobą spotkać osobiście. Widziałam laboratorium Debry w AKS — powiedziała Cross. — Robi bardzo ciekawe rzeczy. Mamy dla niej miejsce. Debra wspomniała o twojej sytuacji…

Kushner zerknęła na Kaye i trochę za słabo pokiwała głową.

— I szczerze, już od miesięcy chciałam ciebie poznać. Mam pięciu młodych ludzi czytających dla mnie literaturę fachową — wszyscy są bardzo przystojni i bardzo bystrzy. Jeden z najprzystojniejszych i najbystrzejszych powiedział mi: „Proszę to przeczytać”. Twój artykuł, przewidujący ekspresję dawnego prowirusa ludzkiego. Rany. Teraz jest bardziej na czasie niż kiedykolwiek. Kim powiedziała, że przyjęłaś propozycję pracy dla CDC Dla Christophera Dickena.

— Właściwie dla Zespołu Specjalnego ds. Heroda, i Marka Augustine’a — poprawiła ją Kaye.

— Znam Marka. Umie dzielić się władzą. Będziesz pracować dla Christophera. Bystry chłopiec. — Cross ciągnęła, jakby rozmawiały o uprawianiu ogródka. — Zamierzamy zorganizować światowej klasy zespół badawczy zajmujący się herodem. Pragniemy znaleźć sposób leczenia, może nawet lekarstwo. Zapewnimy specjalistyczną kurację wszystkim szpitalom amerykańskim, ale nikomu nie sprzedamy zestawu. Mamy infrastrukturę, na Boga, mamy finanse… Współpracujemy z CDC, będziesz mogła zostać jednym z naszych przedstawicieli w HHS i NIH. Będzie to coś w rodzaju programu Apollo, z współpracą rządu i przemysłu na wielką skalę, ale tym razem pozostaniemy wszędzie tam, gdzie wylądujemy. — Cross przesunęła się na kanapie, aby spojrzeć na Kushner. — Moja propozycja dla ciebie jest nadal aktualna, Judith. Chcę, abyście obie pracowały dla nas.

Kushner zachichotała prawie jak dziewczynka.

— Nie, dziękuję, Marge. Za stara ze mnie kobyła, aby dać sobie założyć nową uprząż.

Cross pokręciła głową.

— To nie żart, zapewniam.

— Naprawdę nie jestem gotowa na podwójne obowiązki — powiedziała Kaye. — Jeszcze nawet nie zaczęłam pracy w Zespole Specjalnym.

— Dziś po południu jestem umówiona z Markiem Augustine’em i Frankiem Shawbeckiem. Jeśli zechcesz, możesz polecieć ze mną do Waszyngtonu. Spotkamy się z nimi razem. Ty też jesteś zaproszona, Judith.

Kushner pokręciła głową, lecz tym razem jej śmiech był wymuszony.

Kaye kilka chwil siedziała w milczeniu, patrząc na swe splecione mocno ręce, knykcie i paznokcie na przemian białe i różowe, gdy ściskała i rozluźniała palce. Wiedziała, co odpowie, ale chciała usłyszeć od Cross coś więcej.

— Nigdy nie będziesz się musiała martwić o fundusze, o nic potrzebnego do pracy — powiedziała Cross. — Umieścimy to w twoim kontrakcie. Jestem ciebie pewna.

Ale czy ja chcę być klejnotem w twojej koronie, królowo? — Zastanawiała się Kaye.

— Polegam na intuicji, Kaye. Kazałam już ciebie sprawdzić moim ludziom z kadr. Uważają, że najwięcej dokonasz w następnych dziesięcioleciach. Pracuj z nami, Kaye. Żadne twoje dokonanie nie zostanie zaniedbane ani zlekceważone.

Kushner roześmiała się znowu, a Cross uśmiechnęła do nich obu.

— Chcę opuścić ten dom najszybciej, jak zdołam — powiedziała Kaye. — Do Atlanty pojadę dopiero w przyszłym tygodniu… Szukam tam teraz mieszkania.

— Poproszę moich ludzi, aby się tym zajęli. Znajdziemy coś ładnego w Atlancie lub Baltimore, gdziekolwiek zamieszkasz.

— O Boże. — Kaye lekko się uśmiechnęła.

— Wiem, że coś jeszcze jest dla ciebie ważne. Ty i Saul dużo pracowaliście w Gruzji. Mogę znaleźć dojścia, aby to uratować.

— Chciałabym mocno rozszerzyć badania nad terapią fagową. Sądzę, że zdołam namówić Tbilisi do wycofania nacisków politycznych. Wszystko to bardzo śmieszne — garść amatorów próbujących coś załatwić.

Cross położyła rękę na jej ramieniu i lekko je ścisnęła.

— Chodź teraz ze mną, polecimy do Waszyngtonu, spotkamy się z Markiem i Frankiem, z każdym, z kim tylko zechcesz porozmawiać, zorientujesz się trochę. Decyzję podejmiesz za kilka dni. Jeśli chcesz, poradź się swego adwokata. Damy ci nawet szkic kontraktu. Jeśli nic z tego nie wyjdzie, zostaniesz w CDC, bez pretensji i urazy.

Kaye obróciła się do Kushner i na twarzy swej mentorki zobaczyła tę samą minę co wówczas, gdy powiedziała jej, że wychodzi za Saula.

— Jakie są ograniczenia, Marge? — Spytała Kushner spokojnie, składając ręce na podołku.

Cross rozsiadła się i zacisnęła usta.

— Nic nadzwyczajnego. Osiągnięcia naukowe idą na konto zespołu. Dział kadr spółki organizuje wszystkie informacje dla prasy i sprawdza zawczasu wszystkie artykuły przekazujące jakiekolwiek informacje. Żadnych fochów primadonny. Nagrody finansowe są przydzielane w postaci bardzo szczodrych tantiem. — Splotła teraz ręce. — Kaye, twój prawnik jest już starszawy i nie bardzo się orientuje w tych sprawach. Judith na pewno może polecić ci lepszego.

Kushner kiwnęła głową.

— Polecę bardzo dobrego… Jeśli Kaye poważnie rozważa twoją propozycję. — Głos miała trochę spięty, zdradzający rozczarowanie.

Nie nawykłam, aby zalecano się do mnie, przynosząc tylko pudełka czekoladek i bukiety róż, możesz mi wierzyć — powiedziała Kaye, patrząc na narożnik dywanu za stolikiem do kawy.

— Zanim podejmę decyzję, chciałabym się dowiedzieć, czego Zespół Specjalny oczekuje ode mnie.

— Jeśli wejdziesz ze mną do gabinetu Augustine’a, będzie wiedział, czego chcę. Myślę, że się zgodzi.

Kaye zaskoczyła siebie, mówiąc:

— W takim razie polecę z tobą do Waszyngtonu.

— Zasługujesz na to, Kaye — stwierdziła Cross. — I potrzebuję ciebie. Nie wybieramy się do lunaparku. Potrzebuję najlepszych badaczy, najlepszej zbroi, jaką można dostać.

Na dworze śnieg padał dużo mocniej. Kaye dostrzegła, że kierowca Cross wsiadł do samochodu i rozmawia przez komórkę. Zupełnie inny świat, taki szybki, zaaferowany, powiązany, dający tak mało czasu na myślenie.

Może tego właśnie potrzebowała.

— Zadzwonię to tego adwokata — powiedziała Kushner. Potem do Cross: — Chciałabym parę minut pogadać z Kaye w cztery oczy.

— Oczywiście — odparła Cross.

W kuchni Judith Kushner chwyciła Kaye za łokieć i popatrzyła na nią ze skupieniem i mocą, jakie rzadko było u niej widać.

— Pojmujesz, na co się zanosi — powiedziała.

— Na co?

— Będziesz figurantką. Połowę czasu będziesz spędzała w wielkich gabinetach, rozmawiając z ludźmi o miłych uśmieszkach, którzy w twarz będą ci mówić, co tylko zechcesz usłyszeć, a potem szydzić za plecami. Będą cię nazywali pieskiem Marge, łaskawie przygarniętym.

— Och, czyżby — odparła Kaye.

— Będziesz myślała, że dokonujesz wielkich rzeczy, a pewnego dnia zrozumiesz, iż cały czas robiłaś tylko to, czego chce ona, nic więcej. Uważa, że ten świat jest jej, że działa według jej zasad. Wtedy ktoś przyjdzie i cię uratuje, Kaye Lang. Nie wiem, czy zawsze będę to ja. Dla twojego dobra mam nadzieję, że nie będzie to ktoś taki, jak Saul.

— Doceniam twoją troskę. Dziękuję ci — powiedziała Kaye spokojnie, ale ze śladami sprzeciwu. — Ja też polegam na intuicji, Judith. A ponadto chcę się dowiedzieć, co jest z herodem. To nie będzie tanie. Chyba ma rację co do CDC. A jeśli zdołamy… Dokończyć naszą pracę z Eliawą? Dla Saula. Dla pamięci o nim.

Kushner rozluźniła się i oparła o ścianę, kręcąc głową.

— W porządku.

— Robisz z Cross diablicę — powiedziała Kaye.

Judith zaśmiała się.

— Nie diablicę. Choć też nie mojego bliźniego.

Drzwi kuchenne się otworzyły i weszła Debra Kim. Zerknęła nerwowo na Kaye, a potem powiedziała prosząco:

— Kaye, ona chce ciebie. Nie mnie. Jeśli nie wejdziesz na pokład, znajdzie sposób, aby zniweczyć moją pracę…

— Wchodzę w to — odparła Kaye, kiwając ręką. — Ale na Boga, nie mogę wyjechać właśnie teraz. Dom…

— Marge zadba o niego w twoim imieniu — powiedziała Kushner, jakby tłumaczyła leniwemu studentowi jakiś temat, który ją samą niezbyt pociąga.

— Zadba — potwierdziła Kim szybko. Jej twarz się rozjaśniła. — Jest zdumiewająca.

29

Laboratorium Naczelnych Zespołu Specjalnego, Baltimore

Luty

— Dzień dobry, Christopherze! Jak na kontynencie? — Marian Freedman przytrzymała otwarte tylne drzwi u szczytu betonowych schodów. Bardzo zimny wiatr gnał alejką. Dicken podciągnął zrobiony na drutach szalik i wchodząc po stopniach, przecierał zaspane oko.

— Nie przestawiłem się jeszcze z czasu niemieckiego. Masz pozdrowienia od Bena Tice'a.

Freedman zasalutowała energicznie.

— Europa na tropie! — Zawołała dramatycznym tonem. — Co u Bena?

— Jest wykończony. W zeszłym tygodniu uzyskali białka płaszcza wirusa. Było to trudniejsze, niż sądzili. SHEVA nie krystalizuje.

— Powinien był zwrócić się do mnie — powiedziała Marian.

Dicken zdjął szalik i płaszcz.

— Dostanę gorącą kawę?

— W holu. — Poprowadziła go betonowym korytarzem pomalowanym na dziwaczny odcień pomarańczy i wskazała drzwi z lewej strony.

— Jak budynek?

— Wciąga. Słyszałeś, że inspektorzy znaleźli tryt w instalacji wodociągowej? W zeszłym roku był tu zakład przetwarzający odpadki medyczne, ale w jakiś sposób tryt dostał się do rur. Nie mamy czasu na skargi i szukanie czegoś innego. Co za rynek! Tak więc… Dziesięć tysiączków kosztowało nas wstawienie czujników i wyposażenia. A jeszcze musimy codziennie sprowadzać do budynku inspektora promieniowania z NRC z jego węszącym psem.

Dicken stanął przed tablicą informacyjną na ścianie holu, podzieloną na dwie części: jedna była dużą, białą tablicą do pisania, a na lewo od niej wisiała płyta z korka, cała pokryta karteczkami. „Potrzebny współlokator: tańsze mieszkanie!” „Czy ktoś może w przyszłą środę zabrać z lotniska im. Dullesa mojego psa po kwarantannie? Cały dzień jestem zajęty”, „Czy ktoś zna dzienną opiekunkę do dzieci w Arlington?” „Potrzebuję podwiezienia w poniedziałek do Bethesdy. Najlepiej przez kogoś z metabolizmu lub wydalania: i tak musimy pogadać”.

Oczy zachodziły mu mgłą. Był zmęczony, ale widok dowodów, że wszystko tu zaczyna żyć, że ludzie przybywają, sprowadzają rodziny, zmieniają mieszkania, ściągają z całego świata, bardzo go podbudował.

Freedman podała mu kawę w parującym kubeczku.

— Świeża. Mamy dobrą kawę.

— Moczopędna — powiedział. — Powinna pomóc zmyć ten tryt.

Freedman sposępniała.

— Czy wywołaliście ekspresję? — Spytał Dicken.

— Nie — odparła Freedman. — Rozproszony małpi ERV nie przypomina jednak genomu SHEVY, to przerażające. Dowodzimy właśnie tego, co zakładaliśmy wcześniej: towar jest stary. Do genomu małpiego dostał się wcześniej niż do naszego, pochodzi od koczkodanów.

Dicken szybko wypił kawę i wytarł usta.

— Czyli to nie choroba — stwierdził.

— Oj, tego bym nie powiedziała. — Freedman wzięła jego kubeczek i wyrzuciła. — Podlega ekspresji, rozprzestrzenia się, zaraża. To choroba, obojętnie skąd pochodzi.

— Ben Tice zbadał dwieście odrzuconych płodów. Każdy z nich zawiera wielką masę pęcherzykową, podobną do jajnika, ale mającą zaledwie około dwudziestu jajeczek. Każdy ma…

— Wiem, Christopherze. Trzy lub mniej rozpęczniałych pęcherzyków jajnikowych. Wczoraj wieczorem przysłał mi raport.

— Marian, łożyska są maleńkie, owodnia to zaledwie cienki woreczek, a po poronieniu, które odbywa się niewiarygodnie gładko — wiele kobiet nie czuje wcale bólu — nie dochodzi nawet do utraty śluzówki macicy. Jakby ciąża trwała nadal.

Freedman bardzo się ożywiła.

— Proszę, Christopherze…

Weszli dwaj dalsi badacze, obaj młodzi i czarnoskórzy, rozpoznali Dickena, choć go wcześniej nie spotkali, kiwnęli głowami na przywitanie i poszli w stronę lodówki. Freedman ściszyła głos.

— Christopherze, nie zamierzam stawać między tobą i Markiem Augustine’em, gdy posypią się iskry. Tak, wykazałeś, że ofiary gruzińskie miały w tkankach SHEVĘ. Ich dzieci nie były jednak tymi zniekształconymi workami na jajeczka. Płody były normalnie rozwinięte.

— Chciałbym dostać do zbadania któryś z nich.

— No to zdobądź go sobie gdzieś indziej. Christopherze, nie jesteśmy laboratorium kryminalistycznym. Dostałam tutaj stu dwudziestu trzech ludzi, trzydzieści koczkodanów plus dwanaście szympansów i skupiamy się na bardzo szczegółowym zadaniu. Badamy ekspresję wirusa endogennego w tkankach małp. Wyłącznie. — Ostatnie słowa wypowiedziała cichym szeptem obok drzwi. Potem głośniej dodała: — Zajrzyj więc i zobacz, co robimy.

Poprowadziła Dickena małym labiryntem boksów, z których każdy miał swój mały płaski monitor. Minęli kilka kobiet w białych fartuchach laboratoryjnych i technika w zielonym kombinezonie. Powietrze pachniało środkiem antyseptycznym, dopóki Marian nie otworzyła stalowych drzwi wiodących do głównego laboratorium zwierzęcego. Tam Dicken wyczuł znajomy zapach małpiego żarcia, ostry smród moczu i odchodów, a także woń mydła i środka odkażającego.

Freedman zabrała go do wielkiego, betonowego pomieszczenia z trzema szympansicami; każda zajmowała osobną, zamkniętą klatkę z plastiku i stali. Każda klatka miała powietrze dostarczane oddzielnym systemem wentylacyjnym. Pracownik do najbliższej klatki wsadził zacisk prętowy, a szympansica usilnie próbowała odepchnąć obejmującą ją stal. Zacisk powoli się zacieśniał, gdy mężczyzna przesuwał zębatkę, gwiżdżąc niemelodyjnie i czekając, aż małpa wreszcie się podda. Zacisk trzymał ją mocno; nie mogła już gryźć, tylko jedna łapa wysuwała się przez pręty, daleko od zajmującej się zwierzęciem laborantki.

Marian patrzyła z kamienną twarzą, jak unieruchomiona szympansica jest wyciągana z klatki. Zacisk zakołysał się na gumowych kółkach, a laborantka pobrała krew i wymaz z pochwy.

Małpa skrzeczała i krzywiła się w proteście. Technik i laborantka nie zwracali uwagi na jej krzyki.

Marian podeszła do zacisku i dotknęła wyciągniętej łapki szympansicy.

— No, Kiki. No, malutka. Przepraszamy, mileńka.

Palce małpy wiele razy pogładziły wnętrze dłoni Marian.

Szympansica krzywiła się i piszczała, ale już nie wrzeszczała. Kiedy wróciła do swojej klatki, Marian obróciła się do robotnika i laborantki.

— Wywalę każdego sukinsyna, który traktuje te zwierzęta jak maszyny — warknęła niskim, twardym głosem. — Rozumiecie? Ona potrzebuje towarzystwa. Została zgwałcona i chce kogoś dotykać, aby się uspokoić. Jesteście jej najbliżsi po przyjaciołach i rodzinie. Rozumiecie mnie?

Speszeni pracownik i laborantka przeprosili.

Marian minęła Dickena i skinęła głową, aby poszedł za nią.

— Na pewno będzie dobrze — powiedział Dicken, zdeprymowany tą sceną. — Ufam ci całkowicie, Marian.

Marian westchnęła.

— No to wracajmy do mojego pokoju i porozmawiajmy jeszcze.

Korytarz były pusty, drzwi na obu jego końcach zamknięte. Dicken robił przy mówieniu szerokie gesty.

— Przeciągnąłem Bena ma moją stronę. Uważa to za ważne wydarzenie, a nie tylko chorobę.

— Wystąpi więc przeciwko Augustine’owi? Christopherze, dają nam fundusze wyłącznie na poszukiwania terapii! Jeśli to nie choroba, to po co terapia? Ludzie są przestraszeni, chorzy i myślą, że tracą dzieci.

— Odrzucone płody nie są dziećmi, Marian.

— A czym, u diabła? Muszę wiedzieć, na czym stoję, Christopherze. Gdy dostaniemy pełną podstawę teoretyczną…

— Zasięgam języka — powiedział Dicken. — Powiedz mi, co myślisz.

Marian stanęła za swoim biurkiem, położyła dłonie na blacie z laminatu, popukała w niego krótkimi paznokciami. Wyglądała na rozdrażnioną.

— Jestem genetykiem i biologiem molekularnym. Guzik wiem o wszystkim innym. Co wieczór pięć godzin zajmuje mi samo przeczytanie jednej setnej tego, co się dzieje w mojej dziedzinie.

— Masz dostęp do sieci MedWeb? Bionet? Virion?

— Niewiele mogę poza odbieraniem poczty.

— Virion to mała, nieformalna, amatorska strona internetowa z Palo Alto. Mogą się zapisywać tylko osoby prywatne. Prowadzi ją Kiril Maddox.

— Wiem. Randkowałam z Kirilem w Stanford.

Trochę dało to Dickenowi do myślenia.

— Nie wiedziałem o tym.

— Nie mów nikomu, proszę! Już wtedy był błyskotliwym i obrazoburczym gnojkiem.

— Słowo harcerza. Powinnaś jednak tam zajrzeć. Mają trzydzieści anonimowych wpisów. Kiril zapewnia mnie, że wszystkie od pracujących badaczy. Robi się szum, ale bynajmniej nie o chorobie czy terapii.

— Jasne, a kiedy rzecz się rozniesie, dołączę do ciebie i wparujemy do gabinetu Augustine’a.

— Obiecujesz?

— W życiu! Nie jestem błyskotliwym naukowcem z międzynarodową sławą, o którą musi dbać. Jestem kimś w rodzaju dziewczyny przy taśmie z zaniedbanymi włosami i zapaskudzonym życiem seksualnym, która lubi swoją pracę i nie chce jej stracić.

Dicken rozcierał kark.

— Coś się kroi. Coś naprawdę wielkiego. Potrzebuję listy dobrych ludzi, którzy poprą mnie, gdy powiem Augustine’owi.

— Spróbuj i wypal mu w oczy. Wywali cię z CDC na zbity pysk.

— Nie sądzę. Mam nadzieję. — Potem, puszczając oko, Dicken zapytał: — Skąd wiesz? Z Augustine’em też się umawiałaś na randki?

— Studiował medycynę — powiedziała Freedman. — Wystrzegałam się studentów medycyny. Bar Jessies Cougar był trochę poniżej poziomu ulicy, miał mały neon, odlewany szyld udający drewno i poręcz z wypolerowanego mosiądzu. W długiej, wąskiej salce krępy barman w podrabianym smokingu i czarnych spodniach podawał piwo i wino do drewnianych stolików, a siedem lub osiem nagich kobiet, jedna po drugiej, dokonywało przeważnie wyzbytych zapału prób tańczenia na małej scenie.

Mały ręczny napis na estradzie dla muzyków obok pustej klatki głosił, że puma jest w tym tygodniu chora, więc Jessie nie występuje. Zdjęcia leniwego kota i tłustawej blondyny wisiały na ścianie za małym kontuarem.

Sala była ciasna, miała ledwo dziesięć stóp szerokości, i tak zadymiona, że Dicken poczuł się źle, gdy tylko usiadł. Popatrzył na gapiów i ujrzał starszych facetów w garniturach, stojących w dwu i trzyosobowych grupkach, oraz młodych w dżinsach, samotnych, samych białych, trzymających szklaneczki z piwem.

Facet pod pięćdziesiątkę podszedł do opuszczającej właśnie scenę tancerki, coś jej szepnął i ta kiwnęła głową. Ze swymi kolegami udał się do salki z tyłu na jakiś prywatny występ.

Dicken miał dla siebie zaledwie kilka godzin w miesiącu. Tego akurat wieczoru był wolny, nie umówił się z nikim, czekał go tylko pokoik w Holiday Inn, poszedł więc do dzielnicy klubów, mijając liczne samochody policyjne i kilku gliniarzy na rowerach i pieszo. Kilka minut spędził w wielkiej księgarni, uznał perspektywę spędzenia wolnego wieczoru na lekturze za odstręczającą i nogi poniosły go automatycznie tam, gdzie tak naprawdę chciał iść od samego początku, aby popatrzeć na kobiety nie w celach zawodowych.

Tancerki miały od dwudziestu do trzydziestu lat, były dość ładne i bezwstydnie gołe, z piersiami rzadko kiedy naturalnymi, na ile mógł to ocenić, włosami łonowymi wygolonymi u wszystkich w mały wykrzyknik. Gdy wszedł, żadna nawet okiem na niego nie rzuciła. Za kilka minut będzie miał opłacone uśmiechy i spojrzenia, ale na razie był nikim.

Zamówił budweisera — do wyboru był coors, bud i bud lite — i oparł się o ścianę. Na scenie była teraz młoda i szczupła dziewczyna z mocno sterczącymi cyckami, niepasującymi do wąskiej klatki piersiowej. Przyglądał się jej niezbyt zainteresowany, a kiedy skończyła swe dziesięć minut obrotów i kilku martwych spojrzeń na salę, nałożyła krótki, obcisły szlafroczek ze sztucznego jedwabiu i zeszła z estrady do gości.

Dicken nie poznał nigdy zasad panujących w takich klubach. Słyszał o prywatnych salkach, ale nie wiedział, co jest tam dozwolone. Uświadomił sobie, że mniej myśli o kobietach, dymie i piwie niż o wyjeździe rano do Howard University Medical Center, o spotkaniu późnym popołudniem z Augustine'em i nowymi członkami zespołu… Kolejny mocno zapełniony dzień.

Spojrzał na następną występującą na scenie, niższą i trochę bardziej pulchną, z małymi piersiami i bardzo wąską talią, i pomyślał o Kaye Lang.

Dokończył piwo, położył kilka ćwierćdolarówek na porysowanym stoliku i odsunął krzesło. Półgoła rudowłosa kobieta podstawiła pończochę, domagając się pieniędzy; szlafroczek odsłonił uniesioną nogę. Jak głupiec wsunął dwudziestkę za podwiązkę i popatrzył na nią z czymś, co miało być nonszalanckim poleceniem, ale pewnie okazało się jedynie trochę sztywnym, niepewnym spojrzeniem.

— Ładny początek, słodziutki — powiedziała cienkim, lecz pewnym głosem. Rozejrzała się szybko. Był największą z pływających teraz w stawie ryb bez towarzystwa. — Przepracowałeś się, co?

— Właśnie — przytaknął.

— Coś mi się zdaje, że potrzebujesz małego prywatnego tańca — dodała.

— Przydałby się — odparł z wyschniętym językiem.

— Mamy takie miejsce — powiedziała. — Ale znasz zasady, słodziutki? Dotykać mogę tylko ja. Kierownictwo nie pozwala ci ruszać się z krzesła. Będzie wesoło.

Brzmiało okropnie. Mimo to poszedł z nią do pokoiku na tyłach budynku, jednego z ośmiu czy dziesięciu na piętrze; każdy był wielkości sypialni i pozbawiony mebli z wyjątkiem małej sceny i składanego krzesła bądź dwóch. Usiadł na jednym z nich, a kobieta pozwoliła się zsunąć szlafroczkowi. Miała na sobie tylko majteczki.

— Mam na imię Danielle — oznajmiła. Położyła palec na ustach, gdy chciał coś powiedzieć. — Nic nie mów. Lubię tajemnice.

Potem z małej czarnej torebki na ramieniu wyjęła plastikowy woreczek i otworzyła go wprawnym, zręcznym ruchem. Naciągnęła na twarz maskę chirurgiczną.

— Przepraszam — powiedziała jeszcze cieńszym głosem.

— Wiesz, jak to jest. Dziewczyny mówią, że ta nowa grypa przedostaje się przez wszystko — pigułkę, gumkę, co tylko chcesz. Nie musisz nawet, no wiesz, być niegrzeczny, abym wpadła w kłopoty. Podobno przenoszą ją wszyscy faceci. Mam już parkę dzieciaków. Nie chciałabym zwalniać się z pracy, aby zrobić małego dziwoląga.

Dicken był tak zmęczony, że ledwo mógł się ruszać. Weszła na scenę i przybrała odpowiednią postawę.

— Wolisz wolniej czy szybciej?

Wstał, niechcący z głośnym trzaskiem przewracając krzesło.

Skrzywiła się, zmrużyła oczy i ściągnęła brwi nad maseczką, która miała barwę lekarskiej zieleni.

— Przepraszam — powiedział i wręczył jej następną dwudziestkę. Potem uciekł z pokoju, przedarł się przez dym, zahaczając o kilkoro nóg blisko sceny, wspiął po schodach; chwilę przytrzymując się mosiężnej poręczy, głęboko odetchnął.

Gwałtownie wytarł rękę o spodnie, jakby to on mógł się zarazić.

30

Uniwersytet Stanu Waszyngton, Seattle

Mitch siedział na ławce, wyciągając ręce do rozmytego blasku słonecznego. Miał na sobie wełnianą koszulę marki Pendleton, sprane dżinsy, sfatygowane buty turystyczne; nie założył płaszcza.

Gołe drzewa wznosiły szare ramiona nad zdeptanym śniegiem. Wychodzone przez studentów ścieżki biegły poza chodnikami, tworząc szlaki przecinające się na zaśnieżonych trawnikach.

Z wiszących nad głowami poszarpanych, szarych mas chmur spadały powoli płatki śniegu.

Podszedł Wendell Packer, uśmiechając się niepewnie i machając ręką. Był w wieku Mitcha, pod czterdziestkę, wysoki i szczupły, z przerzedzonymi włosami i regularnymi rysami, tylko trochę popsutymi bulwiastym nosem. Nosił gruby sweter, granatową kamizelkę i małą, skórzaną torbę na ramię.

— Zawsze chciałem nakręcić film o tym dziedzińcu — powiedział Packer. Nerwowo zaciskał dłonie.

— Jakiego rodzaju? — Zapytał Mitch. Już bolało go serce. Musiał się zmusić do zadzwonienia i przyjścia na uczelnię. Próbował nauczyć się ignorować zmieszanie dawnych kolegów i przyjaciół naukowych.

— Tylko jedną scenę. Śnieg pokrywający ziemię w styczniu; kwitnące śliwy w kwietniu. Idzie ładna dziewczyna, właśnie tutaj. Obraz powoli ciemnieje: otaczają ją opadające płatki śniegu, przechodzą w płatki kwiatów. — Packer wskazał ścieżkę, którą studenci brnęli na zajęcia. Zmiótł breję z ławki i usiadł obok Mitcha. — Mogłeś przyjść do mojego pokoju, Mitch. Nie jesteś pariasem. Nikt nie zamierza wykopać cię z terenu uczelni.

Mitch wzruszył ramionami.

— Dziczeję, Wendell. Niewiele sypiam. Mam stos podręczników w mieszkaniu… Cały dzień czytam o biologii. Nie wiem, na czym powinienem się skupić najbardziej.

— No tak, pożegnaj się z élan vital. Jesteśmy teraz inżynierami.

— Chcę postawić ci obiad i zadać kilka pytań. A także wiedzieć, czy mogę wysłuchać kilku wykładów na twoim wydziale. Teksty nie przemawiają do mnie.

— Mogę popytać profesorów. Jakich dokładnie wykładów?

— Embriologia. Rozwój kręgowców. Trochę położnictwa, ale to już poza twoim wydziałem.

— Dlaczego?

Mitch patrzył przez dziedziniec na otaczające go ściany budynków z cegły barwy ochry.

— Muszę się wiele nauczyć, zanim otworzę gębę albo zrobię inny głupi ruch.

— Na przykład jaki?

— Gdybym ci powiedział, upewniłbyś się, że zwariowałem.

— Mitch, od lat rzadko spędzałem lepiej czas niż wtedy, gdy chodziliśmy z dzieciakami do Gingko Trees. Uwielbiały łazić, szukać skamielin. Godzinami wpatrywałem się w ziemię, aż od słońca spiekł mi się kark. Zrozumiałem, że to dlatego nosisz chustę z tyłu kapelusza.

Mitch się uśmiechnął.

— Nadal jestem przyjacielem, Mitch.

— To naprawdę wiele dla mnie znaczy, Wendell.

— Zimno tutaj — powiedział Packer. — Gdzie zabierasz mnie na obiad?

— Lubisz kuchnię azjatycką?

Siedzieli w restauracji Little China, w kąciku przy oknie, czekając na przyniesienie ryżu, makaronu i curry. Packer popijał gorącą herbatę; Mitch, przekornie, zamówił zimną lemoniadę. Para pokrywała szybę okna wychodzącego na szarą Ave, nazywaną tak, choć naprawdę była to biegnąca obok kampusu University Street, a nie Avenue. Trochę młodzieży w skórzanych kurtkach i luźnych portkach paliło papierosy i tuptało wokół stojaka z gazetami na łańcuchach. Śnieg ustał i ulice lśniły czernią.

— No to mów, na co są ci potrzebne te wykłady — poprosił Packer.

Mitch rozłożył trzy wycięte z gazet artykuły o Ukrainie i Gruzji. Packer przeczytał je uważnie.

— Ktoś próbował zabić matkę z jaskini. A po tysiącach lat zabijają matki z grypą Heroda.

— Aha. Myślisz, że neandertalczycy… Niemowlę znalezione w jaskini. — Packer odchylił głowę do tyłu. — Jestem trochę zaskoczony.

— Chryste, Wendell, byłem tam. Widziałem dziecko w jaskini. Naukowcy z Innsbrucku na pewno już to potwierdzili, choć nic nikomu nie mówią. Pisałem listy, ale nawet nie raczyli odpowiedzieć.

Packer zastanawiał się, głęboko marszcząc czoło, próbując złożyć pełen obraz.

— Myślisz, że natrafiłeś na przypadek punktualizmu. W Alpach.

Niska kobieta o okrągłej, ładnej twarzy przyniosła jedzenie i przy talerzach położyła pałeczki. Kiedy odeszła, Packer mówił dalej:

— Uważasz, że w Innsbrucku porównali tkanki, a jedynie nie ujawniają wyników?

Mitch przytaknął.

— Na razie to tylko domysł, tak nieprawdopodobny, że nikt nic nie mówi. Sprawa jest niezwykle delikatna. Słuchaj, nie chcę być współautorem… Nie chcę cię obarczać wszystkimi szczegółami. Daj mi tylko szansę przekonania się, czy mam rację, czy też nie. Najprawdopodobniej tak się mylę, że powinienem się zabrać do produkcji asfaltu. Ale… Byłem tam, Wendell!

Packer rozejrzał się po restauracji, odsunął pałeczki, nałożył na talerz kilka łyżek ostrego sosu z papryczek i wbił widelec w wieprzowinę z curry i ryżem. Z pełnymi ustami zapytał:

— Jeśli pozwolę ci chodzić na wykłady, czy będziesz siadał z tyłu?

— Będę stał za drzwiami — odparł Mitch.

— Żartowałem — powiedział Packer. — Chyba.

— Wiedziałem — uśmiechnął się Mitch. — Chcę cię teraz prosić o jeszcze jedną przysługę.

Packer uniósł brwi.

— Przeginasz, Mitch.

— Czy masz kogoś po doktoracie pracującego nad SHEVĄ?

— Zgadłeś — powiedział Packer. — CDC prowadzi program koordynacji badań, do którego przystąpiliśmy. Widziałeś, że wszystkie kobiety na uczelni noszą maseczki z gazy? Chcielibyśmy rzucić odrobinę światła na to wszystko. No wiesz, światła. — Spojrzał wprost na Mitcha.

Mitch wyciągnął dwie szklane fiolki.

— Są dla mnie bardzo cenne — oznajmił. — Nie chcę ich stracić.

— Trzymał je na wnętrzu dłoni. Lekko zadźwięczały, ich zawartość przypominała dwa kawałeczki suszonej wołowiny.

Packer odłożył widelec.

— Co to?

— Tkanka neandertalczyka. Jedna od samca, druga od samicy.

Packer przestał żuć.

— Ile jej potrzebujesz? — Spytał Mitch.

— Niewiele — odparł Packer z ustami pełnymi ryżu. — Jeśli mam coś zrobić.

Mitch powoli przesuwał w przód i w tył dłoń z fiolkami.

— Gdybym miał ci zaufać — dodał Packer.

— To ja muszę zaufać tobie — powiedział Mitch.

Packer zerknął na zamglone okna, młodzież nadal tkwiącą za nimi, śmiejącą się i palącą papierosy.

— Mam szukać w nich… SHEVY?

— Lub czegoś podobnego do SHEVY.

— Dlaczego? Co SHEVA ma wspólnego z ewolucją?

Mitch poklepał artykuły z gazet.

— Wyjaśnia to wszystkie gadki o dzieciach diabła. Dzieje się coś mocno niezwykłego. Musiało się dziać przedtem, znalazłem dowody.

Packer starannie wytarł usta.

— Ani trochę ci nie wierzę. — Wziął fiolki z dłoni Mitcha, przyjrzał się im uważnie. — Są tak cholernie stare. Trzy lata temu trzej moi asystenci po doktoracie badali sekwencje DNA mitochondrialnego z tkanek kości neandertalczyka. Przetrwały z niego tylko fragmenty.

— Możesz więc potwierdzić, że to jest prawdziwe — powiedział Mitch. — Wyschnięte, zdegradowane, ale przypuszczalnie pełne.

Packer ostrożnie położył fiolki na stoliku.

— Czemu miałbym to robić? Tylko dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi?

— Dlatego, że jeśli mam rację, będzie to największe odkrycie naukowe naszych czasów. Może się w końcu dowiemy, jak działa ewolucja.

Packer wyjął portfel, a z niego dwudziestkę.

— Ja płacę — powiedział. — Wielkie odkrycia bardzo mnie denerwują.

Mitch patrzył na niego z niesmakiem.

— Och, zrobię to — obiecał Packer ponuro. — Ale tylko dlatego, że ze mnie idiota i frajer. Proszę cię, Mitch, żadnych więcej przysług.

31

National Institute of Health, Bethesda

Cross i Dicken siedzieli naprzeciw siebie przy szerokim stole w małej salce konferencyjnej zarządu w Budynku im. Natchera, zaś Kaye zasiadała obok Cross. Dicken bawił się piórem, patrząc na stół jak zdenerwowany chłopczyk.

— Kiedy Mark zrobi królewskie wejście? — Zapytała Cross.

Dicken z uśmiechem podniósł wzrok.

— Daję mu pięć minut. Może mniej. Nie za bardzo mu się to podoba.

Cross dłubała w zębie długim, spiłowanym paznokciem.

— Jedyną rzeczą, której nie masz wiele, jest czas, co? — Spytał Dicken.

Cross uśmiechnęła się uprzejmie.

— Wydaje się, że nie minęło go wiele od Gruzji — powiedziała Kaye tylko dla podtrzymania rozmowy.

— Bardzo niewiele — potwierdził Dicken.

— Spotkaliście się w Gruzji? — Zapytała Cross.

— Tylko przelotnie — odparł Dicken. Zanim rozmowa zdążyła się rozwinąć, wszedł Augustine, ubrany w drogi szary garnitur, trochę pomarszczony na plecach i przy kolanach. Uczestniczył już dzisiaj w niejednej konferencji, domyśliła się Kaye.

Augustine podał rękę Cross i usiadł. Lekko zaciskał przed sobą dłonie.

— No, Marge, umowa zawarta? Zdobyłaś Kaye i musimy się nią dzielić?

— Nic nie jest przesądzone — powiedziała uprzejmie Cross.

— Chciałam najpierw porozmawiać z tobą.

Augustine nie był przekonany.

— Co będziemy z tego mieli?

— Zapewne nic, Mark, czego byście i tak nie dostali — odparła Cross. — Możemy teraz z grubsza nakreślić obraz, a później dorysować szczegóły.

Augustine lekko się zarumienił, na chwilę zacisnął szczęki.

— Uwielbiam się targować. Czego właściwie potrzebujemy od Americolu?

— Dziś wieczorem będę na kolacji z trzema republikańskimi senatorami — odpowiedziała Cross. — Typki z Pasa Biblijnego.

— Niewiele się interesują tym, co robię, dopóki dbam o ich drobnych donatorów. Wyjaśnię im, dlaczego uważam, że Zespół Specjalny i cała nauka powinni dostać jeszcze więcej pieniędzy i dlaczego należy połączyć intranetem Americol, Euricol oraz wybranych naukowców z Zespołu Specjalnego i CDC Potem powiem im trochę o życiu. To znaczy o herodzie.

— Pewnie krzykną „Dzieło Boga!” — Stwierdził Augustine.

— Raczej nie sądzę — odparła Cross. — Mogą być mądrzejsi, niż myślisz.

— Tłumaczyłem to już wszystkim senatorom i większości członków Kongresu — powiedział Augustine.

— No to utworzymy zgrany tandem, jak w sporcie. Sprawię, że poczują się włączeni do kręgu wtajemniczonych, w czym, jak wiem, Mark, nie jesteś dobry. A wspólna praca… Da w ciągu roku terapię, a może nawet lekarstwo. Gwarantuję ci to.

— Jak możesz coś takiego gwarantować? — Zapytał Augustine.

— Jak mówiłam Kaye, gdy tu leciałyśmy, już przed laty poważnie zainteresowałam się jej artykułami. Paru moim kluczowym ludziom w San Diego poleciłam sprawdzenie możliwości. Kiedy dotarły wieści o uaktywnieniu się SHEVY, a potem heroda, byłam już gotowa. Przekazałam je dobrym ludziom z naszego programu Strażnik. Przypomina to, co ty robisz, Christopherze, ale na poziomie przedsiębiorstwa. Znamy już budowę płaszcza białkowego SHEVY, wiemy, jak SHEVA wkrada się do komórek ciała ludzkiego, z jakimi receptorami się łączy. CDC i Zespół Specjalny będą potem mogli podzielić się zasługami po połowie, a ja się zajmę zapewnieniem wszystkim terapii. Oczywiście będziemy to robić tanio, albo za darmo, może nawet bez żadnych zysków.

Augustine popatrzył na nią, naprawdę zaskoczony. Cross zachichotała. Pochyliła się nad stołem, jakby miała uderzyć go pięścią, i powiedziała:

— Trafiony, zatopiony, Mark.

— Nie wierzę — odparł Augustine.

— Pan Dicken powiedział, że chce ściśle współpracować z Kaye.

— Bardzo ładnie — przyznała Cross.

Augustine założył ręce.

— Przecież ten intranet to naprawdę coś. Bezpośrednia, szybka, doskonała łączność. Wykryjemy każdy cholerny HERV w genomie, aby się upewnić, że SHEVA nie ma gdzieś kopii, że nas nie zaskoczy. Kaye może poprowadzić ten projekt. Zastosowania farmaceutyczne mogą być cudowne, przecudowne. — Głos jej się łamał z podekscytowania.

Kaye złapała się na tym, że i w niej buzuje entuzjazm. Zupełnie inny niż u Cross.

— Mark, co twoi ludzie mówią ci o tych HERV-ch? — Spytała Cross.

— Wiele — odparł Augustine. — Skupiliśmy się oczywiście na herodzie.

— Czy wiesz, że największy gen uruchamiany przez SHEVĘ, wielobiałko w chromosomie 21, ma różną ekspresję u małp i u ludzi? Że to jeden z zaledwie trzech genów w całej kaskadzie SHEVY, który wykazuję taką różnicę?

Augustine pokręcił głową.

— Jesteśmy blisko poznania tego — powiedział Dicken i trochę zakłopotany rozejrzał się wokół. Cross nie zwróciła na niego uwagi.

— Szukamy go w katalogu archeologicznym chorób ludzkich, cofając się miliony lat — ciągnęła Cross. — Widział to już co najmniej jeden z dawnych cholernych wizjonerów i zamierzamy pobić CDC w ostatecznym opisie… Pozostawimy w polu badania rządowe, Marku, jeśli nie będziemy współpracować. Kaye może pomagać, aby kanały łączności pozostawały otwarte. Razem możemy oczywiście działać o niebo szybciej.

— Pragniesz zbawić świat, Marge? — Zapytał łagodnie Augustine.

— Nie, Marku. Nie sądzę, aby herod był czymś więcej niż dokuczliwym kłopotem. Godzi jednak w nasze życie. Przeszkadza robić dzieci. Wszyscy oglądający telewizję albo czytający gazety są przestraszeni. Kaye jest sławna, jest kobietą, ładnie wypada na ekranie. Oboje potrzebujemy kogoś takiego jak ona. Czy to nie dlatego obecny tu pan Dicken i naczelna lekarz uważają, że może być użyteczna? Obok jej niewątpliwej wiedzy?

Następne pytanie Augustine skierował do Kaye.

— Przypuszczam, że nie zwróciła się pani sama do pani Cross, po zgodzie na pracę dla nas.

— Nie — potwierdziła Kaye.

— Czego się pani spodziewa po tym układzie?

— Marge ma chyba rację — odparła Kaye, czując niemal chłodne przekonanie. — Powinniśmy współpracować, stwierdzić, czym to jest i co możemy z tym zrobić. — Lwica korporacyjna Kaye Lang, zimna i zdystansowana, pozbawiona wątpliwości. Saulu, byłbyś ze mnie dumny.

— To program międzynarodowy, Marge — powiedział Augustine. — Zawiązujemy koalicję dwudziestu różnych państw. Głównym graczem jest tutaj WHO. Nie ma żadnych primadonn.

— Ustanowiliśmy już elitarny zespół kierownictwa, który się tym zajmie. Na czele naszego programu szczepionki stanie Robert Jackson. Będziemy działać w pełnym świetle. Postępujemy tak na scenie światowej już od dwudziestu pięciu lat. Wiemy, Marku, na czym polega gra w piłkę.

Augustine popatrzył na Cross, potem na Kaye. Wyciągnął ręce, jakby chciał uścisnąć Cross.

— Kochana — powiedział i wstał, aby posłać jej całusa.

Cross zagdakała jak stara kura.

32

Uniwersytet Stanu Waszyngton, Seattle

Wendell Packer zaprosił Mitcha na rozmowę do swojego gabinetu w Budynku im. Magnusona. Ten pokój w skrzydle E był mały, zapchany, bez okien, miał półki z książkami i dwa komputery, w tym jeden połączony ze sprzętem w laboratorium Packera. Na jego monitorze widać było długie szeregi sekwencjonowanych białek, czerwone i niebieskie wstęgi oraz zielone kolumny w ładnym nieporządku, przypominające wypaczoną klatkę schodową.

— Zrobiłem to sam — powiedział Packer, podając Mitchowi długi, złożony wydruk. — Nie z braku zaufania do moich studentów, ale nie chcę rujnować ich karier. Wolę też, aby nie zjechano mojego wydziału.

Mitch wziął wydruki i je przeglądał.

— Pewnie na pierwszy rzut oka nie ma to większego sensu — ciągnął Packer. — Tkanki są o wiele za stare, aby dać pełne sekwencje, poszukałem więc małych genów występujących tylko w SHEVIE, a potem produktów powstających, gdy SHEVA dostanie się do komórki.

— Znalazłeś je? — Zapytał Mitch ze ściśniętym gardłem.

Packer przytaknął.

— Twoje próbki tkanek mają SHEVĘ. I nie są to zanieczyszczenia od ciebie czy ludzi, z którymi wtedy byłeś. Wirus jest jednak naprawdę mocno rozłożony. Użyłem przysłanych nam z Bethesdy próbek przeciwciał łączących się z białkami związanymi z SHEVĄ. To hormon stymulujący pęcherzyki jajnikowe, występujący wyłącznie w zakażeniu SHEVĄ. Potem oparłem się na pewnej teorii informatycznej, aby zaprojektować i uzyskać lepsze próbki na wypadek, gdyby SHEVA lekko zmutowała albo różniła się z innych powodów. Zajęło mi to kilka dni, ale otrzymałem osiemdziesiąt procent zgodności. Aby się podwójnie upewnić, do wykrywania DNA prowirusa heroda użyłem metody hybrydyzacji southwestern. W naszych okazach są niewątpliwie kawałki zaktywizowanej SHEVY. Tkanka samca jest jej pełna.

— Jesteś pewny, że to SHEVA? Żadnych wątpliwości, choćbyś miał stanąć przed sądem?

— Zważywszy na źródło, przed sądem by to nie przeszło. Ale czy to SHEVA? — Uśmiechnął się Packer. — Tak. Od siedmiu lat pracuję na tym wydziale. Mamy najlepszy sprzęt, jaki można dostać za pieniądze, i najlepszych ludzi, jakich można skusić tym sprzętem, dzięki trzem bardzo bogatym młodziakom z Microsoftu. Ale… Mitch, usiądź, proszę.

— Mitch uniósł wzrok znad wydruków.

— Dlaczego?

— No usiądź.

— Mitch usiadł.

— Mam coś jeszcze. Karel Petrovich z antropologii poprosił Marię Konig, siedzącą trochę dalej na tym samym korytarzu, najlepszą w naszym laboratorium, aby popracowała nad bardzo starą próbką tkanki. Zgadnij, skąd dostał tę tkankę.

— Innsbruck?

Packer wyciągnął następną kartkę.

— Poprosili Karela, aby się zwrócił właśnie do nas. Mamy reputację, co na to poradzę? Chcieli, abyśmy poszukali określonych znaczników i kombinacji alleli, które są najczęściej używane dla ustalania rodzicielstwa. Dostaliśmy jedną małą próbkę tkanki, około grama. Oczekiwali bardzo precyzyjnej pracy, i to szybko. Mitch, musisz przysiąc, że zachowasz to w całkowitej dyskrecji.

— Przysięgam — powiedział Mitch.

— Z samej ciekawości zapytałem jednego analityka o wyniki. Pominę nudne szczegóły. Tkanka pochodzi od noworodka. Ma co najmniej dziesięć tysięcy lat. Szukaliśmy znaczników i je znaleźliśmy. Porównałem też kilka alleli z twoimi próbkami tkanki.

— Pasują? — Spytał Mitch łamiącym się głosem.

— Tak… I nie. Nie sądzę, aby Innsbruck zgodził się ze mną albo z twoimi domysłami.

— Nie domyślam się. Wiem.

— No tak, jestem ciekaw, ale w sali sądowej uwolniłbym twego samca od odpowiedzialności. Nie jest ojcem tego prehistorycznego dziecka. Z samicą jest jednak inaczej. Allele pasują.

— Jest matką dziecka?

— Ponad wszelką wątpliwość.

— Ale on nie jest ojcem?

— Właśnie powiedziałem, że wybroniłbym go z tego przed sądem. Działa tu jakaś dziwaczna genetyka. Naprawdę niesamowite sprawy, jakich nigdy dotąd nie widziałem.

— Ale dziecko jest nasze.

— Mitch, nie zrozum mnie źle. Nie zamierzam cię popierać ani pomagać ci w pisaniu artykułów. Muszę dbać o wydział i swoją karierę. Spośród wszystkich ludzi ty najbardziej powinieneś to rozumieć.

— Wiem, wiem — powiedział Mitch. — Nie mogę jednak robić tego sam.

— Dam ci kilka wskazówek. Wiesz, że Homo sapiens sapiens jest zdumiewająco jednolity, mówiąc genetycznie.

— Wiem.

— No, nie sądzę, aby Homo sapiens neandertalensis był równie jednolity. To prawdziwy cud, Mitch, że mogę ci to powiedzieć, mam nadzieję, że zrozumiesz. Trzy lata temu potrzebowałbym ośmiu miesięcy na przeprowadzenie analiz.

Mitch zmarszczył brwi.

— Nie nadążam.

— Genotyp niemowlęcia przypomina bardzo twój i mój. Jest bliski współczesnemu. DNA mitochondrialne w tkance, którą mi dałeś, pasuje do próbek, jakie uzyskaliśmy ze starej kości neandertalczyka. Powiedziałbym jednak, gdybyś nie popatrzył na mnie zbyt krytycznie, że samiec i samica, którzy dostarczyli twoje próbki, są rodzicami dziecka.

Mitch poczuł oszołomienie. Pochylił się w krześle i wsadził głowę między kolana.

— Chryste — rzucił stłumionym głosem.

— Bardzo późna kandydatka na Ewę — powiedział Packer. Wyciągnął rękę. — Popatrz na mnie. Jak drżę.

— Co możesz zrobić, Wendell? — Spytał Mitch, podnosząc głowę, aby na niego spojrzeć. — Natrafiłem na największą bombę w historii nowożytnej nauki. Innsbruck już wznosi mury, a ja czuję smród. Zaprzeczą wszystkiemu. To łatwe wyjście. Co mam robić? Gdzie mam się udać?

Packer przetarł oczy i wydmuchał nos w chusteczkę.

— Poszukaj ludzi mniej konserwatywnych — odparł. — Spoza świata uczelni. Znam ludzi w CDC Dość często rozmawiam ze znajomą z laboratorium w Atlancie, właściwie znajomą mojej dawnej dziewczyny. Pozostajemy w dobrych stosunkach. Przeprowadza analizy tkanek zwłok dla łowcy wirusów z CDC nazwiskiem Dicken, członka Zespołu Specjalnego do spraw Heroda. Co nie dziwi, w tkankach zwłok szuka SHEVY.

— Zwłok z Gruzji?

— No… Tak, rzeczywiście — przyznał Packer. — Dowodów występowania grypy Heroda szuka jednak także w zapiskach historycznych. Sprzed dziesięcioleci, a nawet wieków. — Packer poklepał znacząco rękę Mitcha. — Może zechce posłuchać, co wiesz?

33

Magnuson Clinical Center

The National Institutes of Health, Bethesda

Cztery kobiety siedziały w jasno oświetlonym pokoju. Były w nim dwie kanapy, dwa krzesła, telewizor i odtwarzacz wideo, książki i czasopisma. Kaye zastanawiała się, jak projektanci szpitali potrafią zawsze stworzyć wrażenie sterylności: popielate drewno, ściany w kolorze zimnej, złamanej bieli, higieniczne pastelowe obrazki z plażami, lasami i kwiatami. Wyblakły, kojący świat.

Chwilkę przyglądała się kobietom przez szybę w bocznych drzwiach, w oczekiwaniu, aż dołączy do niej Dicken i dyrektorka projektu klinicznego.

Dwie czarnoskóre. Jedna, pod czterdziestkę i krępa, siedziała wyprostowana w krześle, oglądając coś nieuważnie w telewizji; z jej kolan zwieszał się egzemplarz „Elle”. Druga, zaraz po dwudziestce, a może jeszcze młodsza, bardzo szczupła, z małymi spiczastymi piersiami i krótkimi włosami splecionymi w mnóstwo warkoczyków, podpierała dłonią policzek, trzymając łokieć na poręczy kanapy i nie patrząc na nic konkretnego. Dwie białe kobiety, obie po trzydziestce — jedna była farbowaną blondynką, wyglądającą na mizerną i otępiałą, a druga schludnie ubrana, z twarzą bez wyrazu — czytały wystrzępione egzemplarze „People” i „Time”.

Korytarzem z szarą wykładziną podłogową nadeszli Dicken i doktor Denise Lipton. Lipton była tuż po czterdziestce, niska, ładna, choć o ostrych rysach, z oczyma, które pewnie potrafiły miotać iskry, gdy się rozgniewa. Dicken przedstawił je sobie.

— Gotowa jest pani na spotkanie z naszymi wolontariuszkami? — Zapytała Lipton.

— Bardziej już nie mogę — odparła Kaye.

Lipton uśmiechnęła się bezbarwnie.

— Nie są zbyt szczęśliwe. W ostatnich kilku dniach przeszły dość badań, aby… No, nie czynimy ich zbyt szczęśliwymi.

Kobiety w pokoju podniosły wzrok, gdy usłyszały głosy. Lipton wygładziła fartuch laboratoryjny i pchnęła drzwi.

— Dobry wieczór paniom — powiedziała.

Spotkanie udało się całkiem nieźle. Doktor Lipton odprowadziła trzy kobiety do ich sypialni, zostawiając Dickena i Kaye rozmawiających z czwartą, starszą czarnoskórą kobietą, panią Luellą Hamilton z Richmond w stanie Wirginia.

Pani Hamilton poprosiła o kawę.

— Tak często mnie wysysają. Jeśli nie biorą próbek krwi, to buntują się moje nerki.

Dicken powiedział, że przyniesie każdej kubeczek, i wyszedł z pokoju. Pani Hamilton zmrużyła oczy i skupiła wzrok na Kaye.

— Powiedzieli nam, że to pani znalazła tego robaka.

— Nie — odparła Kaye. — Napisałam kilka artykułów, ale tak naprawdę to nie ja go znalazłam.

— To tylko mała gorączka — powiedziała pani Hamilton. — Mam czwórkę dzieci, a teraz mi mówią, że to nie będzie dzieckiem. Ale nie chcą mi tego wyciągnąć. Mówią, niech choroba się rozwija. Jestem tylko wielkim szczurem laboratoryjnym, nie?

— Raczej tak. Czy traktują panią dobrze?

— Jem. — Wzruszyła ramionami. — Żarcie jest dobre. Nie lubię książek ani filmów. Pielęgniarki są miłe, ale ta doktor Lipton — twarda z niej sztuka. Niby zachowuje się uprzejmie, ale chyba nikogo za bardzo nie lubi.

— Na pewno dobrze pracuje.

— No tak, pszepani, pani Lang, niech pani chwilę posiedzi na moim miejscu i przekona się, czy trochę na nią nie popsioczy.

Kaye się uśmiechnęła.

— Olewam to, jest tu czarny pielęgniarz, traktuje mnie jak jaką gościówę. Mówi, że mam być silna jak jego mama. — Popatrzyła na Kaye twardymi, szeroko otwartymi oczyma i pokręciła głową.

— Nie chcę być silna. Chcę płakać, pani Lang, kiedy robią te swoje badania, kiedy myślę o moim dziecku. Rozumie pani?

— Tak — odparła Kaye.

— Czuję je jak wszystkie inne o tej porze. Myślę, że to może jednak jest dziecko, a oni się mylą. Czy jestem głupia?

— Skoro robią badania, to wiedzą — odpowiedziała Kaye.

— Nie chcą, aby odwiedzał mnie mąż. Tak jest w umowie. Mam grypę od niego, dziecko też jest od niego, ale tęsknię. To nie jego wina. Rozmawiam z nim przez telefon. Nic po sobie nie pokazuje, ale wiem, że tęskni za mną. Denerwuję się, że jestem daleko, rozumie pani?

— Kto opiekuje się pani dziećmi? — Spytała Kaye.

— Mąż. Pozwolili dzieciom przyjechać do mnie z wizytą. Są w porządku. Przywiózł je mąż, przyszły tu do mnie, a on został w samochodzie. Minęły już cztery miesiące, cztery miesiące! — Pani Hamilton przekręciła na palcu złotą obrączkę. — Mówi że czuje się taki samotny, i dzieciaki, czasami trudno z nimi wytrzymać.

Kaye ujęła rękę pani Hamilton.

— Wiem, jaka jest pani dzielna, pani Hamilton.

— Proszę mi mówić Luella — powiedziała tamta. — Powtarzam, nie jestem dzielna. Jak ma pani na imię?

— Kaye.

— Boję się, Kaye. Dowiesz się, co się naprawdę dzieje, przyjdziesz i powiesz mi pierwszej, dobrze? Kaye opuściła panią Hamilton. Czuła się wysuszona i zimna. Dicken zszedł z nią na parter i wyszedł na zewnątrz. Stale patrzył na nią, kiedy myślał, że tego nie zauważy.

Poprosiła, aby stanąć na chwilę. Założyła ręce i patrzyła na szpaler drzew za wąskim, wypielęgnowanym trawnikiem. Trawnik otaczały rowy. Większość terenu NIH to plątanina objazdów i miejsc budowy, dziur wypełnionych ziemią, betonem i sterczącym lasem prętów zbrojeniowych.

— Wszystko w porządku? — Zapytał Dicken.

— Nie — odparła. — Czuję się rozbita.

— Musimy do tego przywyknąć. Ciągle tak jest — powiedział Dicken.

— Wszystkie te kobiety są ochotniczkami?

— Oczywiście. Płacimy za wszystkie zabiegi medyczne i od dnia. Nie możemy zmuszać do czegoś takiego, nawet w stanie zagrożenia narodowego.

— Czemu nie mogą się widywać z mężami?

— To akurat może być moja wina — powiedział Dicken. — Na ostatniej naradzie przedstawiłem pewne dowody, że herod doprowadza do drugiej ciąży bez żadnych czynności seksualnych. Dziś wieczorem przekażą biuletyn wszystkim badaczom.

— Jakie dowody? Mój Boże, mówimy tu o niepokalanym poczęciu? — Kaye oparła dłonie na biodrach i okręciła się, aby stanąć przed nim. — Przyznaj się, śledzisz tę rzecz, odkąd wpadliśmy na siebie w Gruzji?

— Zacząłem jeszcze przed Gruzją. Ukraina, Rosja, Turcja, Azerbejdżan, Armenia. Herod zaczął nawiedzać te kraje dziesięć, dwadzieścia lat temu, może nawet wcześniej.

— Czytałeś więc moje prace i wszystko ci pasuje? Jesteś czymś w rodzaju naukowego zwiadowcy?

Dicken skrzywił się, pokręcił głową.

— Prawie.

— A ja katalizatorem? — Kaye nie mieściło się to w głowie.

— Kaye, to nie takie proste.

— Wolałabym, aby mnie wtajemniczali, Chrisie!

— Christopherze, proszę cię — poprawił. Wyglądał na speszonego, skruszonego.

— Wolałabym, abyś ty mnie wtajemniczał. Trzymasz się tu w cieniu, zawsze z tyłu, dlaczego więc uważam, że powinieneś należeć do najważniejszych ludzi w Zespole Specjalnym?

— Dziękuję ci, to powszechne nieporozumienie — odparł z krzywym uśmieszkiem. — Staram się trzymać z dala od kłopotów, ale nie jestem pewien, czy z powodzeniem. Czasami słuchają, kiedy dowody są mocne — jak w tym właśnie przypadku, mówię o raportach ze szpitali ormiańskich, a nawet kilku z Los Angeles i Nowego Jorku.

— Christopherze, mamy dwie godziny przed następnym spotkaniem — powiedziała Kaye. — Już od dwóch tygodni grzęznę w konferencjach o SHEVIE. Myślą, że znaleźli mi niszę. Bezpieczną klitkę szukania innych HERV-ów. Marge urządziła mi ładne laboratorium w Baltimore, ale… Nie sądzę, aby Zespół Specjalny miał ze mnie wiele pożytku.

— Twoje spiknięcie się z Americolem naprawdę zdenerwowało Augustine'a — stwierdził Dicken. — Powinienem był cię ostrzec.

— No to muszę się skupić na pracy dla Americolu.

— Niezły pomysł. Mają możliwości. Marge chyba cię lubi.

— Powiedz mi więcej, jak to jest… Być na froncie? Tak to się nazywa?

— Front — potwierdził Dicken. — Czasami mówią, że napotykamy prawdziwe wojsko, chorujących ludzi. Jesteśmy tylko robotnikami, oni zaś żołnierzami. Na nich spada większość cierpienia i zgonów.

— Czuję się tu wypychana na aut. Czy będziecie rozmawiać z kimś pozostającym na uboczu?

— Bardzo chętnie — powiedział Dicken. — Wiesz, czego tu nie znoszę, prawda?

— Biurokratycznego walca. Myślą, że wiedzą, czym jest herod. Ale… Druga ciąża bez seksu! — Kaye poczuła nagły, zimny dreszcz.

— Próbują to tłumaczyć — powiedział Dicken. — Dziś wieczorem omówimy możliwy mechanizm. Nie sądzę, aby coś ukrywali. — Zrobił minę chłopczyka skrywającego wielką tajemnicę. — Jeśli zadasz pytania, na które nie będę miał gotowych odpowiedzi…

Rozdrażniona Kaye zdjęła ręce z bioder.

— Jakich pytań nie zadaje Augustine? A jeśli całkowicie się mylimy?

— No właśnie — odparł Dicken. Poczerwieniał i przeciął dłonią powietrze. — Właśnie! Kaye, wiedziałem, że zrozumiesz. Kiedy rozważaliśmy, co jeśli… Pozwolisz, że powiem, co mi leży na wątrobie?

Kaye odsunęła się na te słowa.

— To znaczy tak bardzo podziwiam twoją pracę…

— Miałam szczęście, i Saula — powiedziała Kaye sztywno. Dicken wyglądał na urażonego, a tego nie chciała. — Christopherze, co u diabła ukrywasz?

— Byłbym zdziwiony, gdybyś sama już tego nie wiedziała. Wzdrygamy się po prostu przed rzeczą oczywistą — oczywistą dla przynajmniej paru z nas. — Bacznie wpatrywał się w jej twarz zmrużonymi oczyma. — Powiem ci, co myślę, a jeśli uznasz, że to możliwe — prawdopodobne — pozostawisz mi decyzję, kiedy z tym wyjść. Czekaliśmy na uzyskanie wszystkich potrzebnych dowodów. Przez rok poruszałem się na gruncie domysłów i wiem na pewno, że ani Augustine, ani Shawbeck nie zechcą mnie wysłuchać. Niekiedy sądzę, że właściwie jestem jedynie chwalonym chłopcem na posyłki. Dlatego… — Przestępował z nogi na nogę. — Tylko między nami?

— Oczywiście — odparła Kaye, mierząc się z nim wzrokiem.

— Powiedz mi, co według ciebie czeka panią Hamilton.

34

Seattle

Mitch wiedział, że śpi, a raczej drzemie. Zdarzało się z rzadka, że jego umysł przetrawiał tak fakty dotyczące jego życia, planów, przypuszczeń, oddzielnie od woli i uparcie, niezależnie i zawsze na krawędzi snu.

Wiele razy śnił o stanowisku, na którym właśnie kopał, ale w zupełnie innych czasach. Tego ranka, z odrętwiałym ciałem, świadomym umysłem widza panoramicznego teatru, widział młodego mężczyznę i młodą kobietę owiniętych lekkimi futrami, z postrzępionymi sandałami z trzcin i skóry, obwiązanymi na kostkach rzemykami. Kobieta była w ciąży. Najpierw oglądał ich z profilu, potem z różnych innych kątów, jakby kręconych przez krążącą kamerę.

Stopniowo jazda kamery ustawała, aż mężczyzna i kobieta szli po świeżym śniegu i oczyszczonym przez wiatr lodzie, w jasnym blasku dnia, najjaskrawszym, jaki widział we śnie. Lód lśnił, a oni dłońmi osłaniali sobie oczy.

Najpierw patrzył na nich jak na ludzi takich jak on. Wkrótce jednak pojął, że nie są tacy sami. Pierwszych podejrzeń nie wzbudziły wcale rysy twarzy, lecz złożony wzór brody i owłosienia na licach mężczyzny oraz gęsta, miękka grzywa otaczająca oblicze kobiety, odsłaniająca policzki, cofnięty podbródek i czoło, biegnąca od skroni do skroni poprzez brwi. Pod krzaczastymi brwiami widać było łagodne i ciemnobrązowe oczy, niemal czarne, a cera miała głęboko oliwkowy odcień. Palce były szare i różowe, mocno stwardniałe. I on, i ona mieli szerokie, mięsiste nosy.

To nie mój lud, pomyślał Mitch. Ale znam ich.

Mężczyzna i kobieta się uśmiechali. Kobieta pochyliła się, aby zagarnąć śnieg. Skrycie go nabrała, a potem, gdy mężczyzna nie patrzył, ulepiła szybko twardą śnieżkę i rzuciła nią w jego głowę. Trafiła z trzaskiem, aż się zatoczył, ryknął, głos miał wyraźny i dźwięczny, brzmiał prawie jak ujadanie. Kobieta skuliła się, potem pobiegła, a mężczyzna ruszył w pogoń. Obalił ją pomimo powtarzanych proszących chrząknięć, potem się cofnął, wzniósł ręce ku niebu i zasypał ją ciężkimi słowami. Pomimo poważnego brzmienia jego głosu, głębokiego i huczącego, kobieta nie wyglądała na poruszoną. Machała rękoma w jego stronę i wydymała usta, wydając głośne cmokania.

W leniwie toczącej się akcji snu widział, jak wśród padającego śniegu z deszczem szli jednym śladem błotnistą ścieżką. Przez niską powłokę chmur dostrzegał pasma lasu i łąki w dolinie pod nimi, z jeziorem, na którym unosiły się szerokie, płaskie tratwy z kłód, pokryte trzcinowymi chatami.

Dobrze sobie radzę, powiedział mu głos w głowie. Patrzysz na nich teraz, nie znasz ich, ale dobrze sobie radzą.

Mitch usłyszał ptaka i pojął, że to nie ptak, ale komórka. Kilka chwil zajęło mu otrząśnięcie się ze snu. Chmury i dno doliny prysnęły niby bańki z mydła. Jęknął, gdy się poruszył. Ciało mu zdrętwiało. Spał na boku z ręką podłożoną pod głowę i mięśnie zesztywniały.

Telefon dzwonił uparcie. Mitch odebrał po szóstym dzwonku.

— Mam nadzieję, że rozmawiam z Mitchellem Rafelsonem, antropologiem — powiedział męski głos z brytyjskim akcentem.

— W każdym razie z jednym z nich — odparł Mitch. — Kto mówi?

— Merton, Oliver. Jestem redaktorem działu naukowego „Economista”. Piszę artykuł o neandertalczykach z Innsbrucku. Ciężko było znaleźć pański numer telefonu, panie Rafelson.

— Jest zastrzeżony. Mam dosyć znoszenia cięgów.

— Wyobrażam sobie. Proszę posłuchać, jestem chyba w stanie wykazać, że Innsbruck spieprzył całą sprawę, ale potrzebuję pewnych szczegółów. Ma pan okazję przedstawić je życzliwym uszom. Będę pojutrze w stanie Waszyngton — jestem umówiony na spotkanie z Eileen Ripper.

— Dobra — powiedział Mitch. Rozważał zakończenie na tym rozmowy i próbę powrotu do tamtego zdumiewającego snu.

— Ripper pracuje przy wykopaliskach w kanionie… Columbia Gorge? Czy wie pan, gdzie jest Iron Cave?

Mitch wyprostował się w łóżku.

— Kopałem w pobliżu.

— No tak, nie przeciekło to jeszcze do prasy, ale trafi do niej w przyszłym tygodniu. Znalazła trzy szkielety, bardzo stare, daleko mniej zdumiewające niż pańskie mumie, ale dość ciekawe. Będę pisał głównie o jej taktyce. W czasach współczucia dla tubylców zawiązała całkiem sprytne konsorcjum w obronie nauki. Pani Ripper zwróciła się o poparcie do Związku Pięciu Plemion. Zna go pan oczywiście.

— Znam.

— Utworzyła zespół prawników działających społecznie, ma też w sieci kilku kongresmenów i senatorów. Postępuje zupełnie inaczej, niż pan z człowiekiem z Pasco.

— Rad to słyszę — powiedział Mitch z jękiem. Wycierał z oka resztkę snu. — To dzień jazdy stąd.

— Aż tak daleko? Jestem teraz w Manchesterze. W Anglii. Dopiero co się spakowałem i wyjechałem z Leeds. Samolot wylatuje za godzinę. Uwielbiam rozmawiać.

— Jestem zapewne ostatnią osobą, której Eileen tam potrzebuje.

— To właśnie ona dała mi numer pańskiego telefonu. Nie jest pan takim wyrzutkiem, panie Rafelson, za jakiego się uważa. Chce, aby spojrzał pan na wykopaliska. Wydaje mi się typem opiekuńczej mamusi.

— To trąba powietrzna — powiedział Mitch.

— Naprawdę jestem bardzo podekscytowany. Widziałem wykopaliska w Etiopii, Afryce Południowej, Tanzanii. Dwukrotnie odwiedziłem Innsbruck, aby zobaczyć, na co mi pozwolą, a było tego niewiele. Teraz…

— Panie Merton, nie chciałbym pana rozczarować…

— No tak, a co z niemowlęciem, panie Rafelson? Czy może mi pan powiedzieć coś więcej o tym zdumiewającym dziecku, które kobieta miała w plecaku?

— Miałem wtedy oślepiającą migrenę. — Mitch zamierzał odłożyć telefon, bez względu na Eileen Ripper. Za często go to spotykało. Odsunął komórkę od ucha. Głos Mertona brzęczał i chrypiał.

— Czy wie pan, co się wyprawia w Innsbrucku? Czy wie pan, że w laboratoriach dochodziło tam do walk na pięści?

Mitch przysunął telefon do ucha.

— Nie.

— Czy wie pan, że przesłali próbki tkanek do innych laboratoriów w innych państwach, starając się uzyskać jakiegoś rodzaju consensus?

— Nie-ee — odparł Mitch powoli.

— Bardzo chciałbym się z panem umówić. Myślę, że są spore szanse na to, iż wyjdzie pan z tego pachnąc jak świeża jabłoń, czy co tam kwitnie w stanie Waszyngton. Może poproszę Eileen, aby zadzwoniła do pana, zaprosiła do siebie, powiem jej, że jest pan zainteresowany… Czy możemy się spotkać?

— Nie wystarczy spotkanie na lotnisku Sea Tac? To tam pan przylatuje, prawda?

Merton lekko cmoknął.

— Panie Rafelson, nie pojmuję, że odrzuca pan okazję do powąchania odrobiny brudu i pogadania pod namiotem. Pogadania o największej historii archeologicznej naszych czasów.

Mitch znalazł zegarek i popatrzył na datę.

— No dobrze — powiedział. — Jeśli Eileen mnie zaprosi.

Po odłożeniu telefonu poszedł do łazienki, umył zęby, spojrzał w lustro.

Kilka dni spędził, snując się po mieszkaniu i nie mogąc się zdecydować, co ma robić. Dostał adres e-mailowy i numer telefonu Christophera Dickena, ale jeszcze nie zdobył się na tyle odwagi, aby do niego zadzwonić. Pieniądze kończyły się szybciej, niż oczekiwał. Odkładał zwrócenie się do rodziców z prośbą o pożyczkę.

Gdy szykował śniadanie, telefon znowu zadzwonił. Był od Eileen Ripper.

Skończywszy z nią rozmawiać, Mitch siedział chwilę na podniszczonym krześle w salonie, potem wstał i wyjrzał przez okno na Broadway. Zaczynało się rozjaśniać. Otworzył okno i wychylił się. Ludzie chodzili ulicą, samochody stanęły przed czerwonymi światłami na Denny.

Zadzwonił do domu. Odebrała matka.

35

The National Institutes of Health, Bethesda

— Już się tak zdarzało — powiedział Dicken. Rozerwał na pół torebeczkę z cukrem i wysypał go na spienioną powierzchnię latte. Wielka, nowoczesna kawiarnia w Budynku im. Natchera była prawie pusta o tej porze poranka, a lepiej w niej karmili niż w bufecie w budynku nr 10. Siedzieli blisko wysokich, pochyłych okien, daleko od kilku pozostałych pracowników. — A dokładniej zdarzyło się w Gruzji, w Gordi albo w pobliżu.

Usta Kaye zrobiły się okrągłe jak u ryby.

— Mój Boże. Masakra… — Na dworze słońce przebijało się przez niskie poranne chmury, zsyłając pasma cienia i blasku na teren instytutu i kawiarnię.

— Tkanki wszystkich wykazują obecność SHEVY. Dostałem próbki tylko od trzech czy czterech osób, ale jest u wszystkich.

— I nie powiedziałeś Augustine’owi?

— Opierałem się na dowodach klinicznych, świeżych raportach ze szpitali… U licha, co za różnica, jeśli SHEVA okaże się starsza o kilka lat, najwyżej dziesięć? Dwa dni temu dostałem jednak pliki ze szpitala w Tbilisi. Młodemu stażyście stamtąd zapewniłem pewne kontakty w Atlancie. Powiedział mi o ludziach z gór. Ocaleli z innej masakry, tym razem sprzed prawie sześćdziesięciu lat. Z czasów wojny.

— Niemcy nigdy nie weszli do Gruzji — powiedziała Kaye.

Dicken przytaknął.

— Wojska Stalina. Wymordowały mieszkańców większości osamotnionych wiosek w pobliżu góry Kazbek. Dwa lata temu znaleziono kilkoro ocalałych. Może obłowili się na czystkach, może… Może nie wiedzieli nic o Gordi i innych miasteczkach.

— Ilu ocalało?

— Lekarz Leonid Sugaszwili badał to na własną rękę. Stażysta przysłał mi właśnie jego raport — raport, którego nigdy nie opublikowano. Dość jednak staranny. Między rokiem 1943 a 1991, wedle jego szacunków, w Gruzji, Armenii, Abchazji i Czeczenii zabito około trzynastu tysięcy mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci. Zabito ich, gdyż ktoś uznał, że przenoszą chorobę powodującą poronienia ciężarnych kobiet. Ocalałych z pierwszych czystek ścigano i później… Gdyż kobiety rodziły zmutowane dzieci. Dzieci z plamami na twarzach, dziwacznymi oczami, dzieci potrafiące mówić od chwili narodzin. W niektórych wsiach zabijała miejscowa policja. Przesądy umierają z trudem. Mężczyzn i kobiety — ojców i matki — oskarżano o zadawanie się z diabłem. Nie było ich tak wielu przez cztery dziesięciolecia. Ale… Sugaszwili sądzi, że przypadki podobnego rodzaju zdarzały się od setek lat. Dziesiątki tysięcy zabójstw. Wina, wstyd, niewiedza, milczenie.

— Uważasz, że mutacje dzieci wywołała SHEVA?

— Raport lekarza podaje, że zabite kobiety przysięgały, iż zaprzestały stosunków seksualnych ze swymi mężami, chłopakami. Nie chciały nosić potomstwa diabła. Słyszały o zmutowanych dzieciach w innych wsiach i po przejściu gorączki, po poronieniu, starały się zapobiegać zajściu w ciążę. Niemal wszystkie kobiety stawały się brzemienne trzydzieści dni po poronieniu, obojętnie, jak postępowały. Zupełnie jak zgłaszają to teraz niektóre nasze szpitale.

Kaye kręciła głową.

— To całkowicie nieprawdopodobne!

Dicken wzruszył ramionami.

— Nie staje się bardziej prawdopodobne ani łatwiejsze. Już od jakiegoś czasu nie jestem wcale przekonany, że SHEVA jest chorobą jednego ze znanych nam rodzajów.

Kaye zacisnęła usta. Odstawiła kubeczek z kawą i założyła ręce, przypominając sobie rozmowę z Drewem Millerem we włoskiej restauracji w Bostonie, Saula mówiącego, że pora, aby zajęli się problemem ewolucji.

— Może to znak — powiedziała.

— Jakiego typu znak?

— Klucz do szyfru udostępniającego genetyczny ugór, instrukcje nowego fenotypu.

— Chyba nie rozumiem. — Dicken zmarszczył brwi.

— Coś powstającego przez tysiące, dziesiątki tysięcy lat. Domysły, hipotezy dotyczące tej czy tamtej cechy, usprawnianie dość sztywnego planu.

— W jakim celu? — Spytał Dicken.

— Ewolucji — odparła Kaye.

Dicken odchylił się w krześle i położył dłonie na udach.

— Daj spokój.

— Powiedziałeś, że to nie choroba — przypomniała mu Kaye.

— Powiedziałem, że nie jest żadną ze znanych nam chorób. Nadal jednak jest to retrowirus.

— Czytałeś przecież moje prace?

— Tak.

— Podałam kilka wskazówek.

Dicken zastanawiał się chwilę.

— Katalizator.

— Robisz to, mamy to, cierpimy — stwierdziła Kaye.

Policzki Dickena pokraśniały.

Staram się nie obracać tego w sprawę męsko-damską. I tak za wiele już dzieje się w ten sposób.

— Przepraszam — powiedziała Kaye. — Może chcę tylko omijać sedno sprawy.

Dicken wyglądał, jakby podjął decyzję.

— Wyrywam się przed szereg, pokazując to tobie. — Sięgnął do aktówki i wyjął wydruk e-maila z Atlanty. Na dnie wiadomości widniały cztery małe zdjęcia. — Zginęła w wypadku samochodowym pod Atlantą. Sekcję przeprowadzono w Northside Hospital i jeden z naszych patologów stwierdził, że była w pierwszym trymestrze. Zbadał płód, wyraźnie herodowy. Potem obejrzał macicę kobiety. Znalazł drugą ciążę, bardzo wczesną, u podstawy łożyska, chronioną cienką błoną tkanki warstwowej. Łożysko zaczęło się już oddzielać, ale drugie jajeczko było bezpieczne. Przetrwałoby poronienie. Miesiąc później…

— Wnuk — powiedziała Kaye. — Zrodzony przez…

— Pośrednią córkę. W istocie jedynie wyspecjalizowany jajnik. Stworzyła drugie jajeczko. Zagnieździło się w ścianie macicy matki.

— A jeśli jej jajeczka, jajeczka córki, są odmienne?

Dickenowi zaschło w gardle i zakasłał.

— Przepraszam. — Wstał, aby nalać sobie kubeczek wody, wrócił między stolikami i usiadł obok Kaye.

Mówił dalej, powoli.

— SHEVA powoduje uwolnienie kompleksu wielobiałek. Rozpadają się w cytozolu poza jądrem komórki. Hormon luteinizujący, folikulotropowy, prostaglandyny.

— Wiem. Powiedziała mi Judith Kushner — rzekła Kaye głosem ledwo głośniejszym od pisku. — Niektóre z tych hormonów są odpowiedzialne za wywoływanie poronienia. Inne zmieniałyby zasadniczo komórkę jajową.

— Wywoływałoby jej mutację? — Spytał Dicken, czepiając się nadal strzępów starego paradygmatu.

— Nie jestem pewna, że to właściwe słowo — odparła Kaye.

— Przywodzi na myśl coś szkodliwego i przypadkowego. Nie. Może rozmawiamy o innym rodzaju rozmnażania.

Dicken dopił swą wodę.

— Dla mnie nie jest to całkowita nowość — rozważała Kaye spokojnie. Zacisnęła palce w pięści, potem lekko, nerwowo zabębniła knykciami po stole. — Zamierzasz twierdzić, że SHEVA jest częścią ewolucji człowieka? Że jesteśmy świadkami powstawania nowego typu człowieka?

Dicken wpatrywał się w twarz Kaye, w rysującą się na niej mieszaninę zdumienia i podniecenia, szczególnego lęku wywołanego nadciąganiem intelektualnego odpowiednika rozwścieczonego tygrysa.

— Nie ośmieliłbym się wyrazić tego tak otwarcie. Może po prostu jestem tchórzem. Może rzeczywiście jest to coś w tym rodzaju. Cenię sobie twoje zdanie. Bóg wie, że potrzebuję tu sojusznika.

Serce Kaye tłukło się w piersi. Podniosła kubeczek i rozlała przy tym zimną kawę.

— Boże, Christopherze. — Wybuchnęła cichym, bezradnym śmiechem. — A jeśli to prawda? A jeśli wszyscy jesteśmy brzemienni? Cała rasa ludzka?

Część druga

Wiosna SHEVY

36

Wschodnia cześć stanu Waszyngton

Szeroka, wolna płynąca Columbia lśniła niby płyta polerowanego jadeitu okolona czarnymi bazaltowymi ścianami.

Mitch zjechał z szosy stanowej nr 14, pół mili tłukł się wśród krzewów i zarośli zakurzoną żwirową drogą, potem skręcił na widok pochylonego, zardzewiałego słupka z tabliczką IRON CAVE.

Kilka jardów od krawędzi wąwozu błyszczały w słońcu dwie stare przyczepy kempingowe marki Airstream. Otaczały je drewniane ławki i stoliki zawalone workami z grubego płótna i narzędziami do kopania. Mitch zaparkował przy drodze.

Chłodna bryza szarpnęła jego filcowym stetsonem. Złapał kapelusz jedną ręką, wysiadł z samochodu, poszedł do krawędzi i popatrzył na obozowisko Eileen Ripper, leżące pięćdziesiąt stóp niżej.

Przez drzwi najbliższej przyczepy wyszła niska, młoda blondynka w wystrzępionych, wyblakłych dżinsach i kurtce z brązowej skóry. W wilgotnym powietrzu znad rzeki Mitch od razu wychwycił zapach perfum dziewczyny: Opium, Trouble albo coś w tym rodzaju. Zdumiewająco przypominała Tilde.

Kobieta stanęła pod wystającym daszkiem, potem zrobiła kilka kroków i osłoniła oczy przed słońcem.

— Mitch Rafelson? — Spytała.

— Nikt inny — odpowiedział. — Eileen jest na dole?

— No. Wszystko się wali, no wie pan.

— Odkąd?

— Od trzech dni. Eileen naprawdę ostro walczyła o swoje. Na dłuższą metę to niewielka różnica.

Mitch uśmiechnął się współczująco.

— Bywa — rzucił.

— Kobieta z Pięciu Plemion zwinęła się dwa dni temu. To dlatego Eileen uznała, że może pan tu przyjechać. Nikt się nie wścieknie na pana widok.

— Miło jest być kimś znanym. — Mitch uchylił kapelusza.

Kobieta się uśmiechnęła.

— Eileen czuje się jak zbity pies. Przyda się jej trochę otuchy. Sama uważam pana za bohatera. Może z wyjątkiem tych mumii.

— Gdzie ją znajdę?

— Tuż pod jaskinią.

Oliver Merton siedział na składanym krześle w cieniu największego płóciennego baldachimu. Około trzydziestu lat, z ogniście rudymi włosami, szeroką, bladą twarzą i krótkim, zadartym nosem, z wyrazem poważnego i niemal żarliwego skupienia, z rozchylonymi ustami, stukał palcem wskazującym w klawiaturę laptopa.

Nie umie bez patrzenia, pomyślał Mitch. Sam się nauczył pisać na maszynie. Oceniał jego ubranie, wyraźnie nie na miejscu na wykopaliskach: tweedowe spodnie, czerwone szelki, koszula frakowa z białego lnu ze stójką.

Merton nie podniósł wzroku, dopóki Mitch nie znalazł się tuż przy baldachimie.

— Mitchell Rafelson! Cóż za przyjemność! — Odstawił komputer na stół, zerwał się na równe nogi i wyciągnął rękę. — Cholernie tu posępnie. Eileen jest na stoku przy wykopaliskach. Na pewno nie może się pana doczekać. Pójdziemy?

Sześciu pracujących w wykopie, sami młodzi stażyści lub magistranci, patrzyli z ciekawością na dwóch przechodzących obok mężczyzn. Merton szedł pierwszy, wspinając się po naturalnych stopniach wyciętych wiekami erozji rzecznej. Stanęli dwadzieścia stóp poniżej urwiska, gdzie wyglądająca na starą jaskinia wcinała się w wychodnię bazaltu. Ponad wychodnią i na wschód od niej zawaliła się część wystającej półki ze zwietrzałej skały, rozrzucając wielkie głazy po biegnącym do brzegu łagodnym zboczu.

Eileen Ripper stała w zachodniej części stoku, poza równymi szeregami starannie przebadanych kwadratowych wykopów, oznaczonych siatkami topometrycznymi z drutów i sznurków. Pod pięćdziesiątkę, niska i ciemna, z głęboko osadzonymi czarnymi oczami i wąskim nosem. Najbardziej rzucającą się w oczy cechą urody Ripper były jej wydatne usta, odcinające się wyraźnie od krótkiej, zwichrzonej czapy siwiejących czarnych włosów.

Odwróciła się na powitanie Mertona. Nie uśmiechnęła się, nie powiedziała słowa. Zamiast tego zrobiła zdecydowaną minę, zeszła ostrożnie stokiem i wyciągnęła rękę do Mitcha. Mocno uścisnęła jego dłoń.

— Wczoraj rano dostaliśmy wyniki datowania radiowęglowego — powiedziała. — Mają trzynaście tysięcy lat, plus minus pięćset… A jeśli jedli dużo łososi, dwanaście tysięcy pięćset. Ludzie z Pięciu Plemion mówią jednak, że zachodnia nauka pragnie ich obedrzeć z resztek godności. Myślałam, że zdołam przemówić im do rozumu.

— Przynajmniej próbowałaś — stwierdził Mitch.

— Przepraszam, że oceniłam cię tak surowo, Mitch. Tak długo zachowywałam spokój, pomimo drobnych oznak kłopotów, a potem ta kobieta, Sue Champion… Myślałam, że się zaprzyjaźniłyśmy. Doradza plemionom. Przyszła tu wczoraj z dwoma mężczyznami. Ci faceci byli… Tacy radzi z siebie, Mitch. Jak mali chłopcy, którzy potrafią wyżej nasikać na wrota stodoły. Powiedzieli, że fabrykuję dowody wspierające moje kłamstwa. Mówili, że mają po swojej stronie rząd i prawo. Nasza stara Nemezis, NAGPRA.

To skrót od Native American Graves Protection and Repatriation Act, nazwy ustawy o ochronie i repatriacji grobów Indian.

Mitch bardzo dobrze znał wszystkie jej szczegóły.

Merton stanął na luźnym stoku, próbując się nie ześlizgnąć, i rzucał na nich krótkie, badawcze spojrzenia.

— Jakie dowody sfabrykowałaś? — Zapytał lekko Mitch.

— Nie żartuj. — Ripper rozchmurzyła się jednak i wzięła dłoń Mitcha między swoje. — Pobraliśmy z kości kolagen i wysłaliśmy do Portland. Przeprowadzili badania DNA. Nasze kości pochodzą z odrębnej populacji, zupełnie niespokrewnionej ze współczesnymi Indianami, a tylko trochę z mumią ze Spirit Cave. Biali, jeśli można użyć tak szerokiego określenia. Choć nie nordycy. Bliżsi już Ajnom.

— To historyczne odkrycie, Eileen — powiedział Mitch. — Wspaniałe. Gratulacje.

Raz zacząwszy, Ripper nie mogła już zaprzestać mówienia. Schodzili ścieżką ku namiotom.

— Nie zaczęliśmy jeszcze ich porównywać z rasami współczesnymi. Takie to wkurzające! Przystajemy na zaciemnianie prawdy przez nasze świrnięte poglądy na rasę i tożsamość. Ówczesne populacje były zupełnie inne. Dzisiejsi Indianie nie pochodzą jednak od ludu, do którego należały nasze szkielety. Mógł rywalizować z przodkami współczesnych Indian. I przegrał.

— Indianie zwyciężyli? — Spytał Merton. — Powinni być radzi, gdy to usłyszeli.

— Uważają, że próbujemy wbijać klin w ich jedność polityczną. Nie obchodzi ich, co naprawdę się działo. Chcą swojego wymyślonego światka i do diabła z prawdą!

— Mnie to mówisz? — Rzucił Mitch.

Ripper uśmiechnęła się przez łzy zniechęcenia i wyczerpania.

— Pięć Plemion znalazło adwokata, który wniósł do sądu federalnego w Seattle pozew o wydanie im szkieletów.

— Gdzie kości są teraz?

— W Portland. Wczoraj zapakowaliśmy je in situ i wysłaliśmy tam.

— Za granicę stanu? — Zapytał Mitch. — To porwanie.

— Lepsze to niż czekanie na bandę prawników. — Pokręciła głową, a Mitch objął ją ramieniem. — Próbowałam postępować zgodnie z prawem, Mitch. — Otarła policzki zakurzoną ręką, zostawiając brudne smugi, i zmusiła się do uśmiechu. — Teraz nawet wikingowie się na nas wściekli!

Wikingowie — mała grupka mężczyzn, przeważnie w średnim wieku, nazywających siebie Nordyckimi Czcicielami Odyna w Nowym Świecie — przyszli i do Mitcha, przed laty, aby móc odprawić swe ceremonie. Mieli nadzieję, że zdoła wesprzeć ich twierdzenia, iż przybysze skandynawscy przed tysiącami lat zamieszkiwali dużą część Ameryki Północnej. Mitch, zawsze ugodowy, pozwolił im odprawić obrzęd nad kośćmi człowieka z Pasco, nadal tkwiącymi w ziemi, ale ostatecznie musiał ich rozczarować. Człowiek z Pasco był w istocie czystym Indianinem, blisko spokrewnionym z południowymi Na-dene.

Po zbadaniu szkieletów przez Ripper Czciciele Odyna ponownie doznali rozczarowania. W świecie wrażliwej miłości własnej prawda nikogo nie uszczęśliwia.

O zmierzchu Merton wyciągnął butelkę szampana oraz zapakowanego próżniowo wędzonego łososia, świeży chleb i ser.

Kilku studentów Ripper rozpaliło nad brzegiem wielkie trzaskające i skwierczące ognisko, zaś Mitch i Eileen podsycali wzajemnie swe szaleństwo.

— Gdzie pan dostał to żarcie? — Spytała Mertona Ripper, gdy ten rozkładał podniszczone obozowe talerze z aminoplastu na stojącym pod największym baldachimem stole z surowych sosnowych desek.

— Na lotnisku — odparł Merton. — Tylko tam miałem chwilkę czasu. Chleb, ser, ryba, wino — czego więcej chcieć? Choć przydałby się dobry pint piwa z goryczką.

Mam w przyczepie coorsa — powiedział krępy, łysy stażysta.

— Śniadanie kopaczy — pochwalił Mitch.

— Oprócz mnie — stwierdził Merton. — I proszę mi wybaczyć, ale poproszę każdego o wykopanie swego dołu. Każdego o jego historię. — Wziął od Ripper plastikowy kubeczek z szampanem. — O rasie, czasie i migracjach, o tym, co to znaczy być istotą ludzką. Kto chce zacząć pierwszy?

Mitch wiedział, że wystarczy mu milczeć przez kilka sekund, a Ripper zacznie. Merton notował, gdy mówiła o trzech szkieletach i polityce lokalnej. Po półtorej godzinie stało się przejmująco chłodno i przenieśli się bliżej ogniska.

— Plemiona ałtajskie boczą się, że etniczni Rosjanie odkopują ich zmarłych — powiedział Merton. — Wszędzie dochodzi do buntów tubylców. Policzek wymierzony ciemięzcom kolonialnym. Czy sądzi pan, że neandertalczycy mają swoich rzeczników, urządzających teraz w Innsbrucku pikietę?

— Nikt nie chce być neandertalczykiem — odparł surowo Mitch.

— Z wyjątkiem mnie. — Zwrócił się do Eileen. — Śniła mi się. Moja mała rodzina.

— Naprawdę? — Eileen pochyliła się z ciekawością.

— Śniło mi się, że zamieszkują wielką tratwę na jeziorze.

— Piętnaście tysięcy lat temu? — Zdumiał się Merton, unosząc brwi.

Mitch wychwycił coś w tonie dziennikarza i spojrzał nań podejrzliwie.

— To pański domysł? — Zapytał. — A może przeprowadzili datowanie?

— Niczego nie ogłosili publicznie — prychnął Merton. — Mam jednak na uniwersytecie swoje kontakty… I powiedziano mi, że ostatecznie otrzymali piętnaście tysięcy lat. Jeżeli — uśmiechnął się do Ripper — nie jadali wiele ryb.

— A cóż innego?

Merton dramatycznym gestem boksował w powietrzu.

— Wymiana ciosów — powiedział. — Szalone kłótnie i boksowanie po kątach. Pańskie mumie gwałcą wszystko, co wiadome w antropologii i archeologii. Nie są właściwie neandertalczykami, jak twierdzi paru członków głównego zespołu badawczego; to raczej nowy podgatunek, Homo sapiens alpinensis, jak nazwał ich pewien naukowiec. Inny się zakłada, że to późni „neandertalczycy smukli”, którzy żyjąc w szerszej społeczności, stali się mniej masywni i mocni, przypominając bardziej pana i mnie. Uważa, że to wyjaśnia niemowlę.

Mitch spuścił głowę. Nie czują tego co ja. Nie wiedzą tego, co ja wiem. Potem się odsunął i zdławił uczucia. Musiał zachować pewien stopień obiektywności.

Merton odwrócił się w stronę Mitcha.

— Czy widział pan dziecko?

Na te słowa Mitch wyprostował się nagle na składanym krześle. Merton zwęził oczy.

— Niedokładnie — odparł Mitch. — Domyśliłem się tylko, gdy powiedzieli, że dziecko było współczesne…

— Czy rysy niemowlęcia mogły zamaskować cechy neandertalskie? — Spytał Merton.

— Nie — odparł Mitch. Potem, mrużąc oko: — Nie sądzę.

— Ja też nie — przytaknęła Ripper. Studenci przysunęli się, słuchając ich dyskusji. Ogień syczał i trzaskał, wyciągał wysoko żółte ramiona, sięgające ku chłodnemu, spokojnemu niebu. Rzeka pluskała o żwirowy brzeg z odgłosem liżącego rękę nakręcanego psa.

Mitch czuł, jak szampan odpręża go po długim, nużącym dniu prowadzenia samochodu.

— Choć może się to wydawać niewiarygodne, jest lepsze niż zaprzeczanie związkom genetycznym — powiedział Merton. — Ludzie w Innsbrucku zgadzają się niemal całkowicie, że samica i młode są spokrewnieni. Występują jednak anomalie, całkiem poważne, których nikt nie potrafi wyjaśnić. Mam nadzieję, że Mitchell zdoła mnie oświecić.

Przed koniecznością udawania niewiedzy ocalił Mitcha silny kobiecy głos, wołający ze szczytu urwiska:

— Eileen? Jesteś tam? To ja, Sue Champion.

— Cholera — powiedziała Ripper. — Myślałam, że jest teraz w Kumash. — Zwinęła dłonie wokół ust i wrzasnęła w górę: — Jesteśmy tu, Sue! Upijamy się. Dołączysz do nas?

Jeden ze studentów pobiegł z latarką ścieżką wiodącą na górę urwiska. Sue Champion zeszła z nim do namiotów.

— Ładne ognisko — zauważyła. Mająca ponad sześć stóp wzrostu Champion, szczupła, niemal chuda, z długimi, czarnymi włosami splecionymi w warkocz zwisający z przodu brązowej sztruksowej kurtki, wyglądała na inteligentną, szykowną i trochę sztywną. Być może chciała się uśmiechać, ale na jej twarzy przeważało zmęczenie. Mitch zerknął na Ripper i zobaczył, jak zastyga w oczekiwaniu.

— Przyszłam powiedzieć, że żałuję — powiedziała Champion.

— Wszyscy żałujemy — odparła Ripper.

— Siedzicie tu cały wieczór? Jest zimno.

— Poświęcamy się.

Champion okrążyła baldachim, podchodząc do ogniska.

— Moje biuro dostało twój telefon o wynikach badań. Prezes rady powierniczej nie uwierzył w nie.

— Nic na to nie poradzę — powiedziała Ripper. — Dlaczego ni z tego, ni z owego poszczułaś na mnie swego adwokata? Myślałam, że mamy zgodę i jeśli okażą się Indianami, przeprowadzimy podstawowe badania, jak najmniej inwazyjne, a potem zwrócimy ich Pięciu Plemionom.

— Osłabiliśmy czujność. Byliśmy zmęczeni po zamieszaniu z człowiekiem z Pasco. Zrobiliśmy błąd. — Popatrzyła ponownie na Mitcha. — Znam pana.

— Mitch Rafelson — przedstawił się, wyciągając rękę.

Champion jej nie ujęła.

— Mitchu Rafelsonie, nieźle dał nam pan do wiwatu.

— I nawzajem — odparł Mitch.

Champion wzruszyła ramionami.

— Zostały urażone najgłębsze uczucia naszych ludzi. Czuliśmy się zapędzani do kąta. Potrzebujemy ludzi w Olympii, a ostatnim razem ich zmartwiliśmy. Powiernicy przysłali mnie tutaj, bo uczyłam się antropologii. Nie najlepiej się sprawiłam. Teraz wszyscy są źli.

— Czy możemy coś zrobić, poza sądem? — Zapytała Ripper.

— Wódz powiedział mi, że dla wiedzy nie można zakłócać spokoju zmarłych. Szkoda, że nie wiesz, z jakim bólem na posiedzeniu rady słuchano, gdy opisywałam badania.

— Myślałam, że wyjaśniłam całą procedurę — powiedziała Ripper.

— Wszędzie niepokoisz zmarłych. Prosimy tylko, aby naszych zostawiać w spokoju.

Kobiety patrzyły na siebie ze smutkiem.

— To nie wasi zmarli, Sue — powiedziała Ripper, spuszczając oczy. — Nie byli z waszego ludu.

— Rada uważa, że mimo to stosuje się do nich NAGPRA.

Ripper podniosła ręce; nie warto raz jeszcze staczać starych bitew.

— Pozostaje nam tylko wydać więcej pieniędzy na prawników.

— Nie. Tym razem wygrasz — odparła Champion. — Mamy teraz inne kłopoty. Wiele naszych młodych matek choruje na heroda. — Przesunęła ręką po skraju płóciennego dachu. — Niektórzy z nas sądzili, że ogranicza się on do wielkich miast, może do białych, ale się mylili.

Oczy Mertona w migoczącym ogniu lśniły zapałem jak drobne soczewki.

— Przykro mi to słyszeć — powiedziała Ripper. — Moja siostra też ma heroda. — Wstała i położyła rękę na ramieniu Champion.

— Zostań jeszcze. Mamy gorącą kawę i kakao.

— Dziękuję, ale nie. Czeka mnie długa droga. Na razie zapominamy o zmarłych. Musimy się zatroszczyć o żywych. — W rysach Champion zaszła drobna zmiana. — Niektórzy są gotowi słuchać, jak mój ojciec i babcia, mówią, że dowiedziałaś się ciekawych rzeczy.

— Podziękuj im, Sue — poprosiła Ripper.

Champion spojrzała na Mitcha.

— Ludzie przychodzą i odchodzą, wszyscy przychodzimy i odchodzimy. Antropolodzy to wiedzą.

— Wiemy — potwierdził Mitch.

— Ciężko będzie to wytłumaczyć innym — powiedziała Champion. — Powiadomię cię, jeśli nasi ludzie postanowią coś w sprawie choroby, jeśli znajdą jakieś lekarstwo. Może zdołamy pomóc twojej siostrze.

— Dziękuję — odparła Ripper.

Champion przyjrzała się grupie pod płóciennym baldachimem, mocno kiwnęła głową, dodała kilka mniejszych skinięć dla wskazania, że powiedziała, co miała do powiedzenia, i jest gotowa odejść. Wspięła się ścieżką do krawędzi urwiska wraz z oświetlającym jej drogę krępym stażystą.

— Nadzwyczajne — powiedział Merton; jego oczy nadal błyszczały. — Tajemne oświecenie. Może nawet tubylcza mądrość.

— Proszę się nie nabierać — odparła Ripper. — Sue jest dobra, ale o tym, co się dzieje, nie wie więcej od mojej siostry. — Zwróciła się do Mitcha. — Boże, źle wyglądasz.

Mitch czuł lekkie mdłości.

— Podobnie wyglądają niektórzy ministrowie — zauważył spokojnie Merton. — Kiedy wtłoczy się w nich zbyt wiele tajemnic.

37

Baltimore

Kaye chwyciła małą torbę z tylnego siedzenia taksówki i przesunęła kartą kredytową przez czytnik od strony kierowcy. Zadarła głowę, aby spojrzeć na najnowszy wysokościowy apartamentowiec w Baltimore, Uptown Helix, trzydzieści pięter wznoszących się na dwóch szerokich czworokątach sklepów i kin, a wszystko w cieniu Bromo-Seltzer Tower.

Resztki spadłego wczesnym rankiem śnieżku ciągnęły się topniejącymi smugami wzdłuż chodnika. Kaye miała wrażenie, że zima nigdy się nie skończy.

Cross powiedziała jej, że mieszkanie na dwudziestym piętrze będzie całkowicie umeblowane, a jej rzeczy zostaną wniesione i rozłożone, lodówka i spiżarnia będą pełne jedzenia, otrzyma otwarty rachunek w kilku restauracjach na dole, że w domu stojącym zaledwie trzy przecznice od głównej siedziby spółki Americol dostanie wszystko, czego pragnie i potrzebuje.

Kaye przedstawiła się strażnikowi w portierni dla mieszkańców. Uśmiechnął się służalczo, jak do bogacza, i dał jej kopertę z kluczem.

— To nie moja własność, wie pan — powiedziała.

— Co to mnie obchodzi, szanowna pani — odparł z tą samą promienną uniżonością.

Z atrium centrum handlowego na piętra mieszkalne wjechała elegancką windą ze stali i szkła, zaciskając palce na poręczy. W kabinie była sama. Jestem chroniona, otoczona opieką, wypełniają mi czas bieganiem ze spotkania na spotkanie, nie dają chwili na myślenie. Już sama nie wiem, kim jestem.

Wątpiła, aby jakikolwiek naukowiec czuł się dotąd równie poganiany co ona. Rozmowa w NIH z Christopherem Dickenem pchnęła ją na boczną ścieżkę, niewiele związaną z rozwojem terapii leczących SHEVE. Sto różnych wniosków wynikających z badań, które prowadziła od dyplomu, wypłynęło nagle na powierzchnię jej umysłu, tasowało się niby pływacy w balecie wodnym, ustawiało w czarujące wzory. Wzory niemające zupełnie nic wspólnego z chorobą i śmiercią, a wszystko z cyklami ludzkiego życia — a właściwie, każdego rodzaju życia.

Za niecałe dwa tygodnie naukowcy Cross przedstawią pierwszą kandydatkę na szczepionkę, pierwszą z dwunastu — wedle najnowszego rachunku — opracowywanych w kraju, w Americolu i innych firmach. Kaye nie doceniła szybkości, z jaką będzie pracował Americol — a za to przeceniła zakres danych, jakie zostaną jej udostępnione. Ciągle jestem tylko figurantką, pomyślała.

Na razie musiała się zorientować, co się teraz dzieje — czym SHEVA jest obecnie. Co w końcu spotka panią Hamilton i inne kobiety z kliniki NIH.

Wyszła z windy na dwudziestym piętrze, znalazła swój numer, 20l1, włożyła do zamka elektroniczny klucz i otworzyła ciężkie drzwi. Przywitał ją napływ czystego, chłodnego powietrza, niosąc zapach nowego dywanu i mebli, czegoś różanego i słodkiego. Grała cicho muzyka: Debussy, nie mogła sobie przypomnieć tytułu utworu, ale bardzo się jej podobał.

Bukiet z kilku tuzinów żółtych róż wylewał się z kryształowego wazonu, stojącego w przedpokoju na niskiej etażerce.

Mieszkanie było jasne i miłe, z eleganckimi akcentami z drewna, pięknie umeblowane w dwie kanapy i krzesło obite zamszową, złotą tkaniną odcienia zachodu słońca. I Debussy. Rzuciła torbę na kanapę i przeszła do kuchni. Lodówka, kuchenka, zmywarka z nierdzewnej stali, blat z szarego granitu obramowanego różowawym marmurem, kosztowne szynowe oświetlenie przypominające klejnoty, rzucające na pokój blaski niby drobne diamenty…

— Cholera, Marge — powiedziała Kaye pod nosem. Zaniosła torbę do sypialni, rozpięła na łóżku jej zamek, wyciągnęła spódnice, bluzki, jedną suknię, aby rozwiesić je w szafie, otwarła jej drzwiczki i zagapiła się na garderobę. Gdyby nie spotkała już dwóch przystojnych i młodych towarzyszy Cross, nabrałaby na ten widok pewności, że zamiary Marge wobec niej nie ograniczają się do pracy. Szybko przerzucała sukienki, kostiumy, jedwabne i lniane bluzki, zerknęła na dół na stojaki na buty, podtrzymujące co najmniej osiem par na każdą okazję — były nawet pionierki turystyczne — i miała już dosyć.

Siadła na skraju łóżka i wydała głębokie, drżące westchnienie. Wspinała się ponad swój poziom tak społecznie, jak i naukowo. Odwróciła się i spojrzała na reprodukcje grafik Whistlera nad klonową toaletką, na zawieszone na ścianie ponad łóżkiem orientalne zwoje, pięknie oprawione w heban z mosiężnymi zaciskami.

— Księżniczka ze szklanej wieży w wielkim mieście. — Czuła, jak jej twarz wykrzywia gniew.

W torebce zadzwoniła komórka. Kaye podskoczyła, przeszła do salonu, otworzyła torebkę, odebrała.

— Kaye, tu Judith.

— Miałaś rację — powiedziała Kaye szybko.

— Słucham?

— Miałaś rację.

— Zawsze mam rację, moja droga. Wiesz o tym. — Judith zaczekała, aż jej słowa zrobią odpowiednie wrażenie, a Kaye wiedziała, że ma coś ważnego do powiedzenia. — Pytałaś o aktywność transpozonów w moich hepatocytach zarażonych SHEVĄ.

Kaye czuła, że sztywnieje. Był to strzał nie do końca w ciemno, oddany przez nią dwa dni po rozmowie z Dickenem. Ślęczała nad tekstami i odświeżyła znajomość kilkunastu artykułów w sześciu różnych czasopismach. Przerzuciła swe notatniki, w których zapisywała najbardziej szalone, przelotne i skrajne pomysły.

Wraz z Saulem zaliczała się do biologów podejrzewających, że transpozony — wędrujące po genomie odcinki DNA — są czymś znacznie więcej niż tylko genami samolubnymi. Bite dwanaście stron w notatniku poświęciła możliwości, że są bardzo ważnymi regulatorami fenotypu, nie samolubnymi, lecz bezinteresownymi; w niektórych okolicznościach mogą kierować sposobem, w jaki białka stają się żywą tkanką. Zmieniają sposób, w jaki białka tworzą żywą roślinę lub zwierzę. Retrotranspozony bardzo przypominają retrowirusy, a zatem mają związek genetyczny z SHEVĄ.

Wszystkie te cząsteczki razem mogą być służebnicami ewolucji.

— Kaye?

— Chwileczkę — powiedziała Kaye. — Daj mi złapać oddech.

— No, powinnaś, kochana, moja droga była studentko Kaye Lang. Aktywność transpozonu w naszych hepatocytach zarażonych SHEVĄ jest trochę podwyższona. Tasują się bez żadnego widocznego skutku. To ciekawe. Nie ograniczyliśmy się jednak do hepatocytów. Dla Zespołu Specjalnego prowadzimy badania nad embrionalnymi komórkami macierzystymi.

Embrionalne komórki macierzyste mogą zostać dowolnym rodzajem tkanki, zupełnie jak wczesne komórki rozwijających się płodów.

— Można by rzec, że zachęcamy je do zachowywania się tak jak zapłodniona ludzka komórka jajowa — powiedziała Kushner.

— Nie mogą się rozwijać w płody, ale proszę cię, nic nie mów FDA. W komórkach macierzystych aktywność transpozonów jest nadzwyczajna. Transpozony skaczą po SHEVIE jak pchły na gorącej blasze. Działają w co najmniej dwudziestu chromosomach. Gdyby kłębiły się na chybił trafił, komórka umarłaby. Komórka przeżywa. Jest zdrowa jak przedtem.

— Czy aktywność jest regulowana?

— Uruchamia ją coś w SHEVIE. Moim zdaniem coś w wielkim zespole białkowym. Komórka reaguje, jakby podlegała niezwykłemu stresowi.

— Co to według ciebie znaczy?

— SHEVA ma swoje plany wobec nas. Chce zmienić nasz genom, być może radykalnie.

— Dlaczego? — Kaye uśmiechnęła się wyczekująco. Była pewna, że Judith dostrzeże nieunikniony związek.

— Ten rodzaj aktywności nie może być dobroczynny, Kaye.

Uśmiech Kaye zgasł.

— Przecież komórka przeżywa.

— Tak — potwierdziła Kushner. — Ale nie dziecko, z tego, co wiemy. Zbyt wiele zmian następuje jednocześnie. Latami czekaliśmy, aż przyroda zareaguje na nasze igranie ze środowiskiem, każe nam skończyć z przeludnieniem i zużywaniem surowców, każe nam się zamknąć, przestać śmiecić wokoło i po prostu umrzeć. Apoptoza na poziomie gatunku. Uważam, że to może być ostatnie ostrzeżenie — prawdziwy zabójca gatunków.

— Mówiłaś to Augustine’owi?

— Nie wprost, ale się domyśli.

Kaye chwilę patrzyła oszołomiona na komórkę, potem podziękowała Judith i powiedział jej, że zadzwoni później. Przeszły ją ciarki.

A zatem to nie ewolucja. Może Matka Natura uznała ludzkość za złośliwy guz, za raka.

Przez straszliwą chwilę przydawało to więcej sensu jej rozmowie z Dickenem. Co jednak z nowymi dziećmi, urodzonymi z komórek jajowych wydalonych przez córki pośrednie? Czy będą uszkodzone genetycznie, na pozór normalne, ale szybko zaczną umierać? Albo po prostu zostaną odrzucone w pierwszym trymestrze, jak córki pośrednie?

Przez szerokie szklane drzwi, górujące nad Baltimore, Kaye patrzyła na odblaski porannego słońca na mokrych dachach, asfalcie ulic. Wyobrażała sobie każdą ciążę prowadzącą do kolejnej, równie daremnej, do łon wypchanych w nieskończoność straszliwie zdeformowanymi płodami w pierwszym trymestrze.

Zamykanie rozmnażania się ludzi.

Jeśli Judith Kushner ma rację, dla całej ludzkiej rasy właśnie bije dzwon.

38

Główna siedziba Americolu, Baltimore

28 lutego

Marge Cross stanęła na podium na lewo od widowni, gdy Kaye zajęła miejsce w szeregu sześciorga innych naukowców, gotowych po oświadczeniu stawiać czoła pytaniom.

Czterystu pięćdziesięciu reporterów wypełniało salę po brzegi. Laura Nilson, dyrektor wydziału public relations Americolu na wschodnią część USA, młoda, czarnoskóra i bardzo skupiona, ścisnęła rąbek żakietu swego dopasowanego kostiumu z oliwkowej wełny, a potem przeszła do pytań.

Pierwszy w kolejce był reporter działu zdrowia i nauki CNN.

— Chciałbym zadać pytanie doktorowi Jacksonowi.

Robert Jackson, w Americol kierownik projektu szczepionki przeciw SHEVIE, podniósł rękę.

— Doktorze Jackson, skoro ten wirus miał na ewolucję tyle milionów lat, jak to możliwe, że Americol jest w stanie zapowiedzieć próbną szczepionkę po niecałych trzech miesiącach badań? Czy jesteście sprytniejsi od Matki Natury?

Sala zaszumiała chwilę śmiechem zmieszanym z szeptanymi komentarzami. Poruszenie było namacalne. Większość obecnych młodych kobiet nosiła maseczki z gazy, choć udowodniono, że ochrona taka jest nieskuteczna. Inne ssały specjalne pastylki z miętą i czosnkiem, mające zapobiec przyczepianiu się SHEVY. Ten szczególny zapach Kaye wyczuwała nawet na podium.

Jackson podszedł do mikrofonu. Pięćdziesięcioletni, wyglądał na dobrze się trzymającego muzyka rockowego, niedbale przystojnego, w słabo uprasowanym garniturze i z niesfornymi brązowymi włosami siwiejącymi na skroniach.

— Zaczęliśmy pracę lata przed grypą Heroda — odpowiedział.

— Zawsze zajmowaliśmy się sekwencjami HERV, gdyż jak pan wie, skrywa się w nich wielka pomysłowość. — Przerwał specjalnie, obdarzył widownię lekkim uśmieszkiem, pokazał swą siłę, wyrażając podziw dla wroga. — Tak naprawdę od dwudziestu lat uczymy się, jak większość chorób wykonuje swą paskudną pracę, jak zbudowane są czynniki je przenoszące, co jest ich słabą stroną. Tworząc puste cząsteczki SHEVY, zwiększając do stu procent nieskuteczność retrowirusa, otrzymaliśmy nieszkodliwy antygen. Tak naprawdę, cząsteczki nie są wcale puste. Pakujemy w nie rybozym, kwas rybonukleinowy mający działanie enzymatyczne. Rybozym wiąże się z kilkoma fragmentami RNA SHEVY, które jeszcze się nie połączyły w zainfekowanej komórce, i je rozszczepia. SHEVA staje się systemem dostarczania molekuły, która blokuje jej aktywność chorobotwórczą.

— Panie doktorze… — Spróbował się wtrącić reporter z CNN.

— Nie udzieliłem jeszcze odpowiedzi na pana pytanie — przerwał mu Jackson. — Jest takie dobre! — Widownia zachichotała. — Nasz dotychczasowy problem polega na tym, że ludzie nie reagują mocno na antygen SHEVY. Do przełomu doszło dopiero, kiedy nauczyliśmy się, jak wzmagać odpowiedź immunologiczną poprzez dołączanie glikoprotein związanych z innymi patogenami, na które organizm automatycznie odpowiada silną obroną.

Reporter z CNN próbował zadać inne pytanie, ale Nilson już przeszła do następnej pozycji na długiej liście. Był nią łączący się przez Internet korespondent serwisu Sci-Trax.

— Także do doktora Jacksona. Czy wie pan, dlaczego jesteśmy tacy wrażliwi na SHEVĘ?

— Nie wszyscy jesteśmy wrażliwi. Mężczyźni, wykazujący silną odpowiedź immunologiczną na SHEVĘ, sami jej nie wytwarzają. Wyjaśnia to przebieg grypy Heroda u mężczyzn — szybki, trwający czterdzieści osiem godzin, jeśli w ogóle występuje. Jednakże niemal wszystkie kobiety są bezbronne wobec zakażenia.

— Tak, ale dlaczego są tak bezbronne?

— Sądzimy, że strategia SHEVY jest niewiarygodnie dalekosiężna, rzędu tysięcy lat. Może to być pierwszy znany nam wirus, który do rozprzestrzeniania się wykorzystuje wzrost populacji, a nie osobników. Wywołanie silnej odpowiedzi immunologicznej prowadziłoby do niekorzystnego dla niego skutku, dlatego wyłania się jedynie u takich populacji, które żyją w stresie, albo wskutek jakiegoś innego czynnika zapoczątkowującego, którego jeszcze nie rozumiemy.

Następny był korespondent naukowy „New York Times”.

— Doktorze Pong i doktor Subramanian, specjalizują się państwo w badaniu grypy Heroda w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie dotychczas zgłoszono setki tysięcy przypadków. W Indonezji doszło nawet do zamieszek. W zeszłym tygodniu rozeszły się pogłoski, że to inny prowirus…

— Całkowicie fałszywe — powiedziała Subramanian, uśmiechając się uprzejmie. — SHEVA jest zdumiewająco jednolita. Czy mogę wprowadzić maleńką poprawkę? „Prowirus” to DNA wirusowe wstawione do ludzkiego materiału genetycznego. Po ekspresji jest po prostu wirusem albo retrowirusem, choć w tym przypadku wielce interesującym.

Kaye zastanawiała się, jak Subramanian może się skupiać wyłącznie na nauce, skoro jej uszy wychwyciły szczególne i budzące strach słowo „zamieszki”.

— Tak, ale moje następne pytanie brzmi, dlaczego u człowieka osobnicy męscy wykazują silną odpowiedź immunologiczną na wirusy od innych mężczyzn, ale nie na własne, skoro glikoproteiny w płaszczu, antygeny, według waszych oświadczeń prasowych są takie proste i niezmienne?

— Bardzo dobre pytanie — odparł doktor Pong. — Czy mamy czas na seminarium trwające cały dzień?

Lekki śmiech. Pong mówił dalej.

— Uważamy, że odpowiedź męska zaczyna się po inwazji komórki i co najmniej jeden gen w SHEVIE występuje w subtelnych odmianach lub mutacjach, które na powierzchni niektórych komórek wywołują produkcję antygenów jeszcze przed w pełni rozwiniętą odpowiedzią immunologiczną, w ten sposób aklimatyzując organizm do…

Kaye słuchała tylko jednym uchem. Myślała stale o pani Hamilton i innych kobietach z kliniki NIH. Zamykanie rozmnażania się ludzi. Każda porażka wywoła skrajne reakcje; ciążące na naukowcach brzemię staje się ogromne.

— Oliver Merton, z „Economista”. Pytanie do pani doktor Lang. — Kaye podniosła wzrok i zobaczyła młodego, rudowłosego mężczyznę w tweedowym płaszczu, trzymającego mikrofon bezprzewodowy. — Teraz, kiedy wszystkie geny kodujące SHEVĘ, w różnych chromosomach, opatentował pan Richard Bragg… — Merton zajrzał do notatek. — Z Berkeley w Kalifornii… Numer patentu 8564094, wydany przez Urząd Patentowy i Znaków Towarowych Stanów Zjednoczonych 27 lutego, zaledwie wczoraj, jak pani spółka zamierza pracować nad szczepionką bez uzyskania licencji i wniesienia opłat?

Nilson nachyliła się nad swoim mikrofonem na podium.

— Panie Merton, nie ma takiego patentu.

— Zaiste jest — powiedział Merton, marszcząc nos w zdenerwowaniu — i mam nadzieję, że pani doktor Lang wyjaśni powiązania swego zmarłego męża z Richardem Braggiem i to, jak się mają do jej obecnej pracy dla Americolu i CDC?

Kaye stała oniemiała.

Merton uśmiechał się z dumą na widok jej zmieszania.

Kaye weszła do pokoju po Jacksonie, a przed Pongiem, Subramanian i pozostałymi naukowcami. Cross siedziała na środku wielkiej, błękitnej kanapy, i miała poważną minę. Kanapę półkolem otaczali jej czterej główni doradcy prawni.

— O co, do diabła, w tym wszystkim chodziło? — Zapytał Jackson, machając szeroko ręką ogólnie w kierunku podium.

— Tamten kogucik ma rację — powiedziała Cross. — Richard Bragg przekonał kogoś w Urzędzie Patentowym, że przed wszystkimi innymi wyizolował i zsekwencjonował geny SHEVY. Proces patentowy wszczął rok temu.

Kaye wzięła od Cross faks z kopią patentu. Na liście wynalazców wymieniony był Saul Madsen; na liście cesjonariuszy EcoBacter obok AKS Industries — spółki, która kupiła, a potem zlikwidowała EcoBacter.

— Kaye, powiedz mi teraz, powiedz wprost — zażądała Cross — czy wiesz coś o tym?

— Nic — odparła Kaye. — Nie jestem w stanie niczego wyjaśnić. Określiłam lokalizacje genów, ale ich nie zsekwencjonowałam. Saul nigdy nie wymienił nazwiska Richarda Bragga.

— Jak to wpływa na naszą pracę? — Zagrzmiał Jackson. — Lang, jak mogła pani nie wiedzieć?

— Nie zostawimy tak tego — powiedziała Cross. — Haroldzie?

— Spojrzała na najbliższego siwowłosego mężczyznę w nieskazitelnym garniturze w wąskie prążki.

— Podważymy patent na podstawie sprawy Genetron przeciwko Amgen, „Przypadkowe patentowanie retrogenów w genomie myszy” — odparł prawnik. — Daj nam dzień i znajdziemy tuzin dalszych powodów do obalenia. — Wycelował palcem w Kaye i zapytał ją: — Czy AKS lub jakaś spółka od niej zależna korzystają z funduszy federalnych?

— EcoBacter wystąpił o niewielki grant federalny — powiedziała Kaye. — Uzyskał zgodę, ale nigdy nie dostał pieniędzy.

— Możemy skłonić NIH do powołania się na ustawę Bayh-Dole — ucieszył się doradca.

— A jeśli sprawa jest mocna? — Przerwała mu Cross niskim głosem, w którym pobrzmiewała groźba.

— Być może namówimy panią Lang do podważenia patentu. Bezprawne wykluczenie głównego wynalazcy.

Cross walnęła pięścią w obicie kanapy.

— Bądźmy więc optymistami — powiedziała. — Kaye, kotku, gapisz się jak cielę w malowane wrota.

Kaye podniosła ręce w obronnym geście.

— Przysięgam, Marge, nie…

— Chciałabym wiedzieć, dlaczego moi ludzie tego nie wyhaczyli. Muszę zaraz porozmawiać z Shawbeckiem i Augustine’em. — Zwróciła się do prawników. — Sprawdźcie, w co jeszcze Bragg wetknął swój paluch. Żebyśmy nie dali się wpuścić w kanał.

39

Bethesda

Marzec

— Ta podróż była bardzo krótka — powiedział Dicken, kładąc na biurko Augustine'a wydrukowany raport i dyskietkę. — Przedstawiciele WHO w Afryce powiedzieli, że pracują po swojemu i dziękują. Stwierdzili, że współpraca przy poprzednich badaniach nie będzie tu miała zastosowania. W Afryce mają jedynie sto pięćdziesiąt potwierdzonych przypadków, tak mówią, i nie widzą żadnych podstaw do paniki. Przynajmniej byli na tyle uprzejmi, że dali mi parę próbek tkanek. Wysłałem je z Kapsztadu.

— Doszły — potwierdził Augustine. — Dziwne. Jeśli wierzyć ich liczbom, Afryka ucierpiała znacznie mniej niż Azja, Europa czy Ameryka Północna. — Wyglądał na zaniepokojonego; nie złego, ale zasmuconego. Dicken nigdy dotąd nie widział Augustine’a równie przybitego. — Co z tym zrobimy, Christopherze?

— Ze szczepionką? — Spytał Christopher.

— Z tobą, ze mną, z Zespołem Specjalnym. Do końca maja w samej Ameryce Północnej będziemy mieli ponad milion zakażonych kobiet. Doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego zwołał socjologów, aby powiedzieli mu, jak zareaguje opinia publiczna. Z każdym tygodniem wzrasta jej nacisk. Dopiero co wróciłem ze spotkania z naczelną lekarz i wiceprezydentem. Tylko wice, Christopherze. Prezydent składa odpowiedzialność na Zespół Specjalny. Mały skandal z Kaye Lang był kompletnym zaskoczeniem. Jedyną radość odczułem na widok Marge Cross sapiącej w sali niby wykolejony pociąg towarowy. Zjechała nas prasa — „Niekompetentne sknocenie w erze cudów”. To przeważający ton.

— Nic dziwnego — powiedział Dicken i usiadł na fotelu z drugiej strony biurka.

— Christopherze, znasz Lang lepiej niż ja. Jak mogła do tego dopuścić?

— Mam wrażenie, że NIH zajął się uchyleniem patentu. Jakieś szczegóły techniczne, niemożność wykorzystywania zasobów naturalnych.

— Tak… Ale na razie przez tego sukinsyna Bragga wychodzimy na durni. Czy Lang była aż tak głupia, aby podpisywać każdy papier, który podsuwał jej mąż?

— A podpisywała?

— Podpisywała — potwierdził Augustine. — Jasne jak słońce. Przekazując w ręce Saula Madsena i jego wspólników kontrolę nad każdym odkryciem opartym na pierwotnym ludzkim retrowirusie endogennym.

— Wspólników niewymienionych?

— Niewymienionych.

— Tak więc właściwie nie jest winna? — Zapytał Dicken.

— Nie lubię pracować z głupkami. Wyrolowała mnie z Americolem, a teraz robi pośmiewisko z Zespołu Specjalnego. Cóż dziwnego, że prezydent nie spotkał się ze mną?

— Na razie. — Dicken obgryzał paznokieć, ale przestał po spojrzeniu Augustine’a.

— Cross mówi, żeby nie przejmować się procesami i czekać, aż Bragg nas pozwie. Racja. Tymczasem jednak zrywam nasze związki z Lang.

— Nadal może być przydatna.

— No to korzystajmy z niej po cichu.

— Czy mam trzymać się od niej z dala?

— Nie — powiedział Augustine. — Między wami wszystko ma zostać cacy. Niech się czuje potrzebna i włączona w pracę. Nie chcę, aby poszła do prasy — najwyżej ze skargą na złe traktowanie jej przez Cross. A teraz… Następna nieprzyjemność.

Augustine sięgnął do szuflady biurka i wyjął błyszczące, czarno-białe zdjęcie.

— Nie znoszę tego, Christopherze, ale rozumiem, dlaczego to robią.

— Co? — Dicken czuł się jak chłopczyk czekający na burę.

— Shawbeck poprosił FBI, aby miała na oku naszych głównych ludzi.

Dicken się pochylił. Dawno już rozwinął w sobie instynkt urzędnika państwowego nakazujący trzymanie nerwów na wodzy.

— Dlaczego, Mark?

— Bo dowiedział się o ogłoszeniu zagrożenia narodowego i wprowadzeniu stanu wojennego. Jeszcze nie podjęto żadnej decyzji… Może nastąpi to za kilka miesięcy… W tych jednak okolicznościach wszyscy musimy być czyści jak łza. Christopherze, jesteśmy aniołami leczenia. Ludzie nam ufają. Niedopuszczalna jest najmniejsza skaza.

Augustine podał mu zdjęcie. Widniał na nim on sam przed Jessies Cougar w Waszyngtonie w Dystrykcie Kolumbii.

— Mielibyśmy duże kłopoty, gdyby cię rozpoznano.

Dicken zarumienił się tyleż ze wstydu, co z gniewu.

— Poszedłem tam raz, wiele miesięcy temu. Byłem piętnaście minut i wyszedłem.

— Udałeś się z dziewczyną do pokoju na zapleczu — powiedział Augustine.

— Nosiła maskę chirurgiczną i traktowała mnie jak trędowatego! — Wybuchnął Dicken, okazując więcej przejęcia, niż pragnąłby. Jego instynkt bardzo osłabł. — Nie chciałem jej wcale dotykać!

— Christopherze, jak wszyscy inni nienawidzę tego gówna — powiedział Augustine lodowato — ale to dopiero początek. Wszystkich nas czeka bardzo szczegółowe sprawdzenie.

— Jestem więc na okresie próbnym i pod kuratelą, Mark? FBI wpisze mnie na czarną listę?

Augustine uważał, że nie musi odpowiadać.

Dicken wstał i rzucił zdjęcie na biurko.

— Co następne? Czy mam ci podawać nazwiska wszystkich kobiet, z którymi się umawiam, i opowiadać, co robiliśmy?

— Tak — odparł Augustine łagodnie.

Dicken urwał tyradę w połowie i poczuł, jak gniew wypływa zeń niby ciche beknięcie. Skutki były tak rozległe i przerażające, że niespodziewanie czuł jedynie zimny strach.

— Szczepionka do testów klinicznych będzie gotowa najwcześniej za cztery miesiące, nawet przy zastosowaniu nadzwyczajnych środków. Shawbeck i wiceprezydent dziś wieczorem omówią w Białym Domu nową politykę. Zalecamy kwarantannę. Założę się, że dla narzucenia jej konieczne będzie wprowadzenie swego rodzaju prawa wojennego.

Dicken znowu usiadł.

— Niewiarygodne.

— Nie mów, że o tym nie myśleliście — powiedział Augustine.

Twarz miał szarą ze znużenia.

— Nie dysponuję taką wyobraźnią — stwierdził Dicken z goryczą.

Augustine obrócił się, aby wyjrzeć przez okno.

— Nadchodzi wiosna. Kochliwość młodzieży i takie tam. To naprawdę właściwa pora na ogłoszenie rozdzielenia płci. Wszystkich kobiet zdolnych do rodzenia dzieci i wszystkich mężczyzn. Office of Management and Budget ma obliczyć z grubsza, jak bardzo obniży to dochód narodowy.

Dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu.

— Dlaczego poszedłeś na noże z Kaye Lang? — Zapytał Dicken.

— Bo wiem, co z nią zrobić — odparł Augustine. — Ta inna sprawa… Nie powołuj się na mnie, Christopherze. Dostrzegam konieczność, ale nie wiem, jak u diabła to przeżyjemy, politycznie. — Wyjął z teczki kolejną fotografię i podniósł, pokazując Dickenowi. Widnieli na niej mężczyzna i kobieta stojący na schodkach przed kamienicą, oświetleni jedyną latarnią nad wejściem. Całowali się. Dicken nie widział twarzy mężczyzny, ale nosił się on jak Augustine i miał jego posturę.

— Abyś nie czuł się tak podle. To żona nowego kongresmena — powiedział Augustine. — Już po nas. Najwyższa pora, abyśmy wszyscy dorośli.

Dicken stanął przed siedzibą Zespołu Specjalnego w budynku nr 51. Nie czuł się najlepiej. Prawo wojenne. Rozdzielenie płci. Zwiesił ramiona i ruszył na parking, omijając szczeliny między płytami chodnika.

W samochodzie zauważył, że ma wiadomość na poczcie głosowej. Zadzwonił i ją odebrał. Nieznajomy głos próbował przezwyciężyć niekłamaną niechęć do pozostawiania wiadomości automatowi i po kilku nieudanych podejściach oznajmił, że mają wspólnych znajomych — dwóch lub trzech — i być może wspólne zainteresowania.

— Nazywam się Mitch Rafelson. Jestem teraz w Seattle, ale zamierzam wkrótce polecieć na Wschodnie Wybrzeże i odbyć kilka spotkań. Jeśli jest pan zainteresowany… Historią SHEVY, dawnymi jej przypadkami, proszę się do mnie odezwać.

Dicken zamknął oczy i pokręcił głową. Niewiarygodne. Chyba wszyscy już wiedzą o jego szalonej hipotezie. Zapisał numer telefonu w notesiku i popatrzył na niego z namysłem. Nazwisko brzmiało znajomo. Podkreślił je piórem.

Opuścił szybę i wciągnął głęboko powietrze. Dzień był ciepły, a chmury nad Bethesdą się przerzedzały. Zima wkrótce minie.

Wbrew rozsądkowi, wbrew wszelkim racjom, wystukał numer Kaye Lang. Nie było jej w domu.

— Mam nadzieję, że potrafisz sobie radzić z wielkimi dziewuchami — mruknął Dicken pod nosem i uruchomił silnik samochodu. — Cross jest naprawdę bardzo wielka.

40

Baltimore

Adwokat nazywał się Charles Wothering. Mówił czystym akcentem bostońskim, ubrany był nieporządnie, ale z klasą, nosił zrobioną na drutach wełnianą czapkę i długi, purpurowy szalik. Kaye zaproponowała mu kawę i chętnie ją przyjął.

— Bardzo ładnie — ocenił rozglądając się po mieszkaniu. — Ma pani dobry gust.

— Marge urządziła wszystko za mnie — powiedziała Kaye.

Wothering się uśmiechnął.

— Marge zupełnie nie ma gustu w urządzaniu mieszkań. Pieniądze potrafią jednak zdziałać cuda, przyzna pani?

— Nie mam skarg — odparła Kaye z uśmiechem. — Dlaczego przysłała pana tutaj? Aby… Zmienić naszą umowę?

— Skądże — odparł Wothering. — Pani rodzice nie żyją, tak?

— Tak — potwierdziła Kaye.

Jestem przeciętnym prawnikiem, pani Lang — czy mogę mówić pani Kaye?

Kaye przytaknęła.

— Przeciętnie znam się na prawie, ale Marge ceni moją znajomość charakterów. Może mi pani wierzyć albo nie, ale Marge nie jest w tym dobra. Mnóstwo brawury, lecz szereg nieudanych małżeństw, które pomagałem rozwiązywać i odkładać w odległą przeszłość, tak iż więcej o nich nie słychać. Jej zdaniem potrzebuje pani mojej pomocy.

— W czym? — Zapytała Kaye.

Wothering usiadł na kanapie i z cukierniczki na tacy nabrał trzy łyżeczki cukru. Ostrożnie mieszał kawę w filiżance.

— Czy kochała pani Saula Madsena?

— Tak — odparła Kaye.

— A co czuje pani teraz?

Kaye zastanawiała się, ale wytrzymała badawcze spojrzenie Wotheringa.

— Pojęłam, ile rzeczy Saul ukrywał przede mną, abyśmy mogli snuć marzenia.

— Jaki był intelektualny wkład Saula do pani pracy?

— To zależy do jakiej.

— Do pracy nad wirusem endogennym.

— Niewielki. Nie była to jego specjalność.

— A co było jego specjalnością?

— Porównywał siebie do drożdży.

— Słucham?

— Zapoczątkowywał fermentację. Ja wnosiłam cukier.

Wothering się zaśmiał.

— To znaczy pobudzał panią intelektualnie?

— Rzucał mi wyzwania.

— Jak nauczyciel, rodzic czy… Partner?

— Partner — odparła Kaye. — Nie rozumiem, do czego pan zmierza.

— Związała się pani z Marge, bo nie czuła się na siłach sama mierzyć się z Augustine’em i jego ludźmi. Czy mam rację?

Kaye popatrzyła na niego.

Wothering uniósł krzaczastą brew.

— Niezupełnie — odparła Kaye.

Nie mrużyła oczu i już ją piekły. Wothering mrugał, ile chciał, a teraz odstawił filiżankę.

— Mówiąc krótko, Marge przysłała mnie, abym w jakikolwiek możliwy sposób oderwał panią od Saula Madsena. Potrzebuję pani zgody na dokładne sprawdzenie EcoBacter, AKS i związków pani z Zespołem Specjalnym.

— Czy to konieczne? Jestem pewna, panie Wothering, że limit mrocznych tajemnic w moim życiu już się wyczerpał.

— Ostrożności nigdy za wiele, pani Kaye. Rozumie pani, że sprawy nabierają wielkiej wagi. Wszelkiego rodzaju kłopotliwe sytuacje mogą naprawdę mocno wpłynąć na porządek publiczny.

— Wiem — przyznała Kaye. — Powiedziałam, że jest mi przykro.

Wothering wyciągnął rękę i z pocieszającą miną pomachał lekko palcami w powietrzu. W innej epoce może po ojcowsku poklepałby ją po kolanie.

— Posprzątamy ten bałagan. — Spojrzenie Wotheringa stwardniało. — Nie chcę, aby rosnące poczucie osobistej odpowiedzialności zastąpiła pani automatycznym poleganiem na usługach dobrego prawnika — powiedział. — Jest już pani dorosła, Kaye. Chcę przede wszystkim rozplątać sznurki, a potem… Odetnę je. Nic nikomu nie będzie pani winna.

Kaye zagryzła wargę.

— Chciałabym wyjaśnić jedno, panie Wothering. Mój mąż był chory. Chory umysłowo. Co Saul zrobił, albo czego nie zrobił, nie może być zarzutem wobec niego — ani wobec mnie. Starał się zachowywać równowagę, wieść swe życie i pracować.

— Rozumiem, pani Lang.

— Saul bardzo mi pomagał, na swój sposób, ale odrzucam wszelkie wnioski, że nie jestem samodzielna.

— Nie wyciągam takich wniosków.

— To dobrze — powiedziała Kaye, czując, że stąpa po polu minowym zdenerwowania, gotowa w każdej chwili wybuchnąć gniewem. — Chcę teraz wiedzieć, czy Marge Cross nadal uważa moje usługi za przydatne?

Wothering uśmiechnął się i pokiwał głową w sposób umiejętnie wyrażający świadomość jej zdenerwowania i konieczność kontynuacji swojej misji.

— Marge nigdy nie daje więcej, niż bierze, na pewno szybko się pani o tym przekona. Kaye, czy może mi pani objaśnić ową szczepionkę?

— To połączenie płaszcza antygenu ze spreparowanym rybozymem — kwasem rybonukleinowym o właściwościach podobnych do enzymu. Przyłącza się do części kodu SHEVY i go przecina. Łamie jej kark. Wirus nie może się replikować.

Wothering w zdumieniu kręcił głową.

— Technicznie jest to cudowne — stwierdził. — Dla większości z nas niepojęte. Proszę mi powiedzieć, dlaczego pani zdaniem Marge zdoła namówić kobiety na całym świecie do rozważenia przyjęcia tej szczepionki?

— Pewnie zadziała reklamą i promocją. Powiedziała, że praktycznie ją rozda.

— Komu zaufają pacjenci, Kaye? Jest pani wybitną kobietą, którą mąż oszukiwał, trzymał w niewiedzy. Kobiety potrafią przez skórę wyczuwać taką niesprawiedliwość. Proszę mi wierzyć, Marge gotowa jest na bardzo wiele, aby zatrzymać panią w swym zespole. Pani pozycja staje się coraz silniejsza.

41

Seattle

Mitch podniósł się w łóżku, spocony i krzyczący. Słowa padały z gardłowym hukiem, choć już wiedział, że się obudził. Usiadł z boku z nogami nadal zaplątanymi w pościel i drżał. — Wariactwo — powiedział. — Zwariowałem. Zwariowałem na punkcie tego.

Znowu śnił o neandertalczykach. Tym razem patrzył na nich przeważnie z punktu widzenia samca, czuł się wolny, jakby unosił się w płynnym oceanie, który od razu zalał go bardzo przejrzystymi i nieprzyjemnymi wodami uczuć, a potem wzbił się wysoko, aby oglądać splątany tok wydarzeń. Tłumy zbierały się na skraju wioski — tym razem nie na jeziorze, ale na polanie otoczonej gęstą, pradawną puszczą. Zaostrzonymi, utwardzonymi w ogniu kijami wygrażały samicy, której imię niemal pamiętał… Nali-a albo Ma-li.

— Jean Auel, oto jestem — mruknął, wygrzebując nogi z pościeli. — Mowgli z Kamiennego Plemienia ratuje swą kobietę. Jezu.

Poszedł do kuchni nalać sobie szklankę wody. Walczył z jakimś wirusem — na pewno przeziębienia, a nie SHEVY, zważywszy na stan jego związków z kobietami. W ustach go drapało i piekło, a z nosa kapało. Przeziębił się pewnie podczas odbytej w zeszłym tygodniu wycieczki do Iron Cave. Może zaraził się od Mertona. Odwiózł brytyjskiego dziennikarza na lotnisko, skąd odlatywał on do Marylandu.

Woda smakowała okropnie, ale oczyściła mu usta. Wyjrzał na Broadway i pocztę, teraz niemal puste. Marcowa burza śnieżna miotała ulicami drobne, krystaliczne płatki. Pomarańczowy blask sodowych latarni ulicznych przekształcał nagromadzony śnieg w porozrzucane stosy złota.

— Wykopano nas z jeziora, ze wsi — szepnął. — Musimy poradzić sobie sami. Paru zapaleńców gotowych jest pójść za nami, może spróbują nas zabić. Będziemy…

Zadrżał. Emocje były tak mocne i tak rzeczywiste, że z trudem się z nich otrząsnął. Strach, wściekłość, coś jeszcze… Bezradna miłość. Pomacał twarz. Zerwali ze swoich obliczy rodzaj skóry, maseczki. Oznakę swej zbrodni.

— Droga Shirley MacLaine — powiedział, przyciskając czoło do zimnej szyby okna. — Reżyseruję jaskiniowców, którzy nie żyją w jaskiniach. Czy dostanę jakieś rady?

Zerknął na zegar na kamerze wideo leżącej niepewnie na małym telewizorze. Była piąta rano. W Atlancie mieli ósmą. Spróbował ponownie połączyć się z tamtym numerem, a potem zalogować się na naprawionym laptopie i wysłać wiadomość e-mailem.

W łazience gapił się na siebie w lustrze. Rozczochrane włosy, spocona, przetłuszczona twarz, dwudniowy zarost, porwana koszulka i gacie.

— Istny Jeremiasz — powiedział.

Potem kolejne wielkie sprzątanie zaczął od przedmuchania nosa i umycia zębów.

42

Atlanta

Christopher Dicken do swego domku na obrzeżach Atlanty wrócił o trzeciej nad ranem. Do drugiej pracował u siebie w CDC, przygotowując dla Augustine’a dane o rozprzestrzenianiu się SHEVY w Afryce. Przez godzinę leżał, nie mogąc zasnąć i zastanawiając się, jaki będzie świat za następne sześć miesięcy. Kiedy wreszcie zapadł w sen, miał wrażenie, że zaraz potem obudziło go brzęczenie telefonu komórkowego. Usiadł w podwójnym łóżku, należącym kiedyś do jego rodziców, zastanawiając się chwilę, gdzie jest, szybko uznał, że to nie Hilton w Kapsztadzie, i zapalił światło. Ranek przesączał się już przez zasłony w oknach. Po czwartym dzwonku Dicken zdołał wygrzebać komórkę z kieszeni wiszącego w szafie płaszcza i odebrał połączenie.

— Czy pan doktor Chris Dicken?

— Christopher. No. — Zerknął na zegarek. Piętnaście po ósmej. Przespał zaledwie dwie godziny i na pewno czuł się gorzej, niż gdyby wcale nie spał.

— Nazywam się Mitch Rafelson.

Tym razem Dicken przypomniał sobie to nazwisko i wiedział, skąd je zna.

— Naprawdę? — Zapytał. — Gdzie pan jest, panie Rafelson?

— W Seattle.

— Czyli u pana jest nawet wcześniej niż tu. Muszę jeszcze pospać.

— Proszę o chwilę — powiedział Mitch. — Przepraszam, jeśli pana obudziłem. Czy dostał pan moją wiadomość?

— Dostałem — odparł Dicken.

Musimy porozmawiać.

— Zaraz, jeśli jest pan Mitchem Rafelsonem, tym Mitchem Rafelsonem, to powinienem z panem rozmawiać… Niemal tak pilnie jak… — Próbował znaleźć dowcipne porównanie, ale umysł mu nie pracował. — Nie muszę z panem rozmawiać.

— Rozumiem… Ale i tak proszę posłuchać. Szuka pan SHEVY po całym świecie, prawda?

— No — powiedział Dicken. Ziewnął. — Bardzo mało spałem, myśląc o niej.

— Ja też — odparł Mitch. — Pańskie zwłoki na Kaukazie wykazały obecność SHEVY. Moje mumie… W Alpach… Mumie w Innsbrucku wykazały obecność SHEVY.

Dicken mocniej przycisnął komórkę do ucha.

— Skąd pan o tym wie?

— Mam raporty laboratoryjne z Uniwersytetu Stanu Waszyngton. Co wiem, muszę przekazać panu i każdemu innemu z otwartym umysłem.

— Żaden umysł nie jest na to dość otwarty — powiedział Dicken. — Kto dał panu mój numer?

— Doktor Wendell Packer.

— Czy znam Packera?

— Pracował pan z jego znajomą. Renee Sondak.

Dicken podrapał paznokciem przedni ząb. Bardzo poważnie rozważał zakończenie połączenia. Jego komórka była szyfrowana cyfrowo, ale gdyby ktoś się uparł, to odkodowałby rozmowę. Na myśl o tym zapłonął nagle gniewem. Rzeczy wymykały się spod kontroli. Wszyscy tracili perspektywę i wcale nie byłoby lepiej, gdyby się zabawiał na prawo i lewo.

— Jestem zupełnie sam. — Mitch przerwał ciszę. — Ktoś musi mi powiedzieć, że nie zwariowałem do końca.

— No — powiedział Dicken. — Wiem coś o tym. — Potem, wykrzywiając twarz i tupiąc nogą, wiedząc, że napyta sobie większej biedy niż podczas wszystkich poprzednich walk z wiatrakami, dodał: — Powiedz mi coś więcej, Mitch.

43

San Diego, Kalifornia

28 marca

Tytuł konferencji międzynarodowej, wypisany czarnymi plastikowymi literami na tablicy w centrum kongresowym, wywołał u Dickena przelotny dreszczyk — przelotny i konieczny. Przez ostatnie kilka miesięcy nic prawie nie dawało mu starego, dobrze znanego kopa zadowolenia z pracy, ale bez trudu poczuł go na widok nazwy konferencji.

Kontrolowanie środo-wi (ru) s-ka: Nowe techniki zwalczania chorób wirusowych

Tekst nie był wcale nazbyt optymistyczny ani bezpodstawny. Za kilka lat świat mógł już nie potrzebować ścigania wirusów przez Christophera Dickena.

Kłopot tylko w tym, że podczas trwania choroby kilka lat to naprawdę bardzo długo.

Dicken wyszedł z cienia rzucanego przez betonowy występ budynku centrum, blisko głównego wejścia, prosto na jaskrawe słońce oświetlające chodnik. Upał, jakiego nie doświadczył od Kapsztadu, dał mu zastrzyk buzującej energii. W Atlancie ostatnio się ociepliło, ale mróz ściskający Wschodnie Wybrzeże nie pozwalał jeszcze topnieć śniegowi zalegającemu ulice Baltimore i Bethesdy.

Mark Augustine był już w mieście, mieszkał na okręcie U. S. „Grant”, daleko od większości z pięciu tysięcy oczekiwanych uczestników, wypełniających głównie hotele blisko brzegu. Dicken materiały kongresowe — gruby, oprawiony spiralą na grzbiecie tom z dołączoną płytką DVD-ROM — wziął już tego ranka, aby wcześniej zapoznać się z programem.

Kluczowe wystąpienie Marge Cross wyznaczono na następny dzień rano. Dicken uczestniczył w pięciu zespołach panelowych, dwa z nich miały zająć się SHEVĄ. Kaye Lang była w jednym wspólnie z Dickenem, ponadto należała do siedmiu innych, miała także zabrać głos przed sesją plenarną Światowej Grupy Badawczej Walki z Retrowirusami, która odbywała się w związku z konferencją.

Prasa obwieszczała już wielki przełom w postaci rybozymowej szczepionki Americolu. Wyglądała dobrze — a nawet bardzo dobrze — w szkiełkach Petriego, ale nie zaczęto jeszcze prób na ludziach. Shawbeck mocno cisnął na Augustine'a, sam z kolei był naciskany przez rząd; wszyscy zaś pchali się, by uszczknąć coś ze stołu Marge Cross.

Dicken czuł w powietrzu osiem różnych rodzajów nadciągającej katastrofy.

Od kilku dni nie miał wieści od Mitcha Rafelsona, ale podejrzewał, że antropolog jest już w mieście. Jeszcze się nie spotkali, mimo to spisek trwał w najlepsze. Kaye zgodziła się porozmawiać z nimi tego wieczoru albo następnego dnia, zależnie od tego, kiedy ludzie Cross spuszczają ze smyczy po rundzie wywiadów i wystąpień dla dziennikarzy.

Musieli znaleźć miejsce odległe od wścibskich oczu. Dicken podejrzewał, że najlepszym będzie samo oko cyklonu; w tym też celu niósł drugą teczkę z pustym identyfikatorem konferencji — „Gość CDC” — i grubym programem.

Kaye szła zatłoczonym korytarzem, strzelając nerwowo oczyma po twarzach. Czuła się jak szpieg w podrzędnym filmie, próbowała skrywać prawdziwe odczucia, a na pewno poglądy — choć sama nie bardzo wiedziała, co ma myśleć. Większą część popołudnia spędziła w leżącym wyżej apartamencie Marge Cross, a raczej na całym wynajętym przez nią piętrze, rozmawiając z przedstawicielami i przedstawicielkami spółek zależnych od Americolu, profesorami z Uniwersytetu Stanowego Kalifornii, burmistrzem San Diego.

Marge wzięła ją na bok i zapowiedziała na koniec konferencji jeszcze większych VIP-ów.

— Zachowuj bystrość i blask — powiedziała. — Nie pozwól konferencji cię wyczerpać.

Kaye czuła się jak lalka na wybiegu. Nie lubiła takich wrażeń.

O wpół do szóstej zjechała windą na parter i wyczarterowanym autobusem pojechała na otwarcie konferencji. Uroczystość miała się odbyć w Zoo miasta San Diego, a urządzał ją Americol.

Gdy wysiadła z autobusu przed ogrodem zoologicznym, poczuła zapach jaśminu i żyznej gleby, podlanej uruchomionymi wieczorem zraszaczami. Kolejka przed pawilonem wejściowym była wielka; Kaye ustawiła się przed boczną bramą i pokazała strażnikowi zaproszenie.

Pięć kobiet ubranych na czarno chodziło dostojnie przed bramą zoo, nosząc transparenty. Dostrzegła je tuż przed wejściem; na jednej z tablic przeczytała NASZE CIAŁA, NASZE PRZEZNACZENIE: OCALCIE NASZE DZIECI.

Ciepły półmrok wewnątrz podziałał magicznie. Od ponad roku nie miała niczego przypominającego urlop; ostatni spędziła z Saulem. Potem doświadczała jedynie pracy i rozpaczy, niekiedy jednocześnie.

Przewodnik z ogrodu zoologicznego zebrał grupę gości Americolu i zrobił im małą wycieczkę. Kilka chwil Kaye spędziła na przyglądaniu się różowym flamingom, brodzącym w sadzawce. Popatrzyła z podziwem na cztery stuletnie kakadu żółtoczube — w tym na obecną maskotkę zoo, Ramzesa — z senną obojętnością przyglądające się przechodzącym tłumom zwiedzających. Potem przewodnik pokazał im boczny pawilon i dziedziniec otoczony palmami.

Przed pawilonem dość słaby zespół grał ulubione przeboje czterdziestolatków, zaś goście obu płci wynosili papierowe talerzyki z jedzeniem i rozglądali się za stołami.

Kaye stanęła przy bufecie pełnym owoców i warzyw, nałożyła sobie sporą porcję sera, pomidorów koktajlowych, kalafiora i marynowanych grzybów, w barze zamówiła kieliszek białego wina.

Wyjmując z torebki pieniądze, aby zapłacić za wino, kącikiem oka zauważyła Christophera Dickena. Holował za sobą wysokiego, mizernie wyglądającego mężczyznę w dżinsowej marynarce i szarych, wyblakłych spodniach z tego samego materiału, trzymającego pod pachą podniszczoną skórzaną torbę na ramię. Kaye wzięła głęboki oddech, wrzuciła resztę do torebki i odwróciła się w porę, aby napotkać twardy wzrok Dickena. Odwzajemniła się ukradkowym skinieniem głową.

Nie zdołała powstrzymać chichotu, gdy Dicken odsunął płótno i z udawaną obojętnością opuścili zamknięty dziedziniec. Zoo było prawie puste.

— Czuję się taka przebiegła — powiedziała. Zachowała kieliszek z winem, ale zdołała wyrzucić talerz z warzywami. — Co my niby, u licha, wyprawiamy?

Uśmiech Mitcha nie był zbyt pewny. Zaniepokoiły ją jego oczy — jednocześnie chłopięce i smutne. Dicken, niższy i grubszy, wyglądał na bezpośredniego i łatwiej dostępnego, dlatego Kaye skupiła się na nim. Miał reklamówkę, z której teatralnym gestem wyciągnął składany plan największego na świecie ogrodu zoologicznego.

— Może ratujemy tu rasę ludzką — odparł. — Usprawiedliwia to każdy fortel.

— Kurczę — rzuciła Kaye. — Miałam nadzieję na coś budzącego większy dreszczyk. Czy ktoś nas słyszy?

Dicken wskazał ręką niskie łuki zbudowanego w stylu hiszpańskim pawilonu gadów, jakby machał czarodziejską różdżką. Na terenie zoo zostało tylko kilku zabłąkanych turystów.

— Czysto — odparł.

— Pytam poważnie, Christopherze — powiedziała Kaye.

— Jeśli FBI założyła pluskwy smokom z Komodo lub facetom w hawajskich koszulach, to już po nas. Nic lepszego nie wymyśliłem.

Głośnie wrzaski wyjców powitały koniec dnia. Mitch poprowadził ich betonową ścieżką wiodącą przez dżunglę tropikalną. Drogę oświetlały lampki na poziomie ziemi, a nad ich głowami zraszacze rozpylały mgiełkę. Urok miejsca ogarnął ich na chwilę, nikt nie chciał złamać czaru.

Mitch sprawił na Kaye wrażenie drągala, faceta z otwartych przestrzeni. Nie podobało się jej jego milczenie. Odwrócił się, spojrzał na nią uważnie zielonymi oczyma. Kaye zauważyła jego buty: turystyczne pionierki o mocno zużytych grubych podeszwach.

Uśmiechnęła się niezręcznie, a Mitch odwzajemnił uśmiech.

— To nie moja działka — powiedział. — Jeśli ktoś ma zacząć rozmowę, to na pewno pani.

— Ale to pan ma dla nas rewelacje — odparł Dicken.

— Ile mamy czasu? — Zapytał Mitch.

— Dziś wieczór jestem wolna — wyjaśniła Kaye. — Marge potrzebuje nas w swej świcie jutro o ósmej rano. Americol wydaje śniadanie.

Zjechali windą do kanionu i stanęli przy klatce zajętej przez parę szkockich żbików. Wyglądające na udomowione cętkowane koty chodziły niespokojnie, pomrukując cicho w półmroku.

— To nie moja działka — powtórzył Mitch. — Bardzo mało wiem o mikrobiologii, znam tylko podstawy. Wpadłem na coś cudownego, co o mało nie zrujnowało mi życia. Straciłem reputację, uznano mnie za nieudacznika, który dwa razy przegrał w naukowych zawodach. Gdybyście byli rozsądni, nie pokazywalibyście się ze mną.

— Wyjątkowa szczerość. — Dicken podniósł rękę. — Następny.

— Goniłem za chorobami przez połowę globu. Mam nosa, wyczuwam, jak się rozprzestrzeniają, co wyprawiają, jak działają. Niemal od samego początku podejrzewałem, że tropię coś nowego. Jeszcze bardzo niedawno próbowałem wieść podwójne życie, wierzyć w dwie sprzeczne rzeczy naraz, i dłużej już nie potrafię.

Kaye jednym łykiem dopiła wino.

— Mówimy, jakbyśmy odbywali terapię odwykową w dwunastu krokach. No dobra. Moja kolej. Jestem wyzbytym poczucia bezpieczeństwa naukowcem, badaczką pragnącą trzymać się z dala od wszystkich drobnych dupereli, czepiałam się więc każdego, kto dawał mi miejsce do pracy i ochronę… A teraz nadszedł czas, abym stała się niezależna i sama podejmowała decyzje. Pora dorosnąć.

— Alleluja — rzucił Mitch.

— Wio, siostro — dodał Dicken.

Podniosła wzrok, gotowa się rozgniewać, ale obaj uśmiechali się jak należy i po raz pierwszy od wielu miesięcy — od ostatnich miłych chwil z Saulem — poczuła, że jest wśród przyjaciół.

Dicken sięgnął do reklamówki i wyjął butelkę merlota.

— Może nas przyuważyć ochrona zoo — powiedział — ale to najmniejszy z naszych grzechów. Niektóre konieczne rzeczy człowiek wydusza z siebie dopiero wtedy, gdy jest odpowiednio napity.

— Domyślam się, że oboje doszliście już do wspólnych poglądów — zwrócił się Mitch do Kaye, gdy Dicken rozlewał wino. — Próbowałem czytać wszystko, co zdołałem znaleźć, aby nabrać jakiegoś pojęcia, ale i tak jestem daleko w tyle.

— Nie wiem, od czego zacząć — powiedziała Kaye. Gdy już się trochę rozluźnili, sposób, w jaki patrzył na nią Mitch Rafelson — prosty, uczciwy i dyskretnie taksujący — obudził w niej coś, co uważała za dawno umarłe.

— Od miejsca, w którym się spotkaliście — podsunął Mitch.

— Gruzja — rzekła Kaye.

— Ojczyzna wina — dodał Dicken.

— Odwiedziliśmy masowy grób — zaczęła Kaye. — Choć nie wspólnie. Ciężarne kobiety i ich mężowie.

— Zabijali dzieci — powiedział Mitch; jego wzrok nagle stracił ostrość. — Dlaczego?

Usiedli przy plastikowym stoliku obok zamkniętego bufetu, głęboko w cieniu kanionu. Brązowe i czerwone koguty przedzierały się przez krzaki przy asfaltowej drodze i ścieżkach z beżowego betonu. Wielki kot dyszał i prychał w swej klatce, wysyłając niesamowite echa.

Z małej skórzanej torby na ramię Mitch wyciągnął teczkę i na plastikowym stoliku równo rozłożył kartki.

— Wszystko łączy się tutaj. — Położył rękę na dwóch arkuszach po prawej stronie. — To analizy wykonane na Uniwersytecie Stanu Waszyngton. Wendell Packer pozwolił mi pokazać je wam. Jeśli ktoś się wygada, wszyscy możemy wpaść w niezłe szambo.

— Analizy czego? — Spytała Kaye.

— Materiału genetycznego mumii z Innsbrucku. Pochodzące z dwóch różnych laboratoriów Uniwersytetu Stanu Waszyngton dwa zestawy wyników badań tkanek. Dałem Wendellowi Packerowi próbki tkanek pary osobników dorosłych. Innsbruck, jak się okazało, przysłał Marii Konig z tego samego wydziału zestaw próbek wszystkich trzech mumii. Umożliwiło to Wendellowi przeprowadzenie porównania.

— Co stwierdzili? — Zapytała Kaye.

— Trzy ciała naprawdę należały do rodziny. Matka, ojciec, córka. Wiedziałem to już — widziałem ich razem w jaskini w Alpach.

Kaye zmarszczyła brwi w zamyśleniu.

— Przypominam sobie. Poszedł pan do jaskini na prośbę pary przyjaciół… Naruszyliście stanowisko… A towarzysząca wam kobieta zabrała niemowlę do swojego plecaka?

Mitch odwrócił wzrok, napiął mięśnie szczęki.

— Mogę wam powiedzieć, jak było naprawdę.

— Nie ma potrzeby — stwierdziła Kaye, nagle ostrożna.

— Tylko dla wyjaśnienia — nalegał Mitch. — Musimy sobie ufać, jeśli z tego ma coś wyjść.

— No to proszę opowiedzieć — uległa Kaye, Mitch przekazał w skrócie całą opowieść.

— Wszystko wyszło beznadziejnie — zakończył.

Dicken patrzył na nich uważnie z założonymi rękoma.

Kaye wykorzystała przerwę na przejrzenie analiz rozłożonych na blacie plastikowego stolika, uważając, aby pozostawiony keczup nie poplamił kartek. Przeczytała dane dotyczące datowania węglem C14, porównania znaczników genetycznych, a na koniec wynik udanego poszukiwania SHEVY przez Packera.

— Packer twierdzi, że SHEVA niezbyt się zmieniła przez piętnaście tysięcy lat — powiedział Mitch. — Uznaje to za zdumiewające jak na DNA śmieciowe.

— Chyba nie jest śmieciowe — odparła Kaye. — Geny mają już trzydzieści milionów lat. Są nieustannie odświeżane, sprawdzane, zachowywane… Skrywane w ściśle upakowanej chromatynie, chronione izolatorami… Muszą być.

— Jeśli pozwolicie, chciałbym powiedzieć wam obojgu, co myślę — poprosił Mitch tonem pełnym śmiałości i nieśmiałości, który na Kaye sprawił wrażenie jednocześnie zdumiewające i pociągające.

— Proszę bardzo — zachęciła go.

— To przykład powstawania podgatunku — zaczął Mitch. — Wcale nie skrajny. Szturchnięcie prowadzące do nowej odmiany. Przypominające współczesne dziecko zrodzone z późnych neandertalczyków.

— Bliższe nam — rzuciła Kaye.

— Racja. Kilka tygodni temu w stanie Waszyngton był reporter nazwiskiem Oliver Merton. Interesował się mumiami. Powiedział mi o bójkach wybuchających na uniwersytecie w Innsbrucku… — Mitch uniósł wzrok i dostrzegł zdumienie Kaye.

— Oliver Merton? — Spytała, krzywiąc twarz. — Pracuje dla „Nature”?

— Wtedy dla „Economista” — odparł Mitch.

Kaye zwróciła się do Dickena.

— Ten sam?

— Aha — przytaknął Dicken. — Zajmuje się dziennikarstwem naukowym, bywa też reporterem politycznym. Wydał książkę lub dwie. — Potem wyjaśnił Mitchowi: — Merton wywołał wielkie zamieszanie na konferencji prasowej w Baltimore. Pogrzebał dość głęboko w powiązaniach Americolu z CDC i z SHEVĄ.

— Może to dwie oddzielne sprawy — wysunął przypuszczenie Mitch.

— Musi tak być, prawda? — Zapytała Kaye, spoglądając to na jednego, to na drugiego. — Chyba tylko my je z sobą łączymy?

— Nie byłbym taki pewny — odparł Dicken. — Mów dalej, Mitch.

— Przyjmijmy, że jest związek, zanim zaczniemy strzelać do intruzów. O co się kłócą w Innsbrucku?

— Według Mertona o związek niemowlęcia z mumiami dorosłych — co potwierdza Packer.

— Co za ironia — wtrącił Dicken. — ONZ część próbek z Gordi wysłała do laboratorium Konig.

— Antropolodzy w Innsbrucku są dość konserwatywni — powiedział Mitch. — Natrafić na pierwsze bezpośrednie dowody powstawania gatunku ludzkiego… — Kiwnął głową ze współczuciem. — Na ich miejscu bym się przestraszył. To nie tylko zachwianie paradygmatu — to wręcz jego przełamanie. To koniec gradualizmu, koniec dzisiejszej syntezy darwinistycznej.

— Nie musimy być tacy radykalni — odparł Dicken. — Wiele się mówi o punktualizmie w zapisie kopalnym — miliony lat stałości, a potem nagła zmiana.

— Zmiana zachodząca przez milion lub sto tysięcy lat, a w niektórych przypadkach przez zaledwie dziesięć tysięcy — ciągnął Mitch. — Nie przez jedną noc. Wnioski muszą przerażać każdego naukowca. Ale znaczniki nie kłamią. A rodzice niemowlęcia mieli SHEVĘ w swoich tkankach.

— Hmm — rzuciła Kaye. Nocne powietrze znów wypełniły ciągłe, melodyjne wrzaski wyjców.

— Samicę zraniło coś ostrego, może grot włóczni — powiedział Dicken.

— Zgadza się — potwierdził Mitch. — Spowodowało, że bliski narodzin płód przyszedł na świat martwy albo prawie martwy. Matka zmarła zaraz potem, a ojciec… — Głos uwiązł mu w gardle. — Przepraszam. Niełatwo mi o tym mówić.

— Współczuje im pan — stwierdziła Kaye.

Mitch przytaknął.

— Miewam o nich niesamowite sny.

— Postrzeganie pozazmysłowe? — Spytała.

— Wątpię — odparł Mitch. — Tak po prostu pracuje mój umysł, składając wszystko do kupy.

— Uważasz, że plemię ich wygnało? — Zapytał Dicken. — Prześladowało?

— Ktoś chciał zabić kobietę — odparł Mitch. — Mężczyzna z nią został, próbował uratować. Byli inni. Mieli coś dziwnego na twarzach. Małe płaty skóry wokół oczu i nosa, jakby maski.

— Zrzucali skórę? Za życia? — Spytała Kaye, wzruszając ramionami.

— Wokół oczu, na twarzy.

— Ciała pod Gordi — powiedziała Kaye.

— Co z nimi? — Zapytał Dicken.

— Niektóre miały małe skórzane maski. Myślałam, że to może… Jakiś dziwny skutek rozkładu zwłok. Nigdy jednak czegoś takiego nie widziałam.

— Posuwamy się za daleko — stwierdził Dicken. — Skupmy się na dowodach Mitcha.

— To wszystko, co mam — powiedział Mitch. — Zmiany fizjologiczne są na tyle znaczące, że można zaliczyć niemowlę do innego podgatunku, powstałego za jednym zamachem. W jedno pokolenie.

— Podobne rzeczy musiały się zdarzać setki tysięcy lat przed twoimi mumiami — stwierdził Dicken. — A zatem grupy neandertalczyków bytowały jednocześnie z populacjami ludzi współczesnych, albo obok nich.

— Tak sądzę — przytaknął Mitch.

— Czy pana zdaniem narodziny były aberracją? — Spytała Kaye.

Mitch przyglądał się jej kilka sekund, nim odpowiedział.

— Nie.

— Czy można zasadnie zakładać, że znalazł pan coś typowego, a nie wyjątkowego?

— Można.

Rozdrażniona Kaye podniosła ręce.

— Słuchajcie — powiedział Mitch. — W gruncie rzeczy jestem konserwatywny. Rozumiem gości z Innsbrucku, naprawdę rozumiem! To dziwaczne, zupełnie niespodziewane.

— Czy mamy ciągły, stopniowy zapis kopalny wiodący od neandertalczyków do kromaniończyków? — Zapytał Dicken.

— Nie, ale mamy różne stopnie przejścia. Zapis kopalny zwykle jest daleki od ciągłości.

— I… Jako powód uznaje się nieodnalezienie jeszcze niezbędnych ogniw pośrednich, tak?

— Tak — potwierdził Mitch. — Choć niektórzy paleontolodzy już od dawna idą na noże z gradualistami.

— Bo ciągle natrafiają na skoki, a nie na ciągły rozwój — powiedziała Kaye. — Nawet kiedy zapis kopalny zachował się lepiej niż dla ludzi czy innych dużych zwierząt.

W zamyśleniu popijali ze swych kieliszków.

— Co mamy robić? — Spytał Mitch. — Mumie mają SHEVĘ. My mamy SHEVĘ.

— To bardzo skomplikowane — odparła Kaye. — Kto zacznie?

— Napiszmy, co się według nas dzieje. — Mitch sięgnął do torby i wyjął trzy kartki i trzy długopisy. Rozłożył je na stoliku.

— Jak uczniowie? — Rzucił Dicken.

— Mitch ma rację. Piszmy — odparła Kaye.

Dicken wyciągnął z reklamówki drugą butelkę wina i odkorkował ją. Kaye trzymała w ustach koniuszek długopisu. Pisali dziesięć lub piętnaście minut, przekazując sobie kartki i zadając pytania. Zrobiło się chłodniej.

— Przyjęcie zaraz się skończy — powiedziała.

— Spokojna głowa — stwierdził Mitch. — Ochronimy panią.

Uśmiechnęła się ponuro.

— Dwaj prawie pijani faceci zalani teoriami?

— Właśnie — powiedział Mitch.

Kaye wolała na nich nie patrzeć. Jej uczucia mało miały wspólnego z nauką i profesjonalizmem. Niełatwo przyszło jej zapisywanie myśli. Nigdy przedtem tak nie pracowała, nawet z Saulem; dzielili notatniki, ale nigdy nie zaglądali sobie do notatek w chwili ich zapisywania.

Wino ją rozluźniło, zabrało część napięcia, ale nie wyklarowało myślenia. Waliła głową w mur. Napisała:

Populacje jako wielkie sieci jednostek rywalizujących i współpracujących, niekiedy jednocześnie. Każde świadectwo komunikacji między osobnikami populacji. Drzewa komunikują się związkami chemicznymi. Ludzie używają feromonów. Bakterie wymieniają plazmidy i fagi lizogenne.

Spojrzała na Dickena, piszącego nieustannie, przekreślającego całe akapity. Pulchny, tak, ale najwyraźniej silny i zmotywowany, wybitny; atrakcyjne rysy twarzy.

Napisała teraz:

Ekosystemy to sieci gatunków rywalizujących i współpracujących. Feromony i inne związki chemiczne mogą się przenosić między gatunkami. Sieci mogą mieć te same cechy co mózgi; ludzkie mózgi to sieci neuronów. Myślenie twórcze jest możliwe w każdej dostatecznie złożonej funkcjonalnej sieci nerwowej.

— Zobaczmy, do czego doszliśmy — powiedział Mitch. Wymienili notatki. Kaye przeczytała stronę Mitcha:

Molekuły sygnalizujące i wirusy przenoszą informacje między ludźmi. Poszczególni ludzie podczas swego życia gromadzą te informacje; czy to jednak jest ewolucja lamarkowska?

— Myślę, że wszystkie te sieci zaciemniają sedno sprawy — powiedział Mitch.

Kaye czytała teraz zapiski Dickena.

— Tak działa wszystko w przyrodzie — odparła. Dicken przekreślił prawie całą stronę. Pozostało tylko:

Przez całe życie pogoń za chorobami; SHEVA wywołuje złożone zmiany biologiczne, inaczej niż wszystkie dotychczas znane choroby. Dlaczego? Co zyskuje? Co próbuje robić? Co jest wynikiem końcowym? Jeśli pojawia się co dziesięć czy sto tysięcy lat, jak możemy się obronić przed czymś będącym, w pewnym sensie, jeśli chodzi o poszczególny organizm, czystą cząsteczką patogenną?

— Kto kupi tezę, że wszystko w przyrodzie działa jak neurony w mózgu? — Zapytał Mitch.

— To odpowiedź na pańskie pytanie — wytłumaczyła Kaye. — Czy chodzi o ewolucję lamarkowską, dziedziczenie cech nabytych przez osobniki? Nie. Mamy tu skutek złożonych oddziaływań sieci z wynikającymi z nich właściwościami przypominającymi myśli.

Mitch kręcił głową.

— Nie rozumiem wynikających właściwości.

Kaye patrzyła nań chwilę, zarówno podjudzona, jak zniecierpliwiona.

— Nie musimy zakładać samoświadomości, świadomego myślenia, zorganizowanej sieci reagującej na środowisko i oceniającej, jak powinny wyglądać jej poszczególne węzły — powiedziała.

— Nadal wygląda mi to na ducha ożywiającego maszynę — zasępił się Mitch.

— Proszę pomyśleć o drzewach, które po zaatakowaniu ich przez szkodniki wysyłają sygnały chemiczne. Sygnały te zwabiają owady pożerające napastników. Ściągają człowieka z opryskiwaczem. Podobnie dzieje się na wszystkich poziomach, od ekosystemów do gatunków, a nawet w społeczeństwach. Wszystkie odrębne istoty są sieciami komórek. Wszystkie gatunki są sieciami osobników. Wszystkie ekosystemy to sieci gatunków. Wszystkie oddziałują na siebie, komunikują się nawzajem w tym czy innym stopniu, poprzez rywalizację, żerowanie, współpracę. Wszystkie te oddziaływania przypominają neuroprzekaźniki przemieszczające się w mózgu między synapsami albo mrówki komunikujące się w kolonii. Oddziaływania mrówek między sobą zmieniają zachowanie całej kolonii. Tak samo zmieniamy się i my, zależnie od porozumiewania się z sobą neuronów. Dotyczy to całej natury, od góry do dołu. Wszystko jest z sobą połączone.

Widziała jednak, że Mitch nadal tego nie kupuje.

— Musimy opisać metodę — powiedział Dicken. Patrzył na Kaye z lekko wyrozumiałym uśmiechem. — Uprość to. Tu ty jesteś myślicielem.

— Co jest solą punktualizmu? — Spytała, ciągle podenerwowana skupieniem Mitcha.

— No dobra. Skoro to swego rodzaju umysł, gdzie jest jego pamięć? — Ciągnął Mitch. — Coś przechowującego informację o następnym modelu istoty ludzkiej, zanim ją uwolni w systemie rozrodczym?

— W wyniku działania jakiego bodźca? — Dodał swoje pytania Dicken. — Po co w ogóle zbiera informacje? Co zapoczątkowuje ten proces? Jaki mechanizm go wyzwala?

— Posuwamy się za daleko — westchnęła Kaye. — Po pierwsze nie podoba mi się słowo „mechanizm”.

— W porządku, no to… Organ, organon, czarodziejski architekt — powiedział Mitch. — Wiemy, o czym tutaj rozmawiamy. O jakimś rodzaju pamięci przechowywanej w genomie. Wszystkie instrukcje muszą w nim tkwić, dopóki nie zostaną uruchomione.

— Czyżby w komórkach zarodkowych? Rozrodczych, spermie i jajowych? — Spytał Dicken.

— No właśnie — odparł Mitch.

— Nie sądzę — powiedziała Kaye. — Coś przekształca u każdej matki pojedynczą komórkę jajową, dając córkę pośrednią, ale to samo coś w jajniku córki może dać nowy fenotyp. Inne komórki jajowe matki są wyłączone z gry. Chronione nie ulegają zmianie.

— W przypadku nowego planu nowy fenotyp jest klapą. — Dicken kiwał głową na potwierdzenie. — Dobra. Leżąca odłogiem pamięć, przywoływana co tysiące lat przez… Hipotetyczne modyfikacje, uruchamiane przez… — Pokręcił głową. — Teraz ja jestem w kropce.

Każdy poszczególny organizm jest świadom swego środowiska i na nie reaguje — wyjaśniła Kaye. — Wymieniane przez jednostki substancje chemiczne i inne rodzaje sygnałów powodują zakłócenia chemii wewnętrznej, co wpływa na genom, a dokładniej na ruchome elementy pamięci genetycznej, przechowującej i odświeżającej zespoły hipotetycznych zmian. — Żywo poruszała rękoma, jakby coś tłumaczyły czy przekonywały. — Dla mnie to zupełnie jasne, chłopaki. Czemu tego nie dostrzegacie? Oto pełna pętla sprzężenia zwrotnego: zmiana środowiska powoduje stres organizmów — w tym przypadków ludzi. Różne rodzaje stresu naruszają w naszych ciałach równowagę reagujących na stres substancji chemicznych. Leżąca odłogiem pamięć odpowiada, przesuwając elementy ruchome zgodnie z algorytmem ewolucyjnym powstałym przed milionami, a nawet miliardami lat. Komputer genetyczny decyduje, co w nowych warunkach wywołujących stres, może się okazać najlepszym fenotypem. W wyniku tego dostrzegamy u osobników drobne zmiany, prototypy, a po zmniejszeniu się poziomu stresu, jeśli potomstwo jest zdrowe i liczne, zmiany się utrzymują. Za każdym jednak razem, gdy problem w środowisku jest uporczywy… Na przykład, u ludzi chodzi tu o długotrwały stres społeczny… Następuje znaczne przekształcenie. Dochodzi do ekspresji retrowirusów endogennych, wysłania sygnału koordynującego aktywację określonych elementów w zasobie pamięci genetycznej. Voila. Punktualizm.

Mitch szczypał grzbiet nosa.

— Boże — rzucił.

Dicken skrzywił się mocno.

— Dla mnie to zbyt radykalne, nie potrafię przełknąć wszystkiego za jednym razem.

— Mamy dowody na każdy krok na tej drodze — powiedziała trochę ochryple Kaye. Wypiła kolejny długi łyk merlota.

— Jak jednak jest to przekazywane? — Zapytał Dicken. — Musi tkwić w komórkach rozrodczych! Jakoś jest przenoszone od rodzica do dziecka przez setki, tysiące pokoleń, zanim zostanie uruchomione.

— Może jest pakowane, kompresowane, stanowi swego rodzaju kod — odparł Mitch.

Kaye była zaskoczona. Popatrzyła na Mitcha lekko wstrząśnięta i pełna podziwu.

— To tak szalone, że trafne. Jak nakładające się geny, ale bardziej pokrętnie. Zagrzebanie w powtórzeniach.

To nie musi przenosić całej instrukcji nowego fenotypu… — Powiedział Dicken.

— Jedynie części, które mają ulec zmianie — dokończyła Kaye.

— Wiemy przecież, że między szympansem a człowiekiem różnica genomu wynosi być może zaledwie dwa procent.

— Jest też różna liczba chromosomów — zauważył Mitch. — Co ostatecznie czyni wielką różnicę.

Dicken skrzywił się i złapał za głowę.

— Boże, sięgamy coraz głębiej.

— Jest dziesiąta — powiedział Mitch. Wskazał strażnika idącego środkiem biegnącej kanionem drogi, wyraźnie kierującego się w ich stronę.

Dicken wyrzucił puste butelki do kosza na śmieci i wrócił do stołu.

— Nie możemy teraz przerwać. Kto wie, kiedy znowu uda się nam spotkać?

Mitch czytał notatki Kaye.

— Łapię, że zmiana w środowisku wywołuje stres u poszczególnych osób. Wróćmy do pytania Christophera. Co uruchamia sygnał, zmianę? Choroba? Drapieżnik?

— W naszym przypadku przeludnienie — odparła Kaye.

— Złożone warunki społeczne. Rywalizacja o pracę — dodał Dicken.

— Ludzie! — Zawołał strażnik, gdy znalazł się bliżej. Jego głos odbijał się echem w kanionie. — Jesteście z przyjęcia Americolu?

— Jak pan zgadł? — Spytał Dicken.

— Nie powinniście tu być.

W drodze powrotnej Mitch z powątpiewaniem kręcił głową. Nie zamierzał dać im ani chwili wytchnienia: sprawa była naprawdę poważna.

— Zmiana występuje zwykle na obrzeżu populacji, gdzie brakuje zasobów i rywalizacja jest ostra. Nie w centrum, gdzie wszystko jest spokojniejsze.

— Ludzie nie mają już „obrzeży”, pograniczy — powiedziała Kaye. — Zalaliśmy całą planetę. Nieustannie żyjemy w stresie, aby dotrzymywać kroku innym.

— Nieustannie trwa wojna. — Dicken nagle się zamyślił. — Wczesne przypadki heroda mogły wystąpić tuż po II wojnie światowej. Stres wywołany kataklizmem społecznym, społeczeństwo popełniające straszliwe błędy. Ludzie muszą się zmienić albo…

— Kto nakazuje zmianę? Albo co? — Spytał Mitch, klepiąc się dłonią po biodrze.

— Nasz komputer biologiczny na poziomie gatunku — odparła Kaye.

— Znów go mamy. Komputer sieciowy — powątpiewał Mitch.

— „MOCARNY CZARODZIEJ NASZYCH GENÓW” — zaintonowała Kaye głębokim, soczystym głosem prowadzącego licytację. Potem wskazała palcem niebo. — Pan Genomu.

Mitch z uśmiechem skierował palec w jej stronę.

— Tak będą mówić, a potem nas wyśmieją.

— Wygonią z tego całego cholernego zoo — powiedział Dicken.

— Co wywoła stres — stwierdziła Kaye nieśmiało.

— Do rzeczy, do rzeczy — nalegał Dicken.

— Pieprzyć to — rzuciła Kaye. — Wracajmy do hotelu i otwórzmy następną butelkę. — Wyciągnęła ręce w bok i zakręciła piruet. Cholera, pomyślała, popisuję się. „Hej, chłopcy. Jestem dostępna, popatrzcie na mnie”.

— Tylko w nagrodę — powiedział Dicken. — Weźmiemy taksówkę, jeśli autobus odjechał. Kaye… Dlaczego nie w centrum? Co jest nie tak w samym środku populacji ludzkiej?

Kaye zwiesiła ręce.

— Co roku coraz więcej ludzi… — Urwała, jej twarz stężała. — Rywalizacja jest tak zażarta. — Twarz Saula. Złego Saula, przegrywającego i niegodzącego się z tym, oraz dobrego, pełnego dziecięcego entuzjazmu, lecz nadal noszącego niezmywalne piętno mówiące: „Przegrasz. Te wilki są twardsze i sprytniejsze od ciebie”.

Obaj czekali, aż dokończy.

Szli razem do bramy. Kaye szybko wytarła oczy i stwierdziła z największym spokojem, na jaki było ją stać:

— Zwykle zdarzał się jeden człowiek, a nawet bywali dwaj czy trzej tacy, którzy wpadali na błyskotliwą, zmieniającą świat myśl albo tworzyli przełomowy wynalazek. — Głos nabierał siły; teraz wobec Saula czuła urazę, a nawet gniew. — Darwin i Wallace. Einstein. Teraz jest po stu geniuszy w każdej dziedzinie, tysiące ludzi ścigających się, który pierwszy wedrze się na mury zamku. Skoro tak jest w nauce, tkwiącej w stratosferze, to co się dzieje w okopach? Bezustanna, paskudna rywalizacja. Za wiele trzeba się uczyć. Za szerokie pasmo zatykające kanały komunikacyjne. Nie potrafimy dość szybko słuchać. Bez przerwy musimy stać na czubkach palców.

— Czy tak bardzo się to różni od polowania na niedźwiedzia jaskiniowego albo mamuta? — Zapytał Mitch. — Albo patrzenia, jak twoje dzieci umierają podczas zarazy.

— Powoduje inne rodzaje stresu, może wpływa na inne substancje chemiczne. Dawno już przestały nam wyrastać nowe pazury czy kły. Jesteśmy zwierzętami społecznymi. Wszystkie nasze główne zmiany dotyczą polepszania wzajemnej komunikacji i przystosowania społecznego.

— Zbyt wielka zmiana — powiedział Mitch po namyśle. — Nikt tego nie lubi, ale musimy rywalizować, bo inaczej wylądujemy na ulicy.

Stali przed bramą i słuchali świerszczy. Za nimi w zoo skrzeczała ara. Jej głos niósł się aż nad Balboa Park.

— Różnorodność — szepnęła Kaye. — Zbyt wielki stres może być oznaką nieuchronnej katastrofy. Dwudziesty wiek był długą, szaloną, wydłużoną katastrofą. Wyzwolił poważną zmianę, tkwiącą w genomie, która ma chronić rasę ludzką przed upadkiem.

— Nie choroba, ale ulepszenie — powiedział Mitch.

Kaye spojrzała nań znowu z tym samym przelotnym dreszczem.

— Właśnie. Każdy może się dostać wszędzie w ciągu godzin lub dni. Impuls powstały w sąsiedztwie rozchodzi się naraz na cały świat. Czarownik jest zasypany sygnałami. — Znowu wyrzuciła ręce, bardziej opanowana, ale nie trzeźwa. Wiedziała, że Mitch się jej przygląda, a Dicken im obojgu.

Dicken wyjrzał na ulicę za szerokim parkingiem ogrodu zoologicznego, szukając taksówki. Dostrzegł jedną zawracającą kilkaset stóp dalej i wyciągnął rękę. Taksówka podjechała.

Wsiedli. Dicken zajął miejsce z przodu. Podczas jazdy odwrócił się, aby powiedzieć:

— No dobrze, jakiś kawałek DNA naszego genomu cierpliwie tworzy model następnego typu człowieka. Skąd czerpie pomysły, wskazówki? Czy ktoś podpowiada, „Dłuższe nogi, większa puszka mózgowa, brązowe oczy są w tym roku na topie”? Kto nam mówi, co jest ładne, a co brzydkie?

— Chromosomy używają gramatyki biologicznej — odparła szybko Kaye — swego rodzaju wbudowanego w DNA projektu gatunku na wyższym poziomie. Czarownik wie, jakie jego słowa mają sens dla fenotypu organizmu. Czarownik ma redaktora genetycznego, korektora gramatyki. Powstrzymują najbardziej nonsensowne mutacje, zanim zostaną one włączone.

— Bujamy tutaj w dzikich, jasnych obłokach — powiedział Mitch — i w razie ataku myśliwców zostaniemy zestrzeleni już w pierwszej minucie walki. — Rękoma robił w powietrzu pętle, jakby były parą samolotów, denerwując tym taksówkarza, a potem dramatycznie opuścił lewą dłoń na kolano, wyłamując palce. — Strącony.

Taksówkarz patrzył na nich z ciekawością.

— Pewnikiem biolodzy? — Zapytał.

— Studenci starszych lat na uniwersytecie życia — odparł Dicken.

— A jak — powiedział kierowca z powagą.

— Teraz zarobiliśmy na to. — Dicken wyjął z reklamówki trzecią butelkę wina, a z kieszeni szwajcarski scyzoryk.

— Hej, nie w gablocie! — Rzucił taksówkarz ost