/ Language: Polski / Genre:thriller

Brylant

Graham Masterton

Graham Masterton jako autor, znany i kojarzony jest głównie z horrorem, thrillerem i powieścią sensacyjną. Mało, kto pamięta, że w dorobku Grahama możemy znaleźć „perełki”, które to w znacznym stopniu odbiegają w tematyce od wymienionych gatunków. Mowa o powieści historycznej. Za stan takiej rzeczy można uznać fakt, że w Polsce zostało wydanych zaledwie kilka z jego powieści historycznych, w dodatku w latach 90-tych, których to tylko jedna doczekała się ponownego wznowienia. Nie mniej jednak nie patrząc na stan „wiekowych” wydań warto się zapoznać z tym jakże niezwykle cennym dorobkiem pisarza. Takim klejnotem niewątpliwie jest "Brylant", książka napisana na początku lat, 80’-tych,który to okres przez wielu uważany jest za najlepszy w całej dotychczasowej karierze Mastertona. Powieść ta ukazuje życie w świecie poszukiwaczy diamentów – Kimberley. Barney Blitz, główna postać powieści, nie wiedzie łatwego życia. Barney jest Żydem mieszkającym w Londynie wraz z bratem Joelem i matką, która jest osobą chorą psychicznie. Codzienne ekscesy matki doprowadzają w końcu do tego, że starszy brat Barneya – Joel postanawia opuścić rodzinny dom i wyrusza do Afryki. Młodszy z braci Blitzów pozostaje z matką. Wtedy też Barney doświadcza pierwszego miłosnego nieszczęścia, które to już nie opuści go do końca życia. Trudy życia z matką znajdują swój dramatyczny finał w scenie, która to nie pozwala nam zapomnieć z czego słynie Masterton. Takich momentów, w których wstrzymujemy oddech znajdziemy w książce więcej. W dalszej części powieści autor ukazuje podróż, jaką Barney musiał przebyć, aby znaleźć swoje miejsce i szczęście. Tym miejscem jest Kimberley miasteczko górnicze leżące na południu Afryki. Wraz z rozwojem akcji jesteśmy jednocześnie świadkami przemiany, jaką przechodzi Barney. Z młodego mężczyzny szukającego sensu i miejsca na tym świecie, do ogarniętego żądzą posiadania potentata diamentowego. Jednak cena, którą Barney będzie musiał okupić za swój luksus okaże się bardzo wysoka. Masterton ukazuje nam prawdę starą i znaną jak ludzka zachłanność, że pieniądze szczęścia nie dają. Jednocześnie fakt, kim jesteśmy, jaki jest kolor naszej skóry, jaką religię wyznajemy sprawia, że z miejsca jesteśmy lubiani, akceptowani lub mieszani z błotem. Nie mniejszą rolę w powieści odgrywa "Natalia Star" – gigantyczny diament, który pokazuje nam, że niektóre skarby tego świata nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Ów diament jednakże jest jednocześnie ceną, jaką Barney musi zapłacić za wszystkie swoje błędy i wyrazem niezłomnej miłości do kobiety, którą to stracił na zawsze. Brylant posiada wszystkie cechy, jakie znajdziemy w najlepszych powieściach Mastertona. Wyraziści bohaterowie, ciekawa historia, świetnie opisane życie i świat ukazany w powieści, proste przesłanie – wszystko to sprawia, że nie możemy odpocząć i z zaciekawieniem śledzimy losy braci Blitzów.

Graham Masterton

Brylant

Tytuł oryginalny: Solitaire

Prolog

Jego matka zawsze umiała go zadziwić. To było w jej stylu. Ale tym razem zaskoczyła go bardziej niż kiedykolwiek. Z obitego błękitnym pluszem pudełka na biżuterię wyjął olbrzymich rozmiarów diament, podniósł go do góry i w zaciemnionej sypialni zaczął mu się z zachwytem przyglądać, czując przy tym nagły zawrót głowy. Był to brylant, połyskliwy, prostokątny kamień; za duży, żeby człowiek mógł go bez wysiłku połknąć. Był jeszcze nie oprawiony; odkąd jubiler nadał mu ostateczny kształt i połysk, nikt nie próbował przy nim manipulować.

Właściwie nie miał pojęcia, ile diamenty były warte, chociaż słyszał, że te najbardziej okazałe, takie jak ten, nie były wyceniane według liczby karatów; gdyby tak było, to nawet najbogatsi ludzie tego świata nie mogliby sobie na niego pozwolić. Był przekonany, że na aukcji zostanie wyceniony na setki tysięcy dolarów, a może nawet miliony.

Jestem milionerem, pomyślał. Czuł się, jak gdyby właśnie wyszedł z piwniczki z winem i dopiero na świeżym powietrzu odkrył, jak bardzo był pijany.

Nie miał wątpliwości, że kamień był prawdziwy. Obracając go w palcach, przypomniał sobie słowa szeptane przez matkę jakieś pięć tygodni temu. Siedzieli na oplecionej bluszczem werandzie domu wielebnego Ponsforda w Herne Hill, podczas gdy reszta towarzystwa grała w krykieta na wypalonym przez słońce trawniku.

– Twój ojciec zatroszczył się o ciebie – powiedziała wtedy. – To znaczy twój prawdziwy ojciec. Zabezpieczył ciebie i twoje dzieci. Kiedy odejdę, o nic nie będziesz się musiał martwić.

– Ale ty nie odejdziesz – uśmiechnął się do niej, chwytając jej rękę w swoje dłonie. Miała założone białe letnie rękawiczki. Wydawało mu się, że trzyma w rękach nieżywego szpaka, same kości i pióra.

Nie wiadomo, czy było to przeczucie, czy jakaś wróżba przekazana przez pogodę, chmury, a może miało to coś wspólnego z dżentelmenami grającymi w krykieta – odeszła trzy tygodnie po przyjęciu. Zaczęło się letnim przeziębieniem, które przeszło w zapalenie płuc. Mając trzydzieści trzy lata, Peter Ransome został sierotą.

Wybiło go to z rytmu. Nie był przygotowany na samotność ani na ból; kiedy porządkował sprawy matki z panami Winchellem i Golightlym, prawnikami zajmującymi się sprawami spadkowymi w Croyden; i kiedy doprowadzał do porządku dom matki w Kennington w południowym Londynie, który stał niedaleko boiska Oval do krykieta. Wtedy właśnie wpadły mu w ręce fotografie i pamiątki po matce z odległej przeszłości: czarno-białe zdjęcie jego ojczyma z biskupem Woolwichem, jeszcze jedna fotografia matki stojącej obok Cecila Rhodesa na tle jakiegoś zamazanego krajobrazu, naszyjnik z lwim zębem, srebrna tabakierka z wytłoczonym Wodospadem Wictorii – poczuł się tak, jak gdyby nie wiedział, kim był albo dlaczego tutaj był. Odziedziczył fragmenty życia innych ludzi, chociaż nie było już na świecie nikogo, z kim byłby spokrewniony w prostej linii.

Jego ojczym, wielebny Hugh Ransome, zmarł na atak apopleksji na dzień przed rozpoczęciem uroczystości związanych z jubileuszem królowej Wiktorii, 21 czerwca 1897 roku. Gorączka przygotowań do przyjęcia dla dzieci i staruszków w Kennington oraz upał: tego po prostu było dla niego za dużo.

Jego prawdziwy ojciec zmarł rok wcześniej. Utopił się. Stało się to na powracającym z Madagaskaru liniowcu „Andromeda". Wypadek, na temat którego szeroko wówczas rozpisywała się prasa. Jeden ze świadków stwierdził z całą stanowczością, że pan Błitz „z pełną premedytacją" przeskoczył przez reling i wpadł do Oceanu Indyjskiego, po czym nałykał się tyle wody, że utonął, zanim pośpieszono mu z pomocą. Jednakże pani Blitz uparcie dementowała pogłoski o samobójstwie. Jej mąż był „w znakomitej kondycji fizycznej", tak powiedziała koronerowi, był zdrowy i zamierzał rozkręcić nowy interes w Kapsztadzie.

Ale teraz Peter był tutaj, w wielkim domu z czerwonej cegły na Montacute Road, w domu, do którego przylegał zaniedbany trawnik w kształcie trójkąta, na którym posadzono pospolite drzewa. Miał przed sobą otwarte pudełko na biżuterię, które należało do jego matki, a w palcach trzymał diament większy, niż mógł to sobie wymarzyć. Musiał być prawdziwy, był o tym przekonany, chociaż nie miał żadnego doświadczenia, jeżeli chodzi o diamenty, i nie wiedział, w jaki sposób to sprawdzić. Mógł jedynie wyryć na szybie od sypialni swoje nazwisko, ale nie wydawało się to najszczęśliwszym pomysłem. Pięć lat temu zmarł jego ojczym. Przez cały ten okres Peter utwierdzał się w przekonaniu, że uczucie pomiędzy jego matką a prawdziwym ojcem było szczególnie silne i bardzo wyjątkowe. Nawet ich przypadkowe rozstanie nie było w stanie go zniszczyć.

Jeżeli miłość pomiędzy jego matką a jego prawdziwym ojcem była w połowie tak niepohamowana, jak opisywała to matka (była skromną kobietą, wdową po pastorze, ich miłość musiała być dwa razy tak silna i zmysłowa, jak jemu opowiadała), to diament, który ją symbolizował, musiał być autentyczny i bez skazy.

Do sypialni weszła służąca matki, Olive. Trzymała w ręce szczotkę do czyszczenia dywanów. Na głowie miała chaos, setki farbowanych loczków i gdzieniegdzie poutykane grzebyczki ze skorupy żółwia.

– Proszę pana, czy gdybym odsłoniła zasłony, to okazałabym brak szacunku dla zmarłej? – zapytała. – Bardzo nie chciałabym, żeby nadwerężył pan sobie oczy. Mój Henry zepsuł sobie oczy, walcząc w ciemnościach pod Nicholson's Nek.

Peter przezornie zamknął diament w dłoniach i odwrócił się sztywno i bardziej dystyngowanie, niż zamierzał.

– Zrób to bez względu na wszystko – powiedział. – Nie sądzę, żeby matka chciała widzieć swój dom w takim ponurym nastroju.

Olive rozsunęła grube brokatowe zasłony, grzechocząc mosiężnymi kółkami. Promienie słoneczne oświetliły wzorzysty dywan oraz biały kilim na łóżku, na którym zaledwie dwa tygodnie temu jego matka zamknęła na zawsze oczy, jak gdyby głęboko zasnęła. Na ścianie obok łóżka wisiał prosty, drewniany krucyfiks; matka zawsze mu powtarzała, że dostała go od misji w Afryce Południowej, kiedy jeszcze była małą dziewczynką – zanim umiała mówić po angielsku.

– Czy chciałby pan wypić herbatę, proszę pana? – zapytała Olive.

Peter w dalszym ciągu miał mocno zaciśnięte dłonie.

– Tak, herbatę – powiedział. – Zaraz zejdę na dół.

– Bardzo dobrze, proszę pana.

Kiedy Olive opuściła sypialnię, Peter podszedł do owalnego zwierciadła, które wisiało niedaleko okna. Zobaczył w nim ciemnowłosego, nieśmiało wyglądającego młodego mężczyznę w prostym, szarym garniturze; młodego mężczyznę, którego karnacja była zbyt ciemna, aby mógł uchodzić za Anglika, i którego krótki, prosty nos i ostro zarysowane czoło były zbyt europejskie, aby brano go za czystej krwi Afrykanina. Rasowo był zlepkiem trzech narodowości: w jednej trzeciej Holendrem, w jednej trzeciej Hotentotem i w jednej trzeciej niemieckim Żydem.

Był przyzwyczajony do problemów wynikających z jego ciemnej skóry. Pracował jako mechanik samochodowy dla przedsiębiorstwa Vulcan w Southport, Cheshire. Pomimo że miał zręczne ręce i umiał posługiwać się kluczem francuskim, wiedział, że nigdy nie zrobią go szefem. Brał udział w wyścigach samochodowych, kiedy tylko był wolny jakiś samochód i wystarczająca ilość etyliny. Ale nigdy nie pozwolono mu zrobić licencji kierowcy pierwszej klasy. Taka, niestety, była Anglia, która tolerowała mieszańców, ponieważ byli jasnym dowodem kolonialnych zdobyczy imperium, ale za to bardzo rzadko pozwalała zbliżyć się „kolorowemu" do towarzystwa.

To, że jego ojczym, wielebny Hugh Ransome, był darzony szacunkiem za swoją pracę wśród biedaków południowego Londynu i pogaństwa Afryki Południowej, bardzo Peterowi pomogło. Ojczym nauczył go dobrych manier, niuansów konwersacji, pokazał mu, jak się ubierać. Wszystko to jednak nie rozjaśniło mu skóry. Wiedział już od czasów szkoły, że tylko cud boski może sprawić, że znajdzie się w bezpośredniej bliskości śmietanki towarzyskiej Anglii rządzonej przez króla Edwarda.

A może właśnie sprawi to diament? Może to był ten cud, który zmieni całe jego życie? Otworzył dłonie. Wielki kamień był ciepły, miał temperaturę zbliżoną do temperatury jego własnego ciała. Złapał promień słońca, a właściwie jedynie jego wierzchołek, i rozjaśnił się brylantowymi tęczami oraz drżącymi jaskrawymi trójkątami odbitego i rozszczepionego światła, przypominał obwieszony zwierciadełkami pokój w miniaturze.

– Twój ojciec zatroszczył się o ciebie – wyszeptała wtedy matka i słowa te zapadły mu głęboko w pamięć.

Przypomniał sobie, jak dwadzieścia lat temu, w jeden z zimowych wieczorów spędzanych na plebanii, siedział na matczynych kolanach i opiekał nad kominkiem bułeczkę nadzianą na widelec. Policzki paliły go od ognia, a matka powiedziała mu wtedy:

– Czy opowiedziałam ci już historię mężczyzny, który zrezygnował ze wszystkiego, co posiadał, z całego swojego majątku, nawet posiadłości, które tak kochał, tylko po to, żeby swojej sekretnej miłości kupić najdroższy kamień świata?

Odpowiedział wtedy, że nie i że chciałby ją usłyszeć. Ale ona uśmiechnęła się tylko nieznacznie, zmierzwiła mu włosy palcami i ostrzegła go, żeby był ostrożny i nie upuścił bułeczki w ogień. Teraz jednak wiedział, co miała na myśli.

Przejrzał szuflady matczynej toaletki i znalazł jedwabną saszetkę używaną kiedyś do przechowywania pojemniczka ze złotym proszkiem. Wpuścił diament do saszetki i zaciągnął tasiemkę, po czym włożył ją do kieszeni. Następnie przejrzał się w zwierciadle, poprawił krawat i zszedł do salonu, gdzie Olive przygotowywała herbatę. Na stole stał już spory czajnik Rockingham z aromatyczną cejlońską herbatą i mały talerzyk z niezbyt świeżymi kruchymi ciasteczkami.

– Bardzo pan blady, sir, jeżeli wolno mi zauważyć – powiedziała Olive. – Czy nie jest pan przypadkiem chory?

– Nie sądzę – odpowiedział Peter. – Proszę nalać. Olive nalała herbaty, a para znad filiżanki uniosła się do góry i zmieszała z promieniami słonecznymi.

– Rozmyślałam o pańskiej matce, sir – powiedziała Olive smutnym głosem. – Taka wspaniała kobieta; a jaka była śliczna, kiedy była młodsza.

– Tak – mruknął Peter, sącząc parzącą usta herbatę. Ani myślał wspominać przeszłość razem z Olive. – Bardzo mi jej brakuje.

Dokończył herbatę w samotności. Spróbował ciasteczko, ale było zbyt czerstwe i miało zapach śmierci. W końcu, około trzeciej, wyszedł z domu i skierował się na przystanek przy końcu drogi, aby zaczekać na konny omnibus, który zawiózłby go przez rzekę do samego Londynu. Po drugiej stronie ulicy dwóch bosonogich, bezdomnych chłopców czyściło stojącą na rogu gazową latarnię uliczną, podczas gdy inny chłopiec, ubrany w marynarski mundurek, obserwował ich z przerażeniem. Jego niania zatrzymała się, ażeby poplotkować przez chwilę z listonoszem.

Omnibus przyjechał mocno spóźniony. Ponieważ był to ciepły, letni dzień, Peter usiadł na dachu i zapalił papierosa. Na Blackfriars Bridge znaleźli się w korku ulicznym i omnibus zatrzymał się tam około dwudziestu minut, a chłodny wietrzyk od Tamizy niósł wszystkie zapachy unoszące się nad dokami, zapachy przypraw i towarów z rozładowywanych statków oraz z magazynów portowych. Peter wyjął następnego papierosa, ale nie dopalił go do końca; zdusił i wyrzucił na ulicę.

Do niewielkiego sklepu jubilerskiego mieszczącego się naprzeciwko Holborn Circus dotarł przed piątą. Ulice były przepełnione powozami, wozami i platformami do przewożenia beczek z piwem ciągnionymi przez konie, a hałas podków oraz kół z metalowymi obręczami był ogłuszający. Kiedy otworzył drzwi do sklepu, zadźwięczał dzwonek. Wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i znalazł się w ciszy.

Sklep był niewielki. Wzdłuż ścian stały gabloty ze szkła i mahoniu, wypełnione pierścionkami, wisiorkami i srebrnymi buteleczkami do perfum – biżuteria dla niższych warstw społecznych, rodzaj klejnotów, które ciężko pracujący urzędnik mógł podarować wybrance swojego serca na gwiazdkę albo sklepikarz kupić żonie z okazji rocznicy ślubu. Wnętrze sklepu pachniało kurzem, pastą do srebra i różnymi chemicznymi odczynnikami.

Z tylnych drzwi wyszedł mężczyzna wymizerowany jak krawiec, jego blond włosy opadały mu na prawe oko.

– Mój drogi przyjacielu! – wykrzyknął jak tylko rozpoznał gościa. – Cóż za niespodzianka!

Peter wyciągnął rękę na przywitanie.

– Jak się masz, Samuelu? Czy ty nigdy nie przytyjesz?

– To nie dlatego, że nie dojadam – powiedział Samuel. – Interes idzie jak nigdy dotąd. Chcesz coś kupić, czy wpadłeś, żeby pogadać?

Samuel Kellogg był kolegą szkolnym Petera z Kennington. Kiedy jego ojciec zmarł na gruźlicę, przeprowadził się do Bloomsbury, aby zamieszkać ze swoim wujkiem Maxem i pomóc w rodzinnym interesie z klejnotami. Mimo to przyjaciele utrzymywali ze sobą kontakt nawet wtedy, kiedy Peter przeniósł się do Southport. Ostatnio spotkali się zeszłego lata, aby zjeść wspólną kolację w Runcorn's Chop House na Oxford Street.

– Zmarła moja matka – powiedział Peter. – Byłem w Kennington, żeby uporządkować dom.

– Mój drogi przyjacielu – powiedział Samuel współczująco.

– Była bardziej słabowita, niż myślałem – stwierdził Peter. – Przypuszczam, że nie służył jej brytyjski klimat. Zawsze łatwo się przeziębiała i łapała grypę.

– Bardzo ci współczuję – powiedział Samuel.

– Dzięki – mruknął Peter, próbując się uśmiechnąć.

– Chodź na zaplecze – zaproponował Samuel. – Mam tam trochę herbaty i pyszny pieróg z cielęciną.

Podniósł mahoniową pokrywę lady i Peter poszedł za nim do pokoju na zapleczu, gdzie stała kanapa w opłakanym stanie, a w kominku leżał zeszłoroczny popiół. Na stole jubilerskim walały się szczypce, kłębek srebrnego drutu oraz lutownica. Na ścianie wisiał frywolny kalendarz z rozebraną tancerką z pióropuszem strusich piór we włosach i sznurkami pereł na kostkach nóg.

– Nie sądzę, żebyś widział się z Walterem – powiedział Samuel, zdejmując pokrywkę z czajniczka i nieufnie zaglądając do środka.

– Nie widziałem się z nim. Słyszałem, że pojechał na Malaje założyć plantację drzew kauczukowych.

– Muszę ci wyznać, że zawsze przypominał mi plantatora kauczuku.

Peter przesunął kilka sfatygowanych numerów „The London Illustrated News" na bok i usiadł na kanapie.

– Być może. A jak wygląda plantator kauczuku? – zapytał.

Samuel wzruszył ramionami.

– Myślę, że kauczukowato. Czy przyrządzić świeżej?

– Nie rób sobie kłopotu. Przyszedłem raczej w interesach.

– Rozumiem – powiedział Samuel, siadając. Odciął kawałek ciasta z cielęciną i wpakował sobie do ust. – Przypuszczam, że twoja biedna mama zostawiła trochę klejnotów do twojej dyspozycji?

– Jeszcze się im nie przyjrzałem – powiedział Peter.

– Głównie interesowałem się tym – dodał i wyciągnął z kieszeni niewielką, zaciągniętą tasiemką saszetkę, którą otworzył i odwrócił do góry dnem nad stołem jubilerskim Samuela.

Diament spadł na blat, potoczył się i zatrzymał na krawędzi stołu, błyszcząc w świetle gazowej lampki. Samuel, z gębą wypchaną pierogiem, gapił się w niego, jak gdyby była to trzecia tablica przykazań, spuszczona przez Boga wprost z nieba.

– Wielki Boże, co to…? – zawołał. – Chyba nie chcesz powiedzieć, że to prawdziwy kamień?

Peter pokiwał głową.

– Jestem raczej przekonany, że tak.

– Ale przecież to jest diament – powiedział Samuel.

– Nie znajduje się diamentów takiej wielkości. Ten jest wielki jak Regent. Większy. Nie może być prawdziwy. Gdzie, na Boga, go znalazłeś?

– W pudełku na biżuterię mojej matki.

– Nawet nie w sejfie? Nie może być prawdziwy. Mój drogi przyjacielu, gdyby to był prawdziwy diament, byłby wart… milion funtów. Może nawet więcej. Takich diamentów nie trzyma się w pudełku na biżuterię. Trzyma się w sejfie, w Coutts.

– Może tak, a może nie. Czy złodziej mógłby podejrzewać żonę pastora, że w swoim pudełku na biżuterię trzyma diament wartości miliona funtów? Kilka pierścionków, to byłoby możliwe; wisiorek z tombaku. Ale nie diament za milion funtów.

Samuel podniósł diament i spojrzał na niego z niezadowoloną miną. Następnie wziął do ręki swoją jubilerską lupę z dziesięciokrotnie powiększającą soczewką i zaczął go dokładnie badać.

– Trudno cokolwiek powiedzieć przy gazowym oświetleniu – zaczął. – Ale jeżeli to prawdziwy diament, to jest wspaniały. Trzeba by mu dodać trochę różowawej barwy, rozumiesz? Niewiele, ale wtedy będzie naprawdę fantastyczny i podniesie to jego wartość od czterech do pięciu razy, jeżeli oczywiście znajdziesz kogoś, kto zapłaci takie pieniądze.

– A więc uważasz, że jest prawdziwy?

– Mój drogi przyjacielu, nie mogę powiedzieć na pewno. To właśnie cały urok „diamentowego" interesu. Nawet kupcy z reputacją nie są czasami w stanie stwierdzić, czy niektóre diamenty są prawdziwe, czy też nie. Na rynku znajduje się wiele fantastycznych falsyfikatów, a jeżeli są oprawione, to jeszcze trudniej je rozróżnić. Niektórzy fałszerze oprawiają gorszej jakości diamenty w doskonałej jakości złoto lub srebro, rozumiesz o co chodzi, a następnie malują spód diamentu na czarno, przez co odbija więcej światła. Tak było ze słynnym tęczowym naszyjnikiem Romanowów. George Kunz, amerykański znawca kamieni szlachetnych, a przy tym bardzo sceptyczny facet, zdrapał farbę paznokciem i okazało się, że diamenty były pośledniej wartości pomalowanymi kamieniami.

– Ale ten kamień nie jest oprawiony – powiedział Peter.

– Prawda – odparł Samuel. – Ale może okazać się, że to topaz albo szkło Strassera, zawierające dużą ilość ołowiu, a nawet kwarc; chociaż wątpię, żeby to był kwarc, ponieważ jest zbyt połyskliwy.

Peter nie odzywał się przez chwilę, obserwując przyjaciela badającego kamień przez lupę, a następnie powiedział:

– Muszę powiedzieć ci jedną rzecz, co być może zmieni twoje nastawienie do sprawy.

– A więc słucham – powiedział Samuel – bo jeżeli to jest prawdziwy diament, nie odczujesz braku pieniędzy do końca życia. Wcale nie żartuję.

– Wielebny Ransome nie był moim prawdziwym ojcem – zaczął Peter. – Nigdy o tym nie mówiłem, zwłaszcza wtedy gdy byłem w szkole, ponieważ czułem się tym faktem zakłopotany. Moim prawdziwym ojcem był Barney Blitz.

Samuel odłożył diament i ze zdziwieniem spojrzał na swojego szkolnego kolegę.

– No, teraz to mnie zupełnie rozłożyłeś. To taki kawał, prawda? Wrócisz do swoich kumpli z Kennington i powiesz im, jak to Samuel Kellogg uwierzył, że ten kawałek szkła z bożonarodzeniowego rogu obfitości jest wart miliony funtów.

– Samuelu, mówię ci prawdę. Przysięgam. Kiedy moja matka była w Afryce Południowej, przez wiele lat żyła z Barneyem Blitzem. On był moim prawdziwym ojcem.

– Rozłożyłeś mnie na łopatki – powiedział Samuel. Peter wskazał na diament.

– To dlatego jestem pewien, że diament jest prawdziwy. I dlatego musisz mi powiedzieć, gdzie mogę go sprzedać. Nie chcę zostać nabity w butelkę. Mój ojciec dał go mojej matce, żeby zabezpieczyć mnie na przyszłość. Nie chciałbym go zawieść, sprzedając diament pierwszemu lepszemu kupcowi i dostać za niego tylko jedną czwartą faktycznej wartości.

Samuel popatrzył na diament przez dłuższą chwilę.

– Musisz mi wybaczyć – powiedział. – Ale nigdy dotąd nie widziałem takiego diamentu, i z pewnością nigdy już nie zobaczę. Muszę zapamiętać ten moment dokładnie. A więc Barney Blitz był twoim ojcem, tak? Rozłożyłeś mnie na łopatki.

– Problem polega na tym, że nie bardzo wiem, dokąd pójść z takim diamentem – powiedział Peter.

Samuel ostrożnie położył diament na stole.

– Znam tylko jednego człowieka, który mógłby się tym zająć. To Garth Steinman. Nie wiem, czy o nim słyszałeś czy nie, ale jest kupcem zajmującym się sprzedażą i kupnem niezwykłych i wyjątkowych klejnotów. Jest ekscentrykiem, ale za to bardzo bogatym ekscentrykiem. Zdobył szmaragdy Montforta dla ostatniej królowej. Jest przyjacielem Rothschildów i J.P. Morgana. Posiada dom w St. John's Wood, chociaż teraz może go tam nie być. Zimy spędza we Włoszech, a lata w Szwajcarii.

Peter wziął diament i wsunął go z powrotem do saszetki.

– Pozostaje mi spróbować. Czy możesz postarać się o jego adres?

– Mój drogi przyjacielu – powiedział Samuel. – Przez wzgląd na taki diament, nawet cię do niego zaprowadzę.

Samuel zamknął sklep wcześniej i poszli w kierunku Gray’s Inn Road, żeby złapać dorożkę. Ruch uliczny był teraz niewielki. Promienie zachodzącego słońca zaglądały do wnętrza dorożki, oświetlając unoszący się tam pył. Skręcili na zachód w kierunku stacji Euston, prawie ze sobą nie rozmawiając. Peter czuł, że cały jego świat uległ zmianie, odnosił wrażenie, że brał udział w jakimś teatralnym przedstawieniu, że nie było to prawdziwe życie.

Dotarcie do cichej, leżącej na uboczu uliczki w St. John's Wood, gdzie mieściła się rezydencja Gartha Steinmana, zabrało im około dwudziestu minut. Dom Steinmana był jednym ze stojących w rzędzie olbrzymich i przebogatych posiadłości, otoczonych wysokimi murami i żywopłotami. W tych dniach St. John's Wood, chociaż położone o milę na północ od Marylebone, była spokojną, odizolowaną wioską, rządzącą się swoimi prawami. Wyczuwało się powietrze czystsze niż w Holborn. Peter i Samuel wygramolili się z dorożki i zapłacili dorożkarzowi szylinga i trzy pensy, trzy pensy napiwku.

Samuel pociągnął za dzwonek przy bramie. Ale minęło ponad pięć minut, zanim ogrodnik, który ciągnął za sobą wózek wypełniony właśnie wykopanymi cebulkami żonkili, przechodził przed frontem domu i zauważył ich. Nieco później pojawił się lokaj w zielonym płaszczu i pończochach, aby dowiedzieć się, czego chcą.

– Chcemy porozmawiać z panem Steinmanem, jeżeli jest w domu – powiedział Peter.

– Czy jest pan umówiony, sir?

– Mam coś lepszego niż zaproszenie.

– Sir?

– Jestem w posiadaniu największego diamentu świata. Lokaj odpowiedział:

– Obawiam się, że pan Steinman nie może dzisiaj nikogo przyjąć. Cierpi na ból głowy.

Peter sięgnął do kieszeni, wyjął diament i podniósł go do góry. Zaświecił w promieniach słonecznych tak jasno, jak gdyby się zapalił.

Lokaj nie mógł oderwać od niego spojrzenia.

– Powiedz panu Steinmanowi, że widziałeś diament na własne oczy – powiedział cicho Peter. – Powiedz mu, że opłaci mu się zapomnieć przez pięć minut o bólu głowy.

– Tak jest, sir – odpowiedział lokaj i poszedł w kierunku domu.

Peter zerknął w przelocie na Samuela i wyszczerzył zęby w uśmiechu był optymistycznie nastawiony, a jednocześnie trochę przestraszony.

Minęło kolejne pięć minut, zanim lokaj pojawił się ponownie. Bez słowa otworzył wejście i wpuścił ich do środka.

Zamknął bramę i poprowadził ich nieco spadzistym podjazdem wysypanym żwirem w kierunku portyku z kolumnami. Klomby wzdłuż podjazdu wypełnione były białymi i żółtymi różami, a ich zapach był tak intensywny, że przyprawiał o mdłości. Peter przypomniał sobie, że nie jadł przez cały dzień, nie licząc przypadkowego kęsa zestarzałego kruchego ciasteczka.

Lokaj otworzył przed nimi czarno malowane, frontowe drzwi i wprowadził obu przyjaciół do przestronnego, wysokiego holu, którego styl przypominał Peterowi mocno przesadzone, bizantyjskie wnętrza. Gdziekolwiek spojrzeć były łuki wyłożone złotą i błękitną mozaiką, a fontanna z posążkami przedstawiającymi splecione w uścisku morskie syreny pluskała wodą, której szmer odbijał się cichym echem od ścian.

– Zechciejcie, panowie, przejść do popołudniowego pokoju – poprosił lokaj i wprowadził ich uroczyście do biblioteki z żółtym, koloru słońca dywanem, która mieściła się na końcu korytarza.

Przy szerokim obitym skórą biurku, paląc tureckie cygaro osadzone w długiej rurce, siedział mały, pulchny człowieczek z błyszczącymi, zaczesanymi do góry włosami i w monoklu. Miał na sobie żółty jedwabny szlafrok, który kolorystycznie był dobrze dobrany do dywanu, a na nogach miał założone żółte jedwabne pantofle.

Na sofie stojącej w drugim końcu pomieszczenia, tuż obok ściany złoconych i oprawnych w skórę książek, leżała prześliczna dziewczyna; nie wyglądała na więcej niż szesnaście, siedemnaście lat; miała haftowaną, jedwabną opaskę podtrzymującą zaczesane do góry blond włosy; była ubrana w wielowarstwowy szlafroczek z tak delikatnego muślinu, że Peter dojrzał jej różowawe brodawki.

– Może byście się przedstawili -.powiedział grubas zza biurka.

– Nazywam się Peter Ransome – rzekł Peter. – A to pan Samuel Kellogg, mój przyjaciel. Pan Kellogg jest jubilerem.

– Rozumiem – burknął Garth Steinman. – A kim pan jest?

– Jestem mechanikiem automobilowym – odpowiedział Peter.

Garth Steinman zanotował kilka słów w leżącym przed nim notatniku. Następnie zamknął go i powiedział:

– Zadaję sobie pytanie, skąd u mechanika automobilowego olbrzymi diament.

– Jestem jego prawnym właścicielem, panie Steinman. Dostałem go w spadku po mojej zmarłej matce. Po mojej… niedawno zmarłej matce.

– Moje kondolencje – powiedział Garth Steinman. – Pańska matka była zamożną kobietą? Czy mogę poznać jej nazwisko?

– Nie była zamożna w pełni tego słowa znaczeniu, ale oczywiście miała diament – wyszeptał Peter.

Garth Steinman podniósł do góry głowę, jedno oko miał zamknięte, drugim spoglądał przez monokl, przypominało ono dopiero co otwartego małża.

– Rozumiem. Nie jest trudno zbadać pochodzenie diamentu, jeżeli zna się odpowiednich ludzi. Mój lokaj powiedział mi, że kamień jest wyjątkowy, przynajmniej jeżeli chodzi o wygląd.

Peter wyjął diament z kieszeni i położył go na samym środku zamkniętego notatnika Gartha Steinmana. Przez dziesięć sekund Garth Steinman popatrzył na Petera i dopiero później zwrócił uwagę na kamień.

– No cóż, hmmm – powiedział.

Piękna blond dziewczyna na drugim końcu pokoju usiadła i zaczęła robić notatki. Podczas gdy Peter i Samuel stali w bezruchu i obserwowali go w milczeniu, Garth Steinman umieścił diament na arkuszu białego papieru i dokładnie się mu przyglądał. Jego cygaro dopalało się w popielniczce, a jedynym dźwiękiem w pokoju, oprócz słabego szmeru fontanny w holu, był chrapliwy oddech Steinmana, kiedy wpuszczał i wypuszczał ustami powietrze.

Teraz Steinman wyjął dwudziestokrotnie powiększającą lupę i poddawał diament badaniu na jasność i przejrzystość, a przy okazji sprawdzał, czy nie miał plam, które tworzyły mikroskopijnej wielkości pęcherzyki, czy nie ma „pajęczyny" spowodowanej pęknięciami trudnymi do zauważenia gołym okiem oraz skaz, które czasami pojawiają się w wiązaniach między poszczególnymi bliźniaczymi krysztaj,

Po dłuższej chwili starannego studiowania, w, łożył diament, złożył lupę i schował ją do kieszeni na piersi.

– Rzadko uda się komukolwiek mnie zaskoczyć – powiedział grubym głosem. – Znam wartość i pochodzenie niemal każdego wartościowszego klejnotu na całym świecie. Mam przyjaciół na dworze rosyjskim, w Wiedniu i w Berlinie. Cecil Rhodes, zanim umarł, był moim bliskim przyjacielem, a Ernest Oppenheimer regularnie depeszuje do mnie z De Beers i zaprasza mnie na obiad, kiedy tylko jest w Londynie czy Bernie.

Garth Steinman zamilkł i wziął diament do prawej ręki.

– Ten kamień jednak mnie zadziwił. Mogę pana zapewnić, że jest prawdziwy. Nikt nie jest w stanie wykonać fałszywego diamentu takiej wielkości, ponieważ bez trudu można byłoby to rozpoznać. Któż by się na to odważył? To byłby absurd. Panie Ransome – bo tak pan się nazywa? – jestem pewien, że ten kamień to słynny diament Rio, który w 1888 roku na aukcji w Nowym Jorku został sprzedany kupcowi o nazwisku Greenberg. Nie pamiętam za ile, myślę, że za około dwa miliony. Rozmiar, cięcie oraz kolor, wszystko zgadza się z tym, co wiem na temat Rio.

W tym momencie blondynka podniosła się z sofy, przeszła przez pokój, zamiatając długim trenem swojego szlafroka żółtokanarkowy dywan i zatrzymała się w pobliżu biurka Gartha Steinmana. Patrzyła na diament, jak gdyby była zahipnotyzowana. Peter posłał jej przyjacielski, przelotny uśmiech, ale go nie odwzajemniła.

– Jak pan myśli, ile jest wart? – zapytał Samuel. Garth Steinman wydął policzki.

– To zależy od jego historii. Jeżeli pan Ransome potrafi udowodnić, że wszedł w jego posiadanie drogą jak najbardziej legalną, to możemy spróbować bezpośrednio u kupców i prywatnych kolekcjonerów, na dworach królewskich i tym sposobem uda nam się sprzedać go bez wystawiania na aukcji, gdzie zazwyczaj otrzymuje się mniej. Obecnie ceny rynkowe są stabilne. Jeżeli odpowiednio zagramy, możemy dostać od trzech do czterech milionów. Oczywiście spodziewam się prowizji, trzydziestu procent.

– Czy to nie za wiele? – zapytał Peter. Garth Steinman uśmiechnął się z rezerwą.

– Siedemdziesiąt procent z trzech milionów, czyli to, co pan otrzyma, to chyba lepsze niż nic? Na świecie nie ma wielu łudzi, którzy potrafią sprzedać diament dla pana, mogę pana o tym zapewnić. No cóż, chyba wiedział pan o tym, w przeciwnym razie nie przyniósłby go pan tutaj.

– On ma rację, Peter – wtrącił Samuel.

Peter pomyślał przez chwilę, po czym skinął głową.

– W porządku, panie Steinman, zostawiam sprzedaż panu. Oczywiście, wypisze mi pan pokwitowanie, że diament zostaje u pana. I proszę o skontaktowanie się ze mną, jeżeli znajdzie pan klienta, przed zawarciem transakcji.

– Naturalnie – powiedział Garth Steinman. – Czy napijecie się, panowie, brandy?

Peter dostał wiadomość od Gartha Steinmana dopiero po upływie miesiąca. Wrócił do pracy w fabryce automobilowej Vulcan w Southport. Pewnego ponurego sierpniowego dnia otrzymał telegram następującej treści: „Proszę natychmiast przyjechać do Londynu. Mam klienta – Steinman". Peter powiadomił swojego szefa, że źle się czuje, wsiadł w omnibus i pojechał do swojego małego mieszkanka na obrzeżach Southport, żeby pośpiesznie spakować kufer podróżny. W porze podawania herbaty siedział już w pociągu, który jechał z Northampton do Londynu. Wschodni horyzont oraz równiny wschodniej Anglii oświetlane były przez błyskawice nadchodzącej burzy. Do St. John's Wood przyjechał o szóstej.

Garth Steinman przywitał go przy drzwiach. Tym razem Steinman był ubrany w znakomicie skrojony wieczorowy garnitur oraz koszulę ze stojącym kołnierzykiem, przez co jego głowa przypominała blady świąteczny pudding podany na białym talerzu.

– Jest pan punktualny – zauważył z zadowoleniem i wprowadził Petera do środka. – Lubi pan goliznę? – zapytał, kiedy przechodzili obok fontanny w holu.

Peter spojrzał na niego.

– Umiarkowanie – odpowiedział. – Na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce.

Garth Steinman zarechotał głośno.

– Lubię pański styl, panie Ransome. Ale oczywiście pan, jako potencjalny bogacz, może sobie pozwolić, ażeby mieć styl.

Poszli do biblioteki. Dziewczyny z blond włosami tym razem nie było. Natomiast przy oknie, stał barczysty mężczyzna około pięćdziesiątki, palący cygaro. Miał na sobie czarny surdut oraz spodnie z lampasami. Jego małpia twarz sprawiała wrażenie ciągle rozbawionej. Pod nosem jeżył się gruby wąs.

– Panie Ransome – powiedział Garth Steinman – przedstawiam panu Herr Alberta Ballina. Być może słyszał pan o Herr Ballinie, jest dyrektorem linii Hamburg-Ame-rika. Jest również bliskim przyjacielem Kaisera i właśnie dlatego dzisiaj tu przyjechał.

Herr Ballin posunął się o krok do przodu. Jedną rękę trzymał w kieszeni, a w drugiej dzierżył cygaro. Popatrzył przez chwilę na Petera, opuścił powieki, żeby ochronić oczy przed dymem i powiedział:

– Widziałem pański diament, panie Ransome, i przedstawiłem panu Steinmanowi swoją ofertę. Zamierzam sprezentować go Kaiserowi na urodziny.

– Cóż, jestem pewien, że Kaiser będzie zachwycony – powiedział Peter z wahaniem. – Czy oferta jest uczciwa, panie Steinman?

– Trzy miliony siedemset pięćdziesiąt tysięcy – uśmiechnął się Steinman. – Trzy miliony płatne w gotówce w dwóch ratach, przez londyński bank. Pozostała kwota w papierach wartościowych linii Hamburg-Amerika.

Albert Ballin usiadł w małym fotelu i skrzyżował mięsiste nogi.

– Chyba nie odmówi mi pan, panie Ransome? Mówią, że zawsze dostaję to, czego chcę. Moi wrogowie nazywają tę cechę „ballinizmem".

– Zachęcam pana do przyjęcia oferty – powiedział Steinman. – Wątpię, czy znajdziemy hojniejszego klienta od Herr Ballina.

Peter pomyślał przez chwilę, po czym wzruszył ramionami.

– Oferta wydaje się uczciwa. Oczywiście, jeżeli Herr Ballin będzie usatysfakcjonowany.

Albert Ballin pokiwał głową.

– Jestem bardziej niż usatysfakcjonowany. To jeden z największych skarbów na ziemi.

– Pewnie będziesz chciał go najpierw zbadać? – zapytał Steinman.

– Myślę, że mogę ci zaufać – Ballin roześmiał się. – Zresztą zawsze mogę go wrzucić do szklanki z czystym likierem miętowym, prawda? To niezawodny test na diamenty.

Garth Steinman powiedział:

– Możesz go wrzucać, w co tylko zapragniesz. A powinienem cię ostrzec, że test z likierem miętowym, to nic innego jak tylko jedna z tych romantycznych bzdur. Mówi się, że kiedy diament zanurzysz w likierze miętowym, pokaże się w pełnej krasie ze względu na właściwości załamywania światła, podczas gdy kamień syntetyczny nie zmieni swojej barwy. Problem polega na tym, że w dzisiejszych czasach syntetyki również załamują światło. Nie chciałbym, żebyś się wygłupił.

– W porządku – powiedział Herr Ballin. – Przeprowadzę testy. Panie Ransome, jeżeli jest pan zadowolony z ceny, to rano porozmawiam z moimi bankierami.

– Do ceny nie mam zastrzeżeń – powiedział Peter. – Zastanawiam się jedynie nad przyszłym losem diamentu.

– Losem? – zdziwił się Herr Ballin.

– Zastanawiam się, czy to dobrze, że brylant będzie prywatną własnością Kaisera oraz niemieckiej monarchii.

Garth Steinman podszedł do biurka, na którym na małej, białej, aksamitnej poduszeczce leżał diament, i wziął go do ręki.

– Powinien pan zrozumieć, panie Ransome, że diamenty, nawet w większym stopniu niż ludzie, mają swoje przeznaczenie. Cokolwiek by ich właściciele zrobili, i tak znajdą swoje miejsce w historii. Jeżeli ten diament nie będzie szczęśliwy u Kaisera, to u Kaisera nie zostanie. Nie bardzo rozumiem, dlaczego się pan martwi. Jest pan teraz zamożnym człowiekiem i może pan robić wszystko, na co ma ochotę. Nie zdziwiłbym się, gdyby zaczął pan jeździć na wyścigach samochodowych swoimi własnymi samochodami.

– Tak – powiedział wolno Peter. Złapał się na tym, że przez cały czas patrzył na diament. Błyszczał tak mocno, że wcale nie miał ochoty go stracić. Garth Steinman natychmiast domyślił się, co czuł, odgadł to z jego twarzy. Mocno złapał go za ramiona. – Nigdy nie dostanie pan lepszej ceny, przyjacielu. I proszę mi wierzyć, diamenty lepiej czują się w rękach tych, których na nie stać. Innym przynoszą nieszczęście i pecha.

– Sehr philosophisch - uśmiechnął się Herr Ballin. Peter po raz ostatni wziął diament do ręki. Tyle dla niego znaczył, więcej niż Herr Ballin i Garth Steinman mogli zrozumieć. Utożsamiał miłość jego ojca i matki, był ostatnim niewzruszonym wspomnieniem uczucia, dzięki któremu on, Peter Ransome, istniał, jego osobistych lęków i ambicji, które jedynie mógł przewidzieć.

– Bardzo dobrze – powiedział w końcu i położył diament z powrotem na biurku. Pożegnał się z Herr Ballinem i Garthem Steinmanem i wyszedł pośpiesznie z domu, nie mówiąc ani słowa.

Jeszcze tego samego dnia stał nad Tamizą przy nabrzeżach Chelsea, obserwując zachodzące słońce. Wrzucał monety do rzeki, ponieważ teraz był człowiekiem, który mógł sobie na to pozwolić; każda moneta, która z pluskiem wpadała do wody, przez ułamek sekundy była swego rodzaju diamentem oświetlonym słońcem.

Nigdy w życiu nie czuł się taki samotny.

Część pierwsza

Kiedy Barney wspiął się po schodach na górę i stanął przed drzwiami swojego mieszkania, ze środka usłyszał głos matki. Łkała, wyzywała, uderzała drewnianą chochlą w garnki i naczynia. Furia, błaganie o litość, łzy oraz czysty nonsens wymieszane w jednym garnku. Tak było zawsze. Wystarczyło, żeby stracić cały szacunek należny matce. A gdyby teraz wszedł ojciec? Co powiedziałaby? „Dlaczego nie mam takich synów, jakich mają inne kobiety – synów, którzy szanują swoje matki? Chyba nie macie pojęcia o tym, jak cierpiałam, rodząc takich dwóch urwisów jak wy? Czy to jest właśnie nagroda za to?"

Barney wyciągnął mosiężny klucz z kieszeni swojej ciemnej kamizelki. Był przyczepiony do długiego, pięknego łańcuszka. Zawahał się przez chwilę, a później, z rezygnacją, otworzył drzwi. W matowe szyby okien na półpiętrze stukały krople deszczu, jak gdyby jakiś pesymistycznie nastawiony do życia Romeo ciskał w nie garściami żwiru. Barney ponownie zawahał się, po czym popchnął drzwi. Przewiew przyniósł ze sobą duszący zapach pomidorów z przypalonego gulaszu, który zmieszał się z wilgotnym wieczornym powietrzem. Barney dotknął mezuzah, która wisiała na futrynie, i wszedł do środka.

Na ścianie, obok kołka, na którym powiesił swój płaszcz, znajdował się staloryt przedstawiający Drensteinfürt w Westfalii, w Niemczech. Był brudny i gdzieniegdzie z plamkami rdzy. Barney dotknął go w taki sam sposób jak to zwykł robić ojciec.

Pani Blitz była w kuchni; przypominała jednoosobową orkiestrę, waląc chochlą w zlewozmywak, szafki oraz wiszące w rzędzie metalowe patelnie. Jej włosy były w nieładzie, jak gdyby przeleciał przez nie huragan. Garnek z gulaszem dymił niemiłosiernie na rozgrzanej płycie pieca, na podłodze walały się kawałki warzyw.

– Poczekajcie tylko! – zaskrzeczała. – Poczekajcie tylko, jak odejdą wasi przyjaciele, kiedy skończą się pieniądze i nikt was już nie będzie kochał! – Po czym uderzyła chochlą w cedzak, później w drzwi, a na końcu w nieduży półmisek, który leżał w zlewozmywaku. – Mówicie o wdzięczności! Mówicie o obowiązkach! Czy to się nazywa wdzięczność? Czy to się nazywa obowiązek? Riboyne Shel O'lem!

Barney zamknął za sobą drzwi. Matka krzyczała dalej:

– I nawet nie próbujcie do mnie przychodzić! Nigdy nie przychodźcie do mnie żebrać o pieniądze! – Nagle urwała w pół słowa, wydając przy tym dźwięk łudząco podobny do zgrzytu zamka – była teraz cicha, zaskoczona, stała wyprostowana i sztywna, jak gdyby zamieniła się w słup soli, jak gdyby ujrzała nie jego, Barneya, ale samego Tateh, ojca Barneya, który wrócił z cmentarza, uśmiechając się po swojemu i głaszcząc wąsa, ubranego w swój najlepszy garnitur.

– Mamusiu – powiedział Barney łagodnie. Powoli, jak gdyby odgrywając teatralną rolę w swojej własnej osobistej tragedii, pani Blitz zbliżyła się do niego, rozpostarła ramiona i złapała go w mocnym uścisku, tak że czuł jej wystające żebra przez gruby materiał swojej kamizelki, jej przerażającą chudość. I to było wszystko, co mógł zrobić jako syn, wziąć ją w ramiona, ze współczuciem pogłaskać jej czarne, zniszczone włosy i wyszeptać:

– Mamusiu… znowu tarrarom?… a tym razem, dlaczego?

W kuchni pokazał się jego starszy brat Joel. Był drobniejszy niż Barney, miał ciemne włosy po matce oraz jej szczupłą, wyrazistą twarz. Miał podwinięte do góry rękawy od koszuli, a za uchem zatknięty fioletowy ołówek. Spojrzał na Barneya, następnie rozejrzał się dokoła, a potem podszedł do pieca i zdjął z płytki garnek z przypalonym gulaszem.

– Jak to dobrze, że nikt nie jest dzisiaj głodny – zauważył, wachlując dłonią, żeby rozgonić dym. – Mama spaliła tyle gulaszu, że można by nim nakarmić wszystkich stąd do Cherry Street.

– Co się stało? – zapytał Barney, ciągle trzymając matkę w objęciach, ale teraz trochę bardziej sztywno.

Jego matka podniosła głowę. Trudno było mu uwierzyć, że to ta sama pogodna i energiczna kobieta, która wychowała rodzinę Blitzów – ta sama kobieta, która karmiła ich klopsikami, ubierała we flanelowe ubranka i śpiewała im piosenki z Münsteru w „starych dobrych czasach". Trudno było ją skojarzyć z tą śliczną dziewczyną, która uśmiechała się z zawieszonej w saloniku fotografii oprawionej w złocone ramki, dziewczyną, która obejmowała, z dumą i zadowoleniem, ramię uśmiechniętego, postawnego mężczyzny z pięknie utrzymanym wąsem i w meloniku.

Ale cztery lata temu, siódmego dnia Tishri, mężczyzna zmarł na gruźlicę w swojej położonej na piętrze sypialni; i kiedy czekała przed drzwiami pokoju, słuchając przytłumionego mamrotania rabbiego i doktora, Feigel Blitz powoli gasła nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Od tamtej pory jej oczy przestały pasować do jej twarzy, jej usta wymawiały jakieś słowa, których znaczenia nie rozumiały. Czasami wydawało się, że była w znakomitym nastroju, lecz mówiła rzeczy dziwne i smutne. A kiedy wydawało się, że była nieszczęśliwa, wypowiadała pogodne i wesołe zdania. Kobieta, która patrzyła teraz na Barneya, była jego matką, którą kiedyś bardzo kochał. Sąsiedzi z góry nazywali ją meshuggeneh, wariatką. Rabbi, kiedy przychodził z wizytą, zawsze brał Barneya za rękę i ściskał ją znacząco, jak gdyby chciał powiedzieć: rozumiem twoje problemy, ale, nu-nu, w końcu ona jest twoją matką.

Barney powtórzył pytanie:

– Co się stało, Joelu? Co się tutaj dzieje?

Joel wzruszył ramionami. Pani Blitz powiedziała:

– On odchodzi. Pakuje swoje kufry.

– Wyjeżdżasz? – zapytał Barney.

– Zgadza się – odpowiedział Joel. – I gdyby nie ta donośna kanonada, wrzaski i piski, to może miałbym szansę wszystko ci porządnie wytłumaczyć.

– Nie mogę uwierzyć – powiedział Barney. – To znaczy, że teraz się pakujesz?

– Wszystko pakuje – wtrąciła pani Blitz. – Koszule, buty, nawet gacie!

– A co, może powinienem zostawić gacie w domu? – wypalił Joel.

– Barney, powiedz mu – załkała pani Blitz. Nagle gwałtownie odwróciła się i wrzasnęła na Joela: – Jesteś taki sam jak twój ojciec! On też mnie zostawił! Odszedł! Akurat wtedy, kiedy potrzebowałam go najbardziej!

Barney mocno przytrzymał matkę za ramiona.

– Mamo – powiedział. – Krzyki do niczego nas nie doprowadzą.

– Szepty również nie! – zawołała pani Blitz. – Wrzaski, płacze, a jaka to różnica? A może powinnam zaśpiewać piosenkę? Ein Knabchen sah' ein Röselein steh'n… Röselein auf der Heide… Pamiętasz tę piosenkę? Ale jaka różnica? On w dalszym ciągu ma zamiar odejść… pierwszy syn opuszcza swoją matkę i swojego brata! Bóg powinien rzucić na ciebie przekleństwo, Joel!

– Bóg już to zrobił! – wrzasnął Joel i trzasnął drzwiami tak mocno, że z listwy odpadł płat wysuszonej farby.

Feigel Blitz złapała Barneya za nadgarstek. Nic nie mówiła, ale jej twarz skurczyła się, jak gdyby poczuła, że coś pełznie jej po plecach. Nagle puściła go i odwróciła się tyłem.

– Jesteś głodny? – zapytała. Wyciągnęła garnek z gulaszem ze zlewozmywaka, podniosła pokrywkę i spojrzała do środka, na zwęgloną zawartość.

– Mogę zjeść w barze – odpowiedział Barney.

– Nie, nie… mogę przyrządzić ci klopsiki… a może chcesz kapusty?

– Mamo…

– No cóż – powiedziała, przykrywając garnek pokrywką. – Wiem, co o tym wszystkim myślisz. On jest już dużym chłopcem, ma prawo robić to, na co ma ochotę. Ale przecież ma rodzinę. Teraz, kiedy ojca już nie ma, jest główną osobą przy stole. Nie uważasz, że to pewnego rodzaju odpowiedzialność?

– Tak, mamo, myślę, że masz trochę racji.

Na kuchennej ścianie wisiał kalendarz na 1868 rok, prezent od pani Jany z przeciwka. Na kartce z dzisiejszą datą był cytat z Biblii po polsku: Bądźcie naśladowcami moimi, tak jak ja jestem naśladowcą Chrystusa.

– Mam też śledzia – zaproponowała matka. Barney przez chwilę obserwował ją, jak krążyła między odrapanym stołem a zlewozmywakiem, tam i z powrotem, uśmiechając się do niego chorym, dziwacznym, przerażająco bezmyślnym uśmiechem.

– Chciałbyś śledzia? – zapytała.

– Muszę porozmawiać z Joelem – powiedział Barney.

– A teraz, proszę… obiecaj mi, że tutaj zaczekasz i przygotujesz mi jakąś kolację. I nie zaczynaj krzyczeć. Obiecujesz, prawda? – W domu swojej matki zawsze zachowywał się przytomnie, zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo był „amerykański".

– No cóż, jak uważasz – powiedziała obojętnie, co zawsze doprowadzało go do furii.

Otworzył drzwi kuchenne i wąskim, mrocznym korytarzem dotarł do sypialni Joela. Drzwi od pokoju matki były otwarte na oścież. Przechodząc obok, spojrzał na wysokie drewniane łóżko, toaletkę bez wyrazu, zdjęcia starego kraju. Pokój pachniał pudrem, zwiędniętymi fiołkami, kobietą w średnim wieku zasypiającą samotnie w swoim łóżku. Poczuł ból w sercu. W końcu ona jest moją matką.

Joel zajmował większą z dwóch pozostałych sypialni. Okno z zabrudzonymi szybami wychodziło na Clinton Street, gazowe latarnie już były zapalone, chociaż dopiero dochodziła siódma wieczorem. Kończył się kwiecień. Deszcz bębnił w rynny. Dwa kufry Joela stały otwarte na jego metalowym łóżku, były już prawie zapakowane. Widać było jego koszule nocne w paski, książki geologiczne i żeglarskie, jego najlepsze, brązowe, wysokie buty.

Barney stanął w drzwiach i zaczął go obserwować. Barney był wysoki jak na swój wiek – miał dziewiętnaście lat – i szeroki w ramionach. Wszyscy w rodzinie twierdzili zgodnie, że wygląd odziedziczył po swoim elter zayde, swoim dziadku, Yusselu Blitzu. To właśnie Yussel pierwszy rozpoczął interes krawiecki, szyjąc zimowe kurtki dla farmerów i rzeźników w swojej rodzinnej wiosce Drensteinfurt niedaleko Münster, na szarych równinach Westfalii. Yussel nie wyglądał na krawca: był silny, barczysty, pochodził z biednej, ale za to szanowanej mishpocheh. Barneyowi powtarzał no aż do znudzenia, że odziedziczył po Yusselu brązowe, kręcone włosy, wysklepione czoło oraz nos, który bardziej przypominał nos zawodowego boksera niż zwykły żydowski schnoz.

Po matce Barney odziedziczył oczy – głęboko osadzone, wyraziste, brązowe, świecące jak czubki najlepszych butów Joela.

– Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej? – zapytał Joela cicho.

– No cóż, to była nagła decyzja – odpowiedział Joel, pakując ostatnią parę ręcznie robionych skarpet. – Jeszcze wczoraj wieczorem nie byłem zdecydowany. Piłem wtedy herbatę z Moishe… i nagle postanowiłem to zrobić. Jaka różnica? Znasz się na robocie równie dobrze jak ja. Teraz interes jest twój.

– Jaka różnica? – powiedział z naciskiem Barney. – A taka, że zostawiłeś mnie z całym kramem i nikim do pomocy. Ot, jaka różnica!

– Moishe pomoże.

Barney przetarł oczy. Był wyczerpany długim dniem pracy, siedzeniem za biurkiem, chodzeniem po sklepach.

– Dlaczego nie powiedziałeś, że chcesz odejść? – zapytał. – Porozmawialibyśmy o tym, znaleźli jakieś wyjście.

– Nie było o czym gadać, a rozwiązaniem jest fakt, że odchodzę – powiedział Joel bezbarwnym głosem. – Barney, przykro mi. Jeżeli nie chcesz zająć się interesem, to go sprzedaj. Kup mamie dom w mieście. Niech zaopiekują się nią kuzinehs.

– Ruchel i Rivke? Te dwie stare wrony? Wykończyłyby ją w sześć miesięcy. A oprócz tego, co z ludźmi, którzy dla nas pracują? Co oni zrobią, jeżeli sprzedam?

Joel zatrzasnął wieka kufrów i zaczął zapinać skórzane pasy.

– Barney – powiedział, kontrolując swój głos. – Po prostu mam to w nosie. Wiem, jak to odbierzesz. Wiem, że myślisz, iż wszystkich zawiodłem, włącznie z tobą. Ale przez wszystkie te lata dusiłem się i wiem, że jeżeli teraz nie wyjadę, to skończęjak ojciec, przed czterdziestką. Duszę się, Barney. Duszę się kredą, materiałami, nićmi. Duszę się na Clinton Street. I co najważniejsze, duszę się, kiedy widzę matkę. – Przerwał, wstydząc się przez chwilę tego, co powiedział. – Duszę się matczyną miłością, jej nastrojami.

Nie mogę do końca życia zastępować Tateh. Nie dam rady. Zresztą nie mam na to ochoty.

Joel zamilkł, ręce położył na wieku kufra, jak gdyby było to pianino i jak gdyby chciał na nim zagrać kilka zagubionych, sentymentalnych tonów.

– Co zamierzasz zrobić? – zapytał Barney.

– Zaciągnąłem się na pasażerski parowiec „Stockdale". Odpływa dzisiaj wieczorem z portu dla parowców Cunard Liverpool w Jersey. Najpierw płynie do Anglii, a potem do Południowej Afryki.

Barney zbliżył się do okna, stąpając po zielono-żółtym linoleum pokrywającym podłogę. Ulica była opustoszała. Była przecież pora kolacji, a poza tym lało jak z cebra, ot, jeden z tych wilgotnych nowojorskich wieczorów, kiedy wydaje się, że całe miasto tonie w morzu. Na chodniku po przeciwnej stronie ulicy stał sprzedawca obwarzanków przy swoim wózku. Był przygarbiony, z ronda jego kapelusza strumieniami lała się woda.

– Będzie mi ciebie brakowało – powiedział Barney. – Wiesz, zawsze myślałem, że będziemy razem do końca naszych dni. Rozumiesz, jako partnerzy w interesie.

Joel spróbował się uśmiechnąć.

– Nie wyjeżdżam na zawsze – powiedział. – Chcę po prostu odetchnąć świeżym powietrzem, to wszystko. Mam za sobą dziesięć lat grzebania się w podszewkach, kamizelkach i kołnierzykach. Sam wiesz, jak to jest, Barney.

– Jasne – powiedział Barney, nie odwracając się od okna. – Pot, harówka i liche pieniądze. A na dodatek Moishe i David. I znoszenie złych humorów mamy, i zjadanie parszywych posiłków, z ciągłym udawaniem, że są wspaniałe, aby jej nie zmartwić. Ale co powiedziałby Tateh, gdyby wiedział?

– Tateh nie żyje – odpowiedział Joel z naciskiem. Podniósł głowę, spojrzał na Barneya, a potem wyciągnął do niego ramiona i bracia uścisnęli się mocno i serdecznie. Barney, pomimo że go Joel rozczarował, a może właśnie dlatego, poczuł, że wilgotnieją mu oczy.

– Joelu – powiedział chrapliwie.

– Muszę już iść, Barney – wyszeptał Joel. – Będzie mi ciebie brakowało… myślę, że mamy również… ale muszę.

Barney stał wyprostowany. Wytarł oczy chusteczką i wydmuchał nos.

– Pewnie – powiedział. – Wiem.

– Hej… a pamiętasz, jak zeszyliśmy razem nogawki najlepszych spodni Tateh?

– Jasne, że pamiętam – odpowiedział Barney. – Wciągnął je na siebie, jak tylko wstał z łóżka i rozłożył się jak długi. To była zabawa!

Joel złapał młodszego brata za ręce.

– Wlał nam pasem, pamiętasz? Zrobić taki kawał własnemu ojcu!

Nie bardzo wiedzieli, o czym mają ze sobą rozmawiać. Barney znał Joela wystarczająco dobrze, żeby zdawać sobie sprawę, że cokolwiek by powiedział, Joel i tak wyjedzie. Joel zawsze taki był. Cichy, zdeterminowany i uparty. Być może za dużo cech odziedziczył po matce.

– Afryka Południowa, powiadasz? – zapytał, starając się podtrzymać rozmowę. – Ojczyzna czarnych?

Joel skrzywił się, a zaraz potem roześmiał.

– Poradzisz sobie beze mnie. Podczas gdy ja będę siedział w chacie z trawy, zajadając białe bułeczki o zapachu słonia, ty będziesz produkować tuzinami spodnie!

– Tak, myślę, że tak będzie. – Barney poczuł niewyobrażalny smutek.

W drzwiach sypialni pojawiła się pani Blitz, kurczowo zaciskając dłonie. Barney zerknął na Joela i zwrócił się do matki:

– Mamo?

– Kolacja gotowa – zakomunikowała, kiwając głową. Jej rozbiegane oczy przypominały dwie tropikalne rybki.

– Okay, w takim razie idziemy – rzucił Barney. – Joel, usiądziesz z nami przy stole?

– Nie mogę się spóźnić. – Joel spojrzał na spakowane kufry. – Statek odpływa o dziesiątej.

– Musisz znaleźć czas na ostatni wspólny posiłek – powiedział Barney.

Poszli do ciągle jeszcze zadymionej kuchni, gdzie na stole, na talerzach, znajdowały się klopsiki, chleb, zimne filety z ryby w ilości wystarczającej, żeby nakarmić dziesięciu wygłodniałych mężczyzn. Joel wysunął krzesło dla matki, która usiadła w końcu stołu.

– A więc? – powiedziała, nakładając im klopsiki. – Czy już postanowiłeś, co zrobisz?

Joel podniósł widelec i spojrzał na matkę.

– Wyjeżdżam, mamo. Już ci mówiłem.

– A więc nie chcesz posłuchać Barneya?

– Barney nie próbował mnie przekonać. Barney wie, co czuję. W każdym razie Barney ma szansę poprowadzić cały interes. To będzie dla niego pożyteczne doświadczenie.

Feigel Blitz spojrzała na drugiego syna.

– Mam nadzieję, że nie jesteście w zmowie? Barney, przeżuwając klopsika, odpowiedział:

– Nie mogę zmusić go, żeby został, mamo. Jest moim starszym bratem. Chce jechać i to wszystko.

– Naprawdę wyjeżdżasz? – warknęła pani Blitz. Joel położył widelec na stole i odepchnął od siebie talerz.

– Już ci mówiłem, mamo. Wyjeżdżam. I sądzę, że będzie lepiej, jeżeli w tej chwili wyjdę.

– Siadaj – rozkazała matka. Jej nieruchoma twarz zbladła.

– Mamo, ja wyjeżdżam. Nic nie jest w stanie mnie…

– Shahl - zaskrzeczała pani Blitz. – Pewnie myślisz, że zrobiłam dla ciebie kolację za nic, że zjesz, a później mnie zostawisz? Co z ciebie za syn? Co powiedziałby twój ojciec? Zostawiasz interes? Czy ty jesteś niespełna rozumu? Zostawiasz Blitzów, Krawców? Jak możesz wypiąć się na to wszystko?

– Mamo, proszę – błagał Barney. – On wyjedzie, czy tak, czy siak. Czy nie możemy po prostu zjeść kolacji, powiedzieć Shema i pobłogosławić go na drogę? Mamo?

Pani Blitz wyrzuciła ramiona do przodu, strącając na podłogę talerze, klopsiki oraz filety z ryby. Następnie złapała długi, ostry nóż, którego używała do krojenia chleba, i dźgnęła nim wściekle w kierunku ręki Joela. Ten odskoczył, stracił równowagę i przewrócił się na krzesło. Pani Blitz podniosła się od stołu i stanęła nad nim, trzymając w obu dłoniach nóż, tuż nad jego głową.

Barney był szybszy. Jednym mocnym uderzeniem przewrócił stół, który upadł na leżącego brata. Następnie sięgnął po nóż tkwiący w dłoniach matki, wrzeszcząc:

– Mamo! Co robisz? Mamo!

Nie zdążył powstrzymać jej pierwszego ciosu w dół. Nóż o czarnym ostrzu, ostry i wąski od ciągłego ostrzenia, przeciął skórę ręki Barneya pomiędzy kciukiem a wskazującym palcem i wszedł głęboko w mięsień. Krew zaczęła kapać na podłogę, szkarłatne plamki wykrzykników. Barney złapał się za nadgarstek i osunął na kolana.

Zapanowała niesamowita cisza. Pani Blitz patrzyła na swoich synów w szoku. Joel wydostał się spod przewróconego stołu i powstał, strzepując z ubrania kawałki jajka, ryby oraz okruszki chleba. Krwawiący Barney klęczał skulony na podłodze pomiędzy krzesłami i rozrzuconymi klopsika-mi, miał zaciśnięte zęby i szarą twarz.

Z mieszkania obok słychać było skrzypce grające melodię taneczną mazel tov. To młody Leib Ginzberg ćwiczył na ślub swojej siostry. Cóż za absurdalna sytuacja!

Joel, bez słowa, podarł obrus na pasy, uklęknął obok Barneya i opatrzył ranę. Pani Blitz nie ruszała się z miejsca, chwiała się lekko, jak gdyby była na pokładzie promu, ciągle zaciskała ręce na nożu.

– Zaprowadzę cię do lekarza – powiedział Joel. – Będzie musiał zeszyć ranę.

Barney potrząsnął głową.

– Spóźnisz się na statek. Dochodzi ósma.

– Jesteś moim bratem – nie ustępował Joel. Barney bardziej zdecydowanie potrząsnął głową.

– Mogę sam iść do lekarza. Chcę, żebyś zdążył na statek. Jeżeli nie wyjedziesz teraz, nie wyjedziesz nigdy.

Joel spojrzał na matkę.

– Daj spokój – powiedział Barney. – Czy to nie dlatego właśnie chcesz wyjechać, przez takie awantury? Czy nie dlatego chcesz się stąd wydostać?

Joel był wytrącony z równowagi, niezdecydowany. Przejechał dłonią po czole, żeby zetrzeć pot. Matka patrzyła na niego z dziwnym wyrazem twarzy, który mógł oznaczać rezygnację, żal albo po prostu wzgardę dla wszystkiego i wszystkich, również dla siebie.

– Mamo? – zaczął Joel.

Ale pani Blitz odwróciła się na pięcie i poszła w kierunku swojej sypialni. Usłyszeli, jak zamyka za sobą drzwi i przekręca klucz w zamku. Bracia wymienili spojrzenia w milczeniu.

– Jeżeli nie będziesz miał się na baczności, pewnego dnia zabije cię, chas uesholem.

– Nie – powiedział Barney. – Najpierw zabije siebie.

– Lepiej pójdę się pożegnać – powiedział Joel bez entuzjazmu.

Podszedł do drzwi matczynej sypialni i zapukał. Nie było odpowiedzi. Wykrzywił się do Barneya, wzruszył ramionami i zawołał:

– Do widzenia, mamo!

– Jedź, jedź! – zaskrzeczała zza drzwi. – I choleria z tobą!

Joel zawahał się. Westchnął.

– Lepiej pójdę po moje kufry. Zniosę je na ulicę i zawołam dorożkę. A ty idź do lekarza. Nie czekaj.

Przystanęli na chwilę w ciemnawym korytarzu.

– No cóż, żegnaj, bracie – powiedział Joel.

– Nie dotkniesz mezusah? - zapytał Barney. Joel uśmiechnął się i potrząsnął głową.

– To tylko głupi przesąd, przynajmniej ja tak uważam. Robiłem to, ponieważ ojciec to robił. Zresztą, to nie jest już mój dom.

Mocno się uścisnęli.

– Kocham cię – powiedział Joel. – Przykro mi, że zostawiam ciebie z całym bałaganem.

– Poradzę sobie – odpowiedział Barney.

– Na pewno. Ale pamiętaj, pewnego dnia, kiedy już będę bogaty, wrócę. Obiecuję. I wtedy ty również będziesz bogaty.

Barney przycisnął zranioną dłoń do piersi. Opatrunek z obrusa był już ciemnoczerwony.

– Żegnaj, Joelu. Niech Bóg ma cię w opiece. – Potem odwrócił się szybko i zaczął schodzić po schodach.

Śnieg spadł wcześnie tego roku, w trzecim tygodniu października. Barney wracał z trwającego wiele godzin spotkania z przedstawicielem firmy B. Meyberg & Co. z Broadwayu, zajmującej się kupnem męskiej garderoby. Białe płatki śniegu wściekle wirowały na wietrze. Postawił kołnierz swojego czarnego wełnianego płaszcza i poprawił kapelusz. Szedł szybkim krokiem Hester Street, trzymając ręce głęboko schowane w kieszeniach. Śnieg padał i padał. | Ulice pokryte były grząską breją rozjeżdżoną przez dorożki f i konne tramwaje. Natychmiast pojawili się podejrzanie wyglądający, wymizerowani mężczyźni ze szczotkami w rękach, ustawili się na skrzyżowaniach, wyciągając dłonie w jednopalczastych rękawicach, prosząc o napiwki. Wspinając się po schodach do mieszkania Blitzów, Krawców, strząsając płatki śniegu z rękawów, z kapelusza, Barney zastanawiał się, ile jeszcze razy będzie musiał pokonywać tę stromą, wąską klatkę schodową, otrzepując płaszcz ze śniegu, starzejąc się i siwiejąc za każdym udanym podejściem.

Zatrzymał się na półpiętrze, żeby spojrzeć na ulicę pokrytą topniejącym śniegiem. Zmarszczył brwi.

W niewielkim, oszklonym pomieszczeniu, tuż przy wejściu do krawieckiego sklepu, David grzał stopy przy olejowym piecyku, przyszywając jedwabną tasiemkę do rękawa marynarki. Barney otworzył drzwi, wszedł do środka i powiesił kapelusz na drewnianym wieszaku.

– Czy Moishe już wrócił? – zapytał. David kiwnął głową.

– Dziesięć minut temu. Czy pada śnieg? Itzik powiedział, że może padać.

– Pada. Jeszcze nie pozamiatałeś? Robi się późno. Nie chcę, żeby przez cały Shabbes był tutaj bałagan.

– Moishe powiedział, żebym dokończył przyszywanie wstążek. Zamówienie Wojskowej Akademii.

Barney wziął do ręki leżące na biurku rachunki i faktury.

– Okay, jeżeli Moishe tak powiedział…

David wrócił do szycia. Nucił pod nosem jakąś monotonną melodię, która nie miała ani początku, ani końca. Przeglądając rachunki, Barney spojrzał na niego z irytacją, ale nic nie powiedział. David był poczciwym prostaczkiem, golem, gdyby kazał mu się zamknąć, nie zrozumiałby, gotów wybuchnąć płaczem.

To ojciec Barneya zatrudnił Davida w interesie, robiąc uprzejmość jednej ze swoich kuzineh. Wysoki, wielkonosy, z ciałem kształtu gruszki, z długimi, dyndającymi rękami David był trzecim dzieckiem przybranego brata Rivke, sławnego, uzdolnionego ginekologa, doktora Abrahama Steina. Doktor Stein, który mieszkał na Fifth Avenue, chociaż w bardzo skromnej posiadłości, był ojcem trzech wielkonosych córek i Davida. David dopóty był dumą swoich rodziców, dopóki jego umysł nie zatrzymał się w rozwoju, gdy chłopiec miał trzynaście lat. Po serii groteskowych incydentów polegających na tym, że obnażał się przed służącymi oraz przed jedną dystyngowaną pacjentką, doktor Stein, chcąc nie chcąc, poprosił Rivke, żeby przekonała ojca Barneya, aby ten znalazł chłopakowi miejsce u Blitzów. Tłumaczył to dobrem chłopca. Żeby uchronić go przed – no, pewnymi rzeczami.

Rivke, kobieta, której włosy przypominały zwój drutu kolczastego, ostentacyjnie obwieszona granatami, potrafiła zmusić diabła, żeby postąpił tak, jak ona chciała. Ojciec Barneya twierdził, że wwiercała się w jego kości. – Wwierca się w moje kości – mówił, zaciskając przy tym zęby oraz krzywiąc twarz.

A więc David nucił swoją niezbyt skomplikowaną melodię, mając zapewnioną przyszłość, a Barney, zmęczony, szarpiąc pejsy, próbował dowiedzieć się, przeglądając dzisiejszą pocztę, czy przedsiębiorstwo, którym zarządzał, przyniosło zysk czy straty. W dzisiejszych czasach zawsze można było liczyć na mały profit, ale bez Joela nie było łatwo. Moishe był dobry, kiedy trzeba było pośpiesznie wykonać jakieś zamówienie, zdecydować, ile należy kupić materiału; ale Moishe nie lubił odpowiedzialności. Nie martwił się wpływami pieniężnymi, nie dbał o margines opłacalności produkcji. Wierzył – być może całkiem słusznie – że tylko Bóg jest w stanie wpływać na takie rzeczy, a któż ma odwagę mieszać w kaszy Bogu?

Przez zakurzone szyby pomieszczenia, w którym stał, Barney mógł zobaczyć część zabałaganionego, niskiego warsztatu, oświetlonego tyloma lampkami gazowymi, że wyglądało jak święte miejsce podczas Chanukah, Święta Światła, ziluminowane tuzinami menorah. Mnóstwo głów pochylonych było nad stołami, jego krojczowie, ich pomocnicy, szwaczki trudzili się przy robocie nad ostatnimi płaszczami wojskowymi dla Akademii; i chociaż niebo za oknem było ciemne jak pokryta nalotem blacha miedzi, a śnieg ciągle padał, żadne z nich, ani na moment, nie podniosło głowy do góry i nie spojrzało w okno. Musieli skończyć zamówienie przed szabatem.

Barney zerknął ponownie na Davida.

– Wracasz do rodziców na Shabbes? - zapytał. – Na Fifth Avenue?

David, nie przestając nucić, wzruszył ramionami.

– A może chciałbyś spędzić Shabbes ze mną oraz moją matką? – zaproponował.

Postarał się, aby pytanie zabrzmiało zupełnie obojętnie. Zaczął się w duchu modlić – o, wstydzie! – żeby David wyjechał na szabat do swojej rodziny. Starał się zapomnieć, ile razy ojciec przyprowadzał do domu oyrech auf Shabbes, czasami nawet brudnego ulicznego muzyka z obojem. Pewnego razu przyprowadził niezwykłego, ekscentrycznego boksera, który uparł się, żeby zgiąć łyżki, a później na powrót je wyprostować. W końcu wszystkie je wyprostował – powiedział ojciec do matki. W jakiś zadziwiający sposób, dzięki swojemu żywiołowemu charakterowi, ojciec Barneya umiał niezręczność przerobić na żart, kłopot na znakomitą zabawę i każdy z tych dni przepojony był miłością rodzinną, przywiązaniem oraz szacunkiem dla gości. W każdym razie tak to wówczas odbierali.

Barney wiedział, że był inny niż ojciec. Bardziej wojowniczy, łatwiej wpadał w złość i był krytyczny wobec ludzkiej słabości. Być może Nowy Jork to sprawił, uodpornił go na krzywdę i stał się mniej tolerancyjny wobec tych wszystkich jęczących shlemielów, którzy wieszali się przy domach swoich przyjaciół. Stwardniał, ponieważ całkiem sam musiał prowadzić interes Blitzów, Krawców, oraz na skutek zmiennych nastrojów swojej matki. Odkąd Joel wyjechał, matce pogorszyło się i pewnego ranka przyłapał ją, jak rozcinała nożem materac Joela w przekonaniu, że Joel ukrył się w środku, żeby ją drażnić, żeby drwić ze swojej drogiej, szalonej matki.

David skończył przyszywać tasiemkę, odgryzł koniec nitki i bezmyślnie spojrzał na Barneya.

– Tak – odpowiedział. – Chciałbym.

– Doskonale – powiedział Barney bez entuzjazmu swoim amerykańskim akcentem. – Porozmawiam tylko z Moishe, dowiem się, jak sprawy stoją, i możemy iść.

Wszedł do warsztatu, idąc między ławkami w kierunku przeciwległej ściany. Zazwyczaj pomieszczenie było gwarne, pracownicy śmiali się i żartowali. W końcu nikt ich nie zmuszał, żeby zaharowywali się na śmierć. Ale tego popołudnia, kiedy niespełna dwie godziny brakowało do zachodu słońca, pokój tętnił pracą, nikt nie rozmawiał, słychać było jedynie nożyce tnące materiał oraz syczenie gazu.

W narożniku, gdzie zmagazynowano tuziny bel samodziału, tweedu oraz innych materiałów, Irving i Hyman przycinali ostatnie kieszenie do mundurów; obok nich siedział na stołku młody Benjamin, który pilnie nawlekał igły. Irving i Hyman, mężczyźni ze srebrzystymi włosami, byli najlepszymi krojczymi Blitzów. „Tnij! – zwykł mówić ojciec Barneya. – Tych dwóch uszyłoby ci płaszcz z arkusza papy i jeszcze byłbyś z niego dumny". Wyglądali jak bracia, chociaż wcale nimi nie byli. Irving, w okularach krótkowidza zsuniętych na koniec nosa, o twarzy przypominającej puszczyka, wyemigrował z Monachium. Hyman, którego czarna kamizelka zawsze naszpikowana była błyszczącymi igłami, przywiózł swoją rodzinę do Nowego Jorku z Zamościa w Polsce. Ale byli nierozłączni. Święta spędzali razem, razem łowili ryby z mola na Stanton Street i opowiadali te same, dziwaczne dowcipy, z których Barney śmiał się do rozpuku.

– Sprzedałeś Meybergowi peleryny? – zapytał Ir-ving, nie podnosząc głowy, kiedy Barney podszedł bliżej.

– Wezmą pół tuzina, na próbę.

– Na próbę? – zdziwił się Hyman. – Materiał, z którego je zrobiliśmy, to shmattel Powinni wiedzieć, że płaszcze są kiepskimi aktorami bez próby.

Barney skrzywił się. Jedna ze szwaczek podniosła głowę do góry; była nią łagodnego usposobienia i bardzo pojętna Sarah Feinberg. Musnął dłonią jej ramię, kiedy przechodził obok.

Moishe siedział przy oknie, poddając mundury dokładnej inspekcji, sprawdzał, czy szwy trzymają oraz czy dobrze przyszyte są guziki. Moishe był małym tłuściochem z obwisłymi policzkami oraz z łysiną na czubku głowy, otoczoną rzadkimi, ryżymi kłaczkami. Cała jego głowa przypominała jajo legendarnego ptaka Roka. Jego brzuch, napęczniały od klusek matzo i chleba, którymi przez lata Moishe sobie dogadzał, żył własnym życiem; czasami Irving wpatrywał się w niego z uwagą i wołał:

– Jak leci, bubeleh?

– Co słychać, Barney? – zapytał Moishe, rozkładając arkusz bibuły na kolejnej złożonej marynarce. Potarł palcem lewe oko, co oznaczało, że był zmęczony.

– Kończycie? – zapytał Barney. – Chciałbym zamknąć za dwadzieścia minut.

– Prędzej za godzinę – powiedział Moishe, wychylając się, żeby odebrać następną marynarkę od Benjamina.

Barney spojrzał przez okno. Śnieg przestawał padać, a chmury wiszące nad wybrzeżem w Jersey zaczynały jaśnieć: atmosfera jak na płótnie Berniniego, Ekstaza św. Teresy. Promienie słoneczne odbijały się od mokrych dachów, ulice zapełniały się powozami, hałas kół stawał się coraz głośniejszy.

– Posłuchaj, przecież nie musicie wysyłać mundurów dzisiaj – powiedział Barney, rozglądając się dookoła. – Możecie to zrobić w poniedziałek rano. Wyślecie je przez posłańca.

Moishe nieznacznie wzruszył ramionami, nie przerywając składania rękawów marynarki.

– Moishe – nalegał Barney. – Przecież to nie ma znaczenia. Zanim spakujesz całe zamówienie, wszyscy z Akademii Wojskowej wyjadą na weekend do domów. Mogą być goyim, ale mają swoje rodziny, podobnie jak i my. Myślisz, że będą czekać na mundury, nerwowo obgryzając paznokcie?

– Obiecaliśmy, że dostarczymy dzisiaj – powiedział spokojnie Moishe. Spojrzał na Barneya małymi, bezkompromisowymi oczkami, które wyglądały jak rodzynki w chlebie. – My u Blitzów, jeżeli mówimy dzisiaj, to znaczy nie mniej nie więcej jak dzisiaj. Nie jutro, nie siedemnastego dnia Tammuza w przyszłym roku. Dzisiaj!

Barney powstrzymał się od uśmiechu, patrząc z zainteresowaniem, jak Moishe składa następne rękawy, jak przesadnym ruchem swojej pulchnej ręki strzepuje kawałek nitki, która przyczepiła się do materiału. Następnie powiedział:

– Chciałbym ci przypomnieć, Moishe, że nazywasz się Teitelbaum, nie Blitz. Ja jestem Blitz i kiedy mówimy u Blitzów, to moja medina, nie twoja. Za dwadzieścia minut zamykamy bez względu na to, czy skończycie, czy też nie.

Moishe podrzucił głowę do góry jak mors, który próbuje wydostać się na powierzchnię wody.

– Myślisz, że twój ojciec pozwoliłby na to, żeby dwu-studolarowe zamówienie zostało dostarczone dwa dni później? – zapytał. – Twój ojciec zdjąłby płaszcz, podwinął rękawy i pomógł mi pakować. Nie stałby tutaj jak jakiś fonfer i nie mówiłby, żeby kończyć! Mamy swoją dumę u Blitzów! Dobrą reputację! Nawet twój brat, Joel, pomagałby, a Joel wiedział tyle o krawiectwie, że mógłbyś zapisać to na główce od szpilki!

Barney skrzywił się i ze zrozumieniem objął tłuściocha ramieniem.

– Daj spokój, Moishe. Doceniam twoją lojalność wobec Blitzów. Podziwiam twoją ciężką pracę. Kocham cię, Moishe. Ale naprawdę nie będzie różnicy, czy dokończycie dzisiaj, czy w poniedziałek. Nie daj się prosić, Moishe, jest prawie Shabbes.

Moishe wyszarpnął chusteczkę z kieszeni swoich opiętych spodni i przetarł policzki.

– Twój ojciec powinien cię teraz zobaczyć – powiedział. – Teraz jesteś typowym Amerykaninem, wiesz? Cała ta gadanina, szczytne idee, byle nie pracować. Shlepper.

– Pewnie, pewnie – powiedział Barney. – Taki ze mnie shlepper, że przekonałem Meyberga, żeby wziął sześć z tych tweedowych prochowców na próbę oraz żeby złożył u mnie dziesięć solidnych zamówień na kurtki myśliwskie. Wiesz, o które chodzi, te ze skórzanymi wypustkami.

Moishe spojrzał na marynarkę, którą właśnie składał, a potem ponownie na Barneya.

– Dziesięć, hm? No cóż, mogli zamówić piętnaście. Barney podniósł ręce do góry na znak, że się poddaje.

– Moishe, nigdy z tobą nie wygram. Ale musisz przyznać, że interes jakoś się kręci. Dobry obrót, stały profit. Być może za miesiąc będziemy mogli pomyśleć o podwyższeniu pracownikom zarobków.

Moishe żachnął się.

– Przypuszczam, że idzie dobrze. Jednakże bardzo dobrze pamiętam dni, kiedy był z nami twój ojciec.

– Oczywiście, że pamiętasz. Jak mógłbym cię za to winić. Jestem młody i zupełnie inny. Ale nie jestem za młody, żeby nie zrozumieć, co czujesz.

Moishe położył dłonie na ramionach Barneya.

– Barney, pozwól, że o coś cię zapytam. O coś bardzo osobistego, poważnego.

– Nie ma sprawy – odpowiedział Barney. Odwrócił głowę i zawołał: – Irving, Hyman, kończcie już! Zamykamy za dwadzieścia minut.

– Wysłuchaj mnie uważnie – powiedział Moishe. – Nie zamierzam ciebie ganić. Będę mówił prawdę. Obserwuję cię od sześciu miesięcy, to jest od momentu, kiedy wyjechał Joel. Nie lubisz tego interesu? To znaczy krawiectwa. Starasz się i umiesz naganiać pieniądze, ale nie masz do tego serca, zgadza się?

Barney wojowniczo zmarszczył brwi.

– Dlaczego tak uważasz?

– Och, daj spokój, Barney, nie jestem ślepcem. Ile zmieniłeś tutaj, odkąd Joel wyjechał? Produkujemy gotowce dla magazynów, college'ów, prowadzimy sprzedaż wysyłkową, przez katalogi. Trzydzieści mundurów dla nowojorskiej Akademii Wojskowej. Takiego zamówienia nie mieliśmy od początku istnienia firmy.

Barney nic nie odpowiedział. Podczas gdy Moishe mówił, zbliżył się do nich Irving i stanął w odległości dwóch, trzech stóp, słuchając z zainteresowaniem.

– Moishe ma rację, Barney – powiedział. Jego głos był łagodny, wyrozumiały, ale brzmiała w nim nutka tęsknoty i melancholii. – U Blitzów zawsze robiono na zamówienie. Wysokiej jakości garnitury na miarę. Jedne z najlepszych w Nowym Jorku. Oczywiście, że mamy stałych klientów, którzy wiedzą, czego chcą, i za nic w świecie nie pójdą do innego zakładu. Ale w dzisiejszych czasach, kiedy mówisz Blitz, większość ludzi kojarzy nazwę firmy z gotowymi produktami. Handel już się do tego przyzwyczaił, a wkrótce przyzwyczają się klienci.

– Następna sprawa – wtrącił Hyman, który doszedł kilka chwil wcześniej. – David powiedział mi, że odsyłasz pojedynczych klientów z kwitkiem.

Barney westchnął, wyjął z kieszeni zegarek, żeby sprawdzić, która godzina, i powiedział:

– No cóż, nie mogę zaprzeczyć.

– Nie możesz zaprzeczyć, że co? – zapytał Irving.

– Wszystko to prawda – odpowiedział Barney. – Nie mogę zaprzeczyć, że nie mam serca do krawiectwa. Nie mogę zaprzeczyć, że próbuję zmienić profil Blitzów, że próbuję przekształcić zakład męskiego krawiectwa w dom o dobrej reputacji, szyjący wyłącznie gotowe produkty. Nawet nie mogę zaprzeczyć, że odsyłałem z kwitkiem pojedynczych klientów. Prawda jest taka, że tego wymaga biznes, przynajmniej ja to tak pojmuję. Cóż to za interes, jeżeli Irving spędza dwa dni na krojeniu jednego garnituru, za który dostaniemy dziesięć dolarów, czterdzieści trzy centy, podczas gdy w tym samym czasie mógłby wykroić sześć, za które otrzymalibyśmy sześć dolarów i dwadzieścia dwa centy za sztukę? Wydaje się, że robię to dla waszej korzyści, dla swojej korzyści, a w szczególności dla korzyści rodzin oraz dzieci, które są od nas zależne.

Moishe wyglądał na zakłopotanego.

– Masz rację, Barney, na swój sposób. Ale Irving oraz Hyman… to artyści. Mogą stworzyć garnitur, który będzie wyglądał jak zaczarowany, płaszcz, który doskonale będzie leżał w ramionach, doskonale skroić klapy…

– Wiem – powiedział Barney. – Moishe, ja o tym wiem. I dlatego sklepy kupują nasze gotowe produkty. Są znakomite i nasze ubrania doskonale się sprzedają.

– Ależ, Barney, spróbuj mnie zrozumieć. To tak, jakbyś chciał, żeby Michał Anioł zakładał tapety.

W pierwszej chwili Barney chciał ostro przygadać Moishemu, ale się powstrzymał. Ci mężczyźni byli prawie jak jego rodzina, byli starymi przyjaciółmi ojca, i co najważniejsze, mistrzami w zawodzie. Był na tyle wrażliwy, że potrafił zrozumieć, o czym mówił Moishe, i że jeżeli nie będzie umiał się pohamować, zniecierpliwi się, wpadnie w złość, to wypowie słowa, które będą kąsać jak trenowane do walki brytany. Po ojcu odziedziczył poczucie humoru, ciepło oraz równowagę psychiczną, po matce nieokiełznany temperament. Podniósł ręce do góry, chcąc pokazać, że dobrze ich zrozumiał, i że prosi o spokój.

– Posłuchajcie mnie – powiedział miękko. – Wier~. że proszę was o wykonywanie pracy, która nie jest godna waszych umiejętności. Ale spróbujcie na wszystko spojrzeć z mojego punktu widzenia. Wypracowałem pewien kapitał, przez to interes Blitzów urośnie, okrzepnie. Może zbytnio się śpieszę. Wiem, że jestem młody. Być może za bardzo kieruję się zyskiem i niewystarczająco zwracam uwagę na istotę biznesu. Ale jeżeli będą dochody, wszystko się zmieni. Jeżeli zdobędziemy zaufanie, stworzymy przedsiębiorstwo krawieckie, jakiego żaden z was do tej pory nie oglądał. Ze wszech miar wspaniałe. Ale proszę was, żebyście zrozumieli, że w sześć dni nie staniemy się firmą jak Lord & Taylor. Nawet w sześć miesięcy.

Hyman pokiwał głową powoli.

– Mówisz jak Amerykanin – powiedział, odwracając się. Powiedział to z taką bezbarwną intonacją, że tylko osoba znająca jidysz mogła tego dokonać, takim płaskim głosem, że Barney nie potrafił odgadnąć, czy starał się go obrazić, powiedzieć mu komplement, czy po prostu był to jedynie trafny komentarz bez podtekstów.

Moishe poszedł poszukać płaszcz i wszyscy zaczęli przygotowywać się do wyjścia; zwijali bele materiałów, utykali igły oraz szpilki w małe poduszeczki, chowali papierowe wzory, zamiatali skrawki materiałów oraz kawałki nitki. Gazowe lampki zostały przykręcone tak, że paliły się jedynie maleńkimi, niebieskawymi płomyczkami.

– Podejrzewam, że śpieszysz się dzisiaj do domu – powiedział Moishe, czyszcząc kapelusz.

Barney, który pomagał zbierać guziki, powiedział:

– Nie bardziej niż zwykle. Dlaczego?

– Z powodu oyrech auf Shabbes, którego będziesz podejmował – powiedział Moishe, mrugając porozumiewawczo okiem.

– Masz na myśli Davida? – zapytał Barney, mocując się z belą granatowego kaszmiru.

– Davida? – zapytał Moishe. – Nie miałem na myśli Davida. Myślałem o Leah Ginzburg. Nie wiedziałeś, że ma do was przyjść? Jej bubbe zachorowała, a więc jej matka musiała udać się na Front Street, żeby się nią zaopiekować, a jej ojciec ciągle siedzi w Jersey. W tym układzie ona spędza szabat z wami. Być może zostanie do niedzieli.

– Kto ci o tym powiedział?

– Twoja mama. A któż by inny? Przyszła tutaj po południu, kiedy ty byłeś u Meyberga.

– Leah Ginzburg? – zawołał zdziwiony Barney, upuszczając na ziemię materiał. – Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym od razu? Oy geualtl Gdybym wiedział wcześniej, nie zapraszałbym Davida. Zaprosiłem Davida, a tu przychodzi Leah! Na miłość boską, dlaczego David nic mi nie powiedział? Przecież musiał wiedzieć!

Moishe, który zapinał właśnie płaszcz, uśmiechnął się do Barneya ze współczuciem.

– Może Davidowi również podoba się Leah? A może smakują mu twojej matki knaydelel A może po prostu zapomniał?

– Zapomniał? Ten nebech nigdy o niczym nie zapomina.

– No cóż, myślę, że powinieneś być wdzięczny – powiedział Moishe. – Nie w każdy Shabbes masz okazję do spełnienia dobrego uczynku. Powinieneś dziękować Bogu.

Barney spojrzał na niego wściekle, ale natychmiast rozluźnił się i roześmiał.

– Myślę, że masz rację. Dziękuję ci, Boże, że dałeś mi możliwość, abym okazał dobroć mojemu bliźniemu! Ale mając w pobliżu Leah Ginzberg, czy muszę też mieć Davida Steina?

Nadszedł Irving, zawijając wokół szyi długi wełniany, szary szal, który przypominał zmęczonego pytona, niesionego do domu przez zaklinacza wężów. Żona zawsze zmuszała go, żeby nosił szale, nawet latem, aby uchronić go przed chorobą, którą sama nazwała „sztywnieniem karku".

– Posłuchaj, Barney – zaczął ochrypłym głosem. – Nie chciałbym, żebyś myślał, że bez przerwy kwękam. Ale jesteśmy rodziną, prawda? Możemy powiedzieć, co mamy na wątrobie. Żadnych sekretów. Może w przyszłym tygodniu powinniśmy porozmawiać o całym interesie, o pracy, którą Hyman i ja mamy wykonywać. Ona jest nam obca. Przede wszystkim jestem nieszczęśliwy i wiem, że Hyman jest również nieszczęśliwy. A co najgorsze, Sussman wie, że jesteśmy nieszczęśliwi.

– Sussman? – Rozbawienie zniknęło z twarzy Barneya tak szybko, jak płytka fotograficzna ciemnieje w blasku słońca. – Czy Sussman zaproponował wam pracę?

– Nie umiem kłamać – powiedział Irving.

– Cóż, jeżeli Sussman złożył wam propozycję, a tutaj jesteście nieszczęśliwi, to lepiej będzie, jak odejdziecie. Nie chciałbym was przetrzymywać wbrew waszej woli.

Moishe spojrzał na nich z zakłopotaniem.

– Posłuchaj, Barney, wszyscy jesteśmy zmęczeni. Zostawmy to do poniedziałku.

Barney, nie odrywając oczu od Irvinga, pokiwał z rozmysłem głową.

– Oczywiście – powiedział. – Być może podczas szabatu będziemy mieli okazję przeczytać w Talmudzie co nieco o lojalności.

W pomieszczeniu zapanowała cisza. Irving odszedł bez słowa, a tuż za nim Hyman. Barney obserwował ich, jak szli pomiędzy niebieskimi światełkami, głowy mieli spuszczone; następnie odwrócił się do Moishego i powiedział:

– No?

Moishe wzruszył ramionami.

– Wkrótce przyjdą do rozumu. Ale musisz pamiętać, że są starzy i mają swoje zdanie. Zaakceptowaliby Joela. Wiedział, jak zagrać, umiał postawić na swoim, był starszym synem swojego ojca. Nie ryzykował postawienia interesu do góry nogami. Oni nie są ciebie pewni.

Barney stał z rękami na biodrach. Drzwi od warsztatu zamknęły się za Irvingiem i Hymanem z ostrym piskiem źle dopasowanych listew. Widział ich niewyraźne sylwetki przez szyby oszklonego pomieszczenia; wolno schodzili po schodach.

– W porządku – powiedział. – Zostawmy to do poniedziałku. Ale nie zapominajmy, kto u Blitzów jest balebossem, dobrze?

Moishe objął Barneya ramieniem.

– Dam ci dobrą radę. Wypoczywaj, módl się i pamiętaj, że każdy w swoim życiu ma jakąś miłość, oczywiście, nie mówię teraz o rodzinie. Twoją miłością mogą być pieniądze. Irving i Hyman mogą kochać znakomicie skrojone garnitury.

David czekał na Barneya w oszklonym pomieszczeniu. Był zamotany w jasnobrązowy płaszcz, który Barney złośliwie nazywał „workiem do okrywania wielbłądów". Jego blisko siebie osadzone oczy jarzyły się z zadowolenia.

– Jesteś gotowy? – zapytał Barney na wszelki wypadek, a David pokiwał głową z entuzjazmem. Zachowuje się jak lunatyk, pomyślał Barney. Cóż za oyrech.

– Idźcie już, ja wszystko pozamykam – powiedział Moishe, wyciągając kółko z kluczami. – Musisz zająć się swoimi gośćmi – zwrócił się do Barneya.

– Właśnie – podchwycił Barney i zbiegł szybko po schodach. Nie interesowało go, czy David pobiegł za nim. Oczywiście, David pobiegł, kiedy Barney znalazł się na chodniku, na którym tłoczyli się sklepikarze, którzy przed chwilą pozamykali swoje sklepy, krawcy, posługaczki, śpieszące do tureckich łaźni, sprzedawcy uliczni ze swoimi skrzypiącymi wózkami, goniące się dzieciaki, David był tuż za nim, wpadł na niego z rozpędu.

– Shalom aleichem, Moishe! – zawołał Barney, patrząc na Davida.

– Aleichem shalom - doszło do niego z góry.

Barney pociągnął Davida za ramię niechętnym i niecierpliwym ruchem, jak gdyby był walizką pełną brudnej bielizny, i poprowadził go zatłoczoną ulicą Clinton w kierunku czynszowej kamienicy, stojącej na rogu Monroe Street 121, gdzie jego matka wyciągała już czyste ubranie, żeby udać się do synagogi.

Znowu zaczął mocniej padać śnieg, mokre płatki kapryśnie wirowały w powietrzu.

Kiedy wrócili z synagogi do domu, w sąsiedztwie panowała już cisza; czarodziejski i szczególny spokój, który nastawał w przeludnionych mieszkaniach nowojorskiego Lower East Side'u w piątki po zachodzie słońca. Prawie w każdym domu, w każdej kamienicy czynszowej, nawet w suterenach o zawilgoconych ścianach, gdzie w szafach chrobotały szczury, żony i matki oraz córki przebierały się w najlepsze rzeczy, jakie posiadały, i zapalały szabasowe świece.

– Bądź błogosławiony, Panie nasz, o Boże, Królu Wszechświata, któryś zesłał nam swoje przykazania i nakazał zapalać szabasowe światła.

Niebo nad Clinton Street zaciągnięte było chmurami; atrament koloru umbry rozlany na mokrym kartonie rysunkowym. Było teraz za ciepło na śnieg, ale między domami oraz pozamykanymi sklepami zacinała mżawka, a wilgotne chodniki lśniły w światłach gazowych lamp. Dookoła we wszystkich oknach migotały płomyczki świec; ulicami wracali w skupieniu do domów z synagogi mężowie i ojcowie, każdy z nich w towarzystwie niewidzialnych szabasowych gospodarzy – aniołów, których ściągnięto na ziemię modlitwami. Ich kroki odbijały się echem o ściany domów.

Tu była kraina biedoty, brudna, podła i bezkompromisowa. Rozmokłe odpadki, pozostałości po całodziennym handlu, gniły w rynsztokach – liście kapusty, zmięte kule papieru pakowego, kawałki krwistego mięsa, rybie wnętrzności. W grząskim błocie walał się makaron. Barney zatrzymał się na rogu Monroe Street, naprzeciwko domu Rutgersów, i na chwilę stanął, aby popatrzeć na deszcz, odpadki oraz oświetlone okna. Poczuł chłód, który doprowadzał go do łez.

– Dlaczego się zatrzymałeś? – zapytał David. Barney przetarł oczy chusteczką przyczepioną do klapy.

– Nie zrozumiałbyś. Chodźmy już.

David starał się dotrzymać mu kroku, kiedy przechodzili przez ulicę.

– Mógłbyś mnie wypróbować – wymamrotał.

– Wypróbować? – zdziwił się Barney.

– No cóż, jesteś smutny, prawda? – zauważył David.

– A kto nie jest? Powiedz mi, z czego tu się cieszyć.

– Przez większość czasu wyglądasz na szczęśliwego – powiedział David.

– Ponieważ Shabbes jest tylko raz w tygodniu. Większość czasu spędzam na robocie, staram się, żeby interes nie podupadł, wykłócam się o pieniądze z kupcami, toczę boje z Irvingiem i Hymanem oraz wszystkimi innymi. Nie mam chwili dla siebie; bo to jest tak, że dopiero jak masz chwilę dla siebie, możesz być sobą. Dzisiaj wieczorem jestem smutny. Ale co z tego?

– Ale dlaczego jesteś smutny? – chciał wiedzieć David. Barney szedł teraz tak szybko, że David ledwo nadążał.

– Nie wiem – odparł Barney. – A gdybym nawet wiedział, to i tak tobie bym nie powiedział.

David złapał go za rękaw, próbując zatrzymać.

– Czy naprawdę aż tak mnie nienawidzisz?

– Ależ to nieprawda. Dlaczego miałbym cię nienawidzić?

– Nienawidzisz mnie, ponieważ jestem głupi. Posłuchaj, Davidzie, wcale cię nie nienawidzę.

– To dlaczego nie powiesz mi, dlaczego jesteś smutny?

– Ponieważ… – Barney zawahał się i nie dokończył.

Stali przed kamienicą. Padająca mżawka sprawiła, że lampy przybrały kolor mleczu. Barney spuścił głowę i spojrzał na sześć stopni, które wiodły do pomalowanych na czarno drzwi frontowych, oraz na mokre, metalowe barierki. David stał obok niego, trzęsąc się, jak gdyby przebył tysiąc mil, żeby poznać z ust najznakomitszego rabbiego sekret wszechświata.

– Jestem smutny, ponieważ nigdy nie będę taki jak mój ojciec – powiedział Barney, bardziej do siebie niż do Davida. – Mój ojciec przyjechał tutaj, do Nowego Jorku, kiedy miał piętnaście lat, razem z moim dziadkiem. Przywiózł ze sobą stare, dobre zasady postępowania, pamiętając o swoim starym kraju. Ale ja jestem Amerykaninem. I nic na to nie poradzę. Nie potrafię kontynuować starych tradycji w taki sposób, w jaki to robił mój ojciec. Rozumiesz, o czym mówię? Ja znam te stare zasady. Myślę o nich przez cały czas, nawet wtedy, kiedy siedzę w tramwaju. Ale one nie są częścią mnie i ja nie jestem ich częścią.

Przetarł powieki wierzchem dłoni.

– Ja już należę do innego świata. Już nie jestem Deutsche Jehudim, a jeszcze nie jestem prawdziwym Amerykaninem. Czuję się, jakby to wyrazić, wyobcowany.

David w skupieniu gryzł wargi. Trudno było stwierdzić, czy rozumiał, o czym opowiadał Barney. W końcu, sepleniąc jak dziecko, powiedział:

– Pamiętam ciebie, jak byłeś więźniem na Ziemi Egipskiej, ziemi niewoli. – Po czym bez słowa ruszył schodami do frontowych drzwi.

Barney został jeszcze przez chwilę, czując, jak krople deszczu zalewają mu oczy. Odebrał to jako karę za jego niewiarę w ortodoksyjne zasady. A potem wyjął klucze i wszedł za Davidem do środka. Kiedy otworzył drzwi do mieszkania, zauważył stojącą na korytarzu Leah Ginzburg. Wewnątrz unosił się aromatyczny zapach pieczonego kurczaka oraz zupy, wymieszany z wonnościami mocnych przypraw.

– Jesteś przemoczony – powiedziała łagodnie. David uśmiechnął się do niej.

– To łzy Boga – powiedział, po czym odwrócił się do Barneya i uśmiechnął się również do niego.

Barney odwzajemnił się szybkim, zakłopotanym skrzywieniem ust.

– Twoja mama obawiała się, że nie zdążycie na czas – powiedziała Leah.

Barney nie odpowiedział. Nie chciał być nieuprzejmy wobec matki w szabat. Nie chciał powiedzieć Leah, że właśnie matka sprawiała, że bał się wracać do domu.

– Jest w saloniku?

Leah kiwnęła głową. Barney znał Leah od momentu, kiedy ukończył siedem lat, i zawsze był zwariowany na jej punkcie. Dawniej Ginzburgowie mieszkali po drugiej stronie ulicy, na trzecim piętrze, pod numerem 129. W dzieciństwie, każdego zakurzonego lata, Barney bawił się z Leah na werandzie z frontu domu albo między wózkami poubieranych w kaftany, brodatych polskich oraz armeńskich Żydów, którzy sprzedawali ryby, galanterię oraz owoce. To były gorące, pełne zamieszania dni na ulicach Clinton i He-ster. W tamtych czasach dla Barneya najważniejsze było szaleńcze uczucie, którym obdarzali go rodzice. Fascynowali go dorożkarze strzelający z batów oraz sześcioletnia dziewczynka z ładną twarzą w kształcie serduszka i z lokami niesfornie wymykającymi się spod przepaski.

Ojciec Leah zaczynał jako sprzedawca uliczny, handlując przechodzonymi rzeczami. Potem wynajął niewielki sklepik na Hester Street i sprzedawał towary tekstylne. Ponieważ jego klientami byli biedacy, sklep z towarami tekstylnymi zamienił się w lombard. Niedługo po tym pan Ginzberg zaoszczędził tyle pieniędzy, że mógł wynieść się z Clinton Street i kupić skromny dom bliżej centrum. Został szefem firmy Loeb and Landis, spółki zajmującej się różnymi finansowymi transakcjami. Ale nigdy nie zapomniał o przyjaciołach z Tenth Ward: o Moishem Teitelbaumie, Irvingu Finkelsteinie oraz ojcu Barneya, kiedy jeszcze żył, swoim starym cheura, który kiedyś mu pomógł, gdy przypłynął do nowej ojczyzny i nie mógł sobie znaleźć miejsca, o wszystkich kumplach Żydach, którzy karmili go zupkami i ofiarowywali kąt do spania, kiedy nie miał dokąd pójść.

Matka Barneya nic o tym nie wiedziała, a sam Barney odkrył to dopiero wtedy, kiedy przeglądał księgi Blitzów po wyjeździe Joela: Nathan Ginzberg pożyczył Blitzom przeszło tysiąc dolarów, całkiem bezinteresownie, byle tylko przeżyli krach w 1857 roku. Pieniądze nigdy nie zostały oddane.

A teraz Leah była gościem w szabat. Miała na sobie prostą białą sukienkę obszytą białą koronką, włosy spięte białą jedwabną wstążką, miała smagłą twarz; była piękna, a jej brązowe oczy przypominały oczy Cyganki ze wschodniej Europy. Było w niej coś dzikiego, nieokiełznanego. Barney często wyobrażał ją sobie z ustami posmarowanymi sokiem jagodowym i ze złotymi obrączkami na palcach u stóp; jednej nocy widział ją we śnie całkiem nagą – niewysoką, tylko pięć stóp wzrostu, ale za to z wielkim biustem i z tak delikatną skórą, że przeszywał go dreszcz, kiedy ją dotykał koniuszkami palców – obudził się wtedy spocony, zmieszany i zawstydzony.

– To jest David Stein – powiedział Barney.

Kiedy przyszli do domu, żeby się umyć i przebrać, Leah była w trakcie ubierania się. Matka Barneya, niespokojna, ale w miarę przyjaźnie nastawiona, nie chciała jej przeszkadzać.

Leah dygnęła przed Davidem, a on się do niej uśmiechnął. Barney spodziewał się, że matka uprzedziła Leah, iż David jest opóźniony w rozwoju. Chociaż mogła tego nie zrobić. Ostatnio była w tak abstrakcyjnym nastroju, że trudno było przewidzieć, co zrobi; jej umysł był jak rozbite lustro.

Pani Blitz wyszła z saloniku.

– Co się tutaj dzieje? – zapytała. – Modlicie się w korytarzu?

– Przepraszam, już idziemy – odpowiedział Barney. Na widok matki przebiegł mu po plecach silny i nieprzyjemny dreszcz. Po raz pierwszy od wielu lat matka założyła swoją ślubną suknię. Była miejscami pożółkła i gdzieniegdzie powyciągana, ale była to ta sama ekstrawagancka biała sukienka z jedwabiu i drezdeńskiej koronki, którą matka miała na sobie w Niemczech, kiedy wychodziła za mąż za ojca Barneya. Na dzisiejsze czasy była niemodna i prawie makabryczna. W talii była opięta jak skórka na parówce, a materiał pod pachami pożółkł od potu. Ze sposobu, w jaki pomachała mu ręką, Barney wyczuł, że coś było nie w porządku, coś nieprzyjemnego wisiało w powietrzu. Dlaczego założyła ślubną suknię? Dlaczego?

Salonik był mały, ale to był ich najlepszy pokój. Na ścianach wisiały koszyki z kwiatami na ciemnoczerwonym tle, a zasłony zostały wykonane z najlepszej jakości weluru. Były tam: tania komoda z różanego drewna, na której płonęły szabasowe świece, oraz stół obiadowy, który ojciec Barneya przyniósł na własnych plecach z pchlego targu. Brzydko pachniał, jak gdyby serwowano na nim wszystkie posiłki szabasowe od wielu, wielu lat i nigdy nie otwierano okien w pomieszczeniu, w którym stał. Ktoś mógłby pomyśleć, że matka trzyma uwięzione w saloniku wszystkie szczęśliwe chwile, które bezpowrotnie minęły.

Barney zajął główne miejsce przy stole. Leah, siedząca po jego prawej ręce, uśmiechała się do niego nieśmiało. Nie chciał patrzeć na Davida, który od momentu, gdy znalazł się w saloniku, nie przestawał się uśmiechać lakierowanym uśmiechem żołnierza-zabawki. Nie mógł też długo patrzeć na swoją matkę.

Mając suche gardło, powiedział:

– I w ten oto sposób niebiosa, ziemia, słońce, księżyc i gwiazdy zostały stworzone. Siódmego dnia Bóg skończył swoją pracę i właśnie siódmego dnia udał się na spoczynek. I Bóg pobłogosławił siódmy dzień i poświęcił go…

Pobłogosławił wino i stworzył broche na cześć zaczętego szabasu oraz na cześć opuszczenia Egiptu. Barney już powiedział w myślach broche, kiedy ujrzał Leah w jej szabasowej sukience; specjalną broche, zarezerwowaną dla pięknych ludzi. Wypił łyk wina z kielicha Kiddush i zdawał sobie sprawę z faktu, że przez cały czas jest uważnie obserwowany przez Leah. Cicho śpiewała modlitwę na przyjęcie opiekuńczych aniołów, którzy powrócili do domu razem z nim, kiedy przyszedł z synagogi.

– Przychodźcie w pokoju, pobłogosławcie nas pokojem i odejdźcie w pokoju…

Matka Barneya, nie czekając, aż Leah skończy, zaczęła nabierać łyżką wątróbkę z kurczęcia oraz oliwki i nakładać sobie na talerz. Głos Leah załamał się, ale Barney podniósł głowę i spojrzał na nią, dodając jej otuchy. Skończyła się modlić w momencie, gdy matka popchnęła w jej kierunku swój talerz z taką ilością wątróbki, że sam Moishe Teitelbaum zaniemówiłby ze wzruszenia.

– Święta szabatowe już nie są takie, jak kiedyś bywały – poskarżyła się Feigel Blitz. – Kiedy żył twój ojciec, Barneyu, miały prawdziwy świąteczny nastrój. Cała rodzina zbierała się przy stole, Joel, ty, a jakich oyrech twój ojciec przyprowadzał z ulicy do domu! Święci, oto jacy byli! A rodzina! I gdzie jest teraz moja rodzina?

Leah wyciągnęła rękę przez stół nakryty białym, lnianym obrusem i złapała panią Blitz za dłoń.

– Pani Blitz – powiedziała łagodnie. – My jesteśmy teraz pani rodziną. Nikt o pani nie zapomniał.

David opuścił głowę i patrzył w talerz pełen wątróbki ze zdziwieniem, jak gdyby nie mógł sobie uzmysłowić, skąd ona się tam wzięła. Potem, bezmyślnie, chwycił za widelec i zaczął dziobać nim krawędzie talerza.

– Zniknął cały nastrój – powiedziała Feigel Blitz głośno do wszystkich i zarazem do nikogo. – Ojciec siadał zawsze tam, gdzie teraz siedzi Barney, i mówił nam, za co i za kogo modlił się w synagodze. I co czuł w swoim sercu! Bliskość Boga! Ale dzisiaj, ci młodzi Amerykanie nawet nie pomyślą o swojej umęczonej matce! Czy myślą o mitzuoth? Leah! Powiedz mi, o czym oni myślą?

Leah spojrzała na Barneya i zarumieniła się. W popłochu puściła rękę pani Blitz, ale ta z kolei przytrzymała ją mocnym uściskiem, patrząc na nią z oburzeniem.

– Myślisz o poślubieniu takiego gnifa? Chcesz go stąd zabrać? O, nie, on ma obowiązki! Obowiązki wobec swojej matki! Poczekaj tylko, a zobaczysz! Ten młody mężczyzna już wziął ślub ze swoją wiarą! Dzisiaj wieczorem urządzimy mu zaślubiny! Ale nie z tobą, piękna, młoda damo! O, nie. Ożeni się ze swoimi obowiązkami! Ze mną!

Riboyne Shel O'lem., pomyślał Barney. To dlatego ubrała się w swoją ślubną suknię.

– Mamo – powiedział. – Czy nie moglibyśmy teraz po prostu zjeść kolacji, a porozmawiać o tym później?

Leah pospieszyła mu z pomocą:

– Ta siekana wątróbka z kurczęcia jest wspaniała. Czy mogłabym dać przepis mojej matce?

Feigel Blitz dotknęła czoła koniuszkami palców, jak gdyby się żegnała.

– Być może zawinił twój ojciec – wymamrotała. – Był pobożny, tak, ale obciął payess, chciał wyglądać jak Amerykanin. Amerykanie nie mają payess, powiedział! Czy widziałaś kiedyś Amerykanina z pejsami? W dwa dni po przyjeździe tutaj, po opuszczeniu Wyspy Eliasza, obciął pejsy, a niedługo po tym obciął i zgolił brodę. Tego dnia, kiedy obciął pejsy, płakałam całą noc. Twój biedny ojciec.

David położył na stole widelec.

– A ja ciebie znam – powiedział do Leah z dziecinną prostotą. – Spotkałem ciebie przedtem.

Leah spojrzała na Barneya. Barney pokręcił powoli głową.

Szabasowa kolacja dobiegała końca, przerywana od czasu do czasu wybuchami gniewu Feigel Blitz oraz bezsensownymi, pustymi komentarzami Davida. Barney przez cały czas miał dreszcze, czuł się jak mumia zawinięta w stumetrowy bandaż, był zbyt spięty, żeby powiedzieć coś sensownego czy pobożnego. Kiedy kolacja się skończyła, odszedł od stołu i poszedł prosto do swojego pokoju. Stał w ciemności z zaciśniętymi pięściami i szczękami i modlił się do Boga, żeby dał mu siłę przetrwać. Robił to goręcej niż kiedykolwiek.

O Boże. Królu Niebios, daj mi siłę, żebym wytrwał z matką. Daj mi wiarę, żebym mógł być takim, jakim ona chce, żebym był. Daj mi spokój. Ale przede wszystkim, dobry Boże, pozwól mi uwierzyć, głęboko w sercu, że jestem prawdziwym Żydem. Chcę to czuć w moich kościach oraz w mojej krwi, którą odziedziczyłem dzięki wierze mojego ojca, jego ojca oraz ojca jego ojca.

Nagle usłyszał delikatne stukanie do drzwi. Barney otworzył oczy i odwrócił się. Stukanie powtórzyło się.

– Barney? To ja, Leah.

Otworzył drzwi. Pocił się. W przyciemnionym świetle korytarzowych lamp mógł zobaczyć, jak świecą się jej oczy i błyszczą usta. Z łagodnością, z jaką nie zwracał się do nikogo, powiedział:

– Leah? Co się stało?

– Chcę ci powiedzieć, że to nie jest twoja wina – wyszeptała. – To, co twoja matka powiedziała podczas kolacji, ja wiem, że ona jest…

– Sąsiedzi nazywają ją meshuggeneh - wtrącił Barney beznamiętnie.

Po przedstawieniu, które urządziła jego matka podczas kolacji, poczuł, że nie musi już być wobec niej lojalny. Ale w dalszym ciągu nie mógł powstrzymać się od łez.

Leah dotknęła jego ręki.

– Rozumiem. Dlatego właśnie przyszłam ci to powiedzieć… nie jestem przeciwko tobie, lubię cię, Barney. Zawsze byliśmy dobrymi przyjaciółmi.

– Tak – powiedział ochrypłym głosem.

Stali i patrzyli na siebie w milczeniu przez następnych kilkanaście sekund. Barney, przez ułamek sekundy, zobaczył siebie, jak siedzi obok niej pod wózkiem ulicznego sprzedawcy na rogu ulic Hester i Clinton; są odgrodzeni od ulicy zasłonami z płótna, które wiszą aż do ziemi z każdej strony wózka. Było tam przyjemnie i ciemno, czuli się jak we własnym domu. Dorośli byli niczym więcej jak szurającymi po chodniku butami pozbawionymi właścicieli i przesuwającymi się jak na paradzie. Leah musiała mieć wtedy siedem albo osiem lat. Był rok 1858. Ojciec Barneya został uratowany przez ojca Leah, chociaż nikt z rodziny o tym nie wiedział. Leah miała na sobie szmaragdowozieloną sukienkę, emanowała ciepłem dziecięcym, pachniała delikatnie perfumami. Barney często zastanawiał się, kiedy zakochał się w Leah i teraz doszedł do wniosku, że to musiało stać się wtedy.

Leah podniosła rękę do góry i dotknęła jego policzka.

– Nie pozwól jej, żeby uczyniła cię nieszczęśliwym – powiedziała.

Potrząsnął głową. Zamilkli i dalej stali, patrząc na siebie. Barney nie zapomniał tej sceny do końca swoich dni. Patrzyła na niego z lekko przechyloną na bok głową, z błądzącym uśmiechem na ustach.

– Kocham cię – powiedział, może nie tak dobitnie, jak powinien to zrobić kochanek, nie starał się przy tym powiedzieć nic innego niż to, że kochają za to, że jest Leah, i za to, że jest mu oddaną przyjaciółką, kiedy naprawdę jej potrzebuje.

Teraz już wyraźnie się uśmiechnęła, odwróciła i zeszła korytarzem do kuchni. Barney zobaczył tam matkę zmywającą naczynia. Widział też Davida opartego niedbale o futrynę drzwiową, chrupiącego ogórki konserwowe. Cóż za szabat, pomyślał i ponownie zamknął drzwi od swojej sypialni. W ciemności przycisnął dłonie do twarzy tak, że już zupełnie nic nie widział.

Wiedział, że ma przyjaciół. Wiedział, że ma meshpocheha, który mu pomoże. Ale to było za mało. Przecież miał dopiero dziewiętnaście lat, a musiał pilnować krawieckiego interesu oraz zwalczać opozycję w osobach Irvinga i Hymana i radzić sobie z ciągłymi wybrykami matki. A tego już było za wiele. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że od sześciu miesięcy nie miał żadnej wiadomości od Joela. Brat nie napisał ani jednego listu. Czuł się tak, jak gdyby dźwigał Blitzów na własnych barkach niczym worek wypełniony wierzgającymi koźlętami.

Później, w saloniku, przy szabasowych świecach czytał głośno fragmenty z piątej Księgi Mojżesza.

– Nie dasz w ofierze Panu, twojemu Bogu, wołu czy owieczki, które nie są doskonałe, ponieważ obrazisz tym Pana, twojego Boga.

Matka siedziała po drugiej stronie stołu, ręce położyła na kolanach, przymknęła powieki, ale pomimo to Barney widział jej błyszczące oczy. David nawet nie starał się słuchać. Bawił się frędzelkami obrusa i uśmiechał się od czasu do czasu do Leah. Ona natomiast była skupiona, chociaż wyraźnie skrępowana. Czasami szeptała słowa Torah razem z Barneyem.

– Jeżeli między wami znajdzie się mężczyzna, czy kobieta… którzy odejdą i będą służyć innym bogom i będą oddawać im cześć, czy to słońcu, czy księżycowi, czy gwiazdom, sprowadźcie tego mężczyznę, czy tę kobietę z powrotem i ukamienujcie na śmierć.

W końcu, chociaż było dosyć wcześnie, udali się na spoczynek. Matka Barneya odeszła od stołu bez słowa, nawet ich nie pożegnała. Leah miała spać w pokoju Joela, a David miał spędzić noc na rozkładanej kanapie. Ta kanapa, obwieszona i wytarta od częstego używania, była miejscem spoczynku tylu oyrechów, że Barney nawet nie pamiętał ich twarzy. On i Joel pomagali ojcu taskać ją po schodach na dół, na małe podwórko, gdzie była obficie posypywana perskim proszkiem przeciwko insektom, który skutecznie zabijał wszelkiego rodzaju pluskwy, robaki i pchły.

Barney przebrał się w nocną koszulę, stanął przy oknie, na którego szybach wisiały krople deszczu, i spojrzał na podwórko otoczone ponurymi kamienicami. W każdym z tych domów, na zewnątrz kuchennych okien, wisiały sznurki do suszenia bielizny, a na niektórych z nich „suszyły się" pościele i kilimy ciężkie od wody. Powyżej sznurków rozciągało się nocne niebo z plamami chmur.

Wgramolił się na łóżko. Obok niego, na małej drewnianej półce, leżała oprawiona w skórę Torah, którą dał mu ojciec w tym samym czasie, kiedy podarował mu modlitewny szal, tallis, w dniu jego Bar Mitzimh. Stała tam również przydymiona fotografia Joela, już nieco wyblakła od słońca, które zaglądało do sypialni Barneya na godzinę dziennie.

Położył głowę na poduszkę i cichutko odmówił modlitwę. Pobłogosławił matkę w nadziei, że Pan przywróci jej zdrowie. Modlił się za Joela, gdziekolwiek był; modlił się za siebie, żeby miał cierpliwość, rozum i siłę, aby stawić czoło najbliższym latom.

Zasnął, i niemalże natychmiast przyśniła mu się Leah. Śniło mu się, że biegł ulicą Hester w kierunku Bowery, krzycząc za nią z wysiłkiem, żeby zatrzymała się. Ale ona biegła dalej, nie odwracając się do tyłu, zanurzając się w tłum popołudniowych klientów, z rozwianą sukienką ginącą w kalejdoskopie barw, światła i cienia. Był ciężki sierpniowy dzień na Lower East Side. Nie mógł złapać tchu, ulotniła się cała jego energia. Czuł się tak słaby, że obawiał się, iż zaraz się przewróci i wpadnie do rynsztoka.

Niespodziewanie obudził się. Otwierając szeroko oczy, zaczął uważnie nasłuchiwać. Słyszał, jak Leah ciężko dyszy w sąsiedniej sypialni – wydawała jakieś dziwne, zduszone dźwięki, jak gdyby cierpiała na astmę albo była podniecona. Po chwili jęknęła:

– Nie, nie, Davidzie, nie!

Barney odrzucił pierzynę i wyskoczył z łóżka. Szarpnął drzwi od sypialni. Drzwi od pokoju Leah były otwarte na oścież, a jej nocna lampka jeszcze się paliła, chociaż knot był tak nisko przykręcony, że na początku Barney nic nie widział, tylko cienie.

Leah ponownie krzyknęła i rzuciła się na łóżku; teraz już rozumiał, co się tutaj działo.

To był David. Dziecinny, śmieszny David. Leżał na łóżku obok Leah, mając jedną nogę przerzuconą przez jej biodra. Koszula nocna, którą miał na sobie, a którą pożyczył od Barneya, była zadarta wysoko do góry, tak że Barney widział jego tłuste pośladki i kawałek sterczącego, fioletowego penisa. Rzucał się na Leah, wykonując ruchy zjadliwej marionetki, wyglądał jak ogarnięty furią Pinokio. Leah miała ręce ponad głową, uwięzione w staniku i koronkowych rękawach nocnej koszuli i walczyła, żeby się uwolnić. Barney z przerażeniem ujrzał jej duże sutki oraz zaokrąglone uda. Barney złapał Davida za fałdy nocnej koszuli, szarpnął, ale pękła z głośnym trzaskiem. Leah zapiszczała i widząc szansę, spróbowała się uwolnić, ale David odepchnął Bar-neya z siłą lunatyka i rzucił się na nią, mocno przywierając do jej ciała. Barney złapał go jeszcze raz i tym razem udało mu się go ściągnąć na podłogę z krawędzi łóżka.

– Jesteś szalony! – wrzasnął Barney tak głośno, że natychmiast zabolało go gardło. – Jesteś szalony!

David zaczął uciekać na czworakach po dywanie, z tyłkiem wysoko uniesionym w powietrzu. Barney kopnął go tak mocno, że chłopak aż potoczył się pod zielone biurko i zawył, chwytając się za głowę.

Barney wpadł we wściekłość, która gwałtownością w niczym nie ustępowała huraganowi na morzu. Podbiegł do Davida, szarpnął go do góry tak, że ten stanął na równe nogi, i rzucił na biurko. David uderzył w nie plecami i upadł z powrotem na podłogę, a za nim poleciał deszcz szpilek do włosów, grzebyków i szczotek.

– Jesteś wstrętny! – wrzeszczał na niego Barney. – Wstrętny, szalony i chory!

David potoczył się do stołu i złapał za nogę, próbując się podźwignąć. Jego twarz była biała jak kreda, z nosa zwisały mu smarki. Barney złapał go jeszcze raz, próbując postawić na nogi, ale cienka, znoszona bawełna jego nocnej koszuli nie wytrzymała i pękła na całej długości, a David osunął się na ziemię jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Barney rozchylił materiał, poszukał głowy Davida, złapał go za włosy i mocno szarpnął, wyrywając duży pęk. Barney był w takim stanie, że nic do niego nie docierało, nie kontrolował się, nie myślał, był ogarnięty szałem. Uderzył Davida pięścią w kość policzkową, a potem walnął go między oczy. Szarpał go, kopał, okładał pięściami, a David leżał na podłodze, przewalając się z boku na bok, wrzeszcząc wniebogłosy i wyjąc za każdym uderzeniem.

W końcu, szczękając zębami w szoku, Barney stanął nad Davidem, zupełnie wyczerpany. Leah klęczała na łóżku z zarzuconym na ramiona kocem. Jej twarz była twarzą Leah, którą tak dobrze znał, ale jakby trochę inną. Była jak twarz, którą widzisz, niespodziewanie pochylając się nad miednicą z wodą.

– Barney – powiedziała z rozpaczą. – Barney… Barney ją usłyszał, ale nie zareagował. Gniew nie wypalił się w nim jeszcze do końca.

– Jakby jeszcze tego brakowało – wycharczał. – Jakby mało było kłopotów z interesem, jakby mało było problemów z Irvingiem i Hymanem. Jeszcze ciebie tu brakowało! Co ja mam zrobić? Czy mam się tobą opiekować do końca życia? Czy mam cię prowadzić za rączkę, ty przygłupi golemie? Przecież ja nie mogę tego robić! Nawet nie chcę! Jesteś szalony, jesteś niczym więcej jak szalonym lunatykiem!

Oparł ręce na biurku, ciężko dysząc. David nie podnosił się z podłogi, leżał w kałuży krwi, która ciekła mu z nosa, i kwilił.

– Ten wszawy interes jest wszawym interesem nawet bez twojej pomocy! – Barney wrzasnął na niego. – Kupa śmierdzących, źle wychowanych staruchów i durnowatych bab! Mam gdzieś materiały, gazowe oświetlenie i walkę, żeby jakoś to było! Mój Boże w Niebiosach, Davidzie, gdyby nie ta wariatka, która nazywa siebie moją matką, nie zostałbym tutaj ani chwili dłużej! Joel miał rację, że wyjechał. To właśnie powinienem zrobić: wyjechać i zostawić całe to jęczące, kwękające, zwariowane bractwo i pozwolić, żebyście udusili się własnym smrodem.

Nagle zapanowała głęboka cisza. Czasami tak bywa, kiedy czujesz, wiesz na pewno, że właśnie umarł ktoś bliski. David po omacku pełznął w kierunku łóżka, kaszlał, ciągnąc za sobą poplamioną krwią koszulę. Leah popłakiwała, łzy błyszczały w skąpym świetle lampki oliwnej, palce przyciskała do ust.

– Wariatka? – rozległ się cichy, przejmujący głos.

Barney spojrzał w kierunku drzwi. Na korytarzu, mając jeszcze na sobie swoją ślubną suknię, stała jego matka. Ręce miała splecione w jakimś skromnym geście, jak gdyby pozowała do ślubnej fotografii. Włosy były w nieładzie, nie miała butów na nogach, ale uśmiechała się.

– Mama? – zdziwił się Barney. – Mamo, przepraszam. Nie chciałem. Straciłem głowę. Ten… David, rzucił się na Leah. Nie wiedziałem, co mówię. Mamo?

– Chcesz wyjechać? – zapytała pani Blitz. – Chcesz mnie zostawić, tak jak to zrobił twój ojciec, tak jak twój brat, Joel. Czy tego właśnie pragniesz?

– Pani Blitz – wtrąciła się Leah, przełykając łzy. – Pani Blitz, on nie chciał.

– Byłeś niewolnikiem w kraju egipskim. – David wymamrotał z cierpieniem.

– No cóż, nareszcie poznałam prawdę – powiedziała Feigel Blitz. – Teraz już wiem wszystko. Wariatką mnie nazywa. Wariatką! Po tylu latach małżeństwa! Czy byłam wariatką w dniu, kiedy mnie poślubiłeś? Czy kiedy ze mną tańczyłeś, czy myślałeś wtedy, ta dziewczyna to wariatka? Czy tak myślałeś przez wszystkie te lata? Co? Jacobie, zadałam ci pytanie!

Słysząc imię ojca, Barney odniósł niespodziewane wrażenie, że ktoś wbił w jego ciało tysiące igieł. Rzadko kiedy było ono wymawiane, zarówno przez Feigel, jak i przez Barneya. Nawet przyjaciele rodziny żyli w przekonaniu, że imię Jacob było prawie święte, a przy tym tabu. Imię, którego w obecności pani Blitz nie wolno było wymawiać lekkim tonem.

– Mamo? – powiedział Barney, idąc wolno w jej kierunku. – Mamo, to ja, Barney.

– Nie zostawisz mnie – powiedziała z przekonaniem, kręcąc głową na boki wystudiowanym ruchem. – Nigdy mnie nie zostawisz. Nigdy więcej.

Odwróciła się i niepewnym krokiem poszła korytarzem do kuchni. Zamknęła za sobą drzwi i przekręciła klucz. Barney westchnął głęboko.

– Idź doprowadzić siebie do porządku – powiedział do Davida. – W mojej sypialni jest wiadro z wodą i miednica.

David oddalił się chyłkiem, trzymając się w bezpiecznej odległości od Barneya. Barney zignorował go i spojrzał na Leah.

– Nie zdziwię się, jeżeli będziesz chciała, żebym cię zaprowadził do jakiegoś innego domu – powiedział. – Może do państwa Feinbaumów?

– Nie. Ze mną wszystko w porządku. Jestem tylko smutna, bardziej niż kiedykolwiek byłam. On mnie nie skaleczył. – Ciągle jeszcze miała łzy w oczach i trzęsły jej się ramiona.

– Nie wiem, co powiedzieć. Nie wiem nawet, czy potrafię wszystko naprawić.

– To nie była twoja wina, Barney. Nie mogłeś wiedzieć.

– Już drugi raz mi przebaczasz.

– Czy chcesz, żeby ci było przebaczone? – zapytała. Wolnym ruchem potarł kostki u rąk. Na pięści miał zdarty naskórek – efekt uderzenia Davida w zęby.

– Chciałbym być gdzieś indziej – odpowiedział. – Obojętnie gdzie, byle nie tutaj.

– Napiłabym się herbaty – powiedziała Leah. – Czy myślisz, że pogwałcę szabat, jeżeli zrobię herbatę?

– Nie. W takich okolicznościach na pewno nie – powiedział Barney. – Pójdę nastawić czajnik.

Poszedł z powrotem do swojego pokoju i narzucił na ramiona stary, znoszony, kasztanowego koloru szlafrok, który kiedyś należał do ojca. David stał w kącie i starannie obmywał zimną wodą opuchnięte usta. Nie odezwał się, kiedy wszedł Barney. Zamarł w bezruchu i nie poruszył się, dopóki Barney nie wyszedł.

Barney podszedł do kuchennych drzwi i spróbował je otworzyć. Były zamknięte na klucz, więc zapukał.

– Mamo? Otwórz, to ja, Barney.

Nie było odpowiedzi. Zastukał głośniej i zawołał:

– Mamo! Otwórz drzwi!

Zastanawiał się przez chwilę, czy przypadkiem nie wyszła. Jeżeli tak, to David i Leah mieli odcięty odwrót, ponieważ swojego czasu ich stary przyjaciel Daniel Lipschitz powiększył kuchnię, zamurowując część korytarza, tak że jedyna droga do sypialni wiodła przez kuchnię. Teraz już zapukał bardzo głośno.

– Mamo! Posłuchaj, wcale nie zamierzam cię zostawić! Obiecuję! Tylko otwórz drzwi!

Usłyszał szuranie, a zaraz potem głuche uderzenie – jak gdyby matka uderzyła ciałem w drzwi.

– Mamo! Czy wszystko z tobą w porządku? Słyszałaś, co powiedziałem?

– Obiecujesz? – zapytała matka niewyraźnym szeptem.

– Mamo, obiecuję. Nie wiedziałem, co mówię. David napastował Leah i straciłem rozum. Czy możesz to zrozumieć, mamo? Mamo?

Czekał. Niecierpliwie poruszył klamką.

– Mamo, otwórz drzwi, natychmiast.

W końcu usłyszał, jak w zamku wolno poruszył się klucz. Tani mechanizm zazgrzytał i ponownie zapanowała cisza. Popchnął drzwi, ale udało mu się otworzyć je tylko na kilka cali; wyglądało na to, że matka się o nie opierała.

– Mamo, czy możesz odejść od drzwi? – zawołał. – Co ty robisz, mamo? Opierasz się o drzwi. Zrób krok do tyłu!

Matka wydawała charczące dźwięki. Zdał sobie sprawę, że wydarzyło się coś strasznego, że matka popełniła jakiś szkaradny czyn. Naparł mocno na drzwi i przecisnął się przez szparę. Kiedy już był w środku, drzwi zatrzasnęły się za nim pod naporem bezwładnego ciała. Matka patrzyła na niego i śmiała się z jego przerażenia.

Była cała pocięta kuchennym nożem. Na czole widniały małe trójkątne rany, kiedy próbowała wbić nóż w swoją głowę. Z pociętych policzków lała się strumieniami krew i spływała po szyi. Na piersiach, w miejscu, gdzie bezlitośnie wbijała ostrze, koronka sukienki była oblepiona posoką. Cała kuchnia poznaczona była krwawymi odciskami dłoni, upstrzona jasnoczerwonymi plamami.

Barneyowi zrobiło się niedobrze. Ściany kuchni zaczęły się kołysać jak szalki uchylnej wagi, której centrum stanowiła uśmiechnięta twarz matki. Po chwili, z niestosownym chichotem, osunęła się na ziemię.

– Leah! – zawołał Barney. Jego głos echem odbijał mu się w głowie. – Leah, na pomoc!

W drzwiach pojawiła się twarz Davida z posiniaczonymi policzkami. Rzucił okiem na panią Blitz, zauważył kałuże krwi i zapytał z dziecinną desperacją:

– Co się stało? Barney, co się stało?

Barney ukląkł obok matki. Jej zalane krwią oczy spojrzały na niego. Wyszeptała:

– Jacobie?

Barney wziął ją za rękę. Była lepka od krwi, wyglądała jak pomalowana.

– Feigel… – powiedział. Nigdy przedtem nie nazywał ją po imieniu. – Ptaszyno.

– Kochasz mnie, prawda? – mówiła błagalnym głosem. – Nie zostawisz mnie?

– Nie – odpowiedział. Zaczął płakać. – Nie, Feigel, nie zostawię cię.

– Tak długo cię nie było – powiedziała. Teraz krew zaczęła wypływać jej z ust, kapiąc na linoleum. – Nigdy więcej mnie już nie zostawiaj. Proszę, Jacobie.

Uszło z niej życie, ale oczy miała ciągle otwarte. Jej ręka opadła na podłogę. Barney podniósł głowę do góry, wykrzywiając żałośnie usta, i zauważył Leah, stojącą w drzwiach, zesztywniałą ze strachu.

– Zabiłem ją – powiedział Barney. – Zabiłem własną matkę.

Leah zaczęła wycofywać się z kuchni, przyciskając ręce do policzków. Wpadła na Davida, który stał w korytarzu, obgryzając paznokcie, zmartwiały ze zgrozy. Spojrzała na niego, jak gdyby nie wiedziała kim był.

Barney wstał. Otarł łzy ręką, brudząc policzki krwią matki. Kiedy w końcu przyjechał doktor Seligman, jakąś godzinę później, Barney stał przy piecu kuchennym, twarz miał ukrytą w dłoniach i czekał, aż zagotuje się woda w czajniku.

– Herbaty? – zapytał doktora Seligmana. Doktor Seligman wyjął binokle, rozejrzał się dookoła i szybko potrząsnął głową.

Listy od Joela znalazł po pogrzebie. Siedział na łóżku matki, przerzucając papiery, oglądając kosztowności, i nagle zauważył paczuszkę starannie zawiniętą w chustę. Znalazł trzy listy.

Pierwszy był z Liverpoolu, z Anglii. Kiedy płynęli przez Atlantyk, morze było wzburzone i Joel cierpiał na morską chorobę przez trzy dni; ale później ocean uspokoił się, pogoda wyklarowała i wszystko było dobrze. Pisał, że ją kocha, i przesyłał pozdrowienia dla Barneya. Liverpoolczycy byli osobliwymi ludźmi, którzy nigdy nie mówią, że dokądś idą, ale że dokądś „zdążają".

Kolejny list był z Kapsztadu. „Mamo, koniecznie powiedz Barneyowi, cóż to za miejsce! Jakie możliwości!" Trzeci list, najbardziej poplamiony i pognieciony, dotarł około dwóch tygodni temu, a wysłany został z Orajerivier w Afryce Południowej. Joel zainwestował pieniądze, które zarobił na statku, w niewielką farmę i uprawiał ziemię. „Proszę, pozwól Barneyowi wyjechać do mnie. Bardzo potrzebuję jego pomocy i wiem, że Barneyowi spodoba się tutaj. Nie zamykaj go w warsztacie krawieckim – Moishe sam sobie poradzi. Mamo, pracując tutaj razem, zrobimy fortunę. To jest prawdziwa goldeneh medina!"

Barney złożył listy i włożył je z powrotem do kopert. Siedział na łóżku, nie poruszając się, i wpatrywał się w nie. Z korytarza dochodził go głos matki Leah, która mówiła podniesionym głosem.

– Takiemu levaya nie oddałabym nawet psa! Czy nie słyszałaś, co mówił rabbi?

Dopiero teraz zrozumiał, jak jego matka musiała potwornie cierpieć. Kochała ojca tak bardzo, że jego śmierć postrzegała jako rozmyślną ucieczkę. To nie Bóg sprawił, że cierpiała. To musiała być wina Jacoba. I kiedy wyjechał Joel, jej przypuszczenia się potwierdziły. To były jakieś dziedziczne obciążenia w rodzinie Blitzów, że młodzi mężczyźni mieli skłonności do ucieczek i stawali się nieposłuszni. Wkrótce miała zostać zupełnie sama, pozbawiona miłości, nieprzydatna.

Barney spojrzał na swoją prawą dłoń, na białą, na cal długą bliznę między kciukiem a palcem wskazującym. Doktor Seligman nic nie powiedział, kiedy Barney poprosił go, żeby mu ją zeszył, ale być może, doktor Seligman dokładnie wiedział, co nieubłaganie miało się wydarzyć. Może widział to oczami wyobraźni.

Usłyszał, jak ktoś niezdecydowanie puka do drzwi sypialni.

– Proszę wejść – powiedział.

To byli Irving i Hyman, zakłopotani i rozdygotani. Irving powiedział:

– Przyszliśmy ci powiedzieć, jak nam jest przykro. Taki szok, wiesz, a twoja matka była taką cudowną kobietą. Świętą.

– Świętą? – zdziwił się Barney. Zapanowała niezręczna cisza.

Hyman, nerwowo i przepraszająco, wzruszył ramionami.

– Zamierzasz prowadzić dalej interes? – zapytał Irving. – Blitzów, Krawców?

– A czy znasz jakiś powód, dla którego nie powinienem?

– Nie, wcale nie. Tylko zapytałem.

– A więc wszystko w porządku – powiedział Barney. – Dopóki wy jesteście szczęśliwi. W każdym razie zawsze możecie skorzystać z oferty Sussmana.

– Sussman – prychnął Hyman. – Dlaczego mam iść do Sussmana?

– To już twoja sprawa – odpowiedział Barney. – Sprzedaję swoje udziały Moishemowi. Wycofuję się.

Irving zmarszczył brwi.

– Nie możesz tego zrobić. To był interes twojego ojca.

– Mój ojciec nie żyje, mówię ci o tym, gdybyś zapomniał. A niedawno zmarła moja matka, co zwalnia mnie od odpowiedzialności za prowadzenie dalszej działalności. Mam dosyć, Irvingu. Przykro mi.

– Ale przecież dobrze ci idzie.

– Kilka dni temu myśleliście inaczej. Chcieliście zamówień, nie gotowych ubrań. Dalej, Irvingu, niech sentymentalizm nie zaćmi twojego rozumu. Jesteście w krawiectwie od czterdziestu lat. Niedoświadczony młodzik będzie wam mówił, jakie szyć ubrania?

– Dostarczyliśmy mundury Akademii – powiedział Hyman. – Przyznali, że wykonanie jest znakomite. Niedługo złożą następne zamówienie.

Barney zebrał listy i papiery leżące na łóżku – dowody tożsamości matki, świadectwo urodzenia, listy od przyjaciół i krewnych, którzy zostali w północnych Niemczech.

– To dobre wieści – powiedział, nie podnosząc wzroku. – Szkoda, że będziecie musieli powrócić do prywatnych zamówień.

Ponownie ktoś zapukał do drzwi. Weszła Leah. Barney wstał z łóżka i wyciągnął do Irvinga rękę, zrobił to pewnie i zdecydowanie, jak mężczyzna, który potrzebuje przyjaźni, a nie przebaczenia. Irving uścisnął ją i uśmiechnął się z żalem.

– Szkoda, że odchodzisz. Zakład Blitzów już nie będzie taki sam, skoro nie będzie w nim żadnego Blitza.

– Prawdopodobnie będzie lepszy – powiedział Barney. Irving i Hyman wyszli, a Leah podeszła bliżej. Stanęła i długo na Barneya patrzyła, zanim cokolwiek powiedziała.

– Moishe Teitelbaum powiedział mi, że pozbywasz się udziałów.

Pokiwał głową.

– Czy… czy nie działasz zbyt pochopnie z powodu tego, co wydarzyło się w piątek wieczorem?

– Nie – odpowiedział krótko. – Zawsze chciałem to zrobić. Odkąd Joel wyjechał.

– Zostaniesz w Nowym Jorku?

– A po co? Ze względu na to zaniedbane mieszkanie na Clinton Street? Przez wzgląd na pamięć o matce?

– Dla mnie – powiedziała Leah.

Barney położył rękę na zimnym mosiężnym oparciu. Sypialnia stała się nagle ciasna, duszna i zagracona. Na toaletce matki leżała szczotka do włosów z wplecionymi jej włosami. Wbrew zwyczajom europejskich Żydów, rodzina Feigel nie goliła córkom włosów, kiedy wychodziły za mąż. Biblia nie nakazywała kobietom, żeby nosiły shaytl, perukę; co prawda, matka Feigel protestowała, ale poszła na kompromis i zgodziła się, żeby Feigel miała na głowie chustkę.

– Muszę wyjechać – powiedział Barney. – Nic mnie tu nie trzyma, nic dobrego mnie tu nie spotkało.

– Kocham cię – powiedziała Leah prosto z mostu. Barney dotknął jej dłoni. Były małe i zimne.

– Wydaje ci się, że mnie kochasz – powiedział. – Ale czy spotykałaś się z innymi mężczyznami? Nie myślę o tych dobrze ułożonych chłopcach, których twoja matka zapraszała na herbatę. W porównaniu z nimi, każdy wydałby ci się godny miłości.

– Ale ja ciebie kocham – powiedziała zdecydowanym tonem.

Pocałował ją w czoło.

– I tak wyjadę. Chcę być bogaty, Leah. Kiedy wrócę do Nowego Jorku, chcę kupić posiadłość na Third Avenue. Daj mi dwa lata, to wszystko, wrócę i obsypię cię złotem. Oczywiście, jeżeli jeszcze będziesz mnie chciała. Potarła policzki palcami.

– Matka zawsze mi mówiła, że przypominasz tych twardzieli z Bowery.

Złapał ją za nadgarstki. Następnie podniósł jej ręce do góry i ucałował. W jej oczach błyszczały łzy.

– Nie zapomnisz wrócić, prawda? – zapytała. Potrząsnął głową. Rozległo się głośne pukanie do drzwi.

Tym razem był to rabbi Levitz, krępy i grymaśny mężczyzna z rudą brodą i małymi okularami na nosie.

– Proszę wejść, rabbi – zaprosił go Barney. – Rozmawialiśmy o pogrzebie.

Rabbi podniósł do góry rękę.

– Błogosławię was – powiedział. – Tworzycie wspaniałą parę.

Leah odwróciła się, żeby wyjść.

– Być może, pewnego dnia… – powiedziała łagodnie. Rabbi Levitz uśmiechnął się do niej, kiedy szła w kierunku drzwi.

– Właśnie o tym chciałbym z tobą porozmawiać – zwrócił się do Barneya. – Czy nie powinniście pomyśleć o ślubie? Leah Ginzberg jest niezłą partią.

Barney przetarł oczy.

– Jestem zmęczony, rabbi. Właśnie pochowałem matkę. Nie chcę rozmawiać o małżeństwie.

– Chcesz wyjechać, prawda? Moishe powiedział mi…

– Tak. Myślałem o Kalifornii. Ale znalazłem list od Joela, z Afryki Południowej. Pisze, że kupił farmę i chce, żebym mu pomógł. No cóż, w takim układzie, myślę, że pojadę.

Rabbi jeszcze raz podniósł do góry rękę.

– Powinieneś zabrać ze sobą żydowską narzeczoną. Może właśnie taką dziewczynę jak Leah. Nie możesz przewidzieć, jakiego rodzaju kobiety spotkasz w Afryce Południowej. Może schwartzeh?

Barney nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.

– W Afryce Południowej są Żydówki, rabbi. Rabbi Levitz wykrzywił się ze wstrętem.

– Może Holenderki. Ale nie lanclsleit. Na pewno nie Niemki.

Popatrzyli na siebie w milczeniu.

– No cóż – powiedział rabbi Levitz. – Nie chciałbym zajmować ci zbyt wiele czasu. Chcę ci tylko powiedzieć, że jest mi przykro z powodu twojej matki. Pamiętam Feigel, kiedy była śliczną, wesołą dziewczyną. Ona i twój ojciec byli moimi ulubieńcami.

– Czy moja matka jest w niebie? – zapytał Barney. – Pomimo…

Rabbi pokiwał głową.

– Była opętana przez diabła, dybbuka, i próbowała z nim walczyć najlepiej jak umiała. Kłuła się nożem, żeby się go pozbyć. Twoja matka jest w niebie, Barney, razem z twoim ojcem. Była porządną kobietą.

– A ja? – zapytał jeszcze raz Barney. – Czy znajdzie się miejsce w niebie i dla mnie?

– Dlaczego wątpisz? – zapytał rabbi.

– Sam nie wiem. Czasami czuję, że tracę wiarę. Czasami czuję się bardziej Amerykaninem niż Żydem.

– A nie możesz być jednym i drugim? Barney odwrócił wzrok.

– Próbowałem. Ale kiedy pomyślę o swoim ojcu, dziadku i pradziadku… to czuję, że jestem inny.

Rabbi złapał Barneya za ramię.

– To nieprawda – powiedział serdecznie. – Nie jesteś jedynym młodym mężczyzną, z którym rozmawiałem o tych sprawach i który tak to czuje. Twój ojciec odczuwał podobnie. Obciął swoje payessy, żeby łatwiej mu było robić interesy z gojami, i dlatego że chciał pokazać, iż przeszłość pozostawił za sobą. Tak to bywa z wszystkimi pokoleniami – pytania, wątpliwości, kim się jest. Niemcem czy Żydem? Amerykaninem czy Żydem?

– W takim razie jaka jest odpowiedź? – zapytał Barney.

– Należy studiować Torah, szukać oświecenia w słowach Boga, wykonywać swoje obowiązki z lekkim sercem. Oto odpowiedź.

– I tylko tyle? Rabbi uśmiechnął się.

– Najwybitniejsi mężowie w historii poświęcili swoje życie, aby postępować w myśl tych trzech przykazań, i zmarli niezadowoleni.

Po godzinie skończyła się skromna stypa. Do sypialni weszli Ginzburgowie, aby złożyć Barneyowi kondolencje – pan Ginzburg z żałobną miną podał Barneyowi rękę, a pani Ginzburg, z zaciśniętymi ustami, z pogardą na twarzy, rozglądała się po obskurnej sypialni jak wścibska kura. Kiedy wszyscy goście wyszli, przyszła pani Kowalski, która mieszkała piętro wyżej, aby posprzątać. Pani Blitz zawsze patrzyła na nią z góry – na tę ciemną Poylish opstairsikeh - ale pani Kowalski starannie pomyła kieliszki po winie, wytarła podłogę w kuchni, a później, wycierając ręce w fartuch, zapytała Barneya matczynym głosem, czy nie chce zjeść kolacji.

Barney, który siedział przy stole z ostatnim kieliszkiem wina w ręce, odpowiedział:

– Nie, dziękuję. Teraz muszę przyzwyczaić się do robienia pewnych rzeczy samodzielnie.

Pani Kowalski powiesiła fartuch na drzwiach.

– Powinieneś ożenić się – powiedziała z szerokim uśmiechem. – Cóż to za mężczyzna bez żony?

Moishe kupił od Barneya akcje Blitzów, Krawców, za 2123 dolary, chociaż w gotówce był w stanie wyłożyć tylko 750. Reszta została wpisana na hipotekę jego domu z frontem zrobionym z brązowego kamienia, na Suffolk Street, którego był właścicielem na spółkę ze swoim kuzynem, Avrumem, współwłaścicielem koszernego sklepu mięsnego na Brooklynie. Barney natychmiast wziął 150 dolarów i poszedł do biura żeglugi parowcowej Inmana, aby kupić bilet do Liverpoolu na parowiec „City of Paris": Następnie wstąpił do Lorda & Taylora i nabył nowy, lekki garnitur w kolorze khaki, dwie pary mocnych, płóciennych wysokich butów, koszule, bieliznę i grube skarpety. Kupił również rewolwer typu Colt Shopkeeper, ponieważ Joel opisał kolonię jako bardzo dziką.

W noc poprzedzającą wyjazd po raz ostatni wspiął się po schodach do warsztatu Blitzów. Wszyscy już poszli do domów, ale kiedy tak stał na głównym przejściu między ławkami, potrafił sobie ich wszystkich wyobrazić i wydawało mu się, że słyszy śmiechy dziewczyn, pobrzękiwanie nożyc oraz głuche uderzenia o stół bel materiałów, rozwijanych przez Hymana. Dotknął dłonią części drewnianej konstrukcji i spróbował przypomnieć sobie, jak wyglądał jego ojciec, pochylony nad wzorami, ubrany w swoją czarną, roboczą kamizelkę z dyndającym złotym łańcuszkiem od zegarka. Matka wysyłała go do niego z tacą przykrytą białą serwetą. Zazwyczaj były na niej latkes albo filety z ryby na zimno. Podczas posiłków ojciec brał Barneya na kolana i mówił: „Pewnego dnia, ty i ja, będziemy tutaj razem pracować".

Drzwi od warsztatu zaskrzypiały. To był Moishe. Ciężko dysząc, podszedł do Barneya i wręczył mu małą paczkę zawiniętą w brązowy papier.

– Byłem u ciebie w domu – powiedział, wycierając czoło. – Pani Kowalski powiedziała mi, że prawdopodobnie będziesz tutaj.

– Co to jest? – zapytał Barney, biorąc do ręki paczuszkę.

– Otwórz, a zobaczysz.

Barney powoli rozwinął paczkę. Wewnątrz było płaskie pudełko, a w nim starannie złożony, nowy szal modlitewny. Barney wziął go w ręce i założył sobie na ramiona.

– Jestem bardzo wzruszony – powiedział. – Dziękuję.

– Od nas wszystkich. Od Irvinga i Hymana również. Chcemy ci życzyć szczęścia, ale nie chcemy, żebyś o nas zapomniał.

– Nie umiałbym o was zapomnieć. Przykro mi, że was zawiodłem.

– Jak to, zawiodłeś? Jesteś młody, musisz myśleć o sobie. Musisz iść za głosem serca. Twój ojciec przyjechał do Ameryki, aby szukać szczęścia. Ty musisz pojechać gdzie indziej.

Barney z powrotem zapakował szal.

– Będzie mi brakowało Clinton Street – powiedział. – Mimo wszystkich problemów.

Moishe gwałtownie złapał go za ramię.

– Clinton Street będzie tęsknić za tobą.

Ranek był zimny, suchy i wietrzny. Barney zamknął za sobą drzwi od mieszkania i wyszedł na ulicę. Z wysiłkiem podniósł starą skórzaną walizę i poszedł Clinton Street w kierunku skrzyżowania z Hester. Głowę miał opuszczoną, starał się nie interesować widokami, które wkrótce miały należeć do przeszłości. Kiedy dotarł do narożnika, wiatr był tak przeszywający, że musiał podnieść kołnierz.

„City of Paris", jeden z pierwszych parowców na Atlantyku, otrzymał błękitną wstęgę za najszybsze pokonanie odległości między Liverpoolem a Nowym Jorkiem, płynąc z prędkością trzynastu i pół węzła. Ale podczas rejsu, na którym płynął Barney, przez pierwsze dwa tygodnie listopada 1868 roku, ocean był wzburzony, wyglądał tak, jak gdyby jakaś armia wojska rozbiła na powierzchni szare namioty, które zapadały się, podnosiły i znowu zapadały. Przez sześć dni parowiec rozwijał prędkość nie większą niż osiem węzłów. Barney, skulony na pokładzie drugiej klasy, ubrany w nieprzemakalny płaszcz, nigdy nie czuł się tak źle w swoim życiu. Był chory i zmęczony. Pod koniec pierwszego tygodnia zaczął już wierzyć, że na chwiejącym się pokładzie spędził lata. U góry rozciągało się granitowe niebo. Opętała go myśl, że nigdy nie uda mu się przepłynąć Atlantyku. Aby zabić czas, czytał ilustrowane magazyny albo grywał w karty z siedmioletnim angielskim chłopcem, który wspaniale znosił podróż i wygrywał trzy gry na cztery. Modlił się w kabinie, którą dzielił z pewnym Szkotem w wytartym, tweedowym ubraniu; czasami wspólnie walczyli z wiatrem i falami na pokładzie, trzymając się relingu, chwytając za liny i zataczając się w jakichś dziwacznych pas-de-deux na deskach, podczas gdy statek zapadał się w wodzie. Steward, który obsługiwał pasażerów drugiej klasy, żartobliwie określał ich próby jako mozolne, taneczne, chwiejne oraz wymiotne.

Kiedy dobijali do portu w Liverpoolu, mżył deszcz. „City of Paris" miał dwa dni spóźnienia i przez to Barney nie złapał parowca „Rubric", należącego do towarzystwa White Star, do Lizbony i dalej, płynącego wzdłuż wybrzeży Afryki, do kolonii na Przylądku. W hałaśliwej budzie pokrytej dachem z blachy falistej kupił dla siebie bilet na niemiecki statek „Weser", który odpływał za cztery dni. Później ciągnąc za sobą walizę, przeszedł się mokrymi, brukowanymi ulicami Liverpoolu, żeby znaleźć jakieś miejsce, gdzie można by się zatrzymać.

Podczas tych czterech dni czuł się podle i samotnie. Zatrzymał się w małym pensjonacie, prowadzonym przez masywnie zbudowaną kobietę, która hałaśliwie rechotała i piła czysty dżin zmieszany z lekką, tanią herbatą. Powiedziała Barneyowi, że jej mąż pojechał do Ameryki Południowej i że zawsze jest zadowolona i pełna otuchy. W pierwszej chwili myślał, że „zadowolenie" wynika z jej zamiłowania do trunków, ale kiedy pewnej nocy zapukała do drzwi jego sypialni i zaproponowała wypicie drinka u niej w łóżku, to zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest z tych kobiet, które przyjaciel jego ojca określał słowem jentz. Zawahał się przez moment, propozycja wydała mu się kusząca. Ciągle padał deszcz, był tysiące mil od domu i perspektywa spędzenia nocy w kobiecych ramionach była nęcąca. Mogła mieć zbawienny wpływ na jego psychikę. Ale powiedział sobie, że jest z nim Bóg, towarzyszą mu wspomnienia o przyjaciołach i przewrócił się na bok w swoim wąskim łóżku, próbując zasnąć. Syreny parowców grały żałobną kołysankę.

Trzeciego dnia przeszedł się wzdłuż Mersey, obserwując mewy, kołyszące się na szarej, sieczonej deszczem wodzie. Za nim znajdowały się doki, dymiły kominy statków żeglugi przybrzeżnej, pocztowo-pasażerskich oraz parowców pływających przez Atlantyk. Dobrze prosperujące, zbudowane z kamienia, wiktoriańskie budynki biur handlowych stały obojętne. Przed nim rozciągało się ponure ujście rzeki, a z boku, hen daleko, mokre, zielone wzgórza Cheshire.

Pomyślał o matce, wyobraził sobie, że idzie za nim, jakieś dwa, trzy kroki z tyłu, tak że nie mógł jej widzieć. Zatrzymał się i odwrócił, ale nikogo nie było. Tylko wilgotne, odbijające fale, kamieniste nabrzeże i rozciągające się u góry deszczowe niebo. Zmówił za nią modlitwę. Chciał ją sobie przypomnieć taką, jaka była przed śmiercią ojca – łagodną i uśmiechniętą. Pragnął zapomnieć krwawą jatkę w kuchni.

Zjadł posiłek u Weinmana, w małej żydowskiej restauracyjce niedaleko doków. Usiadł przy stole z klejącym się, marmurowym blatem i zamówił tłustą, słoną wołowinę. Właściciel był mrukliwy i nieprzyjazny: Barney nie potrafił zrozumieć jego liverpoolskiego jidysz. Ale następnego ranka, kiedy Barney wypływał, właściciel przegonił go od kasy, gdy chciał zapłacić 9 dinarów za śniadanie.

– Gdziekolwiek byś jechał, będziesz potrzebować pieniędzy – powiedział opryskliwie. – Spływaj, zanim zmienię zdanie, i powodzenia.

„Weser" był parowcem bocznokołowym należącym do linii Bremerhaven. Miał prawie dwadzieścia lat. Barney został ulokowany w nieforemnej kabinie przylegającej do osłony koła łopatkowego. Dzielił ją z portugalskim handlarzem wina, który pocił się obficie i bełkotał przez sen oraz spędzał całe dnie, gapiąc się ponuro w ocean i dłubiąc w zębach wykałaczką. Ale kiedy minęli Zatokę Biskajską i mieli już za sobą dzień zwłoki, naprawiając w Korunie pękniętą łopatkę, „Weser" płynął w kierunku południowym spokojnym morzem ze stałą prędkością siedmiu węzłów i każdego nowego dnia do kabiny Barneya przedostawało się więcej promieni słonecznych przez bulaj, było coraz cieplej i otucha wstępowała w jego serce.

Bocznokołowiec okrążył zamglone wybrzeże Sierra Leone, minął Wybrzeże Kości Słoniowej, Złote Wybrzeże oraz Wybrzeże Niewolnictwa.

Barney godzinami przebywał na pokładzie, nawet w porach posiłków, aby obserwować pokryte mgłą zielone wzgórza zachodniej Afryki, które powoli zostawały w tyle. Niebo było upstrzone pierzastymi chmurkami, ale żółtawego koloru woda, zabarwiona szlamem Nigru, ciągle odbijała promienie słoneczne.

Niedaleko zamku w Cape Coast, „Weser" rzucił kotwicę i zatrzymał się na jeden dzień, żeby uzupełnić wodę w zbiornikach i świeże owoce. Nie było tutaj portu i wszystko musiało być przewożone przez tubylców wiosłowymi łódkami, odważnie prującymi spienione bałwany oceanu. Barney oparł się łokciami o reling i przez całe popołudnie obserwował zbliżające się i oddalające łódki oraz załadunek owoców, które windowano w koszach na pokład. Nad rozrzuconymi dachami domków w mieście górował dziwaczny budynek, otoczony niskimi fortyfikacjami; przypominał trochę zamek, a trochę wiejski dom z wielką, łopoczącą na wietrze flagą Zjednoczonego Królestwa. Barney czuł zapach dżungli w powietrzu i słodki aromat przejrzałych owoców.

– Tak, nareszcie jakieś interesujące miejsce – zauważył Anglik o nazwisku Hunt, który wsiadł na „Wesera" w Lizbonie. Hunt był zawsze nieskazitelnie ubrany, elegancki i całkiem przystojny, ale miał tylko cztery stopy jedenaście cali wzrostu. W swoim białym tropikalnym ubraniu wyglądał jak dziesięcioletni chłopczyk z fałszywą brodą. Kiedy spotykali się na pokładzie, zawsze formułował luźne uwagi i kurtuazyjnie kłaniał się przy obiedzie.

– Ten zamek, Elmina Castle, był kiedyś imperium niewolnictwa. Wysyłano stąd tysiące niewolników do Ameryki – byli chwytani przez mieszkańców Ashanti i pędzeni w łańcuchach na wybrzeże. A więc można by powiedzieć, że właśnie tutaj rozpoczęła się wasza wojna domowa, jeżeli dokładnie się temu przyjrzeć.

– Chyba tak – odpowiedział Barney ostrożnie.

– Jesteś Amerykaninem, prawda? – zapytał Hunt.

– Tak. Amerykaninem. I Żydem.

Hunt odchylił klapy płaszcza i wsunął kciuki w kieszenie swojej wspaniałej białej kamizelki.

– No cóż – powiedział, wybuchając śmiechem, czego Barney wcale nie mógł zrozumieć. – Jestem pewien, że wkrótce będziesz musiał o tym zapomnieć.

– A to dlaczego?

Hunt oparł łokcie na relingu. Kolejna łódka dobijała do burty „Wesera" z ładunkiem cytryn.

– Mój drogi przyjacielu, nie dbam za bardzo, kim są moi kumple, ale w Kolonii na Przylądku jest mnóstwo facetów, którzy o to dbają. Nie jesteś Anglikiem, a więc nie będą przejmować się tym, gdzie chodziłeś do szkoły, ale dadzą ci do wiwatu, kiedy dowiedzą się, że jesteś jednym z Wybrańców. Może nie potraktują cię jak kogoś z plemienia Bantu, ale bardzo podobnie. A więc gdybym był tobą – przyjmij przyjacielską radę – zapomniałbym o pochodzeniu.

– Dlaczego mi to mówisz? – zapytał Barney. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

– Ponieważ cię lubię. Wyglądasz na porządnego gościa.

– Być może nim jestem, ale nie potrafię wyprzeć się swoich ojców tylko po to, aby zaprzyjaźnić się z kilkoma angielskimi bigotami.

Hunt podniósł brew do góry i teatralnie westchnął.

– Problem polega na tym, drogi przyjacielu, że ci angielscy bigoci są tutaj jedynymi ludźmi, nie licząc Holendrów, którzy posługują się kaczym językiem i jedzą tylko ser i szynkę. Oczywiście są i czarni, ale przypuszczam, że nie czułbyś się dobrze, obracając się tylko w ich towarzystwie.

– Mam tutaj brata. Napisał mi, że to kraj wielkich możliwości.

– Bo to prawda! Ale wszystko zależy od punktu widzenia. Możliwości – oczywiście! Ale jakiego rodzaju? Pracuję dla gubernatora, sir Philipa Woodhouse'a, i możesz przyjąć to za pewnik, że Kolonia na Przylądku jest zadłużona na ponad milion funtów. Nie ma tam bogactwa. Pomarańcze, bydło, kilka farm i to właściwie wszystko. Wszyscy klepią biedę. Dlaczego tam jedziesz – nie mam najmniejszego pojęcia.

Barney wyjął chusteczkę, złożył ją na czworo i wytarł pot z twarzy i karku. Zielone płótno zawieszone nad pokładem dla pasażerów drugiej klasy przypuszczalnie miało chronić przed słońcem, ale zamiast tego chroniło przed ożywczą bryzą i było pod nim pięć razy goręcej. Wyglądało na to, że „Weser" był gotowy do dalszej podróży. Wszystkie łódki odpłynęły, pokład drżał na całej długości, zaczęto gromadzić parę.

– Chcę zacząć wszystko od nowa – powiedział Barney. – Tylko dlatego tu przyjechałem.

– Postąpiłeś słusznie – powiedział Hunt. – Ale najpierw musisz poznać ludzi. Posłuchaj, mogę ci pomóc. Zabrać cię do Oranjerivier z kimś godnym polecenia – przedstawić panu Pellingowi z banku. Wy, żydowscy chłopcy, nie pijecie, prawda?

– Dlaczego pytasz?

– Bez powodu. Zastanawiałem się jedynie, czy nie poszedłbyś ze mną do mojej kajuty na kieliszek brandy. Znakomity gatunek, francuska. Kupiłem ją w Lizbonie.

– Nie, dziękuję – odpowiedział Barney.

– A może partyjkę remika? Nie na pieniądze, oczywiście, jedynie dla zabawy.

– Nie wiem – zawahał się Barney. Nie chciał być niegrzeczny. – W porządku – powiedział. – Na pół godzinki.

Hunt wyprostował się i przeczesał brodę palcami.

– Doskonale. Jestem zachwycony. Przyjdź za dziesięć minut. Kajuta 23C, przy prawej burcie. Zapukaj w ten sposób. – Pokazał, jak puka listonosz do drzwi, uderzając palcem w reling. Rat-ta-ta-rat-tat-rat.-tat!

Barney obserwował Hunta, jak oddalał się, i nagle odwrócił się twarzą do relingu. Koła łopatkowe „Wesera" zaczęły się obracać, uderzając w brązową wodę. Syrena zagwizdała przeszywająco, dźwięk odbił się echem od wybrzeża. Barney zamyślił się głęboko, a „Weser" pruł wody Zatoki Gwinejskiej, płynąc w kierunku następnego miejsca postoju, Port-Gentil, który znajdował się mniej niż jeden stopień na południe od równika, w Gabonie. Dotknął jarmułki na czubku głowy, jak gdyby po raz pierwszy ją tam odkrył.

Po dziesięciu minutach otworzył lakierowane drzwi i zszedł na pokład C, gdzie znajdowały się koje pasażerów drugiej klasy. Choć wszystkie bulaje były otwarte, otwory wentylacyjne również, panowała tu straszna duchota. Wytarł czoło z potu i poszukał kajuty 23C.

Kiedy w końcu ją znalazł, zapukał. Hunt zawołał:

– Wejść! – I Barney ostrożnie otworzył drzwi.

Bulaj był zasłonięty zieloną zasłonką z płótna, a niewielką kajutę oświetlała mała lampka marynarska. Składany, przyczepiony do ściany stół był rozłożony, a na nim leżała talia kart, stała kryształowa karafka z brandy, karafka z wodą oraz dwie szklanki. Hunt stał w narożniku, mając na sobie ciemnoniebieski płaszcz kąpielowy. Przeglądał się w lustrze wiszącym niedaleko bulaja i nacierał policzki lawendową wodą.

– Czuję się osłabiony – powiedział, nie odwracając się. – Nie dziwota, że zachodnią Afrykę nazywają Grobem dla Białego Człowieka. Ten upał! A przy tym na wszystko możesz zachorować. Na świerzb, malarię, ospę, możesz zarazić się glistą. Nie masz nawet czasu pomodlić się do Boga, żebyś niczego nie podłapał – a już to masz!

Niespodziewanie odwrócił się. Miał gładko przylizane włosy i zaróżowione od pocierania policzki.

– A więc, mój wybrany przyjacielu, co mi powiesz? – zapytał.

Barney spojrzał na Hunta z niedowierzaniem. Widział mężczyzn poprzebieranych za kobiety, jak paradowali na Broadwayu, a tuż po jego Bar Mitzuah ojciec mówił mu coś o nadzwyczajnych grzechach cielesnych. Ale Hunt przeobraził się z wytwornego, małego Anglika w coś zupełnie dziwnego. Przypominał złowrogiego karła z przypudrowaną brodą.

– Czy nie uważasz, że wspaniale wyglądam? – zapytał Hunt. – Kończyłem Winchester. Oczywiście to nie to samo co Eton, ale nie było źle. Kwiat znakomitej młodzieży, niewinnej i pełnej nadziei. Duma Imperium Brytyjskiego.

Barney stał w drzwiach i nie ruszał się.

– Przepraszam – powiedział. – Wydaje mi się, że nie powinienem wchodzić.

– Ależ musisz! Przygotowałem już karty! I jestem pewien, że namówię cię na szklaneczkę brandy.

Barney uśmiechnął się niewyraźnie. Przeżył szok, kiedy zobaczył Hunta w makijażu i niebieskim płaszczu kąpielowym. Ale teraz, właściwie nie wiedząc dlaczego, poczuł do niego sympatię, a nawet serdeczność, chociaż wiedział, że nikt go nie zmusi, żeby wszedł do oświetlonej na zielono kajuty.

– Nie czuję się zbyt dobrze – powiedział Barney. – To z powodu upału. A może to przez rybę, którą jedliśmy na obiad?

– Mój drogi przyjacielu, jeżeli źle się czujesz, powinieneś się położyć. Proszę, oto moja koja.

Barney podniósł do góry rękę.

– Pójdę do swojej kajuty. Bardzo ci dziękuję.

Hunt podszedł bliżej. Zmarszczył się jak żona, która zaczęła podejrzewać, że spotkanie w interesach męża odbyło się w zaciemnionym pokoju hotelu St. Nicholas.

– Na tym polega cała trudność – powiedział podnieconym głosem. – Nie potrafimy zrozumieć, że ktoś może się znaleźć… – Zawahał się i powiedział: -…w kłopotliwej sytuacji. – Zaakcentował to tak, jak gdyby znalazł odpowiedź na zagadkę, nad którą zastanawiał się przez cały dzień.

Barney powiedział:

– Myślę, że wiem, co masz na myśli.

– Tak? – zawołał Hunt, rozpromieniając się.

– Cóż… może nie do końca. Ale musisz zrozumieć, że to właśnie ja znalazłem się w kłopotliwej sytuacji. Moja kłopotliwa sytuacja polega na tym, że nie chciałbym ciebie obrazić i nie mogę przyjąć twojego zaproszenia. Przykro mi.

Usta Hunta zacisnęły się. Widać było po jego twarzy, że przeżywa różne gwałtowne emocje. Teatralnym gestem odrzucił poły płaszcza kąpielowego i obnażył płaską klatkę piersiową z kępką włosków pośrodku oraz zwisający penis, purpurowego koloru. Spojrzał na Barneya wyniośle i wyzywająco, próbując sprowokować go, żeby powiedział, czy jest pod wrażeniem, czy też nie.

Barney poczuł pustkę w głowie, ukłonił się, mówiąc:

– Przepraszam – i odwrócił się.

– Mój drogi przyjacielu! – zawołał Hunt.

Ale Barney oddalał się szybkim krokiem korytarzem drugiej klasy. Dotarł do schodów i wyszedł nimi na pokład spacerowy. Przystanął na chwilę w cieniu markizy, aby zebrać myśli, wpatrując się w morze koloru ochry i słuchając miarowych uderzeń łopatek.

Podszedł do niego steward w obcisłej, przepoconej tropikalnej marynarce i zaproponował sok ananasowy z wodą sodową.

– Dziękuję – powiedział Barney i poszedł do swojej małej, ciasnej kajuty, żeby położyć się na godzinę lub dwie i poczytać.

„Weser" wpłynął do zatoki Table w czwartek, 3 grudnia 1868 roku. Słońce błyszczało na krawędziach góry Table. Na południowej półkuli było lato i chociaż dopiero była ósma, dzień był ciepły i wiał wiaterek. Barney tłoczył się przy relingu razem z innymi pasażerami drugiej klasy.

W momencie gdy „Weser" wchodził w cień olbrzymiej góry z płaskim szczytem, syreny zawyły przeciągle. Było już tu pięć czy sześć statków, a między nimi dwa klipry herbaciane wracające do Anglii z Bombaju. Załoga jednego z nich przypatrywała się „Weserowi" z zaciekawieniem. Wszyscy stali, a ich głowy z tyłu zdobiły kitki. Kiedy zauważyli młodą, piękną dziewczynę, która chowała się pod parasolem na pokładzie pierwszej klasy, zaczęli machać rękami i przeraźliwie gwizdać.

Kiedy „Weser" rzucił kotwice, większość pasażerów poszturchując się i przekrzykując, pośpieszyła do swoich kajut, aby dokończyć pakowanie. Barney, który już dawno spakował skórzaną walizę, został na pokładzie i nie niepokojony przez nikogo podziwiał Kapsztad.

U podnóża góry Table, która oświetlona słońcem błyszczała jak złoto, stały domy, kościoły i biura otoczone zielonymi dębami i morwami. Większość budynków wyglądała na holenderskie – były pomalowane na biało, z płaskim frontem, z ładnymi strzechami pokrytymi słomą – chociaż Barney zauważył również kilka nowszych budynków zbudowanych w ciężkim, przesadnym stylu brytyjskiego imperium oraz siedemnastowieczny, kamienny zamek. Nad miastem sterczały dwie wysokie wieżyczki kościołów – jedna przypominała olbrzymi tort weselny, a druga – prosta i strzelista – należała do holenderskiego Kościoła Zreformowanego.

Chociaż wiatr niósł silny zapach soli, Barney wyczuwał aromat wydzielany przez kwiaty i inne rośliny.

– No cóż, nareszcie w domu – powiedział głos obok niego. To był Hunt w swoim przepisowym szarym garniturze. Pachniał lawendą.

Barney pokiwał głową. Tak naprawdę, to nie wiedział, co powiedzieć. Sięgnął do kieszeni swojej letniej marynarki, świeżo wyprasowanej przez Chińczyka, obsługującego pralnię na „Weserze", i wyjął druciane okulary słoneczne z cienkimi, czarnymi soczewkami, które starannie zaczepił za uszy.

Hunt kaszlnął nerwowo.

– Groźnie w nich wyglądasz. Przypominasz faceta, którego poznałem w Kaffraria. Strzelał dla sportu do Murzynów.

Barney zdjął okulary.

– Wiesz… – zaczął Hunt. – Chcę tylko powiedzieć, jak mi przykro z powodu tego, co się wydarzyło. To drażliwa sprawa. Ktoś inny na twoim miejscu złożyłby meldunek kapitanowi, a nawet gubernatorowi. To bardzo miło z twojej strony.

Barney patrzył przed siebie, na wybrzeże. Do „Wesera" zbliżały się cztery wiosłowe lichtugi, prując dziobami fale.

– Nic wielkiego się nie stało – odpowiedział.

– W każdym razie doceniam to – powiedział Hunt. – I jeżeli uda ci się o tym zapomnieć, to jestem gotów tobie pomóc. Załatwię ci przewodnika do Oranjerivier, z tragarzem, oczywiście; przedstawię cię panu Huttonowi z banku Standard. To najmniej, co mogę dla ciebie uczynić.

Barney spojrzał na Hunta. A potem wyciągnął rękę. Po raz pierwszy od czasu, kiedy Joel zostawił mu na karku cały interes Blitzów – a może nawet od dnia, kiedy umarł jego ojciec – poczuł się pewnie i spokojnie. Nawet nie wiedział dlaczego. Może dlatego, że ułożyły się stosunki z Huntem i to w taki sposób, w jaki nigdy nie ułożyły się z matką, Moishem czy Davidem Steinem.

– W Księdze Rodzaju napisano: Przebaczaj grzechy swoim braciom – powiedział Barney Huntowi.

Hunt podał mu rękę, a potem odsunął się krok do tyłu, aby pokazać, że nie zamierza spoufalać się bez zaproszenia.

– Znakomicie – ucieszył się Hunt. – Znajdę ci miejsce, gdzie będziesz mógł zatrzymać się na noc, a jutro poszukam przewodnika.

W ciągu godziny znaleźli się na brzegu. Na kamienistej plaży, brodząc po kolana w pianie, czekali czarni tragarze, żeby przenieść ich walizki i kufry z lichtugi na plac, gdzie stały różnego rodzaju i koloru wózki zaprzęgnięte w woły, omnibusy ciągnione przez konie oraz inne pojazdy. Na Hun-ta czekał podniszczony rządowy powóz zaprzęgnięty w jednego konia. Hunt z entuzjazmem zaproponował Barneyowi przejażdżkę do centrum miasta.

– Po Portugalii, Przylądek zawsze zaskakuje mnie swoją cywilizacją – powiedział Hunt, kładąc nogę na nogę, kiedy powóz wiózł ich suchymi, pociętymi koleinami drogami. – Może tu nie być lizbońskich restauracji czy lizbońskiej opery, czy lizbońskiego handlu. Ale, na Boga, wiesz, gdzie jesteś. Wszystko toczy się tutaj według określonego porządku.

– Myślę o tym, co powiedziałeś mi wcześniej, że Kolonia na Przylądku jest bardzo biedna – powiedział Barney.

– To prawda – pokiwał głową Hunt. – I to sprawia, że życie tutaj jest prostsze. Nie ma mieszkańców niepewnego pochodzenia z aspiracjami, żeby mieszać się do życia towarzyskiego białych. Nie ma czarnuchów, wobec których trzeba być grzecznym i uprzejmym. Pewnie, jest tutaj kilku kłótliwych Holendrów, ale ci naprawdę najgorsi wynieśli się do Transvaalu i do Orange Free State.

– Nie ma Żydów? – zapytał Barney. Hunt skrzywił się, jakby go zabolał ząb.

– W każdym razie niewielu – powiedział. – Niewielu.

Wjechali z turkotem na plac Ratuszowy, szeroki, zakurzony, okolony okazałymi, białymi, holenderskimi fasadami domów – niektóre z nich podparte były jońskimi kolumnami i udekorowane girlandami rzeźbionych owoców i kwiatów. Na placu tłoczyli się ludzie i zwierzęta, mniej więcej w równej proporcji. Niedaleko powozu stanął staruszek z małpą na łańcuchu i z holenderską katarynką. Ryk wołów, gdakanie trzepoczących skrzydłami kurcząt, krzyki gawiedzi układały się w jakąś kakofoniczną symfonię.

Kręciło się tam kilkudziesięciu żołnierzy brytyjskich w tropikalnych mundurach z modnymi, sztywnymi wąsikami i kozimi bródkami, i prawie tyle samo żeglarzy z bokobrodami, w kapeluszach żeglarskich z szerokimi rondami. Wokół nich tłoczyli się pazerni na każdego szylinga sprzedawcy uliczni, w ostro zakończonych kapeluszach ze słomy; trzymali przed sobą tace zawieszone na ramionach, na których znajdowało się wszystko – od słodyczy po żywy drób. A przez środek placu, tanecznym krokiem, z godnością, jaką nie byli w stanie poszczycić się znani Barneyowi Murzyni z Ameryki przez generacje gnębieni niewolą, szły kobiety Bantu w jaskrawych chustach na głowach i kwiecistych sukniach ze szkółki misyjnej, które okrywały je od stóp do głów z wiktoriańską skromnością, ale i tak nie mogły powstrzymać pełnego triumfu tańca ich bioder oraz skomplikowanego tańca biustów. Prawie każda z nich niosła pod pachą paczkę zawierającą różnorodne towary, takie jak pomarańcze, figi, ryby, zielenina, a na dodatek – znudzonego dzieciaka.

Pojazd zatrzymał się pod holenderskim domem krytym słomą. Budynek nazywał się Karczma Pod Strzechą. Czarny woźnica zszedł z kozła, aby otworzyć drzwi i rozłożyć schodki. Hunt powiedział:

– Tutaj możesz przenocować. Pytaj o pana Shearera – jest właścicielem – i powiedz mu, że jesteś gościem rządowym. Jutro, w południe, spotkamy się w jadalni Clarka na Adderley Street.

Woźnica wziął walizę Barneya i poszedł w kierunku frontowych drzwi, otworzył je i postawił ciężar w chłodnym korytarzu, którego ściany pokryte były czarno-białymi płytkami. Następnie wyszedł na zewnątrz. Barney podszedł do mahoniowego biurka, nad którym w nierównym szyku wisiały zegary pokazujące czas w Londynie, Moskwie, Nowym Jorku i Hadze. Spojrzał na brzydki, wykonany z pozłacanego brązu zegar, który uzmysłowił mu, że w Nowym Jorku jest piąta rano. Spróbował wyobrazić sobie, jak teraz wygląda Clinton Street – ciemna, mroźna i pokryta grubym śniegiem.

Urzędnik z małpią twarzą obserwował go z zaciekawieniem, a następnie bez pośpiechu zapytał:

– Tak?

– Ach, przepraszam – powiedział Barney. – Proszę o pokój na jedną noc. Pojedynczy, to wszystko.

– Czy to cały pański bagaż? – zapytał urzędnik, spoglądając przez ladę na walizę Barneya jak gdyby to był mały, niezbyt mile widziany pies.

Barney skinął głową. Urzędnik podrapał się za uchem końcem pióra i zaczął hałaśliwie przewracać strony księgi meldunkowej.

– Mam pokoik na górze, z tyłu. Trochę ciasny i trochę za gorący, bo zaraz pod dachem.

– Jestem gościem rządu – zaryzykował Barney. Urzędnik przestał się drapać i spojrzał na niego ze współczuciem.

– Och, jeżeli tak, to muszę pana prosić, żeby zapłacił pan z góry.

– Czy zastałem pana Shearera? Właściciela?

– Dobry Boże, nie. Pana Shearera nigdy nie ma w Kapsztadzie w środku lata. Pojechał do Wellington, dla zdrowia.

Nie spiesząc się, Barney zapłacił za pokój, a szczerzący zęby Bantu w za dużych białych spodniach poszedł przodem krętymi schodami, żeby pokazać mu drogę na najwyższe piętro. Idąc korytarzem, Barney zauważył kolorową litografię królowej Wiktorii i księcia Alberta, którym Bantu z zadowoleniem zasalutował.

Urzędnik miał rację. Pokój Barneya był maleńki i tak gorący, że Barney zaczął się pocić, jak tylko przekroczył próg. Ale był czysty, z białymi ścianami i żółtą podłogą z szerokich desek. Na środku stało żelazne łóżko oraz krzesło. Natychmiast podszedł do okna i otworzył je na oścież. Okno wychodziło na mały, ogrodzony ogródek, z pięknymi bugenwillami, zacieniony dzięki rosnącemu tam drzewu, którego nazwy nauczył się później – Huil Boerboonboom.

Za ogrodem i za rozrzuconymi starymi holenderskimi domami rozciągały się pagórki u stóp góry Table, a za nimi sama góra. Nad jej płaskim, równo ściętym szczytem, na błękitnym niebie wisiały pufiaste kumulusy.

Barney usiadł na krawędzi łóżka. Powiedział broche za przepiękną scenerię Kapsztadu oraz broche za pokój, w którym mieszkał, i broche za szczęśliwy przyjazd. A potem podniósł głowę i zamknął oczy. Zaczął wdychać zapach kwiatów, ciepła i owoców. Poczuł się tak, jak gdyby przedwcześnie znalazł się w raju.

Tego wieczoru posiłek zjadł samotnie w ogrodzie, pod szeleszczącymi liśćmi drzewa Huil Boerboonboom, przy świecach. Podano mu dziwną smażoną rybę, którą kelner nazywał snoek. Popijał winem owocowym, a na koniec zjadł kilka skibek chleba posmarowanych moskonfytem, zawiesistym syropem z winogron. Od stolików obok dochodziły go głosy farmerów, mówiących z ostrym brytyjskim akcentem, rozmawiających o morelach, bydle i słabej kondycji ekonomicznej Kolonii. Suchy Szkot z rzadką, rudą brodą siedział rozwalony na krześle i głośno perorował:

– No cóż, według mojego rozeznania, sir Philip powinien udać się w daleką podróż i poszukać jeszcze jednego diamentu. Kilka diamentów takich jak Eureka i przynajmniej stać byłoby go, żeby odmalować Dom Rządowy.

Jeden z jego kompanów pociągnął spory łyk whisky i potrząsnął głową.

– Nie ma szans, McFee. Pamiętasz tego faceta o nazwisku James Gregory – tego, którego przysłano z Londynu, od Emanuela? Przesłał w tym miesiącu raport do „Magazynu Geologicznego", w którym napisał, że nie ma najmniejszej szansy na znalezienie diamentów w rzece Oran-ge, ani nigdzie w pobliżu. Nazywa to oszustwem. Południowoafrykańską bańką mydlaną.

– Ale jeden diament był – zauważył mężczyzna o nazwisku McFee. -A jeżeli był jeden, to dlaczego nie miałoby ich być więcej?

– To był fuks – wtrącił dogmatycznie następny farmer. – Jeżeli znajdziesz suwerena na placu Riebeecka, to nie zaczniesz rozkopywać ulicy, żeby znaleźć więcej, prawda? Gregory twierdzi, że Eureka został przypuszczalnie przyniesiony i upuszczony przez strusia.

– I gdzie twój optymizm? – zapytał McFee. – Tylko pomyśl. Facet znajduje spory diament i jest zabezpieczony do końca życia.

– Czy zamierzasz pojechać nad rzekę Orange, aby zacząć szukać? – zapytał przyjaciel.

McFee podniósł do góry szklankę.

– Nie ja, Bernardzie. To dla mnie za ciężka praca. A poza tym – i tak nie wiem, jak taki diament wygląda, nawet gdybym się na niego natknął..

Tej nocy Barney leżał na złożonej pościeli pod moskitierą i myślał o tym, co powiedział McFee. Jeden spory diament. Tylko jeden spory diament. Na zewnątrz, w upalnej, aromatycznej ciemności, goście pili i śmiali się. Ktoś przez chwilę grał jakąś zaimprowizowaną melodię na skrzypcach. Barney spał i śnił o spotkaniu z Joelem. Z jakiegoś powodu Joel wcale na niego nie zwracał uwagi i Barney obudził się wczesnym rankiem, czując, jak mu włosy stają dęba na głowie.

Jadalnia Clarka była ulubionym miejscem spożywania posiłków przez młodych agentów biur żeglugowych i pracowników bankowych, zatrudnionych w okazałych, zbudowanych z kamienia, białych budynkach na Adderley Street. U Clarka podawano całkiem smaczne pierogi z wołowiną, tłuczone ziemniaki, stek z antylopy i ostro przyprawionego, smażonego snoeka. Wszędzie siedzieli głośni, młodzi mężczyźni z ogorzałymi twarzami, mówiący z akcentem brytyjskich szkół publicznych. Nad głowami kręcił się wiatrak, prując ciężkie, gorące powietrze, którego powiew poruszał liśćmi aspisu, znajdującego się na ścianach jadalni.

W drzwiach pojawił się Hunt, mając na sobie eleganckie białe ubranie oraz słomkowy kapelusz na głowie. Był w towarzystwie ponurego Holendra, który na pierwszy rzut oka, ze względu na wypłowiałą, szarą lnianą marynarkę i znoszone, wysokie buty, wyglądał na rasowego przewodnika.

– Widzę, że trafiłeś bez żadnych problemów. – Hunt uśmiechnął się, podając Barneyowi rękę. – Oto twój przewodnik, Simon de Koker. Panie de Koker – oto pan Barney Blitz z Nowego Jorku.

Simon de Koker zdjął swój sflaczały kapelusz i dokładnie wytarł pot z czoła serwetą leżącą na stole. Miał typową, długą holenderską twarz, długie bokobrody i jasne, wypłowiałe od słońca oczy. Kąciki ust opuszczone były ku dołowi – nie wiadomo, czy z powodu pesymistycznej natury, czy dlatego, że cierpiał, czy dlatego, że był kalwinistycznym cynikiem – tego Barney nie potrafił odgadnąć. Później Barney zwykł mówić, że kiedy Bóg dawał dzieciom uśmiech,

Simonowi de Kokerowi przez pomyłkę dał uśmiech odwrócony do góry nogami.

– Chcesz się udać do Oranjerivier? – zapytał Simon de Koker, z wyraźnym holenderskim akcentem.

– Mieszka tam mój brat. Ma tam farmę.

– Żyd, który ma farmę w Oranjerivier? Barney nalał Huntowi wina do szklanki.

– Tak. Nazywa się Joel Blitz.

Simon de Koker pociągnął spory łyk wina. Powoli pokręcił głową.

– Znam wszystkie farmy w Oranjerivier. Nie ma tam nikogo o nazwisku Blitz. I nie ma tam żadnych Żydów, to wiem na pewno.

Barney sięgnął do kieszeni i wyjął z niej list od Joela.

– Napisał do mnie. Popatrz, tu jest naszkicowana mapa, jak się tam dostać z samego Oranjerivier.

Holender wziął mapkę i zaczął ją studiować. Na nosie osiadły mu kropelki potu. W końcu oddał Barneyowi list i powiedział:

– Znam tę farmę. Nazywa się Derdeheuwel – trzecie wzgórze. Kiedyś należała do uoortrekkera o nazwisku van Diedrich. A potem van Diedrich umarł i jego córka sprzedała farmę. Nie wiem komu. Teraz właścicielem jest facet ż Portugalii. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Nazywa się Monsaraz.

Barney opadł na krzesło. Nagle poczuł się osamotniony. Przeanalizował już wcześniej wszystko, o czym napisał mu Joel w liście. Wiedział z detalami, co może go spotkać, gdy zamieszka w Kolonii na Przylądku. Joel poinformował go o upałach w lecie i zimowych mrozach oraz o Hotentotach. Ale Barney nigdy nie przypuszczał, nawet przez chwilę, że może nie znaleźć Joela.

– Posłuchaj – przerwał milczenie Hunt. – Powinniśmy zamówić obiad. Co zjesz, Barney? Polecam ci snoeka.

– Jadłem snoeka na kolację – odpowiedział Barney. – Spróbuję stek z antylopy.

– Czy stek z antylopy jest koszernym posiłkiem dla Żyda? – zapytał Simon de Koker.

Barney skinął głową.

– Antylopy mają rozszczepione kopyta i przeżuwają pokarm. Uczyłem się o tym w szkole. Być może kucharz nie zrobi jej według ścisłych zasad dietetycznych, ale kiedy nie ma wyjścia, wolno nam jeść potrawy, które są tmyfne. W przeciwnym razie, na świecie byłyby miliony głodujących Żydów. Do stolika podszedł kelner Malaj i przyjął zamówienie. Hunt poprosił o następną karafkę wina i trochę chleba. Siedział zmarszczony, popijał wino i zagryzał chlebem.

– Czy w dalszym ciągu chcesz wyruszyć do Oranjerivier? – zapytał Barneya. – To około siedmiuset mil stąd, konno albo na wózku ciągnionym przez woła. Najwcześniej dotrzesz tam za pięć tygodni. Ale możesz podróżować nawet dwa miesiące. I co zrobisz, jeśli nie znajdziesz brata?

– A mam jakiś wybór? – zapytał Barney. – Nie znajdę tutaj żadnej pracy. Jestem krawcem. Do tego niezbyt dobrym.

– Ile masz pieniędzy? – zapytał Simon de Koker.

– Około dziewięćdziesięciu funtów – odpowiedział Barney.

– Ach tak – mruknął Simon de Koker żałośnie. – Za te pieniądze uda ci się przeżyć jakieś sześć, siedem miesięcy. Znam farmera, który może wynająć ci solder, strych.

– Ale jak znaleźć brata?

Simon de Koker wzruszył ramionami.

– Jeżeli umarł na malarię, nie będziesz miał problemów, żeby znaleźć jego grób. Jeżeli jest pijakiem, znajdziesz go w barze Maloneya, niedaleko Dutoitspan, to więcej niż pewne. Ale jeżeli sprzedał to, co miał, to możesz go już nigdy nie znaleźć. To zależy.

Barney wziął z talerza skibkę chleba, urywał kawałki i wkładał sobie do ust.

– Spróbuję go znaleźć – powiedział. – Postarajcie się to zrozumieć.

– Oczywiście – odparł Hunt. – Ale co zrobisz, jeżeli on nie żyje albo wyjechał, nie zostawiając żadnej wiadomości? To niezbyt gościnna kraina. Tych, których nie wykończy malaria, wykończą czarnuchy.

– Czy wiesz coś na temat diamentów? – zapytał Barney. – Wczoraj podsłyszałem kilku facetów, którzy mówili, że jeżeli uda ci się znaleźć porządnej wielkości diament nad rzeką Orange, to będziesz urządzony do końca życia.

Simon de Koker roześmiał się głośno, chociaż usta miał ciągle wygięte w podkówkę. Słuchanie jego śmiechu było prawie tak przyjemne jak wsadzanie palca między drzwi.

– Diamenty? – zawołał. – Był tylko jeden diament, Eureka, znaleziony kilka lat temu na brzegu Orange przez faceta o nazwisku Schaltz van Niekirk. Ale to był przypadek. Zbieg okoliczności. Prawdopodobnie diament przebył tysiące mil przeniesiony przez jakiegoś zwierzaka, może strusia. W ubiegłym roku pokazano go na wystawie w Paryżu. Byłbyś głupcem, gdybyś liczył na to, że znajdziesz jeszcze jeden.

– Ile będę musiał tobie zapłacić za podróż do Oranjerivier? – zapytał Barney.

Kelner przyniósł jedzenie – smażonego snoeka dla Hunta i pieróg dla Simona de Kokera. Malaj postawił stek z antylopy przed Barneyem i zapytał, czy przynieść moskonfyt. Barney potrząsnął głową.

Simon de Koker powiedział:

– Zabiorę cię do Oranjerivier i znajdę ci zakwaterowanie za dziesięć funtów, plus żarcie dla wołu, woda – trzy pensy za bukłak i trzydzieści szylingów za tragarza.

– Jesteś głupcem, że chcesz tam jechać – powiedział Hunt, krojąc rybę. – Znalazłbym ci bez trudu pracę tutaj, w banku albo nawet w siedzibie rządu.

Barney z przyjemnością wąchał aromatyczny zapach antylopiego mięsa. W tamtych czasach Great Karoo obfitowała w antylopy.

– Cóż – powiedział. – Byłem głupcem, że zrezygnowałem ze swojego zakładu w Nowym Jorku i przyjechałem tutaj, żeby spotkać się z bratem. Ale byłbym większym głupcem, gdybym nie zrobił co w mojej mocy, żeby go odnaleźć. Simonie de Koker, jeżeli zechcesz być moim przewodnikiem, wyruszam do Oranjerivier.

– Okay, zaprowadzę cię tam – powiedział Simon de Koker, odkrawąjąc kawałek pieroga.

Simon de Koker, mimo żałosnej twarzy, okazał się sympatyczniejszy, niż to się na początku wydawało. Rankiem w dniu wyjazdu czekał na Barneya przed Karczmą Pod Strzechą, ubrany w czerwoną koszulę w kratę oraz olbrzymi biały kapelusz, i palił glinianą fajkę. Na wozie zaprzęgniętym w woła leżał jego kufer podróżny wykonany ze skóry nosorożca oraz wypchany worek jutowy, który wyglądał, jak gdyby upchnięto w nim pięciu małych chłopców.

– A gdzie tragarz? – zapytał Barney, mocując się ze swoją walizą.

– Będzie później – odparł de Koker. – Na razie jedziemy do Paarl pociągiem.

Linia kolejowa z Kapsztadu do Wellington o długości sześćdziesięciu trzech mil była jedyną kolonialną linią kolejową, nie licząc siedmiomilowej trasy łączącej Durban, główne miasto Natalu, z wybrzeżem Oceanu Indyjskiego. Wnętrza kraju nie przecinały linie telegraficzne, a wszelka poczta i artykuły żywnościowe przewożone były do Transvaalu i do Orange Free State wozami zaprzęgniętymi w woły. Worek jutowy Simona de Kokera zawierał listy i paczki dla brytyjskich i holenderskich farmerów. Niektóre przesyłki ofrankowane były rok temu.

– Ci holenderscy osadnicy są z żelaza – powiedział Simon de Koker, kierując wóz na pobrużdżony koleinami plac przed budynkiem kapsztadzkiej stacji kolejowej w holenderskim stylu. – Większość z nich przebyła tysiąc mil, a może i więcej, a co musieli przeżyć w górach i na pustyni, to jeden Bóg raczy wiedzieć. Nam też nie będzie lekko, ale trzydzieści lat temu było tam piekło na ziemi. Nawet teraz klepią biedę. Ale przynajmniej nie muszą oglądać Brytyjczyków, a to już jest dużo.

Mała lokomotywa parowa z trudem ciągnęła wagony pod górę. Ocean oddalał się, u góry rozciągało się jaskrawe niebo. Simon de Koker siedział ze skrzyżowanymi ramionami i nogami, obserwując drzewa, jaskrawo kolorowe krzewy i skalne krawędzie. Palił swoją fajkę. Oprócz nich, w przedziale było jeszcze dwoje pasażerów: holenderska dziewczyna z wielkimi, bladymi dłońmi, w niebieskim, letnim kapeluszu, który rozmiarem był zbliżony do koła od wozu, oraz podniecony, dwudziestopięcioletni Anglik, który obficie się pocił i nerwowo dotykał swojej kolekcji siatek do łapania motyli.

Barney zapytał Simona de Kokera:

– Czy uważasz, że jestem głupcem, skoro próbuję znaleźć swojego brata?

De Koker wzruszył ramionami i odpowiedział, nie wyjmując fajki z ust:

– Jeżeli twój brat żyje i ty go znajdziesz, to kto ośmieli się powiedzieć, że byłeś głupcem? Ale jeżeli umarł i wszystkie jego pieniądze przepadły i jeżeli znajdziesz tylko jego grób…

– Śnił mi się pierwszej nocy, kiedy tutaj przyjechałem – powiedział Barney. – I śnił mi się żywy.

– W takim razie – zaczął de Koker ze smutną twarzą – twoje szansę poważnie wzrosły.

Paarl było niewielką osadą zabudowaną domkami w stylu holendersko-przylądkowym. Było tam kilka farm usytuowanych w kwiecistej, górzystej okolicy. Powietrze było tutaj świeższe, a orzeźwiający suchy wiaterek przynosił zapach lata i kwitnących roślin. Kilka mil stąd, w Wellington, właściciel Karczmy Pod Strzechą spędzał swoje letnie wakacje. Barney i Simon de Koker wygramolili się z pociągu i przeszli przez mały placyk. W cieniu rosnących w rzędzie drzew morwowych stał wóz zaprzęgnięty w woła, który lejcami był przywiązany do barierki. Z tyłu wozu spał Murzyn; wystrzępiony kapelusz zsunięty miał na oczy, a jego długie, gołe nogi oblepiały muchy.

– Aaa, przeklęci – powiedział Simon de Koker bez emocji. – Znowu dali mi Donalda. Donaldzie, obudź się, ty leniwy czarnuchu! Wiesz, dlaczego nazwali go Donald? Jego prawdziwe imię brzmi Simkwe. Ale pewien cholerny Szkot, który wynajął go do przejścia przez Great Karoo, zwracał się do niego per Donald. Kiedy tylko Simkwe powiedział: „Ja Simkwe", ten cholerny Szkot poprawiał go: „Jesteś Donald, Donald, i nigdy o tym nie zapominaj, Donaldzie".

Donald podskoczył na wozie.

– Już nie śpię, sir! – zawołał.

– Miło mi to słyszeć – powiedział Simon de Koker. – Idź do pociągu i przynieś nasze bagaże. Pośpiesz się.

– Dobrze, sir! – krzyknął Donald i pobiegł w kierunku dworca. Jak na Murzyna był za bardzo krępy, a jego skóra była koloru cukierka toffi, wcale nie przypominała czarnej skóry buszmenów czy Zulusów.

– Jest mieszańcem – wyjaśnił Simon de Koker. – Pół-Hotentotem i pół-Burem, ale za to całym głupcem. To przez słońce, jeżeli chcesz wiedzieć. Wysuszyło mu mózg.

– A skąd weźmiemy wodę i prowiant? – zapytał Barney.

– Za chwilę po to wszystko pojedziemy – oznajmił Simon de Koker. – Zarówno wóz, jak i Donald należą do mojego przyjaciela, Henka Jeppe'a, który ma plantację owoców. Kilka dni temu zawiadomiłem go, że przyjeżdżamy pociągiem. Wszystko powinno być gotowe.

Na placu pojawił się Donald, trzymając kufer ze skóry nosorożca Simona de Kokera na głowie, a dwie inne torby pod pachami.

– Pan Henk powiedział, że jedziesz do Oranjerivier, panie Simon.

– Zgadza się, Donaldzie.

– To dobrze, panie Simon. Moja siostra mieszka w Oranjerivier.

– Myślałem, że twoja siostra mieszka w Hope Town.

– To moja inna siostra, panie Simon.

Donald wspiął się na wóz i cmoknął na woła. Powoli jego kanciaste mięśnie na zadnich nogach zaczęły się podnosić w górę i opadać w dół, jak szpule w maszynie do szycia, i wóz skręcił w ulicę przylegającą do placu.

– Donald ma wszędzie siostry – zauważył Simon de Koker. – Nie są to prawdziwe siostry, jeżeli wiesz, co mam na myśli. Donalda wychowali brytyjscy misjonarze i już we wczesnym wieku poznał sztukę hipokryzji. Rozumiesz, dobre obyczaje zamiast prawdy.

Nie czekając na komendę de Kokera, Donald zatrzymał wóz przed dużym kościołem z elegancką, białą, holenderską fasadą. Obok niego znajdował się cmentarz otoczony niskim, na biało pomalowanym murem. Simon de Koker zszedł z wozu i wszedł na teren cmentarza przez frontowe, kute z żelaza wrota. Barney widział, jak stał w skupieniu między cyprysami, trzymając w dłoniach kapelusz. Za chwilę wrócił i wspiął się na wóz.

– Kiedyś miałem żonę – powiedział Simon de Koker, podczas gdy wóz, klekocząc, zjeżdżał z góry ulicą obsadzoną po obydwu stronach młodymi gruszami. – To było siedem lat temu. Zamierzałem osiedlić się i założyć farmę. Ożeniłem się z nią tutaj, w Paarl. Tutaj właśnie mieszkała. Widzisz ten dom ze strychem za tamtym murem?

Barney czekał, aż Simon de Koker powie coś więcej, ale przewodnik zamilkł. Podskakiwali na siedzeniu w milczeniu, aż w końcu dotarli do bramy wiodącej na małą, schludną plantację owoców. Na dziedzińcu, na którym biegały kurczęta, zauważyli dużą, jasnowłosą kobietę, rozwieszającą pranie na sznurze. Okoliczne wzgórza obsadzone były rzędami drzew morelowych i pomarańczowych; ich liście szeleściły na wietrze, jakby zapraszając do poczęstunku. Simon de Koker zeskoczył na ziemię.

– To była ptasia żmija – powiedział. – Pierwsza wycieczka Adaleeny do buszu. Zbieraliśmy gałęzie na ognisko i ona ją podniosła. Ptasia żmija wygląda jak uschnięta gałązka. No i ukąsiła ją. Nic nie mogło jej ocalić. Zaniosłem ją z powrotem do Paarl.

– Przykro mi – powiedział Barney. Simon de Koker spojrzał na niego bez emocji.

– Nie powinno ci być przykro, człowieku. Jeżeli ludziom w tym kraju nie przestanie być wreszcie przykro, to ten kraj nie przeżyje, a ci ludzie również.

Pojawił się Henk Jeppe, żeby ich przywitać. Był to mały, zażywny, czerwony na twarzy mężczyzna z przystrzyżonymi na jeża włosami. Miał silne, umięśnione ręce.

– Jak leci, Sy? – zawołał do Simona de Kokera. – A to kto, Żyd?

– Barney Blitz – powiedział Simon de Koker. – Jedzie do Oranjerivier, aby znaleźć brata.

– Gdybym był tobą, młody człowieku, to byłbym ostrożny – poradził mu Henk Jeppe. – Wzdłuż rzeki Orange mieszka wielu nieokrzesanych facetów, którzy nie są zbyt uprzejmi w stosunku do Żydów, a nawet w stosunku do katolików.

– Jestem Amerykaninem, panie Jeppe – odpowiedział Barney. – Moi rodzice, podobnie jak pańscy holenderscy farmerzy, przebyli długą drogę, żeby uciec przed prześladowaniami. Wydaje mi się, że mamy ze sobą wiele wspólnego.

– Cóż, zrobisz, jak uważasz, młody człowieku – powiedział Henk Jeppe. – To była tylko przyjacielska rada. Twardy kraj wydaje twardych ludzi. Czy wiesz, gdzie przebywa twój brat?

Barney potrząsnął głową.

– Zamierzam znaleźć kogoś, kto będzie wiedział, dokąd on pojechał.

Henk Jeppe zerknął na Simona de Kokera i powiedział:

– Dit is een krankzinnig idee.

– Misschien - wzruszył ramionami Simon de Koker. – Dat weten we pas wanneer we het proberen.

Barney zapytał Henka Jeppe'a:

– Pyta pan de Kokera, czy jestem szalony? Zmieszany Henk Jeppe wyrzucił obie ręce do góry w geście, który mógł oznaczać: a czego się spodziewałeś?

Ich wóz czekał na nich z tyłu dziedzińca farmy Henka. Przymocowano do niego kabłąki, na których zawieszono płótno. Przypominał teraz wóz amerykańskich osadników. Załadowano na niego sześć beczek wody, dwie skrzynie biltongów, suszone morele, świeże pomarańcze, bekon, ser i proch. Cztery woły, które Henk Jeppe zamierzał im wynająć, stały w pobliskim kraalu, leniwie opędzając się ogonami od much.

– Jeszcze jedna rada – powiedział Henk Jeppe do Barneya, kładąc mięsiste dłonie na biodrach. – Spraw sobie porządny kapelusz. Taki z szerokim rondem. Jeżeli tego nie zrobisz, wkrótce będziesz krank.

Tej nocy Barney i Simon de Koker byli gośćmi na kolacji w domu państwa Jeppe'ów. Podano potrawkę z wołowiny, świeże warzywa, pieczoną szynkę (za którą Barney grzecznie podziękował) oraz ciasteczka serowe, które przypomniały mu wypieki matki. W oświetlonej lampami olejowymi izbie, przy długim stole siedzieli trzej synowie Henka Jeppe, wszyscy wielcy, z ogorzałymi twarzami, jego dwie dobrze zbudowane córki, siostrzeniec, białowłosy teść oraz milcząca, pomarszczona na twarzy pani domu. W oknie paliła się latarnia, która informowała przechodniów, że Jeppe'owie przyjmują w domu gości.

Po kolacji Henk Jeppe przeczytał fragment z Biblii, a jego cała rodzina siedziała ze spuszczonymi głowami w pełnej szacunku ciszy. Simon de Koker ziewnął.

– Wyruszamy o świcie, Barney – powiedział, kiedy stali u stóp spiralnych schodów, wykonanych z żółtego drewna. Sypialnia Barneya znajdowała się na samej górze.

– Za kilka dni po raz pierwszy zobaczysz Great Karoo.

Ich samotna wyprawa przez Great Karoo miała wielki wpływ na psychikę Barneya. Zbliżyła go do Boga, ale oddaliła od ortodoksyjnych zasad, tak jak oddala się niesione przez wiatr ziarenko południowoafrykańskiego kwiatu, stapeliae, kiedy tylko słońce otworzy jego pąki.

Krajobraz był wypalony, bezkresny, wszędzie w powietrzu unosił się pył, z jednej strony ciągnęły się blade wzgórza Swartberge – w kierunku południowo-wschodnim, z drugiej pagórki Nieuweveldberge w kierunku północno-zachodnim, a z przodu była tylko równina i zamglony od gorączki horyzont. Wóz skrzypiał i podskakiwał na spękanej ziemi, rozgniatał kołami skarłowaciałe krzewy oraz trawę. Barney siedział pod osłoną z płótna, spał, czytał albo gapił się bezmyślnie w beczki z wodą, które ustawione były na końcu platformy. Simon de Koker palił fajkę i prawie się nie odzywał. Gryzący dym rozwiewał się na wietrze.

Barney pomyślał o matce i ojcu oraz przypomniał sobie słowa napisane w Torah. Dzieci Izraela podróżowały przez pustynię podobnie jak on, szukały spełnienia obietnicy i wielokrotnie wątpiły w Boga. I nic w tym dziwnego, skoro przemierzasz bezkresną, wyludnioną krainę, smaganą wichrami oraz paloną przez słońce. Wątpliwości Barneya, jadącego przez Great Karoo, nie były związane z istnieniem Boga. Dowody Jego istnienia można było napotkać na każdym kroku – w każdym łańcuchu wzgórz, na każdej mili kwadratowej zarośli – jednym słowem, wszędzie. Barney w większym stopniu czuł bliskość Boga tutaj, niż kiedy przesiadywał w synagodze na Clinton Street.

Zaczął zastanawiać się nad dogmatami ortodoksyjnego wychowania. Doświadczenia z dzieciństwa dobrze przygotowały go do życia w getcie nowojorskiego Lower East Side'u. Ale nie był przygotowany do spotkania z ogromnym, boskim tworem, jakim był świat, a zwłaszcza w bezpośredniej konfrontacji. Migotliwy obraz Great Karoo był dla Barneya daleko bardziej przekonywającym dowodem wiecznych boskich planów niż cała księga Teitsh-Chumash. Czuł, że zaczyna uczyć się życia w tym kraju, że będzie umiał przystosować się w taki sposób, w jaki uczynili to żyjący tu ludzie. Teraz był w stanie zrozumieć Boga lepiej niż wtedy, kiedy pokornie recytował schachris, mincha i mairev każdego dnia i ślęczał z nosem utkwionym w Talmudzie.

Lata później napisał: „Wychowywałem się, ucząc się religii, która mówiła o walce i przetrwaniu. Ale żyjąc w Nowym Jorku – jakaż to była walka? Byliśmy biedni, to prawda. Musieliśmy ciężko pracować. Czy na tym polegała walka, że musiałeś na nowo rozpalić w piecu matki, ponieważ zgasł na szabat, niszcząc kugel? Co oznaczały słowa: przeżyć, śmierć, czy o życie chodziło? W Kolonii na Przylądku po raz pierwszy dowiedziałem się, co naprawdę znaczy walka i przetrwanie – i dopiero tutaj odkryłem, że wałka i przetrwanie znaczą dla mnie więcej niż religia, której się uczyłem". Trzeciego dnia podróży, kiedy ich wóz z trudem przejechał przez hooyulakte, płaski teren porośnięty wysoką trawą wzdłuż żyznych brzegów rzeki Ganka, Barney zszedł z platformy i wspiął się na kozioł, mając na głowie wypłowiały kapelusz z szerokim rondem. Simon de Koker spojrzał na niego, ale nic nie powiedział.

– Owce – zauważył Barney, wskazując ręką pasące się w oddali szare stado owiec. – Czy znajdujemy się w pobliżu jakiejś osady?

Simon de Koker wyczyścił fajkę, stukając nią w rączkę od hamulca, wykonaną z drzewa zapachowego. Od dwóch godzin powoził, podczas gdy Donald spał z tyłu, mając długie nogi przewieszone przez tylną klapę. Pustynia wydawała się stara i rozległa – taka zresztą była naprawdę. Pod grubymi warstwami wulkanicznego prochu spoczywały zgniecione szczątki prehistorycznych stworzeń, mające 270 milionów lat; a zeszłej nocy, kiedy zbierali chrust na ognisko, Barney znalazł kamienny skrobak, którym posługiwali się kiedyś prymitywni buszmeni, żyjący na Great Karoo.

– Zbliżamy się do Beaufort West – wyjaśnił Simon de Koker bezbarwnym głosem. – Te owce należą do stada merynosów Arthura Kinneara. Zobaczysz ich więcej, kiedy jeszcze bardziej zbliżymy się do miasta. Mieszkańcy żyją z wełny. Wełna, wełna i jeszcze raz wełna.

– Czy nie jest tu zbyt sucho dla owiec? – zapytał Barney.

– Będziesz zaskoczony. Pełno tutaj w okolicy podziemnych źródeł. Kiedyś przyjechałem tu podczas deszczów. Zielona trawa, pełna kwiecia, rozciągała się aż po horyzont. Powiedziałbyś, że to kraina mlekiem i miodem płynąca. Hotentoci nazywają ten obszar „Koup", co, jeżeli przetłumaczysz dosłownie, znaczy „tłuszcz z owczego ogona". Tak tutaj pojmują dobrobyt.

Jechali jeszcze godzinę lub dwie, po czym dotarli na cypel, z którego bez przeszkód mogli podziwiać miasteczko Beaufort West. Simon de Koker zatrzymał woły, które odwróciły głowy, spojrzały na niego wielkimi brązowymi oczami i wydały ze swoich gardeł sfrustrowany pomruk. Wóz stał otoczony ciernistymi krzakami, u stóp wzniesienia. Przed nimi, w szerokiej dolinie, znajdowały się brązowe i czerwone dachy budynków Beaufort West. Barney zobaczył dzwonnicę ratuszową w kształcie latarni oraz okazałe, wykonane z szarego kamienia fasady budynków miejskich. Zauważył również skromne, ładnie utrzymane domki farmerów, które znajdowały się pomiędzy migdałowymi, akacjowymi oraz cyprysowymi drzewami. Dalej, na północny wschód, w kierunku Trzech Sióstr i Victoria West, rysował się tylko zamglony horyzont.

Z miejsca, gdzie się zatrzymali, mogli usłyszeć przytłumione śmiechy dwóch mężczyzn, którzy naprawiali strzechę w domu znajdującym się niedaleko od nich, oraz zgiełk czyniony przez biegające na podwórku ptactwo. Ktoś walił młotem, a echo odbijało się o ściany doliny, ocienione z powodu późnego popołudnia.

– Zdjąłeś swoją małą czapeczkę – zauważył Simon de Koker.

– Moją jarmułkę? Nie była zbyt praktyczna. Simon de Koker pokiwał głową, jak gdyby wszystko rozumiał.

– Jedynym praktycznym wyposażeniem na Great Karoo są: dobry, szeroki kapelusz, zespół zdrowych wołów, beczki z wodą i sprawna strzelba. W dalszym ciągu jest tutaj sporo lwów i leopardów.

– A Biblia – nie wymieniłeś Biblii? – zapytał Barney. Simon de Koker ściągnął usta.

– Owszem, jeżeli podróżujesz zimą. Możesz trafić na mroźną noc, a nie zawsze jest w pobliżu wystarczająca ilość drewna na ognisko. Pewien mój przyjaciel spalił Biblię, kartka po kartce, żeby się ogrzać w nocy, kiedy jechał do Kompas-bergu. Pastor rozgrzeszył go, ponieważ zaczął od ostatniej księgi Nowego Testamentu.

Spędzili noc w domu hodowcy owiec o nazwisku Alf Loubser, który mieszkał we własnoręcznie zbudowanym budynku w kształcie litery T. Loubser i Simon de Koker usiedli na werandzie i pili holenderski dżin, płucząc usta piwem. Nad stołem syczała lampka olejowa, a ostatnie promienie słoneczne oświetlały szczyty Nieuweveldberge. Barney usiadł na uboczu, poczuł się zmęczony. Córka Loubsera, Louise, nieśmiała dziewiętnastoletnia blondynka w niebieskiej sukience w kratkę i drewnianych chodakach na nogach, przyniosła mu szklankę słodkiego, białego wina oraz domowego wypieku ciasteczka.

– Nie jesteś szczęśliwy? – zapytała Barneya, kiedy usiadła ze skrzyżowanymi nogami na poduszce, obserwując, jak je.

– Szczęśliwy? – zdziwił się Barney. – A dlaczego miałbym być szczęśliwy?

– Nie wiem. Do tej pory jeszcze się nie uśmiechnąłeś. Przyjrzał się jej uważnie. Była ładna, na swój milcheding, holenderski sposób. Miała niebieskie oczy i zadarty nosek. Lampka, która wisiała tuż nad nią, była zasłonięta jej głową, i dlatego wyglądała, jakby nosiła koronę, zrobioną z migotliwych, tańczących promyków.

– To dlatego, że jestem tutaj obcy – powiedział Barney. – Tęsknię trochę za domem. W Nowym Jorku, skąd pochodzę, jest teraz zima. Na ulicach powinien leżeć śnieg.

Zrobiło się już całkiem ciemno i nad Koupem zaświeciły południowe gwiazdy. Suchy, gorący, wieczorny wiatr zaczął wiać z północno-zachodniego kierunku, od Kalahari.

– Masz żonę? – zapytała córka Loubsera. Barney potrząsnął głową.

– Często marzę o mężu – przyznała się cicho dziewczyna.

Wyciągnął ramię i złapał ją za rękę. Na trzecim palcu miała cienki, srebrny pierścionek z opalem.

– Dostałam go od Nilsa Groenewalda. Powiedział, że daje mi go na pamiątkę, żebym o nim nie zapomniała. Pojechał do Bloemfontein, do pracy na farmie bydła. Pewnego dnia – mówił – będzie miał swoją własną farmę. Wtedy wróci i się ze mną ożeni.

Barney zapytał łagodnie:

– Kochasz Nilsa Groenewalda?

– Jest bardzo uczciwy. Bardzo poważny. Moja przyjaciółka Attie mówi, że jest Holendrem przez duże H. Tak, lubię go.

W drzwiach budynku pokazała się Mevrouw Loubser i zawołała:

– Louise! Chodź i pomóż mi pozmywać naczynia! A potem zaraz do łóżka!

Louise podniosła się, wytrzepała sukienkę, a potem spontanicznie przechyliła się do przodu i pocałowała Barneya w czoło.

– Dobranoc – wyszeptała. Jej oddech pachniał goździkami, które jej matka wkładała do jabłecznika.

Simon de Koker spojrzał na Barneya przez ramię. Jego twarz była jak zwykle bez wyrazu, ale Barney domyślał się, o czym myśli. Po drugiej stronie stołu Alf Loubser dopijał kufel domowego pilsa. Był przysadzisty i ogorzały na twarzy, przystojny jak dobrze odchowany kuc. Wyczuwał, że coś się dzieje, ale nie wiedział za bardzo co.

– No cóż – powiedział. – Chodźmy spać. Muszę być na nogach o piątej rano.

Barney dostał mały, na biało pomalowany pokoik w drewutni, skąd dochodził aromatyczny zapach drzewa owocowego suszonego na zimę. W pomieszczeniu stało proste, holenderskie łóżko, przewrócona do góry nogami skrzynka na owoce, która służyła jako stolik, dzban z wodą i miska. Barney zerwał z siebie koszulę oraz spodnie i namydlił się kawałkiem zielonego, domowego mydła.

Na zewnątrz szeroko rosnące drzewo koralowe migotało w świetle księżyca. Ktoś nieśmiało zapukał do jego drzwi. Barney zmarszczył się i powiedział:

– Proszę chwilę zaczekać.

Sięgnął po ręcznik. Drzwi otworzyły się na oścież – to była Louise. Weszła i szybko zamknęła za sobą drzwi. Stała w świetle świecy, jej oczy błyszczały, rękę przyciskała do piersi.

– Louise – powiedział Barney. – Nie możesz tutaj przychodzić.

– Dlaczego? Zawsze tutaj śpię latem. Zwłaszcza, kiedy mamy gości w domu.

Barney mocniej ściągnął się ręcznikiem w pasie.

– Przestań, Louise, a gdyby twój ojciec dowiedział się, że tutaj byłaś?

– A od kogo? Ty jemu nie powiesz, prawda? Nils Groenewald też nic mu nie mówił.

Barney spojrzał w kierunku łóżka.

– Ty i Nils…?

– Kocham Nilsa. Ciebie również kocham. Nie pocałujesz mnie?

– Louise, prawie ciebie nie znam – zaprotestował słabo Barney.

Podeszła bliżej i otoczyła go ramieniem.

– W takim razie przedstawię się. Nazywam się Louise Stella Loubser. Mam siedemnaście lat. Mieszkam razem z matką i ojcem w środku niczego. Kiedy byłam młodsza, udawałam, że wcale nie jestem samotna. Rozmawiałam z lalkami. Ale teraz lalki mi nie wystarczają.

– Jutro wyjeżdżam. Może już nigdy się nie spotkamy – wyszeptał Barney.

Louise pocałowała go w usta. Była drżąca i podniecona.

– To właśnie dlatego – powiedziała.

Odpięła górny guzik swojej niebieskiej sukienki. Barney patrzył na nią i wydawało mu się, że jest pijany albo śni. Kiedy miał piętnaście lat, pocałował zaciśniętymi ustami Naomi Bernstein; kiedy miał siedemnaście lat, chodził z ładną, wysoką dziewczyną z Cherry Street, dopóki nie rzuciła go dla posłańca z falistymi, jasnymi włosami, które przypominały papuzi grzebień. Ale ciągle był prawiczkiem; i chociaż ojciec swojego czasu dokładnie mu powiedział to, co mężczyzna powinien wiedzieć o kobietach, i wyjaśnił na czym polegają święte męskie obowiązki, bliskość Louise sprawiła, że zrobiło mu się gorąco, poczuł się bezradny i zakręciło mu się w głowie.

Chwyciła go za rękę i delikatnie przycisnęła ją do swojej piersi. Barney patrzył na nią, na błyszczące półksiężyce pod jej oczami, oświetlone światłem świecy. Powieki miała tak jasne, że wydawało mu się, iż świecą. Powoli pochylił się do przodu i pocałował ją.

– Czasami pytam swoje lalki, co to znaczy być szczęśliwym – wymamrotała Louise. – Nie umieją mi odpowiedzieć. Nie mówią, co powinnam zrobić.

Drugi guzik sukienki Barney odpiął własnoręcznie. Potem trzeci i czwarty. Louise, z otwartymi ustami i dziecinnym, ale wielkim zainteresowaniem, obserwowała wysiłki Barneya, który wsunął ręce pod jej stanik i wyłuskawszy spod niego piersi, przykrył je dłońmi. Czuł, jak sterczały jej sutki.

– Jesteś taki poważny – powiedziała. – I do tego taki piękny. Kocham twoje kręcone włosy. Jesteś pięknym nieznajomym.

Obejmując Louise ramieniem, Barney poszedł w kierunku łóżka. Poluźnił ręcznik, który opadł na podłogę, i usiadł na łóżku. Louise stała przed nim wyprostowana. Nagle złapała za brzegi sukienki i zadarła ją wysoko do góry, odsłaniając przed Barneyem silne, białe uda oraz łono pokryte jasnymi włosami. Serce zaczęło walić mu od pożądania. Dotknął palcami jej gołych nóg i wyszeptał:

– Louise Stella Loubser…

Zakaszlała raz czy dwa razy, po czym usiadła na niego okrakiem, przyciskając zadartą do góry sukienkę łokciami do swoich boków. Natychmiast zaczęła podskakiwać na nim w górę i w dół, jak gdyby ubijała masło. Jej drobne, białe paluszki złapały go za loki z tyłu głowy i przyciągnęły ją do piersi. Poczuł jej sutek w oku. Podskakiwała coraz szybciej i jeszcze gwałtowniej. Czuł się tak, jak gdyby przyszło mu przeciskać się w skulonej pozycji przez rurę długości pięciuset metrów.

– In Godsnaam - dyszała Louise.

Barney nie wiedział, co robić: czy pomóc jej w podskakiwaniu, czy też przyciągnąć do siebie i nie pozwolić jej tego robić. Ale w końcu – nareszcie – nadeszła rozkosz, która wynagrodziła niewygodną pozycję i zagłuszyła w nim poczucie winy i wstyd prawiczka, nastąpił odpływ, i w tym ostatnim momencie złapał Louise Stellę Loubser tak mocno, że zajęczała:

– Ach, ach!

Świeca dopaliła się, a oni jeszcze leżeli obok siebie w łóżku. Przez nie dociągnięte zasłonki Barney zauważył, że niebo zaczyna się rozjaśniać. Słychać było poranne ptaki, które świergoliły na koralowym drzewie. Na Great Karoo zaczął się świt.

Louise pocałowała go w milczeniu, zapięła sukienkę i wyszła, trzymając swoje drewniane chodaki w ręce. Słyszał, jak cichutko, na palcach szła kaczą ścieżką, która łączyła drewutnię z domem. Barney wstał, podszedł do drzwi i patrzył, jak się oddalała. Na zewnątrz pasły się gęsi. Jedna z nich odwróciła głowę, spojrzała na Barneya i zagęgała.

Barney i Simon de Koker wyruszyli o szóstej, tuż po śniadaniu, które składało się z sera i ciemnego chleba. Jedli w wyłożonej czarno-białymi płytkami kuchni. Mevrouw Loubser krzątała się przy garnkach. Na żelaznym piecyku gotował się obiad dla Alfa Loubsera – gotowana baranina oraz kluski. Pachniały liście laurowe i rozmaryn. Louise nigdzie nie było widać.

– Proszę pożegnać ode mnie córkę – powiedział Barney, wspinając się na wóz. Simon de Koker i Donald już tam byli. De Koker nabijał tytoniem swoją fajkę.

Mevrouw Loubser patrzyła gdzieś w bok. Z białym czepkiem na głowie przypominała kobietę z obrazu Vermeera. Miała chropowate dłonie od grzebania w ziemi, bielenia lnu i skubania gęsi.

Simon de Koker strzelił z bata. Donald uśmiechnął się szeroko, właściwie nie wiadomo do kogo. Woły pociągnęły wóz, który opuścił podwórko Loubsera i skręcił w Donkin Street, ulicę z posadzonymi po obu stronach młodymi gruszami, wiodącą na południe. Niebo było już błękitne, gdzieniegdzie pojawiły się kumulusy.

– Jak znalazłeś Louise? – zapytał Simon de Koker po dwudziestu minutach, kiedy znaleźli się już na obrzeżach miasta.

– Louise? – zdziwił się Barney.

Simon de Koker niespodziewanie zachichotał.

– Ona jest trochę stuknięta. Biedny stary Loubser nie może się doczekać, żeby ktoś zrobił jej dziecko, ożenił się z nią i zabrał z jego domu.

Nastąpiła długa cisza. Potem Barney powiedział ze złością:

– Myślałem, że ma wyjść za mąż za kogoś o nazwisku Nils Groenewald.

– To cała historia, kolego – powiedział Simon de Koker. – Miało tak być. Ale Nils Groenewald pojechał do Transvaalu, żeby zbić fortunę na farmie bydła. Tydzień po wyjeździe został zabity przez Zulusów. Mówią, że go wypatroszyli. I od tego czasu…

Barney patrzył na Simona de Kokera i nic nie mówił. Kierując się na północny wschód, jechali przez smagane wiatrem hooyulakte. W oddali widzieli Alfa Loubsera i jego ludzi, jak zbierali do kupy stado merynosów. Simon de Koker pomachał ręką i Alf Loubser zrobił to samo. Barney nacisnął na oczy swój kapelusz z szerokim rondem i spojrzał w przeciwnym kierunku.

Kilka miesięcy później Barneyowi wydawało się, że to nie on jechał przez pustkowie do Oranjerivier, ale ktoś zupełnie inny. Ten ktoś spędził sześć tygodni swojego życia, trzęsąc się na twardej, drewnianej desce wozu zaprzęgniętego w woły, jadącego w tumanach kurzu. Ten ktoś każdego wieczoru schodził z wozu i zbierał patyki, a potem siadał, wyczerpany, przy trzeszczącym, syczącym ognisku, podczas gdy Donald gotował w kociołku fasolę pomieszaną z kawałkami suszonego mięsa – albo, jeżeli dopisało im szczęście, piekł świeże, ociekające krwią antylopie steki.

Pewnej nocy przez kilka strasznych godzin ten ktoś leżał, nie śpiąc, pod baobabem i słuchał porykiwań lwów – żarłocznych, odbijających się echem dźwięków, które przypominały łoskot ton węgla wrzucanych do pustej studni. I każdego dnia, kiedy tylko poranny wietrzyk omiatał Karoo, ten ktoś modlił się do Boga o szczęśliwy przyjazd do Oranjerivier, żeby nie zostać rozszarpanym przez dzikie bestie oraz ukąszonym przez żmije i żeby znaleźć brata w dobrym zdrowiu.

Do Oranjerivier dotarli całkiem niespodziewanie. Jeszcze kilka minut wcześniej wóz trząsł się i skrzypiał, jadąc po wyschniętej trawie nękanej wiatrem piasku, a tu nagle zaczął toczyć się porośniętym zieloną trawą traktem, brzegiem zamulonej, wolno płynącej rzeki.

– Tam – powiedział Simon de Koker, wskazując na rzekę. – To jest Oranjerivier.

Barney stanął na koźle. Nie bardzo wiedział, czego się spodziewać. Oto zobaczył dwadzieścia albo trzydzieści domków, otoczonych namiotami, flagami, magazynami, kraalami oraz kilkoma prowizorycznymi chatami.

– Czy możesz mnie zawieźć prosto do Derdeheuwel? – zapytał Barney.

– Gdziekolwiek zechcesz – powiedział Simon de Kooker.

Jechali aleją między plotkującymi wierzbami, aż dotarli do samotnej farmy, która rozciągała się na zboczu wzgórza. Farma otoczona była płotem ze sztachet, a droga, która prowadziła do domu, ocieniona była topolami i innymi drzewami. Dochodziła czwarta i cienie rzucane przez drzewa przecinały twardo ubitą ziemię.

Donald skierował wóz na podwórko. Miejsce było w opłakanym stanie i wyglądało na opuszczone przez ludzi. Na szczycie strzechy jęczał i skrzypiał na wietrze zardzewiały wiatrowskaz. Biała farba łuszczyła się, a gdzieniegdzie nawet odpadała płatami z ozdobionej sztukaterią fasady. Ramy okienne były szare i przegniłe. Jakiś zabłąkany kogut wałęsał się po podwórku, spojrzał na nich z oburzeniem i oddalił się bez pośpiechu.

– Nikogo tutaj nie ma – powiedział Barney. Simon de Koker zeskoczył z wozu i przywiązał woły do barierki otaczającej werandę. Cztery zakurzone bestie stały cierpliwie w słońcu, od czasu do czasu machając ogonami, żeby odpędzić muchy.

– Nie znasz Monsaraza – oznajmił Simon de Koker.

Podczas gdy Donald zajął się wygrzebywaniem z wiadra resztek zgęstniałej masy, żeby przynieść wodę dla wołów, Simon de Koker złapał Barneya za rękaw i pociągnął go w kierunku frontowych drzwi. Były szeroko otwarte, więc weszli do środka bez pukania, bez wołania i nie dotykając pozbawionej połysku mosiężnej gałki dzwonka.

Wnętrze domu było jeszcze bardziej niechlujne. Na podłodze i dywanach walały się śmieci i odpadki, a wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu. Idąc przez korytarz, potykali się o porozrzucane zardzewiałe części pługa. Leżały tam: zepsuty zegar ścienny, dwa krzesła bez oparcia, kilkanaście puszek po farbie, podarta portugalska gazeta, banjo bez strun, tyle butelek po winie, że trudno było się doliczyć, i przydymione lustro ścienne, w którym Barney i Simon de Koker zobaczyli swoje odbicia. Wyglądali jak duchy starych osadników, spaleni przez słońce, spoceni, pokryci kurzem. Na pustkowiu jedynym lustrem był mały, wypolerowany, metalowy krążek, którego używali przy goleniu, a więc Barney zobaczył swoje odbicie w prawdziwym lustrze po raz pierwszy po sześciu tygodniach. Wyglądało na to, że schudł i nieco pożółkła mu skóra na twarzy, ale przypominał Afrykanera, białego mieszkańca Afryki.

Nagle usłyszeli hałas w sąsiednim pokoju i w drzwiach pojawiła się wysoka, czarnoskóra kobieta. We włosy miała wplecione czerwone i niebieskie paciorki, jej oczy były przekrwione od nadużywania dżinu. Miała na sobie prostą, białą, bawełnianą sukienkę, postrzępioną na brzegach i przybrudzoną ziemią. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat. Oparła się o ścianę, drapiąc się po łokciach jak staruszka. Wciągnęła nosem powietrze. Chyba ich nie zauważyła.

– Gdzie jest Monsaraz? – zapytał władczo Simon de Koker. – Właściciel w domu?

Kobieta zawahała się przez chwilę, po czym prześliznęła się obok nich i zniknęła w sąsiednim pomieszczeniu, które – jak Barney przypuszczał – musiało być kuchnią.

– Mam nadzieję, że nie przestraszyłeś się, kolego – powiedział Simon de Koker. – Ujrzysz jeszcze dziwniejsze przypadki tego, co cywilizacja zrobiła z tubylcami. Oni, na tych terenach, byli zawsze bardzo okrutni. Jeżeli kobieta miała bliźnięta, to zabijali jedno z nich po urodzeniu, zatykając niemowlęciu usta błotem. Mogę opowiedzieć ci co nieco o Zulusach.

Barney spojrzał na niego i bez słowa wszedł do pokoju, z którego wyszła kobieta.

W środku było ciemno. Żaluzje były spuszczone, jedynie przez wąskie szpary świeciło słońce, penetrując duszne, zaciemnione pomieszczenie. Pokój śmierdział potem, seksem i zwiędłymi kwiatami. Na mosiężnym łóżku w narożniku leżał blady, młody mężczyzna ze spiczastą bródką, kompletnie ubrany w poplamiony biały garnitur i w kapeluszu panama, ze zwisającym z rozporka penisem.

– Czy pan nazywa się Monsaraz? – zapytał Barney. – Jest pan właścicielem?

Młody mężczyzna na łóżku nie odpowiedział.

– Szukam brata – powiedział Barney. – Derdeheuwel kiedyś było jego. Nazywa się Joel Blitz. Pan de Koker, który jest tutaj ze mną, mówi, że mógł pan kupić farmę właśnie od niego.

Monsaraz głośno pociągnął nosem.

– Blitz? – zapytał głosem ochrypniętym od alkoholu. – Czułem, że był Żydem. Powiedział mi, że nazywa się Barker.

– Czy wie pan, gdzie teraz jest?

Monsaraz usiadł, zmarszczył brwi, po czym wstał, chowając to, co mu wystawało, w spodnie, ale nie przejmując się zupełnie rozpiętym rozporkiem. Podszedł, ciągnąc za sobą nogi, do wysokiego mahoniowego biurka i nalał sobie dżinu z kamionkowej butelki, która stała za lusterkiem. Pijąc, przeglądał się w nim, jak gdyby szukał znaków szybko zbliżającego się końca.

– Prawdę mówiąc – powiedział, wycierając usta – nie mam pojęcia. Zielonego pojęcia. Zapłaciłem mu, on dał mi dokumenty i wyjechał. Starał się, żeby farma przynosiła zyski, ale się nie udało.

– Wygląda na to, że tobie również się nie poszczęściło – zauważył Simon de Koker.

– To prawda – zgodził się Monsaraz. – Ale ja nie próbuję.

– Czy Joel nie wspominał panu, dokąd zamierza pojechać? – zapytał Barney.

Monsaraz beknął.

– Nie należał do tych, którzy mówią. Był bardzo… zamkniętym w sobie mężczyzną.

– To jakby nie Joel – powiedział Barney.

– Ludzie zmieniają się, kiedy tu mieszkają – zauważył Monsaraz. – Spójrzcie na mnie. Kiedyś byłem bardzo obiecującym agentem bankowym, który został wysłany za morze. A teraz jestem nędznym farmerem. Nawet tym nie jestem.

– W tym domu śmierdzi – powiedział Simon de Koker.

Monsaraz nalał sobie kolejnego drinka.

– Tak – powiedział. – Śmierdzi biedą. Czy chcecie dżinu?

Barney potrząsnął przecząco głową.

– Chcę znaleźć swojego brata, to wszystko, czego chcę.

– Żałuję, że nie mogę panu pomóc – powiedział Monsaraz. – Ale w tym kraju ludzie znikają bardzo często. Czasami dlatego, że tego pragną, czasami dlatego, że tego nie chcą. Tu jest trochę gorzej niż w piekle.

– Proszę posłuchać – powiedział Barney. – Co powiedziałby pan na to, gdybym tutaj został przez jakiś czas? Mógłbym spróbować uratować farmę.

Monsaraz spojrzał na niego uważnie.

– A co chciałby pan w zamian?

– Potrzebuję jakiegoś zajęcia i muszę mieć gdzie mieszkać. Ma pan pieniądze, prawda?

Monsaraz popatrzył na niego podejrzliwie i machnął ręką.

– Trochę – powiedział. – Czy chce pan przez to powiedzieć, że chce zapłaty?

– Jeżeli farma będzie w dobrej kondycji, to będzie się nam żyło niezgorzej. Zapłaci mi pan, gdy zacznie przynosić zyski.

– No, no, no – mruknął Monsaraz, podchodząc bliżej.

– Młody biznesmen.

Simon de Koker skrzywił się.

– Dlaczego chcesz tutaj zostać? – zapytał Barneya.

– Jeżeli chcesz szukać brata, to znajdę ci miejsce u Reitza. Czysto tam i schludnie. Będzie ci tam wygodnie. Tutaj to śmietnik.

– Wkrótce będzie inaczej – zapewnił go Barney. – Jeżeli innym się powiodło, to panu Monsarazowi też powinno się powieść.

– Nie jestem tego taki pewien – powiedział Monsaraz z powątpiewaniem. – Twojemu bratu się nie udało.

– Nie jestem moim bratem – odparował Barney. Monsaraz zatoczył się i wzruszył ramionami.

– W takim razie, zgadzam się. Jeżeli sam pan tego chce. Ale proszę nie spodziewać się z mojej strony żadnej pomocy.

Barney odwrócił się do Simona de Kokera.

– Chciałbym ci teraz zapłacić za przywiezienie mnie tutaj – powiedział. Nagle poczuł się pewnie, chociaż nie miał pojęcia, dlaczego chciał tutaj zostać. – Jeżeli to możliwe, to chciałbym zabrać Donalda na jakiś czas, żeby pomógł mi wynająć kilku robotników. Możemy pozwolić sobie na robotników, panie Monsaraz?

– Pod warunkiem, że ich pensje nie będą miały wpływu na zakup dżinu do tego domu, panie Blitz – odpowiedział Monsaraz. Był blady i ledwo trzymał się na nogach, zachowywał się tak, jakby zamierzał zwymiotować. – Ta kobieta była jak pająk – dodał. – Wielki, czarny pająk.

Na zewnątrz, na podwórku, Barney dał Simonowi de Kokerowi siedemnaście funtów. Ten kiwnął na Donalda i położył obie dłonie na jego czarnych ramionach.

– Zostaniesz z panem Blitzem i pomożesz mu znaleźć Bantu do pracy na farmie – powiedział. – Opiekuj się panem Blitzem albo przyjadę i utnę ci parówkę. Zrozumiałeś?

– Tak, sir – pokiwał głową Donald, uśmiechając się szeroko. – Chcę tu zostać, tutaj w Oranjerivier. Bardzo dobre siostry tutaj, bardzo uprzejme. Zostanę tutaj długi czas.

Barney uśmiechnął się i podał Simonowi de Kokerowi rękę.

– Dzięki, de Koker. Sądzą, że pokazałeś mi coś więcej niż tylko drogę. Udowodniłeś mi, że Kolonia na Przylądku to kraj, w którym trzeba walczyć, żeby przeżyć, albo po prostu nie żyć.

Simon de Koker wierzchem dłoni otarł pot z czoła.

– Przyjechałeś tutaj, ponieważ wydarzyło się w twoim życiu coś tragicznego, prawda? Ktoś umarł? Kogoś chcesz zapomnieć?

Barney skinął głową.

– No cóż, nie zapomnij o nich całkowicie. Ja zawsze pamiętam swoją Adaleen. Niech ten kraj ci o nich przypomina.

Opuścił głowę, a potem zaraz podniósł ją do góry, patrząc Barneyowi prosto w oczy. Jego opuszczone kąciki ust prawie wykrzywiły się w uśmiech.

Jesienią, kiedy dzikie drzewa rosnące w buszu zaczęły zmieniać kolor swoich zielonych jak mięta liści, rozeszły się słuchy, że w okolicy rzeki Orange znaleziono diamenty. Na początku Barney puszczał plotki mimo uszu. Przez cały styczeń i luty 1869 roku pracował od świtu do zmierzchu na farmie Derdeheuwel. Donald nie odstępował go ani na krok.

Zatrudnili dwunastu Bantu i dwóch na pół wykształconych mieszańców – Griqua. Jeden z nich był kuzynem Nicholasa Waterboera, wodza większości plemion Griqua, i Barney zrobił go szefem. Drugi Griąua, który nazywał się Adam Hoovstraten, był wysoki i szczupły jak żyrafa, ale za to bardzo obeznany z piłą i piłowaniem; Barney wykorzystał go do naprawy domu i stajni.

Derdeheuwel była zaniedbywana przez lata. Barney widział ślady działalności brata, jak próbował dźwignąć gospodarstwo – na wpół zaorane pole z tyłu domu, nowy wybieg dla kurcząt. Ale wyglądało na to, że Joel szybko stracił ochotę do pracy i poddał się. Był tam nawet nowy wiatrak leżący na boku w stodole, który czekał na kogoś, kto by go postawił. Drugiego tygodnia swojej bytności na farmie Barney pożyczył sprzęt do wiercenia od farmera za wzgórzem, twardego Anglika o nazwisku Stubbs, z twarzą jak arkusz brązowego, pomarszczonego papieru, i w ciągu pięciu dni wiatrak stał na cokołach i pracował.

Monsaraz prawie wcale nie interesował się postępem robót, czasami tylko wychodził na werandę, opierał się o barierkę i obserwował Barneya, który naprawiał stajnię dla bydła. Ilekroć Barney spojrzał w jego kierunku, podnosił do góry szklankę i wołał: Salut! A zaraz potem wchodził do domu i w zaciemnionym pokoju kładł się do łóżka z jedną ze swoich czarnych dziewcząt. Były dwie – jedną z nich ochrzcił Prudencja, a drugą nazwał A Moça da Fazenda, co po prostu znaczyło „Wieśniaczka". Zabawiał się z nimi całymi dniami i nocami, ale nigdy nie zdejmował swojego białego ubrania.

Barney był przekonany, że Monsaraz ukrywał gdzieś na farmie tysiące funtów. Choć nie pracował, nigdy nie brakowało mu alkoholu; i kiedykolwiek Barney poprosił o pieniądze, żeby kupić inwentarz, Monsaraz wciskał kopertę wypchaną pięciofuntowymi banknotami pod drzwi sypialni Barneya, zawsze późno w nocy. Na początku marca Derdeheuwel było już świeżo pomalowane. W stajniach stała setka wytrzymałego bydła szkockiej rasy. Barney nigdy nie pytał Monsaraza, skąd miał pieniądze i dlaczego ktoś taki jak on, z niewyczerpanymi funduszami, skazał się na banicję i zamieszkał nad rzeką Orange.

Każdego wieczoru, kiedy bydło było już spędzone do stajni, Barney siadał w swoim pokoju i przy świetle lampki oliwnej pisał listy. Napisał kilka ciepłych słów do Leah i Moishego, ale głównie korespondował z urzędami pocztowymi, prokuratorami oraz przedstawicielami władzy całej północnej Kolonii na Przylądku i Griqualandii, pytając o brata. Nie wszyscy odpisywali. Ci, którzy odpowiedzieli, pisali, że nie ma już nadziei na znalezienie brata. „To wielka, rozległa i niebezpieczna kraina" napisał urzędnik Crown Agent z Hope Town. „Prawdopodobnie pański brat został rozszarpany przez lwy".

W marcu 1869 roku Kolonię na Przylądku ogarnęła gorączka poszukiwania diamentów. Schalk van Niekirk, ten sam, który kilka lat wcześniej znalazł Eurekę, pojawił się na scenie z kolejnym kamieniem. Diament został znaleziony przez pasterza z plemienia Griąua na farmie, niedaleko rzeki Orange. Później wszedł w jego posiadanie czarownik plemienny, który używał go jako amuletu. Van Niekirk odkupił go za 500 sztuk owiec, dziesięć krów oraz jednego konia. Ale kiedy wysłał go do Kapsztadu, do wyceny, okazało się, że to wspaniały biały diament o wadze osiemdziesięciu pięciu karatów. Nazwano go Gwiazdą Afryki Południowej i sprzedano hrabiemu z Dudley za 25 000 funtów. Kładąc diament na stole w parlamencie, sekretarz kolonialny sir Robert Southey powiedział: „Panowie, oto kamień, na którym zostanie zbudowana przyszłość Afryki Południowej".

Korespondent z „Colesberg Advertiser" zapytał złośliwie: „Ciekawe, co teraz powiedziałby Gregory, gdyby tutaj był. Może ten kamień również został upuszczony przez strusia?"

W ciągu kilku następnych tygodni inne diamenty znaleziono na brzegach rzeki Vaal, trochę dalej na północ, na terenie Orange Free State. „Cape Argus" wydrukował nagłówki, które głosiły: Diamenty! Diamenty! Diamenty! W kwietniu wszystkie trakty wiodące z Kapsztadu w głąb kraju zaludniły się kopaczami różnych narodowości.

Great Karoo była jak zwykle nieprzystępna, zakurzona i bezlitosna, co spowodowało, że kilku kopaczy zmarło po drodze, ale pewien reporter stwierdził, że kiedy umierali, widzieli oczami duszy diamentowe pola, które błyszczały, jak gdyby były pokryte kroplami rosy, widzieli diamenty w falującej trawie i wiszące na gałęziach drzew wzdłuż całej rzeki Vaal, a drogi i dróżki wyglądały jak pokryte szronem.

Nie zważając na polityczną niezależność Orange Free State, który w 1834 roku został w bezwzględny sposób podbity przez Holendrów, wtargnęły tam hordy pazernych poszukiwaczy diamentów z jednym tylko pragnieniem: wzbogacić się. Wkrótce brzegi wzdłuż rzeki Vaal i Orange zostały rozparcelowane na niewielkie działki i ci, którzy przybyli zbyt późno, musieli szukać diamentów „na sucho", w sporej odległości od wody. Farmerzy w Hopetown, Klipdrift i Pniel znaleźli swoje płoty i ogrodzenia powalone na ziemię oraz powyrywane z korzeniami drzewa. Jeden po drugim wy-przedawali ziemię, bo nie widzieli sensu gospodarowania na farmach, które były systematycznie niszczone przez bezprawnie działających poszukiwaczy diamentów.

Przed przybyciem awanturników Barney spacerował czasami brzegami rzeki Orange, która płynęła niedaleko Derdeheuwel; schylił się nawet kilka razy, żeby podnieść garść żwiru i przepuścić między palcami, ale nie znalazł nic, co w przybliżeniu przypominałoby diament. Niedługo potem porośnięte drzewami brzegi rzeki zostały zajęte przez kopaczy. Raz czy dwa razy, z czystej ciekawości, poszedł zobaczyć, jak przepuszczają błoto przez kuchenne sita, oddzielając patykami kamyczki. Rzadko odzywali się do niego. Jedynymi słowami, które usłyszał od tych brodatych mężczyzn w tanich roboczych koszulach i poplamionych błotem spodniach, były wypowiedziane podejrzliwym tonem „dzień dobry" i „do widzenia". Godzinami przesiadywali przy swoich składanych drewnianych stolikach, wybierając nawet najmniejsze okruchy diamentowe z sit, przelewając przez nie i przesypując tony błota i żwiru, wydobywanego przez ich pomocników – Murzynów. Barney doszedł do wniosku, że szukanie diamentów przypomina mu znaną z bajek pracę za karę, kręcenie złotego sznura ze snopków słomy.

Na pastwiskach zakwitły różowo-białe kwiaty, zwiastuny zbliżającej się zimy. Przez dwa tygodnie lał deszcz, z czego bardzo cieszyli się farmerzy. Afrykanerzy, widząc zbierające się chmury burzowe, zawsze mówili z nie tajoną radością: „Pogoda się polepsza". Ale deszcz był morderczy dla poszukiwaczy diamentów, zwłaszcza że znacznie oziębiło się i wyżłobione dziury w ziemi zaczęły zamarzać. Słońce, które zasłaniały chmury, przypominało wielką kulę opalu. Pomimo tego setki kopaczy przyjeżdżało z Kapsztadu i Durban. Podróżowali skrzypiącymi wozami albo na zmęczonych koniach i kiedy docierali do ocienionych przez wierzby brzegów rzeki Vaal, zrywali kapelusze z głów, podrzucali je do góry i wrzeszczeli z radości, a potem budowali prowizoryczne chatki i marzyli o olbrzymiej wielkości diamentach.

Niektórzy z nich stawali się bogaczami od razu. Jeden młody poszukiwacz klęczał w kościele i znalazł diament wciśnięty w klepisko. Pewien Anglik zrezygnował ze swojej działki, ponieważ kopiąc w niej od wielu tygodni nie znalazł niczego, ale mężczyzna, który przyszedł po nim, już pierwszego dnia wykopał rów na sześć cali głęboki i znalazł prawie trzydziestokaratowy diament, który sprzedał za 2500 funtów.

Barney z radością odkrył, że farma zaczyna prosperować. Oranjerivier było oddalone od działek diamentowych, a więc pola nie odwiedzali poszukiwacze marzący o milionach i nie szukali tam drewna na ogniska, burząc stodoły i rozwalając płoty. Było jednak na tyle blisko, że Barney wysyłał tam codziennie jednego ze swoich Griąua z wozem załadowanym jajami, beczkami z mlekiem i świeżą wodą, żeby sprzedawał produkty poszukiwaczom diamentów, co w znacznym stopniu podreperowało budżet Derdeheuwel. Mleko – 1 szyling 6 pensów za wiadro; woda – 5 pensów za wiadro; jajka – 2 pensy za sztukę. Drogo, ale cóż mieli zrobić kopacze? Barney założył nawet biuro pośrednictwa pracy dla czarnych, używając Donalda jako tłumacza i pośrednika w rozmowach z miejscowym dikgoro czy tubylczymi społecznościami. Chociaż brał za jednego tubylca 35 funtów i 3,5 pensa miesięcznie, co było znacznie drożej niż gdzie indziej, wielu poszukiwaczy diamentów wolało robotników Barneya od zwykłych nicponiów, którzy kręcili się w pobliżu działek, chociażby ze względu na uczciwość tych pierwszych. Jeżeli którykolwiek z nich próbował się zemścić na swoim panu za to, że go bił czy źle traktował, i połykał lub chował wydobyte diamenty do kieszeni, Donald wkraczał do akcji i dawał mu porządnie w skórę. „Kilka batów dla nauczki" mówił po ojcowsku.

– Wkrótce diamenty się skończą – powiedział Monsaraz pewnego wieczoru, kiedy siedzieli przy kolacji, zajadając sporządzony przez Donalda bobotie. - I wtedy te ziemne glisty w ludzkich skórach zostawią nas w spokoju.

Barney spojrzał na Monsaraza oświetlonego światłem z kandelabra. Był blady od przedawkowania dżinu i braku słońca. Pod okiem bez przerwy drgał mu mięsień.

– Wolałbym, żeby zostali – powiedział Barney ostrożnie, sięgając po butelkę z winem. – Dzięki nim farma ma zyski. W tym miesiącu zarobiliśmy na czysto pięćdziesiąt omem funtów.

Monsaraz odsunął talerz.

– Dlaczego on zawsze gotuje to malajskie paskudztwo? – wymamrotał. Nalał sobie do szklanki dżinu, który wypił trzema długimi łykami.

– Wkrótce wszystko się tutaj zmieni, panie Monsaraz. Będzie musiał się pan z tym pogodzić. Dzisiaj rano znaleźli nad rzeką siedmioipółkaratowy diament. Jeszcze kilka lat i poszukiwacze założą w Oranjerivier swoje własne miasto, z ratuszem, gmachem sądu i…

– Sąd? – warknął Monsaraz. – Czy myśli pan, że to zabawne? Sąd?

– Chciałem tylko powiedzieć, że…

– Przypuszczam, że to pańskie żydowskie poczucie humoru. Sąd? Czy męczenie mnie sprawia panu przyjemność?

– Ależ o czym pan mówi? – zaprotestował Barney. – Chciałem powiedzieć, że…

– Bardzo dobrze pan wie, o czym mówię! – krzyknął Monsaraz. – Cholernie dobrze pan wie, o czym mówię!

Wstał od stołu i zatoczył się kilka razy, zanim złapał równowagę.

– Cholernie dobrze pan wie, o czy mówię – powtórzył. – Cholernie dobrze.

Otworzył szeroko usta, ciężko dysząc. Mięśnie gardła zaczęły mu pulsować i nagle zwymiotował nie strawione mięso i jarzyny na swój biały garnitur. Barney zamknął oczy i zaczął się modlić.

W ciągu dwóch następnych lat Barney wielokrotnie miał ochotę wyjechać z Derdeheuwel. Monsaraz jednak uspokoił się i bardzo rzadko wybuchał gniewem, a ponadto Barney nie miał dokąd pójść. Co prawda wierzył, że Joel żyje i mieszka gdzieś w Kolonii na Przylądku albo w Orange Free State. Czasami zostawiał farmę pod opieką Donalda, a sam wyruszał lekkim powozem zaprzęgniętym w jednego konia do Hopetown, Jagersfontein, a nawet do Klipdrift. Zawsze przy takich okazjach zabierał ze sobą zapas suszonego mięsa, ser oraz suszone owoce, które sprzedawał spotykanym po drodze poszukiwaczom diamentów. Czasami poszukiwacze diamentów płacili mu kolonialnymi funtami, ale najczęściej – małymi diamentami. Zima ustąpiła miejsca wiośnie, a po wiośnie nadeszło gorące lato. Barney poznał niemalże wszystkich kopaczy diamentów, poznał ich metody pracy, wiedział, gdzie znajdują się najlepsze działki. Zaprzyjaźnił się też z kilkoma mężczyznami, którzy diamenty skupowali, zakładając swoje biura w pobliżu działek.

Jego ulubieńcem był Harold Feinberg, który prowadził skup w małej, drewnianej, wzmocnionej żelaznymi prętami chatce; wybudował ją w Klipdrift, nad rzeką Vaal. Feinberg przyjechał do Afryki Południowej z londyńskiego East Endu, zostawiając rodzinną fabryczkę, w której produkował cygara. Postąpił tak ze względu na pogarszające się zdrowie. Miał trzydzieści sześć lat, był gruby i cierpiał na astmę. Zawsze nosił na głowie biały korkowy hełm, nawet wtedy, kiedy przebywał pod dachem. Kiedykolwiek Barney przyjeżdżał do niego z wizytą, Feinberg zapraszał go do dusznego pokoiku na zapleczu. Siadali w fotelach, pili czarną mocną herbatę, a gospodarz wyciągał diamenty z szuflady biurka, kładł je na blacie i wyjaśniał Barneyowi, ile są warte.

– Ten na przykład… siedem i trzy czwarte karata, doskonały, ale szklisty. A ten… dwadzieścia jeden karatów, ale ze skazą… musisz nauczyć się na nie patrzeć.

Od Harolda Feinberga Barney dowiedział się wszystkiego o nielegalnie działających kupcach diamentów… byli to ludzie, którzy obozowali na obrzeżach diamentowych pól i płacili mniej za przyniesione kamienie, nie troszcząc się, kim był właściciel, ani skąd pochodził. Właśnie do tych kupców bez licencji przychodzili czarnoskórzy robotnicy, którzy kradli diamenty z działek swoich panów, albo nieuczciwi wspólnicy, którzy chcieli oszukać swoich partnerów. Ale na ogół diamentowy interes był czysty i wszyscy postępowali zgodnie z prawem. Stafford Parker, Anglik o surowej twarzy, mianował się gubernatorem okręgu Klipdrift oraz prezydentem Stowarzyszenia Poszukiwaczy Diamentów, mającego na celu prawną ochronę interesów kopaczy. Wzorując się na swoich doświadczeniach z czasów kalifornijskiej gorączki złota, Parker zmusił wszystkich kopaczy diamentów do przeczytania, podpisania i przestrzegania długiej listy nakazów i regulacji oraz powołał magistrat, który podczas swego codziennego urzędowania wysłuchiwał skarg i wniosków. Złodzieje karani byli chłostą albo wleczeni za galopującym koniem po kamienistym korycie rzeki Vaal.

W 1870 roku Stafford Parker posunął się jeszcze dalej i ogłosił diamentowe pola Republiką Poszukiwaczy Diamentów, której był pierwszym prezydentem. Barney spotkał go dwa razy – za pierwszym razem było to przed namiotem Dana Evansa, w Gong Gong. Miejscowy wódz Griqua, Jan Bloem, był tam również i siedział przy ognisku na małym składanym krzesełku. Miał na sobie jaskrawo-żółty garnitur w kratę. Barney po raz pierwszy w życiu miał okazję zobaczyć takie cudeńko. Parasol Bloema, ciasno zrolowany, tkwił obok niego w miękkiej ziemi.

Stafford Parker okazał się białobrodym, niewysokim mężczyzną, bardzo mocno opalonym. Silnie potrząsnął Barneya za rękę i zapytał:

– Jest pan poszukiwaczem? Nie, to niemożliwe. Nie ma pan zniszczonych rąk.

– Jestem farmerem, sir, w Oranjerivier.

– Nie wygląda pan na farmera. I nie mówi pan jak farmer.

– Przybyłem z Nowego Jorku. Miałem tam interes – odpowiedział Barney. – Krawiectwo.

Stafford Parker spojrzał na niego ostro.

– Krawiectwo? Żyd?

– Tak, sir.

– Hmm. Trzymaj się pan lepiej z dala od handlu diamentami. I tak zbyt wielu srulów się tym zajmuje.

Barney zaczerwienił się.

– Kogo nazywa pan srulem, sir?

– Przecież tak was przezywają – odpowiedział cierpkim głosem Stafford Parker.

– Ignoranci oraz ludzie wrogo do nas nastawieni, sir.

– Tak też myślałem – powiedział Stafford Parker. – Ale obawiam się, że będąc lojalnym poddanym Korony Brytyjskiej, uważam za słuszne i sprawiedliwe ignorowanie facetów, którzy ukrzyżowali naszego Pana, oraz wrogie nastawienie do ich potomków.

Stafford Parker oddalił się na sztywnych nogach, zostawiając Barneya dyszącego ze wściekłości. Z drugiej strony ogniska Jan Bloem słuchał wymiany zdań z wyraźnym zainteresowaniem.

– Anglicy mają zwyczaj obrażania wszystkich, których spotkają na swojej drodze – powiedział po chwili. – To ich tradycja, która przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Henryk V, sir Walter Raleigh, Jerzy III, a teraz Staf-ford Parker. Niech to po panu spłynie jak woda po kaczce.

Barney spojrzał na niego uważnie. Słowa, które wypowiedział czarnoskóry mężczyzna z dzikim wyrazem twarzy, o płaskich, świecących policzkach i z kręconą brodą, wydały mu się bardzo cywilizowane. Dwa złote koła błyszczały pod rondem jego wysokiego kapelusza.

– Musi pan kiedyś przyjechać do mojej wioski, to porozmawiamy o judaizmie – ciągnął dalej Griqua. – My, Griqua, jesteśmy mocno wierzącymi chrześcijanami i uwielbiamy muzykę religijną. Z przyjemnością wysłucham pańskiej opinii na temat Biblii.

– Tak – odpowiedział Barney. Nie bardzo wiedział, co dodać. Po raz pierwszy od przeszło osiemnastu miesięcy ktoś chciał zmusić go do obrony judaizmu. Mogło to być dla niego niezbyt przyjemne, tym bardziej że już dawno nie uczestniczył w starych obrządkach religijnych. Jedynie schachris, mincha i rnaireu odmawiał codziennie i odpoczywał w Shabbes. A tu ten śmiesznie wyglądający mieszaniec chciał z nim dyskutowć o Talmudzie. – Ja… ja… wrócę tu za miesiąc – dodał jąkając się. – Poproszę swojego człowieka, żeby mi objaśnił, jak dostać się do twojej wioski.

– Z niecierpliwością będę pana oczekiwał – powiedział Jan Bloem i zdjął kapelusz.

Wrócił do Derdeheuwel. Zimowe kwiaty ponownie rozkwitły, zapowiadając najzimniejszą porę roku. Był rok 1871. Monsaraz stawał się coraz bardziej ponury, pił coraz więcej i prawie wcale się nie odzywał. Krzyczał za to po nocach i wygłaszał długie, niezrozumiałe tyrady; czasami zamykał się na całe dnie w swoim pokoju. Były okresy, kiedy czuł się lepiej, zasiadał wtedy z Barneyem do kolacji podanej na werandzie – jeżeli było ciepło, ale ograniczał się do wypicia kilku szklanek dżinu.

Raz, tylko jeden raz, przysłał Barneyowi do pokoju jedną ze swoich dziewcząt. Zapukała do saloniku pewnego wieczoru, w czerwcu 1871 roku, kiedy to Barney pracował przy swoim biurku, mając na sobie długi, biały, bawełniany szlafrok, który Donald kupił na miejscowym rynku. Miał szerokie rękawy, a brzegi obszyte były czerwoną tasiemką.

– Panie? – powiedziała dziewczyna, otwierając drzwi. Była drobna, przystojna i bardzo czarna. Włosy miała związane w krótki mysi ogonek z wplecionymi kolorowymi paciorkami. Miała na sobie prostą, na brązowo pofarbowaną togę, pod którą falowały duże, jędrne piersi. Pod spodem musiała być naga.

Barney podniósł głowę znad stołu. Odłożył pióro. Ostatnio coraz gorzej widział, z przemęczenia, postanowił nawet posłać kogoś do Durbanu po okulary.

– Tak? – zapytał. – Czego chcesz?

– Pan Mont-harry powiedział, żebym tutaj przyszła.

Barney wstał.

– Rozumiem. Czy dał ci jakąś kartkę?

– On mówi, że ty jesteś sam, panie. Przyszłam, żebyś nie był sam.

– To znaczy kazał ci przyjść do mojego łóżka? Dziewczyna pokiwała głową.

Barney spojrzał na list, który właśnie pisał. „Drogi Panie. Od kilku lat próbuję znaleźć swojego brata Joela Blitza vel Barkera i zastanawiam się…" Wziął do ręki pióro i złamał je na pół, kładąc kawałki na blacie stołu.

Czarna dziewczyna patrzyła na niego zdumiona.

– Efidile - powiedziała.

Barney wiedział, co oznaczały te słowa. „Umarło". Ban-tu wierzyli, że przedmioty domowego użytku mają duszę i jeżeli ktoś stłukł talerz albo filiżankę, zawsze mówili efidile, tak jakby umarł człowiek.

Następnego ranka przy śniadaniu Barney i Monsaraz pokłócili się. Monsaraz był jeszcze pijany po nocnej libacji i kaszlał, wypluwając krwawą flegmę.

– Nie chcę, żebyś przysyłał mi swoje dziewczyny! – krzyczał Barney.

– Chciałem wyświadczyć ci przysługę! – nie pozostawał mu dłużny Monsaraz. – Boże, jesteś zarozumiałym, niewdzięcznym łajdakiem! Myślałem, że jesteś na tyle człowiekiem, że możesz zapragnąć kobiety, i tylko dlatego kazałem jej do ciebie przyjść!

– Jestem człowiekiem – powiedział Barney. – Ale kiedy potrzebuję kobiety, to znajduję ją sobie sam. Nie potrzebuję resztek z twojego stołu! Jakiegoś wybrakowanego towaru!

– Ona nie była wybrakowanym towarem! – wypalił Monsaraz. Musiał przestać krzyczeć przez dłuższą chwilę, ponieważ chwycił go atak kaszlu. W końcu złapał butelkę dżinu, przepłukał sobie nim gardło i wreszcie był w stanie dokończyć. – To dziewczyna, którą nazwałem Zanza. Jest z plemienia Tswana. Nazwałem ją Zanza, ponieważ gra na instrumencie muzycznym. Na czymś, co przypomina ksylofon zrobiony z metalu.

– Nie chcę jej – powiedział Barney tak spokojnie, jak umiał.

– No cóż, twoja sprawa. Ale czasami zastanawiam się, jak możesz wytrzymać. Tylko praca i żadnych kobiet. Czy wy, Żydzi, macie jakichś świętych? Nie? To dziwne, bo ty z pewnością zaliczyłbyś się w ich poczet.

Tego samego dnia po południu Barney osiodłał konia, którego razem z czterema innymi kupił w Hopetown, i ruszył na przejażdżkę, aby skontrolować północno-wschodnią część Derdeheuwel. Lubił jeździć konno, chociaż wcale nie był dobrym jeźdźcem. Monsaraz twierdził, że przypomina wtedy plaster wołowiny podrzucany na kocu. Zatrzymał wierzchowca na szczycie niewielkiego wzgórza i spojrzał na pofałdowane pola, otaczające pomalowane na biało budynki farmy. Był chłodny, wietrzny dzień i miał na sobie tweedową marynarkę, którą zrobił sam, obcinając dół prochowca.

Monsaraz, chociaż był grubiański, miał rację. Potrzebował kobiety. A nawet więcej – potrzebował żony. Dziewczyny, która byłaby kochanką, przyjaciółką, powierniczką sekretów i z którą dzieliłby się odpowiedzialnością. Zdał sobie sprawę, zresztą nie po raz pierwszy w swoim życiu, jak dokuczliwa była samotność. Miał dwadzieścia dwa lata i oprócz kilku przypadkowych znajomych z kręgu kopaczy diamentów, farmerów i handlarzy, nie miał żadnych przyjaciół. Czasami chodził z Donaldem na ryby, ale jego na pół afrykański dialekt, którym mówili Griqua, był dla Barneya zazwyczaj niezrozumiały, a do tego sam Donald był dziecinny i irytujący.

Barney czuł, że ma w sobie ogromne rezerwy ciepła, które chciałby przelać na ludzi, nawet na Monsaraza, czuł się psychicznie bardzo silny. Wiedział, że organizując farmę, postąpił prawidłowo. Głęboko w podświadomości czuł, że drzemie w nim ambicja, której na razie nie potrafił określić – ambicja jak chmura gradowa, ciemna i ciężka. Tylko wtedy, kiedy będzie umiał zrozumieć swoją ambicję, będzie mógł wyrazić swoje uczucia – ponieważ dopóki nie będzie w stanie zrozumieć, czego oczekuje od życia, nigdy nie dowie się, kim jest i co go tutaj przywiodło.

Większość miejscowych farmerów polubiła go, chociaż niewielu z nich potrafiło zrozumieć jego żydowską łagodną naturę oraz wyrafinowane nowojorskie maniery. Holendrzy zamieszkujący Kolonię byli ludźmi bezpośrednimi, szczerymi, wydawali się aż ordynarni; ale jeżeli zmuszeni byli do przebycia siedmiuset mil, żeby uwolnić się od Brytyjczyków, to mieli w pełni do tego prawo. Niektórzy nazywali go prosto z mostu „Żydkiem", ale zaraz potem klepali życzliwie po ramieniu, aż się wyginał, i zapraszali, zęby obejrzał dopiero co urodzone cielę czy owcę. Wiedzieli, że jego farma była schludnie utrzymana, że czarnoskórzy robotnicy byli szczęśliwi, pracując dla niego, i że osiągał zyski. A co najważniejsze, był amerykańskim Żydem, nie brytyjskim.

Żaden z nich nie wiedział, co czuł, kiedy kładł się spać w swoim wąskim, drewnianym łóżku z rzeźbionym w kwiaty wezgłowiem. Żaden z nich nie wiedział, jak często w snach widział swojego ojca, pogrążonego w smutku, ciężko pracującego, nie mogącego sobie wybaczyć, że nie powiedział żonie oraz synom, jak mają bez niego żyć. Żaden z nich nie wiedział, jak często zaciskał dłonie w pięści i potem powoli je otwierał w obawie, że znajdzie na nich matczyną krew.

Ci, którzy lubili go najbardziej, nazywali go żydowskim Burem i częściej zapraszali do domów na obiady. Pik Du Plooy, którego farma graniczyła z Derdeheuwel na wschodzie, był wyjątkowym przyjacielem, prawdziwym z krwi i kości Burem z zawadiacką twarzą i jasnymi, prawie białymi włosami. Taki był Simon de Klerk, niewysoki, kwadratowy mężczyzna, który swoją farmę leżącą na przeciwległym brzegu rzeki Orange nazwał Pnddagang, co znaczyło Żabia Ścieżka. Pomimo to, że lubili towarzystwo Barneya, był dla nich Uitlanderem, cudzoziemcem i Żydem; i jeżeli tylko jedna z ich córek wykazywała większe zainteresowanie jego osobą, natychmiast zapadała cisza albo zaczynano wygłaszać głośno uwagi, jak trudno mu przyjdzie, biedakowi, znaleźć miłą i odpowiednią dla siebie żydowską dziewczynę, bo nie było ich zbyt wiele w okolicy Oranjerivier.

A już zostawiając na boku jego żydostwo, to mieszkał z Monsarazem, a Monsaraza wszyscy uważali za diabła.

Jednego wieczoru, krótko po kolacji z Du Plooyem, podczas której zjedli pierogi z wołowiną, Barney wsiadł do swojego powozu, kierując się w stronę Derdeheuwel. Zatrzymał kuce, kiedy znalazł się przy rzece, między wierzbami. Ogniska rozpalone przez poszukiwaczy diamentów rozświetlały noc, przypominając obozowisko jakiejś dziwnej armii. Siedział na koźle z zamkniętymi oczami, modląc się do Boga, żeby go oświecił, żeby dał mu siłę i powiedział, co ma robić.

Nic się nie wydarzyło. Rzeka Orange obmywała skały; wieczorny wietrzyk poruszał gałązkami wierzb; owady śpiewały swoją monotonną ihubo, pieśń na tysiąc głosów.

Powierzchnia wody błyszczała i migotała w skąpym świetle ukrytego za chmurami księżyca. Barneyowi wydawało się, że świecą diamenty.

Zimą oraz wiosną 1871 roku trzy zupełnie nie związane ze sobą wydarzenia całkowicie zmieniły życie Barneya.

W Vooruitzigt, na posiadłości należącej do dwóch braci o surowych twarzach, Johannesa i Diedricha De Beerów, o milę od Bultfontein, znaleziono diamenty. Leżały rozrzucone na polu. Dwa miesiące później grupa poszukiwaczy, których z powodu dziwnych okryć głowy przezwano Partią W Czerwonych Kapeluszach, miała szczęście wyrzucić ze swojego obozu czarnego służącego Damona, który nadużywał alkoholu. Następnego ranka Damon, który przez całą noc wędrował po wzgórzach znanych jako Colesberg Kopje, wrócił z pełną garścią surowych diamentów – diamentów lepszej jakości niż te, które kiedykolwiek tutaj znajdowano. Gorączka diamentów rozpoczęła się. Po kilku godzinach, kiedy tylko wiadomość wydostała się na zewnątrz, hordy poszukiwaczy ruszyły do Vooruitzigt, szukając w żółtawej glebie szlachetnych kamieni z uporem i wściekłością mrówek. Colesberg Kopje natychmiast przemianowano na Nową Gorączkę Diamentów De Beerów. Namioty, chaty poszukiwaczy diamentów, handlarzy, karciarzy, prawników, magików i prostytutek powstawały jak grzyby po deszczu. Nawet Harold Feinberg opuścił swoje pomieszczenia w Klipdrift i wybudował biuro naprzeciwko siedziby spółki London & South African Exploration Company, tuż przy grząskim trakcie, który służył De Beerom jako główna droga.

Dużo później Barney opowiadał, że cały kraj ogarnęło podniecenie. Wszyscy opowiadali sobie niestworzone historie o fortunach, które powstawały w ciągu jednej nocy. Bracia De Beerowie, którzy kiedyś kupili farmę za pięćdziesiąt funtów, teraz sprzedali ją za sześć tysięcy i wyjechali w inne okolice. Później z żalem mówili każdemu, że uczciwszą ceną byłoby sześć milionów.

Drugim wydarzeniem, które zmieniło życie Barneya, był przyjazd do Nowej Gorączki Diamentów De Beerów angielskiego prawnika, Briana Knighta, który postanowił otworzyć tutaj interes i przywiózł ze sobą żonę Clemmie oraz dwie córki, Agnes i Faith.

Trzecim wydarzeniem było znalezienie brata, Joela.

Barney wybrał się w podróż do Nowej Gorączki Diamentów De Beerów w październiku 1871 roku. Chciał zobaczyć się z Haroldem Feinbergiem. Wiózł ze sobą małą skórzaną sakiewkę, wypełnioną nie obrobionymi diamentami, które dostał w zamian za mleko, jajka oraz inne produkty żywnościowe od kopaczy znad rzeki Orange. Był pewien, że Harold Feinberg da mu za nie rozsądną cenę. Oprócz tego chciał przez pewien czas odpocząć od Monsaraza. Jego portugalski pracodawca pił coraz więcej i coraz mniej myślał – tłukł szyby w oknach, rzucał talerzami, bił kobiety Bantu, które przychodziły do niego, aby pofiglować. W noc poprzedzającą wyjazd Barneya, Monsaraz opowiedział mu długą i żałosną historię o tym, co zrobił z dwiema nieletnimi dziewczynkami z plemienia Venda, z którymi zamknął się w swoim pokoju na trzy dni.

Barney zabrał ze sobą Donalda, a chudego Adama Hoovstratena zrobił nadzorcą swoich czarnych robotników. Donald uwielbiał podróże. Siedział wtedy z ważną miną na drewnianej desce w powozie i wysokim głosem śpiewał psalmy. Barney nie słyszał takich treli od kiedy opuścił Nowy Jork. W tym czasie Donald mianował się majordomusem Barneya i dżentelmenem dżentelmena i nigdy nie wspominał o powrocie do Paarl.

– Być może znajdziemy panu jakąś miłą dziewczynę w Colesberg – powiedział do Barneya, kiedy siedzieli przy ognisku, kilka mil na północ od Ritchie, gdzie rzeka Modder wpływała do Riety. Była chłodna, cicha noc, a niebo błyszczało gwiazdami.

– Skąd przyszło ci do głowy, że szukam dziewczyny? – zapytał Barney. Marynarkę, którą wkładał na siebie w podróż, oraz bryczesy powiesił na pobliskim krzaku i pracowicie szył swoją ueldschoen, przy której odeszła podszewka.

Donald mocniej owinął się płaszczem. Palił fajkę, aromatyczny dym mieszał się z zapachami nocy.

– Pan Monsaraz mówi, że szuka pan dziewczyny. Wytwornej dziewczyny. Nie czarnej. I również nie kurwy.

– To żaden pana Monsaraza interes. Twój również nie, jeżeli już o tym mówimy.

Donald wzruszył ramionami.

– Tylko pan tak mówi. Ale jeżeli pan chce, to pomogę panu znaleźć siostrę. Mam pięć dobrych sióstr w Oranjerivier, a dwie w Bultfontein.

– Widziałem kilka twoich sióstr, Donaldzie. Wszystkie są brzydkie jak nie wiem co.

– Brzydkie, tak – pokiwał głową Donald. – Tak, brzydkie! Ale dobre na kilka godzin! Nigdy nie są zmęczone.

Barney sięgnął po swoje emaliowane naczynie z mocną, holenderską kawą i wypił łyka. Jutro rano dotrą do Nowej Gorączki Diamentów De Beerów, a właściwie do Kimberley, ponieważ taka była oficjalna nazwa. Stało się tak w wyniku protestu brytyjskiego sekretarza kolonialnego, ponieważ nie potrafił wymówić ani Vooruitzigt, ani Colesberg Kopje, chociaż właściwie nawet nie próbował. Ponadto uważał, że nazwa typu Nowa Gorączka Diamentów De Beerów przyniesie ujmę Imperium Jej Wysokości. Postanowił przechrzcić diamentowe miejsce i nadać mu imię swojego ulubionego administratora.

– Co myślisz o Monsarazu, Donaldzie? – zapytał Barney. – Tylko nie kłam.

Świecące oczy Donalda spojrzały na Barneya przez ognisko.

– Biblia mówi: „Nie sądź, a nie będziesz sądzony".

– Monsaraz sam się osądził – odparł Barney. – Wszystko to, co zrobił, zaciska się pętlą wokół jego szyi.

– No cóż – powiedział Donald. – Skoro pan Monsaraz sam się osądził, to my już nie musimy tego robić. Sprawa zakończona.

– Boję się o farmę, o swój własny byt. Pracowałem na niej przez dwa lata, podźwignąłem z upadku. Co się z nią stanie, jeżeli Monsaraz umrze albo postanowi sprzedać ją kopaczom diamentów?

Donald wyciągnął z ogniska tlącą się gałązkę i przypalił fajkę.

– Pan Monsaraz nie sprzeda. Kiedyś powiedział do mnie: Donald, przyjechałem tutaj do Oranjerivier, ponieważ to koniec świata. Sekretne miejsce. Powiesz komuś w Portugalii o Oranjerivier – odpowie, nie, nie znam takiego miejsca. Nigdy o czymś takim nie słyszałem, człowieku.

– Ale teraz staje się sławne na cały świat. Dzięki diamentom.

– Trafił pan w sedno sprawy – zgodził się Donald. – I właśnie dlatego pan Monsaraz jest przerażony. Ale nie będzie próbował ucieczki. Powiedział, że chce umrzeć na swoim własnym kleinplasie, na swojej własnej, małej farmie.

– Cieszę się, że staje się sentymentalny, kiedy mówi o miejscu, które ja doprowadziłem dla niego do porządku.

Donald nie odpowiedział. Sam nigdy niczego nie posiadał, nawet nie miał takich aspiracji. Jego biali znajomi stanowili dla niego tajemnicę, której nie potrafił przeniknąć, byli kapryśni jak Rhubega, bóg pogody.

Barney przewracał się na swoim materacu. Ciepły wietrzyk od Modder poruszał źdźbłami trawy. Wiosenne noce na północnej części Przylądka były najsuchszymi, najmuzykalniejszymi miejscami na ziemi. Sucha muzyka, która unosiła się nad suchymi trawami, pogwizdywania pasterzy Venda, którzy umieli porozumiewać się na wielkie odległości, gwiżdżąc melodie, zastępujące słowa.

Harold Feinberg ucieszył się, kiedy go zobaczył, chociaż był bliski załamania z powodu światowych cen diamentów. Nie lubił swojego nowego biura; chata faktycznie była podła, a na dodatek obok niego, w sąsiednim pomieszczeniu, mieszkała rudowłosa Irlandka, która trudniła się uprawianiem nierządu, i co dziesięć minut ściany budynku trzęsły się jak podczas trzęsienia ziemi. Harold poczęstował Barneya gorącym rumem i mlekiem. Donald poszedł poszukać sobie jakąś siostrę, a oni usiedli na progu chaty i rozmawiali.

– Jest więcej diamentów, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić – powiedział Harold. – Nieźle mi idzie, chociaż krach na rynku. Kopacze przynoszą mi pierwszorzędnej jakości diamenty wiadrami. Mówię poważnie, wiadrami. W wiadrach! Mogę grymasić, wybierać, co tylko chcę.

– Dlaczego masz takie podłe biuro? – zapytał Barney z uśmiechem.

– A czego byś chciał, żebym wybudował pięciopiętrowy gmach w gotyckim stylu z błota, trawy i blachy falistej? Cegły, balkony z prętów i wszystkie zresztą materiały budowlane przysyłają z Kapsztadu oraz Durbanu. Do tej pory nie było jeszcze dostawy i trzeba będzie na nią poczekać przynajmniej kilka tygodni. Zresztą, biuro nie jest najważniejsze. Najważniejszą rzeczą jest być tam, gdzie znajdują się diamenty. Możesz założyć interes w norze albo w pałacu, bez znaczenia. Ale tam, gdzie wydobywane są diamenty, i to jest najważniejsze.

Barney zamieszał rum łyżeczką, po czym położył ją z powrotem na stole.

– Odkąd tu przyjechałem, otaczają mnie diamentowe działki, ale w dalszym ciągu jestem biedny jak przedtem.

– Przecież farma prosperuje dobrze.

– Nie najgorzej. Ale nie jestem bogaty. I nie mogę się spodziewać, że w końcu to się zmieni. Farma należy do Monsaraza, nie do mnie.

– Może powinieneś kupić udziały jakiejś działki?

– Znasz ceny? Na pewno znasz. Od trzech do czterech tysięcy funtów. Do tej pory zaoszczędziłem jakieś siedemdziesiąt, osiemdziesiąt funtów.

Harold skrzywił się z dezaprobatą.

– Spróbuj znaleźć wspólnika. Znajdź kogoś, kto zechce z tobą kopać. To dobra rada, Barney. Życiowa szansa, bo kiedy przekopią całą ziemię, interes wkrótce się skończy.

W tym momencie na ulicy pojawił się energiczny mężczyzna z grubym wąsem i w kapeluszu z szerokim rondem.

Szedł chodnikiem szybkim krokiem, uderzając końcem laski w mijane po drodze budy. Mimo upału był ubrany w ciemny garnitur, zapiętą pod szyję koszulę z białym kołnierzykiem i krawat. Kiedy się zbliżył, Barney zauważył, że jego rzęsy są białe i szczeciniaste, jak u świni.

Harold wstał, ciągle trzymając w dłoni pusty kubek.

– Dzień dobry, panie Knight. Jak się pan miewa?

– Tak sobie – oznajmił Knight. Wyjął z kieszeni chusteczkę i głośno wydmuchał nos.

Harold spojrzał na niego ze współczuciem.

– Nie mogę powiedzieć, żebym wam zazdrościł, wam, prawnikom, tego całego bałaganu.

– No cóż, bywa i tak – odparł Knight, wlepiając wzrok w jakiś punkt po drugiej stronie ulicy. Barney odwrócił się i spojrzał w tym samym kierunku. Stały tam dwie dziewczyny w prostych, jasnych sukienkach, kręciły zalotnie parasolkami, rozmawiając z jakimś młodym, wysokim kopaczem w kapeluszu z wielkim, obwisłym rondem.

– A to mój młody przyjaciel z Oranjerivier – powiedział Harold. – Amerykanin z Nowego Jorku.

– Doprawdy? – zdziwił się uprzejmie Knight, ale cały czas patrzył na dziewczyny po drugiej stronie ulicy. W końcu, nie wytrzymując, krzyknął do nich ostro i donośnie:

– Agnes! Faith!

Dziewczyny natychmiast odwróciły się, zauważyły pana Knighta, machnęły ręką kopaczowi na pożegnanie i przebiegły przez ulicę, unosząc trochę sukienki, żeby nie zabrudzić brzegów. Stanęły przed ojcem, wstrzymując oddechy, z zaróżowionymi policzkami, przygotowane na burę.

– Proszę mi wybaczyć – powiedział Knight do Barneya, obdarzając go przelotnym spojrzeniem. – Wymagam od swoich córek posłuszeństwa i nie życzę sobie, żeby chichotały z poszukiwaczami diamentów, a one w mojej obecności podważają i wystawiają na szwank mój autorytet.

Barney przyjrzał się córkom Knighta z zaciekawieniem. Były bardzo ładne i miłe; chociaż ta, która wydawało mu się, że ma na imię Agnes, była odrobinę drobniejsza niż siostra, a jej jasne loki bardziej się kręciły. Dziewczyny miały jarzące się, błękitne oczy, krótkie, proste nosy i zgrabne brody. Przypominały raczej Szwedki, a nie Angielki. Agnes miała delikatny, trochę niesymetryczny uśmiech, który później Barney często widział w swoich snach: uśmiech, który był niewinny, a jednocześnie nieco szelmowski.

– To jest pan… hmm… – zaczaj pan Knight przedstawiać Barneya swoim figlarnym córeczkom, machając w jego kierunku ręką.

– Barney – powiedział Barney. Harold Feinberg spojrzał na niego mile zaskoczony, ale Barneyowi przypomniał się Hunt, kiedy rozmawiali na pokładzie „Wesera": gdybym był tobą – przyjmij przyjacielską radę – zapomniałbym o pochodzeniu.

– Pan Barney jest z Nowego Jorku – dodał Knight. – Jest mi wstyd, że poznał was w takich okolicznościach, chichoczące z jakimś grubianinem po drugiej stronie ulicy.

Agnes i Faith posłusznie dygnęły przed Barneyem. Barney, trzymając w dłoniach swój kapelusz, skinął głową. Spojrzał ukradkiem w oczy Agnes i naszły go wspomnienia, których nie potrafił umiejscowić.

– Jeżeli wolno wtrącić, panie Knight – powiedział odważnie Barney, sam nieco zaskoczony swoją postawą. – Mogę pana zapewnić, że ten mężczyzna po drugiej stronie ulicy jest z bardzo dobrej rodziny. Robiłem z nim interesy w Kapsztadzie i tutaj również. Zazwyczaj nie chwali się tym, ale jest spokrewniony z brytyjskim szlachcicem, z pewnym hrabią z Liverpoolu.

Pan Knight spojrzał do tyłu, ale kopacz zniknął.

– Hmm – wysapał zmieszany. – Szlachcic? To zadziwiające, jakim pochodzeniem mogą się poszczycić niektórzy z tych niebieskich ptaków.

– Takie czasy, panie Knight – wtrącił Harold łagodnie. – Wszyscy chcą jakoś zarobić na godziwe życie. – Mrugnął do Barneya.

– Tak – powiedział Knight. – Myślę, że ma pan rację. Z pewnością ma pan rację. Przez wzgląd na jego szlachectwo, Agnes, przebaczam wam tym razem. Ale następnym razem nie zapomnijcie zapytać mnie o zgodę, jeżeli będziecie chciały porozmawiać z jakimś nieznajomym; możecie zapytać też waszą matkę.

– Dobrze, tatusiu – odparła Agnes pełna skruchy.

– Nie mówmy już o tym – powiedział pan Knight. Stukał w płytę chodnika końcem laski, jak gdyby starał się przypomnieć sobie coś, co właśnie umknęło jego pamięci." W zamyśleniu potarł wąsa wierzchem dłoni.

– Jak interes, panie Feinberg? – zapytał.

– Oby tak dalej – pokiwał głową Harold.

– I tak powinno być – powiedział pan Knight. – A co u pana, panie…?

– Barney – powiedział Barney.

– Właśnie, właśnie. Czym się pan zajmuje?

– Jestem farmerem.

– Farmerem? Jak się panu wiedzie?

– Oby tak dalej – powtórzył Barney słowa Harolda. Knight poruszył się niespokojnie i ściągnął usta.

– Tak. A może zje pan z nami dzisiaj kolację? Czy dysponuje pan wolnym czasem?

Agnes posłała Barneyowi błagalne spojrzenie spod parasolki. Faith, która to zauważyła, trąciła siostrę łokciem.

– Tak – odpowiedział Barney. – Z przyjemnością zjem z państwem kolację.

– Doskonale – zawołał pan Knight. – W takim razie o ósmej, u nas w domu. Pan Feinberg wytłumaczy panu, jak nas znaleźć.

Harold uśmiechnął się i skinął głową. Był grzeczny i uprzejmy jak Żyd z East Endu. Co tylko pan rozkaże, mój panie. Co tylko pan rozkaże. Pan Knight skrzywił się do niego i oddalił, wymachując laską.

– Ocalił pan nam życie – powiedziała Faith, składając przed Barneyem wdzięczny ukłon. – Wychodzi na to, że jesteśmy pańskimi dłużniczkami.

– Był pan bardzo uprzejmy – uśmiechnęła się Agnes. – Pan oczywiście wiedział, kim był ten mężczyzna?

Barney potrząsnął głową.

– Nie mam zielonego pojęcia.

– Nazywa się Jack Westbury. Jest poszukiwaczem diamentów, nikim więcej; a do tego niezbyt szczęśliwym. Wydał wszystko, co miał, na dwie działki w Kopje, ale do tej pory znalazł jedynie kilka małych kamyków, które są bez wartości. Ale za to jest bardzo przystojny – dodała, patrząc na Barneya i przechylając głowę na bok, co miało znaczyć, że jego również uznała za przystojnego.

Pan Knight, który oddalił się już kilka jardów, zatrzymał się, odwrócił na pięcie i spojrzał na córki swoimi świńskimi oczkami.

– Lepiej już idźmy – powiedziała Faith i wzięła siostrę pod ramię. – Nie będziemy mogły doczekać się kolacji, panie Barney. Do zobaczenia.

Barney podniósł do góry rękę, a dziewczyny pośpiesznie oddaliły się i dołączyły do ojca. Agnes, pomyślał. Owieczka. Zbyt niewinne imię dla tak prowokacyjnej młodej kobietki. Patrzył z rozbawieniem, jak dziewczyny mijają trzech pijanych poszukiwaczy diamentów słaniających się na nogach – wszyscy z okazałymi bokobrodami, w poplamionych gliną spodniach i ciężkich welwetowych marynarkach. Kopacze przystanęli – trudno im było utrzymać równowagę, wpadali na siebie jak wagony nagle zatrzymanego pociągu – i obejrzeli się za córkami Knighta, zauroczeni widokiem ich kostek u nóg. Jeden z kopaczy powiedział coś po hiszpańsku, a pozostali zapiali głośnym śmiechem.

– Co z tobą, panie Barney? – zapytał łagodnie Harold Feinberg, kiedy pan Knight z córkami zniknął już za rogiem rudery, która była holenderskim kościołem reformowanym.

Barney wsadził na głowę kapelusz.

– Czasami ciężko jest być Żydem.

– Czasami, w Orange Free State, ciężko być Anglikiem. Ale chyba nie masz zamiaru podać panu Knightowi jakiegoś fałszywego holenderskiego nazwiska, jak pan Botha, czy coś w tym rodzaju, tylko dlatego, że zaprosił cię na kolację?

– Źle mnie osądzasz – powiedział Barney.

– W porządku, przepraszam – wzruszył ramionami Harold.

Barney spojrzał Haroldowi prosto w oczy.

– Posłuchaj, Haroldzie. Zostałem wychowany na krawca. Mierzenie, krojenie i dostarczanie prochowców na zamówienie. Taki miał być los żydowskiego chłopca. Mógłbym też zostać rabbim. Być może mylę się i może straszne jest wyprzeć się swojego pochodzenia, ale odkąd opuściłem Lower East Side, zacząłem zdawać sobie sprawę z faktu, że prawdziwy świat jest właśnie tutaj. Świat pieniędzy, wpływów i klas społecznych. Świat, w którym możesz zdziałać o wiele więcej, a nie jedynie do końca życia przyjmować zamówień na prochowce. Dużo czasu musiało minąć, zanim znalazłem w sobie odwagę, aby powiedzieć: dosyć, zamierzam zdobyć wszystko to, co ten świat może mi zaoferować. Czułem się winny, kiedy wspominałem ojca, oraz za to, co uczyniłem matce. Teraz jednak nadszedł czas, żebym zrobił coś na własną rękę. Muszę zdobyć szacunek ludzi. Ale aby tego dokonać, muszę zataić swoje żydowskie pochodzenie. Kiedyś nadejdzie ten dzień, że spojrzę ludziom prosto w oczy i powiem: tak, jestem Żydem i jestem z tego dumny, ale wtedy będę zbyt potężny i zbyt bogaty, żeby ktokolwiek był w stanie mnie pokonać.

Harold Feinberg usiadł na stopniu, bezmyślnie bawiąc się pustym kubkiem.

– Barney – powiedział. – Przykro o tym słuchać.

– Czy mam spędzić resztę życia jako obywatel drugiej kategorii? Czy właśnie tego ode mnie oczekujesz?

– Nie! – zawołał Harold Feinberg z ogniem w oczach. – Ponieważ Żydzi, bez względu na to, jacy byli biedni, nigdy nie zaliczali się do niższej kategorii ludzi. Zostaliśmy wyprowadzeni przez Pana, naszego Boga, z Egiptu. Czy ty wiesz, co to oznacza? A ty mi mówisz, że zamierzasz o tym wszystkim zapomnieć, zapomnieć o swoich obowiązkach wobec Pana, przynajmniej do chwili, kiedy staniesz się bogaty i sławny, tylko po to, żeby wpuścili cię do swoich klubów.

– Nigdy ze mną w ten sposób nie rozmawiałeś – zauważył Barney.

– Bo nigdy nie miałem okazji – odparł Harold.

Na ulicy pojawił się mężczyzna w białym fartuchu, niosący na głowie tacę wypełnioną miodowymi pierniczkami. Na szyi miał dzwoneczek, którym poruszał co kilka kroków. W białym świetle południa przypominał zjawę zarażoną trądem.

– Lepiej już sobie pójdę – powiedział Barney.

– Uważaj na Knighta – przestrzegł go Harold. – Możesz uważać go za dżentelmena i człowieka, którego warto poznać, ale pamiętaj o tym, że żaden prawnik nie przywozi do tego kraju żony i córek, jeżeli nie ma ważnego ku temu powodu. Ten facet miał praktykę w Londynie, dopóki go nie zgnębili. Później próbował założyć firmę prawniczą w Kapsztadzie, ale ludzie wkrótce poznali się na jego kuglarskich sztuczkach i przegonili stamtąd. Dlatego właśnie przyjechał tutaj. Miej się przed nim na baczności. Jest prawnikiem o niedobrej reputacji.

Barney oparł się ramieniem o żelazne pręty werandy przed biurem Harolda.

– Pewnego dnia – powiedział – zrozumiesz, że miałem rację.

Harold spojrzał na niego i uśmiechnął się.

– Tak. Tego właśnie się obawiam.

W ponurym, śmierdzącym stęchlizną biurze z blachy falistej, którego ściany drżały z powodu handlowych transakcji mieszkającej obok Irlandki, Harold zapłacił Barneyowi 212 funtów za przyniesione surowe diamenty. Barney widział, że z tej kwoty wydał już 175 funtów na artykuły pierwszej potrzeby oraz na materiały potrzebne do naprawy północnej ściany pomieszczenia dla bydła. Monsaraz weźmie trzydzieści funtów na alkohol, kobiety i pralnię. Donaldowi trzeba będzie zapłacić dwa funty i dla Barneya zostanie jedynie pięć funtów. Uznał, że to godziwa zapłata za miesięczną pracę: szeregowiec w armii brytyjskiej dostawał tylko jednego funta osiem szylingów miesięcznego żołdu, a do tego potrącano mu za dodatkowe posiłki. Ale za te pieniądze nie był w stanie kupić diamentowej działki w Kimberley, ani też myśleć o zrobieniu fortuny.

Poważnie jak nigdy pożegnał się z Haroldem i wyszedł na oświetloną słońcem ulicę. Zastanawiał się przez chwilę, co też zrobiłby Monsaraz, gdyby nie wrócił z Kimberley – i gdyby zatrzymał całe 212 funtów dla siebie. Ale Barney wiedział, że gdyby tak postąpił, szybko nastąpiłby u niego psychiczny i fizyczny rozkład z powodu poczucia winy. Barney zdawał sobie sprawę z faktu, że gdyby uciekł z pieniędzmi Monsaraza, do końca życia prześladowałyby go wspomnienia o tym parszywym wraku człowieka w zabrudzonym białym garniturze i do śmierci słyszałby świństwa szeptane mu do ucha: „Ta mała Venda zapłakała tylko raz… ale zdzieliłem ją swoim sjambokiem i ucichła… była mokra od potu, drżała, rozebrana, ale cicha".

Harold odprowadził Barneya do drzwi – był smutny, hełm przekrzywił mu się na ucho.

– Posłuchaj – powiedział do Barneya. – Wszystko, co powiedziałem, to prawda.

– Ja wiem – pokiwał głową Barney i cofnął się, żeby go uściskać. Przechodzący obok poszukiwacz diamentów przystanął niepewnie, próbując skoncentrować na nich uwagę, co było diabelnie trudnym zadaniem, biorąc pod uwagę wypite przez niego dwie butelki taniego londyńskiego dżinu.

– Chcę, żebyś wiedział, że zawsze możesz na mnie liczyć – powiedział Harold nieco zachrypłym głosem. – Cokolwiek bym mówił, zawsze jestem gotów pomóc bratu Żydowi. I cokolwiek się stanie… nie zostawaj na farmie zbyt długo. Nigdy nie będziesz Burem.

Barney udał się na poszukiwanie Donalda, żeby mu powiedzieć, że mają czas do rana, aby spakować kufry i przygotować powóz do podróży. Donald odkrył, że w Kimberley przebywał Jan Bloem, wódz Griąua, aby sprawdzić, jakież to bogactwa kryły się na terytorium należącym do jego plemienia. Bloem rozbił się obozem na zachód od Coles-berg Kopje. Był ze swoimi dwoma braćmi, matką palącą fajkę, służącymi oraz kucharkami i praczkami, które Donald wstępnie zakwalifikował jako kandydatki na swoje nowe siostry.

Barney szedł główną ulicą Kimberley z rękami w kieszeniach swoich podróżnych bryczesów i w kapeluszu nasuniętym na oczy. Przeszedł obok skleconych naprędce jaskiń hazardu, biur adwokackich, burdeli i chat, w których gnieździli się różnej maści handlarze. Jakaś półkrwi dziewczyna w łachmanach, która stała oparta o drzwi jednej z ruder, pokiwała do niego ręką. Barney uśmiechnął się i potrząsnął głową.

Tereny, na których mieściły się kopalnie, były oddalone od miasta jedynie o jakieś kilkaset jardów. Grunt był trudny, najeżony ostrymi kawałkami skał. Setki mężczyzn kopało szeroki, płytki krater, wystawiając plecy ku zakurzonemu niebu. Odgłosy łopat i kilofów układały się w jakąś nadzwyczajną symfonię na perkusję. Przez moment większość z nich uderzała kilofami w tym samym tempie, aby za chwilę zakłócić harmonię – teraz każdy członek orkiestry grał własne nuty. Wokół kopalń stały namioty, większość z nich osłonięta przed wiatrem matami z plecionej trawy. Wszędzie stały załadowane drewnem wozy zaprzęgnięte w woły. W pierwszych tygodniach poszukiwań kopacze chodzili po terenie kopalni i kopali tam, gdzie stali, ale później niektórzy poszukiwacze diamentów zdjęli ze swoich działek warstwę ziemi o grubości od dziesięciu do dwudziestu stóp i potrzebowali stempli, żeby zabezpieczyć boki.

Barney przystanął i zaczął obserwować pracujących kopaczy oraz ich czarnych robotników. Żółta ziemia wożona była taczkami po wąskich ścieżkach między działkami i wysypywana przed namiotami, gdzie przesypywano ją przez sita. Praca była ciężka i wyczerpująca, ale przynosiła efekty. Pewien Holender o nazwisku Smuts kupił na samym początku działkę za pięćdziesiąt funtów i przez dwa miesiące poszukiwań wykopał diamenty o wartości dwudziestu tysięcy funtów. Kilka stóp od miejsca, w którym Damon znalazł pierwsze kamienie, inny kopacz trafił na pojedynczy kamień o wadze 175 karatów, który sprzedał za trzydzieści trzy tysiące funtów.

Do Barneya podszedł wysoki mężczyzna o smutnej twarzy, w kapeluszu z opadającym rondem i luźnej marynarce. Przystanął w pewnej odległości od Barneya, oparł ręce na biodrach i zaczął stroić miny, jak gdyby nie był zadowolony z tego, co zobaczył. Barney spojrzał na niego raz czy dwa i w końcu powiedział:

– Nie wygląda pan na zachwyconego. Mężczyzna spojrzał na niego. Miał nos, który przypominał ptasi dziób, i krzaczaste brwi.

– Oczywiście, że nie – odpowiedział z północnym akcentem, przez co Barney przypomniał sobie wszystkich ludzi, których spotkał w Liverpoolu. – Te kopalnie to nic nie warte sracze.

– Proszę? – zdziwił się Barney.

– Sracze. Świńskie chlewy. Czy nie rozumie pan po angielsku? Drążą w nich jamy jak jacyś idioci. Niektórzy kopią pięć stóp w dół. A niektórzy dwadzieścia. Żadnej organizacji. Żadnej współpracy. A co się stanie, jak zejdą sto stóp w dół?

– To niemożliwe, prawda? Żółta ziemia nie sięga tak głęboko.

Drągal spojrzał na Barneya z irytacją.

– Czy uważa pan, że tylko w żółtej ziemi są diamenty?

– Nie wiem – odpowiedział Barney. – Ale tak mówią poszukiwacze. Diamenty znajdowano jedynie w żółtej warstwie, zarówno wzdłuż rzeki Vaal, jak i Orange. Nigdzie więcej.

– Mylą się – powiedział mężczyzna. – Proszę postawić mi drinka, a opowiem panu, jak srodze się mylą.

– Czy to jedynie pańskie domysły? – zapytał Barney. – Nie mam nic przeciwko postawieniu panu drinka, ale chcę wiedzieć.

– Żadne tam domysły – powiedział mężczyzna z oburzeniem. Podszedł bliżej, tak że Barney mógł poczuć od niego zapach brandy. – Nazywam się Edward Nork. N-o-r-k, tak jak Jork. Jestem geologiem. Ostatnio pracowałem na uniwersytecie w Durham. Kiedyś pisałem do „Geological Magazine" na temat wygasłych wulkanów i właśnie dlatego tutaj jestem.

– Wulkany? – zapytał zaskoczony Barney.

Nork złapał go za łokieć i powiódł w kierunku głównej ulicy. Stała tam chata, na której napis informował, że zwała się Rajską Karczmą. Weszli do środka, gdzie powietrze było gęste od dymu tytoniowego, a kopacze w szerokich, słomkowych kapeluszach odbywali swoją południową sjestę, paląc gliniane fajki i popijając whisky.

– Co pan sobie życzył – zapytał Barney Norka.

– Pół butelki wystarczy – odparł Nork, siadając na małej beczułce. – Jedną wypiłem już dzisiaj rano, a nie lubię przesadzać.

Barney zawołał karczmarza – Irlandczyka w brudnym fartuchu i zatłuszczonych okularach – i poprosił o butelkę Jamesona. Kiedy butelkę przyniesiono, Nork ostrożnie nalał trochę płynu do szklanki, a następnie podniósł butelkę do góry i wypił prosto z niej.

– W ten sposób zawsze zaoszczędzę trochę płynu, kiedy już jest pusta butelka – wyjaśnił bezwstydnie. Barney wzruszył ramionami. Alkoholizm Norka był jego prywatną sprawą.

– A teraz niech pan posłucha – powiedział Nork. – Kopacze głoszą teorię, że jedynie żółta warstwa gleby zawiera diamenty. Ale jeżeli na to spojrzeć z geologicznego punktu widzenia, nie ma najmniejszego sensu. Jeżeli płytka warstwa żółtej gleby jest tą, która kryje w sobie kamienie, to w takim razie, w jaki sposób diamenty tam się dostały i skąd?

Barney zakaszlał, ponieważ dym drażnił mu gardło, i potrząsnął głową.

– Diamenty, mój drogi przyjacielu, to nic innego jak forma zwykłego węgla, który jest produktem najbardziej znanym i najtańszym na świecie – powiedział Nork. – A dlatego są twarde, błyszczące i niezniszczalne, że zbudowane z węgla, który przebywał w bardzo wysokiej temperaturze i do tego pod wielkim ciśnieniem.

– Rozumiem – powiedział Barney, starając się dobrze wypaść.

– Nic pan nie rozumie – oznajmił Nork. – W strukturze ziemi jest tylko jedno miejsce, gdzie węgiel mógłby przeobrazić się w ten sposób, a tym miejscem są kratery wulkanów. W wulkanicznej materii, która z głębi ziemi wydostaje się na powierzchnię.

– Tak? – zdziwił się Barney, który w dalszym ciągu nie wiedział, do czego zmierza Nork.

– Czy pan tego nie rozumie? – zdenerwował się, Nork. – Colesberg Kopje to nic innego jak szczyt usypany przez lawę, która wypłynęła z podziemnych czeluści. Na wierzchu ziemia jest żółta, ponieważ była wystawiona na działania atmosferyczne; i tę właśnie diamentonośną, żółtą glebę znajduje pan wzdłuż rzek Orange i Vaal. Wody obydwu rzek zmywały ją ze szczytów stożków wulkanicznych i rozkładały wzdłuż brzegów.

– Czy chce pan przez to powiedzieć, że diamentonośne pokłady mieszczą się pod żółtą warstwą? – zapytał Barney Norka, zniżając głos do zachrypniętego szeptu. – Że mieszczą się tak głęboko, że nigdy się nie dokopiemy do dna?

Nork podniósł palce do góry w znaczącym geście.

– Chyba że dokopiemy się do płynnego rdzenia naszej planety, mój chłopcze.

– Ale ja spotkałem poszukiwaczy diamentów, którzy porzucili swoje działki, ponieważ dokopali się do niebieskiego łożyska skalnego.

– To przez ich głupotę, w wyniku niewiedzy – uśmiechnął się Nork. Pociągnął długi łyk z butelki i przetarł kark rękawem. – Niebieska gleba znajduje się jakieś sześćdziesiąt, osiemdziesiąt stóp pod powierzchnią. Wiem, że wygląda jak łożysko skalne: ale mogę pana zapewnić, że nim nie jest. To diamentonośną warstwa ziemi, taka sama jak żółta, tylko że nie była wystawiona na działanie pogody. Ochrzciłem ją Norkitą.

– Norkitą? – zdziwił się Barney. – Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś ją tak nazywał.

– Nic dziwnego – powiedział Nork z rozdrażnieniem. – Ci wszyscy dookoła to banda głupców i niedowiarków. Ale pan niech mi uwierzy. Pewnego dnia, kiedy wszyscy dokopią się do niebieskiej warstwy, będzie pan mógł kupić działkę za bezcen i wtedy dopiero zbije pan majątek.

Barney przymknął powieki.

– Jeżeli jest pan tego taki pewien, to dlaczego mi pan mówi? Dlaczego nie zatrzyma pan tego dla siebie i nie kupi działki, na jaką przyjdzie panu ochota?

Nork zamilkł na chwilę, po czym głośno kichnął.

– Nie ma pan przypadkiem chusteczki? – zapytał. Barney wyciągnął z kieszeni szmatę czerwonego koloru, której używał do czyszczenia butów. – Przykro mi, ale to wszystko, co posiadam. Ale może pan ją zatrzymać.

– To przez ten cholerny kurz – powiedział Nork. – Jestem raczej chorowity. Prawdę mówiąc, jestem pijakiem, a do tego biednym jak mysz kościelna, i nie byłbym w stanie kupić działki nawet za jedną setną ceny, nawet gdybym był pewien, że zdołam nieco zaoszczędzić, nie wydając na alkohol. Och, nie musi pan tak na mnie patrzeć. Nie potrzebuję litości. My – moczymordy – wiemy, jak głęboko wykopać swój własny grób.

– Ale dlaczego pan mi o tym powiedział? – dopytywał się Barney.

– Przypomina mi pan kogoś, kogo kiedyś dobrze znałem – powiedział Nork, ściągając usta. – Wiem, że to niezbyt przekonywająca argumentacja. Ale kiedy tak na pana patrzyłem, jak stał pan w pobliżu kopalni i tak bardzo mi go pan przypominał, natychmiast poczułem do pana syn^patię. Poważnie.

– Przypominam panu kogoś? A kogo? Nork lekceważąco pomachał ręką.

– Pewnego kopacza. Jest tutaj, w Kimberley. Porządny gość. Bardzo uczciwy, z poczuciem humoru. Ale rozstaliśmy się, wie pan, jak to bywa z ludźmi. Zresztą wszyscy się ze mną rozstają, kiedy poznają mnie bliżej. To z powodu Pani Wódeczki. Piję za dużo i później mówię rzeczy, których nigdy nie powiedziałbym po trzeźwemu. Kiedyś powiedziałem mu, że śmierdzi jak Żyd, a on chciał mnie trzepnąć kilofem. No i… Barney zwilżył językiem usta.

– Ten kopacz… czy przypadkiem nie nazywał się Bar-ker? Joel Barker?

– Nie, żaden Barker – prychnął Nork. – Nazywał się Havemann. Ale na imię miał Joel, tak, Joel Havemann. Ma działkę po drugiej stronie. Numer 172.

Barney zerwał się na równe nogi. Poczuł, że zaczyna brakować mu oddechu, tlenu, a do tego ten ohydny dym papierosowy. Powiedział do Norka:

– Jeżeli będę pana potrzebował, to gdzie mogę znaleźć?

– Znaleźć mnie? – zdziwił się Nork. – A po co?

– Może będę chciał z panem porozmawiać trochę o diamentach. Ale teraz idę poszukać działki numer 172. Przypuszczam, że ten Havemann jest kimś, kogo znam.

– No cóż… zawsze może pan zostawić wiadomość dla mnie tutaj – powiedział Nork. – Albo w jakimkolwiek barze w Kimberley. Albo w burdelu u pani Sperring. Wie pan, nie stać mnie na dziewczynki, ale czasami pani Sperring pozwala mi się u siebie przespać. Oboje pochodzimy z Leeds. Siadamy wtedy nad butelką tej ohydnej południowoafrykańskiej wódy i wspominamy stare dzieje, kiedy mieszkaliśmy na Crown Street.

– Okay – powiedział Barney. Złapał Norka za rękę i dodał: – Dzięki. Może mi pan pomógł bardziej, niż pan przypuszcza.

– Mam nadzieję, że pomogłem panu bardziej niż pan przypuszcza – powiedział Nork. Trzymał w ręce butelkę whisky, która w trzech czwartych była już pusta. – Czy ma pan coś przeciwko temu… zanim pan odejdzie…?

Barney położył funta na stole zrobionym z beczki. Nork spojrzał na niego z uniesionymi do góry brwiami i zawołał:

– Kimkolwiek pan jest, sir, jest pan dżentelmenem. Barney wyszedł z knajpy i szybkim krokiem poszedł w kierunku kopalni, nad którymi unosił się kurz i zgiełk. Lawirował między wozami zaprzęgniętymi w woły i osły, wszędzie słyszał głosy wypowiadające zdania w różnych językach: słyszał Niemców, Irlandczyków, Australijczyków, Greków. Jak to zauważył historyk James Anthony Froude, który odwiedził działki, byli tam kopacze z Ameryki i Australii, niemieccy kombinatorzy, Irlandczycy, handlarze, właściciele knajp, zawodowi szulerzy, adwokaci, byli oficerowie wojsk lądowych i marynarki wojennej, synowie z dobrych domów, którzy nie mieli ochoty hołdować rodzinnej tradycji albo zostali zmuszeni do wyjazdu; zadziwiająca, pstra zbieranina zauroczona rzeką pieniędzy, płynącą dzięki niebywałej produktywności kopalni.

Teren był na milę szeroki i rozparcelowano go na 1600 działek. Zgodnie z niepodważalnym prawem Stafforda Parkera, pojedyncza działka nie mogła mieć więcej niż trzydzieści jeden stóp kwadratowych – czyli była dziesięć razy większa niż standardowy grób – i żaden poszukiwacz diamentów nie mógł być właścicielem więcej niż dwóch działek. A to z kolei oznaczało, że chaos panujący na pojedynczej parceli – czarni robotnicy dźwigający wiadra, hałas toczących się taczek oraz rozbijanych na kawałki dużych kawałków skały – trzeba pomnożyć razy 1600, żeby dostać pełen obraz. A do tego upał i palące popołudniowe słońce.

Barney usłyszał śmiechy. Murzyn jadący na wozie zaprzęgniętym w muły próbował przecisnąć się wąską ścieżką między dwiema głębokimi działkami, ale wóz przewrócił się i wpadł dó dziury, zjeżdżając do góry kołami po dwudziesto-stopowym zboczu i przygniatając swoim ciężarem woźnicę. Dwóch albo trzech kopaczy roześmiało się głośno. Wypadki były tak częste, że kiedy do nich dochodziło, wszyscy znakomicie się bawili.

Barney zatrzymał się na chwilę, osłaniając oczy dłonią z powodu oślepiającego słońca. Dwóch czarnych próbowało podnieść wóz i uwolnić przygniecionego mężczyznę, który wrzeszczał wniebogłosy. Rudowłosy kopacz biegał dookoła nich i krzyczał:

– Zabierzcie ten cholerny wóz z mojej działki! Zabierzcie to świństwo z mojej działki!

Z akompaniamentem kolejnego wybuchu wesołości i śmiechu wóz potoczył się jeszcze niżej, ciągnąc za sobą muły. Z ust leżącego Murzyna trysnęła fontanna jaskrawo-czerwonej krwi.

Dotarcie do działki numer 172 zabrało Barneyowi około dwudziestu minut. Była położona tuż obok działki, której właścicielem była spółka British Diamond Mining Company. Jej głębokość sięgała dziesięciu stóp. Ale nikt na niej nie pracował: był tam tylko jeden czarny robotnik, który w brązowym kapeluszu na głowie i przepasce na biodrach siedział na skale i leniwie przesiewał stertę wysuszonej ziemi.

– Hej! – zawołał Barney. Murzyn podniósł głowę do góry.

– Gdzie jest twój szef? – zapytał Barney. Czarnuch wzruszył ramionami.

– Pan Havemann, twój szef. Gdzie jest? Czy niedługo wróci?

Murzyn potrząsnął głową i wrócił do przesiewania ziemi. Barney poczekał chwilę, po czym ruszył w dół i mocno trzepnął robotnika w ramię.

– Mówię do ciebie – warknął. – Szukam pana Have-manna i chcę wiedzieć, dokąd się udał.

Murzyn spojrzał na niego bezmyślnie.

– Mówisz po angielsku? – zapytał Barney. – Afrikaana? Co? Mówisz Bantu?

– Marnuje pan czas – usłyszał Barney czyjś głos dochodzący z góry.

Barney odwrócił się. Na szczycie krawędzi, która oddzielała działkę 172 od działki 173, stał siwowłosy, mocno opalony mężczyzna w pasiastej koszuli i zabrudzonych okularach słonecznych. Kiedy zaczął schodzić w dół, jego stopy ślizgały się na grząskiej, żółtawej ziemi. Wyciągnął rękę.

– Nazywam się Stewart – powiedział. – Czy pan również ma kłopoty z Havemannem?

– Barney – przedstawił się Barney. – Kłopoty? Co pan ma na myśli?

Stewart rozejrzał się dookoła.

– Kimkolwiek jest albo raczej był, trudno było go nazwać kopaczem z krwi i kości. W końcu wczoraj przyłapali go i dostał to, na co zasłużył.

– Przyłapali go? A co uczynił?

– Jestem zdziwiony, że pan nic o tym nie słyszał – powiedział Stewart, rzucając na niego szybkie spojrzenie. – Przekupił dwóch czy trzech czarnuchów pracujących dla British Diamond Mining Company. Kiedy tylko znajdowali jakiś dorodny kamień, w tajemnicy przekazywali go jemu, a on dawał im połowę ceny, którą uzyskał od nielegalnie działających handlarzy na obrzeżach miasta. Nie wiem jak pan, aleja to nazywam złodziejstwem.

– Kradł diamenty? – zapytał Barney.

Stewart wydobył z oka paproch i przyglądał mu się z zainteresowaniem.

– To całkiem naturalne. Kradzież jest łatwiejsza niż kopanie. Tym cholernym czarnuchom nie można zaufać. Połykają diamenty, a później je wynoszą. W ubiegłym roku w Klipdrift złapałem jednego ze swoich ludzi, który wsadził sobie diamenty wartości dwóch tysięcy funtów głęboko w dupę. Pozwoliłem mu oddać je w naturalny sposób. Jeden Holender, który wydobywał kamienie na brzegu Vaal, przyłapał swojego robotnika wsadzającego sobie diamenty w dupę. Wpadł w taką furię, że wsadził mu palce w odbyt i wyszarpnął z niego trzy stopy jelit. Sam widziałem. Wszędzie było pełno krwi i kamieni.

Barney zdjął kapelusz i otarł pot z czoła.

– Co się stało z Havemannem? – zapytał.

– Przybył Stafford Parker i załatwił sprawę po swojemu. Przepytał świadków i tak dalej. Trzech czarnuchów powiedziało, że Havemann przekupił ich, a więc Stafford Parker kazał go rozciągnąć.

– Żartuje pan.

– A dlaczego miałbym żartować? Ten facet jest złodziejem. Co mamy robić z takimi jak on? Podziękować i postawić kolację u Groota?

Riboyne Shel O'lem, pomyślał Barney z przerażeniem. Wiedział, co to znaczy. To była najgorsza kara, którą Stafford Parker i jego nieoficjalny magistrat stosowali wobec tych kopaczy, którzy kradli diamenty z innych działek i po kryjomu sprzedawali. Gorsza niż chłosta i wleczenie za koniem po kamienistym łożysku rzeki Vaal. Rozciągnięcie polegało na przywiązaniu nagiego albo prawie nagiego delikwenta do czterech palików wbitych w ziemię i pozostawieniu go na łasce słońca, wiatru i mrówek.

Rozciągnięcie prawie zawsze kończyło się śmiercią skazanego. I jeżeli Joel Havemann rzeczywiście był Joelem Blitzem, to mogło oznaczać, że jego brat już nie żyje.

Barney spróbował przełknąć ślinę, ale gardło miał suche i zaciśnięte, i nie udało mu się.

– Gdzie to zrobili? – zapytał Stewarta.

– Gdzie zrobili – co?

– Gdzie go rozciągnęli? Czy wiesz, gdzie to zrobili? Stewart spojrzał na niego z ciekawością.

– Chce pan tam pójść? Musiał nieźle zaleźć panu za skórę.

– No cóż, tak, kiedyś – kiedyś wszedł mi w drogę. Dawno temu.

Stewart wyciągnął rękę na południowy wschód.

– O ile wiem, zabrali go tam. Około jednej czwartej mili na południe od działki Haarhoffa. Zapytaj Haarhoffa, kiedy się z nim spotkasz, będzie wiedział. Ma działkę numer 190, na spółkę z facetem o nazwisku Marais.

– Dzięki – powiedział Barney niepewnym głosem. – Czy może mi pan powiedzieć, co się stanie z działką Havemanna?

– Sprzedadzą ją komuś innemu. Kupców nie brakuje.

– Rozumiem. Jeszcze raz dziękuję.

Wspiął się po pochyłości i poszedł w południowym kierunku w dokuczliwym upale. Był spragniony aż do bólu, język miał twardy i obolały. Zatrzymał się przy jednej z działek, żeby poprosić o wodę. Niemiecki poszukiwacz o twarzy koloru surowego wieprzowego mięsa sprzedał mu kubek brązowawej, ciepłej cieczy za jednego szylinga trzy pensy. Barney nie miał do niego żalu: w kopalniach w Kimberley wiadro wody kosztowało od pięciu szylingów sześciu pensów w górę. Swoimi opuchniętymi oczami Niemiec obserwował go, jak pił, i powiedział:

– Ja też marzę o szklance zimnego piwa.

Na krawędzi porośniętej dzikimi zaroślami, Marais, który przerwał na chwilę robotę, wyjaśniał Barneyowi, jak dotrzeć do miejsca, gdzie leżał rozciągnięty Havemann. Był ponurym Francuzem. Z gębą pełną kiełbasy powiedział Barneyowi, że kiedyś służył we francuskiej Legii Cudzoziemskiej.

– Było podobnie jak tutaj. Przez cały czas kopaliśmy. Barney dotarł do małej polanki, która przypominała fragment scenografii do opery, z której tak dumni są scenografowie.

Siegmund: Pić! Pić!

Sieglinde: Patrzcie tylko, jak za wodą tęsknią jego usta.

Polanka odgrodzona była od kopalni gąszczem kolczastych krzewów, a z jej drugiej strony rosły rozłożyste drzewa pomarańczowe. Stał na niej samotny Griqua w workowatej białej koszuli i bawełnianych spodniach domowej roboty. Pod pachą miał Biblię. Usłyszał Barneya, który potykając się o gałęzie, podchodził coraz bliżej, i podniósł głowę, ale prawie w tym samym momencie odwrócił się i pochylił ponownie nad nagim mężczyzną, który leżał rozciągnięty na ziemi. Wyglądało na to, że się nad nim modlił.

Mężczyzna leżał spokojnie, chociaż nie spał. Jego przeguby u rąk i kostki u nóg oplecione były powrozem i przytwierdzone do palików. Przypominał literę X. Klatkę piersiową i nogi miał już purpurowego koloru, a całe ciało pokryte było mikroskopijnymi rankami oraz opuchlizną – efekt pokąszenia przez mrówki. Miał gęstą brodę i długie czarne włosy, ale chociaż jego zniekształconą twarz pokrywał zarost, Barney od razu rozpoznał w nim swojego brata.

Podszedł bliżej, krocząc – bez nijakiego powodu – ostrożnie i powoli. Teraz dopiero zauważył tysiące pomarańczowych mrówek, które pokrywały ciało leżącego mężczyzny, jego opuchnięte uda, penis, który był obrzmiały i zakrwawiony od ukąszeń, brzuch, a nawet wargi. Ukląkł, pochylił się nad mężczyzną i wyszeptał:

– Joel?

Joel, którego twarz była dosłownie oblepiona przez mrówki, spojrzał na niego. Chciał coś powiedzieć, ale ledwo otworzył usta, wtargnęły w nie mrówki i musiał je wypluć. Barney odwrócił się do Griąua i zapytał:

– Jak długo tutaj leży?

– Jedną noc – odparł Griąua z akcentem afrykańskim. Podniósł do góry Biblię, którą do tej pory trzymał pod pachą. – Czytałem mu. Napisane jest, żeby przynosić ulgę cierpiącym.

– Umiesz czytać?

– Chodziłem do szkoły prowadzonej przez brytyjskich misjonarzy, tak jak Jan Bloem.

Barney sięgnął do kieszeni i wyjął z niej składany nóż. Bez słowa zaczął przecinać więzy krępujące Joela. Griąua stał bez ruchu i obserwował jego poczynania, nie zamierzając mu pomóc; ale kiedy powrozy zostały przecięte, położył Biblię na trawie i pomógł Barneyowi postawić Joela na nogi. Podczas gdy Griąua trzymał go mocno w pozycji pionowej, Barney strzepywał mrówki z ciała Joela i wybierał je z jego włosów.

– Dokąd możemy go zabrać? – zapytał Barney. – Nikt w Kimberley go nie przyjmie. Nawet moi przyjaciele.

– Taki był wyrok pana Stafforda Parkera – powiedział poważnie Griqua. – On nie pozwoli, żeby pan mu pomógł uciec.

– Nazwisko Stafford Parker wcale na mnie nie działa

– odpowiedział Barney. – Poza tym to mój brat.

– Wody – wyszeptał cicho Joel.

– Przyniosę ci – zapewnił go Barney. – Ale najpierw wydostaniemy się z tego miejsca. Czy masz jakiś transport?

– Barney zapytał Griqua.

– Ośli wózek. Jest przywiązany do drzewa pomarańczowego.

– Idziemy – powiedział Barney.

Wspólnymi siłami zanieśli Joela przez wysoką trawę pod drzewo pomarańczowe, obwieszone zielonymi, pokrytymi plamami owocami. Wózek był niewielki, a osioł spojrzał na nich z wyrzutem, kiedy się zbliżyli. Położyli Joela na deski i przykryli postrzępionym kocem.

– W porządku, jedziemy – powiedział Barney. Poganiając osła, pojechali w kierunku chat stojących w północnej części Kimberley. Nikt nie zwracał na nich uwagi, kiedy przejeżdżali główną ulicą, chociaż Joel głośno jęczał, żeby dać mu wody.

Obozowisko Griqua było oddalone o jakąś milę od Kimberley. Kilka zgrabnych namiotów – dar brytyjskiej armii – stało na zboczu pokrytego trawą wzgórza. Zbliżał się wieczór. Wózek mijał ogniska, na których gotowano kolację, i dotarł do najokazalszego namiotu, który kiedyś służył jako magazyn orkiestrze wojskowej, a teraz był podróżnym pałacem Jana Bloema.

– Proszę tutaj zaczekać – powiedział Griqua, ściągając wodze i zeskakując z wózka. – Muszę powiadomić wodza o wydarzeniu. On zadecyduje, czy będzie pan mógł tutaj pozostać czy też nie.

Barney zszedł z wózka, podczas gdy Griqua zniknął wewnątrz namiotu. Zdjął z Joela koc i złożył go, żeby służył jako poduszka. Następnie podszedł do kobiety w prostej, szarej holenderskiej sukience, która tuliła w ramionach niemowlę, i poprosił o wodę.

Kobieta krzyknęła coś do dziewczyny, która siedziała przy ognisku i mieszała w czarnym, żelaznym garnku. Dziewczyna pokiwała głową, wstała i podeszła do beczki stojącej przy namiocie. Zbliżyła się do Barneya, trzymając w ręce naczynie ociekające czystą wodą, i poszła za nim w kierunku wózka.

– Joel przyniosłem ci wody – powiedział Barney łagodnie. Podtrzymywał głowę brata, a dziewczyna przysunęła naczynie z wodą do jego spieczonych, obrzmiałych ust. Joel wypił tyle, ile mógł, po czym opadł z powrotem na koc.

Dziewczyna spojrzała na Barneya dużymi ciemnobrązowymi oczami. Niektóre kobiety rasy holendersko-hotentockiej były niesamowicie brzydkie; ale ta dziewczyna miała delikatne, kręcone włosy koloru sadzy i ładną, owalną twarz. Miała na sobie taką samą prostą sukienkę jak kobieta z dzieckiem, ale jej ciało było naturalnie piękne, atrakcyjne i czarujące.

– Czy to pański przyjaciel? – zapytała łamaną angielszczyzną.

– Nie, to mój brat. Broeder – wyjaśnił Barney. Dziewczyna powiedziała:

– Powinien… zejść. Spać.

– A jest tu jakieś miejsce, gdzie mógłby się położyć? Jakieś łóżko?

Dziewczyna wskazała na namiot.

– Tam… jest dobre.

W tym samym momencie pojawił się Jan Bloem, w czarnym szapoklaku, brązowym pasiastym garniturze, z monoklem i w wysokich butach dojazdy konnej. Był w towarzystwie znanego Barneyowi Griąua i dwóch innych Griąua.

– No, no, no – powiedział. – To znowu pan.

– Znalazłem brata – powiedział Barney z prostotą. Jan Bloem spojrzał na Joela.

– Tak. Pięt Steyn już mi o tym opowiedział.

– Czy możemy położyć go do łóżka? – zapytał Barney.

– Nie jest w najlepszej kondycji.

– Jest złodziejem – oznajmił Jan Bloem, próbując przytrzymać monokl przy lewym oku.

– To tylko Stafford Parker tak mówi – odparł Barney.

– Ale ja znam Joela lepiej niż Stafford Parker. Mój brat nigdy niczego nie ukradł.

– Rozciągnęli go, żeby umarł – oświadczył Jan Bloem, Jego monokl znowu opadł. – Musiał zrobić coś, czym zasłużył sobie na taką karę. Nie uważa pan?

– Nie wiem. Teraz chcę położyć go do łóżka.

Jan Bloem założył ręce do tyłu i zaczął chodzić dokoła Barneya, przyglądając się mu, jak gdyby był figurką ogrodową. Joel, który leżał na wózku, głośno zajęczał. Ale Bloem zignorował to i kontynuował spacer z wzrokiem utkwionym w Barneya. Dym od ognisk wisiał między namiotami.

– Jeżeli wpuszczę pańskiego brata – dam mu schronienie, to wobec brytyjskiego prawa kolonialnego będę wspólnikiem jego zbrodni. Mogą zechcieć i mnie rozciągnąć.

– To jest pański kraj. Nie ośmielą się. Jeżeli Brytyjczycy będą pana niepokoić, sprzymierzy się pan z Burami; a jeżeli pan to zrobi, Brytyjczycy stracą wszystkie kopalnie diamentów do Orange Free State. Nie, panie Bloem. Nie ma żadnego ryzyka.

Jan Bloem nagle zatrzymał się.

– Brytyjczycy są nieobliczalni – powiedział. – Nigdy nie wiesz, co zrobią za chwilę. Ich politycy są całkowicie zależni od sądów wygłaszanych przez czytelników gazet.

– Być może mój brat umiera, panie Bloem. Jeżeli nie da mu pan schronienia, muszę zabrać go w inne miejsce.

Z pobliskiego namiotu wypadł Donald, a za nim tęga kobieta w średnim wieku z rozpuszczonymi włosami.

– Panie Blitz! – zawołał. – Co się tutaj dzieje? Barney wyjaśnił mu, wpatrując się pewnym i cynicznym wzrokiem w Jana Bloema.

– Sytuacja jest taka, że Joel umiera, ale nasz przyjaciel Griqua bardziej martwi się o polityków, kolonialny rząd brytyjski i zawiłości prawa.

Donald pochylił się nad wózkiem i przyjrzał się uważnie Joelowi. Następnie wskazał na niego swoim długim palcem i zapytał:

– Czy to on? Czy to naprawdę pana brat? Barney pokiwał głową.

Donald odwrócił się do Jana Bloema, ciągle wskazując Joela palcem, i puścił wiązankę gardłowych słów w plemiennym narzeczu. Jan Bloem zaczerwienił się, tupnął nogą i nie pozostał mu dłużny. Ale Donald podniósł rękę do góry i wskazał palcem niebo, wyszczekując całą litanię słów, aż Jan Bloem pomachał ręką, żeby skończył.

– Poddaję się – powiedział Barney owi. – Tylko powiedz temu wściekłemu psu, żeby przestał kąsać mnie po nogach.

– Donaldzie! – zawołał Barney i Donald umilkł, chociaż ciągle był bardzo wzburzony.

– Ta dziewczyna zajmie się pańskim bratem – powiedział Jan Bloem. – Nazywa się Natalia Marneweck. To dobra dziewczyna.

– A co ze Staffordem Parkerem? – zapytał Barney. – I z brytyjskimi władzami?

– Pomyślę o nich, kiedy nadejdzie odpowiednia pora – odpowiedział Jan Bloem z niezadowoleniem. Po czym odwrócił się na pięcie i poszedł do namiotu w otoczeniu swojej świty. Szedł dumnym krokiem, co jakiś czas chrząkając, jak gdyby miał do wykonania nadzwyczaj ważne zadanie.

– Natalia? – powiedział Barney, odwracając się do dziewczyny. Dziewczyna uśmiechnęła się i zbliżyła, żeby pomóc Barneyowi i Donaldowi znieść z wózka Joela. Podszedł do nich jakiś mężczyzna i podtrzymał nogi Joela. Wnieśli go do namiotu i położyli na uplecionej z trawy macie, przykrywając kocem. Joel otworzył na moment oczy i boleśnie uśmiechnął się do Barneya.

Barney podniósł się. Oprócz maty w namiocie była jeszcze drewniana skrzynia okuta brązem, przykryta kawałkiem białego materiału obszytego koronką. Stał na niej prosty drewniany krzyż, a obok niego leżała szczotka i grzebień.

Dziewczyna o imieniu Natalia powiedziała:

– Pomogę… twojemu bratu. Proszę teraz iść. Proszę. To dobrze, że on śpi.

Barney postał jeszcze przez chwilę, patrząc na Joela. Po raz pierwszy odkąd znalazł brata, miał czas, żeby pomyśleć o Nowym Jorku, o Blitzach, Krawcach, i długich latach poszukiwań, kiedy przyjechał do Afryki Południowej. Dotknął wierzchem dłoni policzkowana których pojawiły się łzy. Poszedł w kierunku otworu wyjściowego, przystanął niezdecydowany przed zasłoną i odwrócił się. Natalia uśmiechnęła się do niego łagodnie i współczująco, więc odwzajemnił uśmiech.

– Wrócę za godzinę – powiedział, wycierając oczy rękawem.

Na zewnątrz wiał chłodny, wieczorny wietrzyk. Przy namiocie czekał Donald.

– Co powiedziałeś Janowi Bloemowi? – zapytał Bar-ney. – Dlaczego zmienił zdanie?

Donald wzruszył ramionami i odwrócił się w drugą stronę, patrząc na zacienioną dolinę. Promienie słoneczne błyszczały jeszcze w rozłożystych koronach dzikich drzew, zapach suchych traw unosił się w powietrzu.

– Och, nic takiego. Po prostu przypomniałem mu, że zarówno Żydzi, jak i ludzie z plemienia Griąua mają tego samego Pana. Przypomniałem mu jego chrześcijańską przysięgę. Powiedziałem mu również, że taki wielki wódz jak on nie powinien okazywać strachu przed Brytyjczykami, a zwłaszcza przed białobrodym Staffordem Parkerem.

– To wszystko? – zapytał Barney.

Donald w dalszym ciągu nie patrzył mu w twarz.

– Hmmm, być może wspomniałem, że wiem, iż kiedyś nie był wierny swojej żonie. I chyba powiedziałem mu, że jeżeli nie przyjmie pańskiego brata, to wkrótce jego żona się o tym dowie.

– Szantaż? – uśmiechnął się Barney.

– Ależ nie, sir. Przyjacielska przestroga.

Barney położył ręce na biodra i zamyślił się na chwilę, podziwiając piękno doliny.

– Wiesz co, Donaldzie – powiedział ciepło – chyba zaczynam pojmować podstawowe zasady chrześcijańskie.

Barney zastanawiał się, czy nie odwołać zaproszenia na kolację u rodziny Knightów, ale o siódmej Joel ciągle spał głębokim snem, a oczy miał opuchnięte i czerwone jak dojrzała figa. Natalia powiedziała mu, że prawdopodobnie obudzi się dopiero jutro rano.

– Chyba już nie umrze, co? – zapytał Barney, pochylając się nad zmaltretowanym, śpiącym bratem.

Natalia potrząsnęła energicznie głową.

– Nie umrze. Obiecuję. Barney dotknął jej ramienia.

– Byłaś dla niego dobra. Dziękuję ci.

– Wszyscy Griąua dobrzy ludzie – odparła.

– Zaczynam dochodzić do tego samego wniosku – powiedział Barney.

Donald czekał na niego na zewnątrz, trzymając w ręce wodze oraz bat, którym leniwie wymachiwał, oganiając się od owadów wściekle latających w powietrzu. Kilka metrów dalej, przy ognisku, siedział mężczyzna grający na instrumencie, którego dźwięk przypominał dźwięki drumli, podczas gdy krzepko wyglądająca kobieta, szczelnie zawinięta w czerwoną sukienkę, głośno śpiewała fragmenty z psalmów.

Barney i Donald siedzieli w milczeniu obok siebie na koźle powozu, a konie ciągnęły ich po nierównym, porośniętym trawą terenie w kierunku Kimberley. Kiedy wjechali na wzniesienie, mogli widzieć diamentowe kopalnie, na których rozpalono tysiące ognisk. W powietrzu unosił się zapach palonego drewna.

Wreszcie dotarli przed dom Knightów, mieszczący się przy głównej ulicy. Budynek należał do ładniejszych w mieście – był to na biało pomalowany bungalow z długą werandą i drewnianym dachem. Ładnie utrzymany ogródek otaczał niski płot ze sztachet, a ścieżka prowadząca do głównego wejścia do domu była wysypana białymi kamykami. W oknach nie było firanek i Barney widział siedzącą przy stole Agnes oraz Faith rozpalającą oliwne lampki.

– O której godzinie mam wrócić? – zapytał Donald. Barney spojrzał na zegarek.

– Przyjedź o jedenastej. Tak będzie dobrze.

– Być może dla pana. Barney podniósł brew do góry.

– A jakie masz plany?

Donald uśmiechnął się szeroko i trochę bezczelnie.

– Jan Bloem powiedział mi, że dzisiaj przyjeżdża nowa siostra, dobra, tłusta Hotentotka. Jan Bloem mówi, że nazywa się Ciężka Mary.

– Mogłem się domyślić. W porządku, bądź tutaj o jedenastej trzydzieści. Ale nie później.

– Jest pan dobrym człowiekiem, panie Blitz. Donald cmoknął na konie i odjechał, a Barney wszedł na werandę i zapukał w czarno pomalowane drzwi. Udawał, że nie zauważył gwałtownego poruszenia firanki w małym okienku przy drzwiach.

Sam pan Knight otworzył drzwi, chociaż było to dla niego z pewnością zupełnie nowe doświadczenie wpuszczać osobiście swoich gości. Był tak samo ubrany jak na ulicy, w czarny garnitur i białą koszulę z wyłożonym kołnierzykiem.

– Jest pan bardzo punktualny – powiedział takim tonem, że Barney nie był pewien, czy punktualność była dla niego cnotą czy też grzechem. – Dziewczyny nie mogły się doczekać.

Barney wszedł do salonu. Stały w nim różnego rodzaju drogie meble, nie zawsze pasujące do siebie: stoły wykonane z mahoniu, inkrustowane wysokie komody, ohydne werniksowane fotele i kanapy. Graty, które prędzej spodziewałbyś się zobaczyć na wózku pchanym przez jakiegoś emigranta, mieszanina cennych przedmiotów otrzymanych w spadku i zwykłych śmieci.

Agnes i Faith stały przy ścianie i dygnęły, kiedy go zobaczyły.

– Ja też nie mogłem się doczekać – powiedział Barney. Zdjął kapelusz i rękawiczki, a pan Knight odebrał je od niego tylko po to, aby spojrzeć na nie z zakłopotaniem, ponieważ nigdzie nie było wieszaka, na który mógłby je powiesić.

– Decyzja o zamieszkaniu w Kimberley była dla nas bardzo trudna – powiedział pan Knight. – W poprzednim miejscu musieliśmy zostawić nasze najcenniejsze rzeczy. A do tego przyjaciół i życie towarzyskie. – Zakaszlał z zakłopotaniem. – Chyba się pan ze mną zgodzi, że życie towarzyskie tutaj nie jest zbyt kwitnące? Z pewnością nie jest.

– A jak interesy? – zapytał Barney.

Pan Knight znalazł w końcu miejsce, gdzie mógł umieścić kapelusz Barneya – było nim poroże gazeli afrykańskiej: kapelusz powiesił na prawym rogu, a rękawiczki na lewym.

– Interesy? – zapytał, poprawiając klapy garnituru i opierając pięści na biodrach. – O, tak, mnóstwo roboty. Spory o działki, spory o diamenty. I czasami spory o kobiety.

Do pokoju weszła drobna, blada kobieta, której twarz kolorem i kształtem przypominała migdał. Miała na sobie nieładną, jasnozieloną, bawełnianą sukienkę, a w uszach dyndały jej kolczyki z krwawnikami. Kiedy Barney wziął ją za rękę, poczuł się, jak gdyby próbował ocalić jakąś osobę z posmarowanymi tłuszczem rękami przed odpadnięciem od pionowej skały, na którą ta osoba starała się wejść.

– Moja lepsza połowa – wymamrotał Knight zakłopotany.

– Bardzo mi miło – powiedział Barney.

– Mnie również – odpowiedziała pani Knight niepewnym, jasnym głosem. – Kolacja prawie gotowa.

Agnes zachichotała. Wyglądała prześlicznie. Miała na sobie różową sukienkę ze świecącej bawełny z koronkowym żabotem. Faith włożyła skromniejszą szarą sukienkę, którą zdobiła broszka z kameą. Włosy miała zaczesane do tyłu.

– Mamusia miała kłopoty z nowym kucharzem, prawda, mamusiu? – zapytała Agnes.

Pan Knight zmarszczył brwi, ale pani Knight klasnęła w dłonie z rozbawieniem i powiedziała:

– Ci Malajowie… nie rozumieją po angielsku, ot, cały kłopot. Powiedziałam mu, żeby przyrządził ziemniaki sautó, a kiedy wróciłam do domu, odkryłam, że położył wszystkie małe ziemniaki po jednej stronie naczynia, a duże po drugiej. „Gotowe, pszepani – powiedział. – Posorto-wałem ziemniaki tak jak pani kazała". Czy to nie zabawne?

– Tęskni za Kapsztadem – zauważył pan Knight niepotrzebnie, a jego żona poszła do kuchni, żeby uratować danie.

W końcu zasiedli do kolacji przy owalnym stole z chwiejącymi się nogami. Kiedy jedli już zupę, cienką lurę, w której pływały ziarenka groszku i która była tak pieprzna, że Barney poczuł, iż za chwilę wyparsknie wszystko na obrus, pan Knight wstał, zdjął z półki książkę pt. Dobry i sumienny uczestnik Mszy świętej i wsunął ją pod jedną z chwiejących się nóg, aby utrzymać stół w poziomie. Kiedy wyszedł spod stołu, był czerwony na twarzy.

– Nie zawsze tak było – ogłosił całemu światu mocnym głosem. – Swojego czasu mieliśmy najwspanialszy mahoniowy stół obiadowy w całej Kolonii.

– Nie przejmuj się tym, kochanie – powiedziała słodko jego żona.

– Czy zostanie pan w Kimberley do niedzieli, panie Barney? – zapytała Faith.

Barney był zadowolony, że miał szansę odłożyć łyżkę i wytrzeć usta w serwetkę. Serwetka była lniana, prawdziwa irlandzka, chociaż mocno już sprana.

– Zostanę na pewno – powiedział. – Mam kilka spraw do załatwienia w Kimberley.

– A więc może nam pan towarzyszyć podczas mszy w kościele? – zapytała Faith.

– Faith – zaprotestował jej ojciec grubym głosem. Barney odkrył jednak, że pomysł ten raczej mu się spodobał. Może w Anglii albo w Kapsztadzie młode kobiety nie powinny być eskortowane do kościoła przez młodego mężczyznę, żeby wspólnie recytować modlitwy, ale tu w Kimberley było to do przyjęcia. Na pewno lepsze niż chichotanie z kopaczami diamentów na ulicy, jak pospolite dziwki. I o niebo lepsze niż sekretne obłapiania za budynkiem probierczym, gdzie nie byłby w stanie kontrolować sytuacji. Pan Knight był pewien, że jego szelmowskie córeczki były jeszcze dziewicami, ale to mogło się zmienić. Jeszcze sześć miesięcy w tym prymitywnym, zapomnianym przez Boga mieście poszukiwaczy diamentów, prostytutek i złodziei i nie będzie już tak pewny siebie. Cnota dziewczęca jest krucha jak kwiat. Poza tym zdawał sobie sprawę z tego, jak atrakcyjne dla mężczyzn są jego córki.

– Smakowała panu zupa? – zapytała pani Knight.

Agnes wstała z krzesła, żeby posprzątać ze stołu naczynia. Knightowie z pewnością byli bez pieniędzy, a do tego mieli kłopoty ze służbą. Ale wykonywanie obowiązków służącej przez Agnes umożliwiło jej zbliżenie się do Barneya – kiedy odbierała od niego talerz – tak, żeby poczuł zapach jej perfum i żeby przez moment poczuł ciężar jej piersi na swoim ramieniu.

– Zupa była wspaniała – powiedział Barney. – Nie jadłem takiej, odkąd wyjechałem z Nowego Jorku.

– Biedni Nowojorczanie – wymruczała Agnes, odbierając talerz od ojca. Spojrzała na Barneya i posłała mu uśmiech, który był radosny, a zarazem prowokacyjny. Barney poczuł, że się rumieni i skoncentrował uwagę na bułce. Faith zauważyła, co się święci, ale pan Knight był zbyt zajęty wysnuwaniem zawiłych teorii prawniczych na temat podziału działek diamentowych, a pani Knight gryzła nerwowo usta, marszczyła brwi i słuchała męża, czyniąc bezowocne próby zrozumienia tego, o czym mówił.

– Przypuszczam, że jest pan farmerem dżentelmenem? – zapytał pan Knight Barneya, kiedy Agnes przyniosła i postawiła na stole wielką białą wazę, wypełnioną po brzegi brązowym gulaszem.

Barney uśmiechnął się krzywo.

– Chyba tak, chociaż co to jest warte tutaj, w samym środku niczego.

– Cóż, to jest bardzo ważne, stary przyjacielu – powiedział pan Knight. – Farmer dżentelmen może uzyskać członkostwo klubu Kimberley, podczas gdy zwyczajny farmer nie ma takiej szansy.

– Czy klub Kimberley jest taki ważny?

Pani Knight zachichotała z roztargnieniem, nakładając na talerze gulasz, a pan Knight spojrzał na nią z wyrzutem.

– Tak – powiedział, patrząc Barneyowi prosto w oczy. – Właściwie dopiero się organizuje, ale kiedy zostanie postawiony nowy budynek, rozpocznie działalność zgodną ze swoim statutem. To będzie klub dla dżentelmenów mających określoną pozycję w społeczeństwie; miejsce, gdzie będzie można w niewielkim, wybranym gronie podyskutować na temat interesów; enklawa dla tych, którzy mają odpowiednie pochodzenie.

– Czy pan jest już członkiem? – zapytał Barney. Pan Knight opuścił brodę, która oparła się na sztywnym kołnierzyku, i oznajmił z zadowoleniem:

– Jestem sekretarzem bilardu, ściśle mówiąc.

– I myśli pan, że ja mógłbym…?

– Byłoby to dla pana ze wszech miar korzystne. To kwestia zawierania znajomości wewnątrz określonego koła, jeżeli rozumie pan, co mam na myśli. A ci, którzy znajdują się poza obrębem, cóż… ci, którzy są na zewnątrz, nigdy się nie dowiedzą, co dzieje się wewnątrz.

Pani Knight ponownie zachichotała i podała Barneyowi talerz, na którym znajdowały się dziwnie wyglądające kawałki mięsa. Albo gulasz zrobiony został z mięsa jakiegoś zupełnie nie znanego zwierzęcia, albo nowy kucharz nie miał zielonego pojęcia, jak podzielić mostek na smakowite kąski.

Agnes złożyła dłonie i przycisnęła je do piersi.

– Czy to prawda, panie Barney, że w Ameryce są Indianie? I niedźwiedzie?

– Tak – pokiwał głową Barney. – Ale nie w Nowym Jorku.

– A więc nigdy ich pan nie widział? – zapytała Agnes. Barney poczuł nagle jej kolano przyciskające się do jego nogi. Opuścił głowę i spojrzał w talerz, na ohydnie wyglądające kawałki mięsa, kości zanurzone w kałuży tłustej mazi.

– Kiedyś widziałem Indianina – powiedział. – Byłem wtedy małym chłopcem. Komańcz imieniem Orle Pióra odwiedził Nowy Jork. Wożono go po ulicach miasta w powozie. Byłem raczej rozczarowany, miał na sobie wysoki kapelusz i prochowiec, a w ręce trzymał trzcinkę. Nie przypominał dzikusa, ani trochę.

Pan Knight głośno kichnął i powiedział:

– A propos dzikusów. Kiedyś w Kapsztadzie występowałem jako adwokat w bardzo interesującej rozprawie przed sądem. Mężczyzna oskarżony był o kradzież srebra z kasyna oficerskiego w zamku Cape. Posądzano go, że miał spore długi karciane, których nie był w stanie spłacić. Nazywał się Chatsworth. Absolwent Harrow School.

– Ale nie był dzikusem, kochanie? – niepewnie zapytała pani Knight.

Pan Knight poczęstował żonę takim spojrzeniem, że zaparło jej dech w piersiach. Wydawało się, że próbuje zmiażdżyć ją siłą swojego wzroku.

– Ten mężczyzna – kontynuował, ciągle patrząc na żonę – ten mężczyzna nie przyznawał się do winy. A najbardziej interesującą rzeczą w tym wszystkim był fakt, że jedynym świadkiem kradzieży był czarny sprzątacz. A więc po wysłuchaniu dowodów stanąłem przed sądem i zapytałem, czy uważają, że czarnuch jest czymś ważniejszym – w świecie rządzonym przez Pana – niż na przykład koń do gry w polo, czy też jest mniej warty. Gdyby doszli do wniosku, że pełnej krwi koń do gry w polo – w świecie rządzonym przez Pana -jest ważniejszy niż byle czarnuch z wybrzeża na Przylądku, natychmiast zorientowaliby się, że jedyny świadek na rozprawie nie był do końca człowiekiem i jego tak zwane zeznania nie były wiarygodne. Muszę panu powiedzieć, że sędzią był stary Clough-Parker, który był absolutnym fanatykiem gry w polo.

Barney był oszołomiony.

– I co, wypuścili go? Mam na myśli Chatswortha?

– Oczywiście. Uniewinnili całkowicie i bez wahania. Między nami mówiąc, pułkownik, który był tamtej nocy oficerem dyżurnym w kasynie, nienawidził Chatswortha z całej duszy. Myślę, że wierzył, że to Chatsworth razem ze swoją żoną dokonał kradzieży. Ale najważniejszą rzeczą w tym wszystkim jest to, że decyzja starego Clougha-Parke-ra stworzyła interesujący precedens… i to, że czarnuchy nie mogą świadczyć przed sądem, ponieważ nie są ludźmi, jest wykorzystywane do dzisiaj, chociaż nie tak często jak kiedyś. Sprawa jest znana jako Precedens Konia Do Gry W Polo.

Agnes przyciskała teraz swoje mocne udo do jego kolana, a kiedy na nią spojrzał, obdarowała go pożądliwym uśmiechem. Barney podniecił się, a zarazem zmieszał. Agnes podobała mu się bardzo: była ładna i wzbudzała w nim emocje, które można by porównać do uczuć doznanych po erotycznym śnie. Ale jego doświadczenia z dziewczętami sprowadzały się do dziecinnej przyjaźni z Leach i męczących zapasów z Louise Loubser. Często ukradkiem przyglądał się obnażonym piersiom czarnych dziewczyn z okolic Oranjerivier i myślał nawet o tym, żeby jedną z nich zaprosić do swojego pokoju na farmie. Ale nigdy nie starczało mu odwagi, bał się chorób albo wyobrażał sobie, że mógłby skończyć podobnie jak Monsaraz, który brał wszystko, co nie uciekało na drzewo.

Faith musiała wyczuć, co się działo pod stołem, bo nagle zasyczała – Agnes! – jak gdyby chciała zganić siostrę i przypomnieć jej, kto zaproponował Barneyowi wycieczkę do kościoła.

Barney jednak przestał zwracać uwagę na kokieteryjne zachowanie dziewczyn i zaczął zastanawiać się nad zupełnie inną sprawą – nad możliwością uniewinnienia Joela od ciążącego na nim zarzutu. Gdyby pan Knight zgodził się wystąpić w imieniu Joela i gdyby Stafford Parker zgodził się posłużyć Precedensem Konia Do Gry W Polo, to Joel mógłby zostać oczyszczony z zarzutów.

– Coś panu powiem, panie Barney – powiedział pan Knight. – Jeżeli naprawdę jest pan zainteresowany członkostwem w klubie Kimberley, to mógłbym pana zarekomendować. To bardzo by panu pomogło.

– Bilard – powiedziała pani Knight żałośnie, bez żadnego powodu. Barney spojrzał na nią zaniepokojony, ale pan Knight potrząsnął głową, żeby nie zwracał na nią uwagi.

– Chcemy przyjąć jeszcze kilku dżentelmenów – powiedział pan Knight. – To dotyczy również amerykańskich dżentelmenów. Nie jesteśmy ogarnięci ksenofobią. – Nagle roześmiał się głośno, zadowolony ze swojego poczucia humoru i tolerancji.

Barney sięgnął ręką pod stół i złapał Agnes za kolano, żeby ją uspokoić. Zrobiło mu się gorąco, zaczerwienił się i poczuł, że dostał erekcji.

– Przypuszczam, że nie dopuszczacie do siebie… mieszańców? – zapytał.

– Mieszańców! Mój drogi przyjacielu! Nie przyjmujemy nawet absolwentów Winchester College! Nie, drogi kolego, nie uświadczysz między nami żadnych mieszańców. Żadnych Arabów, Chińczyków, Malajów, ani nawet pieprzonych Francuzów!

– A Żydów? – zapytał Barney.

Pan Knight, który właśnie przełykał gulasz, spojrzał na Barneya, jak gdyby nagle zaczął go posądzać, że postradał zmysły.

– W dniu, w którym przyjmiemy Żyda do klubu Kimberley, wypiję pięć butelek brandy, jedna po drugiej, i pójdę poszukać miejsca, żeby się położyć i zasnąć snem wiekuistym. Żydzi! Pazerni na pieniądze Żydzi! Dlaczego pan o to pyta?

– Właściwie… – zaczął Barney suchym głosem. – Nie wszyscy Żydzi są tak zachłanni, jak się o nich mówi. A jeden z moich najlepszych przyjaciół jest Żydem. – Słowa nie przychodziły mu łatwo, ale wiedział, że musi je wypowiedzieć. – Żydzi mogą być bardzo… no cóż, wrażliwi.

– Och, proszę mnie źle nie zrozumieć – przerwał mu Knight. Pożuł przez chwilę w ustach kawałek mięsa, skrzywił się z obrzydzeniem, po czym wyjął go, wielki i twardy, ze śladami zębów, i położył na brzegu talerza. – Żydzi są ludźmi, nie mam co do tego żadnych wątpliwości; nie tak jak czarnuchy. Mają swoją religię, nieważne jak perwersyjne mogą być jej zasady, i mają swoje życie rodzinne. I nawet słyszałem, od ludzi takich jak pan, że niektórzy Żydzi potrafią być mili i uprzejmi. Nie, nie, proszę mnie źle nie ocenić.

Barney poczuł że dłużej nie wytrzyma, wstanie od stołu i opuści bungalow Knighta. Czuł, że gotuje mu się mózg. Ale Agnes przyciskała jego dłoń do swojego uda i to go uspokajało, dostarczając erotycznych doznań, a przy tym trzeźwiąco na niego wpłynęło myślenie o Joelu, który w dalszym ciągu był narażony na niebezpieczeństwo ze strony Stafforda Parkera i jego siepaczy. Pan Knight, chociaż bigot pierwszej wody, mógł ocalić jego życie.

Musiał przyznać przed sobą samym, że pomysł zostania członkiem klubu Kimberley był w pewnym sensie atrakcyjny. Ugruntowałoby to jego pozycję, jako rzetelnego biznesmena i otworzyło kredyt zaufania w społeczeństwie, tak że mógłby zacząć wspinać się na szczyt drabiny.

Ale gdzie była ta drabina? W tym rozgardiaszu trudno było dociec. W każdym razie wszystko było lepsze niż prowadzenie farmy dla Monsaraza; i wszystko było lepsze niż żyć tak jak Knight, na cienkiej zupce i niemożliwych do realizowania marzeniach.

– Czy zgodziłby się pan pomóc mojemu żydowskiemu przyjacielowi wydostać się z nader trudnej i kłopotliwej sytuacji? – zapytał Barney.

Pan Knight spojrzał na niego z uwagą i przełknął łyk wina.

– Trudnej sytuacji, powiada pan.

– Został oskarżony o kradzież, niesłusznie.

– Aaa! Podobnie jak nasz przyjaciel Chatsworth.

– Tak – powiedział Barney. – I na tym nie koniec podobieństw w obydwu sprawach. O ile jestem zorientowany, jedynym świadkiem był Murzyn.

– Oskarżono go o kradzież? – zapytał pan Knight. – Mam nadzieję, że nie diamentów?

Barney pokiwał głową.

– Mówi się, że robotnicy pracujący dla British Diamond Mining Company zostali przez niego przekupieni i przynosili mu najlepsze diamenty. Sprzedawał je później na czarnym rynku.

– Mówi pan o panu Havemannie, prawda? – wtrąciła Faith zaskoczona. – Myślałam, że już go skazali i rozciągnęli.

Barneyowi zrobiło się gorąco.

– Znała go pani? – zapytał.

– Wszyscy go znali – powiedziała Faith. – Zresztą wszyscy znają tutaj wszystkich. Bardzo smutny mężczyzna, ale całkiem przystojny.

– Wystarczy, Faith – przerwał jej ojciec. Odłożył nóż i zapytał Barneya: – Czy Havemann żyje?

– Żyje – odparł Barney. – Nie czuje się najlepiej, ale żyje.

– Stafford Parker będzie go ścigał jak wściekłego psa, to mogę panu obiecać. W końcu go dopadnie i zastrzeli.

– Stafford Parker nie jest prawem – Powiedział Barney.

– To prawda, formalnie nie jest – zgodził się pan Knight. – Ale posiada wystarczającą władzę i wpływy, żeby kontrolować diamentowe pola. I musi pan przyznać, że nie jest niemile widziany. Oczywiście, jeżeli bliżej się temu przyjrzeć, jest w tym trochę bezprawia.

– Mimo wszystko, powinien rozpatrzyć apelację pana Havemanna.

Pan Rnight zrobił niemądrą minę.

– Może, jeżeli będzie miał humor.

– Czy zgodzi się pan reprezentować pana Havemanna? Zapadło milczenie. Pan Knight z determinacją bawił się widelcem, dziobiąc nim kawałki mięsa leżące na talerzu.

– W samym Kimberley i okolicy prawie codziennie popełnianych jest mnóstwo przestępstw, które tolerowane są przez poszukiwaczy diamentów, ponieważ nie dotyczą fundamentalnych spraw, dla których oni tutaj są. A oni są tutaj wyłącznie dla diamentów, panie Barney, i wielu z nich sporo przecierpiało, zrezygnowało z wielu rzeczy, przebyło daleką drogę i wszystko to zrobili dla diamentów. Obrażają się wzajemnie i bluźnią, kwitnie prostytucja, pijaństwo i hazard. Są przypadki sodomii i kazirodztwa. Ale tego typu sprawy traktowane są tutaj jak wykroczenia – dziwactwa, jeżeli tak pan woli, ponieważ są oni mężczyznami o twardych charakterach i wszystko to, co wymieniłem, jest wybaczal-ne. Jednakże kradzieży diamentów nie wybacza się nigdy. Ukraść diamenty, to tak jakby ukraść człowiekowi życie.

– Ale czy będzie go pan reprezentować? Czy spróbuje pan? Nie mam nikogo, do kogo mógłbym się zwrócić.

– Żyda, złodzieja diamentów? Prosi pan o bardzo dużo, panie Barney.

Barney zaczerpnął powietrza.

– Wiem. I wiem również, że szansę powodzenia są bardzo nikłe. Ale jeżeli powiodłoby się panu – proszę się nad tym zastanowić – byłby pan słynny na całą Kolonię.

– Być może – odparł pan Knight bezbarwnie. – Nie, muszę mieć czas, żeby się nad tym zastanowić. I oczywiście będę musiał porozmawiać z panem Havemannem, żeby usłyszeć jego wersję wydarzeń. Zabawne – spotkałem go raz czy dwa razy i nigdy nie przypuszczałbym, że jest Żydem. Ani pejsów, ani niczego w tym stylu.

– Nie wszyscy Żydzi przypominają Shylocka – powiedział Barney, odwracając się nagle do pani Knight, która właśnie w tym momencie starała się wydłubać kawałek wołowiny spomiędzy zębów, a następnie spojrzał na Agnes i Faith. Wydawało mu się, że to niemożliwe, iż nikt z obecnych nie rozpoznał w nim żydowskiego pochodzenia. To, że drżały mu nogi, Agnes mogła przypisać seksualnemu podnieceniu i częściowo była to prawda. Czuł, że spodnie stały się w pewnym miejscu jakby nieco ciaśniejsze. Odkąd żył, nie jadł takiej kolacji. Prawo, uprzedzenia, pożądanie i niestrawność.

Kiedy ujrzeli, że na stole pojawiła się podejrzanego koloru galaretka z koziego mleka, odsunęli skrzypiące krzesła i usiedli dookoła zielonego, wysokiego pieca. Pan Knight zapalił grube tureckie cygaro, rozsiadł się wygodnie, krzyżując nogi i poruszając stopami, kiedy mówił. Barney przysiadł na brzegu kanapy, a Agnes usadowiła się tuż obok niego, na poręczy, tak że mógł oddychać zapachem jej perfum, a ona palcami mogła dotykać jego włosów na karku, czego nie widział ojciec. Nuciła pod nosem jakąś melancholijną piosenkę, która odtąd miała przypominać Barneyowi ten wieczór do końca życia.

– Udzielę panu pewnej rady – powiedział pan Knight, I kiedy zegar na ścianie wybił jedenastą. – Niech pan uważa, z kim pan przestaje, ponieważ w Kimberley jest się znanym przez swoje towarzystwo. Oczywiście każdemu należy się trochę rozrywki – czarne kobiety i tak dalej. To zupełnie naturalne. Ale towarzystwo proszę sobie dobierać pierwszorzędne. A teraz, czy ma pan ochotę na szklaneczkę musującego wina?

Donald przyjechał o jedenastej trzydzieści. Barney skłonił się pani Knight, która chichotała i czerwieniła się na zmianę i podziękował jej za kolację, a Agnes i Faith, mocno objęte ramionami, starały się nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Pan Knight stał wyprostowany z wyrazem twarzy, który mógłby zostać odczytany jako błaganie niebios o przetrwanie w trudnych czasach.

Barney wspiął się na kozioł i pomachał ręką rodzinie Knightów, która stała oświetlona w drzwiach swojego domu, jak gdyby pozowała do bożonarodzeniowej fotografii. Wszyscy gwałtownie wymachiwali rękami.

– Czy już? – zapytał Donald, podnosząc do góry bat. Barney właśnie miał powiedzieć, że „już najwyższy czas – jedziemy”, kiedy na ścieżce pojawiła się pędząca w ich kierunku Agnes. Trzymała brzegi spódnicy w jednej ręce, a w drugiej jakiś mały przedmiot z materiału, którym energicznie wywijała.

– Pańskie rękawiczki, panie Barney! Zapomniał pan swoich rękawiczek.

Barney zeskoczył z powozu.

– Jestem niezmiernie wdzięczny – powiedział, kiedy podeszła bliżej.

– Schowałam je – wyszeptała. – Chciałam pożegnać pana bez świadków.

Barney spojrzał w jej szeroko rozwarte, błyszczące oczy. Była bardzo ładna i podniecała go jak żadna inna dziewczyna. Nawet przy Leah nie czuł się tak jak przy niej. Patrzył na jej kręcone włosy, wilgotne, zadające męki Tantala usta, wdychał jej zapach. Była dobrze wychowana, ale i prowokacyjna. Sposób, w jaki zabawiała się jego ręką przy kolacji, przyprawiał go o dreszcze.

Agnes wyciągnęła rękę, a Barney schował ją między swoimi dłońmi.

– Nie wiem, co powiedzieć – odezwał się.

– Ale ja wiem – wyszeptała. – Choć to i tak nie ma znaczenia. Kiedyś kochałam się w pewnym poruczniku z Kapsztadu… musiałam się z nim rozstać ze względu na interesy tatusia. Ale zdążył mnie nauczyć, jak zadowolić mężczyznę.

– Chcę się z tobą jeszcze spotkać – powiedział Barney.

– Więc przyjdź w niedzielę do kościoła. Bądź uprzejmy wobec Faith, ale usiądź obok mnie.

Barney nagle zdał sobie sprawę z tego, jak gorąca była noc; usłyszał niespodziewanie tysiące niestrudzenie brzęczących owadów. Był również pewien, że pan Knight marszczy się teraz, stojąc na werandzie, i że rozmowa z Agnes przedłużała się, była zbyt długa jak na omówienie spraw związanych z zapomnianymi rękawiczkami.

– Musisz iść – powiedział. Agnes mrugnęła do niego okiem.

– Wiem. Ale Faith będzie zazdrosna.

Pobiegła ścieżką w kierunku domu, a Barney przez chwilę za nią patrzył, po czym ponownie wspiął się na powóz.

– Ta kobieta wie, że jest pan Żydem? – zapytał Donald, strzelając z bata i cmokając na konie.

– A jaka to różnica? – zapytał Barney wyzywającym tonem, poluzowując krawat.

Donald skrzywił gębę w uśmiechu.

– Ona nie wie? Pan nie powiedział.

– Nie. Nie było okazji.

– Czy Bóg nie będzie na pana zły?

– Dlaczego miałby być zły?

– Bóg nie lubi, kiedy ktoś się Jego wypiera.

– Nie wyparłem się Boga. Posłuchaj, Donaldzie, żeby przeżyć w tym kraju, ażeby wzbogacić się, trzeba być białym i chrześcijaninem, i dżentelmenem. Tak się składa, że spełniam tylko jeden z tych warunków. Ale kiedy tylko ludzie zaczną wierzyć, że spełniam pozostałe dwa – niech zaczną tylko wierzyć, rozumiesz, nie kłamiąc mi prosto w oczy – to wtedy im powiem.

– Bardzo dobra – powiedział Donald.

– Bardzo dobra? Co bardzo dobra?

– Wymówka – powiedział Donald. – Bardzo dobra wymówka.

Kiedy Barney wrócił do obozowiska Griqua na wzgórzu, Joel już nie spał. Natalia kucała przy jego legowisku, karmiąc go rosołem. Kiedy Barney wszedł do namiotu, Joel trzymał Natalię za nadgarstek i mówił:

– Dosyć zupy, dziękuję ci. Naprawdę już mam dosyć.

– Musisz nabrać sił – powiedziała Natalia, podnosząc łyżkę do jego ust.

Barney usiadł na brzegu legowiska.

– Rób to, co każe twoja pielęgniarka. – Uśmiechnął się do Joela.

Joel był nie ogolony, miał zaczerwienione oczy i był opuchnięty. Na policzkach widniały purpurowe, błyszczące plamy.

– Co za sens, żebym przytył? – zapytał Barneya. – Stafford Parker wytropi mnie z psami, kiedy tylko się dowie, że uciekłem.

– Czy oni naprawdę chcieli, żebyś tam umarł? Joeł opadł na posłanie.

– Miałem leżeć rozciągnięty przez trzy dni. Gdybym nie umarł, to byłby jakiś cholerny cud.

– Przez przypadek dowiedziałem się, co się tobie przytrafiło. Nork mi opowiedział.

– Nork? Ten bufon?

– Nie wygląda na bufona.

– Jest pośmiewiskiem wszystkich górników. On i jego wyssane z palca teorie o wulkanach. Takiego shlimazela jak Nork znajdziesz w każdym miejscu. Przy kopalniach kręci się wielu złodziei, naciągaczy i tak zwanych profesorów.

Natalia wstała i wyniosła talerz z zupą przed namiot. Barney pochylił się nad Joelem i powiedział serdecznie:

– Cudownie, że ciebie znalazłem. Szukałem cię przez wszystkie te lata, odkąd tylko przyjechałem. Trzy lata i oto jesteś.

– Znalazłeś mnie kilka miesięcy za późno, braciszku – powiedział Joel. – Gdybyś pojawił się wcześniej, pomógłbyś mi kopać na mojej działce i wtedy, być może, do czegoś byśmy doszli.

– Czy na twojej działce nie było diamentów?

– Tylko garstka. Wystarczyło, żebym kupił sobie jedzenie i wodę. Wszyscy dokoła mnie znajdowali kamienie wielkości gołębich jaj i robili fortuny. A ja ledwo wiązałem koniec z końcem. A dlaczego, u diabła, myślałeś, że przekupiłem tych czarnuchów, żeby przynosili mi najlepsze diamenty, które znaleźli?

Barney spojrzał na niego.

– A więc naprawdę to zrobiłeś?

– A jak miałem przeżyć? Nie miałeś tutaj działki i nie wiesz, jaka cholerna to robota. Jest tak gorąco, że czujesz się jak na rozgrzanej patelni, a tu nic tylko skały, piach i nadwerężasz swój cholerny grzbiet.

– Jak cię złapali?

– Jeden z czarnuchów trochę przedobrzył. Płaciłem im połowę tego, co dostałem od chłopaków na czarnym rynku, ale jeden z nich zażądał dwóch trzecich. Powiedział, że jeżeli nie dostanie, to pójdzie wszystko zameldować szefowi British Diamonds. No cóż, powinienem mu zapłacić tyle, ile chciał, ale wtedy wściekłem się na niego i kazałem mu pójść do diabła. I do niego właśnie poszedł – prosto do Stafforda Parkera. Dlatego właśnie Stafford Parker mnie rozciągnął.

– Posłuchaj tylko – powiedział Barney. – Nieważne, czy ukradłeś te diamenty, czy też nie, znalazłem kogoś, kto mógłby ci pomóc. Prawnik o nazwisku Knight. Powiedziałem mu, że jesteś moim przyjacielem, nie bratem, ponieważ jest uprzedzony do Żydów. Tak, wiem – nie tylko on jeden. Kiedyś doprowadził do uniewinnienia jakiegoś faceta w Kapsztadzie, ponieważ jedynym świadkiem był czarnuch.

– Chyba nie myślisz o tym poważnie? – zapytał Joel. – Jak tylko wytknę nos z namiotu, Stowarzyszenie Górników rozedrze mnie na strzępy. Najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, to przeczekać, podreperować zdrowie i pryskać na wybrzeże.

– Joelu, nie możesz tego zrobić. Co z działką?

– I tak mija zabiorą i sprzedadzą na licytacji.

– Przecież musiałeś za nią zapłacić wszystkie pieniądze, jakie miałeś!

– To prawda – pokiwał głową Joel. – Farmę w Der-deheuwel kupiłem za pieniądze zarobione na statku. A potem sprzedałem ją temu cholernemu Portugalczykowi i za dwa razy wyższą cenę. Był zachwycony miejscem, a przy tym cholernie bogaty, a mnie praca na roli przestawała się już podobać. Wtedy właśnie kupiłem działkę w Klipdrift i dobrze mi się wiodło. Wydobywałem tyle diamentów, że mogłem dobrze się ubrać i być pijany przez cały rok. Nie myśl o mnie źle. Zaoszczędziłem również trochę pieniędzy. Do maja tego roku miałem jeszcze trzy tysiące funtów, akurat tyle, żeby kupić pojedynczą działkę w Kimberley.

– Joelu – powiedział Barney smutnym głosem, potrząsając głową.

– Mam nadzieję, że nie zamierzasz mnie sądzić? – zapytał ostro Joel.

– Dlaczego tak myślisz?

– Ponieważ czuję, że masz na to ochotę, schmendrick.

– Co się z tobą stało, Joelu? Jesteś taki zgorzkniały. Joel potarł dłonią nie ogolone policzki.

– Zgorzkniały? Myślisz, że jestem zgorzkniały? – Odwrócił głowę i spojrzał w bok. – Tak – powiedział mniej agresywnym i pewnym siebie tonem. -Tak, jestem zgorzkniały.

– Chcesz o tym porozmawiać?

Joel prychnął lekceważąco. Chociaż leżał odwrócony, Barney wiedział, że był zmartwiony.

– Jestem cholernym marnotrawcą – powiedział. – Miałem setki, tysiące funtów, kiedy byłem w Klipdrift, i wszystko roztrwoniłem. Na alkohol, hazard, konie, kobiety. Byłem jak rozpuszczony dzieciak. Pewnie, trochę zaoszczędziłem. Ale trzy tysiące z piętnastu to chyba niezbyt wiele, co? Zwłaszcza że większą część podarowałem kobiecie.

– Kobiecie? Jakiej kobiecie?

Joel spojrzał na Barneya i po obolałych policzkach popłynęły mu łzy.

– Była kurwą, Barney. Zwykłą kurwą. Kiedy przyjechałem tutaj po raz pierwszy, nie chciałem mieć z kurwami nic do czynienia. Starałem się myśleć o mamie. Ale… w jakiś… zawsze myślałem o sobie jak o jej własności. Prawie jakbym był jej mężem. Gdybym poszedł z kurwą, to zwiódłbym ją. Ale pewnej nocy schlałem się i poszedłem do burdelu, i tam właśnie spotkałem Meg. Była Irlandką. Włosy miała jak płomień. Pierwsza noc, którą spędziliśmy razem, była jak marzenie. Rano zapłaciłem jej za cały tydzień diamentami. Przez cały następny tydzień nie wychodziliśmy z łóżka i kochaliśmy się. Albo cudzołożyliśmy. Nazywaj to sobie, jak chcesz.

Do namiotu weszła Natalia z mosiężną misą wypełnioną po brzegi ciepłą wodą i ręcznikiem. Uklękła przy Joelu i zaczęła obmywać mu twarz.

– Ta Meg… – powiedział Barney. – Wszystko jej oddałeś?

– Prawie wszystko – odpowiedział Joel. – Miałem trzy tysiące funtów w banku i tych nie mogłem roztrwonić, dzięki Bogu. Kupowałem jej stroje, biżuterię i cokolwiek zapragnęła. Byłem oszalały z miłości. Pewnego dnia wróciłem do chałupy wcześniej niż zwykle i znalazłem ją rozebraną w objęciach jakiegoś Niemca. To był koniec. Przez jakiś czas chodziłem jak obłąkany. Jeszcze teraz o niej pamiętam i cierpię, kiedy pomyślę o tym, co zrobiła.

Przez chwilę nic nie mówili. Nie widzieli się tyle czasu, prawie się nie znali. Ale nagle Joel zapytał:

– Jak się czuła mama, kiedy wyjeżdżałeś? Czy masz z nią kontakt listowny?

– Nie dostałeś mojego listu? – spytał Barney

– Listu?

– Wysłałem do ciebie list, zanim wyjechałem z Nowego Jorku. Był zaadresowany na Derdeheuwel.

Joel zmarszczył brwi.

– Z mamą wszystko w porządku, prawda? Nie jest chora?

Barney wziął brata za rękę. Chciał powiedzieć, że nie żyje, że od kilku lat leży pochowana na żydowskim cmentarzu – przez wszystkie te lata, podczas których on myślał, że jeszcze żyje. Przez wszystkie te lata, podczas których wyobrażał ją sobie w kuchni na Clinton Street, jak gotuje posiłki, których już nigdy nie miała gotować, jak w każdy piątek zapala szabasowe świece, których już nigdy nie miała zapalić. Chciał powiedzieć, że nie żyje, ale słowa uwięzły mu w gardle.

– Co się stało? Masz od niej jakieś wieści, prawda? Chyba coś napisała? – zapytał Joel.

– Joelu… – zaczął Barney zachrypniętym głosem. – Wyjechałem z Nowego Jorku, ponieważ mama umarła.

– Umarła? Mówisz mi, że mama umarła? Barney pokiwał głową.

– Zeeser Gottenyu - wyszeptał Joel. Złożył dłonie i przycisnął je do ust.

– Ona… mmm… doszło między nami do jednej z tych głupich kłótni. Zabiła się w kuchni. Joelu, ona postradała zmysły. Nikt nie mógł niczego zrobić, nie można było jej pomóc. Odkąd Tateh umarł…

– Tak – wyszeptał Joel. – Odkąd Tateh umarł.

– To nie była twoja wina – powiedział Barney. – Moja również nie, chociaż czasami prześladują mnie wyrzuty sumienia i mam złe sny. Czasami budzę się i czuję jej krew na moich dłoniach. Są wilgotne i lepkie. Ale to tylko sny.

– Jak to zrobiła? – zapytał Joel. Miał rozszerzone źrenice, patrzył w bok, jak gdyby trudno mu było się skoncentrować.

– Nożem – odpowiedział Barney. Joel zamknął oczy.

– Nożem – powtórzył wolno. – Biedna mama. Rozmawiali dziwnymi, urywanymi zdaniami przez ponad godzinę, aż Joel zmęczył się. Barney opowiedział Joelowi o tym, co wydarzyło się w Nowym Jorku od momentu jego wyjazdu – o Huncie, Monsarazu, Staffordzie Parkerze, o wieczorze spędzonym z rodziną Knightów. Joel był prawie zdecydowany, aby natychmiast wyruszyć do Orange Free State, ale Barney zdołał go przekonać, że warto byłoby porozmawiać z Knightem o jego sprawie i o możliwości wniesienia apelacji. O drugiej nad ranem powieki Joela zaczęły opadać i Barney przykrył brata kocem, a sam począł zbierać się do wyjścia.

– Barney? – wymamrotał Joel.

– O co chodzi?

– Nie straszyła cię po nocach, co? Mam na myśli mamę.

– Wszyscy synowie na całym świecie są straszeni przez swoje matki, Joelu. Między innymi na tym polega macierzyństwo i synowska miłość do matek. Ale możliwe, że my jesteśmy straszeni najbardziej.

Przed namiotem stała Natalia Marneweck z narzuconym na ramiona szalem. Na niebie iskrzyły się gwiazdy, jak gdyby rozrzucono na nim tysiące diamentów z kopalni w Kimberley. Kiedy Barney wyszedł z namiotu, Natalia odwróciła się i podeszła bliżej.

– Bratu jest już lepiej teraz?

– O wiele, dziękuję, bardzo ci dziękuję.

– Mam tutaj koce, jeżeli chcesz spać.

Dopiero teraz Barney zauważył dwa albo trzy biało-czerwone koce, które leżały rozłożone na trawie. Rozejrzał się po obozowisku, w namiotach było ciemno, ogniska pogasły oprócz jednego, które żarzyło się jeszcze, a przed namiotem Jana Bloema paliła się pochodnia. Wiał ożywczy wietrzyk, który delikatnie muskał Barneya po karku.

Bez słowa Barney podszedł do rozłożonych koców i usiadł. Zdjął buty i ustawił je na trawie. Następnie zrzucił czarny płaszcz i złożył go w kostkę.

– Teraz pójdę do namiotu kuzynki – powiedziała Natalia. – Ten namiot przy ognisku.

Barney odpiął spinki od mankietów i spojrzał na nią. W swoim białym wełnianym szalu na ramionach, z lokami, które co chwila spadały jej na twarz, wyglądała w ciemności jak bohaterka jakiejś wiktoriańskiej powieści, jej twarz oraz złożone ręce były nieprawdopodobnie słodkie i piękne.

– Nie odchodź – powiedział. Był zaskoczony swoją własną bezpośredniością. Pogładził dłonią koc, na którym siedział, i powiedział:

– Zostań tutaj ze mną.

Zapadło milczenie. Natalia stała tam, gdzie stała, nie podeszła bliżej ani się też nie oddaliła.

– Ty myślisz, że kładę się z każdym mężczyzną? – zapytała po chwili.

– Wcale tak nie myślę. Chcę, żebyś położyła się obok mnie.

Podeszła z wahaniem i przykucnęła obok niego na trawie. Wyciągnęła rękę i zimnymi palcami dotknęła jego czoła.

– Pewnego dnia znajdę innego mężczyznę, z którym się położę – powiedziała. – Ale Biblia mówi, że to musi być mój mąż.

– Myślisz, że nie ożeniłbym się z tobą? Jesteś taka piękna.

Pochyliła się i pocałowała go w policzek.

– Ty też jesteś piękny. Ale nie wolno.

Chciała wstać, ale Barney schwycił ją za nadgarstek.

– Chcę, żebyś ze mną została – nalegał.

Natalia próbowała się wyrwać, ale Barney szarpnął ją za rękę i pociągnął na koc. Następnie wspiął się na nią i uwięził między swoimi udami.

Spojrzała na niego, z trudem łapiąc powietrze.

– Będę krzyczeć – ostrzegła go.

Barney schylił głowę i pocałował ją. Najpierw przechylił jej głowę i zaczął całować po szyi i policzku. Ale ona, ciężko dysząc, wyprostowała szyję, więc pocałował ją mocno w lista. Ugryzła go w wargę i poczuł cierpki smak swojej krwi, ale nie przestawał jej całować. Jęknęła cicho, próbując go odepchnąć.

Barney był dla niej za silny. Jego szerokie, bokserskie ramiona były pokryte twardymi mięśniami, żylaste i mocne. Te wszystkie miesiące pracy na farmie u Monsaraza, te wszystkie dni rąbania drzewa i wbijania pali pod opłotowa-nie, te wszystkie godziny spędzone w pocie czoła na dźwiganiu worków z karmą dla zwierząt, na podnoszeniu drewnianych bali sprawiły, że stał się na tyle silny, iż mógł już spróbować pójść własną drogą.

Jego hamulce puściły, był jak tama usypana z ziemi, która nie potrafi powstrzymać zimowej powodzi. Jego religijne zasady padły jak uderzony falą płot. Jego szacunek dla ojca i wina z powodu matki zawirowały i utonęły w wirze. W głowie huczał mu potok, w którym odpływały jego twarde zasady moralne, a zostały jedynie pożądanie, gniew i miłość, uczucia, których prawdziwych wartości prawie nie znał. Jego penis był napięty do bólu, pulsacje, które odczuwał, pozwalały mu myśleć tylko o jednej rzeczy, o wzięciu Natalii za każdą cenę i obniżeniu wewnętrznego napięcia, które Agnes Knight wzbudzała w nim przez cały wieczór.

Zerwał z ramion Natalii szal i szarpnął stanik jej misyjnej sukienki. Bawełniany materiał pękł, a dźwięk, który przy tym wydał, przypomniał mu przez krótką jak mgnienie oka sekundę zakład krawiecki na Clinton Street; teraz jej ciężkie, brązowe piersi były już obnażone i przydusił je mocno dłońmi, te duże, miękkie piersi z twardymi brodawkami, które wystawały mu między palcami.

– Nie – wyszeptała Natalia, gdy miętosił i pieścił jej nagie piersi, skręcając brodawki kciukiem i wskazującym palcem. – Nie, nie wolno.

Walczyła z nim, ale walczyła w milczeniu, wbijając paznokcie w jego ramiona, próbując wyswobodzić się z uścisku jego ud. Każdy ruch jej bioder podniecał go jeszcze bardziej. Udało mu się przydusić ją mocno do ziemi i jedną ręką rozpiąć guziki przy spodniach; bieliznę już miał mokrą od przedwczesnego wytrysku spermy. Powiedział sobie coś w myślach, co brzmiało jak modlitwa.

Nadludzkim wysiłkiem, pół stojąc, pół podskakując, zerwał z siebie spodnie i bieliznę. Nagi, przykrył swoim ciałem Natalię i złapał za brzeg jej sukni.

Nagłym szarpnięciem całego ciała Natalia przewróciła się na brzuch, starając się jednocześnie kopnąć go piętami, ale Barney przytomnie zrobił unik, całym sobą przygwoździł ją do ziemi, jednocześnie zadzierając do góry jej sukienkę i odsłaniając pośladki.

– Natalio – jęczał przez zaciśnięte zęby. – Natalio, proszę, Natalio…

Wydając przytłumione jęki, Natalia próbowała pełznąć po trawie, odpychając się łokciami. Ale Barney złapał ją za uda i przyciągnął z powrotem. Siłą rozwarł jej nogi oraz pośladki, jak gdyby otwierał jakiś duży, brązowy owoc. Wewnątrz ciało Natalii było różowe i połyskliwe, a jej rozpaczliwe próby zaciśnięcia ud jeszcze bardziej go podnieciły.

Oplótł ją ramionami, próbując wedrzeć się w nią na oślep. Dwa razy uderzył penisem w jej udo i dwa razy Natalii udało się umknąć dzięki nagłym skrętom ciała. Ale teraz złapał ją za ramiona i loki na głowie, podźwignął do góry i zmusił, ażeby usiadła na niego w taki sposób, że jego twardy penis wszedł w nią głęboko, pulsujący i obolały od pożądania.

W pierwszej chwili wygięła plecy w pałąk, napinając wszystkie mięśnie, przez co przypominała marmurowy posąg dłuta Michała Anioła. Natalia próbowała wstać. Ale później, kiedy już wbijał się w nią po raz kolejny, mocno ściskając dłońmi jej piersi -jedną nagą i jedną przykrytą – Natalia zaczęła dostosowywać się do jego rytmu. Kiedy poczuł, jak drży, jak sapie, kiedy usłyszał ptasie dźwięki, które wydawała, nagle zdał sobie sprawę z tego, że ona również go pragnęła i to prawdopodobnie od samego początku. To wcale nie był gwałt, ale żądanie Natalii, aby pokazał jaki jest silny.

Zbliżał się nieuchronny koniec. Leżeli na trawie pod diamentowym niebem, poruszali się coraz szybciej, jak biegacze, jak konie wyścigowe. Uda Barneya były wilgotne od śliskich soków Natalii. Drżeli razem, wykrzywiali twarze w ekstatycznym cierpieniu, mocowali się, nie mogąc doczekać końca. W końcu nadszedł najważniejszy moment i od padli od siebie, dysząc, starając się odzyskać zachwianą równowagę wewnętrzną; każde z nich rozpamiętywało zdarzenia ze swojego życia, to, co wydarzyło się do punktu zwrotnego, który właśnie osiągnęli.

W gwałtownym akcie miłosnym dwa przeznaczenia zmieniły się nieodwracalnie. W ciągu pięciu minut Barney zdał sobie sprawę zarówno ze swojej siły, jak i słabości oraz z tego jakie ważne zadania ma do spełnienia.

Złapał Natalię za rękę i odwrócił głowę, żeby na nią spojrzeć. Jej twarz błyszczała od potu. Wolną ręką trzymała się za pierś, nieświadomie gładząc palcami sutek. Nogi miała rozrzucone, kropelki nasienia na włosach łonowych błyszczały w świetle jak diamenty, jak dopiero co rozkrojony owoc w czasie tajemniczego pikniku pod chmurami nocnego nieba.

– Nienawidzisz mnie teraz? – zapytał Barney. Natalia spojrzała na niego przez chwilę i potrząsnęła głową.

– Nie powinienem tego robić – powiedział Barney. Usiadł i dotknął palcami jej włosów. – Mój Boże, nie powinienem tego robić.

Zaczął rozglądać się za porozrzucaną bielizną, ale Natalia również podniosła się i oplotła go ramionami, przytulając się do niego i przyciskając głowę do jego obnażonej klatki piersiowej.

– Miałam już męża – powiedziała. – W zeszłym roku mój mąż umarł. Byłam smutna. Zawsze mówiłam – nigdy nie znajdę drugiego mężczyzny takiego jak mój mąż. Ale ty jesteś do niego podobny.

Barney czuł dotyk jej loków na gołej skórze, były bardzo kobiece, czuł się bezpiecznie i było mu ciepło. Dotknął ręką jej głowy.

– Mógłbym cię pokochać, Natalio – powiedział takim tonem, jak gdyby pytał ją, czy ona również mogłaby pokochać jego.

– Teraz musisz nazywać mnie Mooi Klip – powiedziała. – Tak nazywał mnie mąż.

– Mooi Klip?

– To znaczy „ładny kamień". Tak nazwali pierwszy duży diament.

Pochylił głowę i delikatnie pocałował ją w czoło. Pachniała perfumami z piżma, mydłem Pears i potem.

– W porządku, Mooi Klip – powiedział. – Odtąd będziesz moim ładnym kamieniem.

Spali objęci na kocach aż do pierwszego, bladego promyka gwiazdy porannej, kiedy to obudziły się ptaki i wypełniły dolinę radosnym świergotem, kiedy trawy zaczęły się poruszać w porannym wietrze. Barney jeszcze drzemał, a dziewczyna imieniem Mooi Klip zwinęła swoje posłanie i poszła rozpalić ognisko, żeby – zanim słońce wzejdzie nad wschodnim horyzontem – przynieść Barneyowi emaliowany kubek z gorącą herbatą i kawałek ciepłego, ciastowatego chleba.

Barney oparł się na łokciu, siorbiąc herbatę i żując chleb, a Mooi Klip uklękła obok niego i obserwowała go z zadowoleniem nowej narzeczonej.

Stafford Parker przybył do obozowiska Griqua około południa. Jego czerwoną twarz okalała biała broda. Był w towarzystwie swojej zwykłej świty: członków magistratu, górników i tłumaczy. Nie wpadł do obozu znienacka: na pół godziny przed jego przybyciem przybiegł chłopiec Griqua, który wbiegł między namioty i ostrzegł Jana Bloema, że powinien spodziewać się wizyty ważnego gościa. Jan Bloem stanął przed swoim olbrzymim namiotem ubrany w najlepsze niedzielne ubranie, mając po swojej prawej ręce matkę, która siedziała w czerwonym, pluszowym fotelu – prezent od sir Philipa Woodhouse'a – ubrana w zielonoszmaragdową suknię i paliła glinianą fajkę.

Barney spędził cały ranek z Joelem, który trochę gorączkował i spocony rzucał się na swoim posłaniu. Kiedy jednak usłyszał obce głosy na zewnątrz, wiedział, że przyjechał Stafford Parker, odsunął zasłonę i wyszedł przed namiot.

– Tak, a więc jak się pan miewa? – zapytał Stafford Parker, stając przed Janem Bloemem z pięściami na biodrach. Kiedy tak stał w tej agresywnej i pewnej siebie pozie, przypominał Barneyowi pana Knighta. Barney podszedł bliżej i stanął kilka stóp od fotela pani Bloem, był tak blisko, że czuł aromatyczny zapach tytoniu Navy Cut.

– Bardzo dobrze – uśmiechnął się Jan Bloem. – A pań?

Stafford Parker opuścił jedną rękę i strzelił palcami; jeden z jego kompanów, chudy mężczyzna z gałkowatym nosem i siną brodą, podał mu Biblię. Parker podniósł ją do góry i Barney natychmiast rozpoznał Biblię, z której jego przyjaciel Piet Steyn czytał Joelowi niektóre wersety. Musieli przez zapomnienie zostawić ją na ziemi, kiedy uwalniali Joela z więzów.

– Ta Biblia – powiedział Stafford Parker dobitnym głosem, który odbił się echem i przypominał dźwięk dwóch uderzonych o siebie cegieł – ta Biblia została znaleziona na miejscu przestępstwa.

– Aha – uśmiechnął się Jan Bloem. – Czyli gdzie?

– Kilkaset jardów w kierunku południowym od kopalni – odpowiedział Stafford Parker. – Tam, gdzie został rozciągnięty złodziej diamentów. Wyrok brzmiał: trzy dni, chyba że śmierć przyszłaby prędzej.

– Rozumiem – powiedział Jan Bloem spokojnym głosem.

– A mnie się wydaje, że wcale pan nie rozumie – warknął Stafford Parker, potrząsając Biblią, jak gdyby to była kostka cukru. – Ponieważ skazany złodziej diamentów został bezprawnie uwolniony i ktoś pomógł mu zbiec. Ta Biblia należy do tego, kto to zrobił.

– Oczywiście ma pan dowody – powiedział bez emocji Jan Bloem. Odwrócił się, żeby uśmiechnąć się do swojej matki, która ponownie rozpalała fajkę, zaciągając się, wydmuchując dym i wymachując zapałkami.

– A jakich więcej dowodów potrzeba? – zagrzmiał Stafford Parker. – Tu jest ta Biblia. Ona jest dowodem.

– Mogła zostać zgubiona przy jakiejś innej okazji – zasugerował Jan Bloem. – Mogła zostać ukradziona właścicielowi i rozmyślnie podrzucona na miejscu przestępstwa.

– Mam gdzieś pański angielski ze szkółki misyjnej! – zawołał Stafford Parker. – I nie interesują mnie pańskie teorie! Na okładce Biblii jest napisane, że należy do Pięta Steyna, a Pięt Steyn, jak każdy bardzo dobrze wie, jest pańskim kuzynem. A więc jeżeli skazany złodziej gdzieś się ukrywa, to musi być tutaj, z panem, pańską matką i resztą plemienia.

– A gdyby tutaj był – to co z tego? – zapytał Jan Bloem.

Stafford Parker popatrzył na niego z grymasem na twarzy.

– Jeżeli on tutaj jest, mój dobry panie Bloem, to jestem upoważniony do przysporzenia panu więcej kłopotów, niżby się pan spodziewał. Mam prawo aresztować pana, pańskiego kuzyna i każdego z tego obozowiska, kto udzielił zbiegowi jakiejkolwiek pomocy.

Barney wysunął się do przodu i oparł ręce na oparciu fotela pani Bloem. Starsza kobieta zadarła głowę do góry i spojrzała na niego z wyraźnym zaciekawieniem wypisanym na jej dobrotliwej, orangutaniej twarzy. Kiwała głową, że zgadza się z każdym słowem wypowiedzianym przez Barneya, chociaż wcale nie rozumiała po angielsku.

– Pański zbieg jest tutaj, panie Parker – powiedział. – Ale znajduje się pod moją opieką, a nie pana Bloema, i to ja jestem całkowicie odpowiedzialny za jego uwolnienie. Nikt z tutaj obecnych nie jest w to zamieszany.

Stafford Parker odwrócił się i wlepił w Barneya zdumione spojrzenie.

– Znam pana. Znam pańską twarz. Spotkałem pana wcześniej – powiedział głośno.

– Nazywam się Barney Blitz. Kiedyś spotkaliśmy się w Gong Gong. Nazwał mnie pan wtedy srałem.

– Aha – powiedział Stafford Parker szorstkim tonem, chociaż Barney zauważył, że był zmieszany.

– Pański złodziej diamentów, jak go pan nazywa – powiedział Barney – był bliski śmierci. Uwolnienie go było aktem humanitarnym. Uwolniłem go również dlatego, że chcę zaskarżyć pański wyrok – zgodnie z prawem i uczciwie, w sądzie i przed ławą przysięgłych składającą się z dwunastu osób.

– To absurd! – wykrzyknął Stafford Parker, wymachując ręką. – Już został skazany. Został wydany wyrok. Jeżeli wszyscy odwoływaliby się od moich wyroków, zapanowałby chaos.

– Pana również powinniśmy aresztować – wtrącił sinobrody członek magistratu z ostrym akcentem z okolic Lancashire.

– Tak, powinniśmy! – huknął Stafford Parker, chociaż było oczywiste, że nie ma na to specjalnej ochoty. Mieszkańcom Kimberley wystarczało, że sądzono i skazywano morderców, złodziei diamentów i szmuglerów. Inne przestępstwa, takie jak gwałt, przechowywanie zbiegów, pijaństwo były zbyt lekkie gatunkowo i nie opłacało się ich ścigać.

– Może mnie pan aresztować, jeżeli pan chce – zgodził się Barney. -Ale popełni pan jeszcze jeden błąd. Znam prawnika, który zgodził się występować w imieniu pana Havemanna, i jeżeli chce pan uchronić swoją reputację, powinien pan wysłuchać, co mamy do powiedzenia.

– Prawnika? Jakiego prawnika?

– Prawnika o uznanej reputacji i to już wszystko, co mogę powiedzieć.

– Blefuje pan – powiedział Stafford Parker. – Gra pan na czas, bo chce pan, żeby Havemann odzyskał siły. Jeżeli zgodzę się na pańską propozycję i wyznaczę datę przesłuchania, Havemann zwieje za granicę, jak tylko lepiej się poczuje.

Barney sięgnął do kieszeni i wyciągnął 212 funtów, które Harold Feinberg zapłacił mu za diamenty. Podniósł pieniądze do góry i powiedział:

– Tutaj jest więcej niż dwieście funtów. Może je pan zatrzymać jako kaucję.

Stafford Parker zmarszczył brwi, a jego pomocnik zaczął szeptać mu coś do ucha. Po chwili Parker odezwał się:

– Jeżeli wezmę pieniądze, to mogę zostać posądzony o przyjęcie łapówki. I dlaczego w ogóle mam się zgodzić na apelację? Jeżeli zgodzę się na nią, to przyznam się do błędu w pierwszej instancji.

– Być może mylił się pan, ale nie ze swojej winy – powiedział Barney. – Ale czy mógłby pan żyć ze świadomością, że skazał pan na śmierć niewinnego człowieka tylko z powodu swojego uporu, że nie chciał się pan zgodzić na apelację?

Stafford Parker naradził się ze swoim kompanem.

– Żądam utworzenia dobrej, solidnej ławy przysięgłych – powiedział. – Żadnych Griąua, żadnych obcych. I żadnych Amerykanów również.

– Bardzo dobrze – zgodził się Barney.

Parker zamilkł, z kwaśną miną rozmyślając nad propozycją Barneya. Jego doradca czekał na odpowiedź, nerwowo rozglądając się dookoła. W końcu Parker przemówił:

– W porządku. Jeżeli jest pan przekonany, że istnieją podstawy do wniesienia apelacji, to wysłucham pana.

– Czy weźmie pan pieniądze? – zapytał Barney. Stafford Parker potrząsnął głową.

– Może je pan schować. Jestem człowiekiem honoru i mam nadzieję, że pan również. – Podniósł do góry wyprostowany palec. – Jeżeli zagra pan nieuczciwie, panie Blitz, wypuszczę na pana swoje psy, które będą pana ścigać gdziekolwiek by się pan ukrył, w każdym zakątku Kolonii, aż w końcu dopadną pana i wyszarpią pańskie żydowskie wnętrzności.

– Nazywamy je kishkehami – uśmiechnął się Barney.

Stafford Parker obrócił się na pięcie i poszedł w kierunku zbocza. Tylko jego towarzysze odwracali się co kilka kroków i spoglądali na Barneya, Jana Bloema i na starą orangutanicę, która siedziała w swoim czerwonym fotelu między namiotami.

Jan Bloem włożył ręce do kieszeni swojego czarnego niedzielnego ubrania i spojrzał na Barneya z zainteresowaniem.

– Jest pan dzisiaj silny – powiedział z naciskiem. – Jak to się stało, że nagle stał się pan taki silny?

Barney wzruszył ramionami.

– Joel jest moim bratem. Myślę, że w końcu znalazłem cel, cel, którego nie miałem przedtem.

– Czy nie jest pan przypadkiem zakochany? – zapytał Jan Bloem.

Pani Bloem zakaszlała i wypluła brązową ślinę na trawę. Barney nie odpowiedział, ale nie mógł powstrzymać uśmiechu.

Jan Bloem odwrócił głowę i jego wzrok spoczął na namiocie Natalii Marneweck.

– Rik Marneweck był moim bliskim, szczególnym przyjacielem – powiedział. – Kiedy umierał, przyrzekłem mu, że będę opiekować się wdową.

– Ja jej nie skrzywdzę – powiedział Barney. Jan Bloem wykrzywił twarz.

– Nie może składać pan takich obietnic. Nawet Jezus tego nie robił.

W sobotni wieczór chłopiec przyniósł wiadomość, że rozprawa odbędzie się w poniedziałek po południu, o trzeciej godzinie, i że Stafford Parker już wybrał ławę przysięgłych.

– Na pewno będą to sami protestanccy bigoci – powiedział Joel z niepokojem, siedząc w łóżku i trzymając na kolanach miskę z sosatie, którą przyrządziła dla niego Mooi Klip. Miał podkrążone oczy i ciągle był nie ogolony. Trochę polepszył mu się humor, chociaż nie przestawał mówić o ucieczce i zrobieniu fortuny w Zanzibarze, gdzie mógłby założyć plantację goździków, albo na Madagaskarze.

– Na to właśnie liczyłem – uśmiechnął się Barney.

– Liczyłeś na protestantów? Jednym z tych cholernych zarzutów, które wysunięto przeciwko mnie podczas pierwszego procesu, był zarzut, że jestem Żydem. Stafford Parker powiedział, że złodziejstwo mam we krwi. Oczywiście, próbowałem to ukryć. Wiesz, jacy oni tutaj są. Ale jeden z górników zapamiętał mnie ze statku, na którym pracowałem; on nim również płynął. Już samo to, że byłem Żydem, wystarczyło, żeby mnie rozciągnąć.

– Tym niemniej – powiedział cicho Barney – miałem nadzieję, że wybiorą protestancką ławę przysięgłych. Staną przed wyborem: albo uwierzyć czarnemu, albo zaufać białemu, nieważne, czy jest Żydem, czy nie. Postaram się wykorzystać drzemiące w nich uprzedzenia, żeby wybrali mniejsze zło.

Joel zjadł do końca sosatie i postawił miskę na podłodze przy swoim posłaniu.

– Zawsze uważałem, że masz głowę do interesów – powiedział. W jego głosie brzmiał podziw, ale i nutka zazdrości. – Teraz wiem, że powinienem nalegać, żebyś od razu ze mną wyjechał.

– A mama?

Joel dotknął powieki koniuszkiem palca, jak gdyby chciał strącić okruch winy do niej przyczepiony.

– Tak – powiedział. – Zapomniałem.

– Nie powinieneś siebie winić. To nie była twoja wina, ani moja.

– Być może. Ale ciągle ci się śni krew na dłoniach. A ja widzę w snach, jak wyglądała w dniu, kiedy wyjechałem.

Do namiotu weszła Mooi Klip i podniosła lampę, żeby skrócić knot.

– Joelu – upomniała go. – Czas spać.

– Jesteś jak matka – powiedział Joel z ironicznym uśmiechem. – Ta dziewczyna mówi mi, kiedy wstać, kiedy iść spać, kiedy umyć zęby. Karmi mnie, kąpie i traktuje jak swoją własność. Barney wstał.

– Jutro lepiej się poczujesz. A w poniedziałek będziesz zdrów jak ryba. Na pewno pokonasz Stowarzyszenie Górników.

– Kiedy masz się spotkać z twoim przyjacielem prawnikiem?

– Jutro, po mszy.

– Kościół? Wpuszczają Żydów do kościoła?

– Pana Barneya wpuszczą. Pana Blitza – nie. Joel przejechał palcami po zaroście.

– Mam nadzieję – oczywiście idzie mi tu wyłącznie o ciebie – że nie odkryją prawdy. Pogoniliby cię kopniakami do samego Kapsztadu.

Mooi Klip poprawiła Joelowi koc i wyszła razem z Barneyem przed namiot. Barney wziął ją za rękę i przyciągnął do siebie. Pocałował ją, a ona przymknęła oczy i odwzajemniła pocałunek, szybko i delikatnie, jak gdyby chciała spróbować moskonfyt na jego ustach.

– Za dwa dni wracamy do Klipdrift – powiedziała.

– Kto wraca do Klipdrift?

– Jan Bloem, jego matka, my wszyscy. Rozmawiał już z Anglikami, z kopaczami. Teraz chce wracać do domu.

Barney dotknął jej policzka.

– A co ty zrobisz? Pojedziesz z nim do Klipdrift?

– Tam jest moja rodzina. Moja matka, mój ojciec, moi bracia.

– Wiem. Ale czy wrócisz? Mooi Klip opuściła głowę.

– A chcesz? – zapytała.

Barney zwilżył językiem usta. Kiedy leżał z Mooi Klip na trawie, kiedy kochali się, nawet przez chwilę nie pomyślał o komplikacjach, które mogłyby wyniknąć, gdyby związał się z kolorową dziewczyną. Była ładna, miała w sobie jakąś łagodność, która go fascynowała, chciał ją mieć blisko siebie, opiekować się nią. Ale żyli w Kolonii na Przylądku, a ona nie była czysta rasowo.

– Griqua mówią, – szepnęła Mooi Klip – że to, co czujesz w sercu, kiedy spotkasz kogoś po raz pierwszy – zostanie w tobie przez całe życie.

Barney spojrzał na nią i uśmiechnął się.

– Wiem. To motto, które Jan Bloem powiedział mi, kiedy odkrył, że jesteśmy kochankami. To i jeszcze kilka cytatów z Biblii.

– Ale jest coś złego. Uśmiechasz się, a w twoich oczach widzę, że cierpisz.

Miała rację. Barney czuł ból. Był zbliżony do tego, który odczuwał z powodu matki; i do tego, kiedy wypierał się swojego pochodzenia; ale teraz był dotkliwszy, jakby zapowiadał atak serca. I w gruncie rzeczy – to był właśnie atak serca.

Delikatność i erotyzm Mooi Klip nie miały znaczenia, nieważne, że mogłaby się okazać wspaniałą żoną – była z plemienia Griąua i gdyby się z nią ożenił albo chociaż zamieszkał z nią, to zaprzepaściłby wszelkie szansę zrobienia fortuny w jakimkolwiek biznesie w Kolonii. Spotkał już wcześniej takich ludzi, którzy ożenili się z Murzynkami albo tylko z nimi mieszkali. Byli całkowicie pozbawieni złudzeń, że coś w życiu osiągną. Byli załamani i klepali biedę na obrzeżach białej społeczności. Byli sprzedawcami, sprzątaczami albo służącymi. Biali, ale odrzuceni przez społeczeństwo.

Gdyby Barneyowi udało się zdobyć taką dziewczynę jak Agnes Knight, ożenić z nią i zdobyć przyjaźń jej ojca, przyszłość rysowałaby się bardziej obiecująco. Taka dziewczyna jak Agnes pomogłaby mu zdobyć zaufanie społeczeństwa. I nie było ważne, czy jej ojciec, pracując w Kapsztadzie, wykorzystywał jakieś szarlatańskie sztuczki, wykonując swój zawód: tutaj, w Kimberley, był białym, elegancko wyrażającym się dżentelmenem, a do tego sekretarzem bilardu w klubie Kimberley. Mooi Klip wywarła na Barneyu silne wrażenie, ale nie był jeszcze ślepy ani głuchy, żeby nie zauważyć, co naprawdę liczyło się w kolonialnych kręgach towarzyskich. Mooi Klip mogła doprowadzić do jego upadku. Agnes Knight mogła spowodować, że byłby bogaty.

Pasję wziął Barney po matce, ale trzeźwość umysłu po ojcu. Przetrwały w nim przeciwstawne charaktery rodziców i toczyły boje, chociaż oni sami dawno juz nie żyli.

– Pójdę już – powiedziała Mooi Klip w odpowiedzi na jego milczenie.

– Myślę, że cię kocham – odparł Barney.

– Nie – pokręciła głową.

– Posłuchaj, byliśmy ze sobą tylko kilka dni. Jest za wcześnie, żebym mógł ciebie ze sobą zabrać. Moje życie nie jest zbyt łatwe. A teraz jeszcze mam Joela, którym muszę się zaopiekować, przynajmniej do czasu, kiedy rozwiążemy nasze problemy.

Mooi Klip przyłożyła palec do jego ust na znak, że ma przestać mówić. Ale on złapał ją za rękę i odsunął na bok.

– To wcale nie są wymówki. Nie muszę szukać kiepskich wykrętów. Staram ci się powiedzieć, że myślę, że cię kocham, ale mam kilka spraw do zrobienia. Kiedy wszystko załatwię, przyjadę do Klipdrift i odnajdę cię.

Szukała w jego twarzy znaków, że mówi prawdę. Oczy miała wypełnione łzami.

– Nie mów mi, że mnie kochasz, skoro tak nie jest – powiedziała. – W całym swoim życiu oddałam się trzem mężczyznom. Pierwszy był moją pierwszą miłością. Drugi moim mężem. Trzecim jesteś ty. Byłeś taki piękny, kiedy po raz pierwszy cię zobaczyłam. A teraz ciebie kocham, bardziej niż ty kochasz mnie. Nie oszukuj mnie, nie mów, że mnie kochasz, jeżeli mnie nie kochasz.

– Natalio…

– Mooi Klip.

Barney mocno przycisnął ją do siebie. Podniósł głowę do góry i spojrzał w chmury.

– Mooi Klip – powtórzył najłagodniejszym głosem. – Kocham cię i pewnego dnia – wkrótce – przyjadę do Klipdrift, żeby cię odnaleźć.

Jego przeznaczenie spełniało się. Czuł, jak jakaś potężna i mroczna siła pcha go w nieznanym kierunku, jak buduje jego przyszłość. I sny, które miewał, kiedy jechał przez Great Ka-roo, zaczęły się materializować i nabierać realnego kształtu.

Kościół anglikański w Kimberley był małym, biało pomalowanym budynkiem z drewna i blachy falistej, stojącym na końcu ulicy. Był dogodnie usytuowany dla tych, którzy lubili modlić się tuż po popełnieniu grzechu, ponieważ stał przy domu uciech Cioci Olive i naprzeciwko baru.

W niedzielne poranki elita białych chrześcijańskich poszukiwaczy diamentów gromadziła się na zakurzonym podwórku; ubrani w swoje najlepsze ubrania paradowali, wymieniali pełne godności pozdrowienia i zapewniali siebie, że Bóg oraz Anglia są po ich stronie. Chociaż rzadko o tym mówili między sobą, a zwłaszcza w towarzystwie Niemców, Holendrów i kolorowych, już prawie zapomnieli dźwięki kościelnych dzwonów w Oxfordzie, które gromko przyzywały wiernych na mszę, oraz smak racuchów wypiekanych w tysiącach brytyjskich kominków.

Barney, w nerwowym nastroju, przyjechał bardzo wcześnie. Stanął przy płocie ubrany w najlepszy, czarny garnitur i czystą koszulę, którą pożyczył od Harolda Feinberga. Sygnaturka kościelna smutnym, cienkim głosem śpiewała nad ulicą, a wielkie kumulusy gromadziły się na porannym niebie, przybierając kształty zamków z gęstego kremu. Było gorąco i Barney czuł, że marynarka uwiera go pod pachami.

We właściwym momencie, który wybrał pan Knight, na chodniku pojawiły się Agnes i Faith, obie w skromnych, ale eleganckich niedzielnych sukienkach, oraz idący ramię w ramię pan i pani Knight z dobrotliwymi, ale wyniosłymi uśmiechami na ustach. Moment był odpowiedni, gdyż pora była na tyle późna, że wszyscy mogli ich zobaczyć, ale na tyle wczesna, że nikt nie mógł oskarżyć ich o celowe spóźnienie na nabożeństwo.

Barney zdjął kapelusz, kiedy dziewczyny wchodziły na dziedziniec.

– Dzień dobry – powiedział i ukłonił się. – Wyglądacie czarująco.

Pan Knight władczo rozejrzał się dookoła, żeby upewnić się, że wszyscy mieli szansę zauważyć, iż przybyli, i dotknął bokobrodów. Uśmiech pani Knight pojawił się na jej ustach i zniknął jak słońce za chmurami, ponieważ przypomniała sobie, gdzie jest i jakie otrzymała instrukcje.

– Dzisiejsze wejście nie było zbyt dobre – zauważył pan Knight. – Gdzie są Maymanowie? Komunia to jedyna rzecz, która trzyma nas razem, dzięki niej jesteśmy cywilizowanym społeczeństwem.

– Ma pan rację – powiedział Barney. – Proszę posłuchać, widziałem się ze swoim żydowskim przyjacielem. Opowiadałem panu o nim.

– Później, drogi przyjacielu – powiedział pan Knight, lekceważąco machając ręką. – Wcale nie jestem pewien, czy chcę mieć z tą sprawą do czynienia.

– Stafford Parker zgodził się na ponowną rozprawę. Odbędzie się jutro po południu. Wybiera ławę przysięgłych.

– Tak? – zapytał pan Knight nagle zainteresowany. – Hmm, to powinno być ważne wydarzenie.

– I ja tak myślałem – powiedział Barney przymilnym głosem. – A jeżeli będzie pan bronić mojego przyjaciela i wygra… no, to wtedy dopiero zdobędzie pan sławę. Napiszą o tym we wszystkich gazetach i prawdopodobnie będzie o tym głośno w Londynie.

– Ach, Londyn… – zamyślił się pan Knight, podnosząc do góry głowę już na samą myśl o Londynie. – No cóż, mój drogi przyjacielu, zobaczymy. Po mszy wrócimy do domu i porozmawiamy. Nie mamy zbyt wiele czasu, prawda? W poniedziałek po południu.

– To nie będzie rozprawa, na której rozważane będą dowody i fakty – powiedział Barney. – Wykorzystamy ludzkie uprzedzenia i strach. A w tym pan jest mistrzem.

Pan Knight skrzywił się.

– Tak, to moja specjalność.

Faith, która nie mogła się doczekać, żeby wziąć Barney a pod rękę, zapytała:

– Czy możemy już wejść, tatusiu?

Agnes, wyraźnie nadąsana, trzymała się z dala od towarzystwa, stojąc w cieniu ciernistego krzewu. Ściskała swoją szarą torebkę w rękach, jak gdyby to był kurczak, którego chciała po kryjomu udusić. Barney podał ramię Faith, po czym razem podeszli do miejsca, gdzie stała Agnes, i wyciągnął drugie ramię w jej kierunku.

– Chyba nie będą panie miały nic przeciwko temu, że obie wprowadzę do kościoła? – uśmiechnął się.

Faith zesztywniała. Barney poczuł, jak jej ramię, które na początku czule obejmowało jego rękę, nagle znieruchomiało i stało się twarde jak deska. Ale Agnes wysunęła się do przodu, uśmiechnęła, dygnęła i wyszeptała:

– Będzie mi bardzo miło, panie Barney. Bardzo miło.

Ostatnie uderzenie sygnaturki zasygnalizowało rozpoczęcie mszy. Tłum ruszył do drzwi. Ludzie zaczęli zajmować miejsca w wyznaczonych ławkach kościelnych. Wewnątrz było gorąco i duszno jak w holenderskim piecu. Naprzeciwko ołtarza, przykrytego wykonanym na szydełku obrusem, stał anglikański duchowny, młody, pryszczaty wikary z Wimbledonu, który poczuł powołanie do pracy misyjnej po smutnych i nieudanych zalotach do pewnej panienki. Obok niego, przy wysokim pianinie, siedziała starszawa Angielka w okularach i kapeluszu z piórkiem.

Same ławki były starannie wykonane – z solidnego, rzeźbionego mahoniowego drewna, prezent od St. Davida z Kapsztadu; przeciągnięto je przez pustynię na wózkach zaprzęgniętych w woły. Knightowie siedzieli blisko ołtarza, między co sławniejszymi członkami klubu Kimberley i dwoma albo trzema bogatszymi poszukiwaczami diamentów. Wszyscy wydzielali woń wody lawendowej i naftaliny. Barney usadowił się między Faith i Agnes, mając nadzieję, że Bóg wybaczy mu, iż modli się do Niego w takim otoczeniu i innymi niż zwykle słowami.

Zaczęli śpiewać hymny – Barney jeszcze nigdy nie słyszał takich żałobnych i chropowatych pieśni. Pan Knight miał silny głos i jego falujący baryton przeciągał ostatnią nutę każdej zwrotki, podczas gdy inni członkowie szacownego zgromadzenia od dawna już milczeli. Później przystąpili do komunii i Barney jak cała reszta poszedł uklęknąć przed ołtarzem, aby spożyć Ciało i Krew Jezusa Chrystusa.

Zamknął oczy, kiedy komunijny opłatek rozpuszczał się w jego ustach. Nie nadeszło trzęsienie ziemi, ani jego mózg nie wyparował z czaszki. Kiedy wrócił na miejsce, Agnes na krótką chwilę położyła swoją małą rączkę w białej rękawiczce na jego udzie i uśmiechnęła się do niego.

Po komunii młody wikary stanął przed pulpitem i odczytał dziwnym, szczekającym głosem, jak obrażony chow-chow, krótkie, pełne wybaczenia kazanie o cenie zbawienia. Kiedy Barney tak siedział z kolanem przyciśniętym do ciepłego uda Agnes, wydawało mu się, że niektóre słowa skierowane są do niego.

– Wszyscy znamy smutną historię grzechu i kary za grzech. Grzech i śmierć były ze sobą nierozerwalnie złączone. O zakazanym owocu powiedziane zostało: W dniu, w którym go zjesz, spodziewaj się śmierci. Mimo wszystko człowiek zjadł owoc. A Bóg kochał go nadal. Ale był doskonale sprawiedliwy i dlatego musiał dotrzymać słowa i domagać się stosownej kary.

Agnes, w swojej jasnoszarej sukience z niewielkim koronkowym kołnierzykiem, przepasana szarą, jedwabną szarfą, utkwiła wzrok w książeczce do nabożeństwa. Faith kręciła się w ławce, jak gdyby siedziała na pokrzywach, i od czasu do czasu przejmująco wzdychała. Jedynie pan Knight skoncentrowany był wyłącznie na słowach kazania; przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Może zastanawiał się nad własnymi grzechami oraz nad grzechami ludzi, których bronił. A może poddawał krytycznej ocenie przemówienie młodego wikarego.

Kiedy wyszli z kościoła i znaleźli się z powrotem na zakurzonej, gorącej ulicy, pan Knight założył rękawiczki i powiedział:

– Grzech? Ciekawe, co taki niewypierzony wikary może wiedzieć o grzechu?

I to było wszystko. Wziął żonę pod rękę i poszli ulicą w kierunku domu. Barney z dziewczynami uwieszonymi po obydwu jego stronach szedł za nimi w odległości kilku jardów.

W domu, kiedy usiedli ze szklaneczkami niezwykle wytrawnej sherry, pan Knight poprosił Barneya, żeby opowiedział mu więcej szczegółów o sprawie Joela i o tym, co wydarzyło się w obozie Jana Bloema. Pan Knight siedział, podpierając głowę jedną ręką, tak że Barney widział jedynie jego lewe oko.

– A więc powiada pan, że Havemann jest Żydem? I że nie nazywa się Havemann ale Blitz? Lepiej nie rozgłaszajmy tego. Przysięgli nie lubią pseudonimów. Jeżeli nosisz pseudonim, to znaczy, że masz coś do ukrycia, a to już prawie jak przyznanie się do winy. Może nie do takiej winy, która umieszczona jest w akcie oskarżenia, ale sam pan wie, jak nielogiczni potrafią być ludzie. Zwłaszcza kopacze diamentów.

Barney pociągnął mały łyk sherry, po czym odstawił szklankę na chwiejący się stół.

– Czy uważa pan, że można mu pomóc?

– Przyznaje się do kradzieży diamentów? Barney pokiwał głową.

– Oczywiście, nie wolno mu się przyznać przed sądem – powiedział pan Knight. – Musi być oburzony, że ktoś go oskarżył. Musi nie posiadać się z oburzenia. Musi patrzeć oskarżycielowi prosto w oczy i powiedzieć, że jest kłamcą. Nie wolno mu użyć wyrażenia, że świadkowie są innowiercami, ani nie wolno mu używać żydowskich słów i wyrażeń, które mogłyby przypomnieć przysięgłym, że jest Żydem. Musi opisać czarnuchów jako niegodnych zaufania kundli, a białych jako równych sobie. No, prawie równych. Musi udowodnić, że zna swoje miejsce na świecie. Musi zachowywać się jak, no, powiedzmy, jak fałszywie oskarżony lichwiarz.

Barney podniósł głowę. Do pokoju weszła Agnes z tacką pełną sztućców, gotowa, żeby przygotować stół do niedzielnego obiadu. Z kuchni dochodził nieprzyjemny zapach gotowanych warzyw. Agnes przetarła łyżki fartuchem i udawała, że przegląda się w ich wypolerowanych, wybrzuszonych płaszczyznach. Barney złapał się na tym, że myśli o jej białych udach i czy kędziory na wzgórku łonowym ma jasne, czy też ciemne. Była bardzo kokieteryjna i bardzo go podniecała.

– I co pan o tym sądzi? – zapytał pan Knight.

– Och, przepraszam, sądzę o czym? – zmieszał się Barney.

– Co pan sądzi o tym, żeby pan Havemann zagrał pokrzywdzonego, skoro nikt nie potrafi przedstawić żadnych dowodów? To znaczy – żaden biały i oczywiście żaden kolorowy również. Proszę dowiedzieć się, czy którykolwiek ze świadków oskarżenia był ochrzczony. Lepiej żeby nie był. Lepiej żeby wierzyli w Unkulunkulu albo Mdali. Pytanie samo się nasuwa. Czy można ocalić duszę czarnucha, skoro oni wcale nie mają duszy? Czy kiedy zostali ochrzczeni, to dusza w nich weszła? Bardzo interesujący problem. A więc, co pan na to, stary przyjacielu?

– Dla mnie rewelacja – powiedział Barney, obserwując, jak Agnes z podniesionym czołem wychodzi z pokoju.

– Dobrze – powiedział pan Knight, wstając od stołu. – Uważam, że wygramy proces. Nie będzie to łatwe, ale wygramy. Aha, jeszcze jedna sprawa. Proszę we wtorek wieczór przyjść do klubu, żeby mógł pan się zorientować, jak rzecz wygląda. Porozmawia pan z członkami klubu. Niektórzy z nich niezbyt lubią Jankesów, przyznaję, ale może pan będzie miał szczęście.

– Będzie mi niezwykle przyjemnie – powiedział Barney.

– Oczywiście – pokiwał głową pan Knight. – I jeszcze jedna sprawa, tym razem ostatnia. Widzę, że pan i Agnes bardzo przypadliście sobie do gustu.

Barney zarumienił się.

– My… no cóż, chyba się lubimy.

– Ależ to dobrze. Jestem bardzo zadowolony. Mało jest tak wartościowych dziewcząt jak Agnes, zwłaszcza tutaj, w miejscu opuszczonym przez Boga. A dlaczego nie miałby pan odwiedzić nas jutro po rozprawie i zjeść z nami kolację? Możemy zorganizować jakąś muzykę, poznalibyście się bliżej?

– Wspaniały pomysł – zapewnił go Barney.

– Oczywiście. Bardzo mi przykro, że nie mogę zaprosić pana na dzisiejszy obiad, ale przychodzą do nas z wizytą Wilberforce'owie. Zna pan Kennetha Wilberforce'a? Między nami mówiąc, jest bardzo nudny, ale jest też sekretarzem wszystkich członków i czasami muszę go znosić w swoim domu.

– Ojcze – powiedziała Faith, wystawiając głowę przez drzwi i rozmyślnie ignorując obecność Barneya. – Mama pyta, czy możesz już przyjść i pokroić mięso.

Pan Knight złożył dłonie jak do pacierza.

– Mięso! – zawołał. – Oto coś dla mężczyzny, żeby mógł wypróbować swoje zęby. Do zobaczenia jutro rano, mój drogi przyjacielu. Niech pan przyprowadzi Havemanna, żebyśmy mogli przygotować się do procesu. Mięso! To produkt dla mężczyzny takiego jak ja. Mięso i drink!

Gdy Barney wrócił do obozowiska, poszedł z Mooi Klip i Joelem na krótki spacer po zboczu pagórka, na którym znajdowało się obozowisko Griąua. Joel kuśtykał, podpierając się kosturem, który zrobił dla niego kuzyn Pięta Steyna. Ogolił się i ubrał w niebieską bluzę oraz płócienne spodnie. Chociaż jeszcze cierpiał i szybko się męczył, widać było, że następuje wyraźna poprawa.

Gdy doszli do piaskowca, Joel usiadł na ziemi i oparł się plecami o skałę. Barney i Mooi Klip usiedli obok niego.

– Chyba nie przypuszczałeś, że tak piękny kraj może okazać się tak cholernie twardy dla ludzi, którzy w nim żyją? – zapytał Joel.

– Wszystko można przetrzymać – odpowiedział Barney. – Jeżeli wybierzesz odpowiednią drogę.

– A zresztą, co ty tam wiesz. Pracowałeś trochę na farmie. Nie masz pojęcia, co to znaczy grzebać w ziemi, szukając diamentów. To piekło na ziemi.

– Wkrótce się dowiem.

– O czym ty mówisz? Barney dotknął włosów ręką.

– Jutro, zaraz po rozprawie, zaczniemy pracować razem, ty i ja. Spółka Blitz i Blitz, poszukiwacze diamentów.

– Zanadto bym na to nie liczył.

– A to dlaczego? Masz najlepszego adwokata w Kim-berley.

– Jestem Żydem, Barney, i wszyscy w okolicy o tym wiedzą. Chyba nie myślisz poważnie, że Stafford Parker podkopie swój własny autorytet i zmieni decyzję?

Barney pokiwał głową.

– Właśnie tak myślę. Lepiej, żebyś ty też w to uwierzył.

– Nie jestem naiwniakiem – powiedział Joel. – Chociaż chyba jestem, bo gdybym nie był, to zwiewałbym do Wesselstroomu, aż by się kurzyło.

– Uniewinnią cię – powiedział Barney ze spokojem. Joel popatrzył na zasnutą niebieskawą mgiełką dolinę.

– Jeżeli naprawdę tak się stanie, to spółka Blitz i Blitz dojdzie do skutku. Fifty-fifty. Będziemy partnerami. Ale wcale w to nie wierzę.

Odpoczywali przez pół godziny, po czym wrócili do obozowiska. Barney i Mooi Klip poszli do namiotu jej kuzynki, która spędzała wieczór u Jana Bloema, śpiewając mu hymny, kolędy i stare hotentockie pieśni.

Wewnątrz namiotu pachniało kadzidłami i jedzeniem. Na ziemi leżał słomiany materac zawinięty w koc i wiklinowy kosz, w którym kuzynka Mooi Klip trzymała swoje osobiste rzeczy. Na niebieskim maszcie, który podtrzymywał namiot, wisiał obrazek w ramce, przedstawiający zasmuconego Jezusa otoczonego cherubinami.

Barney zdjął kapelusz, koszulę oraz spodnie. Był podniecony. Mooi Klip odwróciła się do niego plecami i rozpięła sukienkę. Jej postać oświetlała mała latarenka zapalana w czasie burzy; zapaliła ją dla nich jej kuzynka.

Zrzuciła sukienkę i odwróciła się do Barneya przodem. Barney zadrżał na widok jej nagiego ciała. Miała brązową skórę, ciężkie piersi i lekko zaokrąglony, zmysłowy brzuch, który przypominał Barneyowi brzuchy kobiet ze starych francuskich malowideł, jakie kiedyś, jako chłopiec, widział na wózku wędrownego handlarza.

Odgarnął palcami włosy z jej czoła i pocałował w usta, po czym powiedział:

– Wiesz, że przyjadę po ciebie tak szybko, jak to jest możliwe?

– Nie – odpowiedziała. – Nie wiem. Ale dzisiaj nie chcę o tym myśleć.

Położyli się na materacu, patrząc sobie prosto w oczy, jak gdyby chcieli odkryć jakąś kosmiczną tajemnicę, która kryła się w ich źrenicach. Barney pocałował Mooi Klip w ramię; było nieco słone i pachniało perfumami. Takiego zapachu Barney do tej pory nie spotkał.

Kochali się powoli w rytm odmierzającego godziny mosiężnego zegara. Chwilami Barney zapominał, gdzie jest i co się dzieje, jak gdyby śnił; budził się i ponownie zasypiał. Nie wiedział, ile czasu upłynęło. Ale pamiętał, że co chwila otwierał oczy, żeby popatrzeć na Mooi Klip, której oczy czasem były zamknięte a czasem szeroko otwarte, podczas gdy burzowa latarenka migotała słabym płomieniem jak znak z zapomnianej przeszłości.

Około północy razem osiągnęli szczyt o niezwykłej sile. Barney opuścił głowę i spojrzał w dół, na ich ciała, i dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak głęboko w nią wszedł. Leżeli bez tchu, rozluźnieni, wiedząc, że ich akt miłosny się zakończył. Dlaczego musiał się skończyć? I czy kiedykolwiek jeszcze będą się ze sobą kochać?

Śpiewy w namiocie Jana Bloema skończyły się. Barney oparł się na łokciu i spojrzał na Mooi Klip z miłością, bólem i trochę ze strachem. Dotknął jej twarzy i powiedział:

– Myślę, że lepiej będzie, jak już sobie pójdę.

Zgromadzili się pod gołym niebem: kopacze, szulerzy, pijacy i kurwy. Tego popołudnia w Nowej Gorączce Diamentów De Beerów wyjątkowo nie było słychać wrzasków, nie było biegania i zwykłej krzątaniny. Sprawa była poważna: ponowny proces uznanego za winnego i skazanego złodzieja diamentów. I obojętnie jak do niej doszło i jaki będzie werdykt Stafforda Parkera, sprawa ta miała zaważyć na przyszłych losach wszystkich poszukiwaczy diamentów w Kimberley.

Dzień był upalny i spokojny. Linia horyzontu marszczyła się i zmieniała, a pokryte blachą falistą dachy budynków drżały od gorąca. Nad głowami zgromadzonych ludzi, pod bezchmurnym niebem, krążyły sokoły. Krążyły i krążyły, jak gdyby były zbyt leniwe, żeby nurkować za zdobyczą. Na zachodnim horyzoncie pokazał się księżyc, blady i nieprzyjazny, nie zaproszony przez nikogo zwiastun zbliżającej się nocy.

Dla Stafforda Parkera i jego doradców wniesiono stół z blatem obitym skórą, a dwóch niemrawych czarnuchów rozpinało nad nim poplamione płótno obszyte frędzlami. Na ziemi stało pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt krzeseł o różnych kształtach i wielkościach – krzesła windsorskie, na kółkach, z oparciami i bez. Joel, Barney i pan Knight siedzieli na pękniętej ławce kościelnej. Joel miał mocno zabandażowaną lewą nogę, zgodnie z instrukcją pana Knighta (niech wszyscy widzą, że bardzo cierpisz), a jego kostur stał oparty o poręcz.

O drugiej wszyscy już byli na miejscu. Stafford Parker usiadł na krześle z wysokim oparciem i był gotów, żeby wysłuchać apelacji Joela. Kciuki wepchnął do kieszeni swojej kamizelki, uniósł do góry głowę – jego biała broda sterczała teraz jak ogon wilgi – i powiedział:

– Rozpoczynam sesję sądu Republiki Poszukiwaczy Diamentów.

Tłum zafalował i zamruczał, a Stafford Parker uderzył młotkiem w stół na znak protestu.

– Proszę o spokój. Stowarzyszenie Ochrony Interesów Poszukiwaczy Diamentów oraz Republika Poszukiwaczy Diamentów utworzone zostały, żeby zapanował porządek. Udowodnijmy to dzisiaj.

Sinobrody doradca Stafforda Parkera wstał i ogłosił:

– Rozpatrzymy dzisiaj sprawę pana Joela Havemanna, właściciela działki numer 172 na terenie kopalni w Kimberley, który wniósł apelację od wyroku rozciągnięcia, jaki zapadł w ubiegłym tygodniu za kradzież diamentów. Pan Havemann został uwolniony przez przyjaciół – niezgodnie z obowiązującym prawem – ale dzisiaj reprezentowany jest przez pana Knighta, który zapewnia, że pan Havemann potrafi wytłumaczyć okoliczności towarzyszące jego ucieczce oraz udowodnić, że został niesłusznie skazany.

Powstało zamieszanie i ludzie zaczęli kłócić się między sobą. Stafford Parker walnął młotkiem w stół, jak gdyby chciał wyprostować pogięty arkusz złotej blachy, i wrzasnął:

– Postanowiłem, że sprawa zostanie ponownie rozpatrzona, to i zostanie rozpatrzona!

Powoli ludzie się uspokajali. Przysięgli, którzy siedzieli na dwóch ławkach naprzeciwko Joela i Barneya, zachowywali się tak samo jak inni uczestnicy rozprawy i kiedy Barney przyjrzał się im, to zrozumiał, dlaczego Stafford Parker mógł sobie pozwolić, żeby udawać praworządnego człowieka, który zgodził się ponownie rozpatrzyć sprawę i do tego publicznie, chociaż był przekonany, że wyrok będzie po jego myśli. Dwunastu sprawiedliwych było purpurowymi na gębach Anglosasami i wszyscy z nich pokończyli w Anglii jakieś mało liczące się szkoły publiczne. Byli plantatorami, kupcami oraz agentami Korony. Gdyby nie fakt, że los jego brata zależał od tych zapamiętałych bigotów z małpią inteligencją, to Barney już od razu popadłby w czarną rozpacz. Siedzieli na swoich ławkach, jak gdyby pozowali do szkolnej fotografii – otyli od alkoholu, z udami jak balerony, zadowoleni z siebie, nie mający pojęcia o prawie i życiu.

– Panie Knight – powiedział Stafford Parker donośnym głosem. – Czy zechciałby pan powiedzieć kilka słów w imieniu swojego klienta?

Pan Knight odwrócił się do Barneya, uśmiechnął się kwaśno, zebrał do kupy kartki i wstał. Poranne spotkanie nie przebiegło w zbyt przyjaznej atmosferze. Joel od razu przyznał się do winy i to w bardzo agresywny sposób. Kiedy pan Knight próbował pochlebstwami przekonać go, żeby uwierzył, że mógł się mylić, że cała awantura warta była funta kłaków, biedny Joel – niewątpliwie w wyniku upału i zbyt dużej ilości wypitej taniej whisky – nazwał go shtun-kietn i chociaż pan Knight tego słowa nie zrozumiał, poczuł się do głębi urażony.

– Shtunk – powtórzył z ostrym brytyjskim akcentem. – Shtunk. A więc tym jestem dla pana?

Barney wziął Joela na stronę i tłumaczył mu przez pięć minut, próbując przekonać go, że pan Knight jest jego jedyną nadzieją i jedynym człowiekiem, który może mu pomóc odzyskać działkę diamentową. W końcu, mrucząc pod nosem, Joel zgodził się na współpracę. Ale postawił sprawę jasno i powiedział swojemu młodszemu bratu, który mieszał się w jego sprawy:

– Jestem już dorosłym mężczyzną, Barney. Sam sobie poradzę ze swoimi sprawami. Wdepnąłem w gówno z własnej winy i sam z niego wyjdę.

– A więc duma nie daje ci spokoju? – zapytał Barney.

– Być może – przyznał Joel. A potem splunął na trawę. Barney nigdy jeszcze nie widział brata plującego.

Pan Knight stanął przed stołem Stafforda Parkera, rękę założył na plecy, wypiął pierś, a klapy jego surduta sterczały jak kogucie piórka. Przez chwilę milczał dla efektu i Barney wyobraził go sobie, jak w tej samej teatralnej pozie przechadzał się przed ławami przysięgłych w Anglii i Kapsztadzie. Na sali sądowej w Londynie jego poza mogła nie wydawać się szczególnie oryginalna, czy robiąca wrażenie, ale tutaj, w oczach pstrokatej gawiedzi, była rzeczywiście imponująca.

– Oto przed wami stoi człowiek, który wyrwany został z objęć śmierci… człowiek, który patrzył w oczy swojemu Stwórcy i nagle został przywrócony do życia. Joel Have-mann, Żyd – przyznaję – ale prawy i prostolinijny przedstawiciel swojej rasy, który został skazany przez Republikę Poszukiwaczy Diamentów za kradzież kilku diamentów z kopalni w Kimberley. Mówi się, że przekupił czarnuchów z British Diamond Mining Company, żeby przynosili mu kamienie, które potajemnie sprzedawał nielegalnie działającym handlarzom, kręcącym się przy kopalniach… Mówi się również, że jego własna działka nie przynosiła żadnych dochodów i że postanowił zbić fortunę na kradzionych diamentach… Ale niech mi będzie wolno zapytać! – wykrzyknął pan Knight, obracając się niespodziewanie na pięcie i podnosząc do góry wyprostowany palec. – Niech mi będzie wolno zapytać, czy ktokolwiek tu obecny znał Joela Havemanna jako bogacza, człowieka garściami wydającego pieniądze? Niech mi będzie wolno zapytać, czy znacie chociaż jeden czyn Joela Havemanna, czyn, który byłby sprzeczny z obowiązującym prawem? Joel Havemann harował na swojej działce i wystarczy, żeby ktokolwiek z was poszedł na tę działkę, a zobaczy, jak głęboko Joel Havemann kopał, ile w to włożył wysiłku. Czy nieuczciwy człowiek mógłby tak ciężko pracować? Gdyby zamierzał żyć z kradzieży, znosząc się pokątnie z paserami – to dlaczego zaharowywałby się na śmierć? Dlaczego nie czatował na czarnuchów z British Diamond Mining Company, kiedy byli w drodze do swoich szałasów, i tam nie odbierał od nich ukradzionych diamentów? Teraz pan Knight opuścił głowę i oparł brodę na kołnierzyku, kontynuując przemówienie tonem obrażonego uczciwego człowieka.

– Daleki jestem od tego, żeby sugerować, że British Diamond Mining Company chciwym okiem patrzyła na działkę pana Havemanna, która graniczyła z jej własną i tworzyła wyłom w bloku działek posiadanych przez wspomnianą przeze mnie spółkę. Daleki jestem od tego! I daleki jestem od tego, żeby sugerować, że czarni robotnicy, którzy obciążali zeznaniami mojego klienta w zeszłym tygodniu, podczas tak zwanej rozprawy sądowej, byli winni krzywoprzysięstwa. Jeżeli spojrzycie na mapę działek w kopalni Kimberley, z łatwością zauważycie, że działka pana Have-manna była solą w oku British Diamond Mining Company: i czy nie zastanowił was nigdy fakt, że jeżeli mówi się, iż pan Havemann przekupił czarnuchów, to równie dobrze mogła to zrobić British Diamond Mining Company, zainteresowana stroną finansową całej tej sprawy? Pieniądze – powiedział pan Knight, mrużąc oczy. – A im więcej pieniędzy, tym mniej prawdy.

Barney zauważył, że przysięgli byli zainteresowani, ale nie całkowicie przekonani. Jeden albo dwóch siedziało z założonymi rękami i zaciśniętymi szczękami, chcąc wszystkim pokazać, że żadne sprytne argumenty i pochlebstwa nie są w stanie zmienić ich opinii o Żydach, którzy z gruntu byli nieuczciwi, i że Joel, jako Żyd, był kłamcą i złodziejem. Dochodziła trzecia i żar lał się jak z pieca. W drugim i trzecim rzędzie krzeseł panie zaczęły energicznie wachlować się wachlarzami. Barney zauważył Agnes, która uśmiechnęła się do niego spod parasolki.

Pan Knight mówił dalej.

– Jestem pewien, że obecny tu przedstawiciel British Diamond Mining Company zaraz skoczy na równe nogi i powie, że pan Havemann był dla spółki niczym więcej jak tylko sąsiadem przedsiębiorcą i gdyby nawet działka pana Havemanna była niekorzystnie dla spółki położona, to i tak akceptowali powstały stan rzeczy ze spokojem i godnością. Ale przedstawiciel spółki mógłby nie dodać, że British Diamond Mining Company pierwsza zgłosiła chęć kupna działki numer 176, krótko po tym, jak pan Havemann został skazany.

Dżentelmen z bokobrodami i w wysokim kapeluszu, siedzący naprzeciwko sądu, głośno zaprotestował, ale Stafford Parker ponownie użył swojego młotka i mężczyzna uspokoił się, opadł na krzesło i tylko nerwowo co jakiś czas ocierał pot z czoła.

– Chcę powiedzieć tylko jedną rzecz – powiedział pan Knight cicho, ale wyraźnie. – Dowody obciążające mojego klienta zostały przedstawione jedynie przez czarnuchów. Ciemnych, niewykształconych, zdezorientowanych służących British Diamond Mining Company. I jeżeli ten sąd najpierw zdecydował, żeby skazać pana Havemanna, to zrozumiałe jest, że teraz czuje inaczej. Sąd był przekonany o winie mojego klienta i postanowił srogo go ukarać; kiedy zastanowimy się, czym są diamenty w naszym życiu, to przyznamy mu rację. Jednakże przez swoją ignorancję, ze względu na to, że urodził się po to, aby być sługą i niewolnikiem, czarnuch nie może być zakwalifikowany do ludzkiej rasy… nie w takim znaczeniu jak biały człowiek. Czyż w Psalmie 49 nie jest napisane, że jeżeli nie rozumie, to umrze jako bestia? Czarnuch nie rozumie i dlatego, no cóż, bardzo to przykre dla niego, może być jedynie uznany za bestię. Dobrą, posłuszną bestię, ale bestię. I nie ma takiego sądu na świecie, panie Parker, i wy, panowie, nie ma takiego sądu na całym świecie, który skazałby człowieka na podstawie zeznań bestii.

Pan Knight z całą powagą i bardzo plastycznie opowiedział Precedens Konia Do Gry w Polo; Barney zauważył, że Stafford Parker był pod silnym wrażeniem. Potem pan Knight usiadł i poprosił przysięgłych, żeby wzięli jego klienta w krzyżowy ogień pytań i zaspokoili w ten sposób swoją ciekawość oraz dowiedzieli się szczegółów.

Ale na to wstał Stafford Parker i uderzył swoim młotkiem w stół. Spojrzał na zebranych z taką siłą, że wszyscy się uciszyli i przestali myśleć o pytaniach.

– Pan Knight – powiedział – wygłosił bardzo elo-kwentne przemówienie w imieniu swojego klienta. Podał w wątpliwość winę swojego klienta i tym samym nie zgodził się z wyrokiem rozciągnięcia. On ma rację: czarnuch nie jest inteligentny w przyjętym tego słowa znaczeniu. I dlatego, chociaż zmieniam swój poprzedni werdykt, publicznie przyznaję się, że nie miałem racji. Zwracam się do przysięgłych, żeby uznali Żyda Joela Havemanna za niewinnego kradzieży diamentów i oddali mu działkę.

Zrobiło się zamieszanie, ale Stafford Parker uderzył młotkiem i zapanował spokój.

– Zgadzam się na uwolnienie Joela Havemanna, ale pod jednym warunkiem: musi pozostać pod nadzorem swojego prawnika albo jakiejś innej odpowiedzialnej osoby. Bez wątpienia złamał ogólnie przyjęte normy zachowania się w społeczeństwie. Jak bardzo – nie jestem w stanie tego określić, ani go za to skazać. Właściwie został już za to ukarany. Ale żądam, żeby był pod kontrolą.

Pan Knight wstał i powiedział:

– Żałuję, ale pan Havemann przestał już być moim klientem, panie Parker. Nie sądzę, abym mógł przyjąć odpowiedzialność za jego zachowanie w przyszłości.

– Czy jest na tej sali ktoś, kto mógłby to zrobić? – zapytał Stafford Parker.

Barney zawahał się. Od samego początku rozprawy unikał spojrzenia Stafforda Parkera, ponieważ Stafford Parker wiedział, że jest Żydem. Gdyby teraz wstał i przyjął odpowiedzialność za brata, pan Knight również by się o tym dowiedział, a to oznaczałoby koniec umizgów do Agnes, i już nigdy nie dostałby się do klubu Kimberley.

– Jeżeli nikt nie poręczy za pana Havemanna, zawsze mogę zmienić zdanie – powiedział Stafford Parker. – Każę go wychłostać, a jego działka zostanie skonfiskowana.

Barney podniósł wzrok. Stafford Parker uśmiechał się do niego i nagle Barney zdał sobie sprawę z tego, jaka będzie cena wolności Joela. Stafford Parker nie dlatego został wybrany na prezydenta Republiki Poszukiwaczy Diamentów, że był ślepy i pompatyczny. Wiedział, kim był Joel i dlaczego Barney go uwolnił, a teraz chciał, żeby Barney wstał i wobec wszystkich mieszkańców Kimberley przyznał się, że jest Żydem.

W piątym albo szóstym rzędzie Barney zauważył Harolda Feinberga w tropikalnym hełmie na głowie; patrzył gdzieś w bok. A może Harold miał rację? Może nie powinien wypierać się swojej wiary i swojego pochodzenia? A może to, że był Żydem, oznaczało, iż przeznaczenia nie można było uniknąć?

Nagle daleko w tłumie Barney dostrzegł Mooi Klip. Ubrana była w czerwoną sukienkę i czerwony kapelusz z piórkiem. Stała obok jednego ze swoich kuzynów – wysokiego, ponurego mieszańca w czarnym pogrzebowym garniturze i czarnym, zwiotczałym krawacie. Nie pomachała w jego kierunku, nie dała mu żadnego znaku, że go widzi, ale wydawała się czekać z wielką cierpliwością na zakończenie procesu.

Barney podniósł rękę do góry i powstał.

– Ja poręczę za pana Havemanna – powiedział.

– Nie słyszę – odparł Stafford Parker. – Proszę mówić głośniej.

– Powiedziałem, że poręczę za pana Havemanna.

– Pan? A kim pan jest? Proszę się przedstawić.

– Pan wie, kim jestem, panie Parker. Spotkaliśmy się w Gong Gong.

– A, tak – powiedział Stafford Parker. – Ale przysięgli nie spotkali pana w Gong Gong. Tylko ja i do tego prywatnie.

Barney zaczerpnął powietrza. Pot zalewał mu oczy, spływał po karku pod koszulę. Otaczały go różowe twarze i gapiące się w niego oczy, przypominające świeżo złowione krewetki.

– Pochodzę z Oranjerivier, gdzie prowadzę farmę hodowlaną. Znam pana Havemanna od kilku lat. Prawdę mówiąc, znam go ze Stanów Zjednoczonych.

– Aha – powiedział Stafford Parker. – A więc jesteście kumplami Amerykanami?

– Właśnie tak, proszę pana.

– Czy zna pan reputację pana Havemanna ze Stanów Zjednoczonych? Czy był uczciwy? Czy był człowiekiem honoru?

– Och, tak, sir – powiedział Barney, wycierając pot z twarzy.

– A jego życie prywatne? Godne szacunku? Czy był religijny?

– Był bardzo pobożny, panie Parker.

– No cóż, przyjmuję pańskie poręczenie – powiedział Stafford Parker. – Jestem pewien, że będzie pan godnym strażnikiem. Ale jakich gwarancji może pan udzielić sądowi, że będzie się zajmował panem Havemannem na dłuższą metę? Czy możemy być pewni, że będzie pan wykonywał swoje obowiązki odpowiednio długo?

– Ma pan moje słowo – powiedział Barney krótko.

– Aha, pańskie słowo.

– Czy nie wierzy pan memu słowu?

– Nie mam powodu, żeby nie wierzyć. Choć z drugiej strony, nie mam powodu, żeby wierzyć. W Kimberley jest wielu mężczyzn, którzy żyją szybko i lekkomyślnie.

– Próbuje mnie pan zapędzić w kozi róg, panie Parker – powiedział Barney.

– Próbuję jedynie ustalić, czy jest pan człowiekiem godnym zaufania – stwierdził Stafford Parker, gładząc się po brodzie z satysfakcją. – Panie…?

Zapadła cisza tak gęsta jak miód. Wszyscy patrzyli na Barneya, nie wyłączając pana Knighta, czekając, aż dokończy zdanie wypowiedziane przez Stafforda Parkera.

Barney zamknął oczy. Słony pot gryzł go w źrenice jak łzy. Po chwili otworzył oczy i powiedział:

– Blitz. Nazywam się Blitz. A prawdziwe nazwisko pana Havemanna brzmi również Blitz. Jesteśmy braćmi. To chyba wystarczy, żeby rozwiać czyjekolwiek wątpliwości, że jestem osobą, której zależy na jego szczęściu.

Zapanował rozgardiasz, ale Stafford Parker wkrótce uciszył zebranych.

– Jestem szczęśliwy, że pan Havemann, czy też pan Blitz, skoro wiemy już, jak się nazywa, został oczyszczony z zarzutu kradzieży diamentów. Jestem również szczęśliwy, że będzie pod nadzorem bliskiego i zainteresowanego jego szczęściem krewniaka tej samej religii i tego samego pochodzenia. Panie przewodniczący, czy ława przysięgłych ma odmienne zdanie w tej materii?

Wstał wysoki jasnowłosy Anglik i powiedział:

– My, my, my jesteśmy szczęśliwi z powodu pańskiej decyzji, panie Parker. My, my, my dziękujemy panu Knigh-towi za wspaniałe wystąpienie.

Stafford Parker uderzył młotkiem po raz ostatni.

– Ława przysięgłych zostaje rozwiązana. Dziękuję, panowie.

Joel złapał Barneya za rękę. Jego twarz błyszczała od potu.

– Mój Boże, Barney, udało się. Panie Knight, bardzo panu dziękuję. Nie wiem, co mam powiedzieć.

Pan Knight wstał sztywno i z przesadną dokładnością umieścił kapelusz na głowie.

– Wygląda na to, że rezultat był z góry przesądzony – powiedział chłodnym tonem. – Wygląda na to, że pan Parker już wcześniej zmienił zdanie.

– Nie sądzę – powiedział Barney. – Był pod wrażeniem pańskiego wystąpienia.

Pan Knight spojrzał na Barneya z pogardą.

– Żałuję, że nie mogę odwzajemnić się tym samym.

– Panie Knight… – zaczął Barney, ale pan Knight podniósł dłoń do góry, żeby go uciszyć.

– Rozumiem, dlaczego mnie pan oszukał – warknął. – Jest pan Żydem i zdaję sobie sprawę, że wielu Żydów odczuwa zazdrość i frustrację, co z kolei powoduje, że próbuje wedrzeć się do chrześcijańskiej społeczności. Ale fakt pozostaje faktem: pan skłamał; pan zalecał się do mojej córki, udając, że jest dobrą partią; i jest pan Żydem. A ja nie zadaję się z Żydami, moja rodzina nie zadaje się z Żydami i mogę pana zapewnić, że nigdy nie będzie żydowskiego członka klubu Kimberley.

– Agnes mnie lubi – powiedział Barney. – Nie może pan zaprzeczyć.

– Lubi się także psa, dopóki nie ugryzie – odparł pan Knight.

– Chciałbym w dalszym ciągu ją adorować – nalegał Barney.

Pan Knight zrobił surową minę.

– To nie wchodzi w rachubę. Adorować? A w jakim celu?

– Czy miłość nie jest celem samym w sobie?

– Miłość? Phi! Agnes nie kocha pana. Pan również jej nie kocha. Stanowczo nie pozwalam. A teraz muszę już iść. Zrobiłem z siebie durnia. Myślę, że jak na jeden dzień, to wystarczy.

– Pańskie honorarium? – krzyknął za nim Barney z wściekłością.

Nie odwracając się, pan Knight pomachał lekceważąco ręką.

– Nie chcę honorarium. Tego, co musiałem dzisiaj znieść, nie zrekompensują pieniądze.

– Ale pan wygrał!

Pan Knight zatrzymał się i cofnął kilka kroków.

– Nie ja wygrałem, głupcze. Stafford Parker wygrał. Moim kosztem, a zwłaszcza twoim.

Barney patrzył, jak pan Knight wziął Agnes pod ramię i idąc szybkim krokiem, ciągnął ją za sobą, oddalając się od placu. Agnes nie odwróciła się, nie spojrzała na Barneya ani razu. Sposób, w jaki trzymała głowę, świadczył, że jest pełna pogardy i pretensji. Agnes przyciskała udo pod stołem do Żyda; nieprędko to sobie wybaczy, ani jemu.

Na placu przenoszono krzesła i zwijano markizy, a kilku czarnuchów zamiatało. Barney stał oświetlony promieniami zachodzącego słońca, trzymając w ręce kapelusz.

– Przepraszam – powiedział Joel.

– Nie przejmuj się – odparł Barney, kręcąc głową. – Ja sam zdecydowałem, żeby powiedzieć im, że jesteś moim bratem. Jestem z ciebie dumny, Joelu, i wkrótce będziemy bogaci, na przekór tym wszystkim chrześcijanom.

Z przeciwnej strony placu wolnym krokiem szła w ich kierunku Mooi Kup. Stanęła kilka kroków od nich i czekała.

– Mooi Klip – powiedział Barney tak cicho, że prawie go nie słyszała.

Podeszła bliżej i wtedy zauważył, że po policzkach płyną jej łzy.

– Teraz rozumiem – powiedziała ze współczuciem. Barney podniósł głowę do góry i spojrzał na bezchmurne, błękitne niebo.

– Teraz rozumiem wszystko – dodała. – Przykro mi.

Po uniewinnieniu Joela, Barney spędził w Kimberley jeszcze dwa dni. Później, podczas gdy Joel ponownie zarejestrował swoją działkę na dwie osoby i zaczął przygotowywać ją, żeby można było wydobywać z niej diamenty, Barney wziął Donalda i Mooi Klip i pojechał do Oranjerivier, aby zawieźć Monsarazowi jego pieniądze i powiedzieć mu, że rezygnuje z pracy na farmie w Derdeheuwel.

Gdy jechali powozem wzdłuż brzegów Orange, niebo rozświetlały błyskawice suchej burzy, a wysoka trawa wściekle falowała na wietrze, przypominając wzburzone morze. W końcu dotarli do alei topolowej i Donald poluźnil koniom lejce, tak że mogły kłusować do domu swoją własną ścieżką.

– Czuję, że wydarzyło się tutaj coś złego – powiedział Donald, gdy wjechali na podwórko.

Barney zszedł z wozu i rozprostował kości. Miał przeczucie, że Donald ma rację. Farma wyglądała na podupadłą i opuszczoną, jak pierwszego dnia, kiedy on, Donald i Si-mon de Koker przyjechali tutaj po długiej podróży. W stajniach nie było koni; wrota od obory stały otwarte na oścież; wyglądało na to, że stodoły zostały zniszczone przez ogień.

– Czuję upiora – powiedziała Mooi Klip zdenerwowanym głosem, nie schodząc z powozu. Miała na sobie szary płaszcz podróżny i kapelusz z piórami, który Barney kupił dla niej w Kimberley, w sklepie Madame Franceski. Dziwnym sposobem wyglądała bardziej hotentocko, kiedy ubierała się po europejsku.

Donald przywiązał konie do barierki przy stajni i poszedł razem z Barneyem w kierunku domu. Frontowe drzwi były otwarte, a zasłona leżała na deskach werandy.

– Gdzie Murzyni? – chciał wiedzieć Barney. – Gdzie jest Adam Hoovstraten?

Donald wsadził dwa palce do ust i przeraźliwie zagwizdał. Poczekał chwilę, ale nikt się nie pojawił. Za budynkami farmy, na pobliskich pagórkach, stały drzewa, które wyglądały, jak gdyby znaczyły koniec świata. Barney powiedział:

– Może Monsaraz zrezygnował?

Barney ostrożnie wszedł na werandę i zajrzał do środka domu przez uchylone drzwi. Korytarz pokryty był kurzem i źdźbłami słomy, a tuziny pustych butelek walały się po dywanie.

– Monsaraz?! – zawołał.

Okrzyk odbił się przytłumionym echem, jak gdyby ściany obite zostały płótnem.

Mając za plecami Donalda, poszedł korytarzem w kierunku pokoju Monsaraza. Dopiero teraz poczuli smród; wstrętny, drażniący odór śmierci. Z trudem przezwyciężyli chęć" ucieczki, ale nie było wyjścia.

– Czujesz? – zapytał Barney.

Donald, z nagle poszarzałą twarzą, kiwnął głową.

Podnosząc z ziemi laskę, Barney popchnął drzwi od sypialni Monsaraza. Nie musiał wchodzić do środka, żeby zobaczyć, co się stało; żaluzje, którymi Monsaraz zazwyczaj zasłaniał okno, zostały wyłamane z ram okiennych, przez co promienie słoneczne oświetlały łóżko.

Monsaraz został porąbany na kawałki. Ściana za łóżkiem była poplamiona sczerniałą krwią. Głowa leżała w pewnej odległości od tułowia, pod jakimś dziwnym kątem. Jego biały garnitur był sztywny od zaschniętej posoki. Miał rozpiętą kamizelkę na rozbebeszonym brzuchu. Został również wykastrowany – prawdopodobnie na samym początku, zanim zadano pozostałe ciosy, przez co chutliwy pies z Derdeheuwel cierpiał przed śmiercią niewyobrażalne męki.

– Zazdrosny mąż – zauważył lakonicznie Donald. – Mówiłem mu dwa albo trzy razy, żeby uważał na siebie.

– Mój Boże – wyszeptał Barney.

Wyszli na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Barney chwiał się na nogach, jak gdyby był pijany. Oparł ręce na barierce werandy, żeby złapać równowagę. Mooi Klip, która ciągle siedziała w powozie, spojrzała na niego z ciekawością.

Kiedy poczuł się lepiej, podszedł bliżej.

– Nie żyje. Zamordowany. Ktoś porąbał go na kawałki.

– Co teraz zrobisz? – zapytała Mooi Klip.

– Nie wiem, nie znam jego znajomych ani krewnych. Nawet nie wiem, gdzie trzymał pieniądze.

– Ale farma… czy farma jest teraz twoja?

– Nie jestem pewien. Musimy przejrzeć papiery i zobaczyć, czy nie zostawił testamentu.

Podszedł do nich Donald. Zdjął płaszcz i podwinął rękawy od koszuli.

– Pochowam go – powiedział zdecydowanym głosem.

– Jesteś pewien, że chcesz? Ja nie wiem, czy wszedłbym po raz drugi do tego domu.

– Byłem przewodnikiem, pamięta pan? Wiele razy podróżnicy umierali, a ja ich zakopywałem. Widziałem gorsze rzeczy.

Donald wyciągnął resztki Monsaraza z sypialni, a Barney i Mooi Klip poszli do saloniku, gdzie Monsaraz trzymał stosy dokumentów i rachunków. Mooi Klip podniosła z podłogi zdjęcie ładnej francuskiej aktorki, wydarte z jakiegoś magazynu, i zapytała:

– Ten Monsaraz był samotny?

– Miał mnóstwo kobiet – ale, tak, myślę, że był samotny, alav ha-sholom.

Zamilkli, wsłuchując się w głuche uderzenia pięt Monsaraza ciągniętego przez Donalda. Barney zapytał:

– Czy mogłabyś zrobić herbatę? Kuchnia jest tam.

Usiadł przy biurku Monsaraza i zaczął przeglądać dokumenty. Leżały tam sterty rachunków, papierów potwierdzających kredyty zaciągnięte w Banku Kredytowym w La Corunie; stosy listów oraz nie dokończony pamiętnik pisany po portugalsku. Były tam podniszczone niemieckie magazyny ilustrowane ze zajęciami korpulentnych Murzynek z buszu, kopulujących z osłami, oraz małe, czarne pudełko, z wieczkiem obciągniętym jedwabnym materiałem, zawierające niezliczoną liczbę rachunków.

Mooi Klip weszła do pokoju w momencie, kiedy Barney próbował otworzyć lewą dolną szufladę biurka. Wydawało się, że wypchana jest papierami, przez co trudno ją było ruszyć.

– Barney – powiedziała Mooi Klip takim głosem, że natychmiast się wyprostował i na nią spojrzał. Ręce przyciskała do twarzy, a jej oczy błyszczały, jak gdyby miała gorączkę.

Trzęsąc się, usiadła na zakurzonej kanapie, a Barney poszedł do kuchni. Na stole stały trzy filiżanki, czajniczek oraz otwarta puszka z Lapsang Souchong. Barney rozejrzał się dookoła i zmarszczył brwi, nie mogąc znaleźć tego, co ją tak poruszyło. Kiedy udał się w kierunku zacienionej wnęki zmywalni, w miednicy zauważył wystającą zakrwawioną rękojeść maczety.

Podszedł bliżej i zatrzymał się. Oprócz maczety leżały tam jeszcze zakrwawione genitalia Monsaraza.

Barney wrócił do saloniku.

– Przepraszam – powiedział. – Nie wiedziałem. Naprawdę przepraszam. Wypijesz drinka? Gdzieś tutaj powinna być whisky.

Mooi Klip potrząsnęła głową.

– Już czuję się lepiej. To był szok. Nie wiedziałam, co to jest, dopóki nie podeszłam bliżej.

Z dworu dochodziły ich przytłumione uderzenia motyki, którą Donald kopał grób dla Monsaraza w ubitej ziemi. Barney ponownie usiadł za biurkiem i szarpnął szufladę tak mocno, jak tylko potrafił. Otworzyła się ze zgrzytem i spadła na dywan.

– Mój Boże – powiedział Barney, zanurzając dłoń w zawartości.

– Co tam jest? – zapytała Mooi Klip. – Pieniądze?

– Pieniądze? Brytyjskie pięciofuntowe banknoty, setki! Wepchnięte do szuflady jak jakieś śmieci. Muszą tutaj być tysiące funtów!

Mooi Klip podeszła bliżej i stanęła obok niego, opierając rękę na jego ramieniu.

– A więc jesteś teraz bogaty – powiedziała. Barney grzebał w szufladzie, wyciągając coraz więcej pieniędzy. Z kilkoma banknotami podszedł do okna, sprawdzając, czy nie są fałszywe. Wszystkie miały znak wodny Mennicy Królewskiej, a więc były prawdziwe.

– Musi tutaj być dziewięć albo dziesięć tysięcy funtów. Może więcej. Niewiarygodne.

– Co z nimi zrobisz? – zapytała Mooi Klip. Barney wyprostował jeden z pomiętych banknotów na kolanie. Myślał przez chwilę, po czym opuścił głowę.

– Nic – odparł. – Nie są moje.

– Ale one są twoje! Czyje mogą być, jeżeli nie twoje? Monsaraz nie żyje!

– Monsaraz je ukradł albo zdefraudował. Tak samo nie należały do niego, jak i teraz do mnie. Jak sądzisz – dlaczego młody, bystry mężczyzna ukrywał się w takim miejscu jak Oranjerivier? Krył się przed ludźmi, których obrabował.

– Ale kto o tym wiedział? – nalegała Mooi Klip. – Nikt nie wie, że pieniądze są tutaj. Gdyby wiedzieli, to przyszliby, żeby je zabrać. Nawet człowiek, który zabił Mon-saraza, ich nie wziął.

Barney rzucił wyprostowany banknot na stertę pozostałych.

– Człowiek, który zamordował Monsaraza, był nikim więcej jak tylko zazdrosnym czarnuchem. A czarnuch nie jest człowiekiem – pamiętasz? Biedak, prawdopodobnie nigdy nie widział pięciofuntowego banknotu. Poza tym – przypuszczam, że jak tylko zrobił to, po co przyszedł, natychmiast uciekł, gdzie pieprz rośnie. Chciał krwi, nie pieniędzy.

Mooi Klip zmarszczyła brwi.

– Zostawisz pieniądze tutaj, dla kogoś innego? Barney złapał ją za rękę.

– W tym tygodniu czegoś się dowiedziałem – powiedział. – Dowiedziałem się, że nie ma sensu udawać, że jestem kimś innym niż Żydem.

Potrząsnęła głową.

– Nie rozumiem ciebie.

– Sam siebie nie rozumiem. Kiedy jechałem przez Great Karoo do Oranjerivier, postanowiłem, że moją religię zostawię hen, za sobą. Myślałem, że nie pomoże mi tutaj przetrwać. Nie wierzę, żeby rabbi z Nowego Jorku wiedział, co oznacza szukanie fortuny w tak dzikim kraju jak ten.

Kopnął szufladę wypełnioną pięciofuntowymi banknotami.

– Nie wierzę również, że komukolwiek, kto nie jest gojem, uda się w tym kraju wzbogacić. Czy będąc Żydem, mogę się zaprzyjaźnić z ludźmi typu Stafforda Parkera? Jak dostać się do klubu w Kimberley? Jak mogę zalecać się do Agnes Knight?

Mooi Klip głaskała go po ręce i nie odzywała się.

– Udawanie, że nie jestem Żydem, nie zdało egzaminu – ciągnął dalej Barney. – Nie ukryjesz faktu, że jesteś Żydem. Ani zakładając maskę, ani zmieniając nazwisko, ani kłamiąc. Jedyne, co mogę zrobić, to zdobyć więcej pieniędzy. Zdobyć tyle pieniędzy, że będę najbogatszym Żydem w Kolonii.

– Ale co zrobisz z tymi pieniędzmi? – dopytywała się Mooi Klip.

Barney westchnął.

– Prawdopodobnie odszedłem zbyt daleko od Boga, żeby bez żadnych problemów powrócić – powiedział. – Ale dalej już nie odejdę.

Mooi Klip wyszła, a Barney kończył przeglądanie zawartości biurka Monsaraza. W końcu na samym dnie jednej z szuflad znalazł to, czego szukał – akt własności Derdeheuwel. Schował dokument do kieszeni płaszcza, wytarł ręce i wyszedł na podwórko poszukać Mooi Klip oraz Donalda.

– Znalazłem dokumenty – powiedział. – Myślę, że farma jest moja po tym wszystkim, co dla niej zrobiłem. Prawdopodobnie wydzierżawię ją.

– Jeżeli zgodzi się pan poczekać pół roku na pieniądze, to ja ją wezmę w dzierżawę. Znajdę Adama Hoovstratena i razem będziemy na niej pracować.

– Chcesz tutaj zostać? Donald uśmiechnął się krzywo.

– Myślę, że już najwyższy czas, żebym przestał podróżować, panie Blitz. Podróże mają zły wpływ na duszę człowieka. Poza tym mam kilka dobrych sióstr w Oranjerivier.

– Upewnij się, czy nie mają zazdrosnych mężów. Donald rozejrzał się dookoła.

– Pochowałem pana Monsaraza z tyłu obory, panie Blitz. Czy chce pan pomodlić się na jego grobie?

Barney potrząsnął głową.

– Idź do salonu i przynieś szufladę z pieniędzmi. Donald spojrzał na Mooi Klip.

– Jak pan każe, panie Blitz.

Barney i Mooi Klip poszli wolnym krokiem w kierunku grobu Monsaraza – był nim niewielki kopczyk usypany z suchej ziemi, bez krzyża, bez żadnej informacji o tym, że spoczywa tutaj syn pana i pani Monsarazów, który przeżył życie pełne strachu, upodlenia, zalewając się codziennie alkoholem. Barney zdjął kapelusz, a Mooi Klip wymamrotała modlitwę, której nauczyła się w szkółce misyjnej.

Przyszedł Donald z szufladą. Pięciofuntowe banknoty szeleściły na wietrze, a kilka z nich wypadło na podwórko. Donald położył szufladę przy grobie i stanął obok.

Barney przyklęknął na jedno kolano, wyjął pudełko zapałek i jedną zapalił. Cienki papier natychmiast się zajął, a po kilku sekundach szuflada stanęła w płomieniach. Banknoty pięciofuntowe skręcały się, czerniały, a delikatny popiół unosił się w powietrzu.

– Mam nadzieję, że teraz będzie spoczywał w pokoju – powiedział cicho Barney i nie czekając na Mooi Klip, oddalił się.

Barney ciągle jeszcze miał 212 funtów, które dostał od Harolda Feinberga za diamenty, ponieważ te pieniądze zatrzymał dla siebie. Kiedy wrócił razem z Mooi Klip do Kimberley, prawie wszystko wydał na dwupokojową drewnianą chatę, która stała niedaleko działek, po wschodniej stronie głównej ulicy. Od spółki zajmującej się sprzedażą narzędzi górniczych kupił również kilofy, łopaty oraz kołowrót. Wiedział, jak głębokie są niektóre z działek, i zdawał sobie sprawę, że za jakieś cztery albo pięć tygodni będą musieli z Joelem wydobywać żółtą ziemię za pomocą wiadra i liny.

Zatrudnił sześciu nowych czarnych robotników i obiecał im premię za każdy znaleziony przez nich diament o wadze powyżej pięciu karatów. Murzyni tworzyli dziwaczną grupę. Jeden z nich miał tylko jedną rękę, ale tak zręcznie używał swojego kikuta, że zawartość każdej łopaty precyzyjnie trafiała na taczkę stojącą w odległości dziesięciu stóp. Drugi śpiewał całymi dniami, operując jedynie pięcioma nutami oktawy. W upalne popołudnia jego monotonny głos doprowadzał Barneya do szału. Szefem całego towarzystwa był najmniejszy z nich – zawsze uśmiechnięty, energiczny skrzat, którego Joel nazwał swoim shmeck tabac, szczyptą tabaki.

Po tygodniu wytężonej pracy na działce numer 172 pokazał się Harold Feinberg. Usiadł na przewróconej taczce, wyjął białą chusteczkę i głośno wysmarkał nos.

– Jak leci? – zapytał, przekrzykując zawodzenia Murzyna.

Barney, ubrany w luźną koszulę, workowate spodnie i kapelusz typu panama z szerokim rondem, wstał, wyprostował się i założył ręce do tyłu. Dopiero kilka dni pracował, a czuł się tak, jak gdyby miał za sobą co najmniej połowę dożywotniego wyroku ciężkich robót.

– Przebaczyłeś mi, Haroldzie, prawda? – zapytał.

– Co mianowicie?

– Ilekroć spojrzałem na ciebie podczas procesu Joela, odwracałeś wzrok.

– Hmmm – mruknął Harold, zdejmując kapelusz. – Byłeś wtedy gojem. Ale teraz, słyszałem, że zachowujesz się jak jeden z nas, za co dziękuję opatrzności.

– Jest zakochany! – krzyknął Joel, stojący po drugiej stronie działki, gdzie shmeck tabac i on sam próbowali podwindować do góry kawałek skały.

– A, tak, o tym również słyszałem. Dwa albo trzy dni temu spotkałem Edwarda Norka, który powiedział mi, że mieszkasz z prześliczną młodą dziewczyną Griqua.

– Po prostu prowadzi nam gospodarstwo, to wszystko – odparł Barney.

– Czy mam w to uwierzyć? – zapytał Harold.

– Powinieneś hok nit kain tchynik - powiedział Barney, pokonując działkę długimi krokami i wycierając ręce w szmatę.

– Ach, ci bracia Blitz – zawołał Harold z desperacją na twarzy. – Ale mów mi, jak tam biznes.

Barney sięgnął do kieszeni koszuli roboczej i wyjął z niej garstkę małych, surowych diamentów. Harold Feinberg wziął je ostrożnie od Barneya i obejrzał dokładnie przez lupę, którą miał zawieszoną na szyi.

– I co o nich myślisz? – zapytał Joel.

– Cóż… nie są złe – powiedział Harold. – Nie staniecie się dzięki nim milionerami, ale nie są złe.

Barney wskazał na głębokie rowy ciągnące się wzdłuż brzegów działki.

– Oto miejsca, gdzie Joel nic nie znalazł. Górne warstwy zapadły się, przykrywając żółtą glebę, i przez to dziesięciostopowy pokład nie zawierał diamentów. Ale teraz trafiliśmy na żyłę złota.

– Cóż, życzę wam powodzenia – powiedział Harold. Skrzywił się, słuchając śpiewów pracujących czarnuchów. – Wam oraz waszym klezmerom.

Późnym popołudniem, kiedy długie cienie położyły się na działce, filigranowy robotnik Joela przyniósł dziesięciokaratowy kamień. Położył go na dłoni Joela z taką nonszalancją, jak gdyby to był owoc zerwany z drzewa. Joel potrząsnął nim, skrobnął paznokciem i powiedział do Barneya ochrypłym głosem:

– Spójrz tylko, Barney. Chodź tu i rzuć na niego okiem.

Barney odłożył kilof. Wziął diament w dwa palce, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.

– Joelu – powiedział. – Teraz zaczynam naprawdę wierzyć, że Blitz Brothers Diamond Company zacznie przynosić zyski.

Każdego dnia zaczynali pracę na działce od świtu, a kończyli wieczorem, kiedy już nic nie było widać. W sierpniu lało solidnie przez tydzień i działki – jedna po drugiej – zaczęły się zapadać, przykrywając narzędzia, worki na piasek, wózki błotem. Trzej australijscy górnicy zginęli zasypani w rowie, a jeden Niemiec został poważnie poraniony i jego partner zastrzelił go, żeby zaoszczędzić mu cierpień. Kilku kopaczy, którzy zaczęli wcześniej, zadowoliło się diamentami wartości kilku tysięcy funtów, jakie wydobyli z żółtej gleby do tej pory, i zrezygnowało, sprzedając działki na licytacji.

Wiosną większość działek była tak głęboko wyeksploatowana, że ścieżki graniczne pozapadały się, a żółta gleba była magazynowana w wiadrach zawieszonych na stalowych linach. Każda lina przechodziła przez krążek, których dziesiątki przytwierdzono do rozklekotanych drewnianych wież okalających tereny kopalni jak pogańskie fortyfikacje. Później glebę ładowano na wózki, wywożono i sortowano.

Mooi Klip była specjalistką od sortowania diamentów. Większość dnia spędzała w szałasie niedaleko kopalni, nadzorując robotników, którzy wysypywali tam ziemię, rozbijając łopatami wielkie grudy. Patrzyła, jak nakładali glebę na obrotowe sito zwane trommel, co po holendersku znaczyło „bęben", rozbijali co większe kawałki, które nie chciały przecisnąć się przez oczka, a później przesiewali ziemię ręcznymi sitkami z gęstszymi oczkami. Na końcu ona sama siadała przy stole sortowniczym i wyciągała kamienie delikatnymi palcami. Na nosie miała druciane okulary, żeby niczego nie przeoczyć. Barney uwielbiał robić jej niespodzianki i przychodził tak często, jak tylko mógł, ponieważ uważał, że w okularach wygląda ślicznie i niewinnie.

Nocą Barney, Joel i Mooi Klip wracali do chaty, do której teraz dobudowali wielki salon oraz werandę, i jedli kolację złożoną z wołowiny i fasolki, a potem siadali przy kominku, pili rum z kakao, czując, jak ustępuje napięcie i ból mięśni. Nad kominkiem wisiała melodramatyczna litografia przedstawiająca wrak parowca „San Francisco", o której Joel wyraził się, że jest relaksująca i trzeźwiąca zarazem. Mówił, że zawsze przypomina mu o tym, jak blisko był ruiny i śmierci.

I chociaż Joel był w lepszym nastroju niż wtedy, kiedy został uratowany przez Barneya, to często jednak nachodziły go wątpliwości; miał wtedy pretensje do siebie, do całego świata, a zwłaszcza do Barneya.

– Za pieniądze, które zarobiliśmy, powinniśmy mieszkać w pałacu – powiedział pewnego wrześniowego wieczoru. Barney pochylony był nad stołem i badał kupkę surowych diamentów, oświetloną jasnym światłem olejowej lampki. Mooi Klip, ze świeżo umytymi i uczesanymi kędzierzawymi włosami, siedziała przy kominku, obszywając brzegi swojej czerwonej sukienki w kwiaty. Wnętrze pokoju, oświetlone białym intensywnym światłem, przypominało scenę amatorskiego teatrzyku.

Barney powiedział:

– Wolałbym zainwestować pieniądze w drugą działkę. Być może uda nam się kupić pod koniec miesiąca parcelę Stuarta. Harold powiedział mi, że Stuart zaczyna narzekać na klimat i że zamierza sprzedać działkę i wynieść się do Kapsztadu.

– Chcesz kupić jeszcze jedną działkę? – zdziwił się Joel. – Czy nie uważasz, że mamy dosyć roboty zjedna?

– Możemy zatrudnić więcej czarnych robotników.

– Pewnie. Więcej czarnuchów! Ale więcej czarnuchów oznacza zwiększoną kontrolę, a zwiększona kontrola znaczy więcej ciężkiej roboty. Czy ty nigdy nie będziesz miał dosyć?

Barney odłożył pincetę.

– Nie ma sensu wchodzić w interes, którego nie można powiększyć. Teraz wolno posiadać jedynie dwie działki – ale wkrótce to się zmieni. I jak myślisz, co się wtedy stanie w Kimberley? Wielkie spółki zaczną powoli połykać pojedynczych kopaczy, jednego po drugim; a rok, dwa lata później – zapamiętaj sobie moje słowa – nie uchowa się żaden samotnie działający górnik. Nie będzie się opłacało pracować na jednej tylko działce. Nie będzie warto stemplować boków, usuwać czy transportować ziemi, sortować kamieni. Wielkie spółki nas wykończą tylko dlatego, że będą działać na olbrzymią skalę.

– A więc po co się szarpać? – zapytał Joel. – Sprzedajmy interes, dopóki ceny są jeszcze dobre, i wynośmy się z tej zapomnianej przez Boga ziemi, zanim umrzemy z nudów, frustracji, czy jakiejś nieznanej choroby.

– Joelu, dopiero zaczęliśmy. Jeżeli kupimy drugą działkę, sami zaczniemy tworzyć podwaliny pod naszą własną wielką spółkę. Im szybciej to zrobimy, tym lepiej. Na miłość boską – zamiast czekać, aż nas zniszczą, lepiej samemu przejąć kilka działek. Czy nigdy nie myślałeś o tym, żeby wspólnymi siłami kupić całą kopalnię? Bracia Blitz?

– Zwariowałeś. Upał uderzył ci na mózg.

Barney przechylił się z krzesłem do tyłu i spojrzał twardo na brata.

– Joelu – powiedział. – Jeżeli nie uda się nam z diamentami, to co będziemy robić? Chcesz wrócić do krawiectwa? A może do pracy na farmie? Albo wrócić na morze?

– Nie gadaj do mnie protekcjonalnym tonem – warknął Joel.

– Wcale nie mam zamiaru. Po prostu staram się dowiedzieć, czego chcesz od życia.

– A po jasną cholerę? Nie jesteś moim ojcem, a może jesteś? Jesteś moim młodszym bratem, moim małym Bar-nabą, moją małą pociechą. Co, może tak nie jest? I kto za kim pojechał do Afryki Południowej? Kto pierwszy kupił tę działkę? A więc przestań grzebać w moich diamentach i przestań pouczać mnie, co mam robić w życiu.

– Joelu, spokój – powiedział Barney, zaniepokojony wybuchem brata. Ale Joel nie był w nastroju na pojednanie. Wstał, podszedł do stołu i chwycił w rękę kilka surowych, połyskliwych kamieni.

– Gdyby nie ja, to nigdy byś ich nie ujrzał. Żadnego z nich! A teraz siedzisz tu, przesypując, z kupki na kupkę, jak gdybyś był diamentowym królem w Kimberley. I te twoje plany! Te twoje marzenia, żeby kupić więcej działek! Możemy mieć tę całą cholerną kopalnię, prawda? Nie zapomnij tylko, kto kupił tę działkę!

– Nie prosiłem cię, żebyś zaprosił mnie do spółki – powiedział Barney, starając się opanować. – A teraz połóż, proszę, diamenty na stole. Chcę dokończyć sortowanie.

– A gówno! – wrzasnął Joel i rozrzucił diamenty po pokoju. – Dosyć babrania się w moim życiu! Ośmieszyłeś mnie przed całym miastem – biedny, głupi Żydek, którego rozciągnięto na ziemi. A potem zabrałeś połowę moich diamentów. A teraz mieszkam jak sublokator w swoim własnym domu i pracuję jak jakiś czarnuch na swojej własnej działce, podczas gdy ty zajmujesz się sortowaniem diamentów i snuciem absurdalnych planów oraz cudzołożeniem z tą schwartzeh jak jakiś wściekły pies!

Barney mocno uderzył Joela pięścią w twarz. Przedni ząb Joela pękł z takim zgrzytem, że w pierwszej chwili Barney myślał, iż złamał palec. Joel zatoczył się, uderzył w krzesło, potknął się i ciężko upadł na podłogę. Leżał skulony, pluł krwią, potrząsając głową.

Mooi Klip bez słowa odłożyła szycie i uklękła między rozrzuconymi diamentami. Przytrzymała głowę Joela i przytknęła chusteczkę do jego krwawiących ust. Barney czuł, że wszystko w nim wrze. Stał drżący z zaciśniętymi pięściami, próbując powściągnąć gniew i starając się sobie wytłumaczyć, że Joel jeszcze jest chory, że nie zaleczyły się w nim rany powstałe w wyniku procesu i późniejszej apelacji. Nie powinien był go uderzyć.

Mooi Klip odwróciła się do Barneya i powiedziała:

– Wody. Ma złamany ząb.

– Nie powinien tego mówić – powiedział Barney. – Nie obchodzi mnie, co myśli o mnie, i mam gdzieś to, co o mnie mówi. W końcu jesteśmy braćmi. Ale nie powinien wyrażać się w taki sposób o tobie.

Mooi Klip powtórzyła:

– Wody.

Barney wszedł do pomieszczenia będącego umywalnią i wrócił, niosąc niebieską emaliowaną miskę. Mooi Klip umoczyła chusteczkę i delikatnie przetarła usta Joela. Po chwili Joel zaczął przychodzić do siebie i odepchnął rękę Mooi Klip.

Barney przykucnął przy bracie i położył rękę na jego ramieniu.

– Joelu, jest mi bardzo przykro, przepraszam. Czujesz się lepiej?

– Jak nigdy przedtem – wymamrotał Joel. Spróbował podźwignąć się do góry, opierając ręce na przewróconym krześle, ale stracił równowagę i ponownie upadł.

– Nie potrzebuję twojej pomocy, dzięki – powiedział ze złością, kiedy Barney złapał go za ramię.

– Joelu, powiedziałem, że przepraszam. Przecież jesteśmy partnerami. Nie wolno ci jednak mówić takich rzeczy o Mooi Klip.

– Ona nie jest schwartzeh, czy to starasz się mi powiedzieć? – zapytał Joel, delikatnie obmacując usta koniuszkami palców. – I nie żyjesz w grzechu na oczach całego miasta?

– Nie dbam o Kimberley, Joelu. Wszyscy mogą iść do diabła. A przy okazji – cóż takiego wzniosłego i moralnego widzisz w Kimberley? Na jeden akr przypada tu więcej kurew niż gdziekolwiek na świecie.

– A więc ona jest kurwą? Ta twoja schwartzeh? Czy za taką ją uważasz?

– Wcale tego nie powiedziałem – zaprotestował Barney.

– Bo ty nigdy niczego nie mówisz, ty hipokryto – powiedział Joel wstając. – Po prostu bierzesz wszystko, co myślisz, że do ciebie należy, nie przebierając w metodach. Gdyby tylko mama mogła ciebie teraz zobaczyć.

– Ona nie może mnie zobaczyć, Joelu. Ona nie żyje. A poza tym, nie robię niczego, czego miałbym się później wstydzić. Kocham Mooi Klip i kocham ciebie. Gdybyś wreszcie przestał się mnie czepiać, to zobaczyłbyś jak bardzo.

Joel splunął krwią.

– Sakramencki pisher z ciebie.

Joel poszedł do swojej sypialni i zatrzasnął za sobą drzwi z taką siłą, że ponownie się otworzyły. Musiał wrócić i zamknąć je delikatniej i bez szarpania. Barney popatrzył na drzwi, po czym uklęknął na podłodze i zaczął zbierać diamenty. Mooi Klip obserwowała go, siedząc na krawędzi krzesła.

– Jest taki zły – powiedziała.

– Masz rację. Problem w tym, że nie wiem dlaczego.

– Oczywiście, że wiesz – powiedziała Mooi Klip. – Zraniłeś jego dumę. Ocaliłeś go, kiedy sam nie umiał się ocalić. A teraz dobrze prowadzisz jego interes, podczas gdy on umiał tylko kraść. Kupiłeś dla nas dom, żebyśmy mieli gdzie mieszkać, i masz kobietę. A co on ma? Czego dokonał? Sprawiłeś, że czuje się jak dziecko.

– Wcale tego nie chciałem – powiedział Barney zgodnie z prawdą. Nie chciał tego. Kochał Joela i szanował go i nie było ważne, czy Joel odniósł w życiu sukces, czy też nie. Bo czyż Joel nie uczył go, kiedy byli dziećmi, jak robić łuk i strzały z materiałów krawieckich? Czy nie uczył go, jak przycinać len i jak fastrygować klapy? Nie bronił go przed tymi ormiańskimi chuliganami z Hester Street? I czy to właśnie nie Joel, pewnej deszczowej nocy, kiedy leżeli razem w łóżku, objaśnił mu szeptem szczegóły tajemniczej anatomii dziewczyn?

Ale teraz Joel był zgorzkniały i obcy, a Barney nie był w stanie wytłumaczyć mu, że chociaż to on miał smykałkę do robienia interesów, a nie Joel, to wcale nie oznaczało, że Joela nie kochał, czy też nie przyczyniał się swoim postępowaniem do osiągnięcia ich wspólnego sukcesu i szczęścia w życiu. Barney bardzo pragnął, żeby tworzyli rodzinę – on, Joel i Mooi Klip – ale okazało się, że Joel jest zbyt zazdrosny.

Barney czuł, że za każdym razem, kiedy próbował scalić rodzinę Blitzów, próby paliły na panewce. Rodzina wydawała się zakażona zawiścią, szaleństwem i parszywymi nastrojami.

Pozbierał porozrzucane diamenty i usiadł przy stole. Nic nie powiedział do Mooi Klip, ale uśmiechnął się do niej, żeby pokazać, że ją kocha i akceptuje. Nie wspominał jej o Agnes Knight – ostatni raz zrobił to w dniu, kiedy znaleźli nieżywego Monsaraza. Spotkał Agnes dwa tygodnie temu na głównej ulicy Kimberley, gdy szła z nosem zadartym do góry, kręcąc parasolką, a jej śliczne małe pantofelki wystukiwały rytm na zakurzonym chodniku. Pomachał jej kapeluszem i zawołał nieśmiało „Agnes?", ale ona minęła go, nie obdarzając nawet jednym spojrzeniem, a nie miał odwagi, żeby za nią iść.

Agnes uosabiała nie spełnione marzenia. Boleśnie przypominała mu o tym, że w klubie Kimberley był persona non grata oraz że Żydzi nie byli mile widzianymi gośćmi w tych zaciemnionych pomieszczeniach, gdzie rozgrywano partie bilarda, pito dżin, a faceci imieniem Biffy i Charles gawędzili o wspaniałych słonecznych dniach w Harrow i długich jesiennych wieczorach w Kent.

Mooi Klip, która wróciła do szycia, powiedziała:

– Być może Joel będzie znośniejszy, kiedy znajdzie sobie żonę.

Barney rozsypał surowe diamenty na ciemnobrązowym pluszowym obrusie.

– Nie wiem. Kiedyś był rozmowny i przyjacielski. Dawał mi to, czego można było oczekiwać od starszego brata. Ale teraz…

Starannie zaczął sortować diamenty. Najpierw musiał podzielić je według koloru i klarowności. Większość diamentów, ponad osiemdziesiąt procent, nadawała się jedynie do użytku przemysłowego, do zastosowania w narzędziach do cięcia szkła, grawerowania, borowania. Tego typu kryształki Barney sprzeda później na wagę Kapsztadzkiej Przemysłowej Spółce Diamentowej albo panu Schultzowi z Lippert Company z Hamburga, który zawsze dobrze płacił za diamenty dla przemysłu.

Następnie Barney wyławiał szlachetniejsze kamienie i sortował je według wielkości. „Maluchy" – te poniżej jednego karata – odkładał na bok. Większe klejnoty systematyzował według kształtu. Kamienie z nie uszkodzonymi kryształkami, z załamaniami, które spowodowane były pękniętymi kryształkami; płaskie, z uszkodzoną strukturą, które przypominały kawałeczki pękniętej szyby; oraz bliźniacze kamienie z ciemnymi plamami, trójkątne w kształcie.

Niewielu górników potrafiło sortować diamenty tak jak Barney – ale on uważnie słuchał tego, co mówił mu Harold Feinberg i przekazywał całą wiedzę Mooi Klip. Kilka razy próbował zainteresować tym Joela, ale brat machał niecierpliwie ręką i mówił, że to robota dla cierpliwych.

Jego umiejętność sortowania opłacała się. Barney dokładnie wiedział, co sprzedawał, i dokładnie znał cenę, której mógł żądać. Widział po prostu różnicę między dobrym kamieniem a bardzo dobrym kamieniem, między kamieniem ze skazą a kamieniem z ledwie widoczną skazą. Posługując się szkłem powiększającym, mógł odkryć pęknięcia i uszkodzenia, które wyszłyby przy późniejszej obróbce i które obniżały wartość kamieni, oraz skazy, które znajdowały się blisko środka diamentu, co znacznie komplikowało pracę jubilera.

Sortowanie według koloru było łatwiejsze. Te brązowawe i żółtawe nie cieszyły się zbytnim powodzeniem, a więc odkładał je na bok, na kupkę, gdzie leżały diamenty do użytku przemysłowego, chyba że były niezwykłej jasności i wielkości. Zielonkawe, niebieskawe i różowawe były rzadsze i osiągało się za nie stałą cenę. Czerwonawe były tak rzadkie, że Barney nigdy takich nie widział.

Najtrudniej było sklasyfikować białe. Te najlepszego gatunku często nazywano „niebiesko-białymi" i kiedy po raz pierwszy w swoim życiu zabrał się do sortowania kamieni, spędzał długie godziny na wykrywaniu błękitnych zabarwień w swoich najlepszych diamentach. W miarę jak zdobywał doświadczenie oraz dzięki cynicznym uwagom Harolda Feinberga odkrył, że niebiesko-białe diamenty były pobożnym życzeniem romantycznych handlarzy diamentami, fikcją raczej niż rzeczywistością, i że większość kamieni sprzedawanych zaślepionej klienteli nie była nawet najwartościowszymi białymi klejnotami.

Prawie wszystkie białe diamenty które Barney i Joel wydobywali z działki numer 172 miały delikatne żółtawe zabarwienie, co oznaczało, że kolorystycznie można je było sklasyfikować najwyżej jako czwartorzędnej jakości. Sporadycznie natrafiali na białe najczystszej wody, ale nie zadowalało to Barneya, który zawsze utrzymywał, że ta działka nie należy do najlepszych.

– Skończyłeś? – zapytała Mooi Klip, stając za plecami Barneya i delikatnie głaszcząc go po policzku.

Barney odłożył szkło powiększające i podrapał się po nosie. Pracował od świtu i bolały go oczy. Jedyne co widział, to połyskliwa tęcza, która mieniła się na ciemnobrązowym obrusie, którym przykryty był stół.

– Prawie – odpowiedział. – Chcesz już iść spać?

– Chcę też porozmawiać.

Otworzył notes i uważnie podliczył zapisane tam liczby, które odzwierciedlały wartość leżących na stole kryształków.

– Siedemset funtów, jeżeli będziemy mieli szczęście. W tym tygodniu powinniśmy zgarnąć dwa tysiące.

– Ciągle te pieniądze – powiedziała Mooi Klip. – Co zamierzasz z nimi robić?

Barney wstał i zamknął notes.

– Zamierzam włożyć je do banku, tak jak zwykle. I kiedy nadejdzie odpowiedni czas, kupię działkę Stuarta, tę, która sąsiaduje z naszą.

– Słyszałam, że działka Stuarta wcale nie jest dobra. Dokopali się do skalnego łożyska.

– Również o tym słyszałem, chociaż Stuart twierdzi, że sprzedaje ją ze względu na klimat.

– To dlaczego chcesz ją kupić, skoro jest wydrenowa-na? – zapytała Mooi Klip.

– Ponieważ wierzę człowiekowi o nazwisku Nork.

– Nork? – zapytała Mooi Klip niezbyt pewnym głosem.

– Kiedyś pracował z Joelem. Jest trochę zwariowany. Trochę ekscentryczny. Uważa, że łożysko skalne wcale nie jest skalnym łożyskiem, ale czymś, co nazwał Norkitą. Jest przekonany, że znajdziemy tam tyle samo diamentów co w żółtej glebie.

– Czy to prawda?

– Myślę, że tak. Stracę mnóstwo pieniędzy, jeżeli tak nie jest.

Drzwi od sypialni Joela otworzyły się. Stanął w nich Joel ubrany w bawełnianą bieliznę. Jego ciemne włosy były zmierzwione, patrzył na Mooi Klip i Barneya z grymasem wyrażającym dezaprobatę.

– Nork – wyrzucił z siebie. – On jest maniakiem.

– Cóż, być może ma w sobie trochę za dużo entuzjazmu – powiedział Barney. – Iz pewnością za dużo pije. Ale jego teorii nie można nic zarzucić.

– I co? – zapytał arogancko Joel. – Zamierzasz wyrzucić pieniądze, aby sprawdzić jego nieuzasadnione teorie geologiczne? Mieszkamy w ruderze, gnieżdżąc się w dwóch sypialniach, ubieramy się w najtańszych sklepach, jemy suszoną wołowinę i fasolę, a ty zamierzasz wyrzucać pieniądze w błoto?

– Chcę zainwestować pieniądze w coś, co wydaje się całkiem sensownym przedsięwzięciem – powiedział Barney. – A teraz proszę, nie wywołuj kłótni. Jeżeli masz ochotę o tym porozmawiać, to zróbmy to jutro rano.

– Porozmawiajmy o tym teraz.

– Joelu, ja jestem zmęczony, ty również jesteś zmęczony, Mooi Klip także.

– Barney, mój mały synku pocieszycielu, nigdy nie jestem zbyt zmęczony, żeby rozmawiać o mojej przyszłości. Albo o tym, co zamierzasz zrobić z naszymi pieniędzmi. Siedemnaście tysięcy funtów, oto co mamy. Wszystko utopione w Banku Londyńsko-Południowoafrykańskim. Siedemnaście tysięcy bezczynnych, bezużytecznych funtów. Powiedzmy, że kupimy działkę Stuarta. I ile będzie to nas kosztować? Osiem tysięcy, dziewięć? W porządku, zostanie nam jeszcze osiem albo dziewięć tysięcy funtów. Co z nimi zrobimy?

Barney otoczył Mooi Klip ramieniem.

– Chyba to oczywiste, że zakupimy więcej działek. Brwi Joela ściągnęły się jakby za dotknięciem magnesu.

– Więcej jałowych działek? – zapytał. – Jeszcze więcej bezsensownego gruntu?

– Wcale nie jałowego. Być może niektórzy kopacze uważają, że tak jest, ale to nieprawda.

– Ponieważ tak uważa Edward Nork?! – wrzasnął Joel z furią. – Riboyne Shel O'lem, Barney, ten człowiek jest szalony! Znam go dłużej od ciebie. Znam go całe lata! Przez pewien czas nawet mu wierzyłem. Ale to wariat. Powinni zamknąć go w więzieniu.

– Jak dotąd nie zrobili tego. Ja mu wierzę.

Joel przeczesał palcami tłuste, zmierzwione włosy. Z opuchniętymi i pokancerowanymi wargami wyglądał jak zawodowy bokser.

– Wnioskuję, że moje rady nie liczą się dla ciebie? – zapytał Barneya. – Nie wierzysz, że znam te cholerne działki diamentowe lepiej od ciebie?

Barney wsypał resztę klejnotów do skórzanego woreczka i zawiązał go. Nic nie odpowiedział.

– W porządku – powiedział Joel. – Mimo wszystko dam ci dobrą radę. Nie ufaj Norkowi. 1 chciałbym cię przestrzec, że jeżeli zaczniemy eksploatować niebieskie podłoże i okaże się jałowe, wyciągnę moje pieniądze z banku bez względu na to, ile ich tam będzie. A tak naprawdę, to wolałbym, żebyś mnie spłacił po dzisiejszych cenach.

Barney spojrzał na brata z politowaniem. Nie mógł znieść jego zachowania; bardzo przypominał mu wtedy matkę.

– Skoro tego właśnie sobie życzysz – powiedział ochrypłym głosem.

– Mazel un frachah - dodał Joel z ironią.

Wypowiedzenie tych słów: „życzę powodzenia i szczęścia", przypieczętowywało zakończenie interesu między kupcami diamentów. Nigdy nie spisywano żadnych umów. Słowo wystarczało.

Joel położył się spać, a Barney zbliżył się do drewnianej klatki, w której trzymali naczynia i sztućce i nalał sobie kieliszek brandy. Wypił jednym łykiem, nie zwracając uwagi na Mooi Klip, która stała w drzwiach sypialni i obserwowała go.

– Chodź do łóżka – powiedziała cicho. – To nie jest dobry czas na wojnę.

Barney odwrócił się i zgasił lampkę. Przeszedł przez zaciemniony pokój, kierując się do sypialni, w której błyskał słaby płomyczek świecy trzymanej przez Mooi Klip.

– Wcale nie mam ochoty walczyć – powiedział.

Zamknął za sobą drzwi i zasunął zasuwę. Później zbliżył się do Mooi Klip i rozpiął sukienkę, która zsunęła się z jej ramion. Ciemne sutki rysowały się wyraźnie pod haftowaną koszulką. Pocałował ją i mocno przycisnął jej głowę do swojego policzka.

Był zmęczony i dlatego kochał się z nią wolno, z zamkniętymi oczami. W perkalikowej pościeli było gorąco, więc drżącymi rękami odrzucił kołdrę i zdecydowanym ruchem przyciągnął jej biodra. Za każdym razem, gdy się w nią wślizgiwał, czuł niewypowiedzianą rozkosz.

A później leżeli obok siebie na pościeli, wpatrując się w migotliwe cienie na ścianie. Usta Mooi Klip zbliżyły się do ramienia Barneya i dotknęły go w delikatnym pocałunku, a potem jeszcze raz i kolejny raz, a jej dłoń powędrowała w kierunku jego umięśnionych ud.

– Co o mnie myślisz? – zapytała.

– A co chcesz wiedzieć? – wymamrotał. Już prawie zasypiał.

– Po prostu chcę wiedzieć, co o mnie myślisz. Barney odwrócił głowę.

– Kocham cię. Wiesz o tym.

– Nie myślisz o mnie jako o swojej dziwce?

– Ależ skąd. Oczywiście, że nie.

– Ale przecież mieszkamy razem, kochamy się, a nie jesteśmy małżeństwem.

– Czy to cię martwi? – zapytał Barney. Usiadł i oparł głowę o dębową poręcz łóżka. Po przeciwnej stronie pokoju, na małym stoliku, stał krucyfiks, który należał do Mooi Klip. Jego cień tańczył na ścianie.

– Gdyby wiedziała o tym moja rodzina, to byłaby bardzo nieszczęśliwa – powiedziała Mooi Klip. – Myślę, że ja także jestem nieszczęśliwa.

– Tyyy? – zdziwił się Barney. – Nigdy o tym nie mówiłaś.

Odwróciła wzrok i podniosła źdźbło słomy, które wypadło z siennika na podłogę.

– Nie było kiedy. Ale uważam, że teraz powinieneś sam zdecydować. Nie możesz beze mnie żyć, tyle się po mnie spodziewasz, a nie możesz przestać myśleć o Agnes Knight.

Barney odpowiedział krótko:

– Sporo się nauczyłaś, odkąd jesteśmy razem. Nie myślę jedynie o twoim angielskim.

– Upewniłam się, że jesteś marzycielem, a twoje marzenia są czasami silniejsze od ciebie samego.

– A czy upewniłaś się, że cię kocham?

– Tak, ale na twój własny sposób.

– I na czym to polega, ten mój sposób? Czy ty nie rozumiesz, że pewnego dnia obsypię cię diamentami?

Mooi Klip pokiwała głową.

– Nie – odpowiedziała. Jej oczy błyszczały w świetle świecy. – Nie, nigdy tego nie zrobisz.

– Ale chcesz za mnie wyjść za mąż?

– Tak.

– Czy Jan Bloem pobłogosławi nas?

– Przypuszczam, że tak. On jest podobny do ciebie, chociaż trudno mu to przyznać.

Barney przewrócił się na bok i usiadł na łóżku.

– Jednego nie potrafię zrozumieć: dlaczego tak nagle zaczęłaś mówić o ślubie. Czy to z powodu Joela? Czy dlatego zmieniłaś zdanie?

– Tak – odpowiedziała. – Ale jest coś jeszcze, coś znacznie ważniejszego.

– A cóż to takiego? – zaciekawił się Barney. Delikatnie pogłaskała go po plecach, co spowodowało, że dostał gęsiej skórki.

– Chyba będziemy mieli dziecko – odpowiedziała.

Tydzień później, zupełnie przypadkowo, spotkał Agnes Knight. To było jedno z tych ponurych popołudni, kiedy na niebie wisiały ciemne chmury przypominające szare, mięK-kie szmaty, kiedy konie były niespokojne, a odgłosy dochodzące z Wielkiej Dziury były przytłumione – wydawało się, że to nie górnicy pracują, ale złodzieje okradając groby na wiejskich cmentarzach.

Knightowie ignorowali Barneya i Joela i odwracali głowy, ilekroć spotkali któregoś na ulicy. Kimberley było małą mieściną i nie sposób było nie natknąć się na siebie w miejscach publicznych, ale pan Knight był znawcą w dziedzinie stosunków międzyludzkich i widocznie poinstruował Faith i Agnes, jak się mają zachowywać, oraz nauczył je zadzierania nosa w pewnych okolicznościach. Cała trójka potrafiła przejść obok nich, pusząc się jak indory z zadartymi do góry dziobami i lekceważąco szeleszcząc spódnicami.

Ale tego wczesnego piątkowego popołudnia, kiedy to Barney wybrał się do miasta, żeby kupić zapasową membranę do pompy, natknął się na samotnie spacerującą Agnes. Szła po chodniku, mając na sobie kremową lnianą sukienkę oraz kremowy letni kapelusik z szerokim rondem, przepasany jedwabną wstążką. Wyglądała, jak gdyby była głęboko zamyślona albo rozmarzona; w każdym razie nie zauważyła Barneya, chociaż był już blisko.

– Agnes – powiedział.

Odwróciła się i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.

– Barney! – zawołała, ale natychmiast opamiętała się, zadarła do góry nos i zamknęła oczy.

Barney nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.

– Mogę być Żydem, Agnes, ale nie zamierzam ugryźć cię w kostkę.

– Tatuś powiedział, że nie mam nawet na ciebie patrzeć. Faith też nie wolno. Dostałyśmy dokładne wskazówki, jak się zachowywać – odparła.

– Czy naprawdę jesteś na mnie wściekła? – Barney odchylił kapelusz. – Za to, że jestem Żydem?

Agnes otworzyła jedno oko.

– Jeżeli mnie skaleczysz, czyż nie krwawię? – zacytował Barney.

Agnes powiedziała:

– Przecież nie wierzysz w Jezusa, prawda?

– Oczywiście, że wierzę.

– Tatuś powiedział, że Żydzi są prawie poganami. Nie do końca, ale prawie.

Barney spojrzał przed siebie na zakurzone ulice. Daleko za drzewami, hen na horyzoncie zamigotała błyskawica przypominająca język małej żmii.

– Przecież mogliśmy się kochać – powiedział. – Wiesz o tym.

Była zajęta owijaniem bambusowej rączki od parasolki brązowym jedwabnym sznurkiem. Nic nie odpowiedziała. Słabe światło powodowało, że jej twarz nabrała pastelowych barw, jak na portretach sir Joshuy Reynoldsa; stała się dziwaczna, sentymentalna, alegoryczna. Silny podmuch wiatru poderwał z ulicy kupkę śmieci; w oddali fra północnym zachodzie ponownie zapaliła się błyskawica. Pogoda zaczęła się psuć na dobre.

– Zawsze będę cię darzył uczuciem, kochanie, i ty o tym wiesz – powiedział Barney. – To wszystko, co mam do powiedzenia.

– Miałam kupić mamusi trochę wstążek – powiedziała zmieszanym głosem Agnes.

– Cóż, idź to zrobić – westchnął Barney. – Ale byłoby mi miło, gdybyś powiedziała chociaż do widzenia.

Agnes odwróciła się. Zaskoczony Barney zauważył, że w kąciku jej oka zalśniła łza.

– Nawet nie wiem dlaczego ojciec jest na ciebie taki wściekły za to, że jesteś Żydem. Wcale nie wyglądasz na Żyda, chociaż papa twierdzi, że tak i że powinien był odgadnąć to wcześniej. „Jadł przy moim stole, a na dodatek sam go do niego zaprosiłem!" – wrzeszczy bez końca. Próbowałam go przekonać, Barney. Uwierz mi, że próbowałam, najlepiej jak umiałam. Ale nie pozwala mi się z tobą spotykać. Nie pozwala! A mama to już zupełnie nic nie rozumie!

Barney zrobił krok do przodu i złapał ją za rękę. Jej mała rękawiczka ze skóry jelonka ozdobiona była śliczną brukselską koronką. Jej dłoń, która kryła się wewnątrz, była ciepła jak małe zwierzątko. Zdjął kapelusz, pochylił się do przodu i pocałował Agnes w policzek, chociaż w tym dniu nie golił się i pachniał potem, a od stóp do głów pokryty był pyłem i czuł, jak piasek zgrzyta mu między zębami.

Szepnęła coś niewyraźnie, a Barney zapytał:

– Co?

– Kocham cię – powiedziała. – Nie usłyszałeś? Kocham cię. Marzyłam o tobie, odkąd cię poznałam. Może to źle, może powinnam czuć się winna. Ale jak można czuć się winną, skoro darzy się kogoś tak silnym uczuciem? Barney, ja ciebie kocham.

Barney ścisnął jej dłoń.

– To niemożliwe – powiedział. – Sama wiesz, że to niemożliwe.

Jej twarz wykrzywiła się w grymasie bólu.

– Starałam się – powiedziała. – Starałam się, żeby ojciec nic nie podejrzewał, chociaż Faith twierdzi, że powinnam odważyć się i powiedzieć mu, że pragnę ciebie widywać, bez względu na konsekwencje. Ale ja nie potrafię, Barney. Wszystko, co mogę zrobić, to pielęgnować tę miłość, zatrzymać ją w sercu i mieć nadzieję, że pewnego dnia wszystko się zmieni.

Cofnęła rękę i znalazła chusteczkę, którą wytarła sobie oczy, ale to spowodowało, że rozczuliła się jeszcze bardziej. Barney delikatnie otoczył ją ramieniem i poprowadził w kierunku żelaznej ławki, która stała niedaleko sklepu z artykułami spożywczymi. Posadził ją na niej, po czym usiadł obok.

– Nie wiem, co powiedzieć – westchnął. Mówił to, co czuł. Jak mógł jej wytłumaczyć, że utracił ją na zawsze w dniu procesu Joela, tylko dlatego że uprzedzenia jej ojca i wszystkich kolonialnych gojów były nie do pokonania? Jak mógł jej powiedzieć o Mooi Klip? Wiedział, że targały nim nieposkromione ambicje; zauroczyła go Agnes, ponieważ była odpowiednią partią dla mieszkańca Kolonii ze względu na urodę, prezencję, dobre wychowanie i wiarę chrześcijańską. Ale nie tylko – był zauroczony jej twarzą, figurą i dziecięcą ufnością. A do tego dzisiaj dowiedział się, że ciągle go pragnie, ciągle go kocha, pomimo jego żydowskiego pochodzenia. Okropny ból, który go przewiercał na wylot, wynikał z faktu, że ją tracił na zawsze. Ilekroć wypowiadał to słowo w przyszłości, zawsze stała mu przed oczami Agnes.

– Lepiej już sobie pójdę – powiedziała Agnes i z pośpiechem wstała. – Mama będzie zastanawiać się, gdzie jestem.

– Nie zrobisz niczego głupiego? – zapytał.

– Głupiego? Nic takiego nie jestem w stanie zrobić, przynajmniej tutaj, w Kimberley.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Wszystko powinno było potoczyć się inaczej.

– To nie twoja wina. Musiałeś ująć się za bratem. I co najważniejsze, byłeś na tyle silny, że to zrobiłeś.

Poprawił kapelusz na głowie.

– Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Agnes wyciągnęła rękę i złapała go za nadgarstek.

– Posłuchaj, Barney – zaczęła. – Wiem, że trudno będzie ci w to uwierzyć, tym bardziej że w przyszłości wiele razy zaprzeczę temu swoim zachowaniem, ale zawsze będziesz miał swoje miejsce w moim sercu. Zawsze będziesz dla mnie drogi. Nie zapominaj o tym, proszę.

– Nie będę w stanie o tym zapomnieć – powiedział Barney.

Rozstali się na rogu ulicy. W oddali burza rozpoczęła się na dobre, słychać było uderzenia piorunów i zerwał się wiatr. Kiedy Agnes już miała się oddalić, Barney złapał ją za rękę i pocałował w usta. Była elegancka i drobna, a jej usta smakowały jak woda różana.

– Barney – wyszeptała. – Nie wolno. Gdyby ojciec się o tym dowiedział…

Puścił ją niechętnie.

– Tak – powiedział. – Wiem. Nie chciałbym cię skompromitować.

Odeszła bez słowa. Zdawał sobie sprawę z tego, że ilekroć spotkają na ulicy, już nigdy nie uda mu się porozmawiać z nią w taki sposób jak dzisiaj. Każde z nich stało u progu nowego życia, wobec nowych zobowiązań; i to ich rozdzieli.

Obserwował, jak zatrzymała się przed sklepem kolonialnym i otworzyła drzwi. Przez moment widział ją jeszcze, jak stała za wzorzystą szybą sklepową. W pewnej odległości od Barneya stał muł przywiązany do palika i podniecony walił w niego kopytem, jak gdyby obawiał się tego, co miało nadejść, ale nie był dość silny, żeby się uwolnić.

W październiku krótkotrwałe rządy Stafforda Parkera, prezydenta Republiki Górniczej, dobiegły końca. Parker abdykował bez żalu, ponieważ pola diamentowe miały przejść pod jurysdykcję brytyjską. Na początku listopada, dwa dni przed planowanym ślubem Barneya z Mooi Klip, nad Wielką Dziurą załopotała flaga brytyjska. Górnicy zgromadzili się dookoła masztu, wiwatowali i podrzucali do góry kapelusze.

Aneksja najzasobniejszych pól diamentowych świata z tygodniowym wydobyciem diamentów o wartości 50 000 funtów okazała się znakomitym osiągnięciem drapieżnej polityki kolonialnej Brytyjczyków. Chociaż kopalnie leżały na terytorium ogłoszonym Orange Free State, Burowie tam zamieszkali nie mieli wystarczającej ilości pieniędzy ani siły militarnej, aby przeciwstawić się Anglikom, którzy dzięki sprytowi, represji i zdradzieckim knowaniom zagarnęli najbogatsze regiony globu ziemskiego.

W czasach kiedy Orange Free State oraz Transvaal były biednymi krainami, a ich mieszkańcy żyli z uprawy roli, Anglicy zostawiali ich w spokoju. Ale kiedy zaczęto wydobywać diamenty na skalę przemysłową, Burowie stali się znienawidzonymi wrogami, a brytyjski sekretarz kolonialny, sir Richard Southey, był coraz bardziej zaniepokojony obserwując, jak dwie bogate i wrogie republiki zaczynają się rozrastać i' tworzyć naturalną zaporę między Przylądkiem a dobrami brytyjskimi w centralnej Afryce. „Zgodnie z definicją – zauważył przy okazji jakiegoś przyjęcia – dobry Bur to biedny Bur".

Zmartwienia sir Richarda ulotniły się, kiedy odkrył, że wszystkie nowe kopalnie diamentów leżą na ziemi zamieszkanej przez Griqua. Jako że przedtem nie miało to żadnego znaczenia, nikt do tej pory nie ustalił w zadowalający sposób, czy Burowie mieli prawo nazywać ziemie Griqua swoją. W związku z powyższym, z wielką pompą i nadzwyczaj uroczyście ogłoszono, że gubernator Natalu, Robert Keate, stanie na czele komisji arbitrażowej i osądzi, co do kogo należy.

Prezydent Jan Brand, przywódca Burów w Orange Free State, zaprotestował przeciwko mieszaniu się niezainteresowanego, obcego kraju w nie swoje sprawy. „To leży w interesie Brytyjczyków – powiedział stanowczo Keate. – I to właśnie oni nie zniosą obcych wsadzających nosy w nie swój interes".

Końcowa decyzja Keate'a nie była niespodzianką dla nieszczęśliwych Burów. Gubernator stwierdził, że Orange Free State nie może sprawować żadnej władzy nad Griqualandią ani zawiadywać żadną kopalnią, która leży w jej granicach. Kilka dni później przywódcy klanu Griqua, Nicholas Waterboer oraz Jan Bloem, zostali namówieni przez Keate'a, żeby zwrócili się z prośbą do Brytyjczyków o włączenie Griqualandii do Kolonii na Przylądku. Nad Kimberley zawisła flaga brytyjska, a gospodarka angielska otrzymała potężny zastrzyk finansowy w postaci olbrzymiej ilości diamentów, których wydobycie przewyższało sześciokrotnie produkcję tych szlachetnych kamieni przez innego południowoafrykańskiego kolonizatora i rywala – Brazylię.

Rozwścieczony prezydent Brand wysłał do Kimberley niewielką zbrojną kompanię, żeby spróbowała odzyskać pola diamentowe. Ale sir Henry Barkiy, nowy gubernator na Przylądku, natychmiast ustawił przeciwko nim tysiąc umundurowanych brytyjskich żołnierzy. Rozzłoszczeni, zgorzkniali i biedniejsi o miliony funtów Burowie zostali zmuszeni do odwrotu. Otrzymali rany, które miały krwawić przez następne trzydzieści lat.

Barney, Joel i Mooi Klip poszli zobaczyć, jak będzie wciągana flaga na maszt. Daleko, po przeciwnej stronie placu, Barney zauważył wysoki, podobny do rury od pieca kapelusz pana Knighta i dwie czapeczki z piórami należące do jego córek. Nadopiekuńczym gestem objął Mooi Klip, poprowadził ją przez wiwatujący tłum w kierunku niewielkiego wzniesienia i postawił na przewróconej taczce, żeby mogła wszystko dokładnie zobaczyć.

– Nareszcie zapanują tu prawo i porządek – zauważył Joeł.

– Ty mówisz o prawie i porządku? – uśmiechnęła się Mooi Klip.

– O właściwym prawie i właściwym porządku – odciął się Joel.

Flaga została wciągnięta na maszt, a niewielka orkiestra wojskowa, której członkowie ubrani byli w białe czapki i jaskrawoczerwone tuniki, odegrała God Save the Queen i Another Little Path of Red. Wiwatom i okrzykom radości nie było końca. Kiedy uroczystość się zakończyła, większość kopaczy pożeglowała w stronę baru Doddsa na solidną wódkę. Barney zsadził Mooi Klip z taczki.

Wtedy właśnie na horyzoncie pojawił się Edward Nork. Jego chód przypominał parę nożyc krawieckich przy pracy. Szedł i ciągnął za sobą nieśmiało wyglądającego, ale dobrze zbudowanego młodzieńca o okrągłej twarzy i z odstającymi uszami oraz falistymi włosami, uczesanymi w taki sposób, że przypominał Barneyowi chłopca z brytyjskiej szkoły publicznej.

– Oto oni! – zawołał Nork do swojego nowego towarzysza. – To są ci faceci, których szukałem!

Młodzieniec zarumienił się. Miał na sobie białe flanelowe spodnie do krykieta powypychane w kolanach i buty do krykieta. Skinął głową w kierunku Barneya, Joela, Mooi Klip i powiedział:

– Mam nadzieję, że nie sprawiam kłopotu. Spotkałem pana Norka zupełnie przypadkowo i nalegał, żebym poszedł z nim w charakterze łodzi ratunkowej.

– Znałem jego ojca! – zagrzmiał Nork. – Kiedyś jeździłem rowerem do Stortfordu w odwiedziny do pewnej młodej, sprytnej damy, którą dawno temu znałem, a jego ojciec był tam miejscowym pastorem. Dyskutowaliśmy na temat geologii Ziemi Świętej, ja i jego ojciec.

– Nazywam się Cecil Rhodes – powiedział młody mężczyzna z akcentem, który zdradzał jego przynależność do wyższej klasy. – Moim ojcem jest wielebny F. W.

– Jestem Barney Blitz – odparł Barney. – To jest mój brat Joel, a to przyszła pani Blitz.

– Wobec tego gratuluję – uśmiechnął się Cecil Rhodes. – Mój ojciec zwykł był mówić, że małżeństwo przybliża niebiosa.

– Czy na każdą okazję ma pan w zanadrzu anglikańskie motto? – zapytał Joel.

– Wychowywałem się w religijnej atmosferze, jeżeli to pan ma myśli – odpowiedział Cecil Rhodes ostrożnie, ale nie przepraszającym tonem.

– Cóż, tak jak my wszyscy – powiedział Joel. – Jeżeli trochę pan tutaj pobędzie, to niezadługo te nonsensy wywietrzeją panu z głowy. Lepiej proszę zjeść z nami obiad. Czy lubi pan frikkadeller?

– Chciałbym zabrać ze sobą moje rzeczy, jeżeli panowie nie macie nic przeciwko temu – poprosił Cecil Rhodes.

– Niedaleko stąd stoi mój wóz zaprzężony w woły.

– Nikt go tutaj nie ukradnie – powiedział Joel. – Co pan na nim ma? Łopatę albo dwie? Siennik? Nikt się nawet na to nie obejrzy. Woda, oto jedyna rzecz, która się tutaj liczy. Woda i kobiety.

Wrócili do domu. Mooi Klip rozpaliła ogień i postawiła na blachę patelnię z mięsnymi klopsikami. Barney zaoferował jej swoją pomoc, zwłaszcza że była w ciąży, lecz odgoniła go ruchem ręki. Ale kiedy był już w drzwiach, zawołała go z powrotem i obdarowała długim i słodkim pocałunkiem.

– W przyszłym tygodniu będę już panią Blitz – powiedziała ciepło.

– A ja będę twoim mężem – uśmiechnął się Barney.

– Otóż to.

Joel rozlewał drinki. Rozmawiał głośniej niż zwykle, był bardziej ironiczny. Nie lubił gości w domu, a już szczególną nienawiścią darzył Edwarda Norka, zwłaszcza od tego dnia, w którym inny brytyjski geolog, sir Joshua Field, ogłosił, że niebieskie twarde łożysko skalne znajdujące się pod żółtą ziemią może zawierać więcej diamentów niż wierzchnie warstwy. Cecil Rhodes również nie spodobał się Joelowi. Rhodes miał w sobie sporo typowej angielskiej pewności siebie, co powodowało, że Joel najchętniej zacząłby zgrzytać zębami.

– Uważają, że są właścicielami całego cholernego świata – skarżył się Barneyowi.

– Bo prawdopodobnie nimi są – odpowiedział Barney, niezbyt przywiązując wagę do tego, co mówił.

Cecil Rhodes powiedział:

– Właściwie przyjechałem do mojego brata Herberta z kopalni De Beersów. Herbert miał bawełnianą farmę w Natalu i kiedy pojechał szukać diamentów, ja przejąłem interes. Doczekałem się niezłych zbiorów i prawdopodobnie zajmowałbym się tym do tej pory, gdyby nie śmiesznie niskie ceny za bawełnę. Nie było żadnych perspektyw.

– Kopanie diamentów jest trudniejsze, niż mogłoby się wydawać – powiedział Joel, rozdając kieliszki wypełnione sherry. – A już na pewno nie powinny się tym zajmować dzieci.

– Mam osiemnaście lat – uśmiechnął się Cecil Rhodes. – Uważam, że to wystarczy.

– Czy możemy mówić do pana Cecil? – zapytał Barney, sadowiąc się w olbrzymim, miękkim fotelu.

– Wolałbym Rhodes, jeżeli nie sprawi to wam różnicy. Stare przyzwyczajenia ze szkoły.

– Uważasz, że zdobędziesz tutaj bogactwo? – zapytał Barney.

– Bogactwo i władzę, mam nadzieję – odpowiedział Rhodes drętwo. – Widzisz, głęboko wierzę, że Brytyjczycy są najważniejszą rasą na ziemi, nie obrażając wszystkich tu obecnych, i im więcej świata weźmiemy we władanie, tym lepiej wyjdzie na tym cała ludzkość. Wchłonięcie olbrzymich obszarów przez Anglię położy kres wszelkim wojnom.

– Mam nadzieję, że Stanów Zjednoczonych nie chcecie włączyć do swojego przyszłego imperium? – zapytał Joel. Wypił swoją sherry dwoma albo trzema łykami i nalał sobie następny kieliszek.

– A cóż takiego stoi na przeszkodzie? My, ludzie władający tym samym językiem, powinniśmy być blisko siebie. I jeżeli istnieje Bóg na tym świecie, to z pewnością pragnie, tak jak i ja, pomalować jak najwięcej świata brytyjską czerwienią. Również Amerykę.

– Zawsze wiedziałem, że jest więcej bogów niż jeden – powiedział zgryźliwie Joel.

Rhodes zrobił minę, która miała wyrażać, że jeżeli rozmowa ma być utrzymana w takim stylu, to lepiej zmienić temat.

– Jeżeli masz rację, to musi być więcej bogów niż jeden – upierał się Joel. – Ponieważ to my jesteśmy narodem wybranym i to przez Boga prawdziwego, nie brytyjskiego. Oczywiście, możesz to wykpić. Zawsze tak robicie. Ale czy drwina nie jest tanim chwytem, żeby zamaskować beznadziejną zawiść? My zostaliśmy wybrani, a nie wy; i nie ma żadnego znaczenia, ilu żołnierzy potraficie wysłać, żeby zawojowali świat. Nigdy nie uda się wam zmienić tego faktu, ponieważ to jest prawda historyczna i niezmienna.

– Doprawdy, uważam, że nie trafiasz w sedno sprawy – zauważył Rhodes. – W obecnych czasach połączenie bogactwa, siły i dobrych intencji sprawia, że naród brytyjski staje się instrumentem w rękach Boga.

– Dobre intencje? Burowie uważają was za diabłów w ludzkiej skórze.

Barney postanowił wtrącić się i przerwać dyskusję o religii i rasach.

– A tak naprawdę, to co zamierzasz tutaj robić, Rhodes? Wygląda na to, że masz w głowie jakiś plan.

Rhodes spojrzał mu prosto w oczy i wyprostował się w wiklinowym fotelu, jak gdyby był przepytywany przez swojego gospodarza domu.

– Tak naprawdę, Barneyu Blitz, to chcę zdobyć fortunę. Z tego, co dotychczas widziałem, a widziałem niewiele, wnoszę, że w kopalniach panuje chaos. Trzeba wprowadzić porządek, odpowiedni system. Powinny być zarządzane na wielką skalę, na bazie prawdziwego biznesu. Jeżeli będę umiał tego dokonać, to osiągnę cel, dla którego tutaj przyjechałem.

– Wspaniałe słowa jak na osiemnastolatka – powiedział Joel sarkastycznie.

– Brzmi sensownie – wtrącił Barney. – Muszę mieć cię na oku, młodzieńcze, z obawy o własne interesy.

– Na nieszczęście dla was, wasze imperialne zakusy na nic się zdadzą, bo Rada Ochrony Przemysłu Diamentowego nadal nie zezwala na posiadanie więcej niż dwóch działek na głowę – powiedział Joel. – I, na Boga, dwie w zupełności wystarczą.

Rhodes wstał i obciągnął flanelowe spodnie.

– Jeszcze zobaczymy, jak to będzie – powiedział. – A teraz muszę już iść. Obawiam się, że nie będę mógł zjeść z wami obiadu, w każdym razie, dziękuję za zaproszenie.

– Ależ możesz zostać – uśmiechnął się Barney, rozbawiony młodzieńczą niecierpliwością Rhodesa.

– Wielkie dzięki, ale doprawdy nie skorzystam. Nie zgadzamy się z twoim bratem w pewnych delikatnych kwestiach i nie chciałbym zepsuć smaku waszych frikkadeller. Proszę przeprosić czarującą narzeczoną.

– Ucieczka z podwiniętym ogonem? – uśmiechnął się Joel. – I jak to się ma do mapy Afryki pomalowanej na czerwono?

– Jeszcze zobaczymy, jak to będzie – powtórzył Rho-des. Ukłonił się z kurtuazją Edwardowi Norkowi, który odwzajemnił ukłon, strzelając przy tym palcami, a później Barneyowi.

Nagle Barney zauważył to, czego nie widział przedtem. Ten na pozór zrównoważony młodzieniec – widocznie w ferworze dyskusji – tak gniótł i szarpał swoje flanelowe spodnie, że w pewnym miejscu puściły w szwie. Był o włos od stracenia panowania nad sobą. Barney wyprowadził Rhodesa na werandę. Był chłodny, wietrzny dzień, a w powietrzu unosił się pył znad Wielkiej Dziury.

– No cóż, wydaje się, że pewnego dnia staniemy się rywalami – powiedział Rhodes metalicznym głosem. Podniósł do góry rękę i uczynił gest, który miał obrazować niezręczną sytuację, jaka między nimi powstała.

– Tak, może tak być – powiedział Barney. – Choć właściwie, to mam nadzieję, że tak będzie.

W bezpośredniości wypowiedzi Rhodesa było coś, co wytrącało Barneya z równowagi. Rhodes wydawał się rozumieć bez trudu, w jaki sposób zbić w Kimberley majątek, podczas gdy Barney stracił kilka miesięcy, aby pojąć, że te kopalnie są bajecznie bogate i że ten, kto zdoła je wziąć pod kontrolę, będzie w stanie praktycznie kontrolować całą Afrykę. Barney zrozumiał nareszcie, że w osobie Rhodesa znalazł godnego sobie i nieprzejednanego przeciwnika, a perspektywa rywalizacji zarówno podniecała go, jak i przerażała.

– Jeżeli dojdzie między nami do współzawodnictwa, to zapewniam cię, diabła zjesz, zanim mnie pokonasz – powiedział Rhodes. Następnie odwrócił się i poszedł w kierunku Kimberley, a nogawki jego spodni wściekle łopotały na wietrze. Po chwili zatrzymał się i wyjął z kieszeni małą pigułkę przeciwkaszlową. Wsadził ją w usta i poszedł dalej pewnym krokiem, jak gdyby wszystkie kopalnie diamentów już do niego należały.

Noc przed ślubem Barneya była najbardziej katastrofalną nocą w całym jego życiu. Kryzys nadszedł bez ostrzeżenia. Wszystko było dopięte na ostatni guzik; przyjechał młody wimbledoński wikary, który w anglikańskim kościele w Kimberley miał im udzielić błogosławieństwa; odczytano zapowiedzi. Wcześnie rano spodziewano się przyjazdu Jana Bloema i jego matki oraz całej rodziny Mooi Klip. Mooi Klip własnoręcznie oporządziła pół wołu na pieczyste i z pomocą młodej kobiety z Yorkshire, mieszkającej ze swoim mężem niedaleko ich domu, upiekła kilka tuzinów biszkoptów i ciastek.

Wnętrze domu wyglądało jak udekorowane na Boże Narodzenie, wszędzie wisiały girlandy kwiatów i traw, papierowe dekoracje oraz gwiazdy wycięte z blachy. Zakupiono dwie beczki wina oraz beczkę sherry i pożyczono wielką liczbę kieliszków i pucharów. Na stole starannie ustawiono talerze, a Barney przywiózł z jadłodajni Walkera dwadzieścia noży i tyle samo widelców. Joel, bez przerwy marudząc, naciął serwetek z pokrowców na meble, nie dlatego że nie było ich stać na kupno, ale z tego powodu, że nigdzie nie było można ich dostać. Mooi Klip, po której widać już było wczesną ciążę, z błyszczącymi włosami, z iskierkami radości w oczach i biustem obciśniętym stanikiem sukienki była szykowna jak nigdy dotąd. Biła z niej duma, odzyskana godność oraz zwykła, czysta miłość.

Dzień przed uroczystością, przed południem, Barney i Joel pojechali do Kimberley, aby spotkać się z niemieckim kupcem w sprawie pompy. Pogoda była wilgotna i nieustabilizowana, a większość działek w Wielkiej Dziurze była tak głęboka, że gdy padało, to wypełniały się mętną żółtą wodą i wydobycie wstrzymane było czasami na całe dnie. Nawet pompy nie pomagały, chociaż lepiej było je mieć. Jeżeli kopacz na sąsiedniej działce nie posiadał pompy, to woda z jego zalanej działki mogła przedostać się do drugiej. Na terenie Wielkiej Dziury znajdowało się 3600 działek, a brytyjski pisarz Anthony Trollope napisał, że przypominało to „olbrzymi dom o pięciuset pokojach, zaprojektowany przez jakiegoś diabelnie utalentowanego architekta, w którym każdy pokój znajdował się na innym poziomie, ale za to do żadnego z nich nie prowadziły schody, nigdzie nie było okien ani drzwi".

Niemiecki handlarz był otyłym mężczyzną z dłońmi jak łopaty i tłustymi paluchami przypominającymi bawarskie serdelki. Siedział przy wydzielonym dębowym stole w restauracji Marshalla. Mając przed sobą olbrzymi półmisek mięsiwa i tłuczonych ziemniaków i popijając whisky, przyjmował przy swoim stole gromadę podnieconych górników. W momencie gdy pojawili się Barney i Joel, nie miał już żadnej z sześciu pomp, które przywiózł ze sobą z Kapsztadu, i przyjmował zamówienia na sześć miesięcy z góry.

– Na pocieszenie postawię wam piwo! – zawołał do nich wesoło, machając kawałkiem mięsa.

Kiedy ponownie znaleźli się na ulicy, Joel powiedział:

– I co teraz? Już straciliśmy sześć dni przez deszcze.

– Może powinienem pojechać do De Beers i zapytać, czy ktoś zechciałby pożyczyć nam jedną pompę – zastanawiał się Barney. -A ty wracaj na działki i spróbuj wyciągać wodę wiadrami.

– W porządku – odpowiedział Joel. Zawahał się przez chwilę.

– Coś się stało? – zapytał Barney.

Joel zdjął kapelusz, oczyścił go z kurzu i ponownie uformował.

– Powinienem cię przeprosić – powiedział.

– Przeprosić? A za co?

– Za to, że zachowywałem się jak wściekły pies. Przepraszam cię za to, że byłem nie do zniesienia, podczas gdy ty zawsze mi pomagałeś. Po prostu, przepraszam.

Barney otoczył brata ramieniem i mocno do siebie przycisnął.

– Pewnie nie uwierzysz, ale potrafiłem ciebie zrozumieć. Byłeś taki farbissener! Ale to już nie ma znaczenia. Kochamy cię, Joelu. Zarówno Mooi Klip, jak i ja. I zawsze będziemy cię kochać.

Joel pociągnął nosem i otarł łzy z twarzy.

– Tak bardzo chciałem być silny – powiedział. – Ale nie umiałem poradzić sobie ani z mamą, ani z krawiectwem. Kiedy byłem na morzu, to też nie mogłem tego znieść. Wiesz, jak się pracuje na parowcu handlowym? Dwie godziny snu i dwadzieścia dwie godziny ładowania albo rozładowywania towaru. Później kupiłem farmę i za cholerę nie miałem pojęcia, co na niej trzeba robić. Zarosła chwastami i wyjałowiała! Ziemia była tak twarda, że nawet nie dało się wbić w nią szpadla. A teraz kopalnia. Do tego ciągle myślę o mamie, mam ją przed oczami, słyszę jej głos. Dlaczego, na miłość boską, nie urodziła mnie inna kobieta?

Barney stał wyprostowany, trzymając Joela mocno w ramionach.

– Jak możesz tak mówić, skoro wcale z tobą nie jest tak źle? Nikogo nie zawiodłeś i w końcu udało ci się w życiu. Masz udziały w jednej z najbogatszych kopalni diamentów na całym świecie. Masz brata, który ciebie kocha, i bratową, która również będzie cię kochać.

– Twoja Mooi Klip uważa mnie za wariata i kłótliwego dziada.

– Nie wariuj i nie kłóć się. Oczywiście, że to nieprawda. Joel uśmiechnął się, "złapał Barneya za kosmyk włosów i żartobliwym gestem przekrzywił mu głowę.

– Masz rację. Zachowywałem się jak głupiec. Żałośnie, okropnie i podle, bez powodu. 1 za to właśnie chciałbym cię przeprosić.

– W porządku – powiedział Barney łagodnie. – A więc to zrobiłeś. Ale przestańmy już o tym rozmawiać, w końcu jutro jest mój ślub.

Uścisnęli sobie dłonie, a potem padli sobie w ramiona. Joel wymamrotał cicho: Do zobaczenia później – i oddalił się główną ulicą Kimberley w kierunku Wielkiej Dziury. Barney wspiął się na wóz zaprzęgnięty w woły, strzelił z bata i skierował ekwipaż w stronę kopalni De Beers.

Popołudnie było niezwykle chłodne i wietrzne. Tumany kurzu oraz wyschnięte chwasty gnały po równinie pędzone wiatrem, i musiał zasłonić usta krawatem, obwiązując go wokół głowy. W oddali słychać było harcujące wietrzne demony, a drzewa rozpaczliwie machały gałęziami jak tonący rozbitkowie na morzu. Zachodnie niebo, od rzeki Vaal do odległego Kuruman Heuwells, było czarne jak smoła.

Pomimo wiatru dotarł do kopalni De Beers w dobrym czasie. To właśnie w tym rejonie, na Yooruitzigt, po raz pierwszy zostały odkryte diamenty, a uprawne pola, które kiedyś tutaj były, zamienione w kratery i transzeje. Odkąd odkryto diamenty na Colesberg Kopje, prawie wszyscy górnicy stąd wyjechali, ale gdzieniegdzie dziwaczne dźwigi w kształcie szubienic wyciągały z głębokich dołów żółtą ziemię i praca przebiegała tak sprawnie jak w Wielkiej Dziurze.

Barney zatrzymał wóz i zbliżył się do krawędzi kopalni. Zauważył, że niektóre z działek – podobnie jak jego – były zalane żółtą wodą i wielu kopaczy siedziało na obrzeżach, paliło i piło, czekając na zmianę pogody i suchy wiatr, który powstrzymałby powódź. Ale na jednej z działek, kilkaset jardów od miejsca, w którym stał, pracowała pompa, a czarni robotnicy stojący po kostki w wodzie ładowali żółtą maź do wiader.

Barney poszedł w kierunku namiotu właściciela działki. Gdy tylko go zobaczył, zrozumiał, że nie powinien był tutaj przychodzić. Na składanym krzesełku siedział Rhodes w swoich spodniach do krykieta i czytał Plutarcha, podczas gdy jego robotnicy wyładowywali z wiader żółtą breję.

– Barney Blitz – powiedział Rhodes, odkładając na bok książkę. – Jest mi naprawdę bardzo miło.

– Jak leci? – zapytał Barney, pokazując głową działkę.

– Jak dotąd, wspaniale – odpowiedział Rhodes swoim wysokim głosem. – Zarabiam przeciętnie około dwudziestu funtów dziennie. Wyobraź sobie, że w niedzielę znalazłem siedemnastokaratowy diament. Leżał tuż przy wejściu do mojego namiotu. Po prostu sobie leżał!

– Powinieneś dostać za niego przynajmniej ze sto funtów.

– Tak też myślałem – pokiwał głową Rhodes.

– A więc jednak musisz być jednym z wybranych – powiedział Barney, krzywo się uśmiechając.

Rhodes podniósł do góry swoją książkę.

– To wszystko zależy od wykształcenia. Dobre wykształcenie, do tego właściwie zaaplikowane, jest skuteczniejsze od tuzina haubic. Czy wiesz, co kiedyś powiedział Pliniusz Starszy?

– Pliniusz… jaki?

– Pliniusz Starszy. Urodzony Anno Domini 23, zmarł Anno Domini 79. Powiedział: exAfrica semper aliąuid novi, co znaczy: z Afryki zawsze coś nowego. Nauczyłem się tego w szkole, kiedy miałem dziesięć lat, a przypomniałem sobie wtedy, kiedy nasz rodzinny lekarz powiedział, że powinienem wyjechać gdzieś, gdzie jest sucho, aby wyleczyć moją gruźlicę. Pomyślałem wtedy, że najlepiej będzie, jeżeli dołączę do Herberta w Natalu i czyż nie postąpiłem właściwie?

– Z pewnością – powiedział Barney. – Czy mogę pożyczyć twoją pompę?

Rhodes roześmiał się i uderzył w ziemię obcasami jak mały chłopiec.

– Zastanawiałem się, kiedy o to zapytasz.

– Taaak? – zadziwił się Barney, czując się raczej nieswojo.

– Nie jesteś pierwszy, kto o nią pyta – uśmiechnął się Rhodes. – Przeciętnie co pół godziny przychodzi do mnie jakiś nieszczęśliwy kopacz i prosi mnie o pompę.

– Rozumiem.

– Niczego nie rozumiesz – powiedział Rhodes, wkładając między kartki książki zabrudzoną, białą skarpetkę, żeby zaznaczyć miejsce, gdzie skończył czytać. – Nie mogę pożyczyć tobie mojej pompy, ponieważ jest mi potrzebna. Ale mogę ci ją wynająć.

– Posiadasz pompę do wynajęcia?

– Mam dwie. Są w namiocie. Bierzesz? Dwa funty dziennie, jeżeli w dalszym ciągu jesteś zainteresowany.

– Skąd, u diabła, je masz?

Rhodes był wyraźnie z siebie zadowolony i drapiąc się z tego ukontentowania po karku, odpowiedział:

– Kupiłem je od pewnego ohydnego Niemca podróżującego do Kimberley. Wydałem wtedy ostatnie moje pieniądze, które otrzymałem za ostatni zbiór bawełny. Ośmiocylindrowa pompa, osiemdziesiąt funtów. Nieźle, co?

Barney powoli pokiwał głową.

– A byłem pewien, że na bawełnie nie można zarobić.

– Bierzesz pompę? – zapytał Rhodes. – I radzę ci nie tracić czasu na zbyt długie myślenie.

– W porządku – powiedział Barney, wyciągając z kieszeni podróżnej marynarki brązowy, skórzany portfel. – Oto osiem funtów, za cztery dni. Ale pozwól, że coś ci jeszcze powiem. Te osiem funtów to pierwsze i ostatnie pieniądze, które dzięki mnie zarabiasz.

– Całkiem słusznie – powiedział Rhodes i uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Załadowali pompę na tył wozu i Barney pojechał w kierunku Kimberley. Luźna część pompy uderzała monotonnie w tylną klapę, przypominając Barneyowi przez całą drogę o cenie, jaką musiał za nią zapłacić. Z jednej strony czuł ulgę, że zdobył cenne urządzenie, ale był zarazem przygnębiony, że musiał skorzystać z usług Rhodesa. Powinien był być na tyle przewidujący, żeby kupić pompę dużo wcześniej. A nawet kilka pomp. Osiem pomp wypożyczanych za dwa funty dziennie przyniosłoby szesnaście funtów zysku, a to znaczyło, że można byłoby zarobić osiemdziesiąt funtów tygodniowo.

W Kimberley mieszkało wielu łebskich facetów – wyróżniali się w tłumie kopaczy i Barney określał ich mianem budowniczych nowego imperium. Francis Baring Gould był jednym z nich. Poważny, wyniosły, posiadał znakomite powiązania finansowe z Londynem i Barney wiedział, że przez cały czas naciskał na Radę, aby odstąpiła od przestarzałej zasady przydzielania jedynie dwóch działek na głowę. Następny był Joseph B. Robinson, niezbyt miły w kontaktach towarzyskich, nazbyt kłótliwy mężczyzna, który nawet wśród swoich przyjaciół zdobył przezwisko „Bukanier". Ale Barney był w dobrych stosunkach zarówno z nim, jak i z tym pierwszym. Po prostu zrozumiał, czego szukali w kopalniach diamentów – bogactwa, luksusu i władzy – i w jaki sposób zamierzali to osiągnąć. Jedynie Rhodes go niepokoił. Rhodes, z tym całym swoim humorem, był trudnym orzechem do zgryzienia. Stał na drodze do osiągnięcia życiowego celu.

Ponieważ właśnie teraz Barney wiedział, czego chce od życia – spadło to na niego jak grom z jasnego nieba. Jego marzenia zaczęły nabierać realnych kształtów, stanęły mu przed oczami jak wyrazisty miraż unoszący się nad afrykańskimi piaskami i były niczym innym jak perspektywą zdobycia tytułu króla kopalni w Kimberley. Chciał stanąć na krawędzi Wielkiej Dziury, ogarnąć wzrokiem rozryte tereny i mieć pewność, że to wszystko należy do niego. Chciał zanurzyć ręce w wiadrach pełnych diamentów i poczuć, że są jego.

Długie cienie kładły się już na równinie, kiedy nareszcie dotarł do Kimberley. Zsiadł z wozu, przywiązał woły do palika przed swoim bungalowem i spojrzał na niebo. Wydawało się, że większość ciężkich chmur zniknęła, a zachodnie niebo wyglądało jak jezioro pokryte warstwą pomarszczonego miodu z magnolii.

Wewnątrz chaty zapalone były wszystkie światła i Barney przypuszczał, że Mooi Klip krząta się po pokojach, czyniąc ostatnie przygotowania do uroczystości. Uwielbiał patrzeć, jak była taka podniecona, bardzo kobieca i zdenerwowana, całkiem niepodobna do tamtej kobiety z plemienia Griqua, która opiekowała się Joelem uratowanym przez Barneya od śmierci. Oczywiście, to wcale nie oznaczało, że utraciła zdrowy rozsądek; stała się jedynie wrażliwsza i bardziej od niego zależna, co w skrytości ducha bardzo mu się podobało.

Wyprzągł woły i zaprowadził je do małej zagrody z tyłu domu, gdzie obmył je wodą i nakarmił. Następnie zamknął starannie wrota i podszedł do frontowych drzwi, próbując je otworzyć.

Zaskoczony odkrył, że były zamknięte na zasuwę. Ponownie złapał za klamkę, pociągnął, ale drzwi nie ustąpiły. Nie mógł wejść do środka.

– Natalio! – zawołał. Następnie uderzył w drzwi otwartą dłonią. – Natalia, jesteś tam?

Wydawało mu się, że słyszy, jak ktoś uderza w podłogę, a następnie hałas upadającego krzesła. Przycisnął ucho do drzwi, uważnie nasłuchując. Przez chwilę nic się nie działo, a później usłyszał głos Mooi Klip przeradzający się w jęk.

– Natalio! – zawył Barney ochrypłym głosem i natarł na drzwi ramieniem. Nic z tego. Były wykonane z solidnego, importowanego drewna i zawieszone na podwójnych mosiężnych zawiasach. – Natalio! – wrzasnął tak głośno, jak umiał i oparł się obiema rękami o futrynę tak, aby bez przeszkód mógł kopać podróżnymi butami w solidne deski.

Jedna z desek zaskrzypiała, ale drzwi w dalszym ciągu nie można było otworzyć.

Rycząc ze strachu i podniecenia pobiegł do szopy z narzędziami, otworzył kopniakiem drzwi i złapał siekierę na długim stylisku. Następnie wrócił pod frontowe drzwi i uderzył toporem w ramę. Walił z całej siły i każde uderzenie czuł w mięśniach ramion.

Kopnął w drzwi jeszcze raz, a potem jeszcze kilkakrotnie, aż w końcu ustąpiły i otworzyły się na oścież. To, co zobaczył, przeraziło go do tego stopnia, że stanął jak wryty, dzierżąc w mocno zaciśniętych dłoniach siekierę, patrząc otępiałym wzrokiem, nie mogąc uwierzyć w to, co ujrzał.

Mooi Klip leżała na dywanie, jej czerwona sukienka zadarta była do góry i obnażała uda i biodra, a pelerynka podarta była na strzępy. Nogi miała pokaleczone i posiniaczone. Zakrywała twarz rękami, a z jej ust wydobywały się rozdzierające jęki, bardziej zwierzęce niż ludzkie.

W narożniku pokoju stał Joel. Stał nieruchomo, z rozpiętą koszulą obnażającą jego ciemny, zarośnięty brzuch, i z rozpiętymi płóciennymi spodniami. Jego twarz była martwa i dziwna. Barney nigdy nie widział go w takim stanie. W lekko uniesionej dłoni dzierżył rewolwer, który Barney dawno temu kupił w Nowym Jorku, kiedy przygotowywał się do wyjazdu do Afryki. Lufa była skierowana w sufit, ale sposób ułożenia ramienia uzmysłowił Barneyowi niebezpieczeństwo. Zrozumiał, że w każdej chwili może stracić życie.

Na podłodze były porozrzucane ciasteczka, biszkopty i przewrócony koszyk do połowy wypełniony śliwkami. Nawet tort weselny składający się z trzech warstw, prezent od piekarza Scheinmana, leżał zgnieciony pod ścianą.

Barney, spięty do granic możliwości, powoli odłożył siekierę. Nie odrywając wzroku od brata, przeszedł przez pokój i uklęknął przy Mooi Klip, uniósł jej głowę i oparł na kolanie. Drżała i płakała, nie odrywając dłoni od twarzy. Barney obciągnął sukienkę, przytulił sponiewieraną dziewczynę i łagodnie kołysząc, głaskał po głowie.

– Nic ci nie jest? – zapytał. – Nie jesteś zraniona? Joel zaczął niedbale wymachiwać pistoletem, jak gdyby chciał dać im do zrozumienia, że nikogo nie zamierzał skrzywdzić. Ale nie odkładał go. Obserwując uważnie twarz Barneya, wiedział, co mogłoby się wydarzyć, gdyby to zrobił.

– To nie było tak, jak by się komuś mogło wydawać – powiedział lekkim głosem. Dotknął koniuszkiem palca swojej lewej powieki, strząsając niewidoczny pyłek.

– Nie było tak? – zapytał Barney martwym głosem.

– Hm, no cóż, to był żart. Po prostu żart. Oto jak było.

– Dotknąłeś jej? – ponownie zapytał Barney. Czuł w sobie lodowaty chłód, który uniemożliwiał mu poruszenie się.

– Nic się nie stało. Żartowaliśmy. Głupia zabawa. To wszystko.

– Dotknąłeś jej? – powtórzył Barney podniesionym tonem.

Joel skrzywił się. Wytarł nos grzbietem dłoni, w której trzymał pistolet.

– Nakrywała do stołu, ot co, i myślałem, że jeżeli…

– Dotknąłeś jej?! – wrzasnął Barney.

Joel wzruszył ramionami i rozejrzał się po zabałaganio-nym pokoju, jak gdyby szukał czegoś szczególnego.

– Czyjej dotknąłem? Hm, to zależy, co przez to rozumiesz?

– Czy ją napastowałeś?

Joel spojrzał na Barneya i zmarszczył brwi.

– Zabiję cię za to. Naprawdę – wycedził Barney. – Zabiję cię.

Ostrożnie położył Mooi Klip na dywanie i wyprostował się. Mooi Klip przewróciła się na bok, podkuliła nogi, przycisnęła dłońmi usta i szeroko rozwartymi oczami wpatrywała się w pokruszone ciasteczka i porozrzucane owoce.

– Powiedziałeś mi, że przepraszasz, i ja ci uwierzyłem – wysyczał Barney, obchodząc dookoła stół. – Uwierzyłem ci!

– Bo naprawdę było mi przykro – odparł Joel, ciężko przełykając ślinę, bojąc się spojrzeć Barneyowi prosto w oczy.

– Teraz też mi jest przykro.

– Tobie jest przykro?

Usta Joela zacisnęły się, a zaraz potem wybuchnął:

– A czy ty wiesz, jak to jest mieszkać tutaj z wami? Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tym, budując to swoje gniazdko rodzinne?

– O czym ty, u diabła, mówisz?

– O niej! – krzyknął Joel zdesperowanym głosem. – O mieszkaniu z nią! Patrzeć, jak zmywa i gotuje, i sprząta. Widzieć, jak cię całuje. Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że ja też jestem zdolny do miłości? Nie pomyślałeś, że twój brat Joel mógł się zakochać? Może nie dotarło do ciebie jeszcze, że oprócz wielkiego Barneya Blitza jest jeszcze ktoś, kto tęskni za prawdziwym życiem?

Barney odpowiedział niskim, załamującym się głosem:

– Ona jest moją narzeczoną, Joelu. Wiedziałeś o tym! I pomimo, że wiedziałeś, napastowałeś ją.

– Napastowałem? – zaprotestował Joel piskliwie. – Chyba nie myślisz, że tak nisko upadłem? To ona napastowała mnie! Zdarła z siebie pelerynkę i błagała mnie, żebym ją wziął, zanim zostanie twoją żoną. Błagała mnie! Daj spokój, Barney, ona jest niczym innym jak schwartzeh, a sam doskonale zdajesz sobie sprawę, jakie one są, nawet te wykształcone! Posiadają moralność małpy!

Barney odepchnął stół i z zaciśniętymi pięściami ruszył w kierunku Joela. Ten zatoczył się do tyłu, zakaszlał i złapał rewolwer w obydwie dłonie, kierując lufę prosto w twarz Barneya.

– Zabijesz mnie? – zapytał Barney trzęsącym się głosem. – Zabijesz własnego brata?

– Nie panujesz nad sobą – powiedział Joel. – Nie wiesz, co robisz. Chcę, żebyś trzymał się ode mnie z daleka.

Oparł się plecami o ścianę, wciąż trzymając przed sobą rewolwer.

– Już ci mówiłem, że jest mi przykro – powtórzył. Była w jego głosie jakaś straszliwa monotonność, zachowywał się jak głuche i upośledzone dziecko.

– Mówiłem ci, że jest mi przykro i naprawdę tak jest. Tak to czasami bywa. Co na to możesz poradzić? W każdym razie już to mamy za sobą. Nie potrafię cofnąć czasu. A gdybym nawet potrafił, to co by to zmieniło? Nie skrzywdziłem jej. Już wcześniej była w ciąży, a więc nawet nie zrobiłbym jej dziecka. Zresztą wcale bym tego nie chciał. Narzeczonej własnego brata?

Barney zawahał się i opuścił ręce. Joel również opuścił pistolet, ale kiedy Barney zrobił krok do przodu, szybko go podniósł.

– Myślę, że lepiej będzie, jeżeli już sobie pójdziesz – powiedział Barney. – Ponieważ za chwilę rzucę się na ciebie bez względu na to, czy odłożysz rewolwer, czy też nie.

– Powiedz, że mi przebaczasz.

– Po prostu wyjdź.

Joel spojrzał na Barneya przez muszkę rewolweru. Jego oczy były nieprzeniknione jak dwa kamienie. Barney nie mógł uwierzyć, że ten dziki, ogarnięty szałem mężczyzna, jest jego bratem. Wydawało mu się, że znajduje się w pomieszczeniu pełnym krzywych zwierciadeł, że to nie jawa, ale koszmarny sen.

Nagle zauważył dwie wilgotne plamy na podłodze w miejscu, gdzie stał Joel. Brat zachwiał się, ale nie spojrzał w dół. Jego płócienne spodnie poplamione były moczem.

Bracia stali, patrząc na siebie w milczeniu. W końcu Joel zaczął powoli wycofywać się w kierunku drzwi, potykając się o siekierę. Wyszedł na werandę, macając po ciemku poręcz, po czym zniknął w mroku.

Barney nie poruszał się prawie przez minutę. Następnie ukląkł, wziął Mooi Klip na ręce i zaniósł jak świeżo poślubioną małżonkę do sypialni, kładąc ją ostrożnie na wzorzystej kołdrze.

– Zagrzeję ci wody na kąpiel – wyszeptał jej do ucha, czując, jak jej ciemne kędziory łaskoczą go w policzek. – Umyjesz się, odpoczniesz, a dopiero później posprzątamy.

– Barney – powiedziała, nie mogąc opanować płaczu.

– Nie płacz.

– Nic na to nie mogę poradzić. Nie potrafię powstrzymać łez. Nie możesz mnie teraz poślubić…

Barney pocałował ją w powiekę, strząsając łzę, która przylepiła się do rzęs jak kropla deszczu do liścia.

– Urodzisz moje dziecko. Jak mógłbym cię nie poślubić?

Dotknęła jego twarzy w ciemności.

– Nie wiem, jak to się stało. Przez większość dnia był zupełnie normalny. Poszedł na działkę i za jakiś czas wrócił. Rozmawialiśmy o ślubie. Nagle zaczął się ze mną przekomarzać i próbował objąć ramieniem.

Barney dotknął palcami jej ust, żeby zatrzymać potok słów, ale ona chciała mówić dalej i odsunęła jego dłoń.

– Powiedziałam nie. Powiedziałam, żeby przestał. Ale nie chciał się odczepić i chodził za mną po całym domu. W końcu dopadł mnie i próbował zedrzeć ze mnie sukienkę. Wołałam Janet, ale widocznie nie było jej w domu albo nie usłyszała mnie. A on stawał się coraz bardziej natarczywy. Nie chciał zostawić mnie w spokoju.

– Mooi Klip – powiedział Barney łagodnie.

– Och, Barney – załkała, mocno przytulając się do jego ciała. – Jak możesz mnie teraz poślubić?

Barney zamilkł na dłuższą chwilę. Gardło i serce miał ściśnięte od żalu i wściekłości.

– Nic się nie zmieniło. Możesz za mnie wyjść – wykrztusił w końcu. – Nigdy ci nie przebaczę, jeżeli tego nie zrobisz.

Odwróciła głowę, a on spojrzał na jej ciemny profil na białej poduszce. Widział jej oczy, jej kształtny nos. Żałował, że nie jest artystą albo dagerotypistą, ponieważ pragnął uwiecznić jej portret, kiedy tak leżała i zapamiętać ten obraz na zawsze. Mooi Klip, wtorek, 14 listopada 1871 roku, dzień nadziei, radości i nieopisanego bólu.

– Jutro rano przyjadą moi rodzice – powiedziała. – Wrócę z nimi do Klipdrift.

– Nie bądź niemądra. Jutro będziemy mężem i żoną.

– Nie możemy. Jak to sobie wyobrażasz? Musisz zostać z Joelem. Pół działki jest twoje. Nie możesz z niej zrezygnować tylko dla mnie.

– Mam jeszcze farmę. Mooi Klip potrząsnęła głową.

– Chcesz zbić majątek. Działka to jedyny sposób. Jeżeli przeze mnie z niej zrezygnujesz, nigdy mi tego nie wybaczysz.

Barney pocałował ją.

– Jesteś szalona – powiedział. – Jesteś absolutnie zwariowana. – Ale w tym samym momencie, jak duch w ciemnym korytarzu, ukazała mu się przed oczami ich diamentonośna parcela wielkości trzydziestu jeden stóp kwadratowych i zaczął zastanawiać się, co z nią począć.

Mooi Klip zamknęła oczy.

– Nie skaleczył cię, prawda? Nie skaleczył cię tam, w środku? Chyba dziecku nic nie będzie?

Potrząsnęła głową.

– Nie wszedł we mnie zbyt głęboko. Przez cały czas się broniłam. Teraz jestem zmęczona.

– Pójdę przygotować wodę. – Barney czuł, że musi zająć się jakąś nieskomplikowaną czynnością, czymś, co nie wymagało myślenia. Każda myśl, która mu się nasuwała, sprawiała okropny ból. Wstał i uśmiechnął się do Mooi Klip uśmiechem, który nic nie znaczył, nie był ani przepełniony miłością, ani krzepiący. To był uśmiech człowieka, który cierpi z powodu szoku po fatalnym wypadku.

Wykąpała się w cynkowej balii, którą ustawił na środku gościnnego pokoju, w samym środku pobojowiska, wśród resztek potraw, które miały być ich ślubnym śniadaniem. Zażyczyła sobie gorącej wody, tak gorącej, że Barney nie mógł zanurzyć w niej ręki. Natychmiast weszła do balii, jej twarz nie miała żadnego wyrazu, włosy podwiązała żółtą wstążką. Prawie się nie odzywała, poprosiła go jedynie, żeby przyniósł jej jeszcze jeden kawałek mydła.

Wcale na niego nie patrząc, uklękła i długo mydliła krocze monotonnymi, kolistymi ruchami dłoni. Kiedy na to patrzył, miał ochotę zawołać: Przestań już – przestań! Jesteś czysta! Ale ona nie zwracała na niego uwagi, aż w końcu przewiesił szorstki ręcznik przez poręcz krzesła i oddalił się, żeby przygotować sobie drinka.

Nieco później zrobił herbatę. Mooi Klip siedziała na łóżku owinięta kocem i ściskała filiżankę w dłoniach jak dziecko. Barney usiadł obok niej na łóżku, starając się uśmiechnąć, ale w końcu dał sobie spokój, bo zauważył, że nawet na niego nie spojrzała. Jego uśmiech był udany, ale nie przestawał się wykrzywiać, ponieważ nic innego nie przychodziło mu do głowy. A może powinien zmarszczyć się? Krzyknąć? Albo szarpnąć, żeby się opamiętała? Jutro miał być ich ślub, dzień, który uszczęśliwi ją na zawsze.

Wziął ją za rękęi chociaż nie cofnęła jej, czuł, jak gdyby trzymał na otwartej dłoni martwą rybę.

– Mooi Klip?

Nie odpowiedziała. Jej wzrok i myśli błądziły gdzieś daleko.

Około pierwszej nad ranem Barney podparł krzesłem nadwerężone drzwi, powoli rozebrał się i wślizgnął do łóżka. Mooi Klip jeszcze nie spała, siedziała na łóżku, patrząc przed siebie niewidzącymi oczami. Otoczył ją ramieniem, ale zesztywniała i nie uczyniła żadnego gestu, więc po kilku minutach, niezadowolony i zakłopotany, puścił ją.

– Jutro weźmiemy ślub – powiedział. – Planowaliśmy to od dawna i zrobimy to.

Mooi Klip opuściła głowę i spojrzała na swoje ręce leżące na wzorzystej pościeli, jakby zastanawiała się, do kogo one należą.

– Wyjdziesz za mnie, prawda? – zapytał Barney.

– Może kiedyś – odpowiedziała i pokiwała głową. – Może kiedyś.

Przebudzili się o świcie, ponieważ ktoś krzyczał i walił we frontowe drzwi. Barney odrzucił kołdrę, wyskoczył z łóżka i podbiegł do drzwi od sypialni, żeby zdjąć z haczyka szlafrok.

– Barney! – krzyczał głos. – Barney, szybko! Przebiegł przez zaśmiecony pokój i odsunął krzesło od frontowych drzwi. Na zewnątrz było jasno, ale chłodno. Nad ziemią unosiła się mgiełka, na gałęziach wisiały krople rosy, które świeciły jak diamenty. Na werandzie stał Edward Nork. Miał na sobie zabrudzone spodnie, na nogach onuce, a jego marynarka była tak wielka, że wydawało się, iż należy do najgrubszego faceta w Kolonii. Za nim stało dwóch czarnuchów, szczerzących zęby w szerokich uśmiechach; dźwigali na ramionach nieruchome ciało mężczyzny zawinięte w jakąś brudną od błota i zakrwawioną szmatę. Edward Nork powiedział:

– Zachowaj zimną krew, Barney. To Joel. Wydarzył się przykry wypadek.

– Joel? – zapytał Barney.

Nie mógł zrozumieć, co Edward do niego mówi. Spojrzał jeszcze raz na zakrwawione ciało i zauważył zwisającą rękę, która niechybnie należała do jego brata Joela. Koszula, chociaż podarta i uwalana w błocie, również była Joela. Barney przeszedł przez werandę jak we śnie, a jeden z czarnych powiedział:

– On nie jest martwy, szefie. Jak szliśmy, to krzyczał. Wrzeszczał jak wszyscy diabli.

– Wnieście go do środka – rozkazał Barney. Odwrócił się i zobaczył stojącą w drzwiach Mooi Klip. Była w szlafroku, miała bladą twarz, ręce przycisnęła do piersi.

– Natalio – powiedział Barney. – Natalio, to Joel. Nie poruszyła się ani nie odezwała, po prostu stała i czekała na to, co zrobi Barney.

– Jest ranny – powiedział Barney. – Być może umierający.

Mooi Klip podniosła buntowniczo głowę.

– Pogrzeb? – zapytała.

– Nie wiem, o co ci chodzi. Spójrz na niego. Potrzebuje pomocy.

– Możesz mieć pogrzeb albo ślub – powiedziała Mooi Klip. – Ale nie jedno i drugie.

Edward Nork owinął się luźną marynarką. Widać było, że jest niezadowolony. Był geologiem i pijakiem, ale zawsze źle się czuł, kiedy był świadkiem rodzinnych kłótni. Dwyka tillite nie powinna kłócić się z mężem ani stwarzać niezręcznych sytuacji" – powiedział kiedyś Barneyowi przy obiedzie, tego wieczoru, kiedy do miasta przybył Rhodes. „Z whisky nigdy nie ma tego typu problemów. Niestety, z dziećmi i kobietami zawsze jest inaczej".

– Nie interesuje mnie, czy żyje, czy też umiera, Barney – powiedziała Mooi Klip. – Ja go tutaj nie chcę. I jeżeli pójdziesz na jego pogrzeb, to już nie odezwę się do ciebie słowem. Do końca życia.

Joel zaskamlał. Barney spojrzał na jego zmasakrowaną, pobrudzoną błotem twarz i zauważył, że ma sine usta, a spod powiek widać było mu jedynie białka.

– Jak to się stało? – zapytał Edwarda Norka. Edward wzruszył ramionami, jak gdyby wiedział, ale nie chciał mówić przy Mooi Klip.

– W porządku – powiedział Barney. – Wnieście go do środka.

Mooi Klip wycofała się do pokoju i poszła do sypialni. Zamknęła za sobą drzwi i kiedy Barney wszedł do mieszkania, żeby pozbierać z podłogi połamane ciasteczka i porozrzucane owoce, usłyszał dźwięk zasuwanej zasuwy.

– Połóżcie go tutaj, tylko ostrożnie, na miłość boską.

Murzyni położyli Joela na podłodze i szybko się oddalili. Zmieszany Edward Nork wielkimi krokami przemierzał pokój gościnny. – To dzisiaj jest wasz ślub? Wygląda na to, że jedzenie nieco się przybrudziło.

– Miał być dzisiaj nasz ślub – powiedział Barney. Edward pokiwał głową, zerkając w stronę drzwi do sypialni.

– Jakieś kłopoty? Słyszałem, że niektórzy Griąua mają zbyt gwałtowne temperamenty.

Barney klęknął przy Joelu i rozpiął mu koszulę. Spojrzał na jego posiniaczoną klatkę piersiową i doszedł do wniosku, że cztery albo pięć żeber musiało zostać złamanych. Joel jęknął i oblizał spieczone usta.

– Edwardzie, czy mogę prosić cię o przysługę? – zapytał Barney. – Rozpal ogień. W kuchni leży drewno. Potrzebuję gorącej wody, żeby go obmyć.

– Nie chcesz wiedzieć, co się wydarzyło?

– Najpierw rozpal ogień. Już dosyć wycierpiałem jak na jedną noc.

– Jak chcesz – odparł Edward i zniknął w kuchni. Pół godziny później Joel był przebrany, umyty i leżał w łóżku. Bez przerwy jęczał i płakał. Oprócz złamanych żeber, miał poważnie roztrzaskaną lewą nogę. Jego ramiona i nogi pokryte były skaleczeniami i siniakami, a środkowy palec prawej ręki był tak zmiażdżony, że prawie płaski.

Edward złapał Joela za głowę i mocno przytrzymał, a Barney przystawił mu do ust butelkę i wspólnymi siłami zmusili go, żeby przełknął kilka solidnych łyków brandy. Wmusili w niego prawie ćwiartkę. Natychmiast zwymiotował kawałkami na wpół przetrawionego mięsa i alkoholem, ale trochę brandy musiało mu zostać w żołądku, bo zasnął.

– W porządku – powiedział Barney. – A teraz powiedz, co się stało.

Wyszli z pokoju Joela i zamknęli za sobą drzwi. Barney spojrzał na drzwi sypialni Mooi Klip, po czym pośpiesznie odwrócił wzrok. Jednak Edward to zauważył, bo skrzywił usta w dziwacznym, chłopięcym uśmiechu.

– Byliśmy w barze u Doddsa – zaczął Edward. – Nic specjalnego się nie działo. Piliśmy, graliśmy w bilard, wiesz, taki zwyczajny wieczór w Kimberley. Nagle w drzwiach pojawił się Joel i muszę przyznać, że wyglądał jak obłąkany.

– Czy to znaczy, że zachowywał się jak szaleniec?

– Tak, tak bym to określił. Miał pistolet, którym wymachiwał, ale Harry Munt zaraz mu go odebrał i zamknął w sejfie. I jeszcze muszę dodać, że Joel śmierdział. Nie jestem zbyt przesadny, jeżeli idzie o czystość. W końcu tutaj, w tym mieście, można być z wodą na bakier. Ale on zdecydowanie śmierdział.

Barney opuścił nieco głowę i założył ręce na kark.

– Mów dalej – powiedział. – Napijesz się drinka?

– To tak jak byś zapytał strusia, czy marzy o lataniu.

Barney otworzył beczkę sherry przygotowaną na uroczystość weselną i napełnił butelkę. Zamyślił się i spojrzał na tort weselny: koszyczek z migdałów był pęknięty na pół, zdobienia z lukru poodpadały, a srebrna podkowa z tektury była zgnieciona.

– Wygląda na nieco zużyty – powiedział Edward, starając się podtrzymać rozmowę.

– Tak – odpowiedział Barney, podnosząc z ziemi podkowę, którą za chwilę rzucił z powrotem na podłogę. – Zużyty to odpowiednie słowo.

Edward wziął do ręki swoją szklankę i natychmiast wypił z niej połowę. Wytarł usta i ciągnął dalej:

– Prawdziwe kłopoty zaczęły się, kiedy na scenie pojawiła się tamta dama z Kapsztadu. Hm, dama to nie jest właściwe słowo. Kurwa, byłoby właściwsze. Była tak samo pijana jak my wszyscy, ale problem polegał na tym, że siedziała przez całą noc u Madame Lavinia i nikt nie dał jej szansy. Mówiąc prawdę, wcale się nie dziwię. Mi każdym razie była pijana, ruda i w nastroju do figlów, postanowiła wystawić się na aukcji i oddać najwyżej przebijającemu.

Barney nalał do swojej szklanki sherry, ale w tej chwili jego żołądek był zbyt skurczony i nie mógł jej przełknąć.

– Mów dalej – powiedział sucho.

– Teraz będzie najzabawniejszy moment – powiedział Edward Nork. – Był z nami holenderski handlarz diamentami, który najpierw dawał dwadzieścia pięć funtów, potem trzydzieści, a na końcu sto. Było oczywiste, że zamroczył go genewski dżin. To było bezsensowne. Ale Joel postanowił go przebić i w końcu postawił swoją działkę.

– Co zrobił!?

– Przebił działką. Całe trzydzieści jeden stóp kwadratowych za jedną noc z pannicą z ulicy.

– Ale przecież Joel nie jest właścicielem całej działki. Jesteśmy równouprawnionymi partnerami, fifty-fifty. Nie może sprzedać bez zaproponowania mi spłaty mojej części działki. Nie może dysponować całą parcelą, a już zwłaszcza nie może tego robić u Doddsa, dogadując się z jakąś zapchloną prostytutką.

– I ja tak myślałem – powiedział Edward. – I niczym się nie przejmując, zakomunikowałem mu to.

– Ale? – zapytał Barney.

– Ale, mój stary przyjacielu, obawiam się, że Joel cię przechytrzył. Okazał się sprytniejszy od ciebie. Jeżeli, oczywiście, można nazwać sprytem fakt podarowania działki diamentowej wartej pięć tysięcy funtów zwykłej prostytutce za jedną noc rozkoszy, której zresztą nie zaznał. Joel powiedział mi, że tej działki wcale nie przerejestrowywał na dwa nazwiska. Cała działka należała do niego. I w momencie kiedy postawił ją na licytacji na korzyść tej pijanej, rudowłosej damy, stracił do niej wszelkie prawa. I jeżeli ona zechce ten akt darowizny uprawomocnić, a jestem pewien, że tak będzie, bo jedna noc u Doddsa wystarczyła, żeby ją dokładnie poznać, to nikt jej w tym nie przeszkodzi.

Barney spojrzał na Edwarda w milczeniu.

– Przykro mi – powiedział Edward. – Gdybym wiedział o tym wcześniej, to na pewno bym ci powiedział. Ale, no cóż…

– I co dalej – zapytał Barney spokojnie. – Jak to się stało, że jest tak poraniony?

– Doszło do sprzeczki – odpowiedział Edward. – Czy masz może jeszcze trochę tej doskonałej sherry? Dzięki. Jest naprawdę znakomita. A więc tak, Holender oświadczył, że zakochał się w tej pani od Madame Lavinia i ma gdzieś ofertę Joela i pociągnął ją za sobą. Muszę powiedzieć, że była niezła zabawa… wiesz jak to jest… śmiechy, rzucanie butelkami. A Joel wyprowadził z knajpy całą bandę kopaczy i szli za tym biednym Holendrem przez całą drogę do jego namiotu… i w momencie kiedy on już był przygotowany do działania, no, wiesz, o co mi chodzi… właśnie układał się z tą panią od Madame Lavinia na swoim posłaniu… chłopcy powyciągali śledzie od namiotu i zerwali płótno. Biedak został przyłapany przy robocie.

Barney odwrócił wzrok. Czuł się zmęczony i wytrącony z równowagi, a opowieść Edwarda przytłoczyła go jeszcze bardziej.

– Doszło do bijatyki – kontynuował Edward prawie przepraszającym tonem. – Holenderski handlarz nie był herkulesem, ale Joel był zdrowo zalany. Po krótkiej wymianie ciosów Joel spadł z krawędzi kopalni na czyjąś działkę; ziemia była tak rozmokła, że nastąpił zawał i Joel został przysypany. Wszystko spadło mu na plecy: odłamki skał, narzędzia, dźwig do wyciągania wiader. Trzeba było dziesięciu mężczyzn, żeby go odkopać.

– Byliście z nim u lekarza?

– Postanowiliśmy wezwać Tutera. Ktoś pobiegł do jego domu.

– I?

– Nie przyszedł. A właściwie nie mógł przyjść. Był pijany.

– A więc mój brat umrze. Tak?

Edward kołysał w dłoniach pustą szklankę, ale po chwili postawił ją na stole. Miał zakłopotaną minę.

– Barney, tutaj umiera wielu górników, to naturalne zjawisko w kopalniach diamentów. Zapadają na malarię, dyzenterię i cholerę. Umierają przez kobiety, alkohol. Właściwie to twój brat ma szczęście, że długo już tutaj nie pobędzie.

– Szczęście? – zdziwił się Barney. – Taki miesse meshina i ma szczęście?

– Względne szczęście – poprawił się Edward. Barney wstał, otworzył drzwi od pokoju brata i zajrzał, nie wchodząc do środka. Joel leżał w tym samym miejscu, gdzie go położyli; miał twarz koloru przybrudzonego płótna. Bez przerwy dzwonił zębami, a jego ciało drżało z bólu. Barney zdawał sobie sprawę, co może się wydarzyć, jeżeli natychmiast nie otrzyma profesjonalnej pomocy medycznej. Odkąd grzebali się w ziemi, widzieli wielu górników i czarnych robotników, w których rany wdarła się gangrena. Przypomniał sobie pewnego Australijczyka, który skaleczył się w lewą rękę stalowym drutem dźwigu. Nie przejął się tym zbytnio, zabandażował palce i wrócił do pracy. Dwa tygodnie później zmarł od najpaskudniejszej infekcji, jaką Barneyowi zdarzyło się widzieć w całym swoim życiu.

Na obrzeżach Kimberley, na równinie, był cmentarz i większość mężczyzn, którzy tam leżeli, zmarła z powodu braku pomocy lekarskiej.

– Czy nic nie mogę zrobić? – zastanawiał się Barney. – Po prostu czekać i patrzeć, jak umiera?

Edward nalał sobie kolejną szklaneczkę sherry.

– Słyszałem, że w Durban bawi sir Thomas Sutter, który przyjechał odwiedzić swojego bratanka.

– Sir Thomas Sutter? A kto to jest?

– Najznakomitszy chirurg i składacz kości w Anglii, stary przyjacielu. Oczywiście nie biorąc pod uwagę osobistego lekarza królowej. Nie mów mi, że nie słyszałeś o Sutterze?

– Nie słyszałem. Zresztą, co to ma za znaczenie, jeżeli jest w Durban?

Edward westchnął.

– Mógłbyś spróbować zawieźć tam swojego brata. Pewnie, że nie ma żadnej gwarancji, że przeżyje podróż, a jeżeli nawet przeżyje, to czy będzie na tyle silny, żeby przeżyć operację? Nie ma nawet żadnej pewności, że sir Thomas zgodzi się go operować. Jest niezwykle wybredny, jeżeli chodzi o pacjentów, których ma kroić, a do tego niezwykle drogi. Ale… wydaje się, że warto spróbować.

Barney zamknął oczy. To miał być jego najszczęśliwszy dzień w życiu. A rozpadł się na kawałki jak jego weselny tort. Dlaczego Bóg nie sprawił, że nie urodził się gdzieś indziej, z innych rodziców i w innych czasach? Byłoby lepiej, gdyby nigdy nie spotkał Mooi Klip, nie spotkał, nie zakochał się i nie stracił w taki sposób. I wszystko to przez brata idiotę.

– Myślę, że spróbuję go tam zawieźć – powiedział Barney. – Jak tylko przestanie tak bardzo cierpieć.

Edward wyprostował się w swoim krześle.

– Jeżeli tak cierpi… no cóż, Harry Munt ma twój pistolet.

Krótko po dziewiątej ktoś ostro zapukał laską w drzwi. Barney przemywał czoło Joela wilgotną szmatką, a Edward poszedł do doktora Tutera, żeby przepisał Joelowi jakieś tabletki przeciwbólowe na czas podróży do Durban. Barney ostrożnie położył głowę brata na poduszkę i poszedł otworzyć drzwi.

Na werandzie stał mężczyzna, którego sylwetka wyraźnie odcinała się na tle oślepiająco jasnego krajobrazu. Miał na głowie wysoki kapelusz, a pod ręką trzymał spacerową laskę. Pan Knight.

Barney wytarł ręce w ręcznik.

– Tak? – zapytał. – Czym mogę panu służyć?

– Niczym szczególnym – odpowiedział pan Knight ostrym tonem. – Przyszedłem spotkać się z pańskim bratem Joelem.

– Mój brat jest poważnie chory.

– Domyślałem się. Ale mimo wszystko muszę się z nim zobaczyć. Mam mu do przekazania ważne sprawy natury prawnej.

– Cokolwiek by to było, może pan powiedzieć mnie.

– Nalegam, żeby pan mnie wpuścił do brata. Barney opuścił rękawy koszuli

– Albo pan powie, o co chodzi, albo proszę iść do diabła.

– Bardzo dobrze. Sądzę, że mogę pana potraktować jako jego prawnego pełnomocnika. Przechodzę do sedna sprawy. – W tym momencie chrząknął i za chwilę mówił dalej. – Reprezentuję młodą damę o nazwisku Dorothy Evans, albo „Dottie", jak mówią do niej przyjaciele. Przyszła do mnie wcześnie rano, aby uprawomocnić akt własności działki numer 172, leżącej na terenie kopalni w Kimberley. Poprzednim właścicielem działki był pan Joel Blitz.

– Obawiam się, że ta młoda dama pomyliła się – powiedział Barney. – Działka numer 172 w dalszym ciągu należy do mojego brata.

– Cóż, myślę, że to jednak pan się myli. – Panna Evans posiada dokument, spisany i potwierdzony przez świadków, że pański brat darował jej parcelę łącznie z całym sprzętem. Akt darowizny miał miejsce w barze Doddsa, około jedenastej ubiegłej nocy.

Barney spojrzał na pana Knighta uważnie. Nie miał żadnych wątpliwości, że pan Knight przeżywa w tej chwili cudowne chwile. Mścił się za poniżenie przez Barneya siebie i całej swojej rodziny. „Najlepszym sposobem na Żyda jest nadzianie go jak robaka na koniec ostrej szpilki" – powiedział pan Knight do Dottie Evans, kiedy przyszła do niego dzisiaj rano.

– Cóż to za dokument? Proszę mi go pokazać. Pan Knight wyciągnął z kieszeni zmięty papier.

– Skromny dowód – uśmiechnął się. – Etykietka zdarta z butelki po piwie, jeżeli się nie mylę. Ale to, co jest na niej zapisane, jest ważne w obliczu angielskiego prawa.

Barney wziął od niego papier i przeczytał. Przewracającymi się kulfonami Joel nabazgrał następujące słowa: „Ja, Joel Blitz, mocą tego pisma przekazuję wszystkie prawa do mojej działki nr 172 w Colesberg Kopje pani Dottie Evans, wraz z całym sprzętem". To było wszystko. Joel musiał być tak pijany, że nie ujął w dokumencie tego, co miał od panny Dottie Evans dostać w zamian.

– Ten papier jest bez wartości – powiedział Barney. – Joel był kompletnie pijany, kiedy to pisał. Mam świadków.

– Świadków? – zdziwił się pan Knight. – Bandę wykolejeńców i notorycznych alkoholików.

– Panna Dottie Evans jest zwykłą dziwką – przypomniał mu Barney.

Pan Knight podniósł do góry rękę, jak gdyby chciał pobłogosławić Barneya.

– Była dziwką. Rzeczywiście była dziwką. Ale spostrzegła niestosowność swojego postępowania i wydźwignęła się z upodlenia.

– Mogła sobie na to pozwolić, skoro została właścicielką otrzymanej za darmo działki diamentowej.

– Niech pan nie będzie małostkowy, panie Blitz – skrzywił się pan Knight, trzymając drogocenną etykietkę między dwoma palcami ręki odzianej w szarą rękawiczkę.

– Nie jestem – odpowiedział Barney. – Nie mam na to czasu. Mój brat jest śmiertelnie ranny i muszę zawieźć go do lekarza.

– Przykro mi – powiedział pan Knight. – Naprawdę, przykro mi. Ale prawo jest prawem.

Zajrzał do pokoju.

– Czy to nie dzisiaj miał odbyć się pański ślub z tą małą czarnulką? – zapytał. – Słyszałem w kościele zapowiedzi i muszę się panu przyznać, że stanąłem w pańskiej obronie, kiedy niektórzy ze zgromadzonych zaczęli wyrażać swoje oburzenie. „Dlaczego mamy pozwolić, żeby Żyd i czarnucha brali ślub w kościele anglikańskim?" – pytali. Ale ja odpowiedziałem: „Griąua są dobrymi chrześcijanami, a przy odrobinie dobrej woli ten żydowski młodzieniec zda sobie sprawę ze swojego błędu i nawróci się".

– Ma pan rację – przyznał Barney. – Poznałem swój błąd. I to dzięki panu. Jesteś pan wyjątkowy momzer.

Pan Knight spojrzał pytającym wzrokiem na Barneya.

– Tym określeniem nazywamy człowieka, który jest sprytny – wyjaśnił Barney. – Zna pan ten typ. Przebiegły, chytry i tak dalej.

– Cóż – powiedział pan Knight. – Cieszę się, że nie chowa pan urazy.

– Momzer znaczy również „łajdak" – dodał Barney. Pan Knight wypchnął językiem policzek, a następnie powiedział lodowato:

– Mam obowiązek pana ostrzec, że wszelkie próby szukania przez pana albo pańskich czarnuchów diamentów na terenie działki numer 172 będą uznane za kradzież i jeżeli zostanie pan tam złapany na gorącym uczynku, moja klientka uzna pańskie działania za gwałcące jej prawo własności.

– Wynoś się z mojego domu albo cię uderzę – powiedział Barney.

W tym momencie pojawił się Edward. Na widok pana Knighta uchylił kapelusza i był trochę zaskoczony, że prawnik przeszedł obok niego, nie mówiąc nawet „dzień dobry".

– To ten twój prawnik, prawda? – zapytał, wyjmując z kieszeni płaszcza tuziny fiolek z białym proszkiem. – Nie wyglądał na zadowolonego.

– Co to jest? – zapytał Barney, podnosząc jedną fiolkę i przyglądając się jej uważnie. – Proszki przeciwbólowe?

– Proszek Dovera, stary przyjacielu. Dziesięcioprocentowe opium. Należy zacząć od pięciu szczypt i dojść do dziesięciu, jeżeli ból będzie się wzmagał. Jesteś mi dłużny jedenaście funtów za tę drobnostkę. Cztery za lekarstwo i siedem, które dałem doktorowi Tu terowi, żeby mi je zechciał wydać. Wyobraź sobie, że on sam jest od tych proszków uzależniony.

Otworzyły się drzwi od sypialni. Barney odwrócił się i zobaczył Mooi Klip w bladoniebieskiej sukience i kapeluszu na głowie oraz w rękawiczkach. Oczy miała opuchnięte od płaczu.

Edward powiedział szybko:

– Pójdę i podam Joelowi pierwszą dawkę.

– Dziękuję, Edwardzie – powiedział Barney, patrząc na Mooi Klip.

Mooi Klip weszła do pokoju. Dzienne światło, które przedostawało się przez otwarte drzwi frontowe, odbijało się w dwuipółkaratowym diamencie zaręczynowego pierścionka Mooi Klip, zamówionego dla Barneya przez Harolda Feinberga w Kapsztadzie. Barney włożył go na palec narzeczonej pewnego ciepłego wieczoru, kiedy siedzieli na werandzie pod księżycem świecącym jak oko tygrysa.

Uniosła rękę do góry i zaczęła kręcić pierścionkiem w taki sposób, jak to robią zdenerwowane kobiety. Nie patrzyła na Barneya, ale wpatrywała się smutnym wzrokiem w to, co miało być ich weselnym śniadaniem.

– Spakowałam rzeczy – powiedziała.

– Naprawdę wyjeżdżasz? Pokiwała głową. Zagryzł wargi.

– Co mogę zrobić, żeby cię zatrzymać? Jak cię przekonać?

– Nie teraz – odpowiedziała. – Musisz opiekować się swoim bratem.

– Musiałem pozwolić, żeby tutaj został. Chyba to rozumiesz? I tak prawdopodobnie nie przetrzyma.

– Przykro mi – powiedziała Mooi Klip. – To co powiedziałam, że już nigdy się do ciebie nie odezwę, to nieprawda. Byłam po prostu…

– Jeżeli to nieprawda, to zostań. Proszę. Co ja bez ciebie pocznę?

Mooi Klip potrząsnęła głową.

– Teraz mnie nie potrzebujesz. Będę tylko ciężarem. To co się wydarzyło… zepsuło nasz najważniejszy dzień i byłoby głupio z naszej strony, gdybyśmy próbowali na siłę wszystko naprawić. Nie chcę wychodzić za mąż, jedząc pokruszony tort. Nie chcę wychodzić za mąż, kiedy jest między nami niezgoda. Chcę poślubić ciebie tak, jak powinno się to robić, w pokoju i miłości, i odczuwać jedynie szczęście.

– Będziemy szczęśliwi.

Uśmiechnęła się do niego. Był to uśmiech smutku i żalu, ale również determinacji.

– Jeszcze nie – powiedziała. – Jeszcze nie jesteśmy gotowi i nawet jeżeli nigdy nie będziemy, to chcę, żebyś wiedział, że cię kocham, Barney. Przypuszczam, że nawet nie wiesz jak bardzo. Nauczyłeś mnie świata, nauczyłeś mnie różnych rzeczy. Ale nie jestem taka, jakiej chcesz czy potrzebujesz.

– Wracasz do Klipdrift? – zapytał.

– Jak tylko przyjadą rodzice.

– I co im powiesz? Co powiesz Janowi Bloemowi?

– Powiem im prawdę. To wszystko. Nie jest trudno mówić prawdę. W dalszym ciągu ciebie kocham i wcale się tego nie wstydzę.

– A co z naszym dzieckiem? – zapytał Barney. Położyła dłonie na brzuchu.

– Będę o nie dbać. I kiedy się urodzi, a jeszcze nie będziemy razem, wyślę kogoś do ciebie z wiadomością, żebyś przyjechał ją zobaczyć.

Barney poczuł, jak coś go drapie w gardle, jak gdyby wpadł tam kawałek pustynnego chwastu.

– Jesteś pewna, że to będzie dziewczynka? – powiedział, z trudem powstrzymując się od płaczu.

– Nie chciałbyś małej, ślicznej dziewczynki, podobnej do mnie?

Barney pokiwał głową. Mooi Klip podeszła bliżej, objęła go w pasie i mocno do siebie przytuliła. Czuł jej zapach, który przypominał aromat kwiatów i ziół. Głaskał ją po głowie, bawiąc się jej kędziorami w taki sposób, jak to zawsze robił od tej pierwszej nocy w obozowisku Jana Bloema. Nie mógł uwierzyć, że odchodzi. Nie mógł się z tym pogodzić, że może już nigdy nie będzie trzymać jej w ramionach. Czuł jej twardy brzuch i przyciskał go do swojego ciała, jak gdyby była to najcenniejsza rzecz, jaką posiadał. Piękniejsza i cenniejsza od diamentów.

– Wszystko słyszałam, co Edward mówił o twojej działce – wyszeptała.

– A to co mówił pan Knight?

– Też. Przykro mi.

– Myślę, że zacznę od początku.

– Będziesz potrzebował pieniędzy na operację Joela.

– Mam dosyć pieniędzy w banku.

– Pieniądze z banku będziesz potrzebował, żeby kupić działkę.

– Mam też farmę w Derdeheuwel. Zawsze mogę ją sprzedać, jeżeli będę musiał.

Mooi Klip odsunęła się od niego i otworzyła torebkę.

– Już dawno chciałam ci to dać. Właściwie byłam nie w porządku, że to zatrzymałam.

– O czym ty mówisz?

W małej kieszonce torebki Mooi Klip był zwinięty rulonik pięciofuntowych banknotów. Mooi Klip wyciągnęła je i wetknęła w kieszeń jego koszuli, a potem szybko pocałowała go w usta, tak szybko, że nie zdążył odwzajemnić pocałunku.

Barney wyjął pieniądze z kieszeni i zaczął się im przyglądać.

– Skąd je masz? – zapytał.

– Z Derdeheuwel. To było w dniu, kiedy pogrzebaliśmy Monsaraza. Podobał mi się twój gest, jak spaliłeś pieniądze, ale czasami kobiety bywają praktyczniejsze od mężczyzn, nawet wtedy, kiedy ich czyny nie są godne podziwu.

– Tutaj musi być sześćset albo i siedemset funtów.

– Sześćset dwadzieścia. Przeliczyłam.

– Powinienem je spalić – powiedział Barney.

– Nie zapomnij, że musisz zająć się bratem.

– A co ty zrobisz bez pieniędzy?

– Moi ludzie zaopiekują się mną – uśmiechnęła się.

– Czyż ja nie jestem twoim człowiekiem?

Znowu podeszła bliżej i dotknęła palcami jego nie ogolonych policzków.

– Na zawsze nim pozostaniesz – powiedziała. – Och, Barney, tak bardzo cię kocham.

Edward stanął w drzwiach i grzecznie zakaszlał.

– Znowu zasnął – zakomunikował. – Ale jego stan ciągle się pogarsza, a nie polepsza. Czy chcesz, żebym ci pomógł wnieść posłanie na wóz i przymocował je?

– Tak, proszę – powiedział Barney i odwrócił się od Mooi Klip czując, że wypełniają go łzy, których nie umiał wypłakać.

Rodzice Mooi Klip przyjechali o jedenastej. Byli odświętnie ubrani. Przybył również Jan Bloem ze swoimi dwoma najbliższymi przyjaciółmi oraz Pietem Steynem. Wszyscy mieli wypolerowane buty, wyczyszczone kapelusze i w swoich lekkich okryciach i pasiastych spodniach wyglądali – jak to określił Harry Munt, który ich obserwował z wnętrza baru, gdy jechali ulicą -jak honorowi goście na balu goryli.

Matka Mooi Klip była niewysoką kobietą, podobnie zresztą jak i jej córka, ale miała okrąglejszą figurę. Miała na sobie cytrynowego koloru sukienkę z szarym bolerkiem i kapelusz, na którym tańczyły ogromne strusie pióra. Ojciec był wysoki, przystojny i bardzo czarny. Żadne z nich nie mówiło po angielsku – jedynie dziwnym narzeczem afrykańskim Griąua.

Zaraz na samym początku doszło do kłótni, płaczu i wyjaśnień. Już sam fakt, że Mooi Klip była w ciąży i żyła bez ślubu z mężczyzną, był dla jej ojca ciosem. Wykorzystując zmieszanego Jana Bloema jako tłumacza, krzyczał wysokim głosem na wszystkich obecnych, nawet dostało się jego żonie. Zmęczony Barney siedział na werandzie, podpierając rękami głowę i czekał, aż towarzystwo się uspokoi. Wóz był przygotowany do podróży do Durban, załadowano na niego koce, poduszki i skórzane pasy, którymi Barney miał unieruchomić złamaną nogę swojego brata. W tej chwili Barney o niczym innym nie marzył, jak o najszybszym wyruszeniu w drogę.

W końcu ojciec Mooi Klip marszowym krokiem podszedł do siedzącego Barneya, mając u boku Jana Bloema, i wyrzucił z siebie melodię gardłowych dźwięków. Jego świecąca górna warga pokryta była diamencikami potu. Był oburzony i zdenerwowany. W butonierce miał świeżą białą orchideę.

Barney zrozumiał jedynie jedno albo dwa słowa z tego, co powiedział. Domyślał się jednak znaczenia wygłoszonej przez niego tyrady. Jan Bloem powiedział suchym głosem:

– Słyszysz, co on mówi, mój przyjacielu? Mówi, że zabrałeś jego córce wszystko, nie dając nic w zamian. Mówi, że powinieneś wstydzić się za siebie i swojego brata, za to, co jej zrobiliście, i jeszcze, że gdyby nie było to wbrew przykazaniom Boga, to wypatroszyłby cię i rzucił twoje wnętrzności psom na pożarcie.

– Powiedz mu, że jest usprawiedliwiony w swoim gniewie – powiedział Barney.

Jan Bloem przetłumaczył. Ojciec Mooi Klip uważnie go wysłuchał, po czym uniósł w górę drżący palec i powtórnie eksplodował długą retoryczną przemową.

– Jest bardzo zmartwiony – wyjaśnił Jan Bloem. – Chce wiedzieć, co zamierzasz zrobić.

– Zabieram mojego brata do Durban, żeby spróbować uratować mu życie – powiedział Barney zmęczonym głosem. – Następnie wrócę i ożenię się z jego córką.

– On ci nie wierzy – powiedział Jan Bloem. – Mówi, że jesteś łajdakiem.

– Powiedz mu, że kocham Natalię.

– Mówi, że skoro ją kochasz, to dlaczego tak źle traktujesz?

– Powiedz mu, że wydarzyła się seria tragicznych wypadków i że nie musi cały czas na mnie wrzeszczeć, bo już dosyć wycierpiałem. Kocham jego córkę, chociaż ją utraciłem. Kocham mojego brata, a on skrzywdził jedyną kobietę, którą uwielbiam. Powiedz mu, żeby spojrzał mi w twarz i powiedział, co w niej widzi.

Kiedy Jan Bloem tłumaczył jego słowa, ojciec Mooi Klip nie odzywał się. Po chwili pochylił się do przodu, oparł ręce na kolanach i z odległości pięciu albo sześciu cali zaczął wpatrywać się w twarz Barneya. Jego czarne agatowe oczy penetrowały każdy milimetr skóry na twarzy Barneya z bolesnym skupieniem. Barney przypomniał sobie, że kiedyś tak samo wpatrywał się w surowe diamenty, które wydobywał z kopalni. W końcu ojciec Mooi Klip wyprostował się i wystudiowanym ruchem strzepnął pyłek z rękawa swojego płaszcza.

– No i co? – zapytał Barney. – Wkrótce muszę wyruszyć, jeżeli mam pokonać trochę drogi przed zmierzchem.

– Mówi, że w dalszym ciągu uważa cię za łajdaka – uśmiechnął się Jan Bloem. – Wierzy jednak, że ją kochasz. Kiedy twój brat wydobrzeje, musisz przyjechać do Klipdrift, żeby z nim porozmawiać. Mówi, że tak łatwo ci jej nie odda, o ile nie udowodnisz, że masz dobre intencje.

– Rozumiem – powiedział Barney i ukłonił się po przyjacielsku ojcu Mooi Klip. Kiedy to robił, poczuł ból w karku, jak gdyby przespał całą noc, mając głowę ułożoną pod niewłaściwym kątem.

– Powiedział coś jeszcze. Powiedział, że przywiózł tobie prezent i chce, żebyś go przyjął bez względu na to, co tutaj się wydarzyło. Mówi, że nie jest zamożnym człowiekiem, ale to dobry prezent i ma nadzieję, że go przyjmiesz.

– Powiedz mu, że przyjmę go z zadowoleniem.

Ojciec Mooi Klip oddalił się, żeby przynieść prezent, a Jan Bloem założył na oko monokl i patrzył na Barneya z figlarnym uśmiechem.

– Wiesz, dlaczego nalegał, żebyś przyjął jego prezent? – zapytał.

– Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedział Barney.

– A więc nie jesteś taki bystry, jak myślałem. – Chce, żebyś go przyjął i poczuł się zobowiązany do powrotu i poślubienia jego córki. Ale nie masz mu tego za złe, prawda?

– Skądże – powiedział Barney. – Gdybym miał kontrolę nad wypadkami, to jeszcze dzisiaj odbyłby się nasz ślub.

Jan Bloem uśmiechnął się do niego współczująco.

– Rozmawiałem z Natalią – powiedział. – Nie powinieneś mieć do niej pretensji.

– Mam pretensje do siebie.

– To również bez sensu. Naucz się szukać winy tam, gdzie ona rzeczywiście się znajduje. Nie rób z siebie męczennika. Oto moje motto.

– Masz ich wiele i na wiele okazji.

– To lepsze niż być przemądrzałym.

Zza rogu chaty wyszedł ojciec Mooi Klip, ciągnąc za sobą na postrzępionej lince wyliniałego konia z łękowatym grzbietem. Barney popatrzył na zwierzę, a potem szybko odwrócił wzrok i spojrzał z desperacją na Jana Bloema. Jan Bloem przyjaźnie się uśmiechał, ale z wrażenia spadł mu monokl i zaczął dyndać na czarnym jedwabnym sznurku. Barney był bliski wybuchnięcia śmiechem.

– To dla ciebie – przetłumaczył Jan Bloem, podczas gdy ojciec Mooi Klip obserwował go 7. natężeniem. – Nazywa się Alsjeblieft.

– Alsjeblieft? – zdziwił się Barney. – To znaczy „proszę", prawda?

– Tak – skrzywił się Jan Bloem. – Za każdym razem, kiedy będziesz chciał, żeby ten koń coś dla ciebie zrobił, musisz powiedzieć Alsjeblieft.

Ojciec Mooi Klip wyciągnął rękę, w której trzymał koniec linki. Barney zawahał się przez chwilę, po czym wziął ją. Koń prychnął, zarżał i obrócił głowę.

Barney powiedział:

– Proszę, podziękuj ojcu Mooi Klip i powiedz mu, że jestem zachwycony podarunkiem i kiedy wrócę, to zaproszę go do siebie na drinka. Ale teraz niech postara się zrozumieć, że muszę wyruszyć w drogę.

– On to rozumie – odparł Jan Bloem. – Mówi, że ten koń należał do pewnego starego kopje walloper'a, do jednego z tych facetów, którzy jeżdżą po okolicy między Klipdrift i Dutoitspan, skupując diamenty od górników. W swoim czasie to był dobry koń.

Barney pokiwał głową i uśmiechnął się do ojca Mooi Klip. Ojciec Mooi Klip z poważną miną odwzajemnił ukłon. Następnie wyrzucił z siebie kilka niezrozumiałych afrykańskich słów, kończąc emfatycznym „huh!", jak gdyby chciał powiedzieć „tak jest!"

– Co on powiedział? – zapytał Barney Jana Bloema.

– Powiedział, że możesz sobie myśleć o tym koniu, co tylko ci się żywnie podoba, ale on zapłacił za niego 27 funtów i 10 szylingów.

Barney, zmęczony, uśmiechnął się ponownie.

– Powiedz mu, że jestem dozgonnie wdzięczny.

Nareszcie rodzice Mooi Klip zaczęli zbierać się do wyjazdu. Mooi Klip wrzuciła torbę na wóz, a sama usiadła między ojcem i matką. Siedziała sztywno i była biała jak marmur. Jej matka skinęła w kierunku Barneya ręką w znaczącym geście i Barney zrozumiał, że Mooi Klip musiała wszystko jej wyjaśnić.

– Pozwól jedno słowo – powiedział Jan Bloem, zanim wspiął się na swój własny wóz zaprzęgnięty w woły.

– Co tym razem? Nie licz kurcząt, dopóki jaja nie zostaną zniesione?

– Nie, tym razem to nie motto. – Czarną, wypielęgnowaną ręką złapał Barneya za ramię. – Chcę ci tylko powiedzieć, że jeśli naprawdę interesuje cię los Natalii, to wracaj tak szybko, jak to jest możliwe, i bierz z nią ślub. Ale jeżeli nie, to zostaw ją w spokoju. Jest ładna, z czasem znajdzie sobie kogoś innego. Najprawdopodobniej jednego z naszych i kimkolwiek by on był, będzie troszczyć się o twoje dziecko jak o swoje własne. Ale już więcej jej nie krzywdź.

Barney położył swoją dłoń na dłoni Jana Bloema.

– Dzięki za radę. Ale jedynie ja i Natalia możemy zadecydować o naszym życiu. Nie ty i nie jej rodzice. Nikt poza nami.

– Cóż, w takim razie życzę powodzenia. Jak ty to mówisz? Mazel tov!

– Powiesz mi mazel tov, kiedy ze zdrowym bratem wrócę z Durban – powiedział Barney. Koń o imieniu Al-sjeblieft zaparskał i szarpnął linką. Wyczuł, że Jan Bloem i rodzina Mooi Klip zamierzają odjechać, i był zdenerwowany, że go zostawiają.

Mooi Klip odwróciła się tylko raz, kiedy jej ojciec cmoknął na woły i skierował wóz na obrzeża kopalni w Kimber-ley. Barney zobaczył, jak jej usta wypowiadają bezgłośnie „do widzenia", ale nie był pewien, czy to nie złudzenie. Podszedł do niego Edward Nork i powiedział:

– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Musi być dobrze. Czy chcesz, żebym zaopiekował się tym pokracznym koniem, kiedy wyjedziesz?

– Chyba tak – powiedział Barney, zerkając na postrzępioną uprząż i wygryzioną przez insekty sierść zwierzęcia. – Jeżeli da się na nim jeździć, to rób to do woli. Jeżeli się nie da, to najlepszą rzeczą będzie, jeśli go zjesz.

Edward spojrzał na konia taksującym wzrokiem, jak gdyby już wyobrażał sobie pieczony udziec leżący na półmisku w towarzystwie pieczonych ziemniaków i świeżego groszku. Koń parsknął nerwowo i dźwięcząc podkowami odskoczył do tyłu.

Nawet podróż Barneya do Afryki Południowej i próby odszukania Joela, przebywającego gdzieś w którejś z kopalni albo w osiedlu północnej Kolonii na Przylądku, nie były tak trudne i beznadziejne jak sześciotygodniowa wyprawa do Durban. Dzień po dniu jechał wytrwale po rozległych równinach Orange Free State, mając na wozie Joela przymocowanego pasami do w miarę wygodnego posłania zrobionego z koców i poduszek. Słońce oślepiało mu oczy, drobny pył i kurz wgryzały się w każdą porę odsłoniętej części ciała. Najgorsze było to, że Joel mógł umrzeć od infekcji lada dzień, ale kiedy tylko zaświtał kolejny ranek i Joel był ciągle żywy, mamrocząc coś bez sensu, szepcząc i płacząc z bólu, Barney wspinał się na kozioł, strzelał z bata na woły i ruszał na wschód, kierując wóz na błękitny, zamglony horyzont, który wcale się nie przybliżał.

Czasami Joel odzyskiwał świadomość i leżąc w poduchach, ze skrzywioną w grymasie bólu twarzą, opowiadał Barneyowi krótkimi, urywanymi zdaniami o wydarzeniach tamtej nocy. Przez większość czasu Barney był odwrócony do Joela plecami i rzadko patrzył na brata. W tym okresie życia czuł, jak ciąży mu fakt przynależności do rodziny Blitzów, i nie mógł tego znieść. Wiózł Joela do Durban, ponieważ musiał go tam zawieźć, ponieważ to była jedyna szansa, żeby przeżył, i ponieważ Joel był jego bratem. Oprócz tego nie było żadnych innych powodów.

Pewnego czwartkowego poranka po raz pierwszy ujrzeli odległe niebieskie pasmo gór Drakensberg, które musieli przekroczyć, żeby dotrzeć do Natalu, a później przez Colen-so i Pietermaritzburg do Durban. Joel leżąc na swoich poduszkach powiedział:

– Wiesz, chyba nie powinniśmy wracać z powrotem.

– Ponieważ przez ciebie straciliśmy naszą działkę? – zapytał Barney.

– Ponieważ nie mamy do czego wracać – odpowiedział Joel. – Kopanie diamentów to zabawa dla głupców. Co z tego za cholerny pożytek? Grzebiesz się w ziemi cały dzień, nadwerężasz plecy, i na co to wszystko?

– Mogliśmy być bogaci.

– Mogliśmy jedynie przedwcześnie się postarzeć. Barney wytarł kark chusteczką. Woły parły wytrwale naprzód, głowy miały opuszczone, a cienkie fałdy skóry łączącej masywne, zadnie nogi z podbrzuszem opadały i podnosiły się za każdym krokiem.

– Możesz zostać w Durban, jeżeli będziesz chciał – powiedział Barney. – Ale ja wracam do domu. Chociażby z tego powodu, że w Banku Londyńsko-Południowoafrykań-skim są ulokowane wszystkie nasze oszczędności.

Joel ruchem dłoni odpędził natrętną muchę, która usiadła mu na twarzy.

– Mówiąc szczerze, to jest z tym pewien mały problem. Barney opuścił wodze.

– Problem? O czym ty gadasz? Mamy w banku siedemnaście tysięcy funtów. Jaki problem?

Joel spojrzał na horyzont.

– Jesteśmy dłużni bankowi dwa tysiące.

Ściągając stopniowo wodze, Barney zatrzymał woły. Odwrócił się na swoim siedzeniu i zapytał:

– Co!?

Twarz Joela była blada z bólu. Ściągając usta, powiedział:

– To nie ma znaczenia. Na miłość boską, jedź dalej.

– Ja chcę wiedzieć, Joelu. Jaki problem? Na Boga, jak możemy być dłużni dwa tysiące funtów?

– Trochę grałem. U Doddsa.

– Uprawiałeś hazard? Ale chyba nie przegrałeś siedemnastu tysięcy funtów?

– Popędź woły, dobrze? – Joel pokiwał głową. – Im wcześniej dojedziemy do celu, tym lepiej.

Ale Barney siedział jak sparaliżowany, patrząc na Joela szeroko otwartymi oczami.

– Przegrałeś siedemnaście tysięcy funtów w barze u Doddsa? Wszystkie pieniądze? Nawet dwa tysiące więcej?

Joel podniósł do góry rękę w błagalnym geście.

– Barney, proszę, jedź nareszcie. Już dłużej tego nie zniosę.

– Dłużej tego nie zniesiesz?! – wrzasnął Barney. Zeskoczył z kozła i z purpurową twarzą zbliżył się do brata. – Jak możesz w ten sposób mówić? Wszystko, co zarobiłem! Wszystko, na co liczyłem! Wszystko sprzeniewierzyłeś! I całe to twoje gadanie o oszczędzaniu pieniędzy, o trzymaniu się jednej działki! Boże, ty jesteś idiotą! Boże, jesteś szalony jak matka!

Głowa Joela opadła na poduszkę. Był wyczerpany upałem i bliski agonii.

– W porządku, jestem szalony. Masz przy sobie pistolet, który odebrałeś od Harry'ego Munta. A więc zastrzel mnie. Zaoszczędzisz sobie drogi.

Przez ponad minutę Barney stał przy wozie i nie poruszał się. Popołudniowe słońce grzało niemiłosiernie, woły oganiały się ogonami od much, w trawie brzęczały owady, na równinie nie było nikogo i niczego i tak miało być aż do osady Paul Roux.

Mógł wyjąć pistolet i strzelić Joelowi w czoło i nikt nawet by się o tym nie dowiedział. Mógł pogrzebać ciało tutaj, wrócić do Kimberley i powiedzieć Edwardowi Norkowi oraz wszystkim mieszkańcom, że Joel umarł od ran. Joel przegrał wszystkie jego pieniądze, zgwałcił jego niedoszłą żo